Konstytucja

3 maja to święto Konstytucji uchwalonej 3 maja 1791 roku. A więc w tym roku przypada okrągła rocznica. To już 230 lat mija. Chlubimy się tym, że była to pierwsza w Europie i druga na świecie, po konstytucji amerykańskiej z 1787 roku, spisana konstytucja. Czy rzeczywiście jest to powód do dumy? Jej celem była naprawa wadliwego ustroju Rzeczypospolitej Obojga Narodów opartego na wolnej elekcji i demokracji szlacheckiej.

Tekst Konstytucji jest dostępny na stronie sejmowej, więc każdy zainteresowany może zapoznać z nim. Możemy m.in. wyczytać, że dynastią panującą miała być dynastia saska. Chłopi nadal w praktyce pozostawali niewolnikami, natomiast wszyscy przybywający i ci powracający mogli cieszyć się pełną wolnością. Ponad 70% narodu zostało potraktowane gorzej niż obcy. I jeszcze to idiotyczne uzasadnienie, że dla zamknięcia na zawsze wpływów mocarstw zagranicznych, elektor saski w Polsce królować będzie. Poniżej rozdział IV i VII:

IV. Chłopi i włościanie

Lud rolniczy, spod którego ręki płynie najobfitsze bogactw krajowych źródło, który najliczniejszą w narodzie stanowi ludność, a zatem najdzielniejszą kraju siłę, tak przez sprawiedliwość, ludzkość i obowiązki chrześcijańskie, jako i przez własny nasz interes dobrze zrozumiany, pod opiekę prawa i rządu krajowego przyjmujemy, stanowiąc, iż odtąd jakiebykolwiek swobody, nadania lub umowy dziedzice z włościanami dóbr swoich autentycznie ułożyli, czyliby te swobody, nadania i umowy były z gromadami, czyli też z każdym osobno wsi mieszkańcem zrobione, będą stanowić wspólny i wzajemny obowiązek, podług rzetelnego znaczenia warunków i opisu zawartego w takowych nadaniach i umowach, pod opiekę rządu krajowego podpadający. Układy takowe i wynikające z nich obowiązki, przez jednego właściciela gruntu dobrowolnie przyjęte, nie tylko jego samego, ale i następców jego lub prawa nabywców tak wiązać będą, iż ich nigdy samowolnie odmieniać nie będą mocni. Nawzajem włościanie jakiejkolwiek bądź majętności od dobrowolnych umów, przyjętych nadań i z nimi złącznych powinności usuwać się inaczej nie będą mogli, tylko w takim sposobie i z takimi warunkami, jak w opisach tychże umów postanowione mieli, które, czy na wieczność, czyli do czasu przyjęte, ściśle ich obowiązywać będą. Zawarowawszy tym sposobem dziedziców przy wszelkich pożytkach od włościan im należących, a chcąc jak najskuteczniej zachęcić pomnożenie ludności krajowej, ogłaszamy wolność zupełną dla wszystkich ludzi, tak nowo przybywających, jak i tych, którzy by, pierwej z kraju oddaliwszy się, teraz do ojczyzny powrócić chcieli, tak dalece, iż każdy człowiek do państw Rzeczypospolitej nowo z którejkolwiek strony przybyły lub powracający, jak tylko stanie nogą na ziemi Polskiej, wolnym jest zupełnie użyć przemysłu swojego, jak i gdzie chce, wolny jest czynić umowy na osiadłość, robociznę lub czynsze, jak i dopóki się umówi, wolny jest osiadać w mieście lub na wsiach, wolny jest mieszkać w Polsce lub do kraju, do którego zechce, powrócić, uczyniwszy zadosyć obowiązkom, które dobrowolnie na siebie przyjął.

VII. Król, władza wykonawcza

Tron Polski elekcyjnym przez familje (rodziny, rody, dynastie) mieć na zawsze chcemy i stanowimy. Doznane klęski bezkrólewiów, perjodycznie rząd wywracających, powinność ubezpieczenia losu każdego mieszkańca ziemi Polskiej i zamknięcie na zawsze drogi wpływów mocarstw zagranicznych, pamięć świetności i szczęścia ojczyzny naszej, za czasów familij ciągle panujących, potrzeba odwrócenia od ambicji tronu obcych i możnych Polaków, zwrócenia do jednomyślnego wolności narodowej pielęgnowania, wskazały roztropności naszej oddanie tronu polskiego prawem następstwa. Stanowimy przeto, iż po życiu, jakiego nam dobroć Boska pozwoli, elektor dzisiejszy Saski w Polsce królować będzie. Dynastja przyszłych królów polskich zacznie się na osobie Fryderyka Augusta, dzisiejszego elektora Saskiego, którego sukcesorem de lumbis (legalnie zrodzonym, z prawego łoża) z płci męskiej tron Polski przeznaczamy. Najstarszy syn króla panującego po ojcu na tron następować ma. Gdyby zaś dzisiejszy elektor Saski nie miał potomstwa płci męskiej, tedy mąż przez elektora, za zgodą stanów zgromadzonych córce jego dobrany, zaczynać ma linią następstwa płci męskiej do tronu Polskiego. Dla czego Marię Augustę Nepomucenę, córkę elektora, za infantkę Polską deklarujemy, zachowując przy narodzie prawo, żadnej preskrypcj (ograniczeniu) podpadać nie mogące, wybrania do tronu drugiego domu po wygaśnięciu pierwszego.

Trudno powiedzieć, czy ci, którzy ją pisali i zatwierdzali, wierzyli w to, że ona wejdzie w życie. Wszak była ta konstytucja dziełem masonów i wcale się z tym nie kryli, o czym świadczy medal wybity w 1791 roku z okazji uchwalenia Konstytucji 3 maja.

Źródło: Wikipedia

Zastanawiając się nad tą Konstytucją i przyczynami, dla których zdecydowano się na naprawę ustroju, nie sposób nie zadać sobie pytania: Kto i po co stworzył tak idiotyczny ustrój jak demokracja szlachecka? To był ustrój Rzeczypospolitej Obojga Narodów. Stworzono go właśnie na potrzeby tego państwa. Filarami demokracji szlacheckiej były:

  • liberum veto
  • wolna elekcja
  • konfederacja

Połączono ze sobą dwa różne państwa, o różnych stopniach rozwoju gospodarczego i kulturowego, o odmiennych, wrogich sobie wyznaniach. Jakby ktoś z góry sobie zaplanował, że będzie to obszar, na którym będzie można realizować swoje ukryte cele. No bo, po co połączono te dwa, tak różne, państwa? Po to, by 100 lat później dokonać pierwszego rozbioru? Tak się stało po wojnach szwedzkich. W wyniku wojny ze Szwecją Rzeczpospolita traci:

  • Prusy: uzyskują samodzielność
  • Inflanty

W wyniku wojny z Rosją Rzeczpospolita traci:

  • województwo smoleńskie
  • województwo czernihowskie
  • połowę województwa kijowskiego (250 tys. km kwadr.)
  • Zaporoże zostaje uznane za kondominium Polski i Rosji

Jeśli to nie jest rozbiór, to co to jest? Rzeczypospolita staje się terenem ścierania interesów różnych państw, które starają się je realizować poprzez swoich stronników. W 1764 roku dochodzi do wojny domowej po śmierci Augusta III Sasa. Walczą ze sobą dwa stronnictwa: stronnictwo sasko-republikańskie (hetmańskie) Branickiego i Radziwiłła Panie Kochanku z obozem Familii, wspieranym przez Rosję. Stronnictwo hetmańskie opowiedziało się za przeprowadzeniem wolnej elekcji, nie wyłączając żadnego kandydata do tronu. Opowiedziało się ono również za utrzymaniem obowiązującego ustroju. Stronnictwo Familii popierało Stanisława Augusta Poniatowskiego i dążyło do zmiany ustroju, nawet na drodze zamachu stanu.

Wyborem króla miał się zająć sejm konwokacyjny, zwoływany przez prymasa w czasie bezkrólewia. Zanim jeszcze doszło do jego zwołania, hetman wielki litewski Michał Józef Massalski za 40 tys. rubli wpuścił w 1764 roku wojska rosyjskie do kraju. Któż więc dbał o bezpieczeństwo tego kraju? Jeśli jakiś hetman decyduje o tym, czy wpuścić obce wojska do kraju, to to jest kabaret, a nie państwo! Wojska mieli hetmani. A państwo? Co miało państwo? I ci hetmani, mający prywatne wojska, walczyli między sobą o to, kto zostanie marionetkowym królem tego śmiesznego państwa.

Wybory na sejmikach przedkonwokacyjnych nie dały przewagi żadnemu ze stronnictw. Dochodziło do starć zbrojnych. Obie strony liczyły, że uzyskają przewagę na sejmiku generalnym w Grudziądzu. Ale sejmik ten, otoczony przez wspierających Andrzeja Poniatowskiego (brat Stanisława) żołnierzy rosyjskich, nie doszedł do skutku.

Na Radzie Senatu w Warszawie Hetman Branicki i grupa senatorów bezskutecznie żądali od przekupionego przez Rosjan prymasa Władysława Aleksandra Łubieńskiego, by odroczył sejm konwokacyjny z powodu obecności wojsk obcych, podwójnego wyboru posłów i niedojścia do skutku sejmiku generalnego pruskiego i by zwołał pospolite ruszenie. Z kolei Familia wysłała list pokorny do Katarzyny II, w którym wyrażała wdzięczność za przysłanie wojsk rosyjskich.

Na sejm konwokacyjny Radziwiłł Panie Kochanku przybył w towarzystwie około 7 tysięcy ludzi, a Czartoryscy mieli ich około 4 tysięcy. Wojsko rosyjskie ściągnęło do stolicy armaty. 7 maja 1764 roku żołnierze rosyjscy i z ci oddziałów Familii obsadzili Zamek Królewski, w którym miał obradować sejm konwokacyjny, i prowadzące do niego ulice oraz Krakowskie Przedmieście. Obecni byli oni przy wejściu do sali obrad, a nawet zajęli miejsca dla publiczności.

Uczestnikami sejmu konwokacyjnego byli tylko stronnicy Familii, gdyż stronnicy partii hetmańskiej wycofali się z Warszawy 7 maja. Sejm konwokacyjny był sejmem skonfederowanym. Przeprowadził on reformy zmieniające ustrój Rzeczypospolitej.

7 sierpnia Prusy i Rosja wydały deklarację zalecającą wybór stolnika litewskiego Stanisława Poniatowskiego. 27 sierpnia rozpoczął się sejm elekcyjny.  Oddziały rosyjskie odsunięto na 3 mile od stolicy, porządku w mieście strzegło kilka tysięcy żołnierzy Czartoryskich na żołdzie cesarzowej rosyjskiej. Stanisław August Poniatowski, znienawidzony przez większość szlachty, został wybrany królem Polski jedynie przez 5584 elektorów. Było to około 1/5 wszystkich elektorów. Natomiast w obradach sejmu uczestniczyło tylko 80 posłów, a powinno 300 oraz 7 senatorów zamiast 136.

Sejm konwokacyjny dokonał zmiany ustroju. Zlikwidował m.in. liberum veto w sprawach dotyczących podatków i skarbu, wprowadził zakaz przysięgania posłów na instrukcje poselskie, zlikwidował Sejm Czterech Ziem, ograniczył liczebność wojsk magnackich do 300 żołnierzy, zlikwidował cła prywatne, wprowadził cło generalne do skarbu państwowego. Wprowadził jeszcze wiele innych pożytecznych zmian. Cóż z tego, skoro sejm repninowski, obradujący w latach 1767-68 anulował wszystkie te zmiany i przywrócił stan poprzedni. Tyle są warte reformy przeprowadzane w kraju, który jest całkowicie uzależniony od sąsiadów, szczególnie tych, których wojska przebywają na terenie takiego kraju.

Konfederacja barska (1768-72), skierowana przeciwko królowi i wojskom rosyjskim, staje się zapewne pretekstem do I rozbioru. Później mamy prawie 20 lat spokoju. I nagle państwo atrapa zdobywa się na wyjątkowe rozwiązania: Sejm Czteroletni (1788-92) i Konstytucja 3 maja. Dlaczego akurat wtedy, gdy podobne rozwiązania wprowadzono, na krótko, na sejmie konwokacyjnym 1964 roku? Chyba tylko po to, by Prusy i Rosja miały wytłumaczenie, by nie interweniować we Francji czasu rewolucji.

Dziś 3 maja, z racji Konstytucji, jest świętem narodowym, tylko jakiego narodu? – chciałoby się zapytać. Co z tego, że paru masonów napisało jakąś konstytucję, której i tak nie można było wprowadzić w życie z tej prostej przyczyny, że państwo, którego miała dotyczyć nie było niepodległe i nie miało środków do tego, by tego dokonać. Państwo, które było zlepkiem udzielnych księstw paru magnatów, dysponujących własnym wojskiem. Państwo, które było parodią państwa i pośmiewiskiem na całą Europę. I nie ma powodu, by się obrażać. Polska, jako państwo i naród została, poprzez tę idiotyczną unię polsko-litewską, unicestwiona. Wielkie Księstwo Litewskie i jej rody zdominowały Koronę. Element wschodni i inny, napływowy, zyskał przewagę. Z dawnej Polski niewiele pozostało. Może tylko język.

Konstytucja 3 maja nie weszła w życie, ale jedno jej prawo obowiązuje w obecnej „Polsce”: chcąc jak najskuteczniej zachęcić pomnożenie ludności krajowej, ogłaszamy wolność zupełną dla wszystkich ludzi, tak nowo przybywających, jak i tych, którzy by, pierwej z kraju oddaliwszy się, teraz do ojczyzny powrócić chcieli, tak dalece, iż każdy człowiek do państw Rzeczypospolitej nowo z którejkolwiek strony przybyły lub powracający, jak tylko stanie nogą na ziemi Polskiej, wolnym jest zupełnie użyć przemysłu swojego, jak i gdzie chce, wolny jest czynić umowy na osiadłość, robociznę lub czynsze, jak i dopóki się umówi, wolny jest osiadać w mieście lub na wsiach, wolny jest mieszkać w Polsce lub do kraju, do którego zechce, powrócić, uczyniwszy zadosyć obowiązkom, które dobrowolnie na siebie przyjął.

Ci nowo przybyli mieli więcej praw od ponad 70% ludzi zamieszkujących ten kraj. Mieli wolność, której tamci nie mieli. Dziś nowo przybyli też są uprzywilejowani w stosunku do wielu tu mieszkających. To taki kamyczek do ogródka tych, którzy w to „święto narodowe” wywieszają flagi narodowe.

Imperium

Mówi się, że ogon wywija psem, mając na myśli relacje Izrael – USA. To jest oczywiście możliwe tylko i wyłącznie dlatego, że Żydzi zdominowali Amerykę. To wie każdy, kto choć trochę interesuje się polityką. Ale jak do tego doszło? Na to pytanie nikt nie stara się odpowiedzieć, bo też wszelkie fora internetowe i tym podobne wynalazki nie są odpowiednim miejscem do tego typu rozważań. Zresztą, poważniejsze opracowania też unikają tego tematu, co nie dziwi – wszyscy na kolanach.

Trzeba było mieć jakąś szerszą perspektywę, by w nowo odkrytym lądzie dostrzec jego potencjał i przyszłość. A któż miał taką perspektywę? Żydowski ekonomista Werner Sombart (1863-1941), cytowany przez Adolfa Nowaczyńskiego w jego książce Mocarstwo anonimowe, pisze:

»Przy ustalaniu rzeczywistego udziału Żydów w życiu gospodarczym z konieczności napotykamy fakt, który jest najtrudniejszą w tym względzie przeszkodą, że wielu bardzo żydów ukrywa się pod postacią chrześcijan jedynie dlatego, że albo sami, albo też ich przodkowie kiedyś się wychrzcili

O żydach portugalsko-hiszpańskiego pochodzenia, zamieszkujących południową Francję w 15 i 16 stuleciu i później, dowiadujemy się np., co następuje: Wykonywali wszystkie obrzędy zewnętrzne religii katolickiej, ich narodziny, śluby, zgony zapisywane były do ksiąg kościoła, który udzielał im sakramentów chrześcijańskich chrztu, małżeństwa i ostatniego namaszczenia. Niektórzy z nich nawet wstąpili do klasztoru i zostali kapłanami…

Nie należy nigdy zapominać, że tego samego dnia, kiedy Kolumb rozwinął żagle, aby odkryć Amerykę (3 sierpnia 1492 r.), około 300.000 żydów, jak mówią wywędrowało z Hiszpanii do Nawarry, Francji, Portugalii i na Wschód, a w tych latach, kiedy Vasco da Gama odkrywał drogę morską do Indyj Wschodnich, zostali żydzi wygnani i z innych części półwyspu Pirenejskiego. Dziwny traf połączył czasowo te dwa równoznaczne w swoim rodzaju wydarzenia: odkrycie nowych części świata i potężną wędrówkę ludności żydowskiej…

W początku osiemnastego stulecia liczba „wygnańców” dochodzi w samym Amsterdamie do 2400. Już w połowie siedemnastego stulecia moralny ich wpływ jest bardzo znaczny: teoretycy i filozofowie państwowi wskazują na staro-hebrajskie państwo, jako na wzór, według którego powinien się ukształtować ustrój Holandji. Amsterdam z tej epoki, został przez samych Żydów nazwany nową, wielką Jerozolimą…

Wiemy, że zarządca jeneralny holenderskiej kompanii wschodniej, który jeśli nawet nie był założycielem panowania holenderskiego na Jawie, to na pewno był tym, który panowanie to najbardziej umocnił, nazywał się Cohn (Caen). Przeglądając portrety tych urzędników holenderskiej kompanii wschodnio-indyjskiej, z łatwością możemy się przekonać, że ów Cohn nie był jedynym zarządcą – żydem. Spotykamy żydów również na urzędach dyrektorów kompanji wschodnio-indyjskiej, krótko mówiąc, we wszystkich przedsiębiorstwach kolonialnych…

Zapewniają dalej, że podkład materialny dla ekspedycji Kolumba dany był przez żydów: żydowskie pieniądze umożliwiły Kolumbowi odbycie dwóch pierwszych jego podróży. Pierwszą odbył za pożyczone pieniądze od Ludwika de Santangel, radcy królewskiego. Do Santangela, właściwego protektora ekspedycji Kolumba, adresowane są też pierwszy i drugi list jego; do niego i do skarbnika Aragonji, Gabriela Sanchez, maronity…

Lecz dalej: na okręcie Kolumba znajdowało się kilku żydów i pierwszym Europejczykiem, jaki wstąpił na ziemię amerykańską był żyd, Ludwik de Torres.«

Czytanie starych tekstów ma wiele zalet, a jedną z nich jest to, że poznajemy stare słowa, które wychodzą z użycia lub są zastępowane nowymi, których definicje nie do końca pokrywają się ze starymi. Mamy więc słowo „wychrzcić”. Internetowy słownik PWN odsyła do hasła „przechrzcić”, któremu nadaje dwa znaczenia: 1. «ochrzcić kogoś według innego obrządku niż ten, według którego był chrzczony przedtem»; 2. «nadać czemuś inną nazwę, zmienić komuś imię lub nazwisko» i do hasła „przechrzcić się”: 1. «zmienić wyznanie», 2. «zmienić swoje imię lub nazwisko, swoją nazwę», 3. «zmienić radykalnie swoje poglądy». W moim Małym słowniku języka polskiego PWN z 1968 roku nie ma słowa „przechrzcić”. Jest słowo „wychrzta”, które ten słownik tak definiuje: dziś rzadkie «ten, kto przeszedł z innej religii na religię chrześcijańską i przyjął chrzest (zwykle o Żydach)».

Tak więc słowo wychrzcić ma się tak do słowa ochrzcić, jak słowo wyszczepić do słowa szczepić. Wychrzcić oznacza pewien fałsz, bo gdyby chrzest Żydów był autentyczny, to nie powstałoby takie słowo. Gdy wpisuję do słownika internetowego PWN słowo wyszczepić, to pojawia mi się komunikat: Czy chodziło Ci o: szczepić, wszczepić, wyczepić, wyszczerbić. Poniżej pojawia się inny komunikat: Kliknij, aby zobaczyć wyszczepić w Poradni Językowej PWN. Klikam i widzę:

Wyszczepić – wyszczepiać

„Czy forma wyszczepiać jest nowa? Dotychczas ludzie się szczepili. Wyszczepiać jak wykańczać.”

Serdecznie pozdrawiam.

Czyżby w redakcji Słownika PWN pracowali Polacy? Tak więc Żydzi są wobec nas szczerzy, powiedziałbym nawet, że aż do bólu szczerzy. Używają słowa, które pozornie oznacza szczepienie, ale tylko pozornie, tak jak ich chrzty były pozornymi.

To była jednak tylko dygresja i trzeba wrócić do głównego wątku: dlaczego ogon wywija psem? Wypada zacząć od samego początku i zadać sobie pytanie: skąd się wziął ten pies? Kazimierz Dziewanowski, skoligacony z jednym z dowódców szwoleżerów spod Somosierry, Janem Dziewanowskim, w swojej książce Brzemię białego człowieka; Jak zbudowano Imperium Brytyjskie (1996), pisze:

»„Mayflower” znaczy: kwiat majowy. Ale znaczy to też o wiele więcej. W historii Ameryki liczy się od niego wszystko: dzieje podboju kontynentu i dzieje amerykańskiej demokracji, historia anglojęzycznej cywilizacji w Nowym Świecie i początek największej potęgi gospodarczej, jaką kiedykolwiek znał świat. Od stu jeden pasażerów tego statku, którzy pewnego dnia w listopadzie 1620 roku ujrzeli piaszczyste brzegi przylądka Cape Cod (czyli Przylądka Dorszowego) i runęli na kolana na deski pokładu, aby chwalić Boga, że przeprowadził ich przez gniewny ocean – od nich właśnie wywodzi się (albo udaje, że tak jest) wiele najszacowniejszych rodzin współczesnej Ameryki. Tych stu jeden przybyszów czczonych jest w dzisiejszej Ameryce tak, jak w starożytnym Rzymie czczeni byli dwaj legendarni założyciele miasta: Romulus i Remus.

Owego listopadowego dnia u wybrzeży Cape Cod część podróżnych żarliwie i z uniesieniem dziękowała Bogu za szczęśliwe zakończenie ich długiej podróży. Ale inni wcale się nie radowali. Uważali, ze ich oszukano. Umowa przewidywała, że będą dowiezieni do wybrzeży Wirginii, gdzie istniała już spora osada, byli cywilizowani ludzie, którzy mieszkali w cywilizowanych domostwach. A tutaj był dziki brzeg bez śladu człowieka. Przybyli znacznie dalej na północ, gdzie panował ostrzejszy klimat, odmienny od łagodnego klimatu Wirginii. Uważali więc, że wprowadzono ich w błąd – i to nie przez przypadek, ale celowo. Ale czemu miano ich oszukać i któż by to zrobił?

Ci właśnie, którzy najgoręcej dziękowali teraz Bogu, trzydziestu pięciu (niektórzy podają, ze pięćdziesięciu jeden) pielgrzymów, członków sekty protestanckiej będącej w ostrym konflikcie z papiestwem i jezuitami, ale też i z Kościołem anglikańskim i monarchią; pogodzonych z Bogiem, ale skłóconych z niemal wszystkimi jego wyznawcami. To oni skierowali statek bardziej na północ, gdzie nie sięgała władza ani Korony, ani nawet Kompanii Wirgińskiej.

Cofnijmy się nieco wstecz. W roku 1607 pastor John Robinson i jego prawa ręka, niejaki William Brewster, stanęli na czele pierwszej emigracji pielgrzymów. Wyprowadzili swą kongregację z miejscowości Scrooby w hrabstwie Nottinghamshire za morze – do Europy. Uważali, że w Anglii nie ma już dla nich miejsca, albowiem Kościół anglikański był ich zdaniem zbyt podatny na wpływy papistów i nie różnił się wiele od ówczesnego Kościoła katolickiego, równie jak on nietolerancyjnego dla innowierców. Oni zaś, najczystsi wyznawcy nie sfałszowanego Boga, nie darmo nazwani purytanami, nie byli skłonni do kompromisów w sprawach wiary. Wyruszyli więc na Kontynent, do Niderlandów, jedynego znanego im kraju, który tolerował wszystkich.

Osiedli najpierw w Amsterdamie, a później przenieśli się do Lejdy. Przez dziesięć lat żyli tam spokojnie, nie mieszając się z innymi sąsiadami, tak samo jak zwykli to czynić w Anglii. Jednak sąsiedzi interesowali się nimi i nieraz zakłócali im spokój, choć do żadnych prześladowań w Niderlandach nie dochodziło. Ale niełatwo było obcym ludziom zarobić na życie w tym gęsto zaludnionym kraju. I wreszcie pielgrzymi zaczęli się obawiać, że ich dzieci wkrótce przestaną czuć się Anglikami. Pomyśleli więc o przeniesieniu się gdzieś daleko, gdzie byliby sami, z dala od obcych wpływów. Najpierw rozważali pomysł założenia osady w Gujanie, potem wystąpili do Kompanii Wirgińskiej o zgodę na osiedlenie się na jej terytorium, jednak z dala od Jamestown. Uzyskano ją dość łatwo, podobnie jak i zgodę Korony, o co przezorni pielgrzymi również się postarali. Atoli zezwolenie królewskie nie wymieniało wyraźnie ich prawa do odrębności religijnej.«

Tu wypada przerwać ten cytat i posłużyć się innymi, by zrozumieć, kim byli purytanie i ci pielgrzymi, którzy najpierw przenieśli się do Niderlandów, a dopiero później wywędrowali do Ameryki. Henryk Rolicki w książce Zmierzch Izraela (1932) pisze:

»W Zurychu działał reformator Zwingli i tak, jak w Niemczech, tak i w Szwajcarii reformacja posiadała swoje lewe skrzydło w tajnych związkach waldensów, którzy na tamtejszym gruncie przybrali nazwę anabaptystów.

Nauki anabaptystów zaczerpnięte były z ducha żydowskiego i przeszczepione sztucznie na grunt wierzeń chrześcijańskich. Przyjęli przede wszystkim od żydów tak, jak „marzyciele z Zwickau”, marzenia mesjańskie.

Centrum anabaptyzmu stał się teraz Strasburg, a rolę proroczą Jana Huta wziął na siebie Melchior Hofman i ogłosił, że Strasburg zmieni się wkrótce w Jerozolimę niebieską i to już w r. 1533. Hofman podążył potem do Niderlandów, gdzie rozszerzył organizację rewolucyjną. Niderlandy zostały naówczas przez Karola V połączone z koroną hiszpańską i reformacja nie mogła tam znaleźć dostępu. Za to tajne związki anabaptystów rozkrzewiły się pod ziemią. Główna gmina ich powstała w Amsterdamie. W Niderlandach wybił się na przywódcę sekciarzy Jan z Lejdy. Wśród anabaptystów niderlandzkich rozgłoszono, że „Pan potępił Strasburg za jego niedowiarstwo, a na jego miejsce wybrał Monaster (Muenster) na nową Jerozolimę.

Korzystając z odpadnięcia Niderlandów od Hiszpanii, które tak popierał Józef Nassi, znajdują sobie marrani portugalscy znakomitą siedzibę w Amsterdamie (1593 r.), gdzie pozwalają im powracać bez przeszkód na judaizm. Dzięki majątkom portugalskich żydów wydziera Holandia handel zamorski z rąk Portugalczyków i staje się bogatym krajem.

Katolicki król hiszpański, Filip II „doczekał się jeszcze, że dwa narody, których najbardziej nienawidził i najkrwawiej prześladował: Niderlandczycy i żydzi, podały sobie niejako rękę do zniszczenia jego dzieła”. – Henryk Graetz Historia żydów.

Amsterdam stał się dla żydów nową Jerozolimą. Tu działał Abraham Zacuto Lusitano, zaufany doradca palatyna Fryderyka, który swym królestwem zimowym rozpoczął wojnę trzydziestoletnią. Tu wywierał na bieg wypadków w Europie potężny wpływ Manasse ben Izrael (ur. 1604, zm. 1657 r.), jeden z aktorów rewolucji Cromwellowskiej w Anglii. Tutaj żył, pisał i skupiał koło uczonych chrześcijańskich żydowski filozof, Baruch Spinoza.

Ruch purytański zanieśli bowiem do Anglii w XVI w. anabaptyści, ci sami, co fundowali „Nową Jerozolimę” w Monastyrze pod władzą Jana z Lejdy, dobrowolnego wykonawcy wyroków śmierci. Toteż sympatie dla Izraela nie były wcale platoniczne. Nie zapominajmy, że żydów oficjalnie w Anglii nie było, jeszcze w r. 1290 zostali wygnani z wyspy. Co najwyżej nieliczni marrani, bardzo się kryjący przed okiem niepowołanym, bardziej jeszcze niż w Hiszpanii, opanowanej inkwizycją, mogli się byli przyczaić i trwać przez pokolenia. Marranów hiszpańskich do połowy XVI w. do kraju nie puszczano. A tu teraz chrześcijanie sami stają się dzięki reformacji nie już półżydami, ale wprost żydami nieobrzezanymi.

Toteż purytanie „dawali na chrzcie swym dzieciom imiona patriarchów i wojowników hebrajskich. Przekształcili święto tygodniowe, które kościół obchodzi na pamiątkę Zmartwychwstania, w sabat judejski”. – Macuaulay Historia Anglii.

W ten sposób kalwinizm, zlawszy się na gruncie angielskim z anabaptyzmem, dał w wyniku purytanów, o których znany poeta niemiecki, żyd Henryk Heine tak pisał: „Czyż protestanccy Szkoci nie są hebrajczykami, których imiona brzmią biblijnie, których śpiew religijny nawet brzmi nieco po jerozolimsku i po faryzejsku, których religia jest judaizmem, tylko żrącym wieprzowinę?”.

Ducha żydowskiego purytanizm czerpał tak samo z kalwinizmu jak z anabaptyzmu. W r. 1608 pojawia się książeczka „Der calvinische Judenspiegel”, którą cytuje Sombart:

„Jeżeli mam pod przysięgą podać dowód i przyczynę, dla której zostałem kalwinem, to muszę wyznać, że nic innego nie skłoniło mnie do tego, jak to, że między wyznaniami nie da się znaleźć takiego, które by tak dokładnie zlewało się z judaizmem i którego odpowiedzi, tyczące wiary i życia, byłyby tak z nim identyczne”. – Werner Sombart Die Juden und das Wirtschaftsleben.

Rzeczywiście głębsza analiza wiary i etyki kalwińskiej, a już szczególnie purytańskiej, daje w rezultacie judaizm.

„To pokrewieństwo i ta tożsamość nie ulegają żadnej wątpliwości i jesteśmy w prawie wywnioskować, jak to czyni wyraźnie wybitny ekonomista (Sombart – przyp. autora), że purytanizm to judaizm”. – George Batault Kwestia żydowska.«

Na podstawie powyższych, luźno przeze mnie wybranych cytatów, łatwiej chyba zrozumieć relacje Anglików i Amerykanów z Żydami. Jeśli więc ogon wywija psem, to ten pies jest bardzo z tego powodu zadowolony.

A tak przy okazji to warto wiedzieć, że kalwinizm w Rzeczypospolitej Obojga Narodów okresu reformacji był trzecim wyznaniem w ogóle (po katolicyzmie i prawosławiu) oraz dominującym wyznaniem protestanckim wśród szlachty polskiej i litewskiej.

A teraz już można wrócić do Dziewanowskiego i jego książki:

»Najtrudniejszym problemem były finanse. Pielgrzymi byli ludźmi ubogimi, nie mogli sobie pozwolić na opłacenie podróży ani na niezbędne z początku inwestycje. W końcu znaleźli w City zasobnych patronów, co w tym czasie nie było wcale łatwe, albowiem rozmaite przedsięwzięcia kolonizacyjne i związane z tym różnorakie katastrofy pochłonęły już tyle kapitałów, że finansjera londyńska przeżywała na razie okres nieufności i wyczekiwania. Jednakże znalazła się grupa kapitalistów, którzy interesowali się rybołówstwem i handlem futrami na wybrzeżach Nowej Anglii – ci skłonni byli zaryzykować. Utworzono spółkę akcyjną, która wyłożyła niezbędne sumy, zaś pielgrzymi zobowiązali się wnieść swoją pracę. Po siedmiu latach przewidywano likwidację spółki. Pożyczone pieniądze miały być do tego czasu spłacone wraz z procentem. Gwarancję stanowiło całe mienie kolonistów. Szóstego września 1620 roku z Plymouth w Anglii wyruszyła pierwsza grupa emigrantów na pokładzie „Mayfower”: stosiedemdziesięciotonowego statku, używanego uprzednio do przewozu wina z portów śródziemnomorskich do Anglii. Tylko trzydziestu paru spośród pasażerów stanowili pielgrzymi, reszta byłą przygodną zbieraniną, jak zwykle w ówczesnych wyprawach. I ci właśnie, przypadkowi amatorzy wielkiej podróży, uznali się za oszukanych. Podejrzewali (chyba nie bez racji), że organizatorzy podróży nigdy nie zamierzali wylądować w pobliżu ludzkich osiedli w Wirginii, od początku natomiast chcieli wybrać miejsce możliwie odległe, gdzie nikt nie mieszałby się do ich modłów, obrzędów i obyczajów. Należy wspomnieć, że człowiek, który był duszą tej wyprawy, pastor Robinson, nie mógł z nimi wyruszyć, prawdopodobnie ze względów zdrowotnych. Na jego miejsce gubernatorem obrano Johna Carvera, a gdy zmarł w kilka miesięcy później, Williama Bradforda, który zasłynął jako kronikarz i historyk nowej kolonii.«

Nie wszystko, co pisze Dziewanowski w powyższym fragmencie, zgadza się z tym, co pisze angielska Wikipedia. Przede wszystkim pastor Robinson został nie z powodu choroby, tylko dlatego, że chciał się opiekować tymi, którzy pozostali na miejscu, bo w pierwszej wyprawie wzięli udział najmłodsi i najsilniejsi. A więc nie było też tam przypadkowych amatorów wielkich podróży.

Robinson wyjaśniając swoim wiernym, dlaczego powinni wyemigrować, posłużył się przykładem Izraelitów, którzy powrócili z niewoli babilońskiej do Jerozolimy, by tam zbudować swoją świątynię. „Pielgrzymi i purytanie faktycznie nazywali siebie Bożym Nowym Izraelem” – pisze Peter Marshall. Dlatego oczywistym przeznaczeniem pielgrzymów i purytanów było zbudowanie w podobny sposób „duchowego Jeruzalem” w Ameryce.

Kiedy nadszedł czas rozstania, starszy dowódca statku, Edward Winslow, opisał scenę rozdzielania rodzin: „Wylała się powódź łez. Ci, którzy zostali, towarzyszyli nam do portu, ale nie mogli ze sobą rozmawiać z powodu zbyt silnych emocji. William Bradford, inny przywódca, który został później drugim gubernatorem kolonii Plymouth, podobnie opisał rozłąkę:

„Naprawdę żałosny był widok tego smutnego i żałobnego rozstania. Jakież wzdychania, szlochy i modlitwy brzmiały wśród nich; jakież łzy trysnęły z oczu, a zwięzłe mowy przeszyły każde serce … ich wielebny pastor, padający na kolana, a wszyscy razem z nim …”

Trudno się dziwić takiej reakcji. Pierwsza osada, Jamestown w Wirginii, powstała w 1607 roku. Spośród 500 osób 440 nie przetrwało pierwszego roku, umierając z głodu podczas sześciu zimowych miesięcy. W przypadku pasażerów z Mayflower tylko połowa z nich przeżyła pierwszą zimę, a to tylko dzięki pomocy Indian, którzy nauczyli ich jak zdobywać żywność i wielu innych umiejętności niezbędnych do przetrwania.

