Reformacja

Reformacja – ruch religijny wyrosły na podłożu konfliktów społeczno-politycznych XV-XVI wieku, który doprowadził w XVI wieku do powstania niezależnych od papiestwa kościołów protestanckich. Poprzedziły go ideowo herezje średniowieczne z wiklefizmem i husytyzmem na czele; u jego podstaw leżały rozwijające się w późnym średniowieczu (XIV-XV w.) dążenia do zerwania z formalizacją życia religijnego w ramach instytucji kościelnych, do uzupełnienia bądź nawet zastąpienia oficjalnej liturgii indywidualnymi rozmyślaniami i ascezą. W prądach tych (tzw. devotio moderna) znalazło wyraz zarówno pogłębienie rozumienia religii w szerokich kręgach społecznych, jak rosnący brak zaufania do oficjalnego kościoła, krytykowanego ogólnie za skostnienie, zeświecczenie i nadużycia jego hierarchii z papiestwem na czele. Próby reformy kościoła od wewnątrz (koncyliaryzm) załamały się, a humanizm zaatakował intelektualne podstawy średniowiecznej doktryny kościelnej. Do fermentu umysłowego dołączył się społeczny: dążenie feudałów do zagarnięcia dóbr duchownych, ogólna niechęć do uciążliwych opłat na rzecz kleru, u niektórych krytyków kościoła połączenie postulatu reform kościelnych z żądaniem naprawy najjaskrawszych krzyw społecznych. W tych warunkach wystąpienie M. Lutra w Wittenberdze (1517) spotkało się z poparciem dużej części ludności Niemiec. Powstanie rycerzy (1522-1523) i chłopów (wojna chłopska 1525), którzy wystąpili m.in. z hasłami radykalnej reformacji zostało wprawdzie stłumione, jednakże za luteranizmem opowiedziała się część książąt, która dostrzegła w nim szansę wzmocnienia swej władzy; w obronie reformacji założyli oni związek szmalkaldzki (1531). Pod protektoratem książąt zaczęto wprowadzać w Niemczech nową administrację kościelną, podporządkowaną świeckiej władzy terytorialnej. Dążenie cesarza Karola V i książąt katolickich do zlikwidowania reformacji siłą spowodowało wybuch wojen religijnych. Kończący je augsburski pokój religijny (1555) przyniósł prawne uznanie podziału wyznaniowego Niemiec: większość księstw północnych (m. in. Saksonia, Brandenburgia) pozostała luterańska, południe zaś (z Bawarią na czele) katolicka. Układ ten zapewnił Niemcom pokój wewnętrzny aż do 1618 roku.

Poza granicami Niemiec luteranizm zyskał sobie zwolenników w krajach skandynawskich, których władcy (Gustaw I Waza w Szwecji 1527, a Chrystian III w Danii i Norwegii 1536) uczynili go religią panującą, oraz w sąsiadujących z Niemcami państwach: Francji, Czechach, Węgrzech i Polsce. Luteranizm przyjęły sekularyzowane państwa zakonne w Prusach i Inflantach. W Szwajcarii część kantonów przyjęła różniącą się znacznie od luteranizmu doktrynę U. Zwingliego (szerzoną przez niego od 1522), część zaś pozostała wierna katolicyzmowi; zwinglianie przyłączyli się później do zwolenników J. Kalwina, działającego (od 1541) w Genewie, skąd kalwinizm promieniował na inne kraje. We Francji zyskał on sobie licznych wyznawców (zw. Hugonotami); doszło tam do 8 kolejnych wojen religijnych, toczonych (z przerwami) 1562-98, a zakończonych Edyktem nantejskim (1598), przyznającym hugonotom znaczne swobody wyznaniowe. Również w podległych Hiszpanii Niderlandach próby zdławienia reformacji siłą doprowadziły do wybuchu powstania (1566), w wyniku którego północne stany kalwińskie oderwały się od Hiszpanii i utworzyły Republikę Zjednoczonych Prowincji (1588). Także i na zachodzie Niemiec kalwinizm opanował szereg księstw i miast. Od 1559 J. Knox wprowadził go w Szkocji (prezbiterianie). W Anglii w wyniku opowiedzenia się Henryka VIII za reformacją, powstał kościół anglikański (1534); zostawiono w nim dawną organizację kościelną, stawiając na jego czele króla, czemu się sprzeciwiali się zwolennicy zreformowania tego kościoła w duchu bezkompromisowego kalwinizmu, zwani w Anglii purytanami.

Tak opisuje reformację Wielka Encyklopedia Powszechna PWN, Warszawa 1967. Jest to tylko fragment. W dalszej części jest mowa o kontrreformacji, która nie wnosi nic nowego do opisu tego wydarzenia. Podobnie jest w Wikipedii – dużo informacji, ale o tym, co najważniejsze, o roli Żydów, nie mówi się.

Nic nie dzieje się przypadkiem i żeby zrozumieć istotę reformacji, trzeba cofnąć się w czasie, nawet do odległej przeszłości. Reformy Ezdrasza i Nehemiasza odizolowały Żydów od świata zewnętrznego. Ten stan utrwalił później Talmud, który pozbawił ich bezpośredniego wpływu na państwa chrześcijańskie i stworzył faktyczne getto na długo przed tym, zanim uzyskało ono podstawę prawną. Ale każdy kij ma dwa końce. Taki stan uniemożliwiał Żydom realizację ich mesjańskich celów. Tym, co miało zmienić ten niewygodny dla żydostwa stan, była filozofia Mojżesza Majmuni, znanego w Europie pod nazwą Majmonidesa.

Urodził się on w 1135 roku w Kordobie. W tamtym czasie Hiszpania była głównym ośrodkiem żydostwa. Jego przodkowie przez osiem pokoleń byli uczonymi w Talmudzie i członkami kolegium rabinicznego. Pierwszym jego dziełem była apologia tych, którzy pozornie przyjmują inną wiarę. W 1180 roku pojawiło się jego drugie dzieło: Miszna-Tora. Jednak tym najważniejszym był ukończony około 1199 roku „Przewodnik błądzących”. Powstał on w oparciu o zniekształconą filozofię Arystotelesa. Nie znano wtedy w Europie jego dzieł w greckim oryginale, tylko w bardzo pokrętnym łacińskim przekładzie dokonanym przez Żydów. „Przewodnik błądzących” miał wykazać, że judaizm biblijny i talmudyczny da się pogodzić z rozumem, i że poglądy, szczególnie wówczas cenionego greckiego filozofa, prowadzą wprost do judaizmu. Przewodnik ten był pisany w formie listów rabina ben Jehudy do rabina Józefa. Przykład tych myśli poniżej:

„Uznałem, że godzien jesteś tego, aby ci udzielone były tajemnice pism prorockich tj. rozumne wykładanie tych rzeczy, które tajemnicami są dla tych, co klucza do nich nie posiedli.”

„Prawdy będą się w tym dziele ukazywać, aby natychmiast ponownie się ukryć.”

„W tym celu pismo musi się posługiwać wieloznacznymi wyrażeniami, które człowiek przeciętny w zgodzie ze swymi przeciętnymi zdolnościami, natomiast mędrzec na rozumniejszy sposób wykładać powinien.”

„Jeżeli chodzi o ważne prawdy, których nie można, ani powinno się wykładać wyraźnie, jeżeli można je czytelnikowi podać tylko po części, wtedy jest się upoważnionym do utrzymania pewnej pozornej sprzeczności. Wszelako zręczny autor potrafi się tak wówczas urządzić, iż ordynarny (przeciętny – przyp. mój) czytelnik nawet nie zauważy sprzeczności.”

Miało to być, jak zapewnia autor, zgodne z filozofią Arystotelesa. Ale przecież arystotelesowska logika, to narzędzie myślenia stworzone po to, by szukać prawdy i tylko prawdy, a to, co powyżej, to po prostu kpina z logiki.

Niektórzy twierdzą, że wszelka wiedza bierze się z porównań i pewnie coś w tym jest. Jaka jest więc ta arystotelesowska logika? Jostein Gaarder w swojej książce „Świat Zofii” bardzo przystępnie ją opisał:

»Arystoteles starł się udowodnić, że wszystkie rzeczy w przyrodzie należą do różnych grup i podgrup (…). Powiedziałem: królestwo roślin, królestwo zwierząt, królestwo minerałów. Przypomina mi się gra towarzyska, w której jakiegoś nieboraka albo nieboraczkę wygania się na korytarz, a reszta towarzystwa ustala, o czym będzie myśleć. Ów nieborak, kiedy wróci do pokoju, ma odgadnąć, o czym myślą pozostali.

Towarzystwo postanawia myśleć o kotku Monsie, który właśnie w tej chwili siedzi w ogrodzie sąsiadów. Nieborak wraca z przedpokoju i zaczyna zgadywać. Zebrani mogą mu tylko odpowiadać „tak” lub „nie”. Jeśli nieborak jest dobrym arystotelikiem – a w takim razie wcale nie jest nieborakiem – zabawa może przebiegać następująco: Czy to coś konkretnego? (Tak!). Czy to należy do królestwa minerałów? (Nie!). Czy to coś żywego? (Tak!). Czy to należy do królestwa roślin? (Nie!). Czy to zwierzę? (Tak!). Czy to ptak? (Nie!). Czy to ssak? (Tak!). Czy to całe zwierzę? (Tak!). Czy to kot? (Tak!). Czy to Mons? (Taaak! Śmiech…).

A więc tę zabawę towarzyską wymyślił Arystoteles. Zasługą Platona jest wymyślenie zabawy w chowanego. Uznanie dla Demokryta za wynalezienie klocków Lego już wyraziliśmy.

Arystoteles był pedantycznym porządnisiem, pragnącym zaprowadzić ład wśród pojęć, którymi posługują się ludzie. On to właśnie dał podstawy logice jako nauce. Podał wiele surowych zasad ustalania, jakie sądy i pojęcia są logicznie udowodnione.«

Majmuni był żydowskim mesjanistą. Razem z nim mesjańskie marzenia szerzyli kabaliści. Ich przedstawicielem był w owym czasie Mojżesz Nachmani (Bonastruc de Porta ur. ok. 1195, zm., ok. 1270 roku). Jego śladem podążyli inni. Uczeń Nachmaniego, Salomon ben-Abram ben-Adret, uprawiając kabałę żądał, by jej wykład odbywał się ezoterycznie (dla wybranych), a nie publicznie. Tym sposobem nawet ogół wykształconych Żydów został wyłączony z korzystania z tej tajemnej wiedzy.

Henryk Rolicki w książce Zmierzch Izraela tak to ujmuje:

„Kabalistyka żydowska, ściśle związana z pojętym po żydowsku mesjanizmem, była w dużej mierze skarbnicą tajnej tradycji politycznej. Istotą jej były tajemnice, czyli misteria, o których zdobyciu bez wtajemniczenia nie można było marzyć. Była nauką dla wybranych, chrześcijanie zaś bywali niekiedy za pomocą fałszywego klucza wtajemniczani w kabałę dla konkretnych celów polityki żydowskiej.”

Jest więc kabała swego rodzaju misterium, tajemnicą. Towarzyszą jej tajne związki, niewidoczne na zewnątrz, a faktyczna władza głęboko ukryta. To wszystko sprzyjało organizowaniu różnego rodzaju ruchów rewolucyjnych, które w realiach średniowiecza przyjmowały charakter sekt religijnych i wywrotowych zarazem. Wszystkie one były inspirowane Starym Testamentem.

Pierwsze takie ruchy pojawiają się na większą skalę pod koniec XII wieku w południowej Francji. Pojawia się tam sekta waldensów, czyli albigensów. Rejon ten nie wchodził jeszcze w skład królestwa francuskiego lecz podlegał pomniejszym władcom, wśród których dominowali hrabiowie Tuluzy. Sąsiadował on z Hiszpanią, która od kilku wieków była pod znaczącym wpływem Żydów i powoli stawał się terenem ich ekspansji.

Nauka albigensów jest dziełem sekty manichejczyków, która pojawiła się w pierwszych wiekach chrześcijaństwa. Jej twórcą był Manes z Aleksandrii, prawdopodobnie Żyd. Przez Bułgarię i Włochy dotarła ona do południowej Francji. Sekta posiadała tu dwa biskupstwa w Tuluzie i w Albi (stąd nazwa albigensów). Z tego miejsca rozchodzili się oni po całej Europie. Dotarli do północnej Francji, północnych Włoch, do Niemiec i Czech. Wszystkie ich gminy pozostają w ciągłym kontakcie za pośrednictwem tajnych posłańców.

W połowie XIII wieku pojawia się w północnych Włoszech ruch rewolucyjno-religijny, ruch tzw. „braci apostolskich”, który zagroził nawet papiestwu. Sekta ta początkowo rozwijała się na tajnych nocnych schadzkach. Była ona zbliżona do albigensów i utrzymywała z nimi tajne kontakty. W sekcie tej zakazywano własności prywatnej i małżeństw.

Kościół jakoś sobie poradził z tymi sektami, podobnie jak z zakonem templariuszy, który, zamiast walczyć z muzułmanami, zajmował się handlem i bankierstwem. Został też on potępiony za uprawianie tajnych obrzędów i bałwochwalstwo. Rozwiązano go w 1312 roku. Jego wielki mistrz, Jakub de Molay, spalony na stosie w 1314 roku, stał się później symboliczną postacią w rytuałach masońskich. Co ciekawe, to proces templariuszy został poprzedzony wypędzeniem Żydów z Francji w 1306 roku.

Albigensi, wytępieni w południowej Francji, przenieśli się do Niderlandów jako sekta beghardów. Szybko rozprzestrzeniła się ona po Francji, Niemczech i Anglii. Rozwijała się konspiracyjnie pod różnymi nazwami. We Flandrii, jako beghardzi, wywołała powstanie zbrojne w 1358 roku. We Francji działała jako „bracia i siostry wolnego ducha”. W Anglii – jako lollhardzi, we Włoszech jako „bracia apostolscy”, w Czechach ujawniła się jako husyci.

Najradykalniejszą z tych sekt byli francuscy „bracia i siostry wolnego ducha”. Głosiła ona wspólnotę dóbr i wspólnotę kobiet. Jednym z najwybitniejszych jej przywódców był Dawid z Dinant. Do Anglii sektę tę przenieśli tkacze flamandzcy. Już wcześniej działał tam Jan Wycleff. To, czego albigensi nauczali potajemnie, on nauczał publicznie. W praktyce nauka jego była nauką protestantów, którzy pojawili się wiek później. Uczniem Wycleffa był Jan Hus.

Beghardzi, występujący w Anglii jako lollhardzi, wywołali w 1381 roku krwawy bunt chłopski. Powstańcy zdobyli nawet Londyn i zamordowali arcybiskupa. Jednak najgroźniejszy dla Kościoła i porządku społecznego wybuch miał miejsce w Czechach. Henryk Rolicki tak o nim pisze:

»Po spaleniu Husa na stosie organizacje beghardów w Czechach, odtąd zwane husyckimi, rozpadły się na kilka ugrupowań, z których najskrajniejszym byli taboryci, sekta jawnie komunistyczna. Założyła ona miasto na pagórku nad rzeką Łuźnicą i w języku Starego Testamentu nazwała je Tabor. Mieszkańcy Taboru byli znowu przeważnie tkaczami. Taboryci głosili, że sam Bóg (Jehowa Starego Testamentu) ma królować nad ludźmi, zaś ludowi (Izraelowi Starego Testamentu) należy oddać władzę na ziemi. Domagali się zburzenia kościołów i zniesienia władzy monarchicznej, ceł, podatków i na cztery niemal wieki przed rewolucją francuską szermowali hasłem równości. Znieśli również u siebie własność prywatną i wprowadzili wspólność kobiet, proklamując zniesienie rodziny.

