Niemcy i Żydzi

Johann Frey (Ahasver) napisał w kwietniu 1917 roku w Zurychu memoriał, który odkryto w 1919 roku i opublikowano w Gazette de Lausanne w dniach 30 września, 2 i 4 października. Tekst ten pochodzi ze zbioru Adolfa Nowaczyńskiego „Mocarstwo anonimowe”, które ukazało się w Polsce w 1921 roku. Poniżej jego fragment dotyczący Europy wschodniej:

„My natomiast żydzi wschodni jesteśmy tylko żydami i tym być chcemy, gdy tymczasem żyd paryski jest w najlepszym wypadku członkiem wspierającym naszej społeczności…

Wiadomo przecież, że w Moskwie owych kilku milionerów żydowskich najenergiczniej się krzątało koło tego, by utrzymać zakaz mieszkania w Rosji Środkowej biednych żydów, nienależących do gildii, albowiem to wytwarzałoby niemiłą konkurencję…

Stojąc na tym jedynie racjonalnym stanowisku, musimy dziś, gdy bije godzina 12-ta na zegarze wojny światowej, jasno i wyraźnie wobec całego świata powiedzieć, czy to się podoba lub nie naszym współwyznawcom paryskim i londyńskim, że interesy narodu żydowskiego, tej masy liczącej siedem milionów jednostek w Kurlandii, na Litwie, w Polsce, Galicji, na Węgrzech domagają się bezwzględnie i stanowczo absolutnego zwycięstwa Niemiec na całej linii.

A faktem jest niewątpliwym, że z owych dwunastu milionów żydów świata aż siedem milionów żyje na równinie sarmackiej między Niemcami a Rosją, o jednej kulturze i mowie, że nie da się ich stamtąd wysadzić; następnie, że nieprzebrane bogactwa Rosji może eksploatować tylko niemiecka pilność i niemiecka energia na korzyść gospodarki całego świata: wreszcie że tylko żydzi mogą pomóc ekspansji niemieckiej na wschód, jak i wszędzie. Bo nie tylko język żydowski, jako język niemiecki (Mittelhochdeutsch) łączy żyda i Niemca; pokrewieństwo duchowe obu narodów sprawia, że przy zdobywaniu ekonomicznym całego świata wzajemnie się absolutnie uzupełniają. Bez agentów żydowskich niemieckie towary nie byłyby zdobyłyby rynku światowego. To samo poczucie rzeczywistości, ten sam duch przedsiębiorczy, ta sama zdolność przystosowywania się i ujmowania klienta, stare zrozumienie wielkiej wartości wciąż rosnącego obrotu, gdyby nawet chwilowo koszty produkcji przewyższały ceny sprzedaży, ta sama łatwość kredytu, to samo zrozumienie konieczności unieszkodliwienia konkurencji – oto, co żydów robi naturalnymi sprzymierzeńcami Niemców w ekonomicznym podboju świata.

Gdziekolwiek rośnie wpływ żydowski, tam automatycznie rośnie wwóz niemiecki; nawet w Rosji, która barbarzyńskimi rogatkami chciała się zabezpieczyć przeciwko temu prawu natury. Niemcy zawdzięczają wzrost swego wwozu agentom żydowsko-niemieckim, pochodzącym przeważnie z rosyjskiej Polski. Bez fabrykantów niemieckich świat nie mógłby istnieć, a bez żydowskich sprzedawców fabrykaty te nie byłyby sprzedane. Gwałtowne ograniczenie niemieckiej produkcji pozbawiłoby żydów najważniejszego środka utrzymania. I na odwrót, oddanie żydów pod panowanie obce, nie niemieckie, pozbawiłoby Niemców ich najlepszych agentów i ich najruchliwszych pionierów.

Już w drugim roku wielkiej wojny światowej zwycięski oręż niemiecki przez zajęcie Polski, Kurlandii, Rumunii wywalczył to rozwiązanie i trzeba tylko utrzymać na trwałe to, co kosztowało tyle krwi i ofiar. A to nam obiecał kanclerz niemiecki, rozumiejąc dobrze interesy niemieckie i żydowskie, że zostanie utrzymane. Kraje, które dzielą Niemcy od Rosji, tej największej kolonii świata, muszą na stałe pod majestatem niemieckim stać się nową ojczyzną żydowską, skąd żydzi będą całemu światu sprzedawali wytwory niemieckiego przemysłu i skąd wywozić się będzie dla ludności niemieckiej płody rolne.

Naród z tak kolosalną energią i ekspansywnością, jak Niemcy, nie potrzebuje bariery, nie potrzebuje ściany, przeciwnie musi posiąść cały system mostów, po których olbrzymi wywóz jego toczyłby się gładko za granicę. Kraje, jak Kurlandia, Litwa, Polska, Galicja, Węgry, Rumunia, muszą być wychowane przez administrację do tego, by potroiły swą wydajność rolną i dostarczały sił roboczych i żołnierskich światowej potędze niemieckiej. Zamieszkali tam żydzi będą pośrednikami między tymi dwiema kulturami tak nierównej wartości.

Mimo wrodzonej niechęci do postępowego ładu świata żyjące na wschód od Niemiec, a bardziej rozwinięte narody uznały już tę dziejową konieczność i do tego się zastosowały. Postępowy element węgierski nie tylko bez wahania stanął podczas wojny po stronie Niemiec przeciwko opozycji reakcyjnego madziarstwa, ale bardzo się przyczynił do przyśpieszenia rozwiązania tej kwestii przemocą. W Rumunii wpływy antysemickie spowodowały przechylenie się na stron Rosji. Toteż na skutki tego kroku nie trzeba było długo czekać.

Nikt chyba nie zaprzeczy, że Galicja stoi kulturalnie i ekonomicznie wyżej od rosyjskiej Polski, nawiedzonej silną agitacją panslawistyczną i antysemicką. Przeciwko wszelkim tradycjom narodowym, a z poświęceniem różnych „świętych nakazów patriotycznych” Galicja, kierowana przez liberalne koła środkowej Europy, wybrała sobie natychmiast miejsce u boku Niemców, a nawet starała się porwać za sobą swych braci z Polski rosyjskiej do walki o postęp. Niestety, stuletnie panowanie rosyjskie nie pozostało bez stałego a rozkładającego wpływu na duszę polską, i tylko śród ludności żydowskiej w Polsce rosyjskiej sprawa niemiecka znalazła wiernych zwolenników.

Ale wśród dwóch milionów żydów polskich i czterech milionów żydów rosyjskich nie było ani chwili wątpliwości, z kim naród żydowski powinien trzymać. Z chwilą wypowiedzenia pierwszej wojny, serca wszystkich żydów były po stronie Niemców. Wszystko, co żydowskie lub co czuło po żydowsku, było w obozie niemieckim mimo barbarzyńskich prześladowań ze strony Rosjan i denuncjacji ze strony Polaków, silnie pomagając sprawie Niemców. Był to zawsze widok wzruszający z jaką radością, z jak szczerym ciepłem żydzi witali żołnierzy niemieckich. W przeciwieństwie do ludności polskiej, która politycznie zaszczuta, widziała w wybawicielach tylko Prusaków, żydzi z całego serca wiwatowali na cześć wkraczających Niemców zarówno w Warszawie i Lwowie, jak w Temeszwarze i Bukareszcie.

Do przyszłej niemieckiej kampanii ekonomicznej celem zdobycia Rosji i reszty świata już dziś przysposabia się polskich żydów i ukazuje się im najświatlejsze horoskopy…

Musimy starać się o to, byśmy w Polsce, a może i nawet w całej Rosji, dostali się pod berło niemieckie. W tej walce na życie i śmierć cała nasza nadzieja opiera się na zwycięstwie niemieckim, które może być jedynie źródłem naszej potęgi. Mimo przestrogi piotrogrodzkiego korespondenta „Times’a” wszystko, co jest żydowskie i co z żydami trzyma, musi zwycięstwo Niemiec uważać za swoje własne zwycięstwo.”

Ten tekst to tylko fragment tego memoriału. Nowaczyński wybrał tylko to, co dotyczyło Europy wschodniej i Polski. W zasadzie to nawet trudno go komentować, bo wszystko zostało opisane w sposób jasny i klarowny. Pomimo że ukazał się dokładnie 100 lat temu, to nic nie stracił ze swojej aktualności, bo i też nie mógł. Pewne zasady są niezmienne.

Już w pierwszym zdaniu dowiadujemy się, że istniała pewna różnica interesów pomiędzy Żydami Europy wschodniej a tymi paryskimi czy londyńskimi, a pewnie i nowojorskimi. Memoriał został napisany w kwietniu 1917 roku, a więc na pól roku przed wybuchem rewolucji bolszewickiej w Rosji. Państwa centralne, czyli Niemcy i Austro-Węgry walczyły z Rosją z jednej strony i z Anglią i Francją – z drugiej. I w tych państwach Żydzi również wpływali na ich politykę.

Kraje, które dzielą Niemcy od Rosji, tej największej kolonii świata, muszą na stałe pod majestatem niemieckim stać się nową ojczyzną żydowską, skąd żydzi będą całemu światu sprzedawali wytwory niemieckiego przemysłu i skąd wywozić się będzie dla ludności niemieckiej płody rolne.

Ta koncepcja zdaje się być dziś realizowana, choć może nie widać tego tak wyraźnie ze względu na działania amerykańskie, ale prawdopodobnie w dłuższej perspektywie tak to się skończy.

Istnieją teorie głoszące, że I wojna światowa wybuchła dlatego, że świat anglosaski chciał zniszczyć Niemcy, eliminując je tym samym ze światowych rynków. Bardzo możliwe, że tak było, ale Żydzi paryscy czy londyńscy nie wzięli pod uwagę, bądź nie wiedzieli, jak bardzo Żydzi wschodni są uwikłani w różnego rodzaju zależności od Niemców, a Niemcy – od Żydów. Z tego memoriału wynika, że była to idealna symbioza. Nie ulega wątpliwości, że został on wnikliwie przeanalizowany, a wnioski z niego płynące uwzględnione. Świadczy o tym postawa Ameryki wobec Niemiec po zakończeniu wojny. Kredyty na dogodnych warunkach płynęły szerokim strumieniem, podczas gdy Polsce ich odmawiano, a te nieliczne były udzielane na bardzo niekorzystnych warunkach. Gdyby więc światu anglosaskiemu chodziło o faktyczne wyeliminowanie Niemiec z gospodarki światowej, to nie dostałyby one żadnych kredytów na odbudowę zniszczonego przemysłu.

Ale nie tylko kredyty! Zachodni dyplomaci, uzależnieni od Żydów, robili wszystko, by powojenne straty terytorialne Niemiec kosztem Polski były jak najmniejsze. W świecie interesów nie ma miejsca na sprawiedliwość, uczciwość, sentymenty czy etykę. Jest tylko brutalna siła. A jak to działa? Bardzo prosto zostało to opisane: Wy produkujecie, my – sprzedajemy, a jeśli trzeba będzie wyeliminować lokalną konkurencję, to wy będziecie sprzedawać poniżej kosztów produkcji, a na różnicę damy wam kredyt. Jak już jej nie będzie, to sobie odbijecie. To jest klasyczny „wolny rynek” – wolny od konkurencji.

Tak to działało 100 lat temu i wcześniej. I tak to działało w Polsce po 1989 roku. Zlikwidowano polski przemysł w sensie dosłownym – fizycznie, albo cenowo. Później to samo zrobiono z polskim, rodzącym się dopiero handlem. W starciu z Kauflandami, Lidlami itp. ten polski nie miał szans, nie tylko na rozwój, ale i na przetrwanie. Zostaliśmy sprowadzeni do tego, o czym w tym memoriale, czyli do dostarczania taniej siły roboczej i żołnierzy na „misje pokojowe i rozjemcze”. Wprawdzie jest tam jeszcze mowa o rolnictwie, ale i na nie przyszła kolej – już się powoli zwija.

Żydów z Niemcami łączy nie tylko wspólny interes, ale też i kultura. Jidysz powstał na bazie niemieckiego dialektu. Język chyba najbardziej zbliża, co nie zmienia faktu, że także i inne czynniki mają wpływ. Coś jeszcze Żydom imponuje w Niemcach, ale co? Trudno tu wyrokować. Nie ulega jednak wątpliwości, że Niemcy są wyjątkowym narodem, który ma niezwykłe zdolności organizacyjne. Nie było w historii świata narodu, który wykazałby takie talenty. Dwa razy prowadzili Niemcy wojnę na dwa fronty i w obu przypadkach byli bliscy wygranej. To były wielkie wyzwania logistyczne.

Niemcy są też czołowym producentem w skali świata. Jeszcze parę lat temu byli największym światowym eksporterem. Obecnie Chiny ich wyprzedzają. Jeśli jednak weźmiemy pod uwagę liczbę ludności obu krajów i fakt, że wiele firm zachodnich przeniosło swoją produkcję do Chin, to nie może to dziwić. Siła niemieckiej gospodarki bierze się stąd, że ona wcale nie opiera się na tych znanych największych markach samochodowych i innych – typu Siemens, ale na wielu drobnych i średnich firmach zatrudniających do kilkuset osób, które wyspecjalizowały się w niszowych produktach i zdobyły rynki światowe. Większość tych firm ma swoje siedziby w małych miastach lub nawet na wsiach. I to jest model bardzo stabilny.

Nie ulega więc wątpliwości, że niemiecko-żydowska symbioza ma solidne podstawy oparte na żywotnym dla obu stron interesie i pewnymi sympatiami dotyczącymi obszaru kultury. Nie jest to dla nas korzystne. Co więcej wszelkie nasze próby stworzenia silnego państwa i gospodarki stoją w poprzek interesów obu adorujących się stron. I tak jak w najlepszej rodzinie, kłótnie bywają, ale żeby wyjść z tego z twarzą, winą obarcza się sąsiadów czy znajomych, zwłaszcza gdy świadkowie wymierają. Wtedy już można tworzyć mity.

Z drugiej strony jest jeszcze Rosja, która dysponuje nieprzebranymi bogactwami naturalnymi. Na samym Uralu jest cała tablica Mendelejewa. A jaki ma interes Rosja? Wymieniać te bogactwa na produkty przemysłowe. To ją łączy z Niemcami i z Żydami. Niemcy oferują produkty przemysłu, a Żydzi – sieci dystrybucji. Jest to układ, w którym Europa środkowa, a szczególnie Polska, cierpi – spętana regułami gry narzuconymi przez silniejszych i zawzięcie broniącymi swych interesów.

Na uwagę zasługuje jeszcze ten fragment:

…Galicja, kierowana przez liberalne koła środkowej Europy, wybrała sobie natychmiast miejsce u boku Niemców, a nawet starała się porwać za sobą swych braci z Polski rosyjskiej do walki o postęp. Niestety, stuletnie panowanie rosyjskie nie pozostało bez stałego a rozkładającego wpływu na duszę polską, i tylko śród ludności żydowskiej w Polsce rosyjskiej sprawa niemiecka znalazła wiernych zwolenników.

Świadczy on o tym, że autor był dobrze poinformowany o sprawach Polski, bo ta próba porwania za sobą braci z Polski rosyjskiej, to nawiązanie do marszu Pierwszej Kompanii Kadrowej z Krakowa do Kielc z zamiarem dotarcia do Warszawy i wywołania powstania. Nic z tego nie wyszło i Kompania wróciła do Krakowa. Dała ona początek Legionom. Na podstawie tego fragmentu można domyślić się tego, jakie było zaplecze Piłsudskiego. To też wyjaśnia, dlaczego nie walczył w 1920 roku z bolszewikami tylko z Rosją carską.

Tylko wśród ludności żydowskiej w Polsce rosyjskiej sprawa niemiecka miała wiernych zwolenników. Jak wiernych? O tym pisał Nowaczyński w 1932 roku w jednym ze swych artykułów:

„Ta wspólność językowa z Niemcami, dziś tak znienawidzonymi, ale nie tak dawno jeszcze ukochanymi, umiłowanymi, jedynymi, dała się nam szczególnie we znaki, podczas czteroletniej okupacji pruskiej. Od samego początku nie było parki bardziej się kochających gołąbków. – Na Marszałkowskiej ulicy taki ścisk jak pewnego dnia sierpniowego (1915), gdy wyjeżdżał książę Ludwik Bawarski, już się nie powtórzył i nie powtórzy! I ten szał patriotycznej radości, że Moskale wypędzeni! No i zaczęły się flirty i amory i do de grubis. Żydowska część ludności stolicy na głos rozmawiała sobie po niemiecku i półniemiecku. Prusacy i Bawarzy mieli wszędzie gratisowych ciceronów… Uradowany tym korespondent „Frankfurter Zeitung” niejaki pan Kapłun-Kogen, pisał (12.8.1915):

Warszawa jest najważniejszym żydowskim centrum Europy… Żydzi i Niemcy stanowią większość ludności Warszawy… Jest w interesie Niemiec podkreślać ten fakt przy każdej sposobności.

Przyjemne to oczywiście nie jest dziś! takie wywnętrzania wyczytywać, no ale próżno i darmo, jak drukowane to już i zostało, to i zniszczyć się nie da.”

No właśnie! Jak drukowane, to już zostało i zniszczyć się nie da. Zawsze gdzieś jakieś egzemplarze zachowają się. Nawet ten cytowany powyżej memoriał, choć niedostępny dla ogółu, ale odkryty i opublikowany przez szwajcarską gazetę a udostępniony nam przez Nowaczyńskiego, przetrwał drugą wojnę światową i powojenne zawirowania. Warto o tym pamiętać, zwłaszcza dziś, w dobie internetu, gdy wszystko wydaje się w zasięgu ręki, ale to wszystko, a przynajmniej to co niewygodne, może w ułamku sekundy zniknąć za sprawą jednego delikatnego drgnięcia palca wskazującego.

Frankiści

Żydzi, żyjąc od najdawniejszych czasów w rozproszeniu, często zmuszeni byli porzucać judaizm. W zależności od sytuacji, miejsca i czasu, przechodzili na pogaństwo, islam, chrześcijaństwo czy później – na katolicyzm. Podczas powstania Bar-Kochby dopuszczali się Żydzi okrucieństw w stosunku do żołnierzy rzymskich. To z kolei wywołało krwawe represje ze strony cesarza Hadriana. Ratunku szukano więc w przyjmowaniu pogaństwa. Taka postawa spotkała się z aprobatą członków sanhedrynu. Uznali oni, że dla ratowania życia wolno naruszyć wszystkie ustawy religijne judaizmu, oczywiście zewnętrznie.

W późniejszych czasach przechodzili, w wizygockiej Hiszpanii, na chrześcijaństwo. Z kolei, gdy Arabowie pokonali Wizygotów, przyjmowali islam. Znalazł się jednak w tym czasie pobożny pisarz żydowski, który twierdził, że Żydzi, którzy pozornie nawrócili się na islam czy chrześcijaństwo, powinni być traktowani jako odszczepieńcy i bałwochwalcy. To wywołało wśród potajemnych żydów wzburzenie. Przywódcy Izraela zdawali sobie sprawę z wagi tego zagadnienia i szkód, jakie mogłoby przynieść takie ujęcie problemu dla narodu wybranego.

Z upoważnienia sanhedrynu problem ten rozstrzygnął, popularny wśród mas żydowskich, Mojżesz Majmuni (Majmonides), który pozornie wyznawał islam. W swym dziele, ogłoszonym około r. 1160-1164, wykazał on przede wszystkim, że częściowe wykroczenie przeciw ustawom judaizmu nie stanowi jeszcze odszczepieństwa. Niewątpliwie Talmud nakazuje każdemu Żydowi ponieść śmierć męczeńską, gdyby był zmuszony do trzech grzechów głównych, zwłaszcza do bałwochwalstwa. Wszelako kogo nie stać na męstwo męczennika, ten za swoje uchybienie nie podlega żadnej karze ze strony zakonu, nie może też, z punktu widzenia talmudycznego, być uważany za odstępcę i człowieka nie zasługującego na wiarę. Tak sformułowaną odpowiedzią starał się Majmuni o utrzymanie w judaizmie pozornych mahometan i chrześcijan.

Taką interpretacją zyskał powszechne uznanie. Zwracano się do niego z problemami religijno-prawnymi. Uznano go za najwyższy autorytet. Najwyższy trybunał żydowski stwierdził, że pozorna zmiana wiary nie ma żadnego znaczenia i nie może pociągać za sobą żadnych skutków. Co więcej, egzylarcha (przywódca na wygnaniu) z Mossulu, Dawid Ben-Daniel, który wywodził swój rodowód od króla Dawida, razem z dwunastoma członkami swego kolegium, obłożył klątwą wszystkich tych, którzy źle wyrażali się o Majmunim i jego pismach. Podporządkowały mu się dobrowolnie gminy na Wschodzie i Zachodzie.

Tak bezwzględne zastosowanie się do poleceń „drugiego Mojżesza”, bo tak nazywano Majmuniego, nasuwa przypuszczenie, że już wtedy kierownictwo żydowskie zamierzało przeprowadzić szerszą akcję polityczną, która wymagała większej ilości Żydów upodobnionych zewnętrznie do autochtonów. Chodziło o szerzenie niedowiarstwa wśród chrześcijan, co ułatwiło powstanie i rozwój sekty Albigensów, która wypowiedziała posłuszeństwo Kościołowi katolickiemu.

Na tym przykładzie widać, jakie jest podejście Żydów do religii, i że ta religia jest środkiem do celu. Cel jest najważniejszy. Jeśli religia stoi w sprzeczności do celu, to zmienia się jej dogmaty, a nie – cel. A cel, mesjanistyczny cel, jest niezmienny – panowanie nad światem.

