Hiszpańska wojna domowa

Tak mi zależało na tym, żeby tym razem nie było nic o Ukrainie, bo ciągle o niej piszę, więc chciałem się oderwać od tej rzeczywistości, żeby było inaczej, tak jak kiedyś śpiewał Jerzy Połomski: Gdzieś Hiszpania za górami, A tu zima, karnawał jest z nami, Raz się żyje, zakręćmy walczyka ten raz, Hiszpański walczyk w sam raz. Hiszpański walczyk był krwawy. Nie zawsze musi on takim być, ale często bywa bardzo nieprzyjemny, o czym przekonali się piłkarze Manchester City, gdy w niewiele ponad minutę, na parę minut przed końcem meczu, Real zniwelował ich dwubramkową przewagę, a później, w dogrywce, strzelił jeszcze trzecią i tym samym awansował do finału Ligi Mistrzów.

Analogia z Ukrainą polega nie tylko na tym, że w Hiszpanii walczył Związek Radziecki z III Rzeszą, a na Ukrainie walczy Rosja z NATO i nie na tym, że Hiszpania, jakby na uboczu Europy, podobnie jak Ukraina, ale też na tym, że motywem przewodnim w obu wypadkach był i jest anarchizm. Wikipedia cytuje m.in. rosyjskiego autora: Александр Шубин – Анархистский социальный эксперимент. Украина и Испания 1917-1939 гг., Moskwa 1998, rozdz. IX, par. 3. – Aleksander Szubin – Anarchistyczny eksperyment społeczny. Ukraina i Hiszpania 1917-1939, Moskwa 1998, rozdz. IX ust. 3.

Ukraińska Republika Ludowa to lata 1917-1921. Nestor Machno był anarchistą i terrorystą, podobnie jak „nasz batko Bandera”. I ci sami, którzy stworzyli hiszpański anarchizm i wykorzystali go w tej sztucznie wyreżyserowanej wojnie, ci sami stworzyli kozacki anarchizm i wykorzystują go w trwającej obecnie na Ukrainie wojnie.

Hiszpańska wojna domowa, jak pisze Wikipedia, to wojna pomiędzy rządem Republiki Hiszpańskiej powstałym w wyniku koalicji Frontu Ludowego i wspierającymi go liberałami, republikanami, socjalistami, Baskami, Katalończykami, komunistami i anarchistami, a prawicową opozycją nacjonalistów, faszystów, monarchistów i konserwatystów. Toczyła się ona w latach 1936-1939. Mocarstwa europejskie traktowały ją jako poligon do testowania nowych rodzajów broni w warunkach bojowych.

Obie strony miały wsparcie z zagranicy. Nacjonalistom pomagały oddziały wojskowe z Włoch i Niemiec, siłom rządowym – ochotnicy z Brygad Międzynarodowych, zorganizowanych przez Komintern, Brazylia, Francja, ZSRR i Meksyk. W 1939 roku wojna ta zakończyła się zwycięstwem nacjonalistów. W jej wyniku zginęło około 500 tys. osób, a około 300 tys. wyemigrowało.

Tło konfliktu

W roku 1873 powstała Pierwsza Republika Hiszpańska. Jednak już rok później doszło do restauracji monarchii. 29 grudnia 1874 roku monarchista, generał Arsenito Martines Campos, opowiedział się za przywróceniem na tron monarchii Burbonów w osobie Alfonsa Burbona, syna królowej Izabeli II. Rząd Sagasty nie sprzeciwiał się temu. Dlaczego poszło tak łatwo? Benito Perez Galdos, jeden z najwybitniejszych pisarzy hiszpańskich, tak opisywał klimat parlamentu Pierwszej Republiki:

„Posiedzenia Kortezów bardzo mnie interesowały i większość wieczorów spędzałem na trybunie prasowej, rozbawiony spektaklem niemożliwego do opisania zamieszania, które wywoływali ojcowie Ojczyzny. Niepohamowany indywidualizm, przypływ i odpływ opinii, od najbardziej rozsądnych do najbardziej ekstrawaganckich, zgubna spontaniczność tylu mówców doprowadzała widza do szaleństwa i uniemożliwiała konkretne działania. Dnie i noce mijały, a Kortezy nadal nie zdecydowały, jak powinno się mianować ministrów: czy ministrowie powinni być wybierani pojedynczo, głosami poszczególnych deputowanych, czy też byłoby bardziej słusznie upoważnić Figuerasa lub Pi do przedstawienia składu nowego rządu. Proponowano i odrzucano wszelkie propozycje. To była dziecinada, która bawiłaby nas, gdyby nie to, że nas wielce smuciła.”

Podstawą rządów restauracji stał się kompromis pomiędzy bogatym mieszczaństwem a posiadaczami ziemskimi, który zapewnił Hiszpanii na półwiecze względny spokój. Powstały pierwsze partie polityczne, w tym Hiszpańska Socjalistyczna Partia Robotnicza (PSOE). Początek XX wieku to okres, w którym ścierali się ze sobą konserwatyści i liberałowie. Receptą miały być rządy silnej ręki i dyktatorskie. W 1923 roku doszło do wojskowego przewrotu, w wyniku którego władzę przejął Miguel Primo de Rivera, który utworzył juntę wojskową. Władzę w jego imieniu sprawowała Hiszpańska Unia Patriotyczna. Jego rządy były stosunkowo liberalne i zyskały poparcie partii lewicowych. Jednak w miarę upływu czasu poparcie to malało. De Rivera zrezygnował z urzędu w styczniu 1930 roku i zastąpił go generał Damaso Berenguer, a następnie admirał Juan Bautista Aznar-Cabañas. Rządzili oni za pomocą dekretów. Ze względu na małe poparcie monarchii, król Alfons XIII Burbon ustąpił ze stanowiska i ustanowił w kraju system republikański. W kwietniu 1931 roku odbyły się wybory samorządowe, które wygrali socjaliści i liberalni republikanie. Zwycięstwo sił republikańskich doprowadziło do wyjazdu z kraju Alfonsa XIII i dymisji junty Aznara. To dało początek Drugiej Republice Hiszpańskiej.

II Republika

Monarchę zastąpił prezydent Niceto Alcala-Zamora z Partii Liberalnej. Przeprowadził on reformy dotyczące polityki rolnej, sekularyzację państwa (prawo do rozwodu). To nie podobało się radykalnej prawicy, która domagała się powrotu monarchii. Doszło do nieudanego zamachu stanu generała Jose Sanjurjo w 1932 roku. Pomimo prób torpedowania reform poparcie dla ugrupowań republikańskich rosło. W wyborach z czerwca 1931 roku zdecydowaną większość zdobyli republikanie i socjaliści. W tym samym roku wprowadzono nową liberalną i demokratyczną konstytucję. Na względną stabilizację tego okresu nie wpłynął nawet Wielki Kryzys. Rząd wykorzystał ten czas do wdrożenia reformy wprowadzającej m.in. ośmiogodzinny dzień pracy i do dofinansowania rolnictwa.

Stopniowe reformy nie spodobały się Iberyjskiej Federacji Anarchistycznej (CNT), która organizowała strajki tłumione przez policję i Gwardię Cywilną, działające na rozkaz rządu centrolewicowego. W październiku 1931 roku premierem rządu mniejszościowego został Manuel Azaña. Wybory parlamentarne w 1933 roku wygrała z niewielką przewagą Hiszpańska Konfederacja Prawicy Autonomicznej (CEDA), jednak koalicję utworzyły mające zdecydowaną większość ugrupowania centrum i centrolewicy. Wysoki wynik prawicy był dla rządu o tyle niepokojący, iż konfederacja deklarowała wprost zamiar zniesienia ustroju republikańskiego i budowy w jego miejsce – totalitarnego.

Rok później miała miejsce rewolucja w Asturii 1934, której powodem był sprzeciw wobec wejścia prawicy z CEDA do rządu centrolewicy. Już wcześniej doszło do radykalizacji grup politycznych, szczególnie tych prawicowych. Rok przed wydarzeniami w Asturii powstała Falange Española, która w 1934 roku połączyła się z niewielką radykalną partią – Junta Ofensywy Narodowo-Syndykalistycznej i przyjęła jej program: opowiadała się za stosowaniem przemocy jako narzędzia walki politycznej i jawnie okazywała sympatię dla Mussoliniego i Hitlera, a nawet – ZSRR, ze względu na totalitaryzm, który promował. Była ona finansowana przez rząd Włoch. Bojówki falangi ścierały się z organizacjami lewicy i organizowały ataki na społeczność żydowską.

16 lutego 1936 roku odbyła się pierwsza tura wyborów (druga – 1 marca), w których Front Ludowy (koalicja wyborcza – socjaliści, komuniści, republikanie) zdobył większość 34,3% poparcia przy 71,4% frekwencji. Nowy rząd postanowił prowadzić politykę reform. Głównymi postulatami była amnestia dla więźniów politycznych, ulga podatkowa na prowincji, zwiększenie ilości przyznawanych kredytów rolnych, reforma rolnictwa oraz rozwój robót publicznych. Jednak naczelnym celem powstania Frontu był sprzeciw wobec polityki prawicy, która od 1933 roku stała się bardziej radykalna i coraz bardziej skłaniała się ku faszyzmowi i totalitaryzmowi. Głównym rywalem Frontu była prawicowa partia CEDA.

Na skutek obowiązującej w Hiszpanii skomplikowanej procedury wyborczej liczba głosów, a szczególnie proporcjonalny podział miejsc w Kortezach, był przedmiotem sporów. Ostatecznie po drugiej turze wyborów Front Ludowy uzyskał 278 miejsc, partie centrowe (w czasie wojny część z nich poparła rząd republikański, część nacjonalistów) 55 miejsc, prawica 194 miejsca. Powołany przez większość parlamentarną rząd rozpoczął funkcjonowanie 10 maja. W jego skład weszli niemal wyłącznie umiarkowani działacze Lewicy republikańskiej Manuela Azañi. Ministrem spraw wewnętrznych został liberał, ale socjaliści i komuniści kontrolowali policję i żandarmerię republikańską.

Już następnego dnia po wyborach lewicowi rewolucjoniści zaczęli otwierać więzienia i uwalniać swoich współtowarzyszy. Również skrajna prawica zaczęła stosować terror w stosunku do swoich przeciwników politycznych. Doszło do starć pomiędzy anarchistami a falangistami. 13 kwietnia działacze prawicowej falangi zabili sędziego, który skazał na 30 lat więzienia działacza falangi oskarżonego o zabójstwo sprzedawcy gazet o profilu socjalistycznym. To wydarzenie przyjmuje się za początek „zemst” ze strony organizacji lewicowych i prawicowych. W okresie do wybuchu wojny domowej w atakach z przyczyn politycznych zginęło 330 osób a 1511 zostało rannych. 16 czerwca, podczas ostatniego przed wakacyjną przerwą posiedzenia parlamentu, liderzy prawicowej opozycji parlamentarnej, monarchiści Calvo Sotelo i Gil Robles (CEDA), gwałtownie zaatakowali rząd republikański, zarzucając mu brak kontroli nad sytuacją w kraju. Gil Robles odczytał listę:

„160 spalonych kościołów, 269 (głównie) politycznych morderstw, 1287 napadów, 69 zniszczonych lokali partii politycznych, 113 „strajków generalnych”, 228 „strajków częściowych”, 10 splądrowanych redakcji gazet. W konkluzji stwierdził: Kraj może istnieć jako monarchia, czy republika, w systemie prezydenckim czy parlamentarnym, w komunizmie lub faszyzmie, lecz nie może istnieć w anarchii.”

Domagali się zaprowadzenia porządku. Według rządu za sytuację odpowiedzialna była prawica, która uciekała się do przemocy na ulicach. Jak się później okazało, było to ostatnie posiedzenie parlamentu przed wybuchem wojny domowej.

6 lipca aresztowano przywódce Falangi Jose Antonio Primo de Rivera, którego później skazano na śmierć. Było to związane z oskarżeniami o zamachy dokonywane przez członków jego ugrupowania. 12 lipca Jose Catillo, porucznik Gwardii Szturmowej, członek Partii Socjalistycznej, został zamordowany w Madrycie przez bojówkę falangi. Dzień później, w nocy z 12 na 13 lipca, przywódca monarchistów Calvo Sotelo został uprowadzony i zamordowany strzałem w tył głowy przez grupę policjantów Gwardii Szturmowej i cywilnych bojówkarzy, którymi dowodził kapitan Gwardii Cywilnej Fernando Condes, przy braku reakcji przydzielonej ochrony policyjnej. Szef opozycji parlamentarnej Gil Robles, nieobecny w domu, uniknął równoległego skrytobójstwa. Następnego dnia oskarżył on publicznie rząd o inspirowanie mordu. Zabójstwo lidera prawicowej opozycji było iskrą przyspieszająca wybuch buntu żołnierzy z hiszpańskiego garnizonu w Melilli (północne Maroko) i trzyletniej wojny domowej. Na czele powstania stali gen. dywizji Francisco Franco – komendant wojskowy Wysp Kanaryjskich, gen. Emilio Mola – dowódca brygady w Nawarze i przebywający na emigracji w Portugalii po nieudanej próbie zamachu stanu w 1932 roku gen. Jose Sanjurjo. To wydarzenie miało dla strony nacjonalistycznej także znaczenie propagandowe. Zamordowanie przez służby mundurowe Calvo Sotelo zmieniło nastawienie wielu ludzi do ugrupowań nacjonalistycznych.

W połowie lipca 1936 roku gen. Mola rozesłał zaszyfrowany telegram do zaufanych oficerów (spiskowców), w którym zawarł zasadniczy plan rebelii. W protektoracie marokańskim Legia Cudzoziemska i Regulares (jednostki sformowane z miejscowej ludności i hiszpańskich oficerów), wchodzący w skład tzw. „Armii Afrykańskiej”, mieli zbuntować się 18 lipca o piątej rano. Następnego dnia miały się zbuntować garnizony na kontynencie. Różnica dnia miała pozwolić na opanowanie protektoratu i przerzucenie sił „Armii Afrykańskiej” do kontynentalnej Hiszpanii. Miejsce rebelii nie było przypadkowe. Maroko od zwycięstwa Hiszpanii w wojnie z Rifenami (plemiona berberyjskie zamieszkujące góry Rif w Maroku) i zagarnięciu terytorium Rifu w 1926 roku znajdowało się pod jurysdykcją wojskową. Przed południem 17 lipca w marokańskim mieście Melilla został odkryty plan rebelii przewidzianej na następny dzień, jednak dowodzący miastem gen. Romarales, lojalny wobec republiki, nie potrafił zdecydować się na żadne działania. Spiskowcy na czele z pułkownikiem Segui’nem zareagowali błyskawicznie. W mieście pojawiły się oddziały Legii i Regulares, zbuntowała się również Gwardia Szturmowa. Miasto zostało zdobyte, a pułkownik natychmiast przesłał telegram do dowódców pozostałych miast garnizonowych w protektoracie. Wszystkie tamtejsze oddziały również przystąpiły do buntu. Sukces był błyskawiczny. W Ceucie pułkownik Yagüe zgniótł opór robotników i milicji robotniczej w zaledwie dwie godziny.

Powstańcy szybko opanowali Maroko, gdzie na czele zbuntowanych wojsk (115 tys. żołnierzy zgrupowanych w 8 dywizjach) stanął gen. Franco, a także większość północy kraju z wyjątkiem Kraju Basków i Asturii. Początkowo rząd republikański odmówił wydania broni organizacjom robotniczym i związkom zawodowym, które się tego domagały. 18 lipca odbyła się w Madrycie wielotysięczna demonstracja domagająca się od rządu zdecydowanych działań przeciwko buntowi. 19 lipca rząd wydał decyzję o otworzeniu arsenałów i wydaniu broni. W początkowym okresie udało się rządowi utrzymać pod kontrolą większość terytorium kraju, gdzie próby puczu, jak w Madrycie, Barcelonie, Walencji czy Maladze zostały szybko stłumione. Niemal natychmiast po przeprowadzeniu wojskowego puczu doszło do wybuchu rewolucji. Zrewoltowani mieszkańcy przystąpili do samoorganizacji i zbrojnej walki z puczystami.

Tak to opisuje Wikipedia. Jednak dziwnie to wygląda: dowodzący miastem gen. Romarales, lojalny wobec republiki, nie potrafił zdecydować się na żadne działania. Nie potrafił, czy może miał takie instrukcje. Przecież nie o to chodziło, by zdusić rebelię w zarodku, tylko o to, by doszło do wojny, by polała się krew i w konsekwencji, by wojna ta doprowadziła do wielkich strat materialnych. To jest podstawowy cel tych, którzy to wszystko reżyserują. Nie przypadkiem więc to właśnie spośród nich wywodzą się najlepsi reżyserzy filmowi.

18 lipca odbyła się w Madrycie wielotysięczna demonstracja domagająca się od rządu zdecydowanych działań przeciwko buntowi. Rebelia miała wybuchnąć 18 lipca w Maroku, a już tego samego dnia w Madrycie wiedziano o niej i zorganizowano wielotysięczną manifestację. Tacy byli zdolni.

19 lipca rząd wydał decyzję o otworzeniu arsenałów i wydaniu broni. Trochę inaczej przedstawia to angielska Wikipedia w artykule o hiszpańskim anarchizmie:

»Rząd republikański zareagował na groźbę powstania wojskowego z niezwykłą nieśmiałością i bezczynnością. CNT ostrzegło Madryt przed powstaniem w Maroku kilka miesięcy wcześniej, a nawet podało dokładną datę i godzinę: o 5-tej rano 19 lipca, o której dowiedziało się dzięki imponującemu aparatowi szpiegowskiemu. Jednak Front Ludowy nic nie zrobił i odmówił wydania broni CNT. Zmęczeni błaganiem o broń i odmową, bojownicy CNT napadli na arsenał i rozdali związkom broń. Bojówki postawiono w stan pogotowia na kilka dni przed planowanym powstaniem.

Powstanie zostało faktycznie przesunięte o dwa dni, na 17 lipca, i zostało stłumione na obszarach silnie bronionych przez bojowników anarchistycznych, takich jak Barcelona. Niektóre anarchistyczne twierdze, takie jak Saragossa, upadły, ku wielkiemu rozczarowaniu mieszkańców Katalonii; było to prawdopodobnie spowodowane faktem, że powiedziano im, że według Madrytu „nie ma powodu do paniki”, a zatem nie przygotowali się. Rząd nadal upierał się przy swoim, twierdząc nawet, że siły „nacjonalistyczne” zostały zmiażdżone w miejscach, w których ich nie było. To w dużej mierze dzięki waleczności ze strony związków, zarówno anarchistycznych jak i komunistycznych, siły rebelianckie nie od razu wygrały tę wojnę.

Anarchistyczne bojówki były same w sobie niezwykle libertariańskie, szczególnie na początku wojny, zanim zostały częściowo wchłonięte przez regularną armię. Nie mieli systemu rang, hierarchii, salutów, a ci, zwani „dowódcami”, byli wybierani przez żołnierzy.«

Skąd się wziął anarchizm w Hiszpanii? To samo źródło pisze:

„Najwcześniejszą udaną próbę spopularyzowania anarchizmu wśród hiszpańskich mas podjął włoski rewolucjonista, Giuseppe Fanelli. Zwolennik ruchu Młode Włochy, podczas rewolucji włoskiej porzucił karierę, by wziąć udział w Risorgimento (zjednoczenie Włoch – przyp. W.L.) pod dowództwem Giuseppe Garibaldiego i Giuseppe Mazziniego. Po powstaniu zjednoczonego Królestwa Włoch w 1861, Fanelli, zanim spotkał Bakunina i został anarchistą, został wybrany do włoskiego parlamentu jako członek skrajnie lewicowej koalicji Mazziniego.

Po Chwalebnej Rewolucji (1868, obalenie królowej Izabeli II – przyp. W.L.) i rozpoczęciu Sexenio Democrático (okres 6 lat od 1868 do 1874 roku – przyp. W.L.) w 1868 roku, nowy Rząd Tymczasowy ogłosił prawo do wolności zrzeszania się, pozwalając hiszpańskim robotnikom legalnie organizować się. Bakunin wykorzystał to jako okazję do sponsorowania Fanelli’ego, który udał się do Hiszpanii w celu rekrutacji członków Międzynarodowego Stowarzyszenia Robotników (IWA), międzynarodowej organizacji ( I Międzynarodówka – przyp. W.L.), która miała na celu zjednoczenie grup pracujących na rzecz klasy robotniczej. Przybywając do Barcelony ze skromnym budżetem, Fanelli spotkał się i pożyczył pieniądze od Élie Reclusa (francuski anarchista – przyp. W.L.), aby sfinansować podróż do Madrytu, gdzie spotkał się z właścicielem federalnej gazety republikańskiej La Igualdad i skontaktował się z grupą radykalnych robotników.

24 stycznia 1869 r. Fanelli po raz ostatni spotkał się z robotnikami-anarchistami z Madrytu, którzy zadeklarowali utworzenie madryckiej sekcji IWA. Fanelli powiedział, że opuszcza Hiszpanię, aby tamtejsi anarchiści mogli rozwijać się samodzielnie i tworzyć organizację „w oparciu o własny system wartości”, aby zachować spontaniczność, pluralizm i indywidualność w ruchu robotniczym. Anarchiści sekcji madryckiej zaczęli następnie rozpowszechniać swoje idee, organizując spotkania, wygłaszając przemówienia i publikując swoją gazetę La Solidaridad (Solidarność – przyp. W.L.). Do 1870 r. madrycki oddział Międzynarodówki zyskał około 2000 członków.

Anarchizm wkrótce zakorzenił się w całej Hiszpanii, we wsiach i miastach oraz w dziesiątkach niezależnych organizacji. Wiele wiejskich pueblo miało już anarchistyczną strukturę, zanim idee „anarchistyczne” rozpowszechniły się. W lutym 1870 roku madrycka sekcja IWA opublikowała w La Solidaridad wezwanie do wszystkich sekcji hiszpańskich o zwołanie ogólnokrajowego kongresu robotniczego, który ostatecznie miał się odbyć w Barcelonie.”

Zbigniew Krasnowski (Tadeusz Gluziński) w książce Socjalizm, komunizm, anarchizm (1936) w rozdziale Anarchizm, jako konieczny wyraz walki żydostwa z pozostałą rodziną narodów pisze:

„Walcząc z każdą władzą narodów rdzennych, czyli walcząc z przymusowym regulatorem życia społecznego, żydostwo musi rozszerzyć propagandę idei wolności do granic ostatecznych, które wyrażają się w negacji wszelkiej władzy, czyli w anarchizmie.

Anarchizm jest zatem dla żywiołu żydowskiego koniecznym wyrazem jego walki z pozostałą rodziną narodów.

Anarchizm w życiu społeczeństwa żydowskiego jest prądem umysłowym zupełnie naturalnym, bo sprzyjającym rozwojowi żywiołu żydowskiego w warunkach rozproszenia. Tym się tłumaczy, że wśród żydostwa anarchista jest takim samym zasłużonym działaczem jak każdy inny, np. syjonista.”

W przypadku Hiszpanii CNT (Iberyjska Federacja Anarchistyczna), czyli lewica i Falanga Hiszpańska, czyli prawica – obie były organizacjami anarchistycznymi, których flagi miały te same czerwono-czarne barwy. Podobnie jest w przypadku ukraińskich nacjonalistów. Anarchizm powoli wlewa się do „Polski”, w której Ukraińcy są ponad prawem. Mogą robić, co chcą, a i tak nic złego im się nie stanie.

Iberyjska Federacja Anarchistyczna (FAI) i Krajowa Konfederacja Pracy (CNT). FAI prowadziła walkę zbrojną, napadała na banki, skąd brała fundusze na działalność. Źródło zdjęcia: Wikipedia.

Manifest Falangi głosił doktrynę mocarstwowej Hiszpanii, planował wprowadzenie totalitarnego państwa. Falanga opowiadała się za stosowaniem przemocy w walce politycznej. Źródło zdjęcia: Wikipedia.

Kim więc był generał Francisco Franco i komu służył? Czy tym samym, którym służyli hiszpańscy anarchiści i hiszpańska lewica? Czy hiszpańska wojna domowa była zemstą Żydów za ich wygnanie z Hiszpanii w 1492 roku?

Demokracja to szatański wymysł. Wykorzystując ten instrument ustrojowy, można zrobić wszystko i być bezkarnym. Można destabilizować państwa, ich gospodarki, całkowicie zaburzyć ludziom ich systemy wartości. Rządzący w takim systemie mogą zrobić wszystko i nie ma nawet możliwości przeciwstawienia się temu. W Polsce podmieniają społeczeństwo, sprowadzają miliony obcych ludzi, państwo polskie zmieniają na ukraińskie i nikt nawet nie mówi, że tego nie było w programie wyborczym obecnie rządzących. I co? Za karę wybiorą innych? I co z tego? Mleko się rozlało i nie ma możliwości powrotu do sytuacji sprzed 24 lutego. W Hiszpanii skłócili naród, zginęło niepotrzebnie mnóstwo ludzi i zniszczony kraj, ale długo pracowali nad tym, by rozpowszechnić anarchizm wśród ludu. Tak działa demokracja.

Rzeź humańska

Dziś 3 maja. To nasze, hucznie obchodzone po 1989 roku święto, a tu jakoś cicho. Na Interii nic, na Wirtualnej Polsce nic, na Onet też nic. Dalej nie szukałem. Znaczy to, że już żyjemy na zachodniej Ukrainie, choć z drugiej strony, pojawiły się na ulicach biało-czerwone flagi. Jakoś tak się dziwnie składa, że ten zestaw barw bardziej mi odpowiada niż niebiesko-żółty. To wszystko nie zmienia jednak faktu, że przed Ukrainą, w naszej rzeczywistości, nie da się uciec, a poznawanie wroga to podstawa przetrwania dla tych, którzy chcą przetrwać.

Rzeź humańska jest raczej mało znanym epizodem w historii Polski i być może nie warto by było do niej wracać, gdyby nie fakt, że jej główni sprawcy są bohaterami na Ukrainie i stawia się im pomniki. Wobec faktu przebywania na terenie Polski kilku milionów Ukraińców, wypada przybliżyć sobie tamte wypadki. Może dzięki ich znajomości łatwiej będzie zrozumieć to, co stało się na Wołyniu, bo okrucieństwo w obu wypadkach było podobne.

Zaporoże znajdowało się pomiędzy południowo-wschodnimi kresami Wielkiego Księstwa Litewskiego a granicą Kaganatu Krymskiego Tatarów, wywodzących się z Azji. Byli oni największymi wrogami Kozaków. Do Europy dotarli wraz Mongołami. Batu-chan, wnuk Czyngis-chana, podbija około 1236 roku Ruś Kijowską i powstaje Złota Orda – niezależne królestwo Tatarów. Jego następcy rządzili tym państwem do połowy XV wieku. Po tym okresie następuje jego rozpad na na trzy różne kaganaty: krymski, astrachański i kazański. Natomiast wschodnio-słowiański ośrodek władzy przesuwa się stopniowo z Kijowa do Moskwy. I tak powstaje Wielkie Księstwo Moskiewskie, kończące mongolską dominację na tym terenie. Ponieważ natura nie znosi próżni, gdy jedno państwo chyliło się ku upadkowi, a drugie dopiero rosło w siłę, na ziemi, w pewnym sensie, niczyjej powstała społeczność kozacka, która nie podlegała żadnej władzy zwierzchniej. Tak się ukształtowała i taką pozostała do dziś.

W XVI wieku Rzeczpospolita i Kozacy mieli ten sam cel. I jedni i drudzy chcieli podbić Tatarów krymskich. Szlachta wynajmowała Kozaków do obrony jej południowo-wschodnich granic. Byli to tzw. Kozacy rejestrowi i byli opłacani jako wojsko najemne. Ale było też sporo Kozaków nierejestrowych, którzy zdobywali środki do życia w sposób niekontrolowany. Od czasu do czasu najeżdżali Tatarów krymskich, co zakłócało relacje Rzeczpospolitej z Imperium Osmańskim. Szlachta chciała z nich zrobić chłopów, a Kozacy nie chcieli nimi być. Ten opór stawał się często przyczyną powstań kozackich. W sumie było ich dziewięć. Od pierwszego powstania Kosińskiego (1591-1593) do ostatniego – Paleja (1702-1704).

Były też trzy powstania kozackie na terenie Rosji. Ostatnie – Pugaczowa (1773-1775). Po nim caryca Katarzyna II zlikwidowała Sicz Zaporoską. Ziemie Zaporoża nadano szlachcie rosyjskiej, wywodzącej się po części z rodzin kozackich.

Kozacy niby zniknęli, ale jakby nie do końca. Pojawili się ich następcy – hajdamacy. Dali o sobie znać w 1734, w 1750 i w 1768 roku jako sprawcy największej i najbardziej krwawej rebelii – koliszczyzny. Później zrywy hajdamaków zdarzały się rzadziej i nie były tak gwałtowne jak wcześniej.

Kim byli hajdamacy i co to takiego koliszczyzna, Wikipedia opisuje to tak:

Hajdamacy

Hajdamacy (z tur. hajdmak – rabować, grabić, ścigać, pędzić) – uczestnicy zbrojnych napadów rozbójniczych na terytorium Ukrainy Prawobrzeżnej w Rzeczypospolitej Obojga Narodów w XVIII wieku. Wywodzili się ze zbiegłego ukraińskiego chłopstwa, zubożałych mieszczan, Kozaków zaporoskich. Łączyła ich wspólna profesja. Na co dzień działali w luźnych grupach trudniących się rozbojem i napadami.

Tworzyli niezorganizowane grupy (na czele większych „oddziałów” rozbójników stał ataman), które napadały w celach rabunkowych na miasteczka, dwory i klasztory, posiadłości dzierżawców i bogatych chłopów, w wielu wypadkach mordując polską szlachtę, księży rzymskokatolickich i unickich, żydowskich karczmarzy i lichwiarzy. Hajdamacy mieli dobre stosunki z chłopami, a to że ich nie atakowali przysparzało im popularności. To powodowało, że chłopi często z nimi współpracowali dostarczając im schronienia i informacji. Hajdamacy dokonywali swoich wypraw łupieżczych organizując się głównie na Zaporożu, skąd przechodzili na Kijowszczyznę i tutaj pozyskiwali miejscową czerń. Taktyka napadów opierała się na wypracowanych przez wieki metodach stepowego rozbójnictwa. W bezpiecznym miejscu Kozacy zakładali tzw. „kosz” (obóz), skąd wypuszczano zagony w celach rabunkowych. Po zakończeniu grabieży wycofywano się zazwyczaj w rozproszeniu, wykorzystując znakomitą znajomość terenu, co pozwalało unikać ewentualnych walk na otwartym polu.

Przyjmuje się, że ofiarą ich padło w czasie koliszczyzny (1768) ponad 100 tys. osób. Nieliczne oddziały polskie na Naddniestrzu oraz prywatne armie magnatów nie dawały sobie rady, tak że wzywano parę razy na pomoc armię Imperium Rosyjskiego. Po zwycięstwach nad hajdamakami byli oni surowo karani za swoją działalność, często okaleczani lub skazywani na na karę śmierci.

Koliszczyzna

Koliszczyzna – powstanie chłopskie pod przywództwem Maksyma Żeleźniaka i Iwana Gonty skierowane głównie przeciwko szlachcie polskiej oraz ludności żydowskiej i duchowieństwu. Trwało od czerwca do lipca 1768 roku na Ukrainie prawobrzeżnej i przejawiało się masowymi pogromami Polaków, Żydów, duchowieństwa rzymskokatolickiego i unickiego, z których to pogromów największe rozmiary osiągnęła rzeź humańska. Powstanie zostało stłumione przez wojska rosyjskie i polskie. Liczbę ofiar koliszczyzny szacuje się na 100 000 do 200 000 zamordowanych.

Słowo „koliszczyzna” ma różne znaczenie, m.in. pochodzi ono od okrzyku „Koli! Koli!” (Kłuj), który miał być słyszany podczas mordów. Oznaczało też ono na Naddnieprzu rzeźników wyspecjalizowanych w zabijaniu świń.

Bezpośrednim inicjatorem buntu był Maksym Żeleźniak, poddany rosyjski, który wzywał do antypolskich wystąpień, powołując się przy tym na fikcyjny ukaz Katarzyny II, tzw. Złotą Hramotę, w którym caryca miała nakazywać wypędzenie z Ukrainy prawobrzeżnej polskiej szlachty, Żydów oraz kapłanów unickich. Żeleźniak sformował swój pierwszy większy oddział w Chłodnym Jarze w pobliżu Monasteru Motronińskiego, którego przełożonym był Melchizedek (Znaczko-Jaworski). Wkrótce zaczęli dołączać do niego inni przybywający z Siczy Kozacy zaporoscy, a następnie, już po wyruszeniu z obozu, miejscowi chłopi ruscy.

Co działo się w Humaniu? Dobrze jest to ujęte w artykule Zanim zapłonął Wołyń… Rzeź humańska, czyli bestialski mord Polaków i Żydów na Ukrainie (https://historia.wprost.pl/10229186/3/zanim-doszlo-do-rzezi-wolynskiej-czym-byla-rzez-humanska-na-ukrainie.html). Artykuł pochodzi ze strony Historia Wprost.pl. Poniżej fragment:

„Pod koniec czerwca 1768 roku zbrojne watahy dotarły pod leżące nad rzeką Umanką miasto Humań, należące do Franciszka Salezego Potockiego, wojewody kijowskiego. Miejscowość była dobrze ufortyfikowana, wzmocniona nową palisadą i trzema bastionami. Obronny charakter miasta wiązał się przede wszystkim z jego rolą centrum handlowego. Przywileje dla mieszczan i okolicznych chłopów czyniły z niego ważny ośrodek gospodarczy, skłaniający do osiedlania się i zapewniający trwały rozwój. Autorzy „Słownika geograficznego Królestwa Polskiego…” pisali później, że o ile jeszcze w XVII wieku Humań przynosił około 30 000 zł dochodu, o tyle w XVIII wieku były to już miliony. Żyła złota w dobrach Potockiego wymagała jednak silnej obrony. Zapewniać ją miał ponad 100 osobowy garnizon wzmocniony pułkiem milicji kozackiej złożonym z blisko 2 tys. żołnierzy. Do dyspozycji obrońców miało być również ponad 30 armat. Nie można się więc dziwić, że uciekając przed koliszczyzną, miejscowa szlachta i Żydzi chroniła się mieście nad Umanką. Wszyscy byli pewni, że Humań da odpór oddziałom hajdamackim. Zapomniano przy tym o przysłowiu, że walczyć Kozakami przeciw Kozakom, to jak orać wilkiem.

Kiedy hajdamacy zbliżyli się do Sokołówki – wsi położonej o kilka kilometrów od Humania – Kozacy stacjonujący w mieście rozpoczęli przygotowania do obrony. Na ich cele stał Iwan Gonta – syn ruskiego chłopa – zaufany żołnierz Potockiego. Jeszcze w trakcie przygotowań do dowódcy kozackiego doszły plotki, że komendant miasta – Rafał Despot Mładanowicz – ukrył przed nim listy Franciszka Salezego, w których właściciel obiecał Goncie dwie wioski w zamian za skuteczną obronę miasta. Iwan potraktował to jako osobistą zniewagę. Nie zważając na dotychczasowe zaufanie Potockiego rozpoczął negocjacje z Żeleźniakiem sugerując możliwość przejścia Kozaków na stronę buntowników. 21 czerwca dobito targu – Gonta wraz z całym pułkiem przeszedł na stronę hajdamacką kierując armaty przeciw bezbronnemu miastu.

Mładanowicz próbował dać opór, zdawał sobie jednak sprawę z beznadziejnego położenia obrońców. Rozpoczęto rozmowy pokojowe. W zamian za oddanie miasta buntownikom obrońcy i mieszkańcy mieli odejść wolno. Komendant zgodził się na warunki otwierając przez hajdamakami bramy. Żeleźniak i Gonta nie zamierzali respektować umowy. Zbrojne bandy wpadły do miasta rozpoczynając krwawą rzeź przerażonych mieszkańców i chroniącej się w Humaniu szlachty. Zbombardowano także tutejszą synagogę, w której zgromadzili się lokalni Żydzi. Tysiące zginęło pod jej gruzami. Jak pisali świadkowie, krew wylewać się miała przez próg świątyni. Tych którzy uniknęli śmierci łapano i obcinano uszy i ręce. Wymordowano także księży katolickich i unickich. W pień wycięto także kilkuset uczniów szkoły bazyliańskiej. Brutalna masakra trwała cały dzień.

Według późniejszych szacunków w Humaniu zamordować miano nawet 20 tys. ludzi. Sam Żeleźniak twierdził w czasie przesłuchania, że było ich nie więcej jak 2 tys. Być może w swoich szacunkach nie uwzględnił ludności żydowskiej, której liczebność szacować można na 5-7 tys. Z pewnością ofiarą okrutnej rzezi padło więc około 10 tys. ludzi.”

26 czerwca 2018 roku w tygodniku Polityka ukazał się artykuł 250 lat po rzezi w Humaniu (https://www.polityka.pl/tygodnikpolityka/historia/1753490,1,250-lat-po-rzezi-w-humaniu.read). Poniżej fragmenty:

»Latem 1768 r. Humań na Ukrainie był samotną wyspą pośród powstańczego morza. W ostatnich dniach czerwca należące do rodziny Potockich miasto przypominało twierdzę i przytulisko zarazem. Schronili się tam uciekinierzy przed falą buntu wywołaną w południowo-wschodnich województwach Rzeczpospolitej przez Maksyma Żeleźniaka. Humań miał stosunkowo liczną załogę złożoną głównie z kozaków dworskich, ale Żeleźniak zdołał przeciągnąć na swoją stronę ich dowódcę Iwana Gontę. Wraz z tą zdradą prysła ostatnia nadzieja obrońców. Miasto postanowiło skapitulować.

Rankiem 21 czerwca na spotkanie Kozaków wyszli z chlebem i solą najbardziej szanowani obywatele w otoczeniu miejscowych urzędników. Zgromadzeni pod Humaniem chłopi nie czekali jednak na ich zaproszenie. Wdzierając się za mury, dali początek trwającej dwa dni rzezi. Żydom obcinano ręce i uszy, wyciągano ich z piwnic i domów. Polskich szlachciców przywiązywano do pala, bito, kłuto spisami, by na koniec dobić nożem lub wystrzałem z broni palnej. Uczniowie ze szkoły bazylianów byli torturowani. Sceną największych zbrodni stały się miejscowe świątynie. Nie mogąc sforsować drzwi synagogi, Kozacy podciągnęli na miejsce armaty i ostrzelali ją ze wszystkich stron. Wyniesione stamtąd zwoje Tory chłopi rozłożyli na ulicach i jeździli po nich końmi. Uciekające w panice rodziny szlacheckie chowały się po piwnicach, rowach, zaroślach, skąd były wywlekane, pędzone i gromadzone na placu targowym, by tam dokonać żywota.

Przed niesławnym 1768 r. hajdamacy pojawiali się i znikali, ale nie stanowili problemu natury politycznej. Na miano przełomu zasługuje moment przyjęcia przez nich haseł obrony prawosławia i usunięcia polskiej szlachty z tamtych ziem. Stało się tak za sprawą dwóch splecionych ze sobą wydarzeń. Pierwszym była bezpardonowa rywalizacja, jaką na Rusi toczyły Kościoły prawosławny oraz grekokatolicki. Wschodni katolicy, zwani unitami, byli w drugiej połowie XVIII w. prawdziwą potęgą. Pod względem liczby parafii stanowili największą w Rzeczpospolitej wspólnotę wyznaniową, większą nawet od rzymskiego katolicyzmu. Bez wątpienia byli czynnikiem modernizującym: budowali nowe szkoły, publikowali wiele książek. Ich sukces oznaczał dla prawosławia śmiertelne zagrożenie. Unici reprezentowali nie tylko międzyreligijny kompromis, ale również szansę na wyrwanie się poza granice ruskiego miru. Występowali tym samym w imieniu nowej, prężnej kultury ruskiej, stanowiącej alternatywną wobec Moskwy drogę ratunku przed polonizacją.

Hasła wzywające do walki z unitami głosiło wielu prawosławnych duchownych. Jednym z najbardziej wpływowych i charyzmatycznych był ihumen monasteru motronińskiego Melchizedek Znaczko-Jaworski, mianowany przez moskiewskiego patriarchę namiestnikiem Cerkwi na Prawobrzeżnej Ukrainie. Jego kazania piętnujące duchowieństwo i wiernych Kościoła unickiego jako zdrajców padły na podatny grunt za sprawą zawiązanej w marcu 1768 r. konfederacji barskiej. Garnąca się pod ich sztandary szlachta katolicka obrała sobie za cel powstańczą walkę przeciwko wpływom Rosji. Opierając się na hasłach obrony Kościoła katolickiego i rozprawy ze zdrajcami ojczyzny, wzbudzili wielki niepokój wśród Rusinów. Po ziemiach ukrainnych lotem błyskawicy rozniosły się pogłoski o okrucieństwach konfederatów i nawracaniu miejscowych siłą, co jeszcze mocniej zaogniło stosunki w kresowym kotle. Wymowna była skarga, jaką na konfederatów wnieśli mieszczanie z Kaniowa: „Po całej Ukrainie czynili różne niepokoje i okrucieństwa, więc takimi nieprzystojnymi uczynkami dali podstawy hajdamactwu”.

W tej właśnie atmosferze wiosną 1768 r., na czele licznej partii hajdamaków, Maksym Żeleźniak, były mnich monasteru motronińskiego, przeprawił się z „rosyjskiej” na „polską” stronę Dniepru. Jego marsz znaczyły krwawe rozprawy z Polakami i Żydami. Podlegli mu ludzie mieli odczytywać chłopom „Złotą Hramotę”, czyli pismo przysłane im rzekomo przez carycę Katarzynę II, w którym nakazywała im „wyczyszczenie pszenicy z kąkolu”, czyli oczyszczenie ziem ukraińskich z Lachów, Żydów i duchowieństwa unickiego. W rzeczywistości kancelaria imperatorowej żadnego dokumentu nie wystawiła, ale powtarzające się w relacjach świadków i literaturze wzmianki o tym dokumencie pozwalają sądzić, że jakieś pismo – najpewniej sfałszowane – rzeczywiście w rękach Żeleźniaka się znalazło.

Wszędzie tam, gdzie pojawiał się Żeleźniak, chłopi porzucali pracę, zbroili się w spisy, siekiery i noże, ruszając na dwory i karczmy. Wyrąbywano też dworskie lasy. Czerkasy zostały zdobyte i ograbione. Następnie Żeleźniak pomaszerował ze swym oddziałem na Korsuń i Bohusław. Powoli posuwał się w kierunku Humania, pod którego murami stanął 20 czerwca 1768 r. Kilka dni po masakrze w mieście proklamowano Hetmanat, co było nawiązaniem do powstania Chmielnickiego i żądania autonomicznej władzy Kozaków nad ziemiami naddnieprzańskimi. Żeleźniak został hetmanem, a Gonta głównodowodzącym wojsk. Skasowano pańszczyznę oraz stan szlachecki, ogłoszono powszechną równość.

Rzeź humańska spowodowała w Rzeczpospolitej prawdziwy wstrząs. Szok nie był jednak efektem wielkiej liczby ofiar czy szczególnego okrucieństwa sprawców. Przerażenie spowodowały wieści o szlachcicach zmasakrowanych rękami chłopów. Strach przed żywiołem rewolucji społecznej potęgował fakt, że należąca do Rzeczpospolitej prawobrzeżna Ukraina była w zasadzie bezbronna. Podstawową siłą zbrojną, jaką dysponowali tamtejsi magnaci, byli nadworni Kozacy, ale ci, idąc za przykładem Gonty, masowo przechodzili na stronę buntowników. Nie mogąc liczyć na regularne wojska, które zajęte były utarczkami z konfederatami barskimi, szlachta pokładała swe nadzieje w… wojsku rosyjskim.

Powstała tym samym paradoksalna sytuacja; na polsko-rosyjskim pograniczu funkcjonowały dwa rebelianckie ośrodki – konfederacja barska oraz hajdamaczyzna – które, choć cele miały inne, to Warszawa i Petersburg zwalczały je solidarnie „ponad podziałami”. W tamtych wydarzeniach można także dostrzec zapowiedź zjawiska, jakie prof. Daniel Beauvois nazwał trójkątem ukraińskim, w którym już po upadku Rzeczpospolitej szlachta kresowa współpracowała z caratem ze strachu przez miejscowym ludem.

Z punktu widzenia polskiej świadomości historycznej hajdamaczyzna stała się słowem kluczem, które przywodzi wyobrażenia o dzikim buncie jeszcze bardziej dzikiego ludu. Wymienianie Humania w tym samym zdaniu co zbrodni wołyńskiej czyni z hajdamaczyzny poprzedniczkę UPA. Pojęciowa zbitka „ukraińskie okrucieństwo” weszła do powszechnego użycia, budząc ten sam ciąg skojarzeń, co np. „islamski terroryzm”. Hajdamaczyzna odgrywa także istotną rolę w tworzeniu specyficznie polskiego, romantycznego obrazu Kresów. Zlała się ona w jedno ze stworzonym przez Henryka Sienkiewicza mitem Ukrainy jako ziemi przeklętej, leżącej poza granicami normalnego świata, obszaru bezpardonowej walki dobra ze złem. Tak rozumiane Kresy były ziemią nadmiaru – zbyt wielkich obszarów, zbyt szalonych namiętności i czynów zbyt okrutnych, by objąć je rozumem. Budowane na bazie literatury legendy sprawiły, że Polacy zaczęli utożsamiać Ukrainę z krajem żądnej krwi czerni i pozbawionych ludzkich cech rezunów.«

Powstanie zostało stłumione przy zgodnej współpracy wojsk koronnych i rosyjskich. Gontę i innych zamieszkujących Prawobrzeże wydano Branickiemu. Gonta po torturach został stracony. Żeleźniaka i głównie Kozaków zaporoskich z Lewobrzeża (poddanych rosyjskich) Rosjanie pozostawili własnemu sądownictwu. Żeleźniak został zesłany na Syberię do Nerczyńska.

Czym było to powstanie? Co do tego opinie historyków są podzielone i nie ma jednoznacznej oceny. Wikipedia przytacza opinie wielu z nich.

Józef Szujski podkreślał ruskiego fanatyzmu religijnego i inspirację rosyjską. Franciszek Rawita-Gawroński podkreślał historyczne uprzedzenia i wrogość chłopów ruskich do Polaków i katolicyzmu, które zostały sztucznie stworzone w czasach kozackich, głównie w XVII wieku. To twierdzenie popiera współcześnie Karol Mazur.

Tadeusz Korzon zacytował opinie Stanisława Augusta o genezie koliszczyzny, uzupełniając ją:

Fanatyzm grecki i niewolniczy walczy ogniem i mieczem z fanatyzmem katolickim i szlacheckim… To pewna, że bez konfederacyi Barskiej nie byłoby tego nowego nieszczęścia. Poprawiwszy ostatnie zdanie, czyli raczej, dodawszy do niego dwa wyrazy: bez hasła religijnego w konfederacyi Barskiej, otrzymamy najtrafniejszą i z najpoważniejszego źródła pochodząca wskazówkę do zrozumienia stanu umysłów i przyczyn klęski Humańskiej. W szczegółach sprawa ta modyfikuje się o tyle, że wezwanie do krwawego dzieła wyszło zza Dniepru, spoza granicy rosyjskiej, moralnym zaś sprawcą jego był Melchizek-Znaczko Jaworski.

Władysław Konopczyński w swojej pracy Konfederacja barska pisze:

Cel bojowy został osiągnięty: potęga humańska Franciszka Salezego Potockiego, miasta i włości Jabłonowskich, Lubomirskich, Mniszcha legły w perzynie, tak iż konfederaci żadnego z nich zasiłku w pieniądzach ani w ludziach nie dostaną.

Władysław Serczyk w swojej monografii koliszczyzny (wyd. 1968) uważał, że starsza historiografia polska w jednostronny sposób ujmowała to wydarzenie. Jego zdaniem do prób reinterpretacji tego wydarzenia doszło w historiografii dwudziestowiecznej, w której uznano koliszczyznę za powstanie chłopskie o podłożu narodowym, społecznym i wyznaniowym.

W mojej ocenie najtrafniejszą genezę koliszczyzny przedstawił Tadeusz Korzon w poprawionej przez siebie opinii Stanisława Augusta: Fanatyzm grecki i niewolniczy walczy ogniem i mieczem z fanatyzmem katolickim i szlacheckim… To pewna, że bez hasła religijnego w konfederacji Barskiej nie byłoby tego nowego nieszczęścia.

Nie wiem dlaczego nikt nie chciał tego nazwać wprost. Przecież to była wojna religijna. Nic nie wywołuje takich emocji, takiej nienawiści, jak antagonizmy wyznaniowe. Tylko w ten sposób można było pobudzić prostych ludzi, zasiać w nich nienawiść, wyzwolić nadzwyczajną energię. A że stanowiła ona tylko narzędzie do likwidacji konfederacji barskiej, a może bardziej narzędzie do zniszczenia tych, którzy mogli jej znacząco pomóc, to inna para kaloszy. Ci ludzie zostali wykorzystani i nawet nie domyślali się w jakim celu. Ironią losu jest to, że dziś w tym samym miejscu, potomkowie tamtych rezunów, też są wykorzystywani do celów, których nawet nie domyślają się. I nie domyślają się, że też podzielą losy Gonty i Żeleźniaka. Do takich wniosków te wytatuowane w nazistowskie symbole kreatury nie są w stanie dojść.

A dlaczego konfederaci zachowywali się tak, jak się zachowywali i szermowali hasłami, które jawnie prowokowały miejscową ludność? Bo kierowali nimi masoni. W polityce nigdy nic nie dzieje się przypadkiem. Tak było kiedyś i tak jest obecnie. I zawsze rządzą ci sami. I zawsze we wszystkich konfliktach chodzi o to samo, o niszczenie i osłabianie narodów rdzennych, bo tylko wtedy można nad nimi dominować. To oni wywoływali powstania chłopskie w średniowiecznej Europie i to samo zrobili 300 lat później na Ukrainie. I teraz też oni wywołali tę wojnę na Ukrainie.

Unia lubelska

To, co się obecnie dzieje, czyli wielomilionowa emigracja Ukraińców do Polski, nie byłaby możliwa, gdyby nie unia lubelska. A skoro jej skutki są tak dalekosiężne, to wypada zastanowić się, jak do niej doszło. Jak to się stało, że potężne państwo, zwące się Wielkim Księstwem Litewskim, sięgającym niemalże od morza do morza, uległo i zaakceptowało związek z Koroną, państwem chyba ze trzy razy mniejszym pod względem obszaru, i przyjęło jego ustrój państwowy, czyli demokrację szlachecką? Przede wszystkim trzeba pamiętać, że czas tworzenia się unii polsko-litewskiej, to czas reformacji. Koniec XIV i początek XV wieku, to czas Jana Husa i skrajnych sekt panoszących się po Europie. Spalono go na stosie 6 lipca 1415 roku podczas soboru w Konstancji. 100 lat później, w 1517 roku, objawił się Marcin Luter. Polskie elity polityczne, odpowiedzialne za powstanie unii, były wyznania kalwińskiego, a więc tego najbliższego judaizmowi.

W 1370 roku umiera bezpotomnie Kazimierz Wielki. Sukcesję po nim przejmuje Ludwik Węgierski. Jego ojcem był Karol Robert z rodu Andegawenów (Francja) a matką Elżbieta Łokietkówna, córka Władysława Łokietka i siostra Kazimierza Wielkiego. Ludwik Węgierski był królem Węgier w latach 1342-1382 i królem Polski w latach 1370-1382. W latach 1370-1382 Polska i Węgry złączone były unią personalną, tak jak później z Litwą za Władysława Jagiełły. Kłopot polegał na tym, że Ludwik Węgierski nie miał synów tylko córki. Na Węgrzech nie było to problemem, ale w Polsce – tak. W zamian za zgodę na sukcesję swoich córek do tronu polskiego w dniu 17 września 1374 roku wydał on dla szlachty polskiej przywilej koszycki, który zawiera wiele korzystnych dla niej praw. Dzięki niemu uzyskuje również ona wpływ na wybór następcy tronu. I już wkrótce korzysta z tego prawa. Gdy córka Ludwika – Jadwiga obejmuje tron polski, jej kandydatem na męża jest Wilhelm Habsburg. Jego kandydaturę popiera książę opolski Władysław Opolczyk, jednak krakowscy panowie są innego zdania. Chcą związać Polskę z Litwą i wybierają Jagiełłę.

Ludwik Węgierski wytyczył pewien szlak: w zamian za sukcesję swojej córki do polskiego tronu nadał przywileje szlachcie. Podobnie postąpił Jagiełło, który chciał zapewnić sukcesję swojemu synowi. I nie był on ostatnim z polskich królów, którzy w zamian za własne, doraźne korzyści wzmacniali wpływy magnaterii, kryjącej się pod ogólnym pojęciem szlachty.

Droga do unii lubelskiej była długa i kręta:

  • unia w Krewie z 1385 roku; na mocy tego aktu wielki książę litewski Jagiełło zobowiązał się po ślubie z Jadwigą i objęciu tronu polskiego wprowadzić na Litwie chrześcijaństwo w obrządku łacińskim oraz przyłączyć ziemie Wielkiego Księstwa Litewskiego do Polski. Zasada inkorporacji napotkała zdecydowany opór Litwinów i dynastii jagiellońskiej.
  • unia wileńsko-radomska z 1401 roku; oddała ona rządy na Litwie Witoldowi jako samodzielnemu władcy, przy czym pozostawał on wobec Jagiełły w stosunku zbliżonym do lennego. Witold zobowiązał się do niezawierania żadnych układów z Zakonem Krzyżackim bez zgody Jagiełły. Stan ten miał trwać do śmierci Witolda, po czym władza na Litwie miała wrócić do Jagiełły jak najwyższego księcia Litwy.
  • unia horodelska z 1413 roku; wprowadziła ona instytucję odrębnego wielkiego księcia na Litwie, wspólne sejmy i zjazdy polsko-litewskie. W celu powiązania feudałów litewskich z polskimi, 47 rodzin możnowładców i szlachty polskiej przyjęło do swych herbów 47 rodzin panów i bojarów litewskich. Jednocześnie unia horodelska miała charakter przywileju ziemskiego dla panów i bojarów litewskich, którzy uzyskali prawa dziedziczenia dóbr ojczystych i dysponowania nimi. Wprowadzono również na wzór polski urzędy wojewodów i kasztelanów. Po 1422 roku tj. po zlikwidowaniu niebezpieczeństwa krzyżackiego unia zachwiała się.
  • unia grodzieńska z 1432 roku; potwierdzona w 1434 roku. Przywracała ona konieczność zatwierdzania wyboru wielkiego księcia Litwy przez króla i panów polskich. Po okresie całkowitego zerwania unii (1440-1447) związek Polski z Litwą przekształcił się w unię personalną: jedyną więzią stała się osoba panującego.
  • unia wileńska z 1499 roku; po śmierci Kazimierza Jagiellończyka (1492) ponownie zerwana została unia personalna, a trony polski i litewski objęli dwaj bracia Jan Olbracht i Aleksander. Nowy akt unii mający charakter sojuszu obu państw zawarto w Wilnie w 1499 roku. Polacy i Litwini zobowiązali się wybierać panujących za obopólną zgodą i służyć sobie pomocą i radą.
  • unia mielnicka z 1501 roku; Akt został zatwierdzony przez Aleksandra w 1501 roku w Mielniku, nie wszedł jednak w życie, gdyż nie został zaakceptowany przez litewską radę hospodarską. Postarali się o to Jagiellonowie, gdyż ograniczał ich prawa dziedziczne do Wielkiego Księstwa Litewskiego.

W Wielkiej Encyklopedii Powszechnej PWN 1962-70 można przeczytać:

„Zacieśnienie związku państwowego między Polską a Litwą następowało w XVI wieku głównie dzięki przejmowaniu przez Litwę instytucji ustrojowych polskich i powstaniu na Litwie stanu szlacheckiego dążącego do uzyskania praw szlachty polskiej. Od połowy XVI wieku ze strony polskiej coraz bardziej stanowczo w programie ruchu egzekucyjnego wysuwano żądanie zawarcia unii z Litwą. Na Litwie unii przeciwne było możnowładztwo litewskie. Napotkało ono jednak opozycję szlachty domagającej się unii, która miała jej przynieść zrównanie ze szlachtą polską. Niebezpieczeństwo rozpadnięcia się unii po wygaśnięciu Jagiellonów, obawa przed utratą ziem ruskich i wspólnie z Polską prowadzona walka o Inflanty wpłynęła na osłabienie opozycji wielkich feudałów litewskich, którzy zaczęli szukać oparcia w Polsce przeciw wrogom zewnętrznym.

Na sejmie w 1564 roku Zygmunt August przelał swe prawa dziedziczne do Litwy na Koronę. Do zawarcia unii doszło dopiero na sejmie w 1569 roku w Lublinie (unia lubelska). Opór możnowładców, którzy opuścili nawet Lublin, został złamany przez akt inkorporacji do Polski Wołynia, Ukrainy Kijowskiej, Podola Bracławskiego i Podlasia. Uszczuplone Wielkie Księstwo Litewskie nie mogło egzystować bez oparcia o Polskę i panowie litewscy zgodzili się na unię. Aktem z 1 lipca 1569 roku Wielkie Księstwo Litewskie połączone z Polską unią realną na zasadzie równości, przy zachowaniu odrębnych urzędów centralnych, skarbu i wojska. W powstałym państwie polsko-litewskim wspólna była osoba monarchy i sejm. Moneta była bita osobno na Litwie i w Koronie. Polacy i Litwini mogli nabywać od siebie nawzajem dobra ziemskie i swobodnie przesiedlać się na terenie całego państwa. Wielkie Księstwo Litewskie zachowało odrębność prawa sądowego. Odrębność prawno-państwową Litwy i Korony zniosła Konstytucja 3 maja 1791 roku, łącząca je w jeden organizm państwowy.”

Z kolei Władysław Konopczyński w pracy Dzieje Polski nowożytnej pisze:

»Nowy statut przyjęty na długim sejmie wileńskim w 1565-1566 r. określił władzę sejmu litewskiego w duchu polskiego nihil novi. 30 grudnia 1565 r. wprowadzono sejmiki gospodarskie i poselskie; na podstawie powiatów zaprowadzono sądownictwo ziemskie, grodzkie i podkomorskie, któremu nadal podlegali także senatorowie i urzędnicy. Przez utworzenie nowych województw i kasztelanii upodobniono radę do senatu koronnego. Odtąd już i na Litwie, jeżeli pominąć osobną kategorię bojarów służebnych tudzież niejednakowe obowiązki w pospolitym ruszeniu, stał się szlachcic na zagrodzie równym wojewodzie.

Rokowania

Najgorętszym pragnieniem polskich unionistów było wspólne z Litwinami sejmowanie, dlatego już od 1542 r. delegacja polska z udziałem Reja naciskała Starego Zygmunta, by litewskich panów rady i posłów ziemskich sprowadził na sejm koronny; później w 1544 r. liczne grono dostojników jeździło z biskupem Maciejowskim do Brześcia, inni delegaci w 1551 r. do Wilna, dlatego też odbyto szereg sejmików nie w Piotrkowie, ale bliżej Wielkiego Księstwa: 1554 r. w Lublinie, 1556 i 1563/64 w Warszawie, 1564 w Parczewie, 1566 znów w Lublinie. Wszelkie jednak wzmianki o powrocie do pierwotnej koncepcji, tj. do inkorporacji Litwy w jedno państwo, odrzucał senat litewski a limine (od razu, z miejsca – przyp. W.L.). Żądano za dużo i zbyt jawnie wyciągano ręce po puste przestrzenie na Rusi, które wielmoże tamtejsi uważali za swój teren ekspansji. Aż tu we wrześniu 1562 r. stało się przeczuwane przez Radziwiłłów nieszczęście: „Spokojny dotychczas, cierpliwy, znoszący ciężary wojny gmin szlachecki szał jakiś ogarnął”. Grożono panom gwałtem fizycznym. Sejm obozowy pod Witebskiem w imieniu szlachty litewskiej wystosował do Zygmunta petycję, streszczającą cały późniejszy program zespolenia: wspólna elekcja, choćby za życia króla, wspólny sejm, jednakowe urządzenia, wspólna obrona – przy zachowaniu jednak odrębności państwowej Litwy. Sam król, zaskoczony tą manifestacją i pogróżkami gminu, zachował się odpornie, a posłów rycerstwa litewskiego przybyłych na sejm egzekucyjny nie dopuścił do obrad.

Dopiero pod wrażeniem upadku Połocka Litwini urzędownie wysłali na sejm warszawski delegację z 28 obywateli różnych stanów, nie wyłączając mieszczan. Teraz Zygmunt podzielał stanowisko polskie i przez swych emisariuszy agitował po powiatach za unią, tylko chciał, aby przedstawiciele stron „w zgodzie i miłości rozmawiali”. Nie znając pewnie dawniejszych aktów, wzięto za podstawę unię mielnicką, którą jednak rozmaicie tłumaczono. Padniewski, Marcin Zborowski, Ossoliński, Siennicki wywodzili z niej wspólność sejmu i ministeriów, Litwini, przez usta Radziwiłła Czarnego (bo inni mówić nie śmieli), pragnęli unii jak najluźniejszej. Król przelał na Koronę dziedziczne prawa Jagiellonów do Litwy, ale i to poświęcenie zatarło się w pamięci, gdy wieść o zwycięstwie nad Ułą dodała animuszu Radziwiłłom. Spisano w recesie (13 marca 1564 roku) punkty uzgodnione, jednak i od nich zaczęła znów odstępować Litwa. Trzeba było zaczynać znów od sejmu litewskiego, jako od tego czynnika, w którym głos rycerstwa musiał prędzej czy póxniej zagłuszyć nieustępliwe veto panów. Otóż na ten skutek wypadało jeszcze czekać 4 lata. Daremnie w Bielsku spisano w obecności koroniarzy kompromisowe punkta „ku dokończeniu unii”: nie zatwierdził ich sejm parczewski, obesłany tylko przez 4 pańskich delegatów. I śmierć kanclerza Radziwiłła (28 maja 1565 r.) nie od razu podziałała, skoro jego miejsce na czele oligarchów separatystów zajął Rudy hetman. Nie zrażając się jednak „niewdzięcznością” Litwy, żołnierz polski niósł dalej krew na obronę Inflant i Witebszczyzny (ogółem 300 rot kosztem 2 000 000 złotych w ciągu 7 lat), co widząc, także żołnierz-pospolitak litewski zanosił dalej z obozów prośby o sejm wspólny z Koroną polską w czym przodowało zwłaszcza rycerstwo podlaskie i wołyńskie. Dodawała uporu jednym i drugim uchwalona w Koronie egzekucja; onieśmielała separatystów fatalnie zmarnowana, bo bez dostatecznej pomocy polskiej podjęta wyprawa radoszkowicka, która się obróciła w sejm obozowy. Zaś poza świadomością polityków działały na rzecz Polski wszystkie te urządzenia i zasady, których recepcję zanotowaliśmy wyżej w okresie od 1564 do 1568 r.

Sejm lubelski 1568/1569

Gdy już nie można było w żaden sposób odmówić wspólnych obrad z Koroną bez narażenia się na niełaskę króla, oligarchowie litewscy postanowili z przygotowawczego zjazdu w Wołyniu przybyć do Lublina całym sejmem, ale na czele karnego zastępu klientów. Z Radziwiłłem ramię w ramię szli teraz: jego dawny rywal Jan Chodkiewicz, starosta żmudzki, Ostafi Wołłowicz, podkanclerzy i Mikołaj Naruszewicz, podskarbi. Brakło chorego biskupa Waleriana Protaszewicza. Przez styczeń i luty 1569 r. spierały się delegacje w obliczu posłów, którym magnaci unię jak mogli „ganili, odwodzili, mierzili”. Zaniechano dla dogodzenia Litwie dawnych „spisów”, zaczęto od projektów nowych. Biskup Padniewski posuwał się w ustępstwach aż do pozostawienia Litwie osobnego rządu i osobnego sejmu, tylko nad obroną i elekcją miałyby narody radzić społem. Skorygowali ten wniosek posłowie koronni w duchu petycji witebskiej, dodając z taktycznych względów zastrzeżenie, że egzekucja nie będzie rozciągnięta na Litwę. Strona przeciwna, zamiast wdzięcznie przyjąć ten punkt, uparła się przy pierwotnym wniosku Padniewskiego: „związek wzajemny miał się ograniczyć do unii personalnej i przymierza przeciw zewnętrznym wrogom”. Na to jednym głosem ozwały się ławy polskie: egzekwować dawne spisy! Król, dogadzając unionistom, kazał Litwie zasiąść wśród Polaków w jednej sali. Tu, nagle, w nocy na 1 marca cały sejm Wielkiego Księstwa odjechał do Wilna; tylko Wołłowicz i Naruszewicz zostali w Lublinie w roli obserwatorów. Zaobserwowali wkrótce rzeczy niepokojące.

W ciągu wiosny wyszły z kancelarii koronnej przywileje o wcieleniu do Korony najpierw Podlasia (5 marca), potem Wołynia (27 maja) i Kijowszczyzny (6 czerwca). Każdej z tych dzielnic zawarowano żądane odrębności, prerogatywy, swobody językowe. Co najwięcej zabolało magnatów litewskich, to gotowość, z jaką posłowie tych dzielnic zajęli miejsca wśród koroniarzy. Jednostki sarkały; kilku dygnitarzom odebrano urzędy, za to ogół radował się zupełnym wreszcie równouprawnieniem z wolną Polską i masowo przysięgał na wierność królowi. Tak postawiwszy na swoim, unioniści, w imię dalszej harmonii, uchwalili nowy projekt unii z pozostałą Litwą, gdzie zostawiono jej odrębność państwową. Upadły serca w Wilnie; wszak państwo najżyźniejszych krain nie mogłoby się bez Polski utrzymać. Większość przysłała Chodkiewicza na ostateczne pertraktacje. Jeszcze zaapelowano do litewskich wyborców, po czym senat z nowym doborem posłów zjechał na powrót do Lublina. Spisano pakt dwustronny z nawiązaniem do skryptu Aleksandra, król bowiem uczył, że „wielkich rzeczy, które na wieki trwać mają” nie godzi się przeprowadzać siłą; 28 czerwca pod auspicjami króla, dostrajając się do jego przepięknej mowy, stwierdzili Padniewski i Chodkiewicz obustronną dobrowolną zgodę na nowy wiecznotrwały związek „wolnych z wolnymi, równych z równymi”. W dzień św. Piotra i Pawła Zygmunt August, dźwignąwszy się radością z ciężkiej choroby, sam śpiewał w kościele zamkowym Te Deum. 1 lipca zaprzysiężono unię lubelską.«

O co więc tak naprawdę chodziło w tej unii? O obronę przed wspólnym wrogiem? Jeśli prześledzi się te wszystkie unie, to nie ma w nich nic, co zwiększało by bezpieczeństwo przed wrogiem zewnętrznym. Jest natomiast wiele o dążeniach do stworzenia jednego organizmu państwowego, stworzenia takich samych instytucji państwowych i ujednolicenia prawa.

Norman Davies w książce Boże igrzysko pisze:

„Strategiczne bezpieczeństwo kraju nie było zbyt poważnie zagrożone. Na północy trzy królestwa Skandynawii na zmianę rzucały się sobie w ramiona, to wiodły ze sobą zajadłe spory. Na wschodzie imperium mongolskie rozpadło się na poszczególne ordy. Nowogród był pokojowo nastawioną republiką handlową. Księstwa rosyjskie – pskowskie, twerskie, moskiewskie, riazańskie i wiackie – były małe, a ponadto nie żyły ze sobą w zgodzie. Na południu Luksemburgowie w Czechach stanowili skuteczną przeciwwagę dla ambicji swoich węgierskich kolegów. Turków całkowicie absorbowały wydarzenia na Bałkanach. Nawet po upadku Konstantynopola w 1453 roku nie zdradzali oni żadnych zamiarów przekroczenia Dniestru. Na zachodzie cesarstwo chyliło się ku upadkowi, padłszy ofiarą swych własnych księstw składowych. Francja i Anglia toczyły wojnę stuletnią. Hiszpania wciąż jeszcze była zajęta walką o odzyskanie utraconych terytoriów. Włochy wprawdzie wspaniale się rozwijały, ale osłabiało je rozbicie. Była to epoka, w której nie istniały wielkie mocarstwa. Aż do czasu rozwoju potęgi Moskwy, Habsburgów i państwa otomańskiego pod koniec XV wieku, Europa Środkowa żyła w stanie ciągłego zamętu, nie istniały tu jednak żadne ośrodki poważnego zagrożenia.

Jedynym naprawdę uciążliwym i przewlekłym problemem był Zakon Krzyżacki. Spory trwały bez końca – o prawo składu miast leżących nad Wisłą, o warunki prawne osadnictwa, o kolonistów na ziemiach litewskich. W 1398 roku wielski mistrz odebrał Gotlandię jej pirackim władcom, w 1402 roku zajął brandenburską Nową Marchię, w roku 1404 zaś – Żmudź. Nadszedł czas porachunków. Po roku 1386 przyjęcie przez Litwę chrześcijaństwa pozbawiło Zakon Krzyżacki jego podstawowej raison d’être (racji bytu – przyp. W.L.). Nie miał on jednak najmniejszego zamiaru zwijać interesu. Mimo że Krzyżacy zostali pozbawieni dopływu sił z nowo połączonego państwa Polski i Litwy, dysponowali oni wielkimi rezerwami wojskowymi, umiejętnościami technicznymi oraz poparciem dyplomatycznym z zewnątrz. Bronili swych zdobyczy z zajadłą determinacją. Dwie poważne wojny – wielka wojna w latach 1409-22 oraz wojna trzynastoletnia w latach 1454-66 – nieco tylko poskromiły pychę Zakonu i ograniczyły zajmowane przez niego terytoria. W latach trzydziestych XV wieku w ramach koalicji polskich możnowładców z czeskimi taborytami zorganizowano szereg wypraw, które dotarły do wybrzeży Morza Bałtyckiego. Wreszcie w latach 1519-21 sprawy przybrały taki obrót, że wydawało się, iż kolejna poważniejsza wojna doprowadzi do ostatecznego starcia na śmierć i życie; wtedy, w roku 1525, Zakon został nagle zsekularyzowany i rozwiązany. Jednym pociągnięciem reformacja osiągnęła to, czego Polska i Litwa nie zdołały osiągnąć przez ponad półtora wieku.

Na przestrzeni zaledwie kilku miesięcy oddziały katolickiego Zakonu Krzyżackiego zostały zdziesiątkowane wskutek masowego przechodzenia rycerstwa na luteranizm. Armia wielkiego mistrza stopniała. Aby zachować środki egzystencji, ubłagał on w 1525 roku Zygmunta, by obrócił Prusy w zeświecczone ziemie lenne Królestwa Polskiego i przyjął jego kandydaturę jako ich dziedzicznego księcia. Pierwszy akt hołdu pruskiego odbył się 10 kwietnia 1525 roku na rynku krakowskim. Odtąd Albrecht von Hohenzollern miał pozostać lojalnym poddanym Polski oraz aktywnym uczestnikiem życia politycznego w kraju.

Mimo kłopotów z Zakonem Krzyżackim, państwa Jagiellonów kontynuowały ekspansję w innych kierunkach. Litwini nadal posuwali się na południe i na wschód. Mimo porażki poniesionej w bitwie nad Worsklą, Witold dotarł do ujścia Dniepru. W 1403 roku przejął panowanie nad wschodnią częścią Podola. Polacy natomiast wkroczyli na Podole od zachodu, w 1430 roku zakładając w Kamieńcu województwo podolskie. Tak więc wiek XV był świadkiem nie tylko cichej ekspansji Polski i Litwy, ale konkurencji między obydwoma krajami, ponieważ ekspansja odbywała się w tym samym kierunku.

W tym okresie państwo Jagiellonów przejęło misjonarską rolę Zakonu Krzyżackiego. W 1387 roku prosto z uroczystości ślubnych w Krakowie, Władysław Jagiełło udał się do Wilna, gdzie ogłosił zniesienie kultu pogańskich bogów. Wycięto święte gaje dębowe, zagaszono wieczny ogień, powywracano posągi Perkuna. Vilnius przemianowano na Wilno. Założono biskupstwo wileńskie, które uzyskało liczne przywileje. Tym spośród litewskich bojarów, którzy przyjęli nową wiarę, zaoferowano wolność osobistą. W 1415 roku, podczas soboru w Konstancji, gdzie szczegółowo omówiono spór między Polską a Zakonem Krzyżackim, dotyczący metod działalności misjonarskiej, zadanie nawrócenia Litwy na katolicyzm oficjalnie powierzono metropolii polskiej.”

Jaki więc był prawdziwy cel unii polso-litewskiej? Dlaczego panowie krakowscy chcieli związać Polskę z Litwą, a nie z Habsburgami? Polscy możnowładcy, jak pisze Davies, w ramach koalicji z czeskimi taborytami, zorganizowali w latach 30-tych XV wieku szereg wypraw, które dotarły do Morza Bałtyckiego. Po co one tam dotarły? Tego Davies nie wyjaśnia. Chyba nie po to, by wylegiwać się na bałtyckich plażach. Może chodziło o Zakon Krzyżacki. W każdym razie była to ciekawa koalicja, bo taboryci byli jedną z najskrajniejszych sekt. Głosili, że sam Bóg ma panować nad ludźmi, a ludowi należy oddać władzę na ziemi. Domagali się zburzenia kościołów i zniesienia władzy monarchicznej, ceł i podatków i na prawie cztery wieki przed rewolucją francuską głosili hasła równości. Znieśli u siebie również własność prywatną i wprowadzili wspólność kobiet, proklamując likwidację rodziny. Była to sekta jawnie komunistyczna.

„Sejm obozowy pod Witebskiem w imieniu szlachty litewskiej wystosował do Zygmunta petycję, streszczającą cały późniejszy program zespolenia: wspólna elekcja, choćby za życia króla, wspólny sejm, jednakowe urządzenia, wspólna obrona – przy zachowaniu jednak odrębności państwowej Litwy.”

W 1562 roku jakiś sejm obozowy wysmażył petycję, w której była mowa o elekcji króla. Skąd taki pomysł w warunkach polowych, które nie sprzyjają raczej rodzeniu się twórczej myśli, pomijając już fakt, że o elekcji króla nikt wtedy nie słyszał. Takie rzeczy zdarzały się w przeszłości, ale to było w dawnych czasach w wizygockiej Hiszpanii. A skąd mógł wiedzieć o takim sposobie wybierania króla litewski szlachcic? Tylko od tych, którzy wtedy tam byli i o tym decydowali.

Litwini nie chcieli unii z Polską, bo, jak pisze Davies, miał miejsce konflikt interesów, czyli zainteresowanie tym samym obszarem, czyli południowo-wschodnimi kresami WKL, które obejmowało obszar wcześniejszej Rusi Kijowskiej. Siły stojące ponad Polakami i Litwinami zdecydowały, że to Koronie przypadnie w udziale ten rejon.

„Jednym pociągnięciem reformacja osiągnęła to, czego Polska i Litwa nie zdołały osiągnąć przez ponad półtora wieku.”

No właśnie! Takie wielkie zwycięstwo pod Grunwaldem, a Zakon nie padł. Jagiełło oblegał Malbork i oblegał i nic z tego nie wyszło. Widocznie „wieki zwycięzca” miał inne wytyczne od swoich nieznanych przełożonych. A później rycerstwo zaczęło przechodzić na luteranizm i Zakon padł. Tak samo z siebie zaczęło przechodzić na luteranizm? A dzisiaj „wielki” geopolityk Sykulski, wykreowany przez nieznanych przełożonych, przeprowadza wywiad z ambasadorem rosyjskim w Warszawie i wygłasza tezy, będące w sprzeczności z dotychczas obowiązującą narracją. Tak sam z siebie?

„Mimo kłopotów z Zakonem Krzyżackim, państwa Jagiellonów kontynuowały ekspansję w innych kierunkach.”

Wydaje się to nielogiczne, ale tylko wtedy, gdy założymy, że rządzą ci, którzy są na świeczniku. Nic bardziej mylnego. Jagiellonowie realizowali zupełnie inną politykę i inne cele przyświecały tym działaniom niż interes podległych im państw. Zetknięcie katolicyzmu z prawosławiem, ludami tatarskimi i tureckimi, to niekończący się konflikt. I po to była cała ta ekspansja na wschód. A kto zyskuje na wszelkiego rodzaju wojnach, powstaniach i zamieszkach?

„W tym okresie państwo Jagiellonów przejęło misjonarską rolę Zakonu Krzyżackiego.”

Murzyn zrobił swoje, murzyn może odejść. A nam się wmawia, że hołd pruski to takie ważne wydarzenie w dziejach Polski, potwierdzające jej mocarstwowość. Nic bardziej mylnego, ale ten, kto pisze historię, ten rządzi teraźniejszością i stanem umysłów. Prawda zawsze była i jest ciekawa, ale jakże niewygodna dla rządzących. Tak było zawsze i tak jest obecnie.

Neofici polscy c.d.

W tym blogu druga cześć poświęcona neofitom polskim z okresu XIX wieku. Opis pochodzi z książki Teodora Jeske-Choińskiego Neofici polscy wydanej w 1904 roku. Pod koniec XVIII wieku Polska traci niepodległość i na krótki okres do 1807 roku Warszawa i ziemie aż do obecnej wschodniej granicy są pod zaborem pruskim. To bardzo istotnie, bo wraz z Prusakami przybywają tu masowo Żydzi niemieccy. Po 1807 roku, wskutek wojen napoleońskich, Prusacy wycofują się, ale Żydzi zostają. Warto to wiedzieć, bo ci Ukraińcy i Żydzi ukraińscy, którzy tu przyjechali, też tu zostaną. Warto też pamiętać o tym, że powstanie styczniowe było dziełem neofitów. Po 30-40 latach byli już oni na tyle zasymilowani, że mogli uchodzić za Polaków. Polacy tego powstania nie chcieli, o czym świadczy postawa elit skupionych wokół Andrzeja Zamoyskiego i jego Towarzystwa Rolniczego. A powstanie i tak wybuchło.

Jakie będą konsekwencje przyjęcia i uprzywilejowania mniejszości, która, jeśli jeszcze nie jest, to bardzo szybko stanie się większością w tym kraju. I jak ona go zmieni? Jakieś dziwne milczenie panuje na temat tej podmiany narodów. A teraz właśnie rodzą się nowi neofici polscy. Już ponad milion Ukraińców i „Ukraińców” przyjechało do Polski, a ilu jeszcze przyjedzie? A ilu już tu jest od lat? Za jakiś czas oni wszyscy będą „Polakami”. Takiej wędrówki ludów nie było tu od czasów II wojny światowej. I jeśli coś złego będzie się działo w tym kraju, to oczywiście winni będą Polacy. A Polacy od czasów unii lubelskiej stanowią w niby własnym kraju mniejszość i na nic nie mają wpływu. A czy wcześniej mieli?

Jeske-Choiński tak opisuje to, co działo się w XIX wieku, szczególnie w jego pierwszej połowie:

»Neofici XIX stulecia wyznania rzymsko-katolickiego.

Pod koniec XVIII stulecia zaczynają się zmieniać warunki, w jakich się Żydzi polscy rozwijali. W żadnym państwie chrześcijańskim nie było Żydom przez szereg wieków tak dobrze, tak wygodnie, jak w Polsce. Byli oni tu u siebie, w swoim własnym domu, rządzili się sami, posiadali pełną autonomię, tworzyli rzeczywiste państwo w państwie.

Począwszy od Bolesława Pobożnego (w r. 1264) aż do Stanisława Augusta Poniatowskiego, opiekowali się wszyscy książęta i królowie polscy narodem „wybranym”, zasłaniając go przywilejami i dekretami przeciw rasowej i religijnej nienawiści ludności rdzennej. Nie tylko udzielili mu prawa wolnego handlu w całym państwie z wyjątkiem miast, opartych ma prawie magdeburskim, lecz zgodzili się także bez oporu na jego samorząd.

Żydzi rozlawszy się po Europie, zatrzymali swój ustrój społeczny z egzylarchatów babilońskich. Jak w Babilonii, tworzyli wszędzie, gdzie się osiedlili, zwartą grupę, odgrodzoną od reszty ludności wysokim murem odrębności rasowo-narodowo-religijnej – państwo zorganizowane doskonale, sklejone mocnym cementem rządu despotycznego. Na czele każdej gminy stał kahał, którego członkowie nie różnili się niczym od „tyranów” greckich miast lub kacyków murzyńskich. Będąc nie tylko bezpodzielnymi rządcami gminy, ale równocześnie jej sądem i policją, rzucili do stóp swoich za pomocą małej i wielkiej klątwy (cherem) wszystkich prawowiernych talmudystów.

Rządziły się w Polsce kahały, jak szare gęsi, tym potężniejsze, groźniejsze, że do atrybucji dawniejszych dodano im jeszcze prawo miecza (jus gladii), prawo karania śmiercią heretyków, odszczepieńców od zakonu mojżeszowego.

Żydom było mało jeszcze tej autonomii, jakiej nie mieli w żadnym innym państwie europejskim. Zachciało im się potężnego państwa w państwie, zszeregowania wszystkich Żydów polskich i litewskich – centralnego rządu nad całą Judeą, mieszkającą na ziemiach polskich, litewskich i ruskich. W tym celu stworzyli instytucję, zwaną synodami, czyli zjazdy delegatów z Krakowa, Poznania, Lublina, Lwowa i sześciu innych delegatów powołanych przez rabinów.

Synody były najwyższą władzą prawodawczą Żydów, rozproszonych na całym obszarze ziemi b. Rzeczypospolitej polskiej. Rozstrzygały one w ostatniej instancji, bez apelacji wszelkie spory między rabinami, kahałami a stronami prywatnymi, rozciągały nadzór nad handlem i przemysłem, ustanawiały miary i wagi – słowem, były rządem absolutnym ludu żydowskiego.

Żydom było w Polsce, jak „u Pana Boga za piecem”. Nie czuli tu wcale niewoli, wygnania, braku „świątyni”. Jak za dawnych dobrych czasów egzylarchatów babilońskich, komentowali i dopełniali Talmud, wydawali: egzegezy, komentarze, suplementy, traktaty rabiniczne, zasypując nimi całą Europę.

Dziś trudno po prostu zrozumieć, jak rząd polski mógł przez szereg wieków znosić tak dobrze zorganizowane, tak świadomie odrębne państwo w państwie, jak mógł cierpieć obok siebie drugą władzę, silniejszą od niego samego. Dopiero król Stanisław August pojął dziwactwo takich stosunków. On to zniósł w roku 1764 synody generalne.

Na niewiele jednak zdała się przenikliwość Stanisława Augusta, miejsce bowiem zniesionych synodów zajęły kahały, tak samo despotyczne, jak zjazdy generalne. I niewiele zaszkodziła samorządowi Żydów polskich surowość rządów pruskich w Warszawie (1796-1807), która wytrąciła z rąk rabinów sądownictwo i zakazała im stosować do prawowiernych talmudystów wielką i małą klątwę, publiczne i tajemne kary kościelne. Rządy robiły swoje a kahały swoje. Rządy ogłaszały dekrety, kahały zaś przyjmowały te dekrety do wiadomości z uśmiechem ironicznym. Bo jakąż siłę mogły mieć rozporządzenia wobec narodu, który uważał wszelkie rozkazy i zakazy, wychodzące od innowierców, za niemocne pogróżki? Dopóki lud żydowski chciał ulegać tylko swoim kahałom, były wszelkie dekrety martwą literą. A lud żydowski ufał swojemu „rządowi” bezwzględnie mniej więcej aż do r. 1830.

Nie dekrety rządów chrześcijańskich podkopały powagę kahałów. Niebezpieczeństwo szło z innej strony.

W Europie środkowej i zachodniej, głównie w Niemczech, rozłamywał się naród żydowski na dwie części. Jedna z nich, znacznie większa, stała wiernie przy Talmudzie i wszystkich tradycjach żydowskich, druga, bardzo nieliczna, domagała się reformy zmurszałej synagogi. Filozof Mojżesz Mendelssohn (1729-1786) dał, jak wiadomo, hasło do tego przewrotu.

Razem z urzędnikami pruskimi przybyła do Warszawy gromada Żydów niemieckich z Brandenburgii, z Holsztynu, z Prus Wschodnich i Zachodnich, z W. Księstwa Poznańskiego i ze Śląska, którzy przynieśli ze sobą nowe wyobrażenia i pojęcia. Z biegiem lat napływało coraz więcej tych „Niemców”, jak ich Żydzi polscy nazywali. Najwięcej dostarczyły ich Królewiec, Berlin, Kurlandia, Czechy, Śląsk i miasta poznańskie. Byli oni w istocie Niemcami, mówili bowiem po niemiecku i odróżniali się od Żydów polskich innymi zwyczajami, obyczajami i inną, własną synagogą, w której językiem urzędowym był język niemiecki.

Żydzi niemieccy, bardziej oświeceni, lepiej wykształceni od polskich, nie pozwolili się okiełzać kahałowi, przygotowywali dla siebie powoli synagogę postępową, reformowaną, która uderzyła z czasem taranem w bożnicę prawowierną, odrywając od niej wyznawców śmielszej natury i pełniejszej szkatuły. Przykład „Niemców” oddziaływał tu i ówdzie, głównie w większych miastach. Żydzi zamożniejsi zaczęli chować dzieci staranniej, posyłać je do szkół publicznych – oddalali się z każdym rokiem więcej od Talmudu i kahału.

Zrozumieli w końcu i niektórzy Żydzi polscy, że trzeba zdjąć z siebie starą, zużytą skórę i przywdziać nową, odpowiadającą lepiej zmienionym warunkom życia. Z łona tych to Żydów bardziej oświeconych, samodzielniejszych, wyszła „Szkoła rabinów”, założona w Warszawie w r. 1826, która uczyła oprócz Talmudu i języka hebrajskiego, przedmiotów wykładanych w gimnazjach chrześcijańskich i dawała uczniom te same prawa, jakie dawały gimnazja rządowe. Otwierała ona wstęp do Akademii medycznej.

Rozumie się, że Judea prawowierna robiła wszystko, aby zniszczyć robotę Żydów postępowych. Dyrektor „Szkoły rabinów”, Antoni Eizenbaum, musiał przez cały czas walczyć z przemożnym oporem talmudystów. By zapełnić szkołę, zwabiał do niej chłopców z proletariatu żydowskiego, ze sfer najuboższych, dla których oświata była doskonałym „interesem”, szkoła rabinów bowiem dawała swoim niezamożnym wychowańcom w alumnacie rządowym pięcioletnie bezpłatne utrzymanie. Powoli jednak przekonywali się do szkoły i bogatsi Żydzi. Z niej wyszli pierwsi pionierzy cywilizacji, pierwsi uświadomieni przeciwnicy zaśniedziałych tradycji żydowskich jak: Izaak Fruchtman, Izaak Kramsztyk, Hilary Nussbaum, Jakób Rotwand, Henryk Szmideberg i inni.

Żydzi postępowi mimo rosnącego ciągle ich zastępu, tworzyli w porównaniu z prawowiernymi zachowawcami stronnictwo tak nieliczne, iż trzeźwiejsi spomiędzy nich zrozumieli wkrótce bezowocność walki z talmudystami. Zrażeni, osamotnieni, odrywali się postępowcy po pewnym czasie zupełnie od swojego ludu, przecinali gwałtownie nic tradycji, łączącą ich ze starym zakonem – przechodzili do wyznań chrześcijańskich. Pewna część neofitów XIX stulecia rekrutuje się z byłych reformatorów i marzycieli żydowskich.

Wielu zmieniło wiarę ze względów praktycznych, czego dowodem wzmagający się zawsze ruch neoficki, kiedy prawodawstwo ścisnęło Żydów ograniczeniami. Największy procent neofitów przypada na lata ostatnie, od r. 1888 począwszy, kiedy Żydom zaczęto utrudniać przystęp do szkół, do uniwersytetów, do adwokatury i urzędów. I prawo, zabraniające Żydom obcym stałego pobytu w granicach państwa rosyjskiego, stworzyło mnóstwo neofitów. Najmniej nowych wyznawców przybyło chrześcijaństwu w epoce, przyjaznej dla Żydów, od r. 1862 do 1885.

Neofici katoliccy, pochodzący przeważnie ze sfer najuboższych, byli niewątpliwie Żydami polskimi z dziada i pradziada, czego dowodem, że, korzystając z prawa, które dozwalało nowochrzceńcom przyodziewać się razem z chrztem w nowe nazwiska, przyjmowali prawie wszyscy, z bardzo nielicznymi wyjątkami, nazwisko polskie.

Metryki neofitów aż do r. 1826 są tak samo niedokładne, jak metryki XVI, XVII i XVIII wieku, z tą tylko różnicą, że podają teraz już zawsze nazwiska. Notują one imię i nazwisko neofity, rzadko jego wiek, zajęcie i miejsce pochodzenia. Tu i ówdzie spotyka się nawet jeszcze w pierwszej połowie XIX w. metrykę z samym tylko na chrzcie przyjętym imieniem.

Jak w stuleciach poprzednich, wybierają sobie neofici katoliccy aż do r. 1850 tylko możnych rodziców chrzestnych, których opieka ułatwiała im dalsze życie wśród nowych współwyznawców. Chętną do tej służby chrześcijańskiej okazała się przede wszystkim rodzina Poniatowskich, naśladując przykład króla Stanisława Augusta, jego ojca i braci. Trzyma Żydów do chrztu aż do roku 1811 książę Józef Poniatowski z siostrzenicą Aleksandrą z Tyszkiewiczów Potocką, trzymał ich cały legion od r. 1820 minister St. hr. Grabowski, syn króla Stanisława Augusta i pani Grabowskiej, z siostrą, wojewodziną Izabelą Sobolewską i z siostrzenicą, hrabianką Marią Kwilecką, dalej: książęta Lubomirscy, Sapiehowie, hrabiowie Zamojscy, Zabiełłowie, Potoccy, Tyszkiewicze, Małachowscy, Łubieńscy, Chodkiewicze, Gutakowscy, Platerowie. Najwięcej jednak synów i córek chrzestnych posiadał książę namiestnik Paszkiewicz, który stawał albo sam w kościele, albo posyłał w swoim zastępstwie którego z wyższych urzędników. Czasami zapisały księgi kościelne nazwisko ks. Paszkiewicza jako ojca chrzestnego kilka razy tego samego dnia. Księżna Joanna Łowicka nie odmawiała także neofitom swej łaski. Minister Grabowski posunął do tego stopnia gorliwość chrześcijańską, że nadał jednemu ze swoich synów chrzestnych, Lichtenbaumowi z Rawy, własne nazwisko, nazwał go Grabowskim.

Zakryci możną opieką rodziców chrzestnych, nie obawiali się neofici kahału i torowali sobie łatwo wygodną drogę przez trudności życia. Wielu też z nich wydostawało się szybko z błota proletariatu i wypływało na jasne wody dobrobytu.

Neofici XIX stulecia wyznania ewangelickiego i kalwińskiego.

Nie kościół rzymsko-katolicki pociągał Żydów postępowych. Którzy byli w istocie oświeconymi lub uważali się za oświeconych, garnęli się przeważnie do wyznań protestanckich, do augsbursko-ewangelickiego i augsbursko-reformowanego. Ci wszyscy: Adelsteinowie, Bambergowie, Berensy, Bondyowie, Brühlowie, Brunerowie, Ehrlichowie, Fabianowie, Frankensteiny, Flammowie, Grassowie, Grünbergi, Ginsowie, Hirszendorfy, Hirszbergi, Hertzowie, Hirszfeldy, Janaszowie, Kantorowie, Klaczki, Kürsty, Leowie, Lewandowscy, Liviusowie, Lubelscy, Markusfeldy, Neumanny, Neumarki, Olszewscy, Płońscy, Philippy, Rotwandy, Rosenfeldy, Rosengartenowie, Rosenowie, Seltmanowie, Salingery, Sandbankowie, Schoenfeldy, Tausigowie, Wolffsohny, Welische, Wertheimowie, Wigdorowie, (ewangelicy) i: Arztowie, Baumgarteny, Bergerowie, Blumy, Blumbergi, Blumfeldy, Buchnery, Cederbaumy, Chwatowie, Cohnowie, Conradiowie, Ehrenfriedy, Ehrlichy, Engelhardty, Fleszowie, Freundowie, Freundensohny, Giwartowscy, Glücksbergowie, Goldbergi, Gordony, Hirszbandowie, Hirszenfeldtowie, Kronenbergi, Landyowie, Levy’owie, Librowicze, Littauerowie, Loeve’owie, Loewensteiny, Masłowscy, Mejery, Neumanny, Neumarki, Okręty, Olszewicze, Payzery, Rappaporty, Regelmany, Reichmany, Rosenfeldy, Rosenthale, Rosenzweigi, Schiffowie, Seemany, Seifmany, Sonnenfeldy, Steinmany, Sternowie, Sunderlandy, Szlejfszteiny, Wolfowie, (kalwini) – ci wszyscy, którzy wynieśli się ponad kapotowy motłoch żydowski, czy wyższą kulturą, czy urzędem, czy majątkiem, stanowiący inteligencję żydowską, odrywając się od swojego narodu, spieszyli w objęcia Lutra albo Kalwina.

Złożyły się na to różne powody.

Na wytworzenie sympatii do protestantyzmu wpłynęła nasamprzód ta okoliczność, że do wyznań protestanckich należeli w Królestwie Polskim przeważnie Niemcy, a pierwsi postępowi Żydzi XIX stulecia byli Żydami niemieckimi.

Zarzewie buntu przeciw kahałom przyniósł do Warszawy pod sam koniec XVIII stulecia zamożny Żyd niemiecki, Izaak Flatau. Nie chcąc się bratać z miejscową ludnością żydowską, założył dla siebie i dla swojej rodziny osobny dom modlitwy przy ulicy Daniłowiczowskiej. Z tego prywatnego domu modlitwy wyszła później synagoga postępowa.

Pomiędzy r. 1820 a 1830 napłynęło do Królestwa Polskiego, głównie do Warszawy,wielkie mnóstwo Żydów niemieckich. Wszyscy ci przybysze gromadzili się dokoła domu modlitwy Flatau’a, podtrzymywanego dalej przez jego następców. Z przybyszami łączyli się Żydzi polscy, którzy rozbierali się z jakichkolwiek powodów z chałatów i zrywali z obyczajami swoich przodków.. Dlatego zastępu buntowników, chociaż nie byli właściwie buntownikami, bo trzymali się ściśle dawnego prawowiernego rytuału, zbudowano w r. 1843 synagogę, zwaną „niemiecką”. Zasługiwała ona rzeczywiście na tę nazwę, językiem bowiem kazalnicy i kancelarii był w niej język niemiecki. W zamiarze osłabienia wpływów niemieckich, które groziły zgermanizowaniem wszystkich postępowych Żydów polskich, stworzyło kilku wychowańców szkoły rabinów (Fruchtman, Kramsztyk, Nussbaum, Rotwand, Szmidberg) w r. 1852 drugą synagogę postępową, zwaną polską.

Wszyscy Żydzi postępowi, niemieccy i polscy, przyjęli później język ludności rdzennej za swój. Do r. 1850 jednak nie można ich było uważać za „zasymilowanych”. Zachwycała ich kultura niemiecka, ich językiem ulubionym był niemiecki, czego dowodem, że w księgach kościelnych podpisywali się do tego czasu po niemiecku. Przeto gdy który z nich uważał, czy za właściwe czy za potrzebne, rozstać się z zakonem mojżeszowym, przyjmował jedno z wyznań protestanckich, czyli „niemieckich”, jak ludność polska nazywa dotąd protestantyzm.

Najwyraźniejszym dowodem, że Żydzi postępowi kochali się aż do r. 1850 w niemczyźnie, jest fakt, iż bardzo niewielu neofitów-protestantów korzystało z prawa, pozwalającego nowochrzceńcom zmieniać nazwiska. Na kilkaset neofitów-ewangelików przyjęło tylko trzech nazwiska polskie: Kwieciński, Płoński i Zbrojewski. Reszta zatrzymała swoje nazwiska niemieckie, albo zadowoliła się drobnymi zmianami w pisowni, np.: Kahn zamiast Kohn, Stokviss, zamiast Stokfisz, Bruner zamiast Brüner. Byli nawet tacy, którzy, przystępując do chrztu z nazwiskami polskimi, zmieniali je na niemieckie, jak: Dorembus na Ehrlich, Cieciura na Neuman, Śpiewak na Kantor.

Niemczyzna, wprowadzona do Polski przez obcych przybyszów, była modna w gromadzie postępowych Żydów warszawskich, co jest niewątpliwie pierwszą przyczyną, dla której neofici oświeceni przyjmowali chętniej wyznania protestanckie, niż rzymsko-katolickie.

A potem wydawał się prawdopodobnie postępowcom żydowskim protestantyzm bardziej postępowym, odpowiadającym lepiej ich „oświeceniu” od wiary katolickiej. I większe trudności stawiane kandydatom na chrześcijan przez duchowieństwo katolickie (dłuższe przygotowanie w zasadach wiary, kontrola nad prywatnym życiem katechumenów, ściślejszy egzamin przed dopełnieniem chrztu) odstraszały niezawodnie odszczepieńców żydowskich, obałamuconych kulturą połowiczną.

Potrzeba było nieraz Żydowi metryki chrztu do jakiegoś interesu, albo urzędu, do którego tylko chrześcijanin miał przystęp, ale zaraz, natychmiast, a tu żądał ksiądz katolicki kilkutygodniowego przygotowania. Więc szło się do pastorów, mniej wymagających pod tym względem.

