Witam na moim blogu

Na tym blogu będę starał się przedstawiać prawdę albo przynajmniej próbował do niej dochodzić. Czy będzie to zamiar udany, czy – nie, ocenią czytający go.

“Jedynie prawda jest ciekawa” – to motto Józefa Mackiewicza. Prawda jest ciekawa, ale niewygodna dla wszystkich i wszyscy starają się ją ukryć albo zniekształcić. Za głoszenie prawdy, uparte jej głoszenie, Józef Mackiewicz cierpiał nędzę. Dzięki temu, że pozostał sobie i swoim przekonaniom wierny, to my, z jego dzieł, możemy dowiedzieć się prawdy.

Blog ten jest poświęcony polityce i historii. Obecnie, jak chyba nigdy dotąd w dziejach ludzkości, nie manipulowano tak historią. Na naszych oczach dokonuje się fałszerstwo na niespotykaną skalę. A to wszystko dzięki internetowi i mediom społecznościowym. Jedynym ratunkiem wydaje się wykorzystanie tych mediów w celu obrony. Zgodnie z rzymską maksymą: kto mieczem wojuje, od miecza ginie.

Dużo miejsca będzie zajmować tematyka żydowska. Nie sposób jednak jej uniknąć, jeśli chce się pisać prawdę. Polska dla Żydów była i jest szczególnym miejscem. Nigdzie społeczność żydowska nie była tak liczna w stosunku do pozostałej ludności i nigdzie nie osiągnęła takich wpływów. Po drugiej wojnie światowej jej przewaga stała się jeszcze większa. Polacy stracili w niej swą warstwę inteligencką, a Żydzi – zachowali. Dlatego jest to gra do jednej bramki. Nie można napisać prawdziwej historii Polski, bez uwzględnienia w niej Żydów i ich wpływów na jej bieg. A dlaczego się ich nie uwzględnia? Najwyraźniej ten, kto kontroluje system edukacji, prasę, wydawnictwa – ten sobie tego nie życzy.

Problem z Żydami polega na tym, że są przeważnie ukryci. Udają chrześcijan różnych wyznań. Żyd wie z kim ma do czynienia, a my – nie! Jeśli ma nam do sprzedania towar czy usługę, to będzie bardzo miły, można by rzec – do rany przyłóż. Gdy jednak uzna, że nieżyd jest mu niewygodny, jego obecność jest sprzeczna z jego interesem, jest jego konkurentem i – w najgorszym wypadku, gdy Żyd zawdzięcza coś nieżydowi, to jego nienawiść urasta do rozmiarów nieznanych człowiekowi o innej etyce i o innym systemie wartości. Jeśli nie będzie w stanie sam pokonać tego, którego tak bardzo nienawidzi, to poprosi innych Żydów o pomoc. Nie są to czcze słowa. Sam tego doświadczyłem. Nie ma szans na obronę, jeśli nie wiemy z kim mamy do czynienia lub gdy dowiemy się zbyt późno. Dlatego tak ważne jest poznanie tej nacji, jej systemu wartości, sposobów postępowania i zachowania wobec nieżydów. Ci, którzy żyli przed nami i ostrzegali nas przed nimi, mieli rację. Warto korzystać z tego, co nam przekazali. To wszystko jest nadal aktualne. Żydzi nie zmieniają się i nie zmieniają swoich zasad i zachowania wobec nieżydów. I co najważniejsze – Żydzi są wśród nas, więcej ich jest, o wiele więcej, niż nam się wydaje.

Kurt Tucholsky

W książce – Deutsch mein neues hobby Rozemaria K. Tertel, Leon L. Szkutnik, „Wiedza Powszechna”, Warszawa 1991- znalazłem ciekawą sentencję:

Wir möchten so viel: Haben, sein und gelten. – K. Tucholski.

Chcielibyśmy tak dużo: Mieć, być i coś znaczyć. Słowo „gelten” – znaczyć, mieć znaczenie. Chodzi więc o znaczenie w społeczeństwie, pozycję społeczną. W tych trzech słowach została doskonale ujęta istota ludzkiej natury.

Zaintrygowało mnie to nazwisko, bo po raz pierwszy zetknąłem się z nim. Wpisałem więc frazę K. Tucholski w wyszukiwarkę i nic nie znalazłem. Zajrzałem do Wielkiej Encyklopedii Powszechnej PWN (1962-70) i tam znalazłem, ale nie – K. Tucholski tylko Kurt Tucholsky i taką informację:

Tucholsky Kurt, ur. 9 I 1890, zm. 21 XII 1935 niem. pisarz i publicysta; długoletni współpracownik „Die Weltbühne C. von Ossietzky’ego, autor felietonów (Das Lächeln der Mona Lisa 1928), szkiców prozatorskich, a zwłaszcza ciętych wierszy satyrycznych (Träumereien an preussischen Kaminen 1920, Deutschland, Deutschland über alles! 1929 i inne zbiory), ostrym piórem satyryka i polemisty zwalczał mity niem. nacjonalizmu oraz wszelkie formy niesprawiedliwości społ. i reakcji polit.; nieubłagany wróg hitleryzmu, w obliczu jego zwycięstwa popełnił na emigracji samobójstwo; wybór pol. Księga pięciu szyderców (1955).

Wspomniany podręcznik do nauki niemieckiego po raz pierwszy został wydany w 1978 roku. Zastanowiło mnie, dlaczego tak napisano? – K. Tucholski. Najprawdopodobniej, by zasugerować, że był to zniemczony Polak. Gdyby napisano pełne imię i poprawnie nazwisko, to czar prysłby.

Obecnie z Wikipedii możemy dowiedzieć się o wiele więcej. Pisze ona:

Kurt Tucholsky (ur. 9 stycznia 1890 w Berlinie, zm. 21 grudnia 1935 w Göteborgu) – niemiecki dziennikarz, publicysta i pisarz pochodzenia żydowskiego. Pisywał również pod pseudonimami Kaspar Hauser, Peter Panter, Theobald Tiger i Ignaz Wrobel.

Życiorys

Jako małe dziecko mieszkał w Szczecinie w kamienicy na drugim piętrze (dziś kamienica na ulicy Generała Ludomiła Rayskiego nr. 29, biurowiec spółki Orlen). Tam z powodów zawodowych przeniósł się jego ojciec, który był bogatym kupcem.

W latach 1910–1915 studiował w Berlinie i w Jenie. Studia ukończył jako doktor prawa. W czasie I wojny światowej walczył jako żołnierz na froncie wschodnim. W 1918 zmienił wyznanie na protestanckie. Jako korespondent prasowy mieszkał od 1924 we Francji.

3 maja 1920 ożenił się z lekarką Else Weil (rozwód 14 lutego 1924), zamordowaną w 1942 w obozie koncentracyjnym Auschwitz -Birkenau). 30 sierpnia 1924 jego żoną została Mary Gerold (rozwód 21 sierpnia 1933).

W 1930 roku zamieszkał w Szwecji.

Po przejęciu władzy przez Hitlera konsekwentnie zwalczał faszyzm. Pisma Kurta Tucholsky`ego zostały w 1933 spalone, pozbawiono go obywatelstwa niemieckiego, a jego majątek został skonfiskowany. Problemy zdrowotne i finansowe wzmocniły w nim depresję. 20 grudnia 1935 roku zażył śmiertelną dawkę środków nasennych i alkoholu. Został przewieziony do szpitala w Göteborgu, tam zmarł następnego dnia.

Twórczość

Tucholsky należał do najwybitniejszych publicystów Republiki Weimarskiej. Jako zaangażowany politycznie dziennikarz i czasowo również współwydawca tygodnika „Die Weltbühne” wpisywał się w tradycję innego wielkiego niemieckiego krytyka społecznego i pisarza Heinricha Heinego. Ponadto był satyrykiem oraz autorem sztuk kabaretowych. Sam siebie nazywał lewicowym demokratą i pacyfistą. W swoich tekstach wielokrotnie przestrzegał przed antydemokratycznymi tendencjami w polityce, wojsku i wymiarze sprawiedliwości, w tym przede wszystkim przed narodowym socjalizmem Adolfa Hitlera.

Debiutował w 1907 satyrą na cesarza Wilhelma II. Pisał dla prasy, m.in. artykuły i wiersze dla satyrycznego pisma „Ulk” (1918-20 był redaktorem naczelnym tego tygodnika) oraz artykuły, recenzje dla (od 1913) tygodnika „Schaubühne”, (od 1918) „Weltbühne”, czasowo był współwydawcą tego pisma. 1919 i 1920 ukazały się w formie książkowej pierwsze zbiory jego artykułów i wierszy. Tucholsky przyczynił się do rozwoju krytycznego kabaretu politycznego w Niemczech. Trudne relacje z matką (ojciec zmarł w 1905) znalazły swój wyraz m.in. w artykule Rosa Bertens („Schaubühne” 1913), a również w powieści Schloß Gripsholm (1931). W tomie Deutschland, Deutschland über alles (1929) protestuje przeciwko skorumpowanym strukturom prawnym Republiki Weimarskiej oraz niemieckiemu szowinizmowi i militaryzmowi.

W tekście Reise ins Dritte Reich (1932) napisał: „Ludzie tacy jak Mussolini czy gefrajter (starszy szeregowy) Hitler istnieją nie tyle z własnej siły, a z braku charakteru ich przeciwników”.

Polski wybór publicystyki Tucholsky`ego pt. Księga pięciu szyderców ukazał się w 1955 roku. Walory jego tekstów publicystycznych to klarowność i precyzja języka, ostrość ferowanych sądów, przenikliwość stawianych diagnoz.

Oprócz tekstów publicystycznych Tucholsky pisał opowiadania, powieści, scenariusze filmowe, słuchowiska radiowe, wiersze, aforyzmy.

W 1978 roku odkryto i opublikowano prywatne zapiski pisarza z jego pobytu na emigracji. Dzienniki Q-Tagebücher należą do najważniejszych literackich dokumentów antyfaszystowskiej emigracji niemieckiej.

x

Zastanawiające jest, przynajmniej dla mnie, jak wielu Żydów było nazistami i jak liczni byli wśród nich antynaziści. Niektórzy z nich, po wyjeździe za granicę, popełniało samobójstwa w proteście przeciw temu, co działo się w Niemczech w latach 30-tych, jak choćby Kurt Tucholsky czy Stefan Zweig. Czy taki gest rozpaczy mógł coś zmienić? Nie mógł. Może więc chodziło o coś innego. Wydaje mi się, że Stefan Zweig wyjaśnił to dobrze, choć nie wprost i nie do końca. Cytowałem go w blogu Austria i Wiedeń. Poniżej fragment:

Ale Żydzi w XX wieku nie byli już wspólnotą. Nie łączyła ich wspólna wiara, swoją przynależność do żydostwa traktowali raczej jako balast niż jako powód do dumy i nie poczuwali się do żadnego posłannictwa. Nie trzymali się świętych ongi ksiąg i nie chcieli używać starego wspólnego języka. Pragnęli zżyć się z narodami, wśród których mieszkali, zespolić z nimi całkowicie; do tego celu dążyli niecierpliwie, aby mieć wreszcie spokój przed prześladowaniami i wytchnienie w odwiecznej tułaczce. Tak się więc stało, że złączeni z innymi narodami, czując się bardziej Francuzami, Niemcami, Anglikami, Rosjanami niż Żydami, nie rozumieli się nawzajem.

Teraz dopiero, gdy wrzucono ich wszystkich do jednego worka i rozsypano wśród pyłu wędrownych dróg – dyrektorzy banków z pałaców w Berlinie i szamesi z gmin ortodoksyjnych, profesorowie filozofii z Paryża, dorożkarze z Rumunii, grabarze i laureaci Nagrody Nobla, śpiewaczki-primadonny i płaczki pogrzebowe, literaci i destylatorzy wódek, bogacze i nędzarze, wielcy i mali, pobożni i postępowi, lichwiarze i mędrcy, syjoniści i asymilatorzy, Aszkenazyjczycy i Sefardyjczycy, sprawiedliwi i niesprawiedliwi oraz ci, którzy uważali się od dawna za wyjętych spod klątwy, chrzczeni i mieszańcy – dopiero teraz Żydzi poczuli przymusową więź, jakiej nie doznawali od setek lat. Po raz pierwszy od czasu wygnania z Egiptu połączyła ich znów wspólnota wypędzonych. Ale dlaczego los ścigał zawsze tylko ich? Jaki był powód, jaki sens, jaki cel tych niezrozumiałych prześladowań? Wypędzano ich z różnych krajów, ale własnego im nie przyznawano. Mówiono im: „nie mieszkajcie razem z nami”, ale nie mówiono, gdzie mają mieszkać. Przypisywano im winę, ale nie dawano możliwości odpokutowania. W czasie ucieczki patrzyli na siebie płonącymi oczyma. „Dlaczego ja? Dlaczego ty? Dlaczego ja razem z tobą? Nie znam cię, nie rozumiem twojego języka, nie pojmuję twojego sposobu myślenia, nic mnie z tobą nie łączy. Dlaczego my wszyscy?” – I nikt nie miał na to odpowiedzi.

x

Zatem nasuwa się pytanie: kto ich tak przeganiał z miejsca na miejsce? Jakież to potężne moce uwzięły się na nich? Może to ich anonimowe kierownictwo, a może jeszcze ktoś inny. Po zdobyciu Jerozolimy i spaleniu świątyni Rzymianie zabrali ze sobą około miliona niewolników do Rzymu i rzymskich prowincji, a za nimi ciągnęła fala dobrowolnej emigracji. Europa zachodnia została podbita przez Rzym. Z czasem ta Europa podbiła resztę świata. Jeśli cała kultura i cywilizacja w Europie została przejęta od Rzymu, to czy nie zawdzięcza ona tego Żydom? Legiony rzymskie podporządkowywały sobie zdobyte tereny, ale to było wojsko. Resztą zajmował się ktoś inny, kto podążał za nimi. Idąc dalej tym tropem, można zadać sobie pytanie: kto stworzył państwa i narody europejskie? Czy był to proces naturalny, bez ingerencji i świadomości człowieka, czy może – nie? A może to właśnie Żydzi stworzyli te narody i stanowią ich rdzeń, bo że państwa należą do nich, to w to już chyba nikt nie wątpi. Jeśli Dmytro Doncow jest twórcą nacjonalizmu ukraińskiego, czyli tak naprawdę ukraińskiej świadomości narodowej, czyli narodu ukraińskiego, to czy w przypadku innych narodów nie mogło być podobnie, tylko trochę wcześniej?

Być może ktoś uzna, że tego typu dywagacje, są wytworem wyobraźni i niczym więcej, ale pytania to jeszcze nie kategoryczne twierdzenia, to tylko pytania, które jednak skłaniają do refleksji. Gorsza od tego jest chyba tylko autocenzura i niedopuszczanie do siebie myśli, które mogą zburzyć nasz dotychczasowy światopogląd. Czy zatem te samobójstwa Żydów mogły być protestem, niezgodą na nazizm, czy może czymś więcej – jedyną możliwością uwolnienia się od żydostwa, które wielu Żydom tak ciążyło i krępowało ich. Tego oczywiście nie dowiemy się.

5 listopada

Ostatnio przeglądam mój stary podręcznik do nauki angielskiego Język angielski dla zaawansowanych Irena Dobrzycka Bronisław Kopczyński „Wiedza Powszechna” Warszawa 1983. W lekcji Daniel Defoe in the Pillory (Daniel Defoe pod pręgierzem) jedno z ćwiczeń polegało na przetłumaczeniu polskiego tekstu na angielski. Poniżej jego fragment:

Piąty listopada jest specjalnym dniem dla angielskich dzieci i ta noc nie będzie spokojna. Mój Boże, jakie to straszne, a dlaczego? W 1605 roku pewien człowiek zwany Guy Fawkes [gaj foks] usiłował wysadzić w powietrze Parlament, ale złapano go w samą porę, ukrywającego się w piwnicach budynku. Od tego czasu dzieci angielskie, pokolenie za pokoleniem, obchodzą piąty listopada jako rodzaj święta, dzień Gay Fawkes’a. Chłopcy i dziewczęta robią kukły Guy Fawkes’a z papieru, starych ubrań, kijów i słomy, a wieczorem palą je wśród dymu i hałasu. Rozpalają ogniska, cieszą się wystrzeliwaniem sztucznych ogni po całym kraju.

Kiedyś, gdy uczyłem się z tego podręcznika, to nie zwróciłem na to uwagi, bo byłem za głupi, ale nawet gdybym zwrócił, to i tak niewiele bym się dowiedział. W Wielkiej Encyklopedii Powszechnej PWN (1962-70) jest tylko lakoniczna wzmianka o nim i o spisku prochowym. To były inne czasy. Dziś jest internet i Wikipedia, a więc dostęp do informacji jest nieograniczony. Jest ich na ten temat multum, tylko trzeba wpisać w wyszukiwarkę odpowiednią frazę.

W Wikipedii można m.in. przeczytać:

Guy Fawkes, również Guido Fawkes (ur. 13 kwietnia 1570 w Yorku, zm. 31 stycznia 1606 w Londynie) – angielski wojskowy, członek grupy katolików, którzy zaplanowali zakończony fiaskiem spisek prochowy z 1605 roku.

Ówczesny grawerunek przedstawiający ośmiu z trzynastu spiskowców. Fawkes trzeci od prawej. Autorem grawerunku jest Crispijn van de Passe. Źródło: Wikipedia.

Spisek prochowy (ang. Gunpowder Plot) – nieudany zamach zorganizowany w Londynie 5 listopada 1605 przez grupę angielskich spiskowców, mający na celu zabójstwo króla Anglii i Szkocji Jakuba I.

W nocy z 4 na 5 listopada jeden ze spiskowców Guy Fawkes został znaleziony z 36 beczkami prochu w podziemiach Parlamentu. Późniejsze śledztwo ujawniło spisek małej grupy angielskich katolików, który trwał 2 lata. Plan zakładał detonację ładunku pod Izbą Lordów w momencie otwarcia Parlamentu i uśmiercenie tym samym, obok króla, zgromadzonych w niej przedstawicieli szlachty, biskupów oraz członków Izby Gmin. Autorem planu nie był w istocie Fawkes – kluczowymi postaciami w spisku byli Thomas Percy i Robert Catesby. Po 2 miesiącach procesu zamachowcy – w liczbie ośmiu – zostali skazani na śmierć przez powieszenie i poćwiartowanie. Egzekucja czterech z nich odbyła się 30 stycznia 1606, pozostałych – dnia następnego. Fawkes w dniu egzekucji skoczył z szafotu i złamał kark, by uniknąć okrutnej śmierci.

Incydent odbił się szerokim echem w całej ówczesnej Europie. Wykorzystywany był również do kreowania nastrojów antykatolickich w samej Anglii, stał się motywem wielu utworów satyrycznych.

Noc ta znana jest pod nazwą Guy Fawkes Night lub Bonfire Night. Co roku, w rocznicę zamachu, odbywają się w Londynie obchody upamiętniające to wydarzenie. W listopadzie 2005 odbyły się huczne uroczystości z okazji 400-lecia pamiętnej nocy. Do tej historii nawiązuje też komiks Alana Moore’a V jak vendetta i film na jego podstawie. W 1847 pisarz francuski Juliusz Verne napisał sztukę teatralną w pięciu aktach wierszem La Conspiration des poudres o tych wydarzeniach. Sztuka została wydana drukiem w XX wieku, ale jeszcze nie została wystawiona.

x

Urodził się w roku 1570 przy ulicy Stonegate w Yorku. Był drugim z czwórki dzieci Edwarda Fawkesa, prokuratora i adwokata sądu konsystorskiego w Yorku, oraz jego żony Edith. Babka od strony ojca – Ellen Harrington – pochodziła z rodziny protestanckich urzędników państwowych, natomiast rodzina od strony matki należała do papistów. Kuzyn Fawkesa, Richard Cowling, został jezuickim kapłanem. „Guy” było rzadkim imieniem w Anglii, lecz mogło zyskać popularność w hrabstwie York ze względu na miejscową osobistość – sir Guya Fairfaksa ze Streeton.

Gdy miał osiem lat, zmarł jego ojciec. Matka powtórnie wyszła za mąż za katolika. Fawkes przeszedł później na katolicyzm i wyjechał na kontynent, gdzie walczył w wojnie osiemdziesięcioletniej po stronie katolickiej Hiszpanii przeciw holenderskim kalwinistom. Podróżował po Hiszpanii w poszukiwaniu wsparcia dla katolickiej rebelii w Anglii, lecz bez skutku. Przyjął hiszpańską formę imienia Gwidon, gdy walczył po stronie Hiszpanów przeciw Niderlandom. Spotkał tam Thomasa Wintoura, z którym wrócił do Anglii.

Wintour przedstawił Fawkesa Robertowi Catesby’emu, który planował dokonać zamachu na króla Jakuba I i przywrócić katolickiego monarchę na tron. Spiskowcy wydzierżawili kryptę pod Izbą Lordów i uczynili Fawkesa odpowiedzialnym za stanie na straży prochu, który składowany był w podziemiach. Nocą 5 listopada Fawkes został ujęty przez władze, które zaalarmowane anonimowym listem, ostrzegającym przed niebezpieczeństwem, przeszukiwały Pałac Westminsterski. Przez następnych parę dni Fawkes był przesłuchiwany i torturowany. Skazano go na śmierć przez powieszenie i poćwiartowanie, lecz uniknął męki, jaką niosła okrutna kara, gdyż złamał kark, skacząc tuż przed egzekucją z szafotu, na którym miał być powieszony, wypatroszony i poćwiartowany 31 stycznia.

Nazwisko Fawkesa jest utożsamiane ze spiskiem prochowym, który co roku, poczynając od 5 listopada 1605 roku, upamiętnia się obchodami Dnia Guya Fawkesa, podczas którego na stosie płonie kukła Fawkesa, a w tle często widać pokazy sztucznych ogni.

W 1579 roku, gdy Guy miał osiem lat, zmarł jego ojciec. Kilka lat później matka ponownie wyszła za mąż za katolika Dionisa Baynbrigge’a (alternatywna pisownia to Denis Bainbridge) ze Scotton w Borough Harrogate. Fawkes mógł zostać katolikiem pod papistycznymi wpływami rodziny Baynbrigge oraz katolickich odłamów rodzin Pulleynów i Percych ze Scotton albo w trakcie nauki pobieranej w St. Peter’s School w Yorku. Dyrektor szkoły spędził około 20 lat w więzieniu za odrzucenie anglikanizmu, a wicedyrektor, John Pulleyn, pochodził ze znamienitej katolickiej rodziny w Yorkshire – Pulleynów z Blubberhouses. Pisarka Catharine Pullein w pracy z 1915 roku zatytułowanej „Pulleynowie z Yorkshire” (ang. The Pulleynes of Yorkshire) sugeruje, że katolicka edukacja Fawkesa była rezultatem wpływów jego krewnych − Harringtonów, którzy znani byli z udzielania schronienia księżom, z których jeden towarzyszył Fawkesowi w drodze do Flandrii w latach 1592–1593.

Mamy tu informację, że babka Fawkes’a od strony ojca, Ellen Harrington, pochodziła z rodziny protestanckich urzędników i że Harringtonowie udzielali schronienia księżom. Można więc zadać sobie pytanie: kim tak naprawdę byli ci „protestanccy” Harringtonowie i ci „księża”, którym oni pomagali?

O ujawnieniu spisku Wikipedia pisze tak:

Kilku konspiratorów było zaniepokojonych obecnością innych katolików na otwarciu sesji Parlamentu. Wieczorem 26 października Lord Monteagle otrzymał anonimowy list sugerujący, by nie pojawiał się w Parlamencie oraz „wyjechał do swego hrabstwa i tam, w bezpiecznej odległości, oczekiwał rozwoju wypadków (…) straszny cios zostanie zadany temu parlamentowi”.

Spiskowcy, poinformowani przez jednego ze służących Monteagle’a, szybko dowiedzieli się o istnieniu listu, lecz postanowili zrealizować swoje plany, gdyż zdawało się, że list „potraktowano jako głupi kawał”. Fawkes sprawdził kryptę 30 października i zdał raport, że wszystko jest w porządku. Podejrzenia Monteagle’a zostały jednak wzbudzone do tego stopnia, że list pokazano Jakubowi I. Król nakazał sir Thomasowi Knyvetowi przeszukanie piwnic pod Parlamentem. Przeszukanie odbyło się 5 listopada. Fawkes zajął stanowisko późną nocą poprzedniego dnia, uzbrojony w lont i zegarek otrzymany od Percy’ego, „gdyż powinien wiedzieć jak szybko mijał czas”. Znaleziono go, gdy chwilę po północy opuszczał piwnicę, i aresztowano. W środku piwnicy odnaleziono ukryte pod stosami drewna na opał i węgla, beczki z prochem.

To ciekawe, bo 11 września 2001 roku o zamachu dowiedzieli się tylko ci, którzy mieli się dowiedzieć i nikt inny. Informacja nie wyciekła na zewnątrz.

5 listopada 1605 roku londyńczycy zostali zachęceni, by – jako wyraz radości, że królowi udało się uniknąć śmierci – zapalić ogniska, „ale tak, by świadectwo ich radości odbywało się bez niebezpieczeństw i nieporządków”. Parlament uchwalił ustawę, mającą moc prawną aż do 1859 roku, ustanawiającą każdy 5 listopada dniem dziękczynienia za „napełniający radością dzień wybawienia”. Choć Fawkes był tylko jednym z trzynastu spiskowców, jest dziś najmocniej kojarzony z nieudanym spiskiem.

x

Zadałem pytanie AI: Kim był Guy Fawkes i o co chodziło w tzw. spisku prochowym? I otrzymałem taką odpowiedź:

Guy Fawkes był angielskim żołnierzem i uczestnikiem tzw. spisku prochowego z 1605 roku – nieudanego planu wysadzenia parlamentu angielskiego wraz z królem James VI and I podczas uroczystego otwarcia sesji parlamentu.

Tło wydarzeń

Po reformacji w England katolicy byli poddawani różnym ograniczeniom religijnym i politycznym. Część z nich liczyła, że po objęciu tronu przez Jakuba I sytuacja się poprawi, ale tak się nie stało. W odpowiedzi grupa katolickich konspiratorów pod wodzą Robert Catesby postanowiła dokonać zamachu.

Na czym polegał spisek?

Plan był prosty, choć niezwykle radykalny:

  • wynająć pomieszczenie pod budynkiem parlamentu,
  • zgromadzić tam beczki z prochem strzelniczym,
  • zdetonować je podczas obecności króla, członków parlamentu i najważniejszych urzędników państwa,
  • po zamachu wywołać powstanie i przywrócić katolickie rządy.

Guy Fawkes, mający doświadczenie wojskowe i znajomość materiałów wybuchowych, został wyznaczony do pilnowania prochu i odpalenia ładunków.

Jak odkryto spisek?

Kilka dni przed planowanym zamachem anonimowy list ostrzegł jednego z lordów, aby nie uczestniczył w otwarciu parlamentu. Władze przeprowadziły przeszukanie piwnic pod budynkiem i w nocy z 4 na 5 listopada 1605 roku znalazły Fawkesa przy 36 beczkach prochu.

Po aresztowaniu był torturowany i ujawnił informacje o współspiskowcach. Większość z nich zginęła podczas obławy lub została później stracona.

Skutki

Nieudany zamach doprowadził do jeszcze większej nieufności wobec katolików i zaostrzenia represji wobec nich w Anglii.

Wydarzenie to jest dziś upamiętniane 5 listopada podczas Bonfire Night (znanej też jako Guy Fawkes Night), kiedy w wielu miejscach w Wielkiej Brytanii organizowane są pokazy fajerwerków i palone są kukły przedstawiające Fawkesa.

Dlaczego Guy Fawkes jest dziś tak znany?

Choć nie był przywódcą spisku, stał się jego najbardziej rozpoznawalną twarzą. Jego stylizowana maska została spopularyzowana przez komiks i film V for Vendetta i obecnie jest używana przez różne ruchy protestacyjne na całym świecie jako symbol sprzeciwu wobec władzy.

Co ciekawe, w brytyjskiej kulturze pamięć o Fawkesie przez stulecia miała raczej wydźwięk negatywny – jako przypomnienie nieudanego zamachu – a dopiero współcześnie część osób zaczęła postrzegać go jako symbol buntu przeciw establishmentowi.

Aktywiści Anonymous ubrani w maski Guya Fawkesa; autor: Vincent Diamante; źródło: Wikipedia.

x

Ten wierszyk Remember, remember the 5th of november zna w Anglii każde dziecko. W artykule Dlaczego w Wielkiej Brytanii obchodzi się dzień Guya Fawkesa można przeczytać:

Wydarzenia z 5 listopada mocno poruszyły XVII wieczną Europę. W 1606 roku decyzją króla, rząd uchwalił szereg ustaw antykatolickich. Zaczęły się represje i prześladowania. Od tamtej pory aż do XIX wieku, katolicy nie mogli pełnić żadnych oficjalnych urzędów państwowych.

x

W internecie można znaleźć wiele stron poświęconych spiskowi prochowemu i jego bohaterowi, ale o jednym zapewne nie napiszą. O tym, co można przeczytać w The New Lexicon Webster’s Encyclopedic Dictionary of The English Language Canadian Edition 1988:

„Fawkes Guy (1570-1606), English conspirator. With other Catholics he formed the Gunpowder Plot to blow up James I and parlament (Nov. 5, 1605). The plot, which may have been the work of government agents provocateurs, was discovered (Nov. 4, 1605), and Fawkes and others were executed. Guy Fawkes Day (Nov. 5) is celebrated in Britain with bonfires, fireworks and the burning of Guys.”

A więc spisek, który możliwe, że był (which may have been) dziełem rządowych agentów prowokatorów. Jeśli to połączymy z faktem, że po tym wydarzeniu rząd uchwalił szereg ustaw antykatolickich, to wydaje się, że ten tryb przypuszczający można zamienić w twierdzenie mające znamiona dużego prawdopodobieństwa. I jeszcze ta zbiorowa odpowiedzialność za czyn kilkunastu osób.

Mamy tu dokładny opis tego, jak tworzy się konflikt, w tym wypadku konflikt katolików z protestantami, który trwa do dziś. Jak stworzyć taki konflikt? Po obu stronach muszą być podstawieni ludzie, którzy nie mają nic wspólnego z protestantami i katolikami. U nas, w tej abstrakcyjnej Polsce, będącej bardziej ideą niż państwem, wykreowano konflikt katolicko-prawosławny. I zrobili to ci sami, którzy zrobili to w Wielkiej Brytanii. Warto o tym pamiętać – bo na naszych oczach, po wielomilionowych przesiedleniach pod pretekstem wojny, która toczy się na 1/5 obszaru Ukrainy – trwa kreowanie konfliktu polsko-ukraińskiego, w którym po obu stronach są Ukraińcy. Z jednej strony ci starzy, zasymilowani, z okresu powojennych przesiedleń, z drugiej – ci nowi „uchodźcy” wojenni. Oczywiście na górze, po obu stronach, zawsze ci sami.

Morskie Oko

W miniony weekend obiegła Polskę informacja, że jakiś Ukrainiec wjechał samochodem nad brzeg Morskiego Oka. Praktycznie wszystkie media o tym pisały, oburzeniu nie było końca. Tylko niektóre stacje podają dwa najważniejsze fakty, że zdarzenie miało miejsce w piątek 22 maja 2026 roku i że szlaban zagradzający wjazd był podniesiony lub zdemontowany ze względu na remont drogi. Poniżej krótkie video (ok. 2,5 minuty) na ten temat.

Ukraiński influencer wjechał sportową Corvettą nad Morskie Oko, pokonując ponad 8 km trasy objętej zakazem ruchu w Tatrzańskim Parku Narodowym. Policja ukarała go mandatem 100 zł i ośmioma punktami karnymi, choć taryfikator za takie wykroczenie przewiduje karę do 5 tys. zł. Jak podała policja, mężczyzna miał wprowadzić funkcjonariuszy w błąd, twierdząc, że jedynie wjechał za szlaban i zawrócił. Policjanci dali mu wiarę i zastosowali niższy mandat. Szlaban zagradzający wjazd na trakt jest obecnie zdemontowany, ponieważ trwa remont drogi. – kraków.tvp.

W piątek 22 maja Andriy Gavryliv opublikował na Instagramie fotografie znad Morskiego Oka. Mężczyzna stoi wraz z dziewczyną na tle Morskiego Oka, a za nimi – sportowy Chevrolet Corvette, którym Gavryliv dojechał na miejsce. Kierowca złamał zakaz panujący na terenie Tatrzańskiego Parku Narodowego. Służby rozpoczęły szukanie sprawcy.

Ukrainiec pojechał autem nad Morskie Oko. Otrzymał 100 zł mandatu

Ukraiński influencer przejechał około 8 km trasy objętej zakazem ruchu w Tatrzańskim Parku Narodowym. Policja ukarała go jedynie mandatem 100 zł i ośmioma punktami karnymi, choć taryfikator za takie wykroczenie przewiduje karę do 5 tys. zł. Funkcjonariusze usłyszeli od niego, że jedynie wjechał za szlaban i zawrócił. Szlaban zagradzający wjazd na trakt jest obecnie zdemontowany, ponieważ trwa remont drogi. – money.pl.

x

Dzień 22 maja był dniem roboczym, a szlaban był poniesiony, bo rzekomo trwa remont drogi. No ale skoro trwa remont drogi, to jak ukraiński siurek mógł wjechać? Było późno, więc może robotników już nie było. A skoro tak, to dlaczego szlaban był podniesiony (polsatnews.pl) czy zdemontowany? Czy opuszczenie szlabanu – po skończeniu robót, jeśli takie były – to taka skomplikowana operacja? A jeśli zdemontowany, to czy ustawienie zwykłych barierek jest takie trudne? Wygląda to na dobrze zorganizowaną prowokację, w której organizację musiały być zaangażowane różnego rodzaju służby państwowe. To mi przypomina ten cyrk, jaki miał miejsce w Moskwie 28 maja 1987 roku, gdy niemiecki pilot Mathias Rust wylądował w pobliżu Placu Czerwonego. O tym pisałem w blogu Scenariusze. Tu tylko fragment z tego blogu:

„Na niebezpiecznie niskiej wysokości Rust wykonał trzy kręgi nad Placem Czerwonym i Kremlem. Właśnie tam pilot miał zamiar wylądować, jednak ze względu na dużą liczbę ludzi na placu (około 300 osób – turystów i moskwian), zdecydował się na lądowanie na moście „Bolszoj Moskworieckij”. Poprzedniego dnia w celu konserwacji zdjęto przewody elektryczne, biegnące wzdłuż mostu, a które uniemożliwiłyby lądowanie. Samolot po kilkudziesięciometrowym dobiegu, o 19.30 zatrzymał się u szczytu schodzącego ku rzece Moskwie placu pod nazwą Wasilewskij Spusk, który służył wówczas za parking dla autokarów wycieczkowych. Miejsce to zlokalizowane jest tuż obok cerkwi św. Bazylego, niecałe 100 metrów od Placu Czerwonego.”

To, z czym obecnie mamy do czynienia, to proces palestynizacji Polski. Jeszcze nie tak dawno temu tożsamość ukraińskich przestępców była starannie ukrywana, a ich „wybryki” tuszowano. Obecnie jest odwrotnie – wyczyny takie, jak tu opisany – nagłaśnia się, podkreślając narodowość sprawców i akcentując ich bezkarność czy wręcz ich uprzywilejowanie w stosunku do miejscowej ludności. To musi wywoływać negatywne, a może nawet gwałtowne reakcje. I o to chodzi. Reszty dopełnią różnego rodzaju politycy, komentatorzy, blogerzy itp. Tak steruje się ludzkimi uczuciami i poniekąd wpływa na przyszłe decyzje wyborcze wielu ludzi, co w efekcie będzie prowadzić do polaryzacji sceny politycznej i niemożności sformułowania rządu większościowego. Tym właśnie charakteryzowała się Republika Weimarska, co skończyło się wyborem Hitlera na kanclerza, dokonanym przez elity polityczne, a nie w wyniku powszechnego głosowania. Czy taki scenariusz jest możliwy w Polsce? Trudno powiedzieć, historia nigdy nie powtarza się dokładnie w ten sam sposób, ale sprawy idą w bardzo złym kierunku. Niewielkie ziarenko w postaci “wyczynu” ukraińskiego śmiecia zostało zasiane.

Bordeaux

W tym krótkim video (Francuskie miasto, które znaczy o wiele więcej; Paradoks Bordeaux) znalazłem parę ciekawych informacji, którymi chcę się podzielić. Bordeaux ma interesującą historię, mało pewnie znaną, szczególnie poza Francją. „Dawniej drugi co do wielkości, po Londynie, port na świecie, położony 100 km od oceanu, miasto francuskie przez długi czas angielskie, zapasowa stolica Francji, światowa stolica wina. Bordeaux zawsze grało w innej lidze.” – Tak na wstępie charakteryzuje to miasto autor tego video.

Nikt o tym nie pamięta, ale Bordeaux w 18. wieku było drugim co do wielkości portem na świecie po Londynie. I stąd wywożono mnóstwo towarów: kawę, oczywiście wino, ale także cukier i kakao. Jednak ten kwitnący handel skrywał swą ciemną stronę – handel trójstronny. Z Bordeaux wypływały okręty z towarami, by w Afryce wymieniać je na niewolników, następnie przetransportować ich przez Atlantyk i sprzedać ich w koloniach. I właśnie z tego powodu na początku 19. wieku port w Bordeaux chyli się ku upadkowi. W tym czasie handel trójstronny kończy się. Buduje się większe statki, które nie mogą wpływać w ujścia rzek. Na tym korzystają inne porty położone nad brzegiem morza. Bordeaux leży nad Garonną. (1:34 – 2:04)

Żeby zrozumieć Bordeaux trzeba poznać pewne fakty. Przez długi czas było to angielskie miasto. W 1152 roku królowa Francji, pochodząca z północnej Akwitanii, poślubiła Henryka II Plantagenet, od 1154 króla Anglii. Wraz z tym małżeństwem Bordeaux i cała Akwitania przechodzi pod jego rządy. W efekcie Bordeaux przez prawie 300 lat było angielskim miastem. Wsławiło się ono tym, że było też zapasową stolicą Francji, gdy Paryż pozostawał pod obcymi wpływami. W 1870 roku Napoleon I został pokonany w wojnie z Prusami. 4 września proklamowano w Paryżu republikę jednak Prusy nie odstąpiły od jego okupacji. I wtedy Bordeaux stało się po raz pierwszy w swojej historii stolicą Francji. Było nią przez 4 miesiące do marca 1871. Następnie rząd zdecydował, by przenieść swą siedzibę do Wersalu. (9:30 – 10:32)

W czasie I wojny światowej, od września do grudnia 1914 roku Bordeaux staje się ponownie stolicą Francji. W czerwcu 1940 roku rząd francuski znowu przenosi tam stolicę, by z dala od Paryża od nowa zorganizować państwo. (10:55 – 11:12)

Bordeaux to nie tylko zapasowa stolica Francji, to także światowa stolica wina. Rejon Bordeaux to 95 000 ha winnic, czyli 1/6 wszystkich winnic we Francji. Uprawą winorośli zajmowano się tu od dawna. Gdy rzymianie podbili Galię w I wieku p.n.e., postanowili założyć tu winnice, ale wraz z upadkiem Imperium Rzymskiego winnice z Bordeaux podupadły. Odrodziły się dopiero dzięki Anglikom. Wykorzystali oni to, że obszar ten jest bardziej nasłoneczniony niż Anglia. W pierwszym okresie były to wina lekkie. Na początku 14. wieku Bordeaux eksportowało 850 000 hektolitrów wina do Anglii. To prawie 5 razy więcej niż obecnie. To, co w Bordeaux zrozumiano bardzo wcześnie, to nie tylko jak produkować wino, ale także jak zorganizować jego zakupy u producentów, jak je magazynować, jak je sprzedawać i eksportować. To właśnie dlatego potrzebowało ono dużego portu. Rozwinęło ono także bardzo pomysłowy system – system przedsiębiorców handlowych. Kupowali oni wina u producentów, magazynowali je i sprzedawali, zwłaszcza za granicę. Wcześniej zamieszkiwali w dzielnicy Chartron. I ci bogaci handlowcy budowali te piękne budynki, wielkie kamienice, które dodają uroku tej dzielnicy. Obecnie jest to dzielnica mieszkaniowa i straciła swoje pierwotne przeznaczenie, co nie zaszkodziło przemysłowi winnemu w Bordeaux, który eksportuje wina do ponad 170 krajów na świecie na 195 uznawanych przez ONZ. (11:45 – 13,25)

x

Na początek małe doprecyzowanie. Wikipedia tak pisze:

Henryk II Plantagenet lub Andegaweński, Curtmantle, Fitzempress (ur. 5 marca 1133 w Le Mans, zm. 6 lipca 1189 w Chinon) – od 1151 hrabia Andegawenii, od 1154 król Anglii, w różnych czasach kontrolował także część Walii, Szkocji, północną Irlandię i zachodnią Francję.

Syn Godfryda V Plantageneta i Matyldy, córki Henryka I Beauclerc, króla Anglii. W 1151 odziedziczył po ojcu Andegawenię, w 1152 ożenił się z Eleonorą, dziedziczką Akwitanii, a w 1154 został królem Anglii. Jako taki przeprowadził szereg reform wewnętrznych. Skonfliktowany z Thomasem Becketem, arcybiskupem Canterbury. W roku 1171 podbił Irlandię, w 1175 podporządkował sobie Szkocję. Od 1173 walczył z królami Francji, którzy popierali jego zbuntowanych synów – najpierw Henryka Młodego Króla, później Ryszarda Lwie Serce. W pamięci wielu pokoleń potomnych pozostał jako ojciec Ryszarda Lwie Serce, którego legenda zdominowała historię całego rodu angielskich Plantagenetów.

x

To, co zwróciło moją uwagę, to fakt, że Bordeaux eksportuje wina do 170 krajów. Jak to możliwe? Kto i w jaki sposób stworzył taką „pajęczynę”? Odpowiedź mamy poniekąd w tym video. Zaczęło się od tych hurtowników czy właścicieli składów win – jak zwał, tak zwał. Producent musi skupić się na produkcji, nie może rozdrabniać się na dystrybucję. Mógłby oczywiście zatrudnić ludzi, którzy zajmowaliby się handlem, ale co oni mogliby zrobić? Zająć się handlem obwoźnym? Tworzyć własną sieć dystrybucji? Jak? Szukać w innych miastach kontaktów? Jakich? Przypadkowych? To wszystko ładnie wygląda w teorii, ale w praktyce rozbija się o wiele barier. Ludzie, którzy potencjalnie wyraziliby chęć współpracy, chcieliby od razu otrzymywać jakieś wynagrodzenie, a każda inwestycja wymaga kapitału. Skąd go wziąć? Można pójść do banku i wziąć kredyt, ale jaka jest gwarancja, że inwestycja się powiedzie i że zostanie on spłacony. Kto zechce ponieść ryzyko?

Zupełnie inaczej przedstawia się ten problem w przypadku nacji rozproszonej po całym świecie, wszędzie zasymilowanej, mającej monopol na emisję pieniądza i bankowość, a przy tym nacji stanowiącej monolit – wszędzie, gdzie są, popierają się i pomagają sobie nawzajem. W takiej sytuacji stworzenie sieci dystrybucji jakiegokolwiek towaru staje się bardzo proste. Gdy ma się w jednym ręku handel, to ma się również wpływ na produkcję, a to oznacza, że producenci są zależni od tych, którzy rządzą handlem. Przekonał się o tym kiedyś na własnej skórze Henry Ford.

Jak to działa w praktyce? W blogu Handel cytowałem fragment powieści Bałuckiego:

Michał Bałucki w swojej powieści z 1885 roku W żydowskich rękach pisał:

„Jeszcze baraku nie rozpoczęto budować, kiedy przemyślny Żyd, w budce naprędce z desek ukleconej założył filię swojej szynkowni, zaopatrzył ją w różne wiktuały i tym sposobem zagarniał cały prawie zarobek robotników do swej kieszeni. Teraz urządził on już porządną kantynę, zasobną we wszystko, czego nie tylko prosty robotnik, ale rękodzielnicy i inżynierowie potrzebować mogli. Rozumie się, że za to Habe kazał sobie dobrze płacić, toteż mu płacono, bo wyboru nie było. Miasteczko było daleko, a w bliskości nikt Habemu konkurencji nie robił. Szynkarz z Zagajowa, katolik, próbował parę razy dowozić do baraku artykuły żywności i wódkę, ale Habe obniżył w tym czasie ceny u siebie, wszystko pchało się do niego, zwłaszcza że dawał na kredyt, a szynkarz zagajowski wracał do domu z niesprzedanym towarem, lamentując nad stratą, jaką poniósł. Dziedzic Zagajowa, gdy się do niego doniosło, robił usiłowania, aby Habemu zabroniono szynkować na jego gruncie, ale odpowiedziano mu z rządu, że nie mają do tego prawa, bo Habe szynkuje na gruncie kolejowym. Na to nie było rady, a Habe zacierał ręce z radości, że mu się udało wcisnąć znowu do wsi, z której go kiedyś tak sromotnie wygnano i na złość Czujce tuż pod jego okiem prowadzić swój handel. Dla nasycenia się tą uciechą często zajeżdżał do kantyny, przesiadywał tam chętnie, to robiąc obrachunki ze swoim szynkarzem, to zamawiając sobie ludzi do roboty; gdyż – jak wiemy – Habe zajmował się dostawą materiałów do budowy.”

Bałucki nie wyjaśnił tu, dlaczego Żyd Habe mógł obniżyć cenę. Ktoś nieznający realiów handlu mógłby sobie pomyśleć, że to jakieś tajemne sztuczki Żydów i ich zmysł do interesu. Jednak prawda jest bardziej prozaiczna, co też oni starają się ukryć i bardzo jest im na rękę, gdy ktoś mówi o nich, że mają smykałkę do handlu i interesów. Po prostu Habe miał niższą cenę zakupu niż szynkarz z Zagajowa.

A dlaczego miał niższą cenę? Bo Habe to Żyd, który zaopatrywał się w żydowskiej hurtowni – bo innych przecież nie ma – w której zaopatrywał się szynkarz z Zagajowa. Żyd Żydowi zawsze da niższą cenę zakupu i tak następuje eliminacja z rynku niepożądanych konkurentów. W ten sposób można powiedzieć, że ci, którzy utrzymują się na rynku są bardziej przedsiębiorczy, kreatywni, zdolni itp. I jeszcze mówić: dlaczegoś biedny? – boś głupi, dlaczegoś głupi? – boś biedny. To ulubiona fraza Żydów.

x

W blogu Mistyka finansów pisałem:

Dariusz Przywieczerski ukończył Szkołę Główną Planowania i Statystyki (SGPiS) w Warszawie. Po studiach pracował w Centrali Handlu Zagranicznego Paged, w której był zastępcą dyrektora. Od 1974 roku pracował w Komitecie Centralnym PZPR. W 1980 roku został radcą handlowym ambasady PRL-u w Nairobi. Zarabiał pieniądze na dostawach kawy i herbaty do sąsiedniej Ugandy. Po powrocie do kraju w 1985 roku został dyrektorem firmy Universal, eksportera sprzętu AGD. Firma Universal powstała w wyniku prywatyzacji dawnej Centrali Handlu Zagranicznego (CHZ) „Universal”.

Radca handlowy ambasady PRL-u zarabia na handlu kawą i herbatą pomiędzy Kenią i Ugandą. Zapewne wykorzystuje fakt, że jest dyplomatą i może przekraczać granicę bez kontroli celnej. Ale do tego, by uprawiać taki proceder, potrzebne są jeszcze dwie strony. Ta, która po stronie kenijskiej skupuje tę kawę i druga po stronie ugandyjskiej, która ją kupuje i zapewne ma sieć dystrybucji, by ją sprzedać. Nietrudno domyślić się, któż to może być, ale też nietrudno domyślić się, kogo obie strony mogą dopuścić do tak lukratywnego interesu. Żydzi są wszędzie i wszędzie kontrolują obrót towarem.

x

Jeśli tak jest, a wygląda, że tak jest, to wypada zadać sobie pytanie: kto dystrybuuje chińskie towary po całym świecie? Czy nie od tego kogoś są uzależnione Chiny? To samo pytanie można zadać w przypadku innych państw sprzedających swoje wyroby po całym świecie. Rozproszenie nie tylko umożliwia dominację w handlu, ono również wymusza konieczność uczenia się języków narodów, wśród których się przebywa. Z czasem te zdolności przenoszą się na potomstwo. Nie dziwi zatem to, że większość wybitnych tłumaczy, ale też i pisarzy ma żydowskie korzenie. To samo dotyczy innych dziedzin życia, takich jak choćby nauka, sztuka, edukacja, polityka itp. – wymieniać można bez końca. Żydzi są w pewnym sensie czymś w rodzaju spoiwa w każdym narodzie, w każdym społeczeństwie. Warto o tym pamiętać, gdy próbuje się zrozumieć otaczającą nas rzeczywistość – zarówno tę najbliższą, jak i globalną.

Byli czy nie byli?

W związku z misją Artemis II powrócił temat pobytu ludzi na Księżycu. Jest tylu wątpiących, co wierzących, że człowiek stanął na Srebrnym Globie. Wydaje się, że z technicznego punktu widzenia jest to możliwe. Problem jednak polega na tym, że nie wiadomo czy człowiek jest w stanie przeżyć taki wypad poza Ziemię i jak długo jest w stanie wytrzymać w tak odmiennych od ziemskich warunkach. Z powodu braku szczegółowych informacji na ten temat trudno jest mi zająć w tej sprawie jednoznaczne stanowisko. Pozostaje mi więc metoda, którą posługuję się na tym blogu, czyli logiczne wnioskowanie, choć zdaję sobie sprawę z tego, że i ono może być niedoskonałe.

To, że historię przedstawia się w sposób zakłamany, to w to wierzy chyba więcej osób, niż w to, że ludzie nie wylądowali na Księżycu. Innymi słowy, ludzie łatwiej dopuszczają do siebie myśl, że historia może być zakłamana, ale nie – teraźniejszość, bo przecież oni są jej świadkami. Trudno to dociera do ludzi, choć mamy tego namacalny dowód w postaci wojny na Ukrainie. Wmawia się nam, że trzeba pomagać „uchodźcom” z Ukrainy, bo tam wojna. Tak, tam wojna, ale ona ma miejsce na 1/5 obszaru tego państwa i to na jego dalekim wschodzie. Reszta państwa jest od niej wolna i to właśnie z tej wolnej części przybywa do „Polski” najwięcej „uchodźców”.

Straszy się nas Rosją, że jak pokona Ukrainę, to ruszy na Polskę i tu najczęściej podpiera się napaścią z 1920 roku. Tylko jakoś nikt z tych straszących nie chce zauważyć, że gdy bolszewicy ruszyli na zachód, to w Rosji nadal trwała wojna domowa i biali jeszcze nie skapitulowali, a zdobycze czerwonych to stosunkowo niewielki obszar wokół Moskwy i Piotrogrodu. I w takiej sytuacji ruszyli na zachód, a biali nie wykorzystali tego; czy dlatego, że byli tacy głupi, czy może dlatego, że mieli taki rozkaz? Bolszewicy podeszli pod Warszawę i tu zdarzył się cud. Nie pierwszy to cud, wcześniej mieliśmy do czynienia z cudem domu brandenburskiego i to nie z jednym, ale z dwoma. W tych cudach chodziło o to, że w pierwszy Rosjanie podeszli pod Berlin i… wycofali się, w drugim – wycofali wojska z frontu. Podobnie było pod Warszawą. Poniższy cytat pochodzi z blogu Niemcy zjednoczone.

Skoro zakłamuje się nam historię i teraźniejszość, to czy nie może być tak w przypadku lądowania człowieka na Księżycu? Być może tak właśnie jest. Skąd taki pęd do podkreślania, że człowiek może podbić Kosmos, że jest wszechpotężny? Czy nie jest to wbrew twierdzeniom średniowiecznych scholastyków? Scholastyka to główny kierunek filozofii chrześcijańskiej, charakteryzujący się dążeniem do rozumowego udowodnienia dogmatów religijnych, abstrakcyjnymi analizami i spekulatywnym dociekaniem bez odwoływania się do doświadczenia. – Tak to definiuje Słownik wyrazów obcych PWN 2002. Ci scholastycy twierdzili (dogmaty), że Ziemia jest wyjątkowa we wszechświecie i człowiek – też. Później przyszedł renesans, który wyniósł na ołtarze doświadczenie, alchemię, astrologię, wróżbitów wróżących z układu gwiazd itp. I to był „postęp” i to trwa do dziś. Człowiek w kosmosie ma być dowodem na jego potęgę, czymś potężniejszym od Boga, ma opanować Kosmos i w sposób pośredni zanegować wszechpotęgę Boga. – Tak to sobie tłumaczę, ten pęd w przestworza. To jest moje subiektywne odczucie. Osobiście wolę jednak sprawy ziemskie, bo tu leży klucz do wszystkiego.

x

Przeczytałem ostatnio dwie książki Marii Kuncewiczowej (1895-1989) Listy do Jerzego Wydawnictwo Lubelskie, Lublin 1997 i Fantomy Wydawnictwo Lubelskie, Lublin 1989. Wybrałem z nich pewne fragmenty, które wydały mi się warte zacytowania. Jerzy to jej mąż, który zmarł w 1984 roku. W Listach do Jerzego pisze:

Ani Renia, dekoratorka życia, ani my, właściciele chatki w kazimierskim sadzie, nie wiedzieliśmy o pałacu w Łańcucie. Słuchy o nim doszły mnie dopiero z książki „Poland, a novel” Jamesa A. Michenera. Polska jako bohaterka powieści? W dodatku nie ascetyczna święta Kinga ani andegaweńska żona litewskiego Jagiełły, ani bohaterska Emilia Plater, ani uczona Maria Skłodowska. Polska Michenera to po prostu pionek zwany Królową na szachownicy dziejów. Jej „fakty i gesty” tak zostały ułożone, żeby cena książki nie przekroczyła ciekawości amerykańskiego czytelnika, dzięki czemu w roku Twojej śmierci romans o Polsce utrzymał się, Jerzy, trzydzieści osiem tygodni na liście bestsellerów „New York Timesa”. Ani Ty, ani ja nie marzyliśmy nigdy o takim sukcesie, chociaż heroinę znaliśmy osobiście.

Michener, owszem, zatroszczył się o ciągłość dziejów. Powieść zaczyna się i kończy w tym samym miejscu Polski. Wprawdzie nie w Łańcucie (raczej w gmachu o zmyślonej nazwie, wyglądającym na Baranów sandomierski), gdzie asystujemy przy wiecznym przetargu poddanych z władzą. Dzisiejszych kmiotków pańszczyźnianych z dzisiejszą szlachtą, czyli partią przez duże P. Fabuła obejmuje całość historii Polski, a jej reprezentacyjną sceną stale pozostaje ten sam pałac, jako symbol chronicznego starcia: sprawa przegrywa dziś, jak przegrywała zawsze, spór ubogich z bogaczami o ziemię. Przy czym aktualny rzecznik interesów chłopskich nosi to samo nazwisko co jego praojciec w tejże wsi przed wiekami.

Skąd Łańcut? Otóż J. A. Michener zadbał także o swój własny pobyt w jakimś historycznym polskim pałacu. W przedmowie dziękuje komu należy za dwukrotne „piękne wakacje” w Łańcucie. Zafascynowany jedną z dawnych dziedziczek, księżną Lubomirską, przyjaciółką Goethego, Franklina i Jeffersona, czy był on świadom, że znalazł się w punkcie, gdzie na szachownicy dziejów królowa, tym razem uosobiona przez Potocką z Radziwiłłów, matkę ostatniego łańcuckiego ordynata, poruszyła się w roku 1939 w stronę teutońskiej wieży? Czy Amerykanin wiedział, że ta pani spędziła dzieciństwo w Berlinie w rezydencji swoich rodziców i że właśnie tam Hitler umieścił później swoją kancelarię? Czy Michener wiedział, że kiedy hitlerowcy zbliżali się od Rzeszowa do Łańcuta, hrabina wyszła naprzeciw z chlebem i solą, a dla rannych kazała ściąć orchidee ze swojej cieplarni? Może wiedział, może nie. Historia ma znacznie więcej ciemnych zaułków niż fikcja literacka. Co znał na pewno, to fakt, że królowa jego romansu była amazonką w wielkim stylu. Dzięki niesamowitemu świstowi skrzydeł swojej husarii zwyciężyła w roku 1683 Turków pod Wiedniem. W roku 1920 po zajęciu Kijowa przez marszałka Piłsudskiego (Ty tam byłeś, Jerzy, jako szwoleżer I pułku), kiedy marszałek Tuchaczewski postanowił zniszczyć Warszawę jako przedpole Europy Zachodniej, przy czym marszałek Budionny na czele swojej kawalerii, startując z Zamościa, miał ująć w kleszcze amię polską, żeby otworzyć Rosji drogę na Berlin – królowa zaszachowała ten plan. Siła zarówno pańskich arabów, jak chłopskich mierzynków przepędziła rosyjskie konie w stepy ukraińskie. „Ocaliła Berlin, Stuttgart, Paryż, a może Londyn. Nad Wisłą stał się cud: jeden polski marszałek zwyciężył dwóch rosyjskich marszałków.”

Jako najbliższe krewne we wspólnocie kulturalnej figurują w Łańcucie Francja, Austria i Anglia, trochę Włochów, trochę Holendrów i Niemców… Dwóch Smuglewiczów, Matejko… Coraz to inne potrzeby i labirynty, inni architekci i malarze. Portrety. Jaśnie wielmożne przemienione na pasterki o sarnich oczach, matki obwieszone klejnotami jak nieprzystępne ikony, dzieci łóż nieprawych, ojcowie ojczyzn prywatnych, kilku bohaterów, filozofów, filantropów, jeden „Diabeł Łańcucki – Stadnicki, oprawca ludzi i niszczyciel dóbr, kryminalista na miarę dzisiejszych dyktatorów. Esteci, politycy, bastardzi historii – Rodzina Człowiecza zastygła w swoich fałszach, wystawiona na bezmyślny wzrok turysty.

W Fantomach pisze:

Odebrana babci, zostałam powierzona dwu konwersacjonalistkom – Fräulein Helene Goertz, z którą chodziłam na spacery niemieckie, i Mlle Suzanne Belletout, z którą spacery były francuskie. Fräulein Goertz prowadziła mnie do ogrodów (Płock przed I wojną św. – przyp. W.L.), Mlle Belletout – do sklepów. Ogrody, położone tarasami nad Wisłą – wstęp za kartą miesięczną – należały jeden do pana Lilenthala, drugi do pana Rosenberga. Fräulein Goertz poinformowała mnie, że Lilenthal znaczy „dolina lilii”, a Rosenberg – „góra różana”, mimo to obaj panowie są Żydami – Juden. Mlle Belletout nie interesowała się florą i przede wszystkm nauczyła mnie słów „bon marché” (tanio – przyp. W.L.), „ruban” (wstążka), „kopeck” (kopiejka), youpin (żydek, żydowski, Żyd).

Idę na rue Galilée, mijając dawny Hȏtel des Champs Elysées, dziś bank, dawniej biura delegacji polskiej do rokowań o traktat wersalski – zabytek mojej drugiej z kolei bytności w Paryżu.

Rok 1918. Oleś (brat Kuncewiczowej – przyp. W.L.) był ekspertem ekonomicznym ze strony MSZ. Ja byłam studentką Uniwersytetu Warszawskiego, tłumaczką w biurze prasowym tegoż ministerstwa. (…) A przy stole: granice i traktaty, Brześć i Wersal, Lenin, mocarstwa centralne i alianci, Dmowski i Piłsudski, hrabia Sforza i pani Jeleńska.

Où sont les neiges d’antan? (Gdzie są te niegdysiejsze śniegi? – przyp. W.L.). Pewnie gdzieś leżą i czekają na odwilż.

Leżą, a Paryż kwitnie, jak kwitły moje suknie, kiedy tu przyjechałam mężatką. Wituś (syn Kuncewiczowej – przyp. W.L.) miał dwa lata i został przy Olesiowej rodzinie. Działacz na urlopie nie zaprzestał działania. Wyprostowany, sprężystym drobnym krokiem biegał z prawego brzegu Sekwany na lewy1, jeżeli nie bezpośrednio za sprawą polską, to przynajmniej w jej sferze. Do tej sfery należał inżynier dróg i mostów, Adrien Godin, prawnuk faceta, który w 1863 z grupą studentów wybrał się z Paryża piechotą przez Niemcy „pomagać Polsce”. Nie pomógł, ale potomkom zalecił pomaganie „młodszej siostrze” Francji. Działacz nie byłby Działaczem, gdyby z kolei nie pomógł Adrienowi w 1921 roku w uzyskaniu autoryzacji polskich władz na wykonanie planów portu w Gdyni, co też Adrien uczynił za cenę dziękczynnego listu warszawskiego ministra.

U nas drewno i słoma, tam kamień, cegła i dachówka; u nas kulawy „pałac” z bagnistym gumnem z tyłu i zachwaszczonym „gazonem” z frontu, tam zamek i park, a przynajmniej dom stary otoczony czystością; u nas chałupy w skos, w przód i plecami do drogi – tam plan jednolity, niewzruszony od Karola Wielkiego.

Forest Hill, czyli Leśnie Wzgórze, czyli przedmieście Londynu na południowy zachód od Tamizy. Na początku stulecia odpłynęła stamtąd zamożność, szanowność, wypłacalność – słodkie wody wiktoriańskiego dosytu. Wille bankierów i garsoniery przemysłowców dostały się elementom podejrzanym. Po drugiej wojnie światowej Londyn, koszmarnie rozległy i mało romantyczny, niecały leżał w gruzach i kto chciał, mógł sobie za tanie pieniądze nabyć uszkodzoną przez podmuch ruderę. Ten ktoś wcale nie musiał być Brytyjczykiem, wystarczała „chęć szczera” zamieszkania w pękniętych ścianach, a już rząd troszczył się o rekonstrukcję.

x

Nie spodziewałem się, że znajdę w tych książkach takie ciekawe fragmenty. Kupiłem je w Kazimierzu Dolnym w 1997 roku i przeleżały tak prawie 30 lat. Warto więc czasem wracać do starych książek, bo często można z nich dowiedzieć się więcej, niż z tego wszechogarniającego obecnie szumu internetowego.

  1. Sur la rive gauche on pense et sur la rive droite on dépense. – Na lewym brzegu myśli się, a na prawym brzegu wydaje. Gra słów w języku francuskim: on pense – myśli się, on dépense – wydaje się, w domyśle – pieniądze. Wszystkie uczelnie, instytuty znajdują się na lewym brzegu Sekwany, podczas gdy domy towarowe, teatry itp. znajdują się na prawym brzegu. ↩︎

Katedra

Zaintrygowała mnie katedra św. Pawła w Londynie. Mieści się ona w samym centrum City of London, a więc w sercu antypapieskiej Anglii. Jednak jej styl architektoniczny to barok, a barok, jak pisze Wikipedia, to styl papieski. Wprawdzie na zewnątrz katedra ta jest bardziej renesansowa, ale wnętrze jest już bez wątpienia barokowe. Dlaczego tak się stało?

Renesans to nawrót do starożytności. Średniowiecze to był okres, w którym w centrum ludzkiego życia był Bóg. Renesans to odwrócenie się od Boga. W centrum zainteresowania znalazł się człowiek, a więc humanizm. W architekturze przejawiało się to tym, że nastąpiło odejście od gotyku. To był styl, w którym porządkiem architektonicznym był pion. Strzeliste wieże kościołów gotyckich symbolizowały ręce złożone do modlitwy. Renesans ,w sensie architektonicznym, to poziom, a więc przyziemny. Gotyk to surowe wnętrza świątyń, a renesans, a zwłaszcza barok, czyli bardziej ozdobna wersja renesansu, to bogato zdobione wnętrza, mnóstwo obrazów, fresków, rzeźb itp. Renesans doprowadził do reformacji. Protestanci, czyli ci, którzy protestowali przeciwko zmianom, zostali przy swoim, a katolicy podążali za tymi zmianami. Ale to protestantów nazwano kacerzami, czyli odstępcami od wiary, podczas gdy oni nadal trwali przy średniowieczu, tylko zamiast samobiczowania wybrali lekturę Biblii. I jedno i drugie, to masochizm, ale chcącemu nie dzieje się krzywda.

Wikipedia tak m.in. pisze o katedrze św. Pawła w Londynie:

Katedra Świętego Pawła (ang. St Paul’s Cathedral) – jeden z najbardziej znanych kościołów anglikańskich w Wielkiej Brytanii i budowli Londynu. Jego budowę ukończono w 1710. Znajduje się w centrum londyńskiej dzielnicy City of London i formalnie pełni funkcję głównej świątyni tej dzielnicy. Pieczę nad nim sprawuje bezpośrednio lord major.

Katedra świętego Pawła była budowana jako symbol odrodzenia Londynu i cechuje ją rozmach i monumentalność, ustępuje ona jednak swoimi rozmiarami watykańskiej bazylice Świętego Piotra. Ma około 158 metrów długości i około 75 metrów szerokości. Wysokość budowli mierzona od posadzki do końca krzyża umieszczonego na kopule wynosi 111 metrów. Budowlę wieńczy kopuła o średnicy 34 metrów, która jest jednym z najbardziej charakterystycznych elementów architektury Londynu.

Katedra ta powstała pierwotnie na gruzach rzymskiej świątyni, wybudowanej niegdyś ku czci cesarza Klaudiusza. Normańska katedra była większa od obecnej i stanowiła największą świątynię ówczesnej Europy. Nie omijały jej pożary. Iglica została zniszczona przez piorun, wnętrze zostało splądrowane, a mury były w złym stanie. Katedra spłonęła ostatecznie podczas wielkiego pożaru Londynu w 1666 r.

Rekonstrukcja wyglądu katedry przed 1561 rokiem; źródło: Wikipedia.

Podjęto decyzję o budowie nowej katedry w stylu klasycyzującego baroku i rozpoczęto ją w roku 1675 pod nadzorem angielskiego architekta, Sir Christophera Wrena. Budowę zakończono po 35 latach, już pod kierunkiem syna Christophera Wrena, w roku 1710, chociaż pierwsze nabożeństwo odprawiono 2 grudnia 1697 roku. W 1852 roku na dziedzińcu katedry odnaleziono runiczny nagrobek.

Katedra była miejscem wielu słynnych pogrzebów (np. admirała Nelsona, księcia Wellingtona, Winstona Churchilla i Margaret Thatcher). Pogrzeby, śluby i inne ceremonie kościelne brytyjska rodzina królewska organizuje zazwyczaj w Westminster Abbey, ale to w katedrze św. Pawła odbył się ślub księcia Walii – Karola Windsora i lady Diany Spencer.

Katedra św. Pawła około 1754 roku, Canaletto; źródło: angielska Wikipedia.
Katedra w 1944 roku; źródło: angielska Wikipedia.

E.H. Gombrich uznawany jest za najwybitniejszego historyka sztuki XX wieku. W swojej książce O sztuce Dom Wydawniczy REBIS 2009 pisał:

Przełom XVII i XVIII w. był okresem szczytowego rozwoju baroku w katolickiej Europie. Kraje protestanckie pozostawały pod wrażeniem tej wszędobylskiej mody, ale faktycznie jej nie przyjęły. Dotyczy to nawet Anglii okresu restauracji, kiedy to dwór Stuartów spoglądał ku Francji, odrzucając ze wstrętem upodobania i poglądy purytanów. Właśnie w tym okresie Anglia wydała najwybitniejszego architekta, Christophera Wrena (1632-1723), któremu powierzono zadanie odbudowy londyńskich kościołów po katastrofalnym pożarze 1666 r. Bardzo interesująco wypada porównanie wzniesionej przez Wrena katedry św. Pawła ze zbudowanym zaledwie dwadzieścia lat wcześniej kościołem w stylu baroku rzymskiego. Widzimy, że Wren pozostawał pod wyraźnym wpływem Borrominiego, choć sam nigdy nie był w Rzymie. Podobnie jak kościół Borrominiego, katedra Wrena, która jest dużo większa, składa się z centralnie umieszczonej kopuły, dwóch wież po obu jej stronach oraz fasady nawiązującej do architektury świątyń starożytnych. Widać nawet wyraźne podobieństwo między barokowymi wieżami Borrominiego oraz wieżami Wrena, zwłaszcza na poziomie drugiego piętra. Mimo to obie fasady wywołują bardzo różne wrażenie ogólne. Fasada katedry św. Pawła nie jest wygięta. Nie ma tu wrażenia ruchu, a raczej siły i stabilności. Sposób, w jaki wykorzystano pary kolumn w celu nadania fasadzie majestatyczności i szlachetności bardziej przypomina Wersal niż barok rzymski. Patrząc na detale, można się zastanawiać, czy styl Wrena należałoby w ogóle nazwać barokowym. W jego dekoracjach nie ma nic wymyślnego ani fantastycznego. Wszystkie formy ściśle ściśle trzymają się najlepszych modeli włoskiego renesansu. Każdą formę i każdą część budynku można widzieć jako oddzielny element mający pewne indywidualne znaczenie. W porównaniu z przepychem Borrominiego czy architekta klasztoru w Melku (Austria – przyp. W.L), Wren robi na nas wrażenie trzeźwe i powściągliwe.

Kontrast między architekturą protestancką a katolicką okaże się jeszcze bardziej uderzający, kiedy zajrzymy do wnętrza kościołów Wrena, na przykład kościoła pod wezwaniem św. Stefana w Walbrook w Londynie. Kościoły tego typu projektowano jako miejsce, gdzie wierni spotykają się na modlitwę. Ich celem nie było przywoływanie wizji innego świata, lecz stworzenie warunków sprzyjających skupieniu. W wielu zaprojektowanych przez siebie kościołach Wren starał się tworzyć coraz to nowe wariacje na temat właśnie wnętrza – pełnego prostoty i godności zarazem.

x

W tym miejscu wypada zamieścić parę zdjęć kościołów, o których wspomina Gombrich.

Francesco Borromini i Carlo Rainaldi, Kościół Sta Agnese, Piazza Navona, Rzym, 1653; źródło: Wikipedia.
Wnętrze kopuły kościoła Sta Agnese; źródło: Wikipedia.
Wnętrze kościoła św. Stefana w Walbrook, Londyn; źródło: angielska Wikipedia.
Kościół św. Stefana w Walbrook, Londyn; źródło: angielska Wikipedia.

Gombrich nie zamieścił w swojej książce zdjęć z wnętrza katedry św. Pawła tylko te powyższe z wnętrza kościoła św. Stefana w Walbrook, więc wypada uzupełnić ten brak.

Wnętrze katedry św. Pawła; źródło: angielska Wikipedia.
Ołtarz katedry św. Pawła od strony chóru; źródło: angielska Wikipedia.

Jeśli teoria nie pasuje do faktów, tym gorzej dla faktów. Skąd my to znamy? – Kontrast między architekturą protestancką a katolicką okaże się jeszcze bardziej uderzający, kiedy zajrzymy do wnętrza kościołów Wrena, na przykład kościoła pod wezwaniem św. Stefana w Walbrook w Londynie. No i dlatego nie mogło być zdjęć z wnętrza katedry św. Pawła. Owszem, ornamentyka ta może różni się nieco od tej w kościołach barokowych, ale jej intensywność jest podobna.

Cechą charakterystyczną, odróżniającą kościoły w stylu renesansowym czy barokowym od gotyckich, były kopuły, znane również w starożytności. Emily Cole w książce Architektura – style i detale Wydawnictwo „Arkady” 2008 pisze:

„Kopuła jest rodzajem sklepienia, skonstruowanym na planie koła, elipsy lub wieloboku. Jej forma prawdopodobnie wywodzi się od kolistych szałasów budowanych z zagiętych gałęzi związanych na szczycie i pokrytych strzechą. Z czasem stała się symbolem sklepienia niebieskiego i władzy. Dzięki wynalezieniu przez Rzymian betonu stało się możliwe konstruowanie wielkich kopuł półkolistych. Kopuła stała się jednym z najbardziej charakterystycznych elementów stylu bizantyjskiego, w którym łączyły się wpływy klasyczne ze wschodnimi. O ile Rzymianie przesklepiali kopułami tylko koliste lub wieloboczne pomieszczenia, bizantyjscy budowniczowie nauczyli się umieszczać je nad wnętrzami kwadratowymi lub prostokątnymi dzięki zastosowaniu pendentywów (trójkąty sferyczne rozpięte między łukami). Takie rozwiązanie znane było również w architekturze islamskiej.”

Według AI kopuła katedry św. Pawła została zaprojektowana na wzór rzymskiego Panteonu. Z kolei angielska Wikipedia pisze, że kopuła ta wspiera się na pendentywach. Jej średnica to 34 metry, a średnica kopuły bazyliki św. Piotra w Rzymie to 42 metry. Kopuła Kapitolu w Waszyngtonie to 29 metrów. Natomiast Biały Dom jej nie ma. Jego styl to neoklasycyzm.

Kapitol w Waszyngtonie; źródło: Wikipedia.

Czy jest kopuła nie tylko symbolem władzy, ale też symbolem jej trwałości i ciągłości? A to wszystko, co nam się przedstawia, te wszystkie wojny religijne i nie tylko religijne, te ustroje demokratyczne, autorytarne i wszelkie inne, to wszystko to tylko rodzaj zasłony dymnej, iluzja, którą karmi się nieświadomych poddanych, którym wydaje się, że mają na coś wpływ?

Dzień dobry, Europo

Wiem, że teraz uwaga świata skupiona jest na Bliskim Wschodzie, na wojnie Ameryki i Izraela z Iranem. O Iranie pisałem w dwóch bogach: Iran i Iran c.d. i nie mam nic do dodania w tym temacie. Natomiast w Polsce pojawiają się coraz częściej głosy o potrzebie wyjścia z unii europejskiej. Są to przeważnie głosy z prawej strony, bo lewica obstaje przy pozostaniu w niej, co w sumie nie dziwi, bo to przecież Leszek Miller wprowadzał tam Polskę. Warto więc może przypomnieć sobie tamte czasy. Entuzjastów wśród polityków było co niemiara, a tylko jeden sceptyczny. Był to głos Jana Olszewskiego:

„To, że UE doda trochę pieniędzy było do przewidzenia. Nie zmienia to samego założenia, że zostaniemy przyjęci na zupełnie innych zasadach niż byli przyjmowani pozostali członkowie. To tworzy wewnątrz Unii podział na członków właściwych, pierwszej kategorii, i nowych – drugiej kategorii. Warunki uzyskane w negocjacjach z UE nie gwarantują, że uzyskamy szansę na wyrównanie poziomu rozwoju gospodarczego z resztą Europy. Raczej odwrotnie – utrwali się podział na dwie strefy. To fatalne dla przyszłości Unii, Polski i Europy. Moim zdaniem żaden z Polaków nie ma prawa zaakceptować takiego układu.

