Protesty c.d.

W poprzednim blogu pisałem o protestach w Peru, ale też były protesty w Brazylii. W Brazylii protestujący nie pogodzili się z wynikiem wyborów, a w Peru z aresztowaniem prezydenta. W Peru zwycięzca otrzymał 50,13% głosów, przegrany – 49,87% głosów. W Brazylii odpowiednio 50,90% i 49,10%. Podobnie jak poprzednio, korzystam z tego samego źródła informacji i poniżej moje streszczenie.

»Wybory prezydenckie z października 2022 pokazały, że Brazylia jest podzielona na dwie części. Jedni to zwolennicy Bolsonaro, drudzy – Lula da Silva, który już był wcześniej prezydentem. Lula zadeklarował, że będzie prezydentem wszystkich Brazylijczyków i że nikt nie jest zainteresowany w życiu w podzielonym kraju. Lula zdobył 50,90% głosów, a Bolsonaro – 49,10%. Wynik Bolsonaro był lepszy niż przewidywano w sondażach.

W latach 90-tych Brazylia była praktycznie odcięta od świata. Jej przemysł był chroniony poprzez wysokie cła oraz zakaz importu wielu produktów. Dodatkowo dochodziła wysoka inflacja. 30 lat temu rząd Itamara Franco zapoczątkował plan, który realizował rząd Fernando Cardoso. Podstawowym założeniem tego planu była wymiana waluty i reforma systemu podatkowego. Plan powiódł się i Brazylia stała się jedną z czołowych gospodarek rozwijającego się świata. Ograniczono biedę i nierówności społeczne. Lula korzystał z boomu gospodarczego i ożywionej wymiany handlowej. W efekcie Brazylia stała się w 2010 roku siódmą gospodarką świata. Jednak w ostatnim rankingu spadła na 12-te miejsce.

Kiedy skończyła się tania ropa naftowa zaczęły się problemy. Rząd Dilmy Rousseff okazał się bardzo niekorzystny dla brazylijskiej gospodarki, która popadła w głęboką recesję. Nawet największe państwowe przedsiębiorstwo, naftowy gigant – Petrobras, znalazło się w trudnej sytuacji ekonomicznej i bliskie bankructwa. Korzystając z niezadowolenia społecznego, Bolsonaro, jedna z najbardziej kontrowersyjnych postaci w brazylijskiej polityce, pojawił się na politycznej scenie. Jego populistyczny program przyciągnął miliony Brazylijczyków, którzy byli już zmęczeni licznymi skandalami korupcyjnymi w Partii Pracy w ciągu ostatnich 16 lat.

Jednym z największych sukcesów prezydenta Bolsonaro było zatrudnienie Paulo Guardasa jako super ministra od ekonomii. Wykształcony w Ameryce reprezentował nurt liberalny, a więc promował prywatyzację, uproszczone prawo podatkowe, prawo pracy i redukcję biurokracji. Zmniejszyło się bezrobocie, a prywatyzacja zmniejszyła dług publiczny. Kondycja finansowa firm po prywatyzacji stała się znacznie lepsza. Niektóre w ciągu dwóch lat uzyskały większy dochód niż poprzednio w ciągu dziesięciu lat. Korupcja powodowała utratę około 70 miliardów reali w ciągu roku. Była to największa prywatyzacja w ciągu ostatnich 20 lat. Przyciągnęła ona fundusze inwestycyjne z Singapuru i emerytalne z Kanady. Sprywatyzowano wodociągi i kanalizację. Pomimo pandemii prywatyzacja przyniosła korzyści. W 2021 roku PKB Brazylii wzrosło o 4,6%, a w 2022 roku, roku wyborów, osiągnęło ponad 3% wzrostu. To spowodowało powstanie prawdziwie fanatycznej społeczności opowiadającej się za Bolsonaro. By utrzymać się przy władzy Bolsonaro zwiększył o 50% zasiłki dla najbiedniejszych. W sumie było to około 110 dolarów miesięcznie. W czasie swojej kampanii obiecał utrzymać je w 2023 roku. Ten zasiłek otrzymuje około 21 milinów brazylijskich rodzin. Dla państwa jest to wydatek około 50 miliardów dolarów. To oczywiście musiało skończyć się zaciągnięciem kredytu.

Negatywny elektorat miał nie tylko Bolsonaro, ale również Lula da Silva, który trafił do więzienia oskarżony o korupcję. Spędził tam 19 miesięcy, po czym został zwolniony przez Sąd Najwyższy, który anulował wszystkie wyroki dotyczące Luli, argumentując, że sędzia wydający te wyroki nie miał do tego prawa. Innymi słowy Lula został zwolniony z powodu błędów proceduralnych, a nie dlatego, ze Sąd Najwyższy uznał, że jest niewinny. Część wyborców pamiętała dobrze czasy za poprzedniej kadencji Luli, a ci, którzy otrzymali zasiłki, byli rozżaleni ze względu na rosnącą inflację. Doszło więc do sytuacji, w której nikt z wyborców nie był obojętny.

Jedynym sektorem brazylijskiej gospodarki, który oparł się kryzysowi, było rolnictwo. To dzięki eksportowi do Chin. Jednak to było za mało. Sektor przemysłowy od ponad 20 lat znajduje się w kryzysie. Wyborcom obu stron bardziej zależy na pokonaniu przeciwnika, niż faktycznej poprawie sytuacji. Wśród zwolenników Bolsonaro są tacy, którzy chcieliby, by armia usunęła Lulę, czyli dokonała zamachu stanu.

Wygląda na to, że Bolsonaro pogodził się z porażką. Natomiast Lula stoi przed poważnym wyzwaniem. Kraj jest podzielony, a finanse w stanie opłakanym. Niezbędne są zmiany strukturalne, by zapewnić długotrwały rozwój ekonomiczny. Lula chce, by wydatki publiczne stymulowały wzrost, szczególnie w zakresie rozwoju infrastruktury. Chce też rozwoju programów socjalnych. Jednak wykonanie może okazać się trudne ze względu na podstawową barierę, jaką jest limit na wydatki publiczne, wprowadzony 6 lat temu w walce z kryzysem. Zmiana tego ograniczenia wymaga wprowadzenia poprawki do konstytucji. Tak więc doradcy Luli szukają sposobu, by wyciągnąć 32 miliardy z tego limitu. Jego pomysł to pobudzenie rynku wewnętrznego w celu zwiększenia produkcji i konsumpcji. Mówi o zwiększeniu wydatków na programy socjalne, inwestycje publiczne i infrastrukturę. Uważa, że nastąpi wzrost przychodów z podatku dochodowego. No cóż, jest to brazylijska wersja „cudu siedmiu chlebów i ryb”. Same zwiększenie przychodów z podatku dochodowego nie wystarczy, więc pozostaje zwiększenie długu publicznego.

Obecna sytuacja finansowa kraju jest o wiele gorsza, niż gdy Lula poprzednio opuszczał swój urząd w 2010 roku. 80% budżetu to wydatki na wynagrodzenia dla urzędników i na emerytury. W większości krajów jest to mniej niż 60%, a w wielu bogatych – około 40%. Natomiast jakość usług w tych krajach jest na daleko wyższym poziomie niż w Brazylii. To, czego potrzebuje Brazylia, to reforma podatkowa. Bolsonaro zawiódł. Czas na Lulę. Chce on skupić się na zwalczaniu nierówności i poprawie redystrybucji dochodów. Problem jednak polega na tym, że nie ma on większości parlamentarnej.«

