Dawno temu w Ameryce

Już mam dość tego cyrku. Męczy mnie to i szukam ucieczki. W takich sytuacjach wracam do książek, które kiedyś czytałem. Książki, zwłaszcza te papierowe, mają tę zaletę, że nie zmieniają się. Czasy się zmieniają, a one – nie! Kiedyś czytałem „Faraona” Prusa i ta powieść nie wydała mi się zbyt interesująca, nawet nudna – co to ma wspólnego z naszą rzeczywistością? Czasy się zmieniały. Wróciłem do niej po latach, po przemianach, i ja też już inny, i… szok! Czytam i wszystko jest aktualne, nawet odnalazłem w niej „naszego” Jony Danielsa. Na początku 2018 roku przeczytałem powieść, a właściwie sagę – „Kapelusz cały w czereśniach” Oriany Fallaci, a teraz wróciłem do niej i nie mogę się nadziwić, jak bardzo inaczej odbieram ją teraz. Tak bardzo dużo się zmieniło od tego czasu, a to tylko niecałe trzy lata! To, czego wtedy nie zauważałem, nie dostrzegałem, teraz widzę wyraźnie. Wtedy nie zwróciłem uwagi na opis Ameryki z połowy XIX wieku, a szczególnie – miasteczka Virginia City. Bo jeszcze nie wiedziałem, co to jest dystans społeczny, przymusowa maseczka, terror sanitarny i psychiczny. Czy ten Dziki Zachód był taki dziki? A jeśli tak, to mimo wszystko bardziej ludzki, o wiele bardziej ludzki niż terror sanitarny. Zabijanie, okradanie, oszukiwanie i wiele jeszcze innych grzechów, to są ludzkie cechy, ale zmuszanie ludzi do niezgodnych z ich naturą zachowań jest nieludzkie. Łatwiej to zrozumieć, gdy porównamy obie te skrajności – amerykańską, opisaną poniżej i – obecną, której opisywać nie trzeba, bo jej doświadczamy na co dzień.

Ameryka w czasach pionierskich nie była jeszcze skonsolidowanym państwem i jej obywatele, jeśli tak ich można nazwać, mieli duże pole manewru. Sami sobie tworzyli swoje niepisane prawa, swój kodeks postępowania i wszyscy byli tego świadomi, że ich los jest w ich rękach. Ich życie było surowe, często brutalne. Oni mieli świadomość, że w każdej chwili mogą zejść z tego świata, ale też wiedzieli, że i oni mogą wymierzyć sprawiedliwość, tak jak ją rozumieją, bo każdy miał kolta lub strzelbę. Ta idea nadal jest jeszcze żywa w Ameryce, przynajmniej w niektórych stanach. To dużo! My, tu w Polsce, możemy sobie tylko poruszać palcem w bucie.

Ta Anastasia, o której pisze Fallaci, to jej prababka. Była pół-Polką i to, jak do tego doszło, opisuje w swojej sadze. Jest to bardzo ciekawy wątek, do którego wrócę w następnym blogu. W tym jednak chciałbym się skupić na tym, jak wyglądała Ameryka w czasach, gdy państwo było słabe i jego obywatele sami sobie organizowali swoje życie. Wybrałem dwa fragmenty. Jeden to opis Nowego Jorku, drugi – miasteczka Virginia City. Bo od Nowego Jorku zaczęła się amerykańska przygoda Anastasii, a skończyła się w Kalifornii.

Fallaci pisała tę sagę 10 lat, do samej śmierci w 2006 roku. W trakcie jej pisania korzystała nie tylko z rodzinnych przekazów i dokumentów, ale penetrowała archiwa, księgi parafialne, docierała do dokumentów z epoki itp. Od początku lat 60-tych częściej mieszkała w Ameryce w Nowym Jorku niż we Włoszech. Dzięki temu łatwiej było jej tam śledzić losy swojej prababki. „Wśród wielu postaci – pisał o swojej ciotce Edoardo Perazzi – ulubioną była Anastasia, do której Oriana czuła najwięcej sympatii i której poświęciła czwartą część powieści. Kapelusz cały w czereśniach zamyka się w 1889 roku jej śmiercią i małżeństwem Antonia Fallaciego i Giacomy Ferrier (córka Anastasii – przyp. mój), dziadków Oriany, rodziców jej ojca Edoarda, którzy w niektórych miejscach sami stają się narratorami.” Drugie imię Fallaci, po prababce, to właśnie Anastasia.

»Zadaję sobie pytanie, co czuła Anastasia, gdy John wiózł ją na Irving Place, a jednocześnie próbuję wyobrazić sobie miasto, w którym miała przeżyć prolog swej amerykańskiej przygody. Z wyglądu Nowy York był bardzo odmienny od dzisiejszej metropolii. Nie istniały jeszcze nawet słynne mosty, od stu lat łączące Manhattan z Brooklynem i New Jersey. Żeby przebyć Hudson lub East River, trzeba było wsiąść na prom. I naturalnie nie było jeszcze drapaczy chmur. Nie było świecących szyldów, migoczących świateł, elektryczności. Nie istniały Times Square, Park Avenue ani Statua Wolności. Budynki nie były wyższe niż na sześć lub siedem pięter, Edison nie wymyślił jeszcze żarówki, dlatego też używano wciąż oświetlenia gazowego, a na miejscu Times Square znajdował się zbiornik wodny. Na miejscu Park Avenue tunel kolejowy tak zwanej Hudson Line. Tam, gdzie dziś wznosi się Statua Wolności, znajdowała się wysepka usypana ze śmieci wyrzucanych przez przepływające obok statki. Jednak była to już budząca szacunek metropolia, która liczyła osiemset tysięcy mieszkańców, dużo więcej niż Filadelfia, gdzie żyło wówczas pięćset czterdzieści tysięcy. Cztery razy większa od Bostonu czy Chicago i szesnaście razy większa od stolicy konfederatów, Richmond, które w czasie wojny rozrosło się do pięćdziesięciu tysięcy mieszkańców, i dziesięć razy większa od Waszyngtonu, zaledwie osiemdziesięciotysięcznego. Zarazem była to połowa ludności Paryża, w którym mieszkało milion sześćset tysięcy osób, i jedna trzecia ludności Londynu, liczącego wtedy dwa miliony trzysta tysięcy mieszkańców. Daremnie szukać by śladów bohaterskiej przeszłości miasta z czasów, gdy nazywało się Nowy Amsterdam i holenderscy pionierzy zabierali je Indianom: nawet siedemnastowieczne cmentarze zostały usunięte, by zrobić miejsce pod domy. Było to także miasto bogate. Centrum finansowe kraju, kolebka Wall Street, siedziba dziewięćdziesięciu jeden baków, w których złoto płynęło strugami, niczym lawa po erupcji wulkanu. A także miasto brudne, niebezpieczne, niespokojne, o wysokim wskaźniku przestępczości. Śmieci rosły tygodniami w sterty wysokie na trzy metry, nikt nie zbierał psich i końskich odchodów, od szkodliwych wyziewów można było zachorować na świerzb, cholerę lub tyfus, i pomimo zniesienia niewolnictwa w porcie przemycano jeszcze wielu niewolników. Praktyka, za którą prawo teoretycznie przewidywało karę szubienicy, ale na którą skorumpowani urzędnicy przymykali oko. Nie przypadkiem rok 1864 zamknął się smutnym bilansem stu tysięcy zabójstw, ataków nożowniczych, oszustw i porwań. Nie bez powodu konfederaci uważali Nowy Jork za siedlisko hipokryzji, miasto bez serca, bez zasad, bez moralności i bez Boga.

Z drugiej strony, być może właśnie z tego powodu, była to najbardziej frywolna metropolia Ameryki, a być może i całego świata. Lunapark dla dorosłych. Oprócz dziewięćdziesięciu jeden banków było tam również czterysta sześćdziesiąt burdeli, pięćdziesiąt dwa domy uciech, setki barów, piwiarni, palarni opium. Były także baseny publiczne dla panów i pań (baseny, w których można było pływać bez ubrania), korty tenisowe, pola golfowe, boiska do strzelania z łuku, tory wrotkowe i łyżwiarskie, dwa hipodromy, stadion do gry w polo, drugi do gry w baseball , klub jachtowy organizujący zawody żaglówek oraz niezliczona liczba dance houses, czyli sal tanecznych. Istniały tam także dziesiątki teatrów, między innymi Academy of Music, Winter Garden oraz Barnum’s American Museum: gigantyczny cyrk, w którym obok klownów, akrobatów, iluzjonistów, lwów, tygrysów i słoni pokazywano także wybryki natury w rodzaju braci syjamskich czy cieląt o dwóch głowach, Żywego Szkieletu (niewiarygodnie chudego człowieka) i miss Jane Campbell – dziewczyny ważącej prawie pół tony, która sama określała siebie jako „największą górę mięsa istniejącą kiedykolwiek w ciele kobiecym”. Na przybyszów czekały tuziny hoteli – w porównaniu z nimi najbardziej luksusowe transatlantyki wydawały się kurną chatą. Między innymi bajeczny hotel Astor, gdzie kurczaka przygotowywano na szesnaście różnych sposobów, a szampan lał się strumieniami, albo ultranowoczesny Fifth Avenue Hotel, w którym na wyższe piętra wjeżdżało się perpendicular railway, pionową kolejką, innymi słowy: windą. Urządzeniem gdzie indziej nieznanym. Zresztą jeśli nie umarłeś z głodu i nędzy, w Nowym Jorku wszystko mogło stać się źródłem rozrywki. Wszystko! Obłąkany ruch uliczny na Broadwayu, gdzie setki karet, powozików, wozów, dwukółek pędziło pomiędzy tramwajami ciągniętymi przez sześć koni i omnibusami: zabawne dorożki z woźnicą siedzącym na dachu, zatrzymujące się na żądanie. (Żeby wysiąść, trzeba było pociągnąć za sznurek przywiązany do lewej stopy dorożkarza i krzyknąć „Stop”!). Skandaliczne sklepy przy Bowery, w których można było kupić każdy najbardziej fantastyczny przedmiot lub lek, włączając w to słynną maść do przedłużenia stosunku miłosnego. Niedyskretne rozprawy w aulach Sądu Cywilnego, gdzie każdego roku przeprowadzano dziesiątki rozwodów. Chamstwo Vanderbiltów , Stewartów, Pierpontów, Morganów, którzy w swoich magnackich rezydencjach mieli złote nocniki i służbę w liberii ( składały się na nią: kaftan z adamaszku, atłasowe szelki, jedwabne pończochy, koronkowa koszula, a czasem nawet turban). Arogancja sufrażystek, które paliły w towarzystwie, gardłowały za antykoncepcją, a w razie konieczności dokonywały aborcji w klinice madame Restell (działającej za zezwoleniem burmistrza). Co prawda wojna, mimo iż toczyła się daleko na Południu, nieco przykróciła te niebywałe ekscesy i pociągnęła za sobą inflację. W 1865 roku płaszcz mógł w Nowym Jorku kosztować pięćdziesiąt dolarów – równowartość miejsca w trzeciej klasie na transatlantyku. Obowiązkowy pobór do wojska i praktyka zastępstwa, przeciwko której najbiedniejsi daremnie organizowali burzliwe protesty, sprawiła, że śmierć zebrała obfite żniwo. W rezultacie na ulicach licznie pojawiły się kobiety w żałobie, matki i wdowy w czarnych welonach. Wojna nie zmieniła jednak obyczajów bezbożnego miasta, a wręcz przeciwnie, zdwoiła jego cynizm. Dlaczego? Bo dzięki dostawom wojskowym bogacze stali się jeszcze bogatsi, sprzedając swe towary zarówno wojskom Północy, jak i konfederatom. Tym drugim, dzięki statkom płynącym na Bahamy. Business is business, my dear, and favours neutrals. Interesy to interesy, mój drogi, i najlepiej służą tym, którzy zachowują neutralność.«

Tak wyglądał Nowy Jork, ale był też Dziki Zachód, który my znamy z westernów. Jest to jednak obraz jednostronny. W poniższym fragmencie autorka wierniej oddaje jego rzeczywistość.

Virginia City już nie istnieje, a fotografie z tamtej epoki ukazują miasto dość odmienne od ghost-town odtworzonego, a raczej wymyślonego na użytek turystów. Zamiast prawdziwego miasta ukazują raczej olbrzymią wioskę, składającą się z trzech ulic i skromnych domków z drewna lub z cegieł. Osadę podobną do miasteczek z westernów, z urzędem szeryfa, saloonem i małym bankiem, zamkniętą w górskiej dolinie – Virginia City leżało na zboczu Mount Davidson, gdzie odkryto żyłę srebra, i zewsząd otoczone było przez wysokie szczyty. W 1865 roku miasto niewiele miało zresztą do zaoferowania z estetycznego punktu widzenia. Powstało ledwie pięć lat wcześniej, zastąpiwszy namioty i baraki pierwszego obozowiska górników, i rosło chaotycznie, podporządkowane jedynie potrzebie zapewnienia noclegu hordom, które napływały tam w poszukiwaniu szczęścia. Spekulanci, gracze, górnicy rozczarowani gorączką złota w Kalifornii. Przestępcy, prostytutki, biedacy i awanturnicy wszelkiej maści i narodowości. Amerykanie, Indianie, Meksykanie, Chińczycy, Europejczycy. Nie przypadkiem w tych latach miasto liczyło aż dwadzieścia tysięcy mieszkańców. A jednak było ono właśnie takie, jak opisywała je Lydia. Bo w 1860 roku złoże srebra przyniosło milion dolarów dochodu. W 1861 roku już dwa miliony, rok później siedem, dwa lata potem dwanaście, w 1864 roku aż osiemnaście. Wydobywany kruszec zawierał nawet do pięciu procent złota. Ulice, wybrukowane kamieniami z kopalń lub ubite resztkami pyłu kopalnianego naprawdę świeciły się złotem i srebrem. Klamki, ostrogi, podkowy, wykończenia siodeł rzeczywiście robiono ze srebra. Używano go także do płacenia za towary i dawania napiwków, czasem w formie samorodków, kiedy indziej kawałeczków odcinanych nożem z lasek metalu. Papierowych pieniędzy nikt tam nie chciał, green-back, czyli banknoty, rzucali ci w twarz, a jeżeli chciałeś je wymienić w banku, dawali tylko połowę ich wartości.

W tym miejscu muszę przerwać ten cytat i przytoczyć fragment artykułu (lata 30-te) Louisa Evena (1885-1974) Kim są prawdziwi władcy świata? Autor był propagatorem tzw. Kredytu Społecznego. W nim nawiązuje do tych „greenbacks”. Artykuł ten został przedrukowany przez dwumiesięcznik „Michael”, wydanie promocyjne numer 16, luty 2015. Wytłuszczenia pochodzą od redakcji.

Międzynarodowa finansjera wzięła w posiadanie Amerykę tak samo jak Europę. Chce ona stale utrzymywać i umacniać swoje pozycje. Pewnego dnia pojawił się człowiek, który odważył się przeprowadzić nadzwyczajne uderzenie. Zapłacił za to swoim życiem. Był to największy amerykański prezydent Abraham Lincoln (1809-1865).

Syn kolonizatorów, który nigdy nie chodził do szkoły, ale kiedy nauczył się czytać na kolanach swojej matki, a potem studiował prawo w nocy po swoim ciężkim dniu pracy w lesie lub na polu, został prezydentem Stanów Zjednoczonych w przełomowej epoce, w czasach secesji między północą i południem w kwestii niewolnictwa.

Miał on silne poczucie zdrowego rozsądku i kierowany doskonałą sprawiedliwością uważał, że jeśli prywatne banki emitują pieniądze, które są akceptowane przez społeczeństwo zezwalające na to, żeby pieniądze te wchodziły w obieg jako dług, to suwerenny rząd może zarówno fabrykować je sam, jak i przyznawać im co najmniej tak samo wielki autorytet. W latach 1862-1863 Lincoln poprosił swojego sekretarza skarbu Chase’a o trzy kolejne emisje waluty o całkowitej sumie 450 milionów dolarów.

Były to „zielone dolary” – greenbacks. Zauważmy, że po prawnej batalii między władzą finansową a rządem, 346 milionów dolarów pozostaje do dziś w obiegu i są to nadal tak samo dobre pieniądze, jak pieniądze bankowe. Co więcej, w przeciwieństwie do zadłużonych pieniędzy bankierów greenbacks nie są obciążone ani jednym dolarem długu publicznego Stanów Zjednoczonych. Gdyby ta emisja przeszła przez zwykłe kanały bankowe, oznaczałoby to wzrost amerykańskiego długu publicznego o 10 miliardów dolarów w latach 1863-1938 (procent składany). A gdyby wszystkie pieniądze były emitowane przez rząd, Stany Zjednoczone nie miałyby żadnego długu publicznego. Istnienie długu publicznego wskazuje, że system jest zły i że waluta jest zepsuta od samego początku.

Międzynarodowi bankierzy w pełni zrozumieli skalę czynu dokonanego przez Lincolna, a poniższe uwagi zostały opublikowane przez London Times (jako wyciąg z Journal of Finance) w marcu 1863 r.: „Jeśli polityka finansowa zapoczątkowana przez rząd w Waszyngtonie zostanie utrwalona, rząd będzie dostarczał swoich własnych pieniędzy bez żadnego kosztu, spłaci swój dług publiczny i nigdy więcej już go nie będzie posiadał. Będzie miał całą niezbędną do prowadzenia handlu walutę. Osiągnie dobrobyt bez precedensu w historii cywilizacji ludzkiej. Mózgi i bogactwo świata będą płynąc do Ameryki. Musimy zniszczyć ten rząd, zanim zniszczy on monarchię”.

Rada była następująca. Spisek międzynarodowej finansjery powalił wielkiego wyzwoliciela kulą bandyty. Wszystko pozostało jak dawniej. Prześladowcy ludzkości przyznali, że dobrobyt kraju mógłby z pewnością wynikać z polityki jego rządu, gdyby emitował on bez długu całą walutę potrzebną do życia gospodarczego.

Śmierć Lincolna była katastrofą dla chrześcijaństwa”, pisał Bismarck (dobrze umiejscowiony, żeby rozumieć, co się stało). „Nie było w Stanach Zjednoczonych żadnego wystarczająco wielkiego człowieka, który mógłby zastąpić Lincolna. Pożyczkodawcy podjęli na nowo ofensywę, by zawładnąć bogactwem świata. Obawiam się, że zagraniczni bankierzy z ich chytrością i krętymi sztuczkami dojdą do całkowitej kontroli bogactwa Ameryki i będą go używać do systematycznego korumpowania współczesnej cywilizacji. Nie będą wahali się pogrążyć całego chrześcijańskiego świata w wojnach i chaosie, tak że ziemia stanie się ich dziedzictwem”.

W ostatnim zdaniu przerwanego cytatu Fallaci pisze: „Papierowych pieniędzy nikt tam nie chciał, green-back, czyli banknoty, rzucali ci w twarz, a jeżeli chciałeś je wymienić w banku, dawali tylko połowę ich wartości.” Czyli bankierzy robili wszystko, by zniechęcić ludzi do używania tych zielonych dolarów.

W innym miejscu Fallaci pisze o zabójstwie Lincolna:

Potem, 15 kwietnia, Louise zbudziła Anastasię, podając jej w milczeniu dziennik z czarną obwódką, obwieszczający wielkimi literami: LINCOLN ASSASINATED. Te dwa słowa zapełniały całą stronicę, w miejsce artykułu zaś widniała tylko krótka notka: „Oddajemy numer do druku i nie czujemy się na siłach skomentować wiadomości ani nie dysponujemy bliższymi szczegółami”. Następnego dnia pojawiły się jednak dokładne informacje i tam do licha! Lincolna zabił John Wilkes Booth, brat Juniusa i Edwina! Zrobił to w Ford’s Theater w Waszyngtonie, w loży prezydenckiej wychodzącej na samą sceną. Dzięki swej zawodowej sławie zdołał tam wejść niezatrzymywany przez nikogo, strzeliwszy prezydentowi w potylicę, skoczył pomiędzy aktorów sparaliżowanych w szoku, złamał sobie nogę, ale pomimo to zdążył krzyknąć sic-sempre-tirannis! i zbiec. Teraz polowano na niego w Wirginii, gdzie widziano go przejeżdżającego konno, a jednocześnie szukano jego wspólników.

Na następnej stronie pisze:

W ostatnim tygodniu kwietnia zginął John Wilkes Booth, odszukany w spichlerzu w Wirginii i zastrzelony w tajemniczych okolicznościach przez sierżanta Thomasa „Bostona” Corbetta z 16 Regimentu Kawalerii. W maju i w czerwcu proces ośmiu wspólników Bootha.

Teraz mogę wrócić do przerwanego wątku o Virginia City:

Co więcej, było to naprawdę miejsce, w którym ludzie nie bali się ani Boga, ani diabła i robili, co chcieli. Najchętniej pili i uprawiali hazard. W Virginia City był tylko jeden kościół i dwieście domów gry. Sto dwadzieścia saloonów serwujących alkohol i posiadających również stoły do gry w faraona, w pokera, blackjacka, chuck-a-chuck, czyli gry w kości. Grali wszyscy. Dobrzy i nikczemni, biedni i bogaci, młodzi i kobiety. Gorączka gry dopadała każdego, kto przyjeżdżał do miasta. Nawet tych, którzy nie mieli w ręku talii kart ani kości. Grało się o wszystko. O tygodniową płacę, akcje kopalni, złote zęby, buty, spodnie, koszulę noszoną na grzbiecie, życie. Jeśli chodzi o alkohol, o Jezu! Lokali sprzedających trunki nie dałoby się zliczyć. Dzisiejsze Las Vegas wypada blado w porównaniu z Virginia City. W 1859 roku pierwsi górnicy przytaszczyli z sobą przez Sierra Nevada skrzynie whisky, brandy, rumu, ginu, wódki, absyntu. Teraz alkohol był najważniejszym towarem przywożonym do Nevady i nikt nie był w stanie określić, ile barów, zajazdów, piwiarni istnieje wmieście. Przy samej tylko C Street, głównej ulicy Virginia City, znajdowało się ich sto osiemdziesiąt dwa. Włosi, Hiszpanie, Francuzi preferowali koniak, Anglicy i Amerykanie whisky. Popularne były także koktajle, na przykład Woshoe Drink, piekielna mieszanka na bazie whisky, brandy, absyntu i ulepu – po wypiciu trzydziestu kropli tego trunku padałeś jak trup. Albo Minnie Kiss, pocałunek Minnie, trucizna z rumu, sherry i piwa, która miała taki sam efekt. Oraz Total Destruction, czyli Całkowita Zagłada, której efekty opisywano w ten sposób: „Najpierw się blednie, potem czerwienieje, potem przechodzi się do pozycji poziomej. Na ziemi przyjmuje się wyraz twarzy uśmiechnięty i błogi, po czym natychmiast zapada się w sen. Po przebudzeniu boli głowa i wydaje się, że żołądek jest pełen os, motyli, sosu pieprzowego i witriolu. Ale warto”.

Z taką samą łatwością strzelano i zabijano się nawzajem. „W pierwszych dwudziestu sześciu grobach w Virginia City pochowano ciała zamordowanych”, pisze w Pod gołym niebem Mark Twain, który przez trzy lata pracował w jako reporter w lokalnym „Territorial Enterprise”. A pisał to w roku 1861, potem zabójstwa stały się tak częste, że nie stanowiły żadnej sensacji. Wszyscy posiadali rewolwer lub strzelbę, przedmioty sprzedawane razem z kilofami i łopatami lub w sklepach spożywczych, a różnicę zdań rozwiązywano pojedynkiem. Nie były to jednak pojedynki toczone zgodnie z regułami podyktowanymi przez kodeks honorowy, przewidującymi wręczenie pisemnego wezwania, obecność sekundantów, chirurga, drugiego chirurga, ceremonialne nabicie pistoletów, panowie-jesteście-gotowi, liczę-do-trzech-i-strzelacie. Tylko jeden wystrzał. To były pojedynki takie, jakie się widzi w westernach: staczane od razu w saloonie albo na ulicy. Bang-bang-bang! W 1845 roku ogłoszono Anti-Dueling Law, prawo przeciw pojedynkom, które uznawało za przestępstwo zarówno wyzwanie na pojedynek, jak i zaakceptowanie wyzwania, a także przewidywało oskarżenie o morderstwo w razie zabicia przeciwnika w walce. W praktyce jednak prawo to przez długi czas nie weszło w życie i dalej spokojnie wysyłano ludzi na cmentarz. Zwykle odbywało się to na B Street za pomocą pięciostrzałowego kolta. Magazynek opróżniano na ślepo, nie dbając o zgromadzonych gapiów, dlatego oprócz pojedynkujących się ginęły zawsze trzy czy cztery osoby z tłumu. Pewnego razu zginęło ich osiem, plus obaj przeciwnicy. A powody do wyzwania często bywały błahe. Dieta oparta na alkoholu skłaniała do liberalnego naciskania na cyngiel, toteż w 1865 roku niejaki Bill Bryan, adwokat, zabił górnika popijającego spokojnie piwo just-because-I-felt-like-killing-somebody. Bo-miałem-ochotę-kogoś-zamordować. Strzelały zresztą także kobiety. Zarówno władze, jak i prasa zachęcały je, by zawsze chodziły z bronią, a jeśli zdarzyło im się kogoś zastrzelić, nigdy ich nie skazywano. Często nie stawiano nawet przed sądem. „To nie zbrodnia zastrzelić chama, który cię molestuje, a jeśli klepnie cię po tyłku, masz do tego pełne prawo”. W 1865 roku roku prostytutka imieniem Juanita Sanchez doczekała się triumfalnej rundy za zabicie byłego kochanka Jacka Butlera, który dla żartu wymierzył w nią rewolwer. Co do sprawiedliwości, było to puste słowo. Niewygodnych świadków wypędzało się lub zabijało. Sędziów, ławę przysięgłych i szeryfów można było przekupić, sprawy wygrywali ci, którzy mieli więcej pieniędzy, zresztą i tak na przedstawicieli sprawiedliwości nie należało za bardzo liczyć. Byli zawsze pijani. Jeśli nie pijani, to głupi. Jeśli nie głupi to ciemni. Nie umieli nawet odróżnić „deprawacji” od „deportacji” i w dziewięciu na dziesięć przypadków werdykt brzmiał not guilty, niewinny. W rezultacie przestępstwa mnożyły się jak szarańcza w Utah, i w porównaniu z Virginia City Nowy Jork mógł się wydawać szkołą zakonną dla panienek z dobrych domów. W 1865 roku w jednym tylko dniu odbyły się i zakończyły dwa procesy o zabójstwo, dwa dotyczące pojedynku, pięć w sprawie zamachu na życie, pięć o zranienie nożem. Kradzieży, włamań, oszustw nikt by nie zliczył. „Jeśli pozostanę tu przez sześć miesięcy – napisał w swym dzienniku jakiś uczciwy podróżny – ja także stanę się przestępcą”. A ksiądz z jedynego kościoła w mieście opowiadał: „Wczoraj oczyściłem duszę jednego z parafian. Na pytanie, czy kiedyś kogoś zabił, odpowiedział: tylko dwie lub trzy osoby. Na pytanie, czy dopuścił się oszustwa, odrzekł: najwyżej ze dwadzieścia lub trzydzieści razy. A na pytanie, czy zdarza się mu kraść, powiedział: codziennie, co w tym złego?”.

Ale Lydia nie myliła się też, twierdząc, że Virginia City to raj dla kobiet, zwłaszcza niezamężnych. Bo w tych pierwszych latach istnienia miasta górnicy, spekulanci, oszuści, gracze, awanturnicy nie przywozili ze sobą, jak można się domyślić, żon, córek, sióstr ani kochanek. Na początku brak kobiet był tak dotkliwy, że gdy dyliżans zatrzymywał się na zmianę koni, wszyscy przybiegali zobaczyć, czy nie ma w nim jakiejś kobiety. Jeśli była, zaczynali krzyczeć: „Yes, yes! There is. Oh, God! That’s good for the eyes! O Boże, co za widok dla oczu!” Pewnego dnia żona jakiegoś Kalifornijczyka tak się tym przestraszyła, że zamiast wyjść z powozu, aby odpocząć i zjeść obiad, skuliła się w środku i zaciągnęła zasłony. Wtedy grupa górników ofiarowała mężowi dwieście dolarów, aby namówił ją do odsłonięcia okna i wyjrzenia na chwilę. On ją przekonał i na widok kobiecej twarzy ze dwunastu gapiów zemdlało z wrażenia. W 1860 roku sytuacja trochę się polepszyła: na każdych stu siedemdziesięciu mężczyzn przypadało dziesięć kobiet ( w większości były to oczywiście prostytutki, entraineuses czy hurdy-gurdy girls – dziewczyny do tańca, które brały dwadzieścia pięć centów za obrót, całkiem pokaźna sumka za przetańczenie całego tańca z klientem saloonu). W 1861 roku było już dwadzieścia kobiet na każdych stu siedemdziesięciu mężczyzn, w 1863 czterdzieści, a w 1865 pięćdziesiąt. Jednak to i tak wciąż za mało – i niezamężnej kobiecie wystarczyło wysiąść z dyliżansu, by znaleźć sobie męża. Nawet jeśli była stara i brzydka i kulawa. Poświadczają to także akty ślubu z dołączonymi fotografiami małżonków: obok przystojnego krzepkiego młodziana prawie zawsze stoi matrona, która mogłaby być jego matką. I naturalnie rozwód był równie łatwy do przeprowadzenia jak zawarcie małżeństwa. Największą korzyścią dla kobiet było jednak co innego: szacunek, jaki żywili mężczyźni dla każdej istoty obdarzonej biustem i noszącej spódnicę. Byłam bardzo zaskoczona, wyczytawszy, że kobieta miała prawo strzelić do każdego, kto wyraził się wobec niej obleśnie albo poklepał ją po siedzeniu. Wszystkie książki historyczne są zgodne co do tego, że takie niestosowne sytuacje nie zdarzały się w Virginia City i wśród niezliczonych przestępstw, które tam popełniano, nie dochodziło do gwałtów. „Nie słyszałem o żadnym mężczyźnie, który uchybiłby kobiecie” dodaje podróżnik od dziennika „jeśli-pozostanę-tu przez-sześć-miesięcy-ja-także-stanę-się-przestępcą”. Po pierwsze, nie używało się słowa kobieta. Mówiło się lady, dama. (Obyczaj wciąż rozpowszechniony na zachodzie Stanów). Poza tym w obecności kobiety zdejmowało się kapelusz. Zawsze. Na koniec: kobietę otaczało się opieką. Zawsze. Podawało się jej ramię, ofiarowało pomoc w niesieniu pakunków, pomagało w przejściu przez ulicę. I lepiej było nie rzucać na nią zbyt śmiałych spojrzeń. „Apologize or I blow up your brain. Przeproś albo rozwalę ci mózg”. Zawsze. W odniesieniu do każdej kobiety. Także hurdy-gurdy girls, entraineuses, prostytutek. Jednym słowem, były traktowane jak królowe. Wszystko im wybaczano. Na przykład w teatrze można było gwizdać na aktora. Na aktorkę – nigdy. Nawet jeśli nie umiała grać ani śpiewać. Wręcz przeciwnie, publiczność stawała się wtedy szczególnie wielkoduszna o oklaskiwała ją głośno, rzucała jej samorodki i woreczki ze srebrem i złotem. „Fine!, świetnie! Brawo, bis!” Poza tym bezgranicznie podziwiali kobiety odważne, nieustraszone, przedsiębiorcze i mieli szczególną słabość do tych, które mówiły z silnym francuskim akcentem, to znaczy zaokrąglając r, co było, jak pamiętamy, charakterystyczne dla sposobu mówienia Anastasii. Naprawdę nie potrafię sobie wyobrazić miejsca, które by bardziej do niej pasowało. I pociesza mnie, że o pierwszych latach spędzonych w Virginia City opowiadała nieco obszerniej, z mniejszą powściągliwością i rezerwą. (Opowiadała dziadkowi i babce Oriany Fallaci, a oni jej. – przyp. mój).

Były dwa sposoby kolonizacji. Anglicy rzucali na pierwszy ogień kolonizatorów. Dopiero gdy oni jakoś zagospodarowali się w nowych warunkach, to wkraczało państwo z całym swoim aparatem. Francuzi i Hiszpanie do kolonizacji od początku angażowali państwo. Dlatego kolonizacja Ameryki Południowej wyglądała inaczej. Tam też dużą rolę odgrywał Kościół. Dziki Zachód wyglądał tak, jak wyglądał, dlatego że ludzie sami decydowali o swoim losie i sami organizowali sobie życie. A że wyglądało ono tak, jak wyżej zostało opisane, to tylko świadczy o tym, że ludzka natura, to jest coś, czego nie da się ogarnąć, nie da się przewidzieć ludzkich reakcji i zachowań. I to wszystko teraz nam zabierają. Chcą z nas zrobić automaty, które będą całkowicie przewidywalne.

Źródła

Śledząc historię i rozwój instrumentów piśmiennych czasem można natknąć się na dość zaskakujące fakty, o których mało kto wie, a już na pewno nie spodziewałby się ich w tym miejscu. Na jeden z nich natknąłem się w książce The Pencil A History of Design and Circumstance, której autorem jest Henry Petroski. Chodzi o historię produkcji ołówka w Związku Radzieckim po rewolucji październikowej.

Może komuś wydawać się, że cóż to za filozofia wyprodukować coś tak prostego jak drewniany ołówek. Możemy zamówić u stolarza meble, nawet jakieś fantazyjne, i on je zrobi. A „prostego” ołówka – nie. Chociażby z tego względu, że do jego wykonania, czyli wycięcia z drewna form dla grafitu, potrzebne są specjalistyczne maszyny, nie mówiąc już o tym, że samego wkładu do tego ołówka też sam nie zrobi. W tym miejscu wypada mi przytoczyć kilka faktów z jego historii, może dla niektórych nudnych, ale ułatwi to zrozumienie tego, co zdarzyło się w porewolucyjnym Związku Radzieckim.

