Witam na moim blogu

Na tym blogu będę starał się przedstawiać prawdę albo przynajmniej próbował do niej dochodzić. Czy będzie to zamiar udany, czy – nie, ocenią czytający go.

“Jedynie prawda jest ciekawa” – to motto Józefa Mackiewicza. Prawda jest ciekawa, ale niewygodna dla wszystkich i wszyscy starają się ją ukryć albo zniekształcić. Za głoszenie prawdy, uparte jej głoszenie, Józef Mackiewicz cierpiał nędzę. Dzięki temu, że pozostał sobie i swoim przekonaniom wierny, to my, z jego dzieł, możemy dowiedzieć się prawdy.

Blog ten jest poświęcony polityce i historii. Obecnie, jak chyba nigdy dotąd w dziejach ludzkości, nie manipulowano tak historią. Na naszych oczach dokonuje się fałszerstwo na niespotykaną skalę. A to wszystko dzięki internetowi i mediom społecznościowym. Jedynym ratunkiem wydaje się wykorzystanie tych mediów w celu obrony. Zgodnie z rzymską maksymą: kto mieczem wojuje, od miecza ginie.

Dużo miejsca będzie zajmować tematyka żydowska. Nie sposób jednak jej uniknąć, jeśli chce się pisać prawdę. Polska dla Żydów była i jest szczególnym miejscem. Nigdzie społeczność żydowska nie była tak liczna w stosunku do pozostałej ludności i nigdzie nie osiągnęła takich wpływów. Po drugiej wojnie światowej jej przewaga stała się jeszcze większa. Polacy stracili w niej swą warstwę inteligencką, a Żydzi – zachowali. Dlatego jest to gra do jednej bramki. Nie można napisać prawdziwej historii Polski, bez uwzględnienia w niej Żydów i ich wpływów na jej bieg. A dlaczego się ich nie uwzględnia? Najwyraźniej ten, który kontroluje system edukacji, prasę, wydawnictwa – ten sobie tego nie życzy.

Problem z Żydami polega na tym, że są przeważnie ukryci. Udają chrześcijan różnych wyznań. Żyd wie z kim ma do czynienia, a my – nie! Jeśli ma nam do sprzedania towar czy usługę, to będzie bardzo miły, można by rzec – do rany przyłóż. Gdy jednak uzna, że nieżyd jest mu niewygodny, jego obecność jest sprzeczna z jego interesem, jest jego konkurentem i – w najgorszym wypadku, gdy Żyd zawdzięcza coś nieżydowi, to jego nienawiść urasta do rozmiarów nieznanych człowiekowi o innej etyce i systemie wartości. Jeśli nie będzie w stanie sam pokonać tego, którego tak bardzo nienawidzi, to poprosi innych Żydów o pomoc. Nie są to czcze słowa. Sam tego doświadczyłem. Nie ma szans na obronę, jeśli nie wiemy z kim mamy do czynienia lub gdy dowiemy się zbyt późno. Dlatego tak ważne jest poznanie tej nacji, jej systemu wartości, sposobów postępowania i zachowań wobec nieżydów. Ci, którzy żyli przed nami i ostrzegali nas przed nimi, mieli rację. Warto korzystać z tego, co nam przekazali. To wszystko jest nadal aktualne. Żydzi nie zmieniają się i nie zmieniają swoich zasad i zachowań wobec nieżydów. I co najważniejsze – Żydzi są wśród nas, więcej ich jest, o wiele więcej niż nam się wydaje.

Fundusze

W blogu „Nowy porządek” pisałem m.in. o tym, że zorganizowanie manifestacji, to nie jest taka prosta sprawa i wymaga to wielu zbiegów logistycznych i organizacyjnych. Tego nie robią przypadkowi ludzie. Wcześniej też wspomniałem o tym, że dostaję informacje od Biuletynu Stowarzyszenia Marszu Niepodległości. I ostatnio powiadomili mnie, że już przygotowują się do listopadowego Marszu Niepodległości i proszą o wsparcie finansowe i tłumaczą, dlaczego ono jest tak ważne. Warto przytoczyć obszerne fragmenty tego wyjaśnienia, bo być może nie wszyscy zdają sobie sprawę z tego, jak trudne jest zorganizowanie takiego marszu.

»Marsz Niepodległości to zadanie trudne logistycznie, wymagające dużego nakładu pracy i wielu działań, które nie są widoczne dla jego uczestników. Faktycznie: do kolejnego przemarszu, zaczynamy przygotowywać się już po zakończeniu poprzedniego. Najbardziej zauważalne są efekty techniczne, które generują zresztą największe koszty. Są to m.in. organizacja scen na Rondzie Dmowskiego oraz na błoniach Stadionu Narodowego, nagłośnienie, oświetlenie, agregat prądotwórczy. Dużym zainteresowaniem cieszy się zawsze platforma mobilna. Wymaga to od nas wynajęcia samochodów przewożących sprzęt i elementy konstrukcji, a także dźwigów je podnoszących. Przy montażu i obsłudze pracują też liczni technicy. Publiczność szczególnie zadowolona jest z telebimów umożliwiających zgromadzonym na trasie widzom lepsze zapoznanie się z kluczowymi wydarzeniami naszej uroczystości. Nie sposób nie wspomnieć o setkach barierek, a nawet o przenośnych toaletach, których z roku na rok przybywa – a jednak nadal jest ich zbyt mało.

Straż Marszu Niepodległości

Najważniejsze dla nas jest zapewnienie bezpieczeństwa wszystkim przybyłym do Warszawy w dniu 11 listopada. Możemy w tym zakresie wyróżnić dwa kluczowe elementy: Straż Marszu Niepodległości oraz służby medyczne, ratowników oraz karetki pogotowia. Przeciętnym obserwatorom może wydawać się, że widoczni na trasie członkowie Straży to mało znaczące grupy ludzi ubranych w pomarańczowe kamizelki, które przemykają tu i ówdzie. Tymczasem jest to efekt ogromnego wysiłku logistycznego i finansowego. Formacja ta jest bowiem odpowiedzialna za organizację, logistykę oraz zabezpieczenie corocznego Marszu Niepodległości. Ochrania też inne imprezy patriotyczne w najodleglejszych zakątkach kraju. Przez cały rok przeprowadza ona regularne szkolenia: strzeleckie, medyczne, z taktyki imprez masowych, łączności itd. Są one organizowane w Warszawie i w innych miejscach kraju. Niezbędnym staje się więc wynajem lokali, opłacenie kosztów przejazdu i noclegów. Pomimo, że służba w Straży opiera się na wolontariacie, chcielibyśmy zapewnić chociażby zwrot kosztów podróży dla osób zamiejscowych i zorganizować noclegi oraz wyżywienie, pozwalające na wypoczynek po całodniowym wysiłku.  

Powstrzymanie prowokacji

Zapewnienie Państwu bezpieczeństwa i jak największego komfortu wymaga też wyposażenia w megafony, telefony, powerbanki, radiostacje i krótkofalówki, których zawsze jest za mało. Chcielibyśmy też wyposażyć ludzi w kamery nasobne, które pozwoliłyby na rejestrację działań interwencyjnych strażników. Wiele z prowokacyjnych ataków można by wtedy nagrywać i pokazać opinii publicznej jako kolejne przykłady agresji wobec patriotów, które media wolą przemilczeć, a jednocześnie chętnie przypisują je nam. Pamiętajmy, że radykalne środowiska lewicowe niejednokrotnie posuwały się do prowokacji. Miejmy to na uwadze szczególnie po wydarzeniach ostatnich miesięcy, kiedy doszło do licznych profanacji i ataków na kościoły oraz wzmożenia gróźb pod naszym adresem. Możemy spodziewać się eskalacji przemocy, a to oznacza, że Straż Marszu Niepodległości jest jeszcze bardziej potrzebna.

Msza święta i część artystyczna

Marszu Niepodległości nie sposób wyobrazić sobie bez Mszy Świętej. Szczególnie w przypadku mszy polowych trzeba zaangażować osoby, które przewiozą sprzęt liturgiczny i pomogą w ustawieniu ołtarzy.

Ważnym elementem Marszu Niepodległości jest część artystyczna. Zespoły muzyczne i chór potrzebują sprzętu i zapewnienia obsługi technicznej. Chcemy zrewanżować się im chociażby zwrotem kosztów dojazdu i noclegami.

Obsługa medialna i prawna

System akredytacji mediów relacjonujących przebieg Marszu, organizacja biura prasowego i konferencji prasowych to również ciężka praca. Chociaż nie kosztują one wiele, wymagają zaangażowania wielu osób. Realizacja transmisji filmowych stanowi znaczący procent naszego kosztorysu. Zapewniamy w ten sposób możliwość choćby biernego uczestnictwa kolejnym tysiącom osób, które z rozmaitych przyczyn nie mogą przybyć do Warszawy.

Niezbędna jest obsługa prawna i administracyjna, na którą składają się m.in. zgłaszanie zgromadzeń, składanie wniosków, odpowiedzi na pisma, spotkania z policją i urzędnikami, staranie się o zgody na przejazd samochodów. Prawnicy niejednokrotnie ratowali Marsz, odwołując się od decyzji Ratusza zakazujących jego organizacji. Miesiącami angażują się w sprawy sądowe. Przygotowują sprostowania fałszywych informacji prasowych w nieustannej wojnie informacyjnej, w której używa się wobec nas kłamstw, półprawd i przeinaczeń. Prawnicy przygotowują też wewnętrzne regulaminy i porady prawne, kontaktują się z firmami i urzędami, z którymi się stykamy.

Promocja

Każda działalność wymaga odpowiedniej promocji. Tworzone są grafiki, ulotki, plakaty, filmy promocyjne, które należy omówić zaprojektować, stworzyć a potem dystrybuować. Wiele z nich potem bezpłatnie wysyłaliśmy naszym sympatykom. Cały sztab ludzi obsługuje portale i media społecznościowe.

Mam nadzieję, że uświadomiłem Państwu jak kompleksowym, wielotorowym, ale i kosztownym przedsięwzięciem jest organizacja Marszu Niepodległości. Przez cały rok setki ludzi wkładają mnóstwo wysiłku w to, byśmy mogli spotkać się przez kilka godzin 11 listopada na ulicach Warszawy i wyrazić nasz patriotyzm. Uczcimy wysiłek i ofiarę niezliczonych niepodległościowców, dzięki którym możemy żyć w wolnej Ojczyźnie nie tylko w początkach II Rzeczypospolitej, ale i tych, którzy tworzyli ją u zarania naszych dziejów i przez kolejne stulecia aż po czasy powstania antykomunistycznego i współczesność. Utrwalamy i szerzymy wartości im przyświecające, chcąc być świadomymi Polakami, którzy w sztafecie pokoleń zachowają tożsamość kulturową. Miłość do Ojczyzny musi iść w parze z troską o ochronę atakowanej rodziny – tej podstawowej komórki społecznej. Naród jest niejako wielką rodziną rodzin. Szczęśliwie żyjemy w czasach pokoju, jednak nieustannie toczy się bezlitosna wojna gospodarcza – dlatego podkreślamy też kwestię suwerenności gospodarczej.«

Podpisał się pod tym Robert Bąkiewicz – Prezes Zarządu. Dodając na zakończenie: Widzimy się – jak zawsze – w Warszawie, w Święto Niepodległości z „Bogiem, Honorem i Ojczyzną” w sercach i umysłach.

Jak więc widać, jest to skomplikowana operacja. Marsz Niepodległości jest największym tego typu wydarzeniem w Polsce, stąd i skala trudności nieporównywalna z podobnymi manifestacjami. Jednak inne tego typu imprezy czy protesty też wymagają sporego wysiłku logistycznego i organizacyjnego. A wszystkie bez względu na skalę – pieniędzy. Bez nich niczego nie będzie. Skąd oni mają na to fundusze?

Podobne pytanie zadał sobie Adolf Nowaczyński w swoim felietonie Ofensywa bezbożników zamieszczonym w książce Perły i plewy z 1934 roku. Pisze on tak:

»Skąd oni mają fundusze na te swoje pisemka i na tę swoją akcję i propagandę?

Ostatecznie bowiem wychodzi tego siana i tej sieczki wcale dużo i to wychodzi systematycznie. „Polska Odrodzona”, „Polska Wolność”, „Wiedza dla wszystkich”, „Racjonalista”, „Ster”, „Jutro Rzeczypospolitej” itp. itd. Muszą płacić druk, papier, lokale redakcyjne, honoraria, kolportaż, reklamę. Wiemy wszyscy, co to teraz kosztuje i jak trudno już jest o każdy złoty, o każdy grosz. Płacić trzeba, prenumeratorów na to nie ma, bo być nie może. Rozsyła się dla propagandy gratis i franco. Ale skąd fundusze na to biorą? Pisemka wychodzą systematycznie, punktualnie. Więc skądś fundusze mieć tam muszą.

Oczywiście na pewne periodyki dają złoto Geldhaby i Nababy zza Żelaznej Bramy. Ale to by nie wystarczyło. Raczej tedy tu i ówdzie alimentacja z funduszów dyspozycyjnych. Ale których? Jakieś tam kasy jednak muszą stać otworem dla dywersyjnych batalionów wolnomyślicielskich. Dzięki nim jakoś to tam idzie, a przy poprawionej koniunkturze wszystkie te pisemka z małych fortów agnostycyzmu rozbudują się szybko na wielkie twierdze, bogate w amunicję i trujące gazy antychrystianizmu wojującego, zaczepnego, burzącego wszystko dookoła.

Na razie w obrębie tych fortów-pisemek, „sanatek” (jak nazywają antykatolickie pisma w Polonii amerykańskiej), wre praca przygotowawcza, organizacyjna, uczenie i ćwiczenie rekrutów, seminaria dla „pionierów”. Przede wszystkim kadry nauczycielskie i profesorskie szkół średnich i ludowych. To mają być te korpusy szturmowe „udarników”, które na dane hasło pójdą w Kulturkampf. Cały plan kampanii wedle wzorów francuskich w roku 1892, a potem 1905 (Combes, Sembat, Waldeck-Rousseau, A. F. Buisson, etc). Ministerstwo Oświaty i Wyznań ustosunkowuje się do całej kampanii „obiektywnie” i nie bez życzliwej neutralności. Nie na darmo unosi się dziś nad nim (po śmierci pogodzonego z katolicyzmem śp. Czerwińskiego) duch… Buchnerów, Moleschottów, Darwinów, Straussów, którego jeden ksiądz Żongołłowicz egzorcyzmami z gmachu nie przepędzi. W ministerstwie na ważnych stanowiskach osadzeni są: dr Taubenschlag, dr Kretz, dr M. Friedländer, prof. Ign. Myśliński (?), p. Janusz Korczak; „Rocznik Pedagogiczny” redaguje Helena Rajchman-(Radlińska), „Ruch Pedagogiczny” redaguje p. Henryk Rowid (?). Tak liczna semicka grupa nad pedagogiką polską czuwa i asocjację nauczycielską „Zrąb” odpowiednio „nowoczesnym” duchem przepaja. Toteż zdarza się potem, że w Wilnie wydawane dla kształcącej się młodzieży przez wizytatora tamtejszego okręgu p. Ostrowskiego i dr. Hirschberga pismo „Ster” zaleca jako lekturę dla młodzieży… Anat. France’a. Kuratorem warszawskiego rewiru jest znów niejaki p. Pytlakowski, którego nie należy mieszać z p. Dworakowskim, aczkolwiek wszystko co p. Pytlakowski zadeklaruje, to p. Dworakowskiemu zwykle bardzo się podoba.

Gdy taki duch Buchnerów, Straussów, Moleschottów idzie do ministerstwa, nie można się dziwić, że w obu pisemkach wolnomyślicielskich wśród współpracowników przeważają profesorowie i nauczyciele, czerpiący swe idee pedagogiczne z „Rocznika” Raichman-Radlińskiej i z „Ruchu” Henryka „Rowida”…

„Racjonalistą”, miesięcznikiem „Koła Intelektualistów” kieruje, jak to można było przypuszczać, któryś z Landaów, tym razem Józef Landau, autor „Mojej Utopii” (sic); filarami są prof. Kotarbiński i prof. Ułaszyn (Poznań). „Racjonalista” prezentuje się skromnie, pod względem intelektualnym desperacko prymitywnie. Toteż najwyższy czas, aby wódz „Racjonalistów” p. Landau podał do zgody rękę wodzowi „Wolnomyślicielców” p. Dawidowi Jabłońskiemu i aby viribus unitis wzięli się do burzenia baszt i murów nadwiślańskiego „Ciemnogrodu”, ewentualnie zfuzjowawszy się jeszcze z „Polską Wolnością” Tad. Wieniawy-Długoszowskiego, entuzjastycznego panegirysty „Dybała zwycięzcy” oraz z „Polską Odrodzoną”, księdza „narodowego” Farona, który teraz zerwał węzły łączności z „biskupem” Hodurem i kościołem narodowym w Scranton.

Całkiem odrębnymi torami idzie sobie „Wiedza dla wszystkich”, redagowana przez p. Tadeusza Orynga. Jak Bolesława Wieniawę nie należy mieszać z wolnomyślicielem Tadeuszem, tak nie należy Tadeusza Orynga z Wacławem. Ten drugi bowiem, autor osławionej kajdaniarskiej broszury pt.: „Zbrodniarze” (r. 1926), miał zeszłego roku powierzone sobie redagowanie pisma „Journal des Nations”, na co dostał odpowiednie sowite fundusze; wywdzięczył się ministrowi w ten sposób, że w krytycznym momencie sesji genewskiej przedrukował w tym piśmie artykuł „Manchester Guardiana” o Ukraińcach (bez komentarza), za co oczywiście z trzaskiem został raz na zawsze zlikwidowany i usunięty.«

Tak więc już przed wojną polska pedagogika i edukacja była zdominowana przez Żydów i ich usłużnych pomocników. Nie trzeba chyba dodawać, że po wojnie, jeśli się coś zmieniło, to na gorsze. Nie inaczej działo się po 1989 roku. Jest to zbyt ważna dziedzina, by ktoś inny mógł ją kontrolować.

Ja nie mam najmniejszej wątpliwości, że Marsz Niepodległości jest żydowskim wymysłem. Oni go organizują i finansują. Poniekąd tak kreują wizerunek Polaka, bo przecież to wydarzenie jest również pokazywane za granicą. W końcu skoro Żydzi mają media w swoich rękach, to nie mają z tym problemu. Idą więc naiwni Polacy w tym marszu, utrwalając stereotyp Polaka katolika i patrioty. A ten patriotyzm sprowadza się do tego marszu i wymachiwania flagą narodową. Nigdy tego nie rozumiałem – od samego początku. Tak jak nie rozumiem tego: „Bóg, Honor, Ojczyzna”. Wbrew temu, co pisze Bąkiewicz, ja nie noszę tego ani w sercu, ani w umyśle. A więc zapewne w pojęciu Żyda Bąkiewicza nie jestem Polakiem.

To, że coś takiego jest możliwe, to efekt edukacji, żydowskiej edukacji, w trakcie której wmawiano i nadal wmawia się uczniom, że patriotyzm polega na walce za ojczyznę, a nawet na poświęcaniu dla niej życia. No i oczywiście na tym, że ojczyznę trzeba kochać. Świadomie gloryfikuje się wszystkie przegrane powstania, a ich uczestników przedstawia się jako bohaterów. Jest to wynikiem tego, że edukacja, interpretacja historii i propaganda są w rękach żydowskich. Celem tych zabiegów jest utwierdzenie Polaków w przekonaniu, że takie gwałtowne protesty mają sens i że władza przestraszy się ich gniewu czy niezgody na istniejący stan. Nic bardziej błędnego. I jeszcze to wmawianie, że Polska jest krajem niepodległym, w którym Polacy mają na coś wpływ. Efekt jest taki, że idą Polacy w marszu, a Żydzi w duchu śmieją się: wyprowadzamy was na ulice, które są wasze, a kamienice są nasze. Czy ci ludzie, którzy uczestniczą w takim marszu, zdają sobie sprawę z tego, jakich pajaców z siebie robią? Jedni Żydzi organizują marsz, a inni, w mediach wszelkiego rodzaju, też zagranicznych, opisują Polaków jako faszystów. I taki przekaz idzie w świat. Nic więc dziwnego, że Żydzi śmieją się z nich i uważają za durniów. A żeby było jeszcze śmieszniej, to często sami krzyczą lub namawiają naiwnych do okrzyków: Tu jest Polska, a nie Polin! A przecież jest dokładnie odwrotnie, a krzykiem niczego się nie zmieni, co najwyżej ośmieszy się.

Edukacja c.d.

„Dajcie mi na przeciąg wieku wychowanie publiczne, a zmienię świat” mawiał filozof Leibnitz, wybitny różokrzyżowiec. Niewątpliwie bez przejęcia systemu edukacji, siły starające się wprowadzić Nowy Porządek Świata, miałyby o wiele trudniejsze zadanie. Przede wszystkim trudno byłoby wmówić ludziom, że oto, ni stąd, ni zowąd, pojawił się jakiś śmiertelnie groźny wirus, który nie jest ani śmiertelny, ani groźniejszy od zwykłego wirusa grypy, ani nie jest niczym nowym. Skoro jednak mówią tak „uczone głowy”, to chyba coś musi być na rzeczy. Nie jest ważne, że jest jeszcze mnóstwo ludzi, którzy nie wierzą w tę bajkę. Niestety tych, którzy wierzą jest znacznie więcej i to może decydować.

Antony Sutton w swojej książce z 1983 roku Skull and bones; Tajemna elita Ameryki poświęca też dużo miejsca edukacji. Poniżej fragmenty jego wywodów:

»Każda grupa pragnąca zapewnić sobie kontrolę nad przyszłością amerykańskiego społeczeństwa, musi najpierw przejąć kontrolę nad systemem edukacji, czyli nad populacją przyszłości. Wszystko zaczęło się na Yale. Nawet na kartach oficjalnej historii Yale da się odczuć świadomość potęgi tego uniwersytetu i sukcesu, jaki odniósł. W oficjalnej historii czytamy, że „Sukces Yale był nieznośny i tajemniczy”.

Pełną świadomość tego sukcesu miał też najważniejszy rywal Yale, Uniwersytet Harvarda. Doszło do tego, że w 1892 roku młody harvardzki wykładowca, George Santayana, udał się na Yale, by zbadać ową „niepokojącą legendę” o potędze tego Uniwersytetu. Santayana przytoczył słowa absolwentów Harvardu zamierzających wysłać swoich synów na Yale i tłumaczących to faktem, że gdy zamkną się za nimi mury uczelni, „wszyscy, którzy ukończyli Harvard pracują dla absolwentów Yale”.

Nikt wcześniej nie zadał jednak oczywistego pytania – dlaczego? Czym jest „potęga Yale”?

W latach pięćdziesiątych XIX wieku trzech członków Zakonu opuściło mury Yale i wspólnie, współpracując też niekiedy z innymi członkami, dokonało rewolucji, która zmieniła oblicze, kierunek i cel amerykańskiego systemu edukacji. Rewolucja ta była błyskawiczna, cicha i wyjątkowo udana. Amerykanie nawet dzisiaj, w 1983 roku, nie są świadomi tego zamachu stanu.

Wywrotowe trio tworzyli:

  • Timothy Dwight (wtajemniczony w roku 1849), wykładowca w yale’owskiej Divinity School, a następnie dwunasty rektor Uniwersytetu Yale.
  • Daniel Coit Gilman (wtajemniczony w roku 1852), pierwszy rektor Uniwersytetu Kalifornijskiego, pierwszy rektor Uniwersytetu Johna Hopkinsa i pierwszy prezes Carnegie Institution.
  • Andrew Dickson White (wtajemniczony w roku 1853), pierwszy rektor Uniwersytetu Cornell i pierwszy przewodniczący Amerykańskiego Towarzystwa Historycznego.

Tych trzech godnych uwagi mężczyzn wstąpiło w szeregi Zakonu w odstępie kilku lat od siebie (1849, 1852, 1853). Natychmiast wyruszyli do Europy. Wszyscy trzej rozpoczęli studia filozoficzne na Uniwersytecie Berlińskim, zmonopolizowanym przez filozofię postheglowską.

Dlaczego to niemieckie doświadczenie jest takie ważne? Ponieważ był to okres, w którym ukształtowała się osobowość tych trzech mężczyzn. Dopiero co ukończyli studia, snuli plany na przyszłość, a ferment, jaki wywołała filozofia heglowska, był w tamtym czasie w Niemczech siłą dominującą.

Hegliści dzielili się na dwie grupy. Ich prawe skrzydło tkwiło u korzeni pruskiego militaryzmu, stanowiąc natchnienie dla zjednoczenia Niemiec i – w późniejszym okresie – dojścia do władzy Hitlera. W gronie tym czołowe pozycje zajmowali Karl Ritter z Uniwersytetu Berlińskiego, na którym studiowała nasza trójka, baron von Bismarck i baron von Stockmar, zaufany doradca angielskiej królowej Wiktorii. Prawicowym heglistą był także żyjący nieco wcześniej Karl Theodor Dalberg (1744-1817), arcykanclerz rzeszy Niemieckiej, spokrewniony z angielskim lordem Actonem i członek Zakonu Iluminatów o pseudonimie Baco v. Verulam.

Istnieli także hegliści o poglądach lewicowych, będący orędownikami socjalizmu naukowego. Najsłynniejszymi z nich byli rzecz jasna Karol Marks, Fryderyk Engels, Heinrich Heine, Max Stirner i Moses Hess.

Należy pamiętać, że dla obu grup punktem wyjścia jest heglowska teoria państwa, czyli przekonanie o wyższości państwa nad jednostką. Pruski militaryzm, nazizm i marksizm mają te same filozoficzne korzenie. Nie pozostało to bez wpływu na naszą trójkę.

Związki z iluminatami

Johann Friedrich Herbart był wybitnym niemieckim filozofem z początku XIX wieku. W Stanach Zjednoczonych istniało niegdyś National Herbart Society for the Scientific Study of Education (Krajowe stowarzyszenie imieniem Herbarta na rzecz nauki o edukacji), którego celem było przystosowanie herbartiańskich zasad do amerykańskiego systemu edukacji. Stowarzyszenie to przekształciło się później w National Society for the Study of Education. Obecnie nie słyszy się zbyt często o Johannie Herbarcie, ale jego wpływy przetrwały w tak zwanych „wzbogaconych” szkolnych programach nauczania i w obecnej metodologii pedagogicznej.

Herbart był teoretykiem pedagogiki, a także filozofem i psychologiem. Uważał on, że pedagogikę należy uprawiać w ściśle naukowy sposób, a naczelnym celem edukacji jest przygotowanie dziecka do życia w porządku społecznym, którego jest integralną częścią. W ślad za Heglem głosił, że jednostka nie ma znaczenia. Celem edukacji nie jest jedynie rozwój indywidualnego talentu, indywidualnej sprawności, siły psychicznej czy wiedzy. Jest nim rozwój charakteru i moralności społecznej, a najważniejsze zadanie wychowawcy polega na dokonywaniu analizy działań i powinności człowieka wobec społeczeństwa.

Zadaniem kształcenia jest urzeczywistnienie tych celów i rozbudzanie pożądanych społecznie idei. W przekonaniu Herbarta i zgodnie z teorią Hegla moralne jest zatem to, co przynosi korzyść społeczeństwu.

Herbartianie są zwolennikami koncentrowania przedmiotów wokół głównego tematu, czyli na przykład łączenia historii, wiedzy o społeczeństwie i literatury angielskiej. Pozwala to nauczycielowi na łatwiejsze podejmowanie tych tematów, które są bardziej przydatne dla osiągnięcia celu.

Wszystkie idee, które odnajdujemy w dzisiejszej filozofii edukacyjnej weszły do amerykańskiej pedagogiki za pośrednictwem grup herbartiańskich.

Johann Herbart studiował na Uniwersytecie w Jenie, gdzie znalazł się pod wpływem Johanna Herdera, Friedricha Schillera, Johanna Fichtego i Johanna Goethego. W późniejszych latach, będąc w Szwajcarii, nawiązał kontakt z Johannem Pestalozzim. Ludzie, którzy wywarli nań największy wpływ, mają jedną interesującą cechę: albo byli członkami Zakonu Iluminatów, albo uważa się, że mieli z nim bliskie związki.

Jeszcze ściślejszy związek łączył Herbarta z innym znanym członkiem Zakonu Iluminatów, Johannem Heinrichem Pestalozzim (1746-1827). Pestalozzi był cieszącym się sławą szwajcarskim nauczycielem mieszkającym w Interlaken i noszącym iluminacki pseudonim „Alfred”.

Na samym początku XIX wieku, przed ukończeniem doktoratu, Herbart spędził trzy lata w szwajcarskim Interlaken. Efektem jego kontaktów z Pestalozzim jest książka na temat teorii pedagogicznych tego ostatniego, z których wiele Herbart przyjął za swoje. Książka ta nosi tytuł Pestalozzis Idee eines Abc der Anschauung (Zbadane i naukowo wywiedzione abecadło poglądowości według pomysłu Pestalozziego). Została przetłumaczona na angielski. Fakt ten nie pozostaje bez znaczenia, stanowi bowiem przyczynek do tego, jak znaczny wpływ na dzisiejszą pedagogikę wywiera iluminacka książka.

Jeśli zaś chodzi o edukację, iluminaci mieli następujący cel: „Musimy urobić zwykłych ludzi w każdym zakątku. Cel ten uda się osiągnąć przede wszystkim dzięki szkołom i naturalnemu, serdecznemu zachowaniu, łaskawości, popularności i tolerancji dla ich przesądów, które bez pośpiechu wykorzenimy i rozwiejemy”.

Zakon Iluminatów powstał na Uniwersytecie w Ingolstadt, Grupa w All Souls College na Uniwersytecie Oksfordzkim w Anglii, a Zakon na Uniwersytecie Yale w Stanach Zjednoczonych. Paradoks polega na tym, że instytucje rzekomo oddane poszukiwaniu prawdy i wolności stały się kolebkami organizacji, których celem jest zniewolenie świata.

Wpływ Deweya

Patrząc na postać Johna Deweya z perspektywy osiemdziesięciu lat utrzymywania się jego wpływu, można go uznać za najważniejszy czynnik kolektywizacji lub heglizacji amerykańskich szkół. Dewey był nieodmiennie filozofem zmiany społecznej i dlatego właśnie wywarł wpływ tak dogłębny i wszechogarniający. I to właśnie w pracy i realizowaniu pomysłów Johna Deweya kryją się cele Zakonu.

Gdy Zakon sprowadził G. Stanleya Halla z Lipska na Uniwersytet Johna Hopkinsa, John Dewey już tam był, czekając na napisanie swojej rozprawy doktorskiej na temat „psychologii” Kanta. Będąc już wyznawcą filozofii Hegla, przyswoił sobie psychologię Wundta i Hegla i zastosował je w swojej koncepcji edukacji, której celem była zmiana społeczna. Doskonale ilustruje to cytat z Mojego pedagogicznego credo Deweya:

Szkoła jest przede wszystkim instytucją społeczną. Ponieważ edukacja jest procesem społecznym, szkoła po prostu stanowi tę formę życia wspólnotowego, w której wszystkie te wpływy skupiają się, by jak najskuteczniej doprowadzić dziecko do partycypowania w odziedziczonych przezeń zasobach rasy i wykorzystania jego własnych sił dla celów społecznych. Edukacja jest więc życiem, a nie przygotowaniem do przyszłego życia.

Wynika z tego, że deweyowska edukacja nie skupia się na dziecku, ale na państwie, ponieważ heglowskie „cele społeczne” zawsze stawiają w centrum państwo.

W tym właśnie tkwi sedno nieporozumień pomiędzy współczesnymi rodzicami a systemem edukacji. Rodzice uważają, że dziecko chodzi do szkoły, by nabyć w niej umiejętności potrzebnych mu w dorosłym życiu, ale Dewey stwierdza wyraźnie, że edukacja nie jest „przygotowaniem do przyszłego życia”. Deweyowski system edukacji nie przywiązuje wagi do rozwijania talentów dziecka. Przeciwnie, jego zadaniem jest przygotowanie go do funkcjonowania w roli części składowej organicznej całości, czyli mówiąc wprost, bycia trybikiem w mechanizmie organicznego społeczeństwa. Podczas gdy wartości moralne większości Amerykanów są zakorzenione w indywidualizmie, system oświatowy czerpie swoje z heglowskiej koncepcji państwa jako absolutu. Nic dziwnego, że dochodzi do nieporozumień.

Gdy porówna się Hegla, Johna Deweya oraz teoretyków i praktyków dzisiejszej pedagogiki, uderza ich niezwykłe podobieństwo. Hegel uważał, że jednostka jest pozbawiona wartości, o ile nie pełni funkcji społecznej: „Państwo jest rzeczywistością absolutną, a jednostka uzyskuje obiektywność, prawdę i moralność wyłącznie będąc częścią państwa”.

John Dewey starał się zminimalizować wolność jednostki. W swoim artykule Demokracja i administracja oświatowa („School & Society”, XVL, 1937) pisze o „zagubionej jednostce”, po czym ponownie powołuje się na Hegla: „wolność jest partycypacją każdej dojrzałej istoty ludzkiej w tworzeniu wartości regulujących wspólne życie”. Jest to stwierdzenie czysto heglowskie, analogiczne do przekonania, że człowiek może znaleźć wolność jedynie w posłuszeństwie wobec państwa. Krytycznie nastawiony do Johna Deweya Horace M. Kallen stwierdził, że Dewey był „ślepy na czysty indywidualizm jednostek”.

Cel edukacji

Jaki jest zatem cel edukacji, skoro jednostka nie ma żadnych praw i żyje tylko dla państwa?

Hegel nie musiał pisać o oświacie i – o ile nam wiadomo – w jego pismach nie znajdzie się zdania poświęconego wyłącznie zagadnieniom edukacji. Nie było takiej potrzeby. W opinii Hegla wszystkie jednostki istnieją wyłącznie z łaski państwa. Pogląd ten znalazł odzwierciedlenie we wszystkich systemach politycznych opartych na filozofii Hegla, bez względu na to, czy chodziło o radziecki komunizm, czy hitlerowski narodowy socjalizm. John Dewey podzielał heglowskie postrzeganie społeczeństwa jako organicznej całości:

Wykształcenie polega albo na umiejętności wykorzystywania swoich zdolności umysłowych dla dobra społeczeństwa, albo na umiejętności partycypowania w doświadczeniu innych i poszerzania w ten sposób indywidualnej świadomości na świadomość rasy (Wykłady dla pierwszego roku pedagogiki).

Ostatnie zdanie przywodzi na myśl hitlerowską filozofię rasy, czyli prawicowy heglizm, a poglądy dzisiejszych pedagogów odzwierciedlają to podejście. Oto cytat z wypowiedzi członka zgromadzeń ustawodawczych Kalifornii, Johna Vasconcellosa, piastującego także nader ważne stanowisko przewodniczącego Wspólnej Komisji do spraw Ogólnego Planowania w Szkolnictwie Wyższym oraz Komitetu do Spraw Celów Oświatowych przy zgromadzeniu stanowym Kalifornii:

Przyszedł czas na nową wizję nas samych, człowieka, ludzkiej natury i ludzkiego potencjału oraz nową teorię polityczną i instytucje oparte na tej wizji. Na czym polega ta wizja Człowieka? Na przekonaniu, że ludzka natura, pełna, organizmiczna istota ludzka jest kochająca… że ze swej natury człowiek dąży ku wspólnocie (cyt. za : Rex Myles, Brotherhood and Darkness).

Na czym ma polegać to „poszerzenie indywidualnej świadomości” (Dewey) i „dążenie ku wspólnocie” (Vasconcellos)?

Za zasłoną starannego języka kryje się Nowy Porządek Świata, światowe społeczeństwo organiczne. W Konstytucji nie ma jednak najmniejszej wzmianki na temat światowego porządku organicznego. Żaden urzędnik państwowy ani osoba piastująca stanowisko wybieralne nie może zgodnie z prawem popychać Stanów Zjednoczonych w kierunku takiego ustroju, ponieważ jest to w sposób oczywisty niezgodne z Konstytucją. Dewey nie był, rzecz jasna, urzędnikiem państwowym, ale Vasconcellos złożył przysięgę na wierność Konstytucji.

Większość ludzi, zapytana o światowy porządek, odpowie prawdopodobnie, że zanim zaangażujemy się w ezoteryczne pomysły, powinniśmy najpierw zająć się problemami wewnątrz naszego kraju. Większym zmartwieniem dla Amerykanów jest chyba korupcja polityczna, żałośnie niskie standardy oświatowe i bezduszna biurokracja. Trudno dostrzec, co nowy porządek świata może mieć wspólnego z kształceniem dzieci, ale odpowiedź na to zagadnienie można znaleźć w literaturze. Fichte, będący poprzednikiem Hegla i źródłem wielu jego idei filozoficznych, miał jasno sprecyzowaną koncepcję Ligi Narodów (Volkenbund) oraz wizję związku zaprowadzającego pokój. Fichte zapewniał, że „gdy federacja ta się rozprzestrzeni i stopniowo obejmie całą Ziemię, zapanuje wieczny pokój, będący jedyną zgodną z prawem relacją pomiędzy państwami”.

National Education Association, zajmujące się lobbowaniem w sprawach związanych z edukacją, w 1976 roku stworzyło program z okazji dwusetnej rocznicy istnienia Stanów Zjednoczonych zatytułowany „Deklaracja Niepodległości: kształcenie na rzecz globalnej społeczności”. Na szóstej stronie tego dokumentu czytamy: „Jesteśmy zaangażowani w ideę kształcenia na rzecz globalnej społeczności. Zachęcamy do udzielenia nam pomocy w przekształceniu tego zaangażowania w działanie i zmobilizowanie światowego szkolnictwa do rozwijania światowej społeczności”.

Cel niemal w całości odpowiadający celom Hegla sformułował w swojej książce Self Knowlegde and Social Action (Samowiedza i działanie społeczne) Obadiah Silas Harris, adiunkt wydziału Zarządzania i Rozwoju Szkolnictwa Uniwersytetu Nowy Meksyk w Las Cruces w Nowym Meksyku:

Gdy edukatorzy społeczni mówią, że edukacja społeczna bierze pod uwagę jednostkę jako całość i jej całe otoczenie, mają na myśli dokładnie to: dziedzina jaką jest edukacja społeczna obejmuje jednostkę wraz z całą jej strukturą psychofizyczną oraz klimatem ekologicznym wraz ze wszystkimi implikacjami – społecznymi, politycznymi, ekonomicznymi, kulturalnymi, duchowymi itd. Jej celem jest zintegrowanie jednostki w sobie (sic!) i w społeczności, aż jednostka stanie się kosmiczną duszą, a społeczność światem.

W tej samej książce na stronie osiemdziesiątej czwartej czytamy:

Kosmiczna dusza (…) cała rasa ludzka wykształci własną rzeczywistą duszę – kosmiczną duszę rasy. Tak wygląda przyszłość ewolucji ludzkości. Wynikiem pojawienia się uniwersalnej duszy będzie wielkie zjednoczenie całej rasy ludzkiej, dające początek nowej erze, świtowi nowej światowej potęgi.

Ostatni przytoczony cytat jeszcze bardziej trąci Adolfem Hitlerem niż wypowiedzi Johna Vasconcellosa. Ma on w sobie taką samą mieszaninę okultyzmu, etniczności i absolutyzmu.

Powszechnie uważa się, że zgodnie z określonym w Konstytucji charakterem relacji pomiędzy jednostką a państwem, to jednostka pełni funkcję nadrzędną, a celem istnienia państwa jest służba jednostce i że państwo nie ma władzy, za wyjątkiem wyraźnie wyrażonej woli narodu.

Krótko mówiąc, propozycje Johna Deweya i jego zwolenników są niekonstytucyjne. Nigdy nie przekroczyłyby progów amerykańskich klas szkolnych, gdyby za ich rozpowszechnianiem nie stała ogromna potęga Zakonu.«

Sutton pisał to ponad 40 lat lat temu. Gdybyśmy w jego opisie zamiast uczniów i studentów wstawili społeczeństwo, to uzyskalibyśmy obraz współczesności i cele, do których dążą rządzący światem. Być może do wielu ludzi nie dociera ten fakt, że obecnie jednostka nic nie znaczy i na nic nie ma wpływu. Nawet nie decyduje o własnym zdrowiu. Nie ma znaczenia, że mogę się dobrze czuć i nic mi nie dolega. O tym czy jestem zdrowy, czy chory, decyduje państwo, a konkretnie testy, które ono uznaje za miarodajne, a które zostały stworzone w zupełnie innym celu niż diagnozowanie zarażenia wirusem. Państwo uznało, że nawet jak ktoś jest zdrowy, to jest chory, chory bezobjawowo i może zarażać innych. I ono decyduje o tym, gdzie mi wolno wejść czy pojechać, a gdzie – nie. Ono decyduje o tym, że wszyscy obywatele danego kraju mogą zarażać, a emigranci nie zarażają. Tak więc już jesteśmy niewolnikami, choć jeszcze do niewielu to dociera, a państwo jest już wszechmogące. Jest absolutem.

Hegel uważał, że jednostka jest pozbawiona wartości, o ile nie pełni funkcji społecznej i że wszystkie jednostki istnieją wyłącznie z łaski państwa. Za młodu uczono mnie, że idee Lenina są wiecznie żywe, a teraz okazuje się, że to idee Hegla są wiecznie żywe. W tej chwili mamy do czynienia z wdrażaniem heglowskiego modelu państwa. Państwo decyduje o tym, które jednostki są wartościowe, a które nie. Ci, którzy są właścicielami małych firm uznani zostali za zbędnych i nie przedstawiają dla państwa żadnej wartości. Podobnie ludzie starzy. To, czy ktoś będzie żyć, będzie zależeć, a właściwie już zależy, od państwa. My nie wiemy, czy my wszyscy dostajemy takie same „szczepionki”. Czy są tacy, którzy dostają sól fizjologiczną, czy może nic im nie wstrzykuje się, a dostają zaświadczenia o szczepieniu? A ci faktycznie „zaszczepieni”? Jak państwo uzna, że mają żyć, to będą żyli, a jak uzna, że są zbędni, to ich zlikwiduje. To dlatego rządom wszystkich państw zależy na „zaszczepieniu” wszystkich. Każde inne tłumaczenie jest zwykłą zasłoną dymną, a mówiąc bardziej dosadnie – ściemą.

Sutton wielokrotnie zwracał uwagę na to, że z heglizmu czerpał zarówno nazizm jak i komunizm. Na portalu Interia ukazał się artykuł o nazistowskiej edukacji. Link tu: https://kobieta.interia.pl/zycie-i-styl/news-jak-wychowac-naziste-edukacja-do-smierci,nId,5487992 Autorka nie zająknęła się nawet o heglowskich korzeniach nazizmu. Trudno jednak mieć do niej o to pretensję. Wszak propaganda to uzupełnienie edukacji i jej cele są podobne: przedstawianie jedynie słusznego obrazu historii i teraźniejszości.

Po co to wszystko? Proste pytanie, na które nikt nie chce dać odpowiedzi. Sutton pisał, że celem jest Nowy Porządek Świata. Być może więcej nie mógł napisać. Po co to wielkie zjednoczenie całej rasy ludzkiej, dającej początek nowej erze, świtowi nowej światowej potęgi? Można i tak nazwać mesjański cel Żydów i ich uparte dążenie do tego, by stać się rasą panów. Ideologiczną podstawę pod te dążenia zapewnił m.in. Georg Wilhelm Friedrich Hegel.

Nowy Porządek

Na naszych oczach rodzi się państwo totalitarne, a właściwie państwa totalitarne, bo zjawisko dotyczy całego świata. Wielu uważa, że pandemię wymyślono, by na niej zarabiać, wzbogacać się, a jej trwanie leży w interesie tych, którzy na tym korzystają. Gdyby tak faktycznie było, to nie byłoby jeszcze tak źle. Ale jest gorzej. Pandemię wymyślono po to, by całkowicie podporządkować jednostkę państwu i pozbawić ją wszelkiej własności. Prawdopodobnie więc przytłaczająca większość tych, którzy zarabiają na niej, również jest ujęta w tym planie. To jest końcowy etap pewnego procesu dziejowego, starannie zaplanowanego i realizowanego od lat, a może nawet od początku. Dobrze to opisuje i wyjaśnia Antony Sutton w książce Skull and bones; tajemna elita Ameryki. Pierwsze jej wydanie pojawiło się w 1983 roku, a więc Sutton pisał ją prawdopodobnie na przełomie lat 70-tych i 80-tych. Poniżej wybrane przeze mnie fragmenty:

»Historię działań operacyjnych Zakonu można zrozumieć jedynie w ramach heglowskiego procesu dialektycznego. Najprościej rzecz ujmując, chodzi o pogląd, że to konflikt tworzy historię.

Efektem tej zasady jest przekonanie, że kontrolowany konflikt może wprowadzić historię na z góry określone tory. Gdy więc, na przykład, Komisja Trójstronna wypowiada się na temat „zarządzanego konfliktu”, co czyniła wielokrotnie na łamach swoich publikacji, sugeruje tym samym sterowanie konfliktem dla osiągnięcia długoterminowych, z góry określonych celów, a nie po prostu swobodne posiłkowanie się manipulacją dla rozwiązania problemu.

Dialektyka przenosi ów „zarządzany konflikt” Komisji Trójstronnej o jeden krok dalej. Z punktu widzenia heglistów istniejąca siła (teza) rodzi siłę jej przeciwną (antytezę). Konflikt pomiędzy tymi siłami tworzy syntezę. Następnie cały proces zaczyna się od początku: teza przeciwstawiona antytezie prowadzi do syntezy.

Synteza, do której dąży establishment, nosi nazwę Nowego Porządku Świata. Bez kontrolowanego konfliktu porządek ten nigdy jednak nie nadejdzie. Przypadkowe działania poszczególnych członków społeczeństwa nie doprowadzą do syntezy, która jest bytem sztucznym, a zarazem musi zostać stworzona. Tworzy się ją zaś dzięki przemyślanemu wykorzystaniu zarządzanego konfliktu. Przez cały czas poświęcony na dążenie do syntezy, nie osiąga się żadnych korzyści z rozgrywania zaangażowanych stron. Wyjaśnia to, dlaczego międzynarodowi bankierzy popierali nazistów, Związek Radziecki, Północną Koreę, Północny Wietnam i tak do znudzenia, przeciwko Stanom Zjednoczonym. „Konflikt” rodzi zysk, popychając jednocześnie świat w kierunku Rządu Światowego. Proces ten trwa do dzisiaj.

Według Hegla konflikt politycznej „prawicy” z polityczną „lewicą”, lub zgodnie z heglowską terminologią tezy i antytezy, jest niezbędny, by pchnąć historię do przodu i by mogła nastąpić historyczna zmiana. Konflikt pomiędzy tezą i antytezą prowadzi do syntezy, czyli nowej sytuacji historycznej.

Popularyzowana historia świata, zarówno na Zachodzie, jak i w krajach marksistowskich, składa się jedynie z opisów i analiz dokonywanych z politycznych perspektyw „prawicy” lub „lewicy”. Dzieła historyczne wydawane na Zachodzie postrzegają komunizm i socjalizm albo z punktu widzenia kapitalizmu finansowego, albo marksizmu. Z kolei książki publikowane w Związku Radzieckim widzą Zachód jedynie z perspektywy marksizmu. Istnieją jednak inne ramy dla analizy historycznej, które niestety (o ile nam wiadomo), nigdy nie zostały wykorzystane. Dopiero użycie ram heglowskiej logiki pozwoliłoby stwierdzić, czy elity kontrolujące państwo wykorzystują proces dialektyczny do stworzenia z góry zaplanowanej historycznej syntezy.

We współczesnych dziełach historycznych ten twórczy proces jedynie przebłyskuje gdzieniegdzie w zwodniczy sposób. Najbardziej przekonujące przebłyski można znaleźć w książce Tragedy and Hope Carrolla Quigleya. Rzadko się zdarza, by politycy z marginesu elitarnego kręgu władzy pozwolili opinii publicznej na choćby krótki wgląd w jego struktury. Prezydent Woodrow Wilson stwierdził na przykład: „Najwięksi przedstawiciele branży handlowej i produkcyjnej w Stanach Zjednoczonych wiedzą, że istnieje siła tak zorganizowana, tak wyrafinowana, tak kompletna i tak wszechobecna, iż wszelkie słowa krytyki pod jej adresem należy wypowiadać szeptem”.

Fakty zawarte w niniejszej książce dowodzą, że obecna sytuacja na świecie jest wynikiem świadomego działania elitarnej siły, polegającej w mniejszym lub większym stopniu na manipulacji żywiołami „prawicy” i „lewicy”. Twierdzimy, że najpotężniejsza ze wszystkich elit tego świata w ciągu mniej więcej ostatnich stu lat patronowała zarówno żywiołom prawicowym jak i lewicowym, by zaprowadzić nowy porządek świata.

Nie ulega wątpliwości, że tak zwany establishment w Stanach Zjednoczonych korzysta z „zarządzanego konfliktu”. Przykłady wykorzystania praktyki „zarządzania” kryzysem w celu osiągnięcia korzystnego rezultatu (korzystnego rzecz jasna dla elity) można bez trudu znaleźć w literaturze, na przykład w publikacjach Komisji Trójstronnej. Co więcej, nie ulega wątpliwości, że decyzje dotyczące wojny i pokoju są podejmowane przez kilku członków elity, a nie przez większość podczas głosowania w politycznym referendum.

Na czym polega proces dialektyczny

Na przestrzeni ostatnich dwustu lat, od czasu gdy w niemieckiej filozofii rozbłysła gwiazda Kanta, można wyróżnić dwa sprzeczne ze sobą systemy filozoficzne oraz przeciwstawne idee państwa, społeczeństwa i kultury. W Stanach Zjednoczonych, na terenie Brytyjskiej Wspólnoty Narodów i we Francji podstawą filozofii jest jednostka oraz prawa jednostki. Tymczasem w Niemczech, od czasów Kanta, przez Fichtego i Hegla aż do roku 1945, filozofia opierała się na powszechnym braterstwie, odrzuceniu indywidualizmu i ogólnym sprzeciwie wobec klasycznej zachodniej myśli liberalnej w niemal wszystkich jej aspektach. Niemiecki idealizm stanowił podstawy filozoficzne prac zarówno Karla Marksa i lewicowych heglistów, jak i Bismarcka, Hitlera i heglistów prawicowych. Na tym właśnie polega paradoks: Hegel zapewnił podstawy teoretyczne nie tylko najbardziej konserwatywnym ruchom niemieckim, ale i najbardziej rewolucyjnym ruchom XIX wieku. Korzenie filozofii zarówno Marksa, jak i Hitlera tkwią w heglizmie.

Z heglowskiego systemu myśli filozoficznej, obcemu większości z nas, mieszkańców Zachodu, wynikają takie absurdy, jak „pochód Boga w świecie”, pogląd, że państwo jest także swego rodzaju bogiem, że jedyną powinnością obywatela jest służba Bogu poprzez służbę państwu, że państwo jest absolutnym rozumem, że obywatel może odnaleźć wolność jedynie poprzez oddawanie czci państwu i całkowitemu posłuszeństwu wobec niego.

Z systemu filozoficznego Hegla wywodzi się dialektyka historyczna, czyli przekonanie, że wszystkie wydarzenia historyczne są skutkiem konfliktu pomiędzy przeciwstawnymi siłami. Te powstające wydarzenia są czymś innym od wydarzeń konfliktowych i od nich wyższym. Każdą ideę lub realizację idei można uznać za tezę. Teza taka będzie zachętą do pojawienia się sił jej przeciwstawnych, czyli antytezy. Ostatecznym rezultatem nie będzie natomiast ani teza, ani antyteza, lecz synteza tych dwóch skomplikowanych sił.

Karol Marks w Kapitale przedstawił kapitalizm jako tezę, a komunizm jako antytezę. Historycy – także marksistowscy – całkowicie zignorowali jednak fakt, że wynikiem starcia tych systemów nie będzie społeczeństwo ani kapitalistyczne, ani komunistyczne, lecz stanowiące syntezę obu wzajemnie zwalczających się sił. W systemie heglowskim starcie przeciwieństw musi doprowadzić do powstania społeczeństwa nie będącego ani kapitalistycznym, ani komunistycznym. Heglowski plan wydarzeń przewiduje ponadto, że nowa synteza będzie odzwierciedlała koncepcje państwa jako boga, z jednostką całkowicie podporządkowaną wszechmocnemu państwu.

Jaką rolę w opinii heglistów pełni więc parlament lub kongres? Celem istnienia tych instytucji jest jedynie zapewnienie jednostkom poczucia, że ich opinie mają jakieś znaczenie i danie rządowi możliwości skorzystania z ewentualnej mądrości, którą „prostacy” mogą przypadkowo się wykazać. Hegel ujął to następująco: „Dzięki temu uczestnictwu, subiektywnej wolności i swojej pysze, [jednostki] wyrażające ogólne opinie mogą w wyraźny sposób okazać się skuteczne, i cieszyć się satysfakcjonującym poczuciem, że coś znaczą”.

Wojna, będąca dla heglistów zorganizowanym konfliktem pomiędzy narodami, jest jedynie widocznym rezultatem starcia idei. John Dewey, heglowski ulubieniec współczesnego systemu edukacji, napisał: „Wojna najskuteczniej uczy daremności wszelkich zaledwie ukończonych interesów i kładzie kres samolubnemu egoizmowi jednostki, pozwalającemu jej uznać swoje życie i majątek za należące wyłącznie do niej lub do jej rodziny”.

Doktryna heglowska głosi przede wszystkim boskie prawo państwa, a nie boskie prawo królów. W opinii Hegla i jego propagatorów państwo jest bogiem na Ziemi: „Istnienie państwa to pochód Boga w świecie, jego podstawą jest siła Rozumu, urzeczywistniająca się pod postacią woli. Każde państwo, czym by nie było, ma udział w boskiej naturze. Państwo nie jest dziełem człowieka, stworzyć je może jedynie Rozum” (Zasady filozofii prawa).

Dla Hegla jednostka jest niczym, jednostka nie ma praw, a moralność polega jedynie na podążaniu za przywódcą. Jednostka ambitna powinna natomiast stosować się do zasady senatora Mansfielda i tańczyć, jak jej zagrają.

Wystarczy to porównać do ducha i litery Konstytucji Stanów Zjednoczonych: „My, Naród” przyznajemy państwu pewne prawa, pozostawiając inne w gestii ludzi. Rozdział Kościoła od państwa jest integralną częścią Konstytucji, stanowiąc zaprzeczenie heglowskiego „państwa będącego bogiem na Ziemi”. Porównajmy jednak ten wymóg prawny z działaniami Zakonu w Stanach Zjednoczonych, Grupy w Anglii, iluminatów w Niemczech i Politbiura w Rosji. Wszyscy ci elitaryści uważają państwo za siłę nadrzędną, a samozwańcza elita rządząca państwem zachowuje się rzeczywiście jak Bóg na Ziemi.

Wywoływanie wojen i rewolucji

Manipulowanie „lewicą” i „prawicą” na froncie wewnętrznym jest powielane na arenie międzynarodowej, gdzie w dążeniu do syntezy jednego świata sztucznie konstruuje się i burzy „lewicowe” i „prawicowe” struktury polityczne.

Podręczniki uniwersyteckie przedstawiają wojnę i rewolucję jako w mniejszym lub większym stopniu przypadkowe rezultaty działania sprzecznych sił. Do załamania się negocjacji politycznych i przejścia do fizycznego konfliktu dochodzi, według autorów tych książek, po bohaterskich wysiłkach mających na celu uniknięcie wojny. Niestety, jest to bzdura. Wojna jest zawsze świadomym aktem twórczym konkretnych jednostek.

W zachodnich podręcznikach są także olbrzymie luki. Na przykład po II wojnie światowej trybunał powołany do zbadania nazistowskich zbrodni wojennych starannie ocenzurował wszystkie materiały dowodzące wsparcia, jakiego Zachód udzielił Hitlerowi. W ten sam sposób w zachodnich podręcznikach dotyczących radzieckiego rozwoju gospodarczego nie znajdzie się wzmianki na temat gospodarczej i finansowej pomocy udzielonej rewolucji październikowej i późniejszego rozwoju ekonomicznego zachodnich firm i banków.

Rewolucję ukazuje się zawsze jako spontaniczne wydarzenie skierowane przeciwko autokratycznie rządzonemu państwu, wywołane przez ludzi upośledzonych politycznie lub ekonomicznie. W żadnym z zachodnich podręczników nie znajdzie się informacji o tym, że rewolucje potrzebują pieniędzy, a źródłem tych pieniędzy w wielu wypadkach była Wall Street.

W rezultacie można stwierdzić, że uprawiana na Zachodzie historia jest w takim samym stopniu zniekształcona, ocenzurowana i w dużej mierze bezużyteczna jak historia hitlerowskich Niemiec, Związku Radzieckiego czy komunistycznych Chin. Żadna zachodnia fundacja nie dofinansuje badań poświęconych niepopularnym i niepoprawnym zagadnieniom, niewielu zachodnich naukowców jest w stanie „przetrwać”, zgłębiając te teorie i nie ulega wątpliwości, że żadne duże wydawnictwo nie przyjmie chętnie tekstu odzwierciedlającego ten tok myślenia.

W istocie istnieje inna, w znacznej mierze nieudokumentowana wersja dziejów, opowiadająca zupełnie inną historię niż nasze ugrzecznione i okrojone podręczniki. Opowiada ona o świadomym doprowadzeniu do wojny, o celowym finansowaniu rewolucji zmierzającej do zmiany rządu i o wykorzystaniu konfliktu do zaprowadzenia Nowego Porządku Świata.«

Czy rzeczywiście tak jest, że w światowej polityce nie ma miejsca na spontaniczność, że wszystko jest z góry zaplanowane? A jeśli tak, to kto planuje i po co? Jeśli zgadzamy się z tym, że wszystko jest planowane, to musimy sobie również odpowiedzieć na to drugie pytanie. Jeden naród od początku miał jasno sprecyzowany cel, którym zawsze było podporządkowanie sobie pozostałych narodów. To jest zapisane w Starym Testamencie. Obecnie nazywa się to Nowym Porządkiem Świata, w którym jednostka nie będzie miała nic, będzie całkowicie podporządkowana państwu. A to państwo, jak pisał Sutton, to samozwańcza elita, czyli, mówiąc wprost, Żydzi.

Samo zjawisko, jak sądzę, jest wcześniejsze, a właściwie to chyba wykorzystywane przez Żydów od początku. W historii Polski też można je dostrzec. Nawet powstanie unii polsko-litewskiej na to wskazuje. Powstała ona w dobie reformacji. W tamtym okresie polskie elity umysłowe i polityczne prawie w całości przeszły na kalwinizm. A kalwinizm to najbliższe judaizmowi wyznanie chrześcijańskie. Sama reformacja w pewnym momencie dominowała w całej Europie. Cóż więc takiego stało się, że jej nie zdominowała? Katolicyzm nie mógł być całkowicie zduszony, bo nie byłoby konfliktu, nie byłoby wojen religijnych, jak choćby wojna trzydziestoletnia, po której cała Europa była zniszczona i na jej odbudowę potrzebne były pieniądze. A kto je miał? Kto zgadnie?

I Rzeczpospolita była dziwnym tworem. Połączono dwa państwa pod wieloma względami różniące się od siebie. Najważniejszą jednak różnicą były wyznania. I na tle tych różnic dochodziło do najpoważniejszych konfliktów. Było to dziwne państwo, które powstało z inspiracji Żydów lub też oni sami je stworzyli. Powstał dziwny „naród” – szlachta. Naród, do którego mógł się zapisać każdy Żyd, który przyjął chrzest. I zapisywali się Żydzi do tego narodu. Ich protegowanymi byli królowie i najwięksi magnaci, co skutkowało tym, że Żydzi automatycznie wspinali się na najwyższe szczeble drabiny społecznej. I wykorzystywali ten historyczny proces dialektyczny, chociaż zapewne tak tego nie nazywali. Efektem ich „twórczej” działalności było m.in. powstanie Chmielnickiego.

Traktat wersalski został tak sklecony, by nikt z niego nie był zadowolony, by rodził konflikty. II RP była po części odtworzeniem I RP i wszystkiego tego, co rodziło konflikty. I o to chodziło. W końcu musiało dojść do wojny. Tylko czy rzeczywiście musiało? Znowu wykreowano konflikt.

Do wojny w 1939 roku nie powinno było dojść. Żaden normalny rząd nie podjąłby walki w sytuacji, w której przeciwnik pod każdym względem dominował i mógł zaatakować z trzech stron. Dlaczego jednak doszło do tej wojny? Doszło, bo bez niej nie doszłoby do starcia nazizmu i bolszewizmu, a to już było uprzednio zaplanowane. Jednak rząd polski podjął taką decyzję, bo otrzymał obietnicę pomocy ze strony Anglii i Francji. To go usprawiedliwiało w oczach opinii publicznej, no bo zaraz ruszy Francja i Anglia. Nic to, że rok wcześniej doszło do aneksji Czech, chociaż Czechosłowacja miała gwarancje Francji i ZSRR. Francja się nie ruszyła, a Związek Radziecki zawarował był sobie, że ruszy się dopiero wtedy, gdy ruszy Francja.

Zanim jednak doszło do wojny we wrześniu 1939 roku, Niemcy i ZSRR podpisały 23 sierpnia tajne porozumienie, o którym wiedziały służby dyplomatyczne wszystkich krajów, tylko polskie nie „wiedziały”. Nie „wiedział” też polski wywiad, choć pisał o tym 30 sierpnia Kurier Poznański. Ale jaja, ale jaja – powiedziałby listonosz z serialu „Świat według Kiepskich”. Jednak ci, którzy to wszystko zaplanowali wiedzieli, że ZSRR musi zaatakować od tylu, bo ci „naiwni” i „durni” Polacy gotowi jeszcze, pomimo niemieckiej przewagi, skutecznie się bronić. I bardzo możliwe, że obroniliby się, gdyby zabezpieczenie nie było podwójne. To drugie zabezpieczenie to masa masonów wśród polskiej kadry dowódczej, którzy robili wszystko, by polskie wojsko poniosło klęskę. A gdyby tak się stało, że Polacy obroniliby się, to nie mogłoby dojść do starcia nazizmu i bolszewizmu „i cały misterny plan w pi.du”, czyli nie byłoby tych wszystkich zmian do jakich doszło po II wojnie światowej. A gdyby tak się stało, że po I wojnie światowej powstałaby Polska bez Kresów, a w ich miejsce powstałyby Białoruś i Ukraina, to co wtedy? Pod jakim pretekstem Związek Radziecki napadłby na Białoruś i Ukrainę? Nie byłoby argumentu, że polscy panowie gnębią ludność białoruską i ukraińską.

Przykładów tego, że to wszystko jest zaplanowane jest mnóstwo i to nie tylko na szczeblu międzynarodowym, ale też i na – lokalnym. W przypadku Polski najbardziej wyrazistym przykładem tego był Marzec ’68. Opisałem to w blogu pod tym samym tytułem. Inna sprawa, że pozostałe polskie przesilenia też były starannie zaplanowane, o czym też pisałem.

Zaplanowane są też wszelkiego rodzaju protesty i często uczestniczą w nich „zawodowi” protestanci. Jeśli ktoś uważa, że protesty są spontaniczne i niezależne od ośrodków decyzyjnych, to niech spróbuje zorganizować taki protest. Po pierwsze, to nie wiadomo, czy dostałyby zezwolenie władz miejskich na jego zorganizowanie; po drugie, to przekonałyby się, że nie ma chętnych do udziału w takim proteście; po trzecie, to przekonałyby się, że taki protest kosztuje. Tylko kto z tych, którzy oglądają takie protesty zastanawia się nad tym.

Czy takie opisanie i zinterpretowanie rzeczywistości, jak zrobił to Sutton, jest bliskie prawdy? W nauce najprostsze wyjaśnienie problemu jest zawsze rozwiązaniem najbardziej zadowalającym. – Tak napisał sam Sutton. To brzytwa Occama (Ockhama). Jest to znana zasada, sformułowana po raz pierwszy przez angielskiego średniowiecznego teologa Williama of Occam, że do objaśnienia rzeczywistości nie należy używać większej liczby niezależnych bytów, niż jest to absolutnie konieczne. Innymi słowy: im prostsze wyjaśnienie, które najprościej tłumaczy najwięcej problemów, tym bliższe jest ono prawdy. Ta zasada sprawdza się również w polityce i historii.

Zakon

W poprzednim blogu pisałem, cytując Wikipedię, że motto Novus Ordo Seclorum widnieje, nie tylko na Wielkiej Pieczęci Stanów Zjednoczonych i banknocie jednodolarowym, ale również na herbie Yale School of Management – szkoły biznesowej Uniwersytetu Yale. Mamy więc tu do czynienia z pewną ciągłością pewnych idei. Natomiast herbowe motto Uniwersytetu Yale to „Światłość i prawda” pisane po hebrajsku i po łacinie.

Źródło: Wikipedia

Do pełni obrazu wypada jeszcze wyjaśnić, skąd się wzięła nazwa tego uniwersytetu. Pochodzi ona od nazwiska Elihu Yela’a, który w 1718 roku podarował uczelni towary o wartości 562 funtów szterlingów, co na owe czasy było pokaźną sumą. Był on kupcem i filantropem, gubernatorem Madrasu. Już samo zestawienie – kupiec i filantrop, nie powinno nastręczać trudności z ustaleniem tożsamości fundatora tego uniwersytetu, bo za takiego został uznany.

Czym jest Uniwersytet Yale, Zakon i jakie są cele jego członków, to wyjaśnia Antony Sutton w swojej książce Sukll and bones; Tajemna elita Ameryki, która po raz pierwszy została wydana w 1983 roku. Ja korzystam z książki wydanej w 2018 roku przez Wydawnictwo Wektory. We wprowadzeniu do wydania z 2002 roku Sutton pisze:

»Historia opublikowania Tajemnej elity Ameryki. Wprowadzenia w tajniki zakonu Skull and Bones jest niezwykła. Zaczęła się na początku lat osiemdziesiątych XX wieku od przekazania przez anonimowego darczyńcę grubej na osiem cali paczki dokumentów. Papiery te zawierały ni mniej, ni więcej tylko listę członków oraz inne dokumenty dotyczące naprawdę tajnego stowarzyszenia działającego na Uniwersytecie Yale – bractwa Skull and Bones (Czaszka i Kości).

Mimo skromnej akcji promocyjnej i kilku zaledwie recenzji zignorowanych przez najważniejszych dystrybutorów, sprzedaż Tajemnej elity Ameryki utrzymywała się przez ostatnie szesnaście lat na stałym poziomie kilkuset egzemplarzy miesięcznie. Pokłosiem jej wydania był szereg artykułów i książek napisanych przez różnych autorów, jednak mój prawdziwy cel, którym było doprowadzenie do wszczęcia badań na temat wpływu, jaki filozofia Hegla wywiera na współczesną Amerykę, nie został osiągnięty. W dużym stopniu jest za to odpowiedzialny system edukacji oparty na heglowskiej koncepcji państwa, któremu udało się skutecznie ogłupić Amerykę.

Ta nieszczęsna, destrukcyjna filozofia, stanowiąca źródło zarówno nazizmu, jak i marksizmu, zatruła i skaziła naszą opartą na konstytucji republikę. Znaczną część winy za owo zepsucie ponosi elitarna grupa absolwentów Yale zrzeszonych w Skull and Bones, tak zwanych Bonesmenów. Fakt posługiwania się przez nich symbolem czaszki i kości oraz heglowska filozofia, którą się kierują, mówią same za siebie, choć z typową dla siebie obłudą będą was przekonywać, że jest inaczej.

Heglizm gloryfikuje państwo będące narzędziem służącym rozpowszechnianiu etatyzmu oraz materialistycznych idei i zasad w systemie edukacji, nauce, polityce i ekonomii.

Zastanawiacie się, dlaczego nasze społeczeństwo jest tak ogłupione? Winę za to ponosi trzech członków Skull and Bones, którzy w XIX wieku przenieśli na grunt amerykański pruski system edukacji oraz filozofia polityczna całkowicie sprzeczna z klasycznym liberalizmem kultywowanym w tym czasie w Wielkiej Brytanii i Stanach Zjednoczonych. W klasycznym systemie liberalnym państwo jest zawsze podporządkowane jednostce. Heglowski etatyzm, jak widać na przykładzie nazizmu i marksizmu, czyni suwerenem państwo, a jednostka ma istnieć po to, by temu państwu służyć.

Nasz dwupartyjny, republikańsko-demokratyczny system (w istocie tworzy go jedna heglowska partia, a nikt inny nie jest ani mile widziany, ani w ogóle do niego dopuszczony) stanowi odbicie owego heglizmu. Niewielka grupa – bardzo niewielka grupa – jest w stanie z jego pomocą manipulować i do pewnego stopnia kontrolować społeczeństwo, wykorzystując je do swoich własnych celów.

To nie wszystko – pomyślcie o ich pirackiej fladze. Znak umieszczony na butelkach zawierających substancje trujące, symbol dywizji „Totenkopf” walczącej w II wojnie światowej. Skull and Bones nie tylko zaangażowało się na dużą skalę w przemyt narkotyków (rodziny Bushów i Prescottów w latach sześćdziesiątych XIX wieku), ale w iście heglowskim stylu stworzyło też jego przeciwieństwo, czyli tak zwaną „wojnę z narkotykami”. Ta przepełniona hipokryzją polityka pozwalała utrzymać ceny narkotyków, kontrolować ich podaż i wysyłać do więzień całe miliony, podczas gdy beneficjentami tego procederu są, w dużej mierze, nie kto inny tylko ci sami „Bonesmeni”, którzy uchwalają prawa skierowane przeciwko narkotykom (Taft, 1904).

Prawica i lewica – narzędzie kontroli

W oczach heglistów państwo jest bytem wszechmogącym, „pochodem Boga w świecie”. Jest to w istocie kult państwa. W heglowskim państwie postęp polega na wymuszonym konflikcie, wynikającym ze starcia przeciwieństw. Jeśli jesteś w stanie kontrolować te przeciwieństwa, panujesz też nad rezultatem ich zderzenia.

Podążamy tropem niezwykłego wpływu, jaki stowarzyszenie Skull and Bones wywarło na największy heglowski konflikt: starcie nazizmu z komunizmem. Członkowie Skull and Bones zajmowali najwyższe stanowiska w kręgach decyzyjnych. Bush, Harriman, Stimson, Lovet i tak dalej – wszyscy należeli do stowarzyszenia i odegrali znaczącą rolę w kierowaniu tym konfliktem przy użyciu „prawicy” oraz „lewicy”. Finansowali oni i sprzyjali rozwojowi obu tych filozofii i w dużym stopniu sprawowali kontrole nad tym, co z nich wynikło. Sprzyjał temu redukcjonizm w nauce, będący przeciwieństwem historycznego spojrzenia holistycznego (całościowego, ogólnego – przyp. W.L.). Dzielenie nauki i procesu uczenia się na coraz węższe segmenty sprawiło, że za pomocą części łatwiej było kontrolować całość.

Zdaniem Charlotte Thomson Iserbyt, autorki The Deliberate Dumbing Down America, początki amerykańskiego systemu edukacji wiążą się z działalnością Rockefellera i Gatesa. Faktycznie jednak ów etatystyczny system edukacji stanowi odbicie idei Hegla przeszczepionych na amerykański grunt przez trzech członków Skull nad Bones – Gilmana, White’a i Dwighta – a następnie wspieranych finansowo przez Rockefellera.

W dalszej części Sutton pisze :

Oficjalna historia establishmentu

Istnieje coś takiego jak, historia establishmentu, historia oficjalna, która zdominowała karty podręczników historii, wydawnictwa branżowe, media oraz półki w bibliotekach. Oficjalna linia zakłada niezmiennie, że wydarzenia takie jak wojny, rewolucje, skandale czy zabójstwa są zdarzeniami mniej lub bardziej przypadkowymi i pozostającymi bez związku ze sobą nawzajem. Wydarzenia z założenia NIGDY nie mogą być wynikiem spisku, ani rezultatem przemyślanego i zaplanowanego działania grupowego. Doskonałym tego przykładem jest zabójstwo Kennedy’ego – zaledwie dziewięć godzin po tym, jak w Dallas doszło do tej tragedii, stacje telewizyjne ogłosiły, że strzelanina nie była wynikiem spisku, niezależnie od tego, że nie da się udowodnić twierdzenia negatywnego i że śledztwo dopiero się zaczęło.

Biada każdej książce i każdemu autorowi, który nie mieści się w oficjalnych wytycznych. Nie otrzyma wsparcia fundacji. Wydawcy stchórzą. Dystrybucja będzie zupełnie przypadkowa albo nie będzie jej wcale.

Chcąc zapewnić przewagę jedynie słusznej linii, w 1946 roku Fundacja Rockefellera przeznaczyła sto trzydzieści dziewięć tysięcy dolarów na stworzenie oficjalnej historii II wojny światowej. Wszystko po to, by zapobiec ukazaniu się demaskatorskich publikacji, podobnych do tych, jakie po zakończeniu I wojny wprawiły w zakłopotanie cały establishment. Czytelnika zainteresuje fakt, że Zakon, któremu mamy się przyjrzeć na łamach tej książki, już w latach osiemdziesiątych XIX wieku wykazał się daleko idącą zapobiegliwością i powołał do życia zarówno Amerykańskie Towarzystwo Historyczne, jak i Amerykańskie Towarzystwo Ekonomiczne (większość ekonomistów w tamtych czasach była bardziej historykami niż analitykami). Zrobił to na swoich warunkach, obsadził swoimi ludźmi i wyznaczył własne cele. Andrew Dickson White był członkiem Zakonu i pierwszym prezesem Amerykańskiego Towarzystwa Historycznego.

Porażka oficjalnej historii

Czasy się zmieniły. Słabość, niespójność i zwyczajne kłamstwa oficjalnej historii ujrzały światło dzienne. W latach osiemdziesiątych XX wieku trudno już znaleźć myślącego człowieka, który przyjmowałby to, co ona głosi. Panuje powszechne przekonanie, że oficjalna historia stała się w mniejszym lub większym stopniu artykułem konsumpcyjnym, spreparowanym przez naiwnych lub chciwych historyków. Historycy chętni temu, by nadstawiać karku i sprzeciwiać się panującemu trendowi, zdarzają się rzadko, a co więcej, niektórzy z nich padają ofiarą jeszcze bardziej zawiłej gry. Wśród zwykłych, ale myślących obywateli, czyli na poziomie w największym stopniu pozostającym poza zasięgiem wpływu Zakonu, spisek stał się więc powszechnie przyjętym wyjaśnieniem dla wielu wydarzeń. Można przywołać choćby przykład zabójstwa Kennedy’ego, gdzie oficjalna teoria „samotnego strzelca” nigdy nie została zaakceptowana przez przeciętnych Amerykanów, aferę Watergate, w przypadku której „Głębokie Gardło” będące źródłem przecieku i wyczyszczone taśmy z daleka śmierdzą spiskiem, czy wreszcie Pearl Harbor, gdzie kontradmirał Husband E. Kimmel oraz generał major Walter C. Short przyjęli na siebie winę generała George’a C. Marshalla i prezydenta Franklina D. Roosevelta.

Zakon – czym jest i jak to się zaczęło

Wtajemniczeni nazywają go Zakonem. Inni od ponad stu pięćdziesięciu lat znają go pod nazwą Kapituły 322 tajnego niemieckiego stowarzyszenia. Oficjalnie, dla celów prawnych, w 1856 roku Zakon został wcielony do Russell Trust. Swego czasu był znany jako „Bractwo Śmierci”. Ci, którzy bagatelizują jego znaczenie albo chcą go wyśmiać nazywają go „Czaszka i Kości” lub po prostu „Kości”.

Amerykański okres w dziejach tego niemieckiego zakonu rozpoczął się w roku 1833 na Uniwersytecie Yale. Jego założycielami byli generał William Huntington Russel oraz Alphonso Taft, który w 1876 roku został sekretarzem wojny w administracji prezydenta Granta. Alphonso Taft był ojcem Williama Howarda Tafta, jedynego człowieka piastującego zarówno urząd prezydenta jak i prezesa Sądu Najwyższego Stanów Zjednoczonych.

Czym jest Zakon?

Zakon nie jest po prostu kolejnym bractwem studenckim z greckimi literami w nazwie, z hasłami i specjalnymi uściskami dłoni, tak popularnymi w większości miasteczek uniwersyteckich. Kapituła 322 to tajne stowarzyszenie, którego członkowie są zobowiązani do zachowania milczenia. O ile wiadomo, działa ono jedynie na Uniwersytecie Yale. Posiada własne zasady i uroczyste obrzędy. Nie przepada za wścibstwem i dociekliwością obywateli, nazywanych przez wtajemniczonych „postronnymi” lub „wandalami”. Jego członkowie zawsze się tego członkostwa wypierają (lub powinni to robić) – po sprawdzeniu kilkuset oficjalnych życiorysów członków Skull and Bones okazało się, że tylko sześciu powołuje się na przynależność do stowarzyszenia. Pozostali milczą na ten temat. Byłoby niezwykle ciekawe dowiedzieć się, czy liczni członkowie Zakonu na różnych szczeblach władzy i piastujący stanowiska rządowe ujawniło tę przynależność w swoich danych biograficznych, przekazanych FBI w celu sprawdzenia ich przeszłości.

Przede wszystkim jednak Zakon jest potężny, niewiarygodnie wręcz potężny. Jeśli tylko czytelnik wytrwa i przeanalizuje dowody, które zostaną mu zaprezentowane – a te są przytłaczające – jego wizja świata bez wątpienia zarysuje się o wiele ostrzej, z przerażająca wyrazistością.

W tym momencie należałoby jeszcze dodać kilka istotnych spostrzeżeń na temat Zakonu:

  • do stowarzyszenia należą jedynie studenci najstarszego roku na Uniwersytecie Yale. Członkowie są wybierani już na trzecim roku, ale w szeregach Skull and Bones spędzają jedynie jeden rok, ostatni rok swojej nauki. Innymi słowy, organizacja jest nastawiona na działalność poza kampusem, po zakończeniu studiów. Przywódcy zakonu spotykają się raz do roku na Deer Island na rzece Świętego Wawrzyńca.
  • stowarzyszenia seniorskie, czyli zrzeszające studentów najstarszego roku, są charakterystyczne wyłącznie dla Yale. Oprócz Skull and Bones na Yale działają jeszcze dwa inne bractwa tego typu, ale nie spotyka się ich nigdzie indziej. Scroll and Key (Zwój i Klucz) oraz Wolf’s Head (Wilcza Głowa) to podobno rywalizujące ze sobą stowarzyszenia założone w połowie XIX wieku. W swoim artykule opublikowanym w „Esquire” Rosenbaum zauważył nader trafnie, że jeśli któryś z przedstawicieli liberalnego establishmentu ze Wschodniego Wybrzeża nie jest członkiem Skull and Bones, to niemal na pewno należy albo do Scroll and Key, albo do Wolf’s Head.

Jakie znaczenie ma liczba „322” umieszczona w nazwie Kapituły 322? William Russel zapożyczył ideę stowarzyszenia z Niemiec, dlatego utrzymywano, że 322 oznacza rok 32 (1832), drugą kapitułę niemieckiej organizacji. Być może istnieją gdzieś także kapituły 320 i 321, a 323 jest określeniem pokoju w świątyni Skull and Bones na Yale.

Istnieje jeszcze inne wytłumaczenie dla tej liczby, zgodnie z którym Zakon pochodzi od greckiego bractwa sięgającego czasów Demostenesa, czyli roku 322 p.n.e. Wydaje się być ono wiarygodne, ponieważ dokumenty Skull and Bones są datowane poprzez dodanie liczby 322 do liczby oznaczającej bieżący rok, czyli na przykład dokumenty pochodzące z roku 1950 noszą datę 2272 Roku Demosteńskiego.

Kto jest członkiem tego tajnego stowarzyszenia?

Na liście zawierającej ponad dwa tysiące pięćset nazwisk osób przyjętych do Zakonu nie sposób nie zauważyć pewnych charakterystycznych cech:

  • Większość członków pochodzi ze wschodniego wybrzeża Stanów Zjednoczonych. Jeszcze w roku 1950 zaledwie trzech członków mieszkało w kalifornijskim Los Angeles, podczas gdy adresy dwudziestu ośmiu wskazywały na New Haven w Connecticut.
  • Wszyscy członkowie są mężczyznami, a niemal wszyscy należą do WASP (White Anglo Saxon Protestant). Większość z nich wywodzi się z rodzin angielskich purytanów, a ich przodkowie przybyli do Ameryki Północnej pomiędzy rokiem 1630 a 1660.
  • Owe purytańskie rodziny albo zawierały związki małżeńskie z członkami elity finansowej, albo wiązały się z synami finansowych potentatów, na przykład Rockefellerów, Davisonów i Harrimanów, których synowie wstępowali następnie do Zakonu.

Modus operandi Zakonu

Działania Zakonu są ukierunkowane na zmianę naszego społeczeństwa i zaprowadzenie nowego porządku świata. Ma to być starannie zaplanowany porządek, w którym wolność osobista zostanie znacznie ograniczona, ochrona konstytucyjna zniesiona, znikną też granice państwowe oraz różnice kulturalne.

Cel ten można wydedukować, analizując, a następnie sumując działania poszczególnych członków: ich konsekwentny schemat utrzymuje się od ponad stu lat. Częścią tej działalności będzie w współpraca z Grupą (brytyjski odpowiednik Zakonu – przyp. W.L.), której przyświecają analogiczne, a do tego spisane cele.

Jeśli więc zauważamy, że członkowie interesują się głównie hodowlą kaczek, że piszą artykuły na temat kaczek, chowają kaczki, sprzedają kaczki, powołują rady zajmujące się studiami nad kaczkami, tworzą kaczą filozofię, rozsądek nakazywałby stwierdzić, że ich główny cel ma związek z kaczkami, a cała ta działalność nie jest jedynie dziełem przypadku.

Z historycznego punktu widzenia działania Zakonu koncentrowały się zawsze wokół społeczeństwa, a dokładnie wokół tego, jak w określony sposób zmienić to społeczeństwo, by osiągnąć określony cel: nowy porządek świata. Wiemy, które części składowe życia społecznego będą musiały ulec zmianie, aby zaprowadzenie nowego porządku świata było możliwe, możemy więc pod tym kątem sprawdzić działania Zakonu. Tymi elementami musiałyby więc być:

  • Edukacja – w jaki sposób będzie zachowywać się społeczeństwo przyszłości.
  • Pieniądze – sposoby przechowywania bogactwa i wymiany dóbr.
  • Prawo – upoważnienie do egzekwowania woli państwa, światowe państwo potrzebuje światowego prawa i światowego sądu.
  • Polityka – kierunek, w którym zmierza państwo.
  • Gospodarka – wytwarzanie bogactwa.
  • Historia – co zdaniem ludzi wydarzyło się w przeszłości.
  • Psychologia – sposoby kontrolowania tego, w jaki sposób ludzie myślą.
  • Filantropia – aby ludzie mieli dobre zdanie na temat kontrolujących.
  • Medycyna – władza nad zdrowiem, życiem i śmiercią.
  • Religia – duchowe wierzenia ludzi, dla wielu stanowiące bodziec do działania.
  • Media – co ludzie wiedzą i czego dowiadują się na temat aktualnych wydarzeń.
  • Ciągłość – moc wyznaczania, kto pójdzie w twoje ślady.

Jeśli chodzi o działalność poszczególnych członków Zakonu, jej schemat na pierwszy rzut oka wydaje się mylący i pozornie niekonsekwentny. Oto kilka przykładów:

  • Andrew Carnegie, właściciel olbrzymiego koncernu metalurgicznego zarabiał na wojnie, ale pod wpływem członka Zakonu, Daniela Coit Gilmana, był także gorliwym przewodniczącym i sponsorem American Peace Society. Na pozór wygląda to na niekonsekwencję. Czy Carnegie mógł być zwolennikiem wojny i pokoju jednocześnie?
  • Celem założonej przez należących do Zakonu Williama H. Tafta i Theodore’a Marburga Ligi na rzecz Pokoju było krzewienie pokoju, a jednak organizacja ta aktywnie nawoływała do przystąpienia Stanów Zjednoczonych do I wojny światowej. Jakim sposobem Liga mogła opowiadać się w tym samym czasie za pokojem i działaniami zbrojnymi?
  • W latach dwudziestych XX wieku W. Averell Harriman był głównym stronnikiem Związku Radzieckiego, któremu udzielał wsparcia zarówno dyplomatycznego, jak i finansowego. Harriman przyczynił się do założenia Ruskombanku, czyli pierwszego radzieckiego banku komercyjnego. Max May, wiceprezes zdominowanego przez interesy Harrimanów i Morganów Guaranty Trust, został pierwszym wiceprezesem Ruskombanku, odpowiedzialnym za operacje zagraniczne. Innymi słowy, amerykański bankier pozostający pod wpływem członka Zakonu otrzymał kluczowe stanowisko w banku radzieckim. Okazuje się jednak, że Averell Harriman, jego brat Roland Harriman oraz należący do Skull and Bones E.S. James i Knight Woolley byli za pośrednictwem Union Bank (w którym mieli duże udziały) głównymi bankierami Hitlera.

Podręczniki historii uczą nas, że naziści i komuniści byli zawziętymi wrogami, a ich ustroje stanowiły przeciwieństwo. Czy rozsądny człowiek mógł w takim razie udzielać wsparcia zarówno Związkowi Radzieckiemu, jak i Hitlerowi? Czy Harriman zachowywał się irracjonalnie, czy też jego niekonsekwencja ma jakieś wytłumaczenie?

  • Rodzina Bundych dostarcza nam kolejnego przykładu pozornej niekonsekwencji. William Bundy był przez dziesięć lat związany z Central Intelligence Agency. McGeorge Bundy pełnił funkcję doradcy do spraw bezpieczeństwa narodowego za rządów prezydenta Kennedy’ego i Johnsona. Tym samym Bundy są prawdopodobnie zwolennikami pronatowskiej linii politycznej w kontaktach Stanów Zjednoczonych i Europy. A jednak Bundy mają powiązania z działaniami i organizacjami nie tylko przeciwnymi NATO, ale wręcz promarksistowskimi, na przykład z Institute for Policy Studies. Czy Bundy są niekonsekwentni?
  • Poszczególni członkowie Zakonu deklarują publicznie najróżniejsze poglądy, przekonania i skłaniają się ku rozmaitym ideologiom. William Buckley co jakiś czas rzuca gromy pod adresem Związku Radzieckiego. Z drugiej strony mamy Johna Burtta, należącego do kilkunastu organizacji będących przykrywką dla komunistów. William S. Coffin Junior przez trzy lata pracował w CIA, po czym stał się przywódcą ruchu sprzeciwiającego się wojnie w Wietnamie, a czynił to za pośrednictwem National Conference for a New Politics (konferencja zorganizowana w 1967 roku w Chicago przez Komunistyczną Partię Stanów Zjednoczonych, której celem było stworzenie nowego zjednoczonego ciała politycznego na lewicy – przyp. tłum.) oraz Clergy and Laymen Concerned about Vietnam (Duchowni i świeccy zatroskani sprawą Wietnamu). Coffin był jednym z Bostońskiej Piątki, postawionym w stan oskarżenia pod zarzutem spisku mającego na celu naruszenie praw federalnych. Nie można także zapominać, że W. Averell Harriman jest doświadczonym mężem stanu związanym z Partią Demokratyczną.

Ciekawy zestaw działań i poglądów. Czy odzwierciedlają one niespójne filozofie? Czy w obliczu takiej zbieraniny indywidualnych poczynań jest możliwe, by Zakon miał jeden stały cel?

Odpowiedź brzmi: nie ma w tym niekonsekwencji, ponieważ cel, który przyświeca Zakonowi, dalece wykracza poza te działania, a do tego owe pozorne sprzeczności działają na jego korzyść.

Państwo jest absolutem

Czy możliwe jest istnienie wspólnego celu, skoro członkowie Zakonu najwyraźniej stoją w opozycji do siebie i podejmują sprzeczne działania?

Prawdopodobnie najtrudniejszym zadaniem stojącym przed autorem tej książki będzie przekazanie czytelnikowi w istocie trywialnej informacji: celem Zakonu nie jest „lewica” ani „prawica”. „Lewica” i „prawica” są sztucznie wykreowanymi narzędziami mającymi posłużyć wprowadzeniu zmiany, a ich skrajne odłamy stanowią istotne elementy w procesie kontrolowanej zmiany.

Odpowiedź na tę pozorną polityczną zagadkę kryje się w heglowskiej logice. Nie można zapominać, że zarówno Marks jak i Hitler, stanowiący uosobienie skrajnej „lewicy” i „prawicy”, przedstawiani jako podręcznikowi wręcz przeciwnicy, wyewoluowali z tego samego systemu politycznego: heglizmu. Stwierdzenie to wywołuje grymas intelektualnej udręki na twarzach marksistów i nazistów, ale jest oczywiste dla każdego studenta politologii.

Wbrew twierdzeniom marksistów idea historycznego procesu dialektycznego nie wywodzi się od Marksa, lecz Fichtego i Hegla żyjących w Niemczech w drugiej połowie XVIII i na początku XIX wieku. W procesie dialektycznym zderzenie przeciwieństw prowadzi do syntezy. Na przykład w wyniku konfliktu politycznej lewicy z prawicą powstaje nowy system polityczny – nie lewicowy czy prawicowy, ale będący ich syntezą. Konflikt przeciwieństw jest niezbędny do wprowadzenia zmian. Prawidłowość tę można dzisiaj prześledzić w literaturze wydawanej przez Komisję Trójstronną, gdzie popiera się zmianę, a środki prowadzące do jej wprowadzenia określa się mianem „zarządzania konfliktem”.

W systemie heglowskim konflikt ma kluczowe znaczenie. Co więcej, w opinii Hegla i systemów opierających się na jego filozofii państwo jest absolutem. Państwo wymaga od każdego obywatela całkowitego posłuszeństwa. W tak zwanym systemie organicznym jednostka nie istnieje sama dla siebie, ale jej celem jest wypełnienie zadania przewidzianego dla niej przez państwo. Wolność można znaleźć jedynie w posłuszeństwie wobec państwa. W hitlerowskich Niemczech wolność nie istniała, wolności jednostki nie przewiduje marksizm, nie będzie jej także wtedy, gdy zapanuje Nowy Porządek Świata. I jeśli przypomina to orwellowski Rok 1984, to tak właśnie ma być.

Mówiąc krótko, państwo jest najważniejsze, a konflikt jest narzędziem umożliwiającym zaprowadzenie idealnego społeczeństwa. Wolność jednostki kryje się w jej posłuszeństwie wobec rządzących. (Zaszczepisz się, będziesz mógł podróżować – przyp. W.L.)

Czym jest więc państwo? Jest nim rzecz jasna samozwańcza elita. – wytł. W.L. Co ciekawe, Fichte, który zaprezentował te idee jeszcze przed Heglem, był masonem, niemal na pewno należał także do iluminatów, a z całą pewnością był ich protegowanym. Johann Wolfgang Goethe (wśród iluminatów znany jako Abaris) zapewnił Fichtemu stanowisko na Uniwersytecie w Jenie.

Co więcej, wyznawana przez iluminatów zasada, że cel uświęca środki – zasada, którą Quigley uznał za niemoralną, a stosowana zarówno przez Grupę, jak i przez Zakon – wywodzi się z filozofii heglowskiej.

Stanowi to istotny aspekt próby wyjaśnienia działań Zakonu. W latach 1831-1832, gdy założyciel stowarzyszenia, William Russel, przebywał w Niemczech, w żaden sposób nie mógł on nie zetknąć się z teorią Hegla i uniknąć dyskusji na jej temat. W kręgach uniwersyteckich była ona na ustach wszystkich. Ogarnęła niemieckich intelektualistów jak szaleństwo gry w Pac-Mana. Większość Amerykanów nic na temat teorii Hegla nie słyszało, a ci, którzy się z nią zapoznali, nie chcieli mieć z nią więcej do czynienia. Dlaczego? Ponieważ jej założenia są całkowicie sprzeczne z naturalnym poczuciem indywidualnej wolności i gwarancji konstytucyjnych. Większość z nas uważa, że to państwo ma służyć jednostce, a nie na odwrót.

Opinia Zakonu jest sprzeczna z poglądami większości z nas. Uświadomienie sobie tego jest niezbędne, by móc zrozumieć, o co mu chodzi. Dlatego właśnie wszelkie spory pomiędzy lewicą a prawicą, choć mające kluczowe znaczenie dla propagowania idei zmiany, nigdy nie będą mogły przerodzić się w dyskusję na temat podstaw jeffersonowskiej demokracji głoszącej, że najlepszym rządem jest ten, który najmniej rządzi. Dyskusja, a wraz z nią środki finansowe, zawsze zmierzają w kierunku wzmocnienia prerogatyw państwa i ich wykorzystywania, jak najdalej od kwestii praw jednostki. Dopóki dyskusja nie wykracza poza ramy państwa i władzy państwowej, z punktu widzenia Zakonu nie ma znaczenia, czy coś nazywa się lewicą, prawicą, demokratami, republikanami, opcją laicką czy religijną.

Wspólnym mianownikiem pozornie całkowicie odmiennych poglądów prezentowanych przez członków Zakonu jest fakt, że przyświeca im nadrzędny cel, dla realizacji którego kluczowe znaczenie ma konflikt idei. Dopóki przedmiotem dyskusji nie staną się prawa jednostki, zderzenie poglądów generuje konflikt niezbędny do wprowadzenia zmiany. Ponieważ celem jest także globalna kontrola, kładzie się nacisk na globalne myślenie, czyli internacjonalizm. Odbywa się to za pośrednictwem światowych organizacji i światowego prawa. Wielki wkład Taftów w realizację celów Zakonu był związany ze światowym systemem sądowym i światowym prawem – internacjonalistycznym aspektem Nowego Porządku Świata.«

Ja czytałem tę książkę w 2018 roku i wtedy ta wizja państwa opresyjnego, ograniczającego podstawowe prawa jednostki wydawała mi się odległa, co więcej, nawet nie wyobrażałem sobie w jaki sposób można pozbawić człowieka tych praw: prawa do swobodnego przemieszczania się, do oddychania świeżym powietrzem, do korzystania z wszelkich obiektów użyteczności publicznej, do kultywowania tradycji i wszystkiego tego, co czyni nas ludźmi. Pod jakim pretekstem? Owszem, rozumiałem ten fikcyjny podział na lewicę i prawicę i sztuczność tych konfliktów, bo ja już od ponad dwudziestu lat nie chodzę na żadne wybory. Dopiero jednak teraz zrozumiałem, jak można ograniczyć a wręcz sterroryzować jednostkę, stłamsić ją pod pozorem wymyślonej pandemii. Pandemia jest tylko środkiem, narzędziem do realizacji celu, jakim jest państwo dominujące nad jednostką. A po co państwo ma dominować nad jednostką? Taka sztuka dla sztuki? Realizacja filozofii Hegla? A po co Hegel stworzył taką filozofię? Bo mu odbiło? W powieści Józefa Ignacego Kraszewskiego Żyd znajduję taki fragment:

„Otóż, najukochańsi Niemcy – kończył Duńczyk – wierzcie mi, że nie mówię tego przez zazdrość o posiadanie Szlezwiku i Holsztynu, bo wcale mi te księstwa nie smakują… wy się mylicie grubo, utrzymując, iż Schiller, Goethe, Kant, Hegel byli Niemcami…”

Kraszewski tego nie mówi wprost, ale skoro nie byli Niemcami, no to kim mogli być? Nie trudno się domyślić. Jeśli Hegel był Żydem, to ta cała jego filozofia jest tylko po to, by dać podstawy do stworzenia państwa absolutu, czyli wszechmocnego. No, ale nawet takie państwo nie jest bezosobowym, jakimś abstrakcyjnym bytem. Sutton pisał, a ja wytłuściłem: Czym jest państwo? Jest nim rzecz jasna samozwańcza elita. A więc jakaś elita, ale jaka? Chyba nie po to wysilali się ci wszyscy żydowscy filozofowie, by ktoś inny mógł sobie tyłek podetrzeć papierem, na którym wydrukowano ich przemyślenia. Tą samozwańczą elitą są oczywiście Żydzi i realizują oni swój chory, mesjanistyczny cel podporządkowania sobie świata. Tylko czy rzeczywiście chodzi o podporządkowanie sobie świata, skoro oni już teraz nim rządzą? Czy to nie jest dążenie do samounicestwienia się? Do zakończenia tego etapu istnienia ludzkości, na którym dominowała cywilizacja żydowska? Czasami jest tak w życiu jednostek, że lepiej je zakończyć samobójstwem, niż dalej trwać. Czy czasem nie może tak być w przypadku narodów, a osobliwie – narodu wybranego? A czy ten naród, ginąc, chce pociągnąć za sobą inne narody? Końcowe odliczanie? Był kiedyś, w 1986 roku, taki przebój zespołu Europe – The Final Countdown. I nawet jest w nim taka fraza: Will things ever be the same again? – Czy kiedykolwiek jeszcze będzie tak samo?

Ja oczywiście nie wiem, czy takie wnioskowanie ma sens. Jednak obserwacja rzeczywistości skłania mnie do takiego wniosku. Tempo, w jakim rośnie zadłużenie wszystkiego i wszystkich, jest przerażające. Cały świat jest zadłużony i bez szans na spłatę tego długu. Kiedy patrzę na prawie puste autobusy i pociągi, to zastanawiam się, skąd firmy transportowe mają pieniądze na pokrycie swoich kosztów i wynagrodzenia dla pracowników? Bo przecież nie od klientów. W przypadku transportu lotniczego jest podobnie. A ile jest takich firm? Tu już nie działa normalna ekonomia, to wszystko kręci się w oparciu o emisję pustego pieniądza. Ci, którzy go pożyczają, wiedzą że nie zostanie on zwrócony. Czyli że staną się właścicielami wszystkiego, co zadłużone. Teraz już chyba chodzi tylko o zadłużenie tego wszystkiego, co jeszcze nie jest zadłużone, tak by stać się właścicielami całego świata. Mesjański cel bliski realizacji. A co potem? Samounicestwienie?

Novus Ordo

Skąd taki tytuł? – Nie! Nie zacząłem uczyć się łaciny, ale zawsze uważałem, że jej, chociaż podstawowa znajomość, jest warunkiem niezbędnym dla człowieka, który chce uchodzić za wykształconego. Jest ona obecna, choć w coraz mniejszym stopniu, w kraju, w którym językiem urzędowym jest język angielski. Nasze banknoty nie są tak „sophisticated” jak amerykańskie, a zwłaszcza jak banknot jednodolarowy, który ze względu na niski nominał jest, czy był, dostępny dla każdego Amerykanina i nie tylko dla niego, bo te banknoty krążą, a właściwe krążyły, po całym świecie. Obecnie, ze względu na obrót bezgotówkowy, nie są tak wykorzystywane jak kiedyś. U mnie zachowały się jeszcze dwa banknoty jednodolarowe i gdy porównuję je z polskimi, to to jest przepaść. Nie tylko ze względu na projekt i treści w nim zawarte, ale też ze względu na jakość papieru i druku. Podejrzewam jednak, że banknoty innych krajów też nie dorównują amerykańskim. Choć, z drugiej strony, żaden inny banknot amerykański nie ma tak wyszukanego projektu i łacińskich sentencji.

US one dollar bill, reverse, series 2009.jpg
Źródło: Wikipedia

Wyszukiwarka internetowa to potęga, pod warunkiem, że się wie, co w nią wpisać. Biorę więc do ręki banknot jednodolarowy i czytam: Novus Ordo Seclorum i już jestem w domu, jak to się u nas mówi. Wpisuję zwrot w wyszukiwarkę i otwiera się przede mną „nowy porządek”. W Wikipedii można przeczytać:

»Novus Ordo Seclorum (w tłumaczeniu z łaciny: Nowy Porządek Wieków) – fraza widniejąca na odwrocie Wielkiej Pieczęci Stanów Zjednoczonych, zaprojektowanej po raz pierwszy w 1782 roku oraz od 1935 na odwrocie amerykańskiego banknotu jednodolarowego. Napis taki widnieje również na herbie Yale School of Management, szkoły biznesowej Uniwersytetu Yale. Wyrażenie to często jest błędnie tłumaczone jako „Nowy Porządek Świata” (wtedy łacińska wersja brzmiałaby novus ordo mundi).

Nowy porządek świata (łac. Novus Ordo Mundi, ang. New World Order, skrótowo NPŚ, ang. NWO) – teoria spiskowa wykorzystywana do opisu rzekomych przyczyn istotnych zmian w polityce międzynarodowej, według której „zakonspirowana elita globalnej władzy” dąży do objęcia władzy nad światem poprzez autorytarny rząd światowy, który ma zastąpić suwerenne państwa.

Teoria ta wykorzystuje jako pretekst:

  • program pokojowy prezydenta USA Thomasa Wilsona, znany jako Czternaście punktów Wilsona, ogłoszony w 1918 roku;
  • utworzenie Ligi Narodów i Organizacji Narodów Zjednoczonych;
  • zmianę układu sił politycznych na świecie (który ukształtował się jeszcze w latach 50. XX wieku), w wyniku rozpadu ZSRR i bloku wschodniego.

Jednym z pretekstów stosowania tej teorii spiskowej po zakończeniu zimnej wojny było również określenie „nowy porządek świata” użyte przez Michaiła Gorbaczowa i George’a H.W. Busha oraz członków Klubu Bilderberg, Komisji Trójstronnej i Rady Stosunków Zagranicznych rządu USA, dla określenia zmian jakie nastąpiły wtedy na świecie.

Przykłady tez teorii spiskowych dotyczących NWO

Niektórzy twierdzą, że świat jest zakulisowo sterowany przez grupę bądź grupy ludzi dążących do wprowadzenia „Nowego Porządku Świata”, który ma się rzekomo cechować utworzeniem jednej zależnej religii (projekt HAARP i Blue Beam), praniem mózgu (projekt Monarch (następca MKULTRA)), wszczepianiem innym ludziom chipów pod skórę, powszechną inwigilacją za pomocą monitoringu i projektu Echelon oraz bezgotówkowym obrotem towarami.«

Jak można wywnioskować z powyższego opisu, nie był on od lat aktualizowany i wszystko, co miało być teorią spiskową, stało się naszą rzeczywistością. Może więc fakt, że nikt całościowo nie redaguje i nie kontroluje Wikipedii jest jej największą zaletą. Wygląda na to, że nie ma nic bardziej aktualnego i bliższego prawdy niż nieaktualizowane teksty sprzed lat.

Wielka Pieczęć Stanów Zjednoczonych i jej odwzorowanie na banknocie jednodolarowym obfituje w tak wielką ilość symboli, a właściwie jeden symbol, którym jest liczba 13, że trudno tu mówić o przypadku. Wikipedia tak to opisuje:

»Wielka Pieczęć Stanów Zjednoczonych (ang. Great Seal of the United States) jest używana do potwierdzania autentyczności dokumentów wydawanych przez władze Stanów Zjednoczonych. Nazwę tę stosuje się zarówno do określenia pieczęci (znajdującej się w posiadaniu sekretarza stanu USA) oraz, bardziej ogólnie, do znajdującego się na niej wizerunku. Po raz pierwszy pieczęć została użyta 16 września 1782 roku. Prace nad stworzeniem Wielkiej Pieczęci nadzorował Charles Thomson.

Źródło: Wikipedia

Awers

Na awersie znajduje się bielik amerykański z rozpostartymi skrzydłami, każde ze skrzydeł zdobi 13 piór. Lewym (heraldycznie) szponem trzyma 13 (jak trzynaście kolonii) strzał, prawym zaś gałązkę oliwną o 13 liściach, co symbolizować ma zdolność Stanów Zjednoczonych do prowadzenia wojen oraz do utrzymania pokoju i bezpieczeństwa. Głowa orła zwrócona jest w kierunku gałązki, co ma symbolizować nadrzędność pokoju. Dziobem chwyta motto „E Pluribus Unum” (łac. „Jedno uczynione z wielu”) złożone z 13 liter, nad głową znajduje się nimb z 13 gwiazdami umieszczonymi na niebieskim tle. Tarcza, którą trzyma orzeł na piersi (składa się z 13 pasów) odróżnia się od flagi amerykańskiej tym, że nie ma gwiazd na niebieskim polu, zaś pasy zewnętrzne są koloru białego, nie czerwonego.

Źródło: Wikipedia

Rewers

Na rewersie pieczęci widnieje niedokończona piramida z 13 warstw kamieni, u podstawy której widnieje wypisany rok 1776 (zapisany cyframi rzymskimi). W miejscu, gdzie powinien znajdować się szczyt piramidy widnieje tzw. Oko Opatrzności. Dodatkowo na rewersie znajdują się dwie łacińskie sentencje – złożone z 13 liter „Annuit Coeptis” („[Bóg] spojrzał życzliwie na nasze przedsięwzięcie”, z Eneidy Wergiliusza) oraz Novus Ordo Seclorum („Nowy Porządek Wieków” – początkowo motto wolnomularstwa, zaczerpnięte z czwartej eklogi Wergiliusza). Rewers wielkiej pieczęci znajduje się np. na odwrocie banknotu jednodolarowego.«

Mamy więc trzy łacińskie sentencje czy motta:

  • E Pluribus Unum – Jedno uczynione z wielu
  • Annuit Coeptis – [Bóg] spojrzał życzliwie na nasze przedsięwzięcie
  • Novus Ordo Seclorum – Nowy Porządek Wieków

Tak je tłumaczy Wikipedia. Jednak na amerykańskiej stronie poświęconej Wielkiej Pieczęci (http://www.greatseal.com/index.html), do której odwiedzenia zachęcam, a z której zaczerpnąłem poniższe informacje, tłumaczenie z łaciny nieco się różni, co nie jest takie istotne. Ważniejsze jest wyjaśnienie, dlaczego wybrano takie motta.

W pierwszym przypadku chodzi o pewien symbol. Ta jedność to sześć narodów, które zaludniły Amerykę: Anglicy, Szkoci, Irlandczycy, Holendrzy, Niemcy i Francuzi. Do tego dochodzi 13 niezależnych Stanów Ameryki.

Thomson wyjaśnił, że motto „E pluribus unum” nawiązuje do unii między stanami a rządem federalnym, co symbolizuje tarcza na piersi orła. Trzynaście pasków „reprezentuje kilka stanów połączonych w jedną solidną, zwartą całość, wspierającą Wodza, który jednoczy całość i reprezentuje Kongres”.

E Pluribus Unum opisuje akcję: Wielu jednoczy się w jedno. Dokładnym tłumaczeniem motta jest „From Many, One” lub „Out of Many, One” – fraza, która oddaje symbolikę na tarczy.

Łacińska dewiza „E Pluribus Unum” pojawiła się na stronie tytułowej corocznego tomu Gentleman’s Magazine czy Monthly Intelligencer – obok rysunku dłoni trzymającej bukiet różnych kwiatów.

The Gentleman’s Magazine ukazywał się co miesiąc w Londynie od 1731 roku i był dobrze znany z piśmiennictwa dla Amerykanów w latach siedemdziesiątych XVIII wieku. Roczny tom z „E Pluribus Unum” na dole strony tytułowej łączył dwanaście wydań magazynu z danego roku. Dostarczał czytelnikom wielu przydatnych informacji.

To pokazuje, że Amerykę początkowo przyrównywano do bukietu różnych kwiatów, gdzie współistniały jedność i indywidualność – w przeciwieństwie do „tygla”, który stapiał wszystkich w nieokreśloną masę.

Źródło: greatseal.com

W drugim przypadku wyjaśnienie jest takie:

Charles Thomson, znawca łaciny, zmienił drugą osobę „annue” na trzecią osobę „annuit” i ukuł motto: „Annuit Coeptis” – umieszczając je nad okiem Opatrzności, gdzie wyjaśnił, że oznaczało to, że „opatrzność wielokrotnie wspomagała nasze amerykańskie przedsięwzięcie”.

Jeśli niepodległość Ameryki datuje się od 1776 roku, a Wielką Pieczęć zaprojektowano w 1782 roku, to znaczy, że Opatrzność interweniowała na długo przed tymi datami, gdy oni dopiero realizowali swój plan. Znaczy to też, że oni dokładnie wiedzieli, po co oni tworzą tę Amerykę.

W trzecim przypadku uwagi są następujące:

Dalekowzroczni założyciele Stanów Zjednoczonych spojrzeli zarówno w przeszłość, jak i w przyszłość, zdając sobie sprawę z tego, że ich działania będą miały długotrwałe konsekwencje dla przyszłych pokoleń.

W styczniu 1776 roku Thomas Paine zainspirował Kolonie wizją nowej ery amerykańskiej. W Common Sense napisał: „Sprawa Ameryki jest w dużej mierze sprawą całej ludzkości… To nie jest sprawa dnia, roku czy wieku; potomność jest praktycznie zaangażowana w to wyzwanie i w mniejszym lub większym stopniu odczuje skutki naszego obecnego działania, które będą trwały nawet do końca świata (even to the end of time)”.

W zasadzie to chyba nie powinno już być wątpliwości, że Stany Zjednoczone to projekt masoński. Motta można interpretować na różne sposoby. Ta niejasność i wieloznaczność jest typowa dla Żydów, którzy lubują się w tworzeniu takich niejednoznaczności. Cały Talmud jest tak napisany, by tylko wtajemniczeni potrafili odnaleźć prawdziwe znaczenie zawartych w nim treści. Każdą z tych sentencji można różnie rozumieć czy interpretować, ale tylko wybrani znają prawdę.

Pozostają jeszcze dodatkowe informacje na temat liczby „13”. Na cytowanej stronie są takie wyjaśnienia:

»Liczba 13 tradycyjnie kojarzy się z transformacją, odnowieniem i regeneracją – być może dlatego, że w ciągu roku jest około 13 pełni Księżyca. Piramida ma 8 krawędzi i 5 płaszczyzn, co daje w sumie 13 elementów.

Popularne amerykańskie zwroty składające się z 13 liter:

  • The Spirit of 76
  • July The Fourth
  • American Eagle
  • American Dream
  • Don’t Tread on Me
  • An Appeal to God

Franklin D. Roosevelt został wybrany na prezydenta w 1932 roku i zmarł 13 lat później w 1945 roku. Trzynasty prezydent, który był nim więcej niż jedną kadencję. Roosevelt umieścił obie strony Wielkiej Pieczęci na jednodolarowym banknocie w 1935 roku.

„Dlatego mówię do nich w przypowieściach, ponieważ widząc nie widzą, a słysząc nie słyszą ani nie rozumieją”. – Mateusz 13:13. – Czy Wielka Pieczęć jest rodzajem obrazowej przypowieści?

Jedyną księgą w Biblii, której 13. rozdział ma dokładnie 13 wersetów, jest Pierwszy List do Koryntian, którego 13. werset jest ponadczasowy i uniwersalny:

„A teraz trwajcie wiara, nadzieja, miłość, te trzy; Ale z nich największa jest miłość.”

Charles Thomson, główny projektant Wielkiej Pieczęci, również przetłumaczył całą Biblię z języka greckiego na angielski.«

Tak więc zwrot „Nowy Porządek”, który powtarzają jak mantrę wszyscy wielcy tego świata, nie jest niczym oryginalnym i nie zrodził się w ich głowach. Jest nawet starszy niż „New Deal”. Jeśli w styczniu 1776 roku Thomas Paine pisze: Sprawa Ameryki jest w dużej mierze sprawą całej ludzkości… To nie jest sprawa dnia, roku czy wieku; potomność jest praktycznie zaangażowana w to wyzwanie i w mniejszym lub większym stopniu odczuje skutki naszego obecnego działania, które będą trwały nawet do końca świata (even to the end of time).

Zabrzmiało to bardzo proroczo, ale i groźnie. Oznacza to, że tworzenie Ameryki miało jasno określony cel, którego realizacja wchodzi w końcową fazę. Po to zbudowano ten potężny kraj, by podbić świat i podporządkować sobie jego ludność. Dziś wykorzystuje się nie tyle jego potęgę militarną, co nagromadzony w niej kapitał, który jest o wiele bardziej groźny niż najgroźniejsza broń. Któż więc w połowie XVIII wieku mógł myśleć tak dalekowzrocznie i być pewnym skutków tego przedsięwzięcia?

Czy walka o niepodległość, która rozpoczęła się w momencie, gdy było trzynaście kolonii, była przypadkowym zbiegiem okoliczności, czy tak z góry zaplanowano, że o niepodległość ma walczyć trzynaście kolonii? Tego zapewne nie dowiemy się, ale wszechobecność tej liczby w symbolach Wielkiej Pieczęci skłania do takich wniosków.

Żyjemy w czasach ostatecznych, bo bez względu na to jak zakończy się ten „eksperyment”, to świat już nie będzie taki jak wcześniej. Sam projekt ma trwać mniej więcej do 2030 roku, co oznacza, że wybrano wariant „gotowania żaby na wolnym ogniu”. Chodzi o to, by przyzwyczajać ludzi do „nowej normalności”, tak by po czasie uznali to za stan naturalny. Jeden z polskich ekonomistów, Artur Śliwiński, w wywiadzie na kanale internetowym „cepolska”, stwierdził, że długofalowe, globalne projekty nigdy nie udają się, właśnie dlatego, że są długofalowe i globalne. Być może tak będzie, ale katastrofalnych skutków tych działań nie da się uniknąć. Nawet nie jesteśmy w stanie wyobrazić sobie, jakie one będą.

Kiedyś, już dawno temu, pamiętam jak przyglądałem się temu jednodolarowemu banknotowi z tą piramidą z Okiem Opatrzności i z tymi mottami, których znaczenia nie rozumiałem, ale odniosłem wrażenie, że coś złowieszczego emanuje z tej piramidy i tego oka, że jakieś złe, tajemne siły kryją się za tymi symbolami.

Gnostycyzm

Korzenie wolnomularstwa sięgają gnostycyzmu. Warto więc, moim zdaniem, przybliżyć sobie ten nurt myślowy, zwłaszcza że wywierał i nadal wywiera on wpływ na wielu uczonych, myślicieli, polityków. Jego ślady widoczne były m.in. w nazizmie i bolszewizmie. Ale wypada chyba zacząć od najdawniejszych czasów. Feliksa Eger w książce z 1894 roku Historia towarzystw tajnych, Dom Wydawniczy „Ostoja”, 2019, tak pisze o początkach masonerii:

»Powstanie i rozwój towarzystwa tajnego, takiego jak wolnomularstwo na łonie społeczeństwa chrześcijańskiego, którego jest zupełnym zaprzeczeniem, to fakt zwracający uwagę nie tylko historyka i filozofa, ale każdego myślącego człowieka.

O początkach wolnomularstwa najsprzeczniejsze istnieją podania; które są zmyślone, które prawdziwe, rozstrzygnąć trudno, podamy je zatem bez komentarzy.

Pisarze masońscy, chcąc stowarzyszeniu swemu nadać większe znaczenie, wyprowadzają początek jego z najodleglejszej starożytności, sięgają nawet aż do stworzenia świata: „Bóg stworzył światło, zatem Bóg był pierwszym wolnomularzem”, powiada B. Bazon; inni wyprowadzają wolnomularstwo od Noego, od mularzy pracujących nad wieżą Babel, nad piramidami egipskimi, kościołem Salomonowym, wreszcie nad wieżą Strasburską lub kościołami, których tak wielką liczbę w IX wieku wystawiono.

Wielu szuka także początków wolnomularstwa w tajemnicach pogańskich, nie zgadzają się jednak co do miejsca. Pagody indyjskie, lasy Druidów w Galii, świątynie Egipcjan w Memfis lub Heliopolis, misteria eleuzyjskie w Grecji lub cześć dobrej bogini w Rzymie, wszystko to po szczególe, a według innych autorów razem, w nieprzerwanym porządku stanowić miało początek lub ciąg trwania tradycji masońskiej.

Historycy, pisarze katoliccy, a nawet masońscy, poważniej przedmiot ten traktujący dowodzą, że herezje gnostyków, manichejczyków, albigensów, socynianów, głównie zaś templariuszy (?) stały się podstawą wolnomularstwa. Tylko organizację przyjęło ono od stowarzyszeń, czyli cechów mularskich, jak o tym świadczą przechowane dotychczas nazwy: kielni, cyrklów, węgielnic, czeladników, majstrów itp. Pierwszą z wymienionych herezji był gnostycyzm. Przewrotna ta nauka, wyszedłszy ze Wschodu w początkach II wieku, zapragnęła połączyć z dogmatami religii Chrystusa magię chaldejską, kabałę żydowską, teurgię egipską i eklektyzm aleksandryjski. Teurgia to nauka polegająca na wchodzeniu w bliższe stosunki za pomocą praktyk i obrządków z bóstwem i duchami i na wywoływaniu skutków nadprzyrodzonych.

Pogarda wszelkiego prawa była ich moralnością… Gnostycy utrzymywali, że Natura objawia dwie wielkie zasady wspólności i jedności wszystkich rzeczy; że prawa ludzkie przeciwne tym prawom naturalnym, są wykroczeniem przeciwko porządkowi ludzkiemu i boskiemu; że dla przywrócenia tego porządku należy ustanowić wspólność ziemi, majętności i kobiet. W ogólności nauczali oni, że im większą pogardę czuć będziemy dla praw istniejących, im więcej wyzwolimy się z tego, co się zwie religią, tym lepiej czcić będziemy Najwyższą Istotę, tym staniemy się podobniejszymi Bogu.

B. Claret wyprowadzając początek wolnomularstwa od gnostyków, tak się o tych ostatnich wyraża: „Od 58 r. ery naszej wyobrażenia zaczerpnięte od zwolenników Zoroastra, z filozofii Platona, z teogonii (pochodzenie bogów – przyp. W.L.) i pneumatogonii (pochodzenie wiatrów – przyp. W.L.) Egiptu, Chaldei i Grecji, wyznawane były tajemnie przez wiele sekt, znanych pod ogólną nazwą gnostyków; utrzymywały bowiem, że one tylko same posiadają prawdziwa wiedzę… Gnostycy nazywali się sami dziećmi światłości. Wtajemniczeni dzielili się na wiele stopni”.

B. Redares utrzymuje, że „wszyscy oni byli wtajemniczonymi do dawnych misteriów, że byli mularzami wybranymi, odznaczającymi się nauką i zdolnościami”… A w innym miejscu: „Jakkolwiek przyjmowali oni wszystkich do swego grona, udzielali stopnie małej tylko liczbie wybranych, znanych im dobrze ze sposobu myślenia i usposobienia. Próba neofita trwała lat 5, najwstrzemięźliwsze milczenie było mu przez ten czas nakazanym. Poddać się też musiał przy przechodzeniu z jednego stopnia na drugi, dopóki nie doszedł do stopnia najwyższego, bardzo przykrym próbom, mającym wykazać, jaką jest jego odwaga i wytrwałość. Po przejściu prób zostawał człowiekiem wolnym”…«

Z kolei Raymond J. L. Walters w książce Drogocenne kamienie: Klejnoty, Talizmany, Źródła mocy; Świat Książki, Warszawa1999, pisze:

»Północnoafrykańskie miasto Aleksandria, będące niegdyś wioską położoną na skrzyżowaniu szlaków handlowych, stało się głównym ośrodkiem handlowym i kulturalnym Bliskiego Wschodu. Kupcy zwozili swoje towary do pełnego blasku miasta z dalekich krajów, z Persji, Indii, Azji Mniejszej i z wielu ziem okupowanych przez Rzymian. A co najważniejsze, wraz z nimi przybywały tu ich specyficzne wierzenia, obyczaje i religie.

Wśród mieszkańców rojnych ulic Aleksandrii znalazła się też religijna sekta, której członkowie zwali siebie gnostykami – „tymi, którzy wiedzą”. Twierdzili, że osiągnęli poznanie (gr. gnosis), niedostępne prostym śmiertelnikom, będące szczególną koncepcją konfliktu dobra ze złem. Przyswoili też sobie wiele idei filozoficznych, rytuałów i talizmanów występujących w innych religiach. Dominujący wówczas Kościół koptyjski, zaalarmowany gwałtownym wzrostem liczby gnostyków, uznał ich w końcu za heretyków i ekskomunikował.

Wielu gnostyków późnej starożytności wierzyło, że ich bóg Abraksas jest Istotą Najwyższą. Przedstawiano go z ramionami i torsem człowieka oraz z głową koguta – symbolizującą zapobiegliwość. Ciało spoczywało na nogach z węży, będących symbolem umysłu i „słowa”. W jednej ręce bóg ten trzymał tarczę mądrości, w drugiej bicz władzy.

Postać Abraksasa widnieje na wszelkiego rodzaju amuletach i talizmanach, wykonanych przeważnie z chalcedonów, takich jak karneol, agat, heliotrop, jaspis i onyks. Przygotowanie odpowiednich wzorów do rzeźbienia na talizmanach należało do licznych obowiązków kapłanów.

Na niektórych talizmanach ryto słowa, obdarzone, jak uważano, magicznymi właściwościami. Należało do nich zapożyczone z cywilizacji sumeryjsko-babilońskiej kabalistyczne słowo „abrakadabra” napisane tak, by było coraz krótsze. Zapis literowy tego słowa pochodzi ze starożytnego chaldejskiego zwrotu abrada ka dabra – co znaczy: „przepada jak słowo”. Na talizmanie słowo to wypisywano wielokrotnie, w formie trójkąta, jedno pod drugim, skracając je w każdym rzędzie o jedną literę, aż do momentu, kiedy zostało samo „A”.

ABRAKADABRA
BRAKADABRA
RAKADABRA
AKADABRA
KADABRA
ADABRA
DABRA
ABRA
BRA
RA
A

Podczas wielkiej zarazy w 1665 roku zaklęciem tym posługiwali się w Anglii arabscy lekarze, którzy przybyli, by nieść pomoc jej ofiarom.

„Wielu ludzi, bojąc się zarazy (…) stara się uniknąć jej, wykorzystując pewne słowa i formuły, zwłaszcza słowo abrakadabra uformowane w trójkąt.” – Daniel Defoe, pisarz (1660-1731).

W II stuleciu n.e. zarysował się już kres gnostycyzmu. Stało się to nieuniknione od chwili, gdy cesarstwo rzymskie, przyjąwszy chrześcijaństwo, rozpoczęło rugowanie konkurencyjnych religii. Jednak nowa religia nie zakazała (może nie była w stanie), produkcji talizmanów, a wyklęci kapłani gnostyków nadal ich dostarczali. Przez wieki, aż do dzisiaj, na Bliskim Wschodzie, w krajach okupowanych niegdyś przez Rzymian, znajduje się pięknie rzeźbione kamienie abraksas.

Na wielu talizmanach widoczne są także kody numerologiczne. Numerologię można określić jako wiarę w potęgę myśli zawartej w magicznych słowach lub w ich połączeniach. Zręcznie wykorzystywali ją kapłani gnostyków, a także pierwsi chrześcijanie. Każdej literze greckiego alfabetu przyporządkowano pewną liczbę. Same liczby nie miały znaczenia, ale ostateczny wynik sumowania wszystkich liczb przypisanych danej kombinacji liter miał ukrytą moc. Czasem greckie litery łączono z formułami astrologicznymi i rzeźbiono na chalcedonie. By tym sposobem przyciągnąć dobre wpływy.«

Gdy przyjrzymy się bliżej temu trójkątowi równoramiennemu, to zauważymy, że prawe ramię składa się z samych liter “A”, natomiast lewe ramię tworzy wyraz “Abrakadabra”. Wszystkie linie równoległe do prawego ramienia składają się z tych samych liter. Ten wyraz w całej pełni obrazuje, na czym ma polegać magia słów. Można by więc zapytać, czym różni się wiara w magię słów i liczb od wiary w Boga? I dlaczego wiara w Boga, to według “postępowców” ciemnota, a podobna wiara magię taką czy inną, już – nie. Podczas Mistrzostw Świata w Piłce Nożnej w RPA w 2010 roku przed meczem Nigeria – Argentyna grupa kibiców nigeryjskich zrobiła kukłę Messiego i nakłuwała ją igłą w serce, krzycząc przy tym: Messi! Messi! Messi! Nie pomogło. Argentyna wygrała, wprawdzie skromnie, bo 1:0, ale wygrała. A Messi też ma się dobrze.

Z mojej strony należy się jeszcze wyjaśnienie, co to takiego ten chalcedon. Jest to drobnokrystaliczna odmiana kwarcu zawierająca gęsto rozsiane drobne, niewidoczne gołym okiem, inkluzje (kropelki) wody. Makroskopowo (gołym okiem) chalcedon ma wygląd ciała bezpostaciowego białego lub zabarwionego na różne kolory. I tak karneol jest brunatnoczerwoną odmianą chalcedonu, agat – odmianą o koncentrycznym lub równoległym ułożeniu wielobarwnych warstewek, heliotrop – zielony chalcedon z czerwonymi plamkami, jaspis – odmiana pasiasta, wstęgowa, plamista, cętkowana, żyłkowa, marmurkowa, pstra itp., onyks – odmiana agatu o naprzemianległych czarno-białych wstęgach.

Można więc wyciągnąć z tego wniosek, że gnostycy przywiązywali dużą wagę do słowa. Ale czy tylko oni? W „Rękopisie znalezionym w Saragossie” Jana Potockiego czytamy:

„…w hebrajskim każda litera jest liczbą, każdy wyraz przemądrą kombinacją, każde zdanie straszliwą formułą, która, gdy ją kto potrafi wymówić z potrzebnym przydechem i akcentami, z łatwością może poruszać góry i osuszać rzeki.

Wiecie dobrze, że Adonaj (hebr. Bóg – przyp. W.L.) słowem stworzył świat i następnie sam zamienił się w słowo. Słowo wprawia w ruch powietrze i umysł, działa na zmysły i dusze zarazem. Chociaż nie jesteście wtajemniczeni, zdołacie jednak z tego wywnioskować, że słowo jest koniecznym pośrednikiem między materią a wszelkim umysłem.”

Z kolei w Biblii w Ewangelii według św. Jana jest napisane:

1. Na początku było Słowo, a Słowo było u Boga, a Bogiem było Słowo. 2. Ono było na początku u Boga. 3. Wszystko przez nie powstało, a bez niego nic nie powstało, co powstało. 4. W nim było życie, a życie było światłością ludzi.

Internetowa Encyklopedia PWN tak definiuje pojęcie gnozy i gnostycyzmu:

„Gnoza – (gr. gnosis, wiedza, poznanie) swoisty rodzaj wiedzy uzyskanej z poznania opartego na intuicji i kontemplacji w odróżnieniu od wiedzy wynikającej z uczenia się i doświadczenia zmysłowego.

Pierwotnie (np. w Biblii i u niektórych Ojców Kościoła) dostępne człowiekowi poznanie Boga, zapewniające mu zbawienie, następnie centralne pojęcie gnostycyzmu, oznaczające ezoteryczną wiedzę teozoficzną, mającą pochodzić z pozaintelektualnej intuicji (irracjonalizm), uzyskiwanej bądź przez wewnętrzną iluminację (iluminizm), bądź przez wtajemniczenie (inicjację); wg gnostyków gnoza zastępuje zarówno wiarę religijną, jak i naturalne poznanie ludzkie, uważane za błędne (agnostycyzm), ponieważ jest zależne od zmysłowego złudzenia otaczającymi rzeczami materialnymi i od wadliwego funkcjonowania intelektu; metafizyczną treścią gnozy jest równoczesne zanegowanie odrębności, jedności i realności istniejących bytów jednostkowych przez przyjęcie, że wszystkie byty powstają z jednego wspólnego tworzywa (monizm), którym jest myśl (idealizm); myśl ta przekształca się nieustannie w kołowym procesie między wyjściową, nieokreśloną powszechnością boskiego absolutu a ocenianą negatywnie zdegenerowaną rzeczywistością i jednostkowością bytów (proces ten jest ujmowany zwykle w perspektywie dualizmu jako dialektyczne ścieranie się bytu i niebytu, dobra i zła, światła i ciemności itp.); w konsekwencji antropologiczne koncepcje gnozy, zbudowane na dualizmie (duch-materia, świadome-nieświadome itp.), są zdominowane przez soteriologiczny problem ucieczki ducha ludzkiego ze świata pozornego do świata pierwotnej myśli.”

Jak widać ta definicja, dosyć zagmatwana jak sądzę, jest zawężona, bo pomija temat magii słów i ich nadzwyczajnej mocy. Według niej wszystkie byty powstają z jednego wspólnego tworzywa (monizm), którym jest myśl. Stąd już tylko jeden krok do wniosku, że wszystko jest wspólne, co oznacza komunizm, nazywany obecnie, dla niepoznaki, zrównoważonym rozwojem.

„Gnostycyzm – (gr. gnostikos, poznawczy) ogólna nazwa nurtów myślowych oparta na gnozie, rozwijających się w II-III wieku we wschodnich prowincjach cesarstwa rzymskiego.

Wątki myślowe zapowiadające właściwy gnostycyzm w sposób niewyraźny (tzw. pregnostycyzm, m.in. apokaliptyka żydowska z Kumran) oraz wyraźny (tzw. protognostycyzm, różne doktryny irańskie i indoirańskie, orfizm, pitagorejczycy, platonizm) pojawiły się w II w. n. e.; gnostycyzm klasyczny ukształtował się w II-III w. we wschodnich prowincjach cesarstwa rzymskiego, a jego twórcy (m.in. Bazylides, Walentyn, Marcjon z Synopy) łączyli wątki filozofii hellenistycznej z religijnymi wątkami judaizmu i chrześcijaństwa, dając początek pierwszym szkołom gnostyckim; zwalczany w imię ortodoksji chrześcijańskiej przez Ojców Kościoła, gnostycyzm wpłynął m.in. na manicheizm, w średniowieczu nawiązywały do gnostycyzmu rozmaite sekty chrześcijańskie (m.in. bogomolcy, katarzy), muzułmańskie (isma’ilici) oraz żydowskie (kabała); w okresie nowożytnym gnostycyzm przejawił się w renesansowym hermetyzmie (np. M. Ficino), protestanckiej teozofii (J. Böhme) oraz ideologii różokrzyżowców i purytanów; rzeczywiste odrodzenie gnostycyzmu nastąpiło w XIX w., wpływając na strukturę i treść wielu nurtów kultury; wśród przedstawicieli gnostycyzmu współczesnego wymienia się twórców XIX-wiecznego idealizmu niemieckiego (J.G. Fichte, F.W.J. Schelling, F. Schleiermacher, G.W.F. Hegel), mistycyzmu rosyjskiego (S. Bułgakow, P. Florenski) oraz twórców spirytyzmu (A. Kardec), teozofii (H. Bławatska, A. Besant), antropozofii (R. Steiner); główne wątki gnostyckie wystąpiły również w ideologii marksizmu i narodowego socjalizmu, w egzystencjalizmie (J.P. Sartre, M. Heidegger) i w koncepcjach twórców współczesnej psychologii (S. Freud, C.G. Jung, A.H. Maslow, C.R. Rogers); za formę gnostycyzmu można uznać ruch New Age, w ramach którego rozwija się m.in. tzw. neognoza reprezentowana przez naukowców z amerykańskich uniwersytetów w Princeton i Pasadenie.”

Tak więc wszystko zaczęło się w Aleksandrii, w tym pierwszym na świecie kosmopolitycznym mieście. Mieszały się tam kultury, religie, wierzenia z całego ówczesnego świata. Była ona też wtedy największym skupiskiem Żydów. W takim otoczeniu czuli się oni jak ryba w wodzie i nie będzie chyba wielką przesadą stwierdzenie, że to pewnie oni stworzyli ten nurt myślowy zwany gnostycyzmem, a pewnie też i inne. To był I i II wiek n.e. Był to okres sprzyjający powstawaniu różnych sekt chrześcijańskich. Dopiero sobór nicejski I z 325 roku ukształtował doktrynalne podstawy tego, co później nazwano ortodoksją chrześcijańską. Ale to, co powstało wcześniej, czyli te różne sekty chrześcijańskie, przetrwało i wywierało ogromny wpływ na umysłowość wielu uczonych, filozofów i panujących. Jednym z nich był Baruch Spinoza, który do dziś jest idolem wielu masonów, a na którego twórczości gnostycyzm pozostawił wyraźny ślad.

Jeden z tych masonów wyraźnie akcentuje w piosence słowo “monistyczny”, śpiewając, że Spinoza stworzył system monistyczny i naturalistyczny. Oprócz innych uczonych i filozofów wspomniany jest tam Kartezjusz, z którego Spinoza też czerpał. Może nie przypadkiem został wspomniany, może ze względu na jego słynne: “Myślę, więc jestem”.

Jeden z komentarzy pod tym filmikiem: “Trzakowski brought me here.” To komentarz sprzed roku. Tak więc nie tylko “idee Lenina wiecznie żywe”. Także gnostycyzm ma się dobrze, choć może wielu zwolenników monizmu i naturalizmu nie zdaje sobie z tego sprawy, skąd wyrastają korzenie tych nurtów myślowych, jak to ujmuje Encyklopedia PWN.

Zdaję sobie sprawę z tego, że to co powyżej przedstawiłem nie jest zbyt jasne, logiczne i spójne. Ale takie były te nurty myślowe, które wykorzystywały różne sekty religijne w celu zwabiania do nich różnych naiwnych, łatwowiernych, mających nadzieję, że dostąpią jakiejś tajemnicy. A one służyły przeważnie do wywoływania zamieszek, niepokojów, rewolucji. Bez nich zapewne nie byłaby możliwa reformacja. Sekty nie zniknęły, ale obecnie ich rolę przejęły różne bojówki, stowarzyszenia, partie polityczne itp.

Masoneria c.d.

W blogu „Masoneria” pisałem o masonerii w sposób ogólny, o jej historii, związkach z judaizmem. W tym blogu chciałbym skupić się na tym, czym jest masoneria, jaki ma system wartości, jak działa. To powinno ułatwić zrozumienie naszej obecnej rzeczywistości. Jeśli komuś wydaje się, że nasze władze działają niekonsekwentnie, że w ich postępowaniu jest wiele sprzeczności, że się ośmieszają, podając wykluczające się dane i statystyki z powietrza itp., to ma rację. Jednak one robią to świadomie, konsekwentnie i z pełną premedytacją. To jest element oddziaływania na ludzką psychikę. A ludzie coraz bardziej zmęczeni takim działaniem starają się bronić. Pod jednym z dziennych raportów Ministerstwa Zdrowia o nowych przypadkach koronawirusa czytam taki komentarz: Czwarta fala rozpocznie się 01.10.2021 o godzinie 8:00. Ktoś odpisuje: Pandemia utknęła w korku i trochę się spóźni. Inny komentujący odpowiada: Wg moich obliczeń o 8:15. Jeszcze inny pisze: Co za bzdura! Rozpocznie się o 9.13. Wiem to od horbana i simona. – To dobrze, że poczucie humoru nie opuszcza ludzi, wszak śmiech to zdrowie.

Podstawą moralności i ideologii masońskiej jest materializm i naturalizm, na których opiera się socjalizm i komunizm. Nazwa socjalizm została nadana wszelkim systemom dążącym do przetworzenia społeczeństwa. Co do sposobu dzielą się one (te systemy) na dwa rodzaje: jeden z nich dąży do przeobrażenia rodziny i własności przy pomocy stowarzyszeń, którymi kierowałoby państwo, co jest właściwym socjalizmem; drugi dąży do zniesienia wszelkiej własności osobistej, ustanowienia wspólnoty dóbr (nie będziesz miał nic, będziesz szczęśliwy) i to nazywa się komunizmem. Tak więc ten nowy porządek, nowa normalność, to nic innego, jak realizacja masońskiej wizji społeczeństwa, tej jeszcze sprzed rewolucji francuskiej.

Dobrze to wszystko opisuje Feliksa Eger w swojej książce Historia towarzystw tajnych z 1894 roku. Jej opracowanie stanowi kompilację dzieł badaczy zajmujących się problematyką masonerii. Oparte jest przede wszystkim na rozprawie francuskiego jezuity Nicolasa Deschampsa (1797-1873) Les sociétés secretes et la société ou Philosophie de l’histoire contemporaine, uzupełnionej przez Claudio Janneta, a także na dziełach Saint-Albina, Saint-Andrégo, dra Otto Beurena i innych.

»Masoneria przez długi ciąg swego żywota nie wywieszała wcale sztandaru bezreligijności. Jakkolwiek od dawna już głównym jej zadaniem była walka przeciw Kościołowi, zachowywała jednak do ostatnich jeszcze czasów pozory wiary w Boga. Karta kolońska, najwcześniejszy pisany dokument masoński, wydana jeszcze w r. 1535 zaczynała się od wyrazów: „Na chwałę Wielkiego Budowniczego Świata”. Wyrazy te następnie wypisane były w lożach, od nich zaczynały się wszelkie akta, konstytucje itp., a jakkolwiek pojęcie Boga było fałszywe, pogańskie, gdyż Bóg znaczył to samo, co natura, jednak zachowało się długo i o zniesieniu formułki tej nikt nie pomyślał. Sztandar niewiary wywieszony dawniej byłby odstręczał większość, zdyskredytował masonerię w oczach ogółu. Jeszcze w r. 1854 ułożony na ogólnym konwencie statut zaczynał się od tych wyrazów: „Celem stowarzyszenia wolnomularzy jest dobroczynność, nauka moralności i pełnienie cnót wszelkich. Podstawą jego: wiara w istnienie Boga, nieśmiertelność duszy i miłość ludzkości”. Od czasu tego postęp na drodze niewiary jest tak szybki, że już w r. 1866 Brat Karol de Gageru na zebraniu lóż niemieckich i amerykańskich odezwał się w te słowa: „Jestem mocno przekonany, że w niedługim czasie ateizm będzie pojęciem całej ludzkości, deizm zaś tylko wspomnieniem przeszłości… Powinniśmy stanąć wyżej nie tylko ponad wszelkie religie, ale ponad wszelką wiarę w jakiegokolwiek Boga… Ateusze są tytanami burzącymi, obalającymi niebo; olbrzymi poruszają głową, wołając na świat cały tonem ogłuszającym: Głupcy tylko sami i same umysły słabe mówią i marzą jeszcze o jakimś Bogu i nieśmiertelności”… Brat Renan, gwiazda uniwersytetu, a za nim na nieszczęście i wielu innych powtarza: „Cześć słońca jest jedyną religią rozumną i mającą podstawy naukowe; słońce jest bogiem wyłącznym naszej planety”. Takie i tym podobne pojęcia Boga musiały się już bardzo rozpowszechnić, kiedy kongres masoński w Metz zebrany w r. 1869 żądał zniesienia przytoczonego wyżej artykułu i zastąpienia go wyrazami: „Podstawą masonerii jest solidarność ludzka”. W r. 1877 Wielki Konwent paryski, zniósł orzeczenie o wierze w Boga i nieśmiertelności duszy i zastąpił je słowami: „Zasadą wolnomularstwa jest zupełna wolność sumienia i solidarność ludzka. Nie wyłącza ona nikogo z powodu jego przekonań religijnych”.

Wywieszenie jawnego sztandaru niewiary wpłynęło na rozdwojenie jedności masonów. Loże Anglii i Stanów Zjednoczonych oderwały się od Wielkiego Wschodu Francji. Przejęły się więcej duchem protestantyzmu, a nawet w rytuale swym dały znaczne miejsce zasadom biblijnym. Straciły tym sposobem cechę bezbożności, jaką przeniknięte były. Lecz działalność lóż angielskich i lóż Ameryki Północnej jest zupełnie odrębną; wszystkie inne idą obecnie pod sztandarem Francji. Hiszpania, Włochy, Niemcy, jawną wyznają niewiarę. W wielu lożach niemieckich zastępują biblię księgą zupełnie czystą, niezapisana, na okładkach której stoi nazwa Bóg, co znaczy, że nic nie nakazuje, niczego nie żąda, niczego nie broni, jednym słowem, że i sam jest niczym. Określenie zaś wyrazu religia dał Brat Gambetta w mowie wygłoszonej na konferencji nad wykształceniem bezreligijnym 29 sierpnia 1881 r.

„Wzniosły ten wyraz religia oznacza związek łączący człowieka z człowiekiem, sprawiający to, że człowiek równy temu, którego spotyka, czci swą własną godność w godności drugiego, kładąc za podstawę prawa: wzajemne szanowanie wolności”.

Towarzystwa tajne pracujące nad wygładzeniem z serc i umysłów pojęcia Boga, życia przyszłego, nad obaleniem religii objawionej, znoszą zarazem wszelkie prawo obowiązujące, a z nim wszelką moralność. To jedno byłoby dostatecznym jej określeniem, lecz wyrazy cnota, moralność, tak często w dziełach, prawach i konstytucjach masońskich używane bywają, tak wielka obłuda ich w tym przypadku i chęć osłonięcia płaszczykiem cnoty zupełnego braku zasad, że obowiązkiem naszym jest cokolwiek się nad tym zastanowić. Wiemy, że wolność i równość pierwotna są głównymi podstawami całej budowy masonerii, są celem jej moralnym, prawdziwą i całą moralnością, wyrażoną przez wszystkie stopnie wtajemniczenia, od najniższego do najwyższego. Według Brata Ragona w 1 stopniu jej uczą, w 2 w niej umacniają, w 3 jej dowodzą i uczą z niej korzystać, w 4 w czyn ją wprowadzają, w 5 opierają na pewnych podstawach, w 6 za nią wynagradzają, w 7 ją uświęcają. W istocie w stopniu pierwszym wykładają uczniowi, że libella i cyrkiel są symbolami równości i podstawą prawa natury. W tychże samych zasadach utwierdzają stopnie czeladnika i mistrza. W stopniu 4, czyli wybranego wyrywa się pierwszy okrzyk zemsty: Nekam albo Moabo według martynistów. Klejnotem stopnia tego jest sztylet przeznaczony do wytępienia zabójców Hirama (budowniczy świątyni Salomona według legendy masońskiej – przyp. W.L.). Mistrz Ragon wprawdzie objaśnia uczciwym a łatwowiernym członkom masonerii, że zabójcami są gwiazdy: Waga, Niedźwiadek i Strzelec, zabijające i grzebiące corocznie Boga-Słońce, by go znów powołać do życia w czasie wiosennym, jednakże mówi zarazem, że sztylet w znaczeniu moralnym przypomina wybranym, iż powinni bezustannie pracować nad zwalczaniem przesądów, ciemnoty i zabobonów pojętych tak, jak to już nieraz tłumaczyliśmy, a co w stopniu Kadosz uosabia się w papieżu, królach i wojsku.

Lecz zobaczmy teraz, jakie to są te „pewne podstawy” dane w 5 stopniu masonerii. Podstawami tymi są: trójkąt, czyli Natura dzieląca się na trzy królestwa: minerałów, roślin i zwierząt, stanowiąca Trójcę Pana (bożka), czyli Wielkiego Architekta Świata; w znaczeniu zaś moralnym oznaczająca Równość, według której wolnomularz jest królem, prawodawcą, kapłanem i władcą bezwzględnym.

Na takich podstawach oparta moralność masońska szóstym stopniem (kawalera Wschodu) wchodzi w erę nagród, którymi są: wyzwolenie się spod wszelkiej zwierzchności religijnej i cywilnej i wolność myślenia, czyli według obrządku szkockiego – libertas. Świątynia Salomona, czyli Natury zostaje odbudowana, co znaczy, że człowiek staje się wolnym (jak w początkach swego bytu na ziemi) odnośnie do innych ludzi i do wszystkiego, co istnieje. Na koniec uwieńczeniem całej tej moralności w 7 i ostatnim stopniu masońskim jest zaprzeczenie Bóstwa Jezusowi Chrystusowi, zniesienie wiary chrześcijańskiej, apoteoza ognia, jedynego boga świata, cześć lingamu indyjskiemu (upostaciowanemu przez krzyż i różę), symbolu rozradzania się powszechnego, czyli triumf odniesiony przy pomocy równości panteistycznej i materialistycznej prawdy nad kłamstwem, wolności nad niewolą, światła nad ciemnościami, życia nad śmiercią.

Zaprowadzenie równości i wolności pierwotnej, czyli mniemanego stanu natury, zniesienie wszelkiej władzy duchownej i świeckiej jest podstawą całej moralności masońskiej, jak ją pojmuje Wielki Wschód i jak o niej mówią rytuały: francuski, szkocki, Mizraima, templariuszy i ich tłumacze. Takie zasady szerzyli i szerzą iluminaci, karbonariusze, martyniści, fourierzyści, saint-simoniści i najmłodsza ich córka – międzynarodówka.

Jakiekolwiek dzieło masońskie weźmiemy do ręki, w każdym ujrzymy te słowa: „Ludzie rodzą się i pozostają wolnymi i równymi sobie pod względem praw. Najpierwszymi, najistotniejszymi z praw tych, niewygasłymi prawami natury są: wolność i równość”. – Cours philos. Ragon. Zatem człowiek wzięty tak indywidualnie, jak zbiorowo, nie ma prawa wkładać żadnego obowiązku na równego sobie człowieka. Z tego by jednak wynieść należało, że nie tylko profan, ale i wolnomularz i Wielki Wschód i Najwyższa Rada i wszelka inna władza masońska nie ma również prawa tłumaczenia praw natury i narzucania ich innym ludziom. Brat Ragon potwierdza to mówiąc: „Ktokolwiek zresztą choćby był kapłanem misteriów eleuzyjskich (hierofantem) wkłada słowa w usta bogów wolnomularstwa, jest oszustem, tyranem, przywłaszczycielem praw naturalnych człowieka i obywatela.” Ponieważ człowiek z natury swej jest wolnym i równym wszystkim ludziom, nikt nie może i nie potrzebuje ustępować praw swych na korzyść drugich, umowa zatem dobrowolna, nawet kontrakt nie może mieć żadnego znaczenia. Zasadę tę wyraźnie głoszą martyniści. Według ich pojęć obowiązkiem człowieka obywatela jest nie poddawać się żadnemu prawu, nie przyjmować żadnego zobowiązania, słowem niczego takiego, co by go wiązało lub czyniło zależnym od kogokolwiek. Że zaś zasady moralności są zbiorem praw określających wzajemne stosunki i obowiązki człowieka względem Boga, bliźnich i siebie samego, zatem wolnomularstwo, odrzucając te prawa, nie uznaje żadnych zasad moralności ogólnej. Brak ten określa nazwa moralności niezależnej.

O ile do rozszerzenia tej moralności niezależnej przyczynili się tak zwani filozofowie-encyklopedyści francuscy, posłuchajmy Bazota, sekretarza Wielkiego Wschodu: „Masoni przygotowali już umysły do wielkiej rewolucji moralnej, gdy prace filozofów Helvetiusa, Voltaire’a, J.J. Rousseau, Diderota, D’Alemberta, Condorceta, Cabanisa i innych rozlały żywe i potężne światło, jak słońce łączące się z dniem dla powiększenia blasku… Światło masonów i światło filozofów rozeszło się po wszystkich stronach ziemi. Francja odrodzona nie doszła jeszcze do tego stopnia doskonałości, jaką nakazują nauki masonerii i geniusz filozofów, lecz ruch nadany porywa, książki filozofów i loże jawne i tajemne znajdują się wszędzie… Wielkie dzieło dokonanym zostanie… Tak – loże masońskie są nieustającymi szkołami moralności powszechnej, niezależnej od wpływu klimatu, obyczajów, wyznań, zasad politycznych”.

Przyjrzyjmy się cokolwiek tym zasadom: „Człowiek rozumny, powiada Helvetius, wie, że ludzie są tym, czym być muszą; głupi – płodzi głupstwa, jak dzika roślina wydaje dzikie owoce. Złość ludzka jest owocem potrzebnym w ogólnym ogniwie”.

„Człowiekiem rozumnym, powiada J. J. Rousseau, jest według mnie ten, kto we wszystkich nieszczęściach, jakie go dotkną, widzi tylko ciosy ślepego fatalizmu”.

„Społeczeństwo, powiada Diderot, jest tylko dziwnym automatem, w którym wszystko jest zważone, przewidziane, układ kół, ciężary równoważące, sprężyny, obroty, etc”.

„Gdyby człowiek był filozofem, wiedziałby, mówi Lamétrie, że wola jest ściśle określona, że jeżelim cnotliwy z rana, a występny wieczorem, przyczyna tego w krwi leży, Kartusz musi być Kartuszem, a Pyrrhus – Pyrrliusem; jeden ma kraść i zabijać siłą ukrytą, a drugi – jawną”. W innym miejscu: „Nic nie jest bezwzględnie sprawiedliwym lub niesprawiedliwym, nie ma uczciwości ani wielkości, ani zbrodni rzeczywistych”.

Niepodobna byłoby przytaczać wszystkich zdań encyklopedystów w tej materii wygłoszonych, a szczególnie zaś głowy ich przewodniej, filozofa-masona par excellence – Voltaire’a. Gdy tylko dotknie przedmiotu tego, dowodzi zawsze, że

„wolność woli nie istnieje, że jest to wyraz bez znaczenia, że czyny człowieka nie zależą od niego, że wola nasza nie różni się od woli żadnego zwierzęcia, że świat cały jest maszyną podległą odwiecznym prawom, że wszystko, co jest, jest skutkiem natury rzeczy lub skutkiem rozkazu Wszechwładnego Pana, a w jednym czy drugim przypadku, zawsze jesteśmy tylko kołami machiny świata”.

Zatem, według zasad masonerii i głównych jej adeptów, ludzie są automatami, maszynami, kołami poruszanymi przez Boga-Naturę, jak wiatr lub deszcz. Bez wolnej woli nie może być odpowiedzialności za czyny; zresztą według tego zbrodniarz zabijający uczciwego człowieka nie jest winniejszym od odłamu skały miażdżącej przechodnia; zdrajca zaprzedający kraj, wydający przyjaciela jest równie cnotliwy jak wybawca ratujący go od śmierci kosztem własnego życia. Prawa, instytucje społeczne, sądy są władzami ślepymi, niemającymi racji bytu, wyroki jakie wydają, kary jakie wymierzają – niesprawiedliwością bez podstawy. A jednak środkami tymi posługują się ci, którzy ich nie uznają. Tak to gdy odstąpimy od praw przedwiecznych, krążymy w błędnym kole, z którego wyjść niepodobna. Z jednego absurdum wpadamy w drugie i tak bez końca.

Jak działa masoneria?

Weisshaupt pisał do innych przywódców iluminizmu: „Chcąc zostać zawsze panami słów naszych, musimy dać poznać uczniom, że wolno nam mówić o tej samej rzeczy raz w ten, a drugi raz w inny sposób; że stawiamy nieraz pytanie jedynie dla zbadania opinii uczniów i dania im sposobności wyjawienia zdania swego w tym względzie. Wybieg ten wiele złego naprawić może. Niech wiedzą, że dopiero koniec pokaże, które słowa z powiedzianych przez nas za prawdziwe uważać należy. Trzeba w sposób rozmaity traktować kwestie, chcąc nie wpaść w matnię i nie dać przeniknąć niższym prawdziwej naszej myśli. Zdanie to nasze w ten sposób w przewodniku wyrażone być powinno (zostało 3-cim paragrafem prawa areopagitów). Byłoby lepiej jeszcze, środek ten byłby pewniejszym, gdybyście włożyli obowiązek na starszych iluminatów, zmieniania z powyżej wyrażonych przyczyn, sposobu traktowania o przedmiotach, w rozmowach z członkami niższych stopni”.

W przepisach dla stopnia wyższego, zwanego akademickim, wygłasza Weisshaupt następująca zasadę:

„Pragnę bardzo, powiada, zrobić adeptów wzajemnymi szpiegami i szpiegami innych. Spomiędzy nich wybór stanowić będą ci, co więcej upodobania i zdolności okażą do zachowania tajemnicy. Chcę na koniec żeby pracowali nad zbadaniem i wytępianiem przesądów”.

Głównie jednak w naukach dawnych umiejącym pozyskać jego zaufanie i zaciągnąć innych w szeregi iluminatów, zaleca założyciel sekty obowiązek szpiegowania, skrytość i obłudę.

„Starajcie się o cechę doskonałości zewnętrznej i wewnętrznej, o umiejętność udawania tego, czym nie jesteście, ukrywania się, maskowania dla zbadania drugich, żeby tym sposobem móc wniknąć w ich życie domowe, wewnętrzne”.

Chcąc poznać tych, których iluminat zaciąga w szeregi, powinien mieć każdy notatkę w kształcie dzienniczka (diarium). Śledząc pilnie wszystko, co go otacza, bezustannie badać będzie osoby, z którymi przestaje; przyjaciele, rodzina, nieprzyjaciele, obcy, obojętni mu, wszyscy bez wyjątku będą przedmiotem jego studiów; starać się będzie odkryć ich słabą stronę, poznać ich namiętności, przesądy, stosunki, związki, a głównie ich postępowanie, interesy, majątek, słowem wszystko, co posłużyć może do ich poznania, i zapisze sobie codziennie wszystko, co w tym względzie zauważył. Szpiegostwo, będące obowiązkiem koniecznym każdego iluminata, dwojaką korzyść przyniesie: jedną, ogólną całemu zgromadzeniu i jego zwierzchnikom, drugą jemu samemu. Dwa razy na miesiąc robić ma wyciąg ze swych spostrzeżeń i przedłoży sprawozdanie swe przełożonym, tym sposobem iluminaci wiedzieć będą w każdym mieście lub miasteczku na kogo liczyć, a kogo obawiać się powinni, kogo pozyskać, a kogo usunąć mają.

Posłuchajmy teraz Najwyższej Wenty Włoch przemawiającej do swoich agentów.

„Zgniećcie nieprzyjaciela jakimkolwiek by on był; powalcie go, jeżeli potężny, obmową i oszczerstwem, lecz przede wszystkim zgniećcie go w zarodku. Młodzież to głównie wciągnąć potrzeba, ją wnieść, lecz tak zręcznie, żeby się nie spostrzegła, że należy do towarzystw tajnych. Chcąc iść naprzód krokiem wolnym, ale pewnym, po tej niebezpiecznej drodze, dwa warunki zachować trzeba: należy uchodzić za niewinnych i prostych jak gołębie, ale mieć roztropność wężów. Ojcowie wasi, dzieci, żony nawet znać nie powinny tajemnicy kryjącej się w łonie waszym. Gdybyście uważali za pożyteczne uczęszczanie do spowiedzi, w celu oszukania badawczych spojrzeń, winniście zachować jak najgłębsze o rzeczach tych milczenie…Dajcie pokój ludziom starym i dojrzałego wieku, działajcie na młodzież i dzieci. Nie odzywajcie się do nich nigdy słowem bezbożnym lub rozwiązłym, maxima debetur puero reverentia (dziecku należy się najwyższe poszanowanie [Juvenalis] – przyp. W.L.), nie zapominajcie nigdy tych słów poety, one służyć wam będą za tarczę przeciw rozpuście, od której się koniecznie powstrzymać potrzeba w interesie sprawy. Ażeby posłannictwo wasze wydało owoce pożądane, ażebyście mieli prawo wstępu i zabrania miejsca przy domowym ognisku, zachować musicie pozory ludzi poważnych i moralnych. Skoro sobie wyrobicie opinię w kolegiach, gimnazjach, uniwersytetach i seminariach, pozyskacie zaufanie profesorów i studentów, starajcie się olśnić ich umysł opisem dawnej świetności Romy. W sercu każdego Włocha tkwi żal za dawną republiką rzymską. Pomieszajcie, złączcie w jedno wspomnienia, podniecajcie, zagrzewajcie dusze pełne ognia i patriotycznej dumy. Podsuwajcie im, a zawsze w sekrecie, książki nieszkodliwe, poezje odurzające przesadą patriotyzmu, a tak powoli doprowadźcie tych głupców do pożądanej miary. Kiedy we wszystkich punktach Państwa Kościelnego ta codzienna praca rozleje światło naszych idei, wtedy ocenicie mądrość rad tu podanych”.

Tak więc zasadą lóż masońskich wszelkich odcieni jest fałsz, podziemne knowania, kłamstwo, hipokryzja i potwarz. I to jest właśnie przyczyną, dla której tak w obrzędach, jak stopniach, rytuałach, widzimy same sprzeczności, dwuznaczniki, alegorie, wyjaśnienia zbijające się wzajemnie. Ukrycie prawdy, odurzenie, oszukanie adeptów i profanów, jest celem i środkiem. Jeden z najbardziej uczonych masonów, Brat Delaunay, w Przewodniku 33 stopnia szkockiego, książce potwierdzonej przez Wielki Wschód i sprzedawanej jawnie, tak się wyraża w domówieniu dzieła:

„Wynikiem wszystkich tych obrządków jest, że pojęcia najpotworniejsze, legendy najdziwaczniejsze, najwięcej sprzeciwiające się prawdzie historycznej, systemy najbardziej szalone, były zazwyczaj wprowadzane, ustanawiane w celu olśnienia neofity, wywołania u niego poczucia wielkich tajemnic, odurzenia słabego umysłu nadzieją nadzwyczajnych rezultatów, rzadko zaś, a nawet rzec można nigdy, w celu zaszczepienia jakiejś użytecznej prawdy lub rozszerzenia ważnego odkrycia… Wyjąwszy trzech pierwszych stopni, wszystko zresztą jest chimerą, szaleństwem, głupstwem, kłamstwem itp.”.

Nie tylko otwartość i szczerość jest fikcją, ale i wolność sumienia, poszanowanie każdej religii są również fikcjami. Pierwsza kryje najstraszniejszą niewolę, drugie – zagładę ich wszystkich. Toasty, śpiewy, hasła na cześć panujących i rządów, są osłoną spisku pracującego nad ich obaleniem; apoteozy miłości ojczyzny i narodowości, kryją pragnienie zagłady wszelkiej narodowości; wyrazy cnota, moralność, tak często powtarzane, osłaniają pracę dążącą do wytępienia wszelkich zasad moralności. Pojęcie uczciwości daje nam Helvetius, jeden z największych luminarzy masońskich:

„Uczciwość pojedynczego człowieka jest bez żadnego znaczenia dla ogółu. Żadnej lub prawie żadnej nie odnosi on z niej korzyści. Toteż sądzić należy żyjących, jak potomność sądzi umarłych. Ona nie bada bynajmniej czy Juvenal był złym, Owidiusz – rozpustnym, Lukrecjusz – bezbożnym, Horacjusz – rozwiązłym, August – skrytym, Cezar – żoną wszystkich mężów… Cóż zatem znaczy uczciwość?… Człowiek genialny, choćby był występnym, znaczy zawsze więcej od ciebie. Nic to nie stanowi, że ludzie są występni, byle tylko byli światli”.

Zobaczymy teraz jak pojmują przyjaźń profesorowie masońscy Cousin i Damiron:

„Podstawą wszystkich uczuć jest interes, miłość samego siebie – koniecznością, na niej opiera się wszelkie przywiązanie, jest ona jego początkiem i końcem, określa wszelkie dążenia, pcha do wszystkiego, jest przyczyną wszelkich zjawisk… być przejętym dla istoty obcej, niebędącej mną samym, troskliwością, miłością, to niedorzeczna hipoteza”.

Jakże smutne życie tych, dla których już żadne serdeczniejsze nie istnieje uczucie, jak niski ich upadek. Należy się jednak pocieszyć tym, że takich jest niewielu nawet między wyznającymi najskrytsze teorie, bo i u tych w niejednej chwili życia serce żywiej zabije, i ci poczują się ludźmi, choć wszelkie ludzkie uczucia wyrwać z siebie pragną. Ideolog Destutt de Tracy, także mason-filozof nie znający wcale zasad chrystianizmu, którego podstawowym prawem jest miłość i poświęcenie z niej płynące, tak swoje pojęcia w tej kwestii sformułował:

„Ponieważ nie mogę przyjąć prawa, które sprzeciwia się oczywistości, powiem z całą szczerością, że przykazanie tak zachwalone: będziesz miłował bliźniego twego jak siebie samego, jest dowodem zapomnienia o pierwszych warunkach naszej istoty. Maksyma ta jest dowodem najzupełniejszej nieznajomości natury ludzkiej”.

O sławionej owej wolności i braterstwie masonów przekonuje nas to bezwzględnie wymagane posłuszeństwo, w imię którego każdy mason musi być ślepym narzędziem w ręku tych, którzy nim kierują. Przejrzyjmy kronikę zbrodni politycznych lat ostatnich, a właściwie całego prawie ostatniego wieku, bo początku i rozwoju ich szukać musimy w rewolucji francuskiej, a przekonamy się, że to mniemane stowarzyszenie braterstwa jest najdoskonalszą szkoła zbrodni.

„Jeżeli 100 000 głów stawia zaporę, niech wszystkie spadną, my znamy tylko miłość ludzkości. Jeżeli mieszczaństwo stawia opór, trzeba pozbyć się mieszczaństwa… Chcę się zemścić nad mieszczaństwem pieniężnym i arystokratycznym, któremu zawdzięczamy prawa i nędzę naszą. Ono zginąć musi”.

Czyż słowa te nie malują jasno, czym jest w istocie braterstwo i wolność masońska?

Najlepszym uzupełnieniem rysu moralności masonerii są przysięgi, wkładające na członka obowiązek zachowania tajemnicy niepowierzonej, niewyjawiania wyrazów i symbolów znajdujących się we wszystkich przewodnikach, przysięgi posłuszeństwa ślepego, bez względu na Boga i ludzi, na sumienie, prawa krajowe i obowiązki względem ojczyzny; posłuszeństwa wyrokom osobistości nieznanej sobie, choćby ta wydała polecenie niegodne, niesprawiedliwe; przysięgi, która wyrzeka się własnego ciała i duszy i daje prawo życia i śmierci nad sobą. Przysięgi te ponawiają masoni nie tylko przy przejściu ze stopnia na stopień, ale czasem po kilka razy, pozostając na jednym i tym samym stopniu.

W r. 1857 na radzie kawalerów Kadosz w Saint-Germain-en-Laye, przedstawiono pytanie: Do jakiego stopnia przysięga obowiązuje masonów urzędników względem swych braci masonów? Pytanie to zostało nierozstrzygnięte, czym dano do zrozumienia, jaką byłaby istotna odpowiedź. Gdyby bowiem przysięga złożona przez urzędników była uznana za ważną, byłby Wielki Wschód odpowiedź swą niewątpliwie wyjawił. Że jednak przysięga masońska unieważnia każdą inną przysięgę, zostawiono pytanie nierozstrzygniętym publicznie. Ale odpowiedź niedwuznaczną znajdujemy w tylu ofiarach spomiędzy masonów, którzy życiem przypłacili sprzeniewierzenie się sekcie. Przypomnijmy Nasta i Stromayera, dwóch pierwszych założycieli Młodej Europy; Kotzebuego zasztyletowanego przez Sanda; Napoleona III, którego upadek spowodowało sprzeniewierzenie się karbonariuszom; Rossiego, Ludwika Frapolli, osadzonego w pełni zdrowia w domu dla obłąkanych, Emilianiego, Scuriattiego, Lazzoneschiego, Adrianiego, niechcących zgodzić się na krwawe środki przez Mazziniego wprowadzone i tylu innych.«

Zwieńczeniem masońskiej moralności w 7. i ostatnim stopniu jest apoteoza ognia, jedynego boga świata. – To stwierdzenie jest bardzo wymowne, jeśli zwrócimy uwagę na pożary lasów, które od jakiegoś czasu wybuchają w różnych, odległych od siebie miejscach i w różnym czasie.

Jest nim też cześć lingamu indyjskiemu (upostaciowanemu przez krzyż i różę), symbolu rozradzania się powszechnego. A cóż to takiego?

Shiva Lingam, specjalna odmiana jaspisu (skała krzemionkowa – przyp. W.L.), to jeden z najlepszych kamieni wspomagających medytację. Ze względu na swą potężną moc od wieków wykorzystywany był w rytuałach i magii. Jest źródłem duchowej energii.

Ten kamień pełen mocy występuje tylko w wodach świętej rzeki Narmada, w Indiach. Dla Hindusów jest symbolem szczęścia i pomyślności. Zbierany jedynie w porze suchej przez kilka rodzin, które przekazują sobie wiedzę z pokolenia na pokolenie. Osoby te polerują i wygładzają ręcznie lingamy, następnie oddają je do świątyni na modły, co zwiększa ich pozytywną moc. Każdy okaz jest wyjątkowy, nie znajdziemy dwóch takich samych. Z ich niezwykłością wiążą się również pewne hinduskie wierzenia.

Hindusi wierzą, że miliony lat temu właśnie w tym miejscu meteoryt zderzył się z Ziemią. Na skutek ogromnego ciepła od uderzenia meteoryt stopił się z okolicznymi kamieniami, a woda wypłukała je w owalny kształt. Tak powstał święty kamień boga Shivy, Boskiego Istnienia, najważniejszego bóstwa w Indiach. Jego jajowaty kształt utożsamiany jest z pierwotnym, kosmicznym jajem, które dało początek wszystkiemu, jest więc symbolem pierwotnej energii wszechświata. Shiva Lingam występuję w kilku kolorach – szarym, piaskowym i brązowym. Dodatkowe czerwone zabarwienie to wspomniane ślady meteorytu, który utożsamiany jest z żeńską energią. Stąd kamień ten łączy w sobie boskość, żeńskość i męskość. Nazwę Shiva Lingam tłumaczy się jako słup światła. Występuje w przeróżnych rozmiarach, nawet tak dużych jak dorosły człowiek. Więcej tu: https://akademiaducha.pl/shiva-lingam-indyjski-kamien-duchowej-mocy-i-transformacji/

No cóż? Jedni wierzą w Boga i nieśmiertelną duszę, inni – w moc kamieni i boga-ognia. Każdy może wierzyć w to, co chce – tak sądzę. Jednak niektórzy dostali takiej manii, że uważają, że ich wiara jest lepsza niż inne i te inne należy zwalczać. Tak uważa masoneria. Trudno dziwić się jej. Jest ona żydowskim narzędziem w walce z Kościołem katolickim i pomocnikiem w dążeniu do realizacji ich mesjańskich celów.

Wolność woli nie istnieje, że jest to wyraz bez znaczenia, że czyny człowieka nie zależą od niego, że wola nasza nie różni się od woli żadnego zwierzęcia, że świat cały jest maszyną podległą odwiecznym prawom, że wszystko, co jest, jest skutkiem natury rzeczy lub skutkiem rozkazu Wszechwładnego Pana, a w jednym czy drugim przypadku, zawsze jesteśmy tylko kołami machiny świata.

Ten nowy porządek, o którym nam mówią ci psychopaci, nie został przez nich wymyślony. Nawet nie zdziwiłbym się, gdyby taki Gates czy Schwab nie wiedzieli, że to Voltaire. Być może kazali im tak mówić ich nieznani przełożeni, którzy już dobrze wiedzą, co czynią i skąd czerpią natchnienie.

Zatem, według zasad masonerii i głównych jej adeptów, ludzie są automatami, maszynami, kołami poruszanymi przez Boga-Naturę, jak wiatr lub deszcz. Bez wolnej woli nie może być odpowiedzialności za czyny; zresztą według tego zbrodniarz zabijający uczciwego człowieka nie jest winniejszym od odłamu skały miażdżącej przechodnia; zdrajca zaprzedający kraj, wydający przyjaciela jest równie cnotliwy jak wybawca ratujący go od śmierci kosztem własnego życia. Prawa, instytucje społeczne, sądy są władzami ślepymi, niemającymi racji bytu, wyroki jakie wydają, kary jakie wymierzają – niesprawiedliwością bez podstawy.

Tego w zasadzie nie trzeba komentować. To się dzieje. A sądy obecne, w odróżnieniu od tamtych, nie wydają wyroków, będących niesprawiedliwością bez podstawy. To, że stan sądownictwa jest właśnie taki, jaki jest, jest wynikiem wdrażania w życie ideologii masońskiej. No bo skoro czyny człowieka nie zależą od niego, bo nie ma on wolnej woli, to nie może on za nie odpowiadać. To chyba oczywiste.

Ludwika Frapolli, osadzonego w pełni zdrowia w domu dla obłąkanych

Zapewne większość myśli, że „psychuszki” to radziecki wynalazek. Nie! To Związek Radziecki korzystał z wynalazków masonerii, zdradzając tym samym, skąd mu wyrastały nogi. Tylko kto o tym wie?

Po co to wszystko? Po co ten reset, nowy porządek? Nie można było powiedzieć prawdy. Nie można było powiedzieć, że chodzi o realizację mesjańskich celów Żydów, o ich panowanie nad światem poprzez podporządkowanie sobie wszystkich innych narodów. Wymyślono więc pandemię, która ma niby umożliwić reset finansowy. Tylko że, żeby dokonać resetu finansowego, to do tego nie potrzeba pandemii. Reset finansowy jest stary jak świat i żeby było śmieszniej był on praktykowany przez Żydów. Nazywał się on rokiem jubileuszowym. A Kodeks Hammurabiego nakazywał darowanie długów po odbyciu kary trzech lat więzienia. Jak mówił cesarz Hajle Syllasje w wywiadzie z Orianą Fallaci: „W świecie nigdy nie dzieje się nic nowego”. Świat, wydaje się, od początku opierał się na kredycie i od początku nie radził sobie z jego spłatą.

W Starym Testamencie znany był rok jubileuszowy obchodzony co 50 lat, w którym wyrównywały się społeczne nierówności, a każdy był wyzwalany z długów. Symbolizowało to nadanie ziemi przez Boga jedynie w lenno. Rok jubileuszowy obchodzony był po siedmiu latach szabatowych, które obchodzono co siedem lat (7 x 7). – Tak to opisuje Wikipedia.

Problem zadłużenia można by było rozwiązać inaczej, ale chodziło o coś innego, o to, by ci, którzy nie wierzą w te bajki o pandemii, myśleli, że wprowadza się ją po to, by dokonać resetu finansowego, a nie po to, by realizować chore idee sfiksowanego narodu, a może raczej jego chorych na umyśle elit. I tu aż ciśnie się na usta rosyjskie, bardzo obrazowe, moim zdaniem, przysłowie: każdy durak po swojemu s uma schodit. To znaczy mniej więcej tyle, że każdy dureń wariuje na swój sposób, bo skutków tego, co ci chorzy na umyśle psychopaci chcą wprowadzić w życie, nie da się przewidzieć. Rzucili wyzwanie naturze, tej naturze, którą tak wielbią i do której się odwołują. Bo czymże jest chęć przemienienia człowieka w automat, jak nie wyzwaniem rzuconym naturze. Człowiek jest przecież cząstką natury. I nie chcą się z tym pogodzić, przynajmniej niektórzy, że człowiek, jako część pewnej całości, nie jest w stanie tej całości ogarnąć i zrozumieć.

Kryzys gospodarczy

W swoich blogach często cytowałem fragmenty z książki Henryka Rolickiego Zmierzch Izraela. Wypada więc wyjaśnić skąd taki tytuł? Rolicki pisał tę książkę na przełomie lat 20-tych i 30-tych. Pierwsze wydanie ukazało się w 1932 roku. Później były kolejne. Mój egzemplarz jest prawdopodobnie reprintem drugiego wydania. To był czas wielkiego kryzysu z roku 1929, ale to był przede wszystkim wielki kryzys żydostwa. Tak uważał Rolicki i w tamtym czasie wydawało się mu, że żydostwo tego nie przetrwa. I stąd taki tytuł książki. On sam nie mógł być już świadkiem, jak ono z niego wybrnęło. Na przełomie 1939 i 1940 roku, jako przedstawiciel ONR(Obóz Narodowo-Radykalny), próbował przedostać się do Francji. Niestety w górach na Słowacji odmroził sobie nogi i pomimo operacji w szpitalu w Budapeszcie zmarł na początku 1940 roku.

Rolicki opisał ten kryzys w przedostatnim rozdziale zatytułowanym Kryzys gospodarczy. On zbiegł się również z kryzysem duchowym żydostwa. I temu kryzysowi też poświęcił on oddzielny rozdział. W rozdziale Kryzys gospodarczy cytuje on historyków, ekonomistów i polityków żydowskich. I dlatego to jest takie ważne, bo któż lepiej, niż oni sami, dokona analizy tego kryzysu, ich kryzysu.

Ja ten rozdział zacytuję w całości, bo on, w dobie obecnego kryzysu, staje się bardziej aktualny – jak nigdy wcześniej. I co ważniejsze, wyjaśnia, po co Żydom te ich wymysły typu socjalizm, kapitalizm, liberalizm itp.

»Już socjalizm głosił koncentrację kapitału i upadek małych przedsiębiorstw. Razem z nimi tracił możność egzystencji pośrednik żydowski. Już w połowie XIX w. przewidywali żydzi tę katastrofę, pozbawienie chleba szerokich mas żydowskich i szukali ratunku w dyktaturze proletariatu.

Wojna światowa okazała, że część diagnozy socjalistycznej jest słuszną. Nie upadły wprawdzie małe przedsiębiorstwa, lecz podważony został byt ekonomiczny mas żydowskich, skupionych na wschodzie Europy. Żydostwo wschodnie żyje od lat kilkunastu na koszt żydostwa amerykańskiego i staje się dlań nieznośnym, gniotącym ciężarem.

„Cała poprzednia rola pośredników stała się dziś na wskroś niepewną podstawą bytu” – Ignaz Zollschan Revision des judendischen Nationanlismus.

Cóż ma wobec tego począć żydostwo wschodnie? Ciężaru jego utrzymania nie wytrzyma długo żydowsko-amerykańska finansjera.

„Zostaje więc tylko jedna alternatywa: emigracja w inne kraje – albo przewarstwowienie (o ile to możliwe) w tym samym kraju ze wszystkimi jego skutkami.” – Zewi Parnass Kwestia żydowska w świetle nauki.

Łatwo to powiedzieć. Przewarstwowienie żydów, nadanie im społecznego wyglądu narodu normalnego, aby oprócz handlu i zawodów miejskich, mieli także odpowiednio liczną warstwę rolniczą i robotniczą, wymaga kompletnej reorganizacji żydowskiego życia.

„Żydostwo stoi przed zadaniem swej reorganizacji.” – Ignaz Zollschan Revision des judendischen Nationalismus.

Wojna światowa ujawniła w całej jego grozie kryzys gospodarczy wśród żydostwa wschodniego. Po prostu byt tego ośrodka czystego judaizmu został zagrożony. Bolszewizm mógł uratować sytuację, ale tylko wtedy, gdyby rozpostarł się na całą Europę. Klęska nad Wisłą zepsuła rachuby. Ograniczony do Rosji bolszewizm powiększył tylko nędzę żydostwa wschodniego. W Rosji przestał istnieć drobny handel, a przynajmniej został zredukowany do ciasnych granic. Pozarosyjskie żydostwo wschodnie utraciło możność handlu z Rosją.

„Dzisiejsze położenie żydów wschodu podobne jest do rozpaczliwego położenia żydów w krajach Europy zachodniej przed wojną trzydziestoletnią, w których wówczas przeważająca część żydostwa żyła. Jak wówczas katastrofa światowa stała się ratunkiem dla żydów, powołując ich do odbudowy zniszczonej Europy, tak zdaje się i wojna światowa w swoim łonie ukrywać zbawienie dla żydów dzisiejszych (chodzi tu o Palestynę – przyp. autora).” – Zewi Parnass Kwestia żydowska w świetle nauki.

Celem spieszenia z pomocą żydom wschodnim połączyły się wszystkie kierunki żydowskie. Na posiedzeniu Jointu w dn. 9 października 1926 r. mówił Louis Marshall:

„Ortodoksi i ultraortodoksi; żydzi reformowani, socjaliści i ultrasocjaliści pracowali wspólnie dla jednego celu; nie dać upaść żydostwu”. – „Moment” z dn. 31 października 1926 r., nr 248.

Hasło przewarstwowienia wśród żydów wschodnich, stanowiących rezerwuar żydostwa, zostało uznane za jedyny środek ratunku. Postanowiono złamać przeszło dwudziestowiekowy obyczaj i uczynić z żydów „naród normalny”. Do tak rozpaczliwych zamiarów doprowadziła groza położenia, szczególnie w Polsce.

W lutym 1929 r., prezes światowej organizacji „Ort”, na konferencji przedstawicieli prasy żydowskiej w Warszawie, dr Leo Bramson, „zastanawiał się nad przyczynami kryzysu ekonomicznego żydów w Polsce i wskazał, że główną jego przyczyną nie jest judofobia. Społeczeństwo żydowskie trawi choroba, która wpływa bardzo silnie na sytuację; my posiadamy za dużo kupców, my nie mamy dobrze wyszkolonych rzemieślników, my nie rozporządzamy dostatecznymi kredytami… Przy tym nasuwa się zajmujące zjawisko; różne zdobycze społeczne, każda dobra reforma państwowa, która jest pożyteczna dla innych, złą jest dla żydów.” – „Moment” nr 44 z 1929 r.

Próbowano sobie radzić z kryzysem sztuczkami, w jakie obfitują zakamarki ustroju kapitalistycznego.

„Zagadnienie, jakie mają rozwiązać angielscy właściciele kopalń, jest analogiczne do tego, jakie staje przed żydami polskimi, pracującymi w zawodach, które nie mogą wyżywić ich w większej liczbie. Tak, jak nowe rynki zbytu dla węgla angielskiego mogłyby rozwiązać zagadnienie angielskich właścicieli kopalń, tak samo dostatecznie szeroki rynek zbytu dla produktów drobnego przemysłu i handlu żydowskiego w Polsce mógłby w szerokich wymiarach rozwiązać gospodarcze zagadnienie żydowskie.” – G. Gliksman L’aspect économique de la question juive en Pologne.

Żydostwo widzi dwa wyjścia z sytuacji: rozszerzenie bolszewizmu na Europę, tzw. Weltoktober, albo zlikwidowanie bolszewizmu w Rosji.

Cytowany G. Gliksman jest zwolennikiem Weltoktober. „W świetle naszego studium radykalne rozwiązanie całości tych problemów, które oznacza się nazwą kwestii żydowskiej, nie wydaje się nam możliwe w społeczności kapitalistycznej, opartej na anarchicznej produkcji.” – G. Gliksman L’aspect économique de la question juive en Pologne.

Gliksman zdaje sobie sprawę, że przewrót ten jest ryzykownym zamiarem o charakterze politycznym i szuka wzrokiem sprzymierzeńców poza rzeszami żydowskimi.

„Skoro przeszkody do takiego rozwoju są przede wszystkim natury politycznej, więc w dziedzinę polityczną w pierwszym rzędzie muszą się skierować wysiłki tych wszystkich, którzy chcą się przyczynić do rozwiązania zagadnienia gospodarczego wśród żydów. Spośród wszystkich sił politycznych, działających w obecnej chwili w polskim życiu społecznym, mógłby – jak się zdaje – jedynie ruch socjalistyczny wprowadzić w życie te zasady ustroju ogólnego, na które właśnie wskazałem.” – G. Gliksman L’aspect économique de la question juive en Pologne.

Od chwili, gdy pisano te słowa, sytuacja pogorszyła się znacznie. Ujawnił się gospodarczy kryzys światowy. Narody w obronie własnej poczynają zrywać z dotychczasowymi zasadami swobody handlu międzynarodowego. Przykład daje Anglia, klasyczny kraj liberalizmu.

Zarówno kryzys, jak i jego skutki uderzają coraz silniej w żydowską finansjerę, tę ostoję wschodniego żydostwa. Rozmiary i trwałość kryzysu światowego zmuszają ludzi do myślenia, do szukania przyczyn. Ustala się zdanie, że przyczyny kryzysu leżą w podstawach samego ustroju kapitalistycznego.

Równocześnie chwieje się bolszewizm. System socjalistyczny nie zdał egzaminu.

Ustrój kapitalistyczny został narzucony światu przez żydów i przystosowany do ich potrzeb, do potrzeb nienormalnego narodu. W ich interesie oparł się na liberalizmie, na swobodzie międzynarodowego handlu, na anarchicznej produkcji towarowej, szukającej sztucznie tworzonych rynków zbytu. Wciągnął w pracę miliony maszyn i tworzył nie po to, by zaspokoić rzeczywiste potrzeby, lecz po to, by handlować. Rysy w tym ustroju widać było już z dawna i widzieli je sami żydzi, szukając ratunku dla siebie w przyszłym państwie socjalistycznym, równie beznarodowym i uniwersalnym, jak beznarodowy i uniwersalny był ich handel i przemysł światowy. Tymczasem próba ratunku zwiodła. Rewolucja rosyjska nie stała się uniwersalną, a zamknęła rosyjski rynek zbytu. Ustrój, rysujący się, nie mógł wytrzymać tego wstrząsu. Rewolucja rosyjska, o której od lat marzyły pokolenia żydowskie, runęła im na głowy już dzisiaj.

Śni im się jeszcze, że przez zlikwidowanie bolszewizmu przy pomocy graniczących z Rosją państw i wprowadzenie do niej ustroju liberalnego uda im się załatać dziurę. Ale naiwnych coraz mniej i marzenia takie wydają się równie niedościgłe, jak rozszerzenie rewolucji na zachód, jak Weltoktober. Oba prądy w łonie żydostwa wiodą zaciekłą walkę.

A kryzys postępuje dalej nieuchronnie, bezlitośnie. Żydzi, jako stojący w samym środku ustroju kapitalistycznego, oni, naród pośredników, biorą straszliwe cięgi. Kryzys objął już nawet czteromilionową rzeszę żydowską w Stanach Zjednoczonych. W Polsce sroży się bez pamięci i nie widać zeń wyjścia dla żydowskich mas, odkąd zasiłki żydów amerykańskich, objętych dziś katastrofą, muszą wysychać. Kryzys wśród nieżydów, mimo swego natężenia, jest tylko słabym odbiciem kryzysu wśród żydostwa.

W odezwie do żydów polskich z r. 1932, podpisanej przez wszystkie główne organizacje syjonistyczne, czytamy:

„W obecnym ciężkim czasie, kiedy jesteśmy wypierani ze wszystkich naszych pozycji, kiedy jesteśmy zajęci sprawą suchego chleba, kiedy nie ma jednej żydowskiej izby, która by nie była nawiedzona okropnym kryzysem, grzebiącym coraz więcej nasz byt ekonomiczny – w tym ciężkim okresie przychodzimy do was, towarzysze, z żądaniem przyłączenia się do hebrajskiego związku światowego… Prawda, że mamy jeszcze dość władzy i siły, aby kontynuować naszą narodową walkę na całym froncie, ciągnącym się z jednego końca świata na drugi, z pól i miast Syjonu do każdego zapadłego kącika żydowskiej izby w innym kraju. Naród żydowski jest nieśmiertelny i tak, jak zawsze w poprzednich pokoleniach przetrwaliśmy różne katastrofy i przełomy, tak również w dobie obecnej wyjdziemy zwycięsko z naszej walki starego narodu z najpotężniejszymi i najsilniejszymi tego świata; w końcu wznowimy nasze narodowe życie zarówno w Erec Izrael, jak we wszystkich innych krajach…” – „Hajnt” z dn. 2 marca nr 52.

W lutym 1932 wygłosił Chaim Bialik, uczeń i następca Achad-ha-Ama, po powrocie z Europy odczyt w Tel Awiwie w Palestynie, który streszcza żargonowy „Hajnt” w artykule, zatytułowanym: Bialik przekazuje Erec Izrael (Palestynie – przyp. autora) smutne pozdrowienia z golusu (krajów wygnania – przyp. autora).

„Jak się okazuje, dzięki troskom ostatnich lat doszło się do syjonizmu, który ma sens i wartość nie tylko dla ogółu, lecz również dla jednostki. Albowiem gospodarcze podstawy zostały zachwiane w tej mierze, że prawie każdy żyd czuje, że utracił swoje korzenie. Najgorzej jest z podrastającym pokoleniem. Ono „wisi w powietrzu” bez gruntu pod nogami. Wszędzie, gdzie żyją żydzi, wisi w powietrzu pytanie: co robić z dziećmi? To uczucie narzuca lęk i zwątpienie… Słyszeliście niewątpliwie o położeniu fabrykanta Oszera Kohna (właściciel widzewskiej manufaktury – przyp. autora), który przyobiecał nam duże rzeczy. Spotkałem się z nim i zobrazował mi położenie swoje i podobnych do niego. Człowieka ten obraz przejmuje przerażeniem. Spytałem go, czyżbyście nie mogli uratować części swego majątku, przenosząc go do Erec Izrael tak samo, jak dzisiaj jesteście dumni z tego, że dookoła was znajdują utrzymanie w waszym mieście setki rodzin. Odpowiedź brzmiała: Przy całej mojej woli nie mogę nic już uratować. Jeżeli bym wyrwał część, zapadnie się cała budowla. Jestem związany łańcuchami z układem moich stosunków. Nie mogę ruszyć ani ręką, ani nogą. Jak się okazuje, w takim samym położeniu są inni fabrykanci. Wszystko zależy od cudu, wszystko wisi na pajęczynie, na sztuczkach i kombinacjach, które umożliwiają pozorny byt. Jeżeli wyrwie się z tego jeden kamień, rozleci się wszystko.”

Światowy kryzys gospodarczy zachwiał Izraelem. Odczuwamy go i my, nieżydzi. Dlaczego? Bo daliśmy sobie narzucić ustrój gospodarczy, wymyślony przez żydów i dostosowany do potrzeb narodu chorego, przeżywającego stały kryzys od tysiącleci. Ratunku przeciw niedomaganiom tego ustroju szukaliśmy w ustroju socjalistycznym, wymyślonym znowu przez żydów i znowu dla potrzeb chorego narodu. Ocalić nas może tylko wyrwanie się z ustrojów sztucznych, a poszukiwanie ram, w których mogłyby żyć i rozwijać się narody zdrowe.

Naród, przeżywający wieczny kryzys, gdy narzuca swe myśli, zaraża otoczenie. Twórczość jego w każdej dziedzinie, a więc także w gospodarczej, wlecze za sobą zarodki choroby.«

W ostatnim rozdziale Perspektywy Rolicki pisze:

»Naród żydowski jest narodem chorym. Nie jest to wynikiem jego dziejów, wieki rozproszenia tylko spotęgowały jego chorobę. Istotną przyczyną jego choroby, jego tragicznego położenia jest jego dążenie mesjańskie, chęć narzucenia swej władzy i swego ducha innym narodom świata.

Poczucie choroby nurtuje wśród żydostwa. Wszak w r. 1929 poseł Grunbaum w swoim referacie w Lublinie powiedział wyraźnie:

„Chorego nie można tolerować. Nawet ojciec lub matka, jeżeli są stale chorzy, stają się ciężarem. Narody nie mogą nas znieść. My zarażamy powietrze, jako naród chory…” – „Moment” z r. 1929, nr 272.

Stwierdzenie jest, brak tylko wśród żydostwa należytego rozpoznania choroby. A dzieje jego wskazują, że bywały chwile, gdy przeciw tej chorobliwej manii mesjańskiej, wymagającej wiecznie ofiar z własnego plemienia, jak krwiożerczy Moloch, przeciw temu opętaniu zrywał się bunt wśród żydowskich rzesz. Przecież po niewoli babilońskiej w okresie reform Ezdrasza i Nehemiasza, mających na celu przez ogrodzenie Zakonu uzdolnić Izraela do roli mesjańskiej, ma miejsce secesja Samarytan nie chcących się poddać wymaganiom reformatorów. Jest to bunt przeciw tajnej organizacji, reprezentującej mesjanizm.

Potem znowu w Babilonii, gdy Izraelowi zarzuca się więzy Talmudu, zacieśniając ogrodzenie do ostatecznego stopnia dla tych samych celów co ongiś, zrywa się wśród żydostwa potężny ruch karaitów. I znowu jest to bunt przeciw tajnej organizacji, reprezentującej mesjanizm.

Są to chwile, w których rzesze trzeźwieją i krzyczą głośno, że mają dość bezustannych ofiar w imię chimery.

Dziś żydostwo, jak w końcu XV wieku, znalazło się znowu w położeniu rozpaczliwym. Gmach wzniesiony z takim nakładem starań, kosztem takich ofiar, rysuje się groźnie i znikąd nie widać podpory. We wszystkich narodach budzi się poczucie, że naród chory zaraża powietrze. Ta świadomość rośnie i będzie wzbierać z każdym rokiem. Pora zmyślnych sztuczek już nie wróci. Kryzys światowy likwiduje pomocnicze organizacje Izraela wśród nieżydów. Reszty dokona blask prawdy.

Diaspora żydowska po wiekach jest znowu poważnie zagrożona. Dziś żydzi jeszcze mogą przyczynić się do tego, by rozwiązanie nastąpiło z najmniejszym bólem, na pół dobrowolnie. Gdy świadomość wśród narodów wzrośnie, do czego mogą się jeszcze przyczynić nowe eksperymenty żydostwa, gnanego lękiem, który zaciemnia rozsądek, to nad głowami ludu izraelskiego zbierze się taka burza, że nie powstrzyma jej nic. Wtedy na ratunek, na spokojne rozwiązanie kwestii żydowskiej będzie już za późno.«

Rolicki był w swoim osądzie zbyt optymistyczny. Żydzi znaleźli sposób na wyjście z sytuacji, zdawałoby się bez wyjścia. On tego nie mógł zobaczyć, ale dzięki jego analizie łatwiej nam zrozumieć, co później zaszło. „Lekiem na całe zło” był kryzys 1929 roku, który Żydzi sami wykreowali, a który w efekcie doprowadził do wojny, zmieniającej diametralnie światową rzeczywistość. Po niej zastosowano Weltoktober w ograniczonej formie, tzn. ograniczono się do Europy wschodniej. Teraz już wiadomo dlaczego po II wojnie światowej nastąpił taki podział Europy. Wschodnia Europa stała się socjalistyczna pod dominacją bolszewizmu. Wariant z jego likwidacją nastąpił dopiero po 1989 roku. Instalując socjalizm w Europie wschodniej rozwiązywali Żydzi problem wschodnioeuropejskiej biedoty żydowskiej. W państwie socjalistycznym wszyscy mieli pracę, a ta żydowska biedota znalazła zatrudnienie nie tylko w państwowych zakładach, ale też w administracji, milicji, wojsku, sądach itp. To prawda, że w wyniku wojny część tej żydowskiej biedoty zginęła w obozach koncentracyjnych, ale to była stosunkowo niewielka część z większej całości, a poza tym to był koszt całej operacji. Żydzi nigdy nie mieli problemu ze składaniem ofiar z własnego narodu w celu realizacji swoich chorobliwych idei mesjańskich.

Obozy koncentracyjne na terenie Polski były więc częścią planu mającego na celu rozwiązanie problemu biedoty żydowskiej w Europie wschodniej. Nie było z tym problemu. Wśród nazistów aż się roiło od Żydów. A po wojnie, gdy zaczęli wymierać ci, którzy pamiętali tamte czasy, Żydzi zaczęli odwracać kota ogonem. Do spółki z nazistami, niemieckimi nazistami znaleźli „prawdziwego” winowajcę. I jeszcze domagają się odszkodowań za mienie, które pozostawiła ta biedota. Absurd? Ależ nie! Wystarczy tylko zmienić programy szkolne, wydawać odpowiednie „prace naukowe”, kręcić odpowiednie filmy i mieć w swoich rękach środki masowego przekazu.

Takie przedstawienie przez Rolickiego kryzysu żydostwa przed wojną skłania też do wniosku, że Stalin, Churchill i Roosevelt byli tylko kukiełkami, a Churchill wcale nie sprzedał Polski Stalinowi. I nie ci trzej panowie wyznaczali powojenny podział Europy.

W 1981 roku miałem okazję słuchać wykładu Kuronia. To, co wtedy mnie zaszokowało, to to, że on ciągle powtarzał, że Związek Radziecki musi upaść. Siedziałem, słuchałem i w duchu myślałem sobie: co on pier…! Taka potęga? To niemożliwe! Od kiedy żyłem, Związek Radziecki zawsze był potężny i nikogo się nie bał. A jednak! Kuroń miał rację. Skąd on to wiedział na 10 lat wcześniej? No wiadomo skąd!

Po 1989 roku dwubiegunowy porządek polityczny przestał istnieć. Jego likwidacja była wstępem do tworzenia porządku jednobiegunowego, co w praktyce oznaczało tworzenie rządu światowego. I dziś taki rząd istnieje, wprawdzie nieoficjalnie, ale istnieje. A Chiny jako przeciwwaga dla Ameryki? Chiny, tak samo jak reszta świata, stosuje reżim sanitarny wobec swoich obywateli. Wygląda na to, że zbliżamy się do ostatecznego rozwiązania. Tylko dla kogo będzie ono ostateczne? Czy ci, którzy dążą do niego, nie przeliczą się?

A może wcale nie chodzi o ostateczne rozwiązanie, tylko o znalezienie wyjścia z żydowskiego systemu finansowego, który zawiódł. System, oparty na niczym nieograniczonym kredycie, musiał się kiedyś załamać i załamał się. Załamuje się wszystko: systemy emerytalne, rynki finansowe, handel, produkcja, usługi, finanse państwowe i samorządowe. Żeby sobie z tym poradzić, potrzebne są radykalne posunięcia. Wojna światowa nie wchodzi w grę, bo mamy rząd światowy. Więc kto z kim miałby walczyć? Dlatego wymyślono pandemię. Ona ma zrobić to, co wcześniej robiły wojny. Ma zmienić obowiązujący porządek, którego nie da się już utrzymać. A czy on będzie wyglądał tak, jak nam mówią, że będzie to świat ludzi podłączonych do globalnego systemu informatycznego i całkowicie sterowalnych? Może tak. A może jest to tylko środek do celu, którzy znają ci, którzy to wszystko zaplanowali. Jedno wydaje się pewne, że jest to kolejny kryzys żydowski, z którego Żydzi próbują wyjść obronną ręką.

Asymilacja

Spośród wszystkich atutów jakimi dysponują Żydzi w swoim dążeniu do podporządkowania sobie świata, najważniejszym jest asymilacja. Nie jest to zjawisko nowe. Jakub Lejbowicz Frank nie był pierwszym, który ją wymyślił. Już w starożytnej Grecji Żydzi korzystali z tego atutu. No bo jak rozpoznać Żyda, który od urodzenia mieszka w danym kraju, od urodzenia mówi językiem tego kraju, przesiąka jego kulturą, zna jego historię i jest wyznawcą religii danego kraju? Nie ma takiej możliwości. My nie wiemy, kim on jest, a on wie kim my jesteśmy. Myślimy, że to nasz rodak, przyjmujemy go do naszej organizacji, stowarzyszenia, ruchu czy partii. Może być lekarzem, który zna stan zdrowia swoich pacjentów i ich problemy, może być urzędnikiem, prawnikiem czy informatykiem, który z racji wykonywanego zawodu ma dostęp do danych firm, przedsiębiorstw czy instytucji państwowych. A on jest nadal Żydem i kontaktuje się z innymi Żydami, którzy również zajmują podobne stanowiska. I w ten sposób zdobywają wiedzę o państwie, jako instytucji centralnej i o samorządach . Wiedzą też dużo o ludziach, o ich statusie materialnym, zdolnościach, zainteresowaniach, nałogach itp. To jest o wiele ważniejsze niż to, że rządzą pieniędzmi i gospodarką.

Nic więc dziwnego, że te kontakty przekładają się na interesy. Łatwiej żydowskiemu przedsiębiorcy wygrać przetarg w instytucji państwowej, gdy decydentem w niej jest również Żyd. A tam, gdzie nie ma przetargów, skorzystać z usług swojego, bez względu na cenę. Podobnie jest z tymi wszystkimi aferami finansowymi, w przypadku których nigdy nie znajduje się sprawców. Skoro w instytucjach finansowych siedzą Żydzi i w sądach – też, to trudno się dziwić. I później politycy, również Żydzi, krytykują bezradność wymiaru sprawiedliwości i obiecują, że jak oni dojdą do władzy, to wszystko to zmienią. I do tego dochodzą te żydowskie media, które ciągle o tym wszystkim wałkują i nic z tego nie wynika. Tak działa ten teatrzyk dla naiwnych.

To oczywiście wcale nie znaczy, że tylko Żydzi zamieszani są w tego typu machlojki. Nie! Angażują w to również gojów, którzy poprzez taką współpracę stają się szabesgojami. Żydzi mają pieniądze i wykorzystują je do korumpowania innych. Wystarczy jakiejś osobie na eksponowanym stanowisku udzielić kredytu na znaczną kwotę, a później umorzyć w zamian za pewne przysługi. Taka osoba już do końca życia będzie od nich uzależniona i tak będzie tańczyć jak oni zagrają. W ten sposób Żydzi schodzą z pierwszej linii strzału, usuwają się w cień. Na pierwszy ogień wysuwają chciwych figurantów.

O tej asymilacji pisał w swojej książce Zmierzch Izraela z 1932 roku Henryk Rolicki:

»Talmud nadał średniowiecznym skupieniom żydowskim w chrześcijańskiej Europie, a także pod władzą muzułmańską swoiste piętno. Tysięczne, drobiazgowe przepisy religijne, a szczególnie zaś przepisy tyczące tzw. czystości lewickiej, utrudniały masom żydowskim kontakt z ludnością, wśród której żyli. „Odgrodzenie zakonu”, zapoczątkowane przez reformy Ezdrasza i Nehemiasza, poprowadzone dalej przez Faryzeuszów zostało przez talmudystów babilońskich spotęgowane do ostatecznych granic. W końcu duch nienawiści do chrześcijaństwa, jakim przesiąknięty jest Talmud, sprawił, że masy żydowskie w ślepej zaciekłości nieraz nawet wbrew własnym interesom materialnym zdradzały wobec ludności chrześcijańskiej prawdziwy swój do nich stosunek.

W rezultacie Talmud odosobnił żydów, pozbawił ich bezpośredniego wpływu politycznego na ogół państw chrześcijańskich i stworzył faktycznie getto żydowskie na wieki przedtem, zanim powstało ono prawnie.

Odseparowana od żydów cywilizacja chrześcijańska, pozbawiona tak wspaniale fermentujących „drożdży rozkładu”, mogła iść własnymi drogami i zwróciła się przeciw żydostwu, popierającemu islam w Hiszpanii i w Ziemi Świętej. Pochód krzyżowców w Palestynie, Egipcie i na półwyspie iberyjskim poczyna żydostwu zagrażać poważnie. Niepodobna go zahamować, skoro nie posiada się w społecznościach chrześcijańskich dostatecznych wpływów wewnętrznych, skoro brak tego czynnika, którym ongiś w walce z cesarstwem rzymskim było żydostwo hellenistyczne.

Żydzi, odgrodzeni drutem kolczastym Talmudu, byli organicznie niezdolni do wchodzenia w głąb życia społeczeństw innych i do podstępnej działalności rozkładającej wewnątrz nich.

Nawiązanie takiego kontaktu między żydostwem, a cywilizacją chrześcijańską, miała umożliwić filozofia Mojżesza Majmuni, znanego w Europie pod nazwą Majmonidesa.

Majmonides stał się niejako duchowym ojcem reformacji, racjonalizmu, a w końcu żydostwa liberalnego XIX w. „Odegrał on względem żydostwa poniekąd rolę zbawiciela”. – Henryk Graetz Historia żydów.

Urodził się w r. 1135 w Kordobie; przodkowie jego przez osiem pokoleń wstecz byli uczonymi w Talmudzie i członkami kolegium rabinicznego. Przeniósłszy się wraz z ojcem do Fezu w Afryce północnej, przyjął pozornie islam, równocześnie pracował nad komentarzem do Miszny.

„Ciągle wykonywać pozory obcej religii, a przecież w duchu miłować swą własną, do tego zdolny może być tylko silny charakter”. – Henryk Graetz Historia żydów.

Pierwszym dziełem młodego filozofa była apologia tych, którzy pozornie przyjmują inną wiarę. Wywędrowawszy wraz z rodziną do Egiptu, poświęcił się zawodowi lekarza. W Egipcie dokończył swego komentarza do Miszny w języku arabskim.

„A założył sobie ani mniej, ani więcej, jak judaizm, cały judaizm biblijny i talmudyczny ukazać w takim oświetleniu, aby wyznawcy innych religii, a nawet filozofowie mogli przekonać się o jego prawdziwości”. – Henryk Graetz Historia żydów.

Mając lat 40, uchodził już Majmuni za miarodajny autorytet rabiniczny. W 1180 roku ukończył drugie swoje wielkie dzieło: Miszna-Tora, będące czymś w rodzaju kodyfikacji Talmudu.

W żydostwie talmudycznym w pierwszej chwili rozgorzała walka przeciw Majmuniemu tak, jak w starożytności zwalczali się zajadle faryzeusze z hellenistami. Różni rabini nawzajem obkładali się klątwą. Z biegiem lat jednak wielkość Majmuniego uznana została wśród żydów powszechnie i pod jego wpływem pękły bezduszne okowy organizacyjne Talmudu, ustępując miejsca filozofii religii i świadomym poczynaniom mesjańskim wśród pewnej, bardziej ogładzonej części żydostwa.

Gdyż – o dziwo! – ten filozof racjonalista, „obrabiający” po swojemu Arystotelesa w wykładzie, pełnym pozornych sprzeczności, ów wzorowy przedstawiciel powagi „stylu rabinicznego” był zarazem mesjanistą żydowskim.«

W bibliografii do cytowanej powyżej pracy zamieścił również Rolicki takie źródło: B. Z., Czy istnieją czysto polskie rodziny szlacheckie?, zam. w „Naszym Przeglądzie”, Warszawa 1928. Skoro ktoś postawił takie pytanie, to znaczy coś musiało być na rzeczy. A to na rzeczy, choć istniało od dawna, to zostało spotęgowane poprzez „dzieło” Jakuba Franka i jego „katolickiej” sekty. Ci ludzie nie wyparowali. Ich potomkowie dobrze się mają i dominują w Polsce, a wielu z nich zajmuje znaczące stanowiska w Ameryce i w innych krajach.

Asymilacja Żydów nie jest jakimś tematem tabu i oni sami o tym wspominają. Na stronie Gminy Wyznaniowej Żydowskiej w Poznaniu znajduje się artykuł Gaspar da Gama – żydowski podróżnik z Poznania. Wprawdzie jest on bardziej poświęcony odkryciom geograficznym i jego w nich roli, ale wspomina też o asymilacji. Link do oryginalnego tekstu tu: http://poznan.jewish.org.pl/index.php/Zasluzeni/Gaspar-da-Gama-zydowski-podroznik-z-Poznania.html.

»Ważnym czasem w historii świata był Okres Wielkich Odkryć Geograficznych. Szczególną aktywnością w odkrywaniu nowych lądów wykazały się kraje Europy położone nad Oceanem Atlantyckim – Hiszpania, Portugalia, Anglia i Francja. Polska ze swoim położeniem w środku Europy nie miała sprzyjających warunków do uczestniczenia w odkryciach geograficznych.

Od dawna jednak w Polsce istniała psychologiczna potrzeba odnalezienia kogoś z Polski, kto także byłby odkrywcą. I tak pojawiła się postać Jana z Kolna – rzekomego odkrywcy Ameryki. W miastach na Wybrzeżu trafić możemy na ulice imienia Jana z Kolna.

Tylko, że jest to postać legendarna, która najprawdopodobniej nigdy nie istniała. Tymczasem istnieje niekwestionowana postać historyczna, Żyda z Poznania, który był odkrywcą lub współodkrywcą Brazylii.

W XIX wieku, jego życiem interesował się Joachim Lelewel (1786-1861). Niewiele wiemy o początkach życia tego człowieka, którego pełne kontrowersji, barwne życie, mogłoby stanowić scenariusz do przygodowego filmu. Historia odnotowała postać Żyda z Poznania pod nazwiskiem Gaspar da Gama. Inne źródła podają inne nazwiska: Gaspar de Lemos, Gaspar d’Almeida lub Gaspar da India. Wiemy, że urodził się w Poznaniu w 1450 roku.

Nie znamy prawdziwego nazwiska tego człowieka. Istnieją jednak uzasadnione domniemania, że nosił imię Kacper. Portugalskie źródła historyczne określają go: „judeu do Reyno de Polonia de Posna” – Żyd z Królestwa Polski z miasta Poznań. W 1454 roku w Poznaniu wybuchły tumulty antyżydowskie. Starano się zmusić Żydów do konwersji na chrześcijaństwo. Wobec takiego niebezpieczeństwa rodzice Gaspara, wraz z całą rodziną postanowili opuścić Polskę.

Celem podróży miała być Jerozolima. Nie udało się jednak pokonać całej długiej trasy w jednym etapie. Rodzina Gaspara zatrzymała się na pewien czas we Włoszech. Dopiero później dotarła do Jerozolimy. Ciekawość świata nie pozwoliła Gasparowi pozostać na stałe w Jerozolimie. Udał się do Aleksandrii. Tam z nieznanych przyczyn dokonał konwersji na islam.

Kolejnym etapem w życiu Gaspara było Goa w Indiach. Początkowo był tam niewolnikiem, lecz później odzyskał wolność. Wiadomo jest, że w Goa zajmował się handlem a także został szpiegiem na usługach władcy tego kraju. W roku 1498 do Goa przybyła flota portugalskiego odkrywcy Vasco da Gamy, otwierając szlak morski do Indii. Wówczas na statku Vasco da Gamy (1469-1524) pojawił się Gaspar. Powiedział, że jest chrześcijaninem i niewolnikiem bogatego właściciela wyspy Saboia. Vasco da Gama zorientował się, że jest to podstęp. Gaspar miał pod swoim dowództwem czterdzieści okrętów, których zadaniem było zaatakowanie w odpowiednim momencie portugalskiej floty. Po tym zdarzeniu Gaspar został przez Portugalczyków zaaresztowany.

Najprawdopodobniej cała ta przygoda zakończyłaby się dla Gaspara śmiercią. Portugalczycy jednak zorientowali się, że mają do czynienia z postacią nieprzeciętną, wybitnym znawcą Indii. W tej sytuacji zaproponowali mu współpracę. Postawili jednak warunek, że Gaspar musi dokonać konwersji na katolicyzm. Gaspar przystał na tą propozycję. Ojcem chrzestnym Gaspara został sam Vasco da Gama, który również udzielił mu swojego nazwiska. Od tego dnia Gaspar da Gama stał się uczestnikiem rejsów na portugalskich statkach. Pełnił tam funkcje tłumacza i znawcy miejscowych obyczajów. Wiadomo jest, że dotarł do Indochin, na Jawę, na Cejlon i do Wschodniej Afryki.

Szczególnie ceniono sobie pomoc Gaspara da Gamy podczas rejsów dookoła Afryki, nowootwartym szlakiem do Indii. W Portugalii przedstawiono go królowi Don Manuelowi (1469-1521). Został dworzaninem króla uzyskując tytuł „kawalera mojego domu”. Gaspar da Gama brał udział w wyprawie Pedro Álvaresa de Cabrala (1467 lub 1468-1520 lub 1526), podczas której w roku 1500 odkryto Brazylię. Gaspar i Nicolau Coelho byli pierwszymi osobami, które postawiły stopę na Nowym Lądzie. W drodze powrotnej spotkał Amerigo Vespucciego (1454-1512), któremu doradzał w kwestii jego przyszłych podróży.

Do niedawna historycy uważali, że odkrycie Brazylii było dziełem przypadku. Układ prądów morskich na Oceanie Atlantyckim jest taki, że aby dopłynąć do Przylądka Dobrej Nadziei, należało popłynąć na zachód, w stronę wybrzeży Brazylii. Wystarczyło więc popłynąć wystarczająco daleko na zachód, by dotrzeć do Ameryki. Dziś w naukach historycznych taka teza nie jest już zupełnie pewna. Istnieją uzasadnione domniemania, że Gaspar mógł już wcześniej wiedzieć o istnieniu Nowego Lądu i celowo skierować flotę wystarczająco daleko na zachód. Twierdzenie to jest tym bardziej uzasadnione, że jeszcze przed odkryciem Brazylii, dokonano podziału stref wpływów pomiędzy Hiszpanię i Portugalię, znanego jako Traktat z Tordesillas (1494).

Traktat ten przyznaje tereny dzisiejszej Brazylii, właśnie Portugalczykom. Istnieją również przypuszczenia, że już w starożytności odbywano rejsy w stronę Brazylii. Taką nierozwiązaną do dziś zagadką jest znaleziony w pobliżu Rio de Janeiro, kamień pokryty pismem fenickim.

Brazylijczyk Afrânio Peixoto (1876-1947) określa Gaspara da Gamę jako „pierwszego badacza tych ziem”, a niemiecki uczony Alexander von Humboldt (1769-1859) „współodkrywcą Brazylii”. W latach 1502 i 1505 żydowski podróżnik powraca do Indii.

W kronikach portugalskich historia Gaspara da Gamy urywa się w roku 1510. Z kolei według Enciclopedia Judaica (Berlin, 1931), Gaspar zginął w Indiach. Miało to miejsce podczas walk o zdobycie miasta Kalikat (dziś Kozhikode) w stanie Kerala. Zdaniem portugalskich historyków Gaspar umarł w Lizbonie.

Opracował:dr Wojciech Meixner

„W czasie tej wyprawy miał miejsce ciekawy epizod. Na zakotwiczonym w pobliżu półwyspu Angediva okręcie portugalskiego żeglarza zjawił się jakiś człowiek lat około czterdziestu, ubrany w płótno i przystrojony w piękny turban. Pozdrowił Portugalczyków, prosząc po wenecku o pozwolenie wejścia na pokład. Przedstawił się jako wysłannik władcy Goa, który chętnie przyjąłby gości z dalekiej Europy. Podejrzewając podstęp, dowódca wyprawy portugalskiej kazał wziąć go na tortury, aby wyznał, kim jest naprawdę i w jakim celu przybył. Wtedy dziwny nieznajomy zeznał, że jego rodzice byli poddanymi króla polskiego i do 1450 roku mieszkali w pewnym mieście zwanym Posna. Gdy Żydom tam osiedlonym kazano przyjąć chrześcijaństwo, przybyli do Jerozolimy, a stamtąd udali się do Aleksandrii, gdzie on się urodził. 

Gaspar da Gama był pierwszą znaną postacią związaną z Polską pochodzeniem, a z Portugalią działalnością na morzach i oceanach. Ślad po nim w kronikach portugalskich urywa się w 1510 roku. Większość historyków przypuszcza, że zmarł w wieku około 60 lat po powrocie z zamorskich wypraw. Encyclopaedia Judaica, wydana w Berlinie w 1931 roku, podaje, że zginął w Indiach przy zdobywaniu Kalikatu, dzisiejszego miasta Kozhikode w stanie Kerala. Imię chrześniaka Vasco da Gamy przewija się przez niemal wszystkie kroniki dotyczące złotego okresu ekspansji Portugalii na oceanach i dalekich lądach. Pierwotnie brzmiało ono chyba Kasper. Nazwiska rodziców nie udało się ustalić. Opis okoliczności opuszczenia przez nich Polski podaje portugalski historyk XVI wieku João de Barros, w oparciu o relację uczestnika pierwszej wyprawy Vasco da Gamy do Indii, Alvaro Velho. Jego właśnie słowa zacytowałem na wstępie. Polski historyk i geograf, Bolesław Olszewicz, stwierdził, że istotnie tumulty antyżydowskie odnotowane są w kronikach poznańskich w 1454 roku, ale król polski nigdy nie ogłosił w swoim państwie edyktu nakazującego, aby wszyscy Żydzi, którzy tam się znajdowali, stali się chrześcijanami w ciągu 30 dni, albo żeby wyjechali z jego królestwa. Barros tak sobie to wyobrażał przez analogię do wypędzenia Żydów z Hiszpanii i Portugalii.

W Polsce pierwszy zainteresował się jego osobą niestrudzony odkrywca i badacz poloników Joachim Lelewel. W swej pracy Polska. Dzieje i rzeczy jej (Poznań 1858) napisał: Bez Żydka z Poznania po Indji krążącego, a chrztem Gaspard da Gama zwanego, Vasco da Gama 1498 i Kabral 1500 nie mieliby tego powodzenia w swych wyprawach, jakie on im zjednał.”«

Źródło: „Wiedza i Życie” Nr 6/1986, z art. Pod Portugalską Banderą, Ryszarda Badowskiego.

Tak więc Gaspar da Gama nie miał problemu, by przejść na islam, a jak zaszła konieczność, to stać się chrześcijaninem. Tylko czy ci, którzy to proponowali Żydom, byli tak naiwni, że wierzyli, że te konwersje będą autentyczne, czy może – nie. A jeśli nie, to co kierowało tymi, najczęściej, wysoko postawionymi ludźmi? Czy łączyła ich z nimi jakaś szczególna, niewidzialna nić?

Ten cytat świadczy również o tym, jak ważną rolę odegrali Żydzi w odkryciach geograficznych. Nie mogło ich tam zabraknąć, bo nowe lądy i powstające tam kolonie, to wielkie możliwości dla handlu międzynarodowego, globalnego wręcz. A jak handlować bez pieniędzy i kredytu? Jedne potrzeby rodziły drugie i żydowskie macki sięgały wszędzie tam, gdzie rodziły się nowe możliwości handlu, bicia monety i kredytu. Bez tych pionierów, wśród których był również Gaspar da Gama, nie byłoby to możliwe.

Naród cz.2

W poprzednim blogu cytowałem Dmowskiego, który w swojej pracy Myśli nowoczesnego Polaka w rozdziale Naród a Państwo, wyraził pogląd, że naród bez państwa nie może istnieć. Na samym początku pisał:

„Naród jest wytworem życia państwowego. Wszystkie istniejące narody mają swoje własne państwa albo je niegdyś miały i bez państwa żaden naród nie powstał. Fakt istnienia państwa daje początek idei państwowej, która jest jednoznaczną z ideą narodową. Podstawy instynktów i uczuć narodowych mają swój początek w czasach bytu ponadpaństwowego, plemiennego, tam już istnieją przymioty, decydujące o zdolnościach państwowotwórczych szczepu, ale dopiero byt państwowy buduje na nich właściwą psychikę narodową, opartą na podstawie instynktów rodzinnych, rodowych i plemiennych, on ją też rodzi w całości tam, gdzie nawet jej podstaw nie było. To, co działa z początku jako przymus fizyczny, wchodzi w instynkty i staje się w następstwie przymusem moralnym.”

Problem jest jednak chyba trochę bardziej złożony. Jednym z istotnych wyróżników narodu jest kwestia istnienia świadomości narodowej, czyli kwestia postrzegania własnej zbiorowości jako narodu. Jeśli więc jakieś grupy etniczne, spełniające wymogi do bycia narodem, nie uważają siebie za naród, to nie są za taki uważane.

Przyjmuje się, że narody europejskie tworzone były na bazie istniejących państw lub w odniesieniu do państw, które istniały w przeszłości. Natomiast w przypadku narodów azjatyckich przyjmuje się, że na ich wyodrębnienie miały wpływ przede wszystkim odrębność religijna i kulturowa.

Z pojęciem narodu łączy się nacjonalizm, czyli przekonanie, że naród jest najwyższą wartością i najważniejszą formą uspołecznienia, z którego wynika określona postawa polityczna, gospodarcza czy społeczna. Korzenie nacjonalizmu wiążą się z przełomem XV i XVI wieku, kiedy doszło do upadku średniowiecznego uniwersalizmu, a za sprawą reformacji władcy oparli się na rodzimych elitach, reprezentujących poszczególne państwa i narody. Na nacjonalizm miały wpływ: luteranizm oraz kalwinizm i związane z tymi konfesjami tłumaczenia Biblii na język niemiecki, a następnie na języki narodowe. Luterański model polityczny narodu (wspólnota historyczna oraz etniczna ziemi i krwi) realizował się w absolutyzmie, autorytaryzmie i totalitaryzmie. W modelu kalwińskim naród był dobrowolnym, politycznym zrzeszeniem jednostek, którego emanacją stało się państwo liberalne. – Tak to opisuje Wikipedia, cytując: W. Biernacki, Nacjonalizm i J. Bartyzel, Prawica – Nacjonalizm – Monarchizm.

Jak widać trudno jest dokładnie zdefiniować pojęcie narodu. Jest to zapewne wynikiem tego, że procesy prowadzące do jego powstania są długotrwałe i przez to trudne do obserwacji. Jest jednak pewien wyjątek, o którym warto wspomnieć, bo historia tego narodu zaczęła się niewiele ponad 300 lat temu i powstał bez państwa. Pisał o nim Ryszard Kapuściński w książce Wojna futbolowa z 1981 roku. Jest to zbiór relacji z jego podróży po różnych krajach. Ta, której fragmenty chcę zacytować, zatytułowana jest Będziemy pławić konie we krwi. Ten tytuł, to cytat: „Jeżeli nas zaatakują – będziemy się bronić. Będziemy się bronic tak, że nasze konie będą się pławic po nozdrza we krwi. I przysięgam wam tutaj, że nie będzie to tylko nasza krew”. (Z przemówienia ministra obrony Republiki Południowej Afryki, J. Fouche).

»Jest to kraj apartheidu – doktryny, która podniosła do godności prawa i zasady wiary najbardziej mroczny z ludzkich instynktów – wstręt rasowy. W języku afrikaans „apartheid” oznacza „segregację”, „separację”. Ale to jest separacja w imię dominacji.

Apartheid ma dwie wersje – popularną i „naukową”. W obiegowej, popularnej wersji filozofia apartheidu mówi, że każdy niebiały „to nie jest człowiek”. Hiszpańscy najeźdźcy Południowej Ameryki pisali w sprawozdaniach do Madrytu: „Tak tedy mieszkaliśmy na tej wyspie: bydło, tubylcy oraz ludzie”. Pogląd taki utrzymuje się po dziś dzień nie tylko w Południowej Afryce, ale wśród białych osadników na całym kontynencie. I nie tylko białych. Hindus w Nairobi nie powie o Afrykaninie inaczej niż „black monkey”, choćby ten Afrykanin był profesorem uniwersytetu, a Hindus zamiataczem ulic.

W wersji „naukowej”, w tej wersji, w jakiej apartheid prezentuje przed światem Afrykaner, teoria ta wygląda następująco: biali i niebiali to są dwie różne rasy, których współżycie w jednym państwie zawsze stwarza groźbę: dla białych utraty władzy, dla niebiałych – niesprawiedliwości. Z jednej strony biali nie mogą się zgodzić na przyznanie praw politycznych niebiałym, ponieważ spowodowałoby to pochłonięcie cywilizacji zachodniej przez cywilizację tubylczą. Z drugiej strony, skoro tubylec pracuje w przemyśle białych, byłoby niesprawiedliwością odmówić mu praw cywilnych. Ponadto niebiały tak samo jak biały ma prawo rozwijać swój własny język i kulturę. Gdyby Afrykanina uczynić obywatelem państwa europejskiego (a za takie państwo Afrykaner uważa Południową Afrykę), zamiast być prawdziwym Afrykaninem stałby się on imitacją Europejczyka. W państwie europejskim Afrykanin nie może mieć równych praw ani posiadać władzy, co jest oczywiście możliwe w odniesieniu do jego afrykańskiego państwa. Dlatego też Afrykanin musi mieć swój własny kraj (homeland), terytorium, które będzie mógł uważać za swoje, w którym będzie mógł osiągnąć najwyższą pozycję, do jakiej okaże się zdolny. Tą właśnie ziemią ojczystą Afrykanina w państwie europejskim są istniejące rezerwaty, którym jednak należy zmienić nazwę. Jeżeli Afrykanin opuści rezerwat, aby przyjść pracować w gospodarce Europejczyka, będzie traktowany jako czasowy robotnik napływowy nie posiadający obywatelskich ani politycznych praw. Pozwoli mu to zrozumieć i pamiętać, że po wykonaniu swojego kontraktu w europejskiej Południowej Afryce musi wrócić do swojego rezerwatu. Należy podnieść poziom rezerwatów i pamiętać, że przez znaczny czas biali będą sprawować powiernictwo nad rezerwatami, ponieważ Afrykanie nie osiągnęli jeszcze stadium, w którym byliby zdolni rządzić się samodzielnie.

Dominującą postacią po białej stronie barykady jest w tym kraju – Afrykaner. Cały rząd, policja, wojsko, kościół panujący i większość parlamentu – to Afrykanerzy. Afrykanerzy mówią o Południowej Afryce: „Ons Staad – nasze państwo”, a ich hymn zaczyna się od słów: „Ons vir Suid-Afryka! – Żyjemy dla ciebie, Południowa Afryko!” Nacjonalizm Afrykanerów jest fanatyczny, obsesyjny, a ich rasizm graniczy z paranoją.

Afrykanerów nazywano początkowo Voortrekkerami (pionierami), potem Boerami [Frank de Boer (wym. bur) – były piłkarz i trener reprezentacji Holandii – przyp. W.L.] (po polsku również Burami, to znaczy chłopami, wieśniakami), potem Afrykanerdami, ale w całej literaturze używa się obecnie nazwy: Afrykaner. Afrykaner jest człowiekiem białym, ale nie uważa się za Europejczyka. Przeciwnie – Afrykaner ubolewa nad Europejczykiem albo się go wstydzi. Europejczycy bowiem stanowią w jego mniemaniu skompromitowaną część białej rasy, jej najsłabszy punkt, jej oportunistyczny, mięczakowaty odłam. Zdaniem Afrykanera Europejczyk jest liberałem, hańbi białą rasę ustępując w Afryce czarnym, jest zdemoralizowany, gdyż w niedzielę idzie do kina lub restauracji, a co najgorsze – część Europejczyków jest komunistami. Wśród fanatycznych Afrykanerów powiedzenie „jou Europeen! (ty Europejczyku) jest czymś w rodzaju wyzwiska lub wymówki „ty łajzo!”. Afrykaner może znać jakiś język europejski, ale będzie unikał rozmawiania w tym języku. W sądzie zapytany po angielsku, Afrykaner odpowie tylko w swoim języku – afrikaans. Jeżeli odpowie po angielsku, będzie nazwany przez innych Afrykanerów zdrajcą.

Liczba białych w Południowej Afryce wynosiła w końcu 1960 roku 3 067 638 osób, z tego Afrykanerzy stanowili 58 procent, to znaczy około 1,8 miliona. Ogólna liczba mieszkańców w tym kraju wynosiła w tym czasie 15 841 128 osób. Oznacza to, że Afrykanerzy stanowią nie więcej niż 12 procent całej ludności RPA. Mimo tej niewielkiej liczebności Afrykanerzy są ponad wszelką wątpliwość narodem. Mają oni wspólny język, łączy ich wspólnota historyczna i kulturalna, zamieszkują wspólne terytorium i nawet posiadają odrębną religię. Afrykanerzy są etnicznym i społecznym fenomenem Afryki.

Afrykanerzy są jednym z czterech narodów pochodzenia europejskiego, które osiedliły się na obszarach pozaeuropejskich w wyniku wielkich podbojów kolonialnych epoki rodzącego się kapitalizmu. Trzy pozostałe narody to: amerykański, australijski i kanadyjski. Historyczny rodowód tych czterech narodów jest wspólny, ale ich obecna sytuacja – różna. Amerykanie, Australijczycy i Kanadyjczycy wywodzą się z pnia brytyjskiego, Afrykanerzy – z holenderskiego. Ale główna różnica między nimi polega na czymś innym. USA, Kanada i Australia są uznane za kraje białego człowieka i fakt ten nie jest kwestionowany. Nikt nie domaga się, aby oddać władzę w USA ich prawowitym mieszkańcom – Indianom. Również w Kanadzie i Australii „kwestia tubylcza” nie występuje jako palący problem polityczny. W Południowej Afryce jest inaczej. Państwo to jest uważane przez część opinii za kraj Afrykanów, przez inną część opinii – za kraj białego człowieka, a jeszcze przez inną – za kraj mieszany: czarnych i białych, tak zwany multi-racial.

Ta różnica sytuacji między Afrykanerem a na przykład Amerykaninem wynika z faktu, że biali Amerykanie stanowią w USA zdecydowaną większość, natomiast biali Afrykanerzy stanowią w RPA zdecydowaną mniejszość. Przyczyna historyczna leży w tym, że obie kolonizacje: amerykańska i afrykańska (zbieżne w czasie i identyczne w swoich zaborczych treściach), różniły się poważnie stopniem nasilenia i rozmachem ekspansji, a także – co bardzo ważne – stopniem napotkanego oporu.

O tym, że Południowa Afryka nie stała się jak USA krajem białego człowieka i że ten biały człowiek stanowi dziś w Południowej Afryce wyraźną mniejszość, zdecydowały między innymi następujące względy:

Potężny opór rodowitych mieszkańców tego kraju – Afrykanów. W Ameryce, w okresie podboju kolonialnego, plemiona indiańskie znajdowały się w stanie rozkładu, wojen wewnętrznych, wzajemnych eksterminacji. W Południowej Afryce odwrotnie – kolonialiści napotykają plemiona Bantu znajdujące się u szczytu potęgi, wspaniale zorganizowane militarnie, zwarte i nieustępliwe. Zanim Afrykanerzy i Anglicy podbili plemię Ksosa (z niego pochodził Nelson Mandela – przyp. W.L.), musieli z nim stoczyć dziewięć wojen, z Matabela – cztery wojny, z Zulu – trzy wojny itd. Te wojny ciągną się latami ( na przykład z Zulu od 1838 do 1906). Po obu stronach giną dziesiątki tysięcy ludzi. Masowa eksterminacja ludności tubylczej, a więc to, co oczyściło pole i umożliwiło Ameryce Północnej utworzenie kraju białego człowieka, w wypadku Południowej Afryki na skutek zbrojnego oporu jej tradycyjnych mieszkańców okazała się niemożliwa. Biały kolonialista znalazł tyle siły, aby podbić Południową Afrykę, ale okazał się za slaby, aby wejść w jej wyłączne posiadanie.

Inna różnica między podbojem Ameryki i Południowej Afryki: do lat osiemdziesiątych ubiegłego wieku (odkrycie złota) Południowa Afryka nie jest uważana za kraj wielkich perspektyw gospodarczych. Toteż osadnictwo europejskie nie odbywa się tu na wielką, amerykańską skalę. Południowa Afryka nie kusiła tak bardzo jak Ameryka. W 1865 roku, a więc przeszło sto lat temu, liczba białych w Południowej Afryce wynosi zaledwie 181 tysięcy!

Dalsza różnica: społeczeństwo amerykańskie powstało między innymi z masowej emigracji białej siły roboczej z Europy do Ameryki. Do takiej migracji Anglicy nie dopuścili w Południowej Afryce, ponieważ Anglicy są zawsze przeciwni, aby biały człowiek pracował fizycznie w koloniach (kolonializm brytyjski jest przesiąknięty arystokratyzmem, stąd pogląd, że praca fizyczna obniża godność białej rasy w oczach tubylców). Dlatego też napływ białych do Południowej Afryki podlegał zawsze (i podlega do dziś) ścisłym restrykcjom.

Zanim Południowa Afryka stała się posiadłością brytyjską, była ona przez półtora wieku kolonią Holenderskiej Kompanii Wschodnio-Indyjskiej. W 1652 roku wysłannik tej kompanii, Jan van Riebeeck założył na przylądku Cape osadę – bardziej gospodę niż port – dla statków holenderskich płynących z Europy do Indii Wschodnich i z powrotem. Jest to wiek XVII – złoty wiek Holandii, w tym czasie handlowej i morskiej potęgi europejskiej. Osada rozwija się z latami, a jej zalążek stanowią Holendrzy, Francuzi (głównie hugenoci ukrywający się tu przed prześladowaniami we Francji) oraz Niemcy – element kupiecki z portów nadbałtyckich. Naród Afrykanerów ukształtuje się właśnie z przemieszania tych trzech żywiołów: holenderskiego, francuskiego i niemieckiego (z których dominującym jest żywioł holenderski), a język Afrykanerów – afrikaans – jest mieszaniną holenderskiego, francuskiego i niemieckiego (z dodatkiem angielskiego i języków malajskich).

Kolonializm holenderski w Południowej Afryce znajdował się w rękach inicjatywy prywatnej. Holandia jako państwo przegapiła ten kraj. Osadnicy byli zdani na siebie, każdy osadnik mógł sobie utworzyć własne państwo, zająć jakiś obszar ziemi i ogłosić się królem. Afrykanerzy twierdzą do dziś, że Południowa Afryka jest wyłącznie ich krajem, ponieważ kiedy tu przyszli, była to ziemia niczyja. Jest to stare kłamstwo, głoszone przez kolonialistów od Ameryki po wyspy Oceanii. Natomiast prawdą jest, że Południowa Afryka była krajem o niskim stopniu zaludnienia. Ten stan zachował się nawet dziś, w wieku światowej eksplozji demograficznej. Tak więc ci osadnicy mieli dużo luzu przestrzennego i ideałem Afrykanera było zawsze mieć tyle ziemi, żeby z progu swojego domu nie widzieć dymu unoszącego się z komina domu sąsiada.

Okolice Cape są (obok Natalu) najpiękniejszą częścią Południowej Afryki i może w ogóle całej Afryki. Są to dziś obszary nie kończących się winnic, równie imponujących jak winnice południowej Francji (jest to zresztą ten sam klimat śródziemnomorski). W tych warunkach uwaga osadników zwraca się ku rolnictwu, a także hodowli, ponieważ widzą, że mieszkające tu plemiona afrykańskie hodują wielotysięczne stada bydła. Tak właśnie zaczyna się kolonializm: od walki o dobrą ziemię i od grabieży bydła plemionom tubylczym.

W 1806 roku Anglicy zajmują Cape i kładą kres temu pastersko-anarchicznemu kolonializmowi holenderskich wagabundów. Popularna u nas opinia, że „Niemcy lubią porządek”, powinna się odnosić przede wszystkim do Anglików. Porządek angielski jest jak najbardziej biurokratyczny. Ale nie jest to biurokratyzm bezmyślny, zidiociały, nadęty, ale właśnie biurokratyzm w służbie porządku. Dla Anglików konstytucja, zarządzenie, ustawa, poprawka do ustawy, druga poprawka do tej ustawy, uzupełnienie drugiej poprawki itd. to są teksty święte, urzędnik angielski ma wielką satysfakcję w sporządzaniu i czytaniu takich rzeczy.

Pod naciskiem liberalnej opinii publicznej parlament brytyjski znosi w 1836 roku niewolnictwo. Dla Afrykanera jest to cios straszny, podwójny: godzi w całą podstawę jego gospodarki, opierającej się na pracy niewolników, a zarazem godzi w jego religię, wedle której Bóg stworzył czarnego jako niewolnika. Afrykaner dokonuje więc wyboru. Za plecami ma brytyjskiego administratora, przed sobą niezmierzone obszary Afryki. Zaprzęga w jarzmo woły, wsadza na wóz dobytek i rodzinę, sam siada na konia. Obok wozu idą gromadą czarni niewolnicy, a przodem ciągnie wielkie stado bydła.

Nie mogłem znaleźć w internecie mapy Afryki Południowej z naniesionymi nazwami republik afrykanerskich, więc zrobiłem zdjęcie z mojego starego atlasu z 1958 roku. Wtedy RPA nazywała się jeszcze Związkiem Południowej Afryki. Zdjęcie nie najlepszej jakości ze względu na słabą rozdzielczość, ale nazwy republik są widoczne. I to jest najważniejsze.

Tak odbywa się Wielki Trek (według tłumacza Google słowo „trek” oznacza „ciągnąć” – przyp. W.L.). Wielki Trek, który wyruszył spod Cape i którego czołówki dotarły aż do dzisiejszego Mozambiku i Rodezji zostawiał za sobą krwawy ślad. Trekerzy mordowali dziesiątki tysięcy Afrykańczyków, palili ich wioski i zagarniali stada bydła. W czasie tego treku Afrykanerzy zajęli obszar stanowiący dziś połowę Południowej Afryki i założyli w nim swoje trzy afrykańskie republiki: Natal (1841), który im po roku Anglicy zabrali, oraz wkrótce potem Oranię i Transwal. Te republiki Anglicy też potem zabierają i zamieniają w swoje kolonie.

Był to Nowy Trek, trek wielkiego kapitału brytyjskiego, pierwsza forpoczta nowoczesnego imperializmu zapowiadająca walkę o nowy podział świata. Afrykanerzy, którzy są przecież chłopami, którzy orzą ziemię i doją krowy, szczęśliwi, że mają te swoje republiki, gdzie sami się znowu rządzą i sami znowu ustanawiają swoje prawa – patrzą na ten nowoczesny, przemysłowy ruch w zdumieniu, potem podejrzliwie, wreszcie z nienawiścią. Zaczyna się najpierw wojna podjazdowa. Anglicy chcą wymusić prawo wyłączności na eksploatację złotodajnych terenów. Afrykanerzy odpowiadają na to szykanami, rekwirują transporty żywności dla kopalń brytyjskich w Transwalu, na teren Transwalu żadnemu Anglikowi nie wolno wjechać z bronią. Wreszcie w 1899 roku dochodzi do wojny między Afrykanerami a Anglikami.

Wojna trwa blisko przez trzy lata i w samych tylko brytyjskich obozach koncentracyjnych ginie z głodu i epidemii dwadzieścia sześć tysięcy afrykanerskich kobiet i dzieci, co do dzisiaj Afrykanerzy Anglikom wypominają. Ta wojna, którą nazwano „skandaliczną”, ponieważ poniżała godność białej rasy zmuszając białych do walki przeciw białym na oczach czarnych, kończy się w 1902 roku formalnym zwycięstwem brytyjskim, ale w rzeczywistości – kompromisem. Co więcej, kiedy w 1910 roku powstaje Unia Południowej Afryki, jej pierwszym premierem jest Afrykaner, generał z wojny brytyjsko-afrykanerskiej, farmer, watażka, samorodny talent wojskowy – Louis Botha. W tym rządzie zasiada: sześciu Afrykanerów i czterech Anglików. Tak więc dzisiejszy reżim Południowej Afryki zrodził się z kompromisu dwóch sił – nacjonalizmu Afrykanerów oraz ekonomicznej ekspansji wielkiego kapitału brytyjskiego. Kompromisu, a potem zjednoczenia. Ponad sto lat temu wyruszył Wielki Trek Afrykanerów, aby ogniem i mieczem podbić obszar dzisiejszej Południowej Afryki. Ale okazało się, że jest to nie tylko ziemia uprawna, ale i niezwykle zasobna w bogactwa mineralne, w diamenty i złoto. „Odkrycie diamentów w Kimberley w 1870 roku – pisze Leo Marquard – zmieniło bieg historii tego kraju. Pieniądze i ludzie napłynęli szerokim strumieniem. Stopniowo ludzie tacy jak Cecil Rhodes i Barney Barnato opanowali obszary diamentowe i zrobili fenomenalne fortuny, które pozwoliły następnie rozwinąć górnictwo złota Transwalu i rozszerzyć brytyjskie imperium na północ”.

Trzy czynniki kształtują postawę i poglądy przeciętnego Afrykanera:

  • jego przeszłość i obecna pozycja w kraju;
  • jego kościół;
  • jego partia.

Panujący kościół Afrykanerów, rządząca partia Afrykanerów i kierowane przez Afrykanerów państwo stanowią jedną i nierozłączna całość. Na tym polega ideowo-polityczna istota ustroju Południowej Afryki.

Pierwsza partia Afrykanerów powstała w 1912 roku, władzę państwową zdobywają Afrykanerzy w 1948 roku, ale kościół Afrykanerów istnieje od XVII wieku. Właśnie kościół był tą jedyną instytucją, wokół której przez dziesięciolecia zawiązywała się wspólnota Afrykanerów i formował się afrykanerski duch odrębności narodowej. Afrykanerzy nie mieli dawniej swojego państwa i swoich parlamentów, ale od początki mieli właśnie ten wyłącznie swój kościół. Z tego kościoła, w którym zrodziła się cała ideologia afrykanerska i który spełniał dla Afrykanerów rolę wyroczni i przewodnika, wykształciła się potem – jako drugie skrzydło narodu – partia polityczna. Ta partia następnie opanowała rządy państwem.

Afrykaner jest fanatycznie religijnym człowiekiem, a jego religią jest kalwinizm. Piersi Afrykanerzy ci chłopi i mieszczanie holenderscy, którzy w XVII wieku przyszli do Południowej Afryki, byli właśnie kalwinami.

Dwa dogmaty kalwinizmu szczególnie zaważyły na światopoglądzie Afrykanera.

Pierwszy to dogmat o predestynacji. Jest to pogląd o absolutnym zdeterminowaniu świata: człowiek rodzi się od razu dobrym albo od razu złym. Jeden rodzi się, aby panować, drugi, aby służyć. Tego nie można zmienić – jest to porządek świata ustanowiony przez Boga. Ten, kto chce go zmienić, jest bluźniercą, którego należy ukamienować. Dogmat o predestynacji mówi dalej, że ten, który urodził się w wierze, jest istotą wyższą od tej, która urodziła się w pogaństwie, ponieważ jest bliższy zbawienia, jako że na nim spoczął palec boży. Z tym wierzeniem Afrykanerzy przybyli do Południowej Afryki. Obraz świata zaczerpnięty z dogmatu o predestynacji objawił im się teraz z całą kontrastową wyrazistością. Oni byli ludźmi wiary, a oto wokół nich roztaczał się świat pogaństwa. Człowiek wiary był biały, poganin – czarny. Umiłował sobie białych i skazał na potępienie – czarnych. Czarny nie może zmienić skóry i nie może zrzucić z siebie pogaństwa, ponieważ Bóg raz na zawsze zdecydował o porządku świata. Ale będąc istotą niższą i przez Boga oszpeconą tym niechrześcijańskim kolorem skóry, czarny poganin musi służyć białemu człowiekowi, którego dotknął palec boży i który przez to bliższy jest zbawienia.

Afrykanerzy biorą ze sobą na Wielki Trek i na lata życia w izolacji i otępiającej samotności jedną książkę – Biblię. To są przecież ludzie kontrreformacji, dla których kontakt z Europą kończy się w wieku XVII. A jest to wiek mroków religijnych, jezuickiej kontrofensywy, ludzi palonych na stosach, terroru kościelnego, wiek, w którym nic nie może być liberalne, nic kompromisowe i ludzkie, wiek, w którym umysł człowieka cechuje skrajne sekciarstwo i nieubłagane doktrynerstwo. Biblia jest jedyną książką, jaką przez dziesiątki lat czytają Afrykanerzy, albo po prostu słuchają, bo wielu z nich to przecież analfabeci.

Centralny temat Biblii – temat dobra i zła – jest ukazany w dwóch kolorach symbolach: czarnym i białym. W Biblii poprzez wszystkie jej sugestywne obrazy przewijają się te dwa kolory, dwie tonacje – ciemności i światła, zawsze tak skomponowane, że dobro jest jasne, białe, a zło jest czarne. „Moja skóra jest czarna” – woła w rozpaczy Hiob, aby pokazać jak straszliwie został pokarany za grzechy. „Nie patrz na mnie, ponieważ jestem czarna” – błaga dziewczyna w „Pieśni nad Pieśniami” itd.

W takim klimacie formują się poglądy Afrykanera na problem ras. Rasizm Afrykanera wynika nie tylko z chęci obrony swojej uprzywilejowanej pozycji w społeczeństwie kolonialnym (jak to jest u Anglików). Rasizm jest dla niego dogmatem wiary, a wiara jest w jego świadomości potwierdzeniem istnienia narodu Afrykanerów, to znaczy potwierdzeniem egzystencji samego Afrykanera. Wszelkie namowy do przyznania jakichś ludzkich praw Afrykanom Afrykaner przyjmuje nie tylko jako atak na swoje pozycje społeczne, ale zarazem jako akt prześladowania jego wiary, jako pohańbienie jego kościoła, jako bluźnierstwo. A wszystko to trafia na człowieka, którego poglądy niewiele odbiegają od mentalności jego średniowiecznego przodka, ponieważ naród Afrykanerów kształtował się w warunkach zupełnej izolacji.

Drugim dogmatem kalwińskim, jaki zaważył na umysłowości Afrykanera, jest nauka o wybranym narodzie. Jeden z wybitnych historyków narodu Afrykanerów, dr G.D. Scholtz, pisze: „Religia umożliwiła Afrykanerom przetrwanie wśród czarnych, ponieważ pozwoliła im utożsamić swoją rolę z tą, jaką odegrał biblijny naród Izraela – i tak jak Izraelowi nie wolno się było zmieszać z podbitymi poganami, tak również świętą zasadą Afrykanerów było nie mieszać się z tymi, którzy nie mają białej skóry”.

L.E. Neame rozwija tę myśl w swojej książce „The History of Apartheid”: „Groźby i ostrzeżenia nie mają żadnego wpływu na Afrykanerów. Postronny obserwator nie jest w stanie wyobrazić sobie, z jak niezłomną siłą wewnętrzną traktują Afrykanerzy sprawy rasy i przyszłości swojej ojczyzny. W tej dziedzinie nie ma dla nich żadnych kompromisów. Są to kalwini fanatycznie wierzący, że Bóg skierował ich do Południowej Afryki, że przeprowadził ich przez wiele niebezpieczeństw i są oni gotowi teraz zginąć w obronie swojego losu. Wierzą, że Wszechmogący umieścił ich w Południowej Afryce wyznaczając im bożą misję i że ich obowiązkiem jest obronić ten kraj dla swoich dzieci i wnuków. Zamykają się w swojej warowni, aby przejąć nową walkę z hordami barbarzyńców i jeśli Przeznaczenie otworzy przed nimi grób, wejdą do grobu – walcząc”.

Ten motyw boskiego powołania, narodu wybranego i przeznaczenia przewija się przez całą propagandę i literaturę afrykanerską. Powtarza się on w przemówieniach rządowych i w uchwałach zjazdów partii, jest głoszony z ambon kościelnych i z katedr uniwersyteckich. Duch fanatyzmu religijnego i zdecydowania na wszystko unosi się niezmiennie nad tym, co wychodzi spod pióra Afrykanera: „Jeżeli przyjdzie nam zniknąć z południa Afryki – pisze dr A.B. Dupresz, wielki autorytet teologiczny kościoła Afrykanerów i wpływowa osobistość rządowa – jeśli przyjdzie nam zginąć jako Biały Naród, oświadczamy przed całym światem w pełni swojej świadomości i w imieniu narodu Afrykanerów, że będziemy woleli wówczas zginąć niż popełnić samobójstwo, jakim byłoby wejście na drogę integracji i asymilacji z czarnymi. Jeżeli niebiali wymordują nas i porąbią na kawałki, będzie to nowym triumfem barbarzyństwa, które Bóg tak cudownie powstrzymał nad Rzeką Krwi (bitwa z Zulu w 1883 r. wygrana przez Afrykanerów). Mimo to wierzymy mocno, że Bóg w swojej wspaniałości nadal kieruje przeznaczeniem naszego narodu. Wolimy zginąć posłuszni temu przeznaczeniu, niż połączyć się z czarnymi, zatracić swoją tożsamość i zdradzić nasze boskie powołanie”.«

To są fragmenty z książki z drugiego wydania z roku 1981. Pierwsze ukazało się w 1978 roku. Kapuściński był reporterem i jego reportaże charakteryzują się tym, że opisują wszystko dokładnie, począwszy od wylądowania na lotnisku i jazdy do centrum miasta, poprzez rozmowy z ludźmi, a skończywszy na opisach pokoi hotelowych i klimatu. W tym przypadku tego nie ma. Nie jest to reportaż, raczej esej. Kapuściński nie był w RPA, bo w czasie, gdy on podróżował po Afryce w latach 60-tych i 70-tych, państwo to nie utrzymywało kontaktów dyplomatycznych z krajami socjalistycznymi. Dziennikarz z takiego kraju nie miał szans na wjazd do RPA. Musiał więc to wszystko od kogoś usłyszeć. Być może spotkał gdzieś w Afryce jakiegoś Afrykanera, może kogoś innego, kto znał realia RPA, a może dostał od kogoś jakieś książki czy opracowania.

Ten opis jest dosyć stronniczy i zawiera pewne przekłamania. Być może nie był to zamiar samego autora, ale zapewne miał być on spójny z ówczesną ideologią i oficjalną polityką państw socjalistycznych wobec RPA. Pisze Kapuściński, że nie była to ziemia niczyja. To prawda, że była zamieszkana przez nieliczne plemiona Buszmenów i Hotentotów. Były jednak chyba tak nieliczne, że nie były w stanie dostarczyć odpowiedniej ilości niewolników. Na początku tych niewolników sprowadzano z holenderskich Indii Wschodnich i stąd domieszka języków malajskich w języku afrikaans.

Kapuściński przedstawia Afrykanerów jako prymitywnych, brutalnych kolonizatorów, którzy nie marzyli o niczym innym, jak tylko o wydarciu ziemi Murzynom i zagarnięciu ich bydła. Problem jednak polega na tym, że Wielki Trek i bitwy z plemionami Bantu rozpoczynają się dopiero po 1806 roku, po pojawieniu się tam Anglików. A wcześniej, przez 150 lat, był spokój. Afrykanerzy mieszkali w Kraju Przylądkowym w południowo-zachodniej części Południowej Afryki. W 1836 roku, nie chcąc podlegać pod administrację brytyjską, wyruszają w kierunku pólnocno-wschodnim i dopiero wtedy stykają się z wojowniczymi, dobrze zorganizowanymi plemionami Bantu. Siłą rzeczy musi dochodzić do wojen i dochodzi.

W swojej książce Brzemię białego człowieka z 1996 roku Kazimierz Dziewanowski tak opisuje początek osadnictwa w Afryce Południowej:

„Dopiero w roku 1657 w Zatoce Stołowej wylądował Jan van Riebeeck wraz z dziewięcioma rodzinami osadników. Holenderska Kompania Wschodnioindyjska poleciła im tak przysposobić to miejsce, aby jej okręty mogły się zaopatrywać w wodę i wiktuały. Kompania nie życzyła sobie niczego więcej, a jej dyrektorzy słyszeć nawet nie chcieli o jakimkolwiek dalszym osadnictwie. Na próżno van Riebeeck pisał listy, wskazując, że na Przylądku jest świetny klimat i że są tam duże możliwości dla rolnictwa i hodowli. Dyrektorzy nie życzyli sobie kolonii w tych okolicach. Warunki na Przylądku i okolicznych terenach były wszelako tak zachęcające, że mimo oporów ze strony Kompanii w następnych latach powoli, lecz stale przybywało osadników. Byli to przede wszystkim holenderscy chłopi zwani Burami (Boer), a także niewielkie gromadki francuskich i niemieckich protestantów. Na przykład po słynnym odwołaniu edyktu z Nantes przybyło na Przylądek dwustu francuskich hugonotów.

Odbywało się to powoli i nie przypominało żywiołowej kolonizacji Ameryki, rejonu Karaibów czy Australii. W roku 1700 mieszkało w kolonii zaledwie pięćset rodzin burskich, a sto lat później biała ludność liczyła dwadzieścia dwa tysiące. Mawiano wtedy, że jeśli holenderski farmer widzi na horyzoncie dym z komina swego sąsiada, uważa, że żyje w nieznośnym ścisku i zatłoczeniu. Prócz białych mieszkało w kolonii około dwudziestu pięciu tysięcy niewolników, z których większość importowano z Azji.”

Objaśniając dogmaty kalwinizmu Kapuściński pisze: „Człowiek wiary był biały, poganin – czarny. Umiłował sobie białych i skazał na potępienie – czarnych.” A na początku swojej książki umieszcza takie motto:

Boże! Mimo tylu modlitw do Ciebie ciągle przegrywamy nasze wojny. Jutro znowu będziemy walczyć w bitwie, która jest naprawdę wielka. Ze wszystkich sił potrzebujemy Twojej pomocy i dlatego muszę Ci coś powiedzieć: ta jutrzejsza bitwa to będzie ciężka sprawa. Nie będzie w niej miejsca dla dzieci. Dlatego proszę Cię, nie przysyłaj nam na pomoc Twojego Syna. Przybądź Sam. (Modlitwa Koqa – wodza plemienia Girkuasów przed bitwą z Afrykanerami w 1876 r.)

Jak widać sprawa się trochę komplikuje, bo według kalwinów czarni to poganie, a ten cytat świadczy o tym, że nie! Do tego Kapuściński nie ustosunkowuje się, ale dobrze, że umieścił ten cytat. To dużo.

Najważniejsze w tym wszystkim jest jednak to, że naród afrykanerski nie powstał w oparciu o państwo. Tym, co go ukształtowało i stanowiło trwałe jego spoiwo, była wiara i kościół. A więc inaczej niż zakładał Dmowski. Wiara, świadomość wspólnego losu i celu wytworzyły niezwykle spójną społeczność, monolit. Później powstała partia, która zdobyła władzę w państwie. Wypada jednak zastanowić się: czy to był spontaniczny proces, czy może ktoś to zaplanował? Raczej trudno uwierzyć w to, że prości chłopi byli w stanie wypracować sobie taką doktrynę – budowa społeczeństwa i państwa w oparciu o wiarę i własny kościół.

Warto zastanowić się nad tym, czy była Holandia w trakcie osadnictwa w Afryce Południowej i wcześniej. W blogu „Imperium” pisałem:

»Korzystając z odpadnięcia Niderlandów od Hiszpanii, które tak popierał Józef Nassi, znajdują sobie marrani portugalscy znakomitą siedzibę w Amsterdamie (1593 r.), gdzie pozwalają im powracać bez przeszkód na judaizm. Dzięki majątkom portugalskich żydów wydziera Holandia handel zamorski z rąk Portugalczyków i staje się bogatym krajem.

Katolicki król hiszpański, Filip II „doczekał się jeszcze, że dwa narody, których najbardziej nienawidził i najkrwawiej prześladował: Niderlandczycy i żydzi, podały sobie niejako rękę do zniszczenia jego dzieła”. – Henryk Graetz Historia żydów.

Amsterdam stał się dla żydów nową Jerozolimą. Tu działał Abraham Zacuto Lusitano, zaufany doradca palatyna Fryderyka, który swym królestwem zimowym rozpoczął wojnę trzydziestoletnią. Tu wywierał na bieg wypadków w Europie potężny wpływ Manasse ben Izrael (ur. 1604, zm. 1657 r.), jeden z aktorów rewolucji Cromwellowskiej w Anglii. Tutaj żył, pisał i skupiał koło uczonych chrześcijańskich żydowski filozof, Baruch Spinoza.

Wiemy, że zarządca jeneralny holenderskiej kompanii wschodniej, który jeśli nawet nie był założycielem panowania holenderskiego na Jawie, to na pewno był tym, który panowanie to najbardziej umocnił, nazywał się Cohn (Caen). Przeglądając portrety tych urzędników holenderskiej kompanii wschodnio-indyjskiej, z łatwością możemy się przekonać, że ów Cohn nie był jedynym zarządcą – żydem. Spotykamy żydów również na urzędach dyrektorów kompanji wschodnio-indyjskiej, krótko mówiąc, we wszystkich przedsiębiorstwach kolonialnych…«

Czy byli więc Afrykanerzy i ich państwo dziełem Żydów? Wszystko wskazuje na to, że tak. Już sam fakt, że kalwinizm jest najbliżej judaizmu, a doktryna narodu wybranego, który Bóg skierował do Afryki Południowej, pokrywa się z tą żydowską, skłania do wyciągania takich wniosków. Później ci sami Żydzi, wspierając wszelkie ruchy komunistyczne w Afryce Południowej, rękami Murzynów, zniszczyli to państwo. Pokazali, że mogą dużo, bardzo dużo.

To, żeby mogło powstać państwo w oparciu o naród, musi być jasny podział: zwarta, odróżniająca się od reszty grupa ze ściśle określonym systemem wartości i celem. Podział był klarowny: biały – kalwin, czarny – poganin. Gdy ten warunek nie jest spełniony, to sprawa się komplikuje. W polskim przypadku endecja próbowała stworzyć naród według schematu Polak – katolik, twierdząc, że katolicyzm jest nieodłączną cechą polskości. I stąd mamy dzieło Dmowskiego Kościół, naród i państwo. Doprawdy nieprzypadkowa kolejność. Dokładnie tak, jak działo się to w Afryce Południowej. Nic dziwnego, skoro pierwszymi ideologami endecji byli Żydzi.

Jednak w przypadku katolicyzmu nie mogło to zadziałać, z tego prostego względu, że katolikiem może być każdy, a poza tym w polskich warunkach trudno o jasny, oparty na jednoznacznych kryteriach podział. Zresztą trudno kształtować społeczeństwo, które już jest jakoś uformowane i jest podzielone na grupy mające sprzeczne ze sobą interesy. W swojej powieści Lewa wolna Józef Mackiewicz pisał:

„W nocy z 14 na 15 sierpnia kryzys osiągnął, zdawało się, punkt szczytowy.

Warszawa broniła się na froncie i opancerzała psychicznie. Rozkazy, odezwy, manifesty wyklejały ściany domów. Tysiące ochotników zgłaszało się do wojska. Rada ministrów i Rada Obrony Państwa nie tylko radziły, ale rzetelnie zabrały się do pracy. W kościołach modlono się do Boga, by zechciał zesłać zwycięstwo. Na ulicach odbywały się manifestacje patriotyczne i kroczyły procesje religijne. Po kawiarniach i restauracjach krążyły grupy kobiet, które publicznie wytykały mężczyzn w cywilu i wyganiały ich na front. Na placach miejskich odbywały się wiece, na których wygłaszano podniosłe przemówienia, pełne zapału i pięknych słów.

Do broni! Do broni! Do broni!

Ale tej nocy stolica jakby wyczerpała się w natchnieniu. Dały się odczuć pierwsze objawy zmęczenia. Tymczasem wróg rewolucyjny takoż walczył nie tylko na froncie, ale natężał wszystkie siły na wewnętrznym, psychicznym odcinku wielkiej bitwy.

Już z wieczora poczęły się gromadzić na ulicach Pragi inne tłumy, tłumy milczące, pochmurnych twarzy. Właśnie wracał tamtędy, z oględzin pozycji pod Radzyminem, prezes ministrów Wincenty Witos. Tłum się nie rozstąpił, samochód utknął. Nie było rady, trzeba było wysiąść i przepychać się piechotą. Było się jak nie we własnej, a wrogiej stolicy.”

Tak było przed stu laty i tak jest obecnie. Dlatego twierdzę, że polskie społeczeństwo nie było i nie jest narodem, tylko zlepkiem różnych społeczności. Zresztą, dziś jest to już bez znaczenia. Przez świat przetacza się żydowski walec, który chce wszystko wyrównać. Jeśli mu się to uda, to nie będzie problemu. A jak się nie uda, to stare podziały i problemy powrócą.