Witam na moim blogu

Na tym blogu będę starał się przedstawiać prawdę albo przynajmniej próbował do niej dochodzić. Czy będzie to zamiar udany, czy – nie, ocenią czytający go.

“Jedynie prawda jest ciekawa” – to motto Józefa Mackiewicza. Prawda jest ciekawa, ale niewygodna dla wszystkich i wszyscy starają się ją ukryć albo zniekształcić. Za głoszenie prawdy, uparte jej głoszenie, Józef Mackiewicz cierpiał nędzę. Dzięki temu, że pozostał sobie i swoim przekonaniom wierny, to my, z jego dzieł, możemy dowiedzieć się prawdy.

Blog ten jest poświęcony polityce i historii. Obecnie, jak chyba nigdy dotąd w dziejach ludzkości, nie manipulowano tak historią. Na naszych oczach dokonuje się fałszerstwo na niespotykaną skalę. A to wszystko dzięki internetowi i mediom społecznościowym. Jedynym ratunkiem wydaje się wykorzystanie tych mediów w celu obrony. Zgodnie z rzymską maksymą: kto mieczem wojuje, od miecza ginie.

Dużo miejsca będzie zajmować tematyka żydowska. Nie sposób jednak jej uniknąć, jeśli chce się pisać prawdę. Polska dla Żydów była i jest szczególnym miejscem. Nigdzie społeczność żydowska nie była tak liczna w stosunku do pozostałej ludności i nigdzie nie osiągnęła takich wpływów. Po drugiej wojnie światowej jej przewaga stała się jeszcze większa. Polacy stracili w niej swą warstwę inteligencką, a Żydzi – zachowali. Dlatego jest to gra do jednej bramki. Nie można napisać prawdziwej historii Polski, bez uwzględnienia w niej Żydów i ich wpływów na jej bieg. A dlaczego się ich nie uwzględnia? Najwyraźniej ten, który kontroluje system edukacji, prasę, wydawnictwa – ten sobie tego nie życzy.

Problem z Żydami polega na tym, że są przeważnie ukryci. Udają chrześcijan różnych wyznań. Żyd wie z kim ma do czynienia, a my – nie! Jeśli ma nam do sprzedania towar czy usługę, to będzie bardzo miły, można by rzec – do rany przyłóż. Gdy jednak uzna, że nieżyd jest mu niewygodny, jego obecność jest sprzeczna z jego interesem, jest jego konkurentem i – w najgorszym wypadku, gdy Żyd zawdzięcza coś nieżydowi, to jego nienawiść urasta do rozmiarów nieznanych człowiekowi o innej etyce i systemie wartości. Jeśli nie będzie w stanie sam pokonać tego, którego tak bardzo nienawidzi, to poprosi innych Żydów o pomoc. Nie są to czcze słowa. Sam tego doświadczyłem. Nie ma szans na obronę, jeśli nie wiemy z kim mamy do czynienia lub gdy dowiemy się zbyt późno. Dlatego tak ważne jest poznanie tej nacji, jej systemu wartości, sposobów postępowania i zachowań wobec nieżydów. Ci, którzy żyli przed nami i ostrzegali nas przed nimi, mieli rację. Warto korzystać z tego, co nam przekazali. To wszystko jest nadal aktualne. Żydzi nie zmieniają się i nie zmieniają swoich zasad i zachowań wobec nieżydów. I co najważniejsze – Żydzi są wśród nas, więcej ich jest, o wiele więcej niż nam się wydaje.

Podziały

Źle się dzieje w państwie duńskim, chciałoby się powiedzieć za Szekspirem, gdyby nie to, że źle się dzieje na całym świecie. W miarę, jak coraz głębiej brniemy w tę „pandemię”, coraz wyraźniej widać, że jest ona tylko i wyłącznie pretekstem do zniewalania, podporządkowywania i, nie bójmy się tego słowa, zabijania ludzi. To, co dzieje się u nas, może jeszcze niektórym dawać nadzieję, że tu chodzi o jakiegoś wirusa, ale to, co dzieje się w świecie szerokim, nie napawa optymizmem. Wprost przeciwnie! Jeszcze nie cały internet jest pod kontrolą. Warto więc korzystać póki można. Na portalu ZeroHedge znalazłem artykuł: We Are Now Entering Full-Blown Tyranny In The Western World (W świecie zachodnim wkraczamy już w tyranię w pełnym wymiarze). Link do oryginalnego tekstu tu: https://www.zerohedge.com/political/we-are-now-entering-full-blown-tyranny-western-world.

»Jeśli zaakceptujemy to, co nam teraz robią, to będą po prostu przesuwać granice. W ciągu ostatnich 12 miesięcy władze zachodniego świata wykorzystywały pandemię jako pretekst do narzucenia praktyk rodem z Orwella, których nigdy byśmy nie przyjęli w normalnych czasach. Obiecują nam, że ograniczenia są tylko „tymczasowe”, ale pandemia trwa już od roku i nic nie wskazuje na to, by w najbliższym czasie ustąpiła. Jeśli rządzący nami są gotowi dojść do tak absurdalnych skrajności podczas stosunkowo niewielkiej pandemii, to do czego będą zdolni, gdy sytuacja ulegnie znacznemu pogorszeniu?

Obserwowanie wydarzeń, które miały miejsce w kościele w Edmonton w ostatnich dniach, było dla mnie emocjonalnym przeżyciem. W ubiegłą środę RCMP (Kanadyjska Królewska Policja Konna) skupiła na sobie globalną uwagę, gdy postawiła potrójne ogrodzenie wokół kościoła GraceLife, próbując powstrzymać ludzi. Nie wiem dlaczego zdecydowali, że jedno ogrodzenie nie wystarczy. Najwyraźniej gromadzenie się chrześcijan jest tak niebezpieczne, że potrzebne były trzy ogrodzenia.

Nie trzeba dodawać, że to drakońskie posunięcie trafiało na pierwsze strony gazet, a w niedzielę około 400 chrześcijan zgromadziło się, by zaprotestować w kościele. Większość z nich po prostu śpiewała hymny lub czytała Biblię, ale kiedy kilku z nich zaczęło burzyć jeden z płotów, to do środka wkroczyło 200 uzbrojonych po zęby policjantów. Takich scen spodziewałbym się w komunistycznych Chinach, Korei Północnej lub Iranie.

Tego rodzaju zdarzenia nigdy nie miały mieć miejsca w Kanadzie. Spośród 4,4 miliona ludzi mieszkających w Albercie było tylko 2013 zgonów, a około połowa z nich to osoby w wieku 80 lat lub starsze. Jeśli chodzenie do kościoła nie jest bezpieczne, to dlaczego hordy Kanadyjczyków mogą każdego dnia w tygodniu krążyć po sklepach? Jeśli kościoły miałyby zostać zamknięte, można by pomyśleć, że Wal-Mart, Costco i Canadian Tire również powinny zostać zamknięte. Ale nie są zamknięte.

W całym zachodnim świecie obiecują nam, że życie w końcu wróci do „normalności” po zakończeniu pandemii i wmawiają nam, że szczepionki zakończą pandemię. Ale tak się nie dzieje. Liczba zakażeń znowu rośnie, a tysiące nadal chorują, mimo że zostały „dwukrotnie zaszczepione”. Natomiast firmy Pfizer i Moderna publicznie przyznają, że ich szczepionki zapewniają jedynie około sześciu miesięcy odporności…

Według nowych badań firmy Pfizer i Moderna wygląda na to, że u osób dwukrotnie zaszczepionych odporność na COVID-19 utrzymuje się przez co najmniej sześć miesięcy, pomimo że badania wciąż trwają. W oświadczeniu wydanym w czwartek przez Pfizer-BioNTech potwierdzono, że odporność na koronawirusa utrzymuje się przez co najmniej pół roku w przypadku osób, które zostały dwukrotnie zaszczepione szczepionką Pfizer.

Większość ludzi, którzy zostają zaszczepieni, myśli, że mają teraz jakąś trwałą odporność, ale to mija się z prawdą. Tymczasem na całym świecie wciąż pojawiają się warianty, przeciwko którym obecne szczepionki w ogóle nie będą skuteczne.