Stanisław Didier w książce „Rola neofitów w dziejach Polski”, pierwsze wydanie z 1934 roku, pisze:

Najpoważniejszym terenem zastosowania idei Mojżesza Majmuniego stał się jednak przy końcu średniowiecza Półwysep Iberyjski. Od roku 1391 kościoły katolickie napełniały się co pewien czas tysiącami Izraelitów wszelkiej płci i stanu, żądającymi chrztu. Wśród nowochrzczeńców przeważali ludzie zamożni, właściciele rozległych włości, dzierżawcy królewszczyzn, lichwiarze i handlarze niewolnikami. Stosując się do nakazu drugiego Mojżesza, zrywali oni pozornie z judaizmem. Królowie Kastylii i Aragonii patrzyli na to początkowo przez szpary (dziś mówimy: przez palce). Władze nie domyślały się niczego, lub udawały, że nie widzą obserwowania (dziś mówimy: przestrzegania) przez neofitów nadal obrządków żydowskich. Inkwizycja nie miała jeszcze podówczas nad nimi żadnej mocy, nie istniała bowiem w Hiszpanii. Z tych to kryptożydów utworzyła się liczna i wpływowa klasa, którą można by nazwać judeo-chrześcijańską. „Byli to światowcy, którzy nad wszelką religię przedkładali rozkosze życia, bogactwa i zaszczyty, sceptycy, którzy przyjęli wiarę chrześcijańską (…) bo otwierała przed nimi świat szeroki (…). Klasa ta podszyła się pod płaszczyk chrześcijaństwa, a nawet udawała żarliwą pobożność (…)” pisze Graetz („Historia Żydów” tom VI, str. 4) o nowochrzczeńcach hiszpańskich. Ludność starochrześcijańska spoglądała okiem nieufnym na tych swoich nowych współwyznawców i nadała im przezwisko „marani” (marranos).

W Wikipedii możemy przeczytać, że marrano – znaczenie niejasne, być może „świnia”, podczas gdy Google Tłumacz nie pozostawia wątpliwości: marrano – świnia.

Dalej Stanisław Didier pisze:

„Co się tyczy maranów przebywających na Półwyspie Iberyjskim, pozostali oni pozornie chrześcijanami w ciągu całych stuleci. Zapanowała u nich tradycja, że przynajmniej jeden syn z każdej rodziny winien stać się księdzem. A ponieważ nie brakowało im zdolności i sprytu, dochodzili przeto do najwyższych stanowisk duchownych. Wielu kanoników, sędziów inkwizycji, nawet spowiedników książąt krwi, pochodziło z Żydów. Klasztory męskie i żeńskie były pełne wychrztów. Niejeden był z przekonań Żydem, lecz dla celów doczesnych udawał chrześcijanina. Byli w Hiszpanii biskupi i pobożni zakonnicy, których najbliżsi przebywali za granicą i wyznawali judaizm. Będąc w ścisłym związku ze swymi krewnymi z Holandii, Francji i Anglii pracowali oni stale nad osłabieniem monarchii hiszpańskiej. Pobożni i cisi prałaci i zakonnicy żywili płomień swego przekonania i podkopywali potężne państwo następców Filipa II”.

Taki sposób działania, jak w Hiszpanii, powielają Żydzi w innych krajach. Wielu z tych, którzy w niej nie zostali, osiedliło się w Turcji i przeszło na islam. I właśnie tam, w połowie XVII wieku potomek hiszpańskich maranów Sabbataj Cwi ogłosił się oczekiwanym zbawicielem mesjańskim. Całe żydostwo tureckie uznało go za swego zwierzchnika. Imponując tłumom niepoślednim umysłem, pewnością siebie, energią, dociekaniami kabalistycznymi, rozpoczął rozdawać swym zwolennikom prowincje i kraje tureckie. Musiało to wzbudzić, co oczywiste, zainteresowanie władz w Stambule. Aresztowano go i przyprowadzono przed oblicze sułtana. Jedynym ratunkiem było przejście na wiarę mahometańską, co też skwapliwie uczynił. Za mistrzem poszła wielotysięczna rzesza jego zwolenników. Władzom tureckim wmówił, że jego bliskie stosunki z Żydami mają na celu nawrócenie ich na islam i… uzyskał pozwolenie wygłaszania kazań w synagogach.

Po śmierci Sabbataja Cwi liczba jego zwolenników rosła, również poza granicami Turcji. Jego uczniowie szerzyli idee zmarłego mistrza w Polsce, Czechach i Niemczech. Pod koniec XVII wieku większość osiadłych w Polsce Żydów przyjęła chrzest.

A co działo się później, to tak przedstawia Didier:

„Na początku osiemnastego stulecia liczba pozornych chrześcijan w Polsce niepomiernie wzrosła. Przyczyniało się do tego ugruntowanie sabbataizmu w Rzeczypospolitej oraz gorliwość misjonarska duchowieństwa katolickiego, przyczyniającego się bezwiednie do realizacji idei drugiego Mojżesza. Dzięki akcji księdza Turczynowicza z Wilna i żeńskiego zakonu Mariawitek, którzy wyszukiwali neofitom możnych rodziców chrzestnych, tysiące Żydów przyjęło chrzest. Chętna do tej służby chrześcijańskiej okazała się rodzina Poniatowskich, dalej: Lubomirscy, Sapiehowie, Zamoyscy, Potoccy, Tyszkiewicze, Małachowscy, Chodkiewicze i Platerowie. Starali się oni o jak najszybsze nobilitowanie chrześniaków i dawanie im odpowiednich stanowisk. Pamiętali też o swoich współbraciach wpływowi potomkowie dawnych neofitów, zajmujący wybitne stanowiska i spokrewnieni z wieloma rodzinami staropolskimi. Im to zawdzięczali najświeżsi chrześcijanie, nie patrząc na ostrą opozycję warstwy kierowniczej w kraju, nie chcącej dzielić się z nikim władzą, obalenie dawnego prawa, według którego skartabel (ex charte belli) szlachcic nowy dopiero w trzecim pokoleniu stawał się zdolny piastować urzędy szlacheckie. Dla nich uchwalono w 1736 r. nową konstytucję, która pozwalała omijać skartabellat (praeciso scartabellatu) i przypuszczała nowego szlachcica od razu do pełności praw szlacheckich. Umożliwiało to masom sabbatejczyków wzmocnienie zwartej organizacji mechesów (neofitów), której złowrogi wpływ Polska niejednokrotnie już odczuła oraz przygotowała grunt dla frankistów.

Liczna nowo kreowana szlachta zaczęła w szybkim tempie zajmować poważne stanowiska w kraju. W spisie bardziej znanych rodzin neofickich owych czasów widzimy: Dziekońskich, piastujących poważne stanowiska duchowne i wojskowe, Dobrowolskich herbu Odyniec – zakonników i starostów, Dessaw, którzy otrzymali godności starostów, Urbanowskich – duchownych na kierowniczych stanowiskach, Jakubowskich – wyższych wojskowych i starostów, Wolańskich – posłów na sejm i wielu innych. Najwpływowszym wśród nich był jednak Wojciech Jakubowski, starosta lesznowolski, którego zagadkowa rola w ówczesnej Polsce nie została dostatecznie wyjaśniona. Giętki dworak, umiejący zręcznie zyskiwać względy arystokratycznych dam, pozostawał w bliskich stosunkach z Czartoryskimi. Nie przeszkadzało mu to w należeniu do stronnictwa francuskiego, na czele którego stał Jan Klemens Branicki. Hojnie opłacany przez dwór wersalski był on stale nienasyconym i często przypominał doradcom Ludwika XV o położonych przez niego dla Francji zasługach”.

Tak więc nowa sekta frankistów, która pojawiła się w połowie XVIII wieku nie trafiała w próżnię. Ale i ona sama nie wzięła się znikąd. Wyrosła na gruncie sabbataizmu. W 1726 roku urodził się w Karolówce na Podolu syn Lejby, karczmarza, i Racheli, pochodzącej z okolic Rzeszowa. Nazywał się Jakub Lejbowicz. W trzynastym roku życia przeniósł się wraz z rodzicami na Wołoszczyznę, a później do Rumunii do Bukaresztu. Tam pracował w sklepie, ważąc sól, pieprz i różne korzenie. Nie bardzo mu to pasowało. Przerzucił się na handel drogimi kamieniami, jedwabiami, suknem i podobnymi towarami. To wymagało częstych podróży w poszukiwaniu towaru. Jeździł po miastach wołowskich i tureckich i tak trafił do Smyrny. Jak każdego cudzoziemca przybywającego z Europy, Turcy nazwali go Frankiem. I to nazwisko przylgnęło do niego na resztę życia.

W tamtym czasie pamięć o Sabbataju Cwi, żydowskim sprytnym mesjaszu, była jeszcze żywa i pobudzała wyobraźnię Franka. Teodor Jeske-Choiński w swojej Historii Żydów w Polsce tak to opisuje:

„Ruchliwy umysł Franka chciał wniknąć w tajemnicę sławy Sabbataja, chciał się dowiedzieć w jaki sposób można zapanować nad tłumami i dlatego zanurzył się w mętne głębie Zory. Chwile wolne od zajęć kupieckich poświęcał w roku 1750 badaniu kabały i praktyk okultystycznych. Nie przygotowany do takiej pracy korzystał niewiele z mistycznej gadaniny kabalistów, mimo pomocy chachama (mędrca) Issahara, sławnego sabbatejczyka. Nie bardzo się tym martwił, że ‘niewiele z tego rozumiał, co czytał’, jak sam przyznawał, przekonał się bowiem wkrótce, że nie potrzeba być wcale uczonym, aby panować nad najuczeńszymi w piśmie. Wystarczy być zręcznym, przebiegłym i energicznym, wystarczy umieć narzucić im swoją wolę. A tę sztukę potrafił lepiej od kabalistów.

Opowiadał Frank, że ślęcząc nad tajemniczymi księgami, wyrobił sobie taką sławę mędrca, iż znani uczeni żydowscy przychodzili do niego z prośbą, aby wytłumaczył im niejasne dla nich miejsca. A on ‘lubo sam tych miejsc nie rozumiał’, odczytywał je z taką swadą, iż oni je zaraz rozumieli. Sugestia działa często mocniej od logicznej argumentacji”.

W lipcu 1755 roku przybywa do Polski Jakub Lejbowicz Frank, wychowany w Turcji, nieznający języka polskiego. Towarzyszą mu jego liczni zwolennicy. Ich pojawieniu się i zachowaniu protestują talmudyczni żydzi i na skutek ich denuncjacji Frank zostaje postawiony przed sąd biskupa kamienieckiego Dębowskiego. Jako formę swojej obrony proponuje publiczną dysputę pomiędzy frankistami a rabinami. Dochodzi do niej w Kamieńcu Podolskim w 1757 roku przed forum kościelnym. Rozprawy toczyły się w języku hebrajskim, gdyż ani talmudyści, ani frankiści nie znali języka polskiego. Tłumaczył Jan Chryzostom Białowolski, pisarz sądów wójtowskich w Kamieńcu. Wyrok sądu wypadł na korzyść frankistów. Jednak nie długo cieszyli się oni zwycięstwem. Ich protektor biskup Dębowski umiera w listopadzie 1757 roku. Talmudyści biorą rewanż i Frank salwuje się ucieczką do Turcji.

W rok po dyspucie kamienieckiej, w czerwcu 1758 roku, August III potwierdził dekretem wyrok biskupa Dębowskiego. Potępił talmudystów, a kontrtalmudystów wziął pod szczególną opiekę, wystawiając im list żelazny, zezwalając im jednocześnie na wjazd na terytorium Rzeczypospolitej. W lipcu 1759 roku archikatedrze lwowskiej dochodzi do jeszcze jednej debaty, w której frankiści twierdzą, że wierzą w Trójcę Świętą i w to, że Mesjasz już przyszedł i zarzucają talmudystom uprawianie mordów rytualnych. I znowu sąd kościelny przyznaje zwycięstwo frankistom.

Chrzest frankistów zaczął się we wrześniu 1759 roku. Od września do grudnia ochrzciło się we Lwowie około 500 kontrtalmudystów obojga płci. Frank przyjął na chrzcie imię Józef. Dzięki temu frankiści mieli zapewnioną opiekę rządu i możnych panów. Otworzyły się przed nimi źródła zarobkowanie niedostępne dla prawowiernych Żydów.

Mogłoby się zdawać, że Frank osiągnął swój cel. Ale nic bardziej mylnego! On marzył o osobnym własnym państwie na Podolu. I z tym projektem pojechał do Warszawy. Niektórzy uważają, że był to pierwszy projekt utworzenia na ziemiach polskich Judeopolonii. Nic jednak nie wskórał. Co gorsza, niektórzy frankiści zaczęli rozpowiadać dziwy o sile cudotwórczej „pana” i o jego boskim posłannictwie. I dopiero wówczas duchowieństwo odgadło jego ukryte plany. Nie pomogła mu przed sądem jego giętkość i dar przekonywania. Skazano go jako kłamcę na dożywotnie więzienie w twierdzy częstochowskiej.

W 1773 roku, po zajęciu Częstochowy przez wojska rosyjskie, Frank odzyskał wolność i udał się do Brna. Następnie do Wiednia i w końcu osiadł w Offenbachu koło Frankfurtu, gdzie dopełnił żywota. Wszędzie tam żył jak król. Skąd miał na to pieniądze?

To, co działo się z Frankiem po wyjeździe z Polski, jest dla nas mało istotne. Ważniejsze jest to, co sekta frankistów „wniosła” w polską rzeczywistość i jakie były tego dalekosiężne skutki.

»Jedynym, który nie ufał żydowskim sekciarzom, był nuncjusz papieski ks. Serra. Z życiorysu Franka można wywnioskować, że przejście na katolicyzm było tylko środkiem do celu, a nie celem samym w sobie. W 18 roku życia, a więc w pięć lat po przybyciu do Turcji, otrzymał od swych współwyznawców tytuł „chachama”, co oznacza najmądrzejszy, najbieglejszy, najuczeńszy. Chacham to tytuł trzeciej z rzędu godności w Sanhedrynie. Jest to drugi zastępca przewodniczącego.

Pierwsze swoje wtajemniczenie jeszcze w Turcji otrzymał Frank od niejakiego Issachara, który wówczas był „chachamem”. Dalszych wtajemniczeń udzielili mu, jako młodzieńcowi, dwaj rabini przybyli z Polski, Mardocheusz i Nachman, którzy „wszystko mu wyjawili”. Uświadomili go, że wcielenie mesjasza Sabbataja Cwi, Berachia, urzęduje w Salonikach i pragnie go widzieć. Wobec tego Frank udał się do Berachii, „a ten – czując się bliski śmierci – zlał nań swego ducha i oddał mu władzę nad owczarnią”. W ten sposób stał się Frank legalnym następcą Sabbataja Cwi, żydowskiego mesjasza. Jakże więc to sobie wytłumaczyć, że ów mesjasz i chacham był do tego stopnia znienawidzony przez talmudycznych żydów polskich?« – Henryk Rolicki Zmierzch Izraela.

Wszystko wskazuje, jakbyśmy to dziś powiedzieli, na ustawkę. Zjawienie się Franka w Polsce nie było przypadkowe. Przybył tu wraz z Żydami tureckimi i włoskimi, a więc sefardyjskimi. Miał tu jakąś misję do spełnienia, do której polscy żydzi byli niezdatni. Czy chodziło mu o prawdziwą asymilację? To jest bardzo wątpliwe. Śledząc jego wypowiedzi, nie można mieć złudzeń, co do jego intencji. „Powiadam wam: kto się nie pomiesza z narodami, daremna praca jego”. Sens tej wypowiedzi jest taki, że Żydzi jako naród nieliczny może zapanować nad światem poprzez wnikanie do obcych społeczeństw i zajmowanie w nich kluczowych stanowisk. Nie można tego dokonać jako żyd. Trzeba zmienić wiarę.

Henryk Rolicki w książce „Zmierzch Izraela” ujmuje to tak:

Cel swój zamierza Frank osiągnąć uświęconym u Izraela sposobem: podstępem. Zamierza wkraść się do fortecy narodów nieżydowskich i ułatwić żydom jej zdobycie przez dywersję, wywołaną wewnątrz. Odsłania swój plan uczniom w jednej ze swych przypowieści.

„Pewien król oblegał fortecę, lecz dobyć jej nie mogąc, ogłosił, iż kto by się podjął zdobyć miasto, dostanie jego córkę za żonę i połowę królestwa całego. Przyszedł pewien prostak (tak lubi się Frank zwać sam – przyp. aut.) i wyszpiegowawszy wprzód okolicę i obszedłszy mur dookoła, poszedł do króla i rzekł: Daj mi 800 ludzi pod moją komendę, ale takich, jakich ja sobie wybiorę. Wybrawszy ich sobie, miał do nich przemowę, by mu żadnej rady nie dawali, tylko milcząc szli za nim krok w krok i o niego nie pytali. Poradził ponadto królowi, by przez trzy dni bombardował fortecę ustawicznie, by oblężonych w mieście osłabił. Sam zaś ze swą garstką wojska udał się w nocy pod mur miasta do kanału, przez który najobrzydliwsze fecesa z miasta wypływają i raniutko przez ten kanał wlazł na mury miasta i tam wiele straży trupem położył, co król posłyszawszy, wszedł szturmem i fortecę odebrał”.

A więc chacham (trzecia osoba w Sanhedrynie) Frank żąda od kierownictwa żydowskiego kilkaset ludzi, ale takich, których sobie sam wybierze. Z nimi, nie wtajemniczając ich w swój plan, wchodzi przez obrzydliwy kanał, czyli chrzest, w głąb fortecy narodów chrześcijańskich, którą żydostwo tymczasem bombarduje ustawicznie z zewnątrz. Tam wywołuje zamieszanie, a kierownictwo żydowskie tymczasem bierze twierdzę szturmem. Oto prosty sens tej bajeczki i właściwa tajemnica Franka.

Chodzi mu o cele mesjańskie, to jest o zapanowanie Izraela nad światem. Do tego ma prowadzić przelew krwi, wojny, rewolucje. To jest to bombardowanie twierdzy.

I dalej Rolicki pisze:

»Zamiarem Franka było w momencie, gdy wybuchnie rewolucja światowa i otworzy żydom swobodny dostęp do życia publicznego w całej Europie, zdobyć dla żydów samodzielne państwo na terytorium Polski. Ta Judeo-Polska miała być Polską pod władzą żydów, miała być tą ziemią obiecaną, nową Palestyną, skąd by władza żydowska promieniowała na cały świat.

Nie udało się od razu, choć warunki zdawały się wieścić planom żydowskim zupełny sukces. Przecież Frank, wkraczając po raz pierwszy z Turcji do Polski w r. 1755 był pewny ziszczenia swych planów i tej pewności dał wyraz w odezwie, wydanej na granicy polskiej do żydów, której wyjątki poznać warto:

„Szlachta polska, czego nam właśnie trzeba, jest dobra i głupia. Jej królowie nigdy nie byli od niej mędrsi, dla was zaś zawsze byli jeszcze lepsi niż ona. Gdy wypędzonych z ziemi niemieckiej przodków naszych przyjęła szlachta polska na swoją ziemię, wnet poznali w tej ziemi nową obiecaną, bo wnet jej książąt Piastów zaczęli piastować w swoich kieszeniach… A czyż i wam krzywda, spółwiercy i bracia moi, pod rządami panującego nam obecnie Augusta III, kiedy ludność wasza pod berłem tego polskiego króla żyjąca, już się zrównała z ludnością ojców i przodków naszych w Palestynie z czasów króla Dawida? Nie tylko przez taką ludność, ale także przez niesłychane swobody i rozkosze ludu żydowskiego w Polsce, ja bym ten kraj nazwał prędzej żydowskim niż polskim. Judzką, nie polską ziemią, bo te miliony mieszczan i chłopów dla żydów jedynie żyją, na nich w pocie czoła pracują i sam Bóg po Palestynie Polskę musiał dla żydów na nową ziemię obiecaną, a Kraków na nową Jerozolimę przeznaczyć”.

Ni udała się żydom w XVIII wieku zamierzona rewolucja wszechświatowa. Udały się tylko rewolucje amerykańska i francuska, zaś Polska za swój współudział w ruchu rewolucyjnym zapłaciła utratą niepodległości. Plan Franka powiódł się tylko w części. Nie udało mu się stworzyć państwa żydowskiego na ziemiach Polski, powiodło mu się tylko pozbawić Polaków suwerenności w ich własnym kraju.

Organizacja frankistów współdziałała walnie ze swym przywódcą, by wydać Polskę na łup żydostwa. Wszedłszy w koła szlacheckie, frankiści poczęli wchodzić w polskie życie polityczne i odegrali wybitną rolę w polskich organizacjach wolnomularskich. Frankistą był Wojciech Turski, pochodzący z żydów tureckich, jeden z wodzów polskiego wolnomularstwa, wybitny poseł Sejmu Czteroletniego. Za czasów Królestwa Kongresowego usadowił się w wolnomularstwie polskim niejaki generał Franciszek Ksawery Krysiński, znowu frankista. W r. 1831 znowu jeden z głównych przywódców ruchu rewolucyjnego jest Tadeusz Krępowiecki, także frankista. Był on jednym z założycieli Towarzystwa Demokratycznego«.

W XVII wieku setki rodzin żydowskich przechodziło na katolicyzm i tym samym wchodziło do stanu szlacheckiego, ale w XVIII wieku mamy zdarzenie wyjątkowe. Tajna organizacja żydowska w całości przyjmuje chrzest, ale zachowuje swój ustrój wewnętrzny. Pod koniec tego wieku 24.000 żydów chrzci się, z tego 6.000 w Warszawie. Nazwiska przyjmowali po swoich dobrodziejach (Dębowscy), od miejsca pochodzenia (Buscy z Buska; Brzeziccy i Brzezińscy z Brzezia; Jezierzańscy albo Jeziorańscy z Jezerzań; Lanckorońscy z Lanckorony). Inni polonizowali swoje nazwiska żydowskie (Krysy, Krysińscy; Schor, czyli wół, Wołowscy; Josek, Josińscy, Jasińscy; Szymon, Szymonowscy, Szymanowscy; Nuchem, Nuchymscy, Nachymscy, Naimscy itp. Przyjmowano też nazwiska od dnia lub miesiąca chrztu (Niedzielski, Poniedzielski, Piątkowski, Sobociński, Styczyński, Kwieciński, Majewski, Sierpiński, Wrzesiński, Grudziński). W powieści Kraszewskiego „Żyd” pojawia się pani Wtorkowska. W telewizji, w którymś z programów był, czy jest, nie wiem, serial – „Złotopolscy”, to też prawdopodobnie od frankistów.

