Niewolnictwo

Niewolnictwo było zjawiskiem powszechnym we wszystkich epokach, ale obecnie kojarzy się ono nam, bo tak wmawiają nam rządzący, z niewolnictwem Murzynów, czyli rasy czarnej, a rasę białą obarcza się wszelką odpowiedzialnością za ten stan i uprzywilejowuje, w ramach zadośćuczynienia, tych „pokrzywdzonych” przez białych. Czy tak rzeczywiście było, że to tylko biali są odpowiedzialni za ten stan? Bardzo możliwe, ale nie tylko oni. Może zatem warto bliżej przyjrzeć się temu zagadnieniu.

W Wikipedii można m.in. przeczytać:

Pochodzenie niewolników

Niewolnicy rekrutowali się spośród jeńców wojennych, dzieci sprzedanych w niewolę przez rodziców, niewypłacalnych dłużników, osób porwanych w celu sprzedaży w niewolę (np. przez piratów), skazanych na niewolę itd. Także dzieci rodzące się z niewolników stanowiły z reguły pożytki z rzeczy i jako takie też były niewolnikami (po łac. nazywano je verna). Początkowo niewolnictwo było stanem mogącym ulec zmianie. W niektórych kulturach słowa „robotnik” oraz „niewolnik” brzmią niemal identycznie. W późniejszym okresie utarł się obraz niewolnika jako przedstawiciela mniejszości rasowej i/lub członka najniższej warstwy społecznej.

Niewolnictwo a inne formy zależności

Najważniejszą cechą wyróżniającą system niewolniczy od innych stosunków zależności (np. poddaństwa osobistego chłopów) był fakt, że niewolnik był zawsze rzeczą także z punktu widzenia państwa. Niewolnik – jako rzecz – nie posiadał żadnych obowiązków wobec państwa, zaś np. poddany chłop pańszczyźniany, znajdujący się w identycznej sytuacji faktycznej (obowiązek świadczenia przymusowej, nieodpłatnej pracy na rzecz pana) oraz bardzo zbliżonej sytuacji prawnej (możliwość sprzedaży, a nawet – w niektórych krajach i pewnych okresach historycznych, np. średniowiecznej Japonii czy przedrozbiorowej Polsce – zabicia przez pana), z punktu widzenia prawa był jednak także poddanym władcy kraju i jako taki podlegał (lub z prawnego punktu widzenia mógł podlegać) pewnym obowiązkom, jak np. płacenie podatków czy służba wojskowa. Według Jana Sowy istotną różnicą między niewolnictwem a pańszczyzną jest to, że w niewolnictwie ludźmi handlowano indywidualnie, a w przypadku pańszczyzny zazwyczaj handel prowadzono hurtowo, sprzedając całe wsie wraz z przypisanymi do nich chłopskimi rodzinami. Nie wszędzie było to jednak regułą, a w odniesieniu do poddanych pańszczyźnianych, niebędących chłopami, często w Rosji sprzedawano ich indywidualnie, bądź pojedynczymi rodzinami.

Niewolnictwo w Afryce

Niewolnictwo było praktykowane w Afryce, Europie, Azji oraz obu Amerykach na długo przed rozwinięciem się handlu transatlantyckiego. Czarnoskórzy niewolnicy byli transportowani do Europy nim Krzysztof Kolumb odkrył Amerykę. Afrykański handel niewolnikami dostarczał ludzi nie tylko do Europy, ale też na Bliski Wschód, zaś w krajach arabskich niewolnicy z Afryki byli znacznie liczniejsi niż na kontynencie europejskim.

Znaczny odsetek niewolników przybyłych do Europy stanowili jeńcy z afrykańskich wojen plemiennych. Zdarzały się również przypadki bogacenia się mieszkańców zachodniej Afryki na zniewalaniu i sprzedawaniu przedstawicieli innych społeczności. Praktyki te rozwinęły się między innymi w dorzeczu Nigru, gdzie organizowano liczne targi niewolników. Stamtąd niewolników transportowano na wybrzeże i sprzedawano w portach Europejczykom w zamian za broń, ubrania, alkohol i inne dobra.

Handel trójkątny

Schemat przedstawiający handel trójkątny w epoce nowożytnej; Semhur – praca własna; źródło: Wikipedia.

Transport niewolników stał się jednym z najważniejszych części handlu trójkątnego, który rozwinął się u początków epoki nowożytnej. Żeglarze podróżowali po Atlantyku na podstawie utartego schematu. Najpierw przewozili z Europy do zachodniej Afryki różnego rodzaju materiały przetworzone, takie jak broń, alkohol, ceramika i narzędzia. Towary te sprzedawali następnie mieszkańcom Czarnego Lądu, w zamian zdobywając od nich niewolników. Ci byli transportowani do Ameryki i zatrudniani na plantacjach, skąd do Europy przewożono między innymi bawełnę, cukier, tytoń, melasę i rum. Czarnoskórzy niewolnicy stanowili w tym systemie istotną rolę jako czynnik skłaniający handlarzy podróżujących na kontynent amerykański do odwiedzenia po drodze Afryki. Według wielu opracowań niewolnicy byli głównym powodem, dla którego handel trójkątny zaistniał.

Pozyskiwanie niewolników w Afryce

Europejczycy pozyskiwali niewolników w Afryce, lecz rzadko czynili to bezpośrednio. Do czasu upowszechnienia się chininy, zazwyczaj nie zapuszczali się w głąb kontynentu z obawy przed chorobami tropikalnymi i oporem ze strony rdzennych mieszkańców. Dlatego też od samego początku istotną rolę w handlu niewolnikami odgrywała ludność tubylcza. Niewolnicy pochodzili najczęściej z plemion sąsiadujących z tymi, które współpracowały z europejskimi handlarzami. Byli to przede wszystkim jeńcy wojenni oraz ofiary porwań. Zdarzały się także przypadki sprzedawania schwytanych przestępców. Niektórzy władcy afrykańscy odmawiali jednak Europejczykom sprzedawania przestępców lub jeńców wojennych. Jednym z nich był żyjący w XIX wieku król Jaja z Opobo.

Główne regiony pozyskiwania niewolników w Afryce w XVI-XIX wieku; źródło: Wikipedia.

Pozyskiwanie niewolników nie przybierało takiej samej skali we wszystkich regionach Afryki Zachodniej. Handel niewolnikami koncentrował się na ośmiu obszarach, z których w latach 1650–1900 wywieziono około 10,24 mln niewolników. Były to:

  • Senegal i Gambia – 4,8%
  • Górna Gwinea – 4,1%
  • Wybrzeże Pieprzowe – 1,8%
  • Złote Wybrzeże – 10,4%
  • Zatoka Beninu – 20,2%
  • Zatoka Bonny – 14,6%
  • Kotlina Konga i Angola – 39,4%
  • Mozambik i Madagaskar – 4,7%

Punkty docelowe

Niewolnicy przetransportowani do Ameryki byli wykorzystywani w posiadłościach wszystkich europejskich państw kolonialnych. Największą rolę odgrywali w koloniach portugalskich (Brazylia) oraz brytyjskich i francuskich posiadłościach na Karaibach (głównie przy uprawie trzciny cukrowej). Pierwsze transporty niewolników dotarły jednak w 1502 roku na hiszpańską Hispaniolę (obecnie Haiti). W 1513 roku pierwsi niewolnicy dotarli na Kubę, w 1518 roku na Jamajkę, zaś w 1526 roku – do Hondurasu, Gwatemali oraz na obszar przyszłych Stanów Zjednoczonych.

x

Żeby jednak zrozumieć istotę tego zjawiska zwanego niewolnictwem w Afryce, wypada, choćby powierzchownie, poznać historię tego kontynentu. W Wielkiej Encyklopedii Powszechnej PWN (1962-70) jest ona dosyć obszernie przedstawiona, czego nie ma w Wikipedii. Poniżej jej fragment dotyczący okresu od VII wieku do początku XIX wieku.

Przełomowym dla losów Afryki Północnej wydarzeniem okazał się najazd Arabów z końcem I połowy VII w.; do końca VII w. Arabowie opanowali całą Afrykę Północną sięgając po Sudan i Nigerię aż do Zatoki Gwinejskiej; wzdłuż wschodnich wybrzeży Afryki dotarli aż po Zanzibar, zakładając po drodze miasta i faktorie: Mombasa, Kilwa, Mogadiszu. Arabowie trudnili się wywozem kości słoniowej, handlem niewolnikami, szczególnie poszukiwanymi na rynkach Bliskiego Wschodu. W ciągu następnych wieków stan polityczny tych obszarów, włączonych pierwotnie do Kalifatu Damasceńskiego (później Bagdadzkiego), ulegał wielokrotnym zmianom. W 868 oderwał się od Bagdadu Egipt, w którym kolejno zmieniały się panujące dynastie Tulunidów, Fatymidów, Ajjubidów. Państwo Almorawidów (XI w.), później Almohadów (XII w.) w Afryce Północno-Zachodniej rozpadło się w XIII w. na szereg państewek osłabionych ciągłymi walkami sekt religijnych. Równocześnie władzę w Egipcie objęli Mamelucy, których państwo istniało do 1517; na początku XVI w. cały obszar Afryki Północnej dostał się pod zwierzchnictwo sułtanów tureckich. W ciągu tych stuleci utrwalił się w całej Afryce Północnej islam, a wraz z nim język i kultura arabska, asymilując nieprzerwanie elementy chamicko-berberyjskie. Okres ten stworzył podwaliny pod stan istniejący do czasów obecnych.

Ludy Afryki zwrotnikowej (na południe od Sahary) żyły do XV w. w zupełnym odosobnieniu. Dzieje tych ludów znamy częściowo z kronik miejscowych (od X w.) oraz z relacji podróżników i odkrywców począwszy od XV w. Najbardziej ucywilizowane były ludy sudańskie. Na przełomie III/IV w. n.e. powstało tu państwo Ghana, rozciągające się między górnym Nigrem a rzekami Baule i Senegal. W IX w. państwo to osiągnęło najwyższy rozkwit. Państwo Mali istniejące między XI i XVII w. utrzymywało ożywione kontakty handlowe z Afryką Północną. Panowanie Mansa Musy (1312-37) stanowiło najbardziej pomyślny okres państwa Mali. W XV w. na czoło wysunęło się istniejące od X w. państwo Songhaj. Miasta Timbuktu i Gao (stolica Songhaj) stanowiły w tym czasie duże ośrodki życia gospodarczego i kulturalnego (muzułmański uniwersytet Sankore od 1087 w Timbuktu). W okolicy jeziora Czad istniało od około VIII w. państwo Kanem (od XIV w. Bornu). W północnej Nigerii powstały w XVI w. państewka zislamizowanych ludów Hausa (Gobir, Kano, Daura, Zaria i in.). Na terenie dzisiejszej zachodniej Nigerii utworzyło się w połowie XII w. państwo Benin, które rozwinęło wysoką i oryginalną kulturę. Państwa Joruba (od początku XVI w.), Aszanti (od XVII w. na terenie obecnej Ghany) oraz Dahomej (od XVII w.) przetrwały do XIX wieku.

W Afryce Środkowej istniało z końcem XV w. państwo Kongo, a bardziej na południe – państwo Angola. W południowo-wschodniej części Konga uformowało się w XV w. państwo plemion Baluba (przetrwało do XVII w.), na południe od niego państwo Bakuba (XIV-XVI w.). W opisach podróżników europejskich XVI-XIX w. znajduje się wiele wiadomości o ustroju, organizacji armii, systemie podatkowym tych państw. W Rodezji (Zimbabwe – przyp. W.L.) Południowej istniało prawdopodobnie od XI w. potężne państwo Monomotapa. W rejonie wielkich jezior istniały w XVII w. państwa Buganda, Ruanda, Urundi.

Odkrycia geograficzne dokonane w końcu XV w. przez Portugalczyków (opłynięcie Afryki i dotarcie do Indii), odkrycie Ameryki, a w związku z tym postępujący rozwój gospodarki plantacyjnej i eksploatacji amerykańskich złóż złota spowodowały ogromne zapotrzebowanie na tanią siłę roboczą, Murzynów, których pierwszy transport w 1441 został przywieziony przez Portugalczyków do Lizbony. W ślady Portugalczyków poszły Anglia, Francja i Holandia. Wzdłuż zachodnich wybrzeży Afryki państwa te zakładały punkty obronne i faktorie, które służyły do masowego wywozu Murzynów.

Z Europejczyków pierwsi pojawili się w Afryce Zachodniej (1482) Portugalczycy. Wylądowali 1484 u ujścia rzeki Kongo i wtargnęli na terytorium Konga. Władca tego państwa, Nzinga-a-Nkuwu przyjął chrześcijaństwo. Krwawe podboje, masowy wywóz niewolników spowodowały (XVI w.) powstanie ludności pod wodzą Mbuli Matadisa i wypędzenie Portugalczyków, którzy uderzyli na Angolę, przekształcając ją w swoją kolonię. Wschodnie wybrzeże Afryki już od X w. było skolonizowane przez Arabów. W 1618 roku Anglicy założyli w Gambii pierwszy fort i umocnili się na Złotym Wybrzeżu; 1637 osiedlili się tu również Holendrzy, a u ujścia Senegalu Francuzi.

Na wschodnim wybrzeżu Afryki Portugalczycy pojawili się po raz pierwszy 1498. Po półwiekowej walce przeniknęli oni w głąb lądu na południe od rzeki Ruwuma i w basenie Zambezi napotkali zdecydowany opór państwa (związku plemiennego) Monomotapa. W 1560 udało się wprawdzie narzucić chrześcijaństwo wodzowi plemion Monomotapa, lecz kraj opanowali Portugalczycy dopiero z końcem XVI w. dzięki separatyzmowi wodzów plemiennych i rozsadzeniu państwa Monomotapa od wewnątrz. Powstała tu kolonia portugalska Mozambik, przekształcona w bazę wywozu niewolników. W 1652 roku holenderska kompania wschodnio-indyjska założyła na południu Afryki kolonię Kapsztad, wycinając tubylcze plemiona Buszmenów. Do XVIII w. osadnicy holenderscy, Burowie, zajęli całą południową prowincję, a 1778 Fernando Po i Annobón. W tym okresie wschodnie wybrzeża Afryki stanowiły najbogatszy rezerwat niewolników. W XV-XIX w. wywieziono z Afryki kilkanaście mln Murzynów. Łączna ilość wraz zabitymi i zmarłymi w czasie transportu sięgała kilkudziesięciu milionów ludzi. W 2 połowie XVIII w. wywożono rocznie 60-100 tys. osób.

x

Do pełniejszego obrazu Afryki wypada jeszcze zacytować wybrane fragmenty z książki Siódma minęła, ósma przemija… Paul Herrmann, PIW 1967:

Chłonność rynku europejskiego na towary eksportowane ze Wschodu i Afryki była oczywiście o wiele większa aniżeli popyt Wschodu i Afryki na towary europejskie, wskutek czego handel wymienny musiałby po krótkim czasie ustać. Nie pozostawało więc nic innego, jak płacić za import wschodni szlachetnymi metalami. To doprowadziło, podobnie jak tysiąc lat wcześniej za Dioklecjana, do silnego odpływu złota z Europy. W ciągu XIV i XV wieku doszło wreszcie do tego, że górnictwo złota i srebra Starego Świata nie mogło uzupełnić odpływu pieniądza wynikającego z handlu ze Wschodem. Sami tylko kupcy weneccy wywozili w tym czasie do Aleksandrii corocznie olbrzymią sumę trzystu tysięcy dukatów w złocie. Wskutek tego wartość złota w Europie wzrosła podwójnie w porównaniu z wartością pszenicy. Co to oznaczało dla szerokich warstw chłopów, rękodzielników i wyrobników, ukazują dane niemieckiego mineraloga i geografa Heinricha Quiringa; w owym czasie górnik w kopalniach złota w Złotym Stoku w górach kłodzkich musiał przepracować pięćdziesiąt dniówek, by zarobić jednego dukata. – Europa zaczęła zwracać coraz baczniejszą uwagę na Afrykę.

Już z początkiem XIV wieku podejmowano liczne podróże wzdłuż wschodnich i zachodnich wybrzeży Afryki. Nie przyczyniły się one jednak do lepszego poznania Czarnego Lądu. Gdyby nie owa pokusa, jaką wywierało złoto, prawdopodobnie wcale by ich nie odbywano, gdyż bezwodne wybrzeża Afryki Północnej były zbyt niegościnne.

Nie należy jednak wyciągać stąd wniosku, że Afryka północna była obszarem zupełnie nieznanym i nigdy nie odwiedzanym. Przeciwnie, podobnie jak Syberia i Azja środkowa należała ona w średniowieczu do obszarów, przez które ciągle przechodziły karawany i które były dostępne także dla białych podróżników i kupców. Nie wiedzielibyśmy nic o tym, gdyby nie zachował się przypadkowo prywatny list nie znanego zresztą bliżej kupca florentyńskiego Benedetto Dei z lat sześćdziesiątych XV wieku, w którym wspomina on jakby mimochodem, że około 1470 roku odbył podróż do Timbuktu, „miasta w państwie Berberyjczyków”. Jest to tym bardziej zdumiewające, że dopiero czterysta lat później wspomina się znowu o podróży Europejczyka do Timbuktu, „królowej Sahary”, a mianowicie, gdy w 1828 r. przybył tam podróżnik francuski René Caillé. Do tej pory wielkie miasto na pustyni, cel karawan, było dla giaurów równie niedostępne jak Mekka. Ale za czasów Benedetta Dei trudności te nie istniały. Florentyńczyk nie sądzi widocznie, by podróż jego była czymś nadzwyczajnym. W każdym razie nie skłoniły go do niej jakieś zainteresowania geograficzne. Zamiast opisać, jak i jaką drogą udało mu się przebyć piaszczyste morze Sahary, opowiada, że w Timbuktu sprzedaje się grube sukno lombardzkie, i rozwodzi się szeroko o swoich sukcesach. Dezynwoltura, z jaką mówi o swym rzeczywiście wielkim wyczynie podróżniczym, świadczy, że Timbuktu było za jego czasów znanym i częstym celem wypraw karawanowych i nie warto mu poświęcać zbyt wiele słów. Wydaje się też pewne, że ruch przyjezdnych był w Afryce mimo wszelkich przeszkód i trudności o wiele większy, a dalekie podróże o wiele częstsze, aniżeli przypuszczamy.

Benedetto Dei był kupcem, którego kraj i ludzie niewiele obchodzili, interesowała go tylko możność zbytu towarów. Ale dwadzieścia lat przed nim, około roku 1450, przebywał na Saharze człowiek całkiem innego pokroju: rzeczoznawca bankowy i prospektor Antonio Malfante z Genui. Nie dojechał on, co prawda, do Timbuktu, lecz tylko do oaz Tuatu. Tam dowiedział się już, czego chciał, a mianowicie, że na Saharze nie ma złota i że karawany arabskie przywożące złoto do wybrzeży północnoafrykańskich przybywają z bardzo odległych okolic Afryki południowej.

Malfante nie podróżował w swoich interesach, lecz z polecenia genueńskiego domu bankowo-handlowego Centurionów, posiadającego oddziały w Genui, W Kaffie na Krymie, na Majorce, w Lizbonie, Rouen, Antwerpii, Brugii i Bristolu. Interesy tego banku, znanego powszechnie w połowie XV wieku, ucierpiały znacznie na skutek gwałtownego odpływu metali szlachetnych z Europy na Wschód, a także wskutek licznych zburzeń politycznych, które przyniósł wiek XV – wojny stuletniej między Francją a Anglią, częstych zamieszek w Niemczech i upadku cesarstwa wschodniorzymskiego, zakończonego zdobyciem Konstantynopola przez Turków w 1453 roku.

(…) Malfante pozostawił nam żywy opis swej podróży w formie listu do przyjaciela Giovanni Marioni.

„(…) Tuat składa się z osiemnastu osad obwiedzionych murem i rządzonych oligarchicznie. Naczelnik każdej osady broni – słusznie czy niesłusznie – podległej mu miejscowości; albowiem choć wszystkie graniczą ze sobą, każda stara się zdobyć największe znaczenie. A skoro tylko przybędzie tu jakiś podróżny, to jeden z naczelników osad zostaje jego protektorem i opiekuje się nim z narażeniem własnego życia. Wskutek tego kupcy są tu zupełnie bezpieczni, powiedziałbym nawet, że o wiele bezpieczniejsi niż w królestwach Tlemcen i Tunisu.

Jestem chrześcijaninem, ale mimo to nie słyszałem od nikogo złego słowa, a mieszkańcy mówią, że jeszcze nigdy nie widzieli tutaj chrześcijanina. Prawda, z początku, skoro tylko przybyłem, odczuwałem jako natręctwo, że wszyscy chcieli mnie widzieć i wołali zdumieni: Ten chrześcijanin ma twarz dokładnie taką samą jak my! Sądzili mianowicie, że chrześcijanie mają twarze zniekształcone. Prędko jednak zaspokoili swą ciekawość i teraz sam wszędzie chodzę i nikt nie odezwie się do mnie złym słowem.

Jest tu dużo Żydów. Powodzi im się dobrze, gdyż podlegają rozmaitym naczelnikom osad, a każdy z tych urzędników ujmuje się za swymi protegowanymi. Żydzi mają tu więc spokojne życie. Handel znajduje się w ich rękach i wielu z nich cieszy się pełnym zaufaniem.

Osada, w której przebywam, jest ośrodkiem handlu w kraju Maurów; przybywają tu kupcy ze swymi towarami. Przywożą złoto, które sprzedają ludziom przybywającym z wybrzeża. Nazywa się ta miejscowość De Amamento (Tamentit) i jest tu wiele bogatych ludzi. Szerokie warstwy ludności są jednak bardzo ubogie, ponieważ nie można tu nic siać ani zbierać poza daktylami, które stanowią główne pożywienie ludności. Mięso jest tylko z kastrowanych wielbłądów. Należy do rzadkości, ale jest wyborne w smaku.(…)

Ludzie tutejsi sąsiadują, o ile dobrze słyszałem, z Indami. Kupcy indyjscy przybywają tutaj i porozumiewają się z mieszkańcami przy pomocy tłumaczy. Ci Indowie są chrześcijanami i czcicielami krzyża.

Nieraz pytałem, gdzie ludzie znajdują i zbierają złoto. Mój protektor odpowiedział: Byłem przez czternaście lat u Murzynów i nasłuchałem się najrozmaitszych rzeczy. Ale nigdy nie spotkałem człowieka, który by z całą pewnością powiedział: tak je widziałem, albo tak się je znajduje i zbiera. Dlatego myślę, że przybywa ono z daleka, ze ściśle określonego obszaru. Powiedział też, że był w okolicach, gdzie srebro jest tyle warte co złoto…”

Jak widzimy, autor listu miał oczy otwarte na wszystko, co go w tym obcym świecie otaczało. Dowiedział się niebawem, że na Saharze nie wydobywa się złota, jest też dla niego jasne, dlaczego znaczna część środkowoafrykańskich zapasów złota tutaj właśnie gromadzi się. Znajduje się tu mianowicie sól, której brak daje się dotkliwie we znaki na szerokich obszarach Afryki tropikalnej; tutaj nabywa się ją w zamian za złoto. A złoto pochodzi z dalekiego i nieosiągalnego południa; nie ma go ani na Saharze, ani na wybrzeżu śródziemnomorskim.

Informacje, które Malfante przywiózł Centurionom, nie były zatem zbyt pomyślne. Wynikało z nich, że handel złotem znajdował się w mocnych rękach. Malfante nie spotkał się wprawdzie z objawami wrogości, mimo że był chrześcijaninem i Europejczykiem – co zresztą wydaje się zdumiewające – ale uświadomił sobie jasno, że Arabowie, zainteresowani w handlu złotem, będą strzegli zazdrośnie swych praw i że ewentualne założenie w Tuacie filii firmy Centurionów nie miałoby sensu. Jego uwaga, że rzeką przepływającą przez Timbuktu można by dotrzeć do Egiptu, została niewątpliwie oceniona w Europie jako potwierdzenie wiadomości pochodzących jeszcze z czasów starożytnych. Malfante sam był w każdym razie głęboko o tym przekonany. Nie wiadomo, czy wzmianka o kupcach indyjskich w oazach Tuatu odnosi się rzeczywiście do Indów, czy też np. do Abisyńczyków. Ale obecność kupców indyjskich w Tuacie nie jest wykluczona. Timbuktu utrzymywało w XIV i XV wieku ożywione stosunki handlowe z Egiptem i Azją Mniejszą, więc wspomniani przez Malfantego handlarze mogli być w rzeczy samej kupcami indyjskimi.

x

Z powyższych cytatów wyłania się obraz znacznie bardziej zagmatwany, niż nam się przedstawia. Przede wszystkim Afryka, zanim pojawili się tam Europejczycy, była opanowana przez Arabów, ale chyba nie tylko, bo przecież Żydzi byli tam pod opieką pomniejszych czy większych władców i opanowali też handel. Czy zatem Arabowie byli tylko czymś w rodzaju zasłony dymnej, mającej na celu ukrycie właściwych władców Afryki, którzy mieli monopol na obrót złotem, bo tylko oni wiedzieli, gdzie ono znajduje się w Afryce? A ten, kto miał monopol na emisję pieniądza, czyli w tamtym czasie na pozyskiwanie złota, ten rządził.

Afryka przed epoką kolonialną nie była tak prymitywnym kontynentem, jak się nam wmawia. Było tam wiele państw, mniejszych czy większych, które były dobrze zorganizowane. Jeśli weźmie się pod uwagę fakt, że Europejczycy nie zapuszczali się w głąb kontynentu w celu pozyskiwania niewolników, to znaczy, że to miejscowi władcy dostarczali niewolników. – No właśnie! Czy to byli niewolnicy? Po części zapewne tak, ale w tym miejscu wypada sobie zadać pytanie: czy było tam aż tylu niewolników, przestępców, więźniów itp., by zorganizować ich tak masowy exodus? Wydaje się to mało prawdopodobne. Jeśli, jak podaje WEP, rocznie wywożono od 60 do 100 tys. osób, to oznacza to, że dziennie – od około 160 do około 270 osób. Ilu musiało być ludzi, którzy zajmowali się „polowaniami” na tych, których zamierzano wywieźć? I jak te osoby przewożono? Jak liczne musiałyby być załogi statków, którymi je transportowano? Bo przecież więźniów i niewolników trzeba było pilnować, bo byli to ludzie zdesperowani, nie mający nic do stracenia. Na te pytania odpowiedzi nie znajdziemy, pozostaje więc tylko spekulacja i domysły.

A może było zupełnie inaczej? Może niewolnicy stanowili tylko niewielką część tej ludności, może większością byli ludzie, których zachęcano do wyjazdu, obiecując im lepsze życie w Nowym Świecie. Czy nie było to tak, jak w przypadku XIX-wiecznej emigracji ubogiej ludności z Europy wschodniej do Ameryki i Brazylii? Agenci-naganiacze otrzymywali wynagrodzenie za każdą przekonaną do emigracji osobę. A jak to było w Australii? Tam też początkowo zsyłano przestępców.

Mało znana historia czarnej ludności Argentyny, o której w poprzednim blogu, może świadczyć o tym, że większość czarnej ludności Afryki wyemigrowała dobrowolnie, zachęcana przez lokalnych władców obietnicą lepszego życia w Nowym Świecie, a ci, którzy organizowali ten proceder, dobrze na tym zarabiali. A kto to wszystko finansował? – Ten, kto miał złoto, musiał to wszystko finansować.

5 listopada

Ostatnio przeglądam mój stary podręcznik do nauki angielskiego Język angielski dla zaawansowanych Irena Dobrzycka Bronisław Kopczyński „Wiedza Powszechna” Warszawa 1983. W lekcji Daniel Defoe in the Pillory (Daniel Defoe pod pręgierzem) jedno z ćwiczeń polegało na przetłumaczeniu polskiego tekstu na angielski. Poniżej jego fragment:

Piąty listopada jest specjalnym dniem dla angielskich dzieci i ta noc nie będzie spokojna. Mój Boże, jakie to straszne, a dlaczego? W 1605 roku pewien człowiek zwany Guy Fawkes [gaj foks] usiłował wysadzić w powietrze Parlament, ale złapano go w samą porę, ukrywającego się w piwnicach budynku. Od tego czasu dzieci angielskie, pokolenie za pokoleniem, obchodzą piąty listopada jako rodzaj święta, dzień Gay Fawkes’a. Chłopcy i dziewczęta robią kukły Guy Fawkes’a z papieru, starych ubrań, kijów i słomy, a wieczorem palą je wśród dymu i hałasu. Rozpalają ogniska, cieszą się wystrzeliwaniem sztucznych ogni po całym kraju.

Kiedyś, gdy uczyłem się z tego podręcznika, to nie zwróciłem na to uwagi, bo byłem za głupi, ale nawet gdybym zwrócił, to i tak niewiele bym się dowiedział. W Wielkiej Encyklopedii Powszechnej PWN (1962-70) jest tylko lakoniczna wzmianka o nim i o spisku prochowym. To były inne czasy. Dziś jest internet i Wikipedia, a więc dostęp do informacji jest nieograniczony. Jest ich na ten temat multum, tylko trzeba wpisać w wyszukiwarkę odpowiednią frazę.

W Wikipedii można m.in. przeczytać:

Guy Fawkes, również Guido Fawkes (ur. 13 kwietnia 1570 w Yorku, zm. 31 stycznia 1606 w Londynie) – angielski wojskowy, członek grupy katolików, którzy zaplanowali zakończony fiaskiem spisek prochowy z 1605 roku.

Ówczesny grawerunek przedstawiający ośmiu z trzynastu spiskowców. Fawkes trzeci od prawej. Autorem grawerunku jest Crispijn van de Passe. Źródło: Wikipedia.

Spisek prochowy (ang. Gunpowder Plot) – nieudany zamach zorganizowany w Londynie 5 listopada 1605 przez grupę angielskich spiskowców, mający na celu zabójstwo króla Anglii i Szkocji Jakuba I.

W nocy z 4 na 5 listopada jeden ze spiskowców Guy Fawkes został znaleziony z 36 beczkami prochu w podziemiach Parlamentu. Późniejsze śledztwo ujawniło spisek małej grupy angielskich katolików, który trwał 2 lata. Plan zakładał detonację ładunku pod Izbą Lordów w momencie otwarcia Parlamentu i uśmiercenie tym samym, obok króla, zgromadzonych w niej przedstawicieli szlachty, biskupów oraz członków Izby Gmin. Autorem planu nie był w istocie Fawkes – kluczowymi postaciami w spisku byli Thomas Percy i Robert Catesby. Po 2 miesiącach procesu zamachowcy – w liczbie ośmiu – zostali skazani na śmierć przez powieszenie i poćwiartowanie. Egzekucja czterech z nich odbyła się 30 stycznia 1606, pozostałych – dnia następnego. Fawkes w dniu egzekucji skoczył z szafotu i złamał kark, by uniknąć okrutnej śmierci.