Wiem, że wielu z was nie chce o tym słyszeć, ale pandemia pozostanie z nami. A to oznacza, że orwellowskie środki, które są wprowadzane, będą również nadal obowiązywać. Niedawne badanie w Wielkiej Brytanii wykazało, że większość Brytyjczyków opowiada się za stałym systemem paszportów szczepionkowych…

Inne niepokojące badanie wykazało, że większość Brytyjczyków jest gotowych przyjąć paszporty szczepionkowe, aby móc wykonywać podstawowe codzienne czynności, oraz że są oni skłonni na stałe korzystać z systemu cyfrowych kart identyfikacyjnych.

Badanie przeprowadzone w Londynie przez firmę Savanta ComRes, wykazało, że 56% procent ankietowanych stwierdziło, że zgodziłoby się na wprowadzenie dokumentu potwierdzającego szczepienie lub negatywny status COVID, aby móc wejść do sklepu. Mniej niż jedna trzecia (32 %) stwierdziła, że nie zgodziłaby się na takie rozwiązanie. Co u licha stało się z Brytyjczykami?

Tu w Stanach Zjednoczonych naukowcy opracowują wszczepialny czujnik, który może stwierdzić, czy jesteś chory, czy nie.

Australia, która podczas tej pandemii zasłynęła na całym świecie z tego, że wprowadziła iście orwellowskie restrykcje, teraz nosi się z zamiarem zastosowania czegoś bardziej obłędnego.

Trudno mi było w to uwierzyć, kiedy po raz pierwszy to przeczytałem. Według jednej z australijskich agencji informacyjnych, rząd poważnie rozważa wprowadzenie obowiązku podania przez użytkowników „100 cech identyfikacyjnych”, zanim uzyskają dostęp do platform mediów społecznościowych, takich jak Facebook, Twitter czy Instagram…

Rząd Morrisona rozważy wprowadzenie radykalnego środka zapobiegającego zastraszaniu i trollowaniu w Internecie, jednak eksperci twierdzą, że propozycja ta wiązałaby się z poważnym ryzykiem dla użytkowników mediów społecznościowych.

Rząd rozważa zmuszenie użytkowników platform mediów społecznościowych, takich jak Twitter, Facebook i Instagram – a także internetowych platform randkowych, takich jak Tinder – do przesłania 100 cech identyfikacyjnych w celu ich wykorzystania.

Zalecenie, nad którym wcześniej pracowano, jest jednym z 88 zaleceń zawartych w raporcie komisji parlamentarnej poświęconym przemocy w rodzinie i przemocy na tle seksualnym.

To kierunek, w którym zmierza nasz świat. Przez długi czas cieszyliśmy się internetem, który był stosunkowo wolny i otwarty, ale teraz ta era kończy się. Obecnie tyrani na całym świecie widzą, że Internet może być używany jako narzędzie kontroli, co powinno nas wszystkich głęboko zaniepokoić. W ciągu ostatnich 12 miesięcy pandemia była wykorzystywana jako usprawiedliwienie gwałtownego rozwoju tyranii. Jeśli tak się stało podczas stosunkowo niewielkiej pandemii, to co się stanie, gdy nadejdzie prawdziwy globalny kryzys? Wszyscy powinniśmy się nad tym poważnie zastanowić, ponieważ wkraczamy w bardzo mroczne czasy, a tyrania rządu będzie się tylko pogłębiać.«

Kiedy obserwuje się działanie władz na całym świecie, to nieodparcie ulega się wrażeniu, że te władze prowadzą działania bezsensowne, bo, chociażby w niektórych miejscach, jak sklepy wielkopowierzchniowe czy zakłady pracy, ludzie mogą gromadzić się, a w innych, jak restauracje, siłownie czy kościoły – nie. Pozornie jest to bez sensu, ale tylko pozornie. Władze doskonale zdają sobie sprawę z absurdalności tych ograniczeń, ale robią to, bo ich celem, poprzez takie posunięcia, jest oddziaływanie na ludzką psychikę. Nie od dziś wiadomo, że samopoczucie psychiczne ma duży wpływ na zdrowie ludzi. Jest to działanie wyjątkowo perfidne. Inną zagrywką jest atak, przeważnie, na kościoły katolickie i „wywoływanie” kolejnych fal przed świętami katolickimi. Żeby to osiągnąć wystarczy sterować ilością przeprowadzanych testów. Inna sprawa, że nikt nie jest w stanie zweryfikować danych, które nam codziennie serwują władze. Dzielenie ludzi na wrogie sobie społeczności, to odwieczna zasada rządzących.

Władze nigdy nie byłyby w stanie tak manipulować ludźmi, gdyby nie rozwój nowoczesnych technologii, tj. internetu i telefonii komórkowej. Jednak wcześniej musiały tych ludzi przygotować, gdyż bez tego atak byłby nieskuteczny. To przygotowanie polegało na właściwej edukacji mas. Zaczęło się od likwidacji analfabetyzmu. Dlaczego władzom tak zależało na jego likwidacji? Bo poprzez prasę, książki itp. można było sączyć ludziom właściwą propagandę. Ludźmi się rządzi, jeśli rządzi się ich myślami. To zauważył już Józef Mackiewicz, który w jednym ze swoich opowiadań przytoczył rozmowę z prostym, niepiśmiennym chłopem. Spotkał się z nim przy ognisku, gdy uciekał przez Bolszewikami na Zachód. Zaskoczyła go prostota i logika jego spostrzeżeń. W pewnym momencie chłop mówi: Jeśli Bolszewiki mówio, że chco zabrać bogatym i dać biednym, to czemu oni tak biednych męczo? On niczego nie czytał, on tylko obserwował rzeczywistość. Nam tę obserwację uniemożliwiono. Ograniczono nam poruszanie się w przestrzeni. Do wielu miejsc nie mamy wstępu. Wiedzę o otaczającej nas rzeczywistości, czy może raczej nierzeczywistości, czerpiemy z telewizji, internetu czy tzw. smartfonu – inteligentnego telefonu. Trudno w takiej sytuacji dziwić się, że większość ludzi przyjmuje bezkrytycznie oficjalną interpretację rzeczywistości.

W innym artykule na tym samym portalu “Horror On St Vincent” – Only Vaccinated Evacuees Able To Flee Amid Fears Of Next Big Volcanic Eruption („Horror na wyspie St Vincent” – tylko zaszczepieni mogą ewakuować się w obawie przed kolejną wielką erupcją wulkanu) ukazuje się nam ten nowy wspaniały świat. Link do oryginalnego tekstu tu: https://www.zerohedge.com/geopolitical/horror-st-vincent-only-vaccinated-evacuees-able-flee-amid-fears-next-big-volcanic.

»Z powodu wybuchu w piątek wulkanu La Soufriere na wyspie Saint Vincent we wschodniej części Karaibów, tylko osoby zaszczepione mogły ewakuować się na statkach wycieczkowych. Tak właśnie tworzy się podział społeczeństwa, w którym zaszczepieni ludzie już uciekli z wyspy, podczas gdy niezaszczepieni krztuszą się popiołem wulkanicznym. W skrajnej sytuacji, w obliczu śmierci, cel i sens wprowadzania „paszportu COVID”, zostały nam w pełni ukazane.

Życie około16 000 ludzi na karaibskiej wyspie Saint Vincent jest zagrożone, nie tylko z powodu wybuchu wulkanu, ale też ze względu na przerwy w dostawie prądu i wody. I do tego jeszcze gęsty popiół, unoszący się w powietrzu, przesłania słońce. W takiej sytuacji mówi się mieszkańcom wyspy, że nie będą uratowani, jeśli nie zaszczepią się przeciwko COVID-19.

Zaszczep się albo staw czoła śmiercionośnej sile wulkanu, to jest „logika” operatorów statków wycieczkowych i władz wyspiarskich ds. Zdrowia …

Premier Saint Vincent i Grenadyn, Ralph Gonsalves, powiedział dziennikarzom podczas sobotniej konferencji prasowej, że tylko osoby zaszczepione mogą ewakuować się na statkach wycieczkowych.

Główny oficer medyczny będzie w stanie zidentyfikować osoby już zaszczepione, abyśmy mogli zabrać je na statek” – powiedział dziennikarzom Gonsalves.

Wygląda na to, że zasady szczepień według premiera Gonsalvesa zostały już wdrożone na wyspach Barbados, Grenada, Antigua i Saint Lucia, bo kraje te przyjmują tylko w pełni zaszczepionych uchodźców.

Użytkownicy Twittera zamanifestowali swoją dezaprobatę wobec faktu, że tylko osoby zaszczepione mogą uciec z wyspy.

W uzupełnieniu do horroru na St Vincent, „tylko zaszczepieni” są ewakuowani i przyjmowani na statki wycieczkowe lub pobliskie wyspy. To gorsze niż moje najgorsze koszmary o segregacji szczepionkowej. To musi tym bardziej zdeterminować nas, by nigdy nie zgodzić się na przepustki covidowe”, napisał jeden z użytkowników.

Inny powiedział: „W Saint Vincent wybuchł wulkan VirginIslandsPD, a ich rząd ewakuował tylko zaszczepionych obywateli. Nazywam to zbrodnią przeciwko ludzkości”.

W niedzielę Caribbean News Network podało, że warunki na wyspie pogorszyły się. Doszło do „dudnienia, błyskawic i dużego opadu popiołu. Jednocześnie mieszkańcy zgłaszali przerwy w dostawie prądu”.

Organizacja zarządzania kryzysowego St. Vincent Nemo napisała na Twitterze:

Ogromna przerwa w dostawie prądu po kolejnym wybuchu wulkanu La Soufriere. Błyskawice, grzmoty i dudnienia. Większość kraju nie ma zasilania i jest pokryta popiołem”.

Prawie 20 000 osób zostało zmuszonych do opuszczenia swoich domów na karaibskiej wyspie Saint Vincent po wybuchu wulkanu po raz pierwszy od ponad 40 lat. Wulkan miał sześć erupcji – w 1718, 1812, 1814, 1902/03, 1979 i 2021 roku.

Rząd ogranicza się w praktyce do sugerowania swojej spanikowanej ludności, aby spróbowała się zaszczepić lub przygotować na śmierć w wyniku naturalnej klęski żywiołowej i szybko pogarszających się warunków na małej wyspie. Taka polityka tworzy dwuklasowe społeczeństwo, co w praktyce oznacza, że klasa niezaszczepionej populacji musi przygotować się do kolejnej wielkiej erupcji.«

Tak więc mamy tu do czynienia z segregacją, już nie rasową, ale – szczepionkową. Podział na lepszych i gorszych dokonuje się już w praktyce i na naszych oczach. Wszystko za sprawą klęski żywiołowej. A przecież klęski żywiołowe, często innej natury, zdarzają się na całym świecie. To powinno nam uświadomić, jak wielkie niebezpieczeństwo grozi nam ze strony rządzących. W ekstremalnych warunkach nie będzie litości. Do czego to doszło! Do czego jest zdolny człowiek? Aż trudno uwierzyć, że to właśnie tam miało miejsce zdarzenie, które swego czasu napawało całą Anglię dumą i wiarą w człowieka i jego możliwości. Ale po kolei.

Źródło: Wikipedia.org

Karaiby to wielki archipelag składający się z Wielkich i Małych Antyli. Wielkie – to Kuba, Jamajka, Haiti, Portoryko i szereg mniejszych wysp wokół nich. Małe – to drobnica, małe wyspy, z których najbardziej znane, przynajmniej dla mnie, to Trynidad i Tobago, Martynika, Barbados. A teraz dzięki wulkanowi La Soufriere, który wybuchł na wyspie Saint Vincent, to i ta pozostanie w pamięci. Państwo nazywa się Saint Vincent i Grenadyny. Grenadyny to też wyspy, ale jeszcze mniejsze. Językiem urzędowym jest angielski, ale w powszechnym użyciu jest francuski, co nie dziwi, sądząc po nazwach wysp i wulkanu. Stolica ma angielską nazwę – Kingstown. Wyspy leżą w południowej części archipelagu Małych Antyli. I to właśnie gdzieś w tym miejscu, na jednej z tych małych wysepek toczy się akcja powieści Daniela Defoe (1660-1731) Robinson Crusoe.

Powieść ta oparta jest na prawdziwym zdarzeniu, o którym Defoe wcześniej był usłyszał. W 1704 roku, Szkot, Alexander Selkirk, pokłócił się z kapitanem statku i poprosił o wysadzenie go na bezludnej wyspie. Żył tam samotnie przez pięć lat do czasu, gdy zabrał go inny angielski statek. W owym czasie historia ta wywarła wielkie wrażenie na ludziach w Anglii i wzbudziła w nich wielki optymizm i wiarę w możliwości człowieka. Że zrobiła wielkie wrażenie na ludziach to fakt. William Collins (1824-1889) autor powieści detektywistycznych, w jednej z nich, Kamień Księżycowy, jednej z jej głównych postaci każe w trudnych dla niej sytuacjach, wymagających podjęcia szybkiej decyzji, zajrzeć do powieści Robinson Crusoe i przeczytać wybrany losowo fragment. Po takim zabiegu podjęcie decyzji było o wiele łatwiejsze. A tak na marginesie, to właśnie Collins stworzył postać, na której, jak sądzę, wzorował się Conan Doyle, tworząc swego bohatera Sherlocka Holmesa.

Od wulkanicznych popiołów do Sherlocka Holmesa – niezłe zatoczyłem koło. Takie to refleksje naszły mnie po tym, co dzieje się gdzieś daleko od nas, ale co też prawdopodobnie, dotrze do nas. Dziś chyba już brakuje wiary w ludzi. Taka to różnica pomiędzy tamtymi, a tymi czasy.

Obywatelstwo korporacyjne

Obejrzałem ostatnio na kanale BaldTV film o obywatelstwie korporacyjnym, z którego wynika, że za jakiś czas może pojawić się tego typu obywatelstwo i że będzie ono czymś lepszym niż zwykłe obywatelstwo, co w praktyce będzie się sprowadzać do tego, że obywatele państw, jeśli nie będą obywatelami korporacji, staną się obywatelami drugiej kategorii. Korporacje przejmą wiele funkcji, które są jeszcze nadal zarezerwowane dla państwa. Ale dlaczego tak ma się stać? – Bo państwa mają coraz mniej pieniędzy, a korporacje coraz więcej. A dlaczego one mają ich coraz więcej? Bo przejmują rynki państw, na terenie których działają? Dlaczego więc państwa godzą się na ich działalność na swoim terenie? Dużo tych pytań, na które wypada odpowiedzieć.

Pod tym filmem ukazał się komentarz, którego autor podpisał się jako Wojtek Pięta. Twierdzi on, że stan taki wynika z rozwoju technologicznego. Poniżej komentarz:

»Pytanie do autora, bo widzę, że czyta Pan komentarze. Ten film podesłała mi osoba z rodziny i poczułem się w obowiązku napisać.

Postaram się w skrócie: opisuje Pan zjawiska, które są naturalną konsekwencją rozwoju technologicznego. W roku 2000 przeciętni ludzie (ale zainteresowani tematem) już wiedzieli, że po pewnym czasie kapitały poszczególnych firm będą przewyższać kapitały całych państw. W ostatnich latach otwarcie mówi się o tym, że dotarliśmy do kolejnego po rewolucji przemysłowej przełomu, gdzie rozwój technologii wygrywa z polityką. “Królów obalały fabryki”, a wzrost znaczenia klasy robotniczej zbił znaczenie monarchów – zdetronizował i wyplenił ich. Czy podczas budowania pierwszych fabryk dopatrywano się w tym spisku “przemysłowców”? Nie wiem, ale z mojej perspektywy(1) była to naturalna kolej rzeczy i wynik ewolucji człowieka, który od zarania dziejów szukał bardziej efektywnych narzędzi (by w sposób wydajny zabijać mamuty :), a choćby od rewolucji agrarnej zauważył, że drugi człowiek może być jeszcze bardziej efektywnym i wydajnym narzędziem. To że drugi człowiek w ogóle “może być narzędziem” oczywiście zauważono dużo wcześniej. Tak jak opisał Pan w filmie – proces ten postępuje, a jeśli korporacje będą miały “swoich obywateli” to na pewno zadbają o jeszcze większą ich wydajność. W dalszym ciągu nie widać w tym spisku, ani nie jest to tajemnicą. Jak wspomniałem – mówi się otwarcie o tym, że docieramy do kolejnego przełomu, gdzie na życie moje i moich bliskich dużo większy wpływ ma technologia niż polityka, że absurdem staje się to, że idziemy głosować na pozbawionych wpływu polityków, a nie głosujemy na najbliższe aktualizacje Facebooka lub czy zgadzamy się na legalny dostęp do wszystkich nowinek cyberprzestrzeni.

O tym, że Huxley “był mądrzejszy” od Orwella słuchałem w piosenkach rockowych czy punkowych już pod koniec lat 90, ale nigdy nie widziałem w tym spisku. Wydaje mi się(1), że jest to naturalne dążenie naszego gatunku – zwiększać wydajność co zawsze skutkuje wygodniejszym życiem.

Piszę ten komentarz, ponieważ film dostałem z komentarzem w tonie “Wojtek zobacz jak źle się dzieje na naszym świecie. Zobacz co ONI nam robią”. Analizuję temat i z mojej perspektywy(1) nie istnieją, żadni ONI, bo przecież to my, ludzkość – tworzymy te wydajne narzędzia i zgadzamy się na ten układ. Czyli ci tajemniczy ONI – to właśnie my 🙂 A jeżeli wkładamy komuś do głowy wyimaginowanych “złych” czy “przeciwników” to działamy na szkodę tej osoby. Piszę by zapytać czy nie ma Pan poczucia, że większej ilości osób może nasunąć się taki komentarz jaki ja usłyszałem? A jeżeli właśnie taki był zamysł tej serii filmów, to proszę o komentarz dla mnie, bo tego typu tematami przestałem się interesować paręnaście lat temu i może po prostu potrzebuję aktualizacji. (1) – piszę to co widzę przez pryzmat swojej wiedzy i jestem otwarty na inną perspektywę 🙂«

Czy te zjawiska są naturalną konsekwencją rozwoju technologicznego? Chyba nie! Największą korporacją w historii była Brytyjska Kompania Wschodnioindyjska, która powstała w 1599 roku. Kazimierz Dziewanowski w książce Brzemię białego człowieka; Jak zbudowano Imperium Brytyjskie opisuje jej dzieje i warto przytoczyć pewne fragmenty. Dziewanowski pisał tę książkę w latach 70-tych.

»We wrześniu 1615 roku do Suratu zawinęła pokaźna eskadra okrętów Kompanii. Przywiozła z Londynu człowieka, który otrzymał instrukcję, by akredytować się jako pierwszy ambasador Kompanii na dworze cesarskim. Dziś wydaje się to nieco dziwne, przypomina sytuację, jaka by powstała, gdyby w którejś ze stolic akredytowano ambasadora General Motors albo Exxonu. Wtedy jednak zasady prawa międzynarodowego i protokołu dyplomatycznego nie były tak rozwinięte i trzeba pamiętać, że Kompania zdążyła już udowodnić, że zajmuje się nie tylko handlem, ale potrafi też strzelać i dysponuje okrętami wojennymi. Jej pretensje dyplomatyczne nie wydały się więc nikomu przesadne. Ambasadorem został sir Thomas Roe.

Cesarz przywykł, że wszyscy obrzucają go darami i podobno pierwszą kwestią, jaką kierował do wysłanników z innych krajów, było pytanie, co mu przywieźli w darze. Dyrektorzy Kompanii wiedzieli o tym, więc wyposażyli Thomasa Roe w piękną karocę z czwórką koni, ale cóż to było w porównaniu z prezentami składanymi przez radżów indyjskich, którzy ofiarowywali władcy stada słoni obwieszonych klejnotami! W złocie i klejnotach wysłannik Kompanii nie mógł z nimi współzawodniczyć: trzeba zatem było wymyślić coś innego.

Zestaw angielskich instrumentów muzycznych, zwanych wirginałami, nie znalazł uznania w oczach cesarskich; wybór rozmaitych produkowanych w Anglii materiałów sukiennych – też nie, bo nie nadawały się do użytku w indyjskim klimacie; bardziej udany okazał się prezent w postaci kornetu, którym Dżehangir raczył zabawić się przez ponad godzinę i namówił przywiezionego z Anglii wirtuoza w grze na tym instrumencie do pozostania na stałe w Agrze i przejścia na mahometanizm. Pewne zainteresowanie wzbudziła sfora angielskich brytanów, tak ostrych, że mogły stawić czoło nawet tygrysowi bengalskiemu. Wkrótce jednak Roe wymiarkował, że najżyczliwiej przyjmowane są proste, drewniane skrzynki wypełnione butelkami burgundzkiego wina. Nie było ich nigdy dosyć i nigdy się nie znudziły.

Indyjscy władcy sprzedający lub wydzierżawiający ziemię Anglikom nie podejrzewali, co z tego w przyszłości wyniknie. Proces stopniowego osadzania się Kompanii w Indiach trwał długo, przez całe siedemnaste stulecie. Wokół Fortu Świętego Jerzego, Fortu Williama i zamku w Bombaju wyrosły trzy miasta: Madras, Kalkuta i Bombaj. Dwa z nich: Kalkuta i Bombaj, należą do największych na świecie. W ten sposób faktorie handlowe zmieniły się z biegiem czasu w ogromne, kipiące życiem miasta, a główne zadanie Kompanii, czyli sprzedaż angielskich i kupno indyjskich towarów, zostało uzupełnione obowiązkami, którymi Anglikom w ogóle nie wolno się było na początku zajmować: administrowaniem, ściąganiem opłat i podatków, wymierzaniem sprawiedliwości, zarządzaniem portami, z których korzystali teraz również obcy kapitanowie i kupcy.

Wszystko to: bicie monety w obcym kraju, stawianie fortec, zaciąganie żołnierzy, ogłaszanie stanu wojennego i zawieranie pokoju stało się dla Kompanii możliwe tylko dlatego, że władza cesarska w Indiach, która powstała w wyniku najazdu, nie zdołała na trwałe zjednoczyć ogromnego, podzielonego na setki wyznań, plemion i kast państwa. Zwróćmy przy tym uwagę na upór, konsekwencję i cierpliwość, z jaką Anglicy postępowali. Na pozór interesowali się tylko handlem. Prawdopodobnie większość z nich, łącznie z dyrektorami Kompanii, szczerze początkowo sądziła, że chodzi tylko o handel. Pamiętamy, jak wytykano Portugalczykom, że tracą siły i pieniądze, starając się umacniać swe posiadłości zamorskie. Teraz Anglicy postępowali tak samo.

Czasy zmieniały się. Przyprawy korzenne nie były już jedynym celem. Z wolna rosło przekonanie, że przeznaczenie Anglii leży na wielkich przestrzeniach globu. W roku 1687 kolejny gubernator Kompanii w Indiach, sir Josiah Child, napisał w liście do prezydencji bombajskiej: „Wzrost naszych dochodów jest przedmiotem naszej troski na równi z rozwojem handlu. To winno uczynić z nas naród w Indiach”. I pisał też, że ma na celu „ustanowienie takiej siły cywilnej i wojskowej, zapewnienie tak znacznych dochodów (…), aby stały się one podwaliną angielskiego panowania w Indiach po wieczne czasy”.«

Tak więc ponadnarodowe korporacje nie są niczym nowym. Jest to cechą charakterystyczną dla Anglików, że tworzyli organizacje, które oficjalnie nie były tworami państwa angielskiego, ale Anglia zawsze nieformalnie popierała je. Tak też było w przypadku najsłynniejszego pirata wszech czasów Francisa Drake’a, który grabił hiszpańskie galeony ze złotem, zrabowanym Indianom obu Ameryk. Na skargi Hiszpanów królowa angielska Elżbieta odpowiadała, że on jest piratem i ona nie ma z nim nic wspólnego, ale skrycie wspierała go, bo osłabianie Hiszpanii było w jej interesie. Jak widać słynne hasło „grab nagrablennoje” ma swoją długą tradycję. To wszystko działo się po tym, jak Hiszpania zmusiła Żydów do opuszczenia jej terytorium w 1492 roku.

Czy Imperium Brytyjskie było tylko i wyłącznie dziełem Anglików i czy cechy, które posiadali nie były wynikiem swego rodzaju symbiozy z Żydami? Wszelkie wysiłki jakie podejmowali, wszelkie wyprawy – wymagały finansowania. Kto miał pieniądze i kto mógł ryzykować? A bicie monety przez Kompanię? Rok 1687, w którym Josiah Child pisze o narodzie w Indiach, to jest okres po rewolucji Cromwell’a i po powrocie Żydów do Anglii. Gubernator Kompanii nosi żydowskie imię. Czy to przypadek?

W cytowanym na wstępie komentarzu możemy przeczytać:

“Królów obalały fabryki”, a wzrost znaczenia klasy robotniczej zbił znaczenie monarchów – zdetronizował i wyplenił ich. Czy podczas budowania pierwszych fabryk dopatrywano się w tym spisku “przemysłowców”?

Rewolucja przemysłowa zaczęła się w Anglii i było to najbardziej uprzemysłowione państwo na świecie, ale jakoś nie doprowadziło to do obalenia w nim monarchii. Nawet we Francji doszło do jej restauracji (piękne słowo, oznaczające m.in. miejsce, w którym, jeszcze do nie tak dawna, można było wypić i zakąsić). Dopiero I wojna światowa zmieniła ten stan, choć nie do końca. Inna sprawa to to, że nawet za panowania monarchii, monarchowie mieli swoich ministrów i swoje rządy. Po co więc była rewolucja francuska? Po to, by wprowadzić demokrację i prawa obywatelskie. A po co i komu potrzebna była demokracja i prawa obywatelskie? Na to pytanie odpowiada Tadeusz Gluziński w swojej książce Odrodzenie idealizmu politycznego z 1934 roku.

»Demokracja i parlamentaryzm powołały do życia jeszcze jedną plagę życia publicznego: nowoczesne stronnictwa polityczne. Chęć wywierania jak największego wpływu na rządy, a także kosztowność wyborów stały się najmocniejszym elementem ich spójności. Trzydziestu posłów solidarnie zorganizowanych znaczy dla każdego rządu demokratycznego więcej niż stu niezorganizowanych, którzy mogą głosować przeciw sobie i swoje głosy wzajemnie znosić; stąd zachęta dla posłów, by tworzyli zwarte stronnictwa, w których obowiązuje solidarność i karność partyjna. W rezultacie dyktatorami stronnictw stają się ich przywódcy, a kilku takich przywódców większych stronnictw dyktuje swą wolę parlamentowi i rządowi. Dyktaturę tę wykonują oni bez żadnej odpowiedzialności, bo za nich formalnie odpowiada rząd, zaś rachunki płaci „lud”. Ustrój demokratyczny – to dyktatura ludzi nieodpowiedzialnych.

Skąd wziął się w chrześcijańskiej Europie ustrój tak kłamliwy i oszukańczy, tak przeczący na każdym kroku prawom Boskim i zdrowemu rozsądkowi ludzkiemu, tak po prostu potworny? Wiadomo już dzisiaj dobrze, że narodziny swoje i późniejszy rozwój zawdzięcza demokracja wyłącznie lożom masońskim i ich właściwym kierownikom, ich „Nieznanym Przełożonym”. Kto to są ci nieznani dyktatorzy państw demokratycznych? Odpowiedź daje nam historia i badacze masonerii. Kto z ustrojów demokratycznych skorzystał naprawdę? Kto uzyskał dzięki uznaniu przyrodzonego prawa do wolności, do równości, prawo handlowania gdzie bądź, prawo dostępu do wszystkich szkół w charakterze ucznia czy nauczyciela, prawo wyborcze czynne i bierne do parlamentów, co więcej prawo zajmowania wszystkich stanowisk urzędowych w każdym państwie i posterunków zaufania publicznego, a nawet prawo uczestnictwa w rządach? To żydzi doktrynerom demokracji i towarzyszącym jej z konieczności wpływom kapitału zawdzięczają całą swoją pozycję w świecie.

W ustroju demokratycznym mamy do wyboru dwie alternatywy: albo anarchię zupełną, albo pod firmą „ludu” zakulisowe rządy tajnych organizacji międzypartyjnych i – najłatwiej – międzynarodowych. W braku ich wszystko musi się rozlecieć. Rozwydrzone partyjniactwo demokratycznego ustroju uniemożliwiłoby bowiem stworzenie jakiegokolwiek, dłużej trwającego, rządu i rozdarłoby państwo na strzępy. Koniecznością staje się więc ów tajny cement, spajający przywódców stronnictw w jakieś zwarte koła, których istnienie pozostaje tajemnicą nie tylko dla „ludu”, ale nawet dla ogółu działaczy partyjnych. Pęknięcia i zatargi w tych tajnych kołach powodują niesamowite pęknięcia i przegrupowania na powierzchni jawnego życia politycznego, a „lud” biedzi się potem nad odcyfrowaniem ich znaczenia i powodów.

Nowoczesną demokrację stworzyły tajne związki międzynarodowe. Jej logicznym wynikiem winna być anarchia. Uniknąć jej można było jedynie przez niepodzielne oddanie zakulisowych rządów państw demokratycznych w ręce wolnomularstwa i jego „Nieznanych Przełożonych”.

Rządy demokratyczne – to nie tylko „wolność” i „równość”, ale także i „braterstwo”. Pamiętamy przecież, że – w myśl doktryny demokratycznej – wszyscy ludzie w swej pierwotnej naturze są dobrzy. W ustroju, opartym na wolności powszechnej, staną się sobie braćmi. Nie tylko jednostki, ale i całe ludy przestaną się waśnić i nastawać na siebie. Pod sztandarem demokracji – jak głosili jej apostołowie – zapanuje braterstwo wśród ludzi, braterstwo ludów i pokój powszechny.

Dziś złudzenia te należą do historii, a wyrok jej wypadł bezlitośnie. Nigdy walki między ludźmi nie przybrały bardziej ostrego charakteru, jak za panowania demokracji. Przecież towarzyszący rządom demokratycznym i z nimi logicznie związany ustrój kapitalistyczno-liberalny zaostrzył walkę o byt do ostateczności i rozpalił powszechną rządzę zdobywania pieniądza, choćby po trupach. Co więcej, raz po raz rzucał narody przeciw sobie do bezrozumnych wojen, w których stawką istotną i często jedyną bywały interesy wielkiego kapitału, narodom na ogół obce i zazwyczaj szerokim rzeszom nieznane. Wystarczy przypomnieć tak liczne w XIX i XX stuleciu krwawe wojny o kolonie, o kruszce, węgiel czy naftę.

W jednym tylko, ukrytym dla ogółu znaczeniu, demokracja wprowadziła „braterstwo”. Jak wskazałem już wyżej, ustrój, oparty na jej doktrynie, musiał z konieczności oddawać zakulisową władzę w ręce tajnych organizacji. Tym tajnym rządem stało się wolnomularstwo, nazywające każdego wtajemniczonego „bratem”, obdarzające zaś każdego niewtajemniczonego w sekrety związku mianem „profana”, a więc człowieka, któremu nie należy dawać dostępu do spraw istotnych. Masoneria, sprawując zakulisowe rządy, oparła się oczywiście na swych członkach i „braciach”. I tak demokratyczne hasło „braterstwo” znalazło swój jedyny wyraz w rządach „braci” nad ogółem „profanów”.«

Po co ja przytoczyłem ten cytat? Na początku zadałem pytanie: Dlaczego więc państwa godzą się na ich działalność na swoim terenie? Chodziło o międzynarodowe korporacje. Gdyby nie wszystkie państwa pozwalały im na działalność na swoim terenie, to nie urosłyby one do takich rozmiarów. Z logicznego punktu widzenia można przyjąć, że niektóre państwa mogłyby się zgodzić na ich działalność, ale nie wszystkie! To mogło się tylko dokonać, gdy wszystkie zostały opanowane przez jedną i tę samą grupę interesów. Do tego mogło dojść tylko w przypadku działania ustroju zwanego demokracją. Tylko w nim faktyczni sprawcy mogą ukryć się za parawanem licznych partii i ich decyzje i interesy są nieczytelne dla ogółu i tym samym oni nie mogą być pociągnięci do odpowiedzialności za swoje decyzje. W demokracji nie ma winnego. Pytanie, kto pozwolił na działanie korporacji na terenie Polski, prowadzi donikąd. I o to w tym cyrku, zwanym demokracją, chodzi.

W cytowanym na wstępie komentarzu czytamy też: „Postaram się w skrócie: opisuje Pan zjawiska, które są naturalną konsekwencją rozwoju technologicznego.”

Rozwój technologiczny. A skąd on się bierze? Kto decyduje o tym, że inwestuje się w pewne dziedziny, a w inne – nie? Dlaczego inwestuje się w rozwój technologii, których celem jest podporządkowanie sobie ludzi, a nie w te, które ratują im życie. Nikt nie walczy z rakiem, czy z chorobami serca, a całą uwagę koncentruje się na biotechnologiach, które służą wytworzeniu mechanizmów, umożliwiających całkowitą kontrolę nad ludzkim umysłem, co w konsekwencji prowadzi do kontroli nad ludźmi.

Żydzi wmawiają gojom, choć nie wprost, że ich celem jest panowanie nad światem i że nastąpi to, gdy pojawi się ich mesjasz. W moim przekonaniu jest to zwykła ściema. Oni już panują nad całym światem, a ich celem jest tylko utrzymanie tego stanu. Pierwszym poważniejszym krokiem w tym kierunku było uczestnictwo w budowie Imperium Brytyjskiego. Jak wspomniałem powyżej, bez ich pieniędzy nie byłoby to możliwie, podobnie jak bez ich pieniędzy nie mogłyby się dokonać odkrycia geograficzne Portugalczyków i odkrycie Ameryki. Zdobycie Indii przez Kompanię dało im niezwykłe doświadczenie i wiedzę. Kilkanaście tysięcy Anglików panowało nad 300 milionami ludzi. To było możliwe dlatego, że władza cesarska w Indiach nie potrafiła zjednoczyć tego podzielonego na setki wyznań, plemion i kast państwa. Wiedzą więc, że ich siła leży w rozdrobnieniu i osłabieniu narodów i państw. Temu służą wszelkie ruchy migracyjne czy akcje typu „black lives matter”. Finansowemu osłabianiu państw służą ponadnarodowe korporacje. Słabe państwa, może nawet rozdrobnione, narody i ludzie pozbawieni systemów wartości, dla których jedyną wartością jest pieniądz – to jest ich cel i są już blisko jego osiągnięcia. Angielski premier z lat 1894-1895, lord Rosebery powiedział: czymże jest imperium, jeśli nie przewagą rasy? Parafrazując jego konstatację, można by zapytać: czymże jest panowanie nad światem, jeśli nie przewagą rasy? A przecież Żydzi uważają się za naród wybrany. Tu chyba nie ma mowy o żadnym spisku. Wszystko jest tak czytelne.

Minister

W poprzednim blogu jeden z komentujących zarzucił mi, w sposób pośredni, brak wiedzy o Druckim-Lubeckim i jego zasługach dla Królestwa Polskiego. W sumie zarzut słuszny, bo wiedziałem o nim tyle, że był ktoś taki i zrobił coś tam w gospodarce i finansach. Ale gdyby ktoś zapytał mnie o szczegóły, to niewiele bym wydukał. Pomyślałem sobie jednak, że skoro człowiek uczy się całe życie, to może warto przybliżyć sobie i innym tę postać. I okazało się, że warto.

Kiedy tak zapoznawałem się z osobą Druckiego-Lubeckiego i jego dokonaniami, to przypomniał mi się Balcerowicz. Na pozór nic bardziej sprzecznego. Balcerowicz działał w odwrotnym kierunku do tego, co robił Drucki-Lubecki. Balcerowicz – państwo niewydolne, im mniej państwa, tym lepiej, wolny rynek, jak najmniej państwa i prywatyzacja wszystkiego, co się da. Drucki-Lubecki – prywatna gospodarka nie radzi sobie, potrzebna interwencja państwa, monopole państwowe, państwo decyduje o wszystkim i jak najwięcej własności państwowej.

Co więc łączy obu tych panów? Obaj przeprowadzili gruntowne reformy i obaj zrobili to wielkim kosztem społecznym. O tym nie wspomina Wikipedia i portal „tradycjegospodarcze.pl”, z którego zaczerpnąłem jeden z poniższych cytatów. Nie wspominają również o tym różni apologeci Druckiego-Lubeckiego. Gdyby nie Maria Dąbrowska, która w swojej rozprawie „Rozdroże” wspomniała o tej reformie, to pewnie nawet nie zastanowiłbym się nad tym, czy tam były jakieś koszty społeczne. Balcerowicza pamiętamy i pamiętamy jego „zasługi”, ale tamta reforma była tak dawno, że wszystko zatarło się. Pewnie za 100 lat o Balcerowiczu będą pisać tak, jak obecnie o Druckim-Lubeckim. Gospodarka jest po to, by ułatwiać ludziom życie, a wszelkie reformy po to, by ten proces udoskonalać, a nie po to, by jedne warstwy społeczne zyskiwały kosztem innych. Jeśli nie wspominamy o kosztach społecznych, to obraz każdej reformy jest wypaczony, a jej ocena błędna.

W Wikipedii pod hasłem „Drucki-Lubecki” jest zdjęcie kasztanowca posadzonego w 1827 roku przez Duckiego-Lubeckiego i jest również tabliczka upamiętniająca to zdarzenie. Została ona wykonana w 1994 roku. Kasztanowiec rośnie na podwórku przy ulicy Elektoralnej. Na Placu Bankowym na ścianie gmachu dawnej Giełdy i Banku Polskiego umieszczono tablicę upamiętniającą Druckiego-Lubeckiego i Jelskiego jako twórców Banku Polskiego. Tablicę umieszczono w 1998 roku. To, co zwróciło moją uwagę, to to, że obie tablice pojawiły się dopiero po 1989 roku w tzw. III RP. Za czasów PRL-u jakoś nikomu nie przyszło do głowy, by upamiętnić te zdarzenia. Ideologicznie bliżej było przecież władzom PRL-u do Druckiego-Lubeckiego i jego reformy niż władzom III RP. A jednak! Ludzie reprezentujący dokładnie przeciwstawną ideologię czuli się w obowiązku upamiętnić tamtych. Coś ich łączyło. Jakaś niewidzialna nić.

Franciszek Ksawery Drucki-Lubecki urodził się w 16 grudnia 1779 na Polesiu, zmarł 28 maja 1846 roku w Sankt Petersburgu. Był ministrem skarbu Królestwa Polskiego w latach 1821-1830. Był członkiem Rządu Tymczasowego Królestwa Polskiego w 1815 roku. Druccy-Lubeccy to ród kniaziowski (książęcy) pochodzenia litewskiego. Wikipedia pisze o Druckim-Lubeckim m.in. tak:

„W wieku siedmiu lat, razem z młodszym o rok bratem Hieronimem, został oddany przez ojca do Korpusu Kadetów w Petersburgu. Według przekazu rodzinnego stało się tak z powodu rozkazu lub na życzenie potężnego rosyjskiego feldmarszałka Potiomkina. W 1797 r. ukończył naukę w kuźni kadr rosyjskiego imperium ze stopniem podchorążego i przeszedł do nizowskiego pułku muszkieterów. Nauka i brutalna tresura w petersburskim korpusie zaważyła na poglądach o Rosji i dalszym życiu księcia. Poza perfekcyjną znajomością języka rosyjskiego z akcentem petersburskim zaowocowała osobistymi znajomościami z Rosjanami, którzy w późniejszych latach objęli wiele istotnych stanowisk w instytucjach Petersburga. Będąc oficerem w armii rosyjskiej w latach 1798-1799 służył pod komendą feldmarszałka Suworowa, brał udział w czteromiesięcznej kampanii włoskiej przeciw Francji, nie walczył jednak bezpośrednio przeciw legionom Dąbrowskiego. Według opinii na temat służby siedmiokrotnie brał udział w walce, a za męstwo wykazane w starciu z wojskami francuskimi w okolicach Alessandrii w czerwcu 1799 roku został mianowany kawalerem Orderu Św. Anny 3 klasy. Z powodu kontuzji żebra w grudniu 1800 zwolnił się z wojska i po kilkunastu latach powrócił na Litwę. Osiadł w Czerlonie na Grodzieńszczyźnie, po ślubie ze swoją czternastoletnią siostrzenicą Marią 20 czerwca 1814 r. przeniósł się do Szczuczyna.

W 1806 roku został wybrany członkiem komitetu gubernialnego do spraw żydowskich. W styczniu 1809 roku, w wieku 30 lat, został wybrany przez szlachtę na marszałka powiatu grodzieńskiego. W latach 1813–1815 był członkiem Rady Najwyższej Tymczasowej Księstwa Warszawskiego. Zwolennik polityki prorosyjskiej na Litwie. Wiązał nadzieje na odbudowę Polski z Aleksandrem I.

Będąc w latach 1821–1830 ministrem skarbu Królestwa Polskiego, wprowadził politykę oszczędnościową, egzekwował bezwzględnie zaległości podatkowe, nałożył podatek pośredni na niektóre artykuły pierwszej potrzeby, rozbudował monopol państwowy na sól i wyroby tytoniowe, a także wspierał program poszukiwań soli. W ten sposób zlikwidował deficyt budżetowy oraz zapewnił budżetowi nadwyżkę, która mogła być przeznaczana na inwestycje. Zapewnił także Polsce zewnętrzne rynki zbytu i zabezpieczył ją przed obcą konkurencją. Wydał decyzję o budowie rządowej warzelni soli w Ciechocinku. Przed podjęciem decyzji zabiegał o poparcie i zgodę namiestnika, księcia Józefa Zajączka i przychylność króla Polski i cesarza Rosji. Inicjator założenia Towarzystwa Kredytowego Ziemskiego w 1825 roku i Banku Polskiego w 1828 roku. Jego dziełem była wstępna industrializacja ziem Królestwa, rozwój starych gałęzi przemysłu jak hutnictwo w Zagłębiu Staropolskim oraz nowych jak górnictwo w Zagłębiu Dąbrowskim czy włókiennictwo w Łodzi. Dzięki swoim wpływom w Sankt Petersburgu i argumentacji politycznej doprowadził do zniesienia bariery celnej między Rosją i Polską, co zapewniło wyrobom polskim nieograniczoną niemal możliwość zbytu na terenie Rosji i tranzyt przez Rosję dalej na wschód. Chroniąc kraj od konkurencji wyrobów pochodzących z krajów niemieckich, wprowadził protekcyjne cła przywozowe na granicy z Prusami. Spowodowało to tzw. wojnę celną z Prusami. Widocznym efektem tych wydarzeń jest Kanał Augustowski, mający umożliwić transport rzeczny z obszaru Królestwa na Bałtyk bez potrzeby przekraczania granicy pruskiej. Zbudował w Polsce nowoczesne drogi.”

Na stronie „tradycjegospodarcze.pl” możemy m.in. przeczyać:

„Szczyt kariery Druckiego-Lubeckiego przypadł na lata 1821-1830, gdy był ministrem skarbu Królestwa Polskiego. W ciągu dziewięcioletniego piastowania tego stanowiska wprowadził politykę oszczędnościową, bezwzględnie egzekwował zaległości podatkowe, nałożył podatek pośredni na niektóre artykuły, a także wspierał program poszukiwań soli. W taki sposób zapewnił budżetowi nadwyżkę oraz zlikwidował deficyt budżetowy. Zapewnił Królestwu Polskiemu zewnętrzne rynki zbytu, zabezpieczając je przed zewnętrzną, obcą konkurencją.

W pierwszych latach po Kongresie Wiedeńskim sytuacja Królestwa Polskiego w zakresie finansów publicznych nie była zadowalająca. Rząd Królestwa nie prowadził aktywnej polityki kontroli nad wydatkami, co w konsekwencji doprowadziło skarb Królestwa na skraj bankructwa. Sytuacja finansowa była na tyle zła, iż car Aleksander zagroził włączeniem Królestwa do cesarstwa rosyjskiego. Wymagał on natychmiastowego przywrócenia równowagi budżetowej.

Podczas gdy w krajach zachodnich rozwijała się rewolucja przemysłowa, na ziemiach Królestwa Polskiego sytuacja finansowa wymagała gruntownej naprawy. Nad planem jej restrukturyzacji pracował minister skarbu Tadeusz Matuszewicz, jednak ze względu na sprzeciw Nikołaja Nowosilcowa nie wszedł on w życie. Znajdujące się w 1821 roku na skraju bankructwa Królestwo Polskie z każdym miesiącem ulegało zapaści ekonomicznej. Stan przemysłu i gospodarki nie rokował rychłym wzrostem inwestycji i nadzieją na szybszy rozwój. Ostatecznie, w październiku 1821 roku, nowym ministrem skarbu Królestwa Polskiego został książę Franciszek Ksawery Drucki Lubecki. Zastąpił on na tym stanowisku ministra skarbu Jana Węgleńskiego, za którego urzędowania (1818-1821) sytuacja budżetu uległa pogorszeniu. Węgleński wraz ze swoimi urzędnikami dokonał błędnego zestawienia rachunków depozytów i rachunków rzeczywistych obrotów kasowych. Z początkiem 1821 roku zmuszony był do zaprzestania wypłat na poczet budżetu wojskowego. Minister Drucki-Lubecki przez okres dziewięciu lat urzędowania zdołał nie tylko wyprowadzić z recesji finanse publiczne Królestwa, ale również pobudzić rozwój przemysłu i gospodarki krajowej. Na początku swojego urzędowania musiał jednak wyprowadzić gospodarkę z recesji. Według nowego ministra głównymi problemami, które doprowadziły do bardzo niekorzystnej sytuacji finansowej były: niekorzystna polityka handlowa względem Prus, wysoka liczba przemytników działających na granicach Królestwa, zbyt mała ilość pieniądza w obiegu, zbytnie zadłużenie majątków prywatnych oraz wysoka cena soli pochodzącej z eksportu.

Głównym celem ministra Druckiego-Lubeckiego w zakresie zewnętrznych stosunków handlowych było wzmocnienie polityki celnej oraz współpraca z partnerami z Rosji. Pierwszym efektem tych działań był ukaz cara z 1822 roku, który pozwalał na wywożenie polskich towarów na ziemie rosyjskie. Doszło też do zawarcia polsko-rosyjskiej umowy celnej przewidującej bardzo niskie stawki cła. Aby ująć konsekwencje otwarcia granic na towary eksportowane z Polski do Rosji należy zaznaczyć, że w 1822 roku eksport towarów do Rosji opiewał na kwotę 5 mln, aby w 1829 roku wzrosnąć do kwoty 27 mln. Ten zadowalający wynik był efektem sprawnej polityki finansowej prowadzonej przez Druckiego-Lubeckiego. Ponadto warto zaznaczyć, że rozsądne planowanie wydatków budżetowych nie tylko podniosło gospodarkę z recesji, ale także sprzyjało oddłużaniu majątków ziemiańskich i ogólnej poprawie gospodarki krajowej. Choć działania ministra, tj. stworzenie szerokich monopoli państwowych czy ściąganie podatków niejednokrotnie znajdowały krytyków w kręgu ekonomistów liberalnych, to były one konieczne dla podźwignięcia gospodarki. Dobra koniunktura gospodarcza zapoczątkowana szeroko zakrojonymi działaniami podjętymi przez ministra, została zastopowana wybuchem powstania listopadowego, a w konsekwencji ograniczona odebraniem autonomii Królestwu Polskiemu.”

Z tego powyższego cytatu wynika, że poprzednicy Druckiego-Lubeckiego nie potrafili sobie poradzić z gospodarką, a on przyszedł i zrobił porządek. Zupełnie jak Balcerowicz. Tylko nikt nie wspomina o tym, że całe lata 80-te to było sztuczne niszczenie gospodarki, by doprowadzić ją do takiego stanu, że tylko zmiana ustroju mogła coś zmienić, że socjalistyczna gospodarka okazała się niewydolna. To zapewne ustalono wcześniej, a potwierdzono podczas spotkania Jaruzelskiego z Rockefellerem. Czy w przypadku reformy Druckiego-Lubeckiego było podobnie? Tego nie dowiemy się i nie jesteśmy w stanie tego zweryfikować. Czy jego poprzednicy byli tak nieudolni, czy może nie stworzono im odpowiednich warunków? Jeśli narzuca się wysokie cła na pruskie towary, a praktycznie zwalnia się z nich towary eksportowane z Królestwa do Rosji, to pieniądze same wpadają do kasy. Tu nie jest potrzebny żaden geniusz ekonomiczny, tylko wola polityczna. Drucki-Lubecki to był pupilek Rosjan. Zrobili dla niego wszystko, co mogli. Czy dobra koniunktura po powstaniu listopadowym została przerwana? Przykład Łodzi – ziemi obiecanej, świadczy, że chyba nie!

Maria Dąbrowska w swojej pracy Rozdroże; Studium na temat zagadnień wiejskich wspomina o Druckim-Lubeckim, choć tylko w kontekście sprawy chłopskiej, ale warto przytoczyć pewne fragmenty:

»Księstwo Warszawskie i Królestwo Kongresowe były tą ostatnią resztką czasu, kiedy mogliśmy względnie samodzielnie o sprawie chłopskiej decydować, przynajmniej na kawałku ojczyzny. Tymczasem to, co uczyniono za Księstwa, było raczej cofnięciem się. Zwolnienie chłopów z poddaństwa i nadanie im swobody ruchów przez konstytucję napoleońską zrozumiano jako uświęcenie praktykowanego z dawna prawa do wywłaszczania chłopów. Jak wiadomo prawo do gruntów, na których włościanie siedzieli, chociaż nie było formalne, ustaliło się o tyle, że pozwalało mówić, zwłaszcza w niektórych okolicach, o jakimś mniej więcej trwałym i dziedzicznym władaniu. Obecnie ta tradycja została ostatecznie zniweczona. Wł. Grabski w studiach nad tą epoką twierdzi, że „wolnościowa konstytucja Księstwa Warszawskiego przyznała panom to, co stanowiło cel ich wielowiekowych usiłowań – pełną własność wszystkich gruntów wiejskich”. Gospodarczo-społecznego procesu, który odbył się na tle zastosowania artykułu: „Niewola się znosi”, nie można przypisywać Napoleonowi. Nie mógł on znać naszych stosunków, ani wglądać w ich dalsze kształtowanie się. Księstwo Warszawskie miało bądź co bądź możliwość prowadzenia własnej polityki wewnętrznej, mogło też dopełnić lakoniczny artykuł ustawy przepisami, zabezpieczającymi byt włościan. W rzeczywistości stało się na odwrót. Konstytucję wykorzystano tylko jedynie na dobro folwarków. Że chłopi, obdarzeni tak długo im odmawianą swobodą ruchu, rzucili się masowo do szukania innego losu, to zrozumiałe. Ale że szlachta wyzyskała nowe prawo jedynie dla rugowania włościan i powiększania ich rolą swoich majątków, tego trudno zapisać na jej dobro.

W Królestwie Kongresowym frazeologia urzędowa mówiła sporo o skutecznej opiece państwa nad chłopem. W dobrach narodowych zajmowano się też włościanami nieco czynniej. Polegało to jednak tylko na drobnym porządkowaniu stosunków i częściowym przechodzeniu na czynsze. Jedyna radykalna zmiana jakiej dokonano, byłą na niekorzyść chłopów i naruszała ich odwieczne prawo osiadłości. Mianowicie na skutek fiskalnej polityki Lubeckiego, żądnej wyciągania zewsząd największych dochodów, bez uwagi na to, co przy tym dzieje się z ludźmi, zaczęto i tu stosować sławetne rugi, które za Księstwa dotykały tylko włościan prywatnych. Wyrzucano z gruntu każdego chłopa, nie przedstawiającego się jako dostatecznie zyskowna pozycja dla skarbu. W instrukcji z r. 1827 (cyt. przez Świętochowskiego) Lubecki nakazywał dzierżawcom dóbr narodowych, aby „w osadach i czynszowych i pańszczyźnianych nie cierpieli włościan nierządnych, niepracowitych i niezamożnych, ażeby upadających usuwali, zastępując ich lepszymi i zamożniejszymi”. Włościanin, który dajmy na to nie posiadał dostatecznego sprzężaju i odrabiał pańszczyznę pieszą, zostawał przedstawiony do usunięcia „bez względu na to jakie prawo mógłby mieć do swojej osady”. Komisje wojewódzkie polecały takich włościan „nie cierpieć na gruntach rządowych, lecz uważać ich za próżniaków i włóczęgów, z zabudowań, choćby te były ich własnością, wyrugować bez żadnego wsparcia od rządu”. Możliwe, że w dobrach narodowych za Lubeckiego nie przyłączano już, jak to bywało w królewszczyznach, zwolnionych gruntów do folwarku, a obsadzano je innymi chłopami, lecz nie zmienia to faktu, że rezultat oparcia stosunku pańszczyźnianego na „dobrowolnych” umowach i wolności chłopów okazał się i tu dla włościaństwa tylko nową niedolą. Stwierdzają to zgodnie wszyscy bezstronni badacze tych czasów, choć nie ma między nimi ani jednego rewolucjonisty, czy „klasowego” wywrotowca. Gdyby ówczesne drakońskie zarządzenia o rugach z ziemi zastosowano do innych warstw, iluż „nierządnych”, „niepracowitych” i żyjących nad stan dziedziców szlacheckich musiałoby pójść precz bez żadnego odszkodowania, czy rządowego wsparcia. Lecz ich złą albo nieintratną gospodarkę chroniło „święte prawo własności”, nienaruszalne zawsze w stosunku do jednej tyko warstwy.«

Z powyższego cytatu można dostrzec podobieństwo polityki Lubeckiego do polityki Balcerowicza. Chodzi o nierówne traktowanie dłużników. Dla jednych jest się bezwzględnym tj. dla chłopów, dla innych, jak szlachta, już – nie. W przypadku planu Balcerowicza nie było litości dla tych, którzy wcześniej zaciągnęli kredyty i wysokie oprocentowanie, które ich zaskoczyło, było powodem ich bankructw. Jednak nie dla wszystkich Balcerowicz był taki bezwzględny. Banki, które obsługiwały tę zbankrutowaną gospodarkę, były w takim samym stanie jak i ona. Ale one zostały oddłużone przez skarb państwa i sprzedane. Komu? Kto zgadnie?

Dalej Dąbrowska pisze:

»Bo spójrzmy na wiek XIX. W jego pierwszym trzydziestoleciu powstał nowoczesny przemysł kapitalistyczny. Także i u nas – mianowicie za Królestwa Kongresowego. Wiemy, jakie zasługi położył w tej dziedzinie minister skarbu Lubecki. Wspomniany już Żabko-Potopowicz mówi też o wielkich zasługach ziemiaństwa na tym polu. W roku 1816 wydane zostało postanowienie, obejmujące „przywileje dla cudzoziemców-przemysłowców w Królestwie osiedlających się”. W samej rzeczy sprowadzono wtedy wyłącznie obcych fabrykantów, „udzielono im wsparcia, zabezpieczono przez rząd akcje w zakładanych fabrykach”. W samym ostatnim pięcioleciