Październik 56

„Świat jest teatrem, aktorami ludzie, którzy kolejno wchodzą i znikają.” – To oczywiście Szekspir. Jeśli więc świat jest teatrem, to z pewnością jest nią również polityka, która jest chyba najważniejszą z ludzkich aktywności, bo oddziałuje na nas wszystkich i nie ma od niej ucieczki. Politycy kolejno wchodzą i znikają. Kiedyś był Bolek, który stręczył nam drugą Japonię. Dziś jest drugi Bolek, który stręczy nam drugie Chiny. Ale są i inni, jakieś Brauny, Konfederacje i czort wie kto jeszcze. A to tylko fragment tego polskiego spektrum wchodzących i znikających. Zawsze tak było. Ludziom trudno w to uwierzyć, że to jest teatr. Jednak bliższe przyjrzenie się któremukolwiek z polskich przesileń politycznych zmusza do takich refleksji.

Jednym z nich był Październik 56. Wydarzenie, wbrew pozorom, mało znane i na ogół fałszywie interpretowane. Niewielu też chyba starało się to zagadnienie bardziej wnikliwie przeanalizować. Marian Miszalski w swojej książce Najnowsza spiskowa historia Polski pomija to wydarzenie. Zaczyna ją od upadku Gomułki. Czym był więc ten Październik?

Jego analizę wypadałoby chyba zacząć od przybliżenia postaci głównego bohatera tamtych wydarzeń. Władysław Gomułka, bo o niego tu chodzi, urodził się w 1905 roku w Białobrzegach Franciszkańskich. Obecnie jest to dzielnica Krosna. Z zawodu był ślusarzem. Od 1926 roku należał do nielegalnej Komunistycznej Partii Polski. Od 1930 roku był funkcjonariuszem Komitetu Centralnego KPP. Nie był więc w niej szeregowym członkiem. Wprost przeciwnie. Już jako 25-letni młodzieniec był jednym z najważniejszych działaczy KPP. Oficjalnie należał do PPS-Lewica, rozwiązanej przez władze sanacyjne w 1931 roku.

W 1930 roku udał się nielegalnie na zjazd Profinternu w Moskwie. Profintern to była Czerwona Międzynarodówka Związków Zawodowych. Podczas organizowania w 1932 roku strajku w Łodzi został aresztowany i skazany na 4 lata więzienia. Po dwuletnim pobycie w różnych więzieniach otrzymał krótki urlop zdrowotny, podczas którego pod fałszywym nazwiskiem wyjechał do ZSRR.

W latach 1934-35 leczył się na Krymie i przebywał w Moskwie, gdzie ukończył szkołę – Międzynarodową Szkołę Leninowską. Po powrocie do kraju został zawodowym funkcjonariuszem partyjnym działającym w podziemiu. W 1936 roku został skazany na 4,5 roku więzienia za „przygotowywanie zbrodni stanu”. Po agresji III Rzeszy na Polskę został zwolniony z więzienia w Sieradzu i po krótkim pobycie w Warszawie przedostał się do strefy radzieckiej do Białegostoku. Na przełomie lat 1941/42 wrócił na ziemię krośnieńską, gdzie wstąpił do Polskiej Partii Robotniczej. W lipcu 1942, na wezwanie Pawła Findera, przyjechał do Warszawy. Został jednym z przywódców PPR. Po śmierci dwóch członków kierowniczej „trójki” PPR – przywódcy PPR Marcelego Nowotki i dowódcy Gwardii Ludowej Bolesława Mołojca, w styczniu 1943 roku został członkiem kierowniczej „trójki” PPR wraz z Pawłem Finderem i Franciszkiem Jóźwiakiem. 23 listopada 1943 roku na posiedzeniu KC PPR odbytym po aresztowaniu przez Gestapo dotychczasowego sekretarza PPR Pawła Findera objął kierownictwo partii. Kontrkandydatami byli Bolesław Bierut i Franciszek Jóźwiak. Był autorem podstawowych dokumentów programowych, w tym wydanej w 1943 roku broszury O co walczymy? W latach 1943-48 był I sekretarzem KC PPR.

15 sierpnia 1948 roku podjęto uchwałę w sprawie odchylenia prawicowo-nacjonalistycznego. 21 sierpnia Bierut poinformował Gomułkę, że decyzja o jego usunięciu została uzgodniona ze Stalinem. W marcu 1949 roku został Gomułka wiceprezesem NIK, a w listopadzie tego roku – dyrektorem oddziału Ubezpieczalni Społecznej w Warszawie. 2 sierpnia 1951 roku, podczas urlopu w Krynicy, został aresztowany przez grupę funkcjonariuszy Urzędu Bezpieczeństwa. Gomułkę przetrzymywano w specjalnym więzieniu w willi Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego w Miedzeszynie. Potem aż do uwolnienia przebywał w szpitalu.

Pierwsze głosy domagające się wyjaśnień w sprawie aresztowania Gomułki padły na naradzie centralnego aktywu partyjnego, który odbył się na przełomie listopada i grudnia 1954. Decyzję o zwolnieniu Gomułki władze partyjne podjęły 7 grudnia. Gomułkę więziono do 13 grudnia 1954. 6 kwietnia 1956 roku I sekretarz PZPR Edward Ochab poinformował warszawski aktyw partyjny o rehabilitacji Gomułki i oczyszczeniu go z zarzutów. 1 sierpnia Biuro Polityczne zdecydowało o zwrocie Gomułce legitymacji partyjnej. 21 października został wybrany na I sekretarza PZPR. 24 października 1956 roku wygłosił na wiecu ludności Warszawy na Placu Defilad słynne, emocjonalne, 40-minutowe przemówienie zaczynające się słowami: „Towarzysze! Obywatele! Ludu pracujący stolicy!”, które zyskało mu powszechną sympatię, a którego początek przeszedł później do kultury masowej.

To tyle Wikipedia, z której wybrałem pewne fragmenty z życiorysu Gomułki. Czy z takim życiorysem i z taką karierą można mówić o odchyleniu prawicowo-nacjonalistycznym? Przecież on od najwcześniejszej młodości był ideowym komunistą. Odsuwają go od władzy, oskarżając o te odchylenia i kierują go na ciepłe posadki i dopiero po trzech latach aresztują. Ale co to za areszt! Luksusowa willa a później szpital. Też pewnie taki nie dla zwykłych robotników. Po trzech latach zwalniają go w grudniu 1954 roku i prawie przez 1,5 roku nie wiadomo, co się z nim dzieje.

Stalin umiera w marcu 1953 roku. O Gomułce „przypominają” sobie towarzysze na przełomie listopada i grudnia 1954 roku, a więc ponad 1,5 roku później: Pierwsze głosy domagające się wyjaśnień w sprawie aresztowania Gomułki padły na naradzie centralnego aktywu partyjnego… Dopiero trzy lata po aresztowaniu jakieś anonimowe głosy domagały się wyjaśnień. A wcześniej głosy te nie zauważyły zniknięcia Gomułki? Chruszczow wygłasza swój tajny referat o kulcie jednostki i zbrodniach stalinowskich w lutym 1956 roku – trzy lata po śmierci Stalina. Sam z siebie wygłosił taki referat? I dlaczego dopiero po trzech latach? Wynika z tego, że wszystko starannie planowano. Nie było tu żadnych spontanicznych reakcji. Skoro Gomułkę zwolniono na prawie dwa lata przed głównymi wydarzeniami, to znaczy, że już wtedy wyznaczono go na bohatera tamtych wydarzeń. Któż mógł się lepiej do tego nadawać? Patriota, stawiający się władzom radzieckim, więziony. I raptem przychodzi odwilż. Nie wiadomo skąd, ale przychodzi.

Gomułka zostaje wybrany na I sekretarza w dniu 21 października, a w dniu 19 października przylatuje bez zaproszenia delegacja radziecka i rozmawia z Biurem Politycznym i Gomułką. Jeszcze nie jest I sekretarzem, a już z nim rozmawiają. Znaczy, że wiedzą, że nim będzie. A dlaczego mieliby nie wiedzieć, skoro oni te klocki ustawiają? A wojska radzieckie stacjonujące na Dolnym Śląsku i Pomorzu idą na Warszawę. Ale jakoś nie dochodzą. W grudniu 1981 roku podeszły pod polskie granice wojska radzieckie, niemieckie i czeskie. Tylko po co? Przecież nadal były w Polsce wojska radzieckie na Dolnym Śląsku i Pomorzu. – Teatr. Czesi mają na to lepsze określenie – divadlo.

Obszernym opracowaniem na temat Października 56, a właściwie na temat podziałów w PZPR w tamtym czasie, jest praca Witolda Jedlickiego „Chamy i żydy” zamieszczona w paryskiej „Kulturze” z grudnia 1962 roku. W notce biograficznej o nim można przeczytać:

„Witold Jedlicki ur. w lutym 1929 r. W czasie okupacji ukrywał się z powodu pochodzenia żydowskiego, był aresztowany przez Gestapo. Po wojnie studia na wydziale filozoficzno-społecznym Uniwersytetu Łódzkiego i Warszawskiego. Magisterium w r. 1952 pod kierunkiem prof. Kotarbińskiego. Od r. 1957 praca badawcza w Polskiej Akademii Nauk i dydaktyczna na Uniwersytecie Warszawskim w zakresie socjologii (w stopniu asystenta). Udział w Zespole badającym postawy studentów warszawskich. Autor popularnej książki o psychoanalizie Freuda (Wiedza Powszechna 1961). Wieloletni aktywny członek KLUBU KRZYWEGO KOLA i członek ostatniego Zarządu KRZYWEGO KOŁA. Opuścił Polskę jako emigrant do Izraela. Przyjął obywatelstwo izraelskie.”

Warto zapoznać się z pewnymi fragmentami tego opracowania, by spróbować zrozumieć, o co w tym wszystkim chodziło. Jest ono obszerne, bo liczy 40 stron. Starałem się z niego wybrać to, co najistotniejsze i najlepiej opisuje tamte wydarzenia. Wytłuszczenia moje, a moje komentarze pisane są kursywą.

Słynne tajne przemówienie Chruszczowa z dn. 25 lutego 1956 rozpętało falę masowego niezadowolenia i obudziło potężny ruch oddolny, dążący do szybkiej realizacji daleko idących reform w duchu jak najbardziej demokratycznym. Ruch ten zaczyna wywierać silną presję na kierownictwo partyjne. Podstawowym narzędziem tej presji staje się prasa, opanowana w tym czasie całkowicie przez pozapartyjne (lub partyjne, ale wypowiadające posłuszeństwo dyrektywom kierownictwa partyjnego) elementy konsekwentnie i szczerze demokratyczne. Istniało jednak także szereg innych form tej presji, takich jak publiczne wypowiedzi intelektualistów, tworzenie najrozmaitszych zrzeszeń, demonstracje (z najsławniejszą zbrojną demonstracją Poznańską z dn. 28 czerwca 1956 r. na czele) itd.

Te najrozmaitsze zrzeszenia to m.in. Klub Krzywego Koła, którego członkiem był autor cytowanego opracowania. Presję na władze partyjne wywiera prasa, która podlega tym władzom. Ciekawe. To tak jakby pracownicy Facebooka wywierali wpływ na jego właściciela i zamieszczali teksty sprzeczne z jego linią programową.

Inną formą presji były demonstracje takie jak zbrojna demonstracja poznańska. A więc ustawka, sprowokowanie robotników do strajku, by wywrzeć presję na władzy, a może raczej dać jej alibi. Pierwszy raz w Polsce Ludowej, ale nie ostatni. To był dopiero początek wykorzystywania robotników i innych naiwnych. A nam się wmawia, że Poznański Czerwiec to autentyczny robotniczy zryw i władza tak się przestraszyła, że aż odpuściła.

W obliczu tych wydarzeń część kierownictwa partyjnego zaczyna zdawać sobie sprawę z konieczności radykalnych przemian i przyłącza się do ruchu masowego do tych przemian nawołującego. Powstaje w ten sposób sojusz bardziej liberalnych, bardziej radykalnych, bardziej liczących się z rzeczywistością komunistów z masowym ruchem oddolnym, domagającym się radykalnych reform. Na przywódcę całego obozu zostaje wysunięty Władysław Gomułka. Ostatecznie obóz ten odnosi kolosalny sukces w październiku 1956 r., łamiąc opór sprzeciwiających się reformom stalinowców i eliminując ich od władzy. To, co się wówczas stało, było rodzajem zamachu stanu, który spotkał się z ostrym, popartym demonstracją zbrojną sprzeciwem Chruszczowa i ówczesnego kierownictwa K.P.Z.R. Gomułce udało się jednak wtedy przekonać Chruszczowa, żeby interwencji zbrojnej zaniechał.

Rzeczą powszechnie uznaną jest rola prasy i intelektualistów w rozbudzeniu opinii publicznej i w wywarciu presji na kierownictwo partyjne. Powstaje jednak pytanie, w jaki sposób prasa, w której nic nie może być wydrukowane bez aprobaty cenzury, może wywierać presję na cenzorów lub ich szefów? A więc jedno z dwojga: albo prasa spełniała wówczas dyrektywy kierownictwa partyjnego, albo kierownictwo partyjne dobrowolnie z jakichś powodów godziło się na to, żeby prasa pisała to, co uważa za stosowne. W obu wypadkach nie ma mowy o żadnej presji.

No właśnie! Intelektualiści rozbudzali opinie publiczną. Jakiej nacji oni byli? Prasa nie podlegała presji? Oczywiście, że nie! Ona była w rękach tych, którzy dokonywali tej „odwilży”.

Powszechnie uważa się, że nagły i gwałtowny zryw opinii publicznej na wiosnę 1956 r. był następstwem tajnego referatu Chruszczowa. Ale od razu powstaje pytanie, dlaczego ten referat rozpowszechniano? Przecież w innych krajach bloku go nie rozpowszechniano. Co więcej, dlaczego rozpowszechniano ten referat tak gorliwie, na otwartych zebraniach partyjnych, tak, żeby każdy, partyjny i bezpartyjny, mógł się z nim zapoznać? W tych warunkach poruszenie opinii publicznej musiało być rzeczą łatwą do przewidzenia. Stąd wniosek, że opinię publiczną rozbudzano celowo.

Dlaczego ci sarni ludzie, którzy potrafili ryzykować konflikt zbrojny z Z.S.S.R., byli później tak ulegli wobec presji sowieckiej w tysiącach spraw drobnych, takich np. czy zezwolić na ukazywanie się jakiegoś pisemka literackiego, albo czy zezwolić na wydrukowanie czegoś itp.? Dlaczego Gomułka, na którego poparta demonstracją militarną presja rosyjska nie podziałała w sprawie Rokossowskiego, uląkł się jej w sprawie Piaseckiego, który, jak to powszechnie sądzono, zawdzięczał swoją dalszą egzystencję i dobrobyt poparciu udzielonemu mu przez Moskwę?

Dlaczego? Skąd się bierze ten fenomen świadomego i planowego rozbudzania opinii publicznej w gruncie rzeczy przeciwko sobie? Po co Chruszczow wygłaszał ten swój tajny referat?

W jakim celu Cyrankiewicz, Ochab i Zambrowski w ciągu r. 1956 tak się wysilali, żeby zmobilizować opinię publiczną do krytyki partii i komunizmu? Przede wszystkim możemy odrzucić od razu ewentualność, że ci ludzie robili to ze względu na ukryte, ale szczere sympatie liberalne, które nakazywały im realizować pewien wzorzec ustrojowy uważany za słuszny nawet wbrew własnym interesom. Ani Chruszczow ani polscy leaderzy partyjni żadnych poważnych sympatii liberalnych nie mieli i nie mają. Nietrudno ostatecznie wskazać sytuacje, w których mieli oni okazję okazywania takich sympatii, a ich nie okazywali. Na ewentualny kontrargument, że może tu zachodzić normalne zjawisko zmiany przekonań, jest odpowiedź, że jeżeli za każdym razem zmiana przekonań służy interesom, to rzuca to cień na istnienie jakichkolwiek przekonań w ogóle.

Wspomniałem, że w literaturze na temat XX Zjazdu K.P.Z.R. znalazłem jedną myśl szczególnie interesującą· Mam na myśli przypuszczenie sformułowane na łamach “Kultury” przez Aleksandra Weissberg-Cybulskiego, że celem Chruszczowa było to, żeby stalinowskie metody rozprawiania się z przeciwnikami skompromitować tak doszczętnie, aby w przyszłych walkach o władzę nikomu już więcej nie opłacało się do tych metod uciekać.

Chodziło o to, by nie było w tej walce ofiar śmiertelnych. No bo skoro to jest teatr, to powinno być tak, jak w prawdziwym teatrze. Aktorzy grają, a jak mają być zastrzeleni, to tylko na niby.

Hipoteza Weissberga dowodzi, że może zaistnieć taka sytuacja, kiedy w interesie rządzących leży faktyczne rewoltowanie rządzących przeciwko sobie. Poprzednie moje uwagi zmierzały do tego, żeby wykazać, że taka sytuacja zaistniała w r. 1956 także w Polsce. Dlaczego?

Jeśli w interesie rządzących leży faktycznie rewoltowanie rządzących przeciwko sobie, to kto w takim razie rewoltuje ich przeciwko sobie? Albo ktoś, kto stoi ponad nimi lub, że oni sami ze sobą umawiają się, że będą odgrywać teatrzyk.

Kluczem do rozwiązania zagadki są wydarzenia VI Plenum K.C. P.Z.P.R., które się odbywało w Warszawie w połowie marca 1956. Z różnych niedyskrecji wiadomo już dzisiaj dość dobrze co wtedy zaszło. W Warszawie pojawił się Chruszczow, oficjalnie po to, aby peregrynować pieszo z Nowego Światu na Powązki za trumną Bieruta, faktycznie po to, by nie dopuścić do wyboru na jego następcę nikogo z ludzi Stalina.

Interwencja Chruszczowa stawia grupę kierowniczych komunistów, którzy faktycznie rządzili Polską za czasów Stalina, w położeniu rozpaczliwym. Stanowi dla nich jawną wskazówkę, że przestali się cieszyć zaufaniem mocodawców i tym samym, że ich dni są policzone; że muszą odejść i ustąpić miejsca ludziom nowym, którzy cieszą się zaufaniem nowych ludzi na Kremlu.

Kto należał do tej grupy i kim byli ludzie, na których obecnie stawiał Chruszczow? Ludzie, którzy faktycznie rządzili Polską w czasach Stalina, to przede wszystkim Bolesław Bierut, Roman Zambrowski, Jakub Berman, Hilary Minc i Franciszek Mazur. Ta piątka miała oczywiście całą armię dependentów, którzy zapewniali jej większość, gdzie tylko było potrzeba. Po śmierci Bieruta na czoło grupy wysuwa się wyraźnie Zambrowski. Natomiast Mazur, który zaczyna zerkać na stronę przeciwną, próbując, zresztą bezskutecznie coś z łaski Kremla dla siebie wyżebrać, zostaje przez grupę wyraźnie odsunięty. W sztabie grupy znajdują się w tym czasie m.in.: Jerzy Albrecht, Antoni Alster, Tadeusz Daniszewski, Ostap Dłuski, Maria Federowa, Romana Granas, Piotr Jaroszewicz, Helena Jaworska, Leon Kasman. Julian Kole, Wincenty Kraśko, Władysław Matwin, Jerzy Morawski, Marian Naszkowski, Mateusz Oks, Józef Olszewski, Jerzy Putrament, Mieczysław Rakowski, Adam Schaff, Artur Starewicz, Jerzy Sztachelski, Roman Werfel i Janusz Zarzycki. Niewątpliwie zbliżona do tej grupy jest większość byłych PPS-owców w K.C., konkretnie Józef Cyrankiewicz, nieżyjący już dziś Tadeusz Dietrich, Henryk Jabłoński, Oskar Lange, Lucjan Motyka, Adam Rapacki, Marian Rybicki i może przede wszystkim Andrzej Werblan. W swoim czasie poważną rolę odgrywali, dziś już całkowicie odsunięci sekretarze komitetów wojewódzkich największych miast: Stefan Staszewski i Stanisław Kuziński z Warszawy, Michalina Tatarkówna-Majkowska z Łodzi oraz Jan Kowarz z Wrocławia.

Grupa przeciwna składa się przeważnie z młodszych stażem członków K.C., zbuntowanych przeciwko piątce i gorliwych w zaprowadzaniu w Polsce nowego kursu, wyznaczonego przez Moskwę. Na czoło grupy wybija się Zenon Nowak. Na nieco niższym szczeblu jest kilku energicznych, ale wyjątkowo brutalnych i wyjątkowo niedoświadczonych działaczy jak Stanisław Brodziński, Wiktor Kłosiewicz, Władysław Kruczek, Stanisław Łapot, Kazimierz Mijal, Bolesław Rumiński, Jan Trusz i Kazimierz Witaszewski. Poparcie Moskwy zapewnia tej grupie automatycznie posłuszną solidarność ze strony niedotkniętej ekskomuniką Chruszczowa części Politbiura: stąd w tym czasie z grupą tą sympatyzują tacy starsi działacze jak Aleksander Zawadzki, Konstanty Rokossowski, Franciszek Jóźwiak, Hilary Chełchowski i Stefan Matuszewski. Wszystkich ich razem nazywano później “Natolińczykarni”. Natomiast na określenie pierwszej grupy w żargonie partyjnym utarła się nazwa ,”Grupa Puławska” . Nazwa ta nigdy jednak nie spopularyzowała się tak dalece jak poprzednia i o ile przeciętny Polak potrafiłby z łatwością odpowiedzieć na pytanie, Co to jest “Natolin”, rzadko kiedy umiałby wyjaśnić, co to są “Puławy”. Ale menadżerzy tych grup nazywają się wzajemnie od dawna inaczej. Dla Puławian Natolińczycy to “chamy”, a dla Natolińczyków Puławianie to “żydy”. Obie nazwy świadczą chlubnie o ideologicznym wyrobieniu i głębi socjalistycznych przekonań jednych i drugich.

Zaraz po VII Plenum K.C. zostają szeroko roztrąbione pierwsze informacje o Natolińczykach. Poza informacjami o ich antysemityzmie podkreśla się w szczególności ich antyinteligenckość, ich stalinowskie poglądy i nawyki oraz ich powiązania z ambasadą radziecką. Ostatnia informacja była bez wątpienia prawdziwa. Także informacja o antyinteligenckości Natolińczyków była prawdziwa, niezależnie od faktu, że ten moment nie bez powodu był wysunięty na plan pierwszy. Do stylu działania Puławian należało bowiem zawsze zaczynanie “od góry” społeczeństwa. Każdy działacz tej grupy miał prywatne powiązania z jakimiś środowiskami intelektualnymi lub artystycznymi, przeważnie warszawskimi. Każdą plotkę, każdą sugestię, każdą inspirację puszczano w obieg przede wszystkim tymi kanałami; dopiero później rozchodziły się one po całym społeczeństwie i po całym kraju. Rzecz prosta, informacja o antyinteligenckości Natolińczyków dla tych środowisk musiała mieć walor szczególnie mobilizujący; ona w pierwszym rzędzie zapewniała Puławianom poparcie tych środowisk. Natomiast jeżeli chodzi o stalinizm Natolińczyków, to ta etykieta jest w stosunku do nich uzasadniona na pewno nie bardziej, a może nawet trochę mniej, niż w stosunku do Puławian. Za czasów Stalina Natolińczycy w opozycji nie byli z pewnością i dyrektywy spełniali gorliwie. Ale gwardia stalinowska w Polsce, to przede wszystkim Puławianie, a Natolińczycy to raczej ludzie Chruszczowa. Natolińczycy domagali się odpowiedzialności personalnej za zbrodnie U.B., podczas gdy Puławianie wywijali się jak mogli i zrobili wszystko, żeby sprawę utopić. Oczywiście było w tej taktyce natolińskiej sporo demagogii i są wszelkie dane, aby sądzić, że ta odpowiedzialność miała też pewne, z góry zakreślone granice. Ale mimo wszystko sam fakt, że Natolińczycy dyskusję na ten temat prowokowali, a Puławianie bali się jej jak zarazy, o czymś świadczy.

Decydująca batalia zostaje rozegrana przez Puławian niezwykle zręcznie mimo, że nie odnoszą oni w końcu sukcesu tak olśniewającego, jaki sobie wymarzyli. Przede wszystkim udaje im się w końcu zjednać sobie Gomułkę. Pozbawiony własnych ludzi w aparacie partyjnym i możliwości realizowania własnych zamierzeń, Gomułka ma do wyboru bądź pozostać na uboczu, bądź stać się figurantem którejś z ubiegających się teraz o firmę jego nazwiska frakcji. Niewątpliwie do obu frakcji odnosi się ze wstrętem: jeżeli w końcu wybiera mniej wskazujących gotowości do ustępstw wobec niego Puławian, to niewątpliwie decyduje tu moment zależności Natolińczyków od ambasady sowieckiej. W długich, przeciągających się targach z Puławianami Gomułka stara się zapewnić sobie możliwie jak najlepszą i jak najsamodzielniejszą pozycję. Stawia warunki. Udaje mu się zapewnić sobie stanowisko sekretarza generalnego, wprowadzić maksymalną ilość swoich ludzi na kluczowe pozycje, doprowadzić – po długich oporach Puławian – do usunięcia Minca. Mimo to jest całkowicie w rękach dysponujących większością w K.C. i w aparacie Puławian. Może co najwyżej liczyć na to, że z biegiem czasu zakres jego osobistej władzy się powiększy. W tym momencie przygotowania do przewrotu są właściwie zakończone. Na trzy czy cztery dm przed VIII Plenum prasa nagle zaczyna robić publicity dla oficjalnie od siedmiu lat zapomnianego wodza. Następuje jednak interwencja sowiecka.

Puławianie zapewne celowo kompletnie zdezorganizowali aparat władzy w Polsce, żeby mieć potem wobec Chruszczowa argument, że przecież trzeba w Polsce dokonać jakichś zmian radykalnych po to, aby można było przywrócić porządek. Liczyli zapewne na to – i w tym się bynajmniej nie przeliczyli – że Chruszczowowi będzie bardziej zależało na przywróceniu porządku możliwie najprostszym sposobem i w możliwie najkrótszym terminie, niż na ochronie własnych agentów, którzy na dobitkę wykazali wręcz nieprawdopodobną nieudolność. Wydaje się jednak, że siła oporu Chruszczowa ich zaskoczyła. Nie mając w tym momencie już nic do stracenia, chwytają się środków radykalnych. Polskie Radio co chwilę powtarza z naciskiem, że Polska jest państwem suwerennym, a Komitet Warszawski P.Z.P.R. rozdaje broń robotnikom. Ten moment w ocenie wydarzeń jest szczególnie ważny. To nie opinia publiczna przez nieodpowiedzialne wystąpienia narażała kraj na interwencję sowiecką. Naprawdę na krawędź przepaści prowadziła kraj grupa pozbawionych skrupułów kombinatorów, kierując się wyłącznie motywem klikowego interesu. W tej sytuacji dochodzi do przyjazdu Chruszczowa i rozmowy Chruszczowa z Gomułką.

Zwracałem już wyżej uwagę na to, że rzeczywista treść tej rozmowy jest nikomu nieznana. Ale spróbujmy z pełną świadomością, że możemy się mylić, trochę na temat tej rozmowy pospekulować.

Gomułka nie miał żadnych powodów do sympatii w stosunku do grupy Puławskiej. To byli przecież ludzie Bieruta, ci sami którzy jego i jego przyjaciół podgryzali, kompromitowali, ośmieszali, upokarzali, a następnie aresztowali, więzili i torturowali. Co więcej, w czasie VIII Plenum musiał on rozpaczliwie szukać środków uniezależnienia się od ich kurateli. W tej sytuacji wydaje się chyba wysoce prawdopodobne, że Gomułka dążył do tego, żeby w oparciu o Chruszczowa kuratelę tę przynajmniej rozluźnić. Jego pozycja w rozmowie z Chruszczowem była o tyle dobra, że jawnie nie ponosił on odpowiedzialności za to, co się w danym momencie w Polsce działo. Mógł on przecież zawsze się powołać na to, że jeszcze trzy dni wcześniej był prywatną osobą nie mającą żadnych politycznych wpływów. Nie będąc naprawdę za nic odpowiedzialny, dążył on zapewne przede wszystkim do zrzucenia odpowiedzialności z siebie i obciążenia tych, którzy naprawdę byli za wszystko odpowiedzialni, tzn. Puławian. Swój sojusz z Puławianami mógł przed Chruszczowem umotywować tym, że był to dla niego środek dojścia do władzy i użycia jej w celu odbudowania rządzącego aparatu i przywrócenia w kraju porządku; wydaje się przy tym, że to był jego motyw rzeczywisty. Nie było mu zapewne trudno przekonać Chruszczowa, że w sojuszu z Natolińczykami zrobić tego samego nie było można; ci bowiem swoją nieudolnością i w ogóle całym swoim postępowaniem musieli i tak zdyskwalifikować się w oczach Chruszczowa kompletnie. (Zgoda Chruszczowa na odwołanie Rokossowskiego mogła być już prostą konsekwencją tego stanu rzeczy). Gomułka zapewne perswadował Chruszczowowi, że na uspokojenie opinii i przywrócenie porządku potrzeba czasu. Ale Chruszczow wiedział, że w razie użycia czołgów i karabinów maszynowych te same efekty też nie zostaną osiągnięte z dnia na dzień. Jeżeli dodamy do tego, że Chruszczow nie miał żadnych powodów do szczególnej nieufności wobec antystalinowskiego i przy tym niewątpliwie jak najbardziej komunistycznego działacza (w każdym razie nieufności większej, niż do innych satelickich dyktatorów), to w ogóle wszelkie racje użycia armat odpadały nawet, jeżeli Gomułka usiłował wykorzystywać swoją w gruncie rzeczy dosyć mocną pozycję do stawiania jakichś warunków.

Powtarzam, że to są tylko domysły, ale taki mniej więcej przebieg rozmowy wydaje mi się dość prawdopodobny tym bardziej, że dalsze wydarzenia wydają się taką hipotezę pośrednio potwierdzać. Z hipotezy tej wynika jednak kilka istotnych wniosków.

Po pierwsze, podobnie jak nieprawdą jest, że to opinia publiczna narażała kraj na konflikt zbrojny z Rosją, tak nieprawdą jest, że opinia publiczna przez swój polityczny rozsądek do konfliktu tego nie dopuściła. Armia Czerwona nie zaczęła strzelać w Warszawie nie dlatego, że opinia publiczna wykazała rozsądek, tylko dlatego, że nie było przeciwnika, do którego strzelanie miałoby jakikolwiek sens. Podobnie ta sama armia zaczęła zaczęła strzelać w Budapeszcie nie dlatego, że tam opinia publiczna okazała się nierozsądna, tylko dlatego, że tam był taki przeciwnik. Różnica pomiędzy Gomułką a Imre Nagy’m i jego rządem była ta, że Gomułka obiecywał zahamować proces demokratyzacji i położyć kres dalszym żądaniom mas, podczas gdy Nagy występował w imieniu mas i w ich imieniu dalsze żądania wysuwał.

Po drugie w tym, co się w październiku 1956 r. w Warszawie stało nie ma absolutnie żadnego elementu cudu. Wszystko było jak najbardziej naturalne i zrozumiałe. Nie jest wykluczone, że Chiny istotnie się sprzeciwiały kompromitującej cały blok wojnie pomiędzy kochającymi się bratnimi narodami. Ale zbawienie dla Warszawy przyszło nie z Pekinu, lecz z samej Warszawy. Gdy w Budapeszcie tej łaski boskiej zabrakło, to w Pekinie jej też nie było.

Po trzecie, cały “październik” był w gruncie rzeczy wielkim sowieckim sukcesem politycznym. Chruszczow przyleciał do Warszawy niewątpliwie przerażony tym, co się tam działo. Po paru godzinach mógł odlecieć spokojny, że sytuacja została opanowana i że w niedługim czasie anarchia zostanie ukrócona i porządek przywrócony. Panuje przekonanie, że Warszawa była sowiecką porażką a Budapeszt zwycięstwem. W rzeczywistości było chyba odwrotnie. W Warszawie i w Budapeszcie Chruszczow odniósł w końcu te same efekty: tylko że w Warszawie przy pomocy jednej gabinetowej rozmowy, a w Budapeszcie kosztem strat nieobliczalnych: kosztem groźby rozłamu, która długo jeszcze długo wisiała nad międzynarodowym ruchem komunistycznym, kosztem nieprawdopodobnych trudności w rokowaniach z Zachodem, kosztem utraty zaufania w państwach azjatyckich i afrykańskich, kosztem zupełnego niewykorzystania wspaniałej koniunktury sueskiej. Budapeszteński “sukces militarny” sukcesem politycznym nie był na pewno.

Po czwarte, “październik” oznacza zahamowanie procesu demokratyzacji w Polsce i punkt zwrotny, od którego zaczyna się cofanie. Jest to nawet nie tyle skutek tego, co Gomułka Chruszczowowi obiecywał i w ogóle jaki był przebieg ich rozmowy, ile skutek zmiany, jaka się dokonała w centralnym ośrodku władzy. Przed październikiem dwie grupy rywalizowały ze sobą o władzę nad narodem: po to, aby odnieść w tej rywalizacji sukces musiały starać się o pozyskanie opinii a po to, aby tę opinię pozyskać, musiały pójść na jakieś wobec niej ustępstwa. Przewrót październikowy tę pomyślną koniunkturę likwiduje: z dwóch grup rywalizujących pozostaje na placu boju tylko jedna, która nie ma już więcej żadnego interesu w tym, żeby czynić wobec mas jakiekolwiek ustępstwa. W interesie narodu polskiego leżało w r. 1956 utrwalenie stanu skłócenia i słabości władzy, a nie przechylanie szali na korzyść którejkolwiek ze stron. Tylko dzięki temu, że władza była wtedy skłócona i słaba, możliwe były tak szybkie postępy demokratyzacji jak te, które się dokonały między VI a VIII Plenum K.C. P.Z.P.R. Skupienie całej władzy w ręku Puławian w październiku 1956 kładzie tej wyjątkowej koniunkturze kres. To co się w Polsce działo między marcem a październikiem 1956 r. było swoistą namiastką systemu wielopartyjnego. Fakt rywalizacji jakichś grup o władzę stwarzał automatycznie pewne, bardzo zresztą niedoskonałe, formy kontroli władzy mimo, że nie było ani parlamentu, ani wolnych wyborów, ani innych elementów ustroju demokratycznego. Natomiast przewrót październikowy jest powrotem do zupełnej dyktatury. Dla sił demokratycznych w Polsce był to cios straszliwy.

Wreszcie wniosek piąty i ostatni. Cała historia październikowa polegała na wyjątkowo cynicznym i trzeba powiedzieć wyjątkowo skutecznym oszukiwaniu opinii publicznej i wprowadzaniu jej w błąd. Masy robiły w istocie to, czego chcieli Puławianie. W pewnym momencie interesy mas i interesy Puławian były istotnie zbieżne: w interesie mas leżało wykorzystanie za wszelką cenę i z maksymalną konsekwencją stworzoną przez Puławian koniunkturę na demokratyzację. Ale masy na ogół wierzyły w uczciwe intencje “sił postępowych partii”, w cały czarno-biały obraz układu sił frakcyjnych w kierownictwie partyjnym, w demagogiczne obietnice, które im rzucano. Masy darzyły ogromnym zaufaniem Gomułkę wtedy, kiedy jego celem było maksymalne skoncentrowanie władzy w swoim ręku i użycie jej w celu cofnięcia reform, które już zostały dokonane i niedopuszczenia do następnych. Masy pokładały ogromne nadzieje w przewrocie, który był dokonany po to, żeby nadzieje te zawieść. Masy dały z siebie entuzjazm, taki, jaki dla każdego rządu każdego kraju byłby szczytem marzeń. Tylko że są rządy, które umieją wykorzystać entuzjazm swoich narodów dla przeprowadzenia rzeczy konstruktywnych bez uciekania się do bata. Natomiast rząd Gomułki i Cyrankiewicza z bata zrezygnować nie miał zamiaru ani przez chwilę. Dlatego ten entuzjazm był tylko rzeczą krępującą: czymś, co należało odepchnąć i co faktycznie odepchnięto w sposób możliwie jak najbardziej brutalny.

To tyle autor. Z tego, co powyżej, wniosek wydaje się banalny: dużo musiało się zmienić, by nic się nie zmieniło. Jakkolwiek brutalnie by to brzmiało, ale tak było w przypadku Października 56. Dokonano pewnych kosmetycznych zmian, odsunięto paru aparatczyków, ale systemu nie zmieniono. Czy w takim razie walki frakcyjne były autentyczne? „Chamy” były stalinowcami i „żydy” też. Jedni mieli poparcie ambasady radzieckiej i części radzieckiego Biura Politycznego, drudzy – Chruszczowa i, jak się można domyślać, pozostałej części tego Biura. Nikt więc nie ryzykował.

Autentyczny sprzeciw był na Węgrzech, bo wyszedł on tam od władzy, która miała poparcie społeczne i dlatego doszło do brutalnego stłumienia tego powstania. W Polsce władza, pozbawiona skrupułów i z bezwzględnym cynizmem, oszukiwała społeczeństwo. Skrajnym przypadkiem był Gomułka. Wykreowano go na patriotę, który stawia się władzom radzieckim. Już w 1948 roku, a może wcześniej, wiedziano, że taki ktoś może się przydać. Raptem człowiek, który w wieku 21 lat wstąpił do KPP, staje się patriotą o prawicowo-nacjonalistycznych odchyleniach. Społeczeństwo złapało się na ten haczyk. A skąd ono mogło znać jego życiorys? A nawet jeśli taki był dostępny, to zapewne nie był prawdziwy.

Wytworzył się podział na „chamów” i „żydów”. I to jest zdobycz tego „polskiego października”, którą wykorzystuje się obecnie. Ci ostatni zaczynali od góry, od inteligencji, środowisk twórczych, ale udało im się pociągnąć za sobą masy. „Chamy” nie miały wówczas ich poparcia. Po 1989 roku utrwalił się podział, ukształtowany w tamtym czasie. „Żydy” – ROAD, Unia Demokratyczna, Unia Wolności, Platforma Obywatelska – też zaczynały od góry. „Chamy” to Prawo i Sprawiedliwość, które „dba” o doły społeczne. Różnica pomiędzy PiS a PO jest taka jak pomiędzy „Chamami” i „Żydami”. Można więc powiedzieć, że w tamtym czasie wypracowano pewien mechanizm na wypadek, gdyby przyszło działać w warunkach „demokracji”. Kto jaki elektorat miałby zagospodarować, do kogo się odwoływać. Dzielić i rządzić.

Po co była ta cała, jakbyśmy to dziś powiedzieli, zadyma? Wszystkie te wydarzenia tj. Październik 56, Grudzień 70, Sierpień 80 były po to, by dać społeczeństwu nadzieję, że teraz będzie już lepiej, że to, co było nie wróci, że tamci źle rządzili, ale teraz wszystko się zmieni. Jak tylko będziemy rządzić, to będzie tu druga Japonia. Później przyszedł taki, który obiecywał drugą Irlandię. Obecnie jeden podstawiony przekonuje, że tylko chińskie rozwiązania uzdrowią naszą ekonomię. Recept tyle, ilu szamanów. A nie brakuje ich w naszym wyjątkowym kraju. Ten mechanizm, w skondensowanej formie, przerabiamy obecnie przy okazji „pandemii”. Raz nam obiecują złagodzenie restrykcji i łagodzą, później przykręcają śrubę, bo druga i trzecia fala, bo nowa mutacja wirusa. Ale jest i nadzieja, jak się zaszczepimy, to będzie lepiej, ale teraz jeszcze wytrzymajmy. Właśnie! Teraz mamy wytrzymać, wcześniej kazano nam zaciskać pasa. Zresztą, to zaciskanie pasa może jeszcze wrócić, jeśli kompletnie rozłożą rolnictwo, do czego przecież dążą.

Gomułka zaczynał jako ekstremista o prawicowo-nacjonalistycznych odchyleniach. Później stał się zbawcą narodu, bohaterem, który oparł się Związkowi Radzieckiemu. W końcu został poddany ostrej krytyce jako blokujący reformy prostak, którego można było usunąć za samą postawę. A przecież cały czas był to ten sam człowiek. Wszystkie swoje role odgrywał chyba dobrze. Jednak naród był już zmęczony i trzeba było wstrzyknąć mu nową nadzieję. Sprowokowano strajki, polała się krew. Nastąpiła zmiana. Przyszedł nowy przywódca: No to jak Towarzysze? Pomożecie? – Pomożemy!

Czy Październik 56 można porównać do jakiegoś innego wydarzenia? Aż się prosi przywołać stan wojenny z 1981 roku. Jaruzelski zrobił dokładnie to, co Gomułka, tylko Gomułka w białych rękawiczkach, a Jaruzelski – po chamsku. W obu wypadkach społeczeństwo zostało podpuszczone przez żydowską mniejszość i w obu wypadkach obaj uchodzą za zbawców narodu – uratowali nas przed radziecką interwencją.

Potop

Jednym z najważniejszych wydarzeń w dziejach I Rzeczypospolitej była wojna ze Szwecją, zwana popularnie potopem szwedzkim. Prawdę mówiąc, było to chyba najważniejsze wydarzenie w jej dziejach i jakże brzemienne w skutkach, początek końca tworu zwanego unią polsko-litewską. Niecałe sto lat po jej powstaniu dochodzi do wojny, której ta unia miała zapobiec. Taki miał być cel: zabezpieczenie się przed agresją ze strony Rosji. Unia, która powstała pod przymusem, bo Litwinów przymuszono do niej, nie mogła zapewnić bezpieczeństwa żadnemu z tych państw. Zanim doszło do agresji rosyjskiej, wybuchło powstanie kozackie na Ukrainie. W jego konsekwencji doszło do zajęcia prawie całych Kresów przez Rosję (1654). Jedynie północna część Wielkiego Księstwa Litewskiego pozostała wolną. I dopiero później włączają się Szwedzi (1655). By jednak to wszystko zrozumieć, wypada cofnąć się do wojny trzydziestoletniej (1618-1648), która była wojną religijną, kontynuacją reformacji. Idąc dalej tym tropem – powstanie na Ukrainie, potop rosyjski, potop szwedzki – były kontynuacją wojny trzydziestoletniej, a więc były to również wojny religijne. Reformacja nie pokonała katolicyzmu, choć był taki moment, że wydawało się, że jej zwycięstwo jest nieuniknione. Tak się jednak nie stało. Być może właśnie dlatego, by móc z kim walczyć w przyszłości. Gdyby zwyciężyła, nie byłoby wojny trzydziestoletniej, ani wojen w Polsce. Nie byłoby tylu start materialnych i ludzkich. Tak dobrze być nie mogło.

W 1617 roku na zamku Hornstein pod Weimarem hr. Ludwik Anhalt-Koethen zakłada tajny związek pod nazwą „fruchtbringende Gesellschaft” (owocne stowarzyszenie) zwany także „zakonem palmowym”. Nazwa pochodziła od jego symbolicznego godła, przedstawiającego palmę kokosową. To samo godło w starożytności, za czasów powstań machabejskich i powstania Bar-Kochby, symbolizowało wojującą Judeę. W skład tego stowarzyszenia wchodzili m.in. kanclerz szwedzki Oxenstierna , król szwedzki Karol Gustaw, elektor Fryderyk Wilhelm pruski (tzw. wielki elektor).

W 1618 roku wybucha, zorganizowane przez braci czeskich, powstanie przeciw Habsburgom. Równocześnie książę siedmiogrodzki, Bethlen Gabor, kalwin, zajmuje północne Węgry i ogłasza się królem węgierskim. W 1619 roku oblega Wiedeń. Król Zygmunt III wysłał na Węgry na pomoc Austrii oddział kozaków. Zawarł z nią uprzednio przymierze, bez zgody sejmu, a więc bezprawne. Wojska Bethlena Gabora zostały pobite i oblężenie Wiednia musiało zostać przerwane. Kalwin Bethlen zdobył w 1613 roku Siedmiogród przy pomocy wojsk tureckich. A to oznaczało dla Polski wojnę z Turcją i jej izolację.

W 1620 roku połączone wojska austriacko-bawarskie w bitwie pod Białą Górą pokonują wojska Fryderyka, palatyna reńskiego i Bethlena Gabora. To był początek wojny, która przez 30 lat niszczyła Niemcy i kraje sąsiednie i stała się dla Niemiec i Czech prawdziwą katastrofą cywilizacyjną. Inicjatywa wyszła od unii protestanckiej, której twórcą i głową był Fryderyk, palatyn reński. Jego przyjacielem i doradcą był wybitny Żyd niderlandzki, kabalista Abraham Zacuto Lusitano.

Manasse ben Izrael, żydowski kabalista i mesjanista, wierzył w nieodległe już panowanie Izraela nad innymi narodami. Księga Zohar, którą czcił, przepowiadała nadejście czasu łaski na rok 1648. Zwiastunem tego nadejścia miała być wyczerpująca wojna trzydziestoletnia. Obudziła w Żydach nadzieję, że zbliża się już, przepowiedziane w księdze Daniela i Apokalipsie, mesjańskie tysiącletnie królestwo.

Tak więc Żydzi i reformatorzy czekali na mesjasza, tyle że mesjanizm rozumieli jedni trochę inaczej niż drudzy. Reformatorzy chcieli panowania reformacji z udziałem narodu wybranego, natomiast Żydzi uważali swoich prozelitów za środek do zapewnienia Izraelowi nadejścia „czasu łaski”. I rzecz zadziwiająca! Zapowiedziany przez Zohar na rok 1648 początek czasu łaski, doby mesjańskiej, zbiegł się z zakończeniem wojny trzydziestoletniej i zawarciem pokoju westfalskiego w 1648 roku.

Na zachodzie pokój, a u nas właśnie w 1648 roku zaczyna się powstanie Chmielnickiego. W okresie wojny trzydziestoletniej wielu Żydów niemieckich napływa do Polski. Ale nie tylko ten fakt zaostrzył kwestię żydowską. Wobec przepowiedni Zoharu poczynali sobie Żydzi coraz bezwzględniej w stosunku do ludności chrześcijańskiej.

Henryk Rolicki w książce Zmierzch Izraela pisze:

»Trzy domy magnackie kolonizowały głównie Ukrainę i Małą Ruś: Koniecpolscy, Wiśniowieccy i Potoccy, którzy nałożone na Kozaków uciążliwe podatki wypuszczali w dzierżawę swoim plenipotentom żydowskim. Kozacy musieli opłacać podatek od każdego nowonarodzonego dziecka, od każdej świeżo zaślubionej pary. Aby nie można było ominąć tej dani, arendarze żydowscy przechowywali u siebie klucze od kościołów greckich i ilekroć duchowny miał ochrzcić dziecko lub połączyć ślubem jakie stadło, musiał o nie prosić arendarza, który je wręczał dopiero po uiszczeniu daniny.

Hasłem, którym Chmielnicki rozagitował tłumy było „Polacy oddali nas w niewolę przeklętemu nasieniu żydowskiemu”. Toteż całe kozactwo i zbuntowany lud ruski rzucił się przede wszystkim na żydów, a potem na szlachtę, która ich żydom oddała. Ofiarą padło wielu księży katolickich, z czego ukuli później historycy zarzut, że przyczyną buntu była zbyt obcesowa propaganda katolicka. Sądzę jednak, że nie trzeba aż tak daleko idących przypuszczeń, aby wyjaśnić zwrócenie się Kozaków przeciw duchowieństwu katolickiemu.