Jak to się jednak stało, że ci purytanie najpierw wyemigrowali do Holandii, a dopiero później do Ameryki. O tym Dziewanowski nie pisze, ale angielska Wikipedia trochę to wyjaśnia:

»Zgromadzenie około 400 angielskich protestantów żyjących na wygnaniu w Lejdzie w Holandii było niezadowolone z tego, że Kościół anglikański nie zreformował się w stopniu przez nich pożądanym. Ale zamiast pracować na rzecz zmian w Anglii (jak robili to inni purytanie), zdecydowali się żyć od 1608 roku jako separatyści w tolerancyjnej religijnie Holandii. I jako tacy byli uważani w swojej ojczyźnie, Anglii, za nielegalnych radykałów.

Rząd w Lejdzie był postrzegany jako ten, który udziela pomocy finansowej reformowanym kościołom, czy to angielskim, francuskim czy niemieckim, co powodowało, że miasto to stało się atrakcyjnym celem dla intelektualistów protestanckich. Wielu separatystów było nielegalnymi członkami kościoła w Nottinghamshire w Anglii, potajemnie praktykując purytańską formę protestantyzmu. Kiedy dowiedzieli się, że władze są świadome istnienia ich zgromadzenia, członkowie kościoła uciekli w nocy, zabierając ze sobą niewiele więcej niż ubranie i potajemnie dotarli do Holandii.

Painting by Isaac Claesz. Van Swanenburg of workers in Leiden’s wool industry. Źródło: en.wikipedia.org/wiki/Mayflower

Życie w Holandii stawało się coraz trudniejsze dla zboru. Jego członkowie byli zmuszani do wykonywania ciężkich prac fizycznych, takich jak czyszczenie wełny, co prowadziło do różnych problemów zdrowotnych. Ponadto wielu czołowych teologów w kraju zaczęło angażować się w otwarte debaty, które doprowadziły do niepokojów społecznych, wzbudzając obawę, że Hiszpania może ponownie interweniować w Holandii, tak jak to miało miejsce wiele lat wcześniej. Natomiast król angielski Jakub I gotów był do zawarcia sojuszu z Holandią przeciwko Hiszpanii, pod warunkiem, że niezależne angielskie kongregacje kościelne w Holandii zostaną zakazane. Ten fakt stał się czynnikiem motywującym separatystów do przeniesienia się do Nowego Świata, co umożliwiało pozostanie poza zasięgiem króla Jakuba i jego biskupów.«

Dlaczego tak jest, że zawsze musi być dorabiana jakaś ideologia? Żeby zatuszować jakieś działania, upiększyć motywy i fakty? To wszystko działo się jeszcze na długo przed rewolucją Cromwella i oficjalnym powrotem Żydów do Anglii. Ale jak widać oficjalna ich nieobecność nie przeszkodziła im w tworzeniu różnych sekt, mniej lub bardziej tajnych. Później, w demokracji, przydało im się to doświadczenie do tworzenia i opanowywania wszelkich partii politycznych.

Warto jeszcze przytoczyć fragment umowy z Mayflower. Dziewanowski tak to opisuje:

»11 listopada 1620 roku, na pokładzie „Mayflower”, spisano krótki dokument, zwany odtąd Umową z Mayflower, w którym czterdziestu jeden podpisanych pod nim mężczyzn zobowiązało się wspólnie utworzyć organizm społeczny dla własnego dobra; uznając władzę króla Anglii, ustanowić sprawiedliwe i wszystkich jednakowo obowiązujące prawa, a także przyjąć takie same dla wszystkich obowiązki; wybrać uznanych przez siebie wszystkich przełożonych i okazywać im posłuszeństwo. Tekst Umowy z Mayflower głosił:

„W imię Boże, amen. My, których imiona widnieją poniżej, wierni poddani naszego władcy, Króla Jakuba, przedsięwziąwszy dla większej chwały Pana i dla poszerzenia wiary chrześcijańskiej, a także dla pożytku Króla i ojczyzny tę podróż dla założenia pierwszej kolonii w północnych częściach Wirginii, zawiązujemy wspólnie i uroczyście w obliczu Boga i wzajemnie wobec siebie samych, tę umowę, aby połączyć się w jedną wspólnotę obywatelską dla lepszego porządku, zachowania i wspomożenia powyższych naszych celów; a zaś na mocy powyższego postanawiać, układać i stanowić sprawiedliwe i równe dla wszystkich prawa zarządzania, ustawy, konstytucje i urzędy, kiedy tylko zajdzie taka potrzeba dla ogólnego dobra kolonii; a też postanawiamy okazać im nasze poddanie i posłuszeństwo.”

Carrington pisze: „Ten wspaniały dokument, pierwsza pisana konstytucja ludów anglo-saksońskich, nie głosi wcale, że Nowa Anglia będzie wolnym krajem. Wręcz przeciwnie. Pierwsi osadnicy purytańscy uważali się za lud wybrany, który wziął rozbrat ze światem i nie zamierzał pozwolić, aby przeniknęło doń światowe zepsucie. Ich mała rzeczpospolita była zamkniętą oligarchią rządzoną z nieubłaganą nietolerancją przez starszych Kościoła. Nie po to udali się na pustkowie, aby korzystać z wolności myślenia, ale po to, by osiągnąć pełną jednomyślność. Wybaczmy im to. Głodowali w śniegach nowoangielskiej zimy, przeżyli, by zasiać i zebrać swe pierwsze plony i postanowili uczcić to dorocznym obrzędem Dziękczynienia”. – C.E. Carrington, The British Overseas.

Umowa z Mayflower była konieczna, aby wypełnić pustkę prawną, jaka wynikła z faktu, że miejsce, w którym zamierzali osiąść, leżało poza terenami objętymi patentem wydanym przez Kampanię Wirgińską. Ale historycy słusznie zwrócili uwagę, że znaczenie tej umowy było o wiele większe. Ustanowiła ona pewien precedens w angielskiej Ameryce i w ogóle w ówczesnym świecie: rządów sprawowanych na podstawie uprzedniej zgody rządzonych. W następnych latach wielokrotnie korzystano z tego przykładu, tworząc w Nowej Anglii nowe kolonie.«

Tak więc, według Carringtona, tak wychwalany dokument tworzył zamordystyczny rząd starszych Kościoła, nie tolerujący żadnego sprzeciwu i nieposłuszeństwa. Typowe dla klasycznej sekty. Nie były to rządy sprawowane na podstawie uprzedniej zgody rządzonych, raczej na podstawie propozycji nie do odrzucenia. Bo jaki byłby wynik, gdyby taką umowę sporządzono przed wyprawą do Ameryki? W takiej sytuacji, w jakiej znaleźli się uczestnicy tej wyprawy, mieli dwa wyjścia: albo zgodzić się na wszystko i zostać we wspólnocie, albo zostać wykluczonym z niej. I co taki człowiek miałby zrobić na obcej, pustej ziemi? Pójść do Indian?

Taka iluzja była potrzebna wszystkim masonom i im podobnym do uwiarygodnienia ich teorii tzw. kontraktu społecznego, czyli właśnie rządów sprawowanych na podstawie uprzedniej zgody rządzących. To jest dokładnie tak, jak z tym, że szczepienia nie są i nie będą obowiązkowe. W pewnym momencie ten niezaszczepiony znajdzie się w takiej sytuacji, w jakiej znalazłby się ten, który odmówiłby podpisania umowy z Mayflower. Teoretycznie ten, który jej nie podpisał, mógł wrócić do Anglii, bo statek wracał, ale skoro tego nie zrobił, to pewnie i przed taką ewentualnością zabezpieczono się.

Kolonizowanie nowych ziem wymagało pieniędzy i to bardzo dużych pieniędzy, bo pierwsze wyprawy przynosiły straty: ludzie umierali masowo z powodu trudnych warunków, głodu i chorób. A jednak byli tacy, którzy nie bali się i inwestowali. Kim byli? Tego nie wiemy. Możemy się tylko domyślać. Czy ktoś mógł mieć większe pieniądze od Żydów? Kompania Wirgińska, która organizowała te przedsięwzięcia, zakończyła swoją działalność w 1632 roku. Jej udziałowcy, którzy wnieśli do tego czasu ponad dwieście tysięcy funtów – stracili wszystko. Wirginia przeszła pod bezpośrednie zwierzchnictwo Korony.

Dziewanowski tak m.in. pisze o tym kolonizowaniu:

»W latach 1630-1643 na samo tylko przewiezienie osadników do Nowej Anglii wydano dwieście tysięcy funtów i użyto do tego dwustu statków. Na transport do innych kolonii musiano wydać parokrotnie więcej.

Cała ta działalność nabrała rozmachu, kiedy okazało się, że osadnictwo w Wirginii może przynosić zyski – i to niemałe. Wszak zanotowano, że szesnaście funtów tytoniu stanowiło na rynku angielskim równowartość dobrego konia. Wkrótce zaczęli tam przybywać ludzie zamożni, dysponujący kapitałem, przywożący ze sobą dziesiątki i setki robotników i służących, którzy obowiązani byli, na podstawie kontraktu, do długoletniej pracy na rzecz przedsiębiorcy. Wiadomo, że zdarzały się kontrakty opiewające aż na dwadzieścia jeden lat. Tyle musiał odpracować przywieziony z Anglii parobek, zanim mógł odzyskać swobodę osobistą.

Najważniejszą jednak rolę odegrała emigracja innego typu, zapoczątkowana przez ojców pielgrzymów. Złożoną i sięgającą nieraz głęboko motywacją popychającą za morza tych Anglików, którzy udawali się tam dobrowolnie, a takich była większość – zajmiemy się w innym rozdziale. Teraz wystarczy powiedzieć, że w pierwszej połowie XVII wieku zaczęły opuszczać kraj liczne grupy religijne rozmaitych wyznań i że było to rezultatem ich głębokiej i nieugiętej wiary, nie pozwalającej na żadne ustępstwa wobec otoczenia, jak i fali prześladowań i nietolerancji, która pod rządami Jakuba I i jego następców ogarnęła Anglię.«

Liczne grupy religijne rozmaitych wyznań, które wszystkie, jakoś dziwnie, charakteryzowała głęboka i nieugięta wiara, niepozwalająca na żadne ustępstwa wobec otoczenia. Skąd to się wzięło? Teodor Jeske-Choiński w książce Historia Żydów w Polsce pisze o reformach Ezdrasza i Nehemiasza z V wieku p.n.e.:

»Jak Ezdrasz, zrozumiał także on, że naród słaby, otoczony zewsząd możnymi wrogami, jeśli nie chce zginąć, roztopić się w potężnej fali obcych żywiołów, powinien się od nich odciąć, zasklepić się w skorupie swoich tradycji, swoich zwyczajów i obyczajów. By odciąć Żydów od możnych sąsiadów, rozkazał Nehemiasz razem z Ezdraszem zerwać wszelkie stosunki z innowiercami, odwrócić się od nich z pogardą, zrzec się żon wziętych z innych narodów i wypędzić je z domu z dziećmi spłodzonymi w małżeństwach mieszanych. Albowiem „Żyd powinien czuć się lepszym, wyższym od swoich chwilowych panów”.

Nie szczędząc wymowy i zapału, przekonali Ezdrasz i Nehemiasz swoich ziomków, że są nasieniem świętym i narodem osobliwym, wybranym, że zawładną światem, jeżeli będą posłuszni Staremu Zakonowi. Żydzi uwierzyli w końcu w ich obietnicę i poddali się ich rozkazom. Pozbyli się żon pochodzących z innych ludów, i ich dzieci, nawrócili się do przymierza z Jehową, utworzyli jednolity, zwarty naród, odcięty od bałwochwalców. Działalność proroków nie była już potrzebna. Judaici stali się prawowiernymi wyznawcami Jehowy i służyli Mu gorliwie.«

A jak to było z tymi pieniędzmi? Może ten cytat z Dziewanowskiego co nieco wyjaśni:

»Król Karol II (Stuart – przyp. mój) miał w swej służbie przez długie lata człowieka, wobec którego odczuwał wdzięczność i czuł się prawdziwie zobowiązany, co nieczęsto jest cechą królów. A zresztą może nie było w tym niczego szczególnie królewskiego, bo wiadomo, że Karol II był mu winien nie tylko wdzięczność, ale i pieniądze. Człowiekiem tym był admirał William Penn.

Dalsza historia świadczy jednak, że nie była to tylko sprawa zobowiązań finansowych. Admirał miał syna, który również nazywał się William. Podobnie jak to nieraz bywa w zasłużonych i szacownych rodzinach – syn sprawiał admirałowi kłopoty. Wyrzekł się studiów w Oksfordzie i korzyści płynących z arystokratycznego pochodzenia – i przystał do nowej sekty, jaka się wtedy pojawiła w Anglii: do kwakrów. Dwór, Kościół anglikański i duża część społeczeństwa uważali kwakrów za wyjątkowo przykry dopust boży. Istotnie byli oni dość nieznośni i zakłócali przyjęty porządek spraw: odróżniali się przypominającym zakonników strojem, nie chcieli okazać – przez zdjęcie nakrycia głowy – szacunku sądom i urzędom, zwracali się do wszystkich per „ty”; co gorsza, nie chcieli spełniać obowiązków obywatelskich i często dopuszczali się zakłócania nabożeństw anglikańskich. Budzili w wielu nienawiść i uważano ich za złych obywateli, chociaż doceniano ich niezwykłą uczciwość i skrupulatne obserwowanie boskich przykazań. Prędko jednak upowszechniło się przekonanie, że współżycie z nimi jest niemożliwe i najlepiej by było, gdyby wyemigrowali. Oni sami też wkrótce doszli do tego wniosku.

Ułatwiło sprawę przystąpienie do sekty Williama Penna młodszego i przyjaźń, jaka, ku zdumieniu wszystkich, zawiązała się między nim a księciem Yorku, który – co było jeszcze dziwniejsze – sam był katolikiem. I właśnie książę, który miał królewski patent na kolonizację rejonu zwanego New Jersey, umożliwił kwakrom osiedlenie się na należących do niego terenach – w New Jersey i w Nowym Jorku. Jednakże były to kolonie, w których kwakrowie byli przemieszani z wyznawcami innych kościołów i choć panowała tam tolerancja religijna – nie byli z tego zadowoleni.

Penn przystąpił więc do dalszych starań. Chciał utworzyć idealną kolonię, jaką sobie wymarzył. I sam chciał w niej zamieszkać. Zanim został przyjacielem bliskiego krewnego króla i organizatora wielkiej kolonii w Ameryce, doświadczył już prześladowań i był nawet wtrącony do Tower za napisanie pamfletu wymierzonego przeciwko Kościołowi anglikańskiemu, a także za wygłoszenie przemówienia do określonego przez sąd jako „buntownicze” zgromadzenia przy ulicy Gracechurch w Londynie. Władze miejskie postawiły go przed sądem, nazywając impertynenckim, szkodliwym i łobuzerskim warchołem. Sąd skazał Penna za wygłoszenie przemówienia, natomiast uwolnił go od kary za napisanie ulotki. Wtedy dwór zagroził, że jeśli sprawa nie będzie ponownie rozpatrzona, a Penn przykładnie ukarany, sędziemu zostanie obcięty nos, a Pennowi policzone kości. Ale sąd londyński już wówczas niełatwo ulegał naciskowi władzy. Ponownie wydano ten sam wyrok. Penn został wkrótce zwolniony, za to do więzienia powędrowali sędziowie i przebywali tam przez jakiś czas, jednak żadnemu z nich niczego nie obcięto.

Teraz sytuacja zmieniła się. Korzystając ze wstawiennictwa księcia Yorku, Penn przypomniał Koronie, że winna była spore sumy jego ojcu. Zgodził się przyjąć zapłatę w postaci patentu kolonizacyjnego w Ameryce. I tak stał się dysponentem ogromnego obszaru, na którym dziś rozciągają się dwa stany amerykańskie: Pensylwania i Delaware.

Postanowił nazwać cały ten obszar Sylwanią. Jednak król, przypomniawszy sobie o starym przyjacielu, admirale, orzekł, że nowa prowincja winna być nazwana Pensylwania. William młodszy obawiał się, że jego współtowarzysze oskarżą go o próżność i próbował przekupić urzędnika w prywatnej kancelarii królewskiej, aby pominął w papierach przedrostek – ale mu się to nie udało.

Tak więc, w roku 1682, powstała wielka kolonia kwakierska w Pensylwanii. Stała się ona niebawem najbardziej kosmopolityczną kolonią w ówczesnej Ameryce, ponieważ Penn nakłonił do przyjazdu nie tylko kwakrów angielskich z Walii i Irlandii, a także Niemców i Szwajcarów, którzy należeli do wyznań zbliżonych do kwakierskiego.«

W Wikipedii można przeczytać, że William Penn (admirał) 6 czerwca 1643 roku ożenił się z Margaret Jasper, córką zamożnego holenderskiego kupca, z którą miał trójkę dzieci: Margaret, Richarda i Williama. Podczas drugiej wojny angielsko-holenderskiej był kapitanem floty w bitwie pod Lowesoft w 1655 roku pod dowództwem Jakuba II Stuarta.

Jeśli więc zamożny kupiec holenderski, to chyba małe szanse na to, by nie był on Żydem. A więc William Penn młodszy mógł być synem Żydówki, a więc Żydem. Słowo „Jasper” to może być imię, którego polskim odpowiednikiem jest „Kacper”. Jednak podstawowe znaczenie tego słowa to jaspis. To skała krzemionkowa, kamień ozdobny. Być może przodkowie matki Penna zajmowali się też handlem kamieniami ozdobnymi. Wszak Antwerpia, należąca do Niderlandów, była i jest największym ośrodkiem szlifowania diamentów i ich handlu. W Amsterdamie i Hadze mieszkał niejaki Spinoza, który utrzymywał się ze szlifowania szkieł optycznych, a jak twierdzą inne źródła – ich produkcji. A może zajmował się on szlifowaniem diamentów, które zapewne było bardziej dochodowym zajęciem niż szlifowanie szkieł optycznych.

Tak jak pisał, cytowany przeze mnie na początku, Sombart, Żydzi ukrywają się pod postacią chrześcijan. Z tego względu trudno ich poznać. Jednak czasem wystarczy zdrowy rozsądek, by zrozumieć, że zbudowanie tak potężnego imperium, jakim było Imperium Brytyjskie, wymagało ogromnych nakładów finansowych. Nikt poza nimi takich pieniędzy nie posiadał. Podobnie było w przypadku Ameryki. Początkowe inwestycje nie mogły przynosić dochodów ze zrozumiałych względów. Zyski przychodziły dopiero później. Ile więc trzeba było mieć tych pieniędzy, żeby przetrzymać najtrudniejszy okres? Może rzeczywiście nie tak wiele, pod warunkiem jednak, że miało się inne stałe źródła dochodów, jak choćby handel z innymi, już istniejącymi koloniami. A ten handel był w rękach żydowskich. Obecna zmiana światowego prządku też wymaga niewyobrażalnych pieniędzy. Takich, które tylko jedna nacja posiada. Nawet hojnie wynagradza posłusznych sobie szabesgojów, którzy nie zdają sobie sprawy z tego, że prędzej czy później zabierze ona im te pieniądze.

Ale nie tylko pieniądze są ważne przy realizacji celu, jaki sobie wyznaczyli Żydzi. Również ideologia. Do siania niepokojów i buntów w średniowieczu i później, aż do rewolucji francuskiej, służyły sekty religijne. Po rewolucji zostały zamienione na partie polityczne, których zadanie jest dokładnie takie samo.

Ameryką od początku rządzili ludzie bardzo bogaci, którzy zainwestowali w tworzenie tam kolonii. Dziś rządzą nią, a więc i światem, ich potomkowie, którzy są jeszcze bogatsi od swoich przodków. I to im zamarzyło się zrobić z większości ludzi niewolników. Cóż się dziwić? Na niewolnictwie ich antenaci wzbogacili się, a oni chcą ten stan przywrócić; już nie dla wzbogacenia, ale z pychy i poczucia wyższości.

Ich przodkowie wycięli w pień ludność tubylczą – Indian. Nie mieli przy tym żadnych skrupułów. Zawładnęli ziemią, która nie należała do nich. Indianie bronili się, ale była to nierówna i okrutna wojna. Jak pisze Dziewanowski: Ci bogobojni ludzie nie chcieli słyszeć o przebaczeniu i powoływali się na cytaty z Biblii głoszące zemstę i słuszność zasady odpłacania krwią za krew. Jak wiadomo, nietrudno było znaleźć w Biblii podobne cytaty, trzeba jednak w tych poszukiwaniach zapomnieć o Nowym Testamencie. Ich potomkowie uważają, że już nie Ameryka, ale cały świat jest ich własnością i też postanowili pozbyć się większości ludzi, bo im przeszkadzają, za ciasno im.

Księstwo Warszawskie

Księstwo Warszawskie to epizod w historii Polski, ale znaczący, kojarzący się ze szwoleżerami, Somosierrą i pejoratywnym terminem tzw. kozietulszczyzny, czyli przypisywaniu Polakom skłonności do brawury i osiągania mało znaczących zwycięstw kosztem ogromnych strat. Do rozpowszechnienia się tego terminu przyczynili się tacy publicyści jak Krzysztof Teodor Toeplitz, Kazimierz Koźniewski, Zygmunt Kałużyński, Stefan Bratkowski. Siłą rzeczy kojarzy się też ono z kampanią rosyjską Napoleona.

Księstwo Warszawskie zostało utworzone przez cesarza Francuzów Napoleona I i cara Rosji Aleksandra I w 1807 roku na mocy traktatu z Tylży, zawartego pomiędzy Cesarstwem Francuskim oraz Imperium Rosyjskim i Królestwem Prus 7 i 9 lipca 1807 roku w Tylży. Powstało ono z ziem drugiego, trzeciego oraz częściowo pierwszego zaboru pruskiego. W 1809 roku w wyniku nieudanego ataku Austrii zostało powiększone o ziemie austriackie trzeciego zaboru.

Księstwo Warszawskie w latach 1807-1809. Źródło: Wikipedia
Księstwo Warszawskie w latach 1809-1812. Źródło: Wikipedia

Polacy tamtego okresu byli podzieleni. Jedni byli bardzo entuzjastycznie nastawieni do Napoleona i wiązali z nim duże nadzieje. Inni byli sceptyczni, wręcz rozczarowani. Nawet Kościuszko przestrzegał przed nim. Czy obecnie jest tak samo? Najbardziej znanym apologetą Napoleona jest Waldemar Łysiak. W swojej pięknie wydanej książce Empireum z 2004 roku pisze:

»Bonaparte odnalazł naszą wolność swoim mieczem i wcielił ją w życie aktem prawnym, którym była Konstytucja nadana Księstwu Warszawskiemu. Jej artykuł 1 mówi (cytuje z oryginalnego pierwodruku, który posiadam): „Religia Katolicko-Apostolsko-Rzymska jest religią Stanu”. Artykuł 2: „Wszystkie wyznania są wolne i publiczne”. Artykuł 4: „Znosi się niewolę: wszyscy Obywatele są równi w obliczu Prawa; stan osób zostaje pod opieką Trybunałów”. I tak dalej. Była to piękna ustawa, mówiąca mądrze o prawach i godności wolnego narodu. Została przez Cesarza podpisana 22 lipca 1807 roku. Dlatego antykomunisty wcale nie dziwiło, że przez kilkadziesiąt lat drugiej połowy XX wieku 22 lipca królował między Bałtykiem a Tatrami jako główne święto narodowe, chociaż komuniści, którzy wybrali tę datę, mieli na myśli zgoła inne wydarzenia.

Dług spłacały Napoleonowi wcześniejsze polskie władze – rządy okresu „międzywojennego” (1918-1939). Jednym z przejawów tej wdzięczności były rozliczne, efektowne wydawnictwa poświęcone Bonapartemu, a ściślej mówiąc: krzewiące jego kult. Dzisiaj owe książki i albumy są darzone bibliofilskim kultem przez kolekcjonerów.

Dzisiaj pełno jest lewicowych analfabetów, którzy probolszewicko ględzą, iż „Napoleon oszukał Polaków”, „Napoleon nic dla Polski nie zrobił”, et cetera, bla-bla-bla. W tym wielkim kłamstwie, które scjentycznie propagowano przez całą dobę PRL-u, chodziło o to, że wolność dla Polski może przyjść tylko ze Wschodu, nigdy z Zachodu. Nie chciano dopuścić, by „gospodiny Lachy” czcili wyzwoliciela z kręgu cywilizacji śródziemnomorskiej – miał być czczony „wyzwoliciel” z kręgu bizantyńskiego (według aktualnej terminologii: sowieckiego). Lecz ten przekręt się nie udał. – posążków Aleksandra I („Oswoboditiela Ewropy”), Mikołaja I, Lenina czy Stalina, w nadwiślańskich domach nie uświadczysz, a figurek Bonapartego tam sporo, zwłaszcza w mieszkaniach bibliofilów i kolekcjonerów.«

To jest przykład skrajnego braku obiektywizmu i jednostronnego spojrzenia. Nie wiem jak jest obecnie, ale w XIX wieku Polacy w swoim stosunku do Napoleona byli podzieleni. Wielu pewnie dałoby się za niego posiekać, jak choćby Rzecki z „Lalki”. Bardziej chłodne i bezstronne podejście ma Norman Davies, który w książce Boże igrzysko pisze:

»Tereny Księstwa wykrojono z ziem zaboru pruskiego. W jego skład weszły południowe Prusy (Mazowsze i Wielkopolska) bez Gdańska, który uzyskał status Wolnego Miasta, i Prusy Nowo-Wschodnie bez okręgu białostockiego, który oddano Rosji. W 1809 roku, w wyniku wojny z Austrią, powiększono je o Kraków i „zachodnią Galicję” (Lublin, Zamość). W okresie swego największego zasięgu terytorialnego obszar Księstwa wynosił około 154 000 km²; liczyło 4,3 miliona mieszkańców, z których 79% stanowili Polacy, 7% zaś – Żydzi. Przy najlepszych chęciach można by je określić mianem kadłubowego państwa polskiego – bez dostępu do morza i bez żadnych szans na zjednoczenie wszystkich ziem polskich. Nazwy „Polska” starannie unikano.

Francuską konstytucję księstwa – powstałą przy znacznym udziale polskiej strony – podpisał Napoleon 21 lub 22 lipca 1807 roku w Dreźnie. Fryderyk August, król saski, został mianowany dziedzicznym księciem. Jego władze określono niejednoznacznie jako „absolutną pod protektoratem Związku Reńskiego”. Fryderyk August był człowiekiem rozważnym i mówił po polsku, w Warszawie pokazał się zaledwie cztery razy. On sam lub wicekról sprawował pełną władzę wykonawczą za pośrednictwem pięciu ministerstw, których dyrektorzy stanowili Radę, oraz prefektów stojących na czele sześciu, a później dziesięciu departamentów. Sejm miał być dwuizbowy, z mianowanym senatem i wybieralną izbą poselską; ministrowie nie mieli obowiązku zdawania mu sprawozdań ze swoich czynności. Podobnie jak działalność rad okręgowych poszczególnych prowincji, działalność ciał ustawodawczych miała być zredukowana do roli doradczej. Niezależne sądy miały funkcjonować w oparciu o Kodeks Napoleoński. Językiem urzędowym miał być język polski.

W ramach tego systemu, przy stałej nieobecności monarchy, Prezes Rady Ministrów, światły Stanisław Kostka Potocki (1755-1821), oraz jego pięciu mianowanych kolegów mieli spore pole manewru. Politykę wybitnych członków Rady – księcia Józefa Poniatowskiego (1763-1813) w ministerstwie wojny, Stanisława Brezy (1752-1847), przede wszystkim zaś ministra sprawiedliwości – hrabiego Feliksa Łubieńskiego (1758-1848) – ograniczała nie tyle formalnie obowiązująca konstytucja, ile przeciągająca się obecność w mieście marszałka Davouta z 30 000 saskich żołnierzy oraz czujna troska francuskich rezydentów – Étienne’a Vincenta, Jeana Serry, Louisa Bignona i – od r. 1809 – wścibskiego arcybiskupa Dominique’a Pradta.

Konstytucja wprowadzała radykalne zmiany w dziedzinie spraw społecznych. Artykuł 4, który zawierał stwierdzenie, że „wszyscy obywatele są równi w obliczu prawa”, jednym posunięciem obalał dawny system stanowy. Cztery proste słowa – „L’esclavage est aboli” („znosi się niewola”) – kładły kres pańszczyźnie jako instytucji uświęconej przez prawo. Pociągnęły one jednak za sobą duże zamieszanie. Prawne przywileje szlachty nie zostały w sposób jednoznaczny uchylone, sama zaś konstytucja nie miała bezpośredniego wpływu na zmianę jej dominującej roli w społeczeństwie. Doraźna sytuacja chłopów w gruncie rzeczy uległa pogorszeniu. Mimo dekretu o ziemi z 21 grudnia 1807 roku, który regulował sprawę stosunków między właścicielem a dzierżawcą, poczucie bezpieczeństwa byłego chłopa pańszczyźnianego znacznie się zmniejszyło. Niewielką pociechą była dla niego świadomość, że może teraz podpisać nową umowę ze swym byłym panem czy nawet zaskarżyć go w sądzie, skoro czyniąc to, ryzykował natychmiastową eksmisję wraz z utratą domu, ziemi i pracy. Na razie więc jedynym miejscem, dokąd mogli się udać nowo wyzwoleni chłopi, było wojsko.

Rzeczywiste cele powołania do istnienia Księstwa uwidoczniły się najlepiej w sferze wojskowości i finansów. Bez względu na wszelkie gesty w kierunku liberté, egalité czy nawet fraternité pozostaje niewiele wątpliwości co do tego, że celem utworzenia Księstwa było zmobilizowanie jak największej liczby żołnierzy i jak największych sum pieniędzy na potrzeby całego cesarstwa napoleońskiego. W 1808 roku wprowadzono powszechny pobór żołnierzy. Wszyscy mężczyźni w wieku od 20 do 28 lat byli powołani do wojska na sześć lat. Wojsko, które stopniowo rozrosło się z 30 000 żołnierzy w 1808 roku do ponad 100 000 w roku 1812, pochłaniało ponad dwie trzecie dochodu państwa. Między dowodzących nim generałów rozdzielono hojnie dary ziemi, podczas gdy tabuny przymusowych robotników trudziły się nad ulepszeniem urządzeń wojskowych. Do prac przy odbudowie fortecy w Modlinie zmobilizowano dwadzieścia tysięcy chłopów. W 1812 roku liczebność oddziałów stacjonujących w Polsce na koszt Księstwa osiągnęła prawie milion żołnierzy. W zamian za swój polski mundur obywatel otrzymywał solidne opodatkowanie na pruską modłę oraz obojętność władz na modłę rosyjską; oczekiwano też od niego, że odda życie za francuskiego cesarza, walcząc pod rozkazami niemieckiego króla.

Najjaskrawszym przykładem wyzysku, jaki Napoleon uprawiał wobec Księstwa Warszawskiego, było szokujące oszustwo w sprawie tak zwanych „sum bajońskich”. Według konwencji podpisanej we francuskim uzdrowisku Bayonne w 1808 roku, rząd francuski zrzekł się prawa do dawnej własności państwa pruskiego, sprzedając ją za sumę 25 milionów franków, płatnych w krótkim okresie czterech lat. W ten sposób polski podatnik musiał poświęcić niemal 10% budżetu na wykupienie hipotek, budynków i wyposażenia, które zaledwie 12 lat wcześniej zabrali mu Prusacy, a które dostały się w ręce Francuzów jako wojenna zdobycz. Hojność nie wchodziła tu więc w grę.

Tymczasem triumfalne fanfary wzywały Polaków pod wojenne sztandary. Po trwającym całe pokolenie okresie bezgranicznych upokorzeń nie brakowało młodych ludzi zdecydowanych dowieść na polu walki znajomości wojennego rzemiosła. Od brawurowej polskiej Chevaux-Legers z Gwardii Cesarskiej po nowo utworzone pułki wojsk Poniatowskiego, od wyżyn Półwyspu po niziny Rosji waleczność Polaków ruszyła w pochodzie jak nigdy od czasów Sobieskiego.

30 listopada 1808 roku Napoleon zatrzymał się u bram Madrytu. Dalszą drogę odcięła mu jedyna hiszpańska dywizja, broniąca wąskiego wąwozu Somosierra, wiodącego na wysoki płaskowyż, na którym rozciąga się hiszpańska stolica. Szesnaście armat wstrzymywało pochód 50 000 żołnierzy. Po kilku próbach przebicia się przy pomocy piechoty rozkaz „do ataku” wydano pierwszemu oddziałowi szwoleżerów. Trzystu jeźdźców z Księstwa Warszawskiego pod wodzą Jana Kozietulskiego posłuchało rozkazu. W osiem minut później ci, którzy ocaleli, ukazali się trzysta metrów wyżej u szczytu wąwozu w odległości dwóch kilometrów od pełnego podziwu cesarza. Zdobyto wszystkie armaty. Opór Hiszpanów przełamano. Zdobyto Madryt. Odtąd opowieści o szarzy spod Somosierry budziły w Warszawie takie same reakcje, jak w Londynie opowieści o szarzy lekkiej brygady (Szarża angielskiej lekkiej kawalerii na pozycje artylerii rosyjskiej; heroiczny, choć daremny epizod oblężenia Sewastopola [1854] podczas wojny krymskiej – przyp. tłum.). Uważano, że kwiat młodzieży polskiego narodu zginął w odległej ziemi w imię jednego brawurowego gestu. W rzeczywistości bezprzykładne poświęcenie tamtej garstki ludzi utorowało drogę całej armii.«

Davies pisze o 300 szwoleżerach, a Wikipedia pisze, że do ataku przystąpiło 125, a zginęło 57. Wąwóz miał 2500 metrów długości, różnica wzniesień 200 metrów. Na tym odcinku Hiszpanie ustawili 4 baterie. Wąwóz był kręty, więc ze stanowisk poszczególnych baterii nie było widać sąsiednich. Wcześniejsze ataki piechoty kończyły się niepowodzeniami. Atak szwoleżerów trwał 8-10 minut. Przeszli przez ten wąwóz jak tornado czy huragan. Człowiek na koniu porusza się zdecydowanie szybciej niż pieszo. Artylerzyści oddawali salwy, ale nie nadążali ponownie załadować armat. Za każdym razem przy zdobyciu kolejnej baterii ginęli szwoleżerzy, ale większość nacierała dalej. Szybkość, determinacja i odwaga zdecydowały, że taka taktyka okazała się zwycięska. Czy to było szaleństwo? Najwyraźniej ktoś wcześniej nie wpadł na pomysł, że szybkim atakiem można zdobyć coś, co wydaje się nie do zdobycia. I pewnie to bardzo bolało Francuzów i „naszych” Żydów, którzy zawsze są na posterunku, gdy trzeba ośmieszyć Polaków, no bo przecież ci durni Polacy, sami z siebie, nie są w stanie niczego wymyślić.

Czym było Księstwo Warszawskie? Bardziej lakonicznie, niż ujął to Davies, chyba się nie da:

W zamian za swój polski mundur obywatel otrzymywał solidne opodatkowanie na pruską modłę oraz obojętność władz na modłę rosyjską; oczekiwano też od niego, że odda życie za francuskiego cesarza, walcząc pod rozkazami niemieckiego króla.

Wszyscy znamy trylogię Sienkiewicza, ale mało kto słyszał o innej trylogii – trylogii z czasów napoleońskich. Jej autorem jest Wacław Gąsiorowski (1869-1939). Akcja pierwszego utworu Huragan toczy się podczas wojen napoleońskich 1806-1809. Wątek historyczny, obejmujący m.in. krytyczną analizę stosunku Napoleona do sprawy polskiej, splata się z wątkiem przygodowym i miłosnym. Zabieg ten zastosował później w swoich powieściach Lewa wolna i Nie trzeba głośno mówić Józef Mackiewicz. Kolejne powieści to Rok 1809 i Szwoleżerowie gwardii. Akcja pierwszej z nich toczy się podczas wojny polsko-austriackiej 1809 roku, drugiej – w okresie kampanii moskiewskiej Napoleona. Warto przytoczyć parę cytatów z pierwszej powieści Huragan:

»Nad wszystkim zaś wszechwładnie panował „landrecht” (prawo krajowe – przyp. mój), kontrybucjami gnębiąc opornych, co chwila zatrzaskując ciemne wrota ciemnic Magdeburga lub Gdańska, wybierając bez rachuby i porządku rekruta, nie wzbraniając się ani od pożogi, ani miecza. „Landrecht” nadto usiłował spędzić z oblicza Śląska, Wielkopolski i Mazowsza smutek a tęsknotę, gniewał go ponury spokój zaścianków szlacheckich, apatia mieszczan. I naraz sypnął garściami złoto, dozwalając brać każdemu w zamian za ustanowienie hipoteki. Brali wszyscy. Ten synowi na Wołoszczyznę zapomogę słał, ów krewniaka tułającego się na paryskim bruku opatrywał, trzeci pieniądze z grodu wywiózł i ginął, czwarty garnek pieniędzy pod drzewem zakopywał. I znów przygnębienie i cisza, i niechęć, i nieufność, szepty a westchnienia, milczenie i głucha nienawiść.