Z tej analizy trudno właściwie zorientować się, gdzie jest problem. Bo skoro gospodarka brazylijska została sprywatyzowana, to powinno być dobrze. I było dobrze, ale do czasu. Tak jak w Polsce. Dopóki było co sprzedać, to były pieniądze. A jak skończyły się one, to zaczął się problem. Teraz obecny prezydent chce na powrót nacjonalizować, to co wcześniej zostało sprywatyzowane. Tak samo jak u nas PiS. Skoro więc prywatyzacja była zła, to po co ją wprowadzono? Jeśli przedsiębiorstwa państwowe były skorumpowane, to prywatyzacja wprawdzie zlikwiduje tę korupcję, ale zyski z prywatnych firm pójdą do ich właścicieli. Przedsiębiorstwo państwowe może być równie efektywne, jak prywatne. Jeśli jednak nikt nie potrafi zwalczyć korupcji w nim, to znaczy, że tak postanowiono gdzieś wyżej, a osoby biorące w niej udział mają ochronę prawną, co potwierdza przykład prezydenta Luli, który został oskarżony o korupcję i skazany na karę więzienia. I raptem okazuje się, że trzeba go zwolnić, bo nie przestrzegano procedur sądowych. Czyli że nikt w całej Brazylii nie dostrzegł tego niedopatrzenia. Raczej trudno w to uwierzyć. Już zapewne w trakcie tego procesu wiedziano, że w pewnym momencie Lula ma być zwolniony i trzeba było dokonać takiego zabiegu.

Prywatyzacja nie jest rozwiązaniem żadnego problemu, bo w Brazylii sprywatyzowano nawet wodociągi, tak jak w Polsce, a problemy pozostały. A czy fundusze z Singapuru i z Kanady będą dzielić się zyskiem z rządem brazylijskim? Pewnie tak samo, jak dzielą się podobne fundusze w Polsce.

Korupcja jest wynikiem tego, że w takich skorumpowanych państwach klasa rządząca jest uzależniona od międzynarodowego kapitału, który w ramach prywatyzacji przejmuje rynki wszystkich tych państw i wymusza na tychże rządzących odpowiednie regulacje prawne, które są korzystne dla tego kapitału. W taki sposób państwa te są pozbawione kapitału i nie są w stanie rozwijać się i stawać się bogatymi. Stan taki trwa niezmiennie i żadne obietnice i zaklęcia tego nie zmienią. A może on tak trwać dzięki demokracji, która co cztery czy pięć lat stwarza nową iluzję. Pojawiają się coraz to nowi zaklinacze, którzy po raz kolejny, nie wiadomo już który, uwodzą masy, jak ten Flecista z Hameln – szczury.

Źródło: Rzeczpospolita.

Mam jakieś takie przekonanie, że demokracja ewoluuje. Wchodzi jakby na nowy etap rozwoju. Pojawiają się wybory, w których zwycięzca tylko minimalnie wygrywa z przegranym. W przypadku Brazylii wyglądało to tak – wybory 2006:

  • Luiz Lula da Silva – I runda – 48,61%, II runda – 60,83%
  • Geraldo Alckmin – I runda – 41,64%, II runda – 39,17%

Wybory 2010:

  • Dilma Rousseff – I runda – 46,91%, II runda – 56,05%
  • Jose Serra – I runda – 32,61%, II runda – 43,95%

Wybory 2014:

  • Dilma Rousseff – I runda – 41,59%, II runda – 51,64%
  • Aecio Neves – I runda – 33,55%, II runda – 48,36%

Wybory 2018:

  • Jair Bolsonaro – I runda – 46,03%, II runda – 55,12%
  • Fernando Haddad – I runda – 29,28%, II runda – 44,87%

Wybory 2022:

  • Luiz Lula da Silva – I runda – 48,40%, II runda – 50,90%
  • Jair Bolsonaro – I runda – 43,20%, II runda – 49,10%

Mamy więc tutaj z sytuacją, w której różnica wyniku wyborczego w roku 2022 pomiędzy kandydatami wynosi 1,80%. W Peru ta różnica wyniosła 0,26%, co wydaje się w granicach błędu. Czy to możliwe, by mogło stać się coś takiego? Różne rzeczy się dzieją. W wyborach w Stanach Zjednoczonych w 2016 roku Donald Trump zdobył 47,5% (304 elektorskie), Hilary Clinton – 47,7% (227 elektorskich), co dało zwycięstwo Trumpowi, bo decydowały głosy elektorskie. Taką to mamy demokrację w Ameryce. W Polsce w wyborach prezydenckich w roku 2020 w drugiej rundzie Andrzej Duda zdobył 51,03% głosów, a Rafał Trzaskowski – 48,97%, co daje różnicę 2,06%. Czy takie wyniki, to rzeczywiście efekt zrównoważonej polaryzacji, czy może efekt fałszowania wyborów. W Polsce przeprowadzono ostatnio sondaż, według którego podobno około 50% badanych uważa, że wybory są fałszowane. Udowodnienie czegoś takiego jest niemożliwe, jednak niektóre wyniki wyborów skłaniają do takich podejrzeń. Czy słusznie? Skoro nie jest ważne, kto jak głosuje, tylko kto liczy głosy, to może coś jest na rzeczy. Jednego wszak można być chyba pewnym. Takie wyniki zaogniają scenę polityczną, antagonizują wyborców i skłaniają niektórych z nich do radykalnych działań, jak choćby próby zajmowania budynków rządowych. Czy komuś właśnie o to chodzi?

