Warszawa czasów Prusa

Druga połowa września to czas „Lalki” Bolesława Prusa. Już pojawił się serial Netflixa, a 30 września wchodzi na ekrany wersja kinowa. W związku z tym ukazało się w prasie, i nie tylko, wiele artykułów związanych z tą powieścią, którą wielu uważa za najwybitniejszą w polskiej literaturze. Mnie zainteresował artykuł z Polityki nr 37, 9.09-15.09.2026 autorstwa Tomasza Targańskiego Czego Prus nie mógł napisać. Poniżej fragment tego artykułu:

Warszawa w „Lalce” to miasto nowoczesnych arterii handlowych i stolica polskiego kapitalizmu. Pisarz pominął wszystko, co związane z rosyjską okupacją. Nie mógł pokazać twierdzy, w której rosyjscy żołnierze i urzędnicy czuli się jak u siebie.

Choć Bolesław Prus przedstawił Warszawę drugiej połowy XIX w. z mistrzowskim wyczuciem realiów, całkowicie świadomie dokonał bardzo istotnej ingerencji w ówczesną rzeczywistość. Z krajobrazu swojego najsłynniejszego dzieła starannie „wygumkował” Rosjan i wszelkie ślady ich obecności w mieście. W powieści nie ma mowy o urzędującym generał-gubernatorze ani innych carskich urzędnikach. Ani razu nie pada słowo car, a cesarz tylko w kontekście Bonapartych i Wilhelma I. Wśród dziesiątek pierwszo- i drugoplanowych postaci nie ma ówczesnego władcy Aleksandra II Romanowa, ani jednego Rosjanina (wspomina jedynie Suzina, kupca z Moskwy i partnera Wokulskiego w interesach).

Tymczasem gdybyśmy przechadzali się po Warszawie w dobie „Lalki”, od razu zauważylibyśmy, że miasto jest częścią Imperium Rosyjskiego. Stan wojenny wprowadzony w Królestwie Polskim po stłumieniu powstania styczniowego nie został formalnie zniesiony, więc obecność carskich wojsk i policji była nieodłączną częścią krajobrazu. U schyłku XIX w. liczebność Rosjan w Warszawie – urzędników, żołnierzy, policjantów wraz z rodzinami – dochodziła do 50 tys. Język rosyjski dało się słyszeć wszędzie, a w oczy rzucała się cyrylica, jako że na mocy obowiązujących przepisów nazwy ulic i szyldy reklamowe musiały być dwujęzyczne.

Rosyjskie dzielnice

Na ulicach roiło się od rosyjskich mundurów. Brodaci carscy generałowie jeździli dorożkami w obstawie Kozaków z nahajkami. Gdzieniegdzie można było zobaczyć formacje egzotycznych Czerkiesów w wysokich baranich czapkach, z zakrzywionymi szablami u boku i kindżałami za pasem. Najszerzej rozpoznawalnym – i najbardziej znienawidzonym elementem codzienności – był niebieski mundur owianej złą sławą carskiej policji politycznej, czyli Korpusu Żandarmów. Obok wojskowych pełno było także mundurów cywilnych, ponieważ w całym Imperium Rosyjskim wszyscy urzędnicy, od gubernatora po szeregowego pracownika biblioteki, zobowiązani byli nosić uniformy, zazwyczaj w formie fraka z wysokimi sztywnymi kołnierzami na wzór wojskowy. Również profesorowie i studenci Cesarskiego Uniwersytetu Warszawskiego mieli nosić „formę”, czyli mundur, który pokazywał ich miejsce w hierarchii.

Łazienki Królewskie, gdzie lubili spacerować bohaterowie „Lalki”, były własnością i oficjalną rezydencją rodziny carskiej. Pełniły również funkcję koszar dla stacjonujących tam pułków kawalerii lejbgwardii. Krakowskie Przedmieście, gdzie Wokulski prowadził swój sklep, Aleje Ujazdowskie, gdzie znajdowała się kamienica Tomasza Łęckiego, i inne reprezentacyjne części miasta, stanowiły serce rosyjskiej Warszawy. Na przełomie lat 70. i 80. XIX w. stopniowo zatracały one swój polski charakter. Rosyjscy oficerowie i ich rodziny upodobali sobie bowiem te okolice, ponieważ stacjonujące niedaleko formacje gwardii dawały im poczucie bezpieczeństwa, a oficerowie mieli blisko do macierzystych jednostek. Aleksander Kraushar, historyk i mieszkaniec Warszawy tamtego okresu pisał: „Spotykano tam wyłącznie rodziny Rosjan, niańki w kokosznikach (wysokich czepcach – przyp. red.) i jaskrawych szatach prowadzące przybrane w czerkieski kostium dzieci rosyjskie. Po trotuarach ulicznych snuły się tłumy czynowników w czapkach z szerokim, sztywnym rondem, ozdobionych znaczkiem właściwej dekasterii, w której służyli, bączkiem na lampasie i z obowiązkową laseczką w ręku”.

Rosjanie zajmowali najlepsze mieszkania w prestiżowych dzielnicach, tworząc coś na kształt zamkniętej kolonii. Zaopatrywali się najczęściej w swoich sklepach, dokąd sprowadzano dla nich luksusowe towary z całego imperium: kawiory, tabakę, a nawet zapałki. Kraushar zauważył, że „mąki miejscowej nie kupowali, gdyż do ich wydelikaconego smaku przemawiała jedynie krupczatka”. Dużą popularnością wśród Rosjan cieszył się słodkawy chleb Filipowa (piekarnia Filipowa była jedną z najlepszych w XIX-wiecznej Moskwie).

Stopniowo postępowała rusyfikacja przestrzeni. Wielu ważnym ulicom nadawano kolonialne, niezwiązane z lokalną tradycją nazwy, np. Erywańska (obecnie Kredytowa) albo hrabiego Kotzeube (dziś Fredry), na cześć generał-gubernatora z lat 1874-80. Władze carskie konsekwentnie nadawały miastu specyficznie rosyjską formę. W tym celu przebudowywano reprezentacyjne budynki, np. Pałac Staszica, nadając jego fasadzie cechy stylu bizantyńsko-moskiewskiego. Prus słowem nie wspomina również o prawosławnych cerkwiach ani pomnikach rosyjskiej chwały. Jednym z najbardziej bolesnych dla Warszawiaków był zlokalizowany na Placu Saskim (a później przeniesiony na Plac Zielony) pomnik ku czci „Polaków poległych za wierność swojemu monarsze” w 1841 r., czyli generałów, którzy przeciwstawili się powstaniu listopadowemu.

x

Mamy więc przedstawiony tu obraz Warszawy z końca XIX wieku, który przetrwał do wybuchu I wojny światowej. A więc Warszawa opanowana przez Rosjan i Cerkiew prawosławną. Po wybuchu wojny Rosjanie wycofują się. Ale kto wycofuje się? Na pewno wojsko, najwyższe władze cywilne, ale czy reszta też? Czy ludzie, którzy byli właścicielami wszystkiego co najlepsze, najatrakcyjniejsze w tym mieście, czy ci ludzie wyjechali? Dokąd? Czy w Rosji, nawet gdyby była carska, znaleźliby dla siebie równie atrakcyjne mieszkania i równie wysoką pozycję społeczną? To raczej mało prawdopodobne. Tu mieli wszystko: piękne mieszkania w najlepszych lokalizacjach, lukratywne posady i wiążące się z nimi apanaże. Mieszkali tu od 1815 roku, a więc było to już czwarte pokolenie, które zapewne znało język polski od dziecka. Tak więc cały aparat urzędniczy pozostał. Bez niego stworzenie przez Niemców Królestwa Polskiego nie byłoby możliwe. Można usuwać najwyższych urzędników, ale reszta musi pozostać, bo nie da się w krótkim czasie wymienić starego aparatu urzędniczego na nowy, bo niby skąd ten nowy? Można tylko jeden język zastąpić drugim. I to, że język rosyjski zniknął z przestrzeni polskich miast nie oznaczało, że zniknęli Rosjanie. Oni w swojej masie pozostali, spolszczeni czy pozornie spolszczeni, ale pozostali. Taki stan był charakterystyczny nie tylko dla Warszawy. Podobnie pewnie było na prowincji w takich miastach jak Kielce, Radom, Lublin, Płock, Łódź, Piotrków. Tak więc nowe państwo, budowane przez Niemców od 1916 roku, było tworzone w oparciu o rosyjską administrację średniego i niższego szczebla. Innymi słowy – rosyjskie Królestwo Polskie, czyli jego administracja – było niezbędne do tego, by powstała „niepodległa” Polska.

Po kongresie wiedeńskim w 1815 roku Księstwo Warszawskie – stworzone przez Napoleona, okrojone o Wielkopolskę i Kraków – stało się Królestwem Polskim. Rosja, Austria, Prusy i Wielka Brytania zdecydowały, że przypadnie ono Rosji. W 1919 roku w Wersalu postanowiono, że powstanie Polska. II RP trwała trochę dłużej niż Księstwo Warszawskie. W rolę Napoleona wcieliła się III Rzesza i napadła na Rosję, czyli Związek Radziecki. W Jałcie – gdzie Związek Radziecki, Stany Zjednoczone i Wielka Brytania zadecydowały, że Polska znajdzie się w radzieckiej strefie wpływów – historia jakby zatoczyła koło. Car po powstaniu listopadowym wymienił administrację Królestwa na rosyjską, a Stalin, po powstaniu warszawskim, przywiózł na czołgach swoją, bo tamta, stara, rosyjska w swoich korzeniach, być może już za bardzo spolszczyła się albo nie miał do niej zaufania.

Czy obecnie nie mamy do czynienia z podobnym procesem? Czy po zakończeniu wojny na Ukrainie, Polska – okrojona o tzw. ziemie odzyskane – nie znajdzie się w rosyjskiej strefie wpływów, czy zostanie wypchnięta do Europy wschodniej? Coraz więcej jest takich, którzy mówią, że Polska musi wyjść z unii i takich, którzy opowiadają się za ściślejszą współpracą z Rosją i Białorusią.

Niektóre wątki z tego bloga są bardziej rozwinięte w blogu Czyja religia, tego władza.

Nepal

26 sierpnia doszło w Nepalu do wielkiej katastrofy, w której zginęły setki ludzi. Byliśmy więc świadkami pewnego procesu geologicznego, należącego do kategorii powierzchniowych ruchów masowych. Zamiast sugerować, jak to czynią różni glacjolodzy, geolodzy i inni, że to wynik ocieplania się klimatu, warto spojrzeć na to groźnie zjawisko bez stronniczych sugestii. Poniżej wybrane fragmenty z mojego podręcznika akademickiego Geologia dynamiczna Marian Książkiewicz Wydawnictwa Geologiczne Warszawa 1979.

Przyczyny ruchów masowych

Erozja i wietrzenie zakłócają równowagę utworów geologicznych, występujących na powierzchni. Rzeka erodując wytwarza zbocze o pewnej pochyłości; w miarę zwiększania się pochyłości warstwy skalne, tracąc z jednej strony podporę przez usunięcie skał z obszaru wyciętej doliny, znajdują się w położeniu niezrównoważonym i pod wpływem siły ciężkości mogą się zsunąć. Im bardziej są one zwięzłe, tym większego kąta pochyłości będą wymagały, aby się osunąć; im bardziej są luźne, tym łatwiej przy mniejszej pochyłości mogą ulec osunięciu. Wietrzenie rozluźnia skały i dlatego ułatwia osuwanie się ich przy dość małych kątach.

Sposoby i rodzaje osuwania się są różne: mogą się osuwać tylko produkty wietrzenia, ale mogą też osuwać się lite skały. Ruch może się odbywać w ten sposób, że każde ziarno z osobna wykonuje ruch przez ślizganie się lub rotację, albo też cała masa utworu przesuwa się wzdłuż jednej lub kilku powierzchni. Między tymi dwoma skrajnymi przypadkami istnieją pośrednie mieszane formy ruchu. Osuwanie może być powolne, niedostrzegalne i trwać latami, a może odbyć się w ciągu kilku minut w sposób gwałtowny. Może ono obejmować tylko cienką warstwę przypowierzchniową, ale może nieraz sięgać głęboko w zbocze doliny i obejmować utwory o dużej miąższości (grubości – przyp. W.L.) – nawet kilkusetmetrowej.

Główną przyczyną wywołującą powierzchniowy ruch mas skalnych jest siła ciężkości, ale warunki, w których ta siła może działać, powstają w różny sposób: może to być podcięcie zbocza przez erozję albo głębokie zwietrzenie i rozluźnienie warstw tworzących zbocze lub przeciążenie zbocza wodą pochodzącą z opadów deszczowych albo śniegiem. Często wszystkie te czynniki współdziałają. Mogą też działać tu takie czynniki jak trzęsienie ziemi.

Podział ruchów mas powierzchniowych

Ruch mas powierzchniowych może nastąpić wszędzie, gdzie siły tarcia i spoistości są niewystarczające, aby dostatecznie przeciwdziałać sile ciężkości. Ruch mas może się odbywać pionowo i polegać tylko na obniżaniu się powierzchni – jest to osiadanie. Znacznie częściej odbywa się ruch mas powierzchniowych nie pionowo, ale w kierunku spadku zbocza. Może się on odbywać stale, ale bardzo powoli – nazywamy to spełzywaniem. Gdy rozdrobnione fragmenty skalne zostają wprawione w szybki ruch po zboczu, mówimy wtedy o staczaniu, które prowadzi do powstania usypiska. Jeśli warunki sprzyjające ruchowi dojrzewają stopniowo i dopiero jakaś drugorzędna przyczyna wprawi w ruch masy skalne, ruch taki odbywa mniej więcej szybko, mówimy wtedy o osuwaniu; rezultatem takiego ruchu są osuwiska. Gdy w tym procesie udział wody jest znaczny, określamy ruch mas jako spływanie, prowadzące do tworzenia się spływów błotnych; gdy osuwanie ma charakter katastrofalny i polega więcej na oderwaniu się mas skalnych niż na ich osunięciu się, mówimy o obrywaniu mas skalnych. W podziale tym nie ma ostrych granic, ale istnieją pośrednie formy ruchu.

Obrywy skalne

Odrębną grupę przemieszczeń skalnych można wyodrębnić na podstawie prędkości ruchu. Gdy zwykłe osuwiska przemieszczają się z prędkością kilku centymetrów do kilku metrów na sekundę, istnieją przemieszczenia o ruchu tak gwałtownym, że prędkość wynosi kilkadziesiąt metrów, a nawet do 150 m/s. Takie obrywy tworzą się w ciągu kilku minut. Przy osuwiskach przepojenie wodą pomaga sile ciężkości, obrywy mogą zaś powstać bez udziału wody. Tworzą się one w wysokich górach, gdy zbocza zostaną zbytnio podcięte erozją. Powstaniu obrywu towarzyszy huk i wielkie ilości pyłu skalnego wskutek rozkruszenia skał. Obrywy, podobnie jak osuwiska, mogą mieć różny stosunek do budowy geologicznej. Mogą być one zgodne z jakimiś rysami strukturalnymi zbocza, np. z płaszczyznami warstwowania lub ciosu (spękania i szczeliny w skałach – przyp. W.L.), i tak jest najczęściej, albo też mogą to być obrywy wzdłuż powierzchni ścinania.

Jeden z najbardziej znanych obrywów nastąpił w Szwajcarii w pobliżu miejscowości Elm w 1881 r. oberwało się wówczas 10 mln m³ materiału skalnego, wielu ludzi zginęło w czasie tej katastrofy. W Vaiont (Alpy włoskie) w dorzeczu Piave w r. 1963 obryw stoczył się do jeziora zaporowego, wskutek czego poziom wody podniósł się gwałtownie, woda przelała się przez zaporę i przeszło 2600 osób straciło życie.

Współdziałanie wietrzenia, erozji i ruchów masowych

Wietrzenie, erozja i powierzchniowe ruchy masowe działają obniżająco na wszelkie wyniosłości powierzchni ziemi. Rozluźniające produkty wietrzenia i erozji bądź pod działaniem mechanicznym wody, lodowców lub wiatru, bądź pod wpływem własnego ciężaru zostają przenoszone z wyższych miejsc na niższe. Ten ciągły proces przemieszczania rozluźnionych materiałów z wyższych obszarów w niższe nazywamy denudacją (łac. denudo – obnażam; niektórzy autorzy pod pojęciem denudacji rozumieją tylko usuwanie luźnych materiałów i obnażanie litej skały) lub degradacją.

Denudacja jest zatem sumarycznym procesem wietrzenia, erozji i ruchów masowych.