Jedna Warszawa nie zawiodła. Uczty i bale, zabawy, uciechy, pijatyka a wesele co dnia wstrząsało jej murami. Nikt nie myślał o jutrze, o wojnach, o Napoleonie, o Prusakach. Złoto lało się strugami. Nie pytano z jakiego płynęło źródła. Dość, że było. Najstarsi ludzie, co saskie pamiętali czasy, nie widzieli ani takiej ochoty, ani zapamiętania. Zdawało się, że Warszawa upiła się własnym nieszczęściem a losem i, krom oszołomienia, niczego więcej nie szukała. Stary Köhler, pruski gubernator, pobłażliwie spoglądał na miasto, ramionami wzruszał, a gdy mu dyrektor policji, de Tilly, co dzień „ruhig” (spokój – przyp. mój) raportował, uśmiechał się dobrodusznie, powtarzając z przekonaniem: „niech się bawią”. Niekiedy i Köhler, pociągnięty wirem, brał udział w piknikach i polowaniach. Przyjmowano go chętnie. Lubiano powszechnie. W drogę nie wchodził nikomu, w towarzystwie był gładkim, uprzejmym, dobrym kompanem, wyrozumiałym na wybryki młodzieży. Od kielicha nie stronił, śmiać się umiał.

Na karcie Europy leżał trup rozciągnięty, bezwładny, zadławiony zbytkiem własnej pewności, swoich praw, swojej historii, a serce jego dygotało, biło weselem, upojeniem przebrzmiałych, świetnych czasów.«

I tu się zaczyna problem, który w powyższym fragmencie jest zasygnalizowany jednym zdaniem:

I naraz sypnął garściami złoto, dozwalając brać każdemu w zamian za ustanowienie hipoteki. Brali wszyscy.

Do czasu klęski Napoleona zabór pruski sięgał do Bugu, do naszej obecnej wschodniej granicy. To miało też swoje inne konsekwencje, zasygnalizowane w poniższym cytacie:

„Nieboszczyk mój Michał miał żołd, miał dożywocie, a i to zawierucha wyrwała wdowie… Chociaż nie widzi mi się tylko po coś ty do Warszawy zajechał. Może urzędu chcesz, stopnia – wybij sobie to z głowy! Mało to mój bratanek nadreptał a nakłaniał się Prusakom? Nie wezmą dziś, choćbyś im dusze zaprzedał, aby samych Niemców tysiącami ściągają i starostwa, a po ichniemu amty rozdają!… Ehe! Przyznaj no się, może ty o hipotece przemyślasz? Świeży grosz ci pachnie?!”

Wśród tych Niemców było wielu Żydów, jeśli nie większość. Prusy wycofały się po kongresie, a oni zostali. A jak było z Konstytucją Księstwa? Według Gąsiorowskiego było tak:

„Członkowie komisji stali wyprostowani, patrząc w niemym osłupieniu, jak przed ich oczyma rosły statuty bez rozpraw, bez dyskusji, bez wotowania. Stary marszałek sejmu czteroletniego szczególniej był wzruszony i przejęty. To, na co ongi trzeba było miesięcy, lat całych, tu załatwiało się w minutę!

Bassano ledwie mógł nadążyć pisać. Chwilami Bonaparte urywał nagle, zamyślał się, a potem pytał znienacka komisarzy, iżali im ten lub inny układ przypada do przekonania, ale zanim który z nich zdążył coś rzec, Napoleon już dalsze punkta rozwijał.

Oficer służbowy zameldował Talleyranda. Książę Benewentu wszedł zgięty w pałąk.

-Masz projekt konstytucji księstwa?

-Właśnie, Sire, przyniosłem go… jeszcze nie jest ukończonym..

-Taki wolumin!? Schowaj go na pamiątkę dla siebie! Gadulstwo! Miałeś dwa tygodnie czasu! Patrz, ja już kończę! Bassano, pisz! – Marszałek z grona członków sejmu, przez króla mianowany, prezyduje! Większość stanowi! Sejm jest zwyczajny i nadzwyczajny… pierwszy zbiera się co dwa lata…

W ciągu godziny ustrój nowego państwa był gotowy. Bonaparte polecił księciu Bassano uporządkować go i na dzień następny przygotować w kilku egzemplarzach. Następnie członkom komisji nakazał udać się do sali audiencjonalnej.”

W następnym fragmencie Gąsiorowski opisuje prawdziwy stosunek Napoleona do Polaków i nowego państwa:

»Tymczasem z łoża Traktatu Tylżyckiego zaczęły się wychylać powoli te korzyści, które i z tego nowo ufundowanego księstewka miały spłynąć na Francję, a które pozory bezinteresownego wstawiennictwa cieniem okryły.

Księstwo było krajem sprzymierzonym, od lat piętnastu składało się wraz z całą ziemią na dobrowolny podatek krwi dla armii Bonapartego, przez pięć miesięcy znosiło bez szemrania ciężary przemarszu i postoju olbrzymiej armii, na pierwsze wezwanie podążyło wspierać francuskie szeregi – więc kontrybucji wojennej płacić nie mogło! Ale, mimo to, pod innymi pozorami miało być pozbawione resztek dobytku.

Ziemie, które ongi, stanowiąc dobra narodowe, przeszły były do Prusaków – teraz znów, mimo niezawisłości Księstwa, dostały się w ręce Francuzów. Dwudziestu siedmiu marszałków i generałów za trudy, za zasługi położone w wojnie z Prusami odebrało nagrody z polskiej ziemi. Davoust za Auerstädt dostał Księstwo Łowickie, Perrin-Victor – Przedecz, Bessières – Kruszwicę, Lannes – Księstwo Siewierskie, Ney – Księstwo Sieluńskie, Berthier, Soult, Bertand, Oudinot niemniej suto obdarowani zostali. Mniejsze folwarki a wsie dostały się generałom dywizji, brygadierom i pułkownikom.

Prawda, Bonaparte nie zapomniał o Polakach i trzem wodzom ofiarował to, co było już ich, jako Polaków, własnością. Zajączek wziął Opatówkę, Dąbrowski Winną Górę, a książę Józef Wieluń.

Lecz nie koniec na tym. Sumy, które rząd pruski rozpożyczył był szlachcie na hipoteki, chcąc ją do szybszego wyzucia z ziemi doprowadzić – Bonaparte uznał za swoją własność i nowemu rządowi Księstwa polecił wynaleźć środki na ich pokrycie.

Było to ciężkie zadanie! Tym cięższe, że odeń uchylić się, bez narażenia się na gniew mocarza, nie było możliwym. A dwadzieścia milinów franków było nie lada ciężarem dla pustego skarbu.

Wprawdzie za drugie dwadzieścia milionów ziemianie, kupcy, mieszczanie a wieśniacy posiadali rewersów francuskich za wybrane zboże, owies, bydło, konie a prowiant rozmaity, ale te po większej części miały pozostać w aktach rodowych, jako smutne wspomnienie o tym, co do ostatecznej ruiny doprowadziło pradziadowską fortunę.

Sumy hipoteczne zaś, wobec nacisku gabinetu francuskiego – objęte w roku następnym układem podpisanym w Bajonnie, w ciągu trzech lat spłacone zostały… Historii do sum neapolitańskich przybyły „bajońskie…”«

Sumy neapolitańskie to pieniądze, które królowa Bona wywiozła z Polski i pożyczyła Filipowi II hiszpańskiemu, a które już do nas nie wróciły. Takie wyjaśnienie podaje cytowana przeze mnie książka Gąsiorowskiego. Natomiast na stronie Polonia Viva (poloniaviva.eu) znajdujemy taki opis:

»W końcu 1.II.1556 roku opuściła na zawsze Polskę (po 38 latach!), a towarzyszyły jej 24 wozy załadowane bogactwami i tak ciężkie, że każdy ciągło sześć koni. 13.V.

1556 roku przybyła do swego księstwa w Bari. Jednak wyjazd ten był wyrokiem śmierci na Bonę. Jej włoscy towarzysze i tzw. „doradcy”, oszołomieni jej bogactwami jakie zabrała ze sobą z Polski do Włoch, czyhali teraz niczym drapieżne zwierzęta na łup.

Pierwszym błędem Bony było pożyczenie zawrotnej sumy 430 tysięcy złotych dukatów (ważących podobno 1,5 tony) księciu Alba, wicekrólowi Neapolu (którego zwierzchnikiem był cesarz Filip II Habsburg), należącego wówczas do Hiszpanów, na prowadzenie wojny z Francuzami. Bona – poprzez tą „inwestycję” – robiła sobie nadzieję na uzyskanie władzy w Neapolu, co było oczywiście złudą. Te zawrotne, zwane tak do dziś sumy neapolitańskie”, zaostrzyły tylko apetyt innych jej doradców „na resztę”. Szczególnie bezwzględny okazał się tutaj jej prywatny doradca Jan Wawrzyniec (Gian Lorenzo) Pappacoda, który jak się później okazało był na usługach Habsburgów. Bona przejrzała jego zamiary i nakazała go śledzić. Równocześnie widząc swą beznadziejną sytuację powzięła decyzję powrotu do Polski. Ale było już za późno – „kości zostały rzucone” i dni Bony były policzone. Przekupiony przez Pappacodę lekarz podał królowej tzw. „balsam św. Mikołaja” – wolno działającą truciznę. Na łożu śmierci Bonie wciśnięto do podpisu sfałszowany testament, gdzie jej syn Zygmunt August mający prawnie dziedziczyć jej księstwo i majątek, został pominięty! 19.XI.1557 roku Bona zmarła, a Pappacoda po obrabowaniu zamku i likwidacji świadków zbiegł do Habsburgów. Filip II mianował go w nagrodę margrabią Capurso i kasztelanem Bari. Historia godna filmu w Hollywood!

Termin „sumy neapolitańskie”, to już wspomniana suma 430 tysięcy złotych dukatów (dziś podobno ok. 260 milionów złotych), ważąca ponad 1,5 tony, którą Bona pożyczyła w Neapolu i które to pieniądze po jej śmierci (otruciu) na zawsze przepadły. Co prawda strona polska walczyła o zwrot tego majątku, podobnie zresztą jak o prawo dziedziczenia księstwa Bari przez jej syna Zygmunta Augusta, jednak na południu Włoch, w Neapolu, Apulii i Kalabrii panowały inne stosunki. Bez poparcia Habsburgów, którzy nie byli zainteresowani jakimś procesem (a wręcz przeciwnie!), sprawy polskie nie miały tam żadnych szans na sukces. Do dziś termin ten oznacza właśnie oprócz ogromnej sumy, także wierzytelności nie do odzyskania.«

Jak widać nikt nie chce nazwać rzeczy po imieniu. Bona po prostu ukradła te pieniądze, bo gdyby było inaczej, to nikt nie domagałby się zwrotu tych pieniędzy. Biedny kraj. Ciągle go ktoś napadał, grabił, okradał i jeszcze, jak Napoleon, wmawiał, że coś dla Polaków robi, a praktycznie traktował ich jak mięso armatnie.

Czasem zastanawiało mnie, skąd u wielu Polaków tamtego okresu, szczególnie u żołnierzy, taka ufność i wiara w Napoleona? Przecież było wielu ludzi, którzy nie mieli złudzeń, kim jest Napoleon i do czego jest zdolny. A jednak było wielu, którzy gotowi byli walczyć nie za swoją sprawę i nie w interesie własnego kraju. Czy byli tacy głupi? Dla wielu, szczególnie dla chłopów, była to szansa na inne życie. Inna sprawa, że od momentu ustalenia obowiązkowej sześcioletniej służby dla wszystkich w wieku 20-28 lat, mogło to już nie być takie atrakcyjne. Być może pewnym wyjaśnieniem tego fenomenu, będzie kolejny cytat z powieści Gąsiorowskiego:

»Kozietulski nie dobierał wyrażeń. Zdania i słowa jego były proste, graniczące może z grubiaństwem, lecz płynęły z duszy, z uczuć czystych, jasnych.

Z domu rodzicielskiego wyniósł on był rzadką bogobojność a umiłowanie religii przodków. Rzadką, bo choć w opiekuńcze skrzydła Bogarodzicy nie zaginęła, choć pieśń jej przetrwała… atoli pod koniec czasów pruskich nowe prądy z zachodu zakradać się jęły. Loże masońskie mnożyły się w całym kraju, a setki młodzieży przystawało do nich.

Więc i w pułku szwoleżerów nie brakło ani oficerów, ani żołnierzy, którzy nosili godła „Świątyni Hesperydy”, „Rycerzy tarczy północnej”, „Eleusis”, „Świątyni szczerego połączenia i doskonałego milczenia”, „Izydy”, „Uwieńczonej cnoty”, „Świątyni Palomona”.

Kozietulski nie dał się skusić. W wierzeniach swoich pozostał takim, jakim był w dzieciństwie swoim, gdy za rodzicem, imć panem Antonim Habdank Kozietulskim, starostą bendzińskim, odmawiał wieczorne i ranne pacierze. Kozietulskiego kochali żołnierze. „Starościc”, jak go poufale tu i ówdzie nazywano, posiadał serca wszystkich.«

Tak więc wychodzi na to, że rzeczywistość nie jest taka prosta i tłumaczenie pewnych zachowań czy działań głupotą i lekkomyślnością może służyć ukryciu prawdy i zatajeniu prawdziwego oblicza uczestników wielu wydarzeń. Czy Napoleon był masonem i był na usługach masonerii? Feliksa Eger w książce Historia towarzystw tajnych (1904) pisze:

„Bonaparte, posiadający całe zaufanie Robespierre’a, któremu zawdzięczał początek swej kariery, zyskał sobie także zaufanie wolnomularstwa, czym jedynie wyjaśnić można tak szybkie jego dojście do władzy. Po zdobyciu Tulonu pisał do konwencji:

Obywatele reprezentanci! Z pola bitwy i brocząc jeszcze we krwi zdrajców, donoszę wam z radością, że rozkazy wasze spełnione, Francja pomszczona. Ani wiek, ani płeć oszczędzonymi nie były. Ci, których skaleczyły tylko armaty republikańskie, rozsiekani zostali mieczami wolności i bagnetami równości.

Pozdrowienie i uwielbienie. Brutus Bonaparte, obywatel sans-culottes.

Postawiony na czele wojska włoskiego wraz z młodym jeszcze Robespierrem zostawał z nim w ścisłych związkach. Konwencjonalista ten oddał mu też dowództwo armii Paryża w miejsce Henriota. Jego też królobójcy konwencji wezwali na pomoc, chcąc siłą utrzymać się przy władzy i zatopić w morzu krwi stronnictwa paryskie. W wojnie z papieżem był on narzędziem rewolucji odpowiadającym pragnieniom towarzystw tajnych.”

Czym więc było Księstwo Warszawskie? Chyba bazą wypadową, takim lotniskowcem, z którego miał nastąpić atak na Rosję. Ale powstało ono w wyniku traktatu tylżyckiego, którego stroną był car Rosji. Bez jego zgody pewnie nie powstałoby. Czy nie zdawał on sobie sprawy z tego, że otwiera w ten sposób Napoleonowi drogę na Moskwę i dostarcza mu wiernego sojusznika. Po pokonaniu Prus Napoleon i tak panował na tym terenie. A może to wszystko i tak wcześniej zostało zaplanowane?

Księstwo Warszawskie istniało od 1807 roku do 1812, w którym zostało przekształcone w Królestwo Polskie. A więc tylko 5 lat. W zasadzie bardzo krótki epizod w naszej historii, ale bardzo znaczący. Bardzo wiele się wtedy wydarzyło. Powstało państwo, które po dwóch latach powiększono o znaczne obszary, a po 6 latach, trzy państwa, które 20 lat wcześniej dokonały rozbiorów, ponownie podzieliły między siebie to państwo. Dokonał się więc czwarty rozbiór Polski, bo Księstwo, które sięgało od Krakowa i Poznania po Lublin, tylko z nazwy było Warszawskim. Po co to wszystko było? Najwięcej zyskała Rosja, która klinem wdzierała się pomiędzy Austrię i Prusy i zajmowała tereny, które wcześniej należały do obu tych państw. W wyniku wojny z Austrią w 1809 roku Księstwo zyskuje nowe tereny. Mocarstwo przegrywa wojnę z jakimś księstewkiem? No bo skoro oddaje wcześniej zdobyte tereny, to chyba przegrywa. Czy to cyrk? Czy może rzeczywiście chodziło o to, by nowe państwo dostarczyło jak najwięcej rekruta? W Księstwie od 1808 roku obowiązywał przymusowy pobór do wojska. Państwa, które 12 lat wcześniej dokonały jego rozbiorów, ponownie wskrzeszają je do życia. A niby imperator, zwycięzca, mianuje na księcia tego księstewka przedstawiciela państwa, które pokonał. Czy to nie jest paranoja? Tak to wygląda z zewnątrz, ale najwyraźniej toczyła się jakaś podskórna gra i prawdziwi władcy, ukryci gdzieś głęboko, posługiwali się tylko marionetkami. Prawdziwe cele były zupełnie inne od tych afirmowanych. Napoleon – marionetka. I nie tylko on. I car też, nie wspominając o pruskim królu.

Czy po to powstało Księstwo, by służyć Napoleonowi jako baza wyjściowa do ataku na Rosję i jako zagłębie świeżego rekruta? A jeśli tak, to znaczy, że w momencie jego tworzenia wiedziano, że będzie wojna z Rosją i Rosjanie też musieli o tym wiedzieć, skoro zgodzili się na warunki wynegocjowane w Tylży. Czy to oznacza, że na tym świecie nigdy nic nie dzieje się przypadkowo? A jeśli tak, to znaczy, że i ten wirus, który nas gnębi, nie pojawił się przypadkowo. Mówią, że jeśli chcesz zrozumieć teraźniejszość, to ucz się historii. Święta prawda, pod warunkiem, że jest to prawdziwa historia.

Minister

W poprzednim blogu jeden z komentujących zarzucił mi, w sposób pośredni, brak wiedzy o Druckim-Lubeckim i jego zasługach dla Królestwa Polskiego. W sumie zarzut słuszny, bo wiedziałem o nim tyle, że był ktoś taki i zrobił coś tam w gospodarce i finansach. Ale gdyby ktoś zapytał mnie o szczegóły, to niewiele bym wydukał. Pomyślałem sobie jednak, że skoro człowiek uczy się całe życie, to może warto przybliżyć sobie i innym tę postać. I okazało się, że warto.

Kiedy tak zapoznawałem się z osobą Druckiego-Lubeckiego i jego dokonaniami, to przypomniał mi się Balcerowicz. Na pozór nic bardziej sprzecznego. Balcerowicz działał w odwrotnym kierunku do tego, co robił Drucki-Lubecki. Balcerowicz – państwo niewydolne, im mniej państwa, tym lepiej, wolny rynek, jak najmniej państwa i prywatyzacja wszystkiego, co się da. Drucki-Lubecki – prywatna gospodarka nie radzi sobie, potrzebna interwencja państwa, monopole państwowe, państwo decyduje o wszystkim i jak najwięcej własności państwowej.

Co więc łączy obu tych panów? Obaj przeprowadzili gruntowne reformy i obaj zrobili to wielkim kosztem społecznym. O tym nie wspomina Wikipedia i portal „tradycjegospodarcze.pl”, z którego zaczerpnąłem jeden z poniższych cytatów. Nie wspominają również o tym różni apologeci Druckiego-Lubeckiego. Gdyby nie Maria Dąbrowska, która w swojej rozprawie „Rozdroże” wspomniała o tej reformie, to pewnie nawet nie zastanowiłbym się nad tym, czy tam były jakieś koszty społeczne. Balcerowicza pamiętamy i pamiętamy jego „zasługi”, ale tamta reforma była tak dawno, że wszystko zatarło się. Pewnie za 100 lat o Balcerowiczu będą pisać tak, jak obecnie o Druckim-Lubeckim. Gospodarka jest po to, by ułatwiać ludziom życie, a wszelkie reformy po to, by ten proces udoskonalać, a nie po to, by jedne warstwy społeczne zyskiwały kosztem innych. Jeśli nie wspominamy o kosztach społecznych, to obraz każdej reformy jest wypaczony, a jej ocena błędna.

W Wikipedii pod hasłem „Drucki-Lubecki” jest zdjęcie kasztanowca posadzonego w 1827 roku przez Duckiego-Lubeckiego i jest również tabliczka upamiętniająca to zdarzenie. Została ona wykonana w 1994 roku. Kasztanowiec rośnie na podwórku przy ulicy Elektoralnej. Na Placu Bankowym na ścianie gmachu dawnej Giełdy i Banku Polskiego umieszczono tablicę upamiętniającą Druckiego-Lubeckiego i Jelskiego jako twórców Banku Polskiego. Tablicę umieszczono w 1998 roku. To, co zwróciło moją uwagę, to to, że obie tablice pojawiły się dopiero po 1989 roku w tzw. III RP. Za czasów PRL-u jakoś nikomu nie przyszło do głowy, by upamiętnić te zdarzenia. Ideologicznie bliżej było przecież władzom PRL-u do Druckiego-Lubeckiego i jego reformy niż władzom III RP. A jednak! Ludzie reprezentujący dokładnie przeciwstawną ideologię czuli się w obowiązku upamiętnić tamtych. Coś ich łączyło. Jakaś niewidzialna nić.

Franciszek Ksawery Drucki-Lubecki urodził się w 16 grudnia 1779 na Polesiu, zmarł 28 maja 1846 roku w Sankt Petersburgu. Był ministrem skarbu Królestwa Polskiego w latach 1821-1830. Był członkiem Rządu Tymczasowego Królestwa Polskiego w 1815 roku. Druccy-Lubeccy to ród kniaziowski (książęcy) pochodzenia litewskiego. Wikipedia pisze o Druckim-Lubeckim m.in. tak:

„W wieku siedmiu lat, razem z młodszym o rok bratem Hieronimem, został oddany przez ojca do Korpusu Kadetów w Petersburgu. Według przekazu rodzinnego stało się tak z powodu rozkazu lub na życzenie potężnego rosyjskiego feldmarszałka Potiomkina. W 1797 r. ukończył naukę w kuźni kadr rosyjskiego imperium ze stopniem podchorążego i przeszedł do nizowskiego pułku muszkieterów. Nauka i brutalna tresura w petersburskim korpusie zaważyła na poglądach o Rosji i dalszym życiu księcia. Poza perfekcyjną znajomością języka rosyjskiego z akcentem petersburskim zaowocowała osobistymi znajomościami z Rosjanami, którzy w późniejszych latach objęli wiele istotnych stanowisk w instytucjach Petersburga. Będąc oficerem w armii rosyjskiej w latach 1798-1799 służył pod komendą feldmarszałka Suworowa, brał udział w czteromiesięcznej kampanii włoskiej przeciw Francji, nie walczył jednak bezpośrednio przeciw legionom Dąbrowskiego. Według opinii na temat służby siedmiokrotnie brał udział w walce, a za męstwo wykazane w starciu z wojskami francuskimi w okolicach Alessandrii w czerwcu 1799 roku został mianowany kawalerem Orderu Św. Anny 3 klasy. Z powodu kontuzji żebra w grudniu 1800 zwolnił się z wojska i po kilkunastu latach powrócił na Litwę. Osiadł w Czerlonie na Grodzieńszczyźnie, po ślubie ze swoją czternastoletnią siostrzenicą Marią 20 czerwca 1814 r. przeniósł się do Szczuczyna.

W 1806 roku został wybrany członkiem komitetu gubernialnego do spraw żydowskich. W styczniu 1809 roku, w wieku 30 lat, został wybrany przez szlachtę na marszałka powiatu grodzieńskiego. W latach 1813–1815 był członkiem Rady Najwyższej Tymczasowej Księstwa Warszawskiego. Zwolennik polityki prorosyjskiej na Litwie. Wiązał nadzieje na odbudowę Polski z Aleksandrem I.

Będąc w latach 1821–1830 ministrem skarbu Królestwa Polskiego, wprowadził politykę oszczędnościową, egzekwował bezwzględnie zaległości podatkowe, nałożył podatek pośredni na niektóre artykuły pierwszej potrzeby, rozbudował monopol państwowy na sól i wyroby tytoniowe, a także wspierał program poszukiwań soli. W ten sposób zlikwidował deficyt budżetowy oraz zapewnił budżetowi nadwyżkę, która mogła być przeznaczana na inwestycje. Zapewnił także Polsce zewnętrzne rynki zbytu i zabezpieczył ją przed obcą konkurencją. Wydał decyzję o budowie rządowej warzelni soli w Ciechocinku. Przed podjęciem decyzji zabiegał o poparcie i zgodę namiestnika, księcia Józefa Zajączka i przychylność króla Polski i cesarza Rosji. Inicjator założenia Towarzystwa Kredytowego Ziemskiego w 1825 roku i Banku Polskiego w 1828 roku. Jego dziełem była wstępna industrializacja ziem Królestwa, rozwój starych gałęzi przemysłu jak hutnictwo w Zagłębiu Staropolskim oraz nowych jak górnictwo w Zagłębiu Dąbrowskim czy włókiennictwo w Łodzi. Dzięki swoim wpływom w Sankt Petersburgu i argumentacji politycznej doprowadził do zniesienia bariery celnej między Rosją i Polską, co zapewniło wyrobom polskim nieograniczoną niemal możliwość zbytu na terenie Rosji i tranzyt przez Rosję dalej na wschód. Chroniąc kraj od konkurencji wyrobów pochodzących z krajów niemieckich, wprowadził protekcyjne cła przywozowe na granicy z Prusami. Spowodowało to tzw. wojnę celną z Prusami. Widocznym efektem tych wydarzeń jest Kanał Augustowski, mający umożliwić transport rzeczny z obszaru Królestwa na Bałtyk bez potrzeby przekraczania granicy pruskiej. Zbudował w Polsce nowoczesne drogi.”

Na stronie „tradycjegospodarcze.pl” możemy m.in. przeczyać:

„Szczyt kariery Druckiego-Lubeckiego przypadł na lata 1821-1830, gdy był ministrem skarbu Królestwa Polskiego. W ciągu dziewięcioletniego piastowania tego stanowiska wprowadził politykę oszczędnościową, bezwzględnie egzekwował zaległości podatkowe, nałożył podatek pośredni na niektóre artykuły, a także wspierał program poszukiwań soli. W taki sposób zapewnił budżetowi nadwyżkę oraz zlikwidował deficyt budżetowy. Zapewnił Królestwu Polskiemu zewnętrzne rynki zbytu, zabezpieczając je przed zewnętrzną, obcą konkurencją.

W pierwszych latach po Kongresie Wiedeńskim sytuacja Królestwa Polskiego w zakresie finansów publicznych nie była zadowalająca. Rząd Królestwa nie prowadził aktywnej polityki kontroli nad wydatkami, co w konsekwencji doprowadziło skarb Królestwa na skraj bankructwa. Sytuacja finansowa była na tyle zła, iż car Aleksander zagroził włączeniem Królestwa do cesarstwa rosyjskiego. Wymagał on natychmiastowego przywrócenia równowagi budżetowej.

Podczas gdy w krajach zachodnich rozwijała się rewolucja przemysłowa, na ziemiach Królestwa Polskiego sytuacja finansowa wymagała gruntownej naprawy. Nad planem jej restrukturyzacji pracował minister skarbu Tadeusz Matuszewicz, jednak ze względu na sprzeciw Nikołaja Nowosilcowa nie wszedł on w życie. Znajdujące się w 1821 roku na skraju bankructwa Królestwo Polskie z każdym miesiącem ulegało zapaści ekonomicznej. Stan przemysłu i gospodarki nie rokował rychłym wzrostem inwestycji i nadzieją na szybszy rozwój. Ostatecznie, w październiku 1821 roku, nowym ministrem skarbu Królestwa Polskiego został książę Franciszek Ksawery Drucki Lubecki. Zastąpił on na tym stanowisku ministra skarbu Jana Węgleńskiego, za którego urzędowania (1818-1821) sytuacja budżetu uległa pogorszeniu. Węgleński wraz ze swoimi urzędnikami dokonał błędnego zestawienia rachunków depozytów i rachunków rzeczywistych obrotów kasowych. Z początkiem 1821 roku zmuszony był do zaprzestania wypłat na poczet budżetu wojskowego. Minister Drucki-Lubecki przez okres dziewięciu lat urzędowania zdołał nie tylko wyprowadzić z recesji finanse publiczne Królestwa, ale również pobudzić rozwój przemysłu i gospodarki krajowej. Na początku swojego urzędowania musiał jednak wyprowadzić gospodarkę z recesji. Według nowego ministra głównymi problemami, które doprowadziły do bardzo niekorzystnej sytuacji finansowej były: niekorzystna polityka handlowa względem Prus, wysoka liczba przemytników działających na granicach Królestwa, zbyt mała ilość pieniądza w obiegu, zbytnie zadłużenie majątków prywatnych oraz wysoka cena soli pochodzącej z eksportu.

Głównym celem ministra Druckiego-Lubeckiego w zakresie zewnętrznych stosunków handlowych było wzmocnienie polityki celnej oraz współpraca z partnerami z Rosji. Pierwszym efektem tych działań był ukaz cara z 1822 roku, który pozwalał na wywożenie polskich towarów na ziemie rosyjskie. Doszło też do zawarcia polsko-rosyjskiej umowy celnej przewidującej bardzo niskie stawki cła. Aby ująć konsekwencje otwarcia granic na towary eksportowane z Polski do Rosji należy zaznaczyć, że w 1822 roku eksport towarów do Rosji opiewał na kwotę 5 mln, aby w 1829 roku wzrosnąć do kwoty 27 mln. Ten zadowalający wynik był efektem sprawnej polityki finansowej prowadzonej przez Druckiego-Lubeckiego. Ponadto warto zaznaczyć, że rozsądne planowanie wydatków budżetowych nie tylko podniosło gospodarkę z recesji, ale także sprzyjało oddłużaniu majątków ziemiańskich i ogólnej poprawie gospodarki krajowej. Choć działania ministra, tj. stworzenie szerokich monopoli państwowych czy ściąganie podatków niejednokrotnie znajdowały krytyków w kręgu ekonomistów liberalnych, to były one konieczne dla podźwignięcia gospodarki. Dobra koniunktura gospodarcza zapoczątkowana szeroko zakrojonymi działaniami podjętymi przez ministra, została zastopowana wybuchem powstania listopadowego, a w konsekwencji ograniczona odebraniem autonomii Królestwu Polskiemu.”

Z tego powyższego cytatu wynika, że poprzednicy Druckiego-Lubeckiego nie potrafili sobie poradzić z gospodarką, a on przyszedł i zrobił porządek. Zupełnie jak Balcerowicz. Tylko nikt nie wspomina o tym, że całe lata 80-te to było sztuczne niszczenie gospodarki, by doprowadzić ją do takiego stanu, że tylko zmiana ustroju mogła coś zmienić, że socjalistyczna gospodarka okazała się niewydolna. To zapewne ustalono wcześniej, a potwierdzono podczas spotkania Jaruzelskiego z Rockefellerem. Czy w przypadku reformy Druckiego-Lubeckiego było podobnie? Tego nie dowiemy się i nie jesteśmy w stanie tego zweryfikować. Czy jego poprzednicy byli tak nieudolni, czy może nie stworzono im odpowiednich warunków? Jeśli narzuca się wysokie cła na pruskie towary, a praktycznie zwalnia się z nich towary eksportowane z Królestwa do Rosji, to pieniądze same wpadają do kasy. Tu nie jest potrzebny żaden geniusz ekonomiczny, tylko wola polityczna. Drucki-Lubecki to był pupilek Rosjan. Zrobili dla niego wszystko, co mogli. Czy dobra koniunktura po powstaniu listopadowym została przerwana? Przykład Łodzi – ziemi obiecanej, świadczy, że chyba nie!

Maria Dąbrowska w swojej pracy Rozdroże; Studium na temat zagadnień wiejskich wspomina o Druckim-Lubeckim, choć tylko w kontekście sprawy chłopskiej, ale warto przytoczyć pewne fragmenty:

»Księstwo Warszawskie i Królestwo Kongresowe były tą ostatnią resztką czasu, kiedy mogliśmy względnie samodzielnie o sprawie chłopskiej decydować, przynajmniej na kawałku ojczyzny. Tymczasem to, co uczyniono za Księstwa, było raczej cofnięciem się. Zwolnienie chłopów z poddaństwa i nadanie im swobody ruchów przez konstytucję napoleońską zrozumiano jako uświęcenie praktykowanego z dawna prawa do wywłaszczania chłopów. Jak wiadomo prawo do gruntów, na których włościanie siedzieli, chociaż nie było formalne, ustaliło się o tyle, że pozwalało mówić, zwłaszcza w niektórych okolicach, o jakimś mniej więcej trwałym i dziedzicznym władaniu. Obecnie ta tradycja została ostatecznie zniweczona. Wł. Grabski w studiach nad tą epoką twierdzi, że „wolnościowa konstytucja Księstwa Warszawskiego przyznała panom to, co stanowiło cel ich wielowiekowych usiłowań – pełną własność wszystkich gruntów wiejskich”. Gospodarczo-społecznego procesu, który odbył się na tle zastosowania artykułu: „Niewola się znosi”, nie można przypisywać Napoleonowi. Nie mógł on znać naszych stosunków, ani wglądać w ich dalsze kształtowanie się. Księstwo Warszawskie miało bądź co bądź możliwość prowadzenia własnej polityki wewnętrznej, mogło też dopełnić lakoniczny artykuł ustawy przepisami, zabezpieczającymi byt włościan. W rzeczywistości stało się na odwrót. Konstytucję wykorzystano tylko jedynie na dobro folwarków. Że chłopi, obdarzeni tak długo im odmawianą swobodą ruchu, rzucili się masowo do szukania innego losu, to zrozumiałe. Ale że szlachta wyzyskała nowe prawo jedynie dla rugowania włościan i powiększania ich rolą swoich majątków, tego trudno zapisać na jej dobro.

W Królestwie Kongresowym frazeologia urzędowa mówiła sporo o skutecznej opiece państwa nad chłopem. W dobrach narodowych zajmowano się też włościanami nieco czynniej. Polegało to jednak tylko na drobnym porządkowaniu stosunków i częściowym przechodzeniu na czynsze. Jedyna radykalna zmiana jakiej dokonano, byłą na niekorzyść chłopów i naruszała ich odwieczne prawo osiadłości. Mianowicie na skutek fiskalnej polityki Lubeckiego, żądnej wyciągania zewsząd największych dochodów, bez uwagi na to, co przy tym dzieje się z ludźmi, zaczęto i tu stosować sławetne rugi, które za Księstwa dotykały tylko włościan prywatnych. Wyrzucano z gruntu każdego chłopa, nie przedstawiającego się jako dostatecznie zyskowna pozycja dla skarbu. W instrukcji z r. 1827 (cyt. przez Świętochowskiego) Lubecki nakazywał dzierżawcom dóbr narodowych, aby „w osadach i czynszowych i pańszczyźnianych nie cierpieli włościan nierządnych, niepracowitych i niezamożnych, ażeby upadających usuwali, zastępując ich lepszymi i zamożniejszymi”. Włościanin, który dajmy na to nie posiadał dostatecznego sprzężaju i odrabiał pańszczyznę pieszą, zostawał przedstawiony do usunięcia „bez względu na to jakie prawo mógłby mieć do swojej osady”. Komisje wojewódzkie polecały takich włościan „nie cierpieć na gruntach rządowych, lecz uważać ich za próżniaków i włóczęgów, z zabudowań, choćby te były ich własnością, wyrugować bez żadnego wsparcia od rządu”. Możliwe, że w dobrach narodowych za Lubeckiego nie przyłączano już, jak to bywało w królewszczyznach, zwolnionych gruntów do folwarku, a obsadzano je innymi chłopami, lecz nie zmienia to faktu, że rezultat oparcia stosunku pańszczyźnianego na „dobrowolnych” umowach i wolności chłopów okazał się i tu dla włościaństwa tylko nową niedolą. Stwierdzają to zgodnie wszyscy bezstronni badacze tych czasów, choć nie ma między nimi ani jednego rewolucjonisty, czy „klasowego” wywrotowca. Gdyby ówczesne drakońskie zarządzenia o rugach z ziemi zastosowano do innych warstw, iluż „nierządnych”, „niepracowitych” i żyjących nad stan dziedziców szlacheckich musiałoby pójść precz bez żadnego odszkodowania, czy rządowego wsparcia. Lecz ich złą albo nieintratną gospodarkę chroniło „święte prawo własności”, nienaruszalne zawsze w stosunku do jednej tyko warstwy.«

Z powyższego cytatu można dostrzec podobieństwo polityki Lubeckiego do polityki Balcerowicza. Chodzi o nierówne traktowanie dłużników. Dla jednych jest się bezwzględnym tj. dla chłopów, dla innych, jak szlachta, już – nie. W przypadku planu Balcerowicza nie było litości dla tych, którzy wcześniej zaciągnęli kredyty i wysokie oprocentowanie, które ich zaskoczyło, było powodem ich bankructw. Jednak nie dla wszystkich Balcerowicz był taki bezwzględny. Banki, które obsługiwały tę zbankrutowaną gospodarkę, były w takim samym stanie jak i ona. Ale one zostały oddłużone przez skarb państwa i sprzedane. Komu? Kto zgadnie?

Dalej Dąbrowska pisze:

»Bo spójrzmy na wiek XIX. W jego pierwszym trzydziestoleciu powstał nowoczesny przemysł kapitalistyczny. Także i u nas – mianowicie za Królestwa Kongresowego. Wiemy, jakie zasługi położył w tej dziedzinie minister skarbu Lubecki. Wspomniany już Żabko-Potopowicz mówi też o wielkich zasługach ziemiaństwa na tym polu. W roku 1816 wydane zostało postanowienie, obejmujące „przywileje dla cudzoziemców-przemysłowców w Królestwie osiedlających się”. W samej rzeczy sprowadzono wtedy wyłącznie obcych fabrykantów, „udzielono im wsparcia, zabezpieczono przez rząd akcje w zakładanych fabrykach”. W samym ostatnim pięcioleciu Królestwa Kongresowego „włożono w to 850 000 złp”. „dzięki polityce rządowej – stwierdza tenże autor – w latach 1818-1828 przesiedliło się do Polski 250 000 obcych rzemieślników, przeważnie Niemców” […]. Można to uważać, oczywiście, za politykę ziemiaństwa, gdyż rząd i sejm były w owym czasie ziemiańskie. Czy jednak jest się czym w tej polityce tak bardzo chwalić? Czy za olbrzymie środki zużyte dla tych celów nie można było znaleźć lub dokształcić polskich fabrykantów, inżynierów i rzemieślników? Słyszę odpowiedź, że jednak okoliczności i warunki krajowe na to nie pozwalały. Lecz na okoliczności, na warunki mogą powoływać się tylko materialiści, a nie my, którzy wolę, świadomość, ideał chcemy uważać za kierowników życia. A jak wyglądała „działalność ziemian nad rozwojem przemysłu” poza akcją rządową? Według samego Żabko-Potopowicza „w pierwszych latach polityka przemysłowa rządu spotkała się z pewnym niezrozumieniem ze strony ogółu ziemiaństwa… i wywołała niezadowolenie”. Zapewne wszak wymagała podatków. Dopiero później „zamożniejsi ziemianie sami zaczęli ściągać do kraju emigrację cudzoziemską […] w postaci fachowców i zakładać na własną rękę liczne przedsiębiorstwa na swym gruncie”. Przy czym uląkłszy się widocznie nadmiaru ściąganych Niemców, zaczęto sprowadzać… Anglików.

W taki oto sposób, gdy po raz pierwszy od wieków otwarła się nowa dziedzina życia gospodarczego miast, zdobyto się jedynie na obsadzenie jej placówek obcym żywiołem.

W taki oto sposób zmarnowana została wielka okazja, tak dokonany został rękami rządzącego ziemiaństwa przedostatni akt cudzoziemczenia polskich miast. Ostatniego dokonali, przynajmniej w byłym Królestwie, zaborcy, wtedy, kiedy my już nie mieliśmy żadnego wpływu na te rzeczy. Zwłaszcza sprawę żydowską dopiero w ostatnim pięćdziesięcioleciu zaognił i na ostrzu noża w świadomości ogółu postawił rzeczywisty tym razem, bo niezależny od naszej woli najazd Żydów z Rosji.«

„Rozdroże” ukazało się w 1935 roku, więc Dąbrowska nie mogła napisać o kolejnym najeździe, tym razem z Armią Czerwoną. Po to zresztą zburzono Warszawę, by ją odbudować i zasiedlić właściwą nacją.

Z powyższego cytatu znowu wynika podobieństwo polityki Lubeckiego do tej Balcerowicza – wszystko dla obcego kapitału, wszystkie ulgi, wszystkie udogodnienia. I nawet taka sama argumentacja: okoliczności i warunki krajowe na to nie pozwalały. Powtarzam to do znudzenia, ale nie mogę się oprzeć, żeby znowu nie zacytować cesarza Hajle Syllasje, który w wywiadzie z Orianą Fallaci, gdy go zapytała, dlaczego jest taki konserwatywny, odpowiedział, że w świecie nigdy nie dzieje się nic nowego.

Skąd wzięła się trudna sytuacja gospodarcza kraju przed reformą Balcerowicza? O tym wspomniałem powyżej. A skąd wzięła się trudna sytuacja Królestwa Kongresowego? Cytowany wyżej portal „tradycjagospodarcza.pl” pisze:

„W pierwszych latach po Kongresie Wiedeńskim sytuacja Królestwa Polskiego w zakresie finansów publicznych nie była zadowalająca. Rząd Królestwa nie prowadził aktywnej polityki kontroli nad wydatkami, co w konsekwencji doprowadziło skarb Królestwa na skraj bankructwa.”

Trochę inaczej przedstawia ten problem Wikipedia, która pod hasłem „Sumy bajońskie” pisze:

»Sumy bajońskie – olbrzymie sumy, jakie Księstwo Warszawskie było winne Napoleonowi (ok. 20 mln franków).

Geneza sum bajońskich sięga czasu, gdy po rozbiorach rząd pruski udzielał kredytów mieszkańcom pierwszego, drugiego i trzeciego zaboru pruskiego. Na mocy pokoju w Tylży drugi i trzeci zabór oraz część pierwszego, a wraz z nimi zadłużeni u rządu pruskiego mieszkańcy tych terenów, znalazły się pod władzą Napoleona, który z większości tych ziem utworzył Księstwo Warszawskie. Wraz z cesją terytorialną Napoleon stał się wierzycielem sum, które osoby prywatne – mieszkańcy tych ziem byli dłużni rządowi pruskiemu. Następnie Francuzi na mocy porozumienia w Bajonnie przekazali ową wierzytelność (oszacowaną na ponad 40 mln franków) Księstwu Warszawskiemu, które w zamian za to zobowiązane było wypłacić Napoleonowi 20 mln franków (czyli właśnie tzw. sumy bajońskie). Pozornie więc cesarz sprezentował księstwu ponad 20 mln franków.

Pieniędzy tych jednak Księstwo nigdy nie otrzymało, gdyż sumy bajońskie trzeba było szybko spłacić Francuzom, co spowodowało duże problemy dla budżetu Księstwa, a tymczasem zadłużenie osób prywatnych, z którego miano finansować sumy bajońskie było bardzo trudne do wyegzekwowania i rządowi Księstwa udało się to tylko w nieznacznym stopniu w związku z jego krótką egzystencją. Hojne udzielanie pożyczek na niekorzystnych warunkach (licytacja mienia do całkowitej wartości pożyczki, nie do wartości zaległych płatności) osobom które nie miały odpowiedniej zdolności kredytowej, uważane jest za celową politykę rządu pruskiego mającą na celu przejęcie polskich majątków przez poddanych pruskich. Niektórzy badacze wskazują też na wielką korupcję panującą w latach 1795-1806 na obszarach zaboru pruskiego na rynku kredytów i nieruchomości, a także na powszechną spekulację gruntami. Te zjawiska doprowadziły do tego, że kwota zobowiązań nie znajdowała odzwierciedlenia w realnej wartości przejętych majątków.

Po kongresie wiedeńskim, wraz z likwidacją Księstwa Warszawskiego, wierzycielem prywatnych mieszkańców stał się ponownie król pruski. Określenie „sumy bajońskie” weszło do języka potocznego, jako określenie olbrzymich, wręcz bajecznych, nieosiągalnych kwot.«

Sumy bajońskie – ja osobiście nie zetknąłem się z takim określeniem, ale pamiętam ze swojego dzieciństwa, że moja matka używała go. Cóż, czasy zmieniają się. Może, gdyby było ono bardziej znane, to może nieuzasadniony sentyment do Napoleona, przynajmniej wśród niektórych, uległby pewnemu ostudzeniu. Bo, bądźmy brutalni, cesarz zrobił nas w ch… Przepraszam, że jestem taki wulgarny, ale nie znajduję innego, adekwatnego określenia, ale też czasem trzeba być brutalnym, by przekaz spełnił swoją funkcję.

I już wiadomo, skąd wzięły się problemy finansowe Królestwa Kongresowego. Księstwo Warszawskie zostało skasowane, ale jego zadłużenie – nie. Rosjanie w zamian za jego przejęcie zobowiązali się zapewne do uregulowania należności. Zainstalowali na stanowisku ministra skarbu swojego fagasa i umożliwili mu likwidację zadłużenia poprzez ustanowienie ceł na pruskiej granicy i otwarcie swojego rynku dla kapitału zachodniego operującego z terenu Królestwa. Bo wojny wojnami, granice granicami, ale kapitał jest międzynarodowy i wyegzekwuje, co do niego należy.

Nihilizm

To, z czym mamy od ponad roku do czynienia, to niszczenie, destrukcja. Rządy większości krajów na świecie niszczą swoje gospodarki, niszczą ludziom zdrowie, ich źródła utrzymania, ich systemy wartości, tradycje, przyzwyczajenia i nawyki. A wszystko to oczywiście dla naszego bezpieczeństwa i w trosce o nasze zdrowie. A tak naprawdę chodzi o zniszczenie starego porządku, by wprowadzić nowy, zapewne nowy ład. Któryż to już raz? Nie jest ważne który raz. Ważne jest inne pytanie: po co? Po co była rewolucja francuska? Miało być po niej już tak dobrze, a nie było. Była następna – październikowa. Po niej wojny. Później upadek Związku Radzieckiego. I dalej źle. Teraz niby chcą wszystko zniszczyć. I jak zniszczą, to co? To ci, którzy zniszczą, będą panami a reszta będzie ich niewolnikami? I tak do końca świata? Nudy, nudy, jak na polskim filmie, by zacytować nieśmiertelną frazę z filmu „Rejs”. A gdzie konflikt? Gdzie Hegel i jego teza, antyteza i synteza. Był taki, który ogłosił koniec historii – Fukuyama. A jednak Hegel! Nie ma końca historii. Konflikt musi trwać – the show must go on. Tylko po co?

Już w latach 60-tych ci, którzy zarządzają tym bajzlem, zorientowali się, że systemu zaaplikowanego Związkowi Radzieckiemu i jego satelitom nie da się utrzymać, więc wymyślono sposób na jego obalenie. Niemały udział w tym „obalaniu” miała Solidarność, którą w tym celu stworzono. Obecnie mamy powtórkę z rozrywki, tyle że nie w skali lokalnej, tylko – globalnej. Tego już nie da się utrzymać. Tym razem nie skorzystano z usług proletariatu, tylko posłużono się wrogiem niewidzialnym – wirusem. Ludzie boją się rzeczy niewidzialnych, takich jak choćby duchy. Dlaczego więc nie wykorzystać tego dla swoich celów?

Samo niszczenie, o którym wspomniałem na wstępie, nie jest niczym nowym. Tego typu pomysły pojawiły się w XIX wieku. Skrajną odmianą tego szaleństwa był nihilizm, wychodzący z założenia, że jeśli chce się zbudować coś nowego, to trzeba doszczętnie zniszczyć stary porządek.

W tym blogu będę posługiwał się cytatami z książki Feliksy Eger Historia towarzystw tajnych. Książka ta ukazała się po raz pierwszy w Krakowie w 1894 roku. W Warszawie – w 1904 roku. Autorka przybliża w niej m.in. anarchizm i nihilizm oraz panslawizm.

Na początek wypada chyba sprecyzować terminy, które są wszystkim znane, ale ich definicje raczej nie. Feliksa Eger tak to opisuje:

»Nazwa socjalizmu nadana została wszelkim systemom dążącym do przetworzenia społeczeństwa. Co do sposobu wykonania systemy te dzielą się na dwa rodzaje: jeden z nich dąży do przeobrażenia rodziny i własności przy pomocy stowarzyszeń, którymi by państwo kierowało, co jest właściwym socjalizmem; drugi pragnie znieść wszelką własność osobistą, ustanowić wspólność dóbr, usunąwszy wszelką interwencję rządu; to się nazywa komunizm. Idee socjalistyczne i komunistyczne są koniecznym wynikiem dogmatu i moralności masońskiej, a tło ich stanowi materializm i naturalizm. Już w XVIII w. wolnomularze francuscy objawili zasady socjalistyczne i starali się zaprowadzić komunizm.«

Można więc na podstawie takich definicji wnioskować, że socjalizm toleruje państwo, a komunizm – nie. W komunizmie są już tylko gminy czy komuny, nad którymi stoi… no właśnie kto? Tego nikt nie precyzuje, ale chyba rząd światowy, no bo skoro komunizm usuwa wszelką interwencję rządu, to znaczy, że jest on zbyteczny. To się właśnie dzieje na naszych oczach. Rządy nie mają już nic do powiedzenia. Wypada jeszcze odnieść się do tego materializmu i naturalizmu.

»Wiemy, że jednym z najwybitniejszych dążeń masonerii jest utworzenie rzeczypospolitej. Wychodząc z zasady, że człowiek każdy biorący początek w materii jedynej, pierwotnej, jest istotą niezależną, królem i bogiem zarazem, uznaje masoneria, że nie ma praw nad prawa ludu, który znów, jak mówi Jefferson, „ma prawo zmieniania formy rządu co lat 18, to jest przy każdej zmianie generacji”. Monarchia konstytucyjna jest tylko przystankiem prowadzącym do republiki. Ojczyzna, narodowość nie mają żadnego prawa powstrzymywania jednostek. Tak jak w kraju pojedynczym lud może wcielać w siebie prowincje, znosić stowarzyszenia, wolności miejscowe, tak ludzkość znosić może pojedyncze narody.«

Tak więc według masonerii te pierwotne, naturalne instynkty są ważniejsze niż cały późniejszy rozwój człowieka, jego przynależność do pewnych społeczności, narodów, jego kultura, wiara, system wartości. Tylko dlaczego? Tego nikt nie wyjaśnia. Temu rozbiciu na jednostki, „wolne elektrony”, ma służyć obecnie dystans społeczny, zamykanie wszystkich miejsc, w których ludzie mogą się spotykać, rozmawiać ze sobą. Żeby cokolwiek zmienić, trzeba wszystko zburzyć.

W 1848 roku Marks założył stowarzyszenie internacjonalne, czyli międzynarodówkę. Wskutek upadku komuny paryskiej jego wpływy osłabły. Na kongresie w Hadze w 1872 roku wniósł on projekt przeniesienia Rady do Nowego Jorku. Wkrótce po tym kongresie przeniesiono Komitet Centralny do Ameryki. Jakkolwiek w założeniach programowych międzynarodówki nie leżała anarchia, to jednak stała się ona jej kolebką, przygotowała odpowiednie siły, pojawili się tacy ludzie jak Bakunin, Kropotkin i inni. Zarysowuje się też podział na tle sposobu dochodzenia do celu.

»Międzynarodowcy wszelkich partii dążą zgodnie do osiągnięcia ideału socjalnego wszelkimi drogami, jakie im okoliczności wskażą, wszelkimi siłami, jakimi tylko rozporządzać mogą. Nie mogą się jednak zgodzić co do sposobu, w jaki rządzić będą i kierować machiną towarzyską zbudowaną przez nich po zburzeniu obecnego porządku. Jedni, zachowując z całą ścisłością podstawy właściwego socjalizmu, przyjmują teorię rządu i chcą zorganizować komunizm za jego pomocą i pod jego władzą. Nowe to społeczeństwo byłoby rządzone i kierowane jak obecne przez rząd centralistyczny, który by miał w swych rękach wszelkie środki działania. Zarządzający państwem, mianowani przez głosowanie powszechne, byliby tylko delegowanymi od władzy zbiorowej, to jest ludu. Rządy miałyby wszędzie formę republikańską, byłyby sfederowane, podtrzymywałyby się wzajemnie w celu utrzymania w świecie nowego socjalnego porządku. Międzynarodowcy, stronnicy tej formy rządu zwani są federalistami, centralistami lub po prostu socjalistami. W pierwszych latach międzynarodówka rządziła się tymi zasadami i nie miała innych celów. Żyd Karol Marks stronnik jawny tego systemu, mianowany od początku członkiem Rady Ogólnej Londynu, utrzymywał ją na tej drodze swymi wpływami.

Druga partia międzynarodowców jest jawną nieprzyjaciółką państwa i wszelkiej konstytucji polityczno-mieszczańskiej. Nie chcą oni bynajmniej władzy centralistycznej, ale chcą zorganizować towarzystwo przez lud, podstawą rządu ma być gmina, czyli kółka robotników tworzących stowarzyszenia rolnicze lub przemysłowe. Każda gmina, czyli każde stowarzyszenie robotników rządziłoby się swoimi prawami, miałoby prawo własności gruntu, wszelkich narzędzi pracy i całego bogactwa miejscowego, czy to w naturze, czy w kapitale; własność ta mogłaby być użyta dla tej gminy jedynie i przez nią tylko. Delegowani wybrani przez głosowanie powszechne zarządzaliby tym. Wszystkie gminy sfederowane tworzyłyby niezmierne państwo międzynarodowe robotników. Ci międzynarodowcy noszą nazwę anarchistów. Pojęcia te wprowadził do międzynarodówki Rosjanin Bakunin. Sławny ten rewolucjonista był członkiem Ligi Pokoju i Wolności założonej przez wolnomularstwo w r. 1866, usunął się z niej w r. 1868 na kongresie tej Ligi w Bernie, z powodu, że nie zdołał zmusić wolnomularzy-mieszczan we Francji, w Niemczech i Szwajcarii do przyjęcia swego systemu. Wtedy to z kilku Francuzami i wszystkimi Rosjanami Ligi, utworzył pod nazwą Związku Demokracji Socjalnej, inne stowarzyszenie, którego centrum było w Genewie i które przyjęło program Bakunina, przywódcy związku.

Związek Demokracji Socjalnej połączył się z międzynarodówką r. 1868. Na kongresie rocznym, odbytym w r. 1869 w Bazylei, Bakunin wyłożył dokładnie swoje teorie. Żądał zniesienia wszelkiej władzy centralnej, gminę wskazał jako oś rządu rewolucyjnego i proponował zarządzenie zlikwidowania obrachowania ogólnego. Głosuję, rzekł on, za wspólnością gruntu i wszelkiego bogactwa społecznego lub prywatnej własności na rzecz likwidacji socjalnej. Rozumiem przez to wydziedziczenie prawne wszystkich właścicieli obecnych, zniesienie rządu i wszelkiego prawa, jako uświęcającego i zabezpieczającego własność obecną. Wydziedziczenie to nastąpić powinno w jak najkrótszym czasie, gdyż tego okoliczności wymagają.

Związek ten był w połowie jawny jak internacjonał, w połowie tajnym jak karbonaryzm. Przywódcami ruchu byli tak zwani Bracia Międzynarodowi; ci wybierali Braci Narodowych, których wysyłali do różnych krajów dla organizowania ruchów i przygotowywania rewolucji. Prócz tych w skład związku wchodzili zwyczajni członkowie, ofiarami pieniężnymi zasilający związek i dostarczający członków do dwóch pierwszych kategorii. Celem jego była rewolucja powszechna, socjalna, polityczna, ekonomiczna, a nawet filozoficzna. Kamień na kamieniu nie powinien pozostać w całej Europie, a następnie w całym świecie. Chcemy zburzyć, wołają Bracia Międzynarodowi, wszystkie państwa i Kościoły, wszystkie instytucje i ich prawa, zarówno religijne, jak polityczne, ekonomiczne i towarzyskie. Niepodobna pojąć jak program tak potworny mógł być przyjęty 53 głosami przeciwko 4. Tymi czterema byli Francuzi: Tolain, Langois, Murat i Tartaret, oni stanowili opozycję systemowi, którego pierwsze zastosowanie odbyć się miało na nieszczęśliwej ich ojczyźnie, któremu zawdzięcza Francja komunę z r. 1871.

W najbliższym związku z międzynarodowcami-anarchistami stoją nihiliści. Z liczby towarzystw tajnych nihilizm należy do najmłodszych, jest on ostatnim z kolei.

Od lat kilkudziesięciu młodzież rosyjska czerpała idee nowatorskie na uniwersytetach zagranicznych, zwłaszcza niemieckich. Początkowo nosiły one tylko cechę postępu. Iwan Turgieniew, przebywszy trzy lata w Berlinie, to jest od 1838 do 1841, na studiowaniu filozofii Hegla, przyczynił się bardzo do spopularyzowania idei przewrotu. Uniwersytet w Zurychu stał się pierwszym ogniskiem propagandy nihilistycznej.

Studenci Petersburga i Moskwy zawiązali około r. 1860 między sobą kółka naukowe i literackie, początkowo w bardzo dobrym celu. Za przykładem stolic poszły i inne miasta prowincjonalne, tak że w krótkim czasie we wszystkich miastach gubernialnych studenci potworzyli koła na wzór tamtych. Wolnomularstwo, które w takich przypadkach rade opieką swoją otaczać podobne stowarzyszenia i na swoją je korzyść obracać, potrafiło wcisnąć się do nich i w krótkim przeciągu czasu pozamieniało owe pierwotne naukowe związki na kółka mniej więcej rewolucyjne, które przyjmowały nazwy: Przyjaciół Ludu, Przyjaciół Prawdy, Dobra Ludu itp. Z czasem, jak to zwykle bywa w takich przypadkach, wytworzyła się między nimi partia gorętsza, gwałtowniejsza, która zawładnęła innymi. Wtedy to dwóch ludzi weszło w ścisłe związki ze studentami rosyjskimi, Żyd Herzen i Michał Bakunin, właściwi twórcy nihilizmu w Rosji.

Wiemy już, że zasady tego ostatniego koncentrują się w słowach: Nic z tego, co istnieje obecnie w świecie cywilizowanym nie zasługuje na utrzymanie ani w Rosji, ani w świecie całym. Wszelkie religie, moralność, organizacja towarzyska, rządy, urzędy, duchowieństwo, wojsko, własność, rodzina, prawo, wychowanie, obyczaje, zwyczaje itp., jednym słowem wszystko powinno być do szczętu zburzone i zniszczone, by ślad przeszłości nie został. Nauka ta słusznie nosi nazwę nihilizmu, jest bowiem zburzeniem, zniesieniem wszystkiego, co istnieje. W istocie, co tylko najpotworniejszego mogło powstać w mózgu ludzkim, na co mogła zdobyć się piekielna żądza niszczenia zdziczałego człowieka, to wszystko stało się zadaniem nihilizmu. Środki, za pomocą których szatańską swą nienawiść i zemstę w czyn wprowadzić mieli, były 1. Terroryzm rolny, czyli podburzanie chłopów przeciwko właścicielom, namawianie ich do zabierania gruntów, lasów, niszczenia zbiorów i mordowania właścicieli ich jak to ma miejsce w Irlandii. 2. Terroryzm przemysłowy, zasadzający się na paleniu fabryk, warsztatów, zakładów przemysłowych, mordowaniu dyrektorów ich i starszych. 3. Terroryzm wojskowy, czyli podburzanie żołnierzy przeciwko oficerom, namawianie ich do mordowania zbyt surowych przewodników. 4. Terroryzm polityczny, dążący do zdyskredytowania rządu i wszystkich jego postanowień, zmniejszenia znaczenia władzy, osłabienia jej siły, do wywoływania buntów i zrodzenia nieporządków na każdym polu. Dla rozpowszechniania tych barbarzyńskich doktryn wydawał Herzen w Londynie tajemny dziennik „Dzwon”, który pomimo zakazu policji cesarskiej rozchodził się w znacznej liczbie po Rosji. Był to główny organ sekty. Bakunin ze swej strony wydawał mnóstwo mów i rozpraw wszelkiego rodzaju, a po śmierci Herzena redagował „Dzwon”. Michał Bakunin, szlachcic rosyjski i oficer artylerii, był spiskowcem i rewolucjonistą w całym znaczeniu tego wyrazu. Rzucił stan wojskowy, żeby się całą duszą poświęcić sprawie demagogii. Był on przyjacielem i uczniem wolnomularza-socjalisty Proudhona. Ogromny wzrost, niezmierna szerokość barków, czyniły z Bakunina zupełny typ Mongoła „barbarzyńcy rosyjskiego”, jak on sam zwykł był siebie nazywać.

Rozszerzenie nihilizmu w Rosji nie wystarczyło mu zupełnie. Mówiliśmy o jego wstąpieniu do międzynarodówki i pracy w jej szrankach. W r. 1861 w Londynie wszedł po raz pierwszy w stosunki z socjalistami zachodnimi. Niektórzy historycy nie mogą zrozumieć dlaczego Bakunin opierał się całe życie swoje wprowadzeniu międzynarodówki do Rosji. Wyjaśnienie tego daje nam p. Rudolf Meyer, pisarz niemiecki bardzo znany, mający przez długi czas ścisłe stosunki z Bismarckiem, znienawidzony przez niego w sposób niezwykły. Wiemy, że kwestie pangermanizmu i panslawizmu są szczeblami, po których wolnomularstwo dojść pragnie do zaprowadzenia rzeczypospolitej powszechnej. Otóż Bakunin był panslawistą zapamiętałym. Przytaczamy tu w tej materii wyciąg ze studium nad socjalizmem współczesnym p. Winterera (deputowany do parlamentu angielskiego – przyp. mój), którego sąd jest wielkiego znaczenia:

Według p. Meyera agitacja rosyjska w Szwajcarii i Anglii, prowadzona przez Bakunina i Herzena, nie była wymierzona przeciw Rosji, lecz przeciw Europie Zachodniej na korzyść Rosji. Herzen i Bakunin byli agitatorami rosyjskimi, czy to zostającymi wprost na usługach rządu, czy to na usługach partii panslawistycznej. Ich bowiem głównym celem była propaganda idei panslawistycznej, a nie socjalistycznej lub międzynarodowej. Jeżeli p. Meyer ma słuszność, to dreszcz przejmuje na myśl potwornej niemoralności polityki rosyjskiej i losu, jaki zgotowała Europie zachodniej. Trzeba wiedzieć, że nie tylko p. Meyer jest tego zdania. Karol Marks i jego adepci od dawna oskarżali Bakunina, że jest agentem rosyjskim. P. Meyer nie opiera się jedynie na oskarżeniach pewnych socjalistów, życie Bakunina, jego przedsięwzięcia, pisma, system jego, wszystko to zbadał starannie i wszystko to zdaje się potwierdzać podejrzenia ciążące na cynicznym bluźniercy kongresów szwajcarskich. Herzen był bez wątpienia także apostołem panslawizmu. Był socjalistą, bo panslawizm jest socjalistycznym. Marzeniem panslawizmu jest zapanowanie nad Europą i światem; pragnie on, zawładnąwszy szczątkami porządku socjalnego tej części świata, wśród jego ruin ustanowić panowanie socjalizmu rosyjskiego. Podstawą tej organizacji byłby komunizm gruntowy, na którym opierają się wszystkie marzenia panslawistów. Apostołowie jego mówią z pogardą o proletariacie Europy zachodniej, a z dumą o uwłaszczeniu włościan w swoich posiadłościach co wpłynęło na uwolnienie kraju od takiego proletariatu. Niestety posiada Rosja wiele innych ran społecznych równie ciężkich.

Do końca życia Bakunin był wierny swemu programowi panslawistycznemu. Sprzeczności w jego życiu są tylko pozorne. Gwałtowny agitator Ligi Pokoju i internacjonału, jest zawsze tym samym panslawistą, tylko mniej lub bardziej osłoniętym. Usprawiedliwia on przy każdej sposobności Rosję z zarzutu jej czynionego, że jest ogniskiem reakcji. Wtedy gdy Słowian nawołuje do działania, od socjalistów zachodnich żąda powstrzymania się od niego, nie chce bowiem, żeby związek zachodni miał przewagę. Sieje ziarna niepokoju, anarchii, zagrzewa do rewolucji na Zachodzie, bo gdy niszczeje ta część Europy, godzina panslawizmu nadejdzie, on zawojuje i przekształci świat. Bakunin niemający familijnego, osobistego majątku, spędził ostatnie lata swego życia w rozkosznej willi w Szwajcarii, którą mu podobno ofiarował dawniejszy przyjaciel Cafiero. Ze swej cichej willi mógł się agitator ten cieszyć widokiem nieszczęść, jakie zgotowały jego działania rewolucyjne.

Mógłby ktoś zrobić p. Meyerowi uwagę, że idee socjalistyczne, rozsiewane przez Bakunina w Szwajcarii, Hiszpanii i innych krajach, dowodzą, że zarzuty mu czynione nie mają pewnej podstawy. Tymczasem przeciwnie, zasady socjalistyczne Bakunina są nowym dowodem jego misji panslawistycznej, jest to bowiem jedynie program komunizmu gruntowego rosyjskiego. Że Bakunin był wysłańcem panslawizmu, jest to rzeczą pewną; stosunki bezpośrednie agitatora z rządem rosyjskim są mniej dokładnie dowiedzione. Napada on nieraz bardzo gwałtownie na cara i rząd jego; pomimo to rząd rosyjski wyrwał Bakunina z rąk Saksonii i Austrii i ten sam rząd dziwnie osłodził los tego wygnańca politycznego. Wypadki współczesne nie mogą usprawiedliwić rządu rosyjskiego z ciążącego na nim zarzutu. Misja Czerniajewa na innym wprawdzie gruncie i w innej sferze, ale czyż także nie była misją panslawistyczną? Czyż w Serbii nie było również silnej propagandy rewolucyjnej i panslawistycznej zarazem? Czyż Garibaldi nie był stronnikiem tego ruchu? Czy Czerniajew nie usunął się w czasie właściwym, pozyskawszy względy cesarza Aleksandra, czyż nie udał się do Pragi, tego pierwszego teatru działań Bakunina?… Jeżeli nie można mieć zupełnie pewnych dowodów, że Bakunin utrzymywał stosunki z rządem petersburskim, to przynajmniej jest pewne, że miał on ścisłe stosunki z partią panslawistyczną Rosji, cieszącą się względami rządu. Dążenia prawdziwych panslawistów są wstrętne. Siać zepsucie i rozstrój, osłabiać kraje Europy wywoływaniem rewolucji, wprowadzać bezrząd, łudzić proletariat Europy ideą komunizmu gruntowego, oto czym jest panslawizm, system potworny, który wraz z internacjonałem grozi Europie cywilizowanej.

Po śmierci Bakunina (1876) uczeń jego Czerniszewski złączył w jedno wszystkie stowarzyszenia młodzieży, które dotychczas jeszcze nie były połączone. Zorganizował olbrzymią propagandę, która od r. 1874 rozgałęziła się po całej Rosji. Pragnąc zmusić cesarza do wykonania ich programu, używali nihiliści najgwałtowniejszych środków wszelkiego rodzaju, zbyt jeszcze żywo w pamięci stojących, byśmy je wyszczególniać potrzebowali. Tymczasem żądali od cesarza konstytucji i rządu parlamentarnego, obiecując pod tym warunkiem zostawić go przy władzy. Nie otrzymawszy, czego żądali, mścili się po swojemu. Cesarz Aleksander II życiem to przypłacił.

Za życia swego głównego przywódcy nihiliści rosyjscy nie mieli ani spójni, ani stosunków z międzynarodówką, lecz ci którzy poza granicami jej się znajdowali, zawiązali z nią stosunki.

W r. 1871 nihilizm miał główny punkt oparcia i dziennik w Londynie; kierownikiem wówczas był Serebrenikow. Przewodnik ten nihilistów przesłał tego roku członkom komuny pewną liczbę egzemplarzy swego dziennika, w którym znajdował się biuletyn napisany oryginalnie w języku rosyjskim, a przetłumaczony złą francuszczyzną, pt. „Biuletyn francuski organu socjalistycznego rosyjskiego do komuny: Nasz program”. Potem następuje epigraf: „Zasada podstawowa: równość przede wszystkim”. Biuletyn ten w szeregu artykułów przedstawia organizację praktyczną systemu Bakunina. Po odniesionym zwycięstwie, to jest skoro partia socjalistyczna czynna wywróci rządy i władzę rządzącą obecną, obwoła ona bezzwłocznie, że wszelkie dobra i bogactwa indywidualne przechodzą na własność narodu. Po tym dekrecie ustanowione zostaną związki robotników, następnie rozmaite sekcje rolnicze i przemysłowe, czyli stowarzyszenia, składające oddzielne gminy. Pewien czas wyznaczony będzie każdemu, w ciągu którego zapisać się musi do jednej z grup, wybranej odpowiednio do zdolności, chęci i siły. Taka jest myśl główna trzech pierwszych artykułów; czwarty zasługuje na dosłowne przytoczenie:

Wszyscy ci, którzy nie wejdą do żadnej sekcji gminy pracującej, bez przyczyn ważnych i usprawiedliwiających, będą pozbawieni prawa otrzymania czegokolwiek z własności narodowej. Nie zostaną przyjęci do żadnego z zakładów mieszczących zapasy przeznaczone do zaspokajania potrzeb członków gminy. Sale jadalne, sypialnie, drogi komunikacyjne, poczty, telegrafy itd. itd. wszystko dla nich będzie niedostępne, zamknięte. Będą pozbawieni wszelkich środków i sposobów utrzymania życia, będą musieli wybierać między pracą a śmiercią głodową.

Tak więc wszystko, co stanowi życie fizyczne, materialne, moralne, towarzyskie człowieka, będzie własnością gminy, on sam będzie manekinem, a ktokolwiek poddać się temu nie zechce, nie będzie mógł żyć ani materialnie, ani moralnie… I to się nazywa wolnością! Czy utopiści ci chcą tylko innych wywieść w pole, czy też podlegają w istocie tak strasznemu obłędowi? Przysłowie: „Gdy Bóg chce kogo ukarać, to mu rozum odbiera” nigdy lepiej zastosowanym być nie mogło jak w czasach dzisiejszych.«

Czy rzeczywiście to była utopia? Na tamte czasy zapewne tak. Żydzi tworzą różne teorie społeczne, a później sprawdzają, czy już nadszedł czas ich wykorzystania. Wtedy było za wcześnie. Dziś już nie i nie zapomnieli o nihilizmie. Wiele punktów tego programu wykorzystują obecnie. A co do tego przysłowia, to Rosjanie mają chyba lepsze, albo przynajmniej bardziej obrazowe: “Każdy durak po swojemu s uma schodit”.

»Od r. 1880 nihilizm ma dwa główne ogniska poza granicami Rosji, jedno w Genewie, drugie w Paryżu. Pierwsze zostaje pod kierunkiem Dragomanowa, dawnego profesora Uniwersytetu Kijowskiego, przewodnika nihilizmu w Małorosji. Ma on swój organ w języku rosyjskim redagowany. Do niego należy towarzystwo rewolucyjno-socjalne, czyli Stowarzyszenie Jakobinów, mające także swój organ oddzielny. Dragomanow jest redaktorem naczelnym dwóch tych dzienników i trzeciego jeszcze przeznaczonego dla Rusinów. On to wysyła agentów do Galicji, Wiednia i wszystkich prowincji słowiańskich Austro-Węgier. Przewodnikiem drugiego jest Piotr Ławrow, główny następca Bakunina, kierownik nihilizmu w większej części Rosji. Ma on 13 sekretarzy, a dziennik jego wychodzi w Londynie pt. „Naprzód”. Od tego ogniska zależy Stowarzyszenie Oswobodzenia Ojczyzny. Nosi ono także nazwę Sekcji Działania, co mówi dostatecznie, jaką odgrywa rolę. Naczelnikiem jej jest Rosjanin Skaczew, a organem dziennik rosyjski „Dzwon na trwogę”. Obydwaj przywódcy nihilizmu Ławrow i Dragomanow działają zgodnie. Różnią się jedynie w sposobach używanych przez jednego i drugiego, dążących do osiągnięcia wspólnego celu. Imiona ich znane są w prasie francuskiej z listów pisywanych przez nich w przedmiocie nihilizmu. Prócz tych dwóch ognisk nihilizm posiada swoich motorów i organizatorów prawie we wszystkich stolicach Europy. Rozkazy naczelników wypełnione bywają z dokładnością i szybkością zadziwiającą, często o sto mil odległości, z czego wnosić należy, że nihilizm wchodzi w obręb powszechnej organizacji masońskiej.

Propaganda nihilistyczna nie poprzestaje na wciągnięciu do niej samych Rosjan, ale zakłada sidła wszelkiego rodzaju na Polaków i innych Słowian, zwłaszcza na młodzież polską w szkołach i uniwersytetach rosyjskich uczącą się, a nawet robi sobie stronników między Francuzami. W r. 1880 powstało Stowarzyszenie Nihilistów Francuskich. Statuty tego stowarzyszenia przyjęte zostały przez wielu radykałów francuskich.

Z drugiej strony dziennik „Univers” mówi, że otrzymał program nihilistek francuskich, w którym szanowne te panie ogłaszają, że wypowiadają wojnę bez pardonu obrzydłemu łotrostwu, ozdobionemu niewłaściwie nazwą organizacji socjalnej, której one więcej jeszcze od mężczyzn są ofiarami. W Rosji kobiety biorą udział w najohydniejszych spiskach, a co smutniejsze, że rodzice sami pchają dzieci do złego, pozostając z pewną czcią dla ich postępowych idei. W miastach, w których są uniwersytety, widać było przed laty kilku, w ubraniach prawie męskich z włosami uciętymi i w okularach niebieskich studentki nihilistki, chcące w praktykę wprowadzić podstawowy dogmat sekty: równość mężczyzny i kobiety. Nie chodzi im jednak o porównanie w prawach jedynie, ale o zniesienie radykalne rodziny. Nihiliści odrzucają małżeństwo, jeżeli jednak dla zapewnienia praw cywilnych dzieciom, zawierają rodzaj związków legalnych, mąż podpisuje niezwłocznie akt, którym zrzeka się wszelkich praw, jakie nadaje mu prawo lub religia. Zdarza się widzieć grupy całe nihilistów i nihilistek żyjących razem, u których wszystko jest wspólne. Ponieważ macierzyństwo jest wypływem nierównych praw natury, nihilistki starają się unikać go wszelkimi możliwymi sposobami, ta zaś której się tego dokazać nie uda, przynajmniej porzuca chętnie owoc swych miłostek, a raczej popędów naturalnych.

Obecnie zbrodnicze zamachy przerwane zostały, natomiast cała działalność skierowana jest do zdemoralizowania ludu, a szczególnie młodzieży. Nie trudno dziś usłyszeć zdanie, że obowiązkiem człowieka rozumnego jest demoralizowanie młodzieży i ludu, inaczej bowiem nie będzie z nich narzędzi do działania. Skutek prac jest też na nieszczęście bardzo wielki. Oto co w tym względzie pisze Dziennik Moskiewski:

Niepodobna jest pomyśleć o naszej młodzieży, żeby nie być przejętym goryczą i nie doznać najstraszniejszej obawy. W 12-tym roku dziecko przestaje wierzyć w Boga, ufać rodzinie, rządowi; w 14-tym zaczyna się zaprawiać do praktycznego protestowania przeciw obowiązkom; w 15-tym jest spiskowcem; w 16-tym jest już może zbrodniarzem, a w 17-stu latach zamyka bilans, odbierając sobie życie. Taka jest niestety historia naszych dzieci, zbyt często teraz powtarzająca się.«

Wygląda więc na to, że tzw. marksizm kulturowy, hippisi, kolorowe okulary, ostatnio modne, nie są niczym nowym. A czy nihiliści byli oryginalni? W średniowieczu taboryci, w założonym przez siebie mieście Tabor, znieśli własność prywatną, wprowadzili wspólność kobiet i proklamowali zniesienie rodziny. Miał rację cesarz Etiopii Hajle Syllasje, twierdząc, w rozmowie z Orianą Fallaci, że w świecie nigdy nie dzieje się nic nowego.

»Ze wszystkiego tego cośmy tu o nihilizmie powiedzieli, wynika, że system ten socjalistyczny wypływa z tych samych źródeł co międzynarodówka, że teraz jest z nią zupełnie złączony i że stał się jej najwybitniejszą, najgwałtowniejszą partią. Na poparcie tego, ze wolnomularstwo, internacjonał i nihilizm – to jedno, wiele mamy dowodów. Gdy Żyd nihilista, Hartman czy Meyer, sprawca zamachu dokonanego w Moskwie z grudnia 1879 r., został zatrzymany przez policję francuską w Paryżu 16 lutego 1880 r., natychmiast deputowani francuscy należący do partii radykałów pracowali nad wypuszczeniem go na wolność; prezydujący w trzech grupach lewicy, starali się w ministerium o uwolnienie go. Ze swej strony ambasador rosyjski żądał wydania Hartmana. Rząd francuski wahał się, nie wiedział co uczynić, wszyscy międzynarodowcy i wolnomularze z całą namiętnością bronili zabójcy. Jeżeli Hartman zostanie wydany, Francja się zhańbi, wolnomularze nie będą już podtrzymywali ministerium. Dzienniki ich mówią to samo; puszczają w obieg i zalecają prośbę do Izb przeszkadzającą wydaniu nihilisty. Jednym słowem rząd masoński kierujący Francją, nie mogąc odważyć się na wydanie na śmierć brata, a szczególnie Żyda, lękając się następstw tego kroku, odmawia wydania go i wysyła Hartmana do Anglii. List Pyata do Garibaldiego i odpowiedź tego ostatniego są apoteozą Hartmana. Zabójstwo polityczne jest środkiem służącym do doprowadzenia rewolucji do portu… Hoedel, Nobiling, Moncasi, Passamante, Sołowiew, Otero i Hartman są zwiastunami rządu przyszłości, rzeczypospolitej socjalnej. Zabójcą jest ksiądz nienawistny, który postęp zamordował… Są to słowa Garibaldiego w tym właśnie liście datowanym z Kasprery 6 marca 1880 r. Mawiał on nieraz: Powtarzam z dumą: Jestem międzynarodowcem, a gdyby powstało stowarzyszenie diabłów, mające za cel walkę z księżmi i despotyzmem, zaciągnąłbym się w jego szeregi. Toteż nie łączył on się z żadnym stronnictwem, ale każde pochwalał, każdemu rad dopomagał, każde podsycał, skoro tylko w tych dwóch celach działało.

Tajni przywódcy masonów przewidzieli ze strony katolików-zachowawców opór energiczny przeciw ich prawom antyreligijnym i antysocjalnym. Dla łatwiejszego pokonania go przygotowują wprowadzeniem nihilizmu do Francji narzędzie straszniejsze jeszcze od internacjonału. Można o tym sądzić ze sposobu, w jaki nihiliści oceniają komunistów.

Nowe tajemne pismo ukazało się w Rosji. Nazwa jego rosyjska znaczy: „Przebudzenie”. Pismo to wyraża się o komunie paryskiej w drugim swoim numerze (z kwietnia 1879 r.) w sposób następujący: „Przede wszystkim nie ubierajcie się w cudze piórka, nie przejmujcie zasad, czynów, nie naśladujcie postępowania rewolucjonistów zachodnich. Przykłady to są nędzne, niezasługujące na uwagę. Patrzcie na r. 1871. Czegóż dokazali ci ludzie, co uważali się za reformatorów, za dobroczyńców ludzkości? Czyż oni nie wyobrażali sobie, że przetwarzają świat stary, gdy spalili kilkanaście domów, zniszczyli jakiś kawałek ziemi, zastrzelili kilku ludzi? Zdawało im się, że wiele zdziałali obalając rząd… Zapomnieli, że poza rządem jest społeczeństwo, poza społeczeństwem jest rodzina, poza rodziną jest człowiek pojedynczy, jednostka taka, jaką jest obecnie… To wszystko powinno zniknąć, być zmiecione, zmyte, zniszczone do gruntu, tak jak to zdarza się naturze. Przed zbudowaniem trzeba grunt oczyścić. Nie można budować na ruinach, na błocie, na zwaliskach, na nawozie; budynek wznosi się na powierzchni gładkiej, wyrównanej, oczyszczonej, na nowych, mocnych podwalinach. A cóż zrobili ci ludzie z 1871? Trzeba było uderzyć, piorunem razić, olśnić i przerazić świat, a owi reformatorzy bawili się – wynajdywaniem nowych mundurów… przedrzeźnianiem rządu, naśladowaniem ministrów… mianowaniem ambasadorów… Były to karły, a zatem i działalność ich karle miała rozmiary”.«

Zwraca uwagę fakt, że mniej więcej w tym samym czasie heglizm przenosi się do Rosji i do Ameryki. A więc oba największe kraje białego człowieka są kontrolowane przez Żydów.

„Iwan Turgieniew, przebywszy trzy lata w Berlinie, to jest od 1838 do 1841, na studiowaniu filozofii Hegla, przyczynił się bardzo do spopularyzowania idei przewrotu.”

Antony Sutton w swojej książce Skull and Bones; Tajemna elita Ameryki pisze:

„Zastanawiacie się dlaczego nasze społeczeństwo jest tak ogłupione? Winę za to ponosi trzech członków Skull and Bones, którzy w XIX wieku przenieśli na grunt amerykański pruski system edukacji oraz filozofia polityczna całkowicie sprzeczna z klasycznym liberalizmem kultywowanym w tym czasie w Wielkiej Brytanii i Stanach Zjednoczonych. W klasycznym systemie liberalnym państwo jest zawsze podporządkowane jednostce. Heglowski etatyzm, jak widać na przykładzie nazizmu i marksizmu, czyni suwerenem państwo, a jednostka ma istnieć jedynie po to, by temu państwu służyć.

Nasz dwupartyjny republikańsko-demokratyczny system (w istocie tworzy go jedna heglowska partia, a nikt inny nie jest ani mile widziany, ani w ogóle do niego dopuszczony) stanowi odbicie owego heglizmu. Niewielka grupa – bardzo niewielka grupa – jest w stanie z jego pomocą manipulować i do pewnego stopnia kontrolować społeczeństwo, wykorzystując je do swoich własnych celów.

Wspólnym mianownikiem pozornie całkowicie odmiennych poglądów prezentowanych przez członków Zakonu jest fakt, że przyświeca im nadrzędny cel, dla realizacji którego kluczowe znaczenie ma konflikt idei. Dopóki przedmiotem dyskusji nie stają się prawa jednostki, zderzenie poglądów generuje konflikt niezbędny do wprowadzenia zmiany. Ponieważ celem jest także globalna kontrola, kładzie się nacisk na globalne myślenie, czyli internacjonalizm. Odbywa się to za pośrednictwem światowych organizacji i światowego prawa.”

Zwraca też uwagę fakt, że wszyscy ci rewolucjoniści mieszkają przeważnie w Szwajcarii. Tam też mieszczą się największe banki. To nie przypadek. Rewolucjoniści nie pracują, a z czegoś muszą żyć. Ktoś ich finansuje. A kto? Jednym z nich był Bakunin, który żył zupełnie inaczej niż chciał, by inni żyli. To też charakterystyczne dla wszystkich rewolucjonistów. Jego żoną była Polka Antonina Kwiatkowska, która w trakcie małżeństwa z nim urodziła troje dzieci, których ojcem był włoski anarchista Carlo Gambuzzi. Tak przynajmniej utrzymuje Wikipedia. Czyżby więc Bakunin był homoseksualistą? Tę willę, w której mieszkał w Szwajcarii, otrzymał od swego wcześniejszego przyjaciela. Czyżby więc była to reguła ponadczasowa, że wszyscy ci, którzy chcą na siłę uszczęśliwiać innych, są zboczeńcami i psychopatami?

„Wiemy, że kwestie pangermanizmu i panslawizmu są szczeblami, po których wolnomularstwo dojść pragnie do zaprowadzenia rzeczypospolitej powszechnej.”

Jeśli tak, to kolejnym wnioskiem powinno być to, że ich twórcami byli Żydzi. Od pangermanizmu do nazizmu droga bliska. Znaczy, że i oni stworzyli nazizm. Mają pieniądze, mają prasę i mają ludzi, którzy wymyślają różne idee. Nie dziwi więc, że obstawiają wszystkie partie polityczne, od lewa do prawa. Jeśli gdzieś się pojawia nowa twarz i jest ona intensywnie promowana przez media, nawet jeśli są to tylko media alternatywne, które też do nich należą, to z pewnością jest to ich twarz.

Jeśli w Ameryce, jak twierdzi Sutton, jest tylko jedna, heglowska partia, to spór pomiędzy republikanami a demokratami jest pozorny. Taki teatrzyk dla naiwnych. Tak więc Trump bierze w tym udział, bo ma takie zadanie do wykonania. Być może powróci do polityki, jako uwiarygodniony, niezależny, patriota, który chce dobra Ameryki i ludzi w niej mieszkających. Obawiam się jednak, że są to tylko pozory, ale poparcie dla niego nie będzie już pozorne.

Żydzi wymyślili chrześcijaństwo. Później podzielili je. Początkowo na kościół wschodni – prawosławie i zachodni. Z kolei zachodni podzielili na katolicyzm i protestantyzm. Kościół katolicki uczynili swoim największym wrogiem, by mieć z kim walczyć. Bądźmy szczerzy, skoro oni go utworzyli, to i oni mogliby go zniszczyć. Ale nie robią tego, bo walka z Kościołem to wygodny pretekst do tworzenia różnych ruchów rewolucyjnych. I tak to trwa od 2000 lat.

Te wszystkie konflikty są sztucznie kreowane. Konflikty o bzdety. Czasem zastanawiam się, czy Jan Tadeusz Stanisławski w swoim cyklu „wykładów” radiowych z ”mniemanologii stosowanej” pt. „O wyższości Świąt Wielkiej Nocy nad Świętami Bożego Narodzenia”, nie chciał nam przekazać tej myśli, że te wszystkie spory są jałowe i bez sensu. Dla nas jałowe i bez sensu, a dla Żydów, nawet nie to, że mają one prowadzić do ich panowania nad światem, bo oni nad nim panują, tylko do utrzymania tego stanu poprzez utrzymywanie nas w skłóceniu i nienawiści wzajemnej.

Sierpień ’80

Grudzień ’70, Czerwiec ’76 i Sierpień ’80 łączy ten sam motyw – podwyżki cen żywności. Fakt ten świadczy o tym, że był to tylko pretekst. Gdyby to było autentyczne, to mądra władza, po Grudniu, nauczona doświadczeniem, już drugi raz nie postąpiłaby tak. A ona zrobiła to samo w czerwcu 1976 roku i znowu w sierpniu 1980 roku. A więc wyjątkowo głupia władza, która nie uczy się na błędach. Tak można by sądzić. Niestety, dla nas, władza nie jest wyjątkowo głupia, co najwyżej jest na usługach Żydów i masonów i musiała i musi słuchać ich rozkazów. Podwyżki cen żywności były wyjątkowo wygodnym instrumentem do wzniecania zamieszek i strajków, bo one mogły być powodem do strajku dla każdego zakładu, niezależnie od branży i miejsca, w którym był on zlokalizowany. W ten sposób mogły strajkować zakłady z całego kraju i z każdej branży. I strajkowały. Nie ma drugiego takiego powodu, który połączyłby wszystkich. Wszak wszyscy musimy jeść i to codziennie. Z pozoru bardzo racjonalny powód, ale tylko z pozoru, bo podwyżka cen żywności wcale nie musi wszystkich jednoczyć. To nie miało jednak znaczenia. Liczyły się pozory.

Sierpień ’80 został starannie przygotowany. Jesienią 1976 roku powstaje KOR. Jego członkami-założycielami byli m.in. Antoni Macierewicz, Jacek Kuroń, Piotr Naimski, Jan Józef Lipski, Ludwik Cohn. W 1978 roku powstają Wolne Związki Zawodowe Wybrzeża. Ich Komitet Założycielski został powołany 29 kwietnia 1978 roku przez Andrzeja Gwiazdę, Krzysztofa Wyszkowskiego i Antoniego Sokołowskiego. Aktywnymi działaczami byli m.in. Bogdan Borusewicz, Joanna Duda-Gwiazda, Anna Walentynowicz, Lech Wałęsa, Lech Kaczyński, Bogdan Lis.

Pierwsze strajki były reakcją na podwyżkę cen mięsa i wędlin. Ogłoszono ją 1 lipca. I jeszcze tego samego dnia wybuchły strajki m.in. w WSK PZL-Mielec, POMET w Poznaniu i Transbud w Tarnobrzegu. Bardzo się chłopcy spieszyli. 16 lipca wybuchły strajki w Świdniku i Lublinie. Oprócz żądań ekonomicznych po raz pierwszy pojawił się postulat nowych wyborów do oficjalnych związków zawodowych. Strajki te kończyły się obietnicami podwyżek płac. W lipcu strajkowało około 80 tysięcy osób w 177 zakładach pracy.

Najważniejszy strajk, zorganizowany przez Wolne Związki Zawodowe Wybrzeża, rozpoczął się 14 sierpnia w Stoczni Gdańskiej. Jego przywódcą był Bogdan Borusewicz, który dobrał sobie do towarzystwa paru robotników. Robotnicy, jak pisze Wikipedia, na zorganizowanym przez siebie wiecu żądają:

  • przywrócenia do pracy Anny Walentynowicz i Lecha Wałęsy
  • postawienia pomnika ofiar grudnia 70
  • zagwarantowania bezpieczeństwa strajkującym
  • podwyżki płac o 2 tysiące złotych
  • dodatku drożyźnianego i rodzinnego odpowiadających wysokości zasiłków funkcjonariuszy MO i SB

Do strajkujących przybywa Lech Wałęsa i obejmuje przewodnictwo strajku, który przybrał charakter okupacyjny.

16 sierpnia strajk omal nie zakończył się, ponieważ dyrektor stoczni Klemens Gniech zgodził się na spełnienie początkowych postulatów – przywrócenie do pracy Walentynowicz i Wałęsy, podwyżkę płac dla każdego zatrudnionego, budowę pomnika ofiar grudnia 1970 roku, gwarancje nietykalności dla strajkujących.

Wałęsa ogłosił koniec strajku, ale kilku członków komitetu strajkowego, m.in. Anna Walentynowicz, sprzeciwiło się, wzywając do strajku solidarnościowego z zakładami, które w tym czasie podjęły strajki. Utworzono Międzyzakładowy Komitet Strajkowy, w skład którego weszli przybyli do stoczni delegaci innych strajkujących zakładów.

Przewodniczącym MKS został Lech Wałęsa, a w skład prezydium weszli działacze WZZ. Prezydium MKS tworzyli: Lech Wałęsa, dwóch wiceprzewodniczących – Andrzej Kołodziej i Bogdan Lis – oraz Lech Bądkowski, Joanna Duda-Gwiazda, Wojciech Gruszecki, Andrzej Gwiazda, Stefan Izdebski, Jerzy Kmiecik, Zdzisław Kobyliński, Henryka Krzywonos, Stefan Lewandowski, Alina Pienkowska, Józef Przybylski, Jerzy Sikorki, Lech Sobieszek, Tadeusz Stanny, Anna Walentynowicz i Florian Wiśniewski.

Lista żądań powstała na podstawie postulatów strajkujących zakładów pracy, po gorących dyskusjach w gronie liderów strajku, m.in. Andrzeja i Joanny Gwiazdów, Bogdana Lisa, Aliny Pienkowskiej i Lecha Wałęsy (ostatecznie zredagował je Bogdan Borusewicz). 18 sierpnia kierownictwo MKS zdecydowało o podaniu treści postulatów do publicznej wiadomości.

Portal DZIEJE.PL tak opisuje tamte wydarzenia:

»Spisano 21 postulatów MKS; pierwszym i najważniejszym było utworzenie niezależnych od władzy i pracodawców związków zawodowych. Protestujący powoływali się na ratyfikowaną przez PRL konwencję nr 87 Międzynarodowej Organizacji Pracy, która gwarantowała wolność związkową. (Skąd robotnicy wiedzieli, że PRL ratyfikowała konwencję nr 87? – przyp. mój).

MKS domagał się też: prawa do strajku; wolności słowa, druku i publikacji; przywrócenia do pracy zwolnionych z powodów politycznych; podania w środkach masowego przekazu informacji o utworzeniu MKS i opublikowania listy postulatów; podjęcia działań na rzecz wyprowadzenia kraju z kryzysu; wypłacenia strajkującym wynagrodzenia za okres strajku; wzrostu płac o 2 tys. zł; gwarancji waloryzacji płac w stosunku do wzrostu cen i inflacji; pełnego zaopatrzenia rynku w artykuły żywnościowe; zniesienia cen komercyjnych i sprzedaży za dewizy w tzw. eksporcie wewnętrznym; doboru kadry kierowniczej według kompetencji, a nie przynależności partyjnej, w tym zniesienia przywilejów dla MO i SB; wprowadzenia kartek na mięso i przetwory do czasu opanowania sytuacji na rynku; obniżenia wieku emerytalnego; zrównania rent i emerytur “starego portfela” do aktualnie wypłacanych; poprawy warunków pracy służby zdrowia; zwiększenia liczby miejsc w żłobkach i przedszkolach; wprowadzenia płatnego, trzyletniego urlopu macierzyńskiego; skrócenia czasu oczekiwania na mieszkanie; podwyżki diet; wprowadzenia wszystkich sobót jako dni wolnych od pracy.

64 intelektualistów wystosowało apel do władz o podjęcie rozmów z MKS: “Apelujemy do władz politycznych i do strajkujących robotników, aby była to droga rozmów, droga kompromisu” – napisali. Dwóch z nich – Bronisław Geremek i Tadeusz Mazowiecki, którzy przywieźli apel do Stoczni Gdańskiej – weszło w skład utworzonej przy MKS komisji ekspertów. Tworzyli ją też: Bogdan Cywiński, Tadeusz Kowalik, Waldemar Kuczyński, Jadwiga Staniszkis i Andrzej Wielowieyski.

Pierwsze porozumienie między stroną rządową i strajkującymi podpisane zostało 30 sierpnia w Szczecinie. Strajki obejmowały już wówczas ok. 700 zakładów; brało w nich udział ok. 750 tys. osób. Władze zgodziły się na postulaty strajkujących, w tym na nowe związki zawodowe; MKS wyraził zgodę, by zamiast “wolne” związki określono jako “samorządne”.

Tego samego dnia V Plenum KC PZPR przyjęło do “zatwierdzającej wiadomości” podpisanie porozumienia szczecińskiego i zaakceptowanie projektu porozumienia gdańskiego.

31 sierpnia Wałęsa i Jagielski podpisali porozumienie gdańskie. MKS deklarował zakończenie trwającego dwa tygodnie strajku. Delegacja rządowa zgodziła się m.in. na utworzenie nowych, niezależnych, samorządnych związków zawodowych, prawo do strajku, budowę pomnika ofiar grudnia 1970, transmisje niedzielnych mszy św. w Polskim Radiu i ograniczenie cenzury. Przyjęto też zapis, że nowe związki zawodowe uznają kierowniczą rolę PZPR w państwie. Uroczystość transmitowała TVP.

Nadal strajkowały kopalnie na Górnym Śląsku. Rozmowy z MKS w kopalni Manifest Lipcowy rozpoczęła rządowa komisja, której przewodniczył Aleksander Kopeć. Prasa opublikowała protokoły porozumień szczecińskich i gdańskich.

3 września 1980 r. podpisano trzecie porozumienie – w Jastrzębiu na Górnym Śląsku, gdzie strajk rozpoczął się pod koniec sierpnia. Zakładało ono m.in. wprowadzenie w 1981 r. wszystkich wolnych sobót. Kopalnie wznowiły pracę.

Porozumienia nie przesądzały, jaką strukturę będą miały nowe związki. 17 września 1980 r. przedstawiciele Międzyzakładowych Komitetów Założycielskich (przekształconych z MKS) przyjęli statut, który rozstrzygał powstanie Niezależnego Samorządnego Związku Zawodowego “Solidarność” – jednego ogólnokrajowego związku o strukturze regionalnej. Na czele Krajowej Komisji Porozumiewawczej stanęli Wałęsa, jako przewodniczący, oraz Gwiazda. Jurczyk został przewodniczącym Zarządu Regionu Pomorze Zachodnie.

10 listopada 1980 r. Sąd Najwyższy zarejestrował NSZZ “Solidarność”. Wkrótce związek liczył niemal 10 mln członków (było to 80 proc. pracowników państwowych).«

Skala tego, co stało się w sierpniu 1980 roku, przerastała wszystko razem, co się w Polsce wydarzyło od 1956 roku. Można oczywiście wierzyć w to, że to wszystko było spontaniczne. Wtedy większość tak myślała i ja również. Człowiek młody ma ideały i w nie wierzy. Człowiek stary nie ma ideałów, więc, siłą rzeczy, nie może w nie wierzyć. Pozostaje chłodna ocena. Jak to było możliwe, że „podpalono” cały kraj? Po Grudniu nowa władza była bardziej tolerancyjna, bo zaciągnęła kredyty na Zachodzie i ten Zachód zaczął wtrącać się w polskie sprawy. A to prawa człowieka, prawa do zrzeszania się czy tworzenia różnych organizacji. Powstał KOR, powstały Wolne Związki Zawodowe Wybrzeża i takie same, nawet wcześniej, na Śląsku. Przeciętny Polak nawet nie podejrzewał, że były takie organizacje. Ale one były i robiły to, co ktoś wyżej im zlecił.

Wywołanie strajku ogólnopolskiego to wielkie wyzwanie, jakbyśmy to dziś powiedzieli, logistyczne. To wymagało zaangażowania wielu ludzi. Tych w zakładach pracy i tych z zewnątrz. Czy mogło się to odbyć bez cichego przyzwolenia kierownictwa tych zakładów? Ja rozumiem, że robotnicy jednego zakładu mogą się porozumieć i podjąć decyzję o strajku, ale robotnicy z całego kraju i do tego z różnych branż i tak szybko? Nie ma takiej możliwości. Coś takiego nie może się zdarzyć spontanicznie. To wymagało wielomiesięcznych przygotowań.

Jeśli, ze zdroworozsądkowego punktu widzenia, nie mogło to zdarzyć się spontanicznie, to znaczy, że ktoś to wcześniej dokładnie zaplanował. I zaplanował. W tym celu powstał KOR, a później Wolne Związki Zawodowe. Nie robotnicy tworzyli te organizacje i nie oni decydowali o ich programach. A jeśli nie robotnicy, to znaczy, że celem tych organizacji nie była poprawa ich losu, tylko coś innego. Dziś już wiemy, że tym celem była Polska, jej przyszły kształt i to, kto w niej będzie dominował.

Strajk w Stoczni Gdańskiej rozpoczął się 14 sierpnia. 16 sierpnia omal nie skończył się, gdy dyrekcja zgodziła się na spełnienie początkowych pięciu postulatów. Nie tak to zaplanowano i znaleźli się tacy, m.in. Anna Walentynowicz, którzy nie dopuścili do jego zakończenia. Trzeba było zredagować nowe postulaty, których władza nie będzie w stanie spełnić. Wystarczyły dwa dni i 18 sierpnia pojawiła się lista 21 postulatów. Po dwóch cyklach obrad z godziny 10-tej i 20-tej uzgodniono ich treść. Gdy czyta się je, to trudno oprzeć się wrażeniu, że były one już wcześniej zredagowane i jeżeli nawet dyskutowano nad nimi, to tylko po to, by sprawić wrażenie, że robotnicy mają na coś wpływ i że one od nich wyszły, i że dokonało się to właśnie podczas strajku.

Przy MKS utworzono komisję, w skład której weszli Bronisław Geremek, Tadeusz Mazowiecki, Bogdan Cywiński, Tadeusz Kowalik, Waldemar Kuczyński, Jadwiga Staniszkis i Andrzej Wielowieyski. Skąd oni się wzięli? Kto utworzył tę komisję? Skąd się wzięło tych 64 intelektualistów? To są pytania, na które nie ma odpowiedzi i nie będzie. Pozostają domysły. Zapewne wielu z tych ludzi było masonami. W każdym razie robotnicy nie mieli tu nic do gadania.

Sierpień ’80, jak wszystkie polskie przesilenia, był dziełem Żydów i masonów. Żydzi sami nie są wstanie wszystkiego ogarnąć i kontrolować, dlatego przysposobili ich sobie do pomocy. Ich sposoby działania są od wieków takie same i dlatego ich zdradzają. To jest jednak tylko widoczne dla tych, którzy zadają sobie trud, by poznać te sposoby działania.

Cechą charakterystyczną Sierpnia było to, że akcja była szybka i totalna. Nie minęły dwa miesiące, a cały kraj był pogrążony w strajkach. W książce Historia towarzystw tajnych Feliksy Eger, wydanej po raz pierwszy w 1894 roku, można znaleźć takie fragmenty, które zdradzają, że te scenariusze nie są niczym nowym. One są wykorzystywane od wieków.

»Rewolucja lipcowa nie była owocem jednej chwili, pracowano od dawna nad jej wywołaniem. Dupin starszy, mason wyższych stopni, należący do Loży Trynozofów, uczeń Ragona, mówił wtedy: „Nie sądźcie, żeby w przeciągu trzech dni dokazano tego wszystkiego. Jeżeli rewolucja z takim pośpiechem, tak nagle została wywołana, to dlatego, że ona nikogo nieprzygotowanym nie zastała… zdziałaliśmy ją w ciągu kilku dni, bośmy mieli klucz do jej organizacji, mogliśmy zatem niezwłocznie istniejący porządek innym zastąpić”.

Jeszcze jednym dowodem, że rewolucja z r. 1830 była wynikiem długich knowań (te długie knowania, to w naszym przypadku KOR i WZZ – przyp. mój), jest jednoczesne wywołanie jej w wielu państwach Europy. Kraje położone bliżej Francji najsilniej to odczuły i pierwsze stały się ogniskami zaburzeń. Już 26 sierpnia wybuchło powstanie w Belgii, z 28 na 29 sierpnia widzimy je w Verriers, 30 sierpnia w Akwizgranie, następnie w Juliaku i Elberfeldzie. 6 września widzimy ruchy w Kassel, a za nimi w Fuldzie, Felsbergu, Wolfhagenie, Hanau, pomimo że konstytucja elektoralna heska była najwolnomyślniejszą z ogłoszonych w Niemczech. Z Hesji Elektoralnej ruch się udzielił Hesji Darmstadzkiej. W początku września wybuchły także ruchy w Saksonii, a mianowicie w Lipsku i Dreźnie, następnie w Chemnitz, Freibergu, Frankenbergu, Stolbergu, Schneebergu, Krichbergu, Auersbachu, Plauen, Königsbergu, nareszcie we wszystkich prawie osadach Górnych Łużyc. W Brunświku przyszło do prawdziwej rewolucji, która skończyła się wygnaniem księcia panującego, Karola, 6 września. Hanowerczycy poszli także za przykładem współrodaków. Lüneburg, Hildesheim, Hanower, a następnie Getynga (8 stycznia 1831) są także widownią zaburzeń, od których i północne państwa niemieckie wolnymi nie były. W Hamburgu i Meklemburgu wybuchły niepokoje także we wrześniu. Z kolei przeniósł się ruch nawet do Wrocławia i Berlina.

Szwajcaria pomimo liberalnej formy swego rządu nie uniknęła losu państw sąsiednich. Już w sierpniu objawił się ruch we Fryburgu i Bernie, 12 września – w Argowii, w początkach października – w Targowii, 13 października w Zurichu.

Z państw włoskich najwcześniej ruch wywołanym został w Sardynii, jako najbliżej Francji położonej, lecz na ognisko powstania przeznaczone zostało Państwo Kościelne, Modena, Parma i Toskania. Miało ono wybuchnąć jednocześnie we wszystkich tych krajach na początku lutego 1831 r. Punktem centralnym miała być Bolonia.

Inne państwa Europy wolnymi od niepokojów nie były: Hiszpania, Portugalia, Grecja, Albania i Bośnia były ich widownią, największe jednak rozmiary przybrały one w Belgii i Polsce.«

10 listopada 1980 roku Sąd Najwyższy zarejestrował NSZZ „Solidarność”. Wkrótce związek liczył niemal 10 mln członków. Stanowiło to 80% wszystkich zatrudnionych. No właśnie! Słowo „solidarność” zostało wybrane nieprzypadkowo. Nieprzypadkowo też wśród tych 21 postulatów znalazł się ten, mówiący o zniesieniu przywilejów dla MO i SB. W cytowanej książce można przeczytać:

„Mówcie często, wiele i wszędzie o jego nędzy i jego potrzebach. Lud sam siebie nie zna, ale działająca część społeczeństwa przejmuje się uczuciami litości dla ludu i prędzej lub później weźmie się do dzieła. Uczone rozprawy nie są tu ani potrzebne, ani pożyteczne. Są słowa upajające, zawierające wszystko, które należy często powtarzać wobec ludu, jak: wolność, prawa człowieka, postęp, równość i braterstwo; lud zrozumieć je potrafi, zwłaszcza gdy im się przeciwstawi wyrazy: despotyzm, przywileje, tyrania, niewola itd. Cała trudność nie polega na tym, aby lud poznać, ale by go zjednoczyć.”

Tak więc udało się zjednoczyć lud w 1980 roku. Podobną próbę podejmuje się obecnie w związku z „pandemią” – i z powodzeniem. Po stanie euforii i nadziei przyszedł stan wojenny, a wraz z nim represje i ofiary. I o tym też jest w tej książce:

„Spisek najlepiej ukartowany to ten, który najwięcej ma rozgłosu i najwięcej osób kompromituje; miejcie męczenników, miejcie ofiary, będziemy mieli między sobą takich, co to na korzyść sprawy obrócić potrafią.”

Były ofiary? Były. – Górnicy z kopalni Wujek. Byli męczennicy? Byli. – Ksiądz Popiełuszko i inni księża. Później przyszedł Okrągły Stół i ci, którzy „walczyli” z rządem, zajęli jego miejsce. O tym też jest we wspomnianej książce:

»Marszałek Maison, który niecną zdradą w Rambouillet zapewnił powodzenie rewolucji paryskiej, był wysokim urzędnikiem Wielkiego Wschodu. Praktyczny polityk D’Israeli tak w tej kwestii mówi: „Barykad nie wzniosło mieszczaństwo, ja znam tych, co je wznieśli; nie tworzą oni narodu, ale stowarzyszenie… Ich towarzystwa tajne pokrywają siecią całą Europę, rozgałęzione są w Hiszpanii, zrujnowały Włochy. Tażsama organizacja istnieje w Niemczech i Rosji”. Najwięcej przekonywującą okolicznością o już dawniejszym przygotowaniu rewolucji jest to, że wszyscy ci, którzy spiskowali przeciwko prawemu rządowi, występują teraz na widownię. Talleyrand jedzie do Londynu jako przedstawiciel nowego rządu, ks. Decazes zajmuje Luksemburg jako wielki referendarz Izby Parów, założyciele karbonaryzmu francuskiego Lafayette, Dupont de l’Eure i d’Argout zajmują najwyższe urzędy; Cousin za tajne usługi i za publiczne zarzuty czynione monarchii z katedry w Sorbonie zostaje radcą stanu, a następnie ministrem.«

Sierpień ’80 zakończył się stanem wojennym, a jego dalszą konsekwencją był Okrągły Stół. I wtedy wyszło na jaw, że cała ta opozycja solidarnościowa, to była opozycja licencjonowana, czyli taka, która licencję na opozycyjność dostała od władzy. Swego czasu Józef Mackiewicz nazwał Stefana Kisielewskiego licencjonowanym opozycjonistą. Mackiewicz twierdził, że prawdziwi opozycjoniści w PRL-u siedzieli w więzieniu, podczas gdy Kisielewski rozjeżdżał się po Europie Zachodniej, nocując w najlepszych hotelach. Po 1989 roku założył Kisielewski UPR. Nowa licencjonowana partia opozycyjna i takie samo środowisko. A więc nowi licencjonowani opozycjoniści Michalkiewicz, Korwin-Mikke, Miszalski, Sommer i inni. Licencję na opozycyjność ma również Konfederacja. I wszystkie te „niezależne” telewizje i kanały internetowe, które, dla uwiarygodnienia, faktycznie rządzący czasem blokują na dwa tygodnie, a później odblokowują. Żenujące numery, ale chyba wielu na nie się nabiera.

Ile są warte autentyczne strajki, to przekonali się robotnicy po 1989 roku, gdy likwidowano ich zakłady. Nikt się ich nie bał, nikt się z nimi nie liczył. To też w pośredni sposób dowodzi, że tamte solidarnościowe strajki to była ustawka, że wcale nie chodziło o polepszenie losu robotników i nie tylko ich losu.

Czerwiec ’76

Jest takie powiedzenie, że dużo musi się zmienić, żeby nic nie zmieniło się. Ono oczywiście niewiele znaczy, jeśli nie zostanie poparte odpowiednim przykładem. To trochę jak z tym chińskim przysłowiem, że jeden rysunek jest więcej wart niż 1000 słów. Po tragicznych wydarzeniach na Wybrzeżu w 1970 roku wydawało się, że nastąpiła radykalna zmiana. Przyszła nowa ekipa, „otwarta na świat”. Nowy przywódca, z większą ogładą. To jedno akurat było prawdą. Gierek był wyjątkowy w naszej powojennej historii, bo jako jedyny znał języki zachodnie. Podobno biegle mówił po francusku. Znał również flamandzki, choć nie tak dobrze jak francuski. Dla naszych prezydentów po 1989 roku rzecz nie do przeskoczenia – dla wszystkich bez wyjątku. Niemniej jednak dla przeciętnego obywatela PRL-u niewielkie to było pocieszenie, pomijając już fakt, że większość i tak o tym nie wiedziała.

Żeby opisać jakąś rzeczywistość, prawdziwą czy wykreowaną, należy zebrać odpowiednie fakty i spróbować wyciągnąć z niej jakieś wnioski. Cóż więc takiego wydarzyło się w czerwcu 1976 roku? W czerwcu 1976 nastąpiła „powtórka z rozrywki” z grudnia 1970 roku. Według Wikipedii przebieg wydarzeń wyglądał tak:

„Władze komunistyczne od początku liczyły się z masowymi wystąpieniami ludności, niezadowolonej z drakońskich podwyżek cen, o czym może świadczyć wczesne przygotowanie sztabu ćwiczeń Lato 76, na czele którego stanął wiceminister MSW i szef SB generał Bogusław Stachura. Typowano, iż zamieszki mogą wystąpić w Warszawie, Gdańsku, Szczecinie, Krakowie oraz na Śląsku. Plany te nie uwzględniały Radomia, do którego 25 czerwca skierowano jedynie 75 funkcjonariuszy ZOMO. Rozpoczęto tworzenie w komendach wojewódzkich MO specjalnych grup śledczych, których zadaniem była inwigilacja potencjalnych inspiratorów wystąpień. Wprowadzono tryb przyspieszony w postępowaniu przed sądami i kolegiami do spraw wykroczeń, przygotowano wolne miejsca w aresztach. 23 czerwca w przeddzień wystąpienia Jaroszewicza podniesiono gotowość bojową jednostek podległych MSW, rozpoczęła się właściwa faza Operacji Lato 1976.”

W tym miejscu wypada zadać sobie pytanie: Skąd władze wiedziały, że będą protesty i protestujący będą zachowywać się agresywnie?

»24 czerwca – transmisja na żywo przemówienia premiera Piotra Jaroszewicza i ogłoszenie podwyżek („nowych cen”).

25 czerwca – treść przemówienia pojawia się w prasie. Strajkuje 97 zakładów, m.in w Radomiu, Ursusie i Płocku. Rząd PRL ukrył przed opinią publiczną fakt wybuchu zamieszek, nazywając je „drobnymi, chuligańskimi wybrykami”. Mimo to, szybko wycofał się z zapowiadanych podwyżek, w lęku przed rozszerzeniem się protestów na cały kraj i zaproponował rozpoczęcie „szerokich konsultacji społecznych na temat podwyżek cen i trudnościach w zaopatrzeniu”. Równolegle przeprowadzono szybką, brutalną pacyfikację strajków, nadal utrzymując, że były to tylko chuligańskie wybryki. W Radomiu okradziono i zdemolowano ponad 100 sklepów. W Ursusie zatrzymano pociąg “Opolanin” prowadzony lokomotywą EP05-22, rozkręcono także szyny na międzynarodowej linii kolejowej. Oddziały Milicji były celowo nie wyposażone w broń palną. Edward Gierek wydał zalecenia traktujące użycie milicji przeciwko robotnikom jako ostateczność. Tak też się stało, zwlekano z użyciem ZOMO do chwili, aż podpalono KW i grabież sklepów stała się faktem.

26–30 czerwca – wydarzenia radomskie – rozszerzenie się strajków na wszystkie zakłady państwowe w Radomiu w odpowiedzi na brutalne pacyfikacje i aresztowania organizatorów pierwszych strajków. Władze lokalne ogłaszają stan wyjątkowy i czasowo zamykają wszystkie zakłady. W efekcie na ulice wychodzą zrewoltowane tłumy mieszkańców miasta, łącznie kilkadziesiąt tysięcy ludzi, które dokonują m.in. podpalenia budynku komitetu wojewódzkiego PZPR. Miasto zostaje całkowicie spacyfikowane przez liczne oddziały ZOMO, z użyciem gazu łzawiącego i armatek wodnych. Skala aresztowań osiąga znaczne rozmiary. Aresztowanych poddaje się m.in. torturom polegającym na przechodzeniu przez szpaler milicjantów tłukących aresztanta pałkami, znanej jako „ścieżka zdrowia”. Edward Gierek dowiedziawszy się o tego typu praktykach nakazał natychmiastowe ich zaprzestanie. Równolegle, w całym kraju narasta oficjalna propaganda nazywająca uparcie protestującą ludność miasta – chuliganami i wichrzycielami, organizowane są „spontaniczne” wiece protestacyjne przeciw działaniom „radomskich warchołów”.

Według raportu sporządzonego przez MSW na potrzeby Biura Politycznego na terenie 12 województw zastrajkowało 112 zakładów, w strajkach uczestniczyło ponad 80 tysięcy osób (w tym 20 800 w Radomiu i 14 200 w Ursusie). Dramatyczny los spotkał także robotników, którzy protestowali w mniejszych zakładach pracy na prowincji. Tutaj najczęściej nie docierali emisariusze Komitetu Obrony Robotników, o represjonowanych nie mówiło się w rozgłośni Wolna Europa, a częściowa rehabilitacja nastąpiła w 1981lub później.«

Wikipedia pisze o drakońskich podwyżkach cen. Według niej wynosiły one średnio 70%. Istotnie – były one wyższe niż w 1970 roku. Mięso i ryby zdrożały o 70%, nabiał 64%, ryż 150%, cukier 90%. Portal historyczny DZIEJE.PL tak opisuje przebieg tamtych wydarzeń:

„W Radomiu, Ursusie i Płocku doszło do pochodów i demonstracji, zakończonych starciami z MO, a w przypadku Radomia – dramatycznymi walkami ulicznymi. W Radomiu strajk rozpoczęli robotnicy Zakładów Metalowych im. gen. Waltera, którzy wyszli na ulicę, aby powiadomić o strajku inne zakłady i ruszyć pod gmach KW PZPR. Do strajku przyłączyły się załogi 25 przedsiębiorstw, łącznie ok. 17 tys. osób. W kulminacyjnym momencie na ulicach demonstrowało ok. 20 tys. osób.

Gdy przed siedzibą KW zgromadziło się kilka tysięcy ludzi, demonstranci, którzy weszli do budynku, nakłonili I sekretarza Janusza Prokopiaka do przekazania do Warszawy żądania odwołania podwyżki. Po dwóch godzinach oczekiwania, gdy okazało się, że w budynku nie ma już przedstawicieli partii (zostali ewakuowani), tłum zaczął niszczyć wyposażenie, a przed godz. 15.00 gmach podpalono. Władze skierowały do miasta oddziały ZOMO z Warszawy, Łodzi, Kielc i Lublina oraz Wyższej Szkoły Oficerskiej MO w Szczytnie – wieczorem oddziały MO liczyły ok. 1550 funkcjonariuszy. Doszło do gwałtownych walk, w czasie których młodzi ludzie wznosili barykady, rzucali kamieniami, cegłami, wyrwanym brukiem, a nawet butelkami z benzyną; MO posługiwała się pałkami, armatkami wodnymi i gazami łzawiącymi. Dwóch demonstrantów, Jan Łabęcki i Tadeusz Ząbecki, zginęło w tragicznym wypadku, zabitych przez rozpędzoną przyczepę wypełnioną betonowymi płytami, którą spychali w kierunku zomowców. Oprócz gmachu KW PZPR atakowano budynek KW MO i Urzędu Wojewódzkiego. Doszło do dewastacji sklepów i kradzieży. Oddziały MO opanowały sytuację w centrum miasta dopiero późnym wieczorem.

W Zakładach Mechanicznych Ursus od rana strajkowało 90% załogi. Robotnicy, którzy udali się pod gmach dyrekcji, usłyszeli tam wezwanie do powrotu do pracy. Wyszli na pobliskie tory kolejowe łączące Warszawę z Łodzią, Poznaniem i Katowicami, aby poinformować innych mieszkańców Polski o strajku. Ponad 1 tys. osób siedzących na torowisku tworzyło żywą zaporę i zatrzymywało pociągi. Aby na trwałe zablokować tory demonstranci próbowali przeciąć szyny palnikiem acetylenowym, a gdy to się nie udało rozkręcili je, a w powstałą wyrwę zepchnęli lokomotywę. Interwencja MO nastąpiła ok. 21.30, gdy tłum stopniał do kilkuset osób. Starcie trwało kilkanaście minut, po nim zaczęła się obława na demonstrantów.

W Płocku strajk wybuchł w Mazowieckich Zakładach Rafineryjnych i Petrochemicznych. Ok. godz. 14.00 przy jednej z bram doszło do spontanicznego wiecu, po którym grupa jego uczestników pomaszerowała pod gmach KW PZPR, ok. 17.00 tłum przed siedzibą partii liczył 2-3 tys. osób. Do zebranych przemówił I sekretarz. Część manifestantów ruszyła w stronę innych zakładów, ale ich pracownicy nie przyłączyli się do protestu. Po ogłoszeniu komunikatu o odwołaniu podwyżki, budynek KW obrzucono kamieniami, wybito kilka szyb, zaatakowano radiowóz straży pożarnej. Ok. godz. 21.00 demonstrantów zaatakowały ściągnięte z Łodzi oddziały ZOMO.”

Dwie nieścisłości wkradły się do tekstu Wikipedii. Pierwsza to, że podpalenie budynku KW miało miejsce 26 czerwca, podczas gdy w innych źródłach i w innym miejscu w Wikipedii podana jest data 25 czerwca. Druga to to, że w trakcie tych wydarzeń pojawili się emisariusze KOR-u, który oficjalnie powstał we wrześniu 1976 roku. Być może działali wtedy jeszcze nieoficjalnie, co dla pewnych organizacji jest stanem naturalnym.

Typowano, iż zamieszki mogą wystąpić w Warszawie, Gdańsku, Szczecinie, Krakowie oraz na Śląsku. Plany te nie uwzględniały Radomia, do którego 25 czerwca skierowano jedynie 75 funkcjonariuszy ZOMO.

Ach! Jakże fatalnie typowano! Tak starannie przygotowano się, obstawiono najważniejsze ośrodki w kraju, a tu masz ci babo placek! W Radomiu. Akurat tam, gdzie nie było prawie milicji i ZOMO. Taki pech!

Scenariusz wydarzeń był więc następujący:

  • przygotowanie operacji Lato 76
  • ogłoszenie podwyżek cen żywności
  • protesty już od rana następnego dnia
  • starcia z milicją i ZOMO
  • plądrowanie sklepów
  • podpalenie budynku komitetu wojewódzkiego partii
  • wycofanie się z podwyżek

Scenariusz, który do złudzenia przypomina ten sprzed sześciu lat z Wybrzeża. Jeśli scenariusz był taki sam, to znaczy, że układali go ci sami ludzie. A skoro ci sami, to znaczy, że nikt z prawdziwych decydentów nie został usunięty, pociągnięty do odpowiedzialności za masakrę z tamtych lat. Zmieniono zewnętrzny garnitur. Zaciągnięto kredyty, Polska „otworzyła się” na świat. „Ludziom żyło się lepiej, a Polska rosła w siłę.” Tak przynajmniej nam wmawiano. Dużo więc musiało się zmienić, by wszystko, poza kosmetycznymi zmianami, pozostało po staremu.

Były też pewne różnice. Nie użyto wojska i nie strzelano do ludzi z ostrej amunicji. Nowością były „ścieżki zdrowia”, które były jednym z przejawów represjonowania robotników. To stało się pretekstem do powstania KOR-u, który miał kontrolować kolejne przesilenie, czyli Sierpień ’80. Agenci KOR-u opanowali cały związek zawodowy Solidarność. Ci planiści, którzy zaplanowali Grudzień i Czerwiec, a zapewne też Marzec, już wiedzieli, że będzie kolejny strajk, który ogarnie cały kraj.

A skąd oni wiedzieli, że będzie taki strajk? Wiedzieli, bo wiedzieli, że pojawi się poważny kryzys. A skąd o tym wiedzieli? To proste. To oni udzielili Polsce kredytów, o których wiedzieli, że Polska nie będzie w stanie ich spłacić. Te kredyty były w dużym stopniu przeznaczone na uprzemysłowienie kraju. Powstały fabryki, które coś produkowały i to coś trzeba było sprzedać. Kredyty były w tzw. twardych walutach, których w Polsce nie było, bo była ona odcięta od gospodarki światowej. Sprzedaż towarów za waluty krajów demokracji ludowej nie wchodziła w grę, bo spłata kredytów musiała być w tej samej walucie, w której je zaciągnięto. Trzeba było sprzedawać te towary na Zachodzie, ale tam rynek był zamknięty, bo na nim rządzili ci, którzy dawali Polsce te kredyty. Sprzedaż czy inwestycje w tzw. Trzecim Świecie odbywały się najczęściej po cenach dumpingowych, co nie rozwiązywało problemu. Skutki nietrudno było przewidzieć. Problemy zaczęły się pojawiać już w pierwszej połowie lat 70-tych, co stwarzało okazję do wywołania zamieszek. I tak pojawił się Czerwiec ’76 – wstęp do Sierpnia ’80.

Poprzedni blog kończyłem cytatem z książki Historia towarzystw tajnych Feliksy Eger i tym razem też tak wypada:

W parę lat później, przyjaciel p. de Gougenot des Mousseaux, protestant, wysoki urzędnik w służbie państwa niemieckiego zostający, pisał do tego ostatniego: „W obecnych czasach widzę Żydów bardzo gorliwie pracujących nad zburzeniem podstawy naszego społeczeństwa i przygotowaniem rewolucji. Należą oni do rasy dziwnie hojnie obdarzonej, wydającej geniuszów na każdym polu i z wszelkiego rodzaju dążnościami; chcę powiedzieć ludzi oryginalnych, wysoko inteligentnych i bardzo czynnych… W r. 1848, roku przewrotów rewolucyjnych, miałem stosunki z pewnym Żydem, który przez próżność zdradzał tajemnice towarzystw tajnych, do których należał. Powiadamiał on mnie na osiem lub dziesięć dni naprzód o rewolucjach mających nastąpić w jakimkolwiek punkcie Europy. Wskutek tego nabrałem niezbitego przekonania, że te wszystkie ruchy ludów uciśnionych itd. itd. są z góry postanowione przez jakichś 12 indywiduów, które wydają rozkazy towarzystwom tajnym całej Europy. Grunt pod stopami naszymi jest cały podminowany, a Żydzi dostarczają duży kontyngent tych minerów”.

Grudzień ’70

Grudzień ’70 należy bez wątpienia do najtragiczniejszych wydarzeń w powojennej historii Polski. W trakcie tych zajść zginęło 41 osób, a według niektórych źródeł – 45. Dla porównania, w zamachu majowym zginęło 379 osób, 215 żołnierzy i 164 osoby cywilne. Dlaczego władze komunistyczne zdecydowały się na takie ekstremalne rozwiązanie? Co chciały przez to osiągnąć? Nic tam nie było dziełem przypadku. Wszystko zaplanowano i wykonano? Władza nie miała skrupułów, by strzelać do tłumu. Czy to były zabiegi zmierzające do pozbycia się Gomułki? Do tego nie potrzeba ofiar, jak pokazuje przykład usunięcia Gierka. A może to był fragment większej całości, pewnego planu, który miał doprowadzić do zmiany realiów politycznych w Europie Środkowej? A może chciano dokonać pewnego eksperymentu i sprawdzić ludzkie reakcje? Do jakiego stopnia można podporządkować sobie tłum, wykorzystując do tego swoich agentów? Jak on zareaguje na przemoc? Jak społeczeństwo zareaguje?

Oficjalnie przyczyną protestów były podwyżki cen żywności. Średnio wzrosły one o 23%. Polskie społeczeństwo, z natury raczej łagodne, nie reagowałoby tak gwałtownie na stosunkowo niewielką podwyżkę, nawet przed świętami Bożego Narodzenia. W latach 50-tych przeżyło wymianę pieniędzy, która okradła ludzi, ale protestów nie było. Zdarzały się natomiast samobójstwa.

Decyzję o podwyżce ogłoszono przez radio 12 grudnia wieczorem. To była sobota. Miała ona obowiązywać od poniedziałku 14 grudnia. Decyzję podjęto na posiedzeniu Biura Politycznego KC PZPR 30l istopada. Jednak do całej operacji przygotowywano się znacznie wcześniej.

„Biuro Polityczne KC PZPR zdawało sobie sprawę, że wzrost cen głęboko dotknie obywateli i stanie się powodem niezadowolenia społecznego. Liczono się z demonstracjami i groźbą wybuchu zamieszek. Od czerwca 1969 r. do maja 1970 r. szef Głównego Inspektoratu Obrony Terytorialnej, wiceminister gen. Grzegorz Korczyński, nadzorował opracowanie planu „zabezpieczania reformy gospodarczej” przez wojsko. W pracach planistycznych wykorzystano m.in. doświadczenia z krwawej pacyfikacji Poznania w czerwcu 1956 r. oraz inwazji wojsk Układu Warszawskiego na Czechosłowację z sierpnia 1968 r. W dniu 8 grudnia 1970 r. minister obrony narodowej, gen. Wojciech Jaruzelski, wydał rozkaz, w którym określił zasady współdziałania LWP z Ministerstwem Spraw Wewnętrznych w przypadku wybuchu strajków.” – Tak to opisuje na swojej stronie Wojskowe Biuro Historyczne.

W protestach brało udział kilkanaście tysięcy osób. Po stronie rządowej było 27 tysięcy żołnierzy, 5 tysięcy milicjantów, 550 czołgów, 700 transporterów opancerzonych. Wyglądało to więc na jakieś manewry, ćwiczenia w terenie zabudowanym. Jeszcze jestem w stanie zrozumieć transportery opancerzone, ale czołgi! To była większa operacja LWP niż w Czechosłowacji. Tam było 24 tysiące żołnierzy. W Czechosłowacji zginęło 72-108 osób. Interwencja trwała miesiąc. W Polsce od 14 do 22 grudnia i 41-45 zabitych.

W poniedziałek 14 grudnia robotnicy Stoczni Gdańskiej odmówili podjęcia pracy i wielotysięczny tłum udał się pod siedzibę Komitetu Wojewódzkiego w Gdańsku. Zażądali spotkania z pierwszym sekretarzem Komitetu Wojewódzkiego PZPR, a od dyrektora stoczni podjęcia negocjacji w sprawie cofnięcia podwyżek. Ich postulaty nie zostały spełnione. Tego dnia doszło też do pierwszych starć z milicją. Przed południem delegacja stoczniowców próbowała rozmawiać z rektorem Politechniki Gdańskiej, a o 17-tej próbowano zorganizować tam wiec, ale bez powodzenia. W związku z tym udano się pod gmach Komitetu Wojewódzkiego PZPR, gdzie udało się go zorganizować. Podobny odbył się na placu przed dworcem głównym. W tych wiecach wzięli udział również studenci Politechniki Gdańskiej i Akademii Medycznej.

Można w tym miejscy zapytać: jak to możliwe, że podwyżki ogłoszono w sobotę wieczorem, a w poniedziałek rano robotnicy byli już doskonale zorganizowani. Ale nie tylko oni. Również milicja była na posterunku. Skąd milicja wiedziała, że będzie strajk? Wielotysięczny tłum, a takim była przecież załoga Stoczni Gdańskiej, nie mógł tak sam z siebie zorganizować się i do tego tak szybko. Wynika z tego, że cała załoga już wcześniej musiała być poddana intensywnej agitacji.

15 grudnia ogłoszono strajk powszechny, do którego przyłączyły się inne przedsiębiorstwa, m.in. Stocznia im. Komuny Paryskiej w Gdyni i pracownicy elbląskiego Zamechu. W skład pierwszego komitetu strajkowego weszli Zbigniew Jarosz (przewodniczący), Jerzy Górski (zastępca przewodniczącego), Stanisław Oziębło, Ryszard Podhajski, Kazimierz Szołoch, Lech Wałęsa, Zofia Zejser. Robotnicy udali się pod gmach KW PZPR na wcześniej zapowiedziany więc. Po drodze napotkali oddziały milicji. Doszło do walk ulicznych i starć z milicją. Późnym wieczorem podpalono budynek Komitetu Wojewódzkiego. Ogłoszono strajk okupacyjny. Wojsko i milicja zablokowały porty i stocznie.

Gdy płonął budynek komitetu wojewódzkiego partii, pensjonariusze domu poprawczego w Malborku rozpoczęli rabunek sklepów przy ulicy Rajskiej i sąsiednich. Cześć manifestantów próbowała ich powstrzymać, ale bez rezultatu. Około południa stoczniowcy zdobyli czołg, który zabezpieczono na terenie Gdańskiej Stoczni Remontowej. Około godziny 16-tej przed samym dworcem kolejowym został zastrzelony przez snajpera człowiek, który być może był tylko przechodniem, gdyż w tym czasie walki toczyły się pod komendą milicji, a nie na placu dworcowym. Strzał padł od strony wiaduktu Błędnik, gdzie nie było wtedy ani wojska, ani milicji. Musiał więc strzelać snajper, prawdopodobnie ulokowany w wieżowcu Centrum Techniki Okrętowej przy Błędniku. Potem stoczniowcy złożyli na środku hali dworcowej zwłoki kolegi rozjechanego przez czołg, rozbili dworcową kwiaciarnię i podpalili kasy dworcowe. Gdy oddziały wojska i milicji pojawiły się na Błędniku i od strony komitetu, manifestanci, którym groziło otoczenie, wpadli na dworzec i do stojącej jeszcze kolejki elektrycznej i odjechali zanim pojawili się milicjanci.

To są informacje z Wikipedii. Trudno oprzeć się wrażeniu, że te wydarzenia to jedna wielka prowokacja, sztucznie wywołany konflikt. Rabunki, podpalenia to zwykły wandalizm. Zapewne zwykłych robotników nie byłoby stać na takie zachowanie. Wielu ludzi z zewnątrz musiało być w to zaangażowanych, przeszkolonych i opłaconych. Skoro ktoś podpalił budynek komitetu partii, to znaczy, że już wcześniej podjął taki zamiar i musiał się do niego przygotować, choćby poprzez zdobycie i zabranie ze sobą materiałów łatwopalnych, bo samymi zapałkami, to można jedynie „podpalić” papierosa. A skąd się wzięli w Gdańsku pensjonariusze domu poprawczego w Malborku?

Dzień 16 i 17 grudnia jest dokładniej opisany na stronie Wojskowego Biura Historycznego i z niej pochodzi poniższy fragment:

„Operacją wojskową w Trójmieście kierował gen. Stanisław Antos. Użycie czołgów i transporterów opancerzonych przeciwko bezbronnym ludziom nieuchronnie musiało doprowadzić do tragedii. 15 grudnia w okolicy Dworca Głównego PKP w Gdańsku transporter opancerzony TOPAS z 7. Łużyckiej Dywizji Desantowej zmiażdżył gąsienicami jednego z protestujących. Mimo tej tragedii do Gdańska ściągały coraz to nowe pododdziały. Następnego dnia wojsko otoczyło teren Stoczni Gdańskiej im. Lenina. Gdy strajkujący próbowali opuścić teren zakładu, żołnierze 16. Dywizji Pancernej i 13. pułku Wojsk Obrony Wewnętrznej otworzyli ogień z karabinków i pistoletów maszynowych. Od kul zginęli dwaj stoczniowcy, a jedenastu kolejnych zostało rannych. Na ulicach Gdańska strzelała także milicja. Łącznie w Gdańsku straciło życie 16 ludzi. Wobec groźby władzy, że Stocznia Gdańska zostanie zrównana z ziemią przez ciężką artylerię, strajkujący ustąpili. Kolejne dni przyniosły Gdańszczanom represje i szykany. Zamordowanych chowano na cmentarzach nocami, po cichu i w tajemnicy. Niemal natychmiast po pacyfikacji zbuntowanego miasta Służba Bezpieczeństwa przystąpiła do przeciwdziałania próbom upamiętnienia ofiar masakry.

W odróżnieniu od Gdańska, gdzie spłonął budynek Komitetu Wojewódzkiego PZPR, demonstracje w Gdyni miały na ogół spokojny przebieg. Mimo to, to właśnie Gdynianie ponieśli najkrwawszą ofiarę grudniowej masakry.

W nocy z 16 na 17 października milicja i żołnierze 8. Drezdeńskiej Dywizji Zmechanizowanej im. Bartosza Głowackiego otoczyli teren Stoczni im. Komuny Paryskiej w Gdyni. Jednocześnie w radiu i telewizji nadano wystąpienie Stanisława Kociołka, w którym wzywał stoczniowców do powrotu do pracy. Gdy wczesnym rankiem robotnicy wysiedli z pociągów na przystanku Gdynia-Stocznia, drogę do pracy zagrodziły im czołgi i żołnierze celujący do nich z ręcznych karabinów maszynowych. Napięcie sięgnęło zenitu, wojsko otworzyło ogień. W wyniku serii z broni maszynowej zginęło 11 stoczniowców. Ciało jednego z zabitych, Zbigniewa Godlewskiego, roztrzęsieni demonstranci położyli na drzwiach i ponieśli w kierunku budynku Prezydium Miejskiej Rady Narodowej. Pochód został kilkukrotnie obrzucony granatami dymnymi wystrzeliwanymi z ziemi i ze śmigłowców krążących nad Gdynią. W Śródmieściu milicja i wojsko ponownie otworzyły ogień do manifestantów. Padli ranni i zabici. Łącznie w masakrze zginęło 18 ludzi. Złapanych manifestantów poddawano brutalnym torturom w katowni urządzonej w budynku Prezydium MRN. Szczególnie okrutnie traktowano młodzież.

Gdy do Szczecina dotarły informacje o protestach w Trójmieście, robotnicy Stoczni im. Adolfa Warskiego wylegli na ulice. Oprócz stoczni do strajku przystąpiło szereg zakładów pracy w samym mieście i jego okolicach.

17 grudnia napięcie w Szczecinie rosło z godziny na godzinę. Dochodziło do licznych starć między protestującymi a milicją. Apogeum walk ulicznych stało się podpalenie budynku Komitetu Wojewódzkiego PZPR i Komendy Wojewódzkiej Milicji Obywatelskiej. W celu spacyfikowania demonstrantów, w kierunku najważniejszych obiektów w mieście, z koszar wyjechały pododdziały z: 12. Dywizji Zmechanizowanej, 12. Brygady Wojsk Ochrony Pogranicza, 12. pułku pontonowego i 16. batalionu pontonowego Wojsk Obrony Wewnętrznej oraz 36. pułku inżynieryjno-budowlanego. Pojawienie się wojska na ulicach nie uspokoiło nastrojów, wręcz przeciwnie – dochodziło zarówno do walki, jak i prób bratania się z żołnierzami. W zamieszaniu wojskowi wielokrotnie uciekali się do użycia broni. Oddawano strzały w powietrze, w bruk, jak również w kierunku demonstrujących. Symbolem szczecińskiej tragedii stała się śmierć 16-letniej uczennicy, Jadwigi Kowalczyk. Dziewczynka obserwowała demonstrację przez okno ze swojego pokoju, gdy przypadkowo wystrzelony pocisk trafił ją prosto w głowę. Kolejny dzień – 18 grudnia – nie przyniósł uspokojenia. Wojsko otworzyło ogień do demonstrujących przed Stocznią im. Adolfa Warskiego, zabijając dwóch młodych chłopców i raniąc wielu innych. Łącznie w Szczecinie śmierć ponosiło 16 ludzi, a kilkuset zostało rannych. W obliczu groźby utraty życia na ulicach, robotnicy podjęli strajk okupacyjny na terenie swoich zakładów pracy. Zawiązał się Okołomiejski Komitet Strajkowy, zrzeszający większość szczecińskich zakładów pracy, który przejął faktyczną władzę na życiem miasta. Negocjacje pomiędzy robotnikami a władzą trwały do 22 grudnia 1970 r. i zakończyły się zawieszeniem strajku na czas świąt.”

Stocznie zostały spacyfikowane. We wszystkich objętych zamieszkami miastach Wybrzeża obowiązywały stan wyjątkowy i godzina milicyjna. Zginęło 41 osób. Niektóre źródła podają, że 45 osób. Kto wydał rozkaz strzelania do bezbronnych osób? Władze PZPR. A kto był tą władzą? Biuro Polityczne w składzie: Władysław Gomułka, Marian Spychalski, Józef Cyrankiewicz, Ignacy Loga-Sowiński, Mieczysław Moczar, Wojciech Jaruzelski, Alojzy Karkoszka, Zenon Kliszko, Kazimierz Świtała, Tadeusz Pietrzak. Zgodnie z rozkazem Gomułki strzały, po ostrzegawczej salwie w górę, miały być oddawane w nogi. Trudno więc w takiej sytuacji znaleźć winnego. Ktoś jednak ten rozkaz wydał. Nie dowiemy się kto, bo tak to wszystko jest zorganizowane, że prawdziwi decydenci są zawsze anonimowi.

Może więc warto sięgnąć do historii, by poznać od kuchni zasady działania władz i metody, jakimi one posługują się. To zapewne jest niezmienne. Różnica jest taka, że obecne władze dysponują bez porównania większymi możliwościami ze względu na postęp techniczny. Pisząc „władze” mam na myśli oczywiście te prawdziwe, tajne. Feliksa Eger w książce Historia towarzystw tajnych oparła się na rozprawie jezuity Nicolasa Deschampsa (1797-1873) i pracach innych badaczy zajmujących się problematyką masonerii. Poniżej fragment, który może choć trochę ułatwi zrozumienie tego, co działo się w grudniu 1970 roku na Wybrzeżu i nie tylko wtedy i nie tylko tam.

»W pierwszych chwilach wybuchu rewolucyjnego, zapanowało we Francji ogólne przerażenie. Najstraszniejsze wieści krążyły po kraju, rozruchy i pożary wybuchały wszędzie, lękano się wszystkiego. Taine w swej Historii rewolucji stawia pytanie, czy popłochu tego nie wywołały „ukryte, przekupione ręce”, na które to pytanie odpowiada zarazem: „Współcześni byli tego pewni, rzecz jest możliwą”. Nie tylko możliwą, ale i pewną, jak tego mamy niepodlegające wątpliwości świadectwo Bertranda de Molleville, ministra Ludwika XVI, dowodzącego, że program cały postępowania przygotowany był w komitecie propagandy w Loży Połączonych Przyjaciół. Projekt działania za pomocą terroryzmu, podał Adrian Duport, jeden z członków zgromadzenia, badacz historii i taktyki rewolucji dawnych i nowszych czasów, przyjęty do najtajniejszych narad fakcji filozoficznej. On to, wystosowawszy odpowiedni memoriał, przekonał członków komitetu, że jedynie terroryzmem wywołać można rewolucję i że należy w tym celu poświęcić kilka znanych postaci. Wskazał nawet pierwsze ofiary. Plan Adriana Duport został przyjęty. Niedługo potem widziano głowy pp. de Launey, de Flesselles, Bertlüer i Foulon obnoszone na pikach po ulicach Paryża. Niecny ten owoc filantropii i wolności, w obronie których niby to walczono, sprawił odpowiednie skutki. Pod wpływem przerażenia wszyscy wahający się dotychczas powiększyli liczbę rewolucjonistów. Szli oni bez przekonania, ale w celu własnej obrony. W r. 1789 Mirabeau zakomunikował plan Duporta Chamfortowi, ten zaś Marmontelowi.

Wskazówki dane przez tego ostatniego w swych pamiętnikach, odpowiadają zupełnie temu, co mówi p. de Molleville: „Pieniądze i pozwolenie rabunku wszechwładnie działają na lud. Dowód tego mieliśmy właśnie na przedmieściu św. Antoniego. Nie uwierzylibyście nawet, jak mało kosztowało ks. orleańskiego zburzenie fabryki uczciwego Reveillona, który spośród tego samego ludu stu rodzinom dawał utrzymanie. Mirabeau utrzymuje, że za tysiąc luidorów można wywołać ładne zaburzenie… Czy naród wie, czego pragnąć? Każą mu pragnąć i wyrazić życzenia, o których on nigdy nie pomyślał… Lud jest wielką trzodą myślącą jedynie o pastwisku, którą przy pomocy dobrych psów, pasterze prowadzą jak tylko chcą. Zresztą jego to dobra pragniemy, jakkolwiek bez jego wiedzy. Ani rząd, ani religia, ani obyczaje, ani towarzyskie stare przesądy nie zasługują na żadne względy. Wszystko to wzbudza politowanie i wstyd przynosi w wieku takim jak nasz. Nowe plany potrzebują oczyszczonego gruntu. Do owładnięcia mieszczaństwem, klasą niemającą wiele do stracenia, a mogącą dużo zyskać, jest wiele środków. Głód, niedostatek, pieniądze, postrach wybuchu, przerażające wieści, za pomocą których można wśród ludu wywołać trwogę do wściekłości ich doprowadzającą. Klasa bardziej oświecona wydaje eleganckich mówców, lecz wszyscy oni są niczym w porównaniu z tymi Demostenesami, którzy za talara w karczmach, na placach publicznych, w ogrodach i na wybrzeżach głoszą o spustoszeniach, pożarach wiosek, zrównaniu ich z ziemią, zalaniu krwią, o zamiarach oblężenia i zagłady Paryża ( W celu szybszego wywołania rewolucji w Paryżu ks. orleański zabrał wszystko zboże i wywiózł je na wyspę Jersey i Guernesey, a koryfeusze rewolucji oskarżali rząd o umyślne wywołanie głodu.). Użycia podobnych środków wymaga przewrót socjalny. Czyżby można dokazać czegokolwiek z tym ludem, gdyby go się okiełzało zasadami uczciwości i sprawiedliwości? Ludzie uczciwi są słabi i nie mają dosyć zuchwalstwa. Lud jest dlatego dobrym czynnikiem rewolucyjnym, że nie ma zasad moralnych. Tym, którzy w środkach nie przebierają, oprzeć się nie można. Nie ma ani jednej z dawnych cnót, która by nam pożyteczną być mogła. Innych cnót potrzeba ludowi”. Barruel, żyjący podczas rewolucji w Paryżu, wyjaśnia przyczynę tak łatwego kierowania ludem. „Od r. 1788 mówi on, robotnicy nasi z przedmieścia S. Antoine i S. Marceau, wtajemniczani bywali gromadnie do lóż masońskich. Zniesienie cechów sztuk i rzemiosł dało masom przewagę, tak drogo okupioną nieszczęściami klasy rzemieślniczej”.«

Czy naród wie, czego pragnąć? Każą mu pragnąć i wyrazić życzenia, o których on nigdy nie pomyślał… – no właśnie! Od czego są postulaty? Każdy strajk, to jakieś postulaty. A kto je tworzy? Robotnicy?

Ani rząd, ani religia, ani obyczaje, ani towarzyskie stare przesądy nie zasługują na żadne względy. – A więc żadnych skrupułów, żadnej litości dla jakichkolwiek wartości.

Nowe plany potrzebują oczyszczonego gruntu. – To tak jak ze starym budynkiem. Lepiej go zburzyć i zbudować nowy. Nowy rząd jest o wiele bardziej wiarygodny dla ludu niż stary. Jest to stwarzanie dla niego nowej nadziei, a dla nowego rządu czas do następnego kryzysu. Wszyscy ci ludzie przychodzą do odegrania pewnej roli, jaką im przypisano i mają tego świadomość. Tworzą więc frakcje, partie, programy i kłócą się ze sobą. A wszystko to po to, by zawrócić w głowie nieświadomemu niczego ludowi. Gdy przychodzi ich czas, to odchodzą. Na ich miejsce przychodzą inni, gdy nowy plan ma być wprowadzony.

Dlaczego wydarzenia na Wybrzeżu były tak krwawe? Widocznie takimi musiały być, bo tak zaplanowano. Co chciano w ten sposób osiągnąć? Trudno oceniać Grudzień ’70 w oderwaniu od pozostałych „polskich miesięcy”, od Marca ’68, Czerwca ’76, Sierpnia ’80, a może nawet od Października ’56. Według niektórych ocen Marzec ’68 wyszedł na dobre Polsce, bo wielu Żydów opuściło Polskę i w ten sposób w opozycji mogli również działać Polacy. Może tak właśnie chciała strona żydowska, by Polacy tak myśleli. Więcej Żydów wyjechało z Polski w latach 50-tych i na początku lat 60-tych niż w 1968 i 1969 roku. Ale jest ich w Polsce tak dużo i zajmują tak ważne stanowiska, że to nie miało znaczenia. Może więc ten Grudzień ’70 i Czerwiec ’76 potrzebne były jako uzasadnienie do powstania KOR-u i zdominowania opozycji. W każdym razie po Marcu nikomu nie przyszłoby do głowy, by podejrzewać, że za wypadki na Wybrzeżu są odpowiedzialni Żydzi. Kozioł ofiarny się znalazł. Ale on takie zadanie miał do wykonania i je wykonał, to znaczy wziął na siebie całą odpowiedzialność.

Marzec ’68

Nigdy nie miałem dobrego zdania o filozofii. Uważałem, że to nauka czy dziedzina oderwana od rzeczywistości, ale myliłem się. Leon Leszek Szkutnik to autor samouczków do języka angielskiego i niemieckiego, ale również tomików poezji czy refleksji pisanych w tych językach. W jednym z nich wyłowiłem taką perełkę.

Es gibt keine Wirklichkeit an sich. Eine Wirkichkeit kann sich ereignen. Muss aber nicht. Ein unwirkliches Leben nennt man normal. – Nie ma rzeczywistości samej w sobie. Rzeczywistość może się wydarzyć. Może, ale nie musi. Nierzeczywiste życie nazywamy normalnym.

Jeszcze nie tak dawno temu powiedziałbym, że jest to filozofowanie, jakieś chore wymysły. Ale obecnie, w naszej „pandemicznej”, sztucznie wykreowanej rzeczywistości, to już nie jest filozofowanie, to nasza rzeczywistość. Szkutnik napisał, że rzeczywistość może się wydarzyć. Może nie chciał napisać dosłownie, że ktoś tę sztuczną rzeczywistość stwarza, może chciał, by czytelnik sam domyślił się, jaka jest rzeczywistość, czy może nierzeczywistość. Prawie wszyscy chodzą w maskach, choć nie ma żadnego zagrożenia, bo śmiertelność jest na poziomie zwykłej grypy. A że ludzie chorują? Zawsze na coś chorują. W mediach jest tylko jeden temat, inne nie istnieją. Żyjemy w podstawionej rzeczywistości. No właśnie! – W podstawionej. I tę podstawioną zaczynamy uważać za normalną. Czy zatem, oprócz tej podstawionej, istnieje jakaś niepodstawiona? Czy istnieje rzeczywistość sama w sobie? Może więc ta filozofia nie jest taka zupełnie oderwana od rzeczywistości. Od rzeczywistości czy nierzeczywistości?

Ten wstęp był po to, by ułatwić zrozumienie tego, że Marzec 68 był również podstawioną rzeczywistością. To był sztucznie wykreowany konflikt. Przeczytałem wiele artykułów dotyczących tej problematyki, ale najpełniej opisuje to wydarzenie Wikipedia i z niej pochodzą poniższe informacje.

Przykręcanie śruby zaczęło się w parę miesięcy po Październiku ’56. Na początku lat 60-tych pojawiła się w partii frakcja tzw. Partyzantów pod przewodnictwem Mieczysława Moczara. Reprezentowali oni nurt patriotyczno-narodowy i antysemicki. „List 34” z 1964 roku to był protest intelektualistów, dotyczący swobód w dziedzinie kultury. W listopadzie 1964 roku wykluczono z partii Modzelewskiego i Kuronia. W odpowiedzi skierowali oni list otwarty do członków partii krytycznie analizujący sytuację w kraju. Za jego rozpowszechnianie zostali w marcu 1965 roku skazani na 3 lata więzienia. W październiku tego roku zostaje usunięty z PZPR Leszek Kołakowski. Druga połowa lat 60-tych to też szereg procesów twórców takich jak m.in. M. Wańkowicz, który zostaje skazany na pozbawienie wolności, ale wyroku nie wykonano.

Tak naprawdę coś się zaczęło dziać od 5 czerwca 1967 roku, od wybuchu tzw. wojny sześciodniowej, wojny izraelsko-arabskiej. Związek Radziecki potępił Izrael i zerwał z nim stosunki dyplomatyczne. Podobnie postąpiły władze polskie. Zaczęły one organizować wiece w zakładach pracy, potępiające żydowskie „zapędy imperialistyczne”. Jednak większość obywateli sympatyzowała z Izraelem. Tak przynajmniej utrzymuje Wikipedia. MSW i podległe służby zaczęły rejestrować proizraelskie wypowiedzi. Tego typu ludzi określano mianem syjonistów. Czy tak faktycznie było? Być może ludzie faktycznie cieszyli się, że sojusznicy Związku Radzieckiego ponieśli porażkę. Nie sądzę jednak, by ktoś na ulicy czy w innych publicznych miejscach wyrażał swoje zadowolenie. Zaczęto sztucznie kreować antysemityzm, a pretekstem do tego był fakt, że niektórzy cieszyli się ze zwycięstwa Izraela. Tylko czy to był fakt, czy tak ustalono, że ktoś się cieszy? A nawet jeśli ktoś się cieszył, to co z tego? Czy to stanowiło dla kogoś jakieś zagrożenie, a już szczególnie dla państwa?

Wojna sześciodniowa to była wojna pomiędzy Izraelem a Egiptem, Jordanią i Syrią. W tę wojnę zaangażowały się także Irak, Arabia Saudyjska, Kuwejt i Algieria. 13 maja 1967 przewodniczący Prezydium Rady Najwyższej ZSRR Nikołaj Podgorny przekazał egipskiemu wiceprezydentowi Anwarowi Sadatowi fałszywą informację o koncentracji 12 izraelskich brygad przy granicy z Syrią. Wprowadzeni w błąd Egipcjanie byli przekonani, że Izrael przygotowuje się do inwazji. Dlatego ich reakcja była natychmiastowa i zdecydowana. 14 maja prezydent Naser zarządził mobilizację armii i rozpoczęto przerzucanie wojsk na półwysep Synaj, na którym stacjonowały siły UNEF – Doraźne Siły Narodów Zjednoczonych.

Zawsze wydawało mi się, że od rozpoznania zagrożenia zewnętrznego danego państwa jest jego wywiad wojskowy. Niby na granicy z Syrią Izrael skoncentrował 12 brygad, a informacja jest przekazana wiceprezydentowi Egiptu, który oddziela od Izraela Półwysep Synaj, na którym stacjonują wojska ONZ. Skąd więc taka panika, skoro informacja jest niepotwierdzona, a Egipt nie jest bezpośrednio zagrożony?

16 maja 1967 szef sztabu egipskiej armii generał Mohammed Fawzy zażądał wycofania międzynarodowych sił pokojowych UNEF z Synaju. Fawzy napisał w liście do dowódcy sił UNEF: „Do twojej wiadomości, wydałem rozkaz wszystkim siłom zbrojnym Egiptu być gotowym do działań przeciwko Izraelowi, który może przeprowadzić agresywne działania przeciwko jakiemukolwiek państwu arabskiemu. Z powodu tego rozkazu nasze wojsko już jest skoncentrowane na Synaju na naszej wschodniej granicy. Przez wzgląd na bezpieczeństwo wojsk ONZ, które stacjonują wzdłuż naszych granic, proszę abyś wydał rozkaz natychmiastowego ich wycofania”. Dowódca sił UNEF, generał Indar Jit Rikhye, odpowiedział, że musi poczekać na decyzję sekretarza generalnego ONZ.

Sekretarz U Tant podjął próbę negocjacji z Egipcjanami, a następnie 18 maja zaproponował Izraelowi przegrupowanie międzynarodowych sił pokojowych UNEF na terytorium Izraela, by mogły one nadal wypełniać swoją misję rozjemczą na granicy. Wobec odmowy, 18 maja 1967 U Thant wyraził zgodę na ewakuację sił UNEF z półwyspu Synaj i ze Strefy Gazy.

Czyż to nie jest jakaś kpina? Wyraźne kreowanie konfliktu: fałszywa informacja Podgornego, wojska ONZ-tu, ze względu na bezpieczeństwo, wycofują się z terenu, na którym ma być prowadzona wojna, bo tak im zasugerował egipski generał, a sekretarz U Tant wyraża zgodę na wycofanie wojsk ONZ. To już nawet nie jest kpina, to cyrk na kółkach, tym większy, jeśli się porówna siły obu walczących stron.

Siły Izraela i krajów arabskich (Egipt, Syria, Jordania, Irak):

  • żołnierze 264 000 – 310 000
  • samoloty 197 – 780
  • czołgi 1 300 – 1 600
  • działa artylerii 960 – 1700

Straty Izraela i krajów arabskich odpowiednio:

  • zabitych 779 – 20 000
  • rannych 2 563 – 34 500
  • samolotów 46 – 463
  • czołgów 80 – 725
  • dział artylerii 0 – 750

10 czerwca 1967 roku o godzinie 18.30 ogłoszono zawieszenie broni na froncie izraelsko-syryjskim. W momencie wprowadzenia rozejmu wojskom izraelskim brakowało kilku godzin, by dotrzeć do przedmieść Damaszku. Dziwna wojna. Dla porównania stosunek niemieckich do polskich sił w kampanii wrześniowej:

  • działa 10 000 – 4 300
  • czołgi 2 700 – 880
  • samoloty 1 300 – 400
  • żołnierze 1,6 mln – 1 mln
  • zabici 16 843 – 66 000
  • ranni 36 473 – 133 700.

Kampania wrześniowa trwała ponad miesiąc, a tam tylko 6 dni. W kampanii wrześniowej silniejszy przeciwnik wygrał dopiero po miesiącu. W przypadku wojny sześciodniowej słabszy przeciwnik nie tylko nie przegrywa, ale ponosi minimalne straty. W wyniku tej wojny Izrael zajmuje Półwysep Synaj od strony Egiptu i Wzgórza Golan od strony Syrii. Strona arabska miała przewagę praktycznie we wszystkim. Do tego była to wojna na dwa fronty: Egipt od zachodu, pozostałe państwa od wschodniej strony Izraela. Czy wojska arabskie i ich dowództwo było rzeczywiście tak nieudolne, czy to wszystko zostało wyreżyserowane? A jeśli tak, to w jakim celu?

19 czerwca 1967 roku Gomułka wygłasza przemówienie, w którym oskarżył Żydów mieszkających w Polsce o działanie na szkodę państwa. Określił ich mianem piątej kolumny. Podobno taka reakcja była wynikiem rozmowy, podczas której Breżniew zwracał Gomułce uwagę, że towarzysze żydowscy otwarcie krytykują politykę Związku Radzieckiego wobec państwa Izrael. Tak więc w sztuczny sposób podsycano w Polsce nastroje antysemickie. Przeprowadzano czystki w wojsku, milicji, organach bezpieczeństwa i innych instytucjach państwowych. Podobnie było na uczelniach. Usuwano profesorów pochodzenia żydowskiego.

W sumie można by sobie zadać pytanie: z jakiego powodu ich usuwano? Tylko dlatego, że byli Żydami? Przecież mieli obywatelstwo polskie, byli zatrudniani na podstawie jakichś umów o pracę i jeśli nie łamali regulaminu pracy i przestrzegali przepisów prawa, to nie było podstawy do ich zwolnienia. Nie było takiego paragrafu, który dawał podstawę do zwolnienia na podstawie narodowości i na podstawie tego, że ktoś otwarcie cieszył się z sukcesów armii izraelskiej. Poziom tej argumentacji każe przypuszczać, że to właśnie Żydzi byli inspiratorami tej nagonki. A dlaczego nie używali innych argumentów? Innych nie było. Skoro odstawiono taki cyrk jak wojna sześciodniowa, to znaczy, że wszystko można.

Krytyką zajmowali się towarzysze żydowscy. Czy tak było, czy tak powiedział Breżniew? Prawdy nie dowiemy się. Znamy tylko oficjalną wersję i to, że zwolnienia dotyczyły nie tylko towarzyszy żydowskich, ale i wielu innych osób. A czy były to faktycznie zwolnienia, czy te osoby same się zwalniały, podając jako przyczynę antysemityzm? Tego też się nie dowiemy. Jednak masowość zjawiska, z partii zwolniono ponad 8 tys. członków, wskazuje, że chyba nie o krytykę tu chodziło. Co miał do powiedzenia przeciętny członek partii, nawet jeśli był Żydem, i kto by się liczył z jego zdaniem?

W listopadzie 1967 roku przypadała 50 rocznica wybuchu rewolucji październikowej. Z tej okazji przygotowano w Polsce szereg imprez o charakterze propagandowym, kulturalnym i naukowym. Dyrektor Teatru Narodowego w Warszawie Kazimierz Dejmek zdecydował się wystawić w nowoczesnej inscenizacji Dziady Adama Mickiewicza. Premiera odbyła się 25 listopada 1967 roku.

Spektakl nie spodobał się Wydziałowi Kultury KC PZPR w związku z czym zakazano drukowania pozytywnych recenzji. 21 grudnia Kazimierz Dejmek został wezwany na rozmowę z kierownictwem Wydziału Kultury KC. Spektakl skrytykowano za wydźwięk antyradziecki i „religianctwo”. Dejmek argumentował, że utwór nie jest antyradziecki tylko antycarski. Natomiast Gomułka stwierdził, że „Dziady” wbijają nóż w plecy przyjaźni polsko-radzieckiej. Jednak było inaczej. W dzienniku Prawda ukazała się pozytywna recenzja i rozważano wystawienie Dziadów w Moskwie.

Tak to opisuje Wikipedia, ale nie dodaje, że w PRL-u funkcjonowało coś takiego jak cenzura. Nic nie mogło trafić do publiczności, jeśli wcześniej nie zostało sprawdzone i zaakceptowane przez cenzora. I tak było z tym spektaklem. Tę inscenizację musiał wcześniej obejrzeć cenzor i ją zaakceptować. Gdyby Dejmek próbował zrobić coś inaczej, to w pięć minut przestałby być dyrektorem. A skoro tak zrobił, to znaczy, że miał na to zgodę władz. Czyli że władza sama szykowała prowokację. Inna sprawa to to, że do obchodów rocznicy rewolucji wybrano utwór, który w żaden sposób nie nawiązywał do niej. Bo gdyby nawiązywał, to publiczność nie miałaby okazji do żywiołowych reakcji. Wszystko zostało dokładnie wyreżyserowane i prawdopodobnie publiczność również starannie dobrana i poinstruowana, jak ma reagować.

Po czterech pierwszych przedstawieniach poinformowano Dejmka, że spektakl może być grany tylko raz w tygodniu i ma on odnotowywać reakcję publiczności, która podobno wznosiła hasła antyradzieckie i antyrosyjskie. 16 stycznia zawiadomiono Dejmka, że 30 stycznia odbędzie się ostatnie przedstawienie. Po ostatnim, jedenastym przedstawieniu, doszło do manifestacji studentów, którzy złożyli pod pomnikiem Mickiewicza białe i czerwone kwiaty i transparent „Żądamy dalszych przedstawień”. Już praktycznie po manifestacji interweniowała milicja. Aresztowano 35 manifestantów, z których dziewięciu pociągnięto do odpowiedzialności i ukarano grzywnami od 500 do 3000 zł. Wśród ukaranych byli m.in. Andrzej Seweryn i Jan Lityński.

Studenci zaczęli zbierać podpisy pod petycjami do rządu, w których protestowano przeciwko ograniczeniom w kulturze i żądano przywrócenia przedstawień. Najbardziej aktywne było środowisko tzw. Komandosów, w którym prym wiedli Adam Michnik, Henryk Szlajfer, Seweryn Blumsztajn, Jan Lityński, Karol Modzelewski i inni. Nazywali się tak ze względu na fakt, że często znienacka pojawiali się na zebraniach organizacji młodzieżowych, podczas których zadawali kłopotliwe pytania i wygłaszali kontrowersyjne opinie. Pojawili się oni w połowie lat 60-tych.

22 lutego przywódcy ruchu studenckiego podjęli decyzję o zorganizowaniu wiecu w obronie studentów usuniętych z uczelni. Miało to nastąpić w tydzień od zebrania się Związku Literatów Polskich. Zebranie miało odbyć się 29 lutego, a więc data wiecu na UW wypadała na dzień 8 marca. 4 marca usunięto z uczelni Adama Michnika i Henryka Szlajfera za przedstawienie relacji z zajść reporterom prasy francuskiej. 7 marca władze Uniwersytetu Warszawskiego wydały zarządzenie, zgodnie z którym uznano zgromadzenie za nielegalne. 8 marca rano władze aresztowały przywódców studenckiego protestu Szlajfera, Seweryna, Blumsztajna, Lityńskiego, Modzelewskiego i Kuronia.

W południe 8 marca odbył się na dziedzińcu UW wcześniej zaplanowany wiec. Rozdawano ulotki i wzywano do obrony podstawowych praw obywatelskich. Uchwalono rezolucję, w której domagano się przywrócenia praw studenckich Michnikowi i Szlajferowi oraz zwolnienia od odpowiedzialności innych studentów. Gdy studenci rozchodzili się, na dziedziniec wjechało kilka autokarów, z których wysiadły oddziały ZOMO i ormowców ubrane po cywilnemu i zaczęły wyłapywać pojedyncze osoby i wywozić je poza teren uniwersytetu. Około godziny 13-tej prorektor wezwał studentów do rozejścia się. Po kwadransie zgodził się na rozmowy, w wyniku których milicjanci opuścili teren uniwersytetu. Ale już o godzinie 14-tej wrócili ormowcy, a pół godziny później pojawili się umundurowani milicjanci z długimi pałkami. Na dziedzińcu rozpoczęła się akcja pacyfikacyjna. Milicjanci atakowali studentów i pracowników naukowych. Później walki przeniosły się na ulice miasta. Według informacji MSW 9 marca do walki ze studentami na ulicach Warszawy użyto 1335 umundurowanych funkcjonariuszy, 510 cywilnych i 400 ormowców.

Manifestacje i starcia z milicją miały miejsce nie tylko w Warszawie, ale również w Gdańsku, Gliwicach, Katowicach, Krakowie, Lublinie, Łodzi, Wrocławiu, Szczecinie, Poznaniu, Radomiu. Spokojnie było w Białymstoku, Bydgoszczy, Olsztynie, Opolu i Toruniu. 15 marca w Gdańsku odbyła się największa w skali kraju manifestacja. Udział w niej wzięło 20 tys. osób. 1 maja 1968 roku miała miejsce manifestacja we Wrocławiu.

W kilka dni po wydarzeniach 8 marca odbyło się zebranie aktywu spoleczno-politycznego w Komitecie Wojewódzkim PZPR, na którym podjęto decyzję o zorganizowaniu „masówek” w zakładach pracy. Ich uczestnicy domagali się ujawnienia i ukarania wszystkich winowajców awantur, oczyszczenia PZPR z „syjonistów, rewizjonistów i kosmopolitów” oraz wyrażali poparcie dla Władysława Gomułki. Powszechnie używanymi hasłami podczas tych spotkań były: „Literaci do pióra, studenci do nauki”, „Syjoniści do Syjonu”, „Syjoniści do Dajana”, „Oczyścić partię z syjonistów”. Ale najbardziej znane, bo błędne, było: „Syjoniści do Syjamu”. Syjam to obecna Tajlandia. Wiece były transmitowane przez telewizję. Tak więc zadbano o to, by marginalne wydarzenia utrwaliły się w powszechnej świadomości.

19 marca odbył się więc w Sali Kongresowej. Główne wystąpienie należało do Gomułki. Przemawiał przez dwie godziny. Stwierdził, że prawdziwe podziały nie przebiegają na linii robotnicy-studenci, lecz pomiędzy zwolennikami i przeciwnikami socjalizmu. Potępił liderów protestu, a pozostałych nazwał „nieświadomymi”. Skrytykował „Dziady” i zaatakował Związek Literatów Polskich. Skrytykował Stefana Kisielewskiego, Janusza Szpotańskiego i Pawła Jasienicę. Odnosząc się do wiecu na Uniwersytecie Warszawskim stwierdził, że winnymi byli studenci pochodzenia żydowskiego. Podzielił też obywateli Polski pochodzenia żydowskiego na trzy grupy: nacjonalistów, kosmopolitów i tych, którzy uznali Polskę za jedyną ojczyznę. Nacjonalistom, jak stwierdził, jest gotów wydać paszporty emigracyjne. Jako przykład kosmopolity podał Antoniego Słonimskiego, który jeszcze w 1924 roku stwierdził, że nie czuje się ani Polakiem, ani Żydem. Co do trzeciej grupy, to stwierdził, że jedynym miernikiem oceny obywatela polskiego jest jego postawa wobec ustroju socjalistycznego oraz żywotność interesów Polski i Polaków.

A więc pojawił się już pierwszy sygnał, że coś się zaczyna w tej polityce zmieniać. Już nie wszyscy Żydzi są źli, tylko syjoniści. Co więcej, są nawet dobrzy Żydzi, którzy pracują dla dobra Polski.

21 marca Politechnika Warszawska ogłosiła 48-godzinny strajk okupacyjny, a na Uniwersytecie Warszawskim odbył się kolejny więc. Zwolniono kilku profesorów i docentów. 28 marca odbył się ostatni wiec. Po nim władze uczelni skreśliły z listy studentów 34 osoby i zawiesiły w prawach studenta kolejne 11. Pod koniec marca rozwiązano wydziały Ekonomii i Filozofii, cały trzeci rok na wydziale Matematyczo-Fizycznym oraz psychologię na Wydziale Pedagogicznym.

Osoby pochodzenia żydowskiego usuwano nie tylko z uczelni. Z PZPR wyrzucono ponad 8 tysięcy członków, zwalniano z SB i MO, z urzędów centralnych i terenowych, administracji państwowej, wojska, mediów, oświaty, służby zdrowia i środowisk naukowych. Za tą akcją stała przede wszystkim frakcja „Partyzantów”, widząca w rozrzedzeniu dotychczasowych struktur rządzących szanse na awans.

5 maja dochodzi do spotkania Gomułki z egzekutywą Komitetu Wojewódzkiego PZPR w Warszawie. Gomułka podczas przemówienia stwierdza, że wystąpiło szereg wypaczeń, że jedna sprawa to praca, a druga polowanie na Żydów. Co do działań aparatu partyjnego, w rozmowie z Józefem Kępą, stwierdza: „To jest niedopuszczalne w Partii. Jeśli Partia ma być antysemicka, to ja mam w dupie taką partię!” Podczas spotkania kierownictwa partii z Sekretariatem KC (29 maja) Władysław Gomułka poleca zakończyć akcję rozliczeniową. 24 czerwca na zlecenie władz cenzura wprowadziła zalecenie, by zaniechać kontynuowania kampanii.

W czerwcu egzekutywa Komitetu Wojewódzkiego partii w Warszawie kieruje do swoich członków list, w którym stwierdza: „W słusznym dążeniu do poprawy sytuacji kadrowej wystąpiły jednak pewne nieprawidłowości oraz miały miejsce nietrafne i niesprawiedliwe decyzje. (…) Trzeba zwrócić uwagę, że wystąpiły próby wykorzystania sytuacji dla przeprowadzenia porachunków osobistych, dało sobie znać niepotrzebne zacietrzewienie, gromadzenie różnymi metodami i za wszelką cenę tzw. dowodów i argumentów, niekiedy z odległej przeszłości zamiast odpowiedzialnej i rzeczowej oceny (…) (…) Miały miejsce pożałowania godne wypadki przedstawiania świadectwa chrztu jako dowodu polskości. Podejrzenie, iż dany towarzysz jest pochodzenia żydowskiego, było dla niektórych ludzi faktycznym powodem szerzenia różnego rodzaju, częstokroć niesprawdzonych zarzutów. Te z gruntu obce naszej partii metody postępowania, wymagające zdecydowanego potępienia, były niejednokrotnie stosowane przez elementy skorumpowane, pragnące „odegrania się” (…). Partii naszej obce są wszelkie próby wartościowania ludzi według narodowości, obcy jest wszelki nacjonalizm, wszelki rasizm. (…) W procesie politycznego ożywienia wypłynęli tu i ówdzie różni „sezonowi aktywiści”, poszukujący dla siebie taniego poklasku chociażby za cenę krzywdzenia niewinnych ludzi, szerzenia nacjonalizmu i wypaczania sensu naszej polityki.”

W latach 1968-1969 wyemigrowało z Polski około 15 tys. Żydów bądź osób pochodzenia żydowskiego. Wśród nich było m.in. około 500 pracowników naukowych, około 1000 studentów, a także dziennikarze, filmowcy, pisarze i aktorzy. Wyjechało również około 200 byłych pracowników bezpieczeństwa i informacji wojskowej, odpowiedzialnych za zbrodnie stalinowskie. Tak podaje portal DZIEJE.PL.

Cała akcja trwała więc od czerwca 1967 roku do czerwca 1968 roku. Niewątpliwie kierowała tym partia, bo robotnicy, sami z siebie, nie zorganizowaliby wieców w zakładach pracy i w godzinach pracy. Ich udział miał utwierdzić w przekonaniu, że Polacy są antysemitami. Zdjęcie „Dziadów” również było wyreżyserowane, co wyżej uzasadniłem. Dało to pretekst do wywołania protestów i pojawili się niezawodnie Komandosi, którzy już od 1965 roku zdobywali doświadczenie. Do robienia w partii za antysemitów wykorzystano Partyzantów Moczara. Protesty studenckie stały się okazją do usuwania studentów i kadry profesorskiej.

I nagle 5 maja 1968 roku następuje odwrót od dotychczasowej polityki i Gomułka stwierdza, że jeśli Partia ma być antysemicka, to on ma w dupie taką partię. A rok wcześniej sam nazwał Żydów cieszących się ze zwycięstwa Izraela nad krajami arabskimi piątą kolumną. Ktoś, faktycznie rządzący, uznał, że cel został osiągnięty. A poza tym trzeba było skoncentrować się na innych zadaniach. Trwała Praska Wiosna, zainicjowana przez słowackiego Żyda Aleksandra Dubczeka. Zapewne planowano już inwazję na Czechosłowację, a Polska, choć „antysemicka”, miała brać udział w tej bezsensownej operacji, bo tam nic szczególnego się nie działo. Tak jak w Polsce, preteksty wystrugane z kija.

Gomułka, podobnie jak w 1956 roku, dobrze służył Żydom. Początkowo udawał patriotę i mówił o piątej żydowskiej kolumnie, a rok później stał się ich obrońcą. Najprawdopodobniej uznali oni, że swój cel osiągnęli i że trzeba zakończyć tę maskaradę. Kilkanaście tysięcy Żydów uzyskało status uchodźców politycznych na Zachodzie i mogli tam osiedlić się. Czy chodziło tylko o polepszenie losu poszczególnych jednostek? Po co im była potrzebna ta antysemicka kampania? 10 czerwca kończy się wojna sześciodniowa, a 19 czerwca Gomułka już wie, że Żydzi w Polsce działają na szkodę państwa. Związek przyczynowo-skutkowy obu wydarzeń jest wyraźny. Trudno jednak sobie wyobrazić, by wojna sześciodniowa została wywołana po to, by rozpocząć w Polsce akcję antysemicką.

Zapewne tym, co najmocniej spaja żydowską społeczność, jest antysemityzm. Po Marcu obraz Polski jako kraju antysemickiego utrwalił się w Europie i na świecie. Dla Żydów mieszkających w Polsce było to korzystne. Do dziś Marzec ’68 to dla nich koronny dowód na polski antysemityzm. Sami to wszystko zrobili, wykorzystując swoją pozycję w państwie i w PZPR, a winą obarczyli Polaków. A Polacy? Czy trudno dotrzeć do dokumentów, które wyjaśniłyby, w jaki sposób wszyscy ci ludzie byli zwalniani, a może nie zwalniani, tylko sami wyrażali zgodę na rozwiązywanie umów o pracę, zachęcani perspektywą lepszego życia na Zachodzie. Najwyraźniej trudno, bo pewnie Polacy nie mają dostępu do tych dokumentów. Przeszłość, jak powiedział Norwid, to dziś, tylko cokolwiek dalej. Ten rządzi teraźniejszością, kto ma dostęp do przeszłości.

Październik ’56

„Świat jest teatrem, aktorami ludzie, którzy kolejno wchodzą i znikają.” – To oczywiście Szekspir. Jeśli więc świat jest teatrem, to z pewnością jest nią również polityka, która jest chyba najważniejszą z ludzkich aktywności, bo oddziałuje na nas wszystkich i nie ma od niej ucieczki. Politycy kolejno wchodzą i znikają. Kiedyś był Bolek, który stręczył nam drugą Japonię. Dziś jest drugi Bolek, który stręczy nam drugie Chiny. Ale są i inni, jakieś Brauny, Konfederacje i czort wie kto jeszcze. A to tylko fragment tego polskiego spektrum wchodzących i znikających. Zawsze tak było. Ludziom trudno w to uwierzyć, że to jest teatr. Jednak bliższe przyjrzenie się któremukolwiek z polskich przesileń politycznych zmusza do takich refleksji.

Jednym z nich był Październik 56. Wydarzenie, wbrew pozorom, mało znane i na ogół fałszywie interpretowane. Niewielu też chyba starało się to zagadnienie bardziej wnikliwie przeanalizować. Marian Miszalski w swojej książce Najnowsza spiskowa historia Polski pomija to wydarzenie. Zaczyna ją od upadku Gomułki. Czym był więc ten Październik?

Jego analizę wypadałoby chyba zacząć od przybliżenia postaci głównego bohatera tamtych wydarzeń. Władysław Gomułka, bo o niego tu chodzi, urodził się w 1905 roku w Białobrzegach Franciszkańskich. Obecnie jest to dzielnica Krosna. Z zawodu był ślusarzem. Od 1926 roku należał do nielegalnej Komunistycznej Partii Polski. Od 1930 roku był funkcjonariuszem Komitetu Centralnego KPP. Nie był więc w niej szeregowym członkiem. Wprost przeciwnie. Już jako 25-letni młodzieniec był jednym z najważniejszych działaczy KPP. Oficjalnie należał do PPS-Lewica, rozwiązanej przez władze sanacyjne w 1931 roku.

W 1930 roku udał się nielegalnie na zjazd Profinternu w Moskwie. Profintern to była Czerwona Międzynarodówka Związków Zawodowych. Podczas organizowania w 1932 roku strajku w Łodzi został aresztowany i skazany na 4 lata więzienia. Po dwuletnim pobycie w różnych więzieniach otrzymał krótki urlop zdrowotny, podczas którego pod fałszywym nazwiskiem wyjechał do ZSRR.

W latach 1934-35 leczył się na Krymie i przebywał w Moskwie, gdzie ukończył szkołę – Międzynarodową Szkołę Leninowską. Po powrocie do kraju został zawodowym funkcjonariuszem partyjnym działającym w podziemiu. W 1936 roku został skazany na 4,5 roku więzienia za „przygotowywanie zbrodni stanu”. Po agresji III Rzeszy na Polskę został zwolniony z więzienia w Sieradzu i po krótkim pobycie w Warszawie przedostał się do strefy radzieckiej do Białegostoku. Na przełomie lat 1941/42 wrócił na ziemię krośnieńską, gdzie wstąpił do Polskiej Partii Robotniczej. W lipcu 1942, na wezwanie Pawła Findera, przyjechał do Warszawy. Został jednym z przywódców PPR. Po śmierci dwóch członków kierowniczej „trójki” PPR – przywódcy PPR Marcelego Nowotki i dowódcy Gwardii Ludowej Bolesława Mołojca, w styczniu 1943 roku został członkiem kierowniczej „trójki” PPR wraz z Pawłem Finderem i Franciszkiem Jóźwiakiem. 23 listopada 1943 roku na posiedzeniu KC PPR odbytym po aresztowaniu przez Gestapo dotychczasowego sekretarza PPR Pawła Findera objął kierownictwo partii. Kontrkandydatami byli Bolesław Bierut i Franciszek Jóźwiak. Był autorem podstawowych dokumentów programowych, w tym wydanej w 1943 roku broszury O co walczymy? W latach 1943-48 był I sekretarzem KC PPR.

15 sierpnia 1948 roku podjęto uchwałę w sprawie odchylenia prawicowo-nacjonalistycznego. 21 sierpnia Bierut poinformował Gomułkę, że decyzja o jego usunięciu została uzgodniona ze Stalinem. W marcu 1949 roku został Gomułka wiceprezesem NIK, a w listopadzie tego roku – dyrektorem oddziału Ubezpieczalni Społecznej w Warszawie. 2 sierpnia 1951 roku, podczas urlopu w Krynicy, został aresztowany przez grupę funkcjonariuszy Urzędu Bezpieczeństwa. Gomułkę przetrzymywano w specjalnym więzieniu w willi Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego w Miedzeszynie. Potem aż do uwolnienia przebywał w szpitalu.