„Salwandy w swej Histoire de Jean Sobieski Paryż r. 1829 pisze, że wielu socynianów (braci polskich – przyp. mój) przyłączyło się do kozaków. My wiemy o jednym tylko wypadku dotyczącym Grzegorza Niemierycza, który podróżował z Ruarusem i Wiszowatym (wnuk Fausta Socyna, kaznodzieja ariański, ideolog religijny braci polskich – przyp. mój) i był autorem polskiej książki Modlitwy i Pieśni wydanej w r. 1653 i kilku rozpraw w języku łacińskim. Mając znaczne posiadłości na Ukrainie, a głównie po lewej stronie Dniepru, w kraju kozaków, przechylał się Niemierycz do kościoła wschodniego i miał namawiać swych współwyznawców do tego samego, spodziewając się przez to pozyskać wielki wpływ na zwolenników tego kościoła i użyć go na posunięcie naprzód sprawy socyniańskiej… Salwandy pisze również, że szlachta socyniańska wywołała powstanie chłopów w okolicach Krakowa i Poznania.”

Jak już nam wiadomo, „bracia” mieli zwykle w swym repertuarze powstania chłopskie, tak „bracia włoscy” jak „bracia niderlandzcy”, „bracia angielscy”, jak „bracia czescy”, bracia niemieccy, jak wreszcie „bracia polscy”. Skoro byli wśród kozaków, to na pewno nie zachęcali ich do łagodnego obchodzenia się z duchownymi katolickimi.

Rozpoczął się dla Polski okres Potopu w tym samym roku, gdy na zachodzie kończono wojnę trzydziestoletnią pokojem westfalskim (1648r.). Po śmierci Władysława IV elekcja otwarta. Protestanci polscy kandydaturze Jana Kazimierza przeciwstawiają Stefana Rakoczego, księcia siedmiogrodzkiego.

Śmierć Stefana Rakoczego oddała tron polski bezspornie w ręce Jana Kazimierza. Po elekcji Komeński opuszcza Polskę i udaje się do Siedmiogrodu do Zygmunta Rakoczego i przedstawia mu plany swojej secta heroica, by zwalić katolicyzm. Tam styka się z niejakim Drabikiem, duchownym braci czeskich, który przedstawia Komeńskiemu swe przepowiednie, wieszczące katastrofę państw katolickich. Przepowiednie takie, tyczące Polski, znane są już w XVI w. i głosiły Polsce zalanie potopem wojsk nieprzyjacielskich, jeżeli nie osadzi na tronie króla protestanta.

Obecnie Drabikowi udaje się Komeńskiego pozyskać dla swoich przepowiedni. Jeden egzemplarz swych wróżb przesyła Drabik Januszowi Radziwiłłowi, czyniąc aluzje, że czeka go korona…«

Jak już nam wiadomo, „bracia” mieli zwykle w swym repertuarze powstania chłopskie, tak „bracia włoscy” jak „bracia niderlandzcy”, „bracia angielscy”, jak „bracia czescy”, bracia niemieccy, jak wreszcie „bracia polscy”. Skoro byli wśród kozaków, to na pewno nie zachęcali ich do łagodnego obchodzenia się z duchownymi katolickimi.

Rolicki sugeruje wprost, że bracia polscy byli wśród Kozaków. Wprawdzie nie traktuje się u nas Trylogii Sienkiewicza jako wiarygodnego źródła historycznego, co może nie do końca jest słuszne, bo w Ogniem i mieczem można natrafić na taki fragment, który dużo wyjaśnia:

»Na całej Ukrainie i Zadnieprzu poczęły zrywać się jakieś szumy, jakoby zwiastuny burzy bliskiej; jakieś dziwne wieści przelatywały od sioła do sioła, od futoru do futoru, na kształt owych roślin, które jesienią wiatr po stepach żenie, a które lud perekotypolem zowie. W miastach szeptano sobie o jakiejś wielkiej wojnie, lubo nikt nie wiedział, kto i przeciwko komu ma wojować. Coś zapowiadało się wszelako. Twarze ludzkie stały się niespokojne. Rolnik niechętnie z pługiem na pole wychodził, chociaż wiosna przyszła wczesna, cicha, ciepła, a nad stepami dzwoniły od dawna skowronki. Wieczorami ludzie po siołach gromadzili się w kupy i stojąc na drodze gwarzyli półgłosem o rzeczach strasznych. Ślepców krążących z lirami i pieśnią wypytywano o nowiny. Niektórym zdało się, ze nocami widzą jakieś odblaski na niebie i że księżyc czerwieńszy niż zwykle podnosi się zza borów. Wróżono klęski lub śmierć królewską (Władysław IV zmarł w 1648 roku, a ten opis, to wiosna tego roku – przyp. mój) – a wszystko to było tym dziwniejsze, że do ziem onych, przywykłych z dawna do niepokojów, walk, najazdów, strach niełatwy miał przystęp; musiały więc jakieś wyjątkowo złowrogie wichry grać w powietrzu, skoro niepokój stał się powszechnym.

Tym ciężej, tym duszniej było, że nikt nie umiał niebezpieczeństwa wskazać. Wszelako między oznakami złej wróżby dwie szczególnie zdawały się wskazywać, że istotnie coś zagraża. Oto naprzód niesłychane mnóstwo dziadów lirników zjawiło się po wszystkich wsiach i miastach, a były między nimi jakieś postacie obce, nikomu nie znane, o których szeptano sobie, że to są dziady fałszywe. Ci, włócząc się wszędzie, zapowiadali tajemniczo, iż dzień sądu i gniewu bożego się zbliża. Po wtóre Niżowcy poczęli pić na umór.

Druga oznaka była jeszcze niebezpieczniejsza. Sicz, w zbyt szczupłych granicach objęta, nie mogła wszystkich swych ludzi wyżywić, wyprawy nie zawsze się zdarzały, przeto stepy nie dawały chleba Kozakom, mnóstwo więc Niżowców rozpraszało się rokrocznie, w spokojnych czasach, po okolicach zamieszkanych. Pełno ich było na Ukrainie, ba! nawet na całej Rusi. Jedni zaciągali się do pocztów starościńskich, inni szynkowali wódkę po drogach, inni trudnili się po wsiach i miastach handlem i rzemiosłami. W każdej prawie wsi stała opodal od innych chata, w której mieszkał Zaporożec. Niektórzy mieli w takich chatach żony i gospodarstwo. A Zaporożec taki, jako człek zwykle kuty i bity, był poniekąd dobrodziejstwem wsi, w której mieszkał. Nie było nad nich lepszych kowali, kołodziejów, garbarzy, woskobojów, rybitwów i myśliwych. Kozak wszystko umiał, wszystko zrobił; dom postawił i siodło uszył. Powszechnie jednak nie byli to osadnicy spokojni, bo żyli życiem tymczasowym. Kto chciał wyrok zbrojno wyegzekwować, na sąsiada najazd zrobić lub się od spodziewanego obronić, potrzebował tylko krzyknąć, a wnet mołojcy zlatywali się jak kurcy na żer gotowi. Używała ich też szlachta, używali panowie wiecznie spory ze sobą wiodący, gdy jednak i takich wypraw brakło, to siedzieli cicho po wsiach pracując do upadłego i w pocie czoła zdobywając chleb powszedni.

I trwało tak czasem rok, dwa, aż nagle przychodziła wieść o jakiejś walnej wyprawie, czy to jakiego atamana na Tatarów, czy na Lachiw czy wreszcie paniąt polskich na Wołoszczyznę i wnet ci kołodzieje, kowale, garbarze, woskoboje porzucali spokojne zajęcie i przede wszystkim poczynali pić na śmierć we wszystkich szynkach ukraińskich.

Przepiwszy wszystko, pili dalej na borg, ne na to, szczo je, na to, szczo bude. Przyszłe łupy miały zapłacić hulatykę.

Zjawisko owo powtarzało się tak stale, że później doświadczeni ludzie ukraińscy zwykli mawiać: „Oho! trzęsą się szynki od Niżowców – w Ukrainie coś się gotuje.”

I starostowie wzmacniali zaraz załogi w zamkach, pilnie dając na wszystko baczenie, panowie ściągali poczty, szlachta wysyłała żony i dzieci do miast.

Owóż wiosny tej Kozacy poczęli pić jak nigdy, trwonić na ślepo wszelakie zapracowane dobro, i to nie w jednym powiecie, nie w jednym województwie, ale na całej Rusi, jak długa i szeroka.«

Oto naprzód niesłychane mnóstwo dziadów lirników zjawiło się po wszystkich wsiach i miastach, a były między nimi jakieś postacie obce, nikomu nie znane, o których szeptano sobie, że to są dziady fałszywe. Ci, włócząc się wszędzie, zapowiadali tajemniczo, iż dzień sądu i gniewu bożego się zbliża.

Któż, czytając ten fragment, domyśli się, że chodzi tu o braci polskich, nie wiedząc, że byli fachowcami od powstań chłopskich. Nie wiedząc, przemknie oczami po tym urywku i podąży za głównym wątkiem.

Sytuacja na Ukrainie była nader skomplikowana i fragment dialogu pomiędzy Chmielnickim i Skrzetuskim nieco wyjaśnia:

„Sami jeno Wiśniowieccy a Potoccy, a Zasławscy, a Kalinowscy, a Koniecpolscy, i szlachty garść! Dla nich starostwa, dostojeństwa, ziemia i ludzie, dla nich szczęście i złota wolność, a reszta narodu ręce we łzach do nieba wyciąga czekając bożego zmiłowania, bo i królewskie nie pomoże! Ileż to szlachty nawet nieznośnego ich ucisku wytrzymać nie mogąc na Sicz ucieka, jako ja sam uciekłem? Nie chcę też wojny z królem, nie chcę z Rzecząpospolitą! Ona mać, on ojciec! Król miłościwy pan, ale królewięta! Z nimi nam nie żyć; ich to zdzierstwa, ich to arendy, stawszczyzny, pojemszczyzny, suchomielszczyzny, oczkowe i rogowe; ich to tyrania i uciski przez Żydów czynione o zemstę do nieba wołają.

I któż są oni? – mówił dalej pan Skrzetuski – czy tu z Niemiec przyszli albo od Turek? Nie krew-że to z krwi, nie kość z kości waszej? Nie wasza-że to szlachta, nie wasi książęta? Co gdy tak jest, tedy ci biada, hetmanie, bo ty młodszych braci na starszych uzbrajasz i parrycydów (parrycyda, z łaciny – ojcobójca, morderca, zdrajca, wróg ojczyzny – przyp. mój) z nich czynisz.”

Tak więc spolonizowana arystokracja i szlachta ukraińska do spółki z Żydami eksploatowała ukraiński lud, a winą zostali obarczeni Polacy.

Teodor Jeske-Choiński w książce Historia Żydów w Polsce tak opisuje przyczynę buntów kozackich:

»Najwięcej rozwydrzyli się Żydzi na Rusi i Ukrainie. Opętali szlachtę, zajmującą się w owym czasie więcej polityką, aniżeli swoimi majątkami, podniecili ją do wyzyskiwania Kozaków. Doszło do tego, że Judaici dzierżawili nie tylko dobra szlacheckie, lecz także cerkwie. Kto z ludu kozackiego chciał ochrzcić swoje dziecko, albo się żenić, musiał zapłacić członkom „wybranego narodu” haracz. Nawet umierać i wędrować po śmierci na cmentarz chrześcijański nie mógł bez pozwolenia dzierżawców wyznania talmudycznego.

Ta chciwa, potworna arogancja Żydów oburzyła nie tylko uczciwych „gojów”, lecz także żydowskiego historyka, Graetza, zaciętego wroga chrystianizmu. Pisze on:

„Odeszła od nich (od Żydów) rzetelność i prawość, jak opuściła ich prostota i zmysł prawdy. W oszukaństwie i przebiegłości znajdywali rozkosz, niby zwycięską radość. Uczyli szlachtę polską, jak upokarzać i poniewierać gruntownie Kozaków, narzucili się im na sędziów i mieszali się do ich praw kościelnych.”

Taka obłąkana arogancja musiała wywołać nienawiść Kozaków do Żydów. I stało się tak… Do dnia dzisiejszego pamiętają dzieci stepów swoją poniewierkę, nie zapomnieli krzywd, doznanych za rządów żydowskich.

Wyssani do ostatniego grosza, traktowani jak bydlęta, wysłali Kozacy poselstwo do Krakowa, do króla Jana Kazimierza, i prosili go, aby zdjął z nich pęta żydowskie: „Nie szukajcie w prawach surowości przeciwko Żydom – przemawiało poselstwo – ale pilnować należy, aby nie byli w mocy nas obdzierać”.

Jan Kazimierz nie przychylił się do słusznych żądań Kozaków, za co drogo zapłacił. Bowiem Kozacy, sprzykrzywszy sobie poniewierkę z dwóch stron, od Żydów i od bałamuconych przez nich szlachciców polskich, wzięli się do broni. Wojna Kozaków z Polską zaczęła się pogromem Judy. Strasznym był ten pogrom – dzikim, brutalnym, rafinowanym mordem.

Skopany, skrzywdzony Zaporożec stał się hieną, tygrysem, szakalem. Tysiące Żydów torturował bez litości i zabijał, jak wściekłych psów (w Niemirowie, Pilewcach, Zamościu, Tomaszowie, Turobinie, Tarnogrodzie, Biłgoraju, Kroczniku, Łucku itd.).

Przeliczyła się znów megalomania żydowska. Już się zdawało, że opanowała całą Sicz kozacką i Wołyń, i że będzie na zawsze władzą tych, gdy straszny, okrutny grom spadł na nią niespodzianie i zdruzgotał jej niemądrą pychę. Z torbami, zrabowani przez Kozaków, uciekli z Zaporoża ci magnaci żydowscy, którym udało się ocalić życie. Nadzy przyszli nad Dniepr, nadzy odeszli…«

Nadzy odeszli, pisze Jeske-Choiński, ale powrócili. I znowu gnębią ukraiński lud. Czy Zaporożec znowu się zbuntuje? Chyba nie! Ucieka do Polski, a w niej dalej nienawidzi Polaków za upokorzenia, których doznali jego przodkowie od swoich spolonizowanych współbraci i od Żydów.

Natomiast Wikipedia bunty kozackie tak tłumaczy:

„Właściwe rządy sprawowały rody magnackie (gł. Wiśniowieccy, Zasławscy, Ostrogscy), złożone ze spolonizowanej szlachty ruskiej i zarządzające ogromnymi latyfundiami. Ich polonizacja motywowana była często ambicjami politycznymi i nieodłącznie związana z porzuceniem prawosławia. Ukraińska historiografia właśnie im przypisuje główną odpowiedzialność za wybuch buntów – ich zaborcza i ekspansywna polityka rolna miała prowadzić do stałego podnoszenia powinności pańszczyźnianych i wpędzać chłopstwo w nędzę. W ten sposób nawarstwiała się nienawiść tzw. prostego ludu do warstw uprzywilejowanych, oparta również na uprzedzeniach narodowościowych i religijnych.”

Powstanie Chmielnickiego daje Moskwie pretekst do wkroczenia w granice Rzeczypospolitej. Henryk Rolicki tak to opisuje:

»W r. 1654 Chmielnicki poddał się Moskwie i wojska moskiewskie wkroczyły do Polski, zalewając całą wschodnią połać Polski i Litwy. Rozpoczął się potop, który miał pozbawić Polskę nie tylko roli mocarstwowej, lecz właściwie roli niepodległego państwa. Falą, która miała Polskę zalać, stali się Szwedzi, idący w pierwszym szeregu wojującej reformacji. Karol Gustaw i Axel Oxenstierna, jego kanclerz, dwaj członkowie zakonu palmowego, gotowi byli dobyć oręża. Fryderyk Wilhelm, margrabia brandenburski i lenny wobec Polski książę pruski, także członek zakonu palmowego, okazać miał poparcie, by wywalczyć sobie zwolnienie z lenna i tytuł dziejowy „wielkiego elektora”. Różokrzyżowiec Komeniusz, przyjaciel i agent Oxenstierny, siedzi u księcia siedmiogrodzkiego, by go nakłonić do secta heroica, mającej zwalczyć „wieżę Babel” (Kościół katolicki – przyp. mój). W Polsce jest biskupem braci czeskich, połączonych z kalwinami i mistrzem szefa kalwinów, Zbigniewa Gorajskiego. Jest w przyjaźni z Januszem Radziwiłłem, któremu Drabik przepowiedział koronę. Jest w bliskim kontakcie z Krzysztofem Opalińskim, drukującym swe „Satyry” w Amsterdamie. Na różnowierców może liczyć.

Rakoczy siedmiogrodzki gotów jest przystąpić do secta heroica. Już przedtem były obawy, że książę siedmiogrodzki nie tylko z samym Chmielnickim konspiruje, ale i między szlachtą licznych ma zwolenników. Podejrzewano o to przede wszystkim księcia Janusza Radziwiłła i księcia Wiśniowieckiego. Te stosunki domu Rakoczych zapewne nie zostały zerwane. Do Polski, której wschód zalały wojska moskiewskie, wkraczają teraz wojska Karola Gustawa (1655 r.). W Wielkopolsce Wittenberg bez walki przeciąga pospolite ruszenie pod wodzą Krzysztofa Opalińskiego na stronę Karola Gustawa. Satyryk amsterdamski okrywa się hańbą dziejową. Na Litwie naśladują go skwapliwie obaj Radziwiłłowie, Janusz i Bogusław. Obaj kalwini; Janusz przyjaciel Komeńskiego w r. 1644 w jego obecności przewodniczył synodowi ewangelików w Orlu. Bogusław, zaufany przyjaciel Fryderyka Wilhelma, księcia pruskiego, działającego, jak Oxenstierna, w zakonie machabejskiej palmy.

W całym kraju hulają wojska szwedzkie i pragną wytępić wszystko, co katolickie.

„Pisarze katoliccy przypisują protestantom w Wielkopolsce podmawianie Szwedów do popełniania owych gwałtów; a socynianie i bracia czescy, zwłaszcza ci, którzy z Czech i Moraw schronili się do Polski, najsilniej byli obwiniani o sprzyjanie wrogom.

Jakkolwiek popieranie obcego najeźdźcy przeciwko ojczyźnie bynajmniej nie zasługuje na pochwałę, łatwo się jednak tłumaczy tym, że w kraju tak podzielonym na stronnictwa, jakim wówczas byłą Polska, uczucie przywiązania do ojczyzny ustępowało przed duchem stronniczym. Wszelako mniej tu zadziwia postępowanie socynianów, którzy prześladowani zarówno przez katolików, jak i przez ewangelików, szukali opieki u Szweda; natomiast nie podobne do przebaczenia było zachowanie się w tym wypadku Czechów i Morawian, którzy znaleźli w Polsce schronienie przed prześladowaniem, jakiego doznawali we własnej ojczyźnie” – tak osobliwie osądza te zdrady pisarz kalwiński.” – Hr. W. Krasiński, Zarys dziejów reformacji.

Konfederacja tyszowiecka, śluby Jana Kazimierza w katedrze lwowskiej postawiły naród na nogi. Źle poczęło się dziać Szwedom i ich sprzymierzeńcom. W r. 1656 wojska polskie stają pod Lesznem. Rezyduje tam Komeński i podżega ludność (w znacznej mierze żydowską) do zbrojnego oporu ramię przy ramieniu z wojskiem szwedzkim. Miasto zostaje zdobyte i podpalone przez Polaków, jako gniazdo spisku. Komeński zdołał uciec za granicę, lecz archiwum jego i rękopisy stały się pastwą ognia.

Szwedzi ponoszą klęskę za klęską. Teraz już kalwini przechodzą na stronę Jana Kazimierza; sprawa na razie stracona. Osadzenie na tronie Karola Gustawa „wzniosłego z wysoko się pnącym słonecznikiem” nie powiodło się.

W r. 1657 najeżdża Polskę wraz z kozakami Chmielnickiego książę siedmiogrodzki, pozyskany przez Komeńskiego dla secta heroica. Usiłuje zdobyć bezskutecznie Lwów, potem śpieszy pod Kraków, który mu otwiera załoga szwedzka. Karol Gustaw łączy się z nim pod Chmielowem. Ostatnia próba. Za późno.

Karol Gustaw, popierany przez żydów i spiski reformacyjne, snuje teraz wprost plany rozbioru Polski. On pierwszy, po nim będzie August II Sas.

Z chciwym brandenburczykiem zawarł nowy traktat w Labiau i zapewnił mu udzielność Prus książęcych i Warmii, a z drugiej strony wciągnął do aliansu Rakoczego i Chmielnickiego, ofiarując pierwszemu Małopolskę, Ruś Czerwoną, Mazowsze, Litwę, Wołyń i Podole, drugiemu Ukrainę. Sobie oczywiście zachowuję Wielkopolskę i Gdańsk.

Po klęsce Rakoczego wojna ma się ku końcowi. Fryderyk Wilhelm pruski zawiera w r. 1657 z królem traktat welawski. Zostaje zwolniony od powinności lennej, zaś siostrzeniec jego, Bogusław Radziwiłł, odzyskuje swe dobra w Rzeczypospolitej.

Powstają samodzielne Prusy, a „osobliwie światło w Niemczech”, wielki elektor, kładzie podwaliny pod dzieło Fryderyka Wielkiego: pierwszy rozbiór Polski. Traktat oliwski ze Szwecją 1660 r. odpycha Polskę jeszcze bardziej od Bałtyku, pozbawiając ją Inflant.

A teraz kolej na zdrajców. Wielu przebaczono, umieli się osłonic. Jednak już na sejmie 1658 r. uchwalono wypędzenie braci polskich z kraju. W r. 1659 sejm kazał arianom opuścić Polskę do dnia 10 lipca 1660 r. Szwecja w traktacie usiłowała to odrobić, lecz bezskutecznie. Udali się częścią do Prus, gdzie ich przyjął gościnnie Bogusław Radziwiłł, częścią zaś do siedziby Spinozy, do Amsterdamu. Do wygnania braci zmusili sejm chłopi polscy; oni to w r. 1656 zdobyli Sącz, siedzibę arian i puścili z dymem; podobne zbrojne odruchy miały miejsce i gdzie indziej.

Na sejmie w r. 1658 rozważano również sprawę wygnania żydów z Polski za zdradę na rzecz Szwedów. Rzeczpospolita nie miała już jednak dość sił, aby sobie na to pozwolić. Minął potop i pozostawił za sobą zniszczone państwo. Zabrakło Polsce spokoju, aby mogła zagoić rany. Zaraz potem rokosz Lubomirskiego, potem wojny tureckie, wojna północna, wojna szwedzko-rosyjska, gdzie Rzeczpospolita musiała przyglądać się biernie, jak jej ziemie tratują wojska moskiewskie i szwedzkie.«

W Wikipedii potop szwedzki jest tak opisany:

Potop szwedzki (VI wojna polsko-szwedzka) – najazd Szwecji na Rzeczpospolitą w latach 1655–1660 będący jedną z odsłon II wojny północnej. Formalnie zakończył go pokój w Oliwie zawarty w 1660. Wojna ze Szwedami toczyła się równolegle z wojną polsko-rosyjską 1654-1667 znaną jako potop rosyjski.

Potop szwedzki był jedną z odsłon wojen prowadzonych przez Szwecję, która dążyła do całkowitej dominacji nad Morzem Bałtyckim, wynikiem czego były wcześniejsze wojny z Polską o ujście Wisły i Inflanty. Konflikt miał również swoje korzenie w sporze o tron Szwecji w obrębie dynastii Wazów, do czego zgłaszali pretensje królowie polscy z tej dynastii.

Najazd wojsk szwedzkich miał miejsce, gdy Rzeczpospolita prowadziła wyniszczającą wojnę obronną z Rosją, która wiosną i latem 1654 roku najechała ponad połowę jej terytorium (potop rosyjski) i wsparła trwające od 1648 roku powstanie Chmielnickiego. Zajęcie przez Rosjan Ukrainy i większości terytorium Wielkiego Księstwa Litewskiego stanowiło zagrożenie dla szwedzkich wpływów nad Bałtykiem i było bezpośrednią przyczyną wkroczenia Szwedów do Polski i na Litwę w 1655 roku.

Zaangażowana w wojnę z najazdem rosyjskim i osłabiona powstaniami kozackimi Rzeczpospolita nie zdołała odeprzeć militarnie najazdu Szwedów w 1655 roku, czego wyrazem było poddanie się wojsk pospolitego ruszenia, a nawet przypadki współpracy i podporządkowania się królowi szwedzkiemu. Od wiosny 1656 roku zaczął wzrastać opór armii koronnej, pojawiły się pierwsze sukcesy militarne, co zaczęło powoli doprowadzać do równowagi pomiędzy przeciwnikami. Od jesieni 1656 roku poprawiła się sytuacja międzynarodowa, co doprowadziło do wycofania się z Polski większości wojsk szwedzkich do czerwca 1657 roku. Szwedzi od tego czasu byli już w defensywie i utrzymywali pod swoją kontrolą jedynie niektóre twierdze z Toruniem na czele. I choć ostatecznie Szwedzi zostali wyparci, to jednak poniesione straty w wyniku walki z kilkoma przeciwnikami oraz koszty ustępstw pokojowych były ogromne.

Szacuje się, iż w wyniku działań wojennych ludność Warszawy zmniejszyła się aż o 90%. Do dziś nie zostały w większości odzyskane zagrabione przez Szwedów dobra kultury polskiej, m.in. zrabowane z Zamku Królewskiego w Warszawie, dwa brązowe lwy zdobią do dzisiaj siedzibę królewską w Sztokholmie.”

Mamy więc powstanie Chmielnickiego (1648-1657), wojnę polsko-rosyjską (1654-1667) i polsko-szwedzką (1655-1660). W sumie można więc powiedzieć, że były trzy wojny. Jednak ta ze Szwecją była najbardziej wyniszczająca. Wikipedia pisze:

„Wojna i okupacja prawie całego kraju przez potop wojsk szwedzkich spowodowały w Rzeczypospolitej ogromne straty demograficzne na skutek działań wojennych, głodu, chorób i epidemii (nawet do 40% całej populacji Rzeczypospolitej) zniszczenia materialne (ponad 50% całego majątku), wielkie straty dóbr kulturalnych, zagrabionych przez okupanta, a wreszcie utratę zwierzchnictwa nad Prusami Książęcymi i przypieczętowanie tego samego odnośnie do Inflant. Traktaty welawsko-bydgoskie pozwoliły na umocnienie Brandenburgii na arenie międzynarodowej.

Kolejnym skutkiem wojny są też niepowetowane straty materialne i kulturowe. Pomimo że większość polskich zamków i twierdz poddawała się Szwedom bez walki, zostały zniszczone i złupione jako potencjalne miejsca oporu. Wiele ze świetnych niegdyś rezydencji (Zamek Ogrodzieniec, Zamek w Chęcinach, Zamek wOlsztynie) po potopie szwedzkim nigdy nie zostało odbudowanych i nie odzyskało świetności; wizerunki niektórych znamy tylko dzięki pracom szwedzkiego wojskowego – Erika Dahlbergha. Rozgrabiono nie tylko biblioteki i skarbce, wywożono także relikwie świętych (np. św. Stanisława z Krakowa) czy detale architektoniczne (np. Marmurowe delfiny z fontanny w zamku królewskim w Warszawie).”

W wyniku wojny ze Szwecją Rzeczpospolita traci:

  • Prusy: uzyskują samodzielność
  • Inflanty

W wyniku wojny z Rosją Rzeczpospolita traci:

  • województwo smoleńskie
  • województwo czernihowskie
  • połowę województwa kijowskiego (250 tys. km kwadr.)
  • Zaporoże zostaje uznane za kondominium Polski i Rosji

W sumie można to uznać za pierwszy rozbiór Rzeczypospolitej. Wszystkie trzy państwa, które brały udział w wojnie – Szwecja, Prusy i Rosja, coś zyskały jej kosztem.

A czy to było mocarstwo? Skoro Rosja zajmuje prawie całe Kresy i nie boi się, to chyba nie. Co ciekawe, zatrzymuje się prawie dokładnie na linii, którą my nazywamy linią Curzona. Co więcej, nie zajmuje północnej Litwy i nie wkracza w granice Korony. Jakby chciała zostawić to Szwecji, która dopiero w następnym roku zajmuje te tereny. Czy oni się wcześniej umówili?

Po co były te wojny? Żeby osłabić „mocarstwo”, które mocarstwem nie było? Gdyby nie było unii, to nie byłoby tych wojen. Straty terytorialne, jakie poniosła Rzeczpospolita, to były straty Wielkiego Księstwa Litewskiego, którego część południową, po unii, przyłączono do Korony. Największe zniszczenia materialne i ludzkie miały miejsce na terenie Korony, czyli Polski. Pomimo że większość polskich zamków i twierdz poddawała się Szwedom bez walki, zostały zniszczone i złupione jako potencjalne miejsca oporu. – Tak pisze Wikipedia. Skoro te twierdze i zamki poddawały się bez walki, to nie mogły już stanowić miejsc oporu. Skąd więc taka nienawiść? Czy tylko różnice wyznaniowe mogły być ich przyczyną? Skoro, niby, Karol Gustaw chciał być królem Polski, to po co obracać kraj w perzynę? Widocznie chyba jednak chodziło nie o jego podbicie, tylko o jego zniszczenie. Najwyraźniej król szwedzki wykonywał czyjeś instrukcje.

Potop szwedzki to był początek końca Rzeczypospolitej. W jego wyniku twór ten, dwa sztucznie złączone państwa, stracił niepodległość, jeśli w ogóle ją miał. Wtedy właśnie, po tej wojnie, rozpoczął się karnawał liberum veto – „wolne” nie pozwalam. Pierwszy zerwał sejm poseł z Litwy, W. Siciński, w 1652 roku. Następny zerwano w 1669 roku i tak to trwało przez stulecie. W pełni wykorzystano zaprojektowany u progu unii ustrój, który sparaliżował całkowicie państwo i jego organy i stał się przedmiotem drwin całej niemalże Europy. Nie Polacy go stworzyli, nie Polacy byli głównymi aktorami tego cyrku, ale na nich spadło całe to odium.

Dziwnie wyglądała ta wojna. Gdyby ktoś chciał pokonać tę unię dwóch, luźno ze sobą związanych państw, to dokonałby jednoczesnego ataku. A tu mamy jakieś niezrozumiałe posunięcia: powstanie Chmielnickiego 1648 roku, wkroczenie Rosji w 1654 roku, Szwecji – w 1655 roku i najazd Rakoczego wraz z Chmielnickim w 1657 roku, gdy Szwedzi są w totalnym odwrocie. W odwrocie, dlatego że odnosili porażki, czy dlatego, że tak chcieli? Tak jakby w tym wszystkim chodziło o to, by ta wojna trwała jak najdłużej, a nie o szybkie pokonanie i podporządkowanie sobie przeciwnika. Zupełnie jak w przypadku wojny Hitlera. Ci, którzy powołali do życia unię polsko-litewską i stworzyli jej idiotyczny ustrój, a więc Żydzi, mogliby ją zlikwidować, gdyby chcieli. Woleli jednak, by na jej terenie toczyły się wyniszczające wojny. Dla Polski była to katastrofa. Jej starty były, proporcjonalnie, większe niż w czasie II wojny światowej. To na terenie Korony, a nie na terenie Wielkiego Księstwa Litewskiego, dokonano tego spustoszenia.

Pożar 1666 roku

Podejrzewam, że mało kto słyszał o wielkim pożarze Londynu w 1666 roku. Czy to był przypadek, że akurat właśnie w tym roku doszło do niego? Nasza „pandemia” pojawia się w 2020 roku, traktat wersalski – 1919. Ktoś może powiedzieć, że to przypadek. Przecież kiedyś to wszystko musiało się zdarzyć, a że tak wyszło? Nie da się udowodnić, że wielki pożar Londynu został zaplanowany na ten właśnie rok i że w ogóle został zaplanowany. Niemniej jednak pewna sekwencja zdarzeń, którą niżej przedstawiam, skłania do refleksji. Ale nawet informacja z Wikipedii, że pożar wybuchł we wschodniej części miasta, przy wietrze wiejącym w kierunku zachodnim, każe wątpić w przypadek. Z drugiej strony postawa mieszkańców Londynu i króla oraz jego najbliższego otoczenia nie rozwiewa tych wątpliwości.

Wikipedia pisze tak:

Wielki pożar Londynu – pożar trwający od 2 do 5 września 1666 roku w Londynie.

Pożar ten wybuchł w piekarni przy ulicy Pudding Lane we wschodniej części miasta. Z powodu silnego wiatru i konstrukcji budynków z materiałów łatwopalnych (drewno, słoma) ogień rozszerzył się w kierunku zachodnim na całe miasto. W sumie zostało zniszczonych 13 200 budynków i 87 (z ponad 100) kościołów, między innymi katedra św. Pawła (ang. St Paul’s Cathedral). Równało się to 2/3 powierzchni miasta.

W pożarze zginęło 6 osób. Żywioł zabił większość szczurów, które były odpowiedzialne za trwającą od 1665 roku epidemię dżumy. Pożar miał wielki wpływ na ówczesne społeczeństwo angielskie, a także na sam Londyn.

Znaczący udział w odbudowie miał architekt Sir Christopher Wren. Pierwotne plany Wrena dotyczące odbudowy zakładały oparcie się na przejrzystym układzie urbanistycznym na wzór kontynentalny, z szerokimi alejami i placami. Jednak ze względu na to, że z wielu budynków ocalały przyziemia, a spory prawne nie pozwalały szybko rozwiązać kwestii własności działek, w końcu zarzucono plany wytyczenia nowej siatki ulic.

W roku 1667 Parlament uchwalił podatek węglowy z przeznaczeniem na fundusz odbudowy Londynu. Miasto odbudowano w oparciu o istniejącą, jeszcze średniowieczną, strukturę ulic, jednak już z wykorzystaniem trwalszych materiałów (cegły i kamień), poprawiając warunki sanitarne i dostępność do budynków.

4 września 2016 roku, w ramach 4-dniowego festiwalu pod nazwą London’s Burning („Londyn płonie”) w 350. rocznicę Wielkiego Pożaru, na Tamizie ustawiono i spalono 120-metrową makietę przedstawiającą XVII-wieczny Londyn.”

Pożar ten został opisany w Dzienniku Samuela Pepysa. Dziennik obejmował okres od 1 stycznia 1660 do 31 maja 1669 roku. Pepys był wysokim urzędnikiem królewskim. Przekładu dokonała Maria Dąbrowska i we wstępie m.in. pisze:

„Okres, w którym Samuel Pepys pisał swój Dziennik, to pierwsze dziesięciolecie tzw. Restauracji, czyli przywrócenia na tron angielski – w osobie Karola II – dynastii Stuartów po upadku republiki ustanowionej przez tzw. Wielką Rebelię, tj. rewolucję z lat czterdziestych XVII wieku, w której wodzem był znany całemu światu Oliver Cromwell. U nas odpowiada tym czasom okres powstań ukraińskich związanych z imieniem Bohdana Chmielnickiego, okres szwedzkiego „potopu” i ostatnie dziesięciolecie panowania Jana Kazimierza. Kiedy Samuel Pepys, zagrożony utratą wzroku, przerywa swój szyfrowany Dziennik, Polska zabiera się do smutnej pamięci elekcji Michała Korybuta Wiśniowieckiego, tak soczyście opisanej przez naszego pamiętnikarza, współczesnego Pepysowi Jana Chryzostoma Paska.”

Za rządów Cromwella dochodzi do ponownego sprowadzenia Żydów do Anglii, wypędzonych stamtąd w 1290 roku. W akcji tej bierze też udział, w porozumieniu z nim, Manasse ben Izrael z Amsterdamu. Zaczyna się od zapewnienia swobody maranom, dotąd starannie utajnionym, dzięki czemu wracają oni masowo na judaizm. Od 1657 roku osiedlają się Żydzi w Londynie. W 1753 roku otrzymują, z pewnymi ograniczeniami, obywatelstwo angielskie i prawa polityczne. O wiele wcześniej niż w Europie kontynentalnej (po rewolucji francuskiej). To wydatnie ułatwiło im penetrację społeczeństw chrześcijańskich oraz wchodzenie do tajnych organizacji. Zmarłego w 1657 roku Manassego zastępuje jego uczeń, sławny filozof, Baruch Spinoza (1632-1677), hiszpański maran. Spinoza, podobnie jak Manasse, był kabalistą i wierzył w mesjańskie przepowiednie Zoharu.

Ten pożar, to pożar tej części miasta, którą nazywa się City of London, znajdującej się w obrębie rzymskich murów z okresu Imperium Rzymskiego. Pepys opisał go w swoim Dzienniku. Jednak wcześniej, w dniu 18 lutego, zanotował:

„18 lutego. (Niedziela.) Leżałem długo, rozmawiając z żoną, m.in. o tym, że Pola musi do nas przyjechać i być tu trochę, iżby nabrała światowej ogłady. Potem będąc w mieście wstąpiłem do mego księgarza po książkę, pisaną dwadzieścia lat temu o proroctwie na teraźniejszy rok, w której liczbę 1666 wykłada się jako bestię apokaliptyczną i Antychrysta zwiastującą.”

W dniu 2 września Pepys zapisuje w swoim dzienniku:

»2 września (Niedziela.) Dziewki nasze siedziały do późna w noc, aby przygotować wszystko dla dzisiejszych gości, a jedna z nich, Jane, około 3 nad ranem nuże nas wołać, że wielki pożar widać w Mieście. Tedy wstałem i oblókłszy się w nocny przyodziewek, poszedłem do jej okna i zdało mi się, że to gdzieś na tyłach ulicy Mark Lane, a nie będąc zwyczajny takich pożarów, jakie się potem okazały, mniemałem, że to dosyć daleko; tedy wróciłem do łóżka i zasnąłem. Około 7 wstałem, aby ubrać się, i wyjrzałem przez okno, i zobaczyłem ogień mniejszy, niż był przedtem, i dalszy, za czym poszedłem do mego nowego gabinetu, by po wczorajszym sprzątaniu ułożyć wszystko na miejscu. Ale wnet przyszła Jane i mówi mi, że słychać jakoby 300 domów spłonęło tej nocy od pożarów, któreśmy byli widzieli; i że teraz pali się cała Fish Street aż do Londyńskiego Mostu. Tedy zebrałem się natychmiast i poszedłem do Tower, i tam wdrapałem się na najwyższe miejsce, i stamtąd ujrzałem domy po tej stronie mostu wszystkie w płomieniach i olbrzymi pożar z obu stron mostu. Tedy zszedłem z sercem pełnym troski do komendanta Tower, który powiedział mi, że pożar zaczął się nad ranem w domu królewskiego piekarza na Pudding Lane i że strawił kościół Św. Magnusa i większość Fish Street. Zszedłem na wybrzeże i nająwszy czółno popłynąłem do mostu, i tam oglądałem to opłakane widowisko. Nieszczęsny dom Betty Michell, jako że cała ta część miasta w ogniu, który posuwał się coraz dalej, tak że bardzo szybko, przez czas kiedy tam byłem, dosięgnął Steel Yard. Wszyscy usiłowali ratować swoje dobro: biedni ludzie trzymali się swoich domów, aż póki nie zajęły się ogniem, a wtedy rzucali się do czółen albo tłoczyli się biegając od jednych schodów nad Rzeką do drugich. I biedne gołębie, którem widział, jak wzdragając się porzucić domy krążyły koło balkonów i okien tak długo, aż popadały opaliwszy sobie skrzydła. Postawszy tak z godzinę i napatrzywszy się szalejącego ognia a nie widząc dookoła nikogo, kto starałby się go ugasić, tylko wszystkich łapiących, co mieli dobytku pod ręką, i zostawiających resztę na pastwę pożaru, i widząc ogień już w Steel Yard i że wiatr bardzo silny przerzuca płomienie ku śródmieściu, i że wszystko po tak długiej suszy okazuje się palne, nawet same kamienie kościołów, i widząc m.in. biedną dzwonnicę Św. Wawrzyńca, koło której cudna pani Horsley mieszkała, jak zająwszy się od szczytu wnet objęta płomieniami zwaliła się – pośpieszyłem do Whitehall i tam do gabinetu Króla, gdzie zaraz wszyscy do mnie, i zdałem im sprawę o rzeczy, i przeraziłem ich, i zaraz posłano z tym do Króla. A zaś wnet byłem przed oblicze Króla wezwany i powiedziałem Królowi i księciu Yorku, com widział, i że o ile Jego Królewska Mość nie rozkaże burzyć domów, to nic nie wstrzyma szerzenia się pożaru. Zdawali się być bardzo poruszeni i Król poruczył mi pójść do Lorda Majora (odpowiednik obecnego burmistrza – przyp. mój) i nakazać mu Jego imieniem, żeby nie szczędził domów, tylko burzył je wszędzie, dokąd zbliża się pożar. Książę Yorku kazał mu też oznajmić, że gdyby potrzebował więcej żołnierzy, on ich da; to samo rzekł mi potem lord Arlington. Spotkawszy kapitana Cocke’a wziąłem jego powóz i z Creedem – do Św. Pawła, a stamtąd pieszo wzdłuż Watling Street, a iść nie było łatwo, bo wszystko, co żyje, uciekało stamtąd obładowane rzeczami, które chcieli ocalić; a tu i ówdzie niesiono chorych w łóżkach. Nad podziw kosztowne rzeczy wieźli też ludzie na wozach i nieśli na plecach. Dopiero na Canning Street spotkałem Lorda majora zgoła zmęczonego, z chustką do nosa na szyi. Słysząc zlecenie królewskie wykrzyknął jak mdła niewiasta: „Boże, co ja mogę uczynić? Umęczyłem się, a ludzie nie chcą mnie słuchać. Jam kazał burzyć domy, ale ogień szybko pomyka, nie możemy nadążyć!” Dodał, że nie trzeba mu więcej żołnierzy i że co do niego, to musi iść odetchnąć, bo był na nogach całą noc. Za czym rozstaliśmy się i poszedłem do domu oglądając po drodze ludzi prawie oszalałych, a nigdzie żadną miarą nie przedsiębrano jakichś środków dla przytłumienia pożaru. Domy też tu wszędzie gęsto tak stoją i pełno palnych materyj, jako to smoły i dziegciu w ulicach nad Tamizą; i domy towarowe z olejami, z winem, gorzałką i innymi rzeczami. Było już około 12, tedy do domu, gdzie zastałem już zaproszonych na dzisiaj gości, którymi byli: pan Wood i jego żona Barbara Sheldon (nasza Bab z Greenwich, świeżo mu poślubiona) oraz pan Moone z żoną, gładką niewiastą, a i on grzeczny człowiek. Ale zamiar pana Moone’a i też mój: obejrzeć mój nowy gabinet, którym – dawno przezeń pożądanym – widokiem chciałem go uradować, zawiódł nas całkiem, jako że byliśmy wszyscy w wielkim pomięszaniu i zatroskaniu z przyczyn pożaru, o którym nie wiemy, co myśleć. Ale obiad mieliśmy nadzwyczaj dobry i było nam wesoło, jak tylko w takim czasie być mogło. Zaraz po obiedzie ja i państwo Moone wyszliśmy i chodziliśmy po mieście; w ulicach nic tylko pełno ludzi, koni, wozów napełnionych wszelakim dobytkiem, gotowych lecieć jeden przez drugi, by przewozić dobro ludzkie z domów strawionych ogniem – w inne. Teraz wywożą wszystko z Canning Street (która rano przyjęła była dobytek z innych ulic) na Lumbard Street i dalej. Doszliśmy do Św. Pawła, stamtąd Moone z żoną do domu, a ja do przystani Św. Pawła. Nająłem tam czółno i to w dół, to w górę od mostu przypatrując się pożarowi, który szalał i szerzył się, i przytłumić go zdawało się niepodobieństwem. Spotkałem barkę z królem i księciem Yorku i z nimi do Queenshithe, gdzie wezwali do siebie sir Ryszarda Browne’a. Jedyny rozkaz, jaki wydali, to aby śpiesznie burzyć domy poniżej mostu wzdłuż wybrzeża, lecz niewiele było i mogło być zdziałane, gdyż ogień się za szybko na te domy przerzucał. Rzeka pełna czółen wiozących ludzki dobytek, a wiele cennych rzeczy pływało po wodzie, alem spostrzegł, że na co trzeciej bez mała szkucie albo łodzi widać było pośród innych sprzętów domowych wirginał. Napatrzywszy się tego do woli – do parku St. James, gdzie wedle umowy spotkałem żonę z Creedem, Woodem i jego żoną i siedliśmy do mego czółna i znów dalej to w dół, to w górę Rzeki ku pożarowi, który wzrastał, a wiatr był wielki. I tak blisko byliśmy ognia, jak tylko dym pozwalał, a płynąc pod wiatr, o małośmy lic nie popiekli od deszczu iskier, tak zaiste, jak zapalały się od tych iskier i strzępów ognia domy po trzy, po cztery, ba, po pięć i sześć, jeden za drugim. Kiedy nie mogliśmy już wytrwać na wodzie, weszliśmy do malej piwiarni na Strandzie naprzeciw „Trzech Żurawi” i tam siedzieliśmy prawie do zmroku, i widzieliśmy, jak pożary się wzmagały, a gdy się ściemniło, pokazywało się ich coraz więcej a więcej w zaułkach i na dzwonnicach, i między domy a kościoły; tak daleko, jak okiem sięgniesz, aż po wzgórza Śródmieścia, wszędzie najokrutniejszy, złośliwy, krwawy płomień, ani podobny pięknym płomykom zwyczajnego ognia. Zostaliśmy tam, aż się ściemniło, i widzieliśmy pożar jak jedno wielkie sklepienie ognia sięgające na tamtą stronę Rzeki i łukiem rozpostarte nad wyniosłością na jaką milę długości; na płacz mi się zbierało, gdym to widział. Kościoły, domy, wszystko paliło się pospołu; i przeraźliwy huk, jaki się w tych płomieniach rozlegał, i trzask walących się domów! Z ciężkim więc sercem do domu, a tam zastaliśmy wszystkich rozprawiających i lamentujących nad tą pożogą; i biedny Tom Hayter przybył z resztą swego dobytku ocalonego z domu, co spłonął na Fish Street. Zaprosiłem go, by został z nami, i przyjąłem jego rzeczy, ale źle obliczył wybrawszy się do nas, bo co chwila przychodziły wieści o rozszerzaniu się pożaru, tak że musieliśmy sami przystąpić do ładowania naszych rzeczy i gotować się do przeprowadzki; tedy przy miesiącu ( a po wietrznym dniu była piękna, sucha i ciepła noc miesięczna) znieśliśmy wiele z mego dobytku do ogrodu, a ja z panem Hayterem przenieśliśmy moje pieniądze i skrzynię żelazną do piwnicy mając to miejsce za najpewniejsze. Worki ze złotem, co ważniejsze papiery, a też talony w osobnym puzderku przygotowałem, by przenieść do urzędu. Strach był tak wielki, że sir J. Batten sprowadził ze wsi wozy, aby tejże nocy wywieźć całe moje mienie. Pan Hayter, nieborak, położył się za naszą namową do łóżka, aleć niewiele miał odpocznienia z przyczyny hałasu panującego w moim domu przy znoszeniu rzeczy.«

Dalej Pepys m.in. pisał:

»4 września. Po południu siedząc melancholicznie z sir W. Pennem w naszym ogrodzie i rozmyślając nad tym, że nasz urząd spłonie na pewno, jeśli nie zostaną przedsięwzięte nadzwyczajne środki ratunku, przedłożyłem, aby posłać po naszych robotników z Woolwich i Deptford i napisać do do sir W. Coventry’ego, żeby wystarał się o pozwolenie księcia Yorku na zburzenie domów okolicznych raczej, niż mielibyśmy stracić Urząd, co byłoby z wielką szkodą dla spraw państwowych. Tedy sir W. Penn wyruszył wieczorem, aby przysłać robotników na rano, a ja napisałem list do sir Coventry’ego w tej sprawie, ale nie otrzymałem odpowiedzi. Tej nocy pani Turner i jej mąż wieczerzali z nami w urzędzie smętną bardzo manierą, mieliśmy tylko barani przodek i ani bodaj serwety lub jakichkolwiek nakryć, aleśmy byli weseli. Tylko od czasu do czasu, wyszedłszy na ogród, widzieliśmy, jak strasznie wygląda niebo całe w ogniu po nocy; i to było dosyć, i od tego widoku odechciewało nam się żartów; w samej rzeczy było to nad wyraz przerażające, bo wyglądało właśnie, jakby to już u nas się paliło, i całe niebo było w łunie. Po wieczerzy poszedłem w dół ku Tower Street i tam też widziałem już wszystko w ogniu: Trinity House z tamtej strony, i gospodę „Pod Delfinem” – z tej, co już było bardzo blisko nas, a paliło się wszystko z największą gwałtownością. Teraz nareszcie przystąpiono do burzenia domów na Tower Street, czego ludzie zrazu bali się więcej niż wszystkiego; aliści wszędzie, gdzie to uczyniono, pożar został wstrzymany. Ogień szerzy się już wzdłuż Fleet Street, spłonął już Św. Paweł i cała Cheapside. Napisałem dziś wieczór do ojca, lecz że i poczta spłonęła, listu nie mogłem wysłać.

