Witam na moim blogu

Na tym blogu będę starał się przedstawiać prawdę albo przynajmniej próbował do niej dochodzić. Czy będzie to zamiar udany, czy – nie, ocenią czytający go.

“Jedynie prawda jest ciekawa” – to motto Józefa Mackiewicza. Prawda jest ciekawa, ale niewygodna dla wszystkich i wszyscy starają się ją ukryć albo zniekształcić. Za głoszenie prawdy, uparte jej głoszenie, Józef Mackiewicz cierpiał nędzę. Dzięki temu, że pozostał sobie i swoim przekonaniom wierny, to my, z jego dzieł, możemy dowiedzieć się prawdy.

Blog ten jest poświęcony polityce i historii. Obecnie, jak chyba nigdy dotąd w dziejach ludzkości, nie manipulowano tak historią. Na naszych oczach dokonuje się fałszerstwo na niespotykaną skalę. A to wszystko dzięki internetowi i mediom społecznościowym. Jedynym ratunkiem wydaje się wykorzystanie tych mediów w celu obrony. Zgodnie z rzymską maksymą: kto mieczem wojuje, od miecza ginie.

Dużo miejsca będzie zajmować tematyka żydowska. Nie sposób jednak jej uniknąć, jeśli chce się pisać prawdę. Polska dla Żydów była i jest szczególnym miejscem. Nigdzie społeczność żydowska nie była tak liczna w stosunku do pozostałej ludności i nigdzie nie osiągnęła takich wpływów. Po drugiej wojnie światowej jej przewaga stała się jeszcze większa. Polacy stracili w niej swą warstwę inteligencką, a Żydzi – zachowali. Dlatego jest to gra do jednej bramki. Nie można napisać prawdziwej historii Polski, bez uwzględnienia w niej Żydów i ich wpływów na jej bieg. A dlaczego się ich nie uwzględnia? Najwyraźniej ten, kto kontroluje system edukacji, prasę, wydawnictwa – ten sobie tego nie życzy.

Problem z Żydami polega na tym, że są przeważnie ukryci. Udają chrześcijan różnych wyznań. Żyd wie z kim ma do czynienia, a my – nie! Jeśli ma nam do sprzedania towar czy usługę, to będzie bardzo miły, można by rzec – do rany przyłóż. Gdy jednak uzna, że nieżyd jest mu niewygodny, jego obecność jest sprzeczna z jego interesem, jest jego konkurentem i – w najgorszym wypadku, gdy Żyd zawdzięcza coś nieżydowi, to jego nienawiść urasta do rozmiarów nieznanych człowiekowi o innej etyce i o innym systemie wartości. Jeśli nie będzie w stanie sam pokonać tego, którego tak bardzo nienawidzi, to poprosi innych Żydów o pomoc. Nie są to czcze słowa. Sam tego doświadczyłem. Nie ma szans na obronę, jeśli nie wiemy z kim mamy do czynienia lub gdy dowiemy się zbyt późno. Dlatego tak ważne jest poznanie tej nacji, jej systemu wartości, sposobów postępowania i zachowania wobec nieżydów. Ci, którzy żyli przed nami i ostrzegali nas przed nimi, mieli rację. Warto korzystać z tego, co nam przekazali. To wszystko jest nadal aktualne. Żydzi nie zmieniają się i nie zmieniają swoich zasad i zachowania wobec nieżydów. I co najważniejsze – Żydzi są wśród nas, więcej ich jest, o wiele więcej, niż nam się wydaje.

Niewolnictwo

Niewolnictwo było zjawiskiem powszechnym we wszystkich epokach, ale obecnie kojarzy się ono nam, bo tak wmawiają nam rządzący, z niewolnictwem Murzynów, czyli rasy czarnej, a rasę białą obarcza się wszelką odpowiedzialnością za ten stan i uprzywilejowuje, w ramach zadośćuczynienia, tych „pokrzywdzonych” przez białych. Czy tak rzeczywiście było, że to tylko biali są odpowiedzialni za ten stan? Bardzo możliwe, ale nie tylko oni. Może zatem warto bliżej przyjrzeć się temu zagadnieniu.

W Wikipedii można m.in. przeczytać:

Pochodzenie niewolników

Niewolnicy rekrutowali się spośród jeńców wojennych, dzieci sprzedanych w niewolę przez rodziców, niewypłacalnych dłużników, osób porwanych w celu sprzedaży w niewolę (np. przez piratów), skazanych na niewolę itd. Także dzieci rodzące się z niewolników stanowiły z reguły pożytki z rzeczy i jako takie też były niewolnikami (po łac. nazywano je verna). Początkowo niewolnictwo było stanem mogącym ulec zmianie. W niektórych kulturach słowa „robotnik” oraz „niewolnik” brzmią niemal identycznie. W późniejszym okresie utarł się obraz niewolnika jako przedstawiciela mniejszości rasowej i/lub członka najniższej warstwy społecznej.

Niewolnictwo a inne formy zależności

Najważniejszą cechą wyróżniającą system niewolniczy od innych stosunków zależności (np. poddaństwa osobistego chłopów) był fakt, że niewolnik był zawsze rzeczą także z punktu widzenia państwa. Niewolnik – jako rzecz – nie posiadał żadnych obowiązków wobec państwa, zaś np. poddany chłop pańszczyźniany, znajdujący się w identycznej sytuacji faktycznej (obowiązek świadczenia przymusowej, nieodpłatnej pracy na rzecz pana) oraz bardzo zbliżonej sytuacji prawnej (możliwość sprzedaży, a nawet – w niektórych krajach i pewnych okresach historycznych, np. średniowiecznej Japonii czy przedrozbiorowej Polsce – zabicia przez pana), z punktu widzenia prawa był jednak także poddanym władcy kraju i jako taki podlegał (lub z prawnego punktu widzenia mógł podlegać) pewnym obowiązkom, jak np. płacenie podatków czy służba wojskowa. Według Jana Sowy istotną różnicą między niewolnictwem a pańszczyzną jest to, że w niewolnictwie ludźmi handlowano indywidualnie, a w przypadku pańszczyzny zazwyczaj handel prowadzono hurtowo, sprzedając całe wsie wraz z przypisanymi do nich chłopskimi rodzinami. Nie wszędzie było to jednak regułą, a w odniesieniu do poddanych pańszczyźnianych, niebędących chłopami, często w Rosji sprzedawano ich indywidualnie, bądź pojedynczymi rodzinami.

Niewolnictwo w Afryce

Niewolnictwo było praktykowane w Afryce, Europie, Azji oraz obu Amerykach na długo przed rozwinięciem się handlu transatlantyckiego. Czarnoskórzy niewolnicy byli transportowani do Europy nim Krzysztof Kolumb odkrył Amerykę. Afrykański handel niewolnikami dostarczał ludzi nie tylko do Europy, ale też na Bliski Wschód, zaś w krajach arabskich niewolnicy z Afryki byli znacznie liczniejsi niż na kontynencie europejskim.

Znaczny odsetek niewolników przybyłych do Europy stanowili jeńcy z afrykańskich wojen plemiennych. Zdarzały się również przypadki bogacenia się mieszkańców zachodniej Afryki na zniewalaniu i sprzedawaniu przedstawicieli innych społeczności. Praktyki te rozwinęły się między innymi w dorzeczu Nigru, gdzie organizowano liczne targi niewolników. Stamtąd niewolników transportowano na wybrzeże i sprzedawano w portach Europejczykom w zamian za broń, ubrania, alkohol i inne dobra.

Handel trójkątny

Schemat przedstawiający handel trójkątny w epoce nowożytnej; Semhur – praca własna; źródło: Wikipedia.

Transport niewolników stał się jednym z najważniejszych części handlu trójkątnego, który rozwinął się u początków epoki nowożytnej. Żeglarze podróżowali po Atlantyku na podstawie utartego schematu. Najpierw przewozili z Europy do zachodniej Afryki różnego rodzaju materiały przetworzone, takie jak broń, alkohol, ceramika i narzędzia. Towary te sprzedawali następnie mieszkańcom Czarnego Lądu, w zamian zdobywając od nich niewolników. Ci byli transportowani do Ameryki i zatrudniani na plantacjach, skąd do Europy przewożono między innymi bawełnę, cukier, tytoń, melasę i rum. Czarnoskórzy niewolnicy stanowili w tym systemie istotną rolę jako czynnik skłaniający handlarzy podróżujących na kontynent amerykański do odwiedzenia po drodze Afryki. Według wielu opracowań niewolnicy byli głównym powodem, dla którego handel trójkątny zaistniał.

Pozyskiwanie niewolników w Afryce

Europejczycy pozyskiwali niewolników w Afryce, lecz rzadko czynili to bezpośrednio. Do czasu upowszechnienia się chininy, zazwyczaj nie zapuszczali się w głąb kontynentu z obawy przed chorobami tropikalnymi i oporem ze strony rdzennych mieszkańców. Dlatego też od samego początku istotną rolę w handlu niewolnikami odgrywała ludność tubylcza. Niewolnicy pochodzili najczęściej z plemion sąsiadujących z tymi, które współpracowały z europejskimi handlarzami. Byli to przede wszystkim jeńcy wojenni oraz ofiary porwań. Zdarzały się także przypadki sprzedawania schwytanych przestępców. Niektórzy władcy afrykańscy odmawiali jednak Europejczykom sprzedawania przestępców lub jeńców wojennych. Jednym z nich był żyjący w XIX wieku król Jaja z Opobo.

Główne regiony pozyskiwania niewolników w Afryce w XVI-XIX wieku; źródło: Wikipedia.

Pozyskiwanie niewolników nie przybierało takiej samej skali we wszystkich regionach Afryki Zachodniej. Handel niewolnikami koncentrował się na ośmiu obszarach, z których w latach 1650–1900 wywieziono około 10,24 mln niewolników. Były to:

  • Senegal i Gambia – 4,8%
  • Górna Gwinea – 4,1%
  • Wybrzeże Pieprzowe – 1,8%
  • Złote Wybrzeże – 10,4%
  • Zatoka Beninu – 20,2%
  • Zatoka Bonny – 14,6%
  • Kotlina Konga i Angola – 39,4%
  • Mozambik i Madagaskar – 4,7%

Punkty docelowe

Niewolnicy przetransportowani do Ameryki byli wykorzystywani w posiadłościach wszystkich europejskich państw kolonialnych. Największą rolę odgrywali w koloniach portugalskich (Brazylia) oraz brytyjskich i francuskich posiadłościach na Karaibach (głównie przy uprawie trzciny cukrowej). Pierwsze transporty niewolników dotarły jednak w 1502 roku na hiszpańską Hispaniolę (obecnie Haiti). W 1513 roku pierwsi niewolnicy dotarli na Kubę, w 1518 roku na Jamajkę, zaś w 1526 roku – do Hondurasu, Gwatemali oraz na obszar przyszłych Stanów Zjednoczonych.

x

Żeby jednak zrozumieć istotę tego zjawiska zwanego niewolnictwem w Afryce, wypada, choćby powierzchownie, poznać historię tego kontynentu. W Wielkiej Encyklopedii Powszechnej PWN (1962-70) jest ona dosyć obszernie przedstawiona, czego nie ma w Wikipedii. Poniżej jej fragment dotyczący okresu od VII wieku do początku XIX wieku.

Przełomowym dla losów Afryki Północnej wydarzeniem okazał się najazd Arabów z końcem I połowy VII w.; do końca VII w. Arabowie opanowali całą Afrykę Północną sięgając po Sudan i Nigerię aż do Zatoki Gwinejskiej; wzdłuż wschodnich wybrzeży Afryki dotarli aż po Zanzibar, zakładając po drodze miasta i faktorie: Mombasa, Kilwa, Mogadiszu. Arabowie trudnili się wywozem kości słoniowej, handlem niewolnikami, szczególnie poszukiwanymi na rynkach Bliskiego Wschodu. W ciągu następnych wieków stan polityczny tych obszarów, włączonych pierwotnie do Kalifatu Damasceńskiego (później Bagdadzkiego), ulegał wielokrotnym zmianom. W 868 oderwał się od Bagdadu Egipt, w którym kolejno zmieniały się panujące dynastie Tulunidów, Fatymidów, Ajjubidów. Państwo Almorawidów (XI w.), później Almohadów (XII w.) w Afryce Północno-Zachodniej rozpadło się w XIII w. na szereg państewek osłabionych ciągłymi walkami sekt religijnych. Równocześnie władzę w Egipcie objęli Mamelucy, których państwo istniało do 1517; na początku XVI w. cały obszar Afryki Północnej dostał się pod zwierzchnictwo sułtanów tureckich. W ciągu tych stuleci utrwalił się w całej Afryce Północnej islam, a wraz z nim język i kultura arabska, asymilując nieprzerwanie elementy chamicko-berberyjskie. Okres ten stworzył podwaliny pod stan istniejący do czasów obecnych.

Ludy Afryki zwrotnikowej (na południe od Sahary) żyły do XV w. w zupełnym odosobnieniu. Dzieje tych ludów znamy częściowo z kronik miejscowych (od X w.) oraz z relacji podróżników i odkrywców począwszy od XV w. Najbardziej ucywilizowane były ludy sudańskie. Na przełomie III/IV w. n.e. powstało tu państwo Ghana, rozciągające się między górnym Nigrem a rzekami Baule i Senegal. W IX w. państwo to osiągnęło najwyższy rozkwit. Państwo Mali istniejące między XI i XVII w. utrzymywało ożywione kontakty handlowe z Afryką Północną. Panowanie Mansa Musy (1312-37) stanowiło najbardziej pomyślny okres państwa Mali. W XV w. na czoło wysunęło się istniejące od X w. państwo Songhaj. Miasta Timbuktu i Gao (stolica Songhaj) stanowiły w tym czasie duże ośrodki życia gospodarczego i kulturalnego (muzułmański uniwersytet Sankore od 1087 w Timbuktu). W okolicy jeziora Czad istniało od około VIII w. państwo Kanem (od XIV w. Bornu). W północnej Nigerii powstały w XVI w. państewka zislamizowanych ludów Hausa (Gobir, Kano, Daura, Zaria i in.). Na terenie dzisiejszej zachodniej Nigerii utworzyło się w połowie XII w. państwo Benin, które rozwinęło wysoką i oryginalną kulturę. Państwa Joruba (od początku XVI w.), Aszanti (od XVII w. na terenie obecnej Ghany) oraz Dahomej (od XVII w.) przetrwały do XIX wieku.

W Afryce Środkowej istniało z końcem XV w. państwo Kongo, a bardziej na południe – państwo Angola. W południowo-wschodniej części Konga uformowało się w XV w. państwo plemion Baluba (przetrwało do XVII w.), na południe od niego państwo Bakuba (XIV-XVI w.). W opisach podróżników europejskich XVI-XIX w. znajduje się wiele wiadomości o ustroju, organizacji armii, systemie podatkowym tych państw. W Rodezji (Zimbabwe – przyp. W.L.) Południowej istniało prawdopodobnie od XI w. potężne państwo Monomotapa. W rejonie wielkich jezior istniały w XVII w. państwa Buganda, Ruanda, Urundi.

Odkrycia geograficzne dokonane w końcu XV w. przez Portugalczyków (opłynięcie Afryki i dotarcie do Indii), odkrycie Ameryki, a w związku z tym postępujący rozwój gospodarki plantacyjnej i eksploatacji amerykańskich złóż złota spowodowały ogromne zapotrzebowanie na tanią siłę roboczą, Murzynów, których pierwszy transport w 1441 został przywieziony przez Portugalczyków do Lizbony. W ślady Portugalczyków poszły Anglia, Francja i Holandia. Wzdłuż zachodnich wybrzeży Afryki państwa te zakładały punkty obronne i faktorie, które służyły do masowego wywozu Murzynów.

Z Europejczyków pierwsi pojawili się w Afryce Zachodniej (1482) Portugalczycy. Wylądowali 1484 u ujścia rzeki Kongo i wtargnęli na terytorium Konga. Władca tego państwa, Nzinga-a-Nkuwu przyjął chrześcijaństwo. Krwawe podboje, masowy wywóz niewolników spowodowały (XVI w.) powstanie ludności pod wodzą Mbuli Matadisa i wypędzenie Portugalczyków, którzy uderzyli na Angolę, przekształcając ją w swoją kolonię. Wschodnie wybrzeże Afryki już od X w. było skolonizowane przez Arabów. W 1618 roku Anglicy założyli w Gambii pierwszy fort i umocnili się na Złotym Wybrzeżu; 1637 osiedlili się tu również Holendrzy, a u ujścia Senegalu Francuzi.