Incydent odbił się szerokim echem w całej ówczesnej Europie. Wykorzystywany był również do kreowania nastrojów antykatolickich w samej Anglii, stał się motywem wielu utworów satyrycznych.

Noc ta znana jest pod nazwą Guy Fawkes Night lub Bonfire Night. Co roku, w rocznicę zamachu, odbywają się w Londynie obchody upamiętniające to wydarzenie. W listopadzie 2005 odbyły się huczne uroczystości z okazji 400-lecia pamiętnej nocy. Do tej historii nawiązuje też komiks Alana Moore’a V jak vendetta i film na jego podstawie. W 1847 pisarz francuski Juliusz Verne napisał sztukę teatralną w pięciu aktach wierszem La Conspiration des poudres o tych wydarzeniach. Sztuka została wydana drukiem w XX wieku, ale jeszcze nie została wystawiona.

x

Urodził się w roku 1570 przy ulicy Stonegate w Yorku. Był drugim z czwórki dzieci Edwarda Fawkesa, prokuratora i adwokata sądu konsystorskiego w Yorku, oraz jego żony Edith. Babka od strony ojca – Ellen Harrington – pochodziła z rodziny protestanckich urzędników państwowych, natomiast rodzina od strony matki należała do papistów. Kuzyn Fawkesa, Richard Cowling, został jezuickim kapłanem. „Guy” było rzadkim imieniem w Anglii, lecz mogło zyskać popularność w hrabstwie York ze względu na miejscową osobistość – sir Guya Fairfaksa ze Streeton.

Gdy miał osiem lat, zmarł jego ojciec. Matka powtórnie wyszła za mąż za katolika. Fawkes przeszedł później na katolicyzm i wyjechał na kontynent, gdzie walczył w wojnie osiemdziesięcioletniej po stronie katolickiej Hiszpanii przeciw holenderskim kalwinistom. Podróżował po Hiszpanii w poszukiwaniu wsparcia dla katolickiej rebelii w Anglii, lecz bez skutku. Przyjął hiszpańską formę imienia Gwidon, gdy walczył po stronie Hiszpanów przeciw Niderlandom. Spotkał tam Thomasa Wintoura, z którym wrócił do Anglii.

Wintour przedstawił Fawkesa Robertowi Catesby’emu, który planował dokonać zamachu na króla Jakuba I i przywrócić katolickiego monarchę na tron. Spiskowcy wydzierżawili kryptę pod Izbą Lordów i uczynili Fawkesa odpowiedzialnym za stanie na straży prochu, który składowany był w podziemiach. Nocą 5 listopada Fawkes został ujęty przez władze, które zaalarmowane anonimowym listem, ostrzegającym przed niebezpieczeństwem, przeszukiwały Pałac Westminsterski. Przez następnych parę dni Fawkes był przesłuchiwany i torturowany. Skazano go na śmierć przez powieszenie i poćwiartowanie, lecz uniknął męki, jaką niosła okrutna kara, gdyż złamał kark, skacząc tuż przed egzekucją z szafotu, na którym miał być powieszony, wypatroszony i poćwiartowany 31 stycznia.

Nazwisko Fawkesa jest utożsamiane ze spiskiem prochowym, który co roku, poczynając od 5 listopada 1605 roku, upamiętnia się obchodami Dnia Guya Fawkesa, podczas którego na stosie płonie kukła Fawkesa, a w tle często widać pokazy sztucznych ogni.

W 1579 roku, gdy Guy miał osiem lat, zmarł jego ojciec. Kilka lat później matka ponownie wyszła za mąż za katolika Dionisa Baynbrigge’a (alternatywna pisownia to Denis Bainbridge) ze Scotton w Borough Harrogate. Fawkes mógł zostać katolikiem pod papistycznymi wpływami rodziny Baynbrigge oraz katolickich odłamów rodzin Pulleynów i Percych ze Scotton albo w trakcie nauki pobieranej w St. Peter’s School w Yorku. Dyrektor szkoły spędził około 20 lat w więzieniu za odrzucenie anglikanizmu, a wicedyrektor, John Pulleyn, pochodził ze znamienitej katolickiej rodziny w Yorkshire – Pulleynów z Blubberhouses. Pisarka Catharine Pullein w pracy z 1915 roku zatytułowanej „Pulleynowie z Yorkshire” (ang. The Pulleynes of Yorkshire) sugeruje, że katolicka edukacja Fawkesa była rezultatem wpływów jego krewnych − Harringtonów, którzy znani byli z udzielania schronienia księżom, z których jeden towarzyszył Fawkesowi w drodze do Flandrii w latach 1592–1593.

Mamy tu informację, że babka Fawkes’a od strony ojca, Ellen Harrington, pochodziła z rodziny protestanckich urzędników i że Harringtonowie udzielali schronienia księżom. Można więc zadać sobie pytanie: kim tak naprawdę byli ci „protestanccy” Harringtonowie i ci „księża”, którym oni pomagali?

O ujawnieniu spisku Wikipedia pisze tak:

Kilku konspiratorów było zaniepokojonych obecnością innych katolików na otwarciu sesji Parlamentu. Wieczorem 26 października Lord Monteagle otrzymał anonimowy list sugerujący, by nie pojawiał się w Parlamencie oraz „wyjechał do swego hrabstwa i tam, w bezpiecznej odległości, oczekiwał rozwoju wypadków (…) straszny cios zostanie zadany temu parlamentowi”.

Spiskowcy, poinformowani przez jednego ze służących Monteagle’a, szybko dowiedzieli się o istnieniu listu, lecz postanowili zrealizować swoje plany, gdyż zdawało się, że list „potraktowano jako głupi kawał”. Fawkes sprawdził kryptę 30 października i zdał raport, że wszystko jest w porządku. Podejrzenia Monteagle’a zostały jednak wzbudzone do tego stopnia, że list pokazano Jakubowi I. Król nakazał sir Thomasowi Knyvetowi przeszukanie piwnic pod Parlamentem. Przeszukanie odbyło się 5 listopada. Fawkes zajął stanowisko późną nocą poprzedniego dnia, uzbrojony w lont i zegarek otrzymany od Percy’ego, „gdyż powinien wiedzieć jak szybko mijał czas”. Znaleziono go, gdy chwilę po północy opuszczał piwnicę, i aresztowano. W środku piwnicy odnaleziono ukryte pod stosami drewna na opał i węgla, beczki z prochem.

To ciekawe, bo 11 września 2001 roku o zamachu dowiedzieli się tylko ci, którzy mieli się dowiedzieć i nikt inny. Informacja nie wyciekła na zewnątrz.

5 listopada 1605 roku londyńczycy zostali zachęceni, by – jako wyraz radości, że królowi udało się uniknąć śmierci – zapalić ogniska, „ale tak, by świadectwo ich radości odbywało się bez niebezpieczeństw i nieporządków”. Parlament uchwalił ustawę, mającą moc prawną aż do 1859 roku, ustanawiającą każdy 5 listopada dniem dziękczynienia za „napełniający radością dzień wybawienia”. Choć Fawkes był tylko jednym z trzynastu spiskowców, jest dziś najmocniej kojarzony z nieudanym spiskiem.

x

Zadałem pytanie AI: Kim był Guy Fawkes i o co chodziło w tzw. spisku prochowym? I otrzymałem taką odpowiedź:

Guy Fawkes był angielskim żołnierzem i uczestnikiem tzw. spisku prochowego z 1605 roku – nieudanego planu wysadzenia parlamentu angielskiego wraz z królem James VI and I podczas uroczystego otwarcia sesji parlamentu.

Tło wydarzeń

Po reformacji w England katolicy byli poddawani różnym ograniczeniom religijnym i politycznym. Część z nich liczyła, że po objęciu tronu przez Jakuba I sytuacja się poprawi, ale tak się nie stało. W odpowiedzi grupa katolickich konspiratorów pod wodzą Robert Catesby postanowiła dokonać zamachu.

Na czym polegał spisek?

Plan był prosty, choć niezwykle radykalny:

  • wynająć pomieszczenie pod budynkiem parlamentu,
  • zgromadzić tam beczki z prochem strzelniczym,
  • zdetonować je podczas obecności króla, członków parlamentu i najważniejszych urzędników państwa,
  • po zamachu wywołać powstanie i przywrócić katolickie rządy.

Guy Fawkes, mający doświadczenie wojskowe i znajomość materiałów wybuchowych, został wyznaczony do pilnowania prochu i odpalenia ładunków.

Jak odkryto spisek?

Kilka dni przed planowanym zamachem anonimowy list ostrzegł jednego z lordów, aby nie uczestniczył w otwarciu parlamentu. Władze przeprowadziły przeszukanie piwnic pod budynkiem i w nocy z 4 na 5 listopada 1605 roku znalazły Fawkesa przy 36 beczkach prochu.

Po aresztowaniu był torturowany i ujawnił informacje o współspiskowcach. Większość z nich zginęła podczas obławy lub została później stracona.

Skutki

Nieudany zamach doprowadził do jeszcze większej nieufności wobec katolików i zaostrzenia represji wobec nich w Anglii.

Wydarzenie to jest dziś upamiętniane 5 listopada podczas Bonfire Night (znanej też jako Guy Fawkes Night), kiedy w wielu miejscach w Wielkiej Brytanii organizowane są pokazy fajerwerków i palone są kukły przedstawiające Fawkesa.

Dlaczego Guy Fawkes jest dziś tak znany?

Choć nie był przywódcą spisku, stał się jego najbardziej rozpoznawalną twarzą. Jego stylizowana maska została spopularyzowana przez komiks i film V for Vendetta i obecnie jest używana przez różne ruchy protestacyjne na całym świecie jako symbol sprzeciwu wobec władzy.

Co ciekawe, w brytyjskiej kulturze pamięć o Fawkesie przez stulecia miała raczej wydźwięk negatywny – jako przypomnienie nieudanego zamachu – a dopiero współcześnie część osób zaczęła postrzegać go jako symbol buntu przeciw establishmentowi.

Aktywiści Anonymous ubrani w maski Guya Fawkesa; autor: Vincent Diamante; źródło: Wikipedia.

x

Ten wierszyk Remember, remember the 5th of november zna w Anglii każde dziecko. W artykule Dlaczego w Wielkiej Brytanii obchodzi się dzień Guya Fawkesa można przeczytać:

Wydarzenia z 5 listopada mocno poruszyły XVII wieczną Europę. W 1606 roku decyzją króla, rząd uchwalił szereg ustaw antykatolickich. Zaczęły się represje i prześladowania. Od tamtej pory aż do XIX wieku, katolicy nie mogli pełnić żadnych oficjalnych urzędów państwowych.

x

W internecie można znaleźć wiele stron poświęconych spiskowi prochowemu i jego bohaterowi, ale o jednym zapewne nie napiszą. O tym, co można przeczytać w The New Lexicon Webster’s Encyclopedic Dictionary of The English Language Canadian Edition 1988:

„Fawkes Guy (1570-1606), English conspirator. With other Catholics he formed the Gunpowder Plot to blow up James I and parlament (Nov. 5, 1605). The plot, which may have been the work of government agents provocateurs, was discovered (Nov. 4, 1605), and Fawkes and others were executed. Guy Fawkes Day (Nov. 5) is celebrated in Britain with bonfires, fireworks and the burning of Guys.”

A więc spisek, który możliwe, że był (which may have been) dziełem rządowych agentów prowokatorów. Jeśli to połączymy z faktem, że po tym wydarzeniu rząd uchwalił szereg ustaw antykatolickich, to wydaje się, że ten tryb przypuszczający można zamienić w twierdzenie mające znamiona dużego prawdopodobieństwa. I jeszcze ta zbiorowa odpowiedzialność za czyn kilkunastu osób.

Mamy tu dokładny opis tego, jak tworzy się konflikt, w tym wypadku konflikt katolików z protestantami, który trwa do dziś. Jak stworzyć taki konflikt? Po obu stronach muszą być podstawieni ludzie, którzy nie mają nic wspólnego z protestantami i katolikami. U nas, w tej abstrakcyjnej Polsce, będącej bardziej ideą niż państwem, wykreowano konflikt katolicko-prawosławny. I zrobili to ci sami, którzy zrobili to w Wielkiej Brytanii. Warto o tym pamiętać – bo na naszych oczach, po wielomilionowych przesiedleniach pod pretekstem wojny, która toczy się na 1/5 obszaru Ukrainy – trwa kreowanie konfliktu polsko-ukraińskiego, w którym po obu stronach są Ukraińcy. Z jednej strony ci starzy, zasymilowani, z okresu powojennych przesiedleń, z drugiej – ci nowi „uchodźcy” wojenni. Oczywiście na górze, po obu stronach, zawsze ci sami.

Deutschland über alles

Wygląda na to, że Stany Zjednoczone nie będą angażować się militarnie w Europie. Oficjalne oświadczenie rządu amerykańskiego nie pozostawia złudzeń, jedynie w przypadku groźby konfliktu nuklearnego mogłaby ona liczyć na amerykańską pomoc. Ponieważ taki konflikt jest niemożliwy – bo nie byłoby zwycięzców, tylko sami pokonani – to głównymi rozgrywającymi będą Niemcy i Rosja. A gdy tak się dzieje, to znaczy, że główne zmiany dokonają się w strefie zgniotu pomiędzy tymi dwoma państwami. Na to wskazuje również zachowanie się władz tego Bzikolandu, zwanego III RP, które robą wszystko, by ten polityczny byt zlikwidować.

Niemcy są państwem położonym w środku Europy i z racji tego położenia, jak również z racji swego potencjału gospodarczego i kulturowego, zawsze oddziaływały na pozostałe państwa europejskiego kontynentu. Warto zatem zastanowić się nad tym czy zwrot „Deutschland über alles” jest tylko i wyłącznie wynikiem niemieckiej buty, czy może też – historii i kiedy pojawił się w niemieckiej przestrzeni publicznej. A zaczęło się od tego, że zapytałem AI, jak przetłumaczyć ten zwrot na angielski i francuski.

x

Jak przetłumaczyć niemieckie “Deutschland über alles” na angielski i francuski?

Zwrot „Deutschland über alles” pochodzi z pierwszej zwrotki pieśni Deutschlandlied, której autorem był August Heinrich Hoffmann von Fallersleben.
Dosłowne tłumaczenie:
Angielski: Germany above all
Francuski: L’Allemagne au-dessus de tout
Uwaga o znaczeniu:
W kontekście historycznym (XIX w.) wyrażenie miało oznaczać, że jedność Niemiec powinna być ważniejsza niż podziały między księstwami i państwami niemieckimi. Jednak w XX wieku, szczególnie w okresie III Rzeszy, zwrot ten został silnie skojarzony z nacjonalizmem i ekspansjonizmem, dlatego dziś bywa odbierany kontrowersyjnie.

Ale tłumaczenie dosłowne nie zawsze musi być najlepsze.

Masz rację — tłumaczenie dosłowne i najlepsze znaczeniowo to nie zawsze to samo.
Zwrot „Deutschland über alles” z pieśni Deutschlandlied w XIX-wiecznym kontekście nie oznaczał „Niemcy ponad wszystkimi innymi narodami”, lecz raczej:
że sprawa zjednoczenia Niemiec powinna być ważniejsza niż lojalność wobec poszczególnych księstw i dynastii.
Dlatego możliwe są różne przekłady — w zależności od tego, co chcemy oddać:

Tłumaczenie dosłowne
Angielski: Germany above all
Francuski: L’Allemagne au-dessus de tout
To jest wierne językowo, ale dziś brzmi bardzo nacjonalistycznie.

Tłumaczenie bliższe pierwotnemu sensowi (XIX w.)
Angielski: Germany above all else
(czyli: Niemcy ponad wszystko inne — np. ponad podziały regionalne)
Francuski: L’Allemagne avant tout
(„Niemcy przede wszystkim” — mniej militarne w brzmieniu)

Tłumaczenie interpretacyjne (oddające ideę jedności)
Angielski: Germany first and foremost
Francuski: L’unité de l’Allemagne avant tout
To już nie jest dosłowne, ale lepiej oddaje historyczne znaczenie z czasów autora tekstu, August Heinrich Hoffmann von Fallersleben.

Jeśli chcesz, mogę też wyjaśnić, dlaczego słowo „über” w niemieckim XIX-wiecznym użyciu miało nieco inne konotacje niż dzisiaj.
Tak.

Świetnie — to właśnie tu leży klucz.

Co znaczyło „über” w XIX wieku?
W niemieckim „über” oznacza oczywiście „nad / ponad”, ale w XIX-wiecznym języku politycznym i poetyckim miało też silne znaczenie:
„ponad czymś” w sensie nadrzędności priorytetu,
„ważniejsze niż”,
„ponad podziałami”.
Nie musiało oznaczać dominacji nad innymi narodami. Często chodziło o hierarchię wartości.

Przykłady podobnych konstrukcji:
Pflicht über alles → „obowiązek ponad wszystko”
Liebe über alles → „miłość nade wszystko”
To nie znaczy „miłość ponad innymi ludźmi”, tylko „miłość jest najwyższą wartością”.

Kontekst historyczny (bardzo ważny)
Gdy August Heinrich Hoffmann von Fallersleben pisał tekst w 1841 r., Niemcy nie były jednym państwem. Istniało kilkadziesiąt księstw i królestw (Prusy, Bawaria, Saksonia itd.).
W tym kontekście:
„Deutschland über alles” = Niemcy (jako idea jedności narodowej) ponad partykularnymi interesami książąt i regionów.
To był postulat zjednoczenia, a nie ekspansji.

Dlaczego dziś brzmi inaczej?

W XX wieku, zwłaszcza w okresie III Rzeszy, pierwsza zwrotka pieśni Deutschlandlied została wykorzystana propagandowo i interpretowana jako:
„Niemcy ponad wszystkimi innymi narodami”.
To przesunęło znaczenie w stronę imperialną i supremacjonistyczną.

Jak więc najlepiej tłumaczyć?

Jeśli chcemy oddać XIX-wieczne znaczenie, lepsze byłyby:

Angielski
Germany above all else
Germany before all else
Germany above all (internal divisions) – z doprecyzowaniem

Francuski
L’Allemagne avant tout
L’Allemagne au-dessus des divisions

Podsumowanie językowe

Słowo „über” w tym przypadku wyrażało:
nadrzędność idei,
pierwszeństwo w hierarchii wartości,
apel o jedność,
a nie koniecznie dominację nad innymi państwami.

Jeśli chcesz, mogę też porównać to z hasłem „America First”, żeby pokazać różnicę w niuansach politycznych.

x

Nie odpowiedziałem AI na propozycję dalszego drążenia tematu, bo wiem do czego ona zmierza. Do pewnego momentu odpowiada, a później milknie i pojawia się propozycja zainstalowania wersji bardziej rozbudowanej, ale płatnej. I teraz rozumiem na czym ten biznes polega. Sztuczna inteligencja sztuczną inteligencją, a interes musi się kręcić.

Mamy tu do czynienia z dosyć pokrętnym tłumaczeniem, że w tym zwrocie, w jego XIX-wiecznym znaczeniu, chodzi o zjednoczenie Niemiec, a nie – o wywyższanie się. A skoro tak, to należałoby powiedzieć – zjednoczenie ponad wszystko. Problem jest jednak bardziej skomplikowany i wypada zacząć od tego, kim był autor tego zwrotu. Wikipedia tak m.in. pisze:

„Hoffmann von Fallersleben (właśc. August Heinrich Hoffmann, ur. 2 kwietnia 1798 w Fallersleben, zm. 19 stycznia 1874 w Corvey) – nauczyciel akademicki, germanista (językoznawca), poeta. W 1841 w proteście przeciwko rozbiciu Niemiec napisał późniejszy niemiecki hymn narodowy Pieśń Niemców (Das Lied der Deutschen – „Deutschland, Deutschland über alles”).

Był synem kupca, właściciela gospody i burmistrza miasta Fallersleben Heinricha Wilhelma i Dorothei z domu Balthasar. Uczęszczał do szkoły w Fallersleben, Helmstedt i w Brunszwiku (niem. Braunschweig). Od 1816 studiował teologię w Getyndze (niem. Göttingen) i od 1818 germanistykę w Bonn. Jego nauczycielami byli tu m.in. Jacob Grimm i Ernst Moritz Arndt. Ponieważ nosił bardzo popularne nazwisko oraz również popularne imiona, przybrał przydomek od miejscowości, z której pochodził.”

A o hymnie Wikipedia pisze tak:

Das Deutschlandlied (pol. Pieśń Niemiec), nazywany także Das Lied der Deutschen (pol. Pieśń Niemców) – pieśń będąca hymnem państwowym Republiki Weimarskiej (1918–1933), III Rzeszy (1933–1945) i Republiki Federalnej Niemiec (od r. 1952 do dziś).

Autorem tekstu był niemiecki poeta, językoznawca i historyk literatury August Heinrich Hoffmann von Fallersleben. Pieśń powstała w 1841 na wyspie Helgoland. Składała się z trzech zwrotek, z których pierwsza zaczynała się od słów Deutschland, Deutschland über alles. Zapożyczono melodię z ówczesnego hymnu austriackiego Kaiserlied, którą skomponował Joseph Haydn. Pieśń ta pisana była w czasie rozbicia Niemiec i pierwsza zwrotka wzywała do porzucenia partykularyzmów w dążeniu do jedności. W 1922 za hymn oficjalnie uznał ją pierwszy prezydent Republiki Weimarskiej, Friedrich Ebert – wcześniej, w czasach Cesarstwa Niemieckiego, była popularna, uznawano ją jednak za zbyt demokratyczną i egalitarną. Narodowosocjalistyczna propaganda wykorzystywała wymowę słów pierwszej zwrotki i dlatego po II wojnie światowej zrezygnowano z jej publicznego wykonywania (obecnie żaden z punktów geograficznych wymienionych w pierwszej zwrotce nie znajduje się na terenie Niemiec).

Próba wprowadzenia nowego hymnu w 1950 zakończyła się fiaskiem, przez jakiś czas wykonywano jako hymn m.in. Odę do radości Beethovena. Później został na długie lata hymnem, mimo niecałkowicie jasnego statusu prawnego. Jeszcze w roku 1952 kanclerz Konrad Adenauer zaproponował w liście do prezydenta Theodora Heussa, aby hymnem Niemiec był dawny hymn autorstwa Fallerslebena i Haydna, lecz by przy oficjalnych okazjach śpiewano jedynie trzecią strofę (druga strofa miała zbyt prozaiczny wydźwięk), rozpoczynającą się słowami Einigkeit und Recht und Freiheit (Jedność, prawo i wolność). Odpowiedź Heussa nie zawierała sprzeciwu. Listy zostały opublikowane w Dzienniku Urzędowym (Amtsblatt), co nadawało decyzji pozory oficjalności. Hymn pozostał w oficjalnym użyciu po zjednoczeniu Niemiec, kiedy to wobec licznych wątpliwości i propozycji jego zmiany (m.in. zaproponowano Kinderhymne Brechta) Federalny Trybunał Konstytucyjny orzekł w wyroku z 7 marca 1990 (publikacja w zbiorze wyroków nr 81, strona 298 i kolejne), że hymn stanowi jedynie trzecia strofa Lied der Deutschen. Potwierdzili to w opublikowanej w rok później wymianie listów prezydent Richard von Weizsäcker i kanclerz Helmut Kohl.

Wbrew obiegowym opiniom, wykonywanie pierwszej strofy pieśni nie jest obecnie w Niemczech zabronione. Pierwsza i druga strofa nie stanowią części hymnu, omawia się je jednak w niektórych szkołach jako część utworu literackiego.

W 1991, po listownym uzgodnieniu między prezydentem Republiki Federalnej Niemiec a jej kanclerzem, trzecia zwrotka pieśni stała się hymnem państwowym Niemiec.

Pieśń Niemiec (Pieśń Niemców)

Niemcy, Niemcy ponad wszystko,
Ponad wszystko na świecie,
Jeśli zawsze dla obrony
Po bratersku są złączone
Od Mozy aż po Niemen
Od Adygi aż po Bełt
Niemcy, Niemcy ponad wszystko,
Ponad wszystko na świecie!

Niemieckie kobiety, niemiecka wierność
Niemieckie wino i niemiecka pieśń
Niech na świecie utrzymują
Swe dawne piękne brzmienie,
Niech nas natchną do szlachetnych czynów
Przez całe nasze życie.
Niemieckie kobiety, niemiecka wierność
Niemieckie wino i niemiecka pieśń!

Jedność i prawo, i wolność
Dla niemieckiej ojczyzny,
Do tego wszyscy dążmy
Po bratersku, sercem i czynem.
Jedność i prawo i wolność
Są gwarancją szczęścia.
Kwitnij w blasku tego szczęścia
Kwitnij, niemiecka ojczyzno!

x

Dlaczego akurat w połowie XIX-tego wieku pojawiły się w Niemczech takie dążenia do zjednoczenia? I Rzesza trwała ponad 800 lat jako związek różnych księstw i księstewek i to nikomu nie przeszkadzało. Problem polega na tym, że I Rzesza została zlikwidowana w wyniku wojen napoleońskich, a po nich powstał Związek Niemiecki (1815-1866), który nie obejmował całości ziem I Rzeszy. Więcej informacji na ten temat w blogu Niemcy. Tam też zamieściłem mapy z różnych okresów w historii Niemiec. Żeby jednak zrozumieć, czym w istocie była I Rzesza, to trzeba odwołać się do pojęcia cesarstwa. Wielka Encyklopedia Powszechna PWN (1962-70) tak je opisuje:

Cesarstwo, łac. imperium, niem. Kaisertum, franc. empire. Termin cesarstwo przechodził w ciągu dziejów ewolucję znaczeniową i nie może być wskutek tego jednoznacznie zdefiniowany. W starożytności pojęcie cesarstwa w sensie współczesnym nie istniało, choć pierwotnym desygnatem tego pojęcia jest właśnie starożytne państwo rzymskie w okresie od objęcia rządów przez Oktawiana Augusta do schyłku starożytności: używany w Rzymie termin Imperium Romanum oznaczał jednak początkowo panowanie Rzymu, a dopiero od drugiego wieku n.e. wypierał stopniowo określenie res publica, stając się także synonimem państwa rzymskiego; we współczesnym słownictwie rozumiemy przez cesarstwo rzymskie zarówno państwo rzymskie w wymienionym okresie, jako formę jedynowładztwa, które utrwaliło się faktycznie w Rzymie po upadku republiki, mimo zmieniających się jeszcze kilkakrotnie form prawnych (pryncypat, dominat). W okresie podziału państwa rzymskiego na część zachodnią i wschodnią (395-476) rozróżnia się cesarstwo zachodniorzymskie i wschodniorzymskie.

W średniowieczu wykształciło się pojęcie cesarstwa jako nadrzędnej władzy świeckiej w świecie chrześcijańskim; ideę taką pielęgnował we wczesnym średniowieczu zwłaszcza kościół rzymski, który w okresie upadku starych form państwowych na zachodzie Europy i inwazji „barbarzyńców” chciał znaleźć w cesarstwie, tzn. konkretnie w cesarzach wschodnich z Konstantynopola, swoje ramię zbrojne; gdy jednak władanie z odległego Konstantynopola Europą Zachodnią nie dało się przekształcić z fikcji prawnej w rzeczywistość, a siły następców Justyniana Wielkiego okazały się zbyt skromne, by zapewnić chociaż bezpieczeństwo papieżowi w Rzymie, papiestwo zaczęło szukać oparcia w potężniejszych Karolingach i ich najwybitniejszemu przedstawicielowi Karolowi Wielkiemu ofiarowało godność cesarską na Zachodzie (800). Cesarstwo karolińskie nie było państwem o określonych granicach, lecz instytucją współrządzącą kościołem i zobowiązaną do udzielania mu ochrony oraz do rozszerzania wpływów chrześcijaństwa na nowe obszary; legitymacją prawną władzy cesarskiej była koronacja, mająca charakter sakralny i dopełniana przez papieża, faktycznie jednak rola cesarstwa zależała od znaczenia państwa, którym cesarz bezpośrednio władał; toteż po rozpadzie monarchii karolińskiej godność cesarska, dostawszy się w ręce drobnych władców północnowłoskich, stała się czczym tytułem.

Dawny blask przywróciło koronie cesarskiej przywdzianie jej przez Ottona I (962), króla niemieckiego, najsilniejszego spośród monarchów Zachodu; odtąd każdorazowy król niemiecki miał prawo do godności cesarskiej, ale uzyskiwał ją dopiero po koronacji w Rzymie. Cesarstwo nadal pozostawało instytucją, a nie państwem, rola zaś tej instytucji bywała rozmaicie rozumiana przez samych cesarzy, papiestwo oraz pozostałych monarchów. Gdy cesarze z pierwszych dynastii aż po Hohenstaufów interpretowali cesarstwo w sensie najwyższej władzy w zachodnim chrześcijaństwie, to monarchowie zachodnioeuropejscy byli skłonni przyznawać im co najwyżej pierwszeństwo honorowe wśród uprawnionych suwerenów; uznanie swej nadrzędnej władzy wymuszało cesarstwo w Burgundii, we Włoszech i w niektórych krajach leżących na wschód i północ od Niemiec, ale i tam – wszędzie gdzie układ sił na to pozwalał – miejscowe czynniki dążyły do niezależności, tak że spośród krajów słowiańskich tylko Czechy trwale uznawały zwierzchność cesarza.

Już w 2 połowie XI wieku papiestwo po okresie uległości rozpoczęło walkę z cesarstwem (walka o inwestyturę), a u schyłku XII wieku przeciwstawiło uniwersalizmowi cesarskiemu uniwersalizm papieski (Innocenty III). Po upadku Hohenstaufów i „Bezkrólewiu Wielkim” w Niemczech (1254-73) królowie niemieccy przybierając tytuł cesarski zrezygnowali jednak z wiązania z nim dotychczasowej treści; cesarstwo stawało się faktycznie pojęciem terytorialno-ustrojowym, co podkreślało też zaniechanie przez cesarzy koronacji w Rzymie. Już wcześniej utraciło uniwersalistyczny charakter także cesarstwo wschodnie, zwane w historiografii cesarstwem bizantyjskim, zagrożone od schyłku XI wieku ekspansją Turków seldżuckich, niszczone potem także przez krzyżowców, zlikwidowane ostatecznie 1454 przez Turków osmańskich; do końca swego formalnego istnienia zachowało ono jednak duży wpływ na kościół wschodni.

Z upadkiem średniowiecznej instytucji cesarstwa nie wygasło jednak trwanie nazwy. Cesarstwo zachodnie, zwane oficjalnie Świętym Cesarstwem Rzymskim, potocznie coraz częściej cesarstwem rzymskim narodu niemieckiego, utrzymało się formalnie do XIX wieku i zostało zniesione dopiero w 1806 pod naciskiem Napoleona I. W epoce nowożytnej powstały też nowe cesarstwa; z nich tylko cesarstwo rosyjskie, powołane dożycia przez Piotra Wielkiego (1721), nawiązywało w pewien sposób do tradycji średniowiecznego Bizancjum, roszcząc sobie pretensje do opieki nad całym wschodnim chrześcijaństwem; nazwa cesarstwa francuskiego za Napoleona I (1804-15) i Napoleona III (1852-70), czy austriackiego (1804-1918), odzwierciedla jedynie formalny fakt, że monarchowie tych państw nosili tytuł cesarski; to samo dotyczy monarchii powstających w Ameryce Południowej (Brazylia, Meksyk, nawet Haiti). Uzasadnieniem nazwy cesarstwa niemieckiego 1871-1918 była jego struktura jako tworu nadrzędnego wobec odrębnych państewek niemieckich, których monarchowie zachowali tytuły królów i książąt. W historiografii europejskiej nazwą cesarza obdarza się też zwyczajowo niektóre większe i mające stare tradycje monarchie egzotyczne (Chiny, Japonia, Etiopia, Turcja).

x

Z powyższego opisu wynika, że cesarstwo jest czymś więcej, niż państwo. Jest ono strukturą ponadpaństwową. Jest więc cesarstwem unia europejska i jest nim Federacja Rosyjska. Jedno cesarstwo chce panować nad całym chrześcijaństwem zachodnim, drugie – wschodnim, a że w Polsce mieszkają jedni i drudzy, to oba mają tu swoje interesy. Można więc powiedzieć, że w Europie nie ma miejsca dla niepodległych państw, a wyjście z cesarstwa europejskiego oznacza wejście w strefę wpływów cesarstwa rosyjskiego, choć oczywiście nie można wykluczyć wariantu zastosowanego w przypadku I RP, czyli zależności od jednego i drugiego cesarstwa. II RP stworzyło cesarstwo niemieckie, PRL – cesarstwo rosyjskie, III RP – niemieckie. Mamy zatem cały czas do czynienia ze strefą zgniotu i zrozumiałe jest, że w takiej sytuacji nie mogło powstać niezależne państwo, nigdy takiego nie było i nie będzie.

Ciekawe jest to, że papiestwo zwróciło się o pomoc do potężnych Karolingów, a oni podporządkowali się tej prośbie, co może sugerować, że to nie oni byli tą prawdziwą władzą. A czy było nią samo papiestwo? Skoro cesarstwa trwają nadal, tylko pod zmienionymi nazwami, to to oznacza, że suwerenne państwa są fikcją, a te wszystkie spory, tarcia i wojny pomiędzy nimi, to nic innego jak teatr marionetek.

W niemieckim hymnie, w pierwszej zwrotce, jest mowa o tym, że państwo niemieckie rozciąga się od Mozy po Niemen i od Adygi po Bełt. Niemen był północną granicą Prus, Adyga to rzeka w północnych Włoszech, Bełt – cieśnina duńska. Wygląda więc na to, że Niemcy nie zrezygnowali z Królewca i zapewne, prędzej czy później, wróci on do macierzy, a to będzie oznaczać, że także całe Prusy Wschodnie. Ciekawe jest również to, że przez krótki okres Oda do młodości była wykonywana jako hymn niemiecki. Skoro jednak Niemcy pozostali przy dawnym hymnie, to znaczy, że zostaje zachowana pewna ciągłość i powrót do przeszłości jest jak najbardziej możliwy.

Szlachta – jakie były jej początki?

O tym, że polska szlachta miała żydowskie korzenie pisałem w blogu Szlachta c.d. To, co mnie jednak zastanawiało, to sposób w jaki uzyskała taką przewagę. Początki tego stanu są praktycznie nieznane. Dlaczego jest tak mało informacji na ten temat? Jak to możliwe, że wiemy o wyprawie kijowskiej Chrobrego, o Statucie kaliskim czy o wielu innych wydarzeniach z tamtego okresu, a nie wiemy, jak tworzyła się warstwa społeczna, która zawłaszczyła sobie państwo zwane Rzeczpospolitą z okresu 1569-1795?

Norman Davies w książce Boże igrzysko Wydawnictwo ZNAK Kraków 1999 pisał:

Początki dziejów szlachty polskiej są, łagodnie mówiąc, niejasne. W gruncie rzeczy są to początki nader mroczne. Uczeni przypuszczają, że w jakimś okresie wczesnego średniowiecza szlachta wyodrębniła się spośród wcześniejszych form elity społecznej. Nie jest to jednak żadne wielkie odkrycie, ponieważ szczegółowe informacje na temat dawniejszego rycerstwa są równie skąpe i nie sposób rzetelnie udokumentować ani czasu, ani też sposobu, w jaki się pojawiło. Jeszcze w wiekach XIII i XIV, kiedy odczuwano już pewną ekskluzywność stanu szlacheckiego, kronikarzy stać było w najlepszym wypadku na to, aby wywodzić jego początki od Noego, Juliusza Cezara lub Aleksandra Wielkiego. Wielu spośród szlachty w Polsce i na Litwie utrzymywało co najwyżej, że należy do „szlachty odwiecznej”. Oznaczało to, że jakakolwiek w miarę pewna wiedza na temat ich początku już dawno się zatraciła.

Sama nazwa „szlachta” jest źródłem poważnych sporów. Wyraz ten pochodzi ze staroniemieckiego slahta, spokrewnionego etymologicznie z niemieckimi wyrazami schlagen (uderzać, walczyć, rąbać, wrodzić się w kogoś) oraz Geschlecht (płeć, rodzaj, ród, rasa). Do języka polskiego przeszedł z czeskiego (slehta) wraz z całym podstawowym słownictwem średniowiecznej administracji państwowej: pan (lord, osoba obdarzona władzą sądową), król (Karol-Charlemagne), sejm (zgromadzenie), obywatel (rezydent), herb (dziedzictwo, oznaka heraldyczna). Jest jednak rzeczą prawie niemożliwą określenie zarówno dokładnego kontekstu, w jakim wprowadzono tę niemiecko-czeską terminologię, ani też konkretnego okresu, w którym jej późniejsze użycie ostatecznie się ustaliło. Dziś wielu znawców byłoby skłonnych uznać, że supremacja zasady dziedziczności, czyli jak to nazwał Brückner „rodowitość”, która pozwalała szlachcie utrzymać się poza zasięgiem władców i książąt i która na zawsze zapewniła im ich nie pogwałcony i wyłączny status, ustaliła się ostatecznie dopiero za panowania Kazimierza Wielkiego (1310-70). W każdym jednak razie termin „szlachta” wyraźnie łączy w sobie sens „wysokiego urodzenia” z pojęciem „waleczności”, które to pojęcia składają się na pierwotne atrybuty szlachty średniowiecznej.

x

Wielka Encyklopedia Powszechna PWN (1962-1970) tak m.in. pisze:

Szlachta [staroniemiecki], uprzywilejowany stan społeczny, istniejący we wszystkich państwach typu feudalnego. Szlachta rozwinęła się w okresie tworzenia się ustroju stanowego z rycerstwa, przy czym ekonomicznie najsłabsze elementy rycerstwa spadły do niższych stanów. Tam, gdzie panujący system lenny nie dokonał zróżnicowania szlachty na wyższą i niższą, również możnowładztwo weszło do stanu szlacheckiego. Przekształcenie rycerstwa w szlachtę dokonało się na terenach zachodniej i środkowej Europy w ciągu XIII-XIV wieku, przy czym w poszczególnych krajach Europy proces ten przebiegał niejednakowo.

We Francji w wyniku rozbudowy państwa i jego aparatu urzędniczego, obok starej noblesse d’épèe (szlachta miecza), pozostającej na wsi, wyłoniła się noblesse de robe (szlachta sukni), rekrutująca się spośród wysokich urzędników skarbu, administracji i sądownictwa, oraz noblesse de cour, szlachta dworska, skupiająca około 1 tysiąca rodzin związanych z dworem królewskim i piastująca najwyższe godności państwowe.

W Anglii szlachta dzieliła się na trzy grupy: wyższą (lordowie do barona włącznie), średnią, gentry (knights i baroneci) oraz nieutytułowaną (gentlemen).

W Niemczech w okresie cesarstwa najwyższą grupę szlachty (Herrenstand) stanowili wysocy dostojnicy świeccy – książęta, margrabiowie, później hrabiowie, i duchowni – arcybiskupi, biskupi i opaci (około 100 osób). Do drugiej zaliczano tzw. wolnych panów (Freiherren) – drobniejszych feudałów zależnych bezpośrednio od cesarza. W okresie wytwarzania się państw terytorialnych część szlachty weszła w zależność od książąt ( Landsässiger Adel), którzy rozszerzyli tę grupę, tworząc z niej kategorię zawodowego rycerstwa (Ritterschaft) i włączając do niej swych ministeriałów; po zamknięciu stanu rycerskiego w XIII wieku dalszy wzrost szlachty następował przez nobilitację (Briefadel), a nadawanie tytułów różnicowało ją na wyższą i niższą.

Szlachta w państwie moskiewskim powstała z powiązania różnych grup feudalnych – bojarów, dworian, tzw. dzieci bojarskich. Po złamaniu przewagi arystokracji bojarskiej (XVI – XVII w.) powstał za Piotra I jeden stan – dworiaństwo, a pochodzące z nadań państwowych posiadłości szlacheckie (pomiestje) stały się dziedziczną własnością, analogicznie do bojarskiej wotcziny. Do stanu szlacheckiego można było wejść przez długoletnią służbę państwową (czynownik).

W Polsce przekształcenie rycerstwa w szlachtę nastąpiło nieco później, tj. w XIV i częściowo XV wieku. Przynależność do szlachty określało kilka czynników: służba wojskowa, własność ziemi „na prawie rycerskim”, a zwłaszcza urodzenie, które nabierało z czasem decydującego znaczenia (statuty Kazimierza Wielkiego) i przyspieszyło zamknięcie się stanu szlacheckiego. Wzrosło też odtąd znaczenie „rodów heraldycznych” (polski termin „szlachta” wywodzi się z niemieckiego Geschlecht ‘ród’) mających wspólne hasła (tzw. zawołania) oraz wspólne herby. Pojawiły się też dziedziczne nazwiska urabiane głównie od nazw rodowych posiadłości ziemskich. Osoby nie mające przodków szlacheckich mogły dostać się do tego stanu na podstawie adopcji do rodu heraldycznego i nobilitacji; z biegiem czasu szlachta stopniowo ograniczała te możliwości, oddając nobilitacje pod kontrolę sejmu; łatwiej udzielano tzw. indygenatu (nadania praw polskich szlachcicowi obcemu). Dopiero w okresie Sejmu Czteroletniego zaczęto dopuszczać do stanu szlacheckiego w większej liczbie przedstawicieli innych stanów, zwłaszcza wzbogaconych mieszczan.

Nobilitacja [łac.], uszlachcenie, prawna forma wejścia do stanu szlacheckiego osoby ( i jej potomków) nie mającej szlacheckich przodków. Nobilitacja wraz z nadaniem herbu następowała w wyniku aktu prawnego, wydanego przez panującego. W Europie Zachodniej nadania herbów osobom nie mającym zwierzchnictwa lennego zdarzały się już w XIII wieku. W Polsce nobilitacja znana była od XIV wieku; jej pierwotną formą była adopcja herbowa bądź przez króla (który nadawał jakiś fragment swego herbu – przyjmował niejako do swego rodu), bądź przez rody rycerskie, które przyjmowały do swego herbu, a król to potwierdzał (tzw. filiacja heraldyczna). Przykładem masowej adopcji było przyjęcie do herbów przez polskie rody (Horodło, 1413) katolickich bojarów litewskich. Forma adopcji zanikła od połowy XVI wieku i odtąd rozpowszechniła się nobilitacja przez króla. Od 1578 królowi wolno było wydawać nobilitację tylko na wojnie lub w czasie trwania sejmu, a od 1601 prawo nobilitacji przysługiwało jedynie sejmowi. Od 1669 nobilitowani otrzymywali tylko skartabellat. W 1775 nałożono na nobilitowanych obowiązek posiadania (kupna) dóbr ziemskich. Konstytucja 3 maja wprowadziła znaczne ułatwienia w zdobywaniu nobilitacji przez mieszczan.

Indygenat [łac.], w dawnym prawie polskim jedna z form uzyskania szlachectwa, zastrzeżona wyłącznie w stosunku do cudzoziemców (po raz pierwszy szlachectwo polskie uzyskali w ten sposób bratankowie Stefana Batorego 1578); początkowo indygenatu udzielał król i sejm, konstytucja 1641 z mocą wsteczną do 1607 ustaliła, że indygenatu może udzielić wyłącznie sejm. W Prusach Królewskich istniał regionalny indygenat pruski, zapewniający dostęp do lokalnych godności i urzędów tylko miejscowej szlachcie. Indygenat bywał często zamaskowaną formą nobilitacji.

Skartabellat [łac.], niepełne szlachectwo; jako instytucja skartabellat pojawił się w pacta conventa 1669; od tego momentu nobilitowani nie mieli aż do trzeciego pokolenia prawa piastowania urzędów i pełnienia poselstw.

x

Wygląda więc na to, że początki tworzenia się stanu szlacheckiego w Polsce owiane są mgłą tajemnicy, coś jak wieki ciemne. Historycy omijają ten temat szerokim łukiem, choć przecież fakt, że słowo szlachta pochodzi z niemieckiego, powinien naprowadzić na właściwy trop, ale nie! – oni sugerują, że to wszystko przyszło z Czech. A Czechy to skąd zapożyczyły to słowo? – Właśnie z niemieckiego! Gdy tak się czyta te wszystkie historyczne opracowania, to ma się wrażenie, że one raczej mają za zadanie ukryć prawdę, a nie ją udostępnić ogółowi.

Jeśli język niemiecki był tak powszechny w okresie Polski piastowskiej, to wypada zadać sobie pytanie: czy to wynikało tylko z sąsiedztwa, czy może raczej z faktu, że Niemcy dominowali na tym obszarze w sensie kulturowym i gospodarczym? Skąd się wzięła w Warszawie nazwa „Mariensztat”? – A skąd się wziął w Krakowie Wit Stwosz?

Wyprawy krzyżowe miały miejsce w latach 1095-1291. Całe rycerstwo Europy Zachodniej brało w nich udział. Polskie rycerstwo nie uczestniczyło w nich, bo prawdopodobnie takiego nie było, a może uczestniczyło, tylko że to było niemieckie. Po tych wyprawach ci rycerze stawali się arystokracją dzięki posiadłościom ziemskim nadanym im przez papieża. Była to szlachta miecza. To był właśnie XIII wiek. Tak więc w ten sposób nie mogła powstać polska szlachta, bo ona pojawiła się później.

Były trzy najazdy mongolskie na Polskę. Pierwszy w 1241 roku, drugi 1259/60, trzeci 1287/88. Najazdy Mongołów, choć przyniosły duże stary ludnościowe i gospodarcze (zwłaszcza pierwszy najazd w 1241 roku), to nie spowodowały uzależnienia Polski od imperium mongolskiego. – Wikipedia. Można by w takim razie zapytać: to po co one były? Mongołowie doszli do Legnicy i zatrzymali się. Gdyby poszli dalej na zachód, to uniemożliwiliby rycerstwu zachodniemu udział w kolejnych krucjatach, a zatem również – ukształtowanie się zachodniej arystokracji. Ktoś jednak powiedział tym Mongołom – Halt!

Najazdy Mongołów przyniosły duże straty ludnościowe i gospodarcze. Co to oznaczało w praktyce? O tym Wikipedia nie pisze. A to po prostu oznaczało, że zrobiło się miejsce dla nowych przybyszów, a byli nimi Niemcy. O tym, cytując Normana Daviesa, pisałem w blogu Mongolskie najazdy. Niemcy nie tylko zdominowali miasta, ale również wsie. Każda niemiecka rodzina dostawała 1 łan ziemi, czyli 18 ha, i inne wsparcie. Była to zorganizowana na wielką skalę akcja zasiedlania terenów spustoszonych przez Mongołów. Niemcy, jak to Niemcy, zabrali się do pracy, ich gospodarstwa zapewne rozwijały się, ale w międzyczasie nastąpiła zmiana realiów politycznych w regionie. To, co nazywano Królestwem Polskim, weszło w unię z Wielkim Księstwem Litewskim. Połączono wodę z ogniem, czyli świat Zachodu, który wyewoluował z zachodniej części Imperium Rzymskiego, ze światem, który był kontynuacją jego wschodniej części, czyli Bizancjum.

Unia personalna Polski i Litwy (1385-1569) była okresem dostosowywania Królestwa Polskiego – będącego częścią I Rzeszy, czyli ówczesnej unii europejskiej – do standardów Wielkiego Księstwa Litewskiego, czyli dominacji wielkich feudałów, którzy w obrębie WKL mieli swoje własne księstwa-państwa. Korona była podobna do reszty I Rzeszy. Miała silną władzę królewską, zrównoważone finanse państwa, rozwinięte mieszczaństwo i wolnych chłopów, ale nie było tam tak potężnych feudałów jak na wschodzie. By to zlikwidować, trzeba było zmarginalizować mieszczaństwo i uczynić chłopów niewolnikami – chłopów, którzy mieli zapewne w większości niemieckie korzenie.

x

W blogu Jak powstawał ustrój I RP opisywałem proces dostosowywania Królestwa Polskiego do standardów WKL. Najważniejszym aktem prawnym, który diametralnie zmienił stosunki własnościowe w nim panujące, był Statut warcki z 1423 roku.

Statut warcki był kolejnym prawem wpływającym na ówczesną gospodarkę i nadawał prawną podstawę do przejmowania gospodarstw sołtysich i większych kmiecych na zasadzie wykupu po cenie oszacowanej przez szlachcica (feudała), nierzadko w wyniku rugi całkowitej lub częściowej. Był odbiciem nastrojów panujących już za czasów Kazimierza III Wielkiego, kiedy to szlachta pałała niechęcią do bogatych, wolnych dotąd sołtysów i chłopów. Przepis pozwalał na likwidowanie sołectw przez szlachtę na włościach nadanych im przez władców Polski stanowiących władzę centralną. Grunty tak pozyskane włączano do dużych gospodarstw folwarcznych. Funkcjonowanie folwarków szlacheckich oparte było na przymusowej, odrobkowej sile roboczej – tzw. pańszczyźnie dlatego ich wydajność gospodarcza była niższa niż sołectw, pomimo tego folwarki przynosiły duże dochody szlachcie. Statut warcki jednocześnie ograniczał prawo chłopów do opuszczania wsi, co miało zapobiec ich migracji. Zakaz ten nie powstrzymał jednak dużej części zbuntowanych sołtysów i chłopów przed zbieganiem na wschód, gdzie często zasilali szeregi społeczności kozackich.

x

W tym momencie można by sobie zadać pytanie: skąd wzięły się te duże gospodarstwa folwarczne, oparte na przymusowej, odrobkowej sile roboczej, skoro po najazdach mongolskich ziemie te były wyludnione i zrujnowane gospodarczo? W blogu Mongolskie najazdy cytowałem Normana Daviesa:

Zasadnicze przemiany społeczne nastąpiły w XIII w. w wyniku kolonizacji. Koloniści rekrutowali się częściowo z cudzoziemskich imigrantów, częściowo zaś spośród miejscowej ludności, która podejmowała reorganizację istniejących osiedli według nowego modelu. Główny impuls dla tego ruchu przyszedł z określonych terenów w zachodnich i północnych Niemczech, które już od dawna dostarczały osadników marchiom na wschodzie i które nękała groźba przeludnienia i coraz uciążliwszego ucisku feudalnego. Kolonizacja przybierała dwie odmienne formy: osadnictwa wiejskiego oraz lokacji miast. Proces ten wspomagała inicjatywa ze strony polskich książąt, których ziemie miały o wiele za mało ludności i nierzadko były dewastowane w wyniku wojennych grabieży i najazdów tatarskich. Oferując warunki dzierżawy korzystniejsze od tych, jakie można było uzyskać w Niemczech, oraz powołując zawodowego zasadźcę (lokatora), który wyszukiwał, przywoził i organizował nowo przybyłych, energiczny książę mógł w ciągu zaledwie kilku lat wzmocnić się i podnieść gospodarkę swego dziedzictwa.

Tempo kolonizacji wiejskiej nadał Henryk Brodaty, książę Śląska, który w 1205 r. rozpoczął kampanię mającą na celu ściągnięcie aż do dziesięciu tysięcy rodzin chłopskich i założenie około czterystu nowych wsi. Każda rodzina miała otrzymać jeden łan (18 ha, niem. Lahn – przyp. W.L.) ziemi ornej; pastwiska i lasy miały być użytkowane wspólnie. Wszystkie świadczenia i daniny miały zostać odroczone na czas umowy, potrzebny na zagospodarowanie. Po upływie tego okresu miały się one ograniczyć do służby wojskowej, opłat z tytułu dzierżawy i dziesięcin, płatnych w gotówce, a częściowo w naturze, oraz służby na dworze i prac przy naprawie grodu, co miało zająć dwa do czterech dni w roku. Szczegółową umowę spisaną w 1227 r. przez Henryka Brodatego z biskupem wrocławskim przyjęto jako wzór dla większości dalszych aktów kolonizacji wiejskiej na terenie całej Polski. W nowych wsiach koloniści cieszyli się znaczną autonomią. Według tzw. „prawa niemieckiego” podlegali oni tylko rozkazom dziedzicznego sołtysa (Schultheiss), czyli „naczelnika”, mianowanego przez pana, oraz jurysdykcji wiejskich ławników, którym sołtys przewodniczył. Ich sytuacja była o wiele lepsza od położenia reszty ludności wiejskiej, która nadal podlegała daninom i obowiązkom nakładanym przez jus ducale, czuli „prawo polskie” książąt. Wielu z nich zachowało swą odrębną tożsamość aż do czasów współczesnych. We wsi Wilamowice w pobliżu Oświęcimia w województwie krakowskim potomkowie mieszkańców założonej w 1242 r. osady fryzyjskiej do dziś zachowali własny strój regionalny i rodzimy dialekt.

Jako model nowego osadnictwa miejskiego przyjęto powszechnie dawne „prawo magdeburskie”. Stare miasta słowiańskie otrzymywały nowe przywileje lokacyjne jako miasta „niemieckie” – Wrocław w r. 1242, Poznań w r. 1253, Kraków w r. 1257. Przyciągały one osadników niemieckiego pochodzenia i stopniowo powstawała w nich odrębna warstwa mieszczan. Odtąd znane były światu zewnętrznemu pod niemieckimi nazwami Breslau, Posen i Krakau. W innych miejscach kraju zakładano zupełnie nowe miasta, których mieszkańcami od początku byli niemieccy emigranci. Thorn (Toruń) nad Wisłą został założony przez Krzyżaków w 1231 r., natomiast miasto Neu Sandez (Nowy Sącz) założył w rejonie Karpat w 1292 r. król Wacław czeski w okresie swego sporu z Łokietkiem. Proces kolonizacji, w XIII w. przebiegający dość leniwie, miał nabrać tempa w wiekach późniejszych – XIV, XV, XVI.

x

Pierwszy najazd mongolski, ten najbardziej brzemienny w skutkach, miał miejsce w 1241 roku, a już w 1242 roku powstała osada fryzyjska pod Oświęcimiem, co skłania do wniosku, że przygotowania do tego osadnictwa poczyniono wcześniej. To z kolei może uzasadniać podejrzenie, że najazdy mongolskie były właśnie po to, by oczyścić teren dla nowych osadników. Ci osadnicy byli dobrze przygotowani i zorganizowani w komuny zwane sołectwami. Zagospodarowali te ziemie, stworzyli dobrze prosperujące gospodarstwa. Statut warcki to rok 1423. Pierwsi osadnicy to rok 1242. Mamy więc prawie 200 lat. Dużo można było w tym czasie zrobić i tak pewnie się stało. Zjednoczone Królestwo Polskie (1320-1386) Łokietka to połączone Wielkopolska i Małopolska. Wobec przedstawionych powyżej faktów wynika, że było to państwo, którego ludność składała się w większości z Niemców, a przynajmniej dominowała, w sensie gospodarczym i cywilizacyjnym, w miastach i na wsi. A to oznacza, że językiem powszechnym na tym obszarze był wówczas język niemiecki.

Statut warcki umożliwiał, w majestacie prawa, usuwanie sołtysów i zastępowanie ich kimś innym. Jednocześnie chłopi przestali być właścicielami ziemi, na której pracowali, stawali się chłopami pańszczyźnianymi, czyli niewolnikami. A ci, którzy zastępowali sołtysów – szlachcicami. Wcześniej nie było tam żadnych folwarków szlacheckich, bo niby skąd miałyby się tam wziąć? – na wyludnionym i spustoszonym terenie. Ujmując to w formę bardziej obrazową, można powiedzieć, że w tamtym czasie dokonała się prywatyzacja komunistycznych sołectw. Zabierając ziemię prawowitym właścicielom, posługiwano się często argumentem, że chłopi źle gospodarzą na wspólnym, czyli że prywatny zrobi to lepiej, co oczywiście nie było prawdą. Wprost przeciwnie, te gospodarstwa były wydajniejsze, niż późniejsze szlacheckie. Ale tę śpiewkę o wyższości gospodarki prywatnej nad społeczną znamy z przełomu lat 80-tych i 90-tych z ust tego, który jest potomkiem, pewnie bardzo dalekim, tamtych złodziei, bo prywatyzacja to jest kradzież wspólnego dobra w białych rękawiczkach.

Kim byli ci, którzy przejmowali gospodarstwa chłopskie, tego nietrudno domyślić się. Każdy szlachcic miał swojego Żyda, czyli faktora. Faktor był kimś więcej, niż tylko księgowym. On zajmował się kompleksowo zarządzaniem całym majątkiem szlachcica. Później, w XIX wieku, spauperyzowana szlachta wchodziła w mariaże z nowobogackim mieszczaństwem. Czy dlatego, że chciała utrzymać wysoki poziom życia, czy może raczej, by użyczyć mu swego nazwiska i w ten sposób wprowadzić je na salony? W czasach I RP byli jeszcze Sztadlani, wyznaczani przez gminy żydowskie do tego, by korumpować szlachciców, którzy byli posłami i senatorami. W praktyce oznaczało to, że Żyd przekupuje Żyda, co – na pozór – wydaje się nielogiczne, ale żydowska gra jest wysoce zagmatwana. – Taką była kiedyś i taką jest obecnie.

Ruch egzekucyjny

Ruch egzekucyjny jest mało znanym wydarzeniem w dziejach Polski nowożytnej, czyli okresu od początku XVI wieku. W okresie unii personalnej (1385-1569) za Jagiellonów rozpoczął się proces rozkradania ziemi państwowej, czyli królewszczyzn. Początkowo ziemie te były dzierżawione, a z biegiem czasu ich dzierżawcy uznali je za swoje i często nie płacili sum należnych od takich dzierżaw. Skarb państwa świecił pustkami i król musiał zastawiać kolejne ziemie, by mieć pieniądze na wojny. Na krótko przed unią wyglądało to tak:

Źródło: Wikipedia; praca własna Mathiasrex.

Trzeba pamiętać, że tylko część ziem należała do króla i tylko część z nich była zastawiona. Nie to jest jednak najważniejsze, przynajmniej według mnie, a to, że przed unią Korona Królestwa Polskiego nie graniczyła z Inflantami, ani z Księstwem Moskiewskim. Natomiast sytuacja Litwy była zupełnie inna. To w jej interesie było ograniczenie wpływów Moskwy. Jednak z racji tej, że królami Korony byli Jagiellonowie, to oni wciągnęli ją do wojny o Inflanty. Mamy więc sytuację bliźniaczo podobną do obecnej. Państwo polskie, nie mając w tym żadnego interesu, angażuje się w wojnę na Ukrainie, bo jego rządzący są Ukraińcami. Retoryka jest dokładnie taka sama. Wtedy Zygmunt August uzasadniał zaangażowanie w Inflantach zagrożeniem Moskwy, która, drogą przez Bałtyk zaatakuje Europę zachodnią i narzuci jej swoje tyrańskie rządy. Można by zapytać: a dlaczego przez Bałtyk, skoro drogą lądową jest prościej i łatwiej, bo przecież Moskwa nie była potęgą morską, wprost przeciwnie.

Czy zatem ruch egzekucyjny, który wysuwał wiele postulatów, dążył do zakamuflowania prawdziwych celów, zgłaszanych pomiędzy różnymi innymi? Tylko dwa z nich zostały w pełni zrealizowane: zmiana ustroju, czyli lekcja króla i unia z Litwą.

Sztuczna inteligencja tak o nim pisze:

Ruch egzekucyjny szlachty (XVI w.) to polityczny ruch średniej szlachty dążący do reform w Rzeczypospolitej, głównie w sądownictwie, skarbowości i wojsku, poprzez egzekucję (wyegzekwowanie) praw, odzyskanie królewszczyzn zagarniętych przez magnatów i ograniczenie wpływów Kościoła, by wzmocnić państwo i ograniczyć władzę królewską i magnacką, co przyczyniło się do powstania wojska kwarcianego i reform.

Główne cele ruchu:

  • Egzekucja praw: Wymuszanie przestrzegania istniejących praw i przywilejów przez króla i magnatów, co miało usystematyzować prawo.
  • Egzekucja dóbr: Zwrot królowi i państwu nielegalnie przejętych przez magnatów dóbr królewskich (królewszczyzn), z których dochody miały zasilić skarb państwa.
  • Reforma wojska: Stworzenie stałej armii (wojska kwarcianego) finansowanej z dochodów z królewszczyzn, zdolnej do obrony granic.
  • Reforma sądownictwa i skarbowości: Uporządkowanie systemu prawnego i administracji.
  • Ograniczenie władzy magnatów i Kościoła: Zmniejszenie ich dominacji politycznej i gospodarcze

Przyczyny i kontekst:

  • Kryzys finansowy państwa i koszty wojen (np. z Moskwą).
  • Niechęć szlachty do polityki monarchy (Zygmunta I Starego, a później Zygmunta II Augusta) opartej na magnaterii.
  • Sprzeciw wobec nepotyzmu i kumulacji urzędów przez magnatów.

Kluczowe postaci i wydarzenia:

  • Przywódcy: Rafał Leszczyński, Mikołaj Sienicki, Hieronim Ossoliński.
  • Wojna kokosza (1537): Wczesny protest szlachty przeciw polityce królowej Bony.
  • Sejm piotrkowski 1562/1563: Rozpoczął realizację programu egzekucyjnego, m.in. lustrację królewszczyzn.

Skutki:

  • Wzmocnienie pozycji szlachty w państwie i sejmie.
  • Utworzenie wojska kwarcianego.
  • Reforma systemu miar i wag, poprawa ściągalności podatków.
  • Wpływ na późniejsze reformy (np. elekcyjność tronu, unia lubelska).

To tyle AI. Ostatnie zdanie jest tu najważniejsze, czyli że według AI ruch ten miał wpływ na późniejsze reformy, a więc na ustrój państwa, który stał się ustrojem nowego państwa, czyli Rzeczypospolitej i na likwidację starego państwa poprzez unię z Wielkim Księstwem Litewskim. Na krótko przed unią lubelską wydzielono z WKL jego południową część, czyli ziemie obecnej Ukrainy i połączono je z Koroną. Powstało wspólne państwo polsko-ukraińskie, które nadal nazywano Koroną. Warto o tym pamiętać, bo dziś znowu jest tworzone takie samo państwo, które pewnie też będą nazywać Polską, choć to już dziś jest państwem ukraińskim, wspierającym dzielnicę kijowską. A wszystko to przeciw znienawidzonej Rosji. A co ma z tym wspólnego Polska? – Polska to zamaskowana, po części, Ukraina, zamaskowana, po części, Rosja i zamaskowane, po części, Niemcy. Wszystko to, zusammen do kupy, tworzy najbardziej nienormalne państwo na świecie.

x

Wielka Encyklopedia Powszechna PWN (1962-70) tak opisuje ruch egzekucyjny:

Egzekucja praw, zespół postulatów szlacheckich wysuwanych przez tzw. ruch egzekucyjny średniej szlachty za panowania Zygmunta I i Zygmunta Augusta, oraz przeprowadzenie związanych z nimi reform. Postulaty te, formowane i wysuwane na sejmach i sejmikach głównie od 1525, godziły w interesy magnaterii i kleru. Dotyczyły one uporządkowania i zmodernizowania norm prawnych i ustrojowych, przywrócenia dawnych, słusznych praw – wówczas nie wykonywanych, uznania zasady elekcyjności tronu, przeprowadzenia egzekucji dóbr, reformy skarbu, sądownictwa i wojska. Ponadto domagano się przeprowadzenia unii polsko-litewskiej, terytorialnego zjednoczenia państwa przez włączenie księstw śląskich – Oświęcimia i Zatora, ścisłe gospodarcze i administracyjne zespolenie Prus Królewskich z Koroną. Wysuwano projekty ograniczenia praw kościelnych, miejskich i chłopskich. Różnowiercy egzekucjoniści żądali wprowadzenia kościoła narodowego i uniezależniania Polski od Rzymu. W 1537 roku na tle walki o egzekucję praw doszło do wybuchu kokoszej wojny, podczas której król i senat zmuszeni byli ustąpić przed żądaniami szlachty. Pierwszy akt walki o egzekucję praw zakończyły sejmy piotrkowski (1538) i krakowski (1538-39) kompromisem, będącym w gruncie rzeczy zwycięstwem szlachty. Zygmunt Stary zaręczył, że nie pogwałci praw, bez zgody sejmu nie będzie wydawać konstytucji, po zgonie jego syna odbędzie się elekcja z udziałem całej szlachty. Obóz szlachty egzekucyjnej nie był jednolitym stronnictwem, należeli do niego różnowiercy, część katolików, średnia szlachta, jak również jednostki spośród bogatszej szlachty; większość jednak hołdowała orientacji antyhabsburskiej i antyrzymskiej. W połowie XVI wieku wyodrębniła się w obozie egzekucyjnym grupa postępowa, kierowana przez M. Sienickiego, H. Ossolińskiego, J. Ostroroga i innych, która wypowiadała się m.in. za reformą kościoła, opodatkowaniem kleru i zobowiązaniem go do ponoszenia ciężaru obrony kraju; podnosiła także zagadnienie władzy królewskiej, broniąc jej przed uzurpacją ze strony magnaterii, a zwłaszcza biskupów; dążyła więc do kontroli senatorów, ministrów i starostów. W 1565 grupa posłów sejmowych żądała powołania w całym państwie instygatorów1 z wyboru szlachty, mających na celu kontrolowanie wszystkich senatorów i urzędników ziemskich, a także spraw miejskich i przedstawianie sądom spraw o nadużycia. Projekt ten upadł mimo gwałtownej walki toczącej się o jego wprowadzenie na sejmie 1565 roku. Szczególnie wytężona walka o egzekucję praw przypada na okres od 1552 do pierwszej wolnej elekcji. W 1562-67 przeprowadzono egzekucję dóbr (objęto nią również Prusy Królewskie), 1563 zawieszono egzekwowanie przez starostów wyroków sądów duchownych, 1573 konfederacją warszawską zagwarantowano tolerancję religijną. Na sejmie 1562/63 dokonano reformy systemu podatkowego (m.in. objęto podatkami dziesięciny); 1578 utworzono szlacheckie sądownictwo najwyższej instancji – Najwyższy Trybunał Koronny w Piotrkowie (dla Wielkopolski) i w Lublinie (dla Małopolski). Doprowadzono do zawarcia unii polsko-litewskiej (1569) oraz przeprowadzono inkorporację zależnych od polski księstw (Oświęcim i Zator); włączono ustrojowo Prusy Królewskie do ziem koronnych pozostawiając im jedynie pewien stopień autonomii. Problemy wolnych elekcji i walki polityczne z tym związane – mimo trwałości niektórych postulatów egzekucyjnych – spowodowały pewne zmiany w organizacji życia politycznego w kraju i rozpad stronnictwa egzekucyjnego.

Egzekucja dóbr, prawna lub faktyczna rewindykacja bezprawnie rozdarowanych, posprzedawanych, pozastawianych lub zagarniętych dóbr królewskich. W Polsce w XVI wieku była egzekucja dóbr jednym z głównych postulatów tzw. ruchu egzekucyjnego, wysuniętych przez średnią szlachtę, a skierowanych przeciwko magnaterii. Egzekucja dóbr łączyła się ze sprawą skarbu i wojska; dobra, które chciano odzyskać, przynosiły ok. 700 tys. zł dochodu, rozdane lub zastawione po 1504 pozostawały w przeważającej części w posiadaniu magnatów. Rewindykacja królewszczyzn zapewniała szlachcie zmniejszenie podatków składanych na obronę kraju; dochód z przywróconych królewszczyzn miał zapewnić królowi opłacanie wojska. Egzekucja dóbr rozpatrywana na sejmie 1562-63 uchwalona została przez sejmy 1563-64; m.in. dzierżawcy dóbr królewskich zachowali dla siebie 1/5 dochodów, a z reszty należnej skarbowi królewskiemu czwartą część oddano do skarbu w Rawie dla wojska kwarcianego (stąd nazwa kwarta). Naznaczono rewizorów w poszczególnych ziemiach dla przeprowadzenia rewizji prawomocności nadań, również na sejmie prowadzono weryfikację prawną dotychczasowych nadań dóbr królewskich (tzw. rewizja listów). Granicę egzekucji dóbr określił sejm z 1567, który ustalił, aby do króla wróciły tylko dobra zastawione lub rozdane, z pominięciem dóbr dożywotnich i dzierżawnych.

x

Władysław Konopczyński w książce Dzieje Polski Nowożytnej Instytut Wydawniczy PAX Warszawa 2003 pisze:

Pierwsze występy przodowników szlacheckiej demokracji za Zygmunta kryją się dotąd w pomroce. Czasem odezwie się nazwisko jakiegoś hałaśliwego [Mikołaja] Tąszyckiego czy [Mikołaja] Spławskiego, ale o co oni wołali, nie wiadomo. Bezimienna dotąd i bierna izba poselska mniej więcej od 1520 r. wyraźnie wysuwała żądania sprawiedliwości, usunięcia nadużyć, egzekucji praw. O conventus justitiae, tj. o taki sejm, który by wprawił w klubę2 wszystkie ustawy i po sprawiedliwości rozłożył prawa oraz obowiązki, toczyła się walka od sejmu bydgoskiego 1520 r.: wyobrażano sobie taki sejm rewizyjny jako jeden i ten sam układ posłów i senatorów, gromadzący się automatycznie co lat 4, a termin jego prac zakładano do lat 12. Pierwszym jego celem miało być uregulowanie stosunków między stanem duchownym a świeckim; później do haseł egzekucji przybywa niełączenie urzędów w jednych rękach (incompatibilia), odebranie królewszczyzn na skarb, zjednoczenie Litwy z Koroną.

Słowem rozmaity duch przenikał tę kampanię egzekucyjną: po części publiczny, patriotyczny, państwowy i narodowy; po części – duch zawiści konkurencyjnej jednych uprzywilejowanych wobec drugich. Raz już w 1521 r. padło słowo rokosz, zapożyczone z Węgier. Raz, w 1529 r. podczas choroby króla Wielkopolanie, za podnietą księcia Albrechta zmawiali się, że następcę zmuszą do odebrania księżom 1/3 części dóbr, aby jej użyć na obronę granic, i spiski te krzewiły się dalej, aż się wylały na wierz groźniej dla państwa niż dla tronu i hierarchii kościelnej, w rokoszu lwowskim.

Misję dziejową Krzyżaków inflanckich, spadkobierców Kawalerów Mieczowych, którzy ujarzmili plemiona Łotyszów i Estończyków, a odgrodzili od morza Ruś moskiewską, przecięło nawrócenie Litwy, późniejszą zaś ich rolę jako pionierów niemczyzny podkopała reformacja. Hamował jej postępy chwilowy sojusznik Litwy, dzielny Walter Plettenberg, ale po jego śmierci (1535) luteranizm przemógł. Zresztą, niezależnie od fermentu, jaki ciągnęła za sobą rozterka religijna, wybuchła na nowo około połowy XVI w. odwieczna waśń między zwierzchnikami naddźwińskiej szachownicy, landmistrzem i ryskim arcybiskupem.

Inflanty w szerszym znaczeniu, obejmującym także Kurlandię, Semigalię i Estonię, leżały w sferze interesów Litwy i Moskwy. Pierwsza przez Dźwinę, druga przez Narwę spławiały swe produkty na morze; poza tym cały ten kraj stanowił rynek zbytu dla rolników i kupców obu państw; dla ich ściągnięcia mistrzowie osadzali na probostwach greckiego wyznania popów, najpierw z Litwy, potem z Moskwy. Ale na wypadek sekularyzacji Inflant i zupełnego ich rozkładu zgłosić mieli swe pretensje zwierzchnicy dawniejsi: Duńczycy i Szwedzi, którzy raz już władali w Estonii w XIV w.; zainteresowana była także Hanza, a cesarz Karol V parokrotnie ostatnio interweniował w sporach inflanckich jako zwierzchnik i opiekun wszystkich dependencji Rzeszy.

Do wojny domowej usposobili się mistrz i arcybiskup zamawiając posiłki, pierwszy w rzeszy Niemieckiej, drugi w Prusach u Albrechta; przejęta wiadomość o tym, że Wilhelm zaprasza brata do okupacji kraju, wywołała oburzenie nie tylko wśród samych katolików, bo właśnie przedstawiciele Rygi z Fürstenbergiem oblegli i wzięli Wilhelma w Kokenhausen, puszczając wolno jego koadiutora3. W tej chwili Zygmunt August uznał za stosowne ująć się za arcybiskupem. Czy myślał już wtedy o pozyskaniu całych Inflant dla swego państwa, czy po prostu spełniał życzenie kuzyna Albrechta, który w styczniu [1556] przygalopował do Wilna i prosił o interwencję – dla dobra Hohenzollernów? Nie domyślano się, o czym dziś już wiadomo, że już w 1552 r. król, po zwiedzeniu Gdańska zjechał się z księciem pruskim w Krupiszkach i Braksztynach, przy czym uplanowano „zjednoczenie” Inflant z Polską i Litwą na podobieństwo infeudacji (nadanie ziemi w lenno – przyp. W.L.) Prus, a to pod berłem księcia Wilhelma jako lennika. Cały późniejszy zatarg o koadiutorów był wykonaniem tajnego planu, o którym z senatu wiedział tylko częściowo Achacy Czema, wojewoda malborski. Obecna interwencja miała ratować plany Hohenzollernów, ale jeszcze lepiej musiała służyć państwu Jagiellonów.

Z kolei przedłożona została rzecz senatowi polskiemu: trwałość panowania na przestrzeni Puck – Kłajpeda zależała od owładnięcia dalszymi portami aż po Rewel, przy tym, jak to Zygmunt August niezmordowanie tłumaczył monarchom europejskim, trzeba było przeciąć dowóz z zachodu broni, instruktorów, rzemieślników do Moskwy, jeżeli Iwan nie miał przez Bałtyk rozprzestrzenić swej tyranii na Europę Zachodnią.

Raz pozwolono królowi na potrzebę inflancką zaciągnąć pożyczkę półmilionową, oczywiście pod zastaw królewszczyzn. Co do dóbr obciążonych „starymi sumami” postanowiono (1567), że jeżeli król pozwala na ich scedowanie w dalsze ręce, to nie inaczej, jak za skreśleniem ¼ części sumy dłużnej. Dzierżawcom przyznano z dochodu brutto 1/5 część, rezerwując 3/5 części dla króla. Reszta, tj. czwarta część czystego królewskiego dochodu, pójdzie do skarbu w Rawie na utrzymanie stałego „kwarcianego” wojska. Takie załatwienie sprawy przecięło dalszy odbiór majątków, a w skromnej mierze zaradziło obronie państwa, bo owego żołnierza kwarcianego bywało parę lub kilka tysięcy. Bądź co bądź samo odbywanie periodycznych od 1566 r. lustracji poprawiło gospodarkę w królewszczyznach i umożliwiło dalsze reformy skarbowe.

x

Często, pisząc blogi o tamtych czasach, zastanawiałem się na tym, kto stworzył ustrój I RP. Intuicyjnie czułem, że byli to Żydzi, którzy posługiwali się różnymi tajnymi związkami, ale brakowało mi punktu zaczepienia. Konopczyński pisze:

Mamy więc konkretną datę, czyli rok 1520. Co więc było przyczyną takiego nagłego ożywienia i wzmożonej aktywności? W 1518 roku przybyła do Polski królowa Bona i przyciągnęła ze sobą nie tylko włoszczyznę, ale również członków różnych tajnych związków, które kwitły we Włoszech od czasów renesansu. Reformacja w Polsce była pod względem religijnym ruchem płytkim, powierzchownym i wraz z nastaniem unii wygasła. Podobnie było w przypadku tych wszystkich „wybitnych” umysłów tamtego czasu. Jak szybko się pojawili, tak szybko znikli. Miernoty wypromowane przez tajne związki. Wielcy panowie, z kolei, stawali się protestantami, kalwinami, by później, gdy cel został osiągnięty, powrócić na łono Kościoła. Była ta reformacja tylko zasłoną dymną do realizacji zupełnie innych celów, podobnie jak ruch egzekucyjny.

Według AI przywódcami tego ruchu byli Rafał Leszczyński, Mikołaj Sienicki, Hieronim Ossoliński. Leszczyński był związany z ruchem braci czeskich, Sienicki – z kalwinizmem i ruchem braci czeskich, Ossoliński – kalwin, uczestnik sejmu podpisującego unię polsko-litewską, sygnatariusz konfederacji warszawskiej (1573) gwarantującej innowiercom tolerancję religijną. Konfederacja warszawska nie była wynikiem jakiejś nadzwyczajnej wspaniałomyślności w tym względzie, tylko koniecznością wynikającą z faktu, że po unii większość ludności zamieszkującej nowe państwo wyznawała prawosławie.

Reformacja była najważniejszym wydarzeniem w historii ziem polskich. Jej dziełem było uczynienie języka polskiego językiem narodowym i doprowadzenie do unii polsko-litewskiej. Choć ten pierwszy postulat pojawił się już wcześniej. Z Wikipedii:

Ostroróg pisał po łacinie, że trzeba pisać po polsku. Dlaczego zatem sam nie pisał po polsku? Ano dlatego, że wtedy jeszcze język polski nie był na tyle wykształcony, by móc w nim przekazywać głębsze treści. Tę wadę usunęła po części reformacja. A więc elity posługiwały się łaciną, a mieszczaństwo – językiem niemieckim. A jakim językiem posługiwali się Piastowie? Łaciną czy niemieckim? – Das ist die Frage, że się posłużę szekspirowskim dylematem w wersji niemieckiej. – Czy aby nie niemieckim?

Reformacja i ruch egzekucyjny miały na celu doprowadzenie do unii polsko-litewskiej i jednocześnie do odwrócenia uwagi opinii publicznej, czyli w tamtym czasie szlachty, od prawdziwego celu. Z kolei zaangażowanie w wojnę o Inflanty miało przekonać ją, że chodzi o bezpieczeństwo państwa. Efektem końcowym tych działań była unia polsko-litewska. Dokładnie ten scenariusz jest obecnie realizowany: zaangażowanie Polski w wojnę, która nie jest w jej interesie i dążenie do stworzenia wspólnego państwa polsko-ukraińskiego, które miałoby powstrzymać Rosję przed parciem na zachód, czyli Drang nach Westen.

Jak to było możliwe, że Wielkie Księstwo Litewskie nie mogło obronić się samo przed Wielkim Księstwem Moskiewskim, tylko szukało pomocy w małej Polsce? I jedno i drugie księstwo było wielkie. Może jednak to litewskie było „wielkie” tylko z nazwy, a w praktyce była to parodia państwa, a unia Polski z tym tworem nie mogła być niczym innym, jak tylko jeszcze większą parodią państwa.

Drang nach Osten zaczął się jeszcze za Kazimierza Wielkiego, gdy do Korony przyłączono Ruś Halicką i Podole. Po zaborach Ruś Halicka została włączona do Austrii, stała się Galicją Wschodnią i Austriacy stworzyli z niej Banderland na długo przed Banderą. Tak więc Polskę stworzyli Niemcy a banderowską Ukrainę – Austriacy, czyli też Niemcy.

W języku niemieckim słowo „Pol” oznacza biegun, „Pole” – bieguny; „Pole” – Polak, „Polin” – Polka, „Polen” – Polska, Polacy. Skąd zatem pochodzi nazwa ‘Polska” i „Polacy”? Czy przypadkiem nie z niemieckiego? Jeśli ziemie polskie były częścią I Rzeszy, to Królestwo Polskie Łokietka zostało przez nią stworzone, tak jak później, w 1916 roku, Królestwo Polskie, które tworzyli Niemcy razem z Austriakami, a nie tak, jak parę dni temu powiedziała Maria Zacharowa, rzeczniczka Ministerstwa Spraw Zagranicznych Federacji Rosyjskiej, że to Lenin stworzył Polskę, bo uznał traktat rozbiorowy za nieważny.

Wygląda więc na to, że obecnie mamy do czynienia z sytuacją podobną do tej sprzed unii lubelskiej i wszystko zmierza w kierunku kolejnej unii, choć w praktyce to ona już jest, tylko że nie ogłoszono tego oficjalnie, więc większość ludzi nadal myśli, że żyje w III RP, a to jest Ukraina. Oczywiście to nowe państwo zostanie pozbawione ziem poniemieckich i Ukrainy Zadnieprzańskiej.

  1. Odpowiednik współczesnego prokuratora, który ścigał przestępstwa przeciwko państwu. ↩︎
  2. Tu: wziąć w karby, uporządkować. ↩︎
  3. Duchowny Kościoła katolickiego, zazwyczaj biskup tytularny, który zostaje przydzielony biskupowi diecezjalnemu w celu pomocy w zarządzaniu diecezją. ↩︎

Maria Stuart cz.3

Świat współczesny to świat informacji, wszechogarniającej informacji. Nowoczesne środki przekazu całkowicie nas zdominowały. Jeśli dodamy do tego sztuczną inteligencję, to odróżnienie tego, co jest rzeczywiste od tego, co jest fikcją, staje się poważnym problemem. Nadmiar informacji jest w takiej sytuacji nie błogosławieństwem, ale wręcz przeciwnie – przekleństwem. Może to komuś wydawać się dziwne, ale z tym samym problemem zetknął się Stefan Zweig pisząc biografię Marii Stuart. Z jak skomplikowaną materią mieliśmy w tym wypadku do czynienia, świadczy wstęp do niej, który przytaczam w całości. Zweig pisał:

Sprawy jasne i oczywiste tłumaczą się same, tajemniczość natomiast pobudza myśl twórczą. Postacie i wydarzenia historyczne osnute mgłą, zawoalowane, wołają o coraz to nową interpretację, o coraz to nowe przetworzenie literackie. Klasycznym wprost przykładem, jak wielką podnietę stanowi tajemniczość snująca się wokół, jest tragedia Marii Stuart. Trudno znaleźć w całej historii postać kobiecą, która dałaby natchnienie tylu utworom literackim, która byłaby tematem tylu powieści, biografii i dyskusji. Ponad trzy wieki kusiła pisarzy, zajmowała uczonych i teraz wciąż jeszcze z niczym nie pomniejszoną siłą postać ta domaga się nowych ukształtowań. Taki jest bowiem sens wszystkiego, co powikłane, iż tęskni do jasności, i wszystkiego, co ciemne, iż dąży do światła.

Tajemnica życia Marii Stuart doczekała się równie licznych, jak sprzecznych upostaciowań i interpretacji: nie znajdzie się chyba druga kobieta, której sylwetka byłaby odmalowana w tak rozmaity sposób: już to jako wściekła intrygantka, kiedy indziej jako anielska święta. Na różnorodność tego obrazu wpłynął dziwnym zbiegiem okoliczności nie niedostatek materiału historycznego, lecz na odwrót – oszałamiający nadmiar. Przechowywane dokumenty, protokoły, akta i listy sięgają tysięcy, dziesiątków tysięcy: w ciągu trzech wieków, z roku na rok, wciąż z tym samym zapałem wznawiany jest proces: winna czy niewinna. Ale im gruntowniej bada się dokumenty, tym boleśniej uświadomić sobie trzeba niewiarygodność wszelkich świadectw historycznych, a co za tym idzie, ich naświetleń. Dokument historyczny bowiem, choćby niewątpliwie autentyczny, stary i archiwalnie uwierzytelniony, wcale jeszcze dlatego nie musi być pewny i psychologicznie prawdziwy. Rzadko kiedy można stwierdzić tak wyraźne, jak w sprawie Marii Stuart, jaskrawą rozbieżność w relacjach ówczesnych obserwatorów, dotyczących tego samego wydarzenia i w tym samym czasie. Każdemu dokumentarnie udowodnionemu „tak” przeciwstawić można również dokumentarnie udowodnione „nie”, każdemu oskarżeniu – uniewinnienie. Prawda i fałsz, urojenie i rzeczywistość są tak bałamutnie pomieszane, że właściwie każdy rodzaj ujęcia można by uznać za bardzo prawdopodobny: kto zechce dowieść, że Maria Stuart jest współwinna zabójstwa swego męża, może przytoczyć dziesiątki zeznań świadków – i na odwrót, kto zechce dowieść, iż nie brała udziału w tej zbrodni, znajdzie tyleż samo świadectw; przed każdym odmalowaniem jej portretu psychologicznego farby zostały z góry zmieszane. A gdy do sprzeczności istniejących relacji przyłączy się jeszcze stronniczość polityczna czy patriotyzm narodowy, obraz stanie się jeszcze bardziej zniekształcony.

Leży to bowiem w naturze ludzkiej, iż w każdym zasadniczym sporze, czy to między dwojgiem ludzi, czy to między dwiema ideami, czy też między dwoma światopoglądami, kusi nas nieodparcie, by opowiedzieć się po czyjejś stronie, by przyznać rację jednemu, a nie przyznać drugiemu, by nazwać jednego winnym, a drugiego niewinnym. Jeśli w dodatku, tak jak w niniejszej sprawie, sprawozdawcy sami przeważnie należą do jednego z nawzajem zwalczających się kierunków, religii czy światopoglądów, to jednostronność ich opinii jest już niejako z góry przesądzona; na ogół autorzy protestanccy zwalali całą winę bez reszty na Marię Stuart, autorzy katoliccy – na Elżbietę. W literaturze angielskiej Maria Stuart przedstawiana jest prawie zawsze jako morderczyni, w szkockiej – jako niewinna ofiara nikczemnych oszczerstw. O listach ze szkatułki stanowiących przedmiot dyskusji najbardziej sporny, jedni gotowi przysiąc, że są prawdziwe, inni natomiast gotowi dać głowę, że są sfałszowane; każdy najdrobniejszy fakt jest więc siłą rzeczy zabarwiony stronniczo. Może dlatego też ktoś, kto nie jest ani Anglikiem, ani Szkotem, ktoś, kto nie jest obciążony przynależnością rodową, będzie mógł zdobyć się na czystszy, pozbawiony uprzedzeń obiektywizm, może uda mu się przystąpić do tej tragedii jedynie i wyłącznie z namiętnym, a jednak bezstronnym zainteresowaniem artysty.

Oczywiście nie będzie tak zuchwały, by twierdzić, iż zna prawdę, jedyną prawdę o wszystkich okolicznościach życia Marii Stuart. To, co zdobędzie, stanowi zaledwie maksimum prawdopodobieństwa, a to, co w najlepszej wierze i z najgłębszym przekonaniem uważa za obiektywizm, będzie mimo to subiektywne. Ponieważ nurt w źródłach nie był czysty, musi dobywać swoją prawdę z mętnej wody. Skoro współczesne relacje przeczą sobie nawzajem, musi wybierać między świadkami oskarżenia a świadkami obrony. I gdyby nawet dokonywał takiego wyboru jak najostrożniej, to niejednokrotnie postąpi najrzetelniej, jeśli swoje opinie zaopatrzy znakiem zapytania i przyzna, że ten lub ów fakt z życia Marii Stuart pozostał dlań niejasny i zapewne niejasnym zostanie na zawsze.

W niniejszym eseju przestrzegałem ściśle zasady niekorzystania z tych zeznań, które zostały wydarte pod wpływem tortur czy też strachu lub przymusu: uczciwy poszukiwacz prawdy nigdy nie będzie uważał wymuszonych zeznań za pełnowartościowe i obowiązujące. Podobnie raporty szpiegów i posłów (w owych czasach było to prawie jedno i to samo) zostały wykorzystane z jak największą ostrożnością, każdy dokument piśmienny z góry budził powątpiewanie; reprezentowany tu pogląd, iż sonety i większość listów ze szkatułki można uważać za autentyczne, opiera się na skrupulatnej analizie i przekonywujących dowodach. Wszędzie tam, gdzie w archiwalnych dokumentach krzyżują się przeciwstawne twierdzenia, gruntownie zbadano źródła i motywy polityczne tej sprzeczności, a tam, gdzie wybór między jednym a drugim twierdzeniem stawał się już nieunikniony, zastosowano miarę ostateczną: do jakiego stopnia poszczególne zachowanie zgodne jest z charakterem w całości.

W gruncie rzeczy charakter Marii Stuart nie jest wcale taki tajemniczy: niejednolity tylko w przejawach zewnętrznych, wewnętrznie jest od początku do końca przejrzysty i prostolinijny. Maria Stuart należy do owego rzadkiego i pociągającego typu kobiet, których prawdziwa pełnia życiowa wtłoczona jest w bardzo szczupły czas, rozkwit ich jest krótki, ale bujny, ich prawdziwy charakter ujawnia się nie na przestrzeni całego życia, lecz na wąskim a płomiennym odcinku jednej jedynej namiętności. Aż do dwudziestego trzeciego roku życia nurt uczuciowy Marii Stuart płynie gładko i spokojnie, tak samo od dwudziestego piątego roku nie zostanie ani razu wzburzony, lecz w ciągu tych dwóch krótkich lat następuje w niej wspaniały, żywiołowy wybuch, rzekłbyś, szalejący orkan, który wynosi jej przeciętne losy na wyżyny tragedii antycznej, wielkiej i potężnej jak Oresteja. W ciągu tych dwóch lat Maria Stuart staje się postacią naprawdę tragiczną, przerasta siebie samą; nadmiar uczucia łamie jej życie, przekazując je zarazem wieczności. I tylko dzięki tej jednej namiętności, którą przypłaciła życiem, imię jej żyje w literaturze po dziś dzień.

Zgodnie z tą szczególnie skondensowaną formą przeżyć wewnętrznych, doprowadzonych do jednego momentu wybuchowego, postać Marii Stuart ulega właściwie już z góry określonym rygorom kształtu i rytmu. Odtwórca powinien dążyć jedynie do tego, by tę strzelającą stromo wzwyż i gwałtownie opadającą krzywą przeżyć Marii Stuart oddać w jej niepowtarzalnej i zaskakującej postaci. Niech więc nikomu nie wyda się sprzecznością, iż w książce tej długi okres pierwszych dwudziestu trzech lat życia Marii Stuart i następne dwadzieścia lat więzienia zajmują nie więcej miejsca niż historia dwóch lat tragicznej namiętności. Tylko na pozór w życiu człowieka czas subiektywny i czas obiektywny to jedno i to samo; w rzeczywistości pełnia przeżyć posiłkuje się miarą duszy, która bieg czasu liczy inaczej niż obojętny i zimny kalendarz. W oszołomieniu uczuciowym, w błogim odprężeniu wzbogacona przez los dusza ludzka może w jak najkrótszym czasie przeżyć nieskończoną pełnię, wyzwolony zaś od namiętności okres długich, długich lat odczuwa jako pustkę, jako przemykający cień, jako głuchą nicość. Dlatego też w historii ludzkiego życia liczą się tylko momenty napięcia, chwile rozstrzygające – i prawdziwą będzie tylko ta powieść, która momenty te uwzględnia. Tylko wtedy, gdy człowiek rzuca na szalę wszystkie swe siły, gdy dusza jego żarzy się i płonie – tylko wtedy staje się postacią prawdziwie żyjącą.

x

W pewnym momencie Zweig pisze: do jakiego stopnia poszczególne zachowanie zgodne jest z charakterem w całości. Jest to metoda albo jeden z jej elementów. Innymi słowy, w sprawach wątpliwych odwoływał się on do charakteru Marii Stuart i na tej podstawie wyciągał wnioski i dokonywał oceny czy takie, a nie inne jej postępowanie było prawdopodobne.

A więc charakter całości. Chcąc więc wyjaśnić postawę „polskiego” rządu wobec Ukrainy i niewątpliwie zbliżający się moment wysłania tam wojska polskiego, wypada odwołać się do całości, w tym wypadku będzie nią historia tych ziem. Na zwycięskiej bitwie pod Grunwaldem Królestwo Polskie nic nie zyskało, a Wielkie Księstwo Litewskie odzyskało Żmudź. W tamtym czasie Krzyżacy, na mocy zawartych porozumień, nie zagrażali już Królestwu. Bitwa pod Wiedniem miała obronić I Rzeszę przed turecką nawałą. Turcja nie atakowała Rzeczypospolitej. Napoleon stworzył Księstwo Warszawskie tylko po to, by pozyskać rekruta na wojnę z Rosją i wykorzystać to wojsko również w Hiszpanii. Wojna 1920 roku to wojna o odzyskanie Kresów i choć Piłsudski miał wolną drogę na Moskwę, której nikt nie bronił, to wstrzymał ofensywę. Dziewiętnaście lat później bolszewicy odbili to, co wcześniej stracili, czy na co się zgodzili w Rydze w 1921 roku. W czasie II wojny światowej polskie wojsko na wschodzie broniło interesu Stalina, a te na zachodzie wyzwalało tamte kraje, a nie własny. Mamy wiec obraz taki, że wojsko polskie nigdy w historii nie broniło ziem polskich, tych piastowskich. I tak będzie tym razem: nie będzie tu stać i na miejscu czekać na wroga, tylko pojedzie daleko na wschód.

Ktoś może oczywiście powiedzieć, że to wojsko broniło ziem piastowskich we wrześniu 1939 roku. Nie, nie broniło. Celem tej obrony było umożliwienie wojskom niemieckim i radzieckim dokonanie rozbioru II RP, bo gdyby polskie wojsko nie walczyło, to Niemcy musieliby zająć całe państwo, razem z Kresami, a nie taki był plan. A więc wojsko to zostało wykorzystane przez zdradzieckie władze do realizacji celów, które były wbrew interesom państwa, zbyt słabego, by stawiać opór potężnemu sąsiadowi. I takie wykorzystanie tego wojska umożliwiło likwidację II RP. Bardzo możliwe, że wojsko polskie na Ukrainie również będzie pretekstem do likwidacji III RP. To wszystko było i jest możliwe tylko dlatego, że pomiędzy Niemcami a Rosją nigdy nie było prawdziwego państwa, tylko twory państwowo-podobne, całkowicie uzależnione od jednej lub drugiej strony. Obecna postawa „polskiego” rządu wobec Ukrainy tylko potwierdza ten stan.

Maria Stuart cz.2

Długo zastanawiałem się nad wyborem fragmentów do zacytowania, ostatecznie jednak zdecydowałem się na zamieszczenie całego rozdziału. Jego tytuł to „Powrót do Szkocji; sierpień 1561”. Pochodzi on z książki Stefana Zweiga „Maria Stuart” wydanej przez Państwowy Instytut Wydawniczy w 1959 roku. Porusza on w nim fundamentalny problem: która władza jest ważniejsza – ta świecka czy duchowa? Gdy Maria Stuart powróciła do Szkocji po trzynastoletnim pobycie we Francji, to zastała już zupełnie inny kraj, w znacznej mierze opanowany przez kalwinizm. Cóż zatem ona, jako katoliczka, mogła zrobić? Czy mogła mieć realną władzę nad swoimi poddanymi?

x

Gdy 19 sierpnia 1561 roku Maria Stuart ląduje w Leith, mgła tak gęsta, jak rzadko kiedy bywa latem na tym północnym wybrzeżu, przesłania brzeg. Jakże różni się ten przyjazd do Szkocji od pożegnania z douce France1! Tam odprowadzał ją w majestatycznym orszaku kwiat francuskiej arystokracji, książęta i hrabiowie, poeci i muzycy dwornie składali jej dowody czci i szacunku. Tutaj nie czekał jej nikt; dopiero gdy łodzie dobiły do brzegu, zebrała się zdziwiona i zaciekawiona gawiedź; kilku rybaków w zgrzebnych kurtkach, paru wałęsających się żołnierzy, trochę kramarzy i wieśniaków przybyłych po to, by w mieście sprzedać owce. Bardziej onieśmieleni niż zachwyceni przyglądają się, jak wysiadają z łodzi bogato wystrojeni panowie i panie w pięknych szatach, księżne i hrabiowie. Dwa światy stanęły oko w oko.

Surowe to powitanie, twarde i szorstkie jak dusza tej północnej krainy. Już w pierwszej chwili poznaje Maria Stuart z bólem straszliwą nędzę swej ojczyzny, pojmuje, że w ciągu tych pięciu dni podróży morskiej cofnęła się o całe stulecie, że przybyła z kraju o wielkiej, bogatej, bujnej, rozrzutnej, delektującej się sobą kulturze do ciasnego, ciemnego i tragicznego świata. W tym mieście, dziesiątki razy plądrowanym i palonym bądź przez Anglików, bądź przez rebeliantów, nie ma pałacu, nie ma ani jednego przyzwoitego domu mieszkalnego, który mógłby ją godnie przyjąć: królowa tego kraju musi przenocować u zwykłego kupca, aby mieć jakikolwiek dach nad głową.

Pierwsze wrażenia mają wielką moc oddziaływania na umysł ludzki, wbijają się w pamięć na całe życie. Może ta młoda kobieta nie wie sama, co ją tak głęboko przejmuje i porusza, gdy teraz, po trzynastu latach nieobecności, wraca do swego kraju jak obca. Czy to tęsknota, czy nieświadome pragnienie owego ciepła i słodyczy życia, które nauczyła się miłować na ziemi francuskiej, czy cień szarego obcego nieba, czy przeczucie zbliżającego się niebezpieczeństwa? Tak czy inaczej, gdy Maria Stuart zostaje sama – jak opowiada Brantȏme – wybucha rzewnym płaczem. Nie wstępuje na wyspę brytyjską tak jak Wilhelm Zdobywca, silna i pewna siebie, w pełnym poczuciu swej władzy; nie, pierwszym jej doznaniem jest zakłopotanie, smutek, trwoga przed czekającymi ją wydarzeniami.

Nazajutrz przyjeżdża śpiesznie zawiadomiony tymczasem regent, brat przyrodni Marii Stuart, hrabia Moray, a wraz z nim kilku panów, aby przygotować jej jako tako godną świtę przed wjazdem do pobliskiego Edynburga.

Ale tym razem nie będzie to uroczysty orszak. Pod bardzo przejrzystym pretekstem rzekomego ścigania piratów Anglicy zatrzymali jeden ze statków, na którym znajdowały się wierzchowce dworskie, i w małym miasteczku Leith z trudem znaleziono jako tako odpowiedniego i znośnie okiełznanego konia dla królowej; natomiast damy dworu i panowie ze świty muszą – bardzo zagniewani – zadowolić się ordynarnymi chłopskimi szkapami, sprowadzonymi w pośpiechu z okolicznych stajen i szop. Na ten widok łzy stają w oczach Marii Stuart: raz jeszcze odczuwa, jak wiele utraciła wraz ze śmiercią swego męża i o ile to mniej znaczy być tylko królową Szkocji niż królową Francji, którą była dotychczas.. Duma nie pozwala jej pokazać się swym poddanym w tak mizernym, niegodnym orszaku. Zamiast joyeuse entrée2 ulicami Edynburga, obiera wraz ze świtą drogę do zamku w Holyrood omijając mury miasta. W głębi ciemnieje zbudowany przez ojca zamek z krągłymi basztami. Na tle nieba odcinają się hardo wieżyczki twierdzy; z zewnątrz, na pierwszy rzut oka, zamek ten prezentuje się wspaniale, czysty w linii, przygniatający kształtami z ciosowego kamienia.

Ale jakże zimne, jakże puste, jakże nieprzytulne wydają się te komnaty królowej, rozpieszczonej przepychem Francji! Nie ma tu gobelinów, ani blasku świeczników, które włoskie zwierciadła powtarzają od ściany do ściany, ani cennych materii, ani połysku złota i srebra. Od wielu lat nie trzymano tu dworu, opustoszałe komnaty nie pamiętają śmiechu ludzkiego, niczyja dłoń od śmierci ojca Marii Stuart nie zdobiła i nie odnawiała tego domu: i tu szczerzy puste oczodoły nędza, dawna klątwa jej królestwa.

Gdy mieszkańcy Edynburga dowiedzieli się, że ich królowa przybyła do Holyrood, wyruszyli jeszcze tej samej nocy, by ją powitać. Nic dziwnego, że to przywitanie, jak na wyrafinowany, wysubtelniony smak francuskiej arystokracji, wypadło trochę z chłopska i nieokrzesanie; mieszkańcy Edynburga nie mieli musiciens de la cour3, którzy umieliby uradować uczennicę Ronsarda kunsztownymi canzonami lub czułymi madrygałami. Mogą powitać królową co najwyżej starodawnym zwyczajem, układając na placach stosy drew – jedyne, w co obfituje ten dziki kraj – ażeby ogniska, bonfires, płonęły przez całą noc. Potem zbierają się pod jej oknami i zaczynają grać na piszczałkach, kobzach i innych prymitywnych instrumentach; to, co w ich pojęciu jest muzyką, wydelikaconym gościom wydaje się piekielnym hałasem; śpiewają przy tym – teksty świeckie zostały im zakazane przez duchownych kalwińskich – chropawymi męskimi głosami psalmy i pobożne pieśni. Mimo najlepszej woli nie mogą nic więcej ofiarować swojej królowej. Ale Maria Stuart cieszy się z dobrego przyjęcia, a w każdym razie okazuje życzliwość i zadowolenie. Przynajmniej w owej godzinie jej przybycia po raz pierwszy od dziesiątków lat panuje znów zgoda i harmonia między królową a jej narodem.

Ani sama królowa, ani jej doradcy nie łudzą się, że najzupełniej niedoświadczoną pod względem politycznym władczynię czeka niepomiernie ciężkie zadanie. Jeszcze przed przybyciem Marii Stuart Maitland Lethington, najtęższa głowa spośród szkockiej arystokracji, napisał prorocze słowa, że jej osoba spowoduje niezwykłe tragedie (it could not fail to raise wonderful tragedies). Nawet energiczny i na wszystko zdecydowany mężczyzna, mąż żelaznej ręki, nie potrafiłby zmusić tego kraju do trwałego spokoju, czegóż więc można żądać od dziewiętnastoletniej kobiety czującej się obco we własnym kraju i tak nie wyszkolonej w sztuce rządzenia? Ubogi kraj, przekupna szlachta, w każdej chwili gotowa do buntu lub wojny, niezliczona ilość klanów żyjących w wiecznych waśniach i sporach między sobą i tylko czekających okazji, by nienawiść przeobraziła się w wojnę domową, duchowieństwo katolickie i protestanckie zażarcie walczące o pierwszeństwo, czujna, niebezpieczna sąsiadka zręcznie podżegająca do zamieszek – i na domiar wszystkiego wrogość światowych mocarstw, które bezlitośnie chcą wciągnąć Szkocję w swe krwawe igraszki: oto sytuacja, jaką zastaje Maria Stuart.

W chwili gdy przybyła do swego kraju, walka ta była już na ostrzu noża. Zamiast zasobnej kasy przejmuje Maria Stuart po swej matce fatalną spuściznę, zaprawdę damnosa hereditas: waśni religijne, tu zacieklej niż gdziekolwiek indziej trawiące dusze ludzkie. W ciągu tych szczęśliwych lat, które Maria Stuart nie przeczuwając nic złego spędziła we Francji, udało się reformacji wtargnąć zwycięsko do Szkocji. Poprzez dwory i domy, poprzez wsie i miasta, poprzez rody i rodziny przebiega straszliwe rozdarcie: jedna część szlachty jest protestancka, druga katolicka, miasta skłaniają się ku nowej wierze, równinny kraj ku starej, jeden klan zwraca się przeciwko drugiemu, jedno pokolenie przeciwko drugiemu, a wzajemną nienawiść podsycają nieustannie rozfanatyzowani duchowni i popierają swoją grą polityczną obce mocarstwa. Największe niebezpieczeństwo dla Marii Stuart stanowi jednak to, że właśnie najpotężniejszy i najbardziej wpływowy odłam szlachty znajduje się w obozie przeciwnym, w obozie kalwinizmu; możliwość owładnięcia bogatymi dobrami kościelnymi podziałała magicznie na tę zaborczą, buntowniczą zgraję. Nareszcie znaleźli znakomity, pseudoetyczny pretekst: mogli się burzyć przeciwko swej władczyni jako obrońcy prawdziwego Kościoła, jako lords of the congregation, a w tym sporze znajdowali zawsze poparcie ze strony Anglii. Ponad dwieście tysięcy funtów ofiarowała już na ten cel oszczędna zazwyczaj Elżbieta, pragnąc wydrzeć Szkocję katolickim Stuartom przy pomocy wojen i buntów, i nawet teraz jeszcze, po uroczyście zawartym pakcie pokojowym, większość oddanych Marii Stuart jest potajemnie na żołdzie Elżbiety.

Maria Stuart mogłaby za jednym zamachem przywrócić zachwianą równowagę, gdyby sama przeszła na protestantyzm, do czego nakłaniała ją usilnie część jej doradców. Lecz jest z rodu Gwizjuszów, pochodzi z rodziny żarliwych szermierzy katolicyzmu i sama, nie będąc fanatyczką religijną, jest wiernie i żarliwie oddana wierze swych ojców i przodków. Nigdy nie odstąpi od swoich przekonań i nawet w obliczu największego niebezpieczeństwa wybierze raczej ustawiczna walkę niż choćby jeden tchórzliwy postępek niezgodny z jej sumieniem. W ten sposób powstał ów nieuleczalny rozłam między nią a szlachtą: zawsze gdy panujący należy do innego Kościoła niż jego poddani, pociąga to za sobą groźne następstwa. Szale wagi nie mogą się stale tak ostro wahać, raz wreszcie musi się sprawa rozstrzygnąć. Właściwie Marii Stuart pozostaje tylko wybór: albo opanować reformację, albo jej ulec. Nieustanne rozbieżności pomiędzy Lutrem, Kalwinem a Rzymem dziwnym zbiegiem okoliczności odbijają się dramatycznie na losach Marii Stuart: osobista walka między Elżbietą a Marią Stuart, pomiędzy Anglią i Szkocją zadecyduje zarazem – i dlatego jest tak bardzo ważka – pomiędzy Anglią a Hiszpanią, pomiędzy reformacją a kontrreformacją.

Tę i tak już dramatyczną sytuację utrudnia jeszcze jedna okoliczność: niezgoda religijna wtargnęła już do jej rodziny, do jej zamku, do gabinetu jej doradców. Najbardziej wpływowy człowiek w całej Szkocji, brat przyrodni Marii, Jakub Stuart, hrabia Moray, któremu królowa musi powierzyć prowadzenie spraw państwowych, jest żarliwym protestantem i obrońcą owej kirk4, którą ona, wierząca katoliczka, potępia jako herezję. Pierwszy położył swój podpis pod sprzysiężeniem obrońców protestantyzmu, lords of congregation, którzy zobowiązali się „odżegnywać się od nauki szatana wraz z jej przesądami i bałwochwalstwem i uznać się odtąd za jej otwartych przeciwników”. Ten „zbór szatana” (congregation of satan), od którego tak się odżegnują, to nic innego jak wiara katolicka, a więc ta, którą wyznaje Maria Stuart. Już od samego początku rozpoczyna się między królową a regentem rozdźwięk w pojmowaniu najistotniejszych spraw życiowych, a stan taki nie wróży spokoju. W głębi serca żywi bowiem królowa jedną tylko myśl: zdławić reformację w Szkocji, a brat jej i regent ma tylko jedno pragnienie: podnieść reformację w Szkocji do godności jedynej religii panującej. Takie jaskrawe przeciwieństwo przekonań musi nieuchronnie doprowadzić przy pierwszej sposobności do otwartego konfliktu.

Ów Jakub Stuart to jedna z postaci, którym los wyznaczył decydującą rolę w dramacie Marii Stuart; rolę tę potrafi odegrać po mistrzowsku. Jako syn tego samego ojca, lecz z nielegalnego, długotrwałego stosunku miłosnego z Małgorzatą Erskine, córką jednego z najbardziej arystokratycznych rodów Szkocji, wydaje się dzięki królewskiej krwi, a jeszcze bardziej dzięki swej własnej żelaznej energii powołany na najgodniejszego dziedzica korony. Jedynie słaba pozycja polityczna skłoniła w swoim czasie Jakuba V do wyrzeczenia się legalnego związku z ukochaną lady Erskine i do umocnienia swojej potęgi i swych finansów poprzez małżeństwo z księżniczką francuską, matką Marii Stuart. Tak oto ciąży na tym ambitnym synu królewskim piętno nielegalnych narodzin., które po wsze czasy zamyka mu drogę do tronu. Chociaż na prośbę Jakuba V papież przyznaje oficjalnie prawo do krwi królewskiej zarówno jemu, jaki pięciorgu innym nieprawnym dzieciom jego ojca, Moray pozostaje mimo to bękartem i nie może rościć pretensji do korony ojcowskiej.

Otóż Moray jest naturą władczą. Porywcza stanowczość jego królewskich przodków, ich duma i żądza władzy burzą się w jego krwi: rozumem i jasnością decyzji góruje nad zachłannym klanem lordów i baronów. Jego cele sięgają daleko, jego plany mają rozległe perspektywy polityczne. Równie mądry jak siostra, ten trzydziestoletni mężczyzna przewyższa ją znacznie rozwagą i doświadczeniem. Patrzy na nią jak na rozbawione dziecko i pozwala się jej bawić, dopóki te igraszki nie krzyżują jego planów. Ten dojrzały mężczyzna nie ulega, tak jak siostra, gwałtownym, nerwowym, romantycznym impulsom, jako władca nie ma w sobie nic bohaterskiego, ale za to zna tajemnicę czekania i cierpliwości, które jest pewniejszą rękojmią sukcesu niż szybki i namiętny poryw.

Pierwszą oznaką prawdziwych uzdolnień politycznych jest umiejętność z góry rezygnowania z tego, co nieosiągalne. Nieosiągalną dla tego nieprawego syna jest korona królewska. Nigdy Moray nie będzie mógł nazywać się Jakubem VI – zdaje sobie z tego sprawę; a więc jako rozważny polityk odstępuje od roszczeń do tytułu króla Szkocji, aby tym pewniej pozostać władcą Szkocji: niechaj będzie regent, skoro nie może być rex. Zrzeka się insygniów władzy, rezygnuje z widomych oznak, aby tym mocniej utrzymać w swych rekach prawdziwą władzę. Jeszcze jako młodzieniec zgarniał dla siebie najbardziej oczywistą postać władzy – bogactwo; otrzymał duży spadek po ojcu, a i poza tym chętnie przyjmuje dary; czerpie korzyści z rozwiązania klasztorów, z wojny, przy każdym połowie pierwszy napełnia swą sieć. Bez skrupułów przyjmuje subsydia od Elżbiety, a gdy siostra jego, Maria Stuart, wraca do Szkocji jako królowa, Moray jest już jednym z najbogatszych i najpotężniejszych ludzi w kraju, tak silnym, że trzeba się z nim liczyć.

Bardziej z wewnętrznej potrzeby niż z rzeczywistej sympatii szuka Maria Stuart przyjaźni ze swym bratem przyrodnim; aby zabezpieczyć własne panowanie, wpycha mu w ręce wszystko, czego zapragnie, zaspokaja jego nienasyconą żądzę bogactw i władzy. Ręce Moraya – na szczęście dla Marii Stuart – są naprawdę niezawodne, umieją utrzymywać i umieją ustępować. Jako urodzony mąż stanu, Moray trzyma się złotego środka: jest protestantem, ale nie obrazoburcą, jest szkockim patriotą, ale przy tym w łaskach u Elżbiety, jest w nie najgorszych stosunkach z lordami, ale w razie potrzeby potrafi pokazać im pięść – w sumie jest to człowiek zimny, wyrachowany, pozbawiony nerwów, którego nie zaślepią pozory władzy, a zaspokoi sama tylko władza.

Tak niepospolity człowiek to wielka zdobycz dla Marii Stuart, dopóki stoi po jej stronie – i olbrzymie niebezpieczeństwo, jeśli wystąpi przeciwko niej. Jako brat związany z nią węzłami tej samej krwi, Moray ma również egoistyczne względy na celu, aby utrzymać siostrę na tronie: żaden Gordon czy Hamilton będąc na jej miejscu nie pozostawiłby mu tak nieograniczonej władzy i swobody w rządzeniu; chętnie pozostawia więc siostrze reprezentację, bez zawiści patrzy, jak podczas uroczystości niosą przed nią berło i koronę, dopóki wie, iż prawdziwą władzę on dzierży w swym ręku. Lecz z chwilą gdy królowa zechce sama panować i obniżyć jego autorytet, duma Stuartów zetrze się z dumą Stuartów. A nie ma straszliwszej wrogości niż wówczas, gdy walczą ze sobą pokrewne natury o tym samym napięciu siły i z tych samych pobudek.

Protestantem jest również sekretarz stanu, Maitland Lethington, drugi mający nie mniejsze znaczenie człowiek na dworze Marii Stuart. Ale i on początkowo jest po stronie królowej; Maitland, tęga głowa, umysł giętki i wyrafinowany, the flower of wits5, jak go nazwała Elżbieta, nie jest tak żądny władzy ani tak ambitny jak Moray. Jako dyplomatę, bawi go zawiła i zawikłana gra polityki i intryg, bawi go cały kunszt kombinacji; nie chodzi mu o sztywne zasady, o religię czy ojczyznę, o królową czy państwo, lecz o artyzm, o sztukę rozgrywek, o supłanie i rozwiązywanie nici na swój własny sposób. W stosunku do Marii Stuart, do której osobiście jest głęboko przywiązany (jedna z czterech Mary, Mary Fleming, zostanie jego żoną), nie jest ani naprawdę wierny, ani naprawdę niewierny. Będzie jej służył, dopóki los jej sprzyja, ale opuści ją w niebezpieczeństwie; po nim, jak po barwnej chorągiewce na dachu, Maria Stuart może poznać, czy wieje wiatr pomyślny, czy niepomyślny, gdyż jako prawdziwy polityk będzie służył nie królowej, nie przyjaciółce, lecz wyłącznie jej fortunie.

Ani z prawa, ani z lewa, ani w mieście, ani we własnym domu nie znajduje Maria Stuart – cóż za fatalny horoskop! – żadnego oddanego przyjaciela. Jednak przy pomocy takiego Moraya, takiego Maitlanda udaje się jej panować i paktować; nieprzejednanie natomiast, nieubłaganie, z zaciekłą, morderczą nienawiścią przeciwstawia się jej od pierwszej chwili najpotężniejszy przedstawiciel ludu, John Knox, kaznodzieja z Edynburga, organizator, pan i władca szkockiej kirk, mistrz demagogii religijnej. Z nim rozpoczyna się walka o być albo nie być, o śmierć i życie.

Kalwinizm Johna Knoxa nie jest bowiem tylko reformatorskim odnowieniem Kościoła, lecz sztywnym systemem państwa bożego i przeto niejako superlatywem protestantyzmu. John Knox występuje władczo i jako władca fanatycznie domaga się od samego króla niewolniczego podporządkowania się jego teokratycznym przykazaniom. Z kościołem anglikańskim, z kościołem luterańskim, z jakąś łagodniejszą postacią reformacji doszłaby może Maria Stuart do porozumienia, zgodnie ze swą miękką i uległą naturą. Samowładztwo kalwinizmu natomiast wyklucza z góry jakąkolwiek możliwość porozumienia z prawdziwym władcą kraju, i nawet Elżbieta, wysługująca się politycznie Knoxem, aby czynić wstręty rywalce, nie cierpi go osobiście z powodu jego nieznośnej zarozumiałości. Jakże dopiero gniewać musi na wskroś ludzką i myślącą w duchu humanistycznym Marię Stuart to jego ponure religianctwo! Czymś zupełnie niepojętym była dla jej bujnej natury, miłującej życie, dla jej poetyckich skłonności ta trzeźwa surowość, niechęć do życia, obrazoburcza nienawiść do sztuki, to gwałcenie radości wysnute z genewskiej nauki – czymś zupełnie nie do zniesienia ten wyniosły upór zakazujący śmiechu i potępiający piękno jako występek, pragnący obrócić wniwecz wszystko, co dla niej najdroższe: swobodne formy obyczajów, muzykę, poezję i taniec, sprawiający, iż świat, i tak ponury, staje się jeszcze bardziej posępny.

Ten twardy charakter, jak ze Starego Testamentu, nadaje edynburskiej kirk John Knox, najzacieklejszy, najbardziej fanatyczny ze wszystkich założycieli Kościoła, prześcigający swego własnego mistrza, Kalwina, w bezkompromisowości i nietolerancji. Początkowo skromny ksiądz katolicki niskiego stopnia, z całym szaleństwem i pasją swej apodyktycznej natury rzuca się w reformację, jest uczniem George’a Wisharta, którego matka Marii Stuart kazała spalić żywcem jako kacerza. Płomień, w którym zginął jego nauczyciel, płonie nadal w duszy ucznia. Jako jeden z przywódców rebelii przeciw regentce, zostaje wzięty do niewoli przez francuską armię posiłkową i skazany na galery we Francji. Długo siedzi tam zakuty w kajdany, lecz wola jego po krótkim czasie staje się równie żelazna jak łańcuchy. Po uwolnieniu ucieka do Kalwina; tu uczy się siły wymowy i bezlitosnej purytańskiej nienawiści wobec wszystkiego, co jasne i helleńskie; po powrocie do Szkocji w ciągu niewielu lat nakłania lordów i lud do przyjęcia reformacji.

John Knox jest chyba najdoskonalszym typem fanatyka religijnego, jaki zna historia: twardszy niż Luter, który jednak nie jest pozbawiony pewnej pogody ducha, surowszy niż Savonarola, gdyż nie umiał się zdobyć na blask i mistyczne światło w swych przemówieniach. Prostolinijność jego była uczciwa, lecz wskutek swej przerażającej ograniczoności myślenia Knox należał do owych ciasnych, surowych umysłów, dla których tylko własna prawda jest prawdziwa, tylko własna cnota cnotliwa, tylko własne chrześcijaństwo chrześcijańskie. Kto nie ma tych samych przekonań co on, jest przestępcą, kto choć o jotę odstępuje od jego żądań, jest sługą szatana. Knox ma w sobie ponurą odwagę opętanego, namiętność ograniczonego fanatyka i obmierzłą dumę „jedynego sprawiedliwego”; w jego surowości tli się jednocześnie niebezpieczna radość z własnego hartu, w jego nietolerancji – ponura satysfakcja z własnej nieomylności.

Ten szkocki Jehowa ze swą falującą brodą staje co niedzielę na ambonie kościoła Św. Idziego i miota gromy nienawiści na tych, którzy nie słuchają jego kazania; kill joy, uśmiercający radość, z gniewem ciska klątwy na beztroskie „plemię szatańskie” tych, którzy służą Bogu nie ściśle według jego wskazówek i jego osobistego rozumienia. Albowiem ten zimny fanatyk nie zna innej radości niż triumf swojej racji, innej sprawiedliwości niż sukces swojej sprawy. Naiwnie triumfuje, ilekroć jakiś katolik czy inny przeciwnik zostanie usunięty lub upokorzony; a jeśli czyjaś mordercza dłoń sprzątnie wroga kirk, to rzecz prosta, nikt inny tylko Bóg pragnął owego chwalebnego czynu i dopomógł do jego spełnienia. Ze swej ambony Knox intonuje pieśń triumfalną, gdy biednemu chłopcu Franciszkowi II, małżonkowi Marii Stuart, zabójcza materia zaczyna się sączyć z ucha, „które nie chciało słyszeć głosu Boga” – a gdy umiera Maria de Guise, matka Marii Stuart, Knox, rozradowany, głosi z ambony: Oby Bóg w Swej niezmierzonej łasce uwolnił nas niebawem i od innych osób z krwi Walezjuszów. Amen! Amen!

Nie ma nic z łagodności boskiej, nic z ewangelicznej dobroci w jego mowach, którymi grozi jak rózgą; jego Bóg jest Bogiem zemsty, zazdrosnym i nieubłaganym, jego Biblią jest tylko Stary Testament, żądny krwi i barbarzyńsko surowy. W jego kazaniach mowa jest o Moabie, O Amaleku, o wszystkich innych wrogach ludu Izraela, których wytępić należy ogniem i mieczem, i groźby te skierowane są przeciwko wrogom jedynej prawdziwej – a więc jego własnej – wiary. A gdy gniewnymi słowy biczuje królową biblijną Jezabel, wiedzą dobrze słuchacze, jaką to królową ma na myśli. Niby burza, co zaciemnia niebo i napawa duszę lękiem za każdym hukiem gromu i zygzakiem błyskawicy – opanował Szkocję kalwinizm, grożąc lada chwila niszczącym wyładowaniem.

Tak świadomy swego celu i nieprzekupny człowiek, który jedynie chce rozkazywać i toleruje tylko posłuszną wiarę, nie przystanie na żaden kompromis; zabieganie o jego względy uczyni go jeszcze bardziej twardym, szyderczym i wymagającym. Wszelkie próby porozumienia rozbijają się o głazy zarozumiałego oporu. Ci, którzy rzekomo walczą w imię Boga, są najbardziej zacietrzewionymi ludźmi na ziemi: wydaje im się, że słuchają tylko boskich przykazań, głusi są przeto na słowa ludzkie.

Zaledwie tydzień bawi Maria Stuart w swym kraju, a już odczuła ponurą obecność tego fanatyka. Zanim jeszcze objęła władzę, zapewniła swym poddanym nie tylko pełną swobodę wiary – co przy jej wrodzonej tolerancji nie było dla niej ofiarą – ale nawet pogodziła się z zakazem publicznego odprawiania mszy katolickiej w Szkocji – bolesne to ustępstwo na rzecz zwolenników Johna Knoxa, który twierdził, że „wolałby widzieć dziesięć tysięcy wrogów lądujących w Szkocji niż dowiedzieć się o jednej odprawionej mszy”.

Zrozumiałe, że Maria Stuart, jako gorliwa katoliczka, krewniaczka Gwizjuszów, zastrzegła sobie prawo praktykowania bez przeszkód swej religii we własnej kaplicy domowej i parlament przyznał jej słuszne żądanie bez zastrzeżeń. Jednakże gdy pierwszej niedzieli w jej kaplicy domowej w Holyrood rozpoczęły się przygotowania do mszy katolickiej, rozjątrzony tłum dotarł z groźbami aż do bram. Ministrantowi, który niósł przed ołtarz poświęcane świece, wyrwano je siłą i połamano. Coraz głośniej daje się słyszeć żądanie, aby wydalono, a nawet zamordowano „pogańskiego kapłana”, rozlegają się coraz bardziej wzburzone okrzyki protestu przeciwko „służeniu szatanowi”; we własnym domu królowej lada chwila może wybuchnąć awantura o Kościół.