Następcami taborytów są „bracia czescy” i „bracia morawscy”. Biskupem „braci czeskich” był autorytet pedagogiki, złowieszczo zapisany w dziejach Polski, sławny Komeński.«

Tajne sekty rewolucyjno-religijne zagrażały Kościołowi i ustrojowi społecznemu. Trudno się oprzeć wrażeniu, że ich siłą napędową byli Żydzi. Cały czas wierni swej tradycji, sięgającej początków chrześcijaństwa, by rozsadzać organizację kościelną od środka. Realizację tego zadania ułatwiało im to, że w razie potrzeby swobodnie i pozornie przechodzili na katolicyzm. Za czasów wojen krzyżowych mnóstwo Żydów, w obawie przed krzyżowcami, przyjmowało katolicyzm, dzięki czemu mogli wnikać w społeczeństwa chrześcijańskie, torując tym samym drogę herezjom i ruchom rewolucyjnym. Wojny husyckie poprzedziły w Europie okres wojen religijnych, a sekta beghardów, pod różnymi nazwami, ponownie pojawi się w okresie reformacji.

Na uwagę zasługuje fakt, że reformacja pojawia się w czasie, gdy kryzys w Kościele ma się ku końcowi. Natomiast wcześniejszy ruch Wycleffa i husytyzm miał miejsce w czasie jego największego rozkładu: schizma zachodnia, równoczesne panowanie dwóch lub trzech papieży, a mimo to Kościół wyszedł z tego obronną ręką. Wystąpienia Lutra i Zwingliego przypadają na okres, gdy najgorsze już minęło, jednak dochodzi do rozłamu. Gdyby ruch reformacyjny był skutkiem oburzenia na zgniliznę i zepsucie Kościoła i księży, to właśnie ruch Wycleffa w czasie schizmy powinien był rozwinąć się najbardziej, ponieważ właśnie wtedy rozkład papiestwa był największy. Tymczasem atak generalny nastąpił 100 lat później. Dlaczego tak się stało? Przyczyn należy szukać w Hiszpanii. W 1492 roku wypędzono stamtąd Żydów. Ruch reformacyjny podważył autorytet moralny Kościoła, a tym samym dyskredytował inkwizycję. Był im na rękę. A skoro tak, to zapewne nie bez ich udziału.

To nie jest tak, że „zadymę” można wywołać spontanicznie. To tak nie działa. I w przypadku reformacji było podobnie. Pewne rzeczy musiały być przygotowane wcześniej. W XIII wieku pojawia się we Włoszech prąd humanizmu, nawiązujący do idei świata starożytnego. W 1453 roku upada Konstantynopol. Uczeni bizantyńscy uciekają do Włoch i podsycają go. Dzięki odkryciu rękopisów starożytnych następuje wzmożone zainteresowanie antykiem. Humanizm propaguje indywidualizm, a więc coś przeciwnego dotychczasowemu systemowi wartości opartemu na wartościach wspólnych dla organizacji społecznych czy religijnych. Jego ogniskami są akademie, czyli związki osób interesujących się starożytnością. Nie miały one nic wspólnego z dawnymi uniwersytetami.

Akademie były zakładane przez zwykłych ludzi, którzy spotykali się na zebraniach czy biesiadach i rozmawiali nie tylko o starożytności, ale też o rzeczach, o których publicznie mówić zabraniano. Najsłynniejsza była akademia platońska we Florencji, która, jak sama nazwa wskazuje, zajmowała się Platonem. Była też rzymska i wenecka. Rzymska nigdy nie działała jawnie. Pod pozorem uroczystości czy biesiad unikano odpowiedzialności za niepoprawne poglądy. Z czasem organizacje te nabrały charakteru związków tajnych, a ich członkowie posługiwali się łacińskimi lub greckimi pseudonimami.

Duży wpływ na ruch humanistyczny wywarli Żydzi uciekający z Hiszpanii. Gemistos Plethon (zm. 1450), główna postać akademii platońskiej, był uczniem żydowskim. Nie dziwi zatem, że akademie walczące z filozofią Kościoła, będące pod wpływem Żydów, musiały kryć się ze swoją działalnością.

Humanizm prowadził do konfliktu pomiędzy wiedzą i wiarą. Stał na stanowisku, że postęp wiedzy podważa dogmaty religii. W ten sposób podważał autorytet Kościoła. Powoli skłaniał się ku wolności myślenia w zakresie religii, dając podstawy teoretyczne reformacji, a później – w XVII i XVIII wieku – racjonalizmowi tj. religii naturalnej lóż wolnomularskich. Środowiska uczonych i intelektualistów były tymi, w których zajmowano się astrologią, a nawet magią. Astrologami byli przeważnie Żydzi, którzy wiedzę tę przynieśli z Azji. Na dworach panujących i magnatów odgrywali ważną rolę. Od ich horoskopów często zależały ważne decyzje. Tak samo jak w lożach wolnomularskich XVIII wieku, tak i tu kult rozumu i wiedzy idzie w parze z wiarą w zabobony, gusła i magiczne obrzędy. Samo w sobie stanowiło to sprzeczność, ale jak widać nikomu nie przeszkadzało. Podobnie jak obecnie.

Reformacja w Niemczech zaczyna się od sporu o Talmud, a właściwie o treści w nim zawarte i dotyczące chrześcijaństwa. Zakon dominikański, na skutek informacji przekazanych przez neofitę Pfefferkorna, starał się przekonać cesarza Maksymiliana do jego konfiskaty. Utworzono komisję do zbadania, czy Talmud rzeczywiście tchnie nienawiścią do chrześcijaństwa. W skład komisji wchodzili Pfefferkorn, przedstawiciel dominikanów, sprzyjający Żydom arcybiskup Moguncji oraz Reuchlin. To właśnie on był najważniejszą postacią całej reformacji, ważniejszą od Lutra.

Jan Reuchlin (1455-1522) był wtajemniczony w kabałę i podczas pobytu we Florencji został wciągnięty w tajne związki humanistów włoskich. Nosił pseudonim organizacyjny „Capnio”. W Niemczech Żyd, Jakub Loans, przyboczny lekarz cesarza Fryderyka III, wprowadził go w arkana języka i literatury hebrajskiej. Później kontynuował studia w Rzymie pod kierunkiem innego Żyda – Obadiasza Sforno.

Po usunięciu Pfefferkorna z komisji, Reuchlin mógł uchodzić za eksperta, bo nikt poza nim nie znał hebrajskiego. Nic dziwnego, że wydał pomyślną dla Żydów opinię o Talmudzie.

Pfefferkorn wystosował publiczne pismo do Reuchlina i ten odpowiedział mu podobną notą pt. „Zwierciadło oczne”, w której atakował dominikanów i bronił Talmudu. Tak bardzo zaangażował się w swej pracy, że powołano go przed specjalny trybunał duchowy (1513). Sprzyjający Żydom arcybiskup moguncki, Uriel von Gemmingen, rozkazał wyrok odroczyć. Jak widać ówczesne sądy i trybunały niczym nie różniły się od współczesnych: odraczają wyroki, usuwają niewygodnych świadków bądź ich nie dopuszczają do głosu. To odroczenie to zwycięstwo Reuchlina i porażka dominikanów. Obawiając się jednak, że odroczony wyrok może być ostatecznie niekorzystny dla niego, wysłał Reuchlin list do Żyda, Boneta de Lates, przybocznego lekarza papieża Leona X, z prośbą o przychylność w jego sprawie. Gdyby ten list dostał się ręce dominikanów, mogliby dowieść życzliwości Reuchlina dla Żydów, ponieważ zawierał on wiele szczegółów, o których nie wspominał w rozprawach publicznych. Papież Leon X nie zorientował się i polecił zbadać sprawę Reuchlina innemu forum duchownemu w Niemczech. A tam teren był już przygotowany i korzystny dla Reuchlina wyrok zapadł w 1514 roku.

Dominikanie odwołali się do papieża, a w Niemczech rozpoczął się wielki ruch w obronie Reuchlina. Ujawniły się tajne związki humanistów w postaci stronnictwa Reuchlinistów. W Rzymie jego sprawą zajęli się Żydzi, choć robili to bardzo dyskretnie, by nie zwrócić na siebie uwagi. W międzyczasie paryski fakultet teologiczny, bardzo prestiżowy wówczas, uznaje obronę Talmudu za odejście od wiary. Z kolei Reuchlin wydaje anonimowo „Listy obskurantów”, satyryczny paszkwil na Kościół i duchowieństwo. Jego wpływy w Niemczech są wielkie i wygląda na to, że drobny z pozoru spór o Talmud, zatacza coraz szersze kręgi społeczne, stając się zarzewiem poważniejszego konfliktu.

Reuchlin w obawie, że wyrok może go pogrążyć, zgłasza gotowość wykazania papieżowi zgodności kabały z nauką Kościoła. Żydzi dostarczyli mu jakieś niedorzeczne pisma, jakąś sfałszowaną chrześcijańską kabałę. Papież dal się przekonać i przychylnie ustosunkował się do kabały i Talmudu. Reuchlin został uniewinniony, bo tą fałszywą kabałą, podsuniętą przez Żydów, wykazał zgodność nauk kabalistycznych a więc i talmudycznych z chrześcijaństwem.

Jak pisze żydowski historyk: „Dopiero dzięki konfliktowi o Talmud znalazła tak doniosła reformacja przyjazną dla siebie atmosferę, bez której ani powstać, ani wzmóc się by nie mogła”. (Henryk Graetz Historia Żydów). Warto o tym pamiętać, że pozornie nic nie znaczący spór może odbić się szerokim echem w społeczeństwie i przerodzić się w rewolucję, bo tym faktycznie był ruch reformacyjny.

A gdzie jest w tym wszystkim Luter? Luter od czasów swoich studiów erfurckich (1501) należał do związku humanistów. Był on narzędziem w ręku innych, raczej agitatorem niż twórcą ideologii. Wprawdzie formalnie stał się, dzięki ogłoszeniu tez (1517) i ściągnięciu na siebie klątwy papieskiej, wodzem reformacji, to jednak rola Reuchlina, a później Melanchtona, była o wiele donioślejsza. Melanchton to grecki pseudonim organizacyjny. Krył się pod nim Filip Schwarzerd, spokrewniony z Reuchlinem, przyjaciel Lutra. Luter był pozbawiony własnej inicjatywy. Był raczej kierowany przez przyjaciół i wrogów.

Luter, chcąc przetłumaczyć Biblię na niemiecki, uczy się hebrajskiego i szuka wsparcia u Żydów. Jednak po jakimś czasie zmienia front. Za nim i inni protestanci, zwłaszcza z konfesji augsburskiej, zaczęli odnosić się do nich niechętnie. Na ile to było szczere? Może nie chcieli być posądzani o to, że chcą podkopać chrześcijaństwo i zastąpić je judaizmem. Nie da się jednak ukryć, że reformacja kładła nacisk na Stary Testament i wprowadzała jego nauki w życie codzienne swoich wyznawców. Znacznie dalej poszli w tym kierunku Zwingli i jego następca Kalwin.

Tajne związki waldensów (albigensów), czyli beghardów, po wojnach husyckich zeszły do podziemia aż do czasu reformacji. Gdy Luter spalił Bullę ekskomunikacyjną papieża i pod osłoną Książąt Rzeszy stawił się bezkarnie na zgromadzeniu w Wormacji, tajne związki rewolucyjne nabrały odwagi i ujawniły się.

W południowej Saksonii wybuchło powstanie przeciw Kościołowi, a w górniczym mieście Zwickau pojawił się ruch rewolucyjny „marzycieli z Zwickau”. Przejęli oni od Żydów „marzenia mesjańskie” i oczekiwali przyjścia królestwa tysiącletniego (ery mesjańskiej), które poprzedzi rewolucja. Ich wodzem był tkacz Mikołaj Storch.

Uczniem „marzycieli z Zwickau” był Tomasz Muenzer, prawdopodobnie Żyd. Był księdzem w Zwickau od 1520 roku. Jako pierwszy z reformatorów usunął łacinę z obrzędów kościelnych i odczytywał z ambony fragmenty ze Starego Testamentu. Zdecydowanie występował przeciw obrazom w kościołach. W Alstaett zorganizował tajne związki rewolucyjne, które miały doprowadzić do wybuchu wielkiego powstania chłopskiego. On i tajne związki anabaptystów (szwajcarscy waldensi) w 1525 roku doprowadzili do wybuchu takiego powstania. Jego stłumienie kosztowało Niemcy 150 tysięcy ofiar. Muenzer został złapany i stracony.

Reformacja objęła prawie całe Niemcy. Podobnie było w Szwajcarii. Z Genewy promieniowała na Francję. Kraje skandynawskie nie pozostały w tyle. Gustaw I Waza, król szwedzki, skonfiskował wszystkie dobra kościelne. Król duński, Fryderyk I, przeszedł na protestantyzm w 1525 roku. Podobnie postąpił zakon krzyżacki, a jego wielki mistrz Albrecht, margrabia brandenburski, otrzymał od Zygmunta I posiadłości zakonne jako lenno (Hołd Pruski, 1525). We Włoszech dominowali humaniści.

Na sejmie w Augsburgu w 1555 roku ustalono w Niemczech zasadę: cuius regio, eius religio (czyja władza, tego religia). Odtąd od panującego zależało, jaką religię jego poddani mieli wyznawać. I tak reformacja głosząca humanistyczne hasło wolności sumienia, skończyła się najsurowszym jego pogwałceniem.

W przypadku Kościoła katolickiego atak reformacji był udany, ale był też drugi – nieudany. Henryk Rolicki tak to opisuje:

»Jest rzeczą niesłychanie ciekawą, że zamachowi na Kościół katolicki towarzyszył w tym samym czasie podobny, choć nieudany, zamach żydów na cerkiew prawosławną. Za panowania Iwana III Wasyliewicza, gdzieś między r. 1464 a 1474 zjawił się w Moskwie pewien żyd litewski, który się wychrzcił i nazwał Teodorem. Począł z cicha podkopywać chrześcijaństwo. Równocześnie niemal (1470 r.) przybył z Kijowa do Nowogrodu żyd kabalista Zachariasz, który począł wtajemniczać w kabałę księży prawosławnych. Na pomoc przybyło im jeszcze dwóch żydów z Litwy, Szmul Skariawy i Mojżesz Hapusz. Dwóch wtajemniczonych w kabałę księży prawosławnych okazało taki zapal do nowej doktryny, że chcieli się dać obrzezać, lecz żydzi nie pozwolili im na to, mówiąc, że gdyby podejrzenie na nich padło, ta okoliczność posłużyłaby przeciw nim za świadectwo, że przeciwnie, powinni zachować reguły judaizmu tajemnie, pozostając jeszcze chrześcijanami i zachowując na zewnątrz ścisłą pobożność.

Sekta judaizująca rozszerzyła się w kościele prawosławnym. Sekciarze na swych sekretnych zebraniach znieważali przedmioty kultu religijnego, ikony i krzyże, i dopuszczali się aktów świętokradztwa. Obaj na początku wtajemniczeni księża, Alexis i Denis, zdołali dostać się w bezpośrednie pobliże wielkiego księcia Iwana III, który zabrał ich z Nowogrodu do Moskwy i mianował arcybiskupami. Obaj arcybiskupi zajęli się tajemnie rozkrzewianiem judaizującej sekty wśród duchowieństwa i na dworze wielkoksiążęcym. Udało im się nawet wciągnąć do spisku Helenę, synową Iwana III, matkę następcy tronu i wiele innych wpływowych osób. Wsparty o tak potężnych popleczników Alexis został metropolitą prawosławnym; żydzi, sprawcy tego niesłychanego zamachu, ulotnili się z Rosji.

Dopiero w r. 1487, po trzynastoletnim istnieniu, sekta judaizantów został odkryta przypadkowo, lecz metropolita Alexis dopiero w r. 1503 zmuszony został do ustąpienia. W r. 1504 sobór potępił sektę i sekciarze jeszcze głębiej weszli pod ziemię. Za Iwana Groźnego ujawnili się znowu i w r. 1553 spadły na nich represje. Odtąd sekta ta przeniosła się na Litwę i pod kierunkiem Teodora Kossoja rozszerzyła się wśród prawosławnych tak dalece, że mnich prawosławny Zenobiusz Oleński w dziele naówczas przeciw niej skierowanym tak pisze: „Diabeł skorumpował wschód za pomocą Bahometa (Mahometa), zachód za pomocą Niemca Marcina Lutra, zaś Litwę za pomocą Kossoja”.

