Witam na moim blogu

Na tym blogu będę starał się przedstawiać prawdę albo przynajmniej próbował do niej dochodzić. Czy będzie to zamiar udany, czy – nie, ocenią czytający go.

“Jedynie prawda jest ciekawa” – to motto Józefa Mackiewicza. Prawda jest ciekawa, ale niewygodna dla wszystkich i wszyscy starają się ją ukryć albo zniekształcić. Za głoszenie prawdy, uparte jej głoszenie, Józef Mackiewicz cierpiał nędzę. Dzięki temu, że pozostał sobie i swoim przekonaniom wierny, to my, z jego dzieł, możemy dowiedzieć się prawdy.

Blog ten jest poświęcony polityce i historii. Obecnie, jak chyba nigdy dotąd w dziejach ludzkości, nie manipulowano tak historią. Na naszych oczach dokonuje się fałszerstwo na niespotykaną skalę. A to wszystko dzięki internetowi i mediom społecznościowym. Jedynym ratunkiem wydaje się wykorzystanie tych mediów w celu obrony. Zgodnie z rzymską maksymą: kto mieczem wojuje, od miecza ginie.

Dużo miejsca będzie zajmować tematyka żydowska. Nie sposób jednak jej uniknąć, jeśli chce się pisać prawdę. Polska dla Żydów była i jest szczególnym miejscem. Nigdzie społeczność żydowska nie była tak liczna w stosunku do pozostałej ludności i nigdzie nie osiągnęła takich wpływów. Po drugiej wojnie światowej jej przewaga stała się jeszcze większa. Polacy stracili w niej swą warstwę inteligencką, a Żydzi – zachowali. Dlatego jest to gra do jednej bramki. Nie można napisać prawdziwej historii Polski, bez uwzględnienia w niej Żydów i ich wpływów na jej bieg. A dlaczego się ich nie uwzględnia? Najwyraźniej ten, który kontroluje system edukacji, prasę, wydawnictwa – ten sobie tego nie życzy.

Problem z Żydami polega na tym, że są przeważnie ukryci. Udają chrześcijan różnych wyznań. Żyd wie z kim ma do czynienia, a my – nie! Jeśli ma nam do sprzedania towar czy usługę, to będzie bardzo miły, można by rzec – do rany przyłóż. Gdy jednak uzna, że nieżyd jest mu niewygodny, jego obecność jest sprzeczna z jego interesem, jest jego konkurentem i – w najgorszym wypadku, gdy Żyd zawdzięcza coś nieżydowi, to jego nienawiść urasta do rozmiarów nieznanych człowiekowi o innej etyce i systemie wartości. Jeśli nie będzie w stanie sam pokonać tego, którego tak bardzo nienawidzi, to poprosi innych Żydów o pomoc. Nie są to czcze słowa. Sam tego doświadczyłem. Nie ma szans na obronę, jeśli nie wiemy z kim mamy do czynienia lub gdy dowiemy się zbyt późno. Dlatego tak ważne jest poznanie tej nacji, jej systemu wartości, sposobów postępowania i zachowań wobec nieżydów. Ci, którzy żyli przed nami i ostrzegali nas przed nimi, mieli rację. Warto korzystać z tego, co nam przekazali. To wszystko jest nadal aktualne. Żydzi nie zmieniają się i nie zmieniają swoich zasad i zachowań wobec nieżydów. I co najważniejsze – Żydzi są wśród nas, więcej ich jest, o wiele więcej niż nam się wydaje.

Kto stworzył Hitlera?

Alan Bullock w swojej książce Hitler – studium tyranii zawarł wiele informacji na temat tego, kto finansował Hitlera. Wybrałem te fragmenty, które są poświęcone temu zagadnieniu do 1933 roku oraz te, w których autor opisuje sam początek jego kariery. Kiedy jednak przepisywałem je z książki, to zwróciło moją uwagę to, że właściwie od samego początku pojawiają się wokół Hitlera ludzie nietuzinkowi i gotowi mu bezinteresownie pomagać. Osoby, przeważnie z wyższych warstw niemieckiego społeczeństwa, zaopiekowały się człowiekiem znikąd, biednym i bez wykształcenia. Skąd u nich tyle altruizmu? Ale nie tylko one! Pomagała też armia. Szef Departamentu Politycznego Dowództwa VII Okręgu zleca Hitlerowi obserwację kanapowej partii politycznej – Niemieckiej Partii Robotniczej. Partia ta liczyła niewiele więcej ponad 40 osób. Hitler, gdy podjął decyzję o wstąpieniu do niej, został przyjęty do jej Komitetu jako siódmy członek. Dlaczego od razu do Komitetu? Po jednym gwałtownym wystąpieniu? Zanim Hitler pojawił się w tej partii, byli już w niej Feder, Eckart i Röhm., a to nie byli jacyś ludzie znikąd. Tak jak nie był człowiekiem znikąd Harrer, który razem z Drexlerem założył Niemiecką Partię Robotniczą. Harrera i Eckarta łączyła przynależność do Towarzystwa Thule. To takie tajne stowarzyszenie, które pod pozorem czegoś tam realizuje zupełnie inne cele. Ach! Przypominają się te tajne związki z epoki renesansu typu akademia platońska itp. Ale o tym na końcu bloga. Bullock pisze tak:

»W burzliwych dniach kwietnia i maja 1919 roku Hitler mieszkał w Monachium. Nie wiemy dokładnie, jaką rolę wtedy odegrał. Zgodnie z tym, co sam pisze w „Mein Kampf”, chciano go aresztować przy końcu kwietnia, ale chwyciwszy za karabin odpędził trzech ludzi, którzy po niego przyszli. Po obaleniu rządu komunistycznego denuncjował jego zwolenników przed komisją śledczą ustanowioną przez 2 pułk piechoty, która sądziła i skazywała na rozstrzelanie aktywistów strony przeciwnej. Potem dostał pracę w Biurze Prasowo-Informacyjnym Departamentu Politycznego Dowództwa VII Okręgu (Monachium), ośrodku, w którym działali tacy ludzie jak Röhm. Po skończeniu kursu dla wojskowych „instruktorów politycznych” został zatrudniony jako Bildungsoffizier (wychowawca polityczny), z zadaniem uodporniania ludzi na zarazę socjalistyczną, pacyfistyczną i idei demokratycznych. Dla Hitlera był to ważny krok naprzód, ponieważ dowodził, że ma zdolności polityczne. Potem, we wrześniu, szef Departamentu Politycznego polecił mu śledzić małą grupkę zbierającą się w Monachium, Niemiecką Partię Robotniczą, która mogła interesować armię.

Niemiecka Partia Robotnicza powstała z Komitetu Niezależnych Robotników, który zawiązał się 7 marca 1918 roku z inicjatywy monachijskiego ślusarza, Antona Drexlera. Myślał on o stworzeniu partii, która byłaby zarówno robotnicza, jak i narodowa. Dostrzegał bowiem to, co widział Hitler, a mianowicie, że ruch klasy średniej, w rodzaju Frontu Ojczyźnianego (do którego należał), kompletnie nie orientuje się w nastrojach mas, coraz bardziej ulegających propagandzie antynarodowej i antymilitarnej. Komitet Drexlera, liczący czterdziestu członków, rozwijał się słabo. W październiku wraz z dziennikarzem Karlem Harrerem założył Drexler Polityczne Koło Robotnicze, które z kolei w styczniu 1919 roku połączyło się z Komitetem Niezależnych Robotników tworząc Niemiecką Partię Robotniczą. Prezesem jej został Harrer. Organizacja liczyła niewiele więcej członków niż początkowy komitet Drexlera. Jej działalność sprowadzała się do dyskusji w monachijskich piwiarniach, a partyjny komitet sześciu nie miał jakiegoś jasnego i bardziej ambitnego programu. Z pewnością nie była to zbyt imponująca scena, kiedy wieczorem 12 września 1919 roku Hitler zjawił się na swoje pierwsze zebranie w salce Sterneckerbräu, w monachijskiej piwnicy-piwiarni, gdzie zgromadziła się grupka złożona z 20 czy 25 ludzi. Jednym z mówców był Gottfried Feder, człowiek dobrze znany w Monachium, zbzikowany na punkcie ekonomii, który już raz wywarł na Hitlerze duże wrażenie podczas jednego z politycznych kursów urządzanych dla wojska. Drugim był jakiś bawarski separatysta; jego przemówienie propagujące odłączenie się Bawarii od Rzeszy Niemieckiej i unię z Austrią, poderwało Hitlera na nogi. Zaoponował tak gwałtownie, że po skończonym zebraniu Drexler wręczył mu egzemplarz swojej autobiograficznej broszury „Mein politisches Erwachen” („Moje polityczne przebudzenie”). A w parę dni później Hitler otrzymał zaproszenie na zebranie Komitetu Niemieckiej Partii Robotniczej.

Po pewnym wahaniu Hitler poszedł na to zebranie. Komitet zasiadał w obskurnej piwiarni „Alte Rosenbad” na Herrnstrasse.

Przeszedłem przez mroczną salę, gdzie nie było ani jednego gościa, i poszukałem drzwi wiodących do bocznej salki. Tu stanąłem przed Komitetem. W bladym świetle lampy gazowej ujrzałem czterech ludzi siedzących przy okrągłym stole. Jednym z nich był autor broszury. – Mein Kampf.

Potem wszystko szło według schematu: fundusze partii – jak wynikało ze sprawozdania – wynosiły 7 marek i 50 fenigów, przyjęto najpierw drobiazgowe wyszczególnienie wydatków, następnie odczytano trzy nadesłane listy i zaakceptowano odpowiedzi.

Jednakże Hitler szczerze przyznaje, że pociągała go ta miernota, bo tylko w partii, która tak jak on stawiała pierwsze kroki, mógł się wybić i narzucić jej swoje idee. W ustabilizowanych partiach nie było dla niego miejsca; tam byłby niczym. Po dwudniowym namyśle powziął decyzję i przystąpił do Komitetu Niemieckiej Partii Robotniczej jako jej siódmy członek.

Jego energia i ambicja, dotąd rozproszone, teraz znalazły ujście. Wolno i pracowicie rozbudowywał partię i popychał swoich ostrożnych i pozbawionych wyobraźni kolegów z Komitetu ku śmielszym metodom zjednywania członków. Powielono i rozdano kilkanaście zaproszeń, zamieszczono niewielkie ogłoszenie w miejscowej gazecie, wynajęto większą salę na częstsze zebrania. Kiedy Hitler po raz pierwszy przemawiał w październiku w „Hofbräuhaus”, zebrało się stu jedenastu ludzi. Ten wynik utwierdził Karla Harrera w mniemaniu, że Hitler nie jest utalentowanym mówcą. Jednakże Hitler uparł się i liczba słuchaczy stopniowo rosła. W październiku, kiedy mówił o pokoju brzesko-litewskim i wersalskim, miał już stu trzydziestu słuchaczy, a nieco później – dwustu.

Na początku 1920 roku powierzono Hitlerowi prowadzenie propagandy partyjnej. Szybko zabrał się wtedy do zorganizowania pierwszej masówki. 22 lutego dzięki sprytnie zredagowanym obwieszczeniom, zebrał prawie 2000 ludzi w „Festsaal” w piwiarni „Hofbräuhaus”. Głównym mówcą był dr Dingfelder, ale dopiero Hitler zwrócił na siebie uwagę audytorium i korzystając z okazji ogłosił nową nazwę partii – Narodowosocjalistyczna Niemiecka Partia Robotnicza – i podał do wiadomości jej program zawarty w 25 punktach. Harrer, zirytowany metodami, przy pomocy których Hitler coraz szybciej parł naprzód, zrezygnował ze stanowiska prezesa. 1 kwietnia 1920 roku Hitler wystąpił ostatecznie z wojska i całkowicie poświęcił się rozbudowie partii, coraz bardziej biorąc ją pod swoją kontrolę.

Kiedy Hitler zabrał się do rozbudowy partii, Röhm, by przysporzyć jej członków, pchał do niej ludzi z dawnego Freikorpsu i starych żołnierzy. Z tego elementu powstały pierwsze bojówki, zalążek SA. W grudniu 1920 roku Röhm zdołał nakłonić swego przełożonego, generała-majora Rittera von Eppa, który sam był dawnym przywódcą Freikorpsu i członkiem partii, do wyasygnowania sześćdziesięciu tysięcy marek potrzebnych na zakup tygodnika „Völkischer Beobachter” („Obserwator Krajowy” – przyp mój). Dietrich Eckart dostarczył połowę pieniędzy, ale część pozostałej sumy pochodziła z sekretnych funduszy armii. Przede wszystkim jednak Röhm był tym koniecznym ogniwem gwarantującym Hitlerowi protekcję lub co najmniej tolerancję ze strony wojska i rządu bawarskiego, który zależał od miejscowego dowództwa sił zbrojnych, tego najwyższego sędziego w sprawach pokoju publicznego. Gdyby nie wyjątkowa rola, jaką odgrywało wojsko w polityce Niemiec, zwłaszcza Bawarii, a także to, że mogło ono popierać polityczne ugrupowania i ich działalność, gdy mu odpowiadały, Hitler nigdy nie zdołałby tak bezkarnie stosować swoich metod podburzania, zastraszania i gwałtu. Choć jego stosunek do armii w latach 1914-1945 ciągle się zmieniał, miała ona dla niego olbrzymią wagę; nigdy jednak nie miała takiego znaczenia, jak we wczesnym okresie w Monachium. Gdyby nie protekcja wojska, ogromnie trudno by mu było przebrnąć przez pierwsze szczeble kariery politycznej. Armia jednak, jeszcze przed śmiercią Hitlera, miała doświadczyć w całej pełni jego niewdzięczności.

Gottfried Feder i Dietrich Eckart, tak jak Röhm, przystąpili do Niemieckiej Partii Robotniczej jeszcze przed Hitlerem. Obaj byli ludźmi dosyć wykształconymi i dobrze znanymi w Monachium. Feder z zawodu był inżynierem; wyznawał jakieś wysoce oryginalne teorie ekonomiczne na temat zniesienia „jarzma renty”, które głosił z uporem maniaka. Wywarł wielkie wrażenie na Hitlerze (podobno Hitler, naśladując Federa, przyciął sobie swoje długie, rzadkie wąsy w słynną szczoteczkę), który z zachwytem pisze o nim w „Mein Kampf”, ale z czasem stracił wpływ i po dojściu nazistów do władzy pozostał w cieniu, mieszkając nadal w Monachium. Dietrich Eckart, znacznie starszy od Hitlera, był znanym dziennikarzem, poetą i dramaturgiem. Typowy Bawarczyk, lubiący dobrze zjeść, piwosz, stały bywalec takich lokali, jak Brennessel, winiarnia w Schwabing, przyjaźnił się z Röhmem, był zagorzałym nacjonalistą, antydemokratą, antyklerykałem i rasistą uwielbiającym nordycki folklor i – jak w średniowieczu szczuto psami uwiązanego niedźwiedzia – tak teraz on szczuł Niemców na Żydów. Przy końcu wojny był właścicielem brukowej szmaty, wychodzącej pod nazwą „Auf gut’ Deutsch” („W dobrym niemieckim” – przyp. mój), a potem został redaktorem pisma „Völkischer Beobachter”, na którego kupno dostarczył większą część potrzebnej kwoty. Eckart był bardzo oczytany; przetłumaczył „Peer Gynta” i pasjonował się Schopenhauerem. Kiedy sobie podpił piwem, stawał się dobrym mówcą i miał wielki wpływ na znacznie młodszego i jeszcze nie wyrobionego Hitlera. Pożyczał mu książki, poprawiał styl w mowie i w piśmie i zabierał wszędzie ze sobą.

To on zawiózł Hitlera po raz pierwszy do Obersalzbergu, gdzie potem często zatrzymywali się w pensjonacie „Moritz” razem z przyjaciółką Eckarta, Anną, z Hoffmannem, Hermannem Esserem, Drexlerem i jeszcze jednym przyjacielem Eckarta, drem Emilem Gansserem. „Doktor Gansser zasługuje na wieczystą wdzięczność partii – powiedział później Hitler. – Gdyby nie on, nie poznałbym Ryszarda Franka, handlarza zbożem, i nie mógłbym w 1923 roku w dalszym ciągu wydawać «Beobachtera».” To samo można powiedzieć o Bechsteinie.

Bechstein, bogaty i cieszący się światową renomą fabrykant fortepianów, należał do szerszego kręgu przyjaciół, do którego Eckart wprowadził również Hitlera. Frau Helena Bechstein bardzo polubiła młodego człowieka, który był u niej częstym gościem w Berlinie. Zaczęła nawet wydawać przyjęcia na cześć nowego proroka, potrafiła wynajdywać fundusze dla partii, a później nawet odwiedziła Hitlera w więzieniu. I znów przez Eckarta, który był członkiem stowarzyszenia „Thule” – pozornie interesującego się mitologią nordycką, ale biorącego też udział w konspiracji politycznej – Hitler poznał Hessa i Rosenberga.

W dwa lata po zakupieniu „Völkischer Beobachter” Hitler przekształcił je w pismo codzienne. Wymagało to pieniędzy. Części dostarczyła Frau Gertruda von Seydlitz, bałtycka Niemka, która miała udziały w finlandzkich papierniach, a Putzi Hanfstängl, syn monachijskiego bogacza i wydawcy dzieł z dziedziny sztuki, udzielił Hiterowi pożyczki w wysokości tysiąca dolarów. Hanfstängl, wychowanek Uniwersytetu Harwardzkiego, nie tylko wprowadził Hitlera do własnego domu – gdzie zachwycał go swoją grą na fortepianie, zwłaszcza utworów Wagnera – ale i do niektórych zamożnych monachijskich domów, między innymi do Bruckmannów.

Bruckmannowie, podobnie jak Bechsteinowie, byli oczarowani Hitlerem i serdecznie się z nim zaprzyjaźnili. Ale Hitler potrafił być bardzo kłopotliwy w towarzystwie. Brakowało mu ogłady, co jednak zręcznie eksponował. Umyślnie zachowywał się jak dziwak, przychodził późno i odchodził nagle lub też siedział i ostentacyjnie milczał albo zmuszał wszystkich do słuchania swoich krzykliwych wywodów.

Niewątpliwie Hitler otrzymywał zasiłki od ludzi sympatyzujących z celami partii, ale wysokość tych kwot i ich waga zostały wyolbrzymione. Hermann Aust, przemysłowiec monachijski, składając zeznanie przed sędzią śledczym po puczu w 1923 roku, powiedział, że zapoznał Hitlera z pewną liczbą bawarskich przemysłowców i kupców, którzy zaprosili go do wygłaszania mów na zebraniach w „Herrenklub” i w Sali Kupieckiej w Monachium. W rezultacie wielu obecnych wpłacało pewne kwoty Austowi, jako dotacje na ruch narodowosocjalistyczny, a on przekazywał je Hitlerowi. Dr Gansser skontaktował Hitlera z niektórymi berlińskimi ludźmi interesu. Dietrich Eckart nie skąpił pieniędzy na pokrycie różnych rachunków, a Frau Seydlitz, tak jak Frau Bechstein, z pewnością też przyczyniały się do zasilania kasy partii. W 1923 roku, kiedy Hitler i Ludendorff szli razem, Fritz Thyssen, prezes Zjednoczonych Stalowni (Vereinigte Stahlwerke), dał im sto tysięcy marek w złocie, ale w tym początkowym okresie podobne dary były bardzo rzadkie.

Krążyły wówczas uporczywe pogłoski, rozpuszczane przez przeciwników partii narodowosocjalistycznej, że Francuzi finansują nazistów. Oskarżenie to nie zostało jednak poparte żadnym konkretnym dowodem. Według innych pogłosek, Hitlera miała w 1923 roku wspierać finansowo Szwajcaria. Dopiero znacznie później udało mu się uzyskać od niemieckich przemysłowców z Zagłębia Ruhry i z Nadrenii olbrzymie dotacje na cele polityczne. W gruncie rzeczy więc ruch nazistowski startował z bardzo słabych pozycji finansowych.

Funk, niepokaźny cwaniak, który po Schachcie objął prezesurę Reichsbanku i tekę ministra gospodarki, był naczelnym redaktorem „Berliner Börsen-Zeitung”, najpoważniejszej gazety finansowej w latach dwudziestych. W 1931 roku Funk zrezygnował ze stanowiska redaktora i zaczął występować jako łącznik między partią nazistowską i pewnymi kołami wielkiego przemysłu i kapitału. Przez jakiś czas prowadził Wirtschaftpolitischer Pressedienst, agencję ekonomiczno-prasową kontrolowaną przez dra Wagenera, szefa nazistowskiego wydziału ekonomicznego. Agencja miała nie więcej niż sześćdziesięciu subskrybentów, ale jak powiedział Funk, „płacili oni bardzo dobrze”. W zamian Funk obowiązany był wpływać na politykę gospodarczą partii i nakłaniać Hitlera do odrzucenia antykapitalistycznych poglądów, wyznawanych przez takich ludzi jak Gottfried Feder.

W owym czasie tylko pewne koła finansowo-przemysłowe gotowe były poprzeć Hitlera i nazistów. Funk wyraźnie mówi, że największa część funduszy, które przemysłowcy przeznaczali na cele polityczne, płynęła do kas niemieckiej partii narodowej, demokratów i partii ludowej. Nazistów subwencjonowała głównie potężna grupa z przemysłu węglowego i stalowego w Zagłębiu Ruhry i Westfalii. Obok Emila Kirdorfa, największego potentata przemysłowego Zagłębia Ruhry, Fritza Thyssena i Alberta Voeglera ze Zjednoczonych Zakładów Hutniczych, Funk wymienia Friedricha Springoruma i Tengelmanna, Ernesta Buskühla oraz H.G. Kneppera z Towarzystwa Górniczego w Gelsenkirchen. Wśród bankierów i finansistów, którzy według opinii Funka spotykali się z Hitlerem w latach 1931-1932 i przynajmniej od czasu do czasu pomagali mu, byli Stein i Schröder z banku Steina w Kolonii, E.G. Von Stauss z Banku Niemieckiego, Hilgard ze Spółki Asekuracyjnej „Allianz” oraz jeszcze dwóch bankierów – Otto Christian Fischer i Fr. Reinhart.

Lista Funka, zresztą zrobiona na chybił trafił, z pewnością nie jest kompletna. Niemniej jednak przynosi interesującą wskazówkę, kto pragnął nawiązać kontakt z Hitlerem i – nawet jeżeli to nie doprowadziło do bezpośredniej pomocy finansowej, jak w przypadku Thyssena – z jakiego rodzaju ludźmi zaczął się on spotykać.

Oczywiście nie tylko Funk był zainteresowany w zetknięciu Hitlera z finansistami i ludźmi wpływowymi. Pierwsze spotkanie dawnego prezesa Reichsbanku, dra Schachta, i Thyssena z Hitlerem odbyło się w mieszkaniu Göringa, gdzie obaj spędzili cały wieczór na słuchaniu Hitlera. Göring był bardzo czynny w organizowaniu tego rodzaju spotkań; nie mniej czynny był hrabia von Helldorf, mianowany przywódcą berlińskiej SA. Grauert, który w Düssseldorfie był grubą rybą jako kierownik Stowarzyszenia Pracodawców w Nadrenii i Westfalii, dysponującego znacznymi funduszami na łamanie strajków, wykorzystał swoje stanowisko dla popierania nazistów, za co potem został podsekretarzem stanu w kierowanym przez Göringa pruskim Ministerstwie Spraw Wewnętrznych.

Nie można ustalić, jak to wszystko wyrażało się w brzęczącej monecie. Funk podaje trzy cyfry. Na procesie w Norymberdze powiedział, że przy wyborach w 1932 roku, kiedy partii brakowało pieniędzy, otwarcie ich zażądał: „W trzech lub czterech wypadkach, po bezpośredniej interwencji, ogólna kwota wyniosła mniej więcej pół miliona”. Druga cyfra dotyczy danin składanych przez poważną grupę nadreńsko-westfalską w latach 1931-32; w tym czasie – stwierdza Funk pod przysięgą – kwoty te nie sięgnęły miliona marek. Wreszcie, kiedy zażądano, aby określił globalną sumę, jaką Hitler otrzymał od przemysłu na podtrzymanie swego ruchu, nim został kanclerzem, odparł: „W przeciwieństwie do innych partii, nie sądzę, aby to było więcej niż kilka milionów”.

Pamiętniki Thyssena, na przekór tytułowi „Opłacałem Hitlera”, przynoszą rozczarowanie i niewiele dodają do zeznań Funka. Thyssen oficjalnie wstąpił do partii w grudniu 1931 roku. On też doprowadził do najbardziej znanego ze wszystkich spotkania Hitlera z przedstawicielami ciężkiego przemysłu, które odbyło się w styczniu 1932 roku w Klubie Przemysłowców w Düsseldorfie.

Sam dałem – pisze Thyssen – ogółem milion marek na partię narodowosocjalistyczną… Ciężki przemysł zaczął dawać pieniądze dopiero w ostatnich latach przed dojściem nazistów do władzy. Nie dawano ich jednak bezpośrednio Hitlerowi; otrzymywał je dr Alfred Hugenberg, przywódca nacjonalistów, który mniej więcej jedną piątą tych kwot przekazywał nazistom. Ogółem biorąc można przyjąć, że ciężki przemysł dawał nazistom około dwóch milionów marek rocznie.

Niestety nie bardzo wiadomo, o jakim okresie Thyssen mówi. Trudno jest w tej chwili wyjść poza te zwodnicze i niedokładne dane. Łatwo jest wyolbrzymiać znaczenie tych subwencji, jednakże najważniejsze jest, że Hitler, niezależnie od sum otrzymywanych od Kirdorfa, Thyssena i innych, nie był ani polityczną marionetką kapitalistów, ani zwykłym agentem magnatów przemysłowych, który stracił niezależność. Relacje Thyssena i Schachta świadczą o rozczarowaniu tych, którzy myśleli, że go kupili i że odtąd będzie tak skakał, jak mu zagrają. Z czasem odkryli – na równi z konserwatystami i generalicją – że wbrew utartemu mniemaniu bankierzy i przemysłowcy byli zbyt naiwnymi partnerami dla takiego politycznego gracza jak Hitler.«

Wszystko wskazuje na to, że Towarzystwo Thule odegrało, kto wie, czy nie ważniejszą rolę niż same pieniądze. Wikipedia tak m.in. o nim pisze:

»Towarzystwo Thule – tajna organizacja rasistowska i okultystyczna, która powstała w Monachium w końcowej fazie I wojny światowej. Nazwa pochodzi od mitycznej wyspy Thule, która dla starożytnych Greków była najbardziej na północ wysuniętym lądem. Stąd nazwa ta miała duże znaczenie dla wyznawców nordyckich kultów.

Towarzystwo powstało na przełomie 1917 i 1918 roku z volkistowskiej grupy Germanenorden i założone zostało przez Rudolfa von Sebottendorfa w Monachium, któremu już podczas I wojny światowej Związek Wszechniemiecki służył jako znaczące centrum nacjonalistycznej agitacji. Do jego członków zaliczali się urzędnicy, prawnicy, profesorowie uniwersyteccy, policjanci, arystokraci, lekarze, naukowcy oraz bogaci kupcy. Na zewnątrz organizacja ta widniała jako „Grupa badawcza nad starożytnościami germańskimi”, będąc w rzeczywistości zamaskowaną bawarską organizacją Zakonu Niemieckiego, który był zorganizowany na wzór loży masońskiej. Godłem Thule była swastyka otoczona koroną promieni, leżąca za nagim mieczem przeplecionym gałązkami dębu.

W styczniu 1919 roku członek Towarzystwa Karol Harrer wspólnie z Antonem Drexlerem założyli Niemiecką Partię Robotniczą (DAP). Poprzez DAP Thule próbowało propagować swoją ideologię w niemieckiej klasie robotniczej. We wrześniu 1919 roku Adolf Hitler wziął po raz pierwszy udział w zebraniu małej wówczas DAP i w listopadzie tegoż roku został jej członkiem.

Ideologia Towarzystwa była zbliżona do późniejszej ideologii NSDAP. Niektórzy członkowie Thule odgrywali istotną rolę w strukturach NSDAP. Członkami Thule byli Alfred Rosenberg, Julius Streicher, Hans Frank, Rudolf Hess i Gottfried Feder. Spośród 220 wymienionych z nazwiska członków Thule 20 pojawia się na wczesnej liście członków NSDAP.

W 1918 roku Sebottendorf zakupił czasopismo Münchener Beobachter, które od tego momentu propagowało ideologie Towarzystwa. 31 maja 1919 roku na łamach pisma opublikowano 12 punktowy program o charakterze nacjonalistycznym i antysemickim. Program był zbliżony do późniejszego programu NSDAP. Czasopismo nie sympatyzowało jednak wyłącznie z DAP, było raczej trybuną całego, rozdrobnionego nurtu volkistowskiego. W 1920 roku gazeta została zakupiona przez NSDAP i przemianowana na Völkischer Beobachter.

Towarzystwo Thule zainspirowało wiele teorii takich jak np. Jana van Helsinga (pisarz niemiecki). Twierdzono przeważnie, że wewnątrz Towarzystwa istniało silne okultystyczne czy nawet satanistyczne nastawienie. Są też przypuszczenia, według których istniał wewnętrzny zakon w strukturach Towarzystwa – Zakon Thule. Istnieją też przekazy co do przynależności samego Hitlera do Towarzystwa Thule. Wydaje się to jednak mało prawdopodobne, ponieważ Hitler wypowiadał się wielokrotnie bardzo lekceważąco o wybujałych teoriach Alfreda Rosenberga.

Można bez kłopotów wykazać połączenia niemieckiego spirytyzmu, który pośrednio wyszedł od Towarzystwa Thule, z okultyzmem francuskim. Poza tym, są jasne przesłanki co do tego, że Heinrich Himmler organizował spotkania z francuskim okultystą Gastonem de Mengel. Jan van Helsing przypuszczał, że w Towarzystwie Thule poza oficjalną częścią istniało wewnętrzne Towarzystwo Vril.«

Wikipedia wątpi w to, że Hitler należał do Towarzystwa Thule, bo wypowiadał się lekceważąco o teoriach Rosenberga, ale to może też oznaczać, że chciał odsunąć od siebie wszelkie podejrzenia o związki z tym Towarzystwem, a poza tym wcale do niego nie musiał należeć, wystarczy że był przez nie wykreowany i tym samym zależny od niego. Decyzje, jakie podejmował Hitler podczas wojny niemiecko-radzieckiej, skłaniają do przypuszczeń, że taka zależność mogła być. Tam, gdzie generałowie niemieccy domagali się zdecydowanych działań, Hitler postępował dokładnie odwrotnie, doprowadzając ich do rozpaczy. Im się wydawało, że to wojna niemiecka, a to była wojna żydowska, prowadzona w interesie żydowskiej finansjery, przez człowieka od niej zależnego, kreującego się na fanatycznego antysemitę.

Zestawiając te fakty, wygląda na to, że ktoś starannie zaplanował Hitlerowi jego karierę. Ale od kiedy? To pewnie trudno będzie ustalić. W maju 1913 roku wyjechał z Wiednia i pojawił się w Monachium. W Austrii, ze względu na słabe zdrowie, został uznany za niezdolnego do służby frontowej i pozafrontowej. Natomiast po wybuchu I wojny światowej 1 sierpnia, 3 sierpnia w petycji adresowanej do króla Bawarii, Ludwika III, prosi o przyjęcie go, mimo austriackiego poddaństwa, do któregoś z bawarskich pułków. Jego prośba została uwzględniona.

Maj 1913 roku podaje Bullock jako datę przyjazdu Hitlera do Monachium i taka data widnieje w aktach wiedeńskiej policji. Natomiast Hitler w Mein Kampf pisze:

Wiosną 1912 roku przyjechałem do Monachium. Niemieckie miasto! Jakże inne niż Wiedeń! Czułem się źle, gdy wspominałem ten Babilon narodów. Także dialekt, który był podobny do mojego, przypominał mi moją młodość związaną z Dolną Bawarią. Tak było na każdym kroku. Należałem do tego miasta bardziej niż do jakiegokolwiek innego miejsca na świecie i wynikało to z faktu, że jest ono nierozerwalnie związane z moim rozwojem.

Hitler urodził się w Braunau, mieście leżącym w Górnej Austrii, która graniczy od zachodu z Dolną Bawarią. To wyjaśnia, dlaczego właśnie Monachium.

Jest jeszcze parę niezrozumiałych faktów dotyczących życia Hitlera z tego wcześniejszego okresu. Bullock tak o nich pisze:

„Jakim żołnierzem był Hitler? Już w grudniu 1914 roku odznaczono go Żelaznym Krzyżem drugiej klasy, a gdy w marcu 1932 roku wytoczył proces gazecie, która zarzuciła mu tchórzostwo, jego dawny dowódca, podpułkownik Engelhardt, z uznaniem mówił o jego odwadze w listopadowych walkach roku 1914, kiedy pułk po raz pierwszy znalazł się w ogniu. Znacznie ciekawsza jest sprawa Żelaznego Krzyża pierwszej klasy, odznaczenia niezwykłego dla gefrajtra, który nadano Hitlerowi w roku 1918. Na temat czynu, który mu przyniósł to odznaczenie, mamy różne i nieprawdopodobne relacje. Otrzymał krzyż 4 sierpnia 1918 roku, ale dotyczył on okresu między jesienią 1915 i latem 1918 roku. Według jednego ze świadków, Hitler miał sam wziąć do niewoli piętnastu (inni mówią o dziesięciu lub dwunastu) Francuzów. Drugi świadek twierdzi, że byli to Anglicy. Jednakże w oficjalnej historii pułku nie znajdziemy żadnej wzmianki o tym czynie. Tak czy owak było to odznaczenie, z którego był dumny i które stale nosił, gdy został kanclerzem.

Fakt, że mimo długiej służby i braku oficerów pod koniec wojny Hitler nigdy nie awansował powyżej stopnia gefrajtra, budził zdziwienie i był nawet szeroko komentowany w niemieckiej prasie przed rokiem 1933. Nie mamy dowodu, że Hitler ubiegał się o awans lub pragnął zostać podoficerem, a cóż dopiero oficerem. Zdaje się, że był zadowolony z tego, co robił. Możliwe, że w awansie przeszkadzało mu jego dziwactwo.”

Z przytoczonych powyżej faktów wynika, że Hitlerowi pomagali wszyscy: armia, arystokracja, przemysłowcy, bogaci kupcy i w końcu politycy, którzy po serii intryg politycznych, wynieśli go na stanowisko kanclerza. Czy to przypadek? Fakty te jednak wskazują na to, że tymi, którzy mu pomogli byli Żydzi, choć pewnie nie tylko oni, ale to oni go wykreowali, od początku zadbali i zaplanowali jego karierę. Że tak mogło być sugeruje fanatyczny antysemityzm Hitlera, mający sugerować, że nie łączy go z nimi nic poza nienawiścią. Jest to stara żydowska zasada – udawać antysemitę, by oddalić od siebie wszelkie podejrzenia o związek z tą nacją. A czy Hitler był Żydem? Niektórzy tak uważają. W sumie nie jest to ważne. Ważne jest to, że realizował ich cele.

O demokracji

Demokracja to taka forma rządów, która, jak żadna inna, stwarza nieograniczone możliwości zwodzenia, mataczenia, manipulowania, oszukiwania ludzi, którzy uwierzyli, że dzięki niej mają na coś wpływ. Nic bardziej mylnego! Niestety, pomimo że wybierani politycy permanentnie nie wywiązują się ze swoich wyborczych obietnic, to obywatele nadal chodzą na wybory i biorą udział w tej farsie.

Po rewolucjach „wolnościowych” 1848 roku, które były próbą sił pomiędzy zwolennikami starego i nowego prządku, pojawiło się rozwiązanie kompromisowe – monarchia konstytucyjna, tzn. taka, która ma monarchę, konstytucję i parlament. Cesarstwo niemieckie było pierwszym państwem wprowadzającym u siebie powszechne głosowanie do parlamentu, za nim poszło królestwo włoskie, a potem monarchia Habsburska.

Po pierwszej wojnie światowej mapa polityczna Europy zmienia się diametralnie. Pojawiają się republiki. Jedną z nich jest Republika Weimarska (1919-1933). Nazwa pochodzi od miasta Weimar, w którym obradowało zgromadzenie narodowe, uchwalające konstytucję. Historię republiki, jak podaje Wikipedia, można podzielić na trzy okresy:

  • w latach 1919-1923 republika walczyła z bezpośrednimi skutkami wojny, hiperinflacją i próbami obalenia państwa
  • podczas „pięciu tłustych lat” 1924-1929 republika osiągnęła pewną stabilność polityczną i gospodarczą oraz uznanie Niemiec w polityce zagranicznej
  • wielki kryzys 1930-1933 oraz wzrost wpływów narodowego socjalizmu doprowadziły do agonii i upadku republiki

Jej ustrój i dzieje to przykład tego, co można zrobić z demokracji i jak niewielki wpływ mieli na to wyborcy. Skończyło się tak, jak się skończyło: demokracja przekształciła się w dyktaturę. Na ogół przyjmuje się, że Hitler doszedł do władzy na drodze demokratycznych wyborów, co nie do końca jest prawdą. Jedno to to, jak został kanclerzem, a drugie, to to, że NSDAP nigdy w wolnych wyborach nie zdobyła większości parlamentarnej.

Jak zawsze w takich wypadkach trzeba zacząć od początku, trzeba cofnąć się do 1918 roku. W pierwszej połowie tego roku armia niemiecka odnosiła największe sukcesy w tej wojnie. Niemcy podpisały traktaty pokojowe w Brześciu Litewskim i Bukareszcie, co kończyło wojnę na dwa fronty. 21 marca Ludendorff przystąpił do ofensywy we Francji. Zepchnął Anglików i Francuzów i tylko 40 mil dzieliło go od Paryża. Wczesną wiosną Niemcy wierzyli, że zwycięstwo mają w ręku.

Alan Bullock, w swojej monumentalnej pracy Hitler – studium tyranii, tak to opisuje:

»Szybką zmianę sytuacji, która nastąpiła w sierpniu i wrześniu, skrzętnie ukrywano przed narodem niemieckim, toteż podana dopiero na początku października 1918 roku wiadomość, że rząd poprosił o zakomunikowanie mu warunków zawieszenia broni, zaskoczyła i oszołomiła całą ludność. Liderzy partii politycznych w Reichstagu dopiero 2 października dowiedzieli się o groźnej sytuacji na froncie. Książę Maksymilian Badeński, nowy kanclerz, który miał pertraktować z aliantami, pisze w swoich pamiętnikach: „Aż do tej chwili Front Krajowy był niewzruszony… Teraz iskra przeleciała przez ludność. W Berlinie wybuchła panika”.

W listopadzie 1918 roku armia niemiecka znalazła się w beznadziejnym położeniu. Odepchnięcie jej do Niemiec i zniszczenie było tylko kwestią czasu. Jednakże kiedy rząd podpisywał kapitulację, armia wciąż jeszcze stała na obcym terytorium i jej front na zachodzie nie został przerwany. Ponadto, choć inicjatywa zakończenia działań wyszła z Naczelnego Dowództwa, od samego Ludendorffa, fakt ten był ukrywany. Naczelne Dowództwo nie tylko zrzuciło na rząd, któremu przedtem odmawiało głosu w sprawach prowadzenia wojny, całą odpowiedzialność za jej zakończenie, ale próbowało jeszcze odciąć się od konsekwencji tej decyzji, wymuszonej na rządzie wbrew spokojniejszym sądom takich ludzi, jak książę Maksymilian Badeński. Stąd powiedzenie o „nożu wbitym w plecy”.

Koniec wojny przyniósł upadek cesarskiemu rządowi. Władzę, acz niechętnie, objęły stronnictwa demokratyczne Reichstagu. Na rząd spadło całe odium za podpisanie najpierw kapitulacji, a później traktatu pokojowego. Ludziom, zgorzkniałym i pozbawionym skrupułów, łatwo było twierdzić, że to socjaldemokraci wraz z partiami republikańskimi rozmyślnie doprowadzili do kapitulacji, zdradzili Niemcy, zadali armii cios w plecy, żeby dojść do władzy. Pomijano zupełnie fakt, że Rząd Tymczasowy, kierowany przez socjaldemokratów, poświęcił interesy partii i klasowe patriotycznemu obowiązkowi utrzymania jedności Niemiec w kryzysie, którego nie wywołał. To byli ci „listopadowi zbrodniarze”, kozły ofiarne, których trzeba było koniecznie znaleźć po to, aby armia i nacjonaliści mogli coś uratować ze szczątków swych nadziei. Rzadko kiedy równie bezpodstawne kłamstwo zostało narzucone narodowi, a jednak ciągle je powtarzano i szaleńczo w nie wierzono, bo tylu ludzi chciało w nie wierzyć.«

Mamy więc bardzo dziwną sytuację. Wojska niemieckie, będąc 40 mil od Paryża, zatrzymują się, później następuje odwrót i prośba Naczelnego Dowództwa o zakończenie działań wojennych i oskarżenie rządu o podjęcie takiej decyzji. Dla Hitlera chęć rozprawienia się z „listopadowymi zbrodniarzami” była jednym z jego głównych powodów walki o władzę, tak przynajmniej deklarował. Z dzisiejszej perspektywy możemy orzec, że deklaracja ta była nieszczera. Dwadzieścia trzy lata później postąpił dokładnie tak samo: pod koniec lipca 1941 roku, będąc 300 km od Moskwy i mając do niej wolną drogę, wstrzymał ofensywę na dwa miesiące. Wygląda na to, jakby te same siły kierowały niemiecką armią podczas obu wojen.

19 stycznia 1919 roku odbyły się wybory do Zgromadzenia Narodowego. W ich wyniku socjaldemokraci, partia demokratyczna i partia katolicka Centrum utworzyły koalicję i miały większość parlamentarną. To właśnie te partie nazywa Hitler „listopadowymi zbrodniarzami”. 11 lutego 1919 roku miały miejsce pierwsze w historii Niemiec wybory prezydenckie. Zgromadzenie Narodowe wybrało przeważającą większością głosów Friedricha Eberta – socjaldemokratę.

Konstytucja Weimarska z 11 sierpnia 1919 roku została uchwalona przez Zgromadzenie Narodowe. Zastąpiła ona Konstytucję Rzeszy Niemieckiej z 1871 roku. Rzesza Niemiecka stała się republiką a włada pochodziła bezpośrednio od narodu. Projekt tej konstytucji opracował Hugo Preuss, liberalny polityk, późniejszy minister spraw wewnętrznych. Krytykował on państwa Ententy za niewyrażenie zgody na włączenie Austrii do Republiki Weimarskiej, co było sprzeczne z deklaracją Wilsona o samostanowieniu narodów. Preuss oparł konstytucję na trzech zasadach: władza polityczna należy do narodu, państwo musi być państwem federalnym a Rzesza musi być państwem prawa.

Konstytucja Weimarska nadawała duże uprawnienia prezydentowi, który mógł zdymisjonować kanclerza, nawet gdyby ten miał poparcie parlamentu. Co więcej mógł powołać kanclerza, który nie miał jego poparcia. Struktura rządu była mieszanką systemu prezydenckiego i parlamentarnego, a prezydent mógł działać jako „kanclerz zastępczy”. Ponadto prezydent mógł dekretem o stanie wyjątkowym zawiesić podstawowe prawa obywatelskie, z czego skwapliwie skorzystał Hitler po dojściu do władzy.

W skład Rzeszy wchodziło 18 krajów związkowych. Każdy z krajów miał swój sejm (Landtag) i rząd. W artykule 6 konstytucji wyliczono 20 spraw, które były w kompetencji głównych organów federacji. Były to m.in. polityka finansowa, polityka zagraniczna, administracja kolonii, sprawy łączności (poczta, kolej itp.). Ustawodawstwo organów centralnych miało pierwszeństwo przed prawem krajowym, a to nie mogło być z nim sprzeczne. – Któż więc bardziej nadawał się do budowy wspólnej Europy? Kto miał największe doświadczenie w tworzeniu tego typu związków?

Reichstag składał się z posłów wybranych przez naród w liczbie proporcjonalnej do ludności danego kraju. Jego kadencja trwała 4 lata, przy czym mógł być rozwiązany przez prezydenta. Posiadał inicjatywę ustawodawczą jak i wyznaczał kierunek polityce rządu, który kontrolował.

Prezydent Rzeszy był wybierany przez naród na 7-letnią kadencję w wyborach powszechnych. Prezydent m.in. mianował kanclerza (szefa rządu) oraz na jego wniosek ministrów, był zwierzchnikiem sił zbrojnych. Mógł rozwiązać Reichstag, jednak tylko jeden raz z tego samego powodu. Wszystkie rozporządzenia prezydenta wymagały kontrasygnaty kanclerza lub odpowiedniego ministra. Był odpowiedzialny konstytucyjnie i mógł być odwołany przez referendum ludowe na wniosek 2/3 posłów.

Rząd Rzeszy składał się z kanclerza i ministrów. Rząd musiał uzyskać poparcie parlamentu, był przed nim odpowiedzialny politycznie i konstytucyjnie. Wytyczne jego polityki określał kanclerz. – Jak jednak w praktyce wyglądały relacje pomiędzy prezydentem, kanclerzem i Reichstagiem? Znowu wypada mi zacytować Bullocka:

„Dr Brüning, który w końcu marca 1930 roku objął urząd kanclerza, musiał przy każdym akcie ustawodawczym polegać na przypadkowej i niepewnej, z trudem zmontowanej większości w Reichstagu. Na takich podstawach nie można było rządzić skutecznie. 16 lipca 1930 roku Reichstag 256 głosami przeciwko 192 odrzucił część rządowego projektu fiskalnego. Wówczas prezydent, korzystając z nadzwyczajnych uprawnień przyznanych mu w artykule 48 Konstytucji Weimarskiej, wprowadził w życie projekt kanclerza mocą dekretu. Reichstag zakwestionował konstytucyjność tego aktu, a następnie zażądał odwołania dekretu. Brüning w odpowiedzi rozwiązał Reichstag i rozpisał nowe wybory.”

Reichstag był jeszcze bardziej rozdrobniony niż Sejm z lat 1922-1927. Utworzenie koalicji większościowej było praktycznie niemożliwe. Wybory odbywały się według ordynacji proporcjonalnej i było ich 8 w latach 1919-1932 i ani razu żadna z partii nie uzyskała większości parlamentarnej. Jeśli to jakoś działało, to dlatego, że prezydent miał silną pozycję i mógł rządzić dekretami.

Jak to się jednak stało, że ktoś taki jak Hitler, czyli człowiek znikąd, zdobył władzę? Jak to się stało, że stworzył coś w rodzaju nieformalnego wojska? Żadne państwo, nawet najsłabsze nie tolerowałoby na swoim terytorium organizacji paramilitarnej, niezależnej od niego? Bullock tak to wyjaśnia:

„W czasie wojny Hitler sam dostrzegł, że niskie morale i zmęczenie wojenne silniej występowały w Monachium niż na północy. Rewolucja 1918 roku wybuchła najpierw tutaj, a dopiero potem w Berlinie; Wittelsbach, król Bawarii, był pierwszym, który abdykował. W pierwszej połowie 1919 roku gwałty polityczne były w Monachium na porządku dziennym. Kurta Eisnera, który kierował listopadową rewolucją w roku 1918, zamordowano w lutym następnego roku. Socjalistyczny rząd Hoffmanna sprawował władze tylko do 6 kwietnia, kiedy to – pod wpływem komunistycznego ustroju Beli Kuna na Węgrzech – w Monachium ogłoszono również Bawarską Republikę Radziecką. Ten zwrot trwał niecały miesiąc, a towarzyszyły mu nieustanne kłótnie, zamieszki i potworny chaos, co wywarło niezatarte wrażenie na Bawarczykach. Na początku maja regularne oddziały wojska, łącznie z ochotniczą formacją Freikorpsów, obaliły rząd komunistyczny. W fali represji, które nastąpiły, wzięto krwawy odwet i rozstrzelano wielu ludzi. Oficjalnie restytuowano rząd Hofmanna, ale wypadki majowe oznaczały decydujący zwrot na prawo w bawarskiej polityce.

Bawarczycy, nawet po unifikacji z Niemcami, żywili tradycyjną niechęć do rządu z Prus i protestanckiego Berlina. Uczucie to po wojnie wyraziło się w żądaniu większej autonomii i nawet w separatystycznym programie kompletnego zerwania z północnymi Niemcami na rzecz katolickiej południowoniemieckiej unii z Austrią. Konstytucja Republiki Weimarskiej znacznie sprzyjała temu bawarskiemu partykularyzmowi, bo równolegle z centralnym rządem w Rzeszy w Berlinie pozostawiała starym niemieckim państewkom – Bawarii, Prusom, Wirtembergii, Saksonii itp. – ich dawne państwowe rządy i zgromadzenia reprezentantów (Landtagi), które korzystały z dużej władzy, zwłaszcza w zakresie kontroli nad policją. W nieunormowanych i chwiejnych warunkach panujących w Niemczech w latach 1918-1923 rząd centralny miał słabą władzę, toteż rząd Bawarii mógł wykorzystać sytuację, w której rozporządzenia wychodzące z Berlina były respektowane tylko przy jego poparciu.

Te nienormalne stosunki przybrały jeszcze ostrzejszą formę po marcu 1920 roku, kiedy zawiodła próba obalenia siłą rządu Rzeszy w Berlinie (pucz Kappa), ale jednocześnie zamach powiódł się w Bawarii. W nocy z 13 na 14 marca 1920 roku dowódca miejscowego okręgu Reichswehry (armii regularnej), generał Arnold von Möhl, przedstawił socjaldemokratycznemu premierowi Bawarii, Johannesowi Hoffmannowi, ultimatum, co doprowadziło do powstania prawoskrzydłowego rządu, kierowanego przez Gustawa von Kahra. W rządzie tym partie lewicowe nie otrzymały ani jednej teki. Odtąd władze w Bawarii sprawował rząd o skrajnie partykularystycznych tendencjach i prawicowym odchyleniu, całkiem nie sympatyzujący z polityką rządu centralnego w Berlinie. W ten sposób Bawaria stała się naturalnym ośrodkiem dla tych wszystkich, którzy pragnęli pozbyć się w Niemczech ustroju republikańskiego. Rząd bawarski zaś patrzał przez palce na zdradę i knowania przeciwko legalnemu rządowi Niemiec, które planowano i organizowano tuż u jego progu w Monachium. W Bawarii więc zebrali się wszyscy nieprzejednani członkowie Freikorpsów, tu też przy końcu wojny, pod patronatem Reichswehry, tworzono dla obrony wschodnich granic Niemiec przed Polakami i bolszewikami zbrojne bandy ochotników, które teraz równie ochoczo gotowe były obrócić karabiny przeciwko Republice. Głośny kapitan Ehrhardt, wypędzony z Berlina po puczu Kappa, schronił się w Bawarii wraz ze swoją brygadą. W Bawarii też uplanowano morderstwo Erzbergera, człowieka, który podpisał akt zwieszenia broni w 1918, i Walthera Rathenaua, niemieckiego Żyda i ministra spraw zagranicznych, rzecznika polityki podporządkowania się warunkom traktatu pokojowego. Freikorpsy były szkołą politycznych morderców i terrorystów, którzy do roku 1924 i później po roku 1929 wypaczali życie Niemiec.”

Bullock bardzo dobrze wyjaśnił realia tamtych czasów w Niemczech i to, dlaczego właśnie Bawaria stała się miejscem, w którym Hitler mógł realizować swoje cele. Ale skąd wziął się problem? Konflikt pomiędzy zwolennikami starego porządku i tymi – nowego? Wikipedia wyjaśnia to tak:

„Podjęcie reform mających doprowadzić do demokracji parlamentarnej w Niemczech były warunkiem państw ententy, a w szczególności prezydenta USA Woodrowa Wilsona, rozpoczęcia negocjacji pokojowych. W swej odpowiedzi na niemiecką propozycję rozejmu prezydent stwierdził, że nie rozmawia się o warunkach zawarcia pokoju z militarystami i monarchistycznymi autokratami, a odrzucenie warunku doprowadzi do kapitulacji Niemiec. Decyzja dowództwa marynarki cesarskiej o próbie doprowadzenia do jeszcze jednej bitwy z Royal Navy, podjęta już po wysłaniu prośby o rozejm, spowodowała bunt marynarzy w Kilonii i rewolucję listopadową, która przypieczętowała los Cesarstwa.”

Tak więc narzucono Niemcom demokrację, czyli, nie tylko miały skapitulować, ale też przyjąć nowy ustrój – demokrację. Dla Niemców monarchia parlamentarna była pewnym symbolem. Jej ojcem był Bismarck, który zjednoczył Niemcy i uosabiał ich potęgę, ich cesarstwa, a teraz mieli z niej zrezygnować, bo jakiś facet zza oceanu kazał im wprowadzić demokrację.

Konstytucja Weimarska w praktyce powielała rozwiązania Konstytucji Rzeszy Niemieckiej z 1871 roku. Różnica polegała na tym, że zniknęli monarchowie i książęta. Na czele Rzeszy stał cesarz, który miał szeroki zakres władzy, przede wszystkim w polityce zagranicznej i wojskowości. Do jego najważniejszych prerogatyw należało mianowanie kanclerza, za pośrednictwem którego sprawował rządy na szczeblu ogólnopaństwowym. Tak więc odpowiednikiem cesarza w Konstytucji Weimarskiej był prezydent. No właśnie! Prezydent! Bullock tak to opisuje:

„Hitler miał tylko jedną drogę, która mogła uwieńczyć powodzeniem jego politykę legalności, a okazję do tego dawał mu szczególny system rządów w Niemczech. Po załamaniu się w 1930 roku koalicji, której przewodził Herman Müller, jego następca na fotelu kanclerza, Brüning, i następca Brüninga, Papen, musieli rządzić bez mocnego oparcia w parlamentarnej większości i bez widoków na wygranie wyborów. Wynikające ze stanu wyjątkowego uprawnienia prezydenta, z których korzystali, by rządzić za pomocą dekretów, dawały wielką władzę prezydentowi i jego doradcom. W rezultacie władza polityczna w Niemczech przeszła od narodu w ręce małej grupki ludzi z otoczenia prezydenta. Najważniejszymi osobami w tej grupce byli: generał von Schleicher, Oskar von Hindenburg, Otto Meissner, szef kancelarii prezydenta, Brüning i, potem, gdy wpadł w niełaskę – Papen, jego następca na fotelu kanclerza. Gdyby Hitler zdołał nakłonić tych ludzi, by go uznali za partnera i mianowali kanclerzem z prawem stosowania dekretów prezydenta – co oznaczało rząd prezydencki w przeciwieństwie do parlamentarnego – wówczas mógłby zrezygnować ze zdobycia bezwzględnej większości w wyborach, co mu się stale nie udawało, jak również ryzykownej próby puczu.”

W wyborach w 1928 roku NSDAP uzyskała 2,6% głosów i 12 miejsc w parlamencie. W 1930 roku – 18,25% głosów i 107 miejsc i stała się drugą partią. Socjaldemokraci uzyskali 24,53% głosów i 143 miejsca. W maju 1932 roku NSDAP wygrała wybory. Zdobyła 37,27% głosów i 230 miejsc. Socjaldemokraci – 21,58% i 133 miejsca. W listopadzie 1932 roku NSDAP – 33,09% i 196 miejsc. Socjaldemokraci – 20,43% i 121 miejsc w parlamencie. Tak więc nie można już było lekceważyć Hitlera. Wprawdzie nadal nie miał większości, ale inne partie miały daleko gorsze wyniki. I nic nie wskazywało, by coś miało się zmienić. Bullock dalej pisze tak:

»Na pierwszy rzut oka nie było nic bardziej niemożliwego niż taki układ. Jednak ani Schleicher, ani prezydent nie byli zadowoleni z istniejącego stanu rzeczy. Nie wierzyli, aby nadzwyczajne uprawnienia prezydenta mogły być trwałą podstawą do rządzenia krajem. Chcieli takiego rządu, który, gotów do energicznej walki z kryzysem, mógłby również zjednać sobie poparcie szerokich mas i, gdyby to było możliwe, miał za sobą większość w Reichstagu. Brüning nie uzyskał takiej większości w wyborach. Schleicher zaczął więc gdzie indziej szukać poparcia mas, które – jak czuł – było konieczne dla prezydenckiej formy rządów.

Hitler z jego sześcioma milionami wyborców wart był zastanowienia. Miał dwa atuty, oba w wysokiej cenie u generała. Sukces nazistów w wyborach obiecywał poparcie mas, którego Hitler mógłby dostarczyć, gdyby się udało go kupić. SA, stanowiąca zorganizowaną siłę i prąca do gwałtownych rozstrzygnięć, groziła rewolucją, gdyby Hitlera wciąż pomijano. W latach 1931-1932 Hitler stale wygrywał więc groźbę rewolucji, której nie chciał, i poparcie mas, którego nie potrafił przekształcić w większość parlamentarną; pierwsze – jako pogróżkę, drugie – jako obietnicę, by nakłonić prezydenta i jego doradców do uznania w nim pełnoprawnego partnera i przekazania mu władzy.

Mamy więc wytłumaczenie owych skomplikowanych i wykrętnych posunięć w wewnętrznej polityce Niemiec w okresie jesień 1931-32, styczeń 1933, kiedy gra się już udała i Hindenburg legalnie powierzył Hitlerowi urząd kanclerza. Raz po raz wznawiane rozmowy małej grupki ludzi rządzących przy pomocy dekretów prezydenta z przywódcami nazistów stanowią niejako kamienie milowe na drodze nazistów do władzy. Hitler nie uważał tego za jedyną możliwość legalnego osiągnięcia władzy. Nadal zastanawiał się nad koalicją z nacjonalistami – a w pewnym okresie nawet z Centrum – lub, co wydawało mu się lepsze, nad zdobyciem zdecydowanej większości w następnych wyborach. Po każdym kolejnym załamaniu się rokowań powracał do tej myśli. Ale nigdy nie zatrzaskiwał za sobą drzwi; zawsze starał się pozostawić wrażenie, że gotów jest powrócić do rozmów, że podejmuje środki przede wszystkim po to, by wywrzeć nacisk na stronę przeciwną i nakłonić ją do wznowienia rokowań, a nie po to, by dojść do władzy w inny sposób.

Przed laty, w Wiedniu, Hitler podziwiał taktykę Karola Luegera. Sens jej ujął w dwóch zdaniach w „Mein Kampf”:

Lueger w swojej działalności politycznej główną wagę przywiązywał do zjednania sobie tych warstw, których zagrożona egzystencja raczej pobudzała je do walki, niż paraliżowała ich wolę. A jednocześnie starał się posługiwać wszystkimi środkami władzy, jakimi dysponował, i przeciągnąć na swoją stronę istniejące potężne instytucje po to, aby z tych starych źródeł siły wyciągnąć jak największe korzyści dla swojego ruchu.

Hitler był już mocno zaawansowany na drodze do „zjednania sobie tych warstw, których egzystencja była zagrożona”, teraz stało przed nim zadanie „przeciągnięcia na swoją stronę potężnych istniejących instytucji”, przede wszystkim wojska i prezydenta.«

Dalej Bullock pisze:

„Jedną z największych słabości Republiki Weimarskiej była bowiem dwulicowa postawa armii, a z całej generalicji tylko Groener szczerze i lojalnie służył Republice i nikt nie mógł go w tym zastąpić.

Ale jego odejście było zaledwie wstępem. Schleicher nabrał teraz przekonania, że główną przeszkodą w jego planie porozumienia się z nazistami jest Brüning, który nie godzi się na żadne ustępstwa, by ich pozyskać, i który obecnie stał się dla nich pretekstem do ataków na system. Człowiek ten, który w marcu 1930 roku sam siebie zaproponował na urząd kanclerza, stał się już niepotrzebny. Schleicher z takim samym cynicznym brakiem lojalności, z jakim zadał cios w plecy Groenerowi, zabrał się teraz do wysadzenia z siodła Brüninga.”

I dalej:

„Stanowisko armii całkowicie zależało od stanowiska prezydenta, starego feldmarszałka, który był wcieleniem jej tradycji i swoim autorytetem mógł zapobiec ewentualnej próbie zamachu, a także od generała von Blomberga. Hindenburg zaakceptował jego nominację na ministra obrony w rządzie, w którym Hitler miał być kanclerzem, na co też już się zgodził. Hitler mógł być pewny armii, gdyby Blomberg przyjął tę tekę. Byłoby interesujące poznać, czym naziści uprzednio go sobie kupili. Blomberg i jego dawny szef sztabu z czasów, kiedy dowodził Reichswehrą w Prusach Wschodnich, pułkownik von Reichenau, byli w kontakcie z Hitlerem. Blomberga, który pełnił obowiązki głównego doradcy wojskowego delegacji niemieckiej na konferencji rozbrojeniowej w Genewie, odwołano pospiesznie bez wiedzy Schleichera czy Hammersteina. Od wczesnego rana 30 stycznia czekał na niego na dworcu adiutant Hammersteina, major von Kuntzen, z rozkazem natychmiastowego zameldowania się u dowódcy. Ale na dworcu był jeszcze jeden oficer: Oskar von Hindenburg, adiutant prezydenta i ojca zarazem, również z rozkazem dla Blomberga bezzwłocznego stawienia się u prezydenta Republiki. Na szczęście dla Hitlera Blomberg usłuchał tego drugiego rozkazu. Przyjął od prezydenta nominację i tym samym uniknięto niebezpieczeństwa, że armia w ostatniej chwili odmówi uznania nowego rządu. We wrześniu 1933 roku Hitler oświadczył: Z wydarzeń tego dnia szczególnie pozostanie nam w pamięci rola, którą odegrała armia, bo wszyscy dobrze wiemy, że gdyby w czasie naszej rewolucji armia nie stanęła po naszej stronie, nie bylibyśmy tu dzisiaj. Raz przynajmniej powiedział szczerą prawdę.”

Podsumowując cały ten okres Bullock pisze:

»Propaganda nazistowska ukuła z czasem legendę, że potężna fala przebudzenia narodowego wyniosła Hitlera do władzy. Prawda jest bardziej prozaiczna. Miał istotnie poparcie mas, ale do urzędu kanclerza nie doprowadziły go ani jakiś nieodparty ruch narodowy czy rewolucyjny, ani popularność w wyborach, lecz niecny przetarg ze „starą bandą”, na którą napadał w ciągu długich miesięcy. Nie uchwycił władzy; doprowadzono go do niej tylnymi schodami.

Jego sukces, który wcale nie był nieuchronny, wynikał raczej ze szczęścia, a jeszcze bardziej z pomyłki jego politycznych przeciwników i rywali. W listopadzie 1932 roku, kiedy rosła krzywa powodzenia wyborczego komunistów, naziści ponieśli najcięższą klęskę tracąc dwa miliony głosów. Hitler sam potem przyznał, że partia nigdy jeszcze nie była tak bliska upadku, kiedy nieoczekiwana interwencja Papena przyniosła jej niespodziewaną szansę.

Przed dojściem do władzy Hitler nigdy nie zdobył w wolnych wyborach więcej niż 37% głosów. Gdyby pozostali wyborcy – 63% – byli jednomyślni w swojej opozycji, nie mógłby liczyć na to, że zostanie kanclerzem w sposób legalny; musiałby wybrać między ryzykiem zdobycia władzy siłą a stopniowym rezygnowaniem ze swoich ambicji. Dwa czynniki uratowały go przed tym wyborem: nieudolność i rozłam wewnętrzny przeciwników i gotowość prawicy do przyjęcia go jako partnera w rządzie.

Już od 1930 roku, kiedy Brüning nie zdołał stworzyć stałej większości ani w Reichstagu, ani przy wyborach, na polityce niemieckiej fatalnie zaciążył fakt, że partie nie potrafiły połączyć się i poprzeć Republiki.

Socjaldemokraci, wprawdzie świadomi niebezpieczeństwa nazistowskiego, od dawna przedzierzgnęli się w konserwatywną partię związków zawodowych i nie mieli ani jednego przywódcy, który byłby zdolny zorganizować skuteczną opozycję przeciw nazistom. Lojalni wobec Republiki i od 1930 roku w defensywie, dotkliwie odczuwali skutki depresji gospodarczej i ataków partii komunistycznej.

Katolickie Centrum, tak jak socjaldemokraci, aż do końca zachowało swój stan posiadania w wyborach, ale było znane z tego, że nigdy nie miało mocnej, niezależnej linii politycznej; było partią, która przede wszystkim troszczyła się o porozumienie z każdym kolejnym rządem po to, ażeby zapewnić sobie ochronę własnych interesów. W latach 1932-33 Centrum do tego stopnia nie orientowało się w niebezpieczeństwie dyktatury nazistowskiej, że nadal prowadziło rozmowy o utworzenie koalicji z nazistami i głosowało za ustawą o nadzwyczajnych pełnomocnictwach, która dała Hitlerowi nieograniczoną władzę, gdy został już kanclerzem.

W latach trzydziestych nie było w Niemczech silnej liberalnej partii, która by reprezentowała klasę średnią. Brak takiej partii parokrotnie już był jedną z klęsk w rozwoju politycznym tego kraju. Partie reprezentujące klasę średnią, które mogłyby spełnić taką rolę – partia ludowa i demokraci – straciły w stosunku do nazistów o wiele więcej głosów niż inne stronnictwa niemieckie i to dostatecznie uzasadnia ich gotowość przejścia do opozycji.

Ale największa odpowiedzialność spadła na niemiecką prawicę, która nie tylko nie potrafiła porozumieć się z innymi partiami dla obrony Republiki, ale uczyniła z Hitlera swojego partnera w rządzie koalicyjnym. Stara klasa rządząca cesarstwem niemieckim nigdy nie pogodziła się z przegraną wojną i obaleniem monarchii w 1918 roku. Rządy republikańskie, które potem nadeszły, traktowały ją wyjątkowo dobrze. Wielu z jej członków pozostało u władzy i utrzymywało wpływy: nie ruszano ich własności, ani majątków; generałowie zachowali niezależną pozycję; przemysłowcy i kapitaliści robili wielkie interesy i ciągnęli olbrzymie zyski przy słabym i ustępliwym rządzie, a pomoc udzielana junkrom, obszarnikom, urosła do rozmiarów finansowego skandalu stulecia. Ale nie budziło w nich to wdzięczności ani nie skłaniało do lojalności. Niezależnie od tego, co się mówiło o jednostkach, ludzie ci jako klasa społeczna pozostali nieprzejednani i wrogo usposobieni do ustroju, z którego ciągnęli korzyści. Słowo „nacjonalista”, duma największej partii prawicy, stało się synonimem nielojalności wobec republiki.

Wprawdzie był okres po wyborze Hindenburga na prezydenta w 1925 roku, kiedy to stanowisko zostało zmodyfikowane, ale po 1929 roku uległo ponownemu zaostrzeniu i zarówno Papen jak Hugenberg (lider partii nacjonalistycznej – przyp. mój) w pełni je podzielali. Prawica niemiecka dążyła do odzyskania swojej dawnej pozycji klasy rządzącej, do obalenia znienawidzonej Republiki, restaurowania monarchii, wskazania klasie robotniczej „jej właściwego miejsca”, odbudowy niemieckiej potęgi militarnej, anulowania postanowień 1918 roku i przywrócenia Niemcom – jej Niemcom – dominującej pozycji w Europie. Zapatrzona w swój własny interes i zaślepiona przesądami, wyrzekła się prawdziwego konserwatyzmu i własnych tradycji i popełniła kolosalny błąd upatrując w Hitlerze człowieka, który pomoże jej dojść do celu. A za jej przykładem, nieodparcie pociągnięty nacjonalizmem Hitlera, poszedł duży odłam klasy średniej i niemieckiego korpusu oficerskiego.«

W dalszym ciągu Bullock opisuje, w jaki sposób Hitler osiągnął pełnię władzy:

»Taki był skutek polityki wynikłej z sojuszu prawicy i nazistów zawartego w końcu stycznia 1933 roku. Opierał się on na wierze, że Hitlerowi i nazistom, gdy już raz dorwą się do rządu, będzie można założyć wędzidło. Na pierwszy rzut oka zdawało się, że warunki, na które Hitler się zgodził, potwierdzają owo przypuszczenie.

Bo Hitler nie był nawet prezydenckim kanclerzem; Hindenburg udzielił nominacji „austriackiemu gefrajtrowi”, bo go przekonano, że zdoła on stworzyć większość w parlamencie, czyli osiągnie to, czego nie osiągnął w listopadzie 1932 roku. Hitler natychmiast po sformowaniu gabinetu zabrał się do rozmów z Centrum chcąc je pozyskać dla koalicji i, dodając 70 mandatów centrowców do 247 mandatów nazistów i nacjonalistów, zapewnić nowemu rządowi większość w Reichstagu. W tym celu nie obsadził Ministerstwa Sprawiedliwości, a kiedy wspomniane negocjacje nie doprowadziły do porozumienia, zaczął nalegać, wbrew opinii Hugenberga, na przeprowadzenie nowych wyborów, po to, by uzyskać dla koalicji bazę parlamentarną w postaci większości wyłonionej w wyborach.

To uporczywe dążenie Hitlera do pozyskania większości parlamentarnej powinno było obudzić nieufność Papena, ale on ciągle jeszcze nie widział, co się święci, i winszował sobie własnej przebiegłości. Porachował się z von Schleicherem, a jednocześnie urzeczywistnił jego marzenia, albowiem wprzągł nazistów do służby państwu, i to nie na Hitlera, ale na swoich własnych warunkach. Hitler – jak zapewniał Papen swoich przyjaciół – był jego jeńcem: miał ręce i nogi spętane przyjętymi warunkami. Rzeczywiście zdobył urząd kanclerza, ale prawdziwa władza, w pojęciu Papena, spoczywała w jego rękach.

Zaufaniem prezydenta cieszył się bowiem wicekanclerz, nie kanclerz; wicekanclerz trzymał też w ręku kluczowe stanowisko premiera Prus i sprawował władzę nad całą administracją pruską, łącznie z policją; wicekanclerz również korzystał ze świeżo wprowadzonego prawa, na mocy którego wszystkie rozmowy prezydenta z kanclerzem musiały odbywać się w jego obecności.

Rzadko kiedy jednak rozczarowanie bywa tak kompletne jak w tym wypadku i przychodzi tak szybko. Ci, którzy jak Papen wierzyli, ze przejrzeli Hitlera, przekonali się, że fatalnie się pomylili w ocenie i człowieka, i ruchu. Hitler bowiem rozumiał, i na tym polegała jego oryginalność, że w nowoczesnych warunkach można dokonać rewolucji tylko w oparciu o potęgę państwa, a nie wbrew niej; właściwa kolejność polegała na zapewnieniu sobie najpierw dostępu do władzy, a dopiero potem można było zacząć rewolucję. Hitler nigdy nie zrzucił maski legalności: zdawał sobie sprawę z olbrzymiego znaczenia psychologicznego, jakie ma posiadanie prawa po swojej stronie. Obracał więc prawo podszewką do góry i z bezprawia robił prawo.

W poniedziałek 30 stycznia o piątej po południu Hitler przewodniczył na pierwszym posiedzeniu Rady Ministrów. Sprawozdanie z tego posiedzenia znajduje się wśród dokumentów zdobytych po wojnie. Było ono poświęcone problemom utworzenia większości parlamentarnej przez zjednanie sobie poparcia Centrum. Göring zdawał relację z postępów swoich rozmów z liderem Centrum, prałatem Kaasem, a Hitler podsunął myśl, żeby rozwiązać Reichstag i zarządzić nowe wybory, gdyby te rozmowy zawiodły. Przynajmniej jeden z jego partnerów, Hugenberg, dojrzał, jak bardzo niebezpiecznie byłoby pozwolić Hitlerowi na przeprowadzenie wyborów wtedy, gdy władza była w jego ręku. Z drugiej strony właśnie Hugenberg bardziej niż inni oponował przeciwko dopuszczeniu Centrum do koalicji rządowej. Jego zdaniem najlepiej byłoby rozwiązać Reichstag i wprowadzić rządy autorytatywne. Ale to sprzeciwiało się obietnicy danej Hindenburgowi, który tylko dlatego zgodził się, aby Hitler został kanclerzem, że przyrzeczono mu, iż nowy rząd zdejmie z niego olbrzymią odpowiedzialność rządzenia na podstawie nadzwyczajnych pełnomocnictw i pozyska sobie konstytucyjne poparcie w postaci większości parlamentarnej. Hugenberg niechętnie dał się nakłonić do wyrażenia zgody na rozwiązanie Reichstagu i zarządzenie wyborów na wypadek, gdyby rozmowy z Centrum zakończyły się fiaskiem. W zamian Hitler przyrzekł mu solennie – przyrzeczenie to ponowił na posiedzeniu gabinetu w dniu 30 stycznia – że skład rządu koalicyjnego pozostanie bez zmian niezależnie od wyniku wyborów.

Następnego dnia, w czasie rozmowy z prałatem Kaasem, Hitler zrobił wszystko, by negocjacje z Centrum spaliły na panewce. Kiedy Kaas przedstawił listę z wyszczególnieniem pytań i gwarancji, których przede wszystkim domaga się Centrum, listę pomyślaną jako podstawę do dalszych rozmów, Hitler oświadczył swoim kolegom, że po przestudiowaniu jej doszedł do wniosku, iż nie może być mowy o porozumieniu i jedyne, co pozostaje, to rozwiązać Reichstag. Potem uroczyście zapewnił o swojej lojalności i wówczas to Hindenburg, ulegając namowom Papena, raz jeszcze podpisał dekret rozwiązujący Reichstag, „ponieważ nie udało się stworzyć wymaganej większości”. Centrum zaprotestowało dowodząc, że decyzja jest niesłuszna, albowiem lista z pytaniami stanowiła tylko podstawę do dyskusji, i że kanclerz uniemożliwił dalsze rozmowy. Ale było już za późno: dekret został podpisany, data wyborów ustalona, a pierwsza i najtrudniejsza przeszkoda na drodze Hitlera do władzy – zniesiona. Papen i Hugenberg dali się niepostrzeżenie wciągnąć w pułapkę. Po raz ostatni naród niemiecki poszedł do urn; tym razem Goebbels zanotował z ufnością, że sprawa jest jasna: „Walka będzie łatwa, bo możemy wykorzystać wszystkie możliwości państwa. Radio i prasę mamy do swojej dyspozycji. Nasza propaganda będzie prawdziwym majstersztykiem. Tym razem nie braknie nawet pieniędzy”.«

27 lutego 1933 roku w tajemniczych okolicznościach wybuchł pożar w gmachu Reichstagu. Podobno sprawcą podpalenia był młody komunista holenderski Marinus van der Lubbe. Czy tak faktycznie było, nie ma odpowiedzi. Natomiast wydaje się, że nie ma problemu ze znalezieniem tego, kto skorzystał – skorzystali naziści. Z drugiej strony jest stara, wielokrotnie sprawdzona zasada: is fecit, cui prodest (ten zrobił, komu to przynosi korzyść). I wedle niej trop prowadzi do nazistów.

Następnego dnia po pożarze, 28 lutego, Hitler ogłosił podpisany przez prezydenta dekret „o ochronie narodu i państwa”, określony jako „środek obrony przeciwko komunistycznym aktom gwałtu”. Jego pierwszy artykuł zawieszał wolność osobistą zagwarantowaną art. 48 Konstytucji Weimarskiej. I na jego podstawie aresztowano lidera partii komunistycznej i 4000 jej członków, co, na krótko przed wyborami, znacznie utrudniało im prowadzenie kampanii wyborczej. Art. 5 zaostrzał kary, aż do kary śmierci włącznie, za zbrodnie zdrady stanu, trucicielstwo, podpalenie i wprowadzał karę śmierci lub dożywotnich ciężkich robót za udział w spisku wymierzonym przeciwko życiu członków rządu lub za poważne zakłócenie spokoju.

5 marca 1933 roku odbyły się wybory. Pomimo zaangażowania potężnych sił i środków, naziści nie uzyskali większości parlamentarnej. Zdobyli 43,91% głosów i 288 miejsc w parlamencie. Socjaldemokraci – 18,25%, 120; komuniści – 12,32%, 81; Centrum – 11,25%, 73; nacjonaliści – 7,97%, 52. Pozostałe partie zupełnie nie liczyły się. Bawarska Partia Ludowa – 2,73%, Niemiecka Partia Ludowa – 1,10%. Inne poniżej 1%. Jakkolwiek wynik ten nie zadowalał, to wystarczał, a uwadze nazistów nie umknęło, że po wykluczeniu deputowanych komunistycznych, sami osiągną potrzebną większość.

I w tym miejscu znowu wypada mi zacytować Bullocka:

»Reżim hitlerowski opierał się na tzw. ustawie „O zabezpieczeniu narodu i państwa od biedy”. Ale wprowadzenie tej ustawy w życie wymagało zmiany konstytucji, musiało więc za nią opowiedzieć się dwie trzecie Reichstagu, toteż Hitler po zakończonych wyborach pomyślał przede wszystkim o tym. Jedna sprawa była prosta: 81 posłów komunistycznych nie wchodziło w rachubę, bo ci, którzy nie siedzieli jeszcze za kratkami, dostaliby się tam zaraz, gdyby pokazali się w Reichstagu. Naziści podjęli więc negocjacje z Centrum, a Hitler okazał się teraz jak najbardziej ugodowy wobec swoich partnerów-nacjonalistów. Zarówno dyskusje w gabinecie, jak i rozmowy z Centrum toczyły się w atmosferze niepokoju, wywołanego domaganiem się przez rząd tak olbrzymiej władzy. Dzięki dekretowi z 28 lutego naziści byli jednak panami sytuacji. Grozili, że w razie potrzeby dokonają takiej ilości aresztowań, iż zdobędą większość bez łączenia się z Centrum. Nacjonaliści pocieszali się, że ta nowa ustawa zawiera klauzulę gwarantująca prezydentowi jego dawną władzę; Centrum, któremu Hitler nie szczędził obietnic, zdołało prócz tego uzyskać list od prezydenta z oświadczeniem: „Kanclerz zapewnił mnie, że nawet gdyby nie był krępowany przez konstytucję, nie skorzysta z uprawnień przysługujących mu na mocy ustawy o zabezpieczeniu narodu i państwa od biedy bez porozumienia się ze mną”. Była to jeszcze jedna papierowa zapora, która miała powstrzymać wzbierającą falę terroru. W owym momencie Hitler przyrzekłby wszystko, byle tylko przeprowadzić nową ustawę z zachowaniem pozorów legalności.

Majstersztykiem był ukłon w stronę prezydenta, armii i nacjonalistów przy okazji otwarcia Reichstagu; na uroczystości, która odbyła się 21 marca w Poczdamie, w kościele garnizonowym, na dwa dni przed poddaniem nowej ustawy pod głosowanie, Hitler ugruntował wówczas roszczenia nowego reżimu do objęcia dziedzictwa po militarnych tradycjach dawnych Prus i ich królach, Hohenzollernach.

W dwa dni później, kiedy Reichstag zebrał się w tymczasowej siedzibie, Operze Krolla, nazizm ukazał całkiem inne oblicze. Ustawa przedłożona Reichstagowi zawierała pięć punktów. Pierwszy i piąty upoważniał rząd na okres 4 lat do wydawania ustaw bez oglądania się na Reichstag. Drugi i czwarty wyraźnie określał, że rządowi wolno będzie nie liczyć się z postanowieniami konstytucji i zawierać traktaty z innymi państwami, co dotychczas należało wyłącznie do uprawnień Reichstagu i Reichsratu. Trzeci zaś mówił, że ustawy wydawane przez rząd muszą wyjść spod pióra kanclerza i obowiązują od dnia ogłoszenia.

Inauguracyjna mowa Hitlera była powściągliwa w tonie i treści. Mówił o bezkrwawym i zdyscyplinowanym przeprowadzeniu rewolucji i o duchu jedności narodowej, który teraz zapanował w Rzeszy w miejsce rozdźwięków partyjnych i podziału klasowego.

Po przerwie zabrał głos lider socjaldemokratów, Otto Wels. W martwej ciszy wszedł na mównicę; tylko z zewnątrz dolatywało szczekliwe skandowanie bojówkarzy: „Żądamy ustawy – lub ogień i mord”. Trzeba było nie lada odwagi, by stanąć przed zatłoczoną salą – większość komunistów i kilkunastu posłów socjaldemokratycznych wtrącono już do więzienia – i powiedzieć w oczy Hitlerowi i nazistom, że partia socjaldemokratyczna będzie głosować przeciwko przyjęciu ustawy. Wels mówił z umiarem. Być bezbronnym – dodał – nie znaczy nie mieć honoru. Ale Hitlera doprowadziło do wściekłości nawet samo napomknienie o opozycji; nie miał ani cienia wspaniałomyślności dla pokonanego przeciwnika. Nie zwracając uwagi na usiłowania Papena, który chciał go pohamować, po raz drugi wszedł na mównicę i dał Reichstagowi, rządowi i korpusowi dyplomatycznemu pokaz swojego prawdziwego charakteru: nieopanowanego, brutalnego i szyderczego. „Niepotrzebne mi są wasze głosy – fuknął pogardliwie na socjaldemokratów. – Niemcy i bez was będą wolne. Nie bierzcie nas za burżujów. Gwiazda Niemiec wschodzi, wasza zachodzi; wasze podzwonne już wybiło.”

Reszta przemówień kontrastowała z przemówieniem Welsa. Monsignore Kaas, ciągle ufając obietnicom Hitlera, wstał, aby oznajmić, że Centrum, które kiedyś upokorzyło Bismarcka w Kulturkampfie, będzie głosować za ustawą; pasowała zresztą do nędznej polityki kompromisu z nazistami, jakiego ta partia przestrzegała od lata 1932 roku. Potem doszło do głosowania i zdenerwowanie wzrosło. Kiedy Göring (przewodniczący Reichstagu – przyp. mój) ogłosił wynik: za – 441, przeciwko – 94, naziści zerwali się z miejsc i wzniósłszy ręce w nazistowskim pozdrowieniu zaśpiewali „Horst Wessel Lied”.

Na zewnątrz olbrzymi tłum wiwatował radośnie. Naziści mieli się z czego cieszyć: przyjęcie ustawy dało Hitlerowi całkowita niezależność nie tylko od Reichstagu, ale także od prezydenta. Poprzedni kanclerze, Brüning, Papen i Schleicher, byli zależni od uprawnień prezydenta do wydawania nadzwyczajnych ustaw, zgodnie z 48 artykułem konstytucji. Teraz Hitler zyskał te uprawnienia dla siebie, z pełną mocą uchylania konstytucji. Władza nad wszystkimi możliwościami wielkiego nowoczesnego państwa przeszła w ręce motłochu, męty dorwały się do rządów.«

Tak to wyglądało, tak działała ta demokracja. Pozostaje jeszcze jeden problem: czy wybrani w demokratycznych wyborach mogą obalić demokrację i wprowadzić inny ustrój? Skoro naród ich wybrał, to daje im nieograniczoną władzę i możliwość dokonywania zmian. Hitler nie ukrywał swoich zamiarów, na co zwrócił uwagę Bullock:

»Tymczasem Hitler nieustannie atakował Brüninga przypisując mu całe zło, jakie wynikło z „systemu” panującego w Niemczech od 1918 roku. Gdy 8 grudnia Brüning wygłosił przez radio mowę w obronie swoich ostatnich dekretów, odpowiedział mu nowym listem otwartym (ogłoszonym 13 grudnia 1931 roku).

List ten jest interesujący ze względu na szczere stwierdzenie Hitlera, co rozumie on pod słowem „legalność”. Brüning przemawiając przez radio oświadczył: „Nie jest prawdziwym zwolennikiem legalności ktoś, kto mówi, że po legalnym dojściu do władzy obali wszystkie bariery”. Hitler odparł:

Jako „mąż stanu” odmawia nam Pan, po naszym dojściu do władzy, prawa nieliczenia się z praworządnością. Panie Kanclerzu, fundamentalna zasada demokracji głosi: „Władza pochodzi od narodu”. Konstytucja ustala drogi, jakimi pewna koncepcja, myśl, a więc i organizacja, musi otrzymać od narodu prawo do realizowania swoich celów. Ale ostatecznie to naród, nikt inny, ustala konstytucję.

Panie Kanclerzu, jeżeli naród niemiecki upoważni kiedyś ruch narodowo-socjalistyczny do wprowadzenia konstytucji innej niż dzisiejsza, to wtedy nic Pan nie poradzi… Kiedy konstytucja staje się przeżytkiem, naród nie umiera – to konstytucja ulega zmianie.

Była to zupełnie wyraźna wskazówka, co Hitler zamierza zrobić po dojściu do władzy, a jednak Schleicher, Papen i pozostali z grupy byli tak pewni swojej wyższości nad ignoranckim agitatorem, że z pogardliwym uśmiechem zlekceważyli sobie to ostrzeżenie.«

Sprawa wydaje się być trochę dyskusyjna, bo NSDAP nigdy w wolnych wyborach nie uzyskała większości. Najlepszy wynik osiągnęła w wyborach z marca 1933 – 43,9%. Hitler był już wtedy kanclerzem. W marcu 1932 roku odbyły się wybory prezydenckie.

W pierwszej rundzie nikt nie uzyskał bezwzględnej większości: Hindenburg – 49,6%, Hitler – 30,1%, Thälmann (komuniści) – 13,2%, Duesterberg (weterani wojenni) – 6,8%, pozostali – 0,3%.

W drugiej rundzie wyłonił się zwycięzca: Hindenburg – 53%, Hitler – 36,8%, Thälmann – 10,2%, pozostali – 0%.

Czy miał więc Hitler prawo do nieliczenia się z praworządnością? W swoich przemówieniach niczego nie obiecywał wyborcom. Chciał tylko dostać wadzę na 4 lata i udowodnić, że dużo może zmienić. Nawet jeśli jego wyborcy godzili się na wszystkie jego pomysły, to nadal większość – 56%, miała inne zdanie. Poparli go tylko posłowie, którzy uchwalili ustawę, dającą Hitlerowi nieograniczoną władzę. Natomiast w wyborach prezydenckich uzyskał on gorszy wynik niż jego partia.

Niemcy, jako naród, zostali poddani ciężkiej próbie. Zostali oskarżeni o wywołanie wojny i z tego powodu narzucono im w kwietniu 1921 roku, jako pokonanym, reparacje na kwotę 132 milionów marek w złocie, czyli 6600 milionów funtów angielskich. Jesienią 1922 roku nie byli w stanie ich spłacać i rząd zażądał moratorium. Na to nie zgodzili się Francuzi i zajęli Zagłębie Ruhry, które było przemysłowym sercem Niemiec. Dostarczało 80% produkcji stali i surówki oraz 80% całego wydobycia węgla. Odcięcie od tych zasobów musiało doprowadzić do załamania się produkcji. Okupacja Ruhry zadała cios marce. 1 lipca 1923 roku za dolara płacono 160.000 marek, 1 sierpnia – milion, 1 listopada – 130 miliardów. Załamanie marki kładło na łopatki handel, bankrutowały firmy, w większych miastach zaczęło brakować żywności, pojawiło się bezrobocie.

Inflacja ta – a były w społeczeństwie grupy ludzi, wśród nich przemysłowcy i obszarnicy, którzy z niej korzystali i starali się ją pogłębić we własnym interesie – wstrząsnęła niemieckim społeczeństwem. Nie wstrząsnęła nim tak ani wojna, ani rewolucja listopadowa, ani traktat wersalski. Prawdziwą rewolucją w Niemczech była inflacja, bo zniszczyła nie tylko własność i wartość pieniądza, ale także wiarę we własność i znaczenie pieniądza. Później jeszcze doszedł kryzys lat 30-tych. Nie należy więc dziwić się, że duża część społeczeństwa ulegała Hitlerowi, który był niezwykle utalentowanym mówcą i potrafił wczuwać się w nastroje społeczne.

Hitler przynajmniej dbał o pozory praworządności, a obecne rządy, w tym i polski, łamią bez skrupułów podstawowe prawa obywatelskie pod pretekstem ochrony zdrowia. Zabiera się nam podstawowe prawo – prawo do oddychania świeżym powietrzem. Wprawdzie nie jest ono już takie czyste i świeże, jak kiedyś, ale nadal jest lepsze od tego, które wydychamy. Hitler więził, mordował, terroryzował. Obecny rząd robi to samo, tyle że czynności te są rozłożone w czasie i stosowane w łagodniejszej formie – na razie. Nie zmienia to faktu, że idziemy tą samą drogą: od demokracji do tyranii. Inflacji takiej jak w Niemczech w 1923 roku raczej nie będzie, ale likwidacja gotówki może mieć takie same lub podobne skutki.

Na Niemcach, tych którzy nie ulegli „urokowi” nazistów, ich zwolennicy i oni sami, wywierali presję, często ich atakowali i nierzadko stosowali przemoc fizyczną i psychiczną. Dziś ci, którzy bezwzględnie podporządkowują się rządowym zaleceniom, zaczynają wywierać presję na tych, którzy im jeszcze nie do końca ulegają. Dużo podobieństw można się doszukać pomiędzy tym, co działo się w Niemczech w latach 20-tych i 30-tych, a tym, co się dzieje obecnie, ale jest też różnica. Wtedy wydarzyło się to tylko w jednym kraju, obecnie terror nie zna granic, jest totalny.

Z polityką nierozłącznie wiążą się pieniądze. Bez nich nie da się jej uprawiać. Nie inaczej było w przypadku Hitlera. Budowa partii i całego ruchu nazistowskiego wymagała pieniędzy. Bez nich Hitler nie wyszedłby poza przemawianie w podrzędnych monachijskich piwiarniach. Zagadnienie ciekawe i Bullock nie omija tego tematu, jednak o tym, to w innym miejscu.

Porównania

Już po zamieszczeniu bloga „Zamach majowy” obejrzałem na YouTube kilka filmów na ten temat, wysłuchałem opinii kilku historyków, przeważnie profesorów, ale też i ludzi, którzy interesują się historią amatorsko. Jeden motyw się powtarzał, choć może i inne – też, ale mnie ten zainteresował i zwrócił moją uwagę. Otóż, wszyscy oni mówili o sejmowładztwie i partyjniactwie. Mówili o tym, jak o jakiejś pladze egipskiej, która wzięła się nie wiadomo skąd i dzielny marszałek musiał zrobić z tym porządek, bo kryzys gospodarczy, bo nasi sąsiedzi dogadują się ponad naszymi głowami.

Wszelka wiedza bierze się z porównań. O wiele łatwiej jest cokolwiek zrozumieć, jeśli mamy porównanie. Ocena tego, czy coś jest dobre, czy złe, będzie niepełna bez tego zabiegu. Jeśli ktoś twierdzi, że Konstytucja marcowa z 1921 roku była zła, bo wprowadzała sejmowładztwo, to pierwsze pytanie, które należy sobie zadać brzmi: dlaczego je wprowadzała? Musiała być jakaś przyczyna. Jeśli obecna Konstytucja z 1997 roku ograniczała władzę sejmu, to – dlaczego? Też musiała być jakaś przyczyna. Czasy się zmieniają. Realia 1921 roku były inne niż realia lat 90-tych. Konstytucja marcowa powstała w realiach tamtych czasów i jej ocena z dzisiejszej perspektywy musi je uwzględniać, jeśli chce się dokonać rzetelnej analizy. Konstytucja z 1997 roku powstała w rzeczywistości lat 90-tych, w zupełnie odmiennych okolicznościach. Tak więc porównania mają sens, bo na ich podstawie możemy dojść do ciekawych wniosków, odczytać intencje tych, którzy nadawali kształt obu konstytucjom.

Przeprowadzenie takiej operacji jak zamach majowy wymaga czasu, doskonałej organizacji, koordynacji działań i obsadzenia swoimi ludźmi wielu strategicznych stanowisk, jak choćby stanowisko prezydenta, który był zwierzchnikiem sił zbrojnych na czas pokoju. Na czas wojny wyznaczał on naczelnego wodza. Porachunki wewnętrzne to nie wojna, prezydent nadal rządzi wojskiem. Tak więc wszystko musiało być zaplanowane znacznie wcześniej i argumenty, że kryzys gospodarczy, że sąsiedzi dogadują się ponad naszymi głowami, możemy włożyć między bajki. Tego nie da się zrobić w kilka dni. To nie było pospolite ruszenie – skrzyknięcie się kupy pijanych pacanów, wymachujących szabelkami, to była skomplikowana operacja, której celem było niedopuszczenie do wybicia się Polski na pełną niepodległość.

A partyjniactwo? W skład Sejmu I kadencji wchodziło 14 kubów poselskich. Wybrany on został na podstawie ordynacji proporcjonalnej, zatwierdzonej w 1919 roku przez Naczelnika Państwa, czyli Piłsudskiego. Nie było 5% progu, który dziś obowiązuje, ale przecież na początku, po 1989 roku, też go nie było. Mandaty poselskie uzyskało 29 komitetów wyborczych. Ktoś to jednak zmienił i wprowadził ten próg. Dlaczego tego nie zrobiono u zarania II RP? Prawdopodobnie dlatego, że wtedy nie praktykowano takich rozwiązań. Problem polegał chyba na tym, że II RP była państwem wielonarodowym i każda mniejszość chciała mieć w sejmie swoich przedstawicieli. Nie byłoby takiego zróżnicowania, gdyby nie przyłączono Kresów. Wówczas prawdopodobnie jedyną większościową partią byłaby endecja. Uniknięto by też wielu tragedii, które miały miejsce właśnie na Kresach.

W 1991 roku odbyły się w Polsce pierwsze wolne wybory. W wyborach do Sejmu i Senatu obowiązywała ustawa z dnia 28 czerwca 1991 roku – ordynacja wyborcza do Sejmu Rzeczypospolitej Polskiej, która weszła w życie z dniem ogłoszenia (3 lipca). Stanowiła ona, iż: „Wybory posłów na Sejm Rzeczypospolitej Polskiej są powszechne, bezpośrednie, równe i wolne oraz przeprowadzone w głosowaniu tajnym”. Czynne prawo wyborcze (możliwość wybierania) mieli wszyscy obywatele polscy a także mieszkający przynajmniej przez 5 lat na terenie Polski obywatele innych państw, którzy mieli ukończone 18 lat. Bierne prawo wyborcze (możliwość kandydowania) mieli obywatele polscy, którzy w dniu głosowania mieli ukończone 21 lat i zamieszkiwali w Polsce przez przynajmniej 5 lat. – Niezły cyrk! Prawo głosowania mają obywatele obcych państw!

W wyniku wyborów mandaty poselskie uzyskało 29 komitetów wyborczych, przy czym 11 komitetów uzyskało po jednym mandacie. Nie zastosowano progów wyborczych. Jakby chciano powiedzieć Polakom: chcieliście wolności, to ją macie. A ta wolność miała się kojarzyć z partyjniactwem, z tym, że wolność to anarchia. Przy takim rozdrobnieniu niemożliwym było utworzenie rządu większościowego. Co ciekawe, w innych krajach Europy Wschodniej zastosowano progi wyborcze, co stwarzało bardziej stabilne układy polityczne. Czym więc Polska zasłużyła sobie na takie „wyróżnienie”? To nie był przypadek.

Kolejne wybory parlamentarne odbyły się 19 września 1993 roku. Rozpisane zostały na skutek zarządzenia prezydenta o rozwiązaniu Sejmu 31 maja 1993. 15 kwietnia 1993 roku Sejm uchwalił nową ordynację wyborczą. Wprowadzała ona progi zaporowe dla partii (5%) oraz koalicji (8%). Do Sejmu weszło 8 komitetów wyborczych. Najwięcej mandatów uzyskały Sojusz Lewicy Demokratycznej – 37,17%, Polskie Stronnictwo Ludowe – 28,70%, Unia Demokratyczna – 16,09% i Unia Pracy – 8,92%. SLD i PSL utworzyły rząd większościowy.

Ktoś decyduje o tym, że raz progi są, a raz, że ich nie ma. Ktoś opracowuje ordynację i podejmuje decyzję o tym, czy one mają być, czy nie. Od tego zależy kształt sceny politycznej. Nic tu nie dzieje się przypadkiem. Ciekawe, że ten tak skłócony i rozdrobniony Sejm z 1993 roku zdobył się na uchwalenie nowej ordynacji, która większość tych partii i ich posłów wyrzucała z niego. A może większość tych partii i posłów została sztucznie wykreowana, by wykonać pewne zadanie.

Poniżej fragmenty ordynacji wyborczych z lat 1922, 1991 i 1993. W 1922 i 1993 zastosowano tę samą metodę dzielenia mandatów, tzw. metodę D’Hondta, wykorzystującą ciąg liczb naturalnych: 1, 2, 3, 4 itd. W 1991 roku wykorzystano metodę Hare’a-Niemeyera, wykorzystującą ciąg liczb nieparzystych, przy czym pierwsza liczba to nie 1 tylko 1,4. Kombinować można też liczbą okręgów wyborczych. Jeśli okręgów będzie więcej, a mandatów w każdym okręgu mniej, to będzie korzystne dla dużych partii. Odwrotny zabieg będzie faworyzował mniejsze partie. I jak tu nie kochać demokracji?! A dyktatura? – nudy!

USTAWA z dnia 28 lipca 1922 r. Ordynacja wyborcza do Sejmu.

Art. 95.
Komisja ustala według odpowiedniego formularza, ilu posłów zostało wybranych w całem Państwie ze wszystkich tych list okręgowych, które zgłosiły zgodnie z przepisami art. 57 swoje przyłączenie do poszczególnych list państwowych.

Otrzymane w ten sposób liczby mandatów poszczególnych grup wyborczych (stronnictw) pisze się obok siebie, poczynając od najwyższej, a kończąc na najniższej, następnie zaś dzieli się te liczby kolejno przez 1, 2, 3 i t. d. tak długo, aż z otrzymanych w ten sposób ilorazów da się uszeregować tyle kolejno największych liczb, ile mandatów jest do rozdzielenia przez Państwową Komisję Wyborczą.

Każda państwowa lista kandydatów, wchodząca w rachubę, otrzyma tyle mandatów poselskich, ile przypada jej liczb z pośród ustalonego w powyżej przepisany sposób szeregu liczb kolejno największych.

USTAWA z dnia 28 czerwca 1991 r. Ordynacja wyborcza do Sejmu Rzeczypospolitej Polskiej.

Art. 101.
1.Mandaty przydziela się poszczególnym ogólnopolskim listom kandydatów na posłów po zsumowaniu liczby głosów oddanych na listy okręgowe powiązane z daną ogólnopolską listą kandydatów na posłów. Państwowa Komisja Wyborcza dzieli mandaty pomiędzy poszczególne ogólnopolskie listy kandydatów na posłów w sposób następujący:
1) sumę ważnych głosów oddanych na listy okręgowe danego komitetu wyborczego, który zarejestrował ogólnopolską listę, dzieli się kolejno przez 1,4 (jeden i cztery dziesiąte); 3; 5; 7; … i dalej przez ciąg kolejnych liczb nieparzystych, aż do chwili, gdy z otrzymanych w ten sposób ilorazów da się uszeregować tyle kolejno największych liczb, ile wynosi liczba mandatów do rozdzielenia między ogólnopolskie listy kandydatów na posłów,
2) każdej ogólnopolskiej liście kandydatów przyznaje się tyle mandatów, ile spośród ustalonego w powyższy sposób szeregu ilorazów przypada jej liczb kolejno najwyższych.

USTAWA z dnia 28 maja 1993 r. Ordynacja wyborcza do Sejmu Rzeczypospolitej Polskiej.

Art. 3.
1. W podziale mandatów w okręgach wyborczych uwzględnia się wyłącznie okręgowe listy kandydatów na posłów tych komitetów wyborczych, których listy otrzymały co najmniej 5% ważnie oddanych głosów w skali kraju.
2. Okręgowe listy kandydatów na posłów komitetów wyborczych, o których mowa w art. 77 ust. 2 (koalicja wyborcza), uwzględnia się w podziale mandatów w okręgach wyborczych, jeżeli ich listy otrzymały co najmniej 8% ważnie oddanych głosów w skali kraju.

Art. 118.
1. Państwowa Komisja Wyborcza dokonuje podziału mandatów pomiędzy uprawnione listy ogólnopolskie, z uwzględnieniem art. 112, w sposób następujący:
1) liczbę głosów ważnie oddanych na wszystkie listy okręgowe danego komitetu wyborczego dzieli się kolejno przez: 1, 2, 3, 4 i dalej, aż do chwili, gdy z otrzymanych w ten sposób ilorazów da się uszeregować tyle kolejno największych liczb, ile wynosi liczba mandatów do rozdzielenia między listy ogólnopolskie,
2) każdej liście przyznaje się tyle mandatów, ile spośród ustalonego w powyższy sposób szeregu ilorazów przypada jej liczb kolejno największych.

Mamy więc w Ordynacji z 1922 roku ciąg: 1, 2, 3 i t.d. – w Ordynacji z 1991 ciąg: 1,4; 3; 5; 7 – w Ordynacji z 1993 roku ciąg taki jak w 1922 roku: 1, 2, 3, 4. Co to jest? Przecież normalny człowiek nie jest w stanie zrozumieć, o co tu chodzi. Ciąg liczb 1, 2, 3, 4, to metoda liczenia głosów według belgijskiego matematyka Victora D’Hondta (https://pl.wikipedia.org/wiki/Metoda_D%E2%80%99Hondta). Ciąg liczb 1,4; 3; 5; 7, to metoda liczenia głosów Hare’a-Niemeyera (https://pl.wikipedia.org/wiki/Metoda_Hare%E2%80%99a-Niemeyera). Tak działa demokracja. W sumie jeden wielki kant i oszust. To jest model Europy kontynentalnej – niezrozumiały sposób liczenia głosów w ordynacji proporcjonalnej.

Anglosasi przyjęli inny model – ordynację większościową. U nich wszystko jest proste, wygrywa ten, który zdobył najwięcej głosów, których liczenie odbywa się przy otwartej kurtynie: elegancja Francja – chciałoby się wykrzyknąć. Niestety! Nie ma tak dobrze. Ich oszustwo leży gdzie indziej. O tym pisałem w blogu „Pomysły”. – I jak tu nie kochać Łukaszenki? – mógłby ktoś zapytać. Wszystko jasne i proste. Łukaszenka jest faszystą, on realizuje program Mussoliniego (o tym w blogu „Faszyzm”). Nie należy jednak stawiać znaku równości pomiędzy faszyzmem a nazizmem. Niestety, zakodowano ludziom w głowach, że to jedno i to samo. Co więcej, nazwanie kogoś faszystą jest gorszą obelgą, niż nazwanie kogoś nazistą.

A sejmowładztwo? Czy to źle, że sejm dominował? Był przecież wykonawcą woli narodu. To co? Naród ma wybierać swoich przedstawicieli, a oni mają być później marionetkami? Sejm był tak silny dzięki zapisom Konstytucji marcowej, która była dziełem Sejmu Ustawodawczego (1919-1922). W sejmie tym silną pozycję miał Związek Ludowo-Narodowy i to on miał duży wpływ na ostateczny kształt tej konstytucji. Jednym z jego prominentnych, jak sądzę, członków był Tadeusz Gluziński (Henryk Rolicki), którego cytuję w wielu blogach. Związek Ludowo-Narodowy wydał broszurę z tekstem konstytucji i wstępem Gluzińskiego. Można się z tym zapoznać w Wikipedii. Link tu: https://upload.wikimedia.org/wikipedia/commons/6/64/Konstytucja_marcowa_%28wstep_-_T_Gluzinski%29_1921.pdf

Tamci Polacy, u progu nowego państwa polskiego, wierzyli w pewne ideały, wierzyli w to, że wszyscy obywatele tego nowego państwa podzielają ich system wartości, wierzyli w to, że dobra konstytucja będzie podstawą pomyślności państwa i narodu. Wierzył w to również Gluziński, który miał wówczas 33 lata. To jest jeszcze wiek, w którym można mieć pewne złudzenia. W 1935 roku ukazała się jego najważniejsza praca Odrodzenie idealizmu politycznego, w której nie pozostawił już na demokracji suchej nitki. Ponieważ w sejmie o kształt konstytucji walczył Związek Ludowo-Narodowy, do którego należał Gluziński, to prawdopodobnie on był w nim osobą najbardziej kompetentną, decydującą o stanowisku Związku.

Konstytucja marcowa była wzorowana na rozwiązaniach francuskich, angielskich i amerykańskich. Sam początek preambuły tej konstytucji świadczy o tym, że wzorowano się na Amerykanach:

W imię Boga Wszechmogącego!

My, Naród Polski, dziękując Opatrzności za wyzwolenie nas z półtorawiekowej niewoli, wspominając z wdzięcznością męstwo i wytrwałość ofiarnej walki pokoleń, które najlepsze wysiłki swoje sprawie niepodległości bez przerwy poświęcały…

Preambułę zawiera też konstytucja III RP:

W trosce o byt i przyszłość naszej Ojczyzny, odzyskawszy w 1989 roku możliwość suwerennego i demokratycznego stanowienia o Jej losie, my, Naród Polski – wszyscy obywatele Rzeczypospolitej, zarówno wierzący w Boga będącego źródłem prawdy, sprawiedliwości, dobra i piękna, jak i nie podzielający tej wiary, a te uniwersalne wartości wywodzący z innych źródeł, równi w prawach i w powinnościach wobec dobra wspólnego – Polski…

Konstytucja marcowa dawała szeroki zakres władzy sejmowi, ale czy obecna Konstytucja tego nie robi? Nie robi, co nie zmienia faktu, że jest wzorowana na marcowej, choć nie jest jej dokładną kopią. Warto porównać niektóre artykuły obu konstytucji.

Art.2 Konstytucji marcowej:

Władza zwierzchnia w Rzeczypospolitej Polskiej należy do Narodu. Organami Narodu w zakresie ustawodawstwa jest Sejm i Senat, a w zakresie władzy wykonawczej – Prezydent Rzeczypospolitej łącznie z odpowiedzialnymi ministrami, w zakresie wymiaru sprawiedliwości – niezawisłe sądy.

Art. 4 Konstytucji III RP:

  1. Władza zwierzchnia w Rzeczypospolitej Polskiej należy do Narodu.
  2. Naród sprawuje władzę przez swoich przedstawicieli lub bezpośrednio.

Art. 95 K. III RP:

  1. Władzę ustawodawczą w Rzeczpospolitej Polskiej sprawuje Sejm i Senat.

Art. 11 Konstytucji m.:

Sejm składa się z posłów wybranych na lat pięć, licząc od dnia otwarcia Sejmu, w głosowaniu powszechnym, tajnym, bezpośrednim, równym i stosunkowym.

Art. 96 K. III RP:

  1. Sejm składa się z 460 posłów.
  2. Wybory do Sejmu są powszechne, równe, bezpośrednie i proporcjonalne oraz odbywają się w głosowaniu tajnym.

Art. 98 K. III RP:

  1. Sejm i Senat są wybierane na czteroletnią kadencję.

Art. 12 Konstytucji m.:

Prawo wybierania ma każdy obywatel bez różnicy płci, który w dniu ogłoszenia wyborów ukończył 21 lat, używa w pełni praw cywilnych i zamieszkuje w okręgu wyborczym przynajmniej od przedednia ogłoszenia wyborów w „Dzienniku Ustaw”. Prawo głosowania może być wykonane osobiście. Wojskowi w służbie czynnej nie mają prawa głosowania.

Art. 13 K. m.:

Prawo wybieralności ma każdy obywatel, mający prawo wybierania do Sejmu, nie wyjmując wojskowych w służbie czynnej, niezależnie od miejsca zamieszkania o ile ukończył 25 lat.

Art. 14 K. m.:

Nie mogą korzystać z prawa wyborczego obywatele skazani za przestępstwa, które określi ordynacja wyborcza, jako pociągające za sobą, czasową lub stałą utratę prawa wybierania, wybieralności, a także piastowanie mandatu poselskiego.

Art. 62 K. III RP:

  1. Obywatel polski ma prawo udziału w referendum oraz prawo wybierania Prezydenta Rzeczypospolitej, posłów, senatorów i przedstawicieli do organów samorządu terytorialnego, jeżeli najpóźniej w dniu głosowania kończy 18 lat.
  2. Prawo udziału w referendum oraz prawo wybierania nie przysługuje osobom, które prawomocnym orzeczeniem sądowym są ubezwłasnowolnione lub pozbawione praw publicznych albo wyborczych.

Art. 99 K. III RP

  1. Wybrany do Sejmu może być obywatel polski mający prawo wybierania, który najpóźniej w dniu wyborów kończy 21 lat.
  2. Wybrany do Senatu może być obywatel polski mający prawo wybierania, który najpóźniej w dniu wyborów kończy 30 lat.
  3. Wybraną do Sejmu lub Senatu nie może być osoba skazana prawomocnym wyrokiem na karę pozbawienia wolności za przestępstwa umyślne ścigane z oskarżenia publicznego.

Art. 36 K. m.:

Senat składa się z członków wybranych przez poszczególne województwa w głosowaniu powszechnym, tajnym, bezpośrednim, równym, stosunkowym. Każde województwo stanowi jeden okręg wyborczy, przy czym w stosunku do liczby mandatów sejmowych na ilość mieszkańców, liczba mandatów do Senatu wynosi 1/4 część. Prawo wybierania ma każdy wyborca do Sejmu, który w dniu ogłoszenia wyborów ukończył lat 30 i w dniu tym zamieszkuje w okręgu wyborczym przynajmniej od roku; nie tracą jednak prawa wyborczego świeżo osiedli koloniści, którzy opuścili poprzednie miejsce zamieszkania, korzystając z reformy rolnej; również nie tracą tego prawa robotnicy, którzy zmienili miejsce pobytu wskutek zmiany miejsca pracy, oraz urzędnicy państwowi przeniesieni służbowo. Prawo wybieralności ma każdy obywatel, posiadający prawo wybierania do Senatu, nie wyłączając wojskowych w służbie czynnej, o ile z dniem ogłoszenia wyborów ukończył 40 lat. Kadencja Senatu rozpoczyna się i kończy z kadencją sejmową.

Art. 97 K. III RP:

  1. Senat składa się ze 100 senatorów
  2. Wybory do Senatu są powszechne, bezpośrednie i odbywają się w głosowaniu tajnym.

Wybory do Senatu III RP odbywają się w ordynacji większościowej, do Sejmu – proporcjonalnej. Z jakich powodów takie zróżnicowanie? W Konstytucji marcowej w obu przypadkach obowiązywała ordynacja proporcjonalna.

Art. 20 K. m.:

Posłowie są przedstawicielami całego narodu i nie są skrępowani żadnymi instrukcjami wyborców.

Art. 104 K. III RP:

  1. Posłowie są przedstawicielami całego Narodu. Nie wiążą ich instrukcje wyborców.

Art. 39 K. m.:

Prezydenta Rzeczypospolitej wybierają na 7 lat bezwzględną większością głosów Sejm i Senat, połączony w Zgromadzenie Narodowe.

Art. 127 K. III RP:

  1. Prezydent Rzeczypospolitej jest wybierany przez Naród w wyborach powszechnych, równych, bezpośrednich i w głosowaniu tajnym.
  2. Prezydent Rzeczypospolitej jest wybierany na pięcioletnią kadencję i może być ponownie wybrany tylko raz.
  3. Na Prezydenta Rzeczypospolitej może być wybrany obywatel polski, który najpóźniej w dniu wyborów kończy 35 lat i korzysta z pełni praw wyborczych do Sejmu.
  4. Na Prezydenta Rzeczypospolitej wybrany zostaje kandydat, który otrzymał więcej niż połowę ważnie oddanych głosów. Jeżeli żaden z kandydatów nie uzyska wymaganej większości głosów, czternastego dnia po pierwszym głosowaniu przeprowadza się ponowne głosowanie.
  5. W ponownym głosowaniu wyboru dokonuje się spośród dwóch kandydatów, którzy w pierwszym głosowaniu otrzymali kolejno największą liczbę głosów.
  6. Na Prezydenta Rzeczypospolitej wybrany zostaje kandydat, który w ponownym głosowaniu otrzymał więcej głosów.

Art. 46 K. m.:

Prezydent Rzeczypospolitej jest zarazem najwyższym zwierzchnikiem sił zbrojnych Państwa, nie może jednak sprawować naczelnego dowództwa w czasie wojny.

Naczelnego Wodza Sił Zbrojnych Państwa na wypadek wojny mianuje Prezydent Rzeczypospolitej na wniosek Rady Ministrów przedstawiony przez ministra Spraw Wojskowych, który za akty, związane z dowództwem w czasie wojny, jak i za wszelkie sprawy kierownictwa wojskowego – odpowiada przed Sejmem.

Art. 134 K. III RP:

  1. Prezydent Rzeczypospolitej jest najwyższym zwierzchnikiem Sił Zbrojnych Rzeczypospolitej Polskiej.
  2. W czasie pokoju Prezydent Rzeczypospolitej sprawuje zwierzchnictwo nad Siłami Zbrojnymi za pośrednictwem Ministra Obrony Narodowej.
  3. Na czas wojny Prezydent Rzeczypospolitej, na wniosek Prezesa Rady Ministrów, mianuje Naczelnego Dowódcę Sił Zbrojnych. W tym samym trybie może on Naczelnego Dowódcę Sił Zbrojnych odwołać.

Art. 44 K. m.:

Każdy akt rządowy Prezydenta Rzeczypospolitej wymaga dla swej ważności podpisu prezesa Rady Ministrów i właściwego ministra, który przez podpisanie aktu bierze zań odpowiedzialność.

Art. 144 K. III RP:

  1. Prezydent Rzeczypospolitej, korzystając ze swoich konstytucyjnych i ustawowych kompetencji, wydaje akty urzędowe.
  2. Akty urzędowe Prezydenta Rzeczypospolitej wymagają dla swojej ważności podpisu Prezesa Rady Ministrów, który przez podpisanie aktu ponosi odpowiedzialność przed Sejmem.

Art. 45 K. m.:

Prezydent Rzeczypospolitej mianuje i odwołuje Prezesa Rady Ministrów, na jego wniosek mianuje i odwołuje ministrów, a na wniosek Rady Ministrów obsadza urzędy cywilne i wojskowe, zastrzeżone w ustawach.

Art. 154 K. III RP:

  1. Prezydent Rzeczypospolitej desygnuje Prezesa Rady Ministrów, który powołuje skład Rady Ministrów. Prezydent Rzeczypospolitej powołuje Prezesa Rady Ministrów wraz z pozostałymi członkami Rady Ministrów w ciągu 14 dni od dnia pierwszego posiedzenia Sejmu lub przyjęcia dymisji poprzedniej Rady Ministrów, i odbiera przysięgę od członków nowo powstałej Rady Ministrów.

Art. 26 K. m.:

Sejm może się rozwiązać mocą własnej uchwały, powziętej większością 2/3 głosów przy obecności połowy ustawowej liczby posłów. Prezydent Rzeczypospolitej może rozwiązać Sejm za zgodą 3/5 ustawowej liczby członków Senatu. Równocześnie w obu wypadkach z samego prawa rozwiązuje się Senat. Wybory odbywają się w ciągu 90 dni od dnia rozwiązania Sejmu.

Art. 98 K. III RP:

  1. Sejm może skrócić swoją kadencję uchwałą podjętą większością co najmniej 2/3 ustawowej liczby posłów. Skrócenie kadencji Sejmu oznacza jednocześnie skrócenie kadencji Senatu.
  2. Prezydent Rzeczypospolitej, po zasięgnięciu opinii Marszałka Sejmu i Marszałka Senatu, może w przypadkach określonych w Konstytucji zarządzić skrócenie kadencji Sejmu. Skrócona zostaje również kadencja Senatu.
  3. Prezydent Rzeczypospolitej, zarządzając skrócenie kadencji Sejmu, zarządza jednocześnie wybory do Sejmu i Senatu i wyznacza ich datę na dzień przypadający nie później niż w ciągu 45 dni od dnia skrócenia kadencji Sejmu.

Art. 32 K. m.:

Do prawomocności uchwał potrzebna jest zwykła większość głosów przy obecności 1/3 ogółu ustawowej liczby posłów, o ile inne przepisy Konstytucji nie zawierają odmiennych postanowień.

Art. 120 K. III RP:

  1. Sejm uchwala ustawy zwykłą większością głosów, w obecności co najmniej połowy ustawowej liczby posłów, chyba że Konstytucja przewiduje inną większość.

Art. 35 K. m.:

Każdy projekt ustawy, przez Sejm uchwalony, będzie przekazany Senatowi do rozpatrzenia. Jeżeli Senat nie podniesie w ciągu 30 dni od dnia doręczenia mu uchwalonego projektu ustawy żadnych przeciwko niemu zarzutów – Prezydent Rzeczypospolitej zarządzi ogłoszenie ustawy. Na wniosek Senatu Prezydent Rzeczypospolitej może zarządzić ogłoszenie ustawy przed upływem 30 dni.

Jeżeli Senat postanowi projekt, uchwalony przez Sejm, zmienić lub odrzucić, powinien zapowiedzieć to Sejmowi w ciągu powyższych 30 dni a najdalej w ciągu następnych dni 30, zwrócić Sejmowi z proponowanymi poprawkami.

Jeżeli Sejm zmiany, przez Senat proponowane uchwali zwykłą większością, albo odrzuci większością 11/20 głosujących – Prezydent Rzeczypospolitej zarządzi ogłoszenie ustawy w brzmieniu, ustalonym ponowną uchwałą Sejmu.

Art. 121 K. III RP:

  1. Ustawę uchwaloną przez Sejm Marszałek przekazuje Senatowi.
  2. Senat w ciągu 30 dni od przekazania ustawy może ją przyjąć bez zmian, uchwalić poprawki albo uchwalić odrzucenie jej w całości. Jeżeli Senat w ciągu 30 dni od dnia przekazania ustawy nie podejmie stosownej uchwały, ustawę uznaje się za uchwaloną w brzmieniu przyjętym przez Sejm.
  3. Uchwałę Senatu odrzucającą ustawę albo poprawkę zaproponowaną w uchwale Senatu, uważa się za przyjętą, jeżeli Sejm nie odrzuci jej bezwzględną większością głosów w obecności co najmniej połowy ustawowej liczby posłów.

W Konstytucji marcowej w tym miejscu kończyła się procedura. Prezydent podpisywał ustawę.

Art. 122 K. III RP:

  1. Po zakończeniu postępowania określonego w art. 121 Marszałek Sejmu przedstawia uchwaloną ustawę do podpisu Prezydentowi Rzeczypospolitej.
  2. Prezydent Rzeczypospolitej podpisuje ustawę w ciągu 21 dni od dnia przedstawienia i zarządza ogłoszenie jej w Dzienniku Ustaw Rzeczypospolitej Polskiej.
  3. Przed podpisaniem ustawy Prezydent Rzeczypospolitej może wystąpić do Trybunału Konstytucyjnego z wnioskiem w sprawie zgodności ustawy z Konstytucją. Prezydent nie może odmówić podpisania ustawy, którą Trybunał Konstytucyjny uznał za zgodną z Konstytucją.
  4. Prezydent Rzeczypospolitej odmawia podpisania ustawy, którą Trybunał Konstytucyjny uznał za niezgodną z Konstytucją. Jeżeli jednak niezgodność z Konstytucją dotyczy poszczególnych przepisów, a Trybunał Konstytucyjny nie orzeknie, że są one nierozerwalnie związane z całą ustawą, Prezydent Rzeczypospolitej, po zasięgnięciu opinii Marszałka Sejmu, podpisuje ustawę z pominięciem przepisów uznanych za niezgodne z Konstytucją albo zwraca ustawę Sejmowi w celu usunięcia niezgodności.
  5. Jeżeli prezydent Rzeczypospolitej nie wystąpił z wnioskiem do Trybunału Konstytucyjnego w trybie ust. 3, może z umotywowanym wnioskiem przekazać ustawę Sejmowi do ponownego rozpatrzenia. Po ponownym uchwaleniu ustawy przez Sejm większością 3/5 głosów w obecności co najmniej połowy ustawowej liczby posłów Prezydent Rzeczypospolitej w ciągu 7 dni podpisuje ustawę i zarządza jej ogłoszenie w dzienniku Ustaw Rzeczypospolitej Polskiej.

Obie konstytucje regulują szereg innych spraw, ale ja skupiłem się na relacjach pomiędzy sejmem, senatem, prezydentem i rządem, bo one są najważniejsze, gdy chodzi o ustrój państwa i sposób uprawiania polityki. Nie wszystko jest tak samo. Są różnice, które, w mojej ocenie, działają na korzyść Konstytucji marcowej.

Jedną z nich jest wiek osób mających prawa wyborcze. Obecnie każdy, kto ukończył 18 lat ma czynne prawo wyborcze, a nie – 21 lat. Bierne prawo wyborcze do sejmu to 21 lat, a do senatu – 30 lat. Według Konstytucji marcowej takie prawo do sejmu miała osoba, która ukończyła 30 lat, a do senatu – 40 lat. Chodziło o to, by o sprawach państwowych decydowali ludzie bardziej dojrzali, a więc z dużym doświadczeniem życiowym.

Szczególnie jaskrawy jest tu przykład senatu, który przecież oceniał ustawy, które uchwalał sejm. Senat mógł skierować ustawę do ponownego rozpatrzenia przez sejm, a ten, z kolei, mógł uwzględnić wskazówki senatu lub je odrzucić większością 11/20 i uchwalić ustawę w pierwotnym brzmieniu. Jest to procedura jasna i krótka. Prezydent w takiej sytuacji musiał taką ustawę podpisać. Na tym m.in. polegała siła sejmu przedmajowego, ale też było wiadomo, kto za co odpowiada. I wszystko było jasno i precyzyjnie ujęte, co tak naprawdę powinno być cechą nie tylko konstytucji, ale każdego aktu prawnego.

W przypadku obecnej Konstytucji siła prezydenta jest większa, a sejmu – mniejsza. W artykule 121 ust. 3 czytamy: Uchwałę Senatu odrzucającą ustawę albo poprawkę zaproponowaną w uchwale Senatu, uważa się za przyjętą, jeżeli Sejm nie odrzuci jej bezwzględną większością głosów w obecności co najmniej połowy ustawowej liczby posłów.

A co jeśli odrzuci? Czy taka ustawa zostanie przyjęta w pierwotnej wersji? Tego art. 121 ust. 3 nie precyzuje. Artykuł 122 ust. 1 mówi: Po zakończeniu postępowania określonego w art. 121 Marszałek Sejmu przedstawia uchwaloną ustawę do podpisu Prezydentowi Rzeczypospolitej.

Prezydent może ją podpisać lub może ją skierować do Trybunału Konstytucyjnego w celu zbadania jej zgodności z konstytucją. Prezydent odmawia podpisania ustawy, którą Trybunał uznał za niezgodną z konstytucją. Czyli mamy tu sytuację, która nie występowała w przypadku Konstytucji marcowej. W niej, po odrzuceniu przez sejm poprawek senatu, prezydent ją podpisywał. Teraz prezydent może też, oprócz skierowania ustawy do Trybunału, z umotywowanym wnioskiem przekazać ustawę sejmowi do ponownego rozpatrzenia.

Tak więc obecnie prezydent może, ale nie musi, przekazać ustawę do Trybunału Konstytucyjnego lub może, ale nie musi, ponownie skierować ją do sejmu. Trybunał może orzec, że ustawa jest niezgodna z konstytucją i prezydent nie może jej podpisać lub może orzec, że jest zgodna i wtedy prezydent ją podpisuje. Czyli już nie sejm decyduje o ostatecznym przyjęciu ustawy, tylko prezydent lub Trybunał Konstytucyjny. Mamy tu do czynienia z rozmyciem się odpowiedzialności. Już nie posłowie, jako przedstawiciele narodu, tylko prezydent lub Trybunał Konstytucyjny decyduje o losach ustawy. Z drugiej strony mamy to nieprecyzyjne „może” – może, ale nie musi, zapewne w zależności od układu: czy prezydent jest z tej samej opcji, z której jest rząd czy większość sejmowa.

W tamtych czasach nie było Trybunału Konstytucyjnego, był senat, w skład którego wchodzili ludzie powyżej 40 roku życia, a więc ze sporym już doświadczeniem. Procedura była prosta i czytelna. Teraz mamy dodatkowy organ, zupełnie zbędny, powstały chyba tylko po to, by rozmyć odpowiedzialność albo zablokować poczynania przeciwników politycznych. To prawda, że było to przedmajowe sejmowładztwo. Ale czy to coś złego? W końcu władza zwierzchnia należy do narodu, a jego organami w zakresie ustawodawstwa jest sejm i senat. Po co dodatkowy organ? Art. 95 Konstytucji z 1997 roku stwierdza, że władzę ustawodawczą w Rzeczypospolitej sprawuje Sejm i Senat. Oznacza to, że istnienie Trybunału jest niezgodne z konstytucją. Trybunał niby orzeka o tym, czy coś jest zgodne z konstytucją, czy – nie. Jeśli jednak Trybunał orzeknie, że ustawa jest niezgodna z konstytucją, to prezydent jej nie podpisze. Sejm musi ją poprawić lub uchwalić nową. W ten sposób Trybunał wpływa na treść ustaw. Jest więc również, w sposób pośredni, władzą ustawodawczą, tyle że nie wybraną przez naród. Gdyby w konstytucji zapisano, że władzę ustawodawczą w Rzeczypospolitej sprawuje Sejm, Senat i Trybunał Konstytucyjny, to nie byłoby problemu. Od kontroli sejmu jest senat. On sam nie tworzy prawa, ale jest organem ustawodawczym, bo kontroluje sejm i może wnosić poprawki do ustaw, wpływając tym samym na ich ostateczny kształt. Trybunał Konstytucyjny też nie tworzy ustaw, ale może orzekać o ich niezgodności z konstytucją, co w praktyce oznacza, że sejm musi je poprawiać, tak samo jak po interwencji senatu i tak samo wpływa na ich ostateczny kształt.

Konstytucja marcowa była wzorowana na rozwiązaniach angielskich, francuskich i amerykańskich, ale nie do końca. W tamtych państwach senat (druga izba) miał silniejszą pozycję, bo gdy sprzeciwiał się jakiemuś prawu, to sejm (pierwsza izba) nie miał możliwości przeciwstawienia się temu. W Polsce sejm mógł większością 11/20 postawić na swoim. Czy to było złe rozwiązanie?

Silny sejm nie wziął się z niczego. Wziął się ze złego doświadczenia, wynikłego ze skupienia w jednym ręku całej władzy cywilnej i wojskowej w rękach Piłsudskiego. Gluziński tak to argumentował w przedmowie do tekstu Konstytucji marcowej:

Doświadczenie takie w Polsce w ostatnich paru latach, gdzie Naczelnikiem Państwa i Naczelnym Wodzem jest p. Józef Piłsudski, przemawia przeciw łączeniu władzy cywilnej i wojskowej w jednym ręku. Przypomnę wydanie na Wielkanoc 1919 r., sprzecznej z interesem Polski, odezwy przez Naczelnego Wodza, po zajęciu Wilna, w której mówiło się o utworzeniu Wielkiego Księstwa Litewskiego, a nie połączeniu polskiej ziemi wileńskiej z Polską. Polska długo będzie płacić z powodu niepotrzebnego sojuszu z Petlurą i nieszczęsnej wyprawy kijowskiej zawinionych przez rządy wojskowe.

Na szczęście znalazła się w Sejmie większość dla takiego zapatrywania na sprawę i Prezydent nie będzie mógł w sobie łączyć władzy cywilnej i wojskowej.

Chodziło więc o ograniczenie władzy Piłsudskiego, nie dlatego, że ktoś go nie lubił, tylko dlatego, że jako polityk podejmował decyzje niekorzystne dla państwa. Obecny obóz rządzący gloryfikuje Piłsudskiego, a Kaczyński najwyraźniej wzoruje się na nim, sterując wszystkim nieformalnie. Natomiast żałosnym jest to, że ten rząd, którym on kieruje, potępia Łukaszenkę, który jest dyktatorem. Znaczy, że raz dyktator jest dobry, a raz – jest zły. Innymi słowy realizuje zasadę rządu amerykańskiego: to są skurwysyny, ale to są nasze skurwysyny. Co wcale nie dziwi, bo idzie na ich pasku, tak jak Piłsudski szedł na niemieckim pasku – od początku do końca.

Rzeczywistość jest o wiele bardziej skomplikowana, niż próbują nam wmówić różne „mądre” głowy w telewizji, radiu, prasie, internecie. Jeśli w 1991 roku nie zastosowano progów wyborczych, to chyba nie przypadkowo. Inne kraje tego rejonu wprowadziły je do swoich ordynacji wyborczych. Same progi wyborcze lub ich brak wcale nie muszą przesądzać o kształcie sceny politycznej. Są jeszcze inne sposoby, jak choćby manipulowanie ilością okręgów i ilością mandatów w okręgach. Do tego mogą jeszcze dochodzić wymogi związane z tym, kto może zgłaszać kandydatów i ile trzeba podpisów, by dany kandydat mógł wystartować w wyborach. Demokracja jest pod tym względem niezwykle kreatywna.

Skoro więc w 1991 roku zastosowano pewien wybieg, by skompromitować, no właśnie kogo? – demokrację czy może raczej Polaków, to czy nie zastosowano go w 1922 roku. Nie zapominajmy, że państwo organizowali nam Niemcy, a oni doskonale orientowali się we wszystkich tych niuansach. A ten Horst Niemeyer to niemiecki matematyk – fachowiec od dzielenia mandatów poselskich. Według jego metody dzielono mandaty w Bundestagu w latach 1987-2005. Ale tam takiego cyrku, jak u nas w 1991 roku, to chyba raczej nie było. Jak widać, jak się chce, to można demokrację ośmieszyć lub dodać jej powagi. Czyżby więc po 1989 roku znowu Niemcy organizowali nam państwo?

Zamach majowy

Najważniejszym wydarzeniem II RP był zamach majowy dokonany w dniach 12-15 maja 1926 roku. Po obu stronach konfliktu zginęło łącznie 379 osób (215 żołnierzy i 164 osoby cywilne), a 920 osób zostało rannych. Bezpośrednią przyczyną zamachu była seria kryzysów gabinetowych w latach 1925-1926. Tak to tłumaczy Wikipedia, z której pochodzą wszystkie niżej przedstawione informacje, poza cytatami dokładnie opisanymi.

No dobrze, ale skąd się wzięły te kryzysy gabinetowe? – Stąd, że nie można było utworzyć rządu większościowego. Sejm I kadencji wyłonił się w wyniku wyborów przeprowadzonych 5 listopada 1922 roku. Został rozwiązany 27 listopada 1927 roku. W jego skład wchodziło 14 klubów poselskich. Najwięcej posłów miały Chrześcijański Związek Jedności Narodowej (endecja) – 169, Polskie Stronnictwo Ludowe „Piast” – 70, Blok Mniejszości Narodowych (Izaak Grünbaum – przewodniczący) – 66, Polskie Stronnictwo Ludowe „Wyzwolenie” – 49, Polska Partia Socjalistyczna – 41. Wszystkich posłów było 444. Tak więc z 14 klubów tylko 5 miało więcej niż 5% posłów. Nie było tego 5% progu. Jeśli dodamy do tego, że oba stronnictwa ludowe i PPS często miały inne cele niż endecja, to widać, że utworzenie rządu większościowego było niemożliwe. A kto nam zaserwował taką ordynację i bez progów? – Piłsudski. I ten sam Piłsudski walczy później z tym, co sam wysmażył. Tylko czy to faktycznie on? Raczej był wykonawcą. Jak zwykle w Polsce stanem normalnym jest paranoja – chciałoby się powiedzieć, gdyby nie fakt, że była to paranoja starannie zaplanowana.

Z tą niemożliwością utworzenia rządu większościowego, to trochę przesadziłem. Rządy większościowe, koalicyjne powstawały i upadały. Upadki były wynikiem tego, że któryś z koalicjantów wycofywał się, brakowało większości i rząd upadał. Najdłużej działał drugi rząd Grabskiego: od 19 grudnia 1923 do 14 listopada 1925 roku. W jego skład wchodziły PSL „Piast”, ChNSP (Polskie Stronnictwo Chrześcijańskiej Demokracji), ZLN (Związek Ludowo-Narodowy), PSL „Wyzwolenie”, SPN (Stronnictwo Prawicy Narodowej – partia konserwatywna i ziemiańska, działająca w latach 1907-1937). Ale niekoniecznie musiał być realizowany taki scenariusz. Pierwszy rząd Władysława Sikorskiego z lat 1922-1923 powstał w oparciu o jedną partię – SPN, a mimo to upadł. Stało się tak podczas głosowania w sejmie w sprawie prowizorium budżetowego. Wielość partii i ich zróżnicowanie programowe powodowało, że pole do manipulacji, dla faktycznie rządzących, stawało się wręcz nieograniczone. Od początku zostało to tak zaprojektowane, by skompromitować polską demokrację, a tym samym Polaków i ich państwo. Tu nie było miejsca na przypadek. Ale jak to wszystko ogarnąć, zrozumieć?

Żeby to wszystko zrozumieć lub przynajmniej próbować zrozumieć, to trzeba zacząć od początku. A tym początkiem był Akt 5 listopada 1916 roku – obietnica powstania Królestwa Polskiego. 14 stycznia 1917 roku powstaje Tymczasowa Rada Stanu, powołana przez niemieckie i austro-węgierskie władze okupacyjne. Po kryzysie przysięgowym w dniu 25 lipca 1917 roku TRS wybrała Radę Regencyjną, która 11 listopada 1918 roku przekazała Piłsudskiemu władzę nad wojskiem, a 14 listopada całość władzy zwierzchniej, po czym rozwiązała się. Tak więc, czy to się komu podoba, czy – nie, to państwo polskie zaczynają tworzyć niemieckie i austriackie władze okupacyjne. Mitem jest więc, że Polacy sami sobie wywalczyli niepodległość. I nie zrobił też tego Piłsudski ze swoimi legionami.

5 listopada 1916 roku w wyniku konferencji w Pszczynie władze niemieckie i austro-węgierskie wydały proklamację z podpisami swych generalnych gubernatorów von Beselera i Kuka, zawierającą obietnicę powstania Królestwa Polskiego, pozostającego w niesprecyzowanej „łączności z obu sprzymierzonymi mocarstwami”. W akcie tym nie określono granic przyszłej monarchii, a jej status wyrażało słowo „samodzielne”, zamiast – „niepodległe”. Dokument zawierał też sformułowania dotyczące polskiej armii.

Po bitwie pod Kościuchnówką, w której I Brygada Legionów Polskich, walcząca po stronie Austro-Węgier, zapobiegła przerwaniu frontu przez wojska rosyjskie, generał Erich Ludendorff, generalny kwatermistrz Armii Cesarstwa Niemieckiego, napisał list do władz w Berlinie, postulując utworzenie zależnego od Niemiec państwa polskiego i zbudowanie polskiej armii. Jego zdaniem mogło to dać Niemcom zwycięstwo na froncie wschodnim.

Akt 5 listopada wywołał protesty państw Ententy. 15 listopada rząd rosyjski zaprotestował przeciw rozporządzaniu Królestwem Polski przez okupantów oraz ponowił uroczyście przyrzeczenie stworzenia Polski złożonej z wszystkich ziem polskich, która po zakończeniu wojny będzie miała prawo z całą swobodą samodzielnie urządzić swoje życie narodowe, kulturalne i gospodarcze pod berłem panujących rosyjskich na zasadzie jedności państwowej. Oświadczenie to poparły Wielka Brytania, Francja i Włochy.

Po rewolucji lutowej w 1917 roku i obaleniu caratu, rząd tymczasowy księcia Lwowa 17/30 marca 1917 roku zadeklarował: Naród rosyjski, który zrzucił jarzmo, przyznaje także polskiemu bratniemu narodowi pełne prawo stanowienia o swoim losie według własnej woli. Rząd Tymczasowy dopomoże do utworzenia niezawisłego państwa polskiego ze wszystkich terytoriów, w których Polacy tworzą większość, jako rękojmię trwałego pokoju w przyszłej, nowo zorganizowanej Europie.

Tymczasowa Rada Stanu, ustanowiona przez niemieckie i austro-węgierskie władze okupacyjne w Królestwie Polskim, powstała w styczniu 1917 roku. Została ona utworzona na podstawie rozporządzeń generalnych gubernatorów warszawskiego i lubelskiego z 6 grudnia 1916 roku. Inauguracja TRS odbyła się 14 stycznia 1917 roku na Zamku Królewskim w Warszawie, gdzie generalni gubernatorowie warszawski i lubelski wręczyli członkom dekrety nominacyjne. Na drugim posiedzeniu Rady, w dniu 17 stycznia, wybrano wydział wykonawczy, w skład którego wchodziło 9 osób, w tym Józef Piłsudski (Referat Wojny).

Tymczasowa Rada Stanu uchwaliła 3 lipca 1917 roku projekt tymczasowej organizacji polskich naczelnych władz państwowych, w którym zarezerwowała dla siebie uprawnienie do powołania regenta. W dniu 25 lipca, po kryzysie przysięgowym, TRS wybrała Radę Regencyjną w osobach Aleksandra Kakowskiego, Zdzisława Lubomirskiego i Wacława Niemojowskiego, a następnie złożyła na jej ręce swój mandat. W tym składzie Rada nie uzyskała akceptacji państw okupacyjnych. Ostatecznie w skald Rady Regencyjnej weszli Aleksander Kakowski, Zdzisław Lubomirski i Józef Ostrowski. 3 stycznia 1918 roku Rada wydała dekret o tymczasowej organizacji Władz Naczelnych w Królestwie Polskim.

Tak więc o składzie Rady Regencyjnej decydowali Niemcy, co jest o tyle istotne, że ta Rada przekaże 14 listopada władzę Piłsudskiemu. Istotny był też ten kryzys przysięgowy. Był on związany z odmową złożenia przysięgi na wierność Królestwu Polskiemu i dotrzymanie braterstwa broni wojskom Niemiec i Austro-Węgier do końca wojny przez żołnierzy Legionów Polskich (głównie I i III Brygady). Miał on miejsce 9 i 11 lipca 1917 roku. Piłsudski, mający największe wpływy w Legionach, zalecił legionistom, by nie składali przysięgi. Większość żołnierzy I i III Brygady demonstracyjnie uchyliła się od niej 9 lipca 1917 roku. Przysięgę złożyła tylko większość żołnierzy II Brygady, od samego początku słabo związanych z Piłsudskim (jej dowódcą był Józef Haller). Żołnierze ci zasilili „Polnische Wehrmacht”, nazwany tymczasem Polskim Korpusem Posiłkowym pod niemieckim dowództwem i rekrutowanym z poboru.

Legioniści, którzy odmówili złożenia przysięgi zostali internowani w dwóch obozach: żołnierze w obozie w Szczypiornie (tam grali w piłkę ręczną i stąd jej nazwa „szczypiorniak”), zaś oficerowie w Beniaminowie. W nocy z 21 na 22 lipca 1917 roku Józef Piłsudski i Kazimierz Sosnkowski zostali aresztowani. Po krótkim pobycie w kilku więzieniach Piłsudskiego przewieziono do Magdeburga, gdzie przebywał w ścisłej izolacji w twierdzy wojskowej. Dopiero w sierpniu 1918 roku umieszczono wraz z nim Sosnkowskiego.

Rozmowa Piłsudskiego z von Beselerem, niemieckim generał-gubernatorem Warszawy, przebiegała w następujący sposób:

– Czy sądzi Pan, Ekscelencjo – powiedział Piłsudski – że Naród da się oszukać frazesem lub obietnicą? Czy myśli Pan, że jeżeli nalepicie orła polskiego na każdy palec u ręki, która nas dławi, to przez to Polacy zaczną uważać morderczy ucisk tej ręki za wyraz miłości i przyjaźni?…

Von Beseler zrywa się, staje przed brygadierem czerwony z uniesienia.

– Herr von Piłsudski! – krzyczy – krótko i węzłowato. W tym wielkim historycznym momencie Polsce potrzeba wielkich ludzi. Pan jest jedynym, jakiego znam, jakiego odkryłem. Niech Pan pójdzie z nami. Damy Panu wszystko: siłę, sławę i pieniądze. Pan zaś odda olbrzymią przysługę ojczyźnie.

Piłsudski słucha, bębniąc palcami po stole.

– Pan mnie nie rozumie, Ekscelencjo – odpowiada spokojnie. – Pan nie chce mnie zrozumieć. Gdybym przyjął Pańską propozycję, wy, Niemcy, zyskalibyście jednego człowieka, ja zaś straciłbym cały Naród.

Dialog ten toczył się w obecności Bolesława Wieniawy-Długoszowskiego, który był wówczas adiutantem Piłsudskiego. Cytował go Norman Davies w swojej książce Boże igrzysko. „Ja zaś straciłbym cały Naród.” – Powiedział to tak, jakby to on był właścicielem tego Narodu. Trzy lata wcześniej, w sierpniu 1914 roku, w czasie wypadu ze swoją I-wszą Kadrową do Królestwa, przekonał się, że Naród nie chce mieć z nim nic wspólnego. Rozmowa odbyła się przy świadku, chyba tylko po to, by go uwiarygodnić.

Według mnie problem z przysięgą został wymyślony. Miał tylko utwierdzić ówczesną opinię publiczną w tym, że Piłsudski jest wielkim patriotą i bezkompromisowo dąży do pełnej niepodległości. Przez ponad rok siedział on w pełnej izolacji. Któż to wie, co tam się wtedy działo? Kto tam przychodził i jakie snuto plany. I tak siedząc w tym więzieniu 24 października 1918 roku został powołany na Ministra Spraw Wojskowych.

7 października 1918 roku Rada Regencyjna proklamowała niepodległość Polski, powołując się na 14 punktów Wilsona, zaakceptowanych kilka dni wcześniej przez państwa centralne, jako podstawa rokowań pokojowych. 12 października RR powołała gen. Tadeusza Rozwadowskiego na szefa Sztabu Generalnego Wojska Polskiego.

W piśmie skierowanym do Kancelarii Rzeszy, opublikowanym w Monitorze Polskim Nr 184 z 24 października 1918 roku Prezydent ministrów (premier) Józef Świeżyński podał, że brygadier Józef Piłsudski został powołany na stanowisko Ministra Spraw Wojskowych. Rząd Józefa Świeżyńskiego to ostatni rząd Królestwa Polskiego, powołany 23 października 1918 roku przez Radę Regencyjną. W dniu 4 listopada Rada Regencyjna odwołała rząd Świeżyńskiego w związku z próbą zamachu stanu z dnia 3 listopada, zorganizowaną przez Ministra Spraw Wewnętrznych Zygmunta Chrzanowskiego.

Premier rządu powołuje na stanowisko Ministra Spraw Wojskowych człowieka, który siedzi w więzieniu. W międzyczasie jeden z ministrów „próbuje” dokonać zamachu stanu, co skutkuje odwołaniem rządu i tym sposobem zwalnia się miejsce dla Piłsudskiego.

11 listopada Rada Regencyjna przekazała zwierzchnią władzę wojskową oraz naczelne dowództwo nad wojskiem polskim Józefowi Piłsudskiemu. Następnego dnia powierzyła mu misję utworzenia rządu, ale wobec protestów opinii publicznej zrezygnowała z tego zamiaru (ciekawe, że czasem protesty opinii publicznej są uwzględnianie, ale częściej – nie). 14 listopada RR rozwiązała się, przekazując całość władzy zwierzchniej Naczelnemu Wodzowi Wojsk Polskich Józefowi Piłsudskiemu, który na tej podstawie piastował ją do 29 listopada 1918 roku, kiedy to został ogłoszony w Dzienniku Praw Państwa Polskiego Nr 17 dekret o najwyższej władzy reprezentacyjnej Republiki Polskiej. Tą władzą był Naczelnik Państwa – urząd głowy państwa w Rzeczypospolitej Polskiej w latach 1918-1922; w okresie istnienia urzędu naczelnikiem państwa był marszałek Józef Piłsudski.

W okresie od 22/29 listopada 1918 roku do 20 lutego 1919 roku jako Tymczasowy Naczelnik Państwa, a od zatwierdzenia go na urzędzie przez Sejm Ustawodawczy 20 lutego 1919 roku do 11 grudnia 1922 roku jako Naczelnik Państwa. Było to świadome nawiązanie do nazwy dyktatury Tadeusza Kościuszki w okresie insurekcji kościuszkowskiej. Kościuszko był masonem, a Piłsudski? Czyli te same siły, które kierowały Kościuszką, kierowały też Piłsudskim.

Urząd Tymczasowego Naczelnika Państwa został powołany na mocy dekretu Józefa Piłsudskiego z 22 listopada 1918 roku o najwyższej władzy reprezentacyjnej Republiki Polskiej, który ustalał ustrój republikański odrodzonej Polski, organizację i kompetencje tymczasowych organów władzy państwowej do momentu ukonstytuowania się wybranego w demokratycznych wyborach Sejmu Ustawodawczego, do którego równocześnie Piłsudski rozpisał wybory w oparciu o ordynację proporcjonalną. W oparciu o tę ordynację został również wybrany Sejm I kadencji, który był źródłem kryzysów gabinetowych, które tak bardzo przeszkadzały Piłsudskiemu. Sam stworzył problem i sam z nim „walczył”.

Naczelnik Państwa miał w państwie najwyższą władzę cywilną i wojskową. Był Naczelnym Dowódcą Wojsk Polskich. Powoływał odpowiedzialnych przed sobą Prezydenta ministrów (premiera) oraz ministrów. Projekty ustawodawcze przedstawiane przez rząd wymagały podpisów właściwego ministra, Prezydenta ministrów i Naczelnika. Miały utrzymywać swą moc obowiązującą pod warunkiem przedstawienia ich do zatwierdzenia na pierwszym posiedzeniu Sejmu Ustawodawczego.

Józef Piłsudski, zgodnie z treścią dekretu, złożył 20 lutego 1919 roku władzę na ręce Sejmu Ustawodawczego, ten powierzył mu nadal funkcję Naczelnika Państwa, określając i ograniczając jego kompetencje w Małej Konstytucji. Naczelnik Państwa był Naczelnym Wodzem, powoływał rząd za zgodą Sejmu i sprawował najwyższą władzę wykonawczą. Wchodził z urzędu w skład Rady Obrony Państwa, powołanej przez Sejm w lipcu 1920 roku i był jej przewodniczącym w okresie zagrożenia państwowości przez wojnę polsko-bolszewicką.

Ustawa przechodnia z 18 maja 1921 roku do Ustawy Konstytucyjnej z 17 marca 1921 w sprawie tymczasowej organizacji władzy zwierzchniej Rzeczypospolitej w art. 2 powierzała Naczelnikowi Państwa dalsze pełnienie praw i obowiązków określonych w Malej Konstytucji do chwili objęcia urzędu przez Prezydenta Rzeczypospolitej, wybranego na podstawie nowej konstytucji.

11 grudnia 1922 roku na urząd Prezydenta Rzeczypospolitej zaprzysiężony został Gabriel Narutowicz. Józef Piłsudski złożył urząd Naczelnika Państwa na ręce prezydenta RP Gabriela Narutowicza 16 grudnia 1922 roku. Prezydent został wybrany przez Zgromadzenie Narodowe, czyli Sejm i Senat. Musiał być wybrany, zgodnie z konstytucją, bezwzględną większością głosów. O wyborze Narutowicza zadecydowały głosy lewicy, mniejszości narodowych i PSL „Piast”. Wygrał on dopiero w piątej turze, bo było pięciu kandydatów, którzy stopniowo odpadali. Zdobył 56,01% głosów, a Maurycy Zamoyski 43,99%. Gdyby przyjęto zasadę, że wygrywa ten, który zdobył najwięcej głosów, to Zamoyski wygrałby w pierwszej turze. Zdobył 41,04% głosów. Daszyński – 9,06%, Jan Baudouin de Courtenay – 19,04%, Gabriel Narutowicz – 11,46%, Stanisław Wojciechowski – 19,41%. A gdyby przyjęto zasadę, że do drugiej tury przechodzą dwaj kandydaci z największą ilością głosów, to przeszliby Zamoyski i Wojciechowski. Do drugiej tury przeszli wszyscy kandydaci. W drugiej turze odpadł Daszyński, w trzeciej – Jan Baudouin de Courtenay, w czwartej – Wojciechowski. W pierwszych czterech turach najwięcej głosów miał Zamoyski tj. 41-42%. Tak więc system wyboru prezydenta został tak zaprojektowany, by wygrał każdy kandydat, tylko nie endecki. Tu link: https://pl.wikipedia.org/wiki/Wybory_prezydenckie_w_Polsce_w_1922_roku_(9_grudnia)

Trudno więc dziwić się frustracji, która ogarnęła pewne środowiska. Inna sprawa czy była ona autentyczna, czy pozorowana. Ważne jest to, że sprawiała wrażenie autentycznej, bo po takich wyborach każdy zdrowo myślący człowiek mógł się, mówiąc delikatnie, zdenerwować, żeby nie użyć bardziej niecenzuralnych słów. Zabójstwo Narutowicza dało Piłsudskiemu pretekst do wycofania się z życia politycznego. W maju 1923 roku, po ostrym starciu z gen. Szeptyckim, zrzekł się przewodnictwa Ścisłej Rady Wojennej. Oświadczył, że jako żołnierz nie może bronić rządu złożonego z przedstawicieli partii odpowiedzialnych za śmierć Narutowicza.

Sejm Ustawodawczy działał w latach 1919-1922. Został wyłoniony w wyniku wyborów powszechnych w styczniu 1919 roku na podstawie dekretu Naczelnika Państwa. Do ważniejszych ustaw uchwalonych przez ten sejm należą Mała Konstytucja, Konstytucja marcowa z 17 marca 1921 roku oraz Statut Organiczny Województwa Śląskiego i szeroki pakiet ustaw socjalnych. Sejm Ustawodawczy funkcjonował do momentu ukonstytuowania się wybranego na mocy konstytucji Sejmu i Senatu, co nastąpiło 1 grudnia 1922 roku. Był to Sejm I kadencji.

Rada Regencyjna powstała po kryzysie przysięgowym w lipcu 1917 roku i działała do momentu przekazania władzy Piłsudskiemu w dniu 14 listopada 1918 roku. W tym czasie Rada wraz z podległą jej administracją tworzyła podstawy państwa:

  • ogłosiła niepodległość Polski (Królestwa Polskiego) – 7 października 1918 roku
  • opracowała i wydała szereg aktów prawnych, które stanowiły następnie część porządku prawnego II RP
  • rozpoczęła ogłaszanie powyższych aktów w Dzienniku Ustaw (Dziennik Królestwa Polskiego) oraz Monitorze Polskim, wydawanych nieprzerwanie do czasów współczesnych
  • rozbudowała administrację państwową
  • utworzyła zalążek służby zagranicznej poprzez ustanowienie przedstawicielstw w państwach centralnych, krajach neutralnych oraz na terenie Rosji
  • stworzyła prawne i organizacyjne podwaliny dla zorganizowania Wojska Polskiego (utworzenie urzędu Szefa Sztabu WP oraz uchwalenie tymczasowej ustawy o powszechnym obowiązku służby wojskowej)
  • utrzymywała i rozwijała polskie szkolnictwo i sądownictwo odziedziczone po Tymczasowej Radzie Stanu
  • wprowadziła polskie symbole narodowe – godło i flagę
  • stworzyła podwaliny statystyki polskiej i 13 lipca 1918 roku wydała decyzję o utworzeniu i organizacji GUS

Można więc bez wielkiej przesady powiedzieć, że Piłsudski dostał już prawie gotowe państwo. I to państwo stworzyli Niemcy. Członkami Tymczasowej Rady Stanu byli ludzie przez nich wybrani. Również skład Rady Regencyjnej wymagał zgody władz okupacyjnych. Trzeba też pamiętać, że przez cały ten czas wojska niemieckie stały daleko na wschodzie. Dopiero po wybuchu rewolucji bolszewickiej w Berlinie 9 listopada 1918 roku sytuacja zmienia się; front się rwie, żołnierze dezerterują. W to miejsce wchodzą wojska polskie, które, czy to się komuś podoba czy – nie, zostały utworzone przez Austriaków, a później kontynuowali to Niemcy.

Nie ma się co oszukiwać! Bez zgody Niemców nie powstałoby to państwo. Bo kto by je stworzył? Przekazywali oni stopniowo urzędy i instytucje Polakom, ale to oni decydowali, jacy Polacy przejmą kierowanie nowym krajem. I to oni zdecydowali, że tym wszystkim będzie zarządzał Piłsudski. Prezydent ministrów Józef Świeżyński wysyła 24 października 1918 roku pismo do Kancelarii Rzeszy, w którym informuje, że brygadier Piłsudski został powołany na stanowisko Ministra Spraw Wojskowych. Skąd on wiedział, że Niemcy go wypuszczą? Chyba od nich samych i może to oni kazali mu taki list wysłać. A jego minister próbuje dokonać zamachu stanu. Zamach stanu? – w sytuacji, gdy za wszystkie sznurki pociągają Niemcy! A oni wypuszczają Piłsudskiego po wybuchu rewolucji w Berlinie; całkiem dobry pretekst, niemieckie państwo jest już tak „słabe”, że dalej nie chce go więzić. Może słabe, ale ciągłość pozostaje. I jeszcze ta próba zamachu – lepszej okazji do odwołania rządu nie można było sobie wyobrazić.

Niektórzy uważają, że II RP była niepodległa tylko do zamachu majowego w 1926 roku. I zapewne jest w tym dużo racji. Znalazły się w sejmie siły, które starały się ograniczyć władzę Piłsudskiego, a ograniczenie jego władzy, to ograniczenie władzy Niemiec. Temu celowi służyła Mała Konstytucja i Konstytucja z 17 marca 1921 roku. Piłsudski nie miał zaplecza politycznego, nie miał partii, z którą mógłby zdobyć władzę. Miał tylko wiernych mu legionistów, a z nimi to mógł tylko zrobić przewrót.

Piłsudski krytykował konstytucję marcową, ograniczającą uprawnienia władzy wykonawczej i prezydenta na rzecz parlamentu – z tego powodu nie zgodził się na objęcie funkcji prezydenta RP. Andrzej Garlicki pisał: Zdawał sobie bowiem Piłsudski sprawę, że nie istnieją praktycznie żadne szanse na stworzenie stronnictwa czy obozu politycznego i wygranie tą drogą wyborów parlamentarnych. Konsekwencją nowej sytuacji było odwołanie się do tradycji legionowej: próba stworzenia szerszego zaplecza politycznego w oparciu o środowiska kombatanckie.

Pierwszy zjazd legionistów odbył się 5 sierpnia 1922 roku w Krakowie. Na kolejnych spotkaniach weteranów legionowych konsekwentnie budowano kult Piłsudskiego i podkreślano konieczność podjęcia działań, mających doprowadzić grupę legionową do władzy. Wiedział o tym m.in. minister spraw wojskowych gen. Stanisław Szeptycki, który wydał rozkaz zakazujący oficerom i urzędnikom wojskowym uczestnictwa w działalności politycznej. Wycofał się z niego pod naciskiem piłsudczyków, zezwalając na uczestnictwo w zjeździe legionowym w 1923 roku z zastrzeżeniem, że w przyszłości podobne zezwolenia nie będą wydawane.

28 maja 1923 roku prezydent Stanisław Wojciechowski powierzył misję utworzenia nowego gabinetu Wincentemu Witosowi. W skład rządu weszli przedstawiciele endecji, chadecji i „Piasta”. Po ostrym starciu z gen. Szeptyckim Piłsudski zrzekł się przewodnictwa Ścisłej Rady Wojennej. Oświadczył, że jako żołnierz nie może bronić rządu złożonego z przedstawicieli partii odpowiadających za śmierć Narutowicza. Zapowiedział także wycofanie się z życia politycznego. 3 lipca 1923 roku Piłsudski, podczas przyjęcia pożegnalnego w Sali Malinowej warszawskiego Hotelu Bristol, wygłosił przemówienie, w którym określił endecję mianem „zaplutego, potwornego karła”.

Gdy czytam, że jako żołnierz nie może bronić rządu złożonego z przedstawicieli partii odpowiadających za śmierć Narutowicza, to się zastanawiam, czy ten człowiek był normalny? Odpowiedzialność zbiorowa? Jak można podawać tak idiotyczny powód, tylko dlatego, że Niewiadomski miał poglądy zbliżone do endecji? A z czyjej inspiracji on działał? Kim on był? Był malarzem. 1 marca 1918 roku mianowany kierownikiem wydziału malarstwa i rzeźby w Ministerstwie Kultury i Sztuki w rządzie Rady Regencyjnej. Z polecenia gen. Kazimierza Sosnkowskiego został przyjęty do pracy kontrwywiadowczej w Oddziale II Sztabu Generalnego Wojska Polskiego. Walczył w wojnie 1920 roku jako szeregowiec. W 1921 roku zdemobilizowany wrócił na dawne stanowisko w Ministerstwie Kultury i Sztuki.

W czasie procesu przyznał się, że przed wyborem Narutowicza na prezydenta nosił się z zamiarem wykonania zamachu na Józefa Piłsudskiego, uznając go za głównego winnego demokratycznego i lewicowego rozkładu, który trawił jego zdaniem Polskę. Niewiadomski zrezygnował z tego celu po przeczytaniu w prasie deklaracji Piłsudskiego, że nie zamierza ubiegać się o urząd Prezydenta RP. Do pomysłu zamachu powrócił po wyborze na to stanowisko Gabriela Narutowicza (9 grudnia 1922). Niewiadomski został rozstrzelany przez pluton egzekucyjny 31 stycznia 1923 roku. Jego ostatnie słowa brzmiały: Ginę za Polskę, którą gubi Piłsudski.

Jak to czytam, to zastanawiam się, czy to był w pełni poczytalny człowiek? Niewiadomski planował zabić Piłsudskiego, ale zrezygnował, gdy przeczytał w gazecie jego deklarację, że nie zamierza on ubiegać się o urząd Prezydenta RP. Do dokonania zabójstwa powrócił po wyborze na to stanowisko Narutowicza. To o co mu chodziło? Chciał zabić Piłsudskiego, ale jak wybrano na prezydenta Narutowicza, to jego zabił. A później, przed plutonem egzekucyjnym, wykrzykuje, że ginie za Polskę, którą gubi Piłsudski. To po co zabił Narutowicza? Albo psychopata, albo wykonywał zadanie zlecone, albo jedno i drugie. Z polecenia Kazimierza Sosnkowskiego zostaje przyjęty w 1920 roku do pracy kontrwywiadowczej w Oddziale II Sztabu Generalnego Wojska Polskiego. Sosnkowski to jeden z najbliższych w tamtych czasach, jeśli nie najbliższy, współpracownik Piłsudskiego. Od sierpnia 1918 roku razem z nim w więzieniu w Magdeburgu.

Czy Niewiadomski mógł być przyjęty w 1920 roku do pracy kontrwywiadowczej bez zgody i wiedzy Piłsudskiego? Raczej wątpliwe. Czyli Piłsudski zgadza się przyjąć człowieka o poglądach endeckich. Dziwne to wszystko. Nie można wykluczyć wersji, że Niewiadomski został wynajęty lub zmuszony jakimś szantażem do zabicia Narutowicza. Dla Piłsudskiego doskonały pretekst do wycofania się z życia politycznego i zrzucenia winy na endecję. Kreował się on na wielkiego patriotę. Najpierw nie chciał złożyć przysięgi, taki był bezkompromisowy: tylko niepodległa Polska. A później nie chciał bronić tych, którzy zabili Narutowicza.

We wspomnianym wyżej spotkaniu pożegnalnym w Sali Malinowej Hotelu Bristol mówił:

Prezydent nasz zamordowany został po burdach ulicznych, obniżających wartości pracy reprezentacyjnej, przez tych samych ludzi, którzy ongiś w stosunku do pierwszego reprezentanta, wolnym aktem wybranego, tyle brudu, tyle potworności, niskiej nienawiści wykazali. Teraz spełnili zbrodnię. Mord karany przez prawo. Moi panowie, jestem żołnierzem. Żołnierz powołany bywa do ciężkich obowiązków, nieraz sprzecznych ze swoim sumieniem, ze swoją myślą, z drogimi uczuciami. Gdym sobie pomyślał na chwilę, że ja tych panów, jako żołnierz, bronić będę – zawahałem się w swoim sumieniu. A gdym się raz zawahał, zdecydowałem, że żołnierzem być nie mogę. Poddałem się do dymisji z wojska. To są moi panowie, przyczyny i motywy, dla których służbę państwową opuszczam.

Taka ocena przeciwnika politycznego oznaczała zmianę dotychczasowej formuły działalności politycznej Piłsudskiego, zakładającej dystansowanie się marszałka od rozgrywek politycznych. W tym przypadku występował on jednak jako ten, który podejmie „walkę z wynaturzeniami życia politycznego, których symbolem jest endecja. Walkę o czystość moralną, o etykę życia politycznego. […] Ta płaszczyzna, nazwijmy ją etyczna, była dogodna z wielu względów. Przede wszystkim uwalniała od konieczności prezentowania własnego programu politycznego. Ani w skomplikowanych kwestiach gospodarczych, ani w zaognionych problemach polityki wobec mniejszości narodowych, ani w polityce zagranicznej nie musiał Piłsudski formować propozycji rozwiązań. Było to o tyle ważne, że propozycji tych nie miał i on sam, i jego sztab polityczny.” – Andrzej Garlicki.

Wikipedia cytuje Garlickiego, a ja – Wikipedię, ale ani Garlicki, ani Wikipedia nie zadaje sobie pytania: dlaczego Piłsudski nie miał własnego programu politycznego? Dmowski miał program polityczny. Może zły, może dobry, ale miał. Także Witos miał taki program, inni politycy – też. Czy Piłsudski był od nich głupszy? Chyba nie! Najprostszym wyjaśnieniem jest to, że ktoś inny napisał mu program albo to, że rewolucjonista ma tylko jeden program – destrukcja. Piłsudski nie przestał nim być, wbrew deklaracji, że wysiadł z czerwonego tramwaju na przystanku niepodległość. On tym zamachem zabrał Polakom niepodległość, a właściwie to próbę jej zdobycia poprzez ograniczenie jego władzy. Władza Piłsudskiego to była władza okupanta.

Kwestią sporną pozostaje odpowiedź na pytanie, czy Piłsudski planował przeprowadzenie zamachu na długo wcześniej przed majem 1926. Władysław Pobóg-Malinowski pisał, że marszałek „na kilka tygodni przed upadkiem rządu Grabskiego (listopad 1925) wezwał do Sulejówka prof. Bartla, uprzedzając, że jego właśnie przewiduje na premiera, i polecając mu wyzyskać tych kilka miesięcy na przygotowanie się do oczekującej go roli”. Andrzej Garlicki podaje, że od połowy 1924 roku w otoczeniu marszałka krystalizowała się grupa oddanych mu osób, tworzących ośrodek organizacyjny przyszłego przewrotu. Była to tzw. „Koc-grupa”, w skład której wchodzili: Adam Koc, Bogusław Miedziński, Kazimierz Świtalski, Józef Beck, Ignacy Matuszewski, Kazimierz Stamirowski oraz Henryk Floyar-Reichman. Pomimo tego, tak Andrzej Garlicki jak i Tomasz Nałęcz twierdzą, że trudno mówić o zorganizowanych przygotowaniach do przeprowadzenia zamachu majowego.

Wikipedia nie wyjaśnia, dlaczego Garlicki i Nałęcz uważają, że trudno mówić o zorganizowanych przygotowaniach. Krystalizowała się grupa oddanych Piłsudskiemu osób, tworzących ośrodek przyszłego przewrotu – no to jeśli to nie jest przygotowanie do przewrotu, to co to jest?

Piłsudski opierał się na swoich dawnych towarzyszach legionowych. Nałęcz twierdzi, że było to „zjawisko z pogranicza konspiracji, zbliżone do poufnego działania o charakterze mafijnym. Narodzone w latach walk legionowych, kontynuowane w okresie 1918-1923, nie przestało egzystować w czasie usunięcia się w cień przez przywódcę grupy. Powodowało, że ludzie niezwiązani już organizacyjnie z Piłsudskim, pozostawali nadal bezgranicznie mu oddani. Nie było to bez znaczenia, ponieważ znajdowali się oni prawie we wszystkich ważniejszych dziedzinach życia: we wpływowych instytucjach w wojsku, w administracji państwowej i sądownictwie, prasie, partiach politycznych itd.”

Jeśli ludzie Piłsudskiego byli wszędzie, m.in. w partiach politycznych, to mieli wpływ na politykę tych partii. A więc ich rozwydrzenie mogło być wynikiem obecności w nich jego ludzi. Czy państwo, którego kluczowe organy i instytucje były obsadzone ludźmi marszałka, można uznać za niepodległe, skoro on sam był zależny od kogoś innego? To państwo w latach 1922-1926 starało się dopiero być niezależnym.

Wśród zwolenników zamachu stanu było wielu wolnomularzy. Wielka Loża Narodowa Polski czynnie włączyła się w przygotowania do zamachu, urabiając opinię publiczną, propagując pogląd, że „dla Państwa Polskiego konieczne jest, aby marszałek Piłsudski został przywrócony do roli czynnej i twórczej”. Andrzej Strug, jako wielki mistrz lub szef obrządku szkockiego wyższych stopni, odbył kilka rozmów z Józefem Piłsudskim. W toku przygotowań do zamachu stanu doszło do założenia dziennika „Nowy Kurier Polski”.

27 listopada 1925, po utworzeniu rządu Skrzyńskiego (upadł 5 maja 1926), tekę ministra spraw wojskowych otrzymał piłsudczyk gen. Lucjan Żeligowski. 16 grudnia ze stanowiska szefa Sztabu Generalnego zwolniony został, popierany przez endecję, gen. dyw. Stanisław Haller. Czasowe pełnienie obowiązków szefa SG powierzone zostało gen. bryg. Edmundowi Kesslerowi. Żeligowski przywrócił generała Orlicz-Dreszera na stanowisko na stanowisko dowódcy 2 Dywizji Kawalerii w Warszawie. Inne zmiany personalne to mianowanie gen. bryg. Stanisława Burhardt-Bukackiego szefem Oddziału III SG, gen. dyw. Daniela Konarzewskiego szefem Administracji Armii i Mieczysława Norwid-Neugebauera pierwszym zastępcą szefa Administracji Armii. Wszyscy oni byli piłsudczykami.

18 kwietnia 1926 roku Żeligowski wydał rozkaz o zgrupowaniu 10 maja oddziałów w okolicy Rembertowa w celu przeprowadzenia gier wojennych. 8 maja przesłał do Piłsudskiego pismo o treści: „Proszę Pana Marszałka o objęcie dowództwa nad oddziałami skoncentrowanymi w Rembertowie i przeprowadzenie z nimi ćwiczeń międzygarnizonowych.” O tym piśmie gen. Żeligowski nie powiadomił nowego ministra Juliana Malczewskiego.

10 maja 1926 roku Prezydent RP Stanisław Wojciechowski mianował Malczewskiego ministrem spraw wojskowych w rządzie Wincentego Witosa. Jedną z jego pierwszych decyzji był rozkaz nakazujący jednostkom wiernym Piłsudskiemu powrót z manewrów w Rembertowie do garnizonów, ponieważ podejrzewał, że oddziały te zamierzały przeprowadzić przewrót polityczny podczas nieobecności prezydenta Wojciechowskiego w Warszawie. Wojskowi jednak tego rozkazu nie wykonali. Dodatkowo w nocy z 11 na 12 maja zaczęły przemieszczać się w kierunku Warszawy inne pułki. Generał nie mógł przeciwdziałać, ponieważ oddziały, którymi wcześniej dowodził, zostały zawczasu wycofane daleko poza miasto na wniosek poprzedniego ministra spraw wojskowych gen. Lucjana Żeligowskiego.

Generał Malczewski rozkazał wprawdzie obsadzić warszawskie mosty, ale mający wykonać ten rozkaz oficerowie sztabu dowódcy okręgu gen. Kazimierza Dzierżanowskiego byli zaangażowani w spisek. W związku z tym żołnierzom wiernej rządowi Oficerskiej Szkoły Piechoty pod dowództwem mjr. Mariana Porwita udało się jedynie obsadzić 12 maja po południu most Poniatowskiego. Był on przedtem zajęty przez 2 dywizjon 1 pułku szwoleżerów, który wchodził w skład wojsk zamachowców.

Około godziny 17 na moście Poniatowskiego doszło do spotkania Piłsudskiego z prezydentem Wojciechowskim. Mjr Marian Porwit, po przybyciu na most, złożył meldunek prezydentowi, a następnie zameldował się marszałkowi i był świadkiem rozmowy obu polityków. Marszałek chciał ustąpienia gabinetu Witosa, prezydent zażądał natomiast kapitulacji przeciwnika. Według Wojciechowskiego dialog przebiegał w następujący sposób:

Powitałem go (Piłsudskiego) słowami: stoję na straży honoru wojska polskiego – co widocznie wzburzyło go, gdyż uchwycił mnie za rękaw i zduszonym głosem powiedział – No, no! Tylko nie w ten sposób. – Strąciłem jego rękę i nie dopuszczając do dyskusji: Reprezentuję tutaj Polskę, żądam dochodzenia swych pretensji na drodze legalnej, kategorycznej odpowiedzi na odezwę rządu. – Dla mnie droga legalna zamknięta – wyminął mnie i skierował się do stojącego o kilka kroków za mną szeregu żołnierzy. Zrozumiałem to jako chęć buntowania żołnierzy przeciwko rządowi w mojej obecności, dlatego idąc wzdłuż szeregu do swego samochodu, zawołałem: – żołnierze, spełnijcie swój obowiązek.

Prezydent wydał około godziny 14-tej odezwę do żołnierzy, w której podkreślał konieczność dotrzymania przysięgi żołnierskiej i dochowania wierności rządowi.

Po załamaniu się pertraktacji i odjeździe prezydenta mjr Porwit odmówił marszałkowi Piłsudskiemu przepuszczenia go przez most Poniatowskiego. Siłom rządowym nie udało się jednak obsadzić 30-tym pułkiem piechoty Mostu Kierbedzia. Przez niego na drugą stronę Wisły przechodziły siły Piłsudskiego.

Po spotkaniu z prezydentem Piłsudski pojechał do koszar 36-go pułku piechoty. Według relacji osób, które mu wówczas towarzyszyły, marszałek sprawiał wrażenie zmęczonego, zniechęconego i załamanego. Prawdopodobnie liczył na chęć współpracy ze strony Wojciechowskiego, z którym łączyła go dawna znajomość, jeszcze z czasów działalności w PPS. Wobec takiego rozwoju wypadków dowództwo przejął gen. Orlicz-Dreszer i jego szef sztabu ppłk Józef Beck.

Wieczorem 12 maja siły rządowe liczyły około 1700 żołnierzy, podczas gdy oddziały Piłsudskiego – 3500 plus 800 członków Związku Strzeleckiego. O godzinie 20-tej do komendy miasta przybył Piłsudski. Około godziny 21-wszej marszałek zdecydował się na rozpoczęcie mediacji, wzywając Macieja Rataja (Marszałek Sejmu). Przedstawił mu sytuację i podkreślił, że ma znaczną przewagę militarną nad siłami rządowymi. Rataj udał się do Belwederu, jednak Wojciechowski odmówił rozpoczęcia negocjacji. Tymczasem odlecieli do Poznania ministrowie Stanisław Osiecki (resort przemysłu i handlu) oraz Stefan Piechocki (sprawiedliwość), którzy mieli za zadanie przygotować przenosiny rządu do stolicy Wielkopolski.

Po rozmowie z Ratajem Piłsudski spotkał się z przewodniczącym, pozostających w orbicie wpływów PPS, kolejarskich związków zawodowych – Adamem Kuryłowiczem. Według planu piłsudczyków miały one odegrać znaczną rolę w opóźnieniu przyjazdu do Warszawy wiernych rządowi wojsk z Wielkopolski i Pomorza. Siłom Piłsudskiego udało się nocą obsadzić budynek Ministerstwa Kolei. Dzięki temu Kuryłowicz mógł przekazać wytyczne związkom kolejowym, które później znacząco pomogły zamachowcom.

14 maja wojska Piłsudskiego w Warszawie liczyły już około 8500 żołnierzy (plus 800 członków Związku Strzeleckiego), podczas gdy strona rządowa dysponowała około 2200 żołnierzami. Ponadto wojska marszałka posiadały czołgi i samochody pancerne, a wobec braku artylerii po stronie rządowej, szybko zaczęły uzyskiwać przewagę.

Około godziny 13-tej Malczewski, Haller, Rozwadowski i Anders podjęli decyzję o wycofaniu się rządu do Wilanowa. Siedzibą rządu był Pałac Namiestnikowski. Na północ od niego znajdował się Most Kierbedzia, przez który przedostawały się na lewą stronę Wisły wojska Piłsudskiego. Tak więc atak szedł od północy na południe. Początkowo rząd wycofał się do Belwederu, położonego w południowej części miasta. A później – jeszcze bardziej na południe do Wilanowa. O 14-tej prezydent Wojciechowski wyraził zgodę na wycofanie się do Wilanowa.

14 maja weszła w życie decyzja PPS o strajku generalnym. Poparł ją Związek Zawodowy Kolejarzy. Strajk ten odciął stolicę od reszty kraju i znacznie utrudnił sprowadzenie z Wielkopolski wiernych rządowi oddziałów. Po przybyciu do Wilanowa prezydent i rząd naradzali się z dowódcami wojsk lojalnych wobec gabinetu Witosa. Wojskowi byli zdania, że należy przenieść się do Poznania i stamtąd kontynuować walkę zbrojną. Przeciwko temu wypowiedzieli się Wojciechowski i Witos, obawiający się długotrwałej wojny domowej, która byłaby niebezpieczna dla niepodległości państwa. O godzinie 17:30, podczas posiedzenia Rady Gabinetowej (posiedzenie rządu, któremu przewodzi nie premier, ale prezydent), prezydent podjął decyzję o rezygnacji z urzędu i wydał rozkaz wojskom rządowym zaprzestania bratobójczych walk. Również Witos poddał się do dymisji.

To ciekawe, że w 1926 roku Wojciechowskiemu i Witosowi szkoda było polskiej krwi, Witosowi – chłopskiej, w momencie, gdy chodziło o niepodległość kraju i gdy walka miała sens, a w 1939 roku, gdy walka nie miała sensu, Witos nawoływał do walki z najeźdźcą i wówczas nie było mu szkoda chłopskiej krwi. Wojna domowa w tamtym czasie nie była niebezpieczna dla niepodległości, bo jej jeszcze nie było. Niemcy były słabe, bolszewicy odepchnięci, a walka toczyła się właśnie o niepodległość! Piłsudski był wykreowany przez władze okupacyjne niemieckie i austriackie, a później zależał już tylko od Niemców. Sejm Ustawodawczy i Sejm I kadencji to było coś, co wymknęło się spod niemieckiej kontroli i co trzeba było zneutralizować i po to był ten zamach. Walka o niepodległość to jest walka na śmieć i życie. Wtedy był ten moment, a nie we wrześniu 1939 roku, który był skutkiem tego, co wydarzyło się w Polsce w maju 1926 roku.

Zgodnie z postanowieniami konstytucji marcowej, obowiązki głowy państwa przejął marszałek Sejmu Maciej Rataj, który przybył do pałacu w Wilanowie w towarzystwie ppłk. Józefa Becka – przedstawiciela marszałka. Pisma dymisyjne rządu i prezydenta datowane były na 14 maja, jednak Rataj przyjął je dopiero 15 maja. Nakazał Malczewskiemu, Rozwadowskiemu i Hallerowi wprowadzenie natychmiastowego zawieszenia broni z pozostawieniem oddziałów na pozycjach. Oświadczył także, że powoła nowy rząd, w którym znajdzie się Józef Piłsudski. Początkowo Rataj planował utworzenie „rządu pojednania narodowego”, w którym premierem zostałby Jan Dębski. Jednak rankiem 15 maja, po rozmowie z Piłsudskim, zmuszony był powierzyć misję tworzenia nowego gabinetu, wskazanemu przez marszałka, Kazimierzowi Bartlowi.

Jednym z następstw zamachu stanu było uchwalenie 2 sierpnia 1926 roku przez Sejm tzw. noweli sierpniowej. Akt ten usankcjonował przewagę władzy wykonawczej kosztem władzy ustawodawczej, zmniejszył kontrolę parlamentu nad rządem, wprowadził wyłączne prawo prezydenta do rozwiązania parlamentu (wcześniej sejm mógł sam się rozwiązać większością 2/3), a także ograniczył swobodę ustalania prac budżetowych przez izby.

Po zamachu majowym znacznie wzrósł udział wolnomularzy w rządach II RP. Według Ludwika Hassa na stanowisku premiera przed 1926 rokiem nie było żadnego zidentyfikowanego masona. Od 1926 do 1939 roku spośród 16 stanowisk 12 razy premierem był mason, z tego pięciokrotnie Kazimierz Bartel i trzykrotnie Walery Sławek. Ogółem, spośród dziewięciu osób pełniących funkcję premiera po zamachu, sześciu było masonami. Wśród ministrów przed zamachem zidentyfikowanymi masonami było 7%; udział ten wzrósł do 27% po zamachu. W 1938 roku dekretem prezydenta RP Ignacego Mościckiego działalność wolnomularska w Polsce została zakazana, a istniejące loże masońskie zamknięte. Od swojego tradycyjnego stanowiska, popierającego demokrację parlamentarną, odstąpiła masoneria, która poparła zamach stanu Piłsudskiego. Według różnych wersji miała ona uczestniczyć w przygotowaniach do przewrotu. Nic w tym dziwnego. Jeśli demokracja w Polsce powiedziała „tak” dla polskiej racji stanu, to taka demokracja była nie do przyjęcia dla masonerii i jej sługusa – Piłsudskiego.

Siły popierające zamach to: PPS, Stronnictwo Chłopskie, PSL „Wyzwolenie”, KPP i niektóre partie mniejszości narodowych. Siły popierające rząd to: Związek Ludowo-Narodowy, Polskie Stronnictwo Chrześcijańskiej Demokracji i PSL „Piast”.

Jak stwierdził Andrzej Garlicki, przewrót majowy zakończył okres parlamentaryzmu II Rzeczypospolitej, zmieniając nie tylko ustrój, ale i cały szereg stosunków społecznych. Zdaniem historyka „od tego czasu nie prawo pisane stanowiło najwyższą normę, lecz wola zwycięzcy. On bowiem, niezależnie od zachowania dawnych struktur prawnych, miał nieograniczoną możliwość podejmowania decyzji i on był jedyną instancją odwoławczą. […] Na tym – niezależnie od form zewnętrznych – polega dyktatura.”

Garlicki nie przesadza. Stefan Szczepłek w swojej książce „Moja historia futbolu”, Warszawa 2007, pisze:

Legia jednak rosła w siłę, bez stadionu jej rozwój był niemożliwy. Marszałek Józef Piłsudski przekazał w imieniu wojska któremuś z prezesów klubu – generałowi Romanowi Góreckiemu lub Stanisławowi Rouppertowi – tereny po carskich koszarach między Łazienkowską, Myśliwiecką, Czerniakowską a Kanałem Piaseczyńskim. Marszałek zrobił to tylko ustnie, co wówczas miało moc prawną, ale przed kilkoma laty stało się powodem kłopotów Legii, starającej się o te tereny. Na podstawie decyzji marszałka klub mógł rozpocząć budowę stadionu w 1927 roku.

W 1929 roku na na zjeździe PSL „Piast” Maciej Rataj mówił:

W Polsce od trzech i pół lat żyjemy bez prawa, połamano konstytucję, połamano ustawy. To nie dyktatura. Mamy dyktaturę we Włoszech, mamy w Hiszpanii, ale mamy i prawo. W Polsce od trzech lat nie wie się, co będzie za 24 godziny… W Polsce nie wie się, co będzie jutro, to wszystko zależy od samowładztwa…

Niemcy zaprojektowali polskie państwo. Początkowo miało to być Królestwo Polskie, bo w 1916 roku nie było jeszcze wiadomo, kto wygra wojnę i było to jeszcze przed rewolucją październikową. W listopadzie 1918 roku było już wiadomo, że czas monarchii w Europie powoli kończy się. Zdecydowali więc, że Polska będzie państwem republikańskim. Głównym realizatorem ich planów był Piłsudski. Gdy Mała Konstytucja, a później Konstytucja marcowa ograniczyły jego władzę, to automatycznie wpływ Niemców też się zmniejszał. Wydaje się, że zabójstwo Narutowicza było mordem założycielskim Sanacji. Bez niego nie miałby Piłsudski pretekstu, by wycofać się z polityki, obserwować z boku, jak demokracja kompromituje się i wrócić jako mąż opatrznościowy.

Zamach majowy był starannie zaplanowany. Piłsudski nie miał nad rządem przewagi wojskowej. Wprost przeciwnie! W skali kraju przewaga była po stronie rządu. W Warszawie zyskał przewagę, bo przed zamachem Żeligowski, jako minister spraw wojskowych, odsunął daleko od stolicy pułki wierne rządowi. Po dwóch dniach walk prezydent Wojciechowski podejmuje decyzję o kapitulacji. Przeciwni temu byli generałowie Rozwadowski, Malczewski i Haller, którzy uważali, że należy ewakuować się do Poznania i stamtąd kontynuować walkę. Chyba wiedzieli, co mówili. Przecież to byli wybitni generałowie. Ale chyba też dobrze o tym wiedział Wojciechowski i dlatego tak szybko poddał się do dymisji i nakazał zaprzestanie walk. Sam się wcześniej pięknie uwiarygodnił na moście Poniatowskiego, wykazując niezłomną wolę walki w obronie państwa. Prawdopodobnie był człowiekiem Piłsudskiego lub tych sił, które nim kierowały.

15 stycznia 1919 roku Wojciechowski został mianowany przez Naczelnika Państwa na stanowisko ministra spraw wewnętrznych w gabinecie Ignacego Paderewskiego. 20 grudnia 1922 roku został wybrany przez Zgromadzenie Narodowe na prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej, pokonując Kazimierza Morawskiego stosunkiem głosów 298 do 221. Kazimierz Morawski był filologiem klasycznym, profesorem, rektorem Uniwersytetu Jagiellońskiego i prezesem Polskiej Akademii Umiejętności. Jego kandydaturę wysunął Związek Ludowo-Narodowy. To ciekawe, że wybór Narutowicza rodził się w takich bólach i było tylu kandydatów, a tu tak szybko i sprawnie. A więc demokracja, jak chce, to może działać skutecznie, a jak nie chce, to partie się rozwydrzają.

Na początku napisałem, że zamach majowy był najważniejszym wydarzeniem w dziejach II RP, ale był chyba najważniejszym wydarzeniem w historii Polski XX wieku. Nie udało się Polakom zdobyć państwa dla siebie. To właśnie wtedy była jedyna realna szansa na jego zdobycie w walce. Nigdy wcześniej, nigdy później. Walka bratobójcza? W państwie, w którym 1/3 jego ludności nie utożsamiała się z nim. Uważam, że gwoździem do trumny narodu polskiego była unia polsko-litewska i jej skutki: rozwodnienie się na Kresach i jednoczesne otwarcie się na napływ wschodniego żywiołu do kraju. Skutki tego dały znać o sobie właśnie w tym feralnym maju. Odrodzona Polska, składająca się z Królestwa Polskiego, Pomorza, Wielkopolski, Małopolski i części Śląska, ale bez Kresów, byłaby znacznie lepszym rozwiązaniem. Tak! Wiem, że Lwów należał do Korony i powinien był pozostać w Polsce. Wilno było kresowe, w połowie zamieszkałe przez Żydów i w połowie – przez resztę. Nie było to polskie miasto. Bądźmy realistami. Niestety były siły, które dążyły do włączenia Kresów do Polski. Państwo, które miało tak znaczny odsetek wrogiej mu ludności nie mogło sprawnie funkcjonować. W czasie zamachu ludność Warszawy pomagała spiskowcom. Czy to nie jest wymowne? Już chyba nic więcej nie muszę dodawać.

17 września

17 września, podobnie jak 1 września, należy do najtragiczniejszych dat w historii Polski, nie tylko ze względu na konsekwencje, czyli mord w Katyniu, ale też dlatego, że elity rządzące świadomie pchnęły naród do wojny, w której nie było najmniejszych szans na skuteczną obronę. Wygląda na to, że to wydarzenie, zwane czwartym rozbiorem Polski, zostało zaplanowane znacznie wcześniej niż 23 sierpnia 1939 roku. Wszystkie przytaczane przeze mnie fakty pochodzą z Wikipedii.

Podpisany 19 lutego 1921 roku sojusz polsko-francuski w artykule 2. głosił, że w razie zagrożenia Polski wojną ze strony radzieckiej lub w razie radzieckiego ataku na Polskę, Francja wystąpi na lądzie i morzu, by zapewnić jej bezpieczeństwo od strony Niemiec jak również pomoc w obronie przed wojskami radzieckimi. – Czyli w 1921 roku polskie elity rządowe zdawały sobie sprawę z tego, że może nastąpić atak z dwóch stron. Ale później szykowały się już tylko do wojny ze Związkiem Radzieckim. Czyżby zamach majowy podmienił nam elity i ich cele?

4 października 1938 roku, po podpisaniu układu monachijskiego, wiceminister spraw zagranicznych ZSRR Władimir Potiomkin powiedział ambasadorowi francuskiemu w Moskwie Robertowi Coulondre: „Nie widzę dla nas innego wyjścia, aniżeli czwarty rozbiór Polski.” – Postanowienia układu monachijskiego prowadziły prostą drogą do rozbioru Czechosłowacji, bo czymże była aneksja Czech i Moraw oraz utworzenie podporządkowanej Niemcom Słowacji? Więc Potiomkin mówił francuskiemu ambasadorowi: Skoro zgodziliście się na rozbiór Czechosłowacji, to zgodzicie się też na rozbiór Polski.

24 października 1938 roku Joachim von Ribbentrop, w rozmowie z ambasadorem RP w Berlinie Józefem Lipskim, po raz pierwszy przedstawił niemieckie propozycje przyłączenia Gdańska do Rzeszy i przeprowadzenia autostrady eksterytorialnej przez Pomorze. – Z tego można wysnuć wniosek, że już wtedy miały miejsce jakieś nieformalne rozmowy pomiędzy Niemcami a Związkiem Radzieckim. Trzeba było postawić Polsce takie warunki, by ich nie przyjęła. I o to chodziło. Bo jak inaczej wywołać wojnę? A gdyby Polska przyjęła niemieckie warunki? – To wtedy cała zabawa na nic. Niemcy dali „polskiemu” rządowi alibi: Nie! Takich warunków nie przyjmiemy. Polska od Bałtyku odepchnąć się nie da!

Układ monachijski był pierwszym krokiem do likwidacji Czechosłowacji. Na swoją kolej czekała Polska. Celem tych zabiegów było odwrócenie skutków I wojny światowej i doprowadzenie do sytuacji, w której Niemcy będą graniczyć ze Związkiem Radzieckim. Bez tego atak Niemiec na ten kraj 22 czerwca 1941 roku nie byłby możliwy. Wszyscy do tej wojny dążyli, tylko udawali, że robią wszystko, by do niej nie dopuścić. Potęgi zawierały sojusze czy pakty z małymi państwami, nie mając najmniejszego zamiaru wywiązywać się ze swoich zobowiązań.

Pakt o nieagresji pomiędzy Polską a ZSRR został podpisany 25 lipca 1932 roku w Moskwie. Umowę zawarto na 3 lata, a następnie 5 maja 1934 roku przedłużono ją do 31 grudnia 1945 roku, z pozostawieniem zasady automatycznego przedłużania, rozszerzoną na nieograniczoną ilość razy.

Art. 1 zabraniał każdej ze stron napaści na drugą zarówno samodzielnie jak i w porozumieniu z trzecią stroną. Za napaść uznawał wszelki akt gwałtu, naruszający całość i nietykalność terytorium lub niepodległość polityczną drugiej Umawiającej się Strony, nawet gdyby te działania były dokonane bez wypowiedzenia wojny i z uniknięciem wszelkich jej możliwych przejawów.

Art. 2 zobowiązywał drugą stronę do nieudzielania pomocy czy poparcia napastnikowi, choćby pośredniej, w razie napaści państwa trzeciego na jedną ze stron. Napaść strony paktu na państwo trzecie dozwalała drugiej stronie na wypowiedzenie go bez uprzedzenia.

Art. 3 zabraniał stronom brać udział w porozumieniach jawnie dla drugiej strony wrogich.

Art. 4 głosił, że art. 1 i 2 nie naruszają zobowiązań wynikających z umów zawartych uprzednio, o ile te umowy nie zawierają w sobie elementu napaści.

Art. 5 zobowiązywał strony do pokojowego rozstrzygania sporów. Spory, których nie udało się rozwiązać na drodze dyplomatycznej, miały być przekazywane komisji pojednawczej, zgodnie z postanowieniami podpisanej osobno Konwencji uznanej za integralną część Paktu.

26 listopada1938 roku ogłoszono wspólny komunikat obu rządów, że podstawą stosunków pozostają w całej rozciągłości wszystkie istniejące umowy łącznie z paktem o nieagresji polsko-radzieckim z dnia 25 lipca 1932 roku i że ten pakt posiada dostatecznie szeroką podstawę gwarantującą nienaruszalność stosunków pokojowych między obu państwami. Podobne oświadczenie wygłosił 2 czerwca 1939 roku nowo mianowany ambasador ZSRR w Polsce Nikołaj Szaronow.

4 października 1938 roku wiceminister spraw zagranicznych ZSRR mówi francuskiemu ambasadorowi w Moskwie, że nie widzi innego wyjścia, aniżeli czwarty rozbiór Polski, a w niecałe dwa miesiące później rząd radziecki potwierdza ważność paktu o nieagresji z 1932 roku. Podobnie wypowiada się 2 czerwca 1939 roku ambasador radziecki w Polsce. Tak działa układanie się z potężniejszymi.

W kwietniu1939 roku sztaby francuski i angielski ustaliły, że los Polski będzie zależał nie od wyników początkowych zmagań, lecz od ostatecznego rezultatu wojny. W sierpniu 1939 roku, w czasie pertraktacji w Moskwie, francuscy sojusznicy zgodzili się na wkroczenie na terytorium Polski Armii Czerwonej. – A czemu mieli się nie zgodzić? Zgodzili się wcześniej na zajęcie Czech i Moraw przez Hitlera. Byli konsekwentni.

Negocjacje w sprawie zawarcia paktu politycznego i gospodarczego pomiędzy ZSRR a III Rzeszą zostały podjęte przez stronę niemiecką w kwietniu 1939 roku na kolejny wniosek strony radzieckiej. Były prowadzone tajnie, równolegle do jawnych rozmów ZSRR z przedstawicielami Francji i Wielkiej Brytanii. Po zgodzie Hitlera na rozbiór terytoriów krajów Europy Środkowo-Wschodniej (sierpień 1939) i ustaleniu niemiecko-radzieckiej granicy stref wpływów Stalin zerwał rokowania z Francją i Wielką Brytanią jako bezprzedmiotowe. Zarówno Wielka Brytania jak i Francja nie mogły zapobiec okupacji terytoriów państw trzecich, będących w zakresie planowanej ekspansji terytorialnej ZSRR, bo przedmiotem tajnego protokołu do paktu były terytoria lub niepodległość suwerennych państw: Polski, Litwy, Łotwy, Estonii, Finlandii i Rumunii.

Negocjacje ze Związkiem Radzieckim zostały podjęte przez stronę niemiecką w kwietniu 1939 na kolejny wniosek strony radzieckiej. Oznacza to, że były wcześniejsze, może w marcu albo jeszcze wcześniej. Tak więc Związek Radziecki dążył do porozumienia z Niemcami, co wykluczało wypełnienie jego zobowiązań wobec Czechosłowacji. Francja oczywiście zachowała się tak, by nie stawiać Związku Radzieckiego w kłopotliwej sytuacji, który w negocjacjach z Czechami zastrzegł sobie, że pomoże im, gdy Francja zareaguje pierwsza. Dodatkowego alibi temu państwu dostarczyły rządy Polski i Rumunii, które zgodnie oświadczyły, że nie przepuszczą wojsk radzieckich.

Na mocy tajnego protokołu do paktu Ribbentrop-Mołotow z 23 sierpnia 1939 roku, ZSRR zobowiązał się do zbrojnego wystąpienia przeciw Polsce w sytuacji, gdyby III Rzesza znalazła się w stanie wojny z Polską. Stalin zdecydował się na uderzenie, gdy wywiad doniósł o podjętej 12 września, na brytyjsko-francuskiej konferencji w Abbeville, decyzji o zaniechaniu działań ofensywnych. – To ciekawe, że w 1939 roku miał tak sprawny wywiad, a dwa lata później „dał się zaskoczyć”.

Radziecka agresja rozpoczęła się zaraz po wejściu w życie w dniu 16 września, podpisanego dzień wcześniej w Moskwie, ostatecznego układu rozejmowego pomiędzy ZSRR a Japonią, kończącego walki radziecko-japońskie na pograniczu Mandżukuo i Mongolii. Żelazną zasadą strategii Stalina było prowadzenie działań wojennych wyłącznie na jednym froncie.

Według pamiętników dyplomaty amerykańskiego Charlesa Bohlena i ujawnionej korespondencji dyplomatycznej ambasady USA z sekretarzem stanu Cordellem Hullem treść tajnego protokołu była znana Rządowi Stanów Zjednoczonych już 24 sierpnia 1939 roku, dzięki przekazaniu jej Bohlenowi przez Hansa von Horwartha, sekretarza ambasadora Rzeszy hrabiego Friedricha von Schulenburga. O treści tajnego protokołu i szczegółach nocnego przyjęcia na Kremlu na cześć Joachima von Ribbentropa (wraz z informacją o toastach Stalina za zdrowie Hitlera) powiadomił sekretarza stanu USA Cordella Hulla ambasador USA w Moskwie Laurence Steinhardt w depeszy w dniu 24 sierpnia 1939 roku, jeszcze przed południem. O tajnej treści traktatu niemiecko-radzieckiego Amerykanie (Cordell Hull) natychmiast powiadomili Brytyjczyków (lord Edward Halifax), a ci z kolei – Francuzów (Georges Bonnet).

Francuzi uzyskali ją wcześniej z innego źródła. Treść traktu przekazał do Paryża 25 sierpnia po południu ambasador w Berlinie Robert Coulondre, uzyskawszy informacje z otoczenia Hansa Lammersa, ówczesnego szefa kancelarii Rzeszy. Ani Brytyjczycy, ani Francuzi nie przekazali Polsce żadnych posiadanych o pakcie informacji, pomimo wiążących ich z nią układów sojuszniczych.

Również dyplomacja włoska (hrabia Galeazzo Ciano) dysponowała wiedzą na temat tajnych klauzul paktu Ribbentrop-Mołotow (Hans von Horwarth poinformował o nich Guido Relliego, szefa tłumaczy włoskiej ambasady w Moskwie). Informacje o postanowieniach paktu Ribbentrop-Mołotow dotyczących krajów bałtyckich nadspodziewanie szybko stały się znane w Tallinie i Rydze. Już 26 sierpnia wiedział o nich szef wywiadu estońskiego Richard Massing oraz poseł łotewski w Berlinie Edgars Krievins (Edgar Kreewinsch).

30 sierpnia 1939 roku Kurier Poznański nr 394, powołując się na „wiadomości ze źródeł jak najwiarygodniejszych”, w artykule Tajne artykuły paktu moskiewskiego. Jest ich trzynaście – ustępstwa na całej linii Berlina na rzecz Moskwy., poinformował swoich czytelników o fakcie istnienia załącznika do paktu. Wskazywał on jednocześnie na jego tajność. – Skoro Kurier Poznański zamieścił informację 30 sierpnia, to znaczy, że do redakcji dotarła ona wcześniej.

Jedynie rząd Polski (minister Józef Beck) i jego wywiad (Józef Smoleński) byli kompletnie nieświadomi niemiecko-radzieckich uzgodnień. Kierownik samodzielnego referatu Rosja w Oddziale II Sztabu Głównego Olgierd Giedroyć oświadczył komisji badającej na emigracji przyczyny klęski wrześniowej, że o podpisaniu radziecko-niemieckiego paktu dowiedział się z radzieckiej prasy. – To dziwne. Polski wywiad nie wie, co pisze polska gazeta? Polski rząd też nie wie o tajnym protokole, chociaż ćwierkają o tym wszystkie wróble w Europie.

25 sierpnia w Londynie Edward Wood, pierwszy hrabia Halifax, razem z Edwardem Raczyńskim podpisali układ o pomocy wzajemnej między Rzeczpospolitą Polską a Zjednoczonym Królestwem Wielkiej Brytanii i Irlandii Północnej (polsko-brytyjski układ sojuszniczy). – Chyba tylko po to, by dać Hitlerowi pretekst do rozpoczęcia wojny, bo po jego podpisaniu uznał on, że polsko-niemiecka deklaracja o niestosowaniu przemocy z 1934 roku traci moc.

W 1939 roku Władysław Studnicki, niemający zaplecza politycznego, napisał broszurę pt. „Wobec nadchodzącej drugiej wojny światowej”, która krytykowała ewentualne zawarcie paktu sojuszniczego z Wielką Brytanią. Argumentował, że Londyn zamierza wciągnąć ZSRR do koalicji, za co Anglia może „zapłacić” mu wschodnimi województwami Polski. Broszura ta, wydana jeszcze w czerwcu 1939 roku, została skonfiskowana przez rząd polski. Słuszność tez postawionych przez Studnickiego odnośnie polsko-brytyjskiego sojuszu potwierdził jednak rozwój późniejszych wydarzeń.

W Paryżu istniała placówka wywiadowcza Lecomte, kierowana przez Michała Balińskiego z Referatu Wschód, podporządkowana organizacyjnie Referatowi Zachód. 22 sierpnia 1939 roku o godzinie 15 przekazała informację, że rozmowy radziecko-niemieckie wkroczyły w nową fazę: Intensywne rokowania niemiecko-sowieckie. Rozpoczęcie akcji zbrojnej przeciwko Polsce d. 26-28 VIII 39. Na dzień 4 IX 39 przewidziane osiągnięcie dawnej granicy niemiecko-rosyjskiej. – Z treści tej depeszy wynika jasno, że Niemcy dalej się nie posuną, co musiało być wcześniej uzgodnione przez obie strony.

Polska ogłosiła mobilizację powszechną 30 sierpnia, ale pod naciskiem sojuszników odwołała ją i ogłosiła ponownie 31 sierpnia. Odroczenie mobilizacji spowodowało trudny do opanowania chaos: 1 września oddziały osiągnęły zaledwie 70% gotowości bojowej.

Od początku istnienia II RP przygotowywano się do wojny na wschodzie. Na początku 1939 roku nie istniały nawet plany wojskowe na wypadek wojny z Niemcami. Dopiero gdy zagrożenie z zachodu stało się realne, przygotowano projekt obrony. Posiadał on dwie przesłanki: przyjęto, że w razie konfliktu Polski Niemcami, ZSRR pozostanie neutralny (pakt o nieagresji z 1932 roku), a Francja wypełni zobowiązania sojusznicze z 1921 roku, czyli uderzy na napastnika.

Gdy czyta się, że w razie konfliktu z Niemcami ZSRR pozostanie neutralny, to nasuwa się pytanie: „Po co wcześniej cały czas szykowano się na wojnę na wschodzie?” Dlaczego spodziewano się, że Francja wywiąże się ze zobowiązań wobec Polski, skoro rok wcześniej nie wywiązała się z nich wobec Czechosłowacji? Po aneksji Czech i Moraw w marcu 1939 roku nie mogło być najmniejszych wątpliwości, że Hitlerowi chodzi o podporządkowanie sobie całej Europy Środkowo-Wschodniej. Polska ogłasza powszechną mobilizację i odwołuje ją pod naciskiem sojuszników, by następnego dnia znowu ją ogłosić. Czyli 30 sierpnia był nacisk sojuszników, a 31 już – nie! Polski wywiad dowiaduje się o pakcie z radzieckich gazet. Jak to wszystko czyta się, to nasuwa się jeden wniosek – to jakaś paranoja! I może lepiej by dla nas było, gdyby to była prawda, że mieliśmy takie durne elity rządzące. Niestety prawda jest, według mnie, o wiele bardziej brutalna. Te elity robiły wszystko, by wciągnąć Polskę do wojny, by zginęło jak najwięcej ludzi, by został zniszczony dorobek materialny ludzi i cały kraj. No bo gdyby władze wiedziały, że jest tajny protokół, zakładający wspólną likwidację Polski przez Niemcy i ZSRR, to nie mogłyby podjąć 1 września walki przeciw Niemcom, mając świadomość, że Związek Radziecki uderzy z tyłu. Ale one „nie wiedziały”. W tej „niewiedzy” utrzymywał je ambasador polski w Moskwie Wacław Grzybowski.

Grzybowski niewłaściwie interpretował pakt Ribbentrop-Mołotow, a wydarzenia z 17 września 1939 roku były dla niego wielkim zaskoczeniem. 29 sierpnia raportował do Warszawy, że wspomniany pakt „znacznie odciążył” sytuację, w jakiej znalazła się Polska i sugerował, że Ribbentrop podpisał pakt tylko dlatego, by nie wyjeżdżać z Moskwy z pustymi rękami.

W chwili rozpoczęcia agresji ZSRR na Polskę 17 września 1939 roku pomiędzy 2 a 3 w nocy, wezwany pilnie do Komisariatu Spraw Zagranicznych w Moskwie, otrzymał od zastępcy Ludowego Komisarza Spraw zagranicznych Władimira Potiomkina notę dyplomatyczną, w której ZSRR uzasadniał agresję na Polskę. Grzybowski noty nie przyjął.

Po nieudanej próbie zakwestionowania immunitetu dyplomatycznego przez władze ZSRR, opuścił on w październiku 1939 roku, wraz z polskim personelem dyplomatycznym, terytorium Związku Radzieckiego, po bezpośredniej interwencji dziekana korpusu dyplomatycznego w Moskwie, ambasadora III Rzeszy Friedricha von Schulenburga i ambasadora Królestwa Włoch Augusto Rosso. Tak pisze Wikipedia, powołując się na Jerzego Łojka i jego pracę Agresja 17 września. Ta sama Wikipedia informuje też, że Grzybowski był masonem. Więc to chyba wyjaśnia interwencję ambasadora III Rzeszy. Nawet towarzysze radzieccy musieli ulec. Po linii masońskiej znaczyło więcej niż po linii partyjnej, choć pewnie ci towarzysze też byli masonami.

Po zamachu majowym w 1926 roku była już inna Polska. W administracji państwowej, w dyplomacji i w wojsku pojawiają się ludzie Piłsudskiego. Wielu z ich to masoni. Czy można zatem dziwić się, że zachowywali się tak, jak się zachowywali. Bliżej im było do masonerii i jej celów niż do państwa i narodu polskiego. To musiało „zaowocować” w tym tragicznym wrześniu.

Mocarstwo

Wśród części naszego społeczeństwa panuje przekonanie, że Polska, a właściwie Rzeczpospolita Obojga Narodów, bo tak się nazywało to wspólne polsko-litewskie państwo, że to państwo było mocarstwem. Nic bardziej błędnego, przynajmniej ja tak uważam. Nic nie wniosło do europejskiej kultury i nauki. Nie było potęgą militarną i ekonomiczną. Czym więc było? Może wypadałoby zacząć od definicji mocarstwa.

Mocarstwo – państwo, które ze względu na swój potencjał militarny oraz ekonomiczny (produkt narodowy brutto) pełni ważną rolę na świecie i potęgą a zarazem siłami wpływów przewyższa inne państwa, wykazuje odpowiednią role, kreuje w znacznym stopniu stosunki międzynarodowe we wszelkich dziedzinach, posiada znaczne możliwości wewnętrzne (militarne, ekonomiczne etc.), w obu tych sferach wyraźnie góruje nad innymi państwami.

Tak definiuje mocarstwo Wikipedia. A więc państwo, by być mocarstwem musi być przede wszystkim silne ekonomicznie i militarnie. Na pewno takim państwem nie była Rzeczypospolita Obojga Narodów. Tym niemniej wielu uważa, że było to mocarstwo. Sam obszar, około 1 mln km kw. w najlepszym momencie, to trochę za mało.

W wyniku unii z 1569 roku Korona Królestwa Polskiego i Wielkie Księstwo Litewskie zostały przekształcone w związek dwóch państw, które łączyła:

  • osoba wybieranego wspólnie króla
  • sejm
  • polityka zagraniczna
  • system monetarny (wspólna waluta, ale odrębne jej bicie w każdym kraju)

Osobne były:

  • skarb
  • wojsko
  • kancelaria i urzędy ministerialne

W sumie były to dwa odrębne państwa, które dzieliła duża różnica w rozwoju ekonomicznym. Korona miała w przybliżeniu dwukrotnie większą populację i pięć razy wyższy dochód z podatków. Ale były też i inne problemy, o których pisze Norman Davies w swojej pracy „Boże igrzysko”:

Podstawowe prawa konstytucyjne, które rzekomo regulowały życie polityczne Polski i Litwy, były wyraźnie ze sobą sprzeczne. Przez znaczną część okresu trwania unii spierano się już na temat samego jej charakteru. Zgodnie z aktem unii lubelskiej, której postanowienia polscy juryści uważali za nienaruszalne, oddzielne najwyższe władze królestwa Polskiego i Wielkiego Księstwa Litewskiego rozwiązywały się dobrowolnie z chwilą podpisania unii i na zawsze łączyły ze sobą, tworząc nowe „nierozdzielne ciało”, zjednoczoną Rzeczpospolitą. Wszystkie prawa sprzeczne z postanowieniami unii zostały uchylone. Jednakże według trzeciego statutu litewskiego z 1588 r. odrębność państwowa Litwy pozostawała nie naruszona, wszystkie zaś prawa sprzeczne ze statutem, włącznie z kilkoma klauzulami unii lubelskiej, uznano za nieważne. Jakkolwiek by popatrzeć na sprawę, sytuacja byłą absurdalna. W Polsce trzeci statut litewski uważano za niekonstytucyjny. Na Litwie autorzy statutu widzieli w „upokarzającej” unii w Lublinie akt przymusu. Nie podjęto jednak żadnej próby usunięcia tego chaosu. Zarówno akt unii, jak i trzeci statut pozostawały w mocy do końca XVIII w. Trudno powiedzieć, jakie zdanie miał w tej sprawie przeciętny obywatel, jest natomiast rzeczą oczywistą, że podczas gdy większość polskiej szlachty z terenu Królestwa uważała unię za wiążącą, mniejszość ich litewskich braci w dalszym ciągu upierała się przy odrębnym statucie Wielkiego Księstwa. W tym świetle można utrzymywać, że unia Polski i Litwy nie została ostatecznie spełniona aż do r. 1791, kiedy to w ramach Konstytucji 3 maja uroczyście proklamowano Rzeczpospolitą Obojga Narodów. Ta druga unia pozostała jednak prawie wyłącznie martwą literą prawa. Wielkie Księstwo Litewskie zostało formalnie zlikwidowane na mocy rosyjskiego dekretu wydanego po drugim rozbiorze w r. 1793 – zaledwie na dwa lata przed tym, zanim polskie szczątki Rzeczypospolitej zostały zlikwidowane na mocy trzeciego rozbioru w r. 1795. Analizując tradycje polityczne, historyk musi więc nieuchronnie opierać się mniej na teorii prawa, a bardziej na zwyczajach i praktyce ustalonych instytucji.

Podstawowe zasady i elementy ustroju Rzeczypospolitej określano od 1573 roku mianem złotej wolności. Składały się na nie:

  • nietykalność osobista
  • wolna elekcja monarchy przez ogół szlachty
  • sejm
  • pacta conventa
  • wolność wyznawanej religii
  • rokosz – prawo szlachty do buntu przeciwko królowi, gdy ten złamie prawo lub naruszy zagwarantowane przywileje
  • liberum veto – prawo każdego pojedynczego deputowanego do sprzeciwienia się decyzji większości na sejmie
  • konfederacja – prawo do tworzenia lokalnych lub ogólnopaństwowych związków szlachty w celu osiągnięcia określonych celów politycznych

Tak to określa Wikipedia. Jednak nie ma tu nic na temat sejmików. I tu znowu wypada mi odwołać się do Daviesa:

Podstawową jednostką życia politycznego w Polsce i na Litwie był sejmik (zarówno ta nazwa, jak i nazwa „sejm” wywodzą się od starego czeskiego słowa ‘sejmowat’ – „zbierać się” lub „zwoływać”). Wykrystalizował się na przestrzeni XV w. z wcześniejszych form spotkań organizowanych przez szlachtę, przeważnie w celach wojskowych, i przekształcił się w stałą instytucję doradczą we wszystkich prowincjach Królestwa, a później Rzeczpospolitej. Moment przełomowy w jego dziejach nadszedł w r. 1454 w Nieszawie, na początku drugiej wojny krzyżackiej, kiedy to król zgodził się przyjąć zasadę, że nie będzie ani zwoływał wojska, ani też nakładał podatków bez uprzedniej konsultacji ze szlachtą. O d tego czasu szlachta każdej dzielnicy spotykała się w krótkich odstępach czasu dla omówienia własnych interesów w dziedzinie polityki i ustawodawstwa oraz rozważenia polityki króla. Gdy z biegiem czasu ustaliła się instytucja sejmu i trybunału koronnego, każdy sejmik ziemski wyznaczał delegatów, którzy mieli dbać o lokalne interesy swojej „ziemi” w okresach działalności centralnych organów ustawodawczych i sądowych. W XVI w. odbywały się już cztery rodzaje spotkań – czasem w tym samym czasie, czasem zaś kolejno. Sejmik poselski był zwoływany w celu wybrania dwóch posłów, których zadaniem było przekazywanie sejmowi „instrukcji” od szlachty danej prowincji; sejmik deputacki wybierał dwóch deputatów do trybunału koronnego, sejmik relacyjny zbierał się dla rozważenia uchwał; sejmik gospodarski wreszcie zbierał się dla zarządu nad handlem i skarbem danej prowincji oraz dla przeprowadzeni uchwał sejmowych w sprawach dotyczących podatków, służby wojskowej i użytkowania ziemi. Na zakończenie obrad sejmik wydawał ‘lauda’, czyli „postanowienia”, które miały pełną wagę prawną na terytorium objętym jego kompetencjami. Rezolucje te nie wymagały zatwierdzenia przez króla.

Trzeba sobie zatem zdać sprawę z faktu, że szlachta uważała się za najwyższą władzę w państwie, sejmiki zaś traktowała jako główną gałąź procesu ustawodawczego. Interesy centralnego rządu stanowiły jedynie jeden z aspektów jej debat, i to bynajmniej nie najistotniejszy. Propozycje ze strony króla, sejmu i urzędników państwowych przyjmowała z dużą rezerwą, jako wyraz zastrzeżeń w stosunku do jej własnej kompetencji; nie czuła się też zobowiązana do uległości i posłuszeństwa. Od posłów oczekiwano ścisłego trzymania się instrukcji: wymagano od nich przysięgi składanej „Wszechmogącemu Bogu w Trójcy jedynemu”, że „będą bronić naszej wolności” i nie dopuszczą „żadnych praw, które byłyby przeciwne instrukcjom”.

Tak więc sposób w jaki została zawarta unia, w której jedna ze stron została zmuszona do tego związku, i ustrój Rzeczpospolitej, nie dawały szans na to, by powstało z tego mocarstwo. Owszem, obszar był wielki, ale nic poza tym. Davies podsumowuje to tak:

Gra polityczna rozgrywana w Rzeczpospolitej Polski i Litwy była grą bardzo specyficzną. Brak kanałów, którymi władza mogłaby się rozchodzić, promieniując z centrum, oraz brak hierarchii społecznej, zorganizowanej według kryteriów interesów państwowych, umożliwiały prowadzenie polityki prywatnej, lokalnej lub prowincjonalnej bez obawy żadnych odgórnych ograniczeń. Wszystko zależało od zmiennych układów patronów, pozycji, zamożności, zasług i szczęścia; praktycznie nic – od raison d’etat. Państwo nigdy nie wysuwało pretensji do własnych interesów, które były czymś więcej niż sumą interesów poszczególnych obywateli. W rezultacie polityka zewnętrzna Rzeczypospolitej była uderzająco bierna, polityka wewnętrzna zaś – nigdy ostatecznie nie rozstrzygnięta. Według jednej z interesujących hipotez życie polityczne kraju złożone było z ruchomej mozaiki drobnych interesów lokalnych i większych, mniej trwałych, interesów dzielnicowych, czyli jak to określano, „małych sąsiedztw” oraz „dużych sąsiedztw”.

O tym, czy dane państwo może być uznane za mocarstwo, decydują również finanse i potencjał militarny. W przypadku Rzeczypospolitej obie te dziedziny były w stanie opłakanym. Pod względem powierzchni Rzeczpospolita Obojga Narodów była drugim krajem na kontynencie. Natomiast pod względem liczby ludności było już gorzej. W drugiej połowie XVI stulecia była siódmym krajem:

  • Francja – 16 mln ludności
  • Rzesza Niemiecka – 12 mln
  • Włochy – 11 mln
  • Wielkie Księstwo Moskiewskie – 10,5 mln
  • Hiszpania z Portugalią – 9 mln
  • Turcja (część europejska) – 8 mln
  • Rzeczpospolita Obojga Narodów – 7,5 mln
  • Państwo Habsburgów austriackich (Austria, Czechy, Węgry) – 6,5 mln
  • Anglia z Irlandią – 4 mln
  • Niderlandy (północne i południowe) – 3 mln

W stosunku do swoich sąsiadów przewaga nie była aż tak duża. Znacznie gorzej było w przypadku siły ekonomicznej. Pauperyzacja Polski w XVII wieku przybiera już poważne rozmiary. Budżet jej w porównaniu z krajami Europy Zachodniej jest bardzo mały:

  • Francja………………..360 000 000 zł
  • Anglia………………….240 000 000 zł
  • Dania…………………….18 000 000 zł
  • Szwecja………………..23 000 000 zł
  • Moskwa……………….30 000 000 zł
  • Turcja…………………180 000 000 zł
  • Polska…………………….7 000 000 zł

Jako ciekawostkę można podać, że wyprawa wiedeńska kosztowała około 10 000 000 zł. Choć według niektórych wyliczeń było to 14 000 000 zł, z czego aż 78% pokryli sami Polacy, a zaledwie 22% tej sumy tj. około 3 000 000 stanowiły dotacje z zagranicy tj subsydia cesarza, papieża oraz książąt niemieckich i dostojników kościelnych.

Jeśli chodzi o liczebność wojska w tym okresie, to Francja mogła wystawić 200 000, Brandenburgia – 30 000, Polska – 15 000 do 18 000. W epoce saskiej liczebność sił zbrojnych Rzeczypospolitej w stosunku do liczebności armii jej sąsiadów wynosiła 1: 11 do Prus, 1:17 do Austrii i 1:28 do Rosji.

Dane powyższe pochodzą z pracy Władysława Konopczyńskiego Dzieje Polski Nowożytnej, a te z epoki saskiej z cytowanej wyżej pracy Daviesa.

Nic dziwnego, że budżet był tak niski, bo szlachta i Żydzi robili wszystko, by podatki były jak najniższe, albo żeby ich wcale nie było. Przemysł słabiej rozwinięty niż w Europie Zachodniej, handel praktycznie w żydowskich rękach, choć wiele złego robiła w tej dziedzinie szlachta, która uwolniła od cła towary wytwarzane lub sprowadzane na własny użytek. Większość budżetu przeznaczano na wojsko. Konopczyński tak o tym pisze:

Jeżeli 9/10 budżetu państwowego szło na utrzymanie wojska, to stąd by można wnioskować, ze Rzeczpospolita Polska była państwem wybitnie militarnym. Istotnie, „nobilis Polonus” nie rozstawał się z szablą, a obrona kraju nie schodziła z porządku obrad publicznych – ale też właśnie chodziło tylko o obronę. Nie tylko moralista Frycz Modrzewski, ale i hetman Tarnowski potępiają samą myśl wojny zaczepnej, i nic dziwnego: państwo nasycone unią z Litwą, zabezpieczone gospodarczo wywozem mas zboża, nie myślało poważnie o ekspansji w żadnym kierunku i pod tym względem nie mogło równać się ani z ojczyzną Gustawa Adolfa, ani z ojczyzną Kondeusza.

No właśnie! Czy państwo, które nastawione jest tylko na obronę można uznać za mocarstwo? Poza obszarem Rzeczpospolita Obojga Narodów niczym nie wyróżniała się na tle innych państw. Nie było w niej wybitnych uczonych, pisarzy, malarzy, architektów, filozofów, prawników, lekarzy itp. Kultura i sztuka stały na niskim poziomie. Wyróżniała się tylko niespotykaną gdzie indziej dominacją i liczebnością jednego stanu – szlachty, wynikającą z ustroju społecznego Rzeczypospolitej.

Wydaje mi się, że dobrze opisuje ten ustrój Władysław Konopczyński w książce „Dzieje Polski Nowożytnej”:

Ustrój społeczny Rzeczypospolitej, zarówno jak ustrój państwowy, stanowił w całej Europie pewnego rodzaju unikat. Z przyczyn natury gospodarczej, nie dość jeszcze wyświetlonych, szlachta polska urosła do nieznanej w innych krajach potęgi. Nad cały naród wybujała milionowa rzesza szlachecka, zbrojna w 200 000 szabel. Taka arystokracja, podobnie jak ateńska lub rzymska, miała wszelkie prawo do nazwy demokracji, zaś w nowożytnej Europie nigdzie, ani nawet w Anglii nie było takiej rzeszy ludzi wolnych i uprzywilejowanych, biorących udział w życiu publicznym. Zjawisko okazałe i szanowne, rokujące państwu niezmierną siłę, ale tylko na pewien czas, dopóki państwa sąsiedzkie nie nauczyły się w ten czy inny sposób zaprawiać do pracy i do walki jeszcze większych sił społecznych. Na dalszą metę przyrost klasy szlacheckiej niósł fatalne owoce. Względna równowaga stanów, jaką zostawił Kazimierz Wielki, runęła w XV w. Szlachcic stał się potęgą groźną dla innych klas i dla samego państwa, zagarnął rządy i wyzyskiwał je na swoje dobro. Mniejsza o to na razie, czy ów wyzysk był gorszy lub lżejszy niż gdzie indziej. Faktem pozostaje, że mieszczanin, odepchnięty na bok, przyciśnięty nadmiarem Żydostwa, schudł i znacznie zobojętniał na sprawę narodową, a chłop jej w ogóle nie znał i nie odczuwał. Żakerii wprawdzie rdzenna Polska nie znała; rok 1651 okazał, że w przeciwieństwie do ludu ruskiego chłop katolicki, złączony wspólną wiarą z dziedzicem, nie idzie za hasłami podżegaczy. Ale ta lojalność wsi polskiej tłumaczy się nie tylko jej znośnym bytem ekonomicznym, na którym musiało zależeć dziedzicom: włościanin po prostu zanadto był przytępiony i przykuty do swego zagona, aby mógł sięgać po prawa polityczne. W rezultacie Rzeczpospolita, zamiast 12 milionów przeciętnie patriotycznej ludności mogła liczyć na 1 – 1,5 miliona. 9/10 części narodu czuło się obco i źle w rodzimym kraju i stan ten utrwalił się dzięki temu, że klasa uprzywilejowana była dość liczna, aby całą resztę przez parę wieków trzymać w garści i wyzyskiwać. Cokolwiek też mówi się o demokratyzmie dawnej szlachty, dla państwa lepiej było mieć arystokrację mniej liczną i pozbyć się jej w drodze wewnętrznej rewolucji niż czekać pod rządem owych dwustu tysięcy, aż warstwa rządząca się przeżyje – i kraj rozszarpią zaborcy.

Wadliwość ustroju społecznego pociągała za sobą wadliwość ustroju państwowego. Jednym z jego elementów jest władza prawodawcza. O niej Konopczyński tak pisze:

Były w Europie ówczesnej państwa typowo szlacheckie pod względem budowy społecznej: we Francji, w Rosji, w Prusach, Austrii wszystkie niemal urzędy znajdowały się w rękach szlachty. Były może tu i ówdzie grupy szlacheckie bardziej egoistyczne, bardziej pyszałkowate, o łbach jeszcze ciaśniejszych niż w Polsce. Ale też w tamtych krajach był silny rząd monarchiczny, kierujący całym mechanizmem państwowym i regulujący stosunki społeczne według pewnej racji stanu; z drugiej strony przewaga społeczna szlachty nigdzie nie była tak bezwzględna, jak u nas. Co najważniejsze: nasi jaśnie wielmożni i urodzeni chwycili w swe ręce wyłączne kierownictwo spraw wraz z odpowiedzialnością za nie. Oni dla siebie stworzyli ustrój państwowy, taki właśnie, jaki najlepiej zabezpieczał ich wolności i dobrobyt. Jak stworzono ten ustrój, a w szczególności organy prawodawstwa? Jak Bóg dał, od potrzeby do potrzeby, bez przewidującej myśli, bez technicznego wykończenia. Gubiąc się w w antynomii interesów całości i części, stworzono kształt obrad narodowych z wymaganiem jednomyślności, dobry dla aniołów, nie dla ludzi. Nie wypracowano ani nie przejęto z zewnątrz elementarnej zasady większości głosów. Potem dopuszczono do wyrodzenia się z jednomyślności – „wolnego nie pozwalam”. Przez 200 lat znosił sejm walny warcholstwo opozycyjnych posłów, prawie zawsze podszyte zdradą, cierpiał od własnego niedołęstwa i nie zdobył się na porządny regulamin obrad, jak nie zdobyło się całe nasze ustawodawstwo nowożytne aż do Konstytucji 3 Maja na żaden doskonały pomnik, który by warto pokazać Europie.

Nie lepiej było w przypadku władzy wykonawczej:

Te same cechy: podporządkowanie państwowości interesom szlacheckim i niedbalstwo w wykończeniu form okazuje budowa rządu w ścisłym znaczeniu. W oczach ogółu najodpowiedzialniejszym za wszystko czynnikiem był król, który miał występować albo w otoczeniu sejmu, albo w asystencji senatu. Wyglądało to wcale parlamentarnie i z punktu widzenia teorii konstytucyjnej wolno widzieć w dawnej Rzeczypospolitej organiczne zespolenie króla i państwa, jakiego brakło innym narodom Europy lądowej. Ale współcześni, np. Karwicki, wiedzieli, co sądzić o tej organicznej jedności. Naprawdę „inter maiestatem et libertatem” (pomiędzy władzą monarszą a wolnością) wrzała odwieczna walka, tym gorsza, że podziemna, przy czym król prawie zawsze dźwigał sprawę publiczną i rację stanu, a wolny szlachcic ściągał ją sobie pod stopy. Królowi zostawiono z zakresu wykonawstwa tyle właśnie mocy (władzę rozdawczą i dowództwo nad wojskiem), aby móc go uczynić odpowiedzialnym za niepowodzenia, dla narodu zawarowano prawo wypowiedzenia posłuszeństwa. Wolne elekcje pozbawiły politykę polską ciągłości, a otwierały na oścież wrota wpływom obcym. Wystawiano koronę na licytację, w nadziei, że przyszły król własnym groszem i wojskiem, bez żadnych ofiar z naszej strony, zdobędzie dla nas Kijów lub Kamieniec; później zaczęto po prostu sprzedawać swoje wolne suffragia (głosy wyborcze – przyp. mój). Gdybyż przynajmniej z tej licytacji wychodził upatrzony kandydat najlepszy! Ale nie: od 1648 r. widzimy w okopie wyborczym cały szereg niespodzianek albo wyborów narzuconych wbrew narodowi. A jeśli chodzi o wartość wybrańców, to poza Janem III zawsze zwyciężali kandydaci gorsi: Korybut bił Lotaryńczyka, August II – Contiego i Badeńczyka, August III – Leszczyńskiego.

Resztę władzy wykonawczej sprawowali faktycznie nieodpowiedzialni dożywotni ministrowie: marszałek, kanclerz, podskarbi, hetman, że pominiemy pomniejsze figury. Żadnemu z nich król nie mógł skutecznie rozkazywać, żadnego zmusić do posłuszeństwa. Przez 100 lat z górą, od Jana Kazimierza do Augusta III, wolno było ministrom administrować, politykować i zdradzać na własną rękę, bez niczyjej kontroli, najczęściej w myśl interesów tej rodziny magnackiej, do której należał piastun urzędu.

Nie inaczej wyglądała sprawa polityki zagranicznej:

Odpowiedzialność, zwłaszcza za politykę zagraniczną, włożono na senat przyboczny, tj. na owych 4 senatorów rezydentów; była to rada i kontrola bez doświadczenia, bez znajomości rzeczy, bez rutyny i, jak skutek pokazał, bez żadnego wpływu. Można było wymyślić organ doradczo-dozorczy znacznie poważniejszy – złożony nie tylko z senatorów, ale z wybrańców szlachty, na podobieństwo wydziałów stanowych, jakie powstawały w niektórych krajach zachodnich, i pomysły takie rodziły się nieraz (1573, 1606, 1607, 1660). Z wiadomych przyczyn do ich urzeczywistnienia nie doszło: chodziło wszak nie o rząd republikański, ale o rząd rozbity, jak najsłabszy, dla nikogo nie straszny.

Od czasów Zygmunta III według litery prawa senat przyboczny, a w praktyce sejm, roztoczył dozór nad całą polityką zagraniczną królów i jął wyciskać na niej swoje piętno. Było to piętno bierności i pokojowego usposobienia nawet wobec wypadków, które wielkim głosem wołały o czynną interwencję Polski. Sejm przyswoił sobie prawo roztrząsania zagadnień międzynarodowych, zagajenia rokowań i ratyfikowania traktatów. W takich warunkach podcięte zostały skrzydła śmielszej polityce królewskiej i o wyzyskaniu pomyślnych koniunktur za granicą nie mogło być mowy. Wojen zaczepnych lub choćby prewencyjnych naród nie chciał, wojny rewindykacyjne podejmował znaglony, niechętnie. Bądź co bądź w samym wyborze kierunku obrony bardzo charakterystycznie ujawniał się szlachecki duch Rzeczypospolitej. Sejm stronił od wojny trzydziestoletniej, chociaż przez udział w niej po tej lub owej stronie można było odzyskać Śląsk: bo tam nie było szlachty polskiej, tylko zapomniany lud wiejski, wytrwale obstający przy mowie praojców.

Zaniedbano sprawę rozszerzenia dostępu do morza: królom kazano nieraz w paktach konwentach zakładać „classem moritimam” (flotę morską), ale nie dano im na to środków ani nie poparto ich usiłowań (np. Władysława IV i Sobieskiego), które do utwierdzenia polskich rządów na brzegach Bałtyku prowadziły. Bo żegluga, handel zamorski to interes królewski lub mieszczański, a szlachcie wystarczało spławianie wicin i szkut ze zbożem lub tratw do Gdańska. Za to zapędzano się chętnie i bez żadnego umiarkowania w przestworza wschodnie, dokąd ekspansję Rzeczypospolitej pchały interesy możnowładztwa. Prawda, że i tam wojny miały niemal bez wyjątku charakter obronny: prawda i to, że rycerzy walczących z Moskwą ożywiała świadomość, iż bronią oni swobód ojczystych przed sługami brutalnego despotyzmu, a wielu z tych, co szli pod Cecorę, Chocim i Wiedeń, płonęło entuzjazmem dla sprawy Krzyża Świętego; niestety bywał to przeważnie instynkt żywiołowy, sprowokowany jakimś najazdem, chętnie idący na rękę nababom ukraińsko-podolskim, ale nie kierowany samowiedzą programową. Zapędy panów polskich na Mołdawię, podobnie jak chadzki Kozaków na Morze Czarne, rozpętały nawałnicę turecką, która pochłonęła najlepsze siły Polski w XVII w. i uniemożliwiła zwycięskie parcie ku Morzu Batyckiemu. A wyprawy na Moskwę w dobie Samozwańców zaostrzyły tylko antagonizm polsko-rosyjski, niecą w Moskwie chęć odwetu, która wyładuje się na Rzeczypospolitej późno, lecz zabójczo. Cała zaś „dwóchsetletnia polityka zewnętrzna Rzeczypospolitej zakończyła się odepchnięciem jej od Morza Czarnego, zawężeniem dostępu do Bałtyku (utrata Inflant, emancypacja Prus), zasklepieniem narodu w lądowym hreczkosiejstwie, bez zaokrąglenia narodowego na zachodzie, bez stanowczego zwycięstwa, bez załagodzenia stosunków na wschodzie”. Przez rozejm andruszowski osiągnięto niezłą od Moskwy granicę strategiczną Dźwina – Dniepr (wykrzywioną tylko naokoło Kijowa), która mogła nabrać niewzruszonej trwałości, gdyby ją od wewnątrz umocniła rozumna – polityka wewnętrzna.

Tak jak wszystko i polityka wewnętrzna pozostawiała dużo do życzenia. Konopczyński tak pisze:

O niej jednakże można mówić jedynie z poważnym zastrzeżeniem. Szlachta zanadto miała zaabsorbowaną myśl obronną swobód przed podejrzanym zawsze majestatem, żeby mogła wiele uwagi poświęcać rządom wewnętrznym. Mądrze załatwiono sprawę unii z Litwą; niebacznie, zbyt wyrozumiale pozwolono rozwijać się wszelkim rozbieżnościom wewnątrz dualistycznej Rzeczypospolitej. Czy źródłem tej wyrozumiałości był nasz szlachetny liberalizm? Owszem, ale były i inne przyczyny. Brakło energii na centralistyczne zachcianki, więc zostawiono dzielnicom i grupom społecznym swobodę stanowienia o sobie. Kwestii narodowościowej w świadomości szerokiego ogółu w ogóle nie było; już więcej zaprzątano się pewnego rodzaju polityką populacyjną. Statysta Mazur pilnował, żeby mu robotnik pańszczyźniany nie uciekł na Ruś; statysta spod Ostroga lub Żytomierza wzdychał do tego, żeby na miejsce chłopów uchodzących w Dzikie Pola napływali inni z Mazowsza. Racjonalnej kolonizacji z myślą o utwierdzeniu kresów przy Rzeczypospolitej nie prowadził żaden rząd, podobnie jak nikt nie zabiegał systematycznie o sprowadzanie z Zachodu umiejętnych rzemieślników i bogatych kupców, co przecież w dobie Wielkiego Elektora należało już do abecadła administracyjnego panujących. I tutaj też przeświecała ziemiańska predylekcja gospodarzy Rzeczypospolitej: skoro szlachta ruska przyjęła katolicyzm, język polski i obyczaje polskie, to któż by pytał o narodowość pozostałych 9/10 ludności tych województw? Taki brak nacjonalizmu w znaczeniu nowoczesnym, dodatnim czy ujemnym, jako obrony własnej narodowości lub tępienia innych, nie może nikogo dziwić w XVII i XVIII w., zanim się pojawiła idea narodowa. Ale też niech nikogo nie dziwi rezultat tego rodzaju tolerancji czy też beztroskliwości; że pomimo utopienia w ziemiach kresowych znacznego odsetku ludu polskiego ziemie te pod względem etnicznym pozostały w ogromnej większości krajem ruskim, łatwym do oderwania i jeszcze łatwiejszym do strawienia przez Rosję.

Ustrój Rzeczpospolitej określano mianem złotej wolności, a jego istotę Konopczyński opisuje tak:

Złota wolność rozsiadła się po pałacach i dworach od Karpat do Bałtyku, od Warty po Dniepr, pielęgnując te tylko instytucje, które jej celom służyły, a zaniedbując wszystko, co mogło wesprzeć absolutum dominium. Jest syta, więc nie chce żadnych nowości; jest zbrojna, więc nie suszy głowy nad rozwiązywaniem żadnych problemów ustrojowych; od każdego głębszego zagadnienia odrąbie się szablą. Byle sądziły się ziemstwa, grody i trybunały, byle płynęły w ostatniej potrzebie podatki na wojsko, byle nas sprawiał hetman, równie groźny królom jak i carom, to już mniejsza o resztę, tzn. o prawodawstwo i administrację. Kosztem tych wyższych funkcji, głosząc zasadniczy konserwatyzm, cofamy się naprawdę do prymitywnych zadań państwowego życia, spokojni o to, że na straży interesu klasowo-narodowego stoją trzy moce, jakich zazdrości nam cały świat:

a) Liberum veto a nie sejm jest teraz symbolem wolności polskiej. Z izby poselskiej wypromieniowało ono na wszystkie sejmiki, gdziekolwiek obraduje rasa polska (nawet w prowincji pruskiej, nawet w tych województwach, które uznały zasadę większości głosów), cofając się dopiero od granic rasowo odmiennej Kurlandii. Jeden poseł tamuje lub rwie obrady w dowolnej chwili, nie tylko przy zamknięciu, jak Siciński w 1652 r., ale nawet przed obiorem marszałka, z wyraźnym pogwałceniem regulaminu (1688). Posługują się tą straszną bronią magnaci, zwłaszcza hetmani; zaczynają jej używać posłowie obcy. Tylko elekcje są faktycznie zabezpieczone przed rwaniem, bo wtedy mniejszość chcąca postawić na swoim musiałaby przyjąć wojnę domową. Zwłaszcza pod koniec panowań veto święci nad podupadłym królem straszne triumfy. Staje się ono ruchomą podstawą wszystkich praw i władz, wrodzoną atrybucją wolnego Polaka, samobójczą gwarancją wszystkich innych wolności. Pod tym damoklesowym mieczem żyją i funkcjonują –

b) Sejmiki. Odbywa się ich co roku po dwa, trzy lub więcej, każdy z reguły jednodniowy, w Koronie pod obranym każdorazowo marszałkiem. Wyjątkowo tylko nieliczne województwa stwarzają sobie kolegialne organy wykonawcze. Nowością są milicje, formowane z osobnych podatków wojewódzkich; nowością – zdobyte via facti prawo limity, tj. odraczania swych sesji i zjeżdżania się po raz drugi czy czwarty do osobnego uniwersału królewskiego; taka limita zapewni sejmikom dalszą przewagę nad sejmem. Na każdy sejmik zjeżdżają się, prócz miejscowych posesjonatów, ich mniemani krewniacy, gołota bez ziemi, wysługująca się panom. Nie słychać jednak nigdzie, aby gospodarze sejmiku prowadzili ścisłą listę uprawnionych do głosu. Lauda i instrukcje mnożą się w nieskończoność, mimo że tylko szczupła cząstka postulatów ziemskich obleka się w formie praw. Jeżeli wola żywiołu sejmikowego nie znajdzie ujścia w sejmie, to wybucha w postaci konfederacji.

c) Wiek hetmaństwa i husarii jest bowiem zarazem pierwszą klasyczną epoką konfederacji. Dojrzały wszystkie odmiany takiej rewolucji narodowej: konfederacja miejscowa dla celów obrony bezpieczeństwa publicznego, miejscowa buntownicza, miejscowa lojalistyczna (np. trzy związki sandomierzan 1683, 1685 i 1688 r., które Bidziński utworzył dla poparcia Jana III przeciw magnatom), konfederacja generalna na czas bezkrólewia, generalna dla wypowiedzenia posłuszeństwa (1607), generalna przy królu – wszystkie na podstawie ziemsko-przedstawicielskiej; związek wojskowy samodzielny (1608, 1612-1614, 1622, 1659-1663, 1696-1697) lub w oparciu o konfederację obywatelską (1656, 1665). Ta forma organizacyjna, która współcześnie na Zachodzie żadnego już nie znajduje odpowiednika (bo ligi książąt niemieckich mają z nią tylko powierzchowne pokrewieństwo), nie naśladowana we Francji nawet podczas Frondy, wyjątkowo użyta przez Szkotów i Anglików dla celów rewolucyjnych (Covenant, League, Agreement of the people) [Przymierze, Liga (związek), Umowa ludu], nie dojrzewająca już nawet na Węgrzech, stała się w Rzeczypospolitej normalnym organem opozycji i walki partyjnej, poniekąd nawet klapą bezpieczeństwa, która stosowanie artykułu „de non praestanda oboedientia” uczyni zbędnym lub bezskutecznym.

Dużo tych cytatów i ich czytanie może być nużące, ale bez nich trudno było by uzmysłowić sobie, jak perfekcyjny ustrój stworzono dla nowego państwa, zwanego Rzeczpospolitą Obojga Narodów. Piszę więc „perfekcyjny” zupełnie świadomie, bo twórcom tego ustroju zależało na tym, by to państwo było słabe, niezdolne do jakiegokolwiek działania, by było całkowicie sparaliżowane. My koncentrujemy się na analizie jego wad, sądząc, że ci, którzy projektowali ten ustrój popełnili błąd, wynikający z niewiedzy lub naiwności. Nic bardziej błędnego! Inna sprawa, że nikt nie zastanawia się nad tym, kto go zaprojektował z imienia i nazwiska. Ja jedynie u Tadeusza Gluzińskiego w jego pracy Odrodzenie idealizmu politycznego znalazłem takie zdanie: U nas nie kto inny, jak popierający wówczas reformację Zamoyski wraz z jej jawnymi zwolennikami przeprowadził instytucję elekcji viritim, czyli przez powszechne głosowanie. A więc wszystko jasne: wszystkie drogi prowadzą do… Żydów, choć do Rzymu też, do czego jeszcze nawiążę.

Oceniamy ten ustrój, jak to się ładnie mówi – a posteriori, czyli po fakcie, ale spróbujmy ocenić go – a priori, czyli przed faktem. Nie było wtedy takiego ustroju w żadnym kraju na świecie, bo – jak mówiła szlachta – cały świat nam go zazdrości. No, ale skoro zazdrościł, to dlaczego nikt go nie wprowadził u siebie? Nie było więc wzorca. A któż chciał wprowadzić ustrój, który uczyniłby państwo zupełnie bezradnym, w którym nie było wiadomo, kto rządził i jaki miał cel. A skoro nie było wiadomo, kto rządził i jaki miał cel, to chcąc nie chcąc, na myśl przychodzą tajne związki, a jak tajne związki, to Żydzi, bo masonerii wtedy jeszcze nie było; dopiero się wykluwała.

Zanim Polska stała się przyszłym ogniskiem żydostwa, wcześniej była nią Hiszpania. Jednak połączenie Kastylii i Aragonii w jedno królestwo, dzięki zaślubinom don Ferdynanda Aragońskiego z Izabellą Kastylijską, zwaną w dziejach Izabellą Katolicką (1474), stało się dla Żydów katastrofalnym wypadkiem. Powstało potężne państwo, które podjęło zdecydowaną z nimi walkę. W 1492 roku dochodzi do ich wygnania z Hiszpanii. Popełnili błąd, polegający na tym, że dopuścili do jego powstania. Obiecali więc sobie, że drugi raz nie pozwolą na to. I to właśnie wtedy, w XV wieku, zanim jeszcze zostali zmuszeni do opuszczenia Hiszpanii, wybrali Polskę na przyszłą siedzibę.

Ale jak w nowym państwie doprowadzić do jego osłabienia, jego paraliżu, bo w przeciwnym razie może znowu przyjdzie szukać nowej siedziby? Jak zmienić jego ustrój na gorszy? Pierwszą okazją było to, że Ludwik Węgierski nie miał synów, tylko córkę Jadwigę. W przypadku Węgier nie było problemem, by została królową, ale w Polsce – tak. Jadwiga jest zaręczona z Wilhelmem Habsburgiem, ale panowie małopolscy mają inne zdanie. Dochodzi do zerwania zaręczyn i małżeństwa Jadwigi z litewskim księciem Władysławem Jagiełłą. To wszystko na mocy unii w Krewie z 1385 roku. W tym momencie dochodzi do przeorientowania polskiej polityki na wschód. Co innego „kopać się” z Habsburgami, a co innego z dzikimi Litwinami i niewiele wyżej stojącymi Polakami. Tak myślę, że tak kalkulowali Żydzi, od których musieli zależeć panowie małopolscy.

Od unii w Krewie do unii lubelskiej mija prawie 200 lat, ale w polityce jest taka zasada, że sprawy najważniejsze nie są najpilniejsze. Jest czas na przygotowanie gruntu. Polskie elity jeżdżą po nauki do Włoch, a tam plenią się tajne związki. Polska epoki dwóch ostatnich Jagiellonów, tj. Zygmunta Starego i Zygmunta Augusta, jest areną wpływów humanistów. To oni wywołują zwrot w usposobieniu Polaków w stosunku do Żydów:

Przeciw tej robocie antyżydowskiej występują ludzie renesansu, którzy zawitali tutaj również z zachodu i przeszczepili do Polski kulturę odrodzenia. Już od połowy XV w. sprowadza się do Krakowa , obok paszkwilów antyżydowskich, dzieła uczonych żydów hiszpańskich i włoskich w tłumaczeniach łacińskich i pilnie się je czyta i objaśnia. Szczególnie są poszukiwane dzieła medyczne Majmonidesa i Abrahama Ibn Ezry, jako też prace astronomiczne i filozoficzne uczonych żydów tej epoki. – Majer Bałaban, Historia i literatura żydowska.

Zdecydowanym przyjacielem Żydów jest Włoch, Filip Buonacorsi, znany pod swym pseudonimem organizacyjnym Kallimach. Kazimierz Jagiellończyk uważnie przysłuchuje się jego rozmowom z uczonymi Żydami i powierza mu wychowanie swych synów. Wychowankiem Włocha jest również Zygmunt Stary. Wraz z jego wstąpieniem na tron zaczynają się dla Żydów polskich złote czasy.

Około 1540 roku powstaje w Krakowie tajne stowarzyszenie dla krzewienia nauk ewangelicznych. Składało się ono z najwybitniejszych uczonych owego czasu. Na czele stowarzyszenia stał Włoch, Franciszek Lismanini, prowincjał zakonu franciszkanów, kapelan i spowiednik królowej Bony. Należeli doń również Jan Trzecieski, pierwszy polski gramatyk, jego syn, Andrzej Trzecieski, uczony i lingwista, Bernard Wojewódka, księgarz i radny miasta – uczeń Erazma z Rotterdamu, Andrzej Frycz-Modrzewski, uczeń Melanchtona, Jakub Przyłuski, znakomity prawnik, Adam Drzewiecki, kanonik kapituły krakowskiej, Andrzej Zebrzydowski, późniejszy biskup krakowski, ulubiony uczeń Erazma, Jakub Uchański, referendarz koronny, następnie arcybiskup gnieźnieński i wiele innych wybitnych osób. Prawdopodobnie czynnym członkiem tego stowarzyszenia był Zygmunt August. Nie dziwi więc, że za jego czasów siły reformacji w Polsce jeszcze wzrosły. Dążył on też usilnie do powstania unii.

Jaki był cel unii? Obrona przed Moskwą? Do tego wystarczy zobowiązanie obu stron, że w razie zagrożenia wzajemnie sobie pomogą. Tak było pod Grunwaldem. Obowiązywała wtedy unia wileńsko-radomska z 1401 roku, na mocy której strony zobowiązywały się do pomocy wojskowej w razie zagrożenia. Polityka zagraniczna i wewnętrzna była prowadzona przez oba państwa oddzielnie. Skoro nie obrona przed Moskwą, to co? Chrzest przyjęła Litwa na mocy unii w Krewie w 1385 roku, więc nie chodziło o interesy Kościoła. Celem było stworzenie słabego państwa. Ale jak?

Po śmierci Zygmunta Augusta w 1572 doszło do bezkrólewia, podczas którego zreformowano system prawny kraju. No właśnie! Zawsze w formie bezosobowej, a przecież ktoś to zrobił. Znacznie zwiększyły się wpływy szlachty, wprowadzono wolną elekcję i liberum veto. Innymi słowy doszło do zmiany ustroju państwa. Z reguły tego typu zmiany obywają się poprzez rewolucję, ale rewolucje, które obalają stary porządek, wynoszą rządy, które dzierżą władzę silną ręką i utrzymują sprawną administrację. W tym wypadku chodziło o coś zupełnie innego, chodziło o stworzenie państwa słabego, niezdolnego do prowadzenia jakiejkolwiek polityki w jakimkolwiek zakresie. Chodziło o to, by nie powstało silne państwo, które mogłoby podporządkować sobie Żydów lub nawet ich wyrzucić.

Połączenie dwóch państw w jeden nowy organizm wymaga zmiany ustroju i stworzenia nowego prawa, jeśli mają to być państwa, które tworzą jeden organizm na równych prawach. I to był prawdziwy, w moim przekonaniu, cel unii, do której uparcie parła tylko jedna strona: zmiana ustroju i nowe prawo. To, że państwa te zjednoczyły się tylko częściowo, nie miało znaczenia. Nikt nie próbował dokończyć tego procesu. Bo i po co? Cel osiągnięto. Stworzono wyjątkowy twór, karykaturę państwa, pośmiewisko na całą Europę. Dzieło Żydów, a przypisano je Polakom i wyśmiewano się z nich i nadal się wyśmiewa. W ten sposób Żydzi osiągnęli dwa cele: stworzyli słabe państwo, które nie mogło im zagrozić i przekonali innych, że Polacy nie są zdolni do posiadania własnego państwa i samodzielnego rządzenia się. A to, że u schyłku tego państwa, na 12 mln ludności, Polaków było w nim tylko 4 mln, i że zdominowała je magnateria litewska, to mało kto w to wnika.

Czy sami Polacy byliby w stanie stworzyć taki ustrój, mając taką wiedzę, jaką mieli i w oparciu o własne doświadczenia historyczne? Czy Żydzi, którzy dysponowali wielowiekowym doświadczeniem, wynikającym z ich historii i rozproszenia po świecie, co pozwalało im na obserwacje różnych rozwiązań ustrojowych i różnych form organizacji państwa? Ale też – na obserwację ludzkich zachowań, psychikę ludzi, ich podatność na korupcję, pochwały, parcie do władzy. W Polsce uzależnili od siebie elitę władzy i elity intelektualne i, posługując się nimi, wprowadzili w państwie polskim ustrój, który ostatecznie okazał się zabójczy.

Co nas czeka?

Mam takie wrażenie, że u nas wielu ludzi nie zdaje sobie sprawy z powagi sytuacji i łudzi się, że po pojawieniu się szczepionki wszystko wróci do normy. Natomiast politycy od samego początku zaczęli mówić o „nowej normalności”, co oznacza, że powrotu do normalności nie będzie. Pandemia, sztuczna zresztą, jest tylko pretekstem do wprowadzania zmian, które mają uczynić z ludzi niewolników. Te zmiany wprowadzane są, w zależności od kraju, w różnym tempie, a nowe prawo bywa egzekwowane bardziej lub mniej brutalnie. Na portalu ZeroHedge ukazał się ciekawy artykuł: The Totalitarian Future Globalists Want For The Entire World Is Being Revealed (Totalitarna przyszłość, której chcą globaliści dla całego świata, wychodzi właśnie na jaw). Jego autorem jest Brandon Smith. Wydaje mi się, że jego spojrzenie i interpretacja rzeczywistości warte są przybliżenia. Link do oryginalnego tekstu tu: https://www.zerohedge.com/geopolitical/totalitarian-future-globalists-want-entire-world-being-revealed

»Od 11 września 2001 roku (zamach na World Trade Center) w całym zachodnim świecie dążono konsekwentnie do tego, co zwolennicy wolności nazywają państwem policyjnym, w którym rządy nie są ograniczone prawami obywateli i mogą robić to, co chcą pod płaszczykiem bezpieczeństwa publicznego.

Wykorzystanie „prawa” jako narzędzia do wpisania tyrani w kulturę jest podstawą wszelkich totalitaryzmów.

Polega to na prawnym usankcjonowaniu przestępczych działań rządu. I to przestępcze działanie staje się usprawiedliwione, bo stoi za nim prawo. Władza uchwala bandyckie prawo, a później powołuje się na nie. Za każdym razem, gdy rząd narusza prawa obywateli, robi to „dla dobra społeczeństwa jako całości”. W interesie społeczeństwa jednostki, które to społeczeństwo tworzą, muszą być poddane resocjalizacji lub zniszczone. Takie podejście jest w całkowitej sprzeczności z tym, o co walczyli i umierali Ojcowie Założyciele w Ameryce, a co Thomas Jefferson tak wyraził:

Należna nam wolność jest swobodnym działaniem zgodnie z naszą wolą, ograniczającym nas takim samym prawem innych. Nie dopowiadam „w granicach prawa”, ponieważ prawo jest często tylko wolą tyranów i zawsze jest nią, gdy gwałci prawa jednostki.

W krajach takich jak Australia, który należy do kultury zachodniej i jest rządzony przez lud, uważa się, że jej system prawny jest zbliżony do amerykańskiego. Są jednak pewne różnice i stąd wątpliwości, co do podobieństw. Przede wszystkim obywatele Australii, podobnie jak obywatele krajów europejskich, nie mają możliwości, by zmusić swój rząd lub elity, mające wpływ na ten rząd, do samoograniczenia. To są państwa, których obywatele zostali rozbrojeni i spacyfikowani, i w których tyrania będzie wprowadzana w pierwszym rzędzie. Ale do tego dojdziemy za chwilę…

Nie dajmy się oszukać! Istnieje jawy i łatwy do zidentyfikowania plan globalistów, którzy chcą wprowadzić skrajnie scentralizowane państwo policyjne w każdym państwie, w którym będą w stanie to zrobić. To nie jest „teoria spiskowa”, to jest dowód spisku.

Od lat w alternatywnych mediach występuje wielu analityków, ekonomistów, ekspertów od geopolityki, którzy przewidzieli i ostrzegali opinię publiczną przed globalistyczną strategią „porządku powstałego z chaosu”. Innymi słowy, najbogatsi, trzymający władzę, mający wpływ na większość rządów na świecie, chcą „przekształcić” istniejący porządek społeczny poprzez wykreowanie kryzysu i katastrofy. Poprzez sterowanie ludzkim strachem mają nadzieję skłonić nas do zaakceptowania ograniczenia naszej wolności, co nam samym nawet do głowy by nie przyszło.

Elity niejednokrotnie oświadczały, że ich celem jest globalna gospodarka i rząd światowy, a pomimo to nadal uważa się to za „teorię spiskową” lub „paranoidalne urojenia”. Mógłbym ich tak bez końca cytować – te elity i ich organizacje, ale ograniczę się do kilku przykładów, by uzasadnić mój punkt widzenia.

Były Sekretarz Stanu za prezydentury Clintona i członek Rady ds. Stosunków z Zagranicą Strobe Talbot napisał w 1992 roku artykuł dla Time Magazine zatytułowany: „Ameryka za granicą: narodziny globalnego narodu”:

W następnym wieku narody jakie znamy będą należały do przeszłości; wszystkie państwa uznają jedną, globalną wadzę. Ostatecznie suwerenność narodowa nie była taką wspaniałą ideą.

Należący do elity, fabiański socjalista, HG Wells w swoim traktacie zatytułowanym „Nowy porządek świata” pisze:

Chociaż walka wydaje się być nakierowana na osiągnięcie światowej demokracji, to nie obejdzie się bez problemów, zanim stanie się ona wydajnym i dobroczynnym systemem światowym. Wielu ludzi… będzie nienawidzić nowego porządku świata… i umrą protestując przeciwko niemu. Gdy będziemy próbować dokonać jego oceny, musimy mieć na uwadze rozczarowanie przynajmniej jednego pokolenia niezadowolonych, wielu z nich zupełnie przyzwoitych i poczciwych ludzi.

A co z jednym z moich ulubionych, demaskujących cytatów członka Komisji Trójstronnej Richarda N. Gardnera byłego asystenta Sekretarza Stanu do spraw Organizacji Międzynarodowych za prezydentury Kennedy’ego i Johnson’a? W kwietniu 1974 roku pisał on w czasopiśmie Foreign Affairs w artykule zatytułowanym „The hard road to world order”:

Podsumowując, „dom porządku światowego” będzie musiał być zbudowany raczej od dołu do góry niż od góry do dołu. Używając słynnego opisu rzeczywistości Williama Jamesa, będzie wyglądać jak wielkie ‘huczące, brzęczące zamieszanie”, ale końcowy etap dotyczący suwerenności narodowej, niszcząc ją kawałek po kawałku, przyniesie znacznie więcej niż staromodny atak frontalny.

Członkowie globalnych organizacji i think-tanków, takich jak CFR (Council on Foreign Relations), już od wielu dekad dominują w prawie każdej amerykańskiej administracji rządowej i gabinecie prezydenckim. Ponad 20-tu członków CFR wchodzi w skład gabinetu Donalda Trumpa. Osuszenie bagna? Tak się nie stanie.

Jak to otwarcie ujawnił Harpers Magazine w 1958 roku w publikacji „School for Statesmen”:

Najpotężniejsza klika w tych (CFR) grupach ma jeden wspólny cel, chce doprowadzić do rezygnacji z suwerenności i niepodległości Stanów Zjednoczonych. Chcą likwidacji granic państwowych, rasowej i etnicznej solidarności w celu rozwoju interesów i zapewnienia światowego pokoju. To do czego dążą prawdopodobnie doprowadzi do dyktatury i utraty wolności przez ludzi. CFR została stworzona w „celu promowania rozbrojenia i rezygnacji z suwerenności i niezależności Stanów Zjednoczonych na rzecz jednego wszechpotężnego rządu światowego.”

Najprostszym sposobem w jaki globaliści osiągną to, o czym otwarcie mówią jest albo wyczarowanie jakiegoś kryzysu lub wykorzystanie już istniejącego, by „podkopać suwerenność”. Obecna pandemia wpisuje się w ten plan doskonale, ale zanim suwerenność zostanie wyeliminowana na poziomie narodowym, należy podważyć ją na poziomie jednostki.

Działania w Ameryce i wśród jej państw sojuszniczych sugerują, że atak na wolność jednostki jest bliski.

Jest wiele organizacji pokrewnych CFR. I tak przykładowo w Australii jest mocno zakorzeniony i wpływowy Instytut Polityki Strategicznej (Strategic Policy Institute), który, od momentu pojawienia się pandemii koronawirusa, konsekwentnie opowiada się za całkowitą centralizacją rządowych uprawnień. Ich uzgodnionym planem jest koncentracja władzy w rękach nowej „komisji” lub departamentu, utworzonej z „najbystrzejszych umysłów”. Zadaniem takiej komisji nie byłoby przywrócenie w Australii normalności, ale przekonanie opinii publicznej do ZAAKCEPTOWANIA „nowej normalności” po pandemii.

ASPI (Australian Strategic Policy Institute) entuzjastycznie ogłasza ten pomysł w artykule zatytułowanym „Reakcja na koronawirusa szansą na nowe spojrzenie na przyszłość Australii”:

Obecnie planem takiego departamentu jest nie spowodowanie powrotu Australii do normalności po pandemii, ale wykreowanie nowego wyobrażenia, czym może być Australia i jak możemy rozwijać się i prosperować w przyszłości, po koronawirusie i wobec problemu suszy, pożarów buszu i zmian klimatycznych. Pomyślcie o rodzaju nowej ekonomii, którą możemy wprowadzić po wymuszonym, szybkim zaadoptowaniu pracy domowej i takiego nauczania szkolnego poprzez wykorzystanie technologii cyfrowej. Możemy być wiodącą gospodarką cyfrową, której pragnął premier przed pandemią, nie do 2030 roku, ale znacznie wcześniej.

To natychmiast przypomniało mi o szybkim usunięciu konstytucyjnych zapisów po 11 września, w momencie, gdy ludzie byli zastraszeni i zdezorientowani. Jak mawiał amerykański globalista Rahm Emanuel:

Nigdy nie chcemy, by poważny kryzys poszedł na marne. A rozumiem przez to, ze jest to okazja do zrobienia tego, co wcześniej wydawało się niemożliwe.

ASPI odkrywa prawdziwy cel, którym jest ujednolicenie prawa i jego jednostronne wprowadzenie bez społecznej akceptacji. Polega to na maksymalnym wykorzystaniu pandemii, a następnie wprowadzeniu szybkich zmian w strukturze władzy. To będzie przeprowadzone długo po tym, jak zniknie koronawirus, dla dobra gospodarki, programów społecznych i tzw. „globalnego ocieplenia”. Reakcja na pandemię jest tylko środkiem do celu, a celem ostatecznym jest totalne zdominowanie społeczeństwa.

Skupiam się na Australii i okolicach, ponieważ wydaje się, że jest to miejsce, w którym globaliści zaczynają wcielać w życie swoją technokratyczną politykę. Albo przynajmniej testują swoją strategię, wykorzystując Australijczyków jako króliki doświadczalne. Gdy ASPI mówi, że zamierza utrzymać zmiany powstałe w wyniku pandemii po wygaśnięciu wirusa, to mówi nie tylko o zmianie na gospodarkę cyfrową.

Właśnie teraz Australia i Nowa Zelandia poniżają swoich obywateli najbardziej drakońskimi ograniczeniami w zachodnim świecie. To jest działanie, które elity chcą wprowadzić wszędzie, ale w Australii idą pełną parą, a sytuacja wciąż się pogarsza.

W wielu rejonach Australii skrajne środki przeciwdziałania zostały narzucone na przynajmniej następne 6 tygodni, włączając w to stan wyjątkowy, zmuszanie ludzi do noszenia masek na zewnątrz (wbrew temu, co mówią naukowcy i wirusolodzy o niewielkich możliwościach zarażania się na zewnątrz i na słońcu), mieszkańcy nie mogą oddalać się od swoich domów na odległość większą niż 3 mile i tylko jedna osoba z gospodarstwa domowego może opuścić je w określonym czasie. Obywatele, którzy nie przestrzegają tych obostrzeń podlegają karze 10.000 dolarów lub aresztowi. Ależ tak, aresztuje się ludzi po prostu za nienoszenie masek lub będących zbyt daleko od domu.

Sytuacja w Nowej Zelandii stała się wyjątkowo ponura i sądzę, że powinna być traktowana jako ostrzeżenie, szczególnie dla Amerykanów i ich przyszłości, jeśli pozwolimy, by narracja typu „bezpieczeństwo zdrowia publicznego” została przekształcona w tyranię.

Podczas gdy Australia wykorzystuje ośrodki odosobnienia, by zmusić ludzi o podwyższonym ryzyku do izolacji, nowozelandzkie obozy kwarantanny są obecnie pod całkowitą kontrolą wojska i wszyscy obywatele z pozytywnym testem lub podejrzani, że zostali zarażeni wirusem, mogą być odseparowani od swoich rodzin i umieszczeni w obozach, które są hotelami zamienionymi w więzienia.

Jest to całkowite wyrugowanie swobód obywatelskich, a wszystko to z powodu wzrostu liczby przypadków zgonów, które w Australii wyniosły zaledwie 525 i 22 – w Nowej Zelandii.

Sądzę, że powodem, dla którego Australia i Nowa Zelandia zostały wyznaczone dla tego typu poziomu restrykcji był przede wszystkim fakt, że zostały one całkowicie rozbrojone i nie miały środków do obrony przed rządowymi nadużyciami. I dlatego sądzę, że podobne środki zostaną wypróbowane również w USA. W stanach takich jak Nowy Jork są niewinne zamiary do ustanowienia punktów kontrolnych Covida, zatrzymujących i kontrolujących pojazdy wjeżdżające do stanu. To właśnie od tego zaczynają się poważniejsze ograniczenia.

Najpierw punkty kontrolne będą ustanowione po to, by odizolować ludzi zrażonych od reszty. Następnie te same punkty kontrolne będą użyte do zatrzymania ludzi w państwie lub mieście. W końcu punkty kontrolne będą ustanowione gdziekolwiek, by sprawdzać ludziom temperaturę i objawy choroby. Jeśli nastąpi zaakceptowanie tego stanu, kolejnym zadaniem punktów kontrolnych będzie zniechęcenie ludzi do jakiegokolwiek podróżowania gdziekolwiek i z jakiegokolwiek powodu. Jak w Australii i Nowej Zelandii – ludzie zostaną uwięzieni we własnych domach. Na tym etapie wprowadzenie ustaw i rozporządzeń karzących ludzi za wychodzenie z domu będzie łatwiejsze, ponieważ oni już wcześniej zaakceptowali zamknięcie w domach.

Co więcej, elity i globaliści w Ameryce żadają zamknięcia gospodarki na co najmniej 6 tygodni, podobnie jak w Australii. Członek Rezerwy Federalnej Neel Kashkari zapewnił ostatnio, że Amerykanie więcej oszczędzają i dlatego powinni być poddani takiemu zamknięciu, „ponieważ stać ich na to”.

Wirginia planuje obowiązkowe szczepienia, chociaż nie udało się jeszcze opracować szczepionki przeciw wirusowi typu SARS, a niedopracowane szczepionki wyrządzały więcej szkody i zabijały ludzi zamiast ich uodparniać. Inna sprawa, że danie rządowi uprawnienia do przymusowego wstrzykiwania ludziom czegokolwiek w ich ciała jest niemoralne.

Co dalej? Obozy covidowe? Raczej tak, chyba że Amerykanie postawią się. Media głównego nurtu sugerują taką strategię rozłożoną na miesiące. Washington Post entuzjastycznie przychylił się do wykorzystania przymusowych obozów odosobnienia w innych krajach i pyta, dlaczego jeszcze nie wykorzystuje się ich w Ameryce, poza punktami dla zagranicznych turystów. Powód jest taki: Wielu Amerykanów nie zgodzi się na takie zmiany i użyje takiej samej przemocy przeciw każdemu, kto spróbuje ich zamknąć z powodu wirusa, który stanowi niewielkie zagrożenie dla, co najwyżej, paru procent populacji.

Tak więc nie zakładajcie, że władza nie spróbuje w końcu i tu. Spróbuje. Bądźcie gotowi, gdy to zrobią. Spójrzcie na działania w miejscach takich jak Australia i Nowa Zelandia i spytajcie siebie, czy chcę, żeby tak było? A jeśli tak, to na jak długo? Ponieważ globaliści chcą, by te ograniczenia stały się „nową normalnością”. Pragną, by ten koszmar trwał zawsze.«

Autor twierdzi, że z powodu tego, że Amerykanie mają broń i będą się bronić, nie będzie łatwo podporządkować ich nowemu prawu. Pewnie tak, ale rząd przygotowuje się od lat. Willem Middelkoop w swojej książce „Wielki Reset Walki ze złotem i koniec systemu finansowego”, Zysk i s-ka Wydawnictwo, Poznań 2016; pisze:

Jeżeli pertraktacje w sprawie resetu finansowego nie doprowadzą do zadowalającego porozumienia najważniejszych partnerów handlu światowego, sytuacja może stać się naprawdę groźna. Już w 2006 roku rząd amerykański zawarł umowę z firmą Halliburton o wartości 400 miliardów dolarów, na podstawie której utworzono obozy internowania na terenie całych Stanów Zjednoczonych. Obiekty te można by z powodzeniem wykorzystać do internowania wielkiej liczby amerykańskich obywateli w razie poważnych niepokojów społecznych.

Jeśli rząd amerykański przygotowuje się od wielu lat, to trudno uwierzyć w to, że rządy innych krajów, które są zależne od Ameryki, nie robią tego samego. Chciałoby się powiedzieć: no to dożyliśmy ciekawych czasów! Osobiście mam jednak wątpliwości, czy to są ciekawe czasy, raczej straszne, choć jeszcze tego nie czuć. Obawiam się jednak, że to tylko kwestia czasu.

1 września

Wrzesień kojarzy się nam przede wszystkim z nowym rokiem szkolnym. Mam jednak nadzieję, że nie tylko. To także początek jakże tragicznej dla nas wojny. W sumie to już wszystko na jej temat powiedziano i napisano. Rozważano różne warianty, analizowano błędy, krytykowano politykę zagraniczną Sanacji – „egzotyczne sojusze” oraz gospodarczą. Niewątpliwie błędów było wiele i wiele złego uczynił Polsce i Polakom Piłsudski, a jednak na krótko przed śmiercią, chyba w 1934 roku, powiedział tzw. sierotom po Marszałku mniej więcej tak: Wojna będzie, daje wam pięć lat, za więcej nie ręczę. Polska pod żadnym pozorem nie powinna wchodzić do wojny jako pierwsza, a najlepiej, jak wejdzie do niej jako ostatnia. Lepszej rady nie mógł udzielić. Czyżby ruszyło go sumienie i w ten sposób chciał zrehabilitować się i uchronić Polskę przed najgorszym? Tego nigdy nie dowiemy się i nie dowiemy się, czym się motywował, udzielając takiej rady swoim „sierotkom”. Sierotki postąpiły dokładnie odwrotnie. Czy dlatego, że były tak głupie, czy może kierowały nimi inne motywy i inspiracja przyszła z zewnątrz. Osobiście nie uważam, że to byli głupi ludzie, pozostaje więc druga ewentualność.

Czy Polska w ogóle powinna była się bronić? Że co? Że Niemcy zabiorą nam Wielkopolskę i Pomorze? Zabiorą – i co z tego? Czechom zabrali Sudety a później całe Czechy, a dziś Sudety znowu są czeskie. Nikt w Europie nie chciał walczyć z Niemcami, bo nikt nie chciał kopać się z koniem. Kopać się z koniem mogła tylko Anglia i Związek Radziecki i kopali się. Takie kraje jak Węgry, Rumunia i Bułgaria walczyły nawet u boku Niemiec przeciwko Związkowi Radzieckiemu. Po wojnie stały się one częścią bloku sowieckiego i nie miały z tego powodu żadnych nieprzyjemności. Tak jak były lojalne wobec Niemiec, tak i stały się lojalne wobec Związku Radzieckiego. Mocarstwo wie, że państwa lojalne wobec jednego, będą również lojalne wobec drugiego, a te nielojalne zawsze takimi pozostaną. Wszystkie państwa Europy kontynentalnej zaakceptowały zaistniałą sytuację, nawet Francja, która uchodziła za mocarstwo, musiała się jakoś z Niemcami ułożyć. Tylko Polska się postawiła.

Czy Polska powinna była się bronić? Tak na zdrowy rozum, mając wyjątkowo niekorzystny układ granic z Niemcami, który po zajęciu przez III Rzeszę Czech i Moraw i wkroczeniu niemieckich wojsk na Słowację, stał się jeszcze bardziej niekorzystny – 1600 km i możliwość zaatakowania Polski z północy, zachodu i południa. Już sam ten fakt skłaniał do refleksji, że przy takim układzie granic walka z daleko silniejszym przeciwnikiem jest szaleństwem. Przewaga militarna również nie pozostawiała złudzeń co do wyniku konfrontacji. Strona niemiecka wystawiła 1.850 tys. żołnierzy, polska – 950 tys., dział: 11 tys. – 4,8 tys., czołgów: 2.800 – 700, samolotów: 2000 – 400. A więc dwa razy więcej żołnierzy, ponad dwa razy więcej dział, cztery razy więcej czołgów, pięć razy więcej samolotów. Trzeba być wyjątkowym idiotą, by podejmować walkę przy takiej przewadze militarnej i tak niekorzystnym układzie granic. A jednak tę walkę podjęto. Czy to byli idioci? Raczej nie. Czy liczyli na to, że Anglia i Francja zaatakuje Niemcy? Sądzę, że – nie. W relacjach silniejszy – słabszy realizowane są interesy silniejszego. Nie mam wątpliwości, że rządzący Polską zdawali sobie z tego sprawę, a jednak podjęli takie decyzje, jakie podjęli. Jakie były ich motywy? Wygląda na to, że świadomie dążyli do zniszczenia państwa, do jak największych start ludzkich i materialnych. Ale dlaczego? W sytuacjach ekstremalnych najważniejsze jest przetrwanie narodu, zachowanie jego dorobku materialnego i kulturalnego. Argument, że poddanie się Niemcom oznaczałoby oddanie im Wielkopolski i Pomorza jest kretyński. Nie było szans na obronę, a Niemcy i tak włączyli te ziemie do Rzeszy. Wprawdzie poborowi z tamtych terenów walczyli w AK, ale nie była to Armia Krajowa, tylko… Afrika Korps – przynajmniej niektórzy z nich.

Mówi się, ze II wojna światowa była tylko dokończeniem pierwszej, a traktat wersalski niczego nie załatwiał, tylko rodził nowe konflikty. Problemem było to, że w wyniku pierwszej wojny światowej nastąpił upadek Austro-Węgier, co skutkowało powstaniem nowych państw, które wcześniej wchodziły w skład tego imperium. Powstał też problem Polski, bo jej część należąca do Austro-Węgier stała się wolna. W takiej sytuacji musiała również powstać Polska, tylko co, oprócz Galicji, miało miało ją tworzyć? Klecono więc naprędce nową mapę Europy. A co nagle, to po diable.

Czechy wchodziły w skład Austro-Węgier. Po ich rozpadzie stały się niepodległym państwem. Po włączeniu Austrii do Niemiec (kwiecień 1938) wbijały się one klinem w III Rzeszę. Dla Hitlera nie była to zbyt komfortowa sytuacja. Tereny przygraniczne z Niemcami i Austrią były zamieszkałe w zdecydowanej większości przez ludność niemiecką (85%) i to było podstawą jej roszczeń i chęcią przyłączenia ich do Niemiec oraz przedmiotem konferencji w Monachium w dniach 29-30 września 1938 roku. Wygląda więc na to, że granice Czech wykreślono tak, by stanowiły one zarzewie konfliktu. Podobnie było w przypadku Śląska Cieszyńskiego, gdzie ludność polska stanowiła większość, a mimo to teren ten został przyłączony do Czech.

Po zakończeniu konferencji monachijskiej 30 września 1938 roku i uznaniu przez rząd Czechosłowacji cesji terytorialnych na rzecz Niemiec, gwarantowanych przez Francję, Niemcy, Wielką Brytanię i Włochy, Polska zażądała 30 września o godzinie 23:45 od rządu Czechosłowacji korekty granicy polsko-czechosłowackiej na terenie Zaolzia na zasadzie rozgraniczenia etnicznego. Po zgodzie rządu Czechosłowacji, Polska przejęła okupowane w 1919 roku i przejęte bez plebiscytu przez Czechosłowację, w konsekwencji konferencji w Spa i decyzji Rady Ambasadorów, powiaty: trzyniecko-karwiński, zaolziańską część powiatu cieszyńskiego i część powiatu frydeckiego Śląska Cieszyńskiego.

Tak więc przejęcie Zaolzia przez Polskę było konsekwencją cesji terytorialnych Czechosłowacji wobec Niemców, przyjętych przez rząd Czechosłowacji i zaakceptowanych przez mocarstwa zachodnie na konferencji monachijskiej. Skoro można było zastosować takie prawo wobec Niemiec, bo konferencja ustanowiła pewne prawo międzynarodowe, to dlaczego nie miałoby z niego skorzystać inne państwo? Rząd czechosłowacki wyraził zgodę, bo cóż innego mógł zrobić? Niemcom oddajemy, a Polakom – nie? Nie było tak jak chcą niektórzy, że Polska zajęła Zaolzie w momencie, gdy Niemcy wkroczyły do Czech i Moraw w marcu 1939 roku, a Słowacja ogłosiła niepodległość i poddała się pod protektorat Niemiec. Można by zapytać w tym momencie, dlaczego nie kierowano się tą zasadą w Wersalu? Dlaczego w Polsce robiono plebiscyty, a nie robiono ich na terenach przyszłej Czechosłowacji? Gdyby je zrobiono na terenach przekazanych Niemcom, to nie byłoby problemu. Od razu zostałyby włączone do Niemiec. Ale chyba o to chodziło, by był problem, a tu już czuć żydowską rękę: konflikt poprzez sprzeczności.

W kwietniu 1938 roku Austria zostaje wcielona do Rzeszy. W październiku tego roku, w wyniku postanowień konferencji w Monachium, zostają zajęte przygraniczne tereny na granicy czesko-niemieckiej i czesko-austriackiej. 24 października 1938 roku minister spraw zagranicznych Rzeszy Joachim von Ribbentrop, w rozmowie z ambasadorem RP w Berlinie Józefem Lipskim, wysunął następującą propozycję:

  • przyłączenie do Niemiec Wolnego Miasta Gdańska
  • przeprowadzenie eksterytorialnej autostrady i linii kolejowej przez Pomorze, czyli tzw. korytarz polski
  • przystąpienie Polski do paktu antykominternowskiego, czyli zadeklarowanie się Polski jako sojusznika III Rzeszy i przeciwnika ZSRR

W zamian III Rzesza proponowała:

  • przeprowadzenie przez korytarz Gdańska podobnej eksterytorialnej autostrady lub drogi oraz linii kolejowej oraz wolny port
  • gwarancję zbytu polskich towarów na terenie Gdańska
  • wzajemne uznanie granicy polsko-niemieckiej lub uznanie terytoriów obu państw
  • przedłużenie układu o nieagresji o kolejne 25 lat
  • niemiecką zgodę na zmiany terytorialne na wschodzie na korzyść Polski i wspólną granicę polsko-węgierską
  • współpracę w kwestii emigracji Żydów z Polski oraz w sprawach kolonialnych
  • wzajemne konsultowanie wszystkich decyzji dotyczących polityki zagranicznej

Niemieckie propozycje pozostawały tajne do końca marca 1939 roku. No właśnie! Dlaczego tajne do końca marca 1939 roku? 6 stycznia 1939 roku Ribbentrop w rozmowie z Józefem Beckiem, podczas jego wizyty w Niemczech, zażądał zgody na eksterytorialną autostradę i linię kolejową oraz przyłączenie Gdańska do III Rzeszy. Po powrocie Becka, na Zamku Królewskim w Warszawie, odbyła się narada z udziałem prezydenta Ignacego Mościckiego i Edwarda Rydza-Śmigłego, na której uznano niemieckie żądania za niemożliwe do przyjęcia. Uczestnicy narady stwierdzili, że ich przyjęcie doprowadziłoby do utraty niepodległości i roli wasala Niemiec.

30 września 1938 roku konferencja monachijska przyznała Niemcom Kraj Sudetów, zamieszkały przez etniczną większość niemiecką. 1 października Czechosłowacja przyjęła wystosowane 30 września ultimatum Polski, wyrażając zgodę na zajęcie Zaolzia. W listopadzie Węgry na mocy pierwszego arbitrażu wiedeńskiego zajęły południową Słowację i południową Ruś Zakarpacką, zamieszkałą przez etniczną większość węgierską.

W konsekwencji układu monachijskiego i załamaniu się dotychczasowego systemu sojuszy Czechosłowacji opartych o Francję, wobec rezygnacji Francji i ZSRR z obrony integralności terytorialnej sojusznika, do dymisji poddał się dotychczasowy prezydent Edvard Benes (nastawiony proradziecko i profrancusko). Zastąpił go Emil Hacha, apolityczny prezes Naczelnego Sądu Administracyjnego Czechosłowacji, nastawiony na prowadzenie polityki proniemieckiej na zasadzie appeasementu, czyli ustępstw. Po utracie fortyfikacji w Kraju Sudetów, kraj był faktycznie bezbronny wobec III Rzeszy, pomimo posiadania znacznych zasobów sprzętu wojskowego i fabryk przemysłu zbrojeniowego. Próba odsprzedaży części tego sprzętu Polsce i krajom bałkańskim została zablokowana przez III Rzeszę. Nowy czeski rząd, na czele którego stanął premier Rudolf Beran zaczął kopiować model włoskiego faszyzmu, tworząc Partię Jedności Narodowej i wprowadzając cenzurę. Działalność Komunistycznej Partii Czechosłowacji i Kominternu w Czechosłowacji została zakazana.

W październiku 1938 roku Niemcy zajmują Kraj Sudetów. W związku z tym 1 października 1938 roku następuje przekształcenie republiki Czechosłowackiej w państwo federacyjne zwane drugą republiką, złożone z Czech, Słowacji i Ukrainy Zakarpackiej. Jego oficjalna nazwa to Republika Czecho-Słowacka, Czecho-Słowacja. Zostało ono zlikwidowane 16 marca 1939 roku, po utworzeniu 14 marca Republiki Słowackiej i aneksji pozostałej części przez III Rzeszę jako Protektorat Czech i Moraw. Słowacja poddaje się Niemcom i uznaje siebie jako ich protektorat.

21 marca1939 roku Adolf Hitler jako wódz i kanclerz Rzeszy wystosował oficjalne pisemne memorandum do rządu RP, ponawiając przedstawiane do tej pory ustne żądania Rzeszy w sprawie aneksji Gdańska i eksterytorialnego tranzytu przez Pomorze. Rokowania polsko-niemieckie trwały 5 miesięcy, od 24 października 1938 roku do 26 marca 1939 roku, kiedy to zakończyły się oficjalną odmową Polski wobec żądań Hitlera.

31 marca 1939 roku Wielka Brytania udzieliła jednostronnie Polsce gwarancji niepodległości (ale nie integralności terytorialnej), obiecując pomoc wojskową w przypadku zagrożenia. Podobnych gwarancji udzieliła ona też Rumunii i Grecji (kwiecień 1939). 6 kwietnia Beck podpisał w Londynie układ o dwustronnych gwarancjach polsko-brytyjskich, który stał się podstawą formalnego układu sojuszniczego pomiędzy Polską a Wielką Brytanią, zawartego 25 sierpnia, jako odpowiedź na pakt Ribbentrop-Mołotow. Układy Polski z Wielką Brytanią stały się dla Hitlera pretekstem do wypowiedzenia 28 kwietnia polsko-niemieckiej deklaracji o niestosowaniu przemocy z 26 stycznia 1934 roku. W odpowiedzi Hitlerowi Beck wygłosił 5 maja w Sejmie exposé, w którym po raz pierwszy poinformował o żądaniach Rzeszy wobec Polski i gotowości do dalszych negocjacji, pod warunkiem poszanowania przez Niemcy traktatowo zagwarantowanych praw Polski do dostępu do Morza Bałtyckiego.

Żeby dokonać oceny polityków rządzących Polską bezpośrednio przed wybuchem II wojny światowej, to trzeba przeanalizować to, co oni wiedzieli i nie oceniać ich z dzisiejszej perspektywy. Niewątpliwie wiedzieli, jaki jest układ polskich granic, a po marcu 1939 roku, gdy Niemcy zajęły Czechy i Morawy a Słowacja poddała się im, sytuacja stawała się wręcz katastrofalna. Czesi po utarcie swojego systemu fortyfikacji w wyniku przekazania przygranicznych terenów Niemcom uznali, ze walka nie ma sensu, pomimo że broni i amunicji im nie brakowało. Podjęli rozsądną decyzję. W przypadku Polski nie było systemu fortyfikacji, nie było też broni, przewaga militarna Niemiec była druzgocąca. I o tym również wiedzieli „polscy” politycy.

Co jeszcze oni wiedzieli? Wiedzieli, na przykładzie Czechosłowacji, że sojusze z silniejszymi nie działają. Czesi mieli sojusz z Francją i Związkiem Radzieckim. Byli profrancuscy i proradzieccy. Niestety sojusznicy ich zawiedli. Polska miała zawarty w 1932 roku sojusz ze Związkiem Radzieckim, który w momencie wybuchu wojny nadal obowiązywał. Jak to się skończyło?

To, co się dzieje od marca 1939 roku, wygląda jakby politycy niemieccy, angielscy i „polscy” zmówili się, że zrobią wszystko, by wybuchła wojna, w której Polska zostanie zniszczona. Po załatwieniu sprawy Czech, Moraw i Słowacji Hitler zabiera się za Polskę i 21 marca 1939 roku wystosowuje oficjalne pisemne memorandum do rządu RP, ponawiając żądania w sprawie aneksji Gdańska i eksterytorialnego tranzytu przez Pomorze. 31 marca – ni z gruchy, ni z pietruchy – Anglia udziela Polsce jednostronnie gwarancji niepodległości, obiecując pomoc wojskową w przypadku zagrożenia. Jaką pomoc? Anglia była potęgą morską, a nie – lądową. Obiecywać każdy może, jeden lepiej, drugi gorzej. Ta obiecanka, która przekształciła się w sierpniu w sojusz, była tylko alibi dla Hitlera i sanacyjnych polityków. Dla Hitlera, bo 28 kwietnia wypowiedział polsko-niemiecką deklarację o niestosowaniu przemocy z 26 stycznia 1934 roku. Dla sanacyjnych polityków, bo mogli powiedzieć: „Wprawdzie jesteśmy w beznadziejnej sytuacji militrano-strategicznej, ale mamy sojusznika – Anglię!” Doszła też, jako sojusznik, Francja, która wcześniej olała Czechy. Ale kto by tam przejmował się takimi szczegółami!

W odpowiedzi Hitlerowi Beck wygłosił 5 maja w Sejmie exposé, w którym po raz pierwszy poinformował o żądaniach Rzeszy wobec Polski i gotowości do dalszych negocjacji, pod warunkiem poszanowania przez Niemcy traktatowo zagwarantowanych praw Polski do dostępu do Morza Bałtyckiego. Można by w tym momencie zapytać: o czym on bredził? W niemieckich propozycjach nie było mowy o odcięciu Polski od morza. Wprost przeciwnie! Była mowa o przeprowadzeniu przez korytarz Gdańska podobnej eksterytorialnej autostrady lub drogi oraz linii kolejowej oraz o wolnym porcie. Samo zaś przeprowadzenie eksterytorialnej autostrady nie przesądzałoby o odcięciu Pomorza od Polski, chyba że warunkiem byłoby to, że Polska nie mogłaby budować nad nią wiaduktów lub przekopywać tunelów. I jeszcze ten wolny port! 24 października 1938 roku Ribbentrop proponuje Polsce wolny port! To jakaś paranoja! Przecież Polska miała już wtedy Gdynię! W 1933 roku oddano do użytku linię kolejową Górny Śląsk – Gdynia. Wszystko sztuczne! Niemieckie żądania i propozycje pozbawione były sensu i przedstawiono je tylko po to, by wywołać konflikt.

Nie ulega wątpliwości, że Niemcy nie wypełniliby swoich zobowiązań wobec Polski, gdyby ona na nie przystała. Żaden polityk nie powinien mieć co do tego najmniejszych wątpliwości. Przyjęcie tych propozycji oznaczałoby tylko przystąpienie do wojny po stronie Niemiec, bo wojna i tak by wybuchła. Komuś jednak bardzo zależało na wywołaniu wojny polsko-niemieckiej i zniszczeniu kraju i jego ludności.

22 sierpnia, podczas narady wyższych dowódców Wehrmachtu w Obersalzbergu, Hitler powiedział:

„Zniszczenie Polski jest naszym pierwszym zadaniem. Celem musi być nie dotarcie do jakiejś oznaczonej linii, lecz zniszczenie żywej siły. Nawet gdyby wojna miała wybuchnąć na Zachodzie, zniszczenie Polski musi być naszym pierwszym zadaniem. Dla celów propagandy podam jakąś przyczynę wybuchu wojny, mniejsza z tym, czy będzie ona wiarygodna, czy nie. Zwycięzcy nikt nie pyta, czy powiedział prawdę, czy też nie. W sprawach z rozpoczęciem i prowadzeniem wojny nie decyduje prawo, lecz zwycięstwo. Bądźcie bezlitośni, bądźcie brutalni!”

Carl von Clausewitz w swoim dziele poświęconym sztuce wojennej napisał, że istotą wojny ma być pokonanie przeciwnika i skłonienie go do realizacji naszej woli. A więc nie zniszczenie, tylko podporządkowanie go własnej woli. Skąd u Hitlera tyle nienawiści do Polaków i Polski? Czy miał jakieś osobiste powody? A może wypadałoby zadać inne pytanie? Jaka nacja najbardziej nienawidzi Polaków? Komu Polacy przeszkadzają, zajmują miejsce w ich własnym kraju, który ta nacja uważa za swój. Jeszcze w trakcie trwania I wojny światowej robiła wszystko, by nie powstało państwo polskie, a jak już nie dało się, to robiła wszystko, by było jak najsłabsze. Stąd chociażby te plebiscyty, których w Czechosłowacji nie było. Hitler był finansowany przez tę nację i jej zawdzięcza dojście do władzy. Może właśnie to był powód, dla którego stał się tak bezwzględny wobec swojego wschodniego sąsiada.

Nie ulega wątpliwości, że Żydzi mieli i mają wpływ na politykę we wszystkich znaczących krajach. Toteż wydaje się prawdopodobne, że te wszystkie działania dyplomatyczne, począwszy od konferencji monachijskiej aż do wybuchu wojny, były przez nich inspirowane i kontrolowane. Dotyczyło to Anglii, Francji, Niemiec, Związku Radzieckiego i Polski. Polska miała stanąć do beznadziejnej wojny z Niemcami tylko po to, by dać Hitlerowi pretekst do jej zniszczenia. Zachowanie „polskich” polityków było irracjonalne, ale tylko z pozoru. Z ich własnego punktu widzenia takim nie było. Zaczęli wojnę i zaraz uciekli, pozostając zupełnie obojętnymi na losy bezbronnej ludności i niszczenie ich dorobku materialnego. Jakby tego było mało, to zafundowali jeszcze te kretyńskie powstanie, kretyńskie z naszego punktu widzenia i tylko z naszego.

Zbliża się kolejna rocznica tego tragicznego września i znowu będzie dużo gadania o bohaterstwie polskiego żołnierza, zdradzie sojuszników, o tym, co by było, gdyby… i wielu innych wydarzeniach początku tej wojny, a wszystko to po to, by ukryć prawdę. Cóż, jak ma się w ręku edukację i media, to nie jest to trudne.

Przyczyna

Na kanale „cepolska”, szumnie nazywającym się edukacyjnym, Jan Engelgard – historyk, pisarz, publicysta i redaktor naczelny tygodnika „Myśl Polska” – opowiadał o micie, jaki kreuje się wokół Józefa Piłsudskiego, jako jedynego zwycięscy bitwy warszawskiej.

W pewnym momencie mówi o przyczynach tej bitwy:

W całej tej dyskusji nikt nie zadaje sobie pytań, a właściwie skąd ten najazd bolszewicki się wziął? No bo u nas mówi się tak: najazd bolszewicki, ale jakaś przyczyna tego była. Przed wojną byli historycy, ale raczej wojskowi, którzy mówili, że należało podjąć rokowania na początku czy na przełomie 1919/1920 roku. Ta inwazja z czegoś się wzięła. Na ten temat nie ma dyskusji w tej chwili. Załatwia to się w ten sposób: wojna była prewencyjna, starcie nieuchronne. Nie wiem, może było nieuchronne, ale to w powszechnej opinii historyków na Zachodzie, już nie mówiąc o rosyjskich, to Polska była agresorem. U nas natomiast nie ma tej refleksji, że jakiś błąd ktoś mógł popełnić (16:15).I w tym momencie kończy ten wątek. Link tu: https://www.youtube.com/watch?v=2ER2kOQ3UrM&t=975s

Dziwne, że historyk, publicysta, pisarz i redaktor naczelny tygodnika „Myśl Polska” wypowiada takie słowa. Józef Mackiewicz w swojej powieści „Lewa wolna” dokładnie opisał genezę i przebieg tej wojny, w której osobiście brał udział. Przewertował dokumenty źródłowe, doniesienia prasowe z tamtego okresu, relacje świadków itp. Nie chce mi się wierzyć w to, że Engelgard nie czytał tej powieści. A skoro czytał, to dlaczego nie mówi o faktach przedstawionych przez Mackiewicza? Jego powieść jest na poły fabularna, na poły – dokumentalna, więc nie można zakwalifikować tego, o czym pisze w części dokumentalnej, jako fikcji literackiej. – Taka to u nas orientacja narodowa i „myśl polska”. I jeszcze na koniec dodaje, że „u nas nie ma tej refleksji, że jakiś błąd ktoś mógł popełnić” – innymi słowy sugeruje, że wina jest po polskiej stronie. Taki to i narodowiec.

Żeby cokolwiek zrozumieć, to trzeba zacząć od początku. Tym początkiem jest zdobycie władzy przez bolszewików 7 listopada 1917 roku, choć niektórzy twierdzą, że bolszewicy faktycznie zdobyli ją dopiero na początku 1918 roku. W wyniku wolnych wyborów 25 listopada 1917 roku wyłonił się parlament, w którym większość mieli eserowcy. Bolszewicy zdobyli niewiele ponad 20%. Parlament zebrał się tylko raz, w styczniu 1918 roku i… został rozpędzony przez bolszewików. – Legalnie wybrany parlament! – ale czy to ważne? Obecnie na Białorusi mamy do czynienia z „powtórką z rozrywki” – bolszewicką metodą dochodzenia do władzy poprzez negowanie wyniku wyborów.

W dniu 7 listopada 1917 roku bolszewicy zdobyli władzę w Petersburgu. Dziewiętnaście dni później Awram Krylenko, naczelny wódz wojsk rewolucyjnych, wysłał parlamentariuszy do niemieckiego generała Hoffmeistra, dowódcy dywizji. Przybyli oni z propozycją natychmiastowego zawieszenia broni. Hoffmeister przesłał ją do naczelnego dowództwa niemieckiego, które wkrótce poinformowało, że zgadza się na nią. Rokowania rozpoczęły się 2 grudnia w Brześciu Litewskim. Stronę niemiecką reprezentował generał Hoffmann. Stronę bolszewicką Joffe, Kamieniew i Karachan. Zawieszenie broni podpisano 17 grudnia, a 22 grudnia rozpoczęto rokowania o zawarcie traktatu pokojowego. W art. 2. tego traktatu Niemcy powołali się na deklarację Lenina „do narodów Rosji” o prawie samostanowienia tych narodów i zażądały wydzielenia z granic byłej Rosji: Polski, Litwy, Finlandii, Łotwy, Estonii i Białorusi. Wcześniej uznali oni prowizoryczny rząd narodowy Ukrainy i pertraktowali z nim bezpośrednio, nie pytając o zdanie delegacji sowieckiej.

Bolszewikom najwyraźniej taka propozycja nie odpowiadała, bo uważali, że prawo samostanowienia tych narodów jest dobre, gdy oni je wprowadzają, a gdy inni, to – już takie dobre nie jest. Przeciągali rozmowy, wywoływali strajki w Niemczech, które jednak nie przynosiły oczekiwanych rezultatów. W takiej niby patowej sytuacji – ni to wojny, ni pokoju – 18 lutego 1918 roku wojska niemieckie ruszyły naprzód. Nigdzie nie napotykając na opór, szybko zdobywały teren. To poskutkowało. Bolszewicy wysłali ofertę pokojową. Odpowiedź niemiecka nadeszła 22 lutego. Dnia 3 marca 1918 roku zawarto w Brześciu pokój. W jego wyniku wojska niemieckie zajęły kraje bałtyckie, Białoruś, Ukrainę, doszły do Dniepru, zajęły Kijów i Taganrog, doszły pod Petersburg i do Donu, weszły na Krym. I to był ten kordon tj. niemieckie wojska, które chroniły Europę przed bolszewicką nawałą.

W listopadzie 1918 roku kordon pękł. Cesarskie Niemcy zostały pokonane na zachodzie i zmuszone dnia 11 listopada do kapitulacji i podpisania warunków zawieszenia broni. Jeden z paragrafów tych warunków nakazywał im wycofanie wojsk z Austrii, Węgier, Bułgarii i Turcji, ale nakazywał im zostanie w Rosji tam gdzie stali, tak długo jak państwa alianckie uznają to za zasadne. Nie został on jednak spełniony. W dniu 9 listopada wybucha w Niemczech rewolucja i od razu zaczęła się przerzucać na wojska frontowe. Wskutek tego wiele oddziałów wypowiadało posłuszeństwo i wracało do domów. Dnia 13 listopada 1918 roku bolszewicy unieważniają postanowienia Pokoju Brzeskiego i ruszają na podbój świata. 25 listopada zajmują opuszczony przez Niemców Bobrujsk, 8 grudnia – Mińsk, 3 stycznia 1919 roku – Rygę, 6 stycznia – Wilno. W połowie miesiąca podeszli do Grodna, Prużan i Kobrynia. Ale na północy napotkali na opór niemieckich formacji ochotniczych generała von der Goltza, który 22 stycznia wypiera bolszewików z Rygi. W Estonii tworzy się tzw. „Armia Północna” pod wodzą generała Judenicza.