Na wschodnim wybrzeżu Afryki Portugalczycy pojawili się po raz pierwszy 1498. Po półwiekowej walce przeniknęli oni w głąb lądu na południe od rzeki Ruwuma i w basenie Zambezi napotkali zdecydowany opór państwa (związku plemiennego) Monomotapa. W 1560 udało się wprawdzie narzucić chrześcijaństwo wodzowi plemion Monomotapa, lecz kraj opanowali Portugalczycy dopiero z końcem XVI w. dzięki separatyzmowi wodzów plemiennych i rozsadzeniu państwa Monomotapa od wewnątrz. Powstała tu kolonia portugalska Mozambik, przekształcona w bazę wywozu niewolników. W 1652 roku holenderska kompania wschodnio-indyjska założyła na południu Afryki kolonię Kapsztad, wycinając tubylcze plemiona Buszmenów. Do XVIII w. osadnicy holenderscy, Burowie, zajęli całą południową prowincję, a 1778 Fernando Po i Annobón. W tym okresie wschodnie wybrzeża Afryki stanowiły najbogatszy rezerwat niewolników. W XV-XIX w. wywieziono z Afryki kilkanaście mln Murzynów. Łączna ilość wraz zabitymi i zmarłymi w czasie transportu sięgała kilkudziesięciu milionów ludzi. W 2 połowie XVIII w. wywożono rocznie 60-100 tys. osób.

x

Do pełniejszego obrazu Afryki wypada jeszcze zacytować wybrane fragmenty z książki Siódma minęła, ósma przemija… Paul Herrmann, PIW 1967:

Chłonność rynku europejskiego na towary eksportowane ze Wschodu i Afryki była oczywiście o wiele większa aniżeli popyt Wschodu i Afryki na towary europejskie, wskutek czego handel wymienny musiałby po krótkim czasie ustać. Nie pozostawało więc nic innego, jak płacić za import wschodni szlachetnymi metalami. To doprowadziło, podobnie jak tysiąc lat wcześniej za Dioklecjana, do silnego odpływu złota z Europy. W ciągu XIV i XV wieku doszło wreszcie do tego, że górnictwo złota i srebra Starego Świata nie mogło uzupełnić odpływu pieniądza wynikającego z handlu ze Wschodem. Sami tylko kupcy weneccy wywozili w tym czasie do Aleksandrii corocznie olbrzymią sumę trzystu tysięcy dukatów w złocie. Wskutek tego wartość złota w Europie wzrosła podwójnie w porównaniu z wartością pszenicy. Co to oznaczało dla szerokich warstw chłopów, rękodzielników i wyrobników, ukazują dane niemieckiego mineraloga i geografa Heinricha Quiringa; w owym czasie górnik w kopalniach złota w Złotym Stoku w górach kłodzkich musiał przepracować pięćdziesiąt dniówek, by zarobić jednego dukata. – Europa zaczęła zwracać coraz baczniejszą uwagę na Afrykę.

Już z początkiem XIV wieku podejmowano liczne podróże wzdłuż wschodnich i zachodnich wybrzeży Afryki. Nie przyczyniły się one jednak do lepszego poznania Czarnego Lądu. Gdyby nie owa pokusa, jaką wywierało złoto, prawdopodobnie wcale by ich nie odbywano, gdyż bezwodne wybrzeża Afryki Północnej były zbyt niegościnne.

Nie należy jednak wyciągać stąd wniosku, że Afryka północna była obszarem zupełnie nieznanym i nigdy nie odwiedzanym. Przeciwnie, podobnie jak Syberia i Azja środkowa należała ona w średniowieczu do obszarów, przez które ciągle przechodziły karawany i które były dostępne także dla białych podróżników i kupców. Nie wiedzielibyśmy nic o tym, gdyby nie zachował się przypadkowo prywatny list nie znanego zresztą bliżej kupca florentyńskiego Benedetto Dei z lat sześćdziesiątych XV wieku, w którym wspomina on jakby mimochodem, że około 1470 roku odbył podróż do Timbuktu, „miasta w państwie Berberyjczyków”. Jest to tym bardziej zdumiewające, że dopiero czterysta lat później wspomina się znowu o podróży Europejczyka do Timbuktu, „królowej Sahary”, a mianowicie, gdy w 1828 r. przybył tam podróżnik francuski René Caillé. Do tej pory wielkie miasto na pustyni, cel karawan, było dla giaurów równie niedostępne jak Mekka. Ale za czasów Benedetta Dei trudności te nie istniały. Florentyńczyk nie sądzi widocznie, by podróż jego była czymś nadzwyczajnym. W każdym razie nie skłoniły go do niej jakieś zainteresowania geograficzne. Zamiast opisać, jak i jaką drogą udało mu się przebyć piaszczyste morze Sahary, opowiada, że w Timbuktu sprzedaje się grube sukno lombardzkie, i rozwodzi się szeroko o swoich sukcesach. Dezynwoltura, z jaką mówi o swym rzeczywiście wielkim wyczynie podróżniczym, świadczy, że Timbuktu było za jego czasów znanym i częstym celem wypraw karawanowych i nie warto mu poświęcać zbyt wiele słów. Wydaje się też pewne, że ruch przyjezdnych był w Afryce mimo wszelkich przeszkód i trudności o wiele większy, a dalekie podróże o wiele częstsze, aniżeli przypuszczamy.

Benedetto Dei był kupcem, którego kraj i ludzie niewiele obchodzili, interesowała go tylko możność zbytu towarów. Ale dwadzieścia lat przed nim, około roku 1450, przebywał na Saharze człowiek całkiem innego pokroju: rzeczoznawca bankowy i prospektor Antonio Malfante z Genui. Nie dojechał on, co prawda, do Timbuktu, lecz tylko do oaz Tuatu. Tam dowiedział się już, czego chciał, a mianowicie, że na Saharze nie ma złota i że karawany arabskie przywożące złoto do wybrzeży północnoafrykańskich przybywają z bardzo odległych okolic Afryki południowej.

Malfante nie podróżował w swoich interesach, lecz z polecenia genueńskiego domu bankowo-handlowego Centurionów, posiadającego oddziały w Genui, W Kaffie na Krymie, na Majorce, w Lizbonie, Rouen, Antwerpii, Brugii i Bristolu. Interesy tego banku, znanego powszechnie w połowie XV wieku, ucierpiały znacznie na skutek gwałtownego odpływu metali szlachetnych z Europy na Wschód, a także wskutek licznych zburzeń politycznych, które przyniósł wiek XV – wojny stuletniej między Francją a Anglią, częstych zamieszek w Niemczech i upadku cesarstwa wschodniorzymskiego, zakończonego zdobyciem Konstantynopola przez Turków w 1453 roku.

(…) Malfante pozostawił nam żywy opis swej podróży w formie listu do przyjaciela Giovanni Marioni.

„(…) Tuat składa się z osiemnastu osad obwiedzionych murem i rządzonych oligarchicznie. Naczelnik każdej osady broni – słusznie czy niesłusznie – podległej mu miejscowości; albowiem choć wszystkie graniczą ze sobą, każda stara się zdobyć największe znaczenie. A skoro tylko przybędzie tu jakiś podróżny, to jeden z naczelników osad zostaje jego protektorem i opiekuje się nim z narażeniem własnego życia. Wskutek tego kupcy są tu zupełnie bezpieczni, powiedziałbym nawet, że o wiele bezpieczniejsi niż w królestwach Tlemcen i Tunisu.

Jestem chrześcijaninem, ale mimo to nie słyszałem od nikogo złego słowa, a mieszkańcy mówią, że jeszcze nigdy nie widzieli tutaj chrześcijanina. Prawda, z początku, skoro tylko przybyłem, odczuwałem jako natręctwo, że wszyscy chcieli mnie widzieć i wołali zdumieni: Ten chrześcijanin ma twarz dokładnie taką samą jak my! Sądzili mianowicie, że chrześcijanie mają twarze zniekształcone. Prędko jednak zaspokoili swą ciekawość i teraz sam wszędzie chodzę i nikt nie odezwie się do mnie złym słowem.

Jest tu dużo Żydów. Powodzi im się dobrze, gdyż podlegają rozmaitym naczelnikom osad, a każdy z tych urzędników ujmuje się za swymi protegowanymi. Żydzi mają tu więc spokojne życie. Handel znajduje się w ich rękach i wielu z nich cieszy się pełnym zaufaniem.

Osada, w której przebywam, jest ośrodkiem handlu w kraju Maurów; przybywają tu kupcy ze swymi towarami. Przywożą złoto, które sprzedają ludziom przybywającym z wybrzeża. Nazywa się ta miejscowość De Amamento (Tamentit) i jest tu wiele bogatych ludzi. Szerokie warstwy ludności są jednak bardzo ubogie, ponieważ nie można tu nic siać ani zbierać poza daktylami, które stanowią główne pożywienie ludności. Mięso jest tylko z kastrowanych wielbłądów. Należy do rzadkości, ale jest wyborne w smaku.(…)

Ludzie tutejsi sąsiadują, o ile dobrze słyszałem, z Indami. Kupcy indyjscy przybywają tutaj i porozumiewają się z mieszkańcami przy pomocy tłumaczy. Ci Indowie są chrześcijanami i czcicielami krzyża.

Nieraz pytałem, gdzie ludzie znajdują i zbierają złoto. Mój protektor odpowiedział: Byłem przez czternaście lat u Murzynów i nasłuchałem się najrozmaitszych rzeczy. Ale nigdy nie spotkałem człowieka, który by z całą pewnością powiedział: tak je widziałem, albo tak się je znajduje i zbiera. Dlatego myślę, że przybywa ono z daleka, ze ściśle określonego obszaru. Powiedział też, że był w okolicach, gdzie srebro jest tyle warte co złoto…”

Jak widzimy, autor listu miał oczy otwarte na wszystko, co go w tym obcym świecie otaczało. Dowiedział się niebawem, że na Saharze nie wydobywa się złota, jest też dla niego jasne, dlaczego znaczna część środkowoafrykańskich zapasów złota tutaj właśnie gromadzi się. Znajduje się tu mianowicie sól, której brak daje się dotkliwie we znaki na szerokich obszarach Afryki tropikalnej; tutaj nabywa się ją w zamian za złoto. A złoto pochodzi z dalekiego i nieosiągalnego południa; nie ma go ani na Saharze, ani na wybrzeżu śródziemnomorskim.

Informacje, które Malfante przywiózł Centurionom, nie były zatem zbyt pomyślne. Wynikało z nich, że handel złotem znajdował się w mocnych rękach. Malfante nie spotkał się wprawdzie z objawami wrogości, mimo że był chrześcijaninem i Europejczykiem – co zresztą wydaje się zdumiewające – ale uświadomił sobie jasno, że Arabowie, zainteresowani w handlu złotem, będą strzegli zazdrośnie swych praw i że ewentualne założenie w Tuacie filii firmy Centurionów nie miałoby sensu. Jego uwaga, że rzeką przepływającą przez Timbuktu można by dotrzeć do Egiptu, została niewątpliwie oceniona w Europie jako potwierdzenie wiadomości pochodzących jeszcze z czasów starożytnych. Malfante sam był w każdym razie głęboko o tym przekonany. Nie wiadomo, czy wzmianka o kupcach indyjskich w oazach Tuatu odnosi się rzeczywiście do Indów, czy też np. do Abisyńczyków. Ale obecność kupców indyjskich w Tuacie nie jest wykluczona. Timbuktu utrzymywało w XIV i XV wieku ożywione stosunki handlowe z Egiptem i Azją Mniejszą, więc wspomniani przez Malfantego handlarze mogli być w rzeczy samej kupcami indyjskimi.

x

Z powyższych cytatów wyłania się obraz znacznie bardziej zagmatwany, niż nam się przedstawia. Przede wszystkim Afryka, zanim pojawili się tam Europejczycy, była opanowana przez Arabów, ale chyba nie tylko, bo przecież Żydzi byli tam pod opieką pomniejszych czy większych władców i opanowali też handel. Czy zatem Arabowie byli tylko czymś w rodzaju zasłony dymnej, mającej na celu ukrycie właściwych władców Afryki, którzy mieli monopol na obrót złotem, bo tylko oni wiedzieli, gdzie ono znajduje się w Afryce? A ten, kto miał monopol na emisję pieniądza, czyli w tamtym czasie na pozyskiwanie złota, ten rządził.

Afryka przed epoką kolonialną nie była tak prymitywnym kontynentem, jak się nam wmawia. Było tam wiele państw, mniejszych czy większych, które były dobrze zorganizowane. Jeśli weźmie się pod uwagę fakt, że Europejczycy nie zapuszczali się w głąb kontynentu w celu pozyskiwania niewolników, to znaczy, że to miejscowi władcy dostarczali niewolników. – No właśnie! Czy to byli niewolnicy? Po części zapewne tak, ale w tym miejscu wypada sobie zadać pytanie: czy było tam aż tylu niewolników, przestępców, więźniów itp., by zorganizować ich tak masowy exodus? Wydaje się to mało prawdopodobne. Jeśli, jak podaje WEP, rocznie wywożono od 60 do 100 tys. osób, to oznacza to, że dziennie – od około 160 do około 270 osób. Ilu musiało być ludzi, którzy zajmowali się „polowaniami” na tych, których zamierzano wywieźć? I jak te osoby przewożono? Jak liczne musiałyby być załogi statków, którymi je transportowano? Bo przecież więźniów i niewolników trzeba było pilnować, bo byli to ludzie zdesperowani, nie mający nic do stracenia. Na te pytania odpowiedzi nie znajdziemy, pozostaje więc tylko spekulacja i domysły.

A może było zupełnie inaczej? Może niewolnicy stanowili tylko niewielką część tej ludności, może większością byli ludzie, których zachęcano do wyjazdu, obiecując im lepsze życie w Nowym Świecie. Czy nie było to tak, jak w przypadku XIX-wiecznej emigracji ubogiej ludności z Europy wschodniej do Ameryki i Brazylii? Agenci-naganiacze otrzymywali wynagrodzenie za każdą przekonaną do emigracji osobę. A jak to było w Australii? Tam też początkowo zsyłano przestępców.

Mało znana historia czarnej ludności Argentyny, o której w poprzednim blogu, może świadczyć o tym, że większość czarnej ludności Afryki wyemigrowała dobrowolnie, zachęcana przez lokalnych władców obietnicą lepszego życia w Nowym Świecie, a ci, którzy organizowali ten proceder, dobrze na tym zarabiali. A kto to wszystko finansował? – Ten, kto miał złoto, musiał to wszystko finansować.

Nazi-Argentinien?

Wskoczyło mi ostatnio na YouTube krótkie, 7-minutowe video, zatytułowane: Dlaczego nie ma Czarnych w Argentynie?, poświęcone historii czarnych w Argentynie. Nie jest to, jak sądzę, historia powszechnie znana, więc warto ją sobie przybliżyć. Ten filmik jest po francusku. Pod nim zamieszczam moje amatorskie tłumaczenie.

Kiedy myśli się o Argentynie, myśli się o tangu, Lionelu Messim, o Buenos Aires, myśli się o Maradonie, o matté (yerba mate – przyp. W.L.), o niebiesko-białej fladze, ale prawie nigdy nie myśli się o czarnej społeczności. I nie jest to przypadek. Obecnie mniej niż 1% Argentyńczyków przyznaje się do swoich afrykańskich korzeni. Na ulicach Buenos Aires, w podręcznikach do historii czy na ekranach telewizorów – czarne twarze są prawie nieobecne, tak jakby ta społeczność nigdy nie istniała, jakby nigdy nie liczyła się. A jednak był taki czas, gdy stanowiła ona około 1/3 całej ludności Buenos Aires. Byli żołnierzami, pracowali w portach, obecni w życiu kulturalnym i ekonomicznym kraju. A zatem, co się stało? Skąd takie zniknięcie? Dlaczego populacja tak wszechobecna musiała stać się niewidoczna?

Porozmawiajmy więc o pewnym wymazaniu. Nie o wymazaniu nagłym, brutalnym, spektakularnym, ale o wymazaniu rozciągniętym w czasie, metodycznym, cichym. Porozmawiajmy o czarnych Argentyny i o tym, jak cały kraj pokusił się o wymazanie ich ze swojej pamięci.

W XVII i XVIII wieku Argentyna była częścią hiszpańskiego imperium kolonialnego. I tak, jak w każdym imperium kolonialnym, byli tam niewolnicy. Dziesiątki tysięcy Afrykańczyków siłą wywożono z Angoli, Beninu czy Senegalu, a następnie sprzedawano na nadbrzeżach portu w Buenos Aires. W tamtym czasie miasto to nie było jeszcze centrum kulturalnym, którym stało się później. Była to placówka handlowa, pełna przemytników, krów, skór i ludzi.

Wbrew powszechnemu przekonaniu, że w Argentynie nie było niewolnictwa, ono było, ale słabo udokumentowane, ale liczby nie kłamią. Na początku XIX wieku co trzeci mieszkaniec Buenos Aires był czarnym lub metysem. Kobiety z afrykańskimi korzeniami były kucharkami, praczkami i opiekunkami dzieci w białych rodzinach. Mężczyźni służyli w wojsku lub pracowali na plantacjach na północnym zachodzie. Ale czarni są nie tylko siłą roboczą, tworzą wspólnoty kultywujące swoje tradycje, swoje języki, swoje rytuały, muzykę. Mają swoje kościoły, swoje bractwa religijne, swoje święta i ta obecność odciska swoje piętno na kulturze argentyńskiej. Innymi słowy, czarni nie są jakimś nic nie znaczącym dodatkiem do historii Argentyny, ale ich historia zaledwie rozpoczęta, została wymazana.

W XIX wieku Argentyna wkracza w nową erę. Walczy o swoją niepodległość, tworzy własną armię i zaczątki narodu, ale nie tworzy tego dla wszystkich. Wprost przeciwnie, czyni się to ze szkodą dla niektórych. Pierwszymi wśród nich są przedstawiciele czarnej rasy. Od pierwszych dni wolności czarni mężczyźni są masowo powoływani do wojska. Obiecuje się im wolność w zamian za ich krew, ale to czego im się nie mówi, to to, że często będą wysyłani na pierwszą linię, bez broni, bez uformowania w oddziały i nie ma temu końca.

Kilkadziesiąt lat później wybucha wojna z Paragwajem, zwana wojną trzech aliantów (Argentyna, Brazylia i Urugwaj przeciwko Paragwajowi – przyp. W.L.). Krwawy, brutalny konflikt trwający od 1865 do 1870 roku. I znowu bataliony afro-argentyńskie idą na pierwszy ogień. Śmiertelność w nich jest porażająca. Od tego momentu do końca XIX wieku obserwatorzy już zauważają, że czarni praktycznie zniknęli z Buenos Aires. To był dopiero pierwszy etap. W roku 1871 wybuchła w Buenos Aires epidemia żółtej febry. Dotknęła ona w szczególności najbiedniejsze dzielnice, a więc ludność murzyńską, potomków niewolników, pozbawioną wszelkiej pomocy ze strony władz. W tym przypadku to nie wojna, ale choroba ich dziesiątkowała.

Ale to, co trzeba zrozumieć, to to, że to zniknięcie nie było przypadkowe. Ono wpisuje się w pewną ideologię – to Argentyna nowoczesna, europejska, biała. Z końcem XIX wieku kraj otwiera szeroko drzwi milionom emigrantów z Włoch, Hiszpanii, Niemiec czy Szwajcarii. Są zachęcani, doceniani, osiedlani w miastach i jednocześnie dyskretnie wymazuje się czarnych z przestrzeni publicznej. W 1887 roku rasa czarna zostaje oficjalnie usunięta z rejestrów ludności. Ostatni Afro-Argentyńczycy są zaliczani do trzech ras: białych, metysów i trigueňo (ciemnoskóry – przyp. W.L.). A zatem, jeśli jakaś populacja nie figuruje w statystykach, więc nie istnieje. Argentyna tworzy wizerunek samej siebie jako państwa bez przeszłości afrykańskiej, zwraca się ku Europie, uważa się za kraj bardziej biały niż Brazylia, bardziej cywilizowany niż sąsiedzi. I taki obraz będzie kultywowany przez ponad wiek.

Kiedy populacja fizycznie znika, można wierzyć, że pamięć pozostaje, ale w Argentynie jest zupełnie odwrotnie. Po wojnach, epidemii, zafałszowanej strukturze etnicznej ludności – pozostała jeszcze kultura czarnych, którą trzeba spróbować wymazać: szkoły, bractwa, obecność w przestrzeni publicznej. Czarnych już nie ma w gazetach, teatrach, w książkach i podręcznikach historycznych, a jednak są wszędzie: tango – jego rytmy pochodzą od perkusji afrykańskich, na których grali w biednych dzielnicach Buenos Aires wyzwoleni niewolnicy. Ale o tym nigdy nie mówi się, nie uczy się o tym w szkołach. Mówi się, że tango pochodzi od europejskich imigrantów z przedmieść, wymazuje się czarnych, którzy tam żyli. I nie dotyczy to tylko muzyki, także zmienionych nazw miejscowości, ulic, dzielnic. Dzielnica San Telmo, jedna z najstarszych dzielnic Buenos Aires, była centrum życia społeczności afrykańskiej. Słowo „quilombo”, oznaczające obecnie nieporządek, historycznie oznaczało wspólnoty tworzone przez zbiegłych w epoce kolonialnej niewolników, ale kto o tym pamięta. – Nie było to nieumyślne zapomnienie, ale pamięć zduszona, pogrzebana. To tak, jak poznać tę przeszłość, ten obraz, który burzy wizerunek, który Argentyna sama sobie stworzyła.

Niektórzy jednak przypominają sobie. Całe rodziny przekazywały potajemnie swoje zwyczaje: tańce, słowa, przepisy. Potomkowie Afro-Argentyńczyków zachowali w swoich szufladach fotografie, dokumenty, historie, którymi nikt nie interesował się. Przez dziesięciolecia historia Afro-Argentyny została zmarginalizowana, niewidoczna w książkach, ignorowana przez media i polityków. Obecnie jednak wszystko zaczyna się zmieniać. W 2010 roku, po raz pierwszy od ponad wieku, argentyńska administracja zadaje proste pytanie: czy uważacie, że macie afrykańskie korzenie? Dziesiątki tysięcy osób odpowiedziało – tak. Niektórzy z dumą, inni ze względu na rodzinne pamiątki, jeszcze inni z chęci zrehabilitowania się za wcześniejszą postawę odżegnywania się od swoich korzeni. To początek powrotu do swojej prawdziwej tożsamości, spóźniony, ale ważny.

Wspólnoty Arfo-Argentyńczyków organizują się, jednoczą się, manifestują, tworzą stowarzyszenia. Żądają, żeby uczono ich ich historii, żeby mogli obchodzić swoje święta, żeby zadośćuczyniono niesprawiedliwościom. Artyści, naukowcy, wojskowi zabierają głos, dumnie opowiadają o swoich korzeniach, również o cierpieniach. Przypominają, że czarna Argentyna nie jest tylko minioną historią, jest żywa – tu i teraz. Ale to nie wszystko. Na początku lat 90-tych przybyła nowa fala migrantów z Afryki Zachodniej, głównie z Senegalu, przywracając krajobrazowi wielkich miast, takich jak Buenos Aires, Rosario czy La Plata, czarną twarz. Ale to nie takie proste. Te czarne społeczności stawiają czoła rasizmowi, odrzuceniu, niepewności. Spojrzenie białej Argentyny na tych Afro-Argentyńczyków przybiera często odcień egzotyki, nieufności czy ignorancji, ale podziały powoli zanikają. Historia czarnych w Argentynie trafia do podręczników szkolnych, muzea zaczynają organizować wystawy, a młodzi gorliwie afiszują się jako Afro-Argentyńczycy. Rewindykacje historyczne to coś więcej, niż kwestia tożsamości. To sposób, w jaki mówi się, że byliśmy tu, jesteśmy tu i zasługujemy na to, by być widzialnymi.

x

Autor tego krótkiego video przedstawił mało znany fakt z historii Argentyny, ale ograniczył się tylko do prezentacji problemu, nie próbując tego skomentować, może nie mógł, a może nie chciał, trudno powiedzieć. Mnie jednak nasuwają się pewne pytania i wątpliwości. Najprostsza jest tu kwestia tanga. Gdzieś kiedyś przeczytałem, że Astor Piazzolla całkowicie je zmienił, czym podobno naraził się wielu Argentyńczykom. Było więc tango czarnych, a później europejskie, czyli te, które znamy.

To, co jednak mnie zastanowiło, to fakt, że ta czarna społeczność miała swoje szkoły, kościoły, bractwa religijne itp. Wygląda więc na to, że była ona dobrze zorganizowana – zorganizowana na wzór społeczności protestanckich. Czy to mogło być możliwe w warunkach niewolnictwa? Według mnie – nie. Oczywiście, jak w każdej społeczności, tak i w tej, byli tacy, którym powodziło się lepiej, innym – gorzej. Dlaczego więc uwzięto się tak, by tę społeczność, stosunkowo nieliczną w skali całego państwa, zepchnąć w niebyt? Taki wizerunek czarnych nie pasował do ogólnie malowanego ich obrazu jako niewolników. Ale przede wszystkim, gdyby pozostawiono tę czarną społeczność w spokoju, to mogłoby się okazać, że ona doskonale sobie radzi w „białym” państwie i nie mógłby być użyty argument, że wszystkie „białe” państwa gnębiły czarnych i nie można by obarczać całej białej rasy za dyskryminowanie czarnych, bo „biała” Argentyna byłaby wyjątkiem psującym cały ten misternie ułożony plan, a raczej ideologię, że wszyscy biali gnębią czarnych. Dlatego państwo argentyńskie zrobiło wszystko, co było w jego mocy, by tę społeczność zepchnąć w niebyt. Czy konferencja berlińska z lat 1884-85 nie wpisuje się w ten schemat? Na niej Wielka Brytania, Francja, Niemcy, Portugalia, Hiszpania i Belgia, która powstała zaledwie 50 lat wcześniej, podzieliły między siebie Afrykę. Co za zgodność, żadnych wojen pomiędzy tymi państwami! A obecnie odwrotnie – trwa niszczenie białych i faworyzowanie czarnych. I kto cały czas pociąga za te sznurki? Kto decyduje o tym, że raz można załatwić sprawy pokojowo, a innym razem, że wojna jest konieczna? Kto pisze takie scenariusze i tak daleko sięga w przyszłość? I jak to wszystko skoordynowane w czasie i przestrzeni!

Eskalacja konfliktu?

W piątek 3 lipca 2026 doszło w Poznaniu do obywatelskiej kontroli w jednej z firm prowadzonej przez obywatelkę Ukrainy, jak to określił reporter TVP3 Poznań. Dwaj mężczyźni, którzy tego dokonali, związani byli wcześniej z Konfederacją, a obecnie – z partią Korwin. Obywatelka Ukrainy zajmuje się sprowadzaniem migrantów do Polski.

x

W dniu 7 lipca 2026 doszło w Poznaniu do podpalenia kilku samochodów. Sprawcami okazali się małoletni chłopcy, w wieku 8-12 lat, obywatele Ukrainy. Ten wybryk tłumaczono w TVP3 Poznań tym, że chcieli oni podpalić jeden samochód, a od jego ognia zapaliły się jeszcze inne.

Czy łatwo podpalić samochód? Czy tacy chłopcy, sami z siebie, mogliby go podpalić? Czy wiedzieli, jak to zrobić? Jaki mieliby motyw? A skoro to zrobili, to pewnie wiedzieli, że nic im nie grozi, bo są małoletni, a do tego są obywatelami Ukrainy. Mamy tu do czynienia z niebezpiecznym precedensem. Bardzo możliwe, że jeszcze nie raz dzieci będą wykorzystywane do tego typu prowokacji czy odwetów. W Przeglądzie Pożarniczym można przeczytać:

Sposoby podpaleń

W praktyce biegłego najczęściej spotykam się z trzema rodzajami sposobów działania sprawców podpaleń pojazdów: podpaleniami dokonywanymi wewnątrz przedziału osobowego, podpaleniami na zewnętrznej powierzchni karoserii oraz podpaleniami opon na kołach pojazdu.

Podpalenie wnętrza pojazdu

Aby podpalić przedział osobowy, sprawca najczęściej wybija szybę, zazwyczaj tylną bądź boczną. Najczęściej są to szyby hartowane, więc ich wybicie powoduje rozbicie ich na drobne kawałki, które wpadają także do wnętrza przedziału osobowego. Po wybiciu szyby sprawcy zazwyczaj albo wlewają do wnętrza kabiny płyn łatwopalny, albo wrzucają nasiąkniętą takim płynem i zapaloną tkaninę. Ostatnio częste są przypadki użycia przez podpalaczy butelki z tworzywa sztucznego z płynem łatwopalnym i z zaczopowanym zwitkiem tkaniny lub papieru stanowiącym lont, który zostaje podpalony i umieszczony wewnątrz pojazdu. Nierzadko pozostałość niespalonej butelki z charakterystyczną wonią cieczy palnej można ujawnić w pogorzelisku. Zdarza się, że sprawcy podpaleń podpalają papiery – przygotowane przez nich lub znajdujące się już wewnątrz pojazdu, na siedzisku fotela lub kanapy.

Podpalenie karoserii pojazdu

Sprawcy podpaleń często wzniecają ogień, polewając karoserię łatwopalnym płynem lub kładąc na nią nasączoną takim płynem tkaninę. Ogień podłożony w ten sposób sprawia, że zapala się powłoka lakiernicza pojazdu. Pożar nie zawsze powoduje wówczas zniszczenia termiczne wnętrza pojazdu, często ogień niszczy zewnętrzną powłokę karoserii oraz elementy pojazdu wykonane z tworzyw sztucznych. W przypadku polania dachu płynem łatwopalnym charakterystyczne będą ślady odbarwienia w formie pionowych zacieków po palącej się i spływającej po poszyciu karoserii cieczy. Największe uszkodzenia termiczne materiałów palnych znajdujących się wewnątrz przedziału osobowego będą zlokalizowane bliżej dachu (np. na tylnych zagłówkach, podsufitce, górnych uszczelkach drzwi). Co ważne, taki pożar może zostać łatwo zauważony już w pierwszej fazie rozwoju, ogień pojawia się natychmiast na zewnętrznej bryle pojazdu.

Sprawcy dokonują także podpaleń zewnętrznej karoserii, umieszczając przyspieszacz pożaru na podszybiu pojazdu, wykonanym z tworzywa sztucznego. Wtedy pożar ma dobre warunki do rozwoju i rozprzestrzenienia się do wnętrza komory silnika. Najczęściej powoduje uszkodzenie przedniej szyby, tworząc warunki do rozprzestrzenia się ognia w przedziale osobowym.

Podpalenie opony

Podpalacze najczęściej polewają oponę płynem łatwopalnym albo podkładają tkaninę nasiąkniętą takim płynem, a następnie ją zapalają. Paląca się ciecz wytwarza wysoką temperaturę, która powoduje zapalenie się zewnętrznej, gumowej części koła. W takim przypadku silne ślady korozyjne najczęściej są widoczne na stalowych blachach błotnika pojazdu.

Ostatnio spotyka się przypadki używania do podpalenia opon kostek podpałki do grilla, kominków i pieców. Sprawca układa taką tabliczkę pod oponą lub na górnej jej części na kole, a następnie podpala. Po czasie powstaje na tyle wysoka temperatura palącego się paliwa stałego, że następuje zapalenie się opony. Jak wykazały moje badania, użycie tego typu podpałki daje sprawcy dość dużo czasu na opuszczenie miejsca przestępstwa przed rozprzestrzenieniem się pożaru, gdyż proces zapalenia opony może trwać od kilkunastu do kilkudziesięciu minut.

x

Dwa zdarzenia, następujące po sobie w krótkim odstępie czasu, a do tego w tym samym mieście. Czy to przypadek, czy starannie wyreżyserowane zdarzenia, będące częścią większego planu, czyli kreowania wielkiego konfliktu polsko-ukraińskiego? Czy nie wpisuje się w ten plan demonstracja Żydówki Zajączkowskiej-Hernik, która w Parlamencie Europejskim podarła czerwono-czarną flagę UPA? – A kto stworzył UPA? Podstawą do powstania tej organizacji był tzw. eksperyment wołyński (1928-38). Wtedy organizowano na Wołyniu m.in. oddziały paramilitarne, tworzone przez rządy sanacyjne, czyli przez Piłsudskiego, szkolono ludzi, wyposażano ich w broń. To miało niby przygotowywać ich do akcji na terenie Związku Radzieckiego, czyli idea prometejska – rozczłonkowanie tegoż ZSRR na mniejsze niezależne państwa. Nic z tego nie wyszło, bo nie mogło i to był tylko pretekst. Struktura przetrwała i w grudniu 1942 roku w Wiedniu powstała UPA. W latach 1937 i 1938 rząd II RP przeprowadził akcję konwertowania ludności prawosławnej Wołynia na katolicyzm. I tym sposobem kilkanaście tysięcy, a może i więcej, prawosławnych Ukraińców stało się Polakami, bo katolik na wschodzie to Polak. I w ten sposób można było ich wymordować jako Polaków, i w ten sposób wykreowano, a może raczej rewitalizowano, choć nie wiem czy jest to właściwe słowo, dawny konflikt polsko-ukraiński z czasów I RP.

Eksperyment wołyński można w uproszczeniu określić jako: wszystko dla Ukraińców. To była próba stworzenia w obrębie II RP zaczątku niepodległej Ukrainy, wrogiej Związkowi Radzieckiemu. Dziś mamy do czynienia z eksperymentem wołyńskim bis, również wrogim Rosji – no bo jeśli Ukraińcy w „Polsce” mają większe prawa, niż obywatele tego kraju Zulu-Gula, to chyba takie sformułowanie jest zasadne. Jeśli Ukrainka ma biuro w Poznaniu, które zajmuje się sprowadzaniem do „Polski” migrantów, to co to jest? To jest działalność, w każdym normalnym państwie, zarezerwowana dla rządu danego państwa, a skoro robi to Ukrainka, to znaczy, że ten kraj Zulu-Gula jest Ukrainą, którą nazywa się jeszcze dla niepoznaki Polską.

Czy ten eksperyment wołyński bis ma szanse powodzenia, czyli osłabienie Rosji i jej rozczłonkowanie? Czy Ukraina w unii europejskiej, to krok w tym kierunku? A może jednak I RP bis, czyli taki bufor pomiędzy Niemcami a Rosją? – No właśnie! Co tam wielcy tego świata planują?

Curaçao

Mistrzostwa Świata w piłce nożnej wchodzą w decydującą fazę i już mało kto wraca do pierwszej sensacji tego turnieju. Piłkarze najmniejszego państwa, uczestniczącego w tych mistrzostwach, strzelili bramkę reprezentacji Niemiec i wtedy cały świat piłkarski usłyszał, że jest takie państwo. Jednak samo jego zaistnienie w świadomości kibiców zrodziło problem wymowy jego nazwy. Dziennikarze sportowi wyczyniali takie piruety językowe, że nie dało się tego słuchać, a przecież wystarczyło zajrzeć do Wikipedii, a ona o tym państwie pisze tak:

Curaçao [kyrɑˈsʌu̯], Kraj Curaçao (niderl. Land Curaçao, pap. Pais Kòrsou, ang. Country of Curaçao) – kraj autonomiczny Holandii w Ameryce Południowej (de iure wchodzący w skład Królestwa Niderlandów) i jedna z wulkanicznych Wysp Zawietrznych w archipelagu Małych Antyli. Wchodzi w skład wysp ABC (Aruba, Bonaire, Curaçao) oraz wysp CAS (Curaçao, Aruba, Sint Maarten). Stolicą wyspy jest miasto Willemstad, nazywane małym Amsterdamem. Do wyspy należy również wyspa Klein Curaçao. Nie należy do strefy Schengen, ani do Unii Europejskiej.

Willemstad – historyczne centrum miasta; Martin Falbisoner – praca własna; źródło: Wikipedia.

Geografia

Curaçao leży na szelfie kontynentalnym Ameryki Południowej i charakteryzuje się pagórkowatym krajobrazem, z najwyższym punktem – Christoffelberg, który sięga 372 m n.p.m. Jest to nizinny obszar o suchym, tropikalnym klimacie, położony w południowej części Morza Karaibskiego i należący do archipelagu Małych Antyli. Curaçao znajduje się ok. 60 km od północnych wybrzeży Wenezueli.

Położenie na Morzu Karaibskim; autor: TUBS; źródło: Wikipedia.

Historia

Pierwotnie wyspa była zamieszkana przez indiańskie plemię Arawaków. Dla Europejczyków została odkryta 26 lipca 1499 przez hiszpańską wyprawę pod dowództwem Alonso de Hojeda. Hiszpanie zajęli wyspę i zaczęli ją kolonizować około 1530 r. W 1634 r. wyspa została zajęta przez Holendrów pod wodzą Johanneas van Walbeecka i Pierre’a Le Granda. Wysiedlili oni siłą gubernatora wraz z ok. 400 Hiszpanami i Arawakami na stały ląd i ogłosili przyłączenie wyspy do Holandii. Holenderska Kompania Zachodnioindyjska założyła miasto Willemstad – obecną stolicę. Pierwszym gubernatorem Curaçao został w 1643 r. Peter Stuyvesant. Podlegały mu wówczas i inne posiadłości holenderskie w Ameryce, w tym Nowy Amsterdam nad rzeką Hudson – dzisiejszy Nowy Jork.

Na początku Curaçao było ignorowane przez kolonistów europejskich m.in. ze względu na brak złóż złota, ale później przekonano się, że naturalne położenie zatoki, nad którą zbudowano Willemstad, jest idealnym miejscem dla handlu. Handel, przewóz towarów oraz piractwo stały się szybko najważniejszymi gałęziami gospodarki Curaçao. W 1662 r. Holenderska Kompania Zachodnioindyjska stworzyła na wyspie największe centrum handlu niewolnikami, przywożonymi tu z rejonu Zatoki Gwinejskiej w Afryce, a następnie rozwożonymi mniejszymi jednostkami po wszystkich wyspach Morza Karaibskiego i na pobliskie wybrzeża lądu amerykańskiego. W XVIII i XIX w. Curaçao należało przejściowo do Francji i Wielkiej Brytanii, aż w 1816 r. powróciło ostatecznie do rąk holenderskich.

W 1863 r. Holendrzy znieśli niewolnictwo, co doprowadziło ekonomię wyspy do upadku. Nowa era dla Curaçao zaczyna się od 1914 r., gdy w Maracaibo w Wenezueli odkryto ropę naftową. W 1916 r. rząd holenderski oraz Shell wybudowali na Curaçao pierwszą rafinerię Isla. Port w Willemstad nadawał się idealnie dla tankowców. O ile w chwili odkrycia pokładów ropy liczba ludności wyspy nie przekraczała 30 tys., to na początku lat 60. XX w. zbliżyła się ona do 140 tys., co dawało gęstość zaludnienia blisko 320 osób/km².

Na początku 1985 r. rządy Curaçao, Antyli Holenderskich, Holandii, Wenezueli wraz z Shell rozpoczęły rozmowy na temat ewentualnego zamknięcia rafinerii, a w lipcu Shell zaprzestał działalności. 24 września 1985 Shell zgodził się na przeniesienie instalacji rafinacyjnych w Emmastad i terminali morskich w zatokach Bullenbaai i Caracasbaai. Z kolei rząd stworzył przedsiębiorstwo „Refineria di Korsou NV” (RdK) jako właściciela instalacji rafinerii i terminali. „Curoil NV” zostało stworzone do obsługi lokalnego marketingu, a „Kompania di Tou Korsou NV” (KTK) przejęła usługi holowników w zatokach Schottegat i Caracasbaai. Zarówno „Curoil NV”, jak i „KTK NV”, jak ma to miejsce w przypadku „Refineria di Korsou NV”, są własnością terytorium wyspy Curaçao. Tego samego dnia wenezuelskie przedsiębiorstwo PDVSA podpisało list intencyjny dotyczący dzierżawy rafinerii i terminali w zatokach Bullenbaai i Caracasbaai. 1 października 1985 spółka zależna PDVSA, „Refineria Isla (Curazao) SA.”, przejęła działalność rafinerii i natychmiast rozpoczęła reaktywację jednostek przetwórczych.

Curaçao ma własny rząd od 1 stycznia 1954. Wraz z procesem dekolonizacji, mającym miejsce na świecie w drugiej połowie XX w., także i na wyspie narodził się ruch niepodległościowy. Skupił się on wokół związków zawodowych i organizacji robotniczych, przez co przyjął on silną retorykę antykapitalistyczną i lewicującą. Część z organizacji inspirowała się ruchem praw obywatelskich czarnych mieszkańców Stanów Zjednoczonych. W 1969 r. na wyspie wybuchło narodowowyzwoleńcze powstanie zbrojne. Powstanie zostało szybko zdławione, a administracja rozsiała fałszywe pogłoski według których powstanie miał wywołać rząd Kuby. 2 lipca 1984 rząd wyspy ustanowił własną flagę oraz hymn. W 1993 r. mieszkańcy w referendum opowiedzieli się za pozostaniem wyspy w składzie Antyli Holenderskich, 8 kwietnia 2005 Curaçao razem z Sint Maarten odrzucili w referendum pełną niepodległość na rzecz kraju stowarzyszonego z Holandią w ramach Królestwa Niderlandów. Na podstawie reformy konstytucyjnej Królestwa Niderlandów, 10 października 2010 Antyle Holenderskie przestały istnieć, a Curaçao stało się osobnym krajem autonomicznym Holandii o specjalnym statusie.

Język

Curaçao jest społeczeństwem wielojęzycznym. Językami urzędowymi są niderlandzki, papiamento1 i angielski, jednakże niderlandzki jest jedynym językiem używanym we wszystkich sprawach administracyjnych i prawnych. Najczęściej używanym językiem na wyspie jest papiamento (80%), natomiast niderlandzki stanowi 8,8% użycia, angielski 3,1%, hiszpański 5,6%, inne języki 2,3%, a 0,3% mieszkańców nie określiło swojego języka.

Sport

W 1962 r. na wyspie rozegrano szachowy turniej pretendentów do tytułu mistrza świata, który wygrał Ormianin Tigran Petrosjan. W 2025 r. piłkarska reprezentacja Curaçao po raz pierwszy w historii zakwalifikowała się na mistrzostwa świata, co uczyniło ich najmniejszym krajem, jaki kiedykolwiek tego dokonał.

x

Wielka Encyklopedia Powszechna PWN (1962-1970):

Curaçao [kü:ra:sa:o], wyspa na Morzu Karaibskim, u wybrzeży Wenezueli, w grupie Antyli Hol.; pow. ok. 450 km²; 123,7 tys. mieszk. (1961), gł. pochodzenia murzyńskiego; gł. Miasto – Willemstad. Podstawę gospodarki stanowi przetwórstwo ropy naftowej, importowanej z Wenezueli i Kolumbii; produkcja likieru C.; uprawa drzew owocowych; eksploatacja guano, fosforytów; budowa statków; eksport produktów naftowych. – C. została odkryta ok. 1499, obsadzona 1527 przez Hiszpanów; od 1634 (prawnie od 1848) w ręku Holendrów (z wyjątkiem lat 1898 i 1906-14, kiedy należała do Anglii); w czasie II wojny świat. zajęta przez wojska alianckie.

Curaçao [kü:ra:sao], likier o smaku pomarańczowym, produkowany w dwóch gatunkach: C. orange – z nalewów na skórkach pomarańczy gorzkiej (odmiany zwanej C., uprawianej na wyspie C.) i C. blanc – z tychże nalewów, poddawanych następnie destylacji; nalewy i destylaty dosładza się oraz dodaje do nich minimalne ilości olejków aromatycznych pomarańczowych lub cytrynowych w celu uszlachetnienia smaku; obydwa gatunki mają moc 35º.

x

Gdy pojawił się problem z wymową nazwy tego państwa, to ktoś wpadł na pomysł, by zapytać jego mieszkańców, jak wymawiać ją prawidłowo i wrzucił short do internetu. Transkrypcja fonetyczna podana przez WEP jest dokładnie taka, jak wymawiają tę nazwę mieszkańcy tego kraju.

W trwających jeszcze mistrzostwach biorą udział reprezentacje 48 państw. Po raz pierwszy tak wiele państw i dla wielu z nich była to doskonała okazja do pokazania się światu. Jednak nazywanie tej imprezy mistrzostwami świata jest mocno mylące. To, że grają na nich reprezentanci poszczególnych państw, nie oznacza, że są to reprezentacje tych państw, bo one często nie mają tego zaplecza piłkarskiego w postaci własnych klubów, czyli lig piłkarskich i szkoleniowców, czyli trenerów. Większość tych najlepszych piłkarzy z tych państw gra w klubach europejskich: angielskich, niemieckich, francuskich, włoskich, hiszpańskich, portugalskich, holenderskich i belgijskich. Słabsi grają w austriackich, szwajcarskich, szwedzkich, greckich ,tureckich itp. Najsłabsi trafiają do klubów polskich i innych wschodnioeuropejskich. W praktyce są to mistrzostwa Europy. Po co więc taki cyrk? Wydaje się, że sport jest obecnie najbardziej wyrazistym elementem kształtowania nowej świadomości narodowej, a piłka nożna w szczególności.

Curaçao to ciekawy przypadek, nie tylko z racji sportowych dokonań. Nie przypadkiem trenerem tej reprezentacji jest Holender Dick Advocaat. W Wikipedii można przeczytać:

Holandia (niderl. Nederland) – kraj wchodzący w skład Królestwa Niderlandów składający się z europejskiej części tego państwa oraz trzech karaibskich gmin zamorskich (openbaar lichaam): Bonaire, Saba i Sint Eustatius.

Holandia, obok Aruby, Curaçao i Sint Maarten, jest jednym z czterech krajów składowych Królestwa Niderlandów. W jej skład, oprócz europejskiej części Królestwa, wchodzą również trzy gminy zamorskie położone na Karaibach: Bonaire, Saba i Sint Eustatius. Gminy te wyłączone są spod tradycyjnego podziału administracyjnego Holandii na prowincje, a ich status podobny jest do gmin – posiadają lokalne władze, zajmujące się codziennym zarządzaniem tymi terytoriami, podległe centralnemu rządowi Holandii. Tereny położone na Karaibach, w odróżnieniu od europejskich, nie są częścią Unii Europejskiej.

Struktura terytoriów wchodzących w skład Królestwa Niderlandów; Thayts – praca własna; źródło: Wikipedia.

Mimo faktu, iż cztery kraje składowe Królestwa Niderlandów są formalnie równymi partnerami, w praktyce Holandia odgrywa w nim dominującą rolę stanowiąc około 98% zarówno powierzchni, jak i populacji całego Królestwa i zarządzając większością jego spraw – odpowiada między innymi za prowadzenie polityki Królestwa na arenie międzynarodowej, a jej ambasady i konsulaty służą wszystkim obywatelom Królestwa.

x

W jednym miejscu Wikipedia pisze, że jest to kraj autonomiczny, a w innym – że jest to terytorium zależne. Nie bardzo więc wiadomo, co to takiego jest. To, co dzieje się wokół przemysłu naftowego tego państwa-niepaństwa, jest jeszcze bardziej zagmatwane. Poniżej fragment z wcześniejszego cytatu z Wikipedii:

24 września 1985 Shell zgodził się na przeniesienie instalacji rafinacyjnych w Emmastad i terminali morskich w zatokach Bullenbaai i Caracasbaai. Z kolei rząd stworzył przedsiębiorstwo „Refineria di Korsou NV” (RdK) jako właściciela instalacji rafinerii i terminali. „Curoil NV” zostało stworzone do obsługi lokalnego marketingu, a „Kompania di Tou Korsou NV” (KTK) przejęła usługi holowników w zatokach Schottegat i Caracasbaai. Zarówno „Curoil NV”, jak i „KTK NV”, jak ma to miejsce w przypadku „Refineria di Korsou NV”, są własnością terytorium wyspy Curaçao. Tego samego dnia wenezuelskie przedsiębiorstwo PDVSA podpisało list intencyjny dotyczący dzierżawy rafinerii i terminali w zatokach Bullenbaai i Caracasbaai. 1 października 1985 spółka zależna PDVSA, „Refineria Isla (Curazao) SA.”, przejęła działalność rafinerii i natychmiast rozpoczęła reaktywację jednostek przetwórczych.

Konia z rzędem temu, kto zrozumie, o co chodzi w tym tekście i jeszcze to: są własnością terytorium wyspy Curaçao. Tak więc nie bardzo wiadomo czy Curaçao to państwo, kraj autonomiczny, terytorium zależne czy terytorium wyspy Curaçao? Ale dla wielu w Polsce najważniejsze było to, że Curaçao strzeliło bramkę Niemcom. Nawet jeśli tak, to Holendrzy maczali w tym palce.

Kto jednak zrobił tam taki pasztet, nie tylko w statusie prawnym tych terytoriów, ale też własnościowym przemysłu naftowego tych wysp? – No kto? I po co? Komu to służy i kto za tym stoi? Jeśli niby należą do Holandii, a nie należą, to do kogo należą? I wygląda na to, że królestwo jest ponad państwem. I może przykład Curaçao dobrze tłumaczy, po co zachowały się jeszcze monarchie w tym tak nowoczesnym świecie.

  1. Język papiamento – język kreolski na bazie portugalskiego i hiszpańskiego używany w rejonie Karaibów, głównie na wyspach Aruba, Bonaire i Curaçao. Nazwa pochodzi od czasownika papiá („rozmawiać”), z portugalskiego papear. Słownictwo papiamento zawiera liczne zapożyczenia z różnych języków: przede wszystkim niderlandzkiego, ale także angielskiego, francuskiego, judeo-portugalskiego oraz języków afrykańskich. ↩︎

Kurt Tucholsky

W książce – Deutsch mein neues hobby Rozemaria K. Tertel, Leon L. Szkutnik, „Wiedza Powszechna”, Warszawa 1991- znalazłem ciekawą sentencję:

Wir möchten so viel: Haben, sein und gelten. – K. Tucholski.

Chcielibyśmy tak dużo: Mieć, być i coś znaczyć. Słowo „gelten” – znaczyć, mieć znaczenie. Chodzi więc o znaczenie w społeczeństwie, pozycję społeczną. W tych trzech słowach została doskonale ujęta istota ludzkiej natury.

Zaintrygowało mnie to nazwisko, bo po raz pierwszy zetknąłem się z nim. Wpisałem więc frazę K. Tucholski w wyszukiwarkę i niczego nie znalazłem. Zajrzałem do Wielkiej Encyklopedii Powszechnej PWN (1962-70) i tam znalazłem, ale nie – K. Tucholski tylko Kurt Tucholsky i taką informację:

Tucholsky Kurt, ur. 9 I 1890, zm. 21 XII 1935 niem. pisarz i publicysta; długoletni współpracownik „Die Weltbühne C. von Ossietzky’ego, autor felietonów (Das Lächeln der Mona Lisa 1928), szkiców prozatorskich, a zwłaszcza ciętych wierszy satyrycznych (Träumereien an preussischen Kaminen 1920, Deutschland, Deutschland über alles! 1929 i inne zbiory), ostrym piórem satyryka i polemisty zwalczał mity niem. nacjonalizmu oraz wszelkie formy niesprawiedliwości społ. i reakcji polit.; nieubłagany wróg hitleryzmu, w obliczu jego zwycięstwa popełnił na emigracji samobójstwo; wybór pol. Księga pięciu szyderców (1955).

Wspomniany podręcznik do nauki niemieckiego po raz pierwszy został wydany w 1978 roku. Zastanowiło mnie, dlaczego tak napisano? – K. Tucholski. Najprawdopodobniej, by zasugerować, że był to zniemczony Polak. Gdyby napisano pełne imię i poprawnie nazwisko, to czar prysłby.