Na szczęście hrabia Moray, chociaż sam szermierz i obrońca kirk, rzuca się przeciwko rozfanatyzowanej tłuszczy i broni wejścia. Po mszy, odprawionej w wielkim strachu, wyprowadza przerażonego księdza bezpiecznie do jego komnaty; katastrofa została zażegnana, autorytet królowej jeszcze z trudem ocalony. Ale wesoła uroczystość na cześć przybycia Marii Stuart, owe joyousities, jak szyderczo wykpiwa Knox, zostały ku jego radości brutalnie przerwane; po raz pierwszy napotyka romantyczna królowa w swej ojczyźnie na opór rzeczywistości.

Maria Stuart reaguje na te zniewagę wybuchem gniewu. We łzach i w złych słowach wyładowuje tłumioną wściekłość. I tu po raz drugi pada ostrzejsze światło na jej niezbyt wyrazisty jak dotąd charakter. Ta młoda kobieta, od wczesnego dzieciństwa rozpieszczana przez los, jest w głębi duszy delikatna i czuła, ustępliwa i łatwa w pożyciu; wszyscy, od wielmożów na dworze do pokojowych i dziewek folwarcznych, chwalą jej miły, prosty, serdeczny sposób bycia. Potrafi zaskarbić sobie sympatię wszystkich, gdyż nie chełpi się i nie pyszni swym królewskim tytułem, a dzięki naturalnej swobodzie w zachowaniu pozwala zapominać o przewadze swego stanowiska. Ale u podstaw tej szczodrej serdeczności spoczywa silne poczucie godności własnej osoby, dopóty niewidoczne, dopóki nikt go nie tyka, lecz wybuchające namiętnie, jeśli ktokolwiek ośmieli się na sprzeciw lub opór. Ta dziwna kobieta często umiała zapomnieć urazę osobistą, ale nigdy nie zapomniała najmniejszego uchybienia jej królewskiej godności.

Ani przez chwilę nie ścierpi tej pierwszej obelgi. Podobne zuchwalstwo musi być zaraz na samym początku zdławione i surowo ukarane; a Maria Stuart wie, kto jest inicjatorem owych zajść, słyszała o tym brodaczu z kacerskiego kościoła, który podburzał lud przeciwko jej wierze i nasłał zgraję na jej dom. Od razu postanawia rozprawić się z nim energicznie. Maria Stuart bowiem, przywykła do królewskiej wszechpotęgi we Francji, wychowana od dzieciństwa w wierze, iż jej, królowej z bożej łaski, należy się bezwzględne posłuszeństwo, nie może wyobrazić sobie sprzeciwu poddanego, zwykłego mieszczanina; wszystkiego by się prędzej spodziewała, ale nie tego, że ktoś ośmieli się jej otwarcie i hardo przeciwstawić. A na to John Knox jest przygotowany i nawet z góry się cieszy. „Dlaczegóż ta ładna twarz arystokratki miałaby przyprawić mnie o lęk, skoro tylu już rozgniewanym mężom patrzyłem prosto w oczy i nigdy nie doznawałem niegodnego strachu?” – zadaje sobie pytanie. I biegnie pełen zapału do pałacu, gdyż walczyć – i jak sądzi, walczyć o Boga – to największa rozkosz dla każdego fanatyka.

Jeśli Bóg użycza korony królom, to swym kapłanom i wysłannikom udziela daru płomiennego słowa. Według Johna Knoxa wyżej od króla stoi pastor kirk, jako strażnik prawa bożego. Jego zadaniem jest bronić państwa bożego na ziemi, nie wolno mu się wahać, musi poskromić nieposłusznych twardym kosturem swego gniewu, tak jak to uczynił niegdyś Samuel i biblijni sędziowie.

Dochodzi więc do sceny jak w Starym Testamencie: duma królewska i pycha kapłana ścierają się ze sobą – to nie jednostka walczy z jednostką o przewagę, lecz po raz tysiączny zmagają się w zaciekłej walce dwie prastare idee.

Maria Stuart usiłuje powściągnąć swój gniew, chce być łagodna, nie pragnie niczego innego, tylko pokoju dla swego kraju; grzecznie wszczyna rozmowę. John Knox natomiast jest zdecydowany stawiać się ostro, pokazać tej idolatress6, że ani na cal nie pochyli głowy przed możnymi tej ziemi. W chmurnym milczeniu, nie jak oskarżony, lecz jak oskarżyciel słucha wyrzutów królowej za jego książkę The first blast of trumpet against the monstrous regiment of women7, w której odmawia kobietom prawa do panowania. Ten sam Knox, który z powodu tej samej książki będzie się później najpokorniej tłumaczył przed protestantką Elżbietą, wobec tej królowej-„papistki” upiera się w wieloznacznych słowach przy swoich przekonaniach. Stopniowo wymiana zdań staje się coraz gwałtowniejsza. Maria Stuart przypiera Knoxa do muru: czy zdaniem jego poddani winni być bezwzględnie posłuszni swemu władcy, czy nie? Zamiast odpowiedzi „oczywiście”, jak to Maria Stuart oczekiwała, zręczny taktyk sprowadza obowiązek posłuszeństwa do zacieśniającego porównania: jeśli ojciec traci rozum i chce zabijać swoje dzieci, mają one prawo związać mu ręce i wyrwać z nich miecz. Jeśli panujący prześladuje dzieci boże, mają one prawo stawiać opór. Królowa domyśla się w tych zastrzeżeniach buntu teokraty przeciw uprawnieniom władcy.

   - A więc moi poddani - pyta - winni być posłuszni wam, a nie mnie? Więc to ja jestem waszą, a nie wy moim poddanym?
W gruncie rzeczy John Knox tak uważa. Ale jest zbyt ostrożny, aby w obecności Moraya wypowiedzieć się jasno.
- Nie - mówi wymijająco - zarówno panujący, jak i poddani winni być posłuszni Bogu. Królowie winni być żywicielami Kościoła, królowe zaś karmicielkami.
- Ale ja nie chcę być karmicielką waszego Kościoła - odpowiada królowa, rozgniewana dwuznacznością tej odpowiedzi. - Chcę mieć w opiece Kościół rzymskokatolicki, który uważam za Kościół boży.

Teraz dochodzi do starcia oręża na oręż. Rozmowa ta doprowadziła do punktu, w którym nie może być już porozumienia między wierzącą katoliczką a fanatycznym protestantem. Knox staje się wręcz grubiański i pozwala sobie nazwać Kościół rzymskokatolicki „wszeteczną dziewką”, której nie wolno mienić się oblubienicą bożą. A gdy królowa zabrania mu używania podobnych słów, gdyż ubliżają jej sumieniu, Knox odpowiada wyzywająco: „Sumienie wymaga poznania.” On zaś obawia się, że królowej brak właściwego poznania. Zamiast pojednania ta pierwsza próba porozumienia wywołuje tylko zaostrzenie sprzeczności. Knox wie już teraz, że „szatan jest silny” i że po młodej władczyni nie może spodziewać się uległości.

„W sporze z nią natknąłem się na taką stanowczość, jakiej dotąd nie spotkałem u osoby w tak młodym wieku. Od tej chwili dwór już dla mnie nie istnieje, a ja dla dworu” – pisze rozgoryczony.

Z drugiej strony, Maria Stuart po raz pierwszy uświadomiła sobie granice potęgi królewskiej. Z podniesioną głową opuszcza Knox komnatę, zadowolony z siebie i dumny, że przeciwstawił się królowej – a Maria Stuart, zbita z tropu, z goryczą stwierdza własną niemoc; gorące łzy tryskają jej z oczu. Nie będą to ostatnie łzy w jej życiu. Przekona się wkrótce, że władzy nie dziedziczy się po prostu z krwią ojca, ale trzeba zdobywać ją nieustannie wśród walk i upokorzeń.

x

Zweig, opisując konflikt pomiędzy fanatycznym Knoxem a Marią Stuart, uświadomił mi, że reformacja, tak jak ją się przedstawia, to jedna wielka mistyfikacja. Renesans został zapoczątkowany przez prąd zwany humanizmem. To był prawdziwy przewrót. Średniowiecze to był okres całkowitej dominacji Kościoła. W tym czasie Bóg był w centrum ludzkiej uwagi i stąd ciągłe modlitwy, a nawet, w skrajnych wypadkach, biczowanie się i umartwianie. Humanizm natomiast stawia w centrum uwagi człowieka i jego życie doczesne. Ludzie już nie chcą myśleć o śmierci czy życiu pozagrobowym, chcą żyć tu i teraz, chcą korzystać z życia. Zatem protestantyzm, a w szczególności jego skrajna odmiana, kalwinizm, nie są odstępstwem od Kościoła. Wręcz przeciwnie, chcą, by pozostał on takim, jakim był w średniowieczu. Stąd w kalwinizmie mamy taką surowość obyczajów i ciągłe koncentrowanie się na Bogu, co przejawia się w częstych modłach i czytaniu Biblii. Czy więc ci, którzy nazywają średniowiecze ciemnotą i zabobonem, zdają sobie sprawę z tego, że tym jest również protestantyzm, a w szczególności kalwinizm?

Katedry gotyckie, ich strzeliste wieże, symbolizowały dłonie złożone do modlitwy. To był pionowy porządek architektoniczny skierowany ku górze, ku Bogu. Renesans zapoczątkowuje porządek poziomy, a więc przyziemny, w którym zaczynają być budowane kościoły katolickie. Ich wnętrza są bogato dekorowane, pełno w nich obrazów, co raczej odwraca uwagę od Boga, niż ku niemu zbliża. W pewnym sensie jest to profanacja całej idei wiary. Kto tu zatem jest odstępcą i kacerzem: John Knox czy Maria Stuart? I obecnie, gdy wmawia się nam, że jest to jedyny prawdziwy Kościół, to jest to jedno wielkie oszustwo. Katedry gotyckie są niezmienne i takim stylem jest neogotyk. Natomiast gdy patrzy się na tę udziwnioną architekturę współczesnych kościołów katolickich, to rodzi się pytanie: czym tak naprawdę jest katolicyzm? Katedry gotyckie są niezmienne, cerkwie i meczety również. One mają symbolizować trwałość i wieczność. A co symbolizują ciągle zmieniające się bryły kościołów katolickich? Kto zatem odstąpił od Kościoła i kto jest kacerzem?

Ktoś, kto wymyślił wiarę i Boga, dobrze wiedział, co czynił. Trudno jest ludziom pogodzić się z tym, że życie nie trwa wiecznie i potrzebują jakiejś nadziei, że wraz z życiem doczesnym nie wszystko się kończy. Gorliwa wiara ma być gwarantem dostania się do nieba. Ci, którzy powymyślali te różne wiary czy wyznania, dobrze wiedzieli, że to zawsze będzie źródłem wszelkich konfliktów, bo nigdy tak nie będzie, że człowiek będzie żył wiecznie i nie będzie zainteresowany życiem pośmiertnym.

  1. słodką Francją ↩︎
  2. radosnego wjazdu ↩︎
  3. dworskich muzykantów ↩︎
  4. kościół po szkocku ↩︎
  5. wykwintny umysł ↩︎
  6. bałwochwalczyni ↩︎
  7. Pierwszy głos trąbki przeciwko potwornym rządom kobiet ↩︎

Maria Stuart cz.1

Stefan Zweig (1881-1942) austriacki pisarz żydowskiego pochodzenia napisał (1935) beletryzowaną biografię Marii Stuart (1542-1587), PIW 1959. Powieść ta należy do najwybitniejszych jego utworów, a może nawet jest najwybitniejszym. Warto więc, jak sądzę, zapoznać się z jej fragmentami, bo Zweig porusza fundamentalne problemy tyczące ludzkiej egzystencji oraz polityki i jej mrocznych zakamarków. Na początek wypada jednak przedstawić podstawowe informacje o rodzie Stuartów i szkockich klanach. W Wikipedii można m.in. przeczytać:

Pierwszym królem Szkocji z tego rodu był Robert II, który zasiadł na tronie w 1371 r. Był synem Waltera, szóstego dziedzicznego Wielkiego Stewarda Szkocji i Marjorie, siostry króla Dawida II, ostatniego z dynastii Bruce. Od nazwy urzędu pełnionego przez jego przodków przyjęła się nazwa dynastii (w wersji angielskiej Stuart). Główna linia męska dynastii wygasła na Jakubie V w 1542 r. Dziedziczką tronu została jego córka Maria (zm. 1587 r.). Panowała do 1567 r. Została pozbawiona tronu na rzecz swego syna – Jakuba VI (zm. 1625 r.). Jego ojcem był Henryk Stuart, lord Darnley (zm. 1567 r.), książę Albany z młodszej linii dynastii Stuart.

Klany szkockie – grupy spokrewnionych ze sobą Szkotów, tworzących jedną z lepiej zachowanych struktur klanowych w Europie. Jako zasadnicza forma organizacji społecznej przetrwały klany w Wyżynnej Szkocji (Highlands) do połowy XVIII wieku. Stanowiły jedną z głównych grup oporu przeciw zjednoczeniu z Anglią i angielskiej dominacji. Stąd wszystkie góralskie klany (z wyjątkiem klanu Campbell) popierały prawowitą szkocką dynastię Stuartów, masowo biorąc udział w szkockich powstaniach m.in. w 1715 i 1745. Polityka angielskich najeźdźców próbujących zniszczyć strukturę klanową przyczyniła się paradoksalnie do jej umocnienia, a renesans szkockiej kultury narodowej na początku XIX wieku pozwolił przetrwać klanom do współczesności.

Mapa szkockich klanów górskich i nizinnych rodów; źródło: Wikipedia, autor: Gsl.

Klany szkockie nie są jednolite. Obok wielkich klanów, grupujących mniejsze klany, rody i rodziny złączone jedynie legendarnym pochodzeniem od wspólnego przodka (Klan Chattan, Klan Alpin, Klan Donald), istnieją mniejsze klany, będące w zasadzie rodami (Colquhoun, Graham, Buchanan).

Społeczność klanowa dzieli się zwykle na trzy grupy – ród naczelnika, członków klanu o tym samym nazwisku co naczelnik, zachowujących tradycje wspólnego, często legendarnego pochodzenia i tzw. ludzi złączonych – dawnych mieszkańców ziem zajętych przez klan, członków dawnych podbitych klanów, noszących różne nazwiska, ale uznawanych za współklanowców. Anglicy próbowali odnieść stosunki klanowe do swoich układów społecznych, traktowali wodzów klanu jak posiadaczy ziemskich, drugą grupę jak dzierżawców, a trzecią jak poddzierżawców. Nie było to ścisłe odniesienie, ponieważ tradycyjnie wódz nie był właścicielem ziemi klanu, lecz tylko jej głównym zarządcą i dyspozytorem.

x

Poniżej cały pierwszy rozdział tej książki zatytułowany Królowa w kolebce 1542-1548.

Sześć dni miała Maria Stuart, gdy została królową Szkocji. Już od zarania spełniało się prawo jej życia: wszystkie dary losu otrzymała zbyt wcześnie, by móc się nimi świadomie radować. W posępny dzień grudniowy roku 1542, kiedy na zamku Linlithgow przyszła na świat Maria Stuart, w sąsiednim zamku Falkland ojciec jej, Jakub V, leżał na łożu śmierci; mimo iż miał dopiero lat trzydzieści jeden, był już złamany życiem, znużony koroną, strudzony walką. Był to człowiek odważny, rycerski, pogodny z natury, namiętny miłośnik sztuki i kobiet, zżyty ze swym ludem; nieraz udawał się w przebraniu na uroczystości wiejskie, tańczył i żartował z wieśniakami i niejedna ze szkockich pieśni i ballad, których był twórcą, długo żyła jeszcze w pamięci jego ludu. Ale ten nieszczęsny potomek nieszczęsnego rodu żył w epoce rozwichrzenia, w kraju buntowniczym, i od urodzenia już był skazany na swój tragiczny los. Silny i bezwzględny sąsiad, Henryk VIII, domaga się, by wprowadził reformację, lecz Jakub V pozostaje wierny Kościołowi; szlachta szkocka, stale gotowa utrudniać życie swemu władcy, od razu wykorzystuje tę waśń i nieustannie podżega spokojnego, pogodnego króla do zamieszek i wojny. Już cztery lata przedtem Jakub V starając się o rękę Marii de Guise szczerze jej wyznaje, jak ciężka jest sytuacja króla otoczonego tym krnąbrnym i zaborczym klanem.

„Madame – pisze w tym wstrząsająco szczerym liście – mam dopiero dwadzieścia siedem lat, lecz już przytłoczony jestem zarówno ciężarem życia, jak i korony… Będąc sierotą od dzieciństwa, stałem się jeńcem ambitnych wielmożów; potężny dom Douglasów długo więził mnie w niewoli, i po dziś dzień nienawidzę tego nazwiska i wspomnień z nim związanych. Archibald hrabia d’Angus, Georg, jego brat, i wszyscy wygnani krewniacy nieustannie podburzają króla Anglii przeciwko nam, nie ma chyba ani jednego szlachcica w mym państwie, którego nie kusiliby obietnicami lub nie przekupywali pieniędzmi. Nic nie gwarantuje bezpieczeństwa mojej osobie,nie istnieje żadna rękojmia, iż moja wola i legalnie przysługujące mi prawa zostaną uszanowane. To przeraża mnie, Madame, spodziewam się, że doda mi Pani siły i dopomoże radą. Bez pieniędzy, zdany jedynie na wsparcie, które otrzymuję od Francji, czy na niewielkie składki zamożnego duchowieństwa, usiłuję przyozdobić me zamki, utrzymać me twierdze i budować okręty. Ale moi baronowie uważają króla, który naprawdę chce być królem, za nieznośnego rywala. Mimo przyjaźni króla Francji, mimo posiłków wojskowych,mimo przywiązania mego narodu obawiam się, że nie odniosę decydującego zwycięstwa nad moimi baronami. Pokonałbym wszelkie przeszkody, aby utorować drogę sprawiedliwości i pokoju dla mego narodu, i byłbym może osiągnął ten cel, gdyby panowie szlachta w moim kraju nie czuli za sobą poparcia. Lecz król Anglii nieustannie sieje niesnaski między nimi a mną, i herezje, które zaszczepił w mym państwie, szerzą się i obejmują swym niszczycielskim wpływem Kościół i naród. A że siła moja i przodków moich opierała się od dawna tylko na mieszczaństwie i na Kościele, muszę zadać sobie pytanie: na jak długo starczy nam tej siły?”

Wszystkie nieszczęścia, jakie król przewidział w tym złowróżbnym liście, spełniły się, a los doświadczył go jeszcze ciężej. Obaj synowie, którymi obdarzyła go Maria de Guise, zmarli w kolebce, i Jakub V, w pełni wieku męskiego, wciąż jeszcze nie miał dziedzica korony, która coraz boleśniej uciskała mu skronie. Wreszcie pchnęli go szkoccy baronowie wbrew jego woli ku wojnie z potężną Anglią, opuszczając zdradziecko w decydującej chwili. Pod Solway Moss Szkocja nie tylko przegrywa bitwę, ale i tarci honor; nim dochodzi do walki, rozbiegają się wojska pozbawione dowódców, opuszczone przez baronów; sam król, mąż tak rycerski, w tej rozstrzygającej chwili walczy nie z wrogami, lecz z własną śmiercią. Trawiony gorączką, wyczerpany, spoczywa na łożu w zamku Falkland, zmęczony bezcelową walką i uciążliwym żywotem.

Wtedy, w ów chmurny dzień zimowy, 9 grudnia roku 1542, gdy mgła przesłania okna, puka do drzwi goniec i oznajmia umierającemu, że przyszła mu na świat córka, następczyni tronu. Lecz Jakub V jest zbyt wyczerpany, by zdobyć się na radość czy nadzieję. Dlaczego nie syn, dlaczego nie następca? Bliski śmierci widzi we wszystkim tylko tragizm i klęskę. Odpowiada zrezygnowany: Od kobiety korona na nas przyszła i wraz z kobietą znijdzie.

Owo ponure proroctwo to zarazem jego ostatnie słowa. Z głębokim westchnieniem odwraca się do ściany i nie odpowiada już na żadne pytanie. W kilka dni później odbył się pogrzeb Jakuba V, a Maria Stuart, nim jeszcze otwarła oczy na świat, już została spadkobierczynią jego królestwa.

Podwójnie ciężkie to dziedzictwo być z rodu Stuartów oraz królową Szkocji, gdyż żadnemu Stuartowi na tym tronie dotychczas nie dopisywało szczęście, ani trwałość. Dwaj królowie, Jakub I i Jakub III, zostali zamordowani, dwaj inni, Jakub II i Jakub IV, polegli na polu bitwy, a dwojgu ich następcom, temu niewinnemu dziecku oraz wnukowi tej samej krwi, Karolowi I, los zgotował koniec jeszcze straszliwszy: szafot. Nikomu z tego rodu Atrydów nie udało się osiągnąć szczytu życia, nad żadnym nie świeciła gwiazda szczęścia. Stuartowie wciąż muszą walczyć z wrogami z zewnątrz, z wrogami w kraju i między sobą, wciąż jest niepokój wokół nich i niepokój w nich samych. Niespokojny jak oni jest ich kraj, a najbardziej niewierni są ci, którzy właśnie winni być najwierniejsi: lordowie i baronowie to chmurne a mocne, dzikie a nieokiełzane, zachłanne a wojownicze, krnąbrne a nieugięte rycerstwo – un pays barbare et une gent brutelle (barbarzyński kraj i brutalny lud), jak skarży się poeta Ronsard, zapędzony w tę mglistą krainę. Panujący niczym królowie na swych włościach i zamkach, ciągną jak bydło na rzeź swoich chłopów i pasterzy na wieczne zagony i wyprawy zbójeckie; wszyscy ci władcy klanów nie znają innej radości życia niż wojna. Waśń jest ich rozkoszą, zawiść bodźcem, żądza władzy ich myślą przewodnią.

„Pieniądze i przywileje – pisze poseł francuski – to jedyne syreny, których głosu słuchają szkoccy lordowie. Głoszenie im kazań o obowiązkach wobec książąt, o honorze i sprawiedliwości, o cnocie i o szlachetności uczynków pobudziłoby ich do śmiechu.”

Stare, potężne klany Gordonów, Hamiltonów, Arransów, Maitlandów, Crawfordów, Lindsayów, Lennoxów i Argyllów w swej amoralnej drapieżności i żądzy bijatyk podobne kondotierom włoskim, tylko jeszcze bardziej brutalne, mniej opanowane w swych instynktach, knują podstępnie i walczą nieustannie o pierwszeństwo. Już to zwalczają się nawzajem w długoletnich feuds (waśniach), już to zaprzysięgają sobie w uroczystych bonds (przymierzach) krótkotrwałą wierność, aby sprzymierzyć się przeciwko trzeciemu, wciąż tworzą koterie i kliki, ale nie łączą ich więzy przyjaźni; choć wszyscy są spokrewnieni lub spowinowaceni, w głębi duszy nienawidzą się i zazdroszczą sobie nawzajem, jeden jest drugiemu nieubłaganym wrogiem. Jakiś pierwiastek pogański i barbarzyński tkwi w tych nieokiełznanych duszach, bez względu na to, czy mienią się protestantami, czy katolikami – zależnie od tego, jak przywilej wymaga – zaprawdę, wszyscy oni są wnukami Makbetów i Makdufów, krwawych tanów (szkocki tytuł szlachecki), jak to wspaniale odmalował Szekspir.

Tylko w jednym wypadku ta nieposkromiona banda zazdrośników staje się od razu zgodna: wtedy, gdy trzeba utrzymać w karbach ich wspólnego pana, ich własnego króla, albowiem posłuszeństwo jest dla nich wszystkich czymś nie do zniesienia, a wierność – pojęciem zgoła nieznanym. Jeśli ta parcel of rascals (banda łajdaków) – Burne, Szkot z krwi i kości, napiętnował ich tym mianem – toleruje jeszcze pozory władzy królewskiej nad swymi zamkami i włościami, to dzieje się tak jedynie na skutek zazdrości jednego klanu o drugi. Gordonowie pozostawiają koronę Stuartom tylko dlatego, żeby nie przypadła Hamiltonom, a Hamiltonowie – ponieważ są zazdrośni o Gordonów. Lecz biada królowi szkockiemu, jeśli ośmieli się być prawdziwym władcą i zażąda ładu i karności w swym kraju, jeżeli w śmiałości młodzieńczej poważy przeciwstawić się pysze i drapieżnej chciwości lordów. Wtedy znów skupia się wroga hałastra w braterskiej łączności, aby pozbawić władzy swego króla, a czego nie dokona miecz, tego dopełni skrytobójczy sztylet.

Ta wyłaniająca się z mórz wyspa na najdalej wysuniętym północnym cyplu Europy to kraj tragiczny, szarpany ponurymi namiętnościami, chmurny i romantyczny jak ballada, a na domiar kraj bardzo ubogi. Wszystkie jego siły wysysa ustawiczna wojna. Nieliczne miasta, które właściwie nawet nie są miastami, lecz skupiskiem kilkudziesięciu nędznych domków przycupniętych pod osłoną twierdzy – nigdy nie mogą osiągnąć bogactwa lub choćby mieszczańskiej zamożności, gdyż raz po raz rabowane są i palone. Zamki wielmożów (do dziś jeszcze zachowane jako posępne a potężne ruiny) nie mają w sobie nic z przepychu; jako niedostępne warownie przeznaczone były na cele wojenne, nie dla dwornej sztuki gościnności. Między tymi nielicznymi wielkimi rodami a ich poddanymi istnieje luka: brak stanu średniego, owej żywotnej siły, na której wspiera się państwo.

Jedyny gęściej zamieszkały teren, znajdujący się pomiędzy Tweed a Firth, leży zbyt blisko granicy angielskiej, niszczą go przeto i trzebią nieustanne napady nieprzyjacielskie. Po północnej stronie godzinami można błądzić nad brzegami odludnych jezior, po pustaci łąk i poprzez ciemne północne bory, nie napotykając nigdzie ani wsi, ani zamku, ani grodu. Nie ma gęstych skupisk miast i miasteczek, tak jak w przepełnionych krajach Europy, szerokich traktów nie ożywia ruch ani handel, z portów nie odbijają okręty, aby z dalekich oceanów przywieźć złoto i korzenie, jak to się dzieje w Holandii, w Hiszpanii i w Anglii; niby za pradawnych czasów wiodą tu ludzie mizerny żywot, pasąc trzody owiec, polując na zwierzęta, łowiąc ryby. Pod względem zasobności i kultury Anglia i Europa wyprzedzają Szkocję o co najmniej sto lat. Wraz z początkiem epoki nowożytnej we wszystkich miastach nadbrzeżnych powstają i rozwijają się banki, giełdy, a tymczasem tutaj, niczym w czasach biblijnych, wciąż jeszcze bogactwo mierzy się ilością posiadanych gruntów i owiec; dziesięć tysięcy owiec posiada Jakub V, ojciec Marii Stuart, to jego cały dobytek. Nie ma ani skarbca koronnego, ani armii, ani gwardii przybocznej dla zabezpieczenia swej władzy, gdyż nie mógłby ich opłacić, a parlament, w którym zasiadają lordowie, nigdy nie przyzna królowi odpowiednich środków na utrzymanie jego władzy. Wszystko, co król posiada ponad swe najpierwotniejsze potrzeby, zostało mu podarowane lub pożyczone przez możnych sprzymierzeńców, Francję lub papieża: każdy kobierzec, każdy gobelin, każdy świecznik w jego komnatach i zamkach kupiony jest za cenę upokorzenia.

Ta ustawiczna nędza to ropiejący wrzód, który wycieńcza Szkocję, pozbawia ją siły politycznej. Wskutek niedołęstwa i zachłanności królów, żołnierzy, lordów ten piękny kraj wciąż jest krwawą piłką w rękach obcych mocarstw.

Kto walczy przeciw królowi, a po stronie protestantów, otrzymuje żołd z Londynu, kto zaś staje po stronie katolicyzmu i Stuartów, ciągnie zyski z Paryża, Madrytu i Rzymu: wszystkie te zagraniczne mocarstwa płacą jak najchętniej za szkocką krew. Wciąż jeszcze waha się szala ostatecznej decyzji między dwiema wielkimi nacjami, między Anglią a Francją, dlatego też owa najbliższa sąsiadka Anglii jest dla Francji tak niezastąpionym partnerem w grze politycznej. Ilekroć wtargną wojska angielskie do Normandii, co prędzej zamierza się Francja tym sztyletem w plecy Anglii; wiecznie gotowi do wojny Szkoci posuwają się śpiesznie poprzez border (granicę), przeciwko swym auld enimies (starym wrogom), a także w czasie pokoju stanowią nieustanne zagrożenie. Jak umocnić Szkocję pod względem militarnym – oto wieczna troska polityki francuskiej, toteż nic dziwnego, że Anglia stara się podważyć tę potęgę przez podburzanie lordów i ustawiczne rebelie. Tak więc ten nieszczęsny kraj staje się krwawym terenem stuletniej wojny i dopiero los tego nieświadomego jeszcze dziecięcia zadecyduje o nim ostatecznie.

Jest w tym wspaniały dramatyczny symbol, iż walka zaczyna się już u kolebki Marii Stuart. Jeszcze to niemowlę nie potrafi ani mówić, ani czuć, ani myśleć, ledwo poruszają się w powijakach jego maleńkie rączyny, a już polityka sięga po to nie rozwinięte ciałko, po tę niewinną duszyczkę. Na tym polega fatum Marii Stuart, że losy jej są wplątane w grę intryg i kalkulacji. Nigdy nie będzie jej dane być sobą, beztrosko kierować się własną wolą, zawsze wikłana w matnię polityki, będzie wciąż obiektem dyplomacji, igraszką cudzej woli, zawsze tylko królową lub pretendentką do tronu, sojuszniczką lub wrogiem.

Zaledwie goniec przywiózł do Londynu obie wiadomości, iż Jakub V zakończył życie, a następczynią i królową jest nowo narodzona córka, już postanawia Henryk VIII, król Anglii, starać się jak najśpieszniej o rękę Marii Stuart dla swego syna i następcy, nieletniego Edwarda. Niby towarem kupczą ciałem jeszcze nie ukształtowanym, duszą jeszcze śpiącą. Lecz polityka nie liczy się nigdy z uczuciami, liczy się tylko z koronami, z krajami i z prawami dynastii. Jednostka nie wchodzi w ogóle w rachubę, cóż bowiem znaczy wobec wiadomych, rzeczowych wartości światowych konszachtów! Ale w tym przypadku myśl Henryka VIII o zrękowinach następczyni tronu szkockiego z następcą tronu angielskiego to myśl wcale rozsądna, a nawet ludzka. Ciągnąca się wojna pomiędzy pobratymczymi krajami od dawna już nie ma sensu. Zamieszkałe na tej samej wyspie, nad tym samym morzem, w podobnych warunkach i pokrewnej rasy obydwa narody, angielski i szkocki, niewątpliwie jedno mają tylko zadanie – połączyć się; już sama przyroda wypowiedziała symbolicznie swą wolę. Jedynie zazdrość panująca pomiędzy obydwiema dynastiami, między dynastią Tudorów a Stuartów, stoi na drodze do tego ostatecznego celu; gdyby się jednak udało poprzez małżeństwo zażegnać ów zastarzały konflikt i zbliżyć ku sobie obydwa domy panujące, wspólni potomkowie Stuartów i Tudorów mogliby zostać królami Anglii, a zarazem Szkocji i Irlandii. Wówczas zjednoczona Wielka Brytania mogłaby wystąpić na szersze forum: stanąć do walki o hegemonię nad światem.