A może jednak da się osiągnąć wynik zbliżony do 50/50 bez fałszowania wyniku wyborów, wykorzystując pewne naturalne podziały w społeczeństwie. W przypadku Brazylii mamy do czynienia z podziałem etnicznym, który umożliwia stworzenie takiego rozkładu głosów. Biali to 47,7% populacji Brazylii, pardo – 43,1%, czarni – 7,6%, resztę (1,6%) stanowią głównie Indianie, Japończycy, Arabowie.

Słowo „pardo” w języku hiszpańskim ma dwa znaczenia. Przymiotnik – brunatny, żółtobrunatny; ciemny, pochmurny. Rzeczownik – lampart; z łacińskiego pardus – lampart.

Pardo – ludność mieszana rasowo w Brazylii, mająca przodków zarówno białych, czarnych, indiańskich jak i żółtych. Pardo jako kategoria rasowa jest oficjalnie używana przez Brazylijski Instytut Geograficzny i Statystyczny w spisach ludności od 1950 roku. Inne kategorie rasowe ujęte w spisie to: branco (biały), negro (czarny), amarelo (żółty, który odnosi się do przybyszy ze Wschodniej Azji) oraz indigena (ludność rdzenna). Do pardo w Brazylii zalicza się Mulatów, Metysów, Zambo (przodkowie rasy czarnej i innych ras) oraz ludność pochodzenia mieszanego, tzn. taką, która ma przodków wywodzących się spośród więcej niż dwóch ras. – Wikipedia.

Jest więc Brazylia mozaiką rasową i kulturową. Nie przypadkiem tak się stało. Pierwszymi białymi, którzy zostali przymusowo osiedleni, byli dwaj skazańcy pozostawieni przez Cabrala, by umacniać kontakty z tubylcami przez mieszanie ras, co było portugalską praktyką tamtych czasów. W 1501 roku przybyli pierwsi portugalscy osadnicy. Cabral to oficjalny odkrywca Brazylii w 1500 roku. Miesza się nie tylko rasy, ale i narody, co ma obecnie miejsce w Polsce. Takie konglomeraty najwyraźniej stwarzają pole do różnego rodzaju kombinacji, podziałów politycznych, antagonizmów i wydatnie ułatwiają rządzenie tym, którzy faktycznie są u władzy.

2 thoughts on “Protesty c.d.

  1. Widzę, że mafia globalistów się rozleniwiła.
    W każdym kraju dzielą sobie rząd na dwie fikcyjnie zwalczające się frakcję.

    Nawet przy sterowaniu swoimi ludźmi cięcia kosztów.

    W tym cytacie jest całe sedno problemu:
    “Korupcja jest wynikiem tego, że w takich skorumpowanych państwach klasa rządząca jest uzależniona od międzynarodowego kapitału, który w ramach prywatyzacji przejmuje rynki wszystkich tych państw i wymusza na tychże rządzących odpowiednie regulacje prawne, które są korzystne dla tego kapitału.”

    Wielki kapitał już zbyt mocno wyeksploatował dawne żerowiska i teraz porządkuje swoje sprawy w innych rejonach świata. No i przyszła pora na Amerykę Południową, czego dowodem są te “rewolucje”.

    Like

    • “Widzę, że mafia globalistów się rozleniwiła.” – Gratuluję poczucia humoru. Być może faktycznie tak jest. Ale skoro się rozleniwiła, to może to dobry dla nas znak.

      Liked by 1 person

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out /  Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out /  Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out /  Change )

Connecting to %s