Obecnie z Wikipedii możemy dowiedzieć się o wiele więcej. Pisze ona:

Kurt Tucholsky (ur. 9 stycznia 1890 w Berlinie, zm. 21 grudnia 1935 w Göteborgu) – niemiecki dziennikarz, publicysta i pisarz pochodzenia żydowskiego. Pisywał również pod pseudonimami Kaspar Hauser, Peter Panter, Theobald Tiger i Ignaz Wrobel.

Życiorys

Jako małe dziecko mieszkał w Szczecinie w kamienicy na drugim piętrze (dziś kamienica na ulicy Generała Ludomiła Rayskiego nr. 29, biurowiec spółki Orlen). Tam z powodów zawodowych przeniósł się jego ojciec, który był bogatym kupcem.

W latach 1910–1915 studiował w Berlinie i w Jenie. Studia ukończył jako doktor prawa. W czasie I wojny światowej walczył jako żołnierz na froncie wschodnim. W 1918 zmienił wyznanie na protestanckie. Jako korespondent prasowy mieszkał od 1924 we Francji.

3 maja 1920 ożenił się z lekarką Else Weil (rozwód 14 lutego 1924), zamordowaną w 1942 w obozie koncentracyjnym Auschwitz -Birkenau). 30 sierpnia 1924 jego żoną została Mary Gerold (rozwód 21 sierpnia 1933).

W 1930 roku zamieszkał w Szwecji.

Po przejęciu władzy przez Hitlera konsekwentnie zwalczał faszyzm. Pisma Kurta Tucholsky`ego zostały w 1933 spalone, pozbawiono go obywatelstwa niemieckiego, a jego majątek został skonfiskowany. Problemy zdrowotne i finansowe wzmocniły w nim depresję. 20 grudnia 1935 roku zażył śmiertelną dawkę środków nasennych i alkoholu. Został przewieziony do szpitala w Göteborgu, tam zmarł następnego dnia.

Twórczość

Tucholsky należał do najwybitniejszych publicystów Republiki Weimarskiej. Jako zaangażowany politycznie dziennikarz i czasowo również współwydawca tygodnika „Die Weltbühne” wpisywał się w tradycję innego wielkiego niemieckiego krytyka społecznego i pisarza Heinricha Heinego. Ponadto był satyrykiem oraz autorem sztuk kabaretowych. Sam siebie nazywał lewicowym demokratą i pacyfistą. W swoich tekstach wielokrotnie przestrzegał przed antydemokratycznymi tendencjami w polityce, wojsku i wymiarze sprawiedliwości, w tym przede wszystkim przed narodowym socjalizmem Adolfa Hitlera.

Debiutował w 1907 satyrą na cesarza Wilhelma II. Pisał dla prasy, m.in. artykuły i wiersze dla satyrycznego pisma „Ulk” (1918-20 był redaktorem naczelnym tego tygodnika) oraz artykuły, recenzje dla (od 1913) tygodnika „Schaubühne”, (od 1918) „Weltbühne”, czasowo był współwydawcą tego pisma. 1919 i 1920 ukazały się w formie książkowej pierwsze zbiory jego artykułów i wierszy. Tucholsky przyczynił się do rozwoju krytycznego kabaretu politycznego w Niemczech. Trudne relacje z matką (ojciec zmarł w 1905) znalazły swój wyraz m.in. w artykule Rosa Bertens („Schaubühne” 1913), a również w powieści Schloß Gripsholm (1931). W tomie Deutschland, Deutschland über alles (1929) protestuje przeciwko skorumpowanym strukturom prawnym Republiki Weimarskiej oraz niemieckiemu szowinizmowi i militaryzmowi.

W tekście Reise ins Dritte Reich (1932) napisał: „Ludzie tacy jak Mussolini czy gefrajter (starszy szeregowy) Hitler istnieją nie tyle z własnej siły, a z braku charakteru ich przeciwników”.

Polski wybór publicystyki Tucholsky`ego pt. Księga pięciu szyderców ukazał się w 1955 roku. Walory jego tekstów publicystycznych to klarowność i precyzja języka, ostrość ferowanych sądów, przenikliwość stawianych diagnoz.

Oprócz tekstów publicystycznych Tucholsky pisał opowiadania, powieści, scenariusze filmowe, słuchowiska radiowe, wiersze, aforyzmy.

W 1978 roku odkryto i opublikowano prywatne zapiski pisarza z jego pobytu na emigracji. Dzienniki Q-Tagebücher należą do najważniejszych literackich dokumentów antyfaszystowskiej emigracji niemieckiej.

x

Zastanawiające jest, przynajmniej dla mnie, jak wielu Żydów było nazistami i jak liczni byli wśród nich antynaziści. Niektórzy z nich, po wyjeździe za granicę, popełniało samobójstwa w proteście przeciw temu, co działo się w Niemczech w latach 30-tych, jak choćby Kurt Tucholsky czy Stefan Zweig. Czy taki gest rozpaczy mógł coś zmienić? Nie mógł. Może więc chodziło o coś innego. Wydaje mi się, że Stefan Zweig wyjaśnił to dobrze, choć nie wprost i nie do końca. Cytowałem go w blogu Austria i Wiedeń. Poniżej fragment:

Ale Żydzi w XX wieku nie byli już wspólnotą. Nie łączyła ich wspólna wiara, swoją przynależność do żydostwa traktowali raczej jako balast niż jako powód do dumy i nie poczuwali się do żadnego posłannictwa. Nie trzymali się świętych ongi ksiąg i nie chcieli używać starego wspólnego języka. Pragnęli zżyć się z narodami, wśród których mieszkali, zespolić z nimi całkowicie; do tego celu dążyli niecierpliwie, aby mieć wreszcie spokój przed prześladowaniami i wytchnienie w odwiecznej tułaczce. Tak się więc stało, że złączeni z innymi narodami, czując się bardziej Francuzami, Niemcami, Anglikami, Rosjanami niż Żydami, nie rozumieli się nawzajem.

Teraz dopiero, gdy wrzucono ich wszystkich do jednego worka i rozsypano wśród pyłu wędrownych dróg – dyrektorzy banków z pałaców w Berlinie i szamesi z gmin ortodoksyjnych, profesorowie filozofii z Paryża, dorożkarze z Rumunii, grabarze i laureaci Nagrody Nobla, śpiewaczki-primadonny i płaczki pogrzebowe, literaci i destylatorzy wódek, bogacze i nędzarze, wielcy i mali, pobożni i postępowi, lichwiarze i mędrcy, syjoniści i asymilatorzy, Aszkenazyjczycy i Sefardyjczycy, sprawiedliwi i niesprawiedliwi oraz ci, którzy uważali się od dawna za wyjętych spod klątwy, chrzczeni i mieszańcy – dopiero teraz Żydzi poczuli przymusową więź, jakiej nie doznawali od setek lat. Po raz pierwszy od czasu wygnania z Egiptu połączyła ich znów wspólnota wypędzonych. Ale dlaczego los ścigał zawsze tylko ich? Jaki był powód, jaki sens, jaki cel tych niezrozumiałych prześladowań? Wypędzano ich z różnych krajów, ale własnego im nie przyznawano. Mówiono im: „nie mieszkajcie razem z nami”, ale nie mówiono, gdzie mają mieszkać. Przypisywano im winę, ale nie dawano możliwości odpokutowania. W czasie ucieczki patrzyli na siebie płonącymi oczyma. „Dlaczego ja? Dlaczego ty? Dlaczego ja razem z tobą? Nie znam cię, nie rozumiem twojego języka, nie pojmuję twojego sposobu myślenia, nic mnie z tobą nie łączy. Dlaczego my wszyscy?” – I nikt nie miał na to odpowiedzi.

x

Zatem nasuwa się pytanie: kto ich tak przeganiał z miejsca na miejsce? Jakież to potężne moce uwzięły się na nich? Może to ich anonimowe kierownictwo, a może jeszcze ktoś inny. Po zdobyciu Jerozolimy i spaleniu świątyni Rzymianie zabrali ze sobą około miliona niewolników do Rzymu i rzymskich prowincji, a za nimi ciągnęła fala dobrowolnej emigracji. Europa zachodnia została podbita przez Rzym. Z czasem ta Europa podbiła resztę świata. Jeśli cała kultura i cywilizacja w Europie została przejęta od Rzymu, to czy nie zawdzięcza ona tego Żydom? Legiony rzymskie podporządkowywały sobie zdobyte tereny, ale to było wojsko. Resztą zajmował się ktoś inny, kto podążał za nimi. Idąc dalej tym tropem, można zadać sobie pytanie: kto stworzył państwa i narody europejskie? Czy był to proces naturalny, bez ingerencji i świadomości człowieka, czy może – nie? A może to właśnie Żydzi stworzyli te narody i stanowią ich rdzeń, bo że państwa należą do nich, to w to już chyba nikt nie wątpi. Jeśli Dmytro Doncow jest twórcą nacjonalizmu ukraińskiego, czyli tak naprawdę ukraińskiej świadomości narodowej, czyli narodu ukraińskiego, to czy w przypadku innych narodów nie mogło być podobnie, tylko trochę wcześniej?

Być może ktoś uzna, że tego typu dywagacje, są wytworem wyobraźni i niczym więcej, ale pytania to jeszcze nie kategoryczne twierdzenia, to tylko pytania, które jednak skłaniają do refleksji. Gorsza od tego jest chyba tylko autocenzura i niedopuszczanie do siebie myśli, które mogą zburzyć nasz dotychczasowy światopogląd. Czy zatem te samobójstwa Żydów mogły być protestem, niezgodą na nazizm, czy może czymś więcej – jedyną możliwością uwolnienia się od żydostwa, które wielu Żydom tak ciążyło i krępowało ich. Tego oczywiście nie dowiemy się.

5 listopada

Ostatnio przeglądam mój stary podręcznik do nauki angielskiego Język angielski dla zaawansowanych Irena Dobrzycka Bronisław Kopczyński „Wiedza Powszechna” Warszawa 1983. W lekcji Daniel Defoe in the Pillory (Daniel Defoe pod pręgierzem) jedno z ćwiczeń polegało na przetłumaczeniu polskiego tekstu na angielski. Poniżej jego fragment:

Piąty listopada jest specjalnym dniem dla angielskich dzieci i ta noc nie będzie spokojna. Mój Boże, jakie to straszne, a dlaczego? W 1605 roku pewien człowiek zwany Guy Fawkes [gaj foks] usiłował wysadzić w powietrze Parlament, ale złapano go w samą porę, ukrywającego się w piwnicach budynku. Od tego czasu dzieci angielskie, pokolenie za pokoleniem, obchodzą piąty listopada jako rodzaj święta, dzień Gay Fawkes’a. Chłopcy i dziewczęta robią kukły Guy Fawkes’a z papieru, starych ubrań, kijów i słomy, a wieczorem palą je wśród dymu i hałasu. Rozpalają ogniska, cieszą się wystrzeliwaniem sztucznych ogni po całym kraju.

Kiedyś, gdy uczyłem się z tego podręcznika, to nie zwróciłem na to uwagi, bo byłem za głupi, ale nawet gdybym zwrócił, to i tak niewiele bym się dowiedział. W Wielkiej Encyklopedii Powszechnej PWN (1962-70) jest tylko lakoniczna wzmianka o nim i o spisku prochowym. To były inne czasy. Dziś jest internet i Wikipedia, a więc dostęp do informacji jest nieograniczony. Jest ich na ten temat multum, tylko trzeba wpisać w wyszukiwarkę odpowiednią frazę.

W Wikipedii można m.in. przeczytać:

Guy Fawkes, również Guido Fawkes (ur. 13 kwietnia 1570 w Yorku, zm. 31 stycznia 1606 w Londynie) – angielski wojskowy, członek grupy katolików, którzy zaplanowali zakończony fiaskiem spisek prochowy z 1605 roku.

Ówczesny grawerunek przedstawiający ośmiu z trzynastu spiskowców. Fawkes trzeci od prawej. Autorem grawerunku jest Crispijn van de Passe. Źródło: Wikipedia.

Spisek prochowy (ang. Gunpowder Plot) – nieudany zamach zorganizowany w Londynie 5 listopada 1605 przez grupę angielskich spiskowców, mający na celu zabójstwo króla Anglii i Szkocji Jakuba I.

W nocy z 4 na 5 listopada jeden ze spiskowców Guy Fawkes został znaleziony z 36 beczkami prochu w podziemiach Parlamentu. Późniejsze śledztwo ujawniło spisek małej grupy angielskich katolików, który trwał 2 lata. Plan zakładał detonację ładunku pod Izbą Lordów w momencie otwarcia Parlamentu i uśmiercenie tym samym, obok króla, zgromadzonych w niej przedstawicieli szlachty, biskupów oraz członków Izby Gmin. Autorem planu nie był w istocie Fawkes – kluczowymi postaciami w spisku byli Thomas Percy i Robert Catesby. Po 2 miesiącach procesu zamachowcy – w liczbie ośmiu – zostali skazani na śmierć przez powieszenie i poćwiartowanie. Egzekucja czterech z nich odbyła się 30 stycznia 1606, pozostałych – dnia następnego. Fawkes w dniu egzekucji skoczył z szafotu i złamał kark, by uniknąć okrutnej śmierci.

Incydent odbił się szerokim echem w całej ówczesnej Europie. Wykorzystywany był również do kreowania nastrojów antykatolickich w samej Anglii, stał się motywem wielu utworów satyrycznych.

Noc ta znana jest pod nazwą Guy Fawkes Night lub Bonfire Night. Co roku, w rocznicę zamachu, odbywają się w Londynie obchody upamiętniające to wydarzenie. W listopadzie 2005 odbyły się huczne uroczystości z okazji 400-lecia pamiętnej nocy. Do tej historii nawiązuje też komiks Alana Moore’a V jak vendetta i film na jego podstawie. W 1847 pisarz francuski Juliusz Verne napisał sztukę teatralną w pięciu aktach wierszem La Conspiration des poudres o tych wydarzeniach. Sztuka została wydana drukiem w XX wieku, ale jeszcze nie została wystawiona.

x

Urodził się w roku 1570 przy ulicy Stonegate w Yorku. Był drugim z czwórki dzieci Edwarda Fawkesa, prokuratora i adwokata sądu konsystorskiego w Yorku, oraz jego żony Edith. Babka od strony ojca – Ellen Harrington – pochodziła z rodziny protestanckich urzędników państwowych, natomiast rodzina od strony matki należała do papistów. Kuzyn Fawkesa, Richard Cowling, został jezuickim kapłanem. „Guy” było rzadkim imieniem w Anglii, lecz mogło zyskać popularność w hrabstwie York ze względu na miejscową osobistość – sir Guya Fairfaksa ze Streeton.

Gdy miał osiem lat, zmarł jego ojciec. Matka powtórnie wyszła za mąż za katolika. Fawkes przeszedł później na katolicyzm i wyjechał na kontynent, gdzie walczył w wojnie osiemdziesięcioletniej po stronie katolickiej Hiszpanii przeciw holenderskim kalwinistom. Podróżował po Hiszpanii w poszukiwaniu wsparcia dla katolickiej rebelii w Anglii, lecz bez skutku. Przyjął hiszpańską formę imienia Gwidon, gdy walczył po stronie Hiszpanów przeciw Niderlandom. Spotkał tam Thomasa Wintoura, z którym wrócił do Anglii.

Wintour przedstawił Fawkesa Robertowi Catesby’emu, który planował dokonać zamachu na króla Jakuba I i przywrócić katolickiego monarchę na tron. Spiskowcy wydzierżawili kryptę pod Izbą Lordów i uczynili Fawkesa odpowiedzialnym za stanie na straży prochu, który składowany był w podziemiach. Nocą 5 listopada Fawkes został ujęty przez władze, które zaalarmowane anonimowym listem, ostrzegającym przed niebezpieczeństwem, przeszukiwały Pałac Westminsterski. Przez następnych parę dni Fawkes był przesłuchiwany i torturowany. Skazano go na śmierć przez powieszenie i poćwiartowanie, lecz uniknął męki, jaką niosła okrutna kara, gdyż złamał kark, skacząc tuż przed egzekucją z szafotu, na którym miał być powieszony, wypatroszony i poćwiartowany 31 stycznia.

Nazwisko Fawkesa jest utożsamiane ze spiskiem prochowym, który co roku, poczynając od 5 listopada 1605 roku, upamiętnia się obchodami Dnia Guya Fawkesa, podczas którego na stosie płonie kukła Fawkesa, a w tle często widać pokazy sztucznych ogni.

W 1579 roku, gdy Guy miał osiem lat, zmarł jego ojciec. Kilka lat później matka ponownie wyszła za mąż za katolika Dionisa Baynbrigge’a (alternatywna pisownia to Denis Bainbridge) ze Scotton w Borough Harrogate. Fawkes mógł zostać katolikiem pod papistycznymi wpływami rodziny Baynbrigge oraz katolickich odłamów rodzin Pulleynów i Percych ze Scotton albo w trakcie nauki pobieranej w St. Peter’s School w Yorku. Dyrektor szkoły spędził około 20 lat w więzieniu za odrzucenie anglikanizmu, a wicedyrektor, John Pulleyn, pochodził ze znamienitej katolickiej rodziny w Yorkshire – Pulleynów z Blubberhouses. Pisarka Catharine Pullein w pracy z 1915 roku zatytułowanej „Pulleynowie z Yorkshire” (ang. The Pulleynes of Yorkshire) sugeruje, że katolicka edukacja Fawkesa była rezultatem wpływów jego krewnych − Harringtonów, którzy znani byli z udzielania schronienia księżom, z których jeden towarzyszył Fawkesowi w drodze do Flandrii w latach 1592–1593.

Mamy tu informację, że babka Fawkes’a od strony ojca, Ellen Harrington, pochodziła z rodziny protestanckich urzędników i że Harringtonowie udzielali schronienia księżom. Można więc zadać sobie pytanie: kim tak naprawdę byli ci „protestanccy” Harringtonowie i ci „księża”, którym oni pomagali?

O ujawnieniu spisku Wikipedia pisze tak:

Kilku konspiratorów było zaniepokojonych obecnością innych katolików na otwarciu sesji Parlamentu. Wieczorem 26 października Lord Monteagle otrzymał anonimowy list sugerujący, by nie pojawiał się w Parlamencie oraz „wyjechał do swego hrabstwa i tam, w bezpiecznej odległości, oczekiwał rozwoju wypadków (…) straszny cios zostanie zadany temu parlamentowi”.

Spiskowcy, poinformowani przez jednego ze służących Monteagle’a, szybko dowiedzieli się o istnieniu listu, lecz postanowili zrealizować swoje plany, gdyż zdawało się, że list „potraktowano jako głupi kawał”. Fawkes sprawdził kryptę 30 października i zdał raport, że wszystko jest w porządku. Podejrzenia Monteagle’a zostały jednak wzbudzone do tego stopnia, że list pokazano Jakubowi I. Król nakazał sir Thomasowi Knyvetowi przeszukanie piwnic pod Parlamentem. Przeszukanie odbyło się 5 listopada. Fawkes zajął stanowisko późną nocą poprzedniego dnia, uzbrojony w lont i zegarek otrzymany od Percy’ego, „gdyż powinien wiedzieć jak szybko mijał czas”. Znaleziono go, gdy chwilę po północy opuszczał piwnicę, i aresztowano. W środku piwnicy odnaleziono ukryte pod stosami drewna na opał i węgla, beczki z prochem.

To ciekawe, bo 11 września 2001 roku o zamachu dowiedzieli się tylko ci, którzy mieli się dowiedzieć i nikt inny. Informacja nie wyciekła na zewnątrz.

5 listopada 1605 roku londyńczycy zostali zachęceni, by – jako wyraz radości, że królowi udało się uniknąć śmierci – zapalić ogniska, „ale tak, by świadectwo ich radości odbywało się bez niebezpieczeństw i nieporządków”. Parlament uchwalił ustawę, mającą moc prawną aż do 1859 roku, ustanawiającą każdy 5 listopada dniem dziękczynienia za „napełniający radością dzień wybawienia”. Choć Fawkes był tylko jednym z trzynastu spiskowców, jest dziś najmocniej kojarzony z nieudanym spiskiem.

x

Zadałem pytanie AI: Kim był Guy Fawkes i o co chodziło w tzw. spisku prochowym? I otrzymałem taką odpowiedź:

Guy Fawkes był angielskim żołnierzem i uczestnikiem tzw. spisku prochowego z 1605 roku – nieudanego planu wysadzenia parlamentu angielskiego wraz z królem James VI and I podczas uroczystego otwarcia sesji parlamentu.

Tło wydarzeń

Po reformacji w England katolicy byli poddawani różnym ograniczeniom religijnym i politycznym. Część z nich liczyła, że po objęciu tronu przez Jakuba I sytuacja się poprawi, ale tak się nie stało. W odpowiedzi grupa katolickich konspiratorów pod wodzą Robert Catesby postanowiła dokonać zamachu.

Na czym polegał spisek?

Plan był prosty, choć niezwykle radykalny:

  • wynająć pomieszczenie pod budynkiem parlamentu,
  • zgromadzić tam beczki z prochem strzelniczym,
  • zdetonować je podczas obecności króla, członków parlamentu i najważniejszych urzędników państwa,
  • po zamachu wywołać powstanie i przywrócić katolickie rządy.

Guy Fawkes, mający doświadczenie wojskowe i znajomość materiałów wybuchowych, został wyznaczony do pilnowania prochu i odpalenia ładunków.

Jak odkryto spisek?

Kilka dni przed planowanym zamachem anonimowy list ostrzegł jednego z lordów, aby nie uczestniczył w otwarciu parlamentu. Władze przeprowadziły przeszukanie piwnic pod budynkiem i w nocy z 4 na 5 listopada 1605 roku znalazły Fawkesa przy 36 beczkach prochu.

Po aresztowaniu był torturowany i ujawnił informacje o współspiskowcach. Większość z nich zginęła podczas obławy lub została później stracona.

Skutki

Nieudany zamach doprowadził do jeszcze większej nieufności wobec katolików i zaostrzenia represji wobec nich w Anglii.

Wydarzenie to jest dziś upamiętniane 5 listopada podczas Bonfire Night (znanej też jako Guy Fawkes Night), kiedy w wielu miejscach w Wielkiej Brytanii organizowane są pokazy fajerwerków i palone są kukły przedstawiające Fawkesa.

Dlaczego Guy Fawkes jest dziś tak znany?

Choć nie był przywódcą spisku, stał się jego najbardziej rozpoznawalną twarzą. Jego stylizowana maska została spopularyzowana przez komiks i film V for Vendetta i obecnie jest używana przez różne ruchy protestacyjne na całym świecie jako symbol sprzeciwu wobec władzy.

Co ciekawe, w brytyjskiej kulturze pamięć o Fawkesie przez stulecia miała raczej wydźwięk negatywny – jako przypomnienie nieudanego zamachu – a dopiero współcześnie część osób zaczęła postrzegać go jako symbol buntu przeciw establishmentowi.

Aktywiści Anonymous ubrani w maski Guya Fawkesa; autor: Vincent Diamante; źródło: Wikipedia.

x

Ten wierszyk Remember, remember the 5th of november zna w Anglii każde dziecko. W artykule Dlaczego w Wielkiej Brytanii obchodzi się dzień Guya Fawkesa można przeczytać:

Wydarzenia z 5 listopada mocno poruszyły XVII wieczną Europę. W 1606 roku decyzją króla, rząd uchwalił szereg ustaw antykatolickich. Zaczęły się represje i prześladowania. Od tamtej pory aż do XIX wieku, katolicy nie mogli pełnić żadnych oficjalnych urzędów państwowych.

x

W internecie można znaleźć wiele stron poświęconych spiskowi prochowemu i jego bohaterowi, ale o jednym zapewne nie napiszą. O tym, co można przeczytać w The New Lexicon Webster’s Encyclopedic Dictionary of The English Language Canadian Edition 1988:

„Fawkes Guy (1570-1606), English conspirator. With other Catholics he formed the Gunpowder Plot to blow up James I and parlament (Nov. 5, 1605). The plot, which may have been the work of government agents provocateurs, was discovered (Nov. 4, 1605), and Fawkes and others were executed. Guy Fawkes Day (Nov. 5) is celebrated in Britain with bonfires, fireworks and the burning of Guys.”

A więc spisek, który możliwe, że był (which may have been) dziełem rządowych agentów prowokatorów. Jeśli to połączymy z faktem, że po tym wydarzeniu rząd uchwalił szereg ustaw antykatolickich, to wydaje się, że ten tryb przypuszczający można zamienić w twierdzenie mające znamiona dużego prawdopodobieństwa. I jeszcze ta zbiorowa odpowiedzialność za czyn kilkunastu osób.

Mamy tu dokładny opis tego, jak tworzy się konflikt, w tym wypadku konflikt katolików z protestantami, który trwa do dziś. Jak stworzyć taki konflikt? Po obu stronach muszą być podstawieni ludzie, którzy nie mają nic wspólnego z protestantami i katolikami. U nas, w tej abstrakcyjnej Polsce, będącej bardziej ideą niż państwem, wykreowano konflikt katolicko-prawosławny. I zrobili to ci sami, którzy zrobili to w Wielkiej Brytanii. Warto o tym pamiętać – bo na naszych oczach, po wielomilionowych przesiedleniach pod pretekstem wojny, która toczy się na 1/5 obszaru Ukrainy – trwa kreowanie konfliktu polsko-ukraińskiego, w którym po obu stronach są Ukraińcy. Z jednej strony ci starzy, zasymilowani, z okresu powojennych przesiedleń, z drugiej – ci nowi „uchodźcy” wojenni. Oczywiście na górze, po obu stronach, zawsze ci sami.

Morskie Oko

W miniony weekend obiegła Polskę informacja, że jakiś Ukrainiec wjechał samochodem nad brzeg Morskiego Oka. Praktycznie wszystkie media o tym pisały, oburzeniu nie było końca. Tylko niektóre stacje podają dwa najważniejsze fakty, że zdarzenie miało miejsce w piątek 22 maja 2026 roku i że szlaban zagradzający wjazd był podniesiony lub zdemontowany ze względu na remont drogi. Poniżej krótkie video (ok. 2,5 minuty) na ten temat.

Ukraiński influencer wjechał sportową Corvettą nad Morskie Oko, pokonując ponad 8 km trasy objętej zakazem ruchu w Tatrzańskim Parku Narodowym. Policja ukarała go mandatem 100 zł i ośmioma punktami karnymi, choć taryfikator za takie wykroczenie przewiduje karę do 5 tys. zł. Jak podała policja, mężczyzna miał wprowadzić funkcjonariuszy w błąd, twierdząc, że jedynie wjechał za szlaban i zawrócił. Policjanci dali mu wiarę i zastosowali niższy mandat. Szlaban zagradzający wjazd na trakt jest obecnie zdemontowany, ponieważ trwa remont drogi. – kraków.tvp.

W piątek 22 maja Andriy Gavryliv opublikował na Instagramie fotografie znad Morskiego Oka. Mężczyzna stoi wraz z dziewczyną na tle Morskiego Oka, a za nimi – sportowy Chevrolet Corvette, którym Gavryliv dojechał na miejsce. Kierowca złamał zakaz panujący na terenie Tatrzańskiego Parku Narodowego. Służby rozpoczęły szukanie sprawcy.

Ukrainiec pojechał autem nad Morskie Oko. Otrzymał 100 zł mandatu

Ukraiński influencer przejechał około 8 km trasy objętej zakazem ruchu w Tatrzańskim Parku Narodowym. Policja ukarała go jedynie mandatem 100 zł i ośmioma punktami karnymi, choć taryfikator za takie wykroczenie przewiduje karę do 5 tys. zł. Funkcjonariusze usłyszeli od niego, że jedynie wjechał za szlaban i zawrócił. Szlaban zagradzający wjazd na trakt jest obecnie zdemontowany, ponieważ trwa remont drogi. – money.pl.

x

Dzień 22 maja był dniem roboczym, a szlaban był poniesiony, bo rzekomo trwa remont drogi. No ale skoro trwa remont drogi, to jak ukraiński siurek mógł wjechać? Było późno, więc może robotników już nie było. A skoro tak, to dlaczego szlaban był podniesiony (polsatnews.pl) czy zdemontowany? Czy opuszczenie szlabanu – po skończeniu robót, jeśli takie były – to taka skomplikowana operacja? A jeśli zdemontowany, to czy ustawienie zwykłych barierek jest takie trudne? Wygląda to na dobrze zorganizowaną prowokację, w której organizację musiały być zaangażowane różnego rodzaju służby państwowe. To mi przypomina ten cyrk, jaki miał miejsce w Moskwie 28 maja 1987 roku, gdy niemiecki pilot Mathias Rust wylądował w pobliżu Placu Czerwonego. O tym pisałem w blogu Scenariusze. Tu tylko fragment z tego blogu:

„Na niebezpiecznie niskiej wysokości Rust wykonał trzy kręgi nad Placem Czerwonym i Kremlem. Właśnie tam pilot miał zamiar wylądować, jednak ze względu na dużą liczbę ludzi na placu (około 300 osób – turystów i moskwian), zdecydował się na lądowanie na moście „Bolszoj Moskworieckij”. Poprzedniego dnia w celu konserwacji zdjęto przewody elektryczne, biegnące wzdłuż mostu, a które uniemożliwiłyby lądowanie. Samolot po kilkudziesięciometrowym dobiegu, o 19.30 zatrzymał się u szczytu schodzącego ku rzece Moskwie placu pod nazwą Wasilewskij Spusk, który służył wówczas za parking dla autokarów wycieczkowych. Miejsce to zlokalizowane jest tuż obok cerkwi św. Bazylego, niecałe 100 metrów od Placu Czerwonego.”

To, z czym obecnie mamy do czynienia, to proces palestynizacji Polski. Jeszcze nie tak dawno temu tożsamość ukraińskich przestępców była starannie ukrywana, a ich „wybryki” tuszowano. Obecnie jest odwrotnie – wyczyny takie, jak tu opisany – nagłaśnia się, podkreślając narodowość sprawców i akcentując ich bezkarność czy wręcz ich uprzywilejowanie w stosunku do miejscowej ludności. To musi wywoływać negatywne, a może nawet gwałtowne reakcje. I o to chodzi. Reszty dopełnią różnego rodzaju politycy, komentatorzy, blogerzy itp. Tak steruje się ludzkimi uczuciami i poniekąd wpływa na przyszłe decyzje wyborcze wielu ludzi, co w efekcie będzie prowadzić do polaryzacji sceny politycznej i niemożności sformułowania rządu większościowego. Tym właśnie charakteryzowała się Republika Weimarska, co skończyło się wyborem Hitlera na kanclerza, dokonanym przez elity polityczne, a nie w wyniku powszechnego głosowania. Czy taki scenariusz jest możliwy w Polsce? Trudno powiedzieć, historia nigdy nie powtarza się dokładnie w ten sam sposób, ale sprawy idą w bardzo złym kierunku. Niewielkie ziarenko w postaci “wyczynu” ukraińskiego śmiecia zostało zasiane.

Bordeaux

W tym krótkim video (Francuskie miasto, które znaczy o wiele więcej; Paradoks Bordeaux) znalazłem parę ciekawych informacji, którymi chcę się podzielić. Bordeaux ma interesującą historię, mało pewnie znaną, szczególnie poza Francją. „Dawniej drugi co do wielkości, po Londynie, port na świecie, położony 100 km od oceanu, miasto francuskie przez długi czas angielskie, zapasowa stolica Francji, światowa stolica wina. Bordeaux zawsze grało w innej lidze.” – Tak na wstępie charakteryzuje to miasto autor tego video.

Nikt o tym nie pamięta, ale Bordeaux w 18. wieku było drugim co do wielkości portem na świecie po Londynie. I stąd wywożono mnóstwo towarów: kawę, oczywiście wino, ale także cukier i kakao. Jednak ten kwitnący handel skrywał swą ciemną stronę – handel trójstronny. Z Bordeaux wypływały okręty z towarami, by w Afryce wymieniać je na niewolników, następnie przetransportować ich przez Atlantyk i sprzedać ich w koloniach. I właśnie z tego powodu na początku 19. wieku port w Bordeaux chyli się ku upadkowi. W tym czasie handel trójstronny kończy się. Buduje się większe statki, które nie mogą wpływać w ujścia rzek. Na tym korzystają inne porty położone nad brzegiem morza. Bordeaux leży nad Garonną. (1:34 – 2:04)

Żeby zrozumieć Bordeaux trzeba poznać pewne fakty. Przez długi czas było to angielskie miasto. W 1152 roku królowa Francji, pochodząca z północnej Akwitanii, poślubiła Henryka II Plantagenet, od 1154 króla Anglii. Wraz z tym małżeństwem Bordeaux i cała Akwitania przechodzi pod jego rządy. W efekcie Bordeaux przez prawie 300 lat było angielskim miastem. Wsławiło się ono tym, że było też zapasową stolicą Francji, gdy Paryż pozostawał pod obcymi wpływami. W 1870 roku Napoleon I został pokonany w wojnie z Prusami. 4 września proklamowano w Paryżu republikę jednak Prusy nie odstąpiły od jego okupacji. I wtedy Bordeaux stało się po raz pierwszy w swojej historii stolicą Francji. Było nią przez 4 miesiące do marca 1871. Następnie rząd zdecydował, by przenieść swą siedzibę do Wersalu. (9:30 – 10:32)

W czasie I wojny światowej, od września do grudnia 1914 roku Bordeaux staje się ponownie stolicą Francji. W czerwcu 1940 roku rząd francuski znowu przenosi tam stolicę, by z dala od Paryża od nowa zorganizować państwo. (10:55 – 11:12)

Bordeaux to nie tylko zapasowa stolica Francji, to także światowa stolica wina. Rejon Bordeaux to 95 000 ha winnic, czyli 1/6 wszystkich winnic we Francji. Uprawą winorośli zajmowano się tu od dawna. Gdy rzymianie podbili Galię w I wieku p.n.e., postanowili założyć tu winnice, ale wraz z upadkiem Imperium Rzymskiego winnice z Bordeaux podupadły. Odrodziły się dopiero dzięki Anglikom. Wykorzystali oni to, że obszar ten jest bardziej nasłoneczniony niż Anglia. W pierwszym okresie były to wina lekkie. Na początku 14. wieku Bordeaux eksportowało 850 000 hektolitrów wina do Anglii. To prawie 5 razy więcej niż obecnie. To, co w Bordeaux zrozumiano bardzo wcześnie, to nie tylko jak produkować wino, ale także jak zorganizować jego zakupy u producentów, jak je magazynować, jak je sprzedawać i eksportować. To właśnie dlatego potrzebowało ono dużego portu. Rozwinęło ono także bardzo pomysłowy system – system przedsiębiorców handlowych. Kupowali oni wina u producentów, magazynowali je i sprzedawali, zwłaszcza za granicę. Wcześniej zamieszkiwali w dzielnicy Chartron. I ci bogaci handlowcy budowali te piękne budynki, wielkie kamienice, które dodają uroku tej dzielnicy. Obecnie jest to dzielnica mieszkaniowa i straciła swoje pierwotne przeznaczenie, co nie zaszkodziło przemysłowi winnemu w Bordeaux, który eksportuje wina do ponad 170 krajów na świecie na 195 uznawanych przez ONZ. (11:45 – 13,25)

x

Na początek małe doprecyzowanie. Wikipedia tak pisze:

Henryk II Plantagenet lub Andegaweński, Curtmantle, Fitzempress (ur. 5 marca 1133 w Le Mans, zm. 6 lipca 1189 w Chinon) – od 1151 hrabia Andegawenii, od 1154 król Anglii, w różnych czasach kontrolował także część Walii, Szkocji, północną Irlandię i zachodnią Francję.

Syn Godfryda V Plantageneta i Matyldy, córki Henryka I Beauclerc, króla Anglii. W 1151 odziedziczył po ojcu Andegawenię, w 1152 ożenił się z Eleonorą, dziedziczką Akwitanii, a w 1154 został królem Anglii. Jako taki przeprowadził szereg reform wewnętrznych. Skonfliktowany z Thomasem Becketem, arcybiskupem Canterbury. W roku 1171 podbił Irlandię, w 1175 podporządkował sobie Szkocję. Od 1173 walczył z królami Francji, którzy popierali jego zbuntowanych synów – najpierw Henryka Młodego Króla, później Ryszarda Lwie Serce. W pamięci wielu pokoleń potomnych pozostał jako ojciec Ryszarda Lwie Serce, którego legenda zdominowała historię całego rodu angielskich Plantagenetów.

x

To, co zwróciło moją uwagę, to fakt, że Bordeaux eksportuje wina do 170 krajów. Jak to możliwe? Kto i w jaki sposób stworzył taką „pajęczynę”? Odpowiedź mamy poniekąd w tym video. Zaczęło się od tych hurtowników czy właścicieli składów win – jak zwał, tak zwał. Producent musi skupić się na produkcji, nie może rozdrabniać się na dystrybucję. Mógłby oczywiście zatrudnić ludzi, którzy zajmowaliby się handlem, ale co oni mogliby zrobić? Zająć się handlem obwoźnym? Tworzyć własną sieć dystrybucji? Jak? Szukać w innych miastach kontaktów? Jakich? Przypadkowych? To wszystko ładnie wygląda w teorii, ale w praktyce rozbija się o wiele barier. Ludzie, którzy potencjalnie wyraziliby chęć współpracy, chcieliby od razu otrzymywać jakieś wynagrodzenie, a każda inwestycja wymaga kapitału. Skąd go wziąć? Można pójść do banku i wziąć kredyt, ale jaka jest gwarancja, że inwestycja się powiedzie i że zostanie on spłacony. Kto zechce ponieść ryzyko?

Zupełnie inaczej przedstawia się ten problem w przypadku nacji rozproszonej po całym świecie, wszędzie zasymilowanej, mającej monopol na emisję pieniądza i bankowość, a przy tym nacji stanowiącej monolit – wszędzie, gdzie są, popierają się i pomagają sobie nawzajem. W takiej sytuacji stworzenie sieci dystrybucji jakiegokolwiek towaru staje się bardzo proste. Gdy ma się w jednym ręku handel, to ma się również wpływ na produkcję, a to oznacza, że producenci są zależni od tych, którzy rządzą handlem. Przekonał się o tym kiedyś na własnej skórze Henry Ford.

Jak to działa w praktyce? W blogu Handel cytowałem fragment powieści Bałuckiego:

Michał Bałucki w swojej powieści z 1885 roku W żydowskich rękach pisał:

„Jeszcze baraku nie rozpoczęto budować, kiedy przemyślny Żyd, w budce naprędce z desek ukleconej założył filię swojej szynkowni, zaopatrzył ją w różne wiktuały i tym sposobem zagarniał cały prawie zarobek robotników do swej kieszeni. Teraz urządził on już porządną kantynę, zasobną we wszystko, czego nie tylko prosty robotnik, ale rękodzielnicy i inżynierowie potrzebować mogli. Rozumie się, że za to Habe kazał sobie dobrze płacić, toteż mu płacono, bo wyboru nie było. Miasteczko było daleko, a w bliskości nikt Habemu konkurencji nie robił. Szynkarz z Zagajowa, katolik, próbował parę razy dowozić do baraku artykuły żywności i wódkę, ale Habe obniżył w tym czasie ceny u siebie, wszystko pchało się do niego, zwłaszcza że dawał na kredyt, a szynkarz zagajowski wracał do domu z niesprzedanym towarem, lamentując nad stratą, jaką poniósł. Dziedzic Zagajowa, gdy się do niego doniosło, robił usiłowania, aby Habemu zabroniono szynkować na jego gruncie, ale odpowiedziano mu z rządu, że nie mają do tego prawa, bo Habe szynkuje na gruncie kolejowym. Na to nie było rady, a Habe zacierał ręce z radości, że mu się udało wcisnąć znowu do wsi, z której go kiedyś tak sromotnie wygnano i na złość Czujce tuż pod jego okiem prowadzić swój handel. Dla nasycenia się tą uciechą często zajeżdżał do kantyny, przesiadywał tam chętnie, to robiąc obrachunki ze swoim szynkarzem, to zamawiając sobie ludzi do roboty; gdyż – jak wiemy – Habe zajmował się dostawą materiałów do budowy.”

Bałucki nie wyjaśnił tu, dlaczego Żyd Habe mógł obniżyć cenę. Ktoś nieznający realiów handlu mógłby sobie pomyśleć, że to jakieś tajemne sztuczki Żydów i ich zmysł do interesu. Jednak prawda jest bardziej prozaiczna, co też oni starają się ukryć i bardzo jest im na rękę, gdy ktoś mówi o nich, że mają smykałkę do handlu i interesów. Po prostu Habe miał niższą cenę zakupu niż szynkarz z Zagajowa.

A dlaczego miał niższą cenę? Bo Habe to Żyd, który zaopatrywał się w żydowskiej hurtowni – bo innych przecież nie ma – w której zaopatrywał się szynkarz z Zagajowa. Żyd Żydowi zawsze da niższą cenę zakupu i tak następuje eliminacja z rynku niepożądanych konkurentów. W ten sposób można powiedzieć, że ci, którzy utrzymują się na rynku są bardziej przedsiębiorczy, kreatywni, zdolni itp. I jeszcze mówić: dlaczegoś biedny? – boś głupi, dlaczegoś głupi? – boś biedny. To ulubiona fraza Żydów.

x

W blogu Mistyka finansów pisałem:

Dariusz Przywieczerski ukończył Szkołę Główną Planowania i Statystyki (SGPiS) w Warszawie. Po studiach pracował w Centrali Handlu Zagranicznego Paged, w której był zastępcą dyrektora. Od 1974 roku pracował w Komitecie Centralnym PZPR. W 1980 roku został radcą handlowym ambasady PRL-u w Nairobi. Zarabiał pieniądze na dostawach kawy i herbaty do sąsiedniej Ugandy. Po powrocie do kraju w 1985 roku został dyrektorem firmy Universal, eksportera sprzętu AGD. Firma Universal powstała w wyniku prywatyzacji dawnej Centrali Handlu Zagranicznego (CHZ) „Universal”.

Radca handlowy ambasady PRL-u zarabia na handlu kawą i herbatą pomiędzy Kenią i Ugandą. Zapewne wykorzystuje fakt, że jest dyplomatą i może przekraczać granicę bez kontroli celnej. Ale do tego, by uprawiać taki proceder, potrzebne są jeszcze dwie strony. Ta, która po stronie kenijskiej skupuje tę kawę i druga po stronie ugandyjskiej, która ją kupuje i zapewne ma sieć dystrybucji, by ją sprzedać. Nietrudno domyślić się, któż to może być, ale też nietrudno domyślić się, kogo obie strony mogą dopuścić do tak lukratywnego interesu. Żydzi są wszędzie i wszędzie kontrolują obrót towarem.

x

Jeśli tak jest, a wygląda, że tak jest, to wypada zadać sobie pytanie: kto dystrybuuje chińskie towary po całym świecie? Czy nie od tego kogoś są uzależnione Chiny? To samo pytanie można zadać w przypadku innych państw sprzedających swoje wyroby po całym świecie. Rozproszenie nie tylko umożliwia dominację w handlu, ono również wymusza konieczność uczenia się języków narodów, wśród których się przebywa. Z czasem te zdolności przenoszą się na potomstwo. Nie dziwi zatem to, że większość wybitnych tłumaczy, ale też i pisarzy ma żydowskie korzenie. To samo dotyczy innych dziedzin życia, takich jak choćby nauka, sztuka, edukacja, polityka itp. – wymieniać można bez końca. Żydzi są w pewnym sensie czymś w rodzaju spoiwa w każdym narodzie, w każdym społeczeństwie. Warto o tym pamiętać, gdy próbuje się zrozumieć otaczającą nas rzeczywistość – zarówno tę najbliższą, jak i globalną.

Byli czy nie byli?

W związku z misją Artemis II powrócił temat pobytu ludzi na Księżycu. Jest tylu wątpiących, co wierzących, że człowiek stanął na Srebrnym Globie. Wydaje się, że z technicznego punktu widzenia jest to możliwe. Problem jednak polega na tym, że nie wiadomo czy człowiek jest w stanie przeżyć taki wypad poza Ziemię i jak długo jest w stanie wytrzymać w tak odmiennych od ziemskich warunkach. Z powodu braku szczegółowych informacji na ten temat trudno jest mi zająć w tej sprawie jednoznaczne stanowisko. Pozostaje mi więc metoda, którą posługuję się na tym blogu, czyli logiczne wnioskowanie, choć zdaję sobie sprawę z tego, że i ono może być niedoskonałe.

To, że historię przedstawia się w sposób zakłamany, to w to wierzy chyba więcej osób, niż w to, że ludzie nie wylądowali na Księżycu. Innymi słowy, ludzie łatwiej dopuszczają do siebie myśl, że historia może być zakłamana, ale nie – teraźniejszość, bo przecież oni są jej świadkami. Trudno to dociera do ludzi, choć mamy tego namacalny dowód w postaci wojny na Ukrainie. Wmawia się nam, że trzeba pomagać „uchodźcom” z Ukrainy, bo tam wojna. Tak, tam wojna, ale ona ma miejsce na 1/5 obszaru tego państwa i to na jego dalekim wschodzie. Reszta państwa jest od niej wolna i to właśnie z tej wolnej części przybywa do „Polski” najwięcej „uchodźców”.

Straszy się nas Rosją, że jak pokona Ukrainę, to ruszy na Polskę i tu najczęściej podpiera się napaścią z 1920 roku. Tylko jakoś nikt z tych straszących nie chce zauważyć, że gdy bolszewicy ruszyli na zachód, to w Rosji nadal trwała wojna domowa i biali jeszcze nie skapitulowali, a zdobycze czerwonych to stosunkowo niewielki obszar wokół Moskwy i Piotrogrodu. I w takiej sytuacji ruszyli na zachód, a biali nie wykorzystali tego; czy dlatego, że byli tacy głupi, czy może dlatego, że mieli taki rozkaz? Bolszewicy podeszli pod Warszawę i tu zdarzył się cud. Nie pierwszy to cud, wcześniej mieliśmy do czynienia z cudem domu brandenburskiego i to nie z jednym, ale z dwoma. W tych cudach chodziło o to, że w pierwszy Rosjanie podeszli pod Berlin i… wycofali się, w drugim – wycofali wojska z frontu. Podobnie było pod Warszawą. Poniższy cytat pochodzi z blogu Niemcy zjednoczone.

Skoro zakłamuje się nam historię i teraźniejszość, to czy nie może być tak w przypadku lądowania człowieka na Księżycu? Być może tak właśnie jest. Skąd taki pęd do podkreślania, że człowiek może podbić Kosmos, że jest wszechpotężny? Czy nie jest to wbrew twierdzeniom średniowiecznych scholastyków? Scholastyka to główny kierunek filozofii chrześcijańskiej, charakteryzujący się dążeniem do rozumowego udowodnienia dogmatów religijnych, abstrakcyjnymi analizami i spekulatywnym dociekaniem bez odwoływania się do doświadczenia. – Tak to definiuje Słownik wyrazów obcych PWN 2002. Ci scholastycy twierdzili (dogmaty), że Ziemia jest wyjątkowa we wszechświecie i człowiek – też. Później przyszedł renesans, który wyniósł na ołtarze doświadczenie, alchemię, astrologię, wróżbitów wróżących z układu gwiazd itp. I to był „postęp” i to trwa do dziś. Człowiek w kosmosie ma być dowodem na jego potęgę, czymś potężniejszym od Boga, ma opanować Kosmos i w sposób pośredni zanegować wszechpotęgę Boga. – Tak to sobie tłumaczę, ten pęd w przestworza. To jest moje subiektywne odczucie. Osobiście wolę jednak sprawy ziemskie, bo tu leży klucz do wszystkiego.

x

Przeczytałem ostatnio dwie książki Marii Kuncewiczowej (1895-1989) Listy do Jerzego Wydawnictwo Lubelskie, Lublin 1997 i Fantomy Wydawnictwo Lubelskie, Lublin 1989. Wybrałem z nich pewne fragmenty, które wydały mi się warte zacytowania. Jerzy to jej mąż, który zmarł w 1984 roku. W Listach do Jerzego pisze:

Ani Renia, dekoratorka życia, ani my, właściciele chatki w kazimierskim sadzie, nie wiedzieliśmy o pałacu w Łańcucie. Słuchy o nim doszły mnie dopiero z książki „Poland, a novel” Jamesa A. Michenera. Polska jako bohaterka powieści? W dodatku nie ascetyczna święta Kinga ani andegaweńska żona litewskiego Jagiełły, ani bohaterska Emilia Plater, ani uczona Maria Skłodowska. Polska Michenera to po prostu pionek zwany Królową na szachownicy dziejów. Jej „fakty i gesty” tak zostały ułożone, żeby cena książki nie przekroczyła ciekawości amerykańskiego czytelnika, dzięki czemu w roku Twojej śmierci romans o Polsce utrzymał się, Jerzy, trzydzieści osiem tygodni na liście bestsellerów „New York Timesa”. Ani Ty, ani ja nie marzyliśmy nigdy o takim sukcesie, chociaż heroinę znaliśmy osobiście.

Michener, owszem, zatroszczył się o ciągłość dziejów. Powieść zaczyna się i kończy w tym samym miejscu Polski. Wprawdzie nie w Łańcucie (raczej w gmachu o zmyślonej nazwie, wyglądającym na Baranów sandomierski), gdzie asystujemy przy wiecznym przetargu poddanych z władzą. Dzisiejszych kmiotków pańszczyźnianych z dzisiejszą szlachtą, czyli partią przez duże P. Fabuła obejmuje całość historii Polski, a jej reprezentacyjną sceną stale pozostaje ten sam pałac, jako symbol chronicznego starcia: sprawa przegrywa dziś, jak przegrywała zawsze, spór ubogich z bogaczami o ziemię. Przy czym aktualny rzecznik interesów chłopskich nosi to samo nazwisko co jego praojciec w tejże wsi przed wiekami.

Skąd Łańcut? Otóż J. A. Michener zadbał także o swój własny pobyt w jakimś historycznym polskim pałacu. W przedmowie dziękuje komu należy za dwukrotne „piękne wakacje” w Łańcucie. Zafascynowany jedną z dawnych dziedziczek, księżną Lubomirską, przyjaciółką Goethego, Franklina i Jeffersona, czy był on świadom, że znalazł się w punkcie, gdzie na szachownicy dziejów królowa, tym razem uosobiona przez Potocką z Radziwiłłów, matkę ostatniego łańcuckiego ordynata, poruszyła się w roku 1939 w stronę teutońskiej wieży? Czy Amerykanin wiedział, że ta pani spędziła dzieciństwo w Berlinie w rezydencji swoich rodziców i że właśnie tam Hitler umieścił później swoją kancelarię? Czy Michener wiedział, że kiedy hitlerowcy zbliżali się od Rzeszowa do Łańcuta, hrabina wyszła naprzeciw z chlebem i solą, a dla rannych kazała ściąć orchidee ze swojej cieplarni? Może wiedział, może nie. Historia ma znacznie więcej ciemnych zaułków niż fikcja literacka. Co znał na pewno, to fakt, że królowa jego romansu była amazonką w wielkim stylu. Dzięki niesamowitemu świstowi skrzydeł swojej husarii zwyciężyła w roku 1683 Turków pod Wiedniem. W roku 1920 po zajęciu Kijowa przez marszałka Piłsudskiego (Ty tam byłeś, Jerzy, jako szwoleżer I pułku), kiedy marszałek Tuchaczewski postanowił zniszczyć Warszawę jako przedpole Europy Zachodniej, przy czym marszałek Budionny na czele swojej kawalerii, startując z Zamościa, miał ująć w kleszcze amię polską, żeby otworzyć Rosji drogę na Berlin – królowa zaszachowała ten plan. Siła zarówno pańskich arabów, jak chłopskich mierzynków przepędziła rosyjskie konie w stepy ukraińskie. „Ocaliła Berlin, Stuttgart, Paryż, a może Londyn. Nad Wisłą stał się cud: jeden polski marszałek zwyciężył dwóch rosyjskich marszałków.”

Jako najbliższe krewne we wspólnocie kulturalnej figurują w Łańcucie Francja, Austria i Anglia, trochę Włochów, trochę Holendrów i Niemców… Dwóch Smuglewiczów, Matejko… Coraz to inne potrzeby i labirynty, inni architekci i malarze. Portrety. Jaśnie wielmożne przemienione na pasterki o sarnich oczach, matki obwieszone klejnotami jak nieprzystępne ikony, dzieci łóż nieprawych, ojcowie ojczyzn prywatnych, kilku bohaterów, filozofów, filantropów, jeden „Diabeł Łańcucki – Stadnicki, oprawca ludzi i niszczyciel dóbr, kryminalista na miarę dzisiejszych dyktatorów. Esteci, politycy, bastardzi historii – Rodzina Człowiecza zastygła w swoich fałszach, wystawiona na bezmyślny wzrok turysty.

W Fantomach pisze:

Odebrana babci, zostałam powierzona dwu konwersacjonalistkom – Fräulein Helene Goertz, z którą chodziłam na spacery niemieckie, i Mlle Suzanne Belletout, z którą spacery były francuskie. Fräulein Goertz prowadziła mnie do ogrodów (Płock przed I wojną św. – przyp. W.L.), Mlle Belletout – do sklepów. Ogrody, położone tarasami nad Wisłą – wstęp za kartą miesięczną – należały jeden do pana Lilenthala, drugi do pana Rosenberga. Fräulein Goertz poinformowała mnie, że Lilenthal znaczy „dolina lilii”, a Rosenberg – „góra różana”, mimo to obaj panowie są Żydami – Juden. Mlle Belletout nie interesowała się florą i przede wszystkm nauczyła mnie słów „bon marché” (tanio – przyp. W.L.), „ruban” (wstążka), „kopeck” (kopiejka), youpin (żydek, żydowski, Żyd).

Idę na rue Galilée, mijając dawny Hȏtel des Champs Elysées, dziś bank, dawniej biura delegacji polskiej do rokowań o traktat wersalski – zabytek mojej drugiej z kolei bytności w Paryżu.

Rok 1918. Oleś (brat Kuncewiczowej – przyp. W.L.) był ekspertem ekonomicznym ze strony MSZ. Ja byłam studentką Uniwersytetu Warszawskiego, tłumaczką w biurze prasowym tegoż ministerstwa. (…) A przy stole: granice i traktaty, Brześć i Wersal, Lenin, mocarstwa centralne i alianci, Dmowski i Piłsudski, hrabia Sforza i pani Jeleńska.

Où sont les neiges d’antan? (Gdzie są te niegdysiejsze śniegi? – przyp. W.L.). Pewnie gdzieś leżą i czekają na odwilż.

Leżą, a Paryż kwitnie, jak kwitły moje suknie, kiedy tu przyjechałam mężatką. Wituś (syn Kuncewiczowej – przyp. W.L.) miał dwa lata i został przy Olesiowej rodzinie. Działacz na urlopie nie zaprzestał działania. Wyprostowany, sprężystym drobnym krokiem biegał z prawego brzegu Sekwany na lewy1, jeżeli nie bezpośrednio za sprawą polską, to przynajmniej w jej sferze. Do tej sfery należał inżynier dróg i mostów, Adrien Godin, prawnuk faceta, który w 1863 z grupą studentów wybrał się z Paryża piechotą przez Niemcy „pomagać Polsce”. Nie pomógł, ale potomkom zalecił pomaganie „młodszej siostrze” Francji. Działacz nie byłby Działaczem, gdyby z kolei nie pomógł Adrienowi w 1921 roku w uzyskaniu autoryzacji polskich władz na wykonanie planów portu w Gdyni, co też Adrien uczynił za cenę dziękczynnego listu warszawskiego ministra.

U nas drewno i słoma, tam kamień, cegła i dachówka; u nas kulawy „pałac” z bagnistym gumnem z tyłu i zachwaszczonym „gazonem” z frontu, tam zamek i park, a przynajmniej dom stary otoczony czystością; u nas chałupy w skos, w przód i plecami do drogi – tam plan jednolity, niewzruszony od Karola Wielkiego.

Forest Hill, czyli Leśnie Wzgórze, czyli przedmieście Londynu na południowy zachód od Tamizy. Na początku stulecia odpłynęła stamtąd zamożność, szanowność, wypłacalność – słodkie wody wiktoriańskiego dosytu. Wille bankierów i garsoniery przemysłowców dostały się elementom podejrzanym. Po drugiej wojnie światowej Londyn, koszmarnie rozległy i mało romantyczny, niecały leżał w gruzach i kto chciał, mógł sobie za tanie pieniądze nabyć uszkodzoną przez podmuch ruderę. Ten ktoś wcale nie musiał być Brytyjczykiem, wystarczała „chęć szczera” zamieszkania w pękniętych ścianach, a już rząd troszczył się o rekonstrukcję.

x

Nie spodziewałem się, że znajdę w tych książkach takie ciekawe fragmenty. Kupiłem je w Kazimierzu Dolnym w 1997 roku i przeleżały tak prawie 30 lat. Warto więc czasem wracać do starych książek, bo często można z nich dowiedzieć się więcej, niż z tego wszechogarniającego obecnie szumu internetowego.

  1. Sur la rive gauche on pense et sur la rive droite on dépense. – Na lewym brzegu myśli się, a na prawym brzegu wydaje. Gra słów w języku francuskim: on pense – myśli się, on dépense – wydaje się, w domyśle – pieniądze. Wszystkie uczelnie, instytuty znajdują się na lewym brzegu Sekwany, podczas gdy domy towarowe, teatry itp. znajdują się na prawym brzegu. ↩︎

Katedra

Zaintrygowała mnie katedra św. Pawła w Londynie. Mieści się ona w samym centrum City of London, a więc w sercu antypapieskiej Anglii. Jednak jej styl architektoniczny to barok, a barok, jak pisze Wikipedia, to styl papieski. Wprawdzie na zewnątrz katedra ta jest bardziej renesansowa, ale wnętrze jest już bez wątpienia barokowe. Dlaczego tak się stało?

Renesans to nawrót do starożytności. Średniowiecze to był okres, w którym w centrum ludzkiego życia był Bóg. Renesans to odwrócenie się od Boga. W centrum zainteresowania znalazł się człowiek, a więc humanizm. W architekturze przejawiało się to tym, że nastąpiło odejście od gotyku. To był styl, w którym porządkiem architektonicznym był pion. Strzeliste wieże kościołów gotyckich symbolizowały ręce złożone do modlitwy. Renesans ,w sensie architektonicznym, to poziom, a więc przyziemny. Gotyk to surowe wnętrza świątyń, a renesans, a zwłaszcza barok, czyli bardziej ozdobna wersja renesansu, to bogato zdobione wnętrza, mnóstwo obrazów, fresków, rzeźb itp. Renesans doprowadził do reformacji. Protestanci, czyli ci, którzy protestowali przeciwko zmianom, zostali przy swoim, a katolicy podążali za tymi zmianami. Ale to protestantów nazwano kacerzami, czyli odstępcami od wiary, podczas gdy oni nadal trwali przy średniowieczu, tylko zamiast samobiczowania wybrali lekturę Biblii. I jedno i drugie, to masochizm, ale chcącemu nie dzieje się krzywda.

Wikipedia tak m.in. pisze o katedrze św. Pawła w Londynie:

Katedra Świętego Pawła (ang. St Paul’s Cathedral) – jeden z najbardziej znanych kościołów anglikańskich w Wielkiej Brytanii i budowli Londynu. Jego budowę ukończono w 1710. Znajduje się w centrum londyńskiej dzielnicy City of London i formalnie pełni funkcję głównej świątyni tej dzielnicy. Pieczę nad nim sprawuje bezpośrednio lord major.

Katedra świętego Pawła była budowana jako symbol odrodzenia Londynu i cechuje ją rozmach i monumentalność, ustępuje ona jednak swoimi rozmiarami watykańskiej bazylice Świętego Piotra. Ma około 158 metrów długości i około 75 metrów szerokości. Wysokość budowli mierzona od posadzki do końca krzyża umieszczonego na kopule wynosi 111 metrów. Budowlę wieńczy kopuła o średnicy 34 metrów, która jest jednym z najbardziej charakterystycznych elementów architektury Londynu.

Katedra ta powstała pierwotnie na gruzach rzymskiej świątyni, wybudowanej niegdyś ku czci cesarza Klaudiusza. Normańska katedra była większa od obecnej i stanowiła największą świątynię ówczesnej Europy. Nie omijały jej pożary. Iglica została zniszczona przez piorun, wnętrze zostało splądrowane, a mury były w złym stanie. Katedra spłonęła ostatecznie podczas wielkiego pożaru Londynu w 1666 r.

Rekonstrukcja wyglądu katedry przed 1561 rokiem; źródło: Wikipedia.

Podjęto decyzję o budowie nowej katedry w stylu klasycyzującego baroku i rozpoczęto ją w roku 1675 pod nadzorem angielskiego architekta, Sir Christophera Wrena. Budowę zakończono po 35 latach, już pod kierunkiem syna Christophera Wrena, w roku 1710, chociaż pierwsze nabożeństwo odprawiono 2 grudnia 1697 roku. W 1852 roku na dziedzińcu katedry odnaleziono runiczny nagrobek.

Katedra była miejscem wielu słynnych pogrzebów (np. admirała Nelsona, księcia Wellingtona, Winstona Churchilla i Margaret Thatcher). Pogrzeby, śluby i inne ceremonie kościelne brytyjska rodzina królewska organizuje zazwyczaj w Westminster Abbey, ale to w katedrze św. Pawła odbył się ślub księcia Walii – Karola Windsora i lady Diany Spencer.

Katedra św. Pawła około 1754 roku, Canaletto; źródło: angielska Wikipedia.
Katedra w 1944 roku; źródło: angielska Wikipedia.

E.H. Gombrich uznawany jest za najwybitniejszego historyka sztuki XX wieku. W swojej książce O sztuce Dom Wydawniczy REBIS 2009 pisał:

Przełom XVII i XVIII w. był okresem szczytowego rozwoju baroku w katolickiej Europie. Kraje protestanckie pozostawały pod wrażeniem tej wszędobylskiej mody, ale faktycznie jej nie przyjęły. Dotyczy to nawet Anglii okresu restauracji, kiedy to dwór Stuartów spoglądał ku Francji, odrzucając ze wstrętem upodobania i poglądy purytanów. Właśnie w tym okresie Anglia wydała najwybitniejszego architekta, Christophera Wrena (1632-1723), któremu powierzono zadanie odbudowy londyńskich kościołów po katastrofalnym pożarze 1666 r. Bardzo interesująco wypada porównanie wzniesionej przez Wrena katedry św. Pawła ze zbudowanym zaledwie dwadzieścia lat wcześniej kościołem w stylu baroku rzymskiego. Widzimy, że Wren pozostawał pod wyraźnym wpływem Borrominiego, choć sam nigdy nie był w Rzymie. Podobnie jak kościół Borrominiego, katedra Wrena, która jest dużo większa, składa się z centralnie umieszczonej kopuły, dwóch wież po obu jej stronach oraz fasady nawiązującej do architektury świątyń starożytnych. Widać nawet wyraźne podobieństwo między barokowymi wieżami Borrominiego oraz wieżami Wrena, zwłaszcza na poziomie drugiego piętra. Mimo to obie fasady wywołują bardzo różne wrażenie ogólne. Fasada katedry św. Pawła nie jest wygięta. Nie ma tu wrażenia ruchu, a raczej siły i stabilności. Sposób, w jaki wykorzystano pary kolumn w celu nadania fasadzie majestatyczności i szlachetności bardziej przypomina Wersal niż barok rzymski. Patrząc na detale, można się zastanawiać, czy styl Wrena należałoby w ogóle nazwać barokowym. W jego dekoracjach nie ma nic wymyślnego ani fantastycznego. Wszystkie formy ściśle ściśle trzymają się najlepszych modeli włoskiego renesansu. Każdą formę i każdą część budynku można widzieć jako oddzielny element mający pewne indywidualne znaczenie. W porównaniu z przepychem Borrominiego czy architekta klasztoru w Melku (Austria – przyp. W.L), Wren robi na nas wrażenie trzeźwe i powściągliwe.

Kontrast między architekturą protestancką a katolicką okaże się jeszcze bardziej uderzający, kiedy zajrzymy do wnętrza kościołów Wrena, na przykład kościoła pod wezwaniem św. Stefana w Walbrook w Londynie. Kościoły tego typu projektowano jako miejsce, gdzie wierni spotykają się na modlitwę. Ich celem nie było przywoływanie wizji innego świata, lecz stworzenie warunków sprzyjających skupieniu. W wielu zaprojektowanych przez siebie kościołach Wren starał się tworzyć coraz to nowe wariacje na temat właśnie wnętrza – pełnego prostoty i godności zarazem.

x

W tym miejscu wypada zamieścić parę zdjęć kościołów, o których wspomina Gombrich.

Francesco Borromini i Carlo Rainaldi, Kościół Sta Agnese, Piazza Navona, Rzym, 1653; źródło: Wikipedia.
Wnętrze kopuły kościoła Sta Agnese; źródło: Wikipedia.
Wnętrze kościoła św. Stefana w Walbrook, Londyn; źródło: angielska Wikipedia.
Kościół św. Stefana w Walbrook, Londyn; źródło: angielska Wikipedia.

Gombrich nie zamieścił w swojej książce zdjęć z wnętrza katedry św. Pawła tylko te powyższe z wnętrza kościoła św. Stefana w Walbrook, więc wypada uzupełnić ten brak.

Wnętrze katedry św. Pawła; źródło: angielska Wikipedia.
Ołtarz katedry św. Pawła od strony chóru; źródło: angielska Wikipedia.

Jeśli teoria nie pasuje do faktów, tym gorzej dla faktów. Skąd my to znamy? – Kontrast między architekturą protestancką a katolicką okaże się jeszcze bardziej uderzający, kiedy zajrzymy do wnętrza kościołów Wrena, na przykład kościoła pod wezwaniem św. Stefana w Walbrook w Londynie. No i dlatego nie mogło być zdjęć z wnętrza katedry św. Pawła. Owszem, ornamentyka ta może różni się nieco od tej w kościołach barokowych, ale jej intensywność jest podobna.

Cechą charakterystyczną, odróżniającą kościoły w stylu renesansowym czy barokowym od gotyckich, były kopuły, znane również w starożytności. Emily Cole w książce Architektura – style i detale Wydawnictwo „Arkady” 2008 pisze:

„Kopuła jest rodzajem sklepienia, skonstruowanym na planie koła, elipsy lub wieloboku. Jej forma prawdopodobnie wywodzi się od kolistych szałasów budowanych z zagiętych gałęzi związanych na szczycie i pokrytych strzechą. Z czasem stała się symbolem sklepienia niebieskiego i władzy. Dzięki wynalezieniu przez Rzymian betonu stało się możliwe konstruowanie wielkich kopuł półkolistych. Kopuła stała się jednym z najbardziej charakterystycznych elementów stylu bizantyjskiego, w którym łączyły się wpływy klasyczne ze wschodnimi. O ile Rzymianie przesklepiali kopułami tylko koliste lub wieloboczne pomieszczenia, bizantyjscy budowniczowie nauczyli się umieszczać je nad wnętrzami kwadratowymi lub prostokątnymi dzięki zastosowaniu pendentywów (trójkąty sferyczne rozpięte między łukami). Takie rozwiązanie znane było również w architekturze islamskiej.”

Według AI kopuła katedry św. Pawła została zaprojektowana na wzór rzymskiego Panteonu. Z kolei angielska Wikipedia pisze, że kopuła ta wspiera się na pendentywach. Jej średnica to 34 metry, a średnica kopuły bazyliki św. Piotra w Rzymie to 42 metry. Kopuła Kapitolu w Waszyngtonie to 29 metrów. Natomiast Biały Dom jej nie ma. Jego styl to neoklasycyzm.

Kapitol w Waszyngtonie; źródło: Wikipedia.

Czy jest kopuła nie tylko symbolem władzy, ale też symbolem jej trwałości i ciągłości? A to wszystko, co nam się przedstawia, te wszystkie wojny religijne i nie tylko religijne, te ustroje demokratyczne, autorytarne i wszelkie inne, to wszystko to tylko rodzaj zasłony dymnej, iluzja, którą karmi się nieświadomych poddanych, którym wydaje się, że mają na coś wpływ?