6 września. Wstałem około 5, a przed bramą urzędu spotkałem pana Gaudena z wezwaniem dla naszych ludzi do Bishopsgate, gdzie dotąd ognia nie było, a teraz się pokazał, co nie bez racji daje ludziom, a też i mnie do myślenia, że jest w tym jakiś spisek (o co wielu tymi dniami ujęto i żadnemu cudzoziemcowi nie jest bezpiecznie chodzić w teraźniejszym czasie po ulicach); poszedłem z ludźmi i zagasiliśmy niebawem ten pożar, tak że już znowu wszystko w porządku.

15 września. Wieczorem przyszedł do nas kapitan Cocke i przechadzaliśmy się z nim po ogrodzie. Powiada, że roczny czynsz ze spalonych domów wart jest 600 000 funtów i że to uczyni parlament skłonniejszym do udzielenia pomocy Królowi. I mówiliśmy o tym, że nigdy jeszcze na świecie tak wielka klęska jak nasza nie była ścierpiana przez obywateli równie mężnym sercem. I że ani jeden bodaj kupiec nie ogłosi bankructwa.

13 grudnia. Will Hewer obiadował ze mną i pokazał mi gazetę z kwietnia tego roku, w której piszą (co i dziwno, że nikt sobie tego potem nie przypomniał), jako wielu było wtedy sądzonymi na śmierć, winnych zamysłu obalenia rządu i zamordowania króla, a jednym ze środków dla osiągnięcia tego celu miało być spalenie stolicy; i że dniem wyznaczonym na to przez spiskowców miał być dzień 3 września. A pożar wszczął się 2 września, co zdaje mi się bardzo dziwne.«

Po co był ten pożar? Spalenie miasta po to, by obalić rząd i zamordować króla wydaje się bez sensu. Tego można dokonać różnymi innymi i prostszymi sposobami. Spaliła się ta część miasta, która nazywa się City of London. Wszystko odbudowano i miejsce to stało się siedzibą światowej finansjery. Żeby to łatwiej zrozumieć, wypada przywołać nasze doświadczenia. Powstanie warszawskie doprowadziło w efekcie do zburzenia miasta. Po co je zburzono? Po to, by później odbudować. Ale to odbudowane miasto, to było już inne miasto i inni ludzie je zasiedlili. O to dokładnie chodziło w tym powstaniu. Miało być zrobione miejsce dla nowej elity rządzącej, która po części, może nawet większej, przybyła tu na radzieckich czołgach. Mieli być nowi ludzie i nowe miasto, które w niczym nie przypominałoby tamtego, nie miało nic w sobie z atmosfery tamtego. Trudno oprzeć się wrażeniu, że w pożarze Londynu chodziło o coś podobnego. Żydzi po czterystu latach wygnania powrócili do Anglii i niemal od razu pokazali na co ich stać i kto tu będzie panem. W przypadku obu miast metody działania podobne, tylko cele realizowano innymi środkami. Czy ktoś łączy te dwa zdarzenia i to, że ci sami dokonali zniszczenia obu miast? Po metodach ich się poznaje.

Relacje anglosasko-żydowskie są może jeszcze bardziej pogmatwane niż te polsko-żydowskie. Pepys notuje w swoim Dzienniku 15 października 1666 roku:

„Colwill opowiadał mi dzisiaj o nieprawościach Dworu, o wzgardzie, jaką Król na siebie ściąga na nic nie będąc pamiętnym, jeno czyniąc to, czego chcą jego dworscy faworyci; że książę Yorku zupełnym stał się niewolnikiem tej kurwy Denham i o nią tylko dba i że istotnie były jakoweś amory między księżną Yorku a pięknym Sidneyem. Ale czym niepomiernie mnie zdziwił, choć to potwierdza Pierce, to wiadomością, że Coventry przystał do kabały z księciem Yorku, lordem Brounckerem i ową Denham, co istna hańba i bardzo mnie to boli; i że Coventry składa tej pani wizyty. Ale myślę, że to nie może być prawdą.”

Korzystam z drugiego wydania Dzienników z 1954 roku. W posłowiu Julian Hochfeld, chcąc być może odnieść się do treści powyższego cytatu, pisze:

W r. 1667 następuje upadek Clarendona, przeciw któremu król kieruje całą niechęć opinii publicznej. Nowe ministerstwo Karola II znane jest pod nazwą „kabały”, tj. intrygi, zmowy (przypadkowo angielskie słowo cabal odpowiada początkowym literom nazwisk członków ministerstwa: Clifford, Arlington, Buckingham, Ashley-Cooper, Lauderdale). Ministerstwo to intryguje przeciw innym, ale i sami jego członkowie intrygują nawzajem przeciw sobie.

Problem jednak polega na tym, że Pepys napisał swoje uwagi w październiku 1666 roku, a nowe ministerstwo Karola II, zwane „kabałą”, powstaje w 1667 roku.

Kryzys 1929

Kryzys z 1929 roku powszechnie uważa się za największy w historii gospodarczej świata. Na jego temat napisano wiele książek, analiz, artykułów. Był to kryzys globalny, bo objął nie tylko Stany Zjednoczone, ale też kraje europejskie, które były w dużym stopniu uzależnione od Ameryki. Co było jego przyczyną? Panika na giełdzie, objawiająca się masową wyprzedażą akcji. A skąd ona się wzięła? Kiedy byłem w wojsku, to panika ogarniała jednostkę, gdy ktoś, wysoki rangą, przyjeżdżał na inspekcję. Im wyższy rangą, tym większa panika. Jednak w przypadku giełdy trudno wskazać winowajcę, bo działa z ukrycia i anonimowo. Pomocna tu będzie stara rzymska zasada: is fecit, cui prodest (ten zrobił, komu to przynosi korzyść). Co się pojawiło po kryzysie? New Deal – Nowy Ład. Brzmi znajomo? To byli ci sami chłopcy z ferajny, którzy stręczą nam dziś „nową normalność”. Wywołanie tamtego kryzysu było jednym z etapów prowadzących do obecnej rzeczywistości. Ale nie tylko New Deal! Kryzys rozprawił się też z tą częścią amerykańskiego sektora bankowego, która nie była żydowską. W Niemczech kryzys był jeszcze większy niż w Ameryce i ułatwił Hitlerowi realizację jego celów. Po takim przejściu i hiperinflacji z 1923 roku społeczeństwo niemieckie było bardziej skłonne zaakceptować system totalitarny. Bez tego kryzysu nie byłoby prawdopodobnie II wojny światowej.

W poprzednim blogu pisałem o kryzysie finansowym z 1914 roku, który trwał cztery miesiące i hiperinflacji w Niemczech, która trwała niewiele ponad pól roku. W przypadku kryzysu z 1929 roku męczono ludzi ponad cztery lata. Jak więc widać, jak się chce, to można szybko go przezwyciężyć, a jak się nie chce, to ciągnie się go latami.

Szukając w internecie informacji na temat tego kryzysu, trafia się, na ogół, na trywialne opracowania i analizy. Takie czasy. O wiele lepiej wygląda to w książkach sprzed 20 czy 30 lat. One wprawdzie też musiały być poprawne politycznie, ale jest w nich trochę więcej informacji, z których można wyciągnąć jakieś wnioski i zrozumieć, czym był ten kryzys, po co został wywołany i przez kogo.

Rondo Cameron w książce Historia gospodarcza świata pisze:

„W przeciwieństwie do Europy Stany Zjednoczone wyszły z wojny silniejsze niż kiedykolwiek. Z punktu widzenia czysto gospodarczego stały się z (per saldo) dłużnika (per saldo) wierzycielem. Odebrały producentom europejskim krajowe i zagraniczne rynki zbytu i zapewniły sobie wysokie dodatnie saldo bilansu handlowego. Wydawało się, że rozporządzając masowymi rynkami, rosnącą liczbą ludności i szybko rozwijającą się techniką, znalazły klucz do wiecznej pomyślności gospodarczej. Chociaż tak jak Europa przeżyły w latach 1920-1921 ostrą depresję, okazało się, że był to spadek krótkotrwały i przez niemal 10 lat trwał w USA wzrost gospodarczy z jedynie krótkotrwałymi fluktuacjami.”

Skoro Stany Zjednoczone wyszły z tej wojny silniejsze niż kiedykolwiek, to wypada sobie zadać pytanie, czy przypadkiem nie po to ta wojna została wywołana. Wraz z Arabami przychodzą Żydzi na Półwysep Iberyjski i trwają tam do czasu wielkich odkryć geograficznych Portugalczyków i Hiszpanów. Po ich wypędzeniu w 1492 roku, część z nich przenosi się do Holandii i Holandia staje się potęgą morską. W czasach, gdy Francja jest największą potęgą w Europie, Żydzi robią tam rewolucję. Gdy Anglia zaczyna dominować, ich tam też nie brakuje. Szybko trafiają do koloni w Ameryce i przejmują kontrolę nad nowym krajem. Na kontynencie europejskim Niemcy znaczą najwięcej i wykorzystują oni to państwo w obu wojnach światowych. Po pierwszej – Ameryka, którą kontrolują, staje się niekwestionowaną potęgą, po drugiej, tworzą podwaliny pod rząd światowy – ONZ i jego agendy.

„Latem 1928 roku amerykańscy bankierzy i w ogóle amerykańscy inwestorzy przestali kupować niemieckie i inne zagraniczne obligacje i zaczęli lokować swe pieniądze na giełdzie nowojorskiej, która przeżyła w związku z tym spektakularny wzrost obrotów. Podczas boomu spekulacyjnego – „wielkiego rynku byka” – wiele osób o skromnych zasobach odczuło pokusę nabywania akcji na kredyt. W końcu lata 1929 roku Europa wyraźnie już odczuła efekty zaprzestania przez Amerykanów lokowania pieniędzy za granicą. Przerwany został nawet wzrost gospodarczy w samej Ameryce. Produkt narodowy brutto USA osiągnął wielkość szczytową w pierwszym kwartale 1929 roku, a potem zaczął się stopniowo zmniejszać. Amerykańska produkcja samochodów zmniejszyła się z 622 000 w marcu do 416 000 we wrześniu. W Europie Wieka Brytania, Niemcy i Włochy znalazły się już w samym środku depresji gospodarczej. Ale w warunkach rekordowo rekordowo wysokich kursów akcji ani amerykańscy inwestorzy, ani amerykańscy urzędnicy publicznie nie przywiązywali większej wagi do tych niepokojących sygnałów.”

Cameron pisze, że wiele osób o skromnych zasobach odczuło pokusę nabywania akcji na kredyt. One mogły odczuwać pokusę, ale gdyby banki nie dały im tego kredytu, to skończyłoby się na pokusie. Gdy ja w 1992 roku zaczynałem działalność gospodarczą od kredytu, to musiałem mieć na ten kredyt pełne zabezpieczenie. To banki decydują, komu dają pieniądze i na jakich warunkach, a tym samym to one kreują rzeczywistość finansową. Mogą wykreować krach i wielki boom inwestycyjny, w zależności od tego, czy będą zwiększać ilość pieniądza na rynku, czy – zmniejszać.

„24 października 1929 roku – dzień ten przeszedł do historii finansów amerykańskich jako „czarny czwartek” – fala panicznej wyprzedaży akcji wywołała gwałtowny spadek ich kursów i wyeliminowała miliony dolarów fikcyjnej wartości papierów wartościowych. Następna fala wyprzedaży – „czarny wtorek” – wystąpiła 29 października. Indeks cen papierów wartościowych, który 3 września osiągnął szczytowy poziom 381 (rok 1926 = 100), spadł 13 listopada do 198… i spadał nadal. Banki zaczęły żądać zwrotu pożyczek, co zmusiło kolejnych inwestorów do rzucenia akcji na rynek bez względu na cenę, jaką można było za nie uzyskać. Amerykanie, inwestujący w Europie, nie tylko zaprzestali nowych inwestycji, ale sprzedawali swe dotychczasowe aktywa, by repatriować fundusze. Przez cały rok 1930 trwało takie wycofywanie kapitału z Europy, wywołując nieznośnie napięcia w całym systemie finansowym. Rynki finansowe ustabilizowały się, ale spadały (i nadal spadały) ceny surowców i w rezultacie skutki tego zaczęły odczuwać takie kraje, jak Argentyna czy Australia.

Krach giełdowy nie był przyczyną depresji – która już się rozpoczęła zarówno w Stanach Zjednoczonych, jak i w Europie – ale był wyraźnym sygnałem jej wystąpienia. Miesięczna produkcja samochodów w Stanach Zjednoczonych spadła w grudniu do 92 500 sztuk, a bezrobocie w Niemczech wzrosło do 2 mln osób. W pierwszym kwartale 1931 roku ogólne obroty handlu zagranicznego spadły do poziomu niższego od dwu trzecich ich wartości w analogicznym okresie roku 1929.”

Fala panicznej wyprzedaży akcji wywołała gwałtowny spadek ich kursów. Ale skąd wzięła się ta paniczna fala? Tak sama z siebie chyba nie mogła się wziąć. Albo ktoś puścił plotkę wśród inwestorów, albo jakiś większy inwestor rzucił na rynek potężny pakiet akcji, co zapoczątkowało panikę i dalszy spadek cen akcji. Tylko, że to niewygodna prawda, niepasująca do teorii finansowych. Pierwsza fala wyprzedaży miała miejsce 24 października, a następna pięć dni później. A w międzyczasie nic się nie działo? Tak jakby ktoś się umówił. A może dwóch większych inwestorów rzuciło na rynek swoje akcje w pięciodniowym odstępie. I żeby jeszcze pogorszyć sytuację banki zaczęły żądać zwrotu pożyczek. To na jakich warunkach udzielano tych pożyczek, kto je brał i kto ustalał warunki ich spłaty?

Jeśli obroty handlowe spadają o ponad 1/3 w pierwszym kwartale 1931 roku w porównaniu do analogicznego okresu z 1929 roku, to to jest dowód na depresję, według Camerona. Obroty handlowe spadną, gdy część pieniędzy zostanie wycofana z rynku i przerzuci się je na giełdę, na której wywoła się krach i już mamy wytłumaczenie: recesja na rynku, spadek produkcji, co negatywnie odbija się na giełdzie i mamy krach. Wszystko wyreżyserowane, a później dorabia się do tego teorię, najlepiej naukową. Ci, którzy rządzą pieniędzmi mają władzę nad wszystkim. Mogą ograniczyć dopływ pieniądza na rynek lub „wrzucić” go w takiej ilości, że spowodują inflację lub hiperinflację, ale mogą też tak pokierować tym strumieniem pieniędzy, że zażegnają niebezpieczeństwo.

„Co spowodowało depresję? Choć minęło już 60 lat, nie ma co do tego zgody. Zdaniem jednych były to głównie przyczyny monetarne – drastyczny spadek ilości pieniądza w głównych krajach uprzemysłowionych, zwłaszcza w Stanach Zjednoczonych, i rozszerzanie się jego efektów na resztę świata. Zdaniem innych, przyczyn należy szukać w „realnej” gospodarce: w niezależnym spadku konsumpcji i wydatków inwestycyjnych rozszerzającym się na całą gospodarkę, a później na cały świat za pośrednictwem mechanizmu mnożnikowo-akceleratorowego. Proponuje się też inne wyjaśnienia – przyczynami depresji miały być: uprzednia depresja w rolnictwie, skrajne uzależnienie krajów Trzeciego Świata od niestabilnych rynków zbytu produktów działu pierwszego, niedostateczne rozmiary – lub zły rozdział – światowych rezerw złota itd. Istnieje też pogląd eklektyczny – przyczyną nie był jeden czynnik, lecz nieszczęśliwy zbieg różnych wydarzeń i okoliczności zarówno monetarnych, jak i niemonetarnych. Można też dowodzić, że korzenie owych wydarzeń i okoliczności sięgają w jakiejś mierze (być może w dużej) pierwszej wojny światowej i rozstrzygnięć pokojowych, które po niej nastąpiły. Załamanie się systemu waluty złotej, zakłócenia w handlu, których nigdy w pełni nie usunięto, i wreszcie nacjonalistyczna polityka gospodarcza lat dwudziestych – wszystko to przyczyniło się do wywołania depresji.”

Prawda jest zawarta w pierwszym zdaniu. Tylko kto spowodował ten drastyczny spadek ilości pieniądza? Krasnoludki? Ja oczywiście rozumiem, że autor nie mógł otwarcie napisać, bo w takiej rzeczywistości żyliśmy i nadal żyjemy. Ale przynajmniej z tego, co pisze, można wyciągnąć jakieś wnioski. Reszta to już zupełny bełkot, mający za zadanie zneutralizować pierwsze zdanie i wywołać zamęt w głowie czytelnika. Niezależny spadek konsumpcji i wydatków inwestycyjnych, rozszerzający się na cały świat za pośrednictwem mechanizmu mnożnikowo-akceleratorowego. Co to jest niezależny spadek konsumpcji? Niezależny od czego, czy od kogo? Czyli że ludzie niezależnie od siebie postanawiają zmniejszyć konsumpcję? Przecież całe te lata dwudzieste w Ameryce to „szalone lata dwudzieste” (Roaring Twenties), szalone zakupy i szalona konsumpcja. Być może państwa europejskie prowadziły wobec siebie nacjonalistyczną politykę gospodarczą, ale nie wobec Stanów Zjednoczonych, od których kredytów były uzależnione i otworzyły dla nich swoje rynki. Do 1928 roku Amerykanie inwestowali w Europie bez przeszkód i dopiero, gdy wycofali się, zaczęły się problemy.

„W przemówieniach przedwyborczych Roosevelt wzywał do Nowego Ładu w Ameryce. Podczas słynnych stu dni po objęciu przez niego urzędu pozytywnie nastawiony doń Kongres spełniał wolę prezydenta i w bezprecedensowym tempie uchwalał nowe ustawy. Podczas pierwszej kadencji Roosevelta uchwalono więcej ustaw niż za rządów jakiegokolwiek prezydenta. Dotyczyły głównie ożywienia gospodarczego i reform społecznych w dziedzinie rolnictwa, bankowości, systemu walutowego, rynku papierów wartościowych, pracy, bezpieczeństwa socjalnego, zdrowia, mieszkalnictwa, transportu i komunikacji, bogactwo naturalnych – w istocie wszystkich aspektów amerykańskiej gospodarki i amerykańskiego społeczeństwa.”

Tak więc państwo zaczęło kontrolować całą gospodarkę i wszelkie aspekty życia społecznego. System ten był bardzo zbliżony, jak pisał Cameron, do faszystowskiego systemu organizacji przemysłu we Włoszech, tyle że bez brutalności tamtego i bez metod państwa policyjnego.

O kryzysie 1929 roku pisał też w swojej książce Potęga pieniądza Niall Ferguson:

»16 października 1929 roku Irving Fisher, profesor ekonomii z Yale University, stwierdził, iż wszystko wskazuje na to, że „ceny amerykańskich akcji ustabilizowały się na trwałe na wysokim poziomie”. Osiem dni później, w „czarny czwartek” Indeks Dow Jones spadł o 2%. Przyjmuje się, że właśnie wtedy rozpoczął się krach na Wall Street, chociaż w istocie rynek osłabiał się od początku września i przeżył już nagły sześcioprocentowy spadek 23 października. W „czarny poniedziałek” (28 października) Dow Jones spadł o 13%, a następnego dnia o dalsze 12%. W ciągu następnych trzech lat akcje na giełdzie amerykańskiej straciły aż 89% wartości, najniższy poziom osiągając w lipcu 1932 roku. Indeks giełdowy odzyskał swój najwyższy poziom z roku 1929 dopiero w listopadzie 1954 roku. Co gorsza, spadek cen akcji zbiegł się z największym kryzysem gospodarczym w dziejach świata (a niektórzy twierdzą, że nawet go wywołał). W Stanach Zjednoczonych produkcja spadła o jedną trzecią. Bezrobocie dotknęło jedną czwartą siły roboczej, a nawet jedną trzecią, jeśli zastosować dzisiejsze przeliczniki. Była to globalna katastrofa, która spowodowała spadek cen i produkcji w gospodarkach niemal wszystkich krajów świata, chociaż tylko w Niemczech kryzys okazał się głębszy niż w Ameryce. Handel światowy skurczył się o jedną trzecią, ponieważ poszczególne państwa próbowały na próżno ratować się, wprowadzając bariery celne i kwoty importowe. Międzynarodowy system finansowy rozpadł się z powodu masowych przypadków niepłacenia zadłużenia, kontroli kapitału i deprecjacji walut.«

U Fergusona, inaczej niż u Camerona, kryzys rozwijał się stopniowo, bo od początku września rynek osłabiał się i przeżył nagły 6% spadek 23 października, o którym Cameron nie wspomina. Natomiast system finansowy rozpadł się z powodu masowych przypadków niespłacenia zadłużenia. Tylko kto komu nie spłacał tego zadłużenia? O tym Ferguson nie wspomina. Rozpadł się też z powodu kontroli kapitału. Kto kontrolował ten kapitał i dlaczego ta kontrola okazała się tak zgubna? O tym też nie wspomina. Deprecjacja walut. Jakich walut? O tym również nie wspomina. Parytet złota przyjęty w 1900 roku wynosił 20,67 dolara, a przyjęty w 1934 roku 35 dolarów za uncję. Tak więc dolar zachowywał swoją wartość w czasie kryzysu. Tak to się wszystko tłumaczy: wymienia się przyczyny bez żadnego uzasadnienia. A wszystko po to, by nie mówić prawdy.

„W roku 1929 wyemitowano akcje o wartości 6 miliardów dolarów, z czego aż jedną szóstą we wrześniu. Powstawały nowe instytucje finansowe zwane funduszami inwestycyjnymi, które miały zarabiać na boomie giełdowym. W tym samym czasie wielu drobnych inwestorów (jak choćby Irving Fisher) korzystało z dźwigni finansowej, aby zwiększyć pulę posiadanych przez siebie akcji. Sięgali w tym celu po pożyczki maklerskie (udzielane często przez firmy, a nie banki) i dzięki nim nabywali akcje na zasadzie buy on margin, to znaczy płacąc tylko część ceny nabywczej z własnych pieniędzy.”

Jak widać nawet profesor ekonomii na Uniwersytecie Yale, Irving Fisher, załapał się na tę bańkę giełdową. Żydowscy macherzy od finansów mają wielowiekowe doświadczenia w okradaniu gojów. Roztropniej jest więc nie próbować ich przechytrzać na tym polu. Raczej należałoby ich pozbawić władzy nad pieniądzem, ich najpotężniejszej broni.

„W jednej z najważniejszych prac na temat historii gospodarki amerykańskiej Milton Friedman i Anna Schwartz dowodzą, że główną odpowiedzialność za rozmiary wielkiego kryzysu ponosi System Rezerwy Federalnej. Nie obwiniają oni banku centralnego za samo powstanie bańki spekulacyjnej, przekonując , że za czasów Benjamina Stronga w Banku Rezerw Federalnych w Nowym Jorku osiągnięto rozsądną równowagę między zewnętrznymi zobowiązaniami Stanów Zjednoczonych do utrzymania przywróconego systemu waluty złotej a wewnętrznym obowiązkiem zachowania stabilności cen. Dzięki sterylizacji ogromnego napływu złota do Stanów Zjednoczonych (co uchroniło kraj przed ekspansją monetarną) System Rezerwy Federalnej zapobiegł prawdopodobnie jeszcze większemu rozdęciu bańki spekulacyjnej.”

W tym miejscu wypada przerwać ten cytat i wyjaśnić, co to jest ta sterylizacja w sensie ekonomicznym. Wikipedia tak to opisuje:

„Sterylizacja – polityka centralnych władz monetarnych kraju, której celem jest sprawienie, by deficyt bądź nadwyżka w bilansie płatniczym nie wpływały na podaż pieniądza na rynku krajowym.

W przypadku zapobiegania spadku podaży pieniądza na skutek deficytu bilansu płatniczego, władze skupują papiery wartościowe, w wyniku czego zwiększa się składnik krajowy bazy monetarnej, co powoduje zwiększenie się podaży pieniądza.

W przypadku zapobiegania wzrostu podaży pieniądza na skutek nadwyżki bilansu płatniczego, władze zwiększają podaż papierów wartościowych, w wyniku czego zmniejsza się składnik krajowy bazy monetarnej, co powoduje zmniejszenie się podaży pieniądza.”

Ja wiem, że język polski jest trudnym językiem, szczególnie dla obcokrajowców, ale my nie mamy innego i powinniśmy o niego dbać. Bo jeśli nie dbamy o swój język, to znaczy, że nie szanujemy samych siebie. Czasownik „zapobiegać” wymaga celownika, a więc zapobiegać spadkowi i wzrostowi. To można sprawdzić w Wikisłowniku. Ale nie tylko redaktorzy Wikipedii mają problem z celownikiem. Kiedyś niejaki Ziobro, z PiS-u, miał problem z odmianą w nim imienia i nazwiska – Donald Tusk. Wyszło mu – Donaldu Tusku, zamiast Donaldowi Tuskowi. Trudny jest ten polski język, nawet bardzo trudny.

Dzięki sterylizacji ogromnego napływu złota do Stanów Zjednoczonych (co uchroniło kraj przed ekspansją monetarną) System Rezerwy Federalnej zapobiegł prawdopodobnie jeszcze większemu rozdęciu bańki spekulacyjnej.

Skąd się wziął ten ogromny napływ złota do Stanów Zjednoczonych? Tego Ferguson nie wyjaśnia. Ale Cameron pisał o tym, że w 1928 roku Amerykanie zaczęli wycofywać swój kapitał z Europy. Zapewne żądali wypłat w dolarach, a Europejczycy ich nie mieli, bo wydali na inwestycje. Mogli pozyskać dolary tylko w jeden sposób, sprzedając swoje rezerwy złota. A dlaczego Amerykanie zaczęli wycofywać swój kapitał? Żeby go lokować na giełdzie nowojorskiej. Mieli więc Amerykanie, czyli amerykańscy Żydzi, złoto i dolary Europejczyków. Mogli więc wszystko i zdecydowali, że zrobią kryzys.

„Nowojorski Bank Rezerw Federalnych zareagował też skutecznie na wybuch paniki w październiku 1929 roku, przeprowadzając zakrojone na szeroką skalę (i bezprawne) operacje otwartego rynku (tzn. skupując obligacje od sektora finansowego), aby zasilić rynek świeżym zastrzykiem gotówki. Jednak po śmierci Stronga, który zmarł na gruźlicę w październiku 1928 roku, Zarząd Rezerwy Federalnej w Waszyngtonie zaczął wywierać decydujący wpływ na politykę monetarną, co przyniosło katastrofalne skutki.”

Tu pisze otwartym tekstem, że wszystkiemu był winien Fed. A kto za nim stał i komu to służyło? Wywierać decydujący wpływ na politykę monetarną oznacza, mówiąc wprost – wprowadzanie na rynek gotówki, bądź jej wycofywanie i decydowanie o tym, komu dajemy, a komu zabieramy, kto ma przetrwać, a kto ma zostać wyeliminowany z rynku. Ta właśnie działa „wolny rynek”.

„Po pierwsze, nie podjęto odpowiednich kroków, aby przeciwdziałać się kurczeniu (kontrakcji) kredytów, spowodowanemu upadkiem kolejnych banków. Problem ten dał o sobie znać już kilkanaście miesięcy przed krachem giełdowym, kiedy banki komercyjne dysponujące depozytami na sumę 80 milionów dolarów zawiesiły wypłaty. Moment krytyczny nastąpił jednak dopiero w listopadzie i grudniu 1930 roku, kiedy upadło 608 banków posiadających depozyty o łącznej sumie 550 milionów dolarów, wśród nich bank Stanów Zjednoczonych (Bank of United States), odpowiedzialny za utratę ponad jednej trzeciej wszystkich depozytów. Fiasko rozmów w sprawie fuzji, która mogła jeszcze uratować Bank Stanów Zjednoczonych, miało decydujące znaczenie dla dalszych dziejów wielkiego kryzysu.”

A więc ktoś nie chciał ratować Banku Stanów Zjednoczonych. Widocznie miał w tym jakiś cel. Ale kto to był? Fed?

„Po drugie w systemie, który obowiązywał przed rokiem 1913, to znaczy przed utworzeniem Rezerwy Federalnej, kryzys tego rodzaju spowodowałby ograniczenie wymiany depozytów bankowych na złoto. Fed pogorszył jednak dodatkowo sytuację, ograniczając dostępność i wielkość kredytu (grudzień 1930 – kwiecień 1931). Zmusiło to kolejne banki do wyprzedaży aktywów w rozpaczliwej pogoni za gotówką, co spowodowało spadek cen obligacji i doprowadziło do ogólnego pogorszenia sytuacji. Następna fala upadłości banków, która miała miejsce między lutym a sierpniem 1931 roku, spowodowała spadek depozytów w bankach komercyjnych o 2,7 miliona dolarów (prawdopodobnie nie miliona tylko miliarda – przyp. mój), co stanowiło 9% ogólnej liczby depozytów.

Po trzecie, kiedy Wielka Brytania we wrześniu 1931 roku porzuciła system waluty złotej, w wyniku czego zagraniczne banki zaczęły masowo zamieniać swoje zasoby dolarowe na złoto, Fed podniósł stopę dyskontową do 3,5%. Powstrzymało to odpływ, ale zepchnęło kolejne banki amerykańskie na skraj bankructwa. Między sierpniem 1931 roku a styczniem 1932 roku zbankrutowało 1860 banków, w których zgromadzono depozyty na kwotę 1,45 miliarda dolarów. Fed miał jednak pod dostatkiem złota. W przeddzień załamania funta zapasy amerykańskiego złota, warte 4,7 miliarda dolarów, były najwyższe w historii i stanowiły 40% wszystkich światowych zapasów. Nawet w październiku 1931 roku, kiedy osiągnęły najniższy poziom, rezerwy złota w amerykańskim banku centralnym przewyższały wymagane prawem pokrycie o ponad miliard dolarów.

Po czwarte, tylko w kwietniu 1932 roku pod wpływem nacisków politycznych Fed przeprowadził zakrojone na szeroką skalę operacje otwartego rynku. Był to pierwszy poważny krok podjęty przez Rezerwę Federalną w celu przeciwdziałania kryzysowi płynności. Lecz nawet to nie wystarczyło, aby zapobiec kolejnej i ostatniej już fali upadłości w sektorze bankowym w czwartym kwartale 1932 roku, która doprowadziła do pierwszych ogólnokrajowych wakacji bankowych, to znaczy do czasowego zamknięcie wszystkich banków.

Po piąte, kiedy pogłoski o tym, że nowa administracja prezydenta Roosevelta ma zamiar zdewaluować dolara, spowodowały zarówno na rynku krajowym, jak i zagranicznym ucieczkę o dolara w stronę złota. Fed po raz kolejny podniósł stopy dyskontowe, co doprowadziło do ogólnokrajowych wakacji bankowych ogłoszonych przez Roosevelta 6 marca 1933 roku, dwa dni po jego zaprzysiężeniu. Ponad 2000 banków miało już nigdy nie wrócić z tych wakacji.

Upadek około 10 tysięcy banków, któremu Fed nie potrafił zapobiec, miał kluczowe znaczenie dla przebiegu wielkiego kryzysu nie tylko z powodu wstrząsu, jakim był dla klientów, którzy stracili swoje oszczędności, czy dla akcjonariuszy, którzy stracili swoje udziały, ale także z powodu ogólnego wpływu na podaż pieniądza i portfel kredytów. W latach 1929-1933 obywatele zdołali zwiększyć swoje zasoby gotówkowe o 31%, rezerwy banków komercyjnych pozostały na niemal niezmienionym poziomie (banki, którym udało się przetrwać, zgromadziły nawet rezerwy dodatkowe), ale wartość depozytów w bankach komercyjnych spadła o 37%, a wartość pożyczek aż o 47%. Liczby bezwzględne pokazują niebezpieczną dynamikę „wielkiego regresu”. Zwiększenie zasobów gotówki w rękach obywateli o 1,2 miliarda dolarów osiągnięto kosztem skurczenia się depozytów bankowych o 15,6 miliarda dolarów i ograniczenia pożyczek bankowych o 19,6 miliardów dolarów, co stanowiło 19% amerykańskiego PKB z 1929 roku.

Zdaniem Friedmana i Schwartz, Fed powinien był zrobić wszystko, aby już od 1929 roku konsekwentnie zasilać system bankowy gotówką, przeprowadzając zakrojone na szeroką skale operacje otwartego rynku i ułatwiając dostęp do pożyczek poprzez tzw. okno dyskontowe. Twierdzą oni także, że mniejszą wagę należało przypisywać kwestii odpływu złota. W ostatnim czasie słychać także głosy, że problemem okazał się sam system waluty złotej przywrócony w okresie międzywojennym, ponieważ doprowadził on do rozprzestrzenienia się kryzysów (jak europejskie kryzysy bankowe i walutowe z 1931 roku) na cały świat.”

Można wypisywać bzdury typu, że winny jest system złotej waluty i inne farmazony. Papier wszystko wytrzyma, podobnie jak ekran monitora. Obaj autorzy piszą takie bzdury, że głowa mała, inaczej nie mogą, ale należy oddać im sprawiedliwość: zamieszczają też informacje, które pozwalają na zrozumienie, o co tak naprawdę w tym kryzysie chodziło. A chodziło o upieczenie wielu pieczeni na jednym ogniu. Jeśli czytam: Upadek około 10 tysięcy banków, któremu Fed nie potrafił zapobiec…, to zadaję sobie pytanie: nie potrafił, czy nie chciał?

Upadek około 10 tysięcy banków, któremu Fed nie potrafił zapobiec… (…) banki, którym udało się przetrwać, zgromadziły nawet rezerwy dodatkowe. A więc były banki, aż 10 tysięcy, które upadły, ale były i takie, którym udało się przetrwać i zgromadziły nawet rezerwy dodatkowe. Czyli co? W tych dziesięciu tysiącach banków pracowali sami debile? No bo, skoro były takie, które przetrwały i nawet zgromadziły rezerwy dodatkowe, to znaczy, że w nich pracowali geniusze. Z perspektywy debila tak to można oczywiście tłumaczyć.

Skoro w trakcie tego wielkiego kryzysu upadło tak wiele banków, to pewnie były to małe banki, może odpowiedniki naszych banków spółdzielczych. Prawdopodobnie były to banki amerykańskie, nie – żydowskie. Żydowskie banki zgromadziły nawet rezerwy dodatkowe. Żydowskie banki nie upadają (zbyt duży, by upaść). Potwierdza to nasza rzeczywistość. To, że w czasie kryzysu z roku 2008 upadł tylko jeden bank, bank Lehman Brothers, potwierdza tylko regułę. On upadł prawdopodobnie nie ze względów rynkowych, tylko dlatego, że ktoś tam komuś się postawił i za karę został zlikwidowany.

Kryzys z 1929 roku załatwiał parę spraw: likwidował nie żydowską konkurencję finansową w Ameryce, stwarzał w niej Nowy Porządek i ułatwiał Hitlerowi realizowanie swojej polityki, co w rezultacie doprowadziło do wojny. Kryzys w Niemczech był jeszcze głębszy niż w Ameryce. A jednak! Pomimo tak traumatycznych przeżyć, jak hiperinflacja z 1923 roku i kryzys z lat 1929-1933, społeczeństwo niemieckie tylko w 37% poparło Hitlera w wolnych wyborach. Nie przeszkodziło to Hitlerowi w dojściu do władzy, które to dojście umożliwiły mu gierki polityczne niemieckich elit politycznych.

Dzięki temu kryzysowi Żydzi osiągnęli wszystkie cele, jakie sobie postawili. Była to bardzo skomplikowana, w sensie logistycznym, akcja, wymagająca współpracy wielu ośrodków finansowych i politycznych. Bardziej chyba skomplikowana niż obie wojny. Jedyne z czym można ją porównać, to z obecnym kreowaniem kryzysu przez rząd światowy, który prawdopodobnie istniał już w tamtym czasie i był odpowiedzialny za tamten kryzys.

Liberum veto

Ostatnio pojawiła się oddolna inicjatywa przedsiębiorców, którzy mają już dość zakazów, które uniemożliwiają im prowadzenie działalności i zarabianie na życie. Iskra wyszła z gór, dlatego sprzeciw określono mianem Góralskiego Veta. Inicjatorzy protestu odwołują się w ten sposób do tradycji I Rzeczypospolitej i to jej liberum veto ma symbolizować ten oddolny ruch. Czy rzeczywiście jest to oddolny ruch? Czy rzeczywiście sądy, tak same z siebie, wydają wyroki korzystne dla przedsiębiorców? W Ameryce zablokowano, jeszcze urzędującemu wówczas prezydentowi, komunikowanie się poprzez media społecznościowe, a u nas, zbuntowana restauracja w Cieszynie wykorzystuje Facebook do komunikowania się z innymi, chcącymi iść w jej ślady, a Facebook ich nie blokuje. – Zastanawiające. Restauracja ta rozpoczęła swoją działalność w połowie lipca 2019 roku pod nazwą „U trzech braci”. Czy ci „bracia”, to tutaj tacy przypadkowi? Ja dobrze pamiętam początki Solidarności, nadzieje i entuzjazm, jaki nam towarzyszył i rozczarowanie, jakie później przyszło i refleksja, że to była ustawka. Kontrolę nad nią szybko przejęli ludzie z KOR-u. Skończyło się to stanem wojennym, który został wprowadzony bezprawnie.

Argument, że to, co robi rząd, jest bezprawne, jest wyjątkowo naiwny. Tak, jak naiwna jest wiara w to, że sądy wydają korzystne dla przedsiębiorców wyroki. Jeśli takie wydają, to dlatego, że tak mają robić. Być może celem tej akcji, jak dla mnie, zaplanowanej z premedytacją, jest wprowadzenie ostrzejszych rygorów, gdy Góralskie Veto rozejdzie się po kraju i nagle zacznie „wzrastać” liczba zakażonych. Dla rządu nie jest problemem sfabrykowanie odpowiednich statystyk. One od początku nie mają nic wspólnego z rzeczywistością.

Rząd, gdyby chciał, to w pięć minut spacyfikowałby to Góralskie Veto i tę cieszyńską restaurację. Stan wojenny z 1981 roku z dnia na dzień spacyfikował cały kraj. Inna sprawa, że rząd przygotowywał się do tego, prawdopodobnie, od jesieni 1980 roku, a może jeszcze wcześniej. A czy teraz on do czegoś nie przygotowuje się? Tego nie wiemy, ale taka „bezradność” rządu budzi niepokój – takie podpuszczanie. W 1981 roku też tak to wyglądało.

Wyskoczył ten przywódca Góralskiego Veta, Sebastian Pitoń, z nawiązaniem do tradycji I Rzeczypospolitej i jej liberum veto. No to spójrzmy, co to była za tradycja i czy rzeczywiście warto do niej nawiązywać.

W wyniku unii z 1569 roku Korona Królestwa Polskiego i Wielkie Księstwo Litewskie zostały przekształcone w związek dwóch państw, które łączyła:

  • osoba wybieranego wspólnie króla
  • sejm
  • polityka zagraniczna
  • system monetarny (wspólna waluta, ale odrębne jej bicie w każdym kraju)

Osobne były:

  • skarb
  • wojsko
  • kancelaria i urzędy ministerialne

Podstawowe zasady i elementy ustroju Rzeczypospolitej określano od 1573 roku mianem złotej wolności. Składały się na nie:

  • nietykalność osobista
  • wolna elekcja monarchy przez ogół szlachty
  • sejm
  • pacta conventa
  • wolność wyznawanej religii
  • rokosz – prawo szlachty do buntu przeciwko królowi, gdy ten złamie prawo lub naruszy zagwarantowane przywileje
  • liberum veto – prawo każdego pojedynczego deputowanego do sprzeciwienia się decyzji większości na sejmie
  • konfederacja – prawo do tworzenia lokalnych lub ogólnopaństwowych związków szlachty w celu osiągnięcia określonych celów politycznych

Tak to opisuje Wikipedia, ale nie wspomina o sejmikach, których znaczenie było nie mniejsze niż sejmu, a może nawet większe. To był kluczowy element ustrojowy I Rzeczypospolitej. Ale o nim w dalszej części bloga.

Wmawia się nam, że I Rzeczypospolita była państwem o wspaniałym ustroju, demokracją, jakiej świat nie widział, a liberum veto symbolem wolności. Taką narrację przyjęto po 1989 roku. Wcześniej wyglądało to trochę inaczej. Wielka Encyklopedia Powszechna, powstała za czasów PRL-u, tak pisze:

»Liberum Veto (łac., ‘wolne „nie pozwalam” ‘), w Polsce XVII-XVIII wieku przyjęta potocznie nazwa prawa zrywania sejmu, wyrażanego w okrzyku posła „nie pozwalam” lub „protestuje się”; protest zgłoszony przeciwko jednej z uchwał danego sejmu (bez obowiązku uzasadnienia) unieważniał wszystkie jego uchwały, które traktowano jako całość. Po raz pierwszy zerwał w ten sposób sejm w 1652 roku poseł upicki W. Siciński; w 1669 roku zerwano sejm przed upływem czasu przewidzianego na obrady, a w 1688 nawet przed wyborem marszałka. W pierwszej połowie XVIII wieku za Augusta II zakończyły się uchwałami tylko 4 sejmy, za Augusta III – tylko 1 sejm.

U podłoża liberum veto leżała praktyka wiązania posłów zaprzysięganą przez nich instrukcją, co przyczyniało się do odrzucenia zasady większości głosów („nic na nas bez nas”). Wśród znacznej części szlachty liberum veto uchodziło za „źrenicę wolności”, wyraz „głosu wolnego” szlacheckiej demokracji. W praktyce zasada jednomyślności i liberum veto wiązały się z wpływami wielkich rodów magnackich na sejmikach i sejmach, a także z interwencją państw obcych w wewnętrzne sprawy Rzeczypospolitej (gł. Prusy, Rosja i Francja).

Jednym ze środków zaradczych przeciwko liberum veto było chwilowe zawieszanie lub odraczanie obrad sejmu (limita). Bardziej skuteczne było zawiązywanie konfederacji, do której sejm przystępował, lub powoływanie jej przez sejm. Obowiązywała wówczas zasada większości głosów, a sejm skonfederowany nie mógł być zerwany.

Krytyka zasady jednomyślności i liberum veto oraz pierwsze reformy rozpoczęły się już w XVII wieku. Z postulatami zasadniczych zmian zmierzających do uzdrowienia polskiego sejmowania wystąpili przede wszystkim S. Leszczyński (Głos wolny wolność ubezpieczający 1749), S. Konarski (1760-64), J. Wybicki (1775). Reformy podjęte na Sejmie Czteroletnim zostały poprzedzone wystąpieniami H. Kołłątaja (1788-89) i S. Staszica (1787, 1790), którzy potępiając liberum veto, postulowali zamianę jednomyślności na nowoczesny system zwykłej lub kwalifikowanej większości głosów.

Reforma sejmowa podjęta w 1768 roku niewiele ograniczyła liberum veto, usunęła je tylko ze spraw drugorzędnych; Liberum veto pozostało jednym z praw kardynalnych. Ważniejsza była w tym czasie praktyka stałego konfederowania sejmów. Kres zasadzie jednomyślności i praktyce zrywania sejmów położyła dopiero Konstytucja 3 maja 1791.«

Encyklopedia podaje następujące źródła: W. Konopczyński Liberum veto, Kraków 1918; S. Kutrzeba Sejm walny dawnej Rzeczypospolitej Polskiej, Warszawa 1922; W. Czapliński Dwa sejmy roku 1652, Wrocław 1955.

W Wikipedii możemy m.in. przeczytać:

Liberum veto – zasada ustrojowa Rzeczypospolitej Obojga Narodów, dająca prawo każdemu z posłów biorących udział w obradach Sejmu do zerwania go i unieważnienia podjętych na nich uchwał.

Zasada ta powstała z zasady jednomyślności, a ta z kolei ze wspólnotowego charakteru Rzeczypospolitej, która w istocie rzeczy stanowiła federację ziem. Każdy z posłów był wybrany przez lokalny sejmik i reprezentował jeden okręg. Tym samym brał na siebie odpowiedzialność wobec sejmiku za wszystkie decyzje, które zapadną na Sejmie. Natomiast podejmowanie decyzji przez większość wbrew woli mniejszości (choćby tą mniejszością był tylko jeden sejmik) uznawano za łamanie zasady równości ustrojowej. Za zasadą jednomyślności przemawiały istotne względy praktyczne. W dawnej Polsce nie istniał bowiem urzędniczy aparat egzekucji prawa, utrzymywany przez samo państwo z pieniędzy podatników. Obowiązujące prawo egzekwowane było przez szlachtę – czy to indywidualnie, czy też zbiorowo. Funkcjonowanie władzy wykonawczej zależało więc od dobrowolnego wsparcia wszystkich obywateli. W takich warunkach próby egzekucji prawa niemającego za sobą powszechnego poparcia musiałyby więc być nieskuteczne lub – co gorsza – mogłyby prowadzić do wojny domowej.”

