Witam na moim blogu

Na tym blogu będę starał się przedstawiać prawdę albo przynajmniej próbował do niej dochodzić. Czy będzie to zamiar udany, czy – nie, ocenią czytający go.

“Jedynie prawda jest ciekawa” – to motto Józefa Mackiewicza. Prawda jest ciekawa, ale niewygodna dla wszystkich i wszyscy starają się ją ukryć albo zniekształcić. Za głoszenie prawdy, uparte jej głoszenie, Józef Mackiewicz cierpiał nędzę. Dzięki temu, że pozostał sobie i swoim przekonaniom wierny, to my, z jego dzieł, możemy dowiedzieć się prawdy.

Blog ten jest poświęcony polityce i historii. Obecnie, jak chyba nigdy dotąd w dziejach ludzkości, nie manipulowano tak historią. Na naszych oczach dokonuje się fałszerstwo na niespotykaną skalę. A to wszystko dzięki internetowi i mediom społecznościowym. Jedynym ratunkiem wydaje się wykorzystanie tych mediów w celu obrony. Zgodnie z rzymską maksymą: kto mieczem wojuje, od miecza ginie.

Dużo miejsca będzie zajmować tematyka żydowska. Nie sposób jednak jej uniknąć, jeśli chce się pisać prawdę. Polska dla Żydów była i jest szczególnym miejscem. Nigdzie społeczność żydowska nie była tak liczna w stosunku do pozostałej ludności i nigdzie nie osiągnęła takich wpływów. Po drugiej wojnie światowej jej przewaga stała się jeszcze większa. Polacy stracili w niej swą warstwę inteligencką, a Żydzi – zachowali. Dlatego jest to gra do jednej bramki. Nie można napisać prawdziwej historii Polski, bez uwzględnienia w niej Żydów i ich wpływów na jej bieg. A dlaczego się ich nie uwzględnia? Najwyraźniej ten, kto kontroluje system edukacji, prasę, wydawnictwa – ten sobie tego nie życzy.

Problem z Żydami polega na tym, że są przeważnie ukryci. Udają chrześcijan różnych wyznań. Żyd wie z kim ma do czynienia, a my – nie! Jeśli ma nam do sprzedania towar czy usługę, to będzie bardzo miły, można by rzec – do rany przyłóż. Gdy jednak uzna, że nieżyd jest mu niewygodny, jego obecność jest sprzeczna z jego interesem, jest jego konkurentem i – w najgorszym wypadku, gdy Żyd zawdzięcza coś nieżydowi, to jego nienawiść urasta do rozmiarów nieznanych człowiekowi o innej etyce i o innym systemie wartości. Jeśli nie będzie w stanie sam pokonać tego, którego tak bardzo nienawidzi, to poprosi innych Żydów o pomoc. Nie są to czcze słowa. Sam tego doświadczyłem. Nie ma szans na obronę, jeśli nie wiemy z kim mamy do czynienia lub gdy dowiemy się zbyt późno. Dlatego tak ważne jest poznanie tej nacji, jej systemu wartości, sposobów postępowania i zachowania wobec nieżydów. Ci, którzy żyli przed nami i ostrzegali nas przed nimi, mieli rację. Warto korzystać z tego, co nam przekazali. To wszystko jest nadal aktualne. Żydzi nie zmieniają się i nie zmieniają swoich zasad i zachowania wobec nieżydów. I co najważniejsze – Żydzi są wśród nas, więcej ich jest, o wiele więcej, niż nam się wydaje.

Polsko-żydowski paradoks

Ostatnio pojawił się w niemieckim dzienniku Welt am Sonntag artykuł zatytułowany POLENS JÜDISCHES PARADOX: Warum immer mehr Juden nach Polen ziehen; Juden ziehen nach Polen, Was steckt dahinter? czyli POLSKO-ŻYDOWSKI PARADOKS: Dlaczego coraz więcej Żydów przeprowadza się do Polski; Żydzi przeprowadzają się do Polski. Co się za tym kryje? – Philip Fritz, autor tego artykułu, udzielił krótkiego wywiadu dziennikarzowi WELT-TV News-Channel. W opisie do tego video, które pojawiło się w sieci 13 września, napisano:

Zaskakujące zjawisko: podczas gdy partia o otwarcie antysemickich poglądach zyskuje poparcie w Polsce, to w tym samym czasie Żydzi z Ukrainy, Niemiec, Francji i Izraela przeprowadzają się do Polski. Korespondent WELT w Polsce, Philipp Fritz, wyjaśnia ten „żydowski paradoks”. Wywiad obejmuje incydenty antysemickie w Polsce i Niemczech, unikalną historię relacji żydowsko-polskich oraz pytanie, dlaczego niektórzy Żydzi czują się dziś w Polsce bezpieczniej niż w niektórych częściach Europy Zachodniej. W wywiadzie poruszono również temat polskiego polityka Grzegorza Brauna, którego radykalne i antysemickie poglądy wywołały ogromne kontrowersje.

x

Dziennikarz prowadzący program mówi o tym, że w Europie narasta fala antysemityzmu, nie tylko w Szwecji. W Niemczech nasilają się propalestyńskie nastroje, są też partie antysemickie. W Polsce jest otwarcie antysemicka partia, która uzyskuje w wyborach od 6 do 8 procent, a mimo to Żydzi napływają do Polski. Nie tylko z Ukrainy, ale również z Niemiec, z Francji. I o tym rozmawia z korespondentem Welt am Sonntag w Polsce. Co decyduje? – pyta prowadzący.

Przede wszystkim położenie – mówi Fritz. Jednak pytanie podstawowe brzmi: jak bardzo antysemicki jest ten kraj? I wtedy wszyscy natychmiast odpowiadają – Grzegorz Braun. Jest on czołowym politykiem, szefem partii, która jest otwarcie antysemicka i on wcale tego nie ukrywa; zwolennik teorii spiskowych; kandydował wcześniej na urząd prezydenta i otrzymał 6% poparcie. Jest rzeczywiście zwariowany.

Jesteśmy więc świadkami napływu Żydów do Polski; po pierwsze z Ukrainy, ale też z zachodniej Europy, z Niemiec, z Francji, nawet z Izraela. Tylko w zeszłym roku prawie 11 000 Izraelitów otrzymało polskie obywatelstwo. To bardzo interesujące: dlaczego do Polski? Muszą tam chyba pewniej czuć się lub woleć tam mieszkać, niż w Izraelu. Przede wszystkim relacje polsko-izraelskie czy polsko-żydowskie są szczególne. Z sześciu milionów ofiar połowa była polskimi obywatelami. Tak więc Żydzi mają szczególny stosunek do Polski. Wielu z nich ma tam swoje korzenie. Nie jest też wielkim problemem uzyskanie polskiego obywatelstwa. Z drugiej strony mamy wybuch antysemityzmu w polskiej polityce, ale mimo to w kraju jest relatywnie bezpiecznie. W 2024 roku zanotowano tylko dwa przypadki napaści na Żydów, a w Niemczech około 200 i tysiące ataków werbalnych i pogróżek. W Polsce mamy do czynienia z antysemityzmem w internecie i tu widać wzrost od 2023 roku, ale nie przenosi się to na ulice. Kto zatem wybiera w Polsce te partie i tego pana? Nie jest łatwo powiedzieć, kto go wybiera.

x

To krótki wywiad, którego fragment zacytowałem, trwający niewiele ponad cztery minuty – trudno więc powiedzieć, co zawarł Fritz w artykule w Welt am Sonntag, bo dostęp do niego jest możliwy po opłaceniu abonamentu. Skoro jest on korespondentem w Polsce, to pewnie zna język polski (imię Grzegorz wymawia bardzo dobrze) i pewnie zna, przynajmniej w jakimś stopniu, historię Polski. Czy jednak poruszył w tym artykule wątek 1968 roku? To pytanie pozostanie bez odpowiedzi.

Jak wiemy w 1968 roku pojawiło się w polskiej przestrzeni publicznej hasło: syjoniści do Syjamu! – wymyślone przez samych Żydów, a nie robotników, którzy na różnych wiecach trzymali transparenty z tego typu hasłami.

W 1968 roku Żydzi wyjeżdżali do Izraela i do Europy zachodniej. Czy zatem nie jest tak, że teraz wracają potomkowie tamtych emigrantów? I rodzi się pytanie: dlaczego właśnie oni? Czy nie ma wśród samych Żydów jakichś wewnętrznych podziałów i ci, którzy od wieków mieszkają na zachodzie Europy, patrzą z góry na tych ze wschodniej? Czy ci wschodni nie do końca zasymilowali się z tymi zachodnimi? Wszak na wschodzie Europy zawsze było dużo biedoty żydowskiej i nie asymilowała się ona ze społecznościami, wśród których żyła, w odróżnieniu od Żydów z Europy zachodniej, którzy byli znacznie bogatsi i asymilowali się łatwiej.

Mamy jeszcze Żydów z Ukrainy. Dlaczego oni wyjeżdżają stamtąd do Polski? Przecież to właśnie tam ma podobno powstać ta Niebiańska Jerozolima. Czy robią miejsce rosyjskim Żydom, gdy Rosja już „łyknie” całą Ukrainę zadnieprzańską? Znowu pytania, na które trudno znaleźć jednoznaczną odpowiedź.

Czy w takim razie trwa odbudowa przedrozbiorowej Rzeczypospolitej, w której Żydzi mieli swój własny Sejm Czterech Ziem, o którym sztuczna inteligencja tak pisze:

„Sejm Czterech Ziem (hebr. Waad Arba Aracot) to historyczny, centralny organ samorządu i sądownictwa ludności żydowskiej w dawnej Rzeczypospolitej, który działał w latach 1580–1764.

Czym był Sejm Czterech Ziem?

Wyjątkowy samorząd: Był to jedyny taki organ w dawnej Europie, dający Żydom szeroką autonomię wewnętrzną w ramach państwa polskiego. Pochodzi od czterech prowincji (ziem), które reprezentował: Wielkopolski, Małopolski, Rusi i (początkowo) Litwy. Od 1623 roku Litwa utworzyła własny, osobny sejm (Waad Medinat Lita).”

Czy jest tak, jak powiedział Fritz, że to m.in. ze względu na zlokalizowanie obozu zagłady, w którym zginęło wielu Żydów? To powinno być raczej traumatyczne przeżycie i wydaje się, że to nie tym m.in. kierują się Żydzi wracający do Polski. I RP była żydowskim rajem i to nie tylko ze względu na ten sejm. Mieli tu wyjątkowe prawa i w praktyce własne państwo w państwie zwanym Rzeczpospolitą Obojga Narodów. Nazwa ta odzwierciedlała stan faktyczny. Jednym narodem byli Żydzi, a drugim szlachta, która w zdecydowanej większości miała żydowskie korzenie. Każdy szlachcic powierzał prowadzenie swoich interesów i finansów Żydom, których nazywano faktorami.

Czy ten masowy napływ Żydów z Niemiec, Francji, Izraela i Ukrainy oznacza, że zamiarem wielkich tego świata jest odtworzenie I RP? Wydaje się to prawdopodobne, tyle że te procesy przebiegają powoli i trudno na obecnym etapie rozszyfrować zamiary tych, którzy je uruchomili.

Jest jeszcze jeden niepokojący wątek. Straszą nas ewakuacją na wypadek wojny, innego zdarzenia typu wybuch epidemii czy klęski żywiołowej. W przypadku wojny jest to tylko pretekst, bo rakiety i drony dolecą wszędzie i nie ma przed nimi ratunku. Czasy wjeżdżania czołgami skończyły się wraz z końcem II wojny światowej. W pozostałych przypadkach można zrobić to, czego już doświadczyliśmy, czyli fałszywej pandemii. Przesiedlenia ludności mogą mieć konkretny cel, może chodzić o usunięcie ludności z jakiegoś miejsca, by osiedlić tam innych. Może więc chodzić o stworzenie bantustanów. Kto wie? Ten scenariusz został już przerobiony. Mam jednak nadzieję, że to tylko wytwór mojej chorej wyobraźni.

Dlaczego jednak dzieje się tak, jak się dzieje? Naród, który opanował świat, wykorzystując do tego pozorną asymilację, czyli wnikając w tkankę narodów czy raczej społeczności rdzennych, boryka się z czymś, co można nazwać kwadraturą koła. Pozorna asymilacja jest uciążliwa, bo ciągle trzeba udawać i mieć się na baczności, by nie zdradzić się. Po jakimś czasie pojawia się chęć prawdziwej asymilacji, która oznacza koniec narodu wybranego i dlatego jego kierownicy ciągle aplikują mu jakieś pogromy i wojny, które mają wybić im z głowy tę prawdziwą asymilację i stąd mamy antysemityzm wzniecany przez kierowników żydostwa, by wybić Żydom z głowy jakąkolwiek autentyczną asymilację. Terapia szokowa działa, ale tylko do pewnego momentu; Żydzi znowu zaczynają myśleć o autentycznej asymilacji, a ich kierownictwo, po pewnym czasie, dochodzi do wniosku, że nadszedł czas na kolejne radykalne rozwiązanie, czyli ostateczne rozwiązanie kwestii żydowskiej, czyli Endlösung der Judenfrage. I tak to trwa: od ściany do ściany czy może raczej po żydowsku – od Annasza do Kajfasza.

Bieżeństwo

Wszyscy słyszeli o przesiedleniach Niemców po II wojnie światowej. Szacuje się, że przesiedlono ich od 11 do 14 milionów, z czego z terenów, które przypadły Polsce około 3,2 do 3,5 miliona. Mało jednak kto, poza tzw. ścianą wschodnią, wie, że w trakcie I wojny światowej, w 1915 roku, na podobną skalę wysiedlenia miały miejsce w zachodnich guberniach Rosji.

Sztuczna inteligencja tak o nich pisze:

Bieżeństwo to masowa, przymusowa i spontaniczna ucieczka ludności cywilnej (głównie wyznania prawosławnego) w głąb Imperium Rosyjskiego latem 1915 roku.

Czym było bieżeństwo?

  • Skala: Z terenów dzisiejszej Polski (głównie Podlasia, Chełmszczyzny, Mazowsza i Grodzieńszczyzny) uciekło lub zostało wysiedlonych nawet do 2 milionów osób.
  • Przyczyna: Ofensywa wojsk niemieckich podczas I wojny światowej oraz carski rozkaz o zastosowaniu taktyki spalonej ziemi i masowej ewakuacji.
  • Propaganda: Rosyjskie władze i wojsko siali panikę, strasząc ludność okrucieństwem Niemców, co zmusiło tysiące chłopów do porzucenia domów z dobytkiem na wozach.
  • Tragedia tułaczki: Uciekinierzy trafiali w głąb Rosji (aż po Syberię), cierpiąc z powodu głodu, chorób i zimna, a wielu z nich nigdy nie wróciło w rodzinne strony.
  • Pamięć historyczna: Wydarzenie to na długo zniknęło z oficjalnych podręczników i zostało przyćmione przez wydarzenia II wojny światowej. Dziś ocalałą pamięć przywracają m.in. badania i książki, w tym reportaż Bieżeństwo 1915. Zapomniani uchodźcy autorstwa Anety Prymaki-Oniszk.

Z kolei Wikipedia pisze:

Bieżeństwo (biał. Бежaнствa, ukr. Біженство, ros. Беженство – uchodźstwo) – masowa ewakuacja w czasie I wojny światowej, w polszczyźnie nazywana też wygnaniem, przesiedleniem lub wysiedleniem ludności, głównie wyznania prawosławnego, z zachodnich guberni Imperium Rosyjskiego w głąb Rosji, po przerwaniu linii frontu przez wojska niemieckie w okresie od 3 maja do września 1915 roku. Apogeum bieżeństwa przypada na okres od wiosny do jesieni 1915 roku.

Historia

Wskutek niepowodzeń wojennych wojska rosyjskiego i szybko postępującej ofensywy wojsk Cesarstwa Niemieckiego po bitwie pod Gorlicami władze Imperium rozpoczęły szeroko zakrojoną akcję propagandową, wzywającą cywili do natychmiastowej ewakuacji w głąb Rosji. Aby nakłonić do wyjazdów, straszono mordami, gwałtami, rabunkami i innymi okrutnymi represjami, jakich miała doznać z rąk Niemców miejscowa ludność prawosławna. Do rozpowszechniania takich wiadomości mogły przyczynić się autentyczne zdarzenia, jak zbrodnie wojenne w Belgii (spalenie Leuven, masowe egzekucje w Dinant), zburzenie Kalisza czy zajścia w Częstochowie z początków wojny. W ten sposób zastosowano taktykę spalonej ziemi.

Ewakuowano też rodziny urzędników, pracowników wielu zakładów przemysłowych, kolejarzy itd.

Pod wpływem agitacji rodzinne strony opuściło od 2 do 3 milionów ludzi, w tym około 800 tysięcy mieszkańców guberni grodzieńskiej. Ziemie na wschód od Białegostoku opuściło nawet do 80% mieszkańców. Chaotyczna ucieczka w głąb Rosji trwająca wiele miesięcy pochłonęła wiele ofiar. Ucieczka odbywała się w skwarze, bez zapewnionej odpowiedniej ilości jedzenia, a nawet wody. Przy drogach pozostawały mogiły zmarłych, a część ciał nie została pogrzebana. Warunki sprzyjały wybuchom epidemii oraz doprowadziły do masowych śmierci dzieci.

Jednym ze skutków bieżeństwa była ewakuacja Imperatorskiego Uniwersytetu Warszawskiego do Rostowa nad Donem, ten ewakuowany uniwersytet to obecny Południowy Uniwersytet Federalny.

Grupy bieżeńców

W grupie bieżeńców przeważały kobiety i dzieci. Dzieci stanowiły ok. 41–48% wszystkich uciekinierów. Według szacunków około 1/3 bieżeńców nie przeżyła ucieczki i pobytu na terytorium w głębi Rosji. Najwięcej ofiar zmarło w trakcie podróży, zarówno w głąb Rosji, jak też podróży powrotnej.

Zdecydowaną większość bieżeńców stanowili Białorusini i Rusini. Grupy etniczne, biorące udział w bieżeństwie stanowili:

  • Białorusini i Rusini – 67,5%
  • Polacy – 13,2%
  • Żydzi – 6,4%
  • Łotysze – 4,9%
  • inni (głównie Ormianie, Litwini, Estończycy) – 8%.

Bieżeńcy trafili na wielkie obszary poza Kraj Przywiślański Imperium Rosyjskiego, zarówno do wielkich miast, jak też odludnych wiosek aż pod chińską granicę. Powrót części z nich nastąpił w latach 1918–1921.

x

I jeszcze fragment ze strony bieżeństwo.pl:

Kto wyjeżdżał?

Bieżeństwo dotknęło głównie chłopów z zachodnich guberni Imperium Rosyjskiego. Najliczniej – z guberni grodzieńskiej (do niej należały ziemie dzisiejszego województwa podlaskiego). Opustoszały głównie prawosławne oraz mieszane wyznaniowo wsie (przytłaczająca większość bieżeńców stanowili Białorusini i Rusini); z katolickich ludzie wyjeżdżali mniej masowo – kościół namawiał do pozostania, chronili się więc w lasach, a po przejściu frontu wracali.

Licznie wyjeżdżali także chłopi z guberni Królestwa Polskiego, zwłaszcza chełmskiej i lubelskiej (dużą część stanowiła ludność ukraińska, określana wtedy jako Rusini lub Małorusy); ale także innych po prawej stronie Wisły (siedleckiej czy łomżyńskiej). Uchodziły też wioski Galicji, zajętej przez Rosję w 1914 roku.

Do Rosji udawali się również urzędnicy carscy i robotnicy ewakuowanych zakładów, jednak oni jechali pociągami do przygotowanych wcześniej miejsc i nie uczestniczyli w bieżeńskiej tułaczce. Z przyfrontowych guberni od początku wojny wysiedlani byli Żydzi, z których propaganda chętnie robiła niemieckich szpiegów; to zagadnienie wymaga jednak osobnego zajęcia się. Bieżeństwo dotyczyło także Łotyszy i Litwinów, a na Kaukazie – Ormian po rzezi tego narodu w Imperium Osmańskim.

Trudno podać dokładną liczbę bieżeńców – dostępne dane różnią się między sobą; najczęściej uwzględniają po prostu osoby korzystające z pomocy organizacji dobroczynnych. Komitet Wielkiej Księżnej Tatiany, największa instytucja niosąca pomoc uchodźcom, mówi o ponad 3 mln. osób, demograf radziecki Jewgienij Wołkow – o liczbie nawet dwukrotnie wyższej.

Wśród uchodźców przeważały kobiety i dzieci (wśród zarejestrowanych w polskich organizacjach uchodźców ok. 41-48 proc. stanowiły dzieci)

Szacuje się, że ok. 1/3 bieżeńców nie przeżyła; najwięcej ofiar pochłonęła podróż, zarówno tam jak i z powrotem.

Skąd pochodzili bieżeńcy?

Zgodnie z danymi Komitetu Wielkiej Księżnej Tatiany:

  • 31 proc. bieżeńców pochodziło z guberni grodzieńskiej,
  • 24 proc – z Wołynia,
  • 11 proc. z guberni chełmskiej,
  • 6 proc. z – z kowieńskiej.

x

I jeszcze parę, a może więcej, fragmentów z reportażu Bieżeństwo 1915 Zapomniani uchodźcy – Aneta Prymaka-Oniszk, Wydawnictwo Czarne Wołowiec 2022:

Jeszcze na początku czerwca 1915 roku, gdy Rosjanie dopiero wycofują się z Galicji, dowódca frontu południowo-zachodniego wydaje rozkaz wysiedlenia tutejszych chłopów i wywozu ich całego majątku. Przecież gdyby zostali, zasilą szeregi wroga, a ich plony będą karmić nieprzyjacielskie wojsko.

Szef sztabu generał Mikołaj Januszkiewicz rozszerza ten rozkaz na cały obszar przyfrontowy. „W trakcie cofania się, zawczasu […] niszczyć posiewy przy pomocy koszenia lub w inny sposób; ludność męską, prócz Żydów, w wieku, w którym obowiązuje służba wojskowa, wydalać na zaplecze, by nie zostawić jej w ręku przeciwnika; wszystkie zapasy chleba i paszy, bydło i konie obowiązkowo wywozić; łatwiej będzie ponownie zaopatrzyć ludność przy naszej ofensywie, niż zostawić przeciwnikowi, który i tak wszystko odbierze” – brzmi jego zarządzenie.

Zdarza się, że wojskowi próbują ewakuować tylko mężczyzn, a kobiety i dzieci bez środków do życia zostawić wrogowi. Porzucają jednak ten pomysł w obawie przed powszechnym buntem. Wyganiają wszystkich. Wydzielone zostają specjalne oddziały, których zadaniem jest „oczyszczenie” wsi.

Latem 1915 roku o paleniu wsi i wygnaniu chłopów na zachodnich rubieżach Imperium aż huczy w piotrogrodzkich gabinetach. Podnoszą się głosy oburzenia i krytyki głównie pod adresem wojskowych, obdarzonych na czas wojny ogromną władzą.

„Niemcy babom cycki będą obcinać, dzieci nabijać na szable albo wrzucać do studni, starych żywcem wpychać w ogień” – niesie się wśród ludzi. Czasem ktoś ścisza głos: „ A mężczyzn będą kastrować”. Potomkowie bieżeńców sto lat później ze szczegółami powtarzają mi plotki krążące w 1915 roku po podlaskich wsiach. Mieli rozpuszczać je wojskowi, miał powtarzać ksiądz prawosławny po niedzielnym nabożeństwie, a ludzie przekazywać dalej.

Nikt tu nie jest pominięty. „Przyjdą i cycki ci obetną” – słyszy kobieta i bezwiednie łapie się za piersi. Albo: „Wrzucą żywcem w ogień” – starcy nie wątpią, że to może być prawda. Pracować przecież nie dadzą już rady, do wojska się nie nadają, wróg nie będzie żywić darmozjadów.

Przed wojną uciekają mieszkańcy Pierożek. To wieś w powiecie sokólskim, siedem kilometrów od moich rodzinnych Knyszewicz. Jeśli wierzyć dzisiejszym mieszkańcom, w 1915 roku ma sześćdziesiąt chat. Gdy nadchodzi front, nie zostaje tu nikt. Ale zaraz za wioską część – dziś mówi się, że większość – skręca na łąki, które nazywa się łuhem. To teren zabagniony, trudno dostępny; gdy latem skosi się trawę, trzeba ją wynosić gdzieś wyżej i tam suszyć. Mnóstwo tu bagiennych zarośli. Jeśli ktoś wie, którędy iść, by nie utonąć, może się tu dobrze skryć.

Na łuhu przez dwa tygodnie chowają się mieszkańcy Pieróżków, którzy nie chcieli jechać w nieznane. Widzą dym z płonącej wioski, czują zapach spalenizny. Może nawet odważniejsi idą nocą sprawdzić, co dzieje się z ich domami? Ale wioski nie zdołają uratować. Z pożaru wznieconego prawdopodobnie przez wycofujących się Rosjan, ocaleją tylko dwie stodółki. Po powrocie z łuhu zamieszka w nich część pozostałych ludzi; reszta będzie kopać ziemianki.

Jeśli spojrzeć na przekrój przybywających z Rosji mieszkańców dawnych zachodnich guberni Imperium, w 1918-1919 roku wracają raczej ci wykształceni i zamożniejsi.

Wydział reemigracyjny na początku 1919 roku podaje, że przy jego pomocy do swoich domów wróciło blisko pół miliona uchodźców. „Nie sposób oczywiście stwierdzić, na ile te liczby odzwierciedlają stan faktyczny” – pisze Dorota Sula. Uchodźcy często przechodzą przez zieloną granicę, korzystając z jej nieszczelności.

Na początku 1919 roku wybucha wojna polsko-sowiecka, legalne powroty stają się niemożliwe.

W marcu 1921 roku Polska i Rosja sowiecka podpisują kończący wojnę traktat ryski, a chwilę wcześniej układ o repatriacji. O powrót mogą się starać ci, którzy „są lub mają prawo być zapisani do ksiąg ludności stałej byłego Królestwa Polskiego” albo z ziem należących aktualnie do Polski. Także potomkowie powstańców i emigrantów z Polski. Oprócz bieżeńców: jeńcy wojenni oraz ci, którzy jeszcze przed wojną, dobrowolnie lub po niewoli, znaleźli się w Rosji.

Na wschodzie dzisiejszej Polski od wieków mieszają się kultury i wyznania. Chrześcijanie, żydzi, muzułmanie. Prawosławie płynące ze wschodu i katolicyzm z zachodu. Rusini i Polacy.

W Rzeczypospolitej Obojga Narodów w 1596 roku unia brzeska tworzy Kościół unicki – greckokatolicki, do którego mają przystąpić prawosławni. Stając się unitami, uznają prymat papieża i katolickie dogmaty; zachowują wschodni obrządek i kalendarz juliański. Dobrowolnie lub nie, prawosławna ludność przyjmuje unię. Szlachta już wcześniej przechodziła na katolicyzm, to wiązało się z przywilejami.

Po rozbiorze Rzeczypospolitej władze carskie rozpoczynają przygotowania do „powrotu unitów na wiarę ojców”; w guberni grodzieńskiej następuje on w 1839 roku. Odbywa się to bez większych protestów, oporni duchowni są osadzani w klasztorach albo przesiedlani w głąb Rosji. Na Chełmszczyźnie, drugim ośrodku chrześcijaństwa wschodniego, „powrót” w 1875 roku nie idzie tak łatwo. Jest fatalnie przygotowany; interweniuje wojsko, są zabici i ranni. Gdy w 1905 roku ukaz tolerancyjny daje taką możliwość, ponad sto pięćdziesiąt tysięcy byłych unitów przechodzi tu na katolicyzm. W guberni grodzieńskiej takich przypadków jest nieporównywalnie mniej.

Czy prawosławny chłop może zostać Polakiem

„Tylko nierozumny człowiek chwali sanacyjny porządek” – mówi Włodzimierz Panfiluk z Dubicz Cerkiewnych. W wydanym przez „Niwę” kolejnym – po Bieżanstwie 1915 hoda – tomie wspomnień U nowaj ajczynie [W nowej ojczyźnie] te słowa zresztą mógłby wypowiedzieć którykolwiek z bohaterów. Sanacyjny porządek, który oznacza tu zwykle całe dwudziestolecie międzywojenne, potomkom ówczesnych prawosławnych chłopów kojarzy się wyłącznie źle. I nie chodzi tylko o nędzę po powrocie z bieżeństwa. Bardziej o poczucie krzywdy ze strony państwa. Niby swojego, ale obcego. Tej „pańskiej Polski”, którą straszyli ich bolszewicy.

*

Lista żalów jest długa. Zamknięcie cerkwi i odebranie majątku cerkiewnego. To, że ze względu na wyznanie i narodowość wykształceni przed wojną albo w Rosji nie mają szans na urzędnicze i nauczycielskie posady. A młodzi, nawet jeśli ich stać, nie są przyjmowani do szkół. Urzędnicy i policjanci traktują ich jako obywateli gorszej kategorii; sekwestratorzy nachodzą z wyjątkową uporczywością i bezwzględnością. No i osadnictwo wojskowe. Ono bardzo psuje krew miejscowym.

Rozpoczyna się zaraz po odzyskaniu przez Polskę niepodległości. Władze nagradzają wojskowych nadaniem ziemi na tak zwanych kresach. Bezpłatnie oddają im przeznaczone do parcelacji grunta; często powojenny majątek cerkiewny. Chcą w ten sposób wzmocnić polskość i rozwodnić miejscowy, białoruski lub ukraiński, żywioł. Ale wywołują wściekłość u miejscowego ludu, duszącego się w swoich małych, przeludnionych gospodarstwach. Nawet jeśli ktoś ma pieniądze, ziemi kupić nie może. „Lud ten nienawidzi osadnictwa, w nim właśnie upatruje najjaskrawszy wyraz ucisku i krzywdy” – pisze publicysta i polityk Konstanty Srokowski, który w 1923 roku, na polecenie premiera Sikorskiego, odbywa podróż po województwach wschodnich. „Mniejszości słowiańskie na kresach są uciskane narodowościowo i wyniszczane gospodarczo” – podsumowuje on swój raport.

*

Włodzimierz Pawluczuk, socjolog z Rybołów między Zabłudowem a Bielskim, analizował zjawiska zachodzące na początku XX wieku na prawosławno-katolickim pograniczu. Zauważa rozchodzenie się chłopskich dróg, które przypieczętuje bieżeństwo.

Opisuje chłopów pod Sokółką i Suchowolą. Katolicy i prawosławni mówią tu po prostu (w okolicach Bielska Podlaskiego mówią po swojemu – przyp. WL.), z językiem białoruskim związana jest ich cała kultura. Choć ich świadomość narodowa jest jeszcze w powijakach, polska religia pod rosyjskim zaborem staje się głównym wyznacznikiem tożsamości. Lud katolicki zaczyna więc swoją wędrówkę ku polskości. Na początku XX wieku wyrzeka się etnograficznego dziedzictwa: białoruskiego języka i kultury. Proces ten opisuje katolicki ksiądz Stanisław Szyroki, obejmując parafię w podsokólskim Janowie: „ ludowe śpiewy weselne nie istnieją wcale dla tej racji, że młodzież po białorusku śpiewać albo się wstydzi, albo zapomniała, a po polsku jeszcze się nie nauczyła. Zniknęły z oblicza ziemi w tej okolicy ludowe zwyczaje, śpiewy, stroje – słowem – cała kultura ludowa. Nic bowiem lud swojskiego nie ma, prócz języka białoruskiego, do którego też sam nie wie, czy się przyznawać”.

Ostatecznie tutejsi katoliccy chłopi po odzyskaniu przez Polskę niepodległości stają się Polakami. Zostawiają swoją kulturę ludową, ale zyskują przynależność do polskiej kultury narodowej. Jak pisze profesor Pawluczuk w rozprawie Światopogląd jednostki w warunkach rozpadu społeczności tradycyjnej, rzeczywistość tradycyjna płynnie przechodzi do narodowej. Wzmacniają ją struktury państwa: szkoła, wojsko, urzędy. To Polska, a nie tradycyjna wioska staje się centrum ich wszechświata.

Ich prawosławni sąsiedzi takiej możliwości nie mają. Nie czują się Polakami; polityka ówczesnej Polski jeszcze wzmacnia w nich poczucie obcości. „Również integracja z bardziej kulturowo bliskimi tej ludności wspólnotami narodowymi – białoruską czy ukraińską – jest poważnie utrudniona” – pisze profesor Pawluczuk. To tereny na peryferiach tamtych kultur, nie docierają tu rodzące się w ich ramach prądy. Zresztą i tak raczej nie znalazłyby one zrozumienia. Lata panowania caratu zakorzeniły tu panrosyjskie idee, nieuznające różnic między prawosławnymi narodami słowiańskimi.

Dodatkowo – poprzez bieżeństwo – upadek kultury tradycyjnej dla tutejszych prawosławnych jest szczególnie dramatyczny. Nagle zostali pozbawieni całego swojego świata; przeżyli osobiste dramaty, ale też odkryli świat, o którego istnieniu nie mieli pojęcia. W końcu rewolucja od podstaw zniszczyła ich chłopską świadomość. Po powrocie do dawnej wsi, ale do nowego świata, nie umieją się odnaleźć, czują się bezradni.

W 1926 roku w Harkawiczach powstaje hurtok – koło Białoruskiej Włościańsko-Robotniczej Hromady. Takie tworzą się wtedy w niemal każdej białoruskiej wsi. Hromada, która w czerwcu 1926 roku liczy niewiele ponad pięćset osób, przez pół roku staje się masowym ruchem. Zapisuje się do niej ponad sto tysięcy osób, tworzą co najmniej dwa tysiące kół. Badająca jej dzieje historyk Aleksandra Bergman twierdzi, że była najbardziej masowym ruchem chłopskim w ówczesnej Europie.

Za Hromadą stoją białoruscy posłowie. Rozgoryczeni państwową polityką, po nieudanych próbach porozumienia z poszczególnymi rządami, zbliżają się do komunistów. W programie Hromady mówią o „niezależnej republice pod władzą chłopów i robotników”. Poza tym żądają dopuszczenia białoruskiej edukacji, wolności kulturowej i wyznaniowej, zniesienia osadnictwa. W 1926 roku, po przewrocie majowym, gdy terenowy aparat władzy czuje się niepewnie, Hromada stanie się żywiołowym ruchem społecznym.

We wsiach oprócz hurtków powstają czytelnie, biblioteki, szkoły, spółdzielnie rolnicze, kasy pożyczkowe, zespoły śpiewacze i teatralne, nawet wydawnictwa. Prawdziwe przebudzenie.

Leon Tarasewicz, znany malarz, pochodzi z Walił pod Gródkiem, trzydzieści kilometrów od Białegostoku. Jego rodzina, tak jak wszyscy w okolicy, pojechała w bieżeństwo, on sam przez całe dzieciństwo bawił się przywiezionymi z Rosji pieniędzmi – carskimi rublami (do dziś pamięta majestatyczny portret carycy Katarzyny na sturublowym banknocie) i kierenkami.

„To była podróż, niezwykła dla tych ludzi, czasem tragiczna. Ale każda podróż kształci. Oni wrócili jako inni ludzie. Gdyby tu siedzieli i nawet chodzili do szkół, nauczenie się tego wszystkiego zabrałoby im pewnie kilka pokoleń. To był dla tych ludzi ogromny skok mentalnościowy. Przywieźli zarówno praktyczne umiejętności, na przykład zdobienie domów, inna uprawa ziemi, jak i idee. Przecież ten cały ruch Hramady i KPZB (Komunistyczna Partia Zachodniej Białorusi – przyp. W.L.) to też był efekt bieżeństwa i tego, z czym zetknęli się w Rosji” – mówi. Czasem, wyraźnie podkreślając ten rozwój, zaskakuje ludzi przyzwyczajonych do opowieści o bieżeństwie wyłącznie jako nieszczęściu.

Marek Orciuch w 2000 roku jest dziennikarzem „Kuriera Porannego”, regionalnego białostockiego dziennika. Gdy nowy naczelny pyta o ciekawe tematy, mówi o bieżeństwie. Ten nie zna zagadnienia, dopytuje: „Kto jeszcze o tym pisze?” Media prawosławne i białoruskie. Zapada cisza. Chyba nie udźwigną, jeszcze coś zadrażnią w lokalnych stosunkach. Może wrócą do tego, jakby znaleźli dobrego mówcę.

W czerwcu 2013 roku, gdy Marek pracuje już gdzie indziej, „Kurier Poranny” zamieszcza rozmowę z księdzem Grzegorzem Misijukiem, prawosławnym duchownym znanym z audycji w lokalnym radiu. Czuć napięcie. I nie tylko wtedy, gdy dziennikarz Tomasz Mikulicz pyta o winnych bieżeństwa, sugerując, że są wśród nich prawosławni duchowni. Ksiądz Grzegorz Misijuk odpowiada wymijająco: „Panika rodzi obsesyjny strach. Batiuszka mógł w cerkwi powiedzieć, że idzie wojna i niech każdy ratuje się jak może. Wierni mogli zrozumieć to jako zachętę do ucieczki”.

Gdy dziennikarz mówi, że „środowisko prawosławne powinno więcej niż do tej pory o tym mówić, tak by problem ten zaistniał w świadomości ludzi”, ksiądz Misijuk przyznaje: „To prawda, że jest taka potrzeba. Musimy przełamać tu pewne stereotypy, jak choćby ten mówiący o tym, że skoro uciekali do Rosji, to po co wracali i czego tam jeszcze chcieli. Trzeba jednak pamiętać, że o bieżeństwie należy mówić słowami, które nie ranią”.

Kto miałby ranić? Dlaczego? Gdzie jest punkt sporny? Tego ani rozmówca, ani dziennikarz nie precyzują.

xxx

Podstawowe pytanie, jakie nasuwa mi się po przeczytaniu tego reportażu, to: jakie motywy kierowały carem, bo to chyba on był zwierzchnikiem sił zbrojnych, by zastosować taktykę spalonej ziemi? Przecież to, co było dobre 100 lat wcześniej, nie mogło sprawdzić się w nowej rzeczywistości. Wojsko, korzystając z kolei i innych zdobyczy techniki, nie było już tak zależne, w sensie zaopatrzenia, od podbitych terenów. Ale nawet jeśli założymy, że tak było, to po co było palić domy i stodoły? Opustoszałe nie mogły się na nic zdać zwycięskiemu wojsku. A jednak palono je. Zatem powód musiał być inny. Taktyka spalonej ziemi? -Owszem, ale nie dla celów wojskowych, tylko politycznych.

Żeby to zrozumieć, wypada wybiec myślami w przyszłość do czasu II RP. W cytowanych fragmentach pojawia się, w niektórych z nich, informacja o osadnictwie wojskowych na tych terenach. I tu jest, jak sądzę, pies pogrzebany. Czy możliwe byłoby to osadnictwo, gdyby nie doszło do wysiedlenia tych ludzi i spalenia ich domostw? Nie! Nie byłoby możliwe. To nie był teren pusty, to nie była pustynia. Tam mieszkali ludzie, którzy mieli swoje gospodarstwa; miała ziemię Cerkiew. A jak nie było ludzi, to i cerkwie pozamykali. W ten sposób pojawiło się mnóstwo ziemi do zagospodarowania. I tym zajęło się państwo zwane II RP. I stąd sprawa wojskowego osadnictwa na tym terenie była najbardziej drażliwą.

Mamy zatem winnych. To car, który był zwierzchnikiem armii carskiej i duchowni prawosławni, którzy namawiali ludność tych terenów do ucieczki. Plan jednak musiał być opracowany znacznie wcześniej. Zapewne jeszcze przed wojną ustalono, w jakich granicach powstanie nowa Polska i że ziemianie z dalekich kresów zostaną wysiedleni i być może to im, przynajmniej niektórym, szykowano ziemię po wypędzonej ludności chłopskiej, bo wojskowi to raczej do roli nie nadawali się i pewnie też nie palili się do tego. Co innego jednak powiedzieć, że to ziemia dla wojskowych, którzy przecież walczyli, niż, że to ziemia dla ziemian z dalekich kresów. Jak tam było, tego nigdy nie dowiemy się, bo archiwa dla nas niedostępne, ale zwykła logika podsuwa taką interpretację i jest to najprostsze wyjaśnienie, a najprostsze wyjaśnienia, zgodnie z zasadą, zwaną brzytwą Occama, są najbliżej prawdy. Koniec ostatniego cytatu jest bardzo wymowny w kontekście tego, co napisałem:

Gdy dziennikarz mówi, że „środowisko prawosławne powinno więcej niż do tej pory o tym mówić, tak by problem ten zaistniał w świadomości ludzi”, ksiądz Misijuk przyznaje: „To prawda, że jest taka potrzeba. Musimy przełamać tu pewne stereotypy, jak choćby ten mówiący o tym, że skoro uciekali do Rosji, to po co wracali i czego tam jeszcze chcieli. Trzeba jednak pamiętać, że o bieżeństwie należy mówić słowami, które nie ranią”. Kto miałby ranić? Dlaczego? Gdzie jest punkt sporny? Tego ani rozmówca, ani dziennikarz nie precyzują.

No właśnie! Kogo miałaby zranić prawda? – Że to car i duchowni prawosławni są odpowiedzialni za to wysiedlenie? Dla tej ludności, głęboko wierzącej i zapatrzonej w Rosję, taka prawda byłaby podważeniem jej systemu wartości. Dla człowieka, który, przechodząc obok cerkwi, żegna się i bije pokłony, taka prawda to herezja. Zrozumiałe jest również to, że dla prawosławnego kleru jest to także prawda niewygodna czy może raczej wstydliwa, uwierająca sumienie.

Taki stan rzeczy wykorzystali też bolszewicy. To przecież oni w dużym stopniu decydowali, kto stamtąd powróci, a kto nie. Ilu z tych, którzy wrócili, stało się agentami radzieckimi? Gdy 17 września 1939 roku zaczęły się wywózki ludności polskiej z terenów zajętych przez Związek Radziecki, to zapewne z tej ludności rekrutowali się ci, którzy wskazywali NKWD, kogo wywieźć.

Rysuje się nam zatem bardzo skomplikowany obraz stosunków panujących na tym terenie w okresie od początku I wojny światowej do wybuchu drugiej. Żeby jednak zrozumieć tę kwadraturę koła, to trzeba cofnąć się do unii brzeskiej, o której wspomina autorka, która, jak sądzę, jest z pochodzenia Ukrainką.

x

W tym reportażu mamy również informację o tym, jak pojawiła się na wschodzie ludność polska. Autorka wspomina o unii brzeskiej z 1596 roku, czyli o powstaniu kościoła grecko-katolickiego. Zaczęło się jednak wcześniej, bo od unii horodelskiej w 1413 roku. Na mocy jednego z jej postanowień 47 rodów bojarów z Wielkiego Księstwa Litewskiego adoptowało 47 herbów szlachty polskiej, stając się w ten sposób polskimi szlachcicami. Jagiełło sam wybierał te rody. To było jeszcze za czasów unii personalnej. Unia realna z 1569 roku skutkowała tym, że powstało nowe państwo, a każdy władca, obejmujący tron, zobowiązywał się do podjęcia działań w celu odzyskania utraconych wcześniej przez WKL ziem na rzecz Wielkiego Księstwa Moskiewskiego (1263-1547) czy Carstwa Rosyjskiego po roku 1547. I stąd mamy Batorego pod Pskowem, czyli „drang nach Osten”. Za Batorym szli jezuici, którzy w Połocku, największym wówczas ośrodku prawosławia na Białorusi, zainstalowali się, okopali się i zaczęli przeciągać ludność prawosławną na katolicyzm. Batorego otruli, wojska wycofały się, ale jezuici zostali. I o to właśnie chodziło w tym „drang nach Osten”.

Jak tylko powstała Rzeczpospolita Obojga Narodów, to niemal od razu zaczęły się powstania na Ukrainie. Rusin Chmielnicki wywołał powstanie przeciwko drugiemu Rusinowi, czyli Wiśniowieckiemu, który już był Polakiem. Ten został obdarowany dobrami na Ukrainie, tam gdzie rezydował Chmielnicki, przez króla polskiego Jana Kazimierza, czyli Szweda. Obaj Rusini kształcili się w kolegium jezuickim we Lwowie. Chmielnicki pozostał przy prawosławiu, a Wiśniowiecki stał się katolikiem. I tak powstał konflikt polsko-rusiński, który był faktycznie konfliktem rusińsko-rusińskim. Rusini, którzy nie byli posłami do sejmu I RP, nie mieli tych przywilejów, które mieli posłowie rusińscy zasiadający w sejmie w Warszawie.

Unia brzeska spowodowała przejście ludności prawosławnej na greko-katolicyzm, ale po rozbiorach Rzeczypospolitej Rosja zaczęła akcję nawracania na prawosławie ludności z terenów zaboru rosyjskiego. W większości przypadków udało się to. Najwięcej oporów było na Chełmszczyźnie. W 1905 roku ukaz tolerancyjny umożliwia ponad stu pięćdziesięciu tysiącom byłych unitów przejście na katolicyzm, czyli stanie się Polakami.

W XIX wieku wśród katolików z byłego WKL rozpoczyna się akcja uczenia ich języka polskiego. Co ciekawe, w tym samym czasie ma miejsce intensywna germanizacja ludności Wielkopolski i nie mniej intensywna rusyfikacja ludności Królestwa Polskiego, będącego częścią Imperium Rosyjskiego. Można więc powiedzieć, że zręby narodu polskiego są tworzone na wschodzie. Tam też rozkwita literatura polska. Jedynie Prus wyłamuje się z tego schematu i Sienkiewicz, ale on należy do potomków jednego z tych 47 rodów. Gdy więc powstaje II RP to mamy już gotowe jej elity ze wschodu oraz na Kresach ludność ze wschodniosłowiańskimi korzeniami, ale katolicką i mówiącą po polsku. Po drugiej wojnie światowej następują masowe przesiedlenia tej ludności, jak również ludności prawosławnej: ukraińskiej i białoruskiej. Ona często nie mówiła po polsku, o czym świadczą karty przesiedleńców z Ukrainy, drukowane po polsku i ukraińsku.

Współczesna Polska, ubogacona milionami Ukraińców, to istna mozaika narodowościowo-wyznaniowa. W takim układzie wzniecanie konfliktów na tle narodowościowym czy wyznaniowym jest bardzo łatwe. Kto tu jest patriotą, a kto nie? Konia z rzędem temu kto jest w stanie to wszystko ogarnąć. A jakie możliwości manipulacji dla tych, którzy zarządzają tym państwem! Mamy więc takich, którzy uważają, że wszystko dla Ukrainy i że są sługami Ukrainy, a Rosja to największy wróg. To ci z greko-katolickimi korzeniami. Mamy też takich, którzy uważają, że tylko z Rosją i Białorusią. Ci, z kolei, mają zapewne rosyjskie i białoruskie korzenie. Na tym tle pytania autorki reportażu o to, kto miałby ranić i dlaczego, zdradzają jej, jak sądzę, korzenie. I nie przypadkiem jest, że tego typu wątpliwości co do motywów i sprawców bieżeństwa pojawiły się w czasie, gdy konflikt ukraińsko-rosyjski przybierał na sile.

Czy zatem narastający obecnie konflikt polsko-ukraiński nie jest konfliktem ukraińsko-ukraińskim, czyli tych „mniejszości”, które PRL obdarzał przywilejami, z tymi, którzy tych przywilejów nie mają, a chcą je mieć, czyli odebrać je dotychczasowym beneficjentom? A więc starych Ukraińców udających Polaków, z młodszym pokoleniem, również udającym Polaków – konflikt o to, kto będzie rządził w Polszczy. A przecież są jeszcze prawosławni rytu moskiewskiego, którzy też mają coś tu do powiedzenia.

x

Ciekawostka: edytor tekstu nie podkreśla, czyli nie informuje mnie, że słowo “Polszczy” jest niepoprawne. Ot, taki signum temporis.

Nepal

26 sierpnia doszło w Nepalu do wielkiej katastrofy, w której zginęły setki ludzi. Byliśmy więc świadkami pewnego procesu geologicznego, należącego do kategorii powierzchniowych ruchów masowych. Zamiast sugerować, jak to czynią różni glacjolodzy, geolodzy i inni, że to wynik ocieplania się klimatu, warto spojrzeć na to groźnie zjawisko bez stronniczych sugestii. Poniżej wybrane fragmenty z mojego podręcznika akademickiego Geologia dynamiczna Marian Książkiewicz Wydawnictwa Geologiczne Warszawa 1979.

Przyczyny ruchów masowych

Erozja i wietrzenie zakłócają równowagę utworów geologicznych, występujących na powierzchni. Rzeka erodując wytwarza zbocze o pewnej pochyłości; w miarę zwiększania się pochyłości warstwy skalne, tracąc z jednej strony podporę przez usunięcie skał z obszaru wyciętej doliny, znajdują się w położeniu niezrównoważonym i pod wpływem siły ciężkości mogą się zsunąć. Im bardziej są one zwięzłe, tym większego kąta pochyłości będą wymagały, aby się osunąć; im bardziej są luźne, tym łatwiej przy mniejszej pochyłości mogą ulec osunięciu. Wietrzenie rozluźnia skały i dlatego ułatwia osuwanie się ich przy dość małych kątach.

Sposoby i rodzaje osuwania się są różne: mogą się osuwać tylko produkty wietrzenia, ale mogą też osuwać się lite skały. Ruch może się odbywać w ten sposób, że każde ziarno z osobna wykonuje ruch przez ślizganie się lub rotację, albo też cała masa utworu przesuwa się wzdłuż jednej lub kilku powierzchni. Między tymi dwoma skrajnymi przypadkami istnieją pośrednie mieszane formy ruchu. Osuwanie może być powolne, niedostrzegalne i trwać latami, a może odbyć się w ciągu kilku minut w sposób gwałtowny. Może ono obejmować tylko cienką warstwę przypowierzchniową, ale może nieraz sięgać głęboko w zbocze doliny i obejmować utwory o dużej miąższości (grubości – przyp. W.L.) – nawet kilkusetmetrowej.

Główną przyczyną wywołującą powierzchniowy ruch mas skalnych jest siła ciężkości, ale warunki, w których ta siła może działać, powstają w różny sposób: może to być podcięcie zbocza przez erozję albo głębokie zwietrzenie i rozluźnienie warstw tworzących zbocze lub przeciążenie zbocza wodą pochodzącą z opadów deszczowych albo śniegiem. Często wszystkie te czynniki współdziałają. Mogą też działać tu takie czynniki jak trzęsienie ziemi.

Podział ruchów mas powierzchniowych

Ruch mas powierzchniowych może nastąpić wszędzie, gdzie siły tarcia i spoistości są niewystarczające, aby dostatecznie przeciwdziałać sile ciężkości. Ruch mas może się odbywać pionowo i polegać tylko na obniżaniu się powierzchni – jest to osiadanie. Znacznie częściej odbywa się ruch mas powierzchniowych nie pionowo, ale w kierunku spadku zbocza. Może się on odbywać stale, ale bardzo powoli – nazywamy to spełzywaniem. Gdy rozdrobnione fragmenty skalne zostają wprawione w szybki ruch po zboczu, mówimy wtedy o staczaniu, które prowadzi do powstania usypiska. Jeśli warunki sprzyjające ruchowi dojrzewają stopniowo i dopiero jakaś drugorzędna przyczyna wprawi w ruch masy skalne, ruch taki odbywa mniej więcej szybko, mówimy wtedy o osuwaniu; rezultatem takiego ruchu są osuwiska. Gdy w tym procesie udział wody jest znaczny, określamy ruch mas jako spływanie, prowadzące do tworzenia się spływów błotnych; gdy osuwanie ma charakter katastrofalny i polega więcej na oderwaniu się mas skalnych niż na ich osunięciu się, mówimy o obrywaniu mas skalnych. W podziale tym nie ma ostrych granic, ale istnieją pośrednie formy ruchu.

Obrywy skalne

Odrębną grupę przemieszczeń skalnych można wyodrębnić na podstawie prędkości ruchu. Gdy zwykłe osuwiska przemieszczają się z prędkością kilku centymetrów do kilku metrów na sekundę, istnieją przemieszczenia o ruchu tak gwałtownym, że prędkość wynosi kilkadziesiąt metrów, a nawet do 150 m/s. Takie obrywy tworzą się w ciągu kilku minut. Przy osuwiskach przepojenie wodą pomaga sile ciężkości, obrywy mogą zaś powstać bez udziału wody. Tworzą się one w wysokich górach, gdy zbocza zostaną zbytnio podcięte erozją. Powstaniu obrywu towarzyszy huk i wielkie ilości pyłu skalnego wskutek rozkruszenia skał. Obrywy, podobnie jak osuwiska, mogą mieć różny stosunek do budowy geologicznej. Mogą być one zgodne z jakimiś rysami strukturalnymi zbocza, np. z płaszczyznami warstwowania lub ciosu (spękania i szczeliny w skałach – przyp. W.L.), i tak jest najczęściej, albo też mogą to być obrywy wzdłuż powierzchni ścinania.

Jeden z najbardziej znanych obrywów nastąpił w Szwajcarii w pobliżu miejscowości Elm w 1881 r. oberwało się wówczas 10 mln m³ materiału skalnego, wielu ludzi zginęło w czasie tej katastrofy. W Vaiont (Alpy włoskie) w dorzeczu Piave w r. 1963 obryw stoczył się do jeziora zaporowego, wskutek czego poziom wody podniósł się gwałtownie, woda przelała się przez zaporę i przeszło 2600 osób straciło życie.

Współdziałanie wietrzenia, erozji i ruchów masowych

Wietrzenie, erozja i powierzchniowe ruchy masowe działają obniżająco na wszelkie wyniosłości powierzchni ziemi. Rozluźniające produkty wietrzenia i erozji bądź pod działaniem mechanicznym wody, lodowców lub wiatru, bądź pod wpływem własnego ciężaru zostają przenoszone z wyższych miejsc na niższe. Ten ciągły proces przemieszczania rozluźnionych materiałów z wyższych obszarów w niższe nazywamy denudacją (łac. denudo – obnażam; niektórzy autorzy pod pojęciem denudacji rozumieją tylko usuwanie luźnych materiałów i obnażanie litej skały) lub degradacją.

Denudacja jest zatem sumarycznym procesem wietrzenia, erozji i ruchów masowych.

Rezultatem denudacji jest niszczenie wyniosłości na powierzchni ziemi i przenoszenie produktów niszczenia na niższe miejsca. Ponieważ niższe miejsca są zasypywane produktami denudacji, widzimy, że denudacja jest składową częścią wielkiego procesu zrównywania polegającego na ścinaniu wyniosłości i zasypywaniu zagłębień.

x

To, z czym mieliśmy do czynienia w Nepalu, to obryw skalny, na którym zalegał lodowiec. Himalaje to najwyższe góry na świecie, a więc tam tego typu ekstremalne zdarzenia nie mogą dziwić. Na własne oczy widzieliśmy ścieranie się dwóch wielkich procesów geologicznych: sił działających od środka – endogenicznych, górotwórczych i tych powierzchniowych – egzogenicznych. Te pierwsze to ruchy górotwórcze deformujące skorupę ziemską oraz plutonizm i wulkanizm, polegające na tworzeniu stopów ognisto-płynnych i ich krzepnięciu wewnątrz tej skorupy lub wydobywaniu się na powierzchnię. Te drugie to wpływ atmosfery, a więc powietrza, wilgoci, deszczu, wiatru, nasłonecznienia, zmian temperatury; hydrosfery, a więc wpływ wód płynących po powierzchni lub krążących w skałach, mórz, lodowców itp.; przyciąganie Księżyca i Słońca. Jedne wynoszą masy skalne, drugie dążą do ich zniwelowania, rozdrabniają je, roznoszą po powierzchni ziemi, doprowadzając do jej wyrównania. Tak więc najgwałtowniejsze zjawiska dzieją się tam, gdzie są góry i urozmaicony pod względem morfologicznym teren. Mamy więc tu do czynienia z działaniem dwóch przeciwstawnych sił. Czyż nie na tym samym mechanizmie opierają się wszelkie filozofie? A więc walka dobra ze złem, światła z ciemnością czy heglowska teza, antyteza, czyli konflikt przeciwieństw, który jest niezbędny do wprowadzenia zmian. I zawsze w tym procesie ścierania się sprzeczności giną ludzie. A czy sprowadzenie milionów Ukraińców do Polski nie jest nim? A podział na partie polityczne: prawica i lewica?

Ziemia wraz ze swoją atmosferą, będąc częścią Układu Słonecznego, podlega procesom dynamicznym, czyli ciągłym zmianom. Klimat również im podlega, co oznacza, że ciągle zmienia się. Czy człowiek może mieć wpływ na te procesy? O tym pisałem szerzej w blogu Zmiany klimatyczne.

Nazwiska

Czytam sobie ostatnio powieść „Kim”, której autorem jest Rudyard Kipling. Wikipedia tak m.in. o niej pisze:

Dużą popularnością wśród czytelników cieszyła się powieść Kim (1901), przez wielu biografów uważana za najwybitniejsze dzieło pisarza. Niektórzy ze względu na wartką narrację i zmienną scenerię wiązali ją z nurtem literatury pikarejskiej, zwłaszcza z Łazikiem z Tormesu, inni, dostrzegając kunsztowny opis realiów, uważali, że okazała się dokonaniem na miarę Drogi do Indii Edwarda Morgana Forstera. Bohaterem tego utworu był zwerbowany do brytyjskiego wywiadu spostrzegawczy chłopiec, który wraz ze starym lamą przemierzał Indie. Wędrówka tej nietypowej pary pozwoliła pisarzowi ujawnić tamtejsze rozwarstwienie społeczne, zaprezentować kulturową różnorodność oraz nakreślić dowcipny i urozmaicony obraz hinduskiej codzienności. Dla krytyków natomiast opisana podróż była udanym nawiązaniem do słynnych przygód Don Kichota i Sancho Pansy u Cervantesa oraz pana Pickwicka i Sama Wellera w powieści Dickensa. Choć główny bohater, jak często u Kiplinga, żył na pograniczu dwóch odrębnych kultur, to o oryginalności pomysłu i zaskakujących zwrotach akcji tym razem przesądził wątek szpiegowski osadzony w realiach czasów „wielkiej gry”. Dodatkową atrakcją stał się barwny język wszystkich postaci, w którym pisarz zawarł angielskie archaizmy, zabawne błędy artykulacyjne, słowa świadomie użyte w niewłaściwym znaczeniu i określenia z rozmaitych hinduskich narzeczy.

Wielka gra (ang. The Great Game, ros. Большая игра) – termin używany na określenie rywalizacji między Imperium Brytyjskim a Imperium Rosyjskim w XIX wieku o wpływy na Bliskim Wschodzie i w Azji Środkowej – głównie na terenie obecnych Iranu, Afganistanu i Pakistanu, a także Tybetu.

Jako orientacyjne daty początku i końca wielkiej gry przyjmuje się Traktat z Gulistanu z 1813 r. (kończący wojnę rosyjsko-perską i stanowiący o przyłączeniu obecnego Azerbejdżanu do Rosji) i porozumienie rosyjsko-angielskie z 1907 r., które podzieliły strefy wpływów w Azji Środkowej. Europejskim konfliktem powiązanym z wielką grą była wojna krymska (1853-1856) między Wielką Brytanią, Francją i Imperium Osmańskim a Rosją.

x

To, co zwróciło moją uwagę, to nazwisko tłumacza, bo Dodatkową atrakcją stał się barwny język wszystkich postaci, w którym pisarz zawarł angielskie archaizmy, zabawne błędy artykulacyjne, słowa świadomie użyte w niewłaściwym znaczeniu i określenia z rozmaitych hinduskich narzeczy. Było więc to dzieło trudne do przetłumaczenia i dokonał tego Józef Birkenmajer. Pojawiło się ono w 1926 roku. Poprzednie przekłady (Wilhelm Mitarski, 1901 i Maria Gąsiorowska, 1902) nie należały, jak pisał on we wstępie do swojej powieści, do najlepszych. Nikt po nim nie podjął się już tego zadania.

Birken to po niemiecku brzozy. Die Birke – brzoza, die Birken – brzozy. Majer to meier, czyli der Meier – dzierżawca, rządca; liczba mnoga – die Meier. Mamy tu więc do czynienia z nazwiskiem typowym dla niemieckich Żydów, powstałym na tej samej zasadzie jak wiele innych, takich jak: Einstein, ein Stein – kamień, Silberstein, Goldstein, Goldman, Edelman, edel – szlachetny, Edelbaum, der Baum – drzewo. Kleeberg, der Klee – koniczyna, der Berg – góra. Jedna z postaci w „Lalce” Prusa to Szlangbaum. Die Schlange – kolejka w sklepie, wąż. Jednak typowo niemieckie nazwiska to przykładowo: Holst, Stichler, Schulze, Stedtke, Müller itp.

x

Z życiorysu Józefa Birkenmajera też można wiele dowiedzieć się. Wikipedia pisze:

Ludwik Antoni Birkenmajer (ur. 18 maja 1855 w Lipsku, zm. 20 listopada 1929 w Krakowie) – polski historyk nauki, fizyk, astronom, pedagog, profesor Uniwersytetu Jagiellońskiego.

Pochodził z rodziny o korzeniach niemieckich, osiadłej w Polsce w czasie wojen napoleońskich; był synem Józefa Hermana i Petroneli ze Stefanowskich. Kształcił się w Gimnazjum im. Franciszka Józefa we Lwowie (1865-1873), następnie studiował na Uniwersytecie Lwowskim fizykę i matematykę (do 1878). Uzupełniał studia na uniwersytecie w Wiedniu (1879-1880). W 1879 obronił doktorat na Uniwersytecie Lwowskim na podstawie pracy O ogólnych metodach całkowania funkcyj algebraicznych i przestępnych. Od 1878 przez kilkadziesiąt lat był nauczycielem matematyki i fizyki w gimnazjum rolniczym w Czernichowie koło Krakowa. W 1897 dzięki wysokim osiągnięciom naukowym mianowano go profesorem na Uniwersytecie Jagiellońskim, z którym pozostał związany do końca życia.

To ojciec Józefa, a o nim samym Wikipedia pisze:

Józef Antoni Birkenmajer (ur. 19 marca 1897 w Czernichowie, zm. 26 września 1939 w Warszawie) – polski slawista, historyk literatury i krytyk literacki, poeta i tłumacz, profesor. Podoficer w 5 Dywizji Strzelców Polskich; więzień obozów bolszewickich w Krasnojarsku i Omsku.

Józef Antoni Birkenmajer urodził się 19 marca 1897 w Czernichowie, w rodzinie Ludwika Antoniego, astronoma, historyka nauk ścisłych i profesora Uniwersytetu Jagiellońskiego, oraz Zofii z Karlińskich, córki Franciszka Karlińskiego i Ludmiły z Luckerów. Wychowanek Konwiktu oo. Jezuitów w Chyrowie (1907–1915) i maturzysta Gimnazjum św. Anny w Krakowie (23 czerwca 1915). Miał liczne rodzeństwo; spośród starszych braci Aleksander Ludwik był historykiem nauk ścisłych i filozofii oraz bibliotekoznawcą, Alfred Józef – publicystą i posłem na Sejm, a młodszy Wincenty polonistą i znanym taternikiem.

Po wybuchu I wojny światowej powołany do austriackiej szkoły oficerskiej w październiku 1915 roku i następnie wysłany na front wschodni. Wzięty do niewoli rosyjskiej 7 sierpnia 1916; więziony w twierdzy w Pskowie. Zesłany do kazamatów w Czelabińsku, potem do Troickosawska na granicy mongolskiej, a stamtąd do obozu w Berezówce nad Bajkałem. W maju 1918 roku uciekł do formującej się 5 Dywizji Syberyjskiej Wojska Polskiego w Irkucku. Od 8 września dowódca plutonu 1. kompanii Polskiego Legionu Irkuckiego; front uralski; kampania kadrowa 1. Pułku Strzelców Polskich w Ufie. Od 27 lutego powołany do sztabu dowództwa Wojsk Polskich w Nowo-Nikołajewsku; redaktor „Żołnierza Polskiego” razem z Szymonem A. Nawrockim.

Po kapitulacji 5. Dywizji Syberyjskiej w dniu 10 stycznia 1920 roku, internowany przez bolszewików do obozu jenieckiego w Krasnojarsku. Skazany przez komunistyczny sąd wojenny w Omsku na ciężkie roboty w Tule. Uciekł z obozu 1 października 1920 roku i przedzierał się nocami na zachód; po miesiącu dotarł do wojsk polskich stacjonujących we wsi Porozoki na Litwie, 1200 km od Tuły. Po pięciu latach wojny i kazamatów powrócił do Polski 1 listopada 1920 roku i przeszedł do rezerwy jako oficer 5. pułku strzelców podhalańskich.

W latach 1921–1924 studiował polonistykę, lingwistykę porównawczą i filologię klasyczną, początkowo na Uniwersytecie Jagiellońskim, a następnie na Uniwersytecie Warszawskim. Już od 1921 roku rozwinął działalność literacką i publicystyczną. Był wybitnym tłumaczem literatury angielskiej i klasycznej. W roku 1922 ożenił się z Marią (Masią) Jętkiewiczówną, poznaną na Syberii, córką polskiego inżyniera, i osiadł na stałe w Warszawie. Aby zabezpieczyć byt powiększającej się rodzinie, podjął pracę nauczyciela języka polskiego i łaciny w szkołach gimnazjalnych. Jednocześnie kontynuował pracę naukową, uzyskując stopień doktora filozofii na podstawie rozprawy Bolesław Chrobry w literaturze polskiej (1932) oraz pisząc pracę habilitacyjną Patrium Carmen – Bogurodzica Dziewica (1937). Od 1925 współredaktor Biblioteki Laureatów Nobla, od 1926 członek PEN Clubu, od 1927 członek Czartaka, grupy poetów beskidzkich, w latach 1932–1934 współpracownik Wielkiej Literatury Powszechnej Trzaski & Everta. W latach 1938–1939 był wykładowcą literatury słowiańskiej w Stanach Zjednoczonych na Uniwersytecie Wisconsin w Madison. W sierpniu 1939 roku wrócił do kraju, aby objąć Katedrę Historii i Literatury Polskiej na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim.

Po wybuchu II wojny światowej zgłosił się ochotniczo do wojska jako porucznik rezerwy. W dniu 26 września 1939 r. zginął śmiercią żołnierza na murach Cytadeli w obronie Warszawy. Został pochowany na nowym cmentarzu Służewie przy ul. Wałbrzyskiej.

Pozostawił żonę z sześciorgiem dzieci. Jednym z jego synów był Krzysztof Birkenmajer (zm. 2019), geolog i polarnik.

x

Mamy tu parę ciekawych wątków, m in.: Wychowanek Konwiktu oo. Jezuitów w Chyrowie (1907–1915). Wikipedia tak o nim pisze:

Zakład Naukowo-Wychowawczy Ojców Jezuitów w Chyrowie pod wezwaniem św. Józefa – szkoła prywatna o statusie gimnazjum, założona i prowadzona przez jezuitów w Chyrowie k. Przemyśla w latach 1886–1939. Chyrowskie gimnazjum uważane było w czasach II Rzeczypospolitej za kuźnię polskich elit społecznych i finansowych.

Geneza i założenie

Zakład kontynuował tradycje założonego w 1582 kolegium jezuitów w Połocku (od 1812 Akademii Połockiej), którego kadra po kasacie zakonu w Imperium Rosyjskim przez cara Aleksandra I w 1820 przeniosła się do Tarnopola w zaborze austriackim. Szkoła w Tarnopolu funkcjonowała początkowo jako prywatny konwikt szlachecki. W 1846 utraciła większą część kadry na rzecz nowo utworzonych konwiktów w Feldkirch i Karlsbergu, a w 1848 w związku z udziałem studentów i absolwentów w Wiośnie Ludów została przejęta przez państwo. Konwikt jezuicki w Tarnopolu został odtworzony jako nowa instytucja w 1856, w 1863 uzyskał status kolegium, a od 1875 był znany jako Zakład Wychowawczo-Naukowy Towarzystwa Jezusowego w Tarnopolu.

Z inicjatywy Mariana Ignacego Morawskiego, od 1880 rektora zakładu w Tarnopolu, prowincjał galicyjski jezuitów ks. Henryk Jackowski podjął starania o przeniesienie szkoły do nowej lokalizacji, która zapewniłaby możliwość powiększenia placówki, obniżenie kosztów utrzymania i bezpieczeństwo z racji oddalenia od granicy państwowej. W 1883 jezuici zakupili za sumę 60 tys. złotych reńskich, pochodzącą z ojcowizny ks. Morawskiego, majątek Franciszka Topolnickiego w Bąkowicach pod Chyrowem k. Przemyśla, na przecięciu tras Węgiersko-Galicyjskiej Kolei Żelaznej i Galicyjskiej Kolei Transwersalnej. Pozostałą po zakupie kwotę 45 tys. zł ks. Jackowski uzupełnił na potrzeby budowy od podstaw szkolnego gmachu darowiznami od ziemian (2,6 tys. zł reńskich) i cesarza Franciszka Józefa I (3 tys. zł). W 1886 po przeniesieniu 150 uczniów pierwszych klas gimnazjum z Tarnopola zakład w Chyrowie rozpoczął swoją działalność.

x

Gdy przygląda się bliżej tego typu rodzinom, to ślady prowadzą często do Niemiec i do niemieckich Żydów. W przypadku Kleeberga Wikipedia pisze, opierając się na przekazach rodzinnych Kleebergów, że wywodzą się oni od szwedzkiego żołnierza, który w czasach potopu szwedzkiego został wzięty do niewoli i został w I RP. Jednak nazwisko jest takie, jakie jest, i raczej nie szwedzkie. A poza tym przez Rzeczpospolitą przetaczały się wtedy różne wojska z sąsiednich krajów.

Gdy bliżej zainteresujemy się, to większość tłumaczy z różnych języków na polski ma korzenie żydowskie. To nie dziwi, bo to nacja, która od wieków żyje w rozproszeniu i siłą rzeczy musi adoptować się do życia w obcych krajach, a to oznacza w pierwszej kolejności naukę języka społeczności, wśród której żyje. Podobnie jest w przypadku pisarzy, ludzi nauki, kultury itp. Po ostatnim rozbiorze I RP do zaboru pruskiego napłynęło mnóstwo Żydów niemieckich, a trzeba pamiętać, że początkowo zabór pruski sięgał do linii Curzona. I z części tego zaboru i austriackiego Napoleon stworzył Księstwo Warszawskie. Jednym słowem Prusacy wycofali się, ale Żydzi zostali. Później, po klęsce Napoleona, Księstwo przerobiono na Królestwo Polskie pod rosyjskim zarządem. Wśród carskich urzędników zapewne też było wielu Żydów.

Żydzi niemieccy i austriaccy asymilowali się. Często stawali się też gorliwymi patriotami, a że zajmowali eksponowane stanowiska w wielu dziedzinach życia, to ich wpływ na kształtowanie się pojęcia patriotyzmu i Polaka był największy. Nie ulega też wątpliwości, że ich udział w różnych powstaniach i wojnach był znaczny, co oznacza, że w nowych realiach synekury im przeważnie przypadały. Zwykły, przeciętny człowiek, jeśli chciał walczyć o Polskę, to musiał pamiętać, że w nowej rzeczywistości mógł co najwyżej dostać medal. Natomiast „prawdziwi” patrioci zawsze wiedzieli, o co walczą i jaka ich czekała nagroda.

Wraz z powstaniem nowego państwa w 1918 roku inteligencja już istniała. Tworzyli ją mniej lub bardziej zasymilowani Żydzi, ale potrzebne były jeszcze doły, czyli chłopi, którzy w rolniczym od wieków kraju stanowili zdecydowaną większość. Nowe państwo będzie potrzebować żołnierza, który ma ginąć za ojczyznę. Jeszcze na przełomie wieków XIX i XX pojawiło się zjawisko zwane chłopomanią, znane nam z Galicji – inteligenci żenili się z chłopkami. W latach 1901-1908 pisał Reymont w Paryżu powieść Chłopi. Początkowo, w latach 1902-1908, ukazywała się ona w odcinkach w Tygodniku Ilustrowanym. W formie książkowej wydana w latach 1904-1909 w wydawnictwie Gebethner i Wolff. W 1924 roku za tę powieść pisarz otrzymał literacką Nagrodę Nobla. Czy napisał ją na zamówienie, by dowartościować chłopów i wzbudzić, w jeszcze nie tak dawno niewolnikach, patriotyzm, czyli gotowość do oddania życia za ojczyznę?

II RP nie była państwem przyjaznym dla chłopów. To była pańska Polska. PRL był państwem robotników i chłopów, jak głosiła jego propaganda. Ale czy tak rzeczywiście było? Raczej nie. Artur Sanadauer, PRL-owski literat, tłumacz i Żyd, był w jednej ze swoich wypowiedzi szczery aż do bólu, gdy odnosił się do antysemityzmu w tamtym czasie:

“W czasie wojny zginęli prości Żydzi i wybitni Polacy. Uratowali się wybitni Żydzi i prości Polacy. Dzisiejsze społeczeństwo w Polsce to żydowska głowa nałożona na polski tułów. Żydzi stanowią inteligencję, a Polacy masy pracujące. Dlatego antysemityzm, wszelkie odruchy antyżydowskie w Polsce to choroba umysłowa, to buntowanie się ręki i nogi przeciwko własnej głowie. Żydzi są głową Polaków, bo są lepsi a Polacy to ręce i nogi. Nie może polska ręka bić żydowskiej głowy”.

Żydzi od dawna są polską inteligencją i trudno nie zgodzić się w tej kwestii z Sandauerem, choć on zawęża ten fakt tylko do czasu PRL-u. Jednak antysemityzm w Polsce jest dziełem samych Żydów, więc ręka i noga nie buntuje się przeciwko głowie, tylko ta głowa tak kieruje ręką i nogą, by wyglądało to na bunt przeciwko głowie. Jeśli więc Żydzi są w polskim społeczeństwie głową, to znaczy, że to oni odpowiadają za wszystko, co się w tym państwie dzieje, bo to głowa o wszystkim decyduje, a nie ręka i noga, które nie mają mózgu. Odpowiadają za wszystko, co dobre i co złe.

Jeśli Żydzi są polską inteligencją, to czy w innych państwach nie jest podobnie? Gdy imperium rzymskie stopniowo wkraczało na tereny Europy zachodniej, to za legionami rzymskimi podążali Żydzi i zapewne, jak to w podbitych krajach, zajmowali tam kluczowe stanowiska. I to oni – jako najstarszy naród, najbardziej hermetyczny i dysponujący utalentowanymi jednostkami – tworzyli tam nową rzeczywistość. Być może to oni udoskonalali miejscowe języki w oparciu o łacinę i poprzez nie kształtowali świadomość lokalnej ludności i w ten sposób powoli tworzyli świadomość narodową w tych społecznościach. Język polski w dobie reformacji został “podrasowany” do rangi języka literackiego i podejrzewam, że wzorowano się, przynajmniej częściowo, na języku niemieckim. Ja te analogie już dostrzegam, choć jestem na bardzo początkowym etapie poznawania tego języka, ale ciekawość mnie motywuje do dalszej nauki. Pomijając jednak te moje podejrzenia, to faktem jest, że dopiero Rej w XVI wieku ogłosił “urbi et orbi”, że Polacy nie gęsi i swój język mają. Dlaczego dopiero wtedy? A co było wcześniej?

W blogu Reformacja w Polsce pisałem:

W 1540 roku powstaje tajne stowarzyszenie dla szerzenia nauk ewangelicznych. Składa się ono z najwybitniejszych uczonych owego okresu. Na jego czele stał Włoch, Franciszek Lismanini, prowincjał zakonu franciszkańskiego, kapelan i spowiednik Bony. Do stowarzyszenia należeli też Jan Trzecieski – pierwszy polski gramatyk, jego syn, Andrzej Trzecieski – uczony i lingwista, Bernard Wojewódka – księgarz i radny miasta. Obaj byli uczniami Erazma z Rotterdamu. Andrzej Frycz-Modrzewski – uczeń Melanchtona, Jakub Przyłuski – wybitny prawnik, Adam Drzewiecki – kanonik kapituły krakowskiej, Andrzej Zebrzydowski – późniejszy biskup krakowski, ulubiony uczeń Erazma, Jakub Uchański – referendarz koronny, następnie arcybiskup gnieźnieński i prymas, który popierał protestantów. Oprócz nich wiele innych wybitnych osób należało do tego stowarzyszenia. Można więc bez przesady powiedzieć, że po stronie reformacji opowiedziała się cała ówczesna polska elita umysłowa.

No właśnie! W tajnym stowarzyszeniu pierwszy polski gramatyk oraz uczony i lingwista. Chyba nie przypadkiem tam się znaleźli. A skoro Jan Trzecieski (trzeci-eski) był pierwszym polskim gramatykiem, to znaczy, że wcześniej ich nie było. A czy to znaczy, że wcześniej nie było też polskiej gramatyki?

Być może komuś wydawać się będzie, że to karkołomna hipoteza: Żydzi to jedyny prawdziwy naród, a inne to tylko pochodne narodu żydowskiego, który je stworzył i rządzi nimi. Skoro jednak praktycznie do końca XIX wieku narodu polskiego nie było, bo chłopi byli niewolnikami, a na Kresach dopiero w XIX wieku zaczęto miejscową ludność przerabiać na Polaków – to wygląda na to, że tworzono go sztucznie i pośpiesznie, czyli że nie był to proces naturalny. A kto go tworzył? Czy podobnie było wcześniej w przypadku innych narodów?

Najgorsze, co może nas spotkać, to autocenzura, czyli odrzucanie z założenia hipotez, które wydają się nam absurdalne. Gdy jednak chce się zrozumieć naszą obecną rzeczywistość, to warto czasem puścić wodze fantazji, bo może ona czasem skieruje nas na właściwe tory. Kto wie?

Ceuta

Ostatnie wydarzenia w Ceucie są okazją do tego, by przybliżyć sobie historię tego miasta i regionu. I być może po części wyjaśnić czy zrozumieć to, o co w tym wszystkim chodzi. Wypada zacząć, jak zwykle, od Wikipedii. Pisze ona:

Ceuta (wym. [‘θewta], hiszp. Ciudad Autónoma de Ceuta) – hiszpańska jednostka administracyjna − miasto i twierdza położone na afrykańskim cyplu tworzącym Cieśninę Gibraltarską, niemal naprzeciw Gibraltaru. Jest eksklawą na terytorium Maroka. Powierzchnia około 19,7 km². Liczba mieszkańców: 84 959 (2017). Pod względem administracyjnym Ceuta jest miastem autonomicznym, poprzednio należała do hiszpańskiej prowincji Kadyks. W Ceucie znajduje się najbliższy Europie port afrykański i baza marynarki wojennej. Podobnie jak Melilla, tworzy jednomandatowy okręg wyborczy do hiszpańskiego Kongresu Deputowanych, jednej z dwóch izb parlamentu (Kortezów Generalnych).

Strefa Ceuty, autor: Aotearoa; źródło: Wikipedia.

Ceuta posiada autonomię. Od wybrzeża Hiszpanii dzieli ją 12 mil (~22 km). Dwie główne grupy religijne to chrześcijanie i muzułmanie. W 2012 roku część ludności Ceuty, która utożsamiała się z wiarą rzymskokatolicką, wynosiła 68,0%, podczas gdy muzułmańska wynosiła 28,3%.

Ceuta założona została ok. 500 lat p.n.e. przez kupców fenickich z niedalekiej Kartaginy. Położona prawie na granicy znanego wówczas świata, była jednak punktem strategicznym, gdzie stykało się wiele kultur i rozwijał się handel. Początkowo w V wieku p.n.e. istniała tu miejscowość zwana przez Kartagińczyków Abyla lub Abila. Przybywający tu Grecy nazywali ją Heptadelfos – od siedmiu wzgórz wznoszących się nad miastem. Po upadku Kartaginy region ten znalazł się w sferze wpływów rzymskich. Od 45 r. istniała tu kolonia rzymska o nazwie Ad Septem Fratres (Siedmiu Braci), z czego po pewnym czasie zostało tylko Septem.

W 429 r. Wandalowie pod wodzą Genzeryka wypędzili Rzymian z miasta i przejęli nad nim kontrolę. Od 534 r. Ceutą władał cesarz bizantyński Justynian I, a około roku 616 została ona przyłączona do południowohiszpańskiego Królestwa Wizygotów.

Gdy w 710 roku armie Arabów dotarły do miasta, jego wizygocki namiestnik Julian nakłonił agresorów do opuszczenia tych terenów i inwazji na Półwysep Iberyjski (chodziło tu o prywatne porachunki wizygockiego króla Roderyka). Wkrótce Ceuta stała się głównym miejscem przerzutu wojsk do atakowanej Europy.

Po śmierci Juliana Arabowie przejęli całkowitą kontrolę nad miastem. Nazwali je po arabsku Sebtah, co przekształcono później w obecną Ceutę. Władał nim kalif Kordoby. Atakowane było ono często przez plemiona berberyjskie, najbardziej podczas buntu charydżytów. Po tej rewolcie dowodzonej przez Maysarę al-Haqira miasto zostało opuszczone. Zostało odbudowane w IX wieku przez Majakasa i jego plemię. Tak została zapoczątkowana dynastia Banu Isam. Po rozpadzie kordowiańskiego kalifatu w 1031 r. istniało tu jedno z niewielkich państw, zwanych taifa.

