Hiperinflacja c.d.

Kiedy pisze się o hiperinflacji, to z reguły przychodzi na myśl ta najbardziej znana, ta z 1923 roku z Republiki Weimarskiej. O niej pisałem w bogu „Hiperinflacja”. W tym miejscu chciałbym się zająć tą największą w historii świata. Nic o niej nie wiemy, a miała miejsce tak blisko nas, prawie za miedzą, bo na Węgrzech. Jej skala była niewyobrażalna, więc wyręczę się Wikipedią, bo tyle tam zer, że nie sposób je zliczyć, a co dopiero nazwać te liczby:

»Największą hiperinflacją w historii była hiperinflacja na Węgrzech po zakończeniu II wojny światowej, gdzie w 1946 roku największym nominałem był banknot 100 000 000 000 000 000 000 (100 trylionów, gdzie trylion to jedynka z 18 zerami) pengő (przygotowano już do wprowadzenia banknot o nominale miliard bilionów (tryliarda) pengő , tj. jedynki z 21 zerami; zamiast opisu cyfrowego na banknocie znajdowało się oznaczenie „Egymilliárd B.-pengő”), a inflacja wyniosła 41 900 000 000 000 000 (41,9 biliarda) % w skali miesiąca, co oznaczało podwajanie się cen przeciętnie w ciągu każdych 15 godzin. Gdy w sierpniu 1946 roku wprowadzono tam forinta, przyjęto przelicznik 1:400 000 000 000 000 000 000 000 000 000, co oznacza, iż jeden forint otrzymał wartość czterystu tysięcy kwadrylionów (gdzie kwadrylion to jedynka z 24 zerami) pengő.«

Głowa może rozboleć od samego czytania powyższego cytatu, nie mówiąc już o tym, żeby to jakoś ogarnąć czy zrozumieć. W tym szaleństwie była metoda, ale o tym na końcu. Wypada jednak chyba zacząć od historii i polityki. Bez tego sam opis zjawiska niewiele, a właściwie nic nie wyjaśni? Podstawowe pytanie brzmi – skąd wzięła się taka hiperinflacja? Dlaczego niektóre państwa i ich waluty jej doświadczają? Dlaczego nie ima się ona amerykańskiego dolara? Drukowany już w niewyobrażalnych ilościach, a hiperinflacji, jak nie było, tak nie ma. Czy to możliwe, by taka monstrualna hiperinflacja, bo to już nie była zwykła hiperinflacja, była dziełem przypadku? W świecie finansów nie ma miejsca na spontaniczność. Jeśli wywołano taką hiperinflację, to w jakimś celu. Zapewne ktoś miał zyskać, a ktoś stracić. W przypadku Węgier trudno będzie dociec, komu to służyło i kto za tym stał. Ale warto spróbować, choć wiem, że będę odbijał się od ściany.

Tak jak napisałem wyżej, wypada zacząć od historii i polityki. Wikipedia pisze:

„W okresie od października 1944 do początku kwietnia 1945 roku terytorium Węgier było sukcesywnie opanowywane przez Armię Czerwoną. Po zakończeniu II wojny światowej Węgry należały do tzw. bloku wschodniego, będącego pod kontrolą ZSRR.

W pierwszych powojennych wyborach parlamentarnych w listopadzie 1945 zwyciężyła Niezależna Partia Drobnych Rolników. Uzyskała ponad 57% głosów. Lewicowe Węgierska Partia Komunistyczna i Węgierska Partia Socjaldemokratyczna uzyskały w sumie 34% głosów. 15 listopada 1945 powstał rząd Zoltana Tyldiego, z Niezależnej Partii Drobnych Rolników. 1 lutego premierem Węgier został Matyas Rakosi trzy dni później zastąpił go wicepremier Ferenc Nagy. 1 lutego 1946 powstała Republika Węgierska. Po wyborach Partia Komunistyczna przystąpiła do osłabienia pozycji Partii Ludowej i Partii Niepodległości. Partia Komunistyczna powołała blok lewicowy.

10 lutego 1947 został podpisany traktat pokojowy z aliantami, na mocy którego Węgry powróciły do granic określonym traktatem w Trianon.

W sierpniu 1947 odbyły się wybory parlamentarne w których 61% głosów uzyskał Blok Lewicowy.”

Hiperinflacja trwała niewiele ponad rok. Zaczęła się na wiosnę 1945 roku, a skończyła się w sierpniu 1946 roku wprowadzeniem nowej waluty – forinta. I jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, uleciała ona gdzieś daleko w przestworza. Forint był bardzo stabilny. Zupełnie tak samo jak w republice Weimarskiej. Cały ten cyrk na Węgrzech trwał w okresie, gdy komuniści nie byli jeszcze u władzy.

Przeglądając internet niewiele można znaleźć na temat tej węgierskiej hiperinflacji, ale czasem można trafić na wyjątkowe głupoty i to pisane przez kogo?! Na stronie NBP na Portalu Edukacji Ekonomicznej można m.in. przeczytać (wytłuszczenia moje):

»Do wiosny 1945 roku produkcja kluczowych surowców spadła dramatycznie, wydobycie węgla osiągało 40 procent produkcji międzywojennej, a produkcja boksytu spadła do 1 procenta produkcji sprzed wojny. Transportu kolejowego albo samochodowego w ogóle nie było. Kolej została zniszczona w czasie bombardowań, a jeśli pozostały jakieś lokomotywy, zabrali je Rosjanie bądź uciekający Niemcy. Wszystkie budapesztańskie mosty na Dunaju zostały zniszczone, kraj był w ruinie, a przedsiębiorcy nie mieli na czym stawiać fundamentów pod produkcję.

W takich warunkach Węgry zostały zmuszone do podpisania traktatu pokojowego, który przewidywał, że rząd węgierski wypłaci sowietom potężne odszkodowania wojenne, przekraczające połowę rocznego PKB, czyli 300 milionów dolarów. Pieniądze były też potrzebne rządowi do zaspokojenia podstawowych potrzeb kraju. Należało zatem jak najszybciej „zdobyć” pieniądze, a tymczasem uciekający przed sowietami węgierscy faszyści zabrali ze sobą do Niemiec matryce do ich drukowania.

Rosjanie, którzy ustalali wówczas politykę monetarną „wyzwolonych” państw Europy Wschodniej zareagowali na zwiększone potrzeby kapitałowe Węgier w najgorszy sposób – zaczęli drukować olbrzymie ilości pieniędzy (pengő), co spowodowało, że inflacja, która zaczęła się już w kwietniu 1945 roku, stała się hiperinflacją. Ceny na rynku wzrosły nawet czternastokrotnie i wciąż niepowstrzymanie rosły.«

Na Węgrzech, chyba od 1927 roku walutą było właśnie to pengő. Skoro więc węgierscy faszyści zabrali matryce do jego drukowania, to jak Rosjanie mogli je nadal drukować? I kto miał je drukować? Armia Radziecka? Przecież drukowaniem pieniędzy zawsze zajmują się ci sami, ci którzy są również właścicielami NBP. Dalej można jeszcze przeczytać:

„W połowie 1946 roku Węgry doświadczyły największej inflacji we współczesnej historii. W szczytowym momencie, ceny dóbr rosły średnio co 15 godzin. Dzienna stopa inflacji przewyższała 200 procent. Jeszcze w 1944 roku najwyższym znajdującym się w obiegu nominałem było 1000 pengő. Pod koniec 1945 roku było to już 10 mln pengő, a w połowie 1946 – 100 trylionów pengő. Do płatności podatkowych i pocztowych stworzono wówczas specjalną walutę – adópengő, czyli pengő podatkowy. Jej aktualną wartość podawano codziennie w komunikacie radiowym.

W sierpniu 1946 roku wprowadzono forinta, nową walutę, forinta, która zastąpiła pengő. Astronomiczne ceny przestały rosnąć i, ku zdziwieniu wszystkich, nastała trwała stabilność cen. Ta nagła zmiana była tak niesłychana, że do dziś wielu ekonomistów postrzega ją jako cud finansowy i gospodarczy. Jak mogło dojść do tak fantastycznego spadku inflacji? Według większości historyków, spadek inflacji był możliwy, bo w 1946 węgierski rząd po prostu utracił kontrolę nad gospodarką.”

Jak to wszystko zostało prosto wyjaśnione! Cud, cud finansowy! A śmieją się z katolików, że wierzą w cuda boskie. No to jak? W ekonomii cuda mogą się zdarzać? I jeszcze to, że węgierski rząd utracił kontrolę nad gospodarką. Czyli że to Rosjanie stracili kontrolę nad gospodarką, bo to przecież oni drukowali te pieniądze?

Nie wszystko, co tam napisano nie trzyma się kupy. Opis trudnej powojennej sytuacji gospodarczej pokrywa się z opisami z innych źródeł, jak również opis rozwoju hiperinflacji. Ale i on jest daleki od prawdy. Zniszczenia nie były aż tak wielkie. Całość, jak ktoś ma ochotę, tu: https://www.nbportal.pl/wiedza/artykuly/pieniadz/historia-hiperinflacji-na-wegrzech.

Wiemy więc, że sierpniu 1947 roku, w wyniku wyborów parlamentarnych, lewica zdobyła 61% głosów. To jeszcze nie była pełnia władzy komunistów. Rok wcześniej w sierpniu 1946 roku wprowadzono forinta i skończyła się hiperinflacja. Nie była więc ona dziełem lewicy. Zresztą wszędzie na świecie, bez względu na ustrój, bankami i pieniądzem rządzi naród „wybrany” lub ludzie od niego zależni. O tym nie można zapominać, jeśli chce się w sposób rzetelny opisywać rzeczywistość.

Niestety niewiele można się dowiedzieć z polskiego internetu. Znacznie lepiej wygląda to w angielskim. Vinitha Kumar w pracy The Hungarian Hyperinflation – A look into the production side z września 2015 roku pisze m.in.:

„Na Węgrzech po drugiej wojnie światowej decydenci mieli do rozwiązania dwa problemy: hiperinflację i niedobory towarów. Grossman i Horváth (2000) badają decyzje, które musieli oni podjąć: albo stymulować hiperinflację, albo próbować ją zwalczać, zwiększając dochody i ograniczając obieg banknotów. Zdecydowano się na hiperinflację jako sposób na ożywienie gospodarki i pobudzenie produkcji przed wprowadzeniem nowej waluty.”

Ostatnie zdanie daje do myślenia. Autorka nie rozwija tego wątku, ale dobra i psu mucha. A więc wiedziano, że będzie wymiana pieniędzy. Kto wiedział? Na pewno nie przeciętny Kovács (Kowal, Kowalski). Ale też ten, kto wiedział, wiedział kiedy ona nastąpi. Dalej pisze ona:

„Należy zauważyć, że nawet jeśli decydenci zdecydowaliby się zwalczyć hiperinflację, mogłoby to nie udać się ze względu na ilość pieniędzy w obiegu i poważny szok podażowy. Jak wyjaśniają Grossman i Horváth (2000), zwiększenie podaży pieniądza samo w sobie jest szokiem popytowym i można je traktować jako sposób na stymulowanie konsumpcji. Kiedy występuje wysoka inflacja, pieniądze tracą na wartości, przez co ludzie są bardziej skłonni do kupowania towarów. Jednak wzrost podaży pieniądza nie jest korzystny, jeśli nie ma towarów do kupienia. Dlatego rząd potrzebował także sposobu na stymulowanie produkcji. Musimy teraz zbadać skutki hiperinflacji i wpływ polityki rządu na różne obszary produkcji. Przypomnijmy sobie, że produkcja węgla, górnictwa i rolnictwa, z kilkoma wyjątkami, rosła po 1945 roku.

Z powodów ekonomicznych lub politycznych większość gałęzi przemysłu na Węgrzech po drugiej wojnie światowej została znacjonalizowana i stała się przedsiębiorstwami państwowymi. Jednak tylko górnictwo i nieliczne elektrownie zostały upaństwowione przed stabilizacją, czyli przed zakończeniem hiperinflacji. Dlatego podczas hiperinflacji rząd podjął działania w sektorze publicznym, jak i prywatnym, aby zachęcić przedsiębiorców do zwiększenia inwestycji i produkcji. Aby stawić czoła problemom rolnictwa, przeprowadzono poważną reformę rolną. W jej wyniku wielkie posiadłości zostały podzielone i ziemia trafiła do mniej zasobnych rolników. Rząd udzielał również pożyczek na prywatnych rynkach kredytowych według stóp procentowych, które nie były indeksowane proporcjonalnie do wzrostu kosztów utrzymania, wiedząc, że płatności staną się bezwartościowe z powodu inflacji lub, być może, nawet nie oczekując, że ​​zostaną spłacone. Przedsiębiorstwa państwowe również otrzymały dotacje. Nowo utworzone Ministerstwo Odbudowy wykorzystywało rynek pracy do odbudowy państwa i rolnictwa. Ponadto rząd węgierski zaangażował banki do zapewniania funduszy przedsiębiorcom. Dokonano tego, płacąc bankom za przekazywanie pieniędzy producentom. Stopa dyskontowa banku centralnego wynosiła 3 procent, a biorąc pod uwagę inflację, która osiągnęła ponad 10 000 procent, realne stopy procentowe były ujemne. Wszystkie działania były postrzegane jako sposób na ożywienie produkcji.”

Mamy tu do czynienia z bardzo dziwnym zjawiskiem. Rząd, czy może raczej jego bank centralny, wtłacza pieniądze do państwowych i prywatnych przedsiębiorstw, nie przejmując się tym, że pieniądze te nie wrócą w postaci spłat rat kredytu i odsetek. A wie, że i tak nastąpi wymiana pieniędzy. Czyli musi być jakiś inny cel.

„W latach 1938-1948 roczny przyrost PKB na mieszkańca był na Węgrzech większy niż w Niemczech, Grecji czy Rumunii. Jako punkt końcowy wybrałam rok 1948, ponieważ było to kilka lat po drugiej wojnie światowej, co dało krajom nią dotkniętym czas na odbudowę. Jednak zarówno Jugosławia jak i Włochy radziły sobie w tym okresie lepiej niż Węgry. Inne dane dostępne dla Węgier pozwoliły na porównanie pomiędzy 1938 a 1946 rokiem. Roczny przyrost PKB na mieszkańca Węgier w latach 1938–1946 był ponownie wyższy niż w Niemczech i Grecji, ale niższy niż we Włoszech.

W miarę stabilizowania się waluty rosło zaangażowanie obcych mocarstw. Związek Radziecki pomógł poprzez dostosowanie harmonogramu spłaty reparacji wojennych od Węgier, a Stany Zjednoczone udzieliły im linii kredytowej o wartości 15 milionów dolarów, a także wsparły je w programie Agencji Narodów Zjednoczonych ds. Pomocy i Odbudowy (UNRRA). Związek Radziecki wydłużył termin spłaty reparacji z sześciu do ośmiu lat, obniżył kary za opóźnienia i zmniejszył ilość dostaw należnych w 1946 i 1947 roku. Dzięki dodatkowej pomocy Węgry mogły skupić się na działaniach stabilizacyjnych. Aby przygotować się do stabilizacji, Węgry zaczęły gromadzić towary i gotowe produkty, tak aby po wprowadzeniu forinta były one gotowe do kupienia.”

Co wiemy po przeczytaniu tego cytatu? Wiemy, że na długo przed wybuchem hiperinflacji planowano wymianę pieniędzy. Wiemy też, że gospodarka węgierska była wtedy w zdecydowanej większości w prywatnych rękach. Rząd szastał pieniędzmi na lewo i na prawo. Wiemy też, że ta hiperinflacja nie odbiła się negatywnie na gospodarce. Wiemy również, że na terenie Węgier współpraca Związku Radzieckiego i USA trwała w najlepsze. Być może był to jeszcze ten moment, gdy losy Węgier nie były ostatecznie przesądzone. Przemówienie Churchilla w Fulton miało miejsce 5 marca 1946 roku. I jeszcze to gromadzenie towarów i gotowych produktów przed wprowadzeniem do obiegu forinta. Skąd rząd miał te towary i produkty? Czy była to pomoc zagraniczna, czy rząd celowo nie wprowadzał własnych, jeśli takie miał? Takie napomykanie o kluczowych decyzjach, bez próby ich wyjaśnienia dowodzi, że autorka słabo zgłębiła zagadnienie lub nie mogła o nich napisać. Bo skoro o nich wspomniała, to gdzieś o tym musiała przeczytać. Dlaczego więc pominęła to? Czyżby komuś nadal zależało na tym, by prawda nie wyszła na światło dzienne?

Vinitha Kumar w swojej pracy cytuje opracowanie The Dynamics of the Hungarian Hyperinflation, 1945-6: A New Perspective Peter Z. Grossman, János Horváth z roku 2000. Niestety nie można się z niego dowiedzieć czegoś, co ułatwiałoby zrozumienie tej hiperinflacji i jej przyczyn.

Celem rządu węgierskiego było ożywienie gospodarki i wzrost produkcji. Chodziło o szybką odbudowę kraju ze zniszczeń. To chciano osiągnąć za pomocą dodruku pieniądza. Tak to tłumaczą autorzy obu opracowań. Czy rzeczywiście można to było osiągnąć tylko w ten sposób? Jeśli przyrost PKB w latach 1938-1948 był na Węgrzech wyższy niż w Niemczech czy Grecji, ale niższy niż we Włoszech i Jugosławii, a były to niewielkie różnice w przedziale paru procent, to oznacza, że ta hiperinflacja nie miała wielkiego wpływu na gospodarkę, bo w porównywanych krajach przyrost PKB był podobny i osiągnięto to bez tak drastycznych środków.

Piszą oni też, że był to jedyny sposób na odbudowę zniszczonego kraju. Ale przecież wiele krajów było zniszczonych przez wojnę. Że Budapeszt ucierpiał i wszystkie mosty zburzone? Warszawa została zrównana z ziemią i mosty też zniszczone, a cała Polska jeszcze bardziej niż Węgry. To jednak nie przeszkodziło gospodarce polskiej, od razu po wojnie, stanąć na nogi. Towarów nie brakowało i nie było potrzeba do tego hiperinflacji. Problemy zaczęły się po 1948 roku, po zjednoczeniu PPS i PPR i powstaniu PZPR. Komuniści przejęli pełnię władzy i zaczęła się bieda.

Grossmann i Horváth piszą, że hiperinflacja była korzystna dla przedsiębiorców, bo przy symbolicznym oprocentowaniu kredytów, których nie rewaloryzowano, spłacanie ich nie było problemem, pomijając już fakt, że nawet nie liczono na ich spłatę. Inaczej było w przypadku robotników, których płace traciły na wartości w zastraszającym tempie. Wskazują oni na zdyscyplinowanie narodu węgierskiego i jego poświęcenie dla dobra kraju. Cóż, dziwne argumenty. Cała ta hiperinflacja trwała niewiele ponad rok, a ten najgorszy etap – parę miesięcy. Można wytrzymać. Najwyraźniej jednak autorzy nie chcą zauważyć, bo nie wierzę, że nie wiedzą, że na Węgrzech było coś takiego jak rok 1956. Jak fakty nie pasują do teorii, tym gorzej dla faktów.

„Jeszcze w 1944 roku najwyższym znajdującym się w obiegu nominałem było 1000 pengő. Pod koniec 1945 roku było to już 10 mln pengő, a w połowie 1946 – 100 trylionów pengő. Do płatności podatkowych i pocztowych stworzono wówczas specjalną walutę – adópengő, czyli pengő podatkowy.”

Czyli do końca 1945 roku nie było jeszcze źle. Nawet później nie było tak źle. Vinitha Kumar zamieszcza w swoim opracowaniu wykres wzrostu cen w sektorze przemysłowym i rolnym od grudnia 1945 roku do końca lipca 1946 roku. Opierała się na danych węgierskiego banku (Hungarian Central Creditbank) z sierpnia 1946 roku. Z niego wynika, że ta krzywa wzrostu wznosiła się dosyć łagodnie. Dopiero pod sam koniec czerwca 1946 roku wystrzeliła ostro do góry. Od tego momentu przyrost następował w postępie geometrycznym. Dokładnie tak samo wyglądał ten wykres w przypadku niemieckiej hiperinflacji z 1923 roku. Historia lubi się powtarzać, choć, jak mówią niektórzy, nie zawsze tak samo. Istotnie! Jest pewna różnica. W niemieckim przypadku krzywa wzrostu cen zmieniła się w krzywą wzrostu w postępie geometrycznym na trzy miesiące przed wymianą waluty. Na Węgrzech nastąpiło to na miesiąc i tydzień przed zmianą i w tym jednym miesiącu dosłownie wystrzelili w kosmos. I tym sposobem Węgrzy zrobili coś, co Niemcy nazywają Weltmeisterschaft – Mistrzostwo Świata. Do dziś są niepokonani. Chciałoby się powiedzieć – Złota Węgierska Jedenastka. Gdyby ktoś chciał się zapoznać z oryginalnym tekstem i zobaczyć ten i inne wykresy i tabele, to tu: https://sites.krieger.jhu.edu/iae/files/2017/04/Vinitha_Kumar_Hungary.pdf.

Jeszcze do połowy kwietnia wzrost cen był stabilny. Najwyższym w obiegu był banknot dziesięciomilionowy. W połowie kwietnia nastąpiło lekkie odbicie w górę. Jeśli więc dodamy ten okres, to wyjdzie nam, że ta hiperinflacja trwała nie dłużej niż trzy i pół miesiąca. I teraz już jest jasne, dlaczego nie miała ona wpływu na gospodarkę, a i zwykli ludzie zbytnio nie ucierpieli. Szybka akcja. Któż mógł tego dokonać i po co? Ja wiem kto! Nie są to sprawy, które można komuś udowodnić, czy złapać kogoś za rękę, ale przy bliższym spojrzeniu i połączeniu pewnych faktów, connecting the dots – jak mówią Anglosasi, albo zebraniu ich „zusammen do kupy”, wyłania się pewien obraz.

Nie da się zaprzeczyć, że Żydzi dominują w finansach i handlu. W wielu innych dziedzinach też ich nie brakuje, ale połączenie tych dwóch branż stwarza niezwykłe pole manewru dla dokonywania różnych operacji finansowych. Mają też wsparcie ze strony polityków, bo często to oni są nimi. Więc to, co robią, jest nie tyle wynikiem nadzwyczajnych talentów do manipulowania pieniądzem, co doskonałą organizacją i współdziałaniem w zakresie finansów, handlu i polityki. Choć zapewne nie brakuje w tym wszystkim prawników, prasy i mediów wszelkiego rodzaju.

A co to ma wspólnego z węgierską hiperinflacją? Wydaje mi się, że ma. Ale żeby to było zrozumiałe, to wypada zacząć od naszego podwórka, by wyjaśnić mechanizm działania inflacji czy hiperinflacji. W tym wypadku nie muszę sięgać do książek, do internetu, bo sam to przeżyłem.

W okresie „festiwalu” Solidarności, w latach 1980-81, doświadczyliśmy w Polsce dużej inflacji. Dla jednych było to bardzo bolesne doświadczenie, dla innych – wprost przeciwnie. Pieniądz tracił na wartości, a oprocentowanie kredytów i oszczędności nie zmieniało się. Ci, którym udało się dostać kredyt na dom, spłacali go za grosze, za przysłowiową kurę. Ci, którzy mieli oszczędności, stracili je. Często był to dorobek całego życia. Jednym słowem: jedni zbudowali sobie domy za oszczędności innych. Zakorzenił się pogląd, że nie warto oszczędzać, tylko brać kredyty.

Po tej inflacji uspokoiło się na całe lata 80-te, lata wykreowanego zastoju, by wymusić zmiany. Po roku 1989 nastała nowa rzeczywistość. Jeszcze na krótko przed tymi zmianami ludzie zaczęli brać kredyty. Byli to głównie ci, którzy zakładali własne firmy i rolnicy. Wydawało im się, że nie będzie problemu. Gospodarka kulała, więc i państwo i banki zachęcały do „brania spraw we własne ręce”.

Potem znowu pojawiła się inflacja, wysoka. Od lutego 1989 do lutego 1990 roku wynosiła 1180%. Dla tych, którzy zainwestowali w produkcję, czy dla rolników, którzy kupili maszyny, była to katastrofa. Tym razem, inaczej niż poprzednio, aktualizowano oprocentowanie kredytów. Dla inwestycji długoterminowych oznaczało to wyrok śmierci. Wielu ludzi popełniało samobójstwa. Jedyne co się wtedy opłacało to handel. Tak czyszczono rynek z konkurencji dla zachodniego kapitału. Ale likwidowano też państwowe przedsiębiorstwa, bo – „nierentowne”. Nierentowne były też banki. One też miały starty, ale dofinansowano je z budżetu państwa i sprzedano. Komu? Kto zgadnie? Handel się rozwijał, bo jemu inflacja nie była groźna – szybki obrót pieniądza. Polacy zakładali sklepy, hurtownie. Myśleli, że tak się będą rozwijać, tworzyć sieci handlowe. A chodziło w tym wszystkim tylko o to, by stworzyć sieć dystrybucji po upadłym handlu PRL-u. Ktoś musiał na początku sprzedawać te zachodnie towary. Kiedy już Zachód rozpoznał rynek polski i jego potencjał, to pojawiły się obce sieci handlowe, hipermarkety i w końcu galerie handlowe. Murzyn zrobił swoje i murzyn musiał odejść. – I odszedł.

W celu „walki” z inflacją ustanowiono sztywny kurs dolara na poziomie 9500 PLZ. Utrzymywano go do maja 1991 roku, a więc ponad rok. Po tym czasie uwolniono go i w momencie denominacji w 1995 roku wynosił 2,43 PLN. W ciągu czterech lat stracił na wartości dwa i pół raza: od 0,95 do 2,43. Po co był sztywny kurs dolara? Po to, by sprzedawać dolary, kupować złotówki, wkładać je do banku na bardzo wysoki procent, po roku podejmować i kupować za nie dolary. Przy takiej inflacji z jednego dolara robiło się kilka czy kilkanaście dolarów. I po to się robi inflację, czy hiperinflację. Ktoś zarabia, a ktoś tarci. Nie od niebios to zależy. No i teraz możemy cofnąć się w czasie i wrócić na Węgry z lat 1945-46.

Hiperinflacja ta nie wyrządziła gospodarce żadnej szkody, bo nie mogła, bo trwała zbyt krótko. Po co więc ją zrobiono? – Żeby ktoś zarobił. Nawet jeśli te pieniądze traciły na wartości, to nadal były pieniędzmi i jak ktoś miał ich dużo, to wymienił je na nowe, solidniejsze. A kto miał te pieniądze? Rząd pchał je do firm państwowych i prywatnych, by „ożywić” gospodarkę i produkcję. A co robili ci, którzy je dostali? Musieli coś za nie kupić. A u kogo? U tych, którzy kontrolują handel. Zgromadzili oni kupę tych „nic” nie wartych pieniędzy.

Kluczową informacją jest to, kiedy ustalono kurs wymiany pengő na forinta i termin wymiany. Z tego wykresu, na którym widać moment nagłego odbicia do góry, wynika, że mogło to nastąpić w maju lub na początku czerwca albo w połowie kwietnia, gdzie widać lekkie odbicie do góry. Skoro znano termin wymiany, to wiedziano, że ten miesiąc czy dwa totalnego chaosu nie wyrządzi gospodarce wielkiej szkody. Zaczęto drukować bez umiaru, by móc później wymienić tę makulaturę na pieniądz wartościowy. Widać, że Żyd nie mógł opanować swojej pazerności. Im bliżej terminu wymiany, tym bardziej szaleńczy dodruk. Aj waj! Panie Goldstein, pan nawet sobie nie wyobrażasz, jaki tu można zrobić interes! Czy można zatem dziwić się, że jeden z najbardziej znanych żydowskich finansistów pochodzi z Węgier?

A po co tyle zer? W 1871 roku przeprowadzono w Niemczech reformę pieniężną. Zlikwidowano wszystkie waluty lokalne i wprowadzono markę. Teodor Jeske-Choiński w książce Historia Żydów w Polsce pisze:

»Na mocy nowego prawa (Münzgesetz) kazał rząd pościągać wszystkie dotychczasowe monety i przelać je na inne. Niby nie było w tym złego, gdyby wartość dawnych pieniędzy została taka sama.

Przede wszystkim postarali się mistrzowie spekulacji o jak najtrudniejszy rachunek. Więc ustalili wartość marki na 0,358.423 gramów złota. Łatwo się domyślić, że tak wyrafinowany ułamek dziesiętny nie ułatwiał wcale obrachunku przy zmianie, czyli że wekslarze mogli pewniej „zarobić”. Bamberger pisał przecież wyraźnie z cynizmem żydowskim: „gdzie cieśla buduje, powstaje wielka ilość wiórów, które są oczywiście własnością majstra”. I wymyślił dziwaczny ułamek, aby tych „wiórów” było najwięcej.«

No i już wiadomo po co tyle zer. Po to, żeby nikt nie zorientował się, ile tego pieniądza jest. Bo któż będzie się interesował taką makulaturą? Przeprowadzenie takiej operacji wymagało doskonałej organizacji i współdziałania wielu środowisk: bankowego, handlowego, politycznego, prawniczego i odpowiedniej propagandy. W tamtym okresie nawet USA i Związek Radziecki zgodnie współdziałały dla „dobra” Węgier.

Tak więc sam talent do spekulacji finansowych to za mało. To nie są jakieś czary mary i nadprzyrodzone zdolności, które pozwalają za pomocą jakichś tajemnych sztuczek oszukać innych. Żydzi po prostu współpracują ze sobą na wszystkich szczeblach i we wszystkich dziedzinach i pomagają sobie wzajemnie. Do tego jeszcze wtapiają się w społeczności, w których żyją i stają się nierozpoznawalni. Ciężko z nimi z tego powodu walczyć, ale warto poznawać metody ich działania, bo łatwiej wtedy ich zidentyfikować, ale przede wszystkim warto się od nich uczyć.

Powroty

Mam taki nawyk, że wracam do książek, które kiedyś czytałem. I za każdym razem znajduję w nich coś, czego wcześniej nie dostrzegłem. Czy dlatego, że nieuważnie czytałem, czy raczej dlatego, że czasy się zmieniają, a wraz z nimi i ja, i dzięki temu odkrywam to, co wcześniej było niewidoczne. Książki, raz napisane, nie zmieniają się, w przeciwieństwie do internetu, i to jest ich największą zaletą. Jedną z tych, do których wróciłem po latach, jest książka Bold New World; The Essential Road Map to the Twenty-First Century, której autorem jest William Knoke. Została ona wydana w 1996 roku. Czytałem ją więc w drugiej połowie lat 90-tych. To była ciężka lektura, bo opisywała, mniej więcej, rzeczywistość, której teraz doświadczamy. Jakoś nie mogłem sobie wyobrazić tego świata, a już z pewnością znaleźć w nim miejsce dla siebie. Miałem nadzieję, że nie dożyję tych czasów. Stało się jednak inaczej: „Life is brutal and full of zasadzkas”. Do książki wróciłem, ale nie musiałem jej czytać ponownie, od deski do deski, bo zaznaczyłem sobie wtedy najważniejsze fragmenty. A tak na marginesie, czy ktoś wie, skąd wzięło się określenie – od deski do deski? Pierwsze książki miały okładki drewniane, czyli z desek. Przyznam, że słysząc to „od deski do deski”, nie kojarzyło mi się ono z deskami, tylko z tym, że książka została przeczytana od początku do końca. Dziś już nikt nie czyta, od deski do deski, bo ludzie przeważnie czytają w internecie lub czytają e-booki.

Wróciłem więc do książki i przejrzałem ją i znalazłem, coś, co wtedy uszło mojej uwagi. A może nie uszło? Po prostu wtedy nie mogłem dostrzec tego, co obecnie widzę, bo dziś mam już inne doświadczenia i spostrzeżenia. Nie wiem tylko, czy autor świadomie napisał to, co napisał, czy umknęło to jego uwadze.

Autor opisał w tej książce rzeczywistość początku XXI wieku. Jest w niej wszystko, czego obecnie doświadczamy. On to opisał, ale nie wyjaśnił, dlaczego tak ma się stać, dlaczego ten świat ma tak wyglądać. Czy dlatego, że „rozwój” i „postęp”, to są zjawiska, które są niezależne od woli człowieka, czy może jednak ktoś świadomie kieruje tym procesem? Z informacji podanej na obwolucie książki można m.in. dowiedzieć się, że:

William Knoke był wówczas twórcą i prezesem Harvard Capital Group, która zajmowała się bankowością inwestycyjną, specjalizującą się w fuzjach i przejęciach firm z branży nowoczesnych technologii. Jest absolwentem Stanford University i Harvard Business School.

William Knoke, bankier inwestycyjny i wizjoner, który wierzy, że to nie, tak szeroko reklamowana era informacyjna, która definiuje nasze czasy, tylko to, co on nazywa społeczeństwem bez tożsamości (Placeless Society). Rewolucje w komunikowaniu się i transporcie przenoszą nas w epokę wszystkiego-wszędzie (Age of Everything-Everywhere), w której ludzie i towary często przenoszą się z jednego miejsca na drugie niemal natychmiast. Uświadamia nam, że ponieważ „blisko równa się daleko” (near equals far), wszelkie kryteria, według których oceniano potencjał narodowy, bogactwo korporacji i znaczenie jednostki należy zdefiniować na nowo.

Knoke zaczyna od początku, od opisu świata, od opisu świata wymiarowego i tak to według niego wygląda:

Świat wymiarowy

Uczniowie wchodzą do klasy. Na tablicy nauczycielka narysowała kropkę, linię, kwadrat i sześcian. Wskazując placem, na początku, na linię, opisuje świat jednowymiarowy. „To jest prosty wycinek linii kolejowej” – mówi. „Pociąg na tej linii może poruszać się do przodu lub do tyłu. Nie może skręcić w lewo lub w prawo albo do góry lub na dół.

Następnie nauczycielka wskazuje na kwadrat. „To jest świat dwuwymiarowy” – mówi im. Wyciąga kawałek kartonu i umieszcza na nim stonogę. Owad zaczyna wędrówkę tu i tam. „To jest świat dwuwymiarowy” – wyjaśnia. „Można poruszać się wzdłuż lub wszerz kwadratu.”

W końcu przechodzi do sześcianu. „W tej przestrzeni, która może być pokojem, można poruszać się do góry i do dołu, jak również wzdłuż i wszerz” – mówi ona. „Ona reprezentuje świat trójwymiarowy, ten, w którym my żyjemy. W tym momencie wyciąga gołębia skądś zza jej biurka i pozwala mu pofrunąć po pokoju i ulecieć przez otwarte okno na czubek okolicznego drzewa. Uczniowie patrzą przez chwilę na ptaka, który odlatuje na kolejną gałąź, poza ich polem widzenia, i zwracają swój wzrok na nauczycielkę.

Jedna studentka podnosi rękę. „Po co jest kropka na tablicy? Co to oznacza?” – pyta. „Ona reprezentuje świat zero wymiarowy”, odpowiada nauczycielka. „W świecie zero wymiarowym nie ma żadnej wolności” (In the Zero Dimension there is no freedom at all). Proszę to sobie zapamiętać, jeśli ktoś w ogóle to czyta, bo na końcu będzie nawiązanie do tego.

Świat zero wymiarowy

Od najdawniejszych czasów, jakieś 2 miliony lat temu, do około 5000 lat temu, nasi przodkowie żyli w świecie zero wymiarowym. Oni oczywiście rozumieli świat trójwymiarowy. Drzewa miały wysokość, szerokość i głębokość. Jaskinie miały ściany i sufity. Jednak w sensie społecznym te koczownicze plemiona były oddzielone od siebie, takie wyspiarskie kultury (insular „dot cultures”) sporadycznie kontaktujące się ze sobą. Choć zdarzały się grupy dochodzące do 50 osób, to typowa jednostka łowiecka składała się z dwóch lub trzech spokrewnionych rodzin. Gdy taka grupa rozrastała się, to musiała się podzielić i szukać dla siebie nowych terenów łowieckich. W całym swoim życiu tacy ludzie nie widzieli więcej niż kilkaset osób.