Rezultatem denudacji jest niszczenie wyniosłości na powierzchni ziemi i przenoszenie produktów niszczenia na niższe miejsca. Ponieważ niższe miejsca są zasypywane produktami denudacji, widzimy, że denudacja jest składową częścią wielkiego procesu zrównywania polegającego na ścinaniu wyniosłości i zasypywaniu zagłębień.

x

To, z czym mieliśmy do czynienia w Nepalu, to obryw skalny, na którym zalegał lodowiec. Himalaje to najwyższe góry na świecie, a więc tam tego typu ekstremalne zdarzenia nie mogą dziwić. Na własne oczy widzieliśmy ścieranie się dwóch wielkich procesów geologicznych: sił działających od środka – endogenicznych, górotwórczych i tych powierzchniowych – egzogenicznych. Te pierwsze to ruchy górotwórcze deformujące skorupę ziemską oraz plutonizm i wulkanizm, polegające na tworzeniu stopów ognisto-płynnych i ich krzepnięciu wewnątrz tej skorupy lub wydobywaniu się na powierzchnię. Te drugie to wpływ atmosfery, a więc powietrza, wilgoci, deszczu, wiatru, nasłonecznienia, zmian temperatury; hydrosfery, a więc wpływ wód płynących po powierzchni lub krążących w skałach, mórz, lodowców itp.; przyciąganie Księżyca i Słońca. Jedne wynoszą masy skalne, drugie dążą do ich zniwelowania, rozdrabniają je, roznoszą po powierzchni ziemi, doprowadzając do jej wyrównania. Tak więc najgwałtowniejsze zjawiska dzieją się tam, gdzie są góry i urozmaicony pod względem morfologicznym teren. Mamy więc tu do czynienia z działaniem dwóch przeciwstawnych sił. Czyż nie na tym samym mechanizmie opierają się wszelkie filozofie? A więc walka dobra ze złem, światła z ciemnością czy heglowska teza, antyteza, czyli konflikt przeciwieństw, który jest niezbędny do wprowadzenia zmian. I zawsze w tym procesie ścierania się sprzeczności giną ludzie. A czy sprowadzenie milionów Ukraińców do Polski nie jest nim? A podział na partie polityczne: prawica i lewica?

Ziemia wraz ze swoją atmosferą, będąc częścią Układu Słonecznego, podlega procesom dynamicznym, czyli ciągłym zmianom. Klimat również im podlega, co oznacza, że ciągle zmienia się. Czy człowiek może mieć wpływ na te procesy? O tym pisałem szerzej w blogu Zmiany klimatyczne.

Nazwiska

Czytam sobie ostatnio powieść „Kim”, której autorem jest Rudyard Kipling. Wikipedia tak m.in. o niej pisze:

Dużą popularnością wśród czytelników cieszyła się powieść Kim (1901), przez wielu biografów uważana za najwybitniejsze dzieło pisarza. Niektórzy ze względu na wartką narrację i zmienną scenerię wiązali ją z nurtem literatury pikarejskiej, zwłaszcza z Łazikiem z Tormesu, inni, dostrzegając kunsztowny opis realiów, uważali, że okazała się dokonaniem na miarę Drogi do Indii Edwarda Morgana Forstera. Bohaterem tego utworu był zwerbowany do brytyjskiego wywiadu spostrzegawczy chłopiec, który wraz ze starym lamą przemierzał Indie. Wędrówka tej nietypowej pary pozwoliła pisarzowi ujawnić tamtejsze rozwarstwienie społeczne, zaprezentować kulturową różnorodność oraz nakreślić dowcipny i urozmaicony obraz hinduskiej codzienności. Dla krytyków natomiast opisana podróż była udanym nawiązaniem do słynnych przygód Don Kichota i Sancho Pansy u Cervantesa oraz pana Pickwicka i Sama Wellera w powieści Dickensa. Choć główny bohater, jak często u Kiplinga, żył na pograniczu dwóch odrębnych kultur, to o oryginalności pomysłu i zaskakujących zwrotach akcji tym razem przesądził wątek szpiegowski osadzony w realiach czasów „wielkiej gry”. Dodatkową atrakcją stał się barwny język wszystkich postaci, w którym pisarz zawarł angielskie archaizmy, zabawne błędy artykulacyjne, słowa świadomie użyte w niewłaściwym znaczeniu i określenia z rozmaitych hinduskich narzeczy.

Wielka gra (ang. The Great Game, ros. Большая игра) – termin używany na określenie rywalizacji między Imperium Brytyjskim a Imperium Rosyjskim w XIX wieku o wpływy na Bliskim Wschodzie i w Azji Środkowej – głównie na terenie obecnych Iranu, Afganistanu i Pakistanu, a także Tybetu.

Jako orientacyjne daty początku i końca wielkiej gry przyjmuje się Traktat z Gulistanu z 1813 r. (kończący wojnę rosyjsko-perską i stanowiący o przyłączeniu obecnego Azerbejdżanu do Rosji) i porozumienie rosyjsko-angielskie z 1907 r., które podzieliły strefy wpływów w Azji Środkowej. Europejskim konfliktem powiązanym z wielką grą była wojna krymska (1853-1856) między Wielką Brytanią, Francją i Imperium Osmańskim a Rosją.

x

To, co zwróciło moją uwagę, to nazwisko tłumacza, bo Dodatkową atrakcją stał się barwny język wszystkich postaci, w którym pisarz zawarł angielskie archaizmy, zabawne błędy artykulacyjne, słowa świadomie użyte w niewłaściwym znaczeniu i określenia z rozmaitych hinduskich narzeczy. Było więc to dzieło trudne do przetłumaczenia i dokonał tego Józef Birkenmajer. Pojawiło się ono w 1926 roku. Poprzednie przekłady (Wilhelm Mitarski, 1901 i Maria Gąsiorowska, 1902) nie należały, jak pisał on we wstępie do swojej powieści, do najlepszych. Nikt po nim nie podjął się już tego zadania.

Birken to po niemiecku brzozy. Die Birke – brzoza, die Birken – brzozy. Majer to meier, czyli der Meier – dzierżawca, rządca; liczba mnoga – die Meier. Mamy tu więc do czynienia z nazwiskiem typowym dla niemieckich Żydów, powstałym na tej samej zasadzie jak wiele innych, takich jak: Einstein, ein Stein – kamień, Silberstein, Goldstein, Goldman, Edelman, edel – szlachetny, Edelbaum, der Baum – drzewo. Kleeberg, der Klee – koniczyna, der Berg – góra. Jedna z postaci w „Lalce” Prusa to Szlangbaum. Die Schlange – kolejka w sklepie, wąż. Jednak typowo niemieckie nazwiska to przykładowo: Holst, Stichler, Schulze, Stedtke, Müller itp.

x

Z życiorysu Józefa Birkenmajera też można wiele dowiedzieć się. Wikipedia pisze:

Ludwik Antoni Birkenmajer (ur. 18 maja 1855 w Lipsku, zm. 20 listopada 1929 w Krakowie) – polski historyk nauki, fizyk, astronom, pedagog, profesor Uniwersytetu Jagiellońskiego.

Pochodził z rodziny o korzeniach niemieckich, osiadłej w Polsce w czasie wojen napoleońskich; był synem Józefa Hermana i Petroneli ze Stefanowskich. Kształcił się w Gimnazjum im. Franciszka Józefa we Lwowie (1865-1873), następnie studiował na Uniwersytecie Lwowskim fizykę i matematykę (do 1878). Uzupełniał studia na uniwersytecie w Wiedniu (1879-1880). W 1879 obronił doktorat na Uniwersytecie Lwowskim na podstawie pracy O ogólnych metodach całkowania funkcyj algebraicznych i przestępnych. Od 1878 przez kilkadziesiąt lat był nauczycielem matematyki i fizyki w gimnazjum rolniczym w Czernichowie koło Krakowa. W 1897 dzięki wysokim osiągnięciom naukowym mianowano go profesorem na Uniwersytecie Jagiellońskim, z którym pozostał związany do końca życia.

To ojciec Józefa, a o nim samym Wikipedia pisze:

Józef Antoni Birkenmajer (ur. 19 marca 1897 w Czernichowie, zm. 26 września 1939 w Warszawie) – polski slawista, historyk literatury i krytyk literacki, poeta i tłumacz, profesor. Podoficer w 5 Dywizji Strzelców Polskich; więzień obozów bolszewickich w Krasnojarsku i Omsku.

Józef Antoni Birkenmajer urodził się 19 marca 1897 w Czernichowie, w rodzinie Ludwika Antoniego, astronoma, historyka nauk ścisłych i profesora Uniwersytetu Jagiellońskiego, oraz Zofii z Karlińskich, córki Franciszka Karlińskiego i Ludmiły z Luckerów. Wychowanek Konwiktu oo. Jezuitów w Chyrowie (1907–1915) i maturzysta Gimnazjum św. Anny w Krakowie (23 czerwca 1915). Miał liczne rodzeństwo; spośród starszych braci Aleksander Ludwik był historykiem nauk ścisłych i filozofii oraz bibliotekoznawcą, Alfred Józef – publicystą i posłem na Sejm, a młodszy Wincenty polonistą i znanym taternikiem.

Po wybuchu I wojny światowej powołany do austriackiej szkoły oficerskiej w październiku 1915 roku i następnie wysłany na front wschodni. Wzięty do niewoli rosyjskiej 7 sierpnia 1916; więziony w twierdzy w Pskowie. Zesłany do kazamatów w Czelabińsku, potem do Troickosawska na granicy mongolskiej, a stamtąd do obozu w Berezówce nad Bajkałem. W maju 1918 roku uciekł do formującej się 5 Dywizji Syberyjskiej Wojska Polskiego w Irkucku. Od 8 września dowódca plutonu 1. kompanii Polskiego Legionu Irkuckiego; front uralski; kampania kadrowa 1. Pułku Strzelców Polskich w Ufie. Od 27 lutego powołany do sztabu dowództwa Wojsk Polskich w Nowo-Nikołajewsku; redaktor „Żołnierza Polskiego” razem z Szymonem A. Nawrockim.

Po kapitulacji 5. Dywizji Syberyjskiej w dniu 10 stycznia 1920 roku, internowany przez bolszewików do obozu jenieckiego w Krasnojarsku. Skazany przez komunistyczny sąd wojenny w Omsku na ciężkie roboty w Tule. Uciekł z obozu 1 października 1920 roku i przedzierał się nocami na zachód; po miesiącu dotarł do wojsk polskich stacjonujących we wsi Porozoki na Litwie, 1200 km od Tuły. Po pięciu latach wojny i kazamatów powrócił do Polski 1 listopada 1920 roku i przeszedł do rezerwy jako oficer 5. pułku strzelców podhalańskich.

W latach 1921–1924 studiował polonistykę, lingwistykę porównawczą i filologię klasyczną, początkowo na Uniwersytecie Jagiellońskim, a następnie na Uniwersytecie Warszawskim. Już od 1921 roku rozwinął działalność literacką i publicystyczną. Był wybitnym tłumaczem literatury angielskiej i klasycznej. W roku 1922 ożenił się z Marią (Masią) Jętkiewiczówną, poznaną na Syberii, córką polskiego inżyniera, i osiadł na stałe w Warszawie. Aby zabezpieczyć byt powiększającej się rodzinie, podjął pracę nauczyciela języka polskiego i łaciny w szkołach gimnazjalnych. Jednocześnie kontynuował pracę naukową, uzyskując stopień doktora filozofii na podstawie rozprawy Bolesław Chrobry w literaturze polskiej (1932) oraz pisząc pracę habilitacyjną Patrium Carmen – Bogurodzica Dziewica (1937). Od 1925 współredaktor Biblioteki Laureatów Nobla, od 1926 członek PEN Clubu, od 1927 członek Czartaka, grupy poetów beskidzkich, w latach 1932–1934 współpracownik Wielkiej Literatury Powszechnej Trzaski & Everta. W latach 1938–1939 był wykładowcą literatury słowiańskiej w Stanach Zjednoczonych na Uniwersytecie Wisconsin w Madison. W sierpniu 1939 roku wrócił do kraju, aby objąć Katedrę Historii i Literatury Polskiej na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim.

Po wybuchu II wojny światowej zgłosił się ochotniczo do wojska jako porucznik rezerwy. W dniu 26 września 1939 r. zginął śmiercią żołnierza na murach Cytadeli w obronie Warszawy. Został pochowany na nowym cmentarzu Służewie przy ul. Wałbrzyskiej.

Pozostawił żonę z sześciorgiem dzieci. Jednym z jego synów był Krzysztof Birkenmajer (zm. 2019), geolog i polarnik.

x

Mamy tu parę ciekawych wątków, m in.: Wychowanek Konwiktu oo. Jezuitów w Chyrowie (1907–1915). Wikipedia tak o nim pisze:

Zakład Naukowo-Wychowawczy Ojców Jezuitów w Chyrowie pod wezwaniem św. Józefa – szkoła prywatna o statusie gimnazjum, założona i prowadzona przez jezuitów w Chyrowie k. Przemyśla w latach 1886–1939. Chyrowskie gimnazjum uważane było w czasach II Rzeczypospolitej za kuźnię polskich elit społecznych i finansowych.

Geneza i założenie

Zakład kontynuował tradycje założonego w 1582 kolegium jezuitów w Połocku (od 1812 Akademii Połockiej), którego kadra po kasacie zakonu w Imperium Rosyjskim przez cara Aleksandra I w 1820 przeniosła się do Tarnopola w zaborze austriackim. Szkoła w Tarnopolu funkcjonowała początkowo jako prywatny konwikt szlachecki. W 1846 utraciła większą część kadry na rzecz nowo utworzonych konwiktów w Feldkirch i Karlsbergu, a w 1848 w związku z udziałem studentów i absolwentów w Wiośnie Ludów została przejęta przez państwo. Konwikt jezuicki w Tarnopolu został odtworzony jako nowa instytucja w 1856, w 1863 uzyskał status kolegium, a od 1875 był znany jako Zakład Wychowawczo-Naukowy Towarzystwa Jezusowego w Tarnopolu.

Z inicjatywy Mariana Ignacego Morawskiego, od 1880 rektora zakładu w Tarnopolu, prowincjał galicyjski jezuitów ks. Henryk Jackowski podjął starania o przeniesienie szkoły do nowej lokalizacji, która zapewniłaby możliwość powiększenia placówki, obniżenie kosztów utrzymania i bezpieczeństwo z racji oddalenia od granicy państwowej. W 1883 jezuici zakupili za sumę 60 tys. złotych reńskich, pochodzącą z ojcowizny ks. Morawskiego, majątek Franciszka Topolnickiego w Bąkowicach pod Chyrowem k. Przemyśla, na przecięciu tras Węgiersko-Galicyjskiej Kolei Żelaznej i Galicyjskiej Kolei Transwersalnej. Pozostałą po zakupie kwotę 45 tys. zł ks. Jackowski uzupełnił na potrzeby budowy od podstaw szkolnego gmachu darowiznami od ziemian (2,6 tys. zł reńskich) i cesarza Franciszka Józefa I (3 tys. zł). W 1886 po przeniesieniu 150 uczniów pierwszych klas gimnazjum z Tarnopola zakład w Chyrowie rozpoczął swoją działalność.

x

Gdy przygląda się bliżej tego typu rodzinom, to ślady prowadzą często do Niemiec i do niemieckich Żydów. W przypadku Kleeberga Wikipedia pisze, opierając się na przekazach rodzinnych Kleebergów, że wywodzą się oni od szwedzkiego żołnierza, który w czasach potopu szwedzkiego został wzięty do niewoli i został w I RP. Jednak nazwisko jest takie, jakie jest, i raczej nie szwedzkie. A poza tym przez Rzeczpospolitą przetaczały się wtedy różne wojska z sąsiednich krajów.

Gdy bliżej zainteresujemy się, to większość tłumaczy z różnych języków na polski ma korzenie żydowskie. To nie dziwi, bo to nacja, która od wieków żyje w rozproszeniu i siłą rzeczy musi adoptować się do życia w obcych krajach, a to oznacza w pierwszej kolejności naukę języka społeczności, wśród której żyje. Podobnie jest w przypadku pisarzy, ludzi nauki, kultury itp. Po ostatnim rozbiorze I RP do zaboru pruskiego napłynęło mnóstwo Żydów niemieckich, a trzeba pamiętać, że początkowo zabór pruski sięgał do linii Curzona. I z części tego zaboru i austriackiego Napoleon stworzył Księstwo Warszawskie. Jednym słowem Prusacy wycofali się, ale Żydzi zostali. Później, po klęsce Napoleona, Księstwo przerobiono na Królestwo Polskie pod rosyjskim zarządem. Wśród carskich urzędników zapewne też było wielu Żydów.

Żydzi niemieccy i austriaccy asymilowali się. Często stawali się też gorliwymi patriotami, a że zajmowali eksponowane stanowiska w wielu dziedzinach życia, to ich wpływ na kształtowanie się pojęcia patriotyzmu i Polaka był największy. Nie ulega też wątpliwości, że ich udział w różnych powstaniach i wojnach był znaczny, co oznacza, że w nowych realiach synekury im przeważnie przypadały. Zwykły, przeciętny człowiek, jeśli chciał walczyć o Polskę, to musiał pamiętać, że w nowej rzeczywistości mógł co najwyżej dostać medal. Natomiast „prawdziwi” patrioci zawsze wiedzieli, o co walczą i jaka ich czekała nagroda.

Wraz z powstaniem nowego państwa w 1918 roku inteligencja już istniała. Tworzyli ją mniej lub bardziej zasymilowani Żydzi, ale potrzebne były jeszcze doły, czyli chłopi, którzy w rolniczym od wieków kraju stanowili zdecydowaną większość. Nowe państwo będzie potrzebować żołnierza, który ma ginąć za ojczyznę. Jeszcze na przełomie wieków XIX i XX pojawiło się zjawisko zwane chłopomanią, znane nam z Galicji – inteligenci żenili się z chłopkami. W latach 1901-1908 pisał Reymont w Paryżu powieść Chłopi. Początkowo, w latach 1902-1908, ukazywała się ona w odcinkach w Tygodniku Ilustrowanym. W formie książkowej wydana w latach 1904-1909 w wydawnictwie Gebethner i Wolff. W 1924 roku za tę powieść pisarz otrzymał literacką Nagrodę Nobla. Czy napisał ją na zamówienie, by dowartościować chłopów i wzbudzić, w jeszcze nie tak dawno niewolnikach, patriotyzm, czyli gotowość do oddania życia za ojczyznę?

II RP nie była państwem przyjaznym dla chłopów. To była pańska Polska. PRL był państwem robotników i chłopów, jak głosiła jego propaganda. Ale czy tak rzeczywiście było? Raczej nie. Artur Sanadauer, PRL-owski literat, tłumacz i Żyd, był w jednej ze swoich wypowiedzi szczery aż do bólu, gdy odnosił się do antysemityzmu w tamtym czasie:

“W czasie wojny zginęli prości Żydzi i wybitni Polacy. Uratowali się wybitni Żydzi i prości Polacy. Dzisiejsze społeczeństwo w Polsce to żydowska głowa nałożona na polski tułów. Żydzi stanowią inteligencję, a Polacy masy pracujące. Dlatego antysemityzm, wszelkie odruchy antyżydowskie w Polsce to choroba umysłowa, to buntowanie się ręki i nogi przeciwko własnej głowie. Żydzi są głową Polaków, bo są lepsi a Polacy to ręce i nogi. Nie może polska ręka bić żydowskiej głowy”.

Żydzi od dawna są polską inteligencją i trudno nie zgodzić się w tej kwestii z Sandauerem, choć on zawęża ten fakt tylko do czasu PRL-u. Jednak antysemityzm w Polsce jest dziełem samych Żydów, więc ręka i noga nie buntuje się przeciwko głowie, tylko ta głowa tak kieruje ręką i nogą, by wyglądało to na bunt przeciwko głowie. Jeśli więc Żydzi są w polskim społeczeństwie głową, to znaczy, że to oni odpowiadają za wszystko, co się w tym państwie dzieje, bo to głowa o wszystkim decyduje, a nie ręka i noga, które nie mają mózgu. Odpowiadają za wszystko, co dobre i co złe.

Jeśli Żydzi są polską inteligencją, to czy w innych państwach nie jest podobnie? Gdy imperium rzymskie stopniowo wkraczało na tereny Europy zachodniej, to za legionami rzymskimi podążali Żydzi i zapewne, jak to w podbitych krajach, zajmowali tam kluczowe stanowiska. I to oni – jako najstarszy naród, najbardziej hermetyczny i dysponujący utalentowanymi jednostkami – tworzyli tam nową rzeczywistość. Być może to oni udoskonalali miejscowe języki w oparciu o łacinę i poprzez nie kształtowali świadomość lokalnej ludności i w ten sposób powoli tworzyli świadomość narodową w tych społecznościach. Język polski w dobie reformacji został “podrasowany” do rangi języka literackiego i podejrzewam, że wzorowano się, przynajmniej częściowo, na języku niemieckim. Ja te analogie już dostrzegam, choć jestem na bardzo początkowym etapie poznawania tego języka, ale ciekawość mnie motywuje do dalszej nauki. Pomijając jednak te moje podejrzenia, to faktem jest, że dopiero Rej w XVI wieku ogłosił “urbi et orbi”, że Polacy nie gęsi i swój język mają. Dlaczego dopiero wtedy? A co było wcześniej?

W blogu Reformacja w Polsce pisałem:

W 1540 roku powstaje tajne stowarzyszenie dla szerzenia nauk ewangelicznych. Składa się ono z najwybitniejszych uczonych owego okresu. Na jego czele stał Włoch, Franciszek Lismanini, prowincjał zakonu franciszkańskiego, kapelan i spowiednik Bony. Do stowarzyszenia należeli też Jan Trzecieski – pierwszy polski gramatyk, jego syn, Andrzej Trzecieski – uczony i lingwista, Bernard Wojewódka – księgarz i radny miasta. Obaj byli uczniami Erazma z Rotterdamu. Andrzej Frycz-Modrzewski – uczeń Melanchtona, Jakub Przyłuski – wybitny prawnik, Adam Drzewiecki – kanonik kapituły krakowskiej, Andrzej Zebrzydowski – późniejszy biskup krakowski, ulubiony uczeń Erazma, Jakub Uchański – referendarz koronny, następnie arcybiskup gnieźnieński i prymas, który popierał protestantów. Oprócz nich wiele innych wybitnych osób należało do tego stowarzyszenia. Można więc bez przesady powiedzieć, że po stronie reformacji opowiedziała się cała ówczesna polska elita umysłowa.

No właśnie! W tajnym stowarzyszeniu pierwszy polski gramatyk oraz uczony i lingwista. Chyba nie przypadkiem tam się znaleźli. A skoro Jan Trzecieski (trzeci-eski) był pierwszym polskim gramatykiem, to znaczy, że wcześniej ich nie było. A czy to znaczy, że wcześniej nie było też polskiej gramatyki?

Być może komuś wydawać się będzie, że to karkołomna hipoteza: Żydzi to jedyny prawdziwy naród, a inne to tylko pochodne narodu żydowskiego, który je stworzył i rządzi nimi. Skoro jednak praktycznie do końca XIX wieku narodu polskiego nie było, bo chłopi byli niewolnikami, a na Kresach dopiero w XIX wieku zaczęto miejscową ludność przerabiać na Polaków – to wygląda na to, że tworzono go sztucznie i pośpiesznie, czyli że nie był to proces naturalny. A kto go tworzył? Czy podobnie było wcześniej w przypadku innych narodów?

Najgorsze, co może nas spotkać, to autocenzura, czyli odrzucanie z założenia hipotez, które wydają się nam absurdalne. Gdy jednak chce się zrozumieć naszą obecną rzeczywistość, to warto czasem puścić wodze fantazji, bo może ona czasem skieruje nas na właściwe tory. Kto wie?

Nazi-Argentinien?

Wskoczyło mi ostatnio na YouTube krótkie, 7-minutowe video, zatytułowane: Dlaczego nie ma Czarnych w Argentynie?, poświęcone historii czarnych w Argentynie. Nie jest to, jak sądzę, historia powszechnie znana, więc warto ją sobie przybliżyć. Ten filmik jest po francusku. Pod nim zamieszczam moje amatorskie tłumaczenie.

Kiedy myśli się o Argentynie, myśli się o tangu, Lionelu Messim, o Buenos Aires, myśli się o Maradonie, o matté (yerba mate – przyp. W.L.), o niebiesko-białej fladze, ale prawie nigdy nie myśli się o czarnej społeczności. I nie jest to przypadek. Obecnie mniej niż 1% Argentyńczyków przyznaje się do swoich afrykańskich korzeni. Na ulicach Buenos Aires, w podręcznikach do historii czy na ekranach telewizorów – czarne twarze są prawie nieobecne, tak jakby ta społeczność nigdy nie istniała, jakby nigdy nie liczyła się. A jednak był taki czas, gdy stanowiła ona około 1/3 całej ludności Buenos Aires. Byli żołnierzami, pracowali w portach, obecni w życiu kulturalnym i ekonomicznym kraju. A zatem, co się stało? Skąd takie zniknięcie? Dlaczego populacja tak wszechobecna musiała stać się niewidoczna?

Porozmawiajmy więc o pewnym wymazaniu. Nie o wymazaniu nagłym, brutalnym, spektakularnym, ale o wymazaniu rozciągniętym w czasie, metodycznym, cichym. Porozmawiajmy o czarnych Argentyny i o tym, jak cały kraj pokusił się o wymazanie ich ze swojej pamięci.

W XVII i XVIII wieku Argentyna była częścią hiszpańskiego imperium kolonialnego. I tak, jak w każdym imperium kolonialnym, byli tam niewolnicy. Dziesiątki tysięcy Afrykańczyków siłą wywożono z Angoli, Beninu czy Senegalu, a następnie sprzedawano na nadbrzeżach portu w Buenos Aires. W tamtym czasie miasto to nie było jeszcze centrum kulturalnym, którym stało się później. Była to placówka handlowa, pełna przemytników, krów, skór i ludzi.

Wbrew powszechnemu przekonaniu, że w Argentynie nie było niewolnictwa, ono było, ale słabo udokumentowane, ale liczby nie kłamią. Na początku XIX wieku co trzeci mieszkaniec Buenos Aires był czarnym lub metysem. Kobiety z afrykańskimi korzeniami były kucharkami, praczkami i opiekunkami dzieci w białych rodzinach. Mężczyźni służyli w wojsku lub pracowali na plantacjach na północnym zachodzie. Ale czarni są nie tylko siłą roboczą, tworzą wspólnoty kultywujące swoje tradycje, swoje języki, swoje rytuały, muzykę. Mają swoje kościoły, swoje bractwa religijne, swoje święta i ta obecność odciska swoje piętno na kulturze argentyńskiej. Innymi słowy, czarni nie są jakimś nic nie znaczącym dodatkiem do historii Argentyny, ale ich historia zaledwie rozpoczęta, została wymazana.

W XIX wieku Argentyna wkracza w nową erę. Walczy o swoją niepodległość, tworzy własną armię i zaczątki narodu, ale nie tworzy tego dla wszystkich. Wprost przeciwnie, czyni się to ze szkodą dla niektórych. Pierwszymi wśród nich są przedstawiciele czarnej rasy. Od pierwszych dni wolności czarni mężczyźni są masowo powoływani do wojska. Obiecuje się im wolność w zamian za ich krew, ale to czego im się nie mówi, to to, że często będą wysyłani na pierwszą linię, bez broni, bez uformowania w oddziały i nie ma temu końca.

Kilkadziesiąt lat później wybucha wojna z Paragwajem, zwana wojną trzech aliantów (Argentyna, Brazylia i Urugwaj przeciwko Paragwajowi – przyp. W.L.). Krwawy, brutalny konflikt trwający od 1865 do 1870 roku. I znowu bataliony afro-argentyńskie idą na pierwszy ogień. Śmiertelność w nich jest porażająca. Od tego momentu do końca XIX wieku obserwatorzy już zauważają, że czarni praktycznie zniknęli z Buenos Aires. To był dopiero pierwszy etap. W roku 1871 wybuchła w Buenos Aires epidemia żółtej febry. Dotknęła ona w szczególności najbiedniejsze dzielnice, a więc ludność murzyńską, potomków niewolników, pozbawioną wszelkiej pomocy ze strony władz. W tym przypadku to nie wojna, ale choroba ich dziesiątkowała.

Ale to, co trzeba zrozumieć, to to, że to zniknięcie nie było przypadkowe. Ono wpisuje się w pewną ideologię – to Argentyna nowoczesna, europejska, biała. Z końcem XIX wieku kraj otwiera szeroko drzwi milionom emigrantów z Włoch, Hiszpanii, Niemiec czy Szwajcarii. Są zachęcani, doceniani, osiedlani w miastach i jednocześnie dyskretnie wymazuje się czarnych z przestrzeni publicznej. W 1887 roku rasa czarna zostaje oficjalnie usunięta z rejestrów ludności. Ostatni Afro-Argentyńczycy są zaliczani do trzech ras: białych, metysów i trigueňo (ciemnoskóry – przyp. W.L.). A zatem, jeśli jakaś populacja nie figuruje w statystykach, więc nie istnieje. Argentyna tworzy wizerunek samej siebie jako państwa bez przeszłości afrykańskiej, zwraca się ku Europie, uważa się za kraj bardziej biały niż Brazylia, bardziej cywilizowany niż sąsiedzi. I taki obraz będzie kultywowany przez ponad wiek.

Kiedy populacja fizycznie znika, można wierzyć, że pamięć pozostaje, ale w Argentynie jest zupełnie odwrotnie. Po wojnach, epidemii, zafałszowanej strukturze etnicznej ludności – pozostała jeszcze kultura czarnych, którą trzeba spróbować wymazać: szkoły, bractwa, obecność w przestrzeni publicznej. Czarnych już nie ma w gazetach, teatrach, w książkach i podręcznikach historycznych, a jednak są wszędzie: tango – jego rytmy pochodzą od perkusji afrykańskich, na których grali w biednych dzielnicach Buenos Aires wyzwoleni niewolnicy. Ale o tym nigdy nie mówi się, nie uczy się o tym w szkołach. Mówi się, że tango pochodzi od europejskich imigrantów z przedmieść, wymazuje się czarnych, którzy tam żyli. I nie dotyczy to tylko muzyki, także zmienionych nazw miejscowości, ulic, dzielnic. Dzielnica San Telmo, jedna z najstarszych dzielnic Buenos Aires, była centrum życia społeczności afrykańskiej. Słowo „quilombo”, oznaczające obecnie nieporządek, historycznie oznaczało wspólnoty tworzone przez zbiegłych w epoce kolonialnej niewolników, ale kto o tym pamięta. – Nie było to nieumyślne zapomnienie, ale pamięć zduszona, pogrzebana. To tak, jak poznać tę przeszłość, ten obraz, który burzy wizerunek, który Argentyna sama sobie stworzyła.

Niektórzy jednak przypominają sobie. Całe rodziny przekazywały potajemnie swoje zwyczaje: tańce, słowa, przepisy. Potomkowie Afro-Argentyńczyków zachowali w swoich szufladach fotografie, dokumenty, historie, którymi nikt nie interesował się. Przez dziesięciolecia historia Afro-Argentyny została zmarginalizowana, niewidoczna w książkach, ignorowana przez media i polityków. Obecnie jednak wszystko zaczyna się zmieniać. W 2010 roku, po raz pierwszy od ponad wieku, argentyńska administracja zadaje proste pytanie: czy uważacie, że macie afrykańskie korzenie? Dziesiątki tysięcy osób odpowiedziało – tak. Niektórzy z dumą, inni ze względu na rodzinne pamiątki, jeszcze inni z chęci zrehabilitowania się za wcześniejszą postawę odżegnywania się od swoich korzeni. To początek powrotu do swojej prawdziwej tożsamości, spóźniony, ale ważny.

Wspólnoty Arfo-Argentyńczyków organizują się, jednoczą się, manifestują, tworzą stowarzyszenia. Żądają, żeby uczono ich ich historii, żeby mogli obchodzić swoje święta, żeby zadośćuczyniono niesprawiedliwościom. Artyści, naukowcy, wojskowi zabierają głos, dumnie opowiadają o swoich korzeniach, również o cierpieniach. Przypominają, że czarna Argentyna nie jest tylko minioną historią, jest żywa – tu i teraz. Ale to nie wszystko. Na początku lat 90-tych przybyła nowa fala migrantów z Afryki Zachodniej, głównie z Senegalu, przywracając krajobrazowi wielkich miast, takich jak Buenos Aires, Rosario czy La Plata, czarną twarz. Ale to nie takie proste. Te czarne społeczności stawiają czoła rasizmowi, odrzuceniu, niepewności. Spojrzenie białej Argentyny na tych Afro-Argentyńczyków przybiera często odcień egzotyki, nieufności czy ignorancji, ale podziały powoli zanikają. Historia czarnych w Argentynie trafia do podręczników szkolnych, muzea zaczynają organizować wystawy, a młodzi gorliwie afiszują się jako Afro-Argentyńczycy. Rewindykacje historyczne to coś więcej, niż kwestia tożsamości. To sposób, w jaki mówi się, że byliśmy tu, jesteśmy tu i zasługujemy na to, by być widzialnymi.

x

Autor tego krótkiego video przedstawił mało znany fakt z historii Argentyny, ale ograniczył się tylko do prezentacji problemu, nie próbując tego skomentować, może nie mógł, a może nie chciał, trudno powiedzieć. Mnie jednak nasuwają się pewne pytania i wątpliwości. Najprostsza jest tu kwestia tanga. Gdzieś kiedyś przeczytałem, że Astor Piazzolla całkowicie je zmienił, czym podobno naraził się wielu Argentyńczykom. Było więc tango czarnych, a później europejskie, czyli te, które znamy.

To, co jednak mnie zastanowiło, to fakt, że ta czarna społeczność miała swoje szkoły, kościoły, bractwa religijne itp. Wygląda więc na to, że była ona dobrze zorganizowana – zorganizowana na wzór społeczności protestanckich. Czy to mogło być możliwe w warunkach niewolnictwa? Według mnie – nie. Oczywiście, jak w każdej społeczności, tak i w tej, byli tacy, którym powodziło się lepiej, innym – gorzej. Dlaczego więc uwzięto się tak, by tę społeczność, stosunkowo nieliczną w skali całego państwa, zepchnąć w niebyt? Taki wizerunek czarnych nie pasował do ogólnie malowanego ich obrazu jako niewolników. Ale przede wszystkim, gdyby pozostawiono tę czarną społeczność w spokoju, to mogłoby się okazać, że ona doskonale sobie radzi w „białym” państwie i nie mógłby być użyty argument, że wszystkie „białe” państwa gnębiły czarnych i nie można by obarczać całej białej rasy za dyskryminowanie czarnych, bo „biała” Argentyna byłaby wyjątkiem psującym cały ten misternie ułożony plan, a raczej ideologię, że wszyscy biali gnębią czarnych. Dlatego państwo argentyńskie zrobiło wszystko, co było w jego mocy, by tę społeczność zepchnąć w niebyt. Czy konferencja berlińska z lat 1884-85 nie wpisuje się w ten schemat? Na niej Wielka Brytania, Francja, Niemcy, Portugalia, Hiszpania i Belgia, która powstała zaledwie 50 lat wcześniej, podzieliły między siebie Afrykę. Co za zgodność, żadnych wojen pomiędzy tymi państwami! A obecnie odwrotnie – trwa niszczenie białych i faworyzowanie czarnych. I kto cały czas pociąga za te sznurki? Kto decyduje o tym, że raz można załatwić sprawy pokojowo, a innym razem, że wojna jest konieczna? Kto pisze takie scenariusze i tak daleko sięga w przyszłość? I jak to wszystko skoordynowane w czasie i przestrzeni!

Curaçao

Mistrzostwa Świata w piłce nożnej wchodzą w decydującą fazę i już mało kto wraca do pierwszej sensacji tego turnieju. Piłkarze najmniejszego państwa, uczestniczącego w tych mistrzostwach, strzelili bramkę reprezentacji Niemiec i wtedy cały świat piłkarski usłyszał, że jest takie państwo. Jednak samo jego zaistnienie w świadomości kibiców zrodziło problem wymowy jego nazwy. Dziennikarze sportowi wyczyniali takie piruety językowe, że nie dało się tego słuchać, a przecież wystarczyło zajrzeć do Wikipedii, a ona o tym państwie pisze tak:

Curaçao [kyrɑˈsʌu̯], Kraj Curaçao (niderl. Land Curaçao, pap. Pais Kòrsou, ang. Country of Curaçao) – kraj autonomiczny Holandii w Ameryce Południowej (de iure wchodzący w skład Królestwa Niderlandów) i jedna z wulkanicznych Wysp Zawietrznych w archipelagu Małych Antyli. Wchodzi w skład wysp ABC (Aruba, Bonaire, Curaçao) oraz wysp CAS (Curaçao, Aruba, Sint Maarten). Stolicą wyspy jest miasto Willemstad, nazywane małym Amsterdamem. Do wyspy należy również wyspa Klein Curaçao. Nie należy do strefy Schengen, ani do Unii Europejskiej.

Willemstad – historyczne centrum miasta; Martin Falbisoner – praca własna; źródło: Wikipedia.

Geografia

Curaçao leży na szelfie kontynentalnym Ameryki Południowej i charakteryzuje się pagórkowatym krajobrazem, z najwyższym punktem – Christoffelberg, który sięga 372 m n.p.m. Jest to nizinny obszar o suchym, tropikalnym klimacie, położony w południowej części Morza Karaibskiego i należący do archipelagu Małych Antyli. Curaçao znajduje się ok. 60 km od północnych wybrzeży Wenezueli.

Położenie na Morzu Karaibskim; autor: TUBS; źródło: Wikipedia.

Historia

Pierwotnie wyspa była zamieszkana przez indiańskie plemię Arawaków. Dla Europejczyków została odkryta 26 lipca 1499 przez hiszpańską wyprawę pod dowództwem Alonso de Hojeda. Hiszpanie zajęli wyspę i zaczęli ją kolonizować około 1530 r. W 1634 r. wyspa została zajęta przez Holendrów pod wodzą Johanneas van Walbeecka i Pierre’a Le Granda. Wysiedlili oni siłą gubernatora wraz z ok. 400 Hiszpanami i Arawakami na stały ląd i ogłosili przyłączenie wyspy do Holandii. Holenderska Kompania Zachodnioindyjska założyła miasto Willemstad – obecną stolicę. Pierwszym gubernatorem Curaçao został w 1643 r. Peter Stuyvesant. Podlegały mu wówczas i inne posiadłości holenderskie w Ameryce, w tym Nowy Amsterdam nad rzeką Hudson – dzisiejszy Nowy Jork.

Na początku Curaçao było ignorowane przez kolonistów europejskich m.in. ze względu na brak złóż złota, ale później przekonano się, że naturalne położenie zatoki, nad którą zbudowano Willemstad, jest idealnym miejscem dla handlu. Handel, przewóz towarów oraz piractwo stały się szybko najważniejszymi gałęziami gospodarki Curaçao. W 1662 r. Holenderska Kompania Zachodnioindyjska stworzyła na wyspie największe centrum handlu niewolnikami, przywożonymi tu z rejonu Zatoki Gwinejskiej w Afryce, a następnie rozwożonymi mniejszymi jednostkami po wszystkich wyspach Morza Karaibskiego i na pobliskie wybrzeża lądu amerykańskiego. W XVIII i XIX w. Curaçao należało przejściowo do Francji i Wielkiej Brytanii, aż w 1816 r. powróciło ostatecznie do rąk holenderskich.

W 1863 r. Holendrzy znieśli niewolnictwo, co doprowadziło ekonomię wyspy do upadku. Nowa era dla Curaçao zaczyna się od 1914 r., gdy w Maracaibo w Wenezueli odkryto ropę naftową. W 1916 r. rząd holenderski oraz Shell wybudowali na Curaçao pierwszą rafinerię Isla. Port w Willemstad nadawał się idealnie dla tankowców. O ile w chwili odkrycia pokładów ropy liczba ludności wyspy nie przekraczała 30 tys., to na początku lat 60. XX w. zbliżyła się ona do 140 tys., co dawało gęstość zaludnienia blisko 320 osób/km².

Na początku 1985 r. rządy Curaçao, Antyli Holenderskich, Holandii, Wenezueli wraz z Shell rozpoczęły rozmowy na temat ewentualnego zamknięcia rafinerii, a w lipcu Shell zaprzestał działalności. 24 września 1985 Shell zgodził się na przeniesienie instalacji rafinacyjnych w Emmastad i terminali morskich w zatokach Bullenbaai i Caracasbaai. Z kolei rząd stworzył przedsiębiorstwo „Refineria di Korsou NV” (RdK) jako właściciela instalacji rafinerii i terminali. „Curoil NV” zostało stworzone do obsługi lokalnego marketingu, a „Kompania di Tou Korsou NV” (KTK) przejęła usługi holowników w zatokach Schottegat i Caracasbaai. Zarówno „Curoil NV”, jak i „KTK NV”, jak ma to miejsce w przypadku „Refineria di Korsou NV”, są własnością terytorium wyspy Curaçao. Tego samego dnia wenezuelskie przedsiębiorstwo PDVSA podpisało list intencyjny dotyczący dzierżawy rafinerii i terminali w zatokach Bullenbaai i Caracasbaai. 1 października 1985 spółka zależna PDVSA, „Refineria Isla (Curazao) SA.”, przejęła działalność rafinerii i natychmiast rozpoczęła reaktywację jednostek przetwórczych.

Curaçao ma własny rząd od 1 stycznia 1954. Wraz z procesem dekolonizacji, mającym miejsce na świecie w drugiej połowie XX w., także i na wyspie narodził się ruch niepodległościowy. Skupił się on wokół związków zawodowych i organizacji robotniczych, przez co przyjął on silną retorykę antykapitalistyczną i lewicującą. Część z organizacji inspirowała się ruchem praw obywatelskich czarnych mieszkańców Stanów Zjednoczonych. W 1969 r. na wyspie wybuchło narodowowyzwoleńcze powstanie zbrojne. Powstanie zostało szybko zdławione, a administracja rozsiała fałszywe pogłoski według których powstanie miał wywołać rząd Kuby. 2 lipca 1984 rząd wyspy ustanowił własną flagę oraz hymn. W 1993 r. mieszkańcy w referendum opowiedzieli się za pozostaniem wyspy w składzie Antyli Holenderskich, 8 kwietnia 2005 Curaçao razem z Sint Maarten odrzucili w referendum pełną niepodległość na rzecz kraju stowarzyszonego z Holandią w ramach Królestwa Niderlandów. Na podstawie reformy konstytucyjnej Królestwa Niderlandów, 10 października 2010 Antyle Holenderskie przestały istnieć, a Curaçao stało się osobnym krajem autonomicznym Holandii o specjalnym statusie.

Język

Curaçao jest społeczeństwem wielojęzycznym. Językami urzędowymi są niderlandzki, papiamento1 i angielski, jednakże niderlandzki jest jedynym językiem używanym we wszystkich sprawach administracyjnych i prawnych. Najczęściej używanym językiem na wyspie jest papiamento (80%), natomiast niderlandzki stanowi 8,8% użycia, angielski 3,1%, hiszpański 5,6%, inne języki 2,3%, a 0,3% mieszkańców nie określiło swojego języka.

Sport

W 1962 r. na wyspie rozegrano szachowy turniej pretendentów do tytułu mistrza świata, który wygrał Ormianin Tigran Petrosjan. W 2025 r. piłkarska reprezentacja Curaçao po raz pierwszy w historii zakwalifikowała się na mistrzostwa świata, co uczyniło ich najmniejszym krajem, jaki kiedykolwiek tego dokonał.

x

Wielka Encyklopedia Powszechna PWN (1962-1970):

Curaçao [kü:ra:sa:o], wyspa na Morzu Karaibskim, u wybrzeży Wenezueli, w grupie Antyli Hol.; pow. ok. 450 km²; 123,7 tys. mieszk. (1961), gł. pochodzenia murzyńskiego; gł. Miasto – Willemstad. Podstawę gospodarki stanowi przetwórstwo ropy naftowej, importowanej z Wenezueli i Kolumbii; produkcja likieru C.; uprawa drzew owocowych; eksploatacja guano, fosforytów; budowa statków; eksport produktów naftowych. – C. została odkryta ok. 1499, obsadzona 1527 przez Hiszpanów; od 1634 (prawnie od 1848) w ręku Holendrów (z wyjątkiem lat 1898 i 1906-14, kiedy należała do Anglii); w czasie II wojny świat. zajęta przez wojska alianckie.

Curaçao [kü:ra:sao], likier o smaku pomarańczowym, produkowany w dwóch gatunkach: C. orange – z nalewów na skórkach pomarańczy gorzkiej (odmiany zwanej C., uprawianej na wyspie C.) i C. blanc – z tychże nalewów, poddawanych następnie destylacji; nalewy i destylaty dosładza się oraz dodaje do nich minimalne ilości olejków aromatycznych pomarańczowych lub cytrynowych w celu uszlachetnienia smaku; obydwa gatunki mają moc 35º.

x

Gdy pojawił się problem z wymową nazwy tego państwa, to ktoś wpadł na pomysł, by zapytać jego mieszkańców, jak wymawiać ją prawidłowo i wrzucił short do internetu. Transkrypcja fonetyczna podana przez WEP jest dokładnie taka, jak wymawiają tę nazwę mieszkańcy tego kraju.

W trwających jeszcze mistrzostwach biorą udział reprezentacje 48 państw. Po raz pierwszy tak wiele państw i dla wielu z nich była to doskonała okazja do pokazania się światu. Jednak nazywanie tej imprezy mistrzostwami świata jest mocno mylące. To, że grają na nich reprezentanci poszczególnych państw, nie oznacza, że są to reprezentacje tych państw, bo one często nie mają tego zaplecza piłkarskiego w postaci własnych klubów, czyli lig piłkarskich i szkoleniowców, czyli trenerów. Większość tych najlepszych piłkarzy z tych państw gra w klubach europejskich: angielskich, niemieckich, francuskich, włoskich, hiszpańskich, portugalskich, holenderskich i belgijskich. Słabsi grają w austriackich, szwajcarskich, szwedzkich, greckich ,tureckich itp. Najsłabsi trafiają do klubów polskich i innych wschodnioeuropejskich. W praktyce są to mistrzostwa Europy. Po co więc taki cyrk? Wydaje się, że sport jest obecnie najbardziej wyrazistym elementem kształtowania nowej świadomości narodowej, a piłka nożna w szczególności.

Curaçao to ciekawy przypadek, nie tylko z racji sportowych dokonań. Nie przypadkiem trenerem tej reprezentacji jest Holender Dick Advocaat. W Wikipedii można przeczytać:

Holandia (niderl. Nederland) – kraj wchodzący w skład Królestwa Niderlandów składający się z europejskiej części tego państwa oraz trzech karaibskich gmin zamorskich (openbaar lichaam): Bonaire, Saba i Sint Eustatius.

Holandia, obok Aruby, Curaçao i Sint Maarten, jest jednym z czterech krajów składowych Królestwa Niderlandów. W jej skład, oprócz europejskiej części Królestwa, wchodzą również trzy gminy zamorskie położone na Karaibach: Bonaire, Saba i Sint Eustatius. Gminy te wyłączone są spod tradycyjnego podziału administracyjnego Holandii na prowincje, a ich status podobny jest do gmin – posiadają lokalne władze, zajmujące się codziennym zarządzaniem tymi terytoriami, podległe centralnemu rządowi Holandii. Tereny położone na Karaibach, w odróżnieniu od europejskich, nie są częścią Unii Europejskiej.

Struktura terytoriów wchodzących w skład Królestwa Niderlandów; Thayts – praca własna; źródło: Wikipedia.

Mimo faktu, iż cztery kraje składowe Królestwa Niderlandów są formalnie równymi partnerami, w praktyce Holandia odgrywa w nim dominującą rolę stanowiąc około 98% zarówno powierzchni, jak i populacji całego Królestwa i zarządzając większością jego spraw – odpowiada między innymi za prowadzenie polityki Królestwa na arenie międzynarodowej, a jej ambasady i konsulaty służą wszystkim obywatelom Królestwa.

x

W jednym miejscu Wikipedia pisze, że jest to kraj autonomiczny, a w innym – że jest to terytorium zależne. Nie bardzo więc wiadomo, co to takiego jest. To, co dzieje się wokół przemysłu naftowego tego państwa-niepaństwa, jest jeszcze bardziej zagmatwane. Poniżej fragment z wcześniejszego cytatu z Wikipedii:

24 września 1985 Shell zgodził się na przeniesienie instalacji rafinacyjnych w Emmastad i terminali morskich w zatokach Bullenbaai i Caracasbaai. Z kolei rząd stworzył przedsiębiorstwo „Refineria di Korsou NV” (RdK) jako właściciela instalacji rafinerii i terminali. „Curoil NV” zostało stworzone do obsługi lokalnego marketingu, a „Kompania di Tou Korsou NV” (KTK) przejęła usługi holowników w zatokach Schottegat i Caracasbaai. Zarówno „Curoil NV”, jak i „KTK NV”, jak ma to miejsce w przypadku „Refineria di Korsou NV”, są własnością terytorium wyspy Curaçao. Tego samego dnia wenezuelskie przedsiębiorstwo PDVSA podpisało list intencyjny dotyczący dzierżawy rafinerii i terminali w zatokach Bullenbaai i Caracasbaai. 1 października 1985 spółka zależna PDVSA, „Refineria Isla (Curazao) SA.”, przejęła działalność rafinerii i natychmiast rozpoczęła reaktywację jednostek przetwórczych.

Konia z rzędem temu, kto zrozumie, o co chodzi w tym tekście i jeszcze to: są własnością terytorium wyspy Curaçao. Tak więc nie bardzo wiadomo czy Curaçao to państwo, kraj autonomiczny, terytorium zależne czy terytorium wyspy Curaçao? Ale dla wielu w Polsce najważniejsze było to, że Curaçao strzeliło bramkę Niemcom. Nawet jeśli tak, to Holendrzy maczali w tym palce.

Kto jednak zrobił tam taki pasztet, nie tylko w statusie prawnym tych terytoriów, ale też własnościowym przemysłu naftowego tych wysp? – No kto? I po co? Komu to służy i kto za tym stoi? Jeśli niby należą do Holandii, a nie należą, to do kogo należą? I wygląda na to, że królestwo jest ponad państwem. I może przykład Curaçao dobrze tłumaczy, po co zachowały się jeszcze monarchie w tym tak nowoczesnym świecie.

  1. Język papiamento – język kreolski na bazie portugalskiego i hiszpańskiego używany w rejonie Karaibów, głównie na wyspach Aruba, Bonaire i Curaçao. Nazwa pochodzi od czasownika papiá („rozmawiać”), z portugalskiego papear. Słownictwo papiamento zawiera liczne zapożyczenia z różnych języków: przede wszystkim niderlandzkiego, ale także angielskiego, francuskiego, judeo-portugalskiego oraz języków afrykańskich. ↩︎

Kurt Tucholsky

W książce – Deutsch mein neues hobby Rozemaria K. Tertel, Leon L. Szkutnik, „Wiedza Powszechna”, Warszawa 1991- znalazłem ciekawą sentencję:

Wir möchten so viel: Haben, sein und gelten. – K. Tucholski.

