Fakty

Fakt – zaistniały stan rzeczy, a w rozumieniu potocznym wydarzenie, które miało miejsce w określonym czasie i miejscu. Tak definiuje fakt Wikipedia. I z faktami nie dyskutuje się, można je interpretować, choć można je również fałszować. Czasem nawet jest tak, że jeśli fakty przeczą teorii, tym gorzej dla faktów. Niemniej jednak do prawidłowej oceny rzeczywistości niezbędna jest znajomość faktów.

Na kanale „cepolska” w dniu 24 czerwca pojawił się wywiad z Aleksandrem Jabłonowskim, poświęcony dwu rocznicom: 22 czerwca 1941 (inwazja Niemiec na Związek Radziecki) i 28 czerwca 1919 (podpisanie Traktatu Wersalskiego). https://www.youtube.com/watch?v=dLfUqTJIH-A

Omawiając pierwszą rocznicę, Jabłonowski snuje wizje, co by było, gdyby Polska poszła z Niemcami na Związek Radziecki. Wnioskuje, że w takiej sytuacji Hitler atakowałby z pozycji o 300 km dalej na wschód, i że tyle zabrakło mu do Moskwy przed zimą. Stwierdza też, że gdyby Hitler zaatakował wcześniej, na początku maja, to zdążyłby przez mrozami. Jednak z tego wywiadu wynika, że zarówno redaktor Mossakowski jak i Jabłonowski nie znają faktów i nie czytali książki Józefa Mackiewicza „Nie trzeba głośno mówić”. Jest to specyficzna powieść, o której we wstępie do niej, sam Mackiewicz tak pisze:

Akcja powieści toczy się na tle zdarzeń historycznych, ściślej: pewnych fragmentów minionej wojny, i jest z nimi związana. Przedstawienie tych zdarzeń w powieści nie ma na celu narzucania czytelnikowi jakiejkolwiek „tezy”, bądź podejmowania „polemiki politycznej”. Jest wyłącznie próbą opisania tego co było.

Zastosowałem metodę wprowadzania postaci powieściowych w bezpośrednie zetknięcie nie tylko z autentycznymi wypadkami, ale też z autentycznymi ludźmi działającymi w tamtym czasie. Odbiega to, rzecz jasna, od formy klasycznej powieści. Nie wydaje mi się jednak, aby konwencja ograniczająca w tym względzie swobodę autorską była słuszna. Jestem zwolennikiem w twórczości literackiej swobody nieograniczonej. Dziś zwłaszcza, gdy próby obalenia krępujących twórczość kategorii prowadzą do licznych eksperymentów, nieraz daleko idących, jak np. tworzenie z powieści „antypowieści” itp. – surowe przestrzeganie podziału na tzw.: „fiction” i „non-fiction” wydaje mi się anachronizmem. Nie chcę przez to powiedzieć, że jestem przeciwnikiem utartych konwencji. Chcę tylko uprzedzić czytelnika, że moja powieść tych konwencji nie przestrzega.

W powieści tej przewija się fabuła i dokument. I właśnie w tej części dokumentalnej jest opisana wojna niemiecko-radziecka. Na końcu książki Mackiewicz wymienia część dokumentów, z których korzystał. Było ich ponad 80. Dotarł do źródeł rosyjskich, ukraińskich, litewskich, polskich – dostępnych na Zachodzie, jak i do zachodnich, bo większą część swojego emigracyjnego życia spędził w Monachium.

Jak więc Mackiewicz opisuję tę wojnę i zachowanie Hitlera? Zestawia fakty i nie komentuje ich. Ocenę pozostawia czytelnikowi.

W niedzielę 22 czerwca o godzinie 3.15 rano nastąpił atak. Zaskoczenie było kompletne. Żadna jednostka sowiecka nie była postawiona w stan alarmu, nigdzie obsada przyczółków mostowych nie była wzmocniona, bojowe linie obronne nie były rozwinięte. Na całej długości frontu nie było przypadku niezaskoczenia. Do dnia 10 lipca poddało się na trenie Białorusi 320.000 żołnierzy sowieckich, 16 lipca w rejonie Smoleńska – 300.000, pomiędzy 5 i 8 sierpnia, w rejonie Humania, 103.000, do 26 września pod Kijowem 650.000. Łącznie – 1.388.000, w ciągu trzech miesięcy. W drugiej połowie lipca, po przebyciu 700 kilometrów, armie niemieckie stanęły na linii: Jarcewo-Smoleńsk-Jelnia-Rosławl. Do Moskwy pozostawało 350 kilometrów.

Dnie stawały się coraz krótsze. Od tygodni wojska niemieckie stały w miejscu, a rozkaz marszu na Moskwę nie nadchodził. W tym czasie gen. Guderian zamierzał zgrupowane siły pancerne pchnąć na Moskwę z rejonu Rosławla. Czekał tylko na rozkaz. O północy 22 sierpnia zadzwonił do Guderiana feldmarszałek von Bock i poprosił go o przybycie do niego do Borysowa. Guderian przyleciał o 11 przed południem. Godzinę wcześniej wylądował szef sztabu gen. Halder, który przywiózł dosłowny teks decyzji Hitlera:

Najważniejsze przed nastaniem zimy nie jest wzięcie Moskwy, lecz zajęcie Krymu, przemysłowego i węglowego Zagłębia nad Dońcem, przejęcie dopływu nafty z Kaukazu. Na północy odcięcie Leningradu i połączenie z Finami.”

Guderian nie mógł pogodzić się z tą decyzją i osobiście stawił się 23 sierpnia w kwaterze Hitlera w Rastenburgu (Kętrzyn). Argumentował: zdobycie Moskwy zadecyduje o kampanii. Obecny był Keitel, Jodl, Heusinger. Hitler był nieprzekonany. Gdy Guderian skończył, Hitler oświadczył: „Moi generałowie mają pojęcie o strategii, ale nie mają pojęcia o wojnie gospodarczej”. Stwierdził, że zboże, nafta, masło, jajka, węgiel, minerały… to decyduje o wojnie. Dobra materialne, a nie momenty strategiczno-polityczne, propagandowe czy psychologiczne. „Uderzenie pójdzie na Ukrainę, nie na Moskwę! Pan, generale zawraca 25-go całą siłą pancerną na południe. Na Konotop, węzeł kolejowy na linii Kijowa.

Stalin trwał przy swoim zdaniu, nawet gdy jego własne samoloty zwiadowcze doniosły, że wojska niemieckie skręciły na południe i prą w obejście frontu ukraińskiego od północy. Uznał, że to fortel i że Niemcy chcą obejść Moskwę od południa i rozkazał wzmocnić odcinek Briańska dwoma armiami. A czołgi Guderiana minęły odcinek Briańska wzdłuż jego frontu i 16 września spotkały się z 1-wszą pancerną grupą „Południe”, 200 km na wschód od Kijowa, zamykając w kotle pięć armii sowieckich. Zakończyło się to 26 września wielką klęską armii radzieckich. Poddało się 665.000 ludzi, 3.718 armat i 884 czołgi wpadło w ręce niemieckie.

Pogoda, jak cały czas w tej kampanii, była sucha. Dopiero po zwycięstwie na Ukrainie, Hitler uległ generałom i zdecydował się na uderzenie na Moskwę, choć nadal nie przywiązywał wagi do jej zajęcia. To zadanie polecił grupie armii „Środka”, wyznaczając pozostałym siłom inne, ekscentryczne, a nie koncentryczne, w stosunku do Moskwy zadania. Innymi słowy, nie był zwolennikiem okrążenia Moskwy i zaatakowania jej z każdej strony. Lubił przechwalać się tym, że nie popełni błędu Napoleona. Moskwa – mówił – nie jest dla mnie ważna.

Pięć „frontów” obronnych, z których pierwszy od Białego i Jarcewa poprzez Briańsk wzdłuż Desny; drugi rezerwowy od Rżewa na górnej Wołdze, przez Wiaźmę-Suchenicze; trzeci od Kalinina przez Możajsk do Kaługi; czwarty od Klimu przez Narofominsk do Tuły, i wreszcie piąty od Dmitrowa do Kołomny – opasały bezpośrednio Moskwę.

Generalny atak niemiecki rozpoczął się 2 października. 2-ga pancerna Guderiana, 2-ga armia, 4-ta pancerna, 4-ta armia, 9-ta i 3-cia pancerna, niemieckiej grupy „Środka”, rozbiły w przeciągu kilku dni pierwszy, i częściowo drugi sowiecki front obrony. Wojska Jeremienki na odcinku briańskim zostały otoczone. Sam on, ranny, ratował się ucieczką samolotem. Dnia 7 października 10-ta niemiecka dywizja pancerna od południa i 7-ma dywizja pancerna od północy zamknęły kleszcze wokół kotła Wiaźmy. W bitwie tej doszczętnie zniesione zostało osiem armii sowieckich, w tym siedemdziesiąt trzy dywizje piechoty i kawalerii, trzynaście dywizji i brygad pancernych. W ręce niemieckie wpadło 1.277 czołgów i 4.378 armat. Poddało się Niemcom 673.000 żołnierzy armii czerwonej. – W ten sposób od początku kampanii, w przeciągu pierwszych niespełna czterech miesięcy, łączna cyfra wziętych do niewoli jeńców wyniosła 2.061.000 ludzi. Niebywała od stworzenia świata i prowadzonych na nim wojen!

Na kilka godzin przed zamknięciem kotła Wiaźmy, w nocy z 6 na 7 października, spadł pierwszy, wilgotny śnieg. Tajał natychmiast. Nazajutrz niebo się nie przejaśniło. Nie było wiatru. Wciąż padał śnieg, ale od południa przeszedł w deszcz. Do wieczora rozpadał się na dobre. Zaczęło lać strugami, dzień i noc następną, i znowu dzień… Minął tydzień, drugi… Deszcz lał bez przerwy.

Dnia 5 grudnia 1941 roku na odcinku Kalinina, a 6 grudnia wzdłuż całego frontu obronnego pod Moskwą, 88 sowieckich dywizji piechoty, 15 dywizji kawalerii i 24 brygady pancerne przeszło do przeciwnatarcia. Termometr wskazywał 30 stopni poniżej zera.

Co wynika z tego opisu? W drugiej połowie lipca wojska niemieckie stały w odległości 350 km od Moskwy i stały tak przez cały miesiąc. Pod koniec sierpnia Hitler przerzuca wojska na Ukrainę i wraca pod Moskwę na początku października. A więc dwa miesiące zwłoki. Czyli – nie moment rozpoczęcia wojny decydował. Nie decydowało też miejsce, z którego zaczął. I nie zima decydowała. Na początku października, kiedy wrócił pod Moskwę, zaczęło lać. Deszcz padał tygodniami i bez przerwy. W takiej sytuacji przeprowadzenie jakiejkolwiek operacji wojskowej jest niemożliwe. A sroga zima nadeszła dopiero z początkiem grudnia. Takie są fakty. Ich interpretację pozostawił Mackiewicz czytelnikowi.

Trochę dalej poszedł Antony C. Sutton (1925-2002) autor wielu książek m.in. „Wall Street i rewolucja bolszewicka” i „Wall Street and the Rise of Hitler”. Sugeruje więc, że na to, co dzieje się na świecie, mają wpływ finansiści z Wall Street. Skoro więc Wall Street miało wpływ na rewolucję bolszewicką, to, by być konsekwentnym, musiało mieć również wpływ na wojnę polsko-bolszewicką z 1920 roku. I tę wojnę opisuje Mackiewicz w powieści „Lewa wolna”, napisanej w tej samej konwencji jak późniejsza – „Nie trzeba głośno mówić”.

Piłsudski w tej wojnie podejmuje tak samo dziwne i niezrozumiałe decyzje jak Hitler 20 lat później. I nie pozostaje nic innego, jak tylko przytoczyć pewne fragmenty tej powieści.

»W sierpniu 1919 roku Denikin wysyła do Warszawy kuriera, przedkładając Piłsudskiemu następującą propozycję:

Niech wojska polskie uderzą tylko wzdłuż linii Mozyrz – Kalenkowicze, w ogólnym kierunku na Dniepr. To wystarczy. Wydaje się, że ma Pan na tym odcinku czterokrotną przewagę nad bolszewikami. W ten sposób worek, w którym znajduje się już dziś cała 12-armia bolszewicka, zostanie ostatecznie zawiązany. Jednocześnie lewe skrzydło Armii Ochotniczej rosyjskiej uzyska zupełną swobodę działania. Natomiast prawe skrzydło frontu bolszewickiego, śmiertelnie zagrożone tym uderzeniem, musi się wygiąć do tyłu. Polska uzyska skrócenie frontu i zwolni wszystkie swoje wojska na południowym odcinku frontu. W tej perspektywie upadek Moskwy, a z nią razem ostateczny upadek bolszewizmu jest nieunikniony.

Na północnym zachodzie generał Judenicz podjął drugą w tym roku ofensywę na Petersburg. 12 października zdobył Jamburg. 17 października zajął Krasne Sioło, a kawaleria kontrrewolucji osiągnęła przedmieścia stolicy. Z Syberii rusza ponownie admirał Kołczak.

Lenin zdaje się tracić nerwy: ”Nigdy jeszcze wróg nie był tak blisko Petersburga! Nigdy jeszcze tak blisko Moskwy! To najbardziej krytyczny moment socjalistycznej rewolucji!”

Politbiuro ogłasza masową mobilizację wszystkich komunistów bez względu na zajmowane przez nich stanowiska. Miejskie komitety partii w pełnym składzie są wysyłane na front przeciw Denikinowi. 14 października prezydium Wszechzwiązkowej Centralnej Rady Związków Zawodowych podjęło uchwałę o wysłaniu przeciwko Denikinowi wszystkich bez wyjątku robotników i pracowników zawodowych. II Wszechrosyjski Zjazd Komsomołu postanowił zmobilizować wszystkich członków komunistycznego Związku Młodzieży od lat szesnastu.

W tym czasie, wzdłuż całej zachodniej granicy, na przestrzeni 1.200 kilometrów od Połocka do Rumunii ciągnie się front polski. Gdyby ten front ruszył, to losy rewolucji bolszewickiej byłyby przesądzone. Ale nie ruszył się.

Piłsudski w gronie najbardziej zaufanych dowódców wyłożył cele wojny i swoje w niej stanowisko:

Wiemy, że w tej chwili bolszewicy rzucili prawie wszystkie swe siły przeciwko Denikinowi, odsłaniając nasz front. Wydawałoby się może niektórym panom logiczne, że w takiej chwili winno nastąpić uzgodnienie działań pomiędzy naczelnym dowództwem polskim i Denikinem. a nie wstrzymanie się od wszelkiego nacisku na armię sowiecką, gdy jest ona właśnie zaangażowana najbardziej w walce z rosyjską armią ochotniczą. Taki wniosek wydaje się naturalny i słuszny z punktu widzenia postępowania wojskowego. Ale nie jest słuszny z punktu widzenia polskich interesów politycznych. Mniejszym złem jest ułatwić Rosji czerwonej pobicie Rosji białej. Gdybyśmy bowiem poparli teraz Denikina w naszej walce z bolszewikami, byłaby to w istocie walka o Rosję. A my z każdą Rosją prowadzimy walkę o Polskę. Niech sobie ten cały zafajdany Zachód gada co chce, ale my nie damy się wciągnąć i użyć do walki z rewolucją rosyjską, lecz odwrotnie, w imię nieprzemijających interesów polskich chcemy ułatwić armii rewolucyjnej jej działania przeciwko armii kontrrewolucyjnej.«

Przechodząc do sierpnia 1920 roku, wygląda to tak:

»To co nastąpiło, to rozwarcie nożyc pomiędzy „północno-zachodnim” frontem Tuchaczewskiego, a „południowo-zachodnim” Jegorowa. Gdy Tuchaczewski zbliżał się do Warszawy, Jegorow zbliżał się do Lwowa. Pomiędzy tymi frontami powstała pustka. 11 sierpnia naczelne dowództwo sowieckie dostrzegło ten błąd i nakazało 1-szej konnej armii Budiennego odejść od Lwowa i ruszyć w kierunku na Zamość – Hrubieszów. To uniemożliwiłoby polskiej „Grupie Uderzeniowej” wykonanie manewru od Dęblina na północ. Ale Budienny nie wykonał tego rozkazu, bo Stalin, przewodniczący Rewolucyjnej Rady Wojennej, będąc pewny zdobycia Warszawy, chciał zdobyć Lwów i szybko przenieść rewolucję na Bałkany. Decyzja Stalina znaczyła więcej niż decyzja Jegorowa. Bedienny nie wykonał rozkazu naczelnego dowództwa i wdaje się w polemikę, że dopiero po zdobyciu Lwowa należy przystąpić do wykonania nowego rozkazu. Tę korespondencję, prowadzoną drogą radiową, przechwytuje i rozszyfrowuje pułkownik Jan Kowalewski w sztabie generalnym w Warszawie.

To, o czym sztab polski nie wiedział, a o czym również nie wiedział Tuchaczewski, to osobista ingerencja Lenina, zaniepokojonego nagłym zwrotem na wewnętrznym froncie kontrrewolucyjnym w Rosji. 2 sierpnia depeszował on do Stalina:

Przed chwilą przeprowadziliśmy w Biurze Politycznym podział frontów, abyście się zajęli wyłącznie Wranglem. W związku z powstaniami, szczególnie na Kubaniu, a następnie również na Syberii, niebezpieczeństwo ze strony Wrangla staje się olbrzymie, i w łonie KC wzmaga się dążenie do niezwłocznego zawarcia pokoju z burżuazyjną Polską. Proszę was, abyście bardzo wnikliwie rozważyli, jaką jest sytuacja z Wranglem i przedstawili waszą opinię. – Lenin.

A owego 11 sierpnia, w którym naczelne dowództwo nakazuje Budiennemu „bez najmniejszej zwłoki” ruszyć na Zamość – Hrubieszów, Stalin otrzymuje nową depeszę:

Zwycięstwo nasze w Polsce jest wielkie i będzie całkowite, jeżeli dobijemy Wrangla. Podejmiemy tutaj wszelkie środki ku temu. Naciśnijcie również i wy, aby w wyniku obecnego uderzenia odebrać za wszelką cenę cały Krym. Od tego zależy teraz wszystko. – Lenin.

A Wrangel nie tylko utrzymał się, ale 25 lipca rozpoczął nowe natarcie i zmusił południowo-zachodni front sowiecki do przerzucenia znacznych sił na front krymski. To spowodowało, że Stalin zaabsorbowany wypadkami na południowym odcinku frontu i jeszcze do tego obligowany uwagami Lenina, wahał się, tym bardziej że Tuchaczewski wydawał się być zupełnym zwycięzcą na północnym froncie.

Rozpoczęty 16-go sierpnia atak polskiej „Grupy Uderzeniowej” od Dęblina, 17-go zdobywa Białą Podlaską i Siedlce, 18-go Drohiczyn nad Bugiem. Karta się odwraca, ale jeszcze nie do końca. Na północy, daleko wysunięta na zachód, 4-a armia sowiecka wisi w powietrzu. Plan Tuchaczewskiego polega na tym, by zawrócić ją na wschód i uderzyć w tyły 5-tej armii polskiej Sikorskiego: na Płońsk – Warszawę.

O świcie 15 sierpnia VIII brygada kawalerii polskiej, pod dowództwem gen. Karnickiego, wykonała rajd na tyły 4-ej armii sowieckiej. O godzinie 11 przed południem wpadła do Ciechanowa, gdzie kwaterował sztab 4-ej armii. Zaskoczenie było zupełne. Cały sztab rzucił się do ucieczki. Pozostała kancelaria dowództwa, mapy, meldunki, rozkazy, ale najważniejsze było to, że w polskie ręce dostała się radiostacja, jedyna forma łączności, najdalej wysuniętej na zachód armii, z dowództwem frontu i III korpusem konnym. Natychmiast zarządzone przeciwnatarcie, wyborowej 33-ciej dywizji kubańskiej, wyparło brygadę Karnickiego, ale nie odzyskano radiostacji. I od tego momentu załamał się porządek dowodzenia w sztabie armii. To prawdopodobnie zdecydowało o tym, że natarcie na Warszawę od strony północno-zachodniej nie doszło do skutku. Wojska z tamtego rejonu w ostateczności albo wycofały się na wschód, albo przeszły na stronę pruską i zostały internowane.

Resztki rozbitych wojsk sowieckich wycofują się spod Warszawy i 26 sierpnia próbują utworzyć nowy front, biegnący do Grodna na południe, przez Kuźnicę – Świsłocz – Białowieżę – Kamieniec Litewski – Żabinkę nad Muchawcem – Tyszowiec. W tym czasie stan liczebny armii polskich wzrasta do ponad 900 tysięcy. Ale dopiero po miesiącu, 21 września, Piłsudski decyduje się uderzyć na bolszewików. 2-ga armia pod wodzą generała Rydza Śmigłego forsuje Niemen koło Druskiennik, z zamiarem wyjścia na Lidę i obejścia frontu sowieckiego od północy.

To drugie uderzenie z 22 września, po odparciu wojsk bolszewickich spod Warszawy, całkowicie rozbija bolszewików na przestrzeni całego frontu i rozpędza ich armie. Ta operacja, nazwana bitwą niemeńską przesądziła o losach wojny. Generał Weygand, już na podstawie oceny bitwy warszawskiej, stwierdził 21 sierpnia w wywiadzie dla paryskiej gazety:

Jeżeli wojskowe kierownictwo polskie zechce w pełni i zupełności wyzyskać odniesione zwycięstwo, jestem absolutnie pewny, że armia bolszewicka przestanie wkrótce odgrywać jakąkolwiek rolę.

No właśnie! Jeśli zechce w pełni i zupełności wyzyskać. Tereny na północ od Prypeci, na całej Białorusi, były ogołocone z przeciwnika. Droga na Moskwę stała otworem. I ta 900-tysięczna armia stoi. Nie pierwszy zresztą raz w tej wojnie, dziwnej wojnie.

W dniu 21 września zbiera się w Moskwie na tajnej konferencji kilku członków CK partii. Są tam m.in. Lenin, Trocki, Stalin. W jej wyniku zapada uchwała o utworzeniu nowego „Południowego Frontu”, skierowanego wyłącznie przeciwko wojskom generała Wrangla, liczącym około 40 tysięcy żołnierzy. Na drugi dzień po tym postanowieniu, 22 września, czyli w dniu rozpoczęcia „niemeńskiej” ofensywy polskiej, Lenin przemawia na IX Konferencji RKP (bolszewików) i proponuje zawarcie pokoju z Polską. W rezultacie uchwalono rezolucję o konkretnych warunkach zawarcia pokoju, które osobiście sporządza i redaguje Lenin.

Klęska na froncie polskim nie zmieniła decyzji zapadłych na tajnej konferencji z dnia 21 września o skierowaniu wszystkich sił przeciwko Wranglowi. Z trudem udaje się ściągnąć z fińskiej i estońskiej granicy 6-tą armię czerwoną. Ale armia ta nie zostaje rozwinięta na Białorusi jako ostatnia zapora, zamykająca drogę na Moskwę. Przechodzi, niezatrzymywana, przed frontem polskim i kieruje się na front krymski. A tam napierał, powstrzymywany ostatkiem sił, Wrangel. Przed prawie milionowym wojskiem polskim droga na stolicę rewolucji wolna. Tylko ruszyć!

Dnia 8 października wojska polskie dotarły o 16 wiorst na zachód od Mińska. Władze bolszewickie uciekły z miasta. Mińsk pozostawiony sam sobie, leży przez kilka dni na ziemi niczyjej. A wojska polskie stoją, nie posuwają się naprzód, jakby zamieniły się w słup soli. Bolszewicy wracają. Ludzie głupieją. Lenin mówi o klęsce w wojnie z Polską, a wszystkie siły kieruje przeciwko Wranglowi. I deklaruje: „Zwycięstwo nad Wranglem jest obecnie naszym głównym i podstawowym celem”… O co w tym wszystkim chodzi? Polska dysponuje siłą dwudziestokrotnie większą niż Wrangel.

12 października został zawarty rozejm wojskowy i wstępny traktat pokojowy pomiędzy Polską i bolszewikami. W dniu 16 listopada 4-ta armia czerwona, ta rozbita pod Ciechanowem i później powtórnie pod Grodnem, ta armia wkracza do Teodozji. 18-go zajęła Jałtę. Niedobitki armii Wrangla i cywile, zapakowani na statki, odpływali do Konstantynopola.«

Te powyższe cytaty pochodzą z moich wcześniejszych blogów: „Wojna 1920 roku” i „Wojna niemiecko-radziecka”. Tam jest wszystko opisane od początku do końca. Te cytaty miały tylko zwrócić uwagę na pewne fakty i dziwne zachowanie Piłsudskiego i Hitlera i ich przychylny stosunek do bolszewików i wrogi do białych.

Tak to wyglądało. Widać wyraźnie, że prawdziwym wrogiem dla bolszewików nie był Piłsudski, ale biali. Dla Piłsudskiego prawdziwym wrogiem byli biali, a nie bolszewicy. Dla Hitlera prawdziwym wrogiem nie był Związek Radziecki tylko Rosja. Jakkolwiek głupio by to brzmiało, ale tak było. Wychodzi więc na to, że te wszystkie wojny były sztucznie wykreowane a ich celem wcale nie było zwycięstwo którejś ze stron, tylko stworzenie pretekstu do dokonania, po tych wojnach, zmian. Po pierwszej wojnie światowej powstała Liga Narodów – taki zaczątek rządu światowego, a po drugiej – ONZ. To już nie zaczątek, forma embrionalna, to w pełni ukształtowany płód.

Dziwne i niezrozumiałe decyzje sugerują, że Piłsudski był agentem Wall Street. Dokładnie według tego samego schematu postępuje 20 lat później Hitler. Tam, gdzie nie pozostaje nic innego jak dobicie przeciwnika, następuje wstrzymanie działań, po to właśnie, by go oszczędzić. Jak gdyby chodziło o to, by wojna trwała jak najdłużej, by zginęło jak najwięcej ludzi, by straty materialne były jak największe.

Zastanawia też zachowanie bolszewików. 13 listopada 1918 roku wypowiadają oni postanowienia Pokoju Brzeskiego, zawartego z Niemcami w marcu tego roku. I ruszają na podbój świata. Jeszcze nie do końca pokonali siły kontrrewolucji a już chcą zawojować świat. Trochę to dziwne i nielogiczne. Nie zaczyna się nowej wojny, gdy stara niedokończona. Tylko czy to są siły kontrrewolucji?

Rewolucja lutowa z 1917 roku była faktycznie rewolucją, bo w jej wyniku 15 marca abdykował car Mikołaj II i powstał Rząd Tymczasowy. Kończyła się więc w Rosji monarchia i zaczynała demokracja. Rząd Tymczasowy to był okres dwuwładzy. Rządy były sprawowane równolegle przez Rząd Tymczasowy i Piotrogrodzką Radę Delegatów Robotniczych i Żołnierskich. Dwuwładza trwała do zbrojnego przewrotu dokonanego przez bolszewików w nocy z 6-go na 7-go listopada. I ten przewrót nazywa się rewolucją październikową według kalendarza używanego w Rosji. Bolszewicy oficjalnie deklarowali, że jego powodem była ochrona wolnych wyborów do Zgromadzenia Konstytucyjnego przed „zamachem reakcji”. Wolne wybory (25 listopada) wygrała partia eserowców (socjalistów-rewolucjonistów), która zdobyła 58% głosów. Bolszewicy uzyskali 25% głosów. Parlament zebrał się tylko jeden raz 18 stycznia 1918 roku, po czym został rozpędzony przez bolszewików.

Zwolenników władzy bolszewików określano jako czerwonych, a przeciwników – jako białych. To była walka o władzę, a nie kontrrewolucja. Białym wcale nie chodziło o restaurację caratu. Utworzyli oni Armię Ochotniczą, którą wspomagały rządy Anglii, Francji i USA. Czerwonych finansowała Wall Street. A co by było, gdyby któraś ze stron nie otrzymała znikąd pomocy? – Nie byłoby konfliktu.

Można by zapytać po co wielki kapitał finansuje te wszystkie wojny i rewolucje? Nawet jeśli rządy robią to samo, to też są to pieniądze finansjery. A może ten wielki kapitał nie tylko finansuje, ale i kreuje konflikty i wojny? Czy dlatego finansuje, że tak sobie zapragnął, czy może jest w tym jakiś ukryty cel? Ten „rozwój poprzez sprzeczności” niszczy społeczeństwa w sensie fizycznym, moralnym i materialnym. Nad zdegenerowanymi, zubożałymi, zdezorientowanymi łatwiej zapanować i podporządkować ich sobie.

Czy świat mógłby rozwijać się pokojowo? Rozwijać te technologie, które służą ludziom, a nie te, które mają ich zniewolić. Pewna nacja przekupuje najzdolniejszych naukowców i inżynierów, by rozwijali te nieprzyjazne człowiekowi. Kiedyś może się to obrócić przeciwko jednym i drugim.

Edukacja

Edukacja jest chyba najważniejszą dziedziną w życiu społeczeństw i dlatego wszystkie państwa przywiązują do niej tak dużą wagę i kontrolują ją. Edukacja to, jak podaje Wikipedia, ogól procesów i oddziaływań, których celem jest zmienianie ludzi, przede wszystkim dzieci i młodzieży, stosownie do panujących w danym społeczeństwie ideałów i celów wychowawczych.

Jest więc edukacja podstawową dziedziną kształtowania młodzieży, która po wejściu w dorosłe życie będzie stanowić podstawę każdego społeczeństwa. Dlatego od edukacji zależy to, jak to społeczeństwo będzie uformowane. W Polsce takim nowożytnym organem edukacji była Komisja Edukacji Narodowej, a właściwie Komisja nad Edukacją Młodzi Szlacheckiej Dozór Mająca. Był to centralny organ władzy oświatowej, zależny od króla i sejmu, powołany przez Sejm Rozbiorowy (1773-1775) 14 października 1773 roku na wniosek króla Stanisława Augusta Poniatowskiego, za zgodą rosyjskiego posła nadzwyczajnego i ministra pełnomocnego Ottona Magnusa von Stackelberga. I dzień ten obchodzony jest obecnie jako Dzień Nauczyciela.

Komisja została powołana głównie dlatego, że do 1773 roku edukacja podstawowa i średnia były w Rzeczypospolitej organizowane przez zakon jezuitów, a ten został rozwiązany przez papieża Klemensa XIV w 1773 roku. Groziło to upadkiem w Polsce edukacji.

Tak to opisuje Wikipedia, z której w dalszej części tego bloga też będę korzystał, a która w innym miejscu pisze, że jezuici nie zajmowali się szkolnictwem podstawowym. Rodzi się jednak pytanie: dlaczego papież rozwiązał zakon, który podkreślał swoje posłuszeństwo wobec niego i przełożonych? Nastąpiło to 18 sierpnia 1773 roku, a Komisja powstała 14 października tego roku. Tylko dwa miesiące! W tak krótkim okresie nie da się chyba przeprowadzić tak skomplikowanej operacji. Wygląda na to, że wszystko musiało być przygotowane wcześniej. Żeby to jednak zrozumieć, a przynajmniej próbować zrozumieć, to wypada przybliżyć sobie wiedzę o tym, czym był zakon jezuitów.

Towarzystwo Jezusowe (łac. Societas Jesu), jezuici – męski papieski zakon apostolski założony przez Ignacego Loyolę.

15 sierpnia 1534 roku w kaplicy Sain-Denis na wzgórzu Montmartre grupa studentów Sorbony z Ignacym Loyolą na czele złożyła śluby czystości, ubóstwa i pielgrzymki do Jerozolimy. Po ukończeniu studiów, nie mogąc udać się do Ziemi Świętej z powodu wojen toczonych przez Wenecję, oddali się do dyspozycji papieża. 3 października 1539 w Tivoli Paweł III zatwierdził ustnie pierwszą wersję reguły zakonnej. Jej pisemne potwierdzenie nastąpiło listem apostolskim z 27 września 1540 roku.

Główne elementy charyzmatu (daru nadprzyrodzonego) zakonu to:

  • akcentowanie posłuszeństwa wobec papieża i przełożonych
  • wybór członków według kryterium wysokich wymagań duchowych oraz predyspozycji intelektualnych i silnej osobowości
  • stałe edukowanie własnych członków, tak aby posiadając nie tylko religijne wykształcenie, byli zdolni dobrze zrozumieć współczesny świat i wchodzić z nim w dialog
  • nacisk na bycie tam „gdzie decydują się losy świata” – a więc wśród elit społecznych kształtujących w danym momencie historycznym większościowe poglądy oraz mających silny wpływ na sprawowanie władzy świeckiej
  • brak sztywnych reguł działania, wykonywanie zadań aktualnie najpotrzebniejszych, pełna dyspozycyjność
  • stawianie czoła najtrudniejszym wyzwaniom, walka na pierwszej linii frontu, wytyczanie kierunków rozwoju Kościoła

Widać więc, że te nadprzyrodzone dary, przynajmniej niektóre, są bardzo praktyczne, co samo w sobie skłania do pewnej refleksji. Do 1492 roku, do momentu wygnania Żydów z Hiszpanii, była ona ich głównym skupiskiem w Europie. Część z nich przeniosła się do Turcji, Holandii, południowej Francji. Ci, którzy zostali, przyjęli pozornie chrzest. Ich ambicją było, żeby jeden syn z każdej rodziny został księdzem. Zakon jezuitów powstał w Hiszpanii. Nie można więc wykluczyć, że przenikali do niego wychrzczeni Żydzi. Takie podejrzenia padają też pod adresem samego Ignacego Loyoli.

Jezuici stworzyli w wielu państwach od podstaw system szkolnictwa średniego. Prowadzili 700 szkół średnich i wyższych na pięciu kontynentach oraz kształcili 20% Europejczyków odbierających klasyczną edukację. Wielu z nich łączyło posługę religijną z pracą naukową. Wyróżniali się w takich dziedzinach jak astronomia, matematyka, sejsmologia, magnetyzm, optyka, elektryczność i biologia. Jeden z nich był prekursorem geometrii nieeuklidesowej i teorii względności. Jezuiccy naukowcy z XVII wieku przyczynili się do rozpowszechnienia zegarów wahadłowych, barometrów, teleskopów zwierciadlanych i mikroskopów. Jezuiccy misjonarze badali historię, kulturę, języki i przyrodę krajów, w których działali.

Szkoły jezuickie prowadzone przez zakon jezuitów pojawiły się w Polsce w 1565 roku. Pojawienie się kolegiów jezuickich (wraz z pijarskimi i teatyńskimi) było przełomem w dziedzinie edukacji. Kolegia te, uważane za najlepsze, rozwijały się najszybciej. Po ogłoszeniu w 1773 roku kasaty zakonu w Rzeczypospolitej, zarząd nad szkołami i majątkami przejęła Komisja Edukacji Narodowej, w której działalność włączyło się wielu jezuitów.