Nie ulega wątpliwości, że taka samoizolacja, bardziej niż cokolwiek innego, ograniczała rozwój ludzkości w ciągu tych dwóch milionów lat. Gdy coś ulepszono – jak choćby sposób ostrzenia krzemienia lub konserwacji mięsa renifera – to tylko przypadkiem inne grupy mogły z tego skorzystać. Z reguły każda z nich musiała sama odkrywać i ulepszać środki, które pozwalały przetrwać. Szanse na gromadzenie wiedzy i postęp były nikłe.

Świat jednowymiarowy

Po 2 milionach lat, około 15 000 lat p.n.e., nastąpiło ocieplenie, lodowiec topniał. Warunki stały się korzystne dla rolnictwa i hodowli. Ludzie zaczęli uprawiać dzikie trawy, które dostarczały jadalnych nasion oraz hodować dzikie owce i kozy. Uniezależnieni od łowiectwa, zaczęli gromadzić się i osiedlać się w wioskach. Około 3000 p.n.e. koczownicy zmienili się w rolników.

Ludzie, którzy poprzednio żyli w izolacji, zaczęli teraz kontaktować się ze sobą, z sąsiednimi wioskami, wykorzystując do tego utarte szlaki, prowadzące wzdłuż brzegów rzek lub przez przełęcze górskie. Przepływały nie tylko towary handlowe, ale również idee i wiedza. Z Indii zapożyczyli cyfry dziesiętne i technikę szczepień. Turcja dała światu brąz i stal. Z Azji centralnej dotarły konie, koło z Iranu. Z Egiptu – papier i atrament, arytmetyka i geometria, bielizna i szkło. Z Babilonii – astronomia, znaki zodiaku i pierwsze książki. Z Sumeru – pierwsze kontrakty handlowe i użycie złota jako miernika wartości. Chiny dostarczyły jedwabiu, prochu i kompas.

Te wynalazki i odkrycia i wiele innych, dotyczących filozofii, interesów, sztuki i religii mieszały się ze sobą i dojrzewały w globalnym kotle (globalny kocioł w jednowymiarowym świecie? – przyp. mój). Każda kultura, każda osoba, każda społeczność wzbogacały wspólną wiedzę. Szlaki handlowe, bardziej niż cokolwiek innego, wyzwoliły ludzkość z prymitywnej epoki i stworzyły podwaliny cywilizacji: człowiek wkroczył w świat jednowymiarowy – erę kontaktów społecznych w oparciu o ustalone szlaki.

Świat dwuwymiarowy

W miarę jak pojedyncze szlaki handlowe wydłużały się i krzyżowały z innymi, rozwijał się świat dwuwymiarowy. Pojedyncza wioska nie była już tylko punktem na mapie, ale funkcjonowała w szerszym kontekście. Dziecko, które przyszło na wiejski targ, widziało wielu sprzedawców i ich towary, wykonane z brązu i żelaza, kubki wycięte z bursztynu, morskie muszle, piękne tkaniny i skóry, i kształtowało swoje wyobrażenie o świecie. Z czasem rozwinęło się w człowieku pojęcie lądu i społeczeństwa, które tworzyli ludzie i wioski rozproszone w różnych kierunkach.

Przywódcy wyłaniających się centrów handlowych dostrzegli okazję stworzoną przez świat dwuwymiarowy i zaczęli wykorzystywać drogi, by przechwycić kontrolę nad większymi obszarami. Powstawały imperia. Początkowo w Mezopotamii i Egipcie, w Indiach i Chinach, a później w Persji, Grecji i Rzymie.

Imperialni przywódcy szybko wykorzystali drogi do umocnienia swojej władzy. Inkowie wybudowali drogi od Chile do Peru i Ekwadoru. Chińczycy pokryli swój kraj siecią dróg, uzupełnioną mostami i promami ułatwiającymi przeprawy. Rzym, w momencie największego rozkwitu, dysponował drogami o długości 53 000 mil. Wszędzie drogi umożliwiały szybkie dotarcie żołnierzy, by utrzymać kontrolę nad całym imperium.

Pomimo że rozumiano znaczenie świata dwuwymiarowego, to z wyjątkiem regionalnych imperiów z rozwiniętą siecią dróg, odległe obszary nadal były dostępne poprzez wąskie drogi jednowymiarowej przestrzeni. Fenicjanie, Grecy, Rzymianie i Chińczycy dysponowali statkami, które umożliwiały kontrolę na morzu, ale w niewielkim tylko zakresie. Była to żegluga przybrzeżna. Przejście do drugiego wymiaru nie było jeszcze pełne.

Wszystko zmieniło się w XV wieku. Nastąpił postęp w morskiej technice. Cieśle budowali duże statki zdatne do żeglugi, wyposażone w żagle i stery, umożliwiające płynięcie prawie pod wiatr. Matematycy opracowali tablice nawigacyjne a rzemieślnicy skonstruowali instrumenty takie jak liczniki przebytej odległości, dokładniejsze astrolabia i kompasy. Wszystko więc było gotowe na nową generację żeglarzy, którzy przetną pępowinę łączącą ich z lądem.

W rezultacie Era Odkryć Geograficznych zapoczątkowała pełne przejście ludzkości do przestrzeni dwuwymiarowej. W przeciągu tylko 35 lat europejscy żeglarze opłynęli Afrykę, odkryli obie Ameryki i opłynęli świat. Nowe możliwości pozwoliły Europejczykom rozciągnąć swoją władzę na cały świat. W ciągu pięciu wieków, u progu XX wieku, 25 europejskich państw kontrolowało 84% lądów (skąd on wziął 25 państw w Europie u progu XX wieku? – przyp. mój). Rewolucja dwuwymiarowego świata – okres gdy ludzkość swobodnie współdziałała na całej powierzchni Ziemi – została ukończona.

Trzeci wymiar

W XIX wieku pojawiły się na niebie balony i prymitywne szybowce. Na początku XX wieku ludzie skonstruowali latające maszyny napędzane silnikiem. Znaczny postęp nastąpił w czasie I wojny światowej. W trakcie II wojny światowej pojawiły się bombowce dalekiego zasięgu, zdolne do przenoszenia pocisków nuklearnych. W ciągu jednego pokolenia konflikty zbrojne przeniosły się w trzeci wymiar.

Już nie wystarczyło bronic swoich granic czy patrolować wody przybrzeżne. W trzecim wymiarze wróg mógł zaatakować bez przekraczania granic. Tak jak wcześniej, nowy wymiar całkowicie zmienił układ sił na świecie.

Nowa rzeczywistość wytworzyła nowy porządek polityczny. Dwie super potęgi starły się w śmiertelnej walce o panowanie nad trzecim wymiarem. Obie nagromadziły masę pocisków nuklearnych, umieściły satelity na orbicie, wysłały ludzi na Księżyc, roboty na planety, stworzyły stacje orbitalne.

Rozwinął się także cywilny transport lotniczy. Pojawiło się mnóstwo nowych samolotów, lotnisk i producentów. W 1950 roku 20 milionów pasażerów korzystało z transportu lotniczego w USA, a 10 lat wcześniej prawie ich nie było. Do 1990 roku ilość pasażerów samolotów wzrastała o 500 milionów rocznie. Trzeci wymiar został opanowany.

Podobieństwa

Pierwszy wymiar trwał dobre 5000 lat, poczynając od pierwszych śladów cywilizacji. Drugi wymiar – 500 lat, kończąc się opanowaniem mórz. Trzeci istniał tylko 50 lat i jego zwieńczeniem było opanowanie przestrzeni powietrznej. Tempo przyspiesza i w miarę jak zbliżamy się do nowego tysiąclecia, ludzkość przymierza się do przeskoczenia do czwartego, prawdopodobnie ostatniego, wymiaru.

By zrozumieć zakres nadchodzącej przemiany, musimy przeanalizować poprzednie przejścia do nowych wymiarów. Każda jego zmiana pociągała za sobą wstrząs w politycznej organizacji. Zasadniczy zwrot nastąpił w trakcie przejścia do pierwszego wymiaru, od niezliczonych plemion koczowniczych, mieszkańców jaskiń, do dobrze zorganizowanych i wspólnych rządów (collective governments) w rozwijających się wioskach i rodzących się państwach-miastach. Drugi wymiar był świadkiem tworzenia się regionalnych królestw, a później imperiów kolonialnych obejmujących cały świat. Trzeci wymiar zapoczątkował rywalizację supermocarstw i walkę o panowanie w powietrzu i na orbicie okołoziemskiej. Niebawem przekonamy się, dlaczego czwarty wymiar, na dobre czy na złe, zwiastuje rząd globalny.

Zasady rządzące bogactwem również ulegną przemianie. Gromadzenie bogactwa bardzo przypomina koncentrację władzy politycznej i militarnej. Nowa przewaga konkurencyjna, dodatkowe informacje lub zdolność do podjęcia właściwej decyzji może oznaczać różnicę pomiędzy sukcesem i porażką. Każdy nowy wymiar to szansa, to poszerzenie zakresu wolności i działania, jak również nowe możliwości, niedostępne dla tych, którzy nie przeniosą się do niego. Nowi bogaci obywatele pierwszego wymiaru, to kupcy, którzy dostrzegli nowe szanse – nowe szlaki handlowe.

Podobnie, gdy społeczeństwa przechodziły do drugiego wymiaru, tymi którzy zgromadzili nieporównywalne bogactwo, byli ci, którzy wiedzieli jak stworzyć imperia i panować na morzach (jak to czynili Fenicjanie i Grecy, później Rzymianie i Wenecjanie, a po nich Hiszpanie i Anglicy).

Trzeci wymiar, era transportu powietrznego, stworzyła ponadnarodowym korporacjom warunki do natychmiastowego niemalże przenoszenia ludzi, surowców i produktów końcowych w dowolne miejsca na świecie. To im dało przewagę konkurencyjną nad tymi, którzy nie dokonali zmian. Produkcja może być zorganizowana gdziekolwiek, gdzie różnice płac, ceny surowców i umiejętności pracowników dają przewagę konkurencyjną. To pozwoliło na powstanie globalnych firm, których bogactwo przewyższało często bogactwo państw, które udzielały im gościny.

Kto wzbogacił się? Ci, którzy bezpośrednio wykorzystali nowy wymiar, nie ci, którzy ich zaopatrywali. To nie hodowcy osłów, cieśle, którzy budowali statki, czy producenci samolotów stali się najbogatsi. Raczej byli to ci, którzy wykorzystywali osły, statki, samoloty do realizacji swoich celów. Przykładem może być ropa naftowa, podstawowy surowiec trzeciego wymiaru. Z pewnością sprzedawcy stali się bogaci, ale prawdziwe bogactwo było udziałem tych, którzy konsumowali ropę w celu wytworzenia jeszcze większego bogactwa – Stany Zjednoczone, Japonia i Europa.

Ta sama zasada ma zastosowanie w czwartym wymiarze: producenci nowych narzędzi będą bez wątpienia prosperować – nawet niektórzy wyjątkowo – ale jako grupa, to użytkownicy nowych narzędzi zgromadzą większość tego nieporównywalnego nowego bogactwa.

Kiedy świat wkroczy do nowego wymiaru, nie wszyscy od razu się w nim znajdą. Nawet obecnie wielu ludzi żyje w pierwszym lub drugim wymiarze. Niestety spóźnialscy wydają się być na zawsze skazani na względną biedę, ponieważ bez możliwości (wolności) przejścia do następnego wymiaru, będą cały czas w gorszej sytuacji, a ich gospodarki zawsze będą słabsze niż te z większą możliwością poruszania się po nowym wymiarze.

I odwrotnie, największe nagrody czekają na tych, którzy pierwsi przeniosą się do nowego wymiaru. W pierwszym wymiarze kupcy, którzy regularnie przemierzali szlaki handlowe byli pierwszymi nouveaux riches. Podobnie miasta , które wykorzystały główne drogi handlowe rosły i prosperowały. W drugim wymiarze ci, którzy ustanowili regionalne imperia, a później Hiszpanie i Anglicy, którzy pierwsi rościli sobie prawa do Nowego Świata, zdobyli łupy, które wyniosły ich do niewyobrażalnego wcześniej bogactwa. W naszej obecnej epoce to właśnie globalne korporacje, ubiegając innych, pierwsze dotarły do nowych rynków. Wskazówki dla tych, którzy poszukują bogactwa w wyłaniającym się czwartym wymiarze są proste: bądźcie tam pierwsi.

Do tego opisu, takiej interpretacji dziejów, należy podejść z pewną rezerwą, choć jest to opis przemawiający do wyobraźni. Przede wszystkim nie wiemy jak żył człowiek pierwotny. Jednak naskalne rysunki i obrazy sugerują, że nie był on taki prymitywny. Jeśli niektóre z nich mają po kilka metrów szerokości i wysokości, to nasuwa się wniosek, że do ich namalowania potrzebne były rusztowania i odpowiednie oświetlenie. Wszyscy widzieliśmy gdzieś zdjęcie posągu Dawida, Michała Anioła. Posąg jak posąg. Podobnych rzeźb wykonał on ponad 10. Miały one przeważnie około 2 metrów wysokości. Nawet jeśli dowodziły geniuszu artysty, to jesteśmy w stanie sobie wyobrazić, że można coś takiego zrobić, ale Dawid ma wysokość 5 metrów i 17 centymetrów. To jest zupełnie inna skala trudności. Nic więc dziwnego, że nikt go nie pytał, jak wyrzeźbił te pozostałe, tylko pytano o Dawida. Michał Anioł odpowiedział: „To proste, odjąłem wszystko, co nie było Dawidem”. Proste? Proste! Podobny problem, problem skali, pojawia się w przypadku tych wielkich malowideł człowieka pierwotnego, co sugeruje, że on taki pierwotny nie był i być może sposób organizacji tych społeczeństw nie był tak ograniczony jak chce Knoke. Był to jednak obraz bardziej skomplikowany. Paul Herrmann w książce Siódma minęła ósma przemija pisze:

„Z początku człowiek drapał paznokciami po miękkiej ścianie jaskini, podobnie jak robił to pazurami niedźwiedź jaskiniowy; są to kolorowe odbicia ludzkich rąk, mozolnie ryte w ścianie, pobieżne szkice zwierząt, najpierw próby z kolorami, a potem kolorowe obrazy, długie walki o światło i cień w obrazie, o głębię i perspektywę. Potem przyszły długie okresy impresjonistycznej koncentracji obrazu na ruch i na przelotną chwilę spojrzenia; z kolei nastąpiły ekspresjonistyczne uproszczenia i deformacje malowanego przedmiotu, rozczłonkowanie obrazu na trójkąty, kostki, łuki, romby i prostokąty, tak dobrze nam znane ze współczesnej sztuki. Wszystko to zawarte jest w wielkim planie historii, która od tej stylizacji postępowała ku symbolizmowi wczesnego pisma obrazkowego.

Być może, że te obrazy z epoki lodowej posiadają treść czarodziejską i znaczenie magiczne. Nawet w tych wypadkach, gdy są one realistyczne i dla szerokiego kręgu widzów natychmiast zrozumiałe, należy je chyba pojmować w ten sposób. Ale z chwilą gdy zaczynają występować impresjonistyczne deformacje i uproszczenia – jak na przykład w pochodzącym z Teyjat pięknym rysunku w kości, na którym stado reniferów składa się z dwóch, z niezwykłą dokładnością narysowanych zwierząt idących na czele stada (na rysunku w książce jedno idzie na początku, drugie na końcu – przyp. mój), poza tym zaś chmary falujących kresek, jako symbol błyskawicznie szybkiego ruchu, jako obraz migawkowy i deformacja wywołana przelotną chwilą spojrzenia – z tą chwilą mogła się narodzić sztuka, której wykonywanie nie było już podyktowane względami magiczno-religijnymi ani też celowo uwarunkowane. Albowiem tego rodzaju symboliczne przedstawienie zjawisk świata zewnętrznego nie było już powszechnie zrozumiałe, więc nie mogło chyba działać jako czar. Rysunek czy obraz stały się sprawą prywatną, sprawą świadomej swego „ja” jednostki, kwestią kierunku, mody lub szkoły. W ten sposób ludzie pierwotni wstąpili, być może, na drogę, u której końca znajdowało się pismo obrazkowe.”

Te opisy tych trzech wymiarów nie są aż tak istotne. Autor zapewne chciał, poprzez kontrast, uzmysłowić czytającym, czym może być czwarty wymiar. Ten obraz jest o wiele ciekawszy, zwłaszcza że możemy go skonfrontować z naszą rzeczywistością. Książka została ukończona w 1995 roku. Była więc pisana w pierwszej połowie lat 90-tych, ponad 25 lat temu. To już jedno pokolenie. Czy był on wizjonerem? Bardziej chce mi się wierzyć, że był dobrze poinformowany. A biorąc pod uwagę jego zajęcie, to należy prawdopodobnie, jeśli jeszcze żyje, do nacji „wybranej”, która od zawsze dążyła do podporządkowania sobie innych.

Już w tamtym czasie wiedział, że krzem i elektrony zostaną zastąpione laserem i fotonami. Że będzie postępowała miniaturyzacja sprzętu komputerowego a wraz z nią będą wzrastały możliwości operacyjne komputerów. A jak ta moc operacyjna będzie wykorzystana? – pyta Knoke. Po części odpowiedzią jest zazębianie, splatanie się ludzi z maszynami (intermeshing humans with machines). Zamiast porozumiewać się z komputerem poprzez migający monitor, klepiąc w klawiaturę, klikając myszką, będziemy porozumiewać się w ten sam sposób, jak porozumiewają się ze sobą ludzie – za pomocą pięciu zmysłów. To będzie oznaczać, że komputery tak upodobnią się do ludzi, że ich użycie będzie możliwe w każdej wyobrażalnej sytuacji, czy to będzie projektowanie, reklama, prowadzenie samochodu, pranie, czy… uprawianie seksu. Zupełnie tak jak soczewki kontaktowe czy aparaty słuchowe, które stały się integralną częścią osoby, która z nich korzysta, elektroniczny świat szybko staje się udoskonaloną formą człowieczeństwa (extension of humanity).

To było pisane ponad 25 lat temu. Na początku lat 90-tych komputery powoli wkraczały do firm, do urzędów – w Polsce. Jeszcze nie bardzo było wiadomo, co z tego wyniknie. O internecie mało kto słyszał. Ja „przeszedłem” na internet około roku 2000. Pamiętam, że straszono nas wtedy, że po roku 2000 wszystko w internecie się załamie, bo ilość adresów IP zaplanowano tylko na określoną liczbę, itp. Nic się nie stało. Nikt jednak wtedy nie był w stanie wyobrazić sobie tego, o czym pisał Knoke. Znaczy ja nie mogłem sobie tego wyobrazić, funkcjonując w tamtej polskiej rzeczywistości.

Dalej w rozdziale zatytułowanym „Krzemowy umysł” pisze on, że relacje człowiek-komputer nie ograniczą się do zmysłów, ale ogarną też intelekt. Wkrótce będziemy rozmawiać z naszymi komputerami domowymi, telefonami, a ich odpowiedzi będą miały sens. A jeszcze później konwersacja ze strony komputerów będzie tak wyrafinowana (sophisticated) jak u ludzi. Czy aby na pewno?

Gdy Napoleon Bonaparte podbił północne Włochy, to na przyjęciu u pewnej włoskiej arystokratki powiedział: „Tutti Italiani sono lordoni” (Wszyscy Włosi to łajdacy). Na co ta włoska arystokratka odpowiedziała: „Non tutti ma buona parte” (Nie wszyscy, ale znaczna część). To „buona parte” było aluzją do „Bonaparte”, czyli zmiany przez Napoleona nazwiska z włoskiego Buonaparte, bo pochodził z włoskiej Korsyki, na bardziej eleganckie, z francuska brzmiące, Bonaparte. Czy rzeczywiście komputery będą w stanie osiągnąć kiedyś ten stan wyrafinowania, co ta włoska arystokratka?

Dalej, drążąc temat komputeryzacji, ostrzega. Ci, którzy widzą przyszłość przed programistami, powinni zastanowić się. Dzisiejsi programiści pracują nad programami, które piszą programy. Oprogramowanie wbudowane we współczesne układy scalone jest tak złożone, że tylko komputery mogą je zaprojektować. Za kilka dziesięcioleci programista będzie mógł zaledwie powiedzieć komputerowi, czego potrzebuje i komputer, nie programista, będzie wiedział, jak to zrobić.

Czwarty wymiar, jak twierdzi Knoke, zwiastuje rząd globalny. Dziś już wiemy, dzięki „pandemii”, że taki rząd istnieje, choć nieoficjalnie, ale jest. Wskazują na to reakcje rządów poszczególnych krajów. Wszystkie zachowują się podobnie i podejmują podobne decyzje. Żeby jednak powstał rząd światowy, potrzebne były działania, które umożliwiłyby jego powstanie. Przede wszystkim trzeba było zneutralizować lub podporządkować sobie rządy państw. Władza rządów opierała się na pieniądzu. Żeby więc pozbawić je władzy, trzeba było pozbawić je władzy nad pieniądzem. Do tego najlepiej nadają się globalne korporacje.

Największe na świecie globalne korporacje są bogatsze niż wiele państw i to nie tych najmniejszych. Knoke pisze, że są one zarządzane tak jakby nie istniały państwa, tylko świat, jakby nie było podziałów politycznych. Dostosowują się do warunków lokalnych. Jak kameleony wtapiają się w lokalny krajobraz. Jak bezgłowa ameba, siedziba korporacji może być w takim lub innym kraju lub niezwiązana z żadnym miejscem.

Globalne korporacje są ponadnarodowe w tym sensie, że nie czują żadnego związku z państwem narodowym, w którym mają swoją siedzibę, a globalni menadżerowie są odzwierciedleniem tej rzeczywistości: nie są od tego, by promować konkretny kraj, ale by podejmować działania, które zwiększą zysk, udział w rynku lub podniosą cenę akcji na giełdzie. Elastyczność korporacji daje im przewagę konkurencyjną nad sztywną polityką rządów. Im bardziej korporacje stają się globalne, tym mniej władzy i kontroli pozostaje lokalnym czy centralnym rządom. Mogą one zjednywać jeden rząd przeciwko drugiemu i dyktować swoje warunki podjęcia działalności na danym terenie. Dotyczy to ulg podatkowych, dotacji na rozwój infrastruktury, nie przestrzegania norm ochrony środowiska czy przepisów BHP.

W latach 1987 i 1988 japońskiej firmie Toshiba groziły sankcje handlowe z powodu sprzedaży Związkowi Radzieckiemu produktów objętych embargiem. Toshiba wydała 30 milionów dolarów na lobbystów. W 1982 roku, gdy senator z Tennessee James Sasser wspierał ustawę „kupuj amerykańskie samochody”, zarządzający firmą Nissan stworzyli specjalny fundusz, wspierający oponenta Sassera. Rządy i demokracje przetrwają, pod warunkiem że dostosują się do realiów globalnej gospodarki, ale to i tak korporacje będą rządzić.

Knoke porusza w zasadzie wszystkie problemy, których my obecnie doświadczamy. Pisze więc o wędrówkach ludów, które, jak zaznacza, nie są niczym nowym. Różnica polega na tym, że obecnie odbywa się to na znacznie większą skalę i znacznie szybciej, co zrozumiałe, biorąc pod uwagę postęp w dziedzinie transportu. Wspomina o zanieczyszczeniu środowiska, skażeniu radioaktywnym, ekologii, eksploatacji surowców naturalnych. Pisze też o ciężkim położeniu czarnej społeczności w Ameryce, o homoseksualistach, feminizmie i rozpadzie rodziny. „Nie zostało pominięte już nic” – jak śpiewał zespół Turbo w utworze Dorosłe dzieci w 1983 roku.

Ano nie zostało. Knoke stwierdza też, że zmieni się nasz słownik. Być „w pracy” lub „w biurze”, nie będzie już oznaczać miejsca, ale aktywność. Gdzie nie będzie już miało znaczenia. Ważne, by praca była wykonana. Będą też klasy bez ścian. To już przerabiamy. W czwartym wymiarze szkoły będą wykorzystywać interaktywne multimedia i komputery. Nowy system umożliwi dotarcie do wszystkich uczniów – w miastach, na przedmieściach, na wsi – i zapewni równy dostęp do wiedzy. Szczególnie dla dzieci edukacja multimedialna będzie o wiele bardziej interesująca niż drukowana książka. Cały czas student będzie poszukiwać nowych narzędzi i źródeł w różnych elektronicznych bazach danych; komunikować się z innymi studentami za pomocą poczty elektronicznej, wideokonferencji czy telefonu; i doskonalić wszystkie umiejętności niezbędne w gospodarce przyszłości.

Knoke jest takim wizjonerem, że przewidział pojawienie się islamskiego globalnego terroryzmu, którego fala przeleje się przez rejon Morza Śródziemnego, Europę, Amerykę i cały świat. A islamski fundamentalizm, jak pisze, nie akceptuje tego, że dobra materialne są dobrami niezbędnymi. A ci najbardziej gorliwi, zeloci, dążą do kontrolowania każdego aspektu życia osobistego: jak kto się ubiera, co je, jak się modli, jak podrywa kobiety, jak uprawia seks. Prawa własności niepewne i pozbawione podstaw prawnych.

Czyż w świetle tego – „nie będziesz miał nic, będziesz szczęśliwy” – nie jest łatwiej zrozumieć, dlaczego właśnie posłużono się islamem do zniszczenia Europy. Bez Europy nie będzie Ameryki, bo z niej wywodzą się jej korzenie. Zresztą, Europa się wali i Ameryka również.

Na samym końcu Knoke pisze, że to „placelessness”, czyli brak zakorzenienia w konkretnym miejscu lub społeczności, faworyzuje demokrację w taki sposób, że każdy ma dostęp do informacji. A są sposoby na to, by każda opinia została zapisana, co, miejmy nadzieję, zapobiegnie tyranii. Upadek zorganizowanej hierarchii wzmacnia jednostkę i przekazuje proces podejmowania decyzji do mas (to the people at large).

Ten ostatni akapit, to, jak dziś wszyscy wiemy, choćby po wyborach w Ameryce, to kompletna bzdura. Jednak, gdy ja to czytałem 25 lat temu, to nie odbierałem tak tego, jak obecnie. Nie mniej uważam, że autor zdawał sobie sprawę z tego, że totalna cyfryzacja prowadzi dokładnie w odwrotnym kierunku.

Przed nami wiele decyzji – pisze Knoke – i być może powinniśmy się nieco obawiać. To właśnie strach utrzymywał naszych przodków przy życiu w ich zero wymiarowym świecie; ci, którzy nie bali się, umierali. Strach jest zdrową reakcją przed nieznanym i my musimy zdawać sobie z tego sprawę, bardziej niż kiedykolwiek wcześniej. To strach odbiera nam sen, zmusza do myślenia, do planowania, do przygotowania się.

Tak, przebyliśmy długą drogę… Nieprawdaż?

Spoglądając wstecz za siebie, nasz nowy świat – który jest prawie taki sam, jak ten odległy – wydaje się całkowicie odmienny od tego, czego wcześniej doświadczyła ludzkość. A jednak, przy bliższym przyjrzeniu się, jest prawie taki sam. W jakimś kosmicznym paradoksie, czwarty wymiar przeniósł nas z powrotem do miejsca, od którego zaczęliśmy: pojedynczej kropki w przestrzeni (a single dot in space). – A Bold New World.

No właśnie! Co było na początku? – Jedna studentka podnosi rękę. „Po co jest kropka na tablicy? Co to oznacza?” – pyta. „Ona reprezentuje świat zero wymiarowy”, odpowiada nauczycielka. „W świecie zero wymiarowym nie ma żadnej wolności” (In the Zero Dimension there is no freedom at all). Proszę to sobie zapamiętać, jeśli ktoś w ogóle to czyta, bo na końcu będzie nawiązanie do tego.

To jest właśnie to, czego nie zauważyłem, czytając tę książkę 25 lat temu. A skąd ja mogłem wtedy wiedzieć, co jest grane? Autor wyraźnie pisze, że świat jednowymiarowy i czterowymiarowy to jest dokładnie to samo – niewolnictwo. Czy zrobił to świadomie, czy – nie? Podejrzewam, że wiedział, co pisze i wiedział, że ten właściwy przekaz dotrze do nielicznych, może wtajemniczonych, a reszta będzie żyła w iluzji, że nowy, lepszy dla nich świat jest tuż, tuż.

Jednak, według mnie, świat zero wymiarowy, jak go opisuje Knoke, nie był światem niewolników, bo ludzie trudniący się łowiectwem i zbieractwem musieli być aktywni na dużym obszarze i nikt nie mógł im dyktować, co mają robić. Na etapie, na którym każdy walczył o przetrwanie, nie mogło być mowy o niewolnictwie. Ale i on sam nie uzasadnił, dlaczego uważa świat zero wymiarowy za świat bez wolności. Co do jednego jest pełna zgoda – świat czterowymiarowy, którego doświadczamy dąży do pozbawienia ludzi wolności, a zatem do niewolnictwa.

Czy czegoś tu jeszcze brakuje? Czego tu nie ma? – Pandemii? A jednak! Jest! Skromny akapit, na który wtedy w ogóle nie zwróciłem uwagi. Przytoczę go w oryginale, bo nie znam angielskiej terminologii biologicznej. Niech każdy sobie przetłumaczy to na swój własny sposób lub posłuży się dobrym tłumaczem internetowym. W końcu żyjemy w świecie czterowymiarowym – świat w zasięgu ręki, a raczej w zasięgu klawiatury i myszki.

We may enter a world of autocratic rule and tyranny, or one of democratic utopia. Our civil liberties may be endangered by one person developing a biological strain so horrible it would require placeless intrusion on each of us to protect all of us. Yet we may, as a people, develop an early allergy to concentrated power and not allow it to take root.

Czyli że jakiś szaleniec wypuści jakiś biologiczny szczep i będzie wielka bieda, i trzeba będzie podjąć jakieś środki nadzwyczajne, by go pokonać. Tak! Jedna osoba wyhoduje sobie szczep, którym zaszantażuje cały świat. I trzeba będzie ograniczyć ludziom ich podstawowe prawa, ale na szczęście zostanie wyprodukowana szczepionka, która nas uratuje. Genialny wizjoner? A może tylko opisywał pewien scenariusz, który już wówczas, zapewne tyko w zarysach, istniał.

Nie o wszystkim wspomniałem. O rynku finansowym i giełdach, o robotach, o bombie demograficznej i pewnie jeszcze o paru innych rzeczach, o których pisze Knoke, ale nie to jest ważne. Ważne jest to, że ten czwarty wymiar, ta nowa rzeczywistość, prowadzi nas do niewolnictwa i to, że zostało to zaplanowane. No właśnie! Czy zostało zaplanowane? Czy to wszystko odbywa się niezależnie od woli człowieka? Jeśli nie zostało zaplanowane, to dlaczego idzie to w kierunku niewolnictwa? Skoro jednak niektórym udało się tak trafnie wybiec myślą do przodu, to jest coś na rzeczy, i być może jest to realizacja pewnego planu.

Knoke pisze, że podmuchy wiatru kołyszące listkiem są stosunkowo łatwe do zmierzenia, ale miejsce jego upadku jest praktycznie niemożliwe do przewidzenia. O złożoności świata próbujemy dowiedzieć się czegoś z teorii chaosu. Komputerowe symulacje pogody mówią nam, że nawet delikatny trzepot skrzydeł motyla na jednym końcu świata, poprzez skomplikowany łańcuch przyczynowo-skutkowy, może być, 50 lat później, przyczyną potężnego tajfunu na drugim jego końcu.

To, z czym mamy obecnie do czynienia, to jest precyzyjnie zaplanowany program doprowadzenia ludzi do stanu niewolnictwa i stopniowego eliminowania tych, których uznają za zbędnych. To banda psychopatów, szaleńców, degeneratów i zboczeńców, która nie cofnie się przed niczym. Uwierzyli, że są nadludźmi i że swój plan doprowadzą do końca. Miejmy jednak nadzieję, że teoria chaosu nie jest tylko teorią, wymysłem ludzi i symulacji komputerowych, i że w pewnym momencie zadziała. Kto wie, jeśli opór przeciw szczepieniom będzie duży, to może on okazać się w skutkach tym, czym w atmosferze może być trzepot skrzydeł motyla. Oby się tylko nie okazało, że będzie to… „Tupot białych mew”.

Hiperinflacja

Gdy zacząłem pisać ten blog, to jeszcze nie znałem najnowszej wypowiedzi lidera Góralskiego Veta, Sebastiana Pitonia, który straszył nas hiperinflacją, którą nam szykują globaliści. A ten blog jest poświęcony hiperinflacji, tej najsłynniejszej, niemieckiej, z 1923 roku, ale też innemu mało znanemu faktowi z 1914 roku. Pitoń, jako architekt, ma ambicję, by, jak Gaudi, projektować niekonwencjonalnie, dla wyjątkowych klientów, domy. I nie ma w tym nic zdrożnego. Każdy ma prawo do spełniania się w swoim zawodzie. Jeśli jednak wypowiada się w innych sprawach, to wypada zapoznać się uprzednio z tą tematyką. A on najwyraźniej tego nie zrobił, albo nie chciał, albo nie o to w tym wszystkim chodzi, tylko o to, by wykreować nowego guru, który pociągnie za sobą masy, jak Wałęsa, które obudzą się z ręką w nocniku.

Do czego prowadzi hiperinflacja? Prowadzi do tego, że ci, którzy mają kredyty, spłacają je za grosze. Obecnie kredyty ma również tzw. plebs, zatrudniony w korporacjach i plebs, prowadzący własną działalność gospodarczą (ja też należę do plebsu). Czy o to chodzi globalistom, by plebs stał się właścicielem swoich domów i swoich biznesów? Chodzi im dokładnie o odwrotną sytuację. O to, by ich pozbawić ich własności. Hiperinflacja jest ostatnią rzeczą, której chcą. Od lat drukują bez ograniczeń, a hiperinflacji nie ma. Jest inflacja i to każdy widzi.

To, z czym mamy obecnie do czynienia, to końcowe odliczanie. Kiedyś był nawet taki przebój „The final countdown” zespołu Europe. To końcowe odliczanie wieńczy dzieło wieloletnich, a właściwie to dzieło wielowiekowych zabiegów pewnej nacji, która wyspecjalizowała się w wywoływaniu kryzysów finansowych i wojen. Za największy kryzys finansowy w najnowszej historii świata uważa się ten z 1929 roku. Wszystkiego można się o nim dowiedzieć, tylko nie tego, jaka była jego przyczyna i kto go wywołał? Jakoś trudno mi uwierzyć w to, że te kryzysy finansowe, to jakieś plagi egipskie, które spadają na nas z przyczyn bliżej nieznanych.

Niektórzy jednak uważają, że był jeszcze większy kryzys, a właściwie krach giełdowy, ten z 1914 roku, o którym prawie nikt nie słyszał. Skoro był taki wielki, to dlaczego taki zamilczany na śmierć? Nie udało mi się w polskim internecie znaleźć nic na jego temat. Jedyne na co natrafiłem, to fragment z „Parkietu”:

„W ostatnim tygodniu lipca 1914 r., tuż przed wybuchem I wojny światowej, doszło bowiem do rynkowego krachu, który nadwerężył liberalny, zachodni ład gospodarczy, budowany od czasów rewolucji przemysłowej. Mimo że kryzys ten wstrząsnął fundamentami ówczesnego kapitalizmu, został niemal całkowicie pogrzebany w otchłani zapomnienia.” – Więcej nie mogłem przeczytać, bo reszta dostępna tylko prenumeratorom. A dlaczego został pogrzebany w otchłani zapomnienia?