Chcielibyśmy tak dużo: Mieć, być i coś znaczyć. Słowo „gelten” – znaczyć, mieć znaczenie. Chodzi więc o znaczenie w społeczeństwie, pozycję społeczną. W tych trzech słowach została doskonale ujęta istota ludzkiej natury.

Zaintrygowało mnie to nazwisko, bo po raz pierwszy zetknąłem się z nim. Wpisałem więc frazę K. Tucholski w wyszukiwarkę i niczego nie znalazłem. Zajrzałem do Wielkiej Encyklopedii Powszechnej PWN (1962-70) i tam znalazłem, ale nie – K. Tucholski tylko Kurt Tucholsky i taką informację:

Tucholsky Kurt, ur. 9 I 1890, zm. 21 XII 1935 niem. pisarz i publicysta; długoletni współpracownik „Die Weltbühne C. von Ossietzky’ego, autor felietonów (Das Lächeln der Mona Lisa 1928), szkiców prozatorskich, a zwłaszcza ciętych wierszy satyrycznych (Träumereien an preussischen Kaminen 1920, Deutschland, Deutschland über alles! 1929 i inne zbiory), ostrym piórem satyryka i polemisty zwalczał mity niem. nacjonalizmu oraz wszelkie formy niesprawiedliwości społ. i reakcji polit.; nieubłagany wróg hitleryzmu, w obliczu jego zwycięstwa popełnił na emigracji samobójstwo; wybór pol. Księga pięciu szyderców (1955).

Wspomniany podręcznik do nauki niemieckiego po raz pierwszy został wydany w 1978 roku. Zastanowiło mnie, dlaczego tak napisano? – K. Tucholski. Najprawdopodobniej, by zasugerować, że był to zniemczony Polak. Gdyby napisano pełne imię i poprawnie nazwisko, to czar prysłby.

Obecnie z Wikipedii możemy dowiedzieć się o wiele więcej. Pisze ona:

Kurt Tucholsky (ur. 9 stycznia 1890 w Berlinie, zm. 21 grudnia 1935 w Göteborgu) – niemiecki dziennikarz, publicysta i pisarz pochodzenia żydowskiego. Pisywał również pod pseudonimami Kaspar Hauser, Peter Panter, Theobald Tiger i Ignaz Wrobel.

Życiorys

Jako małe dziecko mieszkał w Szczecinie w kamienicy na drugim piętrze (dziś kamienica na ulicy Generała Ludomiła Rayskiego nr. 29, biurowiec spółki Orlen). Tam z powodów zawodowych przeniósł się jego ojciec, który był bogatym kupcem.

W latach 1910–1915 studiował w Berlinie i w Jenie. Studia ukończył jako doktor prawa. W czasie I wojny światowej walczył jako żołnierz na froncie wschodnim. W 1918 zmienił wyznanie na protestanckie. Jako korespondent prasowy mieszkał od 1924 we Francji.

3 maja 1920 ożenił się z lekarką Else Weil (rozwód 14 lutego 1924), zamordowaną w 1942 w obozie koncentracyjnym Auschwitz -Birkenau). 30 sierpnia 1924 jego żoną została Mary Gerold (rozwód 21 sierpnia 1933).

W 1930 roku zamieszkał w Szwecji.

Po przejęciu władzy przez Hitlera konsekwentnie zwalczał faszyzm. Pisma Kurta Tucholsky`ego zostały w 1933 spalone, pozbawiono go obywatelstwa niemieckiego, a jego majątek został skonfiskowany. Problemy zdrowotne i finansowe wzmocniły w nim depresję. 20 grudnia 1935 roku zażył śmiertelną dawkę środków nasennych i alkoholu. Został przewieziony do szpitala w Göteborgu, tam zmarł następnego dnia.

Twórczość

Tucholsky należał do najwybitniejszych publicystów Republiki Weimarskiej. Jako zaangażowany politycznie dziennikarz i czasowo również współwydawca tygodnika „Die Weltbühne” wpisywał się w tradycję innego wielkiego niemieckiego krytyka społecznego i pisarza Heinricha Heinego. Ponadto był satyrykiem oraz autorem sztuk kabaretowych. Sam siebie nazywał lewicowym demokratą i pacyfistą. W swoich tekstach wielokrotnie przestrzegał przed antydemokratycznymi tendencjami w polityce, wojsku i wymiarze sprawiedliwości, w tym przede wszystkim przed narodowym socjalizmem Adolfa Hitlera.

Debiutował w 1907 satyrą na cesarza Wilhelma II. Pisał dla prasy, m.in. artykuły i wiersze dla satyrycznego pisma „Ulk” (1918-20 był redaktorem naczelnym tego tygodnika) oraz artykuły, recenzje dla (od 1913) tygodnika „Schaubühne”, (od 1918) „Weltbühne”, czasowo był współwydawcą tego pisma. 1919 i 1920 ukazały się w formie książkowej pierwsze zbiory jego artykułów i wierszy. Tucholsky przyczynił się do rozwoju krytycznego kabaretu politycznego w Niemczech. Trudne relacje z matką (ojciec zmarł w 1905) znalazły swój wyraz m.in. w artykule Rosa Bertens („Schaubühne” 1913), a również w powieści Schloß Gripsholm (1931). W tomie Deutschland, Deutschland über alles (1929) protestuje przeciwko skorumpowanym strukturom prawnym Republiki Weimarskiej oraz niemieckiemu szowinizmowi i militaryzmowi.

W tekście Reise ins Dritte Reich (1932) napisał: „Ludzie tacy jak Mussolini czy gefrajter (starszy szeregowy) Hitler istnieją nie tyle z własnej siły, a z braku charakteru ich przeciwników”.

Polski wybór publicystyki Tucholsky`ego pt. Księga pięciu szyderców ukazał się w 1955 roku. Walory jego tekstów publicystycznych to klarowność i precyzja języka, ostrość ferowanych sądów, przenikliwość stawianych diagnoz.

Oprócz tekstów publicystycznych Tucholsky pisał opowiadania, powieści, scenariusze filmowe, słuchowiska radiowe, wiersze, aforyzmy.

W 1978 roku odkryto i opublikowano prywatne zapiski pisarza z jego pobytu na emigracji. Dzienniki Q-Tagebücher należą do najważniejszych literackich dokumentów antyfaszystowskiej emigracji niemieckiej.

x

Zastanawiające jest, przynajmniej dla mnie, jak wielu Żydów było nazistami i jak liczni byli wśród nich antynaziści. Niektórzy z nich, po wyjeździe za granicę, popełniało samobójstwa w proteście przeciw temu, co działo się w Niemczech w latach 30-tych, jak choćby Kurt Tucholsky czy Stefan Zweig. Czy taki gest rozpaczy mógł coś zmienić? Nie mógł. Może więc chodziło o coś innego. Wydaje mi się, że Stefan Zweig wyjaśnił to dobrze, choć nie wprost i nie do końca. Cytowałem go w blogu Austria i Wiedeń. Poniżej fragment:

Ale Żydzi w XX wieku nie byli już wspólnotą. Nie łączyła ich wspólna wiara, swoją przynależność do żydostwa traktowali raczej jako balast niż jako powód do dumy i nie poczuwali się do żadnego posłannictwa. Nie trzymali się świętych ongi ksiąg i nie chcieli używać starego wspólnego języka. Pragnęli zżyć się z narodami, wśród których mieszkali, zespolić z nimi całkowicie; do tego celu dążyli niecierpliwie, aby mieć wreszcie spokój przed prześladowaniami i wytchnienie w odwiecznej tułaczce. Tak się więc stało, że złączeni z innymi narodami, czując się bardziej Francuzami, Niemcami, Anglikami, Rosjanami niż Żydami, nie rozumieli się nawzajem.

Teraz dopiero, gdy wrzucono ich wszystkich do jednego worka i rozsypano wśród pyłu wędrownych dróg – dyrektorzy banków z pałaców w Berlinie i szamesi z gmin ortodoksyjnych, profesorowie filozofii z Paryża, dorożkarze z Rumunii, grabarze i laureaci Nagrody Nobla, śpiewaczki-primadonny i płaczki pogrzebowe, literaci i destylatorzy wódek, bogacze i nędzarze, wielcy i mali, pobożni i postępowi, lichwiarze i mędrcy, syjoniści i asymilatorzy, Aszkenazyjczycy i Sefardyjczycy, sprawiedliwi i niesprawiedliwi oraz ci, którzy uważali się od dawna za wyjętych spod klątwy, chrzczeni i mieszańcy – dopiero teraz Żydzi poczuli przymusową więź, jakiej nie doznawali od setek lat. Po raz pierwszy od czasu wygnania z Egiptu połączyła ich znów wspólnota wypędzonych. Ale dlaczego los ścigał zawsze tylko ich? Jaki był powód, jaki sens, jaki cel tych niezrozumiałych prześladowań? Wypędzano ich z różnych krajów, ale własnego im nie przyznawano. Mówiono im: „nie mieszkajcie razem z nami”, ale nie mówiono, gdzie mają mieszkać. Przypisywano im winę, ale nie dawano możliwości odpokutowania. W czasie ucieczki patrzyli na siebie płonącymi oczyma. „Dlaczego ja? Dlaczego ty? Dlaczego ja razem z tobą? Nie znam cię, nie rozumiem twojego języka, nie pojmuję twojego sposobu myślenia, nic mnie z tobą nie łączy. Dlaczego my wszyscy?” – I nikt nie miał na to odpowiedzi.

x

Zatem nasuwa się pytanie: kto ich tak przeganiał z miejsca na miejsce? Jakież to potężne moce uwzięły się na nich? Może to ich anonimowe kierownictwo, a może jeszcze ktoś inny. Po zdobyciu Jerozolimy i spaleniu świątyni Rzymianie zabrali ze sobą około miliona niewolników do Rzymu i rzymskich prowincji, a za nimi ciągnęła fala dobrowolnej emigracji. Europa zachodnia została podbita przez Rzym. Z czasem ta Europa podbiła resztę świata. Jeśli cała kultura i cywilizacja w Europie została przejęta od Rzymu, to czy nie zawdzięcza ona tego Żydom? Legiony rzymskie podporządkowywały sobie zdobyte tereny, ale to było wojsko. Resztą zajmował się ktoś inny, kto podążał za nimi. Idąc dalej tym tropem, można zadać sobie pytanie: kto stworzył państwa i narody europejskie? Czy był to proces naturalny, bez ingerencji i świadomości człowieka, czy może – nie? A może to właśnie Żydzi stworzyli te narody i stanowią ich rdzeń, bo że państwa należą do nich, to w to już chyba nikt nie wątpi. Jeśli Dmytro Doncow jest twórcą nacjonalizmu ukraińskiego, czyli tak naprawdę ukraińskiej świadomości narodowej, czyli narodu ukraińskiego, to czy w przypadku innych narodów nie mogło być podobnie, tylko trochę wcześniej?

Być może ktoś uzna, że tego typu dywagacje, są wytworem wyobraźni i niczym więcej, ale pytania to jeszcze nie kategoryczne twierdzenia, to tylko pytania, które jednak skłaniają do refleksji. Gorsza od tego jest chyba tylko autocenzura i niedopuszczanie do siebie myśli, które mogą zburzyć nasz dotychczasowy światopogląd. Czy zatem te samobójstwa Żydów mogły być protestem, niezgodą na nazizm, czy może czymś więcej – jedyną możliwością uwolnienia się od żydostwa, które wielu Żydom tak ciążyło i krępowało ich. Tego oczywiście nie dowiemy się.

Bordeaux

W tym krótkim video (Francuskie miasto, które znaczy o wiele więcej; Paradoks Bordeaux) znalazłem parę ciekawych informacji, którymi chcę się podzielić. Bordeaux ma interesującą historię, mało pewnie znaną, szczególnie poza Francją. „Dawniej drugi co do wielkości, po Londynie, port na świecie, położony 100 km od oceanu, miasto francuskie przez długi czas angielskie, zapasowa stolica Francji, światowa stolica wina. Bordeaux zawsze grało w innej lidze.” – Tak na wstępie charakteryzuje to miasto autor tego video.

Nikt o tym nie pamięta, ale Bordeaux w 18. wieku było drugim co do wielkości portem na świecie po Londynie. I stąd wywożono mnóstwo towarów: kawę, oczywiście wino, ale także cukier i kakao. Jednak ten kwitnący handel skrywał swą ciemną stronę – handel trójstronny. Z Bordeaux wypływały okręty z towarami, by w Afryce wymieniać je na niewolników, następnie przetransportować ich przez Atlantyk i sprzedać ich w koloniach. I właśnie z tego powodu na początku 19. wieku port w Bordeaux chyli się ku upadkowi. W tym czasie handel trójstronny kończy się. Buduje się większe statki, które nie mogą wpływać w ujścia rzek. Na tym korzystają inne porty położone nad brzegiem morza. Bordeaux leży nad Garonną. (1:34 – 2:04)

Żeby zrozumieć Bordeaux trzeba poznać pewne fakty. Przez długi czas było to angielskie miasto. W 1152 roku królowa Francji, pochodząca z północnej Akwitanii, poślubiła Henryka II Plantagenet, od 1154 króla Anglii. Wraz z tym małżeństwem Bordeaux i cała Akwitania przechodzi pod jego rządy. W efekcie Bordeaux przez prawie 300 lat było angielskim miastem. Wsławiło się ono tym, że było też zapasową stolicą Francji, gdy Paryż pozostawał pod obcymi wpływami. W 1870 roku Napoleon I został pokonany w wojnie z Prusami. 4 września proklamowano w Paryżu republikę jednak Prusy nie odstąpiły od jego okupacji. I wtedy Bordeaux stało się po raz pierwszy w swojej historii stolicą Francji. Było nią przez 4 miesiące do marca 1871. Następnie rząd zdecydował, by przenieść swą siedzibę do Wersalu. (9:30 – 10:32)

W czasie I wojny światowej, od września do grudnia 1914 roku Bordeaux staje się ponownie stolicą Francji. W czerwcu 1940 roku rząd francuski znowu przenosi tam stolicę, by z dala od Paryża od nowa zorganizować państwo. (10:55 – 11:12)

Bordeaux to nie tylko zapasowa stolica Francji, to także światowa stolica wina. Rejon Bordeaux to 95 000 ha winnic, czyli 1/6 wszystkich winnic we Francji. Uprawą winorośli zajmowano się tu od dawna. Gdy rzymianie podbili Galię w I wieku p.n.e., postanowili założyć tu winnice, ale wraz z upadkiem Imperium Rzymskiego winnice z Bordeaux podupadły. Odrodziły się dopiero dzięki Anglikom. Wykorzystali oni to, że obszar ten jest bardziej nasłoneczniony niż Anglia. W pierwszym okresie były to wina lekkie. Na początku 14. wieku Bordeaux eksportowało 850 000 hektolitrów wina do Anglii. To prawie 5 razy więcej niż obecnie. To, co w Bordeaux zrozumiano bardzo wcześnie, to nie tylko jak produkować wino, ale także jak zorganizować jego zakupy u producentów, jak je magazynować, jak je sprzedawać i eksportować. To właśnie dlatego potrzebowało ono dużego portu. Rozwinęło ono także bardzo pomysłowy system – system przedsiębiorców handlowych. Kupowali oni wina u producentów, magazynowali je i sprzedawali, zwłaszcza za granicę. Wcześniej zamieszkiwali w dzielnicy Chartron. I ci bogaci handlowcy budowali te piękne budynki, wielkie kamienice, które dodają uroku tej dzielnicy. Obecnie jest to dzielnica mieszkaniowa i straciła swoje pierwotne przeznaczenie, co nie zaszkodziło przemysłowi winnemu w Bordeaux, który eksportuje wina do ponad 170 krajów na świecie na 195 uznawanych przez ONZ. (11:45 – 13,25)

x

Na początek małe doprecyzowanie. Wikipedia tak pisze:

Henryk II Plantagenet lub Andegaweński, Curtmantle, Fitzempress (ur. 5 marca 1133 w Le Mans, zm. 6 lipca 1189 w Chinon) – od 1151 hrabia Andegawenii, od 1154 król Anglii, w różnych czasach kontrolował także część Walii, Szkocji, północną Irlandię i zachodnią Francję.

