Afera

Konfederacja dwoi się i troi, by utrzymać swój elektorat i na swoich konferencjach prasowych informuje o różnych patologiach w życiu publicznym. Na jednej z nich poinformowała o nadużyciach przy wypłatach covidowych w polskich szpitalach. Najwyższa Izba Kontroli zbadała wypłacanie dodatków covidowych dla medyków i w wyniku kontroli w czterech placówkach na terenie województwa zachodniopomorskiego ujawniono szereg drastycznych nieprawidłowości. Dodatki covidowe były wypłacane wielokrotnie jednej osobie w danym miesiącu i przekraczały limit, czyli 15 tys. złotych. Rekordziści otrzymywali ponad 40 tys. złotych. Zdarzały się przypadki wypłaty dodatków covidowych w wysokości 15 tys. złotych za 30 minut pracy w skali miesiąca. Jeden z kontrolowanych szpitali otrzymał na dodatek kwotę 71 milionów złotych, zapewniając od 63 do 88 łóżek covidowych. A inny, który zapewniał od 78 do 127, dostał tylko 7 milionów. Nikt nad tym bałaganem nie panował. – Tak to podsumował jeden z posłów Konfederacji.

Otóż myli się pan poseł. Panował, jak najbardziej! Ktoś przecież podjął decyzję o takim, a nie innym rozdziale pieniędzy przeznaczonych na dodatki covidowe. A wcześniej ktoś w ministerstwie finansów podjął decyzję o takim, a nie innym rozdziale tych środków dla poszczególnych szpitali. A jeszcze wcześniej ktoś w tym samym ministerstwie podjął decyzję o dodrukowaniu tych pieniędzy, bo na tym opiera się polska i nie tylko polska gospodarka. Jeśli ktoś wierzy, że to z jego podatków, to jest wyjątkowo naiwny. Te wszystkie osoby, to nie są jakieś abstrakcyjne byty, tylko ludzie z krwi i kości. Jeśli NIK ujawnił takie nieprawidłowości, to dlaczego nie ujawnił, kto podejmował decyzje? Najwyraźniej takie osoby są nietykalne.

Afer ci u nas dostatek, zwłaszcza afer finansowych, ale żadna z nich, od czasów powstania III RP, nie zakończyła się ukaraniem winnych, bo jakoś tak się dziwnie składało, że żadne kontrole i dochodzenia nie wykrywały sprawców, co najwyżej kozłów ofiarnych. Dlaczego tak się dzieje? Kim są te osoby, że tak trudno je pociągnąć do odpowiedzialności? Być może felieton Adolfa Nowaczyńskiego Afera lady Parnes…, zamieszczony w książce Perły i plewy (1934), wyjaśni co nieco.

»W pierwszym zeszycie monumentalnego, a raczej „momentalnie” (aluzja do żydowskiego przedwojennego dziennika „Der Moment” – przyp. W.L.) monumentalnego wydawnictwa: „Żydzi w Polsce odrodzonej” (redakcja: dr Schiper, dr Tartakower, radca Hafftka) znajdujemy na samym wstępie występ prezesa dr. Ozjasza Thona. Ponieważ dzieło poświęcone jest „społecznej, gospodarczej, kulturalnej i oświatowej działalności Żydów w Polsce” i „drukowane na pięknym bezdrzewnym papierze”, a zapowiada się jako „standard work” żydostwa polskiego, to poseł dr O. Thon kończy swoje przedsłowie takim akordem:

Żydzi polscy już nieraz nadawali ton w żydostwie świata. Była chwila, kiedy geniusz narodu żydowskiego doszedł właśnie do pełni rozkwitu w dziedzinie swej specyficznej nauki w Polsce. Mam wrażenie, że rozwój wypadków idzie teraz w tym kierunku, że w Polsce powstanie jeden z głównych duchowych ośrodków ducha żydowskiego”.

Może to nie powiedziane ze zniewalającą skromnością, ale duży procent prawdy w tym jednak jest. Trzeba atoli bardzo uważać na zespół tych, którzy wedle rebbe Thona ton mają nadawać w żydostwie świata. Niektórzy bowiem prawdopodobnie najstanowczej do tego nadawania tonu się nie nadają, przynajmniej obecnie, to jest w teraźniejszej teraźniejszości. Może będą nadawali się w przyszłości, w tej przyszłości fantastycznej, o której dr Greszon Lewin mówi, że „gdy narody przekują miecze na lemiesze, będzie mieszkał wilk z baranem, a lampart z koźlęciem będzie leżał, w te oto błogosławione czasy zniesione będą wszelkie święta z wyjątkiem Hamana, święta zwyciężenia, gdy nawet Hamanów wtedy nawet nie zabraknie”…

Otóż i Hamanów mogłoby w tej utopijnej, idyllicznej, szczęsnej przyszłości nawet zabraknąć (wbrew wróżbie dr. G. Lewina), gdyby właśnie nie ci liczni Lewinowie i synowie z pokolenia Lewi, którzy w zbyt dużym procencie tak moralnością, jak i mentalnością swoją właśnie nie nadają się do nadawania w żydostwie świata tego tonu, o którym mówi rabbi Thon.

Teraz świeżutko o dwóch takich Lewinach było dużo detali w prasie zagranicznej, swojskiej. Jeden to ten doktor (praw?), Izaak Lewin, zbiegły bankier berliński, który klientów ocyganił na 5 milionów marek, po czym zbiegł do… Rio de Janeiro, a potem wypłynął jako profesor ekonomii pod nazwiskiem Norman na katedrze uniwersyteckiej w Cambridge pod Bostonem; przedtem oczywiście sfałszował dokumenty i dyplomy i to… katolickiego uniwersytetu we Fryburgu. Dzielny Lewi został aresztowany podczas wykładu o… sytuacji gospodarczej w państwach południowej Ameryki.

Dość dużo gadania i pisaniny bywało ostatnio o innym Lewinie, naszym swojskim, rodzimym Mojżeszu, pochodzącym z Mińska. Ten znowu zrobił majątek szybko, po czym zajął się organizowaniem grupy sanatorów, którzy mieli sanować interesy „pana Pless”, jak pisują żydki w „Poranniaku”.

Stanowczo nie nadawał się „do nadawania tonu” w Gdańsku obywatel Aron Noiman, który wraz z Mendlą Merin zdołał, jak dotychczas ustalono, sześć dziewcząt z Piotrkowskiego wywieść do lupanarów w Buenos Aires, za co świeżo aresztowan. Jeszcze mniej młody p. Chaskiel Lindenbaum, który rodzonej rodzicielce swojej Rywce Lindenbaum, zwanej seniorką stręczycielek, pomagał w procederze zbierania żywego towaru ludzkiego do salonów przy ulicach Piwnej i Wołyńskiej. Oczywiście tego Lindenbauma nie należy mieszać z innym Lindenbaumem, który zwiał „nagle śmiercią”, zostawiając moc wierzycieli, przedtem pracował kilka lat w branży filmowej, a był do tego stopnia członkiem żydowskiej loży wolnomularskiej „Bnai Brith”, że ta loża objęła na siebie misję mediatorską z wierzycielami…

Nie nadawałaby się do nadawania tonu Europie duża banda, dla której zboczony malarz Czarnecki fałszował artystycznie legitymacje, a to obligacje premiowej pożyczki budowlanej, losy loterii państwowej itp., a których to falsyfikatów kolportażem zajmowali się pp. Abram Leipzygier, Leiba Rabinowicz, Szlama Chumek, Spajzman, Mordka Rapp i ich familie, obecnie wszyscy za kratą. Za fałszywą legitymacją radcy ministerialnego M. Librowicza aresztowano znów sleepingowego „międzynarodowego” działacza p. Rosenbauma.

Również dalej nie nadje się do nadawania tonu w Europie duża organizacja szmuglerów niemieckich haftów i koronek z Drezna i Bremy z panami Szmulem Pryncem (sic), Prendkiem, Blochem, Kottem na czele, którą sąd okręgowy w Kaliszu skazał nie w pełnym komplecie na dwa lata kryminału, po czym sąd apelacyjny na razie uniewinnił, aż do wznowienia dalszych szmuglerskich poczynań i wyczynów.

Czyż dalej nadają się do nadawania tonu żydostwu światowemu panowie Henoch Stajn et Comp. oraz bracia Silberman, właściciele firm Soplica (sic), i „Polonia”, i Polonez (sic) przy ul. Senatorskiej, którzy jako rzetelny Vermouth Cinzano z Turynu sprzedawali przez długie czasy jakieś świństwo z jabłek i cukru, podrabiając etykiety?…

Z dziennikarskiego świata znów nie nadawałby się na nadawanie tonu w Europie „kolega” Cederbaum z Wilna, który „nawiązywał” stosunki z młodymi dziewczynami, dawał im dobrze płatne posady w Gdańsku, aresztowany został jako pozostający w kontakcie z handlarzami żywym towarem w Gdańsku. Nie bardzo to się tak znowu spisał „kolega” Machonbaum, pseudonim Machon (dlaczego nie Mac-Mahon?), założyciel pierwszej mocarstwowej szkoły reporterów w „Palais Wertheim” (Aleje Ujazdowskie), w której wedle nakreślonego planu 700 kandydatów, płacąc rocznie 700 złotych miało po 700 dniach z gotowymi dyplomami zając wszystkie 700 miejsc wolnych w prasie, zarabiając 700 złotych, gdyby nie fatalna interwencja władz, które położyły ciężką dłoń na ramieniu lekkiego Machonbauma.

Jak widzimy z tego krótkiego przeglądu jednego tygodnia styczniowego w Polsce r. 1932, wszyscy ci współobywatele to byli ludzie, którzy zbyt przejęli się talmudyczną wspominaną wielokrotnie w dziele Nachalnika maksymą brzmiącą: Gazet kusy muter, co znaczy: grabić gojim jest dozwolone. (Urke Nachalnik, „Życiorys własny przestępcy”, z przedmową prof. uniwersytetu pozn. dr. Stef. Błazowskiego. Patronat opieki nad więzieniem, Poznań 1933.) Natomiast całkiem zlekceważyli sobie ci panowie rodacy „Zasady religijne” pana Kopelmana (nauczyciela szkół handlowych w Warszawie, gdzie wyraźnie przecież w komentarzu do 8 przykazania czytamy:

„Ósme przykazanie zakazuje nam przywłaszczania sobie cudzej własności jakimkolwiek bądź sposobem. Powinniśmy też wstrzymywać się od oszustwa, podstępu, łudzenia, kłamstwa, lichwy, fałszywej wagi i miary”.

A więc jednak: wstrzymywać się!

Tymczasem nie zdołała się wstrzymać od tego pewna dama polska, której nazwisko zdradziła wiedeńska „Arbeiter Zeitung” z 20.12.1932 r., a o której cały artykuł pt. „Habe die Ehre” (uszanowanie pani – przyp. W.L.), nie wymieniając nazwiska (wyznania i rasy), dał w żydowskiej „Weltbühne” berliński p. Paul Elbogen, pisząc tylko stale: „die Frau des polnischen Attaches”…

Lady Marianna Parnes, jadąc z Wiednia do Czechosłowacji szmuglowała na sobie: 198 szylingów austriackich, 2800 franków szwajcarskich, 680 dolarów, 700 guldenów holenderskich, 14 dolarów kanadyjskich, 14 funtów angielskich etc. Lady Marianna Parnes starała się na stacji granicznej Gmund przy rewizji przekupić urzędniczkę-gojkę sumą 10 000 szylingów austriackich. Lady Parnes została aresztowana. Mąż lady Parnes, długoletni szef wydziału prasowego przy polskim poselstwie w Wiedniu został wydalony ze służby.

Paul Elbogen poświęca cały artykuł cnocie i hartowi urzędniczki proletariuszki z urzędu celnego w Gmund.

Mąż lady Parnes tempore belli (czas wojny – przyp. W.L.) był najzajadlejszym oszczercą narodowego obozu i Komitetu w Szwajcarii. W nagrodę za to nędzny skryba został podporą poselstwa przy Siehmanie („Szarotka”) i przy Baderze (kreacja Radziwiłłów).

Czy rabbi dr Ozjasz Thon obstaje nadal przy swojej tezie o „nadawaniu żydostwu światowemu”?…«

Zapewne niewiele się od tamtych czasów zmieniło, w tym sensie, że to ta sama nacja zawsze jest uwikłana we wszelkiego rodzaju afery, szczególnie finansowe. Dziś już mają inne imiona i nazwiska, przeważnie polskie. Natomiast zasada Gazet kusy muter, czyli grabić gojim jest dozwolone, jest może bardziej aktualna niż przed wojną i bardziej powszechna. Obecnie praktycznie cała grabież sprowadza się do wykorzystania pustego pieniądza, wykreowanego z niczego. Te pieniądze trafiają do nielicznych. W przypadku opisywanej przez Konfederację ukraińską afery trafiły one zapewne do żydowskich lekarzy i może jeszcze do ich pomocników, czyli szabesgojów. W ministerstwie finansów na decyzyjnych stanowiskach siedzą również oni. I zapewne podobnie jest w sądach i w urzędach skarbowych. To oni tworzą przepisy, które zawierają luki prawne, o których wiedzą tylko nieliczni i tylko oni je wykorzystują. Przy takim opanowaniu kluczowych urzędów wszelkie próby dotarcia do sprawców afer kończą się niepowodzeniem.

Tak właśnie odbywa się transfer bogactwa, bo puste pieniądze pozwalają jednak na zakup całkiem „niepustych” nieruchomości, ziemi, firm, zakładów przemysłowych, wszelkiego rodzaju mediów itp. To oni wygrywają lukratywne przetargi rządowe (patrz Szumowski) i samorządowe, bo i tam ich nie brakuje. I w ten sposób dążą Żydzi do osiągnięcia swoich celów ostatecznych, czyli do przejęcia wszelkiego ziemskiego bogactwa.

Nazizm

Nazizm jest skomplikowaną ideologią, bo łączy w sobie jakby dwie sprzeczne ze sobą ideologie: nacjonalizm i socjalizm. Tak przynajmniej było jeszcze w XIX wieku. Później zaczęło się to zmieniać. Później, to znaczy po I wojnie światowej. Nie udała się rewolucja bolszewicka w Niemczech w listopadzie 1918 roku. A może miała się nie udać? Może miała powstać ideologia wroga socjalizmowi, który z założenia jest międzynarodowy. Jakiż więc socjalizm miałby stawić czoła socjalizmowi międzynarodowemu? Tylko socjalizm narodowy. Oswald Spengler przedstawił swoją doktrynę w 1919 roku. NSDAP, czyli Narodowosocjalistyczna Niemiecka Partia Robotników powstaje w lutym 1920 roku. Mamy więc z jednej strony państwo socjalistyczne, które pragnie szerzyć idee rewolucyjne po całym świecie, a z drugiej – państwo, któremu brakuje przestrzeni życiowej i przekonane o wyjątkowości narodu w obrębie tego państwa. Do konfliktu musiało dojść, zwłaszcza że państwa te, po zlikwidowaniu karykaturalnego tworu zwanego II RP, miały wspólną granicę.

Dla porządku wypada jeszcze dodać, że najlepszy wynik wyborczy NSDAP w wolnych wyborach to 37%. Hitler doszedł do władzy w wyniku politycznych gierek ówczesnych elit partyjnych w Niemczech, a nie dlatego, że wybrał go naród niemiecki.

Encyklopedia PWN tak pisze o nazizmie:

»Nazizm, narodowy socjalizm, hitleryzm, ruch polityczny (od 1919), ideologia, od przejęcia władzy przez A. Hitlera (1933) system państwowy w Niemczech (tzw. III Rzesza).

Nazizm jako ideologia pokonanych, rozczarowanych i spragnionych odwetu był przepełnionym nienawiścią programem negacji powojennego ładu; zwracał się przeciw liberalizmowi, systemowi wielopartyjnemu i parlamentaryzmowi, demokracji, marksizmowi, komunizmowi i pacyfizmowi, które uznawał za inspirowane i wspierane przez Żydów; występował przeciwko chrześcijaństwu i Kościołom, próbując stworzyć własną „religię germańską”. Nazizm głosił skrajny antyindywidualizm, dążąc do zawładnięcia „całym człowiekiem”, wymagał nie tylko lojalności i posłuszeństwa, ale i czynnego wspierania ruchu, m.in. przez doskonalenie „narodowosocjalistycznego instynktu”. 

Nawiązując do ideologii romantyzmu i rasizmu głosił skrajny nacjonalizm, uważając naród za wspólnotę krwi, zdeterminowaną biologicznie i rasowo. Opierając się na darwinizmie społecznym uznawał siłę i i walkę za podstawowe prawo społeczne. Nacjonalizm w nazizmie znajdował wyraz w ideologii wroga, którego należy bezwzględnie zwalczyć; wrogiem był Żyd, komunista, liberał, socjaldemokrata. Wyrazem nacjonalizmu były także teorie „krwi i ziemi”, braku „przestrzeni życiowej” i pochwała wojny. Nazizm demagogicznie łączył ideę nacjonalizmu z elementami socjalizmu, stojąc na stanowisku, że każdy naród ma prawo do własnej wersji socjalizmu.«

Z kolei Wikipedia pisze:

»Po raz pierwszy w historii nazwa narodowy socjalizm pojawiła się we Francji. Użył jej Maurice Barrès w piśmie „Courier de l’Est” (artykuł Que faut-il faire?) z 2 V 1898 roku. Kilka lat potem zwrot ten powtórzył w artykule Socialisme et nationalisme („La Patrie” z 27 II 1903), dzięki czemu został spopularyzowany.

Que faut-il faire?” – znaczy to mniej więcej tyle, co leninowskie „Szto diełat?”(Co robić?).

Maurice Barrès (1862-1923) – francuski powieściopisarz, eseista i teoretyk nacjonalizmu. W wieku 27 lat wszedł do Izby Deputowanych. W tym czasie starał się stworzyć socjalizm narodowy, działając w kręgach lewicowych. Pragnął obrony robotników francuskich przed imigrantami i był przeciwnikiem importu produktów zagranicznych. Afera Dreyfusa wpłynęła na rozejście się drogi Barrèsa z socjalizmem i socjalistami i wykrystalizowaniem się nacjonalizmu, który nie miał charakteru ekspansjonistycznego, a obronny. Chciał odzyskać ziemie, które Francja straciła w 1871 roku. Był wrogo nastawiony do Niemców. Chwalił militaryzm i tradycję, podkreślał rolę przeszłości i jej wpływ na życie narodu.

Narodowy socjalizm, nazizm – to rasistowska, antykomunistyczna, antydemokratyczna i antysemicka ideologia Narodowosocjalistycznej Niemieckiej Partii Robotników (NSDAP). Niemiecka, skrajna odmiana faszyzmu, opierająca się na darwinizmie społecznym, biologicznym rasizmie, w szczególności na antysemityzmie, wyrosła na gruncie militaryzmu pruskiego i niemieckiego szowinizmu, czerpiąca z haseł nacjonalnych, jak i socjalnych.

Nazwę doktryny przypisuje się konserwatywnemu myślicielowi Oswaldowi Spenglerowi, który w eseju Duch pruski a socjalizm (1919) przedstawił własną koncepcję terminu socjalizm, odmienną od powszechnie z nim kojarzonym socjalizmem naukowym lewicy rewolucyjnej. Perspektywa Spenglera przedstawiała wielowiekowe zmagania Niemiec o korzystną pozycję wśród innych narodów i walkę o dominację nad nimi mającą charakter rewolucji narodowej. Tak pojęty socjalizm narodu niemieckiego przeciwstawia parlamentaryzmowi brytyjskiemu, określonemu jako nieskuteczny, a także marksizmowi, który uważa za czynnik konfliktujący elity konserwatywne oraz zwykłych pracowników. Spengler nie był jedynym konserwatystą, z którego dorobku czerpał nazizm. Inni to: Hegel, Schopenhauer oraz Nietzsche.

Nazizm wprowadzał w życie zasady antyliberalnego kolektywizmu, który stał się wizytówką kultury publicznej III Rzeszy i promował etniczny fundamentalizm. Niemiecka odmiana faszyzmu jako skrajnie antyindywidualistyczna promowała zasady etatyzmu i korporacjonizmu. Sporo uwagi interwencjonistycznej gospodarce nazistowskiej poświęcali Luwig von Mises i Friedrich von Hayek. Wspomniani ekonomiści uważali, że pod względem ekonomicznym nazizm promował w istocie centralne planowanie w socjalistycznym wydaniu. Należy przy tym pamiętać, że działalność obu ekonomistów zbudowana była na negacji doktryny socjalistycznej oraz zasadzie przeciwieństw między wartościami wolnego rynku, a ich socjalistycznymi antytezami. Z poglądami Misesa i Hayeka nie zgadzają się przedstawiciele lewicy, definiujący często narodowy socjalizm jako jedną z form kapitalizmu. Zdaniem skrajnej lewicy nazizm stanowi wręcz najwyższe i i najbardziej zdeprawowane stadium kapitalizmu.«

Z przytoczonych powyżej fragmentów widać, że z tym nazizmem jest problem: czy on ma korzenie prawicowe, czy – lewicowe. Z definicji encyklopedii PWN wynika, że nazizm demagogicznie łączył ideę nacjonalizmu z elementami socjalizmu, stojąc na stanowisku, że każdy naród ma prawo do własnej wersji socjalizmu. Co to jednak znaczy „demagogicznie” encyklopedia nie wyjaśnia.

Żeby więc zrozumieć czym jest nazizm, czyli narodowy socjalizm, to trzeba znać definicje socjalizmu i nacjonalizmu. Szukałem definicji socjalizmu w internecie, w słownikach, ale wszystkie one jakieś takie mętne, nieprecyzyjne. Wydaje mi się, że najprościej to tłumaczy Feliksa Eger w swojej książce Historia towarzystw tajnych, wydanej w 1904 roku. Eger pisze:

„Nazwa socjalizmu nadana została wszelkim systemom dążącym do przetworzenia społeczeństwa. Co do sposobu wykonania systemy te dzielą się na dwa rodzaje: jeden z nich dąży do przeobrażenia rodziny i własności przy pomocy stowarzyszeń, którymi by państwo kierowało, co jest właściwym socjalizmem; drugi pragnie znieść wszelką własność osobistą, ustanowić wspólność dóbr, usunąwszy wszelką interwencję rządu; to się nazywa komunizmem. Idee socjalistyczne i komunistyczne są koniecznym wynikiem dogmatu i moralności masońskiej, a tło ich stanowi materializm i naturalizm. Już w XVIII wieku wolnomularze francuscy objawili zasady socjalistyczne i starali się zaprowadzić komunizm.”

Natomiast nacjonalizm tłumaczy Tadeusz Gluziński w książce Odrodzenie idealizmu politycznego z 1935 roku. Pisze on:

„Dopiero następstwa takich historycznych faktów, jak zjednoczenie Włoch i Niemiec, jak bohaterska obrona po pogromie Francji w 1871 r. przejawiając rosnącą samowiedzę u narodów europejskich, dały ponownie pochop do nowych sformułowań. W końcu XIX w. zjawiają się pisarze narodowi we Francji, Włoszech i Niemczech; ci wyraziciele, a poniekąd i twórcy nowych ruchów, wychowani w doktrynach wolnomularskich, sądzą, że prawo do istnienia i widoki na zwycięstwo może mieć tylko taki ruch narodowy, który socjalizmowi, czyli internacjonalizmowi potrafi się przeciwstawić w równie skończonej szacie naukowej, a więc uzbrojony we własną filozofię, historiozofię, a – co w owym czasie uchodziło za najważniejsze – oparty o nauki przyrodnicze. Tak sformułowane systemy, jako przeciwieństwo internacjonału, czyli międzynarodówki socjalistycznej, nazwano nacjonalizmem. Twórcy ich oddychali od dziecka oparami filozofii pozytywistycznej; przyroda była dla nich bóstwem, jej prawda najwyższym przykazaniem, nieubłagana walka o byt koniecznością żelazną, pochłanianie słabszych przez silniejszych codziennym zdarzeniem życia. Naród – mówili – to po prostu organizm wyższego rzędu; jedynym kryterium jego działania winien być jego własny interes, pojęty skrajnie egoistycznie. Teoria egoismo sacro, która dziś jeszcze na wskroś przenika faszyzm, łączy się bezpośrednio z samymi podstawami sformułowań nacjonalizmu.

W Polsce literatura nacjonalistyczna – mimo swych odrębności, wynikłych z ówczesnego położenia Polaków, jako narodu pozbawionego państwa – także nasiąkła wyziewami pozytywizmu. I u nas uznano naród za organizm (bez żadnej przenośni), walczący o byt, podlegający chorobom a nawet zarazom. Ten naród-organizm winien kierować się w swym postępowaniu li tylko skrajnym egoizmem, jaki obserwujemy rzekomo wszędzie w przyrodzie; Zygmunta Balickiego Egoizm narodowy zawierał w sobie przykazania etyczne dla polskiego nacjonalisty.

Dążnością polskich pisarzy narodowych stało się stworzyć system możliwie wykończony i zwarty, możliwie w swym ujęciu naukowy i obiektywny. Chłodne, rozumowe traktowanie zagadnień było naturalnym przykazem, wymogiem owej naukowości, w której pławiła się cała Europa. Doktrynie socjalistycznej usiłowano położyć tamę przez zbudowanie doktryny nacjonalistycznej. Socjalistycznemu światopoglądowi przeciwstawiano światopogląd narodowy.

Taki system nacjonalizmu w Polsce, jak i gdzie indziej, pod grozą utraty swego naukowego charakteru, nie mógł się oczywiście obejść bez definicji naczelnego pojęcia, a więc bez definicji pojęcia narodu; ile na ten temat wyczyniono harców myślowych, by znaleźć potrzebne do definicji słowa, a jak przy tym niekiedy poświęcano zdrowy sens, wystarczy wspomnieć, że przez długi czas czczono, jak fetysza, definicję, mocą której naród był zbiorowością ludzką, osiadłą na pewnym określonym terytorium, posiadającą wspólny język i wspólną historię. Na gruncie tej definicji żydzi, którzy propagowali z początkiem XX w. masowy ruch asymilacyjny swej inteligencji i wchodzili w polskie życie publiczne, twierdzili – przy aplauzie polskich nacjonalistów – że odrębny naród żydowski nie istnieje, nie posiada bowiem ani wspólnego terytorium (Palestyna nie jest takim terytorium, bo mieszka w niej tylko znikoma ilość żydostwa), ani wspólnego języka (ani hebrajski, ani tym bardziej żargony nie są językiem wspólnym dla żydów), ani wreszcie historii (boć historia żydów – to niejako historia rozmaitych narodów, wśród których żydzi żyją). Jest to jaskrawy przykład, jak pogoń za naukowością i wyssany z łona XIX w. doktryneryzm przesłaniał nawet nacjonalistom rzeczywistość i rozbrajał ruch narodowy w stosunku do istotnych niebezpieczeństw.”

Czym jest zatem narodowy socjalizm, czyli nazizm? Czy jest to proste połączenie nacjonalizmu i socjalizmu? Czy miało to być połączenie z natury ekspansywnego socjalizmu z zamkniętym w sobie nacjonalizmem i stworzenie ideologii ekspansywnego nacjonalizmu? I kto na to wpadł? Adolf Nowaczyński w książce Plewy i perły z 1934 roku pisze:

»Że w żydostwie niemieckim, maluczko a także i w światowym zmieniają już ster ku Hitleryzmowi, to znaczy, że zaczynają próbować się łasic, na to przytoczymy jeszcze dwa dowody.

Pierwszy to przypomnienie Niemcom tego, że to jednak starozakonnik był ten, który pierwszy przepowiedział zwycięstwo Hitlera! Wróżbita! Jasnowidz! W r. 1925 wydał swą powieść Artur Landsberger pt. „Berlin bez żydów” wizję przyszłości, z której bardzo wiele przewidywań spełniło się co do joty. Teraz to na gwałt przypominają Hitlerowi i jeszcze dyskretnie, ale już nachalnie triumfują. Landsberger był Johanaanem tego Hamana! Po pierwsze!

Drugie – to udowodnienie czarno na białym, że ten cały Hitler większą połowę swego programu wziął, po prostu zeskamotował także, co tu zatajać jednak, znów żydowi. Co to, tam gadać, co to udawać oryginalnych! Co tam Niemiec potrafi wymyślić? Niedawno przecież pisał „Nasz Przegląd”:

„Cham nie rozumie. Cham nie wie, że genialni żydzi Haber, Bosch, Frank Caro czy Weinberger stworzyli możliwości pracy dla dziesiątków tysięcy nordyckich, germańskich Niemców. Cham nie wie, że dla rozkwitu cywilizacji i kultury niemieckiej 600 000 żydów zrobiło przynajmniej tyle co 65 milionów Niemców”…

„Nasz Przegląd” pisał to miesiąc temu (kiedy jeszcze krew zalewała oczy) w przekonaniu, że o tym żaden Bismarck, żaden Moltke, żaden Hitler nigdy się nie dowie… „Cham” niemiecki nie wynalazł więc i programu Nazi-Sozi. W praskim „Prager-Tageblacie” jeden z mędrców Syjonu udowodnił teraz czarno na białym, że najważniejsza część tej ideologii, tj. „obowiązek służenia w armii pracy” („Arbeitsdienstpflicht”), to „w gruncie rzeczy” tylko realizacja pomysłu wiedeńskiego „mędrca Syjonu” Józefa Poppera. Nie jest to żaden dowód kliniczny pansemickiego superiority complex (G. B. Shaw dixit) nie, to czysta prawda. Według żydowskiej bojowej – „Weltbühne” Popper („Lynkeus”) to był „ostatni humanista Zachodu” (sic), „bezpośredni potomek encyklopedystów francuskich” (sic). Mało kto wie o tym, że taki Popper (nie Pomper) „sam dokonywał wynalazków” (sic). W r. 1878 opublikował „ostatni humanista” Popper swą fundamentalną (sic) pracę: „Prawo do życia, i obowiązek śmierci”. On wynalazł „obowiązek służenia w armii wyżywienia” (sic), a potem to on napisał dzieło „Wojna, służba wojskowa i ustrój państwowy”, gdzie obok „Nahrpflicht” postawił także „Wehrpflicht”. I z tych to dwóch „dzieł” inżyniera Poppera „bezpośredniego potomka encyklopedystów francuskich” (i… szynkarzy galicyjskich) cały swój program po prostu oderżnęli narodowi socjaliści. Nie z żadnego Gobineau ani z H. S. Chamberlaina, nie ze Sorela i z Pareto, nie od Mussoliniego i Papiniego, nie z Chestertona i od Belloca, a przeważnie i jedynie od J. Poppera (Lynkeusa), dodając do tego barbarzyński antysemityzm Tacyta, Cycerona, Dantego, Woltera, Goethego, Bonapartego, Dostojewskiego, Marksa i warszawskich Endeków…

Czy jest atoli szansa, że Hitler realizując genialne dzieła „ostatniego humanisty Zachodu” (p. p. Popper, Wien. Central-Caffe) może jeszcze zmieni się nieco i poprawi, gdy krew przodków w nim się odezwie? Otóż jest. Tak bowiem twierdzi niezawodny bojownik „Naszego Przeglądu” S. H., pisząc:

„Gdyby tedy Hitler naprawdę chciał prowadzić ideę popperowską, nie propagowałby antysemityzmu, który jest antytezą tej idei”. Może zechce?«

O Józefie Popperze (1838-1921) polska Wikipedia nie pisze, odsyła do angielskiej, a w niej można przeczytać:

»Pomysły Poppera-Lynkeusa były jak na jego czasy nowatorskie. W inżynierii myślał o możliwości przesyłania energii elektrycznej, zamiany energii mechanicznej wodospadów i przypływów na energię elektryczną (1862). W fizyce myślał o zależności masa-energia (1883) i idei energii kwantowej (1884), zasadzie nieuniknionego zniekształcenia parametrów badanych obiektów przez przyrządy pomiarowe. W psychologii myślał o interpretacjach snów opartych na analizie konfliktu między społeczną świadomością jednostki a jej zwierzęcymi instynktami (opowiadanie Śniąc jak na jawie, 1889). Kilka lat przed Theodorem Herzlem w dziele Książę Bismarck i antysemityzm (1886) Popper-Lynkeus doszedł do wniosku, że Żydów przed antysemityzmem może uratować tylko własne państwo. Jego stworzenie uważał za pilną potrzebę, a rodzaj ustroju na początku nie miał znaczenia. To nawet mogłaby być monarchia.