I tak szczęśliwy zbieg okoliczności udaremnił ostateczne zwycięstwo sekty judaizantów, którego skutki nie dałyby się wprost obliczyć.«

Cechą charakterystyczną reformacji i okresu ją poprzedzającego jest niezliczona ilość tajnych związków, sekt religijnych, stowarzyszeń i organizacji. Pojawiają się i znikają, przechodzą do podziemia, by po jakimś czasie wydobyć się pod inną nazwą. Wspólnym mianownikiem była daleko posunięta tolerancja cudzych przekonań, z jednym wszakże wyjątkiem – nienawiścią do Kościoła. Tak jak dziś. Widać więc wyraźnie, że model wcześniej wypracowany równie dobrze sprawdza się w demokracji. Jak by powiedział cesarz Hajle Syllasje: „bo w świecie nigdy nie dzieje się nic nowego”. Ta sama mnogość partii politycznych, ich przekształcanie, zmiana nazw, przechodzenie z jednej partii do drugiej, co dowodzi, że nie chodzi o żaden program polityczny, czy ideologię. Wszystko tak samo. W średniowieczu nie mogło być partii politycznych, bo byli królowie i książęta. Obecnie mamy demokrację i sekty, tajne stowarzyszenia, akademie itp. nie są już niezbędne. Zastąpiły je partie, stronnictwa, fundacje, jawne stowarzyszenia. A tym wszystkim kierują potomkowie tamtych, którzy wypichcili reformację. Wszystkie partie polityczne w Polsce, od prawa do lewa, są przez nich kontrolowane i są ich wytworem. Gdzie indziej nie jest pewnie inaczej. Demokracja – z tymi niezliczonymi, zmieniającymi się jak w kalejdoskopie partiami – to żydowski wymysł, służący im i tylko im.

Pozostaje jeszcze jedna kwestia do wyjaśnienia: Humanizm prowadził do konfliktu pomiędzy wiedzą i wiarą. Stał na stanowisku, że postęp wiedzy podważa dogmaty religii. W ten sposób podważał autorytet Kościoła.

Trudne zagadnienie! Kościelną teorię poznania da się streścić w zdaniu św. Augustyna: „Wierzę, abym mógł poznać”. Wiara jest narzędziem poznania, a intelekt ma charakter wtórny. W nauce jest zawsze jakaś wiara, jakiś pogląd na świat, jakaś idea, jakaś wola – a rzeczą rozumu jest tę wolę zanalizować i wykazać. Wszystko i zawsze zmierza ku jednemu: ku „quod erat demonstrandum” (co należało udowodnić). Scholastycy XII i XIII wieku twierdzili, że dla filozofii nie może być prawdą to, co jest fałszem dla teologii. Idąc tym tropem wypadałoby stwierdzić, że w przyrodoznawstwie nie może być prawdą to, co dla filozofii jest fałszem.

To bardzo skomplikowane, ale jeśli przyjrzymy się dążeniom tych, którzy obecnie uparcie szukają życia pozaziemskiego i nie znajdują go, ale dalej szukają, bo wierzą, że ono jest, to parcie to oparte jest tylko i wyłącznie na wierze, a więc kłania się św. Augustyn: Wierzę, abym mógł poznać. – I tym sposobem wróciliśmy do średniowiecza, tak obecnie ośmieszanego, posądzanego o zacofanie, wstecznictwo i co tam jeszcze.

Masoneria

Często można usłyszeć opinię, że wszystkiemu winni są Żydzi i masoni. Czasem ktoś tak mówi poważnie, czasem w formie żartu lub ironii. Warto więc zastanowić się nad tym czy łącznie Żydów i masonów ma jakieś podstawy, czy – nie. Wielka Encyklopedia Powszechna PWN, Warszawa 1969 tak opisuje wolnomularstwo:

»Wolnomularstwo, masoneria, międzynarodowy burżuazyjny ruch parareligijno-etyczny o charakterze antyklerykalnym i kosmopolitycznym, powstały na początku XVIII w. jako typ tajnych stowarzyszeń, stawiający sobie za cel doskonalenie ludzi poprzez rozwój osobowości oraz doprowadzenie ich do powszechnego zbratania przez wyzwolenie z różnic religijnych i stanowych.

Podstawy organizacyjne wolnomularstwo przejęło od średniowiecznych bractw cechowych wolnych murarzy-budowniczych katedr (stąd nazwa w.), jak również okultystycznych stowarzyszeń XVII w. (różokrzyżowcy). U podstaw ideologii w. leżą zaczerpnięte z tradycji oświeceniowych przekonania racjonalistyczne i deistyczne (uznanie Boga za „Wszechmocnego Architekta Świata”), humanitarna etyka, walka z fanatyzmem i nietolerancją religijną, z szowinizmem politycznym, dążenie do zjednoczenia ludzkości w imię zasad racjonalizmu, równości i wolności wszystkich ludzi. Wolnomularstwo jest „związkiem mężczyzn”, istnieją jednak również uznane „zakony” organizowane przez wolnomularzy dla kobiecych członków swoich rodzin (tzw. loże adopcyjne). Ideologia wolnomularstwa znajduje wyraz w bogatej, mającej oddziaływać na wyobraźnię i uczucie, symbolice zgromadzeń, obrzędów, strojów (fartuszek, rękawice itp.) i narzędzi (pion, dłuto, młotek, kielnia) wolnomularskich. Od miejsc zebrań średniowiecznych bractw murarskich (ang. lodge) lokalne stowarzyszenia wolnomularzy nazwano lożami; między sobą wolnomularze nazywają się braćmi; na czele loży stoi wybierany na określony czas mistrz loży; członkowie loży dzielą się według 3 podstawowych stopni – na uczniów, czeladników i mistrzów; z czasem wykształciły się ponad stopniem mistrza systemy (ryty, obrządki) wyższych stopni (np. ryt szkocki o 33 stopniach). Nowych członków przyjmuje się na podstawie rekomendacji członków loży w tajnym głosowaniu i poddaje obrzędowi – inicjacji, mającemu wręcz misterny charakter (próby odwagi, odporności psychicznej i fizycznej). Wolnomularstwo nie ma tajnej doktryny, ukrywanej przed nie wtajemniczonymi, jednakże dla utrzymania integracji wewnętrznej i ekskluzywnego charakteru przestrzega ono zachowania tajemnicy rytuału, symboliki i znaków rozpoznawczych członków lóż.

W celu zapewnienia jednolitości działania loże poszczególnych krajów jednoczą się w związki zwane Wielkimi Lożami lub Wielkim Wschodem z tzw. wielkim mistrzem na czele; Wielkiej Loży przysługuje prawo powoływania do życia nowych lóż. Każda wielka Loża jest w zasadzie samodzielna, posiada własną ideologię społeczno-polityczną, ukształtowaną w zależności od warunków danego kraju, i do początku XX w. nie istniała żadna centralna nadbudowa nad Wielkimi Lożami, jakkolwiek występowały między nimi pewne powiązania.

Początek regularnego wolnomularstwa stanowiło połączenie w 1717 roku w Londynie 4 lóż w pierwszą Wielką Lożę. Zasady wolnomularstwa sformułował w 1723 roku J. Anderson w tzw. Starych obowiązkach (Magna Charta). Z Anglii wolnomularstwo jako ruch odpowiadający duchowi oświecenia, rozprzestrzeniło się szybko w XVIII w., zwłaszcza w Europie i Ameryce. Jego członkowie rekrutowali się głównie spośród bogatego mieszczaństwa, korpusu oficerskiego i urzędniczego, ale także spośród arystokracji świeckiej i duchownej.«

To tylko fragment tego opisu. Również Wikipedia podaje bardzo rozbudowaną informację. Jednak ani ona, ani Wielka Encyklopedia Powszechna nie informują o tym, co najważniejsze. Ks. Stanisław Trzeciak w swojej książce Talmud o gojach a kwestia żydowska w Polsce (1939), pisze:

»Tak jak socjalizm Marksa, tak również i masoneria jest pochodzenia żydowskiego. O żydowskim pochodzeniu masonerii świadczy rabin Izaak M. Wise w słowach:

„Masoneria jest urządzeniem żydowskim, jej historia, stopnie, urzędy, hasła i wyjaśnienia są żydowskimi od początku do końca”

„Idea masonerii również wyszła z żydostwa, na mocy wewnętrznej konieczności. Jako jej założyciel uchodzi Salomon, który widział najwyższy rozkwit żydostwa”. Tak mówi o pochodzeniu masonerii żyd dr Karpeles.

Już sama nazwa loży (liszche), jak mówi Alfred Miller, jest pochodzenia żydowskiego. „Liszche” oznacza pokój przyległy. Alfred Miller wyjaśnia to w następujący sposób: „Świątynia Salomona miała oprócz trzech istotnych części dużo pokojów przyległych lóż. Dlaczego zakon masoński wybrał nazwę loża, a nie świątynia albo Dom Boży, tłumaczy się w ten sposób: Prawdziwa świątynia albo Dom Boży może być tylko na górze Morja, gdzie można sobie pomyśleć pion do niebieskiego Jeruzalem, czyli Duchowego Syjonu, a więc do pałacu Wielkiego Budowniczego Wszechświata. Dlatego wszystkie miejsca odległe od Morja, muszą otrzymać, bo nie mogą inaczej, tylko nazwę pokoje przyległe do świątyni Salomona, czyli loże.

Masoneria posiada, oprócz przepisów pisanych, cały szereg przepisów ustnych, które drogą tradycji ustnej przechodzą z pokolenia na pokolenie jak u żydów i nigdy nie zostały ujęte w formę przepisów pisemnych. Stąd to wielka tajemniczość i brak dokładniejszych znajomości zwyczajów masońskich, bo poszczególne egzemplarze drukowanych przepisów wydają za numerami tylko swoim braciom, a ustne przepisy każdy mason zachowuje pod przysięgą w największej tajemnicy.«

Celem masonerii, według masona wysokiego stopnia Uhlmanna (Dr Uhlmann, Die grosse Werklehre der Freimaurerai), jest budowa świątyni Salomona. Z kolei według Żydów mesjasz ma stworzyć wszechświatowe królestwo izraelskie i ma zbudować świątynię w Jeruzalem. A więc wspólny cel i masoni mają obowiązek pomagać Żydom w budowie ich królestwa.

Dewiza masonerii to: wolność, równość, braterstwo. Została ona sformułowana we Francji i stała się hasłem rewolucji francuskiej. W jej efekcie Żydzi zyskali równouprawnienie. Kolejnym etapem była rewolucja w Rosji. Następnym ma być rewolucja światowa, mająca na celu zapanowanie nad światem narodu wybranego. Urzeczywistnienie tego planu nie jest łatwe i sami Żydzi tego nie osiągną i maja tego świadomość. Poprzez socjalizm Marksa wykreowali sobie agentów i pomocników wśród klasy robotniczej, a przez masonerię – wśród warstw wyższych i najwyższych. Obecnie znaczenie klasy robotniczej maleje, ale znaleźli się godni następcy.

Socjaldemokracja, masoneria i komunizm wyrastają z jednego pnia. Masoni jak i skrajni socjaliści, czyli komuniści, mają wspólne godło: młot, kulę i gwiazdę. Natomiast komunistyczny sierp był, w symbolice starożytnego Egiptu, narzędziem śmierci przy ścinaniu głów. Można go uważać za nieco zmieniony masoński półksiężyc. Gdy dodamy do niego trzon, będzie przypominać sierp – godło chłopa, młot – godło robotnika. Półksiężyc jest wprawdzie godłem muzułmanów, ale wcześniej, jako nów Księżyca, pełnił ważną role u Żydów. Obchodzili oni święto nowiu Księżyca na równi z sabatem. Widać więc, że symbolika ta sięga daleko w przeszłość, często bardzo odległą. Z tego też względu może być zupełnie nieczytelna dla nieświadomych ich znaczenia.

Masoneria jest żydowską ekspozyturą, tworzy prawe skrzydło żydowskiej armii w pokojowym podboju świata. Na lewym skrzydle są socjaliści i komuniści. Centrum i naczelne dowództwo obejmują Żydzi. Oni rozkazują masonom gojom i socjalistom.

Rabin Reichorn w swojej mowie tak wyraził się o gojach:

„Nasz interes wymaga, byśmy okazywali zrozumienie dla aktualnych i socjalnych zagadnień, szczególniej dla tych, które zmierzają do poprawy stosunków klas pracujących. W rzeczywistości zaś musi nasz trud do tego zdążać, abyśmy z tej strony opanowali opinię społeczną i nakreślili jej kierunek.

Zaślepienie mas i ich skłonność do tego, że dają się ująć patetycznymi frazesami sprawia, że stają się one dla nas łatwą do uzyskania zdobyczą i wyjednują dla nas w ich kołach popularność i zaufanie. – My znajdujemy łatwo pośród naszych ludzi takich, którzy mogą przyoblec swoje sztuczne uczucia w tego rodzaju wymowność, w jaką przyoblekają szczerzy chrześcijanie swoje prawdziwe natchnienie.

Konieczną jest rzeczą zatrzymać, o ile tylko możliwe, proletariat życzliwie usposobionym dla żydów i im go podporządkować, którzy rozporządzają pieniędzmi.

Będziemy cisnąć do rewolucji i przewrotów, a każda podobna katastrofa zbliży nas w naszych dążeniach do jedynego celu, do panowania na ziemi, jak to było obiecanym naszemu ojcu Abrahamowi.”

Co do masonów, to „Protokoły mędrców Syjonu” nie pozostawiają złudzeń:

„Kto lub co zdolne jest obalić siłę niewidzialną? A siła nasza jest właśnie taką siłą. Masoństwo zewnętrzne służy właśnie do ukrycia jej oraz jej celów, plan zaś działań tej siły, a nawet miejsce, gdzie się znajduje, nie będzie nigdy ludziom wiadome”.

W innym miejscu te Protokoły głoszą:

„W stowarzyszeniach gojów, gdzie zasialiśmy ziarna nieładu, protestów, można przywrócić porządek tylko przy użyciu środków bezwzględnych dowodzących istnienia niezłomnej władzy”.

Tak więc sami Żydzi przyznają, że do utrzymania ładu i porządku niezbędna jest niezłomna władza, ale gdy tylko goje próbują coś takiego wprowadzić w życie, to podnoszą larum, protestują, propagują liberalizm jako podkład do masonerii i komunizmu. W ten sposób wprowadzają nieład i zamieszanie, co osłabia państwa i rządy rdzennych narodów, wśród których żyją. Ich taktyka polega na tym, by dostać się do obozu przeciwnika, by rozsadzać go od wewnątrz, wzniecać walki wewnętrzne i zamieszki, podzielić na partie i skłócać, szczuć jednych na drugich.

Tajne związki towarzyszą Żydom od zarania ich dziejów. Walka z Kościołem była prowadzona przy pomocy szeroko rozgałęzionych ukrytych organizacji o międzynarodowym zasięgu. W XII, XIII i XIV wieku pojawiają się ruchy sekciarsko-rewolucyjne wywołujące powstania ludowe, kierowane przez tajne związki, które cały czas pozostają w kontakcie, informując się nawzajem o zaistniałej sytuacji. Tworzyły one jedną organizację z ekspozyturami w poszczególnych krajach. Przejawiało się to we wspólnej nazwie np. braci. Mamy braci włoskich, morawskich, czeskich, niemieckich, niderlandzkich, angielskich i braci polskich.

