Witam na moim blogu

Na tym blogu będę starał się przedstawiać prawdę albo przynajmniej próbował do niej dochodzić. Czy będzie to zamiar udany, czy – nie, ocenią czytający go.

“Jedynie prawda jest ciekawa” – to motto Józefa Mackiewicza. Prawda jest ciekawa, ale niewygodna dla wszystkich i wszyscy starają się ją ukryć albo zniekształcić. Za głoszenie prawdy, uparte jej głoszenie, Józef Mackiewicz cierpiał nędzę. Dzięki temu, że pozostał sobie i swoim przekonaniom wierny, to my, z jego dzieł, możemy dowiedzieć się prawdy.

Blog ten jest poświęcony polityce i historii. Obecnie, jak chyba nigdy dotąd w dziejach ludzkości, nie manipulowano tak historią. Na naszych oczach dokonuje się fałszerstwo na niespotykaną skalę. A to wszystko dzięki internetowi i mediom społecznościowym. Jedynym ratunkiem wydaje się wykorzystanie tych mediów w celu obrony. Zgodnie z rzymską maksymą: kto mieczem wojuje, od miecza ginie.

Dużo miejsca będzie zajmować tematyka żydowska. Nie sposób jednak jej uniknąć, jeśli chce się pisać prawdę. Polska dla Żydów była i jest szczególnym miejscem. Nigdzie społeczność żydowska nie była tak liczna w stosunku do pozostałej ludności i nigdzie nie osiągnęła takich wpływów. Po drugiej wojnie światowej jej przewaga stała się jeszcze większa. Polacy stracili w niej swą warstwę inteligencką, a Żydzi – zachowali. Dlatego jest to gra do jednej bramki. Nie można napisać prawdziwej historii Polski, bez uwzględnienia w niej Żydów i ich wpływów na jej bieg. A dlaczego się ich nie uwzględnia? Najwyraźniej ten, który kontroluje system edukacji, prasę, wydawnictwa – ten sobie tego nie życzy.

Problem z Żydami polega na tym, że są przeważnie ukryci. Udają chrześcijan różnych wyznań. Żyd wie z kim ma do czynienia, a my – nie! Jeśli ma nam do sprzedania towar czy usługę, to będzie bardzo miły, można by rzec – do rany przyłóż. Gdy jednak uzna, że nieżyd jest mu niewygodny, jego obecność jest sprzeczna z jego interesem, jest jego konkurentem i – w najgorszym wypadku, gdy Żyd zawdzięcza coś nieżydowi, to jego nienawiść urasta do rozmiarów nieznanych człowiekowi o innej etyce i systemie wartości. Jeśli nie będzie w stanie sam pokonać tego, którego tak bardzo nienawidzi, to poprosi innych Żydów o pomoc. Nie są to czcze słowa. Sam tego doświadczyłem. Nie ma szans na obronę, jeśli nie wiemy z kim mamy do czynienia lub gdy dowiemy się zbyt późno. Dlatego tak ważne jest poznanie tej nacji, jej systemu wartości, sposobów postępowania i zachowań wobec nieżydów. Ci, którzy żyli przed nami i ostrzegali nas przed nimi, mieli rację. Warto korzystać z tego, co nam przekazali. To wszystko jest nadal aktualne. Żydzi nie zmieniają się i nie zmieniają swoich zasad i zachowań wobec nieżydów. I co najważniejsze – Żydzi są wśród nas, więcej ich jest, o wiele więcej niż nam się wydaje.

Kryzys 1929

Kryzys z 1929 roku powszechnie uważa się za największy w historii gospodarczej świata. Na jego temat napisano wiele książek, analiz, artykułów. Był to kryzys globalny, bo objął nie tylko Stany Zjednoczone, ale też kraje europejskie, które były w dużym stopniu uzależnione od Ameryki. Co było jego przyczyną? Panika na giełdzie, objawiająca się masową wyprzedażą akcji. A skąd ona się wzięła? Kiedy byłem w wojsku, to panika ogarniała jednostkę, gdy ktoś, wysoki rangą, przyjeżdżał na inspekcję. Im wyższy rangą, tym większa panika. Jednak w przypadku giełdy trudno wskazać winowajcę, bo działa z ukrycia i anonimowo. Pomocna tu będzie stara rzymska zasada: is fecit, cui prodest (ten zrobił, komu to przynosi korzyść). Co się pojawiło po kryzysie? New Deal – Nowy Ład. Brzmi znajomo? To byli ci sami chłopcy z ferajny, którzy stręczą nam dziś „nową normalność”. Wywołanie tamtego kryzysu było jednym z etapów prowadzących do obecnej rzeczywistości. Ale nie tylko New Deal! Kryzys rozprawił się też z tą częścią amerykańskiego sektora bankowego, która nie była żydowską. W Niemczech kryzys był jeszcze większy niż w Ameryce i ułatwił Hitlerowi realizację jego celów. Po takim przejściu i hiperinflacji z 1923 roku społeczeństwo niemieckie było bardziej skłonne zaakceptować system totalitarny. Bez tego kryzysu nie byłoby prawdopodobnie II wojny światowej.

W poprzednim blogu pisałem o kryzysie finansowym z 1914 roku, który trwał cztery miesiące i hiperinflacji w Niemczech, która trwała niewiele ponad pól roku. W przypadku kryzysu z 1929 roku męczono ludzi ponad cztery lata. Jak więc widać, jak się chce, to można szybko go przezwyciężyć, a jak się nie chce, to ciągnie się go latami.

Szukając w internecie informacji na temat tego kryzysu, trafia się, na ogół, na trywialne opracowania i analizy. Takie czasy. O wiele lepiej wygląda to w książkach sprzed 20 czy 30 lat. One wprawdzie też musiały być poprawne politycznie, ale jest w nich trochę więcej informacji, z których można wyciągnąć jakieś wnioski i zrozumieć, czym był ten kryzys, po co został wywołany i przez kogo.

Rondo Cameron w książce Historia gospodarcza świata pisze:

„W przeciwieństwie do Europy Stany Zjednoczone wyszły z wojny silniejsze niż kiedykolwiek. Z punktu widzenia czysto gospodarczego stały się z (per saldo) dłużnika (per saldo) wierzycielem. Odebrały producentom europejskim krajowe i zagraniczne rynki zbytu i zapewniły sobie wysokie dodatnie saldo bilansu handlowego. Wydawało się, że rozporządzając masowymi rynkami, rosnącą liczbą ludności i szybko rozwijającą się techniką, znalazły klucz do wiecznej pomyślności gospodarczej. Chociaż tak jak Europa przeżyły w latach 1920-1921 ostrą depresję, okazało się, że był to spadek krótkotrwały i przez niemal 10 lat trwał w USA wzrost gospodarczy z jedynie krótkotrwałymi fluktuacjami.”

Skoro Stany Zjednoczone wyszły z tej wojny silniejsze niż kiedykolwiek, to wypada sobie zadać pytanie, czy przypadkiem nie po to ta wojna została wywołana. Wraz z Arabami przychodzą Żydzi na Półwysep Iberyjski i trwają tam do czasu wielkich odkryć geograficznych Portugalczyków i Hiszpanów. Po ich wypędzeniu w 1492 roku, część z nich przenosi się do Holandii i Holandia staje się potęgą morską. W czasach, gdy Francja jest największą potęgą w Europie, Żydzi robią tam rewolucję. Gdy Anglia zaczyna dominować, ich tam też nie brakuje. Szybko trafiają do koloni w Ameryce i przejmują kontrolę nad nowym krajem. Na kontynencie europejskim Niemcy znaczą najwięcej i wykorzystują oni to państwo w obu wojnach światowych. Po pierwszej – Ameryka, którą kontrolują, staje się niekwestionowaną potęgą, po drugiej, tworzą podwaliny pod rząd światowy – ONZ i jego agendy.

„Latem 1928 roku amerykańscy bankierzy i w ogóle amerykańscy inwestorzy przestali kupować niemieckie i inne zagraniczne obligacje i zaczęli lokować swe pieniądze na giełdzie nowojorskiej, która przeżyła w związku z tym spektakularny wzrost obrotów. Podczas boomu spekulacyjnego – „wielkiego rynku byka” – wiele osób o skromnych zasobach odczuło pokusę nabywania akcji na kredyt. W końcu lata 1929 roku Europa wyraźnie już odczuła efekty zaprzestania przez Amerykanów lokowania pieniędzy za granicą. Przerwany został nawet wzrost gospodarczy w samej Ameryce. Produkt narodowy brutto USA osiągnął wielkość szczytową w pierwszym kwartale 1929 roku, a potem zaczął się stopniowo zmniejszać. Amerykańska produkcja samochodów zmniejszyła się z 622 000 w marcu do 416 000 we wrześniu. W Europie Wieka Brytania, Niemcy i Włochy znalazły się już w samym środku depresji gospodarczej. Ale w warunkach rekordowo rekordowo wysokich kursów akcji ani amerykańscy inwestorzy, ani amerykańscy urzędnicy publicznie nie przywiązywali większej wagi do tych niepokojących sygnałów.”

Cameron pisze, że wiele osób o skromnych zasobach odczuło pokusę nabywania akcji na kredyt. One mogły odczuwać pokusę, ale gdyby banki nie dały im tego kredytu, to skończyłoby się na pokusie. Gdy ja w 1992 roku zaczynałem działalność gospodarczą od kredytu, to musiałem mieć na ten kredyt pełne zabezpieczenie. To banki decydują, komu dają pieniądze i na jakich warunkach, a tym samym to one kreują rzeczywistość finansową. Mogą wykreować krach i wielki boom inwestycyjny, w zależności od tego, czy będą zwiększać ilość pieniądza na rynku, czy – zmniejszać.

„24 października 1929 roku – dzień ten przeszedł do historii finansów amerykańskich jako „czarny czwartek” – fala panicznej wyprzedaży akcji wywołała gwałtowny spadek ich kursów i wyeliminowała miliony dolarów fikcyjnej wartości papierów wartościowych. Następna fala wyprzedaży – „czarny wtorek” – wystąpiła 29 października. Indeks cen papierów wartościowych, który 3 września osiągnął szczytowy poziom 381 (rok 1926 = 100), spadł 13 listopada do 198… i spadał nadal. Banki zaczęły żądać zwrotu pożyczek, co zmusiło kolejnych inwestorów do rzucenia akcji na rynek bez względu na cenę, jaką można było za nie uzyskać. Amerykanie, inwestujący w Europie, nie tylko zaprzestali nowych inwestycji, ale sprzedawali swe dotychczasowe aktywa, by repatriować fundusze. Przez cały rok 1930 trwało takie wycofywanie kapitału z Europy, wywołując nieznośnie napięcia w całym systemie finansowym. Rynki finansowe ustabilizowały się, ale spadały (i nadal spadały) ceny surowców i w rezultacie skutki tego zaczęły odczuwać takie kraje, jak Argentyna czy Australia.

Krach giełdowy nie był przyczyną depresji – która już się rozpoczęła zarówno w Stanach Zjednoczonych, jak i w Europie – ale był wyraźnym sygnałem jej wystąpienia. Miesięczna produkcja samochodów w Stanach Zjednoczonych spadła w grudniu do 92 500 sztuk, a bezrobocie w Niemczech wzrosło do 2 mln osób. W pierwszym kwartale 1931 roku ogólne obroty handlu zagranicznego spadły do poziomu niższego od dwu trzecich ich wartości w analogicznym okresie roku 1929.”

Fala panicznej wyprzedaży akcji wywołała gwałtowny spadek ich kursów. Ale skąd wzięła się ta paniczna fala? Tak sama z siebie chyba nie mogła się wziąć. Albo ktoś puścił plotkę wśród inwestorów, albo jakiś większy inwestor rzucił na rynek potężny pakiet akcji, co zapoczątkowało panikę i dalszy spadek cen akcji. Tylko, że to niewygodna prawda, niepasująca do teorii finansowych. Pierwsza fala wyprzedaży miała miejsce 24 października, a następna pięć dni później. A w międzyczasie nic się nie działo? Tak jakby ktoś się umówił. A może dwóch większych inwestorów rzuciło na rynek swoje akcje w pięciodniowym odstępie. I żeby jeszcze pogorszyć sytuację banki zaczęły żądać zwrotu pożyczek. To na jakich warunkach udzielano tych pożyczek, kto je brał i kto ustalał warunki ich spłaty?

Jeśli obroty handlowe spadają o ponad 1/3 w pierwszym kwartale 1931 roku w porównaniu do analogicznego okresu z 1929 roku, to to jest dowód na depresję, według Camerona. Obroty handlowe spadną, gdy część pieniędzy zostanie wycofana z rynku i przerzuci się je na giełdę, na której wywoła się krach i już mamy wytłumaczenie: recesja na rynku, spadek produkcji, co negatywnie odbija się na giełdzie i mamy krach. Wszystko wyreżyserowane, a później dorabia się do tego teorię, najlepiej naukową. Ci, którzy rządzą pieniędzmi mają władzę nad wszystkim. Mogą ograniczyć dopływ pieniądza na rynek lub „wrzucić” go w takiej ilości, że spowodują inflację lub hiperinflację, ale mogą też tak pokierować tym strumieniem pieniędzy, że zażegnają niebezpieczeństwo.

„Co spowodowało depresję? Choć minęło już 60 lat, nie ma co do tego zgody. Zdaniem jednych były to głównie przyczyny monetarne – drastyczny spadek ilości pieniądza w głównych krajach uprzemysłowionych, zwłaszcza w Stanach Zjednoczonych, i rozszerzanie się jego efektów na resztę świata. Zdaniem innych, przyczyn należy szukać w „realnej” gospodarce: w niezależnym spadku konsumpcji i wydatków inwestycyjnych rozszerzającym się na całą gospodarkę, a później na cały świat za pośrednictwem mechanizmu mnożnikowo-akceleratorowego. Proponuje się też inne wyjaśnienia – przyczynami depresji miały być: uprzednia depresja w rolnictwie, skrajne uzależnienie krajów Trzeciego Świata od niestabilnych rynków zbytu produktów działu pierwszego, niedostateczne rozmiary – lub zły rozdział – światowych rezerw złota itd. Istnieje też pogląd eklektyczny – przyczyną nie był jeden czynnik, lecz nieszczęśliwy zbieg różnych wydarzeń i okoliczności zarówno monetarnych, jak i niemonetarnych. Można też dowodzić, że korzenie owych wydarzeń i okoliczności sięgają w jakiejś mierze (być może w dużej) pierwszej wojny światowej i rozstrzygnięć pokojowych, które po niej nastąpiły. Załamanie się systemu waluty złotej, zakłócenia w handlu, których nigdy w pełni nie usunięto, i wreszcie nacjonalistyczna polityka gospodarcza lat dwudziestych – wszystko to przyczyniło się do wywołania depresji.”

Prawda jest zawarta w pierwszym zdaniu. Tylko kto spowodował ten drastyczny spadek ilości pieniądza? Krasnoludki? Ja oczywiście rozumiem, że autor nie mógł otwarcie napisać, bo w takiej rzeczywistości żyliśmy i nadal żyjemy. Ale przynajmniej z tego, co pisze, można wyciągnąć jakieś wnioski. Reszta to już zupełny bełkot, mający za zadanie zneutralizować pierwsze zdanie i wywołać zamęt w głowie czytelnika. Niezależny spadek konsumpcji i wydatków inwestycyjnych, rozszerzający się na cały świat za pośrednictwem mechanizmu mnożnikowo-akceleratorowego. Co to jest niezależny spadek konsumpcji? Niezależny od czego, czy od kogo? Czyli że ludzie niezależnie od siebie postanawiają zmniejszyć konsumpcję? Przecież całe te lata dwudzieste w Ameryce to „szalone lata dwudzieste” (Roaring Twenties), szalone zakupy i szalona konsumpcja. Być może państwa europejskie prowadziły wobec siebie nacjonalistyczną politykę gospodarczą, ale nie wobec Stanów Zjednoczonych, od których kredytów były uzależnione i otworzyły dla nich swoje rynki. Do 1928 roku Amerykanie inwestowali w Europie bez przeszkód i dopiero, gdy wycofali się, zaczęły się problemy.

„W przemówieniach przedwyborczych Roosevelt wzywał do Nowego Ładu w Ameryce. Podczas słynnych stu dni po objęciu przez niego urzędu pozytywnie nastawiony doń Kongres spełniał wolę prezydenta i w bezprecedensowym tempie uchwalał nowe ustawy. Podczas pierwszej kadencji Roosevelta uchwalono więcej ustaw niż za rządów jakiegokolwiek prezydenta. Dotyczyły głównie ożywienia gospodarczego i reform społecznych w dziedzinie rolnictwa, bankowości, systemu walutowego, rynku papierów wartościowych, pracy, bezpieczeństwa socjalnego, zdrowia, mieszkalnictwa, transportu i komunikacji, bogactwo naturalnych – w istocie wszystkich aspektów amerykańskiej gospodarki i amerykańskiego społeczeństwa.”

Tak więc państwo zaczęło kontrolować całą gospodarkę i wszelkie aspekty życia społecznego. System ten był bardzo zbliżony, jak pisał Cameron, do faszystowskiego systemu organizacji przemysłu we Włoszech, tyle że bez brutalności tamtego i bez metod państwa policyjnego.

O kryzysie 1929 roku pisał też w swojej książce Potęga pieniądza Niall Ferguson:

»16 października 1929 roku Irving Fisher, profesor ekonomii z Yale University, stwierdził, iż wszystko wskazuje na to, że „ceny amerykańskich akcji ustabilizowały się na trwałe na wysokim poziomie”. Osiem dni później, w „czarny czwartek” Indeks Dow Jones spadł o 2%. Przyjmuje się, że właśnie wtedy rozpoczął się krach na Wall Street, chociaż w istocie rynek osłabiał się od początku września i przeżył już nagły sześcioprocentowy spadek 23 października. W „czarny poniedziałek” (28 października) Dow Jones spadł o 13%, a następnego dnia o dalsze 12%. W ciągu następnych trzech lat akcje na giełdzie amerykańskiej straciły aż 89% wartości, najniższy poziom osiągając w lipcu 1932 roku. Indeks giełdowy odzyskał swój najwyższy poziom z roku 1929 dopiero w listopadzie 1954 roku. Co gorsza, spadek cen akcji zbiegł się z największym kryzysem gospodarczym w dziejach świata (a niektórzy twierdzą, że nawet go wywołał). W Stanach Zjednoczonych produkcja spadła o jedną trzecią. Bezrobocie dotknęło jedną czwartą siły roboczej, a nawet jedną trzecią, jeśli zastosować dzisiejsze przeliczniki. Była to globalna katastrofa, która spowodowała spadek cen i produkcji w gospodarkach niemal wszystkich krajów świata, chociaż tylko w Niemczech kryzys okazał się głębszy niż w Ameryce. Handel światowy skurczył się o jedną trzecią, ponieważ poszczególne państwa próbowały na próżno ratować się, wprowadzając bariery celne i kwoty importowe. Międzynarodowy system finansowy rozpadł się z powodu masowych przypadków niepłacenia zadłużenia, kontroli kapitału i deprecjacji walut.«

U Fergusona, inaczej niż u Camerona, kryzys rozwijał się stopniowo, bo od początku września rynek osłabiał się i przeżył nagły 6% spadek 23 października, o którym Cameron nie wspomina. Natomiast system finansowy rozpadł się z powodu masowych przypadków niespłacenia zadłużenia. Tylko kto komu nie spłacał tego zadłużenia? O tym Ferguson nie wspomina. Rozpadł się też z powodu kontroli kapitału. Kto kontrolował ten kapitał i dlaczego ta kontrola okazała się tak zgubna? O tym też nie wspomina. Deprecjacja walut. Jakich walut? O tym również nie wspomina. Parytet złota przyjęty w 1900 roku wynosił 20,67 dolara, a przyjęty w 1934 roku 35 dolarów za uncję. Tak więc dolar zachowywał swoją wartość w czasie kryzysu. Tak to się wszystko tłumaczy: wymienia się przyczyny bez żadnego uzasadnienia. A wszystko po to, by nie mówić prawdy.

„W roku 1929 wyemitowano akcje o wartości 6 miliardów dolarów, z czego aż jedną szóstą we wrześniu. Powstawały nowe instytucje finansowe zwane funduszami inwestycyjnymi, które miały zarabiać na boomie giełdowym. W tym samym czasie wielu drobnych inwestorów (jak choćby Irving Fisher) korzystało z dźwigni finansowej, aby zwiększyć pulę posiadanych przez siebie akcji. Sięgali w tym celu po pożyczki maklerskie (udzielane często przez firmy, a nie banki) i dzięki nim nabywali akcje na zasadzie buy on margin, to znaczy płacąc tylko część ceny nabywczej z własnych pieniędzy.”

Jak widać nawet profesor ekonomii na Uniwersytecie Yale, Irving Fisher, załapał się na tę bańkę giełdową. Żydowscy macherzy od finansów mają wielowiekowe doświadczenia w okradaniu gojów. Roztropniej jest więc nie próbować ich przechytrzać na tym polu. Raczej należałoby ich pozbawić władzy nad pieniądzem, ich najpotężniejszej broni.

„W jednej z najważniejszych prac na temat historii gospodarki amerykańskiej Milton Friedman i Anna Schwartz dowodzą, że główną odpowiedzialność za rozmiary wielkiego kryzysu ponosi System Rezerwy Federalnej. Nie obwiniają oni banku centralnego za samo powstanie bańki spekulacyjnej, przekonując , że za czasów Benjamina Stronga w Banku Rezerw Federalnych w Nowym Jorku osiągnięto rozsądną równowagę między zewnętrznymi zobowiązaniami Stanów Zjednoczonych do utrzymania przywróconego systemu waluty złotej a wewnętrznym obowiązkiem zachowania stabilności cen. Dzięki sterylizacji ogromnego napływu złota do Stanów Zjednoczonych (co uchroniło kraj przed ekspansją monetarną) System Rezerwy Federalnej zapobiegł prawdopodobnie jeszcze większemu rozdęciu bańki spekulacyjnej.”

W tym miejscu wypada przerwać ten cytat i wyjaśnić, co to jest ta sterylizacja w sensie ekonomicznym. Wikipedia tak to opisuje:

„Sterylizacja – polityka centralnych władz monetarnych kraju, której celem jest sprawienie, by deficyt bądź nadwyżka w bilansie płatniczym nie wpływały na podaż pieniądza na rynku krajowym.

W przypadku zapobiegania spadku podaży pieniądza na skutek deficytu bilansu płatniczego, władze skupują papiery wartościowe, w wyniku czego zwiększa się składnik krajowy bazy monetarnej, co powoduje zwiększenie się podaży pieniądza.

W przypadku zapobiegania wzrostu podaży pieniądza na skutek nadwyżki bilansu płatniczego, władze zwiększają podaż papierów wartościowych, w wyniku czego zmniejsza się składnik krajowy bazy monetarnej, co powoduje zmniejszenie się podaży pieniądza.”

Ja wiem, że język polski jest trudnym językiem, szczególnie dla obcokrajowców, ale my nie mamy innego i powinniśmy o niego dbać. Bo jeśli nie dbamy o swój język, to znaczy, że nie szanujemy samych siebie. Czasownik „zapobiegać” wymaga celownika, a więc zapobiegać spadkowi i wzrostowi. To można sprawdzić w Wikisłowniku. Ale nie tylko redaktorzy Wikipedii mają problem z celownikiem. Kiedyś niejaki Ziobro, z PiS-u, miał problem z odmianą w nim imienia i nazwiska – Donald Tusk. Wyszło mu – Donaldu Tusku, zamiast Donaldowi Tuskowi. Trudny jest ten polski język, nawet bardzo trudny.

Dzięki sterylizacji ogromnego napływu złota do Stanów Zjednoczonych (co uchroniło kraj przed ekspansją monetarną) System Rezerwy Federalnej zapobiegł prawdopodobnie jeszcze większemu rozdęciu bańki spekulacyjnej.

Skąd się wziął ten ogromny napływ złota do Stanów Zjednoczonych? Tego Ferguson nie wyjaśnia. Ale Cameron pisał o tym, że w 1928 roku Amerykanie zaczęli wycofywać swój kapitał z Europy. Zapewne żądali wypłat w dolarach, a Europejczycy ich nie mieli, bo wydali na inwestycje. Mogli pozyskać dolary tylko w jeden sposób, sprzedając swoje rezerwy złota. A dlaczego Amerykanie zaczęli wycofywać swój kapitał? Żeby go lokować na giełdzie nowojorskiej. Mieli więc Amerykanie, czyli amerykańscy Żydzi, złoto i dolary Europejczyków. Mogli więc wszystko i zdecydowali, że zrobią kryzys.

„Nowojorski Bank Rezerw Federalnych zareagował też skutecznie na wybuch paniki w październiku 1929 roku, przeprowadzając zakrojone na szeroką skalę (i bezprawne) operacje otwartego rynku (tzn. skupując obligacje od sektora finansowego), aby zasilić rynek świeżym zastrzykiem gotówki. Jednak po śmierci Stronga, który zmarł na gruźlicę w październiku 1928 roku, Zarząd Rezerwy Federalnej w Waszyngtonie zaczął wywierać decydujący wpływ na politykę monetarną, co przyniosło katastrofalne skutki.”

Tu pisze otwartym tekstem, że wszystkiemu był winien Fed. A kto za nim stał i komu to służyło? Wywierać decydujący wpływ na politykę monetarną oznacza, mówiąc wprost – wprowadzanie na rynek gotówki, bądź jej wycofywanie i decydowanie o tym, komu dajemy, a komu zabieramy, kto ma przetrwać, a kto ma zostać wyeliminowany z rynku. Ta właśnie działa „wolny rynek”.

„Po pierwsze, nie podjęto odpowiednich kroków, aby przeciwdziałać się kurczeniu (kontrakcji) kredytów, spowodowanemu upadkiem kolejnych banków. Problem ten dał o sobie znać już kilkanaście miesięcy przed krachem giełdowym, kiedy banki komercyjne dysponujące depozytami na sumę 80 milionów dolarów zawiesiły wypłaty. Moment krytyczny nastąpił jednak dopiero w listopadzie i grudniu 1930 roku, kiedy upadło 608 banków posiadających depozyty o łącznej sumie 550 milionów dolarów, wśród nich bank Stanów Zjednoczonych (Bank of United States), odpowiedzialny za utratę ponad jednej trzeciej wszystkich depozytów. Fiasko rozmów w sprawie fuzji, która mogła jeszcze uratować Bank Stanów Zjednoczonych, miało decydujące znaczenie dla dalszych dziejów wielkiego kryzysu.”

A więc ktoś nie chciał ratować Banku Stanów Zjednoczonych. Widocznie miał w tym jakiś cel. Ale kto to był? Fed?

„Po drugie w systemie, który obowiązywał przed rokiem 1913, to znaczy przed utworzeniem Rezerwy Federalnej, kryzys tego rodzaju spowodowałby ograniczenie wymiany depozytów bankowych na złoto. Fed pogorszył jednak dodatkowo sytuację, ograniczając dostępność i wielkość kredytu (grudzień 1930 – kwiecień 1931). Zmusiło to kolejne banki do wyprzedaży aktywów w rozpaczliwej pogoni za gotówką, co spowodowało spadek cen obligacji i doprowadziło do ogólnego pogorszenia sytuacji. Następna fala upadłości banków, która miała miejsce między lutym a sierpniem 1931 roku, spowodowała spadek depozytów w bankach komercyjnych o 2,7 miliona dolarów (prawdopodobnie nie miliona tylko miliarda – przyp. mój), co stanowiło 9% ogólnej liczby depozytów.

Po trzecie, kiedy Wielka Brytania we wrześniu 1931 roku porzuciła system waluty złotej, w wyniku czego zagraniczne banki zaczęły masowo zamieniać swoje zasoby dolarowe na złoto, Fed podniósł stopę dyskontową do 3,5%. Powstrzymało to odpływ, ale zepchnęło kolejne banki amerykańskie na skraj bankructwa. Między sierpniem 1931 roku a styczniem 1932 roku zbankrutowało 1860 banków, w których zgromadzono depozyty na kwotę 1,45 miliarda dolarów. Fed miał jednak pod dostatkiem złota. W przeddzień załamania funta zapasy amerykańskiego złota, warte 4,7 miliarda dolarów, były najwyższe w historii i stanowiły 40% wszystkich światowych zapasów. Nawet w październiku 1931 roku, kiedy osiągnęły najniższy poziom, rezerwy złota w amerykańskim banku centralnym przewyższały wymagane prawem pokrycie o ponad miliard dolarów.

Po czwarte, tylko w kwietniu 1932 roku pod wpływem nacisków politycznych Fed przeprowadził zakrojone na szeroką skalę operacje otwartego rynku. Był to pierwszy poważny krok podjęty przez Rezerwę Federalną w celu przeciwdziałania kryzysowi płynności. Lecz nawet to nie wystarczyło, aby zapobiec kolejnej i ostatniej już fali upadłości w sektorze bankowym w czwartym kwartale 1932 roku, która doprowadziła do pierwszych ogólnokrajowych wakacji bankowych, to znaczy do czasowego zamknięcie wszystkich banków.

Po piąte, kiedy pogłoski o tym, że nowa administracja prezydenta Roosevelta ma zamiar zdewaluować dolara, spowodowały zarówno na rynku krajowym, jak i zagranicznym ucieczkę o dolara w stronę złota. Fed po raz kolejny podniósł stopy dyskontowe, co doprowadziło do ogólnokrajowych wakacji bankowych ogłoszonych przez Roosevelta 6 marca 1933 roku, dwa dni po jego zaprzysiężeniu. Ponad 2000 banków miało już nigdy nie wrócić z tych wakacji.

Upadek około 10 tysięcy banków, któremu Fed nie potrafił zapobiec, miał kluczowe znaczenie dla przebiegu wielkiego kryzysu nie tylko z powodu wstrząsu, jakim był dla klientów, którzy stracili swoje oszczędności, czy dla akcjonariuszy, którzy stracili swoje udziały, ale także z powodu ogólnego wpływu na podaż pieniądza i portfel kredytów. W latach 1929-1933 obywatele zdołali zwiększyć swoje zasoby gotówkowe o 31%, rezerwy banków komercyjnych pozostały na niemal niezmienionym poziomie (banki, którym udało się przetrwać, zgromadziły nawet rezerwy dodatkowe), ale wartość depozytów w bankach komercyjnych spadła o 37%, a wartość pożyczek aż o 47%. Liczby bezwzględne pokazują niebezpieczną dynamikę „wielkiego regresu”. Zwiększenie zasobów gotówki w rękach obywateli o 1,2 miliarda dolarów osiągnięto kosztem skurczenia się depozytów bankowych o 15,6 miliarda dolarów i ograniczenia pożyczek bankowych o 19,6 miliardów dolarów, co stanowiło 19% amerykańskiego PKB z 1929 roku.

Zdaniem Friedmana i Schwartz, Fed powinien był zrobić wszystko, aby już od 1929 roku konsekwentnie zasilać system bankowy gotówką, przeprowadzając zakrojone na szeroką skale operacje otwartego rynku i ułatwiając dostęp do pożyczek poprzez tzw. okno dyskontowe. Twierdzą oni także, że mniejszą wagę należało przypisywać kwestii odpływu złota. W ostatnim czasie słychać także głosy, że problemem okazał się sam system waluty złotej przywrócony w okresie międzywojennym, ponieważ doprowadził on do rozprzestrzenienia się kryzysów (jak europejskie kryzysy bankowe i walutowe z 1931 roku) na cały świat.”

Można wypisywać bzdury typu, że winny jest system złotej waluty i inne farmazony. Papier wszystko wytrzyma, podobnie jak ekran monitora. Obaj autorzy piszą takie bzdury, że głowa mała, inaczej nie mogą, ale należy oddać im sprawiedliwość: zamieszczają też informacje, które pozwalają na zrozumienie, o co tak naprawdę w tym kryzysie chodziło. A chodziło o upieczenie wielu pieczeni na jednym ogniu. Jeśli czytam: Upadek około 10 tysięcy banków, któremu Fed nie potrafił zapobiec…, to zadaję sobie pytanie: nie potrafił, czy nie chciał?

Upadek około 10 tysięcy banków, któremu Fed nie potrafił zapobiec… (…) banki, którym udało się przetrwać, zgromadziły nawet rezerwy dodatkowe. A więc były banki, aż 10 tysięcy, które upadły, ale były i takie, którym udało się przetrwać i zgromadziły nawet rezerwy dodatkowe. Czyli co? W tych dziesięciu tysiącach banków pracowali sami debile? No bo, skoro były takie, które przetrwały i nawet zgromadziły rezerwy dodatkowe, to znaczy, że w nich pracowali geniusze. Z perspektywy debila tak to można oczywiście tłumaczyć.

Skoro w trakcie tego wielkiego kryzysu upadło tak wiele banków, to pewnie były to małe banki, może odpowiedniki naszych banków spółdzielczych. Prawdopodobnie były to banki amerykańskie, nie – żydowskie. Żydowskie banki zgromadziły nawet rezerwy dodatkowe. Żydowskie banki nie upadają (zbyt duży, by upaść). Potwierdza to nasza rzeczywistość. To, że w czasie kryzysu z roku 2008 upadł tylko jeden bank, bank Lehman Brothers, potwierdza tylko regułę. On upadł prawdopodobnie nie ze względów rynkowych, tylko dlatego, że ktoś tam komuś się postawił i za karę został zlikwidowany.

Kryzys z 1929 roku załatwiał parę spraw: likwidował nie żydowską konkurencję finansową w Ameryce, stwarzał w niej Nowy Porządek i ułatwiał Hitlerowi realizowanie swojej polityki, co w rezultacie doprowadziło do wojny. Kryzys w Niemczech był jeszcze głębszy niż w Ameryce. A jednak! Pomimo tak traumatycznych przeżyć, jak hiperinflacja z 1923 roku i kryzys z lat 1929-1933, społeczeństwo niemieckie tylko w 37% poparło Hitlera w wolnych wyborach. Nie przeszkodziło to Hitlerowi w dojściu do władzy, które to dojście umożliwiły mu gierki polityczne niemieckich elit politycznych.

Dzięki temu kryzysowi Żydzi osiągnęli wszystkie cele, jakie sobie postawili. Była to bardzo skomplikowana, w sensie logistycznym, akcja, wymagająca współpracy wielu ośrodków finansowych i politycznych. Bardziej chyba skomplikowana niż obie wojny. Jedyne z czym można ją porównać, to z obecnym kreowaniem kryzysu przez rząd światowy, który prawdopodobnie istniał już w tamtym czasie i był odpowiedzialny za tamten kryzys.

Hiperinflacja

Gdy zacząłem pisać ten blog, to jeszcze nie znałem najnowszej wypowiedzi lidera Góralskiego Veta, Sebastiana Pitonia, który straszył nas hiperinflacją, którą nam szykują globaliści. A ten blog jest poświęcony hiperinflacji, tej najsłynniejszej, niemieckiej, z 1923 roku, ale też innemu mało znanemu faktowi z 1914 roku. Pitoń, jako architekt, ma ambicję, by, jak Gaudi, projektować niekonwencjonalnie, dla wyjątkowych klientów, domy. I nie ma w tym nic zdrożnego. Każdy ma prawo do spełniania się w swoim zawodzie. Jeśli jednak wypowiada się w innych sprawach, to wypada zapoznać się uprzednio z tą tematyką. A on najwyraźniej tego nie zrobił, albo nie chciał, albo nie o to w tym wszystkim chodzi, tylko o to, by wykreować nowego guru, który pociągnie za sobą masy, jak Wałęsa, które obudzą się z ręką w nocniku.

Do czego prowadzi hiperinflacja? Prowadzi do tego, że ci, którzy mają kredyty, spłacają je za grosze. Obecnie kredyty ma również tzw. plebs, zatrudniony w korporacjach i plebs, prowadzący własną działalność gospodarczą (ja też należę do plebsu). Czy o to chodzi globalistom, by plebs stał się właścicielem swoich domów i swoich biznesów? Chodzi im dokładnie o odwrotną sytuację. O to, by ich pozbawić ich własności. Hiperinflacja jest ostatnią rzeczą, której chcą. Od lat drukują bez ograniczeń, a hiperinflacji nie ma. Jest inflacja i to każdy widzi.

To, z czym mamy obecnie do czynienia, to końcowe odliczanie. Kiedyś był nawet taki przebój „The final countdown” zespołu Europe. To końcowe odliczanie wieńczy dzieło wieloletnich, a właściwie to dzieło wielowiekowych zabiegów pewnej nacji, która wyspecjalizowała się w wywoływaniu kryzysów finansowych i wojen. Za największy kryzys finansowy w najnowszej historii świata uważa się ten z 1929 roku. Wszystkiego można się o nim dowiedzieć, tylko nie tego, jaka była jego przyczyna i kto go wywołał? Jakoś trudno mi uwierzyć w to, że te kryzysy finansowe, to jakieś plagi egipskie, które spadają na nas z przyczyn bliżej nieznanych.

Niektórzy jednak uważają, że był jeszcze większy kryzys, a właściwie krach giełdowy, ten z 1914 roku, o którym prawie nikt nie słyszał. Skoro był taki wielki, to dlaczego taki zamilczany na śmierć? Nie udało mi się w polskim internecie znaleźć nic na jego temat. Jedyne na co natrafiłem, to fragment z „Parkietu”:

„W ostatnim tygodniu lipca 1914 r., tuż przed wybuchem I wojny światowej, doszło bowiem do rynkowego krachu, który nadwerężył liberalny, zachodni ład gospodarczy, budowany od czasów rewolucji przemysłowej. Mimo że kryzys ten wstrząsnął fundamentami ówczesnego kapitalizmu, został niemal całkowicie pogrzebany w otchłani zapomnienia.” – Więcej nie mogłem przeczytać, bo reszta dostępna tylko prenumeratorom. A dlaczego został pogrzebany w otchłani zapomnienia?

Niall Ferguson w książce Potęga pieniądza pisze:

„Niektóre katastrofy finansowe mają swoje rzeczywiste przyczyny. Jeszcze gorszy krach giełdowy (niż ten z 1929 roku – przyp. mój) miał miejsce pod koniec lipca 1914 roku, kiedy wybuch I wojny światowej doprowadził do tak gwałtownych spadków notowań, że największe światowe giełdy – w tym giełda nowojorska – zmuszone były zawiesić działalność. Giełdy pozostały zamknięte od sierpnia aż do końca 1914 roku. Był to jednak skutek wojny światowej, która spadła na rynki finansowe jak grom z jasnego nieba. Znacznie trudniej wyjaśnić krach z października 1929 roku.”

Tyle napisał Fergusson na temat tego kryzysu, a w języku polskim w internecie, jak wspomniałem wyżej, nic nie można znaleźć. O wiele lepiej wygląda to w języku angielskim. Natknąłem się na takie opracowanie: „The Great Financial Crisis of 1914: What Can We Learn from Aldrich-Vreeland Emergency Currency? William L. Silber.” Poniżej wybrane fragmenty:

„W momencie wybuchu I wojny światowej, największy od pokolenia odpływ złota, stanowił podwójne zagrożenie dla amerykańskich finansów: wewnętrzny drenaż waluty z systemu bankowego i zewnętrzny – złota do Europy. System Rezerwy Federalnej, nowo zatwierdzony przez Kongres 23 grudnia 1913 r., latem 1914 r. pozostawał na uboczu, ofiara politycznych i administracyjnych zaniedbań.

Brak operacyjnego banku centralnego skłonił sekretarza skarbu Williama G. McAdoo do szukania rozwiązania na własną rękę. Zastosował taką formę kontroli kapitału, aby poradzić sobie z zagrożeniem zewnętrznym, zamykając giełdę nowojorską (NYSE) na ponad cztery miesiące, aby tym sposobem uniemożliwić Europejczykom sprzedaż swoich amerykańskich papierów wartościowych i zażądanie złota w zamian. Powołał się też na awaryjne postanowienia ustawy Aldricha-Vreelanda dotyczące waluty, aby poradzić sobie z zagrożeniem wewnętrznym, umożliwiając bankom emitowanie krajowych banknotów, ważnej formy waluty w czasach przed powstaniem Rezerwy Federalnej, bez formalnego wymogu, aby waluta ta miała pokrycie w obligacjach skarbowych Stanów Zjednoczonych.

W momencie wybuchu Wielkiej Wojny cudzoziemcy posiadali amerykańskie akcje i obligacje kolejowe o wartości ponad 4 miliardów dolarów, z czego 3 miliardy dolarów w rękach Brytyjczyków. Te papiery wartościowe były aktywami płynnymi i można je było szybko sprzedać na NYSE. W ramach standardu złota inwestorzy zagraniczni mogliby następnie wykorzystać swoje wpływy pieniężne na zakup metalu szlachetnego z amerykańskiego systemu bankowego. Obawa, że Stany Zjednoczone zrezygnują ze standardu złota, spowodowała, że wartość dolara na światowych rynkach była wyjątkowo niska.

Skala problemu zmusiła Amerykę do samoobrony: w momencie wybuchu wojny rezerwy w nowojorskich bankach zostałyby zmniejszone o połowę, gdyby Brytyjczycy sprzedali tylko pięć procent swoich udziałów. Ludzie wiedzieli, że banki próbowały oszczędzać rezerwy w 1907 roku, zawieszając wymienialność depozytów na gotówkę. W 1914 r. bankierzy obawiali się, że odpływ złota do Europy „wzbudzi strach” i spowoduje dodatkowe zapotrzebowanie na pieniądze, zanim zawieszenia zaczną obowiązywać. Bez działającego Systemu Rezerwy Federalnej, niedobór waluty spowodowałby runy na banki, podobne do tych, których doświadczyliśmy jesienią 1907 roku – tylko większe.

Kryzys rozpoczął się 27 lipca 1914 r. Zamiana dolarów na funty na rynku walutowym i wzrost kursu wymiany do 4,92 dolara za funta, cztery centy powyżej punktu eksportowego złota, spowodowały masowy wykup złota. 31 lipca 1914 r., gdy cena funta szterlinga nie spadła w odpowiedzi na rekordowy eksport złota, sekretarz skarbu McAdoo poprosił NYSE o jej zamknięcie. Gdyby obcokrajowcy nie mogli sprzedać swoich amerykańskich akcji, nie mogliby zdobyć dolarów i żądać złota w zamian. McAdoo odrzucił najprostsze rozwiązanie (które wybrał Nixon w 1971 roku – przyp. mój), odejście od standardu złota, jako zbyt niekorzystne dla amerykańskiej wiarygodności.

NYSE pozostawała zamknięta do 12 grudnia 1914 r., ograniczając sprzedaż amerykańskich papierów wartościowych przez obcokrajowców i hamując ich popyt na złoto. Ale groźba runu na amerykańskie rezerwy bankowe nie zniknęła. Amerykańskie długi denominowane w funtach brytyjskich zapadały w tym okresie, a amerykańscy pożyczkobiorcy potrzebowaliby funta szterlinga lub złota, aby wywiązać się ze swoich zobowiązań. Co więcej, prewencyjne podejmowanie gotówki z banków groziło zmniejszeniem rezerw w wyniku odpływu złota.

McAdoo dostrzegł potencjalne niebezpieczeństwo swojej polityki – zamknięcie giełdy pozostawiło rynki kapitałowe bez steru, a zalanie kraju awaryjną walutą groziło inflacją. Receptą McAdoo na zdławienie kryzysu była strategia ucieczki do przodu. 3 września 1914 roku zorganizował Biuro Ubezpieczeń od Ryzyka Wojennego, aby promować eksport bawełny i pszenicy do Europy. Eksport generowałby napływ złota jako płatności za towary amerykańskie, które mogłoby następnie regulować zagraniczne zobowiązania.

Polityka McAdoo zapobiegła panice. Banki nigdy nie wycofały się z obietnicy zamiany depozytów na walutę, a Departament Skarbu USA nigdy nie zrezygnował ze standardu złota, latem i jesienią 1914 r. 11 listopada 1914 r., mniej niż cztery miesiące po wybuchu kryzysu i cztery dni przed otwarciem Banków Rezerwy Federalnej, kurs dolara w stosunku do funta szterlinga spadł poniżej punktu eksportu złota i tym sposobem eksport złota ustał. Zniknęło zagrożenie dla amerykańskiego systemu finansowego.”

Tak więc „Parkiet” pisze o rynkowym krachu, Ferguson o krachu giełdowym, a Silber o wielkim kryzysie finansowym. Istotnie, był to wielki kryzys finansowy, który został zażegnany dzięki roztropnej polityce sekretarza skarbu McAdoo. Nie było więc rynkowego krachu ani krachu giełdowego. A nie było, bo zamknięto giełdę i banki, ale nie po to, by nie wywiązywać się ze swoich zobowiązań, tylko by znaleźć rozwiązanie, dzięki któremu nikt nie starci. Rozwiązanie nie w stylu finansowych macherów, którzy stanęli z boku. Może właśnie dlatego nic nie pisze się o tym kryzysie finansowym, bo nagle okazałoby się, że można znajdować takie rozwiązania, które nie służą okradaniu innych i nie prowadzą do głębokich zmian w funkcjonowaniu państw i ich gospodarek. To nie przypadkiem po kryzysie z 1929 roku wprowadzono tzw. New Deal, czyli nowy porządek. Ten kryzys trwał do 1933 roku, czyli cztery lata, a jego skutki były odczuwalne jeszcze długo później. Kryzys z lipca 1914 roku trwał tylko 4 miesiące. Dlatego tak o nim cicho.

Ale też wypada sobie zadać pytanie: dlaczego podjęto takie kroki i tak szybko uporano się z zagrożeniem? Czy dlatego, że dbano o interes drobnego inwestora czy ciułacza? No!!! To byłoby zbyt piękne, by było prawdziwe. Prawdopodobnie zostaliby narażeni na stary wielcy tego świata i stąd désintéressement, że się tak wyrażę w tym języku dyplomacji, FED-u, czyli Żydów. I może właśnie dlatego i przede wszystkim dlatego tak o nim cicho.

Tak działa elita finansowa, gdy chodzi o zabezpieczenie jej interesów. A jak działa, gdy chodzi o zrobienie dużych interesów? Duże interesy można zrobić na hiperinflacji, takiej jak w Republice Weimarskiej w 1923 roku. Rondo Cameron w swojej Historii gospodarczej świata pisze:

„W istocie, wobec gospodarczego osłabienia Europy i niepewnego stanu gospodarki międzynarodowej, Francja, Wielka Brytania i inne państwa alianckie mogły spłacić długi Stanom Zjednoczonym tylko pod warunkiem uzyskania podobnych sum w charakterze reparacji. Ale zdolność Niemiec do spłaty reparacji zależała w ostatecznym rachunku od ich zdolności do uzyskania takiej nadwyżki eksportu nad importem, która umożliwiłaby im zdobycie dostatecznej ilości obcych walut lub złota. Jednak ograniczenia gospodarcze narzucone Niemcom przez aliantów uniemożliwiły im uzyskanie nadwyżki wystarczającej na coroczne spłaty. W końcu lata 1922 roku, w wyniku obciążenia kraju spłatą reparacji (a także w efekcie działań spekulacyjnych), zaczęła katastrofalnie spadać wartość niemieckiej marki. W końcu roku nacisk, jakiemu podlegała marka, był już tak wielki, że Niemcy w ogóle zaprzestały spłat.

Wojska francuskie i belgijskie przystąpiły w styczniu 1923 roku do okupacji Ruhry, przejęły tamtejsze kopalnie węgla oraz koleje i próbowały zmusić niemieckich właścicieli kopalń i niemieckich robotników do dostaw węgla. Niemcy odpowiedzieli biernym oporem. Rząd niemiecki wydrukował ogromne ilości pieniądza papierowego na wypłaty rekompensacyjne dla robotników i pracodawców na obszarze Ruhry i w ten sposób wywołał falę nieopanowanej inflacji. W 1914 roku stosunek wartości niemieckiej marki w złocie do dolara wynosił jak 4,2:1. W końcu wojny 14 marek papierowych równało się jednemu dolarowi, w lipcu 1922 roku były to już 493 marki papierowe, a w styczniu 1923 roku – 17 792. Później spadek wartości marki odbywał się w postępie geometrycznym aż do 15 listopada 1923 roku, kiedy ostatnia zarejestrowana transakcja wymiany odbyła się po kursie 4,2 bln marek za jednego dolara. Marka była dosłownie mniej warta od papieru, na którym ją wydrukowano. W tym momencie władze walutowe zdemonetyzowały markę i zastąpiły ją nową jednostką pieniężną o nazwie rentenmark, równą bilionowi starych marek.”

Z tego fragmentu można wywnioskować, że praktycznie od zakończenia I wojny światowej, tak kierowano polityką i gospodarką, by doprowadzić do nowego konfliktu. Kierowano? Kto kierował? No chyba nietrudno się domyślić. Skoro narzucono Niemcom ograniczenia gospodarcze, to trudno, by byli w stanie spłacać reparacje. Zajęcie Ruhry, okręgu przemysłowego, który dostarczał 80% produkcji stali i węgla, musiało doprowadzić do załamania gospodarki. Ci, którzy o tym decydowali, doskonale zdawali sobie z tego sprawę.

W momencie, gdy kurs marki wobec dolara doszedł do biliona, zdecydowano się na wymianę waluty. Można by zapytać, dlaczego akurat wtedy? Sama wymiana waluty w trudnej sytuacji gospodarczej niczego nie rozwiązuje żadnego gospodarczego problemu. Po co była ta hiperinflacja? Wyjaśnia to Alan Bullock w swojej pracy Hitler – studium tyranii. Pisze on:

„Okupacja Ruhry zadała ostateczny cios marce. 1 lipca 1923 roku za dolara płacono już sto sześćdziesiąt tysięcy marek; 1 sierpnia – milion; 1 listopada – sto trzydzieści miliardów. Załamanie marki nie tylko kładło na obie łopatki handel i prowadziło do bankructwa interesów, ale oznaczało również brak żywności w większych miastach i bezrobocie; pociągało za sobą klasyczny skutek wszystkich katastrof ekonomicznych, bo sięgając także w dół dotykało każdego członka społeczeństwa w sposób, w jaki nie dotyka go żadne wydarzenie polityczne. Wszystkie oszczędności klasy średniej i pracującej stopniały za jednym zamachem, tak jak nie zdołałaby ich stopić żadna rewolucja, a jednocześnie siła nabywcza płac została zredukowana do zera. Gdyby nawet ktoś pracował do upadłego, nie zdołałby zakupić odzienia dla rodziny, a w dodatku pracy nie można było znaleźć.

Inflacja ta niezależnie od przyczyn, jakie ją wywołały – a były w społeczeństwie grupy ludzi, wśród nich przemysłowcy i obszarnicy, którzy z niej korzystali i starali się ją pogłębić we własnym interesie – wstrząsnęła podwalinami niemieckiego społeczeństwa, tak jak nie wstrząsnęły nimi ani wojna, ani rewolucja listopadowa 1918 roku, ani nawet traktat wersalski. Prawdziwą rewolucją w Niemczech była inflacja, bo zniszczyła nie tylko własność i wartość pieniądza, ale także wiarę we własność i w znaczenie pieniądza. Gwałtowne ataki Hitlera na zgniły, opanowany przez Żydów system, który dopuścił do tego, zaciekłe napaści na traktat wersalski i na rząd republikański za podpisanie go, znalazły oddźwięk w doprowadzonych do nędzy i rozpaczy szerokich warstwach niemieckiego społeczeństwa.”

Co było przyczyną tej hiperinflacji? Przecież sama z siebie nie bierze się ona. Ktoś musiał drukować te pieniądze, ale wcześniej ktoś musiał podjąć decyzję, by je drukować. Nie wszyscy stracili. Bullock pisze: „a były w społeczeństwie grupy ludzi, wśród nich przemysłowcy i obszarnicy, którzy z niej korzystali i starali się ją pogłębić we własnym interesie”. Z kolei Wikipedia pisze:

„Wskutek orzeczenia sądowego o spłacie kredytów z wiosny 1923, stanowiącego, że „marka marce równa” (niem. eine Mark gleich eine Mark), przedwojenne pożyczki zaciągnięte w markach złotych były spłacane w markach papierowych w stosunku 1:1. Wielu rolników i przedsiębiorców mogło szybko spłacić zaciągnięte wcześniej kredyty. Również skarb państwa spłacił długi wojenne w ten sposób – wykupując obligacje wojenne w kwocie 154 miliardów marek, których wartość nabywcza w listopadzie 1923 stanowiła 15,4 fenigów z 1913.”

Und hier ist der Hund begraben (I tu jest pies pogrzebany). A więc skorzystali, rolnicy i przedsiębiorcy, tak pisze Wikipedia, poprawna politycznie. Bullock pisze o obszarnikach i przemysłowcach, a to zupełnie co innego. Ale warto było do niej zajrzeć, bo nie mogłem zrozumieć, z jakiego powodu inflacja w postępie arytmetycznym, przekształciła się w inflację w postępie geometrycznym, czyli hiperinflację. Nic takiego się wtedy w Niemczech nie działo, poza tym jednym orzeczeniem sądowym. Właśnie po nim nastąpiła ta zmiana. I skorzystał skarb państwa, jak zwykle bezlitosny i bezduszny wobec swoich obywateli. Okradł tych patriotycznie nastawionych, którzy kupowali obligacje wojenne. Taka była „wdzięczność” rządu niemieckiego. Ale nie łudźmy się – inne rządy nie są lepsze. Z drugiej strony, ci obywatele sami są sobie winni, jeśli wierzą rządowi: „Karl Helfferich ówczesny sekretarz stanu w Urzędzie Skarbu Rzeszy (niem. Reichsschatzamt), popierał politykę zadłużania. Jak sugerował Helfferich w swoim przemówieniu przed Reichstagiem w 1915 r., wykup obligacji wojennych po zwycięskiej wojnie mógł być finansowany z reparacji wojennych uzyskanych przez Niemcy od przegranych.” – Wikipedia.

A co działo się później? Wikipedia tak pisze:

„15 października 1923 rząd Rzeszy powołał do życia Deutsche Rentenbank, który przejął zadanie emisji pieniądza od Reichsbanku i od 15 listopada 1923 rozpoczął emisję nowej waluty – Rentenmarki. Ponieważ rezerwy złota Rzeszy nie wystarczyły na pokrycie kapitału założycielskiego Rentenbanku, zaciągnięto kredyt pod hipotekę zakładów przemysłowych i gospodarstw rolnych znajdujących się w posiadaniu państwa – kredyt opiewał na sumę 3,2 miliarda Rentenmarek. Kurs nowej waluty – Rentenmarki – ustalono na 1:1012 (bilion) marki papierowej, co odpowiadało 4,2 Rentenmarki za dolara. (powrót do kursu złotej marki do dolara z 1914 roku – przyp. mój).

Rozporządzenie ograniczyło ilość pieniądza w obiegu do kwoty 3,2 miliarda Rentenmarek, ustalając również granicę 1,2 miliarda Rentenmarek do dyspozycji rządu. Pomimo tego, że finansowanie wydatków rządowych odbywało się prawie wyłącznie poprzez emisję dodatkowego pieniądza, Rentenbank nie zgodził się na podwyższenie tych pułapów. Reforma skutecznie ograniczyła ilość pieniądza w obiegu, zatrzymała inflację i wymusiła powrót do zbilansowanego budżetu.

Dzięki reformie, ograniczeniu pieniądza w obiegu i drastycznej konsolidacji budżetu udało się ustabilizować walutę – zaczęto mówić o cudzie Rentenmarki.

Rentenmarka była jedynie rozwiązaniem przejściowym, a 30 sierpnia 1924 zgodnie z planem Dawesa wprowadzono Reichsmarkę.

Chociaż hiperinflacja zakończyła się reformą walutową a Republika Weimarska przetrwała jeszcze przez ponad dekadę, wielu historyków uważa, że ówczesna sytuacja gospodarcza odegrała znaczącą role w dojściu nazistów i Adolfa Hitlera do władzy. Hiperinflacja poważnie zachwiała zaufaniem klasy średniej do instytucji liberalnych – członkowie klasy średniej mający oszczędności w gotówce i obligacjach byli najbardziej narażeni na straty. Spadło zaufanie do banków – wielu bankierów było pochodzenia żydowskiego, przez co niektórzy określali weimarskie banknoty o wysokich nominałach mianem żydowskiego confetti.”

To tyle Wikipedia, ale nie mogę się powstrzymać, by nie zacytować jeszcze jednego zdania, które mnie rozbawiało: W okresie międzywojennym zjawisko hiperinflacji niemieckiej tłumaczyły dwie teorie ekonomiczne: teoria bilansu płatniczego i ilościowa teoria pieniądza. To tylko jedno zdanie utwierdza mnie w przekonaniu, że ekonomia jest nauką, a może „nauką”, wymyśloną przez Żydów, by w sposób „naukowy” tłumaczyć gojom ich finansowe machlojki i robić im wodę z mózgu.

Liberum veto

Ostatnio pojawiła się oddolna inicjatywa przedsiębiorców, którzy mają już dość zakazów, które uniemożliwiają im prowadzenie działalności i zarabianie na życie. Iskra wyszła z gór, dlatego sprzeciw określono mianem Góralskiego Veta. Inicjatorzy protestu odwołują się w ten sposób do tradycji I Rzeczypospolitej i to jej liberum veto ma symbolizować ten oddolny ruch. Czy rzeczywiście jest to oddolny ruch? Czy rzeczywiście sądy, tak same z siebie, wydają wyroki korzystne dla przedsiębiorców? W Ameryce zablokowano, jeszcze urzędującemu wówczas prezydentowi, komunikowanie się poprzez media społecznościowe, a u nas, zbuntowana restauracja w Cieszynie wykorzystuje Facebook do komunikowania się z innymi, chcącymi iść w jej ślady, a Facebook ich nie blokuje. – Zastanawiające. Restauracja ta rozpoczęła swoją działalność w połowie lipca 2019 roku pod nazwą „U trzech braci”. Czy ci „bracia”, to tutaj tacy przypadkowi? Ja dobrze pamiętam początki Solidarności, nadzieje i entuzjazm, jaki nam towarzyszył i rozczarowanie, jakie później przyszło i refleksja, że to była ustawka. Kontrolę nad nią szybko przejęli ludzie z KOR-u. Skończyło się to stanem wojennym, który został wprowadzony bezprawnie.

Argument, że to, co robi rząd, jest bezprawne, jest wyjątkowo naiwny. Tak, jak naiwna jest wiara w to, że sądy wydają korzystne dla przedsiębiorców wyroki. Jeśli takie wydają, to dlatego, że tak mają robić. Być może celem tej akcji, jak dla mnie, zaplanowanej z premedytacją, jest wprowadzenie ostrzejszych rygorów, gdy Góralskie Veto rozejdzie się po kraju i nagle zacznie „wzrastać” liczba zakażonych. Dla rządu nie jest problemem sfabrykowanie odpowiednich statystyk. One od początku nie mają nic wspólnego z rzeczywistością.

Rząd, gdyby chciał, to w pięć minut spacyfikowałby to Góralskie Veto i tę cieszyńską restaurację. Stan wojenny z 1981 roku z dnia na dzień spacyfikował cały kraj. Inna sprawa, że rząd przygotowywał się do tego, prawdopodobnie, od jesieni 1980 roku, a może jeszcze wcześniej. A czy teraz on do czegoś nie przygotowuje się? Tego nie wiemy, ale taka „bezradność” rządu budzi niepokój – takie podpuszczanie. W 1981 roku też tak to wyglądało.

Wyskoczył ten przywódca Góralskiego Veta, Sebastian Pitoń, z nawiązaniem do tradycji I Rzeczypospolitej i jej liberum veto. No to spójrzmy, co to była za tradycja i czy rzeczywiście warto do niej nawiązywać.

W wyniku unii z 1569 roku Korona Królestwa Polskiego i Wielkie Księstwo Litewskie zostały przekształcone w związek dwóch państw, które łączyła:

  • osoba wybieranego wspólnie króla
  • sejm
  • polityka zagraniczna
  • system monetarny (wspólna waluta, ale odrębne jej bicie w każdym kraju)

Osobne były:

  • skarb
  • wojsko
  • kancelaria i urzędy ministerialne

Podstawowe zasady i elementy ustroju Rzeczypospolitej określano od 1573 roku mianem złotej wolności. Składały się na nie:

  • nietykalność osobista
  • wolna elekcja monarchy przez ogół szlachty
  • sejm
  • pacta conventa
  • wolność wyznawanej religii
  • rokosz – prawo szlachty do buntu przeciwko królowi, gdy ten złamie prawo lub naruszy zagwarantowane przywileje
  • liberum veto – prawo każdego pojedynczego deputowanego do sprzeciwienia się decyzji większości na sejmie
  • konfederacja – prawo do tworzenia lokalnych lub ogólnopaństwowych związków szlachty w celu osiągnięcia określonych celów politycznych

Tak to opisuje Wikipedia, ale nie wspomina o sejmikach, których znaczenie było nie mniejsze niż sejmu, a może nawet większe. To był kluczowy element ustrojowy I Rzeczypospolitej. Ale o nim w dalszej części bloga.

Wmawia się nam, że I Rzeczypospolita była państwem o wspaniałym ustroju, demokracją, jakiej świat nie widział, a liberum veto symbolem wolności. Taką narrację przyjęto po 1989 roku. Wcześniej wyglądało to trochę inaczej. Wielka Encyklopedia Powszechna, powstała za czasów PRL-u, tak pisze:

»Liberum Veto (łac., ‘wolne „nie pozwalam” ‘), w Polsce XVII-XVIII wieku przyjęta potocznie nazwa prawa zrywania sejmu, wyrażanego w okrzyku posła „nie pozwalam” lub „protestuje się”; protest zgłoszony przeciwko jednej z uchwał danego sejmu (bez obowiązku uzasadnienia) unieważniał wszystkie jego uchwały, które traktowano jako całość. Po raz pierwszy zerwał w ten sposób sejm w 1652 roku poseł upicki W. Siciński; w 1669 roku zerwano sejm przed upływem czasu przewidzianego na obrady, a w 1688 nawet przed wyborem marszałka. W pierwszej połowie XVIII wieku za Augusta II zakończyły się uchwałami tylko 4 sejmy, za Augusta III – tylko 1 sejm.

U podłoża liberum veto leżała praktyka wiązania posłów zaprzysięganą przez nich instrukcją, co przyczyniało się do odrzucenia zasady większości głosów („nic na nas bez nas”). Wśród znacznej części szlachty liberum veto uchodziło za „źrenicę wolności”, wyraz „głosu wolnego” szlacheckiej demokracji. W praktyce zasada jednomyślności i liberum veto wiązały się z wpływami wielkich rodów magnackich na sejmikach i sejmach, a także z interwencją państw obcych w wewnętrzne sprawy Rzeczypospolitej (gł. Prusy, Rosja i Francja).

Jednym ze środków zaradczych przeciwko liberum veto było chwilowe zawieszanie lub odraczanie obrad sejmu (limita). Bardziej skuteczne było zawiązywanie konfederacji, do której sejm przystępował, lub powoływanie jej przez sejm. Obowiązywała wówczas zasada większości głosów, a sejm skonfederowany nie mógł być zerwany.

Krytyka zasady jednomyślności i liberum veto oraz pierwsze reformy rozpoczęły się już w XVII wieku. Z postulatami zasadniczych zmian zmierzających do uzdrowienia polskiego sejmowania wystąpili przede wszystkim S. Leszczyński (Głos wolny wolność ubezpieczający 1749), S. Konarski (1760-64), J. Wybicki (1775). Reformy podjęte na Sejmie Czteroletnim zostały poprzedzone wystąpieniami H. Kołłątaja (1788-89) i S. Staszica (1787, 1790), którzy potępiając liberum veto, postulowali zamianę jednomyślności na nowoczesny system zwykłej lub kwalifikowanej większości głosów.

Reforma sejmowa podjęta w 1768 roku niewiele ograniczyła liberum veto, usunęła je tylko ze spraw drugorzędnych; Liberum veto pozostało jednym z praw kardynalnych. Ważniejsza była w tym czasie praktyka stałego konfederowania sejmów. Kres zasadzie jednomyślności i praktyce zrywania sejmów położyła dopiero Konstytucja 3 maja 1791.«

Encyklopedia podaje następujące źródła: W. Konopczyński Liberum veto, Kraków 1918; S. Kutrzeba Sejm walny dawnej Rzeczypospolitej Polskiej, Warszawa 1922; W. Czapliński Dwa sejmy roku 1652, Wrocław 1955.

W Wikipedii możemy m.in. przeczytać:

Liberum veto – zasada ustrojowa Rzeczypospolitej Obojga Narodów, dająca prawo każdemu z posłów biorących udział w obradach Sejmu do zerwania go i unieważnienia podjętych na nich uchwał.

Zasada ta powstała z zasady jednomyślności, a ta z kolei ze wspólnotowego charakteru Rzeczypospolitej, która w istocie rzeczy stanowiła federację ziem. Każdy z posłów był wybrany przez lokalny sejmik i reprezentował jeden okręg. Tym samym brał na siebie odpowiedzialność wobec sejmiku za wszystkie decyzje, które zapadną na Sejmie. Natomiast podejmowanie decyzji przez większość wbrew woli mniejszości (choćby tą mniejszością był tylko jeden sejmik) uznawano za łamanie zasady równości ustrojowej. Za zasadą jednomyślności przemawiały istotne względy praktyczne. W dawnej Polsce nie istniał bowiem urzędniczy aparat egzekucji prawa, utrzymywany przez samo państwo z pieniędzy podatników. Obowiązujące prawo egzekwowane było przez szlachtę – czy to indywidualnie, czy też zbiorowo. Funkcjonowanie władzy wykonawczej zależało więc od dobrowolnego wsparcia wszystkich obywateli. W takich warunkach próby egzekucji prawa niemającego za sobą powszechnego poparcia musiałyby więc być nieskuteczne lub – co gorsza – mogłyby prowadzić do wojny domowej.”

Jest to opis dosyć ogólnikowy i nie bardzo wiadomo, jak to wyglądało w praktyce. Norman Davies w swojej książce Boże Igrzysko opisuje to bardziej szczegółowo:

»Podstawową jednostką życia politycznego w Polsce i na Litwie był sejmik (zarówno ta nazwa, jak i nazwa „sejm” wywodzą się od starego czeskiego słowa ‘sejmowat’ – „zbierać się” lub „zwoływać”). Wykrystalizował się na przestrzeni XV w. z wcześniejszych form spotkań organizowanych przez szlachtę, przeważnie w celach wojskowych, i przekształcił się w stałą instytucję doradczą we wszystkich prowincjach Królestwa, a później Rzeczpospolitej. Moment przełomowy w jego dziejach nadszedł w r. 1454 w Nieszawie, na początku drugiej wojny krzyżackiej, kiedy to król zgodził się przyjąć zasadę, że nie będzie ani zwoływał wojska, ani też nakładał podatków bez uprzedniej konsultacji ze szlachtą. Od tego czasu szlachta każdej dzielnicy spotykała się w krótkich odstępach czasu dla omówienia własnych interesów w dziedzinie polityki i ustawodawstwa oraz rozważenia polityki króla. Gdy z biegiem czasu ustaliła się instytucja sejmu i trybunału koronnego, każdy sejmik ziemski wyznaczał delegatów, którzy mieli dbać o lokalne interesy swojej „ziemi” w okresach działalności centralnych organów ustawodawczych i sądowych. W XVI w. odbywały się już cztery rodzaje spotkań – czasem w tym samym czasie, czasem zaś kolejno. Sejmik poselski był zwoływany w celu wybrania dwóch posłów, których zadaniem było przekazywanie sejmowi „instrukcji” od szlachty danej prowincji; sejmik deputacki wybierał dwóch deputatów do trybunału koronnego, sejmik relacyjny zbierał się dla rozważenia uchwał; sejmik gospodarski wreszcie zbierał się dla zarządu nad handlem i skarbem danej prowincji oraz dla przeprowadzenia uchwał sejmowych w sprawach dotyczących podatków, służby wojskowej i użytkowania ziemi. Na zakończenie obrad sejmik wydawał ‘lauda’, czyli „postanowienia”, które miały pełną wagę prawną na terytorium objętym jego kompetencjami. Rezolucje te nie wymagały zatwierdzenia przez króla.

Trzeba sobie zatem zdać sprawę z faktu, że szlachta uważała się za najwyższą władzę w państwie, sejmiki zaś traktowała jako główną gałąź procesu ustawodawczego. Interesy centralnego rządu stanowiły jedynie jeden z aspektów jej debat, i to bynajmniej nie najistotniejszy. Propozycje ze strony króla, sejmu i urzędników państwowych przyjmowała z dużą rezerwą, jako wyraz zastrzeżeń w stosunku do jej własnej kompetencji; nie czuła się też zobowiązana do uległości i posłuszeństwa. Od posłów oczekiwano ścisłego trzymania się instrukcji: wymagano od nich przysięgi składanej „Wszechmogącemu Bogu w Trójcy jedynemu”, że „będą bronić naszej wolności” i nie dopuszczą „żadnych praw, które byłyby przeciwne instrukcjom”.«

Z tego opisu wynika, że większość spraw załatwiano na poziomie sejmików i posłów wiązały instrukcje od szlachty danej prowincji. Jednak ktoś tym wszystkim musiał rządzić. „W praktyce zasada jednomyślności i liberum veto wiązały się z wpływami wielkich rodów magnackich na sejmikach i sejmach, a także z interwencją państw obcych w wewnętrzne sprawy Rzeczypospolitej (gł. Prusy, Rosja i Francja).” – I pewnie ten wniosek nie jest daleki od prawdy.

W Wikipedii można jeszcze natknąć się na taki fragment:

„Zasada liberum veto była też wyrazem przekonania szlachty, że gdyby prawie wszyscy posłowie szlacheccy ulegli korupcji, to zawsze znajdzie się chociażby jeden nieprzekupiony, który sprzeciwi się przyjęciu szkodliwej ustawy. Jej istnienie związane było z trwającym od dziesięcioleci konfliktem pomiędzy majestatem królewskim i wolnością szlachecką (łac. inter maiestatem ac libertatem), przy czym za potencjalnego sprawcę praktyk korupcyjnych uważano króla.”

Takiego argumentu używa też lider Góralskiego Veta, tłumacząc powód, dla którego odwołuje się do tej tradycji. No cóż, najwyraźniej nie słyszał on o instrukcjach od szlachty danej ziemi, które obowiązywały posła tej ziemi. Ale nie ograniczało się to do samych instrukcji. Był jeszcze jeden czynnik, jeszcze ważniejszy, który całkowicie wypaczał działanie tej „demokracji szlacheckiej”. Temat szczegółowo opisany w blogu „Sztadlani”. Tu przytoczę z niego parę fragmentów.

Ten, który bierze, to jurgieltnik, a ten, który daje to – sztadlan. W tym wypadku jednak nie chodzi o przedstawicieli mocarstw ościennych, korumpujących polskich urzędników. Wikipedia tak definiuje to słowo: Sztadlan – reprezentant gmin żydowskich lub rzecznik interesów Żydów. W okresie I Rzeczypospolitej sztadlan był rzecznikiem Sejmu Czterech Ziem. Sztadlanami nazywano także przedstawicieli gmin żydowskich przysyłanych na Sejm walny lub sejmiki ziemskie w celu niedopuszczenia, również drogą przekupstwa posłów, do podjęcia uchwał niekorzystnych dla Żydów, przede wszystkim w sferze podatkowej.

Ks. dr Stanisław Trzeciak w książce „Talmud o gojach a kwestia żydowska w Polsce”, wydanej po raz pierwszy w 1939 roku, opisuje to bardzo dokładnie i nie jest to, niestety, lektura budująca. Tym niemniej warto chyba poznać tę gorzką prawdę. A pisze on tak:

»Na żydów jako czynnik polityczny w tym czasie niewiele albo wcale nie zwraca się uwagi. Możnowładcy, a później szlachta sprawowała wyłącznie rządy, krępując bardzo często najlepszą wolę Królów. Na żydów nie zwracało się wcale uwagi, a tymczasem ci żydzi, poznawszy, jak pisał w swej odezwie do nich pseudomesjasz Frank, że „szlachta polska, czego wam właśnie potrzeba jest dobra i głupia. Jej królowie nie byli od niej mędrsi, dla was zaś byli zawsze jeszcze lepsi niż ona”, wykorzystywali chytrze i podstępnie wszystkie słabości rządzących i mających władzę i przy pomocy „darów i upominków”, a raczej łapówek dochodzili do nadzwyczajnych wpływów. – Łapownictwo tak rozwinęli i wyspecjalizowali, że wytworzyli osobną instytucję „sztadlanów”, zaopatrzoną w osobnych funkcjonariuszy do przekupywania nawet najwybitniejszych osobistości. Urzędników tych zwanych „sztadlanami” wybierały gminy żydowskie bardzo skrupulatnie na przeciąg kilku lat. Mieli oni przy pomocy pieniędzy, zbieranych przez kahały i okręgi (ziemstwa) żydowskie, interweniować bardzo dyskretnie w urzędach, na sejmikach, na sejmie, u ministrów i na dworze królewskim, by odwrócić grożące żydom niebezpieczeństwa lub nie dopuścić do wyboru na posła człowieka nieżyczliwego żydom lub uniemożliwić ustawę dla nich nieprzychylną.

Przerażający i zgubny wpływ żydów przez łapownictwo kreśli Izak Lewin w krótkim artykule pt. „Udział żydów w wyborach sejmowych w dawnej Polsce”.

Zaraz na wstępie zaznacza, że należy uważać jako fakt, iż „na wybór posłów poniekąd i pośrednio na obrady sejmu wpływali niekiedy – żydzi.

„Była wprawdzie izba poselska reprezentacją jedynie stanową, obejmującą wyłącznie szlachtę oraz wyjątkowo przedstawicieli mieszczaństwa krakowskiego, ale wpływy się w niej odzywały zgoła różnorakie. – W dobie saskiej, kiedy zresztą na kilkadziesiąt zwołanych sejmów doszło do skutku zaledwie 5, postronne te wpływy wzięły już całkiem górę. Co więcej nawet bezpośrednio brali udział w obradach sejmowych ludzie wcale do tego nieuprawnieni. Widzowie na sali sejmowej tamowali obrady zupełnie bezkarnie. Niekiedy spychali ci arbitrzy posłów z ław i zajmowali ich miejsca. Niekiedy atakowali czynnie posłów jeszcze ostrzej, celując np. w głowę przemawiającego posła gruszką lub jabłkiem.

… W takich warunkach nie wyda się już dziwne liberum veto, wstrzymywanie activitatis i inne zwyczaje, które wyryły swe piętno na dawnym sejmie polskim. Czyż więc przy tym procederze trudno było zainteresowanym osobom postronnym znaleźć sobie odpowiedni wpływ?”

Rzecz jasna, jak z tego wynika, że tymi osobami postronnymi, które wykorzystywały „liberum veto”, zrywały sejmy, wstrzymywały wykonywanie powziętych praw i uchwał byli żydzi, łatwo im było znaleźć odpowiedni wpływ przy pomocy pieniędzy i pijaństwa.

„Podobnie łatwo można było wpłynąć i na wybór posłów, których wybierano na sejmikach wojewódzkich i ziemskich, dając im zobowiązujące instrukcje, do których spełnienia zobowiązywali się posłowie pod przysięgą”.

„Wiedzieli o tym dobrze żydzi polscy, że instrukcje poselskie ważyły mocno na sali obrad sejmowych. Wiedzieli, że gdyby w instrukcji zalecono jakąś krzywdę, np. zwiększenie (podatku) pogłównego lub coś podobnego, byłoby później ominięcie grożącej klęski bardzo trudne, a przede wszystkim bardzo kosztowne. Wiedzieli dalej, że każdy poseł może odegrać ważną rolę i że należy wytężyć siły, aby na sejm pojechali deputaci, dobrze wobec żydów usposobieni. Wszczynali tedy energiczne starania w tym kierunku i brali w ten sposób czynny udział w wyborach sejmowych.”«

Z przytoczonych wyżej cytatów wynika, że liberum veto wcale nie było takie liberum, jak niektórym naiwnym wydaje się. Ja mam taką wadę, że jak ktoś odwołuje się do tradycji I Rzeczypospolitej, to od razu zapala mi się czerwona lampka.

Wikipedia pisze też:

„Ogółem w XVII–XVIII wieku sejm zerwano 73 razy. Podział posłów zrywających sejm ze względu na pochodzenie wygląda następująco:

  • 28 posłów z ziem litewskich
  • 24 posłów z ziem Rusi
  • 12 posłów z ziem Wielkopolski i Mazowsza
  • 9 posłów z Małopolski

Trzy razy zerwał sejm reprezentant sejmiku wileńskiego, cztery razy upickiego. W pierwszej połowie XVIII Sejmy zrywano często, natomiast od 1764 roku za panowania Stanisława Augusta Poniatowskiego liberum veto wyszło praktycznie z użycia, zasada jednomyślności nie dotyczyła bowiem sejmów skonfederowanych. Posłowie zawiązywali więc konfederację na początku obrad, aby zapobiec ich zerwaniu.

Ważnym głosem w kwestii liberum veto jest stanowisko Pawła Jasienicy, który gorąco przeciwstawiał się łączeniu politycznej anarchii z polskością czy też polskim charakterem narodowym, zwracając uwagę, że ani jeden poseł z Poznańskiego nie zerwał sejmu przy pomocy veto, natomiast większość vetujących pochodziła z litewskiej części Rzeczypospolitej. Jasienica nie zgadza się ze stwierdzeniami, że „naród polski przez swoją anarchię sam przygotował rozbiory”. Utrzymuje on, że to nie polskie społeczeństwo, lecz władza przyczyniła się do utraty państwowości. Zwłaszcza ostatni Jagiellonowie w niedostatecznym stopniu dopuszczali do głosu szlachtę, której żądania zwiększenia realnej władzy królewskiej pozostawały w opozycji do łagodnej polityki dworu. Po śmierci Zygmunta II Augusta niedopuszczana do głosu szlachta zmuszona była bez przygotowania wybrać następcę tronu, co gorsza z marnych kandydatów. Gdy pogorszyła się sytuacja międzynarodowa, przyniosło to opłakane skutki.”

I Rzeczypospolita trwała niewiele ponad 200 lat. Liberum veto panowało od polowy XVII wieku do połowy XVIII wieku. Czy była to taka wielka tradycja i czy rzeczywiście jest się do czego odwoływać? Tradycja niewątpliwie niechlubna. Po co więc odgrzewać ten zatruty kotlet? Może po to, by dać innym sygnał, skąd nam nogi wyrastają i po której stronie barykady stoimy.

Gdybym ja chciał nawiązywać do tradycji I Rzeczypospolitej, o której mam jak najgorsze zdanie, to te Góralskie Veto nazwałbym Góralskim Rokoszem, bo rokosz to prawo szlachty do buntu przeciwko królowi, gdy ten złamie prawo lub naruszy zagwarantowane przywileje. Obecnie taki bunt nazywamy obywatelskim nieposłuszeństwem i jest on skierowany, nie przeciwko królowi, tylko przeciwko rządowi i dlatego nie nazywamy go rokoszem, tylko obywatelskim nieposłuszeństwem, bo dziś wszyscy obywatele mają takie prawa, jak niegdyś szlachta.

Z historii, tej prawdziwej, możemy dowiedzieć się o wiele więcej o teraźniejszości, niż wielu się wydaje. I dzięki niej możemy tę teraźniejszość łatwiej zrozumieć. Tylko komu chce się ją zgłębiać i docierać do różnych źródeł, nawet tych oficjalnych, z których też można czasem wyłowić jakąś ciekawą informację.

Pieniądze

Tak się jakoś dziwnie składa, że całe nasze życie kręci się wokół pieniędzy. Trudno, żeby było inaczej. Nie jesteśmy w stanie bez nich żyć. Wprawdzie Indianie w Puszczy Amazońskiej, Aborygeni czy Buszmeni obywają się bez pieniędzy, co więcej, ich nie można zaszantażować tym, że jak się nie zaszczepią, to nie wyjadą za granicę, czy nie będą mogli korzystać z usług państwowej służby zdrowia. Oni to wszystko mają w d….. Oni nawet nie wiedzą, co to jest pandemia i że ona jest. A my uwierzyliśmy w postęp, którego nie byłoby, gdyby nie kredyt. Tak! Taką ciemnotę wciskają nam międzynarodowi macherzy od finansów. Skoro więc wszystkiemu winny jest pieniądz, a właściwie pusty pieniądz, to wypada chyba zastanowić się nad tym czym on jest, jaka jest jego natura.

Jak zawsze w takich wypadkach należy zacząć od definicji. Wikipedia pisze tak:

Pieniądz – towar uznany w wyniku ogólnej zgody jako środek wymiany gospodarczej, w którym są wyrażone ceny i wartości wszystkich innych towarów. Jako waluta, krąży anonimowo od osoby do osoby i pomiędzy krajami, ułatwiając wymianę handlową. Innymi słowy jest to materialny lub niematerialny środek, który można wymienić na towar lub usługę. Prawnie określony środek płatniczy, który może wyrażać, przechowywać i przekazywać wartość ściśle związaną z realnym produktem społecznym.

A więc pieniądz jest towarem. Słowo to Wikipedia definiuje jako produkt pracy ludzkiej, który jest przeznaczony do sprzedaży. Pojęcie to obejmuje dobra konsumpcyjne i produkcyjne. Rozumiem więc, że dobrem konsumpcyjnym może być coś, co mogę skonsumować, a dobrem produkcyjnym jest coś, co mogę przeznaczyć do produkcji innego dobra. Wikipedia wyjaśnia jeszcze, że waluta to jest nazwa pieniądza obowiązującego w danym państwie. I dalej wyjaśnia, że pieniądz jest materialnym lub niematerialnym środkiem, który można wymienić na towar lub usługę. Jeśli jest niematerialnym środkiem, to nie może być towarem – taka sprzeczność w definicji. I jakby w tym momencie dotykamy istoty problemu: czy prawdziwy pieniądz może być niematerialny, a jeśli może być niematerialny, to czy musi mieć pokrycie w czymś materialnym? I dlaczego to pokrycie w czymś materialnym jest tak ważne? Banknot jest materialny, ale nie jest towarem, bo nie służy do konsumpcji i do produkcji innego dobra. Bitcoin jest niematerialny i nie jest towarem.

Mamy dwa rodzaje pieniądza. Pieniądz gotówkowy i bezgotówkowy. Pieniądz gotówkowy to:

  • kruszcowy
  • metalowy
  • papierowy

Pieniądz bezgotówkowy to:

  • czeki
  • weksle
  • obligacje
  • bony
  • pieniądz elektroniczny
  • karty kredytowe

Ekonomiczne funkcje pieniądza:

  • funkcja cyrkulacyjna (transakcyjna)
  • funkcja obrachunkowa (miernik wartości towarów)
  • funkcja płatnicza
  • funkcja tezauryzacyjna

W sumie więc wszystko jasne, poza tą ostatnią funkcją pieniądza. Brzmi to bardzo tajemniczo, bo słowo pochodzi od greckiego „thesauros” – magazyn, skarbiec. Czyli jak schowamy pieniądze, złoto, biżuterię albo kupimy dzieła sztuki i antyki, to wtedy mamy do czynienia z tezauryzacją, co można też nazwać oszczędzaniem. Chodzi w tym o to, jak zachować wartość swojej pracy w czasie, jak uchronić się przed inflacją. 100 lat temu uncja złota kosztowała 20 dolarów, obecnie – blisko 2000, a więc 100 razy więcej, a cena ta jest sztucznie utrzymywana na tym poziomie.

Skąd się bierze inflacja? Inflacja bierze się z emitowania pustego pieniądza. Zyskują ci, którzy pierwsi mają dostęp do tych nowych pieniędzy i dokonują zakupów jeszcze po starych cenach. Pozostali patrzą tylko bezradnie, jak ich pieniądze, a więc praca, tracą na wartości. Mają ich za mało, by inwestować w nieruchomości, ziemię, nie mają predyspozycji do prowadzenia jakichś podejrzanych interesów. Tak się tworzy podział na biednych i bogatych. Praca jest tu ostatnim czynnikiem, który decyduje o tym, czy ktoś jest bogaty, czy biedny. Ale nie chodzi tu o to, by wszyscy byli bogaci, tylko o to, by ci, którzy zarabiają najmniej, mogli zarabiać w pieniądzach, które nie tracą na wartości. Z drugiej strony, czy ci najlepiej zarabiający są tacy wyjątkowo uzdolnieni i zapotrzebowanie rynku na ich usługi jest tak duże, że przekłada się to na ich zarobki. Czy takie branże jak informatyczna, farmaceutyczna, medyczna, medialna – czy one wypracowują swoje zyski w oparciu o wolny rynek, czy dlatego, że to państwo jest najbardziej zainteresowane w korzystaniu z ich usług? A jest zainteresowane, bo dzięki nim może realizować program całkowitego zniewolenia swoich obywateli.

Ktoś może powiedzieć, że biedni byli zawsze. To prawda. I zapewne nie da się do końca wyeliminować tego zjawiska, bo są ludzie umysłowo chorzy, kaleki, dotykają ludzi zdarzenia losowe itp. Chodzi tylko o skalę. Kiedyś gdzieś przeczytałem, że był jakiś władca arabski, który postanowił rozprawić się z biedą i wyrżnął wszystkich biedaków. I co? I po pewnym czasie… znowu pojawili się biedni. Problem jest więc bardzo złożony. Wyjaśnienie, czym jest pieniądz, pozwoli zapewne na, przynajmniej częściowe, zrozumienie problemu biedy. I jak zawsze wypada zacząć od początku.

W definicji Wikipedii podano, że pieniądz jest towarem. To ma swój głębszy sens, bo jedyna sensowna wymiana jest wtedy, gdy wymieniamy jakiś towar na inny towar. Oba wymagały nakładu jakiejś pracy. Złoto i srebro są towarami. Popyt na złoto kształtuje się mniej więcej tak: jubilerstwo – 44%, popyt inwestycyjny – 29%, banki centralne – 12%, przemysł – 9%, EFT-y – 6%. Te ostatnie to fundusze, które kupują złoto w imieniu inwestorów posiadających ich udziały. W przypadku srebra wygląda to tak: przemysł – 53%, monety i sztabki – 20%, jubilerstwo – 18%, fotografia – 5%, srebra stołowe – 4%.

Willem Middelkoop w swojej książce Wielki reset pisze:

„Od 700 roku przed Chrystusem ludzie z niemal wszystkich kultur – Majowie , Inkowie, Egipcjanie, Grecy, Rzymianie, Bizantyjczycy, Osmanowie i Arabowie – uważali złoto i srebro za cenne środki wymiany. Z powodu ich szczególnych własności, czyli rzadkości i atrakcyjności, te cenne kruszce na tysiące lat ukształtowały postawę systemów pieniężnych na całym świecie.

Cenne metale są podzielne, przenośne, trwałe i rzadkie, a w dodatku ogromnie pożądane. Niezależnie od tego, czy wynika to z ich blasku, czy ciężaru (złoto waży niemal dwa razy tyle co ołów), na całym świecie ludzie czują pociąg do złota i srebra. Do tego, złota i srebra nie można kopiować. Z całego układu okresowego pierwiastków złoto i srebro najlepiej się nadają na środki płatnicze.

Ponadto drogocenne metale okazują się doskonałymi magazynami wartości. W Muzeum Londynu znajduje się dowód, że złoto ma mniej więcej tę samą wartość co dwa tysiące lat temu. Wśród tamtejszych eksponatów znajduje się rzymski aureus, moneta zwierająca 8 gramów 22-karatowego złota (o czystości wynoszącej 90 procent). Obok eksponatu podano informację, że za tę monetę można było nabyć około 400 litrów taniego wina. W 2011 roku wartość 8 gramów 22-karatowego złota wynosiła około 400 euro. We francuskich sklepach z winem można kupić cienkie wino w kartonie, płacąc mniej więcej euro za litr. Popyt na złoto i srebro jest nieskończony i odwieczny.”

Saifedean Ammous w książce Standard Bitcoina opisuje historię złotego pieniądza:

»W czasach Republiki Rzymskiej dominującą monetą był denar, który zawierał 4,55 grama srebra. Jednak z biegiem czasu najbardziej cenionym pieniądzem w przodujących cywilizacyjnie rejonach świata stawało się złoto i to złote monety zaczynały wieść prym jako główny środek wymiany. Juliusz Cezar, ostatni dyktator republiki Rzymskiej, wprowadził do obiegu aureusa – monetę, która zawierała 8 gramów złota i była powszechnie akceptowana na kontynencie europejskim oraz na obszarach położonych wokół basenu Morza Śródziemnego, zwiększając zakres specjalizacji i handlu w Starym świecie. Na okres siedemdziesięciu pięciu lat zapanowała niespotykana wcześniej stabilność gospodarcza, która przetrwała nawet przewrót polityczny, w ramach którego Juliusz Cezar został zamordowany, a republika rzymska przekształcona w imperium z Oktawianem Augustem na czele. Złota era trwała do czasów rządów niesławnego cesarza Nerona, pierwszego, który hołdował zwyczajowi „psucia monety”. Proceder ten polegał na zbieraniu monet będących w obiegu, okrawaniu części ich kruszcu, a następnie wytapianiu większej ilości monet o mniejszej zawartości złota lub srebra.

Póki Rzym zdolny był zajmować nowe terytoria i grabić bogactwo podbitych ludów, jego żołnierze i władcy mogli cieszyć się łupami. Cesarze posuwali się nawet do kupowania sobie poparcia obywateli imperium, wydając rozporządzenia o sztucznie niskich cenach zboża i innych podstawowych produktów, a czasem rozdając je zupełnie za darmo. W konsekwencji, zamiast zarabiać na życie, pracując na wsiach, wielu chłopów opuściło swoje farmy i przeniosło się do Rzymu, gdzie mogli zakosztować lepszego życia bez konieczności pracy. Z biegiem lat Stary Świat nie miał już do zaoferowania nowych zamożnych rejonów do plądrowania, a tymczasem coraz bardziej wystawny i rozrzutny styl życia rządzących oraz coraz liczniejsza armia wymagały dodatkowych źródeł finansowania. Co gorsza, wzrósł również odsetek bezproduktywnych obywateli pasożytujących na hojności cesarza. Wkrótce konieczne stały się dalsze kontrole cen. Neron, który władał Rzymem w latach 54-68 naszej ery, wpadł (na pewno nie on, ale autor nie mógł inaczej napisać – przyp. mój) na zmyślne rozwiązanie tego problemu, łudząco podobne do sugestii Johna Maynarda Keynesa dla rządów Stanów Zjednoczonych i Wielkiej Brytanii po I wojnie światowej: poprzez dewaluację waluty można za jednym zamachem osiągnąć obniżkę realnych płac pracowników, redukcję kosztów rządowych subsydiów na produkty pierwszej potrzeby oraz dodatkowe fundusze na finansowanie innych wydatków publicznych.

Zawartość złota w rzymskim aureusie stopniowo obniżono z 8 do 7,2 grama, a zawartość srebra w denarze spadła z 3,9 do 3,41 grama. Zapewniło to tymczasową ulgę rzymskiemu skarbowi, lecz jednocześnie uruchomiło destrukcyjne w skutkach dodatnie sprzężenie zwrotne: niezadowolenie ludu, kontrole cen, dewaluacja pieniądza i wzrost cen następowały jedno po drugim z przewidywalną regularnością pór roku.

Pod rządami cesarza Karakalli (lata 211-217 naszej ery) zawartość złota w monetach znów obniżono, tym razem do 6,5 grama, a za panowania Dioklecjana (lata 284-305 naszej ery) dalej do 5,5 grama. Następnie do obiegu wprowadzono monetę zastępczą zwaną solidem i zawierającą już tylko 4,5 grama złota. Za czasów Dioklecjana denar zawierał jedynie śladowe ilości srebra, którym powlekano rdzeń monety wytapianej z brązu. Powłoka ta w niedługim czasie starła się na skutek użytkowania i na tym zakończyła się era denara jako srebrnej monety.

Stopniowy spadek wartości pieniądza uruchomił powolny, acz nieuchronny proces schyłku imperium w ramach cyklu, który może się wydawać znajomy współczesnym Czytelnikom: psucie waluty obniżało realną wartość aureusa, zwiększało zaś podaż pieniądza i pozwalało cesarzom dalej wydawać na prawo i lewo. Niedługo później pojawiły się inflacja i problemy gospodarcze, którym władcy próbowali w nieudolny sposób przeciwdziałać dalszą dewaluacją monet. Ferdinand Lips znakomicie podsumowuje ten proces i oferuje radę dla ludzi aktualnie zainteresowanych tą tematyką:

Dzisiejszych ekonomistów keynesowskich oraz obecne pokolenie inwestorów powinien zainteresować fakt, że choć cesarze rzymscy robili, co mogli, by „zarządzać” swoimi gospodarkami, jedyne co im się udało, to pogorszyć sprawy. Ustanawiano kontrole cen i płac oraz przymus prawny posługiwania się oficjalnym środkiem płatniczym, nie rozumiejąc, że zabiegi te miały równe szanse powodzenia, co próby zatrzymania pływów morskich. Zamieszki, korupcja, bezprawie i bezmyślna mania na punkcie spekulacji rozprzestrzeniły się po imperium niczym plaga. Dewaluowane monety były tak niepewne, że spekulowanie towarami stało się o wiele bardziej atrakcyjne niż ich produkowanie.

Długoterminowe konsekwencje, jakich doświadczyło Imperium Rzymskie, okazały się druzgocące. Choć Rzymu w okolicach II wieku naszej ery nie można uznać za w pełni wolnorynkową, kapitalistyczną gospodarkę, gdyż działalność przedsiębiorcza była wówczas ograniczona na wielu polach, niemniej gospodarka ta do spółki z solidnym aureusem umożliwiała wykształcenie się największego rynku w ówczesnej historii ludzkości oraz najdalej posuniętego i najbardziej produktywnego podziału pracy, jaki świat w owych czasach widział. Obywatele Rzymu oraz innych dużych miast uzyskiwali dobra, których potrzebowali w ramach handlu z najdalszymi zakątkami imperium. Pozwala to wyjaśnić wzrost dobrobytu w tamtym okresie oraz pustoszący upadek, którego imperium doznało, gdy wspomniany podział pracy się załamał. Rosnące podatki, kontrole cen oraz inflacja zmusiły mieszkańców miast do wyniesienia się na obszary wiejskie, gdzie zajmowali oni wolne połacie ziemi, które mogli przynajmniej uprawiać na własne potrzeby – brak dochodów uwalniał ich od konieczności płacenia horrendalnie wysokich podatków. Skomplikowana struktura społeczna Imperium Rzymskiego, z podziałem pracy na obszarze większości Europy i terenów położonych wokół basenu Morza Śródziemnego, zaczęła się walić. Potomkowie Rzymian na powrót zaczęli wieść życie samowystarczalnych wieśniaków, rozproszonych i egzystujących w izolacji, a z czasem stali się chłopami pańszczyźnianymi na służbie u feudalnych panów.

Cesarz Dioklecjan na zawsze związał swoje nazwisko z fiskalnym i monetarnym matactwem, a Imperium za jego rządów stoczyło się na dno. Jednak rok po jego abdykacji władzę przejął Konstantyn I Wielki, któremu poprzez odważne reformy i odpowiedzialną politykę gospodarczą udało się odwrócić bieg historii. Konstantyn, który jako pierwszy cesarz przeszedł na chrześcijaństwo, przyjął sobie za cel utrzymanie zawartości złota w solidzie na poziomie 4,5 grama i zaprzestanie psucia monet , które w 312 roku naszej ery zaczęto produkować w dużych ilościach. Nową siedzibę cesarską ustanowił w Konstantynopolu, na styku Europy i Azji, dając tym samym początek Cesarstwu Wschodniorzymskiemu (później Bizantyjskiemu), w którym przyjęto solida jak główny środek wymiany. I podczas gdy Rzym pogrążał się w gospodarczym, społecznym i kulturalnym rozkładzie aż do ostatecznego upadku w roku 476. Bizancjum przetrwało kolejne tysiąc lat, a solid zyskał status najdłużej używanej waluty w historii ludzkości.

Determinacja Konstantyna w utrzymaniu jakości solida uczyniła go najbardziej rozpoznawalną i najszerzej akceptowaną walutą na świecie, którą z czasem zaczęto nazywać bizantem. W czasie, gdy Rzym płonął pod rządami zrujnowanych cesarzy, których w efekcie kompletnej dewaluacji monet nie było już stać na opłacanie żołnierzy, odpowiedzialny fiskalnie i monetarnie Konstantynopol prosperował przez kolejne kilka stuleci. Kiedy Wandalowie i Wizygoci panoszyli się po Rzymie, Konstantynopol pozostawał względnie bogaty i wolny jeszcze przez długi czas. I podobnie jak to było w przypadku Imperium Rzymskiego, schyłek Konstantynopola zaczął się dopiero wówczas, gdy jego władcy rozpoczęli dewaluację waluty – proces, którego początku historycy upatrują w rządach Konstantyna IX Monomacha (1042-1055). Razem z upadkiem monetarnym Imperium doznało zapaści na polu fiskalnym, militarnym i kulturowym. Doświadczane coraz częstszymi i coraz poważniejszymi kryzysami ostatecznie zostało podbite przez Turków w roku 1453.

Powszechnie uważa się, że to rozwój miast-państw wyciągnął Europę z ciemnych wieków i wprowadził w epokę renesansu. Mniej powszechna jest jest wiedza na temat roli, jaką w tym procesie odegrały solidne pieniądze. To w miastach państwach ludzie mogli żyć, dysponując swobodą pracy, produkcji, handlu i bogacenia się, przy czym wymienione wyżej korzyści były w dużej mierze zasługą przyjęcia przez te ośrodki solidnych standardów monetarnych. Wszystko zaczęło się w roku 1252 we Florencji, gdzie uruchomiono bicie florenów – pierwszej porządnej monety od czasu Juliusza Cezara i jego aureusa. Rozkwit Florencji uczynił ją handlowym centrum Europy, a floren zyskał status głównego europejskiego środka wymiany, co otworzyło bankom drogę do prowadzenia działalności na obszarze całego kontynentu. Jako pierwsza śladami Florencji poszła Wenecja, gdzie w roku 1270 rozpoczęto bicie dukata zaprojektowanego na wzór florena, a przed końcem XIV wieku już w ponad 150 europejskich miastach i państwach bito monety wzorowane na florenckiej walucie. Standaryzacja na taką skalę dała mieszkańcom Europy możliwość handlu i akumulacji bogactwa przy pomocy solidnego pieniądza, cechującego się wysoką zbywalnością niezależną od czasu i miejsca – a dzięki łatwej podzielności – również skali. W następstwie uzyskania przez europejskie chłopstwo wolności gospodarczej, nastąpił polityczny, naukowy, intelektualny i kulturowy rozkwit włoskich miast-państw, który z czasem objął cały kontynent europejski. Czy to w przypadku Rzymu, Konstantynopola, Florencji czy Wenecji, historia raz za razem pokazuje, że solidny standard monetarny stanowi warunek bogacenia się i rozwoju społeczeństw. Bez takiego standardu ludzkość staje u progu biedy, zacofania i barbarzyństwa.«

Z powyższego cytatu nie wiadomo dlaczego te floreny i dukaty stały się tak powszechne i akceptowane w całej Europie. To wyjaśnia Willem Middelkoop:

„Pod koniec XIII wieku wszystkie włoskie miasta-państwa, które szybko powiększyły zakres swoich wpływów, używały złotych monet do ułatwienia rozwijającego się handlu, a to ograniczało monopolistyczne przywileje monarchów bijących pieniądz. W krótkim czasie te złote monety rozprzestrzeniły się w całej zachodniej Europie, w wyniku czego rozwinął się system pieniężny oparty na złocie. W roku 1275 osiem monet srebrnych wymieniało się na jedną złotą tego samego ciężaru.

Po upadku cesarstwa bizantyjskiego, epidemii dżumy i ciągu krachów finansowych nękających Europę w wielu krajach tego kontynentu bizanta w roli pieniądza zastąpiły monety srebrne. Od roku 1550 do początku XVII wieku trwał długi okres ogólnego wzrostu cen. Po odkryciu olbrzymich złóż srebra w Ameryce łacińskiej w XVI wieku rozwinął się międzynarodowy system waluty srebrnej, który utrzymał się prawie przez czterysta lat. Ponieważ srebro ma mniejszą wartość od złota, srebrnymi monetami łatwiej się było posługiwać przy codziennych zakupach. System waluty srebrnej przyjęto także w Stanach Zjednoczonych w 1785 roku.

W latach 1750-1870 toczono wiele wojen w Europie. Z tego powodu, a także wskutek utrzymującego się deficytu w handlu z Chinami sporo srebra powędrowało na wschód, przez co z czasem znikło wiele systemów waluty srebrnej.”

Fakt powstania miast-państw i bicie przez nie złotych monet spowodował, że monopol monarchów został przełamany. W momencie, gdy pojawia się na rynku solidna moneta, bicie takich o obniżonej zawartości złota mija się z celem, bo nikt ich nie przyjmie. To jest tylko możliwe, gdy władcy mają monopol. I tu, jak to mówią, jest pies pogrzebany.

Middelkoop pisze też, że od 1550 roku do połowy XVII wieku trwał długi okres ogólnego wzrostu cen, ale nie wyjaśnia, co było powodem. Powodem było to, że w Europie pojawiło się dużo złota. Było to oczywiście złoto zrabowane mieszkańcom obu Ameryk, a nie te wydobyte z ziemi. Złoto jest też towarem i podlega takim samym prawom, jak każdy inny towar. Jeśli jest go dużo, to jego cena spada. W tym wypadku nie nastąpił spadek ceny złota, które samo w sobie jest miernikiem wartości, tylko nastąpił wzrost cen innych towarów. Jednak taka sytuacja już nigdy w dziejach ludzkości nie powtórzy się. Zwiększenie ilości złota może nastąpić obecnie tylko poprzez jego wydobycie, co nie jest łatwe i wymaga dużego nakładu sił i środków.

O srebrze Middelkoop pisze: „W latach 1750-1870 toczono wiele wojen w Europie. Z tego powodu, a także wskutek utrzymującego się deficytu w handlu z Chinami sporo srebra powędrowało na wschód, przez co z czasem znikło wiele systemów waluty srebrnej.”

Zaprawdę muszą się gimnastykować wszyscy ci piszący książki o finansach, walutach, ekonomii itp., żeby nie napisać prawdy, bo musieliby napisać o macherach od finansów. Z tym srebrem to było trochę inaczej. Teodor Jeske-Choiński w książce Historia Żydów w Polsce pisze:

»Na mocy nowego prawa (Münzgesetz) kazał rząd pościągać wszystkie dotychczasowe monety i przelać je na inne. Niby nie było w tym nic złego, gdyby wartość dawnych pieniędzy została taka sama.

Przede wszystkim postarali się mistrzowie spekulacji o jak najtrudniejszy rachunek. Więc ustalili wartość marki na 0,358.423 gramów złota. Łatwo się domyślić, że tak wyrafinowany ułamek dziesiętny nie ułatwiał wcale obrachunku przy zmianie, czyli że wekslarze (wechseln, wym. veksln, znaczy: wymieniać, rozmieniać, zamieniać – przyp. mój) mogli pewniej „zarobić”. Bamberger pisał przecież wyraźnie z cynizmem żydowskim: „gdzie cieśla buduje, powstaje wielka ilość wiórów, które są oczywiście własnością majstra”. I wymyślił dziwaczny ułamek, aby tych „wiórów” było najwięcej.

Po wtóre, postanowił Bamberger wypędzić z kraju srebro, a zastąpić je niklem i złotem.

Max Nolda, Juliusz Pikardt, R.A. Seeling (Żydzi) posiadali kopalnię niklu w Naumbergu nad Bobrem, wuj Bamberga, Bischoffsheim, zasiadał w radzie nadzorczej Towarzystwa akcyjnego, eksploatującego kopalnie ołowiu i cynku. Sam nawet twórca pomysłu był głównym ”grynderem” interesu niklowego.

O znaczne straty przyprawiła skarb niemiecki zamiana srebra na złoto, nakazana kategorycznie prawem z dnia 9 lipca 1873 roku, sfabrykowanym znów przez Bamberga i Laskauera.

Zamiana ta grzeszy przeciw zasadniczym prawidłom ekonomii politycznej. Srebro bowiem mają Niemcy u siebie, a złoto muszą kupić. Aż do roku 1871 wydawały ziemie germańskie corocznie za 6 milionów talarów srebra, a złota tylko za 180 000. A właśnie w tym czasie zaczęło srebro spadać w cenie. Zniżenie jego wartości przez mennicę niemiecką nie mogło wpłynąć na podwyższenie kursu. W chwili przyjęcia prawa monetarnego, znajdowało się srebro do złota w stosunku 1:15 i pół, Niemcy straciły w przeciągu bardzo krótkiego czasu 30 procent całego swego mienia srebrnego.

Panika „srebrna” w Niemczech padła i na inne kraje. Obniżył się naturalnie kurs wszystkich papierów zagranicznych, oznaczonych na wartość srebra. Straciły na wartości wszystkie akcje austriackie, amerykańskie i wiele innych, którymi „grynderzy” zasypali targ niemiecki.

Kupony papierów austriackich i amerykańskich płaciły banki odnośne srebrem. Na tym stracili posiadacze niemieccy w r. 1875 przeszło 100 milionów marek. Taką samą klęskę ponieśli w roku następnym.

Sam rząd stracił podczas wojny ze srebrem 96 milionów, co dowiódł w r. 1879 prezydent Reichsbanku (bank państwowy), von Dechend, nie licząc 30 proc. na kursujących jeszcze później, niewycofanych talarów pruskich za 500 do 600 milionów marek.

A któż wziął te pieniądze, któż zubożył wówczas nie tylko rząd niemiecki, ale także każdego, posiadającego cośkolwiek, Germanii syna o 30 proc. Któżby inny, jeśli nie ci, którzy pochłaniają owoce całego świata? Zbogaciło się kilkuset bankierów i wekslarzów żydowskich, pośredniczących przy zamianie srebra na złoto, i Bamberger, założyciel banku niemieckiego (Deutsche Bank), który nie omieszkał postarać się natychmiast o generalne pośrednictwo w tym „interesie”.

Nie dość jeszcze było Bambergowi. „Poczciwy, uczynny”, jak go Żydzi nazywali, pamiętał także o mniejszych „biedakach żydowskiego narodu”. Obdarzył on bowiem ustawą z dnia 14 marca 1875 r. trzydzieści dwa banki żydowskie prawem wyrabiania tylu pieniędzy papierowych, ile tylko potrzebują lub zechcą. Zważywszy, że tylko 1/3 banknotów musiała być pokrywaną monetą brzęczącą lub zastawem solidnym, łatwo domyślić się, że i to prawo otworzyło na oścież bramy wszelkiemu wyzyskowi i oszustwu. Po zagarnięciu ażia i przewyżki przy sprzedaży „grynderów”, spadały naturalnie banknoty „prywatne” z szybkością spekulacji, rujnując nabywców. Przy likwidacjach odpowiadano tylko kapitałem zakładowym, czyli 2/3 wartości całej emisji tonęły w kieszeniach żydowskich.«

Jeske-Choiński pisze o Niemczech, ale atak na srebro był globalny. W 1873 roku została zaatakowana waluta amerykańska. Od 1789 do 1873 roku oba metale (srebro i złoto) miały to samo znaczenie w Stanach Zjednoczonych, a ustanowienie standardu złota w USA nastąpiło ostatecznie w 1900 roku. W 1872 roku srebro zostało zdemonetyzowane we Francji, Anglii i Holandii.

Bimetalizm, czyli standard złota i srebra obowiązywał przez około 400 lat i sprawdzał się. Do realizacji drobnych transakcji służyło srebro, a do większych – złoto. Innymi słowy – biedniejsi posługiwali się srebrnymi monetami, bogatsi – złotymi. Demonetyzacja srebra oznaczała sprowadzenie ludzi niezamożnych do stanu dziadostwa.

Tak to się działo we wrednym kapitalizmie. A jak to się działo w najlepszym z ustrojów, czyli socjalizmie? Maria Dąbrowska w swoim Dzienniku w dniu 2 listopada 1950 roku pisze:

„Zmiana systemu pieniężnego! Przed rokiem, czy półtora rokiem były pogłoski o wycofaniu dotychczasowych pieniędzy. Prasa je kategorycznie zdementowała, tak że stopniowo wszyscy się w związku z tą sprawą uspokoili. Ale oto uderzenie przyszło niespodziewanie. Jak świetnie trzymano to w tajemnicy, najlepszy dowód, że najlżejsza plotka tymi czasy nie pojawiła się na ten temat. Naród, który rzekomo sam się rządzi, nic nie wiedział, co o nim bez niego zdecydowano! Po kilkakrotnym wysłuchaniu powtarzanego komunikatu zorientowaliśmy się w zasadach tej reformy finansowej. Złoty oparty został (rzekomo) na parytecie złota, czyli rubla, z którym został zrównany. Ustanowiono przy tym dwie relacje zamiany starych pieniędzy na nowe. Wszystkie zobowiązania wobec państwa płatne płatne są w relacji 3 nowe złote za 100 starych. Wszystkie zobowiązania państwa wobec obywateli płatne są w relacji 1 nowy złoty za 100 zł starych. W tej samej niekorzystnej dla obywateli relacji wymieniane będą wszystkie bez rozróżnień banknoty znajdujące się w chwili ogłoszenia tej „uchwały sejmu” w rękach obywateli. Nie znalazł się nikt przytomny, ktoby odradzał te wręcz antypaństwowe punkty reformy. Chodziło o uderzenie w „inicjatywę prywatną”, a uderzono w miliony biednych ludzi, wywołując ową falę nienawiści do tak nieludzkiego ustroju.

Wpłaty oszczędnościowe na książeczki PKO wypłacane będą w relacji 3 złote za 100, co słuszne, ale tych wypłat oszczędnościowych wobec notorycznej biedy społeczeństwa jest stosunkowo mało. Konta bankowe wypłacane będą w relacji 1 zł za 100. A na kontach bankowych jest wprawdzie pewna ilość pieniędzy inicjatywy prywatnej, która miała nieostrożność zaufać rządowi, ale gros tych kont, to są honorarja inteligencji pracującej, a zwłaszcza inteligencji twórczej nic nie dostającej do ręki lecz wszystkie należności mającej wpłacane obowiązkowo na konta bankowe. Od razu zrozumiałam, że ta reforma czyni mnie bankrutem. Miałam bowiem niezręczność przenieść połowę moich należności z „Czytelnika” na moje konto bankowe w Banku Rzemiosł i Handlu, w związku z zamiarem kupna owego nieszczęsnego domu w Rejentówce. Będę ukarana za to, że nie zużytkowałam tych pieniędzy na własną korzyść, lecz zostawiłam je w Banku na użytek państwa. Że pożyczyłam je państwu. Człowiek jest dziś karany nie za nielojalność, lecz za lojalność wobec państwa. Pieniędzy, które mam na koncie bankowym nie zarobiłam spekulacją ani handlem. Pochodzą z ciężkiego dorobku życia i twórczości. I to samo państwo, które dało mi je zarobić, dziś konfiskuje mi je w dwóch trzecich.”

W dniu 3 listopada 1950 roku pisze:

„Resztę dnia zajęły mi refleksje nad owym sposobem przeprowadzenia reformy walutowej o czym głośno w mieście. I oto, co mówią ludzie. Kiedy, bodaj półtora roku temu, rozeszły się plotki o zmianie systemu pieniężnego, miał on być w samej rzeczy wówczas zmieniony. Pieniądze już były wydrukowane (data na nowych obecnych banknotach jest 1948), ale ponieważ wieść o tym się rozeszła, rząd zdementował ją w prasie i odłożył sprawę do czasu, gdy wszelkie pogłoski ucichną, a czujność narodu zostanie całkiem uśpiona. Teraz rzecz przeprowadzono w tak absolutnej tajemnicy, że nawet sejm nie wiedział, na co został w trybie nagłym zebrany w sobotę 28.X. wieczorem. Plotka ulicy mówi, że wszystkim, którzy pracowali przy tej aferze zagrożono karą śmierci w razie zdradzenia tajemnicy. Zresztą ilość tych zatrudnionych była z wyjątkiem góry partyjnej i Mincowskiej Komisji Planowania – nieduża – podobno nowe banknoty drukowane były w Czechach, a bilon – w Moskwie wybijany. Pracowników, którzy drukowali ogłoszenia Banku Narodowego zamknięto na trzy doby w miejscach pracy – tak samo pracowników PKPG nie wypuszczono z miejsca pracy przez ostanie dwa dni. Tak samo Sejm, gdy tylko posłowie się zebrali, został zamknięty, nikogo nie wypuszczano, a telefony zostały wyłączone. O 11-tej w nocy, gdy ta zbójecka sprawa została załatwiona, wszyscy posłowie rzucili się do bufetu i wykupili go całkowicie aż do puszek z zepsutymi konserwami włącznie. O tejże godzinie zaczęto rozsyłać woźnych po wszystkich pracownikach instytucji bankowych i placówek handlu uspołecznionego, zwożąc ich do miejsc pracy dla przeliczenia cen, list płacy itp. Wedle ostatniej wersji podobno rząd automatycznie zarobił na tej imprezie 800 miliardów złotych, straconych przez obywateli. Należy to uważać za daninę pobraną w bezprzykładnie brutalny i bezceremonialny sposób.”

Od najdawniejszych więc czasów podstawową funkcją zdecydowanej większości monarchów i rządów było oszukiwanie swoich poddanych i obywateli. Ustrój czy epoka nie miały najmniejszego znaczenia. Metody, jakimi posługiwano się, zależały od możliwości. Początkowo sprowadzało się to do fałszowania srebrnych i złotych monet. Demonetyzacja srebra spowodowała, że ludzie niezamożni zostali sprowadzeni do poziomu ubóstwa. Wraz z powstaniem Banku Anglii w 1694 roku pojawiła się możliwość praktycznie nieograniczonego drukowania pieniędzy papierowych, czyli banknotów. To prowadziło do inflacji, czyli utraty wartości pieniądza. Pierwsi w kolejce do nowo wydrukowanych pieniędzy zyskiwali, reszta – traciła.

Kapitalizm okradał średnio i mniej zamożnych, ale socjalizm poszedł dalej. On potrafił nawet okraść tych, którzy już prawie nic nie mieli, ale nie byli jeszcze dziadami. Na tym właśnie polegała wyższość socjalizmu nad kapitalizmem. Jak okraść ludzi, którzy już niewiele mają? Ano poprzez wymianę pieniędzy. Jednak nie każda wymiana pieniędzy musi być niekorzystna dla obywateli. W 1994 roku przeprowadzono w Polsce wymianę pieniędzy. Ta wymiana to była denominacja. Pojawiły się nowe pieniądze, które zastąpiły stare. To był czas, kiedy rządy postkomunistyczne starały się pozyskać zaufanie obywateli i nie zależało im na ich oszukaniu. Nowa złotówka zastępowała starą w relacji 1 nowy złoty za 10 000 starych złotych. Nie miało znaczenia, czy ktoś trzymał pieniądze w skarpecie, czy w banku. Co więcej, jeszcze długo później można było zanieść te stare pieniądze do banku i wymienić na nowe. Wydawało się więc, że powróciła normalność. A to tylko była podpucha.

Jednak tamta denominacja pokazała jedną rzecz, a mianowicie to, że dla sprawnego funkcjonowania rynku nie ma znaczenia ilość pieniądza wyrażona w liczbach. Taką samą ilość produktów spożywczych, które przed wymianą kupowałem za 50 000 zł, po denominacji kupowałem za 5 zł. Jeszcze na długo przed denominacją zniknął z obiegu bilon. Zapomnieliśmy o groszach, o złotówkach w bilonie. Wszystko było w banknotach. Denominacja przywróciła monety: grosze i złotówki. Co to w praktyce oznacza? Oznacza to, że zamiast zwiększać nominały banknotów ze względu na inflację, można pójść w przeciwnym kierunku i wprowadzać mniejsze jednostki pieniężne w miarę, jak przybywa dóbr wytwarzanych w procesie produkcji, usług i handlu. To, z kolei, oznacza, że ci, którzy oszczędzają zyskują, bo ich pieniądze nie tracą na wartości, tylko rośnie ich siła nabywcza. Gdy na rynku zwiększa się ilość towarów i usług, a ilość pieniądza pozostaje niezmienna, to jego siła nabywcza wzrasta, w odróżnieniu od sytuacji, gdy ilość pieniądza wzrasta w związku z jego dodrukiem. Wraz ze wzrastającą ilością pieniądza, niemającego pokrycia w towarach, jego siła nabywcza maleje.

Najsilniejszą walutą w historii był chyba funt szterling. Wikipedia tak o nim pisze:

Funt szterling dzieli się na 100 pensów, którego symbolem jest „p” i tak często jest określany w mowie potocznej w języku angielskim.

Do 15 lutego 1971 funt dzielił się na 240 pensów (skrótowo zapisywanych „d” od słowa denar), bądź na 20 szylingów („l”, bądź „s” od solid). Pens po przejściu na system dziesiątkowy w 1971 z racji różnicy wartości był początkowo nazywany nowym pensem.”

System dziesiątkowy, pisze Wikipedia, ależ to tragedia! Jak to wszystko schodzi na psy! Tylko co winne są temu te, skądinąd sympatyczne, w większości, zwierzaki? Nie ma takiego pojęcia jak system dziesiątkowy. Jest słowo „dziesiątkować”, które oznacza – bić, zabijać, rozstrzeliwać co dziesiątego. Jest natomiast system dziesiętny, mający za podstawę układu albo konstrukcji liczbę 10. W jakim ja świecie żyję!?

Nic więc nie stoi na przeszkodzie, by waluta, która zyskuje na wartości ze względu na wzrastającą ilość dóbr i usług, była dzielona na mniejsze jednostki. Wówczas zyskują wszyscy ci, którzy oszczędzają, a ci, którzy pożyczają muszą spłacać w walucie, która jest już znacznie więcej warta niż wówczas, gdy w niej pożyczali i w tym są ukryte odsetki od pożyczonego kapitału. Koszt kredytu jest tylko po stronie kredytobiorcy, zupełnie tak jak obecnie, ale zyskują nie finansowi macherzy, tylko ci, którzy oszczędzają.

Obecnie kilogram chleba kosztuje mniej więcej 4 zł, a samochód, nie jakiś ekskluzywny i nie najtańszy – 40 000 zł. Za te 5 zł po denominacji z 1994 roku kupowałem więcej niż dziś za 50 zł. A ktoś, kto wtedy zarabiał 400 zł, dziś zarabia 4000 zł albo i więcej. Czy to oznacza, że na rynku jest 10 razy więcej pieniędzy? Jest ich prawdopodobnie znacznie więcej, jeśli 1% najbogatszych ma tyle ile biedniejsza połowa ludności świata. A czy towarów i dóbr jest obecnie 10 razy więcej? Też to trudno oszacować, bo większość tego, co dzisiaj produkuje się to są rzeczy nietrwałe, często jednorazowego użytku.

Żydzi rządzą pieniądzem od bardzo dawna, ale przed nimi byli Fenicjanie i to prawdopodobnie od nich wiele się nauczyli. Wmówili wszystkim, że rozwój może następować, gdy na rynku jest coraz więcej pieniędzy, a kredyt musi być oprocentowany. A dlaczego nie może być rozwoju, gdy ilość pieniądza jest stała? Gdy ilość pieniądza jest stała, a następuje rozwój, czyli pojawia się na rynku więcej dóbr i usług, to pieniądz zyskuje na wartości. Zysk oszczędzającego polegałby nie na dopisaniu mu odsetek, tylko na tym, że po jakimś czasie za te same pieniądze mógłby nabyć więcej dóbr i usług. Ryzyko kredytobiorcy polegałoby na tym, że w momencie spłaty kredytu ta sama nominalnie ilość pieniędzy miałaby znacznie większą moc nabywczą niż w momencie jego zaciągnięcia. Rola banku sprowadzałaby się do pośrednictwa pomiędzy oszczędzającymi, a kredytobiorcami. I mógłby on tylko pożyczyć pieniądze tych, którzy je tam wcześniej zdeponowali. Nie byłoby żadnej giełdy, żadnych funduszy inwestycyjnych i temu podobnych wynalazków. Po co? Pieniądz zyskiwałby na wartości w miarę rozwoju i upływu czasu. Wszystko byłoby odwrotnie niż teraz. A czy w takiej sytuacji możliwe byłyby jakieś wojny i konflikty zbrojne?

Żydzi narzucili nam standard pustego pieniądza i oprocentowanego kredytu. Do tego dorzucili nam wymyśloną przez siebie ekonomię, mnóstwo teorii rynkowych, cyklów koniunkturalnych, liberalizm, socjalizm, monetaryzm, austriacką szkołę ekonomi, w której, jakimś dziwnym trafem, wszyscy ci Austriacy, to Żydzi.

I tak to się toczy, prawie od początku. Nie wystarczy zdominować finanse. Żeby z powodzeniem realizować swoje cele, trzeba jeszcze zdominować ludzkie umysły i sączyć w nie swoje ekonomiczne teorie, które poparte naukowymi „autorytetami”, stają się prawdami objawionymi.

Czy taki pieniądz, którego ilość na rynku byłaby stała, musiałby mieć pokrycie w złocie? Skąd się wzięło pokrycie w złocie? Stąd, że średniowieczni złotnicy proponowali swoim klientom kwity w zamian za złoto, które u nich deponowali. W takiej sytuacji pokrycie w złocie musiało być pełne. To był okres, w którym złoto w postaci monet, było pieniądzem obiegowym. I stąd się wziął standard złota – pełne pokrycie pieniądza papierowego w złocie. Ostatecznie w 1971 roku Stany Zjednoczone wycofały się z pełnego pokrycia dolara w złocie. Skończyła się więc pewna epoka. Pieniądz, którego ilość na rynku byłaby stała, nie musiałby mieć żadnego pokrycia w niczym. Wystarczyłoby tylko, by konsekwentnie utrzymywano stałą jego ilość. Rygor, który jest obcy ludzkiej naturze. Dlatego ten świat wygląda tak, jak wygląda.

Globaliści

Od jakiegoś czasu zadaję sobie pytanie, czy wszyscy globaliści to zboczeńcy? Wbrew pozorom ten typ ludzi nie jest wytworem naszych czasów. Pojawili się znacznie wcześniej. Jednym z nich był John Maynard Keynes. Wikipedia pisze o nim m.in. tak:

„John Maynard Keynes, 1. baron Keynes (ur. 5 czerwca 1883 w Cambridge zm. 21kwietnia 1946 w Firle) – angielski ekonomista, twórca teorii interwencjonizmu państwowego w dziedzinie ekonomii i finansów państwowych. Był synem logika i ekonomisty Johna Neville’a Keynesa(1852–1949) i Ady Florence Keynes z domu Brown(1861–1958), brytyjskiej pisarki.

Na początku Keynes studiował matematykę i historię, ukończył także jeden semestr ekonomii na Cambridge. Studia ekonomiczne odbył pod kierunkiem ekonomistów liberalnych Artura Cecila Pigou i Alfreda Marshalla w latach 1905–1908. Jego poglądy na ekonomię wywarły decydujący wpływ na rozwój myśli ekonomicznej w latach 30.–60. XX wieku.

Szkoła Keynesowska położyła nacisk na analizę agregatową ujmowanego popytu globalnego. Chodziło o zwiększenie popytu, co miało przyspieszyć tempo wzrostu gospodarczego i zlikwidować bezrobocie. Aby zapewnić stały rozwój gospodarczy, należy poprzez odpowiednią politykę gospodarczą, pobudzić wzrost globalnych wydatków. Stąd nazwa – ekonomia popytu. Według nich sterowanie przez państwo globalnym popytem odbywa się za pomocą środków polityki fiskalnej (ewentualnie polityki pieniężnej).

W 1935 roku w przedmowie do niemieckiego wydania swojej książki Keynes argumentował, że jego teoria może być wdrożona o wiele łatwiej w warunkach państwa totalitarnego niż w gospodarce wolnorynkowej, co w późniejszych latach stało się podstawą do wielu zarzutów o totalitarne sympatie.

Był homoseksualistą, i mimo że prawo brytyjskie zakazywało kontaktów homoseksualnych, prowadził w latach 1901–1915 częściowo zaszyfrowane pamiętniki, w których opisywał ze szczegółami swoje stosunki z kilkudziesięcioma partnerami. W 1925 r. Keynes ożenił się z Lidią Łopokową, tancerką Ballets Russes Siergieja Diagilewa. 42-letni ekonomista zakochał się po raz pierwszy w życiu w kobiecie, z którą poznał się w 1921.”

Mówiąc wprost, Keynes był zwolennikiem drukowania pieniądza, co miało pobudzać wzrost globalnych wydatków, a tym samym gospodarkę, a więc dokładnie to, czego obecnie doświadczamy. Czy był homoseksualistą, jak pisze Wikipedia? W książce Standard Bitcoina Saifedean Ammous, profesor ekonomii na Libańskim Uniwersytecie Amerykańskim, pisze:

„Trudno uznać za przypadek, że rozpad instytucji rodziny nastąpił w okresie powszechnej implementacji nauk ekonomicznych człowieka, który nigdy nie był zainteresowany myśleniem w kategoriach długoterminowych. Urodzony w bogatej rodzinie, która przez pokolenia zgromadziła znaczący kapitał, Keynes był libertyńskim hedonistą marnującym większość dorosłego życia na stosunkach seksualnych z dziećmi, włączając w to podróże po dziecięcych domach publicznych w rejonie Morza Śródziemnego. Społeczeństwo Wiktoriańskiej Anglii cechowało się niską preferencją czasową (skłonność do oszczędzania – przyp. mój), silnym przywiązaniem do zasad moralnych, niewielką liczbą konfliktów między jednostkami i stabilnymi rodzinami. Keynes należał do pokolenia wyrosłego w kontrze do tych tradycji. Postrzegał je jako elementy instytucjonalnej opresji, którą należało obalić. Bardzo wymowne okazuje się spojrzenie na ekonomię keynesowską przez pryzmat rodzaju moralności, jaki jej autor chciał zaszczepić w społeczeństwie – które, jak wierzył, mógł kształtować wedle własnej woli.”

Saifedean cytuje również innych autorów. David Felix w pracy Keynes: A Critical Life, Greenwood Press, Westpoint,, Connecticut 1999, s. 112 cytuje list Keynesa, w którym informuje on przyjaciela: „Wyjeżdżam do Egiptu. […] Właśnie się dowiedziałem, że łóżka z chłopcami już na mnie czekają”. W innym liście polecał Stracheyowi, aby udał się do Tunisu i na Sycylię, „jeśli chcesz zobaczyć miejsce, w którym tańczą nadzy chłopcy”.

Jak więc widać bogactwo, wielkie bogactwo, degeneruje. Nie ma znaczenia w jakiej epoce żyje taki człowiek. Zawsze zmierza to ku jednemu, ku zboczeniom i degeneracji. To jest oczywiście sfera obyczajowa. Dla przytłaczającej większości ludzi ważniejsza jest jednak ekonomia i dlatego poglądy Keynesa w tej materii są warte przybliżenia, bo dotyczą większości ludzi i co ważniejsze są one zbliżone do poglądów obecnych globalistów.

Ammous tak je przedstawia:

»Zarówno w sowieckiej, jak i kapitalistycznej gospodarce pogląd, według którego państwo powinno „kierować” lub „zarządzać” gospodarką, aby realizować cele społeczne, powszechnie uważany za jest za słuszny i potrzebny. Warto wrócić w tym miejscu do przekonań Johna Maynarda Keynesa, aby mieć pełną świadomość, jak brzmią jego sugestie co do systemu gospodarczego, które to ludzkość bezwiednie akceptowała przez ostatnie dziesięciolecia. W jednym ze swoich mniej znanych artykułów zatytułowanych The end of Laissez-Faire, Keynes zaproponował, jaka powinna być właściwa rola państwa w społeczeństwie. Wyraził tam swój sprzeciw wobec liberalizmu i indywidualizmu – czego można by się spodziewać – lecz przedstawił też krytykę socjalizmu:

XIX-wieczny socjalizm państwowy pochodził od Benthama, wolnej konkurencji itd., i pod pewnymi względami jest czystszą, a pod innymi bardziej mętną wersją tej samej filozofii, która leży u podstaw XIX-wiecznego indywidualizmu. Oba kładły równy nacisk na wolność jednostki, jeden na negatywną, polegającą na unikaniu ograniczeń dla istniejących swobód, a drugi na pozytywną – celem przeciwdziałania istniejącym monopolom. Stanowią one różne odpowiedzi na tę samą atmosferę intelektualną.

Problem Keynesa z socjalizmem polegał zatem na tym, że ostatecznym celem tego systemu było zwiększenie wolności jednostki. Zdaniem słynnego ekonomisty ostatecznym celem nie powinny być sprawy trywialne, takie jak wolność indywidualna, lecz kontrola gospodarcza państwa nad gospodarką zgodna z jego upodobaniami. Keynes zakreślił trzy główne obszary, w których państwo miało grać pierwsze skrzypce. Po pierwsze, było to „szczegółowe zarządzanie walutą i kredytem przez centralną instytucję”. Ten pogląd dał podstawy nowoczesnej bankowości centralnej. Po drugie i w związku z punktem pierwszym, Keynes był przekonany, że rolą państwa było decydowanie o

skali pożądanych oszczędności w społeczeństwie, skali transferu części tychże oszczędności do innych krajów w postaci inwestycji zagranicznych oraz o tym, czy aktualna organizacja rynku inwestycyjnego dystrybuuje oszczędności za pomocą najbardziej produktywnych krajowych kanałów. Nie sądzę, aby o tych kwestiach powinny decydować wyłącznie prywatne opinie i zyski, jak to ma miejsce obecnie.

Wreszcie Keynes wierzył, że rolą państwa było opracowanie

przemyślanej, krajowej polityki dotyczącej rozmiaru populacji – czy należy ją zwiększyć, ograniczyć, czy pozostawić taką, jaka jest. […] Ustaliwszy zaś tę politykę, musimy podjąć działania mające na celu jej realizację. Właściwy na to czas przyjdzie być może nieco później, gdyż społeczeństwo jako całość musi zacząć zwracać uwagę nie tylko na ilość, lecz także na jakość swoich przyszłych członków.

Innymi słowy, keynesowska koncepcja państwa, na której oparły się nowoczesne doktryny bankowości centralnej wyznawane powszechnie przez wszystkich prominentnych bankierów oraz która kształtuje treść większości podręczników ekonomii na świecie, wywodzi się z przekonań człowieka, który życzył sobie, by państwo kierowało dwoma arcyważnymi obszarami ludzkiego życia: z jednej strony pieniądzem, kredytem, oszczędnościami i decyzjami inwestycyjnymi, co oznaczało totalitarną centralizację alokacji kapitału i zniszczenie swobodnej działalności ludzkiej, a zarazem uzależnienie jednostki od państwa w kwestii zdobywania podstawowych środków do życia; z drugiej kontrolą liczebności i jakości populacji, czyli mówiąc wprost eugeniką. W przeciwieństwie do innych socjalistów Keynes nie dążył do podobnego stopnia kontroli nad jednostkami w celu zwiększenia ich wolności w dłuższym okresie, lecz raczej z zamiarem realizacji swojej wspaniałej wizji społeczeństwa. O ile socjaliści mają na tyle przyzwoitości, by chociaż udawać, że chcą zniewolić człowieka dla jego własnego dobra – przyszłej wolności – Keynes optował za tym, by państwo zniewalało ludzi dla samej tylko kontroli. Ułatwia to zrozumienie, dlaczego Rothbard napisał kiedyś: „Marks miał tylko jedną zaletę: nie był keynesistą”.

Choć taka koncepcja może przemawiać do akademików-idealistów, którzy wyobrażają sobie, że jej realizacja przyniesie korzystne rezultaty, w rzeczywistości skutkuje ona eliminacją niezbędnych w produkcji gospodarczej mechanizmów rynkowych. Upolityczniony pieniądz przestaje spełniać swoją rolę informacyjną dla systemu produkcji, stając się rządowym programem lojalnościowym.«

Rządowy program lojalnościowy, to jest właśnie to, z czym mamy obecnie do czynienia: pieniądze dla celebrytów, dla korporacji i wielu innych instytucji. Powyższy cytat dobrze opisuje globalizm i mentalność globalistów: kontrola przepływu pieniądza i uzurpowanie sobie prawa do decydowania, które grupy społeczne są bardziej wartościowe, a które mniej, które warte są zachowania, a które nie są tego warte. Widać więc, że poglądy o redukcji ludności są wcześniejsze niż kłopoty systemów emerytalnych. Nie dość, że zboczeńcy, to jeszcze próbują globaliści przypisać sobie cechy boskie i decydować o tym, kto i jak długo ma żyć. Jednak wypada tu zrobić pewną uwagę. Banki centralne nie są własnością państwa, a państwa są od nich uzależnione. A do kogo należą banki centralne i nie tylko centralne? Tego chyba nie muszę wyjaśniać. Autor o tym nie wspomina. Nie podejrzewam go o to, że nie wie o tym. Gdyby to chciał napisać, to jego książka nie ukazałaby się. Taka rzeczywistość.

Obecna niczym nieograniczona kreacja pustego pieniądza przypomina do złudzenia tę z okresu przed wielkim kryzysem z 1929 roku. Ammous tak to opisuje:

»Inflacyjna kreacja kredytu może być rozumiana jako przykład przyjmującego społeczny zasięg „rabunku”, jak określił to ekonomista John Kenneth Galbraith w swojej książce na temat wielkiego kryzysu (The Great Crash 1929). Wraz ze wzrostem ekspansji kredytowej w latach 20. XX wieku korporacje zostały dosłownie zalane pieniędzmi, a defraudowanie tych pieniędzy na przeróżne sposoby było niezwykle proste. Dopóki nowy kredyt nie przestaje napływać, dopóty ofiary procederu pozostają niczego nie świadome, a iluzoryczny wzrost bogactwa dotyka całe społeczeństwo, gdyż zarówno ofiara, jak i rabuś sądzą, że posiadają pieniądze. Kreacja kredytu przez banki centralne umożliwia finansowanie niedochodowych projektów i pozwala, aby nieproduktywna działalność pożerała zasoby, wywołując tym samym niemożliwe do podtrzymania boomy.

W systemie monetarnym opartym o solidny pieniądz każda firma, aby przetrwać, musi dostarczyć społeczeństwu pewną wartość, za co wynagradzana jest dochodem, który przewyższa koszt zakupu zasobów potrzebnych do wytwarzania jej produktów. Firma jest produktywna, gdy przekształca zasoby i półprodukty nabyte po pewnej cenie rynkowej na produkty o wyższej cenie rynkowej. Każda firma produkująca dobra wyceniane niżej od zużytych na ich wytworzenie czynników produkcji zbankrutowałaby, uwalniając zasoby, które mogłyby wówczas zostać wykorzystane przez inne, bardziej produktywne firmy. Joseph Schumpeter nazwał ten proces twórczą destrukcją. W warunkach wolnego rynku nie istnieje zysk nieobarczony ryzykiem straty i każdy uczestnik zmuszony jest do ponoszenia owego ryzyka. Porażka zawsze stanowi realną możliwość – i bywa kosztowna. Emitowany przez państwo niesolidny pieniądz może jednakże opóźnić ten proces, podtrzymując nieproduktywne przedsiębiorstwa przy życiu. Takie firmy należy uznać za gospodarcze odpowiedniki zombie lub wampirów – przejadają zasoby żywych i produktywnych przedsiębiorstw, by oferować dobra i usługi o wartości niższej niż te zasoby. Powstaje w ten sposób nowa kasta społeczna, która żyje wedle reguł innych niż reszta obywateli i nie musi ponosić ryzyka. Jej przedstawiciele nie podlegają weryfikacji rynkowej, a zatem nie ponoszą konsekwencji swoich działań. Kasta, o której mowa, istnieje w każdym sektorze finansowym wspieranym przez państwowy pieniądz.

Nie da się z żadną dozą dokładności oszacować, jaki procent działalności gospodarczej we współczesnym świecie, zamiast służyć produkcji dóbr i usług użytecznych dla społeczeństwa, uczestniczy w wyścigu po emitowany przez państwo pieniądz. Umiarkowane szanse powodzenia daje natomiast analiza tego, które przedsiębiorstwa i sektory utrzymują się na rynku, z powodzeniem zdając rynkowy egzamin, a które podtrzymywane są przy życiu przez państwo – czy to jego politykę fiskalną, czy monetarną.

Przykładowo pomoc fiskalna to jedna z form generowania firm-zombie, którą stosunkowo łatwo wykryć. Każde przedsiębiorstwo , które otrzymuje bezpośrednie wsparcie od państwa oraz większość firm bazujących na sprzedaży produktów lub usług sektorowi publicznemu, to w rzeczywistości firmy-zombie. Gdyby przedsiębiorstwa te były produktywne w ujęciu rynkowym, ludzie z własnej woli byliby skłonni oddawać im swoje pieniądze, płacąc za konkretne dobra i usługi. Fakt, że firmy te nie potrafią przetrwać dzięki samym tylko dobrowolnym transakcjom, pokazuje, że nie są one przedsięwzięciami produktywnymi, lecz obciążeniem dla społeczeństwa.

Bardziej subtelnym sposobem tworzenia firm zombie jest udzielanie im dostępu do niskooprocentowanych kredytów. W miarę jak pusty pieniądz stopniowo erodował w społeczeństwie cnotę gospodarności oraz nawyk oszczędzania, inwestycje kapitałowe przestały być finansowane przez oszczędności, które zastąpił w tej roli emitowany przez państwo dług. W społeczeństwie posługującym się solidnym pieniądzem im więcej człowiek oszczędza, tym więcej jest w stanie zgromadzić kapitału i tym więcej może później zainwestować. Łatwo wyciągnąć z tego wniosek, że właściciele kapitału to zazwyczaj osoby o niższej preferencji czasowej. Jednak, gdy kapitał pochodzi z kreacji kredytu przez państwo, jego alokacja przestaje być zorientowana na przyszłość, a decydują o niej pracownicy rozmaitych biurokratycznych agencji państwowych.«

W zasadzie wniosek, jaki można wysnuć z powyższych cytatów jest tylko jeden: wszelkie zło bierze się z drukowania, czy – obecnie kreowania, pustego pieniądza. To powoduje, że ludzie, którzy mieli i mają pierwsi dostęp do tego pieniądza, kupują dobra jeszcze po starych cenach, zanim nowe pieniądze, wywołując inflację, ustalą nowe, wyższe ceny dóbr i usług. I tak następuje proces bogacenia się jednych i ubożenia drugich. W latach 90-tych obowiązywało w Polsce prawo, które pozwalało na odpisy podatkowe dla ludzi, którzy budowali domy. Ci, którzy ich nie budowali, takich odpisów nie mieli. Tak karano tych, którzy oszczędzali. No cóż, nowa, złodziejska nomenklatura pisała prawo pod siebie. A teraz mówią: biedni są niepotrzebni, zanieczyszczają powietrze, niech się przenoszą do Krainy Wiecznych Łowów.

Ten pusty pieniądz oddziałuje na nasze życie nawet tam, gdzie wydaje się nam, że jego moc nie dociera. Ammous pisze tak:

„W świecie wzrostu napędzanego ciągłą ekspansją pieniądza dekretowego niemal wszystkie współczesne rządy przeznaczają część budżetu na dotowanie sztuki i artystów. Nie powinien stanowić zaskoczenia fakt, że wraz z upływem czasu na jaw wyszły zadziwiające i niewiarygodne historie rządowych manipulacji w świecie sztuki podyktowanych względami politycznymi. Podczas gdy Sowieci nie kryli się z finansowaniem „sztuki” komunistycznej, która miała pomóc im osiągnąć polityczne i propagandowe cele, niedawno (książka została wydana w 2018 roku – przyp. mój)) okazało się, że także Centralna Agencja Wywiadowcza (CIA) uciekała się do opłacania i promowania prac abstrakcyjnych, ekspresjonistycznych gwałcicieli papieru i płótna, takich jak Mark Rothko i Jackson Pollock, aby służyli amerykańskiej propagandzie. Tylko w świecie łatwego pieniądza mogło dojść do tego, że sztuka została zbrukana usłużnym promowaniem bezguścia pod dyktando rządowych karierowiczów pracujących dla agencji szpiegowskich w Waszyngtonie i Moskwie.

Jednakże najbardziej zdumiewa nie tyle rozpowszechnianie w świecie sztuki nowoczesnej bezwartościowych śmieci, takich jak twórczość Rothko, lecz wyraźna nieobecność wielkich dzieł, które można by porównać ze sztuką sprzed zepsucia pieniądza. Trudno przeoczyć, że nie powstają dziś ani pracę na miarę Kaplicy Sykstyńskiej, ani też dzieła porównywalne z malowidłami Leonarda da Vinci, Rafaela Santi, Rembrandta, Caravaggia czy Jana Vermeera. Powinno to dziwić szczególnie, gdy uświadomimy sobie, że dzięki postępowi technologii i uprzemysłowienia, tworzenie podobnych dzieł sztuki jest obecnie znacznie łatwiejsze, niż było w złotej epoce – a do tego więcej ludzi ma na to czas i fundusze.

Kaplica Sykstyńska wzbudzi podziw u każdego zwiedzającego, a gdy dodatkowo zostanie mu wyjaśniona zawarta w dziele treść oraz metody i chronologia jego tworzenia, podziw ten przekształci się w zachwyt nad głębią myśli, kunsztem i ogromem ciężkiej pracy włożonej w jej powstanie. Zanim malowidła Rothko stały się sławne, nawet najbardziej pretensjonalni krytycy sztuki przeszliby obok nich obojętnie, nie wspominając nawet o zabraniu ich do domu. Dopiero kiedy krąg poklepujących się wzajemnie po plecach krytyków spędził niekończące się godziny na wychwalaniu jego geniuszu, pasożyty i nuworysze aspirujący do miana znawców kultury wysokiej zaczęli udawać, że dostrzegają w jego pracach głębszy sens i rzucili się do ich nabywania za łatwy pieniądz.

Z biegiem lat nagromadziło się wiele historii żartownisiów, którzy pozostawiali przypadkowe przedmioty w galeriach sztuki nowoczesnej tylko po to, aby współcześni miłośnicy sztuki otaczali je uznaniem, ukazując kompletną próżnię w aktualnych gustach artystycznych. Nic jednak nie obrazuje lepiej wartości sztuki nowoczesnej niż liczni dozorcy światowych wystaw sztuki, którzy wykazali się godną podziwu spostrzegawczością i oddaniem swojej pracy, umieszczając kosztowne instalacje artystyczne sztuki współczesnej tam, gdzie ich miejsce: w śmietniku. Niektóre, największe ikony „sztuki” współczesnej, jak Damien Hirst, Gustav Metzger, Tracey Emin, Sara Goldschmied i Eleonora Chiari, otrzymały w ten sposób noty od dozorców, którzy – omyłkowo wyrzucając ich dzieła do kosza – wykazali lepsze wyczucie piękna niż niestabilni emocjonalnie nuworysze wydający na te same dzieła miliony dolarów.”

Cytaty wyrwane z kontekstu, czyli z książki, są wyrwane z kontekstu i dlatego należy się pewne uzupełnienie czy wyjaśnienie. Saifedean Ammous jest zwolennikiem pieniądza niezależnego od rządu i za taki uważa Bitcoina. Wcześniej takim rozwiązaniem był dla niego standard złota, który obowiązywał w epoce wiktoriańskiej do pierwszej wojny światowej. Standard złota polegał na tym, że pieniądz miał w nim pełne pokrycie. Innymi słowy, można było dodrukować go tyle, ile wydobyto nowego złota. I to była największa zaleta, bo o tym, ile pieniądza dodrukowywano nie decydowały rządy i nikt inny, tylko ilość wydobytego złota – rzecz obiektywna i niepodważalna. I to, już samo w sobie, jest argumentem nie do obalenia. Jednak zwolennicy jakiejkolwiek teorii gotowi są dostarczać wielu argumentów na potwierdzenie tego, że mają rację. W omawianym przypadku dowodem na to, że, gdy mamy zdrowy pieniądz, to i sztuka jest zdrowa i kwitnie. Problem jest jednak trochę bardziej skomplikowany. Sztuka renesansu – wspaniałe malowidła, rzeźby, architektura – mogła się rozwinąć, bo pojawiło się w Europie mnóstwo złota, które Hiszpanie wywozili z obu Ameryk. Wywozili? Rabowali albo kradli, kto co woli. Efekt był więc taki sam, jak w przypadku sztuki współczesnej – nadmiar złota skierowano na dobra wyższe. To była inna epoka, inni władcy i inni artyści i stąd inny efekt. W epoce wiktoriańskiej, gdy obowiązywał standard złota, powstawały wartościowe dzieła kultury i sztuki, ale inne niż w renesansie. Wcześniej sztuka nie była skierowana do masowego odbiorcy, a obecnie – tak.

Ale nawet jak Hiszpanie okradali amerykańskich tubylców, to wcale jeszcze nie znaczyło, że to złoto dotrze do Hiszpanii. Ryzyko było duże. Po drodze czatował na nich najsłynniejszy w historii pirat Francis Drake. Dla Hiszpanów był piratem, a dla Anglików – bohaterem narodowym. Bez cichego poparcia królowej Elżbiety, ani Drake, ani żaden inny pirat, nie miałby racji bytu. Zupełnie tak jak dziś – żadna mafia nie istniałaby, gdyby rządy nie tolerowały ich. Hiszpanie starali się odstraszać piratów na różne sposoby. Jednym z nich było nadawanie okrętom imion budzących grozę, jak choćby „Cacafuego”. Kazimierz Dziewanowski w swojej książce „Brzemię białego człowieka” tłumaczył to jako „Ziejący ogniem” – bardzo subtelnie, ale w angielskiej Wikipedii przetłumaczono to jako – „Srający ogniem”. Miało to informować potencjalnych napastników, że okręt jest wyposażony w działa. Tak więc przywożenie zrabowanego złota było zupełnie czym innym, niż drukowanie pieniądza bez pokrycia i bez żadnego ryzyka.

Szalone lata dwudzieste skończyły się wielkim kryzysem w 1929 roku. Doszło do niego, bo nagłe zmniejszenie kredytów obniżyło o 20 miliardów dolarów depozyty i kredyty na żądanie. Transakcje czekowe spadły o 1 200 miliardów dolarów, dwie trzecie pieniędzy w dyspozycji handlu i przemysłu. Gdyby dziś zrobiono to samo, kryzys byłby jeszcze większy. Jednak obecnie nie brakuje pieniędzy, rządy wszystkich państw mają pieniądze na walkę z „pandemią” i wspieranie wybranych firm. Kryzys i dramaty dotyczą tylko wybranych. Celem jest wyeliminowanie pieniądza papierowego i monet, likwidacja własności prywatnej oraz podporządkowanie ludzi ścisłym elitom rządzącym i wyeliminowanie części z nich, tych uznanych za gorszych. Dokładnie tak jak wyobrażał to sobie Keynes.

Dyktatura

Allan Bullock w swojej pracy Hitler – studium tyranii zamieścił ostatnią wypowiedź Alberta Speera przed sądem w Norymberdze. Wydaje mi się, że warta jest przytoczenia, bo jest nadal aktualna. Speer był ministrem uzbrojenia i produkcji wojennej.

„Dyktatura Hitlera pod jednym zasadniczym względem różniła się od wszelkich poprzednich dyktatur w historii świata. Był on pierwszym dyktatorem w dzisiejszych czasach rozwoju nowoczesnej techniki, dyktatorem, który dla panowania nad własnym krajem wykorzystał wszystkie środki techniczne. Za pomocą radia i głośników osiemdziesięciu milionom ludzi odebrano możność niezależnego myślenia. Dlatego też można ich było podporządkować woli jednego człowieka. Dawniej dyktatorzy nie mogli się obyć bez wysoko wykwalifikowanych pomocników, ludzi, którzy umieli myśleć i działać niezależnie. Reżim totalitarny w okresie rozwoju nowoczesnej techniki może się obyć bez nich: same urządzenia łączności pozwalają na zmechanizowanie niższego szczebla administracji. W wyniku tego wykształca się typ bezkrytycznego odbiorcy rozkazów… Jeszcze innym skutkiem był daleko sięgający nadzór nad obywatelami państwa i zachowanie jak największej tajemnicy w zakresie czynów kryminalnych.

Koszmar męczący niejednego człowieka, że któregoś dnia będzie można rządzić narodami przy użyciu technicznych środków, doczekał się pełnej realizacji w totalitarnym systemie Hitlera.”

W wypowiedzi Speera zwróciło moją uwagę to, że technika pozwala na zmechanizowanie niższego szczebla administracji, w wyniku czego wykształca się typ bezkrytycznego odbiorcy rozkazów. My to dziś nazywamy bezduszną biurokracją i często jest nam trudno zrozumieć urzędników. Ale ważniejsze jest to, co powiedział w ostatnim zdaniu. Jeśli przy użyciu tak skromnych, w porównaniu z obecnymi, środków technicznych udało się podporządkować cały naród, to obecnie, przy użyciu technologi cyfrowej, wspartej biotechnologią, wkroczyliśmy na wyższy etap. Narody są już zniewolone. Teraz chodzi o zniewolenie jednostki. I cała współczesna technika została w to wprzęgnięta. To jest machina, a bezkrytyczni odbiorcy rozkazów nie znajdują się na niższych szczeblach administracji, tylko na najwyższych. To jest oczywiście efekt istnienia rządu światowego. Tak więc odwoływanie się do ich sumień nie ma żadnego sensu. Tak jak Hitler, będą dążyli do zniszczenia nas. Kierują nimi te same siły, które nim kierowały. Od decyzji Hitlera nie było odwołania i dokładnie tak samo jest obecnie. Odnoszę wrażenie, że większość ludzi tego nie rozumie. Apele do rządu, protesty i inne formy sprzeciwu są i będą nieskuteczne, bo mało kto wie, że w sposób zupełnie niezauważalny przeszliśmy od demokracji do dyktatury. Rząd rządzi za pomocą dekretów, a nie ustaw, które zatwierdza sejm. Ten ostatni staje się powoli atrapą. Tym się różni dyktatura od demokracji. W demokracji lud sprawuje władzę poprzez swoich przedstawicieli, czyli posłów, a oni w sprawach „pandemii” nie mają głosu. Ja oczywiście wiem, że demokracja była fikcją, ale przynajmniej zachowywano jakieś pozory. A teraz idą na całość. Jeśli jakoś można się bronić, to chyba tylko przez uświadamianie tych, którzy wierzą w to, że rząd działa dla ich dobra, podczas gdy jest dokładnie odwrotnie. On chce ich zabijać, może na raty, ale zabijać. Im więcej ludzi nie zaszczepi się, tym większa szansa, że globaliści będą musieli ustąpić.

Wielu ludzi zatraciło zdolność samodzielnego myślenia i co się z tym wiąże, zdolność do zadawania pytań. Wszystko to jest efektem istnienia wadliwego systemu edukacji, ale on ma takim być – nastawionym na bezrefleksyjne przyjmowanie masy informacji, z których nic nie wynika. Myślenie ma być wyłączone. Rozkazy i polecenia przychodzą z góry. Filozof Leibnitz, wybitny różokrzyżowiec, mawiał: „Dajcie mi na przeciąg wieku wychowanie publiczne, a zmienię świat”. Ci, którzy planowali nowy ład, dobrze wiedzieli, że jednym z warunków, umożliwiających zrealizowanie ich celów, będzie reforma systemu edukacji, a właściwie jego rozkład, polegający na pozbawianiu ludzi możliwości samodzielnego myślenia i wyciągania wniosków z otaczającej ich rzeczywistości.

Parę tygodni temu usłyszałem w końcowym fragmencie audycji radiowej wypowiedź prowadzącej na temat błędów ortograficznych. Ponieważ to była końcówka, to nie wiem, czy cały program był temu poświęcony, czy nie. Może rozmawiano też o pisaniu ręcznym, a może o zachęcaniu do pisania piórem wiecznym, bo powiedziała ona, że błąd ortograficzny w wyrazie napisanym piórem jest bardziej szlachetny. Przyznam, że mnie zatkało. Jak można mówić takie bzdury. Błąd to błąd. Nie ma znaczenia czy piszemy ołówkiem, długopisem czy piórem wiecznym. Jeśli jednak pisanie piórem wiecznym popularyzują różni celebryci, ludzie na eksponowanych stanowiskach, to wiele osób ulega presji i nawet boi się zapytać, a niby to dlaczego pisanie piórem wiecznym miałoby być takie nobilitujące. I dlaczego pióro miałoby być lepsze od innych instrumentów piśmiennych. Inna sprawa, że, pisząc na klawiaturze, zdarzają mi się błędy, nawet ortograficzne, których nie popełniłbym, pisząc ręcznie. Nie znaczy to oczywiście, że nie zaliczyłbym ich, pisząc ręcznie takie zdanie: “Dżdżystym rankiem, dwie gżegżółki, najadłszy się miąższu dżdżownic, rzygały do brytfanny.” A te gżegżółki, to kukułki. Słownik języka polskiego podaje, że „kukułka” jest nazwą gwarową.

Współczesna technika – internet, telefonia komórkowa, telewizja – wykorzystywana jest do całkowitego podporządkowania jednostki. Wszędzie pojawiają się „eksperci”, którzy zapewniają, że szczepionka jest bezpieczna i że nie ma innej metody wyjścia z pandemii, której nie ma. Ludzie noszą maski, nawet tam, gdzie nie muszą np. w parku. Chyba nie zdają sobie sprawy z tego, że tu nie chodzi o żadne bezpieczeństwo, tylko o zakodowanie im pewnego odruchu: wychodzę z domu, zakładam maskę.

„W Izraelu 10% populacji otrzymało pierwszą dawkę szczepionki na koronawirusa. Jest to wskaźnik, który znacznie przewyższył resztę świata. Dla tych, którzy zastanawiają się, w jaki sposób Izrael był w stanie zorganizować tak szybką i agresywną kampanię szczepień, the Times of Israel wyjaśnia, że wysoce zdigitalizowany, społeczny system opieki zdrowotnej – wszyscy obywatele, zgodnie z prawem, muszą zarejestrować się w jednym z czterech krajowych ośrodków ds. zdrowia – i ich organ nadzorczy, doskonale współpracowały ze sobą i sprawnie przeprowadziły krajową kampanię szczepień.” – Tak pisze portal Zerohedge. Ta szczepionka to Pfizer/BioNtech.

Tak więc koszmar męczący niejednego człowieka, że któregoś dnia będzie można rządzić narodami przy użyciu technicznych środków, doczekał się realizacji w formie, której Speer nie mógłby sobie wyobrazić. W tej chwili mamy do czynienia z totalnym zniewoleniem jednostki. Współczesny rozwój techniki, biotechnologii, farmakologii służy tylko jednemu celowi – całkowitemu podporządkowaniu człowieka jakimś tajemnym siłom, choć nietrudno domyśleć się, jakim siłom. Najpierw, poprzez wojny i rewolucje, zniszczono narody, później, poprzez edukację, odebrano ludziom zdolność samodzielnego myślenia, a teraz, wykorzystując najnowsze technologie, dezintegruje się jakiekolwiek społeczności. Dąży się do tego, by ludzie przestali się kontaktować ze sobą bezpośrednio. Pośrednio mogą, np. poprzez Facebook, ale tam będą cenzurowani. Na wiosnę zeszłego roku założyłem konto na Facebooku, bo chciałem skontaktować się z osobą, z którą tylko tak można było skontaktować się. W czwartek wypełniłem formularz, a w sobotę przyszła informacja, że moje konto zostało zablokowane. Nie mam najmniejszych wątpliwości, że ci, którzy weryfikowali moje dane, trafili na ten blog i tak przekonałem się na własnej skórze, że Facebook to Pejsbook. Jakoś dziwnie, ale byłem zadowolony, że tak to się skończyło.

Wszystko co dotyczy tej „pandemii”, to jedno wielkie kłamstwo. Normalnemu człowiekowi nie mieści się to w głowie, że można tak kłamać. Można! Wysłuchałem orędzia noworocznego prezydenta. Nie było w nim słowa prawdy. Jeśli ktoś mówi, że uratował miliony miejsc pracy, podczas gdy, prawdopodobnie, setki tysięcy miejsc pracy uległo likwidacji, to kłamie w żywe oczy. Jeśli mówi, że współczuje tym, którzy stracili bliskich z powodu koronawirusa, to kłamie, bo oni zmarli z powodu innych schorzeń czy chorób. Co roku umierają ludzie z powodu grypy, ale to są ci najstarsi i schorowani. Nie współczuje on natomiast tym, którzy stracili bliskich z powodu braku dostępu do leczenia. Same kłamstwa. Codziennie atakują nas nimi z internetu, telewizji, telefonów komórkowych.

Dyktatura może być groźniejsza niż wielu się wydaje, bo ona może dzielić społeczeństwa na wrogie sobie strony. Za Hitlera było tak, że nazistowskie bojówki rozbijały wiece innych partii, zastraszały ludność. Obecnie może być podobnie. Przypadek z Gorzowa Wielkopolskiego zdaje się to potwierdzać. Powstał konflikt pomiędzy tymi z personelu medycznego, którzy wpisali się na listę szczepień a tymi, którzy tego nie zrobili. Ci pierwsi uznali, że ci drudzy zachowali się nieodpowiedzialnie, bo będą stanowić zagrożenie dla nich i dla pacjentów. Wszystko wskazuje, że tego typu konflikty będą narastać w miarę, jak coraz więcej osób zostanie zaszczepionych. Nie wiem, czy groźniejsi od władzy nie okażą się ci zaszczepieni. Wszak stara zasada „dziel i rządź” jest chyba najbardziej skuteczną metodą podporządkowania sobie społeczeństwa.

Ci ludzie chyba zupełnie nie zdają sobie sprawy z tego, o co toczy się ta walka. Dokonuje się Wielki Reset:

»Podczas gdy każdy aspekt Wielkiego Resetowania wiąże się z technologią, Wielki Reset w szczególności pociąga za sobą „czwartą rewolucję przemysłową” lub transhumanizm, który obejmuje ekspansję genomiki, nanotechnologii i robotyki oraz ich przenikanie do ludzkich ciał i mózgów. Oczywiście czwarta rewolucja przemysłowa wiąże się z likwidacją ludzkiej pracy w wielu sektorach, która ma zostać zastąpiona automatyzacją. Co więcej, Schwab chwali użycie nanotechnologii i skanów mózgu do przewidywania i wyprzedzania ludzkich zachowań.

Wielki Reset oznacza wydawanie paszportów medycznych, które wkrótce zostaną zdigitalizowane, a także przejrzystość dokumentacji medycznej, w tym historii medycznej, składu genetycznego i stanów chorobowych. Ale mogłoby to obejmować wszczepienie mikroczipów, które odczytywałyby i informowały o składzie genetycznym i stanach mózgu w taki sposób, że „przekroczenie granicy państwowej może pewnego dnia wymagać szczegółowego skanowania mózgu w celu oceny potencjalnego zagrożenia, które może stwarzać dana osoba”.

Na froncie genomicznym Wielki Reset obejmuje postęp w inżynierii genetycznej oraz połączenie genetyki, nanotechnologii i robotyki.« Więcej tu: https://www.zerohedge.com/geopolitical/great-reset-part-i-reduced-expectations-and-bio-techno-feudalism.

Oby nie było tak, że to ludzie ludziom zgotowali ten los. To dopiero początek. W dniu 3 stycznia mamy około 50 tys. zaszczepionych. Proces totalnego zniewolenia jednostki rozpoczął się. Właściwie to, co obserwujemy, to nie dyktatura. Czy to tyrania? Chyba brakuje nam słowa na opisanie tego zjawiska. Niektórzy nazywają to bio-techno-feudalizmem.

Wojna Hitlera

W blogu „Wojna secesyjna” pisałem o tym, że konflikt ten został sztucznie wykreowany, a zwaśnione strony podzielone na dwie równe sobie siły tak, by wojna trwała jak najdłużej i była jak najbardziej wyniszczająca. I tak było. Straty ludzkie i materialne były ogromne. A chodziło o to, by osłabić Amerykę i przejąć nad nią kontrolę. Jedną stronę wspierali finansiści z Londynu, drugą – z Paryża. W trakcie tej wojny, w 1862 roku, przyjęto amerykańską ustawę bankową, która monopol druku pieniądza oddawała w ręce City of London.

Właściwie to wszystkie wielkie wojny były tak prowadzone, by nie było zwycięzcy, a straty ludzkie i materialne były jak największe. Dotyczy to również obu wojen światowych. Pierwszą tak zakończono, by dać pretekst do rozpętania drugiej.

W II wojnie światowej można znaleźć wiele przykładów na to, że obie strony walczyły tak, by straty były jak największe. Pierwszy etap tej wojny to pasmo sukcesów, początkowo dyplomatycznych, a później wojskowych. Hitler zajmuje Europę Śrokowo-Wschodnią, na zachodzie Danię, Norwegię, Holandię, Belgię, Luksemburg i część Francji. Poza jego zasięgiem pozostała Jugosławia i Grecja. Włochy stają się jego sojusznikiem. Do tego momentu Hitler współpracuje ze swoim sztabem i nawet poddaje się sugestiom swoich generałów. Problem pojawia się, gdy trzeba podjąć decyzję, w jaki sposób zaatakować Anglię, a później, w trakcie wojny ze Związkiem Radzieckim i tak już będzie do końca wojny.

W tym blogu będę korzystał z pracy Allana Bullocka Hitler – studium tyranii. I spróbuję cytowane fragmenty poskładać w logiczną całość. Hitler, zanim zaatakował Anglię, to wiedział już, że jego głównym celem jest wojna na wschodzie. Bullock pisze tak:

„W dniach 24 października 1939 i 11 lutego 1940 roku oba państwa zawarły kolejne umowy ekonomiczne. Niemcom tak trudno było się obejść bez rosyjskich surowców, że 30 marca 1940 roku Hitler polecił, aby dostawom broni do ZSRR dano pierwszeństwo przed zaopatrzeniem własnych sił zbrojnych. W zamian Związek Radziecki w pierwszym roku dostarczył Rzeszy milion ton zbóż, pół miliona ton pszenicy, 900 000 ton ropy, 500 000 ton fosfatów, 100 000 ton bawełny oraz mniejsze ilości innych surowców, a transportem z Mandżurii – milion ton fasoli sojowej.”

A więc jeszcze przed uderzeniem na zachód Hitler wysyła broń do Związku Radzieckiego, który chce zaatakować. Co najmniej dziwne posunięcie. Przecież w momencie wypowiedzenia wojny dostawy tych surowców zostaną przerwane i trzeba będzie to jakoś zrekompensować dostawami z innych rejonów. Po co więc takie zakupy? Chyba tylko po to, by zapłacić za nie bronią, by przeciwnik był silniejszy i by wojna była jak najbardziej wyniszczająca.

Dużo do myślenia daje sposób, w jaki Hitler prowadził wojnę z Anglią. Bullock tak pisze:

»Aż do lata 1940 roku Hitler nigdy poważnie się nie zastanawiał, jak prowadzić i wygrać wojnę z Anglią. Nie jest to takim paradoksem, jak by się mogło wydawać na pierwszy rzut oka. Zbrojny zatarg z Wielką Brytanią wynikł jedynie stąd, że nie zgodziła się ona pozostawić Hitlerowi wolnej ręki w Europie. Ale gdy ta sprawa została przesądzona, nie miał on żadnych żądań pod adresem Anglii, prócz zwrotu dawnych kolonii niemieckich. Każda zdobycz terytorialna lub ekonomiczna, jaką Niemcy mogli osiągnąć na zachodzie, miała drugorzędne znaczenie w porównaniu z głównym celem, jakim było skierowanie całej uwolnionej energii niemieckiej w jednym kierunku: zrealizowania polityki, której Hitler pozostał wierny od czasu napisania „Mein Kampf” – historycznego niemieckiego „Drang nach Osten”.«

Bitwa o Anglię miała miejsce we wrześniu i na początku października 1940 roku. Podsumowując to wydarzenie Bullock pisze:

»W praktyce położyło to kres całemu zamiarowi i po przesunięciu go na rok, został on w styczniu 1942 roku odłożony ad acta. Z przebiegu wydarzeń wyłaniają się trzy wnioski:

Po pierwsze jasne jest, że Hitler, ani nie wierzył, ani nie chciał przyznać, że dla zmuszenia Anglii do pertraktacji trzeba w dalszym ciągu z nią wojować.

Po drugie, gdy się już o tym przekonał i rozpoczął poważne przygotowania do inwazji, brak przewagi na morzu zmusił go do porzucenia zamiaru lądowania, w planowanej uprzednio sile 40 dywizji, na rzecz pokonania Anglii z powietrza, z tym że lądowanie nastąpiłoby dopiero po złamaniu ducha w Anglikach i sparaliżowaniu ich obrony przez Luftwaffe.

Po trzecie, Hitler zdecydował się odłożyć, a potem całkiem zaniechać inwazji, nie dlatego, że przejrzano jego bluff, ale dlatego, że zrozumiał, iż Luftwaffe, podobnie jak flota wojenna, nie może stworzyć warunków koniecznych dla przeprowadzenia niemieckich wojsk lądowych przez kanał i okupowania Anglii.

W swojej mowie do generałów 23 listopada 1939 roku powtórzył warunek po raz pierwszy wymieniony w „Mein Kampf”: „Możemy zmierzyć się z Rosją tylko wtedy, gdy będziemy mieli wolne ręce na zachodzie”.

Ale gdy wypędził Anglików z kontynentu i pozbawił ich sojusznika, czy sprawa nie wyglądała na załatwioną?

Gotów był czekać do jesieni, lecz nie dłużej, żeby przekonać się, czy uda mu się zmusić Anglików do kapitulacji. Tymczasem zaś, jeszcze przed końcem lipca i zanim Luftwaffe przystąpiła do totalnej ofensywy przeciwko Anglii, wydał rozkaz opracowania wstępnego planu ataku na Rosję.«

Z powyższego cytatu wynika już jednoznacznie, że Hitlerowi chodziło o to, by wojna była jak najbardziej wyniszczająca. Po co atakować Anglię, skoro nie ma się ku temu wystarczających sił i środków? Co więcej, jeśli Hitlerowi rzeczywiście chodziłoby o pokonanie Anglii, czy przynajmniej o jej upokorzenie, to był na to sposób. Bullock tak pisze:

»Istniała jeszcze trzecia możliwość zastępująca atak na Anglię lub Związek Radziecki, którą Raeder z uporem przedstawiał Hitlerowi – działania w basenie Morza Śródziemnego i na przyległych terenach Afryki Północnej oraz Bliskiego Wschodu. Tu jest – argumentował Raeder – najbardziej newralgiczny punkt Imperium Brytyjskiego, słabe ogniwo, przeciwko któremu Niemcy powinny skoncentrować wszystkie swoje siły.

Rozwijając te argumenty w czasie dwóch narad z Hitlerem, w dniach 6 i 26 września, poparł je jeszcze dodatkowymi argumentami o gospodarczym znaczeniu tego terenu dla Niemiec, skąd mogłyby one czerpać tak im potrzebne surowce, oraz o niebezpieczeństwie, jakie by za sobą pociągnęło lądowanie Anglików czy nawet Amerykanów we francuskiej Afryce Zachodniej poprzez wyspy hiszpańskie i portugalskie na Atlantyku. Na drugiej z tych narad wysunął pewne konkretne propozycje: należy zająć Gibraltar i Wyspy Kanaryjskie oraz – w porozumieniu z rządem w Vichy – wzmocnić obronę francuskiej Afryki Północnej. Jednocześnie Niemcy wspólnie z Włochami powinny rozpocząć wielką ofensywę w kierunku Suezu, a stamtąd posunąć się dalej na północ, przez Palestynę i Syrię, do Turcji.

To był właśnie ów alternatywny projekt przyszłych działań wojennych w stosunku do tego, który już się kształtował w mózgu Hitlera. Raeder potwierdza to dodając, że gdyby jego plan został z powodzeniem zrealizowany, to „wątpliwe, czy trzeba by było atakować Rosję od północy”. Dużo argumentów przemawiało za realizacją tych planów: Anglia figurowała w nich jako wróg nr 1 (wniosek całkiem naturalny dla niemieckiej floty wojennej), w pełni wykorzystywały one sojusz Niemiec z Włochami i Hiszpanią i wreszcie projektowane działania znacznie bardziej leżały w możliwościach Niemców niż podbicie Rosji. Göring, który zwykle był w jak najgorszych stosunkach z Raederem, gorąco popierał jego koncepcje, a i Hitler potrafiłby je właściwie ocenić, gdyby sobie zdawał sprawę ze znaczenia, jakie ma panowanie na morzu.«

No cóż, cała argumentacja Bullocka sprowadza się do tego, że Hitler nie zdawał sobie sprawy, albo że upierał się przy swoim stanowisku, nie próbując odpowiedzieć sobie na pytanie, czy rzeczywiście Hitler nie zdawał sobie sprawy albo dlaczego upierał się. Próba szukania odpowiedzi na te pytania mogłaby prowadzić do bardzo niepoprawnych politycznie wniosków. Trudno więc dziwić się, że nie drąży tematu. No bo jak? Wódz, który opanował ponad pół Europy, nie zdaje sobie sprawy z tego jakie znaczenie ma panowanie na morzu? Dalej Bullock pisze:

»Trzeba przyznać, że wczesnym latem 1941 roku sytuacja we wschodniej części Morza Śródziemnego zmieniła się nie do poznania. Anglików wyrzucono z Grecji i odepchnięto pod granicę egipską. W Iraku proniemiecko usposobiony premier, Raszid Ali, stanął na czele buntu skierowanego przeciwko garnizonom brytyjskim i na początku maja zaapelował do Hitlera o pomoc, która mogłaby nadejść z baz w Syrii pozostającej pod władzą Francji Pétainowskiej. Wreszcie w dniach 20-27 maja spadochroniarze niemieccy zajęli Kretę.

Niemiecki sztab marynarki wojennej i Rommel uważali, że szczupłe siły, jakimi na tym terenie dysponują Anglicy dla utrzymania Egiptu, Palestyny i Iraku, są rozciągnięte do granic, wystarczy więc jedno mocne pchnięcie, żeby obalić całą budowlę angielskiego systemu obronnego na Środkowym Wschodzie. Zgodnie z tym 30 maja Raeder ponowił żądanie przeprowadzenia „jesienią 1941 roku decydującej ofensywy na Egipt-Suez, która – dowodził – będzie dla Anglii bardziej śmiertelnym ciosem niż zajęcie Londynu”. W tydzień później sztab marynarki przedłożył Hitlerowi memorandum, w którym, przyjmując decyzję napaści na Związek Radziecki za fakt nieodwołalny, podkreślano, że napaść ta „pod żadnym warunkiem nie powinna prowadzić do porzucenia, redukcji albo odłożenia planów kampanii we wschodniej części Morza Śródziemnego”. Niepokój przebijający w tym czasie z depesz Churchilla i generała Wavella potwierdza słuszność tez dowództwa niemieckiej marynarki wojennej. Nawet jedna czwarta sił zmasowanych do napaści na Związek Radziecki, przerzucona na ten teatr działań, mogłaby fatalnie zagrozić angielskiemu panowaniu na Środkowym Wschodzie.

Hitler jednak nie chciał dojrzeć nadarzającej się okazji; zawiodła go intuicja. Zajęty całkowicie napaścią na Związek Radziecki, nie chciał widzieć w basenie śródziemnomorskim nic innego, prócz drugorzędnego teatru działań, który można pozostawić wojskom włoskim, usztywnionym jednostkami niemieckimi. Daremnie Raeder i Rommel starali się otworzyć mu oczy na możliwości zarysowujące się na południu. Nie dał się przekonać, wolał raczej stwarzać warunki, niż z nich korzystać. Miało się to stać jednym z największych jego błędów strategicznych.«

I znowu to samo. Bullock stara się przekonać czytelnika, że Hitler wolał stwarzać warunki niż z nich korzystać. Najwyraźniej nie chciał on wygrać tej wojny. Możemy oczywiście przyjąć pogląd, że Hitler był szaleńcem, psychopatą, że był po prostu głupi nie wykorzystując nadzwyczaj korzystnej dla niego sytuacji w rejonie Morza Śródziemnego. Ja jednak twierdzę, że on w każdej sytuacji zdawał sobie sprawę z tego, co się może stać, gdy wykorzysta te okazje.

Doskonały opis wojny niemiecko-radzieckiej daje Józef Mackiewicz w swojej powieści Nie trzeba głośno mówić. I z niej pochodzą poniższe fragmenty. Powieść jest pisana w formie fabuły i dokumentu. W części dokumentalnej Mackiewicz przytaczał fakty, nie komentował ich. Ocenę i interpretację zostawiał czytelnikom.

»W ciągu czerwca 1941 roku Niemcy skoncentrowały wzdłuż granicy sowieckiej, na przestrzeni 1.600 km, od Morza Bałtyckiego do Czarnego, 146 dywizji, o łącznej sile 3 milionów żołnierzy, 600.000 wozów, 750.000 koni, 3.580 czołgów, 7.184 armat i 1.830 samolotów. Do tego dochodziła 3-cia i 4-ta armia rumuńska na południu i armia fińska na północy. Po drugiej stronie było 139 dywizji i 29 samodzielnych brygad, o łącznej sile 4,5 miliona ludzi. Bolszewicy posiadali 6000 samolotów, z czego tylko 1500 nowego typu, pozostałe były przestarzałe.

W niedzielę 22 czerwca o godzinie 3.15 rano nastąpił atak. Zaskoczenie było kompletne. Żadna jednostka sowiecka nie była postawiona w stan alarmu, nigdzie obsada przyczółków mostowych nie była wzmocniona, bojowe linie obronne nie były rozwinięte. Na całej długości frontu nie było przypadku niezaskoczenia. Do dnia 10 lipca poddało się na trenie Białorusi 320.000 żołnierzy sowieckich, 16 lipca w rejonie Smoleńska – 300.000, pomiędzy 5 i 8 sierpnia, w rejonie Humania, 103.000, do 26 września pod Kijowem 650.000. Łącznie – 1.388.000, w ciągu trzech miesięcy. W drugiej połowie lipca, po przebyciu 700 kilometrów, armie niemieckie stanęły na linii: Jarcewo-Smoleńsk-Jelnia-Rosławl. Do Moskwy pozostawało 350 kilometrów.

Dnie stawały się coraz krótsze. Od tygodni wojska niemieckie stały w miejscu, a rozkaz marszu na Moskwę nie nadchodził. W tym czasie gen. Guderian zamierzał zgrupowane siły pancerne pchnąć na Moskwę z rejonu Rosławla. Czekał tylko na rozkaz. O północy 22 sierpnia zadzwonił do Guderiana feldmarszałek von Bock i poprosił go o przybycie do niego do Borysowa. Guderian przyleciał o 11 przed południem. Godzinę wcześniej wylądował szef sztabu gen. Halder, który przywiózł dosłowny tekst decyzji Hitlera:

„Najważniejsze przed nastaniem zimy nie jest wzięcie Moskwy, lecz zajęcie Krymu, przemysłowego i węglowego Zagłębia nad Dońcem, przejęcie dopływu nafty z Kaukazu. Na północy odcięcie Leningradu i połączenie z Finami.”

Guderian nie mógł pogodzić się z tą decyzją i osobiście stawił się 23 sierpnia w kwaterze Hitlera w Rastenburgu (Kętrzyn). Argumentował: zdobycie Moskwy zadecyduje o kampanii. Obecny był Keitel, Jodl, Heusinger. Hitler był nieprzekonany. Gdy Guderian skończył, Hitler oświadczył: „Moi generałowie mają pojęcie o strategii, ale nie mają pojęcia o wojnie gospodarczej”. Stwierdził, że zboże, nafta, masło, jajka, węgiel, minerały… to decyduje o wojnie. Dobra materialne, a nie momenty strategiczno-polityczne, propagandowe czy psychologiczne. „Uderzenie pójdzie na Ukrainę, nie na Moskwę! Pan, generale zawraca 25-go całą siłą pancerną na południe. Na Konotop, węzeł kolejowy na linii Kijowa.

Generalny atak niemiecki rozpoczął się 2 października. 2-ga pancerna Guderiana, 2-ga armia, 4-ta pancerna, 4-ta armia, 9-ta i 3-cia pancerna, niemieckiej grupy „Środka”, rozbiły w przeciągu kilku dni pierwszy, i częściowo drugi sowiecki front obrony. Wojska Jeremienki na odcinku briańskim zostały otoczone. Sam on, ranny, ratował się ucieczką samolotem. Dnia 7 października 10-ta niemiecka dywizja pancerna od południa i 7-ma dywizja pancerna od północy zamknęły kleszcze wokół kotła Wiaźmy. W bitwie tej doszczętnie zniesione zostało osiem armii sowieckich, w tym siedemdziesiąt trzy dywizje piechoty i kawalerii, trzynaście dywizji i brygad pancernych. W ręce niemieckie wpadło 1.277 czołgów i 4.378 armat. Poddało się Niemcom 673.000 żołnierzy armii czerwonej. – W ten sposób od początku kampanii, w przeciągu pierwszych niespełna czterech miesięcy, łączna cyfra wziętych do niewoli jeńców wyniosła 2.061.000 ludzi. Niebywała od stworzenia świata i prowadzonych na nim wojen!

Na kilka godzin przed zamknięciem kotła Wiaźmy, w nocy z 6 na 7 października, spadł pierwszy, wilgotny śnieg. Tajał natychmiast. Nazajutrz niebo się nie przejaśniło. Nie było wiatru. Wciąż padał śnieg, ale od południa przeszedł w deszcz. Do wieczora rozpadał się na dobre. Zaczęło lać strugami, dzień i noc następną, i znowu dzień… Minął tydzień, drugi… Deszcz lał bez przerwy.

Dnia 5 grudnia 1941 roku na odcinku Kalinina, a 6 grudnia wzdłuż całego frontu obronnego pod Moskwą, 88 sowieckich dywizji piechoty, 15 dywizji kawalerii i 24 brygady pancerne przeszło do przeciwnatarcia. Termometr wskazywał 30 stopni poniżej zera.

Niemcy zaczęli się wycofywać w głębokim śniegu, na całej linii. Częściowo porzucając ciężki sprzęt. Oskrzydlające uderzenie sowieckie od Rżewa na północy aż do Liwny na południu zagrażało obejściem głównych sił niemieckich „armii Środka”.«

Jeśli pod koniec lipca 1941 roku Hitler, mając 350 km do Moskwy i wolną do niej drogę, wstrzymuje ofensywę i wraca na początku października, to jak to należy rozumieć? Najprostsza odpowiedź jest taka, że nie chciał jej zdobyć i tym samym pokonać Związku Radzieckiego. Mackiewicz tak to wyjaśnia:

„Historia lubi się powtarzać, ale też nigdy nie potarza się tak samo. W 1812 roku wojska rosyjskie były wierne swemu dowództwu, a i ludność nie była wroga. Dobrowolne opuszczenie stolicy nie oznaczało jeszcze klęski. W 1941 roku Moskwa była zaledwie od 24 lat stolicą światowego komunizmu, otoczona ludnością, która w niewielkim procencie dała się przekonać, że jest to najlepszy ustrój na świecie. Masowe poddawanie się i przechodzenie na stronę niemiecką żołnierzy armii czerwonej w początkowej fazie tej wojny, tylko utwierdzało władze sowieckie w tym, że upadek Moskwy oznacza ich koniec. Wiedzieli więc, że za wszelką cenę muszą ją obronić, jeśli bolszewizm ma się utrzymać.”

O drugim krytycznym momencie tej wojny, który mógł zadecydować o jej losach Mackiewicz pisze tak:

»Decydujący cios Stalin zamierzał zadać ofensywą znad Dońca. Na południowym odcinku frontu, po rozproszeniu słabych mieszanych wojsk rumuńskich, włoskich i węgierskich, wytworzyła się luka, którą zamierzało wykorzystać dowództwo sowieckie, rzucając w nią potężne siły celem otoczenia i zniszczenia niemieckiej grupy „Południe” na Ukrainie. Dowodził nią feldmarszałek von Manstein. I to właśnie on dnia 6 lutego 1943 roku po raz pierwszy w kampanii wschodniej, uzyskał zgodę od Hitlera na operacyjny odwrót. Ma on na celu obejście i okrążenie potężnej „grupy Popowa”. W dniu 19 lutego Niemcy opuszczają Charków. To utwierdza dowództwo sowieckie, że przeciwnik wycofuje się na całej linii. Również wywiad sowiecki, działający na zapleczu niemieckim potwierdza, że tak faktycznie się dzieje. 23 lutego „grupa Popowa” zostaje całkowicie otoczona. I dopiero 24 lutego dowództwo sowieckie uświadamia sobie, że działało w zupełnie fantastycznej sytuacji, cały czas wprowadzane w błąd przez własny wywiad. 28 lutego „grupa Popowa” zostaje rozbita i przestaje istnieć. Kilka dni później zostaje zniszczona 6-ta armia sowiecka. W dniu 15 marca Charków zostaje odbity i przy okazji zniszczona zostaje 3-cia pancerna armia i 69-ta armia sowiecka. Front sowiecki jest rozerwany w środku. Klęska spod Stalingradu została powetowana z nawiązką.«

I tu znowu następuje dziwne zachowanie Hitlera. Mackiewicz opisuje to tak:

»Manstein chciał wykorzystać zwycięstwo celem obejścia i zniszczenia armii sowieckich centralnego frontu, zmasowanych w wybrzuszeniu Kurska. Nalegał na natychmiastowe uderzenie od Biełgorodu z południa i od Orła z północy jednocześnie. Niespodziewanie Hitler odłożył dalszą ofensywę na sto jedenaście dni.

Operacja pod kryptonimem „Cytadela” rozpoczęła się więc 5 lipca, o godzinie 3.30 nad ranem. W zupełnie odmiennych, niż wiosną, okolicznościach. (…) Pod Prochorowką rozegrała się największa pancerna bitwa świata. Czołgi dwóch stron, dowodzone z jednej strony przez generała Rotmistrowa, z drugiej przez generała Hotha, walczyły tu prawie „wręcz”…

Dnia 10 lipca, wojska angielskie, kanadyjskie i amerykańskie wylądowały na Sycylii.

13 lipca Hitler, zdenerwowany ta wiadomością, rozkazał przerwać operację „Cytadela”. Wojska niemieckie, nie mogąc utrzymać się na zdobytych już pozycjach, zmuszone były wycofać się na stanowiska wyjściowe sprzed tygodnia.

Była to bitwa nie zdecydowana, która zdecydowała o dalszym militarnym losie kampanii. Pod Kurskiem, a nie pod Stalingradem, przełamana została wojskowa przewaga niemiecka. Przechyliła się szala i odwróciła karta.«

Wygląda więc na to, że Hitler tak zachowywał się, jakby nie chciał wygrać tej wojny, tylko żeby ona trwała. Już w 1940 roku w bitwie pod Dunkierką, gdy zepchnął broniące się wojska francuskie i angielskie prawie do morza, to wstrzymał atak na 48 godzin. To wystarczyło, by wojska te ewakuowały się do Anglii. Jednak wtedy było to wyjątkowe zachowanie i nikt nie zwrócił na to uwagi.

Bullock nie opisał tak dokładnie jak Mackiewicz tego, co działo się na froncie wschodnim, dlatego wykorzystałem fragmenty jego powieści, by zilustrować dziwne zachowanie Hitlera. Bullock pisał:

„W napiętych stosunkach, które powstały i rozwijały się między Hitlerem a armią po napaści na Związek Radziecki, Hitler, nie generałowie, przeszedł do ataku. Raz po raz zmieniał decyzje najwyższych rangą dowódców, ignorował ich rady, ganił ich za tchórzostwo, zmuszał do spełniania rozkazów, które uważali za niewykonalne, i zwalniał ich ze stanowisk, gdy go zawiedli. Zgodnie z zeznaniem feldmarszałka von Mansteina złożonym w Norymberdze, z siedemnastu feldmarszałków jeden tylko zdołał zatrzymać swoje dowództwo do końca wojny; dziesięciu zostało zdymisjonowanych. Z trzydziestu sześciu generałów-pułkowników zdymisjonowano osiemnastu i jedynie trzech doczekało końca wojny na swoich poprzednich stanowiskach. Manstein przytoczył te dane na dowód opozycji, jaką Wehrmacht stawiał Hitlerowi. Wydają się jednak one świadczyć o czymś przeciwnym: o uległości, z jaką generałowie znosili takie traktowanie, na jakie żaden z poprzednich władców Niemiec nie poważyłby się wobec armii.”

Dziwne tłumaczenie. Hitler był naczelnym wodzem i wszyscy mu podlegali i musieli wykonywać jego rozkazy. Jedyne co mogli zrobić, to odmówić wykonania rozkazu i wtedy byli zwalniani. Hitler miał swoje wojsko – jednostki SS i dywizje Waffen SS. Były więc faktycznie dwie armie. Poprzedni władcy Niemiec mieli jedną armię i to jest różnica.

»Pierwsze półrocze 1944 roku przyniosło Hitlerowi jedynie intensyfikację wszystkich znanych już problemów. W styczniu Rosjanie uwolnili Leningrad od oblegających go wojsk niemieckich; w lutym przekroczyli przedwojenną granicę polską, a w marcu – rumuńską.

W czasie tego półrocza lotnictwo alianckie z monotonną regularnością kontynuowało bombardowania niemieckich miast i linii komunikacyjnych. W marcu Amerykanie dokonali pierwszego dziennego nalotu na Berlin. We Włoszech Kesselring miał trzymać się na linii zimowej, czyli na linii Gustawa, do początków lata, ale w maju został wyparty i zaczął się cofać. Wojska alianckie wkroczyły 4 czerwca do Rzymu, pierwszej zdobytej przez nie stolicy europejskiej.

W dwa dni później Anglicy i Amerykanie rozpoczęli o świcie z dawna oczekiwane lądowanie na zachodzie.

Niemiecki wywiad fatalnie pomylił się w określeniu daty inwazji, w ocenie siły uderzeniowej przeciwnika i w rozpoznaniu miejsca lądowania. Hitler wbrew poglądom Rundstedta i innych generałów, którzy spodziewali się lądowania aliantów bardziej na północ, w Pas-de-Calais, słusznie przypuszczał, że nastąpi ono na wybrzeżu normandzkim. Myślał jednak, tak jak i Rommel, że drugie lądowanie odbędzie się w węższej części kanału, tam gdzie znajdowały się wyrzutnie V-1, a zwodnicze manewry Anglików, przedsięwzięte dla umocnienia Niemców w tym przekonaniu, przyjął za dobrą monetę. W rezultacie znaczne siły niemieckie – 15 armię w składzie piętnastu dywizji – na rozkaz Hitlera skoncentrowano i trzymano w odwodzie na północ od Sekwany, gdy tymczasem rzucenie jej do walk w Normandii mogło przynieść Niemcom znaczne korzyści.

Samo lądowanie, które zaczęło się 6 czerwca o świcie, całkowicie zaskoczyło Niemców. Rommel przebywał w swoim domu w pobliżu Ulm, dokąd wstąpił po drodze, jadąc na konferencję z Hitlerem w Berchtesgaden. Fatalny skutek miało też polecenie Hitlera, żeby wszystkie ważniejsze dyspozycje przedstawiano mu do akceptacji. Wpłynęło to opóźniająco na niemiecką kontrakcję. Tak więc Niemcy nie wykorzystali okazji, jakie im się nadarzały w pierwszych godzinach inwazji. A gdy alianci już się umocnili na przyczółku, Hitler bezustannie wtrącał się w szczegóły dowodzenia, nie pozwalał dowódcom niemieckim działać na własną rękę, wydawał rozkazy nie odpowiadające sytuacji na polu walki i upierał się przy swoim zdaniu, że siły inwazyjne można zepchnąć do morza.«

Tu mamy kolejny przykład tego, że w tej wojnie chodziło chyba o coś innego.

»Pod koniec lipca 1944 roku armia radziecka nacierająca w kierunku na Bałtyk odcięła niemiecką północną grupę armii, zniszczyła środkową grupę armii i doszła do Wisły oraz zepchnęła południową grupę armii (Ukraina) z powrotem do Rumunii. Model, mianowany teraz dowódcą grupy środkowej, i Guderian, nowy szef sztabu armii, tylko z wielkim trudem zdołali powstrzymać natarcie radzieckie. Ale był to tylko chwilowy sukces; armia radziecka miała już za sobą prawie 640 kilometrów przebytych od ostatniego tygodnia czerwca, a na południowym froncie, w Rumunii, ciągle posuwała się naprzód.

Hitler musiał teraz rzucić wszystkie swoje odwody dla utrzymania linii frontu na wschodzie, uparcie jednak odmawiał wycofania wojsk niemieckich z państw nadbałtyckich, gdzie północna grupa armii Schörnera, licząca pięćdziesiąt dywizji, toczyła lokalne boje, które nie miały nic wspólnego z głównymi walkami o dostęp do terenu Niemiec. Hitler ciągle obawiał się, że wycofanie tych sił może wpłynąć na postawę Szwecji (chodziło mu o ogromnie ważną dostawę szwedzkiej rudy) i doprowadzić do utraty ćwiczebnych bałtyckich wód dla nowych okrętów podwodnych, w których pokładał wielkie nadzieje. Argumentował, że Schörner wiąże znaczne siły rosyjskie, które mogły być przerzucone na inne, ważniejsze fronty. Ale Rosjanom nie brakowało ludzi, podczas gdy Niemcy odczuwali ich niedostatek. Guderian starał się, jak mógł, przekonać Hitlera, lecz nic nie wskórał. Po dotkliwej letniej porażce na wschodzie Hitler de facto wciąż próbował znacznie słabszymi siłami utrzymać dłuższy front niż ten, który Rosjanie już przełamali. On, który kiedyś głosił, że o zwycięstwie decyduje ruch, teraz odrzucał każdą sugestię ruchomej obrony na rzecz jak największego jej usztywnienia.«

Jak czytam, jak Bullock tłumaczy postawę Hitlera, to się zastanawiam, czy on tak na poważnie? A uchodzi on za jednego z najwybitniejszych brytyjskich historyków. Pisze, że Hitler nie chciał przerzucić wojsk z frontu północnego na środkowy, bo się obawiał, że Szwecja przestanie dostarczać rudę żelaza. A niby czemu miałaby przestać? Była krajem neutralnym i handlowała z każdym, kto płacił. I jeszcze ta utrata bałtyckich wód dla nowych okrętów podwodnych. Taka bzdura! Niemcy walczą na lądzie o przetrwanie i od tej walki zależy wszystko i tu potrzebne są czołgi, a on pisze, że nowe okręty podwodne, w których Hitler pokładał wielkie nadzieje. I co? Te okręty podwodne miałyby wyjść na ląd i walczyć z Rosjanami? A na zachodzie walki też toczyły się na lądzie. Takie bzdury wypisuje jeden z najwybitniejszych angielskich historyków. Przecież to woła o pomstę do nieba! Ale to tylko świadczy o tym, że świat nie od dziś jest taki pokręcony. Niecenzuralne słowa cisną się na usta, gdy czyta się coś takiego.

„Na początku września 1944 roku siły zbrojne Niemiec liczyły na papierze ponad 10 000 000 ludzi, z których 7 500 000 służyło w szeregach armii regularnej i Waffen SS. Te znaczne jeszcze siły Hitler rozproszył na połowie europejskiego kontynentu; trzymał je na straconych już pozycjach, w państwach nadbałtyckich, na Bałkanach i w Norwegii, zamiast skoncentrować i użyć do obrony Rzeszy. Nie chciał przyznać, że sytuacja jest rozpaczliwa, lub też rezygnować z nadziei na odmianę losu wywołaną jakimś dramatycznym wydarzeniem. Tak więc zachodnią Holandię należało trzymać, aby z wyrzutni V-2 bombardować Londyn; Węgry i Chorwację – dla boksytu niezbędnego do produkcji samolotów odrzutowych; państwa nadbałtyckie – bo tam były tereny ćwiczebne dla okrętów podwodnych; Norwegię – z powodu baz morskich dla nowych okrętów podwodnych, po których wiele się spodziewał.”

»Przed laty Herman Rausching, nazywając nazizm chorobą świętego Wita XX wieku, uznał za zasadniczy jego składnik nihilizm. Ze swoich rozmów z Hitlerem w latach 1932-34 przytoczył wiele jego uwag, zdradzających namiętną pasję niszczenia, która w okresie sukcesów była tylko maskowana.

W rozmowach z Rauschingiem Hitler często upajał się perspektywą ruchu rewolucyjnego, który niszczy cały europejski porządek społeczny. Po rozprawie z Röhmem w 1934 roku miał powiedzieć: „Zewnętrznie zakończyłem rewolucję, ale wewnętrznie trwa ona nadal, w miarę jak nagromadza się w nas nienawiść, i myślę o dniu, w którym zdejmiemy maskę i ukażemy się takimi, jakimi jesteśmy i na zawsze pozostaniemy.”

Jeszcze wcześniej, w 1934 roku, na pytanie Rauschinga, co się stanie, jeżeli Wielka Brytania, Francja i Rosja sprzymierzą się przeciwko Niemcom, Hitler odpowiedział:

To będzie koniec. Ale nawet jeżeli nie uda nam się ich zawojować, pociągniemy za sobą w przepaść połowę świata i nie pozwolimy nikomu zatriumfować nad Niemcami. Nie będzie drugiego roku 1918. Nie poddamy się.

Teraz Hitler doszedł do takiego stanu ducha, że postanowił dotrzymać tej obietnicy. Goebbels podzielał jego nastrój, a z propagandy nazistowskiej w końcowym okresie wojny coraz wyraźniej przebija nuta głębokiego zadowolenia ze skali zniszczeń, jakimi zakończy się wojna w Europie. Ale postanowienie Hitlera, że pociągnie za sobą w przepaść całą Europe, nie ograniczało się jedynie do propagandy. Najdobitniej wyraziło się ono w uporze, z jakim prowadził wojnę aż do samego końca, i w jego żądaniu stosowania w Niemczech polityki „spalonej ziemi”. Speer (minister uzbrojenia i produkcji wojennej – przyp. mój) robił, co mógł, aby odwieść go od tego, argumentując, że naród niemiecki musi przecież nadal żyć, nawet jeżeli reżim upadnie. 15 marca złożył Hitlerowi memoriał, w którym wyłuszczył swój pogląd. Za cztery do ośmiu tygodni – pisał – musi nastąpić ostateczne załamanie się Rzeszy. Polityka niszczenia resztek niemieckiej gospodarki po to, aby nie dostały się w ręce wroga, nie może zaważyć na wyniku wojny. Zasadniczym obowiązkiem osób rządzących Niemcami – bez oglądania się na własny los – powinno być zapewnienie narodowi niemieckiemu takich warunków, aby mógł sobie odbudować życie.

Hitler był nieugięty. 19 marca wydał kategoryczny i szczegółowy rozkaz niszczenia wszystkich środków i urządzeń komunikacyjnych, taboru kolejowego, mostów, zapór wodnych, fabryk i składów na drodze wroga. Wezwał Speera i powiedział mu:

Jeżeli przegramy wojnę, naród musi zginąć. Przeznaczenia nie da się uniknąć. Nie ma się co zastanawiać nad podstawami najbardziej prymitywnej egzystencji. Przeciwnie, lepiej zniszczyć nawet te podstawy, i to zniszczyć własnymi rękami. Naród okazał się słaby, a przyszłość należy do silniejszego wschodniego narodu. Poza tym ci, którzy pozostaną po wojnie, przedstawiają małą wartość; wartościowi bowiem wyginęli.

Od tej polityki Hitler nie odstąpił. Bezsensowne rozkazy niszczenia wszystkiego i rozstrzeliwania tych, którzy nie stosują się do jego poleceń, przyniosły mu pewną ulgę we wściekłej pasji, jaka go ogarniała, i tylko poświęceniu Speera mogą Niemcy zawdzięczać, że te rozkazy nie zostały w pełni wykonane. Ale, jak zauważa generał Halder, ów nastrój Hitlera wynikał z czegoś więcej niż z bezsilnego gniewu.

Nawet gdy był u szczytu władzy, Niemcy dla niego nie istniały, nie było wojsk niemieckich, za które czułby się odpowiedzialny. Istniała dla niego – początkowo podświadomie, a w ostatnich latach życia w pełni świadoma – tylko jedna wielkość, wielkość, która przenikała jego życie i której jego zły geniusz poświęcił wszystko – własne Ego.«

Wybrałem parę cytatów z Bullocka i Mackiewicza, by pokazać dziwne zachowanie Hitlera. Było ich więcej, ale nie o to chodzi, by wszystkie je przywoływać. Te są tak ciężkiego kalibru, że skłaniają do zastanowienia się, po co były te wszystkie wojny. Wojna secesyjna, sztucznie wywołana, służyła podporządkowaniu Ameryki londyńskiej finansjerze. I wojna światowa zniszczyła naród francuski, a może tylko dokończyła dzieło rewolucji francuskiej. Rewolucja październikowa zapoczątkowała niszczenie narodu rosyjskiego, II wojna światowa zniszczyła naród niemiecki i dokończyła niszczenie narodu rosyjskiego. Tak więc trzy największe narody europejskie straciły swoje siły witalne i możliwość wpływania na losy świata. W wyniku tych wojen i rewolucji październikowej Europa stała się ruiną. I o to w tych wojnach chodziło. Efektem wojny secesyjnej było to, że nie powstało potężne, niezależne państwo, stanowiące przeciwwagę dla międzynarodowej finansjery.

Skąd u Hitlera tyle nienawiści i skłonności do niszczenia wszystkiego? Celem jego wojny było wyniszczenie narodów i spowodowanie jak największych strat materialnych. Czyżby nie czytał klasyka, wedle którego celem wojny jest pokonanie przeciwnika i skłonienie go do realizacji naszej woli – a więc nie unicestwienie go. Czyżby Hitler należał do innej cywilizacji? Czyżby należał do narodu, który nienawidzi wszystkich innych narodów? Jego zachowanie i postępowanie sugeruje, że tak!

Bullock dobrze opisał Hitlera i udostępnił czytelnikowi wiele faktów, ale ich interpretacje i oceny są dziwne, przynajmniej w moim odczuciu. Zapewne tak musiał zrobić, jeśli chciał, by jego praca ukazała się. Oficjalnie ma być tak, że Hitler był jakimś szaleńcem, niezrównoważonym emocjonalnie osobnikiem, psychopatą, czy może jeszcze kimś innym. Innymi słowy – wszystkim, tylko nie tym, kim prawdopodobnie był – wykreowanym przez naród wybrany i później nadal kierowanym przez kogoś, kto pozostawał w ukryciu. To jest najprostsze wytłumaczenie, ale zgodne z zasadą brzytwy Occama (Ockhama). Jest to powszechnie znana zasada, sformułowana po raz pierwszy przez angielskiego średniowiecznego teologa Williama of Occam, że do objaśnienia rzeczywistości nie należy używać większej liczby niezależnych bytów niż jest to absolutnie konieczne. Przekładając to na język potoczny, oznacza to, że najprostsze wytłumaczenia są najbliższe prawdy. A idąc dalej, należałoby stwierdzić, że wszelkie zawiłe tłumaczenia służą tylko jej ukryciu.

Powstanie

Wprawdzie już się kończy, ale nadal jest to 27 grudnia. Ja nie zapomniałem. Wszedłem na stronę Interii, Onet, WP i nie znalazłem tam nawet wzmianki o Powstaniu Wielkopolskim. Doszedłem do wniosku, że szukanie na innych portalach nie ma sensu, więc wszedłem na stronę Głosu Wielkopolskiego i tam znalazłem taką informację:

„Punktualnie o godz. 16.40 rozpoczęły się obchody 102. rocznicy wybuchu Powstania Wielkopolskiego w Poznaniu. Przed iluminowanym na czerwono pomnikiem i stojącymi obok monumentu sylwetkami powstańców Wielkopolanie już wcześniej zapalali znicze i składali kwiaty. Teraz wartę honorową objęli harcerze, skauci i żołnierze.

Świętujemy rocznicę wybuchu powstania godnie, ale bezpiecznie

Z powodu konieczności zachowania prewencji antywirusowej składamy kwiaty i wieńce bez pełnego ceremoniału, bez zapraszania gości, odczytywania listów, ale mimo to z pełnym szacunkiem dla naszych bohaterów – mówił gospodarz uroczystości, marszałek Marek Woźniak. – Wspólnie z Towarzystwem Pamięci Powstania Wielkopolskiego apelowaliśmy, by to było wspólne, ale bezpieczne świętowanie, stąd można oglądać tę uroczystość także za pośrednictwem internetu, na stronie 27grudnia.pl. Świętujmy godnie, z flagą, hymnem, ale też z zasadami bezpieczeństwa. Każda forma świętowania jest ważna, także taka do której namawiamy, przy wykorzystaniu własnej inicjatywy i dobrego pomysłu. Dlatego cieszę się, że otrzymujemy zdjęcia, kartki, filmy upamiętniające szacunek Wielkopolan dla wysiłku i poświęcenia powstańców. Niech pamięć Powstania Wielkopolskiego trwa wiecznie – chwała zwycięzcom! – mówił marszałek Woźniak.

Zobacz też: Kibice Lecha Poznań uczcili 102. rocznicę wybuchu Powstania Wielkopolskiego. Urządzili efektowne racowisko

Przypomniał też, że powstańcy nie tylko zdobyli i utrzymali dla Polski zachodnie rubieże, ale także, że już jako żołnierze regularnych oddziałów wielkopolskich wzięli udział w wojnie polsko-bolszewickiej.

Potrzeba patriotyzmu

To byli żołnierze świetnie wyszkoleni, wyposażeni, uzbrojeni i zaopatrzeni przez Wielkopolskę – mówił marszałek. – To był patriotyzm tamtych czasów. Dziś też potrzebujemy takiego wielkopolskiego patriotyzmu, przejawiającego się w dobrym planowaniu, unikaniu prowizorki, rzetelnej pracy.

W czasie uroczystości wieńce złożyli przedstawiciele władz samorządowych, władz miasta i województwa, przedstawiciele garnizonu poznańskiego, kwiaty przynosili też poznaniacy, niejednokrotnie, noszący na kurtkach biało – czerwone wielkopolskie kokardy i trzymający flagi z wielkopolskim orłem. Wicewojewoda Aneta Niestrawska i wicewojewoda Maciej Bieniek złożyli też kwiaty w imieniu premiera.”

Czasem mam wrażenie, że jeśli coś z tego kraju zostanie, to chyba tylko Wielkopolska. Skoro w reszcie kraju nie pamięta się o najbardziej skutecznym polskim powstaniu, to chyba to już nie jest Polska.

Wojna secesyjna

Wojna secesyjna w Ameryce jest, w mojej ocenie, najważniejszym wydarzeniem w nowożytnej historii świata. Ważniejszym niż rewolucja francuska, październikowa i obie wojny światowe. Wmawia się nam, że była to walka pomiędzy Północą i Południem o zniesienie niewolnictwa w południowych stanach. Czy rzeczywiście był to prawdziwy powód? To był dobry pretekst, by odwrócić uwagę od istoty sporu. Walka toczyła się o to, kto będzie miał prawo emitowania pieniądza, choć zapewne mało kto zdawał sobie z tego sprawę.

To była walka zakulisowa, rozgrywająca się na samych szczytach władzy. Tam decydowały się losy Ameryki i w konsekwencji świata. Dlatego skupiam się na ukazaniu mechanizmu, jak to działało w rzeczywistości, a nie na oficjalnych przekazach i oficjalnej interpretacji. To można znaleźć w Wikipedii i innych źródłach, choć nie ukrywam, że i z faktów przytoczonych przez Wikipedię, też można coś wywnioskować.

Z tym niewolnictwem jest jednak pewien problem i, żeby to zrozumieć, to trzeba zacząć od początku. Wikipedia tak to opisuje:

Niewolnictwo w Stanach Zjednoczonych zostało zapoczątkowane na kontynencie północnoamerykańskim w początkach XVII wieku i trwało prawnie i obyczajowo aż do konstytucyjnego zniesienia niewolnictwa 6 grudnia 1865 roku. Niewolnictwo istniało we wszystkich koloniach angielskich aż do amerykańskiej wojny o niepodległość, po czym 13 stanów przejęło instytucję niewolnictwa i pracy przymusowej, a następnie rozszerzały niewolnictwo na przybywające terytoria i nowe stany.

Delaware już w pierwszej swojej konstytucji z 1776 zakazało importu i sprzedaży niewolników na terenie stanu, w 1783 niewolnictwo zlikwidowano w Massachusetts. W Pensylwanii dzieci niewolników miały uzyskać wolność po ukończeniu 28. roku życia, podobnie w Connecticut i Rhode Island. W Nowym Jorku niewolników uwolniono w 1785, a w 1786 w New Jersey. Zakaz niewolnictwa w terytoriach federalnych na północ od rzeki Ohio uchwalił Kongres w 1787. W stanach południowych niewolnictwo funkcjonowało do zakończenia wojny secesyjnej w 1865 i wejścia w życie 13. poprawki konstytucji.

Niewolnictwo utrzymało się w stanach południowych, mimo iż pod koniec XVIII wieku zmalała gospodarcza potrzeba niewolnictwa. Dotychczasowa gospodarka Południa opierająca się na eksporcie tytoniu, indygo i ryżu, stawała się coraz mniej opłacalna. Zaczęło brakować pracy dla niewolników, a ich ceny spadały. Jednak na Południu bano się skutków uwolnienia niewolników”

Z tego opisu wynika, że po uzyskaniu niepodległości świadomie dążono do stworzenia sztucznego podziału na stany niewolnicze i wolne od niewolnictwa. Co więcej, przy przyłączaniu nowych terytoriów dbano o zachowanie równowagi: jeden stan niewolniczy, drugi – nie. Jakby tego było mało, to Wikipedia pisze, że pod koniec XVIII wieku zmalała gospodarcza potrzeba niewolnictwa, czyli że podtrzymywano je sztucznie. Ktoś jednak decydował o tym, że tak miało być, że w zasadzie mają być dwa państwa o zbliżonym potencjale. Tylko w takim wypadku wojna mogła być długa i wyczerpująca.

Poniżej wybrałem parę fragmentów z Wikipedii, w których jest mowa o przyczynach konfliktu. Ona opisuje bardzo szczegółowo genezę i przebieg wojny, ale próżno szukać tam prawdziwego jej powodu. Podane są różne jej przyczyny, tak że w końcu, to już sami nie wiemy, co było źródłem sporu.

»Wojna secesyjna – wojna, która toczyła się w latach 1861–1865 w Stanach Zjednoczonych Ameryki, pomiędzy stanami wchodzącymi w skład Stanów Zjednoczonych (tzw. Unią lub „Północą”) i Skonfederowanymi Stanami Ameryki (tzw. Konfederacją lub „Południem”), które wystąpiły z Unii.

Nazwa „wojna secesyjna” pochodzi od secesji (odłączenia się) stanów skonfederowanych od Unii. Powszechną nazwą, stosowaną zwłaszcza w USA, jest także „amerykańska wojna domowa” (ang. American Civil War). Znana jest także jako „wojna pomiędzy stanami” i „wojna o niepodległość Południa”. Zapoczątkowało ją ostrzelanie Fortu Sumter w zatoce Charleston w Karolinie Południowej przez konfederatów 12 kwietnia 1861. Trwała do 26 maja 1865, kiedy poddały się ostatnie zorganizowane ośrodki oporu konfederatów (gdzieniegdzie walki trwały jeszcze do czerwca). W wyniku wojny śmierć poniosło 620 tysięcy ludzi, zniszczono mienie o wartości 5 mld dolarów, wolność uzyskało 4 miliony niewolników. (W tamtym czasie Ameryka liczyła pond 30 mln mieszkańców – przyp. mój.)

Większość historyków amerykańskich uznaje spór o niewolnictwo za główną przyczynę wybuchu wojny secesyjnej. Przeciwne zdanie wyraża jedynie niewielka mniejszość negacjonistów historycznych, mała część historyków amerykańskich oraz część opinii publicznej.

Na krótko przed wybuchem wojny rozgorzała zażarta debata pomiędzy Północą a Południem, czy należy zezwolić na niewolnictwo w tworzonych stanach i terytoriach, które zdobyto po wojnie amerykańsko-meksykańskiej (1846–1848). Były to m.in. Kalifornia, Teksas i Utah. Przeciwnicy niewolnictwa obawiali się jego ekspansji na nowe tereny oraz tego, że praca najemna (w uprzemysłowionych północnych stanach) będzie musiała konkurować z tańszym niewolnictwem. Rozwiązaniem tego problemu był tzw. „kompromis Missouri” z 1820. Polegał on na tym, że do Unii włączono Maine jako stan bez niewolnictwa i Missouri jako stan „niewolniczy”, zachowując tym samym równowagę pomiędzy stanami bez niewolnictwa i stanami niewolniczymi. Ponadto niewolnictwo miało być zakazane na części terytorium Luizjany. Wytyczono też linię, którą stanowił równoleżnik 36°30′ będący południową granicą Missouri. Na północ od tej linii niewolnictwo miało być zakazane z wyjątkiem właśnie Missouri.

Północ, choć była zdecydowanie lepiej rozwinięta gospodarczo, niż południe, odstawała jednak pod tym względem od Europy. Stąd wprowadzano cła zaporowe, aby chronić swój rozwijający się przemysł przed konkurencją lepszych i tańszych wyrobów europejskich. Wprowadzane w odwecie przez kraje europejskie cła uderzały w gospodarkę południa, uzależnioną od eksportu bawełny. Ponadto polityka celna Waszyngtonu uniemożliwiała południu import towarów przemysłowych. Nieprzypadkowo więc w konstytucji konfederackiej zapisane zostały sprawy ceł, co było ewenementem na skalę światową.

Konflikt o cła nie był jednak sam w sobie przyczyną wojny. Miał on miejsce głównie w latach 1830. Bezpośrednio przed elekcją Lincolna władzę sprawował prezydent Franklin Pierce, reprezentujący południowych Demokratów. Pierce znacząco obniżył cła, co w dużym stopniu przyczyniło się do wywołania ogólnokrajowego kryzysu gospodarczego w 1857 r. i wzrostu popularności Republikanów. W okresie poprzedzającym wybuch wojny kwestie ceł nie były praktycznie poruszane, natomiast temat niewolnictwa dominował w wystąpieniach i debatach publicznych, oraz w stanowych deklaracjach secesji.

Ogólne rozbieżności gospodarcze pomiędzy Północą a Południem również nie są uważane za wiodącą przyczynę wybuchu wojny. Słowami historyka Kennetha Stamppa: „Aktualnie, większość historyków nie dostrzega przekonujących przyczyn, dla których różnice gospodarcze między Północą a Południem miałyby prowadzić aż do podziału i wojny domowej; wprost przeciwnie, zauważa się, że oba regiony, ze względu na ich uzupełniający się charakter, powinny były raczej uważać wzajemny związek za mimo wszystko obustronnie korzystny”.

Północ uważała, że potrzebuje silnego i scentralizowanego rządu, aby rozwijać infrastrukturę, chronić handel i swoje interesy handlowe. Południe natomiast było mniej zależne niż reszta kraju od rządu federalnego i dlatego południowcy nie czuli potrzeby jego wzmacniania. Ponadto obawiali się, że rząd federalny z silnymi uprawnieniami będzie ingerował bardziej w sprawy stanowe.

Możność dowolnego interpretowania jedności Unii wynikała bezpośrednio z tekstu konstytucji, według której Unia była dobrowolnym związkiem państw, dotychczas suwerennych. Warunkiem należenia do niej było jednak uznanie, że suwerenność spoczywa w całym narodzie amerykańskim, działającym bezpośrednio, a nie poprzez stany. Ten paradoks prawny był – aż po lata sześćdziesiąte XIX wieku – źródłem sporów interpretacyjnych. Stanowił kompromisowy zapis, zachowujący federacyjną budowę USA, ale odmawiający częściom składowym prawa zerwania raz zawartej unii bez zgody całego narodu. W tym sensie rację miały zarówno stany południa, występujące z Unii, jak i władze tejże Unii, odmawiając im prawa do secesji.

W 1832 konwencja Karoliny Południowej „anulowała” taryfy celne wprowadzone przez administrację Andrew Jacksona oświadczając, że jeśli Waszyngton będzie próbował wprowadzić taryfy siłą, to wówczas stan ogłosi secesję. Kongres uchwalił „Force Bill” (2 marca 1833) upoważniający prezydenta do zaprowadzenia porządku przy użyciu siły zbrojnej. Pozbawiona poparcia ze strony innych stanów Karolina Południowa postanowiła „powrócić” do Unii, legislatura stanowa „anulowała” krwawe prawo („Bloody Bill”), jak nazwano w Karolinie postanowienia Kongresu o egzekwowaniu prawa siłą. 1 maja 1833 prezydent Jackson napisał: cła były tylko pretekstem, lecz wystąpienie z Unii i Konfederacja Południa są prawdziwym celem, następnym razem będzie to sprawa Murzynów albo niewolnictwa.

Podczas kampanii prezydenckiej roku 1860 wielu polityków z południa groziło, że jeżeli Lincoln zostanie wybrany na prezydenta, ich stany wystąpią z Unii. Lincoln był uważany przez nich za wielkiego przeciwnika niewolnictwa, chociaż w rzeczywistości do tej pory nie wypowiadał się za jego zniesieniem. Tylko nieliczne osoby z północy wierzyły w te groźby. Miesiąc przed wyborami gubernator Karoliny Południowej napisał do tzw. „stanów bawełnianych” z wyjątkiem Teksasu, że jego stan wystąpi z Unii w wypadku, gdyby Lincoln rzeczywiście został wybrany, i zwrócił się do nich z zapytaniem, jaka będzie ich reakcja na taki obrót sprawy.

Jak tylko okazało się, że Lincoln na pewno wygrał wybory, władze ustawodawcze Karoliny Południowej zwołały specjalne zebranie. Odbyło się ono 17 grudnia 1860 roku w Charleston. Trzy dni później konwencja jednogłośnie uchwaliła, że unia pomiędzy Karoliną Południową a Stanami Zjednoczonymi przestaje istnieć. Podobne konwencje odbyły się w innych stanach południa na początku roku 1861 i one również zaowocowały uchwałami o zniesieniu unii pomiędzy ich stanami. Były to: Missisipi (9 stycznia); Floryda (10 stycznia); Alabama (11 stycznia); Georgia (19 stycznia); Luizjana (26 stycznia) i Teksas (1 lutego).

W kwietniu Lincoln wezwał stany do powołania milicji lokalnych w celu stłumienia secesji. Stany graniczne, które wahały się, czy należy pozostać w Unii, czy też z niej wystąpić, odmówiły wykonania poleceń rządu federalnego i przyłączyły się do stanów, które już dokonały secesji. Były to Wirginia (17 kwietnia), Arkansas(6 maja), Karolina Północna (20 maja) i Tennessee (8 czerwca).

4 lutego 1861 delegaci pierwszych 6 stanów, które wystąpiły z Unii, spotkali się w miejscowości Montgomery w Alabamie, aby utworzyć tymczasowy rząd dla odłączonych od Unii terytoriów. Cztery dni później uchwalona została Konstytucja Skonfederowanych Stanów Ameryki, która w większości była oparta na dotychczasowej ustawie zasadniczej z 17 września 1787, ze zmianami wynikającymi głównie z zaznaczenia nienaruszalności niewolnictwa. 9 lutego Tymczasowy Kongres Konfederacji wybrał Jeffersona Davisa z Missisipi na tymczasowego prezydenta i Aleksandra H. Stephensa na tymczasowego wiceprezydenta. Mieli oni piastować swoje funkcje do lutego 1862. W listopadzie 1862 odbyły się wybory prezydenckie CSA. Obaj wygrali je i mieli rządzić sześć lat bez możliwości ubiegania się na drugą kadencję. Kiedy także Wirginia wystąpiła z Unii, stolicą Konfederacji stało się leżące tam miasto Richmond.«

Właściwie to trudno zrozumieć, o co tu chodzi. Wikipedia pisze, że większość amerykańskich historyków uważa, że prawdziwym powodem sporu było niewolnictwo, a tylko mała grupa negacjonistów ma odmienne zdanie, ale nie pisze jakie ono jest. Innym powodem miałyby być różnice w rozwoju gospodarczym, ale w innym miejscu przytacza historyka, który twierdzi, że różnice w rozwoju raczej sprzyjają współpracy. Jeszcze w innym miejscu jest mowa o cłach, które bezpośrednio przed wybuchem wojny zostają zniesione. Ważnym powodem miałby być wybór Lincolna na prezydenta. Według południowców był on przeciwnikiem niewolnictwa. W sumie jeden wielki mętlik w głowie. Wszystko jest tak podane, by nic nie zrozumieć. Jednak i z tego chaosu wyłania się pewien porządek. Tak jakby ktoś to zaplanował. Zaplanował, że tyle i tyle stanów ma wyjść z Unii. I jakoś tak dziwnie się składało, że była to połowa stanów. Zadziwiająca równowaga.

Problem zaczął się jeszcze w trakcie wojny o niepodległość. Louis Even, Michael nr 16, luty 2015 tak pisze:

„Podczas Wojny o Niezależność buntujące się kolonie wyemitowały pieniądze narodowe. Europejska finansjera, kreatorzy i wierzyciele pieniężnego długu, którzy już wtedy rządzili światem, nie mogli znieść takiego zuchwalstwa. Zdusili oni wartość amerykańskiej waluty. Użyli całej swojej potęgi i koneksji, aby odzyskać to, co tracili w Ameryce.”

Odzyskać to, co stracili w Ameryce. Willem Middelkoop w swojej książce Wielki reset pisze:

„Wielu ojców założycieli zdecydowanie sprzeciwiało się koncepcji utworzenia banku centralnego, gdyż władze brytyjskie dążyły, aby amerykańskie kolonie znalazły się pod kontrolą Banku Anglii.

Robert Morris, były członek rządu, w 1781 roku założył pierwszy bank centralny w Stanach Zjednoczonych. Uważa się go za ojca amerykańskiego systemu kredytowego. Założony przez niego Bank Ameryki Północnej (Bank of North America) był wzorowany na Banku Anglii. Wykorzystując system rezerw cząstkowych, mógł wytwarzać tyle pieniędzy, ile ich potrzebowano. Co ciekawe, zabezpieczeniem tego banku była wielka ilość złota pożyczona Stanom Zjednoczonym przez Francję. Morris sprytnie wybrał nazwę dla swego banku. Amerykanie bowiem myśleli, że mają do czynienia z bankiem państwowym, ale było to monopolistyczne przedsięwzięcie prywatne z wyłącznym prawem tworzenia pieniądza.

Dziesięć lat później, po wypracowaniu kompromisu z prawodawcami z Południa, nazwę banku zmieniono. Stał się Pierwszym Bankiem Stanów Zjednoczonych (First Bank of the United States). Działał w latach 1791-1811. Kilku ojców założycieli występowało przeciwko temu bankowi. W przekonaniu Thomasa Jeffersona służył spekulacji, manipulacji i działaniom korupcyjnym. W 1811 roku wygasł mandat banku i nie został odnowiony przez Kongres. W roku 1816 rząd zatwierdził ustanowienie Drugiego Banku Stanów Zjednoczonych (Second Bank of the United States). Jego statusu nie przedłużono w 1836 roku, a stało się to po okresie inflacji, która wymknęła się spod kontroli, co doprowadziło do czteroletniego kryzysu trwającego od 1837 roku. W latach 1837-1862 istniały jedynie banki zatwierdzone decyzjami władz stanowych. W tej erze wolnej bankowości wiele banków działało bardzo krótko – średnio pięć lat.

Amerykanie byli przeciwni koncepcji banku centralnego w prywatnych rękach, gdyż uważali, że kryzysy z lat 1873, 1893 oraz 1907 zostały wywołane przez metody działania, które stosowali międzynarodowi bankowcy. Obawiali się również, że dojdzie do nadmiernego skupienia władzy na wschodnim wybrzeżu Stanów Zjednoczonych. Teraz wiemy, że niestety mieli słuszność.”

Wdać więc u Żydów wielką determinację i konsekwencję w dążeniu do realizacji swoich celów, tj. do utworzenia banku centralnego. Louis Even pisze:

»Stany Zjednoczone przeżywały wojnę domową, wojnę secesyjną. Cierpienia ludzi w żaden sposób nie wzruszyły międzynarodowej finansjery, która sama postanowiła trzy lata wcześniej, żeby sprowokować wojnę dla osłabienia USA, co bardziej wzmocniłoby jej monopol. Tymczasem w samym sercu wojny przywódca kraju, którego chcieli trzymać pod swoim butem, odważył się przeciwstawić ich władzy. Odważnym i uczciwym wysiłkom Lincolna trzeba było przeciwstawić kampanię, która wpłynęłaby na liderów amerykańskich kręgów finansowych i otoczenie prezydenta.

Niesławny okólnik z 1862 r. podpisany przez Hazzard, międzynarodową grupę z Londynu, sprzyjał zniesieniu niewolnictwa ludzi tylko po to, żeby zastąpić je bardziej subtelną formą niewolnictwa. Zauważmy przy tym, że okólnik, aprobujący zniesienie niewolnictwa pochodził z grupy londyńskiej i był zgodny z decyzją międzynarodowej finansjery, która postanowiła, iż grupa ta będzie wspierać finansowo Północ Stanów Zjednoczonych, podczas gdy grupa paryska będzie wspierać finansowo Południe, czyniąc wojnę wystarczająco długą, żeby osłabić naród amerykański i zakuć go w kajdanki.

Okólnik Hazzard (The Hazzard Circular) został zatem skierowany do wszystkich bankierów Ameryki, każdego senatora i każdego członka Kongresu:

Niewolnictwo możliwe będzie do zniesienia dzięki wojnie. Moi przyjaciele w Europie i ja wspieramy osiągnięcie tego, ponieważ niewolnictwo jest tylko posiadaniem pracy i pociąga za sobą obowiązek wyżywienia i utrzymania swoich niewolników przez właściciela, aby cieszyć się ich pracą. Natomiast na poziomie europejskim, na czele z Anglią, to kapitał (pieniądze kredytodawcy) kontroluje pracę poprzez kontrolę płac”. (Są to mniej więcej pieniądze w obiegu, które ostatecznie określają poziom płac.)

„Jest to osiągnięte przez kontrolę pieniędzy. Kredytodawcy widzą, że wojna powoduje duże zadłużenie, które będzie kontrolować ilość pieniędzy. Do tego konieczne jest, żeby obligacje były nisko oprocentowane w banku. Oczekujemy teraz, że sekretarz skarbu przedstawi taką rekomendację w Kongresie.

Nie można pozwolić na tak długą cyrkulację waluty krajowej (greenbacks – zielonych dolarów), ponieważ nie możemy kontrolować tej waluty. Ale możemy kontrolować obligacje, a przez nie emisje bankowe”.

Międzynarodowa finansjera wzięła w posiadanie Amerykę tak samo jak Europę. Chce ona stale utrzymywać i umacniać swoje pozycje. Pewnego dnia pojawił się człowiek, który odważył się przeprowadzić nadzwyczajne uderzenie. Zapłacił za to swoim życiem. Był to największy amerykański prezydent Abraham Lincoln (1809-1865).

Syn kolonizatorów, który nigdy nie chodził do szkoły, ale kiedy nauczył się czytać na kolanach swojej matki, a potem studiował prawo w nocy po swoim ciężkim dniu pracy w lesie lub na polu, został prezydentem Stanów Zjednoczonych w przełomowej epoce, w czasach secesji między północą i południem w kwestii niewolnictwa.

Miał on silne poczucie zdrowego rozsądku i kierowany doskonałą sprawiedliwością uważał, że jeśli prywatne banki emitują pieniądze, które są akceptowane przez społeczeństwo zezwalające na to, żeby pieniądze te wchodziły w obieg jako dług, to suwerenny rząd może zarówno fabrykować je sam, jak i przyznawać im co najmniej tak samo wielki autorytet. W latach 1862-1863 Lincoln poprosił swojego sekretarza skarbu Chase’a o trzy kolejne emisje waluty o całkowitej sumie 450 milionów dolarów.

Były to „zielone dolary” – greenbacks. Zauważmy, że po prawnej batalii między władzą finansową a rządem, 346 milionów dolarów pozostaje do dziś w obiegu i są to nadal tak samo dobre pieniądze, jak pieniądze bankowe. Co więcej, w przeciwieństwie do zadłużonych pieniędzy bankierów greenbacks nie są obciążone ani jednym dolarem długu publicznego Stanów Zjednoczonych. Gdyby ta emisja przeszła przez zwykłe kanały bankowe, oznaczałoby to wzrost amerykańskiego długu publicznego o 10 miliardów dolarów w latach 1863-1938 (procent składany). A gdyby wszystkie pieniądze były emitowane przez rząd, Stany Zjednoczone nie miałyby żadnego długu publicznego. Istnienie długu publicznego wskazuje, że system jest zły i że waluta jest zepsuta od samego początku.

Międzynarodowi bankierzy w pełni zrozumieli skalę czynu dokonanego przez Lincolna, a poniższe uwagi zostały opublikowane przez London Times (jako wyciąg z Journal of Finance) w marcu 1863 r.: Jeśli polityka finansowa zapoczątkowana przez rząd w Waszyngtonie zostanie utrwalona, rząd będzie dostarczał swoich własnych pieniędzy bez żadnego kosztu, spłaci swój dług publiczny i nigdy więcej już go nie będzie posiadał. Będzie miał całą niezbędną do prowadzenia handlu walutę. Osiągnie dobrobyt bez precedensu w historii cywilizacji ludzkiej. Mózgi i bogactwo świata będą płynąc do Ameryki. Musimy zniszczyć ten rząd, zanim zniszczy on monarchię.

Rada była następująca. Spisek międzynarodowej finansjery powalił wielkiego wyzwoliciela kulą bandyty. Wszystko pozostało jak dawniej. Prześladowcy ludzkości przyznali, że dobrobyt kraju mógłby z pewnością wynikać z polityki jego rządu, gdyby emitował on bez długu całą walutę potrzebną do życia gospodarczego.

„Śmierć Lincolna była katastrofą dla chrześcijaństwa”, pisał Bismarck (dobrze umiejscowiony, żeby rozumieć, co się stało). „Nie było w Stanach Zjednoczonych żadnego wystarczająco wielkiego człowieka, który mógłby zastąpić Lincolna. Pożyczkodawcy podjęli na nowo ofensywę, by zawładnąć bogactwem świata. Obawiam się, że zagraniczni bankierzy z ich chytrością i krętymi sztuczkami dojdą do całkowitej kontroli bogactwa Ameryki i będą go używać do systematycznego korumpowania współczesnej cywilizacji. Nie będą wahali się pogrążyć całego chrześcijańskiego świata w wojnach i chaosie, tak że ziemia stanie się ich dziedzictwem”.

Dziesięć lat później Ameryka ucierpiała z powodu przemiany osobistego niewolnictwa wynikającego z dyktatury finansowej, a Horace Greeley mógł napisać w 1872 r.:

„Zrywamy więzy czterech milionów ludzi i stawiamy wszystkich pracowników na tym samym poziomie nie tak bardzo przez wywyższenie dawnych niewolników, ale przez znaczne zmniejszenie całej siły roboczej, białej i czarnej, w stanie niewolnictwa. Kiedy przechwalamy się naszymi szlachetnymi czynami, starannie ukrywamy ropiejące rany społeczne. Przez nasz rażąco niesprawiedliwy system monetarny znacjonalizowaliśmy system ucisku, który choć jest bardziej udoskonalony, jest niemniej okrutny niż stare niewolnictwo”.

Mąż stanu swoich czasów, niemiecki kanclerz Bismarck, był dobrze umieszczony i poinformowany, żeby lepiej rozumieć to, co się dzieje, niż wielu innych. To, co ujawnił Niemcowi Konradowi Siemowi w 1876 r. rzuca światło na wydarzenia, do których już nawiązywaliśmy.

„Podział Stanów Zjednoczonych na federacje o równej sile został zdecydowany na długo przed wojną domową przez wysokie władze finansowe Europy. Bankierzy ci obawiali się, że naród amerykański, stanowiący zjednoczony i solidny blok, obali ich finansową dominację nad światem. Przeważył głos Rothschildów. Przewidzieli oni ogromne korzyści, gdyby mogli zastąpić dwiema słabymi demokracjami, zadłużonymi u finansjery, mocną republikę, która była praktycznie samowystarczalna. Wysłali oni swoich emisariuszy, by wykorzystali kwestię niewolnictwa i zamiast doprowadzić do porozumienia, wykopali przepaść między dwiema częściami republiki. Lincoln nie podejrzewał takich podziemnych machinacji. Był on przeciwny niewolnictwu i jako taki został wybrany. Jego charakter zapobiegł temu, by stał się on człowiekiem jakiegoś stronnictwa. Gdy wziął dobrze sprawy w swoje ręce, zobaczył, że ci finansowi szkodnicy Europy chcieli uczynić go wykonawcą swoich planów. Dokonali oni wiszącego w powietrzu rozłamu między Północą i Południem, a potem wykonali wybuch. Osobowość Lincolna zaskoczyła ich. Jego kandydatura nie wywierała wrażenia. Myśleli, że mogą łatwo oszukać prostego drwala. Ale Lincoln odczytał ich plan i zorientował się, że głównym wrogiem nie było Południe, lecz finansjera”.

Wypowiedź Bismarcka wspomina Rothschild. Ten żydowski dom przyczynia się do ustanowienia w świecie systemu monetarnego o filozofii idealnie żydowskiej, doświadczanej przez całą ludzkość. Obsypany dzisiaj tytułami działa znacznie spokojniej, ale nie mniej skutecznie, współpracując z innymi osobami o wspólnym pochodzeniu – rasowym czy duchowym. W czasie, o którym mowa znajdował się on na czele, próbując dostać w swoje ręce Amerykę, której nie odkrył, ani nie karczował.

Poniższy dokument ujawnia mentalność władców pieniądza. Pokazuje również jak bardzo mylą się ci, którzy śpią, gdy wilki krążą lub hipnotyzują nas wspaniałymi mistrzami „zdrowego pieniądza”. Czy więc w tym czasie coś mogło oświecić ludzi? Dlaczego Lincoln walczył samotnie, nierozumiany, słabo wspierany przez swój Kongres?

W liście z nagłówkiem: Bracia Rothschild, Bankierzy, Londyn, Anglia, z datą 25 czerwca 1863 r., adresowanym do panów Ikelheimera, Mortona i Vandergoulda, 3 Wall Street, New york, U.S.A., czytamy:

„Drodzy Panowie:

Pan John Sherman napisał do nas z miasta w stanie Ohio w sprawie profitów, jakie można osiągnąć w dziedzinie narodowej bankowości w związku z ostatnią ustawą waszego Kongresu. Załączył do swojego listu kopię tej Ustawy. Najwyraźniej Ustawa ta została zredagowana na podstawie planu sformułowanego przez Brytyjskie Stowarzyszenie Bankierów i przez to stowarzyszenie rekomendowanego naszym amerykańskim przyjaciołom, planu, który, jeżeli zostanie wprowadzony w życie jako prawo, okaże się wysoce korzystny dla środowiska bankowego na całym świecie.

Pan Sherman oświadcza, że kapitaliści nigdy nie posiadali takiej okazji do gromadzenia pieniędzy, jaką przynosi ta ustawa. Daje ona Narodowemu Bankowi prawie całkowitą kontrolę narodowych finansów. Niewiele osób, które rozumieją system, pisze on, będzie albo tak zainteresowanych zyskami osiąganymi dzięki niemu, albo tak zależnych od korzyści, jakie on przynosi, że ze strony tej klasy nie będzie żadnej opozycji, kiedy z drugiej strony, ogromna większość ludzi, niezdolna umysłowo pojąć olbrzymich korzyści, jakie kapitał czerpie z tego systemu, będzie dźwigała swój ciężar bez narzekania i być może nawet nie podejrzewając, że system jest szkodliwy w stosunku do ich interesów.

Prosimy o przekazanie waszych uwag na powyższe informacje. Decydujemy się także otworzyć Narodowy Bank w Nowym Jorku. Jeśli znacie Pana Shermana (mówimy, że to on był sponsorem prawa), będziemy zadowoleni z informacji na jego temat. Jeśli będziemy korzystać z informacji, które nam przekazał, uczynimy oczywiście należną rekompensatę.

Czekamy na odpowiedź, Wasi pełni szacunku słudzy BRACIA ROTHSCHILDOWIE”

Prosimy naszych Czytelników, aby uważnie zastanowili się nad tym dokumentem. Można tu zauważyć co najmniej to, że amerykańska ustawa bankowa z 1862 r. była projektem rozwiniętym po tym, co zostało opracowane w Londynie, że ustawa ta została przygotowana dla korzyści braterstwa bankierów na całym świecie (plaga Amerykanów!); że Amerykanin – osoba publiczna – kongresman, kandydat reprezentujący najwyższą liczbę obywateli, współdziałał z Rothschildami z Londynu dla korzyści bankierów; że nawet osoba publiczna (Sherman) podzieliła Amerykanów na trzy klasy, wszystkie łatwe do utrzymania na kolanach: zainteresowanych, dążących do korzyści finansowych i nieświadomy tłum. Ten ostatni przyjmuje wszystko „bez narzekania”, nie podejrzewając nawet, że stanowi ofiarę. Oczywiście indywiduum takie jak Sherman jest człowiekiem rosnącym w siłę i wynagradzanym.«

Ta ustawa bankowa z 1862 roku powodowała, że prywatny bank kontrolował finanse narodowe. To potężna siła. A w jaki sposób okradano Amerykanów? Louis Even tak pisze:

»Złoto i srebro były przez długi czas metalami wykorzystywanymi jednocześnie do wytwarzania monet. W 1818 r. Anglia zdemonetyzowała srebro. Potem, kiedy posiadła kontrolę złota, ale inne kraje eksploatowały srebro, finansjera włożyła wszelki wysiłek, żeby zdemonetyzować srebro wszędzie i ustanowić wyłączne panowanie złota. W 1873 r. zaatakowana została waluta amerykańska. Mówiono nam często, że złoto jest, zgodnie z tradycją, jedyną realną walutą. Od 1789 do 1873 r. oba metale miały to samo znaczenie w Stanach Zjednoczonych, a ustanowienie standardu złota w USA nastąpiło ostatecznie w 1900 r. Dla tradycji!

Ernest Seyd, jako agent międzynarodowej finansjery, pomagał przy ustanowieniu prawa o demonetyzacji srebra w Stanach Zjednoczonych i większym podporządkowaniu Ameryki władzy finansowego Rzymu świata (londyńskiej City). Seyd był doradcą Banku Anglii, jak sam mówił. Oto jak opisuje to, co robił w 1873 r.: Pojechałem do Ameryki (mówi to w Londynie) w zimie 1872-1873 r. próbując przeprowadzić prawo demonetyzacji pieniędzy, ponieważ było to w interesie tych, których reprezentowałem: gubernatorów i dyrektorów Banku Anglii. Miałem ze sobą 100 tysięcy funtów (500 tysięcy dolarów) wraz z instrukcją, że jeśli to nie wystarczy, mogę wypisać następne 100 tysięcy albo nawet więcej. Niemieccy bankierzy byli także zainteresowani moim sukcesem. Spotkałem się z komisjami Kongresu i Senatu. Zapłaciłem pieniądze i zostałem w Ameryce tak długo, jak to było konieczne. Zabrałem ze sobą wystarczającą ilość pieniędzy.

Ustawa została podpisana na początku 1873 r. przez prezydenta Granta, który wyznał osiem miesięcy później, że nie rozumiał podpisywanego przez siebie tekstu. Kilku członków Kongresu pozostawiło pisemne oświadczenia, przyznając się do takiej samej niewiedzy. Seyd wiedział dobrze i rok później powiedział do senatora Luckenbacha: „Wasze społeczeństwo nie rozumie teraz ogromnego zakresu tego kroku, ale poczuje go ono za kilka lat”.

Raport Kongresu z kwietnia 1873 r. mówi o Seydzie jako o dobroczyńcy: Ernest Seyd z Londynu, wybitny pisarz i ekspert w dziedzinie pieniędzy, przebywający teraz wśród nas, poświecił dużo uwagi tematowi bicia monet. Po zbadaniu pierwszej redakcji ustawy, poczynił szereg inteligentnych sugestii, które komisja włączyła w tekst nowego prawa.

W czasopiśmie bankierów (Revue de Banquiers), naturalnie lepiej poinformowanym, pisano w wydaniu z sierpnia 1873r.: W 1872 roku srebro zostało zdemonetyzowane we Francji, Anglii i Holandii. Pozyskaliśmy 500 tysięcy dolarów w funduszach i Ernest Seyd z Londynu został wysłany z nimi do Stanów Zjednoczonych jako agent zagranicznych kapitalistów i posiadaczy obligacji, aby uzyskać ten sam efekt, co zostało osiągnięte.

Skutki dało się wkrótce odczuć. Był to kryzys czy panika roku 1873, o czym pisał senator Ferry z Michigan: Miliony ludzi żyjących dotąd w dobrych warunkach, zostało zredukowanych do ubóstwa albo obciążonych długami. Będą musieli oni dźwigać ten ciężar do śmierci albo odziedziczy go niewinne potomstwo, które weźmie go na swoje plecy. Nie zapomnieliśmy powiedzieć ofiarom kryzysu, że była to kara za ich grzechy czy wybryki. Ernst Seyd mógłby ich poinformować lepiej.

Nie jest konieczne, żeby ludzie mieli pieniądze, ale żeby stale musieli zależeć od bankierów. Przez cięcia pieniędzy na życie poprzez ograniczenie pieniądza i kredytu, banki powodują depresje, osłabiają wartość i zagarniają bogactwo. Powiedziano nam, że jest to panika, ogólna utrata zaufania, ale co powoduję tę panikę, co niszczy zaufanie? Okólnik wysłany 12 marca 1893 r. przez American Bankers Association (Amerykańskie Stowarzyszenie Bankierów) do wszystkich krajowych banków Stanów Zjednoczonych nosił nazwę „Okólnika na temat paniki”. Oto tekst okólnika z dnia 11 marca 1893 r., wysłanego następnego dnia:

„Drogi Panie,

Interesy banków Narodowych wymagają przeprowadzenia natychmiastowego ustawodawstwa finansowego przez Kongres. Srebrne certyfikaty i papiery skarbowe muszą zostać wycofane, a jedynymi pieniędzmi muszą stać się oparte na złocie banknoty narodowe. Będzie to wymagało wprowadzenia nowych obligacji (zobowiązania) w wysokości 500 milionów do jednego miliarda dolarów jako podstawy cyrkulacji. Zlikwidujecie od razu jedną trzecią waszego obiegu i zażądacie zwrotu połowy waszych pożyczek. Zadbajcie o stworzenie ciasnoty pieniężnej wśród waszych klientów, szczególnie wśród wpływowych biznesmenów. Zalećcie specjalną sesję Kongresu, żeby przywrócić klauzulę nabywczą z ustawy Shermana i działajcie w porozumieniu z innymi bankami w waszym mieście, aby uzyskać od społeczeństwa nadzwyczajną petycję do Kongresu na rzecz jej przywrócenia bez warunków, zgodnie z załączonym formularzem. Użyjcie osobistego wpływu na waszego kongresmena, a szczególnie jasno dajcie wyraz swoim pragnieniom wobec waszych senatorów. Żywot Banków Narodowych, jako stałych i bezpiecznych inwestycji, zależy od natychmiastowego działania, kiedy wzrasta nacisk na rzecz emisji rządowych środków płatniczych i bicia srebrnych monet”.

Dobrze zorganizowane Stowarzyszenie Bankierów zwyciężyło rozgrywkę przeciwko niezorganizowanemu społeczeństwu. Odrębna sesja Kongresu została zwołana specjalnie dla zburzenia rosnącego zaufania społeczeństwa wobec waluty rządowej. Aby zmusić ludzi do uciekania się do banków, konieczny był niedostatek pieniądza. Było to odczuwalne w całej Ameryce i rozpoczął się kryzys, który wywołał panikę 1893 r.

Czy niebo, temperatura lub przypadek powodują kryzysy? Czy niedobór pieniędzy jest spowodowany bez planu? Kto na tym korzysta? Poniższy fragment pochodzi z poufnego dokumentu bankierów sporządzonego dwa lata przed paniką 1893 r.

„Upoważniamy naszych agentów pożyczkowych ze stanów zachodnich do pożyczania naszych pieniędzy na nieruchomości, płatnych w dniu 1 września 1894 roku. Jakikolwiek termin płatności nie może przekroczyć tej daty. 1 września 1894 r. kategorycznie odmówimy wszelkiego odnowienia kredytu. Tego dnia będziemy wymagać zwrotu naszych pieniędzy, w przeciwnym razie nastąpi zajęcie zastawionego majątku. Hipoteczne nieruchomości staną się naszą własnością. Możemy nabyć, po cenie, jaka nam odpowiada, dwie trzecie gospodarstw rolnych na zachód od Missisipi i tysiące innych na wschód od wielkiej rzeki.

Możemy mieć nawet trzy czwarte gospodarstw zachodnich i wszystkie pieniądze w kraju. Rolnicy nie będą już dłużej dzierżawcami, tak jak w Anglii”.

Kontynuowane są okresowe rozlewy krwi i kryzysy. Panika 1907 r. nie ma żadnej innej przyczyny niż koncentracja kredytu, także ta w 1920 r. lub w obecnym kryzysie. W maju 1920 roku odbyło się tajne spotkanie członków Rezerwy Federalnej, komisji doradczej Rezerwy Federalnej i 36 dyrektorów banków klasy A Rezerwy Federalnej. Wiemy, że jest to amerykański system 12 banków centralnych, system ustanowiony według planu opracowanego w Londynie, przez interwencję międzynarodowego finansisty Paula Warburga. Po jednodniowej dyskusji zdecydowano o regresie pieniądza i kredytu narodu. To zostało przeprowadzone, a od następnego lipca wszystkie ceny spadły. Cena produktów rolnych zmniejszyła się więcej niż o połowę. Powstał kryzys lat 1920-22.

Emisja kredytu przez banki w postaci długu i spłata tych pożyczek na warunkach ustanowionych przez bankierów wprowadziły świat w gestię bankierów, którzy działają na poziomie międzynarodowym. Kryzysy są uniwersalne. Wszyscy są dotknięci.

W 1929 roku nagłe zmniejszenie kredytów obniżyło o 20 miliardów dolarów depozyty i kredyty na żądanie w USA. To krwawienie mogło bardzo osłabić organizm gospodarczy. Transakcje czekowe spadły o 1 200 miliardów dolarów, dwie trzecie pieniędzy w dyspozycji handlu i przemysłu.

Jeśli bankier jest twórcą kredytu, który jest używany jako pieniądze, jest on również destruktorem, a przejście tego kredytu w organizmie gospodarczym pozostawia w nim kancerogenny dług.«

Trzy razy podchodzili Żydzi do utworzenia banku centralnego w Ameryce. Pierwszy taki bank działał w latach 1781-1811. W 1811 roku wygasł jego mandat i nie został odnowiony przez Kongres. Drugi działał w latach 1816-1836. Jego statusu nie przedłużono, co stało się po okresie inflacji, która wymknęła się spod kontroli i co doprowadziło do czteroletniego kryzysu trwającego od 1837 roku. Trzecia próba okazała się najbardziej skuteczna. W 1913 roku powstał System Rezerwy Federalnej. Tym razem już na trwałe.

Ktoś może więc powiedzieć, że to wydarzenie jest najważniejsze, a nie wojna secesyjna. Jednak w tamtym czasie, w 1862 roku, uchwalona została amerykańska ustawa bankowa, która dawała prawo drukowania dolara bankom prywatnym. Próba drukowania dolara przez rząd, podjęta przez Lincolna (1862-63), zakończyła się jego zabójstwem. Gdyby mu się to udało, Ameryka obroniłaby swoją niezależność finansową. Natomiast powstanie FED-u skutkowało czym innym. Cytowany wcześniej Willem Middelkoop pisze:

„Na początku pierwszego dziesięciolecia XX wieku najsłynniejszym i najpotężniejszym bankierem amerykańskim był John Pierpont Morgan. Gdy został zmuszony do wykorzystania prywatnego majątku, aby uporać się z paniką bankową 1907 roku, uznał, że czas opracować nową architekturę systemu finansowego. Wkrótce nowojorscy bankierzy przedstawili wspaniały pomysł. Koncepcja polegała na tym, aby ustanowić nowy bank centralny, którym kierowaliby jego właściciele – nowojorscy bankierzy.”

Middelkoop nie pisze tego, po co ten bank centralny. Jednak z powyższego fragmentu można wywnioskować, że po to, by bankierzy, w razie paniki, nie ryzykowali własnym majątkiem. I tak to dzisiaj działa. Konsekwencje ponosi rząd, czyli podatnicy. Bank centralny, to po prostu wyższa, czytaj: jeszcze bardziej złodziejska, forma bankowości. Dalej pisze on:

„W tamtym okresie wśród największych państw świata Stany Zjednoczone były jedynym krajem, w którym nie działał bank centralny. W listopadzie 1910 roku republikański senator Nelson W. Aldrich dołączył do grupy najpotężniejszych bankierów z Wall Street, którzy zebrali się na potajemnie zorganizowanej dziesięciodniowej konferencji na Jekyll Island, wyspie należącej do Morgana. W programie tego spotkania znalazła się tylko jedna sprawa, mianowicie ustanowienie nowego banku centralnego.

Ustalono, że ten bank musi uzyskać monopolistyczną wyłączność na druk dolarów i powinien się stać prywatną organizacją należącą do założycieli, czyli bankierów z Wall Street. Nie zostanie nazwany bankiem centralnym i będzie działać tak, jakby kierował nim rząd.

Aby umożliwić udaną realizację planu Aldricha, trzeba go było intensywnie propagować, by przekonać do tego pomysłu naród i rząd. Jak widzieliśmy, fiaskiem zakończyły się dwie wcześniejsze próby ustanowienia banku centralnego. Może to tłumaczyć, dlaczego pomimo działań podejmowanych przez ludzi z Wall Street kongresmani z amerykańskiej Izby Reprezentantów nie poparli planu Aldricha.

W 1912 roku, w czasie wyborów, w Waszyngtonie zaszła olbrzymia zmiana. Wprawdzie republikanie ponownie przedstawili plan utworzenia banku centralnego, ale to demokraci przedłożyli projekt ustawy o Systemie Rezerwy Federalnej (Federal Reserve Act), również współpracując z nowojorskimi bankierami skupionymi wokół Morgana. Założenia koncepcji przedstawionej przez demokratów niemal w ogóle się nie różniły od planu Aldricha, ale przyjęto je ze znacznie większym entuzjazmem, mimo że nadal wyrażano pewne krytyczne uwagi. To było sprytne polityczne posunięcie ze strony bankierów z Wall Street. Ustawa o Systemie Rezerwy Federalnej zawierała wiele elementów potrzebnych do tego, aby przezwyciężyć zastrzeżenia Amerykanów co do banku centralnego, który miałby działać w Stanach Zjednoczonych. Zamiast banku centralnego miał powstać System Rezerwy Federalnej, który będzie ukazywany jako grupa banków regionalnych z nadzorującą Radą Gubernatorów Systemu Rezerwy Federalnej. Członków rady nie będą powoływali bankierzy, lecz prezydent Stanów Zjednoczonych.

W grudniu 1913 roku wielu senatorów zakładało, że decydujące głosowanie w sprawie ustawy o Systemie Rezerwy federalnej zostanie przeprowadzone dopiero w kolejnym roku. Pojechali więc do domów na Boże Narodzenie. Ale krótko przed świąteczną przerwą z projektu ustawy usunięto kilka kontrowersyjnych przepisów, dzięki czemu można było ją przyjąć podczas ostatniego posiedzenia przed przerwą. System Rezerwy Federalnej został ustanowiony.

Bankierzy z Wall Street nie mogliby sobie życzyć piękniejszego prezentu na Boże Narodzenie. Trzeci raz w historii Stanów Zjednoczonych monopolistyczne prawo druku dolarów przeniesiono z władz państwowych na prywatne banki. Niewielu polityków zdawało sobie sprawę z daleko idących konsekwencji tej decyzji. Natychmiast po przyjęciu ustawy wszystkie amerykańskie banki zostały przymusowymi udziałowcami Systemu Rezerwy Federalnej.”

Dalej pisze:

„Sto lat po ustanowieniu Systemu Rezerwy Federalnej nadal nie wiadomo, kto dokładnie ma w nim udziały i za ile je nabył. Doskonale jednak wiadomo, że udziałowcami są przede wszystkim banki z Wall Street.”

Krążyły więc na rynku amerykańskim dwie waluty: dolary drukowane przez prywatne banki i tzw. geenbacks Lincolna. Tych ostatnich nie było dużo, ale były. To nie mogło podobać się żydowskim finansistom. Amerykańska ustawa bankowa została uchwalona w 1862 roku. Lincoln drukował w latach 1862-63 w trzech transzach. Wydrukował 450 milionów. Po prawnej batalii pomiędzy władzą finansową a rządem w obiegu pozostało 346 milionów. Wnioskuję więc, że te 346 milionów zostało wydrukowanych zanim weszła w życie ustawa bankowa i że ta ustawa nadawała monopol druku finansjerze i pieniądze wydrukowane przez rząd po tej dacie musiały być wycofane z rynku. Tak więc monopol prywatnych banków na druk dolara istniał od 1862 roku. Powstanie FED-u niczego tu nie zmieniło. Zmieniło tylko to, że odpowiedzialność za nietrafione inwestycje bankowe przeniesiono na rząd, czyli na podatników.

Jednak zacytowany powyżej urywek z książki Middelkoopa, opisujący powstanie Systemu Rezerwy Federalnej jest ciekawy, bo opisuje, jak działają Żydzi. Chcą przepchnąć ustawę o banku centralnym i wynajmują do tego republikańskiego senatora. Do przepychania ustawy o Systemie Rezerwy Federalnej wynajmują demokratów. Obie ustawy są prawie takie same, ale niewielkie różnice powodują spory. Czas płynie, zbliżają się święta Bożego Narodzenia. Wielu senatorów wyjeżdża na święta, sądząc, że wszystko rozstrzygnie się po świętach czy po nowym roku. Aż tu raptem usuwa ktoś (No kto? Zgadnie ktoś?) sporne, nic nie znaczące zapisy i ustawa zostaje przyjęta przed świąteczną przerwą. Jak to czytałem, to od razu przypomniało mi się, jak uchwalono Konstytucję 3 maja. Podobnie, tylko w odwrotnym kierunku. Wykorzystano fakt, że wielu posłów nie zdążyło wrócić ze Świąt Wielkanocnych. I co? Powie mi ktoś teraz, że to nie te same rączki majstrowały w obu przypadkach? Żydzi są – niestety – zdolni, chytrzy, cwani, przebiegli, a my – naiwni, łatwowierni.

Zastanawiam się, czy wybuch powstania styczniowego w 1863 roku miał jakiś związek z wojną secesyjną? Alaska do 1867 roku była rosyjska. Wojna toczyła się na wschodnim wybrzeżu. Czy możliwa byłaby interwencja wojsk rosyjskich w Ameryce, gdyby nie powstanie?

Miecz

Obejrzałem sobie ostatnio wystąpienie Wojciecha Olszańskiego na kanale „cepolska”, poświęcone paleniu świec hanukowych w Pałacu Prezydenckim. Było ono bardzo emocjonalne, co wyrażało się w mowie ciała, jak i w treści wypowiadanych słów. Olszański powoływał się m.in. na husarię, czyli niby nasze tradycje historyczne i, jak zajdzie potrzeba, to wszystkich ich zmieciem z powierzchni – tak można było odczytać sens jego wypowiedzi, z którym, jak sądzę po komentarzach, zgadza się wielu Polaków. Problem jednak polega na tym, że żeby kogoś zmieść z powierzchni, to ten ktoś musi stawić nam czoła w polu. Ale ten ktoś nie stawi nam czoła w walce. Ten ktoś działa w sposób daleko bardziej wyrafinowany. Do podporządkowywania sobie innych stosuje bardziej wyszukane narzędzia. Jeśli więc chce się go pokonać albo przynajmniej podjąć walkę, to należy użyć tych samych środków, zgodnie ze starą maksymą: „Kto mieczem wojuje, ten od miecza ginie.” Nie można walczyć mieczem z przeciwnikiem, który jest niewidoczny i posługuje się inną bronią. Jego broń to pieniądz i kredyt. Jedynym więc remedium jest stworzenie własnego pieniądza i kredytu bezprocentowego. To nie jest żadna odkrywcza myśl. Ludzie już od dawna wiedzą o tej broni. Problemem jest to, że od pomysłu do przemysłu droga daleka, a przeciwnik doskonale wie, że taki pomysł nie jest obcy jego adwersarzom. Wszelkie tego typu inicjatywy zwalcza w zarodku, wykorzystując przy tym ludzką słabość i pragnienie bycia bogatym.

Z inicjatywą kredytu społecznego wyszedł Narodowy Instytut Studiów Strategicznych (NISS) i nawet ma już własną walutę – Huzar Polski. Tylko kto ją będzie honorował, skoro wszyscy zadłużeni są w złotówkach lub we frankach. Banki należą do Żydów, podobnie jak wielkie sieci handlowe. Można więc powiedzieć, że nie tylko kreacja pieniądza jest pod kontrolą Żydów, ale również jego obieg. Rządy są zadłużone. Czy one coś mogą? Jak więc twórcy pomysłu chcą go wprowadzić w obieg? Jednak już nazwa „Narodowy” budzi pewne podejrzenia. Ciekawe skąd oni mają pieniądze? Sama nazwa „Huzar” odwołuje się do debilnych tradycji husarii, która może i zmiatała z pola walki przeciwnika, ale nic z tego, w sensie politycznym, nie wynikało. Czemu nie odwołują się do tego wygranego polskiego powstania – powstania wielkopolskiego? Jak ktoś promuje tradycje I RP, w której 90% ludzi było niewolnikami, to, jak dla mnie, jest żydowskim agentem. I tym jest dla mnie NISS. Inna sprawa, że huzar to, jak podaje słownik języka polskiego, żołnierz lekkiej jazdy ubrany i uzbrojony na sposób węgierski, a husarz, to rycerz służący w husarii. I jeszcze to, że słowa te są pochodzenia węgierskiego, a sama husaria była na początku wojskiem zaciężnym i cudzoziemskim. „Dobra” tradycja. Tylko dla kogo?

Żeby walczyć z takim przeciwnikiem, to trzeba też wiedzieć, jak bardzo jest on bezwzględny, przebiegły, jak bardzo wyrafinowany, jak bardzo konsekwentny w działaniu, jak bardzo bez skrupułów w dochodzeniu do celów, które sobie wyznaczył. To jest przeciwnik z obcej cywilizacji, którego system wartości jest zupełnie inny niż nasz. Nie pokonamy go, jeśli nie zastosujemy wobec niego jego metod działania, które są obce naszej cywilizacji. I na tym polega problem. My jesteśmy jak ciepłe kluchy. Oni są twardzi, niewzruszeni i bezlitośni. Jeśli chcemy podjąć z nimi walkę, musimy być tak samo bezwzględni i bezlitośni, jak oni. Walka już się zaczęła. Jeśli oni wygrają, to nie będzie problemu. Jeśli przegrają, to wtedy będzie właściwy moment do wprowadzenia własnego pieniądza i kredytu społecznego, czyli bezprocentowego.

W blogu „13 grudnia” napisałem, że wszystko zostało zaplanowane przez Żydów: „Pożyczka na modernizację Polski, trudności w spłacie rat kredytu i odsetek, kryzys, strajki, stan wojenny. W jego wyniku nastąpiło dalsze dobijanie gospodarki PRL-u i Okrągły Stół. Żydzi z banków zachodnich porozumieli się z Żydami, którzy kontrolowali finanse PRL-u. Ktoś może powiedzieć, że to chora wyobraźnia chorego człowieka, który ma obsesję na punkcie Żydów. Problem jednak polega na tym, że na długo przede mną byli ludzie, którzy dostrzegli to zagrożenie i opisali je. I ja, chcąc obronić swoją koncepcję, muszę przytoczyć ich opisanie rzeczywistości, w której żyli i mieli dostęp do źródeł, które są dla nas nieosiągalne. I znowu muszę odwołać się do Louisa Evena, którego cytowałem w blogu „Kryzys”. Źródło jest to samo: Dwumiesięcznik Michael, wydanie promocyjne nr 16, luty 2015. Autor wykorzystuje informacje zawarte w książce Gertrudy Coogan „Twórcy pieniądza”, wydanej w USA w 1935 roku.

»Obecny system bankowy jest czystym bandytyzmem. Każdy, kto zadał sobie trud przestudiowania tej kwestii – tworzenia zadłużonego pieniądza kredytowego i absolutnej kontroli środków wymiany przez banki – nie może mieć wątpliwości. Ale jest to zalegalizowany bandytyzm.

Trzeba powiedzieć, że prowadząc ten proceder dla korzyści małej kliki prywatnych osób na barkach społeczeństwa, banki pozostają w granicach swojej koncesji. Jest to „trik” ustanowiony przez „niezależny” rząd i tworzy on machinę, która wykrwawia i zabija ludzkość. We wczesnych wiekach naszej ery znajdujemy pasożyty o mentalności pochodzenia żydowskiego, posiadające kantory, gdzie można było pożyczać pieniądze i położyć rękę na każdy monetarny obieg w krajach, gdzie się osiedlili. Nie osiadali jednak wszędzie. Bezskutecznie można szukać bankierów w krajach, gdzie niczego nie dało się zabrać. Nie było ich także w pierwszej grupie osadników, którzy znaleźli się w północnych lasach Quebeku. Pożyczkodawcy pieniądza udawali się z Palestyny do Włoch, gdzie kwitło imperium rzymskie. Otrzymywali wszelkie wyrazy szacunku i owoce pracy producentów z pól Lombardii. Anglia wydobyła się później z barbarzyństwa, a jej żeglarze przywozili z wypraw całe bogactwo świata. Nasi pożyczkodawcy pieniądza mieli dobry węch i skolonizowali na swój sposób jedną z ulic Londynu, która stała się znana w dziedzinie międzynarodowych finansów pod nazwą ulicy Lombard.

Posiadacze złota – synowie według ciała lub według ducha tych, którzy przyprowadzili ze sobą statki złota i srebra Egipcjan i tańczyli na pustyni wokół złotego cielca, kiedy Bóg dyktował Dekalog na górze – szybko nauczyli się komercjalizować łatwowierność nieświadomego społeczeństwa i pożyczali mu to, czego nie posiadali. Złoto pozostawało w sejfach. Pokwitowania tych, którzy powierzyli swoje złoto bankierom i zobowiązania zapłaty w złocie wystawione przez bankierów, krążyły tak jak samo złoto i przynosiły te same dochody.

Legalizacja bandytyzmu

W 1694 r. pasożyty, jako osoby prywatne otrzymały legalne prawo emisji i pożyczania pieniędzy na procent suwerennym rządom. W tym roku król Anglii William III potrzebował pieniędzy na prowadzenie wojny. Od czasu rewolucji w 1688 r. istniało w Londynie towarzystwo skupiające bogatych ludzi pod nazwą „Towarzystwa Banku Anglii”. Jego przewodniczącym był William Paterson.

Król, który nie potrafi skutecznie opodatkować swoich poddanych i nie odważa się wprowadzić rządowych pieniędzy papierowych, po tym jak opozycja, poprzez tajne siły finansowe, przedstawiła tę kwestię jego poprzednikowi Karolowi II, a teraz jemu, kierując jego uwagę na towarzystwo Banku Anglii.

William Paterson oferuje królowi udzielenie pożyczki w wysokości 1,2 mln funtów w złocie i srebrze na 8% pod warunkiem, że król pozwoli Towarzystwu Banku Anglii zrobić dokładnie to, czego władcy pieniądza w owym czasie zabraniali królowi: drukować pieniądze papierowe, które byłyby legalnym środkiem płatniczym i to w wysokości równej sumie pożyczonych królowi pieniędzy.

Bank zgromadziłby zatem 1,2 miliona funtów w złocie i srebrze dla króla, w zamian za co otrzymałby prawo wydrukowania 1,2 miliona funtów w banknotach papierowych, które król mocą swojej władzy, nakazałby uznać Anglikom w ten sam sposób jak złoto. Bank pożyczyłby królowi pieniądze metalowe na procent, a wydrukowane przez siebie 1,2 miliona funtów w banknotach posiadałby na udzielanie z zyskiem pożyczek dla handlu i przemysłu.

William Paterson świetnie rozumiał znaczenie otrzymanego przywileju i napisał: „Bank może wprowadzić w obieg tę nową emisję waluty posiadając tylko jedną szóstą czy jedną czwartą część tej sumy w rezerwie (200 lub 300 tysięcy funtów). To tak jakby pożyczał on krajowi dziewięćset tysięcy czy milion funtów nowych pieniędzy”. W praktyce nie potrzebował on nawet utrzymywać 25-procentowej rezerwy. Od 1696 r. bank wprowadził do obiegu 1.750.000 funtów, posiadając rezerwę w wysokości tylko 36.000 funtów w gotówce, co stanowiło niewiele ponad 2% rezerwy.

Dom Rothschildów

Tak więc prywatny bank stał się potężniejszy niż sam król. Począwszy od tego pierwszego zawładnięcia wspólnego dobra przez stowarzyszenie wyzyskiwaczy widzimy, że nowa monetarna machina funkcjonuje przede wszystkim finansując wojny. To w tym czasie zostaje położony fundament pod nieustające wielkie dochody. Machina ta nie straciła niczego w okresie swojej adaptacji w 1914 r. i żadnemu rządowi nie brakowało pieniędzy do prowadzenia swoich obywateli na wielką rzeź. Stwierdzenie „nie ma pieniędzy”, które ciągle słyszymy dzisiaj, nie istniało w latach 1914-1918.

Fortuna zbudowana dzięki masakrom ludzkości

Międzynarodowy Dom Rothschildów jest świetnym przykładem fortuny zbudowanej dzięki masakrom ludzkości. Mówiąc o założeniu Banku Anglii, zauważyliśmy, że międzynarodowa finansjera wie, jak wyciągać zyski z wojen, żeby zaokrąglić swoją fortunę i umocnić swoją władzę.

Historia Rothschildów pokazuje, że przynajmniej więcej niż raz finansiści ci nie stracili okazji, jakie przynosiły im konflikty międzynarodowe.

Chociaż ich przodek Meyer Amschel Rothschild żył w Niemczech, Dom Rothschildów nie był ani niemiecki, ani angielski czy francuski, tylko międzynarodowy – żydowski. Ich obecni potomkowie opuszczają Austrię, Francję i nie żałują tego, dopóki mogą zabrać ze sobą swoje złoto. Poza tym synowie Amschela założyli swoje siedziby w pięciu różnych krajach Europy.

Amschel osiedlił się we Frankfurcie nad Menem, mimo że to miasto było wrogie Żydom. Frankfurt był wtedy po Hanowerze największym centrum biznesowym w Niemczech.

Meyer Amschel Rothschild służył jako bankier landgrafowi Hesji. Landgraf był najbogatszym księciem w całej Europie. Wzbogacił się różnymi sposobami, między innymi na tym, co dziś moglibyśmy nazwać handlem mięsem armatnim.

Mieszkańcy Hesji byli silnymi ludźmi i wielu z nich zarabiało na życie w zawodzie żołnierskim. Nie z powodu patriotyzmu, ale dla pieniędzy. Ich książę, landgraf, zatrudniał ich i sprzedawał ich usługi innym książętom lub królom, którzy tego potrzebowali. Oczywiście landgraf czerpał zyski z tych transakcji i powierzał te zyski Rothschildowi, który je inwestował, pomnażając dochody landgrafa, a sobie samemu zostawiając mały profit.

Na przykład, gdy amerykańskie kolonie powstały przeciwko Anglii, jej król, Jerzy III, poprosił landgrafa o pułk wojska heskiego, żeby nie wysyłać Anglików do walki z Anglikami. Landgraf dostarczył mu 16.800 ludzi, co kosztowało Jerzego III sumę odpowiadającą dzisiejszym (1940r.) 20 milionom dolarów.

Landgraf powierzył te 20 milionów Rothschildowi, który szybko wyczuwał interes. Ponieważ w Ameryce trwała wojna, a kraje toczące wojny poszukują zawsze funduszy, za które płacą wysoką cenę, będąc w potrzebie. Rothschild nie znalazł niczego bardziej pociągającego, niż użycie tych pieniędzy w Ameryce.

Żyd z Frankfurtu pożyczył więc pieniądze swemu rodakowi w Ameryce, Żydowi Haymowi Salomonowi. Salomon płacił odsetki Rothschildowi. Ale sam Salomon bez żadnego problemu pożyczył pieniądze na wyższy procent Morrisowi, bankierowi George’a Washingtona, na prowadzenie wojny o niepodległość.

Stąd mieszkańcy Hesji walczyli po stronie Jerzego III przeciwko Amerykanom, a Amerykanie byli opłacani pieniędzmi, za które Jerzy III kupił wojsko heskie.

Amerykanie, Anglicy i Hesowie zabijali się nawzajem na polach bitew, podczas gdy dwóch bankierów żydowskich, Salomon po tej stronie oceanu i Rothschild po drugiej, gromadziło zyski i władzę, jaką dają pieniądze.

Rothschild miał pięciu synów i uczył ich tego dochodowego zajęcia. „Pięciu Panów z Frankfurtu”, oddzielonych ciałem, ale nie umysłem i interesami. Najzdolniejszy z nich, Natan, wybrał Londyn, który miał się stać finansowym centrum świata. Założył tu bank i dom maklerski N.M. Rothschild i Synowie. Jakub osiedlił się w Paryżu, Salomon w Wiedniu, Karol w Neapolu, podczas gdy najstarszy Amschel, jak jego ojciec, pozostał we Frankfurcie. Działo się to w okresie Rewolucji Francuskiej. Ojciec zmarł w 1813 roku.

W tym czasie Europa stała się ofiarą wojen napoleońskich. Dwóch Rothschildów, Natan i Jakub, jeden w Anglii, drugi we Francji, wiedziało jak wykorzystać wszystkie szanse. Anglia pożyczała od Natana Rothschilda, żeby walczyć z Napoleonem. Napoleon pożyczał od Jakuba Rothschilda i jego sługusów, żeby walczyć z Anglią. Pożyczki dla rządu i kontrabanda na szeroką skalę za cichym przyzwoleniem dwóch wrogich rządów wzbogacały Rothschildów, kiedy ginęli żołnierze, kiedy płakały matki i żony, kiedy nienawiść stawała się coraz ostrzejsza i kiedy wszystko było pełne patriotycznych przemówień.

Żałoba, która objęła Europę, niezbyt zubożyła tych ekspertów pieniądza. Natan, sam prawdziwy geniusz finansowy, osiągnął na giełdzie londyńskiej sześć milionów dolarów zysku jednego dnia – dwa dni po bitwie pod Waterloo. Kiedy Orzeł [Napoleon Bonaparte] miał umrzeć na Wyspie Świętej Heleny, Rothschildowie gromadzili swoją fortunę.

Ten sam Natan interweniował później w Hiszpanii w 1835 r., gdzie, żeby zemścić się na rządzie, który nie chciał ustąpić wobec jego żądań pomimo łapówek, jakie płacił hiszpańskiemu ministrowi finansów, przeznaczył, w porozumieniu ze swoim bratem z Paryża, dziewięć milinów dolarów, by zniszczyć hiszpańską giełdę i akcje. Skończyło się to światową depresją, która zrujnowała tysiące akcjonariuszy, gdy Rothschildowie w tym czasie wzbogacili się na tych ruinach.

W tej samej sprawie, inny brat, Salomon z Wiednia, ośmielił się napisać do swego zaufanego: „Powiedz księciu Metternichowi, że Dom Rothschildów działa tam z zemsty”.

Tenże Salomon pomagał Metternichowi finansować Święte Przymierze (Austria, Rosja i Prusy) bez uciekania się do Anglii. W zamian bracia Rothschildowie zostali obsypani zaszczytami i otrzymali tytuły baronów, przyznane przez Sąd Cesarski w Wiedniu.

Oszustwo na plecach Francuzów

Pomimo najwyższej powściągliwości i tajemnicy, jakimi dzisiejsi międzynarodowi bankierzy się zasłaniają, by ukrywać swoje machinacje, technika pozostaje ta sama.

Kiedy Austria została podzielona po I wojnie światowej, tamtejszy Dom Rothschildów znalazł się w żałosnym stanie finansowym. Nie na długo jednak. Gdy osiem lat później premier Poincaré przygotował w Paryżu w porozumieniu z Bankiem Francji prawo stabilizujące franka, Rothschild z Paryża, dyrektor Banku Francji (bank prywatny), wiedział jak szybko poinformować o tym swego kuzyna w Wiedniu. Ten spieszył się, żeby kupić franki, które wtedy traciły wartość, by sprzedać je, gdy ich wartość wzrosła po uchwaleniu ustaw przez francuski parlament.

W niecały tydzień bez przelewania krwi i potu, Żyd z Wiednia odbudował z powrotem swoją fortunę… na grzbiecie francuskich inwestorów.

Międzynarodowe finanse nie mają swej ojczyzny. Są wszędzie, wyciągają zawsze swe macki we wszystkich krajach, tam, gdzie tylko jest coś splądrowania i ograbienia, pozostawiając po sobie niezliczone ruiny i nie uważają się odpowiedzialne za cokolwiek. „Tam, gdzie jest pieniądz, jemu jest podporządkowane państwo”, trafnie ujął to Papież Pius XII.

Z powodu zachłanności finansistów z Londynu amerykańskie kolonie zorganizowały powstanie przeciw Anglii. Żądały one prawa do emitowania swych własnych pieniędzy stosownie do swych potrzeb i odmówiły płacenia haraczu za swe własne środki wymiany. Odebranie im prawa emisji swojej własnej waluty przez finansjerę z Londynu uzależniło całkowicie kolonie od metropolii wyzyskiwaczy.«

Nie ma sensu dyskutować o wojnach, zamachach, przewrotach, polityce, gospodarce, jeśli nie uwzględni się w tym wszystkim czynnika żydowskiego i jego destrukcyjnego wpływu na dzieje świata. Powyższy cytat nie pozostawia złudzeń. Jeśli Żydzi poczynali sobie tak swobodnie w Europie i w Ameryce, to dlaczego nie mogliby tego zrobić w Polsce? W Polsce, która jest dla nich – Polin. Tłumaczenia Żydów typu Korwin-Mikke, Michalkiewicz, Miszalski, że to służby specjalne, jakaś razwiedka, czy cokolwiek innego, nie ma sensu. Owszem, to mogły być te służby, bez względu na to, jak je nazwiemy, ale one wszystkie były i są zależne od Żydów. Ja nie muszę niczego udowadniać, podpierać się źródłowymi dokumentami. Wystarczy logiczne myślenie.

Jedno zdanie w tym tekście jest bardzo aktualne: “Stwierdzenie „nie ma pieniędzy”, które ciągle słyszymy dzisiaj, nie istniało w latach 1914-1918.” To dzisiaj odnosiło się do lat 30-tych, ale ono i obecnie jest bardzo aktualne. Jeszcze nie tak dawno, przed “pandemią”, słyszeliśmy, że na wiele rzeczy nie było pieniędzy. Czy słychać teraz narzekania premiera i rządu, że nie ma pieniędzy na szczepionki, na szpitale, na wynagrodzenia dla “walczących” z wirusem? Nie słychać. Co to oznacza? Oznacza to, że znowu mamy wojnę. Tym razem jest to zupełnie inna wojna, wojna, w której rządy wszystkich lub prawie wszystkich państw na świecie walczą ze swoimi obywatelami. A jak walczą, to znaczy, że chcą ich zniszczyć. Kto by się spodziewał, że takich czasów dożyjemy.