Niall Ferguson w książce Potęga pieniądza pisze:

„Niektóre katastrofy finansowe mają swoje rzeczywiste przyczyny. Jeszcze gorszy krach giełdowy (niż ten z 1929 roku – przyp. mój) miał miejsce pod koniec lipca 1914 roku, kiedy wybuch I wojny światowej doprowadził do tak gwałtownych spadków notowań, że największe światowe giełdy – w tym giełda nowojorska – zmuszone były zawiesić działalność. Giełdy pozostały zamknięte od sierpnia aż do końca 1914 roku. Był to jednak skutek wojny światowej, która spadła na rynki finansowe jak grom z jasnego nieba. Znacznie trudniej wyjaśnić krach z października 1929 roku.”

Tyle napisał Fergusson na temat tego kryzysu, a w języku polskim w internecie, jak wspomniałem wyżej, nic nie można znaleźć. O wiele lepiej wygląda to w języku angielskim. Natknąłem się na takie opracowanie: „The Great Financial Crisis of 1914: What Can We Learn from Aldrich-Vreeland Emergency Currency? William L. Silber.” Poniżej wybrane fragmenty:

„W momencie wybuchu I wojny światowej, największy od pokolenia odpływ złota, stanowił podwójne zagrożenie dla amerykańskich finansów: wewnętrzny drenaż waluty z systemu bankowego i zewnętrzny – złota do Europy. System Rezerwy Federalnej, nowo zatwierdzony przez Kongres 23 grudnia 1913 r., latem 1914 r. pozostawał na uboczu, ofiara politycznych i administracyjnych zaniedbań.

Brak operacyjnego banku centralnego skłonił sekretarza skarbu Williama G. McAdoo do szukania rozwiązania na własną rękę. Zastosował taką formę kontroli kapitału, aby poradzić sobie z zagrożeniem zewnętrznym, zamykając giełdę nowojorską (NYSE) na ponad cztery miesiące, aby tym sposobem uniemożliwić Europejczykom sprzedaż swoich amerykańskich papierów wartościowych i zażądanie złota w zamian. Powołał się też na awaryjne postanowienia ustawy Aldricha-Vreelanda dotyczące waluty, aby poradzić sobie z zagrożeniem wewnętrznym, umożliwiając bankom emitowanie krajowych banknotów, ważnej formy waluty w czasach przed powstaniem Rezerwy Federalnej, bez formalnego wymogu, aby waluta ta miała pokrycie w obligacjach skarbowych Stanów Zjednoczonych.

W momencie wybuchu Wielkiej Wojny cudzoziemcy posiadali amerykańskie akcje i obligacje kolejowe o wartości ponad 4 miliardów dolarów, z czego 3 miliardy dolarów w rękach Brytyjczyków. Te papiery wartościowe były aktywami płynnymi i można je było szybko sprzedać na NYSE. W ramach standardu złota inwestorzy zagraniczni mogliby następnie wykorzystać swoje wpływy pieniężne na zakup metalu szlachetnego z amerykańskiego systemu bankowego. Obawa, że Stany Zjednoczone zrezygnują ze standardu złota, spowodowała, że wartość dolara na światowych rynkach była wyjątkowo niska.

Skala problemu zmusiła Amerykę do samoobrony: w momencie wybuchu wojny rezerwy w nowojorskich bankach zostałyby zmniejszone o połowę, gdyby Brytyjczycy sprzedali tylko pięć procent swoich udziałów. Ludzie wiedzieli, że banki próbowały oszczędzać rezerwy w 1907 roku, zawieszając wymienialność depozytów na gotówkę. W 1914 r. bankierzy obawiali się, że odpływ złota do Europy „wzbudzi strach” i spowoduje dodatkowe zapotrzebowanie na pieniądze, zanim zawieszenia zaczną obowiązywać. Bez działającego Systemu Rezerwy Federalnej, niedobór waluty spowodowałby runy na banki, podobne do tych, których doświadczyliśmy jesienią 1907 roku – tylko większe.

Kryzys rozpoczął się 27 lipca 1914 r. Zamiana dolarów na funty na rynku walutowym i wzrost kursu wymiany do 4,92 dolara za funta, cztery centy powyżej punktu eksportowego złota, spowodowały masowy wykup złota. 31 lipca 1914 r., gdy cena funta szterlinga nie spadła w odpowiedzi na rekordowy eksport złota, sekretarz skarbu McAdoo poprosił NYSE o jej zamknięcie. Gdyby obcokrajowcy nie mogli sprzedać swoich amerykańskich akcji, nie mogliby zdobyć dolarów i żądać złota w zamian. McAdoo odrzucił najprostsze rozwiązanie (które wybrał Nixon w 1971 roku – przyp. mój), odejście od standardu złota, jako zbyt niekorzystne dla amerykańskiej wiarygodności.

NYSE pozostawała zamknięta do 12 grudnia 1914 r., ograniczając sprzedaż amerykańskich papierów wartościowych przez obcokrajowców i hamując ich popyt na złoto. Ale groźba runu na amerykańskie rezerwy bankowe nie zniknęła. Amerykańskie długi denominowane w funtach brytyjskich zapadały w tym okresie, a amerykańscy pożyczkobiorcy potrzebowaliby funta szterlinga lub złota, aby wywiązać się ze swoich zobowiązań. Co więcej, prewencyjne podejmowanie gotówki z banków groziło zmniejszeniem rezerw w wyniku odpływu złota.

McAdoo dostrzegł potencjalne niebezpieczeństwo swojej polityki – zamknięcie giełdy pozostawiło rynki kapitałowe bez steru, a zalanie kraju awaryjną walutą groziło inflacją. Receptą McAdoo na zdławienie kryzysu była strategia ucieczki do przodu. 3 września 1914 roku zorganizował Biuro Ubezpieczeń od Ryzyka Wojennego, aby promować eksport bawełny i pszenicy do Europy. Eksport generowałby napływ złota jako płatności za towary amerykańskie, które mogłoby następnie regulować zagraniczne zobowiązania.

Polityka McAdoo zapobiegła panice. Banki nigdy nie wycofały się z obietnicy zamiany depozytów na walutę, a Departament Skarbu USA nigdy nie zrezygnował ze standardu złota, latem i jesienią 1914 r. 11 listopada 1914 r., mniej niż cztery miesiące po wybuchu kryzysu i cztery dni przed otwarciem Banków Rezerwy Federalnej, kurs dolara w stosunku do funta szterlinga spadł poniżej punktu eksportu złota i tym sposobem eksport złota ustał. Zniknęło zagrożenie dla amerykańskiego systemu finansowego.”

Tak więc „Parkiet” pisze o rynkowym krachu, Ferguson o krachu giełdowym, a Silber o wielkim kryzysie finansowym. Istotnie, był to wielki kryzys finansowy, który został zażegnany dzięki roztropnej polityce sekretarza skarbu McAdoo. Nie było więc rynkowego krachu ani krachu giełdowego. A nie było, bo zamknięto giełdę i banki, ale nie po to, by nie wywiązywać się ze swoich zobowiązań, tylko by znaleźć rozwiązanie, dzięki któremu nikt nie starci. Rozwiązanie nie w stylu finansowych macherów, którzy stanęli z boku. Może właśnie dlatego nic nie pisze się o tym kryzysie finansowym, bo nagle okazałoby się, że można znajdować takie rozwiązania, które nie służą okradaniu innych i nie prowadzą do głębokich zmian w funkcjonowaniu państw i ich gospodarek. To nie przypadkiem po kryzysie z 1929 roku wprowadzono tzw. New Deal, czyli nowy porządek. Ten kryzys trwał do 1933 roku, czyli cztery lata, a jego skutki były odczuwalne jeszcze długo później. Kryzys z lipca 1914 roku trwał tylko 4 miesiące. Dlatego tak o nim cicho.

Ale też wypada sobie zadać pytanie: dlaczego podjęto takie kroki i tak szybko uporano się z zagrożeniem? Czy dlatego, że dbano o interes drobnego inwestora czy ciułacza? No!!! To byłoby zbyt piękne, by było prawdziwe. Prawdopodobnie zostaliby narażeni na stary wielcy tego świata i stąd désintéressement, że się tak wyrażę w tym języku dyplomacji, FED-u, czyli Żydów. I może właśnie dlatego i przede wszystkim dlatego tak o nim cicho.

Tak działa elita finansowa, gdy chodzi o zabezpieczenie jej interesów. A jak działa, gdy chodzi o zrobienie dużych interesów? Duże interesy można zrobić na hiperinflacji, takiej jak w Republice Weimarskiej w 1923 roku. Rondo Cameron w swojej Historii gospodarczej świata pisze:

„W istocie, wobec gospodarczego osłabienia Europy i niepewnego stanu gospodarki międzynarodowej, Francja, Wielka Brytania i inne państwa alianckie mogły spłacić długi Stanom Zjednoczonym tylko pod warunkiem uzyskania podobnych sum w charakterze reparacji. Ale zdolność Niemiec do spłaty reparacji zależała w ostatecznym rachunku od ich zdolności do uzyskania takiej nadwyżki eksportu nad importem, która umożliwiłaby im zdobycie dostatecznej ilości obcych walut lub złota. Jednak ograniczenia gospodarcze narzucone Niemcom przez aliantów uniemożliwiły im uzyskanie nadwyżki wystarczającej na coroczne spłaty. W końcu lata 1922 roku, w wyniku obciążenia kraju spłatą reparacji (a także w efekcie działań spekulacyjnych), zaczęła katastrofalnie spadać wartość niemieckiej marki. W końcu roku nacisk, jakiemu podlegała marka, był już tak wielki, że Niemcy w ogóle zaprzestały spłat.

Wojska francuskie i belgijskie przystąpiły w styczniu 1923 roku do okupacji Ruhry, przejęły tamtejsze kopalnie węgla oraz koleje i próbowały zmusić niemieckich właścicieli kopalń i niemieckich robotników do dostaw węgla. Niemcy odpowiedzieli biernym oporem. Rząd niemiecki wydrukował ogromne ilości pieniądza papierowego na wypłaty rekompensacyjne dla robotników i pracodawców na obszarze Ruhry i w ten sposób wywołał falę nieopanowanej inflacji. W 1914 roku stosunek wartości niemieckiej marki w złocie do dolara wynosił jak 4,2:1. W końcu wojny 14 marek papierowych równało się jednemu dolarowi, w lipcu 1922 roku były to już 493 marki papierowe, a w styczniu 1923 roku – 17 792. Później spadek wartości marki odbywał się w postępie geometrycznym aż do 15 listopada 1923 roku, kiedy ostatnia zarejestrowana transakcja wymiany odbyła się po kursie 4,2 bln marek za jednego dolara. Marka była dosłownie mniej warta od papieru, na którym ją wydrukowano. W tym momencie władze walutowe zdemonetyzowały markę i zastąpiły ją nową jednostką pieniężną o nazwie rentenmark, równą bilionowi starych marek.”

Z tego fragmentu można wywnioskować, że praktycznie od zakończenia I wojny światowej, tak kierowano polityką i gospodarką, by doprowadzić do nowego konfliktu. Kierowano? Kto kierował? No chyba nietrudno się domyślić. Skoro narzucono Niemcom ograniczenia gospodarcze, to trudno, by byli w stanie spłacać reparacje. Zajęcie Ruhry, okręgu przemysłowego, który dostarczał 80% produkcji stali i węgla, musiało doprowadzić do załamania gospodarki. Ci, którzy o tym decydowali, doskonale zdawali sobie z tego sprawę.

W momencie, gdy kurs marki wobec dolara doszedł do biliona, zdecydowano się na wymianę waluty. Można by zapytać, dlaczego akurat wtedy? Sama wymiana waluty w trudnej sytuacji gospodarczej niczego nie rozwiązuje żadnego gospodarczego problemu. Po co była ta hiperinflacja? Wyjaśnia to Alan Bullock w swojej pracy Hitler – studium tyranii. Pisze on:

„Okupacja Ruhry zadała ostateczny cios marce. 1 lipca 1923 roku za dolara płacono już sto sześćdziesiąt tysięcy marek; 1 sierpnia – milion; 1 listopada – sto trzydzieści miliardów. Załamanie marki nie tylko kładło na obie łopatki handel i prowadziło do bankructwa interesów, ale oznaczało również brak żywności w większych miastach i bezrobocie; pociągało za sobą klasyczny skutek wszystkich katastrof ekonomicznych, bo sięgając także w dół dotykało każdego członka społeczeństwa w sposób, w jaki nie dotyka go żadne wydarzenie polityczne. Wszystkie oszczędności klasy średniej i pracującej stopniały za jednym zamachem, tak jak nie zdołałaby ich stopić żadna rewolucja, a jednocześnie siła nabywcza płac została zredukowana do zera. Gdyby nawet ktoś pracował do upadłego, nie zdołałby zakupić odzienia dla rodziny, a w dodatku pracy nie można było znaleźć.

Inflacja ta niezależnie od przyczyn, jakie ją wywołały – a były w społeczeństwie grupy ludzi, wśród nich przemysłowcy i obszarnicy, którzy z niej korzystali i starali się ją pogłębić we własnym interesie – wstrząsnęła podwalinami niemieckiego społeczeństwa, tak jak nie wstrząsnęły nimi ani wojna, ani rewolucja listopadowa 1918 roku, ani nawet traktat wersalski. Prawdziwą rewolucją w Niemczech była inflacja, bo zniszczyła nie tylko własność i wartość pieniądza, ale także wiarę we własność i w znaczenie pieniądza. Gwałtowne ataki Hitlera na zgniły, opanowany przez Żydów system, który dopuścił do tego, zaciekłe napaści na traktat wersalski i na rząd republikański za podpisanie go, znalazły oddźwięk w doprowadzonych do nędzy i rozpaczy szerokich warstwach niemieckiego społeczeństwa.”

Co było przyczyną tej hiperinflacji? Przecież sama z siebie nie bierze się ona. Ktoś musiał drukować te pieniądze, ale wcześniej ktoś musiał podjąć decyzję, by je drukować. Nie wszyscy stracili. Bullock pisze: „a były w społeczeństwie grupy ludzi, wśród nich przemysłowcy i obszarnicy, którzy z niej korzystali i starali się ją pogłębić we własnym interesie”. Z kolei Wikipedia pisze:

„Wskutek orzeczenia sądowego o spłacie kredytów z wiosny 1923, stanowiącego, że „marka marce równa” (niem. eine Mark gleich eine Mark), przedwojenne pożyczki zaciągnięte w markach złotych były spłacane w markach papierowych w stosunku 1:1. Wielu rolników i przedsiębiorców mogło szybko spłacić zaciągnięte wcześniej kredyty. Również skarb państwa spłacił długi wojenne w ten sposób – wykupując obligacje wojenne w kwocie 154 miliardów marek, których wartość nabywcza w listopadzie 1923 stanowiła 15,4 fenigów z 1913.”

Und hier ist der Hund begraben (I tu jest pies pogrzebany). A więc skorzystali, rolnicy i przedsiębiorcy, tak pisze Wikipedia, poprawna politycznie. Bullock pisze o obszarnikach i przemysłowcach, a to zupełnie co innego. Ale warto było do niej zajrzeć, bo nie mogłem zrozumieć, z jakiego powodu inflacja w postępie arytmetycznym, przekształciła się w inflację w postępie geometrycznym, czyli hiperinflację. Nic takiego się wtedy w Niemczech nie działo, poza tym jednym orzeczeniem sądowym. Właśnie po nim nastąpiła ta zmiana. I skorzystał skarb państwa, jak zwykle bezlitosny i bezduszny wobec swoich obywateli. Okradł tych patriotycznie nastawionych, którzy kupowali obligacje wojenne. Taka była „wdzięczność” rządu niemieckiego. Ale nie łudźmy się – inne rządy nie są lepsze. Z drugiej strony, ci obywatele sami są sobie winni, jeśli wierzą rządowi: „Karl Helfferich ówczesny sekretarz stanu w Urzędzie Skarbu Rzeszy (niem. Reichsschatzamt), popierał politykę zadłużania. Jak sugerował Helfferich w swoim przemówieniu przed Reichstagiem w 1915 r., wykup obligacji wojennych po zwycięskiej wojnie mógł być finansowany z reparacji wojennych uzyskanych przez Niemcy od przegranych.” – Wikipedia.

A co działo się później? Wikipedia tak pisze:

„15 października 1923 rząd Rzeszy powołał do życia Deutsche Rentenbank, który przejął zadanie emisji pieniądza od Reichsbanku i od 15 listopada 1923 rozpoczął emisję nowej waluty – Rentenmarki. Ponieważ rezerwy złota Rzeszy nie wystarczyły na pokrycie kapitału założycielskiego Rentenbanku, zaciągnięto kredyt pod hipotekę zakładów przemysłowych i gospodarstw rolnych znajdujących się w posiadaniu państwa – kredyt opiewał na sumę 3,2 miliarda Rentenmarek. Kurs nowej waluty – Rentenmarki – ustalono na 1:1012 (bilion) marki papierowej, co odpowiadało 4,2 Rentenmarki za dolara. (powrót do kursu złotej marki do dolara z 1914 roku – przyp. mój).

Rozporządzenie ograniczyło ilość pieniądza w obiegu do kwoty 3,2 miliarda Rentenmarek, ustalając również granicę 1,2 miliarda Rentenmarek do dyspozycji rządu. Pomimo tego, że finansowanie wydatków rządowych odbywało się prawie wyłącznie poprzez emisję dodatkowego pieniądza, Rentenbank nie zgodził się na podwyższenie tych pułapów. Reforma skutecznie ograniczyła ilość pieniądza w obiegu, zatrzymała inflację i wymusiła powrót do zbilansowanego budżetu.

Dzięki reformie, ograniczeniu pieniądza w obiegu i drastycznej konsolidacji budżetu udało się ustabilizować walutę – zaczęto mówić o cudzie Rentenmarki.

Rentenmarka była jedynie rozwiązaniem przejściowym, a 30 sierpnia 1924 zgodnie z planem Dawesa wprowadzono Reichsmarkę.

Chociaż hiperinflacja zakończyła się reformą walutową a Republika Weimarska przetrwała jeszcze przez ponad dekadę, wielu historyków uważa, że ówczesna sytuacja gospodarcza odegrała znaczącą role w dojściu nazistów i Adolfa Hitlera do władzy. Hiperinflacja poważnie zachwiała zaufaniem klasy średniej do instytucji liberalnych – członkowie klasy średniej mający oszczędności w gotówce i obligacjach byli najbardziej narażeni na straty. Spadło zaufanie do banków – wielu bankierów było pochodzenia żydowskiego, przez co niektórzy określali weimarskie banknoty o wysokich nominałach mianem żydowskiego confetti.”

To tyle Wikipedia, ale nie mogę się powstrzymać, by nie zacytować jeszcze jednego zdania, które mnie rozbawiało: W okresie międzywojennym zjawisko hiperinflacji niemieckiej tłumaczyły dwie teorie ekonomiczne: teoria bilansu płatniczego i ilościowa teoria pieniądza. To tylko jedno zdanie utwierdza mnie w przekonaniu, że ekonomia jest nauką, a może „nauką”, wymyśloną przez Żydów, by w sposób „naukowy” tłumaczyć gojom ich finansowe machlojki i robić im wodę z mózgu.

Pieniądze

Tak się jakoś dziwnie składa, że całe nasze życie kręci się wokół pieniędzy. Trudno, żeby było inaczej. Nie jesteśmy w stanie bez nich żyć. Wprawdzie Indianie w Puszczy Amazońskiej, Aborygeni czy Buszmeni obywają się bez pieniędzy, co więcej, ich nie można zaszantażować tym, że jak się nie zaszczepią, to nie wyjadą za granicę, czy nie będą mogli korzystać z usług państwowej służby zdrowia. Oni to wszystko mają w d….. Oni nawet nie wiedzą, co to jest pandemia i że ona jest. A my uwierzyliśmy w postęp, którego nie byłoby, gdyby nie kredyt. Tak! Taką ciemnotę wciskają nam międzynarodowi macherzy od finansów. Skoro więc wszystkiemu winny jest pieniądz, a właściwie pusty pieniądz, to wypada chyba zastanowić się nad tym czym on jest, jaka jest jego natura.

Jak zawsze w takich wypadkach należy zacząć od definicji. Wikipedia pisze tak:

Pieniądz – towar uznany w wyniku ogólnej zgody jako środek wymiany gospodarczej, w którym są wyrażone ceny i wartości wszystkich innych towarów. Jako waluta, krąży anonimowo od osoby do osoby i pomiędzy krajami, ułatwiając wymianę handlową. Innymi słowy jest to materialny lub niematerialny środek, który można wymienić na towar lub usługę. Prawnie określony środek płatniczy, który może wyrażać, przechowywać i przekazywać wartość ściśle związaną z realnym produktem społecznym.

A więc pieniądz jest towarem. Słowo to Wikipedia definiuje jako produkt pracy ludzkiej, który jest przeznaczony do sprzedaży. Pojęcie to obejmuje dobra konsumpcyjne i produkcyjne. Rozumiem więc, że dobrem konsumpcyjnym może być coś, co mogę skonsumować, a dobrem produkcyjnym jest coś, co mogę przeznaczyć do produkcji innego dobra. Wikipedia wyjaśnia jeszcze, że waluta to jest nazwa pieniądza obowiązującego w danym państwie. I dalej wyjaśnia, że pieniądz jest materialnym lub niematerialnym środkiem, który można wymienić na towar lub usługę. Jeśli jest niematerialnym środkiem, to nie może być towarem – taka sprzeczność w definicji. I jakby w tym momencie dotykamy istoty problemu: czy prawdziwy pieniądz może być niematerialny, a jeśli może być niematerialny, to czy musi mieć pokrycie w czymś materialnym? I dlaczego to pokrycie w czymś materialnym jest tak ważne? Banknot jest materialny, ale nie jest towarem, bo nie służy do konsumpcji i do produkcji innego dobra. Bitcoin jest niematerialny i nie jest towarem.

Mamy dwa rodzaje pieniądza. Pieniądz gotówkowy i bezgotówkowy. Pieniądz gotówkowy to:

  • kruszcowy
  • metalowy
  • papierowy

Pieniądz bezgotówkowy to:

  • czeki
  • weksle
  • obligacje
  • bony
  • pieniądz elektroniczny
  • karty kredytowe

Ekonomiczne funkcje pieniądza:

  • funkcja cyrkulacyjna (transakcyjna)
  • funkcja obrachunkowa (miernik wartości towarów)
  • funkcja płatnicza
  • funkcja tezauryzacyjna

W sumie więc wszystko jasne, poza tą ostatnią funkcją pieniądza. Brzmi to bardzo tajemniczo, bo słowo pochodzi od greckiego „thesauros” – magazyn, skarbiec. Czyli jak schowamy pieniądze, złoto, biżuterię albo kupimy dzieła sztuki i antyki, to wtedy mamy do czynienia z tezauryzacją, co można też nazwać oszczędzaniem. Chodzi w tym o to, jak zachować wartość swojej pracy w czasie, jak uchronić się przed inflacją. 100 lat temu uncja złota kosztowała 20 dolarów, obecnie – blisko 2000, a więc 100 razy więcej, a cena ta jest sztucznie utrzymywana na tym poziomie.

Skąd się bierze inflacja? Inflacja bierze się z emitowania pustego pieniądza. Zyskują ci, którzy pierwsi mają dostęp do tych nowych pieniędzy i dokonują zakupów jeszcze po starych cenach. Pozostali patrzą tylko bezradnie, jak ich pieniądze, a więc praca, tracą na wartości. Mają ich za mało, by inwestować w nieruchomości, ziemię, nie mają predyspozycji do prowadzenia jakichś podejrzanych interesów. Tak się tworzy podział na biednych i bogatych. Praca jest tu ostatnim czynnikiem, który decyduje o tym, czy ktoś jest bogaty, czy biedny. Ale nie chodzi tu o to, by wszyscy byli bogaci, tylko o to, by ci, którzy zarabiają najmniej, mogli zarabiać w pieniądzach, które nie tracą na wartości. Z drugiej strony, czy ci najlepiej zarabiający są tacy wyjątkowo uzdolnieni i zapotrzebowanie rynku na ich usługi jest tak duże, że przekłada się to na ich zarobki. Czy takie branże jak informatyczna, farmaceutyczna, medyczna, medialna – czy one wypracowują swoje zyski w oparciu o wolny rynek, czy dlatego, że to państwo jest najbardziej zainteresowane w korzystaniu z ich usług? A jest zainteresowane, bo dzięki nim może realizować program całkowitego zniewolenia swoich obywateli.

Ktoś może powiedzieć, że biedni byli zawsze. To prawda. I zapewne nie da się do końca wyeliminować tego zjawiska, bo są ludzie umysłowo chorzy, kaleki, dotykają ludzi zdarzenia losowe itp. Chodzi tylko o skalę. Kiedyś gdzieś przeczytałem, że był jakiś władca arabski, który postanowił rozprawić się z biedą i wyrżnął wszystkich biedaków. I co? I po pewnym czasie… znowu pojawili się biedni. Problem jest więc bardzo złożony. Wyjaśnienie, czym jest pieniądz, pozwoli zapewne na, przynajmniej częściowe, zrozumienie problemu biedy. I jak zawsze wypada zacząć od początku.

W definicji Wikipedii podano, że pieniądz jest towarem. To ma swój głębszy sens, bo jedyna sensowna wymiana jest wtedy, gdy wymieniamy jakiś towar na inny towar. Oba wymagały nakładu jakiejś pracy. Złoto i srebro są towarami. Popyt na złoto kształtuje się mniej więcej tak: jubilerstwo – 44%, popyt inwestycyjny – 29%, banki centralne – 12%, przemysł – 9%, EFT-y – 6%. Te ostatnie to fundusze, które kupują złoto w imieniu inwestorów posiadających ich udziały. W przypadku srebra wygląda to tak: przemysł – 53%, monety i sztabki – 20%, jubilerstwo – 18%, fotografia – 5%, srebra stołowe – 4%.

Willem Middelkoop w swojej książce Wielki reset pisze:

„Od 700 roku przed Chrystusem ludzie z niemal wszystkich kultur – Majowie , Inkowie, Egipcjanie, Grecy, Rzymianie, Bizantyjczycy, Osmanowie i Arabowie – uważali złoto i srebro za cenne środki wymiany. Z powodu ich szczególnych własności, czyli rzadkości i atrakcyjności, te cenne kruszce na tysiące lat ukształtowały postawę systemów pieniężnych na całym świecie.

Cenne metale są podzielne, przenośne, trwałe i rzadkie, a w dodatku ogromnie pożądane. Niezależnie od tego, czy wynika to z ich blasku, czy ciężaru (złoto waży niemal dwa razy tyle co ołów), na całym świecie ludzie czują pociąg do złota i srebra. Do tego, złota i srebra nie można kopiować. Z całego układu okresowego pierwiastków złoto i srebro najlepiej się nadają na środki płatnicze.

Ponadto drogocenne metale okazują się doskonałymi magazynami wartości. W Muzeum Londynu znajduje się dowód, że złoto ma mniej więcej tę samą wartość co dwa tysiące lat temu. Wśród tamtejszych eksponatów znajduje się rzymski aureus, moneta zwierająca 8 gramów 22-karatowego złota (o czystości wynoszącej 90 procent). Obok eksponatu podano informację, że za tę monetę można było nabyć około 400 litrów taniego wina. W 2011 roku wartość 8 gramów 22-karatowego złota wynosiła około 400 euro. We francuskich sklepach z winem można kupić cienkie wino w kartonie, płacąc mniej więcej euro za litr. Popyt na złoto i srebro jest nieskończony i odwieczny.”

Saifedean Ammous w książce Standard Bitcoina opisuje historię złotego pieniądza:

»W czasach Republiki Rzymskiej dominującą monetą był denar, który zawierał 4,55 grama srebra. Jednak z biegiem czasu najbardziej cenionym pieniądzem w przodujących cywilizacyjnie rejonach świata stawało się złoto i to złote monety zaczynały wieść prym jako główny środek wymiany. Juliusz Cezar, ostatni dyktator republiki Rzymskiej, wprowadził do obiegu aureusa – monetę, która zawierała 8 gramów złota i była powszechnie akceptowana na kontynencie europejskim oraz na obszarach położonych wokół basenu Morza Śródziemnego, zwiększając zakres specjalizacji i handlu w Starym świecie. Na okres siedemdziesięciu pięciu lat zapanowała niespotykana wcześniej stabilność gospodarcza, która przetrwała nawet przewrót polityczny, w ramach którego Juliusz Cezar został zamordowany, a republika rzymska przekształcona w imperium z Oktawianem Augustem na czele. Złota era trwała do czasów rządów niesławnego cesarza Nerona, pierwszego, który hołdował zwyczajowi „psucia monety”. Proceder ten polegał na zbieraniu monet będących w obiegu, okrawaniu części ich kruszcu, a następnie wytapianiu większej ilości monet o mniejszej zawartości złota lub srebra.

Póki Rzym zdolny był zajmować nowe terytoria i grabić bogactwo podbitych ludów, jego żołnierze i władcy mogli cieszyć się łupami. Cesarze posuwali się nawet do kupowania sobie poparcia obywateli imperium, wydając rozporządzenia o sztucznie niskich cenach zboża i innych podstawowych produktów, a czasem rozdając je zupełnie za darmo. W konsekwencji, zamiast zarabiać na życie, pracując na wsiach, wielu chłopów opuściło swoje farmy i przeniosło się do Rzymu, gdzie mogli zakosztować lepszego życia bez konieczności pracy. Z biegiem lat Stary Świat nie miał już do zaoferowania nowych zamożnych rejonów do plądrowania, a tymczasem coraz bardziej wystawny i rozrzutny styl życia rządzących oraz coraz liczniejsza armia wymagały dodatkowych źródeł finansowania. Co gorsza, wzrósł również odsetek bezproduktywnych obywateli pasożytujących na hojności cesarza. Wkrótce konieczne stały się dalsze kontrole cen. Neron, który władał Rzymem w latach 54-68 naszej ery, wpadł (na pewno nie on, ale autor nie mógł inaczej napisać – przyp. mój) na zmyślne rozwiązanie tego problemu, łudząco podobne do sugestii Johna Maynarda Keynesa dla rządów Stanów Zjednoczonych i Wielkiej Brytanii po I wojnie światowej: poprzez dewaluację waluty można za jednym zamachem osiągnąć obniżkę realnych płac pracowników, redukcję kosztów rządowych subsydiów na produkty pierwszej potrzeby oraz dodatkowe fundusze na finansowanie innych wydatków publicznych.

Zawartość złota w rzymskim aureusie stopniowo obniżono z 8 do 7,2 grama, a zawartość srebra w denarze spadła z 3,9 do 3,41 grama. Zapewniło to tymczasową ulgę rzymskiemu skarbowi, lecz jednocześnie uruchomiło destrukcyjne w skutkach dodatnie sprzężenie zwrotne: niezadowolenie ludu, kontrole cen, dewaluacja pieniądza i wzrost cen następowały jedno po drugim z przewidywalną regularnością pór roku.

Pod rządami cesarza Karakalli (lata 211-217 naszej ery) zawartość złota w monetach znów obniżono, tym razem do 6,5 grama, a za panowania Dioklecjana (lata 284-305 naszej ery) dalej do 5,5 grama. Następnie do obiegu wprowadzono monetę zastępczą zwaną solidem i zawierającą już tylko 4,5 grama złota. Za czasów Dioklecjana denar zawierał jedynie śladowe ilości srebra, którym powlekano rdzeń monety wytapianej z brązu. Powłoka ta w niedługim czasie starła się na skutek użytkowania i na tym zakończyła się era denara jako srebrnej monety.

Stopniowy spadek wartości pieniądza uruchomił powolny, acz nieuchronny proces schyłku imperium w ramach cyklu, który może się wydawać znajomy współczesnym Czytelnikom: psucie waluty obniżało realną wartość aureusa, zwiększało zaś podaż pieniądza i pozwalało cesarzom dalej wydawać na prawo i lewo. Niedługo później pojawiły się inflacja i problemy gospodarcze, którym władcy próbowali w nieudolny sposób przeciwdziałać dalszą dewaluacją monet. Ferdinand Lips znakomicie podsumowuje ten proces i oferuje radę dla ludzi aktualnie zainteresowanych tą tematyką:

Dzisiejszych ekonomistów keynesowskich oraz obecne pokolenie inwestorów powinien zainteresować fakt, że choć cesarze rzymscy robili, co mogli, by „zarządzać” swoimi gospodarkami, jedyne co im się udało, to pogorszyć sprawy. Ustanawiano kontrole cen i płac oraz przymus prawny posługiwania się oficjalnym środkiem płatniczym, nie rozumiejąc, że zabiegi te miały równe szanse powodzenia, co próby zatrzymania pływów morskich. Zamieszki, korupcja, bezprawie i bezmyślna mania na punkcie spekulacji rozprzestrzeniły się po imperium niczym plaga. Dewaluowane monety były tak niepewne, że spekulowanie towarami stało się o wiele bardziej atrakcyjne niż ich produkowanie.

Długoterminowe konsekwencje, jakich doświadczyło Imperium Rzymskie, okazały się druzgocące. Choć Rzymu w okolicach II wieku naszej ery nie można uznać za w pełni wolnorynkową, kapitalistyczną gospodarkę, gdyż działalność przedsiębiorcza była wówczas ograniczona na wielu polach, niemniej gospodarka ta do spółki z solidnym aureusem umożliwiała wykształcenie się największego rynku w ówczesnej historii ludzkości oraz najdalej posuniętego i najbardziej produktywnego podziału pracy, jaki świat w owych czasach widział. Obywatele Rzymu oraz innych dużych miast uzyskiwali dobra, których potrzebowali w ramach handlu z najdalszymi zakątkami imperium. Pozwala to wyjaśnić wzrost dobrobytu w tamtym okresie oraz pustoszący upadek, którego imperium doznało, gdy wspomniany podział pracy się załamał. Rosnące podatki, kontrole cen oraz inflacja zmusiły mieszkańców miast do wyniesienia się na obszary wiejskie, gdzie zajmowali oni wolne połacie ziemi, które mogli przynajmniej uprawiać na własne potrzeby – brak dochodów uwalniał ich od konieczności płacenia horrendalnie wysokich podatków. Skomplikowana struktura społeczna Imperium Rzymskiego, z podziałem pracy na obszarze większości Europy i terenów położonych wokół basenu Morza Śródziemnego, zaczęła się walić. Potomkowie Rzymian na powrót zaczęli wieść życie samowystarczalnych wieśniaków, rozproszonych i egzystujących w izolacji, a z czasem stali się chłopami pańszczyźnianymi na służbie u feudalnych panów.

Cesarz Dioklecjan na zawsze związał swoje nazwisko z fiskalnym i monetarnym matactwem, a Imperium za jego rządów stoczyło się na dno. Jednak rok po jego abdykacji władzę przejął Konstantyn I Wielki, któremu poprzez odważne reformy i odpowiedzialną politykę gospodarczą udało się odwrócić bieg historii. Konstantyn, który jako pierwszy cesarz przeszedł na chrześcijaństwo, przyjął sobie za cel utrzymanie zawartości złota w solidzie na poziomie 4,5 grama i zaprzestanie psucia monet , które w 312 roku naszej ery zaczęto produkować w dużych ilościach. Nową siedzibę cesarską ustanowił w Konstantynopolu, na styku Europy i Azji, dając tym samym początek Cesarstwu Wschodniorzymskiemu (później Bizantyjskiemu), w którym przyjęto solida jak główny środek wymiany. I podczas gdy Rzym pogrążał się w gospodarczym, społecznym i kulturalnym rozkładzie aż do ostatecznego upadku w roku 476. Bizancjum przetrwało kolejne tysiąc lat, a solid zyskał status najdłużej używanej waluty w historii ludzkości.