Jest to opis dosyć ogólnikowy i nie bardzo wiadomo, jak to wyglądało w praktyce. Norman Davies w swojej książce Boże Igrzysko opisuje to bardziej szczegółowo:

»Podstawową jednostką życia politycznego w Polsce i na Litwie był sejmik (zarówno ta nazwa, jak i nazwa „sejm” wywodzą się od starego czeskiego słowa ‘sejmowat’ – „zbierać się” lub „zwoływać”). Wykrystalizował się na przestrzeni XV w. z wcześniejszych form spotkań organizowanych przez szlachtę, przeważnie w celach wojskowych, i przekształcił się w stałą instytucję doradczą we wszystkich prowincjach Królestwa, a później Rzeczpospolitej. Moment przełomowy w jego dziejach nadszedł w r. 1454 w Nieszawie, na początku drugiej wojny krzyżackiej, kiedy to król zgodził się przyjąć zasadę, że nie będzie ani zwoływał wojska, ani też nakładał podatków bez uprzedniej konsultacji ze szlachtą. Od tego czasu szlachta każdej dzielnicy spotykała się w krótkich odstępach czasu dla omówienia własnych interesów w dziedzinie polityki i ustawodawstwa oraz rozważenia polityki króla. Gdy z biegiem czasu ustaliła się instytucja sejmu i trybunału koronnego, każdy sejmik ziemski wyznaczał delegatów, którzy mieli dbać o lokalne interesy swojej „ziemi” w okresach działalności centralnych organów ustawodawczych i sądowych. W XVI w. odbywały się już cztery rodzaje spotkań – czasem w tym samym czasie, czasem zaś kolejno. Sejmik poselski był zwoływany w celu wybrania dwóch posłów, których zadaniem było przekazywanie sejmowi „instrukcji” od szlachty danej prowincji; sejmik deputacki wybierał dwóch deputatów do trybunału koronnego, sejmik relacyjny zbierał się dla rozważenia uchwał; sejmik gospodarski wreszcie zbierał się dla zarządu nad handlem i skarbem danej prowincji oraz dla przeprowadzenia uchwał sejmowych w sprawach dotyczących podatków, służby wojskowej i użytkowania ziemi. Na zakończenie obrad sejmik wydawał ‘lauda’, czyli „postanowienia”, które miały pełną wagę prawną na terytorium objętym jego kompetencjami. Rezolucje te nie wymagały zatwierdzenia przez króla.

Trzeba sobie zatem zdać sprawę z faktu, że szlachta uważała się za najwyższą władzę w państwie, sejmiki zaś traktowała jako główną gałąź procesu ustawodawczego. Interesy centralnego rządu stanowiły jedynie jeden z aspektów jej debat, i to bynajmniej nie najistotniejszy. Propozycje ze strony króla, sejmu i urzędników państwowych przyjmowała z dużą rezerwą, jako wyraz zastrzeżeń w stosunku do jej własnej kompetencji; nie czuła się też zobowiązana do uległości i posłuszeństwa. Od posłów oczekiwano ścisłego trzymania się instrukcji: wymagano od nich przysięgi składanej „Wszechmogącemu Bogu w Trójcy jedynemu”, że „będą bronić naszej wolności” i nie dopuszczą „żadnych praw, które byłyby przeciwne instrukcjom”.«

Z tego opisu wynika, że większość spraw załatwiano na poziomie sejmików i posłów wiązały instrukcje od szlachty danej prowincji. Jednak ktoś tym wszystkim musiał rządzić. „W praktyce zasada jednomyślności i liberum veto wiązały się z wpływami wielkich rodów magnackich na sejmikach i sejmach, a także z interwencją państw obcych w wewnętrzne sprawy Rzeczypospolitej (gł. Prusy, Rosja i Francja).” – I pewnie ten wniosek nie jest daleki od prawdy.

W Wikipedii można jeszcze natknąć się na taki fragment:

„Zasada liberum veto była też wyrazem przekonania szlachty, że gdyby prawie wszyscy posłowie szlacheccy ulegli korupcji, to zawsze znajdzie się chociażby jeden nieprzekupiony, który sprzeciwi się przyjęciu szkodliwej ustawy. Jej istnienie związane było z trwającym od dziesięcioleci konfliktem pomiędzy majestatem królewskim i wolnością szlachecką (łac. inter maiestatem ac libertatem), przy czym za potencjalnego sprawcę praktyk korupcyjnych uważano króla.”

Takiego argumentu używa też lider Góralskiego Veta, tłumacząc powód, dla którego odwołuje się do tej tradycji. No cóż, najwyraźniej nie słyszał on o instrukcjach od szlachty danej ziemi, które obowiązywały posła tej ziemi. Ale nie ograniczało się to do samych instrukcji. Był jeszcze jeden czynnik, jeszcze ważniejszy, który całkowicie wypaczał działanie tej „demokracji szlacheckiej”. Temat szczegółowo opisany w blogu „Sztadlani”. Tu przytoczę z niego parę fragmentów.

Ten, który bierze, to jurgieltnik, a ten, który daje to – sztadlan. W tym wypadku jednak nie chodzi o przedstawicieli mocarstw ościennych, korumpujących polskich urzędników. Wikipedia tak definiuje to słowo: Sztadlan – reprezentant gmin żydowskich lub rzecznik interesów Żydów. W okresie I Rzeczypospolitej sztadlan był rzecznikiem Sejmu Czterech Ziem. Sztadlanami nazywano także przedstawicieli gmin żydowskich przysyłanych na Sejm walny lub sejmiki ziemskie w celu niedopuszczenia, również drogą przekupstwa posłów, do podjęcia uchwał niekorzystnych dla Żydów, przede wszystkim w sferze podatkowej.

Ks. dr Stanisław Trzeciak w książce „Talmud o gojach a kwestia żydowska w Polsce”, wydanej po raz pierwszy w 1939 roku, opisuje to bardzo dokładnie i nie jest to, niestety, lektura budująca. Tym niemniej warto chyba poznać tę gorzką prawdę. A pisze on tak:

»Na żydów jako czynnik polityczny w tym czasie niewiele albo wcale nie zwraca się uwagi. Możnowładcy, a później szlachta sprawowała wyłącznie rządy, krępując bardzo często najlepszą wolę Królów. Na żydów nie zwracało się wcale uwagi, a tymczasem ci żydzi, poznawszy, jak pisał w swej odezwie do nich pseudomesjasz Frank, że „szlachta polska, czego wam właśnie potrzeba jest dobra i głupia. Jej królowie nie byli od niej mędrsi, dla was zaś byli zawsze jeszcze lepsi niż ona”, wykorzystywali chytrze i podstępnie wszystkie słabości rządzących i mających władzę i przy pomocy „darów i upominków”, a raczej łapówek dochodzili do nadzwyczajnych wpływów. – Łapownictwo tak rozwinęli i wyspecjalizowali, że wytworzyli osobną instytucję „sztadlanów”, zaopatrzoną w osobnych funkcjonariuszy do przekupywania nawet najwybitniejszych osobistości. Urzędników tych zwanych „sztadlanami” wybierały gminy żydowskie bardzo skrupulatnie na przeciąg kilku lat. Mieli oni przy pomocy pieniędzy, zbieranych przez kahały i okręgi (ziemstwa) żydowskie, interweniować bardzo dyskretnie w urzędach, na sejmikach, na sejmie, u ministrów i na dworze królewskim, by odwrócić grożące żydom niebezpieczeństwa lub nie dopuścić do wyboru na posła człowieka nieżyczliwego żydom lub uniemożliwić ustawę dla nich nieprzychylną.

Przerażający i zgubny wpływ żydów przez łapownictwo kreśli Izak Lewin w krótkim artykule pt. „Udział żydów w wyborach sejmowych w dawnej Polsce”.

Zaraz na wstępie zaznacza, że należy uważać jako fakt, iż „na wybór posłów poniekąd i pośrednio na obrady sejmu wpływali niekiedy – żydzi.

„Była wprawdzie izba poselska reprezentacją jedynie stanową, obejmującą wyłącznie szlachtę oraz wyjątkowo przedstawicieli mieszczaństwa krakowskiego, ale wpływy się w niej odzywały zgoła różnorakie. – W dobie saskiej, kiedy zresztą na kilkadziesiąt zwołanych sejmów doszło do skutku zaledwie 5, postronne te wpływy wzięły już całkiem górę. Co więcej nawet bezpośrednio brali udział w obradach sejmowych ludzie wcale do tego nieuprawnieni. Widzowie na sali sejmowej tamowali obrady zupełnie bezkarnie. Niekiedy spychali ci arbitrzy posłów z ław i zajmowali ich miejsca. Niekiedy atakowali czynnie posłów jeszcze ostrzej, celując np. w głowę przemawiającego posła gruszką lub jabłkiem.

… W takich warunkach nie wyda się już dziwne liberum veto, wstrzymywanie activitatis i inne zwyczaje, które wyryły swe piętno na dawnym sejmie polskim. Czyż więc przy tym procederze trudno było zainteresowanym osobom postronnym znaleźć sobie odpowiedni wpływ?”

Rzecz jasna, jak z tego wynika, że tymi osobami postronnymi, które wykorzystywały „liberum veto”, zrywały sejmy, wstrzymywały wykonywanie powziętych praw i uchwał byli żydzi, łatwo im było znaleźć odpowiedni wpływ przy pomocy pieniędzy i pijaństwa.

„Podobnie łatwo można było wpłynąć i na wybór posłów, których wybierano na sejmikach wojewódzkich i ziemskich, dając im zobowiązujące instrukcje, do których spełnienia zobowiązywali się posłowie pod przysięgą”.

„Wiedzieli o tym dobrze żydzi polscy, że instrukcje poselskie ważyły mocno na sali obrad sejmowych. Wiedzieli, że gdyby w instrukcji zalecono jakąś krzywdę, np. zwiększenie (podatku) pogłównego lub coś podobnego, byłoby później ominięcie grożącej klęski bardzo trudne, a przede wszystkim bardzo kosztowne. Wiedzieli dalej, że każdy poseł może odegrać ważną rolę i że należy wytężyć siły, aby na sejm pojechali deputaci, dobrze wobec żydów usposobieni. Wszczynali tedy energiczne starania w tym kierunku i brali w ten sposób czynny udział w wyborach sejmowych.”«

Z przytoczonych wyżej cytatów wynika, że liberum veto wcale nie było takie liberum, jak niektórym naiwnym wydaje się. Ja mam taką wadę, że jak ktoś odwołuje się do tradycji I Rzeczypospolitej, to od razu zapala mi się czerwona lampka.

Wikipedia pisze też:

„Ogółem w XVII–XVIII wieku sejm zerwano 73 razy. Podział posłów zrywających sejm ze względu na pochodzenie wygląda następująco:

  • 28 posłów z ziem litewskich
  • 24 posłów z ziem Rusi
  • 12 posłów z ziem Wielkopolski i Mazowsza
  • 9 posłów z Małopolski

Trzy razy zerwał sejm reprezentant sejmiku wileńskiego, cztery razy upickiego. W pierwszej połowie XVIII Sejmy zrywano często, natomiast od 1764 roku za panowania Stanisława Augusta Poniatowskiego liberum veto wyszło praktycznie z użycia, zasada jednomyślności nie dotyczyła bowiem sejmów skonfederowanych. Posłowie zawiązywali więc konfederację na początku obrad, aby zapobiec ich zerwaniu.

Ważnym głosem w kwestii liberum veto jest stanowisko Pawła Jasienicy, który gorąco przeciwstawiał się łączeniu politycznej anarchii z polskością czy też polskim charakterem narodowym, zwracając uwagę, że ani jeden poseł z Poznańskiego nie zerwał sejmu przy pomocy veto, natomiast większość vetujących pochodziła z litewskiej części Rzeczypospolitej. Jasienica nie zgadza się ze stwierdzeniami, że „naród polski przez swoją anarchię sam przygotował rozbiory”. Utrzymuje on, że to nie polskie społeczeństwo, lecz władza przyczyniła się do utraty państwowości. Zwłaszcza ostatni Jagiellonowie w niedostatecznym stopniu dopuszczali do głosu szlachtę, której żądania zwiększenia realnej władzy królewskiej pozostawały w opozycji do łagodnej polityki dworu. Po śmierci Zygmunta II Augusta niedopuszczana do głosu szlachta zmuszona była bez przygotowania wybrać następcę tronu, co gorsza z marnych kandydatów. Gdy pogorszyła się sytuacja międzynarodowa, przyniosło to opłakane skutki.”

I Rzeczypospolita trwała niewiele ponad 200 lat. Liberum veto panowało od polowy XVII wieku do połowy XVIII wieku. Czy była to taka wielka tradycja i czy rzeczywiście jest się do czego odwoływać? Tradycja niewątpliwie niechlubna. Po co więc odgrzewać ten zatruty kotlet? Może po to, by dać innym sygnał, skąd nam nogi wyrastają i po której stronie barykady stoimy.

Gdybym ja chciał nawiązywać do tradycji I Rzeczypospolitej, o której mam jak najgorsze zdanie, to te Góralskie Veto nazwałbym Góralskim Rokoszem, bo rokosz to prawo szlachty do buntu przeciwko królowi, gdy ten złamie prawo lub naruszy zagwarantowane przywileje. Obecnie taki bunt nazywamy obywatelskim nieposłuszeństwem i jest on skierowany, nie przeciwko królowi, tylko przeciwko rządowi i dlatego nie nazywamy go rokoszem, tylko obywatelskim nieposłuszeństwem, bo dziś wszyscy obywatele mają takie prawa, jak niegdyś szlachta.

Z historii, tej prawdziwej, możemy dowiedzieć się o wiele więcej o teraźniejszości, niż wielu się wydaje. I dzięki niej możemy tę teraźniejszość łatwiej zrozumieć. Tylko komu chce się ją zgłębiać i docierać do różnych źródeł, nawet tych oficjalnych, z których też można czasem wyłowić jakąś ciekawą informację.

Wojna Hitlera

W blogu „Wojna secesyjna” pisałem o tym, że konflikt ten został sztucznie wykreowany, a zwaśnione strony podzielone na dwie równe sobie siły tak, by wojna trwała jak najdłużej i była jak najbardziej wyniszczająca. I tak było. Straty ludzkie i materialne były ogromne. A chodziło o to, by osłabić Amerykę i przejąć nad nią kontrolę. Jedną stronę wspierali finansiści z Londynu, drugą – z Paryża. W trakcie tej wojny, w 1862 roku, przyjęto amerykańską ustawę bankową, która monopol druku pieniądza oddawała w ręce City of London.

Właściwie to wszystkie wielkie wojny były tak prowadzone, by nie było zwycięzcy, a straty ludzkie i materialne były jak największe. Dotyczy to również obu wojen światowych. Pierwszą tak zakończono, by dać pretekst do rozpętania drugiej.

W II wojnie światowej można znaleźć wiele przykładów na to, że obie strony walczyły tak, by straty były jak największe. Pierwszy etap tej wojny to pasmo sukcesów, początkowo dyplomatycznych, a później wojskowych. Hitler zajmuje Europę Śrokowo-Wschodnią, na zachodzie Danię, Norwegię, Holandię, Belgię, Luksemburg i część Francji. Poza jego zasięgiem pozostała Jugosławia i Grecja. Włochy stają się jego sojusznikiem. Do tego momentu Hitler współpracuje ze swoim sztabem i nawet poddaje się sugestiom swoich generałów. Problem pojawia się, gdy trzeba podjąć decyzję, w jaki sposób zaatakować Anglię, a później, w trakcie wojny ze Związkiem Radzieckim i tak już będzie do końca wojny.

W tym blogu będę korzystał z pracy Allana Bullocka Hitler – studium tyranii. I spróbuję cytowane fragmenty poskładać w logiczną całość. Hitler, zanim zaatakował Anglię, to wiedział już, że jego głównym celem jest wojna na wschodzie. Bullock pisze tak:

„W dniach 24 października 1939 i 11 lutego 1940 roku oba państwa zawarły kolejne umowy ekonomiczne. Niemcom tak trudno było się obejść bez rosyjskich surowców, że 30 marca 1940 roku Hitler polecił, aby dostawom broni do ZSRR dano pierwszeństwo przed zaopatrzeniem własnych sił zbrojnych. W zamian Związek Radziecki w pierwszym roku dostarczył Rzeszy milion ton zbóż, pół miliona ton pszenicy, 900 000 ton ropy, 500 000 ton fosfatów, 100 000 ton bawełny oraz mniejsze ilości innych surowców, a transportem z Mandżurii – milion ton fasoli sojowej.”

A więc jeszcze przed uderzeniem na zachód Hitler wysyła broń do Związku Radzieckiego, który chce zaatakować. Co najmniej dziwne posunięcie. Przecież w momencie wypowiedzenia wojny dostawy tych surowców zostaną przerwane i trzeba będzie to jakoś zrekompensować dostawami z innych rejonów. Po co więc takie zakupy? Chyba tylko po to, by zapłacić za nie bronią, by przeciwnik był silniejszy i by wojna była jak najbardziej wyniszczająca.

Dużo do myślenia daje sposób, w jaki Hitler prowadził wojnę z Anglią. Bullock tak pisze:

»Aż do lata 1940 roku Hitler nigdy poważnie się nie zastanawiał, jak prowadzić i wygrać wojnę z Anglią. Nie jest to takim paradoksem, jak by się mogło wydawać na pierwszy rzut oka. Zbrojny zatarg z Wielką Brytanią wynikł jedynie stąd, że nie zgodziła się ona pozostawić Hitlerowi wolnej ręki w Europie. Ale gdy ta sprawa została przesądzona, nie miał on żadnych żądań pod adresem Anglii, prócz zwrotu dawnych kolonii niemieckich. Każda zdobycz terytorialna lub ekonomiczna, jaką Niemcy mogli osiągnąć na zachodzie, miała drugorzędne znaczenie w porównaniu z głównym celem, jakim było skierowanie całej uwolnionej energii niemieckiej w jednym kierunku: zrealizowania polityki, której Hitler pozostał wierny od czasu napisania „Mein Kampf” – historycznego niemieckiego „Drang nach Osten”.«

Bitwa o Anglię miała miejsce we wrześniu i na początku października 1940 roku. Podsumowując to wydarzenie Bullock pisze:

»W praktyce położyło to kres całemu zamiarowi i po przesunięciu go na rok, został on w styczniu 1942 roku odłożony ad acta. Z przebiegu wydarzeń wyłaniają się trzy wnioski:

Po pierwsze jasne jest, że Hitler, ani nie wierzył, ani nie chciał przyznać, że dla zmuszenia Anglii do pertraktacji trzeba w dalszym ciągu z nią wojować.

Po drugie, gdy się już o tym przekonał i rozpoczął poważne przygotowania do inwazji, brak przewagi na morzu zmusił go do porzucenia zamiaru lądowania, w planowanej uprzednio sile 40 dywizji, na rzecz pokonania Anglii z powietrza, z tym że lądowanie nastąpiłoby dopiero po złamaniu ducha w Anglikach i sparaliżowaniu ich obrony przez Luftwaffe.

Po trzecie, Hitler zdecydował się odłożyć, a potem całkiem zaniechać inwazji, nie dlatego, że przejrzano jego bluff, ale dlatego, że zrozumiał, iż Luftwaffe, podobnie jak flota wojenna, nie może stworzyć warunków koniecznych dla przeprowadzenia niemieckich wojsk lądowych przez kanał i okupowania Anglii.

W swojej mowie do generałów 23 listopada 1939 roku powtórzył warunek po raz pierwszy wymieniony w „Mein Kampf”: „Możemy zmierzyć się z Rosją tylko wtedy, gdy będziemy mieli wolne ręce na zachodzie”.

Ale gdy wypędził Anglików z kontynentu i pozbawił ich sojusznika, czy sprawa nie wyglądała na załatwioną?

Gotów był czekać do jesieni, lecz nie dłużej, żeby przekonać się, czy uda mu się zmusić Anglików do kapitulacji. Tymczasem zaś, jeszcze przed końcem lipca i zanim Luftwaffe przystąpiła do totalnej ofensywy przeciwko Anglii, wydał rozkaz opracowania wstępnego planu ataku na Rosję.«

Z powyższego cytatu wynika już jednoznacznie, że Hitlerowi chodziło o to, by wojna była jak najbardziej wyniszczająca. Po co atakować Anglię, skoro nie ma się ku temu wystarczających sił i środków? Co więcej, jeśli Hitlerowi rzeczywiście chodziłoby o pokonanie Anglii, czy przynajmniej o jej upokorzenie, to był na to sposób. Bullock tak pisze:

»Istniała jeszcze trzecia możliwość zastępująca atak na Anglię lub Związek Radziecki, którą Raeder z uporem przedstawiał Hitlerowi – działania w basenie Morza Śródziemnego i na przyległych terenach Afryki Północnej oraz Bliskiego Wschodu. Tu jest – argumentował Raeder – najbardziej newralgiczny punkt Imperium Brytyjskiego, słabe ogniwo, przeciwko któremu Niemcy powinny skoncentrować wszystkie swoje siły.

Rozwijając te argumenty w czasie dwóch narad z Hitlerem, w dniach 6 i 26 września, poparł je jeszcze dodatkowymi argumentami o gospodarczym znaczeniu tego terenu dla Niemiec, skąd mogłyby one czerpać tak im potrzebne surowce, oraz o niebezpieczeństwie, jakie by za sobą pociągnęło lądowanie Anglików czy nawet Amerykanów we francuskiej Afryce Zachodniej poprzez wyspy hiszpańskie i portugalskie na Atlantyku. Na drugiej z tych narad wysunął pewne konkretne propozycje: należy zająć Gibraltar i Wyspy Kanaryjskie oraz – w porozumieniu z rządem w Vichy – wzmocnić obronę francuskiej Afryki Północnej. Jednocześnie Niemcy wspólnie z Włochami powinny rozpocząć wielką ofensywę w kierunku Suezu, a stamtąd posunąć się dalej na północ, przez Palestynę i Syrię, do Turcji.

To był właśnie ów alternatywny projekt przyszłych działań wojennych w stosunku do tego, który już się kształtował w mózgu Hitlera. Raeder potwierdza to dodając, że gdyby jego plan został z powodzeniem zrealizowany, to „wątpliwe, czy trzeba by było atakować Rosję od północy”. Dużo argumentów przemawiało za realizacją tych planów: Anglia figurowała w nich jako wróg nr 1 (wniosek całkiem naturalny dla niemieckiej floty wojennej), w pełni wykorzystywały one sojusz Niemiec z Włochami i Hiszpanią i wreszcie projektowane działania znacznie bardziej leżały w możliwościach Niemców niż podbicie Rosji. Göring, który zwykle był w jak najgorszych stosunkach z Raederem, gorąco popierał jego koncepcje, a i Hitler potrafiłby je właściwie ocenić, gdyby sobie zdawał sprawę ze znaczenia, jakie ma panowanie na morzu.«

No cóż, cała argumentacja Bullocka sprowadza się do tego, że Hitler nie zdawał sobie sprawy, albo że upierał się przy swoim stanowisku, nie próbując odpowiedzieć sobie na pytanie, czy rzeczywiście Hitler nie zdawał sobie sprawy albo dlaczego upierał się. Próba szukania odpowiedzi na te pytania mogłaby prowadzić do bardzo niepoprawnych politycznie wniosków. Trudno więc dziwić się, że nie drąży tematu. No bo jak? Wódz, który opanował ponad pół Europy, nie zdaje sobie sprawy z tego jakie znaczenie ma panowanie na morzu? Dalej Bullock pisze:

»Trzeba przyznać, że wczesnym latem 1941 roku sytuacja we wschodniej części Morza Śródziemnego zmieniła się nie do poznania. Anglików wyrzucono z Grecji i odepchnięto pod granicę egipską. W Iraku proniemiecko usposobiony premier, Raszid Ali, stanął na czele buntu skierowanego przeciwko garnizonom brytyjskim i na początku maja zaapelował do Hitlera o pomoc, która mogłaby nadejść z baz w Syrii pozostającej pod władzą Francji Pétainowskiej. Wreszcie w dniach 20-27 maja spadochroniarze niemieccy zajęli Kretę.

Niemiecki sztab marynarki wojennej i Rommel uważali, że szczupłe siły, jakimi na tym terenie dysponują Anglicy dla utrzymania Egiptu, Palestyny i Iraku, są rozciągnięte do granic, wystarczy więc jedno mocne pchnięcie, żeby obalić całą budowlę angielskiego systemu obronnego na Środkowym Wschodzie. Zgodnie z tym 30 maja Raeder ponowił żądanie przeprowadzenia „jesienią 1941 roku decydującej ofensywy na Egipt-Suez, która – dowodził – będzie dla Anglii bardziej śmiertelnym ciosem niż zajęcie Londynu”. W tydzień później sztab marynarki przedłożył Hitlerowi memorandum, w którym, przyjmując decyzję napaści na Związek Radziecki za fakt nieodwołalny, podkreślano, że napaść ta „pod żadnym warunkiem nie powinna prowadzić do porzucenia, redukcji albo odłożenia planów kampanii we wschodniej części Morza Śródziemnego”. Niepokój przebijający w tym czasie z depesz Churchilla i generała Wavella potwierdza słuszność tez dowództwa niemieckiej marynarki wojennej. Nawet jedna czwarta sił zmasowanych do napaści na Związek Radziecki, przerzucona na ten teatr działań, mogłaby fatalnie zagrozić angielskiemu panowaniu na Środkowym Wschodzie.

Hitler jednak nie chciał dojrzeć nadarzającej się okazji; zawiodła go intuicja. Zajęty całkowicie napaścią na Związek Radziecki, nie chciał widzieć w basenie śródziemnomorskim nic innego, prócz drugorzędnego teatru działań, który można pozostawić wojskom włoskim, usztywnionym jednostkami niemieckimi. Daremnie Raeder i Rommel starali się otworzyć mu oczy na możliwości zarysowujące się na południu. Nie dał się przekonać, wolał raczej stwarzać warunki, niż z nich korzystać. Miało się to stać jednym z największych jego błędów strategicznych.«

I znowu to samo. Bullock stara się przekonać czytelnika, że Hitler wolał stwarzać warunki niż z nich korzystać. Najwyraźniej nie chciał on wygrać tej wojny. Możemy oczywiście przyjąć pogląd, że Hitler był szaleńcem, psychopatą, że był po prostu głupi nie wykorzystując nadzwyczaj korzystnej dla niego sytuacji w rejonie Morza Śródziemnego. Ja jednak twierdzę, że on w każdej sytuacji zdawał sobie sprawę z tego, co się może stać, gdy wykorzysta te okazje.

Doskonały opis wojny niemiecko-radzieckiej daje Józef Mackiewicz w swojej powieści Nie trzeba głośno mówić. I z niej pochodzą poniższe fragmenty. Powieść jest pisana w formie fabuły i dokumentu. W części dokumentalnej Mackiewicz przytaczał fakty, nie komentował ich. Ocenę i interpretację zostawiał czytelnikom.

»W ciągu czerwca 1941 roku Niemcy skoncentrowały wzdłuż granicy sowieckiej, na przestrzeni 1.600 km, od Morza Bałtyckiego do Czarnego, 146 dywizji, o łącznej sile 3 milionów żołnierzy, 600.000 wozów, 750.000 koni, 3.580 czołgów, 7.184 armat i 1.830 samolotów. Do tego dochodziła 3-cia i 4-ta armia rumuńska na południu i armia fińska na północy. Po drugiej stronie było 139 dywizji i 29 samodzielnych brygad, o łącznej sile 4,5 miliona ludzi. Bolszewicy posiadali 6000 samolotów, z czego tylko 1500 nowego typu, pozostałe były przestarzałe.

W niedzielę 22 czerwca o godzinie 3.15 rano nastąpił atak. Zaskoczenie było kompletne. Żadna jednostka sowiecka nie była postawiona w stan alarmu, nigdzie obsada przyczółków mostowych nie była wzmocniona, bojowe linie obronne nie były rozwinięte. Na całej długości frontu nie było przypadku niezaskoczenia. Do dnia 10 lipca poddało się na trenie Białorusi 320.000 żołnierzy sowieckich, 16 lipca w rejonie Smoleńska – 300.000, pomiędzy 5 i 8 sierpnia, w rejonie Humania, 103.000, do 26 września pod Kijowem 650.000. Łącznie – 1.388.000, w ciągu trzech miesięcy. W drugiej połowie lipca, po przebyciu 700 kilometrów, armie niemieckie stanęły na linii: Jarcewo-Smoleńsk-Jelnia-Rosławl. Do Moskwy pozostawało 350 kilometrów.

Dnie stawały się coraz krótsze. Od tygodni wojska niemieckie stały w miejscu, a rozkaz marszu na Moskwę nie nadchodził. W tym czasie gen. Guderian zamierzał zgrupowane siły pancerne pchnąć na Moskwę z rejonu Rosławla. Czekał tylko na rozkaz. O północy 22 sierpnia zadzwonił do Guderiana feldmarszałek von Bock i poprosił go o przybycie do niego do Borysowa. Guderian przyleciał o 11 przed południem. Godzinę wcześniej wylądował szef sztabu gen. Halder, który przywiózł dosłowny tekst decyzji Hitlera:

„Najważniejsze przed nastaniem zimy nie jest wzięcie Moskwy, lecz zajęcie Krymu, przemysłowego i węglowego Zagłębia nad Dońcem, przejęcie dopływu nafty z Kaukazu. Na północy odcięcie Leningradu i połączenie z Finami.”

Guderian nie mógł pogodzić się z tą decyzją i osobiście stawił się 23 sierpnia w kwaterze Hitlera w Rastenburgu (Kętrzyn). Argumentował: zdobycie Moskwy zadecyduje o kampanii. Obecny był Keitel, Jodl, Heusinger. Hitler był nieprzekonany. Gdy Guderian skończył, Hitler oświadczył: „Moi generałowie mają pojęcie o strategii, ale nie mają pojęcia o wojnie gospodarczej”. Stwierdził, że zboże, nafta, masło, jajka, węgiel, minerały… to decyduje o wojnie. Dobra materialne, a nie momenty strategiczno-polityczne, propagandowe czy psychologiczne. „Uderzenie pójdzie na Ukrainę, nie na Moskwę! Pan, generale zawraca 25-go całą siłą pancerną na południe. Na Konotop, węzeł kolejowy na linii Kijowa.

Generalny atak niemiecki rozpoczął się 2 października. 2-ga pancerna Guderiana, 2-ga armia, 4-ta pancerna, 4-ta armia, 9-ta i 3-cia pancerna, niemieckiej grupy „Środka”, rozbiły w przeciągu kilku dni pierwszy, i częściowo drugi sowiecki front obrony. Wojska Jeremienki na odcinku briańskim zostały otoczone. Sam on, ranny, ratował się ucieczką samolotem. Dnia 7 października 10-ta niemiecka dywizja pancerna od południa i 7-ma dywizja pancerna od północy zamknęły kleszcze wokół kotła Wiaźmy. W bitwie tej doszczętnie zniesione zostało osiem armii sowieckich, w tym siedemdziesiąt trzy dywizje piechoty i kawalerii, trzynaście dywizji i brygad pancernych. W ręce niemieckie wpadło 1.277 czołgów i 4.378 armat. Poddało się Niemcom 673.000 żołnierzy armii czerwonej. – W ten sposób od początku kampanii, w przeciągu pierwszych niespełna czterech miesięcy, łączna cyfra wziętych do niewoli jeńców wyniosła 2.061.000 ludzi. Niebywała od stworzenia świata i prowadzonych na nim wojen!

Na kilka godzin przed zamknięciem kotła Wiaźmy, w nocy z 6 na 7 października, spadł pierwszy, wilgotny śnieg. Tajał natychmiast. Nazajutrz niebo się nie przejaśniło. Nie było wiatru. Wciąż padał śnieg, ale od południa przeszedł w deszcz. Do wieczora rozpadał się na dobre. Zaczęło lać strugami, dzień i noc następną, i znowu dzień… Minął tydzień, drugi… Deszcz lał bez przerwy.

Dnia 5 grudnia 1941 roku na odcinku Kalinina, a 6 grudnia wzdłuż całego frontu obronnego pod Moskwą, 88 sowieckich dywizji piechoty, 15 dywizji kawalerii i 24 brygady pancerne przeszło do przeciwnatarcia. Termometr wskazywał 30 stopni poniżej zera.

Niemcy zaczęli się wycofywać w głębokim śniegu, na całej linii. Częściowo porzucając ciężki sprzęt. Oskrzydlające uderzenie sowieckie od Rżewa na północy aż do Liwny na południu zagrażało obejściem głównych sił niemieckich „armii Środka”.«

Jeśli pod koniec lipca 1941 roku Hitler, mając 350 km do Moskwy i wolną do niej drogę, wstrzymuje ofensywę i wraca na początku października, to jak to należy rozumieć? Najprostsza odpowiedź jest taka, że nie chciał jej zdobyć i tym samym pokonać Związku Radzieckiego. Mackiewicz tak to wyjaśnia:

„Historia lubi się powtarzać, ale też nigdy nie potarza się tak samo. W 1812 roku wojska rosyjskie były wierne swemu dowództwu, a i ludność nie była wroga. Dobrowolne opuszczenie stolicy nie oznaczało jeszcze klęski. W 1941 roku Moskwa była zaledwie od 24 lat stolicą światowego komunizmu, otoczona ludnością, która w niewielkim procencie dała się przekonać, że jest to najlepszy ustrój na świecie. Masowe poddawanie się i przechodzenie na stronę niemiecką żołnierzy armii czerwonej w początkowej fazie tej wojny, tylko utwierdzało władze sowieckie w tym, że upadek Moskwy oznacza ich koniec. Wiedzieli więc, że za wszelką cenę muszą ją obronić, jeśli bolszewizm ma się utrzymać.”

O drugim krytycznym momencie tej wojny, który mógł zadecydować o jej losach Mackiewicz pisze tak:

»Decydujący cios Stalin zamierzał zadać ofensywą znad Dońca. Na południowym odcinku frontu, po rozproszeniu słabych mieszanych wojsk rumuńskich, włoskich i węgierskich, wytworzyła się luka, którą zamierzało wykorzystać dowództwo sowieckie, rzucając w nią potężne siły celem otoczenia i zniszczenia niemieckiej grupy „Południe” na Ukrainie. Dowodził nią feldmarszałek von Manstein. I to właśnie on dnia 6 lutego 1943 roku po raz pierwszy w kampanii wschodniej, uzyskał zgodę od Hitlera na operacyjny odwrót. Ma on na celu obejście i okrążenie potężnej „grupy Popowa”. W dniu 19 lutego Niemcy opuszczają Charków. To utwierdza dowództwo sowieckie, że przeciwnik wycofuje się na całej linii. Również wywiad sowiecki, działający na zapleczu niemieckim potwierdza, że tak faktycznie się dzieje. 23 lutego „grupa Popowa” zostaje całkowicie otoczona. I dopiero 24 lutego dowództwo sowieckie uświadamia sobie, że działało w zupełnie fantastycznej sytuacji, cały czas wprowadzane w błąd przez własny wywiad. 28 lutego „grupa Popowa” zostaje rozbita i przestaje istnieć. Kilka dni później zostaje zniszczona 6-ta armia sowiecka. W dniu 15 marca Charków zostaje odbity i przy okazji zniszczona zostaje 3-cia pancerna armia i 69-ta armia sowiecka. Front sowiecki jest rozerwany w środku. Klęska spod Stalingradu została powetowana z nawiązką.«

I tu znowu następuje dziwne zachowanie Hitlera. Mackiewicz opisuje to tak:

»Manstein chciał wykorzystać zwycięstwo celem obejścia i zniszczenia armii sowieckich centralnego frontu, zmasowanych w wybrzuszeniu Kurska. Nalegał na natychmiastowe uderzenie od Biełgorodu z południa i od Orła z północy jednocześnie. Niespodziewanie Hitler odłożył dalszą ofensywę na sto jedenaście dni.

Operacja pod kryptonimem „Cytadela” rozpoczęła się więc 5 lipca, o godzinie 3.30 nad ranem. W zupełnie odmiennych, niż wiosną, okolicznościach. (…) Pod Prochorowką rozegrała się największa pancerna bitwa świata. Czołgi dwóch stron, dowodzone z jednej strony przez generała Rotmistrowa, z drugiej przez generała Hotha, walczyły tu prawie „wręcz”…

Dnia 10 lipca, wojska angielskie, kanadyjskie i amerykańskie wylądowały na Sycylii.

13 lipca Hitler, zdenerwowany ta wiadomością, rozkazał przerwać operację „Cytadela”. Wojska niemieckie, nie mogąc utrzymać się na zdobytych już pozycjach, zmuszone były wycofać się na stanowiska wyjściowe sprzed tygodnia.

Była to bitwa nie zdecydowana, która zdecydowała o dalszym militarnym losie kampanii. Pod Kurskiem, a nie pod Stalingradem, przełamana została wojskowa przewaga niemiecka. Przechyliła się szala i odwróciła karta.«

Wygląda więc na to, że Hitler tak zachowywał się, jakby nie chciał wygrać tej wojny, tylko żeby ona trwała. Już w 1940 roku w bitwie pod Dunkierką, gdy zepchnął broniące się wojska francuskie i angielskie prawie do morza, to wstrzymał atak na 48 godzin. To wystarczyło, by wojska te ewakuowały się do Anglii. Jednak wtedy było to wyjątkowe zachowanie i nikt nie zwrócił na to uwagi.

Bullock nie opisał tak dokładnie jak Mackiewicz tego, co działo się na froncie wschodnim, dlatego wykorzystałem fragmenty jego powieści, by zilustrować dziwne zachowanie Hitlera. Bullock pisał:

„W napiętych stosunkach, które powstały i rozwijały się między Hitlerem a armią po napaści na Związek Radziecki, Hitler, nie generałowie, przeszedł do ataku. Raz po raz zmieniał decyzje najwyższych rangą dowódców, ignorował ich rady, ganił ich za tchórzostwo, zmuszał do spełniania rozkazów, które uważali za niewykonalne, i zwalniał ich ze stanowisk, gdy go zawiedli. Zgodnie z zeznaniem feldmarszałka von Mansteina złożonym w Norymberdze, z siedemnastu feldmarszałków jeden tylko zdołał zatrzymać swoje dowództwo do końca wojny; dziesięciu zostało zdymisjonowanych. Z trzydziestu sześciu generałów-pułkowników zdymisjonowano osiemnastu i jedynie trzech doczekało końca wojny na swoich poprzednich stanowiskach. Manstein przytoczył te dane na dowód opozycji, jaką Wehrmacht stawiał Hitlerowi. Wydają się jednak one świadczyć o czymś przeciwnym: o uległości, z jaką generałowie znosili takie traktowanie, na jakie żaden z poprzednich władców Niemiec nie poważyłby się wobec armii.”

Dziwne tłumaczenie. Hitler był naczelnym wodzem i wszyscy mu podlegali i musieli wykonywać jego rozkazy. Jedyne co mogli zrobić, to odmówić wykonania rozkazu i wtedy byli zwalniani. Hitler miał swoje wojsko – jednostki SS i dywizje Waffen SS. Były więc faktycznie dwie armie. Poprzedni władcy Niemiec mieli jedną armię i to jest różnica.

»Pierwsze półrocze 1944 roku przyniosło Hitlerowi jedynie intensyfikację wszystkich znanych już problemów. W styczniu Rosjanie uwolnili Leningrad od oblegających go wojsk niemieckich; w lutym przekroczyli przedwojenną granicę polską, a w marcu – rumuńską.

W czasie tego półrocza lotnictwo alianckie z monotonną regularnością kontynuowało bombardowania niemieckich miast i linii komunikacyjnych. W marcu Amerykanie dokonali pierwszego dziennego nalotu na Berlin. We Włoszech Kesselring miał trzymać się na linii zimowej, czyli na linii Gustawa, do początków lata, ale w maju został wyparty i zaczął się cofać. Wojska alianckie wkroczyły 4 czerwca do Rzymu, pierwszej zdobytej przez nie stolicy europejskiej.

W dwa dni później Anglicy i Amerykanie rozpoczęli o świcie z dawna oczekiwane lądowanie na zachodzie.

Niemiecki wywiad fatalnie pomylił się w określeniu daty inwazji, w ocenie siły uderzeniowej przeciwnika i w rozpoznaniu miejsca lądowania. Hitler wbrew poglądom Rundstedta i innych generałów, którzy spodziewali się lądowania aliantów bardziej na północ, w Pas-de-Calais, słusznie przypuszczał, że nastąpi ono na wybrzeżu normandzkim. Myślał jednak, tak jak i Rommel, że drugie lądowanie odbędzie się w węższej części kanału, tam gdzie znajdowały się wyrzutnie V-1, a zwodnicze manewry Anglików, przedsięwzięte dla umocnienia Niemców w tym przekonaniu, przyjął za dobrą monetę. W rezultacie znaczne siły niemieckie – 15 armię w składzie piętnastu dywizji – na rozkaz Hitlera skoncentrowano i trzymano w odwodzie na północ od Sekwany, gdy tymczasem rzucenie jej do walk w Normandii mogło przynieść Niemcom znaczne korzyści.

Samo lądowanie, które zaczęło się 6 czerwca o świcie, całkowicie zaskoczyło Niemców. Rommel przebywał w swoim domu w pobliżu Ulm, dokąd wstąpił po drodze, jadąc na konferencję z Hitlerem w Berchtesgaden. Fatalny skutek miało też polecenie Hitlera, żeby wszystkie ważniejsze dyspozycje przedstawiano mu do akceptacji. Wpłynęło to opóźniająco na niemiecką kontrakcję. Tak więc Niemcy nie wykorzystali okazji, jakie im się nadarzały w pierwszych godzinach inwazji. A gdy alianci już się umocnili na przyczółku, Hitler bezustannie wtrącał się w szczegóły dowodzenia, nie pozwalał dowódcom niemieckim działać na własną rękę, wydawał rozkazy nie odpowiadające sytuacji na polu walki i upierał się przy swoim zdaniu, że siły inwazyjne można zepchnąć do morza.«

Tu mamy kolejny przykład tego, że w tej wojnie chodziło chyba o coś innego.

»Pod koniec lipca 1944 roku armia radziecka nacierająca w kierunku na Bałtyk odcięła niemiecką północną grupę armii, zniszczyła środkową grupę armii i doszła do Wisły oraz zepchnęła południową grupę armii (Ukraina) z powrotem do Rumunii. Model, mianowany teraz dowódcą grupy środkowej, i Guderian, nowy szef sztabu armii, tylko z wielkim trudem zdołali powstrzymać natarcie radzieckie. Ale był to tylko chwilowy sukces; armia radziecka miała już za sobą prawie 640 kilometrów przebytych od ostatniego tygodnia czerwca, a na południowym froncie, w Rumunii, ciągle posuwała się naprzód.

Hitler musiał teraz rzucić wszystkie swoje odwody dla utrzymania linii frontu na wschodzie, uparcie jednak odmawiał wycofania wojsk niemieckich z państw nadbałtyckich, gdzie północna grupa armii Schörnera, licząca pięćdziesiąt dywizji, toczyła lokalne boje, które nie miały nic wspólnego z głównymi walkami o dostęp do terenu Niemiec. Hitler ciągle obawiał się, że wycofanie tych sił może wpłynąć na postawę Szwecji (chodziło mu o ogromnie ważną dostawę szwedzkiej rudy) i doprowadzić do utraty ćwiczebnych bałtyckich wód dla nowych okrętów podwodnych, w których pokładał wielkie nadzieje. Argumentował, że Schörner wiąże znaczne siły rosyjskie, które mogły być przerzucone na inne, ważniejsze fronty. Ale Rosjanom nie brakowało ludzi, podczas gdy Niemcy odczuwali ich niedostatek. Guderian starał się, jak mógł, przekonać Hitlera, lecz nic nie wskórał. Po dotkliwej letniej porażce na wschodzie Hitler de facto wciąż próbował znacznie słabszymi siłami utrzymać dłuższy front niż ten, który Rosjanie już przełamali. On, który kiedyś głosił, że o zwycięstwie decyduje ruch, teraz odrzucał każdą sugestię ruchomej obrony na rzecz jak największego jej usztywnienia.«

Jak czytam, jak Bullock tłumaczy postawę Hitlera, to się zastanawiam, czy on tak na poważnie? A uchodzi on za jednego z najwybitniejszych brytyjskich historyków. Pisze, że Hitler nie chciał przerzucić wojsk z frontu północnego na środkowy, bo się obawiał, że Szwecja przestanie dostarczać rudę żelaza. A niby czemu miałaby przestać? Była krajem neutralnym i handlowała z każdym, kto płacił. I jeszcze ta utrata bałtyckich wód dla nowych okrętów podwodnych. Taka bzdura! Niemcy walczą na lądzie o przetrwanie i od tej walki zależy wszystko i tu potrzebne są czołgi, a on pisze, że nowe okręty podwodne, w których Hitler pokładał wielkie nadzieje. I co? Te okręty podwodne miałyby wyjść na ląd i walczyć z Rosjanami? A na zachodzie walki też toczyły się na lądzie. Takie bzdury wypisuje jeden z najwybitniejszych angielskich historyków. Przecież to woła o pomstę do nieba! Ale to tylko świadczy o tym, że świat nie od dziś jest taki pokręcony. Niecenzuralne słowa cisną się na usta, gdy czyta się coś takiego.

„Na początku września 1944 roku siły zbrojne Niemiec liczyły na papierze ponad 10 000 000 ludzi, z których 7 500 000 służyło w szeregach armii regularnej i Waffen SS. Te znaczne jeszcze siły Hitler rozproszył na połowie europejskiego kontynentu; trzymał je na straconych już pozycjach, w państwach nadbałtyckich, na Bałkanach i w Norwegii, zamiast skoncentrować i użyć do obrony Rzeszy. Nie chciał przyznać, że sytuacja jest rozpaczliwa, lub też rezygnować z nadziei na odmianę losu wywołaną jakimś dramatycznym wydarzeniem. Tak więc zachodnią Holandię należało trzymać, aby z wyrzutni V-2 bombardować Londyn; Węgry i Chorwację – dla boksytu niezbędnego do produkcji samolotów odrzutowych; państwa nadbałtyckie – bo tam były tereny ćwiczebne dla okrętów podwodnych; Norwegię – z powodu baz morskich dla nowych okrętów podwodnych, po których wiele się spodziewał.”

»Przed laty Herman Rausching, nazywając nazizm chorobą świętego Wita XX wieku, uznał za zasadniczy jego składnik nihilizm. Ze swoich rozmów z Hitlerem w latach 1932-34 przytoczył wiele jego uwag, zdradzających namiętną pasję niszczenia, która w okresie sukcesów była tylko maskowana.

W rozmowach z Rauschingiem Hitler często upajał się perspektywą ruchu rewolucyjnego, który niszczy cały europejski porządek społeczny. Po rozprawie z Röhmem w 1934 roku miał powiedzieć: „Zewnętrznie zakończyłem rewolucję, ale wewnętrznie trwa ona nadal, w miarę jak nagromadza się w nas nienawiść, i myślę o dniu, w którym zdejmiemy maskę i ukażemy się takimi, jakimi jesteśmy i na zawsze pozostaniemy.”

Jeszcze wcześniej, w 1934 roku, na pytanie Rauschinga, co się stanie, jeżeli Wielka Brytania, Francja i Rosja sprzymierzą się przeciwko Niemcom, Hitler odpowiedział:

To będzie koniec. Ale nawet jeżeli nie uda nam się ich zawojować, pociągniemy za sobą w przepaść połowę świata i nie pozwolimy nikomu zatriumfować nad Niemcami. Nie będzie drugiego roku 1918. Nie poddamy się.

