Witam na moim blogu

Na tym blogu będę starał się przedstawiać prawdę albo przynajmniej próbował do niej dochodzić. Czy będzie to zamiar udany, czy – nie, ocenią czytający go.

“Jedynie prawda jest ciekawa” – to motto Józefa Mackiewicza. Prawda jest ciekawa, ale niewygodna dla wszystkich i wszyscy starają się ją ukryć albo zniekształcić. Za głoszenie prawdy, uparte jej głoszenie, Józef Mackiewicz cierpiał nędzę. Dzięki temu, że pozostał sobie i swoim przekonaniom wierny, to my, z jego dzieł, możemy dowiedzieć się prawdy.

Blog ten jest poświęcony polityce i historii. Obecnie, jak chyba nigdy dotąd w dziejach ludzkości, nie manipulowano tak historią. Na naszych oczach dokonuje się fałszerstwo na niespotykaną skalę. A to wszystko dzięki internetowi i mediom społecznościowym. Jedynym ratunkiem wydaje się wykorzystanie tych mediów w celu obrony. Zgodnie z rzymską maksymą: kto mieczem wojuje, od miecza ginie.

Dużo miejsca będzie zajmować tematyka żydowska. Nie sposób jednak jej uniknąć, jeśli chce się pisać prawdę. Polska dla Żydów była i jest szczególnym miejscem. Nigdzie społeczność żydowska nie była tak liczna w stosunku do pozostałej ludności i nigdzie nie osiągnęła takich wpływów. Po drugiej wojnie światowej jej przewaga stała się jeszcze większa. Polacy stracili w niej swą warstwę inteligencką, a Żydzi – zachowali. Dlatego jest to gra do jednej bramki. Nie można napisać prawdziwej historii Polski, bez uwzględnienia w niej Żydów i ich wpływów na jej bieg. A dlaczego się ich nie uwzględnia? Najwyraźniej ten, który kontroluje system edukacji, prasę, wydawnictwa – ten sobie tego nie życzy.

Problem z Żydami polega na tym, że są przeważnie ukryci. Udają chrześcijan różnych wyznań. Żyd wie z kim ma do czynienia, a my – nie! Jeśli ma nam do sprzedania towar czy usługę, to będzie bardzo miły, można by rzec – do rany przyłóż. Gdy jednak uzna, że nieżyd jest mu niewygodny, jego obecność jest sprzeczna z jego interesem, jest jego konkurentem i – w najgorszym wypadku, gdy Żyd zawdzięcza coś nieżydowi, to jego nienawiść urasta do rozmiarów nieznanych człowiekowi o innej etyce i systemie wartości. Jeśli nie będzie w stanie sam pokonać tego, którego tak bardzo nienawidzi, to poprosi innych Żydów o pomoc. Nie są to czcze słowa. Sam tego doświadczyłem. Nie ma szans na obronę, jeśli nie wiemy z kim mamy do czynienia lub gdy dowiemy się zbyt późno. Dlatego tak ważne jest poznanie tej nacji, jej systemu wartości, sposobów postępowania i zachowań wobec nieżydów. Ci, którzy żyli przed nami i ostrzegali nas przed nimi, mieli rację. Warto korzystać z tego, co nam przekazali. To wszystko jest nadal aktualne. Żydzi nie zmieniają się i nie zmieniają swoich zasad i zachowań wobec nieżydów. I co najważniejsze – Żydzi są wśród nas, więcej ich jest, o wiele więcej niż nam się wydaje.

Rozpad unii?

Wojna to „wspaniały” wynalazek. Nic tak nie zmienia rzeczywistości jak ona, nic tak nie usprawiedliwia wielu zmian, które nie byłyby możliwe, gdyby nie wojna. Świat po wojnie na Ukrainie będzie zupełnie inny, szczególnie w Europie środkowej i wschodniej, która tym różni się od Europy zachodniej, że granice państwowe w niej nigdy nie były stałe, co w praktyce oznaczało, że i państwa nie były trwałe. Powstawały i znikały, wchłaniane przez potężniejsze. Szczególnie dotyczyło to obszaru Rzeczpospolitej Obojga Narodów. Europa zachodnia ma takie niezmienne granice od setek lat. Może więc nie przypadkiem miejsce konfliktu jest w Europie wschodniej. Może więc nie przypadkiem państwa Europy środkowej i wschodniej zostały przyjęte do unii europejskiej. Ten podział, prędzej czy później, musiał zaowocować rozłamem, a słabsze państwa musiały szukać sobie potężniejszego protektora. Tylko czy to wszystko, czego obecnie doświadczamy, dzieje się spontanicznie, czy może wyreżyserował to jakiś utalentowany reżyser? Oto jest pytanie!

Na portalu Zerohedge ukazał się 23 czerwca artykuł Ukraine War Blows Up EU’s Superpower Delusion – Wojna na Ukrainie dowodzi, że mocarstwowość Unii Europejskiej jest iluzją (https://www.zerohedge.com/geopolitical/ukraine-war-blows-eus-superpower-delusion).

»Przywódcy Francji, Niemiec i Włoch wspólnie odwiedzili Ukrainę, próbując przedstawić jednolity europejski front w sprawie wojny rosyjsko-ukraińskiej. Jednodniowa wizyta była bogata w formie, ale uboga w treść: jedność europejska pozostaje iluzją.

Kiedy rosyjski prezydent Władimir Putin rozpoczął inwazję na Ukrainę 24 lutego, Unia Europejska odpowiedziała następnego dnia pakietem bezprecedensowych sankcji gospodarczych mających na celu izolację Rosji.

UE, chwalona za okazanie „determinacji, jedności i szybkości” w odpowiedzi na działania Putina, stanęła w obliczu przemian, dzięki którym będzie odgrywać rolę „geostrategicznego aktora” na scenie globalnej. Jeden z obserwatorów stwierdził, że UE stała się „głównym geopolitycznym protagonistą” i że Europa „odkryła, że jest supermocarstwem”.

21 marca, niecały miesiąc po inwazji Rosji na Ukrainę, europejscy urzędnicy ogłosili ambitny plan osiągnięcia przez UE „strategicznej autonomii”, mający na celu zrównanie liczącego 27 państw bloku z Chinami i Stanami Zjednoczonymi. Jego oczywistym celem było umożliwienie „suwerennej” UE działania niezależnie od Stanów Zjednoczonych i Organizacji Traktatu Północnoatlantyckiego (NATO) w sprawach obrony i bezpieczeństwa. Ten plan jest teraz w rozsypce.

W miarę jak wojna się przeciągała, jedność europejska załamywała się, a wysiłki zmierzające do przekształcenia Unii Europejskiej w europejskie superpaństwo — Stany Zjednoczone Europy — okazały się być tym, czym są: złudzeniami wielkości.

Największe państwa członkowskie UE — Francja i Niemcy — starały się uspokoić Putina kosztem suwerenności Ukrainy. Prezydent Francji Emmanuel Macron, największy zwolennik europejskiej autonomii strategicznej, twierdzi, że Putin nie powinien być „upokarzany”, a nawet wezwał Ukrainę do ustępstw terytorialnych, aby pomóc rosyjskiemu dyktatorowi zachować twarz.

Tymczasem premier Niemiec Olaf Scholz z niejasnych powodów uparcie odmawia dostarczenia Ukrainie broni, której ona potrzebuje do obrony przed rosyjską agresją.

Niemiecko-francuska uległość rozwścieczyła większość członków UE i NATO z Europy Środkowej i Wschodniej. Słusznie obawiają się oni, że jeśli imperialne ambicje Putina nie zostaną na Ukrainie powstrzymane, to one będą następnym celem.

Rosyjski odwet i niejednomyślna reakcja UE spowodowały wyraźną zmianę w układzie sił bloku w kwestiach bezpieczeństwa. Francja i Niemcy od dawna przypisują sobie faktyczne przywództwo w UE — i oczekują, że inne państwa członkowskie dostosują się do nich. Niepowodzenie Paryża i Berlina w tym względzie w obliczu agresji Putina stworzyło próżnię przywódczą UE, którą wypełniły Polska, kraje bałtyckie i inne dawne kraje komunistyczne. Powrót do przedwojennego status quo wydaje się mało prawdopodobny.

Inwazja Putina na Ukrainę podkreśliła niezbędność Stanów Zjednoczonych i NATO dla europejskiej obrony i bezpieczeństwa. Francja i Niemcy, nie broniąc najbardziej podstawowych wartości zachodnich, podważyły swoją wiarygodność i zaufanie. Można oczekiwać, że inne państwa członkowskie UE będą zdecydowanie sprzeciwiać się wszelkim wysiłkom na rzecz rozwoju niezależnego europejskiego potencjału wojskowego, który podważa sojusz transatlantycki.

Poniżanie Putina

W szczególności Macron i Scholz wielokrotnie starali się przypodobać Putinowi. Obaj na przykład odbyli liczne indywidualne rozmowy telefoniczne z rosyjskim przywódcą – rozmowy, które inne państwa członkowskie UE skrytykowały jako kontrproduktywne, ponieważ takie rozmowy mogą przekonać Putina, że może zakończyć tę wojnę na własnych warunkach. Po jednym takim telefonie 13 maja Scholz wezwał do zawieszenia broni na Ukrainie, ale nie zażądał, aby Rosja natychmiast wycofała wszystkie swoje wojska z terytorium Ukrainy.

Według niemieckiej gazety Welt am Sonntag Niemcy, mimo wielokrotnych obietnic, nadal nie przekazały Ukrainie ani jednej sztuki ciężkiej broni. Niektórzy mówią, że Scholz gra na zwłokę. Niemiecki magazyn informacyjny Der Spiegel doniósł niedawno, że Scholz odmawia wypowiedzenia słów „Ukraina musi wygrać”, ponieważ uważa, że Ukraina nie może odnieść zwycięstwa.

Inni uważają, że niemiecki kanclerz czeka na zakończenie wojny, aby niemiecki przemysł mógł wznowić współpracę z Rosją. Zdaniem wszystkich ekspertów politycznych, rozterka Scholza, niezależnie od motywacji, poważnie nadszarpnęła wiarygodność Niemiec. Scholz wydaje się niezdolny lub niechętny do przyznania, po lekcjach brytyjskiego ułagodzenia Adolfa Hitlera w latach 30. XX wieku, że jeśli Putin wygra na Ukrainie, może skierować swój wzrok na Europę.

Tymczasem Macron uparcie trzymał się koncepcji przekształcenia UE w suwerenne superpaństwo. Podczas przemówienia w Parlamencie Europejskim 9 maja francuski prezydent wezwał do zbudowania „silniejszej i bardziej suwerennej Europy”, która może stać się „panem własnego losu”. Dodał, że wojna na Ukrainie „nie może odwracać naszej uwagi od tego programu”.

Macron, który udzielał Ukrainie wsparcia militarnego, ostrzegał też przed upokarzaniem Putina i wzywał do porozumienia z Rosją „w celu zbudowania nowej równowagi bezpieczeństwa” w Europie. Zostało to szeroko zinterpretowane jako wezwanie Ukrainy do ustępstw terytorialnych wobec Putina.

3 czerwca Macron powtórzył swoje ostrzeżenie o upokorzeniu Putina. W rozmowie z francuskimi mediami powiedział:

„Nie wolno nam upokarzać Rosji, tak aby po zakończeniu walk dojść do porozumienia kanałami dyplomatycznymi. Jestem przekonany, że rolą Francji jest bycie siłą pośredniczącą”.

Minister spraw zagranicznych Ukrainy Dmytro Kuleba odpowiedział:

„Wezwania do uniknięcia upokorzenia Rosji mogą tylko upokorzyć Francję. Wszyscy lepiej skoncentrujmy się na tym, jak powstrzymać Rosję. To przyniesie pokój i ocali życie wielu ludziom”.

Prezydent Polski Andrzej Duda w rozmowie z niemiecką gazetą Bild powiedział, że rozmowy telefoniczne z Putinem przypominały rozmowy z Adolfem Hitlerem:

„Jestem zdumiony wszystkimi rozmowami, które w tej chwili prowadzą z Putinem Kanclerz Scholz i prezydent Emmanuel Macron. Te rozmowy są bezużyteczne. Co oni robią? Legitymują jedynie osobę odpowiedzialną za zbrodnie popełnione przez armię rosyjską na Ukrainie. Władimir Putin odpowiada za to. Podjął decyzję o wysłaniu tam wojsk. Dowódcy są mu podporządkowani. Czy ktoś tak rozmawiał z Adolfem Hitlerem podczas II wojny światowej? Czy ktoś powiedział, że Adolf Hitler musiał ratować twarz? Że powinniśmy postępować w taki sposób, aby nie upokarzało to Adolfa Hitlera?”

John Chipman, szef londyńskiego Międzynarodowego Instytutu Studiów Strategicznych, napisał na Twitterze:

Koniec francuskiej wyjątkowości. Kiedy już uznasz, że jesteś mediatorem między dobrem a złem, dni świetności się skończyły.

„Ratowanie twarzy” jest słabym celem dyplomatycznym; Putin sam może wziąć osobistą odpowiedzialność za swoją twarz.

Upokorzenie: łagodna kara za zbrodnie wojenne.

Interesy narodowe

Niektórzy obserwatorzy spekulują, że obsesja Macrona na punkcie upokorzenia Putina wynika z błędnego zrozumienia traktatu wersalskiego z czerwca 1919 r., który oficjalnie zakończył I wojnę światową. Przez długi czas utrzymywał się pogląd, że warunki narzucone Niemcom były upokarzające i podsycały nastroje nacjonalistyczne i w końcu doprowadziły do wyniesienia Adolfa Hitlera do władzy i II wojny światowej, ale współcześni uczeni zakwestionowali tę narrację: mówią, że Traktat Wersalski nie był wystarczająco surowy dla Niemiec.

Inni podejrzewają, że Macron i Scholz szukają rozwiązania w formie nowego Kongresu Wiedeńskiego w XIX-wiecznym stylu, w którym Francja, Niemcy i Rosja zgadzają się podzielić Europę na strefy wpływów. Takie porozumienie przypuszczalnie przekształciłoby Ukrainę w państwo wasalne Rosji.

Jeszcze inni uważają, że Francja i Niemcy są przede wszystkim zainteresowane ochroną interesów narodowych i interesów finansowych w Rosji.

Niemiecki poseł do Parlamentu Europejskiego Reinhard Bütikofer zauważył:

„Ponieważ twardogłowi z Moskwy kwestionują, czy Europa ‘przetrwa’ obecny kryzys, prezydent Macron mówi: Nie wolno nam upokarzać Rosji. Macron wydaje się nie zdawać sobie sprawy z tego, że obrona Ukrainy przed rosyjską agresją polega również na obronie wspólnego bezpieczeństwa Europy. Putin chce czegoś więcej niż tylko zdominowania Ukrainy. Macron uważa, że interesy Francji są rozbieżne z interesami Europy Wschodniej i Środkowej”.

Komentarz Bütikofera dotyka sedna sprawy: interesy narodowe wciąż mają znaczenie. Jednym z mitów założycielskich UE jest to, że suwerenność narodowa jest koncepcją przestarzałą i że interesy narodowe 27 państw członkowskich UE można podporządkować nowemu „interesowi europejskiemu”. Wojna na Ukrainie i różne reakcje na nią dowiodły, że interesy narodowe są ważne i nadal będą takimi.

Premier Łotwy Krišjānis Kariņš w rozmowie z Politico przekonywał, że jedynym sposobem na osiągnięcie trwałego pokoju i bezpieczeństwa w Europie jest pokonanie Rosji w wojnie na Ukrainie:

„Trudność polega na tym, że niektórzy z moich kolegów mają błędne przekonanie… pokój za wszelką cenę. Pokój za wszelką cenę to to, co robiliśmy przez 20 lat w relacjach z Putinem. Pokój za wszelką cenę oznacza zwycięstwo Putina. We własnym interesie Niemiec, Francji, Włoch i wszystkich innych, jeśli naprawdę chcemy bezpieczeństwa w Europie, Rosja musi przegrać, w końcu musi zdać sobie sprawę, że nie może działać w ten sposób. I wspólnie możemy tego dokonać.”

Transatlantyckie układy

Tymczasem transatlantyzm cieszy się coraz większą popularnością. Nowe badanie przeprowadzone przez Globsec, think tank z siedzibą w Bratysławie, wykazało szerokie poparcie (79%) w dziewięciu krajach Europy Środkowo-Wschodniej (Bułgaria, Czechy, Węgry, Estonia, Łotwa, Litwa, Polska, Rumunia i Słowacja) dla NATO jako gwaranta bezpieczeństwa.

Badanie wykazało również znaczny wzrost postrzegania przez kraje Europy Środkowo-Wschodniej Stanów Zjednoczonych jako strategicznego partnera. Na przykład w Polsce takie postrzeganie wzrosło z 54 proc. w 2021 r. do 73 proc. w 2022 r. Z kolei postrzeganie Niemiec przez Polskę jako strategicznego partnera spadło z 48 proc. w 2021 r. do 27 proc. w 2022 r.

„Postrzeganie USA jako partnera strategicznego wzrosło o 10 punktów procentowych od 2021 r.” – czytamy w raporcie. „Waszyngton jest obecnie postrzegany jako kluczowy sojusznik w NATO przez 3/4 respondentów w regionie Europy Środkowo-Wschodniej”.

Niemiecki analityk Marcel Dirsus zauważył:

Bez amerykańskiego wsparcia już byłoby po Ukrainie. Kraje takie jak Niemcy i Francja jeszcze bardziej utrudniły europejską jedność, ponieważ nikt na wschód od Odry nie wierzy, że pomogą, gdy sprawy przybiorą niekorzystny obrót…

Co to za korzyść dla Polski czy Estonii, że Niemcy mają więcej czołgów, skoro ani one, ani Rosja nie wierzą, że Berlin byłby skłonny użyć ich do obrony Warszawy czy Tallina?

Bardzo wątpię, aby Europejczycy z Europy Środkowej, którzy już wcześniej byli sceptyczni co do europejskiej autonomii lub suwerenności, czy czegokolwiek innego, patrzyli na Macrona i Scholza i myśleli, że teraz nadszedł czas, aby bardziej polegać na Paryżu i Berlinie. Jeśli już, to wolą postawić na Amerykę.

Polski analityk Konrad Muzyka powiedział:

Ukraina pokazała, że Francja i Niemcy nie chcą zwiększać kosztów związanych z atakiem Rosji na Ukrainę. Paryż i Niemcy nie chcą tam wysyłać sprzętu, co więc sprawia, że ludzie myślą, że ich żołnierze zginą za Tallin, Wilno, Rygę czy Warszawę?

Amerykański ekspert ds. polityki zagranicznej Elliot Cohen podsumował:

Prezydent Macron nadal, przewrotnie, mówi o wyjściu z wojny, o wykorzystaniu europejskich gwarancji bezpieczeństwa dla Ukrainy. Dlaczego, u licha, jakikolwiek Ukrainiec myśli, że Francja lub Niemcy mogą lub zechcą walczyć w ich imieniu? To próżność, a nie cechy męża stanu w działaniu.

Retoryka kontra konkrety

16 czerwca Macron, Scholz i włoski premier Mario Draghi, wraz z prezydentem Rumunii Klausem Iohannisem, przybyli do stolicy Ukrainy, Kijowa, po raz pierwszy od początku wojny. Wizyta miała najwyraźniej na celu udowodnić, że nie ma czegoś takiego jak europejski rozłam i niepełne poparcie dla Ukrainy.

Przywódcy zapewnili, że UE nie zmusi Ukrainy do poddania się lub oddania terytorium w celu zakończenia wojny. „Ukraina wybierze taki pokój, jakiego pragnie” – powiedział Draghi. „Żadne rozwiązanie dyplomatyczne nie może być oddzielone od woli Kijowa, od tego, co uważa za akceptowalne dla jego narodu. Tylko w ten sposób możemy zbudować sprawiedliwy i trwały pokój”.

Prezydent Ukrainy Wołodymyr Zełenski został również zaproszony do udziału w szczycie G7, który odbędzie się w Niemczech w dniach 26-28 czerwca oraz szczycie NATO w Madrycie w dniach 29-30 czerwca.

Trzej przywódcy wyrazili poparcie dla nadania Ukrainie statusu kandydata do członkostwa w UE, ale Macron podkreślił, że takiemu statusowi będzie towarzyszyć „mapa drogowa”, która zawierałaby „warunki”. Wcześniej Macron, Scholz i Draghi stwierdzili, że kandydowanie Ukrainy może potrwać kilkadziesiąt lat.

Niemiecki poseł Norbert Röttgen skrytykował wyjazd Scholza na Ukrainę jako polityczną demonstrację:

Kanclerz Scholz wzbudził duże oczekiwania związane z wyjazdem na Ukrainę. Nie spełnił ich mówiąc „tak” dla członkostwa w UE i zaproszeniem na szczyt G7. Ukraina potrzebuje teraz szybkiej pomocy, jesteśmy jej to winni. Członkostwo w UE to kwestia dziesięcioleci .

Analityk europejski David Herszenhorn, pisząc dla Politico, zauważył:

Pomimo zachęcającej retoryki trio przywódców – reprezentujących największe, najbogatsze i najpotężniejsze kraje UE – nie ogłosiło żadnej konkretnej nowej pomocy wojskowej lub finansowej dla Ukrainy, która mogłaby przechylić szalę zwycięstwa na korzyść Kijowa.

Z kolei prezydent USA Joe Biden poinformował w środę o dodatkowym miliardzie dolarów wsparcia dla Ukrainy….

Podczas gdy Ukraina usilnie dąży do zdobycia statusu kandydata, samo jego przyznanie nie wskazuje na to, kiedy lub nawet czy Ukraina kiedykolwiek formalnie zostanie członkiem…

Wielu urzędników i dyplomatów UE powiedziało, że trudno sobie wyobrazić, że Ukraina dokona znacznego postępu w kierunku faktycznego członkostwa, dopóki nie przestanie być w stanie wojny, a Macron powiedział, że cały proces może potrwać dekadę lub dłużej.

Korespondenci Guy Chazan, Roman Olearchyk i Amy Kazmin, pisząc dla Financial Times, stwierdzili:

Prezydent Francji Emmanuel Macron, kanclerz Niemiec Olaf Scholz i premier Włoch Mario Draghi nie tylko ciepło wypowiadali się o Ukrainie – poparli również jej starania o przystąpienie do UE.

Ale kiedy euforia opadła, niektórzy Ukraińcy zaczęli zastanawiać się, czy wizyta trzech przywódców, do których dołączył również prezydent Rumunii Klaus Iohannis, oznaczała przerost formy nad treścią.

Andrij Melnyk, ambasador Ukrainy w Berlinie, podsumował tę ambiwalencję. Członkostwo Ukrainy w UE to daleka przyszłość, powiedział niemieckiej telewizji ZDF. „A teraz potrzebujemy przetrwania” – dodał. „I do tego potrzebujemy ciężkiej broni.”

Każdy, kto miał nadzieję, że wizyta ta skończy z tego typu retoryką, będzie rozczarowany. Jedyne nowe zobowiązanie wyszło od Macrona, który powiedział, że Francja dostarczy sześć dodatkowych haubic Cezar, oprócz 12, które już dała Ukrainie. …

Kwestia broni wciąż ciąży nad stosunkami między Ukrainą a jej sojusznikami. Prezydencki doradca Mychajło Podolak napisał na Twitterze na początku tego miesiąca, że Ukraina potrzebuje 1000 haubic, 300 wyrzutni rakiet, 500 czołgów, 2000 pojazdów opancerzonych i 1000 dronów, aby osiągnąć równowagę z Rosją i „zakończyć wojnę”. Sprzętu, który kraje zachodnie zobowiązały się do tej pory dostarczyć, jest zdecydowanie za mało.

Komentarz eksperta

Irlandzka analityczka Judy Dempsey w artykule German Ambiguity Is Deciding Ukraine’s Future – Niemiecka dwuznaczność decyduje o przyszłości Ukrainy opublikowanym przez brukselski think tank Carnegie Europe napisała, że zwlekanie Scholza związane z wysłaniem ciężkiej broni na Ukrainę zmniejsza szanse Kijowa na zachowanie suwerenności i że podważyło pozycję Niemiec w całej Europie:

Pozycja Scholza zdradza brak przywództwa, a wraz z nim brak przekonania i konsekwencji. Chodzi też o strach przed antagonizowaniem Kremla. Niemieckie elity polityczne, które wyrosły w czasie zimnej wojny, nie chcą rezygnować ze swojego szczególnego biznesu i politycznych powiązań z Moskwą, nadal niechętnie akceptują działania rosyjskie w Gruzji, Syrii, Białorusi, a teraz na Ukrainie.

Te działania dotyczą tego, że Rosja aspiruje do przekształcenia europejskiego porządku postzimnowojennego. Im dłużej Scholz będzie kontynuował swoją niejednoznaczną postawę wobec Ukrainy, tym większe prawdopodobieństwo, że Putin wykorzysta kanclerza Niemiec i prezydenta Francji Emmanuela Macrona, by skłonić Ukrainę do kompromisu i ostatecznie zmienić europejską architekturę bezpieczeństwa.

W praktyce miałoby to katastrofalne konsekwencje dla relacji transatlantyckich, które Putin od dawna stara się osłabić. Podzieliło by to Europę. Polska i kraje bałtyckie są obecnie głęboko nieufne w stosunku do relacji Francji i Niemiec z Putinem. Uważają, że Paryż i Berlin nie traktują poważnie rosyjskiego programu imperialistycznego.

Poza Ukrainą dwuznaczna postawa Scholza szkodzi całej Europie. Putin nie zawaha się wykorzystać jej zarówno militarnie jak i politycznie.

Były szef MI6, John Sawers, w artykule Macron gra w ryzykowną grę na Ukrainie – opublikowanym przez Financial Times, ostrzegł, że naleganie francuskiego prezydenta, by nie upokarzać Putina, może doprowadzić do przedwczesnego zawieszenia broni, które utrwali rosyjskie zdobycze:

Zachód ma dwa cele w wojnie na Ukrainie: utrzymanie suwerenności Ukrainy i powstrzymanie Rosji przed podobnymi atakami na kraje europejskie w przyszłości.

Jednak walki w regionie Donbasu są wyniszczające i stąd tendencje do wspierania każdego posunięcia, które prowadziłoby do ich zakończenia. Nic dziwnego, że pojawiły się apele o jak najszybszą inicjatywę pokojową, podczas gdy prezydent Francji Emmanuel Macron powiedział, że ważne jest to, by nie „upokarzać” Rosji z powodu jej inwazji – uwaga, która wywołała chłodną reakcję szefa sztabu ukraińskiego prezydenta Wołodymyra Zełenskiego.

Problem polega na tym, że zawieszenie broni w tym momencie utrwaliło by rosyjskie zdobycze wojskowe w terenie. Nie ma powodu, by sądzić, że Władimir Putin zgodziłby się na wycofanie…

Jeżeli kolejna ekipa europejskiej dyplomacji ustąpi Rosji po raz kolejny w kwestii militarnych zdobyczy na Ukrainie, wtedy Putin odzyska siłę polityczną w kraju i poczuje się upoważniony do rozpoczęcia nowych militarnych agresji w przyszłości. Ukraińcy chcą walczyć dalej i potrzebują naszego ciągłego wsparcia – zaawansowanej broni i coraz ostrzejszych sankcji wobec Rosji. To oznacza jeszcze kilka miesięcy wyniszczających walk. Ale przedwczesne zawieszenie broni pomoże Putinowi zakończyć ten konflikt zwycięsko. Żaden zachodni przywódca nie powinien być jego pomocnikiem.

Austriacki politolog Ralph Gert Schöllhammer w artykule Why Europe Hedges Its Support for Ukraine – Dlaczego Europa ogranicza swoje poparcie dla Ukrainy opublikowanym przez The Wall Street Journal twierdzi, że Paryż i Berlin obawiają się, że Ukraina w Unii może doprowadzić do konkurencyjnej osi Warszawa-Kijów:

Pomimo ponadnarodowych ambicji UE i jej najzagorzalszych zwolenników, w kalkulacjach politycznych państw członkowskich nadal dominują interesy narodowe. Dla Paryża i Berlina kryzys na Ukrainie to nie tylko kwestia bezpieczeństwa, ale również możliwość decydowania o przyszłym podziale władzy w UE.

Najbardziej prestiżowe stanowiska w UE zajmują politycy zachodnioeuropejscy, co odzwierciedla brak równowagi sił między Europą Wschodnią i Zachodnią, od pani von der Leyen (Niemcy) i prezes Europejskiego Banku Centralnego Christine Lagarde (Francja) po wysoką przedstawiciel Unii do spraw zagranicznych i polityki bezpieczeństwa Josep Borrell (Hiszpania) i przewodniczącego Rady Europejskiej Charles Michel (Belgia). Rządy Europy Wschodniej dały jasno do zrozumienia, że ten status quo jest dla nich coraz bardziej nie do zaakceptowania, a wojna na Ukrainie dała im dodatkową pewność, że to się zmieni.

UE jest zbudowana wokół Niemiec i Francji, a oba państwa zazdrośnie strzegą swojej pozycji jako ostatecznych decydentów w Europie. Politycy w obu krajach są świadomi, że Ukraina w Unii może prowadzić do konkurencyjnej osi Warszawa-Kijów, czego ani Francja ani Niemcy nie chcą. Ukraina jest politycznie i kulturowo bliżej Polski niż Niemcy, co oznacza, że siła Niemiec w UE może zostać znacznie zmniejszona i zastąpiona przez rosnące wpływy Europy Wschodniej.

Myśli te mogą wydawać się cyniczne w świetle heroicznej walki Ukrainy i jej mieszkańców, ale błędem byłoby sądzić, że polityka siły została zastąpiona powszechnie wyznawanymi ideałami.

Ekspert europejski Stefan Auer w eseju pt. Walka Ukrainy o wolność demaskuje suwerenną Europę jako iluzję – opublikowanym przez Financial Times, napisał, że Europejczycy z Europy Środkowej lepiej niż Francja czy Niemcy rozumieją związek między narodową niepodległością a bezpieczeństwem:

Wspólne oburzenie z powodu rosyjskiej inwazji na Ukrainę początkowo wzmocniło europejską jedność. Ale wyzwania, które wywołała wojna, wydają się wzmacniać rozłam w Europie. Państwa Europy Środkowej i Wschodniej, z godnym uwagi wyjątkiem Węgier, zdecydowanie popierają walkę Ukrainy o integralność terytorialną, podczas gdy Niemcy, Francja i Włochy szukają sposobów na zaakceptowanie postawy Rosji.

Dla UE nawrót do suwerenności państwowej jest nieoczekiwany. Integracja europejska rzekomo sprawiła, że państwa narodowe stały się coraz bardziej przestarzałe. Dialog, a nie groźby przemocy, utrzymałby pokój…

Zamiast wrogów, Europejczycy myśleli, że mają partnerów, konkurentów lub w najgorszym wypadku rywali. Rosyjska inwazja na Ukrainę wymusiła nagłą ponowną rewizję tego poglądu…

Kiedyś truizmem było, że Francja potrzebowała UE do ukrycia swojej słabości, podczas gdy Niemcy potrzebowały jej do ukrycia swojej siły. W odniesieniu do Rosji można argumentować, że Niemcy wykorzystują względną słabość UE, aby usprawiedliwić własną bezczynność…

Ale jeśli chodzi o pomoc Ukrainie w samej wojnie, to stolice narodowe, a nie Bruksela, mają znaczenie. To, czego chce Moskwa, a wielu zachodnich zwolenników Putina wydaje się gotowych zaakceptować, to podział Europy na strefy wpływów. Idea Grossraum wyartykułowana przez prawnika koronnego nazistowskich Niemiec, Carla Schmitta: teoria wielkich przestrzeni gospodarczych kontrolowanych przez wielkie mocarstwa….

Niemiecki kanclerz Olaf Scholz powtarza takie argumenty, kiedy deklaruje, że „Rosja nie może wygrać tej wojny”, zamiast jednoznacznie opowiedzieć się za zwycięstwem Ukrainy. Jest to tak logiczne, jak błędne. Tam, gdzie nie ma wrogów, nie może być zwycięzców.

Natomiast przywódcy Europy Środkowej i Wschodniej nie boją się łączyć języka wartości z polityką siły. Francuska i niemiecka wizja pokoju implikuje ukraińskie ustępstwa terytorialne. Takie pomysły są nieroztropne i nie zapewnią bezpieczeństwa ani Europie, ani Ukrainie. Nie wolno dążyć do suwerennej Europy kosztem suwerenności Ukrainy….

W rzeczywistości, aby Europa mogła być wolna, Ukraina musi wygrać tę decydującą bitwę naszych czasów. Przegranym będzie nie tylko Rosja Putina. Klęska rosyjskiego imperializmu powinna w końcu położyć kres francusko-niemieckim złudzeniom, bez względu na to, czy ich celem jest suwerenna czy post-narodowa Europa.

Niemiecki analityk Ulrich Speck w eseju Wojna ukraińska i odrodzenie NATO opublikowanym przez szwajcarską gazetę Neue Zürcher Zeitung stwierdził, że działania Macrona i Scholza scementowały NATO, a nie UE, jako podstawę europejskiego bezpieczeństwa:

Trzy wydarzenia uczyniły NATO ponownie głównym rozgrywającym.

Po pierwsze: otwarty atak Rosji na Ukrainę w lutym 2022 roku. Tym razem nie tylko mieszkańcy Europy Środkowo-Wschodniej, ale także mieszkańcy Europy Zachodniej i Ameryki Północnej byli zaszokowani naruszeniem wszelkich norm, na których opiera się europejski porządek pokojowy: otwarta, agresywna wojna i podbój z niezliczonymi okrucieństwami i zbrodniami wojennymi. Jest więc jasne, że Putin jest gotowy do realizacji swojego projektu nowego imperium rosyjskiego, nawet dużym kosztem. Jasne jest też, że jeśli odniesie sukces, prawdopodobnie nie zatrzyma się na Ukrainie.

Drugim powodem odrodzenia NATO jest to, że Stany Zjednoczone wypełniają swoją klasyczną rolę przywódczą w sojuszu zachodnim. Dla administracji Bidena odrodzenie sojuszy znajduje się w centrum polityki zagranicznej: ścisła współpraca z sojusznikami jest postrzegana jako decydująca przewaga nad Chinami i Rosją, co pozwala jej radzić sobie z autokratycznymi przeciwnikami z pozycji „siły”.

Trzecim powodem jest to, że przywódcy UE, Francja i Niemcy, bardzo zachowawczo zareagowali na atak Rosji na Ukrainę. Podczas gdy Stany Zjednoczone poczyniły zdecydowane postępy w dostawach broni i sankcjach, wspierane przez zdecydowanie działającą Wielką Brytanię, wydawało się, że Paryż i Berlin miały do końca nadzieję, że będą w stanie zmienić zdanie rosyjskiego prezydenta. Obaj są niechętni dostawom broni na Ukrainę i są bardziej skłonni do współpracy niż do konfrontacji w formie sankcji. Fakt, że Macron i Scholz od początku wojny nie byli w Kijowie, podkreśla ich chłodny stosunek do Ukrainy.

Z taką postawą Berlin i Paryż zdyskredytowali się w oczach Europy Środkowo-Wschodniej i Skandynawów jako wiarygodni partnerzy na wypadek rosyjskiego zagrożenia. Bardziej niż kiedykolwiek, w polityce bezpieczeństwa, Europa wschodnia i północna będzie polegać na Stanach Zjednoczonych i Wielkiej Brytanii – czyli na NATO.

Oznacza to, że nie ma alternatywy dla NATO – przynajmniej tak długo, jak Rosja zajmuje stanowisko rewizjonistyczne, nie szanuje granic i nie uznaje zmian w regionie po zakończeniu zimnej wojny. Lekcja z obecnych doświadczeń jest taka, że tylko Stany Zjednoczone są w stanie utrzymać Rosję w szachu. Narzędziem do tego pozostaje NATO, które nie przeżyło się, ale jest jeszcze ważniejszym instrumentem polityki bezpieczeństwa wolnego Zachodu, niż było nim przez dziesięciolecia.«

A więc wszystko jasne! Wszystko wskazuje na to, że dni unii są policzone, choć jej rozpad nastąpi jeszcze nie tak szybko. Jeszcze długo będzie spierać się „stara” unia z „nową” o to, jakie stanowisko zająć wobec Rosji. Do porozumienia oczywiście nie dojdzie.

Gdy czytam te opinie ekspertów, to się zastanawiam, czy to są eksperci czy „eksperci”? I dochodzę do wniosku, że chyba jednak eksperci, którzy nie mogą wszystkiego powiedzieć i są raczej od tego, by wszystko bardziej zagmatwać niż wyjaśnić. No bo jak wytłumaczyć fakt, że oni nie widzą słonia w składzie porcelany, to znaczy nie widzą, że dokonuje się największa po wojnie wędrówka ludów i miliony „uchodźców” wlewają się do Polski i od razu uzyskują oni prawa, które dają im przewagę nad miejscową ludnością. Ewenement na skalę światową, a oni o tym ani słowa. Nie widzą też oni tego, że ci „uchodźcy” przybywają z terenów nieobjętych wojną. W Polsce dokonuje się podmiana społeczeństw, kładzie się podwaliny pod nowe państwo. I tego też nie widzą. Jak więc w takiej sytuacji można rzetelnie opisywać zaistniałą sytuację i wyciągać logiczne wnioski? Nie można. To wszystko przecież nie dzieje się przypadkiem, to zostało zaplanowane znacznie wcześniej i jest konsekwentnie realizowane. A skoro tak, to czemuś to służy. Ktoś ma w tym jakiś cel.

W jakim celu zamykane są kopalnie węgla kamiennego w Polsce, podczas gdy w innych krajach trwa wydobycie? Chyba nie w celu zmniejszenia emisji dwutlenku węgla? Jeśli skojarzymy sobie fakt, że prawie wszystkie te kopalnie znajdują się na tzw. ziemiach poniemieckich, to jedynym sensownym wnioskiem będzie ten, że ziemie te za jakiś czas powrócą do Niemiec, co w praktyce będzie oznaczać likwidację jałtańskiego porządku w tej części Europy. Postawa Niemiec w tym rosyjsko-ukraińskim sporze nie jest przypadkowa. To one do spółki z Rosją będą wykreślać nową mapę Europy po tej wojnie.

Eksperci twierdzą, i nie tylko oni, że celem Putina, po zwycięstwie na Ukrainie, będzie podbój kolejnych państw w Europie. Jednak fakty tego nie potwierdzają. Początkowo Putin uderzył z trzech stron: z północy, wschodu i południa. Ofensywa z północy szła w kierunku Kijowa i wydawało się, że celem jest opanowanie połowy Ukrainy, tj. Ukrainy zadnieprzańskiej. Dziś wojska rosyjskie bronią tylko terenów wschodniej i południowej Ukrainy, łącznie z Krymem, a więc terenów, które nigdy Ukrainą nie były.

Piszą eksperci, że Niemcy i Francja obawiają się osi Kijów-Warszawa w przyszłej unii i stąd taki stosunek tych państw do pomocy Ukrainie. Trzeba być nieźle naćpanym, by uwierzyć w taką bzdurę. Niemcy, których ambicją zawsze, od zjednoczenia, było dominowanie nad Europą, ci Niemcy mieliby bać się państw, o jednym z których jeden z jego wysokich urzędników powiedział, że to państwo to ch…, d… i kamieni kupa. O drugim, upadłym, to nie warto nawet wspominać.

O co więc w tym wszystkim chodzi? Podział w unii jest widoczny: państwa starej unii, tworzące jej rdzeń, skłaniają się ku Rosji i bardzo dbają o to, by Putin nie stracił twarzy, bo Putin to taka delikatna i subtelna dziewczynka, która w razie niepowodzenia może się popłakać. W żadnym wypadku nie można do tego dopuścić.

Z kolei kraje nowej unii walczą o powstrzymanie imperialistycznych zapędów Putina, a więc o obronę demokracji. A jak obrona demokracji, to nie może w niej zabraknąć Stanów Zjednoczonych, które przecież na całym świecie poświęcają się temu szczytnemu celowi.

Ukraina nawet nie myśli o tym, by odstąpić Rosji część swego terytorium, a Rosja, niby już nie carska, ale wyznaje zasadę Denikina: Ani piędzi ziemi rosyjskiej w zamian za pomoc w walce z bolszewikami!

Tak więc Ukraina nie chce oddać ziemi, którą już nie włada. Rosja nie wycofa się z ziemi, którą zajęła. Francja i Niemcy nie odstąpią od dbania o kondycję psychiczną Putina, żeby przypadkiem nie popadł w depresję. Stany Zjednoczone nie odstąpią od obrony demokracji, bo to mają we krwi. Wydaje się, że sytuacja jest patowa.

Jest jednak rozwiązanie, które, moim zdaniem, zadowoli wszystkich i wszystkim pozwoli wyjść z twarzą z tego konfliktu. Jeśli Ukraina ma stracić ziemie, które i tak już do niej nie należą, to w zamian musi otrzymać jakąś rekompensatę. Czymś takim może być nowe państwo ukraińsko-polskie. Rosja na to zgodzi się. Niemcy też się zgodzą, pod warunkiem, że odzyskają swoje utracone po II wojnie światowej ziemie. Zapewne zgodzą się na to obywatele obu, zrujnowanych do tego czasu państw, bo likwidacja tych państw będzie oznaczała likwidację ich długów. Oczywiście będzie musiało być referendum, by ich obywatele mogli się wypowiedzieć w tak fundamentalnej dla nich kwestii. Na to zgodzą się również Amerykanie, bo demokracja ponad wszystko. I tak to się skończy, jak w bajce Krasickiego: „Gdy więc wszystkie sposoby ratunku upadły, wśród serdecznych przyjaciół psy zająca zjadły.” Tym zającem będzie oczywiście Polska, a właściwie Polacy.

Podstawowym celem tej wojny jest, w mojej opinii, likwidacja państwa polskiego, ale przy jej okazji realizuje się również inne ważne cele, z których najważniejszym jest spotęgowanie światowego kryzysu, który umożliwi osiągnięcie podstawowego celu globalistów (Żydów), czyli nowego porządku świata.

Viktor Orban

Na kanale internetowym „Powojnie” pojawił się krótki film zatytułowany Viktor Orban: początki politycznej kariery. W jaki sposób po raz pierwszy został premierem Węgier? Niby nic szczególnego, ale są w nim zdjęcia Orbana z okresu dzieciństwa i młodości. I właśnie te zdjęcia zwróciły moją uwagę, bo Orban, jak ktoś skomentował, wygląda na nich jak Żyd. Istotnie tak wygląda. A skoro tak, to pewnie jest Żydem. Pewne fakty z jego życiorysu zdają się to potwierdzać. Z tego filmu można m.in. dowiedzieć się, że:

„Urodził się w 1963 roku. Będąc nastolatkiem sympatyzował z organizacjami komunistycznymi. Na studiach był liberałem, zwolennikiem wyprowadzenia wojsk radzieckich z Węgier. W demokratycznych wyborach stał się konserwatystą i liderem prawicy. Rodzice Orbana byli protestantami. (Jednak Wikipedia podaje informację, że byli kalwinami, a więc najbliżej judaizmu. – przyp. W.L.) On sam podobno nie interesował się religią, co wiele lat później nie przeszkadzało mu odwoływać się do wartości chrześcijańskich.

Mając 14 lat związał się z komunistyczną organizacją młodzieżową. Potem twierdził, że był młody i naiwny. Po odbyciu dwuletniej służby wojskowej rozpoczął studia prawnicze w Budapeszcie. Po uzyskaniu dyplomu w 1987 przez dwa lata pracował tam jako socjolog w jednym z instytutów. 30 marca 1988 roku został współzałożycielem Związku Młodych Demokratów, czyli w skrócie Fideszu. Do partii należeli studenci o liberalnych poglądach sprzeciwiający się reżimowi.

Najważniejszym wydarzeniem w pierwszych latach politycznej działalności Orbana było przemówienie, które wygłosił 16 czerwca 1989 roku w Budapeszcie. Tego dnia oficjalnie pochowano bohaterów antykomunistycznego powstania w 1956 roku. W dniu pogrzebu rozpoczęła się wielka polityczna kariera Viktora Orbana, która trwa do dziś. Wówczas nieznany opozycyjny polityk wygłosił mowę, która stała się jednym z symboli upadającego komunizmu na Węgrzech. Domagał się jak najszybszego wycofania wojsk radzieckich oraz wolnych wyborów.

Viktor Orban stał się osobą, z którego zdaniem liczyło się węgierskie społeczeństwo. Zwrócił też na siebie uwagę reszty świata. Nie powinno więc dziwić, że latem 1989 roku wziął udział w obradach okrągłego stołu opozycji. On sam reprezentował Fidesz. Węgierscy opozycjoniści wystąpili zjednoczeni przeciwko Węgierskiej Socjalistycznej Partii Robotniczej i 18 września 1989 roku zawarli porozumienie dotyczące programu pokojowej transformacji ustrojowej. Kluczem do jej przeprowadzenia miały być demokratyczne wybory. Węgierska Socjalistyczna Partia Robotnicza rozwiązała się 7 października 1989 roku, przekształcając się w Węgierską Partię Socjalistyczną.

Orban miał wtedy 26 lat. Pod wrażeniem jego charyzmy i odwagi był słynny Węgier George Soros. Jego fundacja Społeczeństwa Otwartego zaproponowała mu stypendium w Wielkiej Brytanii. Orban propozycję przyjął. Przez kolejne 9 miesięcy studiował na naukach politycznych w Oksfordzie. Jego osobistym opiekunem w Anglii był polsko-brytyjski filozof Zbigniew Pełczyński były żołnierz Armii Krajowej. W styczniu 1990 roku Orban wrócił do ojczyzny. Chciał zostać parlamentarzystą pierwszego postkomunistycznego zgromadzenia narodowego.

Na początku transformacji sytuacja gospodarcza Węgier była bardzo trudna. Orban wykorzystywał te trudności, głosząc swoje liberalne poglądy. W jednym ze swoich wystąpień stwierdził, że wszystko, co można sprywatyzować, powinno być sprywatyzowane. Mówił też, że Europa środkowo-wschodnia, a zwłaszcza Węgry, mają przed sobą kilka ścieżek, którymi mogą podążać. Najgorsza to ta, co dziś może wydawać się dziwne, która prowadzi na wschód, czyli w kierunku Rosji. Poza tym wzywał do jak najszybszego wstąpienia do unii europejskiej oraz NATO. Z czasem jednak liberalne poglądy Orbana zaczęły się zmieniać. Od około 1992 roku coraz częściej bronił konserwatywnego Węgierskiego Forum Demokratycznego.

Zaczął też opowiadać się za zmianami w swojej partii. Żądał strukturalnej transformacji, która doprowadziłaby do wzmocnienia jego pozycji. Działania Orbana zniechęciły część polityków Fideszu. Niektórzy z nich opuścili partię i zdecydowali się poprzeć partie opozycyjne. 18 kwietnia 1993 roku Orban został pierwszym prezesem Fideszu, który przekształcił się z radykalnej studenckiej organizacji w centro-prawicową partię ludową.

W wyborach w 1994 roku Fidesz uzyskał niewiele ponad obowiązujący próg wyborczy, czyli ponad 5%. Pomimo porażki Orban pozostał na stanowisku prezesa partii. W rozmowach ze swoimi zwolennikami wybielał się, twierdząc, że pierwsze rządy państw Europy środkowo-wschodniej po upadku komunizmu niestety są skazane na porażkę w drugich demokratycznych wyborach, ponieważ nie otrzymują wsparcia ze strony Zachodu. Tym sposobem liberałowie nie zastąpili konserwatystów – powiedział w jednym z wywiadów. W 1994 roku Orban zapewniał, że żadnego prawicowego zwrotu Fideszu na pewno nie będzie.

W tym czasie socjaliści stworzyli koalicję z liberałami. Nowy rząd chciał ustabilizować sytuację w kraju. Głównym celem było zatrzymanie galopującej inflacji. Wprowadzono plan stabilizacyjny, który nazwano, od nazwiska ówczesnego ministra finansów, panem Bokrosa. Rząd przyspieszył prywatyzację. Trwała wyprzedaż majątku narodowego. Reformy, zamiast wyciągnąć kraj z kryzysu, doprowadziły do kolejnych protestów społecznych. Fidesz powoli odzyskiwał wyborców. Prawicowe poglądy zyskiwały coraz więcej sympatyków.

Wzrost poparcia dla stronnictwa Orbana odbywał się kosztem konserwatystów z Węgierskiego Forum Demokratycznego. Jego lider Józef Antal zmarł w grudniu 1993 roku. Prawa strona politycznej barykady potrzebowała nowego przywódcy. Kimś takim stał się Viktor Orban. W 1998 roku jego partia Fidesz wygrała wybory, a on został premierem.”

Jak wynika z przytoczonych w tym filmie informacji, transformacja ustrojowa w Polsce i na Węgrzech przebiegała według tego samego scenariusza, a więc została wyreżyserowana przez tych samych fachowców. Nawet mieli Węgrzy taki sam plan jak my, tylko nazwisko inne. Orban był zwolennikiem prywatyzowania wszystkiego, podobnie jak socjaliści i liberałowie. I tak samo jak w Polsce, prywatyzacja na Węgrzech była po prostu rozkradaniem majątku narodowego. W obu krajach obowiązywała ta sama żydowska zasada: Gazet kusy muter, co znaczy: grabić gojim jest dozwolone.

W przypadku Żydów bywa tak, że czasem zdjęcia z młodości lub z późnej starości uwydatniają żydowskie rysy twarzy. Nie zawsze tak bywa, a może nawet częściej tak nie bywa. Jednak w przypadku Orbana tak właśnie było. Znamienne jest również to, że stypendium w Anglii załatwił i sfinansował mu Soros. Ten sam, którego później wyrzucił z Węgier. Nie sądzę, by on sam na to wpadł. Może nawet sam Soros mu doradził. Cóż mogło go bardziej uwiarygodnić w oczach Węgrów i nie tylko ich, jak nie taka zdecydowana postawa wobec żydowskiego „filantropa”? Takim gestem pozyskał zapewne sympatię i zaufanie wielu wyborców.

Na obecną politykę Orbana w stosunku do unii europejskiej i Rosji wypada więc patrzeć przez pryzmat jego pochodzenia. I dopiero na tym tle widać, że nie jest to żadna niezależna polityka. Orban odgrywa rolę, jaką mu wyznaczyli jego nieznani przełożeni. Zresztą nie tylko on. A polityka ta jest niezwykle wyrafinowana i wielowątkowa. Rabin poseł Thon w artykule zatytułowanym Do historii polityki żydowskiej tak o niej pisał w „Hajnt” z 24 października 1930 roku:

„Jest głupio myśleć, że dopiero w naszych czasach narodziła się żydowska polityka i że nasi przodkowie o takich wysokich sztukach nie mieli pojęcia. Czy się nie wie, że już w czasach naszych mędrców, którzy kierowali żydowską polityką przeciw okropnemu Rzymowi, jedną z metod walki była demonstracja ludowa, było zawsze wygrywanie różnych sił politycznych w kraju przeciw sobie? Panującego przeciw stanom, kościoła przeciw panującemu itd. Był to niesłychanie powikłany systemat akcji politycznych, o których my dzisiaj nie możemy mieć nawet jasnego pojęcia.”

Jakieś mam takie przekonanie, graniczące z pewnością, że ten niesłychanie powikłany systemat akcji politycznych ma zastosowanie na wojnie na Ukrainie.

Unia czy polexit?

W piątek 17 czerwca ukazał się na Interii artykuł Piotra Zaremby Czy PiS wahnie się w kierunku polexitu? (https://wydarzenia.interia.pl/felietony/news-czy-pis-sie-wahnie-w-kierunku-polexitu,nId,6098570). Nie wiem, dlaczego autor użył słowa „wahnąć się”. Słowo „wahać się” oznacza ‘kołysać się, poruszać się ruchem wahadłowym’: „Furtka wahała się w prawo i w lewo.” Prosto i precyzyjnie byłoby: Czy PiS zdecyduje się na polexit? Po co więc taki zabieg? Najwyraźniej Zaremba, zresztą nie tylko on, chce upodobnić język polski do ukraińskiego, by nie raził on tak Ukraińców, bo ukraiński jest językiem ludowym, a polski jest językiem literackim. Taras Szewczenko, ich wieszcz narodowy, pisał wiersze po ukraińsku, ale prozą pisał po rosyjsku. Chyba nie bez przyczyny.

Zaremba pisze w swoim artykule m.in. tak:

»Opozycja zawsze wmawiała prawicy zamiar zerwania z Unią. Teraz być może ten scenariusz zaczyna się spełniać. Jeśli rozwiązaniem alternatywnym ma być federalna Europa.

“Wprawdzie opuszczenie UE nie jest dziś realne, ale trzeba robić wszystko, by przygotować Polaków do tego rozwiązania, chyba że głęboka reforma umożliwi powrót do realnej europejskiej wspólnoty” – to pointa felietonu Bronisława Wildsteina w ostatnim tygodniku “Sieci”.

Wcześniej publicysta opisuje Unię jako “twór zdegenerowany i oligarchiczny”. Tytuł tekstu “Wizyta namiestnika” odnosi się do pojawienia się w Polsce szefowej Komisji Europejskiej Ursuli von der Leyen, przywożącej i zarazem nie przywożącej nam pieniądze na Krajowy Plan Odbudowy. Felieton krytykuje mocno rząd Morawieckiego za wdanie się w targi z unijną biurokracją. Jest w nim żal do prezydenta i premiera, że traktują besztanie Polski przez von der Leyen za coś oczywistego.

Podobne tony brzmią w obszernym tekście Rafała Ziemkiewicza w “Do Rzeczy”. Ten z kolei zaczyna tak: “Rząd PiS dokonał zdumiewającej wolty zaprzeczając wszystkiemu, co głosił i w imię czego jego wyborcy wybaczają od lat oczywiste niedostatki sanacyjnego modelu sprawowania władzy. Krajowy Plan Odbudowy to kapitulacja!”. Tytuł tekstu jest jeszcze bardziej dosadny: “Wyprzedaż niepodległości”.

Tekst Ziemkiewicz zmierza do wykazania, że związek Polski z Unią prowadzi donikąd. Rzecz w tym, że ten autor, niesłusznie opisywany jako związany z PiS, stawiał sprawę wyjścia z UE na porządku dziennym już wielokrotnie. Tymczasem Wildstein owszem, krytykował unijne mechanizmy i kibicował rządowi, ilekroć ten okazywał asertywność. Ale mam wrażenie, że wezwanie do przygotowywania polexitu pojawiło się u niego po raz pierwszy. Brak w tym konkretnego scenariusza.  A jednak… Czy to coś znaczy?

Jest jasne, że na wezwaniach do wojowniczości wobec UE kapitał polityczny zbijał w świecie polityki Zbigniew Ziobro. Teraz spiera się z premierem, na co w istocie godził się polski rząd, a o czym ministrowie dowiedzieli się później. Skądinąd nie posuwa się aż tak daleko jak Ziemkiewicz i Wildstein. Za to znamienny jest swoisty bunt Marka Suskiego.

Ten nie ukrywa swojej krytyki kamieni milowych, które poznał dopiero teraz. Ma pretensje, że Unia chce w tych kilkuset warunkach decydować o wszystkim: od nowych podatków po zmiany w sejmowym regulaminie. Używa bardzo mocnego języka porównując Unię do Stalina. Suski nie jest zbyt poważany, ale przecież to mainstreamowy pisowiec, wypełniający zwykle bez szemrania wolę prezesa Kaczyńskiego. Czy tak jest w tym przypadku i czemu miałyby te jego sprzeciwy służyć? I co na to szeregowi posłowie i działacze PiS?

Obrazowo pułapkę w jaką wpadł rząd i PiS opisuje nie tylko Ziemkiewicz, ale i (w “Sieciach”) Jan Rokita, ten skądinąd bez tak radykalnych konkluzji. Uzyskanie środków na KPO miało być sukcesem Morawieckiego. Ale do tej pory mówiono głównie o zatrzymaniu zmian w sądownictwie. Teraz pojawiła się cała lista warunków, w tym tak szokujących jak podwyższenie wieku emerytalnego. Przecież Zjednoczona Prawica ogłosiła cofnięcie tej innowacji rządu PO-PSL za swój główny sukces.

Na dokładkę Rokita zwraca uwagę na niejasny mechanizm. W istocie Komisja Europejska może pod dowolnym pretekstem w każdej chwili wstrzymać napływ tych środków. To da natychmiast euroentuzjastycznej opozycji okazję do oskarżeń. Opozycji, która (ma się rozumieć poza Konfederacją) z kolei samą dyskusję z warunkami Unii uważa za bluźnierstwo.

Do tej pory wstrzymywanie pieniędzy było czymś wyjątkowym. Teraz  sama groźba finansowych blokad ma służyć wymuszaniu określonej polityki. Czy tylko dlatego, jak powiedział w Polsacie Ignacy Morawski z “Pulsu Biznesu”, aby przekonać wyborców z krajów bogatszych takich jak Holandia czy Niemcy, że warto takich transferów dokonywać? A może jednak w imię federalistycznego projektu, który zacznie się realizować bez zmiany unijnych traktatów?

To z kolei postawi przed polską prawicą pytanie o granice zgody na to. Będzie też po części spór o samą treść polityki, jak w przypadku owych “represji” wobec diesli. Przecież Parlament Europejski już obwieścił, że życzy sobie aby do roku 2035 zastąpił je napęd elektryczny. “KPO wygeneruje ogromne obciążenie dla gospodarki, a zarazem obniżenie poziomu życia, z takim trudem osiągniętego po roku 1989” – pisze Ziemkiewicz. Zapewne nie dotyczy to każdego z kamieni milowych. Ale jesteśmy na dyskusję o tym skazani. Sama rewolucja energetyczna oznacza potężne koszty społeczne.

Wiemy, że przygniatająca część polskiego elektoratu była zawsze za Unią, jako ogólną zasadą. Ale ostatnio badań takich nie przeprowadzano. Nie pytano tym bardziej Polaków o kamienie milowe. Dochodzi do tego nasza ocena elit europejskich w kontekście wojny Rosji z Ukrainą. Wyraźnie pogłębia się różnica zdań między częścią państw naszego regionu i Zachodem. Wizyta Scholza i Macrona w Kijowie tylko chwilowo ją klajstruje.  Czy istotnie “wartości europejskie” brzmią dziś równie przekonująco jak powiedzmy przed rokiem?

Może więc jest miejsce na nowe trendy, na trwalszą zmianę po prawej stronie? Może wystąpienie Suskiego to rodzaj buntu, a może Kaczyński sonduje poprzez niego opinię publiczną? Na razie zachowując możliwość gry na kilku fortepianach.

Na koniec moja krótka refleksja. To jest kwadratura koła. Rozumiem argument ministra Schreibera, który tak skomentował kamienie milowe: “albo droga z Europą i wolnym światem, albo współpraca z Rosją”. To była przez laty także moja racja. Na ile jest nadal? Nie chcę federalnej Europy. Potrzeba nowych bilansów i obrachunków.« 

A więc grupa znanych dziennikarzy i polityków mówi otwartym tekstem o możliwości wyjścia Polski z unii. Na razie są to niby sugestie, propozycje na wypadek, gdyby władze unijne, według tychże dziennikarzy i polityków, upierały się przy swoim stanowisku i dążyły do przekształcenia unii w federację. A takim wypadku oni wszyscy, choć nie wprost, sugerują, że wyjście z unii byłoby najlepszym rozwiązaniem. A wprost, to konkluduje autor cytowanego artykułu: „Potrzeba nowych bilansów i obrachunków.”

No cóż! Na takie dictum wypada zacząć od podstaw. Jest takie angielskie przysłowie First things first, czyli najpierw rzeczy podstawowe. Czym jest zatem unia? Wikipedia tak opisuje unię europejską:

„Unia Europejska posiada cechy:

  • organizacji międzynarodowej
  • konfederacji
  • państwa federalnego

Wśród teoretyków prawa, politologii i stosunków międzynarodowych trwa spór, za co dokładnie można uznać unię. Federaliści doszukują się w niej państwa federalnego lub konfederacji. Zwolennicy Europy ojczyzn wykazują, że fundament stanowi jedynie współpraca między państwami, co determinuje istnienie organizacji międzynarodowej. Ścierają się odrębne wizje poszczególnych państw członkowskich, jak i doktryn politycznych.”

Jednym słowem: ni pies, ni wydra, coś na kształt świdra. Nawet wiem, kto wymyślił takiego potworka. Skoro nie wiadomo, czym jest unia, to dlaczego ci „polscy” politycy i dziennikarze tak ostentacyjnie wyrażają swój sprzeciw wobec polityki władz unijnych? I znowu wypada zacząć od definicji.

Konfederacja państw – związek państw oparty na umowie międzynarodowej w celu prowadzenia wspólnej polityki zagranicznej. Z reguły nie ma scentralizowanej władzy. Państwa tworzące konfederację pozostają suwerennymi podmiotami prawa międzynarodowego.

Federacja – inaczej państwo związkowe, państwo federalne – państwo składające się z części obdarzonych autonomią (stanów, krajów związkowych, prowincji, kantonów lub emiratów), ale posiadających wspólny (federalny) rząd.

Czym jest więc unia? Konfederacją czy federacją? Jednym i drugim. A czym bardziej? Wspólna polityka zagraniczna wychodzi ostatnio unii słabo. A czy unia ma wspólny dla wszystkich państw rząd? Ma, jest nim komisja europejska. Polskie prawo w 80 lub nawet 90% jest prawem unijnym. Również finanse unijne stanowią pokaźne źródło finansowania polskiej gospodarki. A zatem unia jest bardziej federacją niż konfederacją.

Proces unifikowania prawa i stopniowego przekazywania kompetencji poszczególnych rządów na rzecz komisji europejskiej, nie jest procesem, który zaczął się wczoraj. Trwa on od samego początku istnienia unii i wszyscy politycy o tym dobrze wiedzieli i wiedzą. Wyrazy oburzenia czy niezadowolenia są podszyte fałszem. Nie o to im chodzi, by reformować unię, tylko o to, by mieć pretekst do podjęcia działań, zmierzających do wyjścia z niej. Nie przypadkiem słowo „polexit” pojawiło się wkrótce po wyjściu Wielkiej Brytanii z unii. Jak widać polityka polska jest zawsze zgodna z angielską, zawsze, wbrew zdrowemu rozsądkowi, semper fidelis. Tak to wygląda z naszego punktu widzenia, ale nie z punktu widzenia Żydów rządzących Polską.

Wyjście Polski z unii jest niezbędne do stworzenia państwa polsko-ukraińskiego, czyli do likwidacji państwa polskiego. Zaczęło się więc powolnie przygotowywanie polskiego społeczeństwa, oswajanie go z opinią, że unia europejska, ze swoimi dążeniami do tworzenia federacji, stanowi zagrożenie dla polskiej niepodległości, której zresztą Polska już dawno nie ma, bo zrzekła się jej na rzecz unii. Natomiast nowa propozycja, o której niektórzy już napomykają, wcale nie gwarantuje jej odzyskania. Wprost przeciwnie. Jest to propozycja typu: zamienił stryjek siekierkę na kijek. Tak jednak postanowili wielcy tego świata, a ci, którzy im służą, muszą teraz przekonać maluczkich, że tak będzie dla nich lepiej. Często są to ci sami, którzy 20 lat temu przekonywali nas do tej unii.

Dlaczego tak jest, że Polska nie może być państwem o stałych granicach, że ciągle jej ludność miesza się z innymi nacjami, że ciągle trwają jakieś wędrówki ludów z zachodu na wschód i odwrotnie? Czy jest drugie takie państwo na świecie, które od wieków doświadcza czegoś takiego? Drugi tak wymieszany naród? Jedno jest pewne. W takim miejscu jedna nacja czuje się jak ryba w wodzie.

Wojna na lata?

Wojna na Ukrainie nie skończy się szybko. Być może na początku tego konfliktu nie było jeszcze powodu, by uważać, że będzie on długotrwały, ale dziś nie ma już chyba wątpliwości, że tak będzie. Potwierdzają to sami politycy.