Determinacja Konstantyna w utrzymaniu jakości solida uczyniła go najbardziej rozpoznawalną i najszerzej akceptowaną walutą na świecie, którą z czasem zaczęto nazywać bizantem. W czasie, gdy Rzym płonął pod rządami zrujnowanych cesarzy, których w efekcie kompletnej dewaluacji monet nie było już stać na opłacanie żołnierzy, odpowiedzialny fiskalnie i monetarnie Konstantynopol prosperował przez kolejne kilka stuleci. Kiedy Wandalowie i Wizygoci panoszyli się po Rzymie, Konstantynopol pozostawał względnie bogaty i wolny jeszcze przez długi czas. I podobnie jak to było w przypadku Imperium Rzymskiego, schyłek Konstantynopola zaczął się dopiero wówczas, gdy jego władcy rozpoczęli dewaluację waluty – proces, którego początku historycy upatrują w rządach Konstantyna IX Monomacha (1042-1055). Razem z upadkiem monetarnym Imperium doznało zapaści na polu fiskalnym, militarnym i kulturowym. Doświadczane coraz częstszymi i coraz poważniejszymi kryzysami ostatecznie zostało podbite przez Turków w roku 1453.

Powszechnie uważa się, że to rozwój miast-państw wyciągnął Europę z ciemnych wieków i wprowadził w epokę renesansu. Mniej powszechna jest jest wiedza na temat roli, jaką w tym procesie odegrały solidne pieniądze. To w miastach państwach ludzie mogli żyć, dysponując swobodą pracy, produkcji, handlu i bogacenia się, przy czym wymienione wyżej korzyści były w dużej mierze zasługą przyjęcia przez te ośrodki solidnych standardów monetarnych. Wszystko zaczęło się w roku 1252 we Florencji, gdzie uruchomiono bicie florenów – pierwszej porządnej monety od czasu Juliusza Cezara i jego aureusa. Rozkwit Florencji uczynił ją handlowym centrum Europy, a floren zyskał status głównego europejskiego środka wymiany, co otworzyło bankom drogę do prowadzenia działalności na obszarze całego kontynentu. Jako pierwsza śladami Florencji poszła Wenecja, gdzie w roku 1270 rozpoczęto bicie dukata zaprojektowanego na wzór florena, a przed końcem XIV wieku już w ponad 150 europejskich miastach i państwach bito monety wzorowane na florenckiej walucie. Standaryzacja na taką skalę dała mieszkańcom Europy możliwość handlu i akumulacji bogactwa przy pomocy solidnego pieniądza, cechującego się wysoką zbywalnością niezależną od czasu i miejsca – a dzięki łatwej podzielności – również skali. W następstwie uzyskania przez europejskie chłopstwo wolności gospodarczej, nastąpił polityczny, naukowy, intelektualny i kulturowy rozkwit włoskich miast-państw, który z czasem objął cały kontynent europejski. Czy to w przypadku Rzymu, Konstantynopola, Florencji czy Wenecji, historia raz za razem pokazuje, że solidny standard monetarny stanowi warunek bogacenia się i rozwoju społeczeństw. Bez takiego standardu ludzkość staje u progu biedy, zacofania i barbarzyństwa.«

Z powyższego cytatu nie wiadomo dlaczego te floreny i dukaty stały się tak powszechne i akceptowane w całej Europie. To wyjaśnia Willem Middelkoop:

„Pod koniec XIII wieku wszystkie włoskie miasta-państwa, które szybko powiększyły zakres swoich wpływów, używały złotych monet do ułatwienia rozwijającego się handlu, a to ograniczało monopolistyczne przywileje monarchów bijących pieniądz. W krótkim czasie te złote monety rozprzestrzeniły się w całej zachodniej Europie, w wyniku czego rozwinął się system pieniężny oparty na złocie. W roku 1275 osiem monet srebrnych wymieniało się na jedną złotą tego samego ciężaru.

Po upadku cesarstwa bizantyjskiego, epidemii dżumy i ciągu krachów finansowych nękających Europę w wielu krajach tego kontynentu bizanta w roli pieniądza zastąpiły monety srebrne. Od roku 1550 do początku XVII wieku trwał długi okres ogólnego wzrostu cen. Po odkryciu olbrzymich złóż srebra w Ameryce łacińskiej w XVI wieku rozwinął się międzynarodowy system waluty srebrnej, który utrzymał się prawie przez czterysta lat. Ponieważ srebro ma mniejszą wartość od złota, srebrnymi monetami łatwiej się było posługiwać przy codziennych zakupach. System waluty srebrnej przyjęto także w Stanach Zjednoczonych w 1785 roku.

W latach 1750-1870 toczono wiele wojen w Europie. Z tego powodu, a także wskutek utrzymującego się deficytu w handlu z Chinami sporo srebra powędrowało na wschód, przez co z czasem znikło wiele systemów waluty srebrnej.”

Fakt powstania miast-państw i bicie przez nie złotych monet spowodował, że monopol monarchów został przełamany. W momencie, gdy pojawia się na rynku solidna moneta, bicie takich o obniżonej zawartości złota mija się z celem, bo nikt ich nie przyjmie. To jest tylko możliwe, gdy władcy mają monopol. I tu, jak to mówią, jest pies pogrzebany.

Middelkoop pisze też, że od 1550 roku do połowy XVII wieku trwał długi okres ogólnego wzrostu cen, ale nie wyjaśnia, co było powodem. Powodem było to, że w Europie pojawiło się dużo złota. Było to oczywiście złoto zrabowane mieszkańcom obu Ameryk, a nie te wydobyte z ziemi. Złoto jest też towarem i podlega takim samym prawom, jak każdy inny towar. Jeśli jest go dużo, to jego cena spada. W tym wypadku nie nastąpił spadek ceny złota, które samo w sobie jest miernikiem wartości, tylko nastąpił wzrost cen innych towarów. Jednak taka sytuacja już nigdy w dziejach ludzkości nie powtórzy się. Zwiększenie ilości złota może nastąpić obecnie tylko poprzez jego wydobycie, co nie jest łatwe i wymaga dużego nakładu sił i środków.

O srebrze Middelkoop pisze: „W latach 1750-1870 toczono wiele wojen w Europie. Z tego powodu, a także wskutek utrzymującego się deficytu w handlu z Chinami sporo srebra powędrowało na wschód, przez co z czasem znikło wiele systemów waluty srebrnej.”

Zaprawdę muszą się gimnastykować wszyscy ci piszący książki o finansach, walutach, ekonomii itp., żeby nie napisać prawdy, bo musieliby napisać o macherach od finansów. Z tym srebrem to było trochę inaczej. Teodor Jeske-Choiński w książce Historia Żydów w Polsce pisze:

»Na mocy nowego prawa (Münzgesetz) kazał rząd pościągać wszystkie dotychczasowe monety i przelać je na inne. Niby nie było w tym nic złego, gdyby wartość dawnych pieniędzy została taka sama.

Przede wszystkim postarali się mistrzowie spekulacji o jak najtrudniejszy rachunek. Więc ustalili wartość marki na 0,358.423 gramów złota. Łatwo się domyślić, że tak wyrafinowany ułamek dziesiętny nie ułatwiał wcale obrachunku przy zmianie, czyli że wekslarze (wechseln, wym. veksln, znaczy: wymieniać, rozmieniać, zamieniać – przyp. mój) mogli pewniej „zarobić”. Bamberger pisał przecież wyraźnie z cynizmem żydowskim: „gdzie cieśla buduje, powstaje wielka ilość wiórów, które są oczywiście własnością majstra”. I wymyślił dziwaczny ułamek, aby tych „wiórów” było najwięcej.

Po wtóre, postanowił Bamberger wypędzić z kraju srebro, a zastąpić je niklem i złotem.

Max Nolda, Juliusz Pikardt, R.A. Seeling (Żydzi) posiadali kopalnię niklu w Naumbergu nad Bobrem, wuj Bamberga, Bischoffsheim, zasiadał w radzie nadzorczej Towarzystwa akcyjnego, eksploatującego kopalnie ołowiu i cynku. Sam nawet twórca pomysłu był głównym ”grynderem” interesu niklowego.

O znaczne straty przyprawiła skarb niemiecki zamiana srebra na złoto, nakazana kategorycznie prawem z dnia 9 lipca 1873 roku, sfabrykowanym znów przez Bamberga i Laskauera.

Zamiana ta grzeszy przeciw zasadniczym prawidłom ekonomii politycznej. Srebro bowiem mają Niemcy u siebie, a złoto muszą kupić. Aż do roku 1871 wydawały ziemie germańskie corocznie za 6 milionów talarów srebra, a złota tylko za 180 000. A właśnie w tym czasie zaczęło srebro spadać w cenie. Zniżenie jego wartości przez mennicę niemiecką nie mogło wpłynąć na podwyższenie kursu. W chwili przyjęcia prawa monetarnego, znajdowało się srebro do złota w stosunku 1:15 i pół, Niemcy straciły w przeciągu bardzo krótkiego czasu 30 procent całego swego mienia srebrnego.

Panika „srebrna” w Niemczech padła i na inne kraje. Obniżył się naturalnie kurs wszystkich papierów zagranicznych, oznaczonych na wartość srebra. Straciły na wartości wszystkie akcje austriackie, amerykańskie i wiele innych, którymi „grynderzy” zasypali targ niemiecki.

Kupony papierów austriackich i amerykańskich płaciły banki odnośne srebrem. Na tym stracili posiadacze niemieccy w r. 1875 przeszło 100 milionów marek. Taką samą klęskę ponieśli w roku następnym.

Sam rząd stracił podczas wojny ze srebrem 96 milionów, co dowiódł w r. 1879 prezydent Reichsbanku (bank państwowy), von Dechend, nie licząc 30 proc. na kursujących jeszcze później, niewycofanych talarów pruskich za 500 do 600 milionów marek.

A któż wziął te pieniądze, któż zubożył wówczas nie tylko rząd niemiecki, ale także każdego, posiadającego cośkolwiek, Germanii syna o 30 proc. Któżby inny, jeśli nie ci, którzy pochłaniają owoce całego świata? Zbogaciło się kilkuset bankierów i wekslarzów żydowskich, pośredniczących przy zamianie srebra na złoto, i Bamberger, założyciel banku niemieckiego (Deutsche Bank), który nie omieszkał postarać się natychmiast o generalne pośrednictwo w tym „interesie”.

Nie dość jeszcze było Bambergowi. „Poczciwy, uczynny”, jak go Żydzi nazywali, pamiętał także o mniejszych „biedakach żydowskiego narodu”. Obdarzył on bowiem ustawą z dnia 14 marca 1875 r. trzydzieści dwa banki żydowskie prawem wyrabiania tylu pieniędzy papierowych, ile tylko potrzebują lub zechcą. Zważywszy, że tylko 1/3 banknotów musiała być pokrywaną monetą brzęczącą lub zastawem solidnym, łatwo domyślić się, że i to prawo otworzyło na oścież bramy wszelkiemu wyzyskowi i oszustwu. Po zagarnięciu ażia i przewyżki przy sprzedaży „grynderów”, spadały naturalnie banknoty „prywatne” z szybkością spekulacji, rujnując nabywców. Przy likwidacjach odpowiadano tylko kapitałem zakładowym, czyli 2/3 wartości całej emisji tonęły w kieszeniach żydowskich.«

Jeske-Choiński pisze o Niemczech, ale atak na srebro był globalny. W 1873 roku została zaatakowana waluta amerykańska. Od 1789 do 1873 roku oba metale (srebro i złoto) miały to samo znaczenie w Stanach Zjednoczonych, a ustanowienie standardu złota w USA nastąpiło ostatecznie w 1900 roku. W 1872 roku srebro zostało zdemonetyzowane we Francji, Anglii i Holandii.

Bimetalizm, czyli standard złota i srebra obowiązywał przez około 400 lat i sprawdzał się. Do realizacji drobnych transakcji służyło srebro, a do większych – złoto. Innymi słowy – biedniejsi posługiwali się srebrnymi monetami, bogatsi – złotymi. Demonetyzacja srebra oznaczała sprowadzenie ludzi niezamożnych do stanu dziadostwa.

Tak to się działo we wrednym kapitalizmie. A jak to się działo w najlepszym z ustrojów, czyli socjalizmie? Maria Dąbrowska w swoim Dzienniku w dniu 2 listopada 1950 roku pisze:

„Zmiana systemu pieniężnego! Przed rokiem, czy półtora rokiem były pogłoski o wycofaniu dotychczasowych pieniędzy. Prasa je kategorycznie zdementowała, tak że stopniowo wszyscy się w związku z tą sprawą uspokoili. Ale oto uderzenie przyszło niespodziewanie. Jak świetnie trzymano to w tajemnicy, najlepszy dowód, że najlżejsza plotka tymi czasy nie pojawiła się na ten temat. Naród, który rzekomo sam się rządzi, nic nie wiedział, co o nim bez niego zdecydowano! Po kilkakrotnym wysłuchaniu powtarzanego komunikatu zorientowaliśmy się w zasadach tej reformy finansowej. Złoty oparty został (rzekomo) na parytecie złota, czyli rubla, z którym został zrównany. Ustanowiono przy tym dwie relacje zamiany starych pieniędzy na nowe. Wszystkie zobowiązania wobec państwa płatne płatne są w relacji 3 nowe złote za 100 starych. Wszystkie zobowiązania państwa wobec obywateli płatne są w relacji 1 nowy złoty za 100 zł starych. W tej samej niekorzystnej dla obywateli relacji wymieniane będą wszystkie bez rozróżnień banknoty znajdujące się w chwili ogłoszenia tej „uchwały sejmu” w rękach obywateli. Nie znalazł się nikt przytomny, ktoby odradzał te wręcz antypaństwowe punkty reformy. Chodziło o uderzenie w „inicjatywę prywatną”, a uderzono w miliony biednych ludzi, wywołując ową falę nienawiści do tak nieludzkiego ustroju.

Wpłaty oszczędnościowe na książeczki PKO wypłacane będą w relacji 3 złote za 100, co słuszne, ale tych wypłat oszczędnościowych wobec notorycznej biedy społeczeństwa jest stosunkowo mało. Konta bankowe wypłacane będą w relacji 1 zł za 100. A na kontach bankowych jest wprawdzie pewna ilość pieniędzy inicjatywy prywatnej, która miała nieostrożność zaufać rządowi, ale gros tych kont, to są honorarja inteligencji pracującej, a zwłaszcza inteligencji twórczej nic nie dostającej do ręki lecz wszystkie należności mającej wpłacane obowiązkowo na konta bankowe. Od razu zrozumiałam, że ta reforma czyni mnie bankrutem. Miałam bowiem niezręczność przenieść połowę moich należności z „Czytelnika” na moje konto bankowe w Banku Rzemiosł i Handlu, w związku z zamiarem kupna owego nieszczęsnego domu w Rejentówce. Będę ukarana za to, że nie zużytkowałam tych pieniędzy na własną korzyść, lecz zostawiłam je w Banku na użytek państwa. Że pożyczyłam je państwu. Człowiek jest dziś karany nie za nielojalność, lecz za lojalność wobec państwa. Pieniędzy, które mam na koncie bankowym nie zarobiłam spekulacją ani handlem. Pochodzą z ciężkiego dorobku życia i twórczości. I to samo państwo, które dało mi je zarobić, dziś konfiskuje mi je w dwóch trzecich.”

W dniu 3 listopada 1950 roku pisze:

„Resztę dnia zajęły mi refleksje nad owym sposobem przeprowadzenia reformy walutowej o czym głośno w mieście. I oto, co mówią ludzie. Kiedy, bodaj półtora roku temu, rozeszły się plotki o zmianie systemu pieniężnego, miał on być w samej rzeczy wówczas zmieniony. Pieniądze już były wydrukowane (data na nowych obecnych banknotach jest 1948), ale ponieważ wieść o tym się rozeszła, rząd zdementował ją w prasie i odłożył sprawę do czasu, gdy wszelkie pogłoski ucichną, a czujność narodu zostanie całkiem uśpiona. Teraz rzecz przeprowadzono w tak absolutnej tajemnicy, że nawet sejm nie wiedział, na co został w trybie nagłym zebrany w sobotę 28.X. wieczorem. Plotka ulicy mówi, że wszystkim, którzy pracowali przy tej aferze zagrożono karą śmierci w razie zdradzenia tajemnicy. Zresztą ilość tych zatrudnionych była z wyjątkiem góry partyjnej i Mincowskiej Komisji Planowania – nieduża – podobno nowe banknoty drukowane były w Czechach, a bilon – w Moskwie wybijany. Pracowników, którzy drukowali ogłoszenia Banku Narodowego zamknięto na trzy doby w miejscach pracy – tak samo pracowników PKPG nie wypuszczono z miejsca pracy przez ostanie dwa dni. Tak samo Sejm, gdy tylko posłowie się zebrali, został zamknięty, nikogo nie wypuszczano, a telefony zostały wyłączone. O 11-tej w nocy, gdy ta zbójecka sprawa została załatwiona, wszyscy posłowie rzucili się do bufetu i wykupili go całkowicie aż do puszek z zepsutymi konserwami włącznie. O tejże godzinie zaczęto rozsyłać woźnych po wszystkich pracownikach instytucji bankowych i placówek handlu uspołecznionego, zwożąc ich do miejsc pracy dla przeliczenia cen, list płacy itp. Wedle ostatniej wersji podobno rząd automatycznie zarobił na tej imprezie 800 miliardów złotych, straconych przez obywateli. Należy to uważać za daninę pobraną w bezprzykładnie brutalny i bezceremonialny sposób.”

Od najdawniejszych więc czasów podstawową funkcją zdecydowanej większości monarchów i rządów było oszukiwanie swoich poddanych i obywateli. Ustrój czy epoka nie miały najmniejszego znaczenia. Metody, jakimi posługiwano się, zależały od możliwości. Początkowo sprowadzało się to do fałszowania srebrnych i złotych monet. Demonetyzacja srebra spowodowała, że ludzie niezamożni zostali sprowadzeni do poziomu ubóstwa. Wraz z powstaniem Banku Anglii w 1694 roku pojawiła się możliwość praktycznie nieograniczonego drukowania pieniędzy papierowych, czyli banknotów. To prowadziło do inflacji, czyli utraty wartości pieniądza. Pierwsi w kolejce do nowo wydrukowanych pieniędzy zyskiwali, reszta – traciła.

Kapitalizm okradał średnio i mniej zamożnych, ale socjalizm poszedł dalej. On potrafił nawet okraść tych, którzy już prawie nic nie mieli, ale nie byli jeszcze dziadami. Na tym właśnie polegała wyższość socjalizmu nad kapitalizmem. Jak okraść ludzi, którzy już niewiele mają? Ano poprzez wymianę pieniędzy. Jednak nie każda wymiana pieniędzy musi być niekorzystna dla obywateli. W 1994 roku przeprowadzono w Polsce wymianę pieniędzy. Ta wymiana to była denominacja. Pojawiły się nowe pieniądze, które zastąpiły stare. To był czas, kiedy rządy postkomunistyczne starały się pozyskać zaufanie obywateli i nie zależało im na ich oszukaniu. Nowa złotówka zastępowała starą w relacji 1 nowy złoty za 10 000 starych złotych. Nie miało znaczenia, czy ktoś trzymał pieniądze w skarpecie, czy w banku. Co więcej, jeszcze długo później można było zanieść te stare pieniądze do banku i wymienić na nowe. Wydawało się więc, że powróciła normalność. A to tylko była podpucha.

Jednak tamta denominacja pokazała jedną rzecz, a mianowicie to, że dla sprawnego funkcjonowania rynku nie ma znaczenia ilość pieniądza wyrażona w liczbach. Taką samą ilość produktów spożywczych, które przed wymianą kupowałem za 50 000 zł, po denominacji kupowałem za 5 zł. Jeszcze na długo przed denominacją zniknął z obiegu bilon. Zapomnieliśmy o groszach, o złotówkach w bilonie. Wszystko było w banknotach. Denominacja przywróciła monety: grosze i złotówki. Co to w praktyce oznacza? Oznacza to, że zamiast zwiększać nominały banknotów ze względu na inflację, można pójść w przeciwnym kierunku i wprowadzać mniejsze jednostki pieniężne w miarę, jak przybywa dóbr wytwarzanych w procesie produkcji, usług i handlu. To, z kolei, oznacza, że ci, którzy oszczędzają zyskują, bo ich pieniądze nie tracą na wartości, tylko rośnie ich siła nabywcza. Gdy na rynku zwiększa się ilość towarów i usług, a ilość pieniądza pozostaje niezmienna, to jego siła nabywcza wzrasta, w odróżnieniu od sytuacji, gdy ilość pieniądza wzrasta w związku z jego dodrukiem. Wraz ze wzrastającą ilością pieniądza, niemającego pokrycia w towarach, jego siła nabywcza maleje.

Najsilniejszą walutą w historii był chyba funt szterling. Wikipedia tak o nim pisze:

Funt szterling dzieli się na 100 pensów, którego symbolem jest „p” i tak często jest określany w mowie potocznej w języku angielskim.

Do 15 lutego 1971 funt dzielił się na 240 pensów (skrótowo zapisywanych „d” od słowa denar), bądź na 20 szylingów („l”, bądź „s” od solid). Pens po przejściu na system dziesiątkowy w 1971 z racji różnicy wartości był początkowo nazywany nowym pensem.”

System dziesiątkowy, pisze Wikipedia, ależ to tragedia! Jak to wszystko schodzi na psy! Tylko co winne są temu te, skądinąd sympatyczne, w większości, zwierzaki? Nie ma takiego pojęcia jak system dziesiątkowy. Jest słowo „dziesiątkować”, które oznacza – bić, zabijać, rozstrzeliwać co dziesiątego. Jest natomiast system dziesiętny, mający za podstawę układu albo konstrukcji liczbę 10. W jakim ja świecie żyję!?

Nic więc nie stoi na przeszkodzie, by waluta, która zyskuje na wartości ze względu na wzrastającą ilość dóbr i usług, była dzielona na mniejsze jednostki. Wówczas zyskują wszyscy ci, którzy oszczędzają, a ci, którzy pożyczają muszą spłacać w walucie, która jest już znacznie więcej warta niż wówczas, gdy w niej pożyczali i w tym są ukryte odsetki od pożyczonego kapitału. Koszt kredytu jest tylko po stronie kredytobiorcy, zupełnie tak jak obecnie, ale zyskują nie finansowi macherzy, tylko ci, którzy oszczędzają.

Obecnie kilogram chleba kosztuje mniej więcej 4 zł, a samochód, nie jakiś ekskluzywny i nie najtańszy – 40 000 zł. Za te 5 zł po denominacji z 1994 roku kupowałem więcej niż dziś za 50 zł. A ktoś, kto wtedy zarabiał 400 zł, dziś zarabia 4000 zł albo i więcej. Czy to oznacza, że na rynku jest 10 razy więcej pieniędzy? Jest ich prawdopodobnie znacznie więcej, jeśli 1% najbogatszych ma tyle ile biedniejsza połowa ludności świata. A czy towarów i dóbr jest obecnie 10 razy więcej? Też to trudno oszacować, bo większość tego, co dzisiaj produkuje się to są rzeczy nietrwałe, często jednorazowego użytku.

Żydzi rządzą pieniądzem od bardzo dawna, ale przed nimi byli Fenicjanie i to prawdopodobnie od nich wiele się nauczyli. Wmówili wszystkim, że rozwój może następować, gdy na rynku jest coraz więcej pieniędzy, a kredyt musi być oprocentowany. A dlaczego nie może być rozwoju, gdy ilość pieniądza jest stała? Gdy ilość pieniądza jest stała, a następuje rozwój, czyli pojawia się na rynku więcej dóbr i usług, to pieniądz zyskuje na wartości. Zysk oszczędzającego polegałby nie na dopisaniu mu odsetek, tylko na tym, że po jakimś czasie za te same pieniądze mógłby nabyć więcej dóbr i usług. Ryzyko kredytobiorcy polegałoby na tym, że w momencie spłaty kredytu ta sama nominalnie ilość pieniędzy miałaby znacznie większą moc nabywczą niż w momencie jego zaciągnięcia. Rola banku sprowadzałaby się do pośrednictwa pomiędzy oszczędzającymi, a kredytobiorcami. I mógłby on tylko pożyczyć pieniądze tych, którzy je tam wcześniej zdeponowali. Nie byłoby żadnej giełdy, żadnych funduszy inwestycyjnych i temu podobnych wynalazków. Po co? Pieniądz zyskiwałby na wartości w miarę rozwoju i upływu czasu. Wszystko byłoby odwrotnie niż teraz. A czy w takiej sytuacji możliwe byłyby jakieś wojny i konflikty zbrojne?

Żydzi narzucili nam standard pustego pieniądza i oprocentowanego kredytu. Do tego dorzucili nam wymyśloną przez siebie ekonomię, mnóstwo teorii rynkowych, cyklów koniunkturalnych, liberalizm, socjalizm, monetaryzm, austriacką szkołę ekonomi, w której, jakimś dziwnym trafem, wszyscy ci Austriacy, to Żydzi.

I tak to się toczy, prawie od początku. Nie wystarczy zdominować finanse. Żeby z powodzeniem realizować swoje cele, trzeba jeszcze zdominować ludzkie umysły i sączyć w nie swoje ekonomiczne teorie, które poparte naukowymi „autorytetami”, stają się prawdami objawionymi.

Czy taki pieniądz, którego ilość na rynku byłaby stała, musiałby mieć pokrycie w złocie? Skąd się wzięło pokrycie w złocie? Stąd, że średniowieczni złotnicy proponowali swoim klientom kwity w zamian za złoto, które u nich deponowali. W takiej sytuacji pokrycie w złocie musiało być pełne. To był okres, w którym złoto w postaci monet, było pieniądzem obiegowym. I stąd się wziął standard złota – pełne pokrycie pieniądza papierowego w złocie. Ostatecznie w 1971 roku Stany Zjednoczone wycofały się z pełnego pokrycia dolara w złocie. Skończyła się więc pewna epoka. Pieniądz, którego ilość na rynku byłaby stała, nie musiałby mieć żadnego pokrycia w niczym. Wystarczyłoby tylko, by konsekwentnie utrzymywano stałą jego ilość. Rygor, który jest obcy ludzkiej naturze. Dlatego ten świat wygląda tak, jak wygląda.

Miecz

Obejrzałem sobie ostatnio wystąpienie Wojciecha Olszańskiego na kanale „cepolska”, poświęcone paleniu świec hanukowych w Pałacu Prezydenckim. Było ono bardzo emocjonalne, co wyrażało się w mowie ciała, jak i w treści wypowiadanych słów. Olszański powoływał się m.in. na husarię, czyli niby nasze tradycje historyczne i, jak zajdzie potrzeba, to wszystkich ich zmieciem z powierzchni – tak można było odczytać sens jego wypowiedzi, z którym, jak sądzę po komentarzach, zgadza się wielu Polaków. Problem jednak polega na tym, że żeby kogoś zmieść z powierzchni, to ten ktoś musi stawić nam czoła w polu. Ale ten ktoś nie stawi nam czoła w walce. Ten ktoś działa w sposób daleko bardziej wyrafinowany. Do podporządkowywania sobie innych stosuje bardziej wyszukane narzędzia. Jeśli więc chce się go pokonać albo przynajmniej podjąć walkę, to należy użyć tych samych środków, zgodnie ze starą maksymą: „Kto mieczem wojuje, ten od miecza ginie.” Nie można walczyć mieczem z przeciwnikiem, który jest niewidoczny i posługuje się inną bronią. Jego broń to pieniądz i kredyt. Jedynym więc remedium jest stworzenie własnego pieniądza i kredytu bezprocentowego. To nie jest żadna odkrywcza myśl. Ludzie już od dawna wiedzą o tej broni. Problemem jest to, że od pomysłu do przemysłu droga daleka, a przeciwnik doskonale wie, że taki pomysł nie jest obcy jego adwersarzom. Wszelkie tego typu inicjatywy zwalcza w zarodku, wykorzystując przy tym ludzką słabość i pragnienie bycia bogatym.

Z inicjatywą kredytu społecznego wyszedł Narodowy Instytut Studiów Strategicznych (NISS) i nawet ma już własną walutę – Huzar Polski. Tylko kto ją będzie honorował, skoro wszyscy zadłużeni są w złotówkach lub we frankach. Banki należą do Żydów, podobnie jak wielkie sieci handlowe. Można więc powiedzieć, że nie tylko kreacja pieniądza jest pod kontrolą Żydów, ale również jego obieg. Rządy są zadłużone. Czy one coś mogą? Jak więc twórcy pomysłu chcą go wprowadzić w obieg? Jednak już nazwa „Narodowy” budzi pewne podejrzenia. Ciekawe skąd oni mają pieniądze? Sama nazwa „Huzar” odwołuje się do debilnych tradycji husarii, która może i zmiatała z pola walki przeciwnika, ale nic z tego, w sensie politycznym, nie wynikało. Czemu nie odwołują się do tego wygranego polskiego powstania – powstania wielkopolskiego? Jak ktoś promuje tradycje I RP, w której 90% ludzi było niewolnikami, to, jak dla mnie, jest żydowskim agentem. I tym jest dla mnie NISS. Inna sprawa, że huzar to, jak podaje słownik języka polskiego, żołnierz lekkiej jazdy ubrany i uzbrojony na sposób węgierski, a husarz, to rycerz służący w husarii. I jeszcze to, że słowa te są pochodzenia węgierskiego, a sama husaria była na początku wojskiem zaciężnym i cudzoziemskim. „Dobra” tradycja. Tylko dla kogo?

Żeby walczyć z takim przeciwnikiem, to trzeba też wiedzieć, jak bardzo jest on bezwzględny, przebiegły, jak bardzo wyrafinowany, jak bardzo konsekwentny w działaniu, jak bardzo bez skrupułów w dochodzeniu do celów, które sobie wyznaczył. To jest przeciwnik z obcej cywilizacji, którego system wartości jest zupełnie inny niż nasz. Nie pokonamy go, jeśli nie zastosujemy wobec niego jego metod działania, które są obce naszej cywilizacji. I na tym polega problem. My jesteśmy jak ciepłe kluchy. Oni są twardzi, niewzruszeni i bezlitośni. Jeśli chcemy podjąć z nimi walkę, musimy być tak samo bezwzględni i bezlitośni, jak oni. Walka już się zaczęła. Jeśli oni wygrają, to nie będzie problemu. Jeśli przegrają, to wtedy będzie właściwy moment do wprowadzenia własnego pieniądza i kredytu społecznego, czyli bezprocentowego.

W blogu „13 grudnia” napisałem, że wszystko zostało zaplanowane przez Żydów: „Pożyczka na modernizację Polski, trudności w spłacie rat kredytu i odsetek, kryzys, strajki, stan wojenny. W jego wyniku nastąpiło dalsze dobijanie gospodarki PRL-u i Okrągły Stół. Żydzi z banków zachodnich porozumieli się z Żydami, którzy kontrolowali finanse PRL-u. Ktoś może powiedzieć, że to chora wyobraźnia chorego człowieka, który ma obsesję na punkcie Żydów. Problem jednak polega na tym, że na długo przede mną byli ludzie, którzy dostrzegli to zagrożenie i opisali je. I ja, chcąc obronić swoją koncepcję, muszę przytoczyć ich opisanie rzeczywistości, w której żyli i mieli dostęp do źródeł, które są dla nas nieosiągalne. I znowu muszę odwołać się do Louisa Evena, którego cytowałem w blogu „Kryzys”. Źródło jest to samo: Dwumiesięcznik Michael, wydanie promocyjne nr 16, luty 2015. Autor wykorzystuje informacje zawarte w książce Gertrudy Coogan „Twórcy pieniądza”, wydanej w USA w 1935 roku.

»Obecny system bankowy jest czystym bandytyzmem. Każdy, kto zadał sobie trud przestudiowania tej kwestii – tworzenia zadłużonego pieniądza kredytowego i absolutnej kontroli środków wymiany przez banki – nie może mieć wątpliwości. Ale jest to zalegalizowany bandytyzm.

Trzeba powiedzieć, że prowadząc ten proceder dla korzyści małej kliki prywatnych osób na barkach społeczeństwa, banki pozostają w granicach swojej koncesji. Jest to „trik” ustanowiony przez „niezależny” rząd i tworzy on machinę, która wykrwawia i zabija ludzkość. We wczesnych wiekach naszej ery znajdujemy pasożyty o mentalności pochodzenia żydowskiego, posiadające kantory, gdzie można było pożyczać pieniądze i położyć rękę na każdy monetarny obieg w krajach, gdzie się osiedlili. Nie osiadali jednak wszędzie. Bezskutecznie można szukać bankierów w krajach, gdzie niczego nie dało się zabrać. Nie było ich także w pierwszej grupie osadników, którzy znaleźli się w północnych lasach Quebeku. Pożyczkodawcy pieniądza udawali się z Palestyny do Włoch, gdzie kwitło imperium rzymskie. Otrzymywali wszelkie wyrazy szacunku i owoce pracy producentów z pól Lombardii. Anglia wydobyła się później z barbarzyństwa, a jej żeglarze przywozili z wypraw całe bogactwo świata. Nasi pożyczkodawcy pieniądza mieli dobry węch i skolonizowali na swój sposób jedną z ulic Londynu, która stała się znana w dziedzinie międzynarodowych finansów pod nazwą ulicy Lombard.

Posiadacze złota – synowie według ciała lub według ducha tych, którzy przyprowadzili ze sobą statki złota i srebra Egipcjan i tańczyli na pustyni wokół złotego cielca, kiedy Bóg dyktował Dekalog na górze – szybko nauczyli się komercjalizować łatwowierność nieświadomego społeczeństwa i pożyczali mu to, czego nie posiadali. Złoto pozostawało w sejfach. Pokwitowania tych, którzy powierzyli swoje złoto bankierom i zobowiązania zapłaty w złocie wystawione przez bankierów, krążyły tak jak samo złoto i przynosiły te same dochody.

Legalizacja bandytyzmu

W 1694 r. pasożyty, jako osoby prywatne otrzymały legalne prawo emisji i pożyczania pieniędzy na procent suwerennym rządom. W tym roku król Anglii William III potrzebował pieniędzy na prowadzenie wojny. Od czasu rewolucji w 1688 r. istniało w Londynie towarzystwo skupiające bogatych ludzi pod nazwą „Towarzystwa Banku Anglii”. Jego przewodniczącym był William Paterson.

Król, który nie potrafi skutecznie opodatkować swoich poddanych i nie odważa się wprowadzić rządowych pieniędzy papierowych, po tym jak opozycja, poprzez tajne siły finansowe, przedstawiła tę kwestię jego poprzednikowi Karolowi II, a teraz jemu, kierując jego uwagę na towarzystwo Banku Anglii.

William Paterson oferuje królowi udzielenie pożyczki w wysokości 1,2 mln funtów w złocie i srebrze na 8% pod warunkiem, że król pozwoli Towarzystwu Banku Anglii zrobić dokładnie to, czego władcy pieniądza w owym czasie zabraniali królowi: drukować pieniądze papierowe, które byłyby legalnym środkiem płatniczym i to w wysokości równej sumie pożyczonych królowi pieniędzy.

Bank zgromadziłby zatem 1,2 miliona funtów w złocie i srebrze dla króla, w zamian za co otrzymałby prawo wydrukowania 1,2 miliona funtów w banknotach papierowych, które król mocą swojej władzy, nakazałby uznać Anglikom w ten sam sposób jak złoto. Bank pożyczyłby królowi pieniądze metalowe na procent, a wydrukowane przez siebie 1,2 miliona funtów w banknotach posiadałby na udzielanie z zyskiem pożyczek dla handlu i przemysłu.