Wspomniane opowiadanie zostało włączone do zbioru opowiadań filozoficznych pod wspólnym tytułem Fantazje realisty, który ukazał się w 1899 roku i doczekał się dwudziestu wydań. Od tego czasu Popper-Lynkeus używał pseudonimu Lynkeus – od bystrowidzącego strażnika ze statku Argonautów, występującego także w Fauście Goethego. Trzy z wielu pomysłów, jakie Popper-Lynkeus zasugerował w tym zbiorze to:

  • Wpływ muzyki marszowej na masy;
  • O celowości niektórych kar;
  • Prawo każdej jednostki do istnienia.

Popper-Lynkeus wspomina o wielkiej sile, jaką muzyka ma nad masami. Twierdził, że muzyka marszowa często służy jako wsparcie tyranii, przekształcając masy w plastyczną substancję, którą można formować w dowolny sposób. Ta idea Poppera-Lynkeusa jest podobna do tej Lwa Tołstoja, który powiedział: „Ci, którzy chcą mieć więcej niewolników, powinni komponować więcej muzyki marszowej.”

W wymiarze sprawiedliwości Popper-Lynkeus utrzymywał, że publiczne potępienie powinno być główną karą za popełnione przestępstwa, a do więzienia powinni trafiać tylko recydywiści. Według Poppera-Lynkeusa prawo do istnienia jest podstawowym i naturalnym prawem każdego człowieka i z tego powodu państwo nie powinno wymierzać kary śmierci bez jego zgody. Był zwolennikiem obowiązkowej służby wojskowej, ale pod warunkiem, że na pola bitew będą wysyłani tylko ochotnicy.

Według Poppera-Lynkeusa społeczeństwo ma obowiązek zapewnić swoim członkom dobra pierwszej potrzeby – żywność, odzież i mieszkanie – a także usługi pierwszej potrzeby – publiczną opiekę zdrowotną, wychowanie i edukację. Jednak każdy zdrowy członek społeczeństwa w ramach służby pracy uczestniczyłby w zajęciach niewymagających wyższego lub średniego wykształcenia specjalistycznego, a związanych z tworzeniem materialnych podstaw gospodarki narodowej (np. górnictwo, leśnictwo, praca w gospodarstwie rolnym, prace budowlane). Zajmowałby się również produkcją towarów i świadczeniem podstawowych usług.

Zdaniem Poppera-Lynkeusa sprawiedliwe społeczeństwo powstałoby nie w wyniku gwałtownego przewrotu społecznego, ale w wyniku procesu perswazji i wspólnego konsensusu. W tym społeczeństwie każda jednostka w ciągu swojego życia przechodziłaby cztery etapy wieku społecznego (trzeci z nich można pominąć): 1) edukacyjny (do 18 roku życia); 2) naturalno-ekonomiczny (mężczyźni do 30 lat, kobiety do 25 lat); 3) finansowo-ekonomiczny; 4) renta. Każdy członek społeczeństwa określiłby granicę między dwoma ostatnimi etapami według własnego uznania.

W drugim z tych etapów wszyscy zdrowi członkowie społeczeństwa biorą udział w służbie pracy i na tej podstawie uzyskują prawo do bezpłatnego zaspokojenia podstawowych potrzeb w ciągu całego swojego życia.

W trzecim etapie ci członkowie społeczeństwa, którzy chcą pracować, mogą prowadzić działalność finansową i gospodarczą w jednym z sektorów państwowych lub prywatnych (w tym ostatnim przypadku albo jako pracownicy najemni, albo jako wolni przedsiębiorcy). Otrzymują zapłatę za swoją pracę, co umożliwia im zakup towarów i dostęp do usług niepodstawowych.

W ostatnich dwóch z wyżej wymienionych etapów wieku społecznego każdy człowiek jest wolny. Nie można tego powiedzieć o dwóch pierwszych etapach, kiedy ludzie zdobywają wolność i dorastają, by być jej w pełni świadomymi. Jak zauważył Popper-Lynkeus, wraz z postępem naukowym i technologicznym czas trwania drugiego etapu będzie się stopniowo zmniejszał. Jednocześnie rozszerzałby się zakres pojęcia towarów i usług pierwszej potrzeby.

Wśród warunków niezbędnych do stworzenia takiego systemu społecznego, zdaniem Poppera-Lynkeusa, jest konieczność pielęgnowania w dorastającym pokoleniu na pierwszym etapie wieku społecznego takich cech, jak miłość i szacunek do innych ludzi, chęć do pracy i negatywny stosunek do fałszywych potrzeb, oraz konieczność wypracowania sobie nawyków racjonalnego wykorzystania wolnego czasu.

Wśród wielbicieli pomysłów Poppera-Lynkeusa byli fizycy Albert Einstein i Ernst Mach, filozofowie Martin Buber i Hugo Bergman, chemik Wilhelm Ostwald, matematyk Richard von Mises, statystyk Karl Ballod (Kārlis Balodis), fizjolog Theodor Baer, psycholog Zygmunt Freud, pisarze Max Brod, Stefan Zweig i Arthur Schnitzler oraz założyciel syjonistycznego ruchu rewizjonistycznego Ze’ev Żabotyński.

Żabotyński zwrócił uwagę na pięć elementów minimalnego programu Poppera-Lynkeusa: żywność, ubrania, mieszkania, usługi zdrowotne i edukację. Nazywając brak któregokolwiek z tych czynników „dziurą”, powiedział: „Społeczeństwo ludzkie jest podobne do przedszkola. W przedszkolu jest pięć dziur, zgodnie z tymi pięcioma elementami. Dzieci bawiące się w przedszkolu są zagrożone wpadnięciem do jednej z nich. Co robi gwardia pruska? Stawia tarcze z napisami: ‘Nie idź w prawo!’ lub ‘Nie idź w lewo!’ Za Popperem-Lynkeusem proponuję zakryć wszystkie te dziury i dać dzieciom możliwość swobodnej zabawy, tak jak chcą”.

W przeddzień 150-tej rocznicy urodzin Josefa Poppera na Uniwersytecie Johanna Wolfganga Goethego we Frankfurcie nad Menem utworzono fundację, której celem jest badanie i propagowanie jego dorobku i idei.«

Wychodzi więc na to, że pewne idee są starsze niż niektórzy próbują nam wmówić. Że marksizm kulturowy nie jest wcale taki oryginalny, że to, co nam obiecują globaliści też nie do końca jest nowatorskie. Wszystko już wcześniej zostało wymyślone, tylko czekało na swój czas. Nawet to owsiakowe „róbta, co chceta”.

Niektórzy stawiają znak równości pomiędzy nazizmem a faszyzmem, a nawet uważają nazizm za skrajną odmianę faszyzmu, co jest nieprawdą. W nazizmie mamy do czynienia z kultem narodu, a w faszyzmie – państwa. Można sobie oczywiście zadać pytanie, czy to ma jakieś znaczenie, skoro te wszystkie ideologie tworzą Żydzi na swój użytek. Może tylko takie, że będziemy wiedzieć, jak bardzo ten naród zdominował nasze życie umysłowe. Podstawiają nam coraz to nowe pomysły na poprawę naszego życia, które ma się zmienić na lepsze po ich zrealizowaniu, a tak naprawdę, to służą do osiągnięcia ich celów.

Konfucjanizm

Ostatnio na niektórych kanałach internetowych i w niektórych środowiskach popularyzowany jest chiński model gospodarki, która jest stawiana za wzór, a Polska jako państwo powinna przeorientować swoją politykę na współpracę z Chinami. Może to jest jakiś pomysł, ale najpierw należałoby zadać sobie parę pytań. Czy Polska jest państwem suwerennym i może uprawiać politykę zgodnie z jej własnym interesem? Czy Chiny są państwem niezależnym i czy istnieje coś takiego, jak chińskie dążenie do dominacji nad światem? Bo w tradycji chińskiej było raczej odgradzanie się od niego.

Chiny zostały po 1972 roku, podobnie jak wcześniej Związek Radziecki, uprzemysłowione przez Stany Zjednoczone. Czy to uprzemysłowienie odbyło się w sposób altruistyczny? Czy dano Chinom nowoczesną technologię tak zupełnie bezinteresownie? Czy te potężne obecnie chińskie firmy są własnością Chińczyków? Kto kontroluje światowy handel? Chińczycy czy Żydzi? Bo jeśli Żydzi, to Chińczycy są od nich zależni. Przekonał się o tym kiedyś potężny Henry Ford, który rzucił im wyzwanie. Gdy jednak chciał wprowadzić na rynek nowy model Forda, to handlarze samochodów nie zgodzili się na jego sprzedaż. I musiał on ich oficjalnie przeprosić. Taka jest potęga nacji, która od ponad 2000 lat kontroluje światowy handel. To jest dziedzina, w której najszybciej następuje przyrost kapitałów. I nie ma w niej przestojów. Produkty się zmieniają, jedne wychodzą z użytku, inne, nowe, je zastępują, a handel wciąż się kręci. Bez odpowiedzi na powyższe pytania wszelka dyskusja na temat Chin staje się jałowa.

Chiny są krajem komunistycznym i żadnej demokracji tam nie było i nie będzie. Okresem przejściowym pomiędzy cesarstwem a komunizmem była Republika Chińska (1911-1949). Był to czas walk wewnętrznych i wojny chińsko-japońskiej (1937-1945).

Żeby jednak zrozumieć lub przynajmniej próbować zrozumieć, czym są Chiny i jaka jest mentalność przeciętnego Chińczyka, to wypada przybliżyć sobie, choć trochę, konfucjanizm, a więc system filozoficzny, którego podstawowe założenia przypisuje się Konfucjuszowi. Żył on w przybliżeniu w latach 551-479 p.n.e. Zmarł w wieku 72 lat, a 72 to w Chinach od najdawniejszych czasów liczba magiczna.

W 1976 roku Ossolineum wydało Dialogi konfucjańskie w tłumaczeniu Krystyny Czyżewskiej-Madajewicz, Mieczysława Jerzego Künstlera i Zdzisława Tłumskiego. Wstęp do tej książki napisał Mieczysław Jerzy Künstler. Wybrałem z niego fragmenty odnoszące się do konfucjanizmu jako systemu filozoficznego. Autor wstępu pisze:

»Wśród wielkich systemów filozoficznych konfucjanizm zajmuje jedną z najznakomitszych pozycji. Przez ponad dwa tysiące lat był on oficjalną doktryną jednego z największych i najludniejszych państw świata, a sfera jego bezpośrednich wpływów wykraczała daleko poza ojczyste Chiny. To właśnie konfucjanizm ukształtował w znacznej mierze moralno-etyczne oblicze Azji Wschodniej. Jego wpływ odnaleźć można z łatwością w typowych dla tego kręgu cywilizacyjnego postawach i zachowaniach, i to nie tylko w przeszłości, lecz również w czasach nowszych.

Rolę konfucjanizmu w życiu społecznym ludów Azji Wschodniej można przyrównać do tej, jaką odegrały wielkie religie świata na innych obszarach. Lecz zastrzec trzeba od razu, że analogia taka jest dość powierzchowna, bowiem konfucjanizm nigdy religią nie był, przynajmniej nie był nią w tym sensie, w jakim są nimi chrześcijaństwo czy islam. Nie znaczy to oczywiście, że konfucjanizm nie posiadał – zwłaszcza w epokach późniejszych – pewnych atrybutów religii. Był to jednakże przede wszystkim system filozoficzny, kładący szczególny nacisk na normy życia społecznego, na etykę i moralność.

Klasyczna epoka starożytności chińskiej, tj. okres od połowy VI do schyłku III w. p.n.e., to czasy najwspanialszego rozwoju chińskiej myśli filozoficznej. Chińczycy zwykli mówić o istniejących wówczas «stu szkołach». I choć liczebnik należy w tym wypadku rozumieć jako ogólny wskaźnik liczby mnogiej, to jednak zwrot ten dobrze charakteryzuje mnogość rywalizujących ze sobą światopoglądów, mnogość, którą jedynie do tej, jaką znała klasyczna filozofia grecka, można przyrównać. Był to więc okres nieustających kontrowersji, ostrych nieraz sporów i polemik, a nawet walk ideologicznych, które w pewnych latach doprowadziły do prześladowań politycznych.

Tłem owej walki przeciwstawnych i zwalczających się systemów filozoficznych był pogłębiający się zamęt w sferze politycznego i społecznego życia państw konfederacji chińskiej, ów zamęt, z którego w końcu III w. p.n.e. narodzić się miało scentralizowane cesarstwo chińskie zamykające epokę feudalizmu w Chinach.

Przez cały okres klasycznego feudalizmu konfucjanizm był tylko jedną z konkurujących ze sobą doktryn filozoficznych, przy czym sfera jego oddziaływania nie należała do największych. Nie cieszył się on ani taką popularnością wśród ludu, jaką z łatwością zdobył sobie zawierający pewne elementy egalitaryzmu altruizm Mo-tsy, czy zawsze bliższy masom taoizm, ani takimi wpływami na dworach książęcych jakie mieli – zwłaszcza pod koniec tej epoki – zwolennicy tzw. szkoły praw, czyli legiści, których poglądy pierwsze cesarstwo uczyniło ideologią państwową.

W pewnym momencie dziejowym, właśnie wtedy, gdy zawalił się ostatecznie feudalny świat klasycznych Chin, a na jego gruzach powstało wyższe ponad partykularyzmy udzielnych księstw wielkie cesarstwo chińskie, gdy we wszystkich od kilku stuleci podzielonych ziemiach chińskich dokonywała się prawdziwa rewolucja społeczna i ekonomiczna, gdy triumfujący legizm dążył do usunięcia wszystkich konkurentów, wydawać się mogło, że oto nadszedł kres kariery mistrza z Lu. A jednak już w kilka lat po upadku pierwszego krótkotrwałego cesarstwa dynastii Ts’in i przejęciu władzy przez bardziej skłonną do kompromisu dynastię Han, konfucjanizm począł krok za krokiem zmierzać do zapewnienia sobie dominującej pozycji w cesarstwie chińskim. Pozycję tę zdobył w ciągu pierwszego wieku panowania Hanów i odtąd zdołał ją utrzymać aż po upadek cesarstwa w początkach naszego wieku. Ze wszystkich szkół filozoficznych, w jakie tak obfitowała starożytność chińska, jedynie konfucjanizm umiał – przechodząc stopniową ewolucję – zachować tak długo swą żywotność.

Główne idee myśli Konfucjusza

Myśl Konfucjusza – jak większość systemów filozoficznych starożytności chińskiej, lecz jednocześnie w większym stopniu niż inne – jest skoncentrowana wokół człowieka i jego życia w społeczeństwie, jednym, jakie znał, tj. społeczeństwie wykazującym elementy schyłkowe klasycznego feudalizmu chińskiego. Cechą charakterystyczną tej myśli jest całkowity brak zainteresowania zagadnieniami ontologicznymi, a co za tym idzie, programowe unikanie rozważań na tematy wierzeń religijnych. Nie znaczy to, że Konfucjuszowi można przypisać poglądy ateistyczne. Dialogi… wykazują, że akceptował on wierzenia swojej epoki, uważał jednak, że nie powinny one być przedmiotem dociekań.

Jest w każdym razie pewne, że Konfucjusz przyjmował i popierał usilnie te zespoły wierzeń, które mogły odegrać pozytywną rolę społeczną. Do takich wierzeń należał kult zmarłych przodków i związane z nim reguły żałoby. Konfucjusz przypisywał rodzinie ogromną rolę społeczną, a stosunki hierarchiczne i wynikające z nich wzajemne zależności przenosił na sferę życia pozarodzinnego, życia społecznego. Toteż w systemie tym kult przodków i reguły żałoby stanowią jeden z zasadniczych elementów wprowadzających ład i zapobiegających wszelakiemu jego naruszeniu.

Wedle Konfucjusza człowiek tym się różni od zwierzęcia, że żyć może jedynie w rodzinie, ta zaś istnieć może tylko w społeczeństwie. Życie rodzinne opiera się na systemie wzajemnych zależności, uważanych za naturalne. Tak więc fundamentem, na którym opiera się istnienie i funkcjonowanie rodziny, nie jest uczucie, lecz zależność stanowiąca o hierarchii. Podstawowe zależności w rodzinie to zależność syna od rodziców (zwłaszcza od ojca), zależność żony od męża i zależność młodszych od starszych. One właśnie, a nie uczucie, są więzami, których działanie nigdy nie ustaje i trwa nawet po śmierci, gdy dusza zmarłego ojca staje się obiektem kultu, a jego najstarszy syn jest tego kultu jedynym kapłanem.

Ten sam system wzajemnych zależności wiąże poddanego z władcą, a jeszcze wcześniej ucznia i nauczyciela. Toteż jedną z głównych cnót jest hiao – owa miłość synowska zwana także nabożnością synowską. Nie jest to jednak miłość ślepa, bezkrytyczna. Wynika z niej bowiem obowiązek szczerości (sin), który nakazuje wyrażanie zdania, zabieranie głosu w kwestiach istotnych, czyli napominanie, doradzanie. Jest przy tym charakterystyczne, że konfucjańska szczerość nie polega na otwartym mówieniu tego, co się w danej sytuacji myśli, lecz na mówieniu tego, co się myśleć powinno. Z tak pojętej miłości synowskiej wynika również obowiązek lojalności, wierności (czung) wobec głowy rodu.

Właściwie pojęta miłość synowska zakłada nie tylko nieustanną dbałość o rodziców, o to, by mogli oni wieść spokojne, dostatnie życie, ale i dbałość o siebie samego, i to we wszystkich płaszczyznach. Dbać należy o to, by ciało zachować w stanie, w jakim je od rodziców otrzymaliśmy. Zabiegać też trzeba o zdobycie wiedzy, która umożliwiając karierę urzędniczą przyczyni się do zdobycia sławy, a ta jest dla rodziców najlepszą nagrodą.

Tak pojęty zespół obowiązków nie opiera się – jak już powiedziano – na uczuciu, lecz na określonych normach moralnych, których zachowanie umożliwia sumienne przestrzeganie tego wszystkiego, co nakazuje obyczaj, tj. na spełnianiu w określonym czasie i w określonych sytuacjach ściśle określonych gestów, czynów, czyli tego, co się nazywa obrzędem, etykietą. Stąd wynika zasadnicze w systemie konfucjańskim znaczenie li – obyczaju, obrzędu, etykiety, ceremonii, pojęcia nadrzędnego w stosunku do pozostałych cnót. Właśnie li narzuca granice i szczerości, i lojalności, jest czynnikiem ograniczającym, hamującym, pozwalającym utrzymać postępowanie w określonych granicach.

Tak więc obyczaj, obrzęd czy może właśnie etykieta jawi się jako najpotężniejszy czynnik stwarzający hierarchię w rodzinie i poza nią, czyli w społeczeństwie. Jest to czynnik różnicujący ludzi, wyznaczający każdej jednostce miejsce w określonych sytuacjach i w określonym czasie.

Przeciwieństwem li jest pojęcie jüe – muzyki, rozumianej jako czynnik jednoczący jednostki we wspólnym działaniu. Zależność między li a jüe nie jest antytetyczna (antytetyczny – będący antytezą, przeciwstawny – przyp. W.L.). Są to dwa czynniki życia społecznego wzajem się uzupełniające, gdyż życie społeczne wymaga zarówno różnicującego działania li, jak i łączącego działania jüe. Dopiero harmonijne zgodne (ho) współdziałanie obu tych czynników kreuje życie społeczne, nadaje mu właściwe proporcje i wprowadza ład (tao), a tylko dzięki ładowi istnieć mogą rodziny i państwa, jedyne naprawdę godne tego miana, tj. chińskie, cywilizowane, w opozycji do świata niechińskiego uważanego za barbarzyński.

Skłóconemu światu rozpadających się stosunków feudalnych proponuje więc Konfucjusz ideał człowieka szlachetnego, mądrego księcia, który władzę swą opiera nie na potędze fiskalnej i militarnej, nie na rozległości swej domeny i liczebności poddanych, lecz na sile oddziaływania moralnego, na zniewalającej sile przykładu, na mocy, jaką daje cnota (te). Książę, który cnotę posiadł, może panować, lecz nie potrzebuje trudzić się działaniem, nie musi rządzić. Winien on przede wszystkim spełniać przypisane obrzędy i kultywować swą cnotę, a jest to to samo, gdyż bez zachowania li nie ma cnoty. Działanie cnoty władcy jest zaś tak przemożne, że wpływa ona na najdalsze kresy państwa i na wszystkich podległych mu ludzi. Jest przy tym oczywiste, że ci, którzy są bliżej mądrego władcy, więcej odniosą korzyści z doskonałości jego cnót, ponieważ wpływ cnoty jest również hierarchiczny.

Cnotliwy władca winien się otaczać równie cnotliwymi mężami, którzy w jego imieniu będą krajem kierować. Konfucjusz postuluje więc zastąpienie arystokracji dziedzicznej arystokracją ducha, rekrutującą się spośród tych, którzy zdołali osiągnąć doskonałość, i to niezależnie od pochodzenia. Przygotować do pełnienia stanowisk urzędniczych może tylko nauka (hüe). Termin ten, tak ważny w systemie filozofii konfucjańskiej, nie oznacza jednak opanowywania nowych dziedzin wiedzy, wynajdywania czegokolwiek. Hüe to przede wszystkim naśladowanie. Tak więc uczyć się znaczy tyle, co naśladować. Naśladować zaś można tylko to, co samo było doskonałe, czyli przeszłość, a tę poznać można tylko badając zabytki piśmiennictwa.

Stąd właśnie bierze się u Konfucjusza ten szczególny rys, jakim jest idealizowanie przeszłości, czasów legendarnych cesarzy Jao i Szuna oraz wzorowych władców, założycieli dynastii Czou, Królów Wena i Wu oraz pierwszego tej dynastii regenta, księcia Czou. Wszystko, co wiemy o starożytności, o tym, co stanowiło o jej sławie, i o tym, co było naganne, zawarte jest w Księdze dokumentów i Księdze pieśni, dwóch najczcigodniejszych zabytkach piśmiennictwa klasycznego. Obie te księgi stanowią więc podstawę wykształcenia człowieka szlachetnego, w nich zawarta jest cała mądrość, która polega na wynajdywaniu dla każdej sprawy jej historycznych precedensów. Do ksiąg tych dodaje Konfucjusz jeszcze Księgę przemian, stary tekst wróżebny otoczony od stuleci wielkim szacunkiem w kręgu archiwistów dworskich, a więc w tym kręgu, z którym Konfucjusz był szczególnie blisko związany.

Właśnie ta myśl o ukazaniu precedensów w uważanej za idealną przeszłości natchnęła Konfucjusza chęcią napisania kroniki księstwa Lu, znanej pod nazwą Wiosny i jesienie. Także ten tekst stał się później przedmiotem studiów w jego szkole. Uczyć się to badać przeszłość po to, by móc ją naśladować, gdyż ona właśnie jest źródłem wszelkiej mądrości. Tylko w ten sposób można osiągnąć doskonałość moralną, tylko tak można zdobyć te cnoty, które potrzebne są każdemu kto się do pełnienia stanowiska urzędniczego przygotowuje, a to jest obowiązkiem człowieka szlachetnego, jedyną godną go drogą kariery życiowej.

Służenie mądremu władcy (bo tylko takiemu służyć się godzi) jest więc obowiązkiem człowieka szlachetnego i to go różni od prostaka. Po to, by właściwie spełniać swe obowiązki, szlachetny nie musi posiąść wielu wielu szczegółowych umiejętności. Te są potrzebne prostakowi, który spełnia w społeczeństwie funkcje służebne i tylko poddaje się wpływowi cnoty swojego księcia, jak trawy uginają się pod wpływem wiatru. Człowiek szlachetny winien być lojalny wobec władcy i szczery, tak jak szczery i lojalny ma być wobec swych rodziców. We wszystkich swych czynach i słowach (a słów zbędnych winien wystrzegać się przede wszystkim) ma się on kierować prawością, sprawiedliwością, lecz więzy winien sobie narzucić przez przestrzeganie obyczaju. Podstawowym obowiązkiem urzędnika jest przestrzeganie, napominanie władcy, dbałość o to, by nie popełnił on czynów niezgodnych z tym, co nakazuje obyczaj. W tym przejawia się wierność poddanego, jego szczerość, mądrość i prawość.

W tym systemie, w którym wszystko zostało podporządkowane społecznemu życiu jednostki, jej stosunek do drugiego człowieka jest sprawą zasadniczej wagi. Właściwy stosunek do bliźniego (żen) to jedno z podstawowych pojęć konfucjanizmu. Termin żen należy do tych, które w tłumaczeniu oddać najtrudniej. Żen jest bowiem główną z cnót człowieka szlachetnego, a zarazem jego podstawowym obowiązkiem wobec całego otoczenia. Zwykle termin ten oddaje się w sinologii europejskiej przez humanitarność, cnota humanitarności, to jest to ludzki do bliźniego stosunek, właściwy stosunek do ludzi.

Szlachetny winien być żen. A znaczy to, że w każdym człowieku powinien dostrzegać bliźniego, lecz przyjaźnią darzyć tylko tych, którzy sami cnotami się odznaczają. Nic bowiem tak szkody przynieść nie może, jak zadawanie się z takimi, którzy cnót nie posiedli. Humanitarność to dostrzeganie w każdym człowieku tego, co w nim jest wartościowe, lecz również umiejętność widzenia jego wad i ułomności nie po to, by z nich szydzić, lecz również po to, by samemu podobnych uniknąć i bliźniego od nich odwieść. Tylko właściwy stosunek do bliźniego pozwala na zachowanie właściwej postawy, na bezbłędne spełnianie powinności wynikających z nakazów obyczaju i tylko on może pozwolić na łączenie się z nimi w muzyce. Jedynie więc humanitarność jest gwarantem utrzymania się w nakazanych granicach, unikania wszelkiego ekscesu, czyli postępowania zgodnie z zasadami, wiodącego ku ładowi. Humanitarność jest tym, co pozwala zachować godność w bogactwie i w nędzy, jest źródłem spokoju wewnętrznego, bez którego niepodobna mówić o doskonałości.

Wyraźnie paseistyczne (z francuskiego; odnoszące się do przeszłości – przyp. W.L.) rysy filozofii konfucjańskiej skłaniały wielu badaczy do widzenia w niej systemu zdecydowanie reakcyjnego. Jak zwykle w takich przypadkach, wszelkie jednoznaczne rozstrzygnięcia grzeszą jednostronnością naświetlenia i są przez to samo fałszywe. Ciągle jeszcze nie docenia się roli konfucjanizmu w początkowym okresie rozwoju tej doktryny. Nie może bowiem ulegać wątpliwości, że konfucjanizm odegrał społecznie pozytywną, postępową rolę we wczesnych dziejach cesarstwa chińskiego. W rozbitym świecie feudalnych księstw głosił potrzebę silnej władzy centralnej, której wszystko winno być podporządkowane. Zawierał też swoiste elementy demokratyzmu, zakładając, iż dostęp do urzędów państwowych, a więc jedyna droga awansu społecznego, winien być otwarty dla każdego, gdyż o przydatności człowieka decydują jego cnoty i jego wiedza, a nie urodzenie. To konfucjanizmowi przypada w znacznej mierze zasługa przekształcenia autokratycznego cesarstwa chińskiego w państwo feudalizmu biurokratycznego a więc formę bardziej postępową w stosunku do klasycznego feudalizmu chińskiego.

Niebagatelną też zasługą wczesnego konfucjanizmu było to, że poprzez utrzymanie kultu przodków, ujednolicenie obyczajowe społeczeństwa i jego zhierarchizowanie przyczynił się on do stworzenia narodu chińskiego. Można nawet zaryzykować stwierdzenie, że gdyby nie konfucjanizm i jego teoria władzy centralnej odpowiedzialnej wobec społeczeństwa (gdyż złe czyny władcy sprowadzają klęski na kraj) i podporządkowanie całego kraju tej władzy, nie mielibyśmy dziś jednych Chin, lecz liczne kraje chińskie. W tym sensie konfucjanizm odegrał z pewnością postępową rolę w ukształtowaniu społeczeństwa chińskiego we wczesnym okresie feudalizmu biurokratycznego.

Inna sprawa, że dalsza ewolucja konfucjanizmu i dalsze jego dzieje uczyniły z niego narzędzie reakcyjnej, przeciwnej temu wszystkiemu co nowe polityki cesarstwa chińskiego.«

W skład Pięcioksięgu wchodzą:

  • Księga przemian
  • Księga pieśni
  • Księga rytuałów
  • Księga dokumentów
  • Księga wiosen i jesieni

W skład Czteroksięgu wchodzą:

  • Wielka Nauka
  • Doktryna Środka
  • Dialogi konfucjańskie
  • Księga Mencjusza

Z powyższego tekstu jasno więc wynika, że chiński system wartości jest zupełnie inny niż europejski. Konfucjanizm głosi, że zbudowanie idealnego społeczeństwa i osiągnięcie pokoju na świecie jest możliwe pod warunkiem przestrzegania obowiązków wynikających z hierarchii społecznej oraz zachowywania tradycji, czystości, ładu i porządku. Może właśnie dzięki temu, że konfucjanizm posługuje się takim systemem wartości, to komunizm w Chinach ma się dobrze i nic nie wskazuje na to, by coś miałoby się w tym względzie zmienić. Czy nie jest więc tak, że ktoś, kto poznał system wartości tego społeczeństwa, uznał, że nadaje się on idealnie do wykorzystania tego społeczeństwa, do realizacji własnych celów, zwłaszcza że jego potencjał demograficzny, pracowitość i zdyscyplinowanie są idealne do uczynienia z niego fabryki świata?

W Dialogach konfucjańskich w rozdziale VII zatytułowanym Przekazuję jeno… czytamy:

1. Mistrz rzekł:  
Przekazuję jeno nauki starożytnych, lecz sam niczego nie tworzę.  
Ufam starożytności i miłuję ją.  
Ośmielam się nawet przyrównać siebie do owego starego P'enga.   

Według legend P’eng miał być synem mitycznego cesarza Czuan-hiu (2513-2435). U schyłku panowania dynastii In miał w pełni sił osiągnąć sędziwy wiek siedmiuset lat.

Skoro Konfucjusz przekazywał nauki starożytnych i sam niczego nie tworzył, to znaczy, że ktoś mu tę wiedzę przekazał. Kto, tego nie powiedział. I tu mamy problem, bo początki tej chińskiej cywilizacji giną gdzieś w pomrokach dziejów. A jest to cywilizacja bardzo stara. Z tego można wysnuć wniosek, że ktoś wcześniej to wszystko wymyślił. Czy w przypadku innych cywilizacji też mogło tak być, np. egipskiej czy żydowskiej?

Protokoły

Protokoły Mędrców Syjonu, to książka, która stała się obiektem gwałtownych ataków ze strony Żydów. Według nich jest to plagiat wcześniejszych tego rodzaju publikacji. Douglas Reed poświęcił Protokołom jeden rozdział w swojej książce Kontrowersja Syjonu. Pisze on, że nie ma znaczenia, czy autorami tej książki byli Żydzi, nie-Żydzi czy antysemici. I nie to jest najważniejsze, kto ją napisał. Cel po raz pierwszy ujawniony w dokumentach Weishaupta, pisze Reed, jest identyczny z celem Protokołów – władza nad światem. Porównanie Protokołów z dokumentami Weishaupta prowadzi do wniosku, że oba pochodzą ze wspólnego, starszego źródła. Nie mogły być wytworem jednostki, czy grupy ludzi, powstałym w okresie ich produkcji. Oczywiste jest, że cechująca je „niesamowita wiedza” musiała wypłynąć z doświadczeń całych epok. Jeśli istnieje klucz do rozwiązania zagadki, to należy go szukać w tej niesamowitej wiedzy, która pozwoliła na wysuwanie proroctw już dzisiaj dosłownie spełnionych.

Tak pisał Reed na początku lat 50-tych i już wtedy te proroctwa stawały się rzeczywistością. Dziś, po prawie już 70-ciu latach, kolejne wydarzenia potwierdzają ich trafność. Reed pisał, że ciągłe wojny, rewolucje, niepokoje mają za zadanie męczenie społeczeństw i narodów po to, by w końcu wyczerpane powiedziały: „Tak! Chcemy już spokoju i pokoju i godzimy się na wasz światowy rząd i wasze rządy nad nami.” Dokładnie taka sama taktyka jest stosowana obecnie. Te kolejne szczepionki i dawki „przypominające”, to nic innego, jak zastosowanie starych metod w nowej sytuacji. I stąd te ciągłe obietnice, że już zaraz to się skończy, tylko jeszcze jedna szpryca. A końca jak nie ma, tak nie ma. Cel tych zabiegów jest tylko jeden: wykończyć ludzi psychicznie i fizycznie. Tu nie chodzi o żadną walkę z pandemią, bo jej po prostu nie ma.

Czas nieubłaganie weryfikuje wszelkie wcześniejsze proroctwa i przepowiednie. Skoro więc Protokoły, spisane prawdopodobnie na przełomie wieków XIX i XX, tak dokładnie opisują naszą rzeczywistość, to czy mógł to być przypadek? Czy mógł to być jakiś rosyjski antysemita, jak chcą Żydzi, który usiadł za biurkiem i wysmarował, ot tak sobie, pamflet, obarczający Żydów za wszelkie zło dziejące się w ówczesnej Rosji carskiej?

Douglas Reed poświęcił Protokołom, jak wyżej nadmieniłem, jeden rozdział i ja go w całości zamieszczam poniżej. Nie jest to łatwa lektura, wymagająca skupienia i wnikliwego czytania, ale warto, bo zawarte w niej treści są nad wyraz aktualne i skłaniają do refleksji, że chyba rzeczywiście żyjemy w czasach ostatecznych, co nie napawa optymizmem.

»Równolegle z syjonizmem, kształtującym się pod koniec ubiegłego wieku w gettach wschodnich jako nowy czynnik, mający na początku obecnego wieku wkroczyć do polityki międzynarodowej (oferta Ugandy), na terenach opanowanych przez Talmud przygotowywał się trzeci „wybuch” rewolucji światowej. Obie te siły podążały zsynchronizowanym torem (jak widzieliśmy, syjonizm używał w Europie straszaka komunizmu dla pozyskania poparcia władców europejskich w swych pozaeuropejskich ambicjach terytorialnych). Były to dwie sprzęgnięte ze sobą turbiny, które jednocześnie wprawione w ruch wytworzyły siłę, galwanizującą szokami nowe stulecie.

Według Disraelego i Bakunina, w połowie stulecia rewolucja światowa przeszła pod kontrolę żydowską, zmieniając jednocześnie swoje cele. Zwolennicy Bakunina, przeciwni wszelkiej formie państwowości, zdolnej przekształcić rewolucyjne państwo w despotyzm gorszy od poprzedniego, przegrali i zniknęli z horyzontu. Odtąd rewolucję światową począł kształtować Manifest Komunistyczny Karola Marksa, zmierzający do ustanowienia super państwa opartego na pracy przymusowej i „konfiskacie wolności” (jak w 1848 roku pisał de Tocqueville).

Zmiana przywództwa i celów zdeterminowała kurs XX wieku. Nie zmieniły się jednak metody wiodące do zniszczenia istniejącego porządku; pozostały one takie same, jak ujawniły dokumenty Weishaupta w 1787 roku. Liczne publikacje XIX wieku wskazują, że pierwotny plan Iluminatów realizowany był przez pokolenia rewolucjonistów różnych maści przy użyciu tych samych metod.

Ich działalność w ramach niszczycielskiego planu przybierała różne formy, czasem alegoryczne, lecz zawsze wskazujące na swe źródła w dokumentach Weishaupta. W 1859 roku Cretineau Joly wystąpił z atakiem na żydowskie kierownictwo tajnych związków. W swej książce zamieścił dokumenty włoskiego tajnego stowarzyszenia Haute Vente Romaine, które otrzymał od papieża Grzegorza XVI. Autentyczność tych dokumentów była niekwestionowana. Głową Haute Vente Romaine był włoski książę, wtajemniczony przez jednego z zaufanych Weishaupta (Knigge). Towarzystwo to było reinkarnacją związku Illuminati. Niższe stopnie wtajemniczonych omamiano zapewnieniem, iż „cele stowarzyszenia są wzniosłe i szlachetne, a dążeniem jego członków jest czystość moralna, umacnianie pobożności, suwerenności i jedności kraju”. Wyższych wtajemniczonych stopniowo wprowadzano w rzeczywiste cele stowarzyszenia, zaprzysięgające zniszczenie religii i legalnych rządów. Na koniec ujawniano im sekretne metody zamachów, użycia trucizny, krzywoprzysięstwa, zawarte w dokumentach Weishaupta.

W 1862 roku Karol Marks (w którego Manifeście Komunistycznym łatwo rozpoznać cechy Iluminatów) założył Pierwszą Międzynarodówkę, a Bakunin stworzył swoją Alliance Sociale Democratique (którego program, jak wykazała Nesta Webster, był esencją Iluminizmu). W tym samym roku Maurice Loly opublikował książkę atakującą Napoleona III, któremu przypisywał identyczne metody korupcji i rujnowania systemu społecznego (książka została napisana w formie alegorycznej). W 1868 roku Niemiec Goedsche powtórzył w podobnej formie atak na żydowskie kierownictwo rewolucji. Podobny temat podjął w 1869 roku katolicki rojalista Goujenot Des Maousseaux. W tymże roku Bakunin opublikował swoją Polemikę przeciw Żydom.

Wszystkie te prace, w takiej czy innej formie łączy temat zasadniczej idei, ujawnionej po raz pierwszy w dokumentach Weishaupta, a mianowicie: zniszczenia wszelkich legalnych rządów, religii i narodowości, i wprowadzenia powszechnego despotyzmu, który miał terrorem i gwałtem sprawować rządy nad zniewolonymi masami. Część z nich atakuje Żydów jako uzurpacyjnych, czy sukcesyjnych kierowników rewolucji.

Publikacje te kończą cykl literatury o temacie konspiracyjnym, który dopiero w 1905 roku wznawia książka profesora Sergiusza Nilusa, urzędnika Wydziału Religii Obcych w Moskwie. Egzemplarz jej znajduje się w londyńskim British Museum, opatrzony stemplem z datą 10 sierpnia 1906 roku. Losy autora i książki, która nigdy nie została przetłumaczona, miały potem wzbudzić wielkie zainteresowanie, lecz wisząca nad nimi atmosfera tajemniczości utrudniała badania. Tylko jeden z jej rozdziałów został przetłumaczony w 1920 roku na język angielski. Fakt ten zasługuje na uwagę, gdyż dopiero wtedy zerwała się wokół niej gwałtowna wrzawa, choć oryginalna publikacja ukazała się już w 1905 roku.

Ten jedyny przetłumaczony rozdział ukazał się w Anglii i Ameryce pt. „Protokoły Mędrców Syjonu”. Nie wiem, czy taki był oryginalny tytuł tego rozdziału, czy też pojawił się on dopiero w tłumaczeniu. Brak jest dowodów, czy istotnie ten dokument stanowi protokół sekretnej konferencji żydowskich „Mędrców”. Z tego punktu widzenia nie przedstawia on żadnej wartości.

Tym niemniej, ma on olbrzymie znaczenie jako potwierdzony wydarzeniami autentyczny dokument konspiracji światowej, ujawnionej po raz pierwszy przez archiwum Weishaupta. Po nich nastąpiły inne dokumenty z tej samej serii, jak ukazaliśmy wyżej, lecz żaden z nich nie był podobnego formatu. Były to fragmentaryczne urywki, podczas gdy ten przedstawia pełny obraz konspiracji, jej motywów, metod i celów. Nie wnosi nic nowego do znanych już fragmentów (oprócz nieudowodnionej roli samych żydowskich mędrców), lecz pozwala je ujrzeć w powiązanej całości. Ukazuje dokładny obraz wydarzeń na przestrzeni pięćdziesięciu lat przed czasem swej publikacji, a także wydarzenia następnych pięćdziesięciu lat, które na pewno się sprawdzą, o ile siły konspiracji nie spotkają się z oporem.

Dokument ten inspirowany jest wiedzą (szczególnie o ludzkich słabostkach), mogącą być jedynie rezultatem wielowiekowych doświadczeń i badań. Odznacza się wyniosłym tonem wyższości, spływającej z olimpijskiego szczytu sardonicznej wiekowej mądrości i spoglądającej szyderczo z góry na kotłujące się masy („motłoch”… „zwierzęta”… „bydło”… „krwiożercze bestie”), które na próżno usiłują umknąć przed zwierającymi się nad nimi „kleszczami”. Tymi „kleszczami” ma być „potęga złota” i brutalna siła motłochu, podjudzanego do zniszczenia opiekujących się nim pasterzy, a zarazem – ich samych.

Destruktywna idea przedstawiona jest w formie teorii naukowej, niemal nauki ścisłej, wyłożonej elokwentnie i z werwą. W studiach nad Protokołami ustawicznie przychodziła mi na myśl sentencja Disraelego, którą cytowałem powyżej. Disraeli, bardzo ostrożny w doborze słów, mówił o „destruktywnej zasadzie” (nie o idei, schemacie, pojęciu, planie, spisku, itp). Protokoły zaś podnoszą teorię destrukcji do poziomu „fundamentalnej prawdy, podstawowego czy zasadniczego prawa, prawa rządzącego postępowaniem” (jak różne słowniki definiują pojęcie „zasady”). Na pierwszy rzut oka, wiele ustępów Protokołów zdaje się głosić destrukcję jako cnotę samą w sobie, usprawiedliwiającą wszelkie zalecane metody wiodące do jej spełnienia (jak przekupstwo, szantaż, korupcję, akcje wywrotowe i podżeganie tłumu, terror i gwałt), które przez implikację stają się także cnotami.

Jednakże, przyglądając się temu bliżej, widzimy, że tak nie jest. W rzeczywistości cały bieg dowodzenia jest tu odwrócony: zaczyna się końcowym wnioskiem „władzy nad światem”, po czym w odwróconej kolejności przedstawia środki, zalecane dla jej osiągnięcia. Ostateczny cel, ujawniony po raz pierwszy w dokumentach Weishaupta, jest identyczny z celem Protokółów i najwidoczniej oba wywodzą się z tego samego źródła, choć w hierarchii czasu te ostatnie mogłyby być wnukiem Weishaupta. Ostatecznym celem obu ma być zniszczenie wszelkich religii i narodowości, oraz ustanowienie super państwa, rządzącego światem przy pomocy terroru.

Gdy Protokoły ukazały się w tłumaczeniu angielskim, błaha w istocie sprawa ich autorstwa posłużyła Żydom za obiekt ataku, aby odwrócić uwagę od ich rzeczywistego znaczenia. Nie było niczym nowym potwierdzenie żydowskiego kierownictwa konspiracji rewolucyjnej; jak czytelnik pamięta, udowodnił to Disraeli, Bakunin i wielu innych. W tym szczególnym wypadku, brak było dowodów potwierdzających konferencję żydowskich przywódców konspiracji i łatwo było zignorować całą sprawę (tak jak uczynili w 1913 roku Jezuici, pomawiani przez podobną publikację o zawiązanie światowej konspiracji, przypominającą Protokoły i Weishaupta. Jezuici spokojnie zaprzeczyli zarzutom i sprawa ucichła).

Odmienna była w roku 1920 i później reakcja oficjalnego żydostwa. Cała jego furia skierowała się na treść Protokołów; nie tylko zaprzeczyła istnieniu spisku żydowskiego, lecz w ogóle jakiegokolwiek spisku, co było oczywistą nieprawdą. Fakt konspiracji od dawna został uznany i potwierdzony przez szereg autorytetów, poczynając od Edmunda Burke, Jerzego Waszyngtona, Aleksandra Hamiltona, a kończąc na Disrealim, Bakuninie i wielu innych, cytowanych w poprzednich rozdziałach. Co więcej, w chwili pojawienia się wersji angielskiej Protokołów, wydarzenia w Rosji dały jej przekonywujący dowód. Tak więc, charakter ataku żydowskiego mógł jedynie utwierdzić wątpliwości opinii publicznej – za bardzo protestowało.

Atak ten był powtórzeniem wcześniejszych, które uciszyły nawoływania Robisona, Barrela i Morsego do publicznych dochodzeń i środków naprawy. Tym razem jednak był to atak ze strony Żydów. Choć tych trzech nigdy nie imputowało kierownictwa żydowskiego, oczerniano ich wyłącznie dlatego, że zwrócili uwagę publiczną na ciągły charakter konspiracji i fakt, że rewolucja francuska była jedynie początkiem pierwszego „wybuchu”. Atak na Protokoły w 1920 roku był przede wszystkim potwierdzeniem ich argumentów; wykazał istnienie permanentnej organizacji, powołanej do tłumienia publicznej dyskusji nad konspiracją, która przez 120 lat potrafiła doprowadzić to zadanie do perfekcji. Chyba nigdy w historii nie poświęcono tyle energii i wydatków dla zatuszowania jednego dokumentu.

Do Anglii dostał się on za pośrednictwem jednego z dwóch ówczesnych czołowych korespondentów w Moskwie, Wiktora Marsdena z gazety Morning Post (znamienną historię drugiego korespondenta poruszymy w późniejszym rozdziale). Marsden był specjalistą od Rosji i wiele przeżył pod rządami Terroru. Ostatecznie padł jego ofiarą, umarłszy wkrótce po zakończeniu zadania, które uważał za swój obowiązek – przetłumaczenia egzemplarza Protokołów, znajdującego się w British Muzeum.

Angielskie wydanie wzbudziło światowe zainteresowanie. Okres ten, poczynający się od 1920 roku, był końcem swobodnej i bezstronnej dyskusji publicznej nad sprawami żydowskimi. Początkowo debaty były nieskrępowane i ożywione, lecz w ciągu kilku następnych lat fala ataków zdołała uczynić z tej sprawy obrazę majestatu, tak że obecnie mało kto ośmieli się publicznie opublikować jakąkolwiek wzmiankę o Protokołach, chyba że przylepi jej łatkę „fałszerstwa” lub „haniebności” (potwierdzając tym aktem uległości zawarte w nich tezy).

Londyński Times z 8 maja 1920 roku w długim artykule pisał: „Pożądanym jest przeprowadzenie bezstronnego dochodzenia w sprawie tych domniemanych dokumentów i ich historii… Czyż powinniśmy odrzucić całą tę sprawę bez zbadania i zdać tak ważką książkę na żer spekulacji?”. The Morning Post (najstarszy i najpoważniejszy dziennik brytyjski) poświęcił tej sprawie dwadzieścia trzy artykuły i także wzywał do jej zbadania.

Na zbadanie sprawy nalegał też lord Sydenham, czołowy autorytet tych czasów, pisząc w The Spectator z 27 sierpnia 1921 roku: „Oczywiście, najważniejszą sprawą jest odkrycie źródła, z którego Nilus zdobył Protokoły. Nie jest możliwym, aby wszyscy Rosjanie znający Nilusa i jego prace, zostali wymordowani przez Bolszewików. Jego książka…. nie została przetłumaczona, a to dałoby jakieś pojęcie o tym człowieku…. Co najbardziej uderza w Protokołach? Otóż wiedza szczególnego rodzaju, obejmująca szeroki zakres zagadnień. Jeśli istnieje klucz do rozwiązania zagadki, należy go szukać w tej niesamowitej wiedzy, która pozwoliła na wysuwanie proroctw, już dzisiaj dosłownie spełnionych”. W Ameryce Henry Ford oświadczył, że „jak dotąd, Protokoły doskonale odzwierciedliły sytuację światową i nadal ją tak odzwierciedlają” i zainicjował cykl artykułów w swojej gazecie Dearborn Independent, które rozeszły się w ilości półtora miliona egzemplarzy. Dwa lata później właściciel Times’a został oficjalnie uznany za niepoczytalnego (przez anonimowego lekarza w obcym kraju; o czym w dalszym rozdziale) i przemocą odsunięty od kontroli dziennika, po czym the Times opublikował artykuł, kwitujący Protokoły jako plagiat książki Maurice Jolly’ego. Właściciel Morning Post stał się obiektem jadowitych ataków i w końcu sprzedał gazetę, która wkrótce zakończyła żywot. W 1927 roku Henry Ford wystosował do czołowych Żydów amerykańskich publiczne przeprosiny – będąc później w Stanach Zjednoczonych dowiedziałem się z wiarygodnych źródeł, że został do tego zmuszony groźbami ze strony handlarzy samochodów w momencie wypuszczenia na rynek nowego modelu Forda.

Odtąd kampania anty-Protokołowa nigdy nie ustała. Podczas rewolucji w skomunizowanej Rosji, wszystkie egzemplarze Protokółów zostały zniszczone, a posiadanie tej książki groziło śmiercią z paragrafu przeciw „antysemityzmowi”. Precedens ten miał się powtórzyć dwadzieścia pięć lat później w okupowanych Niemczech, gdzie po II Wojnie Światowej władze amerykańskie i brytyjskie zmusiły rząd niemiecki do wydania ustawy przeciw „antysemityzmowi” na wzór bolszewicki. W 1955 roku skonfiskowano zakład monachijskiemu drukarzowi, który odbił reprodukcje Protokółów. W Anglii, w wyniku presji władze czasowo zabroniły rozprowadzania świeżo opublikowanej książki, a w następnych latach atak na nią stał się tak gwałtowny, że oprócz pokątnych firm, żaden wydawca nie ważył się jej dotknąć. W Szwajcarii w okresie międzywojennym Żydzi wnieśli przeciw książce pozew do sądu, określając ją jako „nieodpowiednią literaturę”. Sprawę wygrali, lecz wyższa instancja uchyliła wyrok.

Sytuacja ta, powstała po roku 1920 i dotąd istniejąca, przepowiedziana została w Protokołach z 1905 roku: „Z pomocą prasy zdobędziemy władzę i wpływy, sami pozostając w cieniu…. w polityce głównym warunkiem powodzenia jest zachowanie tajemnicy przedsięwzięcia; w dyplomacji słowa nie muszą się zgadzać z czynami…. Musimy zmusić rządy… do podjęcia akcji zgodnej z naszym dalekosiężnym planem, gdy dojrzewa on do realizacji, przedstawiając go jako wyraz opinii publicznej, którą skrycie urobimy za pomocą tzw. Potężnej Siły – prasy, która poza nielicznymi wyjątkami jest już wyłącznie w naszych rękach…. Z prasą załatwimy się w następujący sposób: …okiełzamy ją i będziemy ją krótko trzymać w karbach; podobnie uczynimy z wszystkimi drukarniami – jaki bowiem sens byłby w powstrzymaniu ataków prasy, gdybyśmy mieli być narażeni na pamflety i książki?… Nikt bezkarnie nie będzie śmiał podnieść palca na aureolę nieomylności naszej władzy. Każdą publikację będziemy mogli zatrzymać pod pretekstem, że niesłusznie i bezpodstawnie podburza umysły ludu… Tymi metodami rozprawienia się z prasą zapewnimy sobie zwycięstwo nad przeciwnikami, pozbawionymi środków przekazu, jakie mogliby wykorzystać dla głoszenia swoich poglądów…”

Tak przedstawia się historia Protokołów. Ponieważ nie ma podstaw do przypisywania ich „Mędrcom” żydowskim, teorię tę należy odrzucić, co jednak nie umniejsza wagi innych dowodów na żydowskie przywództwo rewolucji światowej. W ataku na Protokoły, Żydzi nie próbowali dowodzić swojej niewinności, lecz zastosowali metodę niedopuszczania publikacji pod pretekstem „bezpodstawnego i nieuzasadnionego podburzania umysłów”. Ich argumenty były fałszywe –zarzucały Protokołom plagiat wcześniejszych publikacji tego rodzaju, choć w rzeczywistości były one dalszym ciągiem literatury konspiracyjnej. Równie dobrze mogły one być produktem nieżydowskich lub anty-żydowskich rewolucjonistów i nie ten aspekt sprawy jest tu istotny. Istotnym było udowodnienie istnienia organizacji ujawnionej 120 lat wcześniej przez dokumenty Weishaupta, oraz ciągłości jej metod i celów. Angielskie wydanie Protokołów miało na to gotowy dowód w postaci rewolucji rosyjskiej.

Jak uważam, Protokoły powinny stać się podstawowym podręcznikiem dla badaczy epoki i jej tematów. Jeśli w 1921 roku lorda Sydenhama mogła zaskoczyć ich „niesamowita wiedza, na podstawie której wysnuto proroctwa dokładnie spełniające się obecnie”, o ile bardziej byłby zdumiony w 1956 roku, widząc obecnie ich dosłowną realizację. Dokument ten pozwala każdemu dostrzec przyczyny zaburzeń ostatnich 150 lat i następnych 50 lat; przewidzieć, dlaczego „czyny” wybranych reprezentantów nie pokrywają się z ich „słowami”.

Z własnego doświadczenia mogę potwierdzić jedną z opinii Sydenhama o spełnionych proroctwach. Na temat kontroli środków przekazu Protokóły mówią: „Żadna informacja nie przedostanie się do wiadomości publicznej bez naszej kontroli. Już dzisiaj jest to możliwe o tyle, że wiadomości napływające z całego świata koncentrują się w biurach kilku agencji. Gdy owładniemy tymi agencjami, będą one publikować tylko to, co im podyktujemy”. Sytuacja taka nie istniała w 1905 roku, ani za czasów Sydenhama, ani w roku 1926, kiedy rozpocząłem karierę dziennikarską. Dzisiaj jest faktem. Strumień „informacji”, karmiący umysły ludzkie, napływa za pośrednictwem gazet z kilku agencji, jak z baterii kurków wodociągowych. Ręka spoczywająca na tych kranach potrafi kontrolować „wiadomości”, o czym może się przekonać każdy czytelnik, do którego docierają tak „przefiltrowane” informacje. Aby ocenić zmianę form wiadomości edytoralnych, opartych na tych komunikatach, wystarczy sięgnąć do publikowanych dwadzieścia pięć lat temu obiektywnych artykułów krytycznych w Times, Morning Post, Spectator, Dearborn Independent i tysiąca innych dzienników. Dzisiaj nie mogłyby się one pojawić. Uzależnienie prasy odbyło się w myśl przepowiedni Protokółów, a ja miałem okazję obserwować ten proces jako dziennikarz epoki, w której on się dokonywał.

Porównanie Protokółów z dokumentami Weishaupta prowadzi do wniosku, że oba pochodzą ze wspólnego, starszego źródła. Nie mogły być wytworem jednostki, czy grupy ludzi, powstałym w okresie ich publikacji: oczywistym jest, że cechująca je „niesamowita wiedza” musiała wypływać z doświadczeń całych epok. W szczególności odnosi się to (zarówno w papierach Weishaupta jak i w Protokołach) do znajomości ludzkich słabostek, które zostały wyliczone z analityczną ścisłością i których metody użycia opisane są ze wzgardliwą satysfakcją. Instrumentem zniszczenia chrześcijańskich państw-narodów ma być „motłoch”. To pogardliwe określenie mas ludzkich często się tu przewija, choć publicznie nazywa się je bardziej pochlebnie jako „lud”. „Więcej jest ludzi o złych instynktach, niż dobrych; stąd też najlepszą metodą rządzenia jest gwałt i terror…. Siły motłochu są ślepe, bezmyślne i bezrozumne, bezbronne wobec zewnętrznych bodźców”. Stąd wypływa wniosek, że konieczny jest „absolutny despotyzm” dla rządzenia „nieokrzesanym motłochem”, oraz że „nasze państwo” musi stosować „terror, zapewniający ślepe posłuszeństwo”. „Dosłowne spełnienie” tych zasad w komunistycznej Rosji musi być dzisiaj oczywistym dla każdego.

Ten „absolutny despotyzm” w międzynarodowym super-państwie ma być ukoronowaniem celu. W międzyczasie, w procesie burzenia struktur państwowych i obronnych, niezbędni są lokalni despoci-marionetki: „Dzisiaj narody znoszą cierpliwie od dyktatorskich premierów takie nadużycia, za jakie kiedyś ścięli by dwudziestu królów. Jak to wytłumaczyć…? Otóż tym, że ci dyktatorzy poprzez swoich agentów szepczą w ucho ludu, że te nadużycia godzące w państwa służą wyższym celom – zapewnieniu dobrobytu ludziom, międzynarodowemu braterstwu, solidarności i równości. Oczywiście, nie mówią tym narodom, że ich zjednoczenie ma się dokonać pod naszą władzą”.

Ten ustęp jest szczególnie interesujący. Określenie „dyktatorski premier” nie było powszechnie zrozumiałe w 1905 roku, kiedy mieszkańcy Zachodu wierzyli jeszcze, że wybrani przez nich przedstawiciele uzależnieni są od ich aprobaty. Stało się jednak faktem podczas Pierwszej i Drugiej Wojny Światowej, kiedy to prezydent amerykański i brytyjski premier uzurpowali sobie pozycję „dyktatorskich premierów” i używali praw wyjątkowych w imię „dobra narodu, międzynarodowego braterstwa…., równości”. Co więcej, w obu wojnach ci „dyktatorscy premierzy” istotnie głosili narodowi, że ich ostatecznym celem jest „zjednoczenie” w ramach rządu światowego o takiej, czy innej formie. Pytanie, kto ma rządzić tym rządem światowym, nigdy nie doczekało się jednoznacznej odpowiedzi. Jak dotąd, tak wiele przepowiedni Protokółów się spełniło, iż warto zastanowić się nad możliwością, czy projekt ten nie jest istotnie instrumentem konspiracji dla opanowania świata „gwałtem i terrorem”.

Szczególną cechą obu wojen XX stulecia jest rozczarowanie zgotowane narodom pozornie zwycięskim. Stąd też za przejaw „niesamowitej wiedzy” należy uznać zdanie napisane przed 1905 rokiem: „Odtąd (tj. od rewolucji francuskiej) stale prowadziliśmy narody od jednego złudzenia w drugie”. I dalej: „Tą metodą wszystkie państwa są w stanie tortury; pragną spokoju, gotowe są wszystko poświęcić dla pokoju; lecz nie damy im spokoju, póki nie uznają otwarcie naszego międzynarodowego super-rządu i nie okażą posłuszeństwa”. Te słowa, napisane przed 1905 rokiem dokładnie obrazują bieg wydarzeń XX wieku.

Dalej – dokument powiada: „Dla osiągnięcia naszych celów koniecznym jest, aby w miarę możliwości wojny nie przynosiły nikomu zysków terytorialnych”. Ten zwrot sprzed 1905 roku, w identycznym brzmieniu stał się w obu wojnach podstawowym sloganem, czy też zasadą moralną przywódców politycznych Ameryki i Wielkiej Brytanii. W tym wypadku można naocznie przekonać się o różnicy między „słowem” dyplomaty, a jego „czynami”. Głównym wynikiem I wojny światowej było wprowadzenie w sprawy międzynarodowe nowych sił: rewolucyjnego syjonizmu i rewolucyjnego komunizmu. Pierwszy otrzymał obiecaną „ojczyznę”, a drugi – realne państwo. Głównym rezultatem II wojny światowej było przyznanie dalszych „zdobyczy terytorialnych” jedynie syjonizmowi i komunizmowi. Syjonizm zdobył państwo terytorialne, a komunizm otrzymał pół Europy. Oczywista jest w tym wypadku „niesamowita trafność” (według słów lorda Sydenhama) przepowiedni Protokołów; ich zwodnicza fraza z 1905 roku stała się codziennym językiem prezydenta amerykańskiego i brytyjskiego premiera w latach 1914-18 i 1939-45.

Protokoły wyjaśniają także powód, dla którego jego autorzy uważali ten slogan za tak ważny instrument omamiania ludu. Jeśli odmówi się „zdobyczy terytorialnych” narodom biorącym udział w wojnie, jedynymi zwycięzcami będą „nasze międzynarodowe agentury… nasze międzynarodowe prawa przekreślą prawa narodów i będą nimi kierowały w ten sam sposób, jak prawo państwowe kieruje sprawami swoich podwładnych”. Dla osiągnięcia tego celu niezbędni są ulegli politycy, o których Protokoły tak się wyrażają: „Wybrani przez nas spośród mas administratorzy, odznaczający się zdolnością i ślepym posłuszeństwem, nie powinni być specjalistami od zarządzania, tak aby w naszej grze łatwo mogli się stać pionkami w rękach światłych doradców i specjalistów, od dziecka wychowanych w sztuce rządzenia sprawami świata”.

Czytelnik sam może zdecydować, czy obraz ten pasuje do niektórych zachodnich „administratorów” ostatnich pięćdziesięciu lat. Sprawdzianem będzie ich stosunek do syjonizmu, rewolucji światowej i rządu światowego, na które to aspekty rzucą światło następne rozdziały tej książki. Najważniejszym jednak przejawem „niezwykłej trafności” jest aluzja do „doradców”.

Znów spotykamy się tu z ową „niesamowitą wiedzą” sprzed pięćdziesięciu lat. W 1905 roku nie znana była instytucja nie pochodzących z wyboru, potężnych „doradców”. Co prawda nieliczni wtajemniczeni, jak Disraeli, wiedzieli, że „światem rządzą zupełnie inne osobistości, niż wyobrażają sobie ci, którzy nie mają dostępu za kulisy”, lecz dla szerokich mas ustęp ten był całkowicie niezrozumiały.

Tym niemniej, w czasie I i II wojny światowej, ów nie-wybrany i nie-oficjalny, choć potężny „doradca” stał się popularną postacią publiczną. Wydobyty na światło dzienne (na mocy ustaw wyjątkowych), stał się znany i został biernie akceptowany przez masy. Być może usprawiedliwiona była pogarda Protokółów dla „motłochu”, zważywszy na jego posłuszne poddanie się otwarcie sprawowanej władzy zakulisowej. I tak, w Stanach Zjednoczonych „doradcy do spraw żydowskich” usadowili się w Białym Domu i w kwaterach głównych okupacyjnych armii amerykańskich. Jeden z finansistów (publicznie zalecający drastyczne metody „rządu kierującego sprawami międzynarodowymi”) był doradcą tylu prezydentów, że prasa tytułowała go stale jako „Elder Statesman”, a wizytujący premierzy brytyjscy oblegali go jak udzielnego władcę.

Protokoły przepowiedziały instytucję tych „doradców” w czasie, gdy nikt jeszcze nie pojmował znaczenia tego słowa, a pomysł, że mogą się oni pojawić publicznie na szczytach władzy, wydawał się nieprawdopodobnym.

Protokoły niejednokrotnie stwierdzały, że pierwszym zadaniem jest zniszczenie istniejącej klasy rządzącej („arystokracji” – określenie to było jeszcze adekwatne w 1905 roku) i zagarnięcie jej własności przez podjudzenie bezmyślnego, „brutalnego” motłochu. Także i w tym wypadku późniejsze wydarzenia potwierdzają „imponującą trafność” tej prognozy.

„W sferze polityki konieczna jest znajomość sposobów, jakimi można zagarnąć własność innych, jeśli akcja ta ma nam zapewnić władzę i suwerenność… Wyrazy: ‘wolność, równość, braterstwo’, głoszone przez tajnych agentów, ściągały do szeregów naszych z całego świata legiony, które z zapałem niosły nasze sztandary. A tymczasem wyrazy te były to czerwie, toczące pomyślność gojów, niszczące wszędzie pokój, spokój, solidarność, burzące wszelkie podstawy ich państw. Zobaczycie następnie, że to sprowadziło triumf nasz: dało nam między innymi możność zdobycia najważniejszego atutu – zniesienia przywilejów, innymi słowy, samej istoty arystokracji gojów, która była jedyną osłoną narodów i krajów przeciwko nam.

Na gruzach arystokracji rządowej umieściliśmy na czele wszystkiego arystokrację pieniężną spośród inteligencji naszej. Jako cenzus dla tej nowej arystokracji ustanowiliśmy bogactwo, zależne od nas, oraz naukę, szerzoną przez mędrców naszych. Możność zmiany przedstawicieli narodu oddała ich do dyspozycji naszej i niejako naszemu przeznaczeniu…. Staniemy się niejako oswobodzicielami robotników spod tego jarzma, kiedy zaproponujemy im wstąpienie do szeregów naszej armii, czyli do socjalistów, anarchistów i komunistów… Głód wytwarza dla kapitału pewniejsze prawa do robotnika, niż te którymi obdarzyła arystokrację prawna władza monarchiczna. – Przy pomocy nędzy i wypływającej stąd zawistnej nienawiści, rządzimy tłumem i dłońmi jego miażdżymy wszystkich, którzy stają na drodze do naszych celów…, lud wierzący ślepo drukowanemu słowu, żywi wskutek nieświadomości swej i podsuniętych mu błędnych pojęć, nienawiść do wszystkich stanów, które uważa za wyższe, bowiem nie rozumie znaczenia każdego stanu… Tłumy te z rozkoszą będą przelewały krew tych, którym w prostocie ducha zazdroszczą od najmłodszych lat, a których dobytek będą mogły wówczas grabić.

Naszych tłumy nie tkną, bowiem chwila napadów będzie nam wiadomą i będą przedsięwzięte środki zapewniające bezpieczeństwo… Wyraz Wolność wystawia społeczeństwo na walkę przeciwko wszelkiej władzy, nawet Boskiej i przyrodzonej. Oto przyczyna, dla której przy objęciu władzy będziemy zmuszeni wykreślić ten wyraz ze słownika jako, określenie zasady siły zwierzęcej zamieniającej tłum w stado zwierząt krwiożerczych… Oto przyczyna, dla której musimy podkopać wiarę, wyrwać z umysłów gojów zasady Bóstwa i ducha, zmieniwszy wszystko przez wyliczenia arytmetyczne i potrzeby materialne…”

„Przeciwstawiliśmy wzajemne wyrachowania osobiste i narodowe gojów, nienawiści religijne i plemienne, hodowane przez nas w sercach gojów w ciągu 20 wieków. Dzięki temu wszystkiemu, żadne państwo wyciągające dłoń nie spotka się z uściskiem życzliwym, bowiem każdy człowiek musi myśleć, że porozumienie się przeciwko nam jest dla niego niekorzystne. Jesteśmy zbyt silni, trzeba się liczyć z nami. Nawet nielicznego przymierza państwa stworzyć nie mogą bez tego, żebyśmy nie brali udziału tajnego… Aby owładnąć opinią społeczną, należy ją doprowadzić do dezorientacji, głosząc z różnych stron tyle poglądów sprzecznych i tak długo, dopóki goje nie zbłądzą w tym labiryncie i nie zrozumieją, że najlepiej jest nie mieć żadnych przekonań, co do spraw politycznych, których społeczeństwo nie może być świadome, bowiem świadomy jest ich tylko ten, kto kieruje społeczeństwem. Oto tajemnica pierwsza. Druga, której posiadanie jest niezbędne dla sprawowania z powodzeniem rządów, polega na tym, by o tyle rozplenić wady narodowe, przyzwyczajenia, namiętności, warunki współżycia, aby nikt nie mógł zrozumieć tego chaosu oraz żeby ludzie przestali pojmować się wzajemnie… Przy pomocy wszystkiego wymienionego o tyle zmęczymy gojów, że zmusimy ich do zaproponowania nam objęcia władzy międzynarodowej, która dzięki swemu przysposobieniu będzie w stanie połączyć wszystkie siły państwowe całego świata i utworzyć Nadrząd. Na miejscu władców współczesnych postawimy straszydło, które będzie nosiło miano Nadrządowej Administracji. Ręce jego będą wyciągnięte we wszystkie strony, jak kleszcze, przy tak kolosalnej organizacji, że nie może ona nie zwyciężyć narodów.”

Ujawnione przez Protokoły wspólne źródło inspiracji syjonizmu i komunizmu, potwierdzone zostało zbieżnością wyłożonych w nich dwóch zasadniczych metod, z odpowiadającymi im metodami dr Herzla i Karola Marksa.

Protokóły wielokrotnie podkreślają podjudzanie „motłochu” przeciw klasie rządzącej, jako najskuteczniejszy środek zniszczenia państw i narodów, oraz osiągnięcia światowej dominacji. Jak ukazaliśmy w poprzednim rozdziale, dokładnie tą samą metodą posługiwał się dr Herzl w celu zdobycia posłuchu u władców Europy.

Następnie – Karol Marks. Według Protokółów, „Arystokracja gojów, jako siła polityczna nie istnieje…, lecz jako posiadaczka terenów szkodliwa jest dla nas z tego powodu, że może być samodzielną co do źródeł swego utrzymania. Wobec tego za wszelką cenę musimy wyzuć ją z ziemi… Jednocześnie należy w sposób wzmożony popierać handel, przemysł… Należy żeby przemysł, wyssał z ziemi i pracę i kapitały, oraz żeby przez spekulację oddał w ręce nasze wszystkie pieniądze całego świata…”

W swym Manifeście Komunistycznym Karol Marks dokładnie podąża za tą formułą. Co prawda głosi, że komunizm można określić jednym zdaniem, „zniesienie własności prywatnej”, ale zaraz potem zmodyfikował tę tezę zastrzeżeniem, że odnosi się ona jedynie do konfiskaty ziemi, a nie do innych form własności prywatnej. (Oczywiście, w późniejszej fazie realizacji idei marksistowskiej wszelka własność prywatna miała zostać skonfiskowana, lecz mówię tutaj o ścisłej zbieżności między strategią Marksa i Protokółów, istniejącą przed jej realizacją).

Szczególnie interesujący jest dzisiaj ustęp, napisany przed rokiem 1905: „Obecnie, już niektóre państwa zaczynają protestować przeciwko nam, czynią to tylko dla formy, według uznania naszego i w myśl poleceń naszych, bowiem antysemityzm jest nam potrzebny dla rządzenia naszymi młodszymi braćmi.” Znamienną cechą naszej epoki jest sposób, w jakim zarzut „antysemityzmu” przenoszony jest nieustannie z jednego kraju na drugi, przy czym inkryminowany kraj staje się automatycznie wrogiem w następnej wojnie. Ten ustęp powinien pomóc rozważnym czytelnikom w sceptycznym potraktowaniu częstych dzisiejszych raportów o nagłych powrotach „antysemityzmu” w skomunizowanej Rosji, czy w innych krajach.

Podobieństwo do dokumentów Weishaupta jest szczególnie silne w ustępach odnoszących się do infiltracji departamentów rządowych, zawodów i partii. Na przykład: „My jesteśmy źródłem terroru wszechobejmującego. Mamy na usługach ludzi wszelkich poglądów, wszelkich zasad: odnowicieli monarchii, demagogów, socjalistów, komunistów oraz wszelkich utopistów. Wszystkich zaprzęgaliśmy do pracy. Każdy z nich na swoją rękę toczy jak czerw resztki władzy, usiłuje obalić cały ustalony układ. Wszystkie państwa są przemęczone wskutek tych działań: wzywają do pokoju, gotowe dla niego poświęcić wszystko: lecz my im spokoju nie udzielimy, dopóki jawnie i kornie nie uznają naszego nadrządu międzynarodowego.”

Aluzje do penetracji uniwersytetów w szczególności, a ogólnie edukacji, także pochodzą bezpośrednio od Weishaupta, czy też z wcześniejszych źródeł, z jakich on czerpał: „…unieszkodliwimy… uniwersytety… Dyrekcje ich i profesorowie będą przygotowywani do zawodu swego przy pomocy tajnych szczegółowych programów działania, od których nie będą mogli odstępować bezkarnie. Profesorowie będą mianowani ze szczególną oględnością i w zupełności zależni od rządu”. Ta tajna penetracja uniwersytetów (istniejąca już za czasów Weishaupta, jak wykazują jego dokumenty) okazała się bardzo owocna w naszym pokoleniu. Typowym przykładem tej metody dają dwaj brytyjscy dyplomaci, którzy po ucieczce do Moskwy oświadczyli korespondentom zagranicznym na konferencji prasowej w 1956 roku, że zostali zwerbowani przez komunistów na uniwersytetach.

Dokumenty Weishaupta wymieniają wolnomularstwo jako najlepszą „przykrywkę” dla konspiratorów. Protokóły przydzielają tę funkcję „liberałom”: „Kiedy wprowadziliśmy do organizmu państwowego truciznę liberalizmu, cała jego struktura polityczna uległa zmianie: państwa zapadły na chorobę śmiertelną – zakażenie krwi. Nie pozostaje nic, jak oczekiwać końca ich agonii.” Liberałowie kilkakrotnie określani są tu epitetem „utopijnych marzycieli”, co ma prawdopodobnie swoje źródło w aluzji Starego Testamentu do „sny śniących”, których wraz z „fałszywymi prorokami” należy wytępić. Stąd też można odgadnąć los czekający liberalizm, nawet gdyby nie wspominały o tym Protokoły: „Rola utopistów liberalnych będzie ostatecznie ukończona, kiedy władza nasza zyska uznanie”.

Znane w naszych czasach reżymy typu „Wielkiego Brata”, przepowiedziane są w ustępie: „Rząd nasz będzie miał charakter patriarchalnej opieki ojcowskiej ze strony naszego władcy”. Także republikanizm ma stanowić „przykrywkę” dla konspiracji. Protokóły zachowują szczególną pogardę dla republikanizmu, w którym podobnie jak w liberalizmie, widzą samo-niszczycielski oręż wykuty z motłochu: „Wówczas stało się możliwe powstanie ery republikańskiej i wówczas to właśnie zastąpiliśmy władcę przez karykaturę rządu-prezydenta, wziętego z tłumu, ze środowiska naszych kreatur i niewolników. To było podstawą miny umieszczonej przez nas pod narodem gojów, a właściwie pod narodami gojów”.

Następnie anonimowy autor sprzed 1905 roku opisuje rolę, do jakiej zostali zepchnięci prezydenci amerykańscy w naszym stuleciu. Ustęp ten zaczyna się zadaniem: „Wkrótce będzie przez nas wprowadzona odpowiedzialność prezydentów”. Oznacza ona w praktyce odpowiedzialność osobistą, a nie wobec konstytucji; miała to być wcześniej opisana rola „premiera-dyktatora”, którego zadaniem jest obezwładnienie państwa jako wstęp do przewidzianej „naszej jednolitej władzy”.

Podczas I i II wojny światowej amerykańscy prezydenci istotnie stali się takimi „premierami-dyktatorami”, uzasadniającymi przejęcie osobistej odpowiedzialności wymogami „sytuacji wyjątkowej” i koniecznością „zwycięstwa”, po osiągnięciu którego władza zostanie zwrócona „narodowi”. Starsi czytelnicy pamiętają, jak nieprawdopodobną zdawała się taka sytuacja przed jej urzeczywistnieniem, lecz jak biernie ją przyjęto. Dalszy ciąg cytowanego ustępu: „Niezależnie od tego nadamy prezydentowi prawo wprowadzania stanu wojennego. Umotywujemy to w taki sposób, że prezydent jako szef armii całego kraju winien mieć możność rozporządzania nią w wypadkach, kiedy zachodzi potrzeba obrony nowej konstytucji republikańskiej… Zrozumiałe jest, że w warunkach podobnych, klucz od świątyni będzie pozostawał w naszym ręku i nikt prócz nas nie będzie kierował siłą prawodawczą… Prezydent będzie według naszego uznania komentował treści tych spośród istniejących praw, które dadzą się tłumaczyć w sposób różnoraki. Będzie również kasował je, jeżeli wskażemy mu, że zachodzi tego potrzeba. Prócz tego prezydentowi będzie przysługiwał przywilej wnoszenia praw tymczasowych, a nawet wprowadzenia nowych zmian do pracy konstytucyjno-państwowej. Jako motyw w obydwu przypadkach będą podawane wyższe wymagania dobra państwowego. Stosowanie tych środków da nam możność stopniowego zniszczenia krok za krokiem, wszystkiego co początkowo przy przejęciu przez nas naszych praw musieliśmy wprowadzić do konstytucji państwowych jako środki przejściowe do niespostrzeżonego zniesienia wszystkich konstytucji, kiedy nastanie czas zniesienia rządu przez nasze samowładztwo.

Powyższa prognoza, datująca się sprzed 1905 roku, szczególnie zasługiwałaby na komplement lorda Sydenhama jako „niezwykle trafnej”. Podczas dwóch wojen naszego stulecia, amerykańscy prezydenci zachowywali się dokładnie, jak w niej opisano. Uzurpowali sobie prawo wypowiadania wojny i już po II wojnie światowej przynajmniej raz z niego skorzystali (w Korei). Próby ograniczenia tej władzy ze strony Kongresu, czy innych stron, zawsze spotykały się z zawziętym oporem.

Wróćmy do Protokołów. Na swej drodze, „wiodącej od jednego rozczarowania do drugiego”, narody „nie zaznają wytchnienia”. Każdy kraj, „który ośmieli się sprzeciwiać naszym planom”, spotka się z wojną, a każda działalność zbiorowa odparta będzie „przy pomocy wojny powszechnej”. „Nie powinniśmy się cofać przed zdradą” – oto klucz do zrozumienia wściekłych ataków z lat 1790, 1920 i czasów dzisiejszych na żądania „inkwizytorów”, „polujących na czarownice”, „McCarthystów”, itp. W przyszłym super-państwie obowiązkiem każdego członka rodziny będzie denuncjowanie krewnych-dysydentów (według wcześniej wspomnianej reguły Starego Testamentu). Niedługo trzeba będzie czekać na „kompletne zniszczenie religii”. Uwagę ludzi zajmie się trywialnymi rozrywkami („ludowych pałaców”), aby byli spokojni i nie zadawali pytań. Oszuka się ich spreparowaną historią (zasada już wprowadzona w życie w komunistycznej Rosji) – „wykreślimy z pamięci ludzi wszystkie fakty z wieków minionych, niepożądane dla nas, pozostawiając tylko te, które uwydatniają wszelkie błędy rządów gojów”. „Wszelkie koła mechanizmów państwowych poruszają się dzięki działaniu silnika, pozostającego w rękach naszych. Silnik ten – to złoto.”

A na końcu – „Niezbędne jest doprowadzenie do tego, żeby poza nami, istniały we wszystkich państwach, tylko masy proletariatu, garść oddanych nam milionerów, policjanci i żołnierze… Uznanie naszego samowładcy może nastąpić również przez zniesienie konstytucji. Chwila ta nastanie w państwach i bankructwami władców zorganizowanymi przez nas zawołają: Zabierzcie ich, a dajcie nam jednego władcę wszechświata, który by zjednoczył nas i zniósł przyczyny waśni, a mianowicie granice narodowościowe, wyznaniowe, wyrachowania państwowe, które by dały nam spokój i pokój, niemożliwe do osiągnięcia przy obecnych władzach i przedstawicielach.”

W kilku ustępach zastąpiłem słowa ‘goje’ określeniem ‘lud’ i ‘masy’, ponieważ wyraz ten implikowałby niepotwierdzoną hipotezę zawartą w tytule książki; a nie chcę wprowadzać takiego zamieszania. Nie należy doszukiwać się dowodu autorstwa konspiracji w niepotwierdzonych zarzutach. Autorami jej mogli być Żydzi, nie-Żydzi lub antysemici. Sprawa ta nie jest istotna. W czasie publikacji, ta praca była scenariuszem dramatu jeszcze nie dokonanego. Dzisiaj rozwija się on przed naszymi oczami od pięćdziesięciu lat, jak na filmie pod tytułem „Wiek Dwudziesty”. Jego postacie poruszają się na współczesnej scenie, grają przewidziane role i są autorami przewidzianych wydarzeń.

Jedyną rzeczą, jaka pozostaje, jest rozwiązanie dramatu – fiasko lub spełnienie. W moim przekonaniu ten imponujący plan nie powinien się powieść. Tym niemniej, istnieje już od 180 lat – być może o wiele dłużej, a Protokoły są jeszcze jednym ogniwem wydłużającego się łańcucha dowodów. Konspiracja w celu zdominowania świata przez utworzenie zniewolonych państw jest faktem, którego nie można powstrzymać, ani usunąć; siłą bezwładności musi się posuwać ku spełnieniu lub ku fiasku. Okres, w którym nastąpi rozwiązanie, w obu wypadkach będzie równie katastrofalny dla jego świadków.«

Esterki

W poprzednich blogach wspominałem o tym, że przewaga narodu żydowskiego nad innymi narodami polega na rozproszeniu wśród nich, asymilacji i wzajemnej pomocy w dążeniu do marginalizowania wpływów otoczenia, w którym żyją. Te czynniki powodują, że Żydzi rządzą światem. Oczywiście nie jest tak, że jakaś wyselekcjonowana grupa Żydów, że to jakiś sanhedryn, głęboko zakonspirowany, rządzi tym wszystkim. Owszem, on rządzi, ale musi mieć wsparcie tych wszystkich Żydów, rozsianych po całym świecie. I musi być ich dużo, bardzo dużo. Ilu jest Żydów na świecie? Tego nie wie nikt, nawet oni sami pewnie nie wiedzą. Każda próba ich liczenia kończy się ich gwałtownym sprzeciwem. Już Rzymianie przekonali się o tym, zarządzając spis powszechny w Palestynie. Skończyło się to powstaniem żydowskim.

Musi być ich dużo, choćby po to, by obsadzić wszystkie kluczowe stanowiska w państwach, w których żyją, w administracji, edukacji, propagandzie, kulturze i sztuce, gospodarce, finansach, handlu, partiach politycznych, bez względu na ich orientację, programy i jeszcze w wielu innych dziedzinach. To musi odbywać się nie tylko na szczeblu centralnym, ale też i lokalnym. To ułatwia faworyzowanie żydowskich interesów w różnego rodzaju przetargach i zleceniach na rzecz samorządów czy gmin. Tak to się zapewne odbywa, choć o tym nie wiemy. Ale wiemy o takich praktykach na szczeblu centralnym. Te wszystkie „pandemiczne” afery z respiratorami, maseczkami itp. Dlaczego zlecenia na ich dostawy trafiły do Żydów? Bo Żydzi w rządzie tak postanowili. Skoro tak to działa na szczeblu centralnym, to zapewne podobnie dzieje się na szczeblu lokalnym. Nie po to ustawa o zamówieniach publicznych zawierała paragraf, mówiący o tym, że jedynym kryterium decydującym o tym, kto wygra przetarg, jest cena. Kto będzie miał najniższą cenę? A kto ma w ręku handel? I kto komu zapewni tę niższą cenę?

Tak więc na świecie jest dużo Żydów, o wiele więcej niż wielu się wydaje. Tylko rozproszenie i asymilacja może ukryć ten fakt i ukrywa. Jednak oprócz tego rozproszenia i asymilacji jest jeszcze jeden czynnik, który determinuje żydowską przewagę. Jest to instytucja tzw. Esterek. Cytowany przeze mnie we wcześniejszym blogu Marks pisał: „Nawet stosunek płciowy, stosunek mężczyzny do kobiety staje się u nich przedmiotem handlu; frymarczy się i kobietą”. Temu zagadnieniu poświęca też swój felieton Dalila Sowietów Adolf Nowaczyński w swojej książce Plewy i perły z 1934 roku. Dalila, jak pisze Wikipedia, to postać biblijna występująca w Księdze Sędziów. Była kochanką Samsona, pogromcy Filistynów, przyczyniła się do jego zguby. Nowaczyński pisze:

»Już mamy taką garść wiadomości, informacji i „on dit” (plotek) z Sowietów, że możemy to sprezentować czytelnikom, co będzie z tego „Wahrheit”(prawda – przyp.W.L.)), a co „Dichtung”(poezja – przyp. W.L.), to najbliższa przyszłość pokaże, a korespondenci ze Wschodu mogą sobie sprostować.

Bywały zawsze takie Dalile, co ratowały sytuacje w krytycznych momentach, na zakrętach dziejów dobranego narodu. Nosiły raz imię Estery, raz Judyty, a raz znowu Dalili. Gdy już nie dawała sobie rady płeć męska, wysyłano dla ratowania najpiękniejszą, najpowabniejszą kusicielkę, „ducha ziemi” (Erdgeist) Lulu, „madame” Lulu, madame… Lupescu, czy to do pałacu Faraona, czy do namiotu sułtana, czy do stolicy szacha, czy na królewski zamek. Kiedy za Wespazjana szedł na Jerozolimę Tytus, przy jego boku znalazła się niespodzianie siostra ostatniego żydowskiego regenta króla Agryppy, znana dramatyczna postać Berenike (Nike zwycięstwo). Srogi i okrutny król kastylijski Alfons VIII w XIII wieku dostał na uśmierzenie wścieklizny judożerczej uroczą Rachelę. Naszemu Kazimierzowi „Wielkiemu” najzręczniej postawiono czy podstawiono z Łobzowa Esterkę, a znów Esterką cesarza Józefa II (tego od rozbiorów) była czas jakiś Ewa Frank, jedynaczka apostoła-apostaty…

W najnowszych czasach też mamy sporo takich przypadkowo nastawionych… Deubelek („księżniczką izraelską” nazwał ją Słowacki). Pętają się zawsze w bliskiej okolicy ludzi o wielkim znaczeniu, początkowo w charakterze sekretarza, panien mówiących wszystkimi językami, znających wszystkie fachy i wszystkie adresy, piszących na wszystkich maszynach i stenografujących, obdarzonych świetną pamięcią do rachunków, genialnie uzdolnionych, pilnych, skrupulatnych, punktualnych, a przy tym wyondulowanych, wymanicurowanych, apetycznych, sex appeal first class.

Przy Mussolinim jeszcze w redakcji „Popolo” była aż do jej drastycznego odsunięcia „towarzyszka”, dziennikarka Marguerita Sarfatti; „Deubelka” Mac Donalda zwała się Rosenberg; Stresemann miał taką „Valentynkę” z W. Galicji, a w Genewie roi się od genialnych „Deubelek” po hotelach luksusowych, gdzie grube swe diety wydają dyplomaci, którzy tu są przeważnie bez małżonek…

Cały szereg autorów dał ostatnio powieściowe portrety tych wirtuozek seksualnej fascynacji, z których pomocą także naród dobrany dyryguje elitą światową. Duńczyk Pontopiddan (laureat Nobla) w powieści „W czepku urodzony” (tłumaczona), Hiszpan Jacinto Benevente (laureat Nobla) w dramacie (nietłumaczonym), Włoch Puccini w powieści „Ebrei” (nietłumaczona), bolszewik Marieniew w powieści (nietłumaczona), kilku Francuzów („O mon Goy!”), kilku Niemców, wreszcie nawet H.G. Wells w ostatniej swej powieści „Bulpington of Blup” (nietłumaczona); Esterka w „nowym Wellsie” nazywa się Rachela Bernstein.

Rachelą Bernstein na Czerwonym Kremlu jest od roku Rebeka Kaganowicz. Z tej racji dyktatora nazywa się dziś w Moskwie potocznie Stalinowiczem, o czym już zresztą plotki-plotki przedostały się w licznych korespondencjach i do zagranicznej prasy. I stąd te różne zmiany w ostatnich czasach i te różne posunięcia taktyczne, zdradzające dość nagły i niespodziewany wzrost odnowionych wpływów i sugestii projudejskich.

Bywało tam już bardzo źle z dobranym narodem.

Te niecałe dwa i pół miliona żydów tak im ciążyło nad 180-milionowym konglomeratem 185 ludów i plemion, że postanowiono najróżniejszymi sposobami, ale przeważnie drastycznymi rozwiązać tamtejszy „problem”. Od czasu kiedy z przepędzonym „awanturnikiem” Bronsteinem („podpalacz świata” i „obalacz niebiosów”) zaczęły się solidaryzować rozmaite żydowskie partyjne potentaty bolszewickie, kurs wobec żydostwa zapanował w Moskwie bardzo ciężki. Przede wszystkim powyrzucano z wyższych stanowisk wszystkich mniejszych lub większych „Kamieniewów” i „Zinowiewów”. Po czym musiały burżuje oddawać wszelkie utajone i przechowywane złoto (i dewizy). Potem poodbierano synagogi i bożnice i zmieniono na kluby i szkoły. Skasowano rabinów, kantorów, mełamedów. Potem ich zaczęto wysiedlać masowo i osadzać na roli a to Krym, a to Birbidżan. Handel prywatny nie istniał a zdeklasowane żydostwo zaczęło się rozpływać w bezklasowym społeczeństwie i zatracać swoje odrębności.

Moc wtedy lamentów i skarg szło na Europę i Amerykę. Aldanow (Landau), Augur (Poliakow), Frauenstein („Lacache”), Kessel, Panait, Istrati i Weinstein („Biesiedowski”), Hurwicz i moc emigrantów. Takie też Sowiety antsemityzujące nie podobały się tym turystom-fetórystom co tam jechali zaproszeni. Surowo o reżimie Gruzina zdawał relacje berlińczyk Doebin, kostycznie amerykański jew Fischer, a także i nasz Słonimski, gdy mu brat Słonimskij naskarżył mocno (o niewdzięczności Moskali wobec żydów, o przepędzaniu ze sztabu i wojska, o niemiłych nastrojach w Dnieprostrojach, na gruzińskim Kremlu, po fabrykach, po urzędach) i nasz Słonimski bardzo nieżyczliwie odniósł się do takiej Bolszewii. O ileż sympatyczniej wypadł wizerunek Sowietarchii w opisach rdzennych Ariów i „szlachciców polskich”, jak Mackiewicza, Janty Połczyńskiego oraz inżyniera Błeszyńskiego, zdającego wiernie i obszernie sprawę w „Gazecie Warszawskiej”…

Intelektów i „klerków” żydowskich Sowiety Stalina zawiodły. Niejaki Emil Ludwig-Cohn stuprocentowo entuzjazmował się w osobnej książce Mussolinim, a o Stalinie napisał krótko, węzłowato i… jadowicie.

Teraz już by te wszystkie Słonimskie i Berlińskie popisały znacznie cieplej, bez „sceptyka”, serdecznie. Teraz, to znaczy od bardzo niedawna…

W grudniu zeszłego roku jeszcze żyła żona Stalina, Alilujewa. Kiedy jakiś spisek nowy odkryło GPU, za ośmiu aresztowanymi stanęła w obronie Alilujewa. Kiedy GPU upierało się przy winie podejrzanych, Alilujewa tak to wzięła do serca, że pewnego dnia sama pozbawiła się życia. Taka jest opinia w Moskwie o tej tajemniczej sprawie.

30 grudnia 1931 roku GPU złożyło Kremlowi długi raport o gwałtownym wzroście afektów antysemickich w całej Unii. Czto diełat? Jeszcze pousuwać resztę żydów ze stanowisk eksponowanych, równocześnie wykorzystać ogólny pogląd (legendę) o żydożerstwie Stalina, ale równocześnie tępić wszelkie akty terroru wobec żydów po fabrykach i po wsiach. Nadto trzeba nieco oczyścić Moskwę. Jeszcze ich tu pełno (250 000), jeszcze mają za dużo w trzosach i w portfelach. Jeszcze ich tylko wszędzie widać w teatrach, w kinach, na meczach, w droższych restauracjach, w dancingach (są, są), na polach wyścigowych (są! są!), jeszcze się stroją, manicurują, ondulują i drażnią wynędzniałą, wygłodniałą, wychudłą ludność swoim aroganckim rozbuchaniem („jedwabne pończochy”), jak za najlepszych carskich czasów (Revue Mondiale: „Une femme en USSR”, autorka: Magdalena Lauret (nietłumaczone). Trzeba Moskwę odciążyć od elementów hebrajskich, gdyż widok już podpasionych, roztyłych, rozbijających się w Pacquardach i Lincolnach znów drażni pospolity słowiański naród i może wywołać fermenty, a nawet pogrom, jakiego świat nie widział. Lud ciężko fizycznie pracujący głoduje, a ci znowu „w jedwabnych skarpetkach”, „w jedwabnych pończochach”. Na nieszczęsnej Ukrainie liczne fakty… ludożerstwa! (marzec roku 1933), a żydowskie aparatczyki z damami tańczą po hotelach i tańczą, a z gramofonów słychać na ulicę warszawską „Rebekę”…

Zdecydowano zatem zaprowadzić system wewnętrzny paszportów. Kto przebywa w Moskwie czy Charkowie, czy Leningradzie nielegalnie, ma się wynosić, w dziesięć dni od ogłoszenia, na peryferie, poza 60 km od miasta, jazda! Wziąć do reki telefoniczną książkę stolicy Sowietów, same jewreje; jak tak dalej by poszło, to za 10 lat chyba druga Warszawa! Tfy! Tak być nie może! Czystka!

Równocześnie i paralelnie zapowiadana była od pierwszego czerwca inna czystka wielka, partyjna, taka jaka już bywała kilka razy, ostatnio 1929 i 1930.

Radził tedy GPU w referacie dosłownie: „wykorzystać legendę o antysemityzmie Stalina”… Od pierwszego czerwca miała się zacząć wielka czystka… dalej nowe paszporty… odciążenie… za miasto… może więcej pociągów do Birbidżanu?…

Każdy tedy obywatel Sowietów mógł myśleć i spodziewać się, że przede wszystkim zostanie przepędzony w diabły niejeden z takich obywateli Moskwy, których opisuje p. Magdalena Lauret w „Une femme en USSR” (Revue Mondiale, V 1933):

„Zasiadł w fotelu obok mnie i musiałam asystować przy masażu jego ogromnej, nalanej krwią twarzy. Masażystka, izraelitka także, tęga i mała brunetka, masowała go z rewerencją, całą swą uwagę skupiając na owym podbródku, który, jak jej tłumaczył, był jego największym strapieniem. Nie przypuszczałam, aby w tym kraju, gdzie panuje taka rezygnacja i zgoda na ubóstwo i wyrzeczenie się samego siebie, może istnieć taka troska o swoją urodę”.

Tymczasem w ostatnich miesiącach musiała tam zajść jakaś znowu… daleko i głęboko idąca… metamorfoza… zmiana kursu czy nastrojów wewnętrznych?

Pod względem nędzy i biedy nic się nie zmieniło. Na Ukrainie głód dantejski się szerzy. Natomiast nic nie słychać o tym jakoby z Moskwy, Odessy, Rostowa, Sewastopola, Dniepropetrowska, Stalińska, Stalingradu wynosiły się te elementy „nieklasowe” (pasożytnicze), które „spożywając, a nie produkując, obarczyły budownictwo socjalistyczne”. Natomiast wracają do Moskwy co prawda „skruszone” postacie takich opozycjonistów, jak „Zinowiew” (Apfelbaum) i Rosenfeld („Kamieniew”) szwagier Bronsteina („Trockij”)…

Korespondent zasię naszej „Gazety Polskiej”, zawsze wyjątkowo interesujący, a niekiedy tajemniczy ( w swych niedopowiedzeniach) p. Otmar Bersohn, ostatnio omawiając szczegółowiej program tej czystki wyraźnie pisze:

„Dlatego też najważniejszym kryterium podczas „czystki” – ma być stosunek członka partii do powierzonej mu roboty. Na „rozkład moralny” ma być zwrócona o wiele mniejsza doza uwagi. Grzechy „pijaństwa i rozpusty” będą niewątpliwie traktowane bardzo łagodnie – w przeciwieństwie do antysemityzmu – który wśród szerokich kół komunistów pochodzenia słowiańskiego przybiera rozmiary niemal hitlerowskie i jak się zdaje na analogicznym tle „konkurencji zawodowej”. Obecnie cała prasa akompaniuje „czystce”, grzmiąc artykułami, „wodzowie” wygłaszają liczne przemówienia na temat „zaśmiecenia szeregów partyjnych”, przytaczając, jak na przykład Kaganowicz, zupełnie konkretne fakty zasiadania b. denikinowskich oficerów na bardzo wysokich urzędach partyjnych na prowincji”.

Kaganowicz! Szara eminencja Kaganowicz! prawa ręka dyktatora. Kaganowicz jest bratem rodzonym narzeczonej Józefa Stalina, Rebeki Kaganowicz. „Und das hat mit ihrem Singen die Loreley getan” („A to wszystko sprawiła ta Loreley swoim śpiewem” – przyp. W.L.), śpiewał kiedyś Heine…

Bliższe i ciekawsze szczegóły przemian… w najbliższej przyszłości.

Dla pogodnego obserwatora „politycznościów” najzabawniejszym detalem w tym wszystkim jest to, że w dzisiejszej Warszawie najulubieńszą, najpopularniejszą piosenką ludu znad Wisły jest akurat… także „Rebeka”…«

W tekście pojawiło się słowo mełamed. Jak pisze Wikipedia, jest to słowo hebrajskie i oznacza nauczyciela. Był to nauczyciel dzieci w chederze, czyli w szkole żydowskiej o charakterze religijnym. Był wybierany i opłacany przez gminę żydowską. Ponadto mełamedzi byli zatrudniani przez osoby prywatne. Mełamed mógł mieć pomocnika, który nazywał się behelfer (czyli dosłownie pomocnik), od którego pochodzi spolszczona nazwa belfer.

W Słowniku Języka Polskiego PWN z 1968 roku nie występuje to słowo. I słusznie, bo to słownik języka polskiego. W słowniku wyrazów obcych występuje ono i słusznie, bo to jest obcy wyraz. Natomiast słownik internetowy języka polskiego (sjp.pwn.pl) zawiera to słowo i nawet jest podana jego odmiana przez przypadki, ale nie jest podana informacja, że jest to słowo hebrajskie. No bo jak? Hebrajskie słowo w słowniku języka polskiego! Czasy się zmieniają. Być może dojdzie jeszcze kiedyś do tego, że posiadanie starych książek, słowników, encyklopedii, gazet itp. będzie zakazane.

Cel

Czas jest nie tylko bezlitosnym rzeźbiarzem ludzkich twarzy i ciał, ale też bezwzględnie weryfikuje wszelkie interpretacje dotyczące wydarzeń politycznych. Jedną z takich interpretacji, czy próbą opisania rzeczywistości i wytłumaczenia, o co w niej chodzi, była książka Douglasa Reeda Kontrowersja Syjonu. Czy oparła się czasowi i czy nadal jest aktualna? W moim przekonaniu – tak! Od 1951 roku Reed odizolowany od żony i dzieci, spędził ponad trzy lata w Centralnej Bibliotece Nowego Jorku lub przy maszynie do pisania w swoim spartańskim mieszkaniu w Nowym Jorku i Montrealu. Tak właśnie ona powstawała.

Douglas Reed (1895-1976) był brytyjskim dziennikarzem, autorem sztuk teatralnych, opowiadań i książek poświęconych tematyce politycznej. W nekrologu The Times określił go jako wrednego antysemitę. A to właśnie w tej gazecie zaczął on pracować około 1921 roku. W 1927 roku rozpoczął pracę jako korespondent w Berlinie, później w Wiedniu. Nadsyłał też korespondencje z Warszawy, Moskwy, Pragi, Aten, Sofii, Bukaresztu i Budapesztu. Zrezygnował z tej pracy w proteście przeciwko polityce uległości wobec Hitlera i Układowi Monachijskiemu a także przeciwko cenzurze, która uniemożliwiała mu pisanie prawdy o tamtych wydarzeniach.

Sławę przyniosły mu książki: Insanity Fair, Disgrace Abound, Somewhere South of Suez, Far and Wide i inne. W okresie międzywojennym jego książki rozchodziły się w setkach tysięcy egzemplarzy, a on sam był zanany czytającej anglojęzycznej publiczności.

»Światową sławę przyniosła mu jego książka Insanity Fair z 1938 roku, analizująca sytuację w przedwojennej Europie. Jego kilka kolejnych książek również było bestsellerami.

Reed spędził okres II wojny światowej w Anglii; w 1948 przeniósł się do Durbanu w RPA (Wtedy nie było jeszcze RPA tylko Związek Południowej Afryki – przyp. W.L.). W swojej książce Far and Wide z 1951 r. napisał: „Podczas II wojny światowej zauważyłem, że liczby żydowskich ofiar w miejscach, w których wojna uniemożliwiła weryfikację, zawyżano bezpodstawnie, i napisał o tym w książce. Tę praktykę stosowano do końca wojny i wtedy podano liczbę sześciu milionów… Nie ma dowodów”. Reed został następnie praktycznie zakazany przez uznanych wydawców i księgarzy, a jego poprzednie tytuły były często usuwane z bibliotecznych półek.« – Tak pisze angielska Wikipedia, cytując: Benson Ivor in Preface to The Controversy of Zion, Dolphin Press Durban, 1978.

Z kolei Ivor Benson w przedmowie do internetowego wydania tej książki pisze:

„Ukończenie tak wielkiego dzieła, wymagającego żmudnych badań i sprawdzania źródeł, wymagało niezwykłej siły osobistej, tym bardziej, że nadzieja na jego opublikowanie za życia autora była nikła, lub nawet żadna. Chociaż z zachowanej korespondencji z wydawcą wynika, iż była mowa o tytule książki, jej manuskrypt pozostał u autora, schowany przez 22 lata w trzech tomach na szafie w domu Reeda w Durbanie.

Spokojny i wreszcie usatysfakcjonowany w przekonaniu, że zakończył swoje dzieło na ile pozwalały ówczesne warunki, Douglas Reed z pogodą ducha przyjął swą przymusową emeryturę jako dziennikarz i pisarz, odwrócił się od przeszłości i dostosował się pogodnie do nowego trybu życia; tak że jego nowi przyjaciele i znajomi, oczarowani jego żywym umysłem i poczuciem humoru, przez całe lata nie domyślali się, że mają do czynienia z ongiś głośnym i sławnym Douglasem Reedem.”

Wybrałem pewne urywki z tej książki, z jej początku i końca, które, w moim przekonaniu, dobrze tłumaczą nam naszą rzeczywistość i ułatwiają zrozumienie tego, co się aktualnie dokonuje. Zrozumienie tego, skąd takie dążenie do zniszczenia gospodarek z zupełnie irracjonalnych powodów. To wyjaśnia pierwsza część tych urywków. Druga część, pod tytułem Instrument światowy, tłumaczy dlaczego cały impet skupia się na białej rasie i jej państwach narodowych.

Tłumacz książki Kontrowersja Syjonu używa określenia „Deuteronomy”. Deuteronomium to Piąta Księga Mojżeszowa. Tych ksiąg jest pięć i tworzą one tzw. Pięcioksiąg, czyli Torę. – Tora! Tora! Tora! – Japońskie hasło ataku na Pearl Harbor. »Japońskie słowo „tora” oznacza tygrysa, w tym przypadku użyto go jako akronimu słów totsugeki (nagły atak) i raigeki (atak torpedowy).« – Wikipedia. Adolf Nowaczyński w swoim felietonie Banzaj! (Niech żyje! Hurra!), zamieszczonym w jego książce Plewy i perły z 1934 roku pisze:

„Ukazało się obszerne dzieło wybitnego historyka japońskiego dra Ojabe, który przeprowadził skrupulatne badanie nad pochodzeniem swego narodu. Uczony japoński doszedł do przekonania, że istnieje bardzo bliskie pokrewieństwo między żydami i Japończykami, którzy są ponoć potomkami pokoleń Gad i Menasze. Dr Ojabe przytacza cały szereg obyczajów japońskich, które prawie niczym się nie różnią od identycznych obyczajów żydowskich. Dr Ojabe twierdzi, że Japończycy przybyli do Japonii przez Mezopotamię i Indie zaraz po zburzeniu pierwszej świątyni”.

Poniżej wybrane przeze mnie fragmenty z książki Kontrowersja Syjonu. Książka ta jest dostępna w internecie w formie elektronicznej i można ją kupić w formie papierowej pod tytułem Strategia Syjonu.

Sekta (Lewici – przyp. W.L.), która związała się z plemieniem Judy i je opanowała, przejęła w swoich księgach rozpowszechniający się koncept jedynego Boga powszechnego jedynie po to, aby go zniszczyć, postulując wiarę opartą na jego zaprzeczeniu. Zaprzeczenie to, bardziej ignorujące niż otwarte, było nieuniknione i konieczne dla oparcia podstaw nowej wiary na teorii rasy panów. Taka, jeśli w ogóle istnieje, sama w sobie musi być Bogiem.

Wiara ta, wprowadzona w 485 roku BC jako prawo regulujące życie Judy, była i pozostaje unikalna w historii świata. Opiera się na stwierdzeniu przypisywanym plemiennemu bóstwu (Jehowie), że Izraelici (w rzeczywistości Judejczycy) są „narodem wybranym”, który przy przestrzeganiu wszystkich „przepisów i praw” wywyższony zostanie ponad inne ludy i otrzyma „ziemię obiecaną”. Czy to przez przeoczenie, czy przez nieuniknioną konieczność, z teorii tej wyrosły pochodne jej koncepcje „niewoli” i „zagłady”. Żądanie Jehowy, aby go czcić w określonym miejscu i kraju, pociągało dla jego wielbicieli konieczność przebywania w nim.

Oczywiście, nie wszyscy mogli tam mieszkać, lecz ci żyjący poza krajem, czy to z konieczności, czy z własnego wyboru, automatycznie stawali się „niewolnikami” „obcych”, których należało „wykorzenić”, „wytracić” i „zniszczyć”. Według podstawowych zasad tej wiary nie ma znaczenia, czy ci „władcy” są najeźdźcami, czy też kurtuazyjnymi gospodarzami; ich z góry przeznaczonym losem jest zagłada lub zniewolenie.

Przed czekającą ich zagładą i zniewoleniem, mają tymczasowo pełnić rolę „władców” Judejczyków; nie z własnego wyboru, lecz jako narzędzie kary za niestosowanie się Judejczyków do „przepisów”. W ten sposób Jehowa przedstawia się jako jedyny powszechny Bóg: choć uznaje tylko „naród wybrany”, posługuje się poganami dla ukarania go za „przekroczenia”, zanim poganie sami nie padną ofiarą przeznaczonej im zagłady.

Taki spadek został narzucony plemieniu Judy. Nie byli oni nawet jego prawnymi dziedzicami, gdyż zgodnie z Księgą, „przymierze” zawarte zostało między Jehową, a „dziećmi Izraela”. Na długo przed rokiem 485 Izraelici, odsunąwszy się od nie-izraelskich Judejczyków, rozpłynęli się w morzu społeczeństw, unosząc ze sobą wizję uniwersalnego miłosiernego Boga ogólnoludzkiego. Jak wykazują wszystkie źródła historyczne, Izraelici nigdy nie wyznawali wiary rasistowskiej, która w ciągu wieków miała być znana jako religia żydowska, czyli Judaizm. Wiara ta od początku była produktem Lewitów Judejskich.

Od początku powstania, będące odrębnym plemieniem, Juda odznaczało się osobliwym charakterem. Zawsze było odizolowane i pozostawało w konfliktach z sąsiadami. Jego pochodzenie otacza mgła tajemnicy. Wydaje się, że wraz ze swoim złowieszczym imieniem, plemię to nie tyle zostało „wybrane”, co odseparowane. Księgi Lewitów włączają je w obręb plemion Izraela, a ponieważ pozostałe plemiona mieszały się z okoliczną ludnością, ono pozostało ostatnim pretendentem do nagrody obiecanej przez Jehowę „narodowi wybranemu”. Jednakże, nawet to roszczenie nie wydaje się uzasadnione, gdyż Encyklopedia Żydowska bezstronnie stwierdza, iż Juda najprawdopodobniej nie była plemieniem Izraelskim. Takim było owo osobliwe plemię, które wyruszyło w przyszłość obarczone doktryną wypracowaną przez Lewitów, zapewniającą, że jest ono „narodem wybranym” przez Jehowę, który po wypełnieniu wszystkich „przepisów i praw”, odziedziczy ziemię obiecaną i osiągnie panowanie nad wszystkimi narodami. W końcowej formie spreparowanych przez Lewitów „statutów i praw”, niejednokrotnie pojawiają się nakazy, jak doszczętnie zniszczyć, obalić, wykorzenić. Przeznaczeniem Judy było stworzenie narodu poświęconego idei zniszczenia.

Następnie Mojżesz wylicza wszystkie „statuty i prawa”, których należy przestrzegać dla osiągnięcia nagrody. Ponownie, podmiotem „Prawa” jest wytracenie:

Te są ustawy i sądy, których strzec będziecie….. Zburzycie do szczętu wszystkie miejsca, na których służyli narodowie, które wy posiądziecie, bogom swoim…. Gdy wytraci Pan, Bóg twój, przed obliczem twojem te narody, do których ty wnijdziesz, abyś je posiadł, i opanował je, i mieszkał w ziemi ich. Strzeżże się, abyś się nie usidlił, idąc za nimi, gdy wytraceni będą przed twarzą twoją; ani się też pytaj na bogi ich.”

Ten nakaz „Prawa” wymaga od wiernych wytracenia innych religii. W chwili ustanowienia miał on charakter ogólny, lecz nabrał specyficznego wyrazu w późniejszych wiekach, gdy wiara chrześcijańska rozprzestrzeniła się w kierunku na Zachód, gdzie wywędrowały także masy żydowskie. (W tym układzie chrześcijaństwo stało się głównym obiektem przykazania „zburzycie do szczętu…”). Oczywistymi przejawami przestrzegania tych „praw” w imię Deuteronomy, było wysadzanie w powietrze rosyjskich katedr, zakładanie „bezbożnych muzeów”, kanonizacja Judasza i inne uczynki rządu bolszewickiego, złożonego w dziewięćdziesięciu procentach ze wschodnich Żydów.)

Także praktyka inkwizycji heretyków i donosicieli, którą Zachód stosował w okresach regresji, a odrzucał w bardziej oświeconych, znajduje źródło (o ile ktoś zna wcześniejsze) w Deuteronomy. Jeśli heretyk taki miałby jakieś wątpliwości co do Prawa zniszczenia, zreasumowanego w poprzednich paragrafach tej książki, Deuteronomy dostarcza następnych przykładów: Gdyby powstał między wami prorok, albo sny miewający…. zabity będzie. Pod to prawo podpada ukrzyżowanie Jezusa (jak i uśmiercenie wielu krytyków ortodoksyjnego Judaizmu).

Obowiązkiem jest także denuncjacja bliźniego podejrzanego o herezję. Ten instrument terroru wprowadzony został w Rosji w 1917 roku przez bolszewików, a następnie skopiowany w Niemczech w 1933 roku przez Narodowych Socjalistów. Ówczesny świat chrześcijański wydawał się poruszony tymi barbarzyńskimi innowacjami, choć ich metoda wyłożona została bez obsłonek w Deuteronomy, domagającej się, aby każdy wyrażający chęć „służenia innym bogom” został zadenuncjowany przez brata, siostrę, syna, córki, żonę, etc., i ukamienowany na śmierć.

Co charakterystyczne, Deuteronomy zaleca, aby na ofiarę denuncjacji padła „najpierw” karząca ręka krewnego lub małżonka, a potem dopiero „tłumu”.Ten „statut Prawa” ciągle jest przestrzegany, w zależności od lokalnych warunków i innych okoliczności. W krajach cudzoziemskich, gdzie panujące prawa „obcego” mogą uznać ten czyn za morderstwo, apostata nie może zostać publicznie ukamienowany na śmierć. Ten rodzaj kary zastąpiony jest formalnym „uznaniem za zmarłego” i symboliczną żałobą: zobacz relację dr J. Goldsteina co do symbolicznego rytuału i niedawnych prób odtworzenia go w rzeczywistości, w sposób stosowany od stuleci w zamkniętych społeczeństwach żydowskich, gdzie nie sięga ręka „obcego”.

Deuteronomy kończy się rozległymi, grzmiącymi i piorunującymi przekleństwami, przeplatanymi błogosławieństwami. Umierający Mojżesz raz jeszcze nawołuje „lud” do wyboru między błogosławieństwami, a przekleństwami, i dokładnie je wylicza. Błogosławieństwa mają charakter wyłącznie materialny: pomyślność w rozmnażaniu się rodziny, wzrostu plonów i bydła; pobicie nieprzyjaciela; dominację nad światem.

Pan, Bóg twój, wywyższy nad wszystkie narody ziemi…. Wystawi cię Pan sobie za lud święty….. I obaczą wszystkie narody ziemi, że imię Pańskie wzywane jest nad tobą, a będą się ciebie lękać…. będziesz pożyczał wielom narodom, a sam nie będziesz pożyczał. I uczyni cię Pan przedniejszym, a nie pośledniejszym; i będziesz tylko wyższy, a nie będziesz niższy…”

Błogosławieństwa obejmują trzynaście wierszy, przekleństwa – około pięćdziesięciu, czy sześćdziesięciu. Jak się okaże, bóstwo w którego imieniu owe przekleństwa są wyliczone, zdolne jest czynić zło (jest to wyraźnie stwierdzone w późniejszej księdze Ezechiela).

I rozproszy cię Pan między wszystkie narody, od kończyn ziemi i aż do kończyn ziemi…. A między onymi narodami nie wytchniesz sobie, ani będzie miała odpoczynku stopa nogi twojej…”

Podobna podwójna mowa (według nowoczesnego określenia) przewija się przez całą Deuteronomy. Za przewinienia Pan pozbawia naród wybrany domu i rozprasza go wśród pogan; poganie – nie będąc winni ani jego wygnaniu, ani przewinieniom – są jego „prześladowcami”; ergo – pogan należy zniszczyć.

Łatwiej pojąć stosunek Judejczyków do innych narodowości, do Stworzenia i ogólnie do wszechświata, gdy się rozważy te i podobne im ustępy, a szczególnie nieustanne skargi Żydów, gdziekolwiek się znajdują, na prześladowanie, którego wątek przewija się w takim czy innym ujęciu w niemal całej literaturze żydowskiej. Wystarczy przyjąć tę Księgę za prawo, aby sam fakt istnienia innych narodów uznać za prześladowanie; jest to jasna implikacja wynikająca z Deuteronomy.

Najbardziej szowinistyczny Żyd w jednym zgadza się z najbardziej oświeconym Żydem: żaden z nich nie potrafi spojrzeć na świat z innego punktu widzenia, jak żydowski. W tym ujęciu postać „obcego” nie ma tu znaczenia. Jest to rezultatem rozwoju myśli, spadkiem dwudziestu pięciu stuleci przemyśleń Żydów. Nawet ci Żydzi, którzy dostrzegają w nich herezję i fałsz, nie zawsze potrafią się całkowicie uwolnić od koszmaru zasadzonego w ich umysły i dusze.

Ostatni ustęp cytowany z Deuteronomy pokazuje, że rządząca sekta tym samym tchem przedstawia wygnanie narodu wybranego jako akt kary bożej i jako prześladowanie tegoż narodu przez nieprzyjaciół, zasługujących na przejęcie „tych wszystkich klątw”. Dla umysłów o tak krańcowym egotyzmie, katastrofa polityczna w której traci życie 95 gojów i 5 Żydów, jest czysto żydowską tragedią, przy czym nie są oni nawet świadomi własnej hipokryzji. W dwudziestym wieku, ten standard osądu stał się wzorcem w życiu innych narodów i miarą oceny wszystkich większych wydarzeń w doświadczeniach Zachodu. Żyjemy więc w wieku fałszu Lewitów.

Instrument światowy

Poza wtargnięciem rewolucji do Europy i ustanowieniem przemocą państwa syjonistycznego, trzecim rezultatem II wojny była powtórna próba zbudowania struktur „rządu światowego”, na którego ołtarzu poświęcone miały zostać narody Zachodu. Takim jest ostateczny cel, do którego spełnienia wiodą równolegle dwa procesy – komunizmu i syjonizmu. Jego idea po raz pierwszy objawiona została w papierach Weishaupta, poczęła nabierać rozpędu w XIX wieku, a pełne jej szczegóły ujawniły Protokoły z 1905 roku. Podczas I Wojny Światowej tę kluczową ideę „wsublimował w umysł” prezydenta Wilsona pułkownik House ze swoimi wspólnikami, starając się go przekonać, że jest ona „jego własną”. Przybrała najpierw kształt „Ligi Walki o Pokój”, a pod koniec wojny nazwana została „Ligą Narodów”.

Podobnie jak wszystkie inne podporządkowane jej koncepcje, jej pierwsza i częściowa realizacja odbyła się w okresie zamętu wielkiej wojny – tj. w jej późniejszym etapie i krótko po niej. Przed wojną nie została przedstawiona zamieszanym w nią narodom; nie ujawniono im też jej natury ani celów – w warunkach „stanu wyjątkowego” „premierzy-dyktatorzy” mogli obejść się bez ich akceptacji. Dopiero po rozwianiu się dymów wojny doszła do głosu opinia publiczna, dając wyraz swemu niezadowoleniu odrzuceniem idei przez Kongres Stanów Zjednoczonych.

Dwadzieścia lat międzywojennych wykazało, że „Liga Narodów” nie jest w stanie narzucić ani utrzymać pokoju, oraz że narody nie zrzekną się dobrowolnie swej suwerenności na jej rzecz. Tym niemniej, w przededniu II Wojny Światowej jej rzecznicy znów podjęli ideę ustanowienia jakiegoś rodzaju „rządu światowego”; opanowani wspólnym przekonaniem, że „narody” powinny wyrzec się swej suwerenności. Według biografa Barucha, Morrisa V. Rosenblooma, Roosevelt po ataku paraliżu w 1923 roku wykorzystał okres rekonwalescencji na opracowanie „planu zachowania pokoju”, który wykończył już jako prezydent i nadał mu nazwę „Narodów Zjednoczonych”.

Podobnie i w Anglii w 1936 roku, Winston Churchill – orędownik nacjonalizmu brytyjskiego, zostawszy prezesem brytyjskiej sekcji międzynarodowego towarzystwa zwanego „The New Commonwealth Society”, które zalecało utworzenie „sił policji światowej dla utrzymania pokoju” (połączenie słów „walka” z „pokojem” przebija się ze wszystkich tych programów i oświadczeń), publicznie stwierdził (26 listopada 1936 roku), że w odróżnieniu od innych „agencji pokojowych”, jego własna „zaleca w obronie prawa użycie siły przeciw agresorowi”. Mr. Churchill nie wyjaśnił, o jakie lub czyje prawo tu chodzi, tym niemniej dla utrzymania pokoju proponował użycie przemocy”.

Logicznym więc biegiem rzeczy, na spotkaniu z prezydentem Rooseveltem w sierpniu 1941roku, które zaowocowało jałową Kartą Atlantycką, mógł Churchill (według jego własnej relacji) oświadczyć mu, że „opinia angielska byłaby rozczarowana brakiem inicjatywy zmierzającej do ustanowienia po wojnie międzynarodowej organizacji pilnującej pokoju”. Przebywałem w tym czasie w Anglii i byłem niemile uderzony tą aluzją Churchilla, jako że w ówczesnej Anglii trudno było mówić o „opinii publicznej” – brak było jakiejkolwiek bazy informacyjnej dla jej ukształtowania. Ideę tą propagował Churchill z własnej inicjatywy, podobnie jak Roosevelt: „Roosevelt miał całkowicie wolną rękę w omawianiu i podejmowaniu decyzji we wszystkich sprawach…. ja, jako przedstawiciel Wielkiej Brytanii cieszyłem się prawie taką samą swobodą. W ten sposób łatwo było dojść do porozumienia; nieocenioną korzyścią było zaoszczędzenie czasu i ograniczenie liczby ludzi wtajemniczonych w te sprawy” (tak opisuje Churchill „zasadnicze negocjacje między dwoma krajami, prowadzone faktycznie na zasadzie prywatnych kontaktów” między nim a Rooseveltem, „w atmosferze idealnej zgody”).

W rezultacie pod koniec wojny, z pominięciem opinii walczących mas, głównym przedmiotem prywatnych dyskusji tych dwóch polityków, generała Smuts’a z Afryki Południowej oraz innych premierów Wspólnoty Brytyjskiej stała się „sprawa Organizacji Światowej” (Mr. Churchill). W tym czasie (rok 1944) Mr. Churchill zaczął używać określenia „Instrument Światowy”, Podobnie jak w kwestii jego wcześniejszej aluzji do „prawa”, wyłoniło się pytanie, w czyich rękach znajduje się ten instrument? Zwrot „zapobieganie przyszłym agresjom” stał się utartym powiedzeniem w tych dyskusjach. Trudniejszym problemem okazała się identyfikacja agresora, jak to wykazały epizody hawański z 1898 roku i w Pearl Harbor z 1941 roku. Nie sięgając dalej, najbardziej hojnie obdarzonym uczestnikiem II Wojny Światowej miało się stać po jej zakończeniu państwo sowieckie – jeden z agresorów, odpowiedzialny za jej wybuch. Trudno więc było brać poważnie te wszystkie rozmowy o zapobieganiu „agresji”. Jasnym było, że ustanowienie „instrumentu światowego” będzie faworyzować tego, kto potrafi osiągnąć nad nim kontrolę. Lecz przeciwko komu miał być on użyty? Odpowiedz na to dali propagatorzy tej idei: jedyną zgodnie atakowaną przez nich sprawą, była „suwerenność narodów”. Ergo, „instrument” ten miał służyć do niszczenia odrębnych narodowości (co prawda, tylko na Zachodzie). Któż jednak miał nim władać? Odpowiedzi na to pytanie dostarczyły dwie wojny światowe.

Takie było tło ustanowienia w 1945 roku „Organizacji Narodów Zjednoczonych”. Dwa następne lata (podczas panującego jeszcze zamętu powojennego), ujawniły prawdziwą naturę „rządu światowego” i „instrumentu światowego”. Po raz pierwszy narody mogły się przekonać, co je czeka w razie pełnej realizacji tej idei. Wtedy jeszcze nie zdawały sobie z tego sprawy i wkrótce o tym zapomniały, lecz pozostał dowód – niezniszczalny dokument dla dzisiejszych badaczy, a także przyszłych, jeśli idea „supernarodowej władzy”, wyraźnie przepowiedziana w Protokołach z 1905 roku, nie przestanie być propagowana przez wpływowych ludzi działających poza kulisami polityki międzynarodowej.

Po przeczytaniu tych cytatów chyba łatwiej zrozumieć, dlaczego w tej plandemii muzułmanie i Murzyni są inaczej traktowani niż biali. Dlaczego trwa takie intensywne szczepienie we wszystkich państwach białego człowieka, a w innych już niekoniecznie. Oczywiście Chiny są pewnym wyjątkiem, ale tam zawsze panował terror i jest to państwo, które, ze swoim potencjałem gospodarczym, doskonale nadaje się do zniszczenia gospodarek białego człowieka. Taki cel chyba przyświecał tym, którzy przenosili produkcję z Europy i Ameryki do Chin. Być może tak jest, że globalistom zależy na znacznej redukcji liczby ludności świata, ale przede wszystkim zależy im na zniszczeniu białego człowieka, jego państw narodowych i chrześcijaństwa.

Edukacja c.d.

„Dajcie mi na przeciąg wieku wychowanie publiczne, a zmienię świat” mawiał filozof Leibnitz, wybitny różokrzyżowiec. Niewątpliwie bez przejęcia systemu edukacji, siły starające się wprowadzić Nowy Porządek Świata, miałyby o wiele trudniejsze zadanie. Przede wszystkim trudno byłoby wmówić ludziom, że oto, ni stąd, ni zowąd, pojawił się jakiś śmiertelnie groźny wirus, który nie jest ani śmiertelny, ani groźniejszy od zwykłego wirusa grypy, ani nie jest niczym nowym. Skoro jednak mówią tak „uczone głowy”, to chyba coś musi być na rzeczy. Nie jest ważne, że jest jeszcze mnóstwo ludzi, którzy nie wierzą w tę bajkę. Niestety tych, którzy wierzą jest znacznie więcej i to może decydować.

Antony Sutton w swojej książce z 1983 roku Skull and bones; Tajemna elita Ameryki poświęca też dużo miejsca edukacji. Poniżej fragmenty jego wywodów:

»Każda grupa pragnąca zapewnić sobie kontrolę nad przyszłością amerykańskiego społeczeństwa, musi najpierw przejąć kontrolę nad systemem edukacji, czyli nad populacją przyszłości. Wszystko zaczęło się na Yale. Nawet na kartach oficjalnej historii Yale da się odczuć świadomość potęgi tego uniwersytetu i sukcesu, jaki odniósł. W oficjalnej historii czytamy, że „Sukces Yale był nieznośny i tajemniczy”.

Pełną świadomość tego sukcesu miał też najważniejszy rywal Yale, Uniwersytet Harvarda. Doszło do tego, że w 1892 roku młody harvardzki wykładowca, George Santayana, udał się na Yale, by zbadać ową „niepokojącą legendę” o potędze tego Uniwersytetu. Santayana przytoczył słowa absolwentów Harvardu zamierzających wysłać swoich synów na Yale i tłumaczących to faktem, że gdy zamkną się za nimi mury uczelni, „wszyscy, którzy ukończyli Harvard pracują dla absolwentów Yale”.

Nikt wcześniej nie zadał jednak oczywistego pytania – dlaczego? Czym jest „potęga Yale”?

W latach pięćdziesiątych XIX wieku trzech członków Zakonu opuściło mury Yale i wspólnie, współpracując też niekiedy z innymi członkami, dokonało rewolucji, która zmieniła oblicze, kierunek i cel amerykańskiego systemu edukacji. Rewolucja ta była błyskawiczna, cicha i wyjątkowo udana. Amerykanie nawet dzisiaj, w 1983 roku, nie są świadomi tego zamachu stanu.

Wywrotowe trio tworzyli:

  • Timothy Dwight (wtajemniczony w roku 1849), wykładowca w yale’owskiej Divinity School, a następnie dwunasty rektor Uniwersytetu Yale.
  • Daniel Coit Gilman (wtajemniczony w roku 1852), pierwszy rektor Uniwersytetu Kalifornijskiego, pierwszy rektor Uniwersytetu Johna Hopkinsa i pierwszy prezes Carnegie Institution.
  • Andrew Dickson White (wtajemniczony w roku 1853), pierwszy rektor Uniwersytetu Cornell i pierwszy przewodniczący Amerykańskiego Towarzystwa Historycznego.

Tych trzech godnych uwagi mężczyzn wstąpiło w szeregi Zakonu w odstępie kilku lat od siebie (1849, 1852, 1853). Natychmiast wyruszyli do Europy. Wszyscy trzej rozpoczęli studia filozoficzne na Uniwersytecie Berlińskim, zmonopolizowanym przez filozofię postheglowską.

Dlaczego to niemieckie doświadczenie jest takie ważne? Ponieważ był to okres, w którym ukształtowała się osobowość tych trzech mężczyzn. Dopiero co ukończyli studia, snuli plany na przyszłość, a ferment, jaki wywołała filozofia heglowska, był w tamtym czasie w Niemczech siłą dominującą.

Hegliści dzielili się na dwie grupy. Ich prawe skrzydło tkwiło u korzeni pruskiego militaryzmu, stanowiąc natchnienie dla zjednoczenia Niemiec i – w późniejszym okresie – dojścia do władzy Hitlera. W gronie tym czołowe pozycje zajmowali Karl Ritter z Uniwersytetu Berlińskiego, na którym studiowała nasza trójka, baron von Bismarck i baron von Stockmar, zaufany doradca angielskiej królowej Wiktorii. Prawicowym heglistą był także żyjący nieco wcześniej Karl Theodor Dalberg (1744-1817), arcykanclerz rzeszy Niemieckiej, spokrewniony z angielskim lordem Actonem i członek Zakonu Iluminatów o pseudonimie Baco v. Verulam.

Istnieli także hegliści o poglądach lewicowych, będący orędownikami socjalizmu naukowego. Najsłynniejszymi z nich byli rzecz jasna Karol Marks, Fryderyk Engels, Heinrich Heine, Max Stirner i Moses Hess.

Należy pamiętać, że dla obu grup punktem wyjścia jest heglowska teoria państwa, czyli przekonanie o wyższości państwa nad jednostką. Pruski militaryzm, nazizm i marksizm mają te same filozoficzne korzenie. Nie pozostało to bez wpływu na naszą trójkę.

Związki z iluminatami

Johann Friedrich Herbart był wybitnym niemieckim filozofem z początku XIX wieku. W Stanach Zjednoczonych istniało niegdyś National Herbart Society for the Scientific Study of Education (Krajowe stowarzyszenie imieniem Herbarta na rzecz nauki o edukacji), którego celem było przystosowanie herbartiańskich zasad do amerykańskiego systemu edukacji. Stowarzyszenie to przekształciło się później w National Society for the Study of Education. Obecnie nie słyszy się zbyt często o Johannie Herbarcie, ale jego wpływy przetrwały w tak zwanych „wzbogaconych” szkolnych programach nauczania i w obecnej metodologii pedagogicznej.

Herbart był teoretykiem pedagogiki, a także filozofem i psychologiem. Uważał on, że pedagogikę należy uprawiać w ściśle naukowy sposób, a naczelnym celem edukacji jest przygotowanie dziecka do życia w porządku społecznym, którego jest integralną częścią. W ślad za Heglem głosił, że jednostka nie ma znaczenia. Celem edukacji nie jest jedynie rozwój indywidualnego talentu, indywidualnej sprawności, siły psychicznej czy wiedzy. Jest nim rozwój charakteru i moralności społecznej, a najważniejsze zadanie wychowawcy polega na dokonywaniu analizy działań i powinności człowieka wobec społeczeństwa.

Zadaniem kształcenia jest urzeczywistnienie tych celów i rozbudzanie pożądanych społecznie idei. W przekonaniu Herbarta i zgodnie z teorią Hegla moralne jest zatem to, co przynosi korzyść społeczeństwu.

Herbartianie są zwolennikami koncentrowania przedmiotów wokół głównego tematu, czyli na przykład łączenia historii, wiedzy o społeczeństwie i literatury angielskiej. Pozwala to nauczycielowi na łatwiejsze podejmowanie tych tematów, które są bardziej przydatne dla osiągnięcia celu.

Wszystkie idee, które odnajdujemy w dzisiejszej filozofii edukacyjnej weszły do amerykańskiej pedagogiki za pośrednictwem grup herbartiańskich.

Johann Herbart studiował na Uniwersytecie w Jenie, gdzie znalazł się pod wpływem Johanna Herdera, Friedricha Schillera, Johanna Fichtego i Johanna Goethego. W późniejszych latach, będąc w Szwajcarii, nawiązał kontakt z Johannem Pestalozzim. Ludzie, którzy wywarli nań największy wpływ, mają jedną interesującą cechę: albo byli członkami Zakonu Iluminatów, albo uważa się, że mieli z nim bliskie związki.

Jeszcze ściślejszy związek łączył Herbarta z innym znanym członkiem Zakonu Iluminatów, Johannem Heinrichem Pestalozzim (1746-1827). Pestalozzi był cieszącym się sławą szwajcarskim nauczycielem mieszkającym w Interlaken i noszącym iluminacki pseudonim „Alfred”.

Na samym początku XIX wieku, przed ukończeniem doktoratu, Herbart spędził trzy lata w szwajcarskim Interlaken. Efektem jego kontaktów z Pestalozzim jest książka na temat teorii pedagogicznych tego ostatniego, z których wiele Herbart przyjął za swoje. Książka ta nosi tytuł Pestalozzis Idee eines Abc der Anschauung (Zbadane i naukowo wywiedzione abecadło poglądowości według pomysłu Pestalozziego). Została przetłumaczona na angielski. Fakt ten nie pozostaje bez znaczenia, stanowi bowiem przyczynek do tego, jak znaczny wpływ na dzisiejszą pedagogikę wywiera iluminacka książka.

Jeśli zaś chodzi o edukację, iluminaci mieli następujący cel: „Musimy urobić zwykłych ludzi w każdym zakątku. Cel ten uda się osiągnąć przede wszystkim dzięki szkołom i naturalnemu, serdecznemu zachowaniu, łaskawości, popularności i tolerancji dla ich przesądów, które bez pośpiechu wykorzenimy i rozwiejemy”.

Zakon Iluminatów powstał na Uniwersytecie w Ingolstadt, Grupa w All Souls College na Uniwersytecie Oksfordzkim w Anglii, a Zakon na Uniwersytecie Yale w Stanach Zjednoczonych. Paradoks polega na tym, że instytucje rzekomo oddane poszukiwaniu prawdy i wolności stały się kolebkami organizacji, których celem jest zniewolenie świata.

Wpływ Deweya

Patrząc na postać Johna Deweya z perspektywy osiemdziesięciu lat utrzymywania się jego wpływu, można go uznać za najważniejszy czynnik kolektywizacji lub heglizacji amerykańskich szkół. Dewey był nieodmiennie filozofem zmiany społecznej i dlatego właśnie wywarł wpływ tak dogłębny i wszechogarniający. I to właśnie w pracy i realizowaniu pomysłów Johna Deweya kryją się cele Zakonu.

Gdy Zakon sprowadził G. Stanleya Halla z Lipska na Uniwersytet Johna Hopkinsa, John Dewey już tam był, czekając na napisanie swojej rozprawy doktorskiej na temat „psychologii” Kanta. Będąc już wyznawcą filozofii Hegla, przyswoił sobie psychologię Wundta i Hegla i zastosował je w swojej koncepcji edukacji, której celem była zmiana społeczna. Doskonale ilustruje to cytat z Mojego pedagogicznego credo Deweya:

Szkoła jest przede wszystkim instytucją społeczną. Ponieważ edukacja jest procesem społecznym, szkoła po prostu stanowi tę formę życia wspólnotowego, w której wszystkie te wpływy skupiają się, by jak najskuteczniej doprowadzić dziecko do partycypowania w odziedziczonych przezeń zasobach rasy i wykorzystania jego własnych sił dla celów społecznych. Edukacja jest więc życiem, a nie przygotowaniem do przyszłego życia.

Wynika z tego, że deweyowska edukacja nie skupia się na dziecku, ale na państwie, ponieważ heglowskie „cele społeczne” zawsze stawiają w centrum państwo.

W tym właśnie tkwi sedno nieporozumień pomiędzy współczesnymi rodzicami a systemem edukacji. Rodzice uważają, że dziecko chodzi do szkoły, by nabyć w niej umiejętności potrzebnych mu w dorosłym życiu, ale Dewey stwierdza wyraźnie, że edukacja nie jest „przygotowaniem do przyszłego życia”. Deweyowski system edukacji nie przywiązuje wagi do rozwijania talentów dziecka. Przeciwnie, jego zadaniem jest przygotowanie go do funkcjonowania w roli części składowej organicznej całości, czyli mówiąc wprost, bycia trybikiem w mechanizmie organicznego społeczeństwa. Podczas gdy wartości moralne większości Amerykanów są zakorzenione w indywidualizmie, system oświatowy czerpie swoje z heglowskiej koncepcji państwa jako absolutu. Nic dziwnego, że dochodzi do nieporozumień.

Gdy porówna się Hegla, Johna Deweya oraz teoretyków i praktyków dzisiejszej pedagogiki, uderza ich niezwykłe podobieństwo. Hegel uważał, że jednostka jest pozbawiona wartości, o ile nie pełni funkcji społecznej: „Państwo jest rzeczywistością absolutną, a jednostka uzyskuje obiektywność, prawdę i moralność wyłącznie będąc częścią państwa”.

John Dewey starał się zminimalizować wolność jednostki. W swoim artykule Demokracja i administracja oświatowa („School & Society”, XVL, 1937) pisze o „zagubionej jednostce”, po czym ponownie powołuje się na Hegla: „wolność jest partycypacją każdej dojrzałej istoty ludzkiej w tworzeniu wartości regulujących wspólne życie”. Jest to stwierdzenie czysto heglowskie, analogiczne do przekonania, że człowiek może znaleźć wolność jedynie w posłuszeństwie wobec państwa. Krytycznie nastawiony do Johna Deweya Horace M. Kallen stwierdził, że Dewey był „ślepy na czysty indywidualizm jednostek”.

Cel edukacji

Jaki jest zatem cel edukacji, skoro jednostka nie ma żadnych praw i żyje tylko dla państwa?

Hegel nie musiał pisać o oświacie i – o ile nam wiadomo – w jego pismach nie znajdzie się zdania poświęconego wyłącznie zagadnieniom edukacji. Nie było takiej potrzeby. W opinii Hegla wszystkie jednostki istnieją wyłącznie z łaski państwa. Pogląd ten znalazł odzwierciedlenie we wszystkich systemach politycznych opartych na filozofii Hegla, bez względu na to, czy chodziło o radziecki komunizm, czy hitlerowski narodowy socjalizm. John Dewey podzielał heglowskie postrzeganie społeczeństwa jako organicznej całości:

Wykształcenie polega albo na umiejętności wykorzystywania swoich zdolności umysłowych dla dobra społeczeństwa, albo na umiejętności partycypowania w doświadczeniu innych i poszerzania w ten sposób indywidualnej świadomości na świadomość rasy (Wykłady dla pierwszego roku pedagogiki).

Ostatnie zdanie przywodzi na myśl hitlerowską filozofię rasy, czyli prawicowy heglizm, a poglądy dzisiejszych pedagogów odzwierciedlają to podejście. Oto cytat z wypowiedzi członka zgromadzeń ustawodawczych Kalifornii, Johna Vasconcellosa, piastującego także nader ważne stanowisko przewodniczącego Wspólnej Komisji do spraw Ogólnego Planowania w Szkolnictwie Wyższym oraz Komitetu do Spraw Celów Oświatowych przy zgromadzeniu stanowym Kalifornii:

Przyszedł czas na nową wizję nas samych, człowieka, ludzkiej natury i ludzkiego potencjału oraz nową teorię polityczną i instytucje oparte na tej wizji. Na czym polega ta wizja Człowieka? Na przekonaniu, że ludzka natura, pełna, organizmiczna istota ludzka jest kochająca… że ze swej natury człowiek dąży ku wspólnocie (cyt. za : Rex Myles, Brotherhood and Darkness).

Na czym ma polegać to „poszerzenie indywidualnej świadomości” (Dewey) i „dążenie ku wspólnocie” (Vasconcellos)?

Za zasłoną starannego języka kryje się Nowy Porządek Świata, światowe społeczeństwo organiczne. W Konstytucji nie ma jednak najmniejszej wzmianki na temat światowego porządku organicznego. Żaden urzędnik państwowy ani osoba piastująca stanowisko wybieralne nie może zgodnie z prawem popychać Stanów Zjednoczonych w kierunku takiego ustroju, ponieważ jest to w sposób oczywisty niezgodne z Konstytucją. Dewey nie był, rzecz jasna, urzędnikiem państwowym, ale Vasconcellos złożył przysięgę na wierność Konstytucji.

Większość ludzi, zapytana o światowy porządek, odpowie prawdopodobnie, że zanim zaangażujemy się w ezoteryczne pomysły, powinniśmy najpierw zająć się problemami wewnątrz naszego kraju. Większym zmartwieniem dla Amerykanów jest chyba korupcja polityczna, żałośnie niskie standardy oświatowe i bezduszna biurokracja. Trudno dostrzec, co nowy porządek świata może mieć wspólnego z kształceniem dzieci, ale odpowiedź na to zagadnienie można znaleźć w literaturze. Fichte, będący poprzednikiem Hegla i źródłem wielu jego idei filozoficznych, miał jasno sprecyzowaną koncepcję Ligi Narodów (Volkenbund) oraz wizję związku zaprowadzającego pokój. Fichte zapewniał, że „gdy federacja ta się rozprzestrzeni i stopniowo obejmie całą Ziemię, zapanuje wieczny pokój, będący jedyną zgodną z prawem relacją pomiędzy państwami”.

National Education Association, zajmujące się lobbowaniem w sprawach związanych z edukacją, w 1976 roku stworzyło program z okazji dwusetnej rocznicy istnienia Stanów Zjednoczonych zatytułowany „Deklaracja Niepodległości: kształcenie na rzecz globalnej społeczności”. Na szóstej stronie tego dokumentu czytamy: „Jesteśmy zaangażowani w ideę kształcenia na rzecz globalnej społeczności. Zachęcamy do udzielenia nam pomocy w przekształceniu tego zaangażowania w działanie i zmobilizowanie światowego szkolnictwa do rozwijania światowej społeczności”.

Cel niemal w całości odpowiadający celom Hegla sformułował w swojej książce Self Knowlegde and Social Action (Samowiedza i działanie społeczne) Obadiah Silas Harris, adiunkt wydziału Zarządzania i Rozwoju Szkolnictwa Uniwersytetu Nowy Meksyk w Las Cruces w Nowym Meksyku:

Gdy edukatorzy społeczni mówią, że edukacja społeczna bierze pod uwagę jednostkę jako całość i jej całe otoczenie, mają na myśli dokładnie to: dziedzina jaką jest edukacja społeczna obejmuje jednostkę wraz z całą jej strukturą psychofizyczną oraz klimatem ekologicznym wraz ze wszystkimi implikacjami – społecznymi, politycznymi, ekonomicznymi, kulturalnymi, duchowymi itd. Jej celem jest zintegrowanie jednostki w sobie (sic!) i w społeczności, aż jednostka stanie się kosmiczną duszą, a społeczność światem.

W tej samej książce na stronie osiemdziesiątej czwartej czytamy:

Kosmiczna dusza (…) cała rasa ludzka wykształci własną rzeczywistą duszę – kosmiczną duszę rasy. Tak wygląda przyszłość ewolucji ludzkości. Wynikiem pojawienia się uniwersalnej duszy będzie wielkie zjednoczenie całej rasy ludzkiej, dające początek nowej erze, świtowi nowej światowej potęgi.

Ostatni przytoczony cytat jeszcze bardziej trąci Adolfem Hitlerem niż wypowiedzi Johna Vasconcellosa. Ma on w sobie taką samą mieszaninę okultyzmu, etniczności i absolutyzmu.

Powszechnie uważa się, że zgodnie z określonym w Konstytucji charakterem relacji pomiędzy jednostką a państwem, to jednostka pełni funkcję nadrzędną, a celem istnienia państwa jest służba jednostce i że państwo nie ma władzy, za wyjątkiem wyraźnie wyrażonej woli narodu.

Krótko mówiąc, propozycje Johna Deweya i jego zwolenników są niekonstytucyjne. Nigdy nie przekroczyłyby progów amerykańskich klas szkolnych, gdyby za ich rozpowszechnianiem nie stała ogromna potęga Zakonu.«

Sutton pisał to ponad 40 lat lat temu. Gdybyśmy w jego opisie zamiast uczniów i studentów wstawili społeczeństwo, to uzyskalibyśmy obraz współczesności i cele, do których dążą rządzący światem. Być może do wielu ludzi nie dociera ten fakt, że obecnie jednostka nic nie znaczy i na nic nie ma wpływu. Nawet nie decyduje o własnym zdrowiu. Nie ma znaczenia, że mogę się dobrze czuć i nic mi nie dolega. O tym czy jestem zdrowy, czy chory, decyduje państwo, a konkretnie testy, które ono uznaje za miarodajne, a które zostały stworzone w zupełnie innym celu niż diagnozowanie zarażenia wirusem. Państwo uznało, że nawet jak ktoś jest zdrowy, to jest chory, chory bezobjawowo i może zarażać innych. I ono decyduje o tym, gdzie mi wolno wejść czy pojechać, a gdzie – nie. Ono decyduje o tym, że wszyscy obywatele danego kraju mogą zarażać, a emigranci nie zarażają. Tak więc już jesteśmy niewolnikami, choć jeszcze do niewielu to dociera, a państwo jest już wszechmogące. Jest absolutem.

Hegel uważał, że jednostka jest pozbawiona wartości, o ile nie pełni funkcji społecznej i że wszystkie jednostki istnieją wyłącznie z łaski państwa. Za młodu uczono mnie, że idee Lenina są wiecznie żywe, a teraz okazuje się, że to idee Hegla są wiecznie żywe. W tej chwili mamy do czynienia z wdrażaniem heglowskiego modelu państwa. Państwo decyduje o tym, które jednostki są wartościowe, a które nie. Ci, którzy są właścicielami małych firm uznani zostali za zbędnych i nie przedstawiają dla państwa żadnej wartości. Podobnie ludzie starzy. To, czy ktoś będzie żyć, będzie zależeć, a właściwie już zależy, od państwa. My nie wiemy, czy my wszyscy dostajemy takie same „szczepionki”. Czy są tacy, którzy dostają sól fizjologiczną, czy może nic im nie wstrzykuje się, a dostają zaświadczenia o szczepieniu? A ci faktycznie „zaszczepieni”? Jak państwo uzna, że mają żyć, to będą żyli, a jak uzna, że są zbędni, to ich zlikwiduje. To dlatego rządom wszystkich państw zależy na „zaszczepieniu” wszystkich. Każde inne tłumaczenie jest zwykłą zasłoną dymną, a mówiąc bardziej dosadnie – ściemą.

Sutton wielokrotnie zwracał uwagę na to, że z heglizmu czerpał zarówno nazizm jak i komunizm. Na portalu Interia ukazał się artykuł o nazistowskiej edukacji. Link tu: https://kobieta.interia.pl/zycie-i-styl/news-jak-wychowac-naziste-edukacja-do-smierci,nId,5487992 Autorka nie zająknęła się nawet o heglowskich korzeniach nazizmu. Trudno jednak mieć do niej o to pretensję. Wszak propaganda to uzupełnienie edukacji i jej cele są podobne: przedstawianie jedynie słusznego obrazu historii i teraźniejszości.

Po co to wszystko? Proste pytanie, na które nikt nie chce dać odpowiedzi. Sutton pisał, że celem jest Nowy Porządek Świata. Być może więcej nie mógł napisać. Po co to wielkie zjednoczenie całej rasy ludzkiej, dającej początek nowej erze, świtowi nowej światowej potęgi? Można i tak nazwać mesjański cel Żydów i ich uparte dążenie do tego, by stać się rasą panów. Ideologiczną podstawę pod te dążenia zapewnił m.in. Georg Wilhelm Friedrich Hegel.

Nowy Porządek

Na naszych oczach rodzi się państwo totalitarne, a właściwie państwa totalitarne, bo zjawisko dotyczy całego świata. Wielu uważa, że pandemię wymyślono, by na niej zarabiać, wzbogacać się, a jej trwanie leży w interesie tych, którzy na tym korzystają. Gdyby tak faktycznie było, to nie byłoby jeszcze tak źle. Ale jest gorzej. Pandemię wymyślono po to, by całkowicie podporządkować jednostkę państwu i pozbawić ją wszelkiej własności. Prawdopodobnie więc przytłaczająca większość tych, którzy zarabiają na niej, również jest ujęta w tym planie. To jest końcowy etap pewnego procesu dziejowego, starannie zaplanowanego i realizowanego od lat, a może nawet od początku. Dobrze to opisuje i wyjaśnia Antony Sutton w książce Skull and bones; tajemna elita Ameryki. Pierwsze jej wydanie pojawiło się w 1983 roku, a więc Sutton pisał ją prawdopodobnie na przełomie lat 70-tych i 80-tych. Poniżej wybrane przeze mnie fragmenty:

»Historię działań operacyjnych Zakonu można zrozumieć jedynie w ramach heglowskiego procesu dialektycznego. Najprościej rzecz ujmując, chodzi o pogląd, że to konflikt tworzy historię.

Efektem tej zasady jest przekonanie, że kontrolowany konflikt może wprowadzić historię na z góry określone tory. Gdy więc, na przykład, Komisja Trójstronna wypowiada się na temat „zarządzanego konfliktu”, co czyniła wielokrotnie na łamach swoich publikacji, sugeruje tym samym sterowanie konfliktem dla osiągnięcia długoterminowych, z góry określonych celów, a nie po prostu swobodne posiłkowanie się manipulacją dla rozwiązania problemu.

Dialektyka przenosi ów „zarządzany konflikt” Komisji Trójstronnej o jeden krok dalej. Z punktu widzenia heglistów istniejąca siła (teza) rodzi siłę jej przeciwną (antytezę). Konflikt pomiędzy tymi siłami tworzy syntezę. Następnie cały proces zaczyna się od początku: teza przeciwstawiona antytezie prowadzi do syntezy.

Synteza, do której dąży establishment, nosi nazwę Nowego Porządku Świata. Bez kontrolowanego konfliktu porządek ten nigdy jednak nie nadejdzie. Przypadkowe działania poszczególnych członków społeczeństwa nie doprowadzą do syntezy, która jest bytem sztucznym, a zarazem musi zostać stworzona. Tworzy się ją zaś dzięki przemyślanemu wykorzystaniu zarządzanego konfliktu. Przez cały czas poświęcony na dążenie do syntezy, nie osiąga się żadnych korzyści z rozgrywania zaangażowanych stron. Wyjaśnia to, dlaczego międzynarodowi bankierzy popierali nazistów, Związek Radziecki, Północną Koreę, Północny Wietnam i tak do znudzenia, przeciwko Stanom Zjednoczonym. „Konflikt” rodzi zysk, popychając jednocześnie świat w kierunku Rządu Światowego. Proces ten trwa do dzisiaj.

Według Hegla konflikt politycznej „prawicy” z polityczną „lewicą”, lub zgodnie z heglowską terminologią tezy i antytezy, jest niezbędny, by pchnąć historię do przodu i by mogła nastąpić historyczna zmiana. Konflikt pomiędzy tezą i antytezą prowadzi do syntezy, czyli nowej sytuacji historycznej.

Popularyzowana historia świata, zarówno na Zachodzie, jak i w krajach marksistowskich, składa się jedynie z opisów i analiz dokonywanych z politycznych perspektyw „prawicy” lub „lewicy”. Dzieła historyczne wydawane na Zachodzie postrzegają komunizm i socjalizm albo z punktu widzenia kapitalizmu finansowego, albo marksizmu. Z kolei książki publikowane w Związku Radzieckim widzą Zachód jedynie z perspektywy marksizmu. Istnieją jednak inne ramy dla analizy historycznej, które niestety (o ile nam wiadomo), nigdy nie zostały wykorzystane. Dopiero użycie ram heglowskiej logiki pozwoliłoby stwierdzić, czy elity kontrolujące państwo wykorzystują proces dialektyczny do stworzenia z góry zaplanowanej historycznej syntezy.

We współczesnych dziełach historycznych ten twórczy proces jedynie przebłyskuje gdzieniegdzie w zwodniczy sposób. Najbardziej przekonujące przebłyski można znaleźć w książce Tragedy and Hope Carrolla Quigleya. Rzadko się zdarza, by politycy z marginesu elitarnego kręgu władzy pozwolili opinii publicznej na choćby krótki wgląd w jego struktury. Prezydent Woodrow Wilson stwierdził na przykład: „Najwięksi przedstawiciele branży handlowej i produkcyjnej w Stanach Zjednoczonych wiedzą, że istnieje siła tak zorganizowana, tak wyrafinowana, tak kompletna i tak wszechobecna, iż wszelkie słowa krytyki pod jej adresem należy wypowiadać szeptem”.

Fakty zawarte w niniejszej książce dowodzą, że obecna sytuacja na świecie jest wynikiem świadomego działania elitarnej siły, polegającej w mniejszym lub większym stopniu na manipulacji żywiołami „prawicy” i „lewicy”. Twierdzimy, że najpotężniejsza ze wszystkich elit tego świata w ciągu mniej więcej ostatnich stu lat patronowała zarówno żywiołom prawicowym jak i lewicowym, by zaprowadzić nowy porządek świata.

Nie ulega wątpliwości, że tak zwany establishment w Stanach Zjednoczonych korzysta z „zarządzanego konfliktu”. Przykłady wykorzystania praktyki „zarządzania” kryzysem w celu osiągnięcia korzystnego rezultatu (korzystnego rzecz jasna dla elity) można bez trudu znaleźć w literaturze, na przykład w publikacjach Komisji Trójstronnej. Co więcej, nie ulega wątpliwości, że decyzje dotyczące wojny i pokoju są podejmowane przez kilku członków elity, a nie przez większość podczas głosowania w politycznym referendum.

Na czym polega proces dialektyczny

Na przestrzeni ostatnich dwustu lat, od czasu gdy w niemieckiej filozofii rozbłysła gwiazda Kanta, można wyróżnić dwa sprzeczne ze sobą systemy filozoficzne oraz przeciwstawne idee państwa, społeczeństwa i kultury. W Stanach Zjednoczonych, na terenie Brytyjskiej Wspólnoty Narodów i we Francji podstawą filozofii jest jednostka oraz prawa jednostki. Tymczasem w Niemczech, od czasów Kanta, przez Fichtego i Hegla aż do roku 1945, filozofia opierała się na powszechnym braterstwie, odrzuceniu indywidualizmu i ogólnym sprzeciwie wobec klasycznej zachodniej myśli liberalnej w niemal wszystkich jej aspektach. Niemiecki idealizm stanowił podstawy filozoficzne prac zarówno Karla Marksa i lewicowych heglistów, jak i Bismarcka, Hitlera i heglistów prawicowych. Na tym właśnie polega paradoks: Hegel zapewnił podstawy teoretyczne nie tylko najbardziej konserwatywnym ruchom niemieckim, ale i najbardziej rewolucyjnym ruchom XIX wieku. Korzenie filozofii zarówno Marksa, jak i Hitlera tkwią w heglizmie.

Z heglowskiego systemu myśli filozoficznej, obcemu większości z nas, mieszkańców Zachodu, wynikają takie absurdy, jak „pochód Boga w świecie”, pogląd, że państwo jest także swego rodzaju bogiem, że jedyną powinnością obywatela jest służba Bogu poprzez służbę państwu, że państwo jest absolutnym rozumem, że obywatel może odnaleźć wolność jedynie poprzez oddawanie czci państwu i całkowitemu posłuszeństwu wobec niego.

Z systemu filozoficznego Hegla wywodzi się dialektyka historyczna, czyli przekonanie, że wszystkie wydarzenia historyczne są skutkiem konfliktu pomiędzy przeciwstawnymi siłami. Te powstające wydarzenia są czymś innym od wydarzeń konfliktowych i od nich wyższym. Każdą ideę lub realizację idei można uznać za tezę. Teza taka będzie zachętą do pojawienia się sił jej przeciwstawnych, czyli antytezy. Ostatecznym rezultatem nie będzie natomiast ani teza, ani antyteza, lecz synteza tych dwóch skomplikowanych sił.

Karol Marks w Kapitale przedstawił kapitalizm jako tezę, a komunizm jako antytezę. Historycy – także marksistowscy – całkowicie zignorowali jednak fakt, że wynikiem starcia tych systemów nie będzie społeczeństwo ani kapitalistyczne, ani komunistyczne, lecz stanowiące syntezę obu wzajemnie zwalczających się sił. W systemie heglowskim starcie przeciwieństw musi doprowadzić do powstania społeczeństwa nie będącego ani kapitalistycznym, ani komunistycznym. Heglowski plan wydarzeń przewiduje ponadto, że nowa synteza będzie odzwierciedlała koncepcje państwa jako boga, z jednostką całkowicie podporządkowaną wszechmocnemu państwu.

Jaką rolę w opinii heglistów pełni więc parlament lub kongres? Celem istnienia tych instytucji jest jedynie zapewnienie jednostkom poczucia, że ich opinie mają jakieś znaczenie i danie rządowi możliwości skorzystania z ewentualnej mądrości, którą „prostacy” mogą przypadkowo się wykazać. Hegel ujął to następująco: „Dzięki temu uczestnictwu, subiektywnej wolności i swojej pysze, [jednostki] wyrażające ogólne opinie mogą w wyraźny sposób okazać się skuteczne, i cieszyć się satysfakcjonującym poczuciem, że coś znaczą”.

Wojna, będąca dla heglistów zorganizowanym konfliktem pomiędzy narodami, jest jedynie widocznym rezultatem starcia idei. John Dewey, heglowski ulubieniec współczesnego systemu edukacji, napisał: „Wojna najskuteczniej uczy daremności wszelkich zaledwie ukończonych interesów i kładzie kres samolubnemu egoizmowi jednostki, pozwalającemu jej uznać swoje życie i majątek za należące wyłącznie do niej lub do jej rodziny”.

Doktryna heglowska głosi przede wszystkim boskie prawo państwa, a nie boskie prawo królów. W opinii Hegla i jego propagatorów państwo jest bogiem na Ziemi: „Istnienie państwa to pochód Boga w świecie, jego podstawą jest siła Rozumu, urzeczywistniająca się pod postacią woli. Każde państwo, czym by nie było, ma udział w boskiej naturze. Państwo nie jest dziełem człowieka, stworzyć je może jedynie Rozum” (Zasady filozofii prawa).

Dla Hegla jednostka jest niczym, jednostka nie ma praw, a moralność polega jedynie na podążaniu za przywódcą. Jednostka ambitna powinna natomiast stosować się do zasady senatora Mansfielda i tańczyć, jak jej zagrają.

Wystarczy to porównać do ducha i litery Konstytucji Stanów Zjednoczonych: „My, Naród” przyznajemy państwu pewne prawa, pozostawiając inne w gestii ludzi. Rozdział Kościoła od państwa jest integralną częścią Konstytucji, stanowiąc zaprzeczenie heglowskiego „państwa będącego bogiem na Ziemi”. Porównajmy jednak ten wymóg prawny z działaniami Zakonu w Stanach Zjednoczonych, Grupy w Anglii, iluminatów w Niemczech i Politbiura w Rosji. Wszyscy ci elitaryści uważają państwo za siłę nadrzędną, a samozwańcza elita rządząca państwem zachowuje się rzeczywiście jak Bóg na Ziemi.

Wywoływanie wojen i rewolucji

Manipulowanie „lewicą” i „prawicą” na froncie wewnętrznym jest powielane na arenie międzynarodowej, gdzie w dążeniu do syntezy jednego świata sztucznie konstruuje się i burzy „lewicowe” i „prawicowe” struktury polityczne.

Podręczniki uniwersyteckie przedstawiają wojnę i rewolucję jako w mniejszym lub większym stopniu przypadkowe rezultaty działania sprzecznych sił. Do załamania się negocjacji politycznych i przejścia do fizycznego konfliktu dochodzi, według autorów tych książek, po bohaterskich wysiłkach mających na celu uniknięcie wojny. Niestety, jest to bzdura. Wojna jest zawsze świadomym aktem twórczym konkretnych jednostek.

W zachodnich podręcznikach są także olbrzymie luki. Na przykład po II wojnie światowej trybunał powołany do zbadania nazistowskich zbrodni wojennych starannie ocenzurował wszystkie materiały dowodzące wsparcia, jakiego Zachód udzielił Hitlerowi. W ten sam sposób w zachodnich podręcznikach dotyczących radzieckiego rozwoju gospodarczego nie znajdzie się wzmianki na temat gospodarczej i finansowej pomocy udzielonej rewolucji październikowej i późniejszego rozwoju ekonomicznego zachodnich firm i banków.

Rewolucję ukazuje się zawsze jako spontaniczne wydarzenie skierowane przeciwko autokratycznie rządzonemu państwu, wywołane przez ludzi upośledzonych politycznie lub ekonomicznie. W żadnym z zachodnich podręczników nie znajdzie się informacji o tym, że rewolucje potrzebują pieniędzy, a źródłem tych pieniędzy w wielu wypadkach była Wall Street.

W rezultacie można stwierdzić, że uprawiana na Zachodzie historia jest w takim samym stopniu zniekształcona, ocenzurowana i w dużej mierze bezużyteczna jak historia hitlerowskich Niemiec, Związku Radzieckiego czy komunistycznych Chin. Żadna zachodnia fundacja nie dofinansuje badań poświęconych niepopularnym i niepoprawnym zagadnieniom, niewielu zachodnich naukowców jest w stanie „przetrwać”, zgłębiając te teorie i nie ulega wątpliwości, że żadne duże wydawnictwo nie przyjmie chętnie tekstu odzwierciedlającego ten tok myślenia.

W istocie istnieje inna, w znacznej mierze nieudokumentowana wersja dziejów, opowiadająca zupełnie inną historię niż nasze ugrzecznione i okrojone podręczniki. Opowiada ona o świadomym doprowadzeniu do wojny, o celowym finansowaniu rewolucji zmierzającej do zmiany rządu i o wykorzystaniu konfliktu do zaprowadzenia Nowego Porządku Świata.«

Czy rzeczywiście tak jest, że w światowej polityce nie ma miejsca na spontaniczność, że wszystko jest z góry zaplanowane? A jeśli tak, to kto planuje i po co? Jeśli zgadzamy się z tym, że wszystko jest planowane, to musimy sobie również odpowiedzieć na to drugie pytanie. Jeden naród od początku miał jasno sprecyzowany cel, którym zawsze było podporządkowanie sobie pozostałych narodów. To jest zapisane w Starym Testamencie. Obecnie nazywa się to Nowym Porządkiem Świata, w którym jednostka nie będzie miała nic, będzie całkowicie podporządkowana państwu. A to państwo, jak pisał Sutton, to samozwańcza elita, czyli, mówiąc wprost, Żydzi.

Samo zjawisko, jak sądzę, jest wcześniejsze, a właściwie to chyba wykorzystywane przez Żydów od początku. W historii Polski też można je dostrzec. Nawet powstanie unii polsko-litewskiej na to wskazuje. Powstała ona w dobie reformacji. W tamtym okresie polskie elity umysłowe i polityczne prawie w całości przeszły na kalwinizm. A kalwinizm to najbliższe judaizmowi wyznanie chrześcijańskie. Sama reformacja w pewnym momencie dominowała w całej Europie. Cóż więc takiego stało się, że jej nie zdominowała? Katolicyzm nie mógł być całkowicie zduszony, bo nie byłoby konfliktu, nie byłoby wojen religijnych, jak choćby wojna trzydziestoletnia, po której cała Europa była zniszczona i na jej odbudowę potrzebne były pieniądze. A kto je miał? Kto zgadnie?

I Rzeczpospolita była dziwnym tworem. Połączono dwa państwa pod wieloma względami różniące się od siebie. Najważniejszą jednak różnicą były wyznania. I na tle tych różnic dochodziło do najpoważniejszych konfliktów. Było to dziwne państwo, które powstało z inspiracji Żydów lub też oni sami je stworzyli. Powstał dziwny „naród” – szlachta. Naród, do którego mógł się zapisać każdy Żyd, który przyjął chrzest. I zapisywali się Żydzi do tego narodu. Ich protegowanymi byli królowie i najwięksi magnaci, co skutkowało tym, że Żydzi automatycznie wspinali się na najwyższe szczeble drabiny społecznej. I wykorzystywali ten historyczny proces dialektyczny, chociaż zapewne tak tego nie nazywali. Efektem ich „twórczej” działalności było m.in. powstanie Chmielnickiego.

Traktat wersalski został tak sklecony, by nikt z niego nie był zadowolony, by rodził konflikty. II RP była po części odtworzeniem I RP i wszystkiego tego, co rodziło konflikty. I o to chodziło. W końcu musiało dojść do wojny. Tylko czy rzeczywiście musiało? Znowu wykreowano konflikt.

Do wojny w 1939 roku nie powinno było dojść. Żaden normalny rząd nie podjąłby walki w sytuacji, w której przeciwnik pod każdym względem dominował i mógł zaatakować z trzech stron. Dlaczego jednak doszło do tej wojny? Doszło, bo bez niej nie doszłoby do starcia nazizmu i bolszewizmu, a to już było uprzednio zaplanowane. Jednak rząd polski podjął taką decyzję, bo otrzymał obietnicę pomocy ze strony Anglii i Francji. To go usprawiedliwiało w oczach opinii publicznej, no bo zaraz ruszy Francja i Anglia. Nic to, że rok wcześniej doszło do aneksji Czech, chociaż Czechosłowacja miała gwarancje Francji i ZSRR. Francja się nie ruszyła, a Związek Radziecki zawarował był sobie, że ruszy się dopiero wtedy, gdy ruszy Francja.

Zanim jednak doszło do wojny we wrześniu 1939 roku, Niemcy i ZSRR podpisały 23 sierpnia tajne porozumienie, o którym wiedziały służby dyplomatyczne wszystkich krajów, tylko polskie nie „wiedziały”. Nie „wiedział” też polski wywiad, choć pisał o tym 30 sierpnia Kurier Poznański. Ale jaja, ale jaja – powiedziałby listonosz z serialu „Świat według Kiepskich”. Jednak ci, którzy to wszystko zaplanowali wiedzieli, że ZSRR musi zaatakować od tylu, bo ci „naiwni” i „durni” Polacy gotowi jeszcze, pomimo niemieckiej przewagi, skutecznie się bronić. I bardzo możliwe, że obroniliby się, gdyby zabezpieczenie nie było podwójne. To drugie zabezpieczenie to masa masonów wśród polskiej kadry dowódczej, którzy robili wszystko, by polskie wojsko poniosło klęskę. A gdyby tak się stało, że Polacy obroniliby się, to nie mogłoby dojść do starcia nazizmu i bolszewizmu „i cały misterny plan w pi.du”, czyli nie byłoby tych wszystkich zmian do jakich doszło po II wojnie światowej. A gdyby tak się stało, że po I wojnie światowej powstałaby Polska bez Kresów, a w ich miejsce powstałyby Białoruś i Ukraina, to co wtedy? Pod jakim pretekstem Związek Radziecki napadłby na Białoruś i Ukrainę? Nie byłoby argumentu, że polscy panowie gnębią ludność białoruską i ukraińską.

Przykładów tego, że to wszystko jest zaplanowane jest mnóstwo i to nie tylko na szczeblu międzynarodowym, ale też i na – lokalnym. W przypadku Polski najbardziej wyrazistym przykładem tego był Marzec ’68. Opisałem to w blogu pod tym samym tytułem. Inna sprawa, że pozostałe polskie przesilenia też były starannie zaplanowane, o czym też pisałem.

Zaplanowane są też wszelkiego rodzaju protesty i często uczestniczą w nich „zawodowi” protestanci. Jeśli ktoś uważa, że protesty są spontaniczne i niezależne od ośrodków decyzyjnych, to niech spróbuje zorganizować taki protest. Po pierwsze, to nie wiadomo, czy dostałyby zezwolenie władz miejskich na jego zorganizowanie; po drugie, to przekonałyby się, że nie ma chętnych do udziału w takim proteście; po trzecie, to przekonałyby się, że taki protest kosztuje. Tylko kto z tych, którzy oglądają takie protesty zastanawia się nad tym.

Czy takie opisanie i zinterpretowanie rzeczywistości, jak zrobił to Sutton, jest bliskie prawdy? W nauce najprostsze wyjaśnienie problemu jest zawsze rozwiązaniem najbardziej zadowalającym. – Tak napisał sam Sutton. To brzytwa Occama (Ockhama). Jest to znana zasada, sformułowana po raz pierwszy przez angielskiego średniowiecznego teologa Williama of Occam, że do objaśnienia rzeczywistości nie należy używać większej liczby niezależnych bytów, niż jest to absolutnie konieczne. Innymi słowy: im prostsze wyjaśnienie, które najprościej tłumaczy najwięcej problemów, tym bliższe jest ono prawdy. Ta zasada sprawdza się również w polityce i historii.

Zakon

W poprzednim blogu pisałem, cytując Wikipedię, że motto Novus Ordo Seclorum widnieje, nie tylko na Wielkiej Pieczęci Stanów Zjednoczonych i banknocie jednodolarowym, ale również na herbie Yale School of Management – szkoły biznesowej Uniwersytetu Yale. Mamy więc tu do czynienia z pewną ciągłością pewnych idei. Natomiast herbowe motto Uniwersytetu Yale to „Światłość i prawda” pisane po hebrajsku i po łacinie.

Źródło: Wikipedia

Do pełni obrazu wypada jeszcze wyjaśnić, skąd się wzięła nazwa tego uniwersytetu. Pochodzi ona od nazwiska Elihu Yela’a, który w 1718 roku podarował uczelni towary o wartości 562 funtów szterlingów, co na owe czasy było pokaźną sumą. Był on kupcem i filantropem, gubernatorem Madrasu. Już samo zestawienie – kupiec i filantrop, nie powinno nastręczać trudności z ustaleniem tożsamości fundatora tego uniwersytetu, bo za takiego został uznany.

Czym jest Uniwersytet Yale, Zakon i jakie są cele jego członków, to wyjaśnia Antony Sutton w swojej książce Sukll and bones; Tajemna elita Ameryki, która po raz pierwszy została wydana w 1983 roku. Ja korzystam z książki wydanej w 2018 roku przez Wydawnictwo Wektory. We wprowadzeniu do wydania z 2002 roku Sutton pisze:

»Historia opublikowania Tajemnej elity Ameryki. Wprowadzenia w tajniki zakonu Skull and Bones jest niezwykła. Zaczęła się na początku lat osiemdziesiątych XX wieku od przekazania przez anonimowego darczyńcę grubej na osiem cali paczki dokumentów. Papiery te zawierały ni mniej, ni więcej tylko listę członków oraz inne dokumenty dotyczące naprawdę tajnego stowarzyszenia działającego na Uniwersytecie Yale – bractwa Skull and Bones (Czaszka i Kości).

Mimo skromnej akcji promocyjnej i kilku zaledwie recenzji zignorowanych przez najważniejszych dystrybutorów, sprzedaż Tajemnej elity Ameryki utrzymywała się przez ostatnie szesnaście lat na stałym poziomie kilkuset egzemplarzy miesięcznie. Pokłosiem jej wydania był szereg artykułów i książek napisanych przez różnych autorów, jednak mój prawdziwy cel, którym było doprowadzenie do wszczęcia badań na temat wpływu, jaki filozofia Hegla wywiera na współczesną Amerykę, nie został osiągnięty. W dużym stopniu jest za to odpowiedzialny system edukacji oparty na heglowskiej koncepcji państwa, któremu udało się skutecznie ogłupić Amerykę.

Ta nieszczęsna, destrukcyjna filozofia, stanowiąca źródło zarówno nazizmu, jak i marksizmu, zatruła i skaziła naszą opartą na konstytucji republikę. Znaczną część winy za owo zepsucie ponosi elitarna grupa absolwentów Yale zrzeszonych w Skull and Bones, tak zwanych Bonesmenów. Fakt posługiwania się przez nich symbolem czaszki i kości oraz heglowska filozofia, którą się kierują, mówią same za siebie, choć z typową dla siebie obłudą będą was przekonywać, że jest inaczej.

Heglizm gloryfikuje państwo będące narzędziem służącym rozpowszechnianiu etatyzmu oraz materialistycznych idei i zasad w systemie edukacji, nauce, polityce i ekonomii.

Zastanawiacie się, dlaczego nasze społeczeństwo jest tak ogłupione? Winę za to ponosi trzech członków Skull and Bones, którzy w XIX wieku przenieśli na grunt amerykański pruski system edukacji oraz filozofia polityczna całkowicie sprzeczna z klasycznym liberalizmem kultywowanym w tym czasie w Wielkiej Brytanii i Stanach Zjednoczonych. W klasycznym systemie liberalnym państwo jest zawsze podporządkowane jednostce. Heglowski etatyzm, jak widać na przykładzie nazizmu i marksizmu, czyni suwerenem państwo, a jednostka ma istnieć po to, by temu państwu służyć.

Nasz dwupartyjny, republikańsko-demokratyczny system (w istocie tworzy go jedna heglowska partia, a nikt inny nie jest ani mile widziany, ani w ogóle do niego dopuszczony) stanowi odbicie owego heglizmu. Niewielka grupa – bardzo niewielka grupa – jest w stanie z jego pomocą manipulować i do pewnego stopnia kontrolować społeczeństwo, wykorzystując je do swoich własnych celów.

To nie wszystko – pomyślcie o ich pirackiej fladze. Znak umieszczony na butelkach zawierających substancje trujące, symbol dywizji „Totenkopf” walczącej w II wojnie światowej. Skull and Bones nie tylko zaangażowało się na dużą skalę w przemyt narkotyków (rodziny Bushów i Prescottów w latach sześćdziesiątych XIX wieku), ale w iście heglowskim stylu stworzyło też jego przeciwieństwo, czyli tak zwaną „wojnę z narkotykami”. Ta przepełniona hipokryzją polityka pozwalała utrzymać ceny narkotyków, kontrolować ich podaż i wysyłać do więzień całe miliony, podczas gdy beneficjentami tego procederu są, w dużej mierze, nie kto inny tylko ci sami „Bonesmeni”, którzy uchwalają prawa skierowane przeciwko narkotykom (Taft, 1904).

Prawica i lewica – narzędzie kontroli

W oczach heglistów państwo jest bytem wszechmogącym, „pochodem Boga w świecie”. Jest to w istocie kult państwa. W heglowskim państwie postęp polega na wymuszonym konflikcie, wynikającym ze starcia przeciwieństw. Jeśli jesteś w stanie kontrolować te przeciwieństwa, panujesz też nad rezultatem ich zderzenia.

Podążamy tropem niezwykłego wpływu, jaki stowarzyszenie Skull and Bones wywarło na największy heglowski konflikt: starcie nazizmu z komunizmem. Członkowie Skull and Bones zajmowali najwyższe stanowiska w kręgach decyzyjnych. Bush, Harriman, Stimson, Lovet i tak dalej – wszyscy należeli do stowarzyszenia i odegrali znaczącą rolę w kierowaniu tym konfliktem przy użyciu „prawicy” oraz „lewicy”. Finansowali oni i sprzyjali rozwojowi obu tych filozofii i w dużym stopniu sprawowali kontrole nad tym, co z nich wynikło. Sprzyjał temu redukcjonizm w nauce, będący przeciwieństwem historycznego spojrzenia holistycznego (całościowego, ogólnego – przyp. W.L.). Dzielenie nauki i procesu uczenia się na coraz węższe segmenty sprawiło, że za pomocą części łatwiej było kontrolować całość.

Zdaniem Charlotte Thomson Iserbyt, autorki The Deliberate Dumbing Down America, początki amerykańskiego systemu edukacji wiążą się z działalnością Rockefellera i Gatesa. Faktycznie jednak ów etatystyczny system edukacji stanowi odbicie idei Hegla przeszczepionych na amerykański grunt przez trzech członków Skull nad Bones – Gilmana, White’a i Dwighta – a następnie wspieranych finansowo przez Rockefellera.

W dalszej części Sutton pisze :

Oficjalna historia establishmentu

Istnieje coś takiego jak, historia establishmentu, historia oficjalna, która zdominowała karty podręczników historii, wydawnictwa branżowe, media oraz półki w bibliotekach. Oficjalna linia zakłada niezmiennie, że wydarzenia takie jak wojny, rewolucje, skandale czy zabójstwa są zdarzeniami mniej lub bardziej przypadkowymi i pozostającymi bez związku ze sobą nawzajem. Wydarzenia z założenia NIGDY nie mogą być wynikiem spisku, ani rezultatem przemyślanego i zaplanowanego działania grupowego. Doskonałym tego przykładem jest zabójstwo Kennedy’ego – zaledwie dziewięć godzin po tym, jak w Dallas doszło do tej tragedii, stacje telewizyjne ogłosiły, że strzelanina nie była wynikiem spisku, niezależnie od tego, że nie da się udowodnić twierdzenia negatywnego i że śledztwo dopiero się zaczęło.

Biada każdej książce i każdemu autorowi, który nie mieści się w oficjalnych wytycznych. Nie otrzyma wsparcia fundacji. Wydawcy stchórzą. Dystrybucja będzie zupełnie przypadkowa albo nie będzie jej wcale.

Chcąc zapewnić przewagę jedynie słusznej linii, w 1946 roku Fundacja Rockefellera przeznaczyła sto trzydzieści dziewięć tysięcy dolarów na stworzenie oficjalnej historii II wojny światowej. Wszystko po to, by zapobiec ukazaniu się demaskatorskich publikacji, podobnych do tych, jakie po zakończeniu I wojny wprawiły w zakłopotanie cały establishment. Czytelnika zainteresuje fakt, że Zakon, któremu mamy się przyjrzeć na łamach tej książki, już w latach osiemdziesiątych XIX wieku wykazał się daleko idącą zapobiegliwością i powołał do życia zarówno Amerykańskie Towarzystwo Historyczne, jak i Amerykańskie Towarzystwo Ekonomiczne (większość ekonomistów w tamtych czasach była bardziej historykami niż analitykami). Zrobił to na swoich warunkach, obsadził swoimi ludźmi i wyznaczył własne cele. Andrew Dickson White był członkiem Zakonu i pierwszym prezesem Amerykańskiego Towarzystwa Historycznego.

Porażka oficjalnej historii

Czasy się zmieniły. Słabość, niespójność i zwyczajne kłamstwa oficjalnej historii ujrzały światło dzienne. W latach osiemdziesiątych XX wieku trudno już znaleźć myślącego człowieka, który przyjmowałby to, co ona głosi. Panuje powszechne przekonanie, że oficjalna historia stała się w mniejszym lub większym stopniu artykułem konsumpcyjnym, spreparowanym przez naiwnych lub chciwych historyków. Historycy chętni temu, by nadstawiać karku i sprzeciwiać się panującemu trendowi, zdarzają się rzadko, a co więcej, niektórzy z nich padają ofiarą jeszcze bardziej zawiłej gry. Wśród zwykłych, ale myślących obywateli, czyli na poziomie w największym stopniu pozostającym poza zasięgiem wpływu Zakonu, spisek stał się więc powszechnie przyjętym wyjaśnieniem dla wielu wydarzeń. Można przywołać choćby przykład zabójstwa Kennedy’ego, gdzie oficjalna teoria „samotnego strzelca” nigdy nie została zaakceptowana przez przeciętnych Amerykanów, aferę Watergate, w przypadku której „Głębokie Gardło” będące źródłem przecieku i wyczyszczone taśmy z daleka śmierdzą spiskiem, czy wreszcie Pearl Harbor, gdzie kontradmirał Husband E. Kimmel oraz generał major Walter C. Short przyjęli na siebie winę generała George’a C. Marshalla i prezydenta Franklina D. Roosevelta.

Zakon – czym jest i jak to się zaczęło

Wtajemniczeni nazywają go Zakonem. Inni od ponad stu pięćdziesięciu lat znają go pod nazwą Kapituły 322 tajnego niemieckiego stowarzyszenia. Oficjalnie, dla celów prawnych, w 1856 roku Zakon został wcielony do Russell Trust. Swego czasu był znany jako „Bractwo Śmierci”. Ci, którzy bagatelizują jego znaczenie albo chcą go wyśmiać nazywają go „Czaszka i Kości” lub po prostu „Kości”.

Amerykański okres w dziejach tego niemieckiego zakonu rozpoczął się w roku 1833 na Uniwersytecie Yale. Jego założycielami byli generał William Huntington Russel oraz Alphonso Taft, który w 1876 roku został sekretarzem wojny w administracji prezydenta Granta. Alphonso Taft był ojcem Williama Howarda Tafta, jedynego człowieka piastującego zarówno urząd prezydenta jak i prezesa Sądu Najwyższego Stanów Zjednoczonych.

Czym jest Zakon?

Zakon nie jest po prostu kolejnym bractwem studenckim z greckimi literami w nazwie, z hasłami i specjalnymi uściskami dłoni, tak popularnymi w większości miasteczek uniwersyteckich. Kapituła 322 to tajne stowarzyszenie, którego członkowie są zobowiązani do zachowania milczenia. O ile wiadomo, działa ono jedynie na Uniwersytecie Yale. Posiada własne zasady i uroczyste obrzędy. Nie przepada za wścibstwem i dociekliwością obywateli, nazywanych przez wtajemniczonych „postronnymi” lub „wandalami”. Jego członkowie zawsze się tego członkostwa wypierają (lub powinni to robić) – po sprawdzeniu kilkuset oficjalnych życiorysów członków Skull and Bones okazało się, że tylko sześciu powołuje się na przynależność do stowarzyszenia. Pozostali milczą na ten temat. Byłoby niezwykle ciekawe dowiedzieć się, czy liczni członkowie Zakonu na różnych szczeblach władzy i piastujący stanowiska rządowe ujawniło tę przynależność w swoich danych biograficznych, przekazanych FBI w celu sprawdzenia ich przeszłości.

Przede wszystkim jednak Zakon jest potężny, niewiarygodnie wręcz potężny. Jeśli tylko czytelnik wytrwa i przeanalizuje dowody, które zostaną mu zaprezentowane – a te są przytłaczające – jego wizja świata bez wątpienia zarysuje się o wiele ostrzej, z przerażająca wyrazistością.

W tym momencie należałoby jeszcze dodać kilka istotnych spostrzeżeń na temat Zakonu:

  • do stowarzyszenia należą jedynie studenci najstarszego roku na Uniwersytecie Yale. Członkowie są wybierani już na trzecim roku, ale w szeregach Skull and Bones spędzają jedynie jeden rok, ostatni rok swojej nauki. Innymi słowy, organizacja jest nastawiona na działalność poza kampusem, po zakończeniu studiów. Przywódcy zakonu spotykają się raz do roku na Deer Island na rzece Świętego Wawrzyńca.
  • stowarzyszenia seniorskie, czyli zrzeszające studentów najstarszego roku, są charakterystyczne wyłącznie dla Yale. Oprócz Skull and Bones na Yale działają jeszcze dwa inne bractwa tego typu, ale nie spotyka się ich nigdzie indziej. Scroll and Key (Zwój i Klucz) oraz Wolf’s Head (Wilcza Głowa) to podobno rywalizujące ze sobą stowarzyszenia założone w połowie XIX wieku. W swoim artykule opublikowanym w „Esquire” Rosenbaum zauważył nader trafnie, że jeśli któryś z przedstawicieli liberalnego establishmentu ze Wschodniego Wybrzeża nie jest członkiem Skull and Bones, to niemal na pewno należy albo do Scroll and Key, albo do Wolf’s Head.

Jakie znaczenie ma liczba „322” umieszczona w nazwie Kapituły 322? William Russel zapożyczył ideę stowarzyszenia z Niemiec, dlatego utrzymywano, że 322 oznacza rok 32 (1832), drugą kapitułę niemieckiej organizacji. Być może istnieją gdzieś także kapituły 320 i 321, a 323 jest określeniem pokoju w świątyni Skull and Bones na Yale.

Istnieje jeszcze inne wytłumaczenie dla tej liczby, zgodnie z którym Zakon pochodzi od greckiego bractwa sięgającego czasów Demostenesa, czyli roku 322 p.n.e. Wydaje się być ono wiarygodne, ponieważ dokumenty Skull and Bones są datowane poprzez dodanie liczby 322 do liczby oznaczającej bieżący rok, czyli na przykład dokumenty pochodzące z roku 1950 noszą datę 2272 Roku Demosteńskiego.

Kto jest członkiem tego tajnego stowarzyszenia?

Na liście zawierającej ponad dwa tysiące pięćset nazwisk osób przyjętych do Zakonu nie sposób nie zauważyć pewnych charakterystycznych cech:

  • Większość członków pochodzi ze wschodniego wybrzeża Stanów Zjednoczonych. Jeszcze w roku 1950 zaledwie trzech członków mieszkało w kalifornijskim Los Angeles, podczas gdy adresy dwudziestu ośmiu wskazywały na New Haven w Connecticut.
  • Wszyscy członkowie są mężczyznami, a niemal wszyscy należą do WASP (White Anglo Saxon Protestant). Większość z nich wywodzi się z rodzin angielskich purytanów, a ich przodkowie przybyli do Ameryki Północnej pomiędzy rokiem 1630 a 1660.
  • Owe purytańskie rodziny albo zawierały związki małżeńskie z członkami elity finansowej, albo wiązały się z synami finansowych potentatów, na przykład Rockefellerów, Davisonów i Harrimanów, których synowie wstępowali następnie do Zakonu.

Modus operandi Zakonu

Działania Zakonu są ukierunkowane na zmianę naszego społeczeństwa i zaprowadzenie nowego porządku świata. Ma to być starannie zaplanowany porządek, w którym wolność osobista zostanie znacznie ograniczona, ochrona konstytucyjna zniesiona, znikną też granice państwowe oraz różnice kulturalne.

Cel ten można wydedukować, analizując, a następnie sumując działania poszczególnych członków: ich konsekwentny schemat utrzymuje się od ponad stu lat. Częścią tej działalności będzie w współpraca z Grupą (brytyjski odpowiednik Zakonu – przyp. W.L.), której przyświecają analogiczne, a do tego spisane cele.

Jeśli więc zauważamy, że członkowie interesują się głównie hodowlą kaczek, że piszą artykuły na temat kaczek, chowają kaczki, sprzedają kaczki, powołują rady zajmujące się studiami nad kaczkami, tworzą kaczą filozofię, rozsądek nakazywałby stwierdzić, że ich główny cel ma związek z kaczkami, a cała ta działalność nie jest jedynie dziełem przypadku.

Z historycznego punktu widzenia działania Zakonu koncentrowały się zawsze wokół społeczeństwa, a dokładnie wokół tego, jak w określony sposób zmienić to społeczeństwo, by osiągnąć określony cel: nowy porządek świata. Wiemy, które części składowe życia społecznego będą musiały ulec zmianie, aby zaprowadzenie nowego porządku świata było możliwe, możemy więc pod tym kątem sprawdzić działania Zakonu. Tymi elementami musiałyby więc być:

  • Edukacja – w jaki sposób będzie zachowywać się społeczeństwo przyszłości.
  • Pieniądze – sposoby przechowywania bogactwa i wymiany dóbr.
  • Prawo – upoważnienie do egzekwowania woli państwa, światowe państwo potrzebuje światowego prawa i światowego sądu.
  • Polityka – kierunek, w którym zmierza państwo.
  • Gospodarka – wytwarzanie bogactwa.
  • Historia – co zdaniem ludzi wydarzyło się w przeszłości.
  • Psychologia – sposoby kontrolowania tego, w jaki sposób ludzie myślą.
  • Filantropia – aby ludzie mieli dobre zdanie na temat kontrolujących.
  • Medycyna – władza nad zdrowiem, życiem i śmiercią.
  • Religia – duchowe wierzenia ludzi, dla wielu stanowiące bodziec do działania.
  • Media – co ludzie wiedzą i czego dowiadują się na temat aktualnych wydarzeń.
  • Ciągłość – moc wyznaczania, kto pójdzie w twoje ślady.