Syn Godfryda V Plantageneta i Matyldy, córki Henryka I Beauclerc, króla Anglii. W 1151 odziedziczył po ojcu Andegawenię, w 1152 ożenił się z Eleonorą, dziedziczką Akwitanii, a w 1154 został królem Anglii. Jako taki przeprowadził szereg reform wewnętrznych. Skonfliktowany z Thomasem Becketem, arcybiskupem Canterbury. W roku 1171 podbił Irlandię, w 1175 podporządkował sobie Szkocję. Od 1173 walczył z królami Francji, którzy popierali jego zbuntowanych synów – najpierw Henryka Młodego Króla, później Ryszarda Lwie Serce. W pamięci wielu pokoleń potomnych pozostał jako ojciec Ryszarda Lwie Serce, którego legenda zdominowała historię całego rodu angielskich Plantagenetów.

x

To, co zwróciło moją uwagę, to fakt, że Bordeaux eksportuje wina do 170 krajów. Jak to możliwe? Kto i w jaki sposób stworzył taką „pajęczynę”? Odpowiedź mamy poniekąd w tym video. Zaczęło się od tych hurtowników czy właścicieli składów win – jak zwał, tak zwał. Producent musi skupić się na produkcji, nie może rozdrabniać się na dystrybucję. Mógłby oczywiście zatrudnić ludzi, którzy zajmowaliby się handlem, ale co oni mogliby zrobić? Zająć się handlem obwoźnym? Tworzyć własną sieć dystrybucji? Jak? Szukać w innych miastach kontaktów? Jakich? Przypadkowych? To wszystko ładnie wygląda w teorii, ale w praktyce rozbija się o wiele barier. Ludzie, którzy potencjalnie wyraziliby chęć współpracy, chcieliby od razu otrzymywać jakieś wynagrodzenie, a każda inwestycja wymaga kapitału. Skąd go wziąć? Można pójść do banku i wziąć kredyt, ale jaka jest gwarancja, że inwestycja się powiedzie i że zostanie on spłacony. Kto zechce ponieść ryzyko?

Zupełnie inaczej przedstawia się ten problem w przypadku nacji rozproszonej po całym świecie, wszędzie zasymilowanej, mającej monopol na emisję pieniądza i bankowość, a przy tym nacji stanowiącej monolit – wszędzie, gdzie są, popierają się i pomagają sobie nawzajem. W takiej sytuacji stworzenie sieci dystrybucji jakiegokolwiek towaru staje się bardzo proste. Gdy ma się w jednym ręku handel, to ma się również wpływ na produkcję, a to oznacza, że producenci są zależni od tych, którzy rządzą handlem. Przekonał się o tym kiedyś na własnej skórze Henry Ford.

Jak to działa w praktyce? W blogu Handel cytowałem fragment powieści Bałuckiego:

Michał Bałucki w swojej powieści z 1885 roku W żydowskich rękach pisał:

„Jeszcze baraku nie rozpoczęto budować, kiedy przemyślny Żyd, w budce naprędce z desek ukleconej założył filię swojej szynkowni, zaopatrzył ją w różne wiktuały i tym sposobem zagarniał cały prawie zarobek robotników do swej kieszeni. Teraz urządził on już porządną kantynę, zasobną we wszystko, czego nie tylko prosty robotnik, ale rękodzielnicy i inżynierowie potrzebować mogli. Rozumie się, że za to Habe kazał sobie dobrze płacić, toteż mu płacono, bo wyboru nie było. Miasteczko było daleko, a w bliskości nikt Habemu konkurencji nie robił. Szynkarz z Zagajowa, katolik, próbował parę razy dowozić do baraku artykuły żywności i wódkę, ale Habe obniżył w tym czasie ceny u siebie, wszystko pchało się do niego, zwłaszcza że dawał na kredyt, a szynkarz zagajowski wracał do domu z niesprzedanym towarem, lamentując nad stratą, jaką poniósł. Dziedzic Zagajowa, gdy się do niego doniosło, robił usiłowania, aby Habemu zabroniono szynkować na jego gruncie, ale odpowiedziano mu z rządu, że nie mają do tego prawa, bo Habe szynkuje na gruncie kolejowym. Na to nie było rady, a Habe zacierał ręce z radości, że mu się udało wcisnąć znowu do wsi, z której go kiedyś tak sromotnie wygnano i na złość Czujce tuż pod jego okiem prowadzić swój handel. Dla nasycenia się tą uciechą często zajeżdżał do kantyny, przesiadywał tam chętnie, to robiąc obrachunki ze swoim szynkarzem, to zamawiając sobie ludzi do roboty; gdyż – jak wiemy – Habe zajmował się dostawą materiałów do budowy.”

Bałucki nie wyjaśnił tu, dlaczego Żyd Habe mógł obniżyć cenę. Ktoś nieznający realiów handlu mógłby sobie pomyśleć, że to jakieś tajemne sztuczki Żydów i ich zmysł do interesu. Jednak prawda jest bardziej prozaiczna, co też oni starają się ukryć i bardzo jest im na rękę, gdy ktoś mówi o nich, że mają smykałkę do handlu i interesów. Po prostu Habe miał niższą cenę zakupu niż szynkarz z Zagajowa.

A dlaczego miał niższą cenę? Bo Habe to Żyd, który zaopatrywał się w żydowskiej hurtowni – bo innych przecież nie ma – w której zaopatrywał się szynkarz z Zagajowa. Żyd Żydowi zawsze da niższą cenę zakupu i tak następuje eliminacja z rynku niepożądanych konkurentów. W ten sposób można powiedzieć, że ci, którzy utrzymują się na rynku są bardziej przedsiębiorczy, kreatywni, zdolni itp. I jeszcze mówić: dlaczegoś biedny? – boś głupi, dlaczegoś głupi? – boś biedny. To ulubiona fraza Żydów.

x

W blogu Mistyka finansów pisałem:

Dariusz Przywieczerski ukończył Szkołę Główną Planowania i Statystyki (SGPiS) w Warszawie. Po studiach pracował w Centrali Handlu Zagranicznego Paged, w której był zastępcą dyrektora. Od 1974 roku pracował w Komitecie Centralnym PZPR. W 1980 roku został radcą handlowym ambasady PRL-u w Nairobi. Zarabiał pieniądze na dostawach kawy i herbaty do sąsiedniej Ugandy. Po powrocie do kraju w 1985 roku został dyrektorem firmy Universal, eksportera sprzętu AGD. Firma Universal powstała w wyniku prywatyzacji dawnej Centrali Handlu Zagranicznego (CHZ) „Universal”.

Radca handlowy ambasady PRL-u zarabia na handlu kawą i herbatą pomiędzy Kenią i Ugandą. Zapewne wykorzystuje fakt, że jest dyplomatą i może przekraczać granicę bez kontroli celnej. Ale do tego, by uprawiać taki proceder, potrzebne są jeszcze dwie strony. Ta, która po stronie kenijskiej skupuje tę kawę i druga po stronie ugandyjskiej, która ją kupuje i zapewne ma sieć dystrybucji, by ją sprzedać. Nietrudno domyślić się, któż to może być, ale też nietrudno domyślić się, kogo obie strony mogą dopuścić do tak lukratywnego interesu. Żydzi są wszędzie i wszędzie kontrolują obrót towarem.

x

Jeśli tak jest, a wygląda, że tak jest, to wypada zadać sobie pytanie: kto dystrybuuje chińskie towary po całym świecie? Czy nie od tego kogoś są uzależnione Chiny? To samo pytanie można zadać w przypadku innych państw sprzedających swoje wyroby po całym świecie. Rozproszenie nie tylko umożliwia dominację w handlu, ono również wymusza konieczność uczenia się języków narodów, wśród których się przebywa. Z czasem te zdolności przenoszą się na potomstwo. Nie dziwi zatem to, że większość wybitnych tłumaczy, ale też i pisarzy ma żydowskie korzenie. To samo dotyczy innych dziedzin życia, takich jak choćby nauka, sztuka, edukacja, polityka itp. – wymieniać można bez końca. Żydzi są w pewnym sensie czymś w rodzaju spoiwa w każdym narodzie, w każdym społeczeństwie. Warto o tym pamiętać, gdy próbuje się zrozumieć otaczającą nas rzeczywistość – zarówno tę najbliższą, jak i globalną.

Katedra

Zaintrygowała mnie katedra św. Pawła w Londynie. Mieści się ona w samym centrum City of London, a więc w sercu antypapieskiej Anglii. Jednak jej styl architektoniczny to barok, a barok, jak pisze Wikipedia, to styl papieski. Wprawdzie na zewnątrz katedra ta jest bardziej renesansowa, ale wnętrze jest już bez wątpienia barokowe. Dlaczego tak się stało?

Renesans to nawrót do starożytności. Średniowiecze to był okres, w którym w centrum ludzkiego życia był Bóg. Renesans to odwrócenie się od Boga. W centrum zainteresowania znalazł się człowiek, a więc humanizm. W architekturze przejawiało się to tym, że nastąpiło odejście od gotyku. To był styl, w którym porządkiem architektonicznym był pion. Strzeliste wieże kościołów gotyckich symbolizowały ręce złożone do modlitwy. Renesans ,w sensie architektonicznym, to poziom, a więc przyziemny. Gotyk to surowe wnętrza świątyń, a renesans, a zwłaszcza barok, czyli bardziej ozdobna wersja renesansu, to bogato zdobione wnętrza, mnóstwo obrazów, fresków, rzeźb itp. Renesans doprowadził do reformacji. Protestanci, czyli ci, którzy protestowali przeciwko zmianom, zostali przy swoim, a katolicy podążali za tymi zmianami. Ale to protestantów nazwano kacerzami, czyli odstępcami od wiary, podczas gdy oni nadal trwali przy średniowieczu, tylko zamiast samobiczowania wybrali lekturę Biblii. I jedno i drugie, to masochizm, ale chcącemu nie dzieje się krzywda.

Wikipedia tak m.in. pisze o katedrze św. Pawła w Londynie:

Katedra Świętego Pawła (ang. St Paul’s Cathedral) – jeden z najbardziej znanych kościołów anglikańskich w Wielkiej Brytanii i budowli Londynu. Jego budowę ukończono w 1710. Znajduje się w centrum londyńskiej dzielnicy City of London i formalnie pełni funkcję głównej świątyni tej dzielnicy. Pieczę nad nim sprawuje bezpośrednio lord major.

Katedra świętego Pawła była budowana jako symbol odrodzenia Londynu i cechuje ją rozmach i monumentalność, ustępuje ona jednak swoimi rozmiarami watykańskiej bazylice Świętego Piotra. Ma około 158 metrów długości i około 75 metrów szerokości. Wysokość budowli mierzona od posadzki do końca krzyża umieszczonego na kopule wynosi 111 metrów. Budowlę wieńczy kopuła o średnicy 34 metrów, która jest jednym z najbardziej charakterystycznych elementów architektury Londynu.

Katedra ta powstała pierwotnie na gruzach rzymskiej świątyni, wybudowanej niegdyś ku czci cesarza Klaudiusza. Normańska katedra była większa od obecnej i stanowiła największą świątynię ówczesnej Europy. Nie omijały jej pożary. Iglica została zniszczona przez piorun, wnętrze zostało splądrowane, a mury były w złym stanie. Katedra spłonęła ostatecznie podczas wielkiego pożaru Londynu w 1666 r.

Rekonstrukcja wyglądu katedry przed 1561 rokiem; źródło: Wikipedia.

Podjęto decyzję o budowie nowej katedry w stylu klasycyzującego baroku i rozpoczęto ją w roku 1675 pod nadzorem angielskiego architekta, Sir Christophera Wrena. Budowę zakończono po 35 latach, już pod kierunkiem syna Christophera Wrena, w roku 1710, chociaż pierwsze nabożeństwo odprawiono 2 grudnia 1697 roku. W 1852 roku na dziedzińcu katedry odnaleziono runiczny nagrobek.

Katedra była miejscem wielu słynnych pogrzebów (np. admirała Nelsona, księcia Wellingtona, Winstona Churchilla i Margaret Thatcher). Pogrzeby, śluby i inne ceremonie kościelne brytyjska rodzina królewska organizuje zazwyczaj w Westminster Abbey, ale to w katedrze św. Pawła odbył się ślub księcia Walii – Karola Windsora i lady Diany Spencer.

Katedra św. Pawła około 1754 roku, Canaletto; źródło: angielska Wikipedia.
Katedra w 1944 roku; źródło: angielska Wikipedia.

E.H. Gombrich uznawany jest za najwybitniejszego historyka sztuki XX wieku. W swojej książce O sztuce Dom Wydawniczy REBIS 2009 pisał:

Przełom XVII i XVIII w. był okresem szczytowego rozwoju baroku w katolickiej Europie. Kraje protestanckie pozostawały pod wrażeniem tej wszędobylskiej mody, ale faktycznie jej nie przyjęły. Dotyczy to nawet Anglii okresu restauracji, kiedy to dwór Stuartów spoglądał ku Francji, odrzucając ze wstrętem upodobania i poglądy purytanów. Właśnie w tym okresie Anglia wydała najwybitniejszego architekta, Christophera Wrena (1632-1723), któremu powierzono zadanie odbudowy londyńskich kościołów po katastrofalnym pożarze 1666 r. Bardzo interesująco wypada porównanie wzniesionej przez Wrena katedry św. Pawła ze zbudowanym zaledwie dwadzieścia lat wcześniej kościołem w stylu baroku rzymskiego. Widzimy, że Wren pozostawał pod wyraźnym wpływem Borrominiego, choć sam nigdy nie był w Rzymie. Podobnie jak kościół Borrominiego, katedra Wrena, która jest dużo większa, składa się z centralnie umieszczonej kopuły, dwóch wież po obu jej stronach oraz fasady nawiązującej do architektury świątyń starożytnych. Widać nawet wyraźne podobieństwo między barokowymi wieżami Borrominiego oraz wieżami Wrena, zwłaszcza na poziomie drugiego piętra. Mimo to obie fasady wywołują bardzo różne wrażenie ogólne. Fasada katedry św. Pawła nie jest wygięta. Nie ma tu wrażenia ruchu, a raczej siły i stabilności. Sposób, w jaki wykorzystano pary kolumn w celu nadania fasadzie majestatyczności i szlachetności bardziej przypomina Wersal niż barok rzymski. Patrząc na detale, można się zastanawiać, czy styl Wrena należałoby w ogóle nazwać barokowym. W jego dekoracjach nie ma nic wymyślnego ani fantastycznego. Wszystkie formy ściśle ściśle trzymają się najlepszych modeli włoskiego renesansu. Każdą formę i każdą część budynku można widzieć jako oddzielny element mający pewne indywidualne znaczenie. W porównaniu z przepychem Borrominiego czy architekta klasztoru w Melku (Austria – przyp. W.L), Wren robi na nas wrażenie trzeźwe i powściągliwe.

Kontrast między architekturą protestancką a katolicką okaże się jeszcze bardziej uderzający, kiedy zajrzymy do wnętrza kościołów Wrena, na przykład kościoła pod wezwaniem św. Stefana w Walbrook w Londynie. Kościoły tego typu projektowano jako miejsce, gdzie wierni spotykają się na modlitwę. Ich celem nie było przywoływanie wizji innego świata, lecz stworzenie warunków sprzyjających skupieniu. W wielu zaprojektowanych przez siebie kościołach Wren starał się tworzyć coraz to nowe wariacje na temat właśnie wnętrza – pełnego prostoty i godności zarazem.

x

W tym miejscu wypada zamieścić parę zdjęć kościołów, o których wspomina Gombrich.

Francesco Borromini i Carlo Rainaldi, Kościół Sta Agnese, Piazza Navona, Rzym, 1653; źródło: Wikipedia.
Wnętrze kopuły kościoła Sta Agnese; źródło: Wikipedia.
Wnętrze kościoła św. Stefana w Walbrook, Londyn; źródło: angielska Wikipedia.
Kościół św. Stefana w Walbrook, Londyn; źródło: angielska Wikipedia.

Gombrich nie zamieścił w swojej książce zdjęć z wnętrza katedry św. Pawła tylko te powyższe z wnętrza kościoła św. Stefana w Walbrook, więc wypada uzupełnić ten brak.

Wnętrze katedry św. Pawła; źródło: angielska Wikipedia.
Ołtarz katedry św. Pawła od strony chóru; źródło: angielska Wikipedia.

Jeśli teoria nie pasuje do faktów, tym gorzej dla faktów. Skąd my to znamy? – Kontrast między architekturą protestancką a katolicką okaże się jeszcze bardziej uderzający, kiedy zajrzymy do wnętrza kościołów Wrena, na przykład kościoła pod wezwaniem św. Stefana w Walbrook w Londynie. No i dlatego nie mogło być zdjęć z wnętrza katedry św. Pawła. Owszem, ornamentyka ta może różni się nieco od tej w kościołach barokowych, ale jej intensywność jest podobna.

Cechą charakterystyczną, odróżniającą kościoły w stylu renesansowym czy barokowym od gotyckich, były kopuły, znane również w starożytności. Emily Cole w książce Architektura – style i detale Wydawnictwo „Arkady” 2008 pisze:

„Kopuła jest rodzajem sklepienia, skonstruowanym na planie koła, elipsy lub wieloboku. Jej forma prawdopodobnie wywodzi się od kolistych szałasów budowanych z zagiętych gałęzi związanych na szczycie i pokrytych strzechą. Z czasem stała się symbolem sklepienia niebieskiego i władzy. Dzięki wynalezieniu przez Rzymian betonu stało się możliwe konstruowanie wielkich kopuł półkolistych. Kopuła stała się jednym z najbardziej charakterystycznych elementów stylu bizantyjskiego, w którym łączyły się wpływy klasyczne ze wschodnimi. O ile Rzymianie przesklepiali kopułami tylko koliste lub wieloboczne pomieszczenia, bizantyjscy budowniczowie nauczyli się umieszczać je nad wnętrzami kwadratowymi lub prostokątnymi dzięki zastosowaniu pendentywów (trójkąty sferyczne rozpięte między łukami). Takie rozwiązanie znane było również w architekturze islamskiej.”