Teraz Hitler doszedł do takiego stanu ducha, że postanowił dotrzymać tej obietnicy. Goebbels podzielał jego nastrój, a z propagandy nazistowskiej w końcowym okresie wojny coraz wyraźniej przebija nuta głębokiego zadowolenia ze skali zniszczeń, jakimi zakończy się wojna w Europie. Ale postanowienie Hitlera, że pociągnie za sobą w przepaść całą Europe, nie ograniczało się jedynie do propagandy. Najdobitniej wyraziło się ono w uporze, z jakim prowadził wojnę aż do samego końca, i w jego żądaniu stosowania w Niemczech polityki „spalonej ziemi”. Speer (minister uzbrojenia i produkcji wojennej – przyp. mój) robił, co mógł, aby odwieść go od tego, argumentując, że naród niemiecki musi przecież nadal żyć, nawet jeżeli reżim upadnie. 15 marca złożył Hitlerowi memoriał, w którym wyłuszczył swój pogląd. Za cztery do ośmiu tygodni – pisał – musi nastąpić ostateczne załamanie się Rzeszy. Polityka niszczenia resztek niemieckiej gospodarki po to, aby nie dostały się w ręce wroga, nie może zaważyć na wyniku wojny. Zasadniczym obowiązkiem osób rządzących Niemcami – bez oglądania się na własny los – powinno być zapewnienie narodowi niemieckiemu takich warunków, aby mógł sobie odbudować życie.

Hitler był nieugięty. 19 marca wydał kategoryczny i szczegółowy rozkaz niszczenia wszystkich środków i urządzeń komunikacyjnych, taboru kolejowego, mostów, zapór wodnych, fabryk i składów na drodze wroga. Wezwał Speera i powiedział mu:

Jeżeli przegramy wojnę, naród musi zginąć. Przeznaczenia nie da się uniknąć. Nie ma się co zastanawiać nad podstawami najbardziej prymitywnej egzystencji. Przeciwnie, lepiej zniszczyć nawet te podstawy, i to zniszczyć własnymi rękami. Naród okazał się słaby, a przyszłość należy do silniejszego wschodniego narodu. Poza tym ci, którzy pozostaną po wojnie, przedstawiają małą wartość; wartościowi bowiem wyginęli.

Od tej polityki Hitler nie odstąpił. Bezsensowne rozkazy niszczenia wszystkiego i rozstrzeliwania tych, którzy nie stosują się do jego poleceń, przyniosły mu pewną ulgę we wściekłej pasji, jaka go ogarniała, i tylko poświęceniu Speera mogą Niemcy zawdzięczać, że te rozkazy nie zostały w pełni wykonane. Ale, jak zauważa generał Halder, ów nastrój Hitlera wynikał z czegoś więcej niż z bezsilnego gniewu.

Nawet gdy był u szczytu władzy, Niemcy dla niego nie istniały, nie było wojsk niemieckich, za które czułby się odpowiedzialny. Istniała dla niego – początkowo podświadomie, a w ostatnich latach życia w pełni świadoma – tylko jedna wielkość, wielkość, która przenikała jego życie i której jego zły geniusz poświęcił wszystko – własne Ego.«

Wybrałem parę cytatów z Bullocka i Mackiewicza, by pokazać dziwne zachowanie Hitlera. Było ich więcej, ale nie o to chodzi, by wszystkie je przywoływać. Te są tak ciężkiego kalibru, że skłaniają do zastanowienia się, po co były te wszystkie wojny. Wojna secesyjna, sztucznie wywołana, służyła podporządkowaniu Ameryki londyńskiej finansjerze. I wojna światowa zniszczyła naród francuski, a może tylko dokończyła dzieło rewolucji francuskiej. Rewolucja październikowa zapoczątkowała niszczenie narodu rosyjskiego, II wojna światowa zniszczyła naród niemiecki i dokończyła niszczenie narodu rosyjskiego. Tak więc trzy największe narody europejskie straciły swoje siły witalne i możliwość wpływania na losy świata. W wyniku tych wojen i rewolucji październikowej Europa stała się ruiną. I o to w tych wojnach chodziło. Efektem wojny secesyjnej było to, że nie powstało potężne, niezależne państwo, stanowiące przeciwwagę dla międzynarodowej finansjery.

Skąd u Hitlera tyle nienawiści i skłonności do niszczenia wszystkiego? Celem jego wojny było wyniszczenie narodów i spowodowanie jak największych strat materialnych. Czyżby nie czytał klasyka, wedle którego celem wojny jest pokonanie przeciwnika i skłonienie go do realizacji naszej woli – a więc nie unicestwienie go. Czyżby Hitler należał do innej cywilizacji? Czyżby należał do narodu, który nienawidzi wszystkich innych narodów? Jego zachowanie i postępowanie sugeruje, że tak!

Bullock dobrze opisał Hitlera i udostępnił czytelnikowi wiele faktów, ale ich interpretacje i oceny są dziwne, przynajmniej w moim odczuciu. Zapewne tak musiał zrobić, jeśli chciał, by jego praca ukazała się. Oficjalnie ma być tak, że Hitler był jakimś szaleńcem, niezrównoważonym emocjonalnie osobnikiem, psychopatą, czy może jeszcze kimś innym. Innymi słowy – wszystkim, tylko nie tym, kim prawdopodobnie był – wykreowanym przez naród wybrany i później nadal kierowanym przez kogoś, kto pozostawał w ukryciu. To jest najprostsze wytłumaczenie, ale zgodne z zasadą brzytwy Occama (Ockhama). Jest to powszechnie znana zasada, sformułowana po raz pierwszy przez angielskiego średniowiecznego teologa Williama of Occam, że do objaśnienia rzeczywistości nie należy używać większej liczby niezależnych bytów niż jest to absolutnie konieczne. Przekładając to na język potoczny, oznacza to, że najprostsze wytłumaczenia są najbliższe prawdy. A idąc dalej, należałoby stwierdzić, że wszelkie zawiłe tłumaczenia służą tylko jej ukryciu.

Wojna secesyjna

Wojna secesyjna w Ameryce jest, w mojej ocenie, najważniejszym wydarzeniem w nowożytnej historii świata. Ważniejszym niż rewolucja francuska, październikowa i obie wojny światowe. Wmawia się nam, że była to walka pomiędzy Północą i Południem o zniesienie niewolnictwa w południowych stanach. Czy rzeczywiście był to prawdziwy powód? To był dobry pretekst, by odwrócić uwagę od istoty sporu. Walka toczyła się o to, kto będzie miał prawo emitowania pieniądza, choć zapewne mało kto zdawał sobie z tego sprawę.

To była walka zakulisowa, rozgrywająca się na samych szczytach władzy. Tam decydowały się losy Ameryki i w konsekwencji świata. Dlatego skupiam się na ukazaniu mechanizmu, jak to działało w rzeczywistości, a nie na oficjalnych przekazach i oficjalnej interpretacji. To można znaleźć w Wikipedii i innych źródłach, choć nie ukrywam, że i z faktów przytoczonych przez Wikipedię, też można coś wywnioskować.

Z tym niewolnictwem jest jednak pewien problem i, żeby to zrozumieć, to trzeba zacząć od początku. Wikipedia tak to opisuje:

Niewolnictwo w Stanach Zjednoczonych zostało zapoczątkowane na kontynencie północnoamerykańskim w początkach XVII wieku i trwało prawnie i obyczajowo aż do konstytucyjnego zniesienia niewolnictwa 6 grudnia 1865 roku. Niewolnictwo istniało we wszystkich koloniach angielskich aż do amerykańskiej wojny o niepodległość, po czym 13 stanów przejęło instytucję niewolnictwa i pracy przymusowej, a następnie rozszerzały niewolnictwo na przybywające terytoria i nowe stany.

Delaware już w pierwszej swojej konstytucji z 1776 zakazało importu i sprzedaży niewolników na terenie stanu, w 1783 niewolnictwo zlikwidowano w Massachusetts. W Pensylwanii dzieci niewolników miały uzyskać wolność po ukończeniu 28. roku życia, podobnie w Connecticut i Rhode Island. W Nowym Jorku niewolników uwolniono w 1785, a w 1786 w New Jersey. Zakaz niewolnictwa w terytoriach federalnych na północ od rzeki Ohio uchwalił Kongres w 1787. W stanach południowych niewolnictwo funkcjonowało do zakończenia wojny secesyjnej w 1865 i wejścia w życie 13. poprawki konstytucji.

Niewolnictwo utrzymało się w stanach południowych, mimo iż pod koniec XVIII wieku zmalała gospodarcza potrzeba niewolnictwa. Dotychczasowa gospodarka Południa opierająca się na eksporcie tytoniu, indygo i ryżu, stawała się coraz mniej opłacalna. Zaczęło brakować pracy dla niewolników, a ich ceny spadały. Jednak na Południu bano się skutków uwolnienia niewolników”

Z tego opisu wynika, że po uzyskaniu niepodległości świadomie dążono do stworzenia sztucznego podziału na stany niewolnicze i wolne od niewolnictwa. Co więcej, przy przyłączaniu nowych terytoriów dbano o zachowanie równowagi: jeden stan niewolniczy, drugi – nie. Jakby tego było mało, to Wikipedia pisze, że pod koniec XVIII wieku zmalała gospodarcza potrzeba niewolnictwa, czyli że podtrzymywano je sztucznie. Ktoś jednak decydował o tym, że tak miało być, że w zasadzie mają być dwa państwa o zbliżonym potencjale. Tylko w takim wypadku wojna mogła być długa i wyczerpująca.

Poniżej wybrałem parę fragmentów z Wikipedii, w których jest mowa o przyczynach konfliktu. Ona opisuje bardzo szczegółowo genezę i przebieg wojny, ale próżno szukać tam prawdziwego jej powodu. Podane są różne jej przyczyny, tak że w końcu, to już sami nie wiemy, co było źródłem sporu.

»Wojna secesyjna – wojna, która toczyła się w latach 1861–1865 w Stanach Zjednoczonych Ameryki, pomiędzy stanami wchodzącymi w skład Stanów Zjednoczonych (tzw. Unią lub „Północą”) i Skonfederowanymi Stanami Ameryki (tzw. Konfederacją lub „Południem”), które wystąpiły z Unii.

Nazwa „wojna secesyjna” pochodzi od secesji (odłączenia się) stanów skonfederowanych od Unii. Powszechną nazwą, stosowaną zwłaszcza w USA, jest także „amerykańska wojna domowa” (ang. American Civil War). Znana jest także jako „wojna pomiędzy stanami” i „wojna o niepodległość Południa”. Zapoczątkowało ją ostrzelanie Fortu Sumter w zatoce Charleston w Karolinie Południowej przez konfederatów 12 kwietnia 1861. Trwała do 26 maja 1865, kiedy poddały się ostatnie zorganizowane ośrodki oporu konfederatów (gdzieniegdzie walki trwały jeszcze do czerwca). W wyniku wojny śmierć poniosło 620 tysięcy ludzi, zniszczono mienie o wartości 5 mld dolarów, wolność uzyskało 4 miliony niewolników. (W tamtym czasie Ameryka liczyła pond 30 mln mieszkańców – przyp. mój.)

Większość historyków amerykańskich uznaje spór o niewolnictwo za główną przyczynę wybuchu wojny secesyjnej. Przeciwne zdanie wyraża jedynie niewielka mniejszość negacjonistów historycznych, mała część historyków amerykańskich oraz część opinii publicznej.

Na krótko przed wybuchem wojny rozgorzała zażarta debata pomiędzy Północą a Południem, czy należy zezwolić na niewolnictwo w tworzonych stanach i terytoriach, które zdobyto po wojnie amerykańsko-meksykańskiej (1846–1848). Były to m.in. Kalifornia, Teksas i Utah. Przeciwnicy niewolnictwa obawiali się jego ekspansji na nowe tereny oraz tego, że praca najemna (w uprzemysłowionych północnych stanach) będzie musiała konkurować z tańszym niewolnictwem. Rozwiązaniem tego problemu był tzw. „kompromis Missouri” z 1820. Polegał on na tym, że do Unii włączono Maine jako stan bez niewolnictwa i Missouri jako stan „niewolniczy”, zachowując tym samym równowagę pomiędzy stanami bez niewolnictwa i stanami niewolniczymi. Ponadto niewolnictwo miało być zakazane na części terytorium Luizjany. Wytyczono też linię, którą stanowił równoleżnik 36°30′ będący południową granicą Missouri. Na północ od tej linii niewolnictwo miało być zakazane z wyjątkiem właśnie Missouri.

Północ, choć była zdecydowanie lepiej rozwinięta gospodarczo, niż południe, odstawała jednak pod tym względem od Europy. Stąd wprowadzano cła zaporowe, aby chronić swój rozwijający się przemysł przed konkurencją lepszych i tańszych wyrobów europejskich. Wprowadzane w odwecie przez kraje europejskie cła uderzały w gospodarkę południa, uzależnioną od eksportu bawełny. Ponadto polityka celna Waszyngtonu uniemożliwiała południu import towarów przemysłowych. Nieprzypadkowo więc w konstytucji konfederackiej zapisane zostały sprawy ceł, co było ewenementem na skalę światową.

Konflikt o cła nie był jednak sam w sobie przyczyną wojny. Miał on miejsce głównie w latach 1830. Bezpośrednio przed elekcją Lincolna władzę sprawował prezydent Franklin Pierce, reprezentujący południowych Demokratów. Pierce znacząco obniżył cła, co w dużym stopniu przyczyniło się do wywołania ogólnokrajowego kryzysu gospodarczego w 1857 r. i wzrostu popularności Republikanów. W okresie poprzedzającym wybuch wojny kwestie ceł nie były praktycznie poruszane, natomiast temat niewolnictwa dominował w wystąpieniach i debatach publicznych, oraz w stanowych deklaracjach secesji.

Ogólne rozbieżności gospodarcze pomiędzy Północą a Południem również nie są uważane za wiodącą przyczynę wybuchu wojny. Słowami historyka Kennetha Stamppa: „Aktualnie, większość historyków nie dostrzega przekonujących przyczyn, dla których różnice gospodarcze między Północą a Południem miałyby prowadzić aż do podziału i wojny domowej; wprost przeciwnie, zauważa się, że oba regiony, ze względu na ich uzupełniający się charakter, powinny były raczej uważać wzajemny związek za mimo wszystko obustronnie korzystny”.

Północ uważała, że potrzebuje silnego i scentralizowanego rządu, aby rozwijać infrastrukturę, chronić handel i swoje interesy handlowe. Południe natomiast było mniej zależne niż reszta kraju od rządu federalnego i dlatego południowcy nie czuli potrzeby jego wzmacniania. Ponadto obawiali się, że rząd federalny z silnymi uprawnieniami będzie ingerował bardziej w sprawy stanowe.

Możność dowolnego interpretowania jedności Unii wynikała bezpośrednio z tekstu konstytucji, według której Unia była dobrowolnym związkiem państw, dotychczas suwerennych. Warunkiem należenia do niej było jednak uznanie, że suwerenność spoczywa w całym narodzie amerykańskim, działającym bezpośrednio, a nie poprzez stany. Ten paradoks prawny był – aż po lata sześćdziesiąte XIX wieku – źródłem sporów interpretacyjnych. Stanowił kompromisowy zapis, zachowujący federacyjną budowę USA, ale odmawiający częściom składowym prawa zerwania raz zawartej unii bez zgody całego narodu. W tym sensie rację miały zarówno stany południa, występujące z Unii, jak i władze tejże Unii, odmawiając im prawa do secesji.

W 1832 konwencja Karoliny Południowej „anulowała” taryfy celne wprowadzone przez administrację Andrew Jacksona oświadczając, że jeśli Waszyngton będzie próbował wprowadzić taryfy siłą, to wówczas stan ogłosi secesję. Kongres uchwalił „Force Bill” (2 marca 1833) upoważniający prezydenta do zaprowadzenia porządku przy użyciu siły zbrojnej. Pozbawiona poparcia ze strony innych stanów Karolina Południowa postanowiła „powrócić” do Unii, legislatura stanowa „anulowała” krwawe prawo („Bloody Bill”), jak nazwano w Karolinie postanowienia Kongresu o egzekwowaniu prawa siłą. 1 maja 1833 prezydent Jackson napisał: cła były tylko pretekstem, lecz wystąpienie z Unii i Konfederacja Południa są prawdziwym celem, następnym razem będzie to sprawa Murzynów albo niewolnictwa.

Podczas kampanii prezydenckiej roku 1860 wielu polityków z południa groziło, że jeżeli Lincoln zostanie wybrany na prezydenta, ich stany wystąpią z Unii. Lincoln był uważany przez nich za wielkiego przeciwnika niewolnictwa, chociaż w rzeczywistości do tej pory nie wypowiadał się za jego zniesieniem. Tylko nieliczne osoby z północy wierzyły w te groźby. Miesiąc przed wyborami gubernator Karoliny Południowej napisał do tzw. „stanów bawełnianych” z wyjątkiem Teksasu, że jego stan wystąpi z Unii w wypadku, gdyby Lincoln rzeczywiście został wybrany, i zwrócił się do nich z zapytaniem, jaka będzie ich reakcja na taki obrót sprawy.

Jak tylko okazało się, że Lincoln na pewno wygrał wybory, władze ustawodawcze Karoliny Południowej zwołały specjalne zebranie. Odbyło się ono 17 grudnia 1860 roku w Charleston. Trzy dni później konwencja jednogłośnie uchwaliła, że unia pomiędzy Karoliną Południową a Stanami Zjednoczonymi przestaje istnieć. Podobne konwencje odbyły się w innych stanach południa na początku roku 1861 i one również zaowocowały uchwałami o zniesieniu unii pomiędzy ich stanami. Były to: Missisipi (9 stycznia); Floryda (10 stycznia); Alabama (11 stycznia); Georgia (19 stycznia); Luizjana (26 stycznia) i Teksas (1 lutego).

W kwietniu Lincoln wezwał stany do powołania milicji lokalnych w celu stłumienia secesji. Stany graniczne, które wahały się, czy należy pozostać w Unii, czy też z niej wystąpić, odmówiły wykonania poleceń rządu federalnego i przyłączyły się do stanów, które już dokonały secesji. Były to Wirginia (17 kwietnia), Arkansas(6 maja), Karolina Północna (20 maja) i Tennessee (8 czerwca).

4 lutego 1861 delegaci pierwszych 6 stanów, które wystąpiły z Unii, spotkali się w miejscowości Montgomery w Alabamie, aby utworzyć tymczasowy rząd dla odłączonych od Unii terytoriów. Cztery dni później uchwalona została Konstytucja Skonfederowanych Stanów Ameryki, która w większości była oparta na dotychczasowej ustawie zasadniczej z 17 września 1787, ze zmianami wynikającymi głównie z zaznaczenia nienaruszalności niewolnictwa. 9 lutego Tymczasowy Kongres Konfederacji wybrał Jeffersona Davisa z Missisipi na tymczasowego prezydenta i Aleksandra H. Stephensa na tymczasowego wiceprezydenta. Mieli oni piastować swoje funkcje do lutego 1862. W listopadzie 1862 odbyły się wybory prezydenckie CSA. Obaj wygrali je i mieli rządzić sześć lat bez możliwości ubiegania się na drugą kadencję. Kiedy także Wirginia wystąpiła z Unii, stolicą Konfederacji stało się leżące tam miasto Richmond.«

Właściwie to trudno zrozumieć, o co tu chodzi. Wikipedia pisze, że większość amerykańskich historyków uważa, że prawdziwym powodem sporu było niewolnictwo, a tylko mała grupa negacjonistów ma odmienne zdanie, ale nie pisze jakie ono jest. Innym powodem miałyby być różnice w rozwoju gospodarczym, ale w innym miejscu przytacza historyka, który twierdzi, że różnice w rozwoju raczej sprzyjają współpracy. Jeszcze w innym miejscu jest mowa o cłach, które bezpośrednio przed wybuchem wojny zostają zniesione. Ważnym powodem miałby być wybór Lincolna na prezydenta. Według południowców był on przeciwnikiem niewolnictwa. W sumie jeden wielki mętlik w głowie. Wszystko jest tak podane, by nic nie zrozumieć. Jednak i z tego chaosu wyłania się pewien porządek. Tak jakby ktoś to zaplanował. Zaplanował, że tyle i tyle stanów ma wyjść z Unii. I jakoś tak dziwnie się składało, że była to połowa stanów. Zadziwiająca równowaga.

Problem zaczął się jeszcze w trakcie wojny o niepodległość. Louis Even, Michael nr 16, luty 2015 tak pisze:

„Podczas Wojny o Niezależność buntujące się kolonie wyemitowały pieniądze narodowe. Europejska finansjera, kreatorzy i wierzyciele pieniężnego długu, którzy już wtedy rządzili światem, nie mogli znieść takiego zuchwalstwa. Zdusili oni wartość amerykańskiej waluty. Użyli całej swojej potęgi i koneksji, aby odzyskać to, co tracili w Ameryce.”

Odzyskać to, co stracili w Ameryce. Willem Middelkoop w swojej książce Wielki reset pisze:

„Wielu ojców założycieli zdecydowanie sprzeciwiało się koncepcji utworzenia banku centralnego, gdyż władze brytyjskie dążyły, aby amerykańskie kolonie znalazły się pod kontrolą Banku Anglii.

Robert Morris, były członek rządu, w 1781 roku założył pierwszy bank centralny w Stanach Zjednoczonych. Uważa się go za ojca amerykańskiego systemu kredytowego. Założony przez niego Bank Ameryki Północnej (Bank of North America) był wzorowany na Banku Anglii. Wykorzystując system rezerw cząstkowych, mógł wytwarzać tyle pieniędzy, ile ich potrzebowano. Co ciekawe, zabezpieczeniem tego banku była wielka ilość złota pożyczona Stanom Zjednoczonym przez Francję. Morris sprytnie wybrał nazwę dla swego banku. Amerykanie bowiem myśleli, że mają do czynienia z bankiem państwowym, ale było to monopolistyczne przedsięwzięcie prywatne z wyłącznym prawem tworzenia pieniądza.

Dziesięć lat później, po wypracowaniu kompromisu z prawodawcami z Południa, nazwę banku zmieniono. Stał się Pierwszym Bankiem Stanów Zjednoczonych (First Bank of the United States). Działał w latach 1791-1811. Kilku ojców założycieli występowało przeciwko temu bankowi. W przekonaniu Thomasa Jeffersona służył spekulacji, manipulacji i działaniom korupcyjnym. W 1811 roku wygasł mandat banku i nie został odnowiony przez Kongres. W roku 1816 rząd zatwierdził ustanowienie Drugiego Banku Stanów Zjednoczonych (Second Bank of the United States). Jego statusu nie przedłużono w 1836 roku, a stało się to po okresie inflacji, która wymknęła się spod kontroli, co doprowadziło do czteroletniego kryzysu trwającego od 1837 roku. W latach 1837-1862 istniały jedynie banki zatwierdzone decyzjami władz stanowych. W tej erze wolnej bankowości wiele banków działało bardzo krótko – średnio pięć lat.

Amerykanie byli przeciwni koncepcji banku centralnego w prywatnych rękach, gdyż uważali, że kryzysy z lat 1873, 1893 oraz 1907 zostały wywołane przez metody działania, które stosowali międzynarodowi bankowcy. Obawiali się również, że dojdzie do nadmiernego skupienia władzy na wschodnim wybrzeżu Stanów Zjednoczonych. Teraz wiemy, że niestety mieli słuszność.”

Wdać więc u Żydów wielką determinację i konsekwencję w dążeniu do realizacji swoich celów, tj. do utworzenia banku centralnego. Louis Even pisze:

»Stany Zjednoczone przeżywały wojnę domową, wojnę secesyjną. Cierpienia ludzi w żaden sposób nie wzruszyły międzynarodowej finansjery, która sama postanowiła trzy lata wcześniej, żeby sprowokować wojnę dla osłabienia USA, co bardziej wzmocniłoby jej monopol. Tymczasem w samym sercu wojny przywódca kraju, którego chcieli trzymać pod swoim butem, odważył się przeciwstawić ich władzy. Odważnym i uczciwym wysiłkom Lincolna trzeba było przeciwstawić kampanię, która wpłynęłaby na liderów amerykańskich kręgów finansowych i otoczenie prezydenta.

Niesławny okólnik z 1862 r. podpisany przez Hazzard, międzynarodową grupę z Londynu, sprzyjał zniesieniu niewolnictwa ludzi tylko po to, żeby zastąpić je bardziej subtelną formą niewolnictwa. Zauważmy przy tym, że okólnik, aprobujący zniesienie niewolnictwa pochodził z grupy londyńskiej i był zgodny z decyzją międzynarodowej finansjery, która postanowiła, iż grupa ta będzie wspierać finansowo Północ Stanów Zjednoczonych, podczas gdy grupa paryska będzie wspierać finansowo Południe, czyniąc wojnę wystarczająco długą, żeby osłabić naród amerykański i zakuć go w kajdanki.

Okólnik Hazzard (The Hazzard Circular) został zatem skierowany do wszystkich bankierów Ameryki, każdego senatora i każdego członka Kongresu:

Niewolnictwo możliwe będzie do zniesienia dzięki wojnie. Moi przyjaciele w Europie i ja wspieramy osiągnięcie tego, ponieważ niewolnictwo jest tylko posiadaniem pracy i pociąga za sobą obowiązek wyżywienia i utrzymania swoich niewolników przez właściciela, aby cieszyć się ich pracą. Natomiast na poziomie europejskim, na czele z Anglią, to kapitał (pieniądze kredytodawcy) kontroluje pracę poprzez kontrolę płac”. (Są to mniej więcej pieniądze w obiegu, które ostatecznie określają poziom płac.)

„Jest to osiągnięte przez kontrolę pieniędzy. Kredytodawcy widzą, że wojna powoduje duże zadłużenie, które będzie kontrolować ilość pieniędzy. Do tego konieczne jest, żeby obligacje były nisko oprocentowane w banku. Oczekujemy teraz, że sekretarz skarbu przedstawi taką rekomendację w Kongresie.

Nie można pozwolić na tak długą cyrkulację waluty krajowej (greenbacks – zielonych dolarów), ponieważ nie możemy kontrolować tej waluty. Ale możemy kontrolować obligacje, a przez nie emisje bankowe”.

Międzynarodowa finansjera wzięła w posiadanie Amerykę tak samo jak Europę. Chce ona stale utrzymywać i umacniać swoje pozycje. Pewnego dnia pojawił się człowiek, który odważył się przeprowadzić nadzwyczajne uderzenie. Zapłacił za to swoim życiem. Był to największy amerykański prezydent Abraham Lincoln (1809-1865).

Syn kolonizatorów, który nigdy nie chodził do szkoły, ale kiedy nauczył się czytać na kolanach swojej matki, a potem studiował prawo w nocy po swoim ciężkim dniu pracy w lesie lub na polu, został prezydentem Stanów Zjednoczonych w przełomowej epoce, w czasach secesji między północą i południem w kwestii niewolnictwa.

Miał on silne poczucie zdrowego rozsądku i kierowany doskonałą sprawiedliwością uważał, że jeśli prywatne banki emitują pieniądze, które są akceptowane przez społeczeństwo zezwalające na to, żeby pieniądze te wchodziły w obieg jako dług, to suwerenny rząd może zarówno fabrykować je sam, jak i przyznawać im co najmniej tak samo wielki autorytet. W latach 1862-1863 Lincoln poprosił swojego sekretarza skarbu Chase’a o trzy kolejne emisje waluty o całkowitej sumie 450 milionów dolarów.

Były to „zielone dolary” – greenbacks. Zauważmy, że po prawnej batalii między władzą finansową a rządem, 346 milionów dolarów pozostaje do dziś w obiegu i są to nadal tak samo dobre pieniądze, jak pieniądze bankowe. Co więcej, w przeciwieństwie do zadłużonych pieniędzy bankierów greenbacks nie są obciążone ani jednym dolarem długu publicznego Stanów Zjednoczonych. Gdyby ta emisja przeszła przez zwykłe kanały bankowe, oznaczałoby to wzrost amerykańskiego długu publicznego o 10 miliardów dolarów w latach 1863-1938 (procent składany). A gdyby wszystkie pieniądze były emitowane przez rząd, Stany Zjednoczone nie miałyby żadnego długu publicznego. Istnienie długu publicznego wskazuje, że system jest zły i że waluta jest zepsuta od samego początku.

Międzynarodowi bankierzy w pełni zrozumieli skalę czynu dokonanego przez Lincolna, a poniższe uwagi zostały opublikowane przez London Times (jako wyciąg z Journal of Finance) w marcu 1863 r.: Jeśli polityka finansowa zapoczątkowana przez rząd w Waszyngtonie zostanie utrwalona, rząd będzie dostarczał swoich własnych pieniędzy bez żadnego kosztu, spłaci swój dług publiczny i nigdy więcej już go nie będzie posiadał. Będzie miał całą niezbędną do prowadzenia handlu walutę. Osiągnie dobrobyt bez precedensu w historii cywilizacji ludzkiej. Mózgi i bogactwo świata będą płynąc do Ameryki. Musimy zniszczyć ten rząd, zanim zniszczy on monarchię.

Rada była następująca. Spisek międzynarodowej finansjery powalił wielkiego wyzwoliciela kulą bandyty. Wszystko pozostało jak dawniej. Prześladowcy ludzkości przyznali, że dobrobyt kraju mógłby z pewnością wynikać z polityki jego rządu, gdyby emitował on bez długu całą walutę potrzebną do życia gospodarczego.

„Śmierć Lincolna była katastrofą dla chrześcijaństwa”, pisał Bismarck (dobrze umiejscowiony, żeby rozumieć, co się stało). „Nie było w Stanach Zjednoczonych żadnego wystarczająco wielkiego człowieka, który mógłby zastąpić Lincolna. Pożyczkodawcy podjęli na nowo ofensywę, by zawładnąć bogactwem świata. Obawiam się, że zagraniczni bankierzy z ich chytrością i krętymi sztuczkami dojdą do całkowitej kontroli bogactwa Ameryki i będą go używać do systematycznego korumpowania współczesnej cywilizacji. Nie będą wahali się pogrążyć całego chrześcijańskiego świata w wojnach i chaosie, tak że ziemia stanie się ich dziedzictwem”.

Dziesięć lat później Ameryka ucierpiała z powodu przemiany osobistego niewolnictwa wynikającego z dyktatury finansowej, a Horace Greeley mógł napisać w 1872 r.:

„Zrywamy więzy czterech milionów ludzi i stawiamy wszystkich pracowników na tym samym poziomie nie tak bardzo przez wywyższenie dawnych niewolników, ale przez znaczne zmniejszenie całej siły roboczej, białej i czarnej, w stanie niewolnictwa. Kiedy przechwalamy się naszymi szlachetnymi czynami, starannie ukrywamy ropiejące rany społeczne. Przez nasz rażąco niesprawiedliwy system monetarny znacjonalizowaliśmy system ucisku, który choć jest bardziej udoskonalony, jest niemniej okrutny niż stare niewolnictwo”.

Mąż stanu swoich czasów, niemiecki kanclerz Bismarck, był dobrze umieszczony i poinformowany, żeby lepiej rozumieć to, co się dzieje, niż wielu innych. To, co ujawnił Niemcowi Konradowi Siemowi w 1876 r. rzuca światło na wydarzenia, do których już nawiązywaliśmy.

„Podział Stanów Zjednoczonych na federacje o równej sile został zdecydowany na długo przed wojną domową przez wysokie władze finansowe Europy. Bankierzy ci obawiali się, że naród amerykański, stanowiący zjednoczony i solidny blok, obali ich finansową dominację nad światem. Przeważył głos Rothschildów. Przewidzieli oni ogromne korzyści, gdyby mogli zastąpić dwiema słabymi demokracjami, zadłużonymi u finansjery, mocną republikę, która była praktycznie samowystarczalna. Wysłali oni swoich emisariuszy, by wykorzystali kwestię niewolnictwa i zamiast doprowadzić do porozumienia, wykopali przepaść między dwiema częściami republiki. Lincoln nie podejrzewał takich podziemnych machinacji. Był on przeciwny niewolnictwu i jako taki został wybrany. Jego charakter zapobiegł temu, by stał się on człowiekiem jakiegoś stronnictwa. Gdy wziął dobrze sprawy w swoje ręce, zobaczył, że ci finansowi szkodnicy Europy chcieli uczynić go wykonawcą swoich planów. Dokonali oni wiszącego w powietrzu rozłamu między Północą i Południem, a potem wykonali wybuch. Osobowość Lincolna zaskoczyła ich. Jego kandydatura nie wywierała wrażenia. Myśleli, że mogą łatwo oszukać prostego drwala. Ale Lincoln odczytał ich plan i zorientował się, że głównym wrogiem nie było Południe, lecz finansjera”.

Wypowiedź Bismarcka wspomina Rothschild. Ten żydowski dom przyczynia się do ustanowienia w świecie systemu monetarnego o filozofii idealnie żydowskiej, doświadczanej przez całą ludzkość. Obsypany dzisiaj tytułami działa znacznie spokojniej, ale nie mniej skutecznie, współpracując z innymi osobami o wspólnym pochodzeniu – rasowym czy duchowym. W czasie, o którym mowa znajdował się on na czele, próbując dostać w swoje ręce Amerykę, której nie odkrył, ani nie karczował.

Poniższy dokument ujawnia mentalność władców pieniądza. Pokazuje również jak bardzo mylą się ci, którzy śpią, gdy wilki krążą lub hipnotyzują nas wspaniałymi mistrzami „zdrowego pieniądza”. Czy więc w tym czasie coś mogło oświecić ludzi? Dlaczego Lincoln walczył samotnie, nierozumiany, słabo wspierany przez swój Kongres?

W liście z nagłówkiem: Bracia Rothschild, Bankierzy, Londyn, Anglia, z datą 25 czerwca 1863 r., adresowanym do panów Ikelheimera, Mortona i Vandergoulda, 3 Wall Street, New york, U.S.A., czytamy:

„Drodzy Panowie:

Pan John Sherman napisał do nas z miasta w stanie Ohio w sprawie profitów, jakie można osiągnąć w dziedzinie narodowej bankowości w związku z ostatnią ustawą waszego Kongresu. Załączył do swojego listu kopię tej Ustawy. Najwyraźniej Ustawa ta została zredagowana na podstawie planu sformułowanego przez Brytyjskie Stowarzyszenie Bankierów i przez to stowarzyszenie rekomendowanego naszym amerykańskim przyjaciołom, planu, który, jeżeli zostanie wprowadzony w życie jako prawo, okaże się wysoce korzystny dla środowiska bankowego na całym świecie.

Pan Sherman oświadcza, że kapitaliści nigdy nie posiadali takiej okazji do gromadzenia pieniędzy, jaką przynosi ta ustawa. Daje ona Narodowemu Bankowi prawie całkowitą kontrolę narodowych finansów. Niewiele osób, które rozumieją system, pisze on, będzie albo tak zainteresowanych zyskami osiąganymi dzięki niemu, albo tak zależnych od korzyści, jakie on przynosi, że ze strony tej klasy nie będzie żadnej opozycji, kiedy z drugiej strony, ogromna większość ludzi, niezdolna umysłowo pojąć olbrzymich korzyści, jakie kapitał czerpie z tego systemu, będzie dźwigała swój ciężar bez narzekania i być może nawet nie podejrzewając, że system jest szkodliwy w stosunku do ich interesów.

Prosimy o przekazanie waszych uwag na powyższe informacje. Decydujemy się także otworzyć Narodowy Bank w Nowym Jorku. Jeśli znacie Pana Shermana (mówimy, że to on był sponsorem prawa), będziemy zadowoleni z informacji na jego temat. Jeśli będziemy korzystać z informacji, które nam przekazał, uczynimy oczywiście należną rekompensatę.

Czekamy na odpowiedź, Wasi pełni szacunku słudzy BRACIA ROTHSCHILDOWIE”

Prosimy naszych Czytelników, aby uważnie zastanowili się nad tym dokumentem. Można tu zauważyć co najmniej to, że amerykańska ustawa bankowa z 1862 r. była projektem rozwiniętym po tym, co zostało opracowane w Londynie, że ustawa ta została przygotowana dla korzyści braterstwa bankierów na całym świecie (plaga Amerykanów!); że Amerykanin – osoba publiczna – kongresman, kandydat reprezentujący najwyższą liczbę obywateli, współdziałał z Rothschildami z Londynu dla korzyści bankierów; że nawet osoba publiczna (Sherman) podzieliła Amerykanów na trzy klasy, wszystkie łatwe do utrzymania na kolanach: zainteresowanych, dążących do korzyści finansowych i nieświadomy tłum. Ten ostatni przyjmuje wszystko „bez narzekania”, nie podejrzewając nawet, że stanowi ofiarę. Oczywiście indywiduum takie jak Sherman jest człowiekiem rosnącym w siłę i wynagradzanym.«

Ta ustawa bankowa z 1862 roku powodowała, że prywatny bank kontrolował finanse narodowe. To potężna siła. A w jaki sposób okradano Amerykanów? Louis Even tak pisze:

»Złoto i srebro były przez długi czas metalami wykorzystywanymi jednocześnie do wytwarzania monet. W 1818 r. Anglia zdemonetyzowała srebro. Potem, kiedy posiadła kontrolę złota, ale inne kraje eksploatowały srebro, finansjera włożyła wszelki wysiłek, żeby zdemonetyzować srebro wszędzie i ustanowić wyłączne panowanie złota. W 1873 r. zaatakowana została waluta amerykańska. Mówiono nam często, że złoto jest, zgodnie z tradycją, jedyną realną walutą. Od 1789 do 1873 r. oba metale miały to samo znaczenie w Stanach Zjednoczonych, a ustanowienie standardu złota w USA nastąpiło ostatecznie w 1900 r. Dla tradycji!

Ernest Seyd, jako agent międzynarodowej finansjery, pomagał przy ustanowieniu prawa o demonetyzacji srebra w Stanach Zjednoczonych i większym podporządkowaniu Ameryki władzy finansowego Rzymu świata (londyńskiej City). Seyd był doradcą Banku Anglii, jak sam mówił. Oto jak opisuje to, co robił w 1873 r.: Pojechałem do Ameryki (mówi to w Londynie) w zimie 1872-1873 r. próbując przeprowadzić prawo demonetyzacji pieniędzy, ponieważ było to w interesie tych, których reprezentowałem: gubernatorów i dyrektorów Banku Anglii. Miałem ze sobą 100 tysięcy funtów (500 tysięcy dolarów) wraz z instrukcją, że jeśli to nie wystarczy, mogę wypisać następne 100 tysięcy albo nawet więcej. Niemieccy bankierzy byli także zainteresowani moim sukcesem. Spotkałem się z komisjami Kongresu i Senatu. Zapłaciłem pieniądze i zostałem w Ameryce tak długo, jak to było konieczne. Zabrałem ze sobą wystarczającą ilość pieniędzy.

Ustawa została podpisana na początku 1873 r. przez prezydenta Granta, który wyznał osiem miesięcy później, że nie rozumiał podpisywanego przez siebie tekstu. Kilku członków Kongresu pozostawiło pisemne oświadczenia, przyznając się do takiej samej niewiedzy. Seyd wiedział dobrze i rok później powiedział do senatora Luckenbacha: „Wasze społeczeństwo nie rozumie teraz ogromnego zakresu tego kroku, ale poczuje go ono za kilka lat”.

Raport Kongresu z kwietnia 1873 r. mówi o Seydzie jako o dobroczyńcy: Ernest Seyd z Londynu, wybitny pisarz i ekspert w dziedzinie pieniędzy, przebywający teraz wśród nas, poświecił dużo uwagi tematowi bicia monet. Po zbadaniu pierwszej redakcji ustawy, poczynił szereg inteligentnych sugestii, które komisja włączyła w tekst nowego prawa.

W czasopiśmie bankierów (Revue de Banquiers), naturalnie lepiej poinformowanym, pisano w wydaniu z sierpnia 1873r.: W 1872 roku srebro zostało zdemonetyzowane we Francji, Anglii i Holandii. Pozyskaliśmy 500 tysięcy dolarów w funduszach i Ernest Seyd z Londynu został wysłany z nimi do Stanów Zjednoczonych jako agent zagranicznych kapitalistów i posiadaczy obligacji, aby uzyskać ten sam efekt, co zostało osiągnięte.

Skutki dało się wkrótce odczuć. Był to kryzys czy panika roku 1873, o czym pisał senator Ferry z Michigan: Miliony ludzi żyjących dotąd w dobrych warunkach, zostało zredukowanych do ubóstwa albo obciążonych długami. Będą musieli oni dźwigać ten ciężar do śmierci albo odziedziczy go niewinne potomstwo, które weźmie go na swoje plecy. Nie zapomnieliśmy powiedzieć ofiarom kryzysu, że była to kara za ich grzechy czy wybryki. Ernst Seyd mógłby ich poinformować lepiej.

Nie jest konieczne, żeby ludzie mieli pieniądze, ale żeby stale musieli zależeć od bankierów. Przez cięcia pieniędzy na życie poprzez ograniczenie pieniądza i kredytu, banki powodują depresje, osłabiają wartość i zagarniają bogactwo. Powiedziano nam, że jest to panika, ogólna utrata zaufania, ale co powoduję tę panikę, co niszczy zaufanie? Okólnik wysłany 12 marca 1893 r. przez American Bankers Association (Amerykańskie Stowarzyszenie Bankierów) do wszystkich krajowych banków Stanów Zjednoczonych nosił nazwę „Okólnika na temat paniki”. Oto tekst okólnika z dnia 11 marca 1893 r., wysłanego następnego dnia:

„Drogi Panie,

Interesy banków Narodowych wymagają przeprowadzenia natychmiastowego ustawodawstwa finansowego przez Kongres. Srebrne certyfikaty i papiery skarbowe muszą zostać wycofane, a jedynymi pieniędzmi muszą stać się oparte na złocie banknoty narodowe. Będzie to wymagało wprowadzenia nowych obligacji (zobowiązania) w wysokości 500 milionów do jednego miliarda dolarów jako podstawy cyrkulacji. Zlikwidujecie od razu jedną trzecią waszego obiegu i zażądacie zwrotu połowy waszych pożyczek. Zadbajcie o stworzenie ciasnoty pieniężnej wśród waszych klientów, szczególnie wśród wpływowych biznesmenów. Zalećcie specjalną sesję Kongresu, żeby przywrócić klauzulę nabywczą z ustawy Shermana i działajcie w porozumieniu z innymi bankami w waszym mieście, aby uzyskać od społeczeństwa nadzwyczajną petycję do Kongresu na rzecz jej przywrócenia bez warunków, zgodnie z załączonym formularzem. Użyjcie osobistego wpływu na waszego kongresmena, a szczególnie jasno dajcie wyraz swoim pragnieniom wobec waszych senatorów. Żywot Banków Narodowych, jako stałych i bezpiecznych inwestycji, zależy od natychmiastowego działania, kiedy wzrasta nacisk na rzecz emisji rządowych środków płatniczych i bicia srebrnych monet”.

Dobrze zorganizowane Stowarzyszenie Bankierów zwyciężyło rozgrywkę przeciwko niezorganizowanemu społeczeństwu. Odrębna sesja Kongresu została zwołana specjalnie dla zburzenia rosnącego zaufania społeczeństwa wobec waluty rządowej. Aby zmusić ludzi do uciekania się do banków, konieczny był niedostatek pieniądza. Było to odczuwalne w całej Ameryce i rozpoczął się kryzys, który wywołał panikę 1893 r.

Czy niebo, temperatura lub przypadek powodują kryzysy? Czy niedobór pieniędzy jest spowodowany bez planu? Kto na tym korzysta? Poniższy fragment pochodzi z poufnego dokumentu bankierów sporządzonego dwa lata przed paniką 1893 r.

„Upoważniamy naszych agentów pożyczkowych ze stanów zachodnich do pożyczania naszych pieniędzy na nieruchomości, płatnych w dniu 1 września 1894 roku. Jakikolwiek termin płatności nie może przekroczyć tej daty. 1 września 1894 r. kategorycznie odmówimy wszelkiego odnowienia kredytu. Tego dnia będziemy wymagać zwrotu naszych pieniędzy, w przeciwnym razie nastąpi zajęcie zastawionego majątku. Hipoteczne nieruchomości staną się naszą własnością. Możemy nabyć, po cenie, jaka nam odpowiada, dwie trzecie gospodarstw rolnych na zachód od Missisipi i tysiące innych na wschód od wielkiej rzeki.

Możemy mieć nawet trzy czwarte gospodarstw zachodnich i wszystkie pieniądze w kraju. Rolnicy nie będą już dłużej dzierżawcami, tak jak w Anglii”.

Kontynuowane są okresowe rozlewy krwi i kryzysy. Panika 1907 r. nie ma żadnej innej przyczyny niż koncentracja kredytu, także ta w 1920 r. lub w obecnym kryzysie. W maju 1920 roku odbyło się tajne spotkanie członków Rezerwy Federalnej, komisji doradczej Rezerwy Federalnej i 36 dyrektorów banków klasy A Rezerwy Federalnej. Wiemy, że jest to amerykański system 12 banków centralnych, system ustanowiony według planu opracowanego w Londynie, przez interwencję międzynarodowego finansisty Paula Warburga. Po jednodniowej dyskusji zdecydowano o regresie pieniądza i kredytu narodu. To zostało przeprowadzone, a od następnego lipca wszystkie ceny spadły. Cena produktów rolnych zmniejszyła się więcej niż o połowę. Powstał kryzys lat 1920-22.

Emisja kredytu przez banki w postaci długu i spłata tych pożyczek na warunkach ustanowionych przez bankierów wprowadziły świat w gestię bankierów, którzy działają na poziomie międzynarodowym. Kryzysy są uniwersalne. Wszyscy są dotknięci.

W 1929 roku nagłe zmniejszenie kredytów obniżyło o 20 miliardów dolarów depozyty i kredyty na żądanie w USA. To krwawienie mogło bardzo osłabić organizm gospodarczy. Transakcje czekowe spadły o 1 200 miliardów dolarów, dwie trzecie pieniędzy w dyspozycji handlu i przemysłu.

Jeśli bankier jest twórcą kredytu, który jest używany jako pieniądze, jest on również destruktorem, a przejście tego kredytu w organizmie gospodarczym pozostawia w nim kancerogenny dług.«

Trzy razy podchodzili Żydzi do utworzenia banku centralnego w Ameryce. Pierwszy taki bank działał w latach 1781-1811. W 1811 roku wygasł jego mandat i nie został odnowiony przez Kongres. Drugi działał w latach 1816-1836. Jego statusu nie przedłużono, co stało się po okresie inflacji, która wymknęła się spod kontroli i co doprowadziło do czteroletniego kryzysu trwającego od 1837 roku. Trzecia próba okazała się najbardziej skuteczna. W 1913 roku powstał System Rezerwy Federalnej. Tym razem już na trwałe.