William Paterson świetnie rozumiał znaczenie otrzymanego przywileju i napisał: „Bank może wprowadzić w obieg tę nową emisję waluty posiadając tylko jedną szóstą czy jedną czwartą część tej sumy w rezerwie (200 lub 300 tysięcy funtów). To tak jakby pożyczał on krajowi dziewięćset tysięcy czy milion funtów nowych pieniędzy”. W praktyce nie potrzebował on nawet utrzymywać 25-procentowej rezerwy. Od 1696 r. bank wprowadził do obiegu 1.750.000 funtów, posiadając rezerwę w wysokości tylko 36.000 funtów w gotówce, co stanowiło niewiele ponad 2% rezerwy.

Dom Rothschildów

Tak więc prywatny bank stał się potężniejszy niż sam król. Począwszy od tego pierwszego zawładnięcia wspólnego dobra przez stowarzyszenie wyzyskiwaczy widzimy, że nowa monetarna machina funkcjonuje przede wszystkim finansując wojny. To w tym czasie zostaje położony fundament pod nieustające wielkie dochody. Machina ta nie straciła niczego w okresie swojej adaptacji w 1914 r. i żadnemu rządowi nie brakowało pieniędzy do prowadzenia swoich obywateli na wielką rzeź. Stwierdzenie „nie ma pieniędzy”, które ciągle słyszymy dzisiaj, nie istniało w latach 1914-1918.

Fortuna zbudowana dzięki masakrom ludzkości

Międzynarodowy Dom Rothschildów jest świetnym przykładem fortuny zbudowanej dzięki masakrom ludzkości. Mówiąc o założeniu Banku Anglii, zauważyliśmy, że międzynarodowa finansjera wie, jak wyciągać zyski z wojen, żeby zaokrąglić swoją fortunę i umocnić swoją władzę.

Historia Rothschildów pokazuje, że przynajmniej więcej niż raz finansiści ci nie stracili okazji, jakie przynosiły im konflikty międzynarodowe.

Chociaż ich przodek Meyer Amschel Rothschild żył w Niemczech, Dom Rothschildów nie był ani niemiecki, ani angielski czy francuski, tylko międzynarodowy – żydowski. Ich obecni potomkowie opuszczają Austrię, Francję i nie żałują tego, dopóki mogą zabrać ze sobą swoje złoto. Poza tym synowie Amschela założyli swoje siedziby w pięciu różnych krajach Europy.

Amschel osiedlił się we Frankfurcie nad Menem, mimo że to miasto było wrogie Żydom. Frankfurt był wtedy po Hanowerze największym centrum biznesowym w Niemczech.

Meyer Amschel Rothschild służył jako bankier landgrafowi Hesji. Landgraf był najbogatszym księciem w całej Europie. Wzbogacił się różnymi sposobami, między innymi na tym, co dziś moglibyśmy nazwać handlem mięsem armatnim.

Mieszkańcy Hesji byli silnymi ludźmi i wielu z nich zarabiało na życie w zawodzie żołnierskim. Nie z powodu patriotyzmu, ale dla pieniędzy. Ich książę, landgraf, zatrudniał ich i sprzedawał ich usługi innym książętom lub królom, którzy tego potrzebowali. Oczywiście landgraf czerpał zyski z tych transakcji i powierzał te zyski Rothschildowi, który je inwestował, pomnażając dochody landgrafa, a sobie samemu zostawiając mały profit.

Na przykład, gdy amerykańskie kolonie powstały przeciwko Anglii, jej król, Jerzy III, poprosił landgrafa o pułk wojska heskiego, żeby nie wysyłać Anglików do walki z Anglikami. Landgraf dostarczył mu 16.800 ludzi, co kosztowało Jerzego III sumę odpowiadającą dzisiejszym (1940r.) 20 milionom dolarów.

Landgraf powierzył te 20 milionów Rothschildowi, który szybko wyczuwał interes. Ponieważ w Ameryce trwała wojna, a kraje toczące wojny poszukują zawsze funduszy, za które płacą wysoką cenę, będąc w potrzebie. Rothschild nie znalazł niczego bardziej pociągającego, niż użycie tych pieniędzy w Ameryce.

Żyd z Frankfurtu pożyczył więc pieniądze swemu rodakowi w Ameryce, Żydowi Haymowi Salomonowi. Salomon płacił odsetki Rothschildowi. Ale sam Salomon bez żadnego problemu pożyczył pieniądze na wyższy procent Morrisowi, bankierowi George’a Washingtona, na prowadzenie wojny o niepodległość.

Stąd mieszkańcy Hesji walczyli po stronie Jerzego III przeciwko Amerykanom, a Amerykanie byli opłacani pieniędzmi, za które Jerzy III kupił wojsko heskie.

Amerykanie, Anglicy i Hesowie zabijali się nawzajem na polach bitew, podczas gdy dwóch bankierów żydowskich, Salomon po tej stronie oceanu i Rothschild po drugiej, gromadziło zyski i władzę, jaką dają pieniądze.

Rothschild miał pięciu synów i uczył ich tego dochodowego zajęcia. „Pięciu Panów z Frankfurtu”, oddzielonych ciałem, ale nie umysłem i interesami. Najzdolniejszy z nich, Natan, wybrał Londyn, który miał się stać finansowym centrum świata. Założył tu bank i dom maklerski N.M. Rothschild i Synowie. Jakub osiedlił się w Paryżu, Salomon w Wiedniu, Karol w Neapolu, podczas gdy najstarszy Amschel, jak jego ojciec, pozostał we Frankfurcie. Działo się to w okresie Rewolucji Francuskiej. Ojciec zmarł w 1813 roku.

W tym czasie Europa stała się ofiarą wojen napoleońskich. Dwóch Rothschildów, Natan i Jakub, jeden w Anglii, drugi we Francji, wiedziało jak wykorzystać wszystkie szanse. Anglia pożyczała od Natana Rothschilda, żeby walczyć z Napoleonem. Napoleon pożyczał od Jakuba Rothschilda i jego sługusów, żeby walczyć z Anglią. Pożyczki dla rządu i kontrabanda na szeroką skalę za cichym przyzwoleniem dwóch wrogich rządów wzbogacały Rothschildów, kiedy ginęli żołnierze, kiedy płakały matki i żony, kiedy nienawiść stawała się coraz ostrzejsza i kiedy wszystko było pełne patriotycznych przemówień.

Żałoba, która objęła Europę, niezbyt zubożyła tych ekspertów pieniądza. Natan, sam prawdziwy geniusz finansowy, osiągnął na giełdzie londyńskiej sześć milionów dolarów zysku jednego dnia – dwa dni po bitwie pod Waterloo. Kiedy Orzeł [Napoleon Bonaparte] miał umrzeć na Wyspie Świętej Heleny, Rothschildowie gromadzili swoją fortunę.

Ten sam Natan interweniował później w Hiszpanii w 1835 r., gdzie, żeby zemścić się na rządzie, który nie chciał ustąpić wobec jego żądań pomimo łapówek, jakie płacił hiszpańskiemu ministrowi finansów, przeznaczył, w porozumieniu ze swoim bratem z Paryża, dziewięć milinów dolarów, by zniszczyć hiszpańską giełdę i akcje. Skończyło się to światową depresją, która zrujnowała tysiące akcjonariuszy, gdy Rothschildowie w tym czasie wzbogacili się na tych ruinach.

W tej samej sprawie, inny brat, Salomon z Wiednia, ośmielił się napisać do swego zaufanego: „Powiedz księciu Metternichowi, że Dom Rothschildów działa tam z zemsty”.

Tenże Salomon pomagał Metternichowi finansować Święte Przymierze (Austria, Rosja i Prusy) bez uciekania się do Anglii. W zamian bracia Rothschildowie zostali obsypani zaszczytami i otrzymali tytuły baronów, przyznane przez Sąd Cesarski w Wiedniu.

Oszustwo na plecach Francuzów

Pomimo najwyższej powściągliwości i tajemnicy, jakimi dzisiejsi międzynarodowi bankierzy się zasłaniają, by ukrywać swoje machinacje, technika pozostaje ta sama.

Kiedy Austria została podzielona po I wojnie światowej, tamtejszy Dom Rothschildów znalazł się w żałosnym stanie finansowym. Nie na długo jednak. Gdy osiem lat później premier Poincaré przygotował w Paryżu w porozumieniu z Bankiem Francji prawo stabilizujące franka, Rothschild z Paryża, dyrektor Banku Francji (bank prywatny), wiedział jak szybko poinformować o tym swego kuzyna w Wiedniu. Ten spieszył się, żeby kupić franki, które wtedy traciły wartość, by sprzedać je, gdy ich wartość wzrosła po uchwaleniu ustaw przez francuski parlament.

W niecały tydzień bez przelewania krwi i potu, Żyd z Wiednia odbudował z powrotem swoją fortunę… na grzbiecie francuskich inwestorów.

Międzynarodowe finanse nie mają swej ojczyzny. Są wszędzie, wyciągają zawsze swe macki we wszystkich krajach, tam, gdzie tylko jest coś splądrowania i ograbienia, pozostawiając po sobie niezliczone ruiny i nie uważają się odpowiedzialne za cokolwiek. „Tam, gdzie jest pieniądz, jemu jest podporządkowane państwo”, trafnie ujął to Papież Pius XII.

Z powodu zachłanności finansistów z Londynu amerykańskie kolonie zorganizowały powstanie przeciw Anglii. Żądały one prawa do emitowania swych własnych pieniędzy stosownie do swych potrzeb i odmówiły płacenia haraczu za swe własne środki wymiany. Odebranie im prawa emisji swojej własnej waluty przez finansjerę z Londynu uzależniło całkowicie kolonie od metropolii wyzyskiwaczy.«

Nie ma sensu dyskutować o wojnach, zamachach, przewrotach, polityce, gospodarce, jeśli nie uwzględni się w tym wszystkim czynnika żydowskiego i jego destrukcyjnego wpływu na dzieje świata. Powyższy cytat nie pozostawia złudzeń. Jeśli Żydzi poczynali sobie tak swobodnie w Europie i w Ameryce, to dlaczego nie mogliby tego zrobić w Polsce? W Polsce, która jest dla nich – Polin. Tłumaczenia Żydów typu Korwin-Mikke, Michalkiewicz, Miszalski, że to służby specjalne, jakaś razwiedka, czy cokolwiek innego, nie ma sensu. Owszem, to mogły być te służby, bez względu na to, jak je nazwiemy, ale one wszystkie były i są zależne od Żydów. Ja nie muszę niczego udowadniać, podpierać się źródłowymi dokumentami. Wystarczy logiczne myślenie.

Jedno zdanie w tym tekście jest bardzo aktualne: “Stwierdzenie „nie ma pieniędzy”, które ciągle słyszymy dzisiaj, nie istniało w latach 1914-1918.” To dzisiaj odnosiło się do lat 30-tych, ale ono i obecnie jest bardzo aktualne. Jeszcze nie tak dawno, przed “pandemią”, słyszeliśmy, że na wiele rzeczy nie było pieniędzy. Czy słychać teraz narzekania premiera i rządu, że nie ma pieniędzy na szczepionki, na szpitale, na wynagrodzenia dla “walczących” z wirusem? Nie słychać. Co to oznacza? Oznacza to, że znowu mamy wojnę. Tym razem jest to zupełnie inna wojna, wojna, w której rządy wszystkich lub prawie wszystkich państw na świecie walczą ze swoimi obywatelami. A jak walczą, to znaczy, że chcą ich zniszczyć. Kto by się spodziewał, że takich czasów dożyjemy.

Kredyt

W poprzednim blogu, z okazji kolejnej rocznicy stanu wojennego, pisałem o tym, jak pożyczka wpłynęła na dalszy rozwój sytuacji politycznej i gospodarczej w Polsce. Czasem mam takie wrażenie, że wszelkie analizy zaczynają się w miejscu, w którym powinny się skończyć. Żeby to wyjaśnić, posłużę się cytatem. Marian Miszalski w książce Najnowsza spiskowa historia Polski pisze:

»Na czym zatem opierał Gierek i kierownictwo partyjno-rządowe swą strategię modernizacji polski w 1970 roku? (W 1971 roku – przyp. mój). Dlaczego uważali (jeśli przypisywać im nawet dobre intencje), że pożyczone pieniądze zainwestowane w gospodarkę socjalistyczną przyniosą zysk, z którego spłacą pożyczki i odsetki, a ta zmodernizowana, lecz zasadniczo nie zmieniona gospodarka socjalistyczna sama „pociągnie” dalej?

Jedyna rozsądna odpowiedź, jaka nasuwa się przy założeniu ich dobrych intencji, brzmi: przyjęli to założenie z ciasnoty horyzontów intelektualnych. Mniej uprzejma odpowiedź: z cynizmu i koniunkturalizmu, wyrażającego się w chęci dojutrkowego trwania i bogacenia się „przy żłobie”, bez oglądania się na przyszłość i na koszty tej chybionej „modernizacji”. Trzecia wreszcie odpowiedź mogłaby brzmieć: była to koncepcja nie tyle „ekipy Gierka”, co kierownictwa sowieckiego, które potraktowało Polskę jako teren pewnego eksperymentu polityczno-gospodarczego, niewiele kosztującego Sowiety, a mogącego pomóc im w dostępie do zachodnich technologii. Jeśli tak, to początkowo, w Moskwie, właśnie sowiecka razwiedka najbardziej popierać musiała ów eksperyment (ciepło, ciepło: to gen. Wojciech Jaruzelski, Stanisław Kania i wicepremier Piotr Jaroszewicz uczestniczyli aktywnie w antygomułkowskim spisku…).

Najprawdopodobniej wszystkie te trzy odpowiedzi cząstkowe składają się dopiero na odpowiedź pełną.«

Miszalski nie ma racji, gdy pisze, że zmodernizowana gospodarka socjalistyczna nie byłaby w stanie spłacić pożyczki i odsetek. Chiny są gospodarką socjalistyczną, a może nawet komunistyczną, a radzą sobie doskonale. Problem polegał na tym, że gospodarki krajów socjalistycznych były odcięte od świata. Ich waluty nie były wymienialne. To jest problem, którego doświadczyli frankowicze. Fundamentalna zasada finansów jest taka: “Bierz kredyt w walucie, w której zarabiasz”. W przeciwnym wypadku kończy to się bankructwem lub całkowitym uzależnieniem od wierzyciela. Nie ma też racji, gdy twierdzi, że te kredyty służyły do zakupu nowych technologii, które wykorzystał Związek Radziecki. Raz, że najnowszych technologii Zachód nie sprzedawał, a dwa, że tenże Związek Radziecki te najnowsze technologie dostawał od Zachodu bezpośrednio i to od czasów rewolucji październikowej.

Tak więc analiza Miszalskiego zaczyna się w miejscu, w którym powinna się zakończyć, bo najważniejsze jest to, jak doszło do udzielenia tego kredytu. Czy przedstawiciele rządu i partii pojechali na zachód i weszli do jakiegoś dużego banku i poprosili o kredyt, a bankier zapytał, jakie mają zabezpieczenie. Zapewne tak to się nie odbyło. W takim razie jak? Podstawowe pytanie brzmi: do kogo należą banki? Banki należą do Żydów. Bank PRL-u był oficjalnie państwowy, ale kontrolowany również przez Żydów. Dla żydowskiego kierownictwa politycznego banki są narzędziem do wywierania wpływów i do podporządkowywania sobie państw i narodów. Od kogo więc wyszedł pomysł, by zmodernizować Polskę przy pomocy zachodnich kredytów? Ci, którzy ich udzielili, doskonale wiedzieli, że Polska ich nie spłaci i o to właśnie im chodziło. Zapewne więc żydowscy przywódcy polityczni i ideowi opracowali koncepcję modernizacji Polski, która miała doprowadzić do wielkiego kryzysu. Bankierzy i politycy wykonali rozkaz. A te wszelkie rozważania o razwiedkach, frakcjach, o dorywaniu się do żłoba itp., to wszystko prawda, tyle że służy to tylko i wyłącznie rozmyciu problemu, odwróceniu uwagi od prawdziwych sprawców tego nieszczęścia i ukryciu prawdziwego mechanizmu podporządkowywania sobie narodów i państw. Gdyby więc żydowscy przywódcy polityczni mieli inną koncepcję, to żydowskie banki kredytu nie udzieliłyby, a już na pewno takiego, który byłby możliwy do spłacenia. I ani razwiedka, ani Sowiety, jak pisze Miszalski, niczego nie wskóraliby. Mogliby sobie co najwyżej poruszać palcem w bucie. Miszalski pochodzi z tej samej nacji, co Michalkiewicz – to kumple. Ich zadaniem jest robienie gojom wody z mózgu, choć trzeba przyznać, że robią to na wysokim poziomie.

Kwestie finansowe są raczej mało znane przeciętnemu Polakowi i przeważnie nie interesuje się on nimi. Dla większości pieniądze są celem samym w sobie, a dla Żydów są jedynie środkiem do celu, którym jest uzależnienie od siebie innych nacji. Do tego potrzebują bardzo dużo pieniędzy. Nie jest to jednak dla nich problem, bo to oni sami sobie je fabrykują, choć teraz bardziej adekwatnie jest powiedzieć – kreują.

Żeby to wszystko zrozumieć trzeba zacząć od początku. Willem Middelkoop w książce Wielki reset pisze:

»Bankowość opartą na systemie rezerw cząstkowych zapoczątkowano pod koniec średniowiecza, kiedy włoscy bankierzy – często złotnicy – zaczęli wystawiać „papiery dłużne” (weksle) klientom, którzy trzymali u nich swoje złote monety. Tymi papierami wartościowymi coraz częściej posługiwano się jak pieniędzmi, gdyż miały oparcie w złocie. Gdy bankierzy zauważyli, że złotych monet prawie nigdy nie zabierano z ich skarbców, zaczęli wystawiać weksle na sumy przewyższające wartość przechowywanego u nich złota. Te weksle uważa się za pierwsze kwity bankowe, czyli banknoty.«

To tak w dużym skrócie, by ogarnąć istotę problemu. Natomiast Louis Even, kanadyjski propagator kredytu społecznego, w artykule Złotnik, który został bankierem, z października 1936 roku, opisuje ten mechanizm bardziej szczegółowo i przystępnie. Dlatego uznałem, że jest warty przybliżenia. Artykuł ten ukazał się w dwumiesięczniku Michael, wydanie promocyjne nr 16, luty 2015.

»Przy odrobinie wyobraźni zapewne potraficie się przenieść w myśli do dawnej Europy, już starej, ale jeszcze mało rozwiniętej, kultywującej zwłaszcza sztukę wojny i prześladowań, i rozbudzającej mimo to stopniowo opowieści poszukiwaczy przygód i podróżników. Może to być czas, kiedy Jacques Cartier wspiął się na szczyt Mont Royal, prowadzony przez starego wodza, który chciał, żeby podziwiał on wspaniałą panoramę lasów i rzek, wobec której nawet dusza czerwonoskórego nie może pozostać obojętna. Albo było to raczej zanim Krzysztof Kolumb wypłynął na rozległy, nieznany przestwór, aby dotrzeć na wschód, żeglując na zachód.

Wówczas pieniądz nie odgrywał jeszcze tak wielkiej roli w transakcjach handlowych. Większość z nich poległa na prostej wymianie towaru za towar. Królowie, wielcy panowie, ludzie bogaci, wielcy kupcy posiadali jednak złoto i posługiwali się nim jako środkiem na wyposażenie albo na zdobycie towarów zagranicznych.

Wielcy panowie i narody często ze sobą walczyli; złoto i diamenty były więc narażone na napady. Dlatego właściciele złota, którzy stali się bardzo nerwowi, powierzali je coraz częściej złotnikom na przechowanie. Ci bowiem, pracując około cennego materiału, musieli posiadać solidne schowki. Złotnik brał w depozyt kosztowności, wystawiał ich właścicielowi pisemne zaświadczenie i przechowywał je za odpowiednim wynagrodzeniem. Oczywiście właściciel mógł się upomnieć, gdy tylko zechciał, o zwrot depozytu w części lub całości.

Kupiec udający się z Paryża do Marsylii albo z Troyes do Amsterdamu mógł zaopatrzyć się w potrzebne mu złoto. Po drodze bywał jednak narażony na napady. Dlatego też starał się namówić swego sprzedawcę w Marsylii czy w Amsterdamie, żeby zamiast złota przyjął pisemne upoważnienie na część majątku, będącego w depozycie u złotnika w Paryżu czy w Troyes. Kwit złotnika stanowił dowód na istnienie tego majątku.

Zdarzało się również, że dostawcy w Amsterdamie czy gdziekolwiek indziej, udało się namówić swego własnego złotnika w Londynie czy w Genewie na przyjęcie za jego usługi transportowe podpisanego kwitu, który otrzymał od swego francuskiego sprzedawcy. Krótko mówiąc, stopniowo doszło do tego, że kupcy wymieniali między sobą kwity zamiast złota, żeby go niepotrzebnie nie wozić i nie narażać na rabunek. To znaczy, że kupiec, zamiast iść do złotnika po sztaby złota, żeby zaspokoić swego wierzyciela, wręczał mu kwit złotnika, upoważniając go tym samym do podjęcia złota przechowywanego przez złotnika.

Zamiast złota przechodziły więc z rąk do rąk kwity złotnika. Ponieważ liczba sprzedających i kupujących była niewielka, nie był to zły system. Łatwo bowiem było śledzić przechodzenie kwitów.

Pożyczkodawca złota

Złotnik dokonał niebawem odkrycia, które powinno było wprawić ludzkość w większe zdumienie, niż słynna podróż Krzysztofa Kolumba. Z doświadczenia wysnuł wniosek, że niemal całe powierzone mu złoto pozostawało w jego schowkach nienaruszone. Zaledwie jeden na dziesięciu właścicieli złota kiedykolwiek wyciągał go z sejfu. Właściciele tego złota posługiwali się w swoich transakcjach handlowych prawie wyłącznie kwitami złotnika. Niewielu z nich zgłaszało się po swoją własność.

Chciwość, żądza wzbogacenia się szybciej niż tylko pracując jako jubiler, przyśpieszyły jego tok myślenia i dodały mu odwagi. „Dlaczego nie miałbym pożyczać złota?” – pomyślał. Zauważcie: pożyczać złoto, które nie było jego własnością! Ponieważ dusza złotnika nie odznaczała się prawością duszy świętego Eligiusza (po francusku św. Eloi, szefa mennicy królów francuskich – Chlotara II i Dagoberta I w VII wieku), pielęgnował tę ideę. Posunął się w swoich zamysłach jeszcze dalej: „Chociaż to nie jest moja własność, będę pożyczał złoto na procent. Jeszcze lepiej, mój Mistrzu (czy przemawiał do Szatana?), zamiast złota będę pożyczał kwity, a procentów będę żądał w złocie: ono będzie do mnie należało, a złoto moich klientów pozostanie nienaruszone w schowkach, na pokrycie nowych pożyczek”.

Utrzymywał to odkrycie w tajemnicy nawet przed żoną, która była zdziwiona, gdy często zacierał ręce z radości. Niebawem nadarzyła się okazja urzeczywistnienia tych planów, choć nie było wówczas „The Globe and Mail” czy „The Toronto Star”, w których mógłby umieścić ogłoszenie.

Pewnego dnia odwiedził go przyjaciel, który potrzebował złota do pewnej transakcji. Nie był biedny: miał dom i gospodarstwo. Jako wynagrodzenie za pożyczkę obiecał dodatkowe złoto. Poręczył swoją własnością, której wartość z pewnością przewyższała wartość pożyczki. Gdyby nie mógł się wywiązać się ze swoich zobowiązań, złotnik będzie mógł zawładnąć jego majątkiem.

Złotnik się ucieszył i dał się prosić tylko dla zachowania pozorów. Dał mu do wypełnienia formularz i wyjaśnił, z bezinteresowną pozą, że pozostawanie z dużą ilością pieniędzy w kieszeniach byłoby dla niego niebezpieczne. Następnie zaproponował przyjacielowi: „Dam ci kwit. Skutek będzie taki sam, jakbym pożyczył ci złota. Jeżeli twój wierzyciel zgłosi się do mnie z tym kwitkiem, dam mu złota, które przechowuję w swoich schowkach. Za tę usługę będziesz mi winien taki a taki procent”.

Wierzyciel na ogół nie przychodził. On sam wymieniał kwit złotnika z kimś innym za coś, czego potrzebował. W międzyczasie wiadomość o pożyczkodawcy złota zaczęła się rozchodzić. Ludzie przychodzili do niego. Dzięki innym podobnym pożyczkom, udzielanym przez złotnika, wkrótce krążyło już o wiele razy więcej jego kwitów, niż miał on złota na ich pokrycie w schowkach.

Złotnik stworzył po prostu obieg pieniędzy, ciągnąc z tego procederu duże zyski. Szybko otrząsnął się z początkowej obawy, że zbyt wielu posiadaczy jego kwitów zgłosi się po złoto naraz. W pewnych granicach mógł działać zupełnie spokojnie. Co za gratka! Pożyczać złoto nie będące jego własnością i ciągnąć z tego zyski dzięki zaufaniu, jakie w nim pokładano; starał się je bardzo podtrzymywać! Nie ryzykował niczym, dopóki dysponował odpowiednią rezerwą w swoich schowkach, jak mówiło mu doświadczenie. Jeżeli dłużnik nie mógł wywiązać się ze swoich zobowiązań i nie spłacał pożyczki na czas, złotnik przejmował jego własność, powierzoną mu jako gwarancję. Sumienie złotnika szybko uległo wypaczeniu. Przestało mu dokuczać, jak to było z początku.

Tworzenie kredytu

Złotnik wkrótce uznał za stosowne zmienić formułę na swoich kwitach. Zamiast pisać: „Zaświadczenie Johna Smitha…”, pisał po prostu: „Obiecuję wypłacić okazicielowi…”. Kwity te krążyły jak pieniądz ze złota. Z pewnością zawołacie: „To nie do wiary!”. Spójrzcie jednak na swoje banknoty. Przeczytaliście umieszczony na nich napis. Czy nie są one zupełnie podobne do kwitów złotnika i czy nie krążą jako pieniądz? (Na banknocie jednodolarowym jest napis: This note is legal tender for all debts, public and private – przyp. mój).

Prywatny system bankowy, twórca i władca pieniądza, został więc wyhodowany w schowkach dawnego złotnika. Jego pożyczki stworzyły kredyt bankowy, bez naruszania złota. Prymitywne zaświadczenia złotnika zmieniły formę, przyjmując postać zwykłej obietnicy wypłacenia za okazaniem. Kredyty wypłacane przez bankiera noszą nazwę depozytów, wskutek czego ludność wyobraża sobie, że bankier wypożycza tylko sumy zdeponowane w banku. Kredyty te wchodzą w obieg jako czeki wystawiane na te kredyty. Zastąpiły one pod względem ilości i znaczenia legalny pieniądz rządu, którego rola była już tylko drugorzędna. Bankier tworzył dziesięć razy więcej banknotów niż państwo.

Złotnik przemieniony w bankiera

Złotnik przemieniony w bankiera dokonał nowego odkrycia: zauważył, że jeżeli puszczał w obieg większą liczbę kwitów (kredytów), handel, przemysł, budownictwo ulegały przyśpieszeniu. Jeżeli zaś ograniczał kredyty, co z początku robił w obawie, że zbyt wielu klientów zgłosi się naraz po złoto, paraliżował w ten sposób rozwój przedsiębiorczości. Wydawało się, że istniała, w tym drugim przypadku, nadprodukcja, kiedy w rzeczywistości powstawał duży niedostatek, gdyż produkty pozostawały niesprzedane ze względu na niedostateczną siłę nabywczą. Ceny spadały, mnożyły się bankructwa, pożyczkobiorcy nie mogli wywiązać się ze swoich zobowiązań wobec bankiera, który przejmował ich własności.

Bankier, bardzo zdolny do robienia interesów, dopatrzył się swojej wielkiej szansy: przemienić w pieniądz cudzy majątek dla własnego zysku! Mógł robić to dowolnie, podwyższając lub skąpo obniżając ceny. Mógł więc manipulować cudzym majątkiem, jak chciał, wykorzystując w czasie inflacji klientów, a kupców w czasie recesji.

Bankier staje się wszechwładnym panem

W ten sposób bankier stał się wszechwładnym panem, trzymając wszystkich w swojej mocy. Okresy pomyślności i zastoju następowały po sobie. Ludzie, którzy z tego powodu cierpieli, byli przekonani, że jest to naturalne i nieuniknione.

W międzyczasie uczeni i technicy starali się wynaleźć sposób na opanowanie sił przyrody i rozwój środków produkcji. Pojawiły się drukarnie, rozpowszechniła się wiedza, powstały nowocześniejsze miasta i miasteczka, pomnożyły się i ulepszyły środki żywnościowe, odzież, rozrywki itd. Człowiek zapanował nad siłami przyrody, wprzągł w swoją służbę elektryczność i parę. Wszystko się zmieniło, z wyjątkiem systemu pieniężnego.

Bankier utrzymywał swoje plany w tajemnicy. Wykorzystując zaufanie, jakim cieszył się wśród ludzi, odważył się ogłosić w mediach, zależnych od niego finansowo, że to banki wyciągnęły świat z barbaryzmu i przyczyniły się do ucywilizowania ludzkości. W ten sposób zepchnął uczonych i inne twórcze umysły na drugi plan drogi postępu. Dla mas było ubóstwo i lekceważenie, dla wszystkich finansistów – bogactwo i honory!

Jako ich godny następca, Herbert Samuel Holt (1856-1941) [kanadyjski inżynier, bankier, biznesmen i dyrektor około 250 przedsiębiorstw na świecie, o reputacji człowieka bezwzględnego – Wikipedia] dziś uhonorowany i czczony, żądał szacunku od ludzi, których wykrwawiał. Jeśli jestem bogaty i potężny, podczas gdy wy cierpicie w szponach biedy i upokorzenia pomocy społecznej, jeśli odniosłem sukces w warunkach głębokiej depresji, zarabiając do 150 procent rocznie, to z powodu waszej głupoty. Z mojej strony był to „owoc mądrej administracji”.«

Jefferson, który zawsze był przeciwny planom Hamiltona, wprowadzającym Stany Zjednoczone w system zadłużającego pieniądza emitowanego przez banki prywatne, pisał w 1816 roku:

„Szczerze uważam, iż instytucje bankowe są bardziej niebezpieczne niż armie gotowe do walki, i że zasada wydawania pieniędzy, które mają być spłacane przez potomnych pod nazwą kredytów, jest tylko sposobem zastawiania przyszłości na wielką skalę.”

To, co powyżej, to też cytat z dwumiesięcznika Michael, w którym jest też taka sentencja: „Prywatne banki pożyczają sumy oparte na realnym bogactwie narodów, które związane są na całym świecie łańcuchem niemożliwych do spłacenia długów.”

Kiedy dziś obserwuję, jak zachowuje się nasz rząd, to wniosek może być tylko jeden: oni już idą na całość. I tak jest na całym świecie. Deficyt, który chyba jeszcze w zeszłym roku wynosił 60 miliardów, w tym przekroczył 100 miliardów. Zawsze wcześniej słyszałem, że nie ma pieniędzy, a tu raptem na „ratowanie” firm, na walkę z pandemią – są. Znajdują się pieniądze na budowę różnych polowych, modułowych i czort wie jeszcze jakich szpitali. Są pieniądze na zakup szczepionek, na podwyżki dla „walczących” z pandemią. Zadłużeni są wszyscy: państwo, samorządy, firmy, ludzie. Mam takie wrażenie, że żyjemy w czasach ostatecznych. Czy globaliści wygrają? Nie do końca jestem przekonany, że tak się stanie, ale świat po tym starciu będzie już zupełnie inny.

I na koniec taka ciekawostka. Na obecnym banknocie stuzłotowym, bo taki mam pod ręką, ale na innych jest tak samo, jest napis: “Banknoty emitowane przez Narodowy Bank Polski są prawnym środkiem płatniczym w Polsce”. Jest to pisane w czterech rzędach. Za PRL-u ten napis był pisany w jednym rzędzie i można było tak zagiąć ten PRL-owski banknot, że napis wyglądał tak: Banknoty emitowane przez Narodowy Bank Polski są niczym w Polsce.

Dawno temu w Ameryce

Już mam dość tego cyrku. Męczy mnie to i szukam ucieczki. W takich sytuacjach wracam do książek, które kiedyś czytałem. Książki, zwłaszcza te papierowe, mają tę zaletę, że nie zmieniają się. Czasy się zmieniają, a one – nie! Kiedyś czytałem „Faraona” Prusa i ta powieść nie wydała mi się zbyt interesująca, nawet nudna – co to ma wspólnego z naszą rzeczywistością? Czasy się zmieniały. Wróciłem do niej po latach, po przemianach, i ja też już inny, i… szok! Czytam i wszystko jest aktualne, nawet odnalazłem w niej „naszego” Jony Danielsa. Na początku 2018 roku przeczytałem powieść, a właściwie sagę – „Kapelusz cały w czereśniach” Oriany Fallaci, a teraz wróciłem do niej i nie mogę się nadziwić, jak bardzo inaczej odbieram ją teraz. Tak bardzo dużo się zmieniło od tego czasu, a to tylko niecałe trzy lata! To, czego wtedy nie zauważałem, nie dostrzegałem, teraz widzę wyraźnie. Wtedy nie zwróciłem uwagi na opis Ameryki z połowy XIX wieku, a szczególnie – miasteczka Virginia City. Bo jeszcze nie wiedziałem, co to jest dystans społeczny, przymusowa maseczka, terror sanitarny i psychiczny. Czy ten Dziki Zachód był taki dziki? A jeśli tak, to mimo wszystko bardziej ludzki, o wiele bardziej ludzki niż terror sanitarny. Zabijanie, okradanie, oszukiwanie i wiele jeszcze innych grzechów, to są ludzkie cechy, ale zmuszanie ludzi do niezgodnych z ich naturą zachowań jest nieludzkie. Łatwiej to zrozumieć, gdy porównamy obie te skrajności – amerykańską, opisaną poniżej i – obecną, której opisywać nie trzeba, bo jej doświadczamy na co dzień.

Ameryka w czasach pionierskich nie była jeszcze skonsolidowanym państwem i jej obywatele, jeśli tak ich można nazwać, mieli duże pole manewru. Sami sobie tworzyli swoje niepisane prawa, swój kodeks postępowania i wszyscy byli tego świadomi, że ich los jest w ich rękach. Ich życie było surowe, często brutalne. Oni mieli świadomość, że w każdej chwili mogą zejść z tego świata, ale też wiedzieli, że i oni mogą wymierzyć sprawiedliwość, tak jak ją rozumieją, bo każdy miał kolta lub strzelbę. Ta idea nadal jest jeszcze żywa w Ameryce, przynajmniej w niektórych stanach. To dużo! My, tu w Polsce, możemy sobie tylko poruszać palcem w bucie.

Ta Anastasia, o której pisze Fallaci, to jej prababka. Była pół-Polką i to, jak do tego doszło, opisuje w swojej sadze. Jest to bardzo ciekawy wątek, do którego wrócę w następnym blogu. W tym jednak chciałbym się skupić na tym, jak wyglądała Ameryka w czasach, gdy państwo było słabe i jego obywatele sami sobie organizowali swoje życie. Wybrałem dwa fragmenty. Jeden to opis Nowego Jorku, drugi – miasteczka Virginia City. Bo od Nowego Jorku zaczęła się amerykańska przygoda Anastasii, a skończyła się w Kalifornii.