Według AI kopuła katedry św. Pawła została zaprojektowana na wzór rzymskiego Panteonu. Z kolei angielska Wikipedia pisze, że kopuła ta wspiera się na pendentywach. Jej średnica to 34 metry, a średnica kopuły bazyliki św. Piotra w Rzymie to 42 metry. Kopuła Kapitolu w Waszyngtonie to 29 metrów. Natomiast Biały Dom jej nie ma. Jego styl to neoklasycyzm.

Kapitol w Waszyngtonie; źródło: Wikipedia.

Czy jest kopuła nie tylko symbolem władzy, ale też symbolem jej trwałości i ciągłości? A to wszystko, co nam się przedstawia, te wszystkie wojny religijne i nie tylko religijne, te ustroje demokratyczne, autorytarne i wszelkie inne, to wszystko to tylko rodzaj zasłony dymnej, iluzja, którą karmi się nieświadomych poddanych, którym wydaje się, że mają na coś wpływ?

Komunizm

Komunizm kojarzy się wielu ludziom bardzo źle ze względu na sposób, w jaki próbowano go wcielić w życie. Warto jednak bliżej przyjrzeć się tej ideologii, bo ona nadal nie jest martwa, co więcej, tzw. globaliści dążą do stworzenia globalnej gminy komunistycznej, ale przede wszystkim wypada zastanowić się nad tym, skąd ona się wzięła.

Wikipedia tak m.in. pisze:

Komunizm (od łac. communis „wspólny, powszechny”) – polityczna i ekonomiczna ideologia klasyfikowana jako utopijna, której celem jest utworzenie społeczeństwa pozbawionego ucisku i wyzysku klasowego, opartego na braku własności prywatnej (w rozumieniu marksistowskim), kolektywnej własności środków produkcji i wspólnotowym podziale dóbr. W pismach Karola Marksa, Fryderyka Engelsa i innych teoretyków marksizmu, komunizm jest przyszłym ustrojem rozwiniętych społeczeństw, w którym wspólnota własności obejmować będzie przede wszystkim środki produkcji. Potocznie mianem komunizmu określa się też ustrój polityczny zaprowadzony w państwach, w których władzę zdobyły dyktatury i partie komunistyczne (zob. ZSRR i blok wschodni).

Jako ideologia zaczął się tworzyć już od XV wieku, gdy przyjmował postać komunizmu utopijnego, który głosił hasła likwidacji nierówności społecznych i prywatnej własności. W XIX wieku narodziły się dwa warianty ideologii: wariant w wydaniu anarchistycznym, który głosił zniesienie instytucji państwa i kolektywizmu, oraz ten w wydaniu marksistowskim, oparty na Manifeście Komunistycznym z 1848 roku. Według marksistowskiego wariantu komunizmu, do osiągnięcia bezklasowego społeczeństwa dojść miało na drodze rewolucji.

Komunizm jak ustrój społeczno-gospodarczy

Komunizm jest najczęściej kojarzony z myślą marksistowską. Ustrój taki pojawia się również poza marksizmem. Ideę ustroju komunistycznego można znaleźć np. w Państwie Platona, gdzie wspólność obejmuje nie tylko własność, ale także żony i dzieci. Także angielski pisarz Tomasz Morus sportretował w swojej Utopii (1516) społeczeństwo oparte na wspólnej własności nieruchomości. Dzieła tych twórców nie nosiły jednak znamion doktryny politycznej i nie stały się podstawą działania ruchów politycznych.

Komunizm chrześcijański

Komunizm chrześcijański jest formą ustroju i ideologią panującą w niektórych wspólnotach chrześcijańskich. Według członków tych wspólnot, Biblia i życie 12 apostołów nakazywały życie w powszechnej równości i zniesienie indywidualnej własności. Wspólnoty takie były zwykle niewielkie, traktowane jako radykalne i często zwalczane przez główny nurt chrześcijaństwa. Chrześcijańskie wspólnoty komunistyczne zakładane były m.in. przez taborytów, huterytów czy szejkersów.

Komunizm pierwotny

Pojęcie komunizmu pierwotnego pojawiło się w połowie XIX wieku w ewolucjonistycznej antropologii kulturowej. Pojęcie to pełniło ważną rolę w pismach Lewisa Henry’ego Morgana i Johanna Jacoba Bachofena. Zgodnie z nimi społeczeństwa pierwotne charakteryzowały się egalitaryzmem i wspólnotą własności. Teza, że komunizm stanowił powszechny i pierwotny etap rozwoju społeczeństw, spotkała się później z szeroką krytyką, jednak w XIX wieku była ona szeroko rozpowszechniona.

Pojęcie komunizmu pierwotnego przyjął Karol Marks w swojej filozofii. Wskazywał, że komunizm pierwotny był charakterystyczny dla pierwotnego, łowiecko-zbierackiego etapu ludzkości (wspólnoty pierwotnej). Komunizm taki różnił się od zakładanego przez Marksa przyszłego komunizmu niższym technologicznie zaawansowaniem procesów produkcji.

x

Sztuczna inteligencja tak pisze o komunizmie:

Komunizm to ideologia polityczno-ekonomiczna dążąca do stworzenia społeczeństwa bezklasowego, opartego na wspólnej własności środków produkcji, zniesieniu własności prywatnej i wyzysku, z równym podziałem dóbr i pracy. W praktyce historycznie wiąże się z totalitarnymi reżimami (jak w ZSRR), gdzie władzę sprawowała partia komunistyczna, wprowadzając centralne planowanie, ograniczanie swobód i prześladowanie opozycji, co często prowadziło do załamania gospodarczego i masowych represji.

Kluczowe założenia ideologiczne

  • Własność wspólna: Środki produkcji (fabryki, ziemia) mają być własnością publiczną, a nie prywatną.
  • Społeczeństwo bezklasowe: Zniesienie podziału na klasy społeczne, eliminacja wyzysku.
  • Równość: Równość w dostępie do dóbr i możliwości, oparte na zasadzie „każdemu według potrzeb”.
  • Fazy rozwoju: Marksizm zakładał dwie fazy: socjalizm (przejściowy, z państwem) i pełny komunizm (bezklasowy, bezpaństwowy).

Komunizm w praktyce (realny socjalizm)

  • Dyktatura partii: Władza skupiona w rękach jednej partii komunistycznej (np. partii bolszewickiej), monopol władzy.
  • Centralne planowanie: Państwo decyduje o produkcji i dystrybucji.
  • Ograniczone swobody: Represje wobec przeciwników politycznych, brak wolności słowa.
  • Historyczne przykłady: Związek Radziecki (ZSRR) i blok wschodni, Chiny.

Różnice i praktyka

  • Teoria a praktyka: Teoretyczne ideały równości i wspólnoty często ustępowały miejsca totalitarnej kontroli, terrorowi i zbrodniom.
  • Ruch komunistyczny: Wyłonił się z ruchu socjalistycznego, dążąc do rewolucyjnego obalenia kapitalizmu.

x

Wielka Encyklopedia Powszechna PWN (1962-1970) m.in. pisze:

Komunizm (łac. communis „wspólny, powszechny”):

1) Ideologia społeczna, która – uznając zasadę rzeczywistej równości socjalnej wszystkich członków społeczeństwa za podstawę sprawiedliwego ustroju społecznego – głosi program zniesienia stosunków społecznych opartych na prywatnej własności środków produkcji, klasowym podziale społeczeństwa i wyzysku człowieka przez człowieka oraz postuluje zbudowanie społeczeństwa bezklasowego opartego na społecznej własności środków produkcji i równym podziale dóbr jako na zasadniczych przesłankach realizacji zasad egalitarnych we wszystkich dziedzinach życia społecznego; zasadniczymi formami tej ideologii są różne postacie k. utopijnego i k. naukowy – marksizm.

2) Ustrój społeczny postulowany przez ideologię komunistyczną; w marksistowskiej teorii rozwoju społecznego – wyższe, bezklasowe stadium społeczeństwa socjalistycznego, różniące się od jego stadium niższego, socjalizmu, nie sposobem produkcji, nie typem stosunków produkcji, lecz stopniem rozwoju tego społeczeństwa, przede wszystkim stopniem rozwoju ekonomicznego, stwarzającym możliwość przejścia od zasady podziału „według pracy” do zasady podziału „według potrzeb”, oraz stopniem dojrzałości stosunków społecznych opartych na zasadach równości społecznej i aktywnego współuczestnictwa obywateli w zarządzaniu społeczeństwem; również określenie całej formacji społecznej obejmującej zarówno socjalistyczne, jak i komunistyczne stadium rozwoju społecznego.

3) Ruch społeczno-polityczny dążący do zasadniczej przebudowy społeczeństwa w duchu zasad ideologii komunistycznej; w odniesieniu do współczesności – rewolucyjny kierunek w ruchu robotniczym oparty na teorii marksizmu-leninizmu.

xxx

Z powyższych cytatów wynika, że PRL-owska WEP najprościej, a więc i najlepiej, wyjaśniła różnicę pomiędzy socjalizmem i komunizmem. W socjalizmie jest to podział „według pracy”, a w komunizmie – „według potrzeb”. Czy to jednak ma sens, skoro według komunizmu jako ideologii, podział dóbr ma być równy? Jak zmierzyć wartość pracy, jak zmierzyć potrzeby poszczególnych ludzi i kto to ma zrobić, żeby było sprawiedliwie? Na te pytania nie można udzielić jasnej i sensownej odpowiedzi, a skoro tak, to cała ta ideologia jest zwykłym bełkotem, a może nawet bełkotem naukowym.

Jednak wydaje się, że idea równego podziału nie jest taka głupia. Równego to znaczy, że wszyscy otrzymują takie samo wynagrodzenie za swoją pracę, bez względu na wykształcenie i rodzaj wykonywanej pracy. Ludzie, w odróżnieniu od zwierząt, potrafią pracować zespołowo. W praktyce więc żaden wytwór ludzkiej myśli i pracy nie jest dziełem pojedynczego człowieka, zawsze jest dziełem wielu współpracujących ze sobą jednostek. Czy zatem zbiorowy wysiłek nie powinien być równo dzielony? Jakiś czas temu zepsuł mi się w drodze samochód, to znaczy filtr paliwa przestał działać, bo nie wymieniłem go na czas. Samochód stanął i w tym momencie stał się kupą złomu, chociaż wszystkie inne części, łącznie z silnikiem, działały. Podobno w samochodzie najważniejszy jest silnik i pewnie on jest najdroższy, ale i on w tym momencie był kupą złomu. Niby taki drobiazg jak filtr paliwa, a jednak nie taki drobiazg!

Podobnie jest w przypadku ludzkich społeczności. Są grupy społeczne, które wykonują prostsze prace, nie wymagające wysokich kwalifikacji, i takie, które ich wymagają. Czy zatem tym lepiej wykształconym należy płacić więcej i o ile więcej, i kto ma o tym decydować? Czy rolnik ma zarabiać mniej, niż inżynier, lekarz, prawnik, przedsiębiorca? Bez jedzenia wszyscy ci pozostali umrą z głodu. A gdy zabraknie śmieciarzy, to utoniemy w śmieciach. Ci wszyscy wybitni ludzie mogą pracować w swoich zawodach tylko wtedy, gdy inni będą wykonywać prostsze czynności. A gdy zabraknie któregoś z tych ogniw, to cały mechanizm społeczny, działający na zasadzie współpracy wszystkich ze wszystkimi, załamie się, tak jak w moim samochodzie, w którym przestał działać drobiazg – filtr paliwa. Zatem sama idea nie jest taka głupia, jakby na pozór się wydawało i nie wzięła się ona z teoretycznych rozważań tylko z praktyki.

W pewnych sytuacjach idea komuny, czyli równego podziału wypracowanych dóbr, była jedyną możliwą, by osiągnąć zamierzony cel. Tak działo się w przypadku kolonizacji Ameryki Północnej. Pierwsi osadnicy nie działali w pojedynkę, wkraczali na nieznany teren, na którym nie było niczego, a dookoła wrodzy tubylcy. Tylko działając w zorganizowanej grupie mogli przetrwać. Wspólnie pracowali i dzielili po równo owoce swojej pracy, w przeciwnym razie skazani by byli na zagładę. W miarę upływu czasu pojawiały się kolejne grupy osadników, tak samo zorganizowane, powoli wkraczające w głąb kontynentu i mordujące bez litości tubylców. Tak powstawała protestancka Ameryka. Inny model podboju zastosowano w Ameryce Łacińskiej – poprzez asymilację, czyli narzucanie miejscowej ludności chrześcijaństwa, co często bywało równie brutalne jak na północy.

Sposób działania i zorganizowania takich gmin opisał Bolesław Prus w „Placówce”:

  Maciek poszedł zagonem cmokając na szkapy, a Ślimak siedział na zboczu i patrzył. Siedział, oprał łokcie na kolanach, a głowę na rękach, aż mu na kark zsunęło kapelusz, palił fajkę pomaleńku... pyk-pyk, i wciąż patrzył. 
O kilkaset kroków od niego, za rzeką, na ugorze Niemcy rozkładali obóz. Ślimak wciąż palił fajkę, a spoglądał i każde drgnienie tej ciżby tłumaczył sobie w głowie.
Już Niemcy wozy płótnem kryte uszykowali w kwadraty, tworząc z nich jakby parkan, wewnątrz którego stoi bydło i konie, a zewnątrz kręcą się ludzie. Ten wydobywa przenośny żłób na czterech nóżkach i stawia go przed krowami, inny wsypuje tam obrok z maniaka, inny z wiadrami idzie po wodę do rzeki. Kobiety wynoszą spod płacht żelazne kociołki i woreczki legumin, a gromada dzieci biegnie do jarów po opał.
- Ale mają kupę hołoty! - odezwał się Ślimak. - Z całej wsi nie zebrał by tyle dziecisków.
- Jak wszów - odparł Maciek.
Chłop wciąż pali fajkę i dziwi się. uroki czy co?... Wczoraj jeszcze pole to było puste i ciche, a dziś - istny jarmark. Ludzie nad wodą, ludzie w jarach, ludzie na zagonach. Tną krzaki, znoszą wiązki chrustu, palą ogniska, karmią i poją bydło. Już jeden Niemiec otworzył kramik na wozie i widać handluje, bo koło niego ciśnie się tłum kobiet i wyciąga ręce: ta po sól, tamta po ocet, inna po cukier. Już kilka młodych Niemek porobiły kołyski z płacht na widełkach i jedną ręką szumują zupę w kotłach, drugą huśtają płachty. Już znalazł się i konował, który ogląda nogę podbitej szkapie, już i cerulik, który goli na stopniu wozu starego Szwaba. W polu gwar, bieganina, robota, a na niebie słońce podnosi się coraz wyżej.
Ślimak odwrócił się do Owczarza.
- Miarkujesz ty, Maciek, jak ony prędko robią? Od nas, z chałupy, przecie bliżej do jarów niż z tela, a od nas idzie się po chrust na pół dnia. Te ci zasię pary uwinęły się we dwa pacierze.
- Oho-ho!... - odparł Maciek czując, że to do jego powolności wypito.
- Albo przypatrz ty się - mówi Ślimak - jak ony kupą wszystko robią? Przecie i nasi ludzie, bywa, że wyjdą gromadą; ale każdy krząta się sam za siebie, ino częściej odpoczywa albo jeszcze innym przeszkadza. te zaś psiekrwie tak jakosik zwijają się, jakby jeden naganiał drugiego. Nie spróżnujesz, choćby cię kładło na ziemię, bo ci jeden tka w garść robotę, a już drugi na nią czeka i pili, żebyś kończył. Ino przypatrz się im i sam powiedz.
Dopalającą się fajkę oddał Owczarzowi i wrócił do chałupy zadumany.
- Wartki naród te Szwaby - mruczał - i mądry..
Sokoli jego wzrok w pół godziny odkrył dwie tajemnice nowożytnej pracy: pośpiech i organizację.

Prus opisał tu, bardzo obrazowo zresztą, działanie takiej komuny, która wkraczała na podbijany teren. Tam oczywiście nie było mowy o handlu, tylko o – rozdzielnictwie, bo komuny te nie posługiwały się pieniądzem i nie była to też tajemnica nowożytnej pracy, tylko z dawna wypracowana metoda podboju, którą, w tym wypadku, stosowano w trakcie niemieckiego osadnictwa na wschodzie.

W książce Zmierzch Izraela (1932), wznowionej przez Dom Wydawniczy „Ostoja”, Henryk Rolicki cytuje Karola Kautsky’ego z jego książki Historia komunizmu w starożytności i średniowieczu:

„Najpierwsze gminy (komunistyczne – przyp. autora) wytworzyły się na wschodzie, ekonomicznie najdalej rozwiniętym, a zwłaszcza wśród żydów, wśród których już około r. 100 przed Chr. napotykamy tajny związek komunistyczny – związek Esseńczyków.”