Od początku swojego osadnictwa na ziemiach polskich, od tego nieszczęsnego, dla nas, statutu kaliskiego, Żydzi mieli uprzywilejowaną pozycję, a ci z nich, którzy stawali się chrześcijanami, od razu awansowali na szczyt drabiny społecznej, windowani tam przez swoich, jakbyśmy to dziś powiedzieli, sponsorów. Dziwna była ta polska arystokracja i szlachta, która faworyzowała obcych, a gnębiła swoich. Chłop był przywiązany do ziemi. Nie mógł przenieść się do miasta, by tam znaleźć dla siebie nowe zajęcie. Mieszczanie też nie mieli powodu do radości. Czyż można się dziwić Frankowi, który w swojej odezwie do żydów pisał: … ja bym ten kraj nazwał prędzej żydowskim niż polskim. Judzką, nie polską ziemią, bo te miliony mieszczan i chłopów polskich dla żydów jedynie żyją, na nich w pocie czoła pracują i sam Bóg po Palestynie musiał Polskę dla żydów na nową ziemię obiecaną, a Kraków na nową Jerozolimę przeznaczyć.

Wygląda więc na to, że jeszcze zanim pojawił się Jakub Lejbowicz Frank Dobrudzki, to żydowskie kierownictwo obrało było sobie Polskę za swoją ziemię obiecaną. Trudno się temu dziwić. Przecież żydzi, którzy tu żyli od wieków musieli je informować, że nigdzie na świecie nie ma tak niedorozwiniętych umysłowo elit, jak w Polsce. Ale czemu się dziwić, skoro na ziemiach polskich, jedynie nuncjusz papieski ks. Serra od razu wyczuł intencje Franka. Bolesne to, ale prawdziwe.

Pojawienie się sekty frankistów w Polsce to był jeden z najważniejszych, o ile nie najważniejszy moment w historii narodu polskiego. Był to praktycznie przysłowiowy gwóźdź do jego trumny. Ci neofici wnikają bardzo głęboko w polskie społeczeństwo, a właściwie w jego elitę i stopniowo ją zastępują. Służą ku temu kolejne powstania: insurekcja kościuszkowska, powstanie listopadowe, powstanie styczniowe i powstanie warszawskie. Celem insurekcji było związanie Prus, Austrii i Rosji, by nie interweniowały we Francji, w której ważyły się losy rewolucji francuskiej, która była żydowskim pomysłem. Rewolucja francuska ocalała, a Polska straciła niepodległość. Po upadku powstania listopadowego żydzi opanowują w Polsce życie gospodarcze i towarzyskie. I wtedy gorliwymi zwolennikami asymilacji stają się potomkowie frankistów. Powstanie styczniowe dobiło to, co nie zostało unicestwione w powstaniu listopadowym. Później była jeszcze rewolucja 1605 roku, która zniszczyła rodzący się polski przemysł. I w końcu to żałosne powstanie warszawskie, ale o nim pisałem w innym miejscu, więc nie będę się powtarzał.

Dziś mamy Polin, nie Polskę. To jest efekt konsekwentnego i przemyślanego działania żydów od kilkuset lat. Oni są tak konsekwentni i przewidujący, że niszczą w zarodku każde niebezpieczeństwo. A takim, dla nich, niebezpieczeństwem mogłaby być Polonia w Ameryce. Cóż, tak liczna i zorganizowana, mogłaby szachować każdego kandydata na prezydenta. Są jednak wśród niej delegowani z kraju, pozorni emigranci, pozorni patrioci, którzy ją rozbijają. I później jeszcze mówią, że Polacy to kłótliwy i zawistny naród.

Nie ma już Polski. Jest Polin. Ale, jak mówi przysłowie: nigdy nie mów nigdy. Może jeszcze karta się odwróci. Na pewno nie dokona się tego poprzez modlitwy. Pierwszą i podstawową sprawą jest właściwe rozpoznanie sytuacji, tak jak na wojnie. A sytuacja wygląda tak: Żydzi są polską elitą w Polsce, a Polacy są w niej plebsem. Czy plebs może pokonać elitę? Oto jest pytanie! W plebsie też są zdolni ludzie. Tylko czy ktoś ich dostrzeże i da im szansę, gdy nadarzy się stosowna chwila? A taka może nadejść szybciej niż myślimy!

Wojna niemiecko-radziecka

22 czerwca 1941 roku rozpoczęła się wojna niemiecko-radziecka. Była to dziwna wojna, która momentami przypominała wojnę z 1920 roku. I Piłsudski i Hitler podejmowali dziwne decyzje i to w momentach, w których zdecydowane działania doprowadziłyby do zwycięstwa. Obaj też otwarcie deklarowali, że nie walczą z bolszewikami tylko z Rosją. O ile w przypadku Piłsudskiego można to było zrozumieć, bo Rosja jeszcze była, o tyle w przypadku Hitlera jest to już mniej zrozumiałe, a właściwie to niezrozumiałe. Nie można jednak wykluczyć, że Hitler wiedział, co mówił. Gdyby tak rzeczywiście było, to można by się pokusić o interpretację tego starcia, jako dokończenie rewolucji. Tym razem już jednak tylko w sferze nadbudowy, czyli w sferze ludzkiego umysłu, systemu wartości i przekonań. Pomimo że od rewolucji minęły 24 lata, to nadal większość Rosjan nie była przekonana do tego najlepszego z ustrojów. Rosjanie i narody wchodzące w skład Wielkiego Księstwa Litewskiego zrazu potraktowały niemiecką agresję jako wyzwolenie. Szybko jednak przekonały się, że to nie tak. Józef Mackiewicz w swojej powieści „Nie trzeba głośno mówić” dokładnie opisał nie tylko najważniejsze momenty tej wojny, ale również sposób myślenia i wnioskowania ludzi prostych i tych bardziej, jakbyśmy to powiedzieli z angielska – „sophisticated”, czyli takich wyrafinowanych, obytych w świecie.

Prosty człowiek obserwował i wnioskował:

„ Nic u nich z tego nie wyjdzie. Już po wszystkiemu widać, że nic nie wyjdzie. Naród darem męczą, zamiast oswobodzić, sami ta bolszewizma rozprowadzają. I jeszcze jak na śmiech ludziom, nie jakichś gubernatorów, czy wojewodów, czy naczelników, ale musowo komisaaaarów powyznaczali! Czy u nich tam rozumu nie ma za kopiejkę? Toż pomyśleć: bolszewik przyszedł i zagrabił wszystko; a Niemiec przyszedł i sobie zabrał. Rzeczywiście i wychodzi: „grab zagrabione”, jak za Trockiego. Nieee, to nie ten Niemiec, co był przyszedszy w piętnastym, osiemnastym. Taki sam bolszewik, tylko że szczeka jak pies. – Dopiero po dłuższym namyśle dodał: – A że pod Moskwę podeszli, to i Napolion w Moskwie był, a później co stało się. O, tylko krzyżów po dziś dzień ostawił.”

Przedstawiciel białoruskiej inteligencji jest bardziej „sophisticated”:

„A tymczasem na wschodzie Europy następuje taki paradoks: wszystkie narody chłopskie, czyli wszystkie tak zwane „czarne ręce od pługa”, czyli organicznie demokratyczne, Finowie, Estończycy, Łotysze, Litwini, Białorusini, Ukraińcy, Słowacy… wolą raczej Niemców, niż tego sojusznika demokracji światowej! (…) …Tymczasem drugi fenomen: z całej Europy wschodniej, tylko ‘szlachecka’ Polska i ‘kapitalistyczne’ Czechy, czyli ‘pańskie’ i ‘białoręce’, kumają się z bolszewikami przeciw Niemcom! (…) Rozwiera się taka przepaść pomiędzy ‘Koroną’ i ‘Wielkim Księstwem’, jakiej jeszcze nigdy dotąd o tej głębokości w historii nie było. W porównaniu z tym, odrodzenie się naszych narodowych ruchów, białoruskiego, litewskiego, ukraińskiego w XIX wieku, zda się tylko drobną skazą na waszej ‘idei Jagiellońskiej’. Dziś ona jest rozdarta przepaścią nie do przebycia, i nieodwracalną! Wszystko co było Litwą i Rusią, idzie przeciw bolszewikom. Wszystko co było Koroną, idzie z bolszewikami.”

W dalszym ciągu ta sama osoba analizuje stosunki wewnątrzniemieckie:

„Żyjemy w epoce propagandy, więc wśród pojęć mocno uproszczonych. Tak prosto nie jest. Nie bywało zresztą nigdy na świecie. Ja byłem niedawno w Berlinie. O ile mogłem się zorientować, istnieją trzy główne, że tak powiem, trzony, które decydują o polityce wschodniej. Po pierwsze Hitler i partia, a więc takie typy jak Bormann, Himmler, Göring i banda. Po drugie: Ostministerium, to znaczy Rosenberg i cały sztab wcale rozsądnych profesorów i ekspertów. Po trzecie: wojsko. To znów schemat. Pomijam, że w każdym z trzonów są prócz tego tarcia, kłótnie, zwalczania wzajemne, zawiści i inne zdania. Prócz tego odsunięte od wpływów ministerstwo Ribbentropa; prócz tego propaganda, Abwehra, Gestapo, SD, „Plan pięcioletni”… ach, czego tam nie ma! Jedna wielka walka o kompetencje. Wszystko skłócone na noże, lub zakulisowe sojusze dla podstawienia nogi trzeciemu. Labirynt intryg. Ale te trzy trzony są główne. (…) Bo sytuacja jest taka: Hitler – wszyscy podludzie, jedna kolonia niemiecka. Rosenberg: wydzielić kraje bałtyckie, dać samodzielność Ukrainie, Białorusi, Kaukazowi, rozczłonkować Rosję raz na zawsze, a z ‘Moskowii’ zrobić rodzaj generalnej guberni, bez warstwy wyższej. Natomiast Wehrmacht przeciwnie: anektować kraje bałtyckie, dać może tam samodzielność na Kaukazie i innym trochę autonomii, ale w zasadzie, po obaleniu bolszewizmu, odbudować narodową Rosję i szukać z nią trwałego porozumienia. (…) … z Hitlerem nas łączy to, że ‘krucjatę antykomunistyczną’ bierze poważnie tylko Wehrmacht; zaś Hitler walczy głównie nie z komunizmem, a z Rosją. Nie tyle bolszewizm chce zmiażdżyć, ile raz na zawsze wyeliminować Rosję.”

Mamy więc taki obraz:

  • Hitler – podludzie i jedna wielka kolonia
  • Rosenberg – rozczłonkować Rosję, pozostałym republikom dać samodzielność
  • Wehrmacht – odbudować narodową Rosję i szukać z nią trwałego porozumienia

Z tego wniosek, że nie było w Niemczech jednego ośrodka władzy. W takiej sytuacji skuteczne prowadzenie wojny nie jest możliwe. A może celowo stworzono taki układ? Czyżby prowadzono tę wojnę dla samej wojny, a prawdziwy cel był ukryty? Już przygotowania do niej i zachowanie obu stron w tym czasie budzą zdziwienie i niedowierzanie, że to wszystko jakoś sztucznie wygląda.

Przygotowania do wojny rozpoczęto w lipcu 1940 roku. W sierpniu naczelne dowództwo przystąpiło do szczegółowego opracowania planów wojny. Od listopada następuje stopniowe przesuwanie wojsk z zachodu na wschód. W grudniu plan „Operacji Barbarossa” jest gotowy: szybkie rozbicie armii sowieckich i zatrzymanie na linii: Archangielsk – Wołga – Morze Kaspijskie.

W przygotowania do wojny wciągnięty jest cały aparat III Rzeszy. Zostają powołane całe sztaby eksperckie od sowieckiego przemysłu, bogactw naturalnych, rolnictwa, lasów, dróg wodnych. Do prac wciągnięte zostają ministerstwa wyżywienia i rolnictwa, gospodarki, urząd gospodarki wojennej itp. Powołano „Ostministeruim” pod kierownictwem ministra Rosenberga. W plany zaangażowane są organizacje ukraińskie m.in. OUN (Bandera) i OUN (Melnyk), białoruskie, litewskie. Podobne kontakty utrzymywano z Finlandią, Rumunią i Węgrami.

W ciągu całego tego czasu poselstwo sowieckie w Berlinie nie wie nic konkretnego. Sugestie niemieckie idą w tym kierunku, żeby przekonać posła Dekanozowa, że te wszystkie przygotowania, o których nie może nie wiedzieć, że to „wielki bluff”, mający kamuflować niespodziewany atak na Anglię.

Poprzez sieć swoich agentów bolszewicy dowiadują się o planach Niemców. Nie wiedzieć czemu, lekceważą je. W marcu 1941 roku podsekretarz stanu Sumner Welles przestrzegał ambasadora radzieckiego w Waszyngtonie o mającej nastąpić inwazji niemieckiej. W kwietniu publicznie powtórzył to ostrzeżenie Winston Churchill, ale i to nie przekonało Moskwy. Po raz pierwszy wywiad podziemny w Polsce dostarcza Sowietom informacje o jednostkach niemieckich, grupujących się na granicy wschodniej. Ale i sam wywiad sowiecki wiedział o tym, podobnie jak sowieckie posterunki graniczne. Jednak z braku konkretnych informacji ze strony GRU i sprzecznych z nimi informacji z berlińskiej INO-NKWD, Sowieci uznają ruchy tych wojsk za „wielki bluff”, a wszystkie ostrzeżenia za „prowokację brytyjską”.

Bitwa o Anglię rozegrała się w lipcu, sierpniu i wrześniu 1940 roku. Jeszcze później, w październiku i listopadzie, próbował Hitler bombardowań miast angielskich, ale bez rezultatów. Tę wojnę przegrał i wiedział, że tym sposobem nie wygra. Potrzebna mu była nowa broń, której jeszcze nie miał. Czy wobec tego wiara bolszewików w to, że Hitler, w pół roku po przegranej, chce ponownie zaatakować Anglię, była autentyczna? Dziwnie to wszystko wygląda.

W ciągu czerwca 1941 roku Niemcy skoncentrowały wzdłuż granicy sowieckiej, na przestrzeni 1.600 km, od Morza Bałtyckiego do Czarnego, 146 dywizji, o łącznej sile 3 milionów żołnierzy, 600.000 wozów, 750.000 koni, 3.580 czołgów, 7.184 armat i 1.830 samolotów. Do tego dochodziła 3-cia i 4-ta armia rumuńska na południu i armia fińska na północy. Po drugiej stronie było 139 dywizji i 29 samodzielnych brygad, o łącznej sile 4,5 miliona ludzi. Bolszewicy posiadali 6000 samolotów, z czego tylko 1500 nowego typu, pozostałe były przestarzałe.

W niedzielę 22 czerwca o godzinie 3.15 rano nastąpił atak. Zaskoczenie było kompletne. Żadna jednostka sowiecka nie była postawiona w stan alarmu, nigdzie obsada przyczółków mostowych nie była wzmocniona, bojowe linie obronne nie były rozwinięte. Na całej długości frontu nie było przypadku niezaskoczenia. Do dnia 10 lipca poddało się na trenie Białorusi 320.000 żołnierzy sowieckich, 16 lipca w rejonie Smoleńska – 300.000, pomiędzy 5 i 8 sierpnia, w rejonie Humania, 103.000, do 26 września pod Kijowem 650.000. Łącznie – 1.388.000, w ciągu trzech miesięcy. W drugiej połowie lipca, po przebyciu 700 kilometrów, armie niemieckie stanęły na linii: Jarcewo-Smoleńsk-Jelnia-Rosławl. Do Moskwy pozostawało 350 kilometrów.

W pierwszych dniach września rada miejska Smoleńska postanowiła wręczyć Hitlerowi memoriał, w którym zawarta była propozycja utworzenia rosyjskiego centrum antybolszewickiego i przekształcenia go w prowizoryczny rosyjski rząd, który powoła pod broń ochotników, walczących po stronie niemieckiej. Konkretny plan realizacji tego projektu opracował kapitan rezerwy Strik-Strikfeldt. Pochodził on z prowincji bałtyckich i w pierwszej wojnie walczył po stronie rosyjskiej. Reprezentował on pogląd że Sowiety mogą być pokonane tylko przy pomocy „wyzwoleńczej armii rosyjskiej”. Odpowiedź długo nie nadchodziła. W międzyczasie poszerzony memoriał został przesłany dowódcy sił lądowych generałowi von Brauchitsch. W końcu nadeszły obie odpowiedzi. Od generała brzmiała:

„Uważam projekt za rozstrzygający dla kampanii wojennej”.

Z kwatery Hitlera, odpowiedź podpisana przez generała Keitla, brzmiała:

„Sprawy polityczne zasadniczo nie obchodzą wojska. Poza tym, pomysły takie, jak ten, są dla Führera nie do dyskusji.

Dnie stawały się coraz krótsze. Od tygodni wojska niemieckie stały w miejscu, a rozkaz marszu na Moskwę nie nadchodził. W tym czasie gen. Guderian zamierzał zgrupowane siły pancerne pchnąć na Moskwę z rejonu Rosławla. Czekał tylko na rozkaz. O północy 22 sierpnia zadzwonił do Guderiana feldmarszałek von Bock i poprosił go o przybycie do niego do Borysowa. Guderian przyleciał o 11 przed południem. Godzinę wcześniej wylądował szef sztabu gen. Halder, który przywiózł dosłowny teks decyzji Hitlera:

„Najważniejsze przed nastaniem zimy nie jest wzięcie Moskwy, lecz zajęcie Krymu, przemysłowego i węglowego Zagłębia nad Dońcem, przejęcie dopływu nafty z Kaukazu. Na północy odcięcie Leningradu i połączenie z Finami.”

Guderian nie mógł pogodzić się z tą decyzją i osobiście stawił się 23 sierpnia w kwaterze Hitlera w Rastenburgu (Kętrzyn). Argumentował: zdobycie Moskwy zadecyduje o kampanii. Obecny był Keitel, Jodl, Heusinger. Hitler był nieprzekonany. Gdy Guderian skończył, Hitler oświadczył: „Moi generałowie mają pojęcie o strategii, ale nie mają pojęcia o wojnie gospodarczej”. Stwierdził, że zboże, nafta, masło, jajka, węgiel, minerały… to decyduje o wojnie. Dobra materialne, a nie momenty strategiczno-polityczne, propagandowe czy psychologiczne. „Uderzenie pójdzie na Ukrainę, nie na Moskwę! Pan, generale zawraca 25-go całą siłą pancerną na południe. Na Konotop, węzeł kolejowy na linii Kijowa.”

Stalin trwał przy swoim zdaniu, nawet gdy jego własne samoloty zwiadowcze doniosły, że wojska niemieckie skręciły na południe i prą w obejście frontu ukraińskiego od północy. Uznał, że to fortel i że Niemcy chcą obejść Moskwę od południa i rozkazał wzmocnić odcinek Briańska dwoma armiami. A czołgi Guderiana minęły odcinek Briańska wzdłuż jego frontu i 16 września spotkały się z 1-wszą pancerną grupą „Południe”, 200 km na wschód od Kijowa, zamykając w kotle pięć armii sowieckich. Zakończyło się to 26 września wielką klęską armii radzieckich. Poddało się 665.000 ludzi, 3.718 armat i 884 czołgi wpadło w ręce niemieckie.

Pogoda, jak cały czas w tej kampanii, była sucha. Dopiero po zwycięstwie na Ukrainie, Hitler uległ generałom i zdecydował się na uderzenie na Moskwę, choć nadal nie przywiązywał wagi do jej zajęcia. To zadanie polecił grupie armii „Środka”, wyznaczając pozostałym siłom inne, ekscentryczne, a nie koncentryczne, w stosunku do Moskwy zadania. Innymi słowy, nie był zwolennikiem okrążenia Moskwy i zaatakowania jej z każdej strony. Lubił przechwalać się tym, że nie popełni błędu Napoleona. Moskwa – mówił – nie jest dla mnie ważna.

Historia, jak mówią, lubi się powtarzać, ale też nigdy nie potarza się tak samo. W 1812 roku wojska rosyjskie były wierne swemu dowództwu, a i ludność nie była wroga. Dobrowolne opuszczenie stolicy nie oznaczało jeszcze klęski. W 1941 roku Moskwa była zaledwie od 24 lat stolicą światowego komunizmu, otoczona ludnością, która w niewielkim procencie dała się przekonać, że jest to najlepszy ustrój na świecie. Masowe poddawanie się i przechodzenie na stronę niemiecką żołnierzy armii czerwonej w początkowej fazie tej wojny, tylko utwierdzało władze sowieckie w tym, że upadek Moskwy oznacza ich koniec. Wiedzieli więc, że za wszelką cenę muszą ją obronić, jeśli bolszewizm ma się utrzymać. Zupełnie tak samo jak w 1920 roku. Zupełnie tak samo Piłsudski nie chciał zdobyć Moskwy, jak nie chciał jej zdobyć Hitler w 1941 roku. Ale dlaczego!?

To, co działo się później, Mackiewicz opisuje tak:

Pięć „frontów” obronnych, z których pierwszy od Białego i Jarcewa poprzez Briańsk wzdłuż Desny; drugi rezerwowy od Rżewa na górnej Wołdze, przez Wiaźmę-Suchenicze; trzeci od Kalinina przez Możajsk do Kaługi; czwarty od Klimu przez Narofominsk do Tuły, i wreszcie piąty od Dmitrowa do Kołomny – opasały bezpośrednio Moskwę.

Generalny atak niemiecki rozpoczął się 2 października. 2-ga pancerna Guderiana, 2-ga armia, 4-ta pancerna, 4-ta armia, 9-ta i 3-cia pancerna, niemieckiej grupy „Środka”, rozbiły w przeciągu kilku dni pierwszy, i częściowo drugi sowiecki front obrony. Wojska Jeremienki na odcinku briańskim zostały otoczone. Sam on, ranny, ratował się ucieczką samolotem. Dnia 7 października 10-ta niemiecka dywizja pancerna od południa i 7-ma dywizja pancerna od północy zamknęły kleszcze wokół kotła Wiaźmy. W bitwie tej doszczętnie zniesione zostało osiem armii sowieckich, w tym siedemdziesiąt trzy dywizje piechoty i kawalerii, trzynaście dywizji i brygad pancernych. W ręce niemieckie wpadło 1.277 czołgów i 4.378 armat. Poddało się Niemcom 673.000 żołnierzy armii czerwonej. – W ten sposób od początku kampanii, w przeciągu pierwszych niespełna czterech miesięcy, łączna cyfra wziętych do niewoli jeńców wyniosła 2.061.000 ludzi. Niebywała od stworzenia świata i prowadzonych na nim wojen!