Fallaci pisała tę sagę 10 lat, do samej śmierci w 2006 roku. W trakcie jej pisania korzystała nie tylko z rodzinnych przekazów i dokumentów, ale penetrowała archiwa, księgi parafialne, docierała do dokumentów z epoki itp. Od początku lat 60-tych częściej mieszkała w Ameryce w Nowym Jorku niż we Włoszech. Dzięki temu łatwiej było jej tam śledzić losy swojej prababki. „Wśród wielu postaci – pisał o swojej ciotce Edoardo Perazzi – ulubioną była Anastasia, do której Oriana czuła najwięcej sympatii i której poświęciła czwartą część powieści. Kapelusz cały w czereśniach zamyka się w 1889 roku jej śmiercią i małżeństwem Antonia Fallaciego i Giacomy Ferrier (córka Anastasii – przyp. mój), dziadków Oriany, rodziców jej ojca Edoarda, którzy w niektórych miejscach sami stają się narratorami.” Drugie imię Fallaci, po prababce, to właśnie Anastasia.

»Zadaję sobie pytanie, co czuła Anastasia, gdy John wiózł ją na Irving Place, a jednocześnie próbuję wyobrazić sobie miasto, w którym miała przeżyć prolog swej amerykańskiej przygody. Z wyglądu Nowy York był bardzo odmienny od dzisiejszej metropolii. Nie istniały jeszcze nawet słynne mosty, od stu lat łączące Manhattan z Brooklynem i New Jersey. Żeby przebyć Hudson lub East River, trzeba było wsiąść na prom. I naturalnie nie było jeszcze drapaczy chmur. Nie było świecących szyldów, migoczących świateł, elektryczności. Nie istniały Times Square, Park Avenue ani Statua Wolności. Budynki nie były wyższe niż na sześć lub siedem pięter, Edison nie wymyślił jeszcze żarówki, dlatego też używano wciąż oświetlenia gazowego, a na miejscu Times Square znajdował się zbiornik wodny. Na miejscu Park Avenue tunel kolejowy tak zwanej Hudson Line. Tam, gdzie dziś wznosi się Statua Wolności, znajdowała się wysepka usypana ze śmieci wyrzucanych przez przepływające obok statki. Jednak była to już budząca szacunek metropolia, która liczyła osiemset tysięcy mieszkańców, dużo więcej niż Filadelfia, gdzie żyło wówczas pięćset czterdzieści tysięcy. Cztery razy większa od Bostonu czy Chicago i szesnaście razy większa od stolicy konfederatów, Richmond, które w czasie wojny rozrosło się do pięćdziesięciu tysięcy mieszkańców, i dziesięć razy większa od Waszyngtonu, zaledwie osiemdziesięciotysięcznego. Zarazem była to połowa ludności Paryża, w którym mieszkało milion sześćset tysięcy osób, i jedna trzecia ludności Londynu, liczącego wtedy dwa miliony trzysta tysięcy mieszkańców. Daremnie szukać by śladów bohaterskiej przeszłości miasta z czasów, gdy nazywało się Nowy Amsterdam i holenderscy pionierzy zabierali je Indianom: nawet siedemnastowieczne cmentarze zostały usunięte, by zrobić miejsce pod domy. Było to także miasto bogate. Centrum finansowe kraju, kolebka Wall Street, siedziba dziewięćdziesięciu jeden baków, w których złoto płynęło strugami, niczym lawa po erupcji wulkanu. A także miasto brudne, niebezpieczne, niespokojne, o wysokim wskaźniku przestępczości. Śmieci rosły tygodniami w sterty wysokie na trzy metry, nikt nie zbierał psich i końskich odchodów, od szkodliwych wyziewów można było zachorować na świerzb, cholerę lub tyfus, i pomimo zniesienia niewolnictwa w porcie przemycano jeszcze wielu niewolników. Praktyka, za którą prawo teoretycznie przewidywało karę szubienicy, ale na którą skorumpowani urzędnicy przymykali oko. Nie przypadkiem rok 1864 zamknął się smutnym bilansem stu tysięcy zabójstw, ataków nożowniczych, oszustw i porwań. Nie bez powodu konfederaci uważali Nowy Jork za siedlisko hipokryzji, miasto bez serca, bez zasad, bez moralności i bez Boga.

Z drugiej strony, być może właśnie z tego powodu, była to najbardziej frywolna metropolia Ameryki, a być może i całego świata. Lunapark dla dorosłych. Oprócz dziewięćdziesięciu jeden banków było tam również czterysta sześćdziesiąt burdeli, pięćdziesiąt dwa domy uciech, setki barów, piwiarni, palarni opium. Były także baseny publiczne dla panów i pań (baseny, w których można było pływać bez ubrania), korty tenisowe, pola golfowe, boiska do strzelania z łuku, tory wrotkowe i łyżwiarskie, dwa hipodromy, stadion do gry w polo, drugi do gry w baseball , klub jachtowy organizujący zawody żaglówek oraz niezliczona liczba dance houses, czyli sal tanecznych. Istniały tam także dziesiątki teatrów, między innymi Academy of Music, Winter Garden oraz Barnum’s American Museum: gigantyczny cyrk, w którym obok klownów, akrobatów, iluzjonistów, lwów, tygrysów i słoni pokazywano także wybryki natury w rodzaju braci syjamskich czy cieląt o dwóch głowach, Żywego Szkieletu (niewiarygodnie chudego człowieka) i miss Jane Campbell – dziewczyny ważącej prawie pół tony, która sama określała siebie jako „największą górę mięsa istniejącą kiedykolwiek w ciele kobiecym”. Na przybyszów czekały tuziny hoteli – w porównaniu z nimi najbardziej luksusowe transatlantyki wydawały się kurną chatą. Między innymi bajeczny hotel Astor, gdzie kurczaka przygotowywano na szesnaście różnych sposobów, a szampan lał się strumieniami, albo ultranowoczesny Fifth Avenue Hotel, w którym na wyższe piętra wjeżdżało się perpendicular railway, pionową kolejką, innymi słowy: windą. Urządzeniem gdzie indziej nieznanym. Zresztą jeśli nie umarłeś z głodu i nędzy, w Nowym Jorku wszystko mogło stać się źródłem rozrywki. Wszystko! Obłąkany ruch uliczny na Broadwayu, gdzie setki karet, powozików, wozów, dwukółek pędziło pomiędzy tramwajami ciągniętymi przez sześć koni i omnibusami: zabawne dorożki z woźnicą siedzącym na dachu, zatrzymujące się na żądanie. (Żeby wysiąść, trzeba było pociągnąć za sznurek przywiązany do lewej stopy dorożkarza i krzyknąć „Stop”!). Skandaliczne sklepy przy Bowery, w których można było kupić każdy najbardziej fantastyczny przedmiot lub lek, włączając w to słynną maść do przedłużenia stosunku miłosnego. Niedyskretne rozprawy w aulach Sądu Cywilnego, gdzie każdego roku przeprowadzano dziesiątki rozwodów. Chamstwo Vanderbiltów , Stewartów, Pierpontów, Morganów, którzy w swoich magnackich rezydencjach mieli złote nocniki i służbę w liberii ( składały się na nią: kaftan z adamaszku, atłasowe szelki, jedwabne pończochy, koronkowa koszula, a czasem nawet turban). Arogancja sufrażystek, które paliły w towarzystwie, gardłowały za antykoncepcją, a w razie konieczności dokonywały aborcji w klinice madame Restell (działającej za zezwoleniem burmistrza). Co prawda wojna, mimo iż toczyła się daleko na Południu, nieco przykróciła te niebywałe ekscesy i pociągnęła za sobą inflację. W 1865 roku płaszcz mógł w Nowym Jorku kosztować pięćdziesiąt dolarów – równowartość miejsca w trzeciej klasie na transatlantyku. Obowiązkowy pobór do wojska i praktyka zastępstwa, przeciwko której najbiedniejsi daremnie organizowali burzliwe protesty, sprawiła, że śmierć zebrała obfite żniwo. W rezultacie na ulicach licznie pojawiły się kobiety w żałobie, matki i wdowy w czarnych welonach. Wojna nie zmieniła jednak obyczajów bezbożnego miasta, a wręcz przeciwnie, zdwoiła jego cynizm. Dlaczego? Bo dzięki dostawom wojskowym bogacze stali się jeszcze bogatsi, sprzedając swe towary zarówno wojskom Północy, jak i konfederatom. Tym drugim, dzięki statkom płynącym na Bahamy. Business is business, my dear, and favours neutrals. Interesy to interesy, mój drogi, i najlepiej służą tym, którzy zachowują neutralność.«

Tak wyglądał Nowy Jork, ale był też Dziki Zachód, który my znamy z westernów. Jest to jednak obraz jednostronny. W poniższym fragmencie autorka wierniej oddaje jego rzeczywistość.

Virginia City już nie istnieje, a fotografie z tamtej epoki ukazują miasto dość odmienne od ghost-town odtworzonego, a raczej wymyślonego na użytek turystów. Zamiast prawdziwego miasta ukazują raczej olbrzymią wioskę, składającą się z trzech ulic i skromnych domków z drewna lub z cegieł. Osadę podobną do miasteczek z westernów, z urzędem szeryfa, saloonem i małym bankiem, zamkniętą w górskiej dolinie – Virginia City leżało na zboczu Mount Davidson, gdzie odkryto żyłę srebra, i zewsząd otoczone było przez wysokie szczyty. W 1865 roku miasto niewiele miało zresztą do zaoferowania z estetycznego punktu widzenia. Powstało ledwie pięć lat wcześniej, zastąpiwszy namioty i baraki pierwszego obozowiska górników, i rosło chaotycznie, podporządkowane jedynie potrzebie zapewnienia noclegu hordom, które napływały tam w poszukiwaniu szczęścia. Spekulanci, gracze, górnicy rozczarowani gorączką złota w Kalifornii. Przestępcy, prostytutki, biedacy i awanturnicy wszelkiej maści i narodowości. Amerykanie, Indianie, Meksykanie, Chińczycy, Europejczycy. Nie przypadkiem w tych latach miasto liczyło aż dwadzieścia tysięcy mieszkańców. A jednak było ono właśnie takie, jak opisywała je Lydia. Bo w 1860 roku złoże srebra przyniosło milion dolarów dochodu. W 1861 roku już dwa miliony, rok później siedem, dwa lata potem dwanaście, w 1864 roku aż osiemnaście. Wydobywany kruszec zawierał nawet do pięciu procent złota. Ulice, wybrukowane kamieniami z kopalń lub ubite resztkami pyłu kopalnianego naprawdę świeciły się złotem i srebrem. Klamki, ostrogi, podkowy, wykończenia siodeł rzeczywiście robiono ze srebra. Używano go także do płacenia za towary i dawania napiwków, czasem w formie samorodków, kiedy indziej kawałeczków odcinanych nożem z lasek metalu. Papierowych pieniędzy nikt tam nie chciał, green-back, czyli banknoty, rzucali ci w twarz, a jeżeli chciałeś je wymienić w banku, dawali tylko połowę ich wartości.

W tym miejscu muszę przerwać ten cytat i przytoczyć fragment artykułu (lata 30-te) Louisa Evena (1885-1974) Kim są prawdziwi władcy świata? Autor był propagatorem tzw. Kredytu Społecznego. W nim nawiązuje do tych „greenbacks”. Artykuł ten został przedrukowany przez dwumiesięcznik „Michael”, wydanie promocyjne numer 16, luty 2015. Wytłuszczenia pochodzą od redakcji.

Międzynarodowa finansjera wzięła w posiadanie Amerykę tak samo jak Europę. Chce ona stale utrzymywać i umacniać swoje pozycje. Pewnego dnia pojawił się człowiek, który odważył się przeprowadzić nadzwyczajne uderzenie. Zapłacił za to swoim życiem. Był to największy amerykański prezydent Abraham Lincoln (1809-1865).

Syn kolonizatorów, który nigdy nie chodził do szkoły, ale kiedy nauczył się czytać na kolanach swojej matki, a potem studiował prawo w nocy po swoim ciężkim dniu pracy w lesie lub na polu, został prezydentem Stanów Zjednoczonych w przełomowej epoce, w czasach secesji między północą i południem w kwestii niewolnictwa.

Miał on silne poczucie zdrowego rozsądku i kierowany doskonałą sprawiedliwością uważał, że jeśli prywatne banki emitują pieniądze, które są akceptowane przez społeczeństwo zezwalające na to, żeby pieniądze te wchodziły w obieg jako dług, to suwerenny rząd może zarówno fabrykować je sam, jak i przyznawać im co najmniej tak samo wielki autorytet. W latach 1862-1863 Lincoln poprosił swojego sekretarza skarbu Chase’a o trzy kolejne emisje waluty o całkowitej sumie 450 milionów dolarów.

Były to „zielone dolary” – greenbacks. Zauważmy, że po prawnej batalii między władzą finansową a rządem, 346 milionów dolarów pozostaje do dziś w obiegu i są to nadal tak samo dobre pieniądze, jak pieniądze bankowe. Co więcej, w przeciwieństwie do zadłużonych pieniędzy bankierów greenbacks nie są obciążone ani jednym dolarem długu publicznego Stanów Zjednoczonych. Gdyby ta emisja przeszła przez zwykłe kanały bankowe, oznaczałoby to wzrost amerykańskiego długu publicznego o 10 miliardów dolarów w latach 1863-1938 (procent składany). A gdyby wszystkie pieniądze były emitowane przez rząd, Stany Zjednoczone nie miałyby żadnego długu publicznego. Istnienie długu publicznego wskazuje, że system jest zły i że waluta jest zepsuta od samego początku.

Międzynarodowi bankierzy w pełni zrozumieli skalę czynu dokonanego przez Lincolna, a poniższe uwagi zostały opublikowane przez London Times (jako wyciąg z Journal of Finance) w marcu 1863 r.: „Jeśli polityka finansowa zapoczątkowana przez rząd w Waszyngtonie zostanie utrwalona, rząd będzie dostarczał swoich własnych pieniędzy bez żadnego kosztu, spłaci swój dług publiczny i nigdy więcej już go nie będzie posiadał. Będzie miał całą niezbędną do prowadzenia handlu walutę. Osiągnie dobrobyt bez precedensu w historii cywilizacji ludzkiej. Mózgi i bogactwo świata będą płynąc do Ameryki. Musimy zniszczyć ten rząd, zanim zniszczy on monarchię”.

Rada była następująca. Spisek międzynarodowej finansjery powalił wielkiego wyzwoliciela kulą bandyty. Wszystko pozostało jak dawniej. Prześladowcy ludzkości przyznali, że dobrobyt kraju mógłby z pewnością wynikać z polityki jego rządu, gdyby emitował on bez długu całą walutę potrzebną do życia gospodarczego.

Śmierć Lincolna była katastrofą dla chrześcijaństwa”, pisał Bismarck (dobrze umiejscowiony, żeby rozumieć, co się stało). „Nie było w Stanach Zjednoczonych żadnego wystarczająco wielkiego człowieka, który mógłby zastąpić Lincolna. Pożyczkodawcy podjęli na nowo ofensywę, by zawładnąć bogactwem świata. Obawiam się, że zagraniczni bankierzy z ich chytrością i krętymi sztuczkami dojdą do całkowitej kontroli bogactwa Ameryki i będą go używać do systematycznego korumpowania współczesnej cywilizacji. Nie będą wahali się pogrążyć całego chrześcijańskiego świata w wojnach i chaosie, tak że ziemia stanie się ich dziedzictwem”.

W ostatnim zdaniu przerwanego cytatu Fallaci pisze: „Papierowych pieniędzy nikt tam nie chciał, green-back, czyli banknoty, rzucali ci w twarz, a jeżeli chciałeś je wymienić w banku, dawali tylko połowę ich wartości.” Czyli bankierzy robili wszystko, by zniechęcić ludzi do używania tych zielonych dolarów.

W innym miejscu Fallaci pisze o zabójstwie Lincolna:

Potem, 15 kwietnia, Louise zbudziła Anastasię, podając jej w milczeniu dziennik z czarną obwódką, obwieszczający wielkimi literami: LINCOLN ASSASINATED. Te dwa słowa zapełniały całą stronicę, w miejsce artykułu zaś widniała tylko krótka notka: „Oddajemy numer do druku i nie czujemy się na siłach skomentować wiadomości ani nie dysponujemy bliższymi szczegółami”. Następnego dnia pojawiły się jednak dokładne informacje i tam do licha! Lincolna zabił John Wilkes Booth, brat Juniusa i Edwina! Zrobił to w Ford’s Theater w Waszyngtonie, w loży prezydenckiej wychodzącej na samą sceną. Dzięki swej zawodowej sławie zdołał tam wejść niezatrzymywany przez nikogo, strzeliwszy prezydentowi w potylicę, skoczył pomiędzy aktorów sparaliżowanych w szoku, złamał sobie nogę, ale pomimo to zdążył krzyknąć sic-sempre-tirannis! i zbiec. Teraz polowano na niego w Wirginii, gdzie widziano go przejeżdżającego konno, a jednocześnie szukano jego wspólników.

Na następnej stronie pisze:

W ostatnim tygodniu kwietnia zginął John Wilkes Booth, odszukany w spichlerzu w Wirginii i zastrzelony w tajemniczych okolicznościach przez sierżanta Thomasa „Bostona” Corbetta z 16 Regimentu Kawalerii. W maju i w czerwcu proces ośmiu wspólników Bootha.

Teraz mogę wrócić do przerwanego wątku o Virginia City:

Co więcej, było to naprawdę miejsce, w którym ludzie nie bali się ani Boga, ani diabła i robili, co chcieli. Najchętniej pili i uprawiali hazard. W Virginia City był tylko jeden kościół i dwieście domów gry. Sto dwadzieścia saloonów serwujących alkohol i posiadających również stoły do gry w faraona, w pokera, blackjacka, chuck-a-chuck, czyli gry w kości. Grali wszyscy. Dobrzy i nikczemni, biedni i bogaci, młodzi i kobiety. Gorączka gry dopadała każdego, kto przyjeżdżał do miasta. Nawet tych, którzy nie mieli w ręku talii kart ani kości. Grało się o wszystko. O tygodniową płacę, akcje kopalni, złote zęby, buty, spodnie, koszulę noszoną na grzbiecie, życie. Jeśli chodzi o alkohol, o Jezu! Lokali sprzedających trunki nie dałoby się zliczyć. Dzisiejsze Las Vegas wypada blado w porównaniu z Virginia City. W 1859 roku pierwsi górnicy przytaszczyli z sobą przez Sierra Nevada skrzynie whisky, brandy, rumu, ginu, wódki, absyntu. Teraz alkohol był najważniejszym towarem przywożonym do Nevady i nikt nie był w stanie określić, ile barów, zajazdów, piwiarni istnieje wmieście. Przy samej tylko C Street, głównej ulicy Virginia City, znajdowało się ich sto osiemdziesiąt dwa. Włosi, Hiszpanie, Francuzi preferowali koniak, Anglicy i Amerykanie whisky. Popularne były także koktajle, na przykład Woshoe Drink, piekielna mieszanka na bazie whisky, brandy, absyntu i ulepu – po wypiciu trzydziestu kropli tego trunku padałeś jak trup. Albo Minnie Kiss, pocałunek Minnie, trucizna z rumu, sherry i piwa, która miała taki sam efekt. Oraz Total Destruction, czyli Całkowita Zagłada, której efekty opisywano w ten sposób: „Najpierw się blednie, potem czerwienieje, potem przechodzi się do pozycji poziomej. Na ziemi przyjmuje się wyraz twarzy uśmiechnięty i błogi, po czym natychmiast zapada się w sen. Po przebudzeniu boli głowa i wydaje się, że żołądek jest pełen os, motyli, sosu pieprzowego i witriolu. Ale warto”.

Z taką samą łatwością strzelano i zabijano się nawzajem. „W pierwszych dwudziestu sześciu grobach w Virginia City pochowano ciała zamordowanych”, pisze w Pod gołym niebem Mark Twain, który przez trzy lata pracował w jako reporter w lokalnym „Territorial Enterprise”. A pisał to w roku 1861, potem zabójstwa stały się tak częste, że nie stanowiły żadnej sensacji. Wszyscy posiadali rewolwer lub strzelbę, przedmioty sprzedawane razem z kilofami i łopatami lub w sklepach spożywczych, a różnicę zdań rozwiązywano pojedynkiem. Nie były to jednak pojedynki toczone zgodnie z regułami podyktowanymi przez kodeks honorowy, przewidującymi wręczenie pisemnego wezwania, obecność sekundantów, chirurga, drugiego chirurga, ceremonialne nabicie pistoletów, panowie-jesteście-gotowi, liczę-do-trzech-i-strzelacie. Tylko jeden wystrzał. To były pojedynki takie, jakie się widzi w westernach: staczane od razu w saloonie albo na ulicy. Bang-bang-bang! W 1845 roku ogłoszono Anti-Dueling Law, prawo przeciw pojedynkom, które uznawało za przestępstwo zarówno wyzwanie na pojedynek, jak i zaakceptowanie wyzwania, a także przewidywało oskarżenie o morderstwo w razie zabicia przeciwnika w walce. W praktyce jednak prawo to przez długi czas nie weszło w życie i dalej spokojnie wysyłano ludzi na cmentarz. Zwykle odbywało się to na B Street za pomocą pięciostrzałowego kolta. Magazynek opróżniano na ślepo, nie dbając o zgromadzonych gapiów, dlatego oprócz pojedynkujących się ginęły zawsze trzy czy cztery osoby z tłumu. Pewnego razu zginęło ich osiem, plus obaj przeciwnicy. A powody do wyzwania często bywały błahe. Dieta oparta na alkoholu skłaniała do liberalnego naciskania na cyngiel, toteż w 1865 roku niejaki Bill Bryan, adwokat, zabił górnika popijającego spokojnie piwo just-because-I-felt-like-killing-somebody. Bo-miałem-ochotę-kogoś-zamordować. Strzelały zresztą także kobiety. Zarówno władze, jak i prasa zachęcały je, by zawsze chodziły z bronią, a jeśli zdarzyło im się kogoś zastrzelić, nigdy ich nie skazywano. Często nie stawiano nawet przed sądem. „To nie zbrodnia zastrzelić chama, który cię molestuje, a jeśli klepnie cię po tyłku, masz do tego pełne prawo”. W 1865 roku roku prostytutka imieniem Juanita Sanchez doczekała się triumfalnej rundy za zabicie byłego kochanka Jacka Butlera, który dla żartu wymierzył w nią rewolwer. Co do sprawiedliwości, było to puste słowo. Niewygodnych świadków wypędzało się lub zabijało. Sędziów, ławę przysięgłych i szeryfów można było przekupić, sprawy wygrywali ci, którzy mieli więcej pieniędzy, zresztą i tak na przedstawicieli sprawiedliwości nie należało za bardzo liczyć. Byli zawsze pijani. Jeśli nie pijani, to głupi. Jeśli nie głupi to ciemni. Nie umieli nawet odróżnić „deprawacji” od „deportacji” i w dziewięciu na dziesięć przypadków werdykt brzmiał not guilty, niewinny. W rezultacie przestępstwa mnożyły się jak szarańcza w Utah, i w porównaniu z Virginia City Nowy Jork mógł się wydawać szkołą zakonną dla panienek z dobrych domów. W 1865 roku w jednym tylko dniu odbyły się i zakończyły dwa procesy o zabójstwo, dwa dotyczące pojedynku, pięć w sprawie zamachu na życie, pięć o zranienie nożem. Kradzieży, włamań, oszustw nikt by nie zliczył. „Jeśli pozostanę tu przez sześć miesięcy – napisał w swym dzienniku jakiś uczciwy podróżny – ja także stanę się przestępcą”. A ksiądz z jedynego kościoła w mieście opowiadał: „Wczoraj oczyściłem duszę jednego z parafian. Na pytanie, czy kiedyś kogoś zabił, odpowiedział: tylko dwie lub trzy osoby. Na pytanie, czy dopuścił się oszustwa, odrzekł: najwyżej ze dwadzieścia lub trzydzieści razy. A na pytanie, czy zdarza się mu kraść, powiedział: codziennie, co w tym złego?”.

Ale Lydia nie myliła się też, twierdząc, że Virginia City to raj dla kobiet, zwłaszcza niezamężnych. Bo w tych pierwszych latach istnienia miasta górnicy, spekulanci, oszuści, gracze, awanturnicy nie przywozili ze sobą, jak można się domyślić, żon, córek, sióstr ani kochanek. Na początku brak kobiet był tak dotkliwy, że gdy dyliżans zatrzymywał się na zmianę koni, wszyscy przybiegali zobaczyć, czy nie ma w nim jakiejś kobiety. Jeśli była, zaczynali krzyczeć: „Yes, yes! There is. Oh, God! That’s good for the eyes! O Boże, co za widok dla oczu!” Pewnego dnia żona jakiegoś Kalifornijczyka tak się tym przestraszyła, że zamiast wyjść z powozu, aby odpocząć i zjeść obiad, skuliła się w środku i zaciągnęła zasłony. Wtedy grupa górników ofiarowała mężowi dwieście dolarów, aby namówił ją do odsłonięcia okna i wyjrzenia na chwilę. On ją przekonał i na widok kobiecej twarzy ze dwunastu gapiów zemdlało z wrażenia. W 1860 roku sytuacja trochę się polepszyła: na każdych stu siedemdziesięciu mężczyzn przypadało dziesięć kobiet ( w większości były to oczywiście prostytutki, entraineuses czy hurdy-gurdy girls – dziewczyny do tańca, które brały dwadzieścia pięć centów za obrót, całkiem pokaźna sumka za przetańczenie całego tańca z klientem saloonu). W 1861 roku było już dwadzieścia kobiet na każdych stu siedemdziesięciu mężczyzn, w 1863 czterdzieści, a w 1865 pięćdziesiąt. Jednak to i tak wciąż za mało – i niezamężnej kobiecie wystarczyło wysiąść z dyliżansu, by znaleźć sobie męża. Nawet jeśli była stara i brzydka i kulawa. Poświadczają to także akty ślubu z dołączonymi fotografiami małżonków: obok przystojnego krzepkiego młodziana prawie zawsze stoi matrona, która mogłaby być jego matką. I naturalnie rozwód był równie łatwy do przeprowadzenia jak zawarcie małżeństwa. Największą korzyścią dla kobiet było jednak co innego: szacunek, jaki żywili mężczyźni dla każdej istoty obdarzonej biustem i noszącej spódnicę. Byłam bardzo zaskoczona, wyczytawszy, że kobieta miała prawo strzelić do każdego, kto wyraził się wobec niej obleśnie albo poklepał ją po siedzeniu. Wszystkie książki historyczne są zgodne co do tego, że takie niestosowne sytuacje nie zdarzały się w Virginia City i wśród niezliczonych przestępstw, które tam popełniano, nie dochodziło do gwałtów. „Nie słyszałem o żadnym mężczyźnie, który uchybiłby kobiecie” dodaje podróżnik od dziennika „jeśli-pozostanę-tu przez-sześć-miesięcy-ja-także-stanę-się-przestępcą”. Po pierwsze, nie używało się słowa kobieta. Mówiło się lady, dama. (Obyczaj wciąż rozpowszechniony na zachodzie Stanów). Poza tym w obecności kobiety zdejmowało się kapelusz. Zawsze. Na koniec: kobietę otaczało się opieką. Zawsze. Podawało się jej ramię, ofiarowało pomoc w niesieniu pakunków, pomagało w przejściu przez ulicę. I lepiej było nie rzucać na nią zbyt śmiałych spojrzeń. „Apologize or I blow up your brain. Przeproś albo rozwalę ci mózg”. Zawsze. W odniesieniu do każdej kobiety. Także hurdy-gurdy girls, entraineuses, prostytutek. Jednym słowem, były traktowane jak królowe. Wszystko im wybaczano. Na przykład w teatrze można było gwizdać na aktora. Na aktorkę – nigdy. Nawet jeśli nie umiała grać ani śpiewać. Wręcz przeciwnie, publiczność stawała się wtedy szczególnie wielkoduszna o oklaskiwała ją głośno, rzucała jej samorodki i woreczki ze srebrem i złotem. „Fine!, świetnie! Brawo, bis!” Poza tym bezgranicznie podziwiali kobiety odważne, nieustraszone, przedsiębiorcze i mieli szczególną słabość do tych, które mówiły z silnym francuskim akcentem, to znaczy zaokrąglając r, co było, jak pamiętamy, charakterystyczne dla sposobu mówienia Anastasii. Naprawdę nie potrafię sobie wyobrazić miejsca, które by bardziej do niej pasowało. I pociesza mnie, że o pierwszych latach spędzonych w Virginia City opowiadała nieco obszerniej, z mniejszą powściągliwością i rezerwą. (Opowiadała dziadkowi i babce Oriany Fallaci, a oni jej. – przyp. mój).

Były dwa sposoby kolonizacji. Anglicy rzucali na pierwszy ogień kolonizatorów. Dopiero gdy oni jakoś zagospodarowali się w nowych warunkach, to wkraczało państwo z całym swoim aparatem. Francuzi i Hiszpanie do kolonizacji od początku angażowali państwo. Dlatego kolonizacja Ameryki Południowej wyglądała inaczej. Tam też dużą rolę odgrywał Kościół. Dziki Zachód wyglądał tak, jak wyglądał, dlatego że ludzie sami decydowali o swoim losie i sami organizowali sobie życie. A że wyglądało ono tak, jak wyżej zostało opisane, to tylko świadczy o tym, że ludzka natura, to jest coś, czego nie da się ogarnąć, nie da się przewidzieć ludzkich reakcji i zachowań. I to wszystko teraz nam zabierają. Chcą z nas zrobić automaty, które będą całkowicie przewidywalne.

Źródła

Śledząc historię i rozwój instrumentów piśmiennych czasem można natknąć się na dość zaskakujące fakty, o których mało kto wie, a już na pewno nie spodziewałby się ich w tym miejscu. Na jeden z nich natknąłem się w książce The Pencil A History of Design and Circumstance, której autorem jest Henry Petroski. Chodzi o historię produkcji ołówka w Związku Radzieckim po rewolucji październikowej.

Może komuś wydawać się, że cóż to za filozofia wyprodukować coś tak prostego jak drewniany ołówek. Możemy zamówić u stolarza meble, nawet jakieś fantazyjne, i on je zrobi. A „prostego” ołówka – nie. Chociażby z tego względu, że do jego wykonania, czyli wycięcia z drewna form dla grafitu, potrzebne są specjalistyczne maszyny, nie mówiąc już o tym, że samego wkładu do tego ołówka też sam nie zrobi. W tym miejscu wypada mi przytoczyć kilka faktów z jego historii, może dla niektórych nudnych, ale ułatwi to zrozumienie tego, co zdarzyło się w porewolucyjnym Związku Radzieckim.

Pod koniec XVII wieku drewniany ołówek, takim jakim znamy go dziś, był już produkowany. Może jeszcze nie na masową skalę, ale też nie była to produkcja chałupnicza. Prawdopodobnie pierwszym, który pomysł umieszczenia grafitu wewnątrz drewnianego ołówka zrealizował w praktyce, był stolarz (joiner) z Kestwick w Anglii. Przy czym angielskie słowo joiner oznacza stolarza w węższym znaczeniu niż w języku polskim. Był to stolarz, który wycinał z drewna mniejsze kawałki i łączył je. Wykonywał framugi do drzwi, drzwi, ozdoby z drewna itp.

Według innych źródeł nową technikę produkcji ołówków opanował już w 1662 roku Friedrich Staedtler, którego określano jako specjalistę i producenta ołówków. Był on synem emigranta, który osiedlił się w Norymberdze. Nie kontynuował jednak zawodu ojca, ale został sklepikarzem. Ożenił się z córką stolarza (joiner), od którego nauczył się tajników umieszczania grafitu w drewnie. I od samego początku chciał specjalizować się w produkcji ołówków. Niestety nie zgodziła się na to rada cechu uważając, że inni stolarze również mają do tego prawo i specjalizacja nie jest potrzebna. Jego upór i konsekwencja zostały docenione i w 1675 roku uznano go za producenta ołówków.

Staedtler wprowadził nowe metody produkcji. Jego własny warsztat rzemieślniczy rozwijał się, produkcja rosła. Pojawili się też inni producenci i w końcu w 1731 roku utworzono cech producentów ołówków.

W 1760 roku Kaspar Faber, rzemieślnik, osiedlił się w Stein koło Norymbergi. W następnym roku wywiesił szyld informujący o jego nowym zajęciu – produkcji ołówków. Początkowo była ona niewielka. Mieściła się w jednym podręcznym koszyku, z którym wybierał się do Norymbergi i pobliskiego Fürth. Po jego śmierci w 1784 roku jego syn, Anton Wilhelm, został jedynym właścicielem firmy, która później znana była na całym świecie jako A. W. Faber.

W 1793 roku wybuchła wojna pomiędzy Francją i Anglią. Francja została odcięta od dostaw doskonałej jakości angielskiego grafitu, ale też od gorszej jakości niemieckich ołówków produkowanych ze sproszkowanego grafitu zmieszanego z siarką i klejem. Ponieważ wojna, rewolucja, edukacja i codzienny biznes nie mogą obejść się bez ołówków, francuski minister wojny, Lazar Carnot, poszukiwał nowej metody ich produkcji. Człowiekiem, który mógł podjąć się tego zadania był Nocolas-Jacques Conté, trzydziestodziewięcioletni wówczas inżynier i wynalazca. Dokonywał już eksperymentów z grafitem, ale też miał doświadczenie w produkcji grafitowych tygli służących do wytopu metali. Jego wysiłki nie poszły na marne i w 1795 roku uzyskał patent na produkcję grafitu do ołówków.

Proces jego produkcji polegał na usunięciu z drobno sproszkowanego grafitu zanieczyszczeń, zmieszaniu z glinką porcelanową i wodą. Tak ukształtowaną, jeszcze mokrą masę, umieszczano w podłużnych, cienkich formach. Następnie wyschnięty grafit wyjmowano z form, opakowywano węglem drzewnym i zamykano w ceramicznych naczyniach i poddawano działaniu wysokich temperatur. Po takich zabiegach grafit w formie pręcików umieszczano w dopasowanej szczelinie wyciętej w drewnianej formie. Następnie formę tę z grafitem pokrywano klejem i na nią nakładano bliźniaczą formę z podobnie wyciętą szczeliną. I tak powstawały doskonałej jakości ołówki. Proste? Proste, jak się wie. Przyznam, że często zastanawiałem się, jak oni wkładają ten grafit do środka. Łączenia tych dwóch części nie było widać, bo lakier je pokrywał, a i przy temperowaniu trudno było się go dopatrzyć, co świadczyło o opanowaniu technologii do perfekcji.

Niektórzy uważają, że proces produkcji nowego grafitu niezależnie odkrył w 1790 roku wiedeński mechanik Josef Hardtmuth. Jednak jest to prawdopodobnie data powstania firmy. Sam Hardtmuth twierdzi, że opracował ten proces w 1798 roku, a więc trzy lata po jego opatentowaniu przez Conté. Według niektórych źródeł nowy proces produkcji grafitu wykorzystano w Wiedniu dopiero po jego wprowadzeniu przez zięcia Conté Arnoulda Humblota. Miał on też dokonać wielu ulepszeń w procesie swego teścia. Ostatecznie też został on szefem firmy w Paryżu.

Może trochę przydługa ta historyczna dygresja, ale chciałem pokazać, że ołówek, zdawałoby się – nic prostszego, to jego produkcja jest bardzo skomplikowanym procesem. I teraz mogę przejść do głównego wątku.

W 1921 roku przybył z Nowego Jorku do Moskwy młody lekarz – Armand Hammer. Celem tej wizyty było zorganizowanie dostawy leków i chemikaliów z jego rodzinnej firmy do Związku Radzieckiego. W trakcie swojej podróży na Ural miał okazję osobiście przekonać się o spustoszeniu jakie poczyniła rewolucja październikowa: głód, choroby, upadek handlu i produkcji. Zobaczył wielkie zapasy wydobytych minerałów, drogich kamieni, futer itp. Nie było jednak nikogo, kto by podjął się ich wymiany na zboże i inne produkty pierwszej potrzeby. I taką wymianę zorganizował Hammer. Amerykańskie statki ze zbożem pojawiły się w Piotrogrodzie. Po wyładowaniu zapełniły się towarami radzieckimi. Wymiana okazała się obustronnie korzystna. Taka zdecydowana postawa Hammera zwróciła uwagę Lenina, który zaprosił go na Kreml. W efekcie tych rozmów Hammer stał się pierwszym aktywnym amerykańskim biznesmenem w Związku Radzieckim. Według relacji samego Hammera Lenin mówił do niego tak:

»Dwa kraje, Stany Zjednoczone i Rosja, jak to ujął Lenin, wzajemnie uzupełniają się. Rosja jest zacofanym krajem z ogromnymi bogactwami naturalnymi. Stany Zjednoczone mogą wykorzystać te surowce naturalne i rynek dla swojego przemysłu maszynowego, a w dalszej kolejności, dla produkowanych towarów. Rosja potrzebuje przede wszystkim amerykańskiej techniki i zarządzania, amerykańskich inżynierów i techników. Lenin wziął do ręki egzemplarz Scientific American.

„Spójrz tu”, powiedział, kartkując pośpiesznie numer pisma, „to jest to czego dokonał wasz naród. To jest to, co oznacza postęp: budownictwo, wynalazki, maszyny, zautomatyzowanie produkcji wspomagające ludzkie ręce. Dziś Rosja wygląda jak Ameryka w swoich pionierskich latach. Potrzebujemy wiedzy i ducha, który uczynił Amerykę tym, czym jest.”

„To czego potrzebujemy, żeby stanąć na nogi”, mówił, podnosząc coraz bardziej głos…, „to amerykański kapitał i pomoc techniczna. Czyż nie tak?”«

Początkowo chciał on rozwijać współpracę na zasadzie handlu i wymiany. Proponował Fordowi wejście na rynek radziecki z samochodami i traktorami. Jednak nic z tego nie wyszło, bo władze radzieckie chciały tworzyć przemysł i produkcję na miejscu. I to samo zaproponowały Hammerowi. I gdy tak zastanawiał się nad tym, jakim rodzajem produkcji zająć się, pomysł sam się narzucił, zresztą zupełnie przypadkowo.

Hammer wszedł do sklepu z artykułami piśmiennymi, by kupić ołówek. Okazało się, że najprostszy ołówek kosztował prawie 10 razy więcej niż w Ameryce. Hammerowi chodziło jednak o ołówek chemiczny (kopiowy). A tych było tak mało, że sprzedawano je tylko stałym klientom, którzy kupowali papier i zeszyty. To był rok 1925. Jak sam wspominał, dostrzegł w tym szansę dla siebie. Władze radzieckie poparły pomysł. Wprawdzie wywołało to niezadowolenie tych, którzy sprowadzali niewielkie ilości ołówków z Niemiec, ale nie oni decydowali. Hammer zobowiązał się, że w pierwszym roku produkcji dostarczy na rynek ołówków o wartości 1 miliona dolarów. To bardzo przypadło do gustu rządzącym, bo planowali nauczyć czytać i pisać każdego obywatela.

Jednak od pomysłu do przemysłu droga daleka. Co innego wiedzieć jak wyprodukować ołówek, a co innego wyprodukować go. Do produkcji niezbędni są ludzie, którzy mają wiedzę, a więc inżynierowie, majstrzy i wykwalifikowani robotnicy. I po to wszystko musiał się udać Hammer do Norymbergi do firmy Faber która od pokoleń była w rękach rodziny Faber. Obecnie nazywa się ona Faber-Castell i jest największym na świecie producentem ołówków. Oprócz nich produkuje ołówki automatyczne, długopisy, pióra i inne akcesoria.

Firma ta starannie skrywała tajemnice procesu produkcji i konstrukcji najnowszych maszyn. Żeby więc uruchomić produkcję w Związku Radzieckim, należało pozyskać ludzi z kwalifikacjami oraz maszyny do produkcji ołówków. A to nie było takie proste, bo fabryka Fabera była zorganizowana na sposób feudalny. Jego rządy były bardziej absolutne niż jakiegokolwiek księcia czy feudalnego barona. Nie było więc łatwo cokolwiek wydobyć z tej twierdzy. Nie mniej jednak zawsze znajdą się jacyś niezadowoleni, którzy w zamian za lepsze wynagrodzenie i warunki pracy, gotowi są podjąć ryzyko zmiany zatrudnienia i wyjazdu z kraju. I takich ludzi znalazł Hammer dzięki pomocy jednego z bankierów. Pod pretekstem wyjazdu na wakacje do Finlandii opuścili Niemcy. W Helsinkach, za sprawą Hammera, czekały na nich radzieckie wizy. Podstępu użyto również przy sprowadzaniu maszyn. Zamówiono je u producenta w częściach i kazano przysłać do Berlina, sugerując, że tam nastąpi ich montaż. A gdy tam znalazły się, każdą część oznakowano i wysłano do Moskwy.

W Moskwie Hammer szybko znalazł odpowiednie miejsce na zlokalizowanie fabryki i osiedla dla robotników. Był to opuszczony zakład produkcji mydła. Szybko odnowiono podupadłe budynki, zainstalowano maszyny i rozpoczęto produkcję. Zanim jednak do tego doszło, Hammer importował ołówki na kwotę 2 milionów dolarów rocznie. W pierwszym roku produkcji wartość wyprodukowanych ołówków wyniosła 2,5 miliona dolarów. W drugim roku produkcji cena jednostkowa spadła pięciokrotnie.

To wszystko stało się bardzo szybko. Wyniki były imponujące. Trzeba jednak pamiętać o tym, że działo się to w warunkach całkowitego monopolu, ponieważ import ołówków do Związku Radzieckiego był zabroniony, ale nie dla Hammera. I to chyba tłumaczy, skąd taka sympatia amerykańskich kapitalistów do komunistycznego kraju: posiadanie monopolu na swoją produkcję czy handel, to marzenie każdego przedsiębiorcy. W Ameryce to nie byłoby możliwe.

Gdy produkcja wrosła z 51 milionów do 72 milionów sztuk rocznie, fabryka Hammera mogła wyeksportować 20% produkcji do Anglii, Turcji, Persji i na Daleki Wschód. Zysk z zainwestowanego kapitału wynosił 100%. A ten zainwestowany kapitał to milion dolarów. Był to kapitał Hammera, ale zyski dzielono po połowie tj. połowa dla Hammera i połowa dla władz Związku Radzieckiego.

Produkowano różne ołówki, ale najbardziej popularny to „Diamond”, który pakowano w zielone pudełka i oznaczano napisem: “A. Hammer – American Industrial Concession, U.S.S.R.” Znakiem handlowym, czyli logo, jakbyśmy dziś powiedzieli, był skrzyżowany z kotwicą młot, co miało kojarzyć się z dwoma skrzyżowanymi młotami na niektórych ołówkach Fabera. Pewnego razu Nikita Chruszczow powiedział Hammerowi, że nauczył się pisać, używając ołówków. Podobnie było w przypadku innych radzieckich przywódców, takich jak Leonid Breżniew i Konstantin Czernienko. Wszystkim przywódcom radzieckim, poza Stalinem, zależało na poznaniu Hammera, bo on znał Lenina.

Przemysł kwitł i, z początkowo jednej fabryki, powstało ich pięć. Produkowano w nich nie tylko ołówki, ale też artykuły pochodne. Takie fabryki były również miejscem, w którym mogli się ukryć ludzie o niebolszewickim pochodzeniu: profesorowie, pisarze, generałowie, urzędnicy carscy itp. Wszyscy oni obsługiwali maszyny do cięcia drewna lub pakowali gotowe produkty, tak jak zwykli robotnicy. Ich jedynym celem było wtopienie się w ten tłum i zatarcie śladów swojej przeszłości. To jednak nie zmieniało faktu, że wszechobecni szpiedzy i agenci demaskowali ich i żądali wydalenia ich z zakładu w celu zrobienia miejsca prawdziwym proletariuszom.

Jednak takie typowo kapitalistyczne przedsiębiorstwo charakteryzujące się podziałem zysków i pracą akordową, nie mogło ujść uwagi radzieckiej prasie i całe przedsiębiorstwo Hammera znalazło się w ogniu jej krytyki. Ale były też i inne czynniki, które wskazywały, że klimat dla tego typu przedsięwzięć uległ zmianie. Trudności w uzyskaniu kredytu oraz pogarszający się stosunek władz radzieckich do kapitału zagranicznego, spowodowały że Hammer zaczął rozważać możliwość sprzedaży fabryki rządowi radzieckiemu. I to nastąpiło w 1930 roku. Nowy właściciel zmienił nazwę na “Sacco and Vanzetti Pencil Factory” na cześć włoskich imigrantów Nicola Sacco i Bartolomeo Vanzetti, którzy w 1927 roku zostali skazani na śmierć za zabójstwo w trakcie kradzieży w fabryce butów w 1920 roku, i których to egzekucja stała się powodem protestów socjalistów na całym świecie.

Zagłębianie się w historię artykułów piśmiennych prowadzi czasem do odkrywania takich mało znanych faktów jak produkcja ołówków w Związku Radzieckim wkrótce po rewolucji październikowej w 1917 roku. Zdawać by się mogło, że ideologiczna wrogość i nieskrywana niechęć bolszewików do kapitalistów, powinna była wykluczać taką współpracę jak w przypadku Hammera i komunistów radzieckich. A jednak!

Jednym z obrazów mojej młodości, który na trwałe wrył się w moją pamięć, jest początek jednego dziennika telewizyjnego z połowy lat 70-tych, tego najważniejszego, o 19.30. Wtedy cała Polska zasiadała przed telewizorami, by utwierdzić się w przekonaniu, że jesteśmy 10-tą potęgą gospodarczą świata. Tą pierwszą informacją było to, że amerykański przemysłowiec Armand Hammer został przyjęty na Kremlu przez Leonida Breżniewa. Pamiętam to jak dziś. Taki jest los starych ludzi: pamiętają dobrze to, co było dawno temu, a z tym co dziś, coraz gorzej. Armand Hammer był wtedy, jak mi się wydawało, trzęsącym się staruszkiem, a zmarł dopiero w 1990 roku, a więc przeżył Breżniewa. Dla 16-to, czy 17-to latka ktoś, kto ma 77 lat wydaje się trzęsącym dziadkiem, a on był w dobrej kondycji. To zdarzenie utkwiło mi w pamięci dlatego, że byłem prawie zszokowany: Jak to?! Kapitalista spotyka się z komunistą i rozmawiają ze sobą, jak starzy kumple? Ja ciągle słyszałem z telewizji, że kapitalizm jest be, a tu… masz ci babo placek! Kapitalizm i komunizm są w najlepszej komitywie. Wtedy były inne czasy, ja byłem młody i głupi, nie miałem dostępu do informacji, do których dostęp mam obecnie, nie było Wikipedii. W Wielkiej Encyklopedii Powszechnej PWN nie ma hasła „Armand Hammer”, a w Wikipedii – jest! I do tego wiele bardzo ciekawych rzeczy możemy się z niego dowiedzieć. Pisze ona tak:

Armand Hammer (Арма́нд Ха́ммеp), ur. 21 maja 1898 w Nowym Jorku, zm. 10 grudnia 1990 w Los Angeles) – amerykański przemysłowiec, związany z przedsiębiorstwem naftowym Occidental Petroleum, przez lata znany ze swoich kolekcji sztuki, filantropii jak i relacji ze Związkiem Radzieckim. Był przyjacielem Lenina, Ronalda Reagana i rodziny Ala Gora. Poznał osobiście wszystkich przywódców ZSRR, z Michaiłem Gorbaczowem włącznie. Odznaczony orderemLenina. 25-krotnie otrzymał tytuł Doctor honoris causa. CIA określała go „Kapitalistycznym Księciem” (The Capitalist Prince). Jego prawnukiem jest Armie Hammer.

Pochodził z żydowskiej rodziny z Odessy. Pierwszy mln dolarów uzyskał jeszcze przed ukończeniem w 1921 studiów medycznych na Columbia University w Nowym Jorku, w prowadzonym przez ojca przedsiębiorstwie farmaceutycznym, z produkcji syropu na kaszel na bazie spirytusu i ekstraktu z imbiru, co było oceniane jako jeden z przykładów skutecznego obejścia prohibicji. Przedsiębiorstwo ojca Allied Dry & Chemical Corp. z siedzibą w Newark, zajmowało się produkcją kremów do twarzy oraz wyrobów zielarskich.

W dalszej części Wikipedia pisze:

W trakcie jego 8-letniego pobytu w ZSRR na przełomie lat dwudziestych i trzydziestych, użyczony przez Lwa Trockiego eks-kupiecki pałacyk Hammera (z 1816) w Moskwie przy ul. Sadowo-Samotecznej 14 (Садовая-Самотечная ул.), z uwagi na ówczesny brak stosunków dyplomatycznych pomiędzy obydwoma krajami, pełnił rolę nieoficjalnego poselstwa USA w tym kraju; obecnie mieści się w nim ambasada Libanu. Na początku lat 1930. Hammer powrócił do Stanów Zjednoczonych wraz ze sprzedaną mu przez leningradzki Ermitaż dużą ilością dzieł sztuki, dawniej należących np. do rodziny carskiej Romanowów, m.in. wyrobami Faberge. Po ich sprzedaży (kiermasze w 36 miastach Stanów Zjednoczonych!), Hammer zajął się produkcją whisky (J.W. Dant Distilling Co.) i hodowlą bydła. Był agentem Kominternu. Jego działalność była monitorowana przez FBI i CIA.

Zachęcam wszystkich, którzy przeczytają ten blog, do zapoznania się z całym opisem hasła „Armand Hammer” – warto! Ale mnie wystarczy to: „Był przyjacielem Lenina, Ronalda Reagana i rodziny Ala Gora. Poznał osobiście wszystkich przywódców ZSRR, z Michaiłem Gorbaczowem włącznie. Odznaczony orderemLenina.” – No tak! – przyjacielem Lenina, Reagana i rodziny Ala Gora! Przecież te wszystkie podziały na lewicę i prawicę, na socjalistów i kapitalistów to jeden wielki pic na wodę fotomontaż. Dobrze się bawią, robiąc ludziom wodę z mózgu.

Już tylko na przykładzie samego Hammera i jego życiorysu widać, że te wszystkie rewolucje, przewroty i wojny służą Żydom do robienia interesów, czyli, mówiąc wprost, do okradania innych narodów. Bo czymże był „zakup” z państwowego muzeum dzieł sztuki? Gdyby je jeszcze „kupował” dla siebie, ale widać, że chodziło o zrobienie dobrego interesu. Zapewne było wielu ludzi w Ameryce, którzy gotowi byli słono zapłacić za przedmioty należące do carskiej rodziny. Kto by nie chciał?

Zajrzałem do Wikipedii, by zobaczyć, co oni tam napisali o Ermitażu. I na końcu trafiłem na takie zdanie: W czasie II wojny światowej Ermitaż został bezpośrednio trafiony tylko dwukrotnie, pomimo tego że na miasto spadło w tym czasie ponad 150 tysięcy ciężkich pocisków artyleryjskich oraz ponad 10 tysięcy bomb burzących i zapalających. Czy to przypadek, czy świadomie oszczędzano dzieła sztuki, nie licząc się zupełnie z ludzkim życiem? Czy to przypadkiem nie jest tak samo jak obecnie? – Życie ludzkie nic nie warte.

Ludzka natura

Żyjemy w czasach, w których dokonywane są na ludziach wyjątkowo wyrafinowane eksperymenty, które w sposób pośredni prowadzą do pogorszenia zdrowia psychicznego i fizycznego, a w dalszej perspektywie będą skutkowały zwiększoną śmiertelnością osób mniej odpornych na stres. O wiele trudniej jest zabić człowieka, gdy trzeba tego dokonać bezpośrednio – strzałem w potylicę, czy po prostu zarąbać, a nawet zagazować. Jeśli jednak nie robimy tego w taki sposób, ale zdalnie, to czynność ta nie sprawia problemu, można zabijać setki, tysiące, a może nawet miliony. Ilu ludzi zmarło w Polsce od momentu pojawienia się „pandemii”, tylko dlatego, że odmówiono im pomocy lekarskiej? Ilu ludzi zmarło dlatego, że nie mogli poddać się operacji wyrostka robaczkowego, czy innej, bo odmówiono im tej usługi, bo szpitale zamknięte, bo pandemia? Winnych nie ma. Tak można mordować w białych rękawiczkach i mówić: bo najważniejsze jest zdrowie i życie Polaków. Winnych nie ma, a ofiary są. Czy można wymyślić bardziej perfidną zbrodnię?

Chciałbym tutaj zacytować fragment powieści Józefa Mackiewicza Nie trzeba głośno mówić, który po części dotyka problemu, o którym wyżej napisałem. Sam jego początek zaczyna się od urywka, który cytowałem w blogu „Statystyki”, ale jest on niezbędny dla zrozumienia tego, co dalej. Dialog odbywa się w trakcie podróży z Mińska do Wilna w 1943 roku:

»Za kierownicą siedzi oficer legionu „Flandern” i gada bez przerwy. Zna język rosyjski nieomal płynnie, choć z naleciałościami obcego akcentu i czasem brakujące mu słowa zastępuje francuskimi, których Anton nie zna, ale zgaduje z sensu. Oficer cieszy się z towarzysza podróży, że jest Rosjaninem, inżynierem, inteligentem sowieckim, że pochodzi z Moskwy. Swemu szoferowi niemieckiemu kazał siąść do tyłu, a Antona posadził obok siebie (…).

Ale niech pan, z łaski swojej, weźmie pod uwagę, że scholastycy dwunastego i trzynastego wieku byli zupełnie zgodni, co do tego, że w filozofii nie może być prawdą, co uznane zostało za fałsz w teologii. Doktryna komunistyczna jest antyhumanistyczna, Hors de doute (niewątpliwie – przyp. mój). Ale antyhumanistyczna będzie każda, która twierdzi, że w naturze nie może być prawdą to, co nie zgadza się z doktryną. Czy to będzie Święte Officium, czy ten chamski hitleryzm, zwyczajny socjalizm, czy zwyczajny nacjonalizm, czy coś pareil (podobnego). Teraz na przykład jest wojna. Tymczasem z jej przedstawienia, z jej opisów, robi się brudną ścierkę do wycierania fałszywych łez, po wszystkich stronach frontów. Dlatego nabieram do niej obrzydzenia. C’est dégoûtant (to obrzydliwe), to wszystko. Wojna jest tylko wojną, niczym więcej. Ale gdzie tkwi péché original? Grzech pierworodny tkwi w tym, że to, co jest arcyludzkie, i tylko ludzkie, jak wszystkie straszne i masowe, i wyszukane zbrodnie, my właściwie nazywamy: „nieludzkie”. Od tego pierworodnego super kłamstwa zaczyna się i pochodzi wszystkie inne kłamstwo. Tymczasem jest ono zupełnie jawne. Że najokropniejsze zbrodnie popełnianie być mogą wyłącznie przez ludzi, dowodzi między innymi, że ich powtórzenie w przedstawieniu, w ilustracji, w artystycznym oddaniu prawdy tych zbrodni, w realistycznym oddaniu, też tylko udać się może ludziom. Nerona, czy ja wiem jakiego masowego zabójcy, zbrodniarza, sadysty czy krwawego kretyna, nie zagrają panu na scenie ani ten samochód, ani ta kierownica – uderzył po niej pięścią – ani ta brzoza, ani o, ta dziura wyrwana przez minę w moście, ani krowa, ani kanarek w klatce. Zagra tylko człowiek. I czym bardziej uzdolniony, tym lepiej zagra. Mówi się wtedy: genialny aktor, świetny teatr. I słusznie się mówi. I tak samo będzie po tej wojnie. W teatrze, w kinie. Zechcą wystawić hitlerowców, czy bolszewików, czy innych, zależnie od tego kto wygra, w Londynie, Paryżu, czy Rzymie, czy gdzie indziej na całym świecie, zrobią to na pewno doskonale. A co to znaczy? To znaczy, że wystarczy odziać aktorów w odpowiednie ubrania, odpowiednie mundury, wcisnąć rolę w rękę, a będą grać o-la-la! Pełne kreacje, z wczuciem się, z „wrośnięciem się w rolę”, z „wżyciem się”, jak napiszą o najlepszych aktorach w recenzjach. A czy byłoby to możliwe, gdyby nie leżało w głębi natury ludzkiej, nie było jej właściwe? Bez względu na narodowość i pochodzenie? Absolument, niemożliwie! Jeżeli więc chcemy wykorzenić pewne zło, musimy szukać jego korzeni. Musimy te korzenie znać. Jeżeli zaś pan te korzenie, te źródła zbrodni będzie widział nie w naturze ludzkiej, lecz w pewnej klasie, narodowości, czy innej sztucznie wyspekulowanej przyczynie, to, évidemment, nie może pan tego zła zwalczyć tam gdzie go nie ma, ani wykorzenić, szukając gdzie nie rosną, i zresztą nigdy nie rosły… Dlatego wojna jest przede wszystkim rzeczą ludzką, a załamywanie rąk nad „nieludzkością” kłamstwem…

-Nie można jednak nie robić różnic – zaczął. – Ja też jestem „po tej stronie”. Ale widzę, że „nasza strona”, nasza chęć walki ze złem bolszewickim, zawalona jest ciężkimi głazami, prawie unicestwiona złem niemieckim i ich…

-Nie mówmy o polityce, inżynierze. Umówiliśmy się nie mówić o polityce… („Kiedy?”, pomyślał Anton.) – Mówimy o sprawach ludzkich. Zbrodnie hitlerowskie. Kto wie, może ja widziałem więcej od pana. Co się wyrabia z Żydami! Voilà! A co się wyrabia w walce z partyzantami i co moi kochani Flamandowie do tego swej skromnej rączki przykładają. Pomijając już naszych kuzynów Holendrów. Et les autres choses, jeune homme ( I inne rzeczy, młody człowieku). Cały świat zachłystuje się oburzeniem, i powiem panu, że à juste titre (słusznie). Ale gdzie jest napisane, w jakim prawie boskim czy ludzkim, że mordowanie za to, że ktoś jest innej rasy, jest czymś gorszym niż mordowanie za to, że ktoś należy do innej klasy, ma więcej pieniędzy, inne poglądy na świat, czy chce mówić głośno to co myśli, czy też chce w ogóle myśleć? Nigdzie. Ja tu nie chcę powoływać się na moją kupiecką rodzinę. Ale bolszewicy wymordowali przecie więcej ludzi, niż Hitler zdążył to zrobić i pierwsi zbudowali kacety. A cały ten oburzający się świat, łączy się z nimi i ich wspiera. Ja jestem wrogiem uogólnień, odstępstwa od reguły należą do najbardziej rozpowszechnionej reguły, dlatego wszystkie oceny kolektywne są fałszywe. Ale niech pan nie zapomni, że żyjemy w erze chrześcijańskiej, w której od dwóch tysięcy lat każe się z ambony: „nie kradnij!’. A jednocześnie toleruje się milcząco, gdy ludziom kradnie się to, co każdy ma najdroższego na świecie i co otrzymał od samego Pana Boga: wolną wolę. Naturalnie, to co się wyrabia z Żydami, to okropne. Bo to i kobiety, i dzieci, czym wstrząsa to okropieństwo? Wstrząsa małą odległością. Zabijanie w rowach, z bliskiej odległości. Tak jak zabici zostali polscy oficerowie w Katyniu przez bolszewików, słyszał pan? Tu tkwi, że tak powiem, różnica w podobieństwie pomiędzy morderstwami niemieckimi i bolszewickimi, a bombardowaniem anglosaskim ludności miejskiej. Jeden patrzy w twarz człowieka i naciska cyngiel. Drugi patrzy w miasto i naciska guzik. W jednym wypadku giną kobiety i dzieci żydowskie, w drugim kobiety i dzieci niemieckie. Ta różnica odległości ma też inne szczegóły. W pierwszym wypadku człowiek chleje wódkę i strasznie przeklina, w drugim może żuje gumę i uśmiecha się w mikrofon: „Hallo! Jim, spuściłem już swój ładunek”… Czy jak tam. Bomby lecą na miasto. Pan wie, że ja przypadkowo byłem w Kolonii 29 czerwca. Później już dowiedziałem się, że spadło 44.856 bomb kruszących i około półtora miliona bomb zapalających. Zginęło niewiele, tylko 20 tysięcy ludzi. Jak osobiście z tej nocy wyszedłem i co się działo, nie będę opisywać. To dziedzina literatury, nie filozofii. Prawda widziałem dzieci… Ale rzecz nie w tym co widziałem. Spalanie cywilnej ludności w komorach gazowych, czy od bomb zapalających asfalt uliczny w Hamburgu, to tylko różnica techniki. Czy pan przypuszcza, drogi inżynierze, że wielka rewolucja francuska, uważana za początek współczesnego postępu, nie zmieniłaby swojej gilotyny na komory gazowe, gdyby postęp techniczny już wówczas znał ten wynalazek? Przekonany jestem, że by zmieniła. A pan, nie? Co jest zbrodnią, a co nie jest, decyduje nie prawda obiektywna. Zadecyduje o tym strona zwycięska. Niemcy nie zwyciężą, sans doute (bez wątpienia). Ale gdyby zwyciężyli, powstanie olbrzymia literatura o dziewczynce śpiącej z misiem na poduszce, której lotnik amerykański oderwał rękę, a ona jeszcze drugą przyciska swego pluszowego niedźwiedzia w niebieskiej kokardce, i przez kałuże krwi biegnie płacząc i wołając mamy… Zwyciężą alianci, będzie ogromna literatura o dziecku żydowskim, które wyszarganym niedźwiadkiem zasłania oczy przed kulą SS-mana. Od ilości, od powtarzalności tej literatury, zależeć będzie stopień winy… Pan wie, że dziś zakazane są opisy skutków bombardowań alianckich, aby nie straszyć ludności. Bo przecież tamtym chodzi o jej sterroryzowanie.«

W pewnym sensie dzieje świata można sprowadzić do coraz bardziej wyrafinowanych sposobów zabijania człowieka. Zaczęło się od maczugi, później przyszła kolej na miecz, łuk, jeszcze później broń palna, stopniowo ulepszana do karabinu maszynowego. To oczywiście tylko niektóre rodzaje broni służące do zabijania. II wojna światowa przyniosła nam nowe sposoby masowej eksterminacji ludzi, jak choćby komory gazowe czy zmasowane bombardowania miast i w końcu bombę atomową.

Obecnie mamy do czynienia z najbardziej wyrafinowaną formą zabijania ludzi. Wyrafinowaną, bo nie bezpośrednią, nikt nikomu nie przykłada lufy do skroni. Choć może nie wszystko jest nowe: „Od ilości, od powtarzalności tej literatury, zależeć będzie stopień winy…”. Teraz od ilości, od powtarzalności tej propagandy, zależeć będzie stopień zastraszenia i zniewolenia. Nie ma w tej chwili innego tematu. Codziennie nas straszą, a to „naukowcy” odkryli nową wersję wirusa, oczywiście jeszcze groźniejszą, a to „lekarze” zidentyfikowali grupy najbardziej podatne na zakażenie, a to określili datę kulminacyjnej fali zakażeń. Totalne brednie, kłamstwa, fałszywe statystyki, fałszywe autorytety, zeszmaceni lekarze – to wszystko zalewa nas codziennie niczym potężna fala tsunami, która po przejściu pozostawia za sobą ogrom zniszczeń i rozpacz. Czy ten sposób dręczenia możemy nazwać nieludzkim? Chyba najbardziej ludzki, bo któż poza ludźmi byłby w stanie coś takiego wymyślić? Ileż zwyrodnienia, zakłamania, sadyzmu nagromadziło się w zakamarkach ludzkiego umysłu! Ale to dotyczy tych na górze, na samej górze. A czy na dole będzie lepiej, gdy to wszystko zacznie się rozwijać, gdy ludziom zacznie wysiadać psychika, nerwy i nieokiełznane emocje dojdą do głosu?

To stwarzanie atmosfery zagrożenia musi oddziaływać negatywnie na wielu ludzi, na ich psychikę. Nie po to robiono kiedyś eksperymenty, by obecnie nie wykorzystać ich wyników. Jednym z nich był ten przeprowadzony, chyba w Ameryce, już dawno temu. Grupa kilku czy kilkunastu osób została uprzedzona o przeprowadzanym eksperymencie i miała odpowiednio reagować. Jedna osoba, nie należąca do tej grupy, nie została poinformowana o tym, na czym miał on polegać. I tę osobę, po wejściu na salę, zapytano o kolor przedmiotu, który znajdował się w niej. Był on koloru białego i takiej odpowiedzi udzieliła ta osoba, ale wszyscy pozostali uczestnicy eksperymentu twierdzili, że – czarnego. Osoba poddana eksperymentowi upierała się, że jest białego, ale wszyscy pozostali nadal (Nadal to hiszpański tenisista – jakie te języki są podobne!) twierdzili, że jest koloru czarnego. Spory trwały jakiś czas, ale wobec faktu, że wszyscy poza nią byli innego zdania, uznała, że nie ma racji i stwierdziła, że białe jest czarne. Właśnie wyniki tego eksperymentu i pewnie wielu innych wykorzystują możni tego świata, by nas zniewolić i uczynić poddanymi ich woli.

Przekaz z mediów nie pozostawia wątpliwości. Jednym z dominujących obrazków jest zdjęcie człowieka, któremu ktoś zakapturzony grzebie w gardle lub w nosie. Po co? By pobrać materiał genetyczny? Rządy wszystkich państw dążą do przymusowych szczepień. W praktyce oznacza to, że już jesteśmy niewolnikami. Nie mamy prawa odmówić. Nie mamy szansy na ucieczkę, bo obecnie przekraczanie granicy wiąże się z okazaniem świadectwa poddania się testowi, a w niedalekiej przyszłości – świadectwa szczepienia. Któż by przypuszczał, że terror sanitarny będzie najgorszym z terrorów, jakie wymyśliła ludzkość. A jeszcze niewiele ponad pół roku temu nikt z mas nie wiedział co to takiego.

Wymyślono chorych bezobjawowo, a więc takich, którzy nie mają objawów choroby, a mimo to mogą zarażać. Po co to zrobiono? Po to, by mieć pretekst do wykonania testu na zdrowym człowieku i zmuszać zdrowych ludzi do noszenia maseczek czy przyłbic. 11 listopada przeczytałem na Interii, że zmarł 50-letni mężczyzna, którego nie chciał przyjąć oddział ratunkowy szpitala w Limanowej, bo nie miał wykonanego testu na obecność koronawirusa. Ci, którzy podjęli taką decyzję, dobrze widzieli, że nie spotka ich żadna kara. Trzymają się procedur. A kto je zatwierdził? O! Tego się nie dogrzebiemy. A nawet gdyby, to i tak pozostanie bezkarny. Tak się morduje ludzi. Dotychczas mord kojarzył się nam z jakimś sprawcą, który działał w bliskim kontakcie z ofiarą. Mógł być on też stosunkowo daleko od niej, jak snajper, ale to snajper strzelał. Nie było wątpliwości, kto zabijał, nawet jeśli nie został zdemaskowany. I nie miejmy złudzeń, ci którzy wdrażają odpowiednie procedury, doskonale wiedzą, po co to robią – by zabijać. Po to również jest ustawa o bezkarności, która zwalnia personel medyczny z jakiejkolwiek odpowiedzialności w sytuacji, gdy „walczą” z koronawirusem.

Koronawirusem zainfekujemy się podczas krótkiej rozmowy, tak można przeczytać na portalu Onet. Prąd powietrza towarzyszący wypowiadaniu niektórych głosek niesie go z zawrotną prędkością. Dotrze on najdalej, kiedy wymawiamy słowa z silnie zaakcentowaną głoską „p”. To jest wynik badania, które przeprowadzili naukowcy z Uniwersytetu w Princeton – pisze Onet. Ciekawe, że doszli do wniosków, które znane są ludziom od zarania dziejów. Zdarzają się tacy osobnicy, którzy mają taki sposób mówienia, że rozmawiając z nimi, lepiej zejść z „linii strzału”.

Milczenie jest przeciwwirusowe. „Szczególnie groźne wypowiadanie słów na… p”. Tak pisze portal RMF 24. I dodaje, że naukowcy z Princeton University i University of Montpellier wykazali, że zwykła konwersacja przyczynia się do powstania intensywnego strumienia drobin śliny, który może unosić ze sobą koronawirusy i poważnie zwiększyć ryzyko infekcji. To Montpellier nie jest tu przypadkowe. Miasto o tradycjach uniwersyteckich. Wydział medycyny, pierwszy we Francji, założono tu w 1221 roku. No!!! Takie tradycje, to chyba musi być prawda. Problem polega tylko na tym, że ani Onet, ani RMF 24 nie zamieszczają linków do tych odkrywczych badań. Nie podają też nazwisk tych badaczy. Tak można pisać największe bzdury, zasłaniając się naukowcami. A ja zrobiłem proste doświadczenie, na które nie wpadli naukowcy z Princeton. Uniosłem dłoń na odległość około 20 cm od ust i wypowiedziałem angielskie słowo „think”, tak jak nakazują samouczki, czyli wymówiłem głoskę „f” z językiem między zębami. I wyszło mi, że prąd powietrza, powstający przy wypowiadaniu tej głoski nie jest słabszy, niż w przypadku głoski „p”, a odnoszę wrażenie, że nawet silniejszy.

Cała ta propaganda zmierza ku temu, by wmówić nam, że właściwie wszystko jest dla nas zagrożeniem: kontakty międzyludzkie, rozmowy, podawanie ręki, twarz bez maski, odwiedzanie grobów w dzień Wszystkich Świętych i Dzień Zaduszny. Ale w innych terminach już można pość na cmentarz. Jednocześnie robienie zakupów w sklepach wielkopowierzchniowych jest bezpieczne, jeśli dotyczy żywności. Natomiast kupowanie ubrań czy butów może być niebezpieczne. W jednym z artykułów, chyba na Interii, podano, że w Niemczech dwoje naukowców z tureckimi korzeniami opracowało szczepionkę, i że zajęło im to dwa lata. Czyli że zaczęli nad nią pracować, gdy jeszcze nie było koronawirusa. Doprawdy musieli być genialni.

Te wszystkie absurdalne zakazy i nakazy, informacje pozbawione sensu, nie są przypadkowe. Rządzący doskonale sobie zdają z tego sprawę i prawdopodobnie robią to celowo. Dla ludzi widzących te wszystkie niekonsekwencje, nieadekwatonść zastosowanych środków zapobiegawczych w stosunku do zagrożenia, staje się to coraz bardziej męczące. I o to chodzi. Taka miękka forma sadyzmu, bardziej dręcząca ludzki umysł niż ciało, ale wszyscy dobrze wiemy, że zdrowie psychiczne ma wpływ na zdrowie fizyczne.

Polska Times pisze, że w pierwszym półroczu 2020 roku zmarło prawie o 500 osób mniej, niż w roku ubiegłym. W sumie to bez znaczenia, biorąc pod uwagę fakt, że w Polsce średnio umiera rocznie około 400 tys. osób, czyli około 200 tys. na pół roku. Jednak w dalszej części tego artykułu pojawiają się ciekawe informacje. Od 5 października można zaobserwować znaczny wzrost liczby zgonów. Na przełomie października i listopada najwyższy tygodniowy wskaźnik wyniósł aż 12 257 osób. W 2019 roku w tym samym czasie wyniósł 7678, w 2018 roku – 7793, w 2015 – 7800 zgonów. W październiku zmarło 43,8 tysiąca osób. Kolejno w 2019 – 31 tysięcy, w 2018 – 30,7 tysiąca, w 2017 – 30,6 tysiąca. W porównaniu z poprzednimi latami, październik 2020 charakteryzuje się drastycznym wzrostem liczby zgonów. Od 1 do 31 października na sam COVID-19 zmarło w Polsce 3118 osób. To połowa zgonów z powodu koronawirusa od początku pandemii.