„Braćmi” nazywają się też członkowie współdziałających organizacji – tajnych akademii odrodzenia. Są to anabaptyści, socynianie, taboryci oraz członkowie akademii humanistycznych, tacy jak Luter, Reuchlin czy Kalwin. Oni też byli „braćmi” organizacyjnymi. I te „braterskie” akademie i stowarzyszenia (societates) są poprzednikami dzisiejszych lóż wolnomularskich. Można więc chyba wysnuć wniosek, ze wolnomularstwo ma swoje korzenie w tajnych związkach walczącej reformacji.

Na początku XVII wieku pojawia się związek różokrzyżowców. Prawdopodobnie jest to organizacja nadrzędna nad akademiami, które z kolei są wyższym stopniem stowarzyszeń (societates) i kollegiów. Godłem różokrzyżowców jest „croix in rosa” (krzyż w róży). Według księgi Zohar róża jest symbolem ludu izraelskiego. Łączy ono symbol chrześcijaństwa z symbolem żydowskim. Można to rozumieć jako próbę judaizacji chrześcijaństwa, co w praktyce sprowadza się do wprzęgnięcia go w mesjańską ideę Żydów. W działalności różokrzyżowców można wyróżnić trzy podstawowe dziedziny ich aktywności: studia alchemiczne, studia kabalistyczne i działalność w ruchu reformacyjnym.

Alchemia była bardzo popularna w okresie odrodzenia. Opierała się ona na przekonaniu, że metale są jednorodne tj. składają się z tego samego pierwiastka, wobec czego przemiana jednego metalu w drugi jest możliwa, a więc także przemiana w złoto. W tajnej wiedzy różokrzyżowców alchemia odgrywała ważną rolę, ale jej jądro stanowiła kabała.

Według jednej wersji różokrzyżowcy stworzyli masonerię, według drugiej – rozpłynęli się w niej w XVIII wieku. Dowodem na to miałyby być różokrzyżowcowe stopnie masonerii szkockiej.

Wolnomularstwo powstało około 1630 roku w Anglii. Jest ono rozwinięciem i kontynuacją wcześniejszych związków z okresu reformacji (akademii i societates). Jego celem jest wzmocnienie ruchu filożydowskiego wśród purytanów. Konsekwencją tego jest rewolucja Cromwell’a. Po niej Żydzi mogą wrócić do Anglii. Do jej przeprowadzenia zostają wykorzystane, jako zaplecze organizacyjne, korporacje „wolnych mularzy”. To takie współczesne związki zawodowe, skupiające majstrów, czeladników i uczniów. Stały się one wygodnym parawanem dla sprzysiężonych, osłaniając ich przed okiem władz duchowych i świeckich. Do tych lóż robotniczych chętnie wprowadzano szlachtę i osoby zajmujące eksponowane stanowiska i stąd też szereg masońskich symboli pochodzi z budownictwa (młot, kielnia, węgielnica itp.).

Wiek XVIII jest okresem rozkwitu idei masońskich w całym cywilizowanym świecie. Duch wolnomularstwa przenikał wszędzie, nawet tam, gdzie znajdowali się jego naturalni przeciwnicy, czyli do Kościoła katolickiego. Reformacja głosiła oderwanie religii od hierarchii Kościoła i zerwanie z jego autorytetem w sprawach wiary, dając tym samym swym wyznawcom prawo samodzielnego czytania i komentowania Pisma Świętego. Podważała dogmaty religijne. Twierdziła, że nie tylko teksty Biblii, ale i wiedza naukowa, negują prawdy podawane do wierzenia przez Kościół. W wyniku reformacji wyłoniły się dwie metody teologiczne:

  • jedna opierała się na gruncie rozumu i racjonalizmu i oddzielała wiarę od wiedzy; głosiła, że do zbawienia potrzeba jedynie wiary, nawet wbrew rozumowi.
  • druga, o charakterze mistycznym, dążyła do wyjaśnienia tajemnicy wiary, odwołując się do kabały.

Pierwszy kierunek przywiązywał duża wagę do postępów nauki, szczególnie nauk matematyczno-przyrodniczych. Zrównywał Stary Testament z Nowym. Drugi odwoływał się bezpośrednio do Starego Testamentu i kabały. Pierwszy dominował w Kościele augsburskim, drugi w – helweckim (kalwińskim), sektach angielskich i amerykańskich.

Te dwie metody teologiczne, rozumową i mistyczną albo filozoficzną i kabalistyczną, połączył w jeden system panteistyczno-materialny filozof Baruch Spinoza (1632-1677). Opiera się on na twierdzeniu, że Bóg i materia to jedno, że Bóg obejmuje sobą cały świat materialny, że każda cząstka materii jest cząstką Boga. Takie podejście faworyzowało badania przyrodnicze, a z drugiej strony łączyło się z kabałą. Podobno Spinoza był wielbicielem Zoharu i wierzył w mesjańską rolę Sabbataja Cwi. Spinoza był oczywiście Żydem, hiszpańskim maranem.

Jego filozofia była podstawą lóż wolnomularskich. Skoro Bóg to natura, to i prawa przyrodnicze są prawami boskimi. Wielki Budowniczy – Bóg lóż wolnomularskich – jest w XVIII-wiecznym ruchu filozoficznym Naturą. Pojawiają się pojęcia religii danej człowiekowi przez przyrodę tzw. religii naturalnej i etyki wrodzonej tzw. etyki naturalnej. Taką religię i etykę otrzymuje człowiek od natury. Jest więc ona niezależna od wszelkich wyznań religijnych, narodowości czy rasy. Wiązanie religii i etyki z wyznaniem to przesąd.

Przeciwieństwem „przesądów” jest „oświecenie”, które pozwala wyzwolić się z przesądów i poznać prawdy religii i etyki naturalnej. I dostrzec „światło”. Światło zaś promieniuje z lóż. Uznanie wartości tego „światła” to hołd złożony ”duchowi czasu”. Trwanie przy „przesądach” to zacofanie.

W etyce naturalnej człowiek ma pewne prawa, które dała mu natura. Ma on prawo do życia i działania według własnego uznania. Ma też prawo do tego, by nikogo nie musiał słuchać i przed nikim nie poniżał się i płaszczył. Prawo do wolności i równości uznano za „prawa naturalne”. I tu pojawia się sprzeczność, bo jak pogodzić owe prawa z obowiązkami, jakie narzuca każda społeczność? Nie pozostaje nic innego, jak odwołać się do pewnej fikcji, że ludzie kiedyś, w prehistorii, zawarli ze sobą umowę społeczną, w której zrzekli się części swej wolności na rzecz zbiorowości. I tym sposobem ograniczenie wolności jednostki na rzecz instytucji społecznej będzie można uznać za zrzeczenie się dobrowolne. Tak zrodziła się teoria „kontraktu społecznego” Rousseau, przypominająca w swej konstrukcji kontrakt Izraela z Jehową. W teorii tej można też doszukać się genezy rewolucyjnej „deklaracji praw człowieka i obywatela”.

Rozpowszechnienie takiej ideologii musiało doprowadzić do ataków na Kościół katolicki. W 1870 roku zlikwidowano państwo papieskie. Z królami i książętami rozprawiono się w czasie rewolucji francuskiej, a później podczas Wiosny Ludów w 1848 roku.

„Religia naturalna” była bardzo popularna wyłącznie w warstwach wykształconych. W niższych, szczególnie wśród ludu, trafiała na opór. Trzeba było specjalnie wychować ten lud. Leibnitz – filozof, różokrzyżowiec – mawiał: „dajcie mi na przeciąg wieku wychowanie publiczne, a zmienię świat”. Temu celowi służyło wypędzenie jezuitów i likwidacja ich zakonu. Po tym mogła nastąpić w krajach katolickich sekularyzacja dóbr zakonnych i szkolnictwa. Od tego momentu wychowaniem ludu, edukacją – jak to dziś nazywamy, zajmuje się wolnomularstwo.

Masoneria miała tylko jeden dogmat – ubóstwienie własnej organizacji. Świątynia Salomona była owym „świętym świętych”. Tylko jej nie wolno było zdradzić, dbać tylko o jej pomyślność. W tym wypadku obowiązywała żydowska zasada: cel uświęca środki. To była jedyna etyka uznawana przez loże.

Druga zasada to braterstwo. Braterstwo powszechne było kłamstwem. W istocie dotyczyło tylko „braci” – członków zakonu. Tak jak i Talmud zobowiązuje Żydów do „braterstwa” tylko wobec członków własnego plemienia. Panowanie braterstwa to panowanie lóż wolnomularskich i braci pod kierownictwem „nieznanych przełożonych”.

Równość to także hasło obejmujące tylko „braci”. Henryk Rolicki w swojej książce cytuje francuskiego autora (Gustave Bord, La Franc-Maçonnerie en France):

„Oto tak w imię równości mason tłumaczył tę równość na swoją korzyść. Pragnie on równości między wtajemniczonymi, pragnie równości między profanami, lecz nie pragnie równości między wtajemniczonymi a profanami. Znając potęgę ugrupowań zorganizowanych i milczących, organizuje się i nakazuje milczenie. Aby przeszkodzić narodzinom przeciwnika, uderza się na wszystkie ugrupowania, jakie powstają. W miarę możności wchłania je, jeżeli zaś nie może odnieść triumfu za pomocą tego środka, to niszczy je.”

Wolność, równość, braterstwo – to hasła głoszone masom przez wolnomularstwo. Miały one nie tylko zlikwidować stary porządek, zniszczyć Kościół i monarchie, ale także zapewnić Zakonowi panowanie nad światem.

Czy jest więc tak, że wszystkiemu winni są Żydzi i masoni? Masoneria to żydowskie narzędzie, które ma na celu skupienie uwagi, to zasłona dymna, która ma ukryć to, co najistotniejsze. Czy można winić narzędzie? Raczej rękę a najpewniej głowę tej ręki. Wedle starego porządku władza pochodziła od Boga i monarchowie sprawowali ją dożywotnio. W demokracji władza pochodzi od ludu, czyli nie wiadomo od kogo, a jak nie wiadomo od kogo, to wiadomo od kogo.

Szlachta

W poprzednim blogu – Metoda – skupiłem się na tym, czym jest metoda naukowa i na tym, że są dwa sposoby poznawania rzeczywistości: indukcja i dedukcja. Indukcja opiera się na obserwacji i doświadczeniu, dedukcja – na wyciąganiu wniosków z obserwowanej rzeczywistości. W przypadku indukcji bardziej zawierzamy obserwacji i doświadczalnemu jej weryfikowaniu. W przypadku dedukcji bardziej – rozumowi. Tą ostatnią posługiwali się m.in. średniowieczni scholastycy. Oni uważali, tak w uproszczeniu, że Ziemia jest centrum Wszechświata, a życie jest wyjątkowe i istnieje tylko na niej. Dziś wiemy, że centrum Wszechświata to raczej ona nie jest, ale nadal nie mamy dowodów na to, że poza Ziemią istnieje życie. Sondy kosmiczne docierają już do granic Układu Słonecznego, a życia tam jak nie ma, tak nie ma. Skoro więc życia poza Ziemią, jak dotychczas, nie znaleziono, to, chcąc nie chcąc, Ziemia nadal jest wyjątkową planetą. I ci „wredni” scholastycy mieli rację. I, przynajmniej na razie, nadal ją mają. Ta cała współczesna nauka wcale nie opiera się na dążeniu do prawdy tylko próbie udowodnienia, że ci średniowieczni scholastycy mylili się, ale jak na złość, nic nie wychodzi. Chodzi więc o wykazanie, że metoda indukcji (sondy kosmiczne) jest ważniejsza niż dedukcja (rozum).

Tak więc spór pomiędzy zwolennikami indukcji i dedukcji nie jest, wbrew pozorom, sporem jałowym. Są sytuacje, w których indukcja jest jak najbardziej wskazana, w innych, chcąc nie chcąc, pozostaje dedukcja. Ona może przydać się nam tam gdzie, jak w przypadku polityki czy historii, brak dokumentów albo brak dostępu do nich, uniemożliwia dojście do prawdy. Nie muszę chyba dodawać, że współcześnie, przynajmniej w zakresie nauk historycznych i politycznych, dedukcję pomija się a nawet dyskredytuje.

Nie jesteśmy w stanie, przy pomocy indukcji (bo brak dokumentów), odpowiedzieć na pytanie, co działo się na ziemiach Polski przedpiastowskiej i skąd wziął się taki dziwaczy, na skalę ówczesnej Europy, stan szlachecki. Pozostaje nam dedukcja. W poprzednim blogu (Metoda) cytowałem Conan Doyle’a:

„Większość ludzi, wysłuchawszy biegu wydarzeń, powie (…) co z nich wynikło. Połączą je w umyśle i wywnioskują, co dalej stać się mogło. Ale niewielu znajdziemy takich, którzy z końcowego wyniku zdołają odtworzyć bieg wypadków, jakie do niego doprowadziły. O takiej właśnie zdolności myślenia mówiłem wspominając o rozumowaniu «wstecz», czyli – «analitycznym». Mamy tu cały łańcuch logicznych wniosków, w którym nie znajdzie pan najmniejszego potknięcia”.

Co więc było końcowym wynikiem? Było nim zdominowanie przez szlachtę państwa i podporządkowanie go własnym interesom. To wiemy i to jest punkt wyjścia do dedukcji. Trzeba zacząć od tego, co wiemy i na podstawie tego wydedukować to, czego nie wiemy. Nie wiemy, co działo się na ziemiach polskich przed książętami piastowskimi, ale wiemy, co działo się na ziemiach na południowy wschód od nich.

„Chazarowie, plemię tur. ; w IV/V w. wyruszyli z Azji na zachód, wyparli Bułgarów nadwołżańskich i w VII w. utworzyli potężne państwo, rozciągające się między M. Kaspijskim a pn. wybrzeżem M. Czarnego, ze stolicą Itil przy ujściu Wołgi. Okres rozkwitu państwa chazarskiego przypada na VIII-IX w. W IX w. niektóre plemiona ruskie płaciły Ch. daninę. Ch. utrzymywali przyjazne stosunki z Bizancjum, które zamierzało ich wyzyskać w walce z Arabami. Wśród ludności zamieszkującej Chazarię znajdowali się przybysze żyd. i arab.; dużą rolę odgrywali Słowianie, którzy służyli w wojsku i straży pałacowej, a przede wszystkim znani byli jako kupcy. W państwie chazarskim przeważały zajęcia pokojowe; wraz z Bułgarami kamskimi Ch. byli pośrednikami w handlu między arab. Wschodem i bałtycką Północą; w IX w. pisarz arab. Chordadbeh wspomina kupców przybywających do Konstantynopola i do Itilu, a stąd zmierzających dalej – do Bagdadu; płacili oni miejscowym władzom dziesięcinę targową. Religią panującą w państwie chazarskim był judaizm, zaszczepiony tu przez kupców żyd.; dzięki dużej tolerancji mieszkali tu swobodnie mahometanie, chrześcijanie, żydzi i poganie. Państwo Ch. zostało w 965 r. podbite przez Ruś. Znana jest korespondencja (w jęz. hebr.) króla chazarskiego Józefa z dostojnikiem → Abd ar-Rahmana III – Chaszdajem ibn Szaprut (ok. 915-70); list króla Józefa (ok. 960) stanowi podstawowe źródło do poznania genezy i organizacji państwa chazarskiego. Z Ch. spokrewnieni byli Kumani (Połowcy), pochodzą też od nich Bałkarzy mieszkający u źródeł Tereku i Kubania oraz, prawdopodobnie, pol. Karaimi.”

A. Zajączkowski, Z studiów nad zagadnieniem chazarskim, Kraków 1947; P.K. Kokowcow Jewriejsko-chazarskaja pieriepiska w X wiekie, Leningrad 1932; D.M. Dunlop The History of the Jewish Khazars, Princetown (N.Y.) 1954.