Kiedy byłem premierem, problemem głównym było wyprowadzenie z kraju wojsk rosyjskich i wejście do euroatlantyckiego układu bezpieczeństwa. Od kiedy znaleźliśmy się w NATO, jesteśmy po tamtej stronie. Wchodzenie do struktur europejskich jest sprawą wtórną. Nie jest tak, że musimy wejść do Europy, bo inaczej pozostaniemy poza nią. My jesteśmy w Europie tak samo jak Norwegia, która nie jest członkiem UE.”

Jednak wśród dziennikarzy też zdarzały się głosy bardziej zachowawcze. Jerzy Surdykowski w artykule Europejskie marzenie (Wołanie o sens) we wstępie pisał:

Idziemy do Europy pełnej kłopotów i nierozwiązanych problemów, do Europy przed wielką reformą, choć wciąż nam się zdaje, że tylko wracamy do Europy dawnej, spokojnej, przebogatej i opiekuńczej. Takiej Europy już nie ma.

Dalej pisze:

Tysiącletnia unia

Europę próbowano już nieraz jednoczyć ogniem i mieczem, ale spuśćmy zasłonę na krwawe usiłowania od Karola Wielkiego po Hitlera i Stalina. Pierwszym chyba projektem pokojowego zjednoczenia była krótkotrwała wizja dwóch wielkich i wyprzedzających swój czas mężów stanu: młodego cesarza Ottona III i papieża Sylwestra II, do której wstępem był sławny zjazd gnieźnieński przed z górą tysiącleciem, kiedy Otton III włożyć miał swoją koronę na głowę naszego Bolesława Chrobrego przewidzianego na namiestnika prowincji słowiańskiej, równoprawnej z Italią, Germanią i Frankonią. Niestety, szybko wróciły realia i wyboje: Otton zmarł młodo, wkrótce po nim papież-filozof Sylwester, a Germanie i Słowianie znowu wzięli się za łby. Taki mamy tylko z tego pożytek, że jest się do czego odwoływać po tysiącleciu i warto też pamiętać, iż idea europejska jest prawie tak stara jak europejskie chrześcijaństwo i z nim zrośnięta, choć – aby ją ziścić – musiała Europa usłyszeć w XX wieku kroki Diabła i zobaczyć jego oblicze; obojętnie brunatne czy czerwone.

I dalej:

To jeszcze jest herezja

Zjednoczona Europa nie jest państwem, nie jest nawet federacją państw. Ale jest czymś więcej niż zwykłą organizacją międzynarodową. Europejski super rząd musi więc respektować języki wszystkich państw członkowskich, szanować ich suwerenność, zabiegać o jednomyślność nawet w drobiazgach, co powoduje, że procedury przedłużają się i komplikują ponad potrzeby zdrowego rozsądku, a sprawność maleje. Wszyscy wiedzą, że trzeba coś z tym zrobić, ale mało komu przechodzi przez gardło stwierdzenie, że logicznym etapem byłaby federacja z konstytucją i sprawnym rządem ponadpaństwowym. To jeszcze jest herezja.

Dalej:

Wielki błąd popełniliśmy traktując poszerzenie jako operację techniczną, prawną, a przede wszystkim finansową. W rozmowach o poszerzeniu, w jego propagandzie lub antypropagandzie, w rokowaniach i oficjalnych komunikatach chodzi nade wszystko o to, ile miliardów euro, w jakim czasie i pod jakimi warunkami będziemy mogli dostać.

I kończy:

Żadna historyczna ani ekonomiczna konieczność. Oni naprawdę nie mają w tym wielkiego interesu, by brać sobie już teraz na barki jednocześnie ciężar reform i sporą część kosztów podźwignięcia „gorszej Europy”. Naiwne są bajki o nowym, wielkim rynku zbytu dla europrodukcji. Ten rynek istnieje od dawna i byłby istniał nadal bez poszerzania, tylko trochę biedniejszy i mniej chłonny. A więc jednak solidarność istnieje i przeto istnieje europejska tożsamość moralna, nie tylko finansowa.

Poszerzenie jest wielkim i – jak się wydaje – nieźle, choć nieco ospale zdawanym przez Zachód egzaminem z tej pożądanej europejskiej tożsamości. Ona będzie niebywale potrzebna już jutro, wobec wyzwań, przed którymi Unia stoi. Jeśli ta tożsamość się nie rozwinie, to wielka idea europejska pozostanie nadal przewlekłym sporem o rozdrapywanie gotówki powściąganym nie przez solidarność Europejczyków, ale przez ociężałe procedury brukselskiej biurokracji.

x

Wygląda na to, że Surdykowski wierzył – albo udawał, że wierzy – że istnieje coś takiego jak europejska tożsamość. Tym spoiwem, które miało stworzyć z Europy monolit, z własną tożsamością, było chrześcijaństwo. Szybko jednak okazało się, że jest ono nader podatne na różnego rodzaju eksperymenty. Już w 1054 roku doszło do schizmy wschodniej, czyli podziału na katolicyzm i prawosławie. Później przyszła reformacja (1517), która z katolicyzmu wyłoniła protestantyzm, a unia brzeska (1596) z prawosławia – unitów. Nie było zatem spoiwa, które mogłoby zjednoczyć całą Europę i wszelkie próby typu nazizmu czy komunizmu nie miały szans powodzenia z braku takowego.

Po co zatem rozszerzono w tamtym czasie unię o Polskę, Czechy, Słowację i Węgry? Gdyby do tego nie doszło, to nie byłoby majdanu w Kijowie, bo tam chodziło o to, że unici chcieli do unii europejskiej, a prawosławni – do Rosji. Ten postulat unitów nie byłby możliwy do wysunięcia, gdyby nie przyłączono do unii wyżej wymienionych państw, a zwłaszcza Polski. W efekcie doszło do wojny rosyjsko-ukraińskiej. A jak wojna, to doskonały pretekst do dokonywania zmian, które nie byłyby możliwe bez niej, czyli do masowych przesiedleń ludności i zmiany granic. Przesiedlenia ludności z Ukrainy już mamy, a będzie ich jeszcze więcej, a i na zmiany granic przyjdzie jeszcze czas.

Żeby to wszystko dokonało się niezbędne jest wyjście Polski z unii, tak jak to się stało, gdy Królestwo Polskie połączyło się z Wielkim Księstwem Litewskim (1569). To był moment, gdy Królestwo to opuściło I Rzeszę, czyli ówczesną unię europejską. Co to w praktyce będzie oznaczać dziś? Wyjście z unii będzie oznaczać, że skończą się unijne dotacje. Ktoś powie, że to i tak było z naszych podatków. Czy aby na pewno? Przecież nikt nie wie, ile państwo zbiera z tych podatków, a skoro tak, to nie ma sensu wdawać się w takie dywagacje, ale jeśli ktoś, tak jak ja, pamięta czasy PRL-u i porówna je z czasami III RP, to widać, że to dwa różne byty. PRL w porównaniu z III RP był siermiężny i prymitywny. Oczywiście III. RP od Zachodu dzieli przepaść, ale to i tak znacznie lepiej niż za PRL-u. Skończą się pieniądze, tak jak skończyły się gierkowskie kredyty i zaczęła się jaruzelska mizeria. Było więc tak, że najpierw, za Gierka, ktoś dał pieniądze, a później, za Jaruzelskiego, zakręcił kurek, a do tego jeszcze w sposób wyrafinowany rozkręcił inflację. Ludzie mieli dużo pieniędzy, ale nie było na rynku towarów, więc pieniądz był bezwartościowy. W przypadku wyjścia Polski z unii ten scenariusz powtórzy się, ale prawdopodobnie w inny sposób.

Może powtórzyć się scenariusz, który opisałem w blogu Sumy bajońskie, choć może nie co do joty. Jeśli jednak strumień napływającego pieniądza zostanie zmniejszony, to może odbić się to na wynagrodzeniach, mogą też wzrosnąć podatki, np. podatek katastralny. W praktyce więc ludzie, którzy mają kredyty hipoteczne, znajdą się w trudnym położeniu, a inni, którzy mają inne zobowiązania finansowe, również. Ale nawet ci, którzy nie mają tego typu obciążeń, będą mogli to odczuć poprzez podwyższone w znaczący sposób zwykłe podatki.

Tymczasem trwa gotowanie żaby na wolnym ogniu, czyli przygotowywanie społeczeństwa do głosowania w referendum za wyjściem z unii. Ćwierć wieku temu urabiano ludzi, by głosowali za wejściem do niej, a obecnie – za wyjściem. Ja wtedy, będąc pod wpływem poglądów Korwina-Mikke, głosowałem przeciw wejściu Polski do unii. Dziś jestem zdania, że wyjście z niej jest złym rozwiązaniem, bo skończy się kasa. Że co? Że jesteśmy niewolnikami unii? No jesteśmy! Ale co? Bycie wolnymi dziadami jest lepsze? Nie! Nie będziemy wolnymi dziadami. Wpadniemy w objęcia Rosji, bo tu, w takim położeniu, możemy być tylko częścią Niemiec lub Rosji (kurica nie ptica, Polsza nie zagranica). Ale może też być tak, że pozornie będzie to niepodległe państwo, ale faktyczną władzę będą sprawować stronnictwa ruskie, pruskie i amerykańskie.

To, co dziś dzieje się, przypomina trochę sytuację sprzed unii lubelskiej. Wtedy Królestwo Polskie, wydzielone z I Rzeszy, stanowiło łakomy kąsek dla oligarchów ze wschodu, którzy rozkradli wszystko, co się dało. Prym w tym wiódł największy złodziej I RP, czyli Zamoyski. Obecnie III RP, dzięki dotacjom unijnym, z siermiężnego PRL-u, przekształciła się w całkiem atrakcyjny kąsek dla ukraińskich oligarchów. Warto jednak pamiętać, że ci oligarchowie pochodzą z tej samej nacji, co ci unijni komisarze, którzy decydowali o przyznawaniu dotacji unijnych III. RP. A 47 rodów szlachty polskiej, które tak hojnie podzieliły się swymi herbami z 47. rodami litewskich i rusińskich bojarów na mocy unii horodelskiej z 1413 roku, też nie dzieliło się nimi z obcymi.

Deutschland über alles

Wygląda na to, że Stany Zjednoczone nie będą angażować się militarnie w Europie. Oficjalne oświadczenie rządu amerykańskiego nie pozostawia złudzeń, jedynie w przypadku groźby konfliktu nuklearnego mogłaby ona liczyć na amerykańską pomoc. Ponieważ taki konflikt jest niemożliwy – bo nie byłoby zwycięzców, tylko sami pokonani – to głównymi rozgrywającymi będą Niemcy i Rosja. A gdy tak się dzieje, to znaczy, że główne zmiany dokonają się w strefie zgniotu pomiędzy tymi dwoma państwami. Na to wskazuje również zachowanie się władz tego Bzikolandu, zwanego III RP, które robą wszystko, by ten polityczny byt zlikwidować.

Niemcy są państwem położonym w środku Europy i z racji tego położenia, jak również z racji swego potencjału gospodarczego i kulturowego, zawsze oddziaływały na pozostałe państwa europejskiego kontynentu. Warto zatem zastanowić się nad tym czy zwrot „Deutschland über alles” jest tylko i wyłącznie wynikiem niemieckiej buty, czy może też – historii i kiedy pojawił się w niemieckiej przestrzeni publicznej. A zaczęło się od tego, że zapytałem AI, jak przetłumaczyć ten zwrot na angielski i francuski.

x

Jak przetłumaczyć niemieckie “Deutschland über alles” na angielski i francuski?

Zwrot „Deutschland über alles” pochodzi z pierwszej zwrotki pieśni Deutschlandlied, której autorem był August Heinrich Hoffmann von Fallersleben.
Dosłowne tłumaczenie:
Angielski: Germany above all
Francuski: L’Allemagne au-dessus de tout
Uwaga o znaczeniu:
W kontekście historycznym (XIX w.) wyrażenie miało oznaczać, że jedność Niemiec powinna być ważniejsza niż podziały między księstwami i państwami niemieckimi. Jednak w XX wieku, szczególnie w okresie III Rzeszy, zwrot ten został silnie skojarzony z nacjonalizmem i ekspansjonizmem, dlatego dziś bywa odbierany kontrowersyjnie.

Ale tłumaczenie dosłowne nie zawsze musi być najlepsze.

Masz rację — tłumaczenie dosłowne i najlepsze znaczeniowo to nie zawsze to samo.
Zwrot „Deutschland über alles” z pieśni Deutschlandlied w XIX-wiecznym kontekście nie oznaczał „Niemcy ponad wszystkimi innymi narodami”, lecz raczej:
że sprawa zjednoczenia Niemiec powinna być ważniejsza niż lojalność wobec poszczególnych księstw i dynastii.
Dlatego możliwe są różne przekłady — w zależności od tego, co chcemy oddać:

Tłumaczenie dosłowne
Angielski: Germany above all
Francuski: L’Allemagne au-dessus de tout
To jest wierne językowo, ale dziś brzmi bardzo nacjonalistycznie.

Tłumaczenie bliższe pierwotnemu sensowi (XIX w.)
Angielski: Germany above all else
(czyli: Niemcy ponad wszystko inne — np. ponad podziały regionalne)
Francuski: L’Allemagne avant tout
(„Niemcy przede wszystkim” — mniej militarne w brzmieniu)

Tłumaczenie interpretacyjne (oddające ideę jedności)
Angielski: Germany first and foremost
Francuski: L’unité de l’Allemagne avant tout
To już nie jest dosłowne, ale lepiej oddaje historyczne znaczenie z czasów autora tekstu, August Heinrich Hoffmann von Fallersleben.

Jeśli chcesz, mogę też wyjaśnić, dlaczego słowo „über” w niemieckim XIX-wiecznym użyciu miało nieco inne konotacje niż dzisiaj.
Tak.

Świetnie — to właśnie tu leży klucz.

Co znaczyło „über” w XIX wieku?
W niemieckim „über” oznacza oczywiście „nad / ponad”, ale w XIX-wiecznym języku politycznym i poetyckim miało też silne znaczenie:
„ponad czymś” w sensie nadrzędności priorytetu,
„ważniejsze niż”,
„ponad podziałami”.
Nie musiało oznaczać dominacji nad innymi narodami. Często chodziło o hierarchię wartości.

Przykłady podobnych konstrukcji:
Pflicht über alles → „obowiązek ponad wszystko”
Liebe über alles → „miłość nade wszystko”
To nie znaczy „miłość ponad innymi ludźmi”, tylko „miłość jest najwyższą wartością”.

Kontekst historyczny (bardzo ważny)
Gdy August Heinrich Hoffmann von Fallersleben pisał tekst w 1841 r., Niemcy nie były jednym państwem. Istniało kilkadziesiąt księstw i królestw (Prusy, Bawaria, Saksonia itd.).
W tym kontekście:
„Deutschland über alles” = Niemcy (jako idea jedności narodowej) ponad partykularnymi interesami książąt i regionów.
To był postulat zjednoczenia, a nie ekspansji.

Dlaczego dziś brzmi inaczej?

W XX wieku, zwłaszcza w okresie III Rzeszy, pierwsza zwrotka pieśni Deutschlandlied została wykorzystana propagandowo i interpretowana jako:
„Niemcy ponad wszystkimi innymi narodami”.
To przesunęło znaczenie w stronę imperialną i supremacjonistyczną.

Jak więc najlepiej tłumaczyć?

Jeśli chcemy oddać XIX-wieczne znaczenie, lepsze byłyby:

Angielski
Germany above all else
Germany before all else
Germany above all (internal divisions) – z doprecyzowaniem

Francuski
L’Allemagne avant tout
L’Allemagne au-dessus des divisions

Podsumowanie językowe

Słowo „über” w tym przypadku wyrażało:
nadrzędność idei,
pierwszeństwo w hierarchii wartości,
apel o jedność,
a nie koniecznie dominację nad innymi państwami.

Jeśli chcesz, mogę też porównać to z hasłem „America First”, żeby pokazać różnicę w niuansach politycznych.

x

Nie odpowiedziałem AI na propozycję dalszego drążenia tematu, bo wiem do czego ona zmierza. Do pewnego momentu odpowiada, a później milknie i pojawia się propozycja zainstalowania wersji bardziej rozbudowanej, ale płatnej. I teraz rozumiem na czym ten biznes polega. Sztuczna inteligencja sztuczną inteligencją, a interes musi się kręcić.

Mamy tu do czynienia z dosyć pokrętnym tłumaczeniem, że w tym zwrocie, w jego XIX-wiecznym znaczeniu, chodzi o zjednoczenie Niemiec, a nie – o wywyższanie się. A skoro tak, to należałoby powiedzieć – zjednoczenie ponad wszystko. Problem jest jednak bardziej skomplikowany i wypada zacząć od tego, kim był autor tego zwrotu. Wikipedia tak m.in. pisze:

„Hoffmann von Fallersleben (właśc. August Heinrich Hoffmann, ur. 2 kwietnia 1798 w Fallersleben, zm. 19 stycznia 1874 w Corvey) – nauczyciel akademicki, germanista (językoznawca), poeta. W 1841 w proteście przeciwko rozbiciu Niemiec napisał późniejszy niemiecki hymn narodowy Pieśń Niemców (Das Lied der Deutschen – „Deutschland, Deutschland über alles”).

Był synem kupca, właściciela gospody i burmistrza miasta Fallersleben Heinricha Wilhelma i Dorothei z domu Balthasar. Uczęszczał do szkoły w Fallersleben, Helmstedt i w Brunszwiku (niem. Braunschweig). Od 1816 studiował teologię w Getyndze (niem. Göttingen) i od 1818 germanistykę w Bonn. Jego nauczycielami byli tu m.in. Jacob Grimm i Ernst Moritz Arndt. Ponieważ nosił bardzo popularne nazwisko oraz również popularne imiona, przybrał przydomek od miejscowości, z której pochodził.”

A o hymnie Wikipedia pisze tak:

Das Deutschlandlied (pol. Pieśń Niemiec), nazywany także Das Lied der Deutschen (pol. Pieśń Niemców) – pieśń będąca hymnem państwowym Republiki Weimarskiej (1918–1933), III Rzeszy (1933–1945) i Republiki Federalnej Niemiec (od r. 1952 do dziś).

Autorem tekstu był niemiecki poeta, językoznawca i historyk literatury August Heinrich Hoffmann von Fallersleben. Pieśń powstała w 1841 na wyspie Helgoland. Składała się z trzech zwrotek, z których pierwsza zaczynała się od słów Deutschland, Deutschland über alles. Zapożyczono melodię z ówczesnego hymnu austriackiego Kaiserlied, którą skomponował Joseph Haydn. Pieśń ta pisana była w czasie rozbicia Niemiec i pierwsza zwrotka wzywała do porzucenia partykularyzmów w dążeniu do jedności. W 1922 za hymn oficjalnie uznał ją pierwszy prezydent Republiki Weimarskiej, Friedrich Ebert – wcześniej, w czasach Cesarstwa Niemieckiego, była popularna, uznawano ją jednak za zbyt demokratyczną i egalitarną. Narodowosocjalistyczna propaganda wykorzystywała wymowę słów pierwszej zwrotki i dlatego po II wojnie światowej zrezygnowano z jej publicznego wykonywania (obecnie żaden z punktów geograficznych wymienionych w pierwszej zwrotce nie znajduje się na terenie Niemiec).

Próba wprowadzenia nowego hymnu w 1950 zakończyła się fiaskiem, przez jakiś czas wykonywano jako hymn m.in. Odę do radości Beethovena. Później został na długie lata hymnem, mimo niecałkowicie jasnego statusu prawnego. Jeszcze w roku 1952 kanclerz Konrad Adenauer zaproponował w liście do prezydenta Theodora Heussa, aby hymnem Niemiec był dawny hymn autorstwa Fallerslebena i Haydna, lecz by przy oficjalnych okazjach śpiewano jedynie trzecią strofę (druga strofa miała zbyt prozaiczny wydźwięk), rozpoczynającą się słowami Einigkeit und Recht und Freiheit (Jedność, prawo i wolność). Odpowiedź Heussa nie zawierała sprzeciwu. Listy zostały opublikowane w Dzienniku Urzędowym (Amtsblatt), co nadawało decyzji pozory oficjalności. Hymn pozostał w oficjalnym użyciu po zjednoczeniu Niemiec, kiedy to wobec licznych wątpliwości i propozycji jego zmiany (m.in. zaproponowano Kinderhymne Brechta) Federalny Trybunał Konstytucyjny orzekł w wyroku z 7 marca 1990 (publikacja w zbiorze wyroków nr 81, strona 298 i kolejne), że hymn stanowi jedynie trzecia strofa Lied der Deutschen. Potwierdzili to w opublikowanej w rok później wymianie listów prezydent Richard von Weizsäcker i kanclerz Helmut Kohl.

Wbrew obiegowym opiniom, wykonywanie pierwszej strofy pieśni nie jest obecnie w Niemczech zabronione. Pierwsza i druga strofa nie stanowią części hymnu, omawia się je jednak w niektórych szkołach jako część utworu literackiego.

W 1991, po listownym uzgodnieniu między prezydentem Republiki Federalnej Niemiec a jej kanclerzem, trzecia zwrotka pieśni stała się hymnem państwowym Niemiec.

Pieśń Niemiec (Pieśń Niemców)

Niemcy, Niemcy ponad wszystko,
Ponad wszystko na świecie,
Jeśli zawsze dla obrony
Po bratersku są złączone
Od Mozy aż po Niemen
Od Adygi aż po Bełt
Niemcy, Niemcy ponad wszystko,
Ponad wszystko na świecie!

Niemieckie kobiety, niemiecka wierność
Niemieckie wino i niemiecka pieśń
Niech na świecie utrzymują
Swe dawne piękne brzmienie,
Niech nas natchną do szlachetnych czynów
Przez całe nasze życie.
Niemieckie kobiety, niemiecka wierność
Niemieckie wino i niemiecka pieśń!

Jedność i prawo, i wolność
Dla niemieckiej ojczyzny,
Do tego wszyscy dążmy
Po bratersku, sercem i czynem.
Jedność i prawo i wolność
Są gwarancją szczęścia.
Kwitnij w blasku tego szczęścia
Kwitnij, niemiecka ojczyzno!

x

Dlaczego akurat w połowie XIX-tego wieku pojawiły się w Niemczech takie dążenia do zjednoczenia? I Rzesza trwała ponad 800 lat jako związek różnych księstw i księstewek i to nikomu nie przeszkadzało. Problem polega na tym, że I Rzesza została zlikwidowana w wyniku wojen napoleońskich, a po nich powstał Związek Niemiecki (1815-1866), który nie obejmował całości ziem I Rzeszy. Więcej informacji na ten temat w blogu Niemcy. Tam też zamieściłem mapy z różnych okresów w historii Niemiec. Żeby jednak zrozumieć, czym w istocie była I Rzesza, to trzeba odwołać się do pojęcia cesarstwa. Wielka Encyklopedia Powszechna PWN (1962-70) tak je opisuje:

Cesarstwo, łac. imperium, niem. Kaisertum, franc. empire. Termin cesarstwo przechodził w ciągu dziejów ewolucję znaczeniową i nie może być wskutek tego jednoznacznie zdefiniowany. W starożytności pojęcie cesarstwa w sensie współczesnym nie istniało, choć pierwotnym desygnatem tego pojęcia jest właśnie starożytne państwo rzymskie w okresie od objęcia rządów przez Oktawiana Augusta do schyłku starożytności: używany w Rzymie termin Imperium Romanum oznaczał jednak początkowo panowanie Rzymu, a dopiero od drugiego wieku n.e. wypierał stopniowo określenie res publica, stając się także synonimem państwa rzymskiego; we współczesnym słownictwie rozumiemy przez cesarstwo rzymskie zarówno państwo rzymskie w wymienionym okresie, jako formę jedynowładztwa, które utrwaliło się faktycznie w Rzymie po upadku republiki, mimo zmieniających się jeszcze kilkakrotnie form prawnych (pryncypat, dominat). W okresie podziału państwa rzymskiego na część zachodnią i wschodnią (395-476) rozróżnia się cesarstwo zachodniorzymskie i wschodniorzymskie.

W średniowieczu wykształciło się pojęcie cesarstwa jako nadrzędnej władzy świeckiej w świecie chrześcijańskim; ideę taką pielęgnował we wczesnym średniowieczu zwłaszcza kościół rzymski, który w okresie upadku starych form państwowych na zachodzie Europy i inwazji „barbarzyńców” chciał znaleźć w cesarstwie, tzn. konkretnie w cesarzach wschodnich z Konstantynopola, swoje ramię zbrojne; gdy jednak władanie z odległego Konstantynopola Europą Zachodnią nie dało się przekształcić z fikcji prawnej w rzeczywistość, a siły następców Justyniana Wielkiego okazały się zbyt skromne, by zapewnić chociaż bezpieczeństwo papieżowi w Rzymie, papiestwo zaczęło szukać oparcia w potężniejszych Karolingach i ich najwybitniejszemu przedstawicielowi Karolowi Wielkiemu ofiarowało godność cesarską na Zachodzie (800). Cesarstwo karolińskie nie było państwem o określonych granicach, lecz instytucją współrządzącą kościołem i zobowiązaną do udzielania mu ochrony oraz do rozszerzania wpływów chrześcijaństwa na nowe obszary; legitymacją prawną władzy cesarskiej była koronacja, mająca charakter sakralny i dopełniana przez papieża, faktycznie jednak rola cesarstwa zależała od znaczenia państwa, którym cesarz bezpośrednio władał; toteż po rozpadzie monarchii karolińskiej godność cesarska, dostawszy się w ręce drobnych władców północnowłoskich, stała się czczym tytułem.

Dawny blask przywróciło koronie cesarskiej przywdzianie jej przez Ottona I (962), króla niemieckiego, najsilniejszego spośród monarchów Zachodu; odtąd każdorazowy król niemiecki miał prawo do godności cesarskiej, ale uzyskiwał ją dopiero po koronacji w Rzymie. Cesarstwo nadal pozostawało instytucją, a nie państwem, rola zaś tej instytucji bywała rozmaicie rozumiana przez samych cesarzy, papiestwo oraz pozostałych monarchów. Gdy cesarze z pierwszych dynastii aż po Hohenstaufów interpretowali cesarstwo w sensie najwyższej władzy w zachodnim chrześcijaństwie, to monarchowie zachodnioeuropejscy byli skłonni przyznawać im co najwyżej pierwszeństwo honorowe wśród uprawnionych suwerenów; uznanie swej nadrzędnej władzy wymuszało cesarstwo w Burgundii, we Włoszech i w niektórych krajach leżących na wschód i północ od Niemiec, ale i tam – wszędzie gdzie układ sił na to pozwalał – miejscowe czynniki dążyły do niezależności, tak że spośród krajów słowiańskich tylko Czechy trwale uznawały zwierzchność cesarza.

Już w 2 połowie XI wieku papiestwo po okresie uległości rozpoczęło walkę z cesarstwem (walka o inwestyturę), a u schyłku XII wieku przeciwstawiło uniwersalizmowi cesarskiemu uniwersalizm papieski (Innocenty III). Po upadku Hohenstaufów i „Bezkrólewiu Wielkim” w Niemczech (1254-73) królowie niemieccy przybierając tytuł cesarski zrezygnowali jednak z wiązania z nim dotychczasowej treści; cesarstwo stawało się faktycznie pojęciem terytorialno-ustrojowym, co podkreślało też zaniechanie przez cesarzy koronacji w Rzymie. Już wcześniej utraciło uniwersalistyczny charakter także cesarstwo wschodnie, zwane w historiografii cesarstwem bizantyjskim, zagrożone od schyłku XI wieku ekspansją Turków seldżuckich, niszczone potem także przez krzyżowców, zlikwidowane ostatecznie 1454 przez Turków osmańskich; do końca swego formalnego istnienia zachowało ono jednak duży wpływ na kościół wschodni.

Z upadkiem średniowiecznej instytucji cesarstwa nie wygasło jednak trwanie nazwy. Cesarstwo zachodnie, zwane oficjalnie Świętym Cesarstwem Rzymskim, potocznie coraz częściej cesarstwem rzymskim narodu niemieckiego, utrzymało się formalnie do XIX wieku i zostało zniesione dopiero w 1806 pod naciskiem Napoleona I. W epoce nowożytnej powstały też nowe cesarstwa; z nich tylko cesarstwo rosyjskie, powołane dożycia przez Piotra Wielkiego (1721), nawiązywało w pewien sposób do tradycji średniowiecznego Bizancjum, roszcząc sobie pretensje do opieki nad całym wschodnim chrześcijaństwem; nazwa cesarstwa francuskiego za Napoleona I (1804-15) i Napoleona III (1852-70), czy austriackiego (1804-1918), odzwierciedla jedynie formalny fakt, że monarchowie tych państw nosili tytuł cesarski; to samo dotyczy monarchii powstających w Ameryce Południowej (Brazylia, Meksyk, nawet Haiti). Uzasadnieniem nazwy cesarstwa niemieckiego 1871-1918 była jego struktura jako tworu nadrzędnego wobec odrębnych państewek niemieckich, których monarchowie zachowali tytuły królów i książąt. W historiografii europejskiej nazwą cesarza obdarza się też zwyczajowo niektóre większe i mające stare tradycje monarchie egzotyczne (Chiny, Japonia, Etiopia, Turcja).

x

Z powyższego opisu wynika, że cesarstwo jest czymś więcej, niż państwo. Jest ono strukturą ponadpaństwową. Jest więc cesarstwem unia europejska i jest nim Federacja Rosyjska. Jedno cesarstwo chce panować nad całym chrześcijaństwem zachodnim, drugie – wschodnim, a że w Polsce mieszkają jedni i drudzy, to oba mają tu swoje interesy. Można więc powiedzieć, że w Europie nie ma miejsca dla niepodległych państw, a wyjście z cesarstwa europejskiego oznacza wejście w strefę wpływów cesarstwa rosyjskiego, choć oczywiście nie można wykluczyć wariantu zastosowanego w przypadku I RP, czyli zależności od jednego i drugiego cesarstwa. II RP stworzyło cesarstwo niemieckie, PRL – cesarstwo rosyjskie, III RP – niemieckie. Mamy zatem cały czas do czynienia ze strefą zgniotu i zrozumiałe jest, że w takiej sytuacji nie mogło powstać niezależne państwo, nigdy takiego nie było i nie będzie.

Ciekawe jest to, że papiestwo zwróciło się o pomoc do potężnych Karolingów, a oni podporządkowali się tej prośbie, co może sugerować, że to nie oni byli tą prawdziwą władzą. A czy było nią samo papiestwo? Skoro cesarstwa trwają nadal, tylko pod zmienionymi nazwami, to to oznacza, że suwerenne państwa są fikcją, a te wszystkie spory, tarcia i wojny pomiędzy nimi, to nic innego jak teatr marionetek.

W niemieckim hymnie, w pierwszej zwrotce, jest mowa o tym, że państwo niemieckie rozciąga się od Mozy po Niemen i od Adygi po Bełt. Niemen był północną granicą Prus, Adyga to rzeka w północnych Włoszech, Bełt – cieśnina duńska. Wygląda więc na to, że Niemcy nie zrezygnowali z Królewca i zapewne, prędzej czy później, wróci on do macierzy, a to będzie oznaczać, że także całe Prusy Wschodnie. Ciekawe jest również to, że przez krótki okres Oda do młodości była wykonywana jako hymn niemiecki. Skoro jednak Niemcy pozostali przy dawnym hymnie, to znaczy, że zostaje zachowana pewna ciągłość i powrót do przeszłości jest jak najbardziej możliwy.

Szlachta – jakie były jej początki?

O tym, że polska szlachta miała żydowskie korzenie pisałem w blogu Szlachta c.d. To, co mnie jednak zastanawiało, to sposób w jaki uzyskała taką przewagę. Początki tego stanu są praktycznie nieznane. Dlaczego jest tak mało informacji na ten temat? Jak to możliwe, że wiemy o wyprawie kijowskiej Chrobrego, o Statucie kaliskim czy o wielu innych wydarzeniach z tamtego okresu, a nie wiemy, jak tworzyła się warstwa społeczna, która zawłaszczyła sobie państwo zwane Rzeczpospolitą z okresu 1569-1795?

Norman Davies w książce Boże igrzysko Wydawnictwo ZNAK Kraków 1999 pisał:

Początki dziejów szlachty polskiej są, łagodnie mówiąc, niejasne. W gruncie rzeczy są to początki nader mroczne. Uczeni przypuszczają, że w jakimś okresie wczesnego średniowiecza szlachta wyodrębniła się spośród wcześniejszych form elity społecznej. Nie jest to jednak żadne wielkie odkrycie, ponieważ szczegółowe informacje na temat dawniejszego rycerstwa są równie skąpe i nie sposób rzetelnie udokumentować ani czasu, ani też sposobu, w jaki się pojawiło. Jeszcze w wiekach XIII i XIV, kiedy odczuwano już pewną ekskluzywność stanu szlacheckiego, kronikarzy stać było w najlepszym wypadku na to, aby wywodzić jego początki od Noego, Juliusza Cezara lub Aleksandra Wielkiego. Wielu spośród szlachty w Polsce i na Litwie utrzymywało co najwyżej, że należy do „szlachty odwiecznej”. Oznaczało to, że jakakolwiek w miarę pewna wiedza na temat ich początku już dawno się zatraciła.

Sama nazwa „szlachta” jest źródłem poważnych sporów. Wyraz ten pochodzi ze staroniemieckiego slahta, spokrewnionego etymologicznie z niemieckimi wyrazami schlagen (uderzać, walczyć, rąbać, wrodzić się w kogoś) oraz Geschlecht (płeć, rodzaj, ród, rasa). Do języka polskiego przeszedł z czeskiego (slehta) wraz z całym podstawowym słownictwem średniowiecznej administracji państwowej: pan (lord, osoba obdarzona władzą sądową), król (Karol-Charlemagne), sejm (zgromadzenie), obywatel (rezydent), herb (dziedzictwo, oznaka heraldyczna). Jest jednak rzeczą prawie niemożliwą określenie zarówno dokładnego kontekstu, w jakim wprowadzono tę niemiecko-czeską terminologię, ani też konkretnego okresu, w którym jej późniejsze użycie ostatecznie się ustaliło. Dziś wielu znawców byłoby skłonnych uznać, że supremacja zasady dziedziczności, czyli jak to nazwał Brückner „rodowitość”, która pozwalała szlachcie utrzymać się poza zasięgiem władców i książąt i która na zawsze zapewniła im ich nie pogwałcony i wyłączny status, ustaliła się ostatecznie dopiero za panowania Kazimierza Wielkiego (1310-70). W każdym jednak razie termin „szlachta” wyraźnie łączy w sobie sens „wysokiego urodzenia” z pojęciem „waleczności”, które to pojęcia składają się na pierwotne atrybuty szlachty średniowiecznej.

x

Wielka Encyklopedia Powszechna PWN (1962-1970) tak m.in. pisze:

Szlachta [staroniemiecki], uprzywilejowany stan społeczny, istniejący we wszystkich państwach typu feudalnego. Szlachta rozwinęła się w okresie tworzenia się ustroju stanowego z rycerstwa, przy czym ekonomicznie najsłabsze elementy rycerstwa spadły do niższych stanów. Tam, gdzie panujący system lenny nie dokonał zróżnicowania szlachty na wyższą i niższą, również możnowładztwo weszło do stanu szlacheckiego. Przekształcenie rycerstwa w szlachtę dokonało się na terenach zachodniej i środkowej Europy w ciągu XIII-XIV wieku, przy czym w poszczególnych krajach Europy proces ten przebiegał niejednakowo.

We Francji w wyniku rozbudowy państwa i jego aparatu urzędniczego, obok starej noblesse d’épèe (szlachta miecza), pozostającej na wsi, wyłoniła się noblesse de robe (szlachta sukni), rekrutująca się spośród wysokich urzędników skarbu, administracji i sądownictwa, oraz noblesse de cour, szlachta dworska, skupiająca około 1 tysiąca rodzin związanych z dworem królewskim i piastująca najwyższe godności państwowe.

W Anglii szlachta dzieliła się na trzy grupy: wyższą (lordowie do barona włącznie), średnią, gentry (knights i baroneci) oraz nieutytułowaną (gentlemen).

W Niemczech w okresie cesarstwa najwyższą grupę szlachty (Herrenstand) stanowili wysocy dostojnicy świeccy – książęta, margrabiowie, później hrabiowie, i duchowni – arcybiskupi, biskupi i opaci (około 100 osób). Do drugiej zaliczano tzw. wolnych panów (Freiherren) – drobniejszych feudałów zależnych bezpośrednio od cesarza. W okresie wytwarzania się państw terytorialnych część szlachty weszła w zależność od książąt ( Landsässiger Adel), którzy rozszerzyli tę grupę, tworząc z niej kategorię zawodowego rycerstwa (Ritterschaft) i włączając do niej swych ministeriałów; po zamknięciu stanu rycerskiego w XIII wieku dalszy wzrost szlachty następował przez nobilitację (Briefadel), a nadawanie tytułów różnicowało ją na wyższą i niższą.

Szlachta w państwie moskiewskim powstała z powiązania różnych grup feudalnych – bojarów, dworian, tzw. dzieci bojarskich. Po złamaniu przewagi arystokracji bojarskiej (XVI – XVII w.) powstał za Piotra I jeden stan – dworiaństwo, a pochodzące z nadań państwowych posiadłości szlacheckie (pomiestje) stały się dziedziczną własnością, analogicznie do bojarskiej wotcziny. Do stanu szlacheckiego można było wejść przez długoletnią służbę państwową (czynownik).

W Polsce przekształcenie rycerstwa w szlachtę nastąpiło nieco później, tj. w XIV i częściowo XV wieku. Przynależność do szlachty określało kilka czynników: służba wojskowa, własność ziemi „na prawie rycerskim”, a zwłaszcza urodzenie, które nabierało z czasem decydującego znaczenia (statuty Kazimierza Wielkiego) i przyspieszyło zamknięcie się stanu szlacheckiego. Wzrosło też odtąd znaczenie „rodów heraldycznych” (polski termin „szlachta” wywodzi się z niemieckiego Geschlecht ‘ród’) mających wspólne hasła (tzw. zawołania) oraz wspólne herby. Pojawiły się też dziedziczne nazwiska urabiane głównie od nazw rodowych posiadłości ziemskich. Osoby nie mające przodków szlacheckich mogły dostać się do tego stanu na podstawie adopcji do rodu heraldycznego i nobilitacji; z biegiem czasu szlachta stopniowo ograniczała te możliwości, oddając nobilitacje pod kontrolę sejmu; łatwiej udzielano tzw. indygenatu (nadania praw polskich szlachcicowi obcemu). Dopiero w okresie Sejmu Czteroletniego zaczęto dopuszczać do stanu szlacheckiego w większej liczbie przedstawicieli innych stanów, zwłaszcza wzbogaconych mieszczan.

Nobilitacja [łac.], uszlachcenie, prawna forma wejścia do stanu szlacheckiego osoby ( i jej potomków) nie mającej szlacheckich przodków. Nobilitacja wraz z nadaniem herbu następowała w wyniku aktu prawnego, wydanego przez panującego. W Europie Zachodniej nadania herbów osobom nie mającym zwierzchnictwa lennego zdarzały się już w XIII wieku. W Polsce nobilitacja znana była od XIV wieku; jej pierwotną formą była adopcja herbowa bądź przez króla (który nadawał jakiś fragment swego herbu – przyjmował niejako do swego rodu), bądź przez rody rycerskie, które przyjmowały do swego herbu, a król to potwierdzał (tzw. filiacja heraldyczna). Przykładem masowej adopcji było przyjęcie do herbów przez polskie rody (Horodło, 1413) katolickich bojarów litewskich. Forma adopcji zanikła od połowy XVI wieku i odtąd rozpowszechniła się nobilitacja przez króla. Od 1578 królowi wolno było wydawać nobilitację tylko na wojnie lub w czasie trwania sejmu, a od 1601 prawo nobilitacji przysługiwało jedynie sejmowi. Od 1669 nobilitowani otrzymywali tylko skartabellat. W 1775 nałożono na nobilitowanych obowiązek posiadania (kupna) dóbr ziemskich. Konstytucja 3 maja wprowadziła znaczne ułatwienia w zdobywaniu nobilitacji przez mieszczan.

Indygenat [łac.], w dawnym prawie polskim jedna z form uzyskania szlachectwa, zastrzeżona wyłącznie w stosunku do cudzoziemców (po raz pierwszy szlachectwo polskie uzyskali w ten sposób bratankowie Stefana Batorego 1578); początkowo indygenatu udzielał król i sejm, konstytucja 1641 z mocą wsteczną do 1607 ustaliła, że indygenatu może udzielić wyłącznie sejm. W Prusach Królewskich istniał regionalny indygenat pruski, zapewniający dostęp do lokalnych godności i urzędów tylko miejscowej szlachcie. Indygenat bywał często zamaskowaną formą nobilitacji.

Skartabellat [łac.], niepełne szlachectwo; jako instytucja skartabellat pojawił się w pacta conventa 1669; od tego momentu nobilitowani nie mieli aż do trzeciego pokolenia prawa piastowania urzędów i pełnienia poselstw.

x

Wygląda więc na to, że początki tworzenia się stanu szlacheckiego w Polsce owiane są mgłą tajemnicy, coś jak wieki ciemne. Historycy omijają ten temat szerokim łukiem, choć przecież fakt, że słowo szlachta pochodzi z niemieckiego, powinien naprowadzić na właściwy trop, ale nie! – oni sugerują, że to wszystko przyszło z Czech. A Czechy to skąd zapożyczyły to słowo? – Właśnie z niemieckiego! Gdy tak się czyta te wszystkie historyczne opracowania, to ma się wrażenie, że one raczej mają za zadanie ukryć prawdę, a nie ją udostępnić ogółowi.

Jeśli język niemiecki był tak powszechny w okresie Polski piastowskiej, to wypada zadać sobie pytanie: czy to wynikało tylko z sąsiedztwa, czy może raczej z faktu, że Niemcy dominowali na tym obszarze w sensie kulturowym i gospodarczym? Skąd się wzięła w Warszawie nazwa „Mariensztat”? – A skąd się wziął w Krakowie Wit Stwosz?

Wyprawy krzyżowe miały miejsce w latach 1095-1291. Całe rycerstwo Europy Zachodniej brało w nich udział. Polskie rycerstwo nie uczestniczyło w nich, bo prawdopodobnie takiego nie było, a może uczestniczyło, tylko że to było niemieckie. Po tych wyprawach ci rycerze stawali się arystokracją dzięki posiadłościom ziemskim nadanym im przez papieża. Była to szlachta miecza. To był właśnie XIII wiek. Tak więc w ten sposób nie mogła powstać polska szlachta, bo ona pojawiła się później.

Były trzy najazdy mongolskie na Polskę. Pierwszy w 1241 roku, drugi 1259/60, trzeci 1287/88. Najazdy Mongołów, choć przyniosły duże stary ludnościowe i gospodarcze (zwłaszcza pierwszy najazd w 1241 roku), to nie spowodowały uzależnienia Polski od imperium mongolskiego. – Wikipedia. Można by w takim razie zapytać: to po co one były? Mongołowie doszli do Legnicy i zatrzymali się. Gdyby poszli dalej na zachód, to uniemożliwiliby rycerstwu zachodniemu udział w kolejnych krucjatach, a zatem również – ukształtowanie się zachodniej arystokracji. Ktoś jednak powiedział tym Mongołom – Halt!

Najazdy Mongołów przyniosły duże straty ludnościowe i gospodarcze. Co to oznaczało w praktyce? O tym Wikipedia nie pisze. A to po prostu oznaczało, że zrobiło się miejsce dla nowych przybyszów, a byli nimi Niemcy. O tym, cytując Normana Daviesa, pisałem w blogu Mongolskie najazdy. Niemcy nie tylko zdominowali miasta, ale również wsie. Każda niemiecka rodzina dostawała 1 łan ziemi, czyli 18 ha, i inne wsparcie. Była to zorganizowana na wielką skalę akcja zasiedlania terenów spustoszonych przez Mongołów. Niemcy, jak to Niemcy, zabrali się do pracy, ich gospodarstwa zapewne rozwijały się, ale w międzyczasie nastąpiła zmiana realiów politycznych w regionie. To, co nazywano Królestwem Polskim, weszło w unię z Wielkim Księstwem Litewskim. Połączono wodę z ogniem, czyli świat Zachodu, który wyewoluował z zachodniej części Imperium Rzymskiego, ze światem, który był kontynuacją jego wschodniej części, czyli Bizancjum.

Unia personalna Polski i Litwy (1385-1569) była okresem dostosowywania Królestwa Polskiego – będącego częścią I Rzeszy, czyli ówczesnej unii europejskiej – do standardów Wielkiego Księstwa Litewskiego, czyli dominacji wielkich feudałów, którzy w obrębie WKL mieli swoje własne księstwa-państwa. Korona była podobna do reszty I Rzeszy. Miała silną władzę królewską, zrównoważone finanse państwa, rozwinięte mieszczaństwo i wolnych chłopów, ale nie było tam tak potężnych feudałów jak na wschodzie. By to zlikwidować, trzeba było zmarginalizować mieszczaństwo i uczynić chłopów niewolnikami – chłopów, którzy mieli zapewne w większości niemieckie korzenie.

x

W blogu Jak powstawał ustrój I RP opisywałem proces dostosowywania Królestwa Polskiego do standardów WKL. Najważniejszym aktem prawnym, który diametralnie zmienił stosunki własnościowe w nim panujące, był Statut warcki z 1423 roku.

Statut warcki był kolejnym prawem wpływającym na ówczesną gospodarkę i nadawał prawną podstawę do przejmowania gospodarstw sołtysich i większych kmiecych na zasadzie wykupu po cenie oszacowanej przez szlachcica (feudała), nierzadko w wyniku rugi całkowitej lub częściowej. Był odbiciem nastrojów panujących już za czasów Kazimierza III Wielkiego, kiedy to szlachta pałała niechęcią do bogatych, wolnych dotąd sołtysów i chłopów. Przepis pozwalał na likwidowanie sołectw przez szlachtę na włościach nadanych im przez władców Polski stanowiących władzę centralną. Grunty tak pozyskane włączano do dużych gospodarstw folwarcznych. Funkcjonowanie folwarków szlacheckich oparte było na przymusowej, odrobkowej sile roboczej – tzw. pańszczyźnie dlatego ich wydajność gospodarcza była niższa niż sołectw, pomimo tego folwarki przynosiły duże dochody szlachcie. Statut warcki jednocześnie ograniczał prawo chłopów do opuszczania wsi, co miało zapobiec ich migracji. Zakaz ten nie powstrzymał jednak dużej części zbuntowanych sołtysów i chłopów przed zbieganiem na wschód, gdzie często zasilali szeregi społeczności kozackich.

x

W tym momencie można by sobie zadać pytanie: skąd wzięły się te duże gospodarstwa folwarczne, oparte na przymusowej, odrobkowej sile roboczej, skoro po najazdach mongolskich ziemie te były wyludnione i zrujnowane gospodarczo? W blogu Mongolskie najazdy cytowałem Normana Daviesa:

Zasadnicze przemiany społeczne nastąpiły w XIII w. w wyniku kolonizacji. Koloniści rekrutowali się częściowo z cudzoziemskich imigrantów, częściowo zaś spośród miejscowej ludności, która podejmowała reorganizację istniejących osiedli według nowego modelu. Główny impuls dla tego ruchu przyszedł z określonych terenów w zachodnich i północnych Niemczech, które już od dawna dostarczały osadników marchiom na wschodzie i które nękała groźba przeludnienia i coraz uciążliwszego ucisku feudalnego. Kolonizacja przybierała dwie odmienne formy: osadnictwa wiejskiego oraz lokacji miast. Proces ten wspomagała inicjatywa ze strony polskich książąt, których ziemie miały o wiele za mało ludności i nierzadko były dewastowane w wyniku wojennych grabieży i najazdów tatarskich. Oferując warunki dzierżawy korzystniejsze od tych, jakie można było uzyskać w Niemczech, oraz powołując zawodowego zasadźcę (lokatora), który wyszukiwał, przywoził i organizował nowo przybyłych, energiczny książę mógł w ciągu zaledwie kilku lat wzmocnić się i podnieść gospodarkę swego dziedzictwa.

Tempo kolonizacji wiejskiej nadał Henryk Brodaty, książę Śląska, który w 1205 r. rozpoczął kampanię mającą na celu ściągnięcie aż do dziesięciu tysięcy rodzin chłopskich i założenie około czterystu nowych wsi. Każda rodzina miała otrzymać jeden łan (18 ha, niem. Lahn – przyp. W.L.) ziemi ornej; pastwiska i lasy miały być użytkowane wspólnie. Wszystkie świadczenia i daniny miały zostać odroczone na czas umowy, potrzebny na zagospodarowanie. Po upływie tego okresu miały się one ograniczyć do służby wojskowej, opłat z tytułu dzierżawy i dziesięcin, płatnych w gotówce, a częściowo w naturze, oraz służby na dworze i prac przy naprawie grodu, co miało zająć dwa do czterech dni w roku. Szczegółową umowę spisaną w 1227 r. przez Henryka Brodatego z biskupem wrocławskim przyjęto jako wzór dla większości dalszych aktów kolonizacji wiejskiej na terenie całej Polski. W nowych wsiach koloniści cieszyli się znaczną autonomią. Według tzw. „prawa niemieckiego” podlegali oni tylko rozkazom dziedzicznego sołtysa (Schultheiss), czyli „naczelnika”, mianowanego przez pana, oraz jurysdykcji wiejskich ławników, którym sołtys przewodniczył. Ich sytuacja była o wiele lepsza od położenia reszty ludności wiejskiej, która nadal podlegała daninom i obowiązkom nakładanym przez jus ducale, czuli „prawo polskie” książąt. Wielu z nich zachowało swą odrębną tożsamość aż do czasów współczesnych. We wsi Wilamowice w pobliżu Oświęcimia w województwie krakowskim potomkowie mieszkańców założonej w 1242 r. osady fryzyjskiej do dziś zachowali własny strój regionalny i rodzimy dialekt.

Jako model nowego osadnictwa miejskiego przyjęto powszechnie dawne „prawo magdeburskie”. Stare miasta słowiańskie otrzymywały nowe przywileje lokacyjne jako miasta „niemieckie” – Wrocław w r. 1242, Poznań w r. 1253, Kraków w r. 1257. Przyciągały one osadników niemieckiego pochodzenia i stopniowo powstawała w nich odrębna warstwa mieszczan. Odtąd znane były światu zewnętrznemu pod niemieckimi nazwami Breslau, Posen i Krakau. W innych miejscach kraju zakładano zupełnie nowe miasta, których mieszkańcami od początku byli niemieccy emigranci. Thorn (Toruń) nad Wisłą został założony przez Krzyżaków w 1231 r., natomiast miasto Neu Sandez (Nowy Sącz) założył w rejonie Karpat w 1292 r. król Wacław czeski w okresie swego sporu z Łokietkiem. Proces kolonizacji, w XIII w. przebiegający dość leniwie, miał nabrać tempa w wiekach późniejszych – XIV, XV, XVI.

x

Pierwszy najazd mongolski, ten najbardziej brzemienny w skutkach, miał miejsce w 1241 roku, a już w 1242 roku powstała osada fryzyjska pod Oświęcimiem, co skłania do wniosku, że przygotowania do tego osadnictwa poczyniono wcześniej. To z kolei może uzasadniać podejrzenie, że najazdy mongolskie były właśnie po to, by oczyścić teren dla nowych osadników. Ci osadnicy byli dobrze przygotowani i zorganizowani w komuny zwane sołectwami. Zagospodarowali te ziemie, stworzyli dobrze prosperujące gospodarstwa. Statut warcki to rok 1423. Pierwsi osadnicy to rok 1242. Mamy więc prawie 200 lat. Dużo można było w tym czasie zrobić i tak pewnie się stało. Zjednoczone Królestwo Polskie (1320-1386) Łokietka to połączone Wielkopolska i Małopolska. Wobec przedstawionych powyżej faktów wynika, że było to państwo, którego ludność składała się w większości z Niemców, a przynajmniej dominowała, w sensie gospodarczym i cywilizacyjnym, w miastach i na wsi. A to oznacza, że językiem powszechnym na tym obszarze był wówczas język niemiecki.

Statut warcki umożliwiał, w majestacie prawa, usuwanie sołtysów i zastępowanie ich kimś innym. Jednocześnie chłopi przestali być właścicielami ziemi, na której pracowali, stawali się chłopami pańszczyźnianymi, czyli niewolnikami. A ci, którzy zastępowali sołtysów – szlachcicami. Wcześniej nie było tam żadnych folwarków szlacheckich, bo niby skąd miałyby się tam wziąć? – na wyludnionym i spustoszonym terenie. Ujmując to w formę bardziej obrazową, można powiedzieć, że w tamtym czasie dokonała się prywatyzacja komunistycznych sołectw. Zabierając ziemię prawowitym właścicielom, posługiwano się często argumentem, że chłopi źle gospodarzą na wspólnym, czyli że prywatny zrobi to lepiej, co oczywiście nie było prawdą. Wprost przeciwnie, te gospodarstwa były wydajniejsze, niż późniejsze szlacheckie. Ale tę śpiewkę o wyższości gospodarki prywatnej nad społeczną znamy z przełomu lat 80-tych i 90-tych z ust tego, który jest potomkiem, pewnie bardzo dalekim, tamtych złodziei, bo prywatyzacja to jest kradzież wspólnego dobra w białych rękawiczkach.

Kim byli ci, którzy przejmowali gospodarstwa chłopskie, tego nietrudno domyślić się. Każdy szlachcic miał swojego Żyda, czyli faktora. Faktor był kimś więcej, niż tylko księgowym. On zajmował się kompleksowo zarządzaniem całym majątkiem szlachcica. Później, w XIX wieku, spauperyzowana szlachta wchodziła w mariaże z nowobogackim mieszczaństwem. Czy dlatego, że chciała utrzymać wysoki poziom życia, czy może raczej, by użyczyć mu swego nazwiska i w ten sposób wprowadzić je na salony? W czasach I RP byli jeszcze Sztadlani, wyznaczani przez gminy żydowskie do tego, by korumpować szlachciców, którzy byli posłami i senatorami. W praktyce oznaczało to, że Żyd przekupuje Żyda, co – na pozór – wydaje się nielogiczne, ale żydowska gra jest wysoce zagmatwana. – Taką była kiedyś i taką jest obecnie.

Komunizm

Komunizm kojarzy się wielu ludziom bardzo źle ze względu na sposób, w jaki próbowano go wcielić w życie. Warto jednak bliżej przyjrzeć się tej ideologii, bo ona nadal nie jest martwa, co więcej, tzw. globaliści dążą do stworzenia globalnej gminy komunistycznej, ale przede wszystkim wypada zastanowić się nad tym, skąd ona się wzięła.

Wikipedia tak m.in. pisze:

Komunizm (od łac. communis „wspólny, powszechny”) – polityczna i ekonomiczna ideologia klasyfikowana jako utopijna, której celem jest utworzenie społeczeństwa pozbawionego ucisku i wyzysku klasowego, opartego na braku własności prywatnej (w rozumieniu marksistowskim), kolektywnej własności środków produkcji i wspólnotowym podziale dóbr. W pismach Karola Marksa, Fryderyka Engelsa i innych teoretyków marksizmu, komunizm jest przyszłym ustrojem rozwiniętych społeczeństw, w którym wspólnota własności obejmować będzie przede wszystkim środki produkcji. Potocznie mianem komunizmu określa się też ustrój polityczny zaprowadzony w państwach, w których władzę zdobyły dyktatury i partie komunistyczne (zob. ZSRR i blok wschodni).

Jako ideologia zaczął się tworzyć już od XV wieku, gdy przyjmował postać komunizmu utopijnego, który głosił hasła likwidacji nierówności społecznych i prywatnej własności. W XIX wieku narodziły się dwa warianty ideologii: wariant w wydaniu anarchistycznym, który głosił zniesienie instytucji państwa i kolektywizmu, oraz ten w wydaniu marksistowskim, oparty na Manifeście Komunistycznym z 1848 roku. Według marksistowskiego wariantu komunizmu, do osiągnięcia bezklasowego społeczeństwa dojść miało na drodze rewolucji.

Komunizm jak ustrój społeczno-gospodarczy

Komunizm jest najczęściej kojarzony z myślą marksistowską. Ustrój taki pojawia się również poza marksizmem. Ideę ustroju komunistycznego można znaleźć np. w Państwie Platona, gdzie wspólność obejmuje nie tylko własność, ale także żony i dzieci. Także angielski pisarz Tomasz Morus sportretował w swojej Utopii (1516) społeczeństwo oparte na wspólnej własności nieruchomości. Dzieła tych twórców nie nosiły jednak znamion doktryny politycznej i nie stały się podstawą działania ruchów politycznych.

Komunizm chrześcijański

Komunizm chrześcijański jest formą ustroju i ideologią panującą w niektórych wspólnotach chrześcijańskich. Według członków tych wspólnot, Biblia i życie 12 apostołów nakazywały życie w powszechnej równości i zniesienie indywidualnej własności. Wspólnoty takie były zwykle niewielkie, traktowane jako radykalne i często zwalczane przez główny nurt chrześcijaństwa. Chrześcijańskie wspólnoty komunistyczne zakładane były m.in. przez taborytów, huterytów czy szejkersów.

Komunizm pierwotny

Pojęcie komunizmu pierwotnego pojawiło się w połowie XIX wieku w ewolucjonistycznej antropologii kulturowej. Pojęcie to pełniło ważną rolę w pismach Lewisa Henry’ego Morgana i Johanna Jacoba Bachofena. Zgodnie z nimi społeczeństwa pierwotne charakteryzowały się egalitaryzmem i wspólnotą własności. Teza, że komunizm stanowił powszechny i pierwotny etap rozwoju społeczeństw, spotkała się później z szeroką krytyką, jednak w XIX wieku była ona szeroko rozpowszechniona.

Pojęcie komunizmu pierwotnego przyjął Karol Marks w swojej filozofii. Wskazywał, że komunizm pierwotny był charakterystyczny dla pierwotnego, łowiecko-zbierackiego etapu ludzkości (wspólnoty pierwotnej). Komunizm taki różnił się od zakładanego przez Marksa przyszłego komunizmu niższym technologicznie zaawansowaniem procesów produkcji.

x

Sztuczna inteligencja tak pisze o komunizmie:

Komunizm to ideologia polityczno-ekonomiczna dążąca do stworzenia społeczeństwa bezklasowego, opartego na wspólnej własności środków produkcji, zniesieniu własności prywatnej i wyzysku, z równym podziałem dóbr i pracy. W praktyce historycznie wiąże się z totalitarnymi reżimami (jak w ZSRR), gdzie władzę sprawowała partia komunistyczna, wprowadzając centralne planowanie, ograniczanie swobód i prześladowanie opozycji, co często prowadziło do załamania gospodarczego i masowych represji.

Kluczowe założenia ideologiczne

  • Własność wspólna: Środki produkcji (fabryki, ziemia) mają być własnością publiczną, a nie prywatną.
  • Społeczeństwo bezklasowe: Zniesienie podziału na klasy społeczne, eliminacja wyzysku.
  • Równość: Równość w dostępie do dóbr i możliwości, oparte na zasadzie „każdemu według potrzeb”.
  • Fazy rozwoju: Marksizm zakładał dwie fazy: socjalizm (przejściowy, z państwem) i pełny komunizm (bezklasowy, bezpaństwowy).

Komunizm w praktyce (realny socjalizm)

  • Dyktatura partii: Władza skupiona w rękach jednej partii komunistycznej (np. partii bolszewickiej), monopol władzy.
  • Centralne planowanie: Państwo decyduje o produkcji i dystrybucji.
  • Ograniczone swobody: Represje wobec przeciwników politycznych, brak wolności słowa.
  • Historyczne przykłady: Związek Radziecki (ZSRR) i blok wschodni, Chiny.

Różnice i praktyka

  • Teoria a praktyka: Teoretyczne ideały równości i wspólnoty często ustępowały miejsca totalitarnej kontroli, terrorowi i zbrodniom.
  • Ruch komunistyczny: Wyłonił się z ruchu socjalistycznego, dążąc do rewolucyjnego obalenia kapitalizmu.

x

Wielka Encyklopedia Powszechna PWN (1962-1970) m.in. pisze:

Komunizm (łac. communis „wspólny, powszechny”):

1) Ideologia społeczna, która – uznając zasadę rzeczywistej równości socjalnej wszystkich członków społeczeństwa za podstawę sprawiedliwego ustroju społecznego – głosi program zniesienia stosunków społecznych opartych na prywatnej własności środków produkcji, klasowym podziale społeczeństwa i wyzysku człowieka przez człowieka oraz postuluje zbudowanie społeczeństwa bezklasowego opartego na społecznej własności środków produkcji i równym podziale dóbr jako na zasadniczych przesłankach realizacji zasad egalitarnych we wszystkich dziedzinach życia społecznego; zasadniczymi formami tej ideologii są różne postacie k. utopijnego i k. naukowy – marksizm.

2) Ustrój społeczny postulowany przez ideologię komunistyczną; w marksistowskiej teorii rozwoju społecznego – wyższe, bezklasowe stadium społeczeństwa socjalistycznego, różniące się od jego stadium niższego, socjalizmu, nie sposobem produkcji, nie typem stosunków produkcji, lecz stopniem rozwoju tego społeczeństwa, przede wszystkim stopniem rozwoju ekonomicznego, stwarzającym możliwość przejścia od zasady podziału „według pracy” do zasady podziału „według potrzeb”, oraz stopniem dojrzałości stosunków społecznych opartych na zasadach równości społecznej i aktywnego współuczestnictwa obywateli w zarządzaniu społeczeństwem; również określenie całej formacji społecznej obejmującej zarówno socjalistyczne, jak i komunistyczne stadium rozwoju społecznego.

3) Ruch społeczno-polityczny dążący do zasadniczej przebudowy społeczeństwa w duchu zasad ideologii komunistycznej; w odniesieniu do współczesności – rewolucyjny kierunek w ruchu robotniczym oparty na teorii marksizmu-leninizmu.

xxx

Z powyższych cytatów wynika, że PRL-owska WEP najprościej, a więc i najlepiej, wyjaśniła różnicę pomiędzy socjalizmem i komunizmem. W socjalizmie jest to podział „według pracy”, a w komunizmie – „według potrzeb”. Czy to jednak ma sens, skoro według komunizmu jako ideologii, podział dóbr ma być równy? Jak zmierzyć wartość pracy, jak zmierzyć potrzeby poszczególnych ludzi i kto to ma zrobić, żeby było sprawiedliwie? Na te pytania nie można udzielić jasnej i sensownej odpowiedzi, a skoro tak, to cała ta ideologia jest zwykłym bełkotem, a może nawet bełkotem naukowym.

Jednak wydaje się, że idea równego podziału nie jest taka głupia. Równego to znaczy, że wszyscy otrzymują takie samo wynagrodzenie za swoją pracę, bez względu na wykształcenie i rodzaj wykonywanej pracy. Ludzie, w odróżnieniu od zwierząt, potrafią pracować zespołowo. W praktyce więc żaden wytwór ludzkiej myśli i pracy nie jest dziełem pojedynczego człowieka, zawsze jest dziełem wielu współpracujących ze sobą jednostek. Czy zatem zbiorowy wysiłek nie powinien być równo dzielony? Jakiś czas temu zepsuł mi się w drodze samochód, to znaczy filtr paliwa przestał działać, bo nie wymieniłem go na czas. Samochód stanął i w tym momencie stał się kupą złomu, chociaż wszystkie inne części, łącznie z silnikiem, działały. Podobno w samochodzie najważniejszy jest silnik i pewnie on jest najdroższy, ale i on w tym momencie był kupą złomu. Niby taki drobiazg jak filtr paliwa, a jednak nie taki drobiazg!

Podobnie jest w przypadku ludzkich społeczności. Są grupy społeczne, które wykonują prostsze prace, nie wymagające wysokich kwalifikacji, i takie, które ich wymagają. Czy zatem tym lepiej wykształconym należy płacić więcej i o ile więcej, i kto ma o tym decydować? Czy rolnik ma zarabiać mniej, niż inżynier, lekarz, prawnik, przedsiębiorca? Bez jedzenia wszyscy ci pozostali umrą z głodu. A gdy zabraknie śmieciarzy, to utoniemy w śmieciach. Ci wszyscy wybitni ludzie mogą pracować w swoich zawodach tylko wtedy, gdy inni będą wykonywać prostsze czynności. A gdy zabraknie któregoś z tych ogniw, to cały mechanizm społeczny, działający na zasadzie współpracy wszystkich ze wszystkimi, załamie się, tak jak w moim samochodzie, w którym przestał działać drobiazg – filtr paliwa. Zatem sama idea nie jest taka głupia, jakby na pozór się wydawało i nie wzięła się ona z teoretycznych rozważań tylko z praktyki.

W pewnych sytuacjach idea komuny, czyli równego podziału wypracowanych dóbr, była jedyną możliwą, by osiągnąć zamierzony cel. Tak działo się w przypadku kolonizacji Ameryki Północnej. Pierwsi osadnicy nie działali w pojedynkę, wkraczali na nieznany teren, na którym nie było niczego, a dookoła wrodzy tubylcy. Tylko działając w zorganizowanej grupie mogli przetrwać. Wspólnie pracowali i dzielili po równo owoce swojej pracy, w przeciwnym razie skazani by byli na zagładę. W miarę upływu czasu pojawiały się kolejne grupy osadników, tak samo zorganizowane, powoli wkraczające w głąb kontynentu i mordujące bez litości tubylców. Tak powstawała protestancka Ameryka. Inny model podboju zastosowano w Ameryce Łacińskiej – poprzez asymilację, czyli narzucanie miejscowej ludności chrześcijaństwa, co często bywało równie brutalne jak na północy.

Sposób działania i zorganizowania takich gmin opisał Bolesław Prus w „Placówce”:

  Maciek poszedł zagonem cmokając na szkapy, a Ślimak siedział na zboczu i patrzył. Siedział, oprał łokcie na kolanach, a głowę na rękach, aż mu na kark zsunęło kapelusz, palił fajkę pomaleńku... pyk-pyk, i wciąż patrzył. 
O kilkaset kroków od niego, za rzeką, na ugorze Niemcy rozkładali obóz. Ślimak wciąż palił fajkę, a spoglądał i każde drgnienie tej ciżby tłumaczył sobie w głowie.
Już Niemcy wozy płótnem kryte uszykowali w kwadraty, tworząc z nich jakby parkan, wewnątrz którego stoi bydło i konie, a zewnątrz kręcą się ludzie. Ten wydobywa przenośny żłób na czterech nóżkach i stawia go przed krowami, inny wsypuje tam obrok z maniaka, inny z wiadrami idzie po wodę do rzeki. Kobiety wynoszą spod płacht żelazne kociołki i woreczki legumin, a gromada dzieci biegnie do jarów po opał.
- Ale mają kupę hołoty! - odezwał się Ślimak. - Z całej wsi nie zebrał by tyle dziecisków.
- Jak wszów - odparł Maciek.
Chłop wciąż pali fajkę i dziwi się. uroki czy co?... Wczoraj jeszcze pole to było puste i ciche, a dziś - istny jarmark. Ludzie nad wodą, ludzie w jarach, ludzie na zagonach. Tną krzaki, znoszą wiązki chrustu, palą ogniska, karmią i poją bydło. Już jeden Niemiec otworzył kramik na wozie i widać handluje, bo koło niego ciśnie się tłum kobiet i wyciąga ręce: ta po sól, tamta po ocet, inna po cukier. Już kilka młodych Niemek porobiły kołyski z płacht na widełkach i jedną ręką szumują zupę w kotłach, drugą huśtają płachty. Już znalazł się i konował, który ogląda nogę podbitej szkapie, już i cerulik, który goli na stopniu wozu starego Szwaba. W polu gwar, bieganina, robota, a na niebie słońce podnosi się coraz wyżej.
Ślimak odwrócił się do Owczarza.
- Miarkujesz ty, Maciek, jak ony prędko robią? Od nas, z chałupy, przecie bliżej do jarów niż z tela, a od nas idzie się po chrust na pół dnia. Te ci zasię pary uwinęły się we dwa pacierze.
- Oho-ho!... - odparł Maciek czując, że to do jego powolności wypito.
- Albo przypatrz ty się - mówi Ślimak - jak ony kupą wszystko robią? Przecie i nasi ludzie, bywa, że wyjdą gromadą; ale każdy krząta się sam za siebie, ino częściej odpoczywa albo jeszcze innym przeszkadza. te zaś psiekrwie tak jakosik zwijają się, jakby jeden naganiał drugiego. Nie spróżnujesz, choćby cię kładło na ziemię, bo ci jeden tka w garść robotę, a już drugi na nią czeka i pili, żebyś kończył. Ino przypatrz się im i sam powiedz.
Dopalającą się fajkę oddał Owczarzowi i wrócił do chałupy zadumany.
- Wartki naród te Szwaby - mruczał - i mądry..
Sokoli jego wzrok w pół godziny odkrył dwie tajemnice nowożytnej pracy: pośpiech i organizację.

Prus opisał tu, bardzo obrazowo zresztą, działanie takiej komuny, która wkraczała na podbijany teren. Tam oczywiście nie było mowy o handlu, tylko o – rozdzielnictwie, bo komuny te nie posługiwały się pieniądzem i nie była to też tajemnica nowożytnej pracy, tylko z dawna wypracowana metoda podboju, którą, w tym wypadku, stosowano w trakcie niemieckiego osadnictwa na wschodzie.

W książce Zmierzch Izraela (1932), wznowionej przez Dom Wydawniczy „Ostoja”, Henryk Rolicki cytuje Karola Kautsky’ego z jego książki Historia komunizmu w starożytności i średniowieczu:

„Najpierwsze gminy (komunistyczne – przyp. autora) wytworzyły się na wschodzie, ekonomicznie najdalej rozwiniętym, a zwłaszcza wśród żydów, wśród których już około r. 100 przed Chr. napotykamy tajny związek komunistyczny – związek Esseńczyków.”

Nie dziwi zatem, że pierwsze gminy, komunistyczne jak chce Rolicki, były żydowskie. Nie było innej metody rozprzestrzeniania się po świecie, wkraczania na nowy, nieznany teren, często wśród wrogo nastawionej ludności tubylczej. To był naturalny etap. Bardzo dobrze obrazuje go sposób, w jaki rozprzestrzeniała się na wschód I Rzesza. Widać dwa kierunki: północno-wschodni, wzdłuż wybrzeży Bałtyku i południowo-wschodni, równolegle do łańcuchów górskich Sudetów i Karpat. To ułatwiało ekspansję, bo od strony Bałtyku nie groziło niebezpieczeństwo i podobnie – od strony gór. W obu przypadkach w zasięgu ręki był niezbędny do budowy zamków surowiec, czyli w przypadku gór – skały, najczęściej wapienne, a w przypadku Bałtyku – iły i muły, czyli glina, z której wytwarzano cegły i dlatego największa budowla ceglana na świecie, czyli zamek w Malborku, powstała na terenie obfitującym w osady polodowcowe, czyli właśnie w glinę. Zamki te to były takie ufortyfikowane gminy, które z czasem stawały się ośrodkami władzy dla tubylczej ludności. Jak je budowano? Najczęściej lokalizowane na szczytach wzniesień czy czasem nawet na wyspach na jeziorach, jak w Szkocji, albo otoczone zewsząd wodą, jak w przypadku Malborka. W jaki sposób transportowano materiał budowlany w tak niedostępne miejsca? Kto pracował przy wznoszeniu tych zamków? Ich powstanie jest równie zagadkowe jak katedr gotyckich czy piramid.

W miarę zdobywania terenu i mnogości gmin konieczna była inna forma organizacji społeczeństwa, która jednoczyła poszczególne gminy. To jednak był już inny etap, powstawały jednostki łączące pojedyncze gminy w całość, a te w jeszcze większe jednostki, czyli w księstwa, a te, z kolei, w królestwa, czyli odpowiedniki współczesnych państw. Na tym etapie niezbędny był pieniądz, a wraz z nim pojawia się wszelkiego rodzaju korupcja. Powstawała coraz liczniejsza administracja i inne instytucje charakterystyczne dla państw, nie mogło być już mowy o organizacji takiej jak w pierwszych gminach. Z drugiej strony te gminy w Nowym Świecie nie powstawały spontanicznie, a ludzie, którzy je tworzyli nie znaleźli się tam w wyniku własnego wyboru, przynajmniej większość, byli do tego zmuszani. Oni dobrze wiedzieli, że wielu z nich nie przeżyje tego początkowego okresu. Czy więc mogła to być gmina komunistyczna, w której wszyscy byli równi, a owoce wspólnej pracy dzielono po równo? Jest to raczej mało prawdopodobne. A skoro na tym etapie komunizm nie był możliwy, to tym bardziej nie jest możliwy na szczeblu państwowym.

Feliks Koneczny napisał kiedyś, że największym wynalazkiem ludzkości jest rolnictwo, bo ono wymagało osiadłego trybu życia i dostarczało tyle żywności, że większość ludzi nie musiała już koncentrować się na jej zdobywaniu i w ten sposób mogła poświęcić się innym zajęciom, co skutkowało przyspieszonym rozwojem. Czy rzeczywiście tak było? Czy koczowniczy tryb życia nie był raczej sposobem na poznanie świata, rozpoznanie terenu? I czy istniało coś takiego jak wspólnota pierwotna? A jeśli nawet istniała, to ktoś musiał nią zarządzać, a jeśli musiał zarządzać, to nie mogła to być wspólnota. Skąd zatem brała się władza? Czy była wytworem jakiegoś rozwoju ewolucyjnego, czy może od samego początku istniała? To są pytania, na które trudno znaleźć odpowiedź.

Wygląda więc na to, że idealna gmina, w której podział dóbr jest równy to utopia. To, co jednak wydaje się pewne, to to, że te pierwotne gminy obywały się bez pieniądza, bo na takim etapie był on zbędny. Wytwarzane dobra dzielone są po równo, ale ktoś musi to kontrolować i ten ktoś nie podlega już tym ograniczeniom, które narzuca innym, zatem i równy podział staje się fikcją. Wydaje się, że to jest właśnie ten model, do którego dążą globaliści. Chcą stworzyć jedną ogólnoświatową gminę. I dlatego chcą zastąpić pieniądz gotówkowy elektronicznym. To umożliwi im totalną kontrolę nad ludźmi. I wtedy będą mogli wydzielać ten pieniądz, jednym według pracy, innym według potrzeb, ale wedle własnego uznania, co zresztą już się dzieje, bo wielu ukraińskich imigrantów w Polsce dostaje pieniądze według potrzeb, czyli potrzebują pracy, to ją dostają, potrzebują opieki zdrowotnej to ją dostają itp.

Gdy dziś obserwuje się zachowania „polskiego” rządu, to widać, że ci ludzie są marionetkami, że prawdziwa władza jest głęboko ukryta i nie podlega żadnej kontroli, a nam, współczesnym niewolnikom, podsuwa się różne pomysły typu komunizm, demokracja itp., które służą tylko skłócaniu nas i przekonywaniu, że nasz głos w wyborach ma jakieś znaczenie. Wydaje się, że władza od początku jest w tych samych rękach i w nich pozostaje od pokoleń.