To są ciekawe dane. Wcześniej umierało w Polsce 1000-1100 osób dziennie. Na przełomie października i listopada zanotowano najwyższy tygodniowy wskaźnik zgonów, aż 12 257, co, w przeliczeniu na dzień, daje 1751 osób. Czy to oznacza, że 500-600 osób dziennie umiera z powodu nieudzielenia im pomocy medycznej? Tego nie można wykluczyć, ale udowodnienie tego będzie trudne, bo w karcie zgonu nie będzie napisane, że nastąpił on z powodu odmowy udzielenia pomocy lekarskiej, czy odmowy przyjęcia do szpitala. Czy więc zbrodnia doskonała?

12 listopada premier oświadczył, że na razie lockdownu nie będzie, jeśli obecna tendencja się utrzyma, tj. nie będzie znacznych wzrostów zakażeń. Pewnie ich nie będzie, bo gdyby były, to trzeba by ogłosić lockdown i zamknąć gospodarkę na miesiąc. To jednak oznaczałoby, że skończyłby się on tuż przed świętami. A to byłby niewybaczalny błąd. Nie zdziwiłbym się, gdyby za tydzień czy dwa znacznie wzrosła liczba dziennych zakażeń. Mam takie przeczucie, że Żydzi nie odmówią sobie tej przyjemności i zafundują Polakom lockdown na święta Bożego Narodzenia. Tak w ramach walki z tradycją i polskimi zwyczajami.

Czy jest jakiś ratunek przed tym szaleństwem? Gdyby dotyczyło to pojedynczego kraju, to można by mieć jakieś złudzenia. Wystarczyłoby, by znalazła się jakaś zorganizowana grupa, np. armia, która zbuntowałaby się i obaliła tyranów. Jednak jest to mało prawdopodobne, bo mamy rząd światowy i taka akcja musiałaby nastąpić jednocześnie we wszystkich krajach świata. Inną szansą byłby rozłam w łonie tego tajnego rządu światowego, ale czy to możliwe? A może jakiś potężny impuls elektromagnetyczny z kosmosu, który zaburzyłby całkowicie cały ten system zniewolenia oparty na elektronice, internecie i technologiach je wykorzystujących?

Państwo w państwie

Każdy uważny obserwator życia politycznego w Polsce nie ma już chyba wątpliwości, że Żydzi w państwie polskim tworzą własne państwo i nawet się z tym nie kryją. Nie jest to zresztą dla nich nic nowego, raczej kontynuacja pewnego procesu. Mieli swoje własne państwo w Polsce przedrozbiorowej, a i wcześniej tego typu twory nie były im obce.

Królestwo izraelskie zniszczył asyryjski król, Salmanazar VI w 726 roku p.n.e., a judajskie – babiloński Nabuchodonozor w 586 roku p.n.e. Izraelici nigdy nie wrócili do Palestyny. Przewiezieni przez asyryjskiego króla do Medii, zlali się z obcymi ludami i ślad po nich zaginął. Judaici ocalili się. W Babilonii kolonia żydowska była państwem w państwie. Utworzyli własny rząd i rządzili się jak we własnym domu. Odprowadzali do skarbu królewskiego niewielki podatek pogłówny i ziemski. Na czele tej kolonii stał egzylarcha – najwyższy sędzia i kapłan wszystkich Żydów w Babilonii. Był on księciem panującym, patriarchą (nassi). Później władzę podzielono na dwie części. Egzylarcha został kierownikiem spraw politycznych i cywilnych. Drugą część – część wyznaniową powierzono dygnitarzowi, którego nazwano gaonem. Taki podział przetrwał do II w. n.e. Rządy te objęły panowanie nad wszystkimi koloniami żydowskimi rozproszonymi po świecie.

Bitwa pod Jeres de la Frontera (711 r. n.e.) rozstrzygnęła o losach chrześcijaństwa na Półwyspie Iberyjskim. Po tym zwycięstwie Arabowie wtargnęli w głąb kraju, wszędzie wspierani przez Żydów. Umocnienie się islamu w Hiszpanii pozwoliło im na coraz liczniejsze osadnictwo. Około X wieku dochodzi do przeniesienia się tam kierownictwa Izraela. Wysoka Rada (Sanhedryn) pozostaje tajna, podobnie jak w Babilonii. Hiszpania staje się największym skupiskiem żydostwa, a Toledo – ich hiszpańską Jerozolimą.

Jeszcze w okresie powstania inkwizycji hiszpańskiej, żydostwo, zanim zmuszone zostało do opuszczenia swojej bazy, zainteresowało się państwem polskim jako terenem mogącym w przyszłości zastąpić Hiszpanię. Żydzi, zaprawieni w politycznych intrygach, mogli, w kraju na kresach ówczesnej Europy, łatwo uzyskać kierowniczą rolę i zabezpieczyć się od przykrych niespodzianek. Sprzyjała temu gościnność i otwartość Słowian. Wybór Polski na przyszłe skupisko żydostwa dokonany został już w XV wieku.

Teodor Jeske-Choiński w książce Historia Żydów w Polsce pisze:

»Na razie nie sklecili Żydzi polscy ze swoich wszystkich kolonii jednej ogólnej całości, zadowalając się organizacją poszczególnych gmin. Z czasem jednak złączyli te gminy w jednolite ciało, budując w ten sposób „państwo w państwie”. Podstawą tego państwa w państwie nie była tylko lichwa i wszelkiego rodzaju chciwość, lecz głównie cele religijno-polityczne, posłuszne programowi Ezdrasza, Nehemii i Talmudowi.

Chodziło budowniczym żydowskim owego status in statu o utrzymanie swoich współwyznawców na obroży teokratycznej, aby obietnice Talmudu nie spełzły na niczym. Lud żydowski powinien według jego mniemań być Żydem niezmiennym – Żydem z czasów przedchrześcijańskich, nieubłaganym wrogiem wszystkich „gojów” i „akumów”, jeżeli chce panować kiedyś nad całym światem, co mu Talmud obiecuje. Do tej roboty potrzeba narodowi, niezdolnemu do rozprawy orężnej, fury złota, bo czego słaby miecz nie dokona, to załatwi pieniądz. Przeto wolno „świętemu” ludowi Jehowy łupić goja bez litości, oszukiwać go, okradać itd.

Mamon, zjednawszy sobie przychylność władców i wielmożów, pomógł Żydom – oddawał powoli w ich ręce sprawy polityczne, religijne, administracyjne, sądowe, handlarskie – słowem, pełną autonomię. Autonomia ta chwiała się jeszcze jakiś czas to w prawo to w lewo, nadawana i kasowana, co zależało od przekonań i potrzeb takiego lub innego króla i jego doradców. Ustaliła się dopiero za Zygmunta Augusta.

Zanim się pełna autonomia żydowska sformowała i ustaliła, rządziły gminami tylko kahały pod komendą tzw. „starszych”. Ci „starsi” zajmujący się głównie polityką, administracją i sądami, nie różnili się niczym od „tyranów” miast greckich lub kacyków murzyńskich. Będąc nie tylko rządcami gminy, ale równocześnie jej policją i sądem, rzucili do stóp swoich za pomocą małej i wielkiej klątwy (cherem) wszystkich talmudystów.

Uzyskawszy pełną autonomię za Zygmunta Augusta, utworzyli Żydzi zjazdy (synody) prowincjonalne i ogólne. Podzielili Polskę na „cztery kraje”, na: Wielkopolskę, Małopolskę, Ruś Czerwoną z Podolem, Wołyń z Ukrainą i Lublinem. Na synody te zjeżdżali się delegaci z Krakowa, Poznania, Lublina, Lwowa i sześciu delegatów powołanych przez rabinów.

Synody te były najwyższą władzą Żydów polskich, ich rządem. A rządem tak energicznym, iż żaden prawowierny talmudysta nie śmiał oprzeć się jego rozkazom. Żaden Żyd, choćby najwięcej pokrzywdzony przez kahał lub zjazd delegatów, nie odważyłby się udać po sprawiedliwość do sądów chrześcijańskich. Ukamienowaliby go jego współwiercy, zdeptaliby jak robaka. Jedyną ucieczką przed tyranią kahałów i synodów było przejście na łono chrystianizmu, ale i ten środek nie skutkował zawsze. Rząd żydowski umiał chwytać swoich odstępców i uczynić ich potajemnie nieszkodliwymi. Tym się tłumaczy, że neofici wybierali sobie zwykle na rodziców chrzestnych panów możnych, którzy by ich w razie potrzeby mogli zasłonić przed fanatyzmem talmudystów. W całej historii Żydów polskich odważyli się na bunt jawny jedni tylko frankiści, ale i oni, nie chcąc zgnić w więzieniach kahalnych, lub dać gardło, byli zmuszeni schronić się pod opiekuńcze skrzydła krzyża.

Rząd żydowski był naprawdę rządem. Uchwalał podatki, kontrolował handel i przemysł, dyktował praktyki kultu, zakładał szkoły, mianował nauczycieli, sędziów, rozstrzygał w ostatniej instancji bez apelacji wszelkie spory między rabinami, kahałami a stronami prywatnymi, ustanawiał miarę i wagi – słowem porządkował całokształt życia swoich współwierców, broniąc ich odrębność narodową, czyli program Talmudu.

Zawsze obłudni, przebiegli notablowie żydowscy starali się otumanić „gojów”, odgrywali kłamliwie rolę obywateli, posłusznych rządowi polskiemu. Na zjeździe na przykład „czterech ziem” w r. 1581 w Lublinie zabronili Żydom dzierżawić mennicę, żupy solne i pobór czopowego i zagrozili im, gdyby nie byli posłuszni rozkazowi synodu, klątwą: „Będzie wyklęty i wykluczony z obu światów, będzie odłączony od wszelkich świętości Izraela; jego chleb będzie uważany za chleb poganina, jego wino za sprofanowane, jego mięso jako mięso nieżyda, jego związki małżeńskie za cudzołóstwo, pochowany będzie jak „osieł” itp. – Kłamali głosem piorunującym. Kłamali tak podstępnie, aby zamydlić „gojom” oczy, aby odwrócić ich uwagę od działalności rządu żydowskiego.

Notablowie Judy przeklinali niby, potępiali swoich poddanych, a cieszyli się, gdy się dowiadywali, że się ich „wyklęci” bogacili. Bowiem celem ich obrad było osłabić Polaków, a wzmacniać Żydów. Polska miała być przecież jedną z tych ziem, które Talmud obiecał narodowi „wybranemu”.

Notablowie żydowscy przestraszali kupców, lichwiarzy, spekulantów, poborców, celników wielką klątwą, a oni owi wyklęci, nie pozbawiali się swojego rzemiosła, wiedząc, że ich władcy okpiwają „gojów”. By nie narazić swoich władców na podejrzliwość antyżydów polskich, odgrywali także szachraje rolę niewiniątek. Przyznaje pisarz żydowski, M. Schorr, że „zamożni dzierżawcy (Żydzi) brali dzierżawę pod cudzą, chrześcijańską firmą, lub przez pozyskanie wojewody lub króla potrafili uchylić się od tych zakazów i przy swych źródłach dochodowych utrzymać. Właśnie w tych czasach spotykamy Żydów jako bogatych dzierżawców żup i podatków”.

Więc było Żydom w Polsce, jak u „Pana Boga za piecem”. Nie czuli wcale niewoli, wygnania, braku „świątyni”. Mieli po całym kraju mnóstwo synagog. Jak za dawnych, dobrych czasów egzylarchatu babilońskiego, komentowali ich „uczeni” i dopełniali Talmud, wydawali egzegezy, komentarze, suplementy, traktaty rabiniczne, zasypując nimi całą Europę.

Władza polska nie przeszkadzała im w zakładaniu szkół, w których chowali swoje dzieci. W najniższych szkołach uczyły się dzieci czytania i pisania, w wyższych wtajemniczano je w egzegezę ksiąg świętych.

Pozwoliła także władza polska Żydom zakładać hebrajskie drukarnie. Sprowadzili oni (w r. 1530) drukarzy włoskich do swoich drukarń w Krakowie, Lublinie i innych większych miastach. Z oficyny Pawła Helicza (około r. 1540) rozbiegły się po całym kraju setki egzemplarzy Talmudu.

Talmud był głównym źródłem uczoności rabinów polskich. Tylko w nim siedzieli po uszy, czerpiąc z niego mądrość. Pogrążeni w kazuistyce i metafizyce „Księgi Ksiąg” wpadli w dziwactwa kabalistyczne.

W ciasnym kółku kazuistyki i kabalistyki obracała się „nauka” Żydów polskich. Zwróciło na to uwagę dzieło hiszpańskiego Żyda, Palkeiry, drukowane w Krakowie (1545 r.). Palkeira radził swoim współwiercom zająć się także wiedzą świecką.

Zrozumieli to notablowie żydowscy i, porozumiawszy się na synodzie, rozesłali po całym kraju następującą odezwę: „Jehowa brzmi w urywku, ta odezwa ma liczne Sefiroty, Adam miał różne doskonałości wypływy. Izraelita tedy na jednej tylko nauce przestawać nie powinien. Pierwsza jest święta nauka, ale czyż dlatego mniej smacznego nie mamy jeść jabłka! Wszystkie nauki nasi wynaleźli ojcowie i kto nie jest bezbożny, znajdzie początek wszystkich umiejętności w księgach Mojżesza. Co było waszą chwałą dawniej, wstydem teraz być może. Byli Żydzi u królów na dworze, Mardochei był uczony, Ester byłą mądrą, Nehemiasz był radcą perskim i lud wybawili z niewoli. Uczcie się, bądźcie użytecznymi królowi i panom, a będą was szanować. Ile gwiazd na niebie, ile piasku w morzu, tyle jest Żydów na świecie, jako gwiazdy, a każdy nas depce jak piasek. Król nasz jest tak mądry jak Salomon, tak święty jak Dawid, ma przy sobie Samucha, drugiego prawie proroka. Patrzy on na wszystkich ludzi jak na las ogromny. Rzuca wiatr różne nasiona drzew i nikt się nie pyta, skąd najpiękniejsze drzewo ma swój pochód. Czemuż i z nas cedr libański wśród tarniny powstać nie ma?” (odezwa powtórzona z „Historii Żydów w Polsce” Aleksandra Kraushara).

Nawet w takiej odezwie nie umieli się notablowie żydowscy pozbyć megalomanii i kłamliwego pochlebstwa. Chełpili się, że ich ojcowie (przodkowie) wynaleźli wszystkie nauki, a wiadomo, że ci „ojcowie” paśli jako koczownicy trzody, jeszcze wówczas, kiedy kaplani egipscy utorowali już drogę do tajemnic wiedzy. Króla polskiego nazywali „mądrym jak Salomon”, bo potrzebowali jego łaski, a po cichu pluli zapewne na niego, na „goja”. Potrzebując także opieki ówczesnego kanclerza, Samuela Maciejowskiego, łaskotali jego ambicję tytułem „drugiego proroka”.

Skoro tak uwielbiali królów i wielmożów polskich, mogli się byli nauczyć języka polskiego. Mieli dosyć czasu, bo aż 500 lat. A mimo swoją „lojalność” nie przestali używać zepsutego języka niemieckiego (żargonu).

Uczeni żydowscy XVI wieku pisali swoje dzieła albo po hebrajsku, albo po łacinie i niemiecku. Nie uważali za potrzebne uczyć się w swoim państwie języka „mądrego jak Salomon króla” i „drugiego proroka”.

Dobrze im było w tym „swoim państwie”, tak dobrze, iż poeci hebrajscy sklecali rymy na cześć Polski. Jeden z nich zaczął swój poemat słowami: „Polsko, królewska ziemio, w której od wieków żyliśmy szczęśliwie”…

Żyli wyznawcy Mojżesza szczęśliwie, ale tylko dla siebie, bo im ich wiara nie pozwalała służyć „gojom”. Oprócz nich mieszkali w Polsce jeszcze inni innowiercy, np. mahometanie, którzy przywykłszy do swojej nowej ojczyzny pokochali ją szczerze i stali się jej wiernymi synami, za co ich sejm lubelski (1569 r.) wyniósł do godności obywateli polskich.

Pobłażliwą, łagodną, tolerancyjną była Polska dla wszystkich obcych gości, przygarniała ich do swojego łona, nie mieszając się do ich spraw religijnych.

Słusznie pisał Lelewel („Polska, dzieje rzeczy jej”): W czasie Unii Lubelskiej, wskutek której mahometanie prawo obywatelskie otrzymali, gdyby Żydzi podobnego zapragnęli, nie mogliż do niego, choć cząstkowie, choć chwilowo trafić? Talmud stał na zawadzie”.

Talmud stał w istocie, jak wiadomo, potężnym murem między Żydami a innowiercami, spętawszy ich niezłomną odrębnością.«

Taki stan rzeczy trwał do czasu rozbiorów. Wykształciła się też w tym czasie grupa Żydów zwanych sztadlanami, których zadaniem było korumpowanie posłów, zabieganie o to, by instrukcje poselskie nie szkodziły Żydom. O tym pisałem w blogu „Sztadlani”.

Czasy się zmieniały. Rewolucja francuska dała Żydom równouprawnienie i rozprowadziła tę ideę za sprawą wojsk napoleońskich po całej Europie. W Polsce jej echem była insurekcja kościuszkowska. Chyba nie osiągnęła zamierzonego przez jej inicjatorów celu, bo po trzydziestu latach wybucha powstanie listopadowe. Po nim ma miejsce tzw. Wielka Emigracja. Elity opuszczają kraj. W mojej ocenie był to kluczowy moment, który zadecydował o tym, że w Polsce nastąpiła podmiana elit. Bernhard Struck w książce Nie Zachód, nie Wschód – Francja i Polska w oczach niemieckich podróżnych 1750-1850 opisuje to tak:

Ostatni rozbiór Polski i pierwsza fala emigracji polskich elit politycznych i kulturalnych po 1795 r. wpłynęła na zmniejszenie się liczby ewentualnych rozmówców czy partnerów. Ostatecznie stosunki te uległy zerwaniu po fali Wielkiej Emigracji, która nastąpiła po upadku powstania listopadowego. Bez elit towarzyskich i kulturalnych, wystarczy przypomnieć opisywaną ponurą atmosferę w Warszawie po 1830 r., wzajemna wymiana i splot kultur były na poziomie podróżujących, kulturalnych i literackich elit trudne do zrealizowania. Tym samym w odniesieniu do Polski sytuacja wzajemnego dialogu zmieniła się fundamentalnie. Aby posłużyć się językiem kolonialnego dyskursu, po 1831 r. nie rozmawiano już z mieszkańcami odwiedzanego kraju, lecz jedynie relacjonowano o nim samym. Polska – podobnie jak z punktu widzenia kolonizatora – przedstawiana była od zewnątrz, nie będąc już prezentowana z perspektywy kontaktów, jakie mogliby nawiązać zagraniczni goście.

Początkowo zwolennikiem asymilacji Żydów był Bolesław Prus, który miał świadomość, że Polsce brakuje elit, że najprościej byłoby skorzystać z żydowskich i uczynić ich Polakami wyznania mojżeszowego. Później jednak przejrzał na oczy i zmienił swój stosunek do nich. Przeciwnicy i zwolennicy asymilacji byli po obu stronach. Jeske-Choiński w cytowanej wyżej książce pisze:

»Prawowierni Żydzi, zaślepieni w tradycjach kilku tysięcy lat, nie chcieli się ruszyć z drogi, wskazanej im przez Ezdrasza, Nehemię i autorów Talmudu do osiągnięcia panowania nad całym światem. Słyszeć nie chcieli o jakiejkolwiek reformie. Mumią byli, nie mieli ochoty przedzierzgnąć się w ludzi żywych, posuwających się ciągle naprzód.

Żydom postępowym, dążącym do asymilacji, podał rękę ruch ekonomiczny, rozwijający się bardzo silnie w Królestwie Polskim około roku 1840. Rosło w tym czasie rolnictwo, powstawały liczne fabryki, poparte żeglugą parową na Wiśle i koleją żelazną na linii warszawsko-wiedeńskiej. Ruch ten ułatwił Żydom zbliżenie się do wszystkich sfer polskich.

Żyd, od lat dwóch tysięcy kupiec, wekslarz, bankier i spekulant, rzucił się łapczywie na przemysł. Łapać umiał znaczne zyski, bogacił się prędko. Ten, który pozbył się żargonu, chałatu, a ubrał się w strój europejski i liznął trochę kultury chrześcijańskiej, odczepił się od talmudystów i chasydów i stukał do drzwi zamożnych domów polskich. Ochrzczonemu bankierowi, fabrykantowi, spekulantowi (tzw. mechesowi) nie było trudno wywindować się na wysokie szczeble drabiny towarzyskiej. Książę, hrabia, szlachcic, potrzebujący często jego rad i pieniędzy, nie zamykał mu swoich drzwi. Bywało nawet, że zbankrutowany „karmazyn”, pozbawiony środków do wygodnego życia, ożenił się z ochrzczoną co dopiero Żydówką, albo córkę swoją związał węzłem małżeńskim z jakimś bogatym „mechesem”. Oprócz tego rodzaju niedobranych małżeństw, poparła braterstwo chrześcijan z Żydami liczna gromada urzędników wyznania Chrystusowego, służących fabrykantom, bankom i przedsiębiorstwom „mechesów”. Urzędnicy „mechesów”, nie chcąc stracić chleba, nie mogli poddać jawnej krytyce działalności swoich chlebodawców. Droga do asymilacji polsko-żydowskiej była otwarta…«

J.I. Kraszewski, mieszkając jako redaktor kronenbergowskiej „Gazety Codziennej” kilka lat w Warszawie i ocierając się o asymilatorów żydowskich, poznał ich z bliska. Był uważnym obserwatorem i znakomitym psychologiem. Co widział wokół siebie, to opisał w swej powieści „Żyd” z 1866 roku. Zbierało się na powstanie, a finansiści Kraszewskiego byli zgodni:

„W powietrzu czuć proch, ale dla nas to nic złego. Naturalnie, ofiary będą, ale trzeba się będzie wyślizgiwać, aby nas koła tej wielkiej machiny, druzgocącej wszystko, nie pochwyciły. Ostatecznie jednak dla nas wygrana, ktokolwiek z nich wygra. Albo jeden, albo drugi da nam po skończonej awanturze równouprawnienie. Choćby potrzeba było z naszej strony jakichś ofiar pieniężnych, my się zawsze najmniej zrujnujemy, ocalejemy majątkowo, bo nasze kapitały ukryte dobrze, są mniej dostępne od mienia szlacheckiego, od ziemi, widocznej dla każdego. Byliśmy długo w pogardzie i poniewierce; korzystajmy z dobrej okazji. Zamiast bawić się w patriotyzm, asymilację itp. mrzonki, myślmy przede wszystkim o sobie. Chłop polski nie lubi nas, wiemy o tym, ale chłop jest głupi – nie boimy się go. O szlachtę nam głównie idzie. Wmiesza się ona przez sam punkt honoru w awanturę, pójdzie do lasu, na krwawe pola, za co ją rząd ukarze, zniszczy, wytępi, wydusi, wywłaszczy, a wówczas dla nas droga otwarta.”

„A wówczas dla nas droga otwarta.” – Jaka droga?

„W każdym narodzie musi się wyrobić – rezonowali dalej bogacze żydowscy – ponad masy jakaś inteligencja i rodzaj arystokracji. My jesteśmy materiałem gotowym, my zawładniemy krajem, a panujemy już przez giełdy i przez wielką część prasy nad połową Europy. Ale naszym właściwym królestwem, naszą stolicą, naszym Jeruzalem będzie Polska. My będziemy jej arystokracją, my tu rządzić będziemy. Kraj ten należy do nas, jest nasz”…

Insurekcja kościuszkowska i powstanie listopadowe pozbawiło Polskę elit. Powstanie styczniowe umożliwiło Żydom zajęcie ich miejsca. Po nim nastał okres czterdziestu lat spokoju – pracy organicznej. Rewolucja 1905 roku zniszczyła rodzący się polski przemysł i przedsiębiorczość. Za każdym razem stroną przegraną była strona polska, wygraną – żydowska. Od 1905 roku do 1914, a więc do wybuchu I wojny światowej, było tylko 9 lat. Co można zrobić w 9 lat? Czy odrodzona Polska miała jakiekolwiek szanse na bycie sprawnym, dobrze zarządzanym państwem? Czy elity II RP były polskimi elitami? Sądząc po tym, jaką prowadziły politykę, to chyba nie. Jedyne co się udało, to oddolny ruch spółdzielczy, który rozwijał się bardzo dynamicznie i wypierał drobny handel żydowski. Niestety I wojna przerwała ten proces.

W 1919 roku przedstawiciele Żydów złożyli Tymczasowemu Naczelnikowi Państwa, Józefowi Piłsudskiemu, projekt, wedle którego podstawą ich funkcjonowania byłyby gminy (kahały), a ich władza wybierana na podstawie pięcioprzymiotnikowego prawa wyborczego. Miał być również powołany Żydowski Zjazd Narodowy, który miał uchwalić Konstytucję Żydów w Polsce.

W 1920 roku poseł Izak Grunbaum ze Związku Polaków Narodowości Żydowskiej zgłosił projekt artykułu 113 przygotowywanej Konstytucji II RP. Głosił on:

Ziemie Rzeczypospolitej, zamieszkałe w przeważającej większości przez narodowości niepolskie, stanowić będą autonomiczne prowincje, które otrzymają osobne przedstawicielstwo ustawodawcze, wybierane na podstawie wyborów powszechnych, bezpośrednich, równych, tajnych i stosunkowych. Osobne ustawy określą kompetencje tych ciał ustawodawczych oraz stosunek prowincji autonomicznych do państwa.

Projekt ten został odrzucony. Jego przyjęcie oznaczałoby nie tylko stworzenie państwa w państwie, ale dawałby autonomicznym prowincjom możliwość decydowania o oderwaniu się od państwa, co w praktyce prowadziłoby do jego rozpadu.

Żydzi mieli w okresie międzywojennym swoje partie: Bund – współpracujący z komunistami, Kombund – komunistyczny odłam Bundu, Niezależni Socjaliści – taki żydowski PPS. Stronnictwa syjonistyczne dążyły do odzyskania Palesyny. Były to Poalej Syjon – współpracujący z komunistami, Cejre Syjon – propagujący komunizm w przyszłej Palestynie i Hitachduth – dążący do odbudowy Palestyny na zasadach socjalistycznych.

Bund, Kombund, Partia Niezależnych Socjalistów i Poalej Syjon domagały się wspólnego państwa polsko-żydowskiego. Jidysz miał być drugim językiem urzędowym, nie tylko w urzędach, ale i w szkołach, a instytucje kultury, finansowane przez państwo ( m.in. teatry, wydawnictwa, biblioteki), miałyby mieć dwa programy: dla Żydów w jidysz, dla Polaków – po polsku.

Wszystkie partie żydowskie dążyły do uzyskania maksymalnej autonomii poprzez żydowskie gminy (kahały) i zabiegały o utworzenie przy rządzie polskim Sekretariatu Stanu do Spraw Żydowskich. Jak mówi przysłowie: co się odwlecze, to nie uciecze. Obecnie mamy urząd pełnomocnika prezydenta RP ds. kontaktów z diasporą żydowską, urząd pełnomocnika rządu RP ds. kontaktów z diasporą żydowską i urząd przedstawiciela ministra spraw zagranicznych ds. kontaktów z diasporą żydowską. A więc prezydent, rząd i ministerstwo spraw zagranicznych pod kontrolą.

W Polsce międzywojennej mieszkało ponad 3 miliony Żydów. Większość z nich nie znała języka polskiego lub znała go bardzo słabo. Jedynie 10-15% zasymilowanej ludności, która utrzymywała kontakty zawodowe lub towarzyskie, mogła pochwalić się jego znajomością. Dotyczyło to przeważnie ludzi z dużych miast. Zgoła odmienna sytuacja panowała w małych miasteczkach i na wsiach. Marian Miszalski w swojej książce Żydowskie lobby polityczne w Polsce cytuje Żyda spod Lwowa Leona Weliczkera:

Nasze małe miasteczko Stojanów liczyło około tysiąca Żydów i podobną ilość Polaków i Ukraińców (…). Polacy i Ukraińcy byli w większości rolnikami (…). My nie byliśmy ani bogatymi właścicielami miejskimi, ani drobnymi, biednymi rolnikami. Gardziliśmy drobnymi chłopami, których nazywaliśmy chamami (…), co dla nas oznaczało prostaczków. Żyliśmy w stworzonym przez siebie getcie bez ścian. Religia żydowska powodowała, że przebywaliśmy razem, co oddzielało nas od nie-Żydów. Kobiety, aby uzyskać koszerne jedzenie, kupowały w sklepach żydowskich (…). Religijne przepisy powodowały, że Żydzi mieszkali w przypominających getta społecznościach (…). Właściwie nie mieliśmy kontaktu ze światem zewnętrznym; na pewno nie mieliśmy żadnych kontaktów towarzyskich, ponieważ nasze zainteresowania były kompletnie inne od zainteresowań gojów (…). Od wczesnego dzieciństwa dzieci chłopów zajmowały się pracą w gospodarstwie (…), gdzie były konie, krowy, psy, koty, podczas gdy my byliśmy całkowicie odcięci od świata zwierzęcego. Nasza religia zabraniała nam posiadać zwierzęta w naszych domach. Tak więc nawet w dziecięcych zabawach różniliśmy się od chrześcijan. My, mali żydowscy chłopcy, nie uczestniczyliśmy w żadnych zawodach ponieważ to uznawane było za gojskie (…). My Żydzi staraliśmy się unikać przechodzenia przy kościele katolickim, a jeśli to było niemożliwe, mruczeliśmy pod nosem odpowiednie przekleństwo, gdy przemykaliśmy koło niego (…). Wynosiliśmy się ponad innych, ponieważ byliśmy „ludem wybranym” przez samego Boga. Powtarzaliśmy to nawet w naszych modlitwach (…). Byliśmy obcymi dla otaczających nas gojów z powodu naszej religii, języka, zachowania, ubioru oraz codziennych wartości. Polska była jedynym krajem, gdzie naród żydowski żył wewnątrz innego narodu (…). Żyliśmy w stworzonym przez nas samych getcie i to odpowiadało naszym wymogom i życzeniom (…). Nigdy nie mówiliśmy w domu po polsku.

II wojna światowa zniszczyła ten świat, ten żydowski świat małych miast i miasteczek, których atmosferę tak barwnie odtworzył w filmie „Sanatorium pod klepsydrą” Jerzy Has. Ten sam, który wyreżyserował „Pamiętnik znaleziony w Saragossie”. Tematyka żydowska i masońska najwyraźniej bardzo go interesowała. Pewnie nie przypadkiem. A on już należał do tej powojennej elity.

Żydzi, uwolnieni od tej żydowskiej biedoty, w nowej Polsce zmieniają nazwiska na polskie, mówią po polsku i zajmują najważniejsze stanowiska we wszystkich działach gospodarki, w nauce, kulturze, prasie, radiu i telewizji oraz w kluczowych organach państwa. W latach 1944-56 było to praktycznie ich państwo. Po roku 1956 słabną, a po roku 1968 – jeszcze bardziej. Choć czy rzeczywiście tak było? Sami często otwarcie mówili, i to w latach 70-tych, że są polską głową, a Polacy to korpus. Stają się polską elitą i ta małomiasteczkowa żydowska biedota nie kala obrazu narodu wybranego.

W latach 80-tych następuje świadome niszczenie gospodarki, by doprowadzić do kryzysu i zmienić realia polityczno-gospodarcze. Następuje likwidacja polskiego przemysłu i handlu. W to miejsce wchodzą stopniowo, po 1989 roku, zachodnie sieci handlowe, będące w rękach Żydów i zachodni przemysł, który korzysta z taniej siły roboczej. Przełomowym momentem jest zatwierdzenie przez Sejm w 1997 roku ustawy o stosunku Państwa do gmin wyznaniowych żydowskich w Rzeczpospolitej Polskiej. Temu zagadnieniu poświęciłem odrębny blog – „Ustawa”, w którym szczegółowo opisuję problem i zagrożenie jakie ona niesie. Dzięki niej gminy żydowskie pozostają poza kontrolą państwa a ich Związek stanowi ich rząd. Mamy więc w jednym państwie drugie państwo. Ich chciałoby się powiedzieć, że mamy państwo w państwie, gdyby nie to, że oba państwa są żydowskie.

Dlaczego żadna z wielkich afer III RP nie została wyjaśniona, a winni ukarani? Może dlatego, że uprawnienia organów państwa w jakimś momencie kończą się i pewnych granic nie mogą przekroczyć.

„Art. 8. Odpowiedzialność za zobowiązania wyznaniowych osób prawnych

Osoby prawne, o których mowa w art. 5 ust. 1, nie odpowiadają za zobowiązania innych osób prawnych.

Czyli, jeśli zarząd Związku Gmin zechce nadać osobowość prawną jakiejś jednostce organizacyjnej, to wnioskuje do właściwego ministra do spraw wyznań religijnych i ten taką osobowość nadaje. Gdy jednak taka jednostka organizacyjna coś nabroi, to ani gminy, ani Związek Gmin za to nie odpowiadają. Taką „jednostką organizacyjną” może być jakaś firma czy fundacja, która dokona jakichś nielegalnych operacji finansowych, handlowych i gospodarczych. I winnych nie będzie, i nikt nie będzie odpowiadał za tego typu działania. Bardzo możliwe, że część afer, jakie miały i mają miejsce w naszym kraju, ma właśnie takie podłoże.”

To cytat z blogu „Ustawa”. To jest prawdziwe zagrożenie. Ta ustawa już od lat jest wykorzystywana przez Żydów do umacniania swojej pozycji finansowej w Polsce. Nie potrzebują żadnej „JUST”. To zwykła ściema, mająca odwracać uwagę i straszyć. Po co Żydom wsparcie Ameryki, skoro rządzą w Polsce wszystkim? A w razie potrzeby, to mają tu wojska amerykańskie. Czegóż więcej trzeba?

A co zostawili Polakom? Ulice i wybory. No właśnie! Wybory! Gdy piszę te słowa jest godzina 20:49 i już zbierają się przed telewizorami, wchodzą na kanały internetowe i czekają na wynik: czy mój kandydat wygrał? Zaraz zaczną się niekończące się debaty o sprawach nieistotnych, bo te najważniejsze pozostają w ukryciu. Marks powiedział, że religia to opium dla ludu. Nie miał racji, to demokracja to opium dla ludu. Człowiek wierzący w Boga wierzy, że po śmierci jest inne, lepsze życie i ta wiara towarzyszy mu przez całe jego życie. Nie potrzebuje do tego dodatkowych bodźców. W przypadku demokracji człowiek wierzy, że obietnice wyborcze zostaną dotrzymane, co nie jest prawdą i następuje rozczarowanie. I w tym momencie pojawia się ktoś nowy, kto znowu obiecuje. Innymi słowy, dla wierzących w demokrację potrzebna jest co jakiś czas dawka, dawka wyborcza, tak jak dla narkomana – narkotyk. Dopóki działa, jest dobrze, ale za jakiś czas potrzeba nowej. Narkoman wyborczy, tak jak zwykły narkoman, potrzebuje iluzji. W przypadku pierwszego chodzi o przekonanie, że ma na coś wpływ. W przypadku drugiego, że przenosi się w inną rzeczywistość.

Wybitny ekonomista Milton Friedman, żydowskiego pochodzenia (czy wybitny ekonomista może być innego pochodzenia?), powiedział: „Demokracja wcale nie jest władzą większości, ale doskonale zorganizowanych mniejszości”. Nic dodać, nic ująć! Demokracja to żydowski wynalazek, służący im i tylko im. Szkoda, że tak mało ludzi zdaje sobie z tego sprawę.