Pod koniec XVII wieku drewniany ołówek, takim jakim znamy go dziś, był już produkowany. Może jeszcze nie na masową skalę, ale też nie była to produkcja chałupnicza. Prawdopodobnie pierwszym, który pomysł umieszczenia grafitu wewnątrz drewnianego ołówka zrealizował w praktyce, był stolarz (joiner) z Kestwick w Anglii. Przy czym angielskie słowo joiner oznacza stolarza w węższym znaczeniu niż w języku polskim. Był to stolarz, który wycinał z drewna mniejsze kawałki i łączył je. Wykonywał framugi do drzwi, drzwi, ozdoby z drewna itp.

Według innych źródeł nową technikę produkcji ołówków opanował już w 1662 roku Friedrich Staedtler, którego określano jako specjalistę i producenta ołówków. Był on synem emigranta, który osiedlił się w Norymberdze. Nie kontynuował jednak zawodu ojca, ale został sklepikarzem. Ożenił się z córką stolarza (joiner), od którego nauczył się tajników umieszczania grafitu w drewnie. I od samego początku chciał specjalizować się w produkcji ołówków. Niestety nie zgodziła się na to rada cechu uważając, że inni stolarze również mają do tego prawo i specjalizacja nie jest potrzebna. Jego upór i konsekwencja zostały docenione i w 1675 roku uznano go za producenta ołówków.

Staedtler wprowadził nowe metody produkcji. Jego własny warsztat rzemieślniczy rozwijał się, produkcja rosła. Pojawili się też inni producenci i w końcu w 1731 roku utworzono cech producentów ołówków.

W 1760 roku Kaspar Faber, rzemieślnik, osiedlił się w Stein koło Norymbergi. W następnym roku wywiesił szyld informujący o jego nowym zajęciu – produkcji ołówków. Początkowo była ona niewielka. Mieściła się w jednym podręcznym koszyku, z którym wybierał się do Norymbergi i pobliskiego Fürth. Po jego śmierci w 1784 roku jego syn, Anton Wilhelm, został jedynym właścicielem firmy, która później znana była na całym świecie jako A. W. Faber.

W 1793 roku wybuchła wojna pomiędzy Francją i Anglią. Francja została odcięta od dostaw doskonałej jakości angielskiego grafitu, ale też od gorszej jakości niemieckich ołówków produkowanych ze sproszkowanego grafitu zmieszanego z siarką i klejem. Ponieważ wojna, rewolucja, edukacja i codzienny biznes nie mogą obejść się bez ołówków, francuski minister wojny, Lazar Carnot, poszukiwał nowej metody ich produkcji. Człowiekiem, który mógł podjąć się tego zadania był Nocolas-Jacques Conté, trzydziestodziewięcioletni wówczas inżynier i wynalazca. Dokonywał już eksperymentów z grafitem, ale też miał doświadczenie w produkcji grafitowych tygli służących do wytopu metali. Jego wysiłki nie poszły na marne i w 1795 roku uzyskał patent na produkcję grafitu do ołówków.

Proces jego produkcji polegał na usunięciu z drobno sproszkowanego grafitu zanieczyszczeń, zmieszaniu z glinką porcelanową i wodą. Tak ukształtowaną, jeszcze mokrą masę, umieszczano w podłużnych, cienkich formach. Następnie wyschnięty grafit wyjmowano z form, opakowywano węglem drzewnym i zamykano w ceramicznych naczyniach i poddawano działaniu wysokich temperatur. Po takich zabiegach grafit w formie pręcików umieszczano w dopasowanej szczelinie wyciętej w drewnianej formie. Następnie formę tę z grafitem pokrywano klejem i na nią nakładano bliźniaczą formę z podobnie wyciętą szczeliną. I tak powstawały doskonałej jakości ołówki. Proste? Proste, jak się wie. Przyznam, że często zastanawiałem się, jak oni wkładają ten grafit do środka. Łączenia tych dwóch części nie było widać, bo lakier je pokrywał, a i przy temperowaniu trudno było się go dopatrzyć, co świadczyło o opanowaniu technologii do perfekcji.

Niektórzy uważają, że proces produkcji nowego grafitu niezależnie odkrył w 1790 roku wiedeński mechanik Josef Hardtmuth. Jednak jest to prawdopodobnie data powstania firmy. Sam Hardtmuth twierdzi, że opracował ten proces w 1798 roku, a więc trzy lata po jego opatentowaniu przez Conté. Według niektórych źródeł nowy proces produkcji grafitu wykorzystano w Wiedniu dopiero po jego wprowadzeniu przez zięcia Conté Arnoulda Humblota. Miał on też dokonać wielu ulepszeń w procesie swego teścia. Ostatecznie też został on szefem firmy w Paryżu.

Może trochę przydługa ta historyczna dygresja, ale chciałem pokazać, że ołówek, zdawałoby się – nic prostszego, to jego produkcja jest bardzo skomplikowanym procesem. I teraz mogę przejść do głównego wątku.

W 1921 roku przybył z Nowego Jorku do Moskwy młody lekarz – Armand Hammer. Celem tej wizyty było zorganizowanie dostawy leków i chemikaliów z jego rodzinnej firmy do Związku Radzieckiego. W trakcie swojej podróży na Ural miał okazję osobiście przekonać się o spustoszeniu jakie poczyniła rewolucja październikowa: głód, choroby, upadek handlu i produkcji. Zobaczył wielkie zapasy wydobytych minerałów, drogich kamieni, futer itp. Nie było jednak nikogo, kto by podjął się ich wymiany na zboże i inne produkty pierwszej potrzeby. I taką wymianę zorganizował Hammer. Amerykańskie statki ze zbożem pojawiły się w Piotrogrodzie. Po wyładowaniu zapełniły się towarami radzieckimi. Wymiana okazała się obustronnie korzystna. Taka zdecydowana postawa Hammera zwróciła uwagę Lenina, który zaprosił go na Kreml. W efekcie tych rozmów Hammer stał się pierwszym aktywnym amerykańskim biznesmenem w Związku Radzieckim. Według relacji samego Hammera Lenin mówił do niego tak:

»Dwa kraje, Stany Zjednoczone i Rosja, jak to ujął Lenin, wzajemnie uzupełniają się. Rosja jest zacofanym krajem z ogromnymi bogactwami naturalnymi. Stany Zjednoczone mogą wykorzystać te surowce naturalne i rynek dla swojego przemysłu maszynowego, a w dalszej kolejności, dla produkowanych towarów. Rosja potrzebuje przede wszystkim amerykańskiej techniki i zarządzania, amerykańskich inżynierów i techników. Lenin wziął do ręki egzemplarz Scientific American.

„Spójrz tu”, powiedział, kartkując pośpiesznie numer pisma, „to jest to czego dokonał wasz naród. To jest to, co oznacza postęp: budownictwo, wynalazki, maszyny, zautomatyzowanie produkcji wspomagające ludzkie ręce. Dziś Rosja wygląda jak Ameryka w swoich pionierskich latach. Potrzebujemy wiedzy i ducha, który uczynił Amerykę tym, czym jest.”

„To czego potrzebujemy, żeby stanąć na nogi”, mówił, podnosząc coraz bardziej głos…, „to amerykański kapitał i pomoc techniczna. Czyż nie tak?”«

Początkowo chciał on rozwijać współpracę na zasadzie handlu i wymiany. Proponował Fordowi wejście na rynek radziecki z samochodami i traktorami. Jednak nic z tego nie wyszło, bo władze radzieckie chciały tworzyć przemysł i produkcję na miejscu. I to samo zaproponowały Hammerowi. I gdy tak zastanawiał się nad tym, jakim rodzajem produkcji zająć się, pomysł sam się narzucił, zresztą zupełnie przypadkowo.

Hammer wszedł do sklepu z artykułami piśmiennymi, by kupić ołówek. Okazało się, że najprostszy ołówek kosztował prawie 10 razy więcej niż w Ameryce. Hammerowi chodziło jednak o ołówek chemiczny (kopiowy). A tych było tak mało, że sprzedawano je tylko stałym klientom, którzy kupowali papier i zeszyty. To był rok 1925. Jak sam wspominał, dostrzegł w tym szansę dla siebie. Władze radzieckie poparły pomysł. Wprawdzie wywołało to niezadowolenie tych, którzy sprowadzali niewielkie ilości ołówków z Niemiec, ale nie oni decydowali. Hammer zobowiązał się, że w pierwszym roku produkcji dostarczy na rynek ołówków o wartości 1 miliona dolarów. To bardzo przypadło do gustu rządzącym, bo planowali nauczyć czytać i pisać każdego obywatela.

Jednak od pomysłu do przemysłu droga daleka. Co innego wiedzieć jak wyprodukować ołówek, a co innego wyprodukować go. Do produkcji niezbędni są ludzie, którzy mają wiedzę, a więc inżynierowie, majstrzy i wykwalifikowani robotnicy. I po to wszystko musiał się udać Hammer do Norymbergi do firmy Faber która od pokoleń była w rękach rodziny Faber. Obecnie nazywa się ona Faber-Castell i jest największym na świecie producentem ołówków. Oprócz nich produkuje ołówki automatyczne, długopisy, pióra i inne akcesoria.

Firma ta starannie skrywała tajemnice procesu produkcji i konstrukcji najnowszych maszyn. Żeby więc uruchomić produkcję w Związku Radzieckim, należało pozyskać ludzi z kwalifikacjami oraz maszyny do produkcji ołówków. A to nie było takie proste, bo fabryka Fabera była zorganizowana na sposób feudalny. Jego rządy były bardziej absolutne niż jakiegokolwiek księcia czy feudalnego barona. Nie było więc łatwo cokolwiek wydobyć z tej twierdzy. Nie mniej jednak zawsze znajdą się jacyś niezadowoleni, którzy w zamian za lepsze wynagrodzenie i warunki pracy, gotowi są podjąć ryzyko zmiany zatrudnienia i wyjazdu z kraju. I takich ludzi znalazł Hammer dzięki pomocy jednego z bankierów. Pod pretekstem wyjazdu na wakacje do Finlandii opuścili Niemcy. W Helsinkach, za sprawą Hammera, czekały na nich radzieckie wizy. Podstępu użyto również przy sprowadzaniu maszyn. Zamówiono je u producenta w częściach i kazano przysłać do Berlina, sugerując, że tam nastąpi ich montaż. A gdy tam znalazły się, każdą część oznakowano i wysłano do Moskwy.

W Moskwie Hammer szybko znalazł odpowiednie miejsce na zlokalizowanie fabryki i osiedla dla robotników. Był to opuszczony zakład produkcji mydła. Szybko odnowiono podupadłe budynki, zainstalowano maszyny i rozpoczęto produkcję. Zanim jednak do tego doszło, Hammer importował ołówki na kwotę 2 milionów dolarów rocznie. W pierwszym roku produkcji wartość wyprodukowanych ołówków wyniosła 2,5 miliona dolarów. W drugim roku produkcji cena jednostkowa spadła pięciokrotnie.

To wszystko stało się bardzo szybko. Wyniki były imponujące. Trzeba jednak pamiętać o tym, że działo się to w warunkach całkowitego monopolu, ponieważ import ołówków do Związku Radzieckiego był zabroniony, ale nie dla Hammera. I to chyba tłumaczy, skąd taka sympatia amerykańskich kapitalistów do komunistycznego kraju: posiadanie monopolu na swoją produkcję czy handel, to marzenie każdego przedsiębiorcy. W Ameryce to nie byłoby możliwe.

Gdy produkcja wrosła z 51 milionów do 72 milionów sztuk rocznie, fabryka Hammera mogła wyeksportować 20% produkcji do Anglii, Turcji, Persji i na Daleki Wschód. Zysk z zainwestowanego kapitału wynosił 100%. A ten zainwestowany kapitał to milion dolarów. Był to kapitał Hammera, ale zyski dzielono po połowie tj. połowa dla Hammera i połowa dla władz Związku Radzieckiego.

Produkowano różne ołówki, ale najbardziej popularny to „Diamond”, który pakowano w zielone pudełka i oznaczano napisem: “A. Hammer – American Industrial Concession, U.S.S.R.” Znakiem handlowym, czyli logo, jakbyśmy dziś powiedzieli, był skrzyżowany z kotwicą młot, co miało kojarzyć się z dwoma skrzyżowanymi młotami na niektórych ołówkach Fabera. Pewnego razu Nikita Chruszczow powiedział Hammerowi, że nauczył się pisać, używając ołówków. Podobnie było w przypadku innych radzieckich przywódców, takich jak Leonid Breżniew i Konstantin Czernienko. Wszystkim przywódcom radzieckim, poza Stalinem, zależało na poznaniu Hammera, bo on znał Lenina.

Przemysł kwitł i, z początkowo jednej fabryki, powstało ich pięć. Produkowano w nich nie tylko ołówki, ale też artykuły pochodne. Takie fabryki były również miejscem, w którym mogli się ukryć ludzie o niebolszewickim pochodzeniu: profesorowie, pisarze, generałowie, urzędnicy carscy itp. Wszyscy oni obsługiwali maszyny do cięcia drewna lub pakowali gotowe produkty, tak jak zwykli robotnicy. Ich jedynym celem było wtopienie się w ten tłum i zatarcie śladów swojej przeszłości. To jednak nie zmieniało faktu, że wszechobecni szpiedzy i agenci demaskowali ich i żądali wydalenia ich z zakładu w celu zrobienia miejsca prawdziwym proletariuszom.

Jednak takie typowo kapitalistyczne przedsiębiorstwo charakteryzujące się podziałem zysków i pracą akordową, nie mogło ujść uwagi radzieckiej prasie i całe przedsiębiorstwo Hammera znalazło się w ogniu jej krytyki. Ale były też i inne czynniki, które wskazywały, że klimat dla tego typu przedsięwzięć uległ zmianie. Trudności w uzyskaniu kredytu oraz pogarszający się stosunek władz radzieckich do kapitału zagranicznego, spowodowały że Hammer zaczął rozważać możliwość sprzedaży fabryki rządowi radzieckiemu. I to nastąpiło w 1930 roku. Nowy właściciel zmienił nazwę na “Sacco and Vanzetti Pencil Factory” na cześć włoskich imigrantów Nicola Sacco i Bartolomeo Vanzetti, którzy w 1927 roku zostali skazani na śmierć za zabójstwo w trakcie kradzieży w fabryce butów w 1920 roku, i których to egzekucja stała się powodem protestów socjalistów na całym świecie.

Zagłębianie się w historię artykułów piśmiennych prowadzi czasem do odkrywania takich mało znanych faktów jak produkcja ołówków w Związku Radzieckim wkrótce po rewolucji październikowej w 1917 roku. Zdawać by się mogło, że ideologiczna wrogość i nieskrywana niechęć bolszewików do kapitalistów, powinna była wykluczać taką współpracę jak w przypadku Hammera i komunistów radzieckich. A jednak!

Jednym z obrazów mojej młodości, który na trwałe wrył się w moją pamięć, jest początek jednego dziennika telewizyjnego z połowy lat 70-tych, tego najważniejszego, o 19.30. Wtedy cała Polska zasiadała przed telewizorami, by utwierdzić się w przekonaniu, że jesteśmy 10-tą potęgą gospodarczą świata. Tą pierwszą informacją było to, że amerykański przemysłowiec Armand Hammer został przyjęty na Kremlu przez Leonida Breżniewa. Pamiętam to jak dziś. Taki jest los starych ludzi: pamiętają dobrze to, co było dawno temu, a z tym co dziś, coraz gorzej. Armand Hammer był wtedy, jak mi się wydawało, trzęsącym się staruszkiem, a zmarł dopiero w 1990 roku, a więc przeżył Breżniewa. Dla 16-to, czy 17-to latka ktoś, kto ma 77 lat wydaje się trzęsącym dziadkiem, a on był w dobrej kondycji. To zdarzenie utkwiło mi w pamięci dlatego, że byłem prawie zszokowany: Jak to?! Kapitalista spotyka się z komunistą i rozmawiają ze sobą, jak starzy kumple? Ja ciągle słyszałem z telewizji, że kapitalizm jest be, a tu… masz ci babo placek! Kapitalizm i komunizm są w najlepszej komitywie. Wtedy były inne czasy, ja byłem młody i głupi, nie miałem dostępu do informacji, do których dostęp mam obecnie, nie było Wikipedii. W Wielkiej Encyklopedii Powszechnej PWN nie ma hasła „Armand Hammer”, a w Wikipedii – jest! I do tego wiele bardzo ciekawych rzeczy możemy się z niego dowiedzieć. Pisze ona tak:

Armand Hammer (Арма́нд Ха́ммеp), ur. 21 maja 1898 w Nowym Jorku, zm. 10 grudnia 1990 w Los Angeles) – amerykański przemysłowiec, związany z przedsiębiorstwem naftowym Occidental Petroleum, przez lata znany ze swoich kolekcji sztuki, filantropii jak i relacji ze Związkiem Radzieckim. Był przyjacielem Lenina, Ronalda Reagana i rodziny Ala Gora. Poznał osobiście wszystkich przywódców ZSRR, z Michaiłem Gorbaczowem włącznie. Odznaczony orderemLenina. 25-krotnie otrzymał tytuł Doctor honoris causa. CIA określała go „Kapitalistycznym Księciem” (The Capitalist Prince). Jego prawnukiem jest Armie Hammer.

Pochodził z żydowskiej rodziny z Odessy. Pierwszy mln dolarów uzyskał jeszcze przed ukończeniem w 1921 studiów medycznych na Columbia University w Nowym Jorku, w prowadzonym przez ojca przedsiębiorstwie farmaceutycznym, z produkcji syropu na kaszel na bazie spirytusu i ekstraktu z imbiru, co było oceniane jako jeden z przykładów skutecznego obejścia prohibicji. Przedsiębiorstwo ojca Allied Dry & Chemical Corp. z siedzibą w Newark, zajmowało się produkcją kremów do twarzy oraz wyrobów zielarskich.

W dalszej części Wikipedia pisze:

W trakcie jego 8-letniego pobytu w ZSRR na przełomie lat dwudziestych i trzydziestych, użyczony przez Lwa Trockiego eks-kupiecki pałacyk Hammera (z 1816) w Moskwie przy ul. Sadowo-Samotecznej 14 (Садовая-Самотечная ул.), z uwagi na ówczesny brak stosunków dyplomatycznych pomiędzy obydwoma krajami, pełnił rolę nieoficjalnego poselstwa USA w tym kraju; obecnie mieści się w nim ambasada Libanu. Na początku lat 1930. Hammer powrócił do Stanów Zjednoczonych wraz ze sprzedaną mu przez leningradzki Ermitaż dużą ilością dzieł sztuki, dawniej należących np. do rodziny carskiej Romanowów, m.in. wyrobami Faberge. Po ich sprzedaży (kiermasze w 36 miastach Stanów Zjednoczonych!), Hammer zajął się produkcją whisky (J.W. Dant Distilling Co.) i hodowlą bydła. Był agentem Kominternu. Jego działalność była monitorowana przez FBI i CIA.

Zachęcam wszystkich, którzy przeczytają ten blog, do zapoznania się z całym opisem hasła „Armand Hammer” – warto! Ale mnie wystarczy to: „Był przyjacielem Lenina, Ronalda Reagana i rodziny Ala Gora. Poznał osobiście wszystkich przywódców ZSRR, z Michaiłem Gorbaczowem włącznie. Odznaczony orderemLenina.” – No tak! – przyjacielem Lenina, Reagana i rodziny Ala Gora! Przecież te wszystkie podziały na lewicę i prawicę, na socjalistów i kapitalistów to jeden wielki pic na wodę fotomontaż. Dobrze się bawią, robiąc ludziom wodę z mózgu.

Już tylko na przykładzie samego Hammera i jego życiorysu widać, że te wszystkie rewolucje, przewroty i wojny służą Żydom do robienia interesów, czyli, mówiąc wprost, do okradania innych narodów. Bo czymże był „zakup” z państwowego muzeum dzieł sztuki? Gdyby je jeszcze „kupował” dla siebie, ale widać, że chodziło o zrobienie dobrego interesu. Zapewne było wielu ludzi w Ameryce, którzy gotowi byli słono zapłacić za przedmioty należące do carskiej rodziny. Kto by nie chciał?

Zajrzałem do Wikipedii, by zobaczyć, co oni tam napisali o Ermitażu. I na końcu trafiłem na takie zdanie: W czasie II wojny światowej Ermitaż został bezpośrednio trafiony tylko dwukrotnie, pomimo tego że na miasto spadło w tym czasie ponad 150 tysięcy ciężkich pocisków artyleryjskich oraz ponad 10 tysięcy bomb burzących i zapalających. Czy to przypadek, czy świadomie oszczędzano dzieła sztuki, nie licząc się zupełnie z ludzkim życiem? Czy to przypadkiem nie jest tak samo jak obecnie? – Życie ludzkie nic nie warte.

Ludzka natura

Żyjemy w czasach, w których dokonywane są na ludziach wyjątkowo wyrafinowane eksperymenty, które w sposób pośredni prowadzą do pogorszenia zdrowia psychicznego i fizycznego, a w dalszej perspektywie będą skutkowały zwiększoną śmiertelnością osób mniej odpornych na stres. O wiele trudniej jest zabić człowieka, gdy trzeba tego dokonać bezpośrednio – strzałem w potylicę, czy po prostu zarąbać, a nawet zagazować. Jeśli jednak nie robimy tego w taki sposób, ale zdalnie, to czynność ta nie sprawia problemu, można zabijać setki, tysiące, a może nawet miliony. Ilu ludzi zmarło w Polsce od momentu pojawienia się „pandemii”, tylko dlatego, że odmówiono im pomocy lekarskiej? Ilu ludzi zmarło dlatego, że nie mogli poddać się operacji wyrostka robaczkowego, czy innej, bo odmówiono im tej usługi, bo szpitale zamknięte, bo pandemia? Winnych nie ma. Tak można mordować w białych rękawiczkach i mówić: bo najważniejsze jest zdrowie i życie Polaków. Winnych nie ma, a ofiary są. Czy można wymyślić bardziej perfidną zbrodnię?

Chciałbym tutaj zacytować fragment powieści Józefa Mackiewicza Nie trzeba głośno mówić, który po części dotyka problemu, o którym wyżej napisałem. Sam jego początek zaczyna się od urywka, który cytowałem w blogu „Statystyki”, ale jest on niezbędny dla zrozumienia tego, co dalej. Dialog odbywa się w trakcie podróży z Mińska do Wilna w 1943 roku:

»Za kierownicą siedzi oficer legionu „Flandern” i gada bez przerwy. Zna język rosyjski nieomal płynnie, choć z naleciałościami obcego akcentu i czasem brakujące mu słowa zastępuje francuskimi, których Anton nie zna, ale zgaduje z sensu. Oficer cieszy się z towarzysza podróży, że jest Rosjaninem, inżynierem, inteligentem sowieckim, że pochodzi z Moskwy. Swemu szoferowi niemieckiemu kazał siąść do tyłu, a Antona posadził obok siebie (…).

Ale niech pan, z łaski swojej, weźmie pod uwagę, że scholastycy dwunastego i trzynastego wieku byli zupełnie zgodni, co do tego, że w filozofii nie może być prawdą, co uznane zostało za fałsz w teologii. Doktryna komunistyczna jest antyhumanistyczna, Hors de doute (niewątpliwie – przyp. mój). Ale antyhumanistyczna będzie każda, która twierdzi, że w naturze nie może być prawdą to, co nie zgadza się z doktryną. Czy to będzie Święte Officium, czy ten chamski hitleryzm, zwyczajny socjalizm, czy zwyczajny nacjonalizm, czy coś pareil (podobnego). Teraz na przykład jest wojna. Tymczasem z jej przedstawienia, z jej opisów, robi się brudną ścierkę do wycierania fałszywych łez, po wszystkich stronach frontów. Dlatego nabieram do niej obrzydzenia. C’est dégoûtant (to obrzydliwe), to wszystko. Wojna jest tylko wojną, niczym więcej. Ale gdzie tkwi péché original? Grzech pierworodny tkwi w tym, że to, co jest arcyludzkie, i tylko ludzkie, jak wszystkie straszne i masowe, i wyszukane zbrodnie, my właściwie nazywamy: „nieludzkie”. Od tego pierworodnego super kłamstwa zaczyna się i pochodzi wszystkie inne kłamstwo. Tymczasem jest ono zupełnie jawne. Że najokropniejsze zbrodnie popełnianie być mogą wyłącznie przez ludzi, dowodzi między innymi, że ich powtórzenie w przedstawieniu, w ilustracji, w artystycznym oddaniu prawdy tych zbrodni, w realistycznym oddaniu, też tylko udać się może ludziom. Nerona, czy ja wiem jakiego masowego zabójcy, zbrodniarza, sadysty czy krwawego kretyna, nie zagrają panu na scenie ani ten samochód, ani ta kierownica – uderzył po niej pięścią – ani ta brzoza, ani o, ta dziura wyrwana przez minę w moście, ani krowa, ani kanarek w klatce. Zagra tylko człowiek. I czym bardziej uzdolniony, tym lepiej zagra. Mówi się wtedy: genialny aktor, świetny teatr. I słusznie się mówi. I tak samo będzie po tej wojnie. W teatrze, w kinie. Zechcą wystawić hitlerowców, czy bolszewików, czy innych, zależnie od tego kto wygra, w Londynie, Paryżu, czy Rzymie, czy gdzie indziej na całym świecie, zrobią to na pewno doskonale. A co to znaczy? To znaczy, że wystarczy odziać aktorów w odpowiednie ubrania, odpowiednie mundury, wcisnąć rolę w rękę, a będą grać o-la-la! Pełne kreacje, z wczuciem się, z „wrośnięciem się w rolę”, z „wżyciem się”, jak napiszą o najlepszych aktorach w recenzjach. A czy byłoby to możliwe, gdyby nie leżało w głębi natury ludzkiej, nie było jej właściwe? Bez względu na narodowość i pochodzenie? Absolument, niemożliwie! Jeżeli więc chcemy wykorzenić pewne zło, musimy szukać jego korzeni. Musimy te korzenie znać. Jeżeli zaś pan te korzenie, te źródła zbrodni będzie widział nie w naturze ludzkiej, lecz w pewnej klasie, narodowości, czy innej sztucznie wyspekulowanej przyczynie, to, évidemment, nie może pan tego zła zwalczyć tam gdzie go nie ma, ani wykorzenić, szukając gdzie nie rosną, i zresztą nigdy nie rosły… Dlatego wojna jest przede wszystkim rzeczą ludzką, a załamywanie rąk nad „nieludzkością” kłamstwem…

-Nie można jednak nie robić różnic – zaczął. – Ja też jestem „po tej stronie”. Ale widzę, że „nasza strona”, nasza chęć walki ze złem bolszewickim, zawalona jest ciężkimi głazami, prawie unicestwiona złem niemieckim i ich…

-Nie mówmy o polityce, inżynierze. Umówiliśmy się nie mówić o polityce… („Kiedy?”, pomyślał Anton.) – Mówimy o sprawach ludzkich. Zbrodnie hitlerowskie. Kto wie, może ja widziałem więcej od pana. Co się wyrabia z Żydami! Voilà! A co się wyrabia w walce z partyzantami i co moi kochani Flamandowie do tego swej skromnej rączki przykładają. Pomijając już naszych kuzynów Holendrów. Et les autres choses, jeune homme ( I inne rzeczy, młody człowieku). Cały świat zachłystuje się oburzeniem, i powiem panu, że à juste titre (słusznie). Ale gdzie jest napisane, w jakim prawie boskim czy ludzkim, że mordowanie za to, że ktoś jest innej rasy, jest czymś gorszym niż mordowanie za to, że ktoś należy do innej klasy, ma więcej pieniędzy, inne poglądy na świat, czy chce mówić głośno to co myśli, czy też chce w ogóle myśleć? Nigdzie. Ja tu nie chcę powoływać się na moją kupiecką rodzinę. Ale bolszewicy wymordowali przecie więcej ludzi, niż Hitler zdążył to zrobić i pierwsi zbudowali kacety. A cały ten oburzający się świat, łączy się z nimi i ich wspiera. Ja jestem wrogiem uogólnień, odstępstwa od reguły należą do najbardziej rozpowszechnionej reguły, dlatego wszystkie oceny kolektywne są fałszywe. Ale niech pan nie zapomni, że żyjemy w erze chrześcijańskiej, w której od dwóch tysięcy lat każe się z ambony: „nie kradnij!’. A jednocześnie toleruje się milcząco, gdy ludziom kradnie się to, co każdy ma najdroższego na świecie i co otrzymał od samego Pana Boga: wolną wolę. Naturalnie, to co się wyrabia z Żydami, to okropne. Bo to i kobiety, i dzieci, czym wstrząsa to okropieństwo? Wstrząsa małą odległością. Zabijanie w rowach, z bliskiej odległości. Tak jak zabici zostali polscy oficerowie w Katyniu przez bolszewików, słyszał pan? Tu tkwi, że tak powiem, różnica w podobieństwie pomiędzy morderstwami niemieckimi i bolszewickimi, a bombardowaniem anglosaskim ludności miejskiej. Jeden patrzy w twarz człowieka i naciska cyngiel. Drugi patrzy w miasto i naciska guzik. W jednym wypadku giną kobiety i dzieci żydowskie, w drugim kobiety i dzieci niemieckie. Ta różnica odległości ma też inne szczegóły. W pierwszym wypadku człowiek chleje wódkę i strasznie przeklina, w drugim może żuje gumę i uśmiecha się w mikrofon: „Hallo! Jim, spuściłem już swój ładunek”… Czy jak tam. Bomby lecą na miasto. Pan wie, że ja przypadkowo byłem w Kolonii 29 czerwca. Później już dowiedziałem się, że spadło 44.856 bomb kruszących i około półtora miliona bomb zapalających. Zginęło niewiele, tylko 20 tysięcy ludzi. Jak osobiście z tej nocy wyszedłem i co się działo, nie będę opisywać. To dziedzina literatury, nie filozofii. Prawda widziałem dzieci… Ale rzecz nie w tym co widziałem. Spalanie cywilnej ludności w komorach gazowych, czy od bomb zapalających asfalt uliczny w Hamburgu, to tylko różnica techniki. Czy pan przypuszcza, drogi inżynierze, że wielka rewolucja francuska, uważana za początek współczesnego postępu, nie zmieniłaby swojej gilotyny na komory gazowe, gdyby postęp techniczny już wówczas znał ten wynalazek? Przekonany jestem, że by zmieniła. A pan, nie? Co jest zbrodnią, a co nie jest, decyduje nie prawda obiektywna. Zadecyduje o tym strona zwycięska. Niemcy nie zwyciężą, sans doute (bez wątpienia). Ale gdyby zwyciężyli, powstanie olbrzymia literatura o dziewczynce śpiącej z misiem na poduszce, której lotnik amerykański oderwał rękę, a ona jeszcze drugą przyciska swego pluszowego niedźwiedzia w niebieskiej kokardce, i przez kałuże krwi biegnie płacząc i wołając mamy… Zwyciężą alianci, będzie ogromna literatura o dziecku żydowskim, które wyszarganym niedźwiadkiem zasłania oczy przed kulą SS-mana. Od ilości, od powtarzalności tej literatury, zależeć będzie stopień winy… Pan wie, że dziś zakazane są opisy skutków bombardowań alianckich, aby nie straszyć ludności. Bo przecież tamtym chodzi o jej sterroryzowanie.«

W pewnym sensie dzieje świata można sprowadzić do coraz bardziej wyrafinowanych sposobów zabijania człowieka. Zaczęło się od maczugi, później przyszła kolej na miecz, łuk, jeszcze później broń palna, stopniowo ulepszana do karabinu maszynowego. To oczywiście tylko niektóre rodzaje broni służące do zabijania. II wojna światowa przyniosła nam nowe sposoby masowej eksterminacji ludzi, jak choćby komory gazowe czy zmasowane bombardowania miast i w końcu bombę atomową.

Obecnie mamy do czynienia z najbardziej wyrafinowaną formą zabijania ludzi. Wyrafinowaną, bo nie bezpośrednią, nikt nikomu nie przykłada lufy do skroni. Choć może nie wszystko jest nowe: „Od ilości, od powtarzalności tej literatury, zależeć będzie stopień winy…”. Teraz od ilości, od powtarzalności tej propagandy, zależeć będzie stopień zastraszenia i zniewolenia. Nie ma w tej chwili innego tematu. Codziennie nas straszą, a to „naukowcy” odkryli nową wersję wirusa, oczywiście jeszcze groźniejszą, a to „lekarze” zidentyfikowali grupy najbardziej podatne na zakażenie, a to określili datę kulminacyjnej fali zakażeń. Totalne brednie, kłamstwa, fałszywe statystyki, fałszywe autorytety, zeszmaceni lekarze – to wszystko zalewa nas codziennie niczym potężna fala tsunami, która po przejściu pozostawia za sobą ogrom zniszczeń i rozpacz. Czy ten sposób dręczenia możemy nazwać nieludzkim? Chyba najbardziej ludzki, bo któż poza ludźmi byłby w stanie coś takiego wymyślić? Ileż zwyrodnienia, zakłamania, sadyzmu nagromadziło się w zakamarkach ludzkiego umysłu! Ale to dotyczy tych na górze, na samej górze. A czy na dole będzie lepiej, gdy to wszystko zacznie się rozwijać, gdy ludziom zacznie wysiadać psychika, nerwy i nieokiełznane emocje dojdą do głosu?

To stwarzanie atmosfery zagrożenia musi oddziaływać negatywnie na wielu ludzi, na ich psychikę. Nie po to robiono kiedyś eksperymenty, by obecnie nie wykorzystać ich wyników. Jednym z nich był ten przeprowadzony, chyba w Ameryce, już dawno temu. Grupa kilku czy kilkunastu osób została uprzedzona o przeprowadzanym eksperymencie i miała odpowiednio reagować. Jedna osoba, nie należąca do tej grupy, nie została poinformowana o tym, na czym miał on polegać. I tę osobę, po wejściu na salę, zapytano o kolor przedmiotu, który znajdował się w niej. Był on koloru białego i takiej odpowiedzi udzieliła ta osoba, ale wszyscy pozostali uczestnicy eksperymentu twierdzili, że – czarnego. Osoba poddana eksperymentowi upierała się, że jest białego, ale wszyscy pozostali nadal (Nadal to hiszpański tenisista – jakie te języki są podobne!) twierdzili, że jest koloru czarnego. Spory trwały jakiś czas, ale wobec faktu, że wszyscy poza nią byli innego zdania, uznała, że nie ma racji i stwierdziła, że białe jest czarne. Właśnie wyniki tego eksperymentu i pewnie wielu innych wykorzystują możni tego świata, by nas zniewolić i uczynić poddanymi ich woli.

Przekaz z mediów nie pozostawia wątpliwości. Jednym z dominujących obrazków jest zdjęcie człowieka, któremu ktoś zakapturzony grzebie w gardle lub w nosie. Po co? By pobrać materiał genetyczny? Rządy wszystkich państw dążą do przymusowych szczepień. W praktyce oznacza to, że już jesteśmy niewolnikami. Nie mamy prawa odmówić. Nie mamy szansy na ucieczkę, bo obecnie przekraczanie granicy wiąże się z okazaniem świadectwa poddania się testowi, a w niedalekiej przyszłości – świadectwa szczepienia. Któż by przypuszczał, że terror sanitarny będzie najgorszym z terrorów, jakie wymyśliła ludzkość. A jeszcze niewiele ponad pół roku temu nikt z mas nie wiedział co to takiego.

Wymyślono chorych bezobjawowo, a więc takich, którzy nie mają objawów choroby, a mimo to mogą zarażać. Po co to zrobiono? Po to, by mieć pretekst do wykonania testu na zdrowym człowieku i zmuszać zdrowych ludzi do noszenia maseczek czy przyłbic. 11 listopada przeczytałem na Interii, że zmarł 50-letni mężczyzna, którego nie chciał przyjąć oddział ratunkowy szpitala w Limanowej, bo nie miał wykonanego testu na obecność koronawirusa. Ci, którzy podjęli taką decyzję, dobrze widzieli, że nie spotka ich żadna kara. Trzymają się procedur. A kto je zatwierdził? O! Tego się nie dogrzebiemy. A nawet gdyby, to i tak pozostanie bezkarny. Tak się morduje ludzi. Dotychczas mord kojarzył się nam z jakimś sprawcą, który działał w bliskim kontakcie z ofiarą. Mógł być on też stosunkowo daleko od niej, jak snajper, ale to snajper strzelał. Nie było wątpliwości, kto zabijał, nawet jeśli nie został zdemaskowany. I nie miejmy złudzeń, ci którzy wdrażają odpowiednie procedury, doskonale wiedzą, po co to robią – by zabijać. Po to również jest ustawa o bezkarności, która zwalnia personel medyczny z jakiejkolwiek odpowiedzialności w sytuacji, gdy „walczą” z koronawirusem.

Koronawirusem zainfekujemy się podczas krótkiej rozmowy, tak można przeczytać na portalu Onet. Prąd powietrza towarzyszący wypowiadaniu niektórych głosek niesie go z zawrotną prędkością. Dotrze on najdalej, kiedy wymawiamy słowa z silnie zaakcentowaną głoską „p”. To jest wynik badania, które przeprowadzili naukowcy z Uniwersytetu w Princeton – pisze Onet. Ciekawe, że doszli do wniosków, które znane są ludziom od zarania dziejów. Zdarzają się tacy osobnicy, którzy mają taki sposób mówienia, że rozmawiając z nimi, lepiej zejść z „linii strzału”.

Milczenie jest przeciwwirusowe. „Szczególnie groźne wypowiadanie słów na… p”. Tak pisze portal RMF 24. I dodaje, że naukowcy z Princeton University i University of Montpellier wykazali, że zwykła konwersacja przyczynia się do powstania intensywnego strumienia drobin śliny, który może unosić ze sobą koronawirusy i poważnie zwiększyć ryzyko infekcji. To Montpellier nie jest tu przypadkowe. Miasto o tradycjach uniwersyteckich. Wydział medycyny, pierwszy we Francji, założono tu w 1221 roku. No!!! Takie tradycje, to chyba musi być prawda. Problem polega tylko na tym, że ani Onet, ani RMF 24 nie zamieszczają linków do tych odkrywczych badań. Nie podają też nazwisk tych badaczy. Tak można pisać największe bzdury, zasłaniając się naukowcami. A ja zrobiłem proste doświadczenie, na które nie wpadli naukowcy z Princeton. Uniosłem dłoń na odległość około 20 cm od ust i wypowiedziałem angielskie słowo „think”, tak jak nakazują samouczki, czyli wymówiłem głoskę „f” z językiem między zębami. I wyszło mi, że prąd powietrza, powstający przy wypowiadaniu tej głoski nie jest słabszy, niż w przypadku głoski „p”, a odnoszę wrażenie, że nawet silniejszy.

Cała ta propaganda zmierza ku temu, by wmówić nam, że właściwie wszystko jest dla nas zagrożeniem: kontakty międzyludzkie, rozmowy, podawanie ręki, twarz bez maski, odwiedzanie grobów w dzień Wszystkich Świętych i Dzień Zaduszny. Ale w innych terminach już można pość na cmentarz. Jednocześnie robienie zakupów w sklepach wielkopowierzchniowych jest bezpieczne, jeśli dotyczy żywności. Natomiast kupowanie ubrań czy butów może być niebezpieczne. W jednym z artykułów, chyba na Interii, podano, że w Niemczech dwoje naukowców z tureckimi korzeniami opracowało szczepionkę, i że zajęło im to dwa lata. Czyli że zaczęli nad nią pracować, gdy jeszcze nie było koronawirusa. Doprawdy musieli być genialni.

Te wszystkie absurdalne zakazy i nakazy, informacje pozbawione sensu, nie są przypadkowe. Rządzący doskonale sobie zdają z tego sprawę i prawdopodobnie robią to celowo. Dla ludzi widzących te wszystkie niekonsekwencje, nieadekwatonść zastosowanych środków zapobiegawczych w stosunku do zagrożenia, staje się to coraz bardziej męczące. I o to chodzi. Taka miękka forma sadyzmu, bardziej dręcząca ludzki umysł niż ciało, ale wszyscy dobrze wiemy, że zdrowie psychiczne ma wpływ na zdrowie fizyczne.

Polska Times pisze, że w pierwszym półroczu 2020 roku zmarło prawie o 500 osób mniej, niż w roku ubiegłym. W sumie to bez znaczenia, biorąc pod uwagę fakt, że w Polsce średnio umiera rocznie około 400 tys. osób, czyli około 200 tys. na pół roku. Jednak w dalszej części tego artykułu pojawiają się ciekawe informacje. Od 5 października można zaobserwować znaczny wzrost liczby zgonów. Na przełomie października i listopada najwyższy tygodniowy wskaźnik wyniósł aż 12 257 osób. W 2019 roku w tym samym czasie wyniósł 7678, w 2018 roku – 7793, w 2015 – 7800 zgonów. W październiku zmarło 43,8 tysiąca osób. Kolejno w 2019 – 31 tysięcy, w 2018 – 30,7 tysiąca, w 2017 – 30,6 tysiąca. W porównaniu z poprzednimi latami, październik 2020 charakteryzuje się drastycznym wzrostem liczby zgonów. Od 1 do 31 października na sam COVID-19 zmarło w Polsce 3118 osób. To połowa zgonów z powodu koronawirusa od początku pandemii.

To są ciekawe dane. Wcześniej umierało w Polsce 1000-1100 osób dziennie. Na przełomie października i listopada zanotowano najwyższy tygodniowy wskaźnik zgonów, aż 12 257, co, w przeliczeniu na dzień, daje 1751 osób. Czy to oznacza, że 500-600 osób dziennie umiera z powodu nieudzielenia im pomocy medycznej? Tego nie można wykluczyć, ale udowodnienie tego będzie trudne, bo w karcie zgonu nie będzie napisane, że nastąpił on z powodu odmowy udzielenia pomocy lekarskiej, czy odmowy przyjęcia do szpitala. Czy więc zbrodnia doskonała?

12 listopada premier oświadczył, że na razie lockdownu nie będzie, jeśli obecna tendencja się utrzyma, tj. nie będzie znacznych wzrostów zakażeń. Pewnie ich nie będzie, bo gdyby były, to trzeba by ogłosić lockdown i zamknąć gospodarkę na miesiąc. To jednak oznaczałoby, że skończyłby się on tuż przed świętami. A to byłby niewybaczalny błąd. Nie zdziwiłbym się, gdyby za tydzień czy dwa znacznie wzrosła liczba dziennych zakażeń. Mam takie przeczucie, że Żydzi nie odmówią sobie tej przyjemności i zafundują Polakom lockdown na święta Bożego Narodzenia. Tak w ramach walki z tradycją i polskimi zwyczajami.

Czy jest jakiś ratunek przed tym szaleństwem? Gdyby dotyczyło to pojedynczego kraju, to można by mieć jakieś złudzenia. Wystarczyłoby, by znalazła się jakaś zorganizowana grupa, np. armia, która zbuntowałaby się i obaliła tyranów. Jednak jest to mało prawdopodobne, bo mamy rząd światowy i taka akcja musiałaby nastąpić jednocześnie we wszystkich krajach świata. Inną szansą byłby rozłam w łonie tego tajnego rządu światowego, ale czy to możliwe? A może jakiś potężny impuls elektromagnetyczny z kosmosu, który zaburzyłby całkowicie cały ten system zniewolenia oparty na elektronice, internecie i technologiach je wykorzystujących?

Państwo w państwie

Każdy uważny obserwator życia politycznego w Polsce nie ma już chyba wątpliwości, że Żydzi w państwie polskim tworzą własne państwo i nawet się z tym nie kryją. Nie jest to zresztą dla nich nic nowego, raczej kontynuacja pewnego procesu. Mieli swoje własne państwo w Polsce przedrozbiorowej, a i wcześniej tego typu twory nie były im obce.

Królestwo izraelskie zniszczył asyryjski król, Salmanazar VI w 726 roku p.n.e., a judajskie – babiloński Nabuchodonozor w 586 roku p.n.e. Izraelici nigdy nie wrócili do Palestyny. Przewiezieni przez asyryjskiego króla do Medii, zlali się z obcymi ludami i ślad po nich zaginął. Judaici ocalili się. W Babilonii kolonia żydowska była państwem w państwie. Utworzyli własny rząd i rządzili się jak we własnym domu. Odprowadzali do skarbu królewskiego niewielki podatek pogłówny i ziemski. Na czele tej kolonii stał egzylarcha – najwyższy sędzia i kapłan wszystkich Żydów w Babilonii. Był on księciem panującym, patriarchą (nassi). Później władzę podzielono na dwie części. Egzylarcha został kierownikiem spraw politycznych i cywilnych. Drugą część – część wyznaniową powierzono dygnitarzowi, którego nazwano gaonem. Taki podział przetrwał do II w. n.e. Rządy te objęły panowanie nad wszystkimi koloniami żydowskimi rozproszonymi po świecie.

Bitwa pod Jeres de la Frontera (711 r. n.e.) rozstrzygnęła o losach chrześcijaństwa na Półwyspie Iberyjskim. Po tym zwycięstwie Arabowie wtargnęli w głąb kraju, wszędzie wspierani przez Żydów. Umocnienie się islamu w Hiszpanii pozwoliło im na coraz liczniejsze osadnictwo. Około X wieku dochodzi do przeniesienia się tam kierownictwa Izraela. Wysoka Rada (Sanhedryn) pozostaje tajna, podobnie jak w Babilonii. Hiszpania staje się największym skupiskiem żydostwa, a Toledo – ich hiszpańską Jerozolimą.

Jeszcze w okresie powstania inkwizycji hiszpańskiej, żydostwo, zanim zmuszone zostało do opuszczenia swojej bazy, zainteresowało się państwem polskim jako terenem mogącym w przyszłości zastąpić Hiszpanię. Żydzi, zaprawieni w politycznych intrygach, mogli, w kraju na kresach ówczesnej Europy, łatwo uzyskać kierowniczą rolę i zabezpieczyć się od przykrych niespodzianek. Sprzyjała temu gościnność i otwartość Słowian. Wybór Polski na przyszłe skupisko żydostwa dokonany został już w XV wieku.

Teodor Jeske-Choiński w książce Historia Żydów w Polsce pisze:

»Na razie nie sklecili Żydzi polscy ze swoich wszystkich kolonii jednej ogólnej całości, zadowalając się organizacją poszczególnych gmin. Z czasem jednak złączyli te gminy w jednolite ciało, budując w ten sposób „państwo w państwie”. Podstawą tego państwa w państwie nie była tylko lichwa i wszelkiego rodzaju chciwość, lecz głównie cele religijno-polityczne, posłuszne programowi Ezdrasza, Nehemii i Talmudowi.

Chodziło budowniczym żydowskim owego status in statu o utrzymanie swoich współwyznawców na obroży teokratycznej, aby obietnice Talmudu nie spełzły na niczym. Lud żydowski powinien według jego mniemań być Żydem niezmiennym – Żydem z czasów przedchrześcijańskich, nieubłaganym wrogiem wszystkich „gojów” i „akumów”, jeżeli chce panować kiedyś nad całym światem, co mu Talmud obiecuje. Do tej roboty potrzeba narodowi, niezdolnemu do rozprawy orężnej, fury złota, bo czego słaby miecz nie dokona, to załatwi pieniądz. Przeto wolno „świętemu” ludowi Jehowy łupić goja bez litości, oszukiwać go, okradać itd.

Mamon, zjednawszy sobie przychylność władców i wielmożów, pomógł Żydom – oddawał powoli w ich ręce sprawy polityczne, religijne, administracyjne, sądowe, handlarskie – słowem, pełną autonomię. Autonomia ta chwiała się jeszcze jakiś czas to w prawo to w lewo, nadawana i kasowana, co zależało od przekonań i potrzeb takiego lub innego króla i jego doradców. Ustaliła się dopiero za Zygmunta Augusta.

Zanim się pełna autonomia żydowska sformowała i ustaliła, rządziły gminami tylko kahały pod komendą tzw. „starszych”. Ci „starsi” zajmujący się głównie polityką, administracją i sądami, nie różnili się niczym od „tyranów” miast greckich lub kacyków murzyńskich. Będąc nie tylko rządcami gminy, ale równocześnie jej policją i sądem, rzucili do stóp swoich za pomocą małej i wielkiej klątwy (cherem) wszystkich talmudystów.

Uzyskawszy pełną autonomię za Zygmunta Augusta, utworzyli Żydzi zjazdy (synody) prowincjonalne i ogólne. Podzielili Polskę na „cztery kraje”, na: Wielkopolskę, Małopolskę, Ruś Czerwoną z Podolem, Wołyń z Ukrainą i Lublinem. Na synody te zjeżdżali się delegaci z Krakowa, Poznania, Lublina, Lwowa i sześciu delegatów powołanych przez rabinów.

Synody te były najwyższą władzą Żydów polskich, ich rządem. A rządem tak energicznym, iż żaden prawowierny talmudysta nie śmiał oprzeć się jego rozkazom. Żaden Żyd, choćby najwięcej pokrzywdzony przez kahał lub zjazd delegatów, nie odważyłby się udać po sprawiedliwość do sądów chrześcijańskich. Ukamienowaliby go jego współwiercy, zdeptaliby jak robaka. Jedyną ucieczką przed tyranią kahałów i synodów było przejście na łono chrystianizmu, ale i ten środek nie skutkował zawsze. Rząd żydowski umiał chwytać swoich odstępców i uczynić ich potajemnie nieszkodliwymi. Tym się tłumaczy, że neofici wybierali sobie zwykle na rodziców chrzestnych panów możnych, którzy by ich w razie potrzeby mogli zasłonić przed fanatyzmem talmudystów. W całej historii Żydów polskich odważyli się na bunt jawny jedni tylko frankiści, ale i oni, nie chcąc zgnić w więzieniach kahalnych, lub dać gardło, byli zmuszeni schronić się pod opiekuńcze skrzydła krzyża.

Rząd żydowski był naprawdę rządem. Uchwalał podatki, kontrolował handel i przemysł, dyktował praktyki kultu, zakładał szkoły, mianował nauczycieli, sędziów, rozstrzygał w ostatniej instancji bez apelacji wszelkie spory między rabinami, kahałami a stronami prywatnymi, ustanawiał miarę i wagi – słowem porządkował całokształt życia swoich współwierców, broniąc ich odrębność narodową, czyli program Talmudu.

Zawsze obłudni, przebiegli notablowie żydowscy starali się otumanić „gojów”, odgrywali kłamliwie rolę obywateli, posłusznych rządowi polskiemu. Na zjeździe na przykład „czterech ziem” w r. 1581 w Lublinie zabronili Żydom dzierżawić mennicę, żupy solne i pobór czopowego i zagrozili im, gdyby nie byli posłuszni rozkazowi synodu, klątwą: „Będzie wyklęty i wykluczony z obu światów, będzie odłączony od wszelkich świętości Izraela; jego chleb będzie uważany za chleb poganina, jego wino za sprofanowane, jego mięso jako mięso nieżyda, jego związki małżeńskie za cudzołóstwo, pochowany będzie jak „osieł” itp. – Kłamali głosem piorunującym. Kłamali tak podstępnie, aby zamydlić „gojom” oczy, aby odwrócić ich uwagę od działalności rządu żydowskiego.

Notablowie Judy przeklinali niby, potępiali swoich poddanych, a cieszyli się, gdy się dowiadywali, że się ich „wyklęci” bogacili. Bowiem celem ich obrad było osłabić Polaków, a wzmacniać Żydów. Polska miała być przecież jedną z tych ziem, które Talmud obiecał narodowi „wybranemu”.

Notablowie żydowscy przestraszali kupców, lichwiarzy, spekulantów, poborców, celników wielką klątwą, a oni owi wyklęci, nie pozbawiali się swojego rzemiosła, wiedząc, że ich władcy okpiwają „gojów”. By nie narazić swoich władców na podejrzliwość antyżydów polskich, odgrywali także szachraje rolę niewiniątek. Przyznaje pisarz żydowski, M. Schorr, że „zamożni dzierżawcy (Żydzi) brali dzierżawę pod cudzą, chrześcijańską firmą, lub przez pozyskanie wojewody lub króla potrafili uchylić się od tych zakazów i przy swych źródłach dochodowych utrzymać. Właśnie w tych czasach spotykamy Żydów jako bogatych dzierżawców żup i podatków”.

Więc było Żydom w Polsce, jak u „Pana Boga za piecem”. Nie czuli wcale niewoli, wygnania, braku „świątyni”. Mieli po całym kraju mnóstwo synagog. Jak za dawnych, dobrych czasów egzylarchatu babilońskiego, komentowali ich „uczeni” i dopełniali Talmud, wydawali egzegezy, komentarze, suplementy, traktaty rabiniczne, zasypując nimi całą Europę.

Władza polska nie przeszkadzała im w zakładaniu szkół, w których chowali swoje dzieci. W najniższych szkołach uczyły się dzieci czytania i pisania, w wyższych wtajemniczano je w egzegezę ksiąg świętych.

Pozwoliła także władza polska Żydom zakładać hebrajskie drukarnie. Sprowadzili oni (w r. 1530) drukarzy włoskich do swoich drukarń w Krakowie, Lublinie i innych większych miastach. Z oficyny Pawła Helicza (około r. 1540) rozbiegły się po całym kraju setki egzemplarzy Talmudu.

Talmud był głównym źródłem uczoności rabinów polskich. Tylko w nim siedzieli po uszy, czerpiąc z niego mądrość. Pogrążeni w kazuistyce i metafizyce „Księgi Ksiąg” wpadli w dziwactwa kabalistyczne.

W ciasnym kółku kazuistyki i kabalistyki obracała się „nauka” Żydów polskich. Zwróciło na to uwagę dzieło hiszpańskiego Żyda, Palkeiry, drukowane w Krakowie (1545 r.). Palkeira radził swoim współwiercom zająć się także wiedzą świecką.

Zrozumieli to notablowie żydowscy i, porozumiawszy się na synodzie, rozesłali po całym kraju następującą odezwę: „Jehowa brzmi w urywku, ta odezwa ma liczne Sefiroty, Adam miał różne doskonałości wypływy. Izraelita tedy na jednej tylko nauce przestawać nie powinien. Pierwsza jest święta nauka, ale czyż dlatego mniej smacznego nie mamy jeść jabłka! Wszystkie nauki nasi wynaleźli ojcowie i kto nie jest bezbożny, znajdzie początek wszystkich umiejętności w księgach Mojżesza. Co było waszą chwałą dawniej, wstydem teraz być może. Byli Żydzi u królów na dworze, Mardochei był uczony, Ester byłą mądrą, Nehemiasz był radcą perskim i lud wybawili z niewoli. Uczcie się, bądźcie użytecznymi królowi i panom, a będą was szanować. Ile gwiazd na niebie, ile piasku w morzu, tyle jest Żydów na świecie, jako gwiazdy, a każdy nas depce jak piasek. Król nasz jest tak mądry jak Salomon, tak święty jak Dawid, ma przy sobie Samucha, drugiego prawie proroka. Patrzy on na wszystkich ludzi jak na las ogromny. Rzuca wiatr różne nasiona drzew i nikt się nie pyta, skąd najpiękniejsze drzewo ma swój pochód. Czemuż i z nas cedr libański wśród tarniny powstać nie ma?” (odezwa powtórzona z „Historii Żydów w Polsce” Aleksandra Kraushara).

Nawet w takiej odezwie nie umieli się notablowie żydowscy pozbyć megalomanii i kłamliwego pochlebstwa. Chełpili się, że ich ojcowie (przodkowie) wynaleźli wszystkie nauki, a wiadomo, że ci „ojcowie” paśli jako koczownicy trzody, jeszcze wówczas, kiedy kaplani egipscy utorowali już drogę do tajemnic wiedzy. Króla polskiego nazywali „mądrym jak Salomon”, bo potrzebowali jego łaski, a po cichu pluli zapewne na niego, na „goja”. Potrzebując także opieki ówczesnego kanclerza, Samuela Maciejowskiego, łaskotali jego ambicję tytułem „drugiego proroka”.

Skoro tak uwielbiali królów i wielmożów polskich, mogli się byli nauczyć języka polskiego. Mieli dosyć czasu, bo aż 500 lat. A mimo swoją „lojalność” nie przestali używać zepsutego języka niemieckiego (żargonu).

Uczeni żydowscy XVI wieku pisali swoje dzieła albo po hebrajsku, albo po łacinie i niemiecku. Nie uważali za potrzebne uczyć się w swoim państwie języka „mądrego jak Salomon króla” i „drugiego proroka”.

Dobrze im było w tym „swoim państwie”, tak dobrze, iż poeci hebrajscy sklecali rymy na cześć Polski. Jeden z nich zaczął swój poemat słowami: „Polsko, królewska ziemio, w której od wieków żyliśmy szczęśliwie”…

Żyli wyznawcy Mojżesza szczęśliwie, ale tylko dla siebie, bo im ich wiara nie pozwalała służyć „gojom”. Oprócz nich mieszkali w Polsce jeszcze inni innowiercy, np. mahometanie, którzy przywykłszy do swojej nowej ojczyzny pokochali ją szczerze i stali się jej wiernymi synami, za co ich sejm lubelski (1569 r.) wyniósł do godności obywateli polskich.

Pobłażliwą, łagodną, tolerancyjną była Polska dla wszystkich obcych gości, przygarniała ich do swojego łona, nie mieszając się do ich spraw religijnych.

Słusznie pisał Lelewel („Polska, dzieje rzeczy jej”): W czasie Unii Lubelskiej, wskutek której mahometanie prawo obywatelskie otrzymali, gdyby Żydzi podobnego zapragnęli, nie mogliż do niego, choć cząstkowie, choć chwilowo trafić? Talmud stał na zawadzie”.

Talmud stał w istocie, jak wiadomo, potężnym murem między Żydami a innowiercami, spętawszy ich niezłomną odrębnością.«

Taki stan rzeczy trwał do czasu rozbiorów. Wykształciła się też w tym czasie grupa Żydów zwanych sztadlanami, których zadaniem było korumpowanie posłów, zabieganie o to, by instrukcje poselskie nie szkodziły Żydom. O tym pisałem w blogu „Sztadlani”.

Czasy się zmieniały. Rewolucja francuska dała Żydom równouprawnienie i rozprowadziła tę ideę za sprawą wojsk napoleońskich po całej Europie. W Polsce jej echem była insurekcja kościuszkowska. Chyba nie osiągnęła zamierzonego przez jej inicjatorów celu, bo po trzydziestu latach wybucha powstanie listopadowe. Po nim ma miejsce tzw. Wielka Emigracja. Elity opuszczają kraj. W mojej ocenie był to kluczowy moment, który zadecydował o tym, że w Polsce nastąpiła podmiana elit. Bernhard Struck w książce Nie Zachód, nie Wschód – Francja i Polska w oczach niemieckich podróżnych 1750-1850 opisuje to tak:

Ostatni rozbiór Polski i pierwsza fala emigracji polskich elit politycznych i kulturalnych po 1795 r. wpłynęła na zmniejszenie się liczby ewentualnych rozmówców czy partnerów. Ostatecznie stosunki te uległy zerwaniu po fali Wielkiej Emigracji, która nastąpiła po upadku powstania listopadowego. Bez elit towarzyskich i kulturalnych, wystarczy przypomnieć opisywaną ponurą atmosferę w Warszawie po 1830 r., wzajemna wymiana i splot kultur były na poziomie podróżujących, kulturalnych i literackich elit trudne do zrealizowania. Tym samym w odniesieniu do Polski sytuacja wzajemnego dialogu zmieniła się fundamentalnie. Aby posłużyć się językiem kolonialnego dyskursu, po 1831 r. nie rozmawiano już z mieszkańcami odwiedzanego kraju, lecz jedynie relacjonowano o nim samym. Polska – podobnie jak z punktu widzenia kolonizatora – przedstawiana była od zewnątrz, nie będąc już prezentowana z perspektywy kontaktów, jakie mogliby nawiązać zagraniczni goście.

Początkowo zwolennikiem asymilacji Żydów był Bolesław Prus, który miał świadomość, że Polsce brakuje elit, że najprościej byłoby skorzystać z żydowskich i uczynić ich Polakami wyznania mojżeszowego. Później jednak przejrzał na oczy i zmienił swój stosunek do nich. Przeciwnicy i zwolennicy asymilacji byli po obu stronach. Jeske-Choiński w cytowanej wyżej książce pisze:

»Prawowierni Żydzi, zaślepieni w tradycjach kilku tysięcy lat, nie chcieli się ruszyć z drogi, wskazanej im przez Ezdrasza, Nehemię i autorów Talmudu do osiągnięcia panowania nad całym światem. Słyszeć nie chcieli o jakiejkolwiek reformie. Mumią byli, nie mieli ochoty przedzierzgnąć się w ludzi żywych, posuwających się ciągle naprzód.

Żydom postępowym, dążącym do asymilacji, podał rękę ruch ekonomiczny, rozwijający się bardzo silnie w Królestwie Polskim około roku 1840. Rosło w tym czasie rolnictwo, powstawały liczne fabryki, poparte żeglugą parową na Wiśle i koleją żelazną na linii warszawsko-wiedeńskiej. Ruch ten ułatwił Żydom zbliżenie się do wszystkich sfer polskich.

Żyd, od lat dwóch tysięcy kupiec, wekslarz, bankier i spekulant, rzucił się łapczywie na przemysł. Łapać umiał znaczne zyski, bogacił się prędko. Ten, który pozbył się żargonu, chałatu, a ubrał się w strój europejski i liznął trochę kultury chrześcijańskiej, odczepił się od talmudystów i chasydów i stukał do drzwi zamożnych domów polskich. Ochrzczonemu bankierowi, fabrykantowi, spekulantowi (tzw. mechesowi) nie było trudno wywindować się na wysokie szczeble drabiny towarzyskiej. Książę, hrabia, szlachcic, potrzebujący często jego rad i pieniędzy, nie zamykał mu swoich drzwi. Bywało nawet, że zbankrutowany „karmazyn”, pozbawiony środków do wygodnego życia, ożenił się z ochrzczoną co dopiero Żydówką, albo córkę swoją związał węzłem małżeńskim z jakimś bogatym „mechesem”. Oprócz tego rodzaju niedobranych małżeństw, poparła braterstwo chrześcijan z Żydami liczna gromada urzędników wyznania Chrystusowego, służących fabrykantom, bankom i przedsiębiorstwom „mechesów”. Urzędnicy „mechesów”, nie chcąc stracić chleba, nie mogli poddać jawnej krytyce działalności swoich chlebodawców. Droga do asymilacji polsko-żydowskiej była otwarta…«

J.I. Kraszewski, mieszkając jako redaktor kronenbergowskiej „Gazety Codziennej” kilka lat w Warszawie i ocierając się o asymilatorów żydowskich, poznał ich z bliska. Był uważnym obserwatorem i znakomitym psychologiem. Co widział wokół siebie, to opisał w swej powieści „Żyd” z 1866 roku. Zbierało się na powstanie, a finansiści Kraszewskiego byli zgodni:

„W powietrzu czuć proch, ale dla nas to nic złego. Naturalnie, ofiary będą, ale trzeba się będzie wyślizgiwać, aby nas koła tej wielkiej machiny, druzgocącej wszystko, nie pochwyciły. Ostatecznie jednak dla nas wygrana, ktokolwiek z nich wygra. Albo jeden, albo drugi da nam po skończonej awanturze równouprawnienie. Choćby potrzeba było z naszej strony jakichś ofiar pieniężnych, my się zawsze najmniej zrujnujemy, ocalejemy majątkowo, bo nasze kapitały ukryte dobrze, są mniej dostępne od mienia szlacheckiego, od ziemi, widocznej dla każdego. Byliśmy długo w pogardzie i poniewierce; korzystajmy z dobrej okazji. Zamiast bawić się w patriotyzm, asymilację itp. mrzonki, myślmy przede wszystkim o sobie. Chłop polski nie lubi nas, wiemy o tym, ale chłop jest głupi – nie boimy się go. O szlachtę nam głównie idzie. Wmiesza się ona przez sam punkt honoru w awanturę, pójdzie do lasu, na krwawe pola, za co ją rząd ukarze, zniszczy, wytępi, wydusi, wywłaszczy, a wówczas dla nas droga otwarta.”

„A wówczas dla nas droga otwarta.” – Jaka droga?

„W każdym narodzie musi się wyrobić – rezonowali dalej bogacze żydowscy – ponad masy jakaś inteligencja i rodzaj arystokracji. My jesteśmy materiałem gotowym, my zawładniemy krajem, a panujemy już przez giełdy i przez wielką część prasy nad połową Europy. Ale naszym właściwym królestwem, naszą stolicą, naszym Jeruzalem będzie Polska. My będziemy jej arystokracją, my tu rządzić będziemy. Kraj ten należy do nas, jest nasz”…

Insurekcja kościuszkowska i powstanie listopadowe pozbawiło Polskę elit. Powstanie styczniowe umożliwiło Żydom zajęcie ich miejsca. Po nim nastał okres czterdziestu lat spokoju – pracy organicznej. Rewolucja 1905 roku zniszczyła rodzący się polski przemysł i przedsiębiorczość. Za każdym razem stroną przegraną była strona polska, wygraną – żydowska. Od 1905 roku do 1914, a więc do wybuchu I wojny światowej, było tylko 9 lat. Co można zrobić w 9 lat? Czy odrodzona Polska miała jakiekolwiek szanse na bycie sprawnym, dobrze zarządzanym państwem? Czy elity II RP były polskimi elitami? Sądząc po tym, jaką prowadziły politykę, to chyba nie. Jedyne co się udało, to oddolny ruch spółdzielczy, który rozwijał się bardzo dynamicznie i wypierał drobny handel żydowski. Niestety I wojna przerwała ten proces.

W 1919 roku przedstawiciele Żydów złożyli Tymczasowemu Naczelnikowi Państwa, Józefowi Piłsudskiemu, projekt, wedle którego podstawą ich funkcjonowania byłyby gminy (kahały), a ich władza wybierana na podstawie pięcioprzymiotnikowego prawa wyborczego. Miał być również powołany Żydowski Zjazd Narodowy, który miał uchwalić Konstytucję Żydów w Polsce.

W 1920 roku poseł Izak Grunbaum ze Związku Polaków Narodowości Żydowskiej zgłosił projekt artykułu 113 przygotowywanej Konstytucji II RP. Głosił on:

Ziemie Rzeczypospolitej, zamieszkałe w przeważającej większości przez narodowości niepolskie, stanowić będą autonomiczne prowincje, które otrzymają osobne przedstawicielstwo ustawodawcze, wybierane na podstawie wyborów powszechnych, bezpośrednich, równych, tajnych i stosunkowych. Osobne ustawy określą kompetencje tych ciał ustawodawczych oraz stosunek prowincji autonomicznych do państwa.

Projekt ten został odrzucony. Jego przyjęcie oznaczałoby nie tylko stworzenie państwa w państwie, ale dawałby autonomicznym prowincjom możliwość decydowania o oderwaniu się od państwa, co w praktyce prowadziłoby do jego rozpadu.

Żydzi mieli w okresie międzywojennym swoje partie: Bund – współpracujący z komunistami, Kombund – komunistyczny odłam Bundu, Niezależni Socjaliści – taki żydowski PPS. Stronnictwa syjonistyczne dążyły do odzyskania Palesyny. Były to Poalej Syjon – współpracujący z komunistami, Cejre Syjon – propagujący komunizm w przyszłej Palestynie i Hitachduth – dążący do odbudowy Palestyny na zasadach socjalistycznych.

Bund, Kombund, Partia Niezależnych Socjalistów i Poalej Syjon domagały się wspólnego państwa polsko-żydowskiego. Jidysz miał być drugim językiem urzędowym, nie tylko w urzędach, ale i w szkołach, a instytucje kultury, finansowane przez państwo ( m.in. teatry, wydawnictwa, biblioteki), miałyby mieć dwa programy: dla Żydów w jidysz, dla Polaków – po polsku.

Wszystkie partie żydowskie dążyły do uzyskania maksymalnej autonomii poprzez żydowskie gminy (kahały) i zabiegały o utworzenie przy rządzie polskim Sekretariatu Stanu do Spraw Żydowskich. Jak mówi przysłowie: co się odwlecze, to nie uciecze. Obecnie mamy urząd pełnomocnika prezydenta RP ds. kontaktów z diasporą żydowską, urząd pełnomocnika rządu RP ds. kontaktów z diasporą żydowską i urząd przedstawiciela ministra spraw zagranicznych ds. kontaktów z diasporą żydowską. A więc prezydent, rząd i ministerstwo spraw zagranicznych pod kontrolą.

W Polsce międzywojennej mieszkało ponad 3 miliony Żydów. Większość z nich nie znała języka polskiego lub znała go bardzo słabo. Jedynie 10-15% zasymilowanej ludności, która utrzymywała kontakty zawodowe lub towarzyskie, mogła pochwalić się jego znajomością. Dotyczyło to przeważnie ludzi z dużych miast. Zgoła odmienna sytuacja panowała w małych miasteczkach i na wsiach. Marian Miszalski w swojej książce Żydowskie lobby polityczne w Polsce cytuje Żyda spod Lwowa Leona Weliczkera:

Nasze małe miasteczko Stojanów liczyło około tysiąca Żydów i podobną ilość Polaków i Ukraińców (…). Polacy i Ukraińcy byli w większości rolnikami (…). My nie byliśmy ani bogatymi właścicielami miejskimi, ani drobnymi, biednymi rolnikami. Gardziliśmy drobnymi chłopami, których nazywaliśmy chamami (…), co dla nas oznaczało prostaczków. Żyliśmy w stworzonym przez siebie getcie bez ścian. Religia żydowska powodowała, że przebywaliśmy razem, co oddzielało nas od nie-Żydów. Kobiety, aby uzyskać koszerne jedzenie, kupowały w sklepach żydowskich (…). Religijne przepisy powodowały, że Żydzi mieszkali w przypominających getta społecznościach (…). Właściwie nie mieliśmy kontaktu ze światem zewnętrznym; na pewno nie mieliśmy żadnych kontaktów towarzyskich, ponieważ nasze zainteresowania były kompletnie inne od zainteresowań gojów (…). Od wczesnego dzieciństwa dzieci chłopów zajmowały się pracą w gospodarstwie (…), gdzie były konie, krowy, psy, koty, podczas gdy my byliśmy całkowicie odcięci od świata zwierzęcego. Nasza religia zabraniała nam posiadać zwierzęta w naszych domach. Tak więc nawet w dziecięcych zabawach różniliśmy się od chrześcijan. My, mali żydowscy chłopcy, nie uczestniczyliśmy w żadnych zawodach ponieważ to uznawane było za gojskie (…). My Żydzi staraliśmy się unikać przechodzenia przy kościele katolickim, a jeśli to było niemożliwe, mruczeliśmy pod nosem odpowiednie przekleństwo, gdy przemykaliśmy koło niego (…). Wynosiliśmy się ponad innych, ponieważ byliśmy „ludem wybranym” przez samego Boga. Powtarzaliśmy to nawet w naszych modlitwach (…). Byliśmy obcymi dla otaczających nas gojów z powodu naszej religii, języka, zachowania, ubioru oraz codziennych wartości. Polska była jedynym krajem, gdzie naród żydowski żył wewnątrz innego narodu (…). Żyliśmy w stworzonym przez nas samych getcie i to odpowiadało naszym wymogom i życzeniom (…). Nigdy nie mówiliśmy w domu po polsku.

II wojna światowa zniszczyła ten świat, ten żydowski świat małych miast i miasteczek, których atmosferę tak barwnie odtworzył w filmie „Sanatorium pod klepsydrą” Jerzy Has. Ten sam, który wyreżyserował „Pamiętnik znaleziony w Saragossie”. Tematyka żydowska i masońska najwyraźniej bardzo go interesowała. Pewnie nie przypadkiem. A on już należał do tej powojennej elity.

Żydzi, uwolnieni od tej żydowskiej biedoty, w nowej Polsce zmieniają nazwiska na polskie, mówią po polsku i zajmują najważniejsze stanowiska we wszystkich działach gospodarki, w nauce, kulturze, prasie, radiu i telewizji oraz w kluczowych organach państwa. W latach 1944-56 było to praktycznie ich państwo. Po roku 1956 słabną, a po roku 1968 – jeszcze bardziej. Choć czy rzeczywiście tak było? Sami często otwarcie mówili, i to w latach 70-tych, że są polską głową, a Polacy to korpus. Stają się polską elitą i ta małomiasteczkowa żydowska biedota nie kala obrazu narodu wybranego.

W latach 80-tych następuje świadome niszczenie gospodarki, by doprowadzić do kryzysu i zmienić realia polityczno-gospodarcze. Następuje likwidacja polskiego przemysłu i handlu. W to miejsce wchodzą stopniowo, po 1989 roku, zachodnie sieci handlowe, będące w rękach Żydów i zachodni przemysł, który korzysta z taniej siły roboczej. Przełomowym momentem jest zatwierdzenie przez Sejm w 1997 roku ustawy o stosunku Państwa do gmin wyznaniowych żydowskich w Rzeczpospolitej Polskiej. Temu zagadnieniu poświęciłem odrębny blog – „Ustawa”, w którym szczegółowo opisuję problem i zagrożenie jakie ona niesie. Dzięki niej gminy żydowskie pozostają poza kontrolą państwa a ich Związek stanowi ich rząd. Mamy więc w jednym państwie drugie państwo. Ich chciałoby się powiedzieć, że mamy państwo w państwie, gdyby nie to, że oba państwa są żydowskie.

Dlaczego żadna z wielkich afer III RP nie została wyjaśniona, a winni ukarani? Może dlatego, że uprawnienia organów państwa w jakimś momencie kończą się i pewnych granic nie mogą przekroczyć.

„Art. 8. Odpowiedzialność za zobowiązania wyznaniowych osób prawnych

Osoby prawne, o których mowa w art. 5 ust. 1, nie odpowiadają za zobowiązania innych osób prawnych.

Czyli, jeśli zarząd Związku Gmin zechce nadać osobowość prawną jakiejś jednostce organizacyjnej, to wnioskuje do właściwego ministra do spraw wyznań religijnych i ten taką osobowość nadaje. Gdy jednak taka jednostka organizacyjna coś nabroi, to ani gminy, ani Związek Gmin za to nie odpowiadają. Taką „jednostką organizacyjną” może być jakaś firma czy fundacja, która dokona jakichś nielegalnych operacji finansowych, handlowych i gospodarczych. I winnych nie będzie, i nikt nie będzie odpowiadał za tego typu działania. Bardzo możliwe, że część afer, jakie miały i mają miejsce w naszym kraju, ma właśnie takie podłoże.”

To cytat z blogu „Ustawa”. To jest prawdziwe zagrożenie. Ta ustawa już od lat jest wykorzystywana przez Żydów do umacniania swojej pozycji finansowej w Polsce. Nie potrzebują żadnej „JUST”. To zwykła ściema, mająca odwracać uwagę i straszyć. Po co Żydom wsparcie Ameryki, skoro rządzą w Polsce wszystkim? A w razie potrzeby, to mają tu wojska amerykańskie. Czegóż więcej trzeba?

A co zostawili Polakom? Ulice i wybory. No właśnie! Wybory! Gdy piszę te słowa jest godzina 20:49 i już zbierają się przed telewizorami, wchodzą na kanały internetowe i czekają na wynik: czy mój kandydat wygrał? Zaraz zaczną się niekończące się debaty o sprawach nieistotnych, bo te najważniejsze pozostają w ukryciu. Marks powiedział, że religia to opium dla ludu. Nie miał racji, to demokracja to opium dla ludu. Człowiek wierzący w Boga wierzy, że po śmierci jest inne, lepsze życie i ta wiara towarzyszy mu przez całe jego życie. Nie potrzebuje do tego dodatkowych bodźców. W przypadku demokracji człowiek wierzy, że obietnice wyborcze zostaną dotrzymane, co nie jest prawdą i następuje rozczarowanie. I w tym momencie pojawia się ktoś nowy, kto znowu obiecuje. Innymi słowy, dla wierzących w demokrację potrzebna jest co jakiś czas dawka, dawka wyborcza, tak jak dla narkomana – narkotyk. Dopóki działa, jest dobrze, ale za jakiś czas potrzeba nowej. Narkoman wyborczy, tak jak zwykły narkoman, potrzebuje iluzji. W przypadku pierwszego chodzi o przekonanie, że ma na coś wpływ. W przypadku drugiego, że przenosi się w inną rzeczywistość.

Wybitny ekonomista Milton Friedman, żydowskiego pochodzenia (czy wybitny ekonomista może być innego pochodzenia?), powiedział: „Demokracja wcale nie jest władzą większości, ale doskonale zorganizowanych mniejszości”. Nic dodać, nic ująć! Demokracja to żydowski wynalazek, służący im i tylko im. Szkoda, że tak mało ludzi zdaje sobie z tego sprawę.

Wiedza a polityka

Wiedza od czasów rewolucji francuskiej jest na usługach polityki. Obecnie widać to dobrze na przykładzie tej fałszywej pandemii. Rządy wszystkich państw podpierają się autorytetami w dziedzinie nauki, by przekonać nas, że istnieje zagrożenie i powinniśmy stosować się do zaleceń i nakazów rządu.

Według Wikipedii wiedza, to termin używany powszechnie i istnieje wiele definicji tego pojęcia. Nowa Encyklopedia Powszechna definiuje wiedzę jako „ogół wiarygodnych informacji o rzeczywistości wraz z umiejętnością ich wykorzystywania”. Podział na wiedzę teoretyczną i praktyczną wprowadził Arystoteles. Wiedzę też można podzielić na:

  • Wiedzę (a priori) niezależną od zmysłów i dotyczącą prawd „absolutnych” lub uniwersalnych, jakimi są prawa logiki, prawa matematyki.
  • Wiedzę (a posteriori) nabytą poprzez zmysły i jej prawdziwość może być obalona poprzez następne obserwacje.

Za wzór wiedzy wielu filozofów uznaje dedukcję i aksjomatyczne systemy matematyki. Indukcja, podstawa rozumowania nauk przyrodniczych, jest już trochę bardziej podejrzana. Dedukcja to rozumowanie, myślenie w oparciu o logikę, a indukcja to obserwacja, która, sama w sobie, niesie pewien element subiektywizmu.

W psychologii wiedza to ogół treści utrwalonych w umyśle ludzkim w wyniku kumulowania doświadczenia oraz uczenia się. W węższym znaczeniu wiedza stanowi osobisty stan poznania człowieka w wyniku oddziaływania na niego obiektywnej rzeczywistości. No właśnie! – Obiektywnej rzeczywistości. A jaka jest ta obiektywna rzeczywistość? Czy ta czerpana ze środków masowego przekazu, z internetu? Edukacja nie służy uczeniu samodzielnego myślenia i wyciągania wniosków z otaczającej nas rzeczywistości, raczej programuje ludzi, wtłaczając im wiedzę, którą mają przyjąć bezkrytycznie. Jeśli rząd mówi, że jest zagrożenie i trzeba nosić maski, to ludzie noszą. Gdy mówi, że od jutra już nie trzeba ich nosić, to ludzie je zdejmują. A czy było i jest jakieś zagrożenie? Nad tym mało kto zastanawia się. Ludzie umierają codziennie. W porównaniu z poprzednimi latami śmiertelność w tym okresie (marzec-maj) jest mniejsza. Jeśli więc jest ta pandemia, a ludzi umiera mniej, to coś jest nie tak. W czasie pandemii śmiertelność wzrasta. Tak przynajmniej wynika z logiki. Żeby jednak zupełnie nie ośmieszać się, WHO zmieniła definicję pandemii. Dzięki temu wszystkie rządy, w oparciu o nową, oczywiście „naukową” definicję, zaczęły kreować nową rzeczywistość. Do obiektywizmu zapewne w tym wypadku daleko.

Wiedzę można podzielić na pięć działów:

  • wiedza potoczna
  • wiedza naukowa
  • wiedza artystyczno-literacka
  • wiedza spekulatywna
  • wiedza irracjonalna

Tak więc nauka jest jednym z rodzajów wiedzy ludzkiej. I właśnie ta wiedza, jako „najpoważniejsza”, jest wykorzystywana przez różne ideologie i polityków do przekonywania do swoich racji. Sprzyja temu fakt, że sama definicja wiedzy nie jest jednoznaczna, co stwarza władzy pole do swobodnego jej wykorzystywania do własnych celów. Czym więc ona jest? Dwie sentencje wydają mi się warte przytoczenia. „Wiedzę buduje się z faktów, jak dom z kamienia, ale zbiór faktów nie jest wiedzą, jak stos kamieni nie jest domem.” – Henri Poincaré. „Wiedzieć, że się wie, co się wie i wiedzieć, że się nie wie, czego się nie wie – oto prawdziwa wiedza.” – Konfucjusz.

Tadeusz Gluziński w książce „Odrodzenie idealizmu politycznego”, wydanej w 1935 roku, poświęca jeden rozdział wiedzy na usługach polityki. Warto przytoczyć jego fragment, bo dużo wyjaśnia.

»Wolnomularstwo XVIII i XIX w. stworzyło i opanowało wiedzę o specyficznym charakterze i oddało ją na usługi swych doktryn. Celem tych gałęzi nauk, ad hoc stworzonych lub specjalnie propagowanych, było dać wszechstronne podparcie „naukowe” twierdzeniom politycznym, społecznym i gospodarczym, które kierownicy „braterskich” związków pragnęli zaszczepić wszystkim ludziom myślącym. W pierwszym okresie chodziło przede wszystkim o zniszczenie wiary w dogmaty chrześcijaństwa, by poderwać skutecznie wpływ polityczny organizacji Kościoła, który tak wydatnie wpłynął był na bieg dziejów w czasie kontrreformacji. Toteż pierwsze coup „naukowe” miało za zadanie zdyskredytować wierzenia chrześcijaństwa w oczach wykształconego ogółu. Zdanie to spełniła filozofia, która wzięła sobie za cel wykazać niezgodność nauk chrześcijaństwa z wiedzą, a nawet z rozumem ludzkim, czyli ich „zacofanie”. Tę misję wykonywała filozofia „naturalna”, podrzucając społeczeństwom katolickim w miejsce religii chrześcijańskiej i etyki chrześcijańskiej opartą na rozumie „naturalnym” religię „naturalną” i etykę „naturalną”. Nikt zapewne nie ośmieli się dziś przeczyć, że filozofia encyklopedystów stała się potężną bronią na usługach polityki lóż i wywarła rozstrzygający wpływ na wybuch Wielkiej Rewolucji we Francji.

W Niemczech tak samo wybitny wpływ polityczny wywarła filozofia Kanta z jej apriorycznymi sądami, zawartymi w „czystym rozumie”. Doktryna ta ufundowała dzieło jego następców, w szczególności zaś historiozofię Hegla, którego uczniem – nie należy o tym zapominać – był Marks. Historiozofia Hegla umożliwiła właściwemu twórcy doktryny socjalistycznej podparcie teorii o stałej walce klas, będącej rzekomo istotnym sensem dziejów, konstrukcją całego systemu historiozoficznego , opartego o „żelazną konieczność”, która w dziejach ruchu socjalistycznego, a także w jego interpretacji bolszewickiej tak doniosłą gra rolę.

Równie poważną misję do spełnienia przeznaczono w XVIII w. nowo powstałej gałęzi „wiedzy”, nazwanej ekonomią. Już merkantylizm stał się czynnikiem wybitnie politycznym przez umocnienie „oświeconego absolutyzmu”, gdyż oddał w ręce rządzących, którzy właśnie uczuli, że władza ich opiera się li tylko na sile, potężny wpływ na życie gospodarcze państwa w zakresie znacznie większym niż przedtem. Następca jego, fizjokratyzm, wykonał zadanie inne: uzasadnił on doktrynalnie przerzucenie głównego ciężaru podatków na rolnictwo, a więc na wieś, odciążając w ten sposób miasta i rozwijający się w nich w drugiej połowie XVIII w. przemysł fabryczny. Ułatwił on polityczno-społeczny bunt burżuazji i rozkwit wielkiego kapitału. Dopiero atoli szkoła liberalna w ekonomii, działająca już w okresie rozwoju produkcji fabrycznej i towarzystw akcyjnych, rozpoczęła walkę bezpośrednią, by utorować drogę do panowania w chrześcijańskim świecie lożom masońskim i międzynarodowemu kapitałowi. Doktryna liberalna, wsparta o filozofię „naturalną”, rozgrzeszyła człowieka z wszelkich grzechów popełnianych z żądzy zysków; już jej ojciec, Adam Smith, profesor etyki „naturalnej”, a więc autorytet w sprawach moralności, rozgłosił, że „dążenie do osiągnięcia jak największego zysku jak najmniejszym wysiłkiem” jest „naturalnym” dążeniem każdego człowieka. Na tej zasadzie etycznej rozpoczęła się orgia wielkiego kapitału, trwająca po dziś dzień, z której korzystają w pierwszym rzędzie żydzi. Później drugi koryfeusz libertarianizmu ekonomicznego, teraz czysty żyd, Dawid Ricardo, poszedł jeszcze dalej, uzasadniając „naukowo”, że jedynie zmniejszenie płac robotniczych może dać przedsiębiorcom zysk, zaś inne środki celu tego nie osiągną. Sens praktyczny takiej „nauki” mógł być tylko jeden: było to niejako wezwanie pod adresem wielkiego kapitału, by w pogoni za jak największym zyskiem, zdobywanym jak najmniejszym wysiłkiem, rozgrzeszonej przez profesora etyki „naturalnej”, szedł jedyną drogą wskazaną przez „naukę” ekonomii i obdzierał pracowników ze skóry. Aby zaś proletariuszom miejskim, bezbronnym wobec wyzysku, nie zechciało się w przodującej w zakresie przemysłu Anglii uciekać z powrotem z miast na wieś i zmniejszać podaż rąk roboczych, aby przeciwnie zmusić tłum wiejski do dalszego napływu do miast i – w myśl zasady popytu i podaży – doprowadzić do jeszcze dalszego obniżenia płac robotniczych, tedy bankier londyńskiej City bierze się „naukowo” do rolnictwa i tworzy swą teorię „renty gruntowej”, z której wynika, że Anglikom nie opłaca się uprawiać własnej gleby, jako mało urodzajnej; dzięki jego teorii i pod jego bezpośrednim wpływem Anglia w połowie XIX w. zniosła cło na zboże zamorskie i położyła własne rolnictwo, stając się krajem jednostronnie przemysłowym.

Tak to doktryny, rozszerzone przez „naukę” ekonomii, przyczyniły się walnie do wypaczenia rozwoju gospodarczego i społecznego narodów chrześcijańskich. Im należy w wielkiej mierze zawdzięczać wyzysk wielkiego kapitału i powstanie mas proletariatu miejskiego. I znowu tym proletariatem opiekuje się natrętnie ktoś obcy. Przecież żyd, Marks korzysta właśnie z doktryn swego współrodaka, Ricardo, by unaocznić swą doktrynę nieubłaganej i nieuchronnej walki klas! Socjalizm, budując swój system ekonomii, nie mógł się obejść bez krańcowych sformułowań liberalizmu.

Do pomocy filozofii i ekonomii nadbiegły pod koniec XIX w. jeszcze nowe „nauki”, jak socjologia, religiologia i „naukowa” statystyka. Tej ostatniej, jako nader interesującej broni w walce doktryn z życiem i rzeczywistością warto parę słów poświęcić. Uwielbienie dla cyfry cechowało ów typowy owczy pęd XIX w. i początków XX w. do „naukowości”. W życiu publicznym cyfra stała się dogmatem. Exposé rządowe czy przemówienia wybitnych parlamentarzystów musiały być naszpikowane cyframi. Statystyce „naukowej” przypadło zaszczytne zadanie wyciśnięcia z nieszczęśliwej, bo tak pomiatanej przez doktrynerów, rzeczywistości całej „prawdy”, zaklętej w cyfry. Tymczasem, kto kiedykolwiek parał się naprawdę z cyframi dostarczanymi przez jakiekolwiek statystyki, ten wie dobrze, jak, operując tym samym materiałem, można swobodnie przy pewnej zręczności dowieść dwóch sobie przeciwstawnych twierdzeń. Statystyka nie jest „nauką”, lecz pomocniczym środkiem administracji państwowej. Trzeba zawsze pamiętać, że papier jest przedmiotem martwym, cyfra statystyczna także, a nawet żywa rzeczywistość skrzeczy nader rzadko głosem dosłyszalnym i posiada anielską cierpliwość. Wybucha i strząsa z siebie objedzonych naciąganą statystyką doktrynerów dopiero wtedy, gdy już przeciągnięto strunę do ostatka.

Jeszcze jedną naukę oddali magowie lożowi w służbę swej polityce: magistram vitae, historię. Po cóż zabrali do swego arsenału czcigodną naukę o przeszłości? Właśnie dlatego, że uchodzi za „mistrzynię życia”. Tak więc spreparowana i zabarwiona doktryną nauka o przeszłości miała uzasadnić teraźniejszość i przyszłość. I oto dostojna mistrzyni życia narodów aryjskich została podstępnie wciągnięta do spelunki politycznej, by apoteozować wśród narodów szczytną rolę wolnomularstwa lub umacniać doktryny Marksa i jego współrodaków. Fałszowanie przeszłości stało się ulubioną metodą tych „ludzi nauki”.

Propagandowy, polityczny charakter tak nadużytych „nauk” zdradza ostatecznie jej namiętna, broszurkowa popularyzacja. Po prostu wygląda od stu lat tak, jakby koniecznie chodziło o to, by jak najwięcej prostaczków, jak najwięcej „profanów” z tak spreparowanej „wiedzy” skorzystało. Od dziecka pakuje się tak wykoślawioną wiedzę w bezkrytyczne mózgi maluczkich, by je zagwoździć raz na zawsze. Obeznanie z popularnie podanymi „prawdami” filozofii, historii, ekonomii i socjologii stało się wymogiem „ogólnego wykształcenia”. I o dziwo! Dzieje się to w okresie, gdy jak najdalej posunięta specjalizacja człowieka, tworzenie zeń maszyny „do specjalnych poruczeń”, czyli tak zwanego „speca” stało się najważniejszym zadaniem wykształcenia młodych pokoleń. Po prostu niech ten nieokrzesany „spec”, pełniący służbę niewolnika tak samo w ustroju wielkokapitalistycznym, jak i w ustroju bolszewickim, ma jeden niefachowy promień wiedzy w życiu: ten właśnie, który nastawi mu jego fachowy, jednostronny mózg raz na cale życie i każe mu wszystkie zbrodnie i gałgaństwa naokoło siebie uważać za naturalny, uzasadniony „naukowo” dopust życia społecznego. Jeżeli tak uwierzy, to się nie zbuntuje.«

Gluziński nie wspomniał o naukach przyrodniczych, które również są wykorzystywane do uprawiania propagandy. Skorumpowani naukowcy próbują udowadniać, że zmiany klimatyczne są spowodowane działalnością człowieka i emisją gazów cieplarnianych do atmosfery. To jest oczywiście trudne do udowodnienia i jest wielu takich, którzy twierdzą, że ocieplenie klimatu jest procesem naturalnym, który w przeszłości Ziemi miał wielokrotnie miejsce.

Z drugiej strony, nie trzeba żadnych dowodów, by zauważyć, jak niszczący wpływ na środowisko naturalne ma masowa produkcja, która powoduje rabunkową eksploatację zasobów naturalnych i zanieczyszczenie naszego środowiska. Ta produkcja i związany z nią handel wielkopowierzchniowy jest w rękach nielicznych, którzy z tego korzystają i bogacą się. Gdyby ta produkcja nie była tak tandetna, gdyby wytwarzano przedmioty, z których można by korzystać przez dziesiątki lat, to zużycie zasobów naturalnych nie byłoby tak szybkie i handel tymi towarami byłby rzadszy, co oznaczałoby zmniejszenie obrotów a więc i zysków. To z kolei skutkowałoby wolniejszym bogaceniem się właścicieli tych światowych korporacji. Co więcej, wiele z nich pewnie nie powstałoby, a środowisko naturalne nie byłoby tak zanieczyszczone. A czy gwałtowny przyrost liczby ludności po wojnie nie był im na rękę? Więcej ludzi – wzrost produkcji, większe obroty.

I teraz ci wielcy tego świata wmawiają nam, że Ziemia jest przeludniona, a człowiek zanieczyszcza jej środowisko naturalne i dlatego trzeba zredukować liczbę ludności, podczas gdy to właśnie oni, poprzez swoje globalne firmy produkcyjne i handel, zniszczyli środowisko i doprowadzili do upadku lokalną produkcję, handel, usługi i rolnictwo, bogacąc się przy tym niepomiernie. A teraz nam mówią: jest was za dużo, już jesteście niepotrzebni. Innymi słowy – murzyn zrobił swoje, murzyn może odejść. Problem jednak polega na tym, że murzyn chce żyć.

Wiele namiętności wzbudza teoria ewolucji. Ma ona swoich zagorzałych zwolenników jak i przeciwników. Ale spór toczy się również wśród samych zwolenników ewolucji o to, w jaki sposób ona sama przebiegała. Skąd tyle namiętności w dziedzinie, która wymaga bezstronności i obiektywizmu, tj. w nauce? Stąd, że w naukę wkracza ideologia i teorie naukowe muszą być z nią zgodne. Żeby to zrozumieć, trzeba cofnąć się do XVII wieku.

Henryk Rolicki w książce Zmierzch Izraela pisze:

»Spinoza stworzył swój system panteistyczno-materialistyczny, który łączył poniekąd w sobie dwie metody teologiczne, rozumową i mistyczną, filozoficzną i kabalistyczną. Oparcie poglądu na świat na twierdzeniu, że Bóg i materia to jedno, że Bóg obejmuje sobą cały świat materialny, że każda cząstka materii jest cząstką Boga, było z jednej strony potężnym poparciem badań nad materią, czyli przyrodniczych, z drugiej zaś dawało się pogodzić z naukami kabały. Toteż wiemy, że Spinoza był wielbicielem Zoharu i wierzył nawet w mesjańską rolę Sabbataja Cwi.

Tak pomyślany Bóg był w istocie swej niepoznawalny – a raczej mógł być poznawalny tylko przez poznanie materii, przez badanie przyrody. Co więcej – jako niepoznawalny – nie wymagał żadnych dogmatów, które by musiały się dopiero godzić z teoriami nauki, a więc był nader wygodny. Jako niepoznawalny nie wymagał nadto żadnych uczynków, żadnej etyki.

Filozofia Spinozy dała podkład naukowy pod ideologię lóż wolnomularskich. Skoro Bóg – to materia, to i prawa materii, prawa przyrodnicze są poniekąd Boskimi. Wielki Budowniczy, ten Bóg lóż wolnomularskich już w XVIII w. w ruchu filozoficznym jest ubóstwianą Naturą. Rodzą się stąd pojęcia religii danej człowiekowi przez przyrodę, tzw. religii naturalnej i etyki wrodzonej, tzw. etyki naturalnej. Oczywiście religia ta i etyka, dana człowiekowi każdemu niejako przyrodniczo, jest niezależna od wszelkich wyznań religijnych, a tym bardziej od narodowości czy rasy. Wiązanie religii i etyki z wyznaniem religijnym to „przesąd”. Stąd walka lóż z „przesądami”.

Przeciwieństwem „przesądu” jest „oświecenie”. „Oświecenie” – to nie tylko otrząśnięcie się z „przesądów”, lecz także uświadomienie sobie głosu natury, tj. poznanie praw religii naturalnej i etyki naturalnej, czyli znalezienie „światła”. „Światło” zaś promieniuje z lóż. Uznawanie wartości tego „światła”, to hołd złożony „duchowi czasu”, trwanie przy „przesądach” zwie się „wstecznictwem”.«

Parę dni temu natknąłem się na YouTube na piosenkę z Kabaretu Starszych Panów z 1962 roku zatytułowaną „Mambo Spinoza”. Film umieszczono w 2007 roku. Chodzi w nim o to, że treść piosenki powinna być filozoficzna, nie sentymentalna, nie liryczna. I to będzie ten przewrót w piosence. A dlaczego wybrano akurat Spinozę? Bo i on dokonał przewrotu. Przekaz wydaję się czytelny. A najnowszy komentarz, też sprzed paru dni, rozwiewa wszelkie wątpliwości: Trzaskowski brought me here.

Skoro więc religia naturalna i etyka naturalna, to nauki przyrodnicze muszą być z nimi w zgodzie. Nauka nie jest od tego, by szukać prawdy, tylko od tego, by wspierać obowiązującą ideologię. No i w końcu wypada wyjaśnić, co z tą ewolucją. Jerzy Dzik w książce Dzieje życia na Ziemi pisze:

„Dlaczego mechanizmy przebiegu ewolucji mają znaczenie dla filozofów? Okazuje się, że roztrząsając problemy ewolucji nikomu nieznanych organizmów sprzed milionów lat, stajemy na rozdrożu wymagającym wyboru jednej z wielu dróg wiodących ku poznaniu, wielu epistemologii. Było tak za czasów Trofima Łysenki, jest i dziś, choć szczęśliwie ryzyko podjęcia wyboru niewłaściwego w stosunku do okoliczności jest dziś znacznie mniejsze. Z jednej bowiem strony jest selekcjonistyczna teoria ewolucji (podstawowa dla syntetycznej teorii ewolucji) i koncepcja trzeciego świata Karla R. Poppera (podstawowa dziś dla politycznej koncepcji społeczeństwa otwartego), czy wreszcie sama metoda falsyfikacjonizmu. Eksponują one znaczenie samoregulacji i płynnej akomodacji do czynników zewnętrznych rozważanych układów otwartych, czyli organizmów, społeczeństw i konstrukcji naukowych. Na przeciwnym biegunie epistemologii saltacjonistyczne koncepcje ewolucji biologicznej, rewolucyjne koncepcje rozwoju społeczeństw czy koncepcja paradygmatów Thomasa S. Kuhna akcentują znaczenie nieciągłych przejść pomiędzy układami. Zmiany mają następować w wyniku dialektycznego kumulowania przeciwieństw i skokowego przejścia w nową jakość. Trzeba pamiętać o tych filozoficznych podtekstach, kiedy śledzi się dyskusje o ewolucji.”

Przekładając to na normalny język, chodzi o spór, czy ewolucja przebiegała w sposób ciągły i zmiany zachodziły stopniowo, czy – nagły i zmiany następowały gwałtownie. To samo dotyczy społeczeństw. Z jednej strony mamy koncepcję społeczeństwa otwartego, a więc powolnego jego przekształcania, z drugiej – gwałtownego, poprzez nagłe zmiany rewolucyjne. Koncepcja społeczeństwa otwartego, to Popper – guru Sorosa. Z drugiej – rozwój poprzez sprzeczności i gwałtowne rewolucyjne zmiany, czyli marksistowska interpretacja dziejów. Tak więc po obu stronach barykady mamy Żydów.

I ktoś w tym momencie mógłby zapytać: po co w to wszystko mieszać ewolucję? No to wypada wrócić do Spinozy – do jego, że Bóg jest Naturą. A skoro tak, to prawa natury mają zastosowanie wśród ludzi, w społeczeństwach. Jeśli więc w naturze, w trakcie ewolucji przeżywają najlepiej przystosowani, to i w społeczeństwach obowiązuje ta sama zasada. Mamy tu legitymizację liberalizmu: wszystko wolno, tak działa natura, a my jesteśmy częścią natury. I to jest ten przewrót, którego dokonał Spinoza, a o którym tak niewinnie śpiewali dwaj masoni.

Niektórym zwolennikom nagłych, katastroficznych zmian chodzi nie tyle o zgodność z taką czy inną filozofią czy ideologią, ale o zgodność ze Starym Testamentem, w którym takie nagłe zdarzenia zostały opisane. Chodzi oczywiście o potop i plagi egipskie. Obecnie mamy do czynienia z próbą wywołania takiej rewolucyjnej zmiany, po której świat byłby już zupełnie inny. Nie trudno więc chyba domyślić się, kto tym wszystkim kieruje.

Faszyzm

Faszyzm kojarzy się wielu ludziom z czymś najgorszym. Jeśli chcą kogoś obrazić, przypiąć mu jakąś łatkę, to mogą go nazwać komunistą, nazistą, ale najczęściej nazwą go faszystą. Znaczy to w ich mniemaniu, że faszysta jest czymś gorszym niż komunista czy nazista. To wszystko oczywiście zawdzięczamy wieloletniej żydowskiej propagandzie. Taką negatywną ocenę zawdzięcza faszyzm temu, że nazizm określa się często jako skrajną odmianę faszyzmu, dając tym samym do zrozumienia, że wprawdzie nazizm był potwornością, ale jest jeszcze coś gorszego – faszyzm. Obie doktryny mają wspólne cechy, ale też są i różnice i stawianie znaku równości pomiędzy nimi, a tym bardziej sugerowanie, że faszyzm jest jeszcze gorszy, jest daleko idącym uproszczeniem, żeby nie powiedzieć – kłamstwem.

Faszyzm najkrócej można scharakteryzować tak, jak zrobił to sam Mussolini: „wszystko w państwie, nic poza państwem, nic przeciwko państwu”. Z kolei nazizm, czyli narodowy socjalizm odwołuje się do narodu i wiary w rasowe posłannictwo narodu niemieckiego. Tak więc w faszyzmie mamy do czynienia z kultem państwa, w nazizmie – z kultem narodu.

Nie sposób jednak zrozumieć faszyzmu, jeśli nie wyjaśnimy sobie jego nazwy. A to można wyczytać chociażby w Wikipedii.

Faszyzm (od łac. fasces – wiązki, rózgi liktorskie i od wł. fascia – wiązka, związek) – doktryna polityczna powstała w okresie międzywojennym we Włoszech, sprzeciwiająca się demokracji parlamentarnej, głosząca kult państwa, silne przywództwo, terror państwowy i solidaryzm społeczny. Faszyzm podkreślał wrogość zarówno wobec liberalizmu jak i komunizmu. To nam wyjaśnia, skąd taka zapiekłość Żydów do faszyzmu. Początkowo nazwa odnosiła się do włoskiego pierwowzoru. Później stosowano ją powszechnie wobec narodowego socjalizmu. Faszyzm uważa się za ideologię prawicową lub hybrydową tj. łączącą elementy lewicowe i prawicowe. Sami faszyści nie uważali się ani za prawicę, ani za lewicę.