Dnia 25 stycznia 1919 roku marszałek Foch wydał rozkaz do oddziałów niemieckich zgrupowanych wokół ośrodka Białystok-Grodno, aby przepuściły wojska polskie przeznaczone do odparcia nawały. Rozkaz ten został wykonany w początku lutego. W praktyce oznaczało to też, że przebywanie wojsk niemieckich na tym terenie jest bezzasadne. I w takiej sytuacji wojska polskie 9 lutego 1919 roku zetknęły się po raz pierwszy z bolszewikami. Miało to miejsce pod Skidlem na Niemnie. Później do konfrontacji doszło koło Prużan i Kobrynia.

Rok 1919 jest w tej wojnie dziwnym rokiem, w którym nie ma ani wojny, ani pokoju. Owszem, dochodzi do potyczek i wojska polskie posuwają się na wschód. 18 kwietnia zostaje zajęty Nowogródek, nieco wcześniej Baranowicze. 19 kwietnia w dzień Wielkiej Nocy zostaje zajęte Wilno, 8 sierpnia – Mińsk. 2-ga dywizja dociera do Berezyny, opanowuje przedmieścia Borysowa. Grupa Wielkopolska zajmuje w dniu 29 sierpnia Bobrujsk.

Właściwie to przez cały 1919 rok toczą się tajne rozmowy pomiędzy wysłannikami Lenina i Piłsudskiego. Trzeba pamiętać, że w Rosji cały czas trwa wojna domowa pomiędzy białymi a czerwonymi. Biali to eserowcy i kadeci, a czerwoni to bolszewicy. Eserowcy to socjaliści-rewolucjiniści, kadeci to partia konstytucyjno-demokratyczna, a bolszewicy to socjaldemokraci. A więc kłótnia w rodzinie. Analizowanie wojny polsko-bolszewickiej bez uwzględnienia faktu, że w tym samym czasie biali nękają bolszewików na północy, południu i na Syberii, jest zwykłym zafałszowaniem obrazu tej wojny. Powiem nawet więcej – wypaczeniem.

W początkach maja 1919 roku przyjeżdża do Warszawy, ukrywający się pod pseudonimem Jan Karski, Julian Marchlewski. Spotyka się z wiceministrem spraw wewnętrznych Józefem Beckiem (ojcem 26-letniego Józefa, towarzysza broni Piłsudskiego) i Tadeuszem Hołówką z PPS. Obaj są czynnymi organizatorami POW i najbliższymi współpracownikami naczelnika państwa. Celem jego misji jest upewnienie się, czy Polacy nie poprą carskich generałów. I nie zawiódł się. I organa prasowe PPS-u i rządowe wskazywały w swych artykułach, że większe niebezpieczeństwo grozi Polsce ze strony kontrrewolucji rosyjskiej.

W lipcu 1919 roku Marchlewski ponownie przybywa do Polski. Tym razem pod nazwiskiem Jan Kujawski. Rozmowy odbywają się w Białowieży. Do rozmów Piłsudski deleguje hr. S. M. Kossakowskiego i Aleksandra Więckowskiego, byłego przedstawiciela dyplomatycznego Polski w Moskwie. Do ostatecznego porozumienia nie dochodzi, jedynie do „rozeznania orientacyjnego”. W wyniku tego „rozeznania” bolszewicy wycofują się z Mińska bez walki. Natomiast wojska polskie nie posuwają się za linię Berezyny.

W sierpniu 1919 roku Denikin wysyła kuriera do Warszawy z propozycją współdziałania przeciw bolszewikom. Piłsudski odrzuca ją.

Na stacji w Mikaszewiczach stoi pociąg pancerny „Kaniów”. Do niego doczepione są wagony osobowe, w których od 10 października przebywa tajna delegacja bolszewicka. W jej skład wchodzą: Przewodniczący delegacji Julian Marchlewski, jego żona Bronisława Marchlewska. Zygmunt Jabłoński, siostrzeniec prezesa łomżyńskiego towarzystwa rolniczego. Był on najbliższym współpracownikiem Uryckiego, kierownika petersburskiej Czeka. Aleksander Sonje -syn polskiego ministra spraw zagranicznych Stanisława Patka. Litewski komunista Kubelis. I jedyny Rosjanin w składzie delegacji – Mikołaj Jepaniesznikow.

Oficjalną przykrywką tajnych rozmów w Mikaszewiczach jest, podobnie jak w Białowieży, wymiana jeńców, więźniów politycznych i zakładników. Rozmowy na ten temat prowadził hr. Kossakowski. Natomiast tajne rozmowy polityczne prowadził z nadania Piłsudskiego kapitan Boerner. Po kilku dniach wyjechał on do Warszawy i zdał relację z pertraktacji z Marchlewskim Piłsudskiemu, który sformułował w kilku punktach warunki poufnego rozejmu. Najważniejszy brzmiał: „Naczelnik Państwa nie da rozkazu wojskom polskim posuwania się naprzód poza linię Nowogród – Zwiahel – Olewsk – rzeka Ptycz – Bobrujsk – Berezyna – Dźwina.”

Marchlewski przyjął do wiadomości warunki Piłsudskiego i natychmiast wyjechał do Moskwy, by powiadomić o nich Lenina. Ten praktycznie zgadza się na linię podziału terytorialnego i pozostałe warunki. Proponuje nawet zastąpić cichy rozejm zawarciem formalnego pokoju. Na to jednak Piłsudski nie zgadza się, twierdząc, że nie da się naciągnąć na jakieś daleko idące umowy, których Polska w danym momencie zawierać nie może. Zapewnił jednak Lenina, że uczyni wszystko, co w jego mocy, aby nie dopuścić do zwycięstwa kontrrewolucji. I to w zupełności wystarczyło Leninowi. Miał pewność, że na kontrofensywę przeciwko Denikinowi nie spadnie jakiś nieprzewidziany cios.

Dziwne rzeczy zaczynają się dziać na tym froncie. Działania Piłsudskiego stają się zupełnie niezrozumiałe dla jego najbliższego otoczenia. Bolszewicy wzmagają swoją aktywność na górnej Berezynie i na białoruskim odcinku frontu. Stopniowo, jak słabnie Denikin, przerzucają wojska z południa na północ. Pod koniec kwietnia 1920 roku bolszewicy koncentrują na froncie przeciwpolskim 20 dywizji i 5 brygad. Da to łącznie 200 tysięcy ludzi. Ukraiński odcinek frontu zostaje przeznaczony do związania przeciwnika lub nawet wciągnięcia go w głąb. Główne uderzenie ma pójść od Witebska i Orszy na Mińsk oraz z Połocka na Wilno – Lidę, w głębokie obejście frontu polskiego i koncentrycznym atakiem doprowadzić do zdobycia Warszawy.

Dnia 25 kwietnia 1920 roku, Piłsudski, nie przejmując się bolszewicką koncentracją na północy, rzucił, na tak zwaną Wyprawę Kijowską, trzy armie polskie. A w tym czasie bolszewicy skoncentrowali na północnym odcinku 130.000 wojska, pozostawiając na obszarze Wołynia i Ukrainy 36.000. 1-sza konna armia Budiennego przegrupowywała się na północnym Kaukazie. W tę pustkę uderzył Piłsudski. Na północ od Polesia stoją osłabione, izolowane i bez odwodów 1-sza i 4-ta armia. Dwie słabe armie sowieckie, 12-ta na Wołyniu i Ukrainie, 14-ta na Podolu, otrzymały rozkaz cofania się i wciągania przeciwnika w próżnię.

O świcie 4 lipca, Tuchaczewski, dowódca północno-zachodniego frontu, rzucił na cienki polski kordon 4 armie i jedną samodzielną grupę wojsk. Po stronie polskiej były dwie armie i Grupa Poleska. Już po paru godzinach front polski zostaje przełamany jednocześnie w kilku miejscach. Było to możliwe poprzez koncentrację na poszczególnych odcinkach grup uderzeniowych. Wojska polskie zaskoczone tak gwałtownym uderzeniem, nie rozporządzając rezerwami, nie były w stanie wykonać kontrmanewru – rozpoczęły odwrót na całej linii. Miejscami odwrót stawał się odwrotem bezładnym, czasem przeobrażał się w ucieczkę. Rozwój sytuacji zwiastował katastrofę.

Tak więc wojna ta zaczyna się w lutym 1919 roku, choć trudno to do 4 lipca 1920 roku nazwać wojną. Po prostu wojska polskie zastępują na froncie wojska niemieckie. I nie robią tego tak sobie, tylko na rozkaz marszałka Focha. W sposób naturalny musiały zetknąć się z wojskami bolszewickimi i zetknęły się z nimi. Czy można tu spierać się o to, kto ją zapoczątkował? Nie można! Zapoczątkowali ją ci, którzy wypowiedzieli postanowienia Pokoju Brzeskiego z 3 marca 1918 roku. Wypowiedzieli je bolszewicy 13 listopada 1918 roku i ruszyli na podbój świata. Ten podbój ułatwiła im rewolucja w Niemczech, która wybuchła dnia 9 listopada 1918 roku. Kordon pęka i trzeba go łatać. Tę rolę przydzielono wojskom polskim, bo innych w tym czasie nie było.

Czy „narodowiec” Engelgard nie wie o tym? Ale jakimś dziwnym trafem „myśl polska” nie pozwala mu na nawet wspomnienie o tych faktach. Tak zażarcie krytykuje Piłsudskiego za to, że w krytycznych dniach złożył dymisję i uciekł, ale jakoś, dziwnym trafem, nie wspomina o jego współpracy z bolszewikami i jednocześnie wychwala Rozwadowskiego za „genialny manewr”, który był zwykłym manewrem, a który Mackiewicz opisał w rozdziale „Nie ma cudów”, a ja jego fragment zacytowałem w blogu “Cud nad Wisłą”. Mit mit mitem pogania. Tak to obecnie wygląda, a współcześnie to brzmi tak: ściema ściemę ściemą pogania. I wszyscy w tym biorą udział, od lewej do prawej strony politycznej.

Niby więc krytyka Engelgarda jest autentyczna, ale to tylko gra pozorów. Gdyby taką była, to musiałaby uwzględnić wszystkie „grzeszki” Piłsudskiego, a nie uwzględniła. Dlaczego „narodowiec” Engelgard przemilcza niektóre z nich? Jakaś przyczyna tego musi być. A może jest tylko podstawionym narodowcem?

I to wszystko zawsze sprowadza się do tego samego: jeśli nie znamy faktów, to jesteśmy bezbronni wobec współczesnej wersji historii, lansowanej przez wszystkie orientacje polityczne od lewa do prawa. Bolszewikom udało się wmówić opinii publicznej, że ich pucz to była rewolucja, a ich przeciwnicy to kontrrewolucjoniści, biali generałowie to carscy generałowie. Nawet Mackiewicz w powieści „Lewa wolna” ulega temu schematowi. Ja, korzystając z jego opisu, pozostawiłem te określenia niezmienione. Inaczej brzmi stwierdzenie, że bolszewicy dokonali rewolucji, niż to, że obalili legalny rząd a później rozpędzili wybrany w wolnych wyborach parlament.

Dyktator

Od jakiegoś już czasu zastanawiałem się nad zacytowaniem dłuższego fragmentu z pracy Tadeusza Gluzińskiego (1888-1940) Odrodzenie idealizmu politycznego (1934), fragmentu poświęconego tytułowi moralnemu władzy. Moje wątpliwości wynikały z tego, że tekst jest, w moim odczuciu, raczej trudny w odbiorze, a sam temat – dość abstrakcyjny dla osób „niewtajemniczonych”. Łatwiej cokolwiek zrozumieć, gdy można podać jakiś przykład, ułatwiający ogarnięcie problemu. Niestety nic mi nie przychodziło do głowy, czytałem te fragmenty i książkę odkładałem. Jeszcze nie teraz – myślałem. Aż tu nagle olśnienie przyszło z… Białorusi! Niedzielne (9 sierpnia) wybory, które wygrał bezapelacyjnie urzędujący prezydent Łukaszenka, zapoczątkowały falę protestów niezadowolonej opozycji, która oskarżyła władzę o sfałszowanie wyniku wyborów.

Nie da się ukryć, że Aleksander Łukaszenka jest postrzegany przez wielu jako dyktator, co chyba nie do końca jest prawdą. Nawet jeśli rządzi on twardą ręką, to nie jest klasycznym dyktatorem, takim jak Mussolini czy Hitler. Obaj ci panowie na żadne wybory nie pozwalali, a Łukaszenka – jak najbardziej! Mussolini zresztą dokładnie wyjaśnił, co on myśli o wyborach i demokracji i uzasadnił to, a ja przywołałem jego słowa w blogu „Faszyzm”.

Tak więc to, z czym mamy obecnie do czynienia na Białorusi, to to, czy Łukaszenka ma tytuł moralny do władzy? Nikt oczywiście nie nazywa tego problemu po imieniu, bo dla rządzących samo słowo „moralność” jest bardzo niewygodne. Zwolennicy demokracji uważają, że on nie ma takiego tytułu, bo oni tak uważają. To, że wygrał wybory, chyba już po raz siódmy, wcale ich nie zraża: dyktator fałszuje je i tyle. A więc demokracja jest dobra wtedy, gdy wygrywa nasz i, parafrazując słynną sentencję z komedii Sami swoi (Sądy sądami a sprawiedliwość musi być po naszej stronie), należałoby powiedzieć: wybory wyborami a wygrać musi nasz.

Najwyraźniej odmiennego zdania jest naród białoruski, który mówi: Owszem, Łukaszenka rządzi twardą ręką, ale my się na to zgadzamy. Odpowiada nam taki dyktator. Oczywiście Białoruś nie jest monolitem i tam również są zwolennicy „demokracji”, ale nie są zbyt liczni. Z kolei Łukaszenka zdaje sobie sprawę z funkcji, jaką pełni i jaką zaakceptował naród i stara się dbać o jego interesy jako całości, nie dopuszczając do tego, by jakaś warstwa społeczna zdominowała resztę. Przyjął na siebie rolę ojca narodu i tak jest postrzegany. Relacje jakie zachodzą pomiędzy narodem białoruskim a jego prezydentem, to, poza wyborami, klasyczny… faszyzm! A fe! Jak tak może być! Przywódca i jego naród stanowią jedność. Tak tylko może być w „narodzie wybranym”. Ten naród nie znosi konkurencji. I stąd takie ujadanie.

Temu problemowi, tytułowi moralnemu władzy, przygląda się w swojej pracy Tadeusz Gluziński. Był on jednym z założycieli Obozu Narodowo-Radykalnego (1934). Jednak większość swoich książek wydawał jako Henryk Rolicki. Uważał, że obecnie tj. w 1934 roku nie ma możliwości powrotu do tytułu władzy z Bożej łaski, co w cytowanym tekście uzasadnia, ale taki tytuł moralny mogą rządzący uzyskać, gdy rządzeni ich zaakceptują, a oni będą rządzić w interesie rządzonych zgodnie z ich oczekiwaniami. Gdyby zaś rządzeni uznali, że rządzący nie spełnili ich oczekiwań, to ci ostatni dobrowolnie zrezygnowaliby. Przyznam, że gdy czytałem to, to wydawało mi się, że Gluziński za bardzo „odleciał”. Ale on nie „odleciał”. Pisał to w 1934 roku. Wtedy to była czysta teoria, ale wtedy! On opisał przypadek Białorusi. Rządzący, w tym wypadku Łukaszenka, poddaje się poprzez wybory, pod osąd rządzonych, czyli narodu białoruskiego. Gdyby wynik wyborów był dla niego niekorzystny, to pewnie ustąpiłby. I tu znowu wkraczamy w teorię, bo naród białoruski najwyraźniej wyczuwa intuicyjnie, że lepsze jest wrogiem dobrego i nie chce sprawdzać, czy w razie przegranej Łukaszenka zrezygnowałby. I w tym momencie nie pozostaje mi nic innego, jak tylko oddać głos Gluzińskiemu, którego cytowana przeze mnie praca uważana jest za jego najwybitniejsze dzieło. A pisze tak:

»Co to są rządy autorytatywne? Jest to ustrój, w którym rząd posiadać ma bezwzględny „autorytet” i prowadzić sprawy państwowe „autorytatywnie”, czyli nie pytając się o „wolę ludu”. Rząd taki otoczony bywa z reguły przez doradców niezbyt wielu, którzy wraz z nim stanowią szczupłe grono osób, w państwie decydujących. To grono różnie nazywało się w dziejach; za czasów greckich zwało się oligarchią. W wiekach średnich byli to dworacy panujących, w monarchiach XVIII i XIX w. mówiono o kamarylach dworskich; w systemie powojennych rządów „autorytatywnych” to koło wtajemniczonych w sprawy państwowe i dopuszczanych do ich rozstrzygania mieni się chętnie „elitą rządzącą”.

Widzimy więc, że system rządów autorytatywnych – to w zasadzie nic nowego. Ma on wielu przodków w historii. Nie interesują nas w tej chwili jego przodkowie starożytni, z którymi niewiele więcej ma wspólnego niż nowoczesna demokracja z demokracją grecką czy rzymską: musimy jednak cofnąć się w przeszłość, by móc istotę rządów autorytatywnych ogarnąć w całej pełni.

Panujący chrześcijańscy w Europie średniowiecznej i aż po rewolucję francuską panowali „z Bożej łaski”; było to zgodne z nauką Kościoła, że „władza od Boga pochodzi”. Wiara w to, że panujący sprawuje swą władzę z Bożej łaski, nie była frazesem; gorąca wiara ludów chrześcijańskich nadawała dostojeństwu monarchy aureolę religijną, której widocznym wyrazem był akt namaszczenia przy koronacji. W ten sposób władza monarsza uzyskiwała tytuł moralny, na podstawie którego mogła rozkazywać poddanym. Tym tytułem moralnym zachwiała już po trochu reformacja, lecz i ona uczyniła panującego głową kościoła, dając mu przez to tytuł do „rządu dusz”. Ten „rząd dusz” mógł oczywiście istnieć tak długo, póki lud, mimo odszczepieństwa od Kościoła rzymskiego, zachowywał żywą wiarę w swą religię. Obalenie religii, gdziekolwiek bywało dokonane, odbierało równocześnie panującym moralny tytuł ich władzy.

Monarchowie z Bożej łaski otaczali się kołem doradców, którzy bądź to na dygnitarskich stanowiskach, bądź też jako ich nieoficjalni pomocnicy wywierali znaczny wpływ na rządy. W ten sposób powstała naturalną drogą niewielka liczba rodów mających stały dostęp do dworu; rody te najczęściej korzystały z laski monarszej i – zwłaszcza w ustroju feudalnym lub do feudalnego zbliżonym – skupiły w swym ręku wielkie posiadłości ziemskie. Tak powstały rody magnackie, predestynowane do sprawowania zaszczytnych funkcji doradców monarchy. Była to więc elita dziedziczna, pełniąca swą kierowniczą rolę od pokoleń, a blask łaski Bożej, którą obdarzony był monarcha, padał pośrednio i na nią, jako na jego wybrańców.

W ten stan rzeczy uderzyła już po trochu reformacja w tych krajach, na które wywarła swój wpływ, albowiem rozluźniła hierarchię religijną. U nas nie kto inny, jak popierający wówczas reformację Zamoyski wraz z jej jawnymi zwolennikami przeprowadził instytucję elekcji viritim, czyli przez powszechne głosowanie. Elekcja króla przez całą szlachtę musiała podważyć w Polsce wiarę w pochodzenie władzy królewskiej z Bożej łaski; w boską inspirację szlachty trudno było uwierzyć komukolwiek, zwłaszcza gdy się widziało, jak poziome nieraz względy skłaniały tłumy szlachty do głosowania na danego elekta. Tu nie mogła już nawet zaradzić kościelna koronacja; toteż od czasu wprowadzenia elekcji viritim upadek autorytetu władzy królewskiej szedł w Polsce szybkim krokiem.

Cios śmiertelny monarchom chrześcijańskim zadał naprawdę dopiero wiek XVIII, tzw. wiek „oświecenia”. Nowinki antyreligijne, szczepione w lożach wolnomularskich i zawzięcie przez nie propagowane, jako istota prawdziwego „oświecenia”, pozbawiły na ogół wiary religijnej najwyższe koła społeczeństwa; w pochodzenie władzy monarszej z Bożej łaski traciła wiarę elita rządząca, otaczająca monarchę, a zazwyczaj i on sam. Panujący i otoczenie jego poczuli się nagle bez tytułu moralnego do sprawowania rządów. Co robić? Czy zrzec się uprzywilejowanego stanowiska? A czy kto inny – poza nimi – miałby lepszy tytuł do sprawowania władzy? Postanowili więc trwać na pozycji. Zrozumieli jednak, że utrzymanie się na niej teraz – to tylko kwestia siły. Oto geneza „oświeconego absolutyzmu”.

Aby spokojnie – w ich mniemaniu – dzierżyć władzę, musieli panujący związać ze sobą mocno otoczenie mające wpływy w kraju, poza tym zaś okiełznać i opanować te żywioły i te organizacje, które mogłyby zmierzać do obalenia tronu. Dlatego to w owym czasie rośnie niepomiernie na dworach wpływ możnowładców; odtąd bowiem nie łaska Boża za pośrednictwem monarchy spływa na nich, lecz oni stają się podporą tronu. Monarcha teraz wie, że w dużej mierze zależy od nich; z drugiej strony woli żyć w zgodzie z organizacjami wolnomularstwa, które „oświeceniem” pozbawiło go wiary w jego Boskie posłannictwo, a otoczenie jego potrafiło wciągnąć go do swych lóż. Toteż monarchowie XVIII w. chętnie sami wchodzą do masonerii i obejmują nawet protektorat nad jej lożami, jak Fryderyk Wielki, Józef II austriacki, Katarzyna II czy Aleksander I. Naśladował ich skwapliwie Napoleon I, a potem Napoleon III. Inni znowu, jak Ludwik XIV, a potem Ludwik XVIII i Karol X we Francji poprzestają na zachowaniu życzliwej neutralności wobec lóż.

„Oświecony absolutyzm” – to system rządów autorytatywnych, w którym fundamentem władzy jest z jednej strony przyzwyczajenie poddanych do dziedzicznej monarchii i do dziedzicznych przywilejów elity rządzącej, z drugiej zaś po prostu siła. Polityką monarchii kieruje teraz kamaryla dworska, a spoza niej rządzą loże. Rządy siły stają się jaskrawsze, gdy do władzy dochodzi parweniusz, wyniesiony przez rewolucję, jak Napoleon I i pomianowani przezeń królowie, a później Ludwik Filip i Napoleon III. Charakterystycznym objawem takich rządów jest tworzenie na gwałt nowej arystokracji, nowej kamaryli dworskiej, by panujący-dorobkiewicz miał się na kim oprzeć.

Przestawszy być z Bożej łaski, musiał panujący zacisnąć pięść i rządzić mocno; w przeciwnym wypadku zazwyczaj padał ofiarą rewolucji, jak Ludwik XIV i Karol X we Francji. Toteż okres „oświeconego absolutyzmu” cechują na ogół rządy silne i nie dbające o opinię poddanych. Opóźniało to wprawdzie rewolucję, ale stwarzało dla niej podatny grunt. Nie będziemy w rozbracie z prawdą, gdy powiemy, że rządy Świętego Przymierza po upadku Napoleona Wielkiego przygotowały rewolucje „wolnościowe” 1848 r. w Europie. Z przepaści, jaka się wytworzyła między elitą rządzącą a poddanymi, skorzystało węglarstwo; rewolucje 1848 r. były rozgrywką i próbą sił i przeważnie zakończyły się kompromisem, czyli monarchią konstytucyjną. Odtąd elita rządząca ustroju autorytatywnego coraz bardziej bywa wypierana, a rządy przechodzą stopniowo w ręce demokracji i pod sztandarami jej doktryn bywają sprawowane. Cesarstwo niemieckie jest pierwszym państwem wprowadzającym u siebie powszechne głosowanie do parlamentu, za nim idzie królestwo włoskie, a potem monarchia Habsburska.

Po wojnie światowej doktryny demokratyczne zwyciężają w całej niemal Europie i odtąd liczni panujący bezczynnie pędzą czas na wygnaniu. Także i wszystkie nowo powstałe państwa przybierają ustrój liberalno-demokratyczny. Rażąco od tych zmian odbija tylko porewolucyjny régime w Rosji. Oto w okresie największego wyuzdania wolności demokratycznych powstaje system rządów trwałego terroru i – o dziwo! – powitany zostaje radośnie przez znaczną część pionierów demokracji, przez socjalnych demokratów w innych krajach. Co to ma znaczyć? Niewątpliwie poparcie, udzielone bolszewizmowi przez socjalno-demokartyczne organizacje reszty Europy, umożliwiło mu utrwalenie się w Rosji i – gdyby nie zwycięstwo polskich wojsk nad Wisłą – zalałoby bolszewickim potopem całą Europę. Któż to organizował strajki w Europie, by uniemożliwić dostawy amunicji dla Polski, broniącej się przed bolszewicką nawałą? Czyżby system rządów demokratycznych niekoniecznie musiał być od systemu rządów autorytatywnych oddzielony niezgłębioną przepaścią? Czyż to, że pod pokrywką komunizmu doszli do władzy w Rosji żydzi, miałoby wystarczyć wszystkim uczniom Marksa do zapomnienia o doktrynach wolności i równości, by połączyć się z Moskwą w szaleńczym uniesieniu? Przecież system rządów sowieckich na wskroś był i jest przeciwstawny wszelkim doktrynom demokracji! Cóż bowiem wspólnego z wolnością jednostki, tak zapalczywie bronioną wszędzie przez socjalnych demokratów, cóż wspólnego z kontraktem społecznym Rousseau’a miały milionowe rzezie, dokonywane przez czerezwyczajkę czy GPU? Cóż wspólnego z równością miało ograniczenie już nie praw politycznych, ale po prostu praw ludzkich li tylko do członków partii komunistycznej? Cóż wspólnego z braterstwem miało urzędowe wymordowanie setek „braci”, kadetów i socjal-rewolucjonistów? Przecież bolszewizm stworzył system rządów autorytatywnych w najpełniejszym znaczeniu tego określenia; rząd bolszewicki w kraju nie liczył się z nikim i niczym. Najlżejsza opozycja czy oddanie siebie i rodziny wprost w ręce kata – to było to samo. Elita rządząca państwa sowieckiego oparła się jedynie na sile; siła stała się otwarcie jedyną legitymacją prawną i moralną bolszewickiej władzy.

Zupełnie odmienny typ rządów autorytatywnych pojawił się w roku 1922 we Włoszech, jako rządy faszyzmu. Faszyzm objął rządy w wyraźnym przeciwstawieniu do roboty wolnomularskiej, socjalistycznej i komunistycznej, natomiast całą siłą oparł się na narodowych uczuciach mas. Zerwał również w sposób stanowczy z tradycjami walki z Watykanem, zawierając zanany konkordat, dzięki czemu doszło do nawiązania stosunków oficjalnych między rządem włoskim a papiestwem.

Obecny rząd włoski z niemal dyktatorską władzą Mussoliniego i ze ściśle hierarchicznym ustrojem narodu włoskiego, uosobionego w partii faszystowskiej, należy niewątpliwie do typu rządów autorytatywnych. Od „oświeconego absolutyzmu” odróżnia go od razu zewnętrznie fakt, że tu nie panuje monarcha, lecz ktoś inny, przy zachowaniu całej dekoracji monarchicznej. Następnie rządy faszystowskie nie są wcale nastawione niechętnie wobec „ludu”, czyli narodu, lecz najsilniej właśnie o naród usiłują się oprzeć. W końcu nie są to rządy przemocy, przeświadczone o tym, że ona stanowi jedyny ich tytuł do sprawowania władzy, lecz rząd Mussoliniego widzi tytuł moralny swej władzy w tym, że uważa się za prawdziwego przedstawiciela narodu włoskiego, jako całości.

Również i rząd narodowych socjalistów w Niemczech stał się wyrazem dążeń narodowych w tym kraju; musimy go także zaliczyć do typu rządów autorytatywnych, bo wprowadził dyktaturę Hitlera i hierarchiczną strukturę narodu. Hitleryzm ma mistyczne pojęcie o swej misji dziejowej, jako rasowego odnowiciela narodu niemieckiego. Tę misję, nie zaś przemoc czy siłę, uważa on za tytuł moralny swych rządów. Nawiązując do pogańskiej, starogermańskiej tradycji, stwarza on w Niemczech coś w rodzaju powrotu do wierzeń przed wiekami przebrzmiałych, przedchrześcijańskich, aby władzy dyktatorskiej wodza nadać jakieś znamię „łaski bogów”, jakiegoś nadprzyrodzonego pochodzenia. W tym rozumieniu (nigdy zaś w innym) rządy Hitlera zbliżają się do typu rządów średniowiecznych, gdy to monarcha panował „z Bożej łaski”. Podczas gdy faszyzm tkwi całkowicie w przedwojennym nacjonalizmie o podkładzie racjonalistycznym, narodowy socjalizm przy zastosowaniu całego aparatu niemieckiej naukowości i pseudonaukowości napoił się mistycyzmem dziejowym, do którego naród niemiecki od dawna ma skłonność. Wiara w rasowe posłannictwo narodu niemieckiego nie ma z racjonalizmem nic wspólnego.

Rządy autorytatywne mogą mieć różną treść i rozmaite tytuły moralne; mogą być także tej treści i tytułu pozbawione. Wtedy stają się czczą formą zorganizowanego przymusu. Cokolwiek by można powiedzieć, to w każdym razie nie autorytatywność rządów jest istotą przemian dokonywujących się w oczach naszych we Włoszech, w Niemczech i w innych krajach Europy, a także i u nas. Między rządem hitlerowskim a rządami liberalno-demokratycznej republiki francuskiej z okresu 1918 r. istnieje większe podobieństwo niż między rządem faszyzmu a rządem autorytatywnym Rosji sowieckiej. Nie forma bowiem rozstrzyga o pokrewieństwie systemu rządów, lecz treść, dla której ona jest szatą zewnętrzną.

Forma, w jakiej następuje uzgodnienie celów rządzenia między rządzącymi a rządzonymi, jest rzeczą drugorzędną. O losach państwa decyduje nie forma tego uzgodnienia, lecz sam fakt, że to uzgodnienie istnieje w całej pełni. Jeżeli ono istnieje, wtedy rządy bez względu na swą formę opierają się na autorytecie władzy, są rządami autorytatywnymi z samej swej istoty. W braku takiego uzgodnienia zewnętrzne objawy energii rządu stworzą dlań tylko autorytet pozorny, będący przejawem mechanicznej siły. Zawsze cechować go będzie wewnętrzna słabość, ta sama słabość, którą – wbrew pozorom – odznaczały się rządy „oświeconego absolutyzmu”; absolutyzm rządzących zawalił się przecież ni stąd, ni zowąd za podmuchem rewolucji „wolnościowych”. Rządy autorytatywne, których cele nie są dla rządzonych jawne i uzgodnione z ich prawdziwym poczuciem – to „kolosy na glinianych nogach”. Czyż istniał kiedykolwiek rząd bardziej autorytatywny z pozoru, jak niedawno powalony rząd carskiej Rosji?

Prawdziwy, wewnętrzny stosunek rządzących do rządzonych – fundament moralny pod każdy ustrój państwowy; on, a nie co innego, daje formie ustrojowej najistotniejszą treść. Patrzeć się na ustrój ze strony formalnej – to nie „twórczość państwowa”, lecz martwy doktryneryzm lub układanie jakiejś mniej lub bardziej pomysłowej szarady.

Ustrój władzy w wiekach średnich zbliżał się do naszego ideału. W tytuł moralny władzy wierzyli rządzący i rządzeni. Stabilizacja ustroju trwała póty, póki reformacja, racjonalizm, a w końcu „oświecenie” nie zabrało tej wiary rządzącym. Wtedy już żadna siła nie mogła podtrzymać jej wśród rządzonych.

Ostateczny cios nie tylko tytułowi moralnemu władzy, ale już nawet poszukiwaniu go zadała etyka publiczna wolnomularstwa. Masoneria – jak wiadomo – rozprzestrzeniła się w XVIII, XIX i XX w. wśród rządzących i zdobyła sobie rozstrzygający wpływ na rządy. Do niej należały zarówno rządy „oświeconego absolutyzmu”, jak i późniejsze rządy „demokratyczne”. Organizacja wolnomularska polega na coraz to wyższym wtajemniczeniu swych członków; tajemnicą istotną jest sam cel organizacji i każde dalsze wtajemniczenie bardziej go odsłania. Stąd olbrzymie różnice między wtajemniczonymi. Ale jakaż niezgłębiona przepaść w mniemaniu „braci” oddziela ich wszystkich od ogółu tych, którzy w ogóle nie dostąpili wtajemniczenia, od „profanów”? Jeżeli wolnomularstwo gdziekolwiek opanowało rządy, jakaż nić mogła łączyć rządzących i rządzonych? W dodatku wolnomularstwo uznawało zawsze interes własnej, tajnej organizacji za cel najwyższy, służenie mu za jedyny przekaz etyczny. Tak więc, oddzielone przepaścią wtajemniczenia od rządzonych i dla dobra własnej organizacji sprawujące rządy, nie mogło dbać o żaden prawy tytuł swej władzy; dla utrwalenia jej fałszowano go świadomie. Tu mamy znowu wyjaśnienie, dlaczego w XVIII i XIX w. rozlano w chrześcijańskiej Europie taką powódź doktryn. Jedynie zabicie w mózgi aryjskie „naukowych” kołków mogło sfałszować „Nieznanym Przełożonym” tajnych związków tytuł moralny ich władzy i zapewnić jej stabilizację bez względu na ustrojowe zmiany. Rządy wolnomularstwa wykołysały w ten sposób cynizm polityczny wśród rządzących. Zasady masońskie: „interes organizacji najwyższym prawem” (jakby „salus Templi suprema lex) i w tej służbie tajemniczej druga „cel uświęca środki”, w rezultacie więc pojęcie rządów jako służby na rzecz „wielkiego sekretu” stwarzało konieczność bezustannego okłamywania rządzonych, którzy o tych celach nic wiedzieć nie mogli. W atmosferze stałego kłamstwa zanikały łatwo wszelkie skrupuły; powodzenie, z jakim uprawiano trwałe oszukiwanie rządzonych, wzmogło naturalną pogardę, cechującą i tak zwykły stosunek wtajemniczonych „braci” do „profanów”. Udane oćmienie „obywateli”, czy „poddanych”, dawało mężowi stanu czy politykowi tytuł do laurów. Obłuda i cynizm przenikają na wskroś rządy „oświeconego absolutyzmu”, jak i rządy „demokratyczne” czy socjalistyczno-bolszewickie. Zgnębiono nawet poczucie nieuczciwości takich rządów wśród rządzonych, zduszono nadzieję, by inne rządy mogły nadejść kiedykolwiek, by w ogóle były możliwe. Zakrólowała powszechnie zasada, że w rządzeniu i w ogóle w polityce nie obowiązuje żadna etyka, żadna uczciwość. Jakież to odległe od wiary w „łaskę Bożą” wieków średnich! Co najmniej tak odległe, jak wojny o źródła naftowe od krzyżowych wypraw!

Dzisiaj powrót do przeszłości, w szczególności zaś nawrót do średniowiecznych ustrojów monarchistycznych niemożliwy jest przede wszystkim dlatego, że nikt nie potrafi wskrzesić zamarłych tytułów moralnych władzy. Dziś ani rządzący, ani rządzeni nie uwierzą, by współcześnie powołany na tron monarcha miał panować naprawdę z Bożej łaski. Zbyt przyziemnie myślą dziś rządzeni, zbyt ziemskie rzeczy dzieją się na pół publicznie na monarszych dworach. Powoływanie prezydenta o tytule królewskim nie ma już nic wspólnego z instytucją średniowiecznej monarchii, której istotną cechą jest dziedziczność tronu. Tą drogą nie da się dziś stworzyć tytułu moralnego władzy w nowoczesnym państwie.

Czyż więc nie może być dzisiaj władzy opartej na tytule moralnym? Czyżby destrukcja zaszła już tak daleko?

Tytuł moralny władzy musi wyrastać ze służby jakiemuś wyższemu celowi, któremu składają ofiary tak rządzący, jak i rządzeni. Czyż istnieje taki wyższy cel, na rzecz którego każdy Polak gotów byłby do ofiary? Czy wszystko pochłonął już beznadziejnie płaski materializm?

Przypomnijmy sobie czasy bardzo niedawne. Rok 1919 i 1920 oraz 1924. W imię czego składali Polacy dobrowolnie i hojnie daninę krwi, a potem daniny materialne na utworzenie Banku Polskiego? Czy wątpił kto wtedy w istnienie narodu polskiego, czy pragnienie oddania usług narodowi nie było dla Polaka dostatecznym uzasadnieniem ofiary mienia, krwi, a nawet życia? Służba narodowi była w powszechnym wierzeniu wyższym celem, rząd, narodowi służący, opierał się na tytule moralnym, w który wierzyli wszyscy, tak rządzący, jak i rządzeni. Cokolwiek potępiającego powiemy o rządach aż do 1926 r., to musimy przyznać, że koalicyjny rząd obrony narodowej w 1920 r. oparty był na mocnym tytule moralnym.«

Ten ostatni akapit jest bardzo wymowny. We wstępie do tej książki, wydanej w 1934 roku, Gluziński pisze:

»Dziś w Polsce panuje beznadziejność. Ludzie, zniechęceni walką z przeciwnościami, pognębieni przez kryzys gospodarczy i znękani dolegliwościami codziennego życia, przestają wierzyć w przyszłość. Rezygnują z walki o lepsze jutro. „Może być gorzej, ale chyba nigdy nie będzie lepiej” – powiadają sobie. Teraźniejszość odebrała im wiarę w Polskę, splamiła błotem ideały, które dotąd zdołali ustrzec przed zbrukaniem i przechować na dnie duszy. Gdzie spojrzeć – bierność. Grzęźniemy w pesymizmie.

Skąd to zniechęcenie? Czy naród, który tak niedawno wydobył był z siebie takie skarby ofiarności, odwagi i wiary, który ma za sobą obronę Lwowa, powstanie śląskie i armię ochotniczą, ma tytuł do bezradnego opuszczania rąk? W ciągu kilkunastu lat dokonała się w nas przemiana wprost przerażająca. Z narodu, pełnego energii zdobywczej i optymizmu, staliśmy się niespodziewanie zrezygnowanym, fatalistycznym i biernym ludem Wschodu.

Tego upadku duchowego, jaki przeżywamy, nie da się wyjaśnić jakimś zbiegiem zdarzeń zewnętrznych, ani jakimś mechanicznym działaniem obcych, wrogich sił. Zło musi tkwić w nas samych. Jeżeli nie dostrzegamy go dziś z należytą wyrazistością, jeżeli nie widzimy jasno wyjścia – to gdzieś musi być jakaś zasłona, która zakrywa nam oczy. Póki jej nie zedrzemy, będziemy błądzić bezradnie.

Książka moja chce wskazać na to, że uzdrowienia stosunków u nas nie można dokonać mechanicznie, przez jakiś luźny akt wyzwolenia. Musimy zmienić radykalnie istotne podstawy naszego życia politycznego, gospodarczego, kulturalnego, przebudować nasze mieszkanie tak, aby przestało być polskie tylko z nazwy.«

Gluziński nie pisze tego wprost, ale jest to, w moim odczuciu, nawiązanie do zamachu majowego w 1926 roku. Po nim Polska była już zupełnie innym krajem. Wspomina on o daninach materialnych na utworzenie Banku Polskiego. A cóż to znowu za herezja! – Bank Polski. Bank może być tylko żydowski. O tym w jakich bólach on powstawał pisała Maria Dąbrowska w swojej książce „Rozdroże”:

»Bo – nie mówiąc o innych rzeczach – co do środków, jakich państwo chciało się od tak szafujących pięknymi frazesami sfer posiadających spodziewać, to świadectwo ich szczodrości obywatelskiej wystawia choćby Stanisław Karpiński, postać bardzo czcigodna, szlachcic, ziemianin, twórca i pierwszy prezes Banku Polskiego. W swoim Pamiętniku dziesięciolecia pisze on w r. 1924 z powodu otwarcia zapisów na akcje tego banku: „Dotychczas zapisuje się na akcje tylko inteligencja miejska: urzędnicy, nauczyciele, księża, prawnicy, lekarze, kasy przezorności, miasta i gminy… Większych przemysłowców, kupców i ziemian, wciąż brakuje”. Zaś stwierdzając pod koniec zapisów, że akcje zostały jednak pokryte, powiada: „Zwycięstwo kompletne. Cały kapitał akcyjny 100 milionów złotych zebrany. Bez udziału zagranicy i magnatów”. Zaufanie i wydatniejsze finansowe poparcie okazały warstwy posiadające dopiero rządom pomajowym. Jak się to stało, zobaczymy później. Ale i wtedy i przedtem te właśnie warstwy największych świadczeń od państwa zawsze dla siebie żądały. I niemałe też w różnych postaciach kosztem warstw innych dostawały.«

No właśnie! – „Kosztem warstw innych dostawały”. Piłsudski jest przeciwieństwem Łukaszenki. Wyjątkowa kanalia, która gardziła narodem polskim, w odróżnieniu od Łukaszenki, który swoim narodem nie gardzi, wprost przeciwnie! – dba o niego.

Stan, w którym rządzący i rządzeni działają w jakimś wyższym celu trwał w Polsce tylko kilka lat. Zamach majowy w 1926 roku wywrócił Polskę do góry nogami. Nić łącząca naród z władzą została zerwana. Dokładnie to samo chcą zrobić na Białorusi ci, którzy mieszają się w jej sprawy wewnętrzne i sieją niepokój.