Ktoś może więc powiedzieć, że to wydarzenie jest najważniejsze, a nie wojna secesyjna. Jednak w tamtym czasie, w 1862 roku, uchwalona została amerykańska ustawa bankowa, która dawała prawo drukowania dolara bankom prywatnym. Próba drukowania dolara przez rząd, podjęta przez Lincolna (1862-63), zakończyła się jego zabójstwem. Gdyby mu się to udało, Ameryka obroniłaby swoją niezależność finansową. Natomiast powstanie FED-u skutkowało czym innym. Cytowany wcześniej Willem Middelkoop pisze:

„Na początku pierwszego dziesięciolecia XX wieku najsłynniejszym i najpotężniejszym bankierem amerykańskim był John Pierpont Morgan. Gdy został zmuszony do wykorzystania prywatnego majątku, aby uporać się z paniką bankową 1907 roku, uznał, że czas opracować nową architekturę systemu finansowego. Wkrótce nowojorscy bankierzy przedstawili wspaniały pomysł. Koncepcja polegała na tym, aby ustanowić nowy bank centralny, którym kierowaliby jego właściciele – nowojorscy bankierzy.”

Middelkoop nie pisze tego, po co ten bank centralny. Jednak z powyższego fragmentu można wywnioskować, że po to, by bankierzy, w razie paniki, nie ryzykowali własnym majątkiem. I tak to dzisiaj działa. Konsekwencje ponosi rząd, czyli podatnicy. Bank centralny, to po prostu wyższa, czytaj: jeszcze bardziej złodziejska, forma bankowości. Dalej pisze on:

„W tamtym okresie wśród największych państw świata Stany Zjednoczone były jedynym krajem, w którym nie działał bank centralny. W listopadzie 1910 roku republikański senator Nelson W. Aldrich dołączył do grupy najpotężniejszych bankierów z Wall Street, którzy zebrali się na potajemnie zorganizowanej dziesięciodniowej konferencji na Jekyll Island, wyspie należącej do Morgana. W programie tego spotkania znalazła się tylko jedna sprawa, mianowicie ustanowienie nowego banku centralnego.

Ustalono, że ten bank musi uzyskać monopolistyczną wyłączność na druk dolarów i powinien się stać prywatną organizacją należącą do założycieli, czyli bankierów z Wall Street. Nie zostanie nazwany bankiem centralnym i będzie działać tak, jakby kierował nim rząd.

Aby umożliwić udaną realizację planu Aldricha, trzeba go było intensywnie propagować, by przekonać do tego pomysłu naród i rząd. Jak widzieliśmy, fiaskiem zakończyły się dwie wcześniejsze próby ustanowienia banku centralnego. Może to tłumaczyć, dlaczego pomimo działań podejmowanych przez ludzi z Wall Street kongresmani z amerykańskiej Izby Reprezentantów nie poparli planu Aldricha.

W 1912 roku, w czasie wyborów, w Waszyngtonie zaszła olbrzymia zmiana. Wprawdzie republikanie ponownie przedstawili plan utworzenia banku centralnego, ale to demokraci przedłożyli projekt ustawy o Systemie Rezerwy Federalnej (Federal Reserve Act), również współpracując z nowojorskimi bankierami skupionymi wokół Morgana. Założenia koncepcji przedstawionej przez demokratów niemal w ogóle się nie różniły od planu Aldricha, ale przyjęto je ze znacznie większym entuzjazmem, mimo że nadal wyrażano pewne krytyczne uwagi. To było sprytne polityczne posunięcie ze strony bankierów z Wall Street. Ustawa o Systemie Rezerwy Federalnej zawierała wiele elementów potrzebnych do tego, aby przezwyciężyć zastrzeżenia Amerykanów co do banku centralnego, który miałby działać w Stanach Zjednoczonych. Zamiast banku centralnego miał powstać System Rezerwy Federalnej, który będzie ukazywany jako grupa banków regionalnych z nadzorującą Radą Gubernatorów Systemu Rezerwy Federalnej. Członków rady nie będą powoływali bankierzy, lecz prezydent Stanów Zjednoczonych.

W grudniu 1913 roku wielu senatorów zakładało, że decydujące głosowanie w sprawie ustawy o Systemie Rezerwy federalnej zostanie przeprowadzone dopiero w kolejnym roku. Pojechali więc do domów na Boże Narodzenie. Ale krótko przed świąteczną przerwą z projektu ustawy usunięto kilka kontrowersyjnych przepisów, dzięki czemu można było ją przyjąć podczas ostatniego posiedzenia przed przerwą. System Rezerwy Federalnej został ustanowiony.

Bankierzy z Wall Street nie mogliby sobie życzyć piękniejszego prezentu na Boże Narodzenie. Trzeci raz w historii Stanów Zjednoczonych monopolistyczne prawo druku dolarów przeniesiono z władz państwowych na prywatne banki. Niewielu polityków zdawało sobie sprawę z daleko idących konsekwencji tej decyzji. Natychmiast po przyjęciu ustawy wszystkie amerykańskie banki zostały przymusowymi udziałowcami Systemu Rezerwy Federalnej.”

Dalej pisze:

„Sto lat po ustanowieniu Systemu Rezerwy Federalnej nadal nie wiadomo, kto dokładnie ma w nim udziały i za ile je nabył. Doskonale jednak wiadomo, że udziałowcami są przede wszystkim banki z Wall Street.”

Krążyły więc na rynku amerykańskim dwie waluty: dolary drukowane przez prywatne banki i tzw. geenbacks Lincolna. Tych ostatnich nie było dużo, ale były. To nie mogło podobać się żydowskim finansistom. Amerykańska ustawa bankowa została uchwalona w 1862 roku. Lincoln drukował w latach 1862-63 w trzech transzach. Wydrukował 450 milionów. Po prawnej batalii pomiędzy władzą finansową a rządem w obiegu pozostało 346 milionów. Wnioskuję więc, że te 346 milionów zostało wydrukowanych zanim weszła w życie ustawa bankowa i że ta ustawa nadawała monopol druku finansjerze i pieniądze wydrukowane przez rząd po tej dacie musiały być wycofane z rynku. Tak więc monopol prywatnych banków na druk dolara istniał od 1862 roku. Powstanie FED-u niczego tu nie zmieniło. Zmieniło tylko to, że odpowiedzialność za nietrafione inwestycje bankowe przeniesiono na rząd, czyli na podatników.

Jednak zacytowany powyżej urywek z książki Middelkoopa, opisujący powstanie Systemu Rezerwy Federalnej jest ciekawy, bo opisuje, jak działają Żydzi. Chcą przepchnąć ustawę o banku centralnym i wynajmują do tego republikańskiego senatora. Do przepychania ustawy o Systemie Rezerwy Federalnej wynajmują demokratów. Obie ustawy są prawie takie same, ale niewielkie różnice powodują spory. Czas płynie, zbliżają się święta Bożego Narodzenia. Wielu senatorów wyjeżdża na święta, sądząc, że wszystko rozstrzygnie się po świętach czy po nowym roku. Aż tu raptem usuwa ktoś (No kto? Zgadnie ktoś?) sporne, nic nie znaczące zapisy i ustawa zostaje przyjęta przed świąteczną przerwą. Jak to czytałem, to od razu przypomniało mi się, jak uchwalono Konstytucję 3 maja. Podobnie, tylko w odwrotnym kierunku. Wykorzystano fakt, że wielu posłów nie zdążyło wrócić ze Świąt Wielkanocnych. I co? Powie mi ktoś teraz, że to nie te same rączki majstrowały w obu przypadkach? Żydzi są – niestety – zdolni, chytrzy, cwani, przebiegli, a my – naiwni, łatwowierni.

Zastanawiam się, czy wybuch powstania styczniowego w 1863 roku miał jakiś związek z wojną secesyjną? Alaska do 1867 roku była rosyjska. Wojna toczyła się na wschodnim wybrzeżu. Czy możliwa byłaby interwencja wojsk rosyjskich w Ameryce, gdyby nie powstanie?

Powstanie wielkopolskie

Powstanie wielkopolskie, jakkolwiek funkcjonujące w świadomości narodowej, to, poza Wielkopolską, raczej mało znane. Pewnie wielu myśli sobie tak: „Było zwycięskie, ale przez przypadek. Trafiło się, jak ślepej kurze ziarno.” Na ogół uważa się też, że było to jedyne tam powstanie, a było ich więcej:

  • powstanie wielkopolskie 1794 roku
  • powstanie wielkopolskie 1806 roku
  • powstanie wielkopolskie 1846 roku
  • powstanie wielkopolskie 1848 roku

Warto o nich pamiętać, choć nie ulega wątpliwości, że to z lat 1918-19 było najważniejszym dla Wielkopolski, ale było również bardzo ważne dla Polski i to nie tylko dlatego, że Wielkopolska znalazła się w granicach nowego państwa. Także dlatego, że Wojsko Polskie bez tego powstałego w czasie powstania, miałoby znacznie mniejszą wartość bojową.

O szczegółach tego powstania można się dowiedzieć na licznych stronach internetowych. Ja chciałbym spojrzeć na nie z trochę szerszej perspektywy. Jakie było jego polityczne tło? Jak przygotowywano się do niego i jak organizowano się? Wiele mówi się o przebiegu powstania, o walkach. Ale co było wcześniej? Bardzo dobre, moim zdaniem, opracowanie na temat tego powstania znalazło się w dodatku Historia Rzeczypospolitej w serii dziennika „Rzeczpospolita” z dnia 23 grudnia 2006. Jego autorem jest historyk wojskowości Bogusław Polak. Wybrałem te fragmenty, które mówią więcej o organizacji powstania i o tym, jak Polacy zaboru pruskiego potrafili przejmować organizacje, które tworzyli Niemcy, jak tworzyli tajne organizacje i te paramilitarne pod płaszczykiem stowarzyszeń sportowych. No właśnie, stowarzyszenia sportowe! Podobnie Niemcy omijali później ograniczenia co do ilości wojska, narzucone im przez traktat wersalski.

Jaka więc nauka płynie z tego powstania? Ano taka, że Polacy potrafili działać z głową, rozważnie, konsekwentnie. Nie rzucali się z gołymi rękami na wroga. Owszem, mieli gorsze uzbrojenie niż Niemcy, ale przy jego pomocy potrafili zdobyć więcej: samoloty i pociąg pancerny. Ilu ludzi wie o tym, co pisze Wikipedia? – Szacuje się, że podczas Powstania (w trakcie bitwy pod Ławicą) Polacy zdobyli największy łup wojenny w tysiącletniej historii oręża. Polacy zdobyli wtedy sprzęt lotniczy o wartości 160-200 milionów marek, w tym ponad 300 samolotów.

Dlaczego tak mało o tym powstaniu, a o innych tak dużo? Szczególnie o tym kretyńskim – warszawskim. Bo w jego przypadku można pokazać Polaków jako niespełna rozumu, irracjonalnie myślących, niepotrafiących dokonać właściwej oceny sytuacji i do tego angażujących w to szaleństwo dzieci. Szacuje się, że zginęło w nim około 200 tys. ludzi, co jest zawyżonym rachunkiem. Spotkałem się z opiniami, że mogło zginąć około 50 tys. ludzi. W powstaniu wielkopolskim zginęło ponad 800 powstańców. Jest różnica? Ale to nie wszystko! W trakcie tego powstania następowało stopniowe przekształcanie pojedynczych oddziałów powstańczych, działających w sposób nieskoordynowany, w regularne wojsko z jednolitym dowództwem. Jakby tego było mało, to cały czas trwał nabór, tak by uzupełniać braki i powiększać liczebność wojska. W tym momencie było widać skoordynowane działanie władz cywilnych i wojskowych. Gdyby więc chcieć opisać rzetelnie powstanie wielkopolskie, to wyszłoby na to, że Polacy to nie jacyś bezrozumni narwańcy, tylko ludzie zorganizowani, konsekwentni w działaniu, potrafiący podejmować właściwe decyzje w odpowiednim momencie, potrafiący skoordynować działania władz cywilnych, wojskowych i dyplomacji. Nie! – Na to Żydzi rządzący tym krajem nie pozwolą. Mają w ręku system edukacji i wszystko inne. I udało im się. Dziś zapewne wielu Polaków myśli, że ich rodacy to tacy niezrównoważeni psychicznie osobnicy, działający pod wpływem emocji. – A że wcale to nie musi być prawda, świadczy powstanie wielkopolskie. Tylko kto o tym wie? Kto o tym wie, że to zrodzone z powstania wojsko, było najlepszą częścią Wojska Polskiego walczącego na wschodzie w latach 1919 i 1920?

Bogusław Polak pisze tak:

»Na przełomie pierwszej i drugiej dekady XX wieku społeczność polska w zaborze pruskim, zwłaszcza w Wielkopolsce, była dobrze zorganizowana pod przewodem inteligencji, duchowieństwa i średniej burżuazji. Polskie banki, spółki i przedsiębiorstwa coraz skuteczniej konkurowały z żywiołem niemieckim. Kompromitacją nacjonalistów niemieckich zakończyła się wspierana przez rząd pruski akcja wykupu ziemi z rąk Polaków. W rezultacie polskiej kontrakcji okazało się, że Polacy wykupili więcej ziemi z rąk niemieckich niż Niemcy polskiej. Czytelnie ludowe, prasa, amatorskie teatry, działalność samokształceniowa ogarniała środowiska małomiasteczkowe i wiejskie. Duże ożywienie wniosła Narodowa Demokracja, która działała m.in. poprzez stowarzyszenie sportowe (Sokół) i drużyny skautowe.

Wybuch pierwszej wojny światowej przyniósł Polakom z zaboru pruskiego nadzieję na poprawę losu, ale zarazem sparaliżował działalność ruchu niepodległościowego, gdyż wielu działaczy zostało zmobilizowanych i trafiło na front. Stopniowo jednak odtwarzały się drużyny skautowe i powstawały nowe organizacje, jak bojówki „Sęp” i „Orzeł”. W latach 1917-1918 dzięki pomocy rodaków tysiące młodych Polaków z Wielkopolski zdołało uniknąć wcielenia do armii niemieckiej. W połowie lutego 1918 roku utworzono Polską Organizację Wojskową Zaboru Pruskiego, której komendantem został Wincenty Wierzejewski.

Podczas rozmów Niemiec z aliantami w sprawie zawieszania broni w Paryżu (2 – 4 listopada 1918 r.) dowódca wojsk sprzymierzonych marszałek Ferdynand Foch nie zdołał przeforsować wniosku, aby Niemcy ewakuowali wojska z ziem przedrozbiorowych Rzeczypospolitej. Zamiary Francuzów pokrzyżowała delegacja brytyjska. Niemcy zobowiązano jedynie do opuszczenia terytoriów okupowanych od sierpnia 1914 roku. Poznańskie, Pomorze i Śląsk nadal pozostały pod niemiecką jurysdykcją. Rozstrzygnięcia dotyczące tych ziem miały zapaść podczas przyszłej konferencji pokojowej.

11 listopada 1918 roku w Compiègne delegacja niemiecka podpisała układ o zawieszeniu broni, kończący działania wojenne. Niemcy na wschodzie nadal okupowali ziemie polskie, białoruskie, ukraińskie i litewskie. Armia tzw. Ober-Ostu, licząca kilkaset tysięcy żołnierzy, tylko w niewielkim stopniu uległa rewolucyjnemu wrzeniu. Świadomość tego sprawiła, że przywódcy odradzającej się Polski ostrożnie formułowali postulaty powrotu ziem zaboru pruskiego do macierzy.

Piłsudski nie lekceważył problemu ziem zachodnich. Dał temu wyraz po objęciu władzy wojskowej i cywilnej w kraju w depeszy wysłanej 16 listopada do rządów państw obcych donoszącej o odrodzeniu się państwa polskiego, obejmującego wszystkie ziemie zjednoczonej Polski. Zabiegał też, aby w rządzie znaleźli się przedstawiciele wszystkich zaborów. Już 26 listopada ogłoszono dekret o wyborach do Sejmu Ustawodawczego, m.in. na ziemiach zaboru pruskiego. Nie wierząc w odzyskanie tych ziem orężem, nie wyrzekł się ich, ale liczył, że powrócą do Polski w wyniku traktatu pokojowego. Z tych względów wysiłek polityczny i wojskowy skierował na wschód. Zdominowany przez endecję ośrodek poznański uważał oficjalne stanowisko Piłsudskiego za sprzeczne z interesem wielkopolskich Polaków i ostro je zwalczał.«

11 Listopada 1918 roku podpisano Rozejm w Compiègne, kończący wojnę pomiędzy Ententą a Cesarstwem Niemieckim. Interesujące nas punkty tego rozejmu to:

  • natychmiastowe wycofanie Armii Cesarstwa Niemieckiego z Francji, Belgii, Luksemburga oraz Alzacji i Lotaryngii
  • wycofanie wojsk niemieckich na wschodzie na granicę z 1914 roku

Najważniejszy dla Polski był artykuł XII tego rozejmu. Wikipedia pisze o nim tak:

Artykuł XII rozejmu w Compiègne przewidywał ewakuację wojsk niemieckich z Austro-Węgier, Rumunii, Turcji oraz byłego już Imperium Rosyjskiego, a więc również ziem polskich. W tym ostatnim przypadku, po interwencji m.in. Romana Dmowskiego zmieniono tekst dotyczący wycofania wojsk niemieckich na „gdy alianci uznają moment ewakuacji za właściwy biorąc pod uwagę sytuację wewnętrzną tych obszarów”. Z kolei artykuł XVI głosił, że „Alianci będą mieli wolny dostęp do terytoriów ewakuowanych przez Niemców na Wschodzie już to przez Gdańsk, już to Wisłą, aby móc zaopatrywać ludność i w celu utrzymania porządku”.

W momencie podpisywania rozejmu wojska niemieckie tworzyły front od Narwy po Dniepr. Narwa to niewielkie miasto nad Zatoką Fińską około 150 km na zachód od Petersburga a nad Dnieprem leży Kijów. Niemcy zajęli kraje bałtyckie, Białoruś, Ukrainę, zajęli Kijów, podeszli pod Petersburg, wkroczyli na Krym, doszli do Donu. Był więc ten front daleko na wschodzie i stanowił kordon oddzielający Europę od rewolucji bolszewickiej. Alianci chcieli wycofać wojska niemieckie na granicę z 1914 roku, czyli na zachodnią granicę byłego Królestwa Polskiego.

Wycofanie się wojsk niemieckich na granicę z 1914 roku oznaczało to, że Wielkopolska i Prusy Królewskie zostaną po stronie niemieckiej. Dostrzegł to niebezpieczeństwo Dmowski i jednocześnie niebezpieczeństwo rozszerzenia się rewolucji bolszewickiej na tereny polskie, i nalegał na to, by nie wycofywać wojsk niemieckich. Ale artykuł XII nie mógł być wyegzekwowany, bo 9 listopada wybucha rewolucja bolszewicka w Berlinie. Przenosi się ona na wojska niemieckie na wschodzie i kordon rwie się. 13 listopada bolszewicy unieważniają postanowienia Pokoju Brzeskiego i ruszają na podbój świata. 27 grudnia wybucha Powstanie Wielkopolskie. Dnia 25 stycznia 1919 roku marszałek Foch wydał rozkaż do oddziałów niemieckich zgrupowanych wokół ośrodka Białystok – Grodno, aby przekazały Polsce terytorium do linii Brześć – Narwa – Krynki – Kuźnica – Nowy Dwór – Sopoćkinie, i przepuściły wojska polskie przeznaczone do odparcia nawały bolszewickiej.

Widać więc, że sytuacja polityczna była skomplikowana i wymagała rozważnego działania. Bogusław Polak pisze dalej:

»Wyłoniony 14 listopada 1918 roku z ujawnionego dwa dni wcześniej Centralnego Komitetu Obywatelskiego i polskiego koła poselskiego do sejmu pruskiego Komisariat Naczelnej Rady Ludowej (KNRL) składał się z doświadczonych i popularnych polityków, którzy zdawali sobie sprawę z ryzyka, jakie niosłoby nieprzygotowane powstanie. Wobec słabości militarnej Polski, zaangażowanej w walki z Ukraińcami w Galicji Wschodniej, oraz przy braku poparcia ententy wystąpienie zbrojne miało małe szanse powodzenia. KNRL, nie przekreślając ewentualności powstania, zamierzał unikać walki jak długo się da, koncentrując się na tworzeniu struktur polskiej władzy i siły zbrojnej oraz zabiegając o gwarancje pomocy z zewnątrz.

Komisarz Adam Poszwiński relacjonował: „jeszcze przed powstaniem Komisariatu docenialiśmy czyn zbrojny, lecz w poczuciu odpowiedzialności uważaliśmy go do czasu za akcję przygotowawczą, a nie wykonawczą”. Przygotowania obejmowały rejestrację wojskowych wracających z wojny, propagowanie hasła, aby dawni żołnierze nie oddawali broni, ochronę obiektów wojskowych przed rozgrabieniem, utrzymywanie kontaktów z polskimi władzami wojskowymi. Według Mariana Seydy celem wystąpienia zbrojnego nie miało być zajęcie konkretnego obszaru, ale zamanifestowanie woli Polaków w zaborze pruskim wyrwania się z okupacji niemieckiej, jak też zwrócenie uwagi zwycięskich mocarstw na zagadnienie zachodnich ziem Polski – „nad Wartą, górną Odrą i Dolną Wisłą.

Ogromnym osiągnięciem kierownictwa politycznego w zaborze pruskim było zorganizowanie demokratycznych wyborów do Sejmu Dzielnicowego, reprezentującego Polaków z całego zaboru pruskiego i wychodźstwa w Niemczech. Obrady toczyły się w Poznaniu od 3 do 5 grudnia 1918 roku. Podjęto wówczas wiele uchwał m.in. w sprawie zorganizowania w każdej miejscowości straży ludowej. Uchwała ta została wymuszona informacjami z Niemiec, gdzie w grudniu 1918 roku do głosu zaczęła dochodzić konserwatywna i nacjonalistyczna prawica. Pośpiesznie tworzono formacje zbrojne przeznaczone nie tylko do unicestwienia sił rewolucyjnych w Niemczech, ale także do opanowania sytuacji w Poznańskiem.

W Komisariacie Naczelnej Rady Ludowej sprawy wojskowe powierzono Wojciechowi Korfantemu. Działacze polscy kontrolowali legalne formacje o charakterze milicyjno-porządkowym, utworzone po wybuchu rewolucji w Berlinie: Służbę Straży i Bezpieczeństwa, straże obywatelskie, ludowe itp. Przed wybuchem powstania Straż Ludowa liczyła w Poznaniu ok. 4800 ludzi (w tym 2650 uzbrojonych), na prowincji Wielkopolski do 3000. Oddziały Służby Straży i Bezpieczeństwa wyróżniały się doborem ochotników. Byli to doświadczeni żołnierze, najczęściej w wieku od 24 do 28 lat, w większości mający za sobą działalność w organizacjach niepodległościowych. Pod koniec grudnia 1918 roku w poznańskim batalionie Służby Straży i Bezpieczeństwa służyło ok. 3000 żołnierzy, z tego 1/3 miała broń. Powstało też sporo oddziałów zakonspirowanych, tworzonych przez zdemobilizowanych oficerów i podoficerów. Niewielkie grupki bojowe skupiły się wokół Polskiej Organizacji Wojskowej Zaboru Pruskiego, zwłaszcza w środowiskach, gdzie działały drużyny skautowe. Przodował Poznań; mniejsze grupy od kilku do kilkudziesięciu członków powstały w kilkunastu miejscowościach.

Korfanty już w listopadzie 1918 roku nawiązał kontakt ze Sztabem generalnym WP w Warszawie, poszukując kandydata na głównodowodzącego polskimi oddziałami w zaborze pruskim. Na początku grudnia w Poznaniu zjawili się poufnie wysłannicy Sztabu Generalnego i Naczelnego Dowództwa Wojsk Polskich. Przesyłali do Warszawy raporty o organizacji oddziałów polskich i informacje o siłach niemieckich, które w połowie grudnia w całej Wielkopolsce liczyły nie więcej niż 8000 – 10 000 (wśród nich byli także Polacy). Niemiecki garnizon w Poznaniu miał ok. 5000 żołnierzy.

Dwudziestego piątego grudnia 1918 roku do Gdańska przybył na pokładzie brytyjskiego okrętu wojennego Ignacy Paderewski, w otoczeniu nielicznej misji. Jego przyjazd do Poznania 26 grudnia 1918 r. spowodował gwałtowny wzrost nastrojów patriotycznych w mieście. Niemcy mieli nadzieję, że Paderewski pojedzie wprost do Warszawy. Jeszcze na stacji kolejowej w Rogoźnie do przedziału wiozącego delegację wtargnął kpt. Andersch z dowództwa V Korpusu w Poznaniu, który usiłował nakłonić członków misji do zaniechania postoju w Poznaniu. O 21.10 pociąg z gośćmi dotarł do Poznania. W hotelu Bazar Ignacy Paderewski wygłosił dłuższe przemówienie, kończąc je słowami: „Niech żyje Polska, zgoda, jedność, a ojczyzna nasza wolna zjednoczona naszym polskim Wybrzeżem żyć będzie po wsze czasy”. W tym duchu Paderewski przemówił także do wielotysięcznego tłumu zebranego przed Bazarem.

Następnego dnia w piątek 27 grudnia w godzinach popołudniowych Polacy zorganizowali pochód około 10 tysięcy dzieci pod Bazarem. Wstrzymano ruch na ulicach; na chodnikach zgromadziły się tłumy dorosłych. Wówczas to z inicjatywy kierownictwa niemieckiej Rady Ludowej, działaczy niemieckich organizacji i redaktorów pism, przed Operą, a następnie w ogrodzie zoologicznym zorganizowano więc młodzieży. Ale strona niemiecka liczyła przede wszystkim na 6 Pułk Grenadierów. Właśnie przed koszarami tego pułku przed 15-tą zgromadziły się tłumy Niemców. Wśród cywilów było także wielu uzbrojonych oficerów i szeregowców, jednakże dowództwo jednostki odmówiło wystąpienia w zwartym szyku. Żołnierze dołączyli do cywilów na własną rękę.

Około 15.30 ruszył pochód. W centrum miasta urósł on do około 2 tys. osób. Niemieccy cywile i żołnierze zrywali flagi alianckie i polskie, zdemolowali biuro KNRL przy ul. św. Marcina 40, gmach Banku Związku Spółek Zarobkowych i inne. Uczestnicy pochodu strzelali też w powietrze z rewolwerów. Około godz. 17 w okolicach Bazaru padły strzały. Nie wiadomo, czy pierwsi zaczęli strzelać Niemcy, czy też Polacy, którzy ochraniali miejsce pobytu Paderewskiego. Wydaje się, że obie strony dążyły do zbrojnego rozstrzygnięcia przyszłości Poznania i ziem polskich zaboru pruskiego.

W rejon Bazaru przybyły posiłki w postaci oddziałów SSiB zaalarmowane już około godz. 16. Niemcy wycofali się do muzeum naprzeciw Bazaru i w kierunku Prezydium Policji. Bez koordynacji z jakiegokolwiek centrum dowodzenia oddziały SSiB jak też i SL, zaczęły wypierać Niemców ze śródmieścia. Akcja ta odbywała się wzdłuż kilku ulic. Najpierw zajęto sąsiadujący z Bazarem gmach muzeum – odtąd główne centrum dyspozycyjne SSiB. Stary Rynek został odcięty przez samorzutnie tworzone oddziały polskie. W trakcie tych utarczek wracająca z akcji pod Zamkiem kompania SSiB dowodzona przez Krauzego, na narożniku ul. Berlińskiej i Ryberskiej (Ratajczaka), ostrzelana została przez Niemców z karabinu maszynowego ustawionego przy wejściu do gmachu Prezydium Policji. Wówczas to śmiertelnie został ranny zastępca oficera Franciszek Ratajczak, szef kompanii.

W celu uniknięcia zbędnego przelewu krwi, obie strony podjęły rokowania i zawarto porozumienie, na mocy którego gmach Prezydium Policji, po opuszczeniu go przez żołnierzy 20 PAL (pułk artylerii lekkiej? – przyp. mój), obsadzony został przez 48 żołnierzy, po 24 Niemców i Polaków (ze Straży Ludowej). Stan taki utrzymał się tylko do dnia następnego, gdyż Niemcy opuścili posterunki.

Komisariat NRL 28 grudnia wydał oświadczenie, w którym odpowiedzialnością za zamieszki 27 grudnia jednoznacznie obarczył stronę niemiecką, a zwłaszcza żołnierzy 6 p. grenadierów. Podkreślano, że „Krew polska w Poznaniu polała się w obronie sztandarów Koalicji. Niech to będzie nową rękojmią węzłów i sojuszy między Polską i państwami zachodnimi. Na winnych prowokatorów żądamy śledztwa i kary. Obowiązkiem honorowym Polaków jest odtąd ścisłe przestrzeganie ładu i porządku”.

Przyjazd Ignacego Paderewskiego do Poznania, wydarzenia 26 i 27 grudnia, wreszcie wybuch powstania w Poznaniu, pokrzyżowały plany KNRL wywołania powstania na całym obszarze zaboru pruskiego. Komisariat, widząc spontaniczny rozwój akcji powstańczej, nie mógł pozostać na marginesie wydarzeń i 28 grudnia wieczorem powierzył dowództwo powstania kpt. Stanisławowi Taczakowi, oficerowi Sztabu Generalnego WP przebywającemu na urlopie w Poznaniu. Awansowany do stopnia majora Taczak, po zaakceptowaniu nominacji przez Piłsudskiego, przystąpił do pracy. Z pomocą miejscowych oficerów oraz przybyłych z Warszawy (m.in. ppłk. Juliana Stachiewicza, zaufanego człowieka Piłsudskiego) w ciągu kilku dni zorganizował Dowództwo Główne.

W pierwszych dniach stycznia 1919 roku na stanowiskach kierowniczych pracowało 18 oficerów, z których 15 przeszło służbę w armii niemieckiej (również Taczak – przyp. mój). Zlikwidowano względnie podporządkowano Dowództwu Głównemu inne ośrodki rozkazodawcze: Komendę Służby Straży i Bezpieczeństwa, Komendę Straży Ludowej i polsko-niemiecką Komendę miasta Poznania.

Ze względu na znaczny procent ludności niemieckiej mjr Taczak uznał, że w początkowej fazie powstania należy zrezygnować z poboru powszechnego, odkładając go do umocnienia się polskich władz administracyjnych. Siły powstańcze oparto więc na ochotnikach. Mieli oni zgłaszać się do trzynastu obwodowych komend uzupełnień. Do szeregów przyjmowano byłych żołnierzy w wieku od 19 do 40 lat, członków straży ludowych i polskich organizacji.

Formowane spontanicznie oddziały powstańcze w pierwszych trzech tygodniach bardziej przypominały partyzantkę niż regularne wojsko. Często dobrze przemyślane i przeprowadzone z brawurą akcje kończyły się niepowodzeniem ze względu na brak koordynacji działań, wyszkolenia wojskowego czy dyscypliny.

Najważniejszym zadaniem Dowództwa Głównego było więc przekształcenie ich w jednolitą, sprawnie dowodzoną strukturę, zapewnienie zaopatrzenia i dopływu uzupełnień. W tym celu podzielono Wielkopolskę na 9 okręgów wojskowych. Najpierw organizowano niższe jednostki taktyczne (bataliony, baterie, szwadrony) piechoty, kawalerii i artylerii oraz kadry dla wojsk specjalnych (technicznych) i lotnictwa. W drugim etapie z tych jednostek utworzone miały być brygady i dywizje. W rozkazach dziennych Dowództwa Głównego (9-15 stycznia) ogłoszono zasady organizacji żandarmerii, oddziałów samochodowych, piechoty i karabinów maszynowych, artylerii i łączności.

Po przejęciu poznańskich magazynów broni Dowództwo Główne zaczęło przekazywać na front broń, amunicję i oporządzenie. Do 15 stycznia wydano ok. 20 tys. karabinów, 218 karabinów maszynowych, 1,9 mln sztuk amunicji, 43 tys. granatów ręcznych.

Na początku stycznia 1919 roku przystąpiono do formowania tzw. ruchomych dowództw operacyjnych. Zwarta linia frontu była gwarancją nie tylko możliwości rozszerzenia zasięgu powstania, ale przede wszystkim utrzymania polskiego stanu posiadania. W sztabie DG słusznie przewidywano, że Niemcy podejmą zdecydowane kroki, aby odzyskać utracony obszar. 1 stycznia 1919 roku major Taczak mianował ppłk. Grudzielskiego dowódcą odcinka pólnocno-wschodniego. Dowództwo odcinka zachodniego objął ppor. Kazimierz Zenkteter, prężny oficer, który w Grodzisku utworzył ośrodek dyspozycyjny do działań od Czarnkowa do Wolsztyna. Dowódcą odcinka południowo-zachodniego, tzw. Grupy „Leszno”, został por. Bernard Śliwiński, dowódca batalionu gostyńskiego. Odcinek południowy objął ppor. Władysław Wawrzyniak, organizator i dowódca batalionu pogranicznego w Szczypiornie.

W ciągu pierwszych 19 dni powstania mjr. Taczakowi i jego podkomendnym udało się skutecznie osłonić wyzwoloną część Wielkopolski, utworzyć silny front przeciwniemiecki. Wyznaczono cele operacyjne powstania i stworzono podstawę do ich realizacji. Skrępowano nadmierną inicjatywę dowódców i różnymi sposobami skłaniano ich do działań według planu operacyjnego. 16 stycznia oddziały powstańcze liczyły prawie 14 tys. ludzi, w tym kadry dwóch pułków piechoty, pułku kawalerii, pułku artylerii, dywizjonu artylerii ciężkiej, oddziałów łączności, saperów, lotnictwa itd.

Mimo sukcesów mjr. Taczaka w Poznaniu i Warszawie uważano, że wojskom powstańczym jest potrzebny dowódca bardziej doświadczony i obdarzony większym autorytetem. Do Poznania przyjechał gen. Józef Dowbor-Muśnicki, były oficer armii rosyjskiej i dowódca I Korpusu Polskiego na Wschodzie. Nowy dowódca naczelny, który komendę objął 16 stycznia, przyjęty został w Wielkopolsce z wielką rezerwą, a i później miał ogromne trudności w nawiązaniu kontaktów z podwładnymi. Wieloletnia służba w armii carskiej nie pozostała bez wpływu na jego poglądy, zachowanie, a nawet swobodę wysławiania się w języku polskim. Z drugiej strony był to jednak gruntownie wykształcony oficer sztabowy z ogromną praktyką, świetny organizator, zwolennik żelaznej dyscypliny.

Generał otrzymał zadanie stworzenia z wojsk powstańczych 50-, 60-tysięcznej armii. Na podstawie dekretu KNRL ogłosił 17 stycznia 1919 roku pobór do wojska roczników 1897-1899, co znacząco zwiększyło liczebność wojsk powstańczych i sprawiło, że dotychczasowe oddziały utraciły charakter terytorialny. Aby wzmocnić dyscyplinę, wprowadzono jednolitą przysięgę, powołano sądy doraźne. Głównym problemem był jednak brak oficerów. O ile grupę oficerów młodszych zwiększono poprzez awanse najzdolniejszych podoficerów, to oficerów starszych można było uzyskać tylko z Warszawy.

Zmodyfikowano też plany operacyjne, gdyż Niemcy po zdławieniu rewolty w Berlinie przeszli do bardziej zdecydowanych działań na froncie wielkopolskim. Poznańskiemu kierownictwu politycznemu zależało na utrzymaniu zajętego obszaru jako punktu wyjścia polskich aspiracji terytorialnych w obliczu negocjacji z Niemcami i konferencji pokojowej w Paryżu. Program minimum przewidywał zatwierdzenie dotychczasowej linii frontu jako linii rozejmowej oraz przyznanie powstańcom wielkopolskim statusu siły zbrojnej ententy i praw kombatanckich. Istniała jeszcze nikła nadzieja, że wojska gen. Hallera wylądują w Gdańsku i będzie można powrócić do planu wyzwolenia całego zaboru pruskiego.

Walki powstańcze, jakie toczono od połowy stycznia do końca drugiej dekady lutego, miały już charakter regularny. W drugiej połowie stycznia na najdłuższym odcinku, północnym, oddziały polskie czyniły wysiłki, aby rozszerzyć front wzdłuż Noteci, ale nie zdołały odebrać Niemcom Szamocina i Nakła. Inowrocławskie oddziały por. Pawła Cymsa zajęły na krótko Brzozę niedaleko Bydgoszczy. Utarczki toczyły się też pod Romanowem i Białośliwiem. Na odcinku Grupy Zachodniej 24 stycznia wywiązały się walki pod Obrą i Kłębowem. Następnego dnia powstańcy opanowali Kargową, Babimost i Nowe Kramsko, tworząc duży przyczółek na lewym brzegu Obry. Oddziały Grupy „Leszno” toczyły potyczki w Gościejewicach, pod Przybiniem, Robczyskiem, Lipnem Nowym, Kąkolewem. Ożywił się też odcinek południowy, gdzie 23 stycznia odparto Niemców pod Miejską Górką. Sukcesem powstańców zakończyły się również potyczki pod Rogaszycami i Parzynowem.

Kulą u nogi Polaków była konieczność respektowania umowy zawartej 25 grudnia 1918 roku między polskim Sztabem Generalnym a niemiecką Komendą Ober-Ost, w której Niemcy zgodzili się na oddanie Wilna w zamian za ułatwienie ewakuacji wojsk niemieckich linią kolejową Toruń-Bydgoszcz-Nakło-Piła. W rezultacie impet powstańców w tym rejonie został zatrzymany. Co gorsza Niemcy, wykorzystując oddziały ewakuowane ze wschodu, obsadzili Pomorze, uniemożliwiając przeniesienie tam działań powstańczych.

Siły powstańcze liczyły w tym czasie ok. 30 000 żołnierzy. W połowie lutego rolnicy stanowili 13,6 proc. ogółu powstańców, robotnicy rolni – 3,2 proc., robotnicy – 36,5 proc., rzemieślnicy – 20 proc., kupcy – 8,5 proc., drobni urzędnicy i inteligencja – 10 proc., ziemianie – 1,5 proc. W walkach od 27 grudnia do 15 stycznia poległo 274 powstańców, najwięcej na odcinku północnym – 190. Kolejny okres walk od 16 stycznia do 18 lutego przyniósł ponaddwukrotnie większe straty: ogółem poległo 574 powstańców, w tym 299 na odcinku północnym i 139 na zachodnim.

Na początku lutego w Berlinie odbyły się rokowania polsko-niemieckie. Stronę polską, obok przedstawicieli NRL, reprezentował ppłk Władysław Anders. Delegacja polska domagała się uznania status quo w Wielkopolsce, wycofania niemieckiego Grenzschutzu z obszarów zamieszkanych przez Polaków na Pomorzu i Śląsku oraz zawarcia rozejmu. Rozmowy spełzły jednak na niczym. Dopiero wskutek zabiegów KNRL i KNP w Paryżu i nacisków Francji 16 lutego Niemcy podpisały w Trewirze układ rozejmowy.

Powstanie wielkopolskie należy do niewielu zwycięskich czynów powstańczych w dziejach Polski. Społeczeństwo Wielkopolski w okresie ponadstuletniej niewoli obroniło tradycję narodową, język i wiarę katolicką. Uczestniczyło aktywnie we wszystkich czynach zbrojnych XIX wieku, ponosząc wielkie ofiary ludzkie i materialne. Powstanie było więc logiczną, historyczną konsekwencją codziennej wytrwałości, pełnej wyrzeczeń i poświęceń pracy patriotyczno-narodowej, umożliwiającej społeczeństwu polskiemu przetrwanie niewoli pruskiej. Wykorzystując sprzyjający moment dziejowy, Wielkopolanie wyzwolili większość swej ziemi i jako wiano przekazali ją Polsce.

Na sukces powstania ogromny wpływ mieli kolejni głównodowodzący: Stanisław Taczak, Józef Dowbor-Muśnicki i cały korpus oficerski. Zasłużyli się też działacze polityczni z kręgów Narodowej Demokracji, niekwestionowani przywódcy ludności polskiej w zaborze pruskim, m.in. ksiądz Stanisław Adamski, Wojciech Korfanty, Adam Poszwiński, Władysław Seyda.

Nie kwestionując polskich aspiracji na wschodzie dążenia polityczne poznańskiego ośrodka państwotwórczego ciążyły ku ziemiom zachodnim i obszarom nadbałtyckim. Błędem politycznym Komisariatu było oczekiwanie na decyzje konferencji pokojowej i dyrektywy ententy. Wybuch i rozwój powstania był więc swego rodzaju korektą planów polityków. Komisariat odegrał też ogromną rolę w zabiegach dyplomatycznych. Niemcy zostali zmuszeni do podpisania warunków rozejmowych w Trewirze, co w praktyce uratowało Wielkopolskę od interwencji wojsk Ober-Ostu. Znacznym sukcesem było też przyznanie Polsce obszarów, których nie udało się wyzwolić zbrojnie, m.in. Leszna, Rawicza, Zbąszynia i Bydgoszczy.

Z formacji wielkopolskich powstała silna armia, która latem 1919 liczyła ok. 100 000 ludzi. Oddziały wielkopolskie walczyły w Małopolsce Wschodniej i na Froncie Litewsko-Białoruskim. Było to doświadczone wojsko o wysokim morale, dobrze dowodzone i uzbrojone, które stworzyło najbardziej zintegrowaną część Wojska Polskiego. Wielkopolanie wydatnie przyczynili się do zwycięstwa nad Ukraińcami w 1919 roku i bolszewikami w 1920 roku oraz wsparli trzecie powstanie śląskie w 1921 roku.«

To, co odróżniało zabór pruski od pozostałych, to nie tylko wyżej rozwinięte społeczeństwo, ale też to, że Polacy tworzyli pełny przekrój społeczny. W zaborze rosyjskim i austriackim mieliśmy tylko szlachtę i chłopów, którzy byli praktycznie niewolnikami i byli, co zupełnie zrozumiałe, obojętni na sprawę narodową. Powstania były sprawą szlachty. W przypadku powstania wielkopolskiego widać, że wzięło w nim udział całe społeczeństwo. Najliczniej robotnicy, rzemieślnicy i rolnicy. Ziemianie to tylko 1,5 procenta. Nie oszukujmy się, to był inny świat.

Bardzo znamienny jest fakt umowy z 25 grudnia 1918 roku, zawartej pomiędzy polskim Sztabem Generalnym a niemiecką Komendą Ober-Ost, na mocy której, w zamian za zwolnienie Wilna, Niemcy uzyskali zgodę na ewakuację swoich wojsk liną kolejową Toruń-Bygdoszcz-Nakło-Piła. Uniemożliwiło to rozszerzenie powstania na Pomorze, które obsadziła powracająca armia. Stanowiła ona również poważne zagrożenie dla samego powstania. W tamtym czasie Sztab Generalny zapewne nic nie zrobił bez zgody Piłsudskiego. Mówiąc wprost – Piłsudski wolał półżydowskie Wilno od Poznania i Wielkopolski.

W pewnym momencie Bogusław Polak pisze: „Mimo sukcesów mjr. Taczaka w Poznaniu i Warszawie uważano, że wojskom powstańczym jest potrzebny dowódca bardziej doświadczony i obdarzony większym autorytetem. Do Poznania przyjechał gen. Józef Dowbor-Muśnicki.” A później dodaje, że został on przyjęty w Wielkopolsce z wielką rezerwą. Nasz najsłynniejszy trener piłkarski, Kazimierz Górski, miał taką zasadę: drużyny zwycięskiej nie zmienia się. I słusznie! Po co kombinować jak koń pod górę? Jak zacznie przegrywać, to tak! Po co więc zmieniono mjr. Taczaka, skoro się sprawdzał? Piłsudski chciał się pozbyć Dowbora-Muśnickiego jako byłego oficera armii carskiej. W Poznaniu jakoś radzono sobie z tymi personalnymi ansami. A może po prostu zawartość Polaka w Polaku w Wielkopolsce była większa, niż w innych dzielnicach.

Przypomina się też zamach majowy i fakt, że jednostki z Wielkopolski nie dotarły do Warszawy. Rozkręcili tory. Wiedzieli, że to wojsko zdmuchnęłoby tych piłsudczyków jak świecę. Wiedzieli o tym generałowie, którzy chcieli wycofać się do Wielkopolski i dalej walczyć, bo wiedzieli, że przewaga była po ich stronie. Ale wiedział też o tym Wojciechowski, prawdopodobnie wtyczka Piłsudskiego. A i on sam doskonale zdawał sobie z tego sprawę.

Mieczysław Rakowski, w wywiadzie udzielonym Orianie Fallaci w marcu 1982 roku, powiedział:

Członkowie “Solidarności” są zbyt niecierpliwi, przedwcześnie stracili głowę. Kardynał Wyszyński to rozumiał. “Rodacy, nie wszystko od razu!”, powtarzał. Nie zapominajmy, że niecierpliwość i brak realizmu to cechy typowo polskie. Nie pierwszy raz w dziejach Polski ruch, który miał się stać siłą napędową narodu, niemal natychmiast niszczy podstawy istnienia państwa.

No proszę! Niecierpliwość i brak realizmu to cechy typowo polskie. Teraz już chyba nikt nie powinien mieć wątpliwości dlaczego o powstaniu wielkopolskim tak mało się mówi. Nie pasuje do ogólnie rozpowszechnianego stereotypu. Bo gdyby o nim mówiono, to należałoby zadać sobie następne pytanie: dlaczego w Wielkopolsce było inaczej? A “Solidarność” była tak samo żydowskim wymysłem, jak powstanie warszawskie, styczniowe, listopadowe i kościuszkowskie. Ośmieszają nas Żydzi przed całym światem i wmawiają nam, że jesteśmy tacy niecierpliwi i oderwani od rzeczywistości.

Więcej znaczyło w historii Polski powstanie wielkopolskie, niż wszystkie inne razem wzięte. Prawdę mówiąc dzieje tego powstania, przedstawione jak wyżej, to instruktaż, jak należy walczyć o swoje. I właśnie dlatego jest najważniejsze, bo z niego możemy się czegoś nauczyć. Z innych – nic.

Rzeź galicyjska

W XIX wieku stosunki pomiędzy szlachtą a poddanymi ulegały narastającemu napięciu (co szczególnie uwidoczniło się w Galicji) z powodu bezwzględnego egzekwowania powinności feudalnych, przede wszystkim pańszczyzny. Pomimo że obowiązujące prawo nie zezwalało już szlachcie na bicie chłopa, a jedynie na jego uwięzienie, szlachta nie zwracała na to uwagi i często chłosta kończyła się nawet śmiercią poddanego, a skutki kary zależały jedynie od siły i sadyzmu bijącego (np. ekonoma). Podobnego traktowania ze strony szlachty doznał także Jakub Szela. Po uwięzieniu w kajdanach w końcu grudnia został zaprowadzony na nabożeństwo do kościoła. Stanie na mrozie przed świątynią zakończyło się groźnymi odmrożeniami. Chłopi zmuszani byli do odrabiania pańszczyzny na gruntach dominikalnych, sięgającej 3 dni w tygodniu. Ponadto podlegali pod jurysdykcję pańską w większości spraw, a jedynie w najcięższych mogli odwoływać się do sądów państwowych.

W świecie wyobrażeń galicyjskiego chłopstwa szczególne miejsce zajmował cesarz, jednoznacznie identyfikowany jako opiekun i rzecznik praw ludu. Pamięć o cesarzowej Marii Teresie i jej synu Józefie II była żywa na długo po ich panowaniu.