Nie dziwi zatem, że pierwsze gminy, komunistyczne jak chce Rolicki, były żydowskie. Nie było innej metody rozprzestrzeniania się po świecie, wkraczania na nowy, nieznany teren, często wśród wrogo nastawionej ludności tubylczej. To był naturalny etap. Bardzo dobrze obrazuje go sposób, w jaki rozprzestrzeniała się na wschód I Rzesza. Widać dwa kierunki: północno-wschodni, wzdłuż wybrzeży Bałtyku i południowo-wschodni, równolegle do łańcuchów górskich Sudetów i Karpat. To ułatwiało ekspansję, bo od strony Bałtyku nie groziło niebezpieczeństwo i podobnie – od strony gór. W obu przypadkach w zasięgu ręki był niezbędny do budowy zamków surowiec, czyli w przypadku gór – skały, najczęściej wapienne, a w przypadku Bałtyku – iły i muły, czyli glina, z której wytwarzano cegły i dlatego największa budowla ceglana na świecie, czyli zamek w Malborku, powstała na terenie obfitującym w osady polodowcowe, czyli właśnie w glinę. Zamki te to były takie ufortyfikowane gminy, które z czasem stawały się ośrodkami władzy dla tubylczej ludności. Jak je budowano? Najczęściej lokalizowane na szczytach wzniesień czy czasem nawet na wyspach na jeziorach, jak w Szkocji, albo otoczone zewsząd wodą, jak w przypadku Malborka. W jaki sposób transportowano materiał budowlany w tak niedostępne miejsca? Kto pracował przy wznoszeniu tych zamków? Ich powstanie jest równie zagadkowe jak katedr gotyckich czy piramid.

W miarę zdobywania terenu i mnogości gmin konieczna była inna forma organizacji społeczeństwa, która jednoczyła poszczególne gminy. To jednak był już inny etap, powstawały jednostki łączące pojedyncze gminy w całość, a te w jeszcze większe jednostki, czyli w księstwa, a te, z kolei, w królestwa, czyli odpowiedniki współczesnych państw. Na tym etapie niezbędny był pieniądz, a wraz z nim pojawia się wszelkiego rodzaju korupcja. Powstawała coraz liczniejsza administracja i inne instytucje charakterystyczne dla państw, nie mogło być już mowy o organizacji takiej jak w pierwszych gminach. Z drugiej strony te gminy w Nowym Świecie nie powstawały spontanicznie, a ludzie, którzy je tworzyli nie znaleźli się tam w wyniku własnego wyboru, przynajmniej większość, byli do tego zmuszani. Oni dobrze wiedzieli, że wielu z nich nie przeżyje tego początkowego okresu. Czy więc mogła to być gmina komunistyczna, w której wszyscy byli równi, a owoce wspólnej pracy dzielono po równo? Jest to raczej mało prawdopodobne. A skoro na tym etapie komunizm nie był możliwy, to tym bardziej nie jest możliwy na szczeblu państwowym.

Feliks Koneczny napisał kiedyś, że największym wynalazkiem ludzkości jest rolnictwo, bo ono wymagało osiadłego trybu życia i dostarczało tyle żywności, że większość ludzi nie musiała już koncentrować się na jej zdobywaniu i w ten sposób mogła poświęcić się innym zajęciom, co skutkowało przyspieszonym rozwojem. Czy rzeczywiście tak było? Czy koczowniczy tryb życia nie był raczej sposobem na poznanie świata, rozpoznanie terenu? I czy istniało coś takiego jak wspólnota pierwotna? A jeśli nawet istniała, to ktoś musiał nią zarządzać, a jeśli musiał zarządzać, to nie mogła to być wspólnota. Skąd zatem brała się władza? Czy była wytworem jakiegoś rozwoju ewolucyjnego, czy może od samego początku istniała? To są pytania, na które trudno znaleźć odpowiedź.

Wygląda więc na to, że idealna gmina, w której podział dóbr jest równy to utopia. To, co jednak wydaje się pewne, to to, że te pierwotne gminy obywały się bez pieniądza, bo na takim etapie był on zbędny. Wytwarzane dobra dzielone są po równo, ale ktoś musi to kontrolować i ten ktoś nie podlega już tym ograniczeniom, które narzuca innym, zatem i równy podział staje się fikcją. Wydaje się, że to jest właśnie ten model, do którego dążą globaliści. Chcą stworzyć jedną ogólnoświatową gminę. I dlatego chcą zastąpić pieniądz gotówkowy elektronicznym. To umożliwi im totalną kontrolę nad ludźmi. I wtedy będą mogli wydzielać ten pieniądz, jednym według pracy, innym według potrzeb, ale wedle własnego uznania, co zresztą już się dzieje, bo wielu ukraińskich imigrantów w Polsce dostaje pieniądze według potrzeb, czyli potrzebują pracy, to ją dostają, potrzebują opieki zdrowotnej to ją dostają itp.

Gdy dziś obserwuje się zachowania „polskiego” rządu, to widać, że ci ludzie są marionetkami, że prawdziwa władza jest głęboko ukryta i nie podlega żadnej kontroli, a nam, współczesnym niewolnikom, podsuwa się różne pomysły typu komunizm, demokracja itp., które służą tylko skłócaniu nas i przekonywaniu, że nasz głos w wyborach ma jakieś znaczenie. Wydaje się, że władza od początku jest w tych samych rękach i w nich pozostaje od pokoleń.

Naród cz.3

My naród – to pierwsze słowa, które wypowiedział Lech Wałęsa 15 listopada 1989 roku w Kongresie Stanów Zjednoczonych w swoim słynnym przemówieniu. To oczywiście cytat z preambuły amerykańskiej konstytucji. Naród to pojęcie sztuczne, które trudno zdefiniować. Swoje powstanie zawdzięcza rewolucji francuskiej, która była początkiem nowej epoki w dziejach ludzkości. Temu zagadnieniu przygląda się Stefan Zweig w biografii Maria Antonina Wydawnictwo „Śląsk”, Katowice 1990. Pisze on:

Po czyjej stronie stoi królowa uczuciowo podczas tej wojny? Czy bliższa jej jest obecna czy też dawna ojczyzna? Czy życzy zwycięstwa francuskim czy zagranicznym armiom? Przysięgli rojaliści, jej obrońcy i wielbiciele, bojaźliwie omijają to pytanie, a w pamiętnikach i listach sfałszowali nawet całe ustępy, aby zaciemnić jasny i jednoznaczny fakt, że Maria Antonina całą duszą pragnęła triumfu sprzymierzonych armii, a francuskiej klęski. Stanowczo jest to wyraźne i oczywiste; kto tę okoliczność zamilcza, ten fałszuje fakty, a kto jej zaprzecza – ten kłamie. Przekonania Marii Antoniny idą nawet jeszcze dalej: czuje się ona przede wszystkim królową, a potem dopiero królową Francji i jest nie tylko wrogo usposobiona do tych, którzy ograniczyli jej władzę królewską, a życzliwie do tych, którzy chcą wesprzeć dynastię, lecz czyni wszystko dozwolone i niedozwolone, aby porażkę Francji przyspieszyć i dopomóc zwycięstwu zagranicy. „Niech Bóg sprawi, aby pomszczono kiedyś wszystkie niegodziwości, których doświadczyliśmy w tym kraju”, pisze do Fersena (szwedzki rojalista i jej kochanek – przyp. W.L.), a chociaż od dawna zapomniała ojczystego języka i niemieckie listy musi dawać do tłumaczenia, dodaje: „nigdy nie byłam bardziej niż teraz dumna, że urodziłam się Niemką”. Na cztery dni przed wypowiedzeniem wojny przesyła austriackiemu posłowi (a raczej zdradza) plan wiadomych jej operacyj wojennych. Nastawienie jej jest zupełnie jednoznaczne: austriackie i pruskie chorągwie – to proporce przyjaciół, a francuskie trójkolorowe sztandary – to oznaki wrogów.

A więc jest to otwarta zdrada stanu (wyraz ten po prostu ciśnie się na usta) i sądy każdego kraju nazwałyby dziś zbrodnią takie postępowanie. Nie należy jednak zapominać, że pojęcie nacjonalizmu i narodowości nie istniało jeszcze w XVIII wieku; dopiero francuska rewolucja stworzyła je dla całej Europy. Stulecie, w którego poglądach wyrosła Maria Antonina i które jej wpajano, nie ma jeszcze innych zapatrywań niż czysto dynastyczny punkt widzenia, że kraj należy do króla: gdzie król – tam też prawo, kto walczy za króla i królewską władzę, ten popiera bezsprzecznie rzecz sprawiedliwą; kto się zaś jej przeciwstawia – ten jest powstańcem i buntownikiem, nawet w wypadku gdyby bronił własnego państwa. Zupełne nieuformowanie się patriotycznej myśli daje niespodziewanie w tej wojnie całkiem niepatriotyczne nastawienie uczuciowe po przeciwnej stronie: najlepsi Niemcy, jak Klopstock, Schiller, Fichte i Hölderlin, marzą dla zwycięstwa idei wolnościowej o porażce wojsk niemieckich, nie będących jeszcze armią narodową, lecz armią despotycznych władców. Odstępowanie pruskich wojsk napełnia ich radością, we Francji zaś król i królowa witają klęskę własnych żołnierzy jako osobistą korzyść. I po tej i po tamtej stronie granicy wojna prowadzona jest nie w interesach państwa, lecz dla idei, dla utrzymania lub zniszczenia suwerenności i stłumienia lub zwycięstwa wolności. Dziwaczne to położenie oraz walkę na przełomie dwóch wieków ilustruje najlepiej fakt, iż wódz zjednoczonych wojsk niemieckich, książę Brunszwiku, poważnie rozmyślał jeszcze na miesiąc przed wybuchem wojny, czy nie należałoby raczej objąć dowództwa nad armią francuską przeciwko niemieckiej. Widoczne z tego, że pojęcia „ojczyzna” i „narodowość” nie wryły się jeszcze w roku 1791 zupełnie wyraźnie i jasno w dusze współczesnych. Dopiero wojna, stworzywszy armie narodowe i poczucie narodowe, a tym samym doprowadziwszy do straszliwej bratobójczej walki między całymi narodami, zrodzi ideę patriotyczną i przekaże ją następnemu stuleciu.

x

Po przeczytaniu tego cytatu nasuwa się pytanie: czy dziś nie jest tak samo? Czy obecne władze Polski nie zachowują się podobnie? A władze sanacyjne? Czyż one nie postąpiły cynicznie wciągając słabe, zacofane państwo do wojny z potężnym przeciwnikiem? Czyj interes realizowały? A czy rządy innych państw nie zachowują się podobnie, oczywiście przy zachowaniu odpowiednich proporcji, które tu, na wschodzie Europy, są poza wszelkimi europejskimi standardami.

W innej biografii – Maria Stuart PIW 1959 – Zweig pisał:

„Nie poprzez wojny, lecz poprzez związki małżeńskie zostały w czasie absolutyzmu rozbudowane państwa sukcesyjne: zjednoczona Francja, światowa potęga Hiszpanii, możny dwór Habsburgów. Lecz kuszą jeszcze ostatnie, najcenniejsze klejnoty koron europejskich. Elżbieta czy Maria Stuart, Anglia czy Szkocja. Kto zdobędzie jeden lub drugi kraj poprzez matrimonium, wygrał w światowej grze, a równocześnie z wyścigiem narodowym rozstrzygnie się i drugi wyścig – wojna duchowo-duchowna. Jeśli poprzez małżeństwo z jedną z tych władczyń wyspa brytyjska przypadnie królowi katolickiemu, języczek u wagi w walce między katolicyzmem a protestantyzmem przechyli się ostatecznie na stronę Rzymu. Ecclesia universalis (Kościół powszechny) znów okaże się okaże zwycięski na ziemi. Dlatego też owe zacięte łowy małżeńskie mają o wiele większe znaczenie niż tylko sprawa familijna: zawarte są w nich rozstrzygnięcia światowej wagi.”

Monarchia charakteryzowała się tym, że władzę, przynajmniej oficjalnie, sprawował monarcha i że ta władza pochodziła od Boga, a więc lud jej nie kwestionował i utożsamiał się z nią. Jeśli monarchia prowadziła wojny, to przy pomocy wojsk najemnych. Rewolucja francuska wywróciła wszystko do góry nogami. Obalając monarchię musiała stworzyć inny system władzy. To była republika, czyli demokracja ludowa. Poddani stali się obywatelami i uzyskali prawa wyborcze, czyli wybierali władze. W ten sposób lud, zamiast utożsamiać się z monarchą, utożsamiał się z państwem. By bardziej przywiązać obywateli do państwa, stworzono narody w obrębie tych państw. I w ten sposób pojawiło się zjawisko patriotyzmu, który czasem przyjmował formy skrajne w postaci nacjonalizmu czy wręcz szowinizmu.

„Szowinizm (fr. chauvinisme) – forma skrajnego nacjonalizmu w postaci bezkrytycznego uwielbienia własnego narodu, wiary w jego wyższość połączonego z wrogością względem innych nacji. W szerszym znaczeniu analogiczne przeświadczenie pewnych grup ludzi względem innych (nie zawężające się do narodów).

Szowinizm rozszerzył swoje pierwotne znaczenie o fanatyczne oddanie i nadmierną stronniczość w stosunku do każdej grupy lub sprawy, do jakiej się należy, zwłaszcza gdy obejmuje to uprzedzenia lub wrogość wobec osób z zewnątrz, lub grup rywalizujących, i utrzymuje się nawet w obliczu przeważającego oporu. Szowinista postrzega własnych ludzi jako niepowtarzalnych i wyjątkowych, podczas gdy reszta ludzi jest uważana przez niego za słabych lub podrzędnych. To francuskie pojęcie funkcjonuje analogicznie do brytyjskiego terminu jingoizm, który zachował swoje znaczenie jako szowinizm ściśle w swoim pierwotnym rozumieniu, to znaczy jako postawa agresywnego nacjonalizmu.

Wyrażenie pochodzi od Nicolasa Chauvin, legendarnego żołnierza napoleońskiego znanego z komedii Le soldat laboureur Eugene’a Scribe’a. Bohater tej opowieści, rolnik, był fanatycznie i naiwnie oddany Napoleonowi.” – Wikipedia.

Nicolas Chauvin to postać fikcyjna. Nazwisko to kojarzy się z francuskim słowem „chauve” (czyt. szow), czyli łysy; „chauvin” (czyt. szowę) to szowinista. W internetowym słowniku diki przykład zastosowania słowa „chauve”, to: L’homme qui m’a attaqué, était chauve. (Mężczyzna, który mnie zaatakował, był łysy.)

Pojęcie narodu i narodowości kształtowało się w XIX wieku. Nie jest też chyba przypadkiem to, że idea wskrzeszenia igrzysk olimpijskich zrodziła się pod koniec XIX wieku. Rywalizacja sportowa miała wzmacniać poczucie przynależności narodowej. Nie przypadkiem więc sport zaczął odgrywać tak ważną rolę w życiu społecznym w XX wieku. Pod wpływem tych zmian, pojawienia się republik, również istniejące jeszcze monarchie musiały dostosować się do zmieniających czasów i przed wybuchem I wojny światowej pobór powszechny stał się w nich faktem. Doskonale to opisał Jaroslav Hašek w powieści Przygody dobrego wojaka Szwejka podczas wojny światowej. Czesi nie chcieli umierać za Najjaśniejszego Pana i na wszelkie sposoby symulowali różne choroby. W skrajnych przypadkach posuwali się nawet do samookaleczenia.

Demokracja nadała ludowi prawa, ale też i obowiązki. Oprócz podatków jednym z najważniejszych, jeśli nie najważniejszym, był obowiązek obrony ojczyzny. Monarchiczne armie najemne przekształciły się w armie tworzone w wyniku poboru powszechnego. Czym innym jest zatem udział najemnika w wojnach, który świadomie, z własnego wyboru i za pieniądze walczy w interesie jakiegoś monarchy, narażając przy tym swoje życie, a czym innym jest przymus republikański. Jednak państwo demokratyczne ma argument: to lud wybrał władzę i to lud jest odpowiedzialny za państwo, a więc i za jego obronę. Innymi słowy: jak trzeba, to musi walczyć w obronie ojczyzny, czyli w obronie interesów władzy, ukrytej obecnie pod nazwą deep state, której nie wybierał i jak trzeba, to musi za nią ginąć, czyli nadal żyje w stanie niewolnictwa, tylko o tym nie wie. Czyż to nie jest ustrój idealny dla władzy, tej ukrytej, a więc i faktycznej?

Czy zatem demokracja nie jest bardziej tyrańską formą władzy niż monarchia? Warto się nad tym zastanowić, zwłaszcza obecnie, gdy grozi nam wciągnięcie do wojny na Ukrainie i związany z tym masowy pobór. Watro też zastanowić się nad tym, kto nam serwuje ten odpustowy patriotyzm.

x

Wiek XXI zaczął się od masowych migracji. Wydaje się więc, że przyszłe konflikty będą przebiegały bardziej na tle religijno-wyznaniowym niż narodowym. Być może właśnie to w największym stopniu przyczyni się do całkowitego zmarginalizowania Europy i białego człowieka.