Na portalu ZeroHedge ukazał się w dniu 14 czerwca artykuł Pentagon: US Will Arm Ukraine For Years To Come – Pentagon: USA zbroją Ukrainę na wiele lat (https://www.zerohedge.com/military/pentagon-us-will-arm-ukraine-years-come).

»W poniedziałek zastępca sekretarza obrony Kathleen Hicks powiedziała, że przywódcy Pentagonu wierzą, że Ukraina przetrwa inwazję Rosji i że Stany Zjednoczone przygotowują się do dozbrajania tego kraju w nadchodzących latach.

„Myślę, że możemy dziś powiedzieć sobie, że będzie kraj zwany Ukrainą. Będzie to kraj suwerenny i ten kraj będzie miał wojsko, które będzie mogło go bronić” – powiedziała Hicks podczas szczytu Defense One Tech.

„A więc patrząc w przyszłość, zastanawiamy się, czego będą potrzebowali Ukraińcy, aby bronić się w dłuższej perspektywie” – dodała.

Do tej pory USA przeznaczyły około 54 miliardów dolarów na wojnę na Ukrainie, z czego większość zostanie wykorzystana na pomoc wojskową. Fundusze mają wystarczyć na rok podatkowy 2022, który dla rządu federalnego kończy się 30 września.

Ale Hicks powiedziała, że Pentagon chce wspierać Ukrainę w dłuższej perspektywie, w ciągu najbliższych pięciu, dziesięciu, a nawet dwudziestu lat.

„Na pewno zastanawiamy się nad tym, jak ma wyglądać taka pomoc. Biorąc pod uwagę całe nasze doświadczenie, które mamy, pomagamy, doradzamy i asystujemy… krajowi partnerskiemu, w tym przypadku Ukrainie. Myślę, że jesteśmy do tego dobrze przygotowani, podobnie jak wielu naszych sojuszników i przyjaciół, a teraz pracujemy razem, aby zdecydować, jakie jest najlepsze rozwiązanie” – powiedziała.

Następnie stwierdziła, że wsparcie dotyczyłoby nie tylko dostaw broni, obejmowałoby ono stałe programy szkoleniowe: „Zastanawiamy się, jaki rodzaj sprzętu będzie potrzebny, jakiego rodzaju długoterminowe szkolenia i pomoc wojskowa”, dodała.

Prezydent Ukrainy z pasją apeluje do sojuszników o wysyłanie broni i pomoc w ograniczeniu ofiar w trwającym oblężeniu Siewierodoniecka. Zełenski mówi, że ich liczba jest „po prostu przerażająca”.

Komentarze Hicks sygnalizują, że administracja Bidena nie planuje poprawy stosunków z Rosją, ponieważ jednym z głównych powodów inwazji Moskwy na Ukrainę był sojusz Kijowa z USA i NATO oraz wsparcie militarne, jakiego mocarstwa zachodnie zaczęły udzielać od 2014 roku.«

Ta wojna musi trwać. Bez niej wygenerowanie takiego kryzysu – jaki już jest, a będzie większy – nie było by możliwe. Nie było by też możliwe wywołanie takiej fali „uchodźców”, bez których nie mogło by być tworzone wspólne państwo polsko-ukraińskie. Ci politycy doskonale wiedzą, że ta wojna została wywołana sztucznie i sztucznie musi być podtrzymywana, by można było zrealizować wyznaczone cele. A na to trzeba czasu.

W dniu 15 czerwca pojawił się na tym samym portalu artykuł Pope Doubles Down On NATO-Ukraine Comments: Russian Invasion Was “Provoked” – Papież podtrzymuje swoją wcześniejszą wypowiedź w sprawie: NATO-Ukraina: rosyjska inwazja została „sprowokowana” (https://www.zerohedge.com/geopolitical/pope-doubles-down-ukraine-war-comments-russian-invasion-was-provoked).

»Papież Franciszek potwierdził swoje wcześniejsze kontrowersyjne oświadczenie sugerujące, że konflikt rosyjsko-ukraiński jest w dużej mierze winą NATO, twierdząc również, że „wojny tej nie można sprowadzić do konfliktu dobra i zła” – jak czytamy w nagłówku wywiadu z Watykanu.

W wypowiedziach opublikowanych we wtorek przez jezuicki magazyn La Civiltà Cattolica przywódcy rzymskokatoliccy oświadczyli, że rosyjska inwazja została „być może w jakiś sposób sprowokowana”, a jednocześnie po raz kolejny powiedzieli, że pojawiły się oznaki, że NATO „szczekało u bram Rosji” w okresie ją poprzedzającym.

Duchowny nadal potępiał to, co nazwał „bezwzględnością i okrucieństwem wojsk rosyjskich”, jednocześnie ostrzegał przed typową bajkową narracją konfliktu: „dobro kontra zło”.

Podobnie jak w przypadku jego pierwszych, podobnych w tonie komentarzy, wygłoszonych na początku maja, te ostatnie wypowiedzi wywołały oburzenie wśród zachodnich ekspertów, którzy wezwali do zwiększenia wsparcia militarnego dla Ukrainy kosztem dialogu z Moskwą w celu wynegocjowania ugody kończącej wojnę:

„Musimy odejść od retoryki Czerwonego Kapturka, w którym Czerwony Kapturek jest dobry, a wilk jest zły” – powiedział Franciszek. „Wyłania się coś globalnego, a siły do tego dążące są różnorakie i wzajemnie od siebie zależne.”

W tym właśnie wywiadzie nadał więcej treści swoim wypowiedziom z początku maja na temat wojny. Powiedział, że kilka miesięcy przed inwazją 24 lutego spotkał się z „mądrą” głową pewnego państwa – chociaż Franciszek nie wymienił nazwy tego państwa, ani nazwiska tej głowy:

„…mądry człowiek, który niewiele mówi, naprawdę bardzo mądry… Powiedział mi, że bardzo się martwi tym, jak działa NATO. Zapytałem go dlaczego, a on odpowiedział: „Szczekają u bram Rosji. Nie rozumieją, że Rosja to imperium i żadna obca siła nie powinna się do niego zbliżać i stwarzać bezpośredniego dla niego zagrożenia.

„Podsumował: Taka sytuacja może prowadzić do wojny. Taka była jego opinia. 24 lutego rozpoczęła się ta wojna. Ta głowa państwa potrafiła odczytywać oznaki tego, co się dzieje”.

Dodał: “Nie widzimy całego ogromu problemów, jakie generuje ta wojna, którą być może w jakiś sposób albo sprowokowano, albo której nie zapobieżono”.

Papież powtórzył również, że przemysł zbrojeniowy na Zachodzie czerpie korzyści z rozlewu krwi: „Dostrzegam również zainteresowanie testowaniem i sprzedażą broni. To bardzo smutne, ale ostatecznie o to chodzi” – powiedział.

Odmowa papieża Franciszka potępienia Putina staje się przedmiotem debaty w Kościele katolickim.

„Ktoś może mi w tym momencie zarzucić: ale jesteś zwolennikiem Putina! Nie, nie jestem. Powiedzenie czegoś takiego byłoby uproszczeniem i błędem. Po prostu jestem przeciwny sprowadzaniu złożonej sytuacji do prostego schematu dobrych i złych, nie biorąc pod uwagę interesów obu stron. Pomimo że jesteśmy świadkami bezwzględności i okrucieństwa rosyjskich żołnierzy, nie powinniśmy zapominać o problemach i starać się je rozwiązać – wyjaśnił.

Według Vatican News, papież dodatkowo zauważył, że poza wojną ukraińsko-rosyjską „świat jest w stanie wojny…

„W pewien sposób widzimy, co dzieje się teraz na Ukrainie, ponieważ jest nam bliżej i bardziej drażni naszą wrażliwość. Ale są też inne odległe kraje – pomyśl o niektórych częściach Afryki, północnej Nigerii, północnym Kongo – gdzie trwa wojna i nikogo to nie obchodzi. Pomyśl o Birmie i Rohingya (muzułmański lud w Birmie – przyp. W.L.). Świat jest w stanie wojny. Dziś, według mnie, została ogłoszona III wojna światowa.

Ostatnim razem, gdy zasugerował, że Zachód jest co najmniej w równym stopniu winny toczącej się wojny na Ukrainie, amerykańskie i zachodnie elity uruchomiły lawinę krytycznych opinii, sugerując, że w jakiś sposób liberalny papież Franciszek również został „zneutralizowany” przez Putina (jak na ironię oszczerstwo zazwyczaj zarezerwowane dla Trumpa lub ogólnie Republikanów).«

Na to, by konflikt mógł trwać i sprawiać wrażenie naturalnego, to nie może być tak, że wszyscy „huzia na Józia”, bo wtedy szybko skończyłby się. Ponieważ po stronie Ukrainy opowiedziały się wszystkie kraje NATO i unii, a Rosji nie potępia wiele krajów spoza Europy, to pewna równowaga jest zachowana. Niemniej jednak, żeby nie wyglądało tak, że cała Europa jest przeciwko Rosji, to papieżowi przydzielono rolę jej obrońcy, a przynajmniej obiektywnego arbitra tego konfliktu. W takim przypadku już nie cała Europa jednoznacznie potępia Putina. Papież, choć już dużo stracił ze swojego autorytetu, to nadal jest głową Kościoła katolickiego. Nie bez znaczenia jest również fakt, że w obu skłóconych krajach obowiązuje prawosławie, co automatycznie ustawia go w roli bezstronnego obserwatora.

Najlepsi na świecie reżyserzy wybrali scenę, czyli miejsce konfliktu, dobrali aktorów i przydzielili im odpowiednie role. I przedstawienie trwa albo jak śpiewał niegdyś utalentowany wokalista: the show must go on.

Eksperyment wołyński

Dla wielu ludzi to, co dzieje się obecnie w relacjach polsko-ukraińskich jest całkowicie niezrozumiałe, wprost nie do uwierzenia, że tak można faworyzować obcy naród kosztem swojego. Problem polega na tym, że to nie jest „swój naród”. Ludzie, którzy rządzą tym państwem i narodem nie są Polakami. To, że oni tak twierdzą, nie ma najmniejszego znaczenia. Gdyby oni byli Polakami, to nie postępowaliby tak. To jest tak oczywiste, że tu już niczego nie trzeba dodawać i dokonywać jakichś intelektualnych wygibasów dla usprawiedliwienia tej postawy. Kim oni zatem są? Zapewne Żydami, masonami, szabesgojami. Podobnie było w II RP, która po zamachu majowym stała się państwem całkowicie zdominowanym przez Żydów i masonów. I tylko w takim państwie mogło dojść do czegoś takiego jak eksperyment wołyński. Ewenement na skalę światową, jak sądzę. I ten eksperyment w konsekwencji doprowadził do rzezi wołyńskiej.

W internecie znalazłem kilka artykułów na temat tego eksperymentu. Wszystkie one są jednak tak napisane, by niby coś wyjaśnić, ale niczego nie wyjaśniają, wprost przeciwnie – zaciemniają obraz sytuacji. Dopiero artykuł Lucyny Kulińskiej, mówiąc wprost, wykłada kawę na ławę.

Kto zapomina historię powtarza ją. Refleksja nad polską polityką wschodnią – Lucyna Kulińska (https://patrznarece.pl/analizy/kto-zapomina-historie-powtarza-ja-refleksja-nad-polska-polityka-wschodnia-czesc-2/). Artykuł pochodzi ze strony internetowej Patrz Na Ręce.pl.

»Idea prometejska

Ruch prometejski był międzynarodówką antykomunistyczną, której celem było zniszczenie Związku Radzieckiego i przekształcenie jego republik w niepodległe państwa. Jednym z filarów realizacji idei prometejskiej była ścisła współpraca z byłymi przedstawicielami władz Ukraińskiej Republiki Ludowej z Petlurą na czele, a po jego śmierci, wprowadzenie w życie sojuszu polsko-ukraińskiego. Było ono rozumiane nie tylko jako współpraca polityczna, ale i wojskowa. Emigranci ukraińscy z URL zostali przyjęci gościnnie. Udzielono wszechstronnej pomocy Petlurze i jego rodzinie, wyasygnowano pomoc finansową dla przywódców ukraińskich i byłych urzędników z URL. 

Tymczasem ukraińscy emigranci wojskowi nie asymilowali się i nie włączali się w nurt polskiego życia społecznego. Nie uczyli dzieci języka polskiego – posyłali je jedynie do szkół ukraińskich, pracowali w instytucjach ukraińskich w zupełnym oderwaniu od spraw polskich. Ci, którzy przedostali się za sowiecką granicę z reguły ulegali przewerbowaniu. Taki stan przetrwał do roku 1939, a wraz z nim wiara, umacniana przez Polaków przez lata, że jedynym możliwym rozwiązaniem dla Ukraińców jest konflikt zbrojny – totalny i prowadzony do końca. Nadzieja, że dzięki polskiej pomocy emigracja ukraińska zrezygnuje z antypolskich dążeń w odniesieniu do województw południowo-wschodnich, a koncentrować się będzie jedynie na planach odbudowy państwa naddnieprzańskiego, nie sprawdziła się. 

Wojna pokazała to dobitnie. Ukraińska „rewolucja narodowa” w konsekwencji nie została skierowana przeciw Rosji, a została bez skrupułów wykorzystana przeciw Polsce. Obóz Piłsudskiego, nie rozstając się z ideami odbudowy państwa ukraińskiego za Zbruczem, nie przewidział jakże prostego faktu. Wspierając czynniki niemające w konfrontacji ze stalinowskim aparatem przemocy żadnych szans, wzmacniał wyłącznie siły, które przyczynią się później nie tylko do unicestwienia władztwa państwa polskiego nad województwami wschodnimi, ale w ogóle do fizycznego wyniszczenia ludności polskiej na tym terenie. 

Szkolenie Ukraińców w organizacjach paramilitarnych

Jednym z elementów tych działań było sponsorowane i wspierane przez władze paramilitarne szkolenie młodzieży ukraińskiej. Głównie w masowych organizacjach „Łuh” i „Sokił”. Tylko w legalnej organizacji „Łuh” przeszkolono wojskowo co najmniej 50 tysięcy młodych Ukraińców. Tajnym celem szkolenia było przygotowanie ukraińskiej młodzieży do „odwojowania” z rąk sowieckich Ukrainy Kijowskiej, tzw. Wielkiej Ukrainy.

Oficjalnie Towarzystwo Gimnastyczno-Pożarnicze, działając głównie na terenach Polski południowo-wschodniej „Łuh” posiadał w 1927 r. 627 oddziałów terenowych. Tymczasem, podobnie jak pozostałe, od początku był infiltrowany przez terrorystyczne UWO i OUN. Legalne organizacje młodzieżowe stały się więc kuźnią kadr antypolskich. Osłanianie ich przez władze państwowe tajnym parasolem ochronnym budzi grozę. Dokumenty i raporty KOP kierowane do władz zwierzchnich, dotyczące prawdziwego oblicza działalności ukraińskich organizacji młodzieżowych nie pozostawiają złudzeń, co do charakteru ich poczynań.

Skutkiem tego w Małopolsce Wschodniej wyszkolono za polskie pieniądze armię partyzancką zdolną do przekształcenia się w armię regularną i złożoną zarówno z emigrantów, jak i z młodzieży ukraińskiej. Nie chciała ona przepędzić, jak łudziły się władze, Rosjan z dalekiej Kijowszczyzny, ale Polaków z Lwowskiego, Tarnopolskiego i Stanisławowskiego. Zamiast oczekiwanych sojuszników przygotowano i wyćwiczono śmiertelnych wrogów, którzy kiedy przyszedł czas nie cofnęli się przed ludobójstwem polskich cywilów w imię budowy „Samostijnej Ukrainy”. Jest faktem, że wśród dowódców oddziałów mordujących Polaków w czasie II wojny światowej aż się roiło od owych wyszkolonych przez Polaków oficerów i podoficerów.

Wołyński eksperyment Henryka Józewskiego i jego skutki

Przez 11 lat Henryk Józewski, przyjaciel i protegowany Piłsudskiego był wojewodą wołyńskim. Zmarnował szansę, by to największe polskie województwo stało się bogatą i nowoczesną dzielnicą Polski. Była ona wieloetniczna, więc po 132 latach okupacji i wynaradawiania każdy wojewoda powinien przystąpić do jej jak najszybszego integrowania z resztą kraju. Tymczasem do niczego takiego nie doszło. Przeciwnie Józewski i jego petrulowcy współpracownicy zaczęli działać na rzecz zruszczenia i odłączenia tej dzielnicy od Rzeczpospolitej i to na koszt polskiego podatnika. 

Był to ewenement na skalę światową. Z ocalałych dokumentów wiemy, że w administracji Józewskiego nie zabrakowało ruso i ukrainofilów, z pochodzenia rdzennych Rosjan, o których lojalność do państwowości polskiej była wątpliwa. Byli to naczelnicy wydziałów, referenci bezpieczeństwa, prezes Urzędu Ziemskiego. Jak wykazały późniejsze dochodzenia, prawie wszyscy z nich byli podejrzewani o szpiegostwo! Zamiast asymilacji następowała więc dramatyczna ukrainizacja Wołynia. 

Większość znaczących towarzystw ukraińskich i Cerkiew dostały się pod wpływy nacjonalistów z OUN lub komunistów. Tworzone za polskie pieniądze Wołyńskie Ukraińskie Objednanje i jego rozliczne przybudówki: Proświtańskie Chaty, Ridne Chaty, chóry, teatry – wszystkie zostały wkrótce przez nich opanowane. W dziedzinie szkolnictwa i edukacji młodzieży też nastąpiło dramatyczne pogorszenie. Polacy musieli wręcz prosić o zgody na założenie polskiej szkoły. Polskie dzieci musiały przymusowo uczyć się języka ruskiego. Powołano trzy gimnazja ukraińskie: w Krzemieńcu, Łucku i Równem. W gimnazjach tych młodzież wychowywana była w duchu ukraińskiego szowinizmu. Dalszą edukację młodzież ta odbierała we Lwowie, skąd wracała na Wołyń przygotowana do samodzielnego zakładania terrorystycznych komórek. 

W tym samym czasie społeczeństwo polskie, w tym najbardziej propaństwowy element – osadnicy wojskowi – pozostawieni zostali samym sobie, ba, nawet oni poddawani ukrainizacji. Doszło do tego, że jeden z wołyńskich starostów mówiącemu do niego po polsku osadnikowi publicznie zwrócił uwagę „czemu ne howoryte do mene w ridnim jazyci?”. Aby zamaskować działalność ukrainizacyjną, ludzie Józewskiego urządzali pokazowe, reżyserowane, ale za to szumne obchody świąt i polskich rocznic narodowych. Był przypadek biskupa Polikarpa, wielkiego przyjaciela Józewskiego, który powitany z honorami podczas wizytacji kanonicznej oburzył się na polską komendę i polskie przemówienie, a o godle państwowym – Orle – wyraził się: „ten piweń (kogut) tu całkiem niepotrzebny!”. 

Podsumowując wojewoda Józewski zasłużył sobie rzetelnie na określenie: „grabarz polskości Wołynia”: 

  • za zniszczenie polskiego stanu posiadania
  • za wzmocnienie ukrainizmu przez likwidowanie polskiej własności drogą rozdziału ziemi polskiej wyłącznie między miejscową ludność ukraińską; 
  • za terroryzowanie polskiego społeczeństwa, rozbijanie jego spójności; 
  • za sprowadzanie z zagranicy (Niemiec, Czech) Ukraińców i obsadzanie nimi administracji przy równoczesnym usuwaniu ze stanowisk Polaków; 
  • za ukrainizowanie Cerkwi prawosławnej przez wprowadzenie do liturgii języka ukraińskiego w miejsce starosłowiańskiego; 
  • za zakładanie ukraińskich szkół; 
  • za założenie ukraińskiej partii politycznej „Wołyńskie Ukraińskie Objednanie” oraz całego szeregu innych organizacji którym przewodzili sprowadzeni z kijowszczyzny Ukraińcy. 

Procederu tego Józewski dopuszczał się przez kluczowych 11 lat!  Eksperyment wołyński był jednym z wielu przedsięwzięć władz sanacyjnych mających na celu zjednanie ludności ukraińskiej kolejnymi koncesjami, kosztem polskiego stanu posiadania. 

Te koncesje, zamiast lojalności ukraińskich mieszkańców państwa, przyniosły jedynie pogarszanie się stanu bezpieczeństwa w województwie i reszcie kraju. Zgodnie ze scenariuszem terrorystów kolejne zamachy i akty wrogości musiały wywoływać reakcję władz, a o to szowinistom ukraińskim chodziło.

Bolesny w konsekwencje brak wyobraźni

Dowodem tego jak dalece idea prometejska zaćmiła umysły części polskich elit może być cytat z artykułu pt.Realizm i prometeizmz roku 1938! Autor jego pisał: 

Obecny rozwój wydarzeń politycznych w Europie dowodzi, że prometeizm jest wyrazem największego realizmu politycznego. Przynajmniej nie znam żadnej koncepcji politycznej, która by tak logicznie łączyła potrzeby poszczególnych narodów z potrzebami gospodarczego i politycznego rozwoju całej Europy. Żadna koncepcja „równowagi” politycznej nie może dać tego, co może dać koncepcja prometejska, a mianowicie uwolnić Europę od koszmarnego przekonania, iż wojna jest nieunikniona, co zmusza państwa do ogromnych zbrojeń, mogących się skończyć naprawdę tylko wojną. Prometeizm był może jedynym terenem, gdzie nie było rozdźwięków między Polakami i Ukraińcami. Przeciw moskiewski front [].