Austriacy, chcąc doprowadzić do rozdźwięku w polskim społeczeństwie i tym samym zapobiec wybuchowi ewentualnego powstania, wykorzystali niezadowolenie chłopów i – rozpuszczając plotkę o tym, że szlachta planuje przeciwko chłopom akcję zbrojną, której celem ma być ich wybicie – pchnęli ich do mordów i plądrowania szlacheckich dworów. Za głównego inspiratora uważany jest starosta tarnowski Joseph Breinl von Wallerstern.

Gdy powstanie krakowskie zostało stłumione i chłopi przestali być potrzebni Austriakom, wojsko przywróciło spokój. Jakub Szela został internowany, a następnie przesiedlony na Bukowinę. Bardzo szybko w Galicji zapanował spokój, jednak długo jeszcze pamiętano o rzezi galicyjskiej, która swoim zasięgiem objęła przede wszystkim Tarnowskie, Sanockie, Nowosądeckie i część Jasielskiego.

To tyle Wikipedia. Pisze ona o prowokacji ze strony Austriaków, ale nic o żydowskiej agitacji przeciwko szlachcie, która zaczęła się parę lat wcześniej. Jej motywem przewodnim było to, że rząd zniósł pańszczyznę i wydał nawet w tej sprawie dekret, tylko szlachta go ukrywała. Wydaje się jednak, że problem był bardziej skomplikowany, a działania Austriaków i Żydów były tą iskrą na beczce prochu.

Nie jest tak łatwo zmobilizować większą grupę ludzi do zgodnego i zdecydowanego działania. Musi być jakiś silny bodziec, motywacja oraz przyzwolenie władz, co miało miejsce w przypadku tej rzezi. Gdyby nie było zgody Austriaków, nie doszłoby do niej. Postępowanie chłopów było wyjątkowo okrutne. Właścicielom dworów obcinano głowy, za które Austriacy wypłacali pieniądze. A w „Weselu” Wyspiańskiego: Myśmy wszystko zapomnieli… Mego dziadka piłą rżnęli. To okrucieństwo chłopów porównuje się do okrucieństwa rzezi wołyńskiej. Było ono w wielu wypadkach podobne. Jednak jest podstawowa różnica. W trakcie rzezi wołyńskiej ginęli niewinni ludzie – chłopi. W przypadku rzezi galicyjskiej chłopi mordowali swoich oprawców.

To nie jest tak, że takie zdarzenie da się prosto wytłumaczyć. Ja zawsze uważam, że jeżeli chce się zrozumieć istotę problemu, to trzeba zacząć od początku i przeanalizować relacje chłopsko-pańskie w szerszym przedziale czasu. Jest taka doskonała praca Marii Dąbrowskiej Rozdroże. Jest to studium na temat zagadnień wiejskich. Zostało ono opublikowane w 1937 roku i spotkało się z gwałtowną reakcją środowisk ziemiańskich. Dąbrowska była atakowana, często w bardzo niewybredny sposób, co w sumie nie dziwi. Dziwi natomiast co innego. W PRL-u studium to wydano po raz pierwszy w 1987 roku. W posłowiu Franciszek Jakubczak pisze tak:

„Od napisania przez Marię Dąbrowską i opublikowania w 1937 roku Rozdroża, noszącego naukowy tytuł Studium na temat zagadnień wiejskich, upłynęło już nieomal pół wieku. Nieprzeciętna musi być wartość studium Dąbrowskiej, jeśli w ciągu czterdziestolecia Polski Ludowej wznowienia tej głośnej i bliskiej ruchowi ludowemu książki domagano się przy każdej okazji gruntowniejszego podejmowania spraw tradycji ruchu ludowego, historii chłopów i kultury wsi polskiej.”

Ciekawe, że w Polsce Ludowej najważniejsza praca na temat tego ludu nie mogła być wydana. Wiele bardzo wartościowych książek wydawano w latach 80-tych, przeważnie w drugiej połowie, gdy PRL chylił się ku upadkowi.

Wybrałem te fragmenty, które najlepiej tłumaczą, tak mi się przynajmniej wydaje, dlaczego doszło do tej rzezi. Trzeba było wrócić do czasów piastowskich, w których chłopom powodziło się znacznie lepiej. Ich sytuacja pogarsza się od XV wieku i później jest już tylko gorzej. Dąbrowska pisze tak:

»Historyczne usprawiedliwienie pańszczyzny i zależności włościan wywodzi się zawsze od tego pierwotnego podziału pracy: szlachcic-rycerz bronił ojczyzny, więc i chłopa – chłop w zamian winien go był utrzymywać. Lecz najstarsze dokumenty średniowiecza mówią, że kmiecie z dawien dawna byli obowiązani do obrony kraju. Nigdy, zdaje się, że nie ulegało wątpliwości, że byli obowiązani bronić go w razie najazdu, co się w pierwszych wiekach istnienia Polski nierzadko przecie zdarzało. Stanisław Smolka jednak ujawnia w swoim dziele Mieszko Stary i jego wiek znacznie donioślejszy i bardziej wszechstronny udział kmieci w obronie kraju. Powiada on, że nie tylko w razie najazdu nieprzyjaciela cała ludność chłopska stawała pod broń, ale że i na większych wyprawach „nie pogardzano tłumami gorzej uzbrojonych tarczowników z chłopstwa”. Nadto, „gdy przyszło do wielkiej wojny”, tworzono z chłopów nawet pułki konnic, i takie oddziały miał mieć z sobą Bolesław Krzywousty na wyprawie węgierskiej.

Kazimierz Odnowiciel był ocalony w boju przez chłopa, którego uczynił władyką, i w ogóle „nieustanny przybytek z klasy chudopacholskich dziedziców (nazwa „dziedzice” pierwotnie dotyczyła kmieci) odświeżał w rycerstwie siłę rodzimego pierwiastka”. Natomiast według tego samego źródła „góra wojskowa liczyła wielu obcych rycerzy”.

Korzon w swych Dziejach wojen i wojskowości w Polsce również mówi o udziale chłopów średniowiecznych w służbie wojennej. Obszernie zaś podaje organizację pospolitego ruszenia za Kazimierza Wielkiego, który „zobowiązał prawem, statutem i gospodarczymi zarządzeniami całą ludność rolną do służby wojskowej”. Zatem pierwsze oficjalne pospolite ruszenie było nie wyłącznie szlacheckie, lecz ogólnie narodowe, czyli w ogromnej zapewne części chłopskie.

Dopiero wiek XV, więc czas, gdy gruntowała się pomału gospodarka folwarczna i pańszczyźniana, wyłączająca chłopów spod prawa państwowego, nadała pospolitemu ruszeniu charakter wybitnie szlachecki. Stopniowo zanikała wówczas idea powszechnej służby wojennej chłopów, a statuty przewidują już tylko udział kmieci w obronie miejscowej w razie najazdu.

Szlacheckie pospolite ruszenie okazało się wprędce i dość zawodne i niewystarczające jako środek obrony, a zwłaszcza jako środek umocnienia potęgi państwa. O przywróceniu jednak na większą skalę służby wojskowej chłopów i mowy być nie mogło, stanowili oni bowiem już wtedy prywatną własność i źródło największego dochodu szlachty, która dla żadnych celów nie dała ich brać ze wsi. Toteż już pierwsi Jagiellonowie posługiwali się wojskiem zaciężnym, rzecz prosta, cudzoziemskim.

Jagiellonowie starali się zresztą przez cały czas utrzymywać resztki tradycji pospolitego ruszenia chłopskiego przynajmniej na Litwie, gdzie ich władza była bardziej realna. Niezależnie od tego, w całej Rzeczypospolitej zaczęli niebawem z chłopów tworzyć znaną i zasłużoną w bojach piechotę łanową czyli wybraniecką, wyciąganą oczywiście tylko z królewszczyzn i to nie bez oporu starostów. Ta właśnie chłopska piechota stanowiła pierwszy zawiązek armii stałej, opartej na poborze. Historia nie przekazała nam wiadomości, by ta chłopska piechota uciekła z pola bitwy, lub zawiązywała rokosze, co się szlachcie nierzadko zdarzało. Powszechnie znany też jest fakt, że w ostatnich wiekach Rzeczypospolitej chłopi, zwłaszcza tam, gdzie zachowały się przypadkowo resztki swobody, występowali samorzutnie, i często z lepszym niż szlachta rezultatem, w obronie kraju. Dość przypomnieć rolę Kurpiów i górali w partyzantce przeciw Szwedom, którym szlacheckie pospolite ruszenie Polskę wydało na łup, a których najazdowi chłopi pierwsi stawili czoło. Mimo to sejm szlachecki oprał się spełnieniu ślubów Jana Kazimierza. Daninę krwi uznał za jeszcze jedną daninę, należną panom obok pieniędzy, płodów rolnych i pracy. Toteż jeśli chłopscy bohaterowie wojenni Polski szlacheckiej – wywlekani dziś czasem z niepamięci głównie dla zagrzania chłopów do coraz większych obowiązków – są tak zapomniani i zdają się być nieliczni, to są oni za to bohaterami najbardziej niepodejrzanymi, gdyż – mimo woli może – lecz najzupełniej bezinteresowni. Za swoją krew i życie nie mogli się – przynajmniej jako zbiorowość – niczego spodziewać i, choć to straszno powiedzieć, nic nie uzyskali, prócz wzmagającego się ucisku.

Służba wojenna szlachty była niby to bezpłatna. W rzeczywistości kosztowała bardzo drogo. To właśnie, między innymi, skłaniało królów naszych do przechodzenia na wojska zaciężne.

Rzecz dziś już zbadana i wiadoma, że o każde uchwalenie koniecznej wojny ziemiaństwo targowało się do upadłego, nie chcąc nic dać, nie to żeby za darmo, lecz nawet za cenę przyzwoicie umiarkowaną. To zaś, co uzyskiwało, nazywam za Słowackim ceną „krwi nie wylanej”, boć korzystano z owych zysków bez względu na rany i zasługi, korzystali z nich i ci, co wcale nawet sami na wojnę nie poszli.

Mniejsza jednak o cenę, płaconą bezpośrednio w dobrach ziemskich i starostwach lub udziałem w takich czy innych dochodach. Bardziej doniosłą w swych zgubnych skutkach ogólnopaństwowych była cena, płacona przywilejami. W łagodnym gloryfikującym ujęciu nazywało się to zdobywaniem przywilejów, mających być podstawą demokratycznego ustroju, rękojmią, zabezpieczającą przed samowładztwem. W gruncie rzeczy szlachta uzyskiwała w takich okolicznościach prawo do nieograniczonego ucisku chłopów. Wydzierała państwu i królowi nie tyle władzę nad sobą, ile władzę nad chłopem, a więc nad „istotnym narodem”, którą też w końcu sobie bez zastrzeżeń przywłaszczyła. Ignacy Baranowski, badacz bezstronny i szlachtę raczej usprawiedliwiający stwierdza w swej książce Wieś i folwark, że kiedy Zygmunt Stary odwołał się do szlachty o podatek na wojnę pruską (nawet więc krwi nie żądał), ona „według zwyczaju wyzyskała położenie i w zamian za pobór” wyjednała trzy uchwały statutu toruńskiego (1520), dotyczące pańszczyzny. Konstytucja tego statutu o robociznach „była pierwszym ustawowym określeniem stosunku pańszczyźnianego w prawodawstwie polskim”. Oznaczając wymiar pańszczyzny na jeden dzień w tygodniu zdawała się być, formalnie przynajmniej, hamulcem powściągającym jej dowolne zwiększenie. Ale to tylko pozór. Choć trudno temu dać wiarę, niemniej statut toruński zawierał punkt mówiący, że „ustawa ta nie ma być wprowadzana tam, gdzie chłopi odrabiają więcej niż jeden dzień swym panom”. A ponieważ owymi czasy w dobrach szlacheckich włościanie odrabiali już wszędzie więcej niż jeden dzień w tygodniu, chodziło więc tylko o wprowadzenie bodaj minimum pańszczyzny w dobrach królewskich, gdzie jeszcze chłopi nie wszędzie ją odrabiali i dokąd uciekali, szukając lepszej doli, z majątków prywatnych. Z tym uciekaniem szlachta zaczynała już wtedy walczyć i dla uchronienia się przed nim potrzebowała „powszechnej ustawy o pańszczyźnie”, aby nie było w Polsce kąta ni miejsca, dokąd by chłop miał po co uciekać. W tym celu zaczynała też tworzyć „wskroś nowoczesną organizację ziemian-kapitalistów” – stwierdza to nie żaden „klasowy przewrotowiec”, ale tenże Ignacy Baranowski.

A od XVI aż prawie do końca XVIII wieku wewnętrzne dzieje Polski są w znacznym stopniu historią wzrastania pańszczyzny i niewoli chłopów. Zacząwszy w wieku XV, a rozszerzywszy w XVI gospodarkę folwarczną, szlachta uznała z całym naiwnym cynizmem pracę chłopów „za największą intratę w Polsce” tę intratę wyciągnęła bez najmniejszych skrupułów, z całkowitą pogodą ducha i w pełni zadowolenia z siebie.

Stawszy się pomału wielkim przedsiębiorcą i kupcem zbożowym, ziemiaństwo swoją szlachecką daninę krwi dawało coraz niechętniej, bo tyle uzyskawszy wolało się oddawać spokojnemu dosytowi.

Chłopi zostali w ciągu tego czasu absolutnie wyjęci spod prawa publicznego i poddani bez zastrzeżeń patrymonialnemu sądowi szlachty. Spór chłopa z panem rozsądzał wyłącznie tenże jego własny pan, więc strona zainteresowana i w stosunku do chłopa wszechwładna. Za szkodę wyrządzoną chłopu sąsiada szlachcic płacił karę właścicielowi podsądnego, tak jak za szkodę wyrządzoną na cudzym inwentarzu. A działo się to w kraju, chlubiącym się swymi trybunałami obywatelskimi i swoim „Nikogo bez sądu nie uwięzimy”… Dobra i majątki szlacheckie czy wielkopańskie stały się państewkami absolutnymi, w których pan rządził bezapelacyjnie narodzinami, życiem, śmiercią, każdym dniem i każdą nocą gromady niewolników, nie w takim jak starożytne, lecz w niemniej ciężkim znaczeniu.

Swej nieograniczonej władzy nad chłopem szlachta używała przez cztery blisko wieki wyłącznie w dwu kierunkach: zwiększenia pańszczyzny i przytwierdzenia chłopów do ziemi.. Od XVI do XVIII stulecia szlachta, coraz bardziej obojętna na sprawy publiczne, uchwaliła jedną za drugą około 60 konstytucji o zbiegłych kmieciach, ku temu głównie służył w tym czasie jej tyle sławiony parlamentaryzm. Według Baranowskiego nadmierna ilość i ciągłe ponawianie tych ustaw świadczy o ich bezskuteczności. Bardzo możliwe, ale świadczy i o tym, jak potwornie źle było chłopom, skoro nie spodziewając się nigdzie obrony ani prawa, zbiegali jednak, prawdziwie w czarną noc ponad światem. Świętochowski w swojej Historii chłopów polskich przytacza treść aż 38 postanowień o zbiegłych chłopach, jakie zapadły w ciągu jednego XVII wieku. I trudno mu się dziwić, kiedy dodaje: „Nie potrzeba wymowniejszego dowodu, jak dalece szlachta nie mogła dostrzec w chłopach pierwiastków ludzkich, zasługujących na coś więcej ze strony ustawodawstwa, niźli listy gończe”.

Twórcy Konstytucji 3 maja, choć tak zdeterminowani, że rzecz swoją postanowili przeprowadzić na drodze zamachu stanu, tym nawet rewolucyjnym sposobem nie poważyli się forsować czegoś, co musiałoby wywołać żywiołowy sprzeciw szlachty, grożący wojną domową. Dla spraw skarbu i wojska, czy wzmocnienia władzy wykonawczej można było liczyć, że się wzbudzi bodaj na krótko zapał w odpowiednio zażytym, nóż najazdu mającym na gardle, a bądź co bądź na swój sposób łatwym do do patriotycznego roztkliwienia pospólstwie szlacheckim. Dla sprawy chłopskiej – nigdy. Wchodziła tu w grę rzecz zbyt silna – materialny interes „klasowy”, którego wymyślenie przypisuje się dopiero socjalistom.

To liczenie się państwa z egoizmem szlachty, jak każdy zdrożny kompromis, i tak nie pomogło. Wojna domowa, której chciano uniknąć przez połowiczność reform, nie dała na siebie czekać. Targowica, występująca – paradoks częsty w takich wypadkach – pod hasłem obrony wolności i demokracji, nieugruntowane dzieło 3 maja przy hańbiącej obcej pomocy obaliła. Zaś w sprawie chłopskiej nakazywała dziedzicom wszelkie obudzone przez sejm czteroletni nadzieje włościan niweczyć i buntujących się przeciw jakimkolwiek „dawniejszym powinnościom” przykładnie karać. I choć tego właśnie grzechu nikt jej ani pamięta, ani wypomina, w nim – osobliwie trwałe, do dziś pokutujące – okazało się jej „za grobem zwycięstwo”.

W latach 1772-75 nie protestowano przeciw rozbiorom ojczyzny, ale Świętochowski (Historia chłopów polskich) podaje tekst memoriału, złożonego wtedy gubernatorowi lwowskiemu przez szlachtę zaboru austriackiego, protestującą „przeciw opodatkowaniu szlachty, która krwią przelaną za ojczyznę, okupiła sobie uwolnienie od tego ciężaru, a chłopami opiekowała się życzliwie”. Według tego samego źródła szlachta w adresie hołdowniczym do Marii Teresy proponowała zachowanie pańszczyzny. Kiedy nastał Józef II, szlachta, przerażona jego programem reform rolnych, wysilała cały swój dowcip i całą troskę publiczną na przesyłanie rządowi memoriałów, dowodzących, „że reforma rolna w Galicji prawnie przeprowadzić się nie da, a przeprowadzona gwałtem wywoła powszechną ruinę gospodarczą”. Zaznaczmy przy tym, chociaż to ciężko boli, że włościańskie patenty Józefa II zaczęły wychodzić przed Sejmem Czteroletnim i że szły dalej niż Konstytucja 3 maja. Więc szlachta okrojonej Rzplitej miała już ostrzeżenie i przykład, co można było i co należało zrobić. Ponurej tej przestrogi nikt nie wziął pod uwagę. Szlachta zaboru austriackiego zamiast słać do Warszawy najgorętsze wezwania, by sejm i rząd w uobywatelnieniu ludu nie dały się ubiec najeźdźcy, bawiła rząd wiedeński narzekaniem na swoje ciężkie położenie, przekonywaniem, że ochrony i pomocy potrzebuje nade wszystko ziemiaństwo i duchowieństwo, a nie chłopi.

Zaślepienie szlachty zwyciężyło. Rząd austriacki zaczął ustępować. Zresztą po śmierci Józefa II kurs reform się skończył, przyszła znana i nikczemna polityka zdeprawowanej biurokracji. Zemsta dziejów rzuciła swoje memento w koszmarnej postaci rzezi galicyjskiej. Po tym dantejskim doświadczeniu nastąpiło krótkie, lecz świetne ocknienie, po raz pierwszy jak gdyby masowe. Kiedy w roku 1848 wybuchają próby powstania, to i Komitet Narodowy w Krakowie i Rada Narodowa we Lwowie wysyłają do władz memoriały, żądające zniesienia pańszczyzny i nie żadnego oczynszowania, lecz uwłaszczenia chłopów. Te memoriały są opatrzone tysiącami podpisów, są to aż do r. 1863 – obok postanowień sejmików litewsko-białoruskich z r. 1817 – jedyne ekspiacyjne akty publiczne szlachty polskiej w sprawie chłopów.

Ogień Wiosny Ludów jak silnie w sercach ziemiaństwa wybuchnął, tak samo prędko i zgasł, pogrążając dziedziców zaboru austriackiego w tym głębszą ciemność wstecznej myśli i niestety, wybitnie „klasowego” stosunku do spraw obywatelskich, społecznych i gospodarczych. W samym zresztą przedstawionym tu okresie przebudzenia moralnego nie brakło bynajmniej objawów świadczących, że wstrząs wydobył na jaw tylko drobną, zdrową na duchu garstkę, która chwilowo zasłoniła zdezorientowaną, lecz nie odmienioną do gruntu całość żywiołu szlachetczyzny. Do jakiego stopnia nawet najinteligentniejsi spośród ziemian owego czasu tkwili, jeśli nie w żądzy ucisku, to w mrzonce nawrotu do patriarchalno-pańszczyźnianej sielanki, to można poznać choćby z memoriału Aleksandra Fredry, złożonego nadzwyczajnemu komisarzowi Galicji Stadionowi tuż po rzezi galicyjskiej. „Władza patriarchalna – pisze sławny komediopisarz – dziedzicom przynależy, nikt jej skutecznie nie zastąpi… Zadaniem niższych urzędników być powinno jak najprostszą mową przekonać lud, że pańszczyzna jest nie tylko własnością pana, ale jest zarazem konsekwencją ustanowionego porządku mocą prawa i wolą monarchy, że nie wypełniający w tym względzie swoich obowiązków narusza prawa własności, a nade wszystko wykracza przeciwko rzeczonej najwyższej woli…” Oto jak przedstawiciel elity szlacheckiej rozumiał opiekę prawa państwowego nad chłopem w pięćdziesiąt kilka lat po Konstytucji 3 maja i w przededniu zniesienia pańszczyzny przez rząd austriacki. Jeżeli powoływaliśmy się na wolę obcych monarchów, o ile ona zachowywała pańszczyznę, a narzekaliśmy na obce rządy, gdy uwłaszczały chłopów, to jakie mieliśmy potem prawo mówić o sztucznym wykopaniu przepaści między chatą a dworem? Wprawdzie chciałoby się Fredrę uważać za wyjątek, trudno jednak nie zgodzić się ze Świętochowskim, że skoro tak myślał człowiek utalentowany i obyty ze światem nowych idei (napoleończyk), to inni „zwykli panowie” musieli myśleć znacznie gorzej. To pewne, że pięknej tradycji 48 roku nie zachowali oni nawet w dobrej pamięci.

Co do zaboru pruskiego, to znanym jest fakt, że tamtejszy zaborca, znacznie od innych sprytniejszy i może znacznie pewniejszy trwałości swego panowania, prowadził na swej grabieży politykę nie tak demagogiczną i nie tak bezwzględnie rabunkową. Nie zależało mu tak na podsycaniu przeciwieństw społecznych, gdyż dla niszczenia polskości przewidywał inne, na dalszą metę zakrojone sposoby. Toteż reformę uwłaszczeniową (najwcześniejszą) przeprowadził z silniejszym uwzględnieniem czynników gospodarczych, widząc w tym większe dla siebie korzyści. Odpowiedzią, którą na razie otrzymał, było wydatne wzięcie przez włościan udziału w powstaniu 1848, obok insurekcji kościuszkowskiej jedynym powstaniu częściowo chłopskim. W ostatecznym rezultacie stosunki ułożyły się tam zdrowiej, a staroszlachecka nienawiść do reform rolnych odżyła dopiero… w Polsce niepodległej.

Księstwo Warszawskie i Królestwo Kongresowe były tą ostatnią resztka czasu, kiedy mogliśmy względnie samodzielnie o sprawie chłopskiej decydować, przynajmniej na kawałku ojczyzny. Tymczasem to, co uczyniono za Księstwa, było raczej cofnięciem się wstecz. Zwolnienie chłopów z poddaństwa i nadanie im swobody ruchów przez konstytucję napoleońską zrozumiano jako uświęcenie praktykowanego z dawna prawa do wywłaszczenia chłopów. Jak wiadomo, prawo do gruntów, na których włościanie siedzieli, chociaż nie było formalne, ustaliło się o tyle, że pozwalało mówić, zwłaszcza w niektórych okolicach, o jakimś mniej więcej trwałym i dziedzicznym władaniu. Obecnie ta tradycja została ostatecznie zniweczona. Wł. Grabski w studiach nad tą epoką twierdzi, że „wolnościowa konstytucja Księstwa Warszawskiego przyznała panom to, co stanowiło cel ich wiekowych usiłowań – pełną własność wszystkich gruntów wiejskich”. Gospodarczo-spolecznego procesu, który się odbył na tle zastosowania artykułu: „Niewola się znosi”, nie można przypisywać Napoleonowi. Nie mógł on ani znać naszych stosunków, ani wglądać w ich dalsze kształtowanie się. Księstwo Warszawskie miało bądź co bądź możliwość prowadzenia własnej polityki wewnętrznej, mogło też dopełnić lakoniczny artykuł ustawy przepisami, zabezpieczającymi byt włościan. W rzeczywistości stało się na odwrót. Konstytucję wykorzystano tylko jedynie na dobro folwarków. Że chłopi, obdarzeni tak długo im odmawianą swobodą ruchu, rzucili się masowo do szukania innego losu, to zrozumiałe. Ale że szlachta wyzyskała nowe prawo jedynie dla rugowania włościan i powiększania ich rolą swoich majątków, tego trudno zapisać na jej dobro.

Rugom tym towarzyszyła publicystyka, której głosy cytować byłoby już zbytecznym znęcaniem się nad i tak czyśćcowymi duchami smutnej przeszłości. Dość powiedzieć, że kręciła się ona dokoła uzasadnienia świętego prawa panów do ziemi chłopskiej i nie odbiegała ani o jeden ton od tego, co pisano w końcu wieku XVIII. Znów zarzekano się, że „nigdy”, że „na zawsze”, a wyrazem najpopularniejszych zapewne poglądów była choćby uchwała rady powiatowej w Płocku, głosząca między innymi: „Własności naszej gruntowej dla nikogo i dla żadnych względów nie tylko nie ustępujemy, lecz owszem, przeciw naruszaniu onej protestujemy się”. Pamiętać zaś trzeba, że własność, której „dla żadnych względów” i nigdy postanowiono nie ustąpić, to były – w owym czasie – nie folwarki, lecz grunty od prawieku zasiedlone chłopami.

Zwróćmy się jeszcze ku temu, co działo się w ostatnim pięćdziesięcioleciu niewoli w Galicji. Tam również sprawa narodowościowa zabarwiała swoiście stosunki, ale działo się to niejako na marginesie całokształtu polskiego życia dzielnicy, która jedyna posiadała przez czterdzieści lat autonomię. Ten właśnie fakt pozwala wyraźniej niż w innych zaborach obserwować smutne i charakterystyczne dla stosunku ziemiaństwa do sprawy chłopskiej zjawiska. W Galicji bowiem rozegrała się w całej pełni i jawności walka na nowej pozycji, na którą wycofała się szlachta. Nie mogąc się już bronić ani przed zamianą pańszczyzny na czynsze, ani przed uwłaszczeniem – broniono się zaciekle przed… oświatą ludową.

Żabko-Potopowicz, stwierdzając, że w Galicji „odpowiedzialność za bieg spraw krajowych ponosiło ziemiaństwo”, mówi o jego wielkich zasługach na polu oświaty. W samej rzeczy budżet oświatowy, zwłaszcza w ostatnich czasach przed wojną był wysoki, zrobiono też wiele w dziedzinie zakładania szkół wyższych. Jeśli jednak idzie o szkolnictwo ludowe, to i dzieje galicyjskiej Rady Szkolnej i diariusze sejmu lwowskiego mówią nam zgoła co innego.

Sejm galicyjski był, jak wiadomo, w ciągu całego swego istnienia opanowany przez żywioły konserwatywne, w znacznej części szlacheckie, z przedstawicielami najpierwszych rodów miejscowych na czele. Cytaty mów, jakie ci ludzie wygłaszali w latach sześćdziesiątych i później w sprawie szkolnictwa wiejskiego i oświaty ludowej, świadczą o zupełnie swoistym i wypaczonym pojmowaniu obowiązków obywatelskich. Świętochowski, przytaczając te mowy, stwierdza nadto, że „uchwalono śmiesznie małe sumy na szkolnictwo elementarne, karcono przekroczenia budżetu szkolnego, zniżano kwalifikacje nauczycieli… czyniono wszystko, co mogło utrzymać lud w ciemnocie”. Wśród zwolenników najniższego minimum nauki dla chłopów i jak najmniejszych wydatków na szkoły wiejskie figurują takie nazwiska, jak: hr. W. Dzieduszyckiego, hr. Reya, hr. Wodzickiego, hr. Stadnickiego, D. Abrahamowicza, nawet prof. J. Szujskiego. Kiedy posłowie chłopscy oświadczyli się za dodatkowym podatkiem na szkoły, szlachta zastrzegła się, że ona tego podatku płacić nie będzie, „gdyż ze szkoły ludowej nie użytkuje”. Dano tym wyraz opłakanej prawdzie, że tylko chłop jest zawsze stworzony do płacenia na rzeczy, z których nie użytkuje.

Jeszcze w r. 1880 hr. Rey domagał się „ażeby plany i podręczniki szkolne były odmienne dla miast i wsi”, podobnie i seminaria nauczycielskie. Odmienność pojmowano przy tym nie w sensie uwzględnienia dajmy na to zawodowej oświaty rolniczej na wsi, lecz w sensie ograniczenia programu nauki wiejskiej w porównaniu z miejską (Sprawa ta jest zresztą do dziś widać w Polsce aktualna). Czas nauki starano się skrócić, rozciągając święta i wakacje do ostatecznych granic. Żądano jak najniższego kształcenia nauczycieli wiejskich i zatwierdzania na te stanowiska „żywiołów naiwnych”, bo „jeżeliby miała wejść do szkolnictwa wiejskiego inteligencja, to biada porządkowi społecznemu”. Programy ograniczano do nauki religii, czytania, pisania i rachunków. Poseł Grocholski żądał w ogóle „uwolnienia sejmu od obowiązku utrzymania szkół powszechnych i oddania ich staraniom prywatnym”. Niesłychane te w końcu XIX wieku projekty udaremnił częściowo… rząd austriacki, ku tym większemu wstydowi nie szlachty – bo ta może i dziś by jeszcze swego ówczesnego stanowiska broniła – lecz wszystkich dobrych obywateli za swoją szlachtę. Ziemiaństwo trwało na swym niechlubnym posterunku tak walecznie, że jeszcze w r. 1887 poseł hr. Stadnicki mówił: „Wolimy zakładać skromne ochronki pod kierownictwem sióstr służebniczek, niż mieć u siebie szkoły ludowe pospolite, obawiając się trucizny, którą one w dzieciach wiejskich zaszczepiają… Chcemy, żeby lud był tak wychowywany, jak my to rozumiemy”.«

Rzeź galicyjska nie wzięła się znikąd. Gdyby relacje chłopsko-szlacheckie wyglądały inaczej, Austriacy i Żydzi nie byliby w stanie sprowokować chłopów. To, że doszło do tak drastycznych wydarzeń, oznaczało tylko to, że chłopi byli ludźmi, którzy czuli i cierpieli z racji swego poniżenia. Taka jest ludzka natura: niezgłębiona, tajemnicza, wybuchowa, a nade wszystko nieobliczalna. Szlachta miała wszelkie instrumenty ku temu, by poniżać chłopa: czasem biła go, czasem linczowała, czasem zabijała, ale najczęściej zmuszała go do niewolniczej pracy, wyzyskując wszelkie jego siły witalne. Chłop nie mógł odpowiedzieć tym samym. Nie mógł rozłożyć w czasie swojej zemsty w taki sposób, jak to czyniła szlachta. Gdy więc nadarzyła się okazja, emocje wzięły górę.

I RP była republiką bananową, opartą na eksporcie zboża, tak jak republiki bananowe były i są oparte na eksporcie bananów. Było to państwo o ustroju niewolniczym, w którym 90% społeczeństwa było niewolnikami. Jedna klasa społeczna zawłaszczyła sobie państwo i wykorzystywała je dla własnego zysku. Etos, słowo, którego nie lubię, bo kojarzy mi się z Geremkiem, który nadużywał go: jego „etos Solidarności”, ale które tu najbardziej pasuje, etos szlachecki I RP przetrwał zabory i odrodził się w II RP. Wszak Piłsudski, po zamachu majowym, faworyzował ziemiaństwo. Zdawać by się mogło, że za czasów PRL-u była to obca ideologia, ale skoro Rozdroże, aż do 1987 roku, nie mogło być wydane, to chyba nie taka obca. Nic dziwnego, przecież PRL-em rządzili żydowscy faktorzy. Ci sami, którzy wyręczali szlachtę z przykrych obowiązków zajmowania się finansami i gospodarką. Po 1989 roku etos szlachecki powraca: „ciemny lud to kupi”, „będą zap…..lać za miskę ryżu”.

W mojej ocenie, nie jesteśmy w stanie zrozumieć tego, czym jest obecna Polska, bez odwołania do historii, do I RP. Ta gangrena, która ją toczyła, odradzała się niczym hydra, w II i III RP, a i PRL nie mógł się jej oprzeć.

Powstanie krakowskie

Powstanie krakowskie raczej nie funkcjonuje w powszechnej świadomości. Bo też bardziej było, jakbyśmy to dziś powiedzieli, zadymą, niż powstaniem zbrojnym. Stoczono tylko jedną bitwę. Nie mniej jednak zasługuje na uwagę. Wszyscy wiemy o tych antypolskich powstaniach: insurekcji kościuszkowskiej, powstaniu listopadowym, styczniowym, warszawskim. Wiemy też o tych polskich, o których się nie mówi: wielkopolskim i powstaniach śląskich. Nie mówi się o nich, a raczej, mówi się o nich bardzo rzadko, co na jedno wychodzi, ale wiemy! A o powstaniu krakowskim z 1846 roku i równoczesną z nim rzezią galicyjską? Bardzo mało. W Krakowie powstał Rząd Narodowy. Czy z tego względu, że było to Wolne Miasto Kraków? Wolne było teoretycznie, ale ładnie brzmiało. Wikipedia pisze tak:

Powstanie krakowskie było próbą ogólnonarodowego powstania. Trwało ono od 21 lutego do 4 marca 1846 roku. Do nielicznych nieudanych wystąpień zbrojnych doszło także w innych miejscach we wszystkich trzech zaborach, ale głównie w Galicji. Wolne Miasto Kraków zwane też Rzeczpospolitą Krakowską powstało na kongresie wiedeńskim w 1815 roku. Istniało do upadku powstania w 1846 roku.

Po niepowodzeniach wcześniejszych zrywów narodowych zaczęto brać pod uwagę rolę chłopów w walkach powstańczych. Powstanie w Krakowie chciano oprzeć na sile chłopskich rąk. W zamian za pomoc utworzony tu Rząd Narodowy Rzeczypospolitej Polskiej obiecał uwłaszczenie chłopów, przydzielenie im ziemi i utworzenie warsztatów narodowych. Jednak zamiar przyciągnięcia chłopów do powstania nie powiódł się, gdyż głoszeniem i tłumaczeniem obietnic wśród najniższej warstwy społeczeństwa zajęła się jedynie niewielka garstka ludzi, wśród nich m.in. Edward Dembowski.

W styczniu 1846 r. ustalono skład Rządu Narodowego. Weszli do niego: Karol Libelt z Poznańskiego, Ludwik Gorzkowski z Krakowa i Jan Tyssowski z Galicji oraz dwaj przedstawiciele Centralizacji. W lutym hr. Henryk Poniński zadenuncjował pruskiej policji spiskowców i około 70 aresztowano wraz z przywódcami Karolem Libeltem i Ludwikiem Mierosławskim ujętym w Świniarach oraz skazanym na karę śmierci, której uniknął dzięki rewolucji berlińskiej.

18 lutego 1846 r., gdy niewielki oddział austriacki wkroczył do Krakowa, władze powstańcze postanowiły odwołać termin powstania, potem jednak – nie wiedząc o rozpoczętej już tego dnia rzezi galicyjskiej – postanowiły utrzymać go.

20 lutego 1846 r. – w Krośnie, w mieszkaniu kupca Marcelego Myczkowskiego, dowódca Franciszek Wolański (rysownik i skryptor Wincentego Pola), po otrzymaniu od Rządu Narodowego decyzji, ogłosił odezwę o wybuchu powstania w nocy z 21/22 lutego. W wyznaczonym czasie powstańcy rozpoczęli ostrzeliwanie oddziałów zaborczych. W Krakowie przerażony Ludwik Collin wyprowadził je z miasta. Tego dnia Rząd Narodowy ogłosił Manifest do narodu. 24 lutego 1846 władzę dyktatora objął Jan Tyssowski zwany Tyssowieckim, którego posunięciami kierował rewolucjonista Edward Dembowski.

22 lutego Kraków i okolice były już wolne. Do powstańczych oddziałów zgłosiło się 6 tys. ochotników, ale z uwagi na niedostatek broni, w samym Krakowie wyposażono jedynie ok. 2 tys. ludzi. Nie prowadzono też energicznych starań w celu pozyskania większej ilości broni, aby skutecznie przeciwstawić się Austriakom.

Jedyna bitwa w tym powstaniu odbyła się 26 lutego 1846 r. pod Gdowem. Maszerujący na Kraków austriacki pułkownik Ludvig von Benedek wraz z okolicznymi chłopami pokonał po krótkiej walce, wysłany przeciwko niemu, oddział powstańczy. Mimo tej porażki najbardziej radykalny działacz podziemia, Edward Dembowski, nie rezygnował. Chciał przemówić do chłopów i w tym celu 27 lutego 1846 r. wyruszył z krzyżem w ręku z procesją do Podgórza. Nie zdołał jednak zrealizować swych zamiarów. Drogę idącemu tłumowi zastąpiła austriacka armia gen. Ludwiga Collina, która oddała kilka salw do tłumu, w wyniku czego Dembowski zginął. Austriacy stanęli pod Krakowem 1 marca i zażądali od miasta kapitulacji w ciągu 48 godzin. 3 marca Tyssowski zdołał opuścić Kraków i na czele znacznego oddziału udał się na granicę z Prusami. Tymczasem wojska austriackie wkroczyły do Krakowa.

Nie udało się wywołać powstań w Wielkopolsce i Królestwie Polskim. Natomiast w Galicji sprowokowane przez władze austriackie chłopstwo uderzyło, na 3 dni przed rozpoczęciem powstania (pierwsze ataki na dwory miały miejsce 18 lutego, masowa napaść rozpoczęła się 19 lutego), na dwory szlacheckie oraz niektóre kościoły, dokonując krwawej rzezi, mordując w sposób okrutny między 1200 a 3000 ziemian, urzędników dworskich i rządowych oraz księży. Rzeź galicyjska pogrążyła ostatecznie nadzieje powstańców na poderwanie całego narodu do walki przeciwko zaborcom. Austriacy do Galicji skierowali 55 tys. wojska. Powstanie zakończyło się klęską, a uczestników czekało więzienie na Szpilbergu lub kara śmierci na cytadeli we Lwowie.

Do Wolnego Miasta Krakowa oprócz wojsk austriackich wkroczyły też korpusy rosyjski (3 marca) i pruski (7 marca). Wprowadzono rządy okupacyjne: rozwiązano Senat, tworząc w jego miejsce Tymczasową Radę Administracyjną Cywilno-Wojskową Wolnego Miasta; aresztowano ponad 1200 obywateli pod zarzutem uczestnictwa w powstaniu. Około 100 z wcześniej aresztowanych osadzono w więzieniach na dożywocie lub długoletnie więzienie. Zostali jednak szybko uwolnieni przez rewolucjonistów podczas Wiosny Ludów.

Powstanie krakowskie położyło kres istnieniu Wolnego Miasta Krakowa. 16 listopada 1846 miasto włączono do Austrii, zgodnie z tajnym porozumieniem państw zaborczych zawartym w Cieplicach jeszcze w 1835 roku. Wywołało to co prawda sprzeciw – w formie not dyplomatycznych – Francji i Wielkiej Brytanii, gdyż było to złamanie postanowień kongresu wiedeńskiego, ale mimo to nie zdecydowano się na poważniejsze działania. Austriacy zaś, anektując Kraków, przemianowali zajęte terytorium na Wielkie Księstwo Krakowskie. Nie miało to jednak żadnego praktycznego znaczenia.

To tyle Wikipedia. Na uwagę zasługuje fakt, że porozumienie państw zaborczych o włączeniu Wolnego Miasta Krakowa do Austrii zostało zawarte w 1835 roku, a więc na 11 lat przed wybuchem powstania. Wygląda więc na to, że powstanie dostarczyło idealnego argumentu do realizacji tego, co już znacznie wcześniej ustalono.

Równie ciekawą informację można znaleźć w Wikipedii na temat Tyssowskiego. – Z powodu rozruchów chłopskich, w porozumieniu z krakowską arystokracją, dążył do ograniczenia walk. Zagrożony interwencją rosyjsko-austriacką i powstaniem chłopskim odmówił kapitulacji w Krakowie przed austriackim wojskiem, dopiero po opuszczeniu miasta postanowił przeprowadzić z Prusakami rozmowy o warunkach kapitulacji. Ostatecznie wycofał się z liczącym 1500 żołnierzy oddziałem powstańczym do Prus i został internowany wraz z powstańcami w okolicach Bierunia Nowego na rok, po czym otrzymał zgodę na wyjazd do Stanów Zjednoczonych W USA współorganizował Towarzystwo Demokratyczne Polskie w Ameryce. Zmarł 5 kwietnia 1857 roku w Waszyngtonie.

No cóż, negocjował warunki kapitulacji z Prusakami. Taki był mocny. A później jeszcze zgodzili się oni na jego wyjazd do Ameryki, w której współorganizował Towarzystwo Demokratyczne Polskie. Podążał śladami Kościuszki i Pułaskiego. Oni byli masonami, to zapewne Tyssowski też nim był. Nie ma takiej opcji, by jakieś “polskie” powstanie wybuchło bez udziału Żydów i masonów i nie w ich interesie. W tym wypadku udało się im napuścić chłopów na ziemian, urzędników i kler.

Wikipedia podaje, że w Rządzie Narodowym byli dwaj przedstawiciele Centralizacji, ale nie wyjaśnia, co to takiego. W Wielkiej Encyklopedii Powszechnej PWN, Warszawa 1963 znajduje się hasło „Centralizacja Poznańska” i tak je wyjaśnia:

Potoczna nazwa kierownictwa polskiego spisku demokratycznego, 1844-46. Utworzony w 1839 w Poznaniu przez Centralizację Wersalską TPD komitet spiskowy, zw. Komitetem Poznańskim, przejął w końcu 1844 z jej rąk nadzór nad ruchem konspiracyjnym w 3 zaborach; na czele C.P. stał Karol Libelt; przeważały w niej elementy szlachecko-demokratyczne przeciwne rewolucji społecznej; ograniczając rolę chłopstwa i drobnomieszczaństwa w przyszłym powstaniu. C.P. przyznawała rolę hegemona szlachcie; antyrewolucyjnej taktyce C.P. przeciwstawiał się Związek Plebejuszy; w listopadzie 1845 nastąpiła reorganizacja, w wyniku której weszli do C.P.: A. Guttry, W. Kosiński i J. Esman oraz W. Dzwonkowski i F. Wiesiołowski jako przedstawiciele Królestwa Polskiego i Galicji; termin powstania wyznaczono na luty 1846; na kilka dni przed jego wybuchem 70 czołowych jego działaczy z Libeltem i Guttrym zostało aresztowanych, co spowodowało rozbicie Centralizacji Poznańskiej.

Związek Plebejuszy, to jak podaje ta encyklopedia, to tajna organizacja patriotyczno-rewolucyjna, założona w latach 1842-43 w Poznaniu przez W.M. Stefańskiego; skupiał drobnych rzemieślników, czeladników, komorników oraz młodzież; celem Z.P. była walka o niepodległość Polski i przemiany społeczne w duchu demokratycznym; w dziedzinie społecznej wysuwał żądania sprawiedliwego rozdziału dóbr, zapewnienia wszystkim prawa do pracy i zarobków, zniesienia własności obszarniczej i przejęcia jej przez gminy; środkiem realizacji tych postulatów miało być powstanie, będące zarazem rewolucją społeczną. Na ukształtowanie ideologii Z.P. wywarł wpływ E. Dembowski, który w 1843 roku rozpoczął działalność w Wielkopolsce, starając się przy pomocy Z.P. wpłynąć na radykalizację poglądów w Komitecie Poznańskim TDP. Związek sięgał swymi wpływami na Pomorze Gdańskie, Śląsk, utrzymywał kontakty z Galicją, Królestwem Polskim oraz z kolonią polską w Berlinie; aresztowanie w 1845 Stefańskiego przyczyniło się do osłabienia Związku; w 1845 Z.P. połączył się z konspiracją TDP w Poznańskiem; główni działacze: Stefański, J. Esman. M. Palacz, Franciszek Trojanowski.

A Wikipedia tyle pisze na temat Związku Plebejuszy: „Związek Plebejuszy został założony w 1842 roku przez księgarza Walentego Stefańskiego w Poznaniu. Organizacja skupiała rzemieślników, czeladników i młodzież. Związek Plebejuszy nawoływał do ludowego powstania, zniesienia własności prywatnej na czas powstania, sprawiedliwego podziału dóbr, zniesienia podziału stanowego oraz przyznania prawa do pracy.”

Z tych wszystkich informacji można wywnioskować, że „centrala dowodzenia” znajdowała się w Paryżu. Drugi wniosek jest taki, że tym rewolucjonistom wcale nie chodziło o prawdziwą rewolucję, o jaką zabiegał Związek Plebejuszy, tylko o coś innego i dlatego zneutralizowano go. O tym pisze Stanisław Didier w pracy Rola neofitów w dziejach Polski:

»Od r. 1841 intensywność akcji spiskowej w kraju stale wzrastała. Emisariusze z emigracji rozszerzyli sieć konspiracyjną na całą Polskę, agitując wśród szlachty, którą zyskiwano sobie hasłami walki orężnej z najeźdźcą. Przygotowane w ten sposób powstanie miało być skierowane przede wszystkim przeciwko caratowi moskiewskiemu. Dowodem tego jest manifest Rządu Tymczasowego w Królestwie Kongresowym, z datą 22 lutego 1846 r., który ogłaszał, że „walka rozpoczęta w Poznańskim, nie była skierowana przeciwko narodowi niemieckiemu, lecz przeciwko moskiewskiemu barbarzyńcy” (Limanowski, „Historia Demokracji Polskiej w epoce porozbiorowej”). Nie darmo bowiem na obchodzie listopadowym, urządzonym w 1848 r. w Paryżu przez Centralizację Tow. Dem. Pol., mówcy zaznaczali wyraźnie, że „Polsce przeznaczona jest misja zrewolucjonizowania Rosji” (Kucharzewski, „Od Białego Caratu do Czerwonego”), a Czyński w swej „Malowniczej Rosji” w „przeciwieństwie do szlacheckiej Polski kreślił jakąś idealną Rosję” (Limanowski, „Stanisław Worcell”).

Szczególnie smutnie zapisały się w dziejach Polski przygotowania do zbrojnego wystąpienia, czynione przez młodzież szlachecką w 1846 roku w Galicji. W tym czasie bowiem, gdy rabin Majzels i Maurycy Krzepicki wygłaszali w synagodze mowy, w których zachwycali się narodem polskim, współwyznawcy ich podburzali ciemny lud, szerząc wiadomości, że „szlachta zorganizowała spisek, mający dać hasło rzezi chłopów” (Limanowski, „Historia ruchu rewolucyjnego w Polsce w 1846 r.”). Dużo materiału o ustosunkowaniu się żydostwa do ówczesnego społeczeństwa polskiego podaje też memoriał Franciszka Trzeciaka, wręczony hr. Stadionowi, gdzie czytamy, że „hajdamacy z tarnowskiego i jasielskiego cyrkułu, powtarzając wśród rzezi baśń, iż cesarz zniósł dziesięcioro Boskich przykazań, powoływali się na różnych żydowskich agentów, stojących blisko urzędników” (Łoziński, „Szkice z historii Galicji w XIX wieku”).

