Don’t cry for me Poland

No i stało się! W drugi dzień świąt gruchnęła wiadomość, że Paulo Sousa, trener polskiej reprezentacji, olał nas. Nie pierwszy to raz w naszej historii, że ktoś nas olewa i traktuje jak zaścianek. Był taki, co się nazywał Henryk Walezy i uciekł do Francji, bo tam czekała na niego lepsza posadka. Czy zatem powinniśmy być zaskoczeni? A może to zaścianek dlatego, że można tu robić przekręty, które gdzie indziej nie przeszłyby? W każdym razie Sousa może nam zaśpiewać, jak w tytule, a my nie powinniśmy płakać po nim. A tak na marginesie, to może wątek Evity Peron warty byłby rozwinięcia?

Kiedy tak słuchałem i czytałem o tym zdarzeniu, to przypomniała mi się piosenka Astrud Gilberto Non-Stop to Brazil, bo Sousa ucieka do Brazylii. Leciało to tak: “Silver Jet, Take me, I’m all set… Fly me, Where the air of Rio sings… Love waits at the end of the sky, So fly me to Brazil”. Może więc Sousa siedzi już w tym Silver Jet i szepcze mu cicho do ucha – fly me to Brazil. Pierwszy raz usłyszałem ten utwór w 1981 roku, wpadł mi w ucho i zapamiętałem. A to jeden z jej tych mniej znanych. Tak więc chodzi on teraz za mną, bo afera dopiero się rozwija. Jak to szło? „Panie Ferdku, afera jest!”

Piłka nożna jest najpopularniejszym sportem i dlatego każdy kraj stara się, by jego reprezentacja odnosiła jak największe sukcesy, bo dla wielu państw jest to jedyny sposób, by o nich ktoś usłyszał. Wszyscy się interesują piłką nożną: bogaci i biedni. To uniwersalny język, który dociera do wszystkich. Kiedy pisałem blog „Peru”, to obejrzałem sobie parę filmików na YouTube. Wrzucał je tam pewien Niemiec, który podróżował po Ameryce Południowej. W Peru zapuszczał się w niebezpieczne dzielnice Limy i innych miast. Mieszkańcy go ostrzegali, ale on zabezpieczył się. Chodził w koszulce reprezentacji Peru. To bardzo charakterystyczna koszulka. Pamiętam ją z meczu Polska-Peru z 1978 roku z mistrzostw świata w Argentynie. Jest biała z ukośnym czerwonym pasem, biegnącym od lewego ramienia do prawego biodra. Nawiązuje do barw narodowych: dwa boczne, pionowe, czerwone pasy i biały, pomiędzy nimi, z godłem.

A więc afera jest! Wszyscy z tego piłkarskiego światka są oburzeni postawą Sousy i wszyscy wściekle go atakują. Podejrzewam, że cały ten klangor jest po to, by ukryć prawdziwego sprawcę tej kompromitacji. Bo jest to kompromitacja, a może nie kompromitacja, tylko tak miało być. Trener nijaki, znikąd, bez sukcesów, dostaje reprezentację, która awansowała już do finałów mistrzostw Europy. Wszystkim z tego piłkarskiego, zgniłego światka wydawało się, że to dla Sousy i jego współpracowników wielki zaszczyt i wyróżnienie, a tu się okazało, że on miał ich wszystkich w „głębokim poważaniu”. I zapewne stąd ta wściekłość. A może i ona jest udawana? Może oni wszyscy dobrze wiedzą, co tu jest grane, tylko każdy odgrywa swoją rolę.

A kto jest sprawcą tej kompromitacji? Ten kto zatrudnił Sousę i podpisał z nim kontrakt w takiej formie, w jakiej to zrobił. To były prezes PZPN-u Zbigniew Boniek. Nie wiemy, jak została sporządzona umowa z Sousą, więc trudno z tym dyskutować.

Jeden z najbardziej znanych dziennikarzy sportowych, Mateusz Borek, tak pojechał po Sousie, że wyzwał go od kupców, którzy tylko liczą pieniądze i jeszcze powiedział, że wszyscy Portugalczycy to kupcy, którzy panoszą się po całej Europie i są agentami trenerów i piłkarzy na tym najwyższym, niższym i najniższym poziomie. Nie wiem, czy on nie wie, czy boi się powiedzieć, że ci wszyscy Portugalczycy, ci kupcy, to portugalscy Żydzi. To zbyt lukratywny interes, by dopuścić tam gojów. Wszędzie, gdzie są duże pieniądze, tam siedzą Żydzi. Nie przypadkiem przecież Krzysztof Piątek, po strzeleniu bramki Izraelowi na Stadionie Narodowym, nie wykonał swojej cieszynki, polegającej na skrzyżowaniu przedramion na wzór skrzyżowanych pistoletów. Taki był rozkaz, a może tylko sugestia. On wie, kto rządzi transferami piłkarzy. Zresztą, agentem Lewandowskiego też jest Żyd. Natomiast Tomasz Frankowski, były piłkarz Jagiellonii Białystok, przyznał kiedyś w jednym z wywiadów, że pieniądze inwestuje w nieruchomości i doradza mu w tym jakiś białostoker. Białostoker to Żyd urodzony w Białymstoku i mieszkający w Ameryce lub taki, którego rodzina pochodziła z Białegostoku. Frankowski poznał go, gdy grał w klubie Chicago Fire w 2008 roku.

Tak więc wszyscy oskarżają Sousę, a powinni Bońka, ale go nie ruszą, bo boją sie, że stracą swoje ciepłe posadki. To wyjątkowa gnida. W 1978 roku w czasie meczu z Argentyną, w momencie, gdy Deyna strzelał karnego, ta kanalia podśmiewała się z niego, mrucząc pod nosem tak, by on słyszał: strzeli, nie strzeli, strzeli, nie strzeli. Nie strzelił. Wcale nie zdziwiłbym się, gdyby okazało się, że Boniek tym kontraktem z Sousą załatwiał jakieś swoje interesy kosztem PZPN-u i polskiej reprezentacji. W końcu związał się z rejonem śródziemnomorskim i środowiskami piłkarskimi z tych państw, zna tam mnóstwo ludzi. Może nawet Sousa coś mu odpalał za przysługę. Prawdy nie dowiemy się, ale śmierdzi to jakimś wielkim przekrętem, bo Sousa, ze względu na brak osiągnięć w trenowaniu klubów i całkowity brak doświadczenia w byciu selekcjonerem, czyli trenerem reprezentacji – nie powinien był być zatrudniony na tym stanowisku.

To wszystko, co powyżej, to tylko wstęp. Ucieczka Sousy do Brazylii jest dobrą okazją, by przybliżyć początki piłki nożnej w Ameryce Południowej. Ucieka do klubu Flamengo.

W Wikipedii można przeczytać, że CR Flamengo to Clube de Regatas do Flamengo, brazylijski klub piłkarski z Rio de Janeiro. Flamengo jest najbardziej popularnym klubem piłkarskim nie tylko w Brazylii, ale także w całej Ameryce Południowej. Liczbę fanów drużyny szacuje się na ok. 40 mln.

Flamengo zostało założone w 15 listopada 1895 jako klub wioślarski. Sekcja piłkarska powstała w 1911 roku po tym, jak kilku niezadowolonych piłkarzy Fluminense FC odeszło ze swojego poprzedniego klubu. Największe sukcesy klub święcił na przełomie lat 70-tych i 80-tych.

Słownik internetowy portugalsko-polski tłumaczy słowo „flamengo” jako flamandzki. Czy to oznacza, że jego założycielami byli jacyś Flamandowie?

Historia piłki nożnej w Ameryce Południowej zaczyna się od Argentyny, Urugwaju i Brazylii. Opisuje to Stefan Szczepłek w swojej książce z 2007 roku Moja historia futbolu. Pisze on:

»Brytyjscy misjonarze

Wszystko to działo się w czasach, w których parowce pasażerskie pływały już po morzach i oceanach stadami, eksportując z Wielkiej Brytanii na cały świat ludzi i myśli. Marynarze, studenci, robotnicy, misjonarze, inżynierowie, wyjeżdżający z Wysp do pracy lub do szkół, zabierali w podróż piłkę. Pierwsze kluby w wielu krajach założyli przybysze z Wielkiej Brytanii. Wiele z nich ma z tego powodu do dziś angielskie nazwy.

Futbol w Argentynie jest niewiele młodszy od brytyjskiego, może dlatego, że w latach dziewięćdziesiątych XIX wieku Buenos Aires i okolice zamieszkiwało około 40 tysięcy Brytyjczyków. Pierwszy klub – Buenos Aires FC – Anglicy założyli już w maju 1865 roku. Liga amatorska rozpoczęła rozgrywki zaledwie trzy lata po angielskiej – w roku 1891, jest więc poza Wyspami Brytyjskimi najstarsza na świecie. Jej twórcą był także Szkot Alexander Watson Hutton. McGregor (twórca ligi angielskiej – przyp. W.L.) pochodził z Glasgow, a Hutton przybył do Argentyny z Edynburga. Był dyrektorem i profesorem angielskiej szkoły, nic więc dziwnego, że z pięciu klubów, które przystąpiły do pierwszych rozgrywek ligowych, cztery założyli Brytyjczycy i głównie oni w nich grali. Zwyciężył Saint Andrews, przed Old Caledonians i Rosario Railway. W następnych sześciu latach dominował Lomas Athletic, aż wreszcie przyszła pora na zespół Alumni. W pierwszej dekadzie XX wieku to był najlepszy klub w Argentynie i podobno jeden z najlepszych na świecie, co jednak, wobec braku rywalizacji, trudno sprawdzić. W ciągu 12 lat Alumni dziewięciokrotnie zdobywali mistrzostwo i siedem razy Puchar Argentyny. Zawodnicy tego klubu, studenci lub absolwenci English High School, uchodzili za wzory dżentelmeńskiej postawy na boisku, co sprawiało, że porównywano ich do słynnych angielskich Corinthians.

Kluby o nazwach znanych dziś w całym świecie powstały w odstępie kilku lat. Najstarszy – Quilmes, założony przez brytyjskich pracowników kolei w 1887, Rosario Central – w 1889, River Plate – 1901, Racing Club – 1903, Estudiantes La Plata, Independiente i Boca Juniors – 1905, Huracan – 1908.

Tylko Independiente ma argentyńskie korzenie. River Plate założyli Anglicy, Racing – Francuzi, nadając nazwę na cześć słynnego klubu paryskiego (przyjęli też jego błękitne barwy). Boca Juniors zawdzięcza swoje powstanie Irlandczykowi, mieszkającemu wśród emigrantów z Włoch. Nie mogli dojść do porozumienia jakie barwy nadać klubowi, ustalili więc, że przyjmą kolory kraju, którego statek pierwszy wpłynie do portu. Doczekali się na parowiec pod banderą szwedzką i dlatego ukochany klub Diego Maradony nosi barwy niebiesko-żółte.

Herbaciany baron funduje puchar

Odpowiednikiem Huttona w Urugwaju był William Leslie Poole, profesor uniwersytetu w Montevideo, który już w 1891 roku powołał do życia Albion Cricket Club (z sekcją piłkarską) złożony z robotników, pracujących przy budowie linii kolejowych. Piłkarskie życie małego Urugwaju do dziś ogranicza się do stolicy – Montevideo. Od historii meczów derbowych dwóch najlepszych klubów – Penarolu (zał. 1891, oczywiście przez angielskich robotników kolejowych, jako Central Uruguay Railway Cricket Club) i National (1899, rdzennie urugwajski), starsza jest tylko ta z Glasgow – między Celtikiem a Rangersami.

Federacja piłkarska w Argentynie powstała w roku 1893, a w Urugwaju siedem lat później. 16 maja 1901 roku doszło w Montevideo do spotkania Urugwaj-Argentyna (2:3), pierwszego meczu międzypaństwowego, jaki rozegrano poza Wyspami Brytyjskimi. Wkrótce te mecze stały się tradycją, rozgrywano je o puchar ufundowany przez „barona herbacianego”, Sir Thomasa Liptona. Także ministerstwa edukacji obydwu krajów dbały, by mecze piłkarskie stały się okazją do utrzymywania przyjaźni pomiędzy dwoma krajami, oddzielonymi jedynie La Platą.

Rozrywka wyższych sfer

W Brazylii również twórcą futbolu był Anglik Charles Miller, pracownik angielskiego przedsiębiorstwa budującego linie kolejowe wokół Sao Paulo, po latach także londyńskiego banku i towarzystwa ubezpieczeniowego. Za datę narodzin piłki nożnej w kraju, który od lat jest jej symbolem, uważa się rok 1894. Wtedy to Miller, urodzony w Sao Paulo, ale wysłany przez rodziców na kilka lat do szkoły w Anglii, w drodze powrotnej przywiózł do Sao Paulo dwie piłki. Miller był najlepszym strzelcem drużyny Sao Paulo Athletic Club, którą doprowadził do mistrzostwa kraju. Rozgrywki, rozpoczęte w roku 1901, nosiły nazwę Campeonato Paulista de Futebol. Brały w nich udział przede wszystkim drużyny złożone z Brytyjczyków. Takie same rozgrywki, o mistrzostwo stanu Rio de Janeiro – Liga Metropolitana, rozpoczęły się w roku 1905. Pierwszym mistrzem został klub Fluminense z Rio de Janeiro, założony przez Anglika Oscara Coxa dla arystokratów.

Futbol w Brazylii w okresie pionierskim stanowił rozrywkę ludzi bogatych, ale nawet status robotników z Europy był wyższy niż kolorowych tubylców, którzy grali w piłkę między sobą. Kiedy w roku 1901 doszło do pierwszego spotkania czegoś w rodzaju reprezentacji Sao Paulo i Rio de Janeiro, drużyna Sao Paulo pojechała pociągiem sypialnym, na miejscu rozegrała dwa mecze, po których bawiła się w restauracji, wspólnie z przeciwnikami. Piłkarze mogli sobie na to pozwolić, bo byli dobrze sytuowani. Mecze stawały się okazją do towarzyskich spotkań, na które elitarni kibice – biznesmeni pomnażający swoje dochody na plantacjach kawy, trzciny cukrowej, w bankach czy elektrowniach – wkładali smokingi lub garnitury, a ich partnerki najlepsze suknie.

Kluby były często kilkusekcyjne, a uprawiano w nich sporty popularne w Anglii – krykiet, wioślarstwo, jeździectwo, szermierkę. To dlatego w nazwach klubów, kojarzących się dziś wyłącznie z futbolem, pozostały nazwy innych sportów. Flamengo Rio de Janeiro to Clube de Regatas do Flamengo, Botafogo Rio to Botafogo de Futebol e Regatas, a przy nazwie klubu Vasco da Gama nie ma słowa o futbolu – Clube de Regatas Vasco da Gama. Znany klub piłkarski w argentyńskiej La Plata nosi nazwę Gimnasia y Esgrima (gimnastyka i szermierka). Nawet w Mediolanie słychać echo angielskich ojców klubu. AC Milan założony w roku 1899, najpierw przez 20 lat nosił nazwę Milan Foot-Ball and Cricket Club.

Corinthians – drużyna dżentelmenów

Wpływ na powstawanie i rozwój południowo-amerykańskich klubów mieli nie tylko pracujący tam Brytyjczycy. Przyczyniły się do tego także wizyty brytyjskich klubów. W 1910 roku do Brazylii przyjechali Koryntczycy.

Corinthian Football Club (C.F.C) uważany był na przełomie XIX i XX wieku za najlepszy klub amatorski na świecie. Jan Weyssenhoff, profesor Uniwersytetu Jagiellońskiego i wileńskiego, doktor fizyki, współpracownik Alberta Einsteina podczas pracy w Zurychu, autor wydanej w roku 1926 przez Ossolineum pracy „Sztuka gry w piłkę nożną”, tak pisze o Corinthians:

„Nie jest nawet klubem podobnym do innych, a pewnym rodzajem reprezentatywki amatorskiej angielskiej, czemś w rodzaju akademji futbalowej, gdyż do C.F.C. nie można zapisać się jak do zwykłego klubu, ale trzeba być wybranym na Koryntczyka. Liczba Koryntczyków jest statutowo ograniczona do 50. Po zostaniu Koryntczykiem nie przestaje się być członkiem swojego dawnego klubu. Corinthian FC nie posiadał doniedawna własnego boiska, co było nawet zastrzeżone w statucie, a członkowie jego zjeżdżali się tylko od czasu do czasu na rozegranie meczów w Anglii lub na odbycie tournée po Ameryce, Afryce, Australii lub Europie. W końcu XIX wieku i w pierwszych latach XX wieku Corinthian posiadał bezsprzecznie najlepszą drużynę na świecie (w linji napadu dotychczas podobno nie zrównaną) i odnosił takie zwycięstwa, jak np. 10:3 nad Bury lub 11:3 nad Manchesterem United, najlepszemi drużynami zawodowemi Anglji… Członkowie Corinthians uchodzą od dawna za wzór prawdziwych sportsmenów-amatorów. Najsławniejszym z nich i najlepszym futbalistą wszystkich czasów był Gilbert Oswald Smith (Oxford University, Old Carthusians). Skończył uniwersytet w Oxfordzie, był 21 razy reprezentantem napadu Anglji”.

Tyle Weyssenhoff, który pisał te słowa w roku 1925 lub 1926. Corinthians robił takie wrażenie, że Real Madryt (założony w roku 1902) przyjął barwy na jego cześć – białe koszulki symbolizujące czystość i granatowe spodenki. W roku 1910 Corinthians wyjechał na tournée po Ameryce Południowej. Jego gra w Sao Paulo tak się podobała, że pięciu Brazylijczyków – malarz pokojowy i czterej niewykwalifikowani robotnicy – założyli klub o nazwie Corinthians. Już cztery lata później zdobyli mistrzostwo stanu. W roku 2000 w Rio de Janeiro odbywały się pierwsze klubowe mistrzostwa świata. W finale spotkały się dwie drużyny brazylijskie, Corinthians wygrał po rzutach karnych z Vasco da Gama, kończąc w ten efektowny sposób brazylijską historię piłki w XX wieku.«

Jest jeszcze jedna rzecz wiążąca się z brazylijską piłką nożną, o której wspomina Szczepłek, a o której, jak sądzę, warto wiedzieć:

»Pozostało też po nim coś, co znane jest jako „gest Garrinchy”. Kiedy zawodnik drużyny przeciwnej leży kontuzjowany, trzeba wybić piłkę w aut. Wie o tym cały świat. Garrincha zrobił to pierwszy, na stadionie Maracana w Rio, podczas meczu Botafogo – Fluminense, w marcu 1960 roku.«

Garrincha to taka sama legenda brazylijskiej piłki nożnej jak Pele, tylko mniej znana. Po przebytej chorobie Heinego-Medina, czyli polio, miał jedną nogę krótszą o parę centymetrów, co nie przeszkadzało mu, by swoimi zwodami ośmieszać przeciwników. Po prawdzie, to miał jeden zwód, który wszyscy znali, a i tak się nabierali. Pele i Garrincha nigdy nie latali na mecze tym samym samolotem. Brazylijczycy uznali, że gdyby doszło do katastrofy lotniczej, to Brazylia nie przeżyłaby tego. Gdy grali razem, Brazylia nigdy nie przegrała.

W cytowanej książce Szczepłek zamieścił zdjęcie z mistrzostw świata w Szwecji w 1958 roku. Na ławce rezerwowej siedzi Pele, a obok niego Garrincha. Widać na tym zdjęciu wyraźnie jego prawy dziurawy but, z którego wystaje duży palec. Czasy się zmieniły. Czy można sobie wyobrazić Neymara w dziurawym bucie?

Jak widać początki piłki nożnej były zupełnie inne od tego, co się z nią obecnie wyprawia. To najpopularniejszy na świecie sport i według mnie najtrudniejszy, bo gra w nim najwięcej zawodników. Owszem, w rugby może grać 15-tu, ale tam można trzymać piłkę w rękach, podobnie w futbolu amerykańskim, w którym gra 11 zawodników. W piłce nożnej można grać nogą i głową i jest jeszcze „instytucja” spalonego, który dodatkowo utrudnia grę i wymaga bardzo precyzyjnej współpracy obrońców, a jego jednoznaczne stwierdzenie, w wielu sytuacjach, jest bardzo trudne, pomimo wykorzystywania zaawansowanej technologii. To cały urok piłki nożnej, ale też jest i druga strona medalu. Popularność przyciąga wielki kapitał, a wraz z nim pojawiają się wielkie afery i przekręty, których obecnie doświadczamy. Tak jest nie tylko w Polsce. Może więc nie jesteśmy zaściankiem? Może jesteśmy w Europie? Parafrazując więc słynną sentencję Romana Dmowskiego, Zbigniew Boniek mógłby powiedzieć: Jestem Europejczykiem – więc mam obowiązki europejskie.

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out /  Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out /  Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out /  Change )

Connecting to %s