Wstrząsający jest fakt, że kiedy pisano te słowa od lat w najlepsze szła hitlerowsko-ukraińska współpraca, która miała na zasadach V kolumny zapalić w razie wojny ogniem powstania całe wschodnie województwa Rzeczypospolitej.

Epilog 

Polityka prowadzona przez Piłsudskiego i jego współpracowników, choć być może teoretycznie uzasadniona, z czasem stawała się szkodliwa, a szczególnie zabójcza także dla polskiej ludności, która pozostała poza granicami Polski. Stalin wykorzystywał i bowiem zagraniczne działania polskich służb jako pretekst do rozprawienia się z Polakami. Oznaczało to w praktyce skupienie się na Sowietach z całkowitym niemal zlekceważeniem zagrożeń płynących ze strony Niemiec oraz terroryzmu skrajnych ukraińskich organizacji nacjonalistycznych. Jakby tego było mało, sugeruje, że kręgi skupione wokół Piłsudskiego świadomie rezygnowały co najmniej do roku 1928 z neutralizowania ukraińskiego szowinizmu, bo był przydatny do walki z komunizmem. Zakończyło się to ludobójstwem dokonanym przez Ukraińców w czasie II wojny światowej.

Dopiero gdy kolejna wojna pukała do wrót Rzeczpospolitej, a współpraca Niemców hitlerowskich z nacjonalistami ukraińskimi szła pełna parą, władze uzmysłowiły sobie nagle, że zaniechanie działań w kierunku unifikacji i polonizacji województw wschodnich prowadzi jedynie do ich utraty. Było już jednak za późno. Wszystkie szanse stwarzane przez państwo wykorzystali tak naprawdę tylko Ukraińcy.

Forsowany przez obóz Piłsudskiego prometeizm przetrwał w polityce polskiej do dziś i jest realizowany z konsekwencją. Trudno nie zauważyć analogii. Pomimo swej podstawowej nieprzystawalności do rzeczywistości, pomimo że w znacznym stopniu przyczynił się i może przyczynić się do wielu nieszczęść jakie spotkały i spotykają nasz kraj, okazał się na swój sposób niezniszczalny. W stosunkach Polski z ukraińskimi i białoruskimi sąsiadami nieustannie dochodzi do dramatycznego zderzenia dwóch mentalności i sposobów myślenia, które niestety stronę polską czynią bezbronną.

Polacy z natury prezentują w kontaktach z Ukraińcami dążność do porozumienia za każdą cenę. Takie podejście odbierane jest przez wschodniego sąsiada, jak dawniej jako słabość i wykorzystywane dla własnych celów. Kto zapomina historię – powtarza ją. Może warto o tym pamiętać?«

Ten artykuł w części faktograficznej, w porównaniu z innymi, jest bardzo dobry. Jednak interpretacja tych faktów i próba objaśnienia tego zjawiska, jakim był eksperyment wołyński, jest wysoce naiwna. Być może autorka nie chciała lub nie mogła napisać prawdy, bo pisanie o polskich elitach i ich błędach nie jest zbyt oryginalne. Przede wszystkim nie było i nie ma polskich elit politycznych i nie popełniały i nie popełniają one błędów. Wszystko było i jest zaplanowane i realizowane zgodnie z przyjętym wcześniej scenariuszem.

Wmawianie, że sojusz polsko-ukraiński może stanowić przeciwwagę dla Rosji jest wysoce infantylne i tylko ktoś bardzo naiwny może w to uwierzyć. Historia to wielokrotnie pokazała, że to nie działa. Rosja jest zbyt potężna dla dwóch takich państw. Prawdziwy cel jest zawsze ten sam – skłócanie Polaków z Ukraińcami, bo wtedy ani jedni, ani drudzy nie będą silni, zwłaszcza Polacy. Kim więc byli ludzie, którzy forsowali takie koncepcje? Kim był Józewski? Na portalu Histmag jest artykuł Henryk Józewski – twórca „eksperymentu wołyńskiego” (https://histmag.org/Henryk-Jozewski-tworca-eksperymentu-wolynskiego-7743), w którym czytamy:

»Henryk Józewski urodził się w 1892 r. w Kijowie, będącym wówczas częścią Imperium Rosyjskiego. Jego rodzice przybyli do miasta kilka lat wcześniej w poszukiwaniu pracy, której nie mogli znaleźć w zacofanej gospodarczo Galicji, z której pochodzili (ojciec Henryka był inżynierem). Młody Józewski bardzo wcześnie zaczął się obracać w kręgach niepodległościowych. Już ok. 1905 r. jako uczeń gimnazjum wstąpił do „Korporacji” będącej organizacją samokształceniową, nastawioną na promocję nauki prowadzonej w języku polskim. W kolejnym roku rozpoczęła ona współpracę z zawiązaną w Kijowie komórką Polskiej Partii Socjalistycznej Frakcji Rewolucyjnej (PPS-FR). Zresztą wielu członków należało jednocześnie do obu struktur.

W czasie studiów należał prawdopodobnie do organizacji „Filarecja”, ale nie jest do końca jasne, jaką odgrywał w niej rolę, ponieważ była ona stosunkowo niewielka (ok. 100 członków) i głęboko zakonspirowana. W 1914 r. ukończył studia matematyczne w Kijowie i zdecydował się wyjechać do Krakowa, by podjąć studia malarskie. Jego pobyt trwał tam jednak bardzo krótko. Wiadomo, że spotkał się z Walerym Sławkiem i zadeklarował lojalność wobec Józefa Piłsudskiego, którego jednak osobiście nie spotkał. Tuż przed wybuchem wojny powrócił do Kijowa. Jak sam pisał, nastąpiło to w ostatniej chwili, gdyż zaraz po przejeździe pociągu armia austriacka wysadziła most w powietrze, aby opóźnić spodziewane natarcie wojsk rosyjskich.

W niedługim czasie wszedł w skład Komendy Naczelnej III (Wschodniej) Polskiej Organizacji Wojskowej i zaangażował się w działania zwiadowcze na rzecz Legionów, co równało się działalności na rzecz Austrii. W listopadzie 1915 r. jego ojciec, będący poddanym austriackim, został przesiedlony do Saratowa jako „element niepewny”. Henryk pojechał wraz z nim, choć prawdopodobnie nie został do tego zmuszony, gdyż jako urodzony w Kijowie nie był poddanym austriackim. Mógł więc powodować się albo względami sentymentalnymi (bo uważał, że powinien dzielić los z ojcem), albo też wykonał polecenie którejś z organizacji, do których należał (POW lub PPS-FR). Przez cały okres pobytu w Saratowie prowadził zresztą działalność wśród polskich uchodźców i jeńców. Przeżył tam także rewolucję lutową. Był nawet przez krótki okres członkiem miejskiego komitetu rewolucyjnego, jednak niepokoił go powrót do kraju Lenina i rosnąca siła bolszewików. W związku z pogłębiającym się chaosem w czerwcu 1917 r. wrócił do Kijowa.«

Z cytowanego fragmentu wynika, że jego ojciec pochodził z Galicji i wyjechał do Kijowa w poszukiwaniu pracy. Dlaczego nie do Wiednia, gdzie pewnie jako inżynier miałby szansę na znalezienie dobrej pracy i nie musiałby się uczyć języka, bo zepsuty niemiecki, a takim jest jidisz, to jednak niemiecki. Nazwisko „Józewski” pochodzi od imienia Józef, a więc jego ojciec, a może dziadek, był neofitą żydowskim. Działalność Józewskiego w tajnych organizacjach tylko utwierdza w jego pochodzeniu. Po zawarciu sojuszu z Petlurą w 1919 roku został Józewski wiceministrem spraw wewnętrznych Ukraińskiej Republiki Ludowej i tak sam określał swój status:

(…) byłem Polakiem – mężem zaufania Polski i byłem Polakiem – wiceministrem ukraińskim, mężem zaufania Ukrainy. Nie byłem narzędziem Polski w ukraińskim rządzie, nie byłem agentem albo wtyczką. Polska mogła mieć do mnie zaufanie. W mierze nie mniejszej mogła mieć do mnie zaufanie Ukraina.

Odegrał znaczącą rolę w przygotowywaniu wyborów parlamentarnych w 1928 r. Wraz z Kazimierzem Świtalskim i Walerym Sławkiem współtworzył Bezpartyjny Blok Współpracy z Rządem (BBWR) i był odpowiedzialny za budowę jego struktur regionalnych oraz stworzenie list kandydatów w przyszłych wyborach. Po ich przeprowadzeniu, wiosną 1928 r., Józewski wyjechał z Warszawy do Łucka, gdzie objął funkcję wojewody wołyńskiego.

Województwo wołyńskie

Województwo wołyńskie liczyło w 1931 roku około 2 mln ludności. Z tego 70% to Ukraińcy, 15 % – Polacy, 10% – Żydzi, 2,3% – Niemcy. Resztę stanowiły inne narodowości. Około 1/3 ludności polskiej zamieszkiwała w miastach. Jan Kęsik w swojej pracy z 2008 roku Województwo wołyńskie pod rządami Henryka Józewskiego pisze:

»Ludność polską na Wołyniu w latach międzywojennych można podzielić na cztery zasadnicze, wyraźnie wyodrębniające się grupy: element autochtoniczny, osadnicy wojskowi i cywilni, ziemiaństwo wraz z duchowieństwem rzymskokatolickim oraz administracja państwowa. Pierwszą z nich tworzyli głównie chłopi i szlachta zagrodowa. Pod względem wyznaniowym wśród Polaków – autochtonów wyodrębnić można dwie kategorie: katolików i prawosławnych, przy czym ci ostatni, zresztą zdecydowanie przeważający liczebnie, to ludność silnie zrutenizowana bądź zrusyfikowana. Szlachta zagrodowa wyznania prawosławnego niejednokrotnie nie posiadała wyraźnie określonego poczucia przynależności narodowej, wielu z nich potrafiło określić się tylko jako „tutejszy”, „prawosławny”.«

Jeśli więc ludność autochtoniczna była w większości zrutenizowana i prawosławna – a ludność napływową w dużym stopniu, jak wynika z artykułu Lucyny Kulińskiej, stanowili Ukraińcy z Galicji – to, o co tak naprawdę chodziło w rzezi wołyńskiej, dokonanej na terenie całkowicie zdominowanym przez Ukraińców? Spośród czterech województw południowo-wschodnich II RP, tj. stanisławowskiego, tarnopolskiego, lwowskiego i wołyńskiego, to właśnie województwo wołyńskie miało najmniejszy odsetek ludności polskiej.

UPA

11 lipca 1943 roku około godziny 3.00 oddziały UPA dokonały skoordynowanego ataku na 99 polskich miejscowości, głównie w powiatach horochowskim i włodzimierskim, które leżały obok siebie w południowo-zachodniej części województwa i graniczyły z województwem lubelskim. Była to akcja przygotowana i zaplanowana: przykładowo akcję w powiecie włodzimierskim poprzedziła koncentracja oddziałów UPA w lasach zawidowskich. Na cztery dni przed rozpoczęciem akcji we wsiach ukraińskich odbyły się spotkania, na których uświadamiano miejscową ludność o konieczności wymordowania wszystkich Polaków. Tak to opisuje Wikipedia.

Dziwnie to wygląda. Na cztery dni przed akcją rozgłoszono o zamiarze wymordowania Polaków. To tak, jakby ktoś celowo chciał nagłośnić ten zamiar. Trudno sobie wyobrazić, by taka informacja nie dotarła do zainteresowanych, a mimo to wydawali się być zaskoczeni. A może atak nastąpił tam, gdzie mówiono o tym otwarcie i dlatego ludzie byli zaskoczeni, bo sądzili, że będzie dotyczył kogo innego.

UPA to formacja zbrojna Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów, utworzona przez frakcję banderowską tej organizacji pod koniec 1942 roku. Oznacza to, że nie mogła ona w tak krótkim czasie, czyli około pół roku, stworzyć tak licznej i sprawnej formacji, by przeprowadzić taką skomplikowaną pod względem logistycznym i wojskowym operację. Taka formacja była już gotowa. Dzięki eksperymentowi wołyńskiemu wyszkolono i wyposażono formacje paramilitarne, które przekształcono później w UPA. Działała ona głównie na Wołyniu, w Galicji Wschodniej i na trenach na zachód od linii Curzona, czyli obecnej wschodniej granicy Polski. Można więc powiedzieć, że to władze II RP stworzyły UPA, a głównym odpowiedzialnym był Piłsudski, bo to z jego polecenia działał na Wołyniu Józewski i realizował jego plan. Pośrednio więc to właśnie Piłsudskiemu można przypisać odpowiedzialność za stworzenie warunków, umożliwiających rzeź wołyńską. Szokujące, nieprawdaż? Dla wielu bohater narodowy, który wskrzesił Polskę, a tu się okazuje, że to zwykły bandzior bez skrupułów. Nie wprost, ale Kulińska to potwierdza, pisząc:

Zamiast oczekiwanych sojuszników przygotowano i wyćwiczono śmiertelnych wrogów, którzy kiedy przyszedł czas nie cofnęli się przed ludobójstwem polskich cywilów w imię budowy „Samostijnej Ukrainy”. Jest faktem, że wśród dowódców oddziałów mordujących Polaków w czasie II wojny światowej aż się roiło od owych wyszkolonych przez Polaków oficerów i podoficerów.

I co z tego wynika?

Kulińska oczywiście usprawiedliwia, w pewnym sensie, władze II RP, że oni chcieli dobrze, że chodziło o sojusz przeciwko Związkowi Radzieckiemu, że to było działanie w interesie obu państw i narodów. Nie zgadzam się z taką interpretacją. To nie były polskie władze i świadomie działały na szkodę narodu polskiego i świadomie skłócały Polaków z Ukraińcami. Obecne władze postępują dokładnie tak samo. Przypadek? Naiwność? Nie! Perfidia! Żaden sojusz polsko-ukraiński, żadne wspólne państwo, żadna unia nie są w stanie stworzyć realnej przeciwwagi dla Rosji. Tylko wyjątkowy dzban może tak myśleć. A takich chyba nie brakuje.

Skoro w województwie wołyńskim odsetek ludności polskiej był najniższy ze wszystkich województw południowo-wschodnich i wynosił tylko 15%, a 1/3 tej ludności mieszkała w miastach, to rodzi się pytanie: Kto ginął w tej rzezi? Polacy czy Ukraińcy? A może większość to byli Ukraińcy czy Rusini? Zdaję sobie sprawę, że tego typu pytania mogą być dla wielu szokujące, ale przecież wiemy, że w przypadku tzw. holokaustu ilość ofiar przeszacowano wielokrotnie. A skoro tak, to może w przypadku rzezi wołyńskiej mamy do czynienia z podobnym zabiegiem? A może to ci sami, którzy stworzyli mit holocaustu, czyli ludobójstwa 6 milionów Żydów, może ci sami stworzyli nam mit rzezi wołyńskiej, czyli ludobójstwa Polaków na Wołyniu. Pewne fakty przytoczone w tym blogu podważają ten oficjalny przekaz. Prawdy zapewne nigdy nie poznamy, co nie znaczy, że nie należy dążyć do tego.. Zdawanie pytań, to jeszcze nie negacja, to tylko próba dotarcia do prawdy.

Polacy domagają się przeprosin za rzeź wołyńską, a Ukraińcy nie chcą przepraszać. No i mamy konflikt, nierozwiązywalny. Najlepsi na świecie reżyserzy wyreżyserowali go obu nacjom i one skaczą sobie do oczu, nie próbując nawet rozmawiać ze sobą na te tematy. Czyż można sobie wyobrazić coś lepszego, co będzie podtrzymywać nienawiść na długi czas.

I jeszcze ta liczba „99”. Dlaczego akurat taka? Przypadek? Niektóre środowiska, szczególnie masoneria i żydostwo, przywiązują wagę do numerologi. Jeśli nie był to przypadek, to właśnie do tych środowisk prowadzi ta liczba, czyli do prawdziwych sprawców rzezi wołyńskiej.

Wszędobylscy

II RP to było państwo, które ja wielokrotnie krytykowałem, nazywając je karykaturalnym, głównie ze względu na to, że państwo to, do pewnego stopnia, powielało przedrozbiorową Rzeczpospolitą ze wszystkimi jej wadami, czyli przede wszystkim z dużą ilością mniejszości narodowych, co skutkowało później wieloma nieszczęściami. Ale to Żydzi, poprzez różne zabiegi dyplomatyczne, skroili nam takie państwo. Oni nienawidzą państw narodowych, co, z ich punktu widzenia, jest zrozumiałe.

Jednak mieli Polacy w tej II RP swoją prasę, własne dzienniki i tygodniki, w których mogli pisać o tym, o czym w PRL-u i III RP polscy dziennikarze mogli tylko pomarzyć, jeśli w ogóle tacy byli. A tamci mogli pisać otwarcie o relacjach polsko-żydowskich i pisali. Może wtedy Żydzi nie byli jeszcze na tyle silni, by móc podporządkować sobie całą prasę, a poza tym była jeszcze polska inteligencja, może nieliczna, ale była. Po II wojnie światowej ich dominacja była całkowita, po części dzięki temu, że zabrakło tej inteligencji. Nic tak nie zmienia rzeczywistości jak wojny. Po żadnej z nich nie było powrotu do poprzedniego stanu. Odnoszę jednak wrażenie, że ludzie zupełnie nie zdają sobie z tego sprawy, mając nadzieje, że po wojnie na Ukrainie wszystko będzie tak, jak przed nią. Nic bardziej mylnego.

Na portalu Retropress jest artykuł Polska a żydzi, zamieszczony w Dzienniku Bydgoskim w dniu 11 sierpnia 1920 roku (http://retropress.pl/dziennik-bydgoski/polska-a-zydzi/). Poniżej jego treść:

„W Polskę odradzającą się bije grom za gromem. Jesteśmy otoczeni ognistem moliskiem wrogów, którzy mają głos przeważny zarówno w obozie naszych przyjaciół, jak i nieprzyjaciół. Powiedzmy sobie otwarcie: prócz Niemców niema dziś w Europie bardziej znienawidzonego narodu, jak Polacy. Gdzież siewcy tej ku nam powszechnej nienawiści? Któż jest ten wróg, nakładający na nas zewsząd śmiertelną pętlę?

Kto z głębszem zastanowieniem śledzi tok wypadków i załomy zdarzeń, ten snadnie ujrzy za nimi jedną twarz. Jedną i tę samą twarz: czy chodzi o ofensywę bolszewicką, czy o sprawę plebiscytów, czy o pośrednictwo pokojowe ententy, czy o politykę Ameryki, czy wreszcie o kurs naszej marki. To twarz żydowska. Wygląda szydercza i złośliwa z poza każdego szańca, z którego bije w nas lawina nieszczęść i rozczarowań. Żyd należy do największych potentatów świata. Jest w każdym obozie, jest konserwatystą i socjalistą, jest czarnosecińcom i czerwono gwardyjcem, tkwi w każdym gabinecie ministerialnym, trzęsie każdą konferencją międzynarodową, rządzi kapitałem, opanował światową prasę. Działa pod miljonem marek i miljonem wszelakich pseudonimów, chadza wszelkiemi drogami i każdym manowcem, a dąży do jednego celu: do zdławienia Polski. Z krainy mogił i krzyżów chce zrobić jeno krainę mogił, a zetrzeć z niej doszczętnie piętno krzyża. Tak jest. U źródeł wszelkich naszych nieszczęść dzisiejszych tkwi żyd. To uświadomić sobie winien każdy Polak, a uświadomiwszy sobie, głęboko zakarbować w pamięci. Żyd krajowy, swojski lecz nie oswojony, dochodzi swoich krzywd, doznanych rzekomo w Polsce, rękami swych zagranicznych współwyznawców. Strata Śląska Cieszyńskiego, strata Mazurów i Warmii, zepchniecie nas w najciaśniejsze granice autograficzne, strata wschodniej Galicji, utrudniony kredyt zagraniczny, fatalny kurs marki polskiej – to wszystko kwity żydowskie za pogromy, których nigdy w Polsce nie było, za ucisk, o którym nikomu u nas nic nie wiadomo. W gruncie zaś rzeczy, to kwity żydowskie za nasze na żydów narzekania – bez czynu, za nasze czcze skargi – bez odwetu.

Cóż nam tedy czynić wypada? Czy narzekać dalej na żydów, niczego nie poczynając, czy począć coś, by uwolnić się z dławiącej zmory? Niestety. I to złe i to niedobre. Czczem narzekaniem jątrzymy tylko wankor żydowski, a czynem przeciwżydowskim zmobilizować możemy przeciw sobie cały świat w większym jeszcze, niż dotąd stopniu.

Prowadzić politykę racjonalną, znaczy w danym splocie zagadnień obrać drogę która wskazuje nie serce, lecz rozum. Wszystko odpycha nas od żydów. A jednak rozum powiada, że tę wrodzoną odrazę przezwyciężyć musimy, jeśli chcemy uniknąć dalszych nieszczęść, walących się na nas z zagranicy. Musimy poddać rewizji nasz stosunek do masy żydowskiej w Polsce. Skoro okazuje się, że już same nasze narzekania na plagę żydostwa starcza, by międzynarodowe żydostwo brało na nas najokrutniejszą pomstę, skoro okazuje się dalej, że na czynne zwalczanie tej plagi jesteśmy za słabi – przeto musimy wejść z żydem w układy, stworzyć jakieś nowe formy współżycia.