Na kilka godzin przed zamknięciem kotła Wiaźmy, w nocy z 6 na 7 października, spadł pierwszy, wilgotny śnieg. Tajał natychmiast. Nazajutrz niebo się nie przejaśniło. Nie było wiatru. Wciąż padał śnieg, ale od południa przeszedł w deszcz. Do wieczora rozpadał się na dobre. Zaczęło lać strugami, dzień i noc następną, i znowu dzień… Minął tydzień, drugi… Deszcz lał bez przerwy.

Dnia 5 grudnia 1941 roku na odcinku Kalinina, a 6 grudnia wzdłuż całego frontu obronnego pod Moskwą, 88 sowieckich dywizji piechoty, 15 dywizji kawalerii i 24 brygady pancerne przeszło do przeciwnatarcia. Termometr wskazywał 30 stopni poniżej zera.

Niemcy zaczęli się wycofywać w głębokim śniegu, na całej linii. Częściowo porzucając ciężki sprzęt. Oskrzydlające uderzenie sowieckie od Rżewa na północy aż do Liwny na południu zagrażało obejściem głównych sił niemieckich „armii Środka”.

W tych warunkach jedynym racjonalnym, z punktu widzenia sztuki wojennej, manewrem, wydawał się śpieszny odwrót gros sił na nowe linie obronne. Niektórzy generałowie chcieli je widzieć w leżach zimowych chociażby pod Smoleńskiem.

16 grudnia Hitler podyktował swój rozkaz zabraniający strategicznego odwrotu w wielkim stylu. Dopuszczał jedyne taktyczne wyrównania, ale kazał stać i „fanatycznie” trzymać się w miejscu.

Po raz pierwszy nie było zgodnego poglądu generalicji, dotychczas niechętnie odnoszącej się do pomysłów „Führera”. Podczas gdy jedni rozkaz Hitlera nazywali kolejnym „szaleństwem”, inni byli zdania, że w tym wypadku ma on rację. Że odwrót w danych warunkach przeistoczyć by się mógł łatwo w ucieczkę, ucieczka w panikę, panika w pogrom.

Bitwa pod Stalingradem rozpoczęła się 23 listopada 1942 roku, gdy 4-ty sowiecki zmechanizowany korpus od północy i 4-ty pancerny korpus od południowego zachodu zamknęły w pierścieniu całą 6-tą i część 4-tej armii niemieckich. Straty niemieckie były ogromne i w tamtym momencie wydawało się, że losy wojny są już przesądzone. Jednak jeszcze nie w tym momencie ważyły się losy tej wojny.

Decydujący cios Stalin zamierzał zadać ofensywą znad Dońca. Na południowym odcinku frontu, po rozproszeniu słabych mieszanych wojsk rumuńskich, włoskich i węgierskich, wytworzyła się luka, którą zamierzało wykorzystać dowództwo sowieckie, rzucając w nią potężne siły celem otoczenia i zniszczenia niemieckiej grupy „Południe” na Ukrainie. Dowodził nią feldmarszałek von Manstein. I to właśnie on dnia 6 lutego 1943 roku po raz pierwszy w kampanii wschodniej, uzyskał zgodę od Hitlera na operacyjny odwrót. Ma on na celu obejście i okrążenie potężnej „grupy Popowa”. W dniu 19 lutego Niemcy opuszczają Charków. To utwierdza dowództwo sowieckie, że przeciwnik wycofuje się na całej linii. Również wywiad sowiecki, działający na zapleczu niemieckim potwierdza, że tak faktycznie się dzieje. 23 lutego „grupa Popowa” zostaje całkowicie otoczona. I dopiero 24 lutego dowództwo sowieckie uświadamia sobie, że działało w zupełnie fantastycznej sytuacji, cały czas wprowadzane w błąd przez własny wywiad. 28 lutego „grupa Popowa” zostaje rozbita i przestaje istnieć. Kilka dni później zostaje zniszczona 6-ta armia sowiecka. W dniu 15 marca Charków zostaje odbity i przy okazji zniszczona zostaje 3-cia pancerna armia i 69-ta armia sowiecka. Front sowiecki jest rozerwany w środku. Klęska spod Stalingradu została powetowana z nawiązką.

I tu znowu następuje dziwne zachowanie Hitlera. Mackiewicz opisuje to tak:

Manstein chciał wykorzystać zwycięstwo celem obejścia i zniszczenia armii sowieckich centralnego frontu, zmasowanych w wybrzuszeniu Kurska. Nalegał na natychmiastowe uderzenie od Biełgorodu z południa i od Orła z północy jednocześnie. Niespodziewanie Hitler odłożył dalszą ofensywę na sto jedenaście dni.

Operacja pod kryptonimem „Cytadela” rozpoczęła się więc 5 lipca, o godzinie 3.30 nad ranem. W zupełnie odmiennych, niż wiosną, okolicznościach. (…) Pod Prochorowką rozegrała się największa pancerna bitwa świata. Czołgi dwóch stron, dowodzone z jednej strony przez generała Rotmistrowa, z drugiej przez generała Hotha, walczyły tu prawie „wręcz”…

Dnia 10 lipca, wojska angielskie, kanadyjskie i amerykańskie wylądowały na Sycylii.

13 lipca Hitler, zdenerwowany ta wiadomością, rozkazał przerwać operację „Cytadela”. Wojska niemieckie, nie mogąc utrzymać się na zdobytych już pozycjach, zmuszone były wycofać się na stanowiska wyjściowe sprzed tygodnia.

Była to bitwa nie zdecydowana, która zdecydowała o dalszym militarnym losie kampanii. Pod Kurskiem, a nie pod Stalingradem, przełamana została wojskowa przewaga niemiecka. Przechyliła się szala i odwróciła karta.

To już po raz drugi w tej wojnie Hitler zachowuje się dziwnie, ale był jeszcze trzeci taki moment i Mackiewicz tak go opisuje:

Ale istotna katastrofa niemiecka rozpoczęła się akurat w trzecią rocznicę wojny wschodniej, 22 czerwca.

W ogromnym wybrzuszeniu niemieckiej grupy „Środka”, pod wodzą feldmarszałka Buscha – od Prypeci wzdłuż górnego Dniepru do Dźwiny – stoi 400 tysięcy żołnierzy. A naprzeciw 2 miliony 500 tysięcy żołnierzy sowieckich. Hitler, który dokonał przed kilku laty jednego z największych podbojów w historii świata ( a więc sprawiedliwie postawiony być może obok Aleksandra Macedońskiego, Napoleona i wielu innych wodzów), wie lepiej co zamierza przeciwnik: „Zamierza z podstaw galicyjskiego frontu, olbrzymim lewym sierpowym uderzyć na północny zachód, z pominięciem Warszawy, w Królewiec, do morza! I odciąć wszystko, co leży na wschód i północ.” Narysował nawet na mapie kierunek oczekiwanego uderzenia. Rysunek leży na stole, przygwożdżony pineskami. Generałowie nie śmieją oponować. Zgodnie z tym przewidywaniem pada rozkaz, aby wszystko co się da, wycofać z frontu środkowego i przerzucić na południe od Polesia, na odparcie wyobrażalnego uderzenia sowieckiego.

Dnia 22 czerwca niemieckie armie Środka miały już tylko 34 dywizje. Natomiast sowieckie zgrupowania: 1-szy Bałtycki, 1-szy, 2-gi i 3-ci Białoruski Front – 200 dywizji. 7000 samolotów przeciwko 40-tu… niemieckim.

Ale Hitler wiedział, że to tylko demonstracja siły „dla odciągnięcia uwagi wroga”. Z ogólnej liczby 34 zdolnych do boju dywizji, kazał wydzielić jeszcze 6 i zamknąć je w punktach obronnych: Witebsku, Orszy, Mohylowie, Bobrujsku. W pierwszej linii pozostało 28. Bez rezerw, bez odwodów.

Już w pierwszych dniach po uderzeniu czterech „frontów sowieckich”, niemiecka „grupa Środka” poszła w rozsypkę. Laicy chwytali się za głowę: „Gdzie nasz wywiad?!”… Wywiad był silną stroną niemiecką. O tym sowieckie dowództwo wiedziało dobrze. Agenci spośród miejscowej ludności, agenci antybolszewickich organizacji rosyjskich, ciągle jeszcze zaprzańcy ojczyzny socjalistycznej z szeregów Armii Czerwonej, przebiegający na stronę niemiecką itd. Zastosowano więc środki niebywałe: kazano armiom kopać rowy, niby dla obronnych stanowisk… Zabroniono używać radia i telefonów, nawet maszyn do pisania… Najważniejsze rozkazy miały być pisane wyłącznie odręcznie i przekazywane doręcznie przez zaufanych kurierów…Wszystko dla zaskoczenia!

W początku czerwca zestrzelony jednak zostaje na odcinku 252-giej niemieckiej dywizji piechoty, samolot sowiecki. W nim major z teczką. W teczce odręczne rozkazy, odsłaniające tajemnicę strategiczną. Nie można było dłużej żywić złudzeń.

Ale Hitler wiedział lepiej, jak każdy genialny człowiek, dopóki nim być nie przestanie.

To tyle Mackiewicz. Na końcu powieści „Nie trzeba głośno mówić”, z której pochodzą cytowane wyżej fragmenty, podaje on niektóre źródła, z których korzystał. A było tego ponad 80 pozycji. Mackiewicz, zarówno w tej powieści, jak i we wcześniejszej, „Lewa wolna” o wojnie polsko-bolszewickiej, przedstawiał fakty i nie komentował ich. Ocenę i interpretację pozostawił czytelnikom. I bardzo dobrze! Z faktami nie dyskutuje się. Chociaż, z drugiej strony, aż trudno się oprzeć i nie zacytować klasyka: „Jeśli fakty nie pasują do teorii, tym gorzej dla faktów”.

Ja jednak pokuszę się o interpretację. „Śpiewać każdy może, jeden lepiej, drugi – gorzej”, to i interpretować każdy może, jeden lepiej, drugi – gorzej. Na usprawiedliwienie dla siebie powiem tylko, że wygłaszanie największych nawet głupot Amerykanie nazywają „burzą mózgów”. I bardzo dobrze. Nie trzeba się bać swoich myśli. Nawet, jeśli mylimy się, to w końcu może znaleźć się ktoś mądrzejszy, kto je skoryguje, ale bez ich wypowiedzenia tkwilibyśmy w błędzie „ad mortem defaecatam”. – Jak to ładnie i górnolotnie brzmi po łacinie, choć takie przyziemne. Nie ma to jak wspólne, antyczne korzenie! Nie to, co jakieś, nie wiadomo jakie, judeochrześcijańskie.

Piłsudski miał dwa razy otwartą drogę na Moskwę: w październiku 1919 i w październiku 1920 roku. Ponadto po odparciu bolszewików spod Warszawy w sierpniu 1920 roku, nie poszedł za ciosem. Uderzył dopiero po miesiącu, pod koniec września.

Hitler w drugiej połowie lipca stał w odległości 350 km od Moskwy i nie ruszył, pomimo że miał drogę wolną. Co gorsza, wycofał wojska spod Moskwy na Ukrainę. Wrócił pod Moskwę w październiku, gdy pogoda zaczęła się psuć i operacje wojskowe stawały się coraz trudniejsze. Pod Kurskiem, po zwycięstwie Mansteina, wstrzymał działania na 111 dni. W czerwcu 1944 roku przerzuca część , i tak nielicznych, wojsk z frontu środkowego na południowy, na Ukrainę. To do złudzenia przypomina działania Piłsudskiego, które on nazywał „grą odwodami”. I jeszcze do tego i jeden, i drugi – nie walczy z komunizmem, tylko z Rosją.

W obu przypadkach chodziło o to, by rewolucja bolszewicka i Związek Radziecki przetrwały. A komu na tym zależało? O ile w wojnie 1920 roku cel był czytelny – zniszczenie Rosji carskiej, to w wojnie niemiecko-radzieckiej, która mogłaby się zakończyć zdobyciem Moskwy pod koniec lipca czy w sierpniu 1941 roku, i która byłaby tym, co nie udało się Niemcom podczas I wojny światowej, czyli byłby to Blitzkrieg – o tyle w tej wojnie cel nie był tak jasny. Bolszewicy też udawali, że nie widzą, że Niemcy szykują się do wojny z nimi. Może więc chodziło w niej o to, by trwała ona jak najdłużej, by zginęło jak najwięcej ludzi, zniszczono jak najwięcej czołgów, samolotów, okrętów, które to, w odróżnieniu od ludzi, można by odtworzyć i sprzedać walczącym stronom. Wydaje się więc, że zarówno Piłsudski jak i Hitler nie byli idiotami, co byłoby zbyt prostackim osądem, tylko ludźmi zależnymi od środowiska finansowego ze wschodniego wybrzeża. I przez ten pryzmat, również, należy spojrzeć na politykę polskich władz sanacyjnych przed wybuchem II wojny światowej. Tak mi się wydaje.

Judenraty i getta

Sun-Tsu, jeszcze pięćset lat przed Chrystusem, powiedział: „Zwycięży ten, kto będzie znał przeciwnika jak siebie samego”. Polski problem, a właściwie Polaków, polega na tym, że my nigdy za bardzo nie interesowaliśmy się Żydami, ich kulturą, religią, obyczajami i mentalnością. A to błąd, chociażby z tego względu, że próba obrony przed roszczeniami w oparciu o nasze, europejskie, rzymskie prawo nie ma sensu, bo to nie ich prawo. Oni mają własne i jest to, niestety, prawo silniejszego. Jednak poznanie przeciwnika pozwala nie tylko określić jego silne strony, ale też i jego słabości.

Jesienią, we wrześniu, zawsze wracamy do wybuchu II wojny światowej i ciągle zadajemy sobie to pytanie: czy można było inaczej? Te spory, dywagacje, historie alternatywne, to wszystko znamy i powtarzamy co roku. Ale były też owej jesieni wydarzenia, które po raz kolejny uświadomiły nam, że dzielimy tę ziemię z nacją, która, wprawdzie nie cała, ale w zdecydowanej większości, jest nam obca, by nie powiedzieć wroga.

W drugiej połowie października 1939 roku ustały wszelkie kontakty Żydowskiej Gminy Wyznaniowej w Warszawie, największej w Europie, z polskimi władzami podziemnymi. Żydzi poszli na współpracę z Niemcami. Po raz kolejny wzięła górę ich platoniczna do nich miłość. A jak nie Niemców, to zamiast Polaków wybiorą Rosjan, bo oni zawsze z silniejszym. My jesteśmy słabi, dlatego nie boją się nas i pogardzają nami. Czyli jedno już wiemy: zawsze pójdą na współpracę z Niemcami lub Rosjanami. To nadal jest aktualne, pomijając już fakt, że wiszą nad nami, jak miecz Damoklesa, Żydzi z Ameryki ze swoimi roszczeniami, którym wtórują ci z Izraela. I jakby mało było tych nieszczęść, to jeszcze olał nas prezydent Trump, który nie przyjechał na obchody 80. rocznicy wybuchu II wojny światowej. Ponoć zatrzymał go huragan Dorian, który zagrażał Florydzie, więc prezydent, chcąc go zatrzymać, pozostał w kraju. A tu taki obciach! Dorian zatrzymał się na Bahamach i tam wyładowywał swoją energię. Wielu wydawało się, że Trump, w naszym sporze z Żydami, będzie naszą kartą atutową, osobą, na której będzie można polegać, a on nam puścił bąka – wybrał Żydów.

Judenrat to Rada żydowska lub Żydowska Rada Starszych – forma sprawowania władzy przez przywódców żydowskich nad skupiskami żydowskimi (późniejsze getta) wprowadzona przez niemieckie władze okupacyjne w 1939 roku. W mniejszych miejscowościach Judenraty składały się z 10 osób, w miastach powyżej 10 tysięcy mieszkańców z 24 lub więcej osób. Judenraty zajmowały się m. in. ewidencją ludności, zaopatrzeniem w żywność, służbą zdrowia, pochówkami. Później dostarczały też robotników, organizowały wysyłki ludzi do obozów pracy, a jeszcze później – do obozów zagłady.

Getto to odizolowana część miasta, przeznaczona dla zamieszkania mniejszości narodowej, etnicznej, kulturowej lub religijnej, poza którą nie wolno tejże społeczności zamieszkiwać. Od średniowiecza do XX wieku przez getto rozumiano wydzielony obszar miasta, zamieszkany przez Żydów lub przedstawicieli innych narodów. W wielu europejskich miastach do XIX wieku getta pozostawały dla Żydów i innych mniejszości przymusowym miejscem osiedlenia.

To tak w skrócie o Judenratach i gettach, tak jak to widzi Wikipedia. Ale, jak mówią, diabeł tkwi w szczegółach, zwłaszcza gdy dotyczy to getta w Warszawie czy w Łodzi. Marian Miszalski w książce „Żydowskie lobby polityczne w Polsce” cytuje pracę Ewy Kurek „Poza granicą solidarności. Stosunki polsko-żydowskie 1939-1944”:

Ponieważ walka Z Niemcami o wyzwolenie Polski nie była żydowską sprawą, senator II rzeczypospolitej Adam Czerniaków, prezes Gminy Wyznaniowej Żydowskiej w Warszawie, a za nim wszyscy polscy Żydzi wybrali własną, żydowską drogę przetrwania, której cechą główną i najbardziej widoczną było podjęcie negocjacji i kolaboracji z niemieckim okupantem. Dokonany w pierwszych dwóch miesiącach wojny przez polskich Żydów wybór spowodował, że od tego momentu – poza wyjątkowymi sytuacjami – polskie wojenne drogi biegły już zupełnie innym torem niż drogi żydowskie (…). Pod pojęciem prowadzenia z Niemcami negocjacji o „warunkach współpracy” rozumieć należy negocjacje dotyczące formy administracyjno-prawnej i terytorialnej budowy żydowskiej autonomii terytorialnej w Warszawie. Zawierzyli bezkrytycznie Niemcom i uznali, że czwarty rozbiór Polski, czyli dokonany we wrześniu 1939 roku podział jej terytorium między Niemców i Sowietów, jest najlepszym momentem dla realizacji budowy na polskich ziemiach żydowskich prowincji autonomicznych. (…) Uważna lektura najpoważniejszych żydowskich źródeł powstałych w latach 1939-1942, zwłaszcza pisany niemal w całości po polsku „Adama Czerniakowa dziennik getta warszawskiego”, przetłumaczona z jidysz na polski „Kronika getta warszawskiego” Emanuela Ringelbluma oraz „Kronika getta łódzkiego” – nie pozostawiają wątpliwości co do tego, że powstałe w pierwszych dwóch latach drugiej wojny światowej żydowskie prowincje autonomiczne, zwane dotychczas w języku potocznym i naukowym gettami – z całą pewnością autonomiczne w Łodzi i Warszawie – były wynikiem realizacji nie tylko niemieckich planów represji wobec ludności żydowskiej, jak dotychczas powszechnie sądzono, ale przede wszystkim skutkiem wcielonej przez polskich Żydów pod niemiecką kuratelą żydowskiej idei (powstałej i zaprezentowanej Polakom w Sejmie ustawodawczym w roku 1920) żydowskich autonomicznych prowincji jako formy żydowskiej państwowości.

Henryk Makower w „Pamiętniku z getta warszawskiego” pisał: „mieliśmy więc właściwie powód do radości, bo nam dali takie duże i ładne getto w śródmieściu”. Przez pierwsze dwa lata wojny, do momentu agresji Niemiec na Związek Radziecki, represje dotyczyły Polaków, a nie Żydów. To Polacy byli aresztowani, wywożeni na roboty bądź rozstrzeliwani. A zdarzało się, że uciekali do getta lub nosili na ramieniu opaski z gwiazdą Dawida.

Hannah Arendt w 1963 roku w swojej książce „Eichmann w Jerozolimie” twierdziła, że gdyby nie Judenraty, to Żydów zginęłoby znacznie mniej. Bez nich ich rejestracja i koncentracja w gettach a potem wywózka do obozów zagłady nie byłaby możliwa, a przynajmniej nie na taką skalę. Pisała też , że w zakresie kooperacji z Niemcami nie było różnicy pomiędzy ściśle zasymilowanymi żydowskimi społecznościami Centralnej i Zachodniej Europy a mówiącymi jidysz masami Wschodu. W Amsterdamie, Warszawie, Berlinie czy Budapeszcie, cieszący się zaufaniem żydowscy urzędnicy tworzyli wykazy ludności i ich mienia.

(…) Judenrat załatwił z tymi mordercami, że do trzech godzin dostarczy im żądane trzysta osób. Sami Żydzi musieli łapać i wydawać braci i siostry w ręce katów, którzy stali na placu folwarku, obok naszego mieszkania, i przyprowadzonych przyjęli pałkami albo nahajkami, a później wywieźli na rzeź do Bełżca (…) Judenratowcy i Ordnungsdienst, przy pomocy ukraińskiej policji i kilku Niemców, którym jeszcze zapłacono, by prędko pracowali, gonili po ulicach, jak wściekłe psy czy opętańcy, a pot się z nich lał strumieniami (…). Straszny to był widok, jak Żyd Żyda prowadził na śmierć (…)” – Baruch Milch, Testament, 1943 -1944. Cytat z Wikipedii.

Krzysztof Baliński w książce „Ministerstwo spraw obcych” zadaje sobie pytania: „Gdy mówią, że Polacy dla Żydów zrobili za mało, że uratowali zbyt mało, może postawić pytanie: dlaczego Żydzi nie buntowali się i nie podejmowali walki z Niemcami, i to nawet w sytuacjach, kiedy było to łatwe? Dlaczego 50 esesmanów przy pomocy 200 Ukraińców i tyluż Łotyszów dokonało tak łatwo likwidacji getta? W wywózce Żydów z getta łódzkiego, jak dowodzą źródła żydowskie, uczestniczyło zaledwie kilku Niemców, którzy przyjeżdżali na pół godziny przed odjazdem pociągu do obozu zagłady w Chełmnie nad Nerem, a ich rola w praktyce sprowadzała się do nadzorowania odjazdu pociągu załadowanego Żydami przez żydowską policję. Dlaczego nie było żadnej próby buntu, zabicia Niemca, nawet próby ucieczki? Zdarzały się przypadki, kiedy to jeden, dwóch esesmanów pilnowało setek młodych żydowskich mężczyzn albo dokonywało ich egzekucji. Niech dowodem będzie relacja Całka Perechodnika, wspominającego, jak grupa uciekinierów z getta natknęła się na niemieckiego żandarma: „Ten kazał im się położyć na ziemi i zaczął ich po kolei rozstrzeliwać. Kiedy skończyły się naboje, posłał polskiego chłopca na pobliski posterunek policji, żeby przyniósł mu więcej amunicji. Tymczasem żandarm usiadł i czekał”.

Taki był zapewne obraz dominujący, że Żydzi zupełnie bezwolnie, jakby nie mieli instynktu samozachowawczego, gromadnie zmierzali ku zagładzie. Ale przecież było powstanie w getcie warszawskim, w którym pierwsze strzały oddali Żydzi do Żydów. Czy dlatego, że poczuli się oszukani i instynktownie wyczuli śmiertelne zagrożenie? Czy może było inaczej?

Wielu nazistów było Żydami i to na bardzo eksponowanych stanowiskach. Powiedzenie o nazistowskim przywództwie nie byłoby wielką przesadą. Alfred Rosenberg, ideologiczny architekt III Rzeszy, głoszący teorie wyższości rasowej, był Żydem. Pochodzenia żydowskiego byli też: Joseph Goebbels, Heinrich Himmler, Hans Frank, Julius Streicher, Adolf Eichmann, Rudolf Hess. Reinhard Heydrich, należący do tej samej nacji, był szefem RSHA, która kontrolowała gestapo, policję kryminalną, wywiad i kontrwywiad. To on zorganizował konferencję w Wannsee – berlińskiej willi w styczniu 1942 roku. Jej tematem było ostateczne rozwiązanie kwestii żydowskiej na europejskim obszarze wpływów niemieckich.

Wielu Żydów służyło w Wehrmachcie, SS, Luftwaffe i jednostkach policyjnych. Było wśród nich 21 generałów, 7 admirałów i jeden feldmarszałek. W Wehrmachcie mogło ich być około 150 tysięcy. Wielu z nich wyjechało do Izraela. Jeszcze w 2010 roku żyło około 150 osób pobierających niemieckie emerytury za służbę w Wehrmachcie.

Józef Mackiewicz, uciekając na Zachód przed bolszewikami, przez krótki okres mieszkał we Włoszech. W jednym z artykułów dzielił się swoimi wrażeniami z tego pobytu. Jednym z nich było nie tyle wrażenie, co raczej zdziwienie, ze spotkania niemieckiego nazisty, który uciekał do Izraela. Być może nie wiedział o tym, że wielu nazistów było Żydami. A może wiedział? Ile z tego, co napisał Mackiewicz, jest nam dostępne, a ile – nie? Tego nie dowiemy się. Prawa autorskie do dzieł Józefa Mackiewicza są w posiadaniu Żydówki Niny Karsov, rezydującej w Londynie.

Dlaczego Żydzi zachowywali się podczas II wojny światowej tak, jak się zachowywali?

  • współpracowali z Niemcami w tworzeniu Judenratów i gett
  • w momentach zagrożenia życia, na ogół, nie próbowali się ratować, pomimo że szanse były duże
  • mordowali swoich rodaków
  • służyli Hitlerowi

W 1950 roku Kneset zwolnił żydowskich katów od odpowiedzialności karnej, sankcjonując tym samym żydowską tradycję religijną, wedle której Żyd ratujący siebie, ma prawo wydać na śmierć swoją rodzinę, i że nie może narażać swojego życia w obronie drugiego człowieka. Widać więc, że w Izraelu prawo religijne stoi ponad prawem świeckim i w razie wątpliwości stanowi wykładnię dla tego drugiego. Mówiąc wprost, Żyd może współpracować z Niemcami, mordować swoich współwyznawców, nie może narażać swojego życia dla ratowania innych. I jest to normalne. Natomiast, gdy goj nie ratuje Żydów, nie naraża swojego życia dla ocalenia życia Żyda, to nie jest normalne i zasługuje na potępienie. Mamy więc do czynienia z podwójną moralnością. W tym świetle łatwiej nam zrozumieć zachowania i postawę Żydów, ale też powinniśmy zrozumieć, że jakikolwiek dialog, tłumaczenie się i tłumaczenie im, że ich postawa, z punktu widzenia naszej moralności i naszego systemu wartości, jest naganna, nie ma sensu. My jesteśmy dla nich zwierzętami i z tego względu nasza moralność, nasz system wartości, nasze prawo ich nie obowiązuje i nie interesuje. To, co praktykują Żydzi, to czysty rasizm, ale o tym, jakby powiedział Mackiewicz, nie trzeba głośno mówić.

Dlaczego Żyd zorganizował konferencję w Wannsee, poświęconą ostatecznemu rozwiązaniu kwestii żydowskiej na europejskim obszarze wpływów niemieckich? Było to w styczniu 1942 roku. Jaki był cel tego ostatecznego rozwiązania? Cel, którego realizacji podjęli się żydowscy naziści Hitlera. Co miało dać unicestwienie ludności żydowskiej na tym obszarze? Żydzi mieszkający poza nim, w Ameryce, Kanadzie, Anglii, Australii i na innych kontynentach, byli poza zasięgiem. Wymordowanie części populacji nie rozwiązuje problemu. Cóż to więc za ostateczne rozwiązanie, które takim nie było i z założenia nie mogło być. Ale jak brzmi! Jak złowieszczo i przerażająco. Ach! Zapomniałem! Przecież mieli pomiędzy sobą mistrza nad mistrze propagandy, który, jakoś tak się dziwnie składa, też był Żydem. Czy nie chodziło przypadkiem o sztuczne wykreowanie holokaustu i obarczenie winą za jego skutki innych? Jakie wspaniałe narzędzie do szantażu i terroryzowania świata! Wymordowaliście nas, to teraz płaćcie i kajajcie się. A i tak wam nie wybaczymy! Bo “the show must go on”. Tak, przedstawienie musi trwać.

Żyd nie może żyć bez antysemityzmu, a tam gdzie go nie ma, to go stworzy. Nie waha się przed poświęceniem części swoich wyznawców dla „dobra” ogółu, jeśli tym dobrem jest szantażowanie i żerowanie na innych, pozwalające na utrzymanie dominującej pozycji na świecie. Tak! W tej walce nie ma litości! Bo i stawka jest wysoka, jest większa niż życie, życie zwykłych, przeciętnych Żydów ma się rozumieć. A czy te żydowskie masy, czy one są tak wychowywane, że jeśli zajdzie potrzeba, to poświęcą się dla dobra pozostałych?

Kto stworzył ZSRR?

Antony C. Sutton w przedmowie do swojej książki „Skull and bones tajemna elita Ameryki” pisze:

W 1968 roku ukazała się moja książka Western Technology and Soviet Economic Development, wydana nakładem Instytutu Hoovera z Uniwersytetu Stanforda. Była to obszerna, trzytomowa publikacja, w której szczegółowo opisałem, w jaki sposób Zachód stworzył Związek Radziecki. Z tej pracy wynikało jedno pytanie, na które pozornie nie było odpowiedzi: dlaczego to zrobiliśmy? Dlaczego stworzyliśmy Związek Radziecki, choć jednocześnie przekazywaliśmy technologie hitlerowskim Niemcom? Dlaczego Waszyngton pragnął utrzymać te fakty w tajemnicy? Dlaczego wzmocniliśmy potęgę militarną sowietów, jednocześnie wzmacniając swoją własną?

To że rewolucję bolszewicką finansowała Wall Street, a później również mocno zaangażowała się w uprzemysłowienie Związku Radzieckiego, wiedziano już przed wojną. O tym pisze Adolf Nowaczyński w jednym ze swoich artykułów „USA – ZSRR” ze zbioru „Plewy i perły”, wydanego po raz pierwszy w 1934 roku. Obecnie udostępnił go Dom Wydawniczy „Ostoja” z Krzeszowic. Warto przytoczyć obszerne fragmenty tego artykułu. W jego początkowej części autor zastanawia się dlaczego Polska została potraktowana przez Amerykanów tak surowo, otrzymując cztery skromne pożyczki zawarte na bardzo ciężkich warunkach, pomimo że nigdy nie była wrogim dla Ameryki państwem.

A jak w stosunku do naszych Sąsiadów? – pyta Nowaczyński. O tym szeroko pisze w swej drugiej już słynnej książce „German Crizes” mister R. Knickerbocker… 300 milionów inwestowali w przemyśle, 200 milionów w hipotekach, 300 w akcjach, 1920 milionów w długoterminowych, 800 milionów w krótkoterminowych i jeszcze tyle a tyle milionów w innych, dość, że w sumie 3 miliardy 620 milionów. Ostatnio jeszcze wieści, że J. Pierpont Morgan zaopiekował się firmą „Oppel”, fabrykującą 40 procent samochodów niemieckich przydatnych i w razie wojny… Słowo: „Lusitania” wykreślone jest z dykcjonarza niemiecko-amerykańskiego. W Genewie ręka w rękę.

No a jak teraz wobec naszego wschodniego sąsiada?

Tu przypomnieć należy, że my jesteśmy, jak wiadomo, tak zwanym przedmurzem cywilizacji (sic), przedmurzem czy bastionem kapitalizmu (Kohn by się uśmiał…).

Otóż Stany Zjednoczone do grudnia r. 1933 nie uznały USRR ani de jure (caduco), ani de facto, i co jakiś czas o tym uroczyście zapewniają orbi et urbi. Toteż i zacny a wędrowny kapitał „międzynarodowy” czy nadnarodowy nie idzie tu tak prostą drogą, jak wprost do Niemiec, ale idzie do Londynu, dopiero z Londynu do Berlina, a z Berlina wylewa się struga złota do Sowietów. Natomiast całkiem jawnie idą i jadą do Sowietów ludzie, i to ludzie nie tuzinkowi, a ważni, najlepsi, wybrani, doborowi i twórcy. Można się o tym sporo nadowiadywać, przeglądając różne nowe publikacje i periodyki. W Berlinie wychodzi fundamentalny miesięcznik „Das neue Russland”, w Paryżu również kapitalny: Le Plan quinquenal de USSR. Specjalne numery wydało „Vu” nr 192 (prosowiecki) i „J’ai suis partout”(antysowiecki). Ze swego wojażu do Rosji zdał sprawę w świeżej książce znany polityk radykalny Pierre Dominique (Qui, mais Moscou!). Najważniejsze są atoli dwa dzieła sowieckich działaczy już tłumaczone pośpiesznie na angielski… i na niemiecki, tj. inżyniera sowieckiego N. Iljina: „Fünf Jahre die Welt verändern” oraz komisarza ludowego od finansów G. Grinki „Der Fünfjahrplan USSR”.

Więc tedy Ameryka? nowa słowiańska Ameryka? przez lud i państwo w galopującym tempie z pomocą… Amerykanów stwarzane nowe Stany Zjednoczone słowiańsko-eurazyjskie.

Czy tylko Amerykanów? Oczywiście, że nie. W samej Moskwie przebywa obecnie 30 000 cudzoziemców, nie 3 tysiące, a trzydzieści, Niemcy, Włosi, Szwedzi, Wiedeńczycy, Japończycy, Czesi itd. Ale po hotelach język angielski i narzecze amerykańskie najbardziej zadomowione.

Antykapitalistycznemu państwu pomagają ze wszystkich sił hiperkapitalistyczne narody. W stosunkach handlowych są oczywiście ze wszystkimi. Dystrybucja zamówień i obstalunków idzie na wszystkie boki.

Hiszpańskie stocznie mają dostarczyć 50 okrętów handlowych. Szwedzka firma Karlstad Mechanical Works Kristinenkas dowiozła już pociągiem 24-wagonowym turbinę kolos. Japońscy inżynierowie z wiosną r. 1931 „wynajęci byli” do zrobienia porządku na kolejach… Architekt niemiecki Schwagenscheidt buduje miasto na Uralu. Najsłynniejszy urbanista Le Corbussier inne miasto. Najlepszy wiedeński L. Pilewski jeszcze inne. Na konkurs budowy pałacu ludowego na Krasnej Płoszczadi (wieża Babel) przysłano 700 prac, wśród których włoska ekscelencja członek Akademii Brasini i wyróżniony amerykański spec od skyscraperów Mr. Hamilton. W Italii zamówiły Sowiety 300 tanków, w Anglii 120 typu Roadster… Faszystowscy inżynierowie, kupcy, maklerzy, konstruktorzy podróżują sobie po czerwonej marksowskiej Unii jak u siebie w domu. Ale jednak prócz Niemców… do roku 1933… nikt tak nie pokumał się, nie pobracił i nie wszedł w dzisiejsze życie rosyjskie jak Amerykanie.

Waszyngton dotąd nie uznawał „czerwonych carów” na Kremlu, ale jankesi, businessmani, captains of industry pokochali bolszewików jak swoich. Nie dali im Rosjanie ni Kościuszki, ni Pułaskiego, ni najpracowitszej i najpotulniejszej emigracji, a jednak afekty i sentymenty są strzeliste.

Pisało o tym niedawno ryskie „Siewodnia”, a polskie pisma amerykańskie przetłumaczyły: – „Ameryka dwukrotnie już uratowała Rosję sowiecką od upadku. Czy zrobi to ona po raz trzeci jeszcze?” – pytają tu przybyłych Amerykanów.

Po raz pierwszy uratowała Ameryka reżym sowiecki, gdy w czasie powszechnego głodu w Rosji w 1921 roku Stany Zjednoczone dały rządowi Sowietów żywności, lekarstw i innych dostaw ogólnej wartości dolarów 60 milionów. Mało jest znanym, że rząd sowiecki pogwałcił ugodę z Ameryką i zamiast wszystką żywność przeznaczyć dla głodujących dzieci, część jej rozdał pomiędzy kolejarzy rosyjskich, tym ratując swój system transportacyjny.

Po raz drugi uratowały Stany Zjednoczone Rosję w roku 1929, gdy dyktator Stalin zainaugurował osławioną pięciolatkę. Przekonano się natychmiast, że Rosja nie posiada ludzi do przeprowadzenia planu przemysłowego. Sprowadzono tysiącami inżynierów, techników i wszelkiego rodzaju ekspertów z Ameryki, którzy znowu sprowadzili tysiące wykwalifikowanych robotników amerykańskich, którzy na przykład wyłącznie niemal budowali słynną tamę na Dnieprze. Amerykanie nauczyli Rosjan jak pracować, jak prowadzić maszyny i fabryki. Pobudowali oni Rosji olbrzymie zakłady przemysłowe, w tym fabryki traktorów, automobili, maszyn rolniczych itd. i doprowadzili do stanu wydajności kopalnie węgla, żelaza, złota, cynku, miedzi i studnie naftowe, a nawet nauczyli Sowiety, jak administrować olbrzymimi farmami, powstałymi z konfiskaty roli i majątków prywatnych. Uczą dalej Amerykanie Rosjan, jak hodować bydło… Jest 12 000 nauczycieli zagranicznych w Rosji, z tego 7 000 Niemców i 4 000 Amerykanów. Zachodzi teraz pytanie, czy Ameryka dostarczy jeszcze Rosji pieniędzy, bez których nie doprowadzi ona swej pięciolatki do pożądanego rezultatu.

I tak jest w samej rzeczy. Bolszewicką rewolucję finansowały za pośrednictwem Trockiego i Fürstenberga nowojorskie domy bankowe Wahrburgi i Schiffy. I od tego czasu kazirodczy romans superkapitalizmu z konsekwentnym marksizmem jak się szczęśliwie zaczął, tak się toczy, inżynierowie, architekci z Ohio, z Filadelfii, z Chicago, z Cincinnati, z Rochester, z Bostonu przejeżdżają gromadami Sowiety wszerz i wzdłuż. Ci z Pittsburga są teraz w dawnym Petersburgu. Colonel Cooper ze sztabem kosztem stu milionów dolarów stawił kolos energii elektrycznej i cudo hydrauliki Dnieprostroj. 500 majstrów od Forda w 17 miesięcy z armią 23 tysięcy robotników postawili na nogi pod Niżnym Nowogrodem nad Oką Awłostroj, co będzie 140 000 maszyn wyrzucał z gardzieli rocznie. Przy Stalingradzie, skąd będzie szło 50 000 traktorów rocznie pracowało 380 inżynierów amerykańskich, a patronuje Harvester z Milvaukee. Dzięki Amerykanom Magnitogorsk na Uralu ma zakasować roczną produkcję stali największej na globie stalowni w Gary (Indiana). Gdzie ruszyć się, czy to Kuzmickistroj, czy Beresnikowski Kombinat, czy nowe miasto w dziewiczej puszczy i kopalnie azbestu, wszędzie inżynierowie z Toledo, z Memphis, z Syrakuz czy Utica, ale nie tej gdzie się urodził Katon…

Robert Lamont junior syn szefa i wspólnika Morganów przyjechał, ażeby podnieść hodowlę bydła. Dwudziestu speców murzyńskich od kultury bawełny przyjechało, żeby regulować plantacje i sanować produkcję. A teraz dopiero przypominają, że już przecież w r. 1922 zjechała do Rosji pierwsza grupa farmerów-instruktorów.

I z pomocą tych to jankesowskich speców wywęszono już w ziemi trzy nowe kopalnie nafty i nowe złoża węglowe, mangan, żelazo i diabli wiedzą co tam jeszcze. I już się wszędzie wgryźli „inżynierowie z Ohio” w te Ferros-plany, Chimokombinaty, Traktorostroje. Wszystko im przypomina rozmiary i dymensje amerykańskie. Czują się przepysznie, bo są na nowo pilgrimami i pionierami. Do czynienia i do działania mają tylko z kolosalnościami i z cyframi „astronomicznymi”. Fanatycy technologii mogą się wyżywać, wyszumieć, wyszaleć i pracować obłędnie z furią. Tu się wysadza dynamitem w powietrze, tam się buduje na 20 pięter. Można zwariować i szaleć w radosnej twórczości (thrill). Życie ludzkie, materiał ludzki znaczą minimalnie, nie wchodzą w grę, jak za dawnych dobrych czasów.

Toteż dziwnie do siebie przylgnęli Iwan i Jonathan… Gdy się ciężko popiją, z równą rozkoszą strzelają z koltów do talerzy i ściągają obrusy obie „szerokie natury”.

Kląć też potrafią w dwóch językach na czym świat stoi. Limuzynę luksusową lincolnowską roztrzaskać o przydrożne drzewo, też bywa duża happines dla Iwana i dla Jonathana. Tym śpiewają cygańskie romanse, a tym murzyńskie spirituels. W ekstremach się kochają i jedni i drudzy. Doszło do tego, że już jest w Sowietach grupa literacka, która nazwała się „Byzness” i pod Iljii Selwińskiego przewodem tom taki zbiorowy wydała.

A co już najdziwniejsze w tym wszystkim to to, że już bolszewików Amerykanie zdołali zarazić swym „naj”. „The biggest little town of the world…” najgrubsze małe miasteczko świata… Psychoza, obłęd, folie reklamowania, że to a to jest „naj”. W najkrótszym czasie (Tempo!) (Tempo!) największa centrala… największa tama, największa jadłodajnia, największy szpital. No i przy tym oczywiście opijanie się, oszałamianie cyframi i tarzanie się, zanurzanie w statystyce. Wszystko musi być gigantyczne i wszystko kolosalne i wszystko first i big.

Podziwiać można. Zazdrościć nie ma czego. Niech się olbrzymy kochają, zobaczymy co w przyszłości wyjdzie z tego. Pozostaje fakt faktem, że w Sowietach faraońskich bezrobocia nie ma, a u zakochanych w Bolszewii Amerykanów coś się tak zaczyna psować jak w r. 1905 w carskiej Rosji. A do rozstrzygnięcia pozostaje kwestia, jakie będzie tempo?

Nam w każdym razie w tym dziesięcioleciu dużo nie pomogli. Natomiast co się zowie tym wrogo przeciw nam usposobionym sąsiadom z prawej i lewej. Po prostu postawili ich na nogi i do rąk im wtykają parabellum.

Może im tam Pan Bóg to wybaczy. Ale my chyba nie koniecznie i nie tak łatwo…

W innym artykule „Sowietarchia w anegdocie” Nowaczyński zamieszcza różne dowcipy. I jeden z nich zwrócił moją uwagę.

Życiorys obywatela:

Urodził się w poniedziałek, zameldowano go we wtorek, aresztowano w środę, osądzono we czwartek, przewieziono, do Czerezwyczajki w piątek, zbadano w sobotę, w niedzielę rozstrzelano.

Zwrócił on moją uwagę, bo kiedyś, dawno temu, ale nie – w Ameryce, tylko tu – w Polsce, w samouczku „Język angielski dla początkujących” poznałem jeden z wielu w nim zamieszczonych limeryków, który stał się, jak sądzę, kalką dla tego dowcipu.

Solomon Grundy:

Solomon Grundy, born on a Monday, christened on Tuesday, married on Wednesday, took ill on Thursday, worse on Friday, died on Saturday, buried on Sunday, that was the end of Solomon Grundy.

Skala tego, co działo się w Związku Radzieckim, ogrom tych inwestycji zdumiewa. Ale też i wyłania się z tego opisu inny – bardziej przerażający obraz. Jest to obraz państwa, w którym Rosjanie niczego nie potrafią, nawet najprostszych czynności. Do wszystkiego trzeba sprowadzać zachodnich ekspertów. Jacy ci Rosjanie to debile! – tak chciałoby się wykrzyknąć. Ale tu właśnie pojawia się ten przerażający obraz, obraz rewolucji październikowej. Antony C. Sutton w jednym z wywiadów, który jest dostępny gdzieś w internecie, powiedział, że Rosja carska nie była zacofanym krajem. Jeszcze przed wybuchem I-wszej wojny światowej produkowała prototypy bardzo nowoczesnych, jak na owe czasy, samolotów. Miała też wybitnych naukowców.

Jeśli więc po rewolucji widzimy społeczeństwo, w którym nie ma ludzi, którzy cokolwiek potrafią, to jakie to jest świadectwo dla rewolucji październikowej? Wycięli w pień wszystkich, którzy cokolwiek potrafili. Inwestycje amerykańskie w Rosji porewolucyjnej są świadectwem ludobójstwa, jakiego dokonano na rosyjskiej inteligencji. To był holocaust średniej i wyższej warstwy społeczeństwa przedrewolucyjnej Rosji. Tak! Nie bójmy się tego określenia! Holocausty to nic nadzwyczajnego w historii świata. To jest standard.

I dopiero teraz, gdy już wiemy, że kapitał z Wall Street finansował rewolucję bolszewicką, a później – odbudowę i rozwój przemysłu w Związku Radzieckim, to staje się jasne dziwne zachowanie Piłsudskiego podczas wojny 1920 roku. Jej celem nie było zniszczenie bolszewizmu, tylko wspomożenie go w dobiciu Rosji carskiej. Tak przynajmniej wynikało z jej przebiegu i decyzji podejmowanych przez Naczelnego Wodza. Po co w takim razie pomoc, jakiej udzielił Zachód Polsce w krytycznym momencie tej wojny? Wyobraźmy sobie sytuację, w której bolszewicy zdobywają Warszawę i prą na zachód. Prawdopodobnie doszliby do Paryża albo i do Hiszpanii. Cóż to by oznaczało w praktyce? Oznaczałoby to to, że nie byłoby Niemiec. A gdyby nie było Niemiec, albo inaczej, gdyby były Niemcy komunistyczne, to kto by napadł na Związek Radziecki? I Hitler uderza na Związek Radziecki i… momentami zachowuje się jak Piłsudski w 1920 roku. Jego wojska dochodzą na odległość 350 km od Moskwy i zatrzymują się i… wydaje rozkaz ich przerzucenia na południowo-wschodni odcinek frontu, uzasadniając, że na tym etapie wojny opanowanie terenów zasobnych w bogactwa naturalne jest ważniejsze niż zdobycie Moskwy. Ale o tym, to w innym miejscu.

Wydaje się więc, że Sutton ma rację, gdy twierdzi, że filozofia Hegla jest podstawą, na której opiera się działanie tej tajemnej siły Ameryki. I tak to uzasadnia:

Wbrew twierdzeniom marksistów idea historycznego procesu dialektycznego nie wywodzi się od Marksa, lecz od Fichtego i Hegla żyjących w Niemczech w drugiej połowie XVIII i na początku XIX wieku. W procesie dialektycznym zderzenie przeciwieństw prowadzi do syntezy. Na przykład w wyniku konfliktu politycznej lewicy z prawicą powstaje nowy system polityczny – nie lewicowy czy prawicowy, ale będący ich syntezą. Konflikt przeciwieństw jest niezbędny do wprowadzenia zmian. Prawidłowość tę można dzisiaj prześledzić w literaturze wydawanej przez Komisję Trójstronną, gdzie popiera się zmianę, a środki prowadzące do jej wprowadzenia określa się mianem „zarządzania konfliktem”.

Konflikt przeciwieństw jest niezbędny do wprowadzenia zmian. A bez wprowadzania zmian nie ma postępu. Nie można było dopuścić do upadku bolszewizmu, tak samo, jak nie można było nie pomóc Niemcom w odbudowie ich przemysłu. „Bo do tanga trzeba dwojga”. Na tym tle wydaje się zrozumiałe, że Polska po I wojnie światowej nie mogła dostać dużych kredytów. Silne państwo pomiędzy Rosją i Niemcami nie pasowało do koncepcji i nadal nie pasuje. Wprost przeciwnie! Jego rozbiór może być pożądany. A sam traktat pokojowy w Wersalu został tak skonstruowany, żeby nikt nie był zadowolony i żeby, prędzej czy później, doszło do konfliktu.

Judeochrześcijaństwo

Kiedy chce się przekonać ludzi do jakiejś idei czy koncepcji, to często używa się słów, które mają za zadanie usunąć ich niechęć czy brak zaufania lub ułatwić im zaakceptowanie nowej rzeczywistości. Takim słowem jest obecnie „judeochrzścijaństwo”. To ono ma być podstawą, fundamentem tożsamości europejskiej, przynajmniej na naszym podwórku. Przed wejściem Polski do wspólnoty europejskiej, bo wtedy jeszcze nie było unii europejskiej, akcentowano nasze wspólne korzenie antyczne.

Jerzy Trammer w zbiorze swoich opowiadań „Tyłem”, Wydawnictwo Spis Treści, Warszawa 2004, w jednym z nich – „Korzenie Europy” – pisze:

Wiedziony ważnym dla turystów przewodnikiem Grzegorza Rąkowskiego „Polska egzotyczna”, zwiedzałem ziemie wzdłuż wschodniej granicy Polski na rowerze. Właśnie u sadownika we wsi pomiędzy Huczwą a Bugiem jadłem śniadanie, gdy z radia leciały wiadomości. „W nowej europejskiej konstytucji – powiedział spiker – chce się podkreślić przede wszystkim antyczne korzenie Europy”. Wtedy staruszek, który wraz ze mną też w kuchni jadł, lecz dotąd milczał, odezwał się.

-Antyczne korzenie Europy… Wie pan – zwrócił się do mnie – my tu na Wschodzie we wrześniu 1939 roku aż zwijaliśmy się od sprzecznych wiadomości. „Nasze zwycięstwo” – mówiło się jednego dnia. „Zupełna klęska” – twierdziło się innego. Na pomoc wielkim pędem ruszyli nam Francuzi, za moment będą. Idą Sowieci… Nie! To Petain i Foch – Niemcy dostaną lanie.

Więc chodziliśmy pod krzyż na skrzyżowanie traktu hrubieszowskiego z naszym gościńcem i patrzyliśmy na północ, na południe, na wschód i zachód. Kto się pojawi? Co przyniesie? Z początku było pusto. Chociaż od wpatrywania się w te miejsca, gdzie wdali najpierw cienieją, a potem nikną drogi, aż nas bolały oczy, nikt nie przybywał. Może żyjemy tak na uboczu, że tu nie dotrze nikt i będzie tak, jak było?

Aż tu nagle, kolejnego dnia, w tumanie pyłu, błyskawicznie, z rykiem silników, jak gdyby ciśnięte w nasz krajobraz albo stworzone tu z niczego, zjawiły się auta pancerne. Na skrzyżowaniu zahamowały. Zanim pył opadł, zaczęli wyskakiwać z nich żołnierze. Nie było wtedy rzecz jasna telewizji. Nie wiedzieliśmy, jaki ma wygląd żołnierz niemiecki, a jaki francuski lub rosyjski. Z plebanii wyszedł ksiądz.

-Qui estis? (Kim jesteście?) – spytał żołnierzy po łacinie. Ukłonił się. – Germani sumus – też po łacinie odpowiedział oficer w motocyklowych okularach. Odkłonił się. Ksiądz uśmiechnął się. – Łączą nas wspólne, antyczne, prastare korzenie Europy – powiedział do nas. – Nie będzie źle. – A jednak – skończył staruszek – to była forpoczta apokalipsy, po przejściu której na ziemiach pomiędzy Bugiem a Huczwą nie został kamień na kamieniu.

Teraz, po latach członkostwa w unii, wiemy już, że Polsce jako państwu, te wspólne, antyczne korzenie wychodzą bokiem:

  • zlikwidowany własny przemysł
  • sieci handlowe – bo tylko tam są potężne obroty, generujące niewyobrażalne zyski – w obcych rękach
  • prawo polskie w 90% to prawo unijne
  • emigracja zarobkowa kilku milionów ludzi i zastępowanie jej imigrantami z Ukrainy i innych krajów

To tylko niektóre z tych negatywnych zjawisk, których dalekosiężne skutki nie w pełni są jeszcze odczuwalne. Skończył się pewien etap. Przechodzimy do następnego. Już nie łączą nas antyczne korzenie, tylko… judeochrześcijańskie! Jak to się wszystko zmienia! Nic stałego!

W numerze 21-22 z dnia 13-26 maja 2019 roku dziennikarz Najwyższego Czasu zapytał księdza profesora Waldemara Chrostowskiego, czy judeochrześcijaństwo jest precyzyjnym określeniem korzeni Europy. Ksiądz profesor tak to ujął:

Trzeba tego sformułowania używać z wielką ostrożnością oraz je doprecyzować, jeżeli w ogóle ma być używane. Jest źle i opacznie rozumiane wtedy, gdy przez „korzenie judeochrześcijańskie” rozumie się coś, co miałoby wynikać z połączenia chrześcijaństwa i judaizmu rabinicznego, czyli judaizmu w tym kształcie, w jakim istnieje on po narodzinach chrześcijaństwa. W tym znaczeniu nie można mówić o korzeniach judeochrześcijańskich, ponieważ drogi chrześcijaństwa i judaizmu rabinicznego rozeszły się w połowie I wieku, a później rozchodziły się coraz bardziej. Zatem szczególnie wspólnego dziedzictwa nie ma, było natomiast narastanie obustronnej niechęci, często posuniętej do wrogości, co skutkowało rozmaitymi napięciami i konfrontacją. Natomiast jeżeli mówiąc o „korzeniach judeochrześcijańskich” mamy na myśli judaizm czasów biblijnych, a dokładnie ostatnich kilku stuleci ery przedchrześcijańskiej – bo początki judaizmu sięgają reform Ezdrasza i Nehemiasza przeprowadzonych w połowie V wieku przed Chrystusem – wtedy to sformułowanie staje się poprawne. Na glebie judaizmu biblijnego jako części religii biblijnego Izraela wyrosły dwie religie: chrześcijaństwo i judaizm rabiniczny. Obawiam się jednak, że większość chrześcijan takiej świadomości nie ma ani takich rozróżnień nie czyni, co nakazuje, by tego rodzaju sformułowania rzetelnie doprecyzować albo ich zaniechać. Wprowadzają w błąd zwłaszcza wtedy, gdy pojawiają się w ustach polityków, których nie interesują niuanse historyczne i teologiczne, lecz polityczna koniunktura i poprawność.

Ksiądz profesor nie dopowiada jednak na czym polegały reformy Ezdrasza i Nehemiasza. Teodor Jeske-Choiński w książce „Historia Żydów w Polsce” pisze:

Jak Ezdrasz, zrozumiał także on, że naród słaby, otoczony zewsząd możnymi wrogami, jeżeli nie chce zginąć, roztopić się w potężnej fali obcych żywiołów, powinien się od nich odciąć, zasklepić się w skorupie swoich tradycji, swoich zwyczajów i obyczajów. By odciąć Żydów od możnych sąsiadów, rozkazał Nehemiasz razem z Ezdraszem zerwać wszelkie stosunki z innowiercami, odwrócić się od nich z pogardą, zrzec się żon wziętych z innych narodów i wypędzić je z domu z dziećmi spłodzonymi w małżeństwach mieszanych. Albowiem „Żyd powinien czuć się lepszym, wyższym od swoich chwilowych panów”.

Zwrot ten ocalił Żydów, wydobył ich z bagna bałwochwalstwa, zlał ich w jedną rodzinę, trzymającą się kupy. Uwierzyli oni w swoją świętość, osobliwość, wybraństwo i spoglądali odtąd z pogardą na wszystkich innowierców. Mieli się za jedyny bogobojny naród na świecie, co potwierdza Talmud.

Uratował ich powrót do Zakonu Mojżesza, stworzył ich niezwykłą, podziwu godną solidarność i wytrwałość, ale śmieszna arogancja „świętego nasienia i osobliwego, wybranego narodu” nie osłodziła im życia, czego Ezdrasz i Nehemiasz nie przewidzieli.

Wróciwszy do Zakonu Mojżeszowego, mieli się Żydzi za najmądrzejszych mędrców świata. Nie wiedzieli, że uczeni kapłani egipscy uprzedzili ich o kilka tysięcy lat, i że genialny Mojżesz kształcił się w tajemnej szkole nadnilowego państwa. Czego ich Mojżesz nie nauczył, to dopełniły ludy mieszkające dawno przed najazdem Jozuego w Palestynie i wysoko kulturalni Babilończycy, Asyryjczycy, Syryjczycy i Fenicjanie. Przyswoili sobie dużo od owych kulturalnych narodów.

W Wielkiej Encyklopedii Powszechnej PWN, Warszawa 1963 czytamy:

W połowie I wieku najznaczniejszymi skupiskami chrześcijan były Jerozolima i inne miejscowości palestyńskie oraz Antiochia; już wówczas w chrześcijaństwie występowały różne kierunki: gdy chrześcijanie palestyńscy uważali się wciąż za jedną z sekt żydowskich głoszących ideę mesjańską i akcentowali swą wierność prawu mojżeszowemu, to organizowane przez Pawła Apostoła gminy w świecie rzymsko-hellenistycznym składały się już w większości z nawróconych „pogan”, odrzucających zwyczaje żydowskie; zburzenie Jerozolimy w 70 r. n.e. i klęska powstań żydowskich przeciw Rzymowi zadały cios pierwszemu z tych kierunków: straciło aktualność oczekiwanie mesjasza, mającego być politycznym przywódcą i wybawicielem „narodu wybranego”, zwyciężyło uniwersalistyczne pojmowanie mesjasza jako wyzwoliciela całej ludzkości. Przezwyciężenie nacjonalistycznego mesjanizmu pozwoliło rozwinąć się chrześcijaństwu z sekty żydowskiej w religię ponadnarodową i pretendować do roli religii światowej.

Na podstawie przytoczonych cytatów widać więc, że poruszamy się po bardzo niepewnym gruncie i mówienie o wspólnych judeochrześcijańskich korzeniach jest co najmniej dyskusyjne. Judaizm to monolatria, czyli religia, w której Bóg jest wyłącznie Bogiem żydowskim. Chrześcijaństwo jest religią uniwersalną, w której Bóg jest Bogiem wszystkich ludzi tej religii, a nie – tylko narodu wybranego. Stąd u Żydów nienawiść do chrześcijan i do Krzyża, bo chrześcijaństwo pozbawiło ich charakteru narodu uprzywilejowanego w oczach Boga i mającego własnego Boga.

Czy judeochrześcijaństwo wyjdzie nam bokiem tak jak wspólne, antyczne korzenie Europy? Wszystko wskazuje, że tak. Prawdę mówiąc, to wychodzi nam od dawna, tylko dopiero teraz niektórzy z nas obudzili się. Szkoda tylko, że trochę za późno.

Wojna 1920 roku

Rok 1647 był to dziwny rok, w którym rozmaite znaki na niebie i ziemi zwiastowały jakoweś klęski i nadzwyczajne zdarzenia. – Tak zaczyna się Trylogia Henryka Sienkiewicza, którą każdy, przynajmniej ten należący do starszego pokolenia czytał. Ja, parafrazując Sienkiewicza, napisałbym tak: “Rok 1920 był to dziwny rok”. Ale po prawdzie, to powinienem napisać: “Rok 1919 i 1920 były to dziwne lata, a właściwie wojna 1919-1920, to była dziwna wojna. Drôle de guerre – tak można by ją nazwać z francuska, choć sama nazwa pojawiła się dopiero 20 lat później. To tylko dowodzi tego, co powiedział w 1972 roku w wywiadzie z Orianą Fallaci cesarz Etiopii Hajle Syllasje, że na świecie nigdy nie dzieje się nic nowego.

O tym, że była taka wojna 1920 roku, to coś tam nawet, w szczątkowej formie, pisano w podręcznikach szkolnych w PRL-u. W książkach historycznych, w artykułach prasowych, w telewizji – wszędzie tam coś o niej pisano i mówiono przy różnych okazjach. Od pewnego momentu zadawałem sobie pytanie: “Jak do niej doszło?” Ale pozostawało ono bez odpowiedzi, bo o tym “nie trzeba głośno mówić”, jakby to ujął sam Mackiewicz. I dopiero, gdy kupiłem książkę “Lewa wolna”, o której sprzedawca internetowy informował, że jest o wojnie polsko-bolszewickej 1920 roku, to znalazłem odpowiedź. Była to pierwsza książka Mackiewicza, którą przeczytałem. Gdy po parunastu stronach lektury znalazłem odpowiedź na nurtujące mnie pytanie, to zrozumiałem, że mam do czynienia z zupełnie czymś nowym. Mackiewicz nie pasuje nikomu. Nie pasuje piłsudczykom, bo obraz w jakim przedstawia Piłsudskiego jest daleki od ideału. Nie pasuje też endekom, bo pisze, że manewr spod Dęblina nie był niczym szczególnym, nie był żadnym cudem, ani też przejawem geniuszu Rozwadowskiego, bo podobny manewr, w tym samym miejscu, tyle że w odwróconej konfiguracji, miał miejsce 6 lat wcześniej w 1914 roku i wtedy nikt nie uważał go za coś nadzwyczajnego. Tak ! My kochamy mity! Mackiewicz pisał prawdę, a ona nikomu nie pasuje. Tak się jakoś dziwnie w życiu składa, że nikomu z nią nie po drodze. Ale po kolei!

W dniu 7 listopada 1917 roku bolszewicy zdobyli władzę w Petersburgu. Dziewiętnaście dni później Awram Krylenko, naczelny wódz wojsk rewolucyjnych, wysłał parlamentariuszy do niemieckiego generała Hoffmeistra, dowódcy dywizji. Przyszli oni z propozycją natychmiastowego zawieszenia broni. Hoffmeister przesłał ją do naczelnego dowództwa niemieckiego, które wkrótce poinformowało, że zgadza się na nią. Rokowania rozpoczęły się 2 grudnia w Brześciu Litewskim. Stronę niemiecką reprezentował generał Hoffmann. Stronę bolszewicką Joffe, Kamieniew i Karachan. Zawieszenie broni podpisano 17 grudnia, a 22 grudnia rozpoczęto rokowania o zawarcie traktatu pokojowego. W art. 2. tego traktatu Niemcy powołali się na deklarację Lenina „do narodów Rosji” o prawie samostanowienia tych narodów i zażądały wydzielenia z granic byłej Rosji: Polski, Litwy, Finlandii, Łotwy, Estonii i Białorusi. Wcześniej uznali oni prowizoryczny rząd narodowy Ukrainy i pertraktowali z nim bezpośrednio, nie pytając o zdanie delegacji sowieckiej.

Bolszewikom najwyraźniej taka propozycja nie odpowiadała, bo uważali, że prawo samostanowienia tych narodów jest dobre, gdy oni je wprowadzają, a gdy inni – to już takie dobre nie jest. Przeciągali rozmowy, wywoływali strajki w Niemczech, które jednak nie przynosiły oczekiwanych rezultatów. W takiej niby patowej sytuacji, ni to wojny, ni pokoju, 18 lutego 1918 roku wojska niemieckie ruszyły naprzód. Nigdzie nie napotykając na opór, szybko zdobywały teren. To poskutkowało. Bolszewicy wysłali ofertę pokojową. Odpowiedź niemiecka nadeszła 22 lutego. Dnia 3 marca 1918 roku zawarto w Brześciu pokój. W jego wyniku wojska niemieckie zajęły kraje bałtyckie, Białoruś, Ukrainę, doszły do Dniepru, zajęły Kijów i Taganrog, doszły pod Petersburg i do Donu, weszły na Krym. I to był ten kordon tj. niemieckie wojska, które chroniły Europę przed bolszewicką nawałą.

W listopadzie 1918 roku kordon pękł. Cesarskie Niemcy zostały pokonane na zachodzie i zmuszone dnia 11 listopada do kapitulacji i podpisania warunków zawieszenia broni. Jeden z paragrafów tych warunków nakazywał im wycofanie wojsk z Austrii, Węgier, Bułgarii i Turcji, ale nakazywał im zostanie w Rosji tam gdzie stali, tak długo jak państwa alianckie uznają to za zasadne. Nie został on jednak spełniony. W dniu 9 listopada wybucha w Niemczech rewolucja i od razu zaczęła się przerzucać na wojska frontowe. Wskutek tego wiele oddziałów wypowiadało posłuszeństwo i wracało do domów. Dnia 13 listopada 1918 roku bolszewicy unieważniają postanowienia Pokoju Brzeskiego i ruszają na podbój świata. 25 listopada zajmują opuszczony przez Niemców Bobrujsk, 8 grudnia – Mińsk, 3 stycznia 1919 roku – Rygę, 6 stycznia – Wilno. W połowie miesiąca podeszli do Grodna, Prużan i Kobrynia. Ale na północy napotkali na opór niemieckich formacji ochotniczych generała von der Goltza, który 22 stycznia wypiera bolszewików z Rygi. W Estonii tworzy się tzw. „Armia Północna” pod wodzą generała Judenicza.

Dnia 25 stycznia 1919 roku marszałek Foch wydał rozkaz do oddziałów niemieckich zgrupowanych wokół ośrodka Białystok-Grodno, aby przepuściły wojska polskie przeznaczone do odparcia nawały. Rozkaz ten został wykonany w początku lutego. W praktyce oznaczało to też, że przebywanie wojsk niemieckich na tym terenie jest bezzasadne. I w takiej sytuacji wojska polskie 9 lutego 1919 roku zetknęły się po raz pierwszy z bolszewikami. Miało to miejsce pod Skidlem na Niemnie. Później do konfrontacji doszło koło Prużan i Kobrynia.

Rok 1919 jest w tej wojnie dziwnym rokiem w którym nie ma ani wojny, ani pokoju. Owszem, dochodzi do potyczek i wojska polskie posuwają się na wschód. 18 kwietnia zostaje zajęty Nowogródek, nieco wcześniej Baranowicze. 19 kwietnia w dzień Wielkiej Nocy zostaje zajęte Wilno, 8 sierpnia – Mińsk. 2-ga dywizja dociera do Berezyny, opanowuje przedmieścia Borysowa. Grupa Wielkopolska zajmuje w dniu 29 sierpnia Bobrujsk.

W początkach maja 1919 roku przyjeżdża do Warszawy, ukrywający się pod pseudonimem Jan Karski, Julian Marchlewski. Spotyka się z wiceministrem spraw wewnętrznych Józefem Beckiem (ojcem 26-letniego Józefa, towarzysza broni Piłsudskiego) i Tadeuszem Hołówką z PPS. Obaj są czynnymi organizatorami POW i najbliższymi współpracownikami naczelnika państwa. Celem jego misji jest upewnienie się, czy Polacy nie poprą carskich generałów. I nie zawiódł się. I organa prasowe PPS-u i rządowe wskazywały w swych artykułach, że większe niebezpieczeństwo grozi Polsce ze strony kontrrewolucji rosyjskiej.

W lipcu 1919 roku Marchlewski ponownie przybywa do Polski. Tym razem pod nazwiskiem Jan Kujawski. Rozmowy odbywają się w Białowieży. Do rozmów Piłsudski deleguje hr. S. M. Kossakowskiego i Aleksandra Więckowskiego, byłego przedstawiciela dyplomatycznego Polski w Moskwie. Do ostatecznego porozumienia nie dochodzi, jedynie do „rozeznania orientacyjnego”. W wyniku tego „rozeznania” bolszewicy wycofują się z Mińska bez walki. Natomiast wojska polskie nie posuwają się za linię Berezyny.

W czerwcu bolszewicy mobilizują wszystkie siły, by odeprzeć ofensywę admirała Kołczaka. I udaje im się to. Kołczak wycofuje się za Ural. Ale pojawia się znacznie większe zagrożenie. Rosyjska kontrrewolucyjna „Armia Ochotnicza” generała Denikina zdobywa w czerwcu Charków, Carycyn, Ekaterynosław. W dniu 4 lipca Denikin wydaje rozkaz marszu na Kursk – Orzeł – Tułę. W dniu 29 lipca zajmuje on Połtawę. Na początku sierpnia – Nikołajew, Chersoń i Odessę. 31 lipca generał Bredow prawym skrzydłem zdobywa Kijów, a lewym spycha 12-tą armię sowiecką na Żytomierz. Cofający się bolszewicy wpadają w worek pomiędzy antybolszewickim frontem rosyjskim i polskim.

W sierpniu 1919 roku Denikin wysyła do Warszawy kuriera, przedkładając Piłsudskiemu następującą propozycję:

Niech wojska polskie uderzą tylko wzdłuż linii Mozyrz – Kalenkowicze, w ogólnym kierunku na Dniepr. To wystarczy. Wydaje się, że ma Pan na tym odcinku czterokrotną przewagę nad bolszewikami. W ten sposób worek, w którym znajduje się już dziś cała 12-armia bolszewicka, zostanie ostatecznie zawiązany. Jednocześnie lewe skrzydło Armii Ochotniczej rosyjskiej uzyska zupełną swobodę działania. Natomiast prawe skrzydło frontu bolszewickiego, śmiertelnie zagrożone tym uderzeniem, musi się wygiąć do tyłu. Polska uzyska skrócenie frontu i zwolni wszystkie swoje wojska na południowym odcinku frontu. W tej perspektywie upadek Moskwy, a z nią razem ostateczny upadek bolszewizmu jest nieunikniony.

Na północnym zachodzie generał Judenicz podjął drugą w tym roku ofensywę na Petersburg. 12 października zdobył Jamburg. 17 października zajął Krasne Sioło, a kawaleria kontrrewolucji osiągnęła przedmieścia stolicy. Z Syberii rusza ponownie admirał Kołczak.

Lenin zdaje się tracić nerwy: ”Nigdy jeszcze wróg nie był tak blisko Petersburga! Nigdy jeszcze tak blisko Moskwy! To najbardziej krytyczny moment socjalistycznej rewolucji!”

Politbiuro ogłasza masową mobilizację wszystkich komunistów bez względu na zajmowane przez nich stanowiska. Miejskie komitety partii w pełnym składzie są wysyłane na front przeciw Denikinowi. 14 października prezydium Wszechzwiązkowej Centralnej Rady Związków Zawodowych podjęło uchwałę o wysłaniu przeciwko Denikinowi wszystkich bez wyjątku robotników i pracowników zawodowych. II Wszechrosyjski Zjazd Komsomołu postanowił zmobilizować wszystkich członków komunistycznego Związku Młodzieży od lat szesnastu.

W tym czasie, wzdłuż całej zachodniej granicy, na przestrzeni 1.200 kilometrów od Połocka do Rumunii ciągnie się front polski. Gdyby ten front ruszył, to losy rewolucji bolszewickiej byłyby przesądzone. Ale nie ruszył się.

Piłsudski w gronie najbardziej zaufanych dowódców wyłożył cele wojny i swoje w niej stanowisko:

Wiemy, że w tej chwili bolszewicy rzucili prawie wszystkie swe siły przeciwko Denikinowi, odsłaniając nasz front. Wydawałoby się może niektórym panom logiczne, że w takiej chwili winno nastąpić uzgodnienie działań pomiędzy naczelnym dowództwem polskim i Denikinem. a nie wstrzymanie się od wszelkiego nacisku na armię sowiecką, gdy jest ona właśnie zaangażowana najbardziej w walce z rosyjską armią ochotniczą. Taki wniosek wydaje się naturalny i słuszny z punktu widzenia postępowania wojskowego. Ale nie jest słuszny z punktu widzenia polskich interesów politycznych. Mniejszym złem jest ułatwić Rosji czerwonej pobicie Rosji białej. Gdybyśmy bowiem poparli teraz Denikina w naszej walce z bolszewikami, byłaby to w istocie walka o Rosję. A my z każdą Rosją prowadzimy walkę o Polskę. Niech sobie ten cały zafajdany Zachód gada co chce, ale my nie damy się wciągnąć i użyć do walki z rewolucją rosyjską, lecz odwrotnie, w imię nieprzemijających interesów polskich chcemy ułatwić armii rewolucyjnej jej działania przeciwko armii kontrrewolucyjnej.

Na stacji w Mikaszewiczach na Polesiu stoi pociąg pancerny „Kaniów”. Do niego doczepione są wagony osobowe, w których od 10 października przebywa tajna delegacja bolszewicka. W jej skład wchodzą: Przewodniczący delegacji Julian Marchlewski, jego żona Bronisława Marchlewska. Zygmunt Jabłoński, siostrzeniec prezesa łomżyńskiego towarzystwa rolniczego. Był on najbliższym współpracownikiem Uryckiego, kierownika petersburskiej Czeka. Aleksander Sonje -syn polskiego ministra spraw zagranicznych Stanisława Patka. Litewski komunista Kubelis. I jedyny Rosjanin w składzie delegacji – Mikołaj Jepaniesznikow.

Oficjalną przykrywką tajnych rozmów w Mikaszewiczach jest, podobnie jak w Białowieży, wymiana jeńców, więźniów politycznych i zakładników. Rozmowy na ten temat prowadził hr. Kossakowski. Natomiast tajne rozmowy polityczne prowadził z nadania Piłsudskiego kapitan Boerner. Po kilku dniach wyjechał on do Warszawy i zdał relację z pertraktacji z Marchlewskim Piłsudskiemu, który sformułował w kilku punktach warunki poufnego rozejmu. Najważniejszy brzmiał: „Naczelnik Państwa nie da rozkazu wojskom polskim posuwania się naprzód poza linię Nowogród – Zwiahel – Olewsk – rzeka Ptycz – Bobrujsk – Berezyna – Dźwina.”

Marchlewski przyjął do wiadomości warunki Piłsudskiego i natychmiast wyjechał do Moskwy, by powiadomić o nich Lenina. Ten praktycznie zgadza się na linię podziału terytorialnego i pozostałe warunki. Proponuje nawet zastąpić cichy rozejm zawarciem formalnego pokoju. Na to jednak Piłsudski nie zgadza się, twierdząc, że nie da się naciągnąć na jakieś daleko idące umowy, których Polska w danym momencie zawierać nie może. Zapewnił jednak Lenina, że uczyni wszystko, co w jego mocy, aby nie dopuścić do zwycięstwa kontrrewolucji. I to w zupełności wystarczyło Leninowi. Miał pewność, że na kontrofensywę przeciwko Denikinowi nie spadnie jakiś nieprzewidziany cios.

W pierwszych dniach października bolszewicka Dywizja Łotewska zaatakowała prawe skrzydło I korpusu generała Kutiepowa. Jednocześnie kawaleria Budiennego uderzyła na Woroneż w styk białej Armii Ochotniczej z kozacką Armią Dońską. I korpus opuścił Orzeł i zaczął się cofać. Na lewym skrzydle było jeszcze gorzej. Na nie nacierały wszystkie siły bolszewickie zwolnione z frontu polskiego i cała 12-ta armia oparta tyłem o poleski i wołyński front polski. Po Orle padają Kijów, Charków, Czernihów, Kursk. Karta się odwraca. Z Petersburga wycofuje się „Północna Armia” generała Judenicza. Finlandia, Estonia, Łotwa i Litwa nie były zainteresowane w podtrzymaniu kontrrewolucji. Były zainteresowane w zawarciu pokoju z Sowietami. Judenicz był osamotniony. Jego wojska zostały zepchnięte na teren nowo powstałej Estonii i tam internowane.

22 grudnia 1919 roku Lenin przekazał poufnie Piłsudskiemu konkretne warunki pokojowe. W dniu 29 stycznia 1920 roku ponawia propozycję w oficjalnej nocie rządu sowieckiego, podpisanej przez siebie, Trockiego i Cziczerina. Aktualna linia frontu, od Dźwiny – Ptycz – Berezyna – Zwiahel – Nowogród Wołyński – Mohylew Podolski, ma być punktem wyjścia do rozgraniczenia terytorialnego. Jednak Piłsudski odrzucą tę propozycję z tego względu, że ma własne plany. Gdy już okaże się, że Denikin został całkowicie rozbity, w dniu 6 marca każe 9-tej dywizji Sikorskiego zająć Mozyrz i Kalenkowicze i wysunąć się w kierunku na Homel. Ten manewr ma na celu przejęcie linii kolejowej prowadzącej z Orszy przez Żytomierz na Ukrainę. Bolszewicy odpowiadają słabym przeciwuderzeniem dopiero 19 marca. Zostaje ono jednak łatwo odparte.

Dziwne rzeczy zaczynają się dziać na tym froncie. Działania Piłsudskiego stają się zupełnie niezrozumiałe dla jego najbliższego otoczenia. Bolszewicy wzmagają swoją aktywność na górnej Berezynie i na białoruskim odcinku frontu. Stopniowo, jak słabnie Denikin, przerzucają wojska z południa na północ. Pod koniec kwietnia 1920 roku bolszewicy koncentrują na froncie przeciwpolskim 20 dywizji i 5 brygad. Da to łącznie 200 tysięcy ludzi. Ukraiński odcinek frontu zostaje przeznaczony do związania przeciwnika lub nawet wciągnięcia go w głąb. Główne uderzenie ma pójść od Witebska i Orszy na Mińsk oraz z Połocka na Wilno – Lidę, w głębokie obejście frontu polskiego i koncentrycznym atakiem doprowadzić do zdobycia Warszawy.

O tych zamiarach i przygotowaniach uzyskuje informacje wywiad francuski i rezydujący w Berlinie kapitan Rollin przekazuje je wywiadowi polskiemu. Jednocześnie II Oddział sztabu generalnego w Warszawie otrzymuje z Ekspozytury w Wilnie informację o tym, że trwa koncentracja wojsk bolszewickich w rejonie Witebsk – Orsza – Borysów. Mija kilkanaście dni i informacje o koncentracji wojsk sowieckich na północy są alarmujące. Generał Szeptycki donosi, że naprzeciw tej koncentracji, wojska polskie wyciągnięte cienką linią na przestrzeni 600 kilometrów od granicy łotewskiej do Polesia, nie posiadają praktycznie żadnych odwodów. Mając te wszystkie informacje, po osobistym przybyciu do kwatery generała Szeptyckiego, Piłsudski zarządza 20 kwietnia wycofać z północnego frontu najsilniejszą 1-szą dywizję piechoty legionowej, 41-szy suwalski pułk piechoty oraz VII brygadę kawalerii z Wilna, i – przerzucić na południowy, ukraiński odcinek frontu.

Dnia 25 kwietnia 1920 roku, Piłsudski, nie przejmując się bolszewicką koncentracją na północy, rzucił, na tak zwaną Wyprawę Kijowską, trzy armie polskie. A w tym czasie bolszewicy skoncentrowali na północnym odcinku 130.000 wojska, pozostawiając na obszarze Wołynia i Ukrainy 36.000. 1-sza konna armia Budiennego przegrupowywała się na północnym Kaukazie. W tę pustkę uderzył Piłsudski. Na północ od Polesia stoją osłabione, izolowane i bez odwodów 1-sza i 4-ta armia. Dwie słabe armie sowieckie, 12-ta na Wołyniu i Ukrainie, 14-ta na Podolu, otrzymały rozkaz cofania się i wciągania przeciwnika w próżnię.

W takiej sytuacji, zdaniem fachowców, sukcesem byłoby dopędzenie i rozbicie tych dwóch armii sowieckich, zwłaszcza tej 12-tej, której los na jesieni 1919 roku był już przesądzony, a która wskutek cichego porozumienia została ocalona. I oto dnia 27 kwietnia, gdy tylko dwa dni marszu dzielą 3-cią armię polską od Kijowa, Piłsudski decyduje przerwać pościg i stanąć w tym miejscu na 10 dni. To pozwoliło wojskom sowieckim wycofać się za Dniepr. Bolszewicy opuszczają Kijów. 7 maja po południu wkracza do Kijowa kompania I brygady piechoty legionowej. Rano 8 maja Piłsudski, sądząc, że bolszewicy będą bronić miasta, wydaje rozkaz natarcia i zdobycia miasta. Miasta, które już jest zajęte przez jego własne wojska.

W dniu 14 maja 15-ta armia sowiecka z rejonu Lepel – Usza uderza na 1-szą armię polską, a 16-ta armia sowiecka z rejonu Witebsk – Orsza na 4-tą armię polską. Generał Szeptycki odparł atak i utrzymał swoją pozycję. Natomiast 1-sza armia polska poniosła porażkę i zaczęła wycofywać się. Wobec tego Piłsudski przerzuca bezczynne dywizje z Ukrainy na północ. Ale teraz wkracza już do boju przegrupowana 1-sza konna armia Budiennego. Naczelny Wódz lekceważy ją, twierdząc, że kawaleria nie sprawdziła się podczas I wojny światowej i jest bronią przestarzałą. Jednak okazało się, że jest ona główną siłą uderzeniową sowieckiej kontrofensywy, podjętej 27 maja, na osłabione wojska polskie na Ukrainie. Piłsudski ponownie przerzuca dywizje z północy na Ukrainę. Ten rodzaj strategii nazywa on „grą odwodami”. Ale na przestrzeni około 1000 kilometrów, o rzadkiej sieci linii kolejowych, przy braku taboru, stacji załadunkowych, było to bardzo wyczerpujące dla ludzi i koni. Chciał więc Piłsudski rozbić najpierw Budiennego, a później znowu przerzucić wojska na Białoruś. Niestety, na tę strategię było już za późno. 10 czerwca wojska polskie opuszczają Kijów. A tymczasem Tuchaczewski, zyskawszy trochę terenu na Białorusi w rejonie Lepla, przerwał swą „ofensywę majową” i przystąpił do zakończenia wielkiej koncentracji na północy.

W dniu 4 lipca 1920 roku północny front polski znajdował się w takiej pozycji:

Na odcinku od Dźwiny do górnej Berezyny stała 1-sza armia generała Zegadłowicza. Odcinek średniej Berezyny zajmowała armia generała Szeptyckiego. Odcinek do Ptycza do Prypeci – Grupa Poleska płk. Sikorskiego. Wojska te były rozciągnięte w cienką linię osłonową. Dywizje zajmowały po kilkadziesiąt kilometrów w linii prostej, bez odwodów, rezerw, i w żadnym punkcie nie były zdolne do stawienia oporu większym siłom, ani tym bardziej do przeciwnatarcia. Na to niebezpieczeństwo próbowali wielokrotnie zwracać uwagę naczelnego dowództwa zarówno wojskowi jak i wpływowe w państwie osoby cywilne. Nie odniosło to jednak skutku, gdyż Piłsudski nie znosił, by ktokolwiek wtrącał się do jego decyzji. Takie ugrupowanie wojsk utrzymywano w dalszym ciągu, pomimo niekorzystnej sytuacji po klęsce Denikina, pomimo niepokojących informacji, że sowiecka koncentracja na północy nadal trwa.

O świcie 4 lipca, Tuchaczewski, dowódca północno-zachodniego frontu, rzucił na cienki polski kordon 4 armie i jedną samodzielną grupę wojsk. Po stronie polskiej były dwie armie i Grupa Poleska. Już po paru godzinach front polski zostaje przełamany jednocześnie w kilku miejscach. Było to możliwe poprzez koncentrację na poszczególnych odcinkach grup uderzeniowych. Wojska polskie zaskoczone tak gwałtownym uderzeniem, nie rozporządzając rezerwami, nie były w stanie wykonać kontrmanewru – rozpoczęły odwrót na całej linii. Miejscami odwrót stawał się odwrotem bezładnym, czasem przeobrażał się w ucieczkę. Rozwój sytuacji zwiastował katastrofę. O tym jak to faktycznie wyglądało świadczą poniższe meldunki.

Szef sztabu 1. Dywizji Litewsko-Białoruskiej, kpt. Edward Perkowicz, do Szefa Sztabu 1. armii płk. Kubina, 16.07.1920.

Od chwili cofnięcia się od rzeki Uszy, dywizja jest stale w tej sytuacji, że jej oddziały lewoskrzydłowe (11. dywizja) opuszczają wyznaczone stanowiska. Ostatnio o 2 dni wcześniej niż nakazano. Oddziały 11. dywizji cofają się w zupełnym nieładzie, małymi grupami. Stan moralny jest bardzo niski. Wojsko ucieka przy lada strzale, przy lada okrzyku „kawaleria”. Drogi są zapełnione tysiącami łazików bez karabinów. Trzeba stanowczych rozkazów, stanowczej egzekutywy w sprawach maruderstwa. Jeżeli tego nie będzie, cały kraj, przez który armii naszej cofać się wypadnie, zostanie doszczętnie ograbiony, a imię Polski na zawsze skompromitowane.

Dziś zajmuję pozycję nakazaną na dzień 17.VII (Iwje). Sytuacja mego sąsiada nie jest mi znana. Kierunek dalszego cofania nie jest mi znany. Dziś wiadomo, że II Bat. Mińskiego pułku z kpt. Niedźwieckim rozbił szwadron kawalerii nieprzyjacielskiej. O ile zdaje się wykrzesać w żołnierzu trochę energii, sprawa zaraz nabiera lepszego obrotu. Niestety trzeba nazywać rzeczy po imieniu, że masa panicznie i w największym nieładzie ucieka. Wstyd i hańba, którą wypowiedzieć trudno. Trzeba prędko i stanowczo zaradzić złemu, bo stan paniczny zwiększa się.

Gen. Jędrzejewski, d-ca Grupy, do d-cy 1. armii. Meldunek nr 2016. 17.VII. 1920.

Oddziały uciekają nawet przed patrolami, pomimo najostrzejszych środków, a nawet rozstrzeliwań. VII Brygada rezerwowa zdezerterowała z Lidy pociągiem. W 38. i 39. pułkach nie istnieje ani jedna kompania. Proszę o ostre zarządzenia i zbieranie dezerterów. Melduję o ogromnym przemęczeniu, upadku ducha i szerzeniu się grabieży. Oddziały nie są zdolne do stawienia jakiegokolwiek oporu.

W kilka dni później gen. Jędrzejewski melduje dowódcy 1-ej armii:

Wobec zupełnego rozbicia i zdekompletowania mojej Grupy, melduję prośbę o jej rozwiązanie. Ponieważ stan rzeczy uważam za niedopuszczalny i grożący zgubą naszej armii, proszę o wdrożenie śledztwa w tej sprawie i pociągnięcie winnych do odpowiedzialności. W tym, jeżeli ja jestem też winien, mnie również ukarać.

Tak więc od owego feralnego 4 lipca do połowy sierpnia wojska polskie cofają się, już chyba tylko z zamiarem stawienia większego oporu pod Warszawą. Tuchaczewski wyznacza zdobycie Warszawy na dzień 12 sierpnia. Jednocześnie 4-ej armii i poprzedzającemu ją III korpusowi konnemu poleca ruszyć w głębokie obejście od zachodu pomiędzy granicą Prus Wschodnich i Wisłą. Celem tego manewru jest przecięcie komunikacji z Gdańskiem i sforsowanie Wisły pod Włocławkiem. Padają kolejno: Łomża, Ostrołęka, Przasnysz, Ciechanów. Kawaleria sowiecka osiąga Włocławek i zbliża się do Torunia. Tu podobnie jak pod Radzyminem ważyły się losy stolicy. Gdyby sowieci pokonali polskie wojska, droga na Warszawę od zachodu stałaby otworem.

Wieczorem, 13 sierpnia, trzy armie czerwone zbliżyły się do Warszawy, otaczając ją półkolem od Karczewa na południu do Modlina na północnym zachodzie. Osią ataku stał się Radzymin. Tu rozgorzały zacięte walki. Miasto przechodziło kilkakrotnie z rąk do rąk. W nocy z 14 na 15 sierpnia kryzys osiągnął punkt szczytowy. W kościołach modlono się, na ulicach odbywały się manifestacje patriotyczne. Po kawiarniach i restauracjach krążyły grupy kobiet, które publicznie wytykały mężczyzn w cywilu i wyganiały ich na front. To była jedna strona medalu.

Ale była też i druga. Już wieczorem zaczęły się gromadzić na ulicach Pragi inne tłumy, tłumy milczące o pochmurnych twarzach. I właśnie tamtędy wracał z oględzin pozycji pod Radzyminem prezes rady ministrów Wincenty Witos. Tłum nie rozstąpił się, samochód utknął. Nie było innego wyjścia, trzeba było wysiąść i przepychać się piechotą. Było się jak nie we własnej, ale wrogiej stolicy. W prezydium rady ministrów wiceminister Studziński oznajmił Witosowi, że bolszewicy powiadomili komunistów warszawskich i podobno również przywódców żydowskich, że ich wojska jeszcze tej nocy zajmą Warszawę, i że zostanie utworzony rząd komunistyczny, który obejmie władzę. Były więc wtedy dwie Warszawy. Jedna patriotyczna, druga – internacjonalistyczna. Czy dziś jest podobnie, czy może gorzej?