W 1309 r. Ceuta została zdobyta przez Fez z pomocą Aragończyków. W XII–XIV w. swe faktorie handlowe miały tu wszystkie ówczesne potęgi Morza Śródziemnego: Genua, Piza, Wenecja, Katalonia, Marsylia. 22 sierpnia 1415 miasto zostało zdobyte przez Portugalczyków pod wodzą Henryka Żeglarza. Sukces ten został okupiony stratą zaledwie 8 zabitych. Głównymi celami władcy Portugalii Jana I były przywrócenie chrześcijaństwa, zdobycie saharyjskiego złota, stworzenie szlaków handlowych dla niewolników i kości słoniowej.

W 1580 r. Ceutę zajęli Hiszpanie. Pozostawała w ich władaniu aż do roku 1640, kiedy to w czasie wojny miasto zdobyła Portugalia. O przynależności Ceuty do Hiszpanii zadecydował ostatecznie traktat lizboński. 1 stycznia 1688 król Alfons VI Zwycięski oficjalnie oddał Ceutę Karolowi II. Pomimo to w herbie Ceuty nadal widnieje herb portugalski.

W czasie wojny hiszpańsko-marokańskiej w l. 1859-1860 przez Ceutę szły wojska hiszpańskie do Maroka. Tu również w 1920 r. powstała Hiszpańska Legia Cudzoziemska. 17 lipca 1936 r. Ceuta była jednym z pierwszych ośrodków frankistowskiego puczu, będącego początkiem hiszpańskiej wojny domowej.

Gdy w 1956 Hiszpania uznała niepodległość Maroka, Ceuta została przyłączona do Hiszpanii jako integralna część jej terytorium.

x

Wikipedia tak zagmatwała historię Ceuty, że trudno coś z tego zrozumieć. Prościej ujęła to PRL-owska Wielka Encyklopedia Powszechna (1962-70):

CEUTA, Sabta, miasto w północnej Afryce, naprzeciw Gibraltaru; 73,2 tys. mieszkańców (1960); port morski i rybacki; budowa statków rybackich; hiszpańska wojenna baza morska.

Historia. W starożytności kolonia kartagińska Abyla, później rzymska Ad Septem Fratres (nazwa od siedmiu wzgórz miasta), przechodziła kolejno pod władzę Wandalów, Bizancjum, Wizygotów i ok. 711 Arabów, którzy nadali miastu nazwę Sebtah; w XVI-XVIII wieku Ceuta była ważnym ośrodkiem handlu (m.in. niewolnikami, złotem i sprowadzanym z Chin papierem); powstała tu wówczas, zapewne pierwsza na Zachodzie, fabryka papieru, założona przez Araba przybyłego z Chin. W 1415 Ceuta została przyłączona do Portugalii i wraz z nią przeszła 1580 pod panowanie Hiszpanii.

x

Do pełnego obrazu wypada jeszcze dodać historię Gibraltaru. WEP pisze:

Autor: Eric Gaba (Sting); źródło: Wikipedia.

W starożytności Skała Gibraltarska była uważana za jeden ze Słupów Herkulesa (drugi – to Abyle przy Ceucie); Rzymianie założyli tu kolonię Julia Calpe; 711 Gibraltar zdobył wódz arabski Tarik (skąd nazwa Dżebel Tarik, „góra Tarika”), który zbudował tu twierdzę – punkt wypadowy przeciw Hiszpanii; 1462 twierdza została opanowana przez Hiszpanów. W XVII wieku Gibraltar stanowił ważny port w handlu niewolnikami murzyńskimi; podczas wojny o sukcesję hiszpańską Gibraltar został 1704 opanowany przez siły angielsko-holenderskie; 1704-05 był bezskutecznie oblegany przez Ludwika XIV i ostatecznie 1714 pokojem w Utrechcie przyznany Wielkiej Brytanii, która zamieniła go w potężną twierdzę i port wojenny kontrolujący wejście do basenu Morza Śródziemnego. Ogromne znaczenie strategiczne Gibraltaru uwidoczniło się w czasie wojen napoleońskich. Podczas II wojny światowej Gibraltar był bombardowany siłami lotniczymi włoskimi i niemieckimi; przejściowo był główną kwaterą gen. Eisenhowera. Gibraltar dotąd jest przedmiotem sporu pomiędzy Wielką Brytanią a Hiszpanią.

x

AI – „Wyrokiem z 8 lipca 2026 roku hiszpański Sąd Najwyższy orzekł, że natychmiastowe zawracanie migrantów na granicy (tzw. devolución en caliente czyli push-backi) nie może być automatycznie stosowane wobec osób, które przedostają się do hiszpańskich eksklaw w Afryce Północnej – Ceuty i Melilli – drogą morską, w tym wpław. Rozstrzygnięcie sądu stało się jednym z czynników, które pod koniec lipca 2026 roku wywołały masowy napływ tysięcy migrantów próbujących sforsować granicy morską i falochrony w Ceucie.”

Od wieków migracja ludności pomiędzy północną Afryką a południową Europą odbywała się pomiędzy Ceutą i Gibraltarem. Przez cieśninę gibraltarską przepływają bardzo silne prądy: powierzchniowy – z Atlantyku na Morze Śródziemne i głębinowy – w odwrotnym kierunku i prawdopodobnie dlatego nie wybudowano mostu pomiędzy obu kontynentami. Oba półwyspy mają zatoki, gdzie spokojne wody umożliwiają bezpieczne dotarcie do lądu.

Najprostszym i najtańszym sposobem przetransportowania do Hiszpanii tłumów, gromadzących się w Ceucie, byłoby wykorzystanie promów dopływających do Gibraltaru. To niewiele ponad 60 km. Problem jednak polega na tym, że Gibraltar należy do Wielkiej Brytanii, a ta nie należy do unii europejskiej. Czy zatem cała akcja została niestarannie przygotowana? Nie! Wikipedia pisze:

„31 grudnia 2020 roku Hiszpania i Wielka Brytania osiągnęły porozumienie w sprawie umieszczenia Gibraltaru w bezgranicznej strefie Schengen. 15 lipca 2026 roku zlikwidowano fizyczną granicę z Hiszpanią, od tego czasu na granicy obowiązują zasady bezgranicznej strefy Schengen.”

8 lipca i 15 lipca 2026 roku – trudno to uznać za przypadkową zbieżność, choć przygotowania do włączenia Gibraltaru do strefy Schengen trwały od dawna. W polityce nie ma miejsca na spontaniczne działania. Wszystko jest wcześniej starannie przygotowywane. Państwa to zalegalizowane mafie, działające w majestacie prawa, które same tworzą. Wydaje się, że czas unii europejskiej powoli kończy się i to, co dzieje się w Ceucie, jest tylko kolejnym krokiem przybliżającym koniec tego projektu. Wygląda na to, że mamy powtórkę z 710 czy 711 roku, choć oczywiście historia nigdy nie powtarza się dokładnie tak samo. Jedno wydaje się być pewnym, że to, co tam widzimy, nie jest działaniem spontanicznym, tylko dobrze zaplanowaną akcją.



Niewolnictwo

Niewolnictwo było zjawiskiem powszechnym we wszystkich epokach, ale obecnie kojarzy się ono nam, bo tak wmawiają nam rządzący, z niewolnictwem Murzynów, czyli rasy czarnej, a rasę białą obarcza się wszelką odpowiedzialnością za ten stan i uprzywilejowuje, w ramach zadośćuczynienia, tych „pokrzywdzonych” przez białych. Czy tak rzeczywiście było, że to tylko biali są odpowiedzialni za ten stan? Bardzo możliwe, ale nie tylko oni. Może zatem warto bliżej przyjrzeć się temu zagadnieniu.

W Wikipedii można m.in. przeczytać:

Pochodzenie niewolników

Niewolnicy rekrutowali się spośród jeńców wojennych, dzieci sprzedanych w niewolę przez rodziców, niewypłacalnych dłużników, osób porwanych w celu sprzedaży w niewolę (np. przez piratów), skazanych na niewolę itd. Także dzieci rodzące się z niewolników stanowiły z reguły pożytki z rzeczy i jako takie też były niewolnikami (po łac. nazywano je verna). Początkowo niewolnictwo było stanem mogącym ulec zmianie. W niektórych kulturach słowa „robotnik” oraz „niewolnik” brzmią niemal identycznie. W późniejszym okresie utarł się obraz niewolnika jako przedstawiciela mniejszości rasowej i/lub członka najniższej warstwy społecznej.

Niewolnictwo a inne formy zależności

Najważniejszą cechą wyróżniającą system niewolniczy od innych stosunków zależności (np. poddaństwa osobistego chłopów) był fakt, że niewolnik był zawsze rzeczą także z punktu widzenia państwa. Niewolnik – jako rzecz – nie posiadał żadnych obowiązków wobec państwa, zaś np. poddany chłop pańszczyźniany, znajdujący się w identycznej sytuacji faktycznej (obowiązek świadczenia przymusowej, nieodpłatnej pracy na rzecz pana) oraz bardzo zbliżonej sytuacji prawnej (możliwość sprzedaży, a nawet – w niektórych krajach i pewnych okresach historycznych, np. średniowiecznej Japonii czy przedrozbiorowej Polsce – zabicia przez pana), z punktu widzenia prawa był jednak także poddanym władcy kraju i jako taki podlegał (lub z prawnego punktu widzenia mógł podlegać) pewnym obowiązkom, jak np. płacenie podatków czy służba wojskowa. Według Jana Sowy istotną różnicą między niewolnictwem a pańszczyzną jest to, że w niewolnictwie ludźmi handlowano indywidualnie, a w przypadku pańszczyzny zazwyczaj handel prowadzono hurtowo, sprzedając całe wsie wraz z przypisanymi do nich chłopskimi rodzinami. Nie wszędzie było to jednak regułą, a w odniesieniu do poddanych pańszczyźnianych, niebędących chłopami, często w Rosji sprzedawano ich indywidualnie, bądź pojedynczymi rodzinami.

Niewolnictwo w Afryce

Niewolnictwo było praktykowane w Afryce, Europie, Azji oraz obu Amerykach na długo przed rozwinięciem się handlu transatlantyckiego. Czarnoskórzy niewolnicy byli transportowani do Europy nim Krzysztof Kolumb odkrył Amerykę. Afrykański handel niewolnikami dostarczał ludzi nie tylko do Europy, ale też na Bliski Wschód, zaś w krajach arabskich niewolnicy z Afryki byli znacznie liczniejsi niż na kontynencie europejskim.

Znaczny odsetek niewolników przybyłych do Europy stanowili jeńcy z afrykańskich wojen plemiennych. Zdarzały się również przypadki bogacenia się mieszkańców zachodniej Afryki na zniewalaniu i sprzedawaniu przedstawicieli innych społeczności. Praktyki te rozwinęły się między innymi w dorzeczu Nigru, gdzie organizowano liczne targi niewolników. Stamtąd niewolników transportowano na wybrzeże i sprzedawano w portach Europejczykom w zamian za broń, ubrania, alkohol i inne dobra.

Handel trójkątny

Schemat przedstawiający handel trójkątny w epoce nowożytnej; Semhur – praca własna; źródło: Wikipedia.

Transport niewolników stał się jednym z najważniejszych części handlu trójkątnego, który rozwinął się u początków epoki nowożytnej. Żeglarze podróżowali po Atlantyku na podstawie utartego schematu. Najpierw przewozili z Europy do zachodniej Afryki różnego rodzaju materiały przetworzone, takie jak broń, alkohol, ceramika i narzędzia. Towary te sprzedawali następnie mieszkańcom Czarnego Lądu, w zamian zdobywając od nich niewolników. Ci byli transportowani do Ameryki i zatrudniani na plantacjach, skąd do Europy przewożono między innymi bawełnę, cukier, tytoń, melasę i rum. Czarnoskórzy niewolnicy stanowili w tym systemie istotną rolę jako czynnik skłaniający handlarzy podróżujących na kontynent amerykański do odwiedzenia po drodze Afryki. Według wielu opracowań niewolnicy byli głównym powodem, dla którego handel trójkątny zaistniał.

Pozyskiwanie niewolników w Afryce

Europejczycy pozyskiwali niewolników w Afryce, lecz rzadko czynili to bezpośrednio. Do czasu upowszechnienia się chininy, zazwyczaj nie zapuszczali się w głąb kontynentu z obawy przed chorobami tropikalnymi i oporem ze strony rdzennych mieszkańców. Dlatego też od samego początku istotną rolę w handlu niewolnikami odgrywała ludność tubylcza. Niewolnicy pochodzili najczęściej z plemion sąsiadujących z tymi, które współpracowały z europejskimi handlarzami. Byli to przede wszystkim jeńcy wojenni oraz ofiary porwań. Zdarzały się także przypadki sprzedawania schwytanych przestępców. Niektórzy władcy afrykańscy odmawiali jednak Europejczykom sprzedawania przestępców lub jeńców wojennych. Jednym z nich był żyjący w XIX wieku król Jaja z Opobo.

Główne regiony pozyskiwania niewolników w Afryce w XVI-XIX wieku; źródło: Wikipedia.

Pozyskiwanie niewolników nie przybierało takiej samej skali we wszystkich regionach Afryki Zachodniej. Handel niewolnikami koncentrował się na ośmiu obszarach, z których w latach 1650–1900 wywieziono około 10,24 mln niewolników. Były to:

  • Senegal i Gambia – 4,8%
  • Górna Gwinea – 4,1%
  • Wybrzeże Pieprzowe – 1,8%
  • Złote Wybrzeże – 10,4%
  • Zatoka Beninu – 20,2%
  • Zatoka Bonny – 14,6%
  • Kotlina Konga i Angola – 39,4%
  • Mozambik i Madagaskar – 4,7%

Punkty docelowe

Niewolnicy przetransportowani do Ameryki byli wykorzystywani w posiadłościach wszystkich europejskich państw kolonialnych. Największą rolę odgrywali w koloniach portugalskich (Brazylia) oraz brytyjskich i francuskich posiadłościach na Karaibach (głównie przy uprawie trzciny cukrowej). Pierwsze transporty niewolników dotarły jednak w 1502 roku na hiszpańską Hispaniolę (obecnie Haiti). W 1513 roku pierwsi niewolnicy dotarli na Kubę, w 1518 roku na Jamajkę, zaś w 1526 roku – do Hondurasu, Gwatemali oraz na obszar przyszłych Stanów Zjednoczonych.

x

Żeby jednak zrozumieć istotę tego zjawiska zwanego niewolnictwem w Afryce, wypada, choćby powierzchownie, poznać historię tego kontynentu. W Wielkiej Encyklopedii Powszechnej PWN (1962-70) jest ona dosyć obszernie przedstawiona, czego nie ma w Wikipedii. Poniżej jej fragment dotyczący okresu od VII wieku do początku XIX wieku.

Przełomowym dla losów Afryki Północnej wydarzeniem okazał się najazd Arabów z końcem I połowy VII w.; do końca VII w. Arabowie opanowali całą Afrykę Północną sięgając po Sudan i Nigerię aż do Zatoki Gwinejskiej; wzdłuż wschodnich wybrzeży Afryki dotarli aż po Zanzibar, zakładając po drodze miasta i faktorie: Mombasa, Kilwa, Mogadiszu. Arabowie trudnili się wywozem kości słoniowej, handlem niewolnikami, szczególnie poszukiwanymi na rynkach Bliskiego Wschodu. W ciągu następnych wieków stan polityczny tych obszarów, włączonych pierwotnie do Kalifatu Damasceńskiego (później Bagdadzkiego), ulegał wielokrotnym zmianom. W 868 oderwał się od Bagdadu Egipt, w którym kolejno zmieniały się panujące dynastie Tulunidów, Fatymidów, Ajjubidów. Państwo Almorawidów (XI w.), później Almohadów (XII w.) w Afryce Północno-Zachodniej rozpadło się w XIII w. na szereg państewek osłabionych ciągłymi walkami sekt religijnych. Równocześnie władzę w Egipcie objęli Mamelucy, których państwo istniało do 1517; na początku XVI w. cały obszar Afryki Północnej dostał się pod zwierzchnictwo sułtanów tureckich. W ciągu tych stuleci utrwalił się w całej Afryce Północnej islam, a wraz z nim język i kultura arabska, asymilując nieprzerwanie elementy chamicko-berberyjskie. Okres ten stworzył podwaliny pod stan istniejący do czasów obecnych.

Ludy Afryki zwrotnikowej (na południe od Sahary) żyły do XV w. w zupełnym odosobnieniu. Dzieje tych ludów znamy częściowo z kronik miejscowych (od X w.) oraz z relacji podróżników i odkrywców począwszy od XV w. Najbardziej ucywilizowane były ludy sudańskie. Na przełomie III/IV w. n.e. powstało tu państwo Ghana, rozciągające się między górnym Nigrem a rzekami Baule i Senegal. W IX w. państwo to osiągnęło najwyższy rozkwit. Państwo Mali istniejące między XI i XVII w. utrzymywało ożywione kontakty handlowe z Afryką Północną. Panowanie Mansa Musy (1312-37) stanowiło najbardziej pomyślny okres państwa Mali. W XV w. na czoło wysunęło się istniejące od X w. państwo Songhaj. Miasta Timbuktu i Gao (stolica Songhaj) stanowiły w tym czasie duże ośrodki życia gospodarczego i kulturalnego (muzułmański uniwersytet Sankore od 1087 w Timbuktu). W okolicy jeziora Czad istniało od około VIII w. państwo Kanem (od XIV w. Bornu). W północnej Nigerii powstały w XVI w. państewka zislamizowanych ludów Hausa (Gobir, Kano, Daura, Zaria i in.). Na terenie dzisiejszej zachodniej Nigerii utworzyło się w połowie XII w. państwo Benin, które rozwinęło wysoką i oryginalną kulturę. Państwa Joruba (od początku XVI w.), Aszanti (od XVII w. na terenie obecnej Ghany) oraz Dahomej (od XVII w.) przetrwały do XIX wieku.

W Afryce Środkowej istniało z końcem XV w. państwo Kongo, a bardziej na południe – państwo Angola. W południowo-wschodniej części Konga uformowało się w XV w. państwo plemion Baluba (przetrwało do XVII w.), na południe od niego państwo Bakuba (XIV-XVI w.). W opisach podróżników europejskich XVI-XIX w. znajduje się wiele wiadomości o ustroju, organizacji armii, systemie podatkowym tych państw. W Rodezji (Zimbabwe – przyp. W.L.) Południowej istniało prawdopodobnie od XI w. potężne państwo Monomotapa. W rejonie wielkich jezior istniały w XVII w. państwa Buganda, Ruanda, Urundi.

Odkrycia geograficzne dokonane w końcu XV w. przez Portugalczyków (opłynięcie Afryki i dotarcie do Indii), odkrycie Ameryki, a w związku z tym postępujący rozwój gospodarki plantacyjnej i eksploatacji amerykańskich złóż złota spowodowały ogromne zapotrzebowanie na tanią siłę roboczą, Murzynów, których pierwszy transport w 1441 został przywieziony przez Portugalczyków do Lizbony. W ślady Portugalczyków poszły Anglia, Francja i Holandia. Wzdłuż zachodnich wybrzeży Afryki państwa te zakładały punkty obronne i faktorie, które służyły do masowego wywozu Murzynów.

Z Europejczyków pierwsi pojawili się w Afryce Zachodniej (1482) Portugalczycy. Wylądowali 1484 u ujścia rzeki Kongo i wtargnęli na terytorium Konga. Władca tego państwa, Nzinga-a-Nkuwu przyjął chrześcijaństwo. Krwawe podboje, masowy wywóz niewolników spowodowały (XVI w.) powstanie ludności pod wodzą Mbuli Matadisa i wypędzenie Portugalczyków, którzy uderzyli na Angolę, przekształcając ją w swoją kolonię. Wschodnie wybrzeże Afryki już od X w. było skolonizowane przez Arabów. W 1618 roku Anglicy założyli w Gambii pierwszy fort i umocnili się na Złotym Wybrzeżu; 1637 osiedlili się tu również Holendrzy, a u ujścia Senegalu Francuzi.

Na wschodnim wybrzeżu Afryki Portugalczycy pojawili się po raz pierwszy 1498. Po półwiekowej walce przeniknęli oni w głąb lądu na południe od rzeki Ruwuma i w basenie Zambezi napotkali zdecydowany opór państwa (związku plemiennego) Monomotapa. W 1560 udało się wprawdzie narzucić chrześcijaństwo wodzowi plemion Monomotapa, lecz kraj opanowali Portugalczycy dopiero z końcem XVI w. dzięki separatyzmowi wodzów plemiennych i rozsadzeniu państwa Monomotapa od wewnątrz. Powstała tu kolonia portugalska Mozambik, przekształcona w bazę wywozu niewolników. W 1652 roku holenderska kompania wschodnio-indyjska założyła na południu Afryki kolonię Kapsztad, wycinając tubylcze plemiona Buszmenów. Do XVIII w. osadnicy holenderscy, Burowie, zajęli całą południową prowincję, a 1778 Fernando Po i Annobón. W tym okresie wschodnie wybrzeża Afryki stanowiły najbogatszy rezerwat niewolników. W XV-XIX w. wywieziono z Afryki kilkanaście mln Murzynów. Łączna ilość wraz zabitymi i zmarłymi w czasie transportu sięgała kilkudziesięciu milionów ludzi. W 2 połowie XVIII w. wywożono rocznie 60-100 tys. osób.

x

Do pełniejszego obrazu Afryki wypada jeszcze zacytować wybrane fragmenty z książki Siódma minęła, ósma przemija… Paul Herrmann, PIW 1967:

Chłonność rynku europejskiego na towary eksportowane ze Wschodu i Afryki była oczywiście o wiele większa aniżeli popyt Wschodu i Afryki na towary europejskie, wskutek czego handel wymienny musiałby po krótkim czasie ustać. Nie pozostawało więc nic innego, jak płacić za import wschodni szlachetnymi metalami. To doprowadziło, podobnie jak tysiąc lat wcześniej za Dioklecjana, do silnego odpływu złota z Europy. W ciągu XIV i XV wieku doszło wreszcie do tego, że górnictwo złota i srebra Starego Świata nie mogło uzupełnić odpływu pieniądza wynikającego z handlu ze Wschodem. Sami tylko kupcy weneccy wywozili w tym czasie do Aleksandrii corocznie olbrzymią sumę trzystu tysięcy dukatów w złocie. Wskutek tego wartość złota w Europie wzrosła podwójnie w porównaniu z wartością pszenicy. Co to oznaczało dla szerokich warstw chłopów, rękodzielników i wyrobników, ukazują dane niemieckiego mineraloga i geografa Heinricha Quiringa; w owym czasie górnik w kopalniach złota w Złotym Stoku w górach kłodzkich musiał przepracować pięćdziesiąt dniówek, by zarobić jednego dukata. – Europa zaczęła zwracać coraz baczniejszą uwagę na Afrykę.

Już z początkiem XIV wieku podejmowano liczne podróże wzdłuż wschodnich i zachodnich wybrzeży Afryki. Nie przyczyniły się one jednak do lepszego poznania Czarnego Lądu. Gdyby nie owa pokusa, jaką wywierało złoto, prawdopodobnie wcale by ich nie odbywano, gdyż bezwodne wybrzeża Afryki Północnej były zbyt niegościnne.

Nie należy jednak wyciągać stąd wniosku, że Afryka północna była obszarem zupełnie nieznanym i nigdy nie odwiedzanym. Przeciwnie, podobnie jak Syberia i Azja środkowa należała ona w średniowieczu do obszarów, przez które ciągle przechodziły karawany i które były dostępne także dla białych podróżników i kupców. Nie wiedzielibyśmy nic o tym, gdyby nie zachował się przypadkowo prywatny list nie znanego zresztą bliżej kupca florentyńskiego Benedetto Dei z lat sześćdziesiątych XV wieku, w którym wspomina on jakby mimochodem, że około 1470 roku odbył podróż do Timbuktu, „miasta w państwie Berberyjczyków”. Jest to tym bardziej zdumiewające, że dopiero czterysta lat później wspomina się znowu o podróży Europejczyka do Timbuktu, „królowej Sahary”, a mianowicie, gdy w 1828 r. przybył tam podróżnik francuski René Caillé. Do tej pory wielkie miasto na pustyni, cel karawan, było dla giaurów równie niedostępne jak Mekka. Ale za czasów Benedetta Dei trudności te nie istniały. Florentyńczyk nie sądzi widocznie, by podróż jego była czymś nadzwyczajnym. W każdym razie nie skłoniły go do niej jakieś zainteresowania geograficzne. Zamiast opisać, jak i jaką drogą udało mu się przebyć piaszczyste morze Sahary, opowiada, że w Timbuktu sprzedaje się grube sukno lombardzkie, i rozwodzi się szeroko o swoich sukcesach. Dezynwoltura, z jaką mówi o swym rzeczywiście wielkim wyczynie podróżniczym, świadczy, że Timbuktu było za jego czasów znanym i częstym celem wypraw karawanowych i nie warto mu poświęcać zbyt wiele słów. Wydaje się też pewne, że ruch przyjezdnych był w Afryce mimo wszelkich przeszkód i trudności o wiele większy, a dalekie podróże o wiele częstsze, aniżeli przypuszczamy.

Benedetto Dei był kupcem, którego kraj i ludzie niewiele obchodzili, interesowała go tylko możność zbytu towarów. Ale dwadzieścia lat przed nim, około roku 1450, przebywał na Saharze człowiek całkiem innego pokroju: rzeczoznawca bankowy i prospektor Antonio Malfante z Genui. Nie dojechał on, co prawda, do Timbuktu, lecz tylko do oaz Tuatu. Tam dowiedział się już, czego chciał, a mianowicie, że na Saharze nie ma złota i że karawany arabskie przywożące złoto do wybrzeży północnoafrykańskich przybywają z bardzo odległych okolic Afryki południowej.

Malfante nie podróżował w swoich interesach, lecz z polecenia genueńskiego domu bankowo-handlowego Centurionów, posiadającego oddziały w Genui, W Kaffie na Krymie, na Majorce, w Lizbonie, Rouen, Antwerpii, Brugii i Bristolu. Interesy tego banku, znanego powszechnie w połowie XV wieku, ucierpiały znacznie na skutek gwałtownego odpływu metali szlachetnych z Europy na Wschód, a także wskutek licznych zburzeń politycznych, które przyniósł wiek XV – wojny stuletniej między Francją a Anglią, częstych zamieszek w Niemczech i upadku cesarstwa wschodniorzymskiego, zakończonego zdobyciem Konstantynopola przez Turków w 1453 roku.

(…) Malfante pozostawił nam żywy opis swej podróży w formie listu do przyjaciela Giovanni Marioni.

„(…) Tuat składa się z osiemnastu osad obwiedzionych murem i rządzonych oligarchicznie. Naczelnik każdej osady broni – słusznie czy niesłusznie – podległej mu miejscowości; albowiem choć wszystkie graniczą ze sobą, każda stara się zdobyć największe znaczenie. A skoro tylko przybędzie tu jakiś podróżny, to jeden z naczelników osad zostaje jego protektorem i opiekuje się nim z narażeniem własnego życia. Wskutek tego kupcy są tu zupełnie bezpieczni, powiedziałbym nawet, że o wiele bezpieczniejsi niż w królestwach Tlemcen i Tunisu.

Jestem chrześcijaninem, ale mimo to nie słyszałem od nikogo złego słowa, a mieszkańcy mówią, że jeszcze nigdy nie widzieli tutaj chrześcijanina. Prawda, z początku, skoro tylko przybyłem, odczuwałem jako natręctwo, że wszyscy chcieli mnie widzieć i wołali zdumieni: Ten chrześcijanin ma twarz dokładnie taką samą jak my! Sądzili mianowicie, że chrześcijanie mają twarze zniekształcone. Prędko jednak zaspokoili swą ciekawość i teraz sam wszędzie chodzę i nikt nie odezwie się do mnie złym słowem.

Jest tu dużo Żydów. Powodzi im się dobrze, gdyż podlegają rozmaitym naczelnikom osad, a każdy z tych urzędników ujmuje się za swymi protegowanymi. Żydzi mają tu więc spokojne życie. Handel znajduje się w ich rękach i wielu z nich cieszy się pełnym zaufaniem.

Osada, w której przebywam, jest ośrodkiem handlu w kraju Maurów; przybywają tu kupcy ze swymi towarami. Przywożą złoto, które sprzedają ludziom przybywającym z wybrzeża. Nazywa się ta miejscowość De Amamento (Tamentit) i jest tu wiele bogatych ludzi. Szerokie warstwy ludności są jednak bardzo ubogie, ponieważ nie można tu nic siać ani zbierać poza daktylami, które stanowią główne pożywienie ludności. Mięso jest tylko z kastrowanych wielbłądów. Należy do rzadkości, ale jest wyborne w smaku.(…)

Ludzie tutejsi sąsiadują, o ile dobrze słyszałem, z Indami. Kupcy indyjscy przybywają tutaj i porozumiewają się z mieszkańcami przy pomocy tłumaczy. Ci Indowie są chrześcijanami i czcicielami krzyża.

Nieraz pytałem, gdzie ludzie znajdują i zbierają złoto. Mój protektor odpowiedział: Byłem przez czternaście lat u Murzynów i nasłuchałem się najrozmaitszych rzeczy. Ale nigdy nie spotkałem człowieka, który by z całą pewnością powiedział: tak je widziałem, albo tak się je znajduje i zbiera. Dlatego myślę, że przybywa ono z daleka, ze ściśle określonego obszaru. Powiedział też, że był w okolicach, gdzie srebro jest tyle warte co złoto…”

Jak widzimy, autor listu miał oczy otwarte na wszystko, co go w tym obcym świecie otaczało. Dowiedział się niebawem, że na Saharze nie wydobywa się złota, jest też dla niego jasne, dlaczego znaczna część środkowoafrykańskich zapasów złota tutaj właśnie gromadzi się. Znajduje się tu mianowicie sól, której brak daje się dotkliwie we znaki na szerokich obszarach Afryki tropikalnej; tutaj nabywa się ją w zamian za złoto. A złoto pochodzi z dalekiego i nieosiągalnego południa; nie ma go ani na Saharze, ani na wybrzeżu śródziemnomorskim.

Informacje, które Malfante przywiózł Centurionom, nie były zatem zbyt pomyślne. Wynikało z nich, że handel złotem znajdował się w mocnych rękach. Malfante nie spotkał się wprawdzie z objawami wrogości, mimo że był chrześcijaninem i Europejczykiem – co zresztą wydaje się zdumiewające – ale uświadomił sobie jasno, że Arabowie, zainteresowani w handlu złotem, będą strzegli zazdrośnie swych praw i że ewentualne założenie w Tuacie filii firmy Centurionów nie miałoby sensu. Jego uwaga, że rzeką przepływającą przez Timbuktu można by dotrzeć do Egiptu, została niewątpliwie oceniona w Europie jako potwierdzenie wiadomości pochodzących jeszcze z czasów starożytnych. Malfante sam był w każdym razie głęboko o tym przekonany. Nie wiadomo, czy wzmianka o kupcach indyjskich w oazach Tuatu odnosi się rzeczywiście do Indów, czy też np. do Abisyńczyków. Ale obecność kupców indyjskich w Tuacie nie jest wykluczona. Timbuktu utrzymywało w XIV i XV wieku ożywione stosunki handlowe z Egiptem i Azją Mniejszą, więc wspomniani przez Malfantego handlarze mogli być w rzeczy samej kupcami indyjskimi.

x

Z powyższych cytatów wyłania się obraz znacznie bardziej zagmatwany, niż nam się przedstawia. Przede wszystkim Afryka, zanim pojawili się tam Europejczycy, była opanowana przez Arabów, ale chyba nie tylko, bo przecież Żydzi byli tam pod opieką pomniejszych czy większych władców i opanowali też handel. Czy zatem Arabowie byli tylko czymś w rodzaju zasłony dymnej, mającej na celu ukrycie właściwych władców Afryki, którzy mieli monopol na obrót złotem, bo tylko oni wiedzieli, gdzie ono znajduje się w Afryce? A ten, kto miał monopol na emisję pieniądza, czyli w tamtym czasie na pozyskiwanie złota, ten rządził.

Afryka przed epoką kolonialną nie była tak prymitywnym kontynentem, jak się nam wmawia. Było tam wiele państw, mniejszych czy większych, które były dobrze zorganizowane. Jeśli weźmie się pod uwagę fakt, że Europejczycy nie zapuszczali się w głąb kontynentu w celu pozyskiwania niewolników, to znaczy, że to miejscowi władcy dostarczali niewolników. – No właśnie! Czy to byli niewolnicy? Po części zapewne tak, ale w tym miejscu wypada sobie zadać pytanie: czy było tam aż tylu niewolników, przestępców, więźniów itp., by zorganizować ich tak masowy exodus? Wydaje się to mało prawdopodobne. Jeśli, jak podaje WEP, rocznie wywożono od 60 do 100 tys. osób, to oznacza to, że dziennie – od około 160 do około 270 osób. Ilu musiało być ludzi, którzy zajmowali się „polowaniami” na tych, których zamierzano wywieźć? I jak te osoby przewożono? Jak liczne musiałyby być załogi statków, którymi je transportowano? Bo przecież więźniów i niewolników trzeba było pilnować, bo byli to ludzie zdesperowani, nie mający nic do stracenia. Na te pytania odpowiedzi nie znajdziemy, pozostaje więc tylko spekulacja i domysły.

A może było zupełnie inaczej? Może niewolnicy stanowili tylko niewielką część tej ludności, może większością byli ludzie, których zachęcano do wyjazdu, obiecując im lepsze życie w Nowym Świecie. Czy nie było to tak, jak w przypadku XIX-wiecznej emigracji ubogiej ludności z Europy wschodniej do Ameryki i Brazylii? Agenci-naganiacze otrzymywali wynagrodzenie za każdą przekonaną do emigracji osobę. A jak to było w Australii? Tam też początkowo zsyłano przestępców.

Mało znana historia czarnej ludności Argentyny, o której w poprzednim blogu, może świadczyć o tym, że większość czarnej ludności Afryki wyemigrowała dobrowolnie, zachęcana przez lokalnych władców obietnicą lepszego życia w Nowym Świecie, a ci, którzy organizowali ten proceder, dobrze na tym zarabiali. A kto to wszystko finansował? – Ten, kto miał złoto, musiał to wszystko finansować.

Nazi-Argentinien?

Wskoczyło mi ostatnio na YouTube krótkie, 7-minutowe video, zatytułowane: Dlaczego nie ma Czarnych w Argentynie?, poświęcone historii czarnych w Argentynie. Nie jest to, jak sądzę, historia powszechnie znana, więc warto ją sobie przybliżyć. Ten filmik jest po francusku. Pod nim zamieszczam moje amatorskie tłumaczenie.

Kiedy myśli się o Argentynie, myśli się o tangu, Lionelu Messim, o Buenos Aires, myśli się o Maradonie, o matté (yerba mate – przyp. W.L.), o niebiesko-białej fladze, ale prawie nigdy nie myśli się o czarnej społeczności. I nie jest to przypadek. Obecnie mniej niż 1% Argentyńczyków przyznaje się do swoich afrykańskich korzeni. Na ulicach Buenos Aires, w podręcznikach do historii czy na ekranach telewizorów – czarne twarze są prawie nieobecne, tak jakby ta społeczność nigdy nie istniała, jakby nigdy nie liczyła się. A jednak był taki czas, gdy stanowiła ona około 1/3 całej ludności Buenos Aires. Byli żołnierzami, pracowali w portach, obecni w życiu kulturalnym i ekonomicznym kraju. A zatem, co się stało? Skąd takie zniknięcie? Dlaczego populacja tak wszechobecna musiała stać się niewidoczna?

Porozmawiajmy więc o pewnym wymazaniu. Nie o wymazaniu nagłym, brutalnym, spektakularnym, ale o wymazaniu rozciągniętym w czasie, metodycznym, cichym. Porozmawiajmy o czarnych Argentyny i o tym, jak cały kraj pokusił się o wymazanie ich ze swojej pamięci.

W XVII i XVIII wieku Argentyna była częścią hiszpańskiego imperium kolonialnego. I tak, jak w każdym imperium kolonialnym, byli tam niewolnicy. Dziesiątki tysięcy Afrykańczyków siłą wywożono z Angoli, Beninu czy Senegalu, a następnie sprzedawano na nadbrzeżach portu w Buenos Aires. W tamtym czasie miasto to nie było jeszcze centrum kulturalnym, którym stało się później. Była to placówka handlowa, pełna przemytników, krów, skór i ludzi.

Wbrew powszechnemu przekonaniu, że w Argentynie nie było niewolnictwa, ono było, ale słabo udokumentowane, ale liczby nie kłamią. Na początku XIX wieku co trzeci mieszkaniec Buenos Aires był czarnym lub metysem. Kobiety z afrykańskimi korzeniami były kucharkami, praczkami i opiekunkami dzieci w białych rodzinach. Mężczyźni służyli w wojsku lub pracowali na plantacjach na północnym zachodzie. Ale czarni są nie tylko siłą roboczą, tworzą wspólnoty kultywujące swoje tradycje, swoje języki, swoje rytuały, muzykę. Mają swoje kościoły, swoje bractwa religijne, swoje święta i ta obecność odciska swoje piętno na kulturze argentyńskiej. Innymi słowy, czarni nie są jakimś nic nie znaczącym dodatkiem do historii Argentyny, ale ich historia zaledwie rozpoczęta, została wymazana.

W XIX wieku Argentyna wkracza w nową erę. Walczy o swoją niepodległość, tworzy własną armię i zaczątki narodu, ale nie tworzy tego dla wszystkich. Wprost przeciwnie, czyni się to ze szkodą dla niektórych. Pierwszymi wśród nich są przedstawiciele czarnej rasy. Od pierwszych dni wolności czarni mężczyźni są masowo powoływani do wojska. Obiecuje się im wolność w zamian za ich krew, ale to czego im się nie mówi, to to, że często będą wysyłani na pierwszą linię, bez broni, bez uformowania w oddziały i nie ma temu końca.

Kilkadziesiąt lat później wybucha wojna z Paragwajem, zwana wojną trzech aliantów (Argentyna, Brazylia i Urugwaj przeciwko Paragwajowi – przyp. W.L.). Krwawy, brutalny konflikt trwający od 1865 do 1870 roku. I znowu bataliony afro-argentyńskie idą na pierwszy ogień. Śmiertelność w nich jest porażająca. Od tego momentu do końca XIX wieku obserwatorzy już zauważają, że czarni praktycznie zniknęli z Buenos Aires. To był dopiero pierwszy etap. W roku 1871 wybuchła w Buenos Aires epidemia żółtej febry. Dotknęła ona w szczególności najbiedniejsze dzielnice, a więc ludność murzyńską, potomków niewolników, pozbawioną wszelkiej pomocy ze strony władz. W tym przypadku to nie wojna, ale choroba ich dziesiątkowała.

Ale to, co trzeba zrozumieć, to to, że to zniknięcie nie było przypadkowe. Ono wpisuje się w pewną ideologię – to Argentyna nowoczesna, europejska, biała. Z końcem XIX wieku kraj otwiera szeroko drzwi milionom emigrantów z Włoch, Hiszpanii, Niemiec czy Szwajcarii. Są zachęcani, doceniani, osiedlani w miastach i jednocześnie dyskretnie wymazuje się czarnych z przestrzeni publicznej. W 1887 roku rasa czarna zostaje oficjalnie usunięta z rejestrów ludności. Ostatni Afro-Argentyńczycy są zaliczani do trzech ras: białych, metysów i trigueňo (ciemnoskóry – przyp. W.L.). A zatem, jeśli jakaś populacja nie figuruje w statystykach, więc nie istnieje. Argentyna tworzy wizerunek samej siebie jako państwa bez przeszłości afrykańskiej, zwraca się ku Europie, uważa się za kraj bardziej biały niż Brazylia, bardziej cywilizowany niż sąsiedzi. I taki obraz będzie kultywowany przez ponad wiek.

Kiedy populacja fizycznie znika, można wierzyć, że pamięć pozostaje, ale w Argentynie jest zupełnie odwrotnie. Po wojnach, epidemii, zafałszowanej strukturze etnicznej ludności – pozostała jeszcze kultura czarnych, którą trzeba spróbować wymazać: szkoły, bractwa, obecność w przestrzeni publicznej. Czarnych już nie ma w gazetach, teatrach, w książkach i podręcznikach historycznych, a jednak są wszędzie: tango – jego rytmy pochodzą od perkusji afrykańskich, na których grali w biednych dzielnicach Buenos Aires wyzwoleni niewolnicy. Ale o tym nigdy nie mówi się, nie uczy się o tym w szkołach. Mówi się, że tango pochodzi od europejskich imigrantów z przedmieść, wymazuje się czarnych, którzy tam żyli. I nie dotyczy to tylko muzyki, także zmienionych nazw miejscowości, ulic, dzielnic. Dzielnica San Telmo, jedna z najstarszych dzielnic Buenos Aires, była centrum życia społeczności afrykańskiej. Słowo „quilombo”, oznaczające obecnie nieporządek, historycznie oznaczało wspólnoty tworzone przez zbiegłych w epoce kolonialnej niewolników, ale kto o tym pamięta. – Nie było to nieumyślne zapomnienie, ale pamięć zduszona, pogrzebana. To tak, jak poznać tę przeszłość, ten obraz, który burzy wizerunek, który Argentyna sama sobie stworzyła.

Niektórzy jednak przypominają sobie. Całe rodziny przekazywały potajemnie swoje zwyczaje: tańce, słowa, przepisy. Potomkowie Afro-Argentyńczyków zachowali w swoich szufladach fotografie, dokumenty, historie, którymi nikt nie interesował się. Przez dziesięciolecia historia Afro-Argentyny została zmarginalizowana, niewidoczna w książkach, ignorowana przez media i polityków. Obecnie jednak wszystko zaczyna się zmieniać. W 2010 roku, po raz pierwszy od ponad wieku, argentyńska administracja zadaje proste pytanie: czy uważacie, że macie afrykańskie korzenie? Dziesiątki tysięcy osób odpowiedziało – tak. Niektórzy z dumą, inni ze względu na rodzinne pamiątki, jeszcze inni z chęci zrehabilitowania się za wcześniejszą postawę odżegnywania się od swoich korzeni. To początek powrotu do swojej prawdziwej tożsamości, spóźniony, ale ważny.

Wspólnoty Arfo-Argentyńczyków organizują się, jednoczą się, manifestują, tworzą stowarzyszenia. Żądają, żeby uczono ich ich historii, żeby mogli obchodzić swoje święta, żeby zadośćuczyniono niesprawiedliwościom. Artyści, naukowcy, wojskowi zabierają głos, dumnie opowiadają o swoich korzeniach, również o cierpieniach. Przypominają, że czarna Argentyna nie jest tylko minioną historią, jest żywa – tu i teraz. Ale to nie wszystko. Na początku lat 90-tych przybyła nowa fala migrantów z Afryki Zachodniej, głównie z Senegalu, przywracając krajobrazowi wielkich miast, takich jak Buenos Aires, Rosario czy La Plata, czarną twarz. Ale to nie takie proste. Te czarne społeczności stawiają czoła rasizmowi, odrzuceniu, niepewności. Spojrzenie białej Argentyny na tych Afro-Argentyńczyków przybiera często odcień egzotyki, nieufności czy ignorancji, ale podziały powoli zanikają. Historia czarnych w Argentynie trafia do podręczników szkolnych, muzea zaczynają organizować wystawy, a młodzi gorliwie afiszują się jako Afro-Argentyńczycy. Rewindykacje historyczne to coś więcej, niż kwestia tożsamości. To sposób, w jaki mówi się, że byliśmy tu, jesteśmy tu i zasługujemy na to, by być widzialnymi.

x

Autor tego krótkiego video przedstawił mało znany fakt z historii Argentyny, ale ograniczył się tylko do prezentacji problemu, nie próbując tego skomentować, może nie mógł, a może nie chciał, trudno powiedzieć. Mnie jednak nasuwają się pewne pytania i wątpliwości. Najprostsza jest tu kwestia tanga. Gdzieś kiedyś przeczytałem, że Astor Piazzolla całkowicie je zmienił, czym podobno naraził się wielu Argentyńczykom. Było więc tango czarnych, a później europejskie, czyli te, które znamy.

To, co jednak mnie zastanowiło, to fakt, że ta czarna społeczność miała swoje szkoły, kościoły, bractwa religijne itp. Wygląda więc na to, że była ona dobrze zorganizowana – zorganizowana na wzór społeczności protestanckich. Czy to mogło być możliwe w warunkach niewolnictwa? Według mnie – nie. Oczywiście, jak w każdej społeczności, tak i w tej, byli tacy, którym powodziło się lepiej, innym – gorzej. Dlaczego więc uwzięto się tak, by tę społeczność, stosunkowo nieliczną w skali całego państwa, zepchnąć w niebyt? Taki wizerunek czarnych nie pasował do ogólnie malowanego ich obrazu jako niewolników. Ale przede wszystkim, gdyby pozostawiono tę czarną społeczność w spokoju, to mogłoby się okazać, że ona doskonale sobie radzi w „białym” państwie i nie mógłby być użyty argument, że wszystkie „białe” państwa gnębiły czarnych i nie można by obarczać całej białej rasy za dyskryminowanie czarnych, bo „biała” Argentyna byłaby wyjątkiem psującym cały ten misternie ułożony plan, a raczej ideologię, że wszyscy biali gnębią czarnych. Dlatego państwo argentyńskie zrobiło wszystko, co było w jego mocy, by tę społeczność zepchnąć w niebyt. Czy konferencja berlińska z lat 1884-85 nie wpisuje się w ten schemat? Na niej Wielka Brytania, Francja, Niemcy, Portugalia, Hiszpania i Belgia, która powstała zaledwie 50 lat wcześniej, podzieliły między siebie Afrykę. Co za zgodność, żadnych wojen pomiędzy tymi państwami! A obecnie odwrotnie – trwa niszczenie białych i faworyzowanie czarnych. I kto cały czas pociąga za te sznurki? Kto decyduje o tym, że raz można załatwić sprawy pokojowo, a innym razem, że wojna jest konieczna? Kto pisze takie scenariusze i tak daleko sięga w przyszłość? I jak to wszystko skoordynowane w czasie i przestrzeni!

Eskalacja konfliktu?

W piątek 3 lipca 2026 doszło w Poznaniu do obywatelskiej kontroli w jednej z firm prowadzonej przez obywatelkę Ukrainy, jak to określił reporter TVP3 Poznań. Dwaj mężczyźni, którzy tego dokonali, związani byli wcześniej z Konfederacją, a obecnie – z partią Korwin. Obywatelka Ukrainy zajmuje się sprowadzaniem migrantów do Polski.

x

W dniu 7 lipca 2026 doszło w Poznaniu do podpalenia kilku samochodów. Sprawcami okazali się małoletni chłopcy, w wieku 8-12 lat, obywatele Ukrainy. Ten wybryk tłumaczono w TVP3 Poznań tym, że chcieli oni podpalić jeden samochód, a od jego ognia zapaliły się jeszcze inne.

Czy łatwo podpalić samochód? Czy tacy chłopcy, sami z siebie, mogliby go podpalić? Czy wiedzieli, jak to zrobić? Jaki mieliby motyw? A skoro to zrobili, to pewnie wiedzieli, że nic im nie grozi, bo są małoletni, a do tego są obywatelami Ukrainy. Mamy tu do czynienia z niebezpiecznym precedensem. Bardzo możliwe, że jeszcze nie raz dzieci będą wykorzystywane do tego typu prowokacji czy odwetów. W Przeglądzie Pożarniczym można przeczytać:

Sposoby podpaleń

W praktyce biegłego najczęściej spotykam się z trzema rodzajami sposobów działania sprawców podpaleń pojazdów: podpaleniami dokonywanymi wewnątrz przedziału osobowego, podpaleniami na zewnętrznej powierzchni karoserii oraz podpaleniami opon na kołach pojazdu.

Podpalenie wnętrza pojazdu

Aby podpalić przedział osobowy, sprawca najczęściej wybija szybę, zazwyczaj tylną bądź boczną. Najczęściej są to szyby hartowane, więc ich wybicie powoduje rozbicie ich na drobne kawałki, które wpadają także do wnętrza przedziału osobowego. Po wybiciu szyby sprawcy zazwyczaj albo wlewają do wnętrza kabiny płyn łatwopalny, albo wrzucają nasiąkniętą takim płynem i zapaloną tkaninę. Ostatnio częste są przypadki użycia przez podpalaczy butelki z tworzywa sztucznego z płynem łatwopalnym i z zaczopowanym zwitkiem tkaniny lub papieru stanowiącym lont, który zostaje podpalony i umieszczony wewnątrz pojazdu. Nierzadko pozostałość niespalonej butelki z charakterystyczną wonią cieczy palnej można ujawnić w pogorzelisku. Zdarza się, że sprawcy podpaleń podpalają papiery – przygotowane przez nich lub znajdujące się już wewnątrz pojazdu, na siedzisku fotela lub kanapy.

Podpalenie karoserii pojazdu

Sprawcy podpaleń często wzniecają ogień, polewając karoserię łatwopalnym płynem lub kładąc na nią nasączoną takim płynem tkaninę. Ogień podłożony w ten sposób sprawia, że zapala się powłoka lakiernicza pojazdu. Pożar nie zawsze powoduje wówczas zniszczenia termiczne wnętrza pojazdu, często ogień niszczy zewnętrzną powłokę karoserii oraz elementy pojazdu wykonane z tworzyw sztucznych. W przypadku polania dachu płynem łatwopalnym charakterystyczne będą ślady odbarwienia w formie pionowych zacieków po palącej się i spływającej po poszyciu karoserii cieczy. Największe uszkodzenia termiczne materiałów palnych znajdujących się wewnątrz przedziału osobowego będą zlokalizowane bliżej dachu (np. na tylnych zagłówkach, podsufitce, górnych uszczelkach drzwi). Co ważne, taki pożar może zostać łatwo zauważony już w pierwszej fazie rozwoju, ogień pojawia się natychmiast na zewnętrznej bryle pojazdu.

Sprawcy dokonują także podpaleń zewnętrznej karoserii, umieszczając przyspieszacz pożaru na podszybiu pojazdu, wykonanym z tworzywa sztucznego. Wtedy pożar ma dobre warunki do rozwoju i rozprzestrzenienia się do wnętrza komory silnika. Najczęściej powoduje uszkodzenie przedniej szyby, tworząc warunki do rozprzestrzenia się ognia w przedziale osobowym.

Podpalenie opony

Podpalacze najczęściej polewają oponę płynem łatwopalnym albo podkładają tkaninę nasiąkniętą takim płynem, a następnie ją zapalają. Paląca się ciecz wytwarza wysoką temperaturę, która powoduje zapalenie się zewnętrznej, gumowej części koła. W takim przypadku silne ślady korozyjne najczęściej są widoczne na stalowych blachach błotnika pojazdu.

Ostatnio spotyka się przypadki używania do podpalenia opon kostek podpałki do grilla, kominków i pieców. Sprawca układa taką tabliczkę pod oponą lub na górnej jej części na kole, a następnie podpala. Po czasie powstaje na tyle wysoka temperatura palącego się paliwa stałego, że następuje zapalenie się opony. Jak wykazały moje badania, użycie tego typu podpałki daje sprawcy dość dużo czasu na opuszczenie miejsca przestępstwa przed rozprzestrzenieniem się pożaru, gdyż proces zapalenia opony może trwać od kilkunastu do kilkudziesięciu minut.

x

Dwa zdarzenia, następujące po sobie w krótkim odstępie czasu, a do tego w tym samym mieście. Czy to przypadek, czy starannie wyreżyserowane zdarzenia, będące częścią większego planu, czyli kreowania wielkiego konfliktu polsko-ukraińskiego? Czy nie wpisuje się w ten plan demonstracja Żydówki Zajączkowskiej-Hernik, która w Parlamencie Europejskim podarła czerwono-czarną flagę UPA? – A kto stworzył UPA? Podstawą do powstania tej organizacji był tzw. eksperyment wołyński (1928-38). Wtedy organizowano na Wołyniu m.in. oddziały paramilitarne, tworzone przez rządy sanacyjne, czyli przez Piłsudskiego, szkolono ludzi, wyposażano ich w broń. To miało niby przygotowywać ich do akcji na terenie Związku Radzieckiego, czyli idea prometejska – rozczłonkowanie tegoż ZSRR na mniejsze niezależne państwa. Nic z tego nie wyszło, bo nie mogło i to był tylko pretekst. Struktura przetrwała i w grudniu 1942 roku w Wiedniu powstała UPA. W latach 1937 i 1938 rząd II RP przeprowadził akcję konwertowania ludności prawosławnej Wołynia na katolicyzm. I tym sposobem kilkanaście tysięcy, a może i więcej, prawosławnych Ukraińców stało się Polakami, bo katolik na wschodzie to Polak. I w ten sposób można było ich wymordować jako Polaków, i w ten sposób wykreowano, a może raczej rewitalizowano, choć nie wiem czy jest to właściwe słowo, dawny konflikt polsko-ukraiński z czasów I RP.

Eksperyment wołyński można w uproszczeniu określić jako: wszystko dla Ukraińców. To była próba stworzenia w obrębie II RP zaczątku niepodległej Ukrainy, wrogiej Związkowi Radzieckiemu. Dziś mamy do czynienia z eksperymentem wołyńskim bis, również wrogim Rosji – no bo jeśli Ukraińcy w „Polsce” mają większe prawa, niż obywatele tego kraju Zulu-Gula, to chyba takie sformułowanie jest zasadne. Jeśli Ukrainka ma biuro w Poznaniu, które zajmuje się sprowadzaniem do „Polski” migrantów, to co to jest? To jest działalność, w każdym normalnym państwie, zarezerwowana dla rządu danego państwa, a skoro robi to Ukrainka, to znaczy, że ten kraj Zulu-Gula jest Ukrainą, którą nazywa się jeszcze dla niepoznaki Polską.

Czy ten eksperyment wołyński bis ma szanse powodzenia, czyli osłabienie Rosji i jej rozczłonkowanie? Czy Ukraina w unii europejskiej, to krok w tym kierunku? A może jednak I RP bis, czyli taki bufor pomiędzy Niemcami a Rosją? – No właśnie! Co tam wielcy tego świata planują?

Curaçao

Mistrzostwa Świata w piłce nożnej wchodzą w decydującą fazę i już mało kto wraca do pierwszej sensacji tego turnieju. Piłkarze najmniejszego państwa, uczestniczącego w tych mistrzostwach, strzelili bramkę reprezentacji Niemiec i wtedy cały świat piłkarski usłyszał, że jest takie państwo. Jednak samo jego zaistnienie w świadomości kibiców zrodziło problem wymowy jego nazwy. Dziennikarze sportowi wyczyniali takie piruety językowe, że nie dało się tego słuchać, a przecież wystarczyło zajrzeć do Wikipedii, a ona o tym państwie pisze tak:

Curaçao [kyrɑˈsʌu̯], Kraj Curaçao (niderl. Land Curaçao, pap. Pais Kòrsou, ang. Country of Curaçao) – kraj autonomiczny Holandii w Ameryce Południowej (de iure wchodzący w skład Królestwa Niderlandów) i jedna z wulkanicznych Wysp Zawietrznych w archipelagu Małych Antyli. Wchodzi w skład wysp ABC (Aruba, Bonaire, Curaçao) oraz wysp CAS (Curaçao, Aruba, Sint Maarten). Stolicą wyspy jest miasto Willemstad, nazywane małym Amsterdamem. Do wyspy należy również wyspa Klein Curaçao. Nie należy do strefy Schengen, ani do Unii Europejskiej.

Willemstad – historyczne centrum miasta; Martin Falbisoner – praca własna; źródło: Wikipedia.

Geografia

Curaçao leży na szelfie kontynentalnym Ameryki Południowej i charakteryzuje się pagórkowatym krajobrazem, z najwyższym punktem – Christoffelberg, który sięga 372 m n.p.m. Jest to nizinny obszar o suchym, tropikalnym klimacie, położony w południowej części Morza Karaibskiego i należący do archipelagu Małych Antyli. Curaçao znajduje się ok. 60 km od północnych wybrzeży Wenezueli.

Położenie na Morzu Karaibskim; autor: TUBS; źródło: Wikipedia.

Historia

Pierwotnie wyspa była zamieszkana przez indiańskie plemię Arawaków. Dla Europejczyków została odkryta 26 lipca 1499 przez hiszpańską wyprawę pod dowództwem Alonso de Hojeda. Hiszpanie zajęli wyspę i zaczęli ją kolonizować około 1530 r. W 1634 r. wyspa została zajęta przez Holendrów pod wodzą Johanneas van Walbeecka i Pierre’a Le Granda. Wysiedlili oni siłą gubernatora wraz z ok. 400 Hiszpanami i Arawakami na stały ląd i ogłosili przyłączenie wyspy do Holandii. Holenderska Kompania Zachodnioindyjska założyła miasto Willemstad – obecną stolicę. Pierwszym gubernatorem Curaçao został w 1643 r. Peter Stuyvesant. Podlegały mu wówczas i inne posiadłości holenderskie w Ameryce, w tym Nowy Amsterdam nad rzeką Hudson – dzisiejszy Nowy Jork.

Na początku Curaçao było ignorowane przez kolonistów europejskich m.in. ze względu na brak złóż złota, ale później przekonano się, że naturalne położenie zatoki, nad którą zbudowano Willemstad, jest idealnym miejscem dla handlu. Handel, przewóz towarów oraz piractwo stały się szybko najważniejszymi gałęziami gospodarki Curaçao. W 1662 r. Holenderska Kompania Zachodnioindyjska stworzyła na wyspie największe centrum handlu niewolnikami, przywożonymi tu z rejonu Zatoki Gwinejskiej w Afryce, a następnie rozwożonymi mniejszymi jednostkami po wszystkich wyspach Morza Karaibskiego i na pobliskie wybrzeża lądu amerykańskiego. W XVIII i XIX w. Curaçao należało przejściowo do Francji i Wielkiej Brytanii, aż w 1816 r. powróciło ostatecznie do rąk holenderskich.

W 1863 r. Holendrzy znieśli niewolnictwo, co doprowadziło ekonomię wyspy do upadku. Nowa era dla Curaçao zaczyna się od 1914 r., gdy w Maracaibo w Wenezueli odkryto ropę naftową. W 1916 r. rząd holenderski oraz Shell wybudowali na Curaçao pierwszą rafinerię Isla. Port w Willemstad nadawał się idealnie dla tankowców. O ile w chwili odkrycia pokładów ropy liczba ludności wyspy nie przekraczała 30 tys., to na początku lat 60. XX w. zbliżyła się ona do 140 tys., co dawało gęstość zaludnienia blisko 320 osób/km².

Na początku 1985 r. rządy Curaçao, Antyli Holenderskich, Holandii, Wenezueli wraz z Shell rozpoczęły rozmowy na temat ewentualnego zamknięcia rafinerii, a w lipcu Shell zaprzestał działalności. 24 września 1985 Shell zgodził się na przeniesienie instalacji rafinacyjnych w Emmastad i terminali morskich w zatokach Bullenbaai i Caracasbaai. Z kolei rząd stworzył przedsiębiorstwo „Refineria di Korsou NV” (RdK) jako właściciela instalacji rafinerii i terminali. „Curoil NV” zostało stworzone do obsługi lokalnego marketingu, a „Kompania di Tou Korsou NV” (KTK) przejęła usługi holowników w zatokach Schottegat i Caracasbaai. Zarówno „Curoil NV”, jak i „KTK NV”, jak ma to miejsce w przypadku „Refineria di Korsou NV”, są własnością terytorium wyspy Curaçao. Tego samego dnia wenezuelskie przedsiębiorstwo PDVSA podpisało list intencyjny dotyczący dzierżawy rafinerii i terminali w zatokach Bullenbaai i Caracasbaai. 1 października 1985 spółka zależna PDVSA, „Refineria Isla (Curazao) SA.”, przejęła działalność rafinerii i natychmiast rozpoczęła reaktywację jednostek przetwórczych.

Curaçao ma własny rząd od 1 stycznia 1954. Wraz z procesem dekolonizacji, mającym miejsce na świecie w drugiej połowie XX w., także i na wyspie narodził się ruch niepodległościowy. Skupił się on wokół związków zawodowych i organizacji robotniczych, przez co przyjął on silną retorykę antykapitalistyczną i lewicującą. Część z organizacji inspirowała się ruchem praw obywatelskich czarnych mieszkańców Stanów Zjednoczonych. W 1969 r. na wyspie wybuchło narodowowyzwoleńcze powstanie zbrojne. Powstanie zostało szybko zdławione, a administracja rozsiała fałszywe pogłoski według których powstanie miał wywołać rząd Kuby. 2 lipca 1984 rząd wyspy ustanowił własną flagę oraz hymn. W 1993 r. mieszkańcy w referendum opowiedzieli się za pozostaniem wyspy w składzie Antyli Holenderskich, 8 kwietnia 2005 Curaçao razem z Sint Maarten odrzucili w referendum pełną niepodległość na rzecz kraju stowarzyszonego z Holandią w ramach Królestwa Niderlandów. Na podstawie reformy konstytucyjnej Królestwa Niderlandów, 10 października 2010 Antyle Holenderskie przestały istnieć, a Curaçao stało się osobnym krajem autonomicznym Holandii o specjalnym statusie.

Język

Curaçao jest społeczeństwem wielojęzycznym. Językami urzędowymi są niderlandzki, papiamento1 i angielski, jednakże niderlandzki jest jedynym językiem używanym we wszystkich sprawach administracyjnych i prawnych. Najczęściej używanym językiem na wyspie jest papiamento (80%), natomiast niderlandzki stanowi 8,8% użycia, angielski 3,1%, hiszpański 5,6%, inne języki 2,3%, a 0,3% mieszkańców nie określiło swojego języka.

Sport

W 1962 r. na wyspie rozegrano szachowy turniej pretendentów do tytułu mistrza świata, który wygrał Ormianin Tigran Petrosjan. W 2025 r. piłkarska reprezentacja Curaçao po raz pierwszy w historii zakwalifikowała się na mistrzostwa świata, co uczyniło ich najmniejszym krajem, jaki kiedykolwiek tego dokonał.

x

Wielka Encyklopedia Powszechna PWN (1962-1970):

Curaçao [kü:ra:sa:o], wyspa na Morzu Karaibskim, u wybrzeży Wenezueli, w grupie Antyli Hol.; pow. ok. 450 km²; 123,7 tys. mieszk. (1961), gł. pochodzenia murzyńskiego; gł. Miasto – Willemstad. Podstawę gospodarki stanowi przetwórstwo ropy naftowej, importowanej z Wenezueli i Kolumbii; produkcja likieru C.; uprawa drzew owocowych; eksploatacja guano, fosforytów; budowa statków; eksport produktów naftowych. – C. została odkryta ok. 1499, obsadzona 1527 przez Hiszpanów; od 1634 (prawnie od 1848) w ręku Holendrów (z wyjątkiem lat 1898 i 1906-14, kiedy należała do Anglii); w czasie II wojny świat. zajęta przez wojska alianckie.

Curaçao [kü:ra:sao], likier o smaku pomarańczowym, produkowany w dwóch gatunkach: C. orange – z nalewów na skórkach pomarańczy gorzkiej (odmiany zwanej C., uprawianej na wyspie C.) i C. blanc – z tychże nalewów, poddawanych następnie destylacji; nalewy i destylaty dosładza się oraz dodaje do nich minimalne ilości olejków aromatycznych pomarańczowych lub cytrynowych w celu uszlachetnienia smaku; obydwa gatunki mają moc 35º.

x

Gdy pojawił się problem z wymową nazwy tego państwa, to ktoś wpadł na pomysł, by zapytać jego mieszkańców, jak wymawiać ją prawidłowo i wrzucił short do internetu. Transkrypcja fonetyczna podana przez WEP jest dokładnie taka, jak wymawiają tę nazwę mieszkańcy tego kraju.

W trwających jeszcze mistrzostwach biorą udział reprezentacje 48 państw. Po raz pierwszy tak wiele państw i dla wielu z nich była to doskonała okazja do pokazania się światu. Jednak nazywanie tej imprezy mistrzostwami świata jest mocno mylące. To, że grają na nich reprezentanci poszczególnych państw, nie oznacza, że są to reprezentacje tych państw, bo one często nie mają tego zaplecza piłkarskiego w postaci własnych klubów, czyli lig piłkarskich i szkoleniowców, czyli trenerów. Większość tych najlepszych piłkarzy z tych państw gra w klubach europejskich: angielskich, niemieckich, francuskich, włoskich, hiszpańskich, portugalskich, holenderskich i belgijskich. Słabsi grają w austriackich, szwajcarskich, szwedzkich, greckich ,tureckich itp. Najsłabsi trafiają do klubów polskich i innych wschodnioeuropejskich. W praktyce są to mistrzostwa Europy. Po co więc taki cyrk? Wydaje się, że sport jest obecnie najbardziej wyrazistym elementem kształtowania nowej świadomości narodowej, a piłka nożna w szczególności.

Curaçao to ciekawy przypadek, nie tylko z racji sportowych dokonań. Nie przypadkiem trenerem tej reprezentacji jest Holender Dick Advocaat. W Wikipedii można przeczytać:

Holandia (niderl. Nederland) – kraj wchodzący w skład Królestwa Niderlandów składający się z europejskiej części tego państwa oraz trzech karaibskich gmin zamorskich (openbaar lichaam): Bonaire, Saba i Sint Eustatius.

Holandia, obok Aruby, Curaçao i Sint Maarten, jest jednym z czterech krajów składowych Królestwa Niderlandów. W jej skład, oprócz europejskiej części Królestwa, wchodzą również trzy gminy zamorskie położone na Karaibach: Bonaire, Saba i Sint Eustatius. Gminy te wyłączone są spod tradycyjnego podziału administracyjnego Holandii na prowincje, a ich status podobny jest do gmin – posiadają lokalne władze, zajmujące się codziennym zarządzaniem tymi terytoriami, podległe centralnemu rządowi Holandii. Tereny położone na Karaibach, w odróżnieniu od europejskich, nie są częścią Unii Europejskiej.

Struktura terytoriów wchodzących w skład Królestwa Niderlandów; Thayts – praca własna; źródło: Wikipedia.

Mimo faktu, iż cztery kraje składowe Królestwa Niderlandów są formalnie równymi partnerami, w praktyce Holandia odgrywa w nim dominującą rolę stanowiąc około 98% zarówno powierzchni, jak i populacji całego Królestwa i zarządzając większością jego spraw – odpowiada między innymi za prowadzenie polityki Królestwa na arenie międzynarodowej, a jej ambasady i konsulaty służą wszystkim obywatelom Królestwa.

x

W jednym miejscu Wikipedia pisze, że jest to kraj autonomiczny, a w innym – że jest to terytorium zależne. Nie bardzo więc wiadomo, co to takiego jest. To, co dzieje się wokół przemysłu naftowego tego państwa-niepaństwa, jest jeszcze bardziej zagmatwane. Poniżej fragment z wcześniejszego cytatu z Wikipedii:

24 września 1985 Shell zgodził się na przeniesienie instalacji rafinacyjnych w Emmastad i terminali morskich w zatokach Bullenbaai i Caracasbaai. Z kolei rząd stworzył przedsiębiorstwo „Refineria di Korsou NV” (RdK) jako właściciela instalacji rafinerii i terminali. „Curoil NV” zostało stworzone do obsługi lokalnego marketingu, a „Kompania di Tou Korsou NV” (KTK) przejęła usługi holowników w zatokach Schottegat i Caracasbaai. Zarówno „Curoil NV”, jak i „KTK NV”, jak ma to miejsce w przypadku „Refineria di Korsou NV”, są własnością terytorium wyspy Curaçao. Tego samego dnia wenezuelskie przedsiębiorstwo PDVSA podpisało list intencyjny dotyczący dzierżawy rafinerii i terminali w zatokach Bullenbaai i Caracasbaai. 1 października 1985 spółka zależna PDVSA, „Refineria Isla (Curazao) SA.”, przejęła działalność rafinerii i natychmiast rozpoczęła reaktywację jednostek przetwórczych.

Konia z rzędem temu, kto zrozumie, o co chodzi w tym tekście i jeszcze to: są własnością terytorium wyspy Curaçao. Tak więc nie bardzo wiadomo czy Curaçao to państwo, kraj autonomiczny, terytorium zależne czy terytorium wyspy Curaçao? Ale dla wielu w Polsce najważniejsze było to, że Curaçao strzeliło bramkę Niemcom. Nawet jeśli tak, to Holendrzy maczali w tym palce.

Kto jednak zrobił tam taki pasztet, nie tylko w statusie prawnym tych terytoriów, ale też własnościowym przemysłu naftowego tych wysp? – No kto? I po co? Komu to służy i kto za tym stoi? Jeśli niby należą do Holandii, a nie należą, to do kogo należą? I wygląda na to, że królestwo jest ponad państwem. I może przykład Curaçao dobrze tłumaczy, po co zachowały się jeszcze monarchie w tym tak nowoczesnym świecie.

  1. Język papiamento – język kreolski na bazie portugalskiego i hiszpańskiego używany w rejonie Karaibów, głównie na wyspach Aruba, Bonaire i Curaçao. Nazwa pochodzi od czasownika papiá („rozmawiać”), z portugalskiego papear. Słownictwo papiamento zawiera liczne zapożyczenia z różnych języków: przede wszystkim niderlandzkiego, ale także angielskiego, francuskiego, judeo-portugalskiego oraz języków afrykańskich. ↩︎

Kurt Tucholsky

W książce – Deutsch mein neues hobby Rozemaria K. Tertel, Leon L. Szkutnik, „Wiedza Powszechna”, Warszawa 1991- znalazłem ciekawą sentencję:

Wir möchten so viel: Haben, sein und gelten. – K. Tucholski.

Chcielibyśmy tak dużo: Mieć, być i coś znaczyć. Słowo „gelten” – znaczyć, mieć znaczenie. Chodzi więc o znaczenie w społeczeństwie, pozycję społeczną. W tych trzech słowach została doskonale ujęta istota ludzkiej natury.

Zaintrygowało mnie to nazwisko, bo po raz pierwszy zetknąłem się z nim. Wpisałem więc frazę K. Tucholski w wyszukiwarkę i niczego nie znalazłem. Zajrzałem do Wielkiej Encyklopedii Powszechnej PWN (1962-70) i tam znalazłem, ale nie – K. Tucholski tylko Kurt Tucholsky i taką informację:

Tucholsky Kurt, ur. 9 I 1890, zm. 21 XII 1935 niem. pisarz i publicysta; długoletni współpracownik „Die Weltbühne C. von Ossietzky’ego, autor felietonów (Das Lächeln der Mona Lisa 1928), szkiców prozatorskich, a zwłaszcza ciętych wierszy satyrycznych (Träumereien an preussischen Kaminen 1920, Deutschland, Deutschland über alles! 1929 i inne zbiory), ostrym piórem satyryka i polemisty zwalczał mity niem. nacjonalizmu oraz wszelkie formy niesprawiedliwości społ. i reakcji polit.; nieubłagany wróg hitleryzmu, w obliczu jego zwycięstwa popełnił na emigracji samobójstwo; wybór pol. Księga pięciu szyderców (1955).

Wspomniany podręcznik do nauki niemieckiego po raz pierwszy został wydany w 1978 roku. Zastanowiło mnie, dlaczego tak napisano? – K. Tucholski. Najprawdopodobniej, by zasugerować, że był to zniemczony Polak. Gdyby napisano pełne imię i poprawnie nazwisko, to czar prysłby.

Obecnie z Wikipedii możemy dowiedzieć się o wiele więcej. Pisze ona:

Kurt Tucholsky (ur. 9 stycznia 1890 w Berlinie, zm. 21 grudnia 1935 w Göteborgu) – niemiecki dziennikarz, publicysta i pisarz pochodzenia żydowskiego. Pisywał również pod pseudonimami Kaspar Hauser, Peter Panter, Theobald Tiger i Ignaz Wrobel.

Życiorys

Jako małe dziecko mieszkał w Szczecinie w kamienicy na drugim piętrze (dziś kamienica na ulicy Generała Ludomiła Rayskiego nr. 29, biurowiec spółki Orlen). Tam z powodów zawodowych przeniósł się jego ojciec, który był bogatym kupcem.

W latach 1910–1915 studiował w Berlinie i w Jenie. Studia ukończył jako doktor prawa. W czasie I wojny światowej walczył jako żołnierz na froncie wschodnim. W 1918 zmienił wyznanie na protestanckie. Jako korespondent prasowy mieszkał od 1924 we Francji.

3 maja 1920 ożenił się z lekarką Else Weil (rozwód 14 lutego 1924), zamordowaną w 1942 w obozie koncentracyjnym Auschwitz -Birkenau). 30 sierpnia 1924 jego żoną została Mary Gerold (rozwód 21 sierpnia 1933).

W 1930 roku zamieszkał w Szwecji.

Po przejęciu władzy przez Hitlera konsekwentnie zwalczał faszyzm. Pisma Kurta Tucholsky`ego zostały w 1933 spalone, pozbawiono go obywatelstwa niemieckiego, a jego majątek został skonfiskowany. Problemy zdrowotne i finansowe wzmocniły w nim depresję. 20 grudnia 1935 roku zażył śmiertelną dawkę środków nasennych i alkoholu. Został przewieziony do szpitala w Göteborgu, tam zmarł następnego dnia.

Twórczość

Tucholsky należał do najwybitniejszych publicystów Republiki Weimarskiej. Jako zaangażowany politycznie dziennikarz i czasowo również współwydawca tygodnika „Die Weltbühne” wpisywał się w tradycję innego wielkiego niemieckiego krytyka społecznego i pisarza Heinricha Heinego. Ponadto był satyrykiem oraz autorem sztuk kabaretowych. Sam siebie nazywał lewicowym demokratą i pacyfistą. W swoich tekstach wielokrotnie przestrzegał przed antydemokratycznymi tendencjami w polityce, wojsku i wymiarze sprawiedliwości, w tym przede wszystkim przed narodowym socjalizmem Adolfa Hitlera.

Debiutował w 1907 satyrą na cesarza Wilhelma II. Pisał dla prasy, m.in. artykuły i wiersze dla satyrycznego pisma „Ulk” (1918-20 był redaktorem naczelnym tego tygodnika) oraz artykuły, recenzje dla (od 1913) tygodnika „Schaubühne”, (od 1918) „Weltbühne”, czasowo był współwydawcą tego pisma. 1919 i 1920 ukazały się w formie książkowej pierwsze zbiory jego artykułów i wierszy. Tucholsky przyczynił się do rozwoju krytycznego kabaretu politycznego w Niemczech. Trudne relacje z matką (ojciec zmarł w 1905) znalazły swój wyraz m.in. w artykule Rosa Bertens („Schaubühne” 1913), a również w powieści Schloß Gripsholm (1931). W tomie Deutschland, Deutschland über alles (1929) protestuje przeciwko skorumpowanym strukturom prawnym Republiki Weimarskiej oraz niemieckiemu szowinizmowi i militaryzmowi.

W tekście Reise ins Dritte Reich (1932) napisał: „Ludzie tacy jak Mussolini czy gefrajter (starszy szeregowy) Hitler istnieją nie tyle z własnej siły, a z braku charakteru ich przeciwników”.

Polski wybór publicystyki Tucholsky`ego pt. Księga pięciu szyderców ukazał się w 1955 roku. Walory jego tekstów publicystycznych to klarowność i precyzja języka, ostrość ferowanych sądów, przenikliwość stawianych diagnoz.

Oprócz tekstów publicystycznych Tucholsky pisał opowiadania, powieści, scenariusze filmowe, słuchowiska radiowe, wiersze, aforyzmy.

W 1978 roku odkryto i opublikowano prywatne zapiski pisarza z jego pobytu na emigracji. Dzienniki Q-Tagebücher należą do najważniejszych literackich dokumentów antyfaszystowskiej emigracji niemieckiej.

x

Zastanawiające jest, przynajmniej dla mnie, jak wielu Żydów było nazistami i jak liczni byli wśród nich antynaziści. Niektórzy z nich, po wyjeździe za granicę, popełniało samobójstwa w proteście przeciw temu, co działo się w Niemczech w latach 30-tych, jak choćby Kurt Tucholsky czy Stefan Zweig. Czy taki gest rozpaczy mógł coś zmienić? Nie mógł. Może więc chodziło o coś innego. Wydaje mi się, że Stefan Zweig wyjaśnił to dobrze, choć nie wprost i nie do końca. Cytowałem go w blogu Austria i Wiedeń. Poniżej fragment:

Ale Żydzi w XX wieku nie byli już wspólnotą. Nie łączyła ich wspólna wiara, swoją przynależność do żydostwa traktowali raczej jako balast niż jako powód do dumy i nie poczuwali się do żadnego posłannictwa. Nie trzymali się świętych ongi ksiąg i nie chcieli używać starego wspólnego języka. Pragnęli zżyć się z narodami, wśród których mieszkali, zespolić z nimi całkowicie; do tego celu dążyli niecierpliwie, aby mieć wreszcie spokój przed prześladowaniami i wytchnienie w odwiecznej tułaczce. Tak się więc stało, że złączeni z innymi narodami, czując się bardziej Francuzami, Niemcami, Anglikami, Rosjanami niż Żydami, nie rozumieli się nawzajem.

Teraz dopiero, gdy wrzucono ich wszystkich do jednego worka i rozsypano wśród pyłu wędrownych dróg – dyrektorzy banków z pałaców w Berlinie i szamesi z gmin ortodoksyjnych, profesorowie filozofii z Paryża, dorożkarze z Rumunii, grabarze i laureaci Nagrody Nobla, śpiewaczki-primadonny i płaczki pogrzebowe, literaci i destylatorzy wódek, bogacze i nędzarze, wielcy i mali, pobożni i postępowi, lichwiarze i mędrcy, syjoniści i asymilatorzy, Aszkenazyjczycy i Sefardyjczycy, sprawiedliwi i niesprawiedliwi oraz ci, którzy uważali się od dawna za wyjętych spod klątwy, chrzczeni i mieszańcy – dopiero teraz Żydzi poczuli przymusową więź, jakiej nie doznawali od setek lat. Po raz pierwszy od czasu wygnania z Egiptu połączyła ich znów wspólnota wypędzonych. Ale dlaczego los ścigał zawsze tylko ich? Jaki był powód, jaki sens, jaki cel tych niezrozumiałych prześladowań? Wypędzano ich z różnych krajów, ale własnego im nie przyznawano. Mówiono im: „nie mieszkajcie razem z nami”, ale nie mówiono, gdzie mają mieszkać. Przypisywano im winę, ale nie dawano możliwości odpokutowania. W czasie ucieczki patrzyli na siebie płonącymi oczyma. „Dlaczego ja? Dlaczego ty? Dlaczego ja razem z tobą? Nie znam cię, nie rozumiem twojego języka, nie pojmuję twojego sposobu myślenia, nic mnie z tobą nie łączy. Dlaczego my wszyscy?” – I nikt nie miał na to odpowiedzi.

x

Zatem nasuwa się pytanie: kto ich tak przeganiał z miejsca na miejsce? Jakież to potężne moce uwzięły się na nich? Może to ich anonimowe kierownictwo, a może jeszcze ktoś inny. Po zdobyciu Jerozolimy i spaleniu świątyni Rzymianie zabrali ze sobą około miliona niewolników do Rzymu i rzymskich prowincji, a za nimi ciągnęła fala dobrowolnej emigracji. Europa zachodnia została podbita przez Rzym. Z czasem ta Europa podbiła resztę świata. Jeśli cała kultura i cywilizacja w Europie została przejęta od Rzymu, to czy nie zawdzięcza ona tego Żydom? Legiony rzymskie podporządkowywały sobie zdobyte tereny, ale to było wojsko. Resztą zajmował się ktoś inny, kto podążał za nimi. Idąc dalej tym tropem, można zadać sobie pytanie: kto stworzył państwa i narody europejskie? Czy był to proces naturalny, bez ingerencji i świadomości człowieka, czy może – nie? A może to właśnie Żydzi stworzyli te narody i stanowią ich rdzeń, bo że państwa należą do nich, to w to już chyba nikt nie wątpi. Jeśli Dmytro Doncow jest twórcą nacjonalizmu ukraińskiego, czyli tak naprawdę ukraińskiej świadomości narodowej, czyli narodu ukraińskiego, to czy w przypadku innych narodów nie mogło być podobnie, tylko trochę wcześniej?

Być może ktoś uzna, że tego typu dywagacje, są wytworem wyobraźni i niczym więcej, ale pytania to jeszcze nie kategoryczne twierdzenia, to tylko pytania, które jednak skłaniają do refleksji. Gorsza od tego jest chyba tylko autocenzura i niedopuszczanie do siebie myśli, które mogą zburzyć nasz dotychczasowy światopogląd. Czy zatem te samobójstwa Żydów mogły być protestem, niezgodą na nazizm, czy może czymś więcej – jedyną możliwością uwolnienia się od żydostwa, które wielu Żydom tak ciążyło i krępowało ich. Tego oczywiście nie dowiemy się.