Fasces – wiązki lub rózgi liktorskie, to obwiązany rzemieniem pęk rózg, czasem z zatkniętym weń toporem o żelaznym ostrzu. Pierwotnie stanowiły one symbol władzy każdego etruskiego króla. Następnie wykorzystywali go Rzymianie. Były noszone przed cesarzem i wyższymi urzędnikami przez liktorów (niżsi funkcjonariusze, urzędnicy).

W czasach nowożytnych rózgi liktorskie stały się symbolem:

  • idei republikańskiej; w tym charakterze znajdują się w godle Francji i innych państw
  • przed 1914 rokiem ruchów lewicowych i włoskich rewolucjonistów
  • ruchu faszystowskiego i narodowo-socjalistycznego
  • wszechwładzy i siły pastwa; w tym charakterze wykorzystywany m.in. we Włoszech i Niemczech

Obwiązany rzemieniem pęk rózg, czyli rózgi liktorskie to symbol siły, jedności, trwałości. Jedną czy dwie takie rózgi można bez problemu złamać, ale cały pęk i do tego obwiązany rzemieniem – na to nie ma siły. Taki monolit miało stanowić faszystowskie państwo. Nawiązywano więc nie tylko do tradycji historycznej, ale i do tego, że w jedności siła. Faszyści zdawali sobie sprawę z tego, jak osłabia państwo demokracja, liberalizm, komunizm i temu podobne żydowskie wynalazki. A Żydzi szybko zorientowali się, jakim zagrożeniem dla nich jest tak zorganizowane państwo.

Państwo faszystowskie było państwem korporacyjnym. Takim były Włochy za czasów Mussoliniego w latach 1922-1943. Podobnie było w Hiszpanii i Portugalii.

Korporacjonizm – doktryna społeczno-gospodarczo-polityczna o charakterze samorządu (stanowego, zawodowego, branżowego), postrzegająca społeczeństwo i państwo jako naturalne i solidarne organizmy. W pierwotnym założeniu korporacjonizm miał integrować wszystkie grupy społeczne (warstwy, klasy, branże gospodarcze), godzić ich interesy i tłumić konflikty pomiędzy nimi.

W znaczeniu wtórnym korporacjonizm używany jest zamiennie z kapitalizmem państwowym. Korporację tworzy całe państwo, a różnice interesów dzielące poszczególne grupy (np. pracownicy, pracodawcy) są niwelowane poprzez negocjowanie stanowisk (korporacjonizm liberalny) bądź też arbitraż ze strony władzy państwowej (korporacjonizm autorytarny). Celem państwa-korporacji jest współdziałanie polityków i przedsiębiorców, mające w perspektywie wzmacnianie ich wpływów na arenie polityki międzynarodowej i na międzynarodowym rynku, kosztem innych państw i przedsiębiorców z zewnątrz. Rząd stanowi jednocześnie zwierzchni zarząd przedsiębiorstw, niezależnie od ich stanu własnościowego (państwowe czy prywatne), zaś gospodarka podporządkowana jest centralnemu planowaniu.

We fragmencie poświęconym korporacjonizmowi Wikipedia cytuje Mussoliniego.

»W 1925 roku Benito Mussolini przyjął ukute przez niechętnego mu Giovanniego Amendolę określenie totalitario i nadał mu pozytywny wydźwięk, charakteryzując go zwrotem: „wszystko w państwie, nic poza państwem, nic przeciwko państwu”. W eseju „Doktryna faszyzmu” z 1932 roku pisał:

Jeśli ten, kto mówi: liberalizm, mówi: jednostka, to ten, kto mówi: faszyzm, mówi: państwo. Lecz państwo faszystowskie jest jedyne i jest tworem oryginalnym. Nie jest reakcyjnem, lecz rewolucyjnem, o tyle, o ile uprzedza rozwiązanie określonych zagadnień powszechnych, a mianowicie tych, które gdzie indziej rozdrobnienie partyjne, przewaga parlamentaryzmu, nieodpowiedzialność zgromadzeń umieszcza na płaszczyźnie politycznej, a coraz to liczniejsze i potężniejsze funkcje syndykalne, tak robotnicze, jak i przemysłowe stawiają przez swe konflikty i porozumienia na płaszczyźnie ekonomicznej – rozwiązanie tych zagadnień, które na płaszczyznę moralną przenosi konieczność porządku, karności i posłuszeństwa wobec tych, co są moralnem sumieniem ojczyzny. Faszyzm chce państwa silnego, organicznego i spoczywającego równocześnie na szerokiej podstawie ludowej. Państwo faszystowskie zagarnęło też z powrotem dla siebie dziedzinę gospodarki i poprzez instytucje korporatywne, społeczne, wychowawcze przezeń stworzone, zmysł państwa dociera aż do najdalszych odgałęzień i, ujęte w kadry odnośnych organizacyj, krążą w państwie wszystkie siły polityczne, ekonomiczne i duchowe narodu. Państwo, spoczywające na milionach jednostek, które je uznają, odczuwają, są gotowe do służenia mu, nie jest tyrańskiem państwem średniowiecznego władcy. Nie ma też nic wspólnego z absolutystycznemi państwami z czasów przed 1789 r. lub po r. 1789. W państwie faszystowskiem jednostka jest nie unicestwiona, lecz raczej pomnożona, tak jak w pułku żołnierz jest nie pomniejszony, lecz raczej pomnożony przez liczbę swoich towarzyszy. Państwo faszystowskie organizuje naród, lecz zostawia następnie jednostkom wystarczające pole ruchów: ograniczyło wolności nieużyteczne lub szkodliwe, a zachowało te, które są istotne. Rozstrzygać w tej dziedzinie nie może jednostka, lecz państwo.«

To jest cytat. Wikipedia korzysta tu z przedwojennego tłumaczenia i interpunkcji narzuconej przez tłumacza. Obie te rzeczy wypadałoby uaktualnić dla łatwiejszego zrozumienia przez współczesnego czytelnika, bo Doktryna faszyzmu była wydana na początku lat 90-tych, chyba przez jakieś niszowe wydawnictwo, i w nowym tłumaczeniu.

W tym samym eseju Mussolini pisze też:

„Państwo faszystowskie, najwyższa i najpotężniejsza forma osobowości, jest siłą, ale siłą duchową. Skupia ona wszystkie formy moralnego i intelektualnego życia człowieka. Nie może się więc ograniczyć do zwykłych czynności utrzymania porządku i sprawowania opieki, jak tego chciał liberalizm. Nie jest prostym mechanizmem, który ograniczałby sferę domniemanych swobód indywidualnych. Jest formą i normą wewnętrzną, jest ujęciem w karby dyscypliny całego człowieka, przenika tak wolę, jak i rozum. Jego zasada, ożywiająca go centralna idea, najistotniejsze natchnienie osobowości ludzkiej, żyjącej we wspólnocie obywatelskiej, zstępuje do głębi i zagnieżdża się tak w sercu człowieka czynu, jak i myśliciela, tak artysty, jak i uczonego: ona, co jest istotą duszy.”

„Faszyzm (…) jest nie tylko prawodawcą i założycielem instytucji, lecz także wychowawcą i krzewicielem życia duchowego. Chce odnowić nie formy życia człowieka, ale treść człowieka: charakter i wiarę. I w tym celu pragnie karności i autorytetu, które zstąpiłyby w dusze i zdobyły w nich rząd niezaprzeczony. Przeto jest jego symbolem pęk rózg liktorskich – symbol jedności, siły i sprawiedliwości.”

„Życie w pojęciu faszysty jest poważne, surowe, religijne. Faszysta gardzi życiem wygodnym. Faszyzm pragnie człowieka czynnego i zwróconego ku działaniu.”

Państwo faszystowskie wskazuje drogę narodowi, a nawet innym narodom, jest strażnikiem ducha wypracowanego w ciągu wieków przez język, tradycję i wiarę. Mussolini przestrzegał: myślenie jakoby dobrobyt = szczęście, zamienia ludzi w zwierzęta, których jedynym celem jest się tuczyć.

„Faszyzm pragnie człowieka czynnego i wszystkimi swoimi siłami zwróconego ku działaniu: chce, aby był on po męsku świadom trudności, które napotyka i gotów stawić im czoło.”

Podstawowe idee faszyzmu:

1. Jednym z obowiązków państwa jest wygaszanie walki klasowej, która stanowi pożywkę dla socjalizmu. Skuteczną metodą ma być zastosowanie w życiu gospodarczo-społecznym systemu korporacyjnego, by na miejsce konfliktu między kapitałem a pracą, pojawił się solidaryzm społeczny. Społeczeństwo w faszystowskiej wizji świata jest bierne, nie wykazuje samodzielnej inicjatywy. Tę dzierży niepodzielnie państwo. Ono reguluje, kontroluje, nakazuje i wyznacza jedynie słuszny kierunek.

2. Faszyzm jest przeciwny demokracji, która utożsamia naród z większą liczbą, ściągając go do niskiego poziomu większości, lecz jest czystą formą demokracji, jeśli się naród pojmuje tak, jak powinno, jakościowo, a nie – ilościowo, jako ideę potężniejszą, bo wyższą moralnie, bardziej zwartą, prawdziwą, która urzeczywistni się w narodzie jako świadomość i wola niewielu, a nawet jednego, a który to ideał dąży do urzeczywistnienia się w świadomości i woli wszystkich.

3. Założyliśmy państwo korporacyjne i faszystowskie, państwo społeczności narodowej, państwo skupiające, kontrolujące, harmonizujące i uzgadniające interesy wszystkich warstw społeczeństwa, które wiedzą, że są w równej mierze pod jego opieką. I gdy przedtem, za czasów ustroju demoliberalnego, masy pracujące odnosiły się do państwa z nieufnością, były poza obrębem państwa, były przeciwko państwu, uważały państwo za nieprzyjaciela w każdym dniu, w każdej godzinie, nie ma dziś Włocha, który by pracował, a nie domagał się swego miejsca w korporacjach, w federacjach, który by nie pragnął być żywą komórką tego wielkiego, niezmierzonego żywego organizmu, jakim jest narodowe korporacyjne państwo faszystowskie.

4. Faszyzm przeczy temu, by liczba przez to tylko, że jest liczbą, mogła kierować społeczeństwami ludzkimi; przeczy by liczba ta mogła rządzić poprzez odbywające się periodycznie obrady: stwierdza nieusuwalną a płodną i dobroczynną nierówność tych, którzy nie mogą stać się równymi poprzez mechaniczny i zewnętrzny fakt, jakim jest powszechne prawo głosowania. Ustroje demokratyczne można zdefiniować jako takie, w których daje się od czasu do czasu ludowi złudzenie, że jest władcą, gdy faktycznie prawdziwą władzę dzierżą inne siły, niejednokrotnie nieodpowiedzialne i utajone. Demokracja jest ustrojem bez króla, lecz z wieloma królami, niekiedy bardziej ekskluzywnymi, tyranizującymi i rujnującymi niż jeden król, chociażby był tyranem.

To również są cytaty z Mussoliniego i też zawarte są w eseju „Doktryna faszyzmu”. Wygłaszał je na różnych wiecach, zebraniach itp. Widać więc, że faszyzm jest zupełnie czymś innym niż powszechnie uważa się. Łączy się faszyzm i nazizm w jedno. To oczywiście zasługa uprawianej od zakończenia wojny propagandy antyfaszystowskiej. Dzięki niej dowiedzieliśmy się też, że istniały dwa narody niemieckie: Niemcy-naziści i Niemcy. Później okazało się, że są już tylko jacyś naziści i Niemcy. Czym był więc ten nazizm, czyli narodowy socjalizm, skoro oddzielono go od Niemców? I czy słusznie? I znowu wypada odwołać się do Wikipedii.

Narodowy socjalizm, nazizm – to rasistowska, antykomunistyczna, antydemokratyczna i antysemicka ideologia Narodowosocjalistycznej Niemieckiej Partii Robotników (NSDAP). Niemiecka, skrajna odmiana faszyzmu, opierająca się na darwinizmie społecznym, biologicznym rasizmie, w szczególności na antysemityzmie, wyrosła na gruncie militaryzmu pruskiego i niemieckiego szowinizmu, czerpiąca z haseł nacjonalnych, jak i socjalnych.

Nazwę doktryny przypisuje się konserwatywnemu myślicielowi Oswaldowi Spenglerowi, który w eseju Duch pruski a socjalizm (1919) przedstawił własną koncepcje terminu socjalizm, odmienną od powszechnie z nim kojarzonym socjalizmem naukowym lewicy rewolucyjnej. Perspektywa Spenglera przedstawiała wielowiekowe zmagania Niemiec o korzystną pozycję wśród innych narodów i walkę o dominację nad nimi mającą charakter rewolucji narodowej. Tak pojęty socjalizm narodu niemieckiego przeciwstawia parlamentaryzmowi brytyjskiemu, określonemu jako nieskuteczny, a także marksizmowi, który uważa za czynnik konfliktujący elity konserwatywne oraz zwykłych pracowników. Spengler nie był jedynym konserwatystą, z którego dorobku czerpał nazizm. Inni to: Hegel, Schopenhauer oraz Nietzsche.

Z powyższego opisu wynika, że nazizm wyrastał z wiary w rasowe posłannictwo narodu niemieckiego, a stąd już blisko do mesjańskiej doktryny narodu żydowskiego. Musiał być więc nazizm z założenia antysemicki. Nie może być dwóch narodów wybranych. To jednak wcale nie przeszkadzało wielu Żydom tworzyć ruch nazistowski i często zajmować kluczowe w nim stanowiska.

Antysemityzm zarzucano też faszyzmowi. Wikipedia pisze: Jednakże mniej radykalne tony antysemickie pojawiały się już 1919 roku. Benito Mussolini w 1919 roku stwierdził, że za rewolucję w Rosji odpowiadają żydowscy bankierzy z Nowego Jorku i Londynu a 80% przywódców radzieckich to Żydzi. W 1934 roku w deklaracji końcowej Faszystowskiego Kongresu Międzynarodowego stwierdzono m.in. że Żydzi parają się okultyzmem, próbują doprowadzić do międzynarodowej rewolucji, zwalczają cywilizację chrześcijańską i idee patriotyczne.

Faszyzm i nazizm miały wspólne cechy, jak chociażby to, że uważały, że nie ma konfliktu klas społecznych i że interesy wszystkich warstw można pogodzić. Dlatego i jedna i druga doktryna uważały marksizm za wroga. I tak jak napisałem na początku, faszyzm można streścić w trzech punktach: wszystko w państwie, nic poza państwem, nic przeciwko państwu. Nazizm też można streścić w trzech punktach: ein Volk, ein Reich, ein Führer. Obie ideologie postrzegały organizację państwa i społeczeństwa zupełnie odmiennie niż w innych państwach, w których Żydzi dążyli do rozbijania i konfliktowania społeczeństw poprzez tworzenie systemów wielopartyjnych i nierówności społecznych, wynikających z nadmiernego bogacenia się jednych i ubożenia innych, bądź poprzez wprowadzanie ideologii walki klas. Czy tak, czy tak, zawsze chodziło o skłócanie społeczeństw. Nic więc dziwnego, że Żydzi oba te systemy darzą taką nienawiścią.

Faszyzm był ustrojem totalitarnym, bo chciał wszystkim narzucić własny system wartości, nie pytając nikogo o zdanie. Mussolini wychodził z założenia, że to czego człowiek potrzebuje do szczęścia, to praca i bycie częścią społeczności, z którą się utożsamia oraz rozwijanie swojej duchowości w oparciu o religię. Uważał, że ludzie w większości nie wiedzą, co jest dla nich dobre, i że trzeba ich do tego przymusić siłą.

Miał on we Włoszech wielu przeciwników. Wszak to stamtąd wywodzą się ruchy humanistyczne, które zapoczątkowały reformację. W filmie Federico Felliniego Rzym z 1972 roku można usłyszeć takie zdanie: Juliusz Cezar był faszystą, Rubikon przekroczył, Rzym otoczył. Zapewne jest to nawiązanie do Marszu na Rzym, jak określa się faszystowski zamach stanu z 1922 roku. Wzięło w nim udział, jak pisze Wikipedia, około 30 tysięcy osób (w tym około 200 Żydów). Wszędzie się wkręcą!

Pojęcie totalitaryzmu zmienia się. Mussolini pisał, że w demokracji mamy do czynienia z wielu królami, czyli tyranami, którzy gorsi są od jednego nawet największego tyrana. Chciał faszyzmu dla dobra ludzi, nawet wbrew ich woli. Współczesna „demokracja” też chce, dla naszego dobra, nawet wbrew naszej woli, wszystkich nas zaszczepić. Już nie używają tego słowa. Mają nowe – wyszczepić, które kojarzy mi się z innym – wytępić.

Słowo „szczepić” i „zaszczepić” oznacza mniej więcej to samo: wprowadzić do ustroju ludzkiego albo zwierzęcego zabite lub osłabione drobnoustroje chorobotwórcze lub ich toksyny, powodujące powstawanie przeciwciał. To w celu uodpornienia organizmu, uczynienia go, w pewnym sensie, lepszym. W ogrodnictwie słowo „zaszczepić” oznacza połączenie części pędu szlachetnej odmiany z ukorzenionym dziczkiem w celu uszlachetnienia rośliny dzikiej lub na szlachetnej odmianie zaszczepić inną, bardziej pożądaną odmianę.

Po co więc ktoś wprowadza nowe słowo z przedrostkiem „wy” w sytuacji, gdy mamy już właściwe słowo, oddające istotę rzeczy? To „wy” jest przeciwieństwem „za”. „Wyszczepić” oznacza w tym kontekście przeciwieństwo „zaszczepić”. Zaszczepienie jest w celu uszlachetnienia rośliny i uodpornienia człowieka. Idąc dalej tym tropem – wyszczepienie jest w celu zmniejszenia jego uodpornienia. Przekaz ministra śmierci jest czytelny. Mówi nam wprost – szczepienia (wyszczepienia) są po to, by was wytępić. Żydzi kabaliści lubują się w nadawaniu słowom, liczbom, symbolom ukrytych znaczeń.

Mussolini chciał, wbrew woli ludu, uczynić go lepszym. Nie był pierwszym, który posunął się do przemocy, by wskazać ludowi, co jest dla niego dobre. W VI wieku p.n.e. Ezdrasz i Nehemiasz przekonywali swoich ziomków, że są „nasieniem świętym i narodem osobliwym, wybranym”, że zawładną całym światem, jeżeli będą posłuszni Staremu Zakonowi. Żydzi w końcu uwierzyli w ich obietnice i poddali się ich rozkazom. Któż więc lepiej niż oni wie, jak groźnym dla nich mógłby być faszyzm, gdyby udało się go utrzymać, choćby w jednym państwie.

Reset

„Reset” to angielskie słowo, znane wszystkim, którym kiedyś „zawiesił się” komputer. W takiej sytuacji nie reaguje on na żadne „bodźce” tj. na klawiaturę i myszkę. I jedyną rzeczą, jaką możemy zrobić, to wyłączyć go i ponownie włączyć. Jeśli mamy trochę szczęścia, to wszystko wróci do normy i znowu będziemy mogli wydawać mu „rozkazy”. Tak to działa w przypadku maszyn, które są urządzeniami prostymi, ale skomplikowanymi. Prostymi, bo działają według określonych procedur. Skomplikowanymi, bo ich skonstruowanie wymaga wielkiej wiedzy, pracy wielu ludzi i wykorzystania wielu surowców i materiałów. Zupełnie inaczej jest z gospodarką, która nie jest urządzeniem prostym, a jednocześnie jest skomplikowana. Problem polega na tym, że jej częściami składowymi są ludzie. A ludzie, to nie są poszczególne elementy maszyny czy urządzenia. Nie rozumieją tego inżynierowie, może nie wszyscy, ale większość. Nie rozumieją tego cybernetycy, którym się wydaje, że ludźmi i społeczeństwami można sterować tak jak maszynami.

Początkowo, gdy wybuchła ta plandemia, jak niektórzy nazywają tę epidemię, to jeszcze nie bardzo było wiadomo, o co w tym wszystkim chodzi. Dziś już wiemy, że jest to działanie planowe, skoordynowane w skali świata. Zbyt dużo tu nielogiczności: jedni mogą pracować i „roznosić” wirusa, inni mają siedzieć w areszcie domowym; w jednych miejscach może gromadzić się więcej osób, w innych – mniej. Skoro nie można zamknąć całej gospodarki, bo nie można, to jaki sens ma zamykanie tylko niektórych jej działów. Jakoś dziwnym trafem uderza to przeważnie w małe i średnie firmy. O co tu chodzi? Czy nie jest to zasłona dymna i usprawiedliwienie dla innych działań?

Czy pod pretekstem walki z „epidemią” nie chce się dokonać resetu gospodarki? Wszystko wskazuje na to, że doszła ona do stanu, w którym nie reaguje na żadne bodźce w postaci wtłaczania w nią kolejnych partii pustych pieniędzy. Jakby „zawiesiła się”. Resetowanie ma więc polegać, tak jak w przypadku komputera, na jej wyłączeniu, przynajmniej częściowym, i ponownym jej włączeniu. Problem jednak polega na tym, że gospodarka to nie komputer.

W maszynach poszczególne elementy działają niezależnie i jak wszystkie są sprawne, to maszyna działa. W przypadku ludzkich interakcji jest inaczej. Wyłączenie pewnych działów gospodarki nie oznacza, że po ich ponownym włączeniu, wszystko wróci do normy. Żeby nie szukać daleko, posłużę się własnym przykładem. Zamknięto zakłady fryzjerskie. Ponieważ odwiedzałem jeden z nich, co dwa tygodnie, to był to dla mnie problem. Strzygę się krótko i źle się czuję z długimi włosami. Kupiłem więc maszynkę i sam się obsługuję. Nie jest to problem, bo, w moim wypadku, wystarczy przejechać nią po głowie. Gdy ktoś ma inne wymagania, to jest zależny od fryzjera. Ale ja już chyba nie wrócę. Może raz na jakiś czas. Ilu może być takich ludzi? Podobnie może być w przypadku restauracji, barów, kawiarni, hoteli, pensjonatów, salonów kosmetycznych, masażu. Można by tak wymieniać bez końca. Niektórzy mogą stwierdzić, że skoro już tyle czasu bez nich się obchodzą, to może i dalej się obejdą. Ale jest i druga strona medalu. Wielu z tych, którzy prowadzili jakąś działalność gospodarczą może dojść do wniosku, że nie warto do niej wracać, bo nie ma gwarancji, że za chwilę rząd znów wszystkiego nie pozamyka. To jest tylko zarysowanie problemu. Ja tylko chciałem uzmysłowić, jak bardzo skomplikowanym organizmem jest gospodarka i jak bardzo nieprzewidywalne mogą być ludzkie zachowania. Ja na początku nawet nie myślałem o zakupie maszynki do strzyżenia włosów.

Problemem jest jednak to, dlaczego gospodarka doszła do ściany? Żeby odpowiedzieć na to pytanie, trzeba zadać sobie inne: czy gospodarka może rozwijać się w nieskończoność? Czy inwestycje mogą cały czas ją pobudzać? Jest wielu takich, którzy uważają, że granicę wzrostu stanowi ograniczoność naszych zasobów naturalnych, a szczególnie źródeł energii paliw kopalnych, że energia odnawialna w postaci energii wiatrowej i słonecznej nie rozwiąże problemu. Jedną z tych osób jest Gail Tverberg.

Gail Tverberg jest aktuariuszką, chyba już emerytowaną. Ponadto zajmuje się problematyką ograniczoności zasobów naszego świata. Na swoim blogu „Our Finite World” zamieściła ciekawy artykuł: „COVID-19 and oil at $1: Is there a way forward?” (COVID-19 i ropa po 1$: Czy jest jakieś wyjście?). Wydaje mi się, że warty przybliżenia. Ja przedstawiam go w pewnym skrócie. Zachęcam jednak do odwiedzenia strony, bo oryginalny tekst zawiera wykresy, które dobrze obrazują pewne tendencje w ujęciu historycznym. Tu link: https://ourfiniteworld.com/2020/04/21/covid-19-and-oil-at-1-is-there-a-way-forward/

Według niej żyjemy w świecie samo-organizującej się gospodarki, której składnikami są biznes, klienci, rządy i stopy procentowe. A naszym podstawowym problemem są ograniczone zasoby naszej planety i to, że ludność świata przekroczyła liczbę, dla której zasoby naturalne są za małe. Za małe dla tej zglobalizowanej gospodarki. Pewne kluczowe jej obszary można byłoby uratować, przynajmniej czasowo, gdyby mogły działać jako niezależne od siebie części. Znaczyłoby to, ni mniej ni więcej, jak tylko odejście od globalizacji.

1. Porównuje gospodarkę do ręcznej pompy. Żeby popłynęła woda, trzeba nacisnąć dźwignię, a do tego potrzebna jest energia. Jednym słowem, do napompowania wody potrzebna jest na wejściu energia. Podobnie jest z gospodarką, tyle że warunków, jakie trzeba spełnić, by uzyskać odpowiednie dobra jest o wiele więcej. Są to:

  • Energia ludzka.
  • Energia uzupełniająca taka jak uzyskiwana w wyniku spalania biomasy, energia zwierząt, elektryczność i paliwa kopalne.
  • Inne źródła to żyzne gleby, świeża woda i różnego rodzaju surowce.
  • Dobra kapitałowe wypracowane w poprzednich pokoleniach. To mogą być fabryki i maszyny do nich.
  • Administracja i wsparcie rządu, uwzględniające prawo, drogi i szkoły.
  • Zaangażowanie biznesu i jego innowacyjność.
  • Sektor finansowy zapewniający ciągłość obrotu pieniądzem.

Jeśli więc spełnione są powyższe warunki wstępne, to w ich wyniku otrzymamy:

  • Żywność i możliwości jej przyrządzania i gotowania.
  • Inne dobra takie jak domy samochody, ciężarówki, telewizory, ropa.
  • Usługi takie jak edukacja, ochrona zdrowia i turystyka.

2. Po to, by gospodarka funkcjonowała właściwie niezbędny jest wzrost zużycia energii uzupełniającej tj. paliw kopalnych. Najlepiej rozwija się ona, jeśli odpowiednio do jej wzrostu rośnie wykorzystanie tej energii. Wzrost gospodarki obejmuje przyrost ludności i wzrastający poziom życia. Gdy mamy do czynienia z kryzysem, to spadają też ceny ropy i jej zużycie. Tak było w czasie wojny secesyjnej w Ameryce około 1860 roku, w latach 30-tych. Podobnie było w latach 1991-2000 po upadku ZSRR i jego sojuszników.

3. Zanim jeszcze pojawił się wirus Covid-19, to gospodarka światowa doszła do ściany. Dlaczego tak się stało? Różnie to można interpretować.

Problem Chin. Dopóki gospodarka Chin opierała się na własnych zasobach taniego węgla, to rosła. Tak było w latach 2002-2012. Kłopoty zaczęły się po roku 2012, gdy dynamicznie rozwijającej się gospodarce zaczęło brakować własnej energii i trzeba było uzupełnić braki importem. Zaczęło się od spadku produkcji cementu w 2017 roku. W 2018 roku nastąpił spadek sprzedaży samochodów.

Dług. Zbyt wielki jego przyrost. Jeśli gospodarka światowa załamie się, jego spłata okaże się niemożliwa. Wzrost zadłużenia w stosunku do produktu krajowego brutto sugeruje taki scenariusz.

Stopy procentowe zbliżone do zera sugerują, że gospodarka dochodzi do granic swoich możliwości. W czasach prosperity one rosną, ale to nie przeszkadza w rozwoju.

Rosnące zróżnicowanie wynagrodzeń. Wynika ono głównie z rozwoju technologii i globalizacji. Jednak niskie wynagrodzenia przeciętnych ludzi prowadzą do ograniczenia ich konsumpcji i spadku poziomu życia.

Zbyt niskie ceny towarów. Ludzie zarabiający mało nie są w stanie pozwolić sobie na zakup wielu dóbr. Ten ich brak siły nabywczej powoduje, że ceny produktów końcowych są zbyt niskie dla producentów, by mogli je sprzedawać z odpowiednim zyskiem. Ceny ropy już w 2019 roku były zbyt niskie dla ich producentów.

4. Wirus COVID-19 i związana z nim epidemia staje się problemem, który nie zniknie tak szybko. Przede wszystkim dlatego, że nie da się go tak łatwo pokonać. W wielu przypadkach wirus jest zaraźliwy, gdy występuje w formie bezobjawowej. Może być też zaraźliwy, gdy choroba minie. Bez monstrualnie wysokiej liczby testów nie da się określić czy pilot dostarczający cargo nie jest zarażony. Nikt nie będzie w stanie stwierdzić czy robotnik wracający do fabryki też nie jest zarażony. Próby opanowania tego wirusa są skazane na niepowodzenie.

Co gorsza, z tego co wiemy, nikt nie może liczyć na trwałe uodpornienie się po przebyciu choroby. Osoba, która wydaje się odporna dziś, może nią nie być w następnym tygodniu czy roku. Wydawanie zaświadczenia, że dana osoba jest odporna, wcale nie oznacza, że będzie odporna za tydzień lub rok. Z tych właśnie powodów wydaje się, że pozbycie się tego wirusa jest niemożliwe. Raczej powinniśmy nauczyć się żyć z nim, mając świadomość, że może powrócić w zmutowanej formie. W każdym razie należy liczyć się z tym, że w przyszłości będą nas dopadać różne pandemie. Ludzkie patogeny ciągle ewoluują, a współczesne antybiotyki są coraz mniej skuteczne.

5. W przeszłości gospodarka światowa była zorganizowana jako wiele niezależnych od siebie gospodarek. Każda działająca jako niezależna pompa ekonomiczna. Takie rozwiązanie jest o wiele bardziej stabilne niż jedna ogólnoświatowa, połączona siecią zależności, gospodarka.

Jeśli gospodarka światowa jest zorganizowana jako grupa indywidualnych gospodarek, luźno ze sobą związanych, to ma wiele zalet:

(a) Epidemie nie będą tak groźne.

(b) Każda gospodarka sama decyduje o swojej przyszłości; może stworzyć własny system finansowy; może decydować, co kto posiada; może zadekretować, że płace będą wyrównane lub nie za bardzo wyrównane.

(c) Jeśli w danej gospodarce populacja wzrasta proporcjonalnie do zasobów lub jeśli pogoda, klimat zmienia się na gorsze, to taka gospodarka może upaść, nie wpływając na resztę gospodarek świata. Po okresie zastoju lasy mogą odrodzić się, gleba stanie się bardziej żyzna, co w późniejszym okresie pozwoli na nowy porządek.

(d) Taka gospodarka jest bardziej stabilna, ponieważ nie zależy od prawidłowego działania wszystkiego wszędzie.

6. Działania podejmowane obecnie w związku z wirusem COVID-19, w połączeniu ze złą kondycją gospodarki, skłoniły mnie do wniosku, że gospodarka światowa zmierza ku poważnemu resetowi.

Ostatnio byliśmy świadkami zgodnego działania światowych liderów, którzy w celu opanowania wirusa postanowili pozamykać gospodarki. Nie ma to jednak żadnego sensu:

Zagrożenie głodem. Większość ludzi bez oszczędności nie poradzi sobie bez dochodu przez dłuższy czas, nawet kilka tygodni może być za długim okresem. Dotyczy to szczególnie Indii i biednych krajów afrykańskich. Ofiary śmiertelne z powodu głodu będą prawdopodobnie większe niż 2% śmiertelność z powodu COVID-19.

Zagrożenie, że ceny ropy i innych towarów spadną poniżej poziomu opłacalności dla producentów. Jeśli żywność nie może być sprzedana do restauracji, to jej ceny też spadną. W takim wypadku jej producenci wolą ją po prostu zakopać niż dostarczyć na rynek.

Zagrożenie niespłacalnością kredytów i spadkiem cen papierów wartościowych. System finansowy jest oparty na zobowiązaniach. A one mogą być zrealizowane, gdy będzie ropa i dobra, które produkujemy w oparciu o nią. Gospodarka to samo-organizujący się system. Jeśli rzeczywiście istnieje szansa, że część światowej gospodarki przetrwa, a część – upadnie, to spodziewam się, że samo-organizująca się natura systemu zadziała w tym kierunku.

7. Zresetowana gospodarka światowa będzie wyglądała inaczej. Jej część przetrwa, ale będzie działać w zupełnie innych realiach. Są działy gospodarki, które praktycznie nie działają:

  • System finansowy jest za bardzo rozbudowany. Jest zbyt duże zadłużenie a ceny majątku trwałego sztucznie zawyżone z powodu niskich stóp procentowych.
  • Ludność świata, w stosunku do zasobów, jest zbyt liczna.
  • Zróżnicowanie w zakresie wynagrodzenia i bogactwa jest zbyt duże.
  • Zbyt wiele wydaje się na system finansowy, ochronę zdrowia, edukację, rozrywkę i podróże.
  • Cała ta mobilność współczesnego świata ułatwia tylko zakażenia i przenoszenie chorób.

Ale pomimo tych problemów są pewne działy gospodarki, które można przywrócić do normalności. W niezglobalizowanym świecie to, co dziś uważamy za wartościowe, może być znacznie tańsze. – Wieżowce – ze względu na możliwość rozprzestrzeniania się patogenów. Z tej samej przyczyny transport publiczny może stracić. Produkcja uzależniona od surowców z odległych części świata – podobnie. Lokalna produkcja będzie musiała oprzeć się o lokalne surowce.

Praktycznie cały obecny dług będzie musiał być umorzony. Akcje giełdowe będą miały małą wartość. By ratować cześć gospodarki, rząd będzie zmuszony przejąć ziemie rolną, kopalnie, wydobycie ropy i gazu oraz sieć przesyłu energii elektrycznej. Prawdopodobnie będzie też musiał przejąc banki, towarzystwa ubezpieczeniowe i fundusze emerytalne. Każda samodzielna gospodarka będzie też miała swoją własną walutę. Będzie ona wypłacana tylko pracownikom aktualnie zatrudnionym i będzie wykorzystywana do zakupu ograniczonej liczby towarów lokalnie produkowanych.

8. Poniżej kilka pomysłów dotyczących tego, co może nas czekać:

(a) Nastąpi poważne ograniczenie instytucji rządowych i pozarządowych. Większość tych pozarządowych takich jak ONZ i Unia Europejska zniknie. Wiele rządów i państw również może zniknąć. Niektóre rządy zostaną obalone lub ulegną samolikwidacji w taki sposób jak nastąpił rozpad Związku Radzieckiego.

(b) Kraje, które mają wystarczającą ilość surowców, przynajmniej tych kluczowych, mogą się jeszcze przez jakiś czas rozwijać. Są to:

  • Stany Zjednoczone
  • Kanada
  • Rosja
  • Chiny
  • Iran

(c) Populacja wielkich miast w tych krajach może ulec zmniejszeniu. Takie miejsce jak Alaska może okazać się niekorzystne do zamieszkania.

(d) Europę może czekać cofnięcie się w rozwoju. Jej paliwa kopalne są na wyczerpaniu. W jej niektórych miejscach może nastąpić powrót do wykorzystania siły zwierząt w wielu pracach, jeśli oczywiście takie zwierzęta się znajdą. Mogą pojawić się wielkie protesty i załamanie finansów, jeszcze tego lata. Szczególnie dotyczy to Włoch.

(e) Rządy krajów Bliskiego Wschodu i Wenezueli nie wytrzymają zbyt długo przy tak niskich cenach ropy naftowej. Prawdopodobnie rządy tych państw upadną i jednocześnie nastąpi zmniejszenie eksportu. Populacja tych państw też się zmniejszy. Być może – do poziomu sprzed okresu jej wydobycia.

(f) Produkcja wielu towarów znacznie się zmniejszy. Kanały dystrybucji rwą się. Znikną lekarstwa produkowane w Chinach i Indiach. Jeśli produkcja samochodów nie zostanie przerwana, to będzie odbywać się w poszczególnych krajach i w oparciu o rodzime surowce.

(g) Ucierpi system ochrony zdrowia, bo ludzie będą bali się odwiedzać regularnie lekarza w obawie przed zakażeniem. Edukacja domowa stanie się popularna z pewnym wsparciem ze strony internetu. Restauracje nigdy nie odzyskają dawniejszej popularności.

(h) Bardzo możliwe, że Luzowanie Ilościowe (drukowanie pieniędzy – przyp. mój), nadal praktykowane przez wiele krajów, może czasowo podnieść ceny akcji i domów, ale ostatecznie wystąpią braki wielu towarów. Szczególnie dotyczyć to może żywności, której niedobory mogą być dotkliwe już następnej wiosny. W Indiach i Afryce może pojawić się głód i to już nawet za parę tygodni.

(i) Historia uczy nas, że gdy na rynku nie rośnie podaż źródeł energii, zawsze wzrasta zagrożenie wojną i innymi konfliktami. Nie powinniśmy być zdziwieni, gdy znowu tak się stanie.

Wnioski

Wygląda na to, że dochodzimy do granic możliwości obecnego globalnego systemu ekonomicznego. Wydaje się, że jedynym ratunkiem jest deglobalizacja gospodarki światowej i stworzenie kilku głównych regionalnych gospodarek, działających niezależnie od siebie i z bardzo ograniczonym handlem zagranicznym.

Należy spodziewać się dużych różnic pomiędzy poszczególnymi typami gospodarek. I tak przykładowo, gospodarka zbieracko-łowiecka może sprawdzić się w przypadku niewielkiej liczby ludzi z odpowiednimi umiejętnościami. Ale też gdzie indziej, bardziej nowoczesne gospodarki, będą mogły funkcjonować.

Nowa gospodarka będzie wymagała mniejszej ilości ludzi i będzie znacznie mniej złożona. Każdy kraj będzie miał swoją walutę, która będzie wykorzystywana do zakupu ograniczonej ilości dóbr produkowanych lokalnie. Spekulacja nie będzie już źródłem bogactwa.

To będzie zupełnie inny świat!

To tyle Gail Tverberg. Pomijając kwestię tej sztucznej epidemii, która na początku wydawała się poważnym zagrożeniem, a w miarę upływu czasu i sposobu w jaki podchodziły do niej rządy światowe, coraz bardziej widoczna była cała sztuczność tego teatru – to pozostałe problemy, które porusza autorka, wydają się być warte zastanowienia i refleksji. Choć oczywiście jej uwagi dotyczące wirusa są spójne i logiczne i z nich też można wywnioskować, że pandemia jest sztucznie wykreowana.

Światową gospodarką rządzi fetysz inwestycji, które sprowadzają się do produkcji. Produkować, produkować, produkować! No właśnie! Nie wyobrażamy sobie świata bez produkcji, a przynajmniej bez takiej produkcji, jakiej jesteśmy świadkami. Wszystko, co zostanie wyprodukowane, musi zostać sprzedane. A kto ma w ręku handel? Ten wielki handel? Zrozumiałe jest więc, że ci, którzy mają w ręku handel, będą zwolennikami niekończącej się produkcji. Będą też mieli po swojej stronie wszelkiego rodzaju producentów. To też jest ich interes, by cały czas produkować i jak najwięcej.

Jeszcze w latach 60-tych Mercedes produkował samochód, który miał przejeżdżać 1 mln kilometrów bez usterek. No cóż – taki samochód na całe życie dla wielu ludzi. I co się dzieje, gdy taki samochód jest produkowany? W pewnym momencie sprzedaż już nie rośnie, a nawet spada. Co mają robić w fabrykach inżynierowie, majstrzy, robotnicy? Co mają robić serwisy? Co mają robić dostawcy surowców i podzespołów? Owszem, wszyscy oni będą mieli pracę, tylko będzie ich znacznie mniej.

W latach 20-tych producenci piór wiecznych w Ameryce produkowali pióra z dożywotnią gwarancją dla pierwszego użytkownika. Wkrótce jednak zadali sobie pytanie: A co będzie jak wszyscy będą mieli pióra z dożywotnią gwarancją? Kto od nas kupi nowe pióra? W latach 30-tych zaprzestali tych praktyk.

Podobno jest gdzieś takie miejsce w Ameryce, gdzie bez przerwy świeci się jeszcze żarówka wyprodukowana na początku XX wieku. Tak przynajmniej było jakieś 10 lat temu. Komu są potrzebne takie żarówki? Z konopi można wyprodukować ubranie, które można nosić sto lat. A co ze współczesnymi telewizorami, lodówkami czy pralkami, które zaprojektowane są na określoną liczbę lat? Ja mam lodówkę, która działa już ponad 50 lat. Komu opłaca się produkować buble, a komu to nie odpowiada? Na pewno nie pasuje to konsumentom. Ale myliłby się ktoś, kto by uważał, że jest to bolączka naszych czasów.

“Nie było tu żywych obrazów, ale jakby wystawa przemysłowa.

– Raczcie spojrzeć, dostojni – mówił. – Za dziewiętnastej dynastii te rzeczy przysyłali nam cudzoziemcy: z kraju Punt mieliśmy wonności, z Syrii złoto, żelazną broń i wozy wojenne. Oto wszystko. Lecz wówczas Egipt wyrabiał… Spójrzcie na te olbrzymie dzbany: ile tu kształtów, a jakie rozmaite kolory!… Albo sprzęty: to krzesło wyłożone jest dziesięcioma tysiącami kawałków złota, perłowej masy i kolorowych drzew… Zobaczcie ówczesne szaty: jaki haft, jaka delikatność tkanin, ile kolorów… A miecze brązowe, a szpilki, branzolety, zausznice, a narzędzia rolnicze i rzemieślnicze… Wszystko to robione u nas, za dziewiętnastej dynastii.

Przeszedł do następnej grupy przedmiotów.

– A dziś – patrzcie. Dzbany są małe i prawie bez ozdób, sprzęty proste, tkaniny grube i jednostajne. Ani jeden z tegoczesnych wyrobów nie może równać się pod względem rozmiarów, trwałości czy piękności z dawnymi. Dlaczego?…

Posunął się się znowu kilka kroków i otoczony pochodniami mówił:

– Oto jest wielka liczna towarów, które nam przywożą Fenicjanie z rozmaitych okolic świata. Kilkadziesiąt pachnideł, kolorowe szkła, sprzęty, naczynia, tkaniny, wozy, ozdoby, wszystko to przychodzi do nas z Azji i jest przez nas kupowane.

Czy rozumiecie teraz, dostojnicy: za co Fenicjanie wydzierali zboże, owoce i bydło pisarzom i faraonowi?… Za te właśnie obce wyroby, które zniszczyły naszych rzemieślników jak szarańcza trawę.”

To fragment z mojego blogu „Nic nowego”, w którym cytowałem „Faraona” Prusa. Nic się nie zmieniło. Jedyna różnica to taka, że Fenicjan zastąpili Żydzi.

„Faraon” to powieść, za którą Prus powinien był dostać Nobla. Nie dostał, bo choć wcześniej był filosemitą, to po pewnym czasie przejrzał na oczy i zmienił swój stosunek do Żydów, co w praktyce oznaczało pisanie o nich prawdy. No!!! Ale za takie herezje, to trzeba było się pożegnać z Noblem. Sienkiewicz usunął co trzeba ze swojego „Quo vadis” i Nobla dostał. Tak to działa.

Faworyzowanie masowej, globalnej produkcji kosztem jakości i trwałości doprowadziło do zniszczenia lokalnej produkcji, lokalnej sieci dystrybucji i powstania uprzywilejowanej klasy, która jest chroniona poprzez odpowiednie regulacje prawne i faworyzowana nieograniczonym kredytem. Do tego towarzystwa należą również ci, którzy zajmują się dystrybucją czyli handlem. Ta uprzywilejowana klasa ma też swoje potrzeby, stale rosnące (skąd my to znamy? te stale rosnące potrzeby, które może zaspokoić tylko komunizm.), które w miarę tego, jak się rozwija i bogaci, chce zaspokajać. A są one często wyszukane, wyrafinowane, żeby nie powiedzieć perwersyjne. Jak się jest na takim poziomie, na którym podstawowe i nie tylko podstawowe potrzeby są zaspokojone, to chce się doświadczyć czegoś bardziej wyszukanego. Nie zawsze się to udaje, bo życie nie jest wieczne, ale nawet wtedy, gdy wypadałoby już opuścić ten ziemski padół, chciałoby się jeszcze coś przeżyć. Aby jednak to życie przedłużyć potrzeba „części zamiennych”, których mogą dostarczyć tylko inni ludzie. I tu przychodzi z pomocą służba zdrowia, która kiedyś taką faktycznie była, bo służyła zdrowiu pacjentów. Dziś jest to służba śmierci. Doskonale z nią współpracuje przemysł farmaceutyczny, który zajmuje się produkcją takich samych bubli, jak przemysł dóbr codziennego użytku. A więc symbioza: służba śmierci, przemysł farmaceutyczny i wielki kapitał. Do tego dochodzi jeszcze handel dziećmi i ich wykorzystywanie do różnych perwersyjnych i rytualnych celów.

Utrzymanie uprzywilejowanej pozycji wymaga ciągle wzrastającej produkcji i niekończących się inwestycji. Zarówno jedno jak i drugie wymaga surowców naturalnych, których jest ograniczona ilość. Ale też jest inny problem, który zauważa Gail Tverberg. W miarę jak bogaci się warstwa uprzywilejowana, to pauperyzuje się reszta. Gdy ta reszta zaczyna dominować ilościowo, to pojawia się problem. Gospodarka działa na zasadzie wymiany dóbr i usług. Im większa część ludzi jest zaangażowana w tę wymianę, tym bardziej jest ona stabilna i rozwija się. Im mniej, to mamy problem. Jeśli większa część społeczeństwa może zaspokoić tylko najbardziej elementarne potrzeby, to mamy do czynienia z kryzysem. Żadne drukowanie pieniędzy, skierowane tylko i wyłącznie do określonych grup społecznych, nie pomoże. I to jest właśnie ten punkt, do którego doszliśmy. Doszliśmy do ściany. I wielcy tego świata doskonale zdają sobie z tego sprawę.

Przez jakiś czas próbowano ożywiać gospodarkę sztucznymi inwestycjami. Przykładem takiej inwestycji jest remont dworca kolejowego w Białymstoku. Jakieś 10 lat temu ten dworzec został wyremontowany. Aż tu nagle, w zeszłym roku, znowu zaczęto remont. 10 lat dla dworca kolejowego, to niewiele. On nadal wyglądał jak nowy. To jest przykład marnotrawstwa zasobów naturalnych. Podejrzewam, że wiele takich znalazłoby się w Polsce. Ale nie tylko to jest złe. Przecież te wszystkie „inwestycje” dokonuje się w oparciu o kredyt, który nigdy nie zostanie spłacony. A czy coś się stanie, gdy wszystkie te kredyty z pustego pieniądza nie zostaną spłacone? Nic. Tylko ten, który ich udzielił przejmie to, na co zostały one spożytkowane. W ten sposób zostanie zrealizowany podstawowy cel socjalizmu: podział na warstwę uprzywilejowaną i resztę, w której wszyscy będą równi.

Sztuczna pandemia została wywołana dla ukrycia prawdziwego celu tj. zresetowania gospodarki. Jej efektem, jeśli reset się powiedzie, będzie wyeliminowanie ludzi niezależnych finansowo i tych myślących samodzielnie. Jakiego trzeba było użyć argumentu, by ludzie pozamykali swoje biznesy, by pozostali się w domach? Owszem, wprowadzono odpowiednie przepisy i kary, ale też zadziałał strach i powszechna psychoza. Idę chodnikiem bez maski. Osoba w masce, przechodząca obok mnie, omija mnie szerokim łukiem. Znaczy, że boi się, że zarazi się ode mnie, pomimo że jest w masce. Czyli nie wierzy, że maska chroni, a z drugiej strony wierzy, że chroni, bo ją zakłada. To jest paranoja. Z daleka widzę, jak zbliża się do mnie rowerzysta z opuszczoną maską, ale nasuwa ją, gdy mnie mija. Widzę człowieka, w krótkich spodenkach, na sportowo. Biegnie z maską na twarzy. W okolicy nie ma nikogo. On wierzy, że wirusy COVID-19 latają w powietrzu i tylko czekają na to, by go zarazić. A prędzej nabawi się jakiejś choroby dróg oddechowych i płuc, wdychając swoje wydychane powietrze i jakiejś grzybicy ust. – Tak działa zbiorowa psychoza i strach. Próba przekonywania kogoś, że rozporządzenie Rady Ministrów dopuszcza możliwość chodzenia bez maski ze względu na stan zdrowia i nie jest wymagane żadne zaświadczenie, mija się z celem. Tym samym rząd pośrednio przyznaje, że noszenie masek nic nie daje i może szkodzić zdrowiu. A sami w nich paradują przed kamerami. Kolejna paranoja.

Dzielny wojak Szwejk, gdy go wyrzucono ze szpitala dla psychicznie chorych, stwierdził, że dom wariatów to całkiem sympatyczne miejsce, bo można w nim wygadywać największe głupoty bez ponoszenia żadnych konsekwencji, zupełnie tak samo jak w parlamencie. Wygląda na to, że nic nie zmieniło się od tamtych czasów, a to już ponad sto lat minęło, jak Szwejk wymaszerował na front.

Prawdopodobnie mało osób zdaje sobie sprawę z tego, że jesteśmy świadkami wielkich zmian. Obawiam się, że powrót do przeszłości nie jest już możliwy. To się oczywiście nie stanie z dnia na dzień. Jak będzie wyglądał ten nowy świat? Czy będzie zdeglobalizowany – jak chce Gail Tverberg? Czy zdepopulowany – jak chcą wielcy tego świata? Z pewnością przymus szczepień, w który zostanie zaangażowana służba śmierci, może być pierwszym krokiem do depopulacji, a czipowanie – do podporządkowania. A wszystko to w imię mesjańskich celów narodu, który sam siebie uznał za wybrany. „Źle się dzieje w państwie duńskim” – chciałoby się wykrzyknąć. Gdybyż to tylko chodziło o państwo duńskie! Ale tu chodzi o cały świat!

Cele socjalizmu

To, czego obecnie jesteśmy świadkami, to tworzenie tzw. NWO – New World Order, czyli Porządku Nowego Świata. Jak chce się ukryć prawdziwe cele i intencje, to stare nazywa się po nowemu. A ten nowy porządek to po prostu stary „dobry” socjalizm, czy jego wyższa forma – komunizm. Cel jest od zawsze ten sam – realizacja żydowskiego mesjanizmu. Socjalizm czy NWO to przykrywka. Żeby to jednak zrozumieć, to wypada zacząć od początku. Wszystkie cytaty, poza dwoma pierwszymi, pochodzą z książki Henryka Rolickiego Zmierzch Izraela. Te, przy których nie jest podane źródło, są jego autorstwa.

„Socjalizm to ideologia społeczna, która na gruncie krytyki ustroju kapitalistycznego głosi program zniesienia stosunków społecznych opartych na prywatnym władaniu środków produkcji oraz postuluje zachowanie ustroju społecznego, w którym społeczna (całkowita lub częściowa) własność podstawowych środków produkcji, oddanie ich pod kontrolę społeczeństwa i wykorzystanie w celu racjonalnego zaspokojenia jego potrzeb stanie się ekonomiczną podstawą zniesienia podziałów klasowych i wyzysku człowieka przez człowieka, a zarazem zasadniczą przesłanką przemian prowadzących do realizacji zasad sprawiedliwości i równości społecznej.” – Wielka Encyklopedia Powszechna PWN, Warszawa 1967.

Według tej definicji własność prywatna środków produkcji powoduje nierówności społeczne. Kiedy więc własność ta stanie się własnością społeczną, to znikną podziały klasowe, a wraz z nimi zapanuje sprawiedliwość i równość społeczna. Bez wątpienia jest to utopia. A dlaczego? Bo człowiek z natury chce być lepszy od innych: chce mieć lepszy samochód niż sąsiad; większy, bardziej okazały dom niż inni; tam, gdzie pracuje, chce zajmować wyższe, lepiej płatne stanowiska; chce nosić drogie ubrania, zegarki, biżuterię. I chce jeszcze wiele innych rzeczy, których posiadanie pozwoli mu na wyróżnienie się w swoim środowisku.

„Komunizm – ustrój społeczny postulowany przez ideologię komunistyczną; w marksistowskiej teorii rozwoju społecznego – wyższe bezklasowe stadium społeczeństwa socjalistycznego, różniące się od jego stadium niższego – socjalizmu, nie sposobem produkcji, nie typem stosunków produkcji, lecz stopniem rozwoju tego społeczeństwa, przede wszystkim stopniem rozwoju ekonomicznego, stwarzającym możliwość przejścia od zasady podziału „według pracy” do zasady podziału „według potrzeb” oraz stopniem dojrzałości stosunków społecznych opartych na zasadach równości społecznej i aktywnego współuczestnictwa obywateli w zarządzaniu społeczeństwem.” – Wielka Encyklopedia Powszechna PWN, Warszawa 1965.

Komunizm to wyższe stadium socjalizmu, w którym rozwój ekonomiczny pozwala na przejście do podziału wytworzonych dóbr według zasady „według potrzeb”. I znowu utopia! A kto będzie określał te potrzeby? I jak miałoby wyglądać aktywne współuczestnictwo obywateli w zarządzaniu społeczeństwem? No właśnie! Społeczeństwem – nie państwem. W tych wizjach nie ma już miejsca na państwa, a już szczególnie – państwa narodowe. Już w zasadzie tylko to pozwala zorientować się, kto za tym stoi i komu to służy. Zasada podziału „według potrzeb”, powraca obecnie w postaci „dochodu gwarantowanego”, czy jak oni tam go nazywają. Innymi słowy – pierwszy etap na drodze do wprowadzenia komunizmu. Bo ten dochód gwarantowany miałby być wprowadzony dla wszystkich. Dla tych, którzy pracują i dla tych, którzy nie pracują. A więc byliby równi i równiejsi, przynajmniej na początku.

Podstawy socjalizmu i komunizmu tkwiły już w filozofii lóż wolnomularskich XVIII wieku. Jednak przodująca w rewolucji francuskiej warstwa mieszczańska miała zbyt wiele do stracenia, by dać się uwieść komunistycznym dążeniom Babeufa. Jego zapędy zostały stłumione w epoce terroru. Burżuazja była raczej zainteresowana w zachowaniu stanu po rewolucji. Rozwój przemysłu zapewniał jej uprzywilejowaną pozycję, a ideologia liberalizmu rozgrzeszała wyzysk robotnika przez fabrykanta. Rosnące uprzemysłowienie i rozrost miast tworzyły proletariat miejski, coraz bardziej wyzyskiwany i niezadowolony ze swego stanu. I to on miał się stać tą siłą rewolucyjną skierowaną przeciw burżuazji. Rolą wolnomularstwa było tylko powstrzymywanie ewentualnego jej oporu. Natomiast zbrojne ramię miał stanowić tajny związek, założony poza wolnomularstwem – związek węglarzy. Na jego czele stanął Filip Buonarotti, dawny towarzysz Babeufa.

Buonarotti, tworząc ideologię węglarstwa, nawiązywał do komunizmu Babeufa. Podpierał się ideą kontraktu społecznego Rousseau – zasadami prawa naturalnego.

„Na zasadzie prawa naturalnego, które uzależnia produkcję od pracy, praca staje się oczywiście dla każdego obywatela istotnym warunkiem kontraktu społecznego; skoro każdy, wstępując do społeczności, przynosi równy wkład, to jest całość swych sił i środków, wynika to z tego, że ciężary, wytwory produkcji i korzyści winny być rozdzielone równomiernie. Rzeczywiście celem społeczności jest zapobiec skutkom naturalnej nierówności; choćby było prawdą, ze nierówność używania przyspieszyła postęp w rzemiosłach, rzeczywiście użytecznych, mimo to dzisiaj winna się skończyć, gdyż dalszy postęp nie przyczyniłby się w niczym do rzeczywistego dobra ogółu, zaś równość – którą założycielom społeczeństw podszepnął zdrowy rozsądek – zaleca nam jeszcze wymowniej wzrost naszej wiedzy oraz codzienne doświadczenie tych złych skutków, jakie pociąga za sobą nierówność. Wspólność dóbr i pracy, to znaczy równomierny rozdział ciężarów i pożytków, jest więc właściwym przedmiotem stanu społecznego i jego udoskonaleniem, jedynym porządkiem publicznym, zdolnym do wygnania ucisku, uniemożliwia bowiem spustoszenia dokonywane przez ambicję i chciwość, a poręcza wszystkim obywatelom możliwie wielki dobrobyt.” – Philippe Buonarotti, Conspiration pour l’égalité de Babeuf.

Kontrakt społeczny? Co to takiego jest? Kto z kim się umawiał? Nie wiemy jakie były nasze, jako ludzi, początki. Każdy wnosi równy wkład? Przecież to bzdura. Wkład – całość swych sił i środków. Zawsze byli ludzie zdolniejsi i mniej zdolni, pracowici i lenie, zapobiegliwi i lekkoduchy, zdrowi i chorzy itp. A równość założycielom społeczeństw podszepnął zdrowy rozsądek. A skąd wiadomo, że tacy założyciele byli? Wspólność dóbr i pracy uniemożliwia spustoszenia dokonywane przez ambicję i chciwość. To prawda, wspólność dóbr i pracy zrównuje wszystkich, ale musi jeszcze być ktoś, kto strzeże tego porządku, okiełznuje chciwość i ambicję, ale ten ktoś, z racji tego, że występuje w roli strażnika, jest już ponad resztę. I tu kończy się ta równość. A więc „wybrani” strzegą tego porządku, tej równości. Są więc równi i równiejsi a cala ta ideologia staje się fikcją, przykrywką do realizacji innych celów. Te cele są wiadome od początku istnienia „narodu wybranego”. To on ma panować nad tą bezładną masą, w której nie będzie miejsca na realizację własnych ambicji, bo one dokonują spustoszeń. Właśnie jesteśmy świadkami realizacji tego nowego ładu. Jak utworzyć jednolite społeczeństwo? Dziś już wiemy. Zaszczepienie i zaczipowanie wszystkich ludzi umożliwi kontrolę nad nimi. Ci, którzy będą się sprzeciwiać zostaną wyeliminowani. Człowiekowi z czipem można wyłączyć funkcje życiowe, jeśli okaże się krnąbrny. Ale jak do tego doszło, do tego, czego obecnie jesteśmy świadkami?

Węglarstwo, pomimo takich teorii, głoszonych przez Buonarotii’ego nie zdołało wyjść poza ramy rewolucji mieszczańskiej 1848 roku i poza zdobycie Żydom w całej Europie (poza Turcją i Rosją) pełni praw politycznych, ale mogli w niej kształcić się teoretycy socjalizmu i manifest komunistyczny Marksa i Engelsa z 1848 roku przygotował odpowiedni grunt wśród części inteligencji, która, jako warstwa społeczna, zaczęła się kształtować po rewolucji francuskiej.

„Marks skorzystał z krańcowych sformułowań liberalizmu, dokonanych przez Davida Ricardo. Zaczerpnął z nich swą doktrynę walki klas o byt i dobrobyt. Zasady liberalizmu ułatwiły mu materialistyczny pogląd na dzieje, jako łańcuch zmagań o charakterze wyłącznie klasowo-gospodarczym. Wzrost wielkich fortun uprawniał go do tezy o koncentracji kapitałów. Po barwę naukową sięgnął do Kanta i jego epigonów, a szczególnie do Hegla i odział – śladem tamtych – swe twierdzenia w szatę pewników apriorycznych, z „góry” danych, uczynił z nich konieczności historyczne. Tak powstał dogmatyczny i doktrynerski charakter teorii socjalistycznych.

Marks, ojciec socjalizmu i bolszewizmu, był oczywiście żydem i nie krył się z nienawiścią do otoczenia. Wszak dawniej ojciec jego wychrzcił się pozornie wraz z nieletnim wówczas synem. Twórca socjalizmu wiedział, gdzie uderzyć, gdzie znajdzie najsłabszą stronę burżuazyjnego ustroju, opartego o liberalizm. Manifest komunistyczny w r. 1848 głosił:

Rozwój przemysłu, którego mimowolną i nieuniknioną dźwignią jest właśnie burżuazja, stwarza z klasy robotniczej, rozbitej przez konkurencję, zjednoczone szeregi rewolucyjne.

Tym warstwom manifest Marksa rzucał gromkie hasła wywrotowe, twierdząc że proletariusz nie ma nic do stracenia prócz kajdan, że proletariusz nie ma ojczyzny; ich to wzywał okrzykiem, któremu zawdzięcza swe powstanie międzynarodówka i który po dziś dzień znaleźć można w nagłówkach pism socjalistycznych: proletariusze wszystkich krajów łączcie się!

Marks liczył na to, że dalsze panowanie liberalizmu, rozgrzeszającego wyzysk, doprowadzi do rewolucji proletariackiej. Albowiem wolność handlu zaostrza przeciwieństwo między proletariatem a burżuazją. Słowem – system wolności handlowej przyspiesza rewolucję. – Karl Marx, das Elend der Philosophie (Nędza filozofii).

Poglądem Marksa było więc, że teoria Dawida Ricardo przyspieszała rewolucję; jest to cenne wyznanie, a to tym bardziej, że mówi tak o żydzie burżuazyjnym żyd rewolucjonista.”

W stulecie urodzin Karola Marksa, w wychodzącym w Berlinie syjonistycznym organie w języku rosyjskim „Raswiet”, Idelson zamieścił jego charakterystykę:

„W samym końcu zeszłego stulecia śród żydostwa w Niemczech dała się już stwierdzić kategoria żydów, będących pośrednimi typami między starym żydostwem a nową cywilizacją europejską. Nowe to żydowskie środowisko nie jest zdolne do rozpłynięcia się w ogólnym otoczeniu. To nie są ani żydzi, ani Europejczycy. Ta kategoria ludzi jakby stworzona jest do tego, aby być przednią placówką dla wszystkich eksperymentów i doświadczeń. Ze starego żydostwa ta kategoria typów zachowała brak poczucia rzeczywistości… Dla żyda wszystko jest oderwaną formułką, a stąd płynie jego całkowita pewność co do słuszności jego stanowiska, pochodzi jego brak zwątpień i wszelkich wahań, brak poszukiwań, zazwyczaj właściwych ludziom pracującym nad życiem, czerpiącym z jego różnorodnych przejawów swoje twórcze dążenia. Lecz poza tym u żydów, którzy znaleźli się w tym nowym życiu, jest jeszcze jedna właściwość: są pozbawieni tradycji, w odróżnieniu od otoczenia, które nie jest zdolne do uwolnienia się od niej… Kiedy żyd tępi szlachtę lub burżuazję, nie żałuje tego piękna życia i wyższej kultury, których wyrazicielami były te warstwy. W żydzie pozostała z przeszłości jedynie nienawiść do istniejącego stanu rzeczy, który zawsze był dla niego wstrętny. Wszystko to razem wzięte czyni z żydów typ wybitnie rewolucyjny, ściśle mówiąc, typ raczej okresu niszczenia niż twórczości, ponieważ twórczość nie może odbywać się szablonowo i na podstawie wypracowanych formułek. We wszystkich rewolucjach, poczynając od zeszłego stulecia a kończąc na na obecnej rosyjskiej, ten typ żydowski bierze udział, odgrywa w nich dużą rolę, stanowi częstokroć duszę tego ruchu, w zależności od odporności i rozwoju mas, wśród których działa… Do tej kategorii typów należał również Karol Marks.” – „Raswiet” z r. 1923, nr 49.

„Nie jest wcale przypadkiem, że twórcy ruchu naukowego socjalizmu, Marks, Lassale, Bernstein etc. byli żydami, a jest pewnym, że żydzi stali w pierwszym szeregu propagandy ideałów międzynarodówki.” – Zewi Parnass, Kwestia żydowska w świetle nauki.

„Socjalizm nie krył się od początku ze swym stosunkiem do dążeń żydowskich. W r. 1862 socjalista Mojżesz Hess, przyjaciel Marksa i Lassala, wydaje dzieło pt. Rzym i Jerozolima głoszące, że wieczną prawdę przechowuje tylko judaizm i propagujące mesjanizm Izraela.” – S. Berstein, Der Zionismus, sein Wesen und seine organization (Syjonizm, jego natura i organizacja).

I nie ma w tym nic dziwnego, bo „w mesjańskiej idei żydowskiej znajduje się taki wzór socjalizmu, jak nigdzie indziej.” – Arnold Zweig, Die Demokratie und die Seele des Juden (Demokracja i dusza Żyda).

„I ta mesjańska idea żydowska w odbiciu socjalistycznym miała prowadzić masy robotnicze do walki ze stworzonym przez żydów ustrojem kapitalistycznym. Nie należy jednak tego brać zbyt dosłownie. Przecież Marks głosił, że dyktaturę proletariatu musi poprzedzić koncentracja kapitałów. Uważał tę koncentrację za naturalny wynik rozwoju historycznego, którego skutkiem będzie dopiero rewolucja proletariacka. Skoro zaś każdy marksista musiał sobie życzyć, by ten moment, dogodny dla rewolucji, nastąpił jak najprędzej, to musiał także uważać za korzystne wszystko to, co przyspieszyć mogło koncentrację kapitałów. W ten sposób uderzył całą siłą w mniejsze przedsiębiorstwa, zaś powstanie przedsiębiorstw wielkich uważał za rzecz pożądaną i nie stawał im na drodze. Program erfurcki socjalnej demokracji niemieckiej głosił, że rozwój ekonomiczny społeczeństwa mieszczańskiego prowadzi siłą konieczności do upadku drobnych zakładów pracy.

Zbyt doktrynerskie sformułowania Marksa zmusiły socjalizm do pewnej rewizji jego poglądów. Powstał tzw. rewizjonizm w ruchu socjalistycznym, który poszedł w różnych kierunkach. Jednak istotne wytyczne autora Kapitału zostały po dziś dzień nienaruszone. Także i dzisiaj socjalizm uderza głównie w małego przedsiębiorcę, w większego rękodzielnika, małego fabrykanta, by przyspieszyć ich zagładę na rzecz wielkich zakładów skoncentrowanego kapitału. Ten mały przedsiębiorca, robotnikowi dobrze znany, jest przedmiotem ataków, on jest groźnym wyzyskiwaczem robotnika, za to wielki kapitał międzynarodowy, pracujący anonimowo za zasłoną trustów i towarzystw akcyjnych, bywa oszczędzany, bo jego istnienie i rozwój przyspiesza rewolucję proletariacką, a przecież im gorzej, tym lepiej. Robotnik, chroniony rzekomo przed wyzyskiem ze strony drobnego kapitalisty, winien być – w myśl teorii Marksa – oddany na łup nieznanych posiadaczy papierów, praca zaś jego ma być przedmiotem spekulacji giełdowej. Czy fakt, że ten anonimowy, skoncentrowany kapitał był w ręku giełdziarzy i bankierów nie miał wpływu na doktrynę żydowskiego ojca socjalizmu? Czy nie powodował tymi, którzy i później wieścili zagładę małym zakładom pracy, znajdującym się w rękach burżuazji?”

„Współczesny socjalizm nie dąży też wyłącznie do sprawiedliwości, to znaczy do równości, lecz także do podniesienia kultury społeczeństwa. Rozwój kultury jest jednak niemożliwy bez istnienia wielkich zakładów pracy.” – K. Kautsky, Rewolucja proletariacka.

„Jeżeli cała gospodarka kapitalistyczna nie ma być skonfiskowaną i upaństwowioną od jednego zamachu, jeżeli chociażby część przedsiębiorstw ma nadal istnieć, to nie wolno im odbierać tej części ich środków, niezbędnych do dalszego funkcjonowania, które zdeponowały one w bankach. Toteż, kto przemyślał nad ta sprawą, ten bez względu na sposoby nie żąda już dziś uspołecznienia kapitałów leżących w bankach. Trzeba tylko żądać upaństwowienia aparatu bankowego.” – K. Kautsky, Rewolucja proletariacka.

„I myśmy przemyśleli nad tą sprawą i sądzimy, że z tego rodzaju przewrotem, oszczędzającym wielkie zakłady pracy i kapitały nagromadzone w bankach, może się zgodzić spokojnie wielka finansjera żydowska.

To samo, co o stosunku socjalizmu do przedsiębiorstw przemysłowych, należy powiedzieć o jego stosunku do własności ziemskiej. Z początku socjalizm niechętnie odnosił się do włościaństwa i wieścił mu zgubę.

Nasz drobny włościanin jest, jak każdy przeżytek minionego systemu wytwarzania, nieuchronnie skazany na zagładę. – pisał Engels.

Warstwa włościańska była jednak w niektórych krajach zbyt potężna, by socjalizm odważył się stale iść wyraźnie przeciw niej. Postanowiono ją odurzyć demagogicznymi hasłami, tym bardziej, że ponure przepowiednie o jej zagładzie jakoś nie chciały się sprawdzać. Socjalizm już przed wojną w Rosji rzucił hasło reformy rolnej, pomyślanej jako pozbawienie ziemi wielkiej własności na rzecz małej. Hasło to, tak sprzeczne z teorią Marksa o koncentracji kapitałów, było czystą demagogią. Po wojnie socjalizm w szeregu państw popierał hasła reformy rolnej bez odszkodowania, a więc przewrotu rolnego. Oczywiście socjalizm uważa reformę rolną za etap przejściowy do upaństwowienia własności ziemskiej.

Postulatem jawnym socjalizmu żydowskiego jest socjalizacja ziemi, lecz własność prywatna fabryk, domów itd. – Max Brod, Sozialismus im Zionismus.

A więc domów żydowskich w miastach i własności fabrycznej międzynarodowego kapitału nie należy dotykać. Za to do własności rolnej nie można dopuścić, bo do roli żydzi ciągu nie mają, a własność ziemska jest instytucją rzymską, sprzeczną z prawem mojżeszowym. Prawdziwa reforma rolna musi uzgodnić stosunki agrarne z przepisami judaizmu.

Reforma rolna stara się o to, aby ziemię (ewentualnie za pomocą wieczystej dzierżawy) usunąć z obrotu towarowego (żeby mogła stać się według wzoru Mojżeszowego przedmiotem prawa publicznego własnością publiczną – przyp. autora). – Max Brod, Sozialismus im Zionismus.

Jeden z największych przewrotów zmierza ku unicestwieniu arystokracji pracujących głową, ku społecznemu ich zrównaniu z robotnikami ręcznymi – jest to niwelacja tak niesłychana i potężna, że niejednemu mędrcowi dziś jeszcze wydaje się niedorzeczną utopią, chociaż na jego oczach już się rozpoczęła – pisał na kilka lat przed wojną światową (przed I wojną światową – przyp. mój) lider socjalizmu niemieckiego. (K. Kautsky, Historia komunizmu).

Socjalizm doktryny swoje ubrał w szatę pozornie naukową. Tę naukowość pożyczył od Niemców, lecz treść dali mu żydzi. Naukowość marksizmu oto jego niemiecka, jego nieżydowska, jego antyżydowska ingrediencja. – Max Brod, Sozialismus im Zionismus.

Socjalizmem opanowali żydzi masy proletariatu miejskiego i rzucili je do walki z kapitałem aryjskim, z aryjską burżuazją. W tym znaczeniu socjalizm był towarem na eksport. Ale miał on i wewnętrzne swoje znaczenie w życiu żydostwa. Oto rozwój stworzonego przez żydów ustroju kapitalistycznego zagroził samemu żydostwu. Z jednej strony bowiem wymagał od finansjery żydowskiej pozornego przyznania się do narodowości państwowej, z drugiej utrudniał życie szerokim masom żydowskim. Żydzi i wyraziciel ich Marks naprawdę wierzyli w koncentrację kapitałów, w upadek małych przedsiębiorstw. Jakże czarna dola czekała w ich oczach szerokie masy żydowskich drobnych kupców! Za cenę istnienia judaizmu musiał ich uratować socjalizm. W ustroju socjalistycznym, pod rządem proletariatu te masy żydowskie znajdą chleb, jako jedyni uprawnieni do „pracy głową”, jako urzędnicy – komisarze komunistycznego państwa. Przykład Rosji sowieckiej wskazuje, że żydzi w takim ustroju znajdą chleb.

Żydowska organizacja socjalistyczna, „Cejre-Sjon” głosi w swym programie, mówiąc o potrzebie dokonania przewrotu komunistycznego: W podstawie całej tej idei jest położona swego rodzaju linia żydowskiego socjalizmu. Socjalizm wprowadzi narodowość żydowską, jako równouprawnionego członka, do przyszłej rodziny socjalistycznej narodów. O to chodzi, a reszta – to niemiecka naukowość socjalizmu.”

Jaki jest zatem cel socjalizmu? Zrównanie wszystkich poprzez likwidację małych i średnich firm. Czy ten sztucznie wywołany kryzys nie skutkuje właśnie tym? Rolnictwo indywidualne niszczy się zalewając rynek tanią zagraniczną żywnością. A koncentracja kapitału? Jeszcze nigdy w dziejach świata nie była tak wielka.

Karol Kautsky (1854-1938) był bez wątpienia wybitną osobowością. Jeszcze przed pierwszą wojną światową napisał:

Jeden z największych przewrotów zmierza ku unicestwieniu arystokracji pracujących głową, ku społecznemu ich zrównaniu z robotnikami ręcznymi…

A jak obecnie chce się unicestwić pracujących głową? Proste! Sztuczną inteligencją. Przecież po to jest wprowadzana, a nie po to, by nam ułatwić życie. Zaczipowanie i zaszczepienie umożliwi pełną kontrolę nad ludzkim umysłem i w razie potrzeby wyeliminuje tych, którzy będą stawiać opór lub próbować samodzielnie myśleć.

Na początku napisałem, że socjalizm to chora i utopijna ideologia, że ludzi nie da się zrównać. Otóż da się! Teraz jesteśmy świadkami początku tego procesu. Czy to próba generalna, czy pierwszy etap? Czas pokaże. Jakie są więc cele socjalizmu?

  • zniszczyć drobną i średnią przedsiębiorczość (co się dokonuje)
  • zniszczyć indywidualne rolnictwo (co się właśnie dzieje)
  • maksymalnie skoncentrować kapitał ( co się praktycznie dokonało)
  • zniszczyć pracujących głową (co się dokonuje)
  • zniszczyć własność prywatną (co się dokonuje)

W moim odczuciu niszczenie własności prywatnej polega na uzależnieniu od kredytów hipotecznych, które są rozłożone na wiele lat i jest jeszcze dużo czasu i sposobów na to, by tę własność przejąć lub zarządzać nią. Natomiast tych, którzy nie są obciążeni kredytami, można dobić podatkiem katastralnym.

Masoneria a Żydzi

The colors of the raibow
So pretty in the sky
Are also on the faces
Of people going by
I see friends shaking hands
Saying how do you do
They're really saying, I love you

I hear babies cry
I watch them grow
They'll learn much more
Than I'll never know,
And I think to myself
What a wonderful world, yes, I think to myself
What a wonderful world

To są oczywiście słowa słynnego utworu Louisa Armstronga z 1968 roku. Dziś już wiemy, że ten świat nie jest już taki cudowny. Prawdę mówiąc, w Polsce nigdy takim nie był, ale w Ameryce pewnie tak. Jak to się wszystko zmienia! W Ameryce już tak nie jest, a w Polsce – tym bardziej. Kolorów tęczy nie spotkamy na twarzach mijanych ludzi, bo ich nie mijamy. Tym bardziej nie spotkamy ludzi, którzy na powitanie ściskają sobie dłonie. Wprost przeciwnie! – Uciekają od siebie. A te płaczące niemowlaki poznały świat, którego on nie byłby w stanie sobie wyobrazić. Jaki cudowny świat! Czy aby na pewno? My, żyjący w 2020 roku wiemy, że nie jest już on taki cudowny. Pozbawiono nas odczuć i zachowań postrzeganych kiedyś jako naturalne. Człowiek na człowieka patrzy jak na potencjalnego roznosiciela zarazków. Idealne zatomizowanie społeczeństw. To jest mistrzostwo świata! Zrobić coś takiego, żeby ludzie bali się innych ludzi. Nie ma możliwości zorganizowania się, a co za tym idzie, wywierania presji na władzę. W końcu udało się znaleźć straszaka, który sparaliżuje wszystkich. A tych najbardziej opornych sparaliżuje władza pod pretekstem walki z pandemią, której definicję zmieniła. Inna sprawa, że my tak naprawdę nie wiemy, czy ludzie umierają ze starości i nabytych chorób, czy dlatego, że władza mówi nam, że umierają od koronawirusa, który jest znany od kilkudziesięciu lat i możemy się o tym dowiedzieć z Wikipedii, gdy wpiszemy hasło „wirusy”.

Być może ten jest, jak chcą niektórzy, nowym, zmodyfikowanym wirusem, ale nie wygląda on na bardzo groźnego. Według oficjalnych danych jego śmiertelność wynosi 2-3%. Ale czy dane przedstawiane przez rząd są prawdziwe? Tego nie jesteśmy w stanie zweryfikować. Jedyne, co jesteśmy w stanie stwierdzić, to to, że gospodarka została zamrożona, że ogranicza się nasze podstawowe prawa obywatelskie.

O co w tym wszystkim chodzi? W północnych Włoszech w listopadzie masowo szczepiono ludzi przeciw grypie. I teraz mamy tego efekty. Na tym biednym południu tego nie robiono i nie ma tam tego problemu. Jest taki szaleniec, psychopata, który chce zaszczepić wszystkich ludzi na świecie. Nazywa się Bill Gates. Uważa on, że ci, którzy nie poddadzą się szczepieniom powinni mieć zakaz przemieszczania się i podróżowania po świecie. Tak naprawdę to taki człowiek nadaję się tylko do odstrzału. I nie tylko on! Problem jednak polega na tym, że tacy ludzie rządzą światem i konsekwentnie dążą do realizacji swoich szaleńczych planów. Skąd u nich takie pomysły? Zaszczepić wszystkich ludzi, to znaczy podporządkować ich sobie. Wiara w to, że chodzi o dobro i zdrowie innych, może być tylko wiarą ludzi naiwnych. Raczej chodzi o uczynienie z nich osobników uległych, poddanych i takich, którymi można sterować. A więc co? Cel mesjański? Podporządkowanie sobie wszystkich ludzi poprzez wszczepienie im cieczy o nieznanych właściwościach oznacza panowanie nad nimi, a tym samym nad światem. Nie wiem czy Bill Gates jest Żydem, purytaninem, masonem, czy jest geniuszem komputerowym czy został na takiego wykreowany, ale wygląda na to, że jest na usługach „nieznanych przełożonych” i ma do wykonania pewną misję. Na portalu zerohedge można przeczytać:

Did you know, that Bill Gates chose a pre-law major at Harvard, and comes from a family of prominent lawyers? Did you also know that his breakthrough licensing deal with IBM was possible only because his father William Gates II Sr. was on the board of directors of IBM at the time? What a tangled web we weave.. Więcej tu: https://www.zerohedge.com/news/2020-04-09/peak-panic-opportunity-lifetime.

Żydzi praktycznie od początku swego istnienia jako naród dążą do urzeczywistnienia swoich mesjańskich marzeń. Robią to na różne sposoby i wykorzystują różne środki. Są to m.in. tajne organizacje, stowarzyszenia, do których należą również nieżydzi. Sami nie byliby w stanie zrealizować swoich celów. Jest ich zbyt mało. I znowu posługują się masonerią. Cel jest aż nadto wyraźny. A cała ta kabała, magia, okultyzm służyły do zdobycia władzy nad drugim człowiekiem, do wywierania wpływu na jego zachowania i postępowanie. Obecnie, przy tak zaawansowanym postępie technologicznym, inżynierii genetycznej, tamte metody nie są już potrzebne. Ale bez nich nie byłoby tego, co jest dziś. Nie bez znaczenia jest też sposób tworzenia tajnych organizacji i rekrutacji doń odpowiednich ludzi. I to teraz procentuje.

W walce z Rzymem zaprzęgli Żydzi szereg tajnych, międzynarodowych organizacji, na tyle skutecznych, że przyśpieszyli upadek Imperium. Po nim następują tzw. wieki ciemne. W czasie wypraw krzyżowych (XI, XII wiek) chrześcijanie nie patyczkują się ani z Arabami, ani z Żydami. Po tym okresie, w XII, XIII i XIV wieku, Żydzi wracają do starych wypróbowanych w Rzymie metod i aplikują je chrześcijanom. Pojawiają się ruchy sekciarsko-rewolucyjne wywołujące powstania ludowe i pozostające w stałym ze sobą kontakcie. A więc centrala z podległymi jednostkami terytorialnymi, które miały wspólną nazwę „braci”. Byli bracia włoscy, czescy, niemieccy, angielscy, niderlandzcy czy polscy. Powstawały „braterskie” akademie i stowarzyszenia (societates), z których później wyłoniło się wolnomularstwo. Oznacza to, że korzenie masonerii sięgają tajnych związków z okresu reformacji.

Na początku XVII wieku pojawia się związek różokrzyżowców. Podstawą teoretyczną do jego powstania były dwa dzieła: Fama Fraternitatis (Wieść o braterstwie) i Confesio Fraternitatis (Wyznanie braterstwa). Godłem różokrzyżowców był krzyż w róży. Według Zoharu róża jest symbolem ludu izraelskiego. Połączenie symbolu żydostwa z symbolem chrześcijaństwa nie pozostawia wątpliwości co do celu tej organizacji – judaizacja chrześcijaństwa. W ich działalności łączą się trzy elementy: studia alchemiczne, studia kabalistyczne i działalność reformacyjna. Różokrzyżowcy stworzyli masonerię – jak chcą jedni, inni uważają, że się w niej rozpłynęli w XVIII wieku.

Wolnomularstwo powstaje około 1630 roku w Anglii. Jego celem jest umocnienie ruchu filożydowskiego wśród purytanów. Jądrem, wokół którego się ono rozwija są związki „wolnych mularzy”, czyli związki zawodowe budowniczych. W ich skład wchodzili majstrzy, czeladnicy i uczniowie. Związki te chętnie przyjmowały w swoje szeregi zamożnych protektorów i ich zaufanych. Ich działalność zawodowa powoli traciła na znaczeniu, a coraz bardziej stawały się narzędziem sprzysiężenia.

„Inaczej niepodobna wyjaśnić tego faktu, że wielka liczba szlachty i wysoko postawionych osób zapisała się w charakterze członków do lóż robotniczych w poszczególnych krajach.” – Fr. Wittemans, Histoire des Rose-Croix.

I teraz staje się jasne, skąd tyle symboli z zakresu budownictwa (młot, kielnia, węgielnica itp.) dostało się to rytuałów masońskich.

Różokrzyżowców i masonerię łączy też dzieło „Nowa Atlantis (Nowa Atlantyda) Bacona z 1627 roku. Jest w niej wiele symboli, którymi później posługiwało się wolnomularstwo. Są to: Słońce, Księżyc, węgielnica, sześcian, gwiazda, kolumny Herkulesa, Dom Salomona. Bacon zapoznał również różokrzyżowców ze starożytną, kabalistyczną symboliką liczb, które częściowo zaadoptowało wolnomularstwo angielskie.

Pierwiastki kabalistyczne wniósł do masonerii angielskiej Robert Fludd (1574-1637). O systemie swojej filozofii mówił, że jest równie stary, jak świat. Cudownie wpojony w pierwszego człowieka, został przekazany przez tradycję patriarchom, Mojżeszowi, wszystkim czasom Starego Testamentu aż do chwili, gdy Chrystus uznał za stosowne objawić go drugi raz… Fludd miał decydujący wpływ na jednego z głównych organizatorów wolnomularstwa w r. 1717, pastora Desaguliers. – Fr. Wittemans, Histoire des Rose-Croix.

»W 1717 roku powstała w Londynie Wielka Loża Angielska, której podlegały wszystkie loże angielskie. Używa ona godła, o którego pochodzeniu tak pisze angielska badaczka tajnych związków:

„Pisarz żydowski, Bernard Lazare, oświadczył, «że żydzi stali wokół kolebki wolnomularstwa», jeżeli zaś to zeznanie odnosi się do okresu, poprzedzającego powstanie Wielkiej Loży w r. 1717, to znajduje niezbite potwierdzenie w faktach. Oto bowiem w poprzednim stuleciu godła, używane obecnie w Wielkiej Loży, zostały narysowane przez amsterdamskiego żyda, Jakuba Jehudę Leona Templo, będącego towarzyszem cromwellowskiego przyjaciela, kabalisty Manasse ben Izraela. Aby przytoczyć autorytet żydowski w tej sprawie, to p. Lucien Wolf pisze, że Templo miał monomanię… w stosunku do wszystkiego, odnoszącego się do Świątyni Salomona i Namiotu Pustyni. Skonstruował olbrzymie modele tych budowli. Wystawił je w Londynie, który odwiedził w r. 1675 i wcześniej, i nie wydaje się czymś nierozsądnym ten wniosek, że to mogło dostarczyć źródeł natchnienia tym wolnomularzom, którzy w czterdzieści lat później kształtowali rytuał masoński. W każdym razie godła, używane dotąd przez Wielką Lożę Anglii, są niewątpliwie nakreślone przez żyda.” – Nesta Webster, Secret societes and subversive movements.

Ryt braci azjatyckich utworzony został w r. 1782. Na czele rytu stał Sanhedryn. W skład kierowniczych kół wchodzili żydzi, a nawet chrześcijanie nosili w nim pseudonimy żydowskie. Jednym z kierowników Zakonu był kabalista Markus Hirschfeld, czyli Marcus ben Bina. Protektorem tajnym Zakonu był ks. Ferdynand brunświcki, zarazem protektor iluminatów Weishaupta, a później niedołężny wódz armii sprzymierzonych, mających stłumić rewolucję francuską. Filie swą posiadał Zakon w Hamburgu, wielkim skupieniu żydostwa. Ryt powstał z rytu Rycerzy i braci Jana Ewangelisty z Azji w Europie. Garnęli się doń żydzi z pokątnych lóż, tzw. Lóż Melchizedeka. Podstawą nauki braci azjatyckich była połączona z martynistyczną symboliką liczb kabalistyczna wiedza różokrzyżowców. Zakon rozszerzył się po całej Austrii i po innych krajach niemieckich. Najwyższym stopniem był Lewita czyli Kapłan według Zakonu Melchizedeka.

Jest rzeczą niezmiernie charakterystyczną, że w przeddzień rewolucji francuskiej mobilizują się w Europie wszystkie związki, uprawiające okultyzm. Mesmer ze swą fizyką sympatyczną i magnetyzmem zwierzęcym staje się sztandarem tego ruchu, mającego jedynych pchnąć w objęcia rewolucji, drugich zaś powstrzymać od przeciwdziałania. Okultysta Elphas Lévi tak omawia mesmeryzm:

Magnetyzować można w dwojaki sposób. Po pierwsze: działając wolą na plastyczną medialność innej osoby, której wola i czyny stają się w rezultacie podległe tej działalności. Po wtóre: działając wolą jednej osoby, czy to przez zastraszenie, czy też przez perswazję – tak, aby pod tym wrażeniem ta druga wola zmieniła w myśl naszej chęci medialność plastyczną oraz czyny tej osoby. Można magnetyzować promieniowaniem, zetknięciem, wzrokiem, słowem. – Elphas Lévi, La Clef des Grand Mysteres.

Jakie znaczenie przywiązywano do tego procederu w kołach wtajemniczonych, możemy osądzić z drugiej książki tego samego autora:

Wielkim dziełem XVIII w. nie była encyklopedia, ani kipiąca i szydercza filozofia Voltaire’a , ani negatywna metafizyka Diderota i d’Alemberta, ani nienawistna filantropia Rousseau, lecz sympatyczna oraz cudowna fizyka Mesmera. – Elphas Lévi, Histoire de la Magie.

Osoba Mesmera łączyła „braci azjatyckich” z martynistami francuskimi. Za przywódcę i twórcę rytu martynistów uchodzi niesłusznie St. Martin. Był on bowiem tylko uczniem, i to skromnym uczniem Martineza Paschalis, który grasował w południowej Francji, dawnej siedzibie marranów, albigensów i hugenotów. Za centrum swej działalności obrał Bordeaux. Paschalis był żydem sefardyjskim. Współczesny mu mason, baron de Gleichen, wyraża już to przypuszczenie: Paschalis był z pochodzenia Hiszpanem, prawdopodobnie rasy żydowskiej, skoro jego uczniowie otrzymywali odeń wielką liczbę rękopisów żydowskich.

W XX w. żyd rosyjski, Hessen, ustala pochodzenia Paschalisa z całą stanowczością: Martinez Paschalis, z pochodzenia żyd portugalski, nawrócony do chrześcijaństwa, jak gnostycy pierwszych wieków (tzn. pozornie – przyp. autora), w swoim czasie odgrywał pewną rolę w wolnomularstwie francuskim.

Żyd ten, z zawodu prosty woźnica, był właściwym twórcą zakonu martynistów czyli iluminatów lyońskich, który tak silnie przyczynił się do wybuchu rewolucji francuskiej.

Mason ścisłej obserwy, Joseph le Maistre, tak zwykł był mówić o martynistach: Myśli się powszechnie, że sekta ta wzięła swą nazwę od p. de St. Martin. To pomyłka. Martyniści biorą tę nazwę od pewnego osobnika, Martineza Paschalis.

Najwyższym stopniem martynistów byli Réaux-Croix (Arcykapłani Krzyża). Nawiązywali do żydowskich tradycji esseńskich (komunistycznych) i chwalili się, że ongiś należał do nich Cromwell.

Analogicznym do martynizmu rytem, który wyszedł ze Szwecji, był ryt Swedenborga. Swedenborg, a właściwie Svednborg (1688-1772) stworzył system filozoficzno-mistyczny, oparty na kabale z jej doktryną Trójcy i emanacji. Rzekomo pod dyktandem Stwórcy określa on i objaśnia tajemnicę Trójcy: Bóg ma duszę, którą jest Ojciec; ma ciało bosko-ludzkie, którym jest Syn; ma siłę, która działa i grzeje, i rozjaśnia, a jest ona Duchem Św.

Swedenborg głosił rewolucję, która zmiecie królów i książąt, po czym jego nauka zapanuje nad światem i powstanie „nowa Jerozolima”. Znamy aż nadto dobrze ten „mesjanizm”, głoszony już przez tajne związki reformacji. Jest on z ducha żydowski na wskroś jak żydowsko-kabalistyczna jest cała nauka Swedenborga. I tak jak Martinez Paschalis, tak samo i Swedenborg głosił rewolucję i zwalczał istniejącą hierarchię. System Swedenborga nie jest niczym innym, jak kabałą pozbawioną pierwiastka hierarchii.

W ścisłym związku z tzw. iluminatami chrześcijańskimi tj. martynistami i rytem Swedenborga, działali tzw. iluminaci bawarscy, powołani do życia przez Weishaupta. Kim był ów Weishaupt? Kim był ten człowiek, który położył ostatnią minę pod ancien régime i królestwo Burbonów?

Adam Weishaupt (1748-1830) został w r. 1772 profesorem prawa „naturalnego” i kanonicznego na uniwersytecie w Ingolstadt w Bawarii. W r. 1776 założył tajny zakon iluminatów, na którego czele stanął pod pseudonimem „Spartacus”. W tym samym roku dał się przyjąć do loży „Zur Behutsamkeit” w Monachium, po czym, jako wolnomularz, założył w r. 1780 lożę w Bozen (Bolzano) w Tyrolu austriackim. W r. 1784 rząd bawarski wpadł na trop jego rewolucyjnej organizacji, po czym skonfiskował całe archiwum jego iluminatów.

Skąd Weishaupt czerpał natchnienie do założenia swego związku? Sprawa ta dotąd nie jest wyjaśniona dostatecznie. Współczesny mu ks. Barruel w swych pamiętnikach tak pisze: Podaje się go za ucznia osławionego Cagliostro oraz kilku jego adeptów, wyróżniających się illuminizmem w hrabstwach Awignonu i Lyonu. Mówią, że w swych włóczęgowskich wyprawach spotkał Weishaupta i udzielił mu swych tajemnic.

Angielska badaczka tajnych związków, p. Nesta Webster, podaje inne przypuszczenie, oparte m.in. także na pamiętnikach ks. Barruela:

Skąd czerpał Weishaupt swoje bezpośrednie natchnienie? Oto i Brrruel i Lecouteulx de Cantelen zdobyli nić, której nie można odkryć w innych źródłach. W r. 1771, jak powiadają, pewien kupiec jutlandzki, nazwiskiem Koelmer, wrócił do Europy w poszukiwaniu adeptów tajnej doktryny, opartej na manicheizmie, z którym zapoznał się na wschodzie. Po drodze do Francji zatrzymał się na Malcie, gdzie spotkał się z Cagliostro i nieomal doprowadził do powstania ludowego. Z tego powodu został wygnany z wyspy przez Rycerzy Maltańskich i udał się do Awignonu i Lyonu. Tu zebrał kółko uczniów wśród iluminatów i w tym samym roku wywędrował do Niemiec, gdzie napotkał Weishaupta i w wtajemniczył go we wszystkie misteria swej tajnej doktryny. Według Barruela Weishaupt poświecił wówczas 5 lat rozmyślaniu nad owym systemem, który został założony pod nazwą iluminatów w maju 1776 r. i przyjął „iluminowany” pseudonim „Spartacus”. Koelmer pozostaje po dziś dzień najbardziej tajemniczym z ludzi; na pierwszy rzut oka odczuwa zdolność do zdziwień, jakżeby on nie miał należeć do żydów kabalistów, działających w roli tajnych inspiratorów tych magików, którzy wychodzili na światło dzienne? Nazwisko Koelmer łatwo mogło być przekręceniem znanego nazwiska żydowskiego Calmer.

Inspiratorem działań Weishaupta w czasie rozwijania przezeń jego zakonu był Hartwig-Wessely (Hartog Naftali-Herz), najbliższy przyjaciel Mojżesza Mendelssohna, zwanego przez żydów trzecim Mojżeszem. Żyd, Bernard Lazare, stwierdza, że „byli żydzi w otoczeniu Weishaupta”.

Zakon Weishaupta używał w swym działaniu metod podstępnych. Członkowie byli specjalnymi instrukcjami szkoleni w używaniu oszukańczych środków. W instrukcji dla stopnia Iluminata Kierownika (Illuminatus dirigens) pisał Weishaupt-Spartacus pod nr 8: Jeżeli gdziekolwiek zdobędziemy znaczenie i władzę, należy udawać, że nie mamy żadnego zaufania, aby nie ostrzec tych, którzy będą pracować przeciwko nam. Na odwrót tam, gdzie nie możecie dojść do niczego, nadajcie sobie pozór człowieka, który może wszystko. To sprawia, że nas się obawiają i poszukują i umacnia nas.

I znowu w tej instrukcji pod nr 22: Jeżeli nasz zakon nie da się zorganizować w jakimś miejscu w całej swej budowie i z rozwinięciem wszystkich stopni, należy go zastąpić jakąś inną formą. Zajmujemy się celem; w nim leży istota rzeczy, a zasłona jest rzeczą obojętną, byle tylko się nam powiodło. Jednak zawsze jakiejś zasłony potrzeba; albowiem w tajemnicy leży główna część naszej siły.

Propaganda iluminatów bawarskich była jeszcze bardziej niedwuznaczna jak działalność iluminatów francuskich (martynistów). Wobec mniej wtajemniczonych daje się wyraz nadziei, że dzięki tajnym szkołom mądrości (szkoły Minerwy, przygotowawczy stopień iluminatów – przyp. aut.) podniesie się człowiek ze swego upadku, zaś książęta i narody, oczywiście bez gwałtu, tylko zaś dzięki wpływowi etyki – znikną z powierzchni ziemi. Wobec tych prawie publicznie wyznanych tendencji, nie może zdziwić, że nie dano wiary zapewnieniom, jakoby wszelka polityka była z Zakonu wyłączona. – Arnold Marx, Die Gold- und Rosenkreutzer.

W statutach związku, dostępnych dla niżej wtajemniczonych czytamy:

Dla uspokojenia i pewności tak hospitantów, jak i rzeczywistych członków tego związku i aby zapobiec wszelkim nieugruntowanym przypuszczeniom i trwożnym wątpliwościom, oświadcza Zakon przede wszystkim, że nie ma na celu żadnych nastrojów i czynów, szkodliwych dla państwa, religii i dobrych obyczajów, ani też wśród swoich tego nie krzewi. Cala jego troska skierowana jest wyłącznie ku temu, by zainteresować ludzi poprawą etyczną ich charakteru i uczynić to dla nich koniecznością, wpoić w nich ludzkie i społeczne uczucia, zapobiec złośliwym zamiarom, dać pomoc uciśnionej i udręczonej cnocie przeciw bezprawiu, myśleć o karierze osób tego godnych oraz upowszechniać pożytecznie dotąd ukryte wiadomości naukowe. Oto pozbawiony szminki cel Zakonu, o nic więcej on nie dba. – Allgemeines Handbuch der Freimauererei.

Jest to więc zakon „niewinny”, jak „niewinne” jest zresztą całe wolnomularstwo, zajmujące się dobroczynnością i studiami. A teraz wejrzyjmy bardziej w głąb Zakonu, by zobaczyć, jak tam na wyższych stopniach wtajemniczenia wygląda ta niewinność, to wytwarzanie sympatycznego nastroju dla państwa, religii, to dbanie o dobre obyczaje i obrona cnoty, to popieranie oraz popularyzacja wiadomości naukowych.

Równość i wolność są to prawa istotne, które człowiek za swej doskonałości początkowej i pierwotnej otrzymał od natury; pierwszy zamach na tę równość został dokonany przez prawo własności; pierwszy zamach na tę wolność został dokonany przez społeczeństwa polityczne i rządy; jedyną podporą własności i rządów są prawa religijne i świeckie; aby więc powrócić człowiekowi jego prawa pierwotne do równości, wolności, trzeba zacząć od zniszczenia wszelkiej religii, wszelkiej społeczności świeckiej, zaś skończyć, znosząc wszelką własność. – ks. Barruel, Mémoires.

A teraz dalszy objaw „popierania religii” znajdujemy w instrukcji dla stopnia kierownika (Illuminatus dirigens) punkt 16:

Jeżeli kierownik sądzi, że uda mu się spowodować zniesienia zakonów religijnych i użycie ich dóbr dla naszych celów, np. na utrzymanie odpowiednich nauczycieli po wsiach, to tego rodzaju projekty byłyby specjalnie dobrze widziane przez Zwierzchników. – ks. Barruel, Mémoires.

Zaś przedtem, w punkcie 7 instrukcji, odsłania nam swój cel, na który mu trzeba funduszów:

Trzeba wszędzie także zdobyć dla naszego Zakonu pospólstwo. Wielkim środkiem ku temu jest wpływ na szkoły. To może się udać przez szczodrobliwość, czasem przez świetność, w innych wypadkach przez zniżenie się, przez popularyzowanie się, przez wysłuchiwanie z wyrazem cierpliwości przesądów, które w następstwie można wykorzenić stopniowo. – ks. Barruel, Mémoires.

Do popierania i popularyzacji nauki odnosi się punkt 15 instrukcji:

Jeżeli jakiś pisarz ogłasza zasady, które są prawdziwe, ale nie wchodzą w nasz plan wychowania świata, albo też zasady, których publikacja jest przedwczesna, trzeba się postarać, aby zdobyć tego autora. Jeżeli go nie możemy zdobyć i uczynić zeń swego adepta, należy go zakrzyczeć. – ks. Barruel, Mémoires.

Obroną cnoty i dobrych obyczajów zajmuje się punkt szósty instrukcji dla kierowników. Wyłożywszy potrzebę zjednania sobie kobiet, przepisuje, że sztuka pochlebiania im, aby je zdobyć, jest ćwiczeniem najbardziej godnym dla adepta; skoro wszystkie mniej lub bardziej idą na pasku próżności, ciekawości, przyjemności i nowinkarstwa, to tą drogą należy je brać i uczynić pożytecznymi dla Zakonu. – ks. Barruel, Mémoires.

Aby osiągnąć ten cel, Weishaupt powołał do życia specjalną tajną organizację kobiecą, kierowaną niewidocznie przez mężczyzn.

Czarownik Cagliostro, jak hr. de St. Germain, posiadacz eliksiru życia, odgrywał w wolnomularstwie XVIII w. rolę pierwszorzędną o charakterze kierowniczym. Potem dopiero usiłowano się go wyprzeć, gdy „czary” jego częściowo zostały zdemaskowane. On to właśnie bawił w Warszawie, gdy tworzył się Wielki Wschód Narodowy. On brał udział we Francji w sprawie „naszyjnika królowej”, mającej przed rewolucją skompromitować Dom Burboński. On utworzył ryt, który w swych rozszczepieniach prowadził w XIX w. decydującą akcję rewolucyjną w życiu Europy.

W r. 1782 utworzył masonerię egipską, której był Wielkim Koftem (arcykapłanem), zaś żona jego Wielką Koftą (arcykapłanką): Celem jego było oczyścić wolnomularstwo z niedowiarstwa za pomocą magii obrzędowej. Istniejące jeszcze ryty Misraim i Memphis pochodzą stąd przeinaczone. – Fr. Wittemans, Histoire des Rose-Croix.

Bliskie stosunki łączyły Cagliostra z najbardziej wtajemniczonymi wolnomularzami: z Mesmerem, St. Martinem, Weishauptem, Willermozem.

A tymczasem nie był to byle kto: Pieczęć jego równie doniosła, jak pieczęć Salomona i zaświadcza, że był wtajemniczony w najwyższe sekrety wiedzy. Pieczęć ta, dająca się wyjaśnić literami kabalistycznymi imion Acharat i Althotas, wyraża najwyższe znaki Wielkiego Tajnika i Wielkiego Dzieła. To żmija, przebita strzałą, tworząca literę (hebrajską) alef, wyobrażenie połączenia pierwiastka czynnego z biernym, ducha i życia, woli i światła. – Elphas Lévi, Histoire de la Magie.

Założona przez Cagliostra masoneria egipska wyłoniła z siebie, za czasów Ludwika XVIII, ryty Misraim i Memphis. Ryt Misraim, organizowany przez żydów, braci Bédarride, powołał do życia węglarstwo, organizację tajną rewolucji lipcowej 1830 r. we Francji, powstania listopadowego w Polsce oraz rewolucji w Europie w 1848 roku.

I oto przy boku kabały egipskiej, czyli Misraim spotykamy włoską Carbonara. – N. Deschamps, Les sociétés secretes et la société.

Ryty Memphis i Misraim stoją obok rytów tzw. iluminatów na czele wolnomularstwa. Należą do nich najbardziej wtajemniczeni. Kimże więc był ów czarownik szarlatan i twórca najgłębszego rytu wolnomularstwa? Cagliostro wtajemniczenie swoje otrzymał we Frankfurcie nad Menem, siedzibie żydostwa i stolicy Rothschildów. Cagliostro, a właściwie Józef Balsamo, był synem sycylijskiego żyda (marrana) Pietro Balsamo.

Cagliostro dowiedział się z ust wtajemniczających go, że stowarzyszenie tajne, którego część miał stanowić, miało już mocne korzenie; że posiadało masę pieniędzy, rozsianą po bankach w Amsterdamie, Rotterdamie, Londynie, Genui i Wenecji, że te pieniądze pochodzą z wkładek rocznych, wpłacanych przez członków. – Louis Blanc, Histoire de la Révolution française.«

Wszystkie powyższe cytaty pochodzą z książki Henryka Rolickiego Zmierzch Izraela.

Jan Potocki, autor powieści Rękopis znaleziony w Saragossie, był zapewne masonem. Jest w niej tyle odniesień, aluzji, że nie sposób uznać tego za przypadek. W jej zakończeniu, jej główny bohater, Alfons van Worden, informuje czytelnika m.in. o tym, że:

„W dzień potem sam Moro (bankier – przyp. mój) przyszedł do mnie, zalecając mi jak najściślejsze dochowanie tajemnicy.

Dotąd – rzekł – znasz señor, tylko pewną część naszych tajemnic, ale wkrótce dowiesz się o wszystkim. W obecnej chwili wszyscy wtajemniczeni zajmują się umieszczaniem swoich funduszów po rozmaitych krajach i gdyby ktokolwiek z nich stracił je nieszczęsnym wypadkiem, wówczas wszyscy przybylibyśmy mu na pomoc. Señor miałeś stryja w Indiach (Indie Zachodnie – przyp. mój), który umarł, nie zostawiwszy ci prawie nic. Puściłem pogłoskę, że odziedziczyłeś znaczny spadek, ażeby nikt nie dziwił się twoim nagłym bogactwem. Trzeba będzie zakupić majątki w Brabancji, w Hiszpanii, a nawet w Ameryce; pozwolisz, że ja się tym zajmę.”

Z tej powieści można się wiele dowiedzieć o tym, jak Żydzi i masoni wnikają w elity rządzące we wszystkich krajach i o tym, że nawet Inkwizycja była z nimi w pewnych układach. Ale komu dzisiaj chce się czytać takie książki? Może właśnie dlatego wydaje się je, wiedząc, że i tak mało kto je przeczyta, a w większości i tak trafią do takich osób jak Olga Tokarczuk, dla której była ona inspiracją do napisania „Ksiąg Jakubowych”.

Równość i wolność są to prawa istotne, które człowiek za swej doskonałości początkowej i pierwotnej otrzymał od natury; pierwszy zamach na tę równość został dokonany przez prawo własności; pierwszy zamach na tę wolność został dokonany przez społeczeństwa polityczne i rządy; jedyną podporą własności i rządów są prawa religijne i świeckie; aby więc powrócić człowiekowi jego prawa pierwotne do równości, wolności, trzeba zacząć od zniszczenia wszelkiej religii, wszelkiej społeczności świeckiej, zaś skończyć, znosząc wszelką własność. – ks. Barruel, Mémoires.

Tak więc masoni twierdzą, że równość i wolność są prawami fundamentalnymi, które człowiek otrzymał od natury. Ale co to jest równość i wolność? Wszyscy jesteśmy równi, ale wobec kogo czy czego? Oni twierdzą, że nierówność powoduje prawo własności. Ale w jaki sposób? Ktoś ma dużo, a drugi – nic. Z czego to wynika? Jedni są zdolniejsi, bardziej zapobiegliwi albo dostają bogactwo w spadku. Czasem jest tak, że pewne zdolności czy predyspozycje są bardziej cenione niż inne i wówczas ci ludzie bogacą się, a ci, których zdolności czy predyspozycje nie są w cenie ubożeją. Później wszystko może się odwrócić. Tak więc okoliczności, a może i coś jeszcze. Czasem ktoś kogoś oszuka, okradnie, przechytrzy. Może też być tak, że państwo preferuje pewne grupy społeczne kosztem innych. Również regulacje prawne mogą być przyczyną tego, że jedni wzbogacą się, a inni – zubożeją. Własność i bogactwo jest końcowym efektem wielu procesów i zależności. Chyba więc tę nierówność powoduje coś innego niż prawo własności. Prawdą jest jednak to, że ten kto nie ma własności, nie ma też prawa do niczego, a więc jest niewolnikiem.

A wolność? Według masonów ograniczają ją społeczeństwa polityczne i rządy. Ale w jaki sposób? Tego nie precyzują. Twierdzą, że podporą własności są prawa religijne, a rządów – prawa świeckie. Skoro więc równość ogranicza prawo własności, którego podporą są prawa religijne, czyli religia, to zniszczenie religii przywraca równość. Natomiast wolność można przywrócić poprzez likwidację społeczeństw politycznych i rządów. A co oznacza likwidacja społeczeństw politycznych i rządów? To oznacza anarchię. Anarchia nie jest stanem naturalnym dla społeczeństw. Ktoś musi rządzić. A więc o co chodzi? O to, żeby dążyć do destrukcji do czasu, gdy w końcu „naród wybrany” osiągnie swój cel.

Podporą własności jest religia, której zniszczenie spowoduje likwidację tej własności i dzięki temu wszyscy staniemy się równi. A wolność? Ją ograniczają społeczeństwa polityczne i rządy. Ich likwidacja przywróci wolność. Jednak masoni nie precyzują, co w zamian. O tym pisał dosyć wyraźnie Marks w Manifeście Komunistycznym – terror dla mas i rządy dla nielicznych. Tylko komu chce się uważnie przeczytać ten manifest? Wcale nie jest taki długi i dostępny w internecie.

Likwidacja religii, to tak naprawdę, w przypadku religii chrześcijańskiej likwidacja Dekalogu. Dekalog to dziesięć przykazań, które regulują nasze życie. To jest jak kompas, który pozwala nam orientować się w przestrzeni. Bez niego błądzilibyśmy w nieskończoność. Tym samym jest Dekalog w naszym życiu. Ja wiem, że nikt go nie przestrzega, ale dzięki niemu wiemy, że postępujemy źle. Bez niego bylibyśmy dzicy. I o to właśnie chodzi tym, którzy chcą nas pozbawić religii a tym samym Dekalogu. I żeby nie było wątpliwości – ja nie należę do ludzi praktykujących, ja nawet nie należę do ludzi wierzących, ale doceniam rolę, jaką spełnia on w życiu społecznym i potrafię sobie wyobrazić, co może się zdarzyć, gdy go zabraknie.

Magnetyzować można w dwojaki sposób. Po pierwsze: działając wolą na plastyczną medialność innej osoby, której wola i czyny stają się w rezultacie podległe tej działalności. Po wtóre: działając wolą jednej osoby, czy to przez zastraszenie, czy też przez perswazję – tak, aby pod tym wrażeniem ta druga wola zmieniła w myśl naszej chęci medialność plastyczną oraz czyny tej osoby. Można magnetyzować promieniowaniem, zetknięciem, wzrokiem, słowem. – Elphas Lévi, La Clef des Grand Mysteres.

Magnetyzować można działając wolą na wolę innej osoby albo przez zastraszenie czy perswazję. No właśnie! Przez zastraszenie! Idę ulicą i wszyscy mnie omijają szerokim łukiem. Dziś już nie trzeba magii, okultyzmu i kabały. Wystarczą media, które na bieżąco będą informować o tym, że na świecie umierają ludzie na koronawirusa. Już ponad milion ludzi na całym świecie na niego umarło. A co to jest milion ludzi na cały świat, który liczy dzisiaj 7, 8 czy 9 miliardów? A miliard to 1000 milionów. 1/7000 populacji umarła na koronawirusa. Ale czy aby na pewno? Czy tylko dlatego, że tak wpisano w akcie zgonu? Tego nie wiemy. Ale jedno wiemy na pewno: ludźmi można manipulować, zastraszać ich, urabiać ich wedle własnej woli.

Naród nieliczny, rozproszony nie może w sposób tradycyjny podbić reszty świata. Musi do tego celu zastosować nadzwyczajne metody. Były nimi na początku te wszystkie tajne związki, kabała, magia, okultyzm. Jednak świat nie stoi w miejscu. Dziś już można podporządkować sobie ludzi poprzez wszczepienie im czipa i odpowiedniej szczepionki, co umożliwi kontrolowanie ludzkiego umysłu a tym samym myśli i woli ludzi. Nowy Wspaniały Świat. Tylko dla kogo?

Chasydzyzm

W 1982 roku pojawił się w polskich kinach film „Austeria” w reżyserii Jerzego Kawalerowicza. Jego akcja rozgrywa się w pierwszym dniu I wojny światowej. Chasydzi z małego galicyjskiego miasteczka, w obawie przed Kozakami, chronią się w przydrożnej karczmie – tytułowej austerii. Z filmu tego nie dowiemy się, czym tak naprawdę był i jest chasydyzm, nie mniej jednak uważam, że warto go obejrzeć (cda.pl).

Chasydyzm to, jak pisze Wikipedia, ruch religijny lub pobożnościowy o charakterze mistycznym, powstały w łonie judaizmu. Występował w historii w trzech odmianach:

  • chasydyzm antyczny lub starożytny, który powstał w IV wieku p.n.e. jako reakcja pobożnej części społeczności żydowskiej na proces hellenizacji, czyli uleganiu wpływom kultury greckiej.
  • chasydyzm niemiecki, zwany tez aszkenazyjskim; wywodził się z południowych Niemiec i rozkwitał na przełomie XII i XIII wieku.
  • chasydyzm polski – powszechnie i potocznie zwany chasydyzmem; najszerzej znana odmiana, m.in. dlatego, że istnieje do dziś. Powstał w XVIII wieku.

Każda z tych odmian jest oddzielnie opisana i każdy zainteresowany może poznać szczegóły. Jednakże nie znajdzie się tam, podobnie jak w poniższej definicji tego, co najważniejsze i co stanowiło, a może i nadal stanowi o istocie chasydyzmu.

Wielka Encyklopedia Powszechna PWN, Warszawa 1963 tak charakteryzuje chasydyzm:

„Chasydyzm [hebr. ‘prawy, sprawiedliwy, bogobojny’], żydowski ruch religijno-mistyczny, powstały w latach 30-tych XVIII wieku na Podolu. Twórcą chasydyzmu był Baalszemtow, który wkrótce pozyskał liczne rzesze zwolenników wśród Żydów na ziemiach polskich, Ukrainie, Białorusi, w Rumunii i na Węgrzech. Źródła chasydyzmu sięgają XVII wieku, okresu powstań kozackich i obcych najazdów, w czasie których miały miejsce masowe prześladowania ludności żydowskiej na Ukrainie. Skłoniło to masy żydowskie do szukania ucieczki w wierze, co prowadziło w 2 połowie XVII i 1 połowie XVIII wieku do wyłonienia się wielu sekt (sabataizm, frankiści). Tłem społecznym chasydyzmu była niechęć mas żydowskich do oligarchii kahalnej, do bogaczy i uczonych talmudystów. Szerzeniu się idei wolnomyślnych wśród Żydów sprzyjały próby reformy stosunków społeczno-politycznych kraju, które dotknęły również problematyki żydowskiej. Rozwiązanie sejmów ziemskich żydowskich 1764 (waad) zlikwidowało ekonomiczną i religijną supremację plutokracji kahalnej nad biedotą żydowską. Ideologia chasydyzmu oparła się na tradycyjnym, talmudycznym judaizmie oraz na kabale. Adoracja Boga w chasydyzmie oparta była na uproszczonym rytuale, połączonym ze śpiewem i tańcem (często graniczącym z ekstazą). Filozoficzną podstawę chasydyzmu stanowił chabad. Centralną rolę w chasydyzmie odgrywał cadyk. Przeciwko chasydom występowali mithnagdim [hebr. ‘przeciwnicy’], zwolennicy tradycyjnych form religijnych. W XIX i XX wieku chasydyzm był ostoją ciemnoty i zacofania wśród Żydów, zwalczał wszelkie ich postępowe i emancypacyjne ruchy społeczne. Niemal zupełny zanik chasydyzmu nastąpił w czasie II wojny światowej wraz z wymordowaniem przez hitlerowców wielu milionów Żydów. Nieliczne grupy zwolenników chasydyzmu przebywają obecnie m.in. w Izraelu i USA.

Chabad [inicjały hebr. wyrazów: hokhmā ‘mądrość’, bînā ‘rozsądek’, dēa ‘wiedza, poznanie’], teoretyczny system poglądów religijnych odłamu chasydyzmu rozprzestrzenionego na Litwie; wysuwa na czoło poznanie, neguje rolę cadyka i elementy ekstazy w religijnej praktyce chasydyzmu.”

W tym opisie brak tego, czym naprawdę był chasydyzm, ale w tym wypadku chodziło mi o to, by pokazać jak w PRL-u opisywano ten ruch. Jakże różna jest PRL-owska jego interpretacja i postrzeganie od tej Jeske-Choińskiego i Rolickiego.

Teodor Jeske-Choiński w książce Historia Żydów w Polsce pisze:

»Kabalistyka żydowska gasła powoli, jako odrębna sekta, ustępując w Polsce miejsca nowej sekcie, zwanej chasydyzmem. Stworzyło ją dwóch rabinów, Izrael Beszt z Międzyborza (1698-1759r.) i Beir z Międzyrzecza (1700-1772 r.). Obaj byli wyznawcami księgi Zohar i Kabały, uchodzący za cudotwórców (cadyków). Tym cudotwórcom przyszło na myśl osłodzić życie byłym talmudystom. Więc zdjęli z nich jarzmo wszelkich ascetycznych ćwiczeń i pozwolili im „podnosić ducha” wesołym życiem z dobrym humorem. Nic dziwnego, że się ta reforma spodobała Żydom, terroryzowanym przez Talmud. Przeszedłszy do sekty, zwanej chasydim, żyli sobie wesoło, często rozwiąźle, szczęśliwi, że można być chasydem (pobożnym), a hulać co się zmieści. Ten pomysł cadyków zebrał ogromną gromadę chasydów, istniejących dotąd w Polsce. Niezwykły „pietyzm” żydowski wieku XVII i XVIII rozlał się z Polski szeroko, bo na Węgry, Rosję i kraje naddunajskie.

Głównym patronem tej dziwacznej sekty był Izrael Beszt. Dowiadujemy się od Hilarego Nussbauma („Szkice historyczne z życia Żydów w Warszawie”), że wmówił w swoich zwolenników, iż „przy pomocy hałaśliwego odprawiania modlitwy, wysilania się w natężonych ruchach, kiwania i wstrząsania całym ciałem, zdolny jest przenikać w nieskończoność. Dusza jego wtedy ulatuje w świetlane sfery, wznosi się w niebiosa, widzi oblicze Boga, wchodzi w rozmowę z aniołami i jest w stanie za ich pośrednictwem, łaskę Bożą, szczęście, a głównie odwrócenie grożącego niebezpieczeństwa uprosić. Zalecał też swoim owieczkom naśladować go w krzykliwym modleniu się, utrzymując, że modlitwa to rodzaj małżeńskiego związku między człowiekiem a majestatem Boskim i dlatego wymaga fizycznego bodźca, cielesnego wstrząśnięcia, co krzykiem, ruchem, kiwaniem się i gestykulacją najłatwiej się osiąga.

Dalej głosił, że „tylko przy wesołym usposobieniu, jak skakanie, śpiewanie, klaskanie itd. odprawiane modlitwy zagrzewają duszę i ciało, wzniecają płomień modlitwy i mogą niechybnie łaski oblubienicy niebieskiej uzyskać”.

Zabawna ta, krzykliwa, skakająca, kiwająca się, wstrząsająca całym ciałem przy modlitwie, a hulająca poza modlitwą sekta…

Z tej dziwacznej reformy wykwitła dla cadyków cala góra złota. Bowiem nie wolno się zbliżać chasydowi do cadyka bez datku, stosownie do jego możności. Bogaty musi za audiencję u cudotwórcy płacić słono.

Chorzy i nieszczęśliwi chasydzi spieszą po zdrowie albo uspokojenie duszy do nieomylnego, według nich, cadyka i błagają go o wstawiennictwo przed tronem Boga.

Cadyk radzi, obiecuje i zgarnia mamonę, potrzebną mu do utrzymania licznego dworu, którym się otacza, niby panujący książę. W białych jedwabnych sukniach chodzi i w sobolach. Swoją mądrość cudotwórczą podtrzymuje i odświeża bezustannym odczytywaniem Zohara.

Najzaciętszym wrogiem chasydów był rabin wileński, Eliasz (1780-1797 r.), mąż energiczny i nieugięty. Wypędził on chasydów z Wilna a księgi ich kazał spalić (w roku 1772). Gdy jeden z przewodników nowej sekty, Jakub Józef Kohen, mowy swe wydrukował (w r. 1780), wyklął go razem z innymi rabinami.

W chwili, kiedy chrześcijaństwo nie znało już prześladowań religijnych, wojowały ze sobą dwa stronnictwa żydowskie (w Polsce) z namiętnością nieubłaganych wrogów. Wielu chasydów powędrowało wówczas na Sybir z łaski rabinów, którzy się za pomocą donosu pozbywali niemiłych im przeciwników. Niejeden chasyd poszedł na Daleki Wschód jako – przestępca polityczny, choć nie wiedział nawet, co to sprawa polityczna.

Ta nienawiść prawowiernych talmudystów nie złamała jednak oporu chasydów. Chasydzi zostali chasydami, nie zrzekłszy się narodowości i religii żydowskiej.«

Żeby jednak zrozumieć istotę chasydyzmu wypada zacząć od początku, od chasydyzmu antycznego. Już w bardzo zamierzchłych czasach, w okresie zetknięcia się Żydów z Asyrią (VIII w. p.n.e.) i Babilonią (VI w. p.n.e.) pojawia się tajne „stowarzyszenie pobożnych” (chassidim). Bez nich reformy Ezdrasza i Nehemiasza nie doszłyby do skutku. To oni, w krytycznym momencie, sprowadzają z Babilonii Nehemiasza. Dzięki nim dochodzi do odbudowy Jerozolimy po jej zburzeniu w 586 r. p.n.e. przez babilońskiego władcę Nabuchonodozora. Gdy około 200 r. p.n.e. Judea dostaje się pod panowanie Syrii, „pobożni” organizują partyzantkę przeciwko jej wojskom. Wprawdzie zostaje ona rozbita, ale stowarzyszenie pobożnych działa dalej. Na czele ruchu staje Matatiasz, pochodzący z rodu Machabeuszów (Hasmoneuszów) i rozpoczyna wojnę podjazdową. Z ukrycia napada na wojska syryjskie.

W tym właśnie czasie niewidzialna ręka rozpowszechnia wśród Żydów dwie księgi o charakterze mesjanistycznym: Księgę Estery i Księgę Daniela. Ta ostatnia wyszła od „pobożnych” i prorokuje upadek państwa syryjskiego i przejście władzy do „narodu świętych”, któremu złożą hołd wszyscy królowie świata. Co ciekawe, to właśnie Księga Daniela stała się w XVI wieku inspiracją dla ruchów komunistyczno-rewolucyjnych.

W rodzie hasmonejskim władza świecka połączyła się z duchową. Jednak ponad nimi była jeszcze trzecia. W czasie powstań Machabeuszów (167-160 p.n.e.) pojawia się „wysoka rada” złożona z „mędrców”. Jest ona zewnętrzną emanacją „stowarzyszenia pobożnych”, a właściwie ich kierowników. Rada ta to „Sanhedryn”. W jego obrębie ścierają się dwa ortodoksyjne kierunki : Saduceusze i Faryzeusze. Saduceusze byli wierni Zakonowi, ale byli zwolennikami asymilacji. Faryzeusze, należący do „pobożnych”, wprost przeciwnie, wierni reformom Ezdrasza i Nehemiasza, odgrodzili Żydów od innych narodów, wpoili im nienawiść do innowierców. Najskrajniejszy odłam „pobożnych” usunął się z życia politycznego i stworzył związek Esseńczyków.

„Najpierwsze gminy wytworzyły się na wschodzie, ekonomicznie najdalej rozwiniętym, a zwłaszcza wśród żydów, wśród których już około r. 100 przed Chr. Napotykamy tajny związek komunistyczny – związek Esseńczyków.” – Karol Kautsky, Historia komunizmu w starożytności i średniowieczu. Był to więc pierwszy zalążek ruchu komunistycznego, który utworzyli najbardziej zagorzali ze „stowarzyszenia pobożnych” (chassidim).

Po powstaniach Machabeuszów, około 140 roku p.n.e., udało się Żydom opanować Jerozolimę. Szymon Hasmonejczyk otrzymuje godność duchowego arcykapłana i wodza narodu (nassi). Panowanie książąt hasmonejskich to rozkwit ekonomiczny żydostwa. W Palestynie następuje „odgrodzenie”, ale na zewnątrz, poza jej granicami, wprost przeciwnie, żydostwo promieniuje. Aleksandria staje się głównym ośrodkiem jego skupienia. Mieszka w niej około miliona Żydów i gromadzą się w dwóch dzielnicach. Trudnią się głównie zamorskim handlem zbożem. Docierają do Rzymu i tworzą tam liczną kolonię kupców i bankierów.

Królowie egipscy nadają Żydom równouprawnienie obywatelskie i samorząd. Ich zwierzchnikiem jest etnarcha. W jego ręku skupia się władza administracyjna i sądownicza. To pierwszy przypadek autonomicznego żydowskiego sądownictwa w krajach rozproszenia. Później, w wiekach średnich, staje się to ich zasadniczy przywilej.

W Palestynie Zakon rozwija się. Dzięki Faryzeuszom poszerza się istniejące poza Torą, przekazywane ustnie, tradycyjne prawo tzw. Halacha – poprzedniczka Talmudu. Obok niej ma miejsce wykład Agady, która ma charakter mesjanistyczno-polityczny. Z niej wywodzi się kabała żydowska. A więc: Halacha – Talmud, Agada – kabała żydowska.

Wydawało się, że wszystko szło w jak najlepszym kierunku, żydostwo kwitło, aż tu nagle na granicach Judei pojawia się Rzym. Zburzenie przez Rzymian świątyni w Jerozolimie w 70 roku oznacza koniec państwa żydowskiego.

W imperium rzymskim „pobożni” wywoływali zamieszki i powstania. Ich skrajne ugrupowanie tzw. zeloci doprowadzili do masakry Greków i Rzymian w Cyrenajce, Egipcie i na Cyprze. Powstanie Bar-Kochby (132-135 n.e.) w Palestynie też było ich dziełem. W Izraelu „pobożni” zawsze byli nosicielami „mesjańskich marzeń”. W stosunku do nieżydów byli odłamem najbardziej skrajnym, bezwzględnym i rewolucyjnym. Po zburzeniu Jerozolimy przez Tytusa członkowie zelotów schronili się na Półwyspie Arabskim. I to oni kierowali narodzinami islamu. W wyniku upadku Rzymu tworzy się pewna pustka. Zanim powstanie nowy porządek mija trochę czasu. W żydostwie też dokonują się różne zmiany. Henryk Rolicki w książce Zmierzch Izraela, wydanej w1932 roku, pisze:

»W wiekach średnich spoidło, jakie stanowił związek „pobożnych”, zastąpiły więzy Talmudu. Kabała obejmowała tylko szczupłe koła. Dopiero kabała praktyczna Lurii występuje już jako więź obejmująca szerokie koła żydostwa. Z początku kabała praktyczna nie walczy z Talmudem, nie usiłuje go zastąpić. Dopiero Sabbataj Cwi, ogłaszając się mesjaszem w Turcji, uderzył we wszechpotęgę Talmudu. Pod koniec XVII w. istnieją niejako dwie odrębne organizacje pospólstwa żydowskiego na wschodzie Europy: talmudyści i kabaliści praktyczni. Obie przenikają się wzajem i są sobie niechętne. Stan ten w imię mesjańskich planów żydowskich nie mógł trwać długo. Kierownictwo Izraela musiało widzieć jasno, że Talmud, dobry w średniowieczu dla odgrodzenia żydostwa, teraz w okresie bardziej bojowym, gdy żydostwo szło do ofensywy, stracił swą wartość organizacyjną. Przyszłość leżała z jednej strony w organizacjach pozornej asymilacji na zachodzie Europy, a więc w wejściu do lóż wolnomularskich, z drugiej strony zaś na wschodzie Europy, gdzie żydostwo, skupione gęsto, mogło występować bez maski, w organizacjach kabały praktycznej, a więc w praktykach kabalistycznych, przyspieszających nastanie ery mesjańskiej i wiążących adeptów w ścisłe związki ofensywne w stosunku do nieżydów. Na zachodzie Europy organizacje talmudyczne padają pod ciosami Mendelssohna, na wschodzie pod naporem Izraela z Międzyborza.

Zarówno Mendelssohn, jak Izrael z Międzyborza zwalczani są przez oficjalne władze żydowskie, lecz mimo to odnoszą zwycięstwo. W ten sposób triumfują przecież i twórcy nowych rytów w wolnomularstwie. I tu i tam – starodawnym obyczajem Izraela – rewolucji dokonują z góry jacyś „nieznani przełożeni”. Aby ułatwić sobie zadanie na wschodzie, nawiązuje się do tradycji historyczno-rewolucyjnych tajnego związku „pobożnych” (chasydów). Organizacja, stworzona przez Izraela z Międzyborza, zwie się nowochasydzką; z biegiem czasu w XIX w. zanikł ten dodatek, wskazujący na coś nowopowstałego; na wschodzie Europy działa już po prostu organizacja chasydów, czyli starożytny związek „pobożnych”. Od odnowienia chasydyzmu liczą żydzi nowy okres w swych dziejach.

Organizacja chasydzka pomyślana została jako tajny związek wielostopniowy i zbudowany hierarchicznie o zakrytych celach. Wiemy już od Maimona, ze kabała posiadała dwa misteria. Małe misterium, to były filozoficzne sekrety, zagmatwane i ciemne, zaś wielkie misteria – to były tajemnice polityczne. Na szczycie hierarchii organizacyjnej chasydów ukryto te tajemnice polityczne w ten sposób, by pozostały niedosięgłe nawet dla bezpośrednich wykonawców. W ten iście judejski sposób zapewniono sobie sprawność organizacji, tak samo zresztą, jak w wolnomularstwie.

„Droga jest ciężka. Łańcuch ludów i pokoleń. Jeden pomaga drugiemu. Baalszem, twórca chasydyzmu, mówił o tym właśnie w pewnym porównaniu, jak nam opowiada Martin Buber: oto ludzie stali pod bardzo wysokim drzewem. Jeden z tych ludzi miał oczy, aby mógł widzieć. I widział: na szczycie drzewa stał ptak, wspaniały w swej nieziemskiej piękności. Inni nie widzieli tego ptaka. I tego człowieka ogarnęło tęskne pragnienie dojść do tego ptaka i wziąć go; nie mógł odejść bez tego ptaka. Ale wobec wysokości drzewa nie mógł ptaka dosięgnąć, a drabiny nie można było znaleźć. Jednak w tęsknocie potężnej znalazł dla duszy swej radę. Wziął ludzi, którzy stali wokół niego i postawił jednego na drugim każdego na ramionach jego towarzysza. Sam zaś stanął na najwyższym, tak że doszedł do ptaka i wziął go. A ludzie, choć temu jednemu pomagali, nie wiedzieli nic o ptaku i nie widzieli go. On zaś, który wiedział o ptaku i widział go, nie mógłby bez nich do niego dojść. Gdyby jednak najniższy z nich opuścił swoje miejsce, musiałby najwyższy upaść na ziemię. Zaś swiątynia mesjasza zwana jest w księdze Zohar gniazdem ptasim.” – Heinrich Kohn, Die politische des Judentums.

„Stowarzyszenie pobożnych miało cel mniej więcej taki, jaki zakon iluminatów w Bawarii i posługiwało się nader podobnymi środkami”. – Salomon Maimon, Autobiografia.

Słowa te pisze Maimon w Niemczech, w kilka lat po ujawnieniu archiwum iluminatów przez rząd bawarski, oraz w chwili uwięzienia Ludwika XVI przez szalejącą już rewolucję. A więc chasydyzm i iluminaci wytknęli sobie ten sam cel i środki: mówiliśmy już wyżej, że celem tym u iluminatów było zniszczenie religii chrześcijańskiej, władzy świeckiej i prawa własności, środkiem zaś miała być rewolucja światowa. Chasydzi – jak już nadmieniłem – pokrewni byli esseńczykom, a więc komunistycznemu odłamowi starożytnego stowarzyszenia „pobożnych”. Tamci byli raczej teoretykami, ci jednak uzdolnieni do czynu przez kabałę praktyczną – stali się już czynnym elementem rewolucyjnym – mogli sobie postawić cel taki, jak zakon iluminatów bawarskich i realizować go podobnymi środkami. Z talmudystami chasydzi uporali się już w pierwszych latach XIX w. i odnieśli stanowcze zwycięstwo. Później przeciwnikami ich na terenie ziem polskich byli żydzi postępowi, którzy przez jakiś czas „mieli w ręku” kahały większych miast. Przed rokiem 1863 kahałem warszawskim rządzili już oryginalna spółka: chasydów, czyli ortodoksów z żydami asymilatorami (tzw. żydami – Polakami). Obecnie chasydyzm opanował już w całości pospólstwo żydowskie na wschodzie Europy, a za pośrednictwem mas dostał się do Stanów Zjednoczonych Ameryki Północnej. Owładnął wszędzie kahałami i masy żydowskie dzisiaj kierowane są przez owych „mądrych”, mających takie cele, jak zakon iluminatów w Bawarii i posługujących się podobnymi środkami.

Stowarzyszeniu „pobożnych” w pokłony uderzył nawet syjonizm. Oto w syjonistycznej księdze zbiorowej pisze Marcin Buber:

„W XVI stuleciu nie Józef Karo, lecz Izaak Luria, a w XVIII stuleciu nie gaon wileński, lecz Baalszem rzeczywiście umocnili i odgraniczyli żydostwo.”

A więc nie kabała, lecz kabała praktyczna, czyli rozległa organizacja kabalistyczna, nie trzymanie pospólstwa za kark Talmudem, lecz uzdolnienie go do ataku na nieżydów za pomocą „stowarzyszenia pobożnych”; będzie ono powodować tłumami nie drogą postrachu jak talmudyści, lecz przez ich „odurzenie i oćmienie”, przez zahipnotyzowanie przez cadyków, przez stawianie im na wzór owych „dobrych”, zaś w gruncie rzeczy „słabych”.

Od Talmudu do chasydyzmu – to droga od obrony do ofensywy, od odgrodzenia Zakonu do uderzenia w system chrześcijańskiego świata w drodze rewolucji. Oto tak niewinni na pozór dzisiejsi żydowscy ortodoksi.«

To tyle z tych długich cytatów. Książka Jeske-Choińskiego ukazała się w 1920 roku, a Rolickiego w 1932 roku. Dawno temu. Może to wszystko już nieaktualne. A może nie! Kiedy dziś patrzymy na te pielgrzymki chasydów do Leżajska, Lelowa i innych miejscowości, w których kiedyś żyli ci cadycy, to możemy odnieść wrażenie, że chodzi tylko o religię, mistycyzm, a jak jeszcze zobaczy się, jak dużo przy tym piją, tańczą i modlą się, to pomyślimy sobie, że to tacy nieszkodliwi Żydzi. Tak ich się u nas przedstawia. Może i tak, ale nie wszyscy! Filozoficzną podstawą chasydyzmu jest chabad. Na stronie Chabad-Lubavitsch (chabad.org) możemy przeczytać:

„Chabad-Lubavitch is a philosophy, a movement, and an organization. It is considered to be the most dynamic force in Jewish life today.”

Znaczy to, że elita chasydyzmu jest nadal, tak jak w starożytności, najbardziej dynamiczną, czyli dążącą do zmian, siłą żydostwa. Na portalu wPrawo.pl czytamy:

„Chabad Lubawicz deklaruję chęć stworzenia „nowego Izraela”. Miejsce owego tworu ich zdaniem zostało podyktowane przez historię. To dawne tereny Rzeczpospolitej, dziś Polski i Ukrainy. W Dniepropietrowsku już wybudowano gigantyczną siedzibę Chabad Lubawicz zwaną Centrum Kulturalnym Menora. To tam ma się znajdować stolica „nowego Izraela”. W obliczu ponad 70 lat ludobójstwa, które wojska izraelskie przeprowadzają na ludności palestyńskiej, w który zaangażowani są politycy Stanów Zjednoczonych, koncepcja rezygnacji (choćby częściowej) z państwa okupacyjnego na wschodnim brzegu Morza Śródziemnego wydaje się być bardzo wygodna dla USA, co może wyjaśniać nagłe przejście Trumpa do żydowskich kabalistów i uwiarygodnienia w ten sposób ich religijno-historycznej koncepcji geopolitycznej.”

Tu już nie ma wątpliwości, że chasydzi z Chabad Lubawicz nawiązują bezpośrednio do swoich starożytnych korzeni. Więcej tu: https://wprawo.pl/j-miedlar-trump-przeszedl-na-judaizm-i-stworzy-nowy-izrael-zydowski-publicysta-zginal-po-wyjawieniu-tej-informacji.