Do Polski sprowadził jezuitów biskup warmiński Stanisław Hozjusz, fundując im kolegium w Braniewie w 1564 roku. Hozjusz to polski humanista, sekretarz królewski Zygmunta I Starego od 1538 roku. Jeden z czołowych przywódców polskiej i europejskiej kontrreformacji. A więc Hozjusz – humanista, jak się można domyślać, członek tajnych związków i do tego sekretarz króla, na dworze którego kręciło się mnóstwo ludzi należących do tajnych związków i zwolenników reformacji. I to on sprowadza zakon jezuitów i jest czołową postacią kontrreformacji. No cóż, rzeczywistość była i jest bardziej skomplikowana niż nam się wydaje.

Po kolegium w Braniewie powstają kolejne w Pułtusku (1566), Wilnie (1570) i Poznaniu (1575). 1 kwietnia 1579 roku król Stefan Batory nadał kolegium jezuickiemu w Wilnie statut uniwersytecki. Nowa szkoła pod nazwą Akademii Wileńskiej była pierwszą wyższą szkołą w Wielkim Księstwie Litewskim. W 1661 roku powstała jezuicka Akademia Lwowska. Przez wiele lat jezuici byli wyłącznymi nauczycielami i wychowawcami polskiej młodzieży magnackiej i szlacheckiej. Fundatorami kolegiów jezuickich byli zazwyczaj przedstawiciele rodów magnackich i możnych rodów szlacheckich. Byli wśród nich m.in. Radziwiłłowie, Potoccy. Nie jest żadną tajemnicą, że wśród rodów magnackich było wielu kalwinów, a i szlachta kręciła się wokół tajnych związków, z których później powstała masoneria. I przynajmniej część z tych fundatorów, będąc kalwinami, przyczyniała się do powstawania tych kolegiów.

Jezuici nie zajmowali się szkolnictwem podstawowym. Prowadzili trzy rodzaje szkół:

  • Szkołę 5-klasową łacińsko-grecką składającą się z trzech klas gramatyki, klasy poetyki i klasy retoryki. Był to odpowiednik szkoły średniej.
  • Szkołę 5-klasową z dodatkiem kursu filozofii. Miała ona charakter uczelni wyższej. Obok 5 klas niższych posiadała jeszcze 2- lub 3-letni kurs filozofii, obejmujący również matematykę i fizykę.
  • Szkoła 5-klasowa z dodatkowym kursem filozofii i teologii. Była to szkoła z kasami niższymi, trzyletnim kursem filozofii i czteroletnim kursem teologii.

Nauczanie jezuitów było oparte na gruntownym poznaniu łaciny i greki oraz teorii poezji i wymowy. Dużą wagę przywiązywano do umiejętności praktycznych. Nieobowiązkowo uczono hebrajskiego, niemieckiego i ruskiego oraz wykładano dialektykę, fizykę i matematykę. Studiowano również geografię, historię i filozofię.

Wysoki poziom nauczania, staranne wychowanie i stosowane metody dydaktyczne, a także bezpłatny charakter studiów przyciągał do szkół jezuickich również młodzież protestancką, co w dużej liczbie przypadków kończyło się przejściem na katolicyzm.

Tak pisze o zakonie Wikipedia. Pewne uwagi na jego temat można znaleźć w powieści Tomasza Manna „Czarodziejska góra”:

»Były to bowiem stany wojskowe, jeden tak samo jak i drugi, i to w niejednym znaczeniu, bo zarówno ze względu na cechującą oba stany „ascezę”, jak i na panującą w nich hierarchię, posłuszeństwo i hiszpańskie pojmowanie honoru. Zwłaszcza to ostatnie było niezmiernie silne w zakonie jezuitów, który wszak wywodził się z Hiszpanii, a którego regulamin ćwiczeń duchowych – poniekąd odpowiednik regulaminu, jaki później pruski Fryderyk wydał dla swej piechoty – był pierwotnie zredagowany w języku hiszpańskim, co sprawiało, że Naphta czy to opowiadając, czy udzielając pouczeń częstokroć posługiwał się hiszpańskim. Mówił tedy o dos banderas, czyli o dwóch sztandarach, pod którymi skupiają się do wielkiej wojny dwie armie, armia piekła i armia duchowna: druga z nich pod Jerozolimą, gdzie wszystkimi dobrymi dowodzi Chrystus, ich capitan general, a pierwsza na równinach Babilonu, gdzie Lucyfer występuje jako caudillo, czyli herszt…«

»Dobrze było, gdy Settembrini był nieobecny przy tych przemówieniach! Bo jeśli był obecny, to odgrywał rolę zakłócającego spokój kataryniarza, powtarzając wciąż swą piosenkę o pokoju – choć przecież jednej wojny bynajmniej nie potępiał, mianowicie narodowej i cywilizacyjnej wojny z Wiedniem, a tę jego namiętność i słabość Naphta znów traktował z szyderstwem i pogardą. Gdy Włoch rozpromieniał się takimi uczuciami, on przeciwstawiał im chrześcijański kosmopolityzm, twierdził, że każdy kraj jest ojczyzną, a zarazem nie jest nią żaden, i twardo powtarzał powiedzenia generała Zakonu nazwiskiem Nickel, że miłość ojczyzny jest „zarazą i najpewniejszą śmiercią miłości chrześcijańskiej”.«

Goswin Nickel był w latach 1652-1664 generałem X kongregacji generalnej zakonu jezuitów. Generał jezuitów jest nazywany potocznie czarnym papieżem. Nazwa wynika z wysokiej pozycji jaką zajmuje zakon jezuitów, a określenie barwy wywodzi się od stroju zakonnego.

Skoro więc chrześcijaństwo jest kosmopolityczne, a miłość ojczyzny jest „zarazą i najpewniejszą śmiercią miłości chrześcijańskiej”, to stąd już tylko jeden krok do… internacjonalizmu. Stoi to w wyraźnej sprzeczności z tym, co głoszą środowiska narodowe i do nich zbliżone, że bez Kościoła nie może być Polski i Polaków. Jak więc pogodzić kosmopolityczne chrześcijaństwo z „zaściankową” miłością ojczyzny?

Sprawą kontrowersyjną a przynajmniej zagadkową jest kasata zakonu. Towarzystwo Jezusowe zostało oskarżone o bunty, rozruchy, waśnie i zgorszenia. Ale przez kogo i kiedy? O tym Wikipedia milczy. Z Francji wypędzono ich w 1764 roku. Z Hiszpanii – w 1767 roku. W tym samym roku wypędzono ich z Neapolu. Z Portugalii – w 1759 roku. Zakon był też zmuszony opuścić kolonie na całym świecie. Zaczęto też domagać się od papieża kasaty zakonu, co nastąpiło oficjalnie 18 sierpnia 1773 roku. – Wszystko to w formie bezosobowej: oskarżenia o bunty, waśnie i zgorszenia oraz domaganie się od papieża. Ale kto oskarżał i domagał się od papieża kasaty zakonu? Tego Wikipedia nie precyzuje. Na terenie Rzeczypospolitej majątkiem pojezuickim z polecenia królewskiego zajęły się Komisje Rozdawnicze Koronna i Litewska.

Początkowo król pruski Fryderyk II nie zgodził się na likwidację zakonu. Kasata nastąpiła kilka lat później. Natomiast Katarzyna II pozwoliła jezuitom pozostać na terenach pozyskanych podczas I rozbioru Polski. Od 1782 roku jezuici zwoływali na terenie Rosji tymczasowe kongregacje, wybierając każdorazowo wikariusza generalnego. W 1801 roku papież Pius VII mianował oficjalnie ówczesnego wikariusza generalnego ojcem generałem „na wygnaniu”. Później jezuici utworzyli dwie oficjalne prowincje – W Rosji i w Neapolu.

Wygląda więc na to, że zakon skasowano, ale jakby tak nie do końca. Z Neapolu ich wygnano w 1767 roku, a już po kilkunastu latach pozwolono utworzyć im w nim prowincję. Rosja, niby taka antykatolicka, a pozwala im pozostać.

W przeddzień kasaty jezuici liczyli 50 prowincji z 1500 domami, kolegiami, nowicjatami, seminariami, konwiktami, rezydencjami i misjami. W 1773 roku było ponad 20 tysięcy jezuitów. W dniu 7 sierpnia 1814 roku papież Pius VII formalnie przywrócił zakon do życia w całym katolickim świecie. Rozpoczęło się stopniowe odbudowywanie Towarzystwa. Otwierano kolegia i uniwersytety jezuickie. Liczba członków wzrastała od około 1000 w 1814 roku do ponad 12.000 w 1880. Renesans zakonu nastąpił po II wojnie światowej, a szczególnie po Soborze Watykańskim II. Obecnie jezuici są ponownie jednym z najbardziej wpływowych zakonów w Kościele katolickim. Jest ich około 19.000. Działają w ponad 114 krajach, posiadają własne uniwersytety, obserwatoria astronomiczne, instytuty geofizyczne, radiostacje, czasopisma, kilka szpitali, szkoły średnie i podstawowe, rozgłośnie radiowe i telewizyjne.

Zakon zlikwidowano 18 sierpnia 1773 roku, a 7 sierpnia 1814 przywrócono go do życia – po 41 latach. Po co więc była cała ta hucpa z jego kasacją? Zbliżała się rewolucja francuska roku 1789 i zmieniał się świat i jego system wartości. Należało więc dostosować system edukacji stosownie do zmieniających się czasów, zgodnie z definicją edukacji zamieszczoną na początku: edukacja to ogól procesów i oddziaływań, których celem jest zmienianie ludzi, przede wszystkim dzieci i młodzieży, stosownie do panujących w danym społeczeństwie ideałów i celów wychowawczych. Ideały miały być zmienione, to również system edukacji musiał zostać zmieniony. Jednak by być skutecznym, musiał być zmieniony odpowiednio wcześniej, by wychować nowe pokolenie. I tak się stało. A po klęsce Napoleona w bitwie pod Lipskiem w 1813 roku zanosiło się na to, że dojdzie do restauracji monarchii. Może już nie takiej jak przed rewolucją, ale jednak monarchii. Nic więc nie stało na przeszkodzie, by „odrestaurować” zakon jezuitów.

Tak, w dużym skrócie, wygląda historia tego zakonu. Komisję Edukacji Narodowej utworzono formalnie na mocy uchwały Sejmu z 14 października 1773. Powstała ona z majątku skasowanego zakonu jezuitów. Pierwszym prezesem został biskup wileński Ignacy Jakub Massalski, który na tym stanowisku dokonał wielu nadużyć finansowych w szkołach litewskich i w 1776 roku został usunięty ze stanowiska. Oficjalnymi członkami Komisji byli posłowie wywodzący się z magnackich rodzin i rodzin powiązanych z tzw. Familią, m.in.: Adam Kazimierz Czartoryski, Ignacy Potocki, Andrzej Zamoyski, biskup płocki Michał Poniatowski. Sądząc po tym składzie, to nie nastąpiło całkowite zerwanie z Kościołem, skoro jego przedstawiciele zajmowali najwyższe stanowiska.

Jednak od samego początku, w pierwszym okresie działania 1773-1780, faktycznymi pracownikami Komisji była grupa uczonych i artystów skupiona wokół Hugona Kołłątaja. Opracowali oni trzystopniowy model szkolnictwa. Najniższym były szkoły parafialne przeznaczone dla niższych stanów (chłopów i mieszczan). Średnim stopniem były państwowe szkoły powiatowe, do których trafiały dzieci z rodzin szlacheckich, ale były one otwarte dla najzdolniejszej młodzieży ze stanów niższych. Najwyższym stopniem były dwa uniwersytety – w Wilnie i Krakowie.

W ramach reformy edukacji podstawowej stworzono Towarzystwo do Ksiąg Elementarnych, które opracowało pionierskie podręczniki, które wymagały, zwłaszcza w zakresie terminologii chemicznej, fizycznej i matematycznej, stworzenia polskiej terminologii tych nauk. Do roku 1780 język polski nie był osobnym przedmiotem nauczania. Stał się takim dzięki pracom Komisji.

Po śmierci biskupa Józefa Andrzeja Załuskiego, marszałek Sejmu wydał zarządzenie przejęcia Biblioteki Załuskich. W imieniu państwa zarządzała nią Komisja. Biblioteka ta stała się pierwszą polską biblioteką publiczną, prekursorką biblioteki narodowej.

W drugim okresie działalności (1781-1788) miała miejsce reforma dwóch wyższych uczelni (Akademii Krakowskiej i Wileńskiej), które oprócz swoich typowych obowiązków, zajęły się nadzorem szkół średnich i podstawowych. W tym czasie podjęto też próby nauczania uniwersyteckiego w duchu oświecenia. Uniwersytety miały pełnić rolę szkół zawodowych. W szkołach średnich i częściowo podstawowych stara kadra nauczycielska, oparta na klerze wywodzącym się z zakonu jezuitów, była stopniowo wymieniana na absolwentów zreformowanych Akademii. Komisja miała też wpływ na szkoły zakonne, które pozostawały częściowo niezależne, ale musiały, przynajmniej formalnie, podporządkowywać się jej zarządzeniom.

W trzecim okresie działalności (1789-1794) Komisja traciła na znaczeniu. Było to wynikiem utraty wpływów politycznych przez stronnictwo reformatorów i rozpadu Rzeczypospolitej. W czasie obrad Sejmu Czteroletniego reformatorzy zgodzili się na ustąpienie w sprawach szkolnictwa, aby przeforsować Konstytucję 3 maja. Konstytucja ta czyniła prezesem KEN prymasa Polski, który zasiadał w Straży Praw (rząd ustanowiony przez Konstytucję 3 maja) jako minister oświaty. Ostateczny cios Komisji zadała konfederacja targowicka, która odebrała jej władzę nad szkołami zakonnymi oraz całkowicie zmieniła jej skład. Istnienie Komisji Edukacji Narodowej potwierdził i określił jej kompetencje sejm grodzieński (1793).

Komisja przejęła majątek skasowanego zakonu: budynki, wyposażenie i kadrę nauczycielską. Wszystko odbyło się drogą pokojową, bez protestów. Ale czy można się dziwić takiej postawie, skoro główne elementy charyzmatu to m.in.:

  • nacisk na bycie tam „gdzie decydują się losy świata” – a więc wśród elit społecznych kształtujących w danym momencie historycznym większościowe poglądy oraz mających silny wpływ na sprawowanie władzy świeckiej
  • brak sztywnych reguł działania, wykonywanie zadań aktualnie najpotrzebniejszych, pełna dyspozycyjność

Widać więc, że wszystko odbyło się według zasad, które jezuici sami sobie narzucili. Można nawet pokusić się o stwierdzenie, że kasata była pozorna. Ci sami ludzie działali już tylko pod innym szyldem, zgodnie z powiedzeniem: dużo się musi zmienić, by nic się nie zmieniło. Tak to działało wczoraj i tak to działa dziś.

Konstytucja 3 maja

Konstytucja 3 maja to jedno z najważniejszych wydarzeń w dziejach Polski. Nadal jednak jest ona źródłem wielu sporów i polemik. Ma ona swoich zagorzałych zwolenników, ale też i zażartych wrogów. Jej przeciwnicy uważają, że przyczyniła się do II-go i III-go rozbioru. Jak więc na nią patrzeć? Pierwszą i podstawową rzeczą, jaką wypada wiedzieć, jest to, że decyzję o jej uchwaleniu podjął sejm skonfederowany tj. taki, który podejmuje decyzje większością głosów, a nie – jednomyślnie. Gdyby sejm nie był skonfederowany, to ta konstytucja nigdy nie zostałaby uchwalona. Wystarczyłby sprzeciw jednego posła. A może nie byłoby żadnego sprzeciwu i głupio by to wyglądało, taka niespotykana jednomyślność. Dlaczego więc sejm był skonfederowany? I czy stało się to przypadkiem? Na jego skonfederowanie musiała wyrazić zgodę Katarzyna II i taką zgodę dała. I czy to też był przypadek? O co w tym wszystkim chodziło? Jak zwykle w takich sytuacjach, wypada chyba zacząć od początku: od konfederacji i od tego, jak ona doprowadziła do powstania skonfederowanego sejmu.

Czym była konfederacja w historii Polski? Konfederacja (od łacińskiego confoederatio, związek) – związek zbrojny zawiązywany przez duchownych, szlachtę i miasta w celu realizacji własnych intencji lub w zastępstwie władzy państwowej, tworzony w Polsce i na Litwie w wiekach XIII-XIX. Jej genezy należy szukać w średniowiecznym prawie oporu przeciwko władzy. Charakterystyczną cechą konfederacji była przynależność imienna; spis jej członków sporządzano w okresie jej zawiązywania. Jako że zawiązanie następowało dla realizacji z góry określonego celu, konfederacja miała charakter czasowy.

Pierwszymi tego typu związkami były konfederacje miejskie, powoływane w latach 1298, 1302, 1310, 1350 przez miasta Wielkopolski. Miały one na celu m.in. ochronę bezpieczeństwa handlu i spokoju publicznego poprzez tępienie rozboju na drogach. Konfederacje wyłącznie rycerskie powstawały w Polsce w XIV wieku. Zwoływane były w obronie swobód szlacheckich przeciwko władzy centralnej, wpływom duchowieństwa i rozwojowi husytyzmu. W 1307 roku, w reakcji na związanie konfederacji rycerskiej przeciw roszczeniom kleru, dotyczącym dziesięcin i sądownictwa, duchowieństwo związało własną konfederację.

Konfederacje mogły być tworzone przy osobie króla, w obronie majestatu; istniały też przypadki, gdy władca sam popierał ich postulaty i przyłączał się do związku. Konfederacje uznane za buntownicze wobec króla nazywano rokoszami.

W czasie bezkrólewia po śmierci Zygmunta Augusta w 1572 roku wykształcił się nowy rodzaj tego typu związków – konfederacja generalna lub konfederacja kapturowa, zastępująca najważniejsze instytucje państwa, które w normalnym trybie działały w imieniu króla, gdy nie było monarchy. Uchwały konfederacji generalnej stanowione były większością głosów.

Prawo do występowania poddanych przeciwko władzy gwarantował artykuł de non praestanda oboedientia konfederacji warszawskiej w 1573 roku, wysnuty z przywileju mielnickiego z 1501 roku, gdzie zapewniano senatorom prawo do uważania króla, który przekroczył swoje uprawnienia, za tyrana.

W czasie konfederacji sejm zastępowała rada generalna konfederacji, na której decyzje w razie konieczności zapadały większością głosów. Wybrany przez szlachtę marszałek konfederacji sprawował władzę wykonawczą wraz z królem i senatem. W czasie obowiązywania konfederacji zawieszano przynajmniej de jure prawa szlachty (zakaz pozbawiania wolności i konfiskaty mienia bez wyroku sądowego).

Początkowo konfederacje obejmowały jedno tylko województwo bądź ziemię (konfederacja wojewódzka). Konfederację, która obejmowała całe państwo, nazywano konfederacją generalną. Konfederacje generalne zawiązywano osobno dla Korony i Wielkiego Księstwa Litewskiego. Władzę nad konfederacją obejmowała rada generalna konfederacji. W czasie trwania konfederacji w jej organach obowiązywała zasada głosowania większością głosów. Ten ewenement ustrojowy doprowadził do powstania sejmu skonfederowanego. Kilka rad walnych konfederacji miało charakter sejmów nadzwyczajnych (1710, 1735).

Zawiązywania konfederacji w Rzeczypospolitej zakazała ostatecznie konstytucja sejmu niemego z 1717 roku, w rzeczywistości zasada ta nigdy nie była przestrzegana. Sejm Czteroletni uchwalił ustawę zabraniającą tworzenia konfederacji, zapowiadającą karanie śmiercią inicjatorów takich związków.

Tyle m.in. możemy przeczytać w Wikipedii. Czymże więc była ta konfederacja? Był to idealny instrument do destabilizacji państwa i pretekst do ingerencji w sprawy państwa, w którym zastosowano tego typu rozwiązanie. Konfederacja barska (1768-72) porwała w pewnym momencie króla i to wystarczyło do dokonania pierwszego rozbioru.

Pierwszy rozbiór Polski nastąpił w 1772 roku. Pretekstu do niego dostarczyła konfederacja barska. Był to związek zbrojny szlachty polskiej, utworzony 29 lutego 1768 roku w Barze na Podolu. Był skierowany przeciwko Rosji i królowi Stanisławowi Poniatowskiemu oraz popierającym go wojskom rosyjskim. Celem konfederacji było zniesienie ustaw narzuconych przez Rosję, zwłaszcza tych zapewniających równouprawnienie innowiercom.

Jeszcze wcześniej zwołany został 8 listopada 1763 roku sejm konwokacyjny 1764 roku w celu przygotowania elekcji Stanisława Poniatowskiego. Obrady trwały od 7 maja do 23 czerwca 1764 roku. Sejm przeprowadził szereg reform ustroju I Rzeczypospolitej. Konfederacja stronników Czartoryskiego doprowadziła na drodze zamachu stanu do odsunięcia od obrad znacznej części posłów związanych z obozem sasko-republikańskim i do skonfederowania sejmu konwokacyjnego.

W celu skutecznego przeprowadzenia obrad Zamek Królewski i Krakowskie Przedmieście obsadzono wojskami rosyjskimi z armatami i nadwornymi wojskami Czartoryskich. Posłowie opozycji sprzeciwiali się i w ramach protestu przeciwko obecności wojsk rosyjskich opuścili salę obrad. Natomiast familia Czartoryskich, za zgodą posła rosyjskiego Hermana Karla von Keyserlinga, przeprowadziła zmianę ustroju Rzeczypospolitej. W obradach uczestniczyło jedynie 80 posłów (powinno 300) i 7 senatorów (zamiast 136). Reformy były dość radykalne. Zniesiono liberum veto, zlikwidowano żydowski Sejm Czterech Ziem, uporządkowano sprawy celne, wprowadzono zakaz przysięgania posłów na instrukcje poselskie. To tylko niektóre z tych fundamentalnych zmian.

Chociażby na tym przykładzie widać, że z demokracją nie miało to wiele wspólnego i sposób, w jaki uchwalono Konstytucję 3 maja, nie był czymś wyjątkowym. Raczej była to praktyka. Na ogół przedstawia się nam sejmy Rzeczypospolitej jako anarchiczne, bezradne wobec liberum veto, a prawda jest taka, że sejmy skonfederowane wcale nie były wyjątkami. Wprost przeciwnie! Często się nimi posiłkowano. Ale to też była parodia. Na konfederację tworzono kontrkonfederację.

Reformy te (sejmu konwokacyjnego) były tak rewolucyjne, że począwszy od 1766 roku porzucili je nawet sami inicjatorzy – Czartoryscy. Król był zupełnie osamotniony. Popadł w całkowitą zależność od Katarzyny II. W 1767 roku wkraczają wojska rosyjskie. Pod ich osłoną poseł rosyjski Nikołaj Repnin zawiązuje 20 marca konfederacje różnowiercze: słucką dla Wielkiego Księstwa Litewskiego i toruńską dla Korony. 23 czerwca w reakcji na te wydarzenia szlachta katolicka związała konfederację radomską, skierowaną przeciwko Stanisławowi Poniatowskiemu. Wykorzystuje to Repnin, uzyskując nad nią wpływ i zmusza Poniatowskiego do podporządkowania się Katarzynie II.

Zawiązany pod węzłem konfederacji radomskiej tzw. sejm repninowski w Warszawie zajął się rewizją reform przeprowadzonych przez sejm konwokacyjny w 1764 roku. Kwestią drażliwą pozostała sprawa równouprawnienia innowierców. Repnin sterroryzował posłów, porywając 14 października 1767 roku przywódców konfederacji radomskiej: biskupa krakowskiego Kajetana Sołtyka, biskupa kijowskiego Józefa Andrzeja Załuskiego, hetmana polnego koronnego Wacława Rzewuskiego i jego syna Seweryna.

24 lutego 1768 Rzeczypospolita podpisała z Rosją traktat o wieczystej przyjaźni, w wyniku którego stawała się rosyjskim protektoratem. Katarzyna II gwarantowała nienaruszalność granic i ustroju wewnętrznego państwa (Skąd my to znamy? Trwały sojusz ze Związkiem Radzieckim, gwarantem naszych zachodnich granic.). 26 lutego uchwalono prawa kardynalne, sankcjonujące równouprawnienie innowierców jako nienaruszalne prawo Rzeczypospolitej. W przededniu tych wydarzeń opuścili Warszawę główni przywódcy spisku barskiego.

Tak to opisuje Wikipedia. Nasuwa się jednak pytanie: Skąd przywódcy „spisku” (już nie konfederacja, tylko spisek) barskiego wiedzieli, jak rozwinie się bieg wydarzeń, skoro nie było ich w Warszawie. Chyba tylko od swoich „braci”.

Walki konfederatów barskich trwały do sierpnia 1772 roku. Rozbioru dokonano oficjalnie 18 września, ale decyzja o nim zapadła w Petersburgu już w połowie 1771 roku. Sam pomysł musiał być znacznie wcześniejszy i ktoś starannie to wyreżyserował: stworzenie pretekstu do buntu, a następnie zorganizowanie go. W walkach po stronie konfederatów wzięło udział 100 tysięcy ludzi. Stoczono około 500 potyczek. Straty konfederacji to 60 tysięcy. Było to więc bardzo skomplikowane i kosztowne przedsięwzięcie. Bitwy toczono na terenie całego kraju. Dowódcami byli Kazimierz Pułaski, Michał Jan Pac, Maurycy Beniowski i Charles François Dumouriez.

Pułaski był masonem, o czym informuje nawet Wikipedia. Z kolei Dumouriez w 1770 roku został wysłany do Polski, gdzie miał za francuskie pieniądze organizować korpus posiłkowy konfederacji barskiej. Po wybuchu rewolucji francuskiej przystąpił do jakobinów. – I wszystko jasne! Konfederacja barska była dziełem masonerii i przez nią finansowana. Tak więc prawdopodobnie wszystko zostało wyreżyserowane: te ustawy o prawach dla innowierców i te „święte oburzenie”, które doprowadziło do powstania tej konfederacji. I tak dokonano I-go rozbioru Rzeczypospolitej. Na kolejny trzeba było czekać aż 21 lat.

Sejm Czteroletni (1788-1792) – zwołany w Warszawie 6 października 1788 roku za zgodą cesarzowej Rosji Katarzyny II. Obradował do 29 maja 1792 roku. Był to sejm skonfederowany. Można by w tym miejscu zapytać: dlaczego niektóre sejmy były skonfederowane, a inne – nie. Kto decydował o tym, że teraz trzeba gładko przeforsować pewne projekty, a innym razem można sobie pozwolić na „wolność” i dezorganizować prace sejmu. Czasem można odnieść wrażenie, że ustrój Rzeczypospolitej został tak zaprojektowany, by zawsze móc realizować swoją grę polityczną, czy to poprzez liberum veto, czy – konfederację.

Obie te zasady ustrojowe pojawiły się po powstaniu Rzeczypospolitej Obojga Narodów, czyli po powstaniu unii polsko-litewskiej. Dokładnie – po śmierci Zygmunta Augusta w 1572 roku. Również wtedy pojawia się trzecia zasada ustrojowa – wolna elekcja. Cała szlachta wybierała króla (viritim). Nie bez wielkiej przesady można powiedzieć, że po śmierci Zygmunta Augusta dokonuje się wielka rewolucja. Powstaje zupełnie nowy ustrój państwa. To jest ta słynna demokracja szlachecka. Jej trzema filarami są:

  • liberum veto
  • konfederacja
  • wolna elekcja

Kto zdecydował o tym, że wprowadzono te trzy zasady ustrojowe? Jakie pole do manipulacji stwarza taki ustrój! Wmawia się nam, że Polacy to warchoły, anarchiści, buntownicy itp. Tylko nikt nie mówi, że polskimi królami, po wymarciu dynastii Piastów, byli przeważnie obcy, że I RP to konglomerat różnych narodowości, że była ona miejscem intensywnego osadnictwa Żydów po ich wygnaniu z Hiszpanii w 1492 roku. Nie mówi się nam nic o tym, jaki wpływ na losy tego nowego tworu, czyli unii polsko-litewskiej, miała reformacja i tajne związki humanistów, przywleczone do nas przez królową Bonę. Nie mówi się o tym, jaki to miało wpływ na Zygmunta Starego i jego następcę – Zygmunta Augusta.

Zygmunt Stary zajmował wobec reformacji stanowisko wyczekujące i takim postępowaniem sankcjonował jej powstanie i rozwój. Przybycie królowej Bony (1519) otworzyło polski dwór królewski dla tajnych związków humanistycznych i dla Żydów. Jednym z nadwornych lekarzy królowej był Mojżesz Fiszel. Jego matka i córka należały do świty Bony.

„Już w czasie panowania Zygmunta I (1506-1548) zaprowadził podobno Brancacio, dworzanin królowej Bony, wolnomularstwo na królewskim dworze, a syn jej, Zygmunt II August (1548-1572), którego panowanie zwą złotym okresem literatury polskiej i który wydał w r. 1562 edykt tolerancyjny, proklamujący wolność wyznania i odbierający wyrokom sądów duchownych egzekutywę państwową, należał podobno do związku wolnomularzy.” – M.S. Goldbaum, Rudimente einer Geschichte der Freimauererei in Polen, za Henryk Rolicki, Zmierzch Izraela.

Trzeba oczywiście wziąć poprawkę na to, że masoneria powstała później z tajnych związków humanistyczno-reformacyjnych, do których musiało należeć wiele osób na dworze Zygmunta I, a później również jego syn i następca, Zygmunt August.

„Spowiednikiem królowej był niejaki Lismanini, jedna z najbardziej podejrzanych postaci reformacji w Polsce. Nic więc dziwnego, że postępowanie Bony z protestantami było bardzo nierówne. Kierowały nią nie tylko względy dogodności, lecz różne i namiętne zachcianki kobiety zepsutej; albowiem niepodobna przypuścić, by uczucia religijne mogły mieć jakikolwiek wpływ na duszę takiej jak Bona istoty, objawiającej stale zupełne lekceważenie wszelkich zasad moralnych. – Walerian Krasiński, Zarys dziejów powstania i upadku reformacji w Polsce.”

„W tych warunkach, gdy centrum organizacyjne reformacji znalazło się tuż pod bokiem dwóch ostatnich Jagiellonów, łatwo zrozumieć, dlaczego Zygmunt I był pierwszym w Europie, który oficjalnie uznał reformację, przyjmując w r. 1525 na rynku krakowskim hołd od Albrechta brandenburskiego, wielkiego mistrza zakonu krzyżackiego i nadając mu duchowne dobra zakonne, jako lenno świeckie. Ten krok, który historycy polscy jednogłośnie niemal uznają za olbrzymi błąd polityczny, umożliwiający późniejsze rozbiory, podyktowany został wpływami reformatorów i był wyzwaniem Rzymu. Rzecz charakterystyczna, że równocześnie brat wychrzczonego żyda, Abrahama Ezofowicza, mianowanego przez Zygmunta I podskarbim litewskim, Michał Ezofowicz otrzymuje nobilitację.

Nobilitacji jego dokonał Zygmunt na rynku krakowskim podczas uroczystości składania hołdu przez Albrechta, księcia pruskiego. Jest to jedyna w dziejach Polski nobilitacja niechrzczonego żyda. – Majer Bałaban, Historia i literatura żydowska.

Siły reformacji wzrosły jeszcze za Zygmunta Augusta, który, sądzić wolno – był czynnym członkiem stowarzyszenia, założonego przez Lismaniniego. Sekretarzem jego był członek tego związku, znany bojownik kościoła narodowego, Andrzej Frycz-Modrzewski. Zygmunt August, jeszcze jako królewicz, propagował reformację.”

„Reformacja czuje się tak dalece na siłach, że na sejmie piotrkowskim w r. 1559 pojawia się wniosek, by wyłączyć biskupów katolickich z senatu, albowiem składają papieżowi przysięgę wierności. Wniosek jednak nie został przyjęty.”

„Do reformacji, a zwłaszcza do wyznania helweckiego (kalwińskiego) garnęło się możnowładztwo polskie i litewskie. Pod koniec panowania Zygmunta Augusta innowiercy mieli zdecydowaną większość wśród świeckich. W r. 1569 było 58 senatorów ewangelików, 53 katolików, 2 prawosławnych, ponadto zaś 15 biskupów katolickich.”

Wszystkie powyższe cytaty pochodzą z książki Henryka Rolickiego Zmierzch Izraela.

Takie było otoczenie dwóch ostatnich Jagiellonów. I to właśnie to otocznie, no bo któż inny, „wysmażyło” ten kuriozalny, idiotyczny ustrój, który, dokładnie w 200 lat po śmierci Zygmunta Augusta, doprowadził do I-go rozbioru. A był on wynikiem powstania konfederacji barskiej i jej działań.

Nie byłoby Konstytucji 3 maja, gdyby nie było Sejmu Czteroletniego (1788-92). Należy więc zacząć od niego i dowiedzieć się, w jakich okolicznościach doszło do jego powstania, a zwłaszcza do tego, że był to sejm skonfederowany, podejmujący decyzje większością głosów.

Nie mogę się powstrzymać, by nie przytoczyć kilku cytatów z książki Karola Zbyszewskiego Niemcewicz od przodu i tyłu. Pisał on językiem niezwykle soczystym i wyrazistym. Parę lat spędził w archiwach. Dotarł do dokumentów źródłowych, do pamiętników bezpośrednich świadków tamtych wydarzeń. To miała być jego praca doktorska na Uniwersytecie Warszawskim tuż przed wojną. Niestety odrzucono ją. Nie była zbyt „poważna”.

„Państwowe dochody Polski wynosiły rocznie 18 milionów, prywatne króla – 10 milionów złotych; wojsku można było nie płacić, bez armat się obejść, ale nałożnice monarsze musiały otrzymywać żołd akuratnie, nowe bohomazy w Łazienkach przybywać. Stanisław August miał długów powyżej uszu, bał się, że przy pierwszej o tym wzmiance opozycja wrzaśnie: Veto! i sejm rozejdzie się po kościach, nie uchwaliwszy mu żadnego sukursu. Szermując tedy potrzebą ustanowienia wojska i podatków, prosił usilnie przełaskawą Katarzynę o pozwolenie zawiązania konfederacji.

Carowa, przyzwyczajona, że Polacy leżą przed nią plackiem, upewniana przez Stackelberga, że i obecny sejm będzie mu posłuszny jak piesek – zezwoliła. – Ostatecznie, myślała, jeśli te niechlujne Polaczyszki zdobędą się naprawdę na wystawienie nieco wojska – tym lepiej, nic to nie będzie kosztować, a w razie kiepskiego obrotu wojny z Turcją może się przydać…

Siódmego października, jak zawsze w pierwszy poniedziałek po świętym Michale, nastąpiło otwarcie skonfederowanego sejmu. Marszałkiem obrano prawie jednogłośnie Stanisława Małachowskiego, zwanego polskim Arystydesem, co nie było znowu tak wielką pochwałą; każdego nieprzyłapanego na grubszym złodziejstwie zwano wtedy w Polsce Arystydesem. Było ich w całym kraju aż kilkunastu.”

„Trzynastego października otyły poseł pruski Buchholtz złożył notę sejmowi, w której jego pan, opasły Fryderyk Wilhelm, uprzejmie, po mnóstwie komplementów, proponował związanie z Polską przymierza.

Sejm oniemiał z radosnego wzruszenia. Do nich taka nota? Do nich, co od 25 lat otrzymywali od państw sąsiednich nie noty, ale aroganckie rozkazy, brutalne jak kopniaki. I to od Prus! Od tych Prus, co samowolnie poszerzały o kilometry granice zaboru, co bezprawnie nakładały takie cło na zboże spławiane Wisłą, że zabiły cały handel; jeszcze tak niedawno nie można było utrzymać w Warszawie wysokiego lokaja, bo werbownicy szwabscy porywali dorodnych mężczyzn w biały dzień ze środka ulic. Zdawkowe, obyczne zwroty grzecznościowe noty dyplomatycznej wydawały się sejmowi anielskim kwileniem, wnet kazał ją wydrukować i rozrzucić po kraju, by i obywatele mieli frajdę. Pięćdziesięciu posłów podrałowało do Buchholtza złożyć mu podziękowania, ledwo nie wysłano poselstwa dziękczynnego do Berlina. Pierwszy kamyk pruski w folwark Katarzyny zrobił wrażenie lawiny.”

„I oto nagle sejm składający się dotychczas ze stronników króla, Branickiego, Szczęsnego, Czartoryskiego, z posłów co – jak utarło się od wieku – byli klientami jakiegoś magnata, co mieli nie rozumować, a tylko iść ślepo za swym panem, ten sejm zawsze skłócony, rozdrobniony na dziesiątki grupek – podzielił się nagle na dwa wyraźne obozy: za Rosją i przeciw niej. Po raz pierwszy od niepamiętnych czasów sejm różniły nie możne osobiste ansy, nie małe świństewka, konszachty, ale arcyważne, polityczne zagadnienie: dogorywać pod moskiewskim butem czy próbować się spodeń wykaraskać? Z jednej strony chłystki niewidzący poza spódnicę wszechpotężnej carowej, jurgieltnicy drżący o swe pensje, tchórze; z drugiej ludzie, którym zbrzydło jarzmo, którym kołatało coś jeszcze żywiej w piersiach na dźwięk – Polska!”

„Walka z Rosją była wygrana: rublobiorcy zdziesiątkowani, ingerencja kacapska zlikwidowana, król zagłuszony, Stackelberg mógł już tylko rozkazywać swej kucharce.

Wielu zajadłych, krzykliwych, dotąd pożytecznych patriotów, jak Suchodolski i Suchorzewski, uznało, że sejm zrobił swoje, winien zakończyć swój żywot, a Polska rządzić się nadal tymiż prawami. Bardziej rozgarnięci patrioci pojmowali, że Polska stoczyła się do obecnego stanu bezsilności i poniżenia nie z powodu Rosji, lecz fatalnego ustroju. Postanowili dać Polsce nowy, sensowny.

Zniesienie wolnej elekcji i liberum veto, ukrócenie hetmanów, wzmocnienie władzy dziedzicznego monarchy – oto cele, które dzięki Ignacemu Potockiemu, Staszicowi, Kołłątajowi przyświecały drugiej edycji patriotów.

Dotychczasowy podział – za Rosją i przeciw niej, stał się nieaktualny; sejm rozpadł się na dwa nowe stronnictwa: zwolenników starego bałaganu i wyznawców reformy. Wciąż dotąd pijany Ksawery Branicki wylazł spod stołu, stanął na czele zacofańców, wylękniony Stanisław August zbliżył się do postępowców.”

„Patrioci parli całą siłą do zawarcia trwałego przymierza z Prusami. Nie wyobrażali sobie Polski bez gwarancji obcego mocarstwa.

Układy szły powoli, omal nie zostały zerwane, gdy Fryderyk Wilhelm zażądał szczerze Gdańska i Torunia, podjęte na nowo, gdy przewrotnie zapewnił, że wcale tych miast nie pragnie. Stanisław August przeszkadzał naprzód wszelkimi sposobami, robił drobne intrygi, zagroził nawet, że wyjedzie na rok do Włoch, zostawiając sejm własnemu rozumowi.”

„Dwudziestego dziewiątego marca 1790 roku zostało ostatecznie podpisane przymierze. Prusy o 200-tysięcznej armii i Polska o niespełna jeszcze 50-tysięcznej warowały sobie dokładnie w trakcie rozmiary pomocy wojskowej i finansowej w razie napaści na któreś państwo. Zbyt korzystne to było dla Polski, aby mogło być dochowane. Dla Prus, będących w naprężonych stosunkach z Rosją i Austrią oraz chcących szantażować całą Europę, przymierze było chwilowo na rękę; Polska nic na nim nie traciła, ale naiwnością patriotów była wiara, że bezinteresowna obrona Rzplitej przed Moskwą i wdzięczność jej obywateli jako jedyna zapłata Prusom wystarczą.”

„O wprowadzeniu nowego ustroju też nieco myślano. Specjalna deputacja do formy rządu wzięła się gorliwie do rzeczy – zaczęła od wypożyczenia z biblioteki królewskiej wszystkich książek traktujących o jakichkolwiek ustrojach i przeczytała je sumiennie. Sądzono wtedy, wzorem filozofów francuskich, że wystarczy przestudiować 200 różnych konstytucji, by ułożyć 201. – idealną.

Biskup Krasiński, dawna sprężyna konfederacji barskiej, przedstawił projekt 658 artykułów liczący. Samo odczytanie zajęło trzy dni! A potem na poszczególne artykuły tracono całe posiedzenia. Nawet sensownie debatowane i nie najtępsze zapadały uchwały, ale tempo było tak straszliwie powolne, iż ludzie umiejący na palcach liczyć, szybko wykalkulowali, że i Matuzalemowi nie starczyłoby czasu na przeprowadzenie konstytucji tą manierą – paragraf po paragrafie.

Wybitniejsi posłowie, prowodyrzy patriotów, przestali uczęszczać do sejmu, pokazywali się tam rzadko i na krótko – natomiast zbierali się prywatnie u Małachowskiego i radzili nad formą nowej konstytucji.”

„W ciasnym mieszkaniu Piattolego na Zamku, począwszy od stycznia 1791 roku, odbywały się zebrania. Przychodzili na nie Małachowski, Potocki, Kołłątaj, książę Adam, Sołtyk, Warnecki, redakcja Gazety Narodowej w komplecie – Mostowski, Weyssenhoff, Niemcewicz i jeszcze kilku co rozgarniętszych.

Ukrytym korytarzem przyczłapywał ze swych pokoi Stanisław August w towarzystwie ulubionego szambelana Wilczewskiego – głuchoniemego idioty.

Zarysy konstytucji przyjemnie zadziwiły króla; on, który przez sejm obecny został zredukowany do roli kołka w tronie, teraz, wedle projektu, miał się stać władnym monarchą, zostać wzniesionym w górę jak monstrancja. Normalni spiskowcy przemyśliwują, jak pozbawić swego króla władzy, że tu jednak spisek został zawiązany w momencie, gdy król żadnej władzy nie miał – patrioci uparli się go nią obdarzyć. Dla poprawienia sytuacji – zrobić wszystko na odwrót niż jest – umysł ludzki nie zdobędzie się nigdy na nic innego.”

„W rzeczywistości konstytucja była dziełem była dziełem trzech ludzi: opierała się w zasadniczych zrębach na koncepcjach Kołłątaja, układał ją Ignacy Potocki, redakcję powierzono Piattolemu. On jeden spośród tej polskiej elity umysłowej pisał bez błędów ortograficznych i miał wykształcenie prawnicze; rozbijał materiał na paragrafy, ujmował w treściwe zdania. Piattoli nie umiał słowa po polsku, konstytucja została więc naprzód napisana po francusku. Przetłumaczenie jej na polski zajęło miesiąc.”

„Osiemnastego kwietnia Małachowski, limitując sejm na dwa tygodnie świąteczne, życzył posłom wesołego jajka i dobrego trawienia. Z ukrytą radością patrzyli patrioci na rozjeżdżających się zacofańców, całą nadzieję teraz pokładali w ich zamiłowaniu do obżarstwa: Nie oderwą się od święconego, nie wrócą na czas! – myśleli”

Konstytucję uchwalono 3 maja 1791 roku. Na Zamek przybyło 182 posłów (na ogólną liczbę około 500), z których 72 było jej przeciwnikami. Można sobie zadać w tym momencie pytanie: dlaczego aż połowa posłów nie przyjechała? Przecież wyjeżdżając na święta wielkanocne wiedzieli, kiedy sejm wznowi obrady. Czyżby o jej zatwierdzeniu mieli zadecydować tylko wtajemniczeni, a opozycja miała tylko udawać, że jest przeciw. Gdyby jej nie uchwalono, nie byłoby pretekstu do powstania konfederacji targowickiej, która została zawiązana w nocy z dnia 18 na 19 maja 1792 roku w Targowicy, w porozumieniu z cesarzową Rosji Katarzyną II, pod hasłami obrony zagrożonej wolności przeciwko reformom Sejmu Czteroletniego i Konstytucji 3 maja.

18 maja 1792 roku 20 tysięcy konfederatów wraz z rosyjską piechotą liczącą 97 tysięcy wkroczyło do Polski. Król i reformatorzy mogli wystawić 37-tysięczną armię. Polska armia pod rozkazami Józefa Poniatowskiego i Tadeusza Kościuszki pokonała Rosjan w kilku bitwach. Jednak decydujący cios zadał sam król. W lipcu 1792 podczas oblężenia Warszawy, uznał, że zwycięstwo nad Rosjanami nie jest możliwe i poddanie się uchroni od totalnej klęski i masakry rewolucjonistów. 24 lipca Stanisław August Poniatowski przyłączył się do konfederacji targowickiej. Polska armia uległa rozbiciu, a wielu reformatorów, uznając sprawę za przegraną udało się za granicę. – No cóż, masoni nie mają ojczyzny. Zrobili „zadymę” i uciekli. Targowiczanie nie uratowali Polski (czy aby o to walczyli?). Pół roku później, 23 stycznia 1793 nastąpił drugi rozbiór, w którym uczestniczyły Prusy i Rosja. A więc sojusznik „patriotów” z sojusznikiem „zdrajców”. Można by skonstatować, że Polacy okazali się wyjątkowo naiwni, gdyby nie fakt, że zarówno „patrioci” jak i „zdrajcy” byli w większości masonami. Dziwne też jest zachowanie Rosji, która panuje niepodzielnie nad Rzeczpospolitą i wprowadza do niej swoje wojska, czego nie czynią Prusy, a mimo to dzieli się z nimi jej terytorium w drugim rozbiorze. Wygląda na to, jakby ktoś Rosji z góry dyktował, co ma czynić. To zresztą dotyczy też Prus. Celem nadrzędnym wydaje się być zlikwidowanie Rzeczpospolitej.

Konstytucja 3 maja liczyła 11 artykułów. Wprowadziła prawo powszechnej niepodległości dla szlachty i mieszczaństwa oraz trójpodział władzy na ustawodawczą (dwuizbowy parlament), wykonawczą (król) i sądowniczą. Ograniczała demokrację, pozbawiając część społeczeństwa (szlachtę gołotę) praw politycznych. Znosiła unię polsko-litewską na rzecz jednego państwa. W miejsce wolnej elekcji wprowadzono elekcję w ramach dynastii. Zgodnie z konstytucją po śmierci Stanisława Poniatowskiego tron miał stać się dziedziczny i przekazany Augustowi z dynastii Wettynów, z której pochodzili dwaj poprzedni królowie. Konstytucja znosiła liberum veto, konfederacje, skonfederowane sejmy oraz nadmierny wpływ sejmików ziemskich, wynikający z natury instrukcji nadawanych przedstawicielom do sejmu. Uznawała też ona katolicyzm za religię panującą, jednocześnie zapewniając swobodę wyznania.

Śledząc te wszystkie wydarzenia wokół tej konstytucji, nie sposób oprzeć się wrażeniu, że to wszystko było wyreżyserowane. Patrioci – masoni, targowiczanie – też. Trudno nie dojść do takiego wniosku, jeśli uwzględni się, że całe otoczenie ostatnich Jagiellonów tworzyli ludzie wywodzący się z tajnych związków humanistycznych i środowisk reformacyjnych. Któż inny mógł stworzyć taki ustrój, w którym państwo, z założenia, miało być kierowane przez ludzi ukrytych za marionetkami, wystawianymi na widok publiczny. Liberum veto, konfederacja, wolna elekcja – kto wprowadził te zasady ustrojowe?

Możemy się spierać o to czy patriotami byli zwolennicy konstytucji, czy targowiczanie. Możemy dyskutować na temat tego, czy była ona tak nowatorska i była tak wielkim dziełem. Wszystko jednak na to wskazuje, jeśli uwzględni się bieg wydarzeń, że została ona wprowadzona tylko po to, by mogła być obalona. To samo dotyczy również Sejmu Czteroletniego. Gwarantem niepodległości miały być Prusy. Gdy jednak Rosja wkracza ze swoim wojskiem, to nie reagują, a właściwie reagują, tyle że pół roku później, dokonując, do spółki z nią, II-go rozbioru.

Wszystkiego tego, co działo się w Rzeczpospolitej w latach Sejmu Czteroletniego, II-go i III-go rozbioru, nie można rozpatrywać w oderwaniu od tego, co działo się we Francji. Trzeba było stworzyć jakiś pretekst, by Rosja i Prusy nie interweniowały w obronie monarchii. I tak by tego nie zrobiły, ale potrzebne było wytłumaczenie. Zupełnie jak obecnie. Stwarzamy fikcyjnego wirusa, a nawet jeśli nie fikcyjnego, to niegroźnego, po to, by realizować swoje mesjańskie cele pod pozorem walki z nim.

Rozbiory Rzeczpospolitej dokonały się. Były trzy. Dlaczego trzy, a nie – jeden? Z „logistycznego” punktu widzenia wydaje się, że prościej było dokonać jednego. A tu po pierwszym, na dwa następne, trzeba było czekać ponad dwadzieścia lat. Komu przeszkadzało to państwo? I dlaczego akurat to? Jeśli to, co napisałem powyżej, może wydać się komuś niespójne i nielogiczne, to może moje wcześniejsze blogi: Reformacja w Polsce, Sztadlani i Żydzi a rozbiory, co nieco rozjaśnią.

Żydzi

Wspólna polsko-żydowska historia ma około 1000 lat. Pierwsi Żydzi pojawili się na ziemiach polskich pod koniec XI wieku – taka jest wersja oficjalna. Z XII wieku pochodzą dokumenty z Mazowsza pisane po hebrajsku. Żydzi, przynajmniej niektórzy, utrzymują, że to oni pierwsi pojawili się na tych ziemiach, dając tym samym do zrozumienia, że mają do nich więcej praw. Ta kwestia pozostanie pewnie nierozstrzygniętą. Jednak sam fakt tak długiej obecności Żydów na tych terenach powinien zachęcać do bliższego zapoznania się z historią tego narodu, jego religią i polityką, jaką on prowadzi wobec innych.

Henryk Rolicki w swojej książce Zmierzch Izraela (1932) pisze:

„Jedynym kluczem do zrozumienia żydostwa jest znajomość jego historii. Religia żydowska, to religia historyczna i polityczna. W przekroju teraźniejszości żydostwo dla każdego stanowić musi zagadkę niezgłębioną, coś nienaturalnego, po prostu niesamowitego. W świetle historii rozjaśniają się mroki tajemnicy.”

I cytuje żydowskiego filozofa (Heinrich Kohn, Die politische Idee des Judentums):

„Korzenie całej religii żydowskiej tkwią w historii żydowskiego ludu. Początkiem jej jest akt historyczny: wywędrowanie z Egiptu. We wszystkich jej chwilach zwrotnych znajdujemy historyczne zdarzenia. Z nich czerpie ona swą siłę, w głębiach żydowskiego charakteru narodowego leży jej tajemnica: formą jej rozwoju jest polityka.”

A co ma polityka do wierzeń religijnych – pyta Rolicki i ponownie zamieszcza cytat z tego samego źródła:

„Etyczno-polityczne idee stanowiły rdzeń żydostwa. Mojżesz, a po nim wszyscy wielcy przywódcy ludu, których działalność rozwijała się pozornie w całości na terenie religijnym, nie troszczyli się o religię, lecz o Królestwo Boże. Ale w tym pojęciu właśnie polityka jest religią, jest entuzjastycznym dążeniem, skierowanym bezpośrednio ku Absolutowi, ku Bogu, jest jedyną rzeczywistością życia, mieszczącą w sobie wszystkie inne. Nie jest więc już ona jakimś zajęciem pośród innych, jakąś płaszczyzną świadomości pomiędzy innymi, lecz jest ustosunkowaniem się człowieka, woli ludzkiej, w sposób, obejmujący całe życie, do żądań, jakie mu stawia Absolut. A w innym znaczeniu polityką jest tak uregulować stosunki ludzkie i życie codzienne każdego pojedynczego człowieka, aby były po upływie tego okresu skierowane ku celowi ostatecznemu. To skierowanie nazwali żydzi sprawiedliwością.”

Jest to dosyć zawiłe i dlatego Rolicki wyjaśnia to tak:

„Powiedzmy to sobie w języku mniej filozoficznym. Oto prawodawcy religijni żydów nie troszczyli się o religię, lecz o zapewnienie Jehowie królestwa Bożego na ziemi. Był to cel polityczny i religia, którą głosili, stała się religią polityczną. Ubierając swój cel polityczny w szatę religijną, uzyskiwali zaszeregowanie całego plemienia i późniejszych pokoleń w jeden zastęp bojowników politycznych. Innym znowu zadaniem było tak uregulować całe prawodawstwo, by każdy czyn jednostki mógł zostać skierowany ku ostatecznemu celowi politycznemu i w ten sposób stać się czynem politycznym. Głównym środkiem działania kierownictwa Izraela było stworzenie dla mas specjalnej etyki; sprawiedliwym, a więc działającym zgodnie z żydowską etyką, jest tylko ten żyd, którego każdy czyn zmierza ku osiągnięciu ostatecznego celu politycznego, czyli ku zapewnieniu królestwa Jehowy.

Żywo musi nas zainteresować Jehowa, ów Bóg izraelski, mający zakrólować nad światem. Przekonujemy się, że nie jest to Bóg uniwersalny, Bóg dla wszystkich, lecz typowe bóstwo plemienne, bóstwo Izraela.

Księga Izajasza tak głosi ludowi izraelskiemu: To mówi Pan: praca egipska i kupiectwo etiopskie i Sabaim, mężowie wysocy do ciebie przyjdą i twoi będą; za tobą chodzić będą, okowami w okowy pójdą i tobie się kłaniać i modlić będą; tylko w tobie jest Bóg, a nie masz oprócz ciebie Boga. (XLV 14).

Albo w innym miejscu: będą otworzone bramy twoje ustawicznie; we dnie i w nocy nie będą zamknięte, aby noszono do ciebie moc narodów i króle ich, aby przywiedziono. Bo naród i królestwo, które tobie nie służyło, zginie. I przyjdą do ciebie, kłaniając się, synowie tych, którzy cię trapili. I będziesz ssać mleko narodów, a piersiami królów karmion będziesz. (LXI).

Jak widzimy, owo królestwo Jehowy nie jest wcale pomyślane nieziemsko, jest to królestwo z tego świata, zapewniające działaczom tego kultu polityczno-religijnego, uczestnikom przymierza z Jehową niedwuznaczne korzyści w postaci władztwa nad innymi narodami.

Oto jest sens przymierza, interes, jaki obie strony kontraktujące znalazły w tym przymierzu: Sprzedam wam moją naukę i jestem sprzedany wraz z nią (Midrasz Theruma 34). Oto istotna tajemnica religii politycznej, ku której spełnieniu dąży Izrael przez wieki.

Środki działania ulegają zmianom; gdy zawiodą jedne, sięga się po inne. A tajemniczość celu ostatecznego uzasadnia dostatecznie utajnienie środków, dla których jedynym kryterium etycznym jest sprawiedliwość, czyli ich wartość praktyczna dla osiągnięcia celu. Stąd odwieczna, powszechna opinia, że żydzi hołdują zasadzie: cel uświęca środki.”

Mamy więc do czynienia z pewnym prawodawstwem, z którego wynika pewna etyka zwana sprawiedliwością, a więc prawo i sprawiedliwość, a może – Prawo i Sprawiedliwość. Warto się czasem zastanawiać, skąd biorą się nazwy partii. Zapewne nie są przypadkowe.

Żydzi dużo przejęli ze starożytnego Egiptu: rządy kapłańskie, tajemniczość kultu, magię, tajne zrzeszenia, a nawet takie rzeczy jak kult byka i zakaz jedzenia wieprzowiny. Kapłani w Izraelu, tak jak w Egipcie, tworzyli zamkniętą kastę wtajemniczonych. Rekrutowali się oni wyłącznie z Aronidów (od Arona). Ich pomocnikami byli Lewici (od Lewiego). Księgi święte znane były tylko wtajemniczonym, a prosty lud nie znał nawet dekalogu. Z tego też względu szerzyły się wśród niego różne kulty, takie jak kult bóstw fenickich Baala i bogini Isztar (Astarte), kult gwiazd zapożyczony z Babilonii, egipski kult Byka (złotego cielca). Kult Jehowy uprawiali tylko kapłani. W okresie niewoli asyryjskiej i babilońskiej pojawia się tajne zrzeszenie – „stowarzyszenie pobożnych” (chassidim).

Początkowo byli Żydzi plemieniem koczowniczym. Księgi mojżeszowe opowiadają o wędrówkach trzech „patriarchów”: Abrahama, Izaaka i Jakuba około 2000 p.n.e., jednak są to tylko legendy. Dowodów nie mamy. Uległo to zmianie dopiero po zdobyciu Palestyny. Ich wodzem był wtedy Mojżesz – wychowanek kapłanów egipskich. Trudno więc dziwić się, że swą wiedzę tajemną przekazał swemu następcy. W egipskiej „Księdze umarłych” znajdują się przykazania, których część ogłosił on Żydom, dostosowawszy je do warunków ludu uciekającego z Egiptu i do potrzeb wynikających z charakteru tego narodu. Mojżesz nie doczekał zdobycia Palestyny. Zmarł na pustyni. „Ziemię obiecaną” zdobył około 1450 roku p.n.e. jego następca Jozue. Nie zdobył jej jednak w całości. Niektóre prowincje broniły się zaciekle i utrudniały rządy nad całym obszarem. Ammonici, Moabici, Midianici, Amalekici, Filistyni (Filistyna przerobiona przez Greków na Palestynę) i Amoryci byli tymi, którzy sprawiali Żydom wiele problemów. Te drobne narody przewyższały ich kulturą i rozwojem. Żydzi wiele od nich zapożyczyli.

Po śmierci Jozuego rządy w Palestynie przejęli tzw. sędziowie (szefetim), którzy do 1055 roku p.n.e. sprawowali władzę. Nie bardzo jednak sobie radzili, bo w roku 1070 p.n.e. Filistyni pokonali Żydów pod Afek-Tabor. Nie sędziowie byli tu potrzebni, ale wybitni wodzowie. I takimi byli kolejno Saul, Dawid i Salomon. Szczególnie zasłużył się Salomon, który do dziś pozostaje we wdzięcznej pamięci Żydów. Nam pozostało przysłowie: z pustego i Salomon nie naleje (często cytowane przez Gomułkę). To właśnie on ucywilizował Żydów, wzbogacił i złączył w jedno, dobrze zorganizowane państwo. Zmarł w 953 roku p.n.e. Zaraz po jego śmierci zaczęły się kłótnie pomiędzy Judaitami a Izraelitami. Izraelici byli liczniejsi, tworzyli 10 plemion, zdolniejsi od pokolenia Judy, które miało tylko dwa plemiona. Uważali, że to im należy się panowanie nad całym narodem. Judaici nie chcieli ustąpić. Spór zakończył się rozpadem państwa na dwie części, na dwa królestwa: izraelskie i judajskie.

Tak utalentowanych wodzów jak Saul, Dawid i Salomon, nie wydał naród żydowski do czasów niewoli asyryjskiej i babilońskiej. Królestwo izraelskie doszczętnie zniszczył asyryjski król Salmanazar VI w 726 roku p.n.e., a judajskie babiloński – Nabuchodonozor w 586 roku p.n.e. Obaj zabrali do swoich państw elitę narodu. Na miejscu został tylko ubogi proletariat. Na dodatek Nabuchodonozor zrabował świątynię jerozolimską. Izraelici nigdy nie wrócili do Palestyny. Przeniesieni przez króla asyryjskiego do Medii, zlali się z innymi narodami i zniknęli na zawsze. Zostali tylko Judaici, którzy niesłusznie nazywają się Izraelem. Są potomkami Judy i dlatego nazywa się ich Żydami. Asyria zajmowała teren Syrii i częściowo Iraku, natomiast Babilonia położona była na terenie Iraku w dorzeczu Tygrysu i Eufratu. Wszystkie wielkie starożytne cywilizacje rozwijały się w dorzeczach wielkich rzek. – Ale w obu Amerykach – nie.

Niewola Judaitów w Babilonii nie była zbyt dokuczliwa. Języki Babilonii i Judei były podobne, co ułatwiło Żydom obcowanie z Babilończykami. Pomagała im również wspólna wiara, bo byli czcicielami Baala i Astarte. Prawdopodobnie rozpłynęliby się i oni w narodach chaldejskich (starożytnych ludach semickich), gdyby nie dwaj wybitni wyznawcy Jehowy – Ezdrasz i Nehemiasz.

W 538 roku p.n.e. perski król, Cyrus, podbił Babilonię. Był nadzwyczaj łagodny dla obcych narodów i pozwolił wrócić Żydom do Palestyny i zbudować nową świątynię. Był nawet tak przychylnie nastawiony, że oddał im wszystko, co zostało zrabowane ze Świątyni Salomona przez Nabuchodonozora. Żydzi odbudowali świątynię jerozolimską. W 516 roku została oddana do użytku. Była to nowa, druga świątynia Jehowy.

Nowa świątynia nie zrobiła na Judaitach takiego wrażenia, jak spodziewali się tego prawowierni Lewici. Widząc, że Zakon Mojżeszowy chyli się ku upadkowi, poprosili o pomoc Ezdrasza i Nehemiasza. Ezdrasz był potomkiem arcykapłanów, Nehemiasz podczaszym króla Arakserksesa I. Obaj wiedzieli, że obojętność Żydów wobec Jehowy musi ostatecznie doprowadzić do zniknięcia ich spośród żyjących narodów. Doskonale zdawali sobie sprawę z tego, że naród słaby, otoczony potężniejszymi sąsiadami, jeśli nie chce rozpłynąć się w obcych żywiołach, powinien się od nich odciąć, pozostać wiernym swoim obyczajom i tradycji. By to osiągnąć, nakazali Żydom zerwanie wszelkich stosunków z innowiercami, zrzec się żon wziętych z innych narodów, wyrzucić je z domu wraz z dziećmi spłodzonymi w mieszanych małżeństwach, bo „Żyd powinien czuć się lepszym, wyższym od swoich chwilowych panów”.

Ezdrasz i Nehemiasz przekonywali swoich ziomków, że są „nasieniem świętym i narodem osobliwym, wybranym”, że zawładną całym światem, jeżeli będą posłuszni Staremu Zakonowi. Żydzi w końcu uwierzyli w ich obietnice i poddali się ich rozkazom. Ten zwrot ocalił ich. Uwolnił od bałwochwalstwa, złączył w jedną, trzymającą się razem rodzinę. Uwierzyli w swą wyjątkowość i odtąd patrzyli z pogardą na wszystkich innowierców. Nie miało to uzasadnienia, bo przecież dużo nauczyli się od Egipcjan, Syryjczyków, Fenicjan i innych narodów mieszkających w Palestynie. Nie mniej jednak na ich przykładzie widać, że sentencja – wiara czyni cuda – nie jest sloganem bez pokrycia. Ale nie sama wiara, lecz jej wprzęgnięcie w życie pojedynczego człowieka i w politykę, oddziałującą na życie zbiorowe jednostek, miało decydujące znaczenie.

Żydzi po powrocie do Palestyny nie władali nią samodzielnie. Po upadku Persji w 332 roku p.n.e. stali się poddanymi Aleksandra Wielkiego. Po jego śmierci, jeszcze przez jakiś czas rządzili Palestyną jego wodzowie, a po nich przyszli Rzymianie. Stosunki Rzymu z Żydami były skomplikowane. Po raz pierwszy Rzymianie mieszają się w sprawy Judei na prośbę samych Żydów. W 65 roku p.n.e. dwaj dowódcy Pompejusza, Scaurus i Gabinius zostają opłaceni przez Arystobula Hasmonejczyka, by wmieszali się w jego spór o władzę z bratem Hyrkanem. Niebawem proszą o to samego Pompejusza, składając mu przy okazji dary. Nagle – ni stąd, ni zowąd – Arystobul uderza na kwaterujące w Judei wojska rzymskie. Pompejusz odpowiada oblężeniem Jerozolimy, którą zdobywa po krótkim czasie w 61 roku p.n.e. Jednak nie burzy i nie grabi świątyni, ale zabiera ze sobą do Rzymu jeńców żydowskich, co wydatnie wzmocniło miejscową gminę żydowską.

I na tej gminie opiera się Juliusz Cezar w walce o władzę. A to, jak wiadomo, kosztuje. Jest całkowicie uzależniony od bankierów. Całe życie jest przyjacielem Izraela. Zwycięstwo Oktawiana nad Antoniuszem, odniesione przy wsparciu Żydów, skutkuje nadaniem im przywilejów i swobód w Aleksandrii, Rzymie i Azji Mniejszej.

O co bije się Oktawian z Antoniuszem? O władzę po zabójstwie Juliusza Cezara. Wydaje się, że to dawno temu i nas nie dotyczy. A jednak! Są pewne ponadczasowe problemy, które są aktualne niezależnie od epoki, w której żyjemy. N.N. Taleb w książce Zawiedzeni przez losowość wraca do tego i pisze:

„Byłem zaskoczony, kiedy usłyszałem, że Maurice Tempelsman – ostatni mąż Jackie Kennedy Onassis – odczytał na jej pogrzebie pożegnalny wiersz Kawafisa zatytułowany Bóg opuszcza Antoniusza. Adresatem utworu jest Marek Antoniusz, który właśnie przegrał bitwę z Oktawianem i został porzucony przez chroniącego go do tej pory boga Bachusa. To jeden z najbardziej pokrzepiających wierszy, jakie w życiu czytałem, a jego piękno wynika z tego, że jest kwintesencją pełnego godności estetyzmu, a także łagodnego, lecz budującego tonu narratora doradzającego człowiekowi, który właśnie doświadczył katastrofalnego odwrócenia się wyroków losu.

Podmiot liryczny zwraca się do pokonanego i zdradzonego Antoniusza (według legendy opuścił go nawet jego koń, odchodząc do Oktawiana). Prosi, by pożegnał traconą na zawsze Aleksandrię. Radzi, by nie płakał, że zabrakło mu szczęścia i że nic mu się nie udało; każe mu nie dowierzać zwodniczym podszeptom. Antoniuszu, nie zniżaj się do próżnej nadziei. Antoniuszu, słuchaj ze wzruszeniem, lecz bez lamentu tchórzy.”

O co w tym wszystkim chodziło? To wyjaśnia Wikipedia:

„Marek Antoniusz rozwiódł się z siostrą Oktawiana Oktawią i poślubił królową Egiptu Kleopatrę. Od tej pory drogi triumwirów ostatecznie rozeszły się.

Oktawian przekonał westalki do wydania mu testamentu Antoniusza, z którego wynikało, że zapisał on niektóre wschodnie prowincje rzymskie dzieciom swoim i Kleopatry, a także Cezarionowi, synowi Kleopatry i Juliusza Cezara. Doprowadziło to do wybuchu wojny. W 31 roku p.n.e. doszło do bitwy morskiej pod Akcjum. Siłami Oktawiana kierował Marek Agryppa. Zwyciężył Oktawian, Antoniusz i Kleopatra uciekli do Aleksandrii, gdzie w krótkich odstępach czasu popełnili samobójstwo.”

Na kanwie tych wydarzeń powstał słynny swego czasu film Kleopatra. O roli Żydów w tym konflikcie nie wspomniano, co zrozumiałe, bo to film amerykański. A Hollywood jest w rękach Żydów. Takich zdarzeń, w których ich zakulisowa rola miała decydujący wpływ na politykę, było w Rzymie mnóstwo, co musiało, prędzej czy później, wywołać nastroje antyżydowskie. Gdy Neron, pod naciskiem opinii, pozbawia Żydów praw obywatelskich, w Judei wybucha powstanie. Tytus, wódz rzymskich wojsk, otacza Jerozolimę. Odcięta od dostaw żywności była skazana na śmierć głodową. Żydzi bronili się bohatersko, ale to nie pomogło. Głód był silniejszy. W pewnym momencie obrońcy Jerozolimy musieli odżywiać się mięsem dzieci i trupów. Tytus zburzył Jerozolimę nie oszczędzając świątyni Jehowy. Było to w 70 roku n.e. I tak skończyło się państwo żydowskie. Odtąd cały Izrael przysiągł Rzymowi wieczną nienawiść, w każdym czasie i w każdej postaci. I ta nienawiść i pragnienie zemsty stała się dla Żydów istotnym składnikiem ich religii politycznej.

Tytus miał przydomek „łagodny” i takim był. Miał kochankę, księżniczkę żydowską Berenikę, która była przy nim podczas kampanii. Pod jej wpływem każe żołnierzom oszczędzić świątynię. Nie był jednak w stanie powstrzymać ich podczas zwycięskiego szturmu. Jakbyśmy to dziś powiedzieli: sytuacja wymknęła się spod kontroli. Żydzi chyba w swojej historii niejednokrotnie doświadczali tego typu sytuacji, jednak niczego to ich nie nauczyło.

Po zburzeniu Jerozolimy nie pozostaje Żydom nic innego jak tylko włóczęga (diaspora) po całym świecie. Jednak rozproszenie nie unicestwia ich. To, co ich ratuje, to księga. Ta księga, a raczej zbiór ksiąg, to Talmud. Treść Talmudu tak wniknęła w duszę Żydów, że stała się ich przewodnikiem życiowym.

Po powrocie z niewoli babilońskiej założyli „uczeni w piśmie” w Palestynie mnóstwo szkół dla wiernych. Znaczna część narodu zapomniała o Zakonie Mojżeszowym i trzeba było go ponownie uświadomić religijnie. Wykładali i komentowali pięcioksiąg Mojżesza (Tora), uzupełniając go ustnie podawaną tradycją. Pięcioksiąg to pięć pierwszych rozdziałów w Biblii, w Starym Testamencie: I księga Mojżeszowa (Genesis), II Księga Mojżeszowa (Exodus), III Księga Mojżeszowa (Leviticus), IV Księga Mojżeszowa (Numeri), V Księga Mojżeszowa (Deuteronomium). Następny rozdział to już Księga Jozuego. Ustnie podawana tradycja polegała na tym, że Mojżesz przekazywał Jozuemu, Jozue swemu następcy i tak dalej, z kapłana na kapłana, z nauczyciela na nauczyciela. Nad dopełnieniem Tory pracowało przez kilkaset lat wielu uczonych żydowskich. Materiału było tak dużo, że należało go uporządkować. Nie wszyscy się z tym zgadzali. Sekta saduceuszy nie była zwolennikami przeróbki pięcioksięgu , ale liczniejsi i bardziej wpływowi faryzeusze postawili na swoim i stworzyli nowe „pismo święte”.

Jego uporządkowaniem zajął się rabi Jochanan ben Zakaj, uczeń Hillela, członek sanhedrynu jerozolimskiego i nauczyciel. Uzyskał on zgodę Wespazjana na założenie szkoły w Jabne w 68 roku. Mieli więc w niej Żydzi punkt oparcia a Jochanan uczył ich: „Judaizm nie zależy wcale od miejsca i nie potrzeba mu do wytrwania przy Jehowie i tradycjach narodowych ani Jerozolimy ani świątyni Salomona. Gdziekolwiek będziecie, wszędzie możecie sobie zbudować świątynię i czcić w niej Jehowę, a nawet tam, gdzie by wam nie pozwolono sprawować ofiary przy własnym ołtarzu, możecie zastąpić obrzędy wiarą i dobrymi uczynkami”.

Jochanan wytyczył Żydom drogę i sposób wytrwania w wierze wśród obcych narodów. Nie zdążył uporządkować materiału talmudycznego. Zmarł w 80 roku. Jego pracę kontynuowali rabi ben Akiba, po nim rabi Meir, po Meirze rabi Jehuda hanassi („święty”). Przeniósł on szkołę z Jabne do Seforis, a jego wnuk – do Tiberias. Wszystkie te trzy miasta znajdują się na terenie obecnego Izraela. Rabi Jehuda zakończył pracę nad pierwszą, główną połową Talmudu około 200 roku. Razem z nim – jego pomocnicy – tanaici.

Komentarze tanaitów, zamknięte przez Jehudę, wyczerpały całą tradycję. Od tego momentu nie wolno było Żydom, choćby najmądrzejszym, komentować Tory. Tę pierwszą połowę Talmudu nazwano Miszną (wykład, powtórzenie). Jednak można było ją wykładać, czym zajęli się bardziej pośledni nauczyciele (amoraici). Dodali oni tyle podkomentarzy, że trzeba było uporządkować ten materiał, który stał się drugą częścią Talmudu. Dokonał tego rabi Achai ben Huna około 500 roku. Dodatek do Miszny nazwał Gemarą (zakończeniem, zamknięciem). Tak więc Miszna i Gemara to Talmud, czyli „Nauka”.

Miszna jest skrystalizowaną tradycją narodu żydowskiego, wywodzącą swój początek od Mojżesza, rozszerzoną i pogłębioną przez tanaitów, Gemara zaś stanowi dopełnienie Miszny, czyli szczegółowy wykład jej dogmatów i praw, komentowanych i popularyzowanych przez amoraitów. Miszna stała się „Księgą Świętą”, w którą nakazano „wierzyć tak samo, jak w objawienie Jehowy”. – Tak to ujmuje Jeske-Choiński. Z kolei Henryk Rolicki pisze:

„Już faryzeusze poświęcili dużo trudu rozwojowi halachy, tj. prawa tradycyjnego, istniejącego poza Torą. Zbiór i rzeczowe ugrupowanie halach oraz uzasadnienie ich mocy obowiązującej – oto jest Miszna. Wyjaśnienie Miszny – Gemara.

Niezależnie od Miszny rozwijały się tzw. Agady, czyli ubrane w szatę przypowieści pouczenia polityczne. Z uprawiania Agad wyrosła Kabała.” – Dalej cytuje (Majer Bałaban, Historia i literatura żydowska):

O ile halachę wykładano publicznie we wszystkich szkołach, o tyle uważano mistykę za rzecz poufną i tajną, przeto przekazywał ją nauczyciel na ucho swemu najmilszemu uczniowi. Zresztą uważano kabałę za naukę, do której trzeba mieć osobną dyspozycję umysłu i serca, albowiem jest ona czymś wyższym, czymś nadludzkim, dostępnym jedynie dla wybrańców narodu.

„Początki kabały przypisują rabi ben-Akibie, patronowi powstania żydowskiego. Za jego czasów powstaje też anonimowa ‘Hagada na Pesach’, opowiadająca o zebraniu rabinów w wigilijny wieczór i o ich gawędzie na temat wyjścia Izraelitów z Egiptu. Temat ten był – zdaje się – przesłoną dla aktualnej rzeczywistości politycznej.” – I tu kolejny cytat z w/w autora i jego dzieła:

Nowsi badacze dziejów żydowskich uważają owo zebranie w Bnei-Brak w mieszkaniu Akiby za pierwszą rewolucyjną naradę przed wybuchem powstania za Hadriana, tak też każą rozumieć wszystkie przemówienia i obliczenia, zawarte w Hagadzie, a wyglądające dość niejasno, a nawet naiwnie.

„Kabałą trudnił się również rabi Szymon ben Jochaj, któremu – słusznie, czy niesłusznie – w XII w. przypisywano autorstwo tzw. księgi Zohar, noszącej charakter kabalistyczno-polityczno-mesjański. Z Zoharu wyrosła i na tej księdze po dziś dzień opiera się organizacja ‘pobożnych’ (chasydów). Chasydzi polscy dziś jeszcze obchodzą uroczyście rocznicę śmierci Szymona ben Jochaj.”

Czym jest zatem owa kabała? Jeske-Choiński w książce Historia Żydów w Polsce pisze:

»Około r. 1200 przypomniał sobie ślepy rabi Izaak z dwoma uczniami Asrielem i Ezdraszem, mistyczną naukę persko-macedońską, uprawianą już przez Żydów w niewoli babilońskiej. W Talmudzie, głównie w księgach Zohar, spotyka się ową naukę mistyczną, opracowaną podobno w jakiejś jaskini przez Symona-ben-Johaja. Naukę tę nazwano „Kabałą” (Kaballą), albo „masora” (podaniem).

Pierwsi kabaliści żydowscy zajmowali się tylko Bogiem i stworzeniem świata. Dopiero następcy ich dopełnili Kabałę egzegezami, moralnością, filozofią, tworząc w ten sposób mistyczną filozofię religijną.

Według Kabały „unosi się Bóg ponad wszystko, ponad byt i myśl (En-Sof). Objawia się on za pomocą tryskających z Niego promieni w formie dziesięciu „Sefirów”, którym Kabała nadaje poszczególne imiona, stosownie do ich cnót. Posługując się blaskiem Sefirów, może się Bóg objawić śmiertelnikom, Sefirowie zaś mogą się przemieniać w żywych, znakomitych, cnotliwych ludzi, np. w żydowskich patriarchów i proroków. Dusze powinny być w świecie duchowym przygotowane, bo mają zejść na ziemię a wejść w ciała ludzkie, aby w tych ciałach mogły odbyć próbę cnoty. Gdyby nie złożyły egzaminu cnoty, muszą wchodzić powtórnie w inne ciała. Dopiero wtedy, gdy wszystkie do wędrówki po ziemi przygotowane dusze urodzą się po ziemsku, może się także ukazać dusza Mesjasza i przywrócić wolność wszystkim, ciałem spętanym duszom”.

Kabaliści wierzyli w swoją moc cudotwórczą, ich wybitni przedstawiciele (Mojżesz z Kordowy i Izaak Luria) wmawiali w siebie, iż „mogą wywierać na każdego człowieka wszelkie wrażenia z pomocą tajemnych nazwisk boskich albo znaków, postu, gorliwej modlitwy i mogą stać się niewidzialnymi i jasnowidzącymi”.

Szeroką falą rozlał się kabalizm po całej Europie, zacząwszy od Hiszpanii, Francji i Niemiec. Ale nie tylko sami Żydzi uczepili się Kabały, lecz także chrześcijanie. Bawili się nią różnego rodzaju uczeni, badali ją: magicy, alchemicy, astrologowie, czarnoksiężnicy itp., którzy pragnęli koniecznie odkryć tajemnicę świata. Oprócz uczonych zajmowali się Kabałą przebiegli szarlatani, dorabiający się „głęboką mądrością” i „nieomylnymi” wróżbami znacznych majątków, Mundus vult decipi, ergo decipiatur«

Mamy więc Torę, czyli pierwsze pięć ksiąg Biblii, mamy Misznę i Gemarę, czyli Talmud, a oprócz tego jeszcze – halachy, agady i kabały. Jak to ma się do siebie? Co jest ważniejsze? Czort wie! Może nawet sami Żydzi gubią się w tym wszystkim. Ale nawet z samym tylko Talmudem był problem. To wielotomowe dzieło, nad którym pracowało wielu ludzi. Drobiazgowe sprawy wnoszone do niego przez pedantycznych dialektyków zachwaściły go. Obok głębokich i rozumnych myśli, zawarto w nim mnóstwo zbytecznego gadulstwa i dzielenia włosa na czworo. I żeby nie być gołosłownym! – Przykład sporu pomiędzy szkołą Szamaja i szkołą Hillela, odnoszący się do porządku biesiady. Szkoła Szamaja uczy: naprzód błogosławi się dzień, a dopiero potem wino. Ale szkoła Hillela twierdzi: naprzód błogosławi się wino, a dopiero potem dzień. Szkoła Szamaja uczy: naprzód umywa się ręce, a dopiero potem napełnia się puchar. Ale szkoła Hillela twierdzi: naprzód napełnia się puchar, a dopiero potem umywa ręce. – I w tym momencie przypomina mi się niezapomniany „docent mniemanologii stosowanej” – Jan Tadeusz Stanisławski, znany z „wykładów” radiowych z lat 70-tych pt. „O wyższości Świąt Wielkiej Nocy nad Świętami Bożego Narodzenia”. To oczywiście nie oznacza, że w Talmudzie tego typu problemy dominują, czy są najważniejsze, ale też nie zmienia to faktu, że właśnie z powodu takich wymyślonych problemów rozrósł się on niepomiernie.

Ze względu na swoją objętość (12 tomów) Talmud był trudny do strawienia dla przeciętnego Żyda. Dlatego późniejsi uczeni starali się zredagować go na nowo. Pierwszym z nich był rabi Izaak Alfossi, który w 1032 roku usunął wiele zbędnych treści. Jednak jego „Mały Talmud” nie zyskał powszechnego uznania. Więcej powodzenia miał Mojżesz Majmonides, który stworzył 4-tomowe dzieło „Miszna-Tora”. Zostało ono przyjęte w 1180 roku jako podręcznik. Współczesny Talmud pochodzi z 1576 roku i nazywa się „Szulchan aruch”(Stół zastawiony). Jego redaktorami byli rabini: Józef Karo z Palestyny i Mojżesz Izarles z Krakowa. Tak utrzymuje Jeske-Choiński w swojej książce Historia Żydów w Polsce. Z kolei ks. Stanisław Trzeciak w książce Talmud o gojach a kwestia żydowska w Polsce wymienia tylko Józefa Karo (1488-1577) i pisze, że pochodził on z Hiszpanii i mieszkał w Palestynie. Dodaje też, że dzieło to (Szulchan aruch) zawiera przepisy talmudyczne, odnoszące się do życia praktycznego i zostało podzielone na 4 części: „Orach chaim” (Droga życia) podaje przepisy odnoszące się do życia domowego i synagogalnego, „Jore deah” (Umiejętność życia), mówi o potrawach i przepisach czystości, „Choszen hamiszpat”(Tarcza prawa) przedstawia przepisy prawa cywilnego i kryminalnego, „Eben haezer” (Kamień zwycięstwa), mówi o prawie małżeńskim.

Talmud jest rozwinięciem Tory, czyli pięcioksięgu Mojżesza. Już w nim jest mowa o wyjątkowości Żydów. Biblia jest powszechnie dostępna, więc ktoś, kto chciałby zapoznać się z Torą, może kupić ją sobie i spróbować przeczytać. Nie będzie to łatwa lektura, ale nic za darmo. Nie zawsze trzeba płacić pieniędzmi. Czasem płaci się własnym czasem i poświęceniem. Natomiast Talmud, w odróżnieniu od Biblii, jest poza zasięgiem przeciętnego człowieka, choćby ze względu na język. Nie mniej jednak znaleźli się ludzie, którzy poznali język hebrajski i zapoznali się z jego treścią i dzięki nim możemy poznać jego zawartość. Teodor Jeske-Choiński w książce Historia Żydów w Polsce pisze:

„Jak pająk oprzędza muchę pajęczyną, aby ją schwycić, tak oprzędli także twórcy Talmudu wolę i duszę Judaitów. Bowiem Talmud jest nie tylko wykładem czy powtórzeniem Tory, ale księgą obejmującą życie Żyda, jego stosunek do Boga i ludzi, do współwierców i innowierców – jest księgą wyznaniową, ustawodawczą, polityczną i obyczajową, księgą tak potężną, iż idzie ona z Żydem aż po grób, do raju, gdzie nieboszczycy zagłębiają się w niej i dyskutują o jej traktatach z samym Jehową.

Potęgę Talmudu uznali nie tylko Żydzi z czasów dawniejszych, ale uznają ją dotąd nowocześni, już po europejsku wykształceni rabini, jak szwajcarski rabin, dr Rubens, i niemiecki, Kroner, co potwierdzają francuskie Archives Israelites (XXV, 150), mówiąc: uznajemy wyższość Talmudu nad Biblią.

Był on i jest w istocie dotąd mocarzem, bo prowadzi znaczną część Judaitów jeszcze dziś na swoim powrozie do celu wytkniętego przez tanaitów.

W pojęciach prawowiernego Żyda, wychowanego przez tanaitów, amoraitów i rabinów ma tylko on, jako ulubieniec Boga, jako Jego syn wybrany, prawo do tytułu człowieka. Reszta narodów nie jest człowiekiem. Ta charakterystyczna pycha, megalomania, zaprawiona goryczą w miarę mnożących się niepowodzeń Judei, rosła i doszła do absurdu – do nieprzejednanej nienawiści i pogardy wszystkich ras i religii. Według megalomanów talmudycznych są Żydzi Bogu milszymi od aniołów, są najdoskonalszymi pośród narodów, jak serce jest najprzedniejszą częścią członków ciała.

Cały Talmud jeży się sentencjami i przepisami, ziejącymi nienawiścią i pogardą wszystkiego, co nie pochodzi od Żydów (Jeske-Choiński podaje mnóstwo przykładów, ja przytoczę tylko niektóre):

  • Nasienie nie-Żyda jest jako nasienie zwierzęcia (tylko Żydzi są nasieniem „świętym”).
  • Bóg stworzył świat tylko dla Żydów. Oni są owocem ludzkości, reszta zaś narodów jest skorupą. Jedna dusza żydowska jest więcej warta przed Bogiem niż wszystkie dusze innowierczego narodu.
  • Żydzi są ludźmi, albowiem dusze ich pochodzą od Boga, gojów zaś, których dusze pochodzą od nieczystego ducha, można tylko świniami nazwać.
  • Chociaż innowiercy mają postać ludzką, mimo to są tylko małpami w porównaniu z człowiekiem (tj. Żydem).
  • Od pogan bierze się lekarstwo tylko dla zwierząt, nigdy dla siebie.
  • Słońce oświeca ziemię, deszcz użyźnia ją tylko dlatego, że na niej Żydzi mieszkają.

Żyd jest, według Talmudu, panem świata. Należą do niego: ludzie, ziemie, domy, sprzęty, zwierzęta, złoto, srebro, słowem wszystko, co istnieje, bo to wszystko stworzył Bóg tylko dla Izraela. Ponieważ innowiercy nie posiadają prawa do jakiejkolwiek własności, przeto wolno Żydowi rabować ich mienie bez względu na drogi i środki, jakich do dopięcia swego celu użyje. Stąd: lichwa, krzywoprzysięstwo w sądach chrześcijańskich, sprzedawanie goja (bez jego wiedzy) przez kahał pierwszemu z brzegu szachrajowi, obdzieranie wierzyciela ze skóry bez litości i różne nieprawości, na które goj codziennie patrzy.

Wielu twórców Talmudu skaziło Torę, pozwalając nawet bogobojnym Żydom szachrować, wyzyskiwać, oszukiwać goja, czego sobie Mojżesz nie życzył.

Zebrawszy wszystko, co się wyżej powiedziało o Talmudzie, dochodzi się do następujących wyników:

  • Tanaici i amoraici (później: faryzeusze, rabini), posłuszni programowi Ezdrasza i Nehemiasza, odgrodzili Judaitów od wszystkich obcych im narodów, ocaliwszy w ten sposób ich odrębność narodową.
  • Wynieśli żydowską odrębność narodową do godności dogmatu.
  • Nauczyli Żydów nienawiści do wszelakich gojów.
  • Cofnęli etykę mojżeszową do epoki patriarchów, w stosunku do innowierców, pozwoliwszy ich okłamywać, oszukiwać, okradać itd.
  • Zamknęli Żydów w obręczy formalizmu, upstrzonego dziwacznymi drobiazgami.

Talmud służył Żydom i nie służył. Służył im, bo ocalił ich narodowość, nie służył, bo zohydził ich na całej kuli ziemskiej.”

Gdyby chcieć wyznaczyć jedno, najważniejsze wydarzenie w historii Żydów, to pewnie byłyby to reformy Ezdrasza i Nehemiasza. Dokonują się one przy wydatnym poparciu tajnych związków. Zapewne, gdyby nie „pobożni” (chassidim), szanse na ich powodzenie byłyby nikłe. W krytycznym momencie załamywania się ich ponownie ściągają Nehemiasza z dworu królewskiego. Jednym ze skutków tych reform jest powstanie „najwyższej rady”, składającej się z 71 członków, których większość to „mędrcy”. Z tego organu wyłoni się później Sanhedryn – symbol wewnętrznej jedności żydostwa.

Reformy Ezdrasza i Nehemiasza to V wiek p.n.e. A więc od 2500 lat Żydzi stanowią, jako naród, monolit, przekonani o swojej wyjątkowości i wyższości. Istotnie, ich dokonania mogą budzić respekt, a może nawet czasem poczucie niższości wobec nich, o co właśnie Żydom chodzi, ale czy rzeczywiście tak jest. Czy jest to naród wyjątkowy i, z racji swojej wyjątkowości, przeznaczony do panowania nad innymi narodami a tym samym nad całym światem? Cóż? Pozostaje mi tylko przytoczyć Romana Dmowskiego, którego Żydzi bardzo, ale to bardzo, nie lubili.

Sądzę, że jednolitość i konsekwencja, jaką się widzi powszechnie w działaniach Żydów, jest wynikiem nie tyle jakiegoś mądrze obmyślonego i wykonywanego planu, ale jednolitości instynktów instynktów i spójności tego starego azjatyckiego ludu, która by nas mniej wprawiała w podziw, gdybyśmy w ogóle lepiej starą Azję znali. Żydzi pod tym względem nie stanowią wyjątku wśród starych ludów. Różnica jest tylko taka, że gdy tamte ludy siedzą w Azji na swych obszarach rasowych i tworzą państwa, bądź kolonie państw europejskich, Żydzi swej siedziby ojczystej nie mają (pisane w 1918 roku – przyp. mój) i koczują od niepamiętnych czasów po innych krajach, upodobawszy sobie, prawie od początku naszej ery, kraje cywilizacji europejskiej.

Warto zwrócić uwagę na ostatnie słowa – „prawie od początku naszej ery, kraje cywilizacji europejskiej”. Jest to, według mnie, aluzja do chrześcijaństwa. A skoro tak, to czy chrześcijaństwo nie było żydowskim narzędziem do podporządkowywania sobie innych narodów? Obecnie mają wiele innych możliwości, więc ono nie jest już najważniejsze.

Unia polsko-litewska

Unia Polsko-Litewska, związek Polski z Litwą w XIV-XVIII wieku określany przez szereg aktów państwowoprawnych i decyzji faktycznych; wahały się one od tendencji inkorporacyjnych do luźnego sojuszu między dwoma niezależnymi państwami – Polską i Litwą. Podstawą związku obu państw był akt w Krewie z 1385 roku. Była to tzw. unia krewska. Na mocy tego aktu wielki książę litewski Jagiełło zobowiązał się po ślubie z Jadwigą i objęciu tronu polskiego wprowadzić na Litwie chrześcijaństwo w obrządku łacińskim oraz przyłączyć ziemie Wielkiego Księstwa Litewskiego do Polski. Zasada inkorporacji napotkała zdecydowany opór Litwinów i dynastii jagiellońskiej.

Unia wileńsko-radomska z 1401 roku oddała rządy na Litwie Witoldowi jako samodzielnemu władcy, przy czym pozostawał on wobec Jagiełły w stosunku zbliżonym do lennego. Witold zobowiązał się do niezawierania żadnych układów z Zakonem Krzyżackim bez zgody Jagiełły. Stan ten miał trwać do śmierci Witolda, po czym władza na Litwie miała wrócić do Jagiełły jako najwyższego księcia Litwy.

W 1413 roku zawarto nowy akt unii w Horodle (unia horodelska), który wprowadził instytucję odrębnego wielkiego księcia na Litwie, wspólne sejmy i zjazdy polsko-litewskie. W celu powiązania feudałów litewskich z polskimi, 47 rodzin możnowładców i szlachty polskiej przyjęło do swych herbów 47 rodzin panów i bojarów litewskich. Jednocześnie unia horodelska miała charakter przywileju ziemskiego dla panów i bojarów litewskich, którzy uzyskali prawa dziedziczenia dóbr ojczystych i dysponowania nimi. Wprowadzono również na wzór polski urzędy wojewodów i kasztelanów. Po 1422 roku tj. po zlikwidowaniu niebezpieczeństwa krzyżackiego unia zachwiała się.

Została wznowiona w Grodnie w 1432 roku (unia grodzieńska) i potwierdzona w 1434 roku. Przywracała ona konieczność zatwierdzania wyboru wielkiego księcia Litwy przez króla i panów polskich. Po okresie całkowitego zerwania unii (1440-1447) związek Polski z Litwą przekształcił się w unię personalną: jedyną więzią stała się osoba panującego.

Po śmierci Kazimierza Jagiellończyka (1492) ponownie zerwana została unia personalna, a trony polski i litewski objęli dwaj bracia Jan Olbracht i Aleksander. Nowy akt unii mający charakter sojuszu obu państw zawarto w Wilnie w 1499 roku (unia wileńska). Polacy i Litwini zobowiązali się wybierać panujących za obopólną zgodą i służyć sobie pomocą i radą.

W obliczu wzrostu zagrożenia Litwy przez państwo moskiewskie w czasie bezkrólewia, sejm polski zawarł w Piotrkowie umowę z delegatami wielkiego księcia Aleksandra i panów rady litewskiej o odbywaniu wspólnych narad i wspólnym wyborze monarchy oraz o udzielaniu pomocy. Akt został zatwierdzony przez Aleksandra w 1501 roku w Mielniku (unia mielnicka), nie wszedł jednak w życie, gdyż nie został zaakceptowany przez litewską radę hospodarską. Postarali się o to Jagiellonowie, gdyż ograniczał ich prawa dziedziczne do Wielkiego Księstwa Litewskiego.

Zacieśnienie związku państwowego między Polską a Litwą następowało w XVI wieku głównie dzięki przejmowaniu przez Litwę instytucji ustrojowych polskich i powstaniu na Litwie stanu szlacheckiego dążącego do uzyskania praw szlachty polskiej. Od połowy XVI wieku ze strony polskiej coraz bardziej stanowczo w programie ruchu egzekucyjnego wysuwano żądanie zawarcia unii z Litwą. Na Litwie unii przeciwne było możnowładztwo litewskie. Napotkało ono jednak opozycję szlachty domagającej się unii, która miała jej przynieść zrównanie ze szlachtą polską. Niebezpieczeństwo rozpadnięcia się unii po wygaśnięciu Jagiellonów, obawa przed utratą ziem ruskich i wspólnie z Polską prowadzona walka o Inflanty wpłynęła na osłabienie opozycji wielkich feudałów litewskich, którzy zaczęli szukać oparcia w Polsce przeciw wrogom zewnętrznym.

Na sejmie w 1564 roku Zygmunt August przelał swe prawa dziedziczne do Litwy na Koronę. Do zawarcia unii doszło dopiero na sejmie w 1569 roku w Lublinie (unia lubelska). Opór możnowładców, którzy opuścili nawet Lublin, został złamany przez akt inkorporacji do Polski Wołynia, Ukrainy Kijowskiej, Podola Bracławskiego i Podlasia. Uszczuplone Wielkie Księstwo Litewskie nie mogło egzystować bez oparcia o Polskę i panowie litewscy zgodzili się na unię. Aktem z 1 lipca 1569 roku Wielkie Księstwo Litewskie zostało połączone z Polską unią realną na zasadzie równości, przy zachowaniu odrębnych urzędów centralnych, skarbu i wojska. W powstałym państwie polsko-litweskim wspólna była osoba monarchy i sejm. Moneta była bita osobno na Litwie i w Koronie. Polacy i Litwini mogli nabywać od siebie nawzajem dobra ziemskie i swobodnie przesiedlać się na terenie całego państwa. Wielkie Księstwo Litewskie zachowało odrębność prawa sądowego. Odrębność prawno-państwową Litwy i Korony zniosła Konstytucja 3 maja 1791 roku, łącząca je w jeden organizm państwowy.

Unia polsko-litewska należała do najdonioślejszych faktów w dziejach Europy Środkowo-Wschodniej. Skutki jej przetrwały samo istnienie zjednoczonej „Rzeczypospolitej Obojga Narodów”. W pierwszym okresie umożliwiła likwidację niebezpieczeństwa krzyżackiego i przyczyniła się do uzyskania przez Polskę w XV-XVI wieku mocarstwowej pozycji. Unia polsko-litewska przyspieszyła rozwój gospodarczy i kulturalny ziem Wielkiego Księstwa Litewskiego, ale jednocześnie otworzyła drogę do polonizacji szlachty litewskiej i ruskiej i przechodzeniu rozległych dóbr w ręce szlachty polskiej. W wyniku unii Polska została wciągnięta w niekończące się wojny litewsko-moskiewskie i musiała porzucić myśl o rewindykacjach utraconych ziem na zachodzie. Unia lubelska, wprowadzając do Korony wpływy spolonizowanej oligarchii litewskiej przyczyniła się do zachwiania równowagi w łonie stanu szlacheckiego i do zdobycia władzy przez magnatów głównie związanych z terenami litewsko-ruskimi, którzy uzależniając od siebie drobną szlachtę, prowadzili do stopniowego rozkładu władzy centralnej.

Tradycje unii polsko-litewskiej przetrwały w okresie porozbiorowym i znalazły wyraz we wspólnych powstaniach „obojga narodów” (1831, 1863). Dopiero w 2 poł. XIX wieku rozwój świadomości narodowych Litwinów, Białorusinów i Ukraińców spowodował bankructwo idei unii (tzw. w publicystyce „idei jagiellońskiej”). Próby nawiązania do niej przez Polskę po I wojnie światowej spotkały się z niepowodzeniem.

Tak pisała o unii polsko-litewskiej Wielka Encyklopedia Powszechna PWN, Warszawa 1968. Hasło to zostało opracowane na podstawie: S. Kutrzeba Unia Polski z Litwą, w: Polska i Litwa w dziejowym stosunku, Kraków 1914; Akta unii Polski z Litwą 1385-1791, wyd.: S. Kutrzeba, W. Semkowicz, Kraków 1932.

Stanisław Kutrzeba był historykiem prawa. Urodził się w 1876 roku w Krakowie, zmarł tamże w 1946 roku. Był profesorem i rektorem Uniwersytetu Jagiellońskiego i prezesem Polskiej Akademii Umiejętności.

Tak więc od unii krewskiej do lubelskiej mija prawie 200 lat i nie był to okres sielski i anielski. Wprost przeciwnie! Szczególnie strona litewska okazywała dużą rezerwę, a często nawet niechęć. Polska natomiast cały czas parła do połączenia obu państw. Warunkiem objęcia tronu polskiego przez Jagiełłę było zobowiązanie do wprowadzenia na Litwie chrześcijaństwa w obrządku łacińskim i przyłączenie WKL do Polski. Ale nawet w końcowym etapie tego łączenia dwóch państw litewscy możnowładcy nie byli przekonani i opuścili obrady. Dopiero zajęcie południowej części WKL przekonało ich. Pomimo tego były to dwa odrębne państwa. Litwa zachowała własne urzędy centralne, skarb, wojsko, prawo i sądy oraz własny pieniądz. Wspólna była osoba monarchy i sejm.

Średniowieczna Europa składała się z monarchii. To nie były jeszcze państwa w naszym rozumieniu. Przeważały interesy dynastyczne. Ziemie przechodziły z dynastii na dynastię poprzez małżeństwa i koligacje rodzinne. Jednak ówcześni monarchowie nie byli władcami absolutnymi, musieli się liczyć ze zdaniem możnowładców. W przypadku Polski byli to magnaci, którzy stanowili najwyższą warstwę szlachty. W przypadku Litwy byli to bojarzy. Monarchia absolutna, w której władza królewska dominuje, to dopiero XVII i XVIII wiek. Nie można więc oceniać tej unii w kategoriach interesów państwowych czy narodowych. Z drugiej strony nie można zapominać o tym, że jej skutki odczuwamy do dziś, chociażby poprzez to, że osadnictwo żydowskie koncentrowało się na tamtych terenach, a litewscy możnowładcy, którzy stali się polskimi magnatami zdominowali polską politykę, wypierając stare polskie rody. To ci różni Radziwiłłowie, Braniccy, Sapiehowie, Czartoryscy itp.

Polska na tle ówczesnej Europy wyróżniała się tym, że miała wyjątkowo liczną szlachtę. Początkowo stanowiła ona około 7% ludności. Pod koniec XVII wieku wzrosła do 9%, a w XVIII wieku było jej jeszcze więcej. W Hiszpanii czy na Węgrzech stanowiła ona 5%. We Francji – 1%, w Anglii – 2%. W Polsce nigdy nie nadawano herbów pojedynczym osobom – jak w Anglii, ani też pojedynczym rodzinom – jak w Niemczech, ale większym grupom ludzi, którzy mieli wspólną tarczę herbową, zawołanie i godło. Polski szlachcic nie miał własnego herbu. Dzielił go z innymi, którzy nie musieli być jego krewnymi. Jednak użycie słowa „ród” na określenie grupy heraldycznej sugerowało, że podstawę więzi stanowiło pokrewieństwo. I taka wspólnota herbowa była też w Europie czymś wyjątkowym. Czasami rolę „osoby wprowadzającej” pełnił król, czasami wybitni przedstawiciele szlachty z własnej inicjatywy „przyjmowali” swoich krewnych i przyjaciół do własnego rodu. Nie istniało żadne kolegium heraldyczne, nie było też żadnej, cieszącej się autorytetem instytucji, gdzie trzymano by do publicznego wglądu rejestry nadania tytułu i herbów szlacheckich. Jeśli ktoś zakwestionował czyjś tytuł szlachecki, to jedynym miejscem, w którym dowodzono własnych racji, były sądy. W takim wypadku od pozwanego wymagano przedstawienia sześciu zaprzysiężonych świadków, którzy mogliby potwierdzić jego szlacheckie pochodzenie wstecz do trzech pokoleń, zarówno ze strony ojca jak i matki. Jeśli mu się to udało, otrzymywał od sądu odpowiednie zaświadczenie. Z pewnością było to kłopotliwe i upokarzające. Bardzo możliwe, że ród herbowy powstał po to, by uchronić swych członków przed tego typu afrontami. Wiążąc się z takim rodem, składającym się z powszechnie znanych osób, mógł taki szlachcic liczyć na to, że ustrzeże się od oskarżeń, poddających w wątpliwość jego status i rangę. A stąd już niedaleko do konstatacji, że taki „ród herbowy”, to nic innego jak towarzystwo wzajemnej adoracji. Wygodny dla stanu szlacheckiego jako całości, jak i dla poszczególnych członków. Eliminował potrzebę istnienia kolegium heraldycznego jako narzędzia weryfikującego, do którego mogliby się odwołać wszyscy zainteresowani.

Gdyby ktoś miał wątpliwości, że tak to działało, to fakt, że na mocy unii w Horodle w 1413 roku 47 rodzin możnowładców i szlachty polskiej przyjęło do swych herbów 47 rodzin panów i bojarów litewskich, potwierdza tylko ten mechanizm. Z pewnością nie były to rodziny przypadkowo wybrane. Ten sam „numer” powtarza się, tyle że na daleko większą skalę, gdy najbardziej wpływowe rody uszlachcają frankistów w drugiej połowie XVIII wieku. Czy po tym jak WKL zdominowało Koronę poprzez swoje, zaadoptowane przez nią, litewskie możnowładztwo, a szlachta litewska zrównana w prawach z polską, i po tym jak utorowano frankistom drogę do awansu społecznego i prestiżowych stanowisk – czy po tym wszystkim możemy mieć jeszcze wątpliwości, że polskie państwo było już tylko polskie z nazwy. To jest niewątpliwie skutek powstania i trwania unii polsko-litewskiej, ale też dziwnego zjawiska jakim była wyjątkowo liczna, na tle ówczesnej Europy, szlachta polska. Do dziś nie wiadomo, jak do tego doszło. Są różne teorie, historycy spierają się, ale wyjaśnienia nie ma.

W 1370 roku umiera bezpotomnie Kazimierz Wielki. Sukcesję po nim przejmuje Ludwik Węgierski. Jego ojcem był Karol Robert z rodu Andegawenów (Francja) a matką Elżbieta Łokietkówna, córka Władysława Łokietka i siostra Kazimierza Wielkiego. Ludwik Węgierski był królem Węgier w latach 1342-1382 i królem Polski w latach 1370-1382. W latach 1370-1382 Polska i Węgry złączone były unią personalną, tak jak później z Litwą za Władysława Jagiełły. Kłopot polegał na tym, że Ludwik Węgierski nie miał synów tylko córki. Na Węgrzech nie było to problemem, ale w Polsce – tak. W zamian za zgodę na sukcesję swoich córek do tronu polskiego w dniu 17 września 1374 roku wydał on dla szlachty polskiej przywilej koszycki, który zawiera wiele korzystnych dla niej praw. Dzięki niemu uzyskuje również ona wpływ na wybór następcy tronu. I już wkrótce korzysta z tego prawa. Gdy córka Ludwika – Jadwiga obejmuje tron polski, jej kandydatem na męża jest Wilhelm Habsburg. Jego kandydaturę popiera książę opolski Władysław Opolczyk, jednak krakowscy panowie są innego zdania. Chcą związać Polskę z Litwą i wybierają Jagiełłę.

To była ta osławiona demokracja szlachecka, działająca zupełnie tak samo jak i obecna, bo przecież krakowscy panowie to też szlachta. Wtedy dotyczyła ona tylko 10%, obecnie – 100%. O wszystkim decydowała wąska grupa osób. Nawet jeśli jakiś szlachcic wykrzykiwał na sejmie swoje „liberum veto”, to nie robił tego, bo tak mu się spodobało. Musiał mieć poparcie i wskazówki kogoś bardzo wpływowego, kto mu zapewniał ochronę. W przeciwnym razie szybko zostałby „zutylizowany”. A jak się wybierało posłów w I RP? To doskonale opisuje Karol Zbyszewski w swojej niedoszłej pracy doktorskiej Niemcewicz od przodu i tyłu.

„Ignacy Potocki i książę Adam (Czartoryski – przyp. mój) postanowili wykierować Niemcewicza na posła. Sami kandydowali w Lublinie (na Podole książę po ostatniej chryi był obrażony), w Brześciu stawali Sapieha i Matuszewicz, wszystkie przyzwoite okręgi obsadzili ludzie o wielkich nazwiskach lub zasobach. Książę Adam bardzo lubił pana Juliana, ale nie na tyle, by rozsupłać dlań mieszek – dał mu listy polecające i wyprawił na Inflanty.

W pierwszym rozbiorze Rosja chapnęła całe Inflanty, Polsce została tylko mała łączka za Dźwiną, nie było na niej nawet szałasu, sejmikowano pod gołym niebem na trawie. Ledwo przybył Niemcewicz, porwał go w objęcia Michał Zabiełło, ten przystojny oficer francuski, którego zgłodniałego i bez grosza przed sześcioma laty z Wiednia do kraju przytaszczył.

– A waść tu czego? – pytał?

– Przecież nie dla kupna siana, chcę spróbować zostać posłem…

– Ha! – i Zabiełło puknął się w głowę.

Za pozwoleniem miejscowej moskiewskiej stupajki przyczłapało zza kordonu 50 zbiedzonych szlachciurów, mieli oni wybrać sześciu posłów. Kandydatów było 16, z czego połowa znani, stateczni obywatele, reszta hołopupskie bubki – wśród nich Niemcewicz. Starosta inflancki Plater przeczytał list od króla, w którym Stanisław wymienił miłych sobie kandydatów – Badeniego (stały poseł łąki), Karwowskiego, Prozora, Platera i polecił ich łaskawym głosom drogich ichmościów.

Poza krajem wola królewska była bardzo szanowana, od czasu rozbioru inflancka łąka stale desygnowała posłów wskazanych przez Poniatowskiego, na listy Czartoryskiego nikt nie chciał patrzeć, Niemcewicz zawiesił smutnie głowę, Inflantczycy już otwierali gardła, by okrzyczeć Stanisławowskich kandydatów.

– Za pozwoleniem, chwileczka! – wrzasnął Michał Zabiełło.

– Czego tam? Nie przeszkadzać! Już postanowione!

– Jeszcze wysłuchajcie listu Potiomkina.

Szlachetki, co drżały przed dźwińskim łupikijem, struchlały na dźwięk nazwiska sławnego satrapy, zdrętwieli i zdjęli czapki… Donośnym głosem odczytał Zabiełło pismo, w którym Potiomkin zalecał na posłów Michała Zabiełłę, Weyssenhofa, Trębickiego, Niemcewicza…

– Kogo? Kogo? – przepytywano, bo były to nazwiska powszechnie nieznane.

Wielki Potiomkin, najpracowitszy nałożnik wielkiej Katarzyny, kazał!!! Co znaczył Stanisław August wobec Potiomkina? Skonfundowany Plater nawet nie śmiał zipnąć; bez żadnych dyskusji, jednomyślnie i z ochotą wybrali Inflantczycy do polskiego sejmu tych, co kacapidło im wskazało. Uradowany Niemcewicz wygłosił mówkę dziękczynną, po czym wyborcy wrócili do Rosji, tłumek kandydatów do Polski, a krowy na opróżnione pastwisko.

Niemcewicz nic nie rozumiał z tej cudownej promocji. Zabiełło wytłumaczył mu, co i jak: jeździł do Kijowa pokłonić się Potiomkinowi, paryskimi kawałami, opisami swych miłosnych chwytów bawił wiecznie znudzonego potentata. Pisnął raz, że ma ochotę posłować, dostał ów list z in blanco na dalsze pięć nazwisk. Tam, na łące, dopisał Niemcewicza – przez wdzięczność za powrót z Wiednia.

– Więc to dzięki Potiomkinowi zostałem posłem – rozmyślał Niemcewicz.

Wesół jak ptaszek wpadł do Sokołów, obwieścił swój sukces. Pan Marceli aż stęknął: jego Stanisław August nie chciał zaprotegować, rodzony syn go ubiegł. Klęska kandydatów królewskich pocieszyła nieco pana Marcelego:

– Dobrze tak starej prukwie – wołał.

Julianek obiecał rodzicom, że im wstydu milczeniem nie przyniesie, że kilkanaście oracyj wygłosi i zaraz po skończonym sejmie – a więc w grudniu, styczniu najdalej – przyjedzie zdać im dokładną relację. Pani Jadwiga żegnała z dumą swego pierworodnego posła, mówiąc:

– No, nareszcie będziemy mieli sejm do rzeczy!”

Tak to działało w okresie Sejmu Czteroletniego i Konstytucji 3 maja. I tak to działa dziś. Nie ma więc powodu, by twierdzić, że w okresie tworzenia się unii polsko-litewskiej było inaczej. Nie było inaczej. To prawda, że czasy się zmieniają, ale natura ludzka jest niezmienna. Opinie, że jakiś szlachetka może zerwać sejm, bo jest warchołem i coś mu odbiło, należy włożyć między bajki. Nikt tak polityki nie uprawia i nigdy tak to nie działało, bo to oznaczałoby, że plany i zamierzenia wielkich panów może pokrzyżować pierwszy lepszy poseł poprzez swoje veto. Nie! Ówcześni posłowie nie byli głupkami. Byli co najwyżej pozbawieni skrupułów i przekupni. Ale to nie jest zjawisko, które występowało tylko w dawnej Polsce. Ono było powszechne w całej ówczesnej Europie, a dziś jest – w całym świecie. U nas najlepszym dowodem tego, że zwykły poseł nic nie może, był poseł Majka. Szczery patriota, składał interpelacje poselskie, dotyczące najbardziej drażliwych spraw i co? I nic. Jak grochem o ścianę. Nikt nie zwracał na niego uwagi, a jego interpelacje zbywano. Tyle może poseł, zwykły poseł.

Ludwik Węgierski wytyczył pewien szlak: w zamian za sukcesję swojej córki do polskiego tronu nadał przywileje szlachcie. Podobnie postąpił Jagiełło, który chciał zapewnić sukcesję swojemu synowi. I nie był on ostatnim z polskich królów, którzy w zamian za własne, doraźne korzyści wzmacniali wpływy magnaterii, kryjącej się pod ogólnym pojęciem szlachty. Demokracja szlachecka demokracją szlachecką, a ktoś musi rządzić. Polska magnateria, a w ślad za nią litewska, bojarska, przepoczwarzona w polską, szybko, na długo wcześniej, dostrzegła zalety demokracji, o której angielski polityk, alkoholik z cygarem w gębie mówił: Demokracja jest najgorszym z ustrojów, bo przed wyborami trzeba płaszczyć się przed motłochem, ale nikt nie wymyślił lepszego ustroju, żeby wybrani nie odpowiadali za swe czyny. W ten sposób w demokracji mamy władzę zbliżoną do boskiej. Tylko Bóg nie odpowiada przed nikim za swoje czyny. Gdyby był wiedział, że tak pogardzani przez niego Polacy, na kilka wieków przed nim odkryli „zalety” demokracji, to może miałby o nich inne zdanie. W demokracji szlacheckiej magnateria uprawiała swoją politykę i nikt nie mógł je pociągnąć do odpowiedzialności, bo przecież to ten „debilny poseł” zerwał sejm. My chcieliśmy dobrze, ale cóż, jak demokracja, to demokracja. Takie reguły gry.

Powstał więc mit tego Polaka, szlachcica, warchoła, który, z nieznanych racjonalnemu rozumowi przyczyn, zrywał sejmy. No i jeszcze ten polski wynalazek – „liberum veto” i żądanie jednomyślności. A to, że dzisiaj unia europejska wymaga w wielu sprawach również jednomyślności, to tego już nikt nie widzi i nie ocenia, że to nienormalne. Kafka chyba przekręca się w grobie. Nie było jednak tak, że zawsze wymagano jednomyślności. Istniało w tej dawnej Rzeczypospolitej coś takiego jak sejm skonfederowany, który podejmował decyzje większością głosów. I taki skonfederowany sejm uchwalił Konstytucję 3 maja. Ale wcześniej…

„Państwowe dochody Polski wynosiły rocznie 18 milionów, prywatne króla – 10 milionów złotych; wojsku można było nie płacić, bez armat się obejść, ale nałożnice monarsze musiały otrzymać żołd akuratnie, nowe bohomazy w Łazienkach przybywać. Stanisław August miał długów powyżej uszu, bał się, że przy pierwszej o tym wzmiance opozycja wrzaśnie: Veto! I sejm rozejdzie się po kościach, nie uchwaliwszy mu żadnego sukursu. Szermując tedy potrzebą ustanowienia wojska i podatków, prosił usilnie przełaskawą Katarzynę o pozwolenie zawiązania konfederacji.

Carowa, przyzwyczajona, że Polacy leżą przed nią plackiem, upewniła Stackelberga, że i obecny sejm będzie mu posłuszny jak piesek – zezwoliła. – Ostatecznie, myślała, jeśli te niechlujne Polaczyszki zdobędą się naprawdę na wystawienie nieco wojska – tym lepiej, nic to nie będzie kosztować, a w razie kiepskiego obrotu wojny z Turcją może się przydać…

Siódmego października, jak zawsze w pierwszy poniedziałek po świętym Michale, nastąpiło otwarcie skonfederowanego sejmu. Marszałkiem obrano prawie jednomyślnie Stanisława Małachowskiego, zwanego polskim Arystydesem, co nie było znowuż tak wielką pochwałą; każdego nieprzyłapanego na grubszym złodziejstwie zwano wtedy w Polsce Arystydesem. Było ich w całym kraju aż kilkunastu.” – Karol Zbyszewski Niemcewicz od przodu i tyłu.

Tak więc wmawia się nam, że jesteśmy narodem pieniaczy i warchołów, że nasi przodkowie stworzyli ustrój nie przystający do ówczesnej rzeczywistości, że wywoływaliśmy powstania. A prawda jest taka, że taki ustrój, jaki miała I RP, był wynikiem gry interesów panujących i magnatów. Po śmierci Kazimierza Wielkiego, przez 400 lat, Polska miała tylko dwóch polskich królów. Po unii z Litwą magnaterię polską zastąpiła bojarska magnateria litewska. Wielkie prywatne majątki ziemskie w Polsce były stosunkowo skromne i znacznie ustępowały potężnym latyfundiom Litwy. To była nie tylko dysproporcja w wielkości majątków. Za tym szla również przewaga finansowa, a za nią polityczna. Korona została zdominowana przez Wielkie Księstwo Litewskie – mozaikę narodowości. Polska stała się państwem wielokulturowym, w którym Polacy stanowili tylko część jej mieszkańców, a ich wpływ na politykę i losy państwa malał z upływem czasu. Nawet ta szlachta, która niby o wszystkim decydowała, była, po mariażu z litewską, tylko w części polską.

Skąd więc u krakowskich panów było takie „Drang nach Osten”? Czyżby nie zdawali sobie sprawy z tego, że potęga litewskich bojarów daleko przewyższa ich możliwości i że łączenie się z silniejszym przesądza o ich losie? Może więc w grę wchodziły inne czynniki. W tamtych czasach wielu spośród magnatów było duchownymi, biskupami. Gdy spogląda się na mapę Europy, to widać, że Polska to takie miejsce, w którym otwiera się brama na wschód. Od Bałtyku i Karpat ten niż polski rozszerza się tak, jak otwierające się wrota. Wcześniej morze i góry ścieśniają przestrzeń i ekspansja jest utrudniona. Bo jak to robić z pozycji Czech czy Austrii? Góry przeszkadzają. A tu szeroki krajobraz i kraje do nawrócenia na wiarę łacińską. Czy to był główny motyw krakowskich panów? Wszak pierwszym warunkiem, jaki oni postawili Jagielle, było przyjęcie obrządku łacińskiego i narzucenie go Litwie. A stąd droga na Moskwę otwarta.

Jakie były prawdziwe motywy dążenia do tej unii? Tego pewnie nie dowiemy się. A jakie były skutki? Tu też opinie będą różne. Ci, którym bliższe sanacyjne koncepcje federacyjne, będą szukać w unii pozytywów. Ci o narodowej orientacji będą bardziej krytyczni. Różnie można na to patrzeć. Władysław Konopczyński w książce Dzieje Polski Nowożytnej pisze:

„Na podkładzie sielskiego, ziemiańskiego żywota w przestworzach wschodnich, przy ekstensywnej gospodarce, wśród bezmiaru pól, gajów, łąk i wód rozwinęła się iście polska beztroskliwość i obojętność na wszystko, co nie zagraża wprost naszemu domowemu szczęściu. Bez wielkich namiętności, bez całopalnych ofiar, bez tragicznego szamotania się z losem, bez targających duszę wątpliwości płynęło miękko życie staropolskie. Rozrzedzona ludność żyła jakby jakąś rozrzedzoną kulturą. Nie było tam ani śmiertelnej walki, ani intensywnej na miarę zachodnią pracy. Zarówno napięcie jak i intensywność pracy pozostały w tyle poza Europą. Nazywając rzeczy po imieniu – rozwinęło się lenistwo i niedbalstwo; z kolei przyszły wojny dzikie, niszczące, z nieprzyjacielem na ogół niższym kulturalnie – Moskalem, Turkiem, Tatarem, Kozakiem. Wojna w ogóle nie jest szkołą pracy kulturalnej, a tym bardziej taka wojna, w której od przeciwnika niczego nie można się nauczyć. Stąd jeszcze jedna pobudka do lenistwa i do życia z dnia na dzień. Czy słyszał kto o jakich cudach świata wzniesionych polską ręką przez wiek XVII lub XVIII, o czymś, co by mogło iść w paragon z tworami pracy francuskiej, holenderskiej, włoskiej, niemieckiej, angielskiej? Albo, pytając jeszcze dobitniej: jeżeli twory takie nie mogły powstać wśród ciągłych wojen (80 lat wojennych w ciągu samego XVII wieku) – to czy słychać, aby ktokolwiek z apologetów dawnej Rzeczypospolitej, jakiś Łukasz Opaliński, Starowolski czy Pęski chlubił się pracowitością i twórczością rodaków? Raczej dzielnością, raczej swobodą i wszystkim innym!

Z lenistwem rąk roboczych szło w parze lenistwo myśli i woli. Wyłazi ono wszędy – przez dziury i łaty sejmowego prawodawstwa, przez niejasne, nieśmiałe konstrukcje myślicieli politycznych, przez źle przemyślane projekty polityczne. Sangwiniczna natura Polaka starej daty zdobywała się łatwo na górne wzloty; szczytnością ideałów prześcignęliśmy świat cały, że wspomnieć tu choćby ową jednotę miliona dusz, owo budowanie gmachu państwowego na dobrej woli suwerennych atomów. Ale jak było z urzeczywistnieniem ideału? I co sądzić o samowiedzy krytycznej społeczeństwa, któremu wystarczył ideał odświętny, pieścidło myśli i uczucia zamiast ideału wcielonego wieloletnim wysiłkiem woli? Przez lenistwo raczej niż przez nieuczciwość tumaniono siebie wspaniałym gestem i pięknym frazesem, gdy na dnie duszy rozrastało się nie kontrolowane świadomością obywatelską sobkostwo. Obywatel epoki saskiej wprost stracił wyobrażenie, czym jest niepodległość, co ona warta, jakich ofiar materialnych i duchowych wymaga jej obrona!”

To, o czym pisze Konopczyński dotyczyło 10% populacji, czyli szlachty. Cechą charakterystyczną tej unii było to, że pozycja szlachty cały czas ulegała wzmocnieniu kosztem pozostałych klas. Mieszczaństwo wypierane przez Żydów kurczyło się. Chłopi byli praktycznie niewolnikami. Po 200 latach unii Polska była bardziej rolniczym krajem niż przed nią. Wiele się zmieniło w Europie przez ten czas. Pojawiły się monarchie absolutne, w których władza królewska dominowała. Tak było m.in. w Prusach i w Rosji. Tam powstawały armie oparte na poborze powszechnym, regularne, dobrze wyszkolone i liczne. A w unii polsko-litewskiej czas zatrzymał się. Nadal obowiązywało pospolite ruszenie. To nie mogło się dobrze skończyć.

Wielkie Księstwo Litewskie było pod względem obszaru wielkim państwem, sięgającym od Morza Bałtyckiego do Morza Czarnego. Było też państwem wielokulturowym i tę wielokulturowość wniosło do unii. Korona była znacznie mniejsza. Nie należy jednak zapominać o tym, że w momencie tworzenia się unii personalnej w 1385 roku dynastia Jagiellonów była chyba najpotężniejszą w Europie. Podlegały jej Węgry i przez nie sięgała aż do Adriatyku. Później to się zmieniło. Została Korona z Litwą i dominacja WKL w tym związku. W związku, w którym naród polski rozmył się w wielkich przestrzeniach wschodu. Sama ekspansja nie jest niczym złym, tyle że jest ona dobra w momencie, gdy populacja jest liczna. W przypadku Polski taki warunek nie zachodził. Po najazdach mongolskich w XIII wieku Polska wyludniła się. I nie zdołała się odbudować w sensie demograficznym w ciągu jednego wieku, a więc do czasu unii z Litwą. Inna sprawa, że ta ekspansja nie była żadną ekspansją, której celem było zdobycie i podporządkowanie sobie jakiegoś terenu i ludzi, tylko podzielenie się z nimi własnym dorobkiem. Tak na zdrowy rozum, to chyba jakaś paranoja. Jeśli jednak uwzględni się, że cel mógł być zupełnie inny, to wtedy nabiera to sensu.

Początkowy sojusz obu państw, mający na celu obronę przed krzyżacką nawałą, miał sens. Był korzystny dla obu stron, bo Krzyżacy zagrażali obu krajom. Po usunięciu tego zagrożenia taka ścisła współpraca nie była już konieczna. Nowe zagrożenie ze strony Moskwy bardziej obchodziło Litwę niż Polskę, dla której ważniejsze powinno było być odzyskanie utraconych ziem na zachodzie. To był polski żywotny interes. Pchanie się na wschód oznaczało rezygnację z ziem, na których mieszkała ludność polska i dobijanie się do tych, gdzie takowej nie było. Skutek był taki, że rozrzedzała się ludność polska i Polski i Polaków w Polsce było coraz mniej. I tak zostało do dziś. To jest według mnie najpoważniejsza konsekwencja unii polsko-litewskiej.

Czy jednak doszłoby do niej i w takiej formie, jak to miało miejsce, gdyby nie pewne wady ustrojowe ówczesnego państwa? Polska już przed unią wyróżniała się na tle ówczesnej Europy liczebnością stanu szlacheckiego i jego wpływem na władzę królewską. O wiele łatwiej jest zdominować taką klasę i wysługując się nią, sprawować faktyczną władzę, niż w przypadku wąskich elit, które, w walce o nią, wyrzynały się (Wojna Dwóch Róż). Ten kto przetrwał, ten rządził. Tak to działało w tamtych czasach. W przypadku wąskich elit można było mówić o jakiejś polityce i konsekwentnym jej realizowaniu. W Polsce taka możliwość nie zachodziła.

Drugim charakterystycznym elementem ustroju tej dawnej Polski, który zaważył na jej losach, była konfederacja. Wielka Encyklopedia Powszechna PWN tak ją definiuje:

Konfederacja – związek zawiązywany na pewien okres przez poszczególne stany (szlachtę, duchowieństwo lub miasta) dla osiągnięcia własnych określonych celów. Konfederacja działała w zastępstwie władzy państwowej lub dążyła do wymuszenia na niej określonych postulatów, których organy władzy państwowej nie mogły lub nie chciały realizować; stanowiła ona element ustroju feudalnego. Pierwsze konfederacje w Polsce wystąpiły pod koniec XIII wieku. Były zawiązywane przez miasta w celu zapewnienia bezpieczeństwa na drogach. W połowie XIV wieku pojawiły się konfederacje szlacheckie skierowane przeciw władzy centralnej, np. konfederacje szlachty wielkopolskiej pod wodzą Maćka Borkowica (1352), czy konfederacja prohusycka Spytka z Melsztyna (1439). Specjalny charakter miały konfederacje piotrkowskie (1406-07) w Małopolsce, zawiązane w obronie przed roszczeniami duchowieństwa (sprawy dziesięcin, sądownictwa duchownego). W miarę rozwoju parlamentaryzmu stanowego konfederacje zanikały. Pojawiły się znowu w drugiej połowie XVI i w XVII wieku. W okresie bezkrólewi formą władzy były konfederacje zwane kapturami (np. k. z 1572 po śmierci Zygmunta Augusta), mające na celu obronę porządku wewnętrznego i zabezpieczenie państwa na zewnątrz. W warunkach oligarchii magnackiej konfederacje występowały często przeciwko królowi (k. szczebrzeszyńska, tarnogrodzka, barska, targowicka). Konfederacje nie uznawane przez króla uważano za bunty, czyli rokosze. Często zawiązywano tzw. konfederacje generalne obejmujące większość lub wszystkie województwa Rzeczypospolitej. Władzą wykonawczą konfederacji była obieralna generalność, na czele z marszałkiem, mającym u boku tzw. konsyliarzy. Organem naczelnym konfederacji była walna rada, wybierana przez sejmiki konfederackie. Uchwały konfederacji podejmowano większością głosów.

Tyle encyklopedia. Oczywiście słowo “konfederacja” ma też drugie znaczenie. To związek państw. Być może sama idea nie była zła, ale, jak pokazała historia, wypaczono ją. Wydaje się, że był to oryginalny polski wynalazek, jednak obcy skwapliwie go wykorzystali przeciwko pomysłodawcom.

Może to szczytna idea, że rządzeni (liczna szlachta) mają prawo patrzeć władzy na ręce i w razie potrzeby sprzeciwiać się i zawiązywać konfederacje, ale można to robić we własnym gronie ludzi współpracujących ze sobą i czujących zalety tego typu rozwiązań, ale gdy dopuszcza się do tego obcych, albo gdy rządzeni stają się coraz bardziej zachłanni w swoich żądaniach, albo jedno i drugie, do czego w końcu doszło, to kończy się to tragicznie.

Niemcy i Żydzi

Johann Frey (Ahasver) napisał w kwietniu 1917 roku w Zurychu memoriał, który odkryto w 1919 roku i opublikowano w Gazette de Lausanne w dniach 30 września, 2 i 4 października. Tekst ten pochodzi ze zbioru Adolfa Nowaczyńskiego „Mocarstwo anonimowe”, które ukazało się w Polsce w 1921 roku. Poniżej jego fragment dotyczący Europy wschodniej:

„My natomiast żydzi wschodni jesteśmy tylko żydami i tym być chcemy, gdy tymczasem żyd paryski jest w najlepszym wypadku członkiem wspierającym naszej społeczności…

Wiadomo przecież, że w Moskwie owych kilku milionerów żydowskich najenergiczniej się krzątało koło tego, by utrzymać zakaz mieszkania w Rosji Środkowej biednych żydów, nienależących do gildii, albowiem to wytwarzałoby niemiłą konkurencję…

Stojąc na tym jedynie racjonalnym stanowisku, musimy dziś, gdy bije godzina 12-ta na zegarze wojny światowej, jasno i wyraźnie wobec całego świata powiedzieć, czy to się podoba lub nie naszym współwyznawcom paryskim i londyńskim, że interesy narodu żydowskiego, tej masy liczącej siedem milionów jednostek w Kurlandii, na Litwie, w Polsce, Galicji, na Węgrzech domagają się bezwzględnie i stanowczo absolutnego zwycięstwa Niemiec na całej linii.

A faktem jest niewątpliwym, że z owych dwunastu milionów żydów świata aż siedem milionów żyje na równinie sarmackiej między Niemcami a Rosją, o jednej kulturze i mowie, że nie da się ich stamtąd wysadzić; następnie, że nieprzebrane bogactwa Rosji może eksploatować tylko niemiecka pilność i niemiecka energia na korzyść gospodarki całego świata: wreszcie że tylko żydzi mogą pomóc ekspansji niemieckiej na wschód, jak i wszędzie. Bo nie tylko język żydowski, jako język niemiecki (Mittelhochdeutsch) łączy żyda i Niemca; pokrewieństwo duchowe obu narodów sprawia, że przy zdobywaniu ekonomicznym całego świata wzajemnie się absolutnie uzupełniają. Bez agentów żydowskich niemieckie towary nie byłyby zdobyłyby rynku światowego. To samo poczucie rzeczywistości, ten sam duch przedsiębiorczy, ta sama zdolność przystosowywania się i ujmowania klienta, stare zrozumienie wielkiej wartości wciąż rosnącego obrotu, gdyby nawet chwilowo koszty produkcji przewyższały ceny sprzedaży, ta sama łatwość kredytu, to samo zrozumienie konieczności unieszkodliwienia konkurencji – oto, co żydów robi naturalnymi sprzymierzeńcami Niemców w ekonomicznym podboju świata.

Gdziekolwiek rośnie wpływ żydowski, tam automatycznie rośnie wwóz niemiecki; nawet w Rosji, która barbarzyńskimi rogatkami chciała się zabezpieczyć przeciwko temu prawu natury. Niemcy zawdzięczają wzrost swego wwozu agentom żydowsko-niemieckim, pochodzącym przeważnie z rosyjskiej Polski. Bez fabrykantów niemieckich świat nie mógłby istnieć, a bez żydowskich sprzedawców fabrykaty te nie byłyby sprzedane. Gwałtowne ograniczenie niemieckiej produkcji pozbawiłoby żydów najważniejszego środka utrzymania. I na odwrót, oddanie żydów pod panowanie obce, nie niemieckie, pozbawiłoby Niemców ich najlepszych agentów i ich najruchliwszych pionierów.

Już w drugim roku wielkiej wojny światowej zwycięski oręż niemiecki przez zajęcie Polski, Kurlandii, Rumunii wywalczył to rozwiązanie i trzeba tylko utrzymać na trwałe to, co kosztowało tyle krwi i ofiar. A to nam obiecał kanclerz niemiecki, rozumiejąc dobrze interesy niemieckie i żydowskie, że zostanie utrzymane. Kraje, które dzielą Niemcy od Rosji, tej największej kolonii świata, muszą na stałe pod majestatem niemieckim stać się nową ojczyzną żydowską, skąd żydzi będą całemu światu sprzedawali wytwory niemieckiego przemysłu i skąd wywozić się będzie dla ludności niemieckiej płody rolne.

Naród z tak kolosalną energią i ekspansywnością, jak Niemcy, nie potrzebuje bariery, nie potrzebuje ściany, przeciwnie musi posiąść cały system mostów, po których olbrzymi wywóz jego toczyłby się gładko za granicę. Kraje, jak Kurlandia, Litwa, Polska, Galicja, Węgry, Rumunia, muszą być wychowane przez administrację do tego, by potroiły swą wydajność rolną i dostarczały sił roboczych i żołnierskich światowej potędze niemieckiej. Zamieszkali tam żydzi będą pośrednikami między tymi dwiema kulturami tak nierównej wartości.

Mimo wrodzonej niechęci do postępowego ładu świata żyjące na wschód od Niemiec, a bardziej rozwinięte narody uznały już tę dziejową konieczność i do tego się zastosowały. Postępowy element węgierski nie tylko bez wahania stanął podczas wojny po stronie Niemiec przeciwko opozycji reakcyjnego madziarstwa, ale bardzo się przyczynił do przyśpieszenia rozwiązania tej kwestii przemocą. W Rumunii wpływy antysemickie spowodowały przechylenie się na stron Rosji. Toteż na skutki tego kroku nie trzeba było długo czekać.

Nikt chyba nie zaprzeczy, że Galicja stoi kulturalnie i ekonomicznie wyżej od rosyjskiej Polski, nawiedzonej silną agitacją panslawistyczną i antysemicką. Przeciwko wszelkim tradycjom narodowym, a z poświęceniem różnych „świętych nakazów patriotycznych” Galicja, kierowana przez liberalne koła środkowej Europy, wybrała sobie natychmiast miejsce u boku Niemców, a nawet starała się porwać za sobą swych braci z Polski rosyjskiej do walki o postęp. Niestety, stuletnie panowanie rosyjskie nie pozostało bez stałego a rozkładającego wpływu na duszę polską, i tylko śród ludności żydowskiej w Polsce rosyjskiej sprawa niemiecka znalazła wiernych zwolenników.

Ale wśród dwóch milionów żydów polskich i czterech milionów żydów rosyjskich nie było ani chwili wątpliwości, z kim naród żydowski powinien trzymać. Z chwilą wypowiedzenia pierwszej wojny, serca wszystkich żydów były po stronie Niemców. Wszystko, co żydowskie lub co czuło po żydowsku, było w obozie niemieckim mimo barbarzyńskich prześladowań ze strony Rosjan i denuncjacji ze strony Polaków, silnie pomagając sprawie Niemców. Był to zawsze widok wzruszający z jaką radością, z jak szczerym ciepłem żydzi witali żołnierzy niemieckich. W przeciwieństwie do ludności polskiej, która politycznie zaszczuta, widziała w wybawicielach tylko Prusaków, żydzi z całego serca wiwatowali na cześć wkraczających Niemców zarówno w Warszawie i Lwowie, jak w Temeszwarze i Bukareszcie.

Do przyszłej niemieckiej kampanii ekonomicznej celem zdobycia Rosji i reszty świata już dziś przysposabia się polskich żydów i ukazuje się im najświatlejsze horoskopy…

Musimy starać się o to, byśmy w Polsce, a może i nawet w całej Rosji, dostali się pod berło niemieckie. W tej walce na życie i śmierć cała nasza nadzieja opiera się na zwycięstwie niemieckim, które może być jedynie źródłem naszej potęgi. Mimo przestrogi piotrogrodzkiego korespondenta „Times’a” wszystko, co jest żydowskie i co z żydami trzyma, musi zwycięstwo Niemiec uważać za swoje własne zwycięstwo.”

Ten tekst to tylko fragment tego memoriału. Nowaczyński wybrał tylko to, co dotyczyło Europy wschodniej i Polski. W zasadzie to nawet trudno go komentować, bo wszystko zostało opisane w sposób jasny i klarowny. Pomimo że ukazał się dokładnie 100 lat temu, to nic nie stracił ze swojej aktualności, bo i też nie mógł. Pewne zasady są niezmienne.

Już w pierwszym zdaniu dowiadujemy się, że istniała pewna różnica interesów pomiędzy Żydami Europy wschodniej a tymi paryskimi czy londyńskimi, a pewnie i nowojorskimi. Memoriał został napisany w kwietniu 1917 roku, a więc na pól roku przed wybuchem rewolucji bolszewickiej w Rosji. Państwa centralne, czyli Niemcy i Austro-Węgry walczyły z Rosją z jednej strony i z Anglią i Francją – z drugiej. I w tych państwach Żydzi również wpływali na ich politykę.

Kraje, które dzielą Niemcy od Rosji, tej największej kolonii świata, muszą na stałe pod majestatem niemieckim stać się nową ojczyzną żydowską, skąd żydzi będą całemu światu sprzedawali wytwory niemieckiego przemysłu i skąd wywozić się będzie dla ludności niemieckiej płody rolne.

Ta koncepcja zdaje się być dziś realizowana, choć może nie widać tego tak wyraźnie ze względu na działania amerykańskie, ale prawdopodobnie w dłuższej perspektywie tak to się skończy.

Istnieją teorie głoszące, że I wojna światowa wybuchła dlatego, że świat anglosaski chciał zniszczyć Niemcy, eliminując je tym samym ze światowych rynków. Bardzo możliwe, że tak było, ale Żydzi paryscy czy londyńscy nie wzięli pod uwagę, bądź nie wiedzieli, jak bardzo Żydzi wschodni są uwikłani w różnego rodzaju zależności od Niemców, a Niemcy – od Żydów. Z tego memoriału wynika, że była to idealna symbioza. Nie ulega wątpliwości, że został on wnikliwie przeanalizowany, a wnioski z niego płynące uwzględnione. Świadczy o tym postawa Ameryki wobec Niemiec po zakończeniu wojny. Kredyty na dogodnych warunkach płynęły szerokim strumieniem, podczas gdy Polsce ich odmawiano, a te nieliczne były udzielane na bardzo niekorzystnych warunkach. Gdyby więc światu anglosaskiemu chodziło o faktyczne wyeliminowanie Niemiec z gospodarki światowej, to nie dostałyby one żadnych kredytów na odbudowę zniszczonego przemysłu.

Ale nie tylko kredyty! Zachodni dyplomaci, uzależnieni od Żydów, robili wszystko, by powojenne straty terytorialne Niemiec kosztem Polski były jak najmniejsze. W świecie interesów nie ma miejsca na sprawiedliwość, uczciwość, sentymenty czy etykę. Jest tylko brutalna siła. A jak to działa? Bardzo prosto zostało to opisane: Wy produkujecie, my – sprzedajemy, a jeśli trzeba będzie wyeliminować lokalną konkurencję, to wy będziecie sprzedawać poniżej kosztów produkcji, a na różnicę damy wam kredyt. Jak już jej nie będzie, to sobie odbijecie. To jest klasyczny „wolny rynek” – wolny od konkurencji.

Tak to działało 100 lat temu i wcześniej. I tak to działało w Polsce po 1989 roku. Zlikwidowano polski przemysł w sensie dosłownym – fizycznie, albo cenowo. Później to samo zrobiono z polskim, rodzącym się dopiero handlem. W starciu z Kauflandami, Lidlami itp. ten polski nie miał szans, nie tylko na rozwój, ale i na przetrwanie. Zostaliśmy sprowadzeni do tego, o czym w tym memoriale, czyli do dostarczania taniej siły roboczej i żołnierzy na „misje pokojowe i rozjemcze”. Wprawdzie jest tam jeszcze mowa o rolnictwie, ale i na nie przyszła kolej – już się powoli zwija.

Żydów z Niemcami łączy nie tylko wspólny interes, ale też i kultura. Jidysz powstał na bazie niemieckiego dialektu. Język chyba najbardziej zbliża, co nie zmienia faktu, że także i inne czynniki mają wpływ. Coś jeszcze Żydom imponuje w Niemcach, ale co? Trudno tu wyrokować. Nie ulega jednak wątpliwości, że Niemcy są wyjątkowym narodem, który ma niezwykłe zdolności organizacyjne. Nie było w historii świata narodu, który wykazałby takie talenty. Dwa razy prowadzili Niemcy wojnę na dwa fronty i w obu przypadkach byli bliscy wygranej. To były wielkie wyzwania logistyczne.

Niemcy są też czołowym producentem w skali świata. Jeszcze parę lat temu byli największym światowym eksporterem. Obecnie Chiny ich wyprzedzają. Jeśli jednak weźmiemy pod uwagę liczbę ludności obu krajów i fakt, że wiele firm zachodnich przeniosło swoją produkcję do Chin, to nie może to dziwić. Siła niemieckiej gospodarki bierze się stąd, że ona wcale nie opiera się na tych znanych największych markach samochodowych i innych – typu Siemens, ale na wielu drobnych i średnich firmach zatrudniających do kilkuset osób, które wyspecjalizowały się w niszowych produktach i zdobyły rynki światowe. Większość tych firm ma swoje siedziby w małych miastach lub nawet na wsiach. I to jest model bardzo stabilny.

Nie ulega więc wątpliwości, że niemiecko-żydowska symbioza ma solidne podstawy oparte na żywotnym dla obu stron interesie i pewnymi sympatiami dotyczącymi obszaru kultury. Nie jest to dla nas korzystne. Co więcej wszelkie nasze próby stworzenia silnego państwa i gospodarki stoją w poprzek interesów obu adorujących się stron. I tak jak w najlepszej rodzinie, kłótnie bywają, ale żeby wyjść z tego z twarzą, winą obarcza się sąsiadów czy znajomych, zwłaszcza gdy świadkowie wymierają. Wtedy już można tworzyć mity.

Z drugiej strony jest jeszcze Rosja, która dysponuje nieprzebranymi bogactwami naturalnymi. Na samym Uralu jest cała tablica Mendelejewa. A jaki ma interes Rosja? Wymieniać te bogactwa na produkty przemysłowe. To ją łączy z Niemcami i z Żydami. Niemcy oferują produkty przemysłu, a Żydzi – sieci dystrybucji. Jest to układ, w którym Europa środkowa, a szczególnie Polska, cierpi – spętana regułami gry narzuconymi przez silniejszych i zawzięcie broniącymi swych interesów.

Na uwagę zasługuje jeszcze ten fragment:

…Galicja, kierowana przez liberalne koła środkowej Europy, wybrała sobie natychmiast miejsce u boku Niemców, a nawet starała się porwać za sobą swych braci z Polski rosyjskiej do walki o postęp. Niestety, stuletnie panowanie rosyjskie nie pozostało bez stałego a rozkładającego wpływu na duszę polską, i tylko śród ludności żydowskiej w Polsce rosyjskiej sprawa niemiecka znalazła wiernych zwolenników.

Świadczy on o tym, że autor był dobrze poinformowany o sprawach Polski, bo ta próba porwania za sobą braci z Polski rosyjskiej, to nawiązanie do marszu Pierwszej Kompanii Kadrowej z Krakowa do Kielc z zamiarem dotarcia do Warszawy i wywołania powstania. Nic z tego nie wyszło i Kompania wróciła do Krakowa. Dała ona początek Legionom. Na podstawie tego fragmentu można domyślić się tego, jakie było zaplecze Piłsudskiego. To też wyjaśnia, dlaczego nie walczył w 1920 roku z bolszewikami tylko z Rosją carską.

Tylko wśród ludności żydowskiej w Polsce rosyjskiej sprawa niemiecka miała wiernych zwolenników. Jak wiernych? O tym pisał Nowaczyński w 1932 roku w jednym ze swych artykułów:

„Ta wspólność językowa z Niemcami, dziś tak znienawidzonymi, ale nie tak dawno jeszcze ukochanymi, umiłowanymi, jedynymi, dała się nam szczególnie we znaki, podczas czteroletniej okupacji pruskiej. Od samego początku nie było parki bardziej się kochających gołąbków. – Na Marszałkowskiej ulicy taki ścisk jak pewnego dnia sierpniowego (1915), gdy wyjeżdżał książę Ludwik Bawarski, już się nie powtórzył i nie powtórzy! I ten szał patriotycznej radości, że Moskale wypędzeni! No i zaczęły się flirty i amory i do de grubis. Żydowska część ludności stolicy na głos rozmawiała sobie po niemiecku i półniemiecku. Prusacy i Bawarzy mieli wszędzie gratisowych ciceronów… Uradowany tym korespondent „Frankfurter Zeitung” niejaki pan Kapłun-Kogen, pisał (12.8.1915):

Warszawa jest najważniejszym żydowskim centrum Europy… Żydzi i Niemcy stanowią większość ludności Warszawy… Jest w interesie Niemiec podkreślać ten fakt przy każdej sposobności.

Przyjemne to oczywiście nie jest dziś! takie wywnętrzania wyczytywać, no ale próżno i darmo, jak drukowane to już i zostało, to i zniszczyć się nie da.”

No właśnie! Jak drukowane, to już zostało i zniszczyć się nie da. Zawsze gdzieś jakieś egzemplarze zachowają się. Nawet ten cytowany powyżej memoriał, choć niedostępny dla ogółu, ale odkryty i opublikowany przez szwajcarską gazetę a udostępniony nam przez Nowaczyńskiego, przetrwał drugą wojnę światową i powojenne zawirowania. Warto o tym pamiętać, zwłaszcza dziś, w dobie internetu, gdy wszystko wydaje się w zasięgu ręki, ale to wszystko, a przynajmniej to co niewygodne, może w ułamku sekundy zniknąć za sprawą jednego delikatnego drgnięcia palca wskazującego.

Frankiści

Żydzi, żyjąc od najdawniejszych czasów w rozproszeniu, często zmuszeni byli porzucać judaizm. W zależności od sytuacji, miejsca i czasu, przechodzili na pogaństwo, islam, chrześcijaństwo czy później – na katolicyzm. Podczas powstania Bar-Kochby dopuszczali się Żydzi okrucieństw w stosunku do żołnierzy rzymskich. To z kolei wywołało krwawe represje ze strony cesarza Hadriana. Ratunku szukano więc w przyjmowaniu pogaństwa. Taka postawa spotkała się z aprobatą członków sanhedrynu. Uznali oni, że dla ratowania życia wolno naruszyć wszystkie ustawy religijne judaizmu, oczywiście zewnętrznie.

W późniejszych czasach przechodzili, w wizygockiej Hiszpanii, na chrześcijaństwo. Z kolei, gdy Arabowie pokonali Wizygotów, przyjmowali islam. Znalazł się jednak w tym czasie pobożny pisarz żydowski, który twierdził, że Żydzi, którzy pozornie nawrócili się na islam czy chrześcijaństwo, powinni być traktowani jako odszczepieńcy i bałwochwalcy. To wywołało wśród potajemnych żydów wzburzenie. Przywódcy Izraela zdawali sobie sprawę z wagi tego zagadnienia i szkód, jakie mogłoby przynieść takie ujęcie problemu dla narodu wybranego.

Z upoważnienia sanhedrynu problem ten rozstrzygnął, popularny wśród mas żydowskich, Mojżesz Majmuni (Majmonides), który pozornie wyznawał islam. W swym dziele, ogłoszonym około r. 1160-1164, wykazał on przede wszystkim, że częściowe wykroczenie przeciw ustawom judaizmu nie stanowi jeszcze odszczepieństwa. Niewątpliwie Talmud nakazuje każdemu Żydowi ponieść śmierć męczeńską, gdyby był zmuszony do trzech grzechów głównych, zwłaszcza do bałwochwalstwa. Wszelako kogo nie stać na męstwo męczennika, ten za swoje uchybienie nie podlega żadnej karze ze strony zakonu, nie może też, z punktu widzenia talmudycznego, być uważany za odstępcę i człowieka nie zasługującego na wiarę. Tak sformułowaną odpowiedzią starał się Majmuni o utrzymanie w judaizmie pozornych mahometan i chrześcijan.

Taką interpretacją zyskał powszechne uznanie. Zwracano się do niego z problemami religijno-prawnymi. Uznano go za najwyższy autorytet. Najwyższy trybunał żydowski stwierdził, że pozorna zmiana wiary nie ma żadnego znaczenia i nie może pociągać za sobą żadnych skutków. Co więcej, egzylarcha (przywódca na wygnaniu) z Mossulu, Dawid Ben-Daniel, który wywodził swój rodowód od króla Dawida, razem z dwunastoma członkami swego kolegium, obłożył klątwą wszystkich tych, którzy źle wyrażali się o Majmunim i jego pismach. Podporządkowały mu się dobrowolnie gminy na Wschodzie i Zachodzie.

Tak bezwzględne zastosowanie się do poleceń „drugiego Mojżesza”, bo tak nazywano Majmuniego, nasuwa przypuszczenie, że już wtedy kierownictwo żydowskie zamierzało przeprowadzić szerszą akcję polityczną, która wymagała większej ilości Żydów upodobnionych zewnętrznie do autochtonów. Chodziło o szerzenie niedowiarstwa wśród chrześcijan, co ułatwiło powstanie i rozwój sekty Albigensów, która wypowiedziała posłuszeństwo Kościołowi katolickiemu.

Na tym przykładzie widać, jakie jest podejście Żydów do religii, i że ta religia jest środkiem do celu. Cel jest najważniejszy. Jeśli religia stoi w sprzeczności do celu, to zmienia się jej dogmaty, a nie – cel. A cel, mesjanistyczny cel, jest niezmienny – panowanie nad światem.

Stanisław Didier w książce „Rola neofitów w dziejach Polski”, pierwsze wydanie z 1934 roku, pisze:

Najpoważniejszym terenem zastosowania idei Mojżesza Majmuniego stał się jednak przy końcu średniowiecza Półwysep Iberyjski. Od roku 1391 kościoły katolickie napełniały się co pewien czas tysiącami Izraelitów wszelkiej płci i stanu, żądającymi chrztu. Wśród nowochrzczeńców przeważali ludzie zamożni, właściciele rozległych włości, dzierżawcy królewszczyzn, lichwiarze i handlarze niewolnikami. Stosując się do nakazu drugiego Mojżesza, zrywali oni pozornie z judaizmem. Królowie Kastylii i Aragonii patrzyli na to początkowo przez szpary (dziś mówimy: przez palce). Władze nie domyślały się niczego, lub udawały, że nie widzą obserwowania (dziś mówimy: przestrzegania) przez neofitów nadal obrządków żydowskich. Inkwizycja nie miała jeszcze podówczas nad nimi żadnej mocy, nie istniała bowiem w Hiszpanii. Z tych to kryptożydów utworzyła się liczna i wpływowa klasa, którą można by nazwać judeo-chrześcijańską. „Byli to światowcy, którzy nad wszelką religię przedkładali rozkosze życia, bogactwa i zaszczyty, sceptycy, którzy przyjęli wiarę chrześcijańską (…) bo otwierała przed nimi świat szeroki (…). Klasa ta podszyła się pod płaszczyk chrześcijaństwa, a nawet udawała żarliwą pobożność (…)” pisze Graetz („Historia Żydów” tom VI, str. 4) o nowochrzczeńcach hiszpańskich. Ludność starochrześcijańska spoglądała okiem nieufnym na tych swoich nowych współwyznawców i nadała im przezwisko „marani” (marranos).

W Wikipedii możemy przeczytać, że marrano – znaczenie niejasne, być może „świnia”, podczas gdy Google Tłumacz nie pozostawia wątpliwości: marrano – świnia.

Dalej Stanisław Didier pisze:

„Co się tyczy maranów przebywających na Półwyspie Iberyjskim, pozostali oni pozornie chrześcijanami w ciągu całych stuleci. Zapanowała u nich tradycja, że przynajmniej jeden syn z każdej rodziny winien stać się księdzem. A ponieważ nie brakowało im zdolności i sprytu, dochodzili przeto do najwyższych stanowisk duchownych. Wielu kanoników, sędziów inkwizycji, nawet spowiedników książąt krwi, pochodziło z Żydów. Klasztory męskie i żeńskie były pełne wychrztów. Niejeden był z przekonań Żydem, lecz dla celów doczesnych udawał chrześcijanina. Byli w Hiszpanii biskupi i pobożni zakonnicy, których najbliżsi przebywali za granicą i wyznawali judaizm. Będąc w ścisłym związku ze swymi krewnymi z Holandii, Francji i Anglii pracowali oni stale nad osłabieniem monarchii hiszpańskiej. Pobożni i cisi prałaci i zakonnicy żywili płomień swego przekonania i podkopywali potężne państwo następców Filipa II”.

Taki sposób działania, jak w Hiszpanii, powielają Żydzi w innych krajach. Wielu z tych, którzy w niej nie zostali, osiedliło się w Turcji i przeszło na islam. I właśnie tam, w połowie XVII wieku potomek hiszpańskich maranów Sabbataj Cwi ogłosił się oczekiwanym zbawicielem mesjańskim. Całe żydostwo tureckie uznało go za swego zwierzchnika. Imponując tłumom niepoślednim umysłem, pewnością siebie, energią, dociekaniami kabalistycznymi, rozpoczął rozdawać swym zwolennikom prowincje i kraje tureckie. Musiało to wzbudzić, co oczywiste, zainteresowanie władz w Stambule. Aresztowano go i przyprowadzono przed oblicze sułtana. Jedynym ratunkiem było przejście na wiarę mahometańską, co też skwapliwie uczynił. Za mistrzem poszła wielotysięczna rzesza jego zwolenników. Władzom tureckim wmówił, że jego bliskie stosunki z Żydami mają na celu nawrócenie ich na islam i… uzyskał pozwolenie wygłaszania kazań w synagogach.

Po śmierci Sabbataja Cwi liczba jego zwolenników rosła, również poza granicami Turcji. Jego uczniowie szerzyli idee zmarłego mistrza w Polsce, Czechach i Niemczech. Pod koniec XVII wieku większość osiadłych w Polsce Żydów przyjęła chrzest.

A co działo się później, to tak przedstawia Didier:

„Na początku osiemnastego stulecia liczba pozornych chrześcijan w Polsce niepomiernie wzrosła. Przyczyniało się do tego ugruntowanie sabbataizmu w Rzeczypospolitej oraz gorliwość misjonarska duchowieństwa katolickiego, przyczyniającego się bezwiednie do realizacji idei drugiego Mojżesza. Dzięki akcji księdza Turczynowicza z Wilna i żeńskiego zakonu Mariawitek, którzy wyszukiwali neofitom możnych rodziców chrzestnych, tysiące Żydów przyjęło chrzest. Chętna do tej służby chrześcijańskiej okazała się rodzina Poniatowskich, dalej: Lubomirscy, Sapiehowie, Zamoyscy, Potoccy, Tyszkiewicze, Małachowscy, Chodkiewicze i Platerowie. Starali się oni o jak najszybsze nobilitowanie chrześniaków i dawanie im odpowiednich stanowisk. Pamiętali też o swoich współbraciach wpływowi potomkowie dawnych neofitów, zajmujący wybitne stanowiska i spokrewnieni z wieloma rodzinami staropolskimi. Im to zawdzięczali najświeżsi chrześcijanie, nie patrząc na ostrą opozycję warstwy kierowniczej w kraju, nie chcącej dzielić się z nikim władzą, obalenie dawnego prawa, według którego skartabel (ex charte belli) szlachcic nowy dopiero w trzecim pokoleniu stawał się zdolny piastować urzędy szlacheckie. Dla nich uchwalono w 1736 r. nową konstytucję, która pozwalała omijać skartabellat (praeciso scartabellatu) i przypuszczała nowego szlachcica od razu do pełności praw szlacheckich. Umożliwiało to masom sabbatejczyków wzmocnienie zwartej organizacji mechesów (neofitów), której złowrogi wpływ Polska niejednokrotnie już odczuła oraz przygotowała grunt dla frankistów.

Liczna nowo kreowana szlachta zaczęła w szybkim tempie zajmować poważne stanowiska w kraju. W spisie bardziej znanych rodzin neofickich owych czasów widzimy: Dziekońskich, piastujących poważne stanowiska duchowne i wojskowe, Dobrowolskich herbu Odyniec – zakonników i starostów, Dessaw, którzy otrzymali godności starostów, Urbanowskich – duchownych na kierowniczych stanowiskach, Jakubowskich – wyższych wojskowych i starostów, Wolańskich – posłów na sejm i wielu innych. Najwpływowszym wśród nich był jednak Wojciech Jakubowski, starosta lesznowolski, którego zagadkowa rola w ówczesnej Polsce nie została dostatecznie wyjaśniona. Giętki dworak, umiejący zręcznie zyskiwać względy arystokratycznych dam, pozostawał w bliskich stosunkach z Czartoryskimi. Nie przeszkadzało mu to w należeniu do stronnictwa francuskiego, na czele którego stał Jan Klemens Branicki. Hojnie opłacany przez dwór wersalski był on stale nienasyconym i często przypominał doradcom Ludwika XV o położonych przez niego dla Francji zasługach”.

Tak więc nowa sekta frankistów, która pojawiła się w połowie XVIII wieku nie trafiała w próżnię. Ale i ona sama nie wzięła się znikąd. Wyrosła na gruncie sabbataizmu. W 1726 roku urodził się w Karolówce na Podolu syn Lejby, karczmarza, i Racheli, pochodzącej z okolic Rzeszowa. Nazywał się Jakub Lejbowicz. W trzynastym roku życia przeniósł się wraz z rodzicami na Wołoszczyznę, a później do Rumunii do Bukaresztu. Tam pracował w sklepie, ważąc sól, pieprz i różne korzenie. Nie bardzo mu to pasowało. Przerzucił się na handel drogimi kamieniami, jedwabiami, suknem i podobnymi towarami. To wymagało częstych podróży w poszukiwaniu towaru. Jeździł po miastach wołowskich i tureckich i tak trafił do Smyrny. Jak każdego cudzoziemca przybywającego z Europy, Turcy nazwali go Frankiem. I to nazwisko przylgnęło do niego na resztę życia.

W tamtym czasie pamięć o Sabbataju Cwi, żydowskim sprytnym mesjaszu, była jeszcze żywa i pobudzała wyobraźnię Franka. Teodor Jeske-Choiński w swojej Historii Żydów w Polsce tak to opisuje:

„Ruchliwy umysł Franka chciał wniknąć w tajemnicę sławy Sabbataja, chciał się dowiedzieć w jaki sposób można zapanować nad tłumami i dlatego zanurzył się w mętne głębie Zory. Chwile wolne od zajęć kupieckich poświęcał w roku 1750 badaniu kabały i praktyk okultystycznych. Nie przygotowany do takiej pracy korzystał niewiele z mistycznej gadaniny kabalistów, mimo pomocy chachama (mędrca) Issahara, sławnego sabbatejczyka. Nie bardzo się tym martwił, że ‘niewiele z tego rozumiał, co czytał’, jak sam przyznawał, przekonał się bowiem wkrótce, że nie potrzeba być wcale uczonym, aby panować nad najuczeńszymi w piśmie. Wystarczy być zręcznym, przebiegłym i energicznym, wystarczy umieć narzucić im swoją wolę. A tę sztukę potrafił lepiej od kabalistów.

Opowiadał Frank, że ślęcząc nad tajemniczymi księgami, wyrobił sobie taką sławę mędrca, iż znani uczeni żydowscy przychodzili do niego z prośbą, aby wytłumaczył im niejasne dla nich miejsca. A on ‘lubo sam tych miejsc nie rozumiał’, odczytywał je z taką swadą, iż oni je zaraz rozumieli. Sugestia działa często mocniej od logicznej argumentacji”.

W lipcu 1755 roku przybywa do Polski Jakub Lejbowicz Frank, wychowany w Turcji, nieznający języka polskiego. Towarzyszą mu jego liczni zwolennicy. Ich pojawieniu się i zachowaniu protestują talmudyczni żydzi i na skutek ich denuncjacji Frank zostaje postawiony przed sąd biskupa kamienieckiego Dębowskiego. Jako formę swojej obrony proponuje publiczną dysputę pomiędzy frankistami a rabinami. Dochodzi do niej w Kamieńcu Podolskim w 1757 roku przed forum kościelnym. Rozprawy toczyły się w języku hebrajskim, gdyż ani talmudyści, ani frankiści nie znali języka polskiego. Tłumaczył Jan Chryzostom Białowolski, pisarz sądów wójtowskich w Kamieńcu. Wyrok sądu wypadł na korzyść frankistów. Jednak nie długo cieszyli się oni zwycięstwem. Ich protektor biskup Dębowski umiera w listopadzie 1757 roku. Talmudyści biorą rewanż i Frank salwuje się ucieczką do Turcji.

W rok po dyspucie kamienieckiej, w czerwcu 1758 roku, August III potwierdził dekretem wyrok biskupa Dębowskiego. Potępił talmudystów, a kontrtalmudystów wziął pod szczególną opiekę, wystawiając im list żelazny, zezwalając im jednocześnie na wjazd na terytorium Rzeczypospolitej. W lipcu 1759 roku archikatedrze lwowskiej dochodzi do jeszcze jednej debaty, w której frankiści twierdzą, że wierzą w Trójcę Świętą i w to, że Mesjasz już przyszedł i zarzucają talmudystom uprawianie mordów rytualnych. I znowu sąd kościelny przyznaje zwycięstwo frankistom.

Chrzest frankistów zaczął się we wrześniu 1759 roku. Od września do grudnia ochrzciło się we Lwowie około 500 kontrtalmudystów obojga płci. Frank przyjął na chrzcie imię Józef. Dzięki temu frankiści mieli zapewnioną opiekę rządu i możnych panów. Otworzyły się przed nimi źródła zarobkowanie niedostępne dla prawowiernych Żydów.

Mogłoby się zdawać, że Frank osiągnął swój cel. Ale nic bardziej mylnego! On marzył o osobnym własnym państwie na Podolu. I z tym projektem pojechał do Warszawy. Niektórzy uważają, że był to pierwszy projekt utworzenia na ziemiach polskich Judeopolonii. Nic jednak nie wskórał. Co gorsza, niektórzy frankiści zaczęli rozpowiadać dziwy o sile cudotwórczej „pana” i o jego boskim posłannictwie. I dopiero wówczas duchowieństwo odgadło jego ukryte plany. Nie pomogła mu przed sądem jego giętkość i dar przekonywania. Skazano go jako kłamcę na dożywotnie więzienie w twierdzy częstochowskiej.

W 1773 roku, po zajęciu Częstochowy przez wojska rosyjskie, Frank odzyskał wolność i udał się do Brna. Następnie do Wiednia i w końcu osiadł w Offenbachu koło Frankfurtu, gdzie dopełnił żywota. Wszędzie tam żył jak król. Skąd miał na to pieniądze?

To, co działo się z Frankiem po wyjeździe z Polski, jest dla nas mało istotne. Ważniejsze jest to, co sekta frankistów „wniosła” w polską rzeczywistość i jakie były tego dalekosiężne skutki.

»Jedynym, który nie ufał żydowskim sekciarzom, był nuncjusz papieski ks. Serra. Z życiorysu Franka można wywnioskować, że przejście na katolicyzm było tylko środkiem do celu, a nie celem samym w sobie. W 18 roku życia, a więc w pięć lat po przybyciu do Turcji, otrzymał od swych współwyznawców tytuł „chachama”, co oznacza najmądrzejszy, najbieglejszy, najuczeńszy. Chacham to tytuł trzeciej z rzędu godności w Sanhedrynie. Jest to drugi zastępca przewodniczącego.

Pierwsze swoje wtajemniczenie jeszcze w Turcji otrzymał Frank od niejakiego Issachara, który wówczas był „chachamem”. Dalszych wtajemniczeń udzielili mu, jako młodzieńcowi, dwaj rabini przybyli z Polski, Mardocheusz i Nachman, którzy „wszystko mu wyjawili”. Uświadomili go, że wcielenie mesjasza Sabbataja Cwi, Berachia, urzęduje w Salonikach i pragnie go widzieć. Wobec tego Frank udał się do Berachii, „a ten – czując się bliski śmierci – zlał nań swego ducha i oddał mu władzę nad owczarnią”. W ten sposób stał się Frank legalnym następcą Sabbataja Cwi, żydowskiego mesjasza. Jakże więc to sobie wytłumaczyć, że ów mesjasz i chacham był do tego stopnia znienawidzony przez talmudycznych żydów polskich?« – Henryk Rolicki Zmierzch Izraela.

Wszystko wskazuje, jakbyśmy to dziś powiedzieli, na ustawkę. Zjawienie się Franka w Polsce nie było przypadkowe. Przybył tu wraz z Żydami tureckimi i włoskimi, a więc sefardyjskimi. Miał tu jakąś misję do spełnienia, do której polscy żydzi byli niezdatni. Czy chodziło mu o prawdziwą asymilację? To jest bardzo wątpliwe. Śledząc jego wypowiedzi, nie można mieć złudzeń, co do jego intencji. „Powiadam wam: kto się nie pomiesza z narodami, daremna praca jego”. Sens tej wypowiedzi jest taki, że Żydzi jako naród nieliczny może zapanować nad światem poprzez wnikanie do obcych społeczeństw i zajmowanie w nich kluczowych stanowisk. Nie można tego dokonać jako żyd. Trzeba zmienić wiarę.

Henryk Rolicki w książce „Zmierzch Izraela” ujmuje to tak:

Cel swój zamierza Frank osiągnąć uświęconym u Izraela sposobem: podstępem. Zamierza wkraść się do fortecy narodów nieżydowskich i ułatwić żydom jej zdobycie przez dywersję, wywołaną wewnątrz. Odsłania swój plan uczniom w jednej ze swych przypowieści.

„Pewien król oblegał fortecę, lecz dobyć jej nie mogąc, ogłosił, iż kto by się podjął zdobyć miasto, dostanie jego córkę za żonę i połowę królestwa całego. Przyszedł pewien prostak (tak lubi się Frank zwać sam – przyp. aut.) i wyszpiegowawszy wprzód okolicę i obszedłszy mur dookoła, poszedł do króla i rzekł: Daj mi 800 ludzi pod moją komendę, ale takich, jakich ja sobie wybiorę. Wybrawszy ich sobie, miał do nich przemowę, by mu żadnej rady nie dawali, tylko milcząc szli za nim krok w krok i o niego nie pytali. Poradził ponadto królowi, by przez trzy dni bombardował fortecę ustawicznie, by oblężonych w mieście osłabił. Sam zaś ze swą garstką wojska udał się w nocy pod mur miasta do kanału, przez który najobrzydliwsze fecesa z miasta wypływają i raniutko przez ten kanał wlazł na mury miasta i tam wiele straży trupem położył, co król posłyszawszy, wszedł szturmem i fortecę odebrał”.

A więc chacham (trzecia osoba w Sanhedrynie) Frank żąda od kierownictwa żydowskiego kilkaset ludzi, ale takich, których sobie sam wybierze. Z nimi, nie wtajemniczając ich w swój plan, wchodzi przez obrzydliwy kanał, czyli chrzest, w głąb fortecy narodów chrześcijańskich, którą żydostwo tymczasem bombarduje ustawicznie z zewnątrz. Tam wywołuje zamieszanie, a kierownictwo żydowskie tymczasem bierze twierdzę szturmem. Oto prosty sens tej bajeczki i właściwa tajemnica Franka.

Chodzi mu o cele mesjańskie, to jest o zapanowanie Izraela nad światem. Do tego ma prowadzić przelew krwi, wojny, rewolucje. To jest to bombardowanie twierdzy.

I dalej Rolicki pisze:

»Zamiarem Franka było w momencie, gdy wybuchnie rewolucja światowa i otworzy żydom swobodny dostęp do życia publicznego w całej Europie, zdobyć dla żydów samodzielne państwo na terytorium Polski. Ta Judeo-Polska miała być Polską pod władzą żydów, miała być tą ziemią obiecaną, nową Palestyną, skąd by władza żydowska promieniowała na cały świat.

Nie udało się od razu, choć warunki zdawały się wieścić planom żydowskim zupełny sukces. Przecież Frank, wkraczając po raz pierwszy z Turcji do Polski w r. 1755 był pewny ziszczenia swych planów i tej pewności dał wyraz w odezwie, wydanej na granicy polskiej do żydów, której wyjątki poznać warto:

„Szlachta polska, czego nam właśnie trzeba, jest dobra i głupia. Jej królowie nigdy nie byli od niej mędrsi, dla was zaś zawsze byli jeszcze lepsi niż ona. Gdy wypędzonych z ziemi niemieckiej przodków naszych przyjęła szlachta polska na swoją ziemię, wnet poznali w tej ziemi nową obiecaną, bo wnet jej książąt Piastów zaczęli piastować w swoich kieszeniach… A czyż i wam krzywda, spółwiercy i bracia moi, pod rządami panującego nam obecnie Augusta III, kiedy ludność wasza pod berłem tego polskiego króla żyjąca, już się zrównała z ludnością ojców i przodków naszych w Palestynie z czasów króla Dawida? Nie tylko przez taką ludność, ale także przez niesłychane swobody i rozkosze ludu żydowskiego w Polsce, ja bym ten kraj nazwał prędzej żydowskim niż polskim. Judzką, nie polską ziemią, bo te miliony mieszczan i chłopów dla żydów jedynie żyją, na nich w pocie czoła pracują i sam Bóg po Palestynie Polskę musiał dla żydów na nową ziemię obiecaną, a Kraków na nową Jerozolimę przeznaczyć”.

Ni udała się żydom w XVIII wieku zamierzona rewolucja wszechświatowa. Udały się tylko rewolucje amerykańska i francuska, zaś Polska za swój współudział w ruchu rewolucyjnym zapłaciła utratą niepodległości. Plan Franka powiódł się tylko w części. Nie udało mu się stworzyć państwa żydowskiego na ziemiach Polski, powiodło mu się tylko pozbawić Polaków suwerenności w ich własnym kraju.

Organizacja frankistów współdziałała walnie ze swym przywódcą, by wydać Polskę na łup żydostwa. Wszedłszy w koła szlacheckie, frankiści poczęli wchodzić w polskie życie polityczne i odegrali wybitną rolę w polskich organizacjach wolnomularskich. Frankistą był Wojciech Turski, pochodzący z żydów tureckich, jeden z wodzów polskiego wolnomularstwa, wybitny poseł Sejmu Czteroletniego. Za czasów Królestwa Kongresowego usadowił się w wolnomularstwie polskim niejaki generał Franciszek Ksawery Krysiński, znowu frankista. W r. 1831 znowu jeden z głównych przywódców ruchu rewolucyjnego jest Tadeusz Krępowiecki, także frankista. Był on jednym z założycieli Towarzystwa Demokratycznego«.

W XVII wieku setki rodzin żydowskich przechodziło na katolicyzm i tym samym wchodziło do stanu szlacheckiego, ale w XVIII wieku mamy zdarzenie wyjątkowe. Tajna organizacja żydowska w całości przyjmuje chrzest, ale zachowuje swój ustrój wewnętrzny. Pod koniec tego wieku 24.000 żydów chrzci się, z tego 6.000 w Warszawie. Nazwiska przyjmowali po swoich dobrodziejach (Dębowscy), od miejsca pochodzenia (Buscy z Buska; Brzeziccy i Brzezińscy z Brzezia; Jezierzańscy albo Jeziorańscy z Jezerzań; Lanckorońscy z Lanckorony). Inni polonizowali swoje nazwiska żydowskie (Krysy, Krysińscy; Schor, czyli wół, Wołowscy; Josek, Josińscy, Jasińscy; Szymon, Szymonowscy, Szymanowscy; Nuchem, Nuchymscy, Nachymscy, Naimscy itp. Przyjmowano też nazwiska od dnia lub miesiąca chrztu (Niedzielski, Poniedzielski, Piątkowski, Sobociński, Styczyński, Kwieciński, Majewski, Sierpiński, Wrzesiński, Grudziński). W powieści Kraszewskiego „Żyd” pojawia się pani Wtorkowska. W telewizji, w którymś z programów był, czy jest, nie wiem, serial – „Złotopolscy”, to też prawdopodobnie od frankistów.

Od początku swojego osadnictwa na ziemiach polskich, od tego nieszczęsnego, dla nas, statutu kaliskiego, Żydzi mieli uprzywilejowaną pozycję, a ci z nich, którzy stawali się chrześcijanami, od razu awansowali na szczyt drabiny społecznej, windowani tam przez swoich, jakbyśmy to dziś powiedzieli, sponsorów. Dziwna była ta polska arystokracja i szlachta, która faworyzowała obcych, a gnębiła swoich. Chłop był przywiązany do ziemi. Nie mógł przenieść się do miasta, by tam znaleźć dla siebie nowe zajęcie. Mieszczanie też nie mieli powodu do radości. Czyż można się dziwić Frankowi, który w swojej odezwie do żydów pisał: … ja bym ten kraj nazwał prędzej żydowskim niż polskim. Judzką, nie polską ziemią, bo te miliony mieszczan i chłopów polskich dla żydów jedynie żyją, na nich w pocie czoła pracują i sam Bóg po Palestynie musiał Polskę dla żydów na nową ziemię obiecaną, a Kraków na nową Jerozolimę przeznaczyć.

Wygląda więc na to, że jeszcze zanim pojawił się Jakub Lejbowicz Frank Dobrudzki, to żydowskie kierownictwo obrało było sobie Polskę za swoją ziemię obiecaną. Trudno się temu dziwić. Przecież żydzi, którzy tu żyli od wieków musieli je informować, że nigdzie na świecie nie ma tak niedorozwiniętych umysłowo elit, jak w Polsce. Ale czemu się dziwić, skoro na ziemiach polskich, jedynie nuncjusz papieski ks. Serra od razu wyczuł intencje Franka. Bolesne to, ale prawdziwe.

Pojawienie się sekty frankistów w Polsce to był jeden z najważniejszych, o ile nie najważniejszy moment w historii narodu polskiego. Był to praktycznie przysłowiowy gwóźdź do jego trumny. Ci neofici wnikają bardzo głęboko w polskie społeczeństwo, a właściwie w jego elitę i stopniowo ją zastępują. Służą ku temu kolejne powstania: insurekcja kościuszkowska, powstanie listopadowe, powstanie styczniowe i powstanie warszawskie. Celem insurekcji było związanie Prus, Austrii i Rosji, by nie interweniowały we Francji, w której ważyły się losy rewolucji francuskiej, która była żydowskim pomysłem. Rewolucja francuska ocalała, a Polska straciła niepodległość. Po upadku powstania listopadowego żydzi opanowują w Polsce życie gospodarcze i towarzyskie. I wtedy gorliwymi zwolennikami asymilacji stają się potomkowie frankistów. Powstanie styczniowe dobiło to, co nie zostało unicestwione w powstaniu listopadowym. Później była jeszcze rewolucja 1605 roku, która zniszczyła rodzący się polski przemysł. I w końcu to żałosne powstanie warszawskie, ale o nim pisałem w innym miejscu, więc nie będę się powtarzał.

Dziś mamy Polin, nie Polskę. To jest efekt konsekwentnego i przemyślanego działania żydów od kilkuset lat. Oni są tak konsekwentni i przewidujący, że niszczą w zarodku każde niebezpieczeństwo. A takim, dla nich, niebezpieczeństwem mogłaby być Polonia w Ameryce. Cóż, tak liczna i zorganizowana, mogłaby szachować każdego kandydata na prezydenta. Są jednak wśród niej delegowani z kraju, pozorni emigranci, pozorni patrioci, którzy ją rozbijają. I później jeszcze mówią, że Polacy to kłótliwy i zawistny naród.

Nie ma już Polski. Jest Polin. Ale, jak mówi przysłowie: nigdy nie mów nigdy. Może jeszcze karta się odwróci. Na pewno nie dokona się tego poprzez modlitwy. Pierwszą i podstawową sprawą jest właściwe rozpoznanie sytuacji, tak jak na wojnie. A sytuacja wygląda tak: Żydzi są polską elitą w Polsce, a Polacy są w niej plebsem. Czy plebs może pokonać elitę? Oto jest pytanie! W plebsie też są zdolni ludzie. Tylko czy ktoś ich dostrzeże i da im szansę, gdy nadarzy się stosowna chwila? A taka może nadejść szybciej niż myślimy!

Wojna niemiecko-radziecka

22 czerwca 1941 roku rozpoczęła się wojna niemiecko-radziecka. Była to dziwna wojna, która momentami przypominała wojnę z 1920 roku. I Piłsudski i Hitler podejmowali niezrozumiałe decyzje i to w momentach, w których zdecydowane działania doprowadziłyby do zwycięstwa. Obaj też otwarcie deklarowali, że nie walczą z bolszewikami tylko z Rosją. O ile w przypadku Piłsudskiego można to było zrozumieć, bo Rosja jeszcze była, o tyle w przypadku Hitlera jest to już mniej zrozumiałe, a właściwie to niezrozumiałe. Nie można jednak wykluczyć, że Hitler wiedział, co mówił. Gdyby tak rzeczywiście było, to można by się pokusić o interpretację tego starcia, jako dokończenie rewolucji. Tym razem już jednak tylko w sferze nadbudowy, czyli w sferze ludzkiego umysłu, systemu wartości i przekonań. Pomimo że od rewolucji minęły 24 lata, to nadal większość Rosjan nie była przekonana do tego najlepszego z ustrojów. Rosjanie i narody wchodzące w skład Wielkiego Księstwa Litewskiego zrazu potraktowały niemiecką agresję jako wyzwolenie. Szybko jednak przekonały się, że to nie tak. Józef Mackiewicz w swojej powieści „Nie trzeba głośno mówić” dokładnie opisał nie tylko najważniejsze momenty tej wojny, ale również sposób myślenia i wnioskowania ludzi prostych i tych bardziej, jakbyśmy to powiedzieli z angielska – „sophisticated”, czyli takich wyrafinowanych, obytych w świecie.

Prosty człowiek obserwował i wnioskował:

„ Nic u nich z tego nie wyjdzie. Już po wszystkiemu widać, że nic nie wyjdzie. Naród darem męczą, zamiast oswobodzić, sami ta bolszewizma rozprowadzają. I jeszcze jak na śmiech ludziom, nie jakichś gubernatorów, czy wojewodów, czy naczelników, ale musowo komisaaaarów powyznaczali! Czy u nich tam rozumu nie ma za kopiejkę? Toż pomyśleć: bolszewik przyszedł i zagrabił wszystko; a Niemiec przyszedł i sobie zabrał. Rzeczywiście i wychodzi: „grab zagrabione”, jak za Trockiego. Nieee, to nie ten Niemiec, co był przyszedszy w piętnastym, osiemnastym. Taki sam bolszewik, tylko że szczeka jak pies. – Dopiero po dłuższym namyśle dodał: – A że pod Moskwę podeszli, to i Napolion w Moskwie był, a później co stało się. O, tylko krzyżów po dziś dzień ostawił.”

Przedstawiciel białoruskiej inteligencji jest bardziej „sophisticated”:

„A tymczasem na wschodzie Europy następuje taki paradoks: wszystkie narody chłopskie, czyli wszystkie tak zwane „czarne ręce od pługa”, czyli organicznie demokratyczne, Finowie, Estończycy, Łotysze, Litwini, Białorusini, Ukraińcy, Słowacy… wolą raczej Niemców, niż tego sojusznika demokracji światowej! (…) …Tymczasem drugi fenomen: z całej Europy wschodniej, tylko ‘szlachecka’ Polska i ‘kapitalistyczne’ Czechy, czyli ‘pańskie’ i ‘białoręce’, kumają się z bolszewikami przeciw Niemcom! (…) Rozwiera się taka przepaść pomiędzy ‘Koroną’ i ‘Wielkim Księstwem’, jakiej jeszcze nigdy dotąd o tej głębokości w historii nie było. W porównaniu z tym, odrodzenie się naszych narodowych ruchów, białoruskiego, litewskiego, ukraińskiego w XIX wieku, zda się tylko drobną skazą na waszej ‘idei Jagiellońskiej’. Dziś ona jest rozdarta przepaścią nie do przebycia, i nieodwracalną! Wszystko co było Litwą i Rusią, idzie przeciw bolszewikom. Wszystko co było Koroną, idzie z bolszewikami.”

W dalszym ciągu ta sama osoba analizuje stosunki wewnątrzniemieckie:

„Żyjemy w epoce propagandy, więc wśród pojęć mocno uproszczonych. Tak prosto nie jest. Nie bywało zresztą nigdy na świecie. Ja byłem niedawno w Berlinie. O ile mogłem się zorientować, istnieją trzy główne, że tak powiem, trzony, które decydują o polityce wschodniej. Po pierwsze Hitler i partia, a więc takie typy jak Bormann, Himmler, Göring i banda. Po drugie: Ostministerium, to znaczy Rosenberg i cały sztab wcale rozsądnych profesorów i ekspertów. Po trzecie: wojsko. To znów schemat. Pomijam, że w każdym z trzonów są prócz tego tarcia, kłótnie, zwalczania wzajemne, zawiści i inne zdania. Prócz tego odsunięte od wpływów ministerstwo Ribbentropa; prócz tego propaganda, Abwehra, Gestapo, SD, „Plan pięcioletni”… ach, czego tam nie ma! Jedna wielka walka o kompetencje. Wszystko skłócone na noże, lub zakulisowe sojusze dla podstawienia nogi trzeciemu. Labirynt intryg. Ale te trzy trzony są główne. (…) Bo sytuacja jest taka: Hitler – wszyscy podludzie, jedna kolonia niemiecka. Rosenberg: wydzielić kraje bałtyckie, dać samodzielność Ukrainie, Białorusi, Kaukazowi, rozczłonkować Rosję raz na zawsze, a z ‘Moskowii’ zrobić rodzaj generalnej guberni, bez warstwy wyższej. Natomiast Wehrmacht przeciwnie: anektować kraje bałtyckie, dać może tam samodzielność na Kaukazie i innym trochę autonomii, ale w zasadzie, po obaleniu bolszewizmu, odbudować narodową Rosję i szukać z nią trwałego porozumienia. (…) … z Hitlerem nas łączy to, że ‘krucjatę antykomunistyczną’ bierze poważnie tylko Wehrmacht; zaś Hitler walczy głównie nie z komunizmem, a z Rosją. Nie tyle bolszewizm chce zmiażdżyć, ile raz na zawsze wyeliminować Rosję.”

Mamy więc taki obraz:

  • Hitler – podludzie i jedna wielka kolonia
  • Rosenberg – rozczłonkować Rosję, pozostałym republikom dać samodzielność
  • Wehrmacht – odbudować narodową Rosję i szukać z nią trwałego porozumienia

Z tego wniosek, że nie było w Niemczech jednego ośrodka władzy. W takiej sytuacji skuteczne prowadzenie wojny nie jest możliwe. A może celowo stworzono taki układ? Czyżby prowadzono tę wojnę dla samej wojny, a prawdziwy cel był ukryty? Już przygotowania do niej i zachowanie obu stron w tym czasie budzą zdziwienie i niedowierzanie, że to wszystko jakoś sztucznie wygląda.

Przygotowania do wojny rozpoczęto w lipcu 1940 roku. W sierpniu naczelne dowództwo przystąpiło do szczegółowego opracowania planów wojny. Od listopada następuje stopniowe przesuwanie wojsk z zachodu na wschód. W grudniu plan „Operacji Barbarossa” jest gotowy: szybkie rozbicie armii sowieckich i zatrzymanie na linii: Archangielsk – Wołga – Morze Kaspijskie.

W przygotowania do wojny wciągnięty jest cały aparat III Rzeszy. Zostają powołane całe sztaby eksperckie od sowieckiego przemysłu, bogactw naturalnych, rolnictwa, lasów, dróg wodnych. Do prac wciągnięte zostają ministerstwa wyżywienia i rolnictwa, gospodarki, urząd gospodarki wojennej itp. Powołano „Ostministeruim” pod kierownictwem ministra Rosenberga. W plany zaangażowane są organizacje ukraińskie m.in. OUN (Bandera) i OUN (Melnyk), białoruskie, litewskie. Podobne kontakty utrzymywano z Finlandią, Rumunią i Węgrami.

W ciągu całego tego czasu poselstwo sowieckie w Berlinie nie wie nic konkretnego. Sugestie niemieckie idą w tym kierunku, żeby przekonać posła Dekanozowa, że te wszystkie przygotowania, o których nie może nie wiedzieć, że to „wielki bluff”, mający kamuflować niespodziewany atak na Anglię.

Poprzez sieć swoich agentów bolszewicy dowiadują się o planach Niemców. Nie wiedzieć czemu, lekceważą je. W marcu 1941 roku podsekretarz stanu Sumner Welles przestrzegał ambasadora radzieckiego w Waszyngtonie o mającej nastąpić inwazji niemieckiej. W kwietniu publicznie powtórzył to ostrzeżenie Winston Churchill, ale i to nie przekonało Moskwy. Po raz pierwszy wywiad podziemny w Polsce dostarcza Sowietom informacje o jednostkach niemieckich, grupujących się na granicy wschodniej. Ale i sam wywiad sowiecki wiedział o tym, podobnie jak sowieckie posterunki graniczne. Jednak z braku konkretnych informacji ze strony GRU i sprzecznych z nimi informacji z berlińskiej INO-NKWD, Sowieci uznają ruchy tych wojsk za „wielki bluff”, a wszystkie ostrzeżenia za „prowokację brytyjską”.

Bitwa o Anglię rozegrała się w lipcu, sierpniu i wrześniu 1940 roku. Jeszcze później, w październiku i listopadzie, próbował Hitler bombardowań miast angielskich, ale bez rezultatów. Tę wojnę przegrał i wiedział, że tym sposobem nie wygra. Potrzebna mu była nowa broń, której jeszcze nie miał. Czy wobec tego wiara bolszewików w to, że Hitler, w pół roku po przegranej, chce ponownie zaatakować Anglię, była autentyczna? Dziwnie to wszystko wygląda.

W ciągu czerwca 1941 roku Niemcy skoncentrowały wzdłuż granicy sowieckiej, na przestrzeni 1.600 km, od Morza Bałtyckiego do Czarnego, 146 dywizji, o łącznej sile 3 milionów żołnierzy, 600.000 wozów, 750.000 koni, 3.580 czołgów, 7.184 armat i 1.830 samolotów. Do tego dochodziła 3-cia i 4-ta armia rumuńska na południu i armia fińska na północy. Po drugiej stronie było 139 dywizji i 29 samodzielnych brygad, o łącznej sile 4,5 miliona ludzi. Bolszewicy posiadali 6000 samolotów, z czego tylko 1500 nowego typu, pozostałe były przestarzałe.

W niedzielę 22 czerwca o godzinie 3.15 rano nastąpił atak. Zaskoczenie było kompletne. Żadna jednostka sowiecka nie była postawiona w stan alarmu, nigdzie obsada przyczółków mostowych nie była wzmocniona, bojowe linie obronne nie były rozwinięte. Na całej długości frontu nie było przypadku niezaskoczenia. Do dnia 10 lipca poddało się na trenie Białorusi 320.000 żołnierzy sowieckich, 16 lipca w rejonie Smoleńska – 300.000, pomiędzy 5 i 8 sierpnia, w rejonie Humania, 103.000, do 26 września pod Kijowem 650.000. Łącznie – 1.388.000, w ciągu trzech miesięcy. W drugiej połowie lipca, po przebyciu 700 kilometrów, armie niemieckie stanęły na linii: Jarcewo-Smoleńsk-Jelnia-Rosławl. Do Moskwy pozostawało 350 kilometrów.

W pierwszych dniach września rada miejska Smoleńska postanowiła wręczyć Hitlerowi memoriał, w którym zawarta była propozycja utworzenia rosyjskiego centrum antybolszewickiego i przekształcenia go w prowizoryczny rosyjski rząd, który powoła pod broń ochotników, walczących po stronie niemieckiej. Konkretny plan realizacji tego projektu opracował kapitan rezerwy Strik-Strikfeldt. Pochodził on z prowincji bałtyckich i w pierwszej wojnie walczył po stronie rosyjskiej. Reprezentował on pogląd że Sowiety mogą być pokonane tylko przy pomocy „wyzwoleńczej armii rosyjskiej”. Odpowiedź długo nie nadchodziła. W międzyczasie poszerzony memoriał został przesłany dowódcy sił lądowych generałowi von Brauchitsch. W końcu nadeszły obie odpowiedzi. Od generała brzmiała:

„Uważam projekt za rozstrzygający dla kampanii wojennej”.

Z kwatery Hitlera, odpowiedź podpisana przez generała Keitla, brzmiała:

„Sprawy polityczne zasadniczo nie obchodzą wojska. Poza tym, pomysły takie, jak ten, są dla Führera nie do dyskusji.

Dnie stawały się coraz krótsze. Od tygodni wojska niemieckie stały w miejscu, a rozkaz marszu na Moskwę nie nadchodził. W tym czasie gen. Guderian zamierzał zgrupowane siły pancerne pchnąć na Moskwę z rejonu Rosławla. Czekał tylko na rozkaz. O północy 22 sierpnia zadzwonił do Guderiana feldmarszałek von Bock i poprosił go o przybycie do niego do Borysowa. Guderian przyleciał o 11 przed południem. Godzinę wcześniej wylądował szef sztabu gen. Halder, który przywiózł dosłowny tekst decyzji Hitlera:

„Najważniejsze przed nastaniem zimy nie jest wzięcie Moskwy, lecz zajęcie Krymu, przemysłowego i węglowego Zagłębia nad Dońcem, przejęcie dopływu nafty z Kaukazu. Na północy odcięcie Leningradu i połączenie z Finami.”

Guderian nie mógł pogodzić się z tą decyzją i osobiście stawił się 23 sierpnia w kwaterze Hitlera w Rastenburgu (Kętrzyn). Argumentował: zdobycie Moskwy zadecyduje o kampanii. Obecny był Keitel, Jodl, Heusinger. Hitler był nieprzekonany. Gdy Guderian skończył, Hitler oświadczył: „Moi generałowie mają pojęcie o strategii, ale nie mają pojęcia o wojnie gospodarczej”. Stwierdził, że zboże, nafta, masło, jajka, węgiel, minerały… to decyduje o wojnie. Dobra materialne, a nie momenty strategiczno-polityczne, propagandowe czy psychologiczne. „Uderzenie pójdzie na Ukrainę, nie na Moskwę! Pan, generale zawraca 25-go całą siłą pancerną na południe. Na Konotop, węzeł kolejowy na linii Kijowa.”

Stalin trwał przy swoim zdaniu, nawet gdy jego własne samoloty zwiadowcze doniosły, że wojska niemieckie skręciły na południe i prą w obejście frontu ukraińskiego od północy. Uznał, że to fortel i że Niemcy chcą obejść Moskwę od południa i rozkazał wzmocnić odcinek Briańska dwoma armiami. A czołgi Guderiana minęły odcinek Briańska wzdłuż jego frontu i 16 września spotkały się z 1-wszą pancerną grupą „Południe”, 200 km na wschód od Kijowa, zamykając w kotle pięć armii sowieckich. Zakończyło się to 26 września wielką klęską armii radzieckich. Poddało się 665.000 ludzi, 3.718 armat i 884 czołgi wpadło w ręce niemieckie.

Pogoda, jak cały czas w tej kampanii, była sucha. Dopiero po zwycięstwie na Ukrainie, Hitler uległ generałom i zdecydował się na uderzenie na Moskwę, choć nadal nie przywiązywał wagi do jej zajęcia. To zadanie polecił grupie armii „Środka”, wyznaczając pozostałym siłom inne, ekscentryczne, a nie koncentryczne, w stosunku do Moskwy zadania. Innymi słowy, nie był zwolennikiem okrążenia Moskwy i zaatakowania jej z każdej strony. Lubił przechwalać się tym, że nie popełni błędu Napoleona. Moskwa – mówił – nie jest dla mnie ważna.

Historia, jak mówią, lubi się powtarzać, ale też nigdy nie potarza się tak samo. W 1812 roku wojska rosyjskie były wierne swemu dowództwu, a i ludność nie była wroga. Dobrowolne opuszczenie stolicy nie oznaczało jeszcze klęski. W 1941 roku Moskwa była zaledwie od 24 lat stolicą światowego komunizmu, otoczona ludnością, która w niewielkim procencie dała się przekonać, że jest to najlepszy ustrój na świecie. Masowe poddawanie się i przechodzenie na stronę niemiecką żołnierzy armii czerwonej w początkowej fazie tej wojny, tylko utwierdzało władze sowieckie w tym, że upadek Moskwy oznacza ich koniec. Wiedzieli więc, że za wszelką cenę muszą ją obronić, jeśli bolszewizm ma się utrzymać. Zupełnie tak samo jak w 1920 roku. Zupełnie tak samo Piłsudski nie chciał zdobyć Moskwy, jak nie chciał jej zdobyć Hitler w 1941 roku. Ale dlaczego!?

To, co działo się później, Mackiewicz opisuje tak:

Pięć „frontów” obronnych, z których pierwszy od Białego i Jarcewa poprzez Briańsk wzdłuż Desny; drugi rezerwowy od Rżewa na górnej Wołdze, przez Wiaźmę-Suchenicze; trzeci od Kalinina przez Możajsk do Kaługi; czwarty od Klimu przez Narofominsk do Tuły, i wreszcie piąty od Dmitrowa do Kołomny – opasały bezpośrednio Moskwę.

Generalny atak niemiecki rozpoczął się 2 października. 2-ga pancerna Guderiana, 2-ga armia, 4-ta pancerna, 4-ta armia, 9-ta i 3-cia pancerna, niemieckiej grupy „Środka”, rozbiły w przeciągu kilku dni pierwszy, i częściowo drugi sowiecki front obrony. Wojska Jeremienki na odcinku briańskim zostały otoczone. Sam on, ranny, ratował się ucieczką samolotem. Dnia 7 października 10-ta niemiecka dywizja pancerna od południa i 7-ma dywizja pancerna od północy zamknęły kleszcze wokół kotła Wiaźmy. W bitwie tej doszczętnie zniesione zostało osiem armii sowieckich, w tym siedemdziesiąt trzy dywizje piechoty i kawalerii, trzynaście dywizji i brygad pancernych. W ręce niemieckie wpadło 1.277 czołgów i 4.378 armat. Poddało się Niemcom 673.000 żołnierzy armii czerwonej. – W ten sposób od początku kampanii, w przeciągu pierwszych niespełna czterech miesięcy, łączna cyfra wziętych do niewoli jeńców wyniosła 2.061.000 ludzi. Niebywała od stworzenia świata i prowadzonych na nim wojen!

Na kilka godzin przed zamknięciem kotła Wiaźmy, w nocy z 6 na 7 października, spadł pierwszy, wilgotny śnieg. Tajał natychmiast. Nazajutrz niebo się nie przejaśniło. Nie było wiatru. Wciąż padał śnieg, ale od południa przeszedł w deszcz. Do wieczora rozpadał się na dobre. Zaczęło lać strugami, dzień i noc następną, i znowu dzień… Minął tydzień, drugi… Deszcz lał bez przerwy.

Dnia 5 grudnia 1941 roku na odcinku Kalinina, a 6 grudnia wzdłuż całego frontu obronnego pod Moskwą, 88 sowieckich dywizji piechoty, 15 dywizji kawalerii i 24 brygady pancerne przeszło do przeciwnatarcia. Termometr wskazywał 30 stopni poniżej zera.

Niemcy zaczęli się wycofywać w głębokim śniegu, na całej linii. Częściowo porzucając ciężki sprzęt. Oskrzydlające uderzenie sowieckie od Rżewa na północy aż do Liwny na południu zagrażało obejściem głównych sił niemieckich „armii Środka”.

W tych warunkach jedynym racjonalnym, z punktu widzenia sztuki wojennej, manewrem, wydawał się śpieszny odwrót gros sił na nowe linie obronne. Niektórzy generałowie chcieli je widzieć w leżach zimowych chociażby pod Smoleńskiem.

16 grudnia Hitler podyktował swój rozkaz zabraniający strategicznego odwrotu w wielkim stylu. Dopuszczał jedyne taktyczne wyrównania, ale kazał stać i „fanatycznie” trzymać się w miejscu.

Po raz pierwszy nie było zgodnego poglądu generalicji, dotychczas niechętnie odnoszącej się do pomysłów „Führera”. Podczas gdy jedni rozkaz Hitlera nazywali kolejnym „szaleństwem”, inni byli zdania, że w tym wypadku ma on rację. Że odwrót w danych warunkach przeistoczyć by się mógł łatwo w ucieczkę, ucieczka w panikę, panika w pogrom.

Bitwa pod Stalingradem rozpoczęła się 23 listopada 1942 roku, gdy 4-ty sowiecki zmechanizowany korpus od północy i 4-ty pancerny korpus od południowego zachodu zamknęły w pierścieniu całą 6-tą i część 4-tej armii niemieckich. Straty niemieckie były ogromne i w tamtym momencie wydawało się, że losy wojny są już przesądzone. Jednak jeszcze nie w tym momencie ważyły się losy tej wojny.

Decydujący cios Stalin zamierzał zadać ofensywą znad Dońca. Na południowym odcinku frontu, po rozproszeniu słabych mieszanych wojsk rumuńskich, włoskich i węgierskich, wytworzyła się luka, którą zamierzało wykorzystać dowództwo sowieckie, rzucając w nią potężne siły celem otoczenia i zniszczenia niemieckiej grupy „Południe” na Ukrainie. Dowodził nią feldmarszałek von Manstein. I to właśnie on dnia 6 lutego 1943 roku po raz pierwszy w kampanii wschodniej, uzyskał zgodę od Hitlera na operacyjny odwrót. Ma on na celu obejście i okrążenie potężnej „grupy Popowa”. W dniu 19 lutego Niemcy opuszczają Charków. To utwierdza dowództwo sowieckie, że przeciwnik wycofuje się na całej linii. Również wywiad sowiecki, działający na zapleczu niemieckim potwierdza, że tak faktycznie się dzieje. 23 lutego „grupa Popowa” zostaje całkowicie otoczona. I dopiero 24 lutego dowództwo sowieckie uświadamia sobie, że działało w zupełnie fantastycznej sytuacji, cały czas wprowadzane w błąd przez własny wywiad. 28 lutego „grupa Popowa” zostaje rozbita i przestaje istnieć. Kilka dni później zostaje zniszczona 6-ta armia sowiecka. W dniu 15 marca Charków zostaje odbity i przy okazji zniszczona zostaje 3-cia pancerna armia i 69-ta armia sowiecka. Front sowiecki jest rozerwany w środku. Klęska spod Stalingradu została powetowana z nawiązką.

I tu znowu następuje dziwne zachowanie Hitlera. Mackiewicz opisuje to tak:

Manstein chciał wykorzystać zwycięstwo celem obejścia i zniszczenia armii sowieckich centralnego frontu, zmasowanych w wybrzuszeniu Kurska. Nalegał na natychmiastowe uderzenie od Biełgorodu z południa i od Orła z północy jednocześnie. Niespodziewanie Hitler odłożył dalszą ofensywę na sto jedenaście dni.

Operacja pod kryptonimem „Cytadela” rozpoczęła się więc 5 lipca, o godzinie 3.30 nad ranem. W zupełnie odmiennych, niż wiosną, okolicznościach. (…) Pod Prochorowką rozegrała się największa pancerna bitwa świata. Czołgi dwóch stron, dowodzone z jednej strony przez generała Rotmistrowa, z drugiej przez generała Hotha, walczyły tu prawie „wręcz”…

Dnia 10 lipca, wojska angielskie, kanadyjskie i amerykańskie wylądowały na Sycylii.

13 lipca Hitler, zdenerwowany ta wiadomością, rozkazał przerwać operację „Cytadela”. Wojska niemieckie, nie mogąc utrzymać się na zdobytych już pozycjach, zmuszone były wycofać się na stanowiska wyjściowe sprzed tygodnia.

Była to bitwa nie zdecydowana, która zdecydowała o dalszym militarnym losie kampanii. Pod Kurskiem, a nie pod Stalingradem, przełamana została wojskowa przewaga niemiecka. Przechyliła się szala i odwróciła karta.

To już po raz drugi w tej wojnie Hitler zachowuje się dziwnie, ale był jeszcze trzeci taki moment i Mackiewicz tak go opisuje:

Ale istotna katastrofa niemiecka rozpoczęła się akurat w trzecią rocznicę wojny wschodniej, 22 czerwca.

W ogromnym wybrzuszeniu niemieckiej grupy „Środka”, pod wodzą feldmarszałka Buscha – od Prypeci wzdłuż górnego Dniepru do Dźwiny – stoi 400 tysięcy żołnierzy. A naprzeciw 2 miliony 500 tysięcy żołnierzy sowieckich. Hitler, który dokonał przed kilku laty jednego z największych podbojów w historii świata ( a więc sprawiedliwie postawiony być może obok Aleksandra Macedońskiego, Napoleona i wielu innych wodzów), wie lepiej co zamierza przeciwnik: „Zamierza z podstaw galicyjskiego frontu, olbrzymim lewym sierpowym uderzyć na północny zachód, z pominięciem Warszawy, w Królewiec, do morza! I odciąć wszystko, co leży na wschód i północ.” Narysował nawet na mapie kierunek oczekiwanego uderzenia. Rysunek leży na stole, przygwożdżony pineskami. Generałowie nie śmieją oponować. Zgodnie z tym przewidywaniem pada rozkaz, aby wszystko co się da, wycofać z frontu środkowego i przerzucić na południe od Polesia, na odparcie wyobrażalnego uderzenia sowieckiego.

Dnia 22 czerwca niemieckie armie Środka miały już tylko 34 dywizje. Natomiast sowieckie zgrupowania: 1-szy Bałtycki, 1-szy, 2-gi i 3-ci Białoruski Front – 200 dywizji. 7000 samolotów przeciwko 40-tu… niemieckim.

Ale Hitler wiedział, że to tylko demonstracja siły „dla odciągnięcia uwagi wroga”. Z ogólnej liczby 34 zdolnych do boju dywizji, kazał wydzielić jeszcze 6 i zamknąć je w punktach obronnych: Witebsku, Orszy, Mohylowie, Bobrujsku. W pierwszej linii pozostało 28. Bez rezerw, bez odwodów.

Już w pierwszych dniach po uderzeniu czterech „frontów sowieckich”, niemiecka „grupa Środka” poszła w rozsypkę. Laicy chwytali się za głowę: „Gdzie nasz wywiad?!”… Wywiad był silną stroną niemiecką. O tym sowieckie dowództwo wiedziało dobrze. Agenci spośród miejscowej ludności, agenci antybolszewickich organizacji rosyjskich, ciągle jeszcze zaprzańcy ojczyzny socjalistycznej z szeregów Armii Czerwonej, przebiegający na stronę niemiecką itd. Zastosowano więc środki niebywałe: kazano armiom kopać rowy, niby dla obronnych stanowisk… Zabroniono używać radia i telefonów, nawet maszyn do pisania… Najważniejsze rozkazy miały być pisane wyłącznie odręcznie i przekazywane doręcznie przez zaufanych kurierów…Wszystko dla zaskoczenia!

W początku czerwca zestrzelony jednak zostaje na odcinku 252-giej niemieckiej dywizji piechoty, samolot sowiecki. W nim major z teczką. W teczce odręczne rozkazy, odsłaniające tajemnicę strategiczną. Nie można było dłużej żywić złudzeń.

Ale Hitler wiedział lepiej, jak każdy genialny człowiek, dopóki nim być nie przestanie.

To tyle Mackiewicz. Na końcu powieści „Nie trzeba głośno mówić”, z której pochodzą cytowane wyżej fragmenty, podaje on niektóre źródła, z których korzystał. A było tego ponad 80 pozycji. Mackiewicz, zarówno w tej powieści, jak i we wcześniejszej, „Lewa wolna” o wojnie polsko-bolszewickiej, przedstawiał fakty i nie komentował ich. Ocenę i interpretację pozostawił czytelnikom. I bardzo dobrze! Z faktami nie dyskutuje się. Chociaż, z drugiej strony, aż trudno się oprzeć i nie zacytować klasyka: „Jeśli fakty nie pasują do teorii, tym gorzej dla faktów”.

Ja jednak pokuszę się o interpretację. „Śpiewać każdy może, jeden lepiej, drugi – gorzej”, to i interpretować każdy może, jeden lepiej, drugi – gorzej. Na swoje usprawiedliwienie powiem tylko, że wygłaszanie największych nawet głupot Amerykanie nazywają „burzą mózgów”. I bardzo dobrze. Nie trzeba się bać swoich myśli. Nawet, jeśli mylimy się, to w końcu może znajdzie się ktoś, mądrzejszy, kto je skoryguje, ale bez ich wypowiedzenia tkwilibyśmy w błędzie „ad mortem defaecatam”. – Jak to ładnie i górnolotnie brzmi po łacinie, choć takie przyziemne. Nie ma to jak wspólne, antyczne korzenie! Nie to, co jakieś, nie wiadomo jakie, judeochrześcijańskie.

Piłsudski miał dwa razy otwartą drogę na Moskwę: w październiku 1919 i w październiku 1920 roku. Ponadto po odparciu bolszewików spod Warszawy w sierpniu 1920 roku, nie poszedł za ciosem. Uderzył dopiero po miesiącu, pod koniec września.

Hitler w drugiej połowie lipca stał w odległości 350 km od Moskwy i nie ruszył, pomimo że miał drogę wolną. Co gorsza, wycofał wojska spod Moskwy na Ukrainę. Wrócił pod Moskwę w październiku, gdy pogoda zaczęła się psuć i operacje wojskowe stawały się coraz trudniejsze. Pod Kurskiem, po zwycięstwie Mansteina, wstrzymał działania na 111 dni. W czerwcu 1944 roku przerzuca część , i tak nielicznych, wojsk z frontu środkowego na południowy, na Ukrainę. To do złudzenia przypomina działania Piłsudskiego, które on nazywał „grą odwodami”. I jeszcze do tego i jeden, i drugi – nie walczył z komunizmem, tylko z Rosją.

W obu przypadkach chodziło o to, by rewolucja bolszewicka i Związek Radziecki przetrwały. A komu na tym zależało? O ile w wojnie 1920 roku cel był czytelny – zniszczenie Rosji carskiej, to w wojnie niemiecko-radzieckiej, która mogłaby się zakończyć zdobyciem Moskwy pod koniec lipca czy w sierpniu 1941 roku, i która byłaby tym, co nie udało się Niemcom podczas I wojny światowej, czyli byłby to Blitzkrieg – o tyle w tej wojnie cel nie był tak jasny. Bolszewicy też udawali, że nie widzą, że Niemcy szykują się do wojny z nimi. Może więc chodziło w niej o to, by trwała ona jak najdłużej, by zginęło jak najwięcej ludzi, zniszczono jak najwięcej czołgów, samolotów, okrętów, które to, w odróżnieniu od ludzi, można by odtworzyć i sprzedać walczącym stronom. Wydaje się więc, że zarówno Piłsudski jak i Hitler nie byli idiotami, co byłoby zbyt prostackim osądem, tylko ludźmi zależnymi od środowiska finansowego ze wschodniego wybrzeża. I przez ten pryzmat, również, należy spojrzeć na politykę polskich władz sanacyjnych przed wybuchem II wojny światowej. Tak mi się wydaje.

Judenraty i getta

Sun-Tsu, jeszcze pięćset lat przed Chrystusem, powiedział: „Zwycięży ten, kto będzie znał przeciwnika jak siebie samego”. Polski problem, a właściwie Polaków, polega na tym, że my nigdy za bardzo nie interesowaliśmy się Żydami, ich kulturą, religią, obyczajami i mentalnością. A to błąd, chociażby z tego względu, że próba obrony przed roszczeniami w oparciu o nasze, europejskie, rzymskie prawo nie ma sensu, bo to nie ich prawo. Oni mają własne i jest to, niestety, prawo silniejszego. Jednak poznanie przeciwnika pozwala nie tylko określić jego silne strony, ale też i jego słabości.

Jesienią, we wrześniu, zawsze wracamy do wybuchu II wojny światowej i ciągle zadajemy sobie to pytanie: czy można było inaczej? Te spory, dywagacje, historie alternatywne, to wszystko znamy i powtarzamy co roku. Ale były też owej jesieni wydarzenia, które po raz kolejny uświadomiły nam, że dzielimy tę ziemię z nacją, która, wprawdzie nie cała, ale w zdecydowanej większości, jest nam obca, by nie powiedzieć wroga.

W drugiej połowie października 1939 roku ustały wszelkie kontakty Żydowskiej Gminy Wyznaniowej w Warszawie, największej w Europie, z polskimi władzami podziemnymi. Żydzi poszli na współpracę z Niemcami. Po raz kolejny wzięła górę ich platoniczna do nich miłość. A jak nie Niemców, to zamiast Polaków wybiorą Rosjan, bo oni zawsze z silniejszym. My jesteśmy słabi, dlatego nie boją się nas i pogardzają nami. Czyli jedno już wiemy: zawsze pójdą na współpracę z Niemcami lub Rosjanami. To nadal jest aktualne, pomijając już fakt, że wiszą nad nami, jak miecz Damoklesa, Żydzi z Ameryki ze swoimi roszczeniami, którym wtórują ci z Izraela. I jakby mało było tych nieszczęść, to jeszcze olał nas prezydent Trump, który nie przyjechał na obchody 80. rocznicy wybuchu II wojny światowej. Ponoć zatrzymał go huragan Dorian, który zagrażał Florydzie, więc prezydent, chcąc go zatrzymać, pozostał w kraju. A tu taki obciach! Dorian zatrzymał się na Bahamach i tam wyładowywał swoją energię. Wielu wydawało się, że Trump, w naszym sporze z Żydami, będzie naszą kartą atutową, osobą, na której będzie można polegać, a on nam puścił bąka – wybrał Żydów.

Judenrat to Rada żydowska lub Żydowska Rada Starszych – forma sprawowania władzy przez przywódców żydowskich nad skupiskami żydowskimi (późniejsze getta) wprowadzona przez niemieckie władze okupacyjne w 1939 roku. W mniejszych miejscowościach Judenraty składały się z 10 osób, w miastach powyżej 10 tysięcy mieszkańców z 24 lub więcej osób. Judenraty zajmowały się m. in. ewidencją ludności, zaopatrzeniem w żywność, służbą zdrowia, pochówkami. Później dostarczały też robotników, organizowały wysyłki ludzi do obozów pracy, a jeszcze później – do obozów zagłady.

Getto to odizolowana część miasta, przeznaczona dla zamieszkania mniejszości narodowej, etnicznej, kulturowej lub religijnej, poza którą nie wolno tejże społeczności zamieszkiwać. Od średniowiecza do XX wieku przez getto rozumiano wydzielony obszar miasta, zamieszkany przez Żydów lub przedstawicieli innych narodów. W wielu europejskich miastach do XIX wieku getta pozostawały dla Żydów i innych mniejszości przymusowym miejscem osiedlenia.

To tak w skrócie o Judenratach i gettach, tak jak to widzi Wikipedia. Ale, jak mówią, diabeł tkwi w szczegółach, zwłaszcza gdy dotyczy to getta w Warszawie czy w Łodzi. Marian Miszalski w książce „Żydowskie lobby polityczne w Polsce” cytuje pracę Ewy Kurek „Poza granicą solidarności. Stosunki polsko-żydowskie 1939-1944”:

Ponieważ walka Z Niemcami o wyzwolenie Polski nie była żydowską sprawą, senator II rzeczypospolitej Adam Czerniaków, prezes Gminy Wyznaniowej Żydowskiej w Warszawie, a za nim wszyscy polscy Żydzi wybrali własną, żydowską drogę przetrwania, której cechą główną i najbardziej widoczną było podjęcie negocjacji i kolaboracji z niemieckim okupantem. Dokonany w pierwszych dwóch miesiącach wojny przez polskich Żydów wybór spowodował, że od tego momentu – poza wyjątkowymi sytuacjami – polskie wojenne drogi biegły już zupełnie innym torem niż drogi żydowskie (…). Pod pojęciem prowadzenia z Niemcami negocjacji o „warunkach współpracy” rozumieć należy negocjacje dotyczące formy administracyjno-prawnej i terytorialnej budowy żydowskiej autonomii terytorialnej w Warszawie. Zawierzyli bezkrytycznie Niemcom i uznali, że czwarty rozbiór Polski, czyli dokonany we wrześniu 1939 roku podział jej terytorium między Niemców i Sowietów, jest najlepszym momentem dla realizacji budowy na polskich ziemiach żydowskich prowincji autonomicznych. (…) Uważna lektura najpoważniejszych żydowskich źródeł powstałych w latach 1939-1942, zwłaszcza pisany niemal w całości po polsku „Adama Czerniakowa dziennik getta warszawskiego”, przetłumaczona z jidysz na polski „Kronika getta warszawskiego” Emanuela Ringelbluma oraz „Kronika getta łódzkiego” – nie pozostawiają wątpliwości co do tego, że powstałe w pierwszych dwóch latach drugiej wojny światowej żydowskie prowincje autonomiczne, zwane dotychczas w języku potocznym i naukowym gettami – z całą pewnością autonomiczne w Łodzi i Warszawie – były wynikiem realizacji nie tylko niemieckich planów represji wobec ludności żydowskiej, jak dotychczas powszechnie sądzono, ale przede wszystkim skutkiem wcielonej przez polskich Żydów pod niemiecką kuratelą żydowskiej idei (powstałej i zaprezentowanej Polakom w Sejmie ustawodawczym w roku 1920) żydowskich autonomicznych prowincji jako formy żydowskiej państwowości.

Henryk Makower w „Pamiętniku z getta warszawskiego” pisał: „mieliśmy więc właściwie powód do radości, bo nam dali takie duże i ładne getto w śródmieściu”. Przez pierwsze dwa lata wojny, do momentu agresji Niemiec na Związek Radziecki, represje dotyczyły Polaków, a nie Żydów. To Polacy byli aresztowani, wywożeni na roboty bądź rozstrzeliwani. A zdarzało się, że uciekali do getta lub nosili na ramieniu opaski z gwiazdą Dawida.

Hannah Arendt w 1963 roku w swojej książce „Eichmann w Jerozolimie” twierdziła, że gdyby nie Judenraty, to Żydów zginęłoby znacznie mniej. Bez nich ich rejestracja i koncentracja w gettach a potem wywózka do obozów zagłady nie byłaby możliwa, a przynajmniej nie na taką skalę. Pisała też , że w zakresie kooperacji z Niemcami nie było różnicy pomiędzy ściśle zasymilowanymi żydowskimi społecznościami Centralnej i Zachodniej Europy a mówiącymi jidysz masami Wschodu. W Amsterdamie, Warszawie, Berlinie czy Budapeszcie, cieszący się zaufaniem żydowscy urzędnicy tworzyli wykazy ludności i ich mienia.

(…) Judenrat załatwił z tymi mordercami, że do trzech godzin dostarczy im żądane trzysta osób. Sami Żydzi musieli łapać i wydawać braci i siostry w ręce katów, którzy stali na placu folwarku, obok naszego mieszkania, i przyprowadzonych przyjęli pałkami albo nahajkami, a później wywieźli na rzeź do Bełżca (…) Judenratowcy i Ordnungsdienst, przy pomocy ukraińskiej policji i kilku Niemców, którym jeszcze zapłacono, by prędko pracowali, gonili po ulicach, jak wściekłe psy czy opętańcy, a pot się z nich lał strumieniami (…). Straszny to był widok, jak Żyd Żyda prowadził na śmierć (…)” – Baruch Milch, Testament, 1943 -1944. Cytat z Wikipedii.

Krzysztof Baliński w książce „Ministerstwo spraw obcych” zadaje sobie pytania: „Gdy mówią, że Polacy dla Żydów zrobili za mało, że uratowali zbyt mało, może postawić pytanie: dlaczego Żydzi nie buntowali się i nie podejmowali walki z Niemcami, i to nawet w sytuacjach, kiedy było to łatwe? Dlaczego 50 esesmanów przy pomocy 200 Ukraińców i tyluż Łotyszów dokonało tak łatwo likwidacji getta? W wywózce Żydów z getta łódzkiego, jak dowodzą źródła żydowskie, uczestniczyło zaledwie kilku Niemców, którzy przyjeżdżali na pół godziny przed odjazdem pociągu do obozu zagłady w Chełmnie nad Nerem, a ich rola w praktyce sprowadzała się do nadzorowania odjazdu pociągu załadowanego Żydami przez żydowską policję. Dlaczego nie było żadnej próby buntu, zabicia Niemca, nawet próby ucieczki? Zdarzały się przypadki, kiedy to jeden, dwóch esesmanów pilnowało setek młodych żydowskich mężczyzn albo dokonywało ich egzekucji. Niech dowodem będzie relacja Całka Perechodnika, wspominającego, jak grupa uciekinierów z getta natknęła się na niemieckiego żandarma: „Ten kazał im się położyć na ziemi i zaczął ich po kolei rozstrzeliwać. Kiedy skończyły się naboje, posłał polskiego chłopca na pobliski posterunek policji, żeby przyniósł mu więcej amunicji. Tymczasem żandarm usiadł i czekał”.

Taki był zapewne obraz dominujący, że Żydzi zupełnie bezwolnie, jakby nie mieli instynktu samozachowawczego, gromadnie zmierzali ku zagładzie. Ale przecież było powstanie w getcie warszawskim, w którym pierwsze strzały oddali Żydzi do Żydów. Czy dlatego, że poczuli się oszukani i instynktownie wyczuli śmiertelne zagrożenie? Czy może było inaczej?

Wielu nazistów było Żydami i to na bardzo eksponowanych stanowiskach. Powiedzenie o nazistowskim przywództwie nie byłoby wielką przesadą. Alfred Rosenberg, ideologiczny architekt III Rzeszy, głoszący teorie wyższości rasowej, był Żydem. Pochodzenia żydowskiego byli też: Joseph Goebbels, Heinrich Himmler, Hans Frank, Julius Streicher, Adolf Eichmann, Rudolf Hess. Reinhard Heydrich, należący do tej samej nacji, był szefem RSHA, która kontrolowała gestapo, policję kryminalną, wywiad i kontrwywiad. To on zorganizował konferencję w Wannsee – berlińskiej willi w styczniu 1942 roku. Jej tematem było ostateczne rozwiązanie kwestii żydowskiej na europejskim obszarze wpływów niemieckich.

Wielu Żydów służyło w Wehrmachcie, SS, Luftwaffe i jednostkach policyjnych. Było wśród nich 21 generałów, 7 admirałów i jeden feldmarszałek. W Wehrmachcie mogło ich być około 150 tysięcy. Wielu z nich wyjechało do Izraela. Jeszcze w 2010 roku żyło około 150 osób pobierających niemieckie emerytury za służbę w Wehrmachcie.

Józef Mackiewicz, uciekając na Zachód przed bolszewikami, przez krótki okres mieszkał we Włoszech. W jednym z artykułów dzielił się swoimi wrażeniami z tego pobytu. Jednym z nich było nie tyle wrażenie, co raczej zdziwienie, ze spotkania niemieckiego nazisty, który uciekał do Izraela. Być może nie wiedział o tym, że wielu nazistów było Żydami. A może wiedział? Ile z tego, co napisał Mackiewicz, jest nam dostępne, a ile – nie? Tego nie dowiemy się. Prawa autorskie do dzieł Józefa Mackiewicza są w posiadaniu Żydówki Niny Karsov, rezydującej w Londynie.

Dlaczego Żydzi zachowywali się podczas II wojny światowej tak, jak się zachowywali?

  • współpracowali z Niemcami w tworzeniu Judenratów i gett
  • w momentach zagrożenia życia, na ogół, nie próbowali się ratować, pomimo że szanse były duże
  • mordowali swoich rodaków
  • służyli Hitlerowi

W 1950 roku Kneset zwolnił żydowskich katów od odpowiedzialności karnej, sankcjonując tym samym żydowską tradycję religijną, wedle której Żyd ratujący siebie, ma prawo wydać na śmierć swoją rodzinę, i że nie może narażać swojego życia w obronie drugiego człowieka. Widać więc, że w Izraelu prawo religijne stoi ponad prawem świeckim i w razie wątpliwości stanowi wykładnię dla tego drugiego. Mówiąc wprost, Żyd może współpracować z Niemcami, mordować swoich współwyznawców, nie może narażać swojego życia dla ratowania innych. I jest to normalne. Natomiast, gdy goj nie ratuje Żydów, nie naraża swojego życia dla ocalenia życia Żyda, to nie jest normalne i zasługuje na potępienie. Mamy więc do czynienia z podwójną moralnością. W tym świetle łatwiej nam zrozumieć zachowania i postawę Żydów, ale też powinniśmy zrozumieć, że jakikolwiek dialog, tłumaczenie się i tłumaczenie im, że ich postawa, z punktu widzenia naszej moralności i naszego systemu wartości, jest naganna, nie ma sensu. My jesteśmy dla nich zwierzętami i z tego względu nasza moralność, nasz system wartości, nasze prawo ich nie obowiązuje i nie interesuje. To, co praktykują Żydzi, to czysty rasizm, ale o tym, jakby powiedział Mackiewicz, nie trzeba głośno mówić.

Dlaczego Żyd zorganizował konferencję w Wannsee, poświęconą ostatecznemu rozwiązaniu kwestii żydowskiej na europejskim obszarze wpływów niemieckich? Było to w styczniu 1942 roku. Jaki był cel tego ostatecznego rozwiązania? Cel, którego realizacji podjęli się żydowscy naziści Hitlera. Co miało dać unicestwienie ludności żydowskiej na tym obszarze? Żydzi mieszkający poza nim, w Ameryce, Kanadzie, Anglii, Australii i na innych kontynentach, byli poza zasięgiem. Wymordowanie części populacji nie rozwiązuje problemu. Cóż to więc za ostateczne rozwiązanie, które takim nie było i z założenia nie mogło być. Ale jak brzmi! Jak złowieszczo i przerażająco. Ach! Zapomniałem! Przecież mieli pomiędzy sobą mistrza nad mistrze propagandy, który, jakoś tak się dziwnie składa, też był Żydem. Czy nie chodziło przypadkiem o sztuczne wykreowanie holokaustu i obarczenie winą za jego skutki innych? Jakie wspaniałe narzędzie do szantażu i terroryzowania świata! Wymordowaliście nas, to teraz płaćcie i kajajcie się. A i tak wam nie wybaczymy! Bo “the show must go on”. Tak, przedstawienie musi trwać.

Żyd nie może żyć bez antysemityzmu, a tam gdzie go nie ma, to go stworzy. Nie waha się przed poświęceniem części swoich wyznawców dla „dobra” ogółu, jeśli tym dobrem jest szantażowanie i żerowanie na innych, pozwalające na utrzymanie dominującej pozycji na świecie. Tak! W tej walce nie ma litości! Bo i stawka jest wysoka, jest większa niż życie, życie zwykłych, przeciętnych Żydów ma się rozumieć. A czy te żydowskie masy, czy one są tak wychowywane, że jeśli zajdzie potrzeba, to poświęcą się dla dobra pozostałych?

Kto stworzył ZSRR?

Antony C. Sutton w przedmowie do swojej książki „Skull and bones tajemna elita Ameryki” pisze:

W 1968 roku ukazała się moja książka Western Technology and Soviet Economic Development, wydana nakładem Instytutu Hoovera z Uniwersytetu Stanforda. Była to obszerna, trzytomowa publikacja, w której szczegółowo opisałem, w jaki sposób Zachód stworzył Związek Radziecki. Z tej pracy wynikało jedno pytanie, na które pozornie nie było odpowiedzi: dlaczego to zrobiliśmy? Dlaczego stworzyliśmy Związek Radziecki, choć jednocześnie przekazywaliśmy technologie hitlerowskim Niemcom? Dlaczego Waszyngton pragnął utrzymać te fakty w tajemnicy? Dlaczego wzmocniliśmy potęgę militarną sowietów, jednocześnie wzmacniając swoją własną?

To że rewolucję bolszewicką finansowała Wall Street, a później również mocno zaangażowała się w uprzemysłowienie Związku Radzieckiego, wiedziano już przed wojną. O tym pisze Adolf Nowaczyński w jednym ze swoich artykułów „USA – ZSRR” ze zbioru „Plewy i perły”, wydanego po raz pierwszy w 1934 roku. Obecnie udostępnił go Dom Wydawniczy „Ostoja” z Krzeszowic. Warto przytoczyć obszerne fragmenty tego artykułu. W jego początkowej części autor zastanawia się dlaczego Polska została potraktowana przez Amerykanów tak surowo, otrzymując cztery skromne pożyczki zawarte na bardzo ciężkich warunkach, pomimo że nigdy nie była wrogim dla Ameryki państwem.

A jak w stosunku do naszych Sąsiadów? – pyta Nowaczyński. O tym szeroko pisze w swej drugiej już słynnej książce „German Crizes” mister R. Knickerbocker… 300 milionów inwestowali w przemyśle, 200 milionów w hipotekach, 300 w akcjach, 1920 milionów w długoterminowych, 800 milionów w krótkoterminowych i jeszcze tyle a tyle milionów w innych, dość, że w sumie 3 miliardy 620 milionów. Ostatnio jeszcze wieści, że J. Pierpont Morgan zaopiekował się firmą „Oppel”, fabrykującą 40 procent samochodów niemieckich przydatnych i w razie wojny… Słowo: „Lusitania” wykreślone jest z dykcjonarza niemiecko-amerykańskiego. W Genewie ręka w rękę.

No a jak teraz wobec naszego wschodniego sąsiada?

Tu przypomnieć należy, że my jesteśmy, jak wiadomo, tak zwanym przedmurzem cywilizacji (sic), przedmurzem czy bastionem kapitalizmu (Kohn by się uśmiał…).

Otóż Stany Zjednoczone do grudnia r. 1933 nie uznały USRR ani de jure (caduco), ani de facto, i co jakiś czas o tym uroczyście zapewniają orbi et urbi. Toteż i zacny a wędrowny kapitał „międzynarodowy” czy nadnarodowy nie idzie tu tak prostą drogą, jak wprost do Niemiec, ale idzie do Londynu, dopiero z Londynu do Berlina, a z Berlina wylewa się struga złota do Sowietów. Natomiast całkiem jawnie idą i jadą do Sowietów ludzie, i to ludzie nie tuzinkowi, a ważni, najlepsi, wybrani, doborowi i twórcy. Można się o tym sporo nadowiadywać, przeglądając różne nowe publikacje i periodyki. W Berlinie wychodzi fundamentalny miesięcznik „Das neue Russland”, w Paryżu również kapitalny: Le Plan quinquenal de USSR. Specjalne numery wydało „Vu” nr 192 (prosowiecki) i „J’ai suis partout”(antysowiecki). Ze swego wojażu do Rosji zdał sprawę w świeżej książce znany polityk radykalny Pierre Dominique (Qui, mais Moscou!). Najważniejsze są atoli dwa dzieła sowieckich działaczy już tłumaczone pośpiesznie na angielski… i na niemiecki, tj. inżyniera sowieckiego N. Iljina: „Fünf Jahre die Welt verändern” oraz komisarza ludowego od finansów G. Grinki „Der Fünfjahrplan USSR”.

Więc tedy Ameryka? nowa słowiańska Ameryka? przez lud i państwo w galopującym tempie z pomocą… Amerykanów stwarzane nowe Stany Zjednoczone słowiańsko-eurazyjskie.

Czy tylko Amerykanów? Oczywiście, że nie. W samej Moskwie przebywa obecnie 30 000 cudzoziemców, nie 3 tysiące, a trzydzieści, Niemcy, Włosi, Szwedzi, Wiedeńczycy, Japończycy, Czesi itd. Ale po hotelach język angielski i narzecze amerykańskie najbardziej zadomowione.

Antykapitalistycznemu państwu pomagają ze wszystkich sił hiperkapitalistyczne narody. W stosunkach handlowych są oczywiście ze wszystkimi. Dystrybucja zamówień i obstalunków idzie na wszystkie boki.

Hiszpańskie stocznie mają dostarczyć 50 okrętów handlowych. Szwedzka firma Karlstad Mechanical Works Kristinenkas dowiozła już pociągiem 24-wagonowym turbinę kolos. Japońscy inżynierowie z wiosną r. 1931 „wynajęci byli” do zrobienia porządku na kolejach… Architekt niemiecki Schwagenscheidt buduje miasto na Uralu. Najsłynniejszy urbanista Le Corbussier inne miasto. Najlepszy wiedeński L. Pilewski jeszcze inne. Na konkurs budowy pałacu ludowego na Krasnej Płoszczadi (wieża Babel) przysłano 700 prac, wśród których włoska ekscelencja członek Akademii Brasini i wyróżniony amerykański spec od skyscraperów Mr. Hamilton. W Italii zamówiły Sowiety 300 tanków, w Anglii 120 typu Roadster… Faszystowscy inżynierowie, kupcy, maklerzy, konstruktorzy podróżują sobie po czerwonej marksowskiej Unii jak u siebie w domu. Ale jednak prócz Niemców… do roku 1933… nikt tak nie pokumał się, nie pobracił i nie wszedł w dzisiejsze życie rosyjskie jak Amerykanie.

Waszyngton dotąd nie uznawał „czerwonych carów” na Kremlu, ale jankesi, businessmani, captains of industry pokochali bolszewików jak swoich. Nie dali im Rosjanie ni Kościuszki, ni Pułaskiego, ni najpracowitszej i najpotulniejszej emigracji, a jednak afekty i sentymenty są strzeliste.

Pisało o tym niedawno ryskie „Siewodnia”, a polskie pisma amerykańskie przetłumaczyły: – „Ameryka dwukrotnie już uratowała Rosję sowiecką od upadku. Czy zrobi to ona po raz trzeci jeszcze?” – pytają tu przybyłych Amerykanów.

Po raz pierwszy uratowała Ameryka reżym sowiecki, gdy w czasie powszechnego głodu w Rosji w 1921 roku Stany Zjednoczone dały rządowi Sowietów żywności, lekarstw i innych dostaw ogólnej wartości dolarów 60 milionów. Mało jest znanym, że rząd sowiecki pogwałcił ugodę z Ameryką i zamiast wszystką żywność przeznaczyć dla głodujących dzieci, część jej rozdał pomiędzy kolejarzy rosyjskich, tym ratując swój system transportacyjny.

Po raz drugi uratowały Stany Zjednoczone Rosję w roku 1929, gdy dyktator Stalin zainaugurował osławioną pięciolatkę. Przekonano się natychmiast, że Rosja nie posiada ludzi do przeprowadzenia planu przemysłowego. Sprowadzono tysiącami inżynierów, techników i wszelkiego rodzaju ekspertów z Ameryki, którzy znowu sprowadzili tysiące wykwalifikowanych robotników amerykańskich, którzy na przykład wyłącznie niemal budowali słynną tamę na Dnieprze. Amerykanie nauczyli Rosjan jak pracować, jak prowadzić maszyny i fabryki. Pobudowali oni Rosji olbrzymie zakłady przemysłowe, w tym fabryki traktorów, automobili, maszyn rolniczych itd. i doprowadzili do stanu wydajności kopalnie węgla, żelaza, złota, cynku, miedzi i studnie naftowe, a nawet nauczyli Sowiety, jak administrować olbrzymimi farmami, powstałymi z konfiskaty roli i majątków prywatnych. Uczą dalej Amerykanie Rosjan, jak hodować bydło… Jest 12 000 nauczycieli zagranicznych w Rosji, z tego 7 000 Niemców i 4 000 Amerykanów. Zachodzi teraz pytanie, czy Ameryka dostarczy jeszcze Rosji pieniędzy, bez których nie doprowadzi ona swej pięciolatki do pożądanego rezultatu.

I tak jest w samej rzeczy. Bolszewicką rewolucję finansowały za pośrednictwem Trockiego i Fürstenberga nowojorskie domy bankowe Wahrburgi i Schiffy. I od tego czasu kazirodczy romans superkapitalizmu z konsekwentnym marksizmem jak się szczęśliwie zaczął, tak się toczy, inżynierowie, architekci z Ohio, z Filadelfii, z Chicago, z Cincinnati, z Rochester, z Bostonu przejeżdżają gromadami Sowiety wszerz i wzdłuż. Ci z Pittsburga są teraz w dawnym Petersburgu. Colonel Cooper ze sztabem kosztem stu milionów dolarów stawił kolos energii elektrycznej i cudo hydrauliki Dnieprostroj. 500 majstrów od Forda w 17 miesięcy z armią 23 tysięcy robotników postawili na nogi pod Niżnym Nowogrodem nad Oką Awłostroj, co będzie 140 000 maszyn wyrzucał z gardzieli rocznie. Przy Stalingradzie, skąd będzie szło 50 000 traktorów rocznie pracowało 380 inżynierów amerykańskich, a patronuje Harvester z Milvaukee. Dzięki Amerykanom Magnitogorsk na Uralu ma zakasować roczną produkcję stali największej na globie stalowni w Gary (Indiana). Gdzie ruszyć się, czy to Kuzmickistroj, czy Beresnikowski Kombinat, czy nowe miasto w dziewiczej puszczy i kopalnie azbestu, wszędzie inżynierowie z Toledo, z Memphis, z Syrakuz czy Utica, ale nie tej gdzie się urodził Katon…

Robert Lamont junior syn szefa i wspólnika Morganów przyjechał, ażeby podnieść hodowlę bydła. Dwudziestu speców murzyńskich od kultury bawełny przyjechało, żeby regulować plantacje i sanować produkcję. A teraz dopiero przypominają, że już przecież w r. 1922 zjechała do Rosji pierwsza grupa farmerów-instruktorów.

I z pomocą tych to jankesowskich speców wywęszono już w ziemi trzy nowe kopalnie nafty i nowe złoża węglowe, mangan, żelazo i diabli wiedzą co tam jeszcze. I już się wszędzie wgryźli „inżynierowie z Ohio” w te Ferros-plany, Chimokombinaty, Traktorostroje. Wszystko im przypomina rozmiary i dymensje amerykańskie. Czują się przepysznie, bo są na nowo pilgrimami i pionierami. Do czynienia i do działania mają tylko z kolosalnościami i z cyframi „astronomicznymi”. Fanatycy technologii mogą się wyżywać, wyszumieć, wyszaleć i pracować obłędnie z furią. Tu się wysadza dynamitem w powietrze, tam się buduje na 20 pięter. Można zwariować i szaleć w radosnej twórczości (thrill). Życie ludzkie, materiał ludzki znaczą minimalnie, nie wchodzą w grę, jak za dawnych dobrych czasów.

Toteż dziwnie do siebie przylgnęli Iwan i Jonathan… Gdy się ciężko popiją, z równą rozkoszą strzelają z koltów do talerzy i ściągają obrusy obie „szerokie natury”.

Kląć też potrafią w dwóch językach na czym świat stoi. Limuzynę luksusową lincolnowską roztrzaskać o przydrożne drzewo, też bywa duża happines dla Iwana i dla Jonathana. Tym śpiewają cygańskie romanse, a tym murzyńskie spirituels. W ekstremach się kochają i jedni i drudzy. Doszło do tego, że już jest w Sowietach grupa literacka, która nazwała się „Byzness” i pod Iljii Selwińskiego przewodem tom taki zbiorowy wydała.

A co już najdziwniejsze w tym wszystkim to to, że już bolszewików Amerykanie zdołali zarazić swym „naj”. „The biggest little town of the world…” najgrubsze małe miasteczko świata… Psychoza, obłęd, folie reklamowania, że to a to jest „naj”. W najkrótszym czasie (Tempo!) (Tempo!) największa centrala… największa tama, największa jadłodajnia, największy szpital. No i przy tym oczywiście opijanie się, oszałamianie cyframi i tarzanie się, zanurzanie w statystyce. Wszystko musi być gigantyczne i wszystko kolosalne i wszystko first i big.

Podziwiać można. Zazdrościć nie ma czego. Niech się olbrzymy kochają, zobaczymy co w przyszłości wyjdzie z tego. Pozostaje fakt faktem, że w Sowietach faraońskich bezrobocia nie ma, a u zakochanych w Bolszewii Amerykanów coś się tak zaczyna psować jak w r. 1905 w carskiej Rosji. A do rozstrzygnięcia pozostaje kwestia, jakie będzie tempo?

Nam w każdym razie w tym dziesięcioleciu dużo nie pomogli. Natomiast co się zowie tym wrogo przeciw nam usposobionym sąsiadom z prawej i lewej. Po prostu postawili ich na nogi i do rąk im wtykają parabellum.

Może im tam Pan Bóg to wybaczy. Ale my chyba nie koniecznie i nie tak łatwo…

W innym artykule „Sowietarchia w anegdocie” Nowaczyński zamieszcza różne dowcipy. I jeden z nich zwrócił moją uwagę.

Życiorys obywatela:

Urodził się w poniedziałek, zameldowano go we wtorek, aresztowano w środę, osądzono we czwartek, przewieziono, do Czerezwyczajki w piątek, zbadano w sobotę, w niedzielę rozstrzelano.

Zwrócił on moją uwagę, bo kiedyś, dawno temu, ale nie – w Ameryce, tylko tu – w Polsce, w samouczku „Język angielski dla początkujących” poznałem jeden z wielu w nim zamieszczonych limeryków, który stał się, jak sądzę, kalką dla tego dowcipu.

Solomon Grundy:

Solomon Grundy, born on a Monday, christened on Tuesday, married on Wednesday, took ill on Thursday, worse on Friday, died on Saturday, buried on Sunday, that was the end of Solomon Grundy.

Skala tego, co działo się w Związku Radzieckim, ogrom tych inwestycji zdumiewa. Ale też i wyłania się z tego opisu inny – bardziej przerażający obraz. Jest to obraz państwa, w którym Rosjanie niczego nie potrafią, nawet najprostszych czynności. Do wszystkiego trzeba sprowadzać zachodnich ekspertów. Jacy ci Rosjanie to debile! – tak chciałoby się wykrzyknąć. Ale tu właśnie pojawia się ten przerażający obraz, obraz rewolucji październikowej. Antony C. Sutton w jednym z wywiadów, który jest dostępny gdzieś w internecie, powiedział, że Rosja carska nie była zacofanym krajem. Jeszcze przed wybuchem I-wszej wojny światowej produkowała prototypy bardzo nowoczesnych, jak na owe czasy, samolotów. Miała też wybitnych naukowców.

Jeśli więc po rewolucji widzimy społeczeństwo, w którym nie ma ludzi, którzy cokolwiek potrafią, to jakie to jest świadectwo dla rewolucji październikowej? Wycięli w pień wszystkich, którzy cokolwiek potrafili. Inwestycje amerykańskie w Rosji porewolucyjnej są świadectwem ludobójstwa, jakiego dokonano na rosyjskiej inteligencji. To był holocaust średniej i wyższej warstwy społeczeństwa przedrewolucyjnej Rosji. Tak! Nie bójmy się tego określenia! Holocausty to nic nadzwyczajnego w historii świata. To jest standard.

I dopiero teraz, gdy już wiemy, że kapitał z Wall Street finansował rewolucję bolszewicką, a później – odbudowę i rozwój przemysłu w Związku Radzieckim, to staje się jasne dziwne zachowanie Piłsudskiego podczas wojny 1920 roku. Jej celem nie było zniszczenie bolszewizmu, tylko wspomożenie go w dobiciu Rosji carskiej. Tak przynajmniej wynikało z jej przebiegu i decyzji podejmowanych przez Naczelnego Wodza. Po co w takim razie pomoc, jakiej udzielił Zachód Polsce w krytycznym momencie tej wojny? Wyobraźmy sobie sytuację, w której bolszewicy zdobywają Warszawę i prą na zachód. Prawdopodobnie doszliby do Paryża albo i do Hiszpanii. Cóż to by oznaczało w praktyce? Oznaczałoby to to, że nie byłoby Niemiec. A gdyby nie było Niemiec, albo inaczej, gdyby były Niemcy komunistyczne, to kto by napadł na Związek Radziecki? I Hitler uderza na Związek Radziecki i… momentami zachowuje się jak Piłsudski w 1920 roku. Jego wojska dochodzą na odległość 350 km od Moskwy i zatrzymują się i… wydaje rozkaz ich przerzucenia na południowo-wschodni odcinek frontu, uzasadniając, że na tym etapie wojny opanowanie terenów zasobnych w bogactwa naturalne jest ważniejsze niż zdobycie Moskwy. Ale o tym, to w innym miejscu.

Wydaje się więc, że Sutton ma rację, gdy twierdzi, że filozofia Hegla jest podstawą, na której opiera się działanie tej tajemnej siły Ameryki. I tak to uzasadnia:

Wbrew twierdzeniom marksistów idea historycznego procesu dialektycznego nie wywodzi się od Marksa, lecz od Fichtego i Hegla żyjących w Niemczech w drugiej połowie XVIII i na początku XIX wieku. W procesie dialektycznym zderzenie przeciwieństw prowadzi do syntezy. Na przykład w wyniku konfliktu politycznej lewicy z prawicą powstaje nowy system polityczny – nie lewicowy czy prawicowy, ale będący ich syntezą. Konflikt przeciwieństw jest niezbędny do wprowadzenia zmian. Prawidłowość tę można dzisiaj prześledzić w literaturze wydawanej przez Komisję Trójstronną, gdzie popiera się zmianę, a środki prowadzące do jej wprowadzenia określa się mianem „zarządzania konfliktem”.

Konflikt przeciwieństw jest niezbędny do wprowadzenia zmian. A bez wprowadzania zmian nie ma postępu. Nie można było dopuścić do upadku bolszewizmu, tak samo, jak nie można było nie pomóc Niemcom w odbudowie ich przemysłu. „Bo do tanga trzeba dwojga”. Na tym tle wydaje się zrozumiałe, że Polska po I wojnie światowej nie mogła dostać dużych kredytów. Silne państwo pomiędzy Rosją i Niemcami nie pasowało do koncepcji i nadal nie pasuje. Wprost przeciwnie! Jego rozbiór może być pożądany. A sam traktat pokojowy w Wersalu został tak skonstruowany, żeby nikt nie był zadowolony i żeby, prędzej czy później, doszło do konfliktu.