Taką informację o Chazarach podaje Wielka Encyklopedia Powszechna PWN, Warszawa 1963. Źródło jest stare, ale nowsze opracowania nie wnoszą wiele do tematu, który mnie interesuje, a mianowicie: czy Chazarowie mogli mieć jakiś udział w ukształtowaniu się polskiej szlachty, która była nad wyraz liczna na tle Europy średniowiecznej i nowożytnej? Początkowo stanowiła ona około 7%, a w końcowym etapie I RP – 10% ówczesnego społeczeństwa. Dla porównania – we Francji zaledwie 1%, w Anglii – 2%. Ale nie tylko jej liczebność czyniła ją wyjątkową.

Z informacji encyklopedycznej można wyczytać, że Chazarowie byli pośrednikami w handlu pomiędzy arabskim Wschodem i bałtycką Północą. Docierali więc nad Bałtyk. A skoro tak, to ich szlaki handlowe wiodły przez ziemie przyszłych Piastów. Co więcej, również Słowianie trudnili się handlem. Upadek chazarskiego imperium w 965 roku zbiega się z powstaniem państwa Piastów. Nie można wykluczyć, że część Chazarów przeniosła się na ziemie Polski lub osiedliła się tam wcześniej. Może nawet razem z tymi słowiańskimi kupcami.

Przyjmuje się, że pierwsze osadnictwo Żydów na terenie Polski miało miejsce w 1096 roku, kiedy to po pogromach w Pradze czeskiej wielu z nich znalazło tu schronienie. Od początku trudnili się handlem, w tym także, we wczesnym okresie, handlem niewolnikami. Gall Anonim wspomina w swojej kronice o wykupywaniu niewolników od żydowskich kupców w Pradze przez Judytę – żonę księcia polskiego Władysława Hermana w latach 1080-1086. Pierwsza regulacja dotycząca statusu Żydów w Polsce, to statut kaliski wydany 16 sierpnia 1264 roku przez Bolesława Pobożnego. Wydaje się więc, że skoro powstała tak korzystna dla nich regulacja, porządkująca relacje polsko-żydowskie, to już wtedy musieli oni mieć znaczące wpływy wśród książąt i możnowładców.

Na początku rządów kazimierzowskich Żydzi zamieszkiwali m.in. w Poznaniu, Gnieźnie, Kaliszu i Krakowie. Wygląda na to, że ta pierwsza fala żydowskiego osadnictwa wlewa się do Polski od strony Czech. Jednak Adolf Nowaczyński w swoim Mocarstwie anonimowym zamieszcza notatkę historyczną „Jak Warszawa broniła się przed żydami” autorstwa J. Mazura. Pochodzi ona z około 1918 roku:

„Istnieją ślady, że już w XII w., w samem zaraniu istnienia stolicy Polski, dostali się i do niej, starając się wszelkimi sposobami, nie zawsze zgodnemi z prawem i etyką, zająć w mieście przodujące stanowisko.

I nad podziw, udało się im to o tyle, że jak twierdzi Sobieszczański, wiele aktów z owych czasów, przechowywanych w archiwum krajowem, pisanych jest w języku hebrajskim.

Oprócz tego zajęli dla siebie całą, nieistniejącą już w pobliżu Dunaju ulicę, nazwaną Żydowską, na której się pięć domów przez nich zamieszkanych wznosiło, a gdy im się ciasno tam zrobiło, rozpełzli się po całym mieście, mając w różnych dzielnicach swe domy, ogrody, cmentarze, a nawet synagogę zbudowaną w pobliżu kościoła św. Jana… Lecz gdy przybysze ci z coraz większą chciwością zagarniać w swoje ręce zaczęli handel, rzemiosła, znajdujące się dopiero w kolebce, gdy dotkliwe tem krzywdy rdzennym mieszkańcom miasta wyrządzać zaczęli, ci podnieśli alarm głośny. Podążały do książąt mazowieckich żałosne skargi na to, że żydzi handel podkopują, że ludność niszczą lichwą i wyzyskiem, że rzemieślnikom szkodzą partactwem i tandetą. Powoływali się też mieszczanie na nadane im przez książąt prawa magdeburskie i domagali się wyrugowania żydów z Warszawy. Pierwszy krok w tym kierunku uczynił książę Bolko V, który odwdzięczając się miastu za nowy podatek nadzwyczajny w ilości 120 dukatów zabronił obcym kupcom a więc i żydom w Warszawie poza walnemi jarmarkami detalicznej sprzedaży towarów. Ostatni książę mazowiecki Janusz wydał dekret zabraniający żydom zamieszkiwania Warszawy i trudnienia się handlem oraz rzemiosłami. Lecz żydzi nie wiele sobie robili z tego dekretu książęcego, gdyż w dwa lata potem król Zygmunt Stary I, który w tym czasie objął rządy nad Mazowszem, ponowił dekret, rozciągając go jeszcze na przedmieścia, przyczem wykonanie tego rozporządzenia i ostrzeżenie, ażeby przekoroczonem nie było, zalecił wojewodzie mazowieckiemu, burmistrzowi i rajcom magistratu.”

W latach 1351-1526 Księstwo Mazowieckie było lennem Polski i zostało ostatecznie wcielone do niej w 1526 roku, po śmierci ostatniego władcy Janusza III, jako województwo mazowieckie. Po podziale dzielnicowym Bolesława Krzywoustego w 1138 roku dzielnica mazowiecka początkowo uznawała zwierzchnictwo Krakowa, ale zmieniło się to za panowania Konrada mazowieckiego, od 1200 roku samodzielnego księcia kujawsko-mazowieckiego.

Wygląda więc na to, że Żydzi na Mazowszu pojawili się wcześniej niż w Małopolsce i Wielkopolsce. A może byli w całej Polsce, tylko zachowały się akty z Mazowsza? Jedynym kierunkiem, z którego mogli tam przybyć było państwo chazarskie. Skoro jako kupcy docierali do Bałtyku, to znaczy, że musieli przemieszczać się przez ziemie polskie. Największy rozkwit tego państwa przypada na VIII-IX wiek. Kończy się państwo chazarskie, podbite w 965 roku przez Ruś, pojawia się Polska. Co nie oznacza, że wcześniej jej nie było. Pewne procesy nie zachodzą z dnia na dzień.

W Polsce nigdy nie było pogromów Żydów na taką skalę jak na zachodzie Europy. Nikt też ich nigdy stąd nie wyganiał, tak jak czyniono to w innych krajach. Wprost przeciwnie! Przyjmowano ich i obdarzano przywilejami, o których miejscowa ludność mogła tylko pomarzyć. Zawsze cieszyli się poparciem rządzących i szlachty. Jakaś tego przyczyna musiała być. Najprostsze wytłumaczenie jest takie, że jeszcze w czasach przedpiastowskich mogli tworzyć warstwę uprzywilejowaną lub taką warstwę uzależnić od siebie.

Na przełomie XIX i XX wieku niektórzy historycy żydowscy wysuwali takie hipotezy, nie poparte jednak żadnymi dowodami. Ich brak może oznaczać, że nic takiego nie miało miejsca, ale też nie można wykluczyć takiej możliwości. Problem ten opisuje Teodor Jeske-Choiński w swojej książce Historia Żydów w Polsce.

»Nowoczesnym historykom żydowskim, piszącym po polsku (Ludwikowi i Maksymilianowi Gumplowiczom, Ignacemu Schipperowi i in.) przyszło do głowy, że Żydzi byli już za czasów pogańskich „panami” ziem polskich, bo jakiś Żyd zasiadł na tronie polskim. W głowie przewróciło im niezwykłe przez pewien czas powodzenie Żydów w państwie Chazarów.

Wiadomo, że Chazarowie (Kozarowie) mieszkali w III w. po Chr. pomiędzy Kaukazem a morzem Kaspijskim. W IV wieku utracili wolność, zwyciężeni przez Hunów i Bułgarów; w VII zrzucili z siebie jarzmo i zdobyli nowe ziemie nad morzem Azowskim; w VIII rozszerzyli swoje państwo aż do Dniepru i Oki. Byli do roku 731 poganami.

I do Chazarii trafili Żydzi. Zręczniejsi spomiędzy nich otoczyli króla Bulana, służyli mu na dwóch łapkach jako tłumacze, lekarze i bankierzy. Tak umieli koło niego chodzić, iż zjednali sobie w nim nie tylko przyjaciela, lecz nawet wielbiciela. Przekonali go, że judaizm stoi wyżej od bałwochwalstwa i namówili go do przyjęcia wiary żydowskiej.

Król (chakan) Bulan stał się gorliwym wyznawcą Zakonu Mojżeszowego, a za jego przykładem poszła znaczna część Chazarów. Czwarty „raj” Żydów…

Nie trwał on długo, bo książę kijowski, Światosław, pobił Chazarów (w r. 965), a jego następca, Włodzimierz, który przyjął wiarę chrześcijańską, zniszczył ich państwo na zawsze (1019r.).

Żydów chazarskich narzucają wymienieni historycy żydowscy Polsce przedchrześcijańskiej. Według nich zdobyli Chazarowie Ruś, Czechy, Morawy, Polskę i wysłali do Polski swoje wojsko żydowskie. Owi Żydzi chazarscy mieli wywrzeć na Polaków taki wpływ, iż nakłonili wielu z nich do judaizmu. Mieli oni nauczyć Polaków sztuki uprawiania roli.

Tych nowin nie mogą pisarze żydowscy poprzeć dokumentami historycznymi, bo żaden z komentarzy przed rokiem 1000 po Chr. nie mówi o zjudaizowaniu Polski pogańskiej i o talencie rolniczym włóczących się po całym świecie kupców.«

Norman Davies w swojej historii Polski Boże Igrzysko pisze:

„Nie ma powodu wątpić, że Żydzi mieszkali w Polsce od najdawniejszych czasów i że religia mojżeszowa – w formie, w jakiej się zachowała wśród potomków dawnego królestwa Chazarów na południowym wschodzie – w gruncie rzeczy poprzedziła chrześcijaństwo.”

„Zalążki stanu żydowskiego powstały w wiekach XIII i XIV, chociaż instytucjonalna autonomia Żydów rozwinęła się dopiero w połowie XVI w. Przez cały ten czas trwała ich rywalizacja z mieszczaństwem oraz przymierze ze szlachtą.”

„A zatem, mimo że szlachta wymyślała najbardziej fantastyczne legendy na temat swego sięgającego dalekiej przeszłości pochodzenia, był to w gruncie rzeczy stan, który wyłonił się najpóźniej. W XVI w. wciąż jeszcze udoskonalała prawa i instytucje, które miały zadecydować o jej supremacji w następnym okresie. Nikt jednak nie może na serio poddawać w wątpliwość faktu, że za życia Rzeczypospolitej polsko-litewskiej szlachta odgrywała pierwszoplanową rolę w życiu politycznym, społecznym i kulturalnym. Zorganizowała państwo tak, aby odpowiadało jej interesom, a wszystkie inne stany zaprzęgła do realizacji własnych celów. Jeśli w wyniku polityki tolerancji religijnej czasem nazywano Polskę i Litwę rajem żydów, jeszcze słuszniej można by ją nazwać rajem szlachty. Ci, którzy ją krytykowali, dodawali, iż oznaczało to, że była także czyśćcem mieszczan i piekłem chłopów.”

„Trzeba jednak koniecznie podkreślić, że szlachta polska nie była podzielona na żadne podkategorie w sensie prawnym, tak jak to miało miejsce w Anglii czy Niemczech, i że termin szlachta odnosił się do całego stanu szlacheckiego, nie zaś jedynie do jego części. Przynależność do stanu określały nie kryteria społeczno-gospodarcze, lecz wspólne dla wszystkich jego członków przywileje i zobowiązania, a także zespół praw i tradycji, od których te przywileje i zobowiązania były zależne.”

„Wobec braku pewnych informacji, badania nad początkami szlachty od dawna odznaczają się dużą liczbą wątpliwych hipotez. Jedna z takich teorii rozważa możliwość obcej inwazji w czasach prehistorycznych. Zrodziła się z chęci ukucia teorii na modłę zwycięstwa Normanów w Anglii czy Waregów w Rosji i znajduje niewielkie potwierdzenie w faktach. Inna podobnego typu teoria podkreśla znaczenie rodów; w XIX w. cieszyła się ona dużym uznaniem. Twórcami jej byli uczeni, którzy interesowali się głównie folklorem niemieckim, dopiero później zastosowano ją do historii krajów słowiańskich i Polski. Jej podstawowa hipoteza brzmiała, że zarówno państwo, jak i społeczeństwo powstały na drodze fuzji licznych spokrewnionych ze sobą rodów, które poprzednio żyły w stanie naturalnej wolności. Sugerowała ona, że wcześni władcy słowiańscy – z książętami piastowskimi włącznie – nie byli niczym więcej, jak tylko wodzami plemiennymi (starosta rodowy) lub naczelnikami (nadpatriarcha) oraz że szlachta wywodziła się z rodów czystych pod względem etnicznym, podczas gdy stany niższe były skutkiem mieszania się rodów z niewolnikami, jeńcami i cudzoziemcami. Podejmowano próby przyrównywania szlachty nie tylko do niemieckiego ‘Geschlechtsverband’ i bałkańskiej ‘rozszerzonej rodziny’, czyli zadrugi, ale również do prawa brehonów w Irlandii i do klanów górali szkockich.

Teoria rodów znalazła duże poparcie w specyficznych cechach polskiej heraldyki. W Polsce herbów nigdy nie nadawano, ani pojedynczym osobom – jak w Anglii – ani też pojedynczym rodzinom – jak w Niemczech – ale jedynie większym grupom ludzi, którzy mieli wspólną tarczę herbową, zawołanie i godło. Polski szlachcic nie miał więc własnego herbu. Herb, którego używał, dzielił z dziesiątkami innych, którzy nawet nie musieli być z nim spokrewnieni. Taka wspólnota herbowa była w Europie zjawiskiem wyjątkowym. Co więcej, użycie słowa ród na określenie grupy heraldycznej nieuchronnie wzmacniało błędne wrażenie, że podstawę więzi stanowiło pokrewieństwo.”

„Jedną z konsekwencji ‘wspólnoty herbowej’ była niezwykła prostota aspektu technicznego polskiej heraldyki. Nie trzeba było śledzić zawiłych labiryntów dziedziczności i małżeńskich związków ani też modyfikować czy tworzyć nowych herbów w miarę rozwoju zmieniających się wciąż wydarzeń. Nie znano sztuki opisywania i zestawiania herbów, nie stosowano rozróżnienia między starszą i młodszą linią rodu. Każdy ród miał jedno proste godło, jedną dewizę i jeden herb, które przez wieki pozostawały nie zmienione. Wszystkie herby, jakie kiedykolwiek istniały, dadzą się pomieścić w jednym dość szczupłym tomie.”

Maria Dąbrowska w „Rozdrożu – Studium na temat zagadnień wiejskich” pisze:

„Żydzi, poza tymi, którzy jeszcze dawniej siedzieli na ziemi polskiej, przybywali do nas masowo po wojnach krzyżowych, kiedy to krucjaty znaczyły swój pochód ich rzeziami. Dostali od razu od książąt przywileje, stali się bankierami, mincarzami i lichwiarzami monarchów oraz warstw wyższych – pośrednikami handlowymi w stosunku do warstw wszystkich. Byli chętnie widziani jako żywioł obrotny i posiadający kapitał.”

Z kolei w innym miejscu pisze:

„Moment, kiedy gruntami ornymi Polski, prócz jednej kmiecej, zaczęła władać druga – jest ciemny. To pewne, że pierwszymi osadnikami, karczownikami i rolnikami Polski byli kmiecie siedzący na gruntach, uznanych w zaraniu dziejów za książęce. Ale i to pewne, że puszcz dziewiczych i ziem leżących odłogiem było jeszcze w Polsce dużo w okresie tworzenia się osiadłego i herbowego rycerstwa. Według wszelkiego prawdopodobieństwa musiało ono otrzymać od książąt majętności różnych typów – bądź grody, otoczone posiadłościami chłopskimi, bądź pustki bez kmieci, bądź pustki w połączeniu z osadami kmiecymi. W wypadku przejęcia osad kmiecych, daniny i powinności należne księciu przechodziły na panów, a w wypadku braku ludności osadzano na pustkach jeńców wojennych lub kmieci wolnych, których wówczas nie brakowało. Do XV wieku stosunki panów i kmieci układały się o tyle o ile na prawie równości i polegały na jako tako dorzecznej (choć nadużywanej przez możnych) wymianie usług (mimo że istniało wtedy w Polsce również niewolnictwo; ludzi sprzedawano i kupowano, podobnie jak w starożytności). Miało nawet miejsce przenikanie się warstw i przechodzenie z jednej w drugą.”

Widać więc, że Jeske-Choiński, który wydał swoją książkę w 1920 roku, odnosił się sceptycznie do obecności Żydów w przedchrześcijańskiej Polsce. Z kolei Davies skłania się ku poglądowi, że byli wcześniej. Podobnie uważa Dąbrowska. Oboje jednak nie próbowali uzasadniać swoich poglądów, co daje asumpt do przypuszczeń, że tego typu rozumowanie nie było odosobnione. Dąbrowska opisuje też mechanizm, wedle którego mogły tworzyć się zaczątki przyszłej szlachty. I bardzo możliwe, że tak to się odbywało. Ale w tym miejscu wypada sobie zadać pytanie: czy Żydzi, którzy zjednali sobie króla Chazarów, nie mogli tego dokonać w przypadku książąt piastowskich czy ich poprzedników? Wszak dysponowali wiedzą historyczną swego narodu i doświadczeniem, którego nie mieli owi książęta czy ich antenaci.

Adolf Nowaczyński w swoim zbiorze Mocarstwo anonimowe zamieszcza tekst, którego autorem jest Dr Józef Meisl („Die Juden im Zartum Polen”. Verlag A. Marcous und E. Weber. Bonn, 1916). W nim czytamy:

„Dwiema drogami otwartemi weszli żydzi do słowiańskiego Wschodu Europy. Najpierw przez Kaukaz, przez tę bramę narodów, przez którą weszli też Awarzy, Hunowie, Chazary, Peczeniegi, Tatarzy, ci weszli w 8 i 9 wieku do Rosji i do państwa lackiego, przeważnie pchani przez inne szczepy. W każdym razie wśród tych żydów były też resztki nawróconego na żydostwo ludu Chazarów, z którymi wspólnie pierwsze tu założyli siedziby…

Prześladowania w sąsiednich Niemczech wzbudziły w szerokich warstwach tamtejszych żydów tęsknotę za nowem gościnnem osiedliskiem i zwróciły ich uwagę na Wschód, gdzie też ich energia znalazła obfite pole do działania.

Łagodne rządy władców polskich przyciągnęły też coraz większe gromady żydów, które wskutek braku wszelkich cechowych ograniczeń, znalazły możliwość niepowstrzymanej ekspansji dla handlu i przemysłu, pobudziły kapitał i własność ziemską do energii, ożywiły jako pionierzy wszelkiego handlu produkcję masową, całe gałęzie handlu, jak sól i korzenie, doprowadziły do rozkwitu, w miastach pobudowały magazyny i pomogły przygotować przemianę gospodarstwa wymiennego na gospodarstwo pieniężne.

Krzywym okiem patrzało duchowieństwo i mieszczanie na wzrastającą potęgę żydostwa, a tylko chroniąca prawica książąt, broniąca ich nietykalności z pomocą grożących ciężkich kar i kaźni, stanowiła mocną przeciwwagę wszystkim możliwym atakom tych, co zazdrościli i znienawidzili…

Nie z wielkodusznej tolerancji, jak utrzymują historycy, schlebiający narodowej dumie, tylko z trzeźwego uznania wysokiej wartości żydów dla kraju i korony rozpostarli władcy polscy swe ochronne skrzydła nad licznemi rzeszami napływających wciąż żydów.

Przez całe wieki 13 i 14 przeważała zawsze tolerancja wobec żydów. Z wyłączeniem pewnej części duchowieństwa i wszystkich niemieckich kolonistów, którzy z nienawiścią patrzyli na rozrost żydowskiego elementu i, o ile tylko mogli siali dookoła w słowiańskie otoczenie ziarna nienawiści, była niechęć do żydów zjawiskiem całkiem nieznanem…

Przywilej Bolesława Pobożnego dla żydów w r. 1246 przedstawia się jako kompilacja przywilejów żydowskich: czeskiego, węgierskiego i austrjackiego.

Przywilej ten zyskał potem za Kazimierza Wielkiego wydatne rozszerzenie, obdarzył ich pewną ograniczoną autonomią w sprawach wewnętrznych, chronił ich synagogi i urządzenia kulturalne, uporządkował kodeks karny i nakreślił ramy dla działalności gospodarczej…

Polska zaś szlachta, żywiąca dużą niechęć do niemieckiego kupca i Niemca, pożyczającego pieniądze z ochotą, zwracała się do żydów, aby od nich pożyczać środki pieniężne na zastaw swych majętności…

Uderzające w oczy zjawisko, że pierwsze prawa, tyczące się żydów w Polsce, nie zawierają żadnych bliższych określeń dozwolonej stopy procentowej, wskazuje na to i tłumaczy się tem, że interes ogółu domagał się wzmożonej cyrkulacji pieniężnej, czemu też żadnych granic i przeszkód ze strony rządu kłaść nie chciano.”

Józef Meisl, który był Żydem, twierdził, że pierwszymi mieszkańcami ziem polskich byli Żydzi wraz z nawróconymi na judaizm Chazarami. Trudno pewnie to udowodnić, ze względu na brak źródeł. Jednak fakt, że polscy władcy byli wyjątkowo przychylnie do nich nastawieni, skłania do zadania sobie pytania: z czego to wynikało? Tłumaczenie tego słowiańską łagodnością nie jest przekonywujące. Przecież na Rusi nie patyczkowano się z nimi. Coś więc na rzeczy musiało być, skoro szlachta odnosiła się wrogo do niemieckiego kupca i Niemca pożyczającego pieniądze, a korzystała z usług Żydów. Jeśli jeszcze uwzględnimy fakt, że nie było ograniczenia wysokości stopy procentowej, to wątpliwości coraz mniej, co do tego, że musiał występować jakiś szczególny rodzaj relacji pomiędzy obu stronami. Tłumaczenie, że Żydzi organizowali handel i dostarczali pieniędzy i z tego względu zasługiwali na wyjątkową ochronę, też nie trzyma się kupy, bo to samo oferowali Niemcy osiedlający się w Polsce. Szlachta zawsze trzymała z Żydami przeciw mieszczanom, czyli Niemcom lub spolszczonym Niemcom.

Nowaczyński w swoim zbiorze cytuje też Jodokusa Decjusza sekretarza Zygmunta I. Tekst pochodzi z 1521 roku.

„Żydzi nabierają coraz to więcej znaczenia i prawie nie znajdziesz myta czy jakiego podatku, aby żyd nie był nad nim przełożonym, albo przynajmniej o to się nie starał. Chrześcijanie niejednokrotnie przy mytach żydom podlegają i każdy prawie magnat czy wielmoża Rzpltej powierza zarząd nad swym majątkiem żydowi i oddaje w ten sposób władzę nad chrześcijanami i szybciej ich, aniżeli chrześcijan, przed krzywdą choćby pozorną broni.”

Dlaczego warstwy rządzące faworyzowały obcych względem swoich? A może dla nich Żydzi nie byli obcymi? Sympatie między ludźmi rodzą się na ogół, gdy łączą ich wspólne korzenie, zbliżony system wartości, podobne cele.

Szlachta jako stan jest dziwnym zjawiskiem. Przynależność do niego określały nie kryteria społeczno-gospodarcze, lecz wspólne dla wszystkich jego członków przywileje i zobowiązania. Przyjmowanie do stanu szlacheckiego odbywało się poprzez wprowadzenie przez króla do wybranego przez niego rodu. Mogli to robić też wybitni przedstawiciele szlachty poprzez „przyjęcie” do własnego. Szlachta zwracała się do siebie per „panie bracie”. I ten jakiś nadzwyczaj przychylny stosunek do Żydów. Skąd taka sympatia? Jakoś to wszystko dziwnie współgra z masonerią, choć do jej powstania jest jeszcze daleko. Jeśli więc masoneria jest urządzeniem żydowskim, to może i polska szlachta była nim również.

Stanisław Didier w książce Rola neofitów w dziejach Polski pisze:

„Od najdawniejszych czasów Polska była wdzięcznym terenem pozornego zrywania z wiarą swych ojców przez synów Izraela. Posłuszni nakazom drugiego Mojżesza Żydzi krakowscy przechodzili w dość pokaźnej liczbie na katolicyzm już w drugiej połowie XIV wieku. Cieszyli się oni specjalnymi względami rady miejskiej, która otaczała neofitów gorliwą opieką. Jak wskazują „Rachunki miasta Krakowa” (r. 1395, 1398, 1400) rada wyznaczała im pod pozorem wydatków na obrzęd chrztu znaczne nagrody. Liczba pozornych chrześcijan stale wzrastała w starej stolicy Polski w ciągu piętnastego stulecia. Jak pisze Długosz wielu Żydów przyjmuje chrzest w 1407 r. Powtarza się ta sama historia w 1455 r. W osiem lat później mamy znowu nowe rodziny neofickie w Krakowie. W ślady współbraci ze stolicy wstępują Żydzi z Poznania i wielu innych miast Polski zrywając pozornie z judaizmem. Nie posiadamy ani jednej monografii o Żydach z różnych miejscowości, w której by nie było wzmianki o jakiejś rodzinie neofitów. Mieli też nowochrzczeńcy ułatwioną możność przeniknięcia do społeczeństwa polskiego. Uchodząc za zwinnych, przebiegłych cudzoziemców nie różnili się oni od autochtonów ani strojem, ani stopniem wykształcenia i utrzymywali z nimi dobre stosunki towarzyskie, ucztując przy jednym stole.

Wśród neofitów w państwie Jagiellonów wysunęli się na czoło pod względem wpływów i bogactw przede wszystkim nowochrześcijanie litewscy. Już za w. ks. Witolda dochodzili Żydzi na Litwie do dużych fortun. Komory celne, podatki od wódek, sól, wosk, przewozy, mostowe znajdowały się w ich rękach. Żydzi – arendarze gromadzili w swoich rękach wielkie bogactwa i nabywali posiadłości ziemskie. Wchodząc w skład warstwy ziemiańskiej, oni sami, względnie ich dzieci, przyjmowali wiarę chrześcijańską. Ponieważ szlachta litewska nie była jeszcze tak wyrobionym stanem jak w Koronie, mieli więc pozorni katolicy ułatwioną możność spełnienia woli Majmonidesa, tj. wejścia w skład przodującej warstwy narodu.

Ilość nowochrześcijan niepomiernie wzrosła na Litwie po ogłoszeniu w czerwcu 1495 r. dekretu, w którym w. ks. Aleksander polecił Żydom opuścić kraj. Nie chcąc oddalać się od swoich majątków, setki celników i poborców żydowskich wyrzekło się pozornie wiary ojców i przyjęło chrzest. Wiele nazwisk wybitniejszych tych neofitów utrwaliło się w dokumentach. Mniejsi, nie zajmujący poważniejszych stanowisk, weszli niepostrzeżenie do społeczeństwa polskiego.

Już w wieku XVI pozorni chrześcijanie, obdarzani masowo przez władców polskich klejnotem szlacheckim, dochodzili do wysokich stanowisk. W 1510 r. obok Radziwiłłów, Ostrogskich, Ostyków, Kieżgajłów, Hlebowiczów i Sapiehów zasiadł w radzie wielkoksiążęcej neofita Abraham Józefowicz, jako podskarbi ziemski (wielki) W. Księstwa Litewskiego. Wśród jego potomków (Abrahamowiczów), spokrewnionych z najpierwszymi rodzinami polskimi (Zborowskimi) widzimy wojewodów, kasztelanów i generała artylerii litewskiej. Stanowiska starostów, stolników i krajczych były też zajmowane często przez nowochrześcijańskie rody, koligacące się drogą małżeństw ze starymi rodzinami szlacheckimi. Tak w Wielkopolsce wpływowe stanowisko zajęła wśród szlachty tamtejszej rodzina Powidzkich, wywodząca się od neofity Stefana Fiszta starosty powidzkiego i wojskiego kruszwickiego, spokrewnionego ze słynnym w dziejach rozwoju żydowskiej teologii politycznej gaonem Jakubem Polakiem, zwanym „Ojcem Talmudu”.

Na uwagę zasługuje jeszcze niewytłumaczalna dla mnie nienawiść i wrogość szlachty do chłopa. W cytowanym wyżej Rozdrożu Dąbrowska pisze:

»Ten wieczny i żadnym innym uczuciem nigdy nie przeważony strach przed „naruszeniem własności panów” przypomina mimo woli słowa Deczyńskiego: „Każdy szlachcic polski woli stracić połowę swego majątku jakimkolwiek bądź sposobem, niżeli pozwolić na to, żeby chłopi w jego wsi od odrabiania pańszczyzny wolnymi być mieli”.

W samej rzeczy Polak umiał z godnością znosić utratę przywilejów i majątków, zabieranych mu przez wroga. Umiał z lekkomyślnością sam wyzbywać się dóbr ziemskich dla tysiąca dobrych i złych powodów. Tracił świętą i umiłowaną ziemię ojców na karty, hulanki, fantazje. Oddawał ją za długi Żydom i Niemcom. Dla jednego tylko celu nie chciał nigdy oddać ani piędzi ziemi gruntu – dla chłopa, sedna ojczyzny i narodu. Psychologicznie można to wszystko uzasadnić, jako rzecz „arcyludzką”. Nie mniej składało się na tę postawę między innymi niezmierne wypaczenie pojęć tak o świętym prawie, jak i o świętych obowiązkach własności.«

W innym miejscu Dąbrowska pisze:

„Toteż jednym z najważniejszych a razem najgodziwszych, bo działających wyłącznie pozytywnie środków uporania się z wynikłym stąd niedorozwojem gospodarki narodowej, jest dźwignięcie mas chłopskich. I tak mi się wydaje, że kto nie chce przeobrażeń do tego prowadzących – a w moim przekonaniu i reforma rolna do tego prowadzi – ten jest, choćby nie wiem jak hałaśliwie manifestował co innego, za utrwaleniem w Polsce słabości gospodarczej żywiołów rodzimych.”

„W Galicji bowiem rozegrała się w całej pełni i jawności walka na nowej pozycji, na którą wycofała się szlachta. Nie mogąc się już bronic ani przed zamianą pańszczyzny na czynsze, ani przed uwłaszczeniem – broniono się zaciekle przed… oświatą ludową.

Wśród zwolenników najniższego minimum nauki dla chłopów i jak najmniejszych wydatków na szkoły wiejskie figurują takie nazwiska, jak hr. W. Dzieduszyckiego, hr. Reya, hr. Wodzickiego, hr. Stadnickiego, D. Abrahamowicza, nawet prof. J. Szujskiego. Kiedy posłowie chłopscy oświadczyli się za dodatkowym podatkiem na szkoły, szlachta zastrzegła się, że ona tego podatku płacić nie będzie, ‘gdyż ze szkoły ludowej nie użytkuje’. Dano tym wyraz opłakanej prawdzie, że tylko chłop jest zawsze stworzony do płacenia na rzeczy, z których nie użytkuje.”

Dziwnym więc zjawiskiem była ta polska szlachta, a razem z nią państwo, które ona stworzyła dla siebie. Wyjątkowe na tle ówczesnej Europy. Nie sposób nie zadać sobie pytania: dlaczego tak się stało? Pytać warto, nawet jeśli szansa na znalezienie właściwej odpowiedzi jest nikła. Pytania są bardzo ważne, bo one ukierunkowują nasze myślenie, porządkują je. W tym obecnym szumie informacyjnym to jedyny sposób na to, by zachować chociażby resztki zdrowego rozsądku.

Szlachta była stanem ludzi wolnych. Przynależność do niego określały nie kryteria społeczno-gospodarcze, lecz wspólne dla wszystkich jego członków przywileje i zobowiązania. A więc była stanem ludzi równych. I wszyscy byli dla siebie braćmi. Mamy więc kwintesencję tego stanu zawartą w trzech słowach: wolność, równość, braterstwo. Gdybym chciał to przetłumaczyć na francuski, to brzmiałoby to tak: liberté, egalité, fraternité. To nie tylko hasło rewolucji francuskiej, zresztą jedno z wielu, dopiero później upowszechnione, to też hasło lóż masońskich: Wielkiego Wschodu Francji i Wielkiej Loży Francji.

A więc byliśmy, nie bójmy się tego słowa, narodem wybranym, wybranym do przeprowadzenia pewnego eksperymentu, który miał zbadać, jak działają pewne mechanizmy. Z tego eksperymentu wynikło, że wprowadzenie demokracji rozkłada państwo, a ci, którzy tym kierują są anonimowi i nietykalni. Odpowiedzialność w demokracji spada, jak wiadomo, na ogół. Drugi wniosek jest taki, że demokracja nie ma szans na przetrwanie, jeśli działa w pojedynkę tj. otoczona jest monarchiami i do tego absolutnymi (Prusy, Rosja). Trzeci wniosek jest taki, że żeby demokracja przetrwała, trzeba ją wprowadzić we wszystkich znaczących krajach na świecie i z tej pozycji narzucać ją tym krajom, które jej jeszcze nie mają. Po to była rewolucja francuska. Dziś to zadanie wykonują Stany Zjednoczone.

Eksperymentowano nie tylko z demokracją, ale również z tolerancją religijną. To też osłabiało państwo. I RP była państwem wielonarodowym i mozaiką religii. Dziś na to mówimy – multi-kulti. Jeśli nie mamy spójnego systemu wartości opartego na jednej religii bądź innym systemie wartości, wspólnym dla całego państwa, to rządzenie nim staje się trudne, bo rządzący nie mają się do czego odwołać przy podejmowaniu trudnych decyzji. Innymi słowy, nie ma wartości wspólnych dla wszystkich, dla których warto poświęcać się: każdy sobie rzepkę skrobie. Tylko jedna nacja ma system wartości i cel zarazem, dla którego jest w stanie dużo, bardzo dużo zrobić. Ażeby do niego dojść, nie może mieć na swojej drodze innych nacji, które również mają własny system wartości, dla którego są w stanie poświęcić dużo, bardzo dużo.

Wszystko, co powyżej napisałem, jest tylko hipotezą i nie da się jej zweryfikować w oparciu o dokumenty, bo ich brak. Jednak z przytoczonych cytatów i wnioskowania wynika, że Żydzi, przybywając na ziemie polskie, nie tyle natrafili na pustkę, co raczej na teren słabo zaludniony, z mieszkańcami, których organizacja społeczna i państwowa była na stosunkowo niskim poziomie. To ułatwiło im podporządkowanie ich sobie, a przy okazji wykreowali rządzący stan, którego częścią byli i który był narzędziem w ich ręku. Tak więc proces przenikania i pozornej asymilacji Żydów trwa na ziemiach polskich od 1000 lat. Wszystko wskazuje na to, że jego zwieńczeniem będzie kreowana obecnie na prezydenta kobieta i Żydówka.

Państwo Polskie jest polskim tylko z nazwy. Przez cały okres istnienia trwało jego przejmowanie przez Żydów. Proces ten nie zaczął się od pojawienia się frankistów w drugiej połowie XVIII wieku. Jednak od tego momentu zaczyna się intensywniejsze parcie Żydów do najwyższej warstwy społeczeństwa polskiego. Później następuje asymilacja po powstaniu styczniowym, wepchnięcie przez cara litwaków do Królestwa Polskiego i w końcu ich liczne przybycie z Armią Czerwoną. Polska polityka od wieków jest prowadzona pod dyktando Żydów. Natomiast Polacy w Polsce są od tego, by przypisywać im wszelkie zło, jakie się w niej działo i dzieje, choć przeważnie nie oni byli i nie są przyczyną tego zła, bo cóż w Polsce mógł chłop pańszczyźniany, a obecnie – zwykły obywatel.

Metoda

Świat współczesny jest światem informacji. To wszystko dzięki internetowi. Nie jesteśmy w stanie „przetrawić” nawet promila tego, co do nas dociera tą drogą. Ale nie tylko informacje. Mamy dostęp do niepomiernych zasobów wiedzy z każdej dziedziny. W takiej sytuacji najważniejsza staje się nie sama wiedza, ale umiejętność jej selekcjonowania i wyciągania wniosków. Jednak cały wysiłek tworzących nowy porządek świata idzie w kierunku, żeby nas dosłownie – przytłoczyć informacją. W tym kierunku idzie też system edukacji na każdym poziomie: od najniższego do najwyższego. Cel podstawowy – zabić myślenie. Zgodnie z zasadą: myślenie nie ma przyszłości, przyszłość należy do programowania i sztucznej inteligencji. To oczywiście program dla mas. Dla elit jest pewnie inny program.

Nauka kojarzy się nam z czymś dostojnym. Poważni naukowcy, to tacy, którzy używają mądrych słów, gdy objaśniają jakiś problem i tak to wyjaśniają, że normalny człowiek, który tego nie rozumie, może nabrać przekonania, że jest głupi i przyjąć do wiadomości to, co ci „poważni” naukowcy mu wmawiają. Ten sam mechanizm dotyczy historii i polityki. Tu też tworzy się setki interpretacji, powołuje się na różne źródła, twierdząc przy okazji, że ze względu na brak dokumentów, czy dostępu do nich, wielu spraw nie da się wyjaśnić. Jednak są tacy, nieliczni wprawdzie, którzy uważają, że niekomplikowanie, a wprost przeciwnie – upraszczanie, może nas zbliżyć do prawdy. I nie da się ukryć że, przynajmniej według mnie, w tym szaleństwie jest metoda. No właśnie! Czy to szaleństwo i cóż to za zwierz ta metoda?

Metoda 1. «sposób postępowania dla osiągnięcia określonego celu»: M-y uprawy roli. M-y pedagogiczne. Kierownik stosował wobec nas metodę dyskretnego kontrolowania. 2.«sposób naukowego badania rzeczy i zjawisk i przedstawiania wyników tych badań»: M. dialektyczna. M. eksperymentalna. <gr.>

Tak definiuje to słowo Mały Słownik Języka Polskiego, PWN Warszawa 1968. Mamy więc dwa znaczenia tego słowa. Pierwsze jest stosunkowo proste. Dotyczy sposobu działania, by dojść do określonego celu. Miałem kiedyś znajomego, który miał znajomego, który stosował metodę, nawet nie tyle podrywania dziewczyn, co składania im na dyskotekach niedwuznacznych erotycznych propozycji. Wiedział, że w 9 na 10 przypadków dostanie po gębie, ale w jednym przypadku – nie! Gęba puchła, ale za każdym razem był bliżej celu. To jest właśnie metoda w pierwszym znaczeniu. W tym wypadku ważne jest niezałamywanie się i konsekwencja, a dojście do celu pozostaje tylko kwestią czasu.

W drugim znaczeniu, znaczeniu metody naukowej, jest to trochę bardziej skomplikowane, ale nie aż tak bardzo. Jerzy Dzik w swojej książce Dzieje życia na Ziemi pisze:

„Magazynem idei jest cała kultura ludzka, zawarta w religii, sztuce, nauce i technice. Jedynie od twierdzeń z dziedziny nauk przyrodniczych (scientia) oczekujemy równocześnie prostoty, spójności logicznej i łatwo sprawdzalnej zgodności z rzeczywistością. Tym, co wyróżnia naukę od innych dziedzin poznania, jest bowiem metoda. O przynależności twierdzenia do nauki nie stanowi jego zawartość, lecz sposób sformułowania i zasady umożliwiające jego obalenie. Niesłusznie więc byłoby wywyższanie nauki ponad religię i sztukę na podstawie jej treści. Wręcz przeciwnie. Zagadnień najistotniejszych dla naszej egzystencji nie potrafimy rozwiązać posługując się metodą naukową. Nie potrafimy też, rzecz jasna, za pomocą rozumowań ocenić wartości odpowiedzi dawanych przez religię i sztukę. Z drugiej strony, rozsądne jest nieodwoływanie się do innych dziedzin tam, gdzie solidnie podbudowanej odpowiedzi dostarczyć może przyrodoznawstwo.”

Tak więc naukę od innych dziedzin odróżnia metoda. Wiara polega na tym, że człowiek wierzy. Są dwa rodzaje wierzących. Jedni wierzą w to, że Bóg istnieje, inni że – nie. Sztuka, z kolei, sprowadza się do natchnienia. Jak kto i w jaki sposób do niego dochodzi, to już inna sprawa.

Wracając jednak do nauki wypada wyjaśnić na czym polega ta metoda naukowa. Jerzy Dzik tak to precyzuje:

„Tym, co wyodrębnia przyrodoznawstwo spośród innych dziedzin wiedzy, nie jest treść przedstawianych przez nie twierdzeń, lecz metoda, za pomocą której doszło do ich sformułowania. Określić więc trzeba zasady postępowania, dzięki którym uzyskuje się wiedzę naukową. Zasad takich, które są bez sprzeciwu akceptowane przez uczonych wszystkich dziedzin, nie jest wiele. Prawdę powiedziawszy, są tylko dwie:

  • zasada brzytwy Occama
  • zasada testowalności

Wystarczają one jednak do tego, by nadspodziewanie wąsko zakreślić granice nauki i ująć w cugle wyobraźnię, z natury mającą skłonność do bezkrytycznego bujania.

Pierwszym z ograniczeń myślenia naukowego o niekwestionowanej konieczności jest brzytwa Occama (Ockhama). Jest to powszechnie znana zasada, sformułowana po raz pierwszy przez angielskiego średniowiecznego teologa Williama of Occam, że do objaśniania rzeczywistości nie należy używać większej liczby niezależnych bytów, niż jest to absolutnie konieczne. (…) Zasada brzytwy Occama każe użyć możliwie małej liczby praw i nie wprowadzać żadnego nowego prawa bez istotnej potrzeby. Co więcej, jeżeli uda nam się liczbę tych praw zmniejszyć i, powiedzmy, zakres stosowalności kilku praw objąć jednym, bardziej ogólnym prawem, to uważamy, że dokonaliśmy postępu w rozwoju naszej dziedziny nauki.

(…) Niemal powszechnie przyjętą regułą określającą ściślej granice nauki jest zasada (wymaganej) testowalności teorii naukowych przez doświadczenie (empirię). Wnioski wyprowadzone z teorii naukowych nie mogą być sprzeczne z danymi empirycznymi. Musi zatem istnieć możliwość porównywania tych wniosków z rzeczywistością i ich testowania. Teorie, z których nie wypływają wnioski testowalne przez dane doświadczalne, nie należą do dziedziny nauki.

Są dwie główne strategie ścisłego poznania naukowego i dwie koncepcje teorii poznania (epistemologii) uzasadniające słuszność każdej z nich. Pierwsza to strategia indukcjonizmu, stosowana przez zwolenników kierunku w epistemologii zwanego dziś neopozytywizmem. Zgodnie z tą koncepcją, wnioskowanie w nauce powinno opierać się na metodzie indukcji. Znaczy to, że uniwersalne twierdzenie naukowe wyprowadza się ze znacznej liczby pojedynczych twierdzeń (orzeczeń, zdań szczegółowych) o rzeczywistości, zwanych faktami. Twierdzenie uniwersalne, czyli teoria naukowa, jest tym bardziej prawdopodobne (czyli bliższe prawdy), im więcej twierdzeń szczegółowych (np. wyników doświadczeń) jest z nim zgodnych. W miarę potwierdzania teorii, czyli weryfikacji przez porównywanie z danymi doświadczalnymi, wzrasta prawdopodobieństwo jej zgodności z rzeczywistością.

Druga strategia to strategia falsyfikacjonizmu, będąca częścią kierunku filozoficznego nazwanego przez jego twórcę Karla R. Poppera zdroworozsądkowym racjonalizmem. Zanegował on wartość metody indukcyjnej i zaprzeczył temu, by badanie zgodności teorii z danymi zwiększało szanse jej prawdziwości. Poszukując ścisłych metod wnioskowania stwierdził, że tylko selekcja teorii poprzez odrzucanie może doprowadzić do stanu oczekiwanej jednoznaczności.”

Zdaję sobie sprawę, że od tego indukcjonizmu, testowalności, falsyfikacjonizmu głowa może rozboleć, ale te cytaty pochodzą z podręcznika akademickiego, który musi zachować pewną powagę. Ale to wcale nie jest trudne, gdy pod te skomplikowane słowa podłoży się normalne i jeszcze poda przykład. Bo teoria teorią, ale jak to działa w praktyce?

Nassim Nicholas Taleb w prologu książki Czarny Łabędź pisze:

„Zanim odkryto Australię, mieszkańcy Starego Świata byli przekonani, że wszystkie łabędzie są białe. Trwali niezachwiani w swej wierze, ponieważ dowody empiryczne zdawały się ją całkowicie potwierdzać. Widok pierwszego czarnego łabędzia mógł się okazać interesującą niespodzianką dla kilku ornitologów ( i innych ludzi szczególnie zainteresowanych upierzeniem ptaków), ale nie o to chodzi. Historia ta ilustruje poważne ograniczenie procesu wnioskowania opartego na obserwacji lub doświadczeniach oraz kruchości naszej wiedzy. Jedno spostrzeżenie może obalić ogólną tezę, postawioną na podstawie tysięcy lat obserwowania milionów białych osobników. Wystarczy do tego jeden jedyny (i jak słyszałem, dość brzydki) czarny ptak.”

I wszystko jasne! Indukcja to kolejne obserwacje, pojedyncze doświadczenia. Testowalność, to potwierdzenie, sprawdzenie założenia: Wszystkie łabędzie są białe i za każdym razem, gdy widzę łabędzia, widzę że jest biały. To utwierdza mnie w tym, że wnioski, które wyciągam są słuszne. Falsyfikacjonizm to: O! Widzicie! Czarny łabędź! G…. prawda, że wszystkie łabędzie są białe. Falsyfikacjonizm to po prostu wykazanie, że dana teoria jest błędna.

Ale to jeszcze nie koniec problemów z poznawaniem i oceną rzeczywistości. Cytowany wyżej Taleb w innej swojej książce Zawiedzeni przez losowość pisze:

„W praktyce wnioskowania istnieje dobrze znany problem indukcji. Ciąży on nad nauką od bardzo dawna, ale dyscypliny ścisłe nie ucierpiały z jego powodu tak bardzo, jak nauki społeczne, a zwłaszcza ekonomia (w tym szczególnie ekonomia finansowa). Dlaczego? Ponieważ składnik losowości potęguje skutki występowania tego problemu. Problem indukcji nigdzie nie jest tak istotny jak w świecie obrotu papierami wartościowymi i nigdzie nie jest tak uparcie ignorowany!

W dziele zatytułowanym Badania dotyczące rozumu ludzkiego szkocki filozof David Hume sformułował ten problem w następujący sposób (przytaczam parafrazę słynnego dziś problemu Czarnego Łabędzia autorstwa Johna Stuarta Milla): Żadna liczba obserwacji białych łabędzi nie pozwala wysnuć wniosku, że wszystkie łabędzie są białe, ale obserwacja jednego czarnego łabędzia wystarcza do odrzucenia tej konkluzji.