Trudno dziś określić, na czem one polegać mają. Musi je stworzyć praktyka i nasza dobra wola. Początek dały rządzące czynniki warszawskie, zwołując konferencję żydowską. W krótkich o niej komunikatach raziła bezbrzeżna arogancja żydowska. Lecz przełknijmy ją, pozwólmy się żydom wypowiedzieć, Może znajdzie się droga, wiodąca do porozumienia. Zaciskając zęby, przyjęliśmy madejowe warunki pośrednictwa ententy między bolszewikami a Polską, przyjęliśmy plebiscytową krzywdę mazurską, przyjęliśmy najniesprawiedliwszy wyrok cieszyński. Wychodziliśmy z tego rozumnego założenia, że lepiej poświęcić, choćby i znaczną część dobytku narodowego, by ocalić resztę. Podobnie zachować się musimy w stosunku do żydów. Musimy im wbrew naszej woli, wbrew naszym najświętszym przekonaniom, poczynić pewne ustępstwa – do czasu. Do onego czasu, w którym skrzepnie naród polski i ustali się, jak granit w swych posadach. Wtedy uderzy w puklerz swej mocy i regulować pocznie rachunki z każdym wrogiem – i tym, co pleni się pośród nas, i tym co jawnie nas zwalcza, i tym – co niosąc pomoc, równocześnie nas bez litości dławi.”

Dziennik Bydgoski, to pismo codzienne ukazujące się w Bydgoszczy w latach 1907-1939, a od roku 1920 także w województwie pomorskim i poznańskim. W okresie dwudziestolecia międzywojennego największa gazeta codzienna w Bydgoszczy a także jedno z największych pism Polski zachodniej.

W tym artykule padają słowa, które ja do znudzenia powtarzam, czyli – o żydowskiej totalnej dominacji, ale mam takie wrażenie, że wielu nie chce przyjąć tej prawdy do wiadomości. Takie słowa nie mogłyby zostać napisane w jakiejkolwiek współczesnej gazecie czy na jakimś portalu internetowym. Może więc właśnie dlatego tak się dzieje, że jak coś nie jest powtarzane na okrągło, to tego nie ma. Nie ma już wirusa, a jeszcze nie tak dawno był, bo straszono nim na okrągło.

Żyd należy do największych potentatów świata. Jest w każdym obozie, jest konserwatystą i socjalistą, jest czarnosecińcom i czerwono gwardyjcem, tkwi w każdym gabinecie ministerialnym, trzęsie każdą konferencją międzynarodową, rządzi kapitałem, opanował światową prasę. Działa pod miljonem marek i miljonem wszelakich pseudonimów, chadza wszelkiemi drogami i każdym manowcem, a dąży do jednego celu: do zdławienia Polski.

To zostało napisane w 11 sierpnia 1920 roku i nic się od tego czasu nie zmieniło, poza tym, że tego typu konstatacja nie mogłaby być obecnie zamieszczona w Polsce w żadnej wysokonakładowej gazecie czy na podobnych stronach internetowych i w innych nowoczesnych mediach.

Musimy im wbrew naszej woli, wbrew naszym najświętszym przekonaniom, poczynić pewne ustępstwa – do czasu. Do onego czasu, w którym skrzepnie naród polski i ustali się, jak granit w swych posadach.

Wtedy, gdy bolszewicy stali pod Warszawą, granice Polski nie były jeszcze ustalone, więc autor nie mógł wiedzieć, jak się one ostatecznie ukształtują i mógł mieć nadzieję, że naród polski „skrzepnie i ustali się jak granit w swych posadach”. Do tego jednak byłyby potrzebne odpowiednie warunki, czyli brak mniejszości narodowych lub ich, co najwyżej, kilkuprocentowa obecność oraz dłuższy okres spokoju, co w praktyce oznaczało brak wojen i stałe granice. Jak wiemy te warunki w Europie wschodniej, w tamtych realiach, były nie do spełnienia, a jak przekonujemy się, obecnie również są nie do spełnienia, bo granica z Ukrainą nie istnieje. Zaledwie Polacy zabrali się do budowy własnego państwa, a już parę lat później zamach majowy w 1926 roku przerwał te ambitne plany. Obecność Żydów we wszystkich partiach sejmowych paraliżowała jakiekolwiek konstruktywne działania i możliwość zawierania koalicji partyjnych, a to utrudniało stworzenie rządu większościowego i prowadziło do ciągłych zmian gabinetów. I w końcu wykreowany przez Żydów i idący na ich pasku Piłsudski, w „trosce” o dobro narodu i państwa, dokonał zamachu stanu.

Tak to wygląda, jeśli uwzględnimy obecność Żydów we wszystkich partiach politycznych. Jeśli tego nie zrobimy, to interpretacja jest taka, że Polacy to warchoły i nie nadają się do polityki i do budowy własnego państwa.

Minęło 13 lat i przyszła wojna, a po niej zmiana granic i masowe przesiedlenie ludności z Kresów na ziemie poniemieckie. A to oznaczało, że w granicach nowego państwa znowu znalazły się mniejszości narodowe, które nigdy nie asymilują się, gdy stanowią znaczny procent ludności danego państwa, zwłaszcza gdy mają przywileje i warunki ku temu, by kultywować swoje tradycje. A tak było za PRL-u i za III RP. Ale nawet jeśli w takich warunkach możliwa była jakaś pełzająca asymilacja, to ten proces został przerwany przez nowe, masowe przesiedlenia. Tak więc Żydzi dobrze wiedzą, co sprzyja temu, by naród polski nigdy nie skrzepł, by zawsze był narodem rozwodnionym i nie do końca ukształtowanym. Faworyzowanie mniejszości i dawanie im przywilejów, to zawsze i wszędzie jest żydowska metoda. Tak rozsadzają narody rdzenne od środka. I tak właśnie dzieje się obecnie w Polsce.

Wałęsa o unii

W dniu 5 czerwca ukazał się na Interii wywiad z Wałęsą: Lech Wałęsa: Unia Europejska powinna się rozwiązać (https://wydarzenia.interia.pl/kraj/news-lech-walesa-unia-europejska-powinna-sie-rozwiazac,nId,6073134). W nim były prezydent dzieli się „swoimi” uwagami:

»Jeśli Komisja Europejska zgodzi się na KPO (dla Polski – red.), to będzie jej porażka – stwierdził były prezydent Lech Wałęsa w rozmowie z Marcinem Makowskim w “Tygodniku” Interii. Jego zdaniem Unia Europejska, “zamiast chodzić na kompromis” z naszym krajem, “powinna się rozwiązać i chwilę później stworzyć nową wspólnotę na podstawie Niemiec i Francji”. – Ale bez Polski i Węgier – zastrzegł Wałęsa.

1 czerwca Komisja Europejska zaakceptowała Krajowy Plan Odbudowy przedstawiony przez Polskę. Jak dzień później zapewniała szefowa KE Ursula von der Leyen, stało się to “po bardzo dogłębnej ocenie”. – Pierwsza wypłata środków będzie możliwa, gdy zostanie wdrożone nowe prawo dotyczące spraw dyscyplinarnych sędziów – mówiła podczas wizyty w Warszawie.

Decyzja Komisji Europejskiej to krok w kierunku wypłaty Polsce 23,9 mld euro dotacji i 11,5 mld euro pożyczek w ramach Funduszu Odbudowy.

Lech Wałęsa: Polska traci miliardy. Niepoważnym politykom powinno się zabrać majątki

Sytuację wokół polskiego KPO Lech Wałęsa komentował w “Rozmowach Makowskiego” na łamach “Tygodnika” Interii. – Najbardziej mi się nie podoba, że przez kilku niepoważnych polityków Polska traci miliardy. Proponuję, aby po zwycięstwie prawdziwej demokracji zabrać im majątki, aby spłacili długi, jakie nam narobili – powiedział. 

Na uwagę Marcina Makowskiego, że politycy PiS “może nic nie musieliby spłacać, bo Komisja Europejska może niedługo odblokować fundusze unijne”, odparł: – Jeśli Komisja Europejska zgodzi się na (polskie) KPO, to będzie jej porażka.

Lech Wałęsa proponuje rozwiązanie Unii Europejskiej i “nową wspólnotę” bez Polski

Prezydent RP w latach 1990-1995 dodał, że “UE, zamiast chodzić na kompromis z Polską, powinna się rozwiązać i chwilę później stworzyć nową wspólnotę na podstawie Niemiec i Francji, ale bez Polski i Węgier“.

Ale znów mnie nie posłuchano, a to prosty pomysł: jeśli my chcielibyśmy wstąpić do nowej Unii, na wejściu poza prawami, musielibyśmy zaakceptować również obowiązki. I ustawić je tak, aby wygłupy, które mają dzisiaj miejsce, już nie powtórzyły – uznał Wałęsa.

W jego ocenie obecnie rządzący “te pieniądze (z KPO – red.) i tak roztrwonią i rozkradną”. – Bez praworządności nie ma sensu przekazywać miliardów euro na zmarnowanie – ocenił.

Lech Wałęsa w “Rozmowach Makowskiego” mówił też m.in., że “planował wejście do Unii i NATO razem z Ukrainą i Białorusią“. – Tyle że o Polsce i Węgrzech mówiłem otwarcie, a o tamte państwa zabiegałem tajnie, budując międzynarodową koalicję. Bylibyśmy to w stanie z Borysem Jelcynem zrobić, ale zabrakło mi drugiej kadencji – podkreślił.«

Trudno przypuszczać, by Wałęsa sam wpadł na ten pomysł. Tak zapewne podyktowali mu jego nieznani przełożeni. Cokolwiek by o nim nie mówić, to jest to były prezydent Polski i jako taki nadaje się do wygłaszania pewnych opinii, które niby są jego prywatnymi, ale przecież jest on nadal osobą publiczną. Ta wypowiedź wpisuje się w pewną narrację, przemycaną już od jakiegoś czasu, jeszcze nie nachalnie, raczej ostrożnie, ale konsekwentnie. Ta narracja to: unia europejska nie potrafi mówić i działać zgodnie. Najbardziej jaskrawym tego przykładem jest stosunek państw unii do sankcji wobec Rosji. Polska jest też atakowana za brak praworządności, a właściwie za brak „praworządności”. Wydumany problem, jeszcze jeden, który ma służyć rozsadzaniu unii od wewnątrz.

Temu też służy wypowiedź Wałęsy, ale służy też ona temu, by oswajać ludzi z faktem, że unia już nie spełnia swego zadania i czas na zmiany. Może jej likwidacja, a może przemodelowanie. Ale w każdym wariancie chodzi o wypchnięcie Polski z unii, bo tylko wtedy będzie możliwe formalne połączenie Polski z Ukrainą. Ten proces już faktycznie trwa. Nie trzeba daleko szukać dowodów. Jeśli oficjalne strony rządowe czy największe media, obok skrótu „pl”, umieszczają flagę ukraińską, to o czym to świadczy?

Jeśli te wszystkie międzynarodowe korporacje tak ochoczo zatrudniają Ukraińców, to robią to z własnej woli, czy dlatego, że są zależne od kogoś? Czy firma reklamowa nie zdaje sobie sprawy z tego, że jeśli zatrudni osobę z ukraińskim akcentem, to może to zniechęcić cześć potencjalnych nabywców? Zdaje sobie sprawę, ale pan każe, sługa musi.

Pojawia się też coraz więcej dziennikarzy, którzy mówią z ukraińskim akcentem i często też z taką składnią. Podobna tendencja jest również widoczna wśród polityków. W takiej Konfederacji, poza Braunem i Winnickim, to już chyba nikt nie potrafi odpowiednio ułożyć języka w gębie.

Wszystko wskazuje na to, że powstanie nowe państwo. Oficjalnie będzie to państwo polsko-ukraińskie, a faktycznie Polin-ukro, w którym Ukraińcy będą obywatelami drugiej kategorii, a Polacy – trzeciej. Prawdopodobnie będzie ono obejmowało obszar bez wschodniej Ukrainy i zachodniej Polski, czyli tzw. Ziem Odzyskanych. Droga do tego jeszcze daleka, ale te wszystkie działania trudno inaczej wytłumaczyć.

Wałęsa mówi jak wróg Polski i swoim oświadczeniem dowodzi, że nim jest. On nie proponuje naprawy, tylko chce Polskę z unii wyrzucić:

Ale znów mnie nie posłuchano, a to prosty pomysł: jeśli my chcielibyśmy wstąpić do nowej Unii, na wejściu poza prawami, musielibyśmy zaakceptować również obowiązki. I ustawić je tak, aby wygłupy, które mają dzisiaj miejsce, już nie powtórzyły – uznał Wałęsa.

Przecież te sporne kwestie można uregulować bez wychodzenia z unii, a jeśli ktoś, czyli PiS, tego nie chce zrobić, to właśnie dlatego, że świadomie działa na rzecz jej rozbicia. Nie tylko PiS, ale i pozostałe partie realizują z dawna ustalony scenariusz. Jeśli więc dojdzie do rozpadu unii, to winowajcą będzie Polska i to na nią spadnie odium całej Europy. A prawdziwy sprawca, czyli Wielka Brytania, pozostanie poza podejrzeniami. Inna sprawa, że Niemcom i Rosji też zależy na jej rozpadzie, ale wszystkiemu winni będą oczywiście Polacy, nie pierwszy zresztą raz w historii. A skoro już wszyscy będą przekonani, że przyczyną wszelkiego zła w Europie jest Polska, to i likwidacja tego państwa zostanie przyjęta z ulgą.

Książki

Książki, w odróżnieniu od internetu, raz napisane, pozostają niezmienne. Nie dotyczą ich żadne aktualizacje, nie można ich skasować. Pozostają świadectwem czasów, w których zostały wydane, ale też czasem ich treść bywała sprzeczna z obowiązującą ideologią i systemem wartości. Dlatego tak często je palono. Problem jednak polegał na tym, że książka raz wydana rozchodzi się wśród czytającej publiczności i nie sposób dotrzeć do wszystkich wydrukowanych egzemplarzy, zwłaszcza że może ona zmienić właściciela i to nie jeden raz.

Mam wydanie Trylogii z 1956 roku, a w nim słowo wstępne Dalekie i bliskie sienkiewiczowskiej Trylogii, którego autorem jest Samuel Sandler. Imię i nazwisko nie pozostawia wątpliwości co do jego nacji. Wydał ją Państwowy Instytut Wydawniczy. Pisze on m.in.:

»Podstawowy problem Ogniem i mieczem – tego nie powinny przesłonić wszystkie uroki tej powieści, których jest naprawdę bardzo wiele – tkwi w tym, że pisarz dał tu obraz wojny wyzwoleńczej najzupełniej fałszywie oświetlający jej rzeczywisty charakter, podłoże, a częściowo i przebieg. Ukazał ją nie z pozycji interesów uciskanych mas, lecz z pozycji ciemiężycieli. Bo uważnie czytając Ogniem i mieczem można nawet znaleźć przytoczone i podobne wzmianki o sytuacji mas chłopskich, o ich okrutnej niewoli, o ich dążeniu do wyzwolenia, o ich ofiarności i bohaterstwie, ale są to tylko wzmianki; w całej powieści dominuje wrogość do ludu ukraińskiego, szlachecka pogarda dla „czerni”, najczęściej widzianej w oparach wódki, w rozbestwieniu i ogarniętej paniką, tchórzliwym strachem przed rycerzami-obrońcami szlacheckiej Rzeczypospolitej. Nieugiętych obrońców ludu, np. Chmielnickiego i Bohuna, przedstawia pisarz jako mścicieli swych osobistych niepowodzeń romansowych; warchoła, uosobienie magnackiej prywaty, Jeremiego Wiśniowieckiego, jednego z najciemniejszych przedstawicieli magnaterii siedemnastowiecznej, okrutnego ciemiężyciela i wyzyskiwacza ludu, który swoje „państwo wiśniowieckie” przeciwstawiał Polsce – jako bohaterskiego i nieugiętego obrońcę ojczyzny; zmagania ludu ukraińskiego o wolność – jako rozpasane dążenie do rzezi i rozboju, do „swawoli dzikiej”; obronę panowania „królewiąt” kresowych nad ludem, dążenie do spotęgowania jego ucisku społecznego, narodowego i wyznaniowego – jako walkę o ocalenie ojczyzny; to, co ją pogrążało w upadek, to, co stanowiło najistotniejszą zaporę jej postępu, rozwoju – jako patriotyczną walkę w obronie zagrożonego kraju.

Takie jest pojmowanie w powieści tego wielkiego w dziejach narodu ukraińskiego wydarzenia, wielkiej wojny wyzwoleńczej podejmowanej po tylu krwawych klęskach, bojach przez Bohdana Chmielnickiego. Zaciemniono jej źródła, fałszywie przedstawiono w niej siły przeciwstawne, nie ukazano jej rzeczywistych motywów. To paczy sens tej „powieści z lat dawnych”, pozbawia ją tego, co jest dla tej powieści najistotniejsze: prawdy dziejowej, a bez niej, jak to nie bez złośliwości, ale słusznie powiedział Bolesław Prus: „nie ma powieści historycznej; jest tylko historia zajścia Skrzetuskiego z Bohunem wymalowana na tle zanadto obszernym”.

Czy takie były intencje pisarza? Oczywiście, nie. „Powieść historyczna – pisał Sienkiewicz we wspomnianej już rozprawie – nie tylko nie potrzebuje być poniewieraniem prawdy dziejowej, ale może być jej objaśnieniem i dopełnieniem”. Sienkiewicz miał takie ambicje twórcze i z wyjątkową sumiennością badał źródła do opisywanej epoki, sięgał do oryginalnych dokumentów, do ich opracowań, do syntetycznych i szczegółowych prac historycznych. O pierwszej swojej powieści historycznej pisał w liście prywatnym w czasie jej tworzenia: „powiem o niej to tylko, żem grunt pod nią przygotował z całą sumiennością, ani jednego nazwiska nie zaczerpnąłem nawet w fantazji. Staram się też koloryt epoki oddać wiernie…” Ale to wszystko nie wystarczyło. Nie wystarczyła bowiem nawet najsumienniejsza wierność szczegółu, gdy zabrakło właściwego oświetlenia najbardziej zasadniczego konfliktu epoki. Przedstawił go Sienkiewicz z pozycji reakcyjnych, tak jak pojmowały go najbardziej wsteczne obozy ideowe klas panujących, najbardziej reakcyjne koła historyków. Zaważyły tu nacjonalistyczne przekonania pisarza, które prawie wszechwładnie zapanowały w dziele. I one decydują o zasadniczym skrzywieniu powieści, o tym, że szkielet jej – jak to określił Prus – jest zupełnie fałszywy. Sienkiewicz zawarł w tym dziele właściwie apologię panowania magnackiego na Ukrainie, a to, co zamierzał zawrzeć, co było jego intencją wypowiedzianą wprost i za pośrednictwem środków artystycznych, pokazał w postaci skrzywionej, właściwie najzupełniej wypaczającej jego intencje. Jego Skrzetuski „czuł się dumnym, że jest synem tej Rzeczypospolitej zwycięskiej, potężnej, o której bramy wszelka złość, wszelki zamach, wszelkie ciosy tak rozbijają się i kruszą jako moce piekielne o bramy nieba. Czuł się dumny jako szlachcic-patriota, że w zwątpieniu został pokrzepion, a w wierze nie zwiedzion”. Ma to być sugestywny wyraz patriotyzmu siedemnastowiecznego, ale przecież w konfrontacji z rzeczywistym charakterem dziejów jest to wyraz wierności wobec panowania magnackiego, które tak złowrogo ciążyło na losie i ukraińskiego chłopa, i na losie samej Polski.

Tak więc nacjonalistyczne wypaczenia eliminowały w Ogniem i mieczem patriotyczne tendencje pisarza. W żadnej bodaj innej powieści Sienkiewicza nie ma takiej rozbieżności intencji i pisarskich rezultatów. Stara to prawda, że gdy się patrzy na dzieje swojej ojczyzny nie z perspektywy interesów mas ludowych – bo między dążeniami ludu ukraińskiego a dobrze zrozumianymi interesami Polski nie było rozbieżności (rozumieli to najlepsi przedstawiciele sił postępowych i demokratycznych naszego kraju, np. Lelewel, Krępowiecki [neofita, zwierzchnik węglarstwa polskiego – przyp. W.L.]) – ale z perspektywy klas panujących, z perspektywy nacjonalizmu, miłość ojczyzny nie jest niczym innym, jak miłością przywileju klasowego, wiernością sprawie przemocy i ucisku własnego ludu i innych narodów. Chcąc tego czy nie chcąc, taką właśnie perspektywę widzenia wojny mas chłopskich i kozackich przeciwko Rzeczypospolitej szlacheckiej zawarł Sienkiewicz w Ogniem i mieczem. I to jest najważniejszy problem ideowo-artystyczny tej powieści. To też było głównym przedmiotem uwielbień, jakimi reakcyjna krytyka literacka, przedstawiciele wstecznych obozów ideologicznych darzyli tę powieść.«

Takie to świadectwo epoki sprzed 66 lat. Jedno stwierdzenie, ale mówi wiele:

Ale to wszystko nie wystarczyło. Nie wystarczyła bowiem nawet najsumienniejsza wierność szczegółu, gdy zabrakło właściwego oświetlenia najbardziej zasadniczego konfliktu epoki.

Jednym słowem, bez właściwego oświetlenia konfliktu cały jego opis, nawet najbardziej sumienny, nie warty funta kłaków. Choć z drugiej strony, to czy obecny przekaz tego, co dzieje się na Ukrainie, pozbawiony jest właściwego oświetlenia?

Drugie stwierdzenie dowodzi, że w polityce pewne stany są bardziej trwałe niż nam się wydaje:

bo między dążeniami ludu ukraińskiego a dobrze zrozumianymi interesami Polski nie było rozbieżności (rozumieli to najlepsi przedstawiciele sił postępowych i demokratycznych naszego kraju, np. Lelewel, Krępowiecki)

Tu komentarz jest chyba zbyteczny. Taka jest narracja obecnego rządu i wszelkich mediów.

Czy to się komuś podoba, czy – nie, powieść historyczna Ogniem i mieczem staje się znowu aktualna. Tylko czy nie znajdzie się na indeksie ksiąg zakazanych? Skoro już nie można, przynajmniej oficjalnie, mówić „na Ukrainie”, bo to „razi” Ukraińców, to stąd już tylko jeden krok do stanowiska, że ta powieść przedstawia Ukraińców w niewłaściwym świetle. Wszystko to możliwe w Polin-ukro. Jeśli jeszcze się tak nie stało, to tylko dlatego, że obecnie nikt nie czyta książek, a już na pewno nie czyta Ogniem i mieczem. Poniżej parę cytatów z tej powieści, by każdy sam mógł ocenić na ile to, co opisał Sienkiewicz, jest nadal aktualne i czy był stronniczy w swojej ocenie, jak chciał Samuel Sandler.

Ale zanim te cytaty, to należy się pewne wyjaśnienie. Dzikie Pola to pas ciągnący się, w kierunku południowy zachód – północny wschód, od dolnego Dniestru i wybrzeża Morza Czarnego do dorzecza dolnego Bohu i dorzecza dolnego Dniepru. Od południowego-wschodu graniczyły one z Chanatem Krymskim. Na północny-zachód od Dzikich Pól rozciągało się Naddnieprze, kraina leżąca po obu stronach Dniepru. Prawy jego brzeg nazywano ruskim, a lewy – tatarskim.

Naddnieprze, źródło: Wikipedia. Na prostym odcinku Dniepru, płynącym dokładnie z północy na południe występują tzw. porohy, czyli poprzeczne progi skalne.

Wikipedia tak opisuje Dzikie Pola:

“W chwili unii Litwy z Polską (1569) Ruś ukrainna przedstawiała step, pozbawiony osiadłej ludności rolniczej. Były to obszary, o których posiadaniu zdecydować miało zaludnienie ich i zagospodarowanie. Starostowie zamków królewskich – Kijowa, Białej Cerkwi, Kaniowa, Czerkas itd. przyjmowali włóczęgów różnego pochodzenia zarówno chłopów, jak i szlachtę, osadzali ich w stepach i używali do walki z najazdami tatarskimi.

Późniejsi osadnicy padali ofiarą najazdów wielu wojsk, których szlak wypadał tą drogą. Swą zwyczajową nazwę zawdzięczają licznym uchodźcom, którzy ciągnęli tu zarówno z zaludnionych ziem Rzeczypospolitej i Carstwa Rosyjskiego, innych regionów i państw. Było wśród nich wielu chłopów zbiegających przed zaostrzeniem pańszczyzny i innych obciążeń na rzecz szlacheckich właścicieli ziemskich, oraz ludzi niewolnych, uciekających przed prześladowaniami, a także pospolitych przestępców. Powodem, dla którego tu przybywali, był praktyczny brak jakiejkolwiek władzy i kontroli na terenie Dzikich Pól. Z nich to właśnie wykształciła się Kozaczyzna.

Na Dzikich Polach rozgrywa się większość akcji powieści Henryka Sienkiewicza Ogniem i mieczem.”

»W kilka dni później poczet naszego namiestnika (Skrzetuski – przyp. W.L.) posuwał się raźno w stronę Łubniów. Po przeprawie przez Dniepr (na pewnym odcinku Dniepr był granicą pomiędzy Dzikimi Polami a Chanatem Krymskim, w tym miejscu, gdzie było bliżej do Krymu – przyp. W.L.) szli szeroką drogą stepową, która łączyła Czehryn z Łubniami idąc na Żuki, Semi-Mogiły i Chorol. Drugi taki gościniec wiódł ze stolicy książęcej do Kijowa. Za dawniejszych czasów, przed rozprawą hetmana Żółkiewskiego pod Sołonicą, dróg tych nie było wcale. Do Kijowa jechało się z Łubniów stepem i puszczą; do Czehryna była droga wodna – z powrotem zaś jeżdżono na Chorol. W ogóle zaś owe naddnieprzańskie państwo – stara ziemia połowiecka – była pustynią mało co więcej od Dzikich Pól zamieszkaną, przez Tatarów często zwiedzaną, dla watah zaporoskich otwartą.

Dziwna to była ziemia, na wpół uśpiona, ale nosząca ślady dawniejszego życia ludzkiego. Wszędzie pełno popieliszcz po jakichś przedwiecznych grodach; same Łubnie i Chorol były z takich popieliszcz podniesione; wszędzie pełno mogił nowszych i starszych, porosłych już borem. I tu, jak na Dzikich Polach, nocami wstawały duchy i upiory, a starzy Zaporożcy opowiadali sobie przy ognisku dziwy o tym, co się czasami działo w owych głębinach leśnych, z których dochodziły wycia nie wiadomo jakich zwierząt, krzyki półludzkie, półzwierzęce, gwary straszne, jakoby bitew lub łowów. Pod wodami odzywały się dzwony potopionych miast. Ziemia była mało gościnna i mało dostępna, miejscami zbyt rozmiękła, miejscami cierpiąca na brak wód, spalona, sucha a do mieszkania niebezpieczna, osadników bowiem, gdy się jako tako osiedlili i zagospodarowali, ścierały napady tatarskie. Odwiedzali ją tylko często Zaporożcy dla ogonów bobrowych, dla zwierza i ryby, w czasie bowiem pokoju większa część Niżowców rozłaziła się z Siczy na łowy, czyli, jak mówiono, na „przemysł” po wszystkich rzekach, jarach, lasach i komyszach, bobrując w miejscach, o których istnieniu nawet mało kto wiedział.

Jednakże i życie osiadłe próbowało uwiązać się do tych ziem jak roślina, która próbuje, gdzie może, chwycić się gruntu korzonkami i raz w raz wyrywana, gdzie może, odrasta.

Powstawały na pustkach grody, osady, kolonie, słobody i futory. Ziemia była miejscami żyzna, a nęciła swoboda. Ale wtedy dopiero zakwitło życie, gdy ziemie te przeszły w ręce kniaziów Wiśniowieckich. Kniaź Michał po ożenieniu się z Mohylanką począł starowniej urządzać swoje zadnieprzańskie państwo; ściągał ludzi, osadzał pustki, zapewniał swobody do lat trzydziestu, budował monastery i wprowadzał swoje prawo książęce. Nawet taki osadnik, który przymknął do tych ziem nie wiadomo kiedy i sądził, że siedzi na własnym gruncie, chętnie schodził do roli kniaziowego czynszownika, gdyż za ów czynsz szedł pod potężną książęcą opiekę, która go ochraniała, broniła od Tatarów i od gorszych nieraz od Tatarów Niżowców. Ale prawdziwe życie zakwitło pod żelazną ręką młodego księcia Jeremiego. Za Czehrynem zaraz zaczynało się jego państwo, a kończyło się het! aż pod Konotopem i Romnami. Nie stanowiło ono całej kniaziowskiej fortuny, bo od województwa sandomierskiego począwszy ziemie jego leżały w województwach wołyńskim, ruskim, kijowskim, ale naddnieprzańskie państwo było okiem w głowie zwycięzcy spod Putywla.«

Z tego opisu wynika, że Wiśniowiecki był klasycznym feudałem. Ustrój feudalny powstał w Europie po rozpadzie Imperium Rzymskiego. Charakteryzował się tym, że gdy zabrakło suwerena w postaci państwa, to możni panowie przejmowali jego funkcje na obszarach im podległym. Był charakterystyczny dla rejonów wiejskich. Po X wieku powoli zanikał w Europie zachodniej, głównie na skutek rozwoju miast. W Europie wschodniej, w Rzeczpospolitej, przetrwał do drugiej połowy XIX wieku.

Posiadłości magnaterii polskiej w XVI–XVII wieku. Widoczne zaznaczone na czerwono ogromne zadnieprzańskie posiadłości Wiśniowieckich (rys. Maciej Mathiasrex Szczepańczyk i Halibutt , na licencji Creative Commons Uznanie autorstwa–na tych samych warunkach 3.0 niezlokalizowana); źródło: histmag.org.

Na powyższej mapce widać jak na dłoni, czym była Rzeczpospolita. Ziemie byłego Wielkiego Księstwa Litewskiego to obszar, na którym praktycznie nie istniało państwo takie, jakie wówczas dominowało w Europie, czyli monarchia absolutna. To był ustrój feudalny, ale nawet największy feudał nie mógł przeciwstawić się potężnym państwom. Mógł jednak przeciwstawić się państwu słabemu, jakim była Rzeczpospolita. A Rzeczpospolita była słabym państwem, bo taki ustrój wymyślili jej Żydzi. Kolos na glinianych nogach – taka była ta Rzeczpospolita.

Dalej Sienkiewicz pisze:

„Na całej Ukrainie i Zadnieprzu poczęły zrywać się jakieś szumy, jakoby zwiastuny burzy bliskiej; jakieś dziwne wieści przelatywały od sioła do sioła, od futoru do futoru, na kształt owych roślin, które jesienią wiatr po stepach żenie, a które lud perekotypolem zowie. W miastach szeptano sobie o jakiejś wielkiej wojnie, lubo nikt nie wiedział, kto i przeciwko komu ma wojować. Coś zapowiadało się wszelako.

Tym ciężej, tym duszniej było, że nikt nie umiał niebezpieczeństwa wskazać. Wszelako między oznakami złej wróżby dwie szczególnie zdawały się wskazywać, że istotnie coś zagraża. Oto naprzód niesłychane mnóstwo dziadów lirników zjawiło się po wszystkich wsiach i miastach, a były między nimi jakieś postacie obce, nikomu nie znane, o których szeptano sobie, że to są dziady fałszywe. Ci, włócząc się wszędzie, zapowiadali tajemniczo, iż dzień sądu i gniewu bożego się zbliża. Po wtóre Niżowcy poczęli pić na umór.”

Poniżej drastyczny opis

»Panu Skrzetuskiemu nie było danym widzieć bitwy, gdyż wraz z taborem został w Korsuniu. Zachar umieścił go w rynku, w domu pana Zabokrzyckiego, którego czerń poprzednio powiesiła – i postawił straż z niedobitków Mirhorodzkiego kurzenia, bo tłuszcza ciągle rabowała domy i mordowała każdego, kto się jej wydał Lachem. Przez wybite okna widział pan Skrzetuski gromady pijanych chłopów, krwawych, z pozawijanymi rękawami u koszul, włóczących się od domu do domu, od sklepu do sklepu i przeszukujących wszystkie kąty, strychy, poddasza; od czasu do czasu wrzask straszliwy oznajmiał, że znaleziono szlachcica, Żyda, mężczyznę, kobietę lub dziecię. Wyciągano ofiarę na rynek i pastwiono się nad nią w sposób najstraszliwszy. Tłuszcza biła się ze sobą o resztki ciał, obmazywała sobie z rozkoszą krwią twarze i piersi, okręcała szyje dymiącymi jeszcze trzewiami. Chłopi chwytali małe Żydzięta za nogi i rozdzierali wśród szalonego śmiechu tłumów. Rzucano się i na domy otoczone strażą, w których zamknięci byli znakomitsi jeńcy, zostawieni przy życiu dlatego, że spodziewano się po nich znacznego okupu. Wówczas Zaporożcy lub Tatarzy stojący na straży odpierali tum, grzmocąc po łbach napastników drzewcami od pik, łukami lub batami z byczej skóry. Tak było przy domu pana Skrzetuskiego. Zachar kazał ćwiczyć chłopstwo bez miłosierdzia, a Mirhorodcy spełniali z rozkoszą rozkaz. Niżowi bowiem przyjmowali chętnie w czasie buntów pomoc czerni, ale pogardzali nią bez porównania więcej od szlachty. Przecie niepróżno zwali się: „szlachetnie urodzonymi Kozakami!” Sam Chmielnicki darowywał potem niejednokrotnie znaczną ilość czerni Tatarom, którzy gnali ją do Krymu i stamtąd sprzedawali do Turcji i Azji Mniejszej.

Tłum więc szalał na rynku i dochodził do tak dzikiego opętania, że w końcu począł się wzajemnie mordować. Dzień zapadał. Zapalono całą jedną stronę rynku, cerkiew i dom parocha. Szczęściem wiatr zawiewał ogień ku polu i przeszkadzał szerzeniu się pożaru. Ale łuna olbrzymia oświecała rynek tak jasno jak promienie słoneczne. Zrobiło się gorąco nie do wytrzymania.«

Przypomina Wołyń? A więc mamy sekwencję: powstanie Chmielnickiego, rzeź humańska, rzeź wołyńska. Co jest w genach tych ludzi, jeśli w ogóle można ich nazwać ludźmi?

Nagle w trawach, trzcinach, szuwarach i zaroślach przybrzeżnych, naokoło całej łachy, rozległy się dziwne, a bardzo liczne głosy wołające:
- Pugu! Pugu!
Cisza...
- Pugu! Pugu!
I znowu nastało milczenie, jak gdyby owe głosy wołające na brzegach oczekiwały na odpowiedź.
Ale odpowiedzi nie było. Wołania zabrzmiały po raz trzeci, ale szybsze i niecierpliwsze:
- Pugu! Pugu!
Wówczas od strony statków rozległ się wśród mgły głos Krzeczowskiego:
- A kto taki?
- Kozak z ługu!
Semenom ukrytym na bajdakach serca zabiły niespokojnie. W ten sposób Zaporożcy porozumiewali się z sobą na zimowiskach, w ten sposób w czasie wojen zapraszali na rozmowę braci Kozaków rejestrowych i grodowych, między którymi bywało wielu należących sekretnie do bractwa. 

Do jakiego bractwa i kto nim kierował, to chyba nietrudno domyślić się. A jak bractwo sekretne w tamtym czasie, to wiadomo, że do wywoływania powstań chłopskich.

„Płonęły miasta, wsie, kościoły, dwory, lasy. Ludzie przestali mówić, jeno jęczeli albo wyli jak psy. Życie straciło wartość. Tysiące ginęły bez echa, bez wspomnienia. A z tych wszystkich klęsk, mordów, jęków, dymów i pożarów podnosił się tylko jeden człowiek coraz wyżej i wyżej, olbrzymiał coraz straszliwiej, zaciemniał już niemal światło dzienne, rzucał cień od morza do morza.

Był to Bohdan Chmielnicki.

Dwieście tysięcy ludzi zbrojnych i upojonych zwycięstwy stało teraz gotowych na jego skinienie. Czerń powstawała wszędzie; Kozacy grodowi łączyli się z nim po wszystkich miastach. Kraj od Prypeci do krańców pustyń był w ogniu. Powstanie szerzyło się w województwach: ruskim, podolskim, wołyńskim, bracławskim, kijowskim i czernihowskim. Potęga hetmana rosła co dzień. Nigdy Rzeczpospolita nie wystawiła przeciw najstraszniejszemu wrogowi połowy tych sił, którymi on teraz rozporządzał. Równych nie miał w gotowości i cesarz niemiecki. Burza przeszła wszelkie oczekiwania. Sam hetman początkowo nie rozeznawał własnej potęgi i nie rozumiał, jak wyrósł już wysoko.”

Czyli sam hetman nie orientował się na początku, jaką siłą dysponuje, a skoro tak, to znaczy, że to nie on tę siłę zorganizował. A stąd już tylko krok do wniosku, że kierowali nim, a właściwie całym powstaniem, jego nieznani przełożeni. Firmował je swoim nazwiskiem, tak jak Balcerowicz – Plan Balcerowicza.

„My z Połonnego. Starszy Krzywonos oblegał zamek i miasto; jeśli twoja szabla nad jego karkiem nie zawiśnie, tedy zginiemy wszyscy.

Na to książę: O Połonnem ja wiem, iż się tam siła ludu schroniła, ale jak mnie doniesiono, najwięcej Rusinów. Zasługa to wasza przed Bogiem, iż zamiast połączyć się z buntem, opór mu dajecie, przy matce stawając, jednak boję się zdrady jakowej od was, takiej, jak w Niemirowie doznałem.

Na to posłańcy poczęli przysięgać na wszystkie świętości niebieskie, że jako zbawiciela, tak księcia wyczekują, i myśl zdrady w głowie im nawet nie postała. Jakoż i szczerze mówili. Krzywonos bowiem, obległszy ich w pięćdziesiąt tysięcy ludu, poprzysiągł im zgubę dlatego właśnie, że będąc Rusinami nie chcieli się z buntem łączyć.”

Tak więc podział na Rusinów i Kozaków istnieje na Ukrainie od początku.

„I wojna leżała w sile rzeczy. Rozbójniczy ruch Zaporoża i ludowe powstanie ukraińskiej czerni potrzebowały jakichś wyższych haseł niż rzeź i rozbój, niż walka z pańszczyzną i z magnackimi latyfundiami. Zrozumiał to dobrze Chmielnicki i korzystając z tlejących rozdrażnień, z obopólnych nadużyć i ucisków, jakich nigdy w onych surowych czasach nie brakło, socjalną walkę zamienił w religijną, rozniecił fanatyzm ludowy i zaraz w początkach przepaść między oboma obozami wykopał – przepaść, którą nie pergaminy i układy, ale krew tylko mogła wypełnić.”

Jakoś tak dziwnie Samuel Sandler jednym tylko słowem wspomniał o wojnie religijnej.

„Toczyły się tedy wypadki siłą rzeczy ku wojnie – i nawet ludzie prości, instynktem tylko wiedzeni, odgadywali, że nie może być inaczej, a w całej Rzeczypospolitej coraz więcej oczu zwracało się na Jeremiego, który od początku wojnę na śmierć i życie ogłosił. W cieniu tej olbrzymiej postaci nikli coraz bardziej kanclerz i wojewoda bracławski, i regimentarze, a między nimi potężny książę Dominik, głównym mianowany wodzem. Nikła ich powaga, znaczenie i malała karność dla władzy, którą piastowali. Kazano wojsku i szlachcie ściągać ku Lwowu, a potem ku Glinianom, jakoż i szły coraz większe zastępy. Ściągała się kwarta, za nią ziemianie pobliższych województw, ale zaraz nowe wypadki poczęły grozić powadze Rzeczypospolitej. Otóż nie tylko mniej karne chorągwie pospolitego ruszenia, nie tylko prywatne, ale i regularne kwarciane, stanąwszy na miejscu zboru, wypowiadały posłuszeństwo regimentarzom i wbrew rozkazom ruszały do Zbaraża, aby oddać się pod rozkazy Jeremiego. Tak naprawdę uczyniły województwa kijowskie i bracławskie, których szlachta już przedtem w znacznej części pod Jeremim służyła., za nimi poszły ruskie, lubelskie, za nimi wojska koronne – i już nietrudno było powiedzieć, że wszystkie inne pójdą ich śladem.

Pominięty i zapomniany umyślnie Jeremi siłą rzeczy stawał się hetmanem i naczelnym wodzem całej potęgi Rzeczypospolitej. Szlachta i wojsko oddane mu duszą i ciałem czekało tylko jego skinienia. Władza, wojna, pokój, przyszłość Rzeczypospolitej spoczęły w jego ręku.

I rósł jeszcze z każdym dniem, bo każdego dnia nowe waliły do niego chorągwie, i tak zolbrzymiał, że cień jego począł padać nie tylko na kanclerza i regimentarza, ale na senat, na Warszawę i całą Rzeczpospolitą.”

No i jak tu nie twierdzić, że ta Rzeczpospolita była karykaturą państwa?

„Nie! Rzeczpospolita wojen się nie lęka i nie wojny ją zgubią! Ale czemuż to wobec takich zwycięstw, takiej utajonej siły, takiej sławy, ona, która pogromiła Krzyżaków i Turków… taka jest słaba i niedołężna, że przed jednym Kozakiem przyklękła? że sąsiedzi rwą jej granice, że wyśmiewają ją narody, że głosu jej nikt nie słucha, o gniew jej nie dba, a wszyscy zgubę przewidują?

Ach! to właśnie duma i ambicja magnatów, to czyny na własną rękę, to samowola tego przyczyną. Wróg najgorszy to nie Chmielnicki, ale nieład wewnętrzny, ale swawola szlachty, ale szczupłość i niekarność wojska, burzliwość sejmów, niesnaski, rozterki, zamęt, niedołęstwo, prywata i niekarność – niekarność przede wszystkim. Drzewo gnije i próchnieje od środka. Rychło czekać, jak pierwsza burza je zwali – ale parrycyda (z łac. parricida: zdrajca, wróg ojczyzny – przyp. W.L.) ten, kto do takiej roboty ręce przykłada, przeklęty ten, kto przykład daje, przeklęty on i dzieci jego do dziesiątego pokolenia!!…”

Wybrałem tylko niektóre fragmenty z tej powieści, by pokazać, że ocena Prusa jest bezpodstawna, nie mówiąc już o ocenie Sandlera, który zresztą przyznał, że Sienkiewicz sumiennie przebadał dokumenty z epoki i właśnie dzięki temu mamy, jak sądzę, dosyć wierny obraz powstania Chmielnickiego. Czytając tę powieść nie odniosłem wrażenia, że autor jest stronniczy.

Jeszcze do niedawna można by powiedzieć, że to powieść historyczna i tyko tyle. Jednak obecnie, gdy trwa na Ukrainie wojna i do Polski napływają masy Ukraińców, z których część jest Rusinami, a część – Kozakami, staje się ona nadzwyczaj aktualna. Jak ktoś nie wie, z której strony grozi nam niebezpieczeństwo, to z tej powieści dowie się, bo oficjalna propaganda przedstawia nam Ukraińców jako jeden naród, naszych braci, pokrewnych nam kulturowo. No, to w tym wypadku wypadało by zapytać: którzy Ukraińcy są naszymi braćmi?

Kto wie? Może za jakiś czas, gdy powstanie Polin-ukro, powieść ta może być zakazana lub mocno okrojona z niewygodnych dla oficjalnej propagandy fragmentów. Habent sua fata libelli, taką maksymę ukuli Rzymianie, co oznacza, że książki mają swój los. Jedne zostają spalone, inne ocenzurowane lub wpisane na indeks ksiąg zakazanych. Jaki los spotka Ogniem i mieczem?

Rozłam

W poprzednim blogu wspomniałem o tym, że w unii europejskiej zarysowuje się pewien podział, różnica zdań na temat tego, jakie zająć stanowisko wobec Rosji. Na początku wojny na Ukrainie cała unia wydawała się mówić jednym głosem. Jednak w miarę upływu czasu ten, zdawałoby się monolit, zaczął pękać. 1 czerwca Interia pisze:

W Europie ujawnił się podział. Kilka krajów ma własną wizję relacji z Putinem. „Europa musi zasiąść przy stole”. Hiszpania chce negocjacji z Putinem. (https://wydarzenia.interia.pl/raporty/raport-ukraina-rosja/aktualnosci/news-europa-musi-zasiasc-przy-stole-hiszpania-chce-negocjacji-z-p,nId,6064719)

»Francja, Niemcy, Włochy, a teraz także Hiszpania opowiadają się za negocjacjami z Putinem, przy jednoczesnym utrzymaniu antyrosyjskich sankcji. Hiszpańskie media komentują spór między krajami Unii Europejskiej o sposób zakończenia wojny. Mniejsze państwa, w tym przede wszystkim kraje bałtyckie uważają, że należy kontynuować dozbrajanie Ukrainy, które ma pozwolić na zwycięstwo nad Rosją.

Jak zauważa w środę dziennik “El Espanol”, to drugie stanowisko jest zgodne z pozycją prezydenta Ukrainy Wołodymyra Zełenskiego, który powiedział, że “rozmowy dyplomatyczne toczą się na polu bitwy”, a Kijów “nie pójdzie żadne na ustępstwa wobec Rosji”.

Agencja Europa Press pisze, że podziały w UE szczególnie uwidoczniły się podczas ostatniego posiedzenia Rady Europejskiej w Brukseli, na którym przywódcy krajów bałtyckich mocno skrytykowali prezydenta Francji Emmanuela Macrona i kanclerza Niemiec Olafa Scholza za ich długą rozmowę z Putinem w miniony weekend, bez konkretnych rezultatów. Liderzy Francji i Niemiec są krytykowani również za to, że dotąd nie odwiedzili Kijowa, by osobiście wyrazić solidarność z Zełenskim.

Premier Hiszpanii Pedro Sanchez opowiedział się we wtorek za tym, by nie zamykać dyplomatycznych kanałów komunikacji z Putinem, przy zachowaniu presji sankcyjnej na jego kraj.

“Europa musi zasiąść przy stole negocjacyjnym”

Podczas konferencji prasowej po unijnym szczycie szef rządu w Madrycie bronił kontaktów Macrona i Scholza z Putinem przypominając, że oba kraje utworzyły wraz z Rosją i Ukrainą w 2014 r. tzw. format normandzki w celu znalezienia pokojowego rozwiązania konfliktu na Ukrainie. Podkreślił, że jeżeli dojdzie do rosyjsko-ukraińskich rozmów pokojowych, “Europa (także) musi zasiąść przy stole negocjacyjnym”.

Według Sancheza, cytowanego przez Europa Press, dialog z Putinem miałby służyć także zwalczaniu dezinformacji o wojnie, rozprzestrzenianej przez Kreml w krajach cierpiących z powodu rosnących cen energii i niedoboru żywności. – Ważne jest, aby te kraje wiedziały, że Europa chce i szuka pokoju i rozwiązania konfliktu mającego tylko jednego agresora: Putina – powiedział.

We wszystkich wojnach zachowywało się kanały dyplomatyczne, których nie można zamykać. Jednak trzeba powiedzieć jasno, że sankcje będą kontynuowane, dopóki ostatni żołnierz rosyjski nie opuści Ukrainy – dodał.«

A więc mamy podział. Największe państwa europejskie chcą negocjacji z Putinem, a małe państwa bałtyckie i Polska – nie chcą. Tak powoli przygotowuje się opinię publiczną w Europie do zaakceptowania zmian, jakie nastąpią po zakończeniu tej wojny. Ona będzie jeszcze jakiś czas trwać, ale w końcu wszyscy się zgodzą na negocjacje. Rosja nie zgodzi się na oddanie terenów, które zajęła i Krymu. Co w takim razie trzeba będzie obiecać Ukraińcom, by wyszli z twarzą z tej wojny? Ano połączenie z Polską. To już powoli wbija się ludziom do głów. No bo jeśli obok flag polskiej i unijnej w sejmie i senacie wiszą czy stoją flagi ukraińskie, to co to znaczy? To znaczy, że już mamy do czynienia z państwem polsko-ukraińskim.

Teraz już widać jak na dłoni, po co było wyjście Wielkiej Brytanii z unii. I jeszcze te słowa brytyjskiego premiera, wypowiedziane podczas jego wizyty w Warszawie w lutym tego roku: W potrzebie Polska zawsze może liczyć na Wielką Brytanię. Bardziej złowieszczo nie mogło to zabrzmieć. Czym się skończyła pomoc Wielkiej Brytanii w 1939 roku? Tego chyba nie muszę nikomu przypominać.

Wielka Brytania wyszła z unii, by rozbić jej jedność, a właściwie po to, by dostarczyć pretekstu do jej podziału czy może nawet likwidacji, bo ta rozszerzona unia od początku była sztucznym tworem ze względu na zbyt wielkie różnice w rozwoju pomiędzy wschodnią i zachodnią Europą. Jak widać podział ten jest nadzwyczaj trwały. Z drugiej strony połączenie Polski z Ukrainą nie może odbyć się w ramach unii, więc trzeba ją zlikwidować lub wypchnąć z niej państwa, które stworzą nowy sojusz z Wielką Brytanią na czele, czyli Wielka Brytania, Polska, Ukraina i państwa bałtyckie. Nie będzie to NATO, a Wielka Brytania leży daleko, więc Rosja zgodzi się na takie rozwiązanie.

Zmiany w Europie po tej wojnie będą równie wielkie, jak po II wojnie światowej. Jak jednak w szczegółach został rozpisany ten scenariusz, o tym pewnie dowiemy się w swoim czasie. Na razie pozostają nam domysły, które powoli znajdują potwierdzenie w rzeczywistości.

Zwrot

Na portalu ZeroHedge ukazał się 31 maja artykuł zatytułowany The New York Times’ Dramatic Shift On Victory In Ukraine (Zdecydowany zwrot New York Times’a w ocenie możliwości zwycięstwa na Ukrainie).(https://www.zerohedge.com/political/new-york-times-dramatic-shift-victory-ukraine)

»11 maja The New York Times opublikował artykuł informujący o tym, że w wojnie na Ukrainie nie wszystko idzie po myśli Stanów Zjednoczonych oraz dodatkową opinię, sugerującą, że ten zwrot jest jak najbardziej w porządku.

Następnie, 19 maja, redakcja, w pełnym składzie, przeszła od sugestii do otwartego wezwania do zmiany kierunku, oświadczając, że „całkowite zwycięstwo” nad Rosją nie jest możliwe i że Ukraina będzie musiała negocjować pokój w sposób, który odzwierciedla „realistyczną ocenę” i „granice” zaangażowania USA. The Times jest jednym z głównych opiniotwórczych mediów dla elity, więc tej deklaracji nie należy lekceważyć.

Amerykańskie ograniczenia

Poniżej najistotniejsze fragmenty tego artykułu:

„W marcu redakcja ta argumentowała, że przesłanie Stanów Zjednoczonych i ich sojuszników zarówno do Ukraińców, jak i Rosjan musi brzmieć: Bez względu na to, jak długo to potrwa, Ukraina będzie wolna. …”

„Ten cel nie może się zmienić, ale ostatecznie nadal nie jest w najlepiej pojętym interesie Ameryki, aby pogrążyć się w totalnej wojnie z Rosją, nawet jeśli wynegocjowany pokój może wymagać od Ukrainy podjęcia trudnych decyzji.”

Aby upewnić się, że nie ma w tym dwuznaczności, kontynuowano:

„Decydujące zwycięstwo militarne Ukrainy nad Rosją, w którym Ukraina odzyskuje całe terytorium zajęte przez Rosję od 2014 roku, nie jest realistycznym celem. …Rosja jest zbyt silna…”

Następnie, aby upewnić się, że prezydent Joe Biden i Ukraińcy rozumieją, co powinni zrobić, dodano:

„…Pan Biden powinien również wyjaśnić prezydentowi Wołodymyrowi Zełenskiemu i jego ludziom, że istnieje granica tego, jak daleko Stany Zjednoczone i NATO posuną się w konfrontacji z Rosją, oraz że istnieją ograniczenia w zakresie broni, pieniędzy i wsparcia politycznego, jakie mogą uzyskać. Konieczne jest, aby decyzje rządu ukraińskiego opierały się na realistycznej ocenie jego możliwości oraz na tym, jak wiele zniszczeń może jeszcze znieść Ukraina”.

Gdyby prezydent Ukrainy Wołodymyr Zełenski przeczytał te słowa, z pewnością przyprawiłyby go o przyśpieszone bicie serca. Głos jego mistrzów mówił mu, że on i Ukraina będą musieli dokonać pewnych ustępstw, aby zachować twarz. Kiedy będzie on podejmować swoje decyzje, będzie musiał wrócić myślami do lutego 2014 roku i wspieranego przez USA zamachu stanu na Majdanie, którego kulminacją było pospieszne ustąpienie prezydenta Wiktora Janukowycza z urzędu i jego wyjazd z kraju.

Zbyt niebezpieczna gra

W oczach redaktorów „Timesa” wojna ta stała się wojną zastępczą Stanów Zjednoczonych przeciwko Rosji, które wykorzystują Ukraińców jako mięso armatnie – i wymyka się spod kontroli:

„Obecny rozwój wydarzeń w tym konflikcie jest chaotyczny, co może tłumaczyć niechęć prezydenta Bidena i jego gabinetu do wyznaczania jasnych celów.”

„Stany Zjednoczone i NATO są już mocno zaangażowane militarnie i gospodarczo. Nierealistyczne oczekiwania mogą wciągnąć ich jeszcze bardziej w tę kosztowną, przeciągającą się wojnę…”

„Niedawne wojownicze oświadczenia z Waszyngtonu – zapewnienie prezydenta Bidena, że Putin „nie może pozostać u władzy”, komentarz sekretarza obrony Lloyda Austina, że Rosja musi zostać „osłabiona” oraz obietnica przewodniczącej Izby, Nancy Pelosi, że Stany Zjednoczone będą wspierać Ukrainę „aż do zwycięstwa” — mogą utwierdzać w dalszym poparciu, ale nie przybliżą do negocjacji”.

Chociaż „Times” odrzuca te „porywające deklaracje”, jest aż nazbyt jasne, że dla neokonserwatystów, odpowiedzialnych za politykę zagraniczną USA, celem zawsze była wojna zastępcza mająca na celu osłabienie Rosji. Ta wojna nie stała się wojną zastępczą, ona była taką od początku.

Neokonserwatyści działają zgodnie z Doktryną Wolfowitza, ogłoszoną w 1992 roku, wkrótce po zakończeniu Zimnej Wojny 1.0, przez neokonserwatystę Paula Wolfowitza, wówczas podsekretarza obrony:

„Staramy się zapobiec zdominowaniu przez jakąkolwiek wrogą siłę regionu, którego zasoby, pod skonsolidowaną kontrolą, byłyby wystarczające do stworzenia globalnej potęgi.”

„Musimy utrzymać mechanizm odstraszający potencjalnych konkurentów nawet od aspirowania do bycia regionalną lub globalna potęgą”.

Oczywiście, jeśli Rosja jest „zbyt silna”, by można ją było pokonać na Ukrainie, to jest również zbyt silna, by pozbawić ją jej mocarstwowości.

Co się zmieniło?

Czy po siedmiu latach rzezi w Donbasie i trzech miesiącach działań wojennych na południu Ukrainy redakcja „Timesa” nagle poczuła przypływ współczucia dla wszystkich ofiar wojny i zniszczenia Ukrainy i zmieniła zdanie? Biorąc pod uwagę zachowanie „Timesa” na przestrzeni dziesięcioleci, wydaje się, że działają też inne czynniki.

Przede wszystkim Rosja poradziła sobie z sytuacją nadspodziewanie dobrze, pomimo niekorzystnych prognoz Zachodu. Poparcie dla rosyjskiego prezydenta Władimira Putina przekracza 80 proc.

Spośród 195 krajów 165 – w tym Indie i Chiny z 35 procentami światowej populacji – odmówiło poparcia sankcji wobec Rosji, pozostawiając USA, a nie Rosję, stosunkowo odizolowane od świata.

Rubel, który według Bidena będzie „gruzem”, nie tylko powrócił do poziomu sprzed lutego, ale ostatnio jego kurs jest na najwyższym poziomie od dwóch lat, wynoszącym około 60 rubli za dolara w porównaniu do 150 w marcu.

Gra słów: ruble – rubel, rubble – rumowisko, gruzy.

Rosja spodziewa się rekordowych zbiorów, a świat potrzebuje pszenicy i nawozów, ropy i gazu, które zapewniają znaczne dochody. UE w dużej mierze uległa rosyjskiemu żądaniu zapłaty za gaz w rublach. Sekretarz skarbu USA Yellen ostrzega Europejczyków, którzy mają skłonności samobójcze, że embargo na rosyjską ropę jeszcze bardziej zaszkodzi gospodarkom Zachodu.

Siły rosyjskie powoli, ale stale zyskują przewagę w południowej i wschodniej części Ukrainy po zwycięstwie w Mariupolu, największej dotychczas bitwie w tej wojnie i demoralizującej porażce Ukrainy.

W USA inflacja, która już przed kryzysem ukraińskim była wysoka, wzrosła jeszcze bardziej i osiągnęła ponad 8 procent, a obecnie Rezerwa Federalna stara się kontrolować ją poprzez podnoszenie stóp procentowych. Częściowo w wyniku tego rynek akcji zbliżył się do strefy niedźwiedzia. W miarę postępu wojny coraz więcej osób zgadza się z opinią Bena Bernanke, byłego prezesa Fed, przewidując okres wysokiego bezrobocia, wysokiej inflacji i niskiego wzrostu — straszliwej stagflacji.

W kraju widoczne są oznaki zmniejszającego się poparcia dla wojny. Co najbardziej uderzające, 57 republikanów z Izby Reprezentantów i 11 republikanów z Senatu głosowało przeciwko wysłaniu na Ukrainę kolejnej partii broni, w skład której wchodziły znaczne ilości wieprzowiny i ukryte bonusy dla spekulantów wojennych. (Zdumiewające, żaden Demokrata, ani jeden, nawet najbardziej „postępowy”, nie głosował przeciwko dolewaniu oliwy do ognia szalejącej na Ukrainie wojny. Ale to już inna historia.)

I chociaż amerykańska opinia publiczna nadal opowiada się za zaangażowaniem USA na Ukrainie, pojawiają się głosy przeciwne takiej polityce. Na przykład, Pew donosi, że liczba tych, którzy uważają, że USA nie robią wystarczająco dużo, zmniejszyła się w okresie od marca do maja. Wraz z rosnącą stagflacją, rosnącymi cenami gazu i żywności oraz głosami takimi jak Tucker Carlson i Rand Paul, wskazującymi na związek między inflacją a wojną, niezadowolenie z pewnością będzie rosło.

Wreszcie, gdy wojna staje się coraz mniej popularna i zbiera swoje żniwo, może to przełożyć się w latach 2022 i 2024 na słaby wynik wyborczy Bidena i Partii Demokratycznej, dla których „Times” jest tubą propagandową.

Nuta paniki

W tym apelu o znalezienie rozwiązania na drodze negocjacji jest nuta paniki. Stany Zjednoczone i Rosja to największe światowe mocarstwa nuklearne z tysiącami pocisków nuklearnych w trybie ostrzeżenia, czyli „alarmu”. W momentach zaognionego konfliktu możliwości przypadkowego nuklearnego Armagedonu są aż nazbyt realne.

Zdolność Bidena do kontrolowania wydarzeń jest poddawana w wątpliwość. Wiele osób w jego wieku radzi sobie z taką sytuacją, ale wielu – nie i wydaje się, że należy on do tej drugiej kategorii.

Neokonserwatyści kontrolują obecnie politykę zagraniczną administracji Bidena, Partii Demokratycznej i większości Partii Republikańskiej. Ale czy rządzący neokonserwatyści poddadzą się i pójdą w rozsądnym i pokojowym kierunku, jak tego chce redakcja „Timesa”?

To iluzja. Jak zauważyli inni komentatorzy, jastrzębie, tacy jak sekretarz stanu Antony Blinken, podsekretarz stanu Victoria Nuland i doradca ds. bezpieczeństwa narodowego Jake Sullivan, nie potrafią wyhamować; zawsze podwajają stawkę. Nie służą interesom ludzkości ani interesom narodu amerykańskiego. W rzeczywistości są zdrajcami USA. Muszą zostać zdemaskowani, zdyskredytowani i zepchnięci na bok. Od tego zależy nasze przetrwanie.«

Czasem mam wrażenie, że ja do znudzenia, jak mantrę, powtarzam, że te wszystkie wojny są wyreżyserowane i ta na Ukrainie też, ale co ja na to poradzę, że tak jest. Niby chodzi o to, by osłabić Rosję, by przestała być mocarstwem, bo wtedy jej agresja osłabnie i będzie bezpieczniej. No to dlaczego osłabienie tylko jednego agresora? A jeszcze większy agresor, czyli Stany Zjednoczone? Czy jego też nie należało by osłabić?

Kiedyś niejaki Giedroyć twierdził, a po nim niejaki Brzeziński również, że bez Ukrainy Rosja nie będzie mocarstwem. Bzdura, którą powtarzają za nimi wszyscy tzw. komentatorzy od geopolityki. A czym się różni polityka od geopolityki?

Gdy się spojrzy na mapę świata, to od razu widać, że największym państwem pod względem obszaru jest Rosja. Ukraina przy niej, choć największe państwo w Europie, jest bardzo mała. Jej bogactwa naturalne w porównaniu z Rosją są mizerne. Na samym tylko Uralu jest prawie cała tablica Mendelejewa, znaczy prawie wszystkie pierwiastki. A na Syberii? Że nie miałaby wyjścia na Morze Czarne? Osłabiło by to trochę jej pozycję w tym rejonie, ale nie przestałaby być mocarstwem.

Jeśli Amerykanie, jak wynika z cytowanego artykułu, doszli do wniosku, że tej wojny nie można wygrać, to czy oni byli takimi durniami, że nie wiedzieli o tym przed jej rozpoczęciem? Wiedzieli doskonale. To, o co w takim razie chodzi? We wszystkich tych analizach, dotyczących tej wojny, mówi się o wielu negatywnych jej konsekwencjach: kryzysie gospodarczym, kryzysie energetycznym, głodzie itp. Ale o jednej rzeczy, może w tym wszystkim najważniejszej, nie mówi się wcale. A skoro tak, to może to jest prawdziwy cel tej wojny. Największa po wojnie akcja przesiedleńcza i zastępowanie jednego narodu drugim, rzecz bez precedensu w najnowszej historii świata, a tu cisza. Choć z drugiej strony pojawiają się już pierwsze propozycje, które powoli odkrywają prawdziwy cel.

Niektórzy przebąkują, że wobec braku zgodności w unii europejskiej co do stanowiska wobec Rosji, należy stworzyć nowy sojusz czy nową unię, w skład której weszłyby Wielka Brytania, Polska, Ukraina i republiki bałtyckie. Nietrudno domyślić się, czyj to jest pomysł. Wygląda więc na to, że ta wojna jest po to, by odtworzyć I RP, o czym wielokrotnie wspominałem.

Dobrze wyreżyserowane? Pierwszym widocznym znakiem, że coś tu się może zmienić, były wspólnie organizowane przez Polskę i Ukrainę Mistrzostwa Europy w Piłce Nożnej Euro 2012. Już wtedy dano do zrozumienia, poprzez wyznaczenie na mecz finałowy Kijowa, a nie – Warszawy, kto tu jest ważniejszy. Dwa lata później Majdan, czyli amerykańska prowokacja, w wyniku której doszło do zajęcia przez Rosję wschodniej Ukrainy. Następnie wojna, pretekst do stworzenia fali uchodźców, którzy nimi nie są, w dalszej kolejności sztucznie stworzona w państwach unii różnica zdań na temat tego, czy bojkotować Rosję, czy – nie, a na końcu propozycja nowej unii czy sojuszu skierowanego przeciw Rosji. Oczywiście swoje role grają tu również Putin i Zełenski.

A więc dobrze wyreżyserowana wojna. A skoro tak, to wypada sobie odpowiedzieć na pytanie; któż jest takim dobrym reżyserem? Ten, kto dobrze reżyseruje filmy, potrafi też dobrze wyreżyserować rzeczywistość.