W dniu 15 sierpnia walki toczyły się na przedpolach Warszawy. Naczelny wódz opuścił Warszawę i udał się do „Grupy Uderzeniowej” skoncentrowanej pod Dęblinem. Całość operacji pozostawił w rękach szefa sztabu gen. Rozwadowskiego, dowódcy frontu gen. Hallera, oraz wojskowego doradcy francuskiego gen Weyganda.

Początkowo natarcie grupy uderzeniowej wyznaczono na 17 sierpnia, ale wobec niepewnej sytuacji obronnej, Piłsudski przyspiesza je o całą dobę. Dnia 16 sierpnia pięć polskich dywizji, dwie brygady „Grupy Uderzeniowej Naczelnego Wodza”, osłaniane od wschodu brygadą kawalerii, jazdą gen. Bułak-Bałachowicza, 6-tą dywizją ukraińską gen. Bezruczki, oraz brygadą Kozaków dońskich majora Salnikowa – ruszyło spod Dęblina na północ. Uderzyły one w lewy bok 16-tej armii sowieckiej, a tym samym w skrzydło głównych sił sowieckich. Zaskoczenie było wielkie.

Dlaczego jednak taki manewr był możliwy? Czy tylko dlatego, że prawe skrzydło sowieckiego frontu zapuściło się daleko na północny zachód, chcąc od tej strony zaatakować Warszawę, a lewe skrzydło pozostało daleko na południowym wschodzie, pod Lwowem? I czy to był błąd, którego dowództwo sowieckie nie dostrzegło?

To, co nastąpiło, to rozwarcie nożyc pomiędzy „północno-zachodnim” frontem Tuchaczewskiego, a „południowo-zachodnim” Jegorowa. Gdy Tuchaczewski zbliżał się do Warszawy, Jegorow zbliżał się do Lwowa. Pomiędzy tymi frontami powstała pustka. 11 sierpnia naczelne dowództwo sowieckie dostrzegło ten błąd i nakazało 1-szej konnej armii Budiennego odejść od Lwowa i ruszyć w kierunku na Zamość – Hrubieszów. To uniemożliwiłoby polskiej „Grupie Uderzeniowej” wykonanie manewru od Dęblina na północ. Ale Budienny nie wykonał tego rozkazu, bo Stalin, przewodniczący Rewolucyjnej Rady Wojennej, będąc pewny zdobycia Warszawy, chciał zdobyć Lwów i szybko przenieść rewolucję na Bałkany. Decyzja Stalina znaczyła więcej niż decyzja Jegorowa. Bedienny nie wykonał rozkazu naczelnego dowództwa i wdaje się w polemikę, że dopiero po zdobyciu Lwowa należy przystąpić do wykonania nowego rozkazu. Tę korespondencję, prowadzoną drogą radiową, przechwytuje i rozszyfrowuje pułkownik Jan Kowalewski w sztabie generalnym w Warszawie.

To, o czym sztab polski nie wiedział, a o czym również nie wiedział Tuchaczewski, to osobista ingerencja Lenina, zaniepokojonego nagłym zwrotem na wewnętrznym froncie kontrrewolucyjnym w Rosji. 2 sierpnia depeszował on do Stalina:

Przed chwilą przeprowadziliśmy w Biurze Politycznym podział frontów, abyście się zajęli wyłącznie Wranglem. W związku z powstaniami, szczególnie na Kubaniu, a następnie również na Syberii, niebezpieczeństwo ze strony Wrangla staje się olbrzymie, i w łonie KC wzmaga się dążenie do niezwłocznego zawarcia pokoju z burżuazyjną Polską. Proszę was, abyście bardzo wnikliwie rozważyli, jaką jest sytuacja z Wranglem i przedstawili waszą opinię. – Lenin.

A owego 11 sierpnia, w którym naczelne dowództwo nakazuje Budiennemu „bez najmniejszej zwłoki” ruszyć na Zamość – Hrubieszów, Stalin otrzymuje nową depeszę:

Zwycięstwo nasze w Polsce jest wielkie i będzie całkowite, jeżeli dobijemy Wrangla. Podejmiemy tutaj wszelkie środki ku temu. Naciśnijcie również i wy, aby w wyniku obecnego uderzenia odebrać za wszelką cenę cały Krym. Od tego zależy teraz wszystko. – Lenin.

A Wrangel nie tylko utrzymał się, ale 25 lipca rozpoczął nowe natarcie i zmusił południowo-zachodni front sowiecki do przerzucenia znacznych sił na front krymski. To spowodowało, że Stalin zaabsorbowany wypadkami na południowym odcinku frontu i jeszcze do tego obligowany uwagami Lenina, wahał się, tym bardziej, że Tuchaczewski wydawał się być zupełnym zwycięzcą na północnym froncie.

Rozpoczęty 16-go sierpnia atak polskiej „Grupy Uderzeniowej” od Dęblina, 17-go zdobywa Białą Podlaską i Siedlce, 18-go Drohiczyn nad Bugiem. Karta się odwraca, ale jeszcze nie do końca. Na północy, daleko wysunięta na zachód, 4-a armia sowiecka wisi w powietrzu. Plan Tuchaczewskiego polega na tym, by zawrócić ją na wschód i uderzyć w tyły 5-tej armii polskiej Sikorskiego: na Płońsk – Warszawę.

O świcie 15 sierpnia VIII brygada kawalerii polskiej, pod dowództwem gen. Karnickiego, wykonała rajd na tyły 4-ej armii sowieckiej. O godzinie 11 przed południem wpadła do Ciechanowa, gdzie kwaterował sztab 4-ej armii. Zaskoczenie było zupełne. Cały sztab rzucił się do ucieczki. Pozostała kancelaria dowództwa, mapy, meldunki, rozkazy, ale najważniejsze było to, że w polskie ręce dostała się radiostacja, jedyna forma łączności, najdalej wysuniętej na zachód armii, z dowództwem frontu i III korpusem konnym. Natychmiast zarządzone przeciwnatarcie, wyborowej 33-ciej dywizji kubańskiej, wyparło brygadę Karnickiego, ale nie odzyskano radiostacji. I od tego momentu załamał się porządek dowodzenia w sztabie armii. To prawdopodobnie zdecydowało o tym, że natarcie na Warszawę od strony północno-zachodniej nie doszło do skutku. Wojska z tamtego rejonu w ostateczności albo wycofały się na wschód, albo przeszły na stronę pruską i zostały internowane.

Resztki rozbitych wojsk sowieckich wycofują się spod Warszawy i 26 sierpnia próbują utworzyć nowy front, biegnący do Grodna na południe, przez Kuźnicę – Świsłocz – Białowieżę – Kamieniec Litewski – Żabinkę nad Muchawcem – Tyszowiec. W tym czasie stan liczebny armii polskich wzrasta do ponad 900 tysięcy. Ale dopiero po miesiącu, 21 września, Piłsudski decyduje się uderzyć na bolszewików. 2-ga armia pod wodzą generała Rydza Śmigłego forsuje Niemen koło Druskiennik, z zamiarem wyjścia na Lidę i obejścia frontu sowieckiego od północy.

To drugie uderzenie z 22 września, po odparciu wojsk bolszewickich spod Warszawy, całkowicie rozbija bolszewików na przestrzeni całego frontu i rozpędza ich armie. Ta operacja, nazwana bitwą niemeńską przesądziła o losach wojny. Generał Weygand, już na podstawie oceny bitwy warszawskiej, stwierdził 21 sierpnia w wywiadzie dla paryskiej gazety:

Jeżeli wojskowe kierownictwo polskie zechce w pełni i zupełności wyzyskać odniesione zwycięstwo, jestem absolutnie pewny, że armia bolszewicka przestanie wkrótce odgrywać jakąkolwiek rolę.

No właśnie! Jeśli zechce w pełni i zupełności wyzyskać. Tereny na północ od Prypeci, na całej Białorusi, były ogołocone z przeciwnika. Droga na Moskwę stała otworem. I ta 900-tysięczna armia stoi. Nie pierwszy zresztą raz w tej wojnie, dziwnej wojnie.

W dniu 21 września zbiera się w Moskwie na tajnej konferencji kilku członków CK partii. Są tam m.in. Lenin, Trocki, Stalin. W jej wyniku zapada uchwała o utworzeniu nowego „Południowego Frontu”, skierowanego wyłącznie przeciwko wojskom generała Wrangla, liczącym około 40 tysięcy żołnierzy. Na drugi dzień po tym postanowieniu, 22 września, czyli w dniu rozpoczęcia „niemeńskiej” ofensywy polskiej, Lenin przemawia na IX Konferencji RKP (bolszewików) i proponuje zawarcie pokoju z Polską. W rezultacie uchwalono rezolucję o konkretnych warunkach zawarcia pokoju, które osobiście sporządza i redaguje Lenin.

Klęska na froncie polskim nie zmieniła decyzji zapadłych na tajnej konferencji z dnia 21 września o skierowaniu wszystkich sił przeciwko Wranglowi. Z trudem udaje się ściągnąć z fińskiej i estońskiej granicy 6-tą armię czerwoną. Ale armia ta nie zostaje rozwinięta na Białorusi jako ostatnia zapora, zamykająca drogę na Moskwę. Przechodzi, niezatrzymywana, przed frontem polskim i kieruje się na front krymski. A tam napierał, powstrzymywany ostatkiem sił, Wrangel. Przed prawie milionowym wojskiem polskim droga na stolicę rewolucji wolna. Tylko ruszyć!

Dnia 8 października wojska polskie dotarły o 16 wiorst na zachód od Mińska. Władze bolszewickie uciekły z miasta. Mińsk pozostawiony sam sobie, leży przez kilka dni na ziemi niczyjej. A wojska polskie stoją, nie posuwają się naprzód, jakby zamieniły się w słup soli. Bolszewicy wracają. Ludzie głupieją. Lenin mówi o klęsce w wojnie z Polską, a wszystkie siły kieruje przeciwko Wranglowi. I deklaruje: „Zwycięstwo nad Wranglem jest obecnie naszym głównym i podstawowym celem”… O co w tym wszystkim chodzi? Polska dysponuje siłą dwudziestokrotnie większą niż Wrangel.

12 października został zawarty rozejm wojskowy i wstępny traktat pokojowy pomiędzy Polską i bolszewikami. W dniu 16 listopada 4-ta armia czerwona, ta rozbita pod Ciechanowem i później powtórnie pod Grodnem, ta armia wkracza do Teodozji. 18-go zajęła Jałtę. Niedobitki armii Wrangla i cywile, zapakowani na statki, odpływali do Konstantynopola.

Wszystko, co powyżej zostało opisanie, wszystkie fakty, dokumenty, depesze itp., wszystko to pochodzi z książki Józefa Mackiewicza „Lewa wolna”. Jest to powieść nietypowa, bo złożona z dwóch części: fabularnej i dokumentalnej. I to właśnie z tej dokumentalnej wybrałem to, co najistotniejsze, co w możliwie najkrótszy sposób oddawałoby istotę i charakter tej wojny. Powieść ta liczy 500 stron, więc to, co wybrałem, to naprawdę drobiazg. W części fabularnej Mackiewicz opisuje tę wojnę taką, jaką ją widział jako 17-letni chłopak, ułan. Służył w 10 pułku ułanów Litewsko-Białoruskiej Dywizji. Następnie, na własne życzenie, zostaje przeniesiony do 13. pułku majora Jerzego Dąmbrowskiego. Część faktograficzna, która przeplata się z fabułą, jest niezwykle bogata. Zebranie tak wielkiej ilości dokumentów wiązało się z niezwykłym wysiłkiem i zajmowało wiele czasu. Wymagało też docierania do różnych dokumentów, penetrowania archiwów, przeglądania starej prasy itp. A to oznaczało, że trzeba było jeździć w różne miejsca, gdzieś nocować, coś jeść. A to kosztowało. Nic nie ma za darmo. A Mackiewicz, ze względu na swój upór pisania prawdy, niechętnie był wydawany, bo prawda nikomu nie pasuje. Żył skromnie. A jednak! Znaleźli się ludzie, którzy pomogli, i im zadedykował tę powieść:

Tym, którzy przyszli mi z pomocą materialną w długim okresie pracy nad tą książką, i w ten sposób umożliwili jej napisanie: Józefowi Frydowi w Rzymie, Zofii Kirsch w Bernie szwajcarskim, Włodzimierzowi Popławskiemu w Londynie.

Wielkie rzeczy, projekty, przedsięwzięcia – nigdy nie są dziełem jednego człowieka. Szkoda, że my o tym tak rzadko pamiętamy, a może, co gorsza, nawet nie wiemy. A właśnie takie współdziałanie, jak nigdy przedtem, jest nam teraz niezmiernie potrzebne.

Mackiewicz w swojej powieści przytaczał fakty. Nigdy ich nie komentował. Nigdzie więc w niej nie ma słów krytyki pod adresem Piłsudskiego, choć z jego publicystyki ten żal, a nawet złość czy niechęć emanuje. I on tego nie ukrywał. Gdy droga na Moskwę w październiku 1920 roku stoi otworem, to on w niej opisuje nie tylko swoje, wtedy, rozczarowanie, ale też rozczarowanie swoich kompanów. Rozczarowanie, niedowierzanie, złość, bezradność i poczucie oszukania. Ci młodzi chłopcy, bo takimi byli ci ułani, wierzyli, że w tej wojnie chodzi o pobicie bolszewików. Narażali swoje życie, wielu z niej nie wróciło. A to wcale nie było tak! Nie chodziło o pobicie bolszewików. A więc o co chodziło? Dobre pytanie! Ale odpowiedź trudna.

Wydaje się, że zagadkę rozwikłał Antony C. Sutton, po tym jak wszedł w posiadanie pewnych tajnych dokumentów. W swojej książce „Skull and bones (Tajemna siła Ameryki)” pisze:

Z wypowiedzi prezydenta Kennedy’ego wynika rzecz niezwykle ważna, choć pozornie pozbawiona znaczenia. Prezydent sądził najwyraźniej, że Stany Zjednoczone finansują nacjonalistów, nie marksistów, choć tak naprawdę Ameryka wspomagała właśnie marksistów, podobnie jak czyniła to później w Republice Południowej Afryki, powielając schemat datujący się od czasów rewolucji bolszewickiej w Rosji w 1917 roku. Warto prześledzić tę sprawę w aktach Kennedy’ego i ustalić, na ile prezydent był świadomy poczynań pozostających pod kontrolą Zakonu (to ta tajemna siła Ameryki), CIA i Departamentu Stanu.

Marksiści z Ludowego Ruchu Wyzwolenia Angoli Neto przejęli kontrolę nad Angolą. Zakon, posiadający potężnych sojuszników w międzynarodowych korporacjach, wywierał nacisk na kolejne administracje, by nie odbierać Angoli roli kubańsko-radzieckiej bazy w południowej Afryce.

W 1975 roku Stany Zjednoczone, wspólnie z Republiką Południowej Afryki, rzeczywiście wykonały wojskowy rajd na terytorium Angoli. W kluczowym momencie, gdy siły południowoafrykńskie mogły dotrzeć do Luandy, Stany Zjednoczone wycofały jednak swoją pomoc. Republika Południowej Afryki nie miała wyboru i musiała się wycofać. Kraj ten przekonał się w bolesny sposób, że Stany Zjednoczone są antymarksistowskie jedynie w teorii. W praktyce Ameryka zrobiła Republice Południowej Afryki to, co robiła już w przeszłości wielokrotnie – elita zdradziła swoich antymarksistowskich sojuszników.

A więc schemat powtarza się: Atakujemy, ale tylko do pewnego momentu. Gdyby Sutton mógł przeczytać powieść Mackiewicza, to pewnie by go zacytował. Z kolei, gdyby Mackiewicz znał interpretację Suttona, to może nie byłby tak rozgoryczony. Ale dalej to jest niejasne. Jak to mówią Rosjanie: bez pól litra nie razbierosz. Żeby to wszystko zrozumieć, to pomijając to, że trzeba zaopatrzyć się w te pół litra, to trzeba jeszcze odwołać się do filozofii Hegla, w której rozwój może odbywać się tylko poprzez konfrontację dwóch sprzecznych sił tj. tezy i antytezy. Tezą może być prawica, a antytezą może być lewica. W takim konflikcie powstaje nowy system polityczny – nie będący lewicowy czy prawicowy, ale będący ich syntezą, czyli czymś nowym. Konflikt przeciwieństw jest niezbędny do wprowadzenia zmian. Idąc jednak dalej tym tropem, to musimy dojść do konkluzji, że w takim konflikcie nie chodzi o to, by jedna siła zwyciężyła drugą, bo wówczas ta zwycięska dominowałaby i „zabawa” skończyłaby się. A przecież przedstawienie musi trwać! Bo z tego są pieniądze. Skonfliktowane strony muszą kupować broń i opłacać rekrutów. Później odtwarzać zdewastowaną infrastrukturę. Wojna to najlepszy biznes. Najpierw zburzyć, a później odbudować.

Żeby jednak ta „zabawa” mogła trwać, to nie może być żadnej siły, która mogłaby to przerwać lub uniemożliwić. Piłsudski, uzasadniając motywy swoich decyzji, powiedział, że nie walczy z bolszewikami, tylko z Rosją. 21 lat później Hitler, o czym pisze Mackiewicz w powieści „Nie trzeba głośno mówić”, również mówił, uzasadniając swoje decyzje, niezrozumiałe dla innych, że on nie walczy z bolszewikami tylko z Rosją. Cóż więc to za zwierz jest, czy była, ta Rosja?

W drugiej połowie XIX wieku i na początku XX wieku Rosja podwajała liczbę ludności co 30 lat. Już wtedy Rosjanie byli najliczniejszym narodem białej rasy. To mogłaby być potęga, dominująca w świecie białego człowieka, a tym samym, na całym świecie. Komu więc zależało na zniszczeniu Rosji? Ktoś może powiedzieć, że Watykanowi. Ale Watykanowi nie zależało na zniszczeniu Rosji, tylko na jej przechrzczeniu na katolicyzm, a to nie to samo! Któż więc tak naprawdę obawiał się prawosławnej, konserwatywnej Rosji? Walczył z Rosją socjalista Piłsudski, który oświadczył, że wysiadł z czerwonego tramwaju na przystanku „niepodległość”. Ale czy rzeczywiście wysiadł? Walczył z Rosją Hitler. Kto za nimi stał? Kto finansował i finansuje te wszystkie wojny? I jaki jest jego cel?

W tym natłoku faktów można się pogubić i stracić główny wątek, więc w skrócie wyglądało to tak:

  • W maju 1919 roku przybywa do Warszawy Marchlewski i prowadzi rozmowy z najbliższymi współpracownikami Piłsudskiego
  • W czerwcu uaktywnia się na froncie południowym Denikin. Pod koniec lipca zdobywa Odessę i Kijów
  • W lipcu ponownie przybywa do Polski Marchlewski. Tym razem do Białowieży.
  • W połowie października bolszewicy gromadzą wszystkie siły przeciwko Denikinowi. 17 października generał Judenicz podchodzi do przedmieść Petersburga. W tym czasie wzdłuż całej zachodniej granicy rozciąga się front polski i… stoi w miejscu!
  • Na stacji w Mikaszewiczach stoi pociąg pancerny “Kaniów”, do którego doczepione są wagony osobowe, w których od 10 października przebywa delegacja sowiecka.
  • W styczniu 1920 roku linia frontu przebiega na Berezynie.
  • Pod koniec kwietnia bolszewicy koncentrują wojska na froncie północnym.
  • 20 kwietnia Piłsudski zarządza wycofanie części wojsk z frontu północnego i przerzucenie ich na front ukraiński.
  • 25 kwietnia, nie przejmując się postępującą koncentracją wojsk na froncie północnym, rzuca się Piłsudski na Wyprawę Kijowską.
  • 7 maja wojska polskie wkraczają do Kijowa.
  • 8 maja Piłsudski wydaje rozkaz natarcia i zdobycia miasta, w którym już jest jego wojsko.
  • 14 maja wojska bolszewickie uderzają na froncie północnym. Piłsudski przerzuca dywizje z Ukrainy na ten front.
  • 27 maja wkracza na front ukraiński armia Budiennego. Piłsudski przerzuca wojska z północy na Ukrainę.
  • 10 czerwca wojska polskie opuszczają Kijów.
  • 4 lipca Tuchaczewski atakuje na froncie północnym. W konsekwencji wojska polskie wycofują się aż pod Warszawę.
  • 15 sierpnia walki toczą się na przedpolach Warszawy.
  • 16 sierpnia manewr spod Dęblina odpycha wojska bolszewickie od Warszawy.
  • 26 sierpnia resztki rozbitych wojsk bolszewickich próbują utworzyć front biegnący od Grodna przez Białowieżę do Kamieńca Litewskiego i Tyszowca. W tym czasie stan liczebny armii polskich wzrasta do 900 tysięcy.
  • I dopiero po miesiącu, bo 21 września, Piłsudski decyduje się uderzyć na bolszewików.
  • 22 września ma miejsce bitwa niemeńska, która ostatecznie rozbija wojska bolszewickie.
  • 21 września, na tajnej konferencji, kilku członków CK partii podejmuje decyzję o skierowaniu wszystkich sił przeciwko Wranglowi.
  • 8 października wojska polskie docierają pod Mińsk. Bolszewickie władze miasta uciekają. Droga na Moskwę wolna.
  • 12 października podpisano wstępny traktat pokojowy pomiędzy Polską i bolszewikami.
  • 18 listopada bolszewicy zajmują Jałtę. Niedobitki armii Wrangla i cywile odpływają do Konstantynopola.

To, co powyżej, to suche fakty. Każdy może je interpretować tak, jak chce. Ale najważniejszą rzeczą jest je znać, bo “jedynie prawda jest ciekawa”.