Hume nie mógł znieść tego, że nauka w jego czasach (w XVIII wieku) przeszła za sprawą Francisa Bacona od scholastyczności opartej wyłącznie na dedukcji (bez związku z doświadczeniem realnego świata) do drugiej skrajności – naiwnego i nieuporządkowanego empiryzmu. Bacon protestował przeciwko „snuciu pajęczyny nauki” pozbawionej zastosowań praktycznych (nauka przypominała teologię). Dzięki niemu w nauce zaczęto kłaść nacisk na obserwacje empiryczne. Problem polega na tym, że obserwacje praktyczne dokonywane bez odpowiedniej metodologii mogą nas zwieść na manowce. Hume ostrzegał przed taką wiedzą i podkreślał potrzebę utrzymania odpowiedniego rygoru podczas gromadzenia i interpretowania wiedzy – zwanego dzisiaj epistemologią (od greckiego słowa episteme, oznaczającego uczenie się). Hume był pierwszym nowożytnym epistemologiem (epistemolodzy ze świata nauk ścisłych są czasem zwani metodologami albo filozofami nauki).”

Indukcja i dedukcja są zatem dwiema metodami, które zwykły człowiek może wykorzystać do oglądu rzeczywistości. W tym wypadku indukcja to obserwacja a dedukcja to wnioskowanie. Słowo to wywodzi się z łacińskiego deductio – wywód i od czasownika deducere – wywodzić, wyprowadzać wnioski. (U nas to wszystko z greki albo z łaciny). Dedukcja jest taką formą rozumowania, w której z pewnego następstwa wielu zdań wyprowadza się zdania logiczne z nich wynikające. Jest to niezawodna procedura stanowiąca poprawny sposób wnioskowania, który prowadzi do prawdziwych stwierdzeń, pod jednym wszakże warunkiem, że przesłanki nie były błędne.

Entuzjastą dedukcji był Conan Doyle. Bohater jego powieści Sherlock Holmes wykorzystuje ją w swoich śledztwach. Doyle opisuje ją bardziej szczegółowo w Studium w szkarłacie. Oto parę przykładów:

„Z istnienia kropli wody (…) logicznie rozumujący człowiek wydedukuje możliwość istnienia Oceanu Atlantyckiego czy Niagary, choć nigdy ich nie widział ani o nich nie słyszał.”

„Całe życie to jeden wielki łańcuch, którego istotę możemy poznać po jednym ogniwie. Tak jak wszystkie inne sztuki, wiedza dedukcji i analizy dają się posiąść tylko po długich i cierpliwych studiach.”

„W rozwiązywaniu tego rodzaju problemów należy przede wszystkim umieć myśleć «wstecz». Ta metoda zwykle bywa bardzo skuteczna i łatwa, lecz ludzie rzadko z niej korzystają. W życiu codziennym bardziej opłaca się rozumowanie «naprzód» i dlatego zaniedbuje się myślenie wstecz. Na ogół jeden człowiek na pięćdziesięciu rozumuje «analitycznie», gdy reszta – «syntetycznie».”

„Większość ludzi, wysłuchawszy biegu wydarzeń, powie (…) co z nich wynikło. Połączą je w umyśle i wywnioskują, co dalej stać się mogło. Ale niewielu znajdziemy takich, którzy z końcowego wyniku zdołają odtworzyć bieg wypadków, jakie do niego doprowadziły. O takiej właśnie zdolności myślenia mówiłem wspominając o rozumowaniu «wstecz», czyli – «analitycznym». Mamy tu cały łańcuch logicznych wniosków, w którym nie znajdzie pan najmniejszego potknięcia”.

Z przytoczonych powyżej przykładów widać, że metodologia naukowa ma zastosowanie w różnych dziedzinach nauki i nie tylko nauki. Antony Sutton, pisząc książkę Skull and Bones Tajemna Elita Ameryki, również z niej korzystał. We fragmencie zatytułowanym Hipotezy i metoda pisze:

»Wszystko to prowadzi nas w kierunku metodologii. W niniejszym tomie zostaną przedstawione trzy hipotezy. Czym jest hipoteza? Hipoteza jest teorią, teorią roboczą, punktem wyjścia, który musi zostać poparty dowodami. Moje hipotezy powstały w wyniku analizy pewnych dokumentów, które także zostaną przedstawione. Kramarze oficjalnej historii będą wykrzykiwać, że hipotezy te są prezentowane jako udowodnione twierdzenia i niezależnie od tego, co zostanie napisane, krzyki te nie ustaną. Należy jednak powtórzyć, że na tym etapie są to jedynie hipotezy, które muszą zostać poparte dowodami. Stanowią dopiero pierwszy krok w logicznym procesie badawczym.

Następnie w myśl naukowej metodologii, można hipotezę udowodnić. Nie może ona zostać obalona. To od czytelnika zależy, czy zaprezentowane dowody uzna za wystarczające do poparcia hipotezy, czy też nie. Rzecz jasna, żaden autor, krytyk ani czytelnik nie może podjąć takiej decyzji przed zapoznaniem się z dowodami.

Mamy zamiar zastosować także dwie inne zasady dotyczące badań naukowych, które historycy głównego nurtu zwykle ignorują.

Po pierwsze, w nauce najprostsze wyjaśnienie problemu jest zawsze rozwiązaniem najbardziej zadowalającym. Natomiast w przypadku establishmentowej historii prosta odpowiedź jest zwykle krytykowana i uznawana za „nazbyt uproszczoną”. Krytyk sugeruje tym samym, że „biedny pisarz nie odniósł się do wszystkich faktów”. Innymi słowy, ucieka się do taniej zniewagi, nie zadając sobie trudu znalezienia alternatywnej odpowiedzi lub przytoczenia dodatkowych faktów.

Po drugie, znowu odnosząc się do zasad panujących w nauce, najbardziej zadowalającą odpowiedzią jest ta, którą da się zastosować do największej liczby przypadków, czyli odpowiedź najbardziej ogólna. Musisz na przykład znaleźć wyjaśnienie dwunastu wydarzeń i mamy teorię, która stanowi odpowiedź w jedenastu z tych przypadków. Tym samym jest ona bardziej zadowalająca niż teoria, którą da się zastosować jedynie w czterech lub pięciu przypadkach.«

Sutton nie nazywa metody, ale mówi o brzytwie Occama. Zostało to powyżej zaznaczone przeze mnie kursywą. Dalej, we fragmencie zatytułowanym Diabelska teoria historii, pisze:

»Przy użyciu takiej właśnie metodologii będziemy rozważać i przedstawiać szczegółowe i konkretne dowody (w tym nazwiska, daty oraz miejsca) wskazujące na to, że jedynym rozsądnym wyjaśnieniem ostatnich wydarzeń mających miejsce w Stanach Zjednoczonych jest istnienie spisku wykorzystującego władzę polityczną dla realizacji celów stojących w sprzeczności z Konstytucją.

Historycy głównego nurtu określają tę teorię mianem „diabelskiej teorii historii”, co również jest szybką i prostą metodą na zamiecenie sprawy pod dywan. Krytycy ci nie biorą jednak pod uwagę na przykład Ustawy Shermana, czyli aktu prawnego wymierzonego w monopole, w której istnienie spisku jest tezą nie tylko przyjętą, ale wręcz podstawową. Skoro więc akceptujemy myśl o istnieniu spisku w gospodarce, dlaczego to samo nie może dotyczyć polityki? Czyżby politycy byli bardziej niewinni niż biznesmeni?«

W tym wypadku Sutton stosuje prostą dedukcję (kursywa). Pierwsze wydanie książki Sutona ukazało się w 1983 roku. Minęło już więc wiele lat. W tamtym czasie zapewne wielu trudno było uwierzyć w to, o czym on pisał. Dziś już mało kto wątpi, że w Stanach Zjednoczonych funkcjonuje tzw. deep state, czyli taka ukryta, nieformalna władza, która wykorzystuje swoją pozycję polityczną do działań sprzecznych z prawem.

Spór o to, która metoda jest bardziej wiarygodna – indukcja czy dedukcja – nie jest sporem jałowym. W moim odczuciu te metody uzupełniają się. Często tam, gdzie empiria zawodzi pozostaje nam odwołanie się do dedukcji. Magellan empirycznie dowiódł tego, że Ziemia jest kulą, ale nie chce mi się wierzyć, że kapłani egipscy o tym nie wiedzieli. Skoro potrafili wyliczyć godzinę zaćmienia Słońca, to musieli wiedzieć, że zarówno Słońce jak i Księżyc oraz planety są kulami. A skoro obserwowane przez nich ciała niebieskie były kulami, to dlaczego Ziemia miałaby być wyjątkiem. Tak działa dedukcja.

Przenosząc to rozumowanie na grunt historii i polityki, możemy próbować szukać odpowiedzi w oparciu o dedukcję tam, gdzie brakuje dokumentów albo gdzie są one utajniane na 50 lat, a jak ten okres mija, to znowu utajnia się je na kolejne 50 lat. W historii i polityce dokumenty są tym, czym w nauce obserwacje i doświadczenia. Na ogól są one (dokumenty) niedostępne. Pozostaje więc dedukcja.

Dlaczego polskie władze, szczególnie te skarbowe, zawsze były tak bezlitosne dla zwykłych podatników? Znane są te słynne domiary z czasów PRL-u, kiedy na drobnych rzemieślników, usługodawców czy sklepikarzy nakładano wysokie kary za jakieś drobne uchybienia. Po 1989 roku nic nie zmieniło się. Różnica tylko polegała na tym, że przepisy stały się tak zawiłe i niejednoznaczne, że zawsze można było doszukać się jakichś uchybień po stronie podatnika. Po co one takimi były? Ano właśnie po to, by na każdego mieć haka. Drobni cierpieli, a grube ryby bezkarnie narażały skarb państwa na straty i nie działa się im krzywda z tego powodu. Myliłby się jednak ktoś, kto by myślał, że przed wojną było inaczej. Otóż nie! Maria Dąbrowska w swoim dzienniku pod datą 16.VIII.1935 pisze:

„Rano w urzędzie podatkowym. Te dranie nie mają nic lepszego do roboty, jak szykanowanie co rok takiego podatnika jak ja, który jeszcze nigdy ani dzień nie zalegał z żadnymi podatkami i ani grosza złamanego przed okiem fiskusa nie ukrył. A miliony podatków od potentatów pieniądza zalegają bezkarnie. I mój czas drogi dla nich po próżnicy tracę.”

Ustroje i czasy zmieniają się, a urzędy podatkowe, jak były wrogie zwykłemu podatnikowi, tak nadal takimi są. Do tego dochodzi jeszcze żenująco niska kwota wolna od podatku, aż nieprzyzwoicie niska w porównaniu z wieloma wyżej i niżej rozwiniętymi krajami. Pojawia się zatem pytanie: dlaczego tak się dzieje? Przyznam, że często w przeszłości zastanawiałem się nad tym, jak to możliwe, że własny rząd tak gnębi swoich podatników, z których żyje. Skąd taka nienawiść? Zwykły urzędnik może i nie jest temu winien, bo nie on ustala wytyczne i zadania, które mają być wykonane, ale on musi wykonać plan ściągnięcia określonej kwoty. Jeśli nic nie można zarzucić podatnikowi, to trzeba tak przeprowadzić kontrolę, by coś znaleźć. Ułatwiają to niejasne i często sprzeczne ze sobą przepisy a ostateczna interpretacja i tak zależy od urzędnika, który jest bezpośrednio zainteresowany ukaraniem podatnika, bo ma z tego premię. Kwoty, które są ściągane od ukaranych podatników, nie mają żadnego znaczenia dla budżetu, pomijając już fakt, że wielkie korporacje wcale nie płacą podatków.

Ktoś, kto prowadzi taką politykę wobec swoich podatników, musi ich bardzo nie lubić a może nawet nienawidzić. Dlaczego inne kraje mają bardziej ludzkie do nich podejście, a u nas tego brak? Jeśli chcielibyśmy zastosować tu metodę brzytwy Occama i wybrać najprostsze wytłumaczenie, nie wnikając w jakieś pokrętne tłumaczenia, że skarb państwa świeci pustkami, że podatki trzeba płacić, to musi odpowiedzieć sobie na proste pytanie: dlaczego Państwo Polskie tak nienawidzi własnego podatnika? Najprostsza odpowiedź jest taka, że to nie jest Państwo Polskie, tylko obce państwo. A skoro obce, to czyje? Któż nas tak bardzo nienawidzi? Najprostsza odpowiedź – Żydzi. Nikt tak nas bardzo nienawidzi jak oni. Polski drobny przedsiębiorca, to potencjalnie większy przedsiębiorca, a może nawet wielki przedsiębiorca. I do tego niezależny. A taki to już zagrożenie dla żydowskich interesów w Polsce i takie niebezpieczeństwo trzeba niszczyć w zarodku. Innych można uzależnić. Zatrudnić ich w korporacjach i nawet dobrze im płacić, ale oni, w obawie utraty dobrze płatnej posady, będą potulni jak baranki.

Poświęciłem tyle miejsca metodzie, która jest uniwersalna, bo ma zastosowanie nie tylko w nauce, ale również można ją stosować do wyjaśniania spraw bieżących, czy próbować odgadnąć to, czego z barku dokumentów nie jesteśmy w stanie zrobić. Do tego służy wnioskowanie opisane wyżej w cytacie z Doyle’a:

„Większość ludzi, wysłuchawszy biegu wydarzeń, powie (…) co z nich wynikło. Połączą je w umyśle i wywnioskują, co dalej stać się mogło. Ale niewielu znajdziemy takich, którzy z końcowego wyniku zdołają odtworzyć bieg wypadków, jakie do niego doprowadziły. O takiej właśnie zdolności myślenia mówiłem wspominając o rozumowaniu «wstecz», czyli – «analitycznym». Mamy tu cały łańcuch logicznych wniosków, w którym nie znajdzie pan najmniejszego potknięcia”.

No właśnie! Mamy końcowy wynik w postaci tego, że polska szlachta i polscy władcy byli wyjątkowo przychylnie nastawieni do Żydów. Tego nie było w innych krajach. Wprawdzie mieli w nich Żydzi duży wpływ na władców i przenikali do wyższych warstw społeczeństwa, ale ostatecznie kończyło się to ich wygnaniem. Tak postąpili Anglicy, Francuzi, Hiszpanie i Niemcy. Wielu z tych wygnanych trafiło do Polski. Jedni z Niemiec, inni od strony wschodniej. Wiemy, że polska szlachta była, ze względu na swoją liczebność, ewenementem na skalę europejską. Była też ewenementem ze względu na swój wyjątkowo przychylny stosunek do Żydów i wręcz wrogi do mieszczan i chłopów.

W XVI wieku miał miał miejsce tzw. ruch egzekucyjny. Był to ruch polityczny średniej szlachty. Jednym z postulatów wysuwanych przez ten ruch było wzmocnienie szlachty wobec mieszczan: likwidacja cechów, zakaz posiadania ziemi przez „nieszlachtę”, zwiększenie wolności handlowej dla Żydów (współpracujących ze szlachtą przeciw mieszczanom). – O tym można przeczytać w Wikipedii. A więc Żydzi współpracowali ze szlachtą przeciw mieszczanom. W tamtym czasie polskie mieszczaństwo było praktycznie niemieckie lub byli to spolszczeni Niemcy. Wiemy też, że w średniowieczu Żydzi przybywali do Polski głównie z Niemiec. Byli po prostu stamtąd wypędzani. Trudno więc dziwić się wzajemnej niechęci Żydów i mieszczan. Ale dlaczego polska szlachta wybrała Żydów? Ci mieszczanie zajmowali się handlem i rzemiosłem, ale nie tylko! Oni też oferowali pożyczki!

To jest jednak nowy wątek, wątek filosemityzmu polskiej szlachty, który wymaga oddzielnej analizy. Tu chodziło mi tylko o metodę, o pokazanie, że właściwe jej użycie może doprowadzić do nadzwyczaj ciekawych wniosków, ale też, że nawet samo zadawanie pytań jest ważne. Ono ukierunkowuje nasze myślenie, co w praktyce oznacza, że odrzucamy cały szum informacyjny i drążymy temat, jak pies, który, gdy złapie trop, to już nie odpuszcza.