Żydowscy prowokatorzy, wielce pomocni urzędnikom austriackim w przygotowaniu rzezi szlachty polskiej, wiedzieli dobrze co czynili. Mieli oni świadomość tego, że Galicja przepełniona była materiałem wybuchowym, którego eksplozja rabacyjna od Tarnowa zataczała coraz szersze kręgi. Krwawe wypadki ogarnąć mogły wschodnie okolice kraju, grunt bowiem był przygotowany. Nie darmo na parę lat przed nieszczęsnymi wypadkami 1846 r. zaczęły obiegać między chłopami pogłoski, szerzone przez karczmarzy żydowskich, o darowaniu pańszczyzny; od roku zaś ludność wiejska była nawet przekonana, że najwyższy dekret w tej sprawie już został wydany i dlatego tylko nie nastąpiło obwieszczenie, że dziedzice złośliwie ukrywają go. Pożar, ogarnąwszy Galicję, mógł się stąd przenieść w dalsze strony. W innych prowincjach Austrii, jak to w dwa lata później wykazały rozprawy parlamentu konstytucyjnego w Wiedniu, stosunki pańszczyźniane również nie były tak pomyślne, ażeby poddani nie wykazali chęci naśladowania chłopów galicyjskich.«

To tyle słowem wstępu. No! Trochę przydługi ten wstęp, ale chciałem, ewentualnym czytającym, uświadomić, jak różne mogą być opisy tego samego zdarzenia. A to nie koniec, bo w poprzednim blogu obiecałem, że wyjaśnię, jak to się stało, że prababka Oriany Fallaci, Anastasia, była pół-Polką i przy okazji, jak ona opisała powstanie krakowskie i rzeź galicyjską. To wszystko w jej sadze Kapelusz cały w czereśniach.

O Anastasii wiem dużo. Babcia Giacoma i dziadek Antonio często opowiadali o jej perypetiach i ekscesach, o przygodach i osobliwych przypadkach, z których zwierzała się im, zanim popełniła samobójstwo. Wiem na przykład, że nie mówiła po włosku, lecz po francusku, że paliła jak mężczyzna, tańczyła walca, że była inteligentną feministką ante litteram. Wiem, że nosiła nazwisko Ferrier i była owocem miłości waldejskiej dziewczyny z Turynu (właśnie dlatego mówiła po francusku, językiem, którym od siedemnastego wieku posługiwali się wszyscy waldensi z Piemontu) i młodego Polaka z Krakowa, że nigdy nie poznała jej ojca, zabitego przez Austriaków w powstaniu w 1846 roku, i słabo pamiętała matkę, zmarłą wkrótce potem z żalu. Wiem, że wyrastała w Turynie na via Lagrange, wychowana przez ciotkę, Tante Jacqueline, otoczona opieką również przez Giudittę Sidoli, przyjaciółkę Mazziniego. Wiem, że nie była nieśmiała w stosunkach z mężczyznami i że w wieku szesnastu lat połączył ją flirt z rówieśnikiem, Edmundem de Amicisem. W wieku lat siedemnastu miała przygodę z szefem policji, który aresztował ją w czasie antyrządowych rozruchów. Jako osiemnastolatka przeżyła namiętny romans i zaszła w ciążę ze sławnym arystokratycznym do szpiku kości mężczyzną, którego imienia w rodzinie nie wolno było nawet wspominać. „Cisza. On się nie liczy”. (Ale przecież się liczy. Czy mi się podoba, czy nie, jest moim pradziadkiem. I chociaż mam zamiar dochować strzeżonego tak długo sekretu, to nie mogę nie brać pod uwagę, że wśród moich chromosomów są także jego chromosomy). Wiem też, że porzuciwszy owoc tej namiętności, czyli babcię Giacomę, Anastasia uciekła do Nowego Jorku, do którego przybyła na dwa miesiące przed zamordowaniem Lincolna. Tam dołączyła do pionierów wyruszających na Dziki Zachód i wraz z nimi, strzelając do Indian, przemierzyła prerie Missouri, Kansas, Kolorado, zatrzymała się w Utah, gdzie mało brakowało, a zostałaby żoną mormona mającego już sześć żon. Z Utah udała się do Nevady i z równą beztroską związała się z hazardzistą i szulerem. Z Nevady dotarła do Kalifornii, gdzie przez długi czas kierowała saloonem (a może burdelem?) w San Francisco – jednym słowem, była kimś, kogo nazywa się Madame. Wiem na koniec, że wróciła z Ameryki w 1879 roku i wtedy wzięła do siebie córkę, z która mieszkała przez dziesięć lat, to znaczy do czasu ślubu babci Giacomy z dziadkiem Antoniem…

Moja pamięć błąka się jakby we mgle, kiedy powraca do dni, w których nazywałam się Marguerite Ferrier, miałam szesnaście lat, mieszkałam w Turynie i należałam do Ewangelickiego Kościoła Waldensów, Kościoła, który wcześniej od Lutra i Kalwina, wielkich reformatorów, podał w wątpliwość katolicyzm i odrzucił papieża, kardynałów, biskupów, księży, Matkę Boską, świętych i święte. A wraz z nimi mszę, eucharystię, czyściec, posty, spowiedź.(„Chrystus mieszka w niebie, nie w katedrach, i aby się do niego modlić, wystarczy Biblia. Matka Boska była kobietą jak wszystkie inne, święta hostia to tylko kawałek chleba, a czyściec jest kłamstwem. Mięso można jeść także w piątek, grzechy wyznaje się Panu Bogu i nikomu więcej…”). O tym kim byłam w roku Pańskim 1845, mogę tylko powiedzieć, że nie brakowało mi fizycznego wdzięku. Ani też lekkomyślności. Miałam ciało drobne jak ptaszek i na swój sposób ponętne. Delikatne rysy, wielkie rozmarzone oczy, proste włosy zaplecione w warkocz i urokliwie skromny strój. To znaczy tradycyjny ubiór waldensów. Na plecach biały fałdzisty płaszczyk: pèlerine vaudoise. Na czarnej, sięgającej stóp spódnicy biały fartuszek: tablier vaudoise. Na głowie sztywny czepek, także biały, i ozdobiony z tyłu długimi wstążkami: coiffe vaudoise. Na dłoniach rękawiczki: les mitaines vaudoises. A w moim biednym mózgu pustkę pustego orzecha. Mimo iż umiałam czytać i pisać, bo analfabetyzm wśród waldensów był rzadki, nigdy nie spojrzałam na powieść, czy inną książkę, która nie była biblią. Pamiętam jednak, że sto lat później, kiedy miałam dziesięć lat i waldejska krewna, zwana ciotką Febe, prowadziła mnie do swojej kaplicy we Florencji, ogarniała mnie przygnębiająca melancholia. (Ona, jako dziecko, chodziła też do kościoła, a tam nastrój był zgoła odmienny niż w surowej kaplicy waldensów: posągi, freski, świece, złoto. I stąd ta przygnębiająca melancholia. – przyp. mój).

Tu widać pewną niekonsekwencję u Fallaci, bo wyżej cytuje: „Chrystus mieszka w niebie, nie w katedrach, i aby się modlić, wystarczy Biblia.” A skoro tak, to po co kaplica? I pisze też: „ …mównica, z której pastor w todze pouczał wiernych tonem nauczyciela…”. Waldensi mają swój kościół w Mediolanie, mają też świątynię w Turynie, w której 22 czerwca 2015 roku papież Franciszek zwrócił się do wiernych tego wyznania w słowach: „W imieniu Kościoła katolickiego proszę was o przebaczenie za niechrześcijańskie czy nawet nieludzkie postawy i zachowania w dziejach, jakich dopuściliśmy się przeciwko wam. W imię Jezusa Chrystusa przebaczcie nam.”

Kim byli waldensi? Henryk Rolicki w książce Zmierzch Izraela pisze:

Ruch rewolucyjno-religijny na wielką skalę wybucha pod koniec XII w. w południowej Francji. Jest to sekta waldensów, czyli albigensów. Południowa Francja nie była jeszcze podówczas zespolona z królestwem francuskim, lecz stanowiła dzierżawy kilku drobnych władców, wśród których hrabiowie Tuluzy zajmowali przodujące stanowisko. Granicząc z Hiszpanią, od kilku wieków podlegała najsilniejszym oddziaływaniom żydowskiego ducha. Żydzi w południowej Francji cieszyli się dużym wpływem na ludność i dopuszczani byli nawet do urzędów państwowych, jak i w sąsiednich krajach hiszpańskich. Mieli tam szereg uczelni talmudycznych.

Nauka albigensów przywędrowała ze wschodu, jako sekta manichejczyków, pochodzących z pierwszych wieków chrześcijaństwa i wywodzących się od Manesa z Aleksandrii, który był wedle wszelkich danych pochodzenia żydowskiego. Przez Bułgarię i Włochy dotarła ta nauka do Francji południowej, gdzie rozpanoszyła się na długo i posiadała nawet dwa biskupstwa w Tuluzie i w Albi (stąd nazwa albigensów). Sekta miała odcień komunistyczny: „doskonali” żyli na koszt ogółu; niejednokrotnie stosowali albigensi między sobą wspólność kobiet.

Z Francji południowej agitatorzy albigensów rozchodzili się po całej Europie do Francji północnej, Włoch północnych, do Niemiec, a nawet do Czech. Wszystkie gminy kacerskie pozostawały ze sobą w ustawicznym związku za pośrednictwem tajnych wysłańców. Sekta cieszyła się jawnym poparciem władców południowej Francji, w szczególności zaś hrabiów Tuluzy.

Albigensi rozwydrzyli się do tego stopnia i tak stali się groźni dla porządku społecznego, że papież Innocenty III ogłosił przeciw nim krucjatę (1208), która pod wodzą Szymona de Montfort toczyła z nimi walkę przez kilkanaście lat. Sobór w zdobytej Tuluzie (1229) ustanowił sądy inkwizycyjne przeciw członkom tajnego związku. Główną rolę w tych sądach odegrał zakon dominikanów. Inkwizycja ta zwróciła się także przeciw żydom, jako inspiratorom i organizatorom kacerstwa.

W połowie XIII w. wybuchł w północnych Włoszech ruch rewolucyjno-religijny, ruch tzw. „braci apostolskich” i zagroził papiestwu niemal bezpośrednio. Sekta ta z początku rozkrzewiła się na tajnych nocnych schadzkach. Była to sekta bardzo bliska albigensom i utrzymująca z nimi tajemnicze stosunki. Zakazywali własności prywatnej i małżeństwa.

Około r. 1300 na czele sekty stanął niejaki Dolcino, syn duchownego i jego kochanki. Ten obrał sobie za „siostrę” Małgorzatę di Trenk, zakonnicę, którą wykradł z klasztoru i począł działać w Lombardii, głosząc bliskie nadejście mesjasza z rodu królewskiego (Dawidowego), przy czym powoływał się na proroków żydowskich. Wkrótce zorganizował w Alpach piemonckich bunt chłopski. Skupił wokół siebie tłumy zbrojne, złożone z mężczyzn i kobiet i jął burzyć klasztory, miasteczka i wsie. W roku 1307 powstanie zostało stłumione.

Ten cytat, trochę przydługi, musiałem zamieścić, bo w dalszym ciągu przytoczę opis Fallaci, dotyczący waldensów i będzie on odmienny od powyższego. Ona nie wyjaśnia, skąd wzięły się prześladowania waldensów. A pisze tak:

To prawda, w Piemoncie waldensi nigdy nie mieli łatwego życia. Od kiedy przybyli tu w trzynastym wieku, uciekając przed krwawymi krucjatami nakazanymi przez Innocentego III w Langwedocji i innych rejonach Francji, a zwłaszcza od kiedy przyłączyli się do reformacji Kalwina, przeżywali niekończącą się kalwarię. Zanim Emanuel Filibert przyznał im terytorium u stóp Alp Kotyjskich, to znaczy doliny Torre Pellice i San Martino, katoliccy królowie sabaudzcy prześladowali ich na wszelkie wymyślone przez inkwizycję sposoby: aresztowaniami, torturami, stosami na placach publicznych, szubienicami. Później było tak samo. W 1655 roku Karol Emanuel zamordował ich tylu, że aby go powstrzymać, trzeba było gróźb Cromwella, w 1686 roku Wiktor Amadeusz II wymordował szesnaście tysięcy waldensów i wygnał trzy tysiące innych, którzy zdołali wrócić do Piemontu dopiero po interwencji protestanckich władców. W osiemnastym wieku żyli w czymś na kształt limbusu, oblężonego przez księży, którzy zakładali swoje parafie na ich terytorium. Jedyne, co łączyło ich z ludnością katolicką, to język, którego używali zamiast włoskiego: francuski. Tylko w okresie napoleońskim, kiedy przyznano im bezwarunkową wolność religii i wielu z nich przeprowadziło się do Turynu, gdzie podejmowali pracę jako urzędnicy państwowi, mogli żyć jak zwyczajni obywatele. Po kongresie wiedeńskim ten nawias wolności się jednak zamknął i w 1845 roku, kiedy rozpoczyna się historia Marguerite, sprawy nie miały się dobrze. W dolinach traktowano ich jak niepożądanych poddanych, w Turynie jako niemile widzianych gości.

Zarówno w Turynie, jak i w dolinach, w najtrudniejszej sytuacji znajdowały się jednak kobiety. Jeśli policja arcybiskupia otrzymała informację, że jakaś niezamężna waldenska zaszła w ciążę, to księża roztaczali nad nią kontrolę i zaraz po porodzie zabierali dziecko, Dosłownie wyrywali matce niemowlę z ramion i przekazywali do sierocińca katechumenów w Pinerolo, gdzie wychowywano je w doktrynie Kościoła katolickiego, rzymskiego i apostolskiego.

Kobietom ciążyło także jarzmo sztywnej kalwińskiej moralności. Przed nadejściem reformacji kobiety w społecznościach waldensów cieszyły się dużym prestiżem. Miały nawet prawo być kaznodziejami, to znaczy czytać i komentować Biblię. Po przyjęciu doktryny Kalwina sytuacja się zmieniła. Zabroniono noszenia eleganckich ubrań i biżuterii, zabroniono frywolnych fryzur i malowania twarzy, zabroniono nazbyt swawolnych uśmiechów do mężczyzn (kończyło się to więzieniem). Czy to zresztą nie Kalwin twierdził, że żona powinna być czysta, cierpliwa, posłuszna, oszczędna, uprzejma, troskliwa, niepiękna? Można zadać sobie pytanie, jak znalazły okazję do nieposłuszeństwa i grzechu. W mieście nigdy nie wychodziły na ulicę same, a w domu zawsze je nadzorowano jako potencjalne wspólniczki szatana. Wychodziły za mąż tylko za kogoś wybranego przez rodzinę, najlepiej kuzyna z rodzimej wioski, a w czasie nabożeństwa w Chapelle de Prusse nie wolno im było nawet stać obok mężczyzn. Musiały się tłoczyć w wydzielonej dla nich części, w swoistym gineceum. Zwłaszcza jeśli były ładne, jak Marguerite, i miały takiego ojca jak Thomas.

Ten zwyczaj zapewne został przejęty od Żydów. Swego czasu byłem w synagodze w Tykocinie. To takie miasteczko na pograniczu Podlasia i Mazowsza. Główna bryła synagogi to miejsce, gdzie modlą się Żydzi. Do niej „dolepiona” jest mniejsza. Nazywa się ona babińcem. Tam właśnie kobiety i dzieci zbierają się i poprzez okna, wychodzące na główną salę, obserwują modlących się mężczyzn.

Wiosną 1801 roku niejaki Thomas Ferrier wyemigrował z żoną Suzanne do Turynu, gdzie został urzędnikiem państwowym i gdzie tego samego roku Suzanne urodziła kolejnego Thomàsa, czyli ojca Marguerite: dlatego mieszkał on przez całe życie w stolicy Piemontu przy ulicy Dora Grossa 5, na czwartym piętrze domu stojącego prawie na rogu Piazza Castello. Z zawodu był księgowym, pracował w hotelu Feder, co zapewniało mu bardzo dobrą pensję, a po cichu udzielał pożyczek na czterdzieści procent. Działalność, którą niech mi wolno będzie nazwać zwykłym lichwiarstwem.

Zgodnie z tym, co mówił niski i smutny głos babci Giacomy, Ferrierowie mieszkali na czwartym piętrze przy via Dora Grossa 5 – prawie na rogu z Piazza Castello, placu, na którym wznosi się Palazzo Madama i pałac królewski, i o parę kroków od Piazza San Carlo. Był to więc szacowny adres, a do tego nie zapominajmy, że w 1845 roku via Dora Grossa była piękną ulicą. Stały przy niej stare kościoły, historyczne gmachy. Wyróżniała się też wyrafinowaniem. Nie było tam na przykład sklepów spożywczych. Żadnych podrzędnych oberży. Były za to sklepy jubilerskie i słynne kawiarnie, takie jak Café des Alpes czy Caffè Barone. Ta ostania w południe zmieniała się w restaurację, do której uczęszczali sędziowie i adwokaci.

Mieszkanie było duże, dwa razy większe od mieszkania zegarmistrza, który zajmował dwie izby. Składało się z obszernego salonu, w którym wieczorem czytano Biblię i Livre de famille, z kuchni, gdzie przed rozpoczęciem posiłku odmawiano modlitwy dziękczynne, z łazienki z wanną z mosiądzu oraz czterech sypialni. Jednej dla małżonków, jednej dla Tante Jacqueline, jednej dla Margeuerite i ostatniej, którą Thomàs podnajmował przejezdnym obcokrajowcom. Szczególnie takim, którzy zdawali się mieć coś do ukrycia. Fałszywy paszport, jakąś tajną misję, cichą potrzebę, by nie dać się zauważyć przez policję. Powodem takich preferencji Thomàsa, podwójnie niebezpiecznych w przypadku heretyka, czyli człowieka nielubianego przez władze, było to, że tacy goście płacili bez sprzeciwu wygórowane kwoty za pokój. Zwykle osiemdziesiąt lirów za miesiąc lub dwadzieścia za tydzień – cena dobrego hotelu w centrum. Od Polaków, ultrakatolickich Polaków, żądał jednak jeszcze więcej. Na nic się zdawały wyrzuty Tante Jacqueline, nazywającej go usurier, lichwiarzem, vous-n’avez-pas-honte, jak-wam-nie-wstyd. Judith stawała po stronie męża: Nous avons besoin d’argent pour la dot de notre fille! Potrzebujemy pieniędzy na posag dla naszej córki!”. I oto pewnego sierpniowego wieczoru służąca wprowadziła do salonu rodziny Ferrier pięknego młodzieńca, mówiącego po francusku ze słowiańskim akcentem. Stanisława Gurowskiego, czy też Rogowskiego albo Żakowskiego. Mojego polskiego prapradziadka.

Bonsoir Monsieur, Mesdames. C’est ici qu’on loue la chambre pour les étrangeres? Czy tutaj jest do wynajęcia pokój dla cudzoziemców?”

O tak, był to urodziwy młodzieniec. Wysoki i szczupły nerwową chudością, o jasnych włosach, brodzie i wąsach barwy zboża, wklęsłych policzkach, wyrazistych kościach policzkowych (kości policzkowe Anastasii), błękitnych oczach, zmysłowych ustach. Elegancki z domieszką wyniosłości. Zadając pytanie, stuknął obcasami, skłonił się lekko, a kiedy to uczynił, jego oczy napotkały wzrok Marguerite, która spojrzała na niego, jak gdyby pojawił się przed nią książę z bajki.

Mówię Gurowski, Rogowski albo Żakowski, bo dokładnej pisowni nie umiem odtworzyć. Dla tych, którzy nie znają języków Europy Wschodniej, te wszystkie nazwiska pełne W, K,Z, potrójnych i poczwórnych spółgłosek, niewymawialnych zbitek, brzmią podobnie. Zresztą nie mam nawet dowodu, że było to jedno z tych trzech. Jeśli podróżował z fałszywym paszportem, to prawdziwe nazwisko mogło brzmieć Pietkiewicz, Cymbryziekiewicz czy Marzulewicz. Na imię miał Władysław, Maksymilian lub Leon. (Hipotezy, które odbierają sens wszelkim próbom poszukiwań. Dla mnie zresztą pozostał on na zawsze po prostu prapradziadkiem Stanisławem). Niski i smutny głos opowiedział mi za to wystarczająco dużo, bym mogła zrozumieć krótką egzystencję, jakiej doświadczyłam poprzez niego u boku sławnego Edwarda Dembowskiego. Stanisław pochodził ze średnio zamożnej szlacheckiej rodziny z Krakowa, opowiadała babcia Giacoma, która uzyskała te informacje od Anastasii, poinformowanej z kolei przez Tante Jacqueline. Rodzina składała się z rodziców i czterech sióstr, posiadała niewielki majątek ziemski w Galicji i mieszkała w kamienicy przy ulicy Floriańskiej, gdzie wśród służby byli nawet ochmistrz i woźnica. Jednym słowem, pochodził raczej z zamożnego domu. Mógłby prowadzić wygodne życie paniczyka. Zamiast tego był rewolucjonistą i pełnił obowiązki emisariusza, czyli tajnego agenta w ruchu oporu.

Podejrzewam też, że do Turynu wysłał Stanisława właśnie Dembowski. Bo w Krakowie działały co najmniej trzy tajne partie. Konserwatywna Czartoryskiego, który ze swej słynnej rezydencji Hôtel Lambert w Paryżu rządził polską emigracją we Francji. Umiarkowana Lelewela, wydalonego z Francji w 1834 roku i kierującego teraz z Brukseli ruchem Młodej Polski, oraz radykalna partia Dembowskiego, czyli Towarzystwo Demokratyczne Polskie. Jestem jednak pewna, że Stanisław nie współpracował z frakcją Czartoryskiego: konserwatysty, byłego ministra spraw zagranicznych w Petersburgu, wysługującego się Rosjanom, oskarżanego nie bez podstaw o ambicję zajęcia tronu wakującego po wymuszonej abdykacji Stanisława Augusta Poniatowskiego. Nie wydaje mi się także, by Stanisław należał do partii Lelewela, potępianego przez wszystkich za swoją współpracę z Mazzinim. Dembowski natomiast był uważany, zwłaszcza przez swoich rówieśników, za kogoś w rodzaju świętego i geniusza. W 1844 roku miał zaledwie dwadzieścia trzy lata, ale już od co najmniej pięciu lat pisał ważne rozprawy filozoficzne, obracał się w kręgach intelektualnych i mimo iż wywodził się z arystokratycznej rodziny, nie oszczędzał się w pracy dla sprawy. Za własne pieniądze założył w Warszawie miesięcznik „Przegląd Naukowy”, który po wydaniu kilku numerów stał się głównym organem myśli postępowej i który o mały włos nie kosztował Dembowskiego wywózki na Syberię. Po ucieczce przed aresztowaniem schronił się w Poznaniu, gdzie sprzymierzył się z Walentym Stefańskim, liderem Związku Plebejuszy, ruchu jeszcze bardziej lewicowego niż Towarzystwo Demokratyczne, i z jego przyjacielem Kamieńskim, który z okrzykiem „Niech żyje Madonna!” prowadził działalność propagandową wśród biedaków na wsi. Wydalony z Poznania, Dembowski zaczął podróżować po Europie i walczyć. Potem osiedlił się w Galicji i często udawał się do pobliskiego Krakowa, gdzie – jak szeptano – od jakiegoś czasu pewien student z ulicy Floriańskiej zastąpił go w wypełnianiu zadań emisariusza. Na wiosnę Stefański i Kamieński oświadczyli, że chcą podburzyć masy chłopskie przeciw panom, toteż aby przeszkodzić wybuchowi wojny domowej w miejsce wojny narodowej zarówno konserwatyści, jak i umiarkowani oraz radykałowie zdecydowali o roznieceniu jednoczesnego powstania we wszystkich trzech zaborach. Za namową Dembowskiego przyłączył się do nich Związek Plebejuszy, i głusi na rady Mazziniego nie-róbcie-tego, jeszcze-za-wcześnie, nie-jesteście-gotowi, razem ustalili datę tak wczesną, że zakrawała na samobójstwo. Koniec stycznia lub połowa lutego 1846 roku. Gorzej: z powodu przedwczesnych zamieszek, wewnętrznych kłótni i wynikłego z nich chaosu dziwny alians wydał wielu plotkarzy, niezdolnych do zachowania tajemnicy. Szykujemy-powstanie, wypędzimy-najeźdźcę, na-początku-przyszłego-roku-będzie-gorąco. Ostrzeżone Austria, Rosja i Prusy były gotowe do zdławienia rozruchów, ale ponieważ już wrzało, powstańcy nie mogli się wycofać. A zwłaszcza główny twórca dziwnego sojuszu. W rezultacie Dembowski rozpaczliwie potrzebował pomocy. Ludzi, pieniędzy, wsparcia politycznego, dyplomatycznego, wojskowego…

Z Turynu? No tak. Jeśli przeczytamy dokumenty z epoki, przede wszystkim relacje z ambasad, od razu staje się jasne, ze dla polskich powstańców skromne królestwo Sabaudów stanowiło jedyną nadzieje. Wierzyli, ze gdy tylko wybuchnie powstanie w Warszawie, Krakowie i Poznaniu, zbuntują się także Lombardia i Wenecja, a Piemont pospieszy im ze zbrojną pomocą. W rezultacie Austria będzie zmuszona walczyć na dwóch frontach. Czyż to nie oczywiste, że dzięki interwencji w Lombardii i Wenecji Sabaudowie mogliby rozszerzyć swoje wpływy poza Piemont, Ligurię i Sardynię, staliby się przywódcami ruchu niepodległościowego i zjednoczeniowego i na koniec nałożyliby na głowę koronę Włoch? Jakby tego było mało, w Turynie mieszkali hojni liberałowie, którzy stali po stronie uciśnionych i wytrwale próbowali przekonać o swoich racjach Jego Królewską Mość. Nie mam wątpliwości, że Stanisław przybył do Piemontu z jakimś listem do nich, zawierającym prośbę o poparcie, tak rozpaczliwie potrzebne w Krakowie, Warszawie i Poznaniu.

Jeśli chodzi o pamiętną podróż, będącą ogniwem niekończącego się łańcucha, który doprowadził do mojego przyjścia na świat, pozostaje tylko pytanie, dlaczego przy tak dużej liczbie turyńczyków wynajmujących pokoje przyjezdnym emisariusz Gurowski czy Rogowski lub Żakowski trafił właśnie do domu kalwinisty, nienawidzącego katolickich Polaków tak bardzo, że żądał od nich paskarskich cen za nocleg. Czy też, mówiąc ściślej, do domu człowieka mającego córkę prawie w wieku do zamążpójścia.

Sto lirów za miesiąc, bo paszport opisuje go jako Polaka, czyli katolika, ponadto dziesięć lirów tygodniowo za petit déjeuner, śniadanie, i ewentualnie kolacje jedzone wraz z rodziną Ferrier po wyrecytowaniu stosownych psalmów. I w chwili, gdy jego oczy spotkały oczy Marguerite, a ona odwzajemniła mu się takim, a nie innym spojrzeniem, wiemy, że zdarzyło się coś, co nie miało nic wspólnego z powstaniem w Polsce, z Rosjanami, Prusakami, Austriakami, Piemontczykami, waldensami, dynastią sabaudzką, papieżem, Kalwinem, wolnością, że sprawiedliwością, z ojczyzną. Rozpaliło się tajemnicze, nieprzeniknione, nieprzewidziane, nieopanowane, ślepe i często niepożądane uczucie, które nazywamy Miłością. Krótko mówiąc, zakochali się od pierwszego wejrzenia!

Celem misji Stanisława w Turynie było nakłonienie powstańców z 1830 roku do wzięcia udziału w kolejnym. Nic jednak z tego nie wyszło. Oni już obrośli w piórka. Również włoscy rewolucjoniści nie bardzo kwapili się wszczynania zamieszek tylko dlatego, że Polacy tak chcieli. Jedyne więc co uzyskał młody emisariusz, to to, że młody przemysłowiec, właściciel tkalni jedwabiu, Lorenzo Valeria, przekazał dużą kwotę na zakup broni w Stambule. Dalej Fallaci opisuje to tak:

Z Turynu Stanisław udał się do Genui, gdzie wsiadł na statek do Stambułu. Znalazł się w Turcji w połowie listopada, kupił broń, którą następnie przemycił do Galicji przez Morze Czarne i Mołdawię. Niebezpieczna misja, którą spełnił dzięki pomocy tureckich rewolucjonistów, najpierw ukrywszy skrzynie ze strzelbami i nabojami na statku handlowym, płynącym do Odessy, potem załadowawszy je na grzbiety dwunastu mułów, z którymi później przedarł się przez mołdawskie lasy, wymykając się z narażeniem życia Kozakom patrolującym szlaki. Do Krakowa dotarł na początku nowego roku – w sam raz, by 12 stycznia uczestniczyć w spotkaniu trzech przywódców zbliżającego się powstania. (Edwarda Dembowskiego dla zaboru austriackiego, Bronisława Dąbrowskiego, syna Henryka Dąbrowskiego, który w okresie napoleońskim stworzył legiony polskie we Włoszech, dla zaboru rosyjskiego. Dla zaboru pruskiego Ludwika Mierosławskiego: jednego z generałów, którzy w 1831 roku, po upadku Warszawy, wyemigrowali z Czartoryskim do Paryża). Przybył także w porę, by zorientować się, że sprawy źle się mają: w czasie gdy on wiózł broń do Galicji, poznańska policja aresztowała Stefańskiego i Kamieńskiego, a także trzy czwarte członków Związku Plebejuszy. Był to prawdziwy dramat, gdyż Stefański i Kamieński byli jedynymi, którzy mieli wpływ na chłopów i umieliby ich przekonać do włączenia się do walki. Bez tych ludzi powstańcom groziło, że chłopi obrócą się przeciw nim, ponieważ to szlachtę uważali za główną przyczynę swej niedoli. A najlepiej poinformowany był Klemens von Metternich, który wkrótce miał napisać do cesarza: „Wasza Wysokość, od początku stycznia wśród młodych ludzi z dobrych krakowskich rodzin szerzą się niepokojące rebelianckie nastroje. Prawomyślni obywatele nie wychodzą z domów, obawiając się zamachów, władze są zastraszane otrzymywanymi pogróżkami i jak się zdaje, powstanie ma wybuchnąć w karnawale. Młodzieńcy z dobrych rodzin otrzymali rozkaz, by byli gotowi do działania 18 lutego. Nakazałem w związku z tym generałowi Collinowi, dowódcy sił cesarskich w Podgórzu, miasteczku graniczącym z Krakowem, aby przygotował się do wkroczenia do Rzeczpospolitej Krakowskiej, zanim zimowe wylewy Wisły uniemożliwią nam przemieszczenie wojsk”. A do swego wodza naczelnego miał powiedzieć: „Zamiast Collina lepiej użyć wieśniaków. Nienawidzą z całego serca panów szlachty i ruszą na nich z większą zaciekłością niż nasi żołnierze. Będzie to nas kosztować co najmniej trzy dni rzezi, ale dzięki tym trzem dniom zapewnimy sobie sto lat pokoju”.

To, że powstanie jest skazane na klęskę, było zresztą jasne od początku. 14 lutego Prusacy schwytali Mierosławskiego, który załamał się i wyjawił wszystkie szczegóły spisku. Jego uczestnicy musieli się poddać. Także w Warszawie Towarzystwo Demokratyczne odwołało ustalony plan. Dąbrowski, zapomniawszy o honorze rodziny, po prostu uciekł. W tej sytuacji próbę rozpoczęcia powstania, które miało wybuchnąć w trzech zaborach, mogły podjąć już tylko Galicja i Kraków, czyli tereny, za które odpowiadał Dembowski. A Dembowski nie miał zamiaru wycofania się z planowanej akcji. Tak jak ustalono, 18 lutego jego ludzie zaatakowali Pilzno i zablokowali wojska Collina w Podgórzu. Tyle tylko, że rozkaz Metternicha zamiast-Collina-lepiej-użyć-mas-chłopskich wykonali gorliwi kolaboranci, którzy tygodniami krążyli po wsiach, przekonując: „Otwórzcie uszy, kutasy. Panowie szlachta chcą przepędzić Austriaków, żeby podwoić wam pańszczyznę i zwiększyć podatki!”. Byli uczniowie Stefańskiego, uzbrojeni w kosy, noże i motyki, otoczyli powstańców kordonem wozów ciągniętych przez woły i na nic się zdały próby przemówienia do nich i objaśnienia im idei sprawiedliwości i wolności, powtarzanie: walczymy-dla-was. W odpowiedzi wieśniacy podnieśli kosy, noże, motyki i wyrżnęli po kolei stu czterdziestu sześciu powstańców. Potem okaleczyli ich w okrutny sposób: obcięli im nosy, ręce, nogi, jądra i penisy. Rzucili ich na wozy ciągnięte przez woły i zawieźli do komisarza w Tarnowie, Josepha Breinla von Wallersterna, który nakazał swemu totumfackiemu podpułkownikowi Benedekowi, by wypłacił im nagrodę 1460 srebrnych guldenów. Po dziesięć guldenów za trupa. Co gorsze, poirytowany rosnącym stosem zwłok Benedek stwierdził, że nie ma potrzeby, by pokazywali mu całe ciała. Wystarczy obcięta głowa, i w przyszłości za same głowy wypłaci im taką samą kwotę. Czterdzieści osiem godzin później Collin wysłał wojska do Krakowa. Jednak z jakiegoś powodu, być może z racji następnej diabelskiej kalkulacji Metternicha, pozostał tam tylko jeden dzień i jedną noc, zabrał urzędników państwowych i zamieszkałych w mieście cudzoziemców, po czym wycofał się za Wisłę, pozostawiając miasto w rękach buntowników. Manewr, w wyniku którego Dembowski, genialny, lecz niedojrzały Dembowski, podpisał na siebie wyrok śmierci. I wyrok śmierci na Stanisława.

Podpisał go z powodu stworzonego naprędce nieudolnego rządu, zawierzonego bliżej nieznanemu adwokatowi Janowi Tyssowskiemu, który zażądał dla siebie od razu tytułu dyktatora i zaczął działać tyleż arogancko, co głupio. Podpisał ten wyrok Dembowski swym płomiennym, lecz bezużytecznym apelem skierowanym do zaborów ujarzmionych już przez Prusaków i Rosjan, dlatego głuchych na wymowę jego słów. „Polacy! Godzina powstania wybiła […] wołają nas z grobu prochy ojców naszych, męczenników za sprawę narodową, abyśmy ich pomścili, wołają na nas niemowlęta, abyśmy im utrzymali Ojczyznę od Boga nam powierzoną […] jest nas dwanaście milionów, powstańmy razem jak mąż jeden, a potęgi naszej żadna nie przemoże siła”. Podpisał go orędziem, w którym głosił swój nierealistyczny i naiwny program: zniesienie klas społecznych i własności prywatnej, oddanie ziemi tym, którzy ją uprawiają, amnestia dla wieśniaków, którzy dokonali i dalej dokonywali rzezi szlachty. Którzy mordowali, wyrzynali, obcinali nosy, ręce, nogi, a przede wszystkim głowy do sprzedania Benedekowi. Na tym etapie nie ograniczali się już do masakrowania powstańców, którzy chcieli dać im ziemię na własność. Za dziesięć guldenów zabijali każdego, kto był dobrze ubrany, jechał karetą czy mieszkał w wygodnym domu i dobrze się odżywiał. Młodych, starych, kobiety i dzieci, nawet niemowlęta. W wielu wioskach i miasteczkach ulice dosłownie zapełniały się stosami okaleczonych i bezgłowych ciał. W ciągu tygodnia ci rzeźnicy zamordowali dwa tysiące osób. W Dębicy pozostawili przy życiu zaledwie trzech mieszkańców. A to wszystko nie licząc (czterystu) dworów i pałaców, które pod pretekstem szukania broni splądrowali, zburzyli do fundamentów i spalili, mimo iż zawierały cenne dzieła sztuki. Stare freski, wspaniałe obrazy. A jednak Dembowski im wybaczał. Bez wahania, tout court. Ze ślepotą (czy też fanatyzmem) idealisty, który wszystkie zbrodnie przypisuje tylko jednej stronie, dlatego zawsze gotów jest potępić tych, którzy je zlecają, a nigdy tych, którzy je wykonują, uważał chłopów nie za katów, lecz za niewinne ofiary. Za zwykle narzędzia Austriaków, a zatem za braci zasługujących na przebaczenie i szansę odkupienia. By dać wyraz tej postawie, ustanowił nawet nagrodę za głowę Breinla, będącą tysiąckrotnością zapłaty dziesięciu srebrnych guldenów. „Ja, niżej podpisany Edward Dembowski, nakładam nagrodę dziesięciu tysięcy złotych guldenów na starostę tarnowskiego i przysięgam na swój honor, że wypłacę tę sumę w gotówce temu, kto mi go dostarczy żywego lub martwego”. Nikt jednak nie potraktował go poważnie. W oczach wieśniaków bezbożny Breinl był dobroczyńcą, przyjacielem. Dlatego też 27 lutego Dembowski postanowił stawić czoło masom. Stanąć na cele pochodu złożonego z pobożnych kobiet, księży, ludzi pragnących pokoju i wyjść z miasta bez broni. Udać się na galicyjską wieś, wyjaśnić chłopom, że nie mają racji. „Chcę ludzi bez broni. Niech nikt się nie waży rzucać kamienia czy choćby gróźb”.

Jeśli wierzyć Polakowi, który w 1849 roku przybył do Włoch, by uczestniczyć w pierwszej włoskiej wojnie o Niepodległość, i opowiedział wszystko Tante Jacqueline, Stanisław nie zawahał się ani chwili i posłuchał tego wezwania. Od dnia, gdy wrócił do Krakowa, stał przy Dembowskim niczym wierny pies, i tak jak wierny pies ruszył wraz z nim popełnić to ostatnie szaleństwo. Wraz z nim, dzierżącym wysoko biało-czerwony sztandar Polski, stanął na czele procesji pięciuset niewinnych dusz, które niosąc krzyże, świece, ostensoria, wizerunki Matki Boskiej, intonowały Ave Maria. U jego boku wyszedł z miasta i skierował się do najbliższej wsi. I gdy tak patrzę na niego, jak maszeruje, wysoki i nerwowy, jasnowłosy, z tak samo jasnymi wąsami i brodą, elegancki i odrobinę wyniosły, zadaję sobie pytanie, o czym myślał w czasie tego bezsensownego pochodu. O ojczyźnie, sprawiedliwości, wolności, pięknych marzeniach, które po spełnieniu zostają zawsze zdradzone przez ludzką głupotę lub złość, czy o małej Włoszce, którą na via Dora Grossa 5 wziął do łóżka, mam nadzieję, że z miłości? O pułapce słowa „lud”, o motłochu, który według idealistów nie ponosi winy i musi być rozgrzeszony także wtedy, gdy morduje i okalecza, by dostać nagrodę za obciętą głowę, czy też o dziecku, które jego mała waldenska nosiła w łonie? Kto to wie?! Być może dlatego, że tak mało wiem o tym prapradziadku z kraju mi nieznanego, a może z nieufności, jaką budzą we mnie bohaterowie, nie potrafię przeniknąć duszy Stanisława. Nie umiem wniknąć w pamięć tego, co odczuwałam, o czym myślałam, gdy byłam Stanisławem Gurowskim lub Rogowskim czy Żakowskim. I za każdym razem, gdy próbuję sobie przypomnieć swoją śmierć, umiem tylko przywołać świadomość, że żyłam zbyt szybko, zbyt krótko. Pamiętam za to wiele innych szczegółów, innych członków procesji i otaczający mnie krajobraz. Szare niebo, nagie drzewa, Wisłę skutą lodem, przypominającą niekończącą się lodową wstęgę. Równinę pokrytą śniegiem, procesję podążającą powoli i niemal gęsiego przez zaspy. Głosy, powtarzające za moimi plecami monotonnie Zdrowaś-Maryjo-łaskiś-pełna-Pan-z-Tobą-błogosławionaś-ty-między-niewiastami-i-błogosławion-owoc-żywota-Twojego. Dziecko płaczące mamo-wracajmy-do-domu-mamo, starca mamroczącego zimno-mi-zimno-mi, a na horyzoncie kogoś zastygłego w oczekiwaniu. Chłopi? Myśleliśmy, że to chłopi. Tymczasem były to dwa szwadrony huzarów i kompania piechoty. Austriacy uprzedzeni przez chłopów o procesji. Huzarzy wyprostowani w siodle, z szablami w rekach. Piechurzy wyciągnięci na śniegu, z karabinami gotowymi do strzału. Chcieli nas nastraszyć, zmusić do odwrotu? „Idźcie dalej, nie zatrzymujcie się, w ten sposób zobaczą, że jesteśmy bezbronni, nieszkodliwi!”, krzyknął Dembowski. Szliśmy więc dalej, i jako że ten, kto znajdował się na czele procesji, był najlepiej wystawiony na cel, on właśnie zginął pierwszy. Biedny Edward dostał kulę prosto w serce. Padł na ziemię martwy, razem ze sztandarem. Drugi zginąłem ja, kiedy podniósłszy sztandar, podjąłem marsz, krzycząc jak wcześniej Dembowski: „Idźcie dalej, nie zatrzymujcie się!”. Bo gdy tylko piechurzy przestali strzelać, nadjechali huzarzy i zwalił się na mnie jakiś porucznik z obnażoną szablą, który jednym ciosem odciął mi głowę.

Trofeum, które kilka godzin później zabrał z ziemi wygłodniały obdartus z nogami obwiązanymi szmatami, a potem zgłosił się z nim do Benedeka. Ten jednak, podejrzewając oszustwo, wypłacił za nie tylko pięć miedzianych guldenów.

To tyle Fallaci. To jest opis literacki, choć zawiera fakty. Jednak rzeź galicyjska, zwana też powstaniem chłopskim lub rabacją galicyjską czy chłopską, nie wszędzie występowała z takim nasileniem. Najgwałtowniej przebiegała w okolicach Tarnowa i sąsiednich terenach, ale tam, gdzie komisarz okręgowy był przeciwnikiem buntowania chłopów, rozruchy były słabe. Tak było w obwodzie rzeszowskim, ale były też miejsca, gdzie chłopi przystąpili do powstania, np. na Podhalu. Samo słowo „rabacja” pochodzi z niemieckiego „rauben”, co oznacza grabić, plądrować.

Główną postacią powstania jest Edward Dembowski, o którym możemy przeczytać w Wikipedii, że w czasie studiów znajdował się pod wpływem Hegla i utopijnych socjalistów francuskich. No więc jak pod wpływem Hegla, to mamy ciąg: teza, antyteza, synteza. W systemie heglowskim konflikt ma kluczowe znaczenie. Konflikt przeciwieństw jest niezbędny do wprowadzenia zmian. Tylko dla kogo korzystnych? Zapewne dla tych, którzy to wszystko organizują, a powstańcy są tylko narzędziem w ich ręku. Konflikt – nieważne jaki, nawet taki, który jeszcze bardziej zantagonizuje szlachtę i chłopów. Ojciec Dembowskiego, Leon, był mistrzem obrzędów loży wolnomularskiej Wolność Odzyskana w 1815 roku. A więc był masonem. W innym miejscu Wikipedia pisze, że od 1845 roku wśród chłopów działali Julian Goslar i Edward Dembowski. Na froncie synagogi w Kolbuszowej umieszczono tablicę pamięci z napisem: Julian Maciej Goslar 1820-1852 wybitny rewolucjonista galicyjski. I wszystko jasne.

Nie wiem, czy opisując dzieje waldensa Thomasa z Turynu, zamierzała Fallaci przekazać jakieś dodatkowe informacje, ale przekazała. Napisała, że w 1801 roku ojciec Thomasa, też Thomas, przybył do Turynu. Nie napisała skąd przybył, ale z wcześniejszego opisu wynika, że z Alp Kotyjskich. To był czas, gdy Napoleon podbił północne Włochy i, jak sama wspomniała, waldensom poprawiło się i mogli być zatrudniani na państwowych posadach. Później, po upadku Napoleona, miało się im pogorszyć, ale z jej dalszego opisu wynika, że wcale nie. W 1845 roku syn Thomasa, Thomas, zajmował obszerny apartament w najbardziej reprezentacyjnym miejscu w mieście. Pracował jako księgowy w hotelu i pożyczał pieniądze na lichwiarski procent oraz wynajmował pokój osobom, które nie chciały się meldować w hotelu. Mnóstwo turyńczyków wynajmowało wtedy pokoje, a taki Stanisław trafia akurat do waldensa, który nie cierpi katolików i wynajmuje mu pokój i zaprasza do spożywania posiłków ze swoją rodziną. A ten Stanisław płaci wygórowaną cenę za ten pokój i mieszka tam przez ponad miesiąc. Skąd miał pieniądze na taki wydatek? W sumie jest to opis tego, jak działają i są zorganizowane tajne związki, bo przecież Stanisław nie trafił tam przypadkowo.

Jedyne, co Stanisław uzyskuje w Turynie, to pieniądze na zakup broni. To i tak dużo. Kupuje ją w Stambule i przy pomocy tureckich rewolucjonistów załadowuje ją na statek handlowy. W Odessie przeładowuje na dwanaście mułów i przez lasy mołdawskie dociera do Krakowa. I idzie sobie ta karawana i nikt jej nie zauważa, nie sprawdza, nie śledzi, przechodzi sobie przez granicę. Ja rozumiem, że tak może przemknąć się pojedynczy emisariusz, ale 12 mułów ze skrzyniami? To bajka dla naiwnych, chyba że zaangażowana jest w to międzynarodowa finansjera. Wtedy wszystko jest możliwe. Pieniądze mają czarodziejską moc. Raptem wszyscy tracą wzrok, słuch i pamięć.

Z powodu rozruchów chłopskich, w porozumieniu z krakowską arystokracją, dążył Tyssowski (dyktator) do ograniczenia walk. Zagrożony interwencją rosyjsko-austriacką i powstaniem chłopskim odmówił kapitulacji w Krakowie przed austriackim wojskiem, dopiero po opuszczeniu miasta postanowił przeprowadzić z Prusakami rozmowy o warunkach kapitulacji.

Tak było w 1846 roku w czasie powstania. Ale w 1845 roku Dembowski i Goslar działali wśród chłopów. To co? Nie wiedział, jakie wśród nich panują nastroje? Czyli że dyktator Tyssowski był zaskoczony postawą chłopów? I do tego jeszcze Austriacy pozwalają mu opuścić Kraków i negocjować z Prusakami! Nie ma w tym żadnej logiki i sensu, chyba że to wszystko zostało już wcześniej ukartowane i konsekwentnie realizowane. To tylko jednak pokazuje, że nasze „elity polityczne” były do szpiku kości cyniczne, zdemoralizowane i wiernie służące swoim mocodawcom. Zupełnie jak dziś. Nic się nie zmieniło. Tylko komu chce się zajmować tym, co było kiedyś? Było minęło. Problem w tym, że nie było i nie minęło. Zasady się nie zmieniają.