Pierwsze głosy domagające się wyjaśnień w sprawie aresztowania Gomułki padły na naradzie centralnego aktywu partyjnego, który odbył się na przełomie listopada i grudnia 1954. Decyzję o zwolnieniu Gomułki władze partyjne podjęły 7 grudnia. Gomułkę więziono do 13 grudnia 1954. 6 kwietnia 1956 roku I sekretarz PZPR Edward Ochab poinformował warszawski aktyw partyjny o rehabilitacji Gomułki i oczyszczeniu go z zarzutów. 1 sierpnia Biuro Polityczne zdecydowało o zwrocie Gomułce legitymacji partyjnej. 21 października został wybrany na I sekretarza PZPR. 24 października 1956 roku wygłosił na wiecu ludności Warszawy na Placu Defilad słynne, emocjonalne, 40-minutowe przemówienie zaczynające się słowami: „Towarzysze! Obywatele! Ludu pracujący stolicy!”, które zyskało mu powszechną sympatię, a którego początek przeszedł później do kultury masowej.

To tyle Wikipedia, z której wybrałem pewne fragmenty z życiorysu Gomułki. Czy z takim życiorysem i z taką karierą można mówić o odchyleniu prawicowo-nacjonalistycznym? Przecież on od najwcześniejszej młodości był ideowym komunistą. Odsuwają go od władzy, oskarżając o te odchylenia i kierują go na ciepłe posadki i dopiero po trzech latach aresztują. Ale co to za areszt! Luksusowa willa a później szpital. Też pewnie taki nie dla zwykłych robotników. Po trzech latach zwalniają go w grudniu 1954 roku i prawie przez 1,5 roku nie wiadomo, co się z nim dzieje.

Stalin umiera w marcu 1953 roku. O Gomułce „przypominają” sobie towarzysze na przełomie listopada i grudnia 1954 roku, a więc ponad 1,5 roku później: Pierwsze głosy domagające się wyjaśnień w sprawie aresztowania Gomułki padły na naradzie centralnego aktywu partyjnego… Dopiero trzy lata po aresztowaniu jakieś anonimowe głosy domagały się wyjaśnień. A wcześniej głosy te nie zauważyły zniknięcia Gomułki? Chruszczow wygłasza swój tajny referat o kulcie jednostki i zbrodniach stalinowskich w lutym 1956 roku – trzy lata po śmierci Stalina. Sam z siebie wygłosił taki referat? I dlaczego dopiero po trzech latach? Wynika z tego, że wszystko starannie planowano. Nie było tu żadnych spontanicznych reakcji. Skoro Gomułkę zwolniono na prawie dwa lata przed głównymi wydarzeniami, to znaczy, że już wtedy wyznaczono go na bohatera tamtych wydarzeń. Któż mógł się lepiej do tego nadawać? Patriota, stawiający się władzom radzieckim, więziony. I raptem przychodzi odwilż. Nie wiadomo skąd, ale przychodzi.

Gomułka zostaje wybrany na I sekretarza w dniu 21 października, a w dniu 19 października przylatuje bez zaproszenia delegacja radziecka i rozmawia z Biurem Politycznym i Gomułką. Jeszcze nie jest I sekretarzem, a już z nim rozmawiają. Znaczy, że wiedzą, że nim będzie. A dlaczego mieliby nie wiedzieć, skoro oni te klocki ustawiają? A wojska radzieckie stacjonujące na Dolnym Śląsku i Pomorzu idą na Warszawę. Ale jakoś nie dochodzą. W grudniu 1981 roku podeszły pod polskie granice wojska radzieckie, niemieckie i czeskie. Tylko po co? Przecież nadal były w Polsce wojska radzieckie na Dolnym Śląsku i Pomorzu. – Teatr. Czesi mają na to lepsze określenie – divadlo.

Obszernym opracowaniem na temat Października ’56, a właściwie na temat podziałów w PZPR w tamtym czasie, jest praca Witolda Jedlickiego „Chamy i żydy” zamieszczona w paryskiej „Kulturze” z grudnia 1962 roku. W notce biograficznej o nim można przeczytać:

„Witold Jedlicki ur. w lutym 1929 r. W czasie okupacji ukrywał się z powodu pochodzenia żydowskiego, był aresztowany przez Gestapo. Po wojnie studia na wydziale filozoficzno-społecznym Uniwersytetu Łódzkiego i Warszawskiego. Magisterium w r. 1952 pod kierunkiem prof. Kotarbińskiego. Od r. 1957 praca badawcza w Polskiej Akademii Nauk i dydaktyczna na Uniwersytecie Warszawskim w zakresie socjologii (w stopniu asystenta). Udział w Zespole badającym postawy studentów warszawskich. Autor popularnej książki o psychoanalizie Freuda (Wiedza Powszechna 1961). Wieloletni aktywny członek KLUBU KRZYWEGO KOLA i członek ostatniego Zarządu KRZYWEGO KOŁA. Opuścił Polskę jako emigrant do Izraela. Przyjął obywatelstwo izraelskie.”

Warto zapoznać się z pewnymi fragmentami tego opracowania, by spróbować zrozumieć, o co w tym wszystkim chodziło. Jest ono obszerne, bo liczy 40 stron. Starałem się z niego wybrać to, co najistotniejsze i najlepiej opisuje tamte wydarzenia. Wytłuszczenia moje, a moje komentarze pisane są kursywą.

Słynne tajne przemówienie Chruszczowa z dn. 25 lutego 1956 rozpętało falę masowego niezadowolenia i obudziło potężny ruch oddolny, dążący do szybkiej realizacji daleko idących reform w duchu jak najbardziej demokratycznym. Ruch ten zaczyna wywierać silną presję na kierownictwo partyjne. Podstawowym narzędziem tej presji staje się prasa, opanowana w tym czasie całkowicie przez pozapartyjne (lub partyjne, ale wypowiadające posłuszeństwo dyrektywom kierownictwa partyjnego) elementy konsekwentnie i szczerze demokratyczne. Istniało jednak także szereg innych form tej presji, takich jak publiczne wypowiedzi intelektualistów, tworzenie najrozmaitszych zrzeszeń, demonstracje (z najsławniejszą zbrojną demonstracją Poznańską z dn. 28 czerwca 1956 r. na czele) itd.

Te najrozmaitsze zrzeszenia to m.in. Klub Krzywego Koła, którego członkiem był autor cytowanego opracowania. Presję na władze partyjne wywiera prasa, która podlega tym władzom. Ciekawe. To tak jakby pracownicy Facebooka wywierali wpływ na jego właściciela i zamieszczali teksty sprzeczne z jego linią programową.

Inną formą presji były demonstracje takie jak zbrojna demonstracja poznańska. A więc ustawka, sprowokowanie robotników do strajku, by wywrzeć presję na władzy, a może raczej dać jej alibi. Pierwszy raz w Polsce Ludowej, ale nie ostatni. To był dopiero początek wykorzystywania robotników i innych naiwnych. A nam się wmawia, że Poznański Czerwiec to autentyczny robotniczy zryw i władza tak się przestraszyła, że aż odpuściła.

W obliczu tych wydarzeń część kierownictwa partyjnego zaczyna zdawać sobie sprawę z konieczności radykalnych przemian i przyłącza się do ruchu masowego do tych przemian nawołującego. Powstaje w ten sposób sojusz bardziej liberalnych, bardziej radykalnych, bardziej liczących się z rzeczywistością komunistów z masowym ruchem oddolnym, domagającym się radykalnych reform. Na przywódcę całego obozu zostaje wysunięty Władysław Gomułka. Ostatecznie obóz ten odnosi kolosalny sukces w październiku 1956 r., łamiąc opór sprzeciwiających się reformom stalinowców i eliminując ich od władzy. To, co się wówczas stało, było rodzajem zamachu stanu, który spotkał się z ostrym, popartym demonstracją zbrojną sprzeciwem Chruszczowa i ówczesnego kierownictwa K.P.Z.R. Gomułce udało się jednak wtedy przekonać Chruszczowa, żeby interwencji zbrojnej zaniechał.

Rzeczą powszechnie uznaną jest rola prasy i intelektualistów w rozbudzeniu opinii publicznej i w wywarciu presji na kierownictwo partyjne. Powstaje jednak pytanie, w jaki sposób prasa, w której nic nie może być wydrukowane bez aprobaty cenzury, może wywierać presję na cenzorów lub ich szefów? A więc jedno z dwojga: albo prasa spełniała wówczas dyrektywy kierownictwa partyjnego, albo kierownictwo partyjne dobrowolnie z jakichś powodów godziło się na to, żeby prasa pisała to, co uważa za stosowne. W obu wypadkach nie ma mowy o żadnej presji.

No właśnie! Intelektualiści rozbudzali opinie publiczną. Jakiej nacji oni byli? Prasa nie podlegała presji? Oczywiście, że nie! Ona była w rękach tych, którzy dokonywali tej „odwilży”.

Powszechnie uważa się, że nagły i gwałtowny zryw opinii publicznej na wiosnę 1956 r. był następstwem tajnego referatu Chruszczowa. Ale od razu powstaje pytanie, dlaczego ten referat rozpowszechniano? Przecież w innych krajach bloku go nie rozpowszechniano. Co więcej, dlaczego rozpowszechniano ten referat tak gorliwie, na otwartych zebraniach partyjnych, tak, żeby każdy, partyjny i bezpartyjny, mógł się z nim zapoznać? W tych warunkach poruszenie opinii publicznej musiało być rzeczą łatwą do przewidzenia. Stąd wniosek, że opinię publiczną rozbudzano celowo.

Dlaczego ci sarni ludzie, którzy potrafili ryzykować konflikt zbrojny z Z.S.S.R., byli później tak ulegli wobec presji sowieckiej w tysiącach spraw drobnych, takich np. czy zezwolić na ukazywanie się jakiegoś pisemka literackiego, albo czy zezwolić na wydrukowanie czegoś itp.? Dlaczego Gomułka, na którego poparta demonstracją militarną presja rosyjska nie podziałała w sprawie Rokossowskiego, uląkł się jej w sprawie Piaseckiego, który, jak to powszechnie sądzono, zawdzięczał swoją dalszą egzystencję i dobrobyt poparciu udzielonemu mu przez Moskwę?

Dlaczego? Skąd się bierze ten fenomen świadomego i planowego rozbudzania opinii publicznej w gruncie rzeczy przeciwko sobie? Po co Chruszczow wygłaszał ten swój tajny referat?

W jakim celu Cyrankiewicz, Ochab i Zambrowski w ciągu r. 1956 tak się wysilali, żeby zmobilizować opinię publiczną do krytyki partii i komunizmu? Przede wszystkim możemy odrzucić od razu ewentualność, że ci ludzie robili to ze względu na ukryte, ale szczere sympatie liberalne, które nakazywały im realizować pewien wzorzec ustrojowy uważany za słuszny nawet wbrew własnym interesom. Ani Chruszczow ani polscy leaderzy partyjni żadnych poważnych sympatii liberalnych nie mieli i nie mają. Nietrudno ostatecznie wskazać sytuacje, w których mieli oni okazję okazywania takich sympatii, a ich nie okazywali. Na ewentualny kontrargument, że może tu zachodzić normalne zjawisko zmiany przekonań, jest odpowiedź, że jeżeli za każdym razem zmiana przekonań służy interesom, to rzuca to cień na istnienie jakichkolwiek przekonań w ogóle.

Wspomniałem, że w literaturze na temat XX Zjazdu K.P.Z.R. znalazłem jedną myśl szczególnie interesującą· Mam na myśli przypuszczenie sformułowane na łamach “Kultury” przez Aleksandra Weissberg-Cybulskiego, że celem Chruszczowa było to, żeby stalinowskie metody rozprawiania się z przeciwnikami skompromitować tak doszczętnie, aby w przyszłych walkach o władzę nikomu już więcej nie opłacało się do tych metod uciekać.

Chodziło o to, by nie było w tej walce ofiar śmiertelnych. No bo skoro to jest teatr, to powinno być tak, jak w prawdziwym teatrze. Aktorzy grają, a jak mają być zastrzeleni, to tylko na niby.

Hipoteza Weissberga dowodzi, że może zaistnieć taka sytuacja, kiedy w interesie rządzących leży faktyczne rewoltowanie rządzących przeciwko sobie. Poprzednie moje uwagi zmierzały do tego, żeby wykazać, że taka sytuacja zaistniała w r. 1956 także w Polsce. Dlaczego?

Jeśli w interesie rządzących leży faktycznie rewoltowanie rządzących przeciwko sobie, to kto w takim razie rewoltuje ich przeciwko sobie? Albo ktoś, kto stoi ponad nimi lub, że oni sami ze sobą umawiają się, że będą odgrywać teatrzyk.

Kluczem do rozwiązania zagadki są wydarzenia VI Plenum K.C. P.Z.P.R., które się odbywało w Warszawie w połowie marca 1956. Z różnych niedyskrecji wiadomo już dzisiaj dość dobrze co wtedy zaszło. W Warszawie pojawił się Chruszczow, oficjalnie po to, aby peregrynować pieszo z Nowego Światu na Powązki za trumną Bieruta, faktycznie po to, by nie dopuścić do wyboru na jego następcę nikogo z ludzi Stalina.

Interwencja Chruszczowa stawia grupę kierowniczych komunistów, którzy faktycznie rządzili Polską za czasów Stalina, w położeniu rozpaczliwym. Stanowi dla nich jawną wskazówkę, że przestali się cieszyć zaufaniem mocodawców i tym samym, że ich dni są policzone; że muszą odejść i ustąpić miejsca ludziom nowym, którzy cieszą się zaufaniem nowych ludzi na Kremlu.

Kto należał do tej grupy i kim byli ludzie, na których obecnie stawiał Chruszczow? Ludzie, którzy faktycznie rządzili Polską w czasach Stalina, to przede wszystkim Bolesław Bierut, Roman Zambrowski, Jakub Berman, Hilary Minc i Franciszek Mazur. Ta piątka miała oczywiście całą armię dependentów, którzy zapewniali jej większość, gdzie tylko było potrzeba. Po śmierci Bieruta na czoło grupy wysuwa się wyraźnie Zambrowski. Natomiast Mazur, który zaczyna zerkać na stronę przeciwną, próbując, zresztą bezskutecznie coś z łaski Kremla dla siebie wyżebrać, zostaje przez grupę wyraźnie odsunięty. W sztabie grupy znajdują się w tym czasie m.in.: Jerzy Albrecht, Antoni Alster, Tadeusz Daniszewski, Ostap Dłuski, Maria Federowa, Romana Granas, Piotr Jaroszewicz, Helena Jaworska, Leon Kasman. Julian Kole, Wincenty Kraśko, Władysław Matwin, Jerzy Morawski, Marian Naszkowski, Mateusz Oks, Józef Olszewski, Jerzy Putrament, Mieczysław Rakowski, Adam Schaff, Artur Starewicz, Jerzy Sztachelski, Roman Werfel i Janusz Zarzycki. Niewątpliwie zbliżona do tej grupy jest większość byłych PPS-owców w K.C., konkretnie Józef Cyrankiewicz, nieżyjący już dziś Tadeusz Dietrich, Henryk Jabłoński, Oskar Lange, Lucjan Motyka, Adam Rapacki, Marian Rybicki i może przede wszystkim Andrzej Werblan. W swoim czasie poważną rolę odgrywali, dziś już całkowicie odsunięci sekretarze komitetów wojewódzkich największych miast: Stefan Staszewski i Stanisław Kuziński z Warszawy, Michalina Tatarkówna-Majkowska z Łodzi oraz Jan Kowarz z Wrocławia.

Grupa przeciwna składa się przeważnie z młodszych stażem członków K.C., zbuntowanych przeciwko piątce i gorliwych w zaprowadzaniu w Polsce nowego kursu, wyznaczonego przez Moskwę. Na czoło grupy wybija się Zenon Nowak. Na nieco niższym szczeblu jest kilku energicznych, ale wyjątkowo brutalnych i wyjątkowo niedoświadczonych działaczy jak Stanisław Brodziński, Wiktor Kłosiewicz, Władysław Kruczek, Stanisław Łapot, Kazimierz Mijal, Bolesław Rumiński, Jan Trusz i Kazimierz Witaszewski. Poparcie Moskwy zapewnia tej grupie automatycznie posłuszną solidarność ze strony niedotkniętej ekskomuniką Chruszczowa części Politbiura: stąd w tym czasie z grupą tą sympatyzują tacy starsi działacze jak Aleksander Zawadzki, Konstanty Rokossowski, Franciszek Jóźwiak, Hilary Chełchowski i Stefan Matuszewski. Wszystkich ich razem nazywano później “Natolińczykarni”. Natomiast na określenie pierwszej grupy w żargonie partyjnym utarła się nazwa ,”Grupa Puławska” . Nazwa ta nigdy jednak nie spopularyzowała się tak dalece jak poprzednia i o ile przeciętny Polak potrafiłby z łatwością odpowiedzieć na pytanie, Co to jest “Natolin”, rzadko kiedy umiałby wyjaśnić, co to są “Puławy”. Ale menadżerzy tych grup nazywają się wzajemnie od dawna inaczej. Dla Puławian Natolińczycy to “chamy”, a dla Natolińczyków Puławianie to “żydy”. Obie nazwy świadczą chlubnie o ideologicznym wyrobieniu i głębi socjalistycznych przekonań jednych i drugich.

Zaraz po VII Plenum K.C. zostają szeroko roztrąbione pierwsze informacje o Natolińczykach. Poza informacjami o ich antysemityzmie podkreśla się w szczególności ich antyinteligenckość, ich stalinowskie poglądy i nawyki oraz ich powiązania z ambasadą radziecką. Ostatnia informacja była bez wątpienia prawdziwa. Także informacja o antyinteligenckości Natolińczyków była prawdziwa, niezależnie od faktu, że ten moment nie bez powodu był wysunięty na plan pierwszy. Do stylu działania Puławian należało bowiem zawsze zaczynanie “od góry” społeczeństwa. Każdy działacz tej grupy miał prywatne powiązania z jakimiś środowiskami intelektualnymi lub artystycznymi, przeważnie warszawskimi. Każdą plotkę, każdą sugestię, każdą inspirację puszczano w obieg przede wszystkim tymi kanałami; dopiero później rozchodziły się one po całym społeczeństwie i po całym kraju. Rzecz prosta, informacja o antyinteligenckości Natolińczyków dla tych środowisk musiała mieć walor szczególnie mobilizujący; ona w pierwszym rzędzie zapewniała Puławianom poparcie tych środowisk. Natomiast jeżeli chodzi o stalinizm Natolińczyków, to ta etykieta jest w stosunku do nich uzasadniona na pewno nie bardziej, a może nawet trochę mniej, niż w stosunku do Puławian. Za czasów Stalina Natolińczycy w opozycji nie byli z pewnością i dyrektywy spełniali gorliwie. Ale gwardia stalinowska w Polsce, to przede wszystkim Puławianie, a Natolińczycy to raczej ludzie Chruszczowa. Natolińczycy domagali się odpowiedzialności personalnej za zbrodnie U.B., podczas gdy Puławianie wywijali się jak mogli i zrobili wszystko, żeby sprawę utopić. Oczywiście było w tej taktyce natolińskiej sporo demagogii i są wszelkie dane, aby sądzić, że ta odpowiedzialność miała też pewne, z góry zakreślone granice. Ale mimo wszystko sam fakt, że Natolińczycy dyskusję na ten temat prowokowali, a Puławianie bali się jej jak zarazy, o czymś świadczy.

Decydująca batalia zostaje rozegrana przez Puławian niezwykle zręcznie mimo, że nie odnoszą oni w końcu sukcesu tak olśniewającego, jaki sobie wymarzyli. Przede wszystkim udaje im się w końcu zjednać sobie Gomułkę. Pozbawiony własnych ludzi w aparacie partyjnym i możliwości realizowania własnych zamierzeń, Gomułka ma do wyboru bądź pozostać na uboczu, bądź stać się figurantem którejś z ubiegających się teraz o firmę jego nazwiska frakcji. Niewątpliwie do obu frakcji odnosi się ze wstrętem: jeżeli w końcu wybiera mniej wskazujących gotowości do ustępstw wobec niego Puławian, to niewątpliwie decyduje tu moment zależności Natolińczyków od ambasady sowieckiej. W długich, przeciągających się targach z Puławianami Gomułka stara się zapewnić sobie możliwie jak najlepszą i jak najsamodzielniejszą pozycję. Stawia warunki. Udaje mu się zapewnić sobie stanowisko sekretarza generalnego, wprowadzić maksymalną ilość swoich ludzi na kluczowe pozycje, doprowadzić – po długich oporach Puławian – do usunięcia Minca. Mimo to jest całkowicie w rękach dysponujących większością w K.C. i w aparacie Puławian. Może co najwyżej liczyć na to, że z biegiem czasu zakres jego osobistej władzy się powiększy. W tym momencie przygotowania do przewrotu są właściwie zakończone. Na trzy czy cztery dm przed VIII Plenum prasa nagle zaczyna robić publicity dla oficjalnie od siedmiu lat zapomnianego wodza. Następuje jednak interwencja sowiecka.

Puławianie zapewne celowo kompletnie zdezorganizowali aparat władzy w Polsce, żeby mieć potem wobec Chruszczowa argument, że przecież trzeba w Polsce dokonać jakichś zmian radykalnych po to, aby można było przywrócić porządek. Liczyli zapewne na to – i w tym się bynajmniej nie przeliczyli – że Chruszczowowi będzie bardziej zależało na przywróceniu porządku możliwie najprostszym sposobem i w możliwie najkrótszym terminie, niż na ochronie własnych agentów, którzy na dobitkę wykazali wręcz nieprawdopodobną nieudolność. Wydaje się jednak, że siła oporu Chruszczowa ich zaskoczyła. Nie mając w tym momencie już nic do stracenia, chwytają się środków radykalnych. Polskie Radio co chwilę powtarza z naciskiem, że Polska jest państwem suwerennym, a Komitet Warszawski P.Z.P.R. rozdaje broń robotnikom. Ten moment w ocenie wydarzeń jest szczególnie ważny. To nie opinia publiczna przez nieodpowiedzialne wystąpienia narażała kraj na interwencję sowiecką. Naprawdę na krawędź przepaści prowadziła kraj grupa pozbawionych skrupułów kombinatorów, kierując się wyłącznie motywem klikowego interesu. W tej sytuacji dochodzi do przyjazdu Chruszczowa i rozmowy Chruszczowa z Gomułką.

Zwracałem już wyżej uwagę na to, że rzeczywista treść tej rozmowy jest nikomu nieznana. Ale spróbujmy z pełną świadomością, że możemy się mylić, trochę na temat tej rozmowy pospekulować.

Gomułka nie miał żadnych powodów do sympatii w stosunku do grupy Puławskiej. To byli przecież ludzie Bieruta, ci sami którzy jego i jego przyjaciół podgryzali, kompromitowali, ośmieszali, upokarzali, a następnie aresztowali, więzili i torturowali. Co więcej, w czasie VIII Plenum musiał on rozpaczliwie szukać środków uniezależnienia się od ich kurateli. W tej sytuacji wydaje się chyba wysoce prawdopodobne, że Gomułka dążył do tego, żeby w oparciu o Chruszczowa kuratelę tę przynajmniej rozluźnić. Jego pozycja w rozmowie z Chruszczowem była o tyle dobra, że jawnie nie ponosił on odpowiedzialności za to, co się w danym momencie w Polsce działo. Mógł on przecież zawsze się powołać na to, że jeszcze trzy dni wcześniej był prywatną osobą nie mającą żadnych politycznych wpływów. Nie będąc naprawdę za nic odpowiedzialny, dążył on zapewne przede wszystkim do zrzucenia odpowiedzialności z siebie i obciążenia tych, którzy naprawdę byli za wszystko odpowiedzialni, tzn. Puławian. Swój sojusz z Puławianami mógł przed Chruszczowem umotywować tym, że był to dla niego środek dojścia do władzy i użycia jej w celu odbudowania rządzącego aparatu i przywrócenia w kraju porządku; wydaje się przy tym, że to był jego motyw rzeczywisty. Nie było mu zapewne trudno przekonać Chruszczowa, że w sojuszu z Natolińczykami zrobić tego samego nie było można; ci bowiem swoją nieudolnością i w ogóle całym swoim postępowaniem musieli i tak zdyskwalifikować się w oczach Chruszczowa kompletnie. (Zgoda Chruszczowa na odwołanie Rokossowskiego mogła być już prostą konsekwencją tego stanu rzeczy). Gomułka zapewne perswadował Chruszczowowi, że na uspokojenie opinii i przywrócenie porządku potrzeba czasu. Ale Chruszczow wiedział, że w razie użycia czołgów i karabinów maszynowych te same efekty też nie zostaną osiągnięte z dnia na dzień. Jeżeli dodamy do tego, że Chruszczow nie miał żadnych powodów do szczególnej nieufności wobec antystalinowskiego i przy tym niewątpliwie jak najbardziej komunistycznego działacza (w każdym razie nieufności większej, niż do innych satelickich dyktatorów), to w ogóle wszelkie racje użycia armat odpadały nawet, jeżeli Gomułka usiłował wykorzystywać swoją w gruncie rzeczy dosyć mocną pozycję do stawiania jakichś warunków.

Powtarzam, że to są tylko domysły, ale taki mniej więcej przebieg rozmowy wydaje mi się dość prawdopodobny tym bardziej, że dalsze wydarzenia wydają się taką hipotezę pośrednio potwierdzać. Z hipotezy tej wynika jednak kilka istotnych wniosków.

Po pierwsze, podobnie jak nieprawdą jest, że to opinia publiczna narażała kraj na konflikt zbrojny z Rosją, tak nieprawdą jest, że opinia publiczna przez swój polityczny rozsądek do konfliktu tego nie dopuściła. Armia Czerwona nie zaczęła strzelać w Warszawie nie dlatego, że opinia publiczna wykazała rozsądek, tylko dlatego, że nie było przeciwnika, do którego strzelanie miałoby jakikolwiek sens. Podobnie ta sama armia zaczęła zaczęła strzelać w Budapeszcie nie dlatego, że tam opinia publiczna okazała się nierozsądna, tylko dlatego, że tam był taki przeciwnik. Różnica pomiędzy Gomułką a Imre Nagy’m i jego rządem była ta, że Gomułka obiecywał zahamować proces demokratyzacji i położyć kres dalszym żądaniom mas, podczas gdy Nagy występował w imieniu mas i w ich imieniu dalsze żądania wysuwał.

Po drugie w tym, co się w październiku 1956 r. w Warszawie stało nie ma absolutnie żadnego elementu cudu. Wszystko było jak najbardziej naturalne i zrozumiałe. Nie jest wykluczone, że Chiny istotnie się sprzeciwiały kompromitującej cały blok wojnie pomiędzy kochającymi się bratnimi narodami. Ale zbawienie dla Warszawy przyszło nie z Pekinu, lecz z samej Warszawy. Gdy w Budapeszcie tej łaski boskiej zabrakło, to w Pekinie jej też nie było.

Po trzecie, cały “październik” był w gruncie rzeczy wielkim sowieckim sukcesem politycznym. Chruszczow przyleciał do Warszawy niewątpliwie przerażony tym, co się tam działo. Po paru godzinach mógł odlecieć spokojny, że sytuacja została opanowana i że w niedługim czasie anarchia zostanie ukrócona i porządek przywrócony. Panuje przekonanie, że Warszawa była sowiecką porażką a Budapeszt zwycięstwem. W rzeczywistości było chyba odwrotnie. W Warszawie i w Budapeszcie Chruszczow odniósł w końcu te same efekty: tylko że w Warszawie przy pomocy jednej gabinetowej rozmowy, a w Budapeszcie kosztem strat nieobliczalnych: kosztem groźby rozłamu, która długo jeszcze długo wisiała nad międzynarodowym ruchem komunistycznym, kosztem nieprawdopodobnych trudności w rokowaniach z Zachodem, kosztem utraty zaufania w państwach azjatyckich i afrykańskich, kosztem zupełnego niewykorzystania wspaniałej koniunktury sueskiej. Budapeszteński “sukces militarny” sukcesem politycznym nie był na pewno.

Po czwarte, “październik” oznacza zahamowanie procesu demokratyzacji w Polsce i punkt zwrotny, od którego zaczyna się cofanie. Jest to nawet nie tyle skutek tego, co Gomułka Chruszczowowi obiecywał i w ogóle jaki był przebieg ich rozmowy, ile skutek zmiany, jaka się dokonała w centralnym ośrodku władzy. Przed październikiem dwie grupy rywalizowały ze sobą o władzę nad narodem: po to, aby odnieść w tej rywalizacji sukces musiały starać się o pozyskanie opinii a po to, aby tę opinię pozyskać, musiały pójść na jakieś wobec niej ustępstwa. Przewrót październikowy tę pomyślną koniunkturę likwiduje: z dwóch grup rywalizujących pozostaje na placu boju tylko jedna, która nie ma już więcej żadnego interesu w tym, żeby czynić wobec mas jakiekolwiek ustępstwa. W interesie narodu polskiego leżało w r. 1956 utrwalenie stanu skłócenia i słabości władzy, a nie przechylanie szali na korzyść którejkolwiek ze stron. Tylko dzięki temu, że władza była wtedy skłócona i słaba, możliwe były tak szybkie postępy demokratyzacji jak te, które się dokonały między VI a VIII Plenum K.C. P.Z.P.R. Skupienie całej władzy w ręku Puławian w październiku 1956 kładzie tej wyjątkowej koniunkturze kres. To co się w Polsce działo między marcem a październikiem 1956 r. było swoistą namiastką systemu wielopartyjnego. Fakt rywalizacji jakichś grup o władzę stwarzał automatycznie pewne, bardzo zresztą niedoskonałe, formy kontroli władzy mimo, że nie było ani parlamentu, ani wolnych wyborów, ani innych elementów ustroju demokratycznego. Natomiast przewrót październikowy jest powrotem do zupełnej dyktatury. Dla sił demokratycznych w Polsce był to cios straszliwy.

Wreszcie wniosek piąty i ostatni. Cała historia październikowa polegała na wyjątkowo cynicznym i trzeba powiedzieć wyjątkowo skutecznym oszukiwaniu opinii publicznej i wprowadzaniu jej w błąd. Masy robiły w istocie to, czego chcieli Puławianie. W pewnym momencie interesy mas i interesy Puławian były istotnie zbieżne: w interesie mas leżało wykorzystanie za wszelką cenę i z maksymalną konsekwencją stworzoną przez Puławian koniunkturę na demokratyzację. Ale masy na ogół wierzyły w uczciwe intencje “sił postępowych partii”, w cały czarno-biały obraz układu sił frakcyjnych w kierownictwie partyjnym, w demagogiczne obietnice, które im rzucano. Masy darzyły ogromnym zaufaniem Gomułkę wtedy, kiedy jego celem było maksymalne skoncentrowanie władzy w swoim ręku i użycie jej w celu cofnięcia reform, które już zostały dokonane i niedopuszczenia do następnych. Masy pokładały ogromne nadzieje w przewrocie, który był dokonany po to, żeby nadzieje te zawieść. Masy dały z siebie entuzjazm, taki, jaki dla każdego rządu każdego kraju byłby szczytem marzeń. Tylko że są rządy, które umieją wykorzystać entuzjazm swoich narodów dla przeprowadzenia rzeczy konstruktywnych bez uciekania się do bata. Natomiast rząd Gomułki i Cyrankiewicza z bata zrezygnować nie miał zamiaru ani przez chwilę. Dlatego ten entuzjazm był tylko rzeczą krępującą: czymś, co należało odepchnąć i co faktycznie odepchnięto w sposób możliwie jak najbardziej brutalny.

To tyle autor. Z tego, co powyżej, wniosek wydaje się banalny: dużo musiało się zmienić, by nic się nie zmieniło. Jakkolwiek brutalnie by to brzmiało, ale tak było w przypadku Października ’56. Dokonano pewnych kosmetycznych zmian, odsunięto paru aparatczyków, ale systemu nie zmieniono. Czy w takim razie walki frakcyjne były autentyczne? „Chamy” były stalinowcami i „żydy” też. Jedni mieli poparcie ambasady radzieckiej i części radzieckiego Biura Politycznego, drudzy – Chruszczowa i, jak się można domyślać, pozostałej części tego Biura. Nikt więc nie ryzykował.

Autentyczny sprzeciw był na Węgrzech, bo wyszedł on tam od władzy, która miała poparcie społeczne i dlatego doszło do brutalnego stłumienia tego powstania. W Polsce władza, pozbawiona skrupułów i z bezwzględnym cynizmem, oszukiwała społeczeństwo. Skrajnym przypadkiem był Gomułka. Wykreowano go na patriotę, który stawia się władzom radzieckim. Już w 1948 roku, a może wcześniej, wiedziano, że taki ktoś może się przydać. Raptem człowiek, który w wieku 21 lat wstąpił do KPP, staje się patriotą o prawicowo-nacjonalistycznych odchyleniach. Społeczeństwo złapało się na ten haczyk. A skąd ono mogło znać jego życiorys? A nawet jeśli taki był dostępny, to zapewne nie był prawdziwy.

Wytworzył się podział na „chamów” i „żydów”. I to jest zdobycz tego „polskiego października”, którą wykorzystuje się obecnie. Ci ostatni zaczynali od góry, od inteligencji, środowisk twórczych, ale udało im się pociągnąć za sobą masy. „Chamy” nie miały wówczas ich poparcia. Po 1989 roku utrwalił się podział, ukształtowany w tamtym czasie. „Żydy” – ROAD, Unia Demokratyczna, Unia Wolności, Platforma Obywatelska – też zaczynały od góry. „Chamy” to Prawo i Sprawiedliwość, które „dba” o doły społeczne. Różnica pomiędzy PiS a PO jest taka jak pomiędzy „Chamami” i „Żydami”. Można więc powiedzieć, że w tamtym czasie wypracowano pewien mechanizm na wypadek, gdyby przyszło działać w warunkach „demokracji”. Kto jaki elektorat miałby zagospodarować, do kogo się odwoływać. Dzielić i rządzić.

Po co była ta cała, jakbyśmy to dziś powiedzieli, zadyma? Wszystkie te wydarzenia tj. Październik 56, Grudzień 70, Sierpień 80 były po to, by dać społeczeństwu nadzieję, że teraz będzie już lepiej, że to, co było nie wróci, że tamci źle rządzili, ale teraz wszystko się zmieni. Jak tylko będziemy rządzić, to będzie tu druga Japonia. Później przyszedł taki, który obiecywał drugą Irlandię. Obecnie jeden podstawiony przekonuje, że tylko chińskie rozwiązania uzdrowią naszą ekonomię. Recept tyle, ilu szamanów. A nie brakuje ich w naszym wyjątkowym kraju. Ten mechanizm, w skondensowanej formie, przerabiamy obecnie przy okazji „pandemii”. Raz nam obiecują złagodzenie restrykcji i łagodzą, później przykręcają śrubę, bo druga i trzecia fala, bo nowa mutacja wirusa. Ale jest i nadzieja, jak się zaszczepimy, to będzie lepiej, ale teraz jeszcze wytrzymajmy. Właśnie! Teraz mamy wytrzymać, wcześniej kazano nam zaciskać pasa. Zresztą, to zaciskanie pasa może jeszcze wrócić, jeśli kompletnie rozłożą rolnictwo, do czego przecież dążą.

Gomułka zaczynał jako ekstremista o prawicowo-nacjonalistycznych odchyleniach. Później stał się zbawcą narodu, bohaterem, który oparł się Związkowi Radzieckiemu. W końcu został poddany ostrej krytyce jako blokujący reformy prostak, którego można było usunąć za samą postawę. A przecież cały czas był to ten sam człowiek. Wszystkie swoje role odgrywał chyba dobrze. Jednak naród był już zmęczony i trzeba było wstrzyknąć mu nową nadzieję. Sprowokowano strajki, polała się krew. Nastąpiła zmiana. Przyszedł nowy przywódca: No to jak Towarzysze? Pomożecie? – Pomożemy!

Czy Październik ’56 można porównać do jakiegoś innego wydarzenia? Aż się prosi przywołać stan wojenny z 1981 roku. Jaruzelski zrobił dokładnie to, co Gomułka, tylko Gomułka w białych rękawiczkach, a Jaruzelski – po chamsku. W obu wypadkach społeczeństwo zostało podpuszczone przez żydowską mniejszość i w obu wypadkach obaj uchodzą za zbawców narodu – uratowali nas przed radziecką interwencją.