Jeśli chodzi o działalność poszczególnych członków Zakonu, jej schemat na pierwszy rzut oka wydaje się mylący i pozornie niekonsekwentny. Oto kilka przykładów:

  • Andrew Carnegie, właściciel olbrzymiego koncernu metalurgicznego zarabiał na wojnie, ale pod wpływem członka Zakonu, Daniela Coit Gilmana, był także gorliwym przewodniczącym i sponsorem American Peace Society. Na pozór wygląda to na niekonsekwencję. Czy Carnegie mógł być zwolennikiem wojny i pokoju jednocześnie?
  • Celem założonej przez należących do Zakonu Williama H. Tafta i Theodore’a Marburga Ligi na rzecz Pokoju było krzewienie pokoju, a jednak organizacja ta aktywnie nawoływała do przystąpienia Stanów Zjednoczonych do I wojny światowej. Jakim sposobem Liga mogła opowiadać się w tym samym czasie za pokojem i działaniami zbrojnymi?
  • W latach dwudziestych XX wieku W. Averell Harriman był głównym stronnikiem Związku Radzieckiego, któremu udzielał wsparcia zarówno dyplomatycznego, jak i finansowego. Harriman przyczynił się do założenia Ruskombanku, czyli pierwszego radzieckiego banku komercyjnego. Max May, wiceprezes zdominowanego przez interesy Harrimanów i Morganów Guaranty Trust, został pierwszym wiceprezesem Ruskombanku, odpowiedzialnym za operacje zagraniczne. Innymi słowy, amerykański bankier pozostający pod wpływem członka Zakonu otrzymał kluczowe stanowisko w banku radzieckim. Okazuje się jednak, że Averell Harriman, jego brat Roland Harriman oraz należący do Skull and Bones E.S. James i Knight Woolley byli za pośrednictwem Union Bank (w którym mieli duże udziały) głównymi bankierami Hitlera.

Podręczniki historii uczą nas, że naziści i komuniści byli zawziętymi wrogami, a ich ustroje stanowiły przeciwieństwo. Czy rozsądny człowiek mógł w takim razie udzielać wsparcia zarówno Związkowi Radzieckiemu, jak i Hitlerowi? Czy Harriman zachowywał się irracjonalnie, czy też jego niekonsekwencja ma jakieś wytłumaczenie?

  • Rodzina Bundych dostarcza nam kolejnego przykładu pozornej niekonsekwencji. William Bundy był przez dziesięć lat związany z Central Intelligence Agency. McGeorge Bundy pełnił funkcję doradcy do spraw bezpieczeństwa narodowego za rządów prezydenta Kennedy’ego i Johnsona. Tym samym Bundy są prawdopodobnie zwolennikami pronatowskiej linii politycznej w kontaktach Stanów Zjednoczonych i Europy. A jednak Bundy mają powiązania z działaniami i organizacjami nie tylko przeciwnymi NATO, ale wręcz promarksistowskimi, na przykład z Institute for Policy Studies. Czy Bundy są niekonsekwentni?
  • Poszczególni członkowie Zakonu deklarują publicznie najróżniejsze poglądy, przekonania i skłaniają się ku rozmaitym ideologiom. William Buckley co jakiś czas rzuca gromy pod adresem Związku Radzieckiego. Z drugiej strony mamy Johna Burtta, należącego do kilkunastu organizacji będących przykrywką dla komunistów. William S. Coffin Junior przez trzy lata pracował w CIA, po czym stał się przywódcą ruchu sprzeciwiającego się wojnie w Wietnamie, a czynił to za pośrednictwem National Conference for a New Politics (konferencja zorganizowana w 1967 roku w Chicago przez Komunistyczną Partię Stanów Zjednoczonych, której celem było stworzenie nowego zjednoczonego ciała politycznego na lewicy – przyp. tłum.) oraz Clergy and Laymen Concerned about Vietnam (Duchowni i świeccy zatroskani sprawą Wietnamu). Coffin był jednym z Bostońskiej Piątki, postawionym w stan oskarżenia pod zarzutem spisku mającego na celu naruszenie praw federalnych. Nie można także zapominać, że W. Averell Harriman jest doświadczonym mężem stanu związanym z Partią Demokratyczną.

Ciekawy zestaw działań i poglądów. Czy odzwierciedlają one niespójne filozofie? Czy w obliczu takiej zbieraniny indywidualnych poczynań jest możliwe, by Zakon miał jeden stały cel?

Odpowiedź brzmi: nie ma w tym niekonsekwencji, ponieważ cel, który przyświeca Zakonowi, dalece wykracza poza te działania, a do tego owe pozorne sprzeczności działają na jego korzyść.

Państwo jest absolutem

Czy możliwe jest istnienie wspólnego celu, skoro członkowie Zakonu najwyraźniej stoją w opozycji do siebie i podejmują sprzeczne działania?

Prawdopodobnie najtrudniejszym zadaniem stojącym przed autorem tej książki będzie przekazanie czytelnikowi w istocie trywialnej informacji: celem Zakonu nie jest „lewica” ani „prawica”. „Lewica” i „prawica” są sztucznie wykreowanymi narzędziami mającymi posłużyć wprowadzeniu zmiany, a ich skrajne odłamy stanowią istotne elementy w procesie kontrolowanej zmiany.

Odpowiedź na tę pozorną polityczną zagadkę kryje się w heglowskiej logice. Nie można zapominać, że zarówno Marks jak i Hitler, stanowiący uosobienie skrajnej „lewicy” i „prawicy”, przedstawiani jako podręcznikowi wręcz przeciwnicy, wyewoluowali z tego samego systemu politycznego: heglizmu. Stwierdzenie to wywołuje grymas intelektualnej udręki na twarzach marksistów i nazistów, ale jest oczywiste dla każdego studenta politologii.

Wbrew twierdzeniom marksistów idea historycznego procesu dialektycznego nie wywodzi się od Marksa, lecz Fichtego i Hegla żyjących w Niemczech w drugiej połowie XVIII i na początku XIX wieku. W procesie dialektycznym zderzenie przeciwieństw prowadzi do syntezy. Na przykład w wyniku konfliktu politycznej lewicy z prawicą powstaje nowy system polityczny – nie lewicowy czy prawicowy, ale będący ich syntezą. Konflikt przeciwieństw jest niezbędny do wprowadzenia zmian. Prawidłowość tę można dzisiaj prześledzić w literaturze wydawanej przez Komisję Trójstronną, gdzie popiera się zmianę, a środki prowadzące do jej wprowadzenia określa się mianem „zarządzania konfliktem”.

W systemie heglowskim konflikt ma kluczowe znaczenie. Co więcej, w opinii Hegla i systemów opierających się na jego filozofii państwo jest absolutem. Państwo wymaga od każdego obywatela całkowitego posłuszeństwa. W tak zwanym systemie organicznym jednostka nie istnieje sama dla siebie, ale jej celem jest wypełnienie zadania przewidzianego dla niej przez państwo. Wolność można znaleźć jedynie w posłuszeństwie wobec państwa. W hitlerowskich Niemczech wolność nie istniała, wolności jednostki nie przewiduje marksizm, nie będzie jej także wtedy, gdy zapanuje Nowy Porządek Świata. I jeśli przypomina to orwellowski Rok 1984, to tak właśnie ma być.

Mówiąc krótko, państwo jest najważniejsze, a konflikt jest narzędziem umożliwiającym zaprowadzenie idealnego społeczeństwa. Wolność jednostki kryje się w jej posłuszeństwie wobec rządzących. (Zaszczepisz się, będziesz mógł podróżować – przyp. W.L.)

Czym jest więc państwo? Jest nim rzecz jasna samozwańcza elita. – wytł. W.L. Co ciekawe, Fichte, który zaprezentował te idee jeszcze przed Heglem, był masonem, niemal na pewno należał także do iluminatów, a z całą pewnością był ich protegowanym. Johann Wolfgang Goethe (wśród iluminatów znany jako Abaris) zapewnił Fichtemu stanowisko na Uniwersytecie w Jenie.

Co więcej, wyznawana przez iluminatów zasada, że cel uświęca środki – zasada, którą Quigley uznał za niemoralną, a stosowana zarówno przez Grupę, jak i przez Zakon – wywodzi się z filozofii heglowskiej.

Stanowi to istotny aspekt próby wyjaśnienia działań Zakonu. W latach 1831-1832, gdy założyciel stowarzyszenia, William Russel, przebywał w Niemczech, w żaden sposób nie mógł on nie zetknąć się z teorią Hegla i uniknąć dyskusji na jej temat. W kręgach uniwersyteckich była ona na ustach wszystkich. Ogarnęła niemieckich intelektualistów jak szaleństwo gry w Pac-Mana. Większość Amerykanów nic na temat teorii Hegla nie słyszało, a ci, którzy się z nią zapoznali, nie chcieli mieć z nią więcej do czynienia. Dlaczego? Ponieważ jej założenia są całkowicie sprzeczne z naturalnym poczuciem indywidualnej wolności i gwarancji konstytucyjnych. Większość z nas uważa, że to państwo ma służyć jednostce, a nie na odwrót.

Opinia Zakonu jest sprzeczna z poglądami większości z nas. Uświadomienie sobie tego jest niezbędne, by móc zrozumieć, o co mu chodzi. Dlatego właśnie wszelkie spory pomiędzy lewicą a prawicą, choć mające kluczowe znaczenie dla propagowania idei zmiany, nigdy nie będą mogły przerodzić się w dyskusję na temat podstaw jeffersonowskiej demokracji głoszącej, że najlepszym rządem jest ten, który najmniej rządzi. Dyskusja, a wraz z nią środki finansowe, zawsze zmierzają w kierunku wzmocnienia prerogatyw państwa i ich wykorzystywania, jak najdalej od kwestii praw jednostki. Dopóki dyskusja nie wykracza poza ramy państwa i władzy państwowej, z punktu widzenia Zakonu nie ma znaczenia, czy coś nazywa się lewicą, prawicą, demokratami, republikanami, opcją laicką czy religijną.

Wspólnym mianownikiem pozornie całkowicie odmiennych poglądów prezentowanych przez członków Zakonu jest fakt, że przyświeca im nadrzędny cel, dla realizacji którego kluczowe znaczenie ma konflikt idei. Dopóki przedmiotem dyskusji nie staną się prawa jednostki, zderzenie poglądów generuje konflikt niezbędny do wprowadzenia zmiany. Ponieważ celem jest także globalna kontrola, kładzie się nacisk na globalne myślenie, czyli internacjonalizm. Odbywa się to za pośrednictwem światowych organizacji i światowego prawa. Wielki wkład Taftów w realizację celów Zakonu był związany ze światowym systemem sądowym i światowym prawem – internacjonalistycznym aspektem Nowego Porządku Świata.«

Ja czytałem tę książkę w 2018 roku i wtedy ta wizja państwa opresyjnego, ograniczającego podstawowe prawa jednostki wydawała mi się odległa, co więcej, nawet nie wyobrażałem sobie w jaki sposób można pozbawić człowieka tych praw: prawa do swobodnego przemieszczania się, do oddychania świeżym powietrzem, do korzystania z wszelkich obiektów użyteczności publicznej, do kultywowania tradycji i wszystkiego tego, co czyni nas ludźmi. Pod jakim pretekstem? Owszem, rozumiałem ten fikcyjny podział na lewicę i prawicę i sztuczność tych konfliktów, bo ja już od ponad dwudziestu lat nie chodzę na żadne wybory. Dopiero jednak teraz zrozumiałem, jak można ograniczyć a wręcz sterroryzować jednostkę, stłamsić ją pod pozorem wymyślonej pandemii. Pandemia jest tylko środkiem, narzędziem do realizacji celu, jakim jest państwo dominujące nad jednostką. A po co państwo ma dominować nad jednostką? Taka sztuka dla sztuki? Realizacja filozofii Hegla? A po co Hegel stworzył taką filozofię? Bo mu odbiło? W powieści Józefa Ignacego Kraszewskiego Żyd znajduję taki fragment:

„Otóż, najukochańsi Niemcy – kończył Duńczyk – wierzcie mi, że nie mówię tego przez zazdrość o posiadanie Szlezwiku i Holsztynu, bo wcale mi te księstwa nie smakują… wy się mylicie grubo, utrzymując, iż Schiller, Goethe, Kant, Hegel byli Niemcami…”

Kraszewski tego nie mówi wprost, ale skoro nie byli Niemcami, no to kim mogli być? Nie trudno się domyślić. Jeśli Hegel był Żydem, to ta cała jego filozofia jest tylko po to, by dać podstawy do stworzenia państwa absolutu, czyli wszechmocnego. No, ale nawet takie państwo nie jest bezosobowym, jakimś abstrakcyjnym bytem. Sutton pisał, a ja wytłuściłem: Czym jest państwo? Jest nim rzecz jasna samozwańcza elita. A więc jakaś elita, ale jaka? Chyba nie po to wysilali się ci wszyscy żydowscy filozofowie, by ktoś inny mógł sobie tyłek podetrzeć papierem, na którym wydrukowano ich przemyślenia. Tą samozwańczą elitą są oczywiście Żydzi i realizują oni swój chory, mesjanistyczny cel podporządkowania sobie świata. Tylko czy rzeczywiście chodzi o podporządkowanie sobie świata, skoro oni już teraz nim rządzą? Czy to nie jest dążenie do samounicestwienia się? Do zakończenia tego etapu istnienia ludzkości, na którym dominowała cywilizacja żydowska? Czasami jest tak w życiu jednostek, że lepiej je zakończyć samobójstwem, niż dalej trwać. Czy czasem nie może tak być w przypadku narodów, a osobliwie – narodu wybranego? A czy ten naród, ginąc, chce pociągnąć za sobą inne narody? Końcowe odliczanie? Był kiedyś, w 1986 roku, taki przebój zespołu Europe – The Final Countdown. I nawet jest w nim taka fraza: Will things ever be the same again? – Czy kiedykolwiek jeszcze będzie tak samo?

Ja oczywiście nie wiem, czy takie wnioskowanie ma sens. Jednak obserwacja rzeczywistości skłania mnie do takiego wniosku. Tempo, w jakim rośnie zadłużenie wszystkiego i wszystkich, jest przerażające. Cały świat jest zadłużony i bez szans na spłatę tego długu. Kiedy patrzę na prawie puste autobusy i pociągi, to zastanawiam się, skąd firmy transportowe mają pieniądze na pokrycie swoich kosztów i wynagrodzenia dla pracowników? Bo przecież nie od klientów. W przypadku transportu lotniczego jest podobnie. A ile jest takich firm? Tu już nie działa normalna ekonomia, to wszystko kręci się w oparciu o emisję pustego pieniądza. Ci, którzy go pożyczają, wiedzą że nie zostanie on zwrócony. Czyli że staną się właścicielami wszystkiego, co zadłużone. Teraz już chyba chodzi tylko o zadłużenie tego wszystkiego, co jeszcze nie jest zadłużone, tak by stać się właścicielami całego świata. Mesjański cel bliski realizacji. A co potem? Samounicestwienie?

Novus Ordo

Skąd taki tytuł? – Nie! Nie zacząłem uczyć się łaciny, ale zawsze uważałem, że jej, chociaż podstawowa znajomość, jest warunkiem niezbędnym dla człowieka, który chce uchodzić za wykształconego. Jest ona obecna, choć w coraz mniejszym stopniu, w kraju, w którym językiem urzędowym jest język angielski. Nasze banknoty nie są tak „sophisticated” jak amerykańskie, a zwłaszcza jak banknot jednodolarowy, który ze względu na niski nominał jest, czy był, dostępny dla każdego Amerykanina i nie tylko dla niego, bo te banknoty krążą, a właściwe krążyły, po całym świecie. Obecnie, ze względu na obrót bezgotówkowy, nie są tak wykorzystywane jak kiedyś. U mnie zachowały się jeszcze dwa banknoty jednodolarowe i gdy porównuję je z polskimi, to to jest przepaść. Nie tylko ze względu na projekt i treści w nim zawarte, ale też ze względu na jakość papieru i druku. Podejrzewam jednak, że banknoty innych krajów też nie dorównują amerykańskim. Choć, z drugiej strony, żaden inny banknot amerykański nie ma tak wyszukanego projektu i łacińskich sentencji.

US one dollar bill, reverse, series 2009.jpg
Źródło: Wikipedia

Wyszukiwarka internetowa to potęga, pod warunkiem, że się wie, co w nią wpisać. Biorę więc do ręki banknot jednodolarowy i czytam: Novus Ordo Seclorum i już jestem w domu, jak to się u nas mówi. Wpisuję zwrot w wyszukiwarkę i otwiera się przede mną „nowy porządek”. W Wikipedii można przeczytać:

»Novus Ordo Seclorum (w tłumaczeniu z łaciny: Nowy Porządek Wieków) – fraza widniejąca na odwrocie Wielkiej Pieczęci Stanów Zjednoczonych, zaprojektowanej po raz pierwszy w 1782 roku oraz od 1935 na odwrocie amerykańskiego banknotu jednodolarowego. Napis taki widnieje również na herbie Yale School of Management, szkoły biznesowej Uniwersytetu Yale. Wyrażenie to często jest błędnie tłumaczone jako „Nowy Porządek Świata” (wtedy łacińska wersja brzmiałaby novus ordo mundi).

Nowy porządek świata (łac. Novus Ordo Mundi, ang. New World Order, skrótowo NPŚ, ang. NWO) – teoria spiskowa wykorzystywana do opisu rzekomych przyczyn istotnych zmian w polityce międzynarodowej, według której „zakonspirowana elita globalnej władzy” dąży do objęcia władzy nad światem poprzez autorytarny rząd światowy, który ma zastąpić suwerenne państwa.

Teoria ta wykorzystuje jako pretekst:

  • program pokojowy prezydenta USA Thomasa Wilsona, znany jako Czternaście punktów Wilsona, ogłoszony w 1918 roku;
  • utworzenie Ligi Narodów i Organizacji Narodów Zjednoczonych;
  • zmianę układu sił politycznych na świecie (który ukształtował się jeszcze w latach 50. XX wieku), w wyniku rozpadu ZSRR i bloku wschodniego.

Jednym z pretekstów stosowania tej teorii spiskowej po zakończeniu zimnej wojny było również określenie „nowy porządek świata” użyte przez Michaiła Gorbaczowa i George’a H.W. Busha oraz członków Klubu Bilderberg, Komisji Trójstronnej i Rady Stosunków Zagranicznych rządu USA, dla określenia zmian jakie nastąpiły wtedy na świecie.

Przykłady tez teorii spiskowych dotyczących NWO

Niektórzy twierdzą, że świat jest zakulisowo sterowany przez grupę bądź grupy ludzi dążących do wprowadzenia „Nowego Porządku Świata”, który ma się rzekomo cechować utworzeniem jednej zależnej religii (projekt HAARP i Blue Beam), praniem mózgu (projekt Monarch (następca MKULTRA)), wszczepianiem innym ludziom chipów pod skórę, powszechną inwigilacją za pomocą monitoringu i projektu Echelon oraz bezgotówkowym obrotem towarami.«

Jak można wywnioskować z powyższego opisu, nie był on od lat aktualizowany i wszystko, co miało być teorią spiskową, stało się naszą rzeczywistością. Może więc fakt, że nikt całościowo nie redaguje i nie kontroluje Wikipedii jest jej największą zaletą. Wygląda na to, że nie ma nic bardziej aktualnego i bliższego prawdy niż nieaktualizowane teksty sprzed lat.

Wielka Pieczęć Stanów Zjednoczonych i jej odwzorowanie na banknocie jednodolarowym obfituje w tak wielką ilość symboli, a właściwie jeden symbol, którym jest liczba 13, że trudno tu mówić o przypadku. Wikipedia tak to opisuje:

»Wielka Pieczęć Stanów Zjednoczonych (ang. Great Seal of the United States) jest używana do potwierdzania autentyczności dokumentów wydawanych przez władze Stanów Zjednoczonych. Nazwę tę stosuje się zarówno do określenia pieczęci (znajdującej się w posiadaniu sekretarza stanu USA) oraz, bardziej ogólnie, do znajdującego się na niej wizerunku. Po raz pierwszy pieczęć została użyta 16 września 1782 roku. Prace nad stworzeniem Wielkiej Pieczęci nadzorował Charles Thomson.

Źródło: Wikipedia

Awers

Na awersie znajduje się bielik amerykański z rozpostartymi skrzydłami, każde ze skrzydeł zdobi 13 piór. Lewym (heraldycznie) szponem trzyma 13 (jak trzynaście kolonii) strzał, prawym zaś gałązkę oliwną o 13 liściach, co symbolizować ma zdolność Stanów Zjednoczonych do prowadzenia wojen oraz do utrzymania pokoju i bezpieczeństwa. Głowa orła zwrócona jest w kierunku gałązki, co ma symbolizować nadrzędność pokoju. Dziobem chwyta motto „E Pluribus Unum” (łac. „Jedno uczynione z wielu”) złożone z 13 liter, nad głową znajduje się nimb z 13 gwiazdami umieszczonymi na niebieskim tle. Tarcza, którą trzyma orzeł na piersi (składa się z 13 pasów) odróżnia się od flagi amerykańskiej tym, że nie ma gwiazd na niebieskim polu, zaś pasy zewnętrzne są koloru białego, nie czerwonego.

Źródło: Wikipedia

Rewers

Na rewersie pieczęci widnieje niedokończona piramida z 13 warstw kamieni, u podstawy której widnieje wypisany rok 1776 (zapisany cyframi rzymskimi). W miejscu, gdzie powinien znajdować się szczyt piramidy widnieje tzw. Oko Opatrzności. Dodatkowo na rewersie znajdują się dwie łacińskie sentencje – złożone z 13 liter „Annuit Coeptis” („[Bóg] spojrzał życzliwie na nasze przedsięwzięcie”, z Eneidy Wergiliusza) oraz Novus Ordo Seclorum („Nowy Porządek Wieków” – początkowo motto wolnomularstwa, zaczerpnięte z czwartej eklogi Wergiliusza). Rewers wielkiej pieczęci znajduje się np. na odwrocie banknotu jednodolarowego.«

Mamy więc trzy łacińskie sentencje czy motta:

  • E Pluribus Unum – Jedno uczynione z wielu
  • Annuit Coeptis – [Bóg] spojrzał życzliwie na nasze przedsięwzięcie
  • Novus Ordo Seclorum – Nowy Porządek Wieków

Tak je tłumaczy Wikipedia. Jednak na amerykańskiej stronie poświęconej Wielkiej Pieczęci (http://www.greatseal.com/index.html), do której odwiedzenia zachęcam, a z której zaczerpnąłem poniższe informacje, tłumaczenie z łaciny nieco się różni, co nie jest takie istotne. Ważniejsze jest wyjaśnienie, dlaczego wybrano takie motta.

W pierwszym przypadku chodzi o pewien symbol. Ta jedność to sześć narodów, które zaludniły Amerykę: Anglicy, Szkoci, Irlandczycy, Holendrzy, Niemcy i Francuzi. Do tego dochodzi 13 niezależnych Stanów Ameryki.

Thomson wyjaśnił, że motto „E pluribus unum” nawiązuje do unii między stanami a rządem federalnym, co symbolizuje tarcza na piersi orła. Trzynaście pasków „reprezentuje kilka stanów połączonych w jedną solidną, zwartą całość, wspierającą Wodza, który jednoczy całość i reprezentuje Kongres”.

E Pluribus Unum opisuje akcję: Wielu jednoczy się w jedno. Dokładnym tłumaczeniem motta jest „From Many, One” lub „Out of Many, One” – fraza, która oddaje symbolikę na tarczy.

Łacińska dewiza „E Pluribus Unum” pojawiła się na stronie tytułowej corocznego tomu Gentleman’s Magazine czy Monthly Intelligencer – obok rysunku dłoni trzymającej bukiet różnych kwiatów.

The Gentleman’s Magazine ukazywał się co miesiąc w Londynie od 1731 roku i był dobrze znany z piśmiennictwa dla Amerykanów w latach siedemdziesiątych XVIII wieku. Roczny tom z „E Pluribus Unum” na dole strony tytułowej łączył dwanaście wydań magazynu z danego roku. Dostarczał czytelnikom wielu przydatnych informacji.

To pokazuje, że Amerykę początkowo przyrównywano do bukietu różnych kwiatów, gdzie współistniały jedność i indywidualność – w przeciwieństwie do „tygla”, który stapiał wszystkich w nieokreśloną masę.

Źródło: greatseal.com

W drugim przypadku wyjaśnienie jest takie:

Charles Thomson, znawca łaciny, zmienił drugą osobę „annue” na trzecią osobę „annuit” i ukuł motto: „Annuit Coeptis” – umieszczając je nad okiem Opatrzności, gdzie wyjaśnił, że oznaczało to, że „opatrzność wielokrotnie wspomagała nasze amerykańskie przedsięwzięcie”.

Jeśli niepodległość Ameryki datuje się od 1776 roku, a Wielką Pieczęć zaprojektowano w 1782 roku, to znaczy, że Opatrzność interweniowała na długo przed tymi datami, gdy oni dopiero realizowali swój plan. Znaczy to też, że oni dokładnie wiedzieli, po co oni tworzą tę Amerykę.

W trzecim przypadku uwagi są następujące:

Dalekowzroczni założyciele Stanów Zjednoczonych spojrzeli zarówno w przeszłość, jak i w przyszłość, zdając sobie sprawę z tego, że ich działania będą miały długotrwałe konsekwencje dla przyszłych pokoleń.

W styczniu 1776 roku Thomas Paine zainspirował Kolonie wizją nowej ery amerykańskiej. W Common Sense napisał: „Sprawa Ameryki jest w dużej mierze sprawą całej ludzkości… To nie jest sprawa dnia, roku czy wieku; potomność jest praktycznie zaangażowana w to wyzwanie i w mniejszym lub większym stopniu odczuje skutki naszego obecnego działania, które będą trwały nawet do końca świata (even to the end of time)”.

W zasadzie to chyba nie powinno już być wątpliwości, że Stany Zjednoczone to projekt masoński. Motta można interpretować na różne sposoby. Ta niejasność i wieloznaczność jest typowa dla Żydów, którzy lubują się w tworzeniu takich niejednoznaczności. Cały Talmud jest tak napisany, by tylko wtajemniczeni potrafili odnaleźć prawdziwe znaczenie zawartych w nim treści. Każdą z tych sentencji można różnie rozumieć czy interpretować, ale tylko wybrani znają prawdę.

Pozostają jeszcze dodatkowe informacje na temat liczby „13”. Na cytowanej stronie są takie wyjaśnienia:

»Liczba 13 tradycyjnie kojarzy się z transformacją, odnowieniem i regeneracją – być może dlatego, że w ciągu roku jest około 13 pełni Księżyca. Piramida ma 8 krawędzi i 5 płaszczyzn, co daje w sumie 13 elementów.

Popularne amerykańskie zwroty składające się z 13 liter:

  • The Spirit of 76
  • July The Fourth
  • American Eagle
  • American Dream
  • Don’t Tread on Me
  • An Appeal to God

Franklin D. Roosevelt został wybrany na prezydenta w 1932 roku i zmarł 13 lat później w 1945 roku. Trzynasty prezydent, który był nim więcej niż jedną kadencję. Roosevelt umieścił obie strony Wielkiej Pieczęci na jednodolarowym banknocie w 1935 roku.

„Dlatego mówię do nich w przypowieściach, ponieważ widząc nie widzą, a słysząc nie słyszą ani nie rozumieją”. – Mateusz 13:13. – Czy Wielka Pieczęć jest rodzajem obrazowej przypowieści?

Jedyną księgą w Biblii, której 13. rozdział ma dokładnie 13 wersetów, jest Pierwszy List do Koryntian, którego 13. werset jest ponadczasowy i uniwersalny:

„A teraz trwajcie wiara, nadzieja, miłość, te trzy; Ale z nich największa jest miłość.”

Charles Thomson, główny projektant Wielkiej Pieczęci, również przetłumaczył całą Biblię z języka greckiego na angielski.«

Tak więc zwrot „Nowy Porządek”, który powtarzają jak mantrę wszyscy wielcy tego świata, nie jest niczym oryginalnym i nie zrodził się w ich głowach. Jest nawet starszy niż „New Deal”. Jeśli w styczniu 1776 roku Thomas Paine pisze: Sprawa Ameryki jest w dużej mierze sprawą całej ludzkości… To nie jest sprawa dnia, roku czy wieku; potomność jest praktycznie zaangażowana w to wyzwanie i w mniejszym lub większym stopniu odczuje skutki naszego obecnego działania, które będą trwały nawet do końca świata (even to the end of time).

Zabrzmiało to bardzo proroczo, ale i groźnie. Oznacza to, że tworzenie Ameryki miało jasno określony cel, którego realizacja wchodzi w końcową fazę. Po to zbudowano ten potężny kraj, by podbić świat i podporządkować sobie jego ludność. Dziś wykorzystuje się nie tyle jego potęgę militarną, co nagromadzony w niej kapitał, który jest o wiele bardziej groźny niż najgroźniejsza broń. Któż więc w połowie XVIII wieku mógł myśleć tak dalekowzrocznie i być pewnym skutków tego przedsięwzięcia?

Czy walka o niepodległość, która rozpoczęła się w momencie, gdy było trzynaście kolonii, była przypadkowym zbiegiem okoliczności, czy tak z góry zaplanowano, że o niepodległość ma walczyć trzynaście kolonii? Tego zapewne nie dowiemy się, ale wszechobecność tej liczby w symbolach Wielkiej Pieczęci skłania do takich wniosków.

Żyjemy w czasach ostatecznych, bo bez względu na to jak zakończy się ten „eksperyment”, to świat już nie będzie taki jak wcześniej. Sam projekt ma trwać mniej więcej do 2030 roku, co oznacza, że wybrano wariant „gotowania żaby na wolnym ogniu”. Chodzi o to, by przyzwyczajać ludzi do „nowej normalności”, tak by po czasie uznali to za stan naturalny. Jeden z polskich ekonomistów, Artur Śliwiński, w wywiadzie na kanale internetowym „cepolska”, stwierdził, że długofalowe, globalne projekty nigdy nie udają się, właśnie dlatego, że są długofalowe i globalne. Być może tak będzie, ale katastrofalnych skutków tych działań nie da się uniknąć. Nawet nie jesteśmy w stanie wyobrazić sobie, jakie one będą.

Kiedyś, już dawno temu, pamiętam jak przyglądałem się temu jednodolarowemu banknotowi z tą piramidą z Okiem Opatrzności i z tymi mottami, których znaczenia nie rozumiałem, ale odniosłem wrażenie, że coś złowieszczego emanuje z tej piramidy i tego oka, że jakieś złe, tajemne siły kryją się za tymi symbolami.