Lecz nie sama tylko inteligencja żydowska wzmacniała nieliczne gminy protestanckie w Królestwie Polskim. Ewangelicyzm i kalwinizm przyjmowali także neofici z proletariatu. Tych nawracali głównie misjonarze angielscy, którzy pracowali w Warszawie między r. 1840 a 1856 bardzo gorliwie. Pastorowie Jan Krystian Reichardt, Jan Krystian Henryk Wett, Fryderyk Jerzy Kleinhenn, Ferdynand Wilhelm Becker i inni. Wprowadzili do owczarni chrześcijańskiej kilkuset Żydów. Zabrali się oni do roboty bardzo zręcznie. Upatrzywszy sobie kilku zdolniejszych, wymowniejszych neofitów, wychowali ich na misjonarzy i puszczali między Żydów. Żyd trafiał zawsze łatwiej, prędzej do Żyda, umiał do niego przemówić, przekonać go, nawrócić. Wielkie zasługi położyli dla wyznań protestanckich w Królestwie Polskim misjonarze pochodzenia żydowskiego: Cukertort, Rozenfeld, Goldberg i Rappaport.

Prawie wszyscy neofici-protestanci chrzcili się w Warszawie, dokąd przybywali na naukę i chrzest z różnych miast i miasteczek Królestwa Polskiego. Przyjęło w Warszawie w stuleciu XIX wyznanie protestanckie: trzydziestu lekarzy, dwudziestu sześciu prawników, szesnastu techników, trzech chemików, pięciu weterynarzy, jeden doktor filozofii, dwunastu studentów uniwersytetu, jedenastu nauczycieli, dwóch dziennikarzy, jeden artysta, dwóch aptekarzy, jeden geometra, siedmiu księgarzy, jeden klasyfikator owczarń, dwóch optyków, dwóch dentystów, dwudziestu urzędników, piętnastu typografów, dwóch fotografów i około siedemdziesięciu bankierów, przemysłowców, fabrykantów, buchalterów, zamożniejszych kupców. Reszta neofitów protestantów wyszła z proletariatu żydowskiego. Najchętniej chrzcili się introligatorzy i krawcy, nawracani głównie przez misjonarzy angielskich.

W trudnym położeniu znalazło się wielu neofitów, kiedy urzędnicy stanu cywilnego zaczęli domagać się dokładnych dat i nazwisk (od r. 1826). Wprawdzie nakazał sąd pruski w r. 1797 wszystkim Żydom tak zwanych Prus Południowych przyjmować nazwiska rodowe, nie wszyscy jednak poddali się temu rozkazowi. Stawał neofita do protokołu chrztu i pytano go o nazwisko rodowe i o nazwisko rodziców. Bardzo często nie znał ani jednego ani drugiego. Więc urabiał sobie nazwisko swoje od imienia ojca, syn Abrahama – Abramowicz, Dawida – Dawidowicz; jako zaś nazwisko matki podawał imię jej ojca.

Nie wszyscy neofici-protestanci dochowali wiary przyjętemu pierwotnie wyznaniu. Wielu kalwinów przeszło później na ewangelicyzm i odwrotnie albo katolicyzm. Bardzo często chrzcili rodzice nasamprzód dzieci a dopiero później siebie samych. Zdarzało się także, iż jedna i ta sama rodzina rozproszyła się na kilka wyznań. Jeden brat zostawał ewangelikiem, drugi kalwinem, trzeci katolikiem. Chrzcząc się, zmieniał jeden brat nazwisko, drugi zatrzymywał dawniejsze.«

W tym ostatnim akapicie jest uchwycona cała istota żydostwa: pozorna asymilacja, przyjmowanie jednej wiary chrześcijańskiej, przechodzenie na drugą, zmiana nazwiska, niejednoczesne chrzczenie całej rodziny. Wszystko to w zależności od sytuacji i koniunktury i wszystko to po to, by przenikać wszystkie środowiska, wszystkie warstwy społeczne. Może więc być sobie pan Rappaport i pan Kwieciński i nikt nawet nie domyśli się, że to bracia. I tym sposobem może jeden pan pracujący w ministerstwie, wielki patriota, przekazywać poufne informacje bratu lub kuzynowi, który stara się o wygranie przetargu w tym ministerstwie. Nie dziwi taka postawa tych „protestantów”, bo to byli bogaci Żydzi i to oni organizowali tu życie gospodarcze i do robienia interesów potrzebne były im te zabiegi. Biedni to mogli co najwyżej: „stare majtuchy, szmaty skupuję!”.

Jeske-Choiński opisał przenikanie Żydów do katolicyzmu i protestantyzmu, ale jest jeszcze prawosławie. Zdrowy rozsądek każe wnioskować, że również i ono było penetrowane przez Żydów. W końcu, gdy Prusacy opuścili Warszawę, to parę lat później przyszli Moskale. Carscy urzędnicy byli prawosławnymi. W blogu „Powstanie, rewolucja czy prowokacja” pisałem:

„Podczas gdy za panowania Aleksandra I cała niemal ziemia była własnością szlachty i tylko jej przysługiwało prawo nabywania gruntów, zaś włościanie, kupcy, mieszczanie i rzemieślnicy nie mogli ani nabywać majątków, ani piastować urzędów, ani synów nawet do wyższych zakładów naukowych oddawać nie mieli prawa, to już po powstaniu listopadowym sytuacja w pewnym sensie odwróciła się: szlachta wydziedziczona i zdegradowana za udział w powstaniu została pozbawiona wielu praw obywatelskich, zaś chłopi i mieszczanie, którzy decydowali się przejść na prawosławie, mieli otwarty dostęp do szkół i kariery w administracji rosyjskiej.”

Trudno byłoby uwierzyć w to, że Żydzi nie skorzystaliby z takiej okazji. Zapewne było wielu takich, którzy przeszli na prawosławie. Tak więc Żydzi są wszędzie. Może warto o tym pamiętać, gdy obserwujemy tę wojnę na Ukrainie. A czy banderowcy o tym wiedzą? Czy wiedzą o tym, że ich ideologię wymyślili Żydzi, a nie żaden Bandera. Ja wiem, że ideologię endecji wymyślił Żyd, początkowo socjalista (tylko mi powiedzcie, kim ja mam być?), a później narodowiec – Zygmunt Balicki. Jest taka wieś w Małopolsce – Balice.

Dziwnym państwem była przez wieki Polska (Korona), później Rzeczpospolita Obojga Narodów, później II Rzeczpospolita, później PRL, później III Rzeczpospolita. W każdym z tych państw ich władze i elity faworyzowały obcych kosztem własnego narodu. I dziś historia zatacza koło i nacja tu rządząca ściąga swoich rodaków z Ukrainy i ich faworyzuje, a przy okazji korzystają Ukraińcy, którzy nie mają pojęcia o tym, że są po to, by ukryć prawdę.

Neofici polscy

Wchodzę dzisiaj na Interię (05.03.22), nie dlatego, że ją tak bardzo lubię, tylko dlatego, że mam na niej pocztę. Wchodzę więc i czytam tytuł na pierwszej stronie: „Zełenski: Tak naprawdę nie mamy już granicy z Polską, jesteśmy razem.” Wielce to wymowny tytuł, bo dwuznaczny. Kogo on tak naprawdę miał na myśli? Polaków i Ukraińców, czy Żydów polskich i ukraińskich.

Nie da się zrozumieć tego konfliktu, jeśli nie uwzględnimy w niej roli Żydów. Jeśli tego nie zrobimy, zawsze będziemy podążać fałszywym tropem. Oczywiście wszystkie media głównego nurtu i te niszowe nie mogą o nich mówić, więc wszystkie te ich analizy nie warte funta kłaków.

Kiedyś była taka komedia „Poszukiwany, poszukiwana”, w której jeden z bohaterów zainstalował sobie w łazience aparaturę do pędzenia bimbru. Gdy odkryła to jego „gosposia”, to przekonywał ją, że służy ona do badania zawartości cukru w cukrze i że te badania są ściśle tajne. Tak mi się ona przypomniała, gdy zadałem sobie pytanie: ilu z tych ukraińskich „uchodźców” jest Ukraińcami, a ilu ukraińskimi Żydami?

Przedsiębiorcy ukraińscy, którzy przeniosą swoje firmy z Ukrainy, mają w Polsce do dyspozycji bezpłatne lokale, zwolnienia z podatków i inną pomoc. Ilu z nich jest Ukraińcami? Wielu z tych „uchodźców” ma pieniądze, nawet dużo, bardzo dużo. Nawet stać ich na to, by wykupywać mieszkania w Warszawie czy innych miastach. Ilu z nich jest Ukraińcami?

Na naszych oczach odbywa się diametralna zmiana stosunków narodowościowych w Polsce. W Polsce, która nigdy nie była krajem jednolitym narodowościowo. To mit, który zaszczepiła w tym kraju komuna. Widocznie z jakichś powodów zależało jej na tym, by te konflikty i napięcia wygasić. Stąd prawie wszyscy byli Polakami i katolikami. Dzisiaj widać wyraźnie jak wielu „uchodźców” jedzie do Wrocławia, Koszalina i do innych miast na zachodzie Polski. Często przyjeżdżają po nich na granicę ludzie z tamtych terenów, często do dzisiaj mówiący, z wyczuwalnym dla mnie, akcentem ukraińskim. To znaczy, że mieszka tam dużo Ukraińców lub ukraińskich Żydów. Teraz dopiero widać, jaki to jest multi-kulti kraj. A to dopiero początek.

„Ja u was wywołam taki ruch robotniczy, który was wszystkich zmiażdży z całą waszą siłą…” – Lasal – powiązanie polityki z gospodarką („Najer Hajnt”, nr 87, 14 IV 1925 r.); za Zbigniew Krasnowski – Socjalizm, komunizm, anarchizm. Zbigniew Krasnowski to pseudonim Tadeusza Gluzińskiego autora książki Zmierzch Izraela, którą napisał pod pseudonimem Henryk Rolicki. Tam chodziło o strajk górników w Anglii, który miał miejsce w 1926 roku. No więc ten ruch migracyjny też nas zmiażdży. Nawet nie jesteśmy w stanie sobie wyobrazić, jak mocno.

To, jak obecnie odbywa się zmiana proporcji narodowościowych w Polsce, to możemy obserwować na bieżąco. W pewnym sensie można powiedzieć, że jest to operacja gwałtowna, bo od początku inwazji minęło 9 dni, a już do Polski przyjechało około 800 tys. uchodźców. To dane oficjalne. A jak jest naprawdę? Według oficjalnych danych, do czasu wybuchu wojny, było już ponad 3 miliony Ukraińców. A według nieoficjalnych? Podobno jest ich około 8 milionów. Ale czy to możliwe? Nie chce mi się wierzyć. Te zmiany będą większe, niż te w wyniku II wojny światowej.

Warto jednak prześledzić, jak odbywało się przenikanie Żydów do polskiego społeczeństwa. Nie tak gwałtowne, bardziej rozłożone w czasie i dyskretne. To, co jest podobne, to to, że w obu przypadkach pojawili się hojni sponsorzy. Obecnie jest to państwo „polskie”. Wtedy to była elita ówczesnego społeczeństwa i Kościół katolicki.

Dobrze to opisuje Teodor Jeske-Choiński w swojej pracy Neofici polscy (1904). Pisze on:

»Porządkując materiały do studium o frankistach, sprawdzałem w warszawskich kancelariach kościelnych daty, podane przez Aleksandra Kraushara w jego cennym dziele p. t. „Frank i frankiści”. Znalazłszy, czego szukałem, wertowałem przez ciekawość „Księgi urodzonych”, dalej: może znajdzie się jeszcze jaki neofita, nie należący do grupy frankistów? Rezultat był nadspodziewany, w samym bowiem Św. Krzyżu wykopałem z pyłów i kurzów pożółkłych ksiąg blisko stu Żydów, ochrzczonych w XVIII stuleciu.

Poszukiwania tego rodzaju mają to do siebie, iż podniecają, jak narkotyk. Ciekawość rośnie z rosnącym materiałem. Chciałoby się znaleźć dużo, jak najwięcej, czego się szuka w pewnym kierunku – zbieracza ogarnia namiętność.

W ten sposób stało się, iż pracowałem cztery lata w różnych kancelariach kościelnych, warszawskich i niewarszawskich, iż prócz „ksiąg urodzonych” wertowałem konstytucje, herbarze, pamiętniki, różne dzieła historyczne itd. – i wykierowałem się wypadkiem, mimo woli, na pierwszego, zdaje się, „heraldyka żydowskiego”.

Na pierwszego i zapewne ostatniego… Bo wątpię, żeby znalazł się ktoś drugi tak ciekawy, komu by się chciało przeczytać kilka milionów metryk w czterech językach (łacińskim, polskim, niemieckim i rosyjskim), redagowanych z nużącą jednostajnością. A trzeba czytać koniecznie wszystkie, jedna po drugiej, nowochrzczeńcy bowiem żydowscy nie mają swoich ksiąg osobnych, lecz są zapisani w ogólnych „Księgach urodzonych”.

Zrazu traktowałem tę szperaninę jako zabawkę, jako zaspokojenie osobistej ciekawości. Gdy jednak materiał urósł do poważnych rozmiarów, postanowiłem wydać słownik neofitów polskich.

Zapyta kto: jaki cel może mieć taki słownik? Odpowiem na to: jest to materiał historyczny, jak każdy inny. Wydaje się słowniki szlachty (herbarze), literatów, artystów, lekarzy, prawników itd. Dlaczego by ludzi nie miało obchodzić, ilu Żydów przyjęło wiarę chrześcijańską, gdzie kiedy, dlaczego i z jakich sfer się nasi neofici rekrutowali? Ciekawość ta jest bardzo naturalna w społeczeństwie, które miesza się coraz więcej z rasą żydowską. Krew semicka wsiąka od pewnego czasu wszędzie, we wszystkie sfery, a z tą krwią wsiąkają jej instynkty, tradycje, poglądy. Warszawianin sprzed laty pięćdziesięciu nie poznałby już dziś swojej kochanej Warszawki, a za sto lat, gdyby mu wolno było wrócić na ziemię, czułby się w niej zupełnie obcym. Przyszłemu psychologowi rozwoju i przemian naszej duszy narodowej wyjaśni słownik neofitów polskich niejedną zagadkę – powie mu, dlaczego pewne poglądy i zapatrywania, wierzenia, pewne „ideały”, których przeszłość polska nie znała, wysunęły się na czoło naszej cywilizacji.

Wszyscy neofici żydowscy, chrzczeni w Polsce aż do roku 1500, usuwają się zupełnie spod kontroli szperacza. Nikt ich nie zapisywał, a jeśli ich gdzie notowano, to nie wiadomo gdzie. Bardzo rzadko sięgają księgi najstarszych kościołów poza rok 1500. Kroniki zaś dawniejsze nie mówią nic o neofitach.

Pierwszych znanych autentycznych neofitów spotykamy około r. 1500.

Był wówczas w. księciem litewskim Aleksander, syn Kazimierza Jagiellończyka. Wziął on po ojcu oprócz korony wielkoksiążęcej spuściznę bardzo nieprzyjemną, bo znaczne długi, zaciągnięte u Żydów. Księciu sprzykrzyła się prawdopodobnie zależność finansowa od natrętnych wierzycieli, przeto, korzystając z ówczesnej burzy antysemickiej, jaka, wypadłszy z Hiszpanii, obiegła wichrem całą Europę zachodnią i środkową, wypędził dekretem z r. 1495 Żydów z wszystkich ziem podległych jego berłu. Ubodzy, nie mający nic do stracenia, przenieśli się do Polski, nie wszyscy jednak Żydzi litewscy nie mieli nic do stracenia. Wielu z nich dorobiło się na dzierżawie: podatków, myt, gorzelni, soli, wosku i mostów znacznych fortun, które dekret książęcy wszystkie zobowiązania między rządem a dzierżawcami, druzgotał bez miłosierdzia. Nie chcąc się oddalać od źródeł swoich majątków, wyrzekła się część poborców i celników żydowskich wiary przodków i przyjęła chrzest. Lecz tylko nazwiska wybitniejszych spomiędzy tych neofitów utrwaliły się w dokumentach. Mniejsi, nie zajmujący urzędów koronnych, wsiąkali niepostrzeżenie w społeczeństwo chrześcijańskie.

Najstarszymi na Litwie neofitami są Oszejkowie. Kodeks dyplomatyczny Rzyszczewskiego wymienia (I, 352) ochrzczonego zaraz po wydaniu dekretu Aleksandra, Żyda Stanisława Oszejkę, którego król Jan Olbracht nobilitował w r. 1499, nadawszy mu herb „Merawy”.

W tym samym czasie ochrzcił się Abraham (Abram) Józefowicz (Ezofowicz), syn Joska Rachejewicza, najbogatszy Żyd litewski XVI stulecia. Handlując skórami, solą i wódką i dzierżawiąc podatki i myta, dorobił się znacznej fortuny, iż stał się Rotszyldem litewskim. Od Abrahama Ezofowicza, który na chrzcie przyjął imię Jan, wywodzą się Józefowicze-Hlebiccy herbu Leliwa.

Zygmunt I lubił Żydów, otaczał się nimi chętnie, na co ówczesna szlachta polska sarkała, czego dowodem wzmianki, rozrzucone w Aktach Tomicianach. Do jego protegowanych czy wierzycieli należał także jakiś neofita Stefan Fiszel, nobilitowany w r. 1507, przyjęty do herbu przez Korabitów. I ten nowochrzczeniec musiał się królowi wielce przysłużyć, otrzymał bowiem wielkopolskie starostwo Powidz, od którego utworzył sobie nazwisko „Powidzki” i stał się protoplastą domu Powidzkich herbu Korab. Ten Stefan Powidzki, starosta powidzki, piastował później zaszczytną godność wojskiego kruszwickiego.

Chrzcić w większej liczbie zaczęli się Żydzi w Polsce i na Litwie dopiero w XVIII stuleciu, na co złożyły się dwa powody: działalność księdza Turczynowicza i agitacja znanego apostaty żydowskiego Franka.

Żył na Litwie w XVIII stuleciu ksiądz Józef Stefan Turczynowicz, kanonik piltyński, proboszcz w Dzięciole, a następnie administrator parafii św. Stefana w Wilnie, kapłan wielce gorliwy.

Zdarzyło się, że do tego księdza Turczynowicza zgłosił się jakiś rybak z prośbą wysłuchania spowiedzi, gdyż, jak mówił, za trzy dni będzie brał udział w połowie ryb i ma przeczucie, że utonie. Ksiądz Turczynowicz, chcąc przekonać rybaka, że przeczucia zawodzą, odmówił proszącemu rozmyślnie spowiedzi i kazał mu przyjść po dokonanym połowie.

Lecz przeczucie nie zawiodło rybaka… Utonął w istocie.

Wypadek ten zmartwił do tego stopnia świątobliwego kapłana, że postanowił wyrzec się godności kościelnych i poświęcić się pracy misjonarskiej. W tym celu chciał udać się do Afryki, gdy mu jednak zwrócono uwagę, że i w domu może działać pożytecznie, nawracając innowierców, został w Wilnie i rozpoczął działalność misjonarską pomiędzy Żydami.

W Wilnie i różnych miastach litewskich wyszukiwał prozelitów, zwracając się głównie do ubogich. Skąpym groszem swoim dzielił się z niezamożnymi Żydami, przygarniał ich do siebie, karmił, przyodziewał, nauczał, a chętnych nawracał i chrzcił. Rozszerzając swoją działalność, wziął sobie do pomocy kilku młodych misjonarzy, założył konfraternię. Okazało się jednak, że Żydzi byli bardzo oporni, że nie chcieli się ukorzyć przed krzyżem. Daleko chętniejsze w tym względzie były Żydówki. Dlatego zwinął ksiądz Turczynowicz konfraternię męską i założył stowarzyszenie żeńskie, z którego wykwitł zakon „Mariawitek”, potwierdzony przez papieża Benedykta XIV. W r. 1737 oddano Mariawitkom w Wilnie kościół św. Łazarza, a w kilka lat potem rozporządzał już nowy zakon na Litwie siedemnastu klasztorami. Z Litwy przeszły Mariawitki do Korony.

Klasztory Mariawitek stały się schroniskami wszystkich Żydówek, które uważały za konieczne oderwać się z jakichkolwiek przyczyn od swojego ogniska domowego. Która zapłonęła miłością do jakiego chrześcijanina albo poróżniła się z rodziną, albo nie miała z czego żyć, albo przeniosła w istocie wiarę chrześcijańską nad swoją narodową – wszystkie spieszyły pod ciepłe opiekuńcze skrzydła Mariawitek, pewne, że znajdą w świątobliwych siostrach troskliwe matki. Bo Mariawitki nie tylko karmiły, przyodziewały i uczyły swoje „dzieci”. Przygotowując je do chrztu, wyszukiwały im możnych zwykle rodziców chrzestnych, opiekunów, mężów, posady, wszystko w ogóle, czego która z nich potrzebowała. Było to niezbędne, neofitki bowiem, odcięte od swojego pnia, odtrącone przez własne rodziny, stawały się bezdomnymi sierotami.

Obliczono, ze Mariawitki ochrzciły aż do roku 1820 około 2000 Żydówek, które wyszły w znacznej części za mąż za chrześcijan. Sam ks. Turczynowicz (umarł w r. 1773) ochrzcił 500 katechumenów.

Aleksander Kraushar w swojej książce o „Franku i frankistach” przypuszcza, że część neofitów, nobilitowanych przez króla Stanisława Augusta „na prośbę stanów litewskich” w r. 1764 i 1765, należała do zwolenników Franka. Domysł to mylny, wszyscy bowiem na sejmie koronacyjnym Stanisława Augusta i w roku następnym nobilitowani neofici, należeli już do „dystyngowanych z tego gatunku”, posiadali znaczniejsze fortuny, byli przyjęci na Litwie do lepszego towarzystwa, a niektórzy z nich, jak Jeleńscy i Dziokowscy, zajmowali urzędy obywatelskie, a nawet, jak Zawojscy i Jakubowscy, wyższe stopnie oficerskie w wojsku.

Zważywszy, że frankiści przybyli do Warszawy dopiero w r. 1760, nobilitacja zaś odbyła się w roku 1764, trudno przypuścić, by towarzysze Franka mieli czas nauczyć się w tak krótkim czasie języka polskiego, którego nie znali, przyswoić sobie zwyczaje i obyczaje zgoła obcego dla nich społeczeństwa, dorobić się majątku, koligacji, urzędów obywatelskich i stopni oficerskich. Za mało lat czterech na taką przemianę. Wiadomo zresztą, że frankiści aż do śmierci swojego naczelnika, do r. 1791, a nawet aż do śmierci jego córki Ewy, do r. 1816 trzymali się kupy, tworzyli zwartą szczelnie i zamkniętą gromadę, nie brali udziału w sprawach społeczeństwa, do którego się przyłączyli. Dopiero około r. 1810 zaczyna się ten i ów frankista odrywać od „tajnej sekty” i zbliżać do narodu polskiego. Przed tą datą wycofali się powoli z ruchu frankistowskiego jedyni: Golińscy, Krysińscy i Łabęccy. Neofici, nobilitowani w roku 1764 i 1765 są, jako chrześcijanie z nielicznymi wyjątkami, starsi od frankistów o lat kilkanaście, kilkadziesiąt. Są to przeważnie Żydzi litewscy, prawdopodobnie „dzieci” księdza Turczynowicza i jego Mariawitek, a niektórzy z nich, jak Dziokowscy i Zawojscy, jeszcze dawniejsi.

Nie tylko na Litwie chrzcili się Żydzi przed frankistami. Posiadamy neofitów już sprzed roku 1758. Spotyka się ich wprawdzie niewielu między r. 1700 a 1760, ale są, czego świadectwem spis Żydów ochrzczonych od roku 1700 do 1800 w Warszawie, Nieszawie, Kłodawie, Poddębicach, Wartkowicach, Łęczycy, Włocławku, Radomiu, Kamieńcu Podolskim, Łucku, Winnicy.

Prawie wszyscy neofici XVIII stulecia z nielicznymi wyjątkami (Berens, Delmonte, Elij, Golson, Hoffmann, Lebrecht, Lichtenstein, Lozzo, Octobar, Peterman, Reichfeld, Wiglin i inni) przyjmowali nazwiska polskie. Nie wszyscy stawali w stuleciu XVIII do chrztu św. z gotowym nazwiskiem, spotyka się bowiem jeszcze i w tym stuleciu metryki tylko z imionami nowochrzceńców, ale zdarza się to już teraz rzadziej, aniżeli dawniej.

Nazwiska neofitów powstawały: jedne od miejscowości, z których katechumeni pochodzili, np. Dobrzyński z Dobrzynia, Grodziński z Grodziska, Dubelski i Rubliński z Lublina (ze zmianą pierwszej litery zamiast „Lubelski i Lubliński”), Łęczycki z Łęczycy, Łoskowski z Łoskowa, Łowicki z Łowicza, Rymanowski z Rymanowa, Słomczyńska ze Słomczyna, Staszewski i Stachowski ze Staszewa, Wędrogińska z Wędrogina, Żelechowski z Żelechowa, Jarocki z Jarocina – inne od imion żydowskich lub chrześcijańskich, np. Jakubowski i Jakubski – (Jakób), Piotrowski – (Piotr), Pawłowski – (Paweł), Lewicki i Lewiński – (Lewi), Józefowicz – (Józef). Jeszcze inne od miesięcy, w których się neofici chrzcili jak: Styczyński (chrzczony w styczniu), Lutomski, Lutyński, Lutnicki (w lutym), Marzecki, Marczewski, Marczyński, Markowski (w marcu), Kwietniewski, Kwieciński, Kwiatkowski, Kwiatkiewicz (w kwietniu), Majewski, Majowski, Majecki (w maju), Czerwiecki, Czerwiński, Czerwieński (w czerwcu), Lipiński, Lipczyński, Lipowski, Lipecki (w lipcu), Sierpiński, Sierpowski, Sierpecki ( w sierpniu), Wrześniewski, Wrzesiński, Wrzesieński, Wrześniowski (we wrześniu), Październicki, Paździerski (w październiku), Listopski (w listopadzie), Grudziński (w grudniu).

Którzy chrzcili się w niedzielę, nazwali się: Niedzielskimi, Niedzieleckimi, Niedzielewiczami – którzy przybyli z dalszych stron: Przybyłowiczami, Przybyłowskimi albo Przybylskimi.

Nazwiska, pochodzące od miesięcy, nadawali neofitom głównie księża, spełniający obrzęd chrztu. Jednemu z misjonarzy warszawskich zabrakło już widocznie konceptu, bo nazwał jakiegoś neofitę, chrzczonego w październiku (po łacinie october) Octobar, zmieniwszy literę e na a; drugiego zaś, ochrzczonego w czerwcu (po łacinie junius) Juneckim; trzeciego, ochrzczonego w kwietniu (aprilis), Aprilewiczem.

Zdaje się, że aż do r. 1825 byli przeważnie księża fabrykantami nazwisk neofickich, metryki bowiem łacińskie mówią prawie zawsze: ego (nazwisko księdza) baptisavi judeum (albo judeam), conversum ex infidelitate judaica (albo ex perfidia judaica, ex lege mosaica), cui imposui (któremu nadałem), nomen (imię) et cognomen (nazwisko) itd. Dopiero od r. 1825 zmienia się redakcja metryk. Od tego czasu przyjmują neofici nowe nazwisko „z woli własnej i rodziców chrzestnych”.

Zdarzało się także w XVIII stuleciu, że rodzice chrzestni nadawali nowochrzceńcom nazwiska własne, albo bez zmiany, albo w przeróbce. I tak trzymał Rybskiego do chrztu (w r. 1738) Rybiński, a Jurowskiego w r. 1772 pani Jurowa.

Był także neofita, którego ks. Stanisław Mikorski nazwał Idzikowskim, bo chrzcił go w kłodawskim kościele św. Idziego.

Neofici polscy, przyjmowali różne istniejące nazwiska polskie, głównie jednak upodobali sobie kilka nazwisk, jak: Dobrowolski (z dobrej woli ochrzczony, Dąbrowski, Krzyżanowski (krzyż), Lewicki i Lewiński, Majewski, Kwieciński, Kwiatkowski, Nawrocki (nawrócony), Józefowicz i Grudziński. Jest każdego tego nazwiska po kilkanaście odmiennych, nie spokrewnionych ze sobą rodzin neofickich.

Do jakich sfer żydowskich neofici XVIII stulecia należeli, trudno oznaczyć, metryki bowiem nie mówią nigdy, czym się chrzczony katechumen poprzednio zajmował. Bardzo rzadko podają one dawniejsze imię żydowskie neofity, jego rodziców, miejsce pochodzenia, słowem, jakieś bliższe określenie, zadowalając się datą chrztu, imieniem i przyjętym nazwiskiem, a dość często nawet tylko samym imieniem ochrzczonego lub ochrzczonej. Główne księgi kościołów większych miast grzeszą pod tym względem pobieżnością. W mniejszych parafiach spotyka się tu i ówdzie dane dokładniejsze.

Ponieważ jednak Żydzi nie zajmowali w Polsce stanowisk wybitniejszych i trudnili się wszyscy, z wyjątkiem kilkudziesięciu rodzin rabinicznych, handlem, przeto nie omyli się, kto zaliczy neofitów do klasy handlującej. Nie przeszkadzało im to wcale piąć się szybko w górę po drabinie społecznej, do czego pomagali im rodzice chrzestni, dobierani zwykle tak, aby mogli zaspokoić ambicje neofitów, którzy nie na to zmieniali wiarę, by walać się dalej w brudzie motłochu. Metryki XVIII stulecia wymieniają jako rodziców chrzestnych neofitów prawie zawsze tylko bardzo możnych panów owego czasu, dygnitarzy dworskich i koronnych, ministrów, biskupów, opatów, wojewodów itd. a często nawet samego króla.

Rodzina Poniatowskich miała szczególne upodobanie w pomaganiu neofitom.

Już ojciec Stanisława Augusta trzymał do chrztu Tatarów i Żydów, po nim odziedziczył ten sport król, króla naśladowali jego bracia i krewni. Rozumie się, że hojny aż do marnotrawstwa władca, nie był skąpym dla swoich dzieci chrzestnych, że popierał je swoją szkatułą i swoimi wpływami monarszymi.«

Można sobie zadać pytanie, czym tak naprawdę był i jest Kościół katolicki, skoro jego niektórzy słudzy tak bardzo angażowali się w nawracanie akurat Żydów, albo kim byli ci kapłani? Czy nie byli przypadkiem Żydami? Henryk Rolicki w swej książce Zmierzch Izraela pisze:

»W 1391 roku miał miejsce wielki pogrom Żydów w Sewilli i spalenie synagog, a zaraz potem fala rozruchów rozlała się po całej Hiszpanii. Żydzi, zastraszeni nastrojem tłumów, wypróbowanym obyczajem postanowili wdziać maskę i tłumnie jęli przyjmować chrzest. Więcej niż połowa Żydów hiszpańskich przyjęła pozornie chrześcijaństwo. Ci pozorni chrześcijanie, uprawiający skrycie judaizm, otrzymali później w historii nazwę marranów („przeklęci”).

„W ciągu dwudziestu lat dziesiątki tysięcy żydów przyjęło chrzest, całe gminy przeszły na łono Kościoła, bożnice zamieniły się w kościoły, miejsce rodałów zajęły ołtarze, miejsce gwiazdy Dawidowej, krzyże. Rabini zmienili się w nader krótkim czasie w księży, zdolniejsi zajęli krzesła biskupie, bogatsi posiedli berła komturskie w zakonach rycerskich Alkantara i Kalatrawa; kobiety żydowskie lub ich córki stały się przeoryszami klasztorów, a również i wśród urzędników świeckich zajęli marrani pierwsze miejsca. Bogaci koligowali się z arystokracja rodową i złocili swym majątkiem zblakłe herby podupadłej szlachty. Wydostawszy się z getta, pobudowali marrani pałace i zajęli najpiękniejsze dzielnice miast”. – Majer Bałaban Historia i literatura żydowska.«

W innym miejscu w tej samej książce Rolicki pisze:

»Cześć anabaptystów praktykowała wszeteczeństwa seksualne idąc śladami adamitów oraz braci i sióstr wolnego ducha, o których mówiłem dawniej. Jan Henryk Bullinger, jeden z głównych pisarzy reformacji wyznania helweckiego (reformowanego), w XVI w. tak ich opisuje:

„Niektórzy z tych wolnych braci, diabelnie rozpustni, namówili lekkomyślne kobiety, że nie mogą być zbawione, jeżeli swej czci niewieściej nie porzuca. I do tego nadużywali bluźnierczego słowa Bożego; jeśli kto nie porzuci i nie starci wszystkiego, co kocha, nie może być zbawiony. Oprócz tego trzeba dla Chrystusa cierpieć wszelką hańbę i poniżenie. Wszak i Chrystus powiada, że celnicy i jawnogrzesznice w niebie będą mieć pierwszeństwo przed sprawiedliwymi, więc kobiety powinny stać się jawnogrzesznicami i wyrzec się swej czci, a za to będą w niebie wyższe nad kobiety uczciwe”. – cytuje K. Kautsky Historia komunizmu.

Taki sam obrzędowo-mistyczny stosunek do wyuzdania spotykamy jeszcze później w XVIII w. w tzw. lożach adopcyjnych (kobiecych) wolnomularstwa, w XIX w. w orgiach sekt satanistycznych, zaś w XX w. w obrzędach sekty mariawitów w Polsce.«

Jak opisał Jeske-Choiński asymilację Żydów w XIX wieku w Polsce, to w następnym blogu.

Przed rewolucją

Kiedy pisałem blog o rewolucji październikowej, to wydało mi się, że jeśli cofnę się do rewolucji 1905 roku, albo jeszcze parę lat wcześniej, do powstania Socjaldemokratycznej Partii Robotniczej Rosji i Partii Socjalistów-Rewolucjonistów tzw. eserowców (SR), eserów, wywodzących się z tzw. narodników – to będzie to dobry moment do wyjaśnienia przyczyn wybuchu rewolucji. Przytaczałem tam różne fakty z tamtego okresu i wydawało mi się, że gdzieś wśród nich leży przyczyna jej wybuchu. Gdy teraz to czytam, to czytam to z pewnym zażenowaniem, że byłem tak naiwny. Cóż, człowiek uczy się całe życie i im więcej wie, tym bardziej zdaje sobie sprawę z tego, że mniej wie. Zupełnie jak w tym dowcipie o alkoholiku: Im więcej piję, tym mniej piję, bo coraz bardziej trzęsie mi się ręka i coraz więcej wylewam, gdy podnoszę kieliszek o ust.

Przeczytałem ostatnio książkę Wacława Gąsiorowskiego Królobójcy. Ukazała się ona po raz pierwszy w 1906 roku i pierwsze wydanie zostało rozkupione w przeciągu trzech miesięcy i jeszcze w tym samym roku pojawiło się drugie. Przetłumaczono ją na francuski i angielski w 1908 roku i na niemiecki w 1917 roku. Dopiero po jej przeczytaniu uświadomiłem sobie, że żeby zrozumieć to, co stało się w Rosji w 1917 roku, trzeba cofnąć się do wojen napoleońskich, które były efektem rewolucji francuskiej. Jeśli jeszcze będziemy pamiętać, że czas rewolucji francuskiej, to też czas powstania Stanów Zjednoczonych Ameryki Północnej, to dopiero wtedy zrozumiemy jak daleko w przyszłość wybiegali Żydzi w swoich działaniach.

Mnie uczono, że Rosji nie można pokonać. Połamał sobie na niej zęby Napoleon i Hitler. Tylko czy aby na pewno o to chodziło w tych wojnach? Rosja została pokonana, tak jak Ameryka i oba kraje są całkowicie zależne od Żydów. Prawdziwe wojny wygrywa się tak, jak robi to ta nacja. W wyprawie Napoleona na Moskwę wcale nie chodziło pokonanie Rosji, tylko o kontynuację rewolucji francuskiej. Chodziło o to, by dwa najpotężniejsze kraje były zależne od narodu „wybranego”. I tak też się stało. Idee rewolucji francuskiej niesione przez wojsko napoleońskie, padły na podatny grunt wśród wojsk rosyjskich i rosyjskiej arystokracji, przynajmniej części z niej.

Napoleon podbił całą Europę i zaprowadził w niej swoje, a raczej swoich mocodawców, porządki. Rosji nie podbił i nie zaprowadził tam swoich porządków, ale zasiał ziarno, które wydało obfity plon w postaci rewolucji październikowej. I może tym należy tłumaczyć fakt, że nie było rewolucji marksistowskiej w Europie zachodniej, bo ona była tam wcześniej, więc już nie było takiej potrzeby. Natomiast taka potrzeba była w Rosji.

Wacław Gąsiorowski jest raczej pisarzem zapomnianym, ale warto wracać do jego książek, przynajmniej niektórych. Wikipedia podaje informację o jego życiorysie i twórczości. To, co zwróciło moją uwagę, to to, że jego życiorys zaczyna się od 15-tego roku życia i nie ma w nim nic na temat jego rodziców, poza tym, że wcześnie zmarli i w tym wieku zaczął pracować, by zarabiać na życie. Sposób, w jaki pisał o tajnych związkach w Rosji, skłania mnie do podejrzeń, że był masonem. To oczywiście nie zmienia faktu, że książka jego zmusza mnie do zrewidowania poglądów na temat przyczyn wybuchu rewolucji w Rosji, a przede wszystkim do tego, że nie zaczęło się to w 1917 czy 1905 roku. Żydzi pracowali cały wiek XIX, by w końcu na początku wieku XX dopiąć swego. Oni potrafią działać konsekwentnie i realizować dalekosiężne cele, które są dla nas zupełnie niewidoczne.

Gąsiorowski pisze więc tak:

»„Dekabryści” – nazwa powtarzana często, nazwa wywrotowców, stawianych obok nihilistów, a granicząca prawie z anarchistami, nazwa groźna, ponura, jawiąca się niby widmo narodzin krwawej Rosji. Rosji mściwej, podstępnej, zgangrenowanej niezdrowymi ideami, Rosji przerażającej cichego zachodnioeuropejczyka!

„Dekabryści”, więc po prostu „grudniowcy”… więc kwiat inteligencji, zacności i szlachetności ponapoleońskiej Rosji, więc lilie wyrosłe na cmentarzysku ludzi i myśli, więc głos potężny a smętny, dźwięczny a rozmydlony, dumny a nieśmiały – głos męczeński, wołający: wszystko dla ziemi mojej, a nie dla mnie!

Dekabryści poczęli się, jak się poczyna fala morska, jak się poczyna wicher, jak się poczyna odpływ po przypływie… Tu wzbiera morze, pieni się, na najwyższy szczyt rzuca swe białe bryzgi, a tam, w niedosięgłym dla oka ludzkiego zamęcie, już odpływ gra, już zmagać się zaczyna, już zwalcza opór przypływu.

Gdy czytałem ten powyższy fragment, to od razu przypomniał mi się obraz „Narodziny Wenus” Sandro Botticelli’ego. Według greckiego poety Hezjoda bogini miłości Wenus powstała z piany morskiej, wynurzyła się z fal i skierowała się w stronę brzegu jednej z greckich wysp – Cypru lub Cytery. Mity greckie są piękne i zapewne bez nich bylibyśmy ubożsi kulturowo, ale mam jakieś takie dziwne przekonanie, że dekabryści narodzili się w sposób daleko bardziej prozaiczny – po prostu wyszli z synagogi.

Pod gradem kul bonapartowych, pod uderzeniami napoleońskich bagnetów, w piekle okrzyków: „Vive l’empereur!”, w świetle łun pożarów Smoleńska, Moskwy i Lipska, w bohaterskiej ciszy zamilkłego pola Waterloo… były narodziny dekabrystów, a raczej ludzi idei, ludzi nie wiedzących, że się dekabrystami staną, że dekabrystami zwać ich będą.

Na biwakach armii rosyjskiej, u ogni obozowych gawędzin, wypominano dawne czasy, mówiono o ledwie co minionych, przyglądano się z bliska ocknietej kulturze Zachodu, rozprawiano, ścierano się, kształcono wzajem.

I żołnierz rosyjski, wychowany w półbarbarzyńskim rygorze mody Fryderyka, okuty dyscypliną knuta, batożony często, a policzkowany za lada niehumorem, trzymany na poziomie uczuć brytana nocnego, ten żołnierz, drwiący z całą głupotą z wariactwa Polaków, mrących za jakąś konstytucję, ten żołnierz zagadał.

Zagadał o Dantonie i Maracie, o Lafayecie i Waszyngtonie, o Palafoxie i o Moreau, o Robespierze, o Ludwikach, o Wellingtonie i Blücherze, o 18 brumaire’a i o Trzecim Maja, o Kościuszce, o śmierci Pawła, o Tugenbundzie i o Andreasie Hofferze, o „Gwieździe Wielkiego Wschodu” i o „Świątyni Słońca”, o 14 lipca, o angielskiej Charta Magna, o Napoleonie, o Cambronnie… o Carnocie.

I oto w głównej kwaterze drugiej armii rosyjskiej, tuż pod namiotem feldmarszałka Wittgensteina, dwaj bracia Murawjow, dwaj sztabowcy, gwardziści, pankowie, rzucają pierwszą myśl związku tajnego, związku dobra, związku miłości ojczyzny i miłości ludu.

Murawjowom dość było wokół się rozejrzeć, dość było rzec słowo, aby cały zastęp towarzyszów znaleźć. Nikt tu nikogo nie namawiał, nikt nikogo nie pouczał, nikt nic nie apostołował. Nowy sojusznik przychodził, łączył się i łącząc się, już jeno własne słyszał poglądy, własnych ideałów dźwięki, echa głosu własnej wiary.

Armia rosyjska wracała po latach wojen, a gdy wodzom jej zdawało się, że dźwiga jeno zrabowane złoto i kosztowności, gdy wodzowie ci słusznie aż wstydzić się musieli rabusiostwa swych „bohaterów”, wodzowie ci ani sobie wyobrażali, że ci sami żołnierze dźwigają nadto zdobycz, której po wiek wieków już żadna rewizja tornistrów im nie odbierze, żadna moc nie wydrze… Armia rosyjska niosła wnukom swej ojczyzny pochodnię, niosła sztandar na całej tej ojczyzny życie.

W Petersburgu głową i sercem stowarzyszenia został adiutant księcia Wittgensteina, Pestel, syn jednego z najsroższych generał-gubernatorów Sybiru, syn półdzikiego despoty, którego pięść zgasiła setki istnień…

Pestel był wychowankiem korpusu paziów, Pestel był dumą sztabu, był bogatym, przystojnym oficerem gwardzistą, był już pułkownikiem i był republikaninem! Za Pestelem przystąpił książę Trubeckoj, a dalej Bestużew, Kachowski, książęta Oboleński, Wołkoński i Golicyn, Szachowskij, kniaź Bariatiński i Rylejew. A za nimi wszystko, co się mieniło przyszłością Rosji, co było jej chlubą, jej jutrem, rzuciło się do Pestela, Murawjowów, Rylejewa, Bestużewa i Trubeckiego. Skromne stowarzyszenie „Pomyślność”, które powstało ze związku „Ocalenie”, rozrosło się na potężną organizację „Południową” i „Północną” i na „Zjednoczenie Słowian”. Co najciekawsze i najgodniejsze uwagi, że stowarzyszenia te nie miały w swoich szeregach wydziedziczonych inteligentów, bo tacy nie byli jeszcze w Rosji znani, nie mieli nic ani z proletariatu, ani nikogo z wrogów Aleksandra I, ani żadnego z przeciwników dynastii. Stowarzyszenia te ani myślały o terrorze, ani dyskutowały o zamachu, ani nie sądziły, by cele szczytne, wielkie dały się osiągnąć środkami niegodnymi. I na koniec stowarzyszenia te marzyły o przewrocie drogą woli uświadomionych milionów, drogą uzdrowienia zgangrenowanych arterii państwowych, drogą obudzenia nawet w zeschniętej piersi ostatniego z czynowników uczuć obywatelskich, ludzkich…

„Zjednoczeni Słowianie” szli już dalej, sięgali pewniej, logiczniej. Bo programem ich było sfederowanie w jedną wolną Rzeczpospolitą wszystkich szczepów słowiańskich, a to począwszy od Rosjan i Polaków, a skończywszy na Serbach i Bułgarach. Krom tych trzech wybitnych stowarzyszeń nie brakło i drobnych, prowincjonalnych klubów, w rodzaju związku dążącego do niepodległości Małorosji, ale te ulegały i milkły wobec haseł stowarzyszeń macierzystych.

Co zaś już nie tylko jest ciekawe, ale wprost niesłychane, oto wszystkie tajne związki miału oczy zwrócone na cesarza Aleksandra, wszystkie odeń spodziewały się urzeczywistnienia swych rojeń i wszystkie propagandę swoją zwracały ku temu, aby urzędnik nie kradł i na złe nie obracał danej mu władzy, aby pan nie gnębił poddanych mu włościan, aby oficer szanował w szeregowcu człowieka, aby sądy przestały być sługami możnych, aby religia nie była narzędziem polityki, aby oświata coraz szersze zakreślała kręgi.

Na otwarciu sejmu polskiego car z wysokości tronu nie tylko Plaków do serca cisnął, ale kategorycznie oświadczył, że „da konstytucję i swoim rosyjskim poddanym, gdy ci ocenią jej wartość…”

Stowarzyszenia tajne miały zatem zadania proste – uświadomić współbraci o wartości konstytucji, a… resztę dokona wola cesarza…

Stowarzyszenia nie przypuszczały, że jeszcze w osiemdziesiąt lat po nich… obywatele państwa rosyjskiego będą uznani za niezdolnych do rządzenia się konstytucją, że nawet zachód Europy poczyta żądania ich za wygórowane, że ten Zachód, który wykształcenie swoje konstytucjom zawdzięcza… będzie szeroko rozprawiał nad „możliwością” konstytucji w Rosji. Jakby konstytucja była czymś innym niż alfabetem ustroju państwowego, jakby ktoś mógł się nauczyć czytać bez znajomości alfabetu!…

Wykrętne to czy błędne mniemanie nawet nie chce pamiętać, że taż sama ciemna, surowa Rosja do połowy XVI stulecia rządziła się wolą ludu, że taż sama Rosja miała Rzeczpospolitą Nowogrodzką i Pskowską, które istniały i kwitły przez siedem stuleci! Że Rosja przez zamach stanu Piotra I, od wieców, narad bojarskich i woli ludu stoczyła się na dno samodzierżawia, że ta Rosja, biorąc przykład z wolnej, sąsiedniej Polski, jeszcze umiała Iwana Groźnego zmusić do składania przysięgi „w ręce ludu” na placu radnym w Moskwie, że ta Rosja autonomię miała wówczas, gdy Zachodowi o tym się nie śniło!

Europa woli o tym nie wiedzieć, zachwyca się posłannictwem Piotra I i co najmniej dziwi się jego oryginalności!… Oto przykład: Piotr I zesłał na Sybir i kazał skatować knutami nawet dwa dzwony wiecowe!… Dzwony te do dnia dzisiejszego są na zesłaniu w Tobolsku…

A niegodziwość tych dzwonów na tym polegała, że uderzały na trwogę zagrożonych swobód, że wzywać chciały do buntu przeciw tyranowi.

Niewątpliwie tajne stowarzyszenia wiedziały i o dzwonach zesłanych, i o dacie powstania samowładztwa rosyjskiego, ale wierzyły Aleksandrowi I i czekały.

Cesarz Aleksander I umarł w Taganrogu dnia 1 grudnia 1825 roku, umarł, mimo powieści o febrze, „nagle”… umarł w pełni męskiego wieku, bo licząc zaledwie 48 lat!«

W dalszej części Gąsiorowski szczegółowo opisuje przebieg wydarzeń, których nie mogę dosłownie cytować, bo blog rozrósłby się znacznie, a i tak jest długi. Problem sprowadzał się do tego, że spiskowcy chcieli na tronie Konstantego i… „jego żonę”… Konstytucję. To prawda, że jemu należał się tron z racji starszeństwa, ale zrzekł się on go na rzecz młodszego brata Mikołaja. Konstanty był wodzem wojsk polskich i mieszkał w Warszawie i na dodatek zakochał się w pięknej szlachciance Joannie Grudzińskiej (jej nazwisko chyba jednoznacznie sugeruje jej pochodzenie). Żądał od brata nie tylko zezwolenia na rozwód ze znienawidzoną żoną, ale też na zaślubienie Grudzińskiej. Ślub miał miejsce w 1820 roku, a w roku 1822 prawa do tronu przeszły na księcia Mikołaja. Grudzińskiej cesarz nadał tytuł księżnej łowickiej.

Po śmierci Aleksandra I 1 grudnia 1825 roku powstał problem wyboru następcy. Spiskowcy opowiadali się za Konstantym. W dniu 26 grudnia miała odbyć się w koszarach poszczególnych pułków przysięga na wierność cesarzowi Mikołajowi. Nie wszystkie to zrobiły. Część z nich spiskowcy wyprowadzili na plac przed senatem. Za zrewoltowanymi pułkami stanęły masy ludu. Było słychać okrzyki „Niech żyje… Konstanty!”. Naprzeciw zaczęły się ustawiać pułki utrzymane w karności. Ponieważ książę Trubeckoj, w sprzysiężeniu „dyktator”, nie zjawiał się, nikt inny nie potrafił podjąć decyzji, nikt nie chciał brać odpowiedzialności. Mikołaj I, który przybył na plac, szybko zorientował się w zaistniałej sytuacji i podjął natychmiastową decyzję. Odpalił armaty i zrobił ze zgromadzonych spiskowców miazgę i w ten sposób rozprawił się z dekabrystami.

Wojna krymska (1853-56), a właściwie porażki Rosji i hańbiące warunki pokoju, były ponad siły i tak już znerwicowanego cara, który otruł się. Mikołaj I zmarł 2 marca 1855 roku. W tym samym dniu wstąpił na tron jego syn Aleksander II.

Dla pełnego zrozumienia tego, co działo się w Rosji przed rewolucją, wypada też wiedzieć, co wydarzyło się w tym czasie w Europie, bo wygląda na to, że te działania były skoordynowane i miały jeden cel – obalić monarchie. Gąsiorowski tak pisze:

»Rok 1855, rok wstąpienia na tron Aleksandra II, w dziejach królobójstwa i mordów politycznych był zwrotem i bodaj nie tylko dla samej Rosji, ale i dla całej Europy.

Do roku 1855 wiek dziewiętnasty, rozpoczęty zabójstwem Pawła I, przynosi zamach na Napoleona I (1809), mord księcia Berry (1820), mord Kapodistriasa, znienawidzonego despoty greckiego w usługach Mikołaja I (1832), a dalej zamach na Ludwika Filipa (1835) i piekielną maszynę, zgotowaną przez Feschiego, Pepina i Moreya.

Ta piekielna maszyna to broń z wieloma lufami jednostrzałowymi, które wystrzeliwują pociski w ogniu salwowym, jednocześnie lub kolejno.

Lecz dopiero drugi zamach na tego ostatniego króla, wykonany przez Ludwika Alibaud (1836), może być poczytany za pierwszy czyn tak zwanego „anarchizmu”. Alibaud bowiem rzucił z szafotu harde słowa: „Umieram za wolność, za lud, za zniweczenie monarchii.” Choć słowa te przez współczesnych uważane były raczej za credo republikanina niż za hasło „anarchisty”.

Rok 1844 przynosi zamach Tschechta na króla pruskiego, Fryderyka Wilhelma IV, a rok 1850 znów temuż królowi gotuje ponowny Sefelogego. W dwa lata potem fanatyczny ksiądz Marcin Marino usiłuje zabić Izabelę hiszpańską, a w cztery – Karol III, okrutny despota parmeński, pada raniony śmiertelnie na ulicy i umiera.

I oto cały plon królobójstwa do roku 1855. Oczywiście zamachów nieudanych było, krom powyższych, jeszcze ilość wielka, boć takie lata krytyczne dla ustrojów państwowych, jak 1830, 1831, 1848, 1849, i 1851 musiały niejednokrotnie ku głowom ukoronowanym zwracać oręż spiskowych, ten atoli zawodził mocno, dawał się wykrywać zawczasu i nie miał dla siebie jeszcze wielu takich desperatów jak Alibaud. A zresztą fazy przekształceń państwowych następowały po sobie tak szybko, iż brakło czasu na wytworzenie bodaj dłuższej opozycji. Idealistyczne dzieła Anglika Williama Godwina, ojca anarchizmu, wpajały wszak dopiero przekonanie, że ludzkość drogą prostego uświadomienia dojdzie do zniesienia państw. Nadto Godwin raczej przepowiadał, niż apostołował, był tylko prorokiem czy wróżbitą, ale nie agitatorem i był twórcą teorii, której nawet nie nazwał, która dopiero w następstwie miała być postawiona na czele anarchizmu.

Dopiero od połowy XIX wieku ruch królobójstwa wzmaga się, a wzmaga się równolegle do potężnego ruchu umysłowego Europy. Rozwój nauk socjalnych, gruntowne zastanowienie się nad dziejami rewolucji francuskiej, rzut oka wstecz na szalony skok, uczyniony przez ludzkość na dystansie od roku 1780-1850, musiał podniecić pożądanie równie szybkiego postępu w ludach zapóźnionych, musiał nie tylko spotęgować dążność do osiągnięcia przez jednostkę największej sumy swobód, ale musiał skłonić ją do zwalczania tam i zapór.

Ruch ten stał się tak potężny, tak wszechstronny i żywiołowy, iż zniewolił wielu monarchów do pójścia za nim, iż zniewolił ich do zgodzenia się na role ludzi ponoszonych przez rozszalały prąd, iż porwał ich ku prawu, stanowiącemu nie to, co władca może ludowi dać, lecz co może od ludu, jako pierwszy jego urzędnik, uzyskać.

Ruch ten sprawił, że każdy rok nieomal zwiększa przywileje poddanej jednostki, rozdrabnia władzę, skraca płaszcze gronostajów.

Jakiż ruchu tego kres lub jak się zwać ma pierwsza ruchu tego stacja? Na to pytanie usiłuje odpowiedzieć i socjalizm, i anarchizm.

Pierwszy terrorem zdobył sobie już obywatelstwo i z rewolucji urósł na „wielką zdobycz myśli i etyki ludzkiej”, drugi dotąd skazany jest na błąkanie się w szatach wyrodnego syna, półszaleńca. Pierwszy wszedł w krew Europy, drugi jest ciągle pianą tej krwi. Pierwszy stał się chlebem powszednim ładu i poczucia sprawiedliwości, drugi ciągle jest równie potępiany, jak i nie zbadany i nie ujęty w karby zwartych postulatów. Ale bo pierwszy nade wszystko ku najżywotniejszym i najbliższym zwrócił się sprawom, drugi zaś poszybował we mgły przyszłości. Pierwszy nie tylko od razu stanął do walki na śmierć i życie, ale i umiał zwyciężyć, drugi do dnia dzisiejszego miewa nie bojowników, ale tylko zapaleńców zrozpaczonych, oszołomionych ogromem idei, fanatyków.

Po Godwinie przyszedł Proudhon, a choć ten anarchizm już anarchizmem nazwał, choć pognębić swą teorią chciał Babeufa, St. Simona i Fouriera, lecz ledwie zaznaczył potrzebę propagandy dla osiągnięcia ideałów anarchizmu. Aż dopiero Maks Stirner, a dalej Bakunin i książę Kropotkin oświadczyli się za potrzebą rewolucji i terroru.

I w tym miejscu nasuwa się pytanie, skąd naród rosyjski, skąd czasy Mikołaja I mogły wydać Bakunina, skąd w kraju, gdzie wyraz „konstytucja” wiódł na katorgę, mógł się począć książę Kropotkin, potępiający każdy i najliberalniejszy ustrój państwowy, skąd na ziemi tak niedostępnej nawet dla codziennych zawołań zachodu Europy mógł narodzić się duch tak gwałtownie rwący naprzód! I skąd nareszcie w monarchii, do której lada świstek zadrukowany śmielszymi dezyderatami nie ma wstępu, do której wszelki „import” płodów ducha ludzkiego skazany jest na wapno i karbol kwarantanny samowładztwa – mógł się począć tak silny „eksport” kierunków tak skrajnych?!

Bo że Anglia wydała Godwina, Francja Proudhona, Niemcy Stirnera (lewicowy heglista – przyp. W.L.), tego za nadzwyczajność poczytać nie można, bo kraje te tłumaczą się postępowością swych zabiegów reformatorskich. Ale jak Rosja posiadła Bakunina i Kropotkina? Wszak tu nie talent ani dar szczególny, przypadkowy rozstrzygał, a jedynie stopniowanie cywilizacyjne. Skąd ludzie z ziemi uprawianej przez chłopów-niewolników, ludzie spod knuta mieli dość siły, aby nawet humanitarnej a wolnej Europie rzucić rękawicę?!

Odpowiedź na to zawiłe pytanie jest prosta. Anarchizm jest tak czymś gwałtownym, tak skrajnym, że trzeba dopiero takiej świadomości niedoli Kropotkina, aby ku niemu się skłonić i za nim pójść, i pójść z dynamitem w ręku…

Dekabryści zostali wytępieni, bo na rewolucje iść chcieli z rękoma skrzyżowanymi na piersiach – potomkowie dekabrystów uciekli się do drugiej ostateczności, do mordów. Żandarmeria Mikołaja I nie rozumiała słowa ludzkość, gdy szło o przekonania polityczne. Żandarmeria Mikołaja zgasiła tysiące dusz – ale za to te, których nie dosięgła, rozpaliły się na łuny.

Rok 1855 w dziejach Rosji jest nade wszystko uważany za rok narodzenia się „nihilizmu” i… „nihilistów”. Co to jest lub czym był nihilizm?!

Nihilizm – według prostej odpowiedzi encyklopedycznej – jest zasadą filozoficzną, odrzucającą wszelki wyższy, moralny porządek polityczny i społeczny, zasadą uznająca jedynie wieczność materii i nieomylność badań doświadczalnych. Nihilizm jest zaprzeczeniem nie tylko prawa, władzy, państwa, ale i bóstwa.

Nihilizm zaznaczył się tym, że dotąd nigdy żadną zwartą gromadą ludzi nie rządził, że był raczej chorobliwym i bezwiednym następstwem materialistycznego pesymizmu jednostki niż ugruntowaną logicznie teorią stowarzyszenia.

Skądże nihilizm wziął się w Rosji?!

Otóż tu następuje niespodziewana odpowiedź: „Nihilizmu” w Rosji nie było nigdy, a „nihiliści” rosyjscy nie mają żadnego związku i nie mieli żadnego związku z teoriami nihilistycznymi. Po prostu żandarmeria rosyjska, chcąc zarówno w Europie, jak i Rosji całej obrzydzić prąd domagający się reform państwowych, i to reform nade wszystko dawno w ościennych mocarstwach uprawnionych, nazwała go „nihilizmem”, a zwolenników tego prądu „nihilistami”… w czym uciekła się do konceptu Turgieniewa, który w jednym ze swoich utworów „nihilistami” nazwał socjalistów, a raczej proletariuszów inteligentnych.

Nazwa „nihiliści”, pochwycona przez prasę francuską jako mot du jour (dosł. „słowo dnia”, a raczej „słowo epoki”, „słowo tamtych czasów” – przyp. W.L.), została rozgłoszona i zjednała sobie prawo obywatelstwa. Podczas gdy ci „nihiliści” w programie swoim… domagali się konstytucji, a nawet tylko zwołania przedstawicieli narodu do przeprowadzenia nieodzownych reform!…

Jeżeli „nihilizm” ten w uczonych wywodach publicystyki europejskiej o „utopii filozoficznej” mógł niejednemu mieszczuchowi zatruć sen, to już niewątpliwie spokojnemu obywatelowi państwa rosyjskiego stał się straszydłem o cechach zdeklarowanych i namacalnych…

Oto w roku 1865 policja rosyjska nareszcie zdefiniowała, urzędownie nawet, jak wygląda „nihilista”. A więc: „o ile” jest kobietą – nie nosi krynoliny, strzyże włosy i chodzi w czapce futrzanej; „o ile” zaś jest mężczyzną, więc nie strzyże włosów i chodzi w niebieskich okularach…

Kimże byli naprawdę ci tak zwani „nihiliści” rosyjscy?! Nade wszystko nawet nie rewolucjonistami, nawet nie spiskowcami, dopiero w lat kilka przeistoczyli się w socjalistów, a w lat kilkanaście, z desperacji, uzbroili się w terror i rozwinęli w socjalrewolucjonizm.

„Nihiliści” poczęli się z czasu, więc i z „dekabrystów”, i z bezprawia samowolnej policji, i z prześladowań religijnych, i z Hegla, i z Marksa, i z Milla, i z St. Simona, i z roku 1848, i z mroków zaściełających Rosję, i ze światła bijącego z Zachodu.

Nihiliści ani myśleli iść za Bakuninem, ten był im za daleko odsadzony. Ojcem duchowym nihilistów stał się Hercen, syn moskiewskiego milionera. Hercen odebrał bardzo staranne i gruntowne wykształcenie, które wraz z podróżami otworzyło oczy myślącej duszy na niewolę współbraci i skłoniło do pracy nad ich wyzwoleniem. Śmierć ojca i osiągnięcie wielkiej fortuny były dla Hercena decydującym momentem. Hercen zrealizował majątek i osiadł w Londynie w 1852 r. W roku 1855 zaczął pisać, w dwa lata później ukazał się pierwszy numer „Kołokoła” (Dzwon), w którym Hercen wzywał naród rosyjski do walki z absolutyzmem. „Kołokoł” pomimo czujności policji wszystkimi porami dostawał się do Rosji, budził uśpione myśli, skupiał, łączył.

A to ciekawe! Kołokoł” pomimo czujności policji wszystkimi porami dostawał się do Rosji… A wcześniej pisze: I skąd nareszcie w monarchii, do której lada świstek zadrukowany śmielszymi dezyderatami nie ma wstępu, do której wszelki „import” płodów ducha ludzkiego skazany jest na wapno i karbol kwarantanny samowładztwa…

I Hercen swą ognistą broszurą Kto winien? Targnął trzewiami Rosji. Czernyszewski odpowiedział na to pytanie, pytaniem realnym, trzeźwym Co czynić? (później podobne pytanie zadał Lenin: Co robić? – przyp. W.L.)- a Bakunin zaciskał pięści i wskazywał na piekielne maszyny.

Dzień 14 kwietnia 1865 był dniem mordu prezydenta Stanów Zjednoczonych Lincolna przez Boothę – a dzień 16 kwietnia roku 1866 był dniem pierwszego zamachu na Aleksandra II, pierwszym w Rosji usiłowaniem królobójstwa pod hasłem niesamolubnym. Zamachu dokonał student, Dymitr Karakozow. Zamach ten nie był skomplikowany, gdyż w roku 1865 osoba cesarza, choć strzeżona już pilnie, nie była jeszcze zawsze otaczana murem bagnetów.

Zamach Karakozowa wywołał gwałtowną i nierozważną reakcję. Obostrzenia cenzuralne, powiększenie etatów policji i żandarmerii, dalej, dymisja ministra oświaty i spraw wewnętrznych i osadzenie na tych stanowiskach ludzi równie dzikich, jak i nie ukształconych odpowiednio, miały zadać cios wywrotowi. Pościg trwał ciągle, prześladowanie spadało na każdego inteligenta nie odzianego w mundur.

A tymczasem te masowe aresztowania, te nieustanne śledztwa nie dosięgały tych, co istotnie rośli na siłę nie lada, co istotnie coraz więcej zdecydowany obierali kierunek. Nie zdołały wykryć ani bodaj przypuścić, że w granicach Rosji już istniało stowarzyszenie „Ziemia i Wola”, że organizowało kadry rewolucyjne, że wychowało całe pokolenie królobójców.

A tymczasem te masowe aresztowania, te nieustanne śledztwa nie dosięgały tych, co istotnie rośli na siłę nie lada, co istotnie coraz więcej zdecydowany obierali kierunek.” – To znaczy tylko tyle, że te nieustanne śledztwa nie chciały ich dosięgnąć. Machina państwa jest na tyle potężna i rozbudowana, że nic nie umknie jej uwagi, chyba że sama chce, by coś umknęło.

Stowarzyszenie „Ziemia i Wola” urosło na wielką partię, a raczej na dziesiątki partii. Katorga, tortury, śledztwa, szubienica budziły odwagę, chęć poniesienia życia za sprawę. Ideowcy, marzyciele coraz częściej brali pod uwagę kwestię wyrzeczenia się skrupułów.

Aż w roku 1876 jedna z gromad spiskowych odsunęła się i postawiła sobie za zadanie silniejszą propagandę. Jakoż w okamgnieniu na Rosję spadł deszcz broszur rewolucyjnych, odzew, a tuż za nim nastąpiły demonstracje czynne. Ale gdy rok 1877 sprowadził aż dziesięć procesów, a w nich słynny proces 193, gdy żandarmeria pochwyciła nici związku robotników – pośród gromady działającej rozległo się stanowcze hasło odpowiedzenia terrorem na terror i z nim powstała partia „Narodnoj Woli”.

Narodnaja Wola nie czekała i nie myślała czekać! Krwawą listę terroru rozpoczęto mordem najdokuczliwszych szpiegów (Tawlejewa w Oessie, Szaraszkina i Finogenowa w Petersburgu i Nikonowa w Rostowie).

Narodnaja Wola w r. 1880 miała w swym składzie dwanaście grup, rozrzuconych w rozmaitych częściach Rosji, i ogniskowała z górą pięciuset ludzi, a tych dopiero otaczały tysiące „niewtajemniczonych”. Ale błędem byłoby mniemać, że i tych 500 wyborowych członków istotnie wiedziało coś o „robocie” komitetu wykonawczego! Do „wyroków” komitet miał tak zwane gromadki bojowe, liczące nie więcej nad dziesięciu ludzi dobranych przez „atamana” i zharmonizowanych ze sobą. Taka gromadka bojowa otrzymywała jedynie wskazówkę od komitetu, „co” ma robić, ale komitet nie mieszał się do „jak” przedsięwzięcie ma być wykonane. A choć współdziałał w robocie, lecz pozostawiał bojowej gromadce swobodę ruchów. Gromadki takie rządziły się same, rozstrzygając kwestie większością głosów – a jedynie na czas walki obranemu atamanowi nadawały władze dyktatorską. Członkiem takiej gromadki mógł być tylko wybrany i wypróbowany przez komitet wykonawczy towarzysz lub towarzyszka, i tylko ten, kto pod karą śmierci zobowiązał się dla osiągnięcia celu własne życie poświęcić…

Gromadki bojowe więc składały się ludzi idących zawsze prawie na śmierć niezawodną. Kto raz do gromadki przystał, ten nade wszystko wyrok podpisał na siebie. Za uchylenie się, za brak odwagi czekał takiego sztylet kolegi (masoński sposób karania za zdradę – przyp. W.L.) – za zbytnią odwagę mścił się często królobójczy dynamit, a odwaga najdzielniejsza i nawet pewna ilość szczęścia nie starczyły jeszcze, aby w końcu nie wpaść w ręce policji, a więc skonać na torturze lub w katordze, czy zawisnąć na pętlicy między niebem a ziemią.

Niewielu też z tych gromadek bojowych ocalało, a mniej jeszcze naprawdę myślało o ocaleniu. Rewolucjoniści rosyjscy często dobrowolnie oskarżali się, często solidaryzowali się z najciężej oskarżonymi, aby z nimi razem zginąć. Mieli taką wolę męczeństwa, takim płonęli samozaparciem, że gotowi byli na układy pójść i za każdą literę konstytucji setkami istnień swych zapłacić.

Samowładztwo dyszało pragnieniem, aby za wszelką cenę, za cenę najgorszych skutków dla prawnuków, dla potomności, system na dziś jeszcze utrzymać – chociażby nazajutrz miał potop zalać monarchię. Rewolucjonizm rosyjski godził się z góry na własną zagładę, byle tym zimnym, obojętnym, słabym i ciemnym nowe, lepsze życie usłać.

Do wyjątków ocalałych z gromadek terroru należy słynny Hartman, twórca zamachu na kolej pod Moskwą (1879). Hartman bowiem zdołał zatrzeć za sobą ślady i uciec do Paryża. Tu jednak wykryła go policja rosyjska i zażądała aresztowania go. Hartman był pochwycony na spacerze na Polach Elizejskich (w dniu17 lutego 1880r.) i osadzony w więzieniu. Rosja domagała się wydania niebezpiecznego królobójcy. Ambasada rosyjska poruszała niebo i ziemię, byle Hartmana dostać – ale tu zwyciężyła opinia i sympatia ludu francuskiego, który ze swej strony nie dopuścił pogwałcenia praw gościnności, nie zezwolił, aby wydawano na śmierć politycznego przestępcę, który tak głęboko zaufał konstytucji trzeciej Rzeczypospolitej – Hartmana uwolniono.«

Przypadek Hartmana porusza też Feliksa Eger w swojej książce z 1894 roku Historia towarzystw tajnych. I w jej przypadku interpretacja tego faktu jest całkowicie odmienna.

„Gdy Żyd nihilista, Hartman czy Meyer, sprawca zamachu dokonanego w Moskwie z grudnia 1879 r., został zatrzymany przez policję francuską w Paryżu 16 lutego 1880 r., natychmiast deputowani francuscy należący do partii radykałów pracowali nad wypuszczeniem go na wolność; prezydujący w trzech grupach lewicy, starali się w ministerium o uwolnienie go. Ze swej strony ambasador rosyjski żądał wydania Hartmana. Rząd francuski wahał się, nie wiedział co uczynić, wszyscy międzynarodowcy i wolnomularze z całą namiętnością bronili zabójcy. Jeżeli Hartman zostanie wydany, Francja się zhańbi, wolnomularze nie będą już podtrzymywali ministerium. Dzienniki ich mówią to samo; puszczają w obieg i zalecają prośbę do Izb przeszkadzającą wydaniu nihilisty. Jednym słowem rząd masoński kierujący Francją, nie mogąc odważyć się na wydanie na śmierć brata, a szczególnie Żyda, lękając się następstw tego kroku, odmawia wydania go i wysyła Hartmana do Anglii.”

W dalszej części Gąsiorowski pisze:

»Trzeba pamiętać, że w latach osiemdziesiątych ubiegłego stulecia ruch socjalistyczny rozpalał na całym obszarze Europy swe pochodnie. Europa różnie z nim postępowała i rozmaitymi środkami usiłowała go zniszczyć, aż jeno starał się go umiejscowić, sprowadzić do ekonomicznego zatargu robotnika z fabrykantem. Socjalizm więc, choć tamowany, szedł i iść musiał, bo niósł sztandar wyzyskiwanych milionów. Jakoż powoli i strajk, i zmowa robotnicza, i interesy klas pracujących z idei przewrotu, z idei rewolucyjnych, grożących państwom – zdobywały stanowisko polityczne w parlamentach, osiągały należne im prawo głosu, prawo otwartego ścierania się z kapitałem. Rządy europejskie odtąd usiłowały jedynie stanąć poza terenem walki, dowieść, iż trwają poza myślą popierania którejkolwiek ze stron walczących, i przechylały się z zasady, choć bez sympatii, na stronę robotników… byle ci nie powodowali zamieszek, rozruchów i tym podobnych. Słowem cały zachód Europy zaczynał nie na żarty szukać oparcia dla modus vivendi z socjalistami.

Ciasny jednak i krótkowidzący rząd rosyjski miast czym prędzej na wzór Zachodu otworzyć klapę bezpieczeństwa dla agitacji socjalistycznej, miast tym samym postawić ją poza rewolucjonizm, jął z całą zawziętością tępić i ścigać wszelkie ruchy robotnicze, słuszne skargi i utyskiwania pracujących karać szubienicą, katorgą i knutem, i w ten sposób wytwarzać setki całe mścicieli i malkontentów.

Mikołaj II wstąpił na tron w roku 1894, więc zasiadł w gronostajach w 310 lat po śmierci Iwana Groźnego, jako dwudziesty szósty cesarz, jako dziewiętnasty po pierwszym Romanowie, jako trzynasty samowładca (pierwszym autokratą był Piotr I), jako ósmy monarcha nazwiska Holstein-Gottorp, jako piąty z potomków Pawła I. Założycielem linii Holstein-Gottorp był Piotr III (1761).

Inne państwa rozbrzmiewały zamachami, spiskami i mordami politycznymi, w Rosji jakby zabrakło „nihilistów”… (No właśnie! Byli, a raptem zniknęli. A może nie zniknęli, tylko przepoczwarzyli się? – przyp. W.L.).

Dzieje notowały kolejno: zabicie prezydenta Carnota przez Caseria (24 czerwca 1894), mord szacha perskiego Nassr-Eddina (1896), mord Canovasa del Castillo, premiera hiszpańskiego (8 sierpnia 1897), zamach na Moraesa, prezydenta Brazylii (5 listopada 1897), wykrycie spisku na Ferdynanda bułgarskiego (listopad 1893), zabójstwo Elżbiety austriackiej (1898), zamach awanturniczy na prezydenta Loubeta (1899), zamach na Wilhelma II (1900), zabójstwo prezydenta Stanów Zjednoczonych, Mac Kinleya (1901) – i dzieje z miesiąca na miesiąc wykrywały spiski, piekielne machiny i narzędzia mordercze, gotowane przedstawicielom najwyższej władzy, podczas gdy wrzącą niedawno rewolucjonizmem Rosję ciągle jeszcze zalegała głusza.

Pierwsze cztery lata panowania zeszły na nadziejach i zakończyły się ledwie wrzeniem młodzieży uniwersyteckiej. Wrzenie to stłumiono, ale nie ugaszono. Cesarz istoty wrzenia albo nie znał, albo nie rozumiał, gdy więc nastała znów cisza chwilowa, pozwolił dalej unosić się autokratyzmowi i zabrał się do tak zwanych „testamentów”, to jest do pracy nad dokończeniem planów Piotra I, Katarzyny II, Mikołaja I itd. Testamenty te polegają na zrusyfikowaniu i sprawosławieniu wszystkich poddanych berłu rosyjskiemu ludów, czyli na zniewoleniu ich do oddawania czci prawosławnemu Bogu w niebie i prawosławnemu cesarzowi na ziemi.

Dnia 15 kwietnia 1902 roku przed gmach mieszczący salę posiedzeń komitetu ministrów zajechał powóz z wyświeżonym adiutantem placu. Adiutant zameldował się do ministra Sipiagina, który właśnie znajdował się na posiedzeniu. Zjawienie się adiutanta i objaśnienie, że ma doręczyć ministrowi do rąk ważne depesze od wielkiego księcia Sergiusza, nie zdziwiły nikogo, bo misje takie bywały chlebem powszednim. Po małej chwili Sipiagin wyszedł do adiutanta, a choć uderzyło go, iż ma przed sobą nie znanego mu zgoła oficera, odebrał podaną mu kopertę… Gdy minister rozrywał kopertę – padł strzał śmiertelny…

Pod czas ministrem spraw wewnętrznych został von Plehwe, jeden z plejady wynaturzonych Niemców, którzy od wieków są strażnikami Holstein-Gottorpów.

28 lipca 1904 roku wybuch bomb dynamitowych rozszarpał na miazgę ministra spraw wewnętrznych von Plehwego. Zabójstwo filara żandarmerii, najznakomitszego sługi reakcji – osłupiło stolicę… Grobowa cisza zaległa sfery dworskie, sfery rządzące. Nikt nie śmiał manifestować sympatii dla ofiary, nikt się nie ważył odezwać ze słowami współczucia dla wdowy po ministrze.

Twórcę zabójstwa, Sazonowa, pochwycono i już podobno nie próbowano szukać jego wspólników – boć moralnymi wspólnikami byli wszyscy poddani Holstein-Gottorpów. I Sazonowa już nie ośmielono się wieszać, już nie chciano mieć w nim męczennika, który własnym życiem okupił zgon ciemiężcy.«

W przypisach do tej książki jest wyjaśnienie, że E. Sazonow był eserem. No to już wiadomo, gdzie podziali się nihiliści. Partia Socjalistów-Rewolucjonistów inaczej eserowcy, eserzy, została założona w 1901 roku przez rewolucjonistów wywodzących się z tzw. narodników, w skład których wchodziła też Narodnaja Wola, która była, mówiąc wprost, organizacją terrorystyczną. W 1895 roku powstał Związek Walki o Wyzwolenie Klasy Robotniczej z inicjatywy Włodzimierza Uljanowa (Lenina). Był to zalążek Socjaldemokratycznej Partii Robotniczej Rosji, założonej w 1898 roku w Mińsku. W 1903 roku następuje jej podział na frakcje bolszewików i mienszewików.

Ilustracja
Źródło: Wikipedia

Partia Socjalistów-Rewolucjonistów miała takie logo, które nie pozostawia najmniejszych wątpliwości, że jej korzenie były masońskie. Przytoczona powyżej definicja nihilizmu, według starej encyklopedii, nie pozostawia też wątpliwości, że i on miał masońskie korzenie. Obecne definicje nihilizmu są już zmienione i trudniej w nich doszukać się związku z wolnomularstwem.

Można więc pokusić się o pewien ciąg: rewolucja francuska → kampania rosyjska Napoleona → dekabryści → nihiliści → Narodnaja Wola → Związek Walki o Wyzwolenie Klasy Robotniczej → Socjaldemokratyczna Partia Robotniczej Rosji → Partia Socjalistów-Rewolucjonistów → bolszewicy i mienszewicy → rewolucja 1905 roku → rewolucja październikowa.

Mam nadzieję, że ten ciąg w zupełności wystarcza do wyjaśnienia, dlaczego w Polsce rządzą wnuki komunistów z przedwojennej KPP. Ale też wystarcza on do wyjaśnienia, skąd taki krótszy ciąg: ROAD → Unia Demokratyczna → Unia Wolności → Platforma Obywatelska.

To jest cecha charakterystyczna dla działalności Żydów przez wieki, od początku. Czy to sekty religijne, czy partie polityczne – podstawą jest ciągłe dzielenie, tworzenie coraz to nowych sekt czy partii o nowych nazwach. A wszystko to po to, by stworzyć wrażenie, że coś się zmienia, że są nowe cele, nowe wartości, a chodzi o to, by nic się nie zmieniło. Jak mówią: dużo musi się zmienić, by nic się nie zmieniło. Tak to działa od wieków.

Od 1761 roku do rewolucji rządzili w Rosji carowie z linii Holstein-Gottorp, a więc Niemcy. I wielu ich współpracowników to też Niemcy. Czy to mogło mieć wpływ na ich postawę, na takie ich trwanie przy starym porządku? To zaostrzało konflikt i było źródłem wielu niepotrzebnych ofiar. A może właśnie o to chodziło, o to, by znaleźć usprawiedliwienie dla gwałtownych rozwiązań, dla rewolucji. W jej wyniku powstało zupełnie nowe państwo, o ustroju całkowicie odmiennym od tego na zachodzie Europy. Siłą rzeczy musiało dojść do kolejnego konfliktu. Zgodnie ze starą heglowską zasadą: „Postęp może odbywać się tylko poprzez zderzenie dwóch przeciwstawnych stron, czyli tezy i antytezy. W wyniku tego tworzy się synteza – nowa rzeczywistość.” Gdyby nie było rewolucji w Rosji, to nie byłoby II wojny światowej. I dlatego rewolucja marksistowska nie mogła wybuchnąć na Zachodzie i w Rosji, bo gdyby tak się stało, to nie byłoby konfliktu sprzeczności. A przecież tak nie może być.

Gąsiorowski wspomina w pewnym momencie, że Turgieniew w jednym ze swoich utworów nazwał socjalistów nihilistami. Terminu tego, tj. nihilizm, użył on w powieści Ojcowie i dzieci. Iwan Turgieniew spędził trzy lata w Berlinie, od 1838 do 1841, na studiowaniu filozofii Hegla i w dużym stopniu przyczynił się do spopularyzowania idei przewrotu w Rosji. Na tym uniwersytecie studiowali też członkowie Zakonu, czyli tajnego stowarzyszenia na Uniwersytecie Yale. Oni studiowali w latach 50-tych XIX wieku. Uniwersytet Berliński był wtedy zdominowany przez filozofię Hegla. Wygląda więc na to, że idee tam wykładane, z powodzeniem zostały przeniesione na grunt amerykański i rosyjski i to mniej więcej w tym samym czasie.

Marks o Żydach

W blogu „I RP bis” cytowałem Miszalskiego i Rolickiego, którzy pisali o tym, co tak naprawdę stanowi istotę żydostwa i jaka jest mentalność Żyda. Dopełnieniem tego niech będzie felieton Adolfa Nowaczyńskiego Marks przemilczany z jego książki Plewy i Perły z 1934 roku.

»Z okazji 50-lecia od śmierci Karola Marksa (14 marzec 1883) zamieściły nasze pisma socjalistyczne, oraz żydowskie, hebrajskie i żargonowe (jidisz – przyp. W.L.) cały szereg uroczystych artykułów, ani w jednym atoli nie ośmielono się przypomnieć Polakom i Żydom poglądów ojca „naukowego socjalizmu” na to, co najważniejsze i dzisiaj najaktualniejsze, to jest na… żydostwo.

Poglądy te wypowiada K. Marks, mając lat 26, a więc w pełni młodzieńczego, intelektualnego rozmachu.

Syn adwokata, który z żydowskiego wyznania przeszedł na protestantyzm, studia uniwersyteckie przechodzi w Bonn i w Berlinie, doktorat robi w Jenie. Mając za sobą prawo i filozofię, od razu poświęca się publicystyce radykalnej w Arnolda Rugego piśmie „Roczniki Niemieckie”, potem w „Gazecie Reńskiej”, wreszcie, gdy grunt niemiecki staje się nie bardzo bezpiecznym, przenosi się do Paryża. Jest wtedy oczywiście heglistą, ale wielki wpływ nań wywiera materializm filozoficzny modnego wówczas Ludwika Feuerbacha. W listopadzie r. 1843 żeni się Marks z chrześcijanką, szlachcianką, córką b. ministra, z Jenny von Westphalen. W początkach zaś roku 1844, wypowiada właśnie swoje poglądy na żydostwo. Wydają wtedy z Arnoldem Rugem Deutsch-Französische Jahrbücher, do współpracy wciągnąwszy Fr. Engelsa i Bruno Bauera. Marks obcuje także z Proudhonem. W „Rocznikach” drukuje: „Wstęp do heglowskiej filozofii prawa” oraz trzy artykuły o Judenfrage (Kwestia żydowska – przyp. W.L.), stale przez wszystkich marksistów przemilczane, pomijane, skrywane.

Ponieważ tedy niedawno przypomniano je w Niemczech, a w kraju, który liczy największy procent żydów nikt tego nie przypomina, przeto z trzech długich ciągów damy tutaj cytaty i maksymy co najaktualniejsze:

„Szukamy tajemnicy Żyda nie w jego religii, tylko szukamy tajemnicy religii w rzeczywistym Żydzie. Jakąż jest światowa postawa żydostwa? Oto praktyczne potrzeby, egoizm. A jaki jest jego Bóg świecki? Pieniądz”.

„Emancypacja Żydów w jej ostatecznym sensie jest to wyzwolenie się ludzkości od żydostwa. Sam Żyd już się na swój sposób wyzwolił”…

„W Wiedniu na przykład jest ledwo tolerowany, a w gruncie rzeczy, dzięki potędze swego złota, decyduje o losach całego państwa”.

„Żyd, który w najmniejszym państewku niemieckim jest poza prawem, a w gruncie rzeczy decyduje też o losach Europy”.

Gdy cechy i korporacje średniowiecza zamknęły się przed Żydami, zuchwałość przemysłowej i handlowej inicjatywy tych ostatnich kpiła sobie z samoobrony średniowiecznych instytucji” (B. Bauer: „Kwestia żydowska”).

„I to nie jest odosobnionym faktem. Żydostwo istotnie wyzwoliło się na swój sposób, nie tylko skupiwszy w swych rękach całą potęgę złota, ale przez żydostwo także i poza nim pieniądz stał się potęgą wszechświatową, a duch praktyczności żydowskiej stał się praktycznym duchem chrześcijańskich ludów”.

W tej mierze bowiem Żydzi się wyemancypowali, w jakiej chrześcijanie zżydzieli”.

Wierzący i wolny politycznie obywatel angielski (mówi np. pułkownik Hamilton) jest odmianą Laokoona, który już nie robi nawet żadnego wysiłku, aby się uwolnić ze splotów wężów, które go oplatają”.

„Mamon jest ich bożyszczem, do niego modlą się nie tylko wargami, ale wszystkimi siłami swego ciała i ducha”.

„Dla Żydów jest glob ziemski tylko jedną wielką giełdą; stąd przekonanie, że nie mają tu nic więcej na ziemi do spełnienia, jak tylko zostać bogatszymi od swych sąsiadów”.

„Oszustwo opanowało wszelkie ich myśli i jedyne, co ich podnosi wzwyż, to urozmaicenie sobie obiektów tego oszustwa” (Schacher)

„Organizacja, która by predyspozycje oszustwa, a więc możliwości oszustwa usnęła, rozbiłaby także Żydów”.

„Jeżeli Żydzi podróżują, to mają na swych plecach cały swój kram czy kontuar i rozmawiają ze sobą tylko o czynszach, o procentach, o zyskach. Jeżeli zaś przez chwilę milczą, to tylko na to, aby wywąchiwać coś u innych”.

„Praktyczne panowanie żydów nad światem chrześcijańskim osiągnęło w Ameryce Północnej tak już niedwuznaczny, normalny stopień, że nawet głoszenie ewangelii, kaznodziejstwo stało się tam artykułem handlu. Zbankrutowany kupiec „robi” tam w ewangeliach, tak jak wzbogacony ewangelik robi w interesach”.

„Żydostwo utrzymało się obok chrześcijaństwa nie tylko jako religijna krytyka chrześcijaństwa, ale w tej samej mierze dlatego, że duch praktyczno-żydowski, czyli żydostwo utrzymało się w samym społeczeństwie chrześcijańskim i nawet osiągnęło tam (w Ameryce) wysokie wydoskonalenie”.

„Industria jest czuwającym Bogiem Izraela, przy którym żaden inny Bóg nie może się ostać; przemysł poniża wszystkie bóstwa ludzkości, degraduje je i zamienia w towar”.

„Bóg Żydów stał się świeckim, stał się Bogiem wszechświata, Bogiem Żydów właściwych jest weksel; ich Bóg jest tylko iluzorycznym wekslem”.

„Nawet stosunek płciowy, stosunek mężczyzny do kobiety staje się u nich przedmiotem handlu; frymarczy się i kobietą” (Das Weib wird verschachert).

„Pozbawione podstaw i gruntu żydowskie prawodawstwo jest karykaturą religii, pozbawione podstaw i gruntu moralności i w ogóle prawa, a streszcza się tylko w tych formalnych obrządkach, jakimi otaczają świat własnych korzyści”.

Czytamy dalej jeszcze w polemice z Bauerem, co następuje:

„Sprzeczność zachodząca między polityczną potęgą Żyda w praktyce a jego prawami politycznymi jest sprzecznością między polityką a potęgą pieniądza w ogóle. Gdy fikcyjnie pierwsza stoi na drugą, w rzeczywistości stała się jej niewolnicą”.

„To co w religii żydowskiej jest abstrakcyjne, pogarda dla teorii, sztuki, historii człowieka, jako celu samego w sobie, to jest rzeczywistym świadomym stanowiskiem, cnotą tych ludzi pieniędzy (Geldmenschen)”.

„Chimeryczna narodowość Żyda to narodowość kupca, w ogóle człowieka pieniędzy”…

„Jezuityzm żydowski, ten sam praktyczny jezuityzm, który Bauer wykazuje w Talmudzie, jest stosunkiem kręgu korzyści własnej do rządzących nim praw, których chytre obchodzenie jest główną sztuką tego kręgu”…

„Żydostwo nie mogło stworzyć nowoczesności; potrafiło tylko wciągnąć nowe twory i stosunki świata w obręb swoich zabiegów, gdyż potrzeba praktyczna, której kwintesencją jest własna korzyść, zachowuje się biernie i nie rozszerza się dowolnie, lecz znajduje swoje rozszerzenie w dalszym rozwoju stosunków społecznych”…

„Chrześcijaństwo powstało z żydostwa i rozpływa się znów w żydostwie”…

Also sprach Karl Marx. (Tak mówił Karol Marks, to parafraza Also sprach Zarathustra [Tak mówił Zaratustra, również – Tako rzecze Zaratustra] – najczęściej czytana i tłumaczona praca niemieckiego filozofa Friedricha Nietzschego – przyp. W.L.)

A teraz jeszcze w jednej sprawie pogląd marksowski.

Po roku 1850 radykałowie niemieccy planowali (pod wpływem Bunsena) odbudowanie państwa polskiego po przeprowadzeniu wojny z reakcyjną, mikołajewską Rosją. I wtedy to Marks z Engelsem, zastanawiając się nad granicami przyszłej Polski i nad jej dostępem do morza, dawali jako rekompensatę za Gdańsk i Królewiec, Rygę i Mitawę. Z planem tym wypowiedzieli się w korespondencji do „New York Tribune” z lutego r. 1852, zaznaczając przy tej okazji, że w tych krajach pogranicznych, gdzie stykał się element germański z polskim, wytwórczość przemysłowa była w rękach Niemców, wymiana zaś tej wytwórczości na artykuły rolnicze stała się monopolem żydów. Ci to żydzi: „lichwiarz”, „szynkarz”, „handlarz”, mówiący strasznie zepsutym językiem niemieckim przez swoją językową asymilację do Niemców wpłynęli w „spornej sferze wpływów polsko-niemieckich” na „charakter miast”, na ich zgermanizowanie, gdyż „jeśli można już żydów zaliczyć do jakiejkolwiek narodowości, to raczej do niemieckiej aniżeli słowiańskiej”. Also sprach Karl Marx. 1852.

Stąd też szło rewizjonistyczne nastawienie w stosunku do „korytarza” całej lewicy niemieckiej i całego niemieckiego żydostwa.«

Końcówka tego felietonu pozwoli, mam nadzieję, uzmysłowić tym, którzy jeszcze nie rozumieją, skąd takie wzajemne sympatie Niemców i Żydów. I nie będą się już dziwić, że Niemcy jako sprawcy tego nieszczęścia, jakim była II wojna światowa, szybko przestali nimi być. Zastąpili ich naziści, a obecnie nazistów zastępują Polacy, dlatego mamy „polskie obozy zagłady”. Media należą do Żydów. Do nich należy też edukacja. I dlatego to oni piszą historię na nowo. Żydzi i Niemcy od wieków współpracowali ze sobą na terenach zamieszkiwanych przez Polaków. Łączył ich wspólny interes i pewna wspólnota kulturowa, bo jidisz to zepsuty niemiecki. – Siła złego na jednego.

Wizygoci

Rzeczypospolita Obojga Narodów była dziwnym tworem, bo miała dziwny ustrój, stworzony na potrzeby tego państwa czy raczej unii. Powstało wiele opracowań na temat tego ustroju i jego wad, ale trudno doszukać się jego autora czy autorów. Jedno jest pewne. Czas powstania tego ustroju, to czas reformacji, czas gdy cała szlachta i magnateria przeszły na kalwinizm. Nie było wówczas w Europie innego państwa o podobnych rozwiązaniach ustrojowych. Któż więc mógł wymyślić ten ustrój?

Ten śmieszny twór, „mocarstwo”, powstał na skutek unii lubelskiej z 1569 roku. Ale już niecałe 100 lat później, bo w 1660 roku dochodzi do jego pierwszego rozbioru. Na skutek wojen szwedzkich Rzeczypospolita traci Inflanty, Prusy uzyskują samodzielność, tarci województwo smoleńskie, czernihowskie i połowę kijowskiego (250 tys. km²). Dlaczego więc za pierwszy rozbiór uważa się ten z 1772 roku?

Charakterystycznymi cechami dla tego tworu były m.in. wolna elekcja i brak stałej armii. Natomiast najpotężniejsze rody miały własne wojska. I to te rody decydowały o polityce. Do tego dochodziło jeszcze przekonanie, że państwo było bezpieczne i nie miało wrogów. Są to cechy, które odnajduję w innym państwie, a które powstało ponad 1000 lat wcześniej i trwało niewiele dłużej (418-711) niż Rzeczypospolita Obojga Narodów. Było to państwo Wizygotów w Hiszpanii. Dosyć szczegółowo jego historię opisuje Wikipedia. Ja jednak chcę się skupić tylko na wybranych jej fragmentach.

Mapa
Królestwo Wizygotów po bitwie pod Vouille w 507 roku. Źródło: Wikipedia

W czasach rzymskich tereny obecnej Hiszpanii były prowincją Imperium. W 409 roku Pireneje przekroczyły plemiona Swebów, Wandalów i inne. W 416 roku na Półwysep dotarli Wizygoci, sprowadzeni tam prawdopodobnie przez Rzym, który chciał się pozbyć wrogich plemion germańskich. Wizygoci to lud germański, odłam Gotów. W IV wieku przyjęli arianizm. Lud ten pochodził z terenów południowej Szwecji – Gotlandii. Przewędrował wzdłuż Wisły na Bałkany, a stamtąd do Italii, południowej Francji, zwanej wtedy Galią, i w końcu do Hiszpanii. Już dwa lata później, w 418 roku, opanowali południową Galię i utworzyli królestwo Tuluzy. W 429 roku Wandalowie zostali wypędzeni do Afryki Północnej i od tego momentu Wizygoci rządzili prawie całym Półwyspem z wyjątkiem państwa Swebów w jego północno-zachodniej części. W 507 roku, po bitwie z Frankami pod Voille, w wyniku której utracili Akwitanię, zaczęli napływać do Hiszpanii. Około 526 roku przeniesiono stolicę z Tuluzy do Barcelony, a wkrótce potem do Toledo. Następne lata to walki z wrogami zewnętrznymi i z Bizancjum. Po roku 600 następuje powolny rozpad Królestwa Wizygotów. Wewnętrzne walki i spiski doprowadzają do stopniowego osłabienia autorytetu monarchy, coraz częstszych buntów i utraty poczucia jedności. W 711 roku Półwysep zaatakowały arabskie wojska Umajjadów i w ciągu siedmioletniej kampanii wojskowej pobijają prawie całe terytorium dzisiejszej Hiszpanii i Portugalii. Nastały czasy Al-Andalusu.

„Paradoksalnie, okrojenie królestwa Wizygockiego do Półwyspu Iberyjskiego i Septymanii było korzystne dla jego obronności. Państwo było wprawdzie mniejsze, ale posiadało bezpieczniejsze, naturalne granice. Z drugiej jednak strony nowe położenie ograniczało możliwości ekspansji. Po utracie na rzecz Bizancjum przyczółka w Ceucie, Wizygoci w zasadzie zaniechali prób rozszerzania swoich posiadłości poza Iberią. Miało to swoje konsekwencje w postaci zmniejszenia dóbr królewskich, którymi można by nagradzać wiernych stronników i pozyskiwać nowych. Doprowadziło to do spadku autorytetu monarszego wśród gockiej arystokracji. Był to jeden z głównych czynników, obok wygaśnięcia dynastii Alaryka, który spowodował zmianę sposobu przekazywania władzy. Od panowania Teudisa (531-548) monarchą zostawało się w drodze elekcji, przeprowadzanej przez najpotężniejszych arystokratów i być może dostojników kościelnych. Poważnymi kandydatami do objęcia tronu byli tylko inni arystokraci, co prowadziło do rywalizacji między najwyższymi warstwami społeczeństwa oraz w zasadzie uniemożliwiało powstanie dynastii.”

Podział chrześcijaństwa na państwa rządzone przez arian i katolików w 495 roku. Źródło: Wikipedia

W 476 roku upada Imperium Rzymskie i dzieli się na część wschodnią i zachodnią. Część wschodnia jest katolicka a zachodnia – ariańska. Jak to więc stało się, że część zachodnia stała się z czasem katolicka? Państwo Wizygotów było początkowo ariańskie. Wikipedia tak to opisuje:

„W momencie objęcia władzy przez Rekkareda (586-601) państwo Wizygotów znajdowało się w bardzo korzystnej sytuacji, było wewnętrznie scalone, bez poważnych wrogów zewnętrznych, a władza królewska była respektowana. Jednym z nielicznych, ale ważnych problemów, były kontrowersje religijne między arianami a katolikami, dwoma wyznaniami które współistniały w wizygockiej Hiszpanii. Kwestią sporną między nimi była nauka o Trójcy Świętej. Wizygoci w VI wieku w dużej części dochowywali wierności ariańskiej wierze swoich przodków, którzy przyjęli chrześcijaństwo pod wpływem wschodniego cesarstwa wówczas gdy arianizm był tam dominującym poglądem. Wielu jednak wybierało katolicyzm, czego dowodzi przykład autora jednego z ważniejszych źródeł do badania dziejów Wizygotów – Jana z Biclar.

Rozłam religijny stał się w VI wieku poważnym problemem, czego dowodzi bunt (579) Hermenegilda i poparcie go przez wiele regionów. Stało się tak prawdopodobnie pod wpływem pism kościoła afrykańskiego, które wówczas zaczęły napływać do Hiszpanii. Wcześniej bowiem większych sporów nie było. W 580 roku na synodzie w Toledo, pod auspicjami Leowigilda (569-586), przyjęto zmodyfikowaną wersję arianizmu, opierającą się na twierdzeniu o współwieczności i równości Syna Bożego. W przeciwieństwie do ortodoksji katolickiej, wizygocki kościół nie przypisywał takich atrybutów Duchowi Świętemu. W tej zmodyfikowanej formie doktryna ariańska była do przyjęcia dla części katolików, w tym także niektórych biskupów. Nie wiadomo, jak przedstawiały się proporcje liczbowe między wyznaniami, zarówno po, jak i przed reformą. Wydaje się jednak, że arian w porównaniu do katolików było niezbyt wielu a ich silna pozycja wynikała raczej z tego, że stanowili większość wśród ścisłej elity. Być może z tego powodu królowie obawiali się podjąć decyzję o zmianie wyznania, nawet tacy jak Leowigild, który dopiero pod koniec swojego panowania zaczął rozważać przyjęcie katolicyzmu. Jednocześnie jednak różnice religijne były największym problemem na drodze do pełnej unifikacji państwa i coraz więcej członków elity zdawało sobie z tego sprawę.

W większości germańskich państw proces zmiany religii był długotrwały, a władcy podchodzili do sprawy bardzo ostrożnie, czasem nawet ostatecznej konwersji dokonywali dopiero ich następcy. Kluczową kwestią w tej sprawie było zapewne nastawienie ariańskiej hierarchii, która wywodziła się najczęściej ze ścisłej elity i w ewentualnej zmianie wyznania obawiała się utraty swej pozycji i wpływów. W przeciwieństwie do swojego ojca Rekkared nie zwlekał ze zmianami. Ogłosił przyjęcie dogmatów katolickich w ciągu dziesięciu miesięcy po wstąpieniu na tron. Źródła podają, iż zaraz po zmianie wyznania w 587 roku król spotkał się z przedstawicielami ariańskiej hierarchii, a później do takich spotkań doszło jeszcze kilkakrotnie. Brakuje dokładnych informacji na temat tego, o czym dyskutowano na tych spotkaniach i jak przebiegały, ale patrząc na ich skutki, wydaje się, że ariańscy duchowni po prostu zaakceptowali nowe wyznanie, a utrata urzędów kościelnych przez część z nich była zapewne w jakiś sposób rekompensowana. W 589 roku w Toledo zebrał się synod, na którym obecny był król i 72 biskupów oraz wielu innych duchownych. Synod formalnie ogłosił wcześniej podjęte decyzje i oficjalnie uznał katolicyzm za wyznanie panujące w państwie Wizygotów.”

Zadziwiające! Żadnej wojny religijnej! Jak to możliwe? A duchowni ariańscy tak po prostu zrzekli się urzędów kościelnych. Trudno to wszystko zrozumieć. Wikipedia tylko w jednym miejscu wspomina o Żydach:

„W pierwszych latach rządów Sisebut (612-621) zmusił Żydów zamieszkujących jego królestwo do przyjęcia chrztu, co wywołało opór ze strony hierarchii kościelnej. Duchowieństwo wprawdzie nie skrytykowało Sisebuta otwarcie za jego życia, ale zaraz po śmierci władcy pojawiły się takie głosy i w 633 roku w Toledo odbył się synod, na którym radzono nad metodami cofnięcia tej decyzji i ich ewentualnymi skutkami. Wobec siły arystokratów, którzy popierali Sisebuta i jego działania, duchowni nie zezwolili Żydom, którzy przyjęli chrześcijaństwo, na powrót do poprzedniego wyznania, ale zatrzymali podobne praktyki.”

Trudno oczywiście zrozumieć to, co działo się wtedy na Półwyspie Iberyjskim, jeśli nie uwzględni się Żydów, którzy zapewne zamieszkiwali tam od czasów rzymskich i zapewne stanowili część arystokracji rzymskiej tamtych terenów. Za panowania Teudisa (531-548) doszło, na szerszą skalę, do mieszanych małżeństw między arystokracją rzymską a przedstawicielami najważniejszych rodów wizygockich.

»Na synodzie w Toledo z 653 roku określono również jasne zasady wyboru króla. Postanowiono że elekcja będzie przeprowadzana tylko w „mieście królewskim”, czyli w Toledo a elektorami będą biskupi i maiores palatii, czyli najwyżsi świeccy dostojnicy. W przypadku biskupów, w praktyce, w elekcji brali udział biskupi Toledo i niektórzy z ich sufraganów, gdyż zwołanie całego kleru na synod zajmowało kilka miesięcy. Sprawa miała się podobnie w przypadku arystokratów, w elekcjach uczestniczyli ci, którzy przebywali na stałe lub na dłuższy czas w Toledo lub jego okolicach. Wydaje się, że chciano w ten sposób zmarginalizować wpływ lokalnych elit, zarówno świeckich, jak i duchownych, na wybór króla. W procesie wyboru nowego władcy szczególną rolę odgrywał odtąd biskup Toledo.«

To bardzo ważna informacja. Skupienie władzy w jednym mieście i w rękach bardzo nielicznych miało decydujące znaczenie podczas arabskiego podboju Półwyspu Iberyjskiego. Końcowy okres Wikipedia opisuje tak:

„W 710 lub 711 doszło do przewrotu, w wyniku którego Roderyk pozbawił władzy Wittizę. Obalenie Wittizy różniło się dość znacznie od poprzednich detronizacji. Relacje podają, iż było ono gwałtowne, prawdopodobnie Roderyk dokonał go z użyciem siły, być może zabijając poprzednika. Nowy król dysponował poparciem choć części elit świeckich i kościelnych, ale jest raczej pewne, że grupa ta jako całość nie doszła do porozumienia, co spowodowało poważne konflikty. Na północnym wschodzie władcą ogłosił się Agila, pod którego władzą znalazły się Tarraconensis i Narbonensis. Do walk między obydwoma władcami jednak nie doszło, prawdopodobnie na skutek najazdów muzułmańskich na południe Hiszpanii. Dla Roderyka musiał to być bardziej palący problem, gdyż to przeciwko ekspedycji Tarika skierował swoje wojska. Bitwa na rzeką Guadalete (lub bitwa pod Jerez de la Frontera) między Arabami a Wizygotami skończyła się w 711 roku klęską Roderyka. Według źródeł arabskich wyprawa Tarika była jednorazowym podbojem, ale inne źródła podają, że był to szereg wyniszczających najazdów, które dopiero potem przerodziły się w zajmowanie terenów przeciwnika. Najprawdopodobniej początkowo Arabowie i Berberowie, korzystając z pomocy floty, lądowali na wybrzeżu, najeżdżali okoliczne miasta, a później wycofywali się do Afryki. Zmiana taktyki nastąpiła zapewne, gdy w gockiej elicie doszło do otwartego rozłamu, a Roderyk został zdradzony i zginął wraz z częścią spiskowców. Pozostali przy życiu możni obsadzili na tronie Oppę, prawdopodobnie syna Egiki. Ten jednak nie cieszył się koroną zbyt długo, bo muzułmanie szybko zajęli Toledo. Następnie najechali dolinę rzeki Ebro i Saragossę, a w czasie walk zginął władający północnym wschodem Agila (wskazują na to jego daty panowania zawarte w liście królów). Jego zastępcą został Ardo, który rządził w Narbonensis do 721 roku, kiedy to muzułmanie przekroczyli Pireneje i zajęli ostatnie posiadłości wizygockie.”

Z tego opisu wynika, że to było państwo z dykty, jakbyśmy to dziś powiedzieli. Skłócone elity, które w obliczu najazdu wrogiej armii nie potrafią się zjednoczyć, albo ktoś im uniemożliwia to zjednoczenie. Analizując przyczyny upadku Wikipedia pisze:

„Upadek potężnego, jak mogłoby się zdawać, królestwa Wizygotów był bardzo szybki. Historycy do dzisiejszego dnia nie są pewni dlaczego Arabom podbój ten przyszedł z taką łatwością. Wszelkie źródła historyczne z epoki podają, że był to efekt demoralizacji i zepsucia, które toczyły wyższe warstwy społeczeństwa, czyli po prostu kara boża za grzechy. Przy próbie znalezienia przyczyn upadku Wizygotów nie sposób nie zauważyć, że Arabowie mieli dużo szczęścia i trafili na bardzo sprzyjające okoliczności. Świadczy o tym choćby niewielka liczebność wojsk użytych do podboju Półwyspu Iberyjskiego, maksymalne szacunki mówią bowiem o zaledwie 7 tysiącach żołnierzy, a te bardziej ostrożne o zaledwie około 2 tysiącach.

Główną przyczyną słabości królestwa Wizygotów były elity, które zazwyczaj zgodnie wybierały i odwoływały władców. Teraz zaś były ze sobą skłócone i mocno podzielone, a ówczesny król zmagał się z kontrkandydatem, który panował nad znaczną częścią ziem monarchii. Nie można zresztą wykluczyć, że Agila nie był jedynym rywalem Roderyka, żadne źródła nie mówią o tym, co działo się w Betyce czy Galicji, a panowanie króla z Toledo nad tymi terenami jest często podawane w wątpliwość.

Problemem królestwa była także niezbyt liczna armia. W jej skład wchodziły prywatne oddziały członków elity, która była przecież nieliczna, bo składała się z około 20 rodzin, oraz ludzie zebrani przez króla z jego prywatnych ziem. Wizygoci z racji zamieszkiwania Półwyspu Iberyjskiego nie obawiali się zbytnio najazdów, z trzech stron chroniło ich przecież morze, a od północnego wschodu Pireneje. Po podbiciu ziem hiszpańskich i ustaniu większego zagrożenia ze strony Bizancjum i Franków liczna armia po prostu przestała być potrzebna. Królestwo potrzebowało bardziej sił porządkowych, zdolnych poradzić sobie z grupami bandytów i łupieżczymi wypadami Basków. Królowie Toledo zaprzestali ekspansji, nie próbowali podbijać ani północnej Afryki ani rozszerzać swoich wpływów w Galii, gdzie za konkurentów mieli zmilitaryzowane społeczeństwa państw frankijskich. Pojawienie się Arabów w Afryce Północnej i ich pierwsze wypady również nie wzbudziły w Wizygotach potrzeby rozbudowy armii. Łupieżczy charakter początkowych najazdów prawdopodobnie sprawił, że zagrożenie to mogło być traktowane na podobnej zasadzie co baskijskie.

Po śmierci króla i dużej części członków elit doszło do olbrzymiego kryzysu, który w zasadzie przesądził o zwycięstwie muzułmanów, mimo że ci nie zajęli na trwałe jakichś większych terenów ani nawet strategicznych twierdz (poza Toledo). Wybór nowego władcy był bowiem uzależniony od elekcji w gronie ścisłej elity, a ta w zasadzie przestała istnieć. Istniała jeszcze wprawdzie arystokracja regionalna, ale ludzie ci nie mogli wybierać króla i byli odsunięci od wpływu na politykę państwa, skutkiem czego koncentrowali się na sprawach lokalnych, nie przejmując się zbytnio wydarzeniami w stolicy. Poza tym różnica w skali między nimi a arystokracją dworską była olbrzymia. Lokalne elity posiadały o wiele mniejsze posiadłości i bogactwa. Nie dziwi więc, że lokalna elita nie stawiała większego oporu najeźdźcom, a wielu jej przedstawicieli weszło w układy z Arabami, chcąc zachować swoją pozycję i majątek. Wszystko wskazuje na to, że olbrzymia większość społeczeństwa wizygockiej Hiszpanii po prostu nie identyfikowała się z interesami elit i króla i nie miała najmniejszego zamiaru za nie walczyć. Była to chyba najważniejsza przyczyna upadku tego państwa.”

To ciekawe. Podboju całego Półwyspu dokonano dwoma a maksymalnie siedmioma tysiącami żołnierzy i przy skłóceniu elit, które wcześniej zgodnie wybierały i odwoływały władców. I pisze Wikipedia, że Arabowie mieli szczęście i trafili akurat na taki moment. Normalnie jakby wygrali w Lotto. Ale mieli farta!

Oczywiście Wikipedia niczego sama nie wymyśla. Korzysta z opracowań naukowych różnych historyków. To jednak tylko dowodzi tego, że obowiązuje reguła: o Żydach tylko dobrze lub wcale. W sumie więc nie pozostaje mi nic innego, jak tylko odwołać się po raz kolejny do książki Henryka Rolickiego Zmierzch Izraela (1932), by wyjaśnić o co tam chodziło:

»Zamiarem kierowników żydostwa było niewątpliwie wyzyskać przygotowany od wieków grunt w Arabii do zdobycia dla siebie olbrzymich kadr prozelitów, którzy by z mieczem w ręku uderzyli na kraje chrześcijańskie, jako przednia straż żydostwa.

Nie powiodła się wprawdzie w całości pierwsza i istotna część programu; islam zachował niezależność organizacyjną od kierowników judaizmu, lecz przesiąknięty został żydowską wyłącznością wobec obcych i nienawiścią do chrześcijaństwa. Te dwa czynniki starczyły na to, aby wojska islamu runęły na kraje chrześcijańskie, zaś żydom pozwoliły zbierać korzyści ze swych zwycięstw. Odtąd los żydów, mimo niejednokrotnych zatargów z wyznawcami Allaha, na kilka wieków sprzęgł się nierozerwalnie z ich fortuną. Dzięki islamowi powiodło się żydom naprawić klęski, będące skutkiem lekkomyślnego zniszczenia cesarstwa rzymskiego i wtargnąć ponownie do Europy.

Rozsiani wszędzie żydzi zdradą ułatwili pochody wojsk muzułmańskich. Wkrótce wskutek zdrady wpadały w ręce Arabów Cezarea (palestyńska) i Jerozolima (636 po Chr.). Za zgodą żydów i Babilonia przeszła pod panowanie kalifów arabskich. Nic dziwnego, wszak kierownictwo nie mogło pozostać odcięte od terenu ważnych wydarzeń.

Wkrótce przechodzi pod panowanie arabskie Egipt, a niebawem i cała Afryka północna.

„Stosunki między żydami, a muzułmanami w wielu krajach bardzo dobrze się ułożyły, a prawie w żadnym kraju muzułmańskim nie znano systematycznych prześladowań religijnych i przymusowych nawracań. Już za następnego kalifa, Alego, odegrali żydzi perscy niepoślednią rolę; około 90.000 żydów złożyło hołd temu monarsze i tym rozstrzygnęło na jego korzyść spór o tron po proroku”. – Majer Bałaban Historia i literatura żydowska.

Czując się tak dobrze pod rządami kalifów, mogli już żydzi z Afryki północnej spoglądać pożądliwie na europejski brzeg morza Śródziemnego, gdzie krzewiło się chrześcijaństwo, a rozsiane gęsto skupienia żydowskie pozbawione były na ogół politycznych wpływów. Szczególnie nęciła ich wzrok wizygocka Hiszpania, przedzielona jedynie wąską cieśniną od afrykańskich ziem kalifów.

Królowie Wizygotów hiszpańskich chwiali się raz po raz między katolicyzmem a arianizmem. „Żydzi wiedli pod berłem królów ariańskich żywot spokojny, ciesząc się wolnością cywilną i polityczną i piastując nawet różne urzędy”. – Henryk Graetz Historia żydów.

Katolicki król Sisebut rozkazał w r. 612 żydom opuścić kraj, pozostać zezwolił tylko tym, którzy przyjmą chrzest. Znaczna część żydów ochrzciła się, pewna liczba wywędrowała do Francji i Afryki północnej. Ale już następca Sisebuta – Swintila, nazwany przez żydów „ojcem ojczyzny”, pozwolił wychodźcom powrócić, toteż i wychrzczeni masowo wrócili do judaizmu (621-631 po Chr.).

Niebawem jednak zastosowano w stosunku do żydów, którzy z katolicyzmu przeszli z powrotem na judaizm, ten rygor, że im oraz ich potomkom odjęto prawo świadczenia w sądach, „albowiem kto się sprzeniewierzył Bogu, nie zasługuje na wiarę u ludzi”.

Za następnych królów nieufność do żydów wzrosła i żydzi znowu poczęli masowo przechodzić na katolicyzm. Za króla Hindaswinda (642-652) znowu tłumnie wracali na judaizm. I tak ten pochód mas żydowskich od judaizmu do katolicyzmu i z powrotem ściśle wiązał się zawsze z konstelacją polityczną, jakby już wówczas chcieli ustalić zasadę poreformacyjną „cuius regio eius religio”.

To pozorne przechodzenie na katolicyzm już wówczas rzuciło się w oczy króla i soborów. Próbowano różnych środków, by uchronić Kościół od potajemnych żydów, czyli jak ich nazywano, „chrześcijan judaizujących”.

Ograniczenia praw żydowskich w owym czasie uzasadniano właśnie brakiem zaufania do ich postępowania. Tymczasem nadszedł moment, w którym żydzi mogli już zrzucić maskę.

„Weszli w porozumienie ze swymi szczęśliwymi braćmi afrykańskimi, zamierzając, prawdopodobnie przy pomocy idących naprzód mahometan i niezadowolonych magnatów krajowych, obalić państwo Wizygotów (r. 694)”. – Henryk Graetz, Historia żydów.

Spisek tym razem został odkryty i winni ponieśli zasłużoną karę. Ale w kilkanaście lat potem w r. 710 „żydzi, którzy różnymi czasy wyemigrowali z Hiszpanii i ich nieszczęśni współwyznawcy na półwyspie połączyli się ze zdobywcą muzułmańskim Tarikiem, który przeprowadził z Afryki do Andaluzji żądne boju zastępy”. – Henryk Graetz Historia żydów.

„Bitwa pod Jerez de la Frontera (711) rozstrzygnęła o losach chrześcijaństwa na Półwyspie Iberyjskim. Po tym zwycięstwie wtargnęli zwycięzcy Arabowie w głąb kraju, popierani wszędzie przez żydów”. – Henryk Graetz Historia żydów.

Bramy stolicy kraju, Toledo, otwarli żydzi zdradziecko przed wrogiem (712) i urządzili pogrom chrześcijan. Fala muzułmańska rozlała się poprzez cały Półwysep Iberyjski i wtargnęła aż do Francji. Tu żydzi wydali Arabom miasto Tuluzę. Dopiero klęska wojsk arabskich między Tours a Poitiers ocaliła chrześcijaństwo.

Umocnienie się panowania islamu w Hiszpanii pozwoliło żydom na silne usadowienie się tuż u wrót znienawidzonego chrześcijaństwa. Następuje dla żydostwa okres prawdziwego rozkwitu jego wpływów ideowych i politycznych.

Dojrzewa powoli stan rzeczy, w którym kierownictwo światowe żydostwa może się przenieść z Babilonii do Hiszpanii.«

Podbój państwa Wizygotów trwał 7 lat. Wzięło w nim udział około 7 tysięcy żołnierzy, a według niektórych źródeł tylko 2 tysiące. I do tego odbyło się to prawie bez walk. Jak to było możliwe? Tak rozłożyć wielkie państwo? Było możliwe, bo się dokonało. Najpierw trzeba było zmienić wyznanie na katolickie, by Arabowie mieli odpowiednią motywację i czuli w sobie nienawiść do podbijanego narodu. Arianie nie pasowali do tej koncepcji. Następnie trzeba było skłócić między sobą elity państwa, a te najznaczniejsze skupić w jednym mieście (Toledo), by móc się ich łatwo i szybko pozbyć.

Podbój trwał tylko 7 lat, ale rekonkwista zajęła 7 wieków, bo zakończyła się dopiero w 1492 roku odbiciem przez chrześcijan ostatniego przyczółka Arabów na Półwyspie Iberyjskim.

Bezpośrednio po rozpadzie Imperium Rzymskiego jego zachodnia część była ariańska, a od pewnego momentu zrobiła się już katolicka. I nie było wojen religijnych, żadnej reformacji i podobnych wynalazków. Od czego to zależy, że raz wszystko odbywa się w sposób prawie niezauważalny, a innym razem dochodzi do wyniszczających wojen? Historia państwa Wizygotów jest bardzo pouczająca i można w niej znaleźć odpowiedzi na pytania, na które próżno szukać ich gdzie indziej. A może dzięki niej łatwiej jest zrozumieć otaczającą nas rzeczywistość: kolejny najazd muzułmanów na Europę i kto im w tym pomaga. Tak mi się przynajmniej wydaje.

III powstanie śląskie

3 maja kojarzy się nam, a przynajmniej mnie, z Konstytucją 3 maja. W tym roku obchodzimy okrągłą rocznicę. Mija 230 lat od tamtego wydarzenia. To było w 1791 roku. Gdy do tej daty dodamy 130 lat, to wyjdzie nam rok 1921. A więc 100 lat temu też wydarzyło się coś, o czym powinniśmy pamiętać. Właśnie wtedy, 3 maja, wybuchło trzecie powstanie śląskie, te najważniejsze, bo najbardziej brzemienne w skutkach. Górny Śląsk to obecne województwo śląskie i opolskie. Tak jest od 1999 roku, gdy wprowadzano reformę administracyjną. Planowano wtedy utworzyć województwo górnośląskie w jego historycznych granicach, ale na skutek veta prezydenta Kwaśniewskiego dokonano jego podziału na dwa województwa. Niemcy dzielili Śląsk na trzy części: Oberschlesien – Górny Śląsk ze stolicą w Opolu, Mittelschlesien – Średni Śląsk ze stolicą we Wrocławiu i Niederschlesien – Dolny Śląsk ze stolicą w Legnicy.

Historia Górnego Śląska, zwłaszcza ta średniowieczna jest bardzo poplątana. Co nie powinno dziwić, skoro jego władcą na przełomie XII i XIII wieku był Mieszko I Plątonogi. W 1348 zostaje on włączony do Korony Czeskiej. W 1526 roku Królestwo Czech wraz z Górnym Śląskiem dostaje się pod władzę Ferdynanda I Habsburga. W 1740 roku król pruski Fryderyk II Wielki zajmuje prawie cały Górny Śląsk. Można więc powiedzieć, że od tego momentu zaczyna się niemiecka historia Górnego Śląska. A to już się wiąże z powstaniami śląskimi.

Od tego momentu, jak pisze Wikipedia, zaczyna się etap intensywnej germanizacji, bo na ziemiach tych dominuje ludność polska. Już w 1744 roku wprowadzono zakaz używania języka polskiego w sądownictwie. W 1754 roku wprowadzono zakaz zatrudniania w szkołach nauczycieli bez znajomości języka niemieckiego, a w 1763 powszechny obowiązek nauczania tego języka we wszystkich szkołach podstawowych. W 1764 roku zwolniono wszystkich nauczycieli, którzy nie znali języka niemieckiego.

Informacja, że wprowadzono powszechny obowiązek nauczania języka niemieckiego w szkołach podstawowych jest niepełna, bo nie wynika z niej, czy automatycznie zabroniono nauki w języku polskim. W PRL-u też wprowadzono powszechny obowiązek nauki języka rosyjskiego w szkołach podstawowych w klasach V-VIII i w szkołach średnich, ale my nadal uczyliśmy się w języku polskim. Drugim językiem obcym, obowiązkowym w szkołach średnich, był język zachodni. Był to najczęściej angielski, rzadziej niemiecki i francuski. Tak było w całej Polsce, oprócz Górnego Śląska. Tam językiem zachodnim nie mógł być język niemiecki.

W 1763 roku osiedlono na Górnym Śląsku 61 tysięcy Niemców, a przez następne 40 lat około 110 tysięcy. Akcja osiedleńcza to był niewątpliwie proces zmierzający do zmiany stanu etnicznego regionu. W 1810 roku wydano zakaz używania języka polskiego w nabożeństwach odprawianych w kościołach ewangelickich. Z tego faktu można wysnuć wniosek, że spora część ludności polskiej była wyznania protestanckiego, bo gdyby to było zjawisko marginalne, to nie odprawiano by tych nabożeństw w języku polskim. Dążono więc do schematu: Polak – katolik, Niemiec – protestant. Tylko czy to był interes Niemiec jako państwa? Łatwiej przecież było zgermanizować poprzez wiarę niż język. A skoro zrezygnowano z tego, to może nie był to element polityki niemieckiej, tylko tej stojącej ponad nią. Polak – katolik, to wróg, ale Polak – protestant, to już jest problem. Czyj więc to był zamysł? A fundamentalne założenie endeckiego systemu wartości? – Polska musi być katolicka, albo wcale jej nie będzie. Cóż takiego stałoby się Polakowi, gdyby był protestantem? Czy rzeczywiście to był interes narodu polskiego, by być katolicką wyspą pośród wrogich wyznań? Łatwiej wtedy wzniecać nienawiść, prowokować konflikty i wojny. Walka z Kościołem katolickim to była walka z Polakami.

Po dojściu do władzy Ottona von Bismarcka nastąpiło zaostrzenie polityki germanizacyjnej na ziemiach polskich. W latach 1872-1874 prawie całkowicie wyrugowano język polski ze szkół. W 1876 roku wycofano ostatecznie język polski z sądownictwa i urzędów na całym obszarze państwa pruskiego. Rozpoczęła się walka z Kościołem katolickim, który podporządkowano państwu. Nastąpiło też skasowanie klasztorów. Zapewne walka ta miała wywoływać opór wśród polskiej katolickiej ludności. Nic tak skutecznie nie dzieli ludzi, jak różnice na tle religii czy wyznania. Jako mieszkaniec tej części Podlasia, w której prawosławni stanowią większość, doświadczyłem tego osobiście. Nie dziwi mnie więc niemiecka polityka na Górnym Śląsku, mająca na celu zantagonizowanie ludzi na tle religijnym. Jak wspaniale współpracowały ze sobą Prusy i Rosja w polskich sprawach. A gdyby tak Polacy w większości albo chociaż w połowie byli protestantami? Czy Prusy byłyby wtedy tak skłonne do współpracy z Rosją?

Jakoś ta germanizacja postępowała słabo, skoro ponad 70 lat od wcielenia Górnego Śląska do Prus i rozpoczęcia akcji germanizacyjnej i kolonizacyjnej procentowy udział Polaków na tym terenie wynosił 72%, a w 1848 roku niemiecki uczony Rudolf Virchow pisał:

Cały Górny Śląsk jest polski. Gdy tylko przekroczy się Stobrawę, wtedy bez znajomości języka polskiego kontakt z ludnością wiejską i biedniejszą częścią mieszkańców miast jest niemożliwy. Niewiele też pomoże tłumacz. Jest to powszechne zjawisko na prawym brzegu Odry, natomiast na lewym brzegu domieszało się już sporo elementu niemieckiego.

Po zjednoczeniu Prus z Rzeszą Niemiecką (1871), na tereny Dolnego i Górnego Śląska po raz kolejny napłynęła fala ludności niemieckojęzycznej. Jednak wydany w 1923 roku w Niemczech atlas geograficzny i demograficzny Richarda Andreego nie pozostawiał złudzeń. Ludność polskojęzyczna na Górnym Śląsku stanowiła 75% ogółu populacji. Dane te potwierdzają wcześniejsze wyniki wyborów komunalnych z 9 października 1919 roku, w których 70% ludności głosowało na listy polskie. Natomiast na obszarze Górnego Śląska, który przypadł w Plebiscycie stronie niemieckiej, podczas spisu w 1925 roku, pomimo nacisku administracyjnego i propagandy antypolskiej, 151 200 osób zadeklarowało język polski jako ojczysty (11,2% populacji niemieckiego obszaru Górnego Śląska), natomiast 384 600 osób (28,5%) podało, że posługuje się językiem niemieckim i polskim.

W XIX wieku, jak pisze Wikipedia, niemal w każdym mieście Górnego Śląska rozbudziło się życie narodowe działaczy polskich. Tak było m.in. w Bytomiu, Chorzowie, Opolu, Raciborzu, Prudniku. W latach 1871-1914 ukazywało się wiele polskich czasopism. W Chorzowie, zwanym wtedy Królewską Hutą, było ich 12, w Bytomiu – 15 (więcej niż niemieckich), w Opolu – 7, w Raciborzu – 6. Powstawały polskie drukarnie, m.in. w Oleśnie, Mikołowie, Cieszynie, Piekarach Śląskich. Podobnie było na Śląsku Cieszyńskim i na Zaolziu. Wygląda więc na to, że ta germanizacja jakaś taka bezzębna i tolerancyjna.

W tamtym czasie pojawiło się też wielu działaczy na rzecz polskości Górnego Śląska. Najbardziej znanym był chyba Wojciech Korfanty. Jego życie oraz kariera, podobne były do losów wielu Polaków z zaboru pruskiego. Ich wspólną cechą było odebranie wyższego wykształcenia w Niemczech. I często nie byli to ludzie, którzy pochodzili z zamożnych rodzin. Do nich należał Korfanty. Jego ojciec był górnikiem.

Korfanty rozpoczął naukę w niemieckiej szkole ludowej. Następnie uczęszczał do katowickiego Gimnazjum Królewskiego, w którym poznał Konstantego Wolnego, przyszłego współautora Statutu Organicznego Województwa Śląskiego i pierwszego marszałka Sejmu Śląskiego. Jego ojciec był kowalem. W 1898 roku Wolny rozpoczął studia na fakultecie medycznym Uniwersytetu Wrocławskiego, ale już na pierwszym roku zmienił kierunek na prawo. Po ukończeniu studiów (1901) pracował jako adwokat na Górnym Śląsku, angażując się jednocześnie politycznie. Po kilkuletniej praktyce sądowej zdał państwowy egzamin asesorski w Ministerstwie Sprawiedliwości w Berlinie. Wraz z Korfantym i Cyrylem Ratajskim (prezydent Poznania, minister spraw wewnętrznych w rządzie Władysława Grabskiego) był aktywny w Towarzystwie Narodowo-Demokratycznym.Gdy pojawia mi się słowo „demokracja”, „demokratyczny”, to od razu zapala mi się czerwona lampka. A więc mamy: ROAD – Ruch Obywatelski Akcja Demokratyczna, Unia Demokratyczna, Unia Wolności, Platforma Obywatelska. Po jednej stronie mamy Narodową Demokrację, a po drugiej – Piłsudskiego i jego obecny odpowiednik – PiS. Naprawdę w świecie nigdy nie dzieje się nic nowego, jak twierdził Hajle Syllasje.

Tak więc patriota, zaangażowany w przywrócenie polskości Górnego Śląska, zdaje egzamin asesorski w Berlinie – bardzo dziwne. Z chwilą wybuchu I wojny światowej zostaje prewencyjnie aresztowany i osadzony w twierdzy w Nysie. Następnie przez trzy lata odbywał służbę wojskową w armii pruskiej. Większość czasu spędził w Janowie Podlaskim. Po zdemobilizowaniu w listopadzie 1918 roku osiadł w Bytomiu. To są informacje z Wikipedii. A jak to było z tą demobilizacją? Józef Mackiewicz w swojej powieści Lewa wolna tak to opisuje:

W listopadzie 1918-go roku kordon padł. To, co potem zaczęło się na tych ziemiach, było więc praktycznie nie tyle bezpośrednio skutkiem rewolucji bolszewickiej z 7-go listopada 1917-go roku, lecz bezpośrednim skutkiem rewolucji niemieckiej z 9-go listopada 1918-go roku.

Cesarskie Niemcy pokonane zostały na zachodzie, i dnia 11-go listopada 1918-go roku zmuszone do kapitulacji i podpisania podyktowanych im przez zwycięzców warunków zawieszenia broni. Wszelako paragraf 12-ty tych warunków, który nakazywał wprawdzie Niemcom natychmiastowe wycofanie ich wojsk z Austrii, Węgier, Bułgarii i Turcji, nakazywał im jednocześnie pozostawać gdzie stali w Rosji tak długo, dopóki Alianci ich przebywanie tam będą uważać – „za pożądane ze względu na wewnętrzna sytuację tych terenów”. W ten sposób kordon regularnych wojsk niemieckich, osłaniających przed rewolucją bolszewicką od Narwy po Dniepr, miał być utrzymany w dalszym ciągu, tym razem w dyspozycji zwycięskich mocarstw zachodnich.

Ale nie stało się zadość paragrafowi 12-mu. Dwa dni przedtem, 9-go listopada, w Niemczech wybuchła rewolucja i od razu przerzucać się zaczęła na wojska polowe. Zwoływano mityngi, powstawały „Rady żołnierzy”, gdzieniegdzie zrywano oficerom epolety, odznaki bojowe, krzyże. Wiele oddziałów z czerwonymi kokardami na mundurach, wypowiadało posłuszeństwo dowódcom, demonstracyjnie ruszyło do domów. Kordon wschodni zaczął się kruszyć, łamać i odtaczać w bezładzie na zachód. Tylko najbardziej zdyscyplinowane jednostki zatrzymały się gdzieś na linii Niemna.

O jakiej więc tu demobilizacji mowa? Janów Podlaski to jest dokładnie ten rejon, o którym pisze Mackiewicz. Od stycznia 1919 roku Wolny pełnił funkcję pierwszego prezesa Śląskiej Dzielnicy Polskiego Towarzystwa Gimnastycznego „Sokół”. To bardzo ważna funkcja. „Towarzystwo gimnastyczne” – to brzmi bardzo niewinnie, ale o tym w dalszej części bloga. Teraz wypada nam wrócić do Korfantego.

W gimnazjum Korfanty założył tajne koło, którego celem było szerzenie kultury polskiej i znajomości literatury. Za negatywne wyrażanie się o Ottonie von Bismarcku został w sierpniu 1895 relegowany z klasy maturalnej, którą ukończył w grudniu tego roku, jako ekstern, po interwencji Józefa Kościelskiego, posła do Reichstagu z Wielkopolski. Jeszcze w tym samym roku rozpoczął studia na politechnice w Charlottenburgu (dzielnica Berlina).

Kim więc był Korfanty, skoro interweniuje w jego sprawie poseł do Reichstagu? Józef Kościelski (1845-1911), jak podaje Wikipedia, arystokrata, poeta, dramaturg, wielkopolski działacz polityczny, mecenas sztuki i filantrop. W 1881 roku ożenił się z Marią Bloch, córką bogatego finansisty warszawskiego, Jana Gotliba Blocha. Utrzymywał przyjacielskie stosunki z ks. Wilhelmem, pruskim następcą tronu, późniejszym cesarzem Wilhelmem II. Reprezentował linię polityczną ugody z rządem pruskim.

Jesienią 1896 roku Korfanty przenosi się na Królewski Uniwersytet we Wrocławiu. Studiował na Wydziale Filozoficznym. Studia przerwał na dwa lata, by zarobić pieniądze na dalszą edukację. Zatrudnił się jako korepetytor u litewskiego arystokraty Witolda Jundziłły. Następnie ponownie podjął studia na tym samym wydziale. Zajęcia z ekonomii politycznej miał u profesora Wernera Sombarta, z którym jeszcze przez wiele lat utrzymywał kontakty. Sombart był Żydem, o czym Wikipedia nie wspomina. To ten sam Sombart, którego cytuję w swoich blogach. Ostatnio w blogu „Imperium”. Widać więc, że Korfantym, jeszcze jako młodzieńcem, pochodzącym z dołów społecznych, zaopiekowali się możni ówczesnego świata.

11 września 1902 roku uczestniczy w spotkaniu mającym na celu reaktywację Towarzystwa Gimnastycznego „Sokół” w Katowicach. Na zebraniu wybrano go większością głosów na prezesa tej organizacji. Korfanty udzielał się w „Sokole” również po 1918 roku. Zwłaszcza w okresie przygotowań do powstań śląskich i plebiscytów. Skoro tak aktywnie udzielał się w tym okresie, to znaczy, że były to organizacje paramilitarne, które pod pozorem rozwijania kultury fizycznej przygotowywały się do walk zbrojnych. Podstawowa działalność była jak najbardziej autentyczna, bo wojsko, w takiej czy innej formie, musi być sprawne fizycznie, zdrowe i wytrzymałe. A poza tym takie organizacje zespalały ludzi, uczyły ich współdziałania i współpracy. W potrzebie wystarczyło tylko dostarczyć broń. Pierwsza organizacja sokolska powstała w 1867 roku we Lwowie. Następnie pojawiły się one w całym zaborze pruskim. Wzory przychodziły z Niemiec i Austrii. W organizacjach tych skupiali się ludzie o poglądach endeckich. Teraz jest bardziej zrozumiałe, dlaczego wpływy endecji w II RP ograniczały się do ziem zaboru pruskiego.

Korfanty był w latach 1903-1912 i 1918 posłem do Reichstagu oraz pruskiego Landtagu (1903-1918), w którym przystąpił do Koła Polskiego, podczas gdy śląscy Polacy przystępowali do Niemieckiej Partii Centrum (Zentrum). W 1905 roku zainicjował w Katowicach wydawanie pisma górnośląskiej endecji „Polak”, którego był redaktorem naczelnym i właścicielem.

6 czerwca 1918 roku wygrał wybory uzupełniające do Reichstagu z prawie dwukrotną przewagą nad swoim niemieckim konkurentem. Pomimo że opowiadał się za oderwaniem od Cesarstwa Niemieckiego Śląska, Wielkopolski i części Pomorza, zyskał nawet poparcie Niemców. W latach 1918-1919 był członkiem Naczelnej Rady Ludowej będącej rządem Wielkopolski podczas powstania wielkopolskiego. W 1920 roku był Polskim Komisarzem Plebiscytowym na Górnym Śląsku. Po niekorzystnej dla Polaków interpretacji wyników plebiscytu, proklamował i stanął na czele III powstania śląskiego. Jego decyzje były dziwne i niezrozumiałe. Korfanty nie wierzył w powodzenie powstania, widząc w nim jedynie zbrojną manifestację, która miała polegać na zwróceniu uwagi Komisji Międzysojuszniczej mającej dokonać podziału terenu plebiscytowego pomiędzy Polskę i Niemcy. Dlatego zarządził wstrzymanie walk jeszcze w czasie, gdy inicjatywa na froncie należała do Polaków. Zupełnie tak samo jak Piłsudski w 1920 roku albo w czasie Bitwy na Bzurą w 1939 roku. No to jaka była różnica pomiędzy endekami i piłsudczykami? Czy naprawdę chodziło o Polskę, czy o realizację celów swoich mocodawców? Bo to, że Korfanty też miał takich, to chyba nie ulega wątpliwości, po tym, co powyżej napisałem. Piłsudczycy mieli swoich, a endecy swoich. I nie zdziwiłbym się, gdyby to byli ci sami.

Obrońcy Korfantego twierdzą, że Polacy mieli przewagę w starciach z bojówkami nacjonalistycznymi, ale nie mieliby żadnych szans z regularną armią niemiecką, zaś ostateczną decyzję w sprawie Górnego Śląska i tak podjęła Komisja Międzysojusznicza niezależnie od wyników walk, które mogły stanowić jedynie argument posiłkowy. To wszystko jednak nie zmienia faktu, że utrata inicjatywy powstańców nastąpiła dopiero po decyzjach Korfantego.

Te wszystkie fakty, które przytaczam czerpię z Wikipedii. Jeśli więc Wikipedia pisze, że obrońcy Korfantego twierdzą, że powstańcy nie mieliby szans z armią niemiecką, to ja się pytam: a skąd miałaby się tam wziąć armia niemiecka? Wojsko niemieckie zostało wycofane po pierwszym powstaniu. Na teren plebiscytowy weszły wojska alianckie: angielskie, włoskie i francuskie.

Były trzy powstania śląskie:

  • I powstanie śląskie od 16 sierpnia do 24 sierpnia 1919 roku
  • II powstanie śląskie od 20 sierpnia do 25 sierpnia 1920 roku
  • III powstanie śląskie od 3 maja do 5 lipca 1921 roku

Pierwsze powstanie przygotowała polska, nielegalna organizacja wojskowa – Polska Organizacja Wojskowa Górnego śląska (POW GŚ). Skierowane było przeciwko niemieckiej administracji i niemieckim właścicielom zakładów przemysłowych. Nie miało ono jasno sprecyzowanych celów i walczono przeciw oddziałom regularnej armii niemieckiej. Słabość polskich oddziałów i brak koordynacji ich działań spowodował jego upadek. Teren walk objął tylko powiaty południowo-wschodnie: rybnicki, pszczyński, bytomski i katowicki.

Drugie powstanie przygotowano staranniej i w krótkim czasie powstańcy opanowali cały górnośląski okręg przemysłowy, z wyjątkiem większych miast, w których stacjonowały wojska alianckie lub silnie oddziały niemieckiej policji bezpieczeństwa. Powstanie zakończyło się po uzyskaniu zapewnień o likwidacji tej policji i powołaniu w jej miejsce polsko-niemieckiej policji plebiscytowej.

Trzecie powstanie było najważniejsze a przyczyną jego wybuchu były wyniki Plebiscytu i ich interpretacja. Dlatego wypada zacząć od niego. Odbył się on w dniu 21 marca 1921 roku. Objął on 1573 gminy prowincji górnośląskiej w powiatach: bytomskim, katowickim, gliwickim, tarnogórskim, rybnickim, pszczyńskim, strzeleckim, opolskim, lublinieckim, kozielskim, kluczborskim, głubczyckim i części powiatu prudnickiego. Głosowano też w niewielkiej części powiatu namysłowskiego, leżącego historycznie i administracyjnie na Dolnym Śląsku. W głosowaniu udział wzięło 1 190 846 uprawnionych. Frekwencja była więc prawie stuprocentowa (głosowało ok. 98% uprawnionych). W wyniku podliczenia głosów w sposób globalny za Polską opowiedziało się 40,4%, a za Niemcami 59,5% uprawnionych do głosowania. Zgodnie z traktatem wersalskim wyniki głosowania powinny być liczone gminami, a nie powiatami, jak to uczyniono. Taki sposób liczenia był korzystniejszy dla Niemców. Gdyby liczono gminami, to wynik byłby 45,1%.

Sposób obliczania wyników głosowania gminami byłby korzystniejszy dla strony polskiej i doprowadziłby do przyłączenia tych gmin do Polski z pozostawieniem gmin głosujących w większości za Niemcami po stronie niemieckiej – od strony technicznej było to jednak utrudnione, gdyż gminy propolskie często tworzyły enklawy wśród gmin proniemieckich i na odwrót.

Źródło: Wikipedia

W pewnym sensie była to kwadratura koła i trudno było znaleźć korzystne dla obu stron rozwiązanie. Komisja Międzysojusznicza przedstawiła dwie propozycje: angielsko-włoską i francuską. Pierwsza zakładała oddanie stronie polskiej tylko niewielkiej części: część powiatu pszczyńskiego, część powiatu rybnickiego i część powiatu katowickiego. Druga – francuska, proponowała oddanie Polsce wszystkich powiatów wschodnich z całym okręgiem przemysłowym.

Kompromisu nie zdołano osiągnąć i przewodniczący Komisji Międzysojuszniczej przesłał Radzie Najwyższej w dniu 30 kwietnia 1921 wykluczające się projekty:

  • proniemiecki, projekt angielsko-włoski (tzw. linia Percival-De Marinis)
  • propolski, projekt francuski (tzw. linia Le Ronda, pokrywająca się z tzw. linią Korfantego).

Plany te, za sprawą Wojciecha Korfantego, polskiego komisarza w Komisji Międzysojuszniczej, przedostały się do opinii publicznej. Stało się to powodem wielkich strajków, w których wzięło udział prawie 190 tys. osób oraz polskiej interwencji dyplomatycznej. Polska propozycja opowiadała się za podziałem Górnego Śląska wzdłuż linii Korfantego. Było to zgodne z propozycją francuską. W związku z tym, że dalsze postanowienia nie były korzystne dla Polaków, Wojciech Korfanty, wbrew zakazowi Warszawy, wydał w dniu 3 maja 1921 roku rozkaz o rozpoczęciu III powstania śląskiego. Był jego dyktatorem.

Przebieg powstania dzieli Wikipedia na cztery fazy:

  • Pierwsza (3-10 maja) – powstańcy opanowali tereny zakreślone „liną Korfantego”.
  • Druga (11-20 maja) – umocnili się na zdobytych rubieżach, broniąc łańcucha opanowanych miejscowości.
  • Trzecia (21 maja – 6 czerwca) – gwałtowne walki podczas kontrakcji niemieckiej. Wtedy to rozegrała się bitwa o Górę Świętej Anny, którą powstańcy utracili, podobnie jak Kędzierzyn, ale nie dopuścili do przerwania linii frontu i wtargnięcia Niemców w głąb okręgu przemysłowego; na południowym odcinku frontu bitwa pod Olzą.
  • Czwarta (7-24 czerwca) – ustanie walk i rozpoczęcie pertraktacji przy pośrednictwie aliantów. Polacy I Niemcy stopniowo wyprowadzali swoje oddziały z terenu plebiscytowego.

Powyższe informacje są sprzeczne z informacjami z zamieszczonej powyżej mapy. Linia opisana, jako wyznaczająca zawieszenie broni 10.05.1921, nie obejmuje Góry Świętej Anny i Kędzierzyna utraconych w fazie trzeciej pomiędzy 21 maja a 6 czerwca. Nie ma też w opisie powstania przez Wikipedię informacji o wstrzymaniu działań przez Korfantego, które podaje pod hasłem „Wojciech Korfanty”. Można jednak z tych opisów wywnioskować, że Korfanty wstrzymał działania na linii zwanej linią Korfantego. Zajął więc więcej niż połowę całego Górnego Śląska i zatrzymał się. Przestraszył się, czy upomnieli go jego mocodawcy?

W blogu „Marzec ’68” pisałem o wojnie sześciodniowej 1967 roku i o tym jak wojska ONZ usunęły się z Półwyspu Synaj, by Żydzi mogli skopać tyłki Arabom. Cyrk! Nieprawdaż? Ale w takim razie, jak nazwać to, co działo się na Górnym Śląsku czasu Plebiscytu? Walczą ze sobą dwa wojska, bo jak je nazwać, skoro oddziały, po obu walczących stronach, zorganizowane są na wzór wojskowy i dowodzą nimi zawodowi wojskowi? I jednocześnie stacjonują tam wojska alianckie: angielskie, francuskie i włoskie. I po co one tam są? Piją herbatkę, wino i opychają się makaronem? To już nie cyrk, to kabaret! Kiedy pisałem blog o „Marcu ’68”, to, opisując sytuację na Półwyspie Synaj, myślałem, że dostrzegłem szczyt absurdu. Jak bardzo się myliłem! Człowiek uczy się całe życie, odkrywa nieznane sobie fakty, a i tak umiera głupi.

Ostatecznie Międzysojusznicza Komisja Rządząca i Plebiscytowa na Górnym Śląsku podjęła 12 października 1921 roku decyzję o jego podziale. Polsce przypadła 1/3 jego terytorium 50% hutnictwa i 76% kopalń węgla. Rada Ambasadorów zaakceptowała tę decyzję 20 października 1921 roku.

Korfanty był jednym z założycieli Frontu Morges (założony w celu walki z sanacją). W kwietniu 1939 roku powrócił do kraju i został aresztowany i osadzony na Pawiaku. Stan jego zdrowia pogarszał się i w związku z tym sędzia śledczy podjął 20 lipca decyzję o jego zwolnieniu. 11 sierpnia przeszedł operację. Jeden z chirurgów, którzy go operowali stwierdził, że owrzodzenia wątroby przypominały uszkodzenia typowe dla zatrucia arszenikiem. Korfanty zmarł nad ranem 17 sierpnia 1939 roku. Cóż można by rzec? Murzyn zrobił swoje i murzyn może odejść. Tak zapewne orzekli jego mocodawcy. Za dużo wiedział i już był niepotrzebny? Ale jego rodzinie pomogli. Skąd taka troska o żonę i dzieci, które zamieszkały w USA? Czyżby pani Elżbieta była Żydówką? Sądząc po tym, jak potoczyły się jej losy po śmierci męża, to chyba tak.

Korfanty został pochowany w grobowcu rodzinnym w Katowicach. Jego żoną była Elżbieta Szprot lub Sprot. Gdy poznała Korfantego była ekspedientką w domu towarowym braci Barasch w Bytomiu. – tak informuje Wikipedia.

Dzień po pogrzebie rodzina wyjechała do Warszawy. We wrześniu 1939 roku postanowili uciec na wschód. Rodzina rozdzieliła się. Kobiety, w tym Elżbieta, oraz dzieci 17 września 1939 roku trafiły w ręce Sowietów wkraczających na ziemie polskie. Po okresie życia w ukryciu w leśniczówce wróciły do Warszawy. Przedostali się do Krakowa, następnie do Wiednia. Pociągiem przez Rzym pojechali do Paryża. Wraz z grupą rodzin członków rządu na uchodźstwie zamieszkali w majątku pod Angers. Następnie popłynęli statkiem do Wielkiej Brytanii. Elżbieta, jako jedyna z rodziny Korfantych, wróciła w 1947 roku do Polski. Zamieszkała z siostrami w Katowicach przy ulicy Szafranka 9. – Tak to opisuje Wikipedia. Jak możliwe były takie eskapady przez całą Europę, takie swobodne przekraczanie granic i gościnność rządu na uchodźstwie dla ludzi z przeciwnego obozu politycznego?

Po wojnie Elżbieta Korfantowa pobierała emeryturę dla zasłużonych (tzw. renta nadzwyczajna). W jej pozyskaniu pomógł jej Karol Estreicher (Kto zacz? – można wyszukać w Wikipedii.). To ciekawe, że w PRL-u zasłużonymi mogli być ci, których oficjalnie uznawał on za swoich wrogów ideologicznych. A jednocześnie istniały w PRL-u emerytury z tzw. starego portfela. To były bardzo niskie, by nie powiedzieć, głodowe emerytury. Otrzymywali je ludzie, którzy część swojego zawodowego życia przepracowali w okresie przedwojennym. Tak PRL karał tych, którzy mieli pecha urodzić się w niewłaściwym czasie. Ale nie wszystkich tak karał. Niektórych wynagradzał.

Mówi się, że powstanie wielkopolskie i powstania śląskie, szczególnie trzecie, zakończyły się zwycięstwem, w odróżnieniu od powstań w zaborze rosyjskim. Powstania w zaborze pruskim wybuchły w tym samym czasie. Czy to był przypadek?To był koniec wojny, Niemcy osłabione. Dobry moment, chciałoby się powiedzieć. Dobry moment, by upokorzyć Niemcy, by chciały w przyszłości odwetu. W końcu alianci zadecydowali w sprawie Górnego Śląska tak, jak chcieli. A chcieli tak, by jedni wyszli na bohaterów, a drudzy pałali żądzą odwetu. Gdyby chcieli, to mogliby to walczące towarzystwo rozgonić albo nie dopuścić do walk. Mieli przecież wojsko. Ale wtedy nie byłoby bohaterów i tych chcących odegrać się. Mam wrażenie, że polityka jest sztuką tworzenia konfliktów, a nie ich usuwania.

Tak więc wychodzi mi na to, że te powstania, które uważamy za zwycięskie, były takimi, ale tylko dlatego, że ktoś wcześniej postanowił, że takimi mają być, tak jak ktoś wcześniej postanowił, że pozostałe „polskie” powstania mają być przegranymi. Nie ma w polityce miejsca na spontaniczność. Wszystko jest z góry zaplanowane. Czy da się w jakiś sposób udowodnić takie twierdzenie? Jeszcze do niedawna byłoby to niemożliwe i wszystko musiałoby pozostać w sferze domysłów. Jednak od roku mamy dowód na to, że w polityce nie ma przypadków, że wszystko jest wcześniej planowane, znacznie wcześniej niż nam się wydaje. „Pandemia” jest tego dowodem. Na bieżąco widzimy też, jak planują nam kolejne fale zakażeń, a następnie je wygaszają, jak planowo niszczą gospodarkę, a później tworzą fundusze odbudowy. Tu nie ma miejsca na przypadek i spontaniczność. A skoro tak, to znaczy, że i wcześniej nic nie działo się przypadkiem. A więc wszystkie te wojny, rewolucje, powstania ktoś wcześniej planował. Któż to mógł być?

Czym więc było III powstanie śląskie? Wywołał je człowiek, który, jeśli nie był masonem, to był od nich zależny. Zajął połowę Górnego Śląska i wstrzymał działania? Ostatecznie Polsce przyznano około 1/3 spornego obszaru. Czy gdyby nie było tego powstania, to podział byłby inny? Czy Komisja Międzysojusznicza rzeczywiście była podzielona w kwestii podziału Górnego Śląska, czy tylko stwarzano takie pozory?

Konstytucja

3 maja to święto Konstytucji uchwalonej 3 maja 1791 roku. A więc w tym roku przypada okrągła rocznica. To już 230 lat mija. Chlubimy się tym, że była to pierwsza w Europie i druga na świecie, po konstytucji amerykańskiej z 1787 roku, spisana konstytucja. Czy rzeczywiście jest to powód do dumy? Jej celem była naprawa wadliwego ustroju Rzeczypospolitej Obojga Narodów opartego na wolnej elekcji i demokracji szlacheckiej.

Tekst Konstytucji jest dostępny na stronie sejmowej, więc każdy zainteresowany może zapoznać z nim. Możemy m.in. wyczytać, że dynastią panującą miała być dynastia saska. Chłopi nadal w praktyce pozostawali niewolnikami, natomiast wszyscy przybywający i ci powracający mogli cieszyć się pełną wolnością. Ponad 70% narodu zostało potraktowane gorzej niż obcy. I jeszcze to idiotyczne uzasadnienie, że dla zamknięcia na zawsze wpływów mocarstw zagranicznych, elektor saski w Polsce królować będzie. Poniżej rozdział IV i VII:

IV. Chłopi i włościanie

Lud rolniczy, spod którego ręki płynie najobfitsze bogactw krajowych źródło, który najliczniejszą w narodzie stanowi ludność, a zatem najdzielniejszą kraju siłę, tak przez sprawiedliwość, ludzkość i obowiązki chrześcijańskie, jako i przez własny nasz interes dobrze zrozumiany, pod opiekę prawa i rządu krajowego przyjmujemy, stanowiąc, iż odtąd jakiebykolwiek swobody, nadania lub umowy dziedzice z włościanami dóbr swoich autentycznie ułożyli, czyliby te swobody, nadania i umowy były z gromadami, czyli też z każdym osobno wsi mieszkańcem zrobione, będą stanowić wspólny i wzajemny obowiązek, podług rzetelnego znaczenia warunków i opisu zawartego w takowych nadaniach i umowach, pod opiekę rządu krajowego podpadający. Układy takowe i wynikające z nich obowiązki, przez jednego właściciela gruntu dobrowolnie przyjęte, nie tylko jego samego, ale i następców jego lub prawa nabywców tak wiązać będą, iż ich nigdy samowolnie odmieniać nie będą mocni. Nawzajem włościanie jakiejkolwiek bądź majętności od dobrowolnych umów, przyjętych nadań i z nimi złącznych powinności usuwać się inaczej nie będą mogli, tylko w takim sposobie i z takimi warunkami, jak w opisach tychże umów postanowione mieli, które, czy na wieczność, czyli do czasu przyjęte, ściśle ich obowiązywać będą. Zawarowawszy tym sposobem dziedziców przy wszelkich pożytkach od włościan im należących, a chcąc jak najskuteczniej zachęcić pomnożenie ludności krajowej, ogłaszamy wolność zupełną dla wszystkich ludzi, tak nowo przybywających, jak i tych, którzy by, pierwej z kraju oddaliwszy się, teraz do ojczyzny powrócić chcieli, tak dalece, iż każdy człowiek do państw Rzeczypospolitej nowo z którejkolwiek strony przybyły lub powracający, jak tylko stanie nogą na ziemi Polskiej, wolnym jest zupełnie użyć przemysłu swojego, jak i gdzie chce, wolny jest czynić umowy na osiadłość, robociznę lub czynsze, jak i dopóki się umówi, wolny jest osiadać w mieście lub na wsiach, wolny jest mieszkać w Polsce lub do kraju, do którego zechce, powrócić, uczyniwszy zadosyć obowiązkom, które dobrowolnie na siebie przyjął.

VII. Król, władza wykonawcza

Tron Polski elekcyjnym przez familje (rodziny, rody, dynastie) mieć na zawsze chcemy i stanowimy. Doznane klęski bezkrólewiów, perjodycznie rząd wywracających, powinność ubezpieczenia losu każdego mieszkańca ziemi Polskiej i zamknięcie na zawsze drogi wpływów mocarstw zagranicznych, pamięć świetności i szczęścia ojczyzny naszej, za czasów familij ciągle panujących, potrzeba odwrócenia od ambicji tronu obcych i możnych Polaków, zwrócenia do jednomyślnego wolności narodowej pielęgnowania, wskazały roztropności naszej oddanie tronu polskiego prawem następstwa. Stanowimy przeto, iż po życiu, jakiego nam dobroć Boska pozwoli, elektor dzisiejszy Saski w Polsce królować będzie. Dynastja przyszłych królów polskich zacznie się na osobie Fryderyka Augusta, dzisiejszego elektora Saskiego, którego sukcesorem de lumbis (legalnie zrodzonym, z prawego łoża) z płci męskiej tron Polski przeznaczamy. Najstarszy syn króla panującego po ojcu na tron następować ma. Gdyby zaś dzisiejszy elektor Saski nie miał potomstwa płci męskiej, tedy mąż przez elektora, za zgodą stanów zgromadzonych córce jego dobrany, zaczynać ma linią następstwa płci męskiej do tronu Polskiego. Dla czego Marię Augustę Nepomucenę, córkę elektora, za infantkę Polską deklarujemy, zachowując przy narodzie prawo, żadnej preskrypcj (ograniczeniu) podpadać nie mogące, wybrania do tronu drugiego domu po wygaśnięciu pierwszego.

Trudno powiedzieć, czy ci, którzy ją pisali i zatwierdzali, wierzyli w to, że ona wejdzie w życie. Wszak była ta konstytucja dziełem masonów i wcale się z tym nie kryli, o czym świadczy medal wybity w 1791 roku z okazji uchwalenia Konstytucji 3 maja.

Źródło: Wikipedia

Zastanawiając się nad tą Konstytucją i przyczynami, dla których zdecydowano się na naprawę ustroju, nie sposób nie zadać sobie pytania: Kto i po co stworzył tak idiotyczny ustrój jak demokracja szlachecka? To był ustrój Rzeczypospolitej Obojga Narodów. Stworzono go właśnie na potrzeby tego państwa. Filarami demokracji szlacheckiej były:

  • liberum veto
  • wolna elekcja
  • konfederacja

Połączono ze sobą dwa różne państwa, o różnych stopniach rozwoju gospodarczego i kulturowego, o odmiennych, wrogich sobie wyznaniach. Jakby ktoś z góry sobie zaplanował, że będzie to obszar, na którym będzie można realizować swoje ukryte cele. No bo, po co połączono te dwa, tak różne, państwa? Po to, by 100 lat później dokonać pierwszego rozbioru? Tak się stało po wojnach szwedzkich. W wyniku wojny ze Szwecją Rzeczpospolita traci:

  • Prusy: uzyskują samodzielność
  • Inflanty

W wyniku wojny z Rosją Rzeczpospolita traci:

  • województwo smoleńskie
  • województwo czernihowskie
  • połowę województwa kijowskiego (250 tys. km kwadr.)
  • Zaporoże zostaje uznane za kondominium Polski i Rosji

Jeśli to nie jest rozbiór, to co to jest? Rzeczypospolita staje się terenem ścierania interesów różnych państw, które starają się je realizować poprzez swoich stronników. W 1764 roku dochodzi do wojny domowej po śmierci Augusta III Sasa. Walczą ze sobą dwa stronnictwa: stronnictwo sasko-republikańskie (hetmańskie) Branickiego i Radziwiłła Panie Kochanku z obozem Familii, wspieranym przez Rosję. Stronnictwo hetmańskie opowiedziało się za przeprowadzeniem wolnej elekcji, nie wyłączając żadnego kandydata do tronu. Opowiedziało się ono również za utrzymaniem obowiązującego ustroju. Stronnictwo Familii popierało Stanisława Augusta Poniatowskiego i dążyło do zmiany ustroju, nawet na drodze zamachu stanu.

Wyborem króla miał się zająć sejm konwokacyjny, zwoływany przez prymasa w czasie bezkrólewia. Zanim jeszcze doszło do jego zwołania, hetman wielki litewski Michał Józef Massalski za 40 tys. rubli wpuścił w 1764 roku wojska rosyjskie do kraju. Któż więc dbał o bezpieczeństwo tego kraju? Jeśli jakiś hetman decyduje o tym, czy wpuścić obce wojska do kraju, to to jest kabaret, a nie państwo! Wojska mieli hetmani. A państwo? Co miało państwo? I ci hetmani, mający prywatne wojska, walczyli między sobą o to, kto zostanie marionetkowym królem tego śmiesznego państwa.

Wybory na sejmikach przedkonwokacyjnych nie dały przewagi żadnemu ze stronnictw. Dochodziło do starć zbrojnych. Obie strony liczyły, że uzyskają przewagę na sejmiku generalnym w Grudziądzu. Ale sejmik ten, otoczony przez wspierających Andrzeja Poniatowskiego (brat Stanisława) żołnierzy rosyjskich, nie doszedł do skutku.

Na Radzie Senatu w Warszawie Hetman Branicki i grupa senatorów bezskutecznie żądali od przekupionego przez Rosjan prymasa Władysława Aleksandra Łubieńskiego, by odroczył sejm konwokacyjny z powodu obecności wojsk obcych, podwójnego wyboru posłów i niedojścia do skutku sejmiku generalnego pruskiego i by zwołał pospolite ruszenie. Z kolei Familia wysłała list pokorny do Katarzyny II, w którym wyrażała wdzięczność za przysłanie wojsk rosyjskich.

Na sejm konwokacyjny Radziwiłł Panie Kochanku przybył w towarzystwie około 7 tysięcy ludzi, a Czartoryscy mieli ich około 4 tysięcy. Wojsko rosyjskie ściągnęło do stolicy armaty. 7 maja 1764 roku żołnierze rosyjscy i z ci oddziałów Familii obsadzili Zamek Królewski, w którym miał obradować sejm konwokacyjny, i prowadzące do niego ulice oraz Krakowskie Przedmieście. Obecni byli oni przy wejściu do sali obrad, a nawet zajęli miejsca dla publiczności.

Uczestnikami sejmu konwokacyjnego byli tylko stronnicy Familii, gdyż stronnicy partii hetmańskiej wycofali się z Warszawy 7 maja. Sejm konwokacyjny był sejmem skonfederowanym. Przeprowadził on reformy zmieniające ustrój Rzeczypospolitej.

7 sierpnia Prusy i Rosja wydały deklarację zalecającą wybór stolnika litewskiego Stanisława Poniatowskiego. 27 sierpnia rozpoczął się sejm elekcyjny.  Oddziały rosyjskie odsunięto na 3 mile od stolicy, porządku w mieście strzegło kilka tysięcy żołnierzy Czartoryskich na żołdzie cesarzowej rosyjskiej. Stanisław August Poniatowski, znienawidzony przez większość szlachty, został wybrany królem Polski jedynie przez 5584 elektorów. Było to około 1/5 wszystkich elektorów. Natomiast w obradach sejmu uczestniczyło tylko 80 posłów, a powinno 300 oraz 7 senatorów zamiast 136.

Sejm konwokacyjny dokonał zmiany ustroju. Zlikwidował m.in. liberum veto w sprawach dotyczących podatków i skarbu, wprowadził zakaz przysięgania posłów na instrukcje poselskie, zlikwidował Sejm Czterech Ziem, ograniczył liczebność wojsk magnackich do 300 żołnierzy, zlikwidował cła prywatne, wprowadził cło generalne do skarbu państwowego. Wprowadził jeszcze wiele innych pożytecznych zmian. Cóż z tego, skoro sejm repninowski, obradujący w latach 1767-68 anulował wszystkie te zmiany i przywrócił stan poprzedni. Tyle są warte reformy przeprowadzane w kraju, który jest całkowicie uzależniony od sąsiadów, szczególnie tych, których wojska przebywają na terenie takiego kraju.

Konfederacja barska (1768-72), skierowana przeciwko królowi i wojskom rosyjskim, staje się zapewne pretekstem do I rozbioru. Później mamy prawie 20 lat spokoju. I nagle państwo atrapa zdobywa się na wyjątkowe rozwiązania: Sejm Czteroletni (1788-92) i Konstytucja 3 maja. Dlaczego akurat wtedy, gdy podobne rozwiązania wprowadzono, na krótko, na sejmie konwokacyjnym 1964 roku? Chyba tylko po to, by Prusy i Rosja miały wytłumaczenie, by nie interweniować we Francji czasu rewolucji.

Dziś 3 maja, z racji Konstytucji, jest świętem narodowym, tylko jakiego narodu? – chciałoby się zapytać. Co z tego, że paru masonów napisało jakąś konstytucję, której i tak nie można było wprowadzić w życie z tej prostej przyczyny, że państwo, którego miała dotyczyć nie było niepodległe i nie miało środków do tego, by tego dokonać. Państwo, które było zlepkiem udzielnych księstw paru magnatów, dysponujących własnym wojskiem. Państwo, które było parodią państwa i pośmiewiskiem na całą Europę. I nie ma powodu, by się obrażać. Polska, jako państwo i naród została, poprzez tę idiotyczną unię polsko-litewską, unicestwiona. Wielkie Księstwo Litewskie i jej rody zdominowały Koronę. Element wschodni i inny, napływowy, zyskał przewagę. Z dawnej Polski niewiele pozostało. Może tylko język.

Konstytucja 3 maja nie weszła w życie, ale jedno jej prawo obowiązuje w obecnej „Polsce”: chcąc jak najskuteczniej zachęcić pomnożenie ludności krajowej, ogłaszamy wolność zupełną dla wszystkich ludzi, tak nowo przybywających, jak i tych, którzy by, pierwej z kraju oddaliwszy się, teraz do ojczyzny powrócić chcieli, tak dalece, iż każdy człowiek do państw Rzeczypospolitej nowo z którejkolwiek strony przybyły lub powracający, jak tylko stanie nogą na ziemi Polskiej, wolnym jest zupełnie użyć przemysłu swojego, jak i gdzie chce, wolny jest czynić umowy na osiadłość, robociznę lub czynsze, jak i dopóki się umówi, wolny jest osiadać w mieście lub na wsiach, wolny jest mieszkać w Polsce lub do kraju, do którego zechce, powrócić, uczyniwszy zadosyć obowiązkom, które dobrowolnie na siebie przyjął.

Ci nowo przybyli mieli więcej praw od ponad 70% ludzi zamieszkujących ten kraj. Mieli wolność, której tamci nie mieli. Dziś nowo przybyli też są uprzywilejowani w stosunku do wielu tu mieszkających. To taki kamyczek do ogródka tych, którzy w to „święto narodowe” wywieszają flagi narodowe.