Ale fatum nie śpi: jeżeli już czasem w polityce zrodzi się myśl jasna i logiczna, to popsuje ją niemądre wykonanie. Początkowo wszystko jak gdyby układało się jak najbardziej pomyślnie. Lordowie, którym spiesznie wsunięto do kieszeni pieniądze, przystali z radością na projekt małżeństwa. Ale sam pergamin nie wystarczył roztropnemu Henrykowi VIII. Zbyt często doświadczał obłudy i zaborczości tych „mężów honoru”, aby nie wiedział, że tak niepewnych ludzi nie wiąże żadna umowa i że w razie lepszej oferty nie zawahają się przehandlować nieletniej królowej następcy tronu Francji. Dlatego też jako pierwszy warunek stawia szkockim pośrednikom niezwłoczne wydanie dziecka Anglii. Ale jeśli Tudorowie okazują nieufność Stuartom, to i Stuartowie nie mają powodu do zaufania Tudorom; zwłaszcza matka Marii Stuart broni się przed taką umową. Jako pochodząca z rodu Gwizjuszów (francuski – przyp. W.L.), została wychowana w wierze katolickiej, nie chce więc dziecka swego wydawać na łup kacerzom, poza tym wykrywa w tej umowie niebezpieczną pułapkę. Albowiem w jednej z tajnych klauzuli zobowiązali się szkoccy pośrednicy, przekupieni przez Henryka VIII, dotrzymać następującego warunku: w razie przedwczesnego zgonu dziecięcia „cała władza oraz posiadanie królestwa” miałoby przypaść Henrykowi VIII. Ten punkt budzi zastrzeżenia. Po człowieku bowiem, który głowy obydwóch swych żon złożył na szafocie, można się spodziewać, iż zechce przyspieszyć śmierć owego dziecięcia, i to w sposób niezupełnie naturalny, by co prędzej zawładnąć tak ważnym dziedzictwem. Królowa, jako troskliwa matka, nie zgadza się na wydanie dziecka Londynowi. Konkury nieomal przekształcają się w wojnę. Henryk VIII śle wojska, by siłą zawładnąć cennym zastawem; ponure świadectwo nie zamaskowanej brutalności tego stulecia daje rozkaz króla wydany do armii:

„…taka jest wola Jego Królewskiej Mości: wytępić kraj ten ogniem i mieczem. Podpalcie Edynburg i zrównajcie go z ziemią, kiedy wszystko już zrabujecie i splądrujecie… Możecie złupić Holyrood i tyle wsi i miast wokół Edynburga, ile wam się spodoba, rozgrabcie i podpalcie Leith i inne grody, zabijajcie mężczyzn, kobiety i dzieci bez miłosierdzia, gdziekolwiek napotkacie opór.”

Niby gromada Hunów wpadają przez granice zbrojne bandy Henryka VIII. Lecz w ostatniej chwili matka i córka zostają ukryte w bezpiecznym miejscu, na zamku Stirling, a Henryk VIII musi zadowolić się układem, na mocy którego Szkocja zobowiązuje się wydać Anglii Marię Stuart (wciąż traktowana jest jak przedmiot kupna-sprzedaży) w dniu, gdy skończy dziesiąty rok życia.

Wydaje się, że po raz drugi wszystko ułożyło się jak najpomyślniej. Lecz polityka jest jak zawsze nauką sprzeczności: nie w smak jej proste, naturalne, zgodne z rozsądkiem rozwiązania: trudności to jej rozkosz, waśń – to jej żywioł. Teraz partia katolicka rozpoczyna knowania: może by raczej to dziecię, które nauczyło się dopiero gaworzyć, przehandlować francuskiemu królewiczowi zamiast angielskiemu – a po śmierci Henryka VIII nie chcą już dotrzymać zawartej umowy. Wtedy wszakże regent Anglii, Somerset, żąda w imieniu nieletniego króla Edwarda wydania młodziutkiej narzeczonej, a gdy Szkocja stawia opór, każe wkroczyć swej armii, aby lordowie usłyszeli jedyny głos, z którym się liczą: głos przemocy. Dnia 10 września r. 1547 w bitwie – jest to raczej rzeź niż bitwa – pod Pinkie Cleugh zostaje rozbita potęga szkocka, więcej niż dziesięć tysięcy trupów zalega pole walki. Maria Stuart nie skończyła jeszcze pięciu lat, a już z jej powodu leją się potoki krwi ludzkiej.

Bezbronna Szkocja stoi teraz dla Anglii otworem. Lecz w tym splądrowanym kraju niewiele już pozostało do rabowania. Tudorom zależy właściwie na zdobyciu jednego tylko klejnotu: tego dziecięcia, które ucieleśnia koronę i prawa do korony. Lecz ku rozpaczy szpiegów angielskich Maria Stuart znikła bez śladu z zamku Stirling; nikt nawet z grona najbardziej zaufanych nie wie, gdzie ukryła ją królowa-matka. Wynaleziony schron jest niedościgniony: nocą, przy pomocy zaufanej służby, przewieziono dziecko do klasztoru Inchmahome, znajdującego się na małej wysepce nadmorskiej Menteith, dans le pays des sauvages (w kraju dzikusów), jak donosi poseł francuski, i tam je ukryto. Nie ma mostu, który by wiódł do tego romantycznego gniazda; drogocenny ładunek trzeba przeprawić łodzią na brzeg wyspy, a tam już mniszki, które nigdy nie opuszczają klasztoru, obejmują pieczę nad dzieckiem. W całkowitym ukryciu, odcięte od niespokojnego i burzliwego świata, nieświadome niczego dziecko żyje w cieniu wydarzeń, gdy tymczasem dyplomacja poprzez lądy i morza skrzętnie przędzie jego losy. Francja występuje bowiem groźnie, aby przeszkodzić całkowitemu ujarzmieniu Szkocji przez Anglię. Henryk II, syn Franciszka I, wysyła silną flotę i w jego imieniu stara się generał francuskiego korpusu posiłkowego o rękę Marii Stuart dla jego syna i następcy, Franciszka. W ciągu jednej nocy los tego dziecka zmienił się całkowicie dzięki wichrowi zdarzeń politycznych, który ostro i wojowniczo powiał nad Kanałem: miast za królową Anglii mała dziewczynka z rodu Stuartów zostaje naraz upatrzona na królową Francji.

Ledwo zawarto tę nową, korzystniejszą umowę handlową, w dniu 7 sierpnia, cenny obiekt owych szacherek politycznych, Maria Stuart, dziecię liczące lat pięć i osiem miesięcy, zostaje wysłane do Francji i sprzedane na całe życie drugiemu tak samo nie znanemu małżonkowi. Po raz drugi, lecz nie po raz ostatni, cudza wola kształtuje i odmienia jej losy.

Nieświadomość to łaska dzieciństwa. Cóż wie o wojnie i o pokoju, o bitwach i układach dziecko trzyletnie, czteroletnie, pięcioletnie? Cóż znaczą dlań nazwy takie jak Francja i Anglia, imiona Edward i François, cóż znaczy ten szaleńczy zamęt doczesnego świata?

Wysmukła, mała dziewczynka z rozwianymi złotymi lokami biega po ciemnych i jasnych komnatach zamku, bawi się z czterema rówieśnicami. Przydzielono jej bowiem – cóż za śliczny pomysł w tak barbarzyńskiej epoce! – cztery równolatki do towarzystwa, wybrane z najlepszych rodzin szkockich, czterolistną koniczynę złożoną z samych Mary: Mary Fleming, Mary Beaton, Mary Livingstone i Mary Seton. Teraz to jeszcze dzieci, towarzyszki jej dziecięcych igraszek, jutro przybędą razem z nią na obczyznę, by ten nowy kraj nie wydawał się jej tak obcy, później zostaną jej damami dworu i złożą czułe śluby, że nie wyjdą za mąż dopóty, dopóki Maria sama nie pojmie sobie małżonka. Trzy z nich opuszczą ją w nieszczęściu, lecz jedna towarzyszyć jej będzie na wygnanie i aż do śmierci: blask szczęśliwego dzieciństwa będzie świecił nad najczarniejszą godziną jej życia. Ale jakże daleko jeszcze są te ponure i ciemne czasy.

Tymczasem co dzień bawi się wesoło pięć dziewczynek na zamku Holyrood lub Stirling i żadna z nich nie ma pojęcia o majestacie i godności panowania, o jego dumie i niebezpieczeństwach. Aż nagle pewnego wieczoru przenoszą małą Marię Stuart z jej dziecinnego łóżeczka do kołyszącej się na wodzie barki i przeprawiają się razem z nią na wyspę, gdzie będzie jej dobrze i spokojnie; jest to wyspa Inchmahome, gniazdo ciszy. Witają ją obcy mężczyźni, ubrani jakoś inaczej, w szerokie czarne habity. Ale są łagodni i cierpliwi, pięknie śpiewają w wysokiej komnacie z barwnymi oknami i dziecko powoli przyzwyczaja się do nich. Lecz znów wywożą ją pewnego wieczora (zawsze będzie musiała Maria Stuart tak podróżować i uciekać nocą od jednego losu do drugiego) – naraz znajduje się na pokładzie wysokiego statku z trzepocącymi białymi żaglami, w otoczeniu nieznanych wojowników i brodatych marynarzy. Mała Maria nie obawia się – bo i czego? Wszyscy są dla niej dobrzy i łagodni, siedemnastoletni brat przyrodni Jakub – jedno z licznych dzieci nieprawego łoża, spłodzonych przez Jakuba V za jego czasów przedmałżeńskich – gładzi ją po włosach, jest również i ukochana czwórka współtowarzyszek zabawy. Pięć małych dziewczynek bawi się i śmieje się beztrosko wśród dział francuskiego statku wojennego i wśród uzbrojonych marynarzy, wszystkie zachwycone i uszczęśliwione, jak to dzieci, z niespodziewanych zmian.

Na górze, w bocianim gnieździe, stoi majtek na wachcie:wpatruje się w dal niespokojny, gdyż wie, że flota angielska krąży po Kanale, aby w ostatniej chwili porwać narzeczoną angielskiego królewicza, zanim stanie się narzeczoną francuskiego następcy tronu. Ale dziecko spostrzega tylko to, co bliskie – widzi tylko tyle: morze jest błękitne, ludzie życzliwi, a statek, ciężko dysząc jak wielki zwierz, przedziera się przez fale.

Dnia 13 sierpnia przybija wreszcie galion do Roscoff, niewielkiego portu obok Brestu. Szalupy dobijają do brzegu. Dziecinnie uradowana barwną przygodą, pogodna, roześmiana, nie przeczuwająca nic złego, nie mająca jeszcze sześciu lat mała królowa Szkocji wyskakuje na ziemię francuską. I tu kończy się jej dzieciństwo, rozpoczyna się zaś czas doświadczeń i obowiązków.

x

Okres francuski to lata 1548-1561. Pierwszym mężem Marii Stuart był przedwcześnie zmarły Franciszek II (1544-1560). 19 sierpnia 1561 roku powraca do Szkocji. Drugim jej mężem był Henryk Darnley (Stuart) (1546-1567), prawnuk Henryka VII z matki lady Lennox, siostrzenicy Henryka VIII. Trzecim – Jakub Hepburn, hrabia Bothwell (1536–1578), książę Orkney. Jakub VI (1566-1625), syn Marii Stuart i Henryka Darnleya. Po śmierci Marii Stuart (1587) prawowity król Szkocji, po śmierci Elżbiety (1603) król Anglii – Jakub I. Jego panowanie było początkiem unii personalnej Anglii ze Szkocją. O nim Wikipedia tak m.in. pisze:

Syn królowej Marii i lorda Darnleya urodził się 19 czerwca 1566 roku. Zaraz po urodzeniu otrzymał tytuł księcia Rothesay. Na chrzcie otrzymał imiona Karol Jakub. Jego ojcem chrzestnym był król Francji Karol IX Walezjusz. W tym czasie Szkocja była targana zamętem religijnym i waśniami klanów. Możni, w większości protestanci, członkowie zreformowanego przez Johna Knoxa szkockiego Kościoła, stali w opozycji do Marii i Darnleya, którzy byli katolikami. W małżeństwie rodziców Jakuba również nie działo się najlepiej – Darnley miał opinię hulaki i awanturnika, a w czasie, gdy Maria była w ciąży, sprzymierzył się z jej przeciwnikami i brał udział w morderstwie sekretarza żony, Dawida Rizzio.

Darnley, ojciec Jakuba został uduszony w nocy 9/10 lutego 1567 r. Okoliczności zabójstwa pozostają niewyjaśnione. Najczęściej oskarża się Marię o to, że chciała pozbyć się męża. O morderstwo posądzano również Jamesa Hepburna, 4. hrabiego Bothwell, który niedługo po śmierci Darnleya poślubił młodą wdowę, co zostało źle odebrane zarówno przez Szkotów, jak i przez dwory europejskie. Możliwe jest również, że zabójstwa dokonała protestancka opozycja, wiedząc, że odpowie za nie nielubiana królowa. Rzeczywiście, śmierć Darnleya i pośpieszne kolejne małżeństwo Marii przyczyniły się do spadku popularności królowej i wybuchu rebelii. W czerwcu Maria została aresztowana, osadzona w Loch Leven Castle i zmuszona do abdykacji (24 lipca) na rzecz małego syna, który w tym momencie stał się królem Jakubem VI.

x

Na początku napisałem, że powieść ta porusza fundamentalne dla ludzkiej egzystencji problemy. I o tym też pisał Zweig w rozdziale Droga bez wyjścia, obejmującym okres od kwietnia do czerwca 1567 roku. Poniżej jego fragment.

Mimo woli – jest to jakby przymus wewnętrzny – gdy widzimy, jak tragedia Marii Stuart dochodzi do zenitu, coraz bardziej przypominamy sobie Szekspira. Już zewnętrzne podobieństwo sytuacji z tragedią Hamleta jest niezaprzeczalne. I tu, i tam król, podstępnie usunięty z drogi przez kochanka żony, tu i tam nieprzystojny pośpiech, z jakim wdowa spieszy do ołtarza z mordercą męża, tu i tam morderstwo, którego ukrywanie i wypieranie się wymaga większego wysiłku, niż wymagało wykonanie zbrodni. Już samo to podobieństwo jest zaskakujące. Ale jeszcze silniej uderza analogia niektórych scen szkockiej tragedii Szekspira ze scenami historycznymi. Makbet zrodził się, świadomie czy nieświadomie, z atmosfery dramatu Marii Stuart. To, co się działo w zamku Dulsinane w wyobraźni dramaturga, działo się przedtem w zamku Holyrood w rzeczywistości. Tu i tam takie samo poczucie osamotnienia, taki sam przygniatający duszę ciężar po dokonanej zbrodni, takie same budzące budzące grozę uczty, na których nikt nie ośmiela się bawić i z których goście wymykają się jeden za drugim, gdyż czarne kruki nieszczęścia już krążą nad domem. Chwilami trudno rozróżnić: czy to Maria Stuart błąka się po komnatach w bezsenne noce, udręczona wyrzutami sumienia, szukająca śmierci – czy lady Makbet pragnąca zmyć niewidoczną krew ze swych rąk? Czy to Bothwell, czy Makbet staje się coraz bardziej zdecydowany po dokonaniu zbrodni i coraz śmielej, coraz zuchwalej prowokuje wrogość całego kraju, wiedząc wszakże, że odwaga na nic się nie zda i że upiory zawsze będą silniejsze niż żywi. Tu i tam namiętność kobiety działa jako siła napędowa, mężczyzna zaś jest wykonawcą. Ale przede wszystkim przeraźliwie podobna atmosfera, ciężar przytłaczający udręczone dusze, mężczyzna i kobieta przykuci do siebie tą samą zbrodnią, pociągający się nawzajem w tę samą straszliwą przepaść. Nigdzie jeszcze w dziejach świata, nigdzie w literaturze nie znalazła tak wstrząsającego odbicia psychologia zbrodni i tajemniczy wpływ zamordowanego na mordercę, jak w tych dwóch tragediach szkockich, z których jedna była zmyślona, a druga prawdziwa.

To podobieństwo, ta przedziwna analogia – czy to tylko przypadek? Czy nie należałoby raczej przyjąć, iż w utworze Szekspira tragedia Marii Stuart została w pewnej mierze przetworzona, wysublimowana?

Wrażenia z lat dziecinnych pozostawiają niezatarty ślad w duszy twórców; w zagadkowy sposób geniusz przetwarza bodźce z wczesnych lat w wiecznotrwałą rzeczywistość. Niewątpliwie znane były Szekspirowi wydarzenia w zamku Holyrood. Dzieciństwo jego było zapewne wypełnione opowiadaniami i legendami o romantycznej królowej, która utraciła państwo i koronę na skutek szaleńczej namiętności i za karę musiała przenosić się z jednego zamku angielskiego na drugi. Za swych młodych lat Szekspir był może w Londynie akurat tego dnia – jeszcze niedojrzały wiekiem, ale już dojrzały jako pisarz – gdy dzwony rozkołysane nad miastem obwieściły triumfalnie, że potoczyła się głowa wielkiej przeciwniczki Elżbiety i że Henryk Darnley pociągnął za sobą do grobu niewierną małżonkę. A gdy po pewnym czasie Szekspir znalazł w kronikach Holinsheda ponurą historię króla Szkocji – czy wspomnienie o dramatycznym końcu Marii Stuart nie związało się w tajemniczej alchemii z fantazją w jedną całość? Nikt nie może twierdzić z całą pewnością, ale nikt nie może zaprzeczyć, iż na ukształtowanie się tragedii Szekspira wpłynęła tragedia Marii Stuart. Ale tylko ten, kto przeczytał i odczuł w pełni Szekspirowskiego Makbeta, ten zrozumie, co przeżywała Maria Stuart w owym czasie w Holyrood, zrozumie bezgraniczną mękę silnej duszy, która nie dorosła do swego najsilniejszego czynu.

Najbardziej wstrząsające jest w tych obu tragediach – rzeczywistej i zmyślonej – podobieństwo przemiany wewnętrznej Marii Stuart i lady Makbet po dokonaniu zbrodni. Lady Makbet byłą przedtem kobietą energiczną, kochającą, pełną temperamentu, siły woli, ambicji. Chciała, aby ukochany mężczyzna stał się wielki i jej to ręką mogły być napisane słowa z sonetów Marii Stuart: „Dla niego pragnę zdobyć najwyższe zaszczyty…”

Sprężyną jej działania jest ambicja; lady Makbet działa chytrze i stanowczo, dopóki zbrodnia pozostaje jeszcze zamiarem i planem, dopóki gorąca czerwona krew nie splami jej rąk i nie zbruka duszy. Słowami podobnie przymilnymi, jakimi Maria Stuart zwabiła Darnleya do Kirk o’Field, zwabia Dunkana do sypialni, gdzie czeka go sztylet. Lecz od razu po dokonanej zbrodni następuje w niej przemiana, topnieją siły, opuszcza odwaga. Jak ogień w żywym ciele pali ją sumienie; błąka się po komnatach patrząc przed siebie osłupiałym wzrokiem, straszna dla przyjaciół, straszna dla samej siebie. Jedno jedyne obłąkane pragnienie zatruwa jej udręczony umysł: zapomnieć, nie wiedzieć o niczym,nie myśleć o niczym, umrzeć.

Podobnie dzieje się z Marią Stuart po zamordowaniu Darnleya; tak się nagle przeobraża, nawet rysy jej zmieniają się tak bardzo, że Drury, szpieg Elżbiety, donosi do Londynu: „Nie widziałem jeszcze kobiety, która by, podobnie jak królowa, w krótkim czasie tak bardzo zmieniła się zewnętrznie, nie przeszedłszy ciężkiej choroby.”

Niczym nie przypomina pogodnej, rozmownej, pewnej siebie królowej, jaką była przed kilkoma tygodniami. Zamyka się, chowa, ukrywa przed ludźmi. Może liczy na to, tak jak liczyła lady Makbet, że świat będzie milczał, jeśli ona sama będzie milczeć, że czarna chmura zlituje się i przejdzie bokiem. Ale gdy ludzie zaczynają dopytywać i nalegać, gdy nocą z ulic Edynburga docierają do jej okien nazwiska morderców, gdy Lennox, ojciec zamordowanego, gdy Elżbieta, jej wróg, gdy Beaton, jej przyjaciel, i wszyscy inni domagają się odpowiedzi i wyroku, Marii Stuart zaczyna mącić się w głowie. Wie, że musi coś uczynić, by znaleźć jakieś wytłumaczenie, jakieś usprawiedliwienie zbrodni. Ale brak jej siły do udzielenia przekonywającej odpowiedzi, brak jej słów do zamydlenia oczu. Jak we śnie hipnotycznym słyszy głosy z Londynu, z Paryża, z Madrytu, z Rzymu, upominające i ostrzegawcze, ale nie może podźwignąć się ze swego odrętwienia duchowego, słyszy te głosy, tak jak ktoś żywcem pogrzebany słyszy kroki na ziemi – bezbronna, bezsilna, złamana. Wie, że teraz powinna grać rolę pogrążonej w smutku i szlochać, aby uwierzono w jej niewinność. Lecz oczy jej są suche, nie może mówić, nie umie udawać dłużej. Tak trwa całymi tygodniami, aż w końcu i jej wytrzymałość się kończy. Tak jak łania osaczona ze wszystkich stron z rozpaczliwą odwagą obraca się do prześladowców, tak jak lady Makbet chcąc zapewnić sobie bezpieczeństwo dodaje nowe zbrodnie do poprzednich, tak samo Maria Stuart zbiera siły i dźwiga się wreszcie z nieznośnego odrętwienia. Najzupełniej obojętna stała się na to, co świat o niej myśli i czy postępuje rozsądnie, czy nierozsądnie. Byle tylko nie ta cisza, byle coś robić, byle dalej, szybciej, szybciej, byle uciec od tych głosów ostrzegawczych i grożących. Byle naprzód, byle naprzód, nie zatrzymywać się, gdyż wtedy musiałaby zrozumieć, że żadna mądrość jej już nie uratuje.

Jest to jedna z tajemnic duszy ludzkiej: pośpiech na krótko zagłusza strach; podobnie jak woźnica popędza konie biczem, gdy poczuje, że most pod jego wozem trzeszczy i załamuje się, tak samo z rozpaczliwym pośpiechem popędza Maria Stuart czarnego rumaka swego losu, by przegonić wszelkie skrupuły, stratować wszelkie sprzeciwy. Nie chce myśleć o niczym, słyszeć o niczym, wiedzieć o niczym, byle dalej, dalej i dalej, wprost do obłędu! Lepiej skończyć z tą grozą niż poddawać się jej bez końca! Odwieczne to prawo: kamień tym szybciej spada, im bliżej przepaści. Podobnie zachowuje się człowiek: gdy spostrzega, że nie ma dla niego wyjścia, postępuje coraz nieoględniej i nierozważniej.

x

W rozdziale Detronizacja – Lato 1567 Zweig analizuje problem, który stworzyła Maria Stuart. Poniżej fragment.

Począwszy od owego dnia przełomowego, 17 czerwca, kiedy lordowie zamknęli swoją królową w zamku w Lochleven, Maria Stuart nie przestanie już być przedmiotem niepokoju w całej Europie. W jej osobie bowiem stanął przed epoką nowy, wprost rewolucyjny problem o nie dającym się przewidzieć zasięgu: co się ma stać z monarchą, który ostro przeciwstawił się woli swego narodu i który okazał się niegodny korony? W tym wypadku wina leży bezsprzecznie po stronie władczyni: Maria Stuart na skutek swej lekkomyślności stworzyła sytuację niemożliwą, nie do zniesienia. Wbrew woli magnatów, ludu, duchowieństwa obrała na męża człowieka już żonatego, którego opinia publiczna jednomyślnie uważała za mordercę króla Szkocji. Zlekceważyła prawo i moralność i teraz jeszcze wzbrania się uznać to bezsensowne małżeństwo za nieważne. Nawet najżyczliwsi jej przyjaciele są zgodni w przekonaniu, że z tym mordercą u boku nie może pozostawać nadal władczynią Szkocji.

Lecz jakie istnieją możliwości zmuszenia królowej, by wyrzekła się Bothwella albo odstąpiła koronę synowi? Odpowiedź jest druzgocąca: nie ma żadnych. W owej epoce w stosunku do monarchy nie istnieją normy państwowoprawne, narodowi nie wolno jeszcze wyrażać ani ganić władcy, wszelka jurysprudencja kończy się u stopni tronu. Król nie znajduje się jeszcze w zasięgu prawa cywilnego, lecz poza nim albo ponad nim. Poświęcony Bogu, podobnie jak kapłan, nie może swego urzędu przekazać, ani podarować komukolwiek. Nikt nie ma prawa odebrać pomazańcowi bożemu jego królewskiej godności i – trzymając się absolutystycznego światopoglądu – raczej można pozbawić władcę życia niż korony. Można go zamordować, ale nie można zdetronizować, gdyż zastosowanie wobec niego przymusu równałoby się zburzeniu hierarchicznej struktury kosmosu.

Przed tak nowym problemem postawiła Maria Stuart świat swym występnym małżeństwem. Na jej przykładzie ma się rozstrzygnąć nie tylko ten jeden poszczególny konflikt, lecz zasada o charakterze światopoglądowym.

Dlatego lordowie, choć z charakteru swego bynajmniej nie łagodni, tak gorączkowo szukają polubownego rozwiązania. Po tylu latach widać jeszcze wyraźnie, jak bardzo czuli się nieswojo po dokonaniu czynu tak rewolucyjnego, jak osadzenie pod kluczem swej władczyni, i początkowo Maria Stuart miałaby rzeczywiście ułatwioną drogę do powrotu na tron. Wystarczyłoby, żeby uznała swe małżeństwo z Bothwellem za nieważne i w ten sposób przyznała się do błędu. Mogłaby wówczas, choć jej autorytet i popularność mocno ucierpiały, wrócić do dawnych honorów, mogłaby znów zamieszkać w Holyrood i wybrać sobie nowego, godniejszego małżonka. Ale Marii Stuart jeszcze nie zeszło bielmo z oczu. W urojonym przekonaniu o swej nieomylności dalej nie rozumie, że szybko następujące jeden po drugim skandale z Chastelardem, z Rizziem, z Darnleyem, Z Bothwellem wynikały z winy jej karygodnej lekkomyślności. Nie daje się nakłonić do najmniejszych ustępstw. Przeciwko całemu krajowi, przeciwko całemu światu broni zbrodniarza Bothwella i twierdzi, że nie może się z nim rozejść, gdyż wówczas dziecko, które miała z nim, przyszłoby na świat jako bękart. Wciąż jeszcze buja w obłokach, wciąż jeszcze ta nieuleczalna romantyczka nie chce zrozumieć rzeczywistości. Lecz ten upór, który – zależnie od upodobania – uznać można za bezsensowny lub imponujący, prowokuje wprost do aktów przemocy, jakie zostaną dokonane na jej osobie, powoduje rozstrzygnięcie, którego wpływ rozciągać się będzie na całe stulecia: nie tylko Maria Stuart, ale jeszcze wnuk jej, Karol I, krwią swą zapłaci za te roszczenia do nieograniczonej władzy monarszej.

xxx

Stefan Zweig był nie tylko pisarzem, ale również poetą, dramaturgiem i tłumaczem. Jego Nowela szachowa z 1941 roku to studium psychologiczne dokonane przez pryzmat gry w szachy. Był zatem kimś, kto starał się zgłębić ludzką psychikę i jego sugestia, że inspiracją dla Szekspira mógł być los Marii Stuart, nie jest bezpodstawna.

Ale jej los jest też świadectwem czegoś innego, a mianowicie tego, że monarchowie byli tylko marionetkami w ręku jakichś swoich nieznanych przełożonych. W końcu ci nieznani przełożeni uznali, że takie rozwiązanie, czyli że monarcha jest nietykalny, jest zbyt niewygodne. Rewolucja francuska ostatecznie rozwiązała ten problem. Byli jeszcze ci lordowie, którzy ciągle ze sobą walczyli, ale jak trzeba było osłabić króla czy królową, to jakoś tak dziwnie szybko dochodzili do porozumienia i zgodnie działali. Oczywiście byli też tacy, którzy stawali w obronie królowej, ale w tym momencie waśnie pomiędzy nimi ustawały i dzielili się na dwa przeciwstawne obozy i walczyli o jakąś ideę. Czy to oznacza, że była jeszcze jakaś inna siła stojąca ponad nimi i kierująca ich poczynaniami?

Mam taką książkę Shaggy Dog English, której autorem jest Jerzy Godziszewski, wydaną przez Wiedzę Powszechną w 1969 roku. Jest to zbiór krótkich anegdot czy historyjek w języku angielskim. Shaggy dog w sensie dosłownym oznacza kudłatego psa, ale shaggy dog English jest też zwrotem idiomatycznym oznaczającym, tak mniej więcej, niesamowity, niekonwencjonalny angielski. W jednej z nich autor pisze:

„When I was in Scotland I was very much impressed by the rain and fog, to say nothing of the beautiful scenery, and the old castles one comes across every now and then. One day as I was walking up a windy lane, I could see such a castle right in front of me and thought it looked very romantic. If the gates had opened and a knight had ridden out I would not have been surprised.

I happened to spend the night in that very castle and believe me it was quite a thriling experience. I went to bed all right in an old four-poster that might have been used by Mary Queen of Scots herself.”

Nieraz widziałem na zdjęciach te zamki, istotnie często położone w romantycznej scenerii – na wyspie na jeziorze. I często zastanawiałem się nad tym, kto te zamki budował i jak. Jeśli Szkocja była w średniowieczu krajem dzikim, rzadko zaludnionym, to jakim sposobem one powstawały? A przecież było ich dużo. To nie było tak jak w Wielkim Księstwie Litewskim, w którym wielcy feudałowie mieli tysiące, jeśli nie dziesiątki tysięcy poddanych, ale ich zamki nie były tak liczne jak w Szkocji. Rzymianie nie dotarli do Szkocji, ale chrześcijaństwo – tak. I budowano tam klasztory. W jednym z nich ukrywano przez pewien czas małoletnią Marię Stuart. Klasztor to też zamek, niedostępny, często budowany na odludziu, dużo tam można ukryć, pomimo że wiara nie ma nic wspólnego z życiem doczesnym i sprawy tego świata powinny być z dala od nich, ale to tylko teoria, w praktyce było inaczej. Co zatem było wcześniej – klasztory czy zamki? A może ci, którzy pierwsi stawali się orędownikami nowej wiary na podbijanym terenie, stawali się również uprzywilejowani wobec reszty tubylców? I czy tak właśnie powstały klany szkockie?

Ponary

W dniu 18 października 2025 na YouTube pojawiło się video kanału Okupowana Polska. Było ono poświęcone zbrodni w Ponarach i zatytułowane: Jak Litwini mordowali Polaków? Kulisy zbrodni w Ponarach. Poniżej fragment komentarza narratora.

Zanim Ponary stały się symbolem masowych mordów, na ich terenie znajdowało się niepozorne osiedle przeznaczone dla robotników PKP. Miejsce to posiadało wysoki standard oraz było całkiem dobrze skomunikowane z większymi ośrodkami. Na jego terenie znajdowała się stacja kolejowa, z której można było dotrzeć do Wilna, Grodna czy Kowna.

Charakter tego miejsca, radykalnie choć jeszcze nie dramatycznie, zmienił się wraz z wybuchem wojny i nastaniem tzw. drugiej okupacji sowieckiej. W jej trakcie sowieci wybudowali podziemny skład paliw, który stanowił zaopatrzenie dla znajdującego się nieopodal lotniska polowego w Chazbijewiczach. Tempo prac prowadzonych przez sowietów było naprawdę imponujące. Przerwało je dopiero rozpoczęcie operacji Barbarossa, a co za tym idzie, zajęcie Wileńszczyzny przez Wehrmacht. W pierwszej kolejności Niemcy dokładnie zbadali teren dawnej sowieckiej bazy, a następnie wyłączyli ją z użytku i zakazali zbliżać się do niej. Aby uchronić ten teren przed obecnością postronnych, otoczono go drutem kolczastym oraz minami, a następnie przeznaczono na miejsce masowej kaźni.

Jeśli chodzi o topografię terenu i najbliższą okolicę, to Ponary wprost idealnie odpowiadały Niemcom do uczynienia z niej miejsca masowej egzekucji. Z jednej strony znajdowały się w sporej odległości od większych skupisk, a z drugiej posiadały z nimi nowoczesne połączenie kolejowe, które można było wykorzystać do deportacji więźniów.

Dawna baza sowiecka była również nie zniszczona, ogrodzona i zabezpieczona. Oddelegowanym do likwidowania wrogów politycznych oddziałom Einsatzgruppen nie pozostawało nic innego, jak przystąpić w tym miejscu do realizowania swego zbrodniczego rzemiosła. Niemcy zajęli Ponary pod koniec czerwca, a pierwsze egzekucje przeprowadzili już w drugim tygodniu lipca 1941 roku. Z przerwami przeprowadzano je do lata 1944 roku.

x

W Wikipedii można przeczytać:

Zbrodnia w Ponarach – zbiorowe egzekucje przeprowadzane przez okupantów niemieckich i ich litewskich kolaborantów, w czasie II wojny światowej, w latach 1941–1944, nieopodal miejscowości Ponary pod Wilnem.

W okresie pierwszej okupacji sowieckiej w Ponarach rozpoczęto budowę podziemnych magazynów paliwa lotniczego. Gdy w czerwcu 1941 roku Wileńszczyzna została opanowana przez wojska niemieckie, nowy okupant wybrał niedokończone magazyny na miejsce masowych egzekucji. Rozstrzeliwano tam Żydów z Wilna i innych miejscowości, a obok nich także przedstawicieli polskiej inteligencji i członków polskiego ruchu oporu, sowieckich jeńców wojennych, działaczy komunistycznych, Romów. Wykonawcami egzekucji byli przede wszystkim członkowie litewskiej formacji kolaboracyjnej Ypatingasis būrys.

Masowe egzekucje w Ponarach były największą zbrodnią popełnioną w okresie okupacji niemieckiej na Kresach Północno-Wschodnich II Rzeczypospolitej. Dokładna liczba ofiar pozostaje trudna do ustalenia ze względu na fakt, że w ostatnim okresie wojny Niemcy ekshumowali masowe groby i spalili większość zwłok. W literaturze przedmiotu szacowano ją zwykle na około 100 tys. osób. Monika Tomkiewicz, autorka wydanej przez Instytut Pamięci Narodowej monografii na temat zbrodni ponarskiej, ocenia natomiast, że liczba zamordowanych sięgnęła 80 tys. osób, w tym 72 tys. Żydów i 1,5–2 tys. Polaków.

Modus operandi

Przed II wojną światową Ponary (lit. Paneriai, jid. Ponar) były niewielkim osiedlem wypoczynkowym przeznaczonym dla pracowników Polskich Kolei Państwowych. Swą nazwę wzięło od pobliskiej stacji kolejowej, położonej przy linii Grodno – Wilno – Kowno. Leżały na południe od Wilna, od miasta dzieliła je odległość około 10 kilometrów. W pobliżu Ponar, prostopadle do wspomnianej linii kolejowej, przebiegała droga na Grodno, zwana potocznie „grodzieńką”.

W drugiej połowie 1940 roku, w odległości około trzech kilometrów na północny wschód od stacji Ponary, okupacyjne władze sowieckie rozpoczęły budowę podziemnych magazynów paliwa lotniczego. Docelowo miały one zaopatrywać lotnisko wojskowe w pobliskich Chazbijewiczach. Sowieci otoczyli teren budowy dwumetrowym płotem z drutu kolczastego oraz wysiedlili mieszkańców najbliżej położonych domów. Na terenie „bazy”, jak ochrzciła ją okoliczna ludność, zbudowano także kilka drewnianych szop. Prac budowlanych nie zdołano jednak ukończyć przed wybuchem wojny sowiecko-niemieckiej. Po niedokończonych magazynach pozostało sześć wykopanych dołów. Największy miał średnicę około 40 metrów i głębokość około 5–6 metrów, pozostałe średnicę 8 metrów i głębokość 5 metrów. Doły były połączone rowami o średnicy 1 × 1 metr, w których docelowo miały się znaleźć rurociągi.

Latem 1941 roku nowi okupanci wybrali ponarską „bazę” na miejsce masowych egzekucji. Za decyzją tą przemawiało kilka czynników. Ponary leżały w niewielkiej odległości od Wilna, a przebiegające w pobliżu droga i linia kolejowa umożliwiały szybki i łatwy transport ofiar. Fakt, iż teren „bazy” był ogrodzony i otoczony lasami, ułatwiał zachowanie zbrodni w tajemnicy. Wreszcie wykopane przez Sowietów doły bez trudu można było przekształcić w masowe groby. Niemcy wykonali w „bazie” i w jej okolicach pewne dodatkowe prace budowlane. Teren wokół miejsca straceń otoczono czterometrową siatką zwieńczoną drutem kolczastym i częściowo zaminowano. W ogrodzeniu wybudowano dwie bramy. Większa, dwuskrzydłowa, znajdowała się przy szosie „grodzieńce”, nieopodal przejazdu kolejowego. Mniejsza, od strony wsi Nowosiołki, przeznaczona była dla samochodów ciężarowych. Biegnący przed nią odcinek leśnej drogi częściowo wzmocniono drewnianymi podkładami. Na drzewach wokół „bazy” rozwieszono tablice ostrzegające przed minami. Miejscową ludność ostrzeżono, że zbliżanie się do ogrodzonego terenu będzie karane rozstrzelaniem na miejscu. Z relacji świadków wynika, że zginęło co najmniej kilka osób, które złamały ten zakaz. Na terenie bazy stale przebywało około 10–12 członków Ypatingasis būrys, którzy pełnili służbę wartowniczą.

x

Józef Mackiewicz w powieści Nie trzeba głośno mówić Wydawnictwo Kontra, Londyn 2017, pisze:

W roku 1940 bolszewicy założyli w Ponarach, na spiłowanym kawałku lasu i odebranych od ludności terenach, jakieś przedsiębiorstwo państwowe, wielkie place otaczając mocnym płotem i drutem kolczastym. Z tak zniwelowanego terenu skorzystali Niemcy w roku 1941 i użyli pod miejsce kaźni Żydów. Do Ponar podwożono ciężarówkami, a później całymi transportami kolejowymi, Żydów i tu ich zabijano.

Dalekim echem spływały z tych wzgórz, het, w wielokilometrowy krąg, pojedyncze strzały, krótkie, urywane, trwające nieraz wiele godzin, albo na przemian terkoczące seriami broni maszynowej. Nieraz kilka takich dni z rzędu, przeważnie ku wieczorowi, lub rankiem. Bywały tygodnie, a nawet miesiące przerwy, a później znów, zależnie od kierunku i siły wiatru, od pory roku, mgły czy słońca, rozchodziły się mniej lub bardziej wyraźne postukiwania strzałów.

(…) Wiadomo, że mordowano tam żydowskich mieszkańców Wilna, co mogło stanowić kilkadziesiąt tysięcy. Poza tym zwożono Żydów transportami z pobliskich miasteczek Ostlandu. Rodzinami z getta, bądź też z robót sezonowych, po zakończeniu których nie wracali. Nikt nie był o tym uprzedzony, ani nie wiedział, czy po ostatniej masowej egzekucji nastąpi jeszcze jedna, czy też dłuższa przerwa.

x

Cała ta historyjka o budowie podziemnych magazynów paliwa lotniczego jest zmyślona, by odwrócić uwagę od faktu, że bolszewicy przygotowali nazistom teren pod miejsce kaźni Żydów. Jeśli miałyby to być magazyny paliwa lotniczego, to dlaczego nie próbowano ich budować w pobliżu czy na lotnisku, jak to zazwyczaj czyni się? I dla jakiego lotniska? Polowego? Wojskowego? Na zadupiu zwanym Chazbijewiczami? Jakie tam mogło być lotnisko? Jeśli już, to jakaś łąka, na której mogły lądować awionetki czy inne lekkie samoloty. A poza tym nie buduje się lotnisk, a tym bardziej magazynów paliw, przy samej granicy, bo lotnictwo sąsiada może je łatwo zbombardować. Ale nie to jest ważne. Gdy Japończycy zaatakowali Pearl Harbor, to zniszczyli parę zdezelowanych okrętów, bo te sprawne wyszły odpowiednio wcześniej w morze. Nie zbombardowali też bazy paliw, która tam się znajdowała, bo nie było takiego rozkazu, bo nie mogło go być. W przypadku takiego zbombardowania dominacja Stanów Zjednoczonych na Pacyfiku skończyłaby się, ale nie to było w planie.

I nie było w planie zbudowanie w Ponarach magazynów paliwa lotniczego. Bolszewicy ogrodzili ten teren wysokim płotem i dodatkowo drutem kolczastym, czyli budowali obóz koncentracyjny, by nikt nie mógł stamtąd uciec. Wykopali 6 dołów. Jeden o średnicy 40 metrów i głębokości 5-6 metrów, pozostałe o średnicy 8 metrów i głębokości 5 metrów. Prace rozpoczęto, jak informuje Wikipedia, w 1940 roku, o czym też wspomina Mackiewicz. A więc zajęło to około roku, może 6 do 9 miesięcy. I tym czasie tylko tyle? Dziwnie ospałe było to tempo, jak na państwo, które wcześniej budowało potężne fabryki, huty, zapory wodne, linie kolejowe, drogi itp. Najwyraźniej tylko tyle mieli zrobić.

W przypadku masowych mordów są dwie metody pozbywania się zwłok: krematoria lub wielkie doły. Tak właśnie było w Ponarach. Gdy morduje się kilkadziesiąt tysięcy osób, nawet w odstępach czasowych, to nie sposób wykopać tyle grobów, bo kto miałby to zrobić i gdzie. W warunkach pokojowych jest czas na grzebanie zwłok, czas na przygotowanie nowych cmentarzy i wystarcza do tego stosunkowo niewielka ilość grabarzy, bo nic tu nie dzieje się nagle.

A co się stanie, gdy wymorduje się kilkanaście tysięcy osób w ciągu jednego dnia w sytuacji, gdy ludność ta nie jest stłoczona w obozie koncentracyjnym, tylko rozproszona po wioskach i osadach? Kto miałby wykopać tyle grobów? Skoro ludność ta była rozproszona, to nie można było wykopać jednego wielkiego dołu, bo kto miałby do niego zwieźć te zwłoki i czym? A poza tym, kto miałby ten wieki dół wykopać i czym? – Siekierami? W takiej sytuacji pozostaje tylko jedna metoda: wymordować wszystkich, by nie było świadków, a ciała spalić wraz z wszelkimi zabudowaniami, tak by nie pozostał żaden ślad. Całą operację rozpoczęto w niedzielę o trzeciej nad ranem, by nie doszło do sytuacji, że ktoś poszedł w pole, no bo raczej w niedzielę rano w pole nie poszedł, a jeśli już to – do kościoła.

To wszystko działo się w sytuacji, gdy front był daleko na wschodzie. I jak to się stało, że państwo, które kierowało się zasadą Ordnung muss sein, pozwoliło na działania obcych sił paramilitarnych na terenie mu podległym?

Pierwszy manifest komunistyczny

Wszyscy słyszeli o manifeście komunistycznym Karola Marksa, ale nie był on pierwszym tego typu programem politycznym. Był nim ten z okresu rewolucji francuskiej. Stefan Zweig w książce Portret człowieka politycznego Wydawnictwo „Książnica”, Katowice 2000 tak pisze:

Czas, w którym Fouché został prokonsulem, należał do radykałów. Toteż w swoim departamencie Loire Inférieure, w Nantes, Nevers i Moulins, Fouché zachowuje się jak wściekły radykał. Ciska gromy na umiarkowanych, zarzuca kraj płomiennymi manifestami, rzuca najstraszliwsze groźby na bogatych, wahających się, niezdecydowanych, wywierając moralną i fizyczną presję werbuje na wsiach całe regimenty ochotników i wysyła ich na wroga. Talentami organizacyjnymi, szybką orientacją dorównuje co najmniej każdemu ze swoich kolegów, zuchwałością słów wszystkich ich przewyższa. Gdyż to jedno trzeba zdecydowanie stwierdzić: w przeciwieństwie do słynnych szermierzy Rewolucji, Robespierre’a i Dantona, Joseph Fouché nie zachowuje powściągliwości w sprawach Kościoła i własności prywatnej, przez tamtych określanych jeszcze z szacunkiem jako „nietykalne”, lecz głosi zdecydowanie radykalny i bolszewicki program społeczny. Pierwszym wyraźnym manifestem komunistycznym ery nowożytnej nie jest słynny manifest Karola Marksa ani „Goniec heski” Georga Büchnera, lecz owa bardzo mało znana, celowo nie zauważana przez socjalistyczną historiografię „Instruction” z Lyonu, podpisana wprawdzie przez Fouchégo i Collota d’Herbois, ale niewątpliwie ułożona przez samego Fouchégo. Ten utrzymany w stanowczym tonie, wyprzedzający postulatami o sto lat swoją epokę dokument – jeden z najbardziej zdumiewających dokumentów Rewolucji – jest wart chyba tego, by go wydobyć z zapomnienia; nawet jeżeli w czasach, gdy późniejszy książę Otranto protestował rozpaczliwie przeciwko temu, czego domagał się niegdyś zwykły obywatel Joseph Fouché, jego „instrukcja” – traktując rzecz historycznie – straciła mimo wszystko na wartości, to wyznanie wiary czyni go pierwszym niewątpliwym socjalistą i komunistą Rewolucji. Nie Marat, nie Chaumette sformułowali najśmielsze postulaty Rewolucji Francuskiej, lecz Joseph Fouché, a oryginalny tekst rzuca więcej światła na jego tak na ogół nieuchwytny charakter niż jakikolwiek opis.

Na początku tej „Instruction” Fouché ośmiela się głosić nieomylność wszelkich aktów gwałtu: „tym, którzy działają w w interesie Rewolucji, wolno wszystko. Nie ma większego niebezpieczeństwa dla republikanina niż chowanie się za prawami Republiki. Kto je narusza, nawet ten, kto pozornie przesadza, często daleki jest jeszcze od właściwego rezultatu. Póki istnieje na świecie jeden choćby nieszczęśliwy, wolność musi być celem naszych poczynań”.

Po tym stanowczym, w pewnym sensie już maksymalistycznym wstępie Fouché następująco definiuje istotę rewolucji:

„Rewolucja została dokonana w interesie ludu; nie należy jednak przez to rozumieć owej klasy uprzywilejowanych dzięki bogactwu, którzy zagarnęli dla siebie wszystkie przyjemności życia, wszystko, czym dysponuje kraj. Lud to jest ogół obywateli Francji, a przede wszystkim ta niebywale liczna klasa nędzarzy, którzy bronią granic ojczyzny i żywią społeczeństwo swoją pracą. Rewolucja byłaby politycznym i moralnym nadużyciem, gdyby troszczyła się tylko o polepszenie bytu kilkuset osób i pozwoliła dalej trwać w biedzie dwudziestu czterem milionom. Rażącym oszustwem byłoby występowanie w imieniu równości, gdy między ludźmi istnieją jeszcze tak ogromne różnice w dobrobycie.”

Następnie Fouché wykłada swoją ulubioną teorię, że „mauvais riche”, „niedobry bogacz”, nigdy nie będzie prawdziwym rewolucjonistą, szczerym i oddanym republikaninem, a więc każda burżuazyjna tylko rewolucja, która utrzyma wszystkie różnice majątkowe, musi nieuchronnie wyrodzić się w nową tyranię, „gdyż bogaci zawsze będą uważali siebie za inny rodzaj ludzi”. Dlatego domaga się od ludu największego wysiłku i całkowicie „integralnej” rewolucji.

„Nie miejcie złudzeń: żeby stać się prawdziwym republikaninem, każdy obywatel musi przejść rewolucję wewnętrzną, podobną do tej, która odmieniła oblicze Francji. Nic nie łączy poddanych tyranów z mieszkańcami wolnego kraju. Trzeba więc całkowicie odmienić wszystkie ich działania, ich uczucia, ich przyzwyczajenia. Jesteście ciemiężeni, winniście więc roznieść w proch i pył waszych ciemiężycieli, byliście niewolnikami kościelnych zabobonów, teraz nie powinniście mieć żadnej religii poza religią wolności… Każdy, komu obcym pozostanie ten entuzjazm, kto zna inne radości i troski niż szczęście ludu, kto potrafi zimno kalkulować, kto oblicza, jakie korzyści przynieść mu może prestiż, stanowisko, talent, uchylając się choć na chwilę od myślenia o dobru powszechnym, każdy, komu nie kipi w żyłach krew, gdy mowa o ucisku i o zbytku, kto ma łzy litości dla wroga ludu miast zachować całe współczucie dla męczenników wolności, kłamie, jeżeli śmie nazywać się republikaninem. Tacy ludzie niech lepiej opuszczą nasz kraj, gdyż zostaną zdemaskowani, a ich nieczystą krwią nasiąknie gleba wolności. Republice potrzebni są tylko ludzie wolni, wszystkich innych jest zdecydowana wyplenić, i tylko takich uznaje za swoje dzieci, którzy dla niej chcą żyć, walczyć i umierać.”

W trzecim akapicie „Instruction” rewolucyjne wyznanie wiary bez osłonek i wyraźnie przekształca się w manifest komunistyczny (pierwszy ze sformułowanych w 1793 roku):

„Każdy, kto posiada więcej, niż mu koniecznie potrzeba, musi okazywać pomoc innym, a nałożona na niego opłata winna być proporcjonalna do wielkich potrzeb ojczyzny; najpierw trzeba więc ogólnie i prawdziwie rewolucyjnie ustalić, ile każdy obywatel powinien złożyć w darze dla sprawy publicznej. Nie chodzi tutaj o obliczenia matematyczne ani o obawy i ociąganie towarzyszące zwykle wymiarowi publicznych podatków; zastosowana metoda musi być tak samo wyjątkowa, jak wyjątkowa jest sytuacja. Niech wasze działania będą więc śmiałe i zakrojone na wielką skalę, zabierając każdemu obywatelowi to, co nie jest mu koniecznie potrzebne, gdyż wszelki nadmiar (le superflu) jest wyraźnym pogwałceniem praw ludu. Wszystko, co wykracza poza potrzeby człowieka, może być wykorzystane tylko źle. Nie pozostawiajcie więc nikomu nic ponadto, co koniecznie potrzebne, w czasie wojny cała reszta należy się Republice i jej armiom.”

Fouché podkreśla, że nie należy się zadowalać tylko pieniędzmi.

„Ojczyzna żąda teraz wszystkich rzeczy – ciągnie – których niektórzy mają nadmiar, a które mogą być przydatne obrońcom ojczyzny. Są na przykład ludzie posiadający niewiarygodne ilości płótna i koszul, sukna i butów. Wszystkie te rzeczy muszą być przedmiotem rewolucyjnej rekwizycji.”

Żąda również bez ogródek wydania całego złota i srebra, „metaux vils et corrupteurs” (metale nieszlachetne i szkodliwe), którymi gardzi prawdziwy republikanin, na rzecz skarbu państwa, gdzie „wybije się na nich wizerunek Rewolucji i po oczyszczeniu przez ogień będą służyć tylko ogółowi. Nam potrzebne są tylko stal i żelazo, a Republika zatriumfuje”. Kończy zaś swoje wezwanie strasznym apelem o bezwzględność:

„Będziemy rządzić z całą surowością przydanego nam autorytetu, jako złe intencje karać będziemy wszystko, co w innych warunkach uchodzić może za opieszałość, słabość lub powolność. Minął jednak czas półśrodków, oglądania się na różne względy. Pomóżcie nam uderzać mocno albo sami zostaniecie uderzeni. Wolność lub śmierć! Do was należy wybór.”

To teoretyczne dziełko pozwala wyrobić sobie pojęcie o poczynaniach Josepha Fouché jako prokonsula. W departamencie Loire Inférieure, w Nantes, Nevers i Moulins, waży się podjąć walkę z najpotężniejszymi siłami Francji, przed którymi ostrożnie cofali się nawet Robespierre i Danton: z własnością prywatną i Kościołem. Działa szybko i zdecydowanie na rzecz „égalisation des fortunes” (zrównywanie majątków), wymyślając tak zwane „komitety filantropijne”, którym ludzie zamożni mieli rzekomo według własnego uznania składać dary. By jednak nie było wątpliwości, już z góry delikatnie upomina, że „jeżeli bogaty nie uczyni użytku z prawa przysłużenia się reżimowi wolności, Republika ma prawo zawładnąć jego mieniem”. Nie toleruje żadnego nadmiaru i stanowczo zwalcza wszelki „superflu”. „Republikaninowi potrzebne jest tylko żelazo, chleb i czterdzieści écus zarobku.” Fouché wyprowadza konie ze stajni, wysypuje mąkę z worków, dzierżawcy mają pod karą śmierci przestrzegać jego zaleceń, nakazuje piec żołnierski chleb wielkiej wojny, taki sam dla wszystkich, i zabrania wypieku jakiegokolwiek białego luksusowego pieczywa. Co tydzień stawia dzięki temu na nogi po pięć tysięcy rekrutów wyposażonych w konie, buty, ubrania i flinty, siłą uruchamia fabryki, i wszystko jest posłuszne jego żelaznej energii. Napływają pieniądze, podatki, daniny i ofiary, dostawy i świadczenia i po dwóch miesiącach działalności z dumą pisze do Konwentu: „ on rougit ici d’être riche”, „tutaj ludzie wstydzą się uchodzić jeszcze za bogatych”. Naprawdę powinien jednak powiedzieć: „Tutaj ludzie boją się być bogaci”.

W tym samym czasie radykał i komunista Joseph Fouché, późniejszy książę Otranto, milioner z protekcji króla pobożnie biorący w kościele drugi ślub, dał się poznać jako najbardziej zapamiętały, namiętny przeciwnik religii chrześcijańskiej. „Ten obłudny kult trzeba zastąpić wiarą w Republikę i w moralność” – grzmi w pełnym pogróżek liście i już niczym ogniste gromy spadają na kościoły i katedry pierwsze represje. Ustawa za ustawą, dekret za dekretem: „Księża nie mają prawa nosić duchownych strojów poza miejscem kultu”, pozbawia się ich wszelkich przywilejów, gdyż „nadeszła pora – argumentuje Fouché – by tej klasie pyszałków narzucić czystość pierwszych chrześcijan i cofnąć ich do klasy mieszczan.”

Wkrótce Josephowi Fouché już nie wystarcza funkcja zwierzchnika sił zbrojnych, kierownika wymiaru sprawiedliwości, dyktatora o nieograniczonej władzy cywilnej – zgarnia dla siebie również wszystkie uprawnienia kościelne. Znosi celibat, nakazuje, żeby w ciągu miesiąca każdy ksiądz ożenił się albo zaadoptował dziecko, publicznie udziela ślubów i daje rozwody, wstępuje na ambonę (z której starannie usunięto wszystkie krzyże i symbole religijne) i wygłasza ateistyczne kazania, w których zaprzecza nieśmiertelności i istnieniu Boga. Likwidacji ulegają chrześcijańskie ceremonie pogrzebowe, a jedyną pociechą są wyryte na cmentarzach słowa: „Śmierć to wieczny sen”. Ten nowy papież jako pierwszy na prowincji wprowadza w Nevers cywilny chrzest, nadając swojej córeczce imię od departamentu, „Nièvre”. Ochrzcił dziecko przy akompaniamencie werbli i wojskowej muzyki Gwardii Narodowej bez pośrednictwa Kościoła, na rynku miasta. W Moulins przejechał na czele orszaku przez całe miasto i ściskając młot w dłoni rozbijał krzyże, krucyfiksy i obrazy świętych, „haniebne symbole fanatyzmu”. Ze zrabowanych mitr biskupich i ściągniętych z ołtarzy obrusów ułożono stos i podczas gdy jaskrawe płomienie buchały w górę, plebs wrzeszcząc tańczył wokół tego ateistycznego autodafè. Wyładowanie jednak swojej złości tylko na martwych przedmiotach, na bezbronnych kamiennych figurkach i kruchych krzyżach byłoby dla Fouchégo połową sukcesu. Prawdziwy triumf odniósł dopiero wtedy, gdy pod wpływem jego siły przekonywania arcybiskup François Laurent zrzucił mnisi kaptur i przywdział czerwoną czapeczkę, a za nim poszło z entuzjazmem trzydziestu księży, sukces, o którym fama z szybkością płomienia obiegła całą Francję. Fouché z dumą może chwalić się przed swymi mniej zdecydowanymi kolegami ateistami, że na obszarze poddanym jego władzy wyplenił fanatyzm, zniszczył chrześcijaństwo.

Czyny wariata, szaleńcza pasja fanatycznego idealisty, można by pomyśleć! W rzeczywistości jednak, nawet gdy udaje namiętność, Joseph Fouché zawsze pozostaje człowiekiem umiejącym liczyć, realistą. Wie, że będzie musiał zdać rachunek przed Konwentem, wie również, że patriotyczne frazesy i listy, podobnie jak asygnaty, dawno już straciły na wartości, i po to, by wywołać podziw, trzeba przemawiać kruszcem. Toteż podczas gdy wystawione przez niego regimenty maszerowały ku granicy, Fouché wysłał do Paryża wszystko, co zrabował po kościołach. Do Konwentu wciągano skrzynię za skrzynią, wypełnione złotymi monstrancjami, połamanymi i przetopionymi srebrnymi świecznikami, krucyfiksami z litego metalu i wyrwanymi z nich drogimi kamieniami. Wiedział, że Republice potrzebna jest przede wszystkim gotówka, toteż jako pierwszy, jako jedyny, przysłał z prowincji takie wymowne łupy. Konwent najpierw zdumiewa ta nowa energia, potem jednak radując się głośno nagradza hucznymi brawami. Odtąd Konwent zna i wymienia nazwisko Fouchégo jako żelaznego człowieka, najbardziej nieustraszonego, najstraszliwszego republikanina Republiki.

x

Głównym postulat rewolucji francuskiej to zabrać bogatym i dać biednym. Jego podstawą ideologiczną był manifest komunistyczny, zwany „Instruction” z Lyonu. Skąd u rewolucjonistów taka nienawiść do bogatych? Czy choć w części postulat ten został zrealizowany? Nie został. To, o co w takim razie chodziło? Wiemy, że w wyniku tej rewolucji arystokracja straciła, a zyskała burżuazja, czyli mieszczaństwo, bo bourgeoisie to po francusku mieszczanin. Czy jednak awans pewnej grupy społecznej musiał automatycznie wiązać się z pauperyzacją drugiej? Niekoniecznie, a przynajmniej potrzeba było na to dużo czasu, bo przecież w przypadku arystokracji jej bogactwo było wynikiem wielowiekowej akumulacji ziemi i niewolniczej pracy poddanych. Było więc ono niewyobrażalne. Tak zgromadzone bogactwo, przeważnie w ziemi i nieruchomościach, nie mogło, tak z dnia na dzień, wyparować jak jakieś papiery na giełdzie. Tu, do jego przejęcia, potrzebna była rewolucja, która, posługując się zmanipulowanym plebsem, podkopie fundamenty arystokratycznego gmachu. Stąd hasło: zabrać bogatym. A bogatymi byli wtedy arystokraci. Nawet jeśli część z nich była Żydami, to nie miało to znaczenia. Najważniejsze było to, by zabrać czy podważyć pozycję nieżydowskich posesjonatów. Ci, z kolei, przyzwyczajeni do pewnego poziomu życia, szukali ratunku w mieszanych małżeństwach. I w ten sposób arystokratyczna ziemia i nieruchomości stawały się własnością Żydów.

Trochę inaczej przebiegało to w czasie rewolucji październikowej. Tam wszystko upaństwowiono, bo nie było w Rosji stosunkowo licznego i bogatego mieszczaństwa i jego rolę przejęło państwo. Ale przecież państwo, to nie jest jakiś abstrakcyjny byt. Ktoś nim musi rządzić. I rządził tak, by po wielu latach stwierdzić, że komunistyczne państwo nie sprawdziło się i że prywatny lepiej sobie poradzi. I wszystko sprywatyzowano, nie tylko w Związku Radzieckim, ale i w innych państwach tzw. demokracji ludowej. I cały ich majątek trafił do międzynarodowego kapitału.

Rewolucje i wojny to doskonały pretekst do dokonywania zmian, które bez nich nie byłyby możliwe. A korzyści z tych zmian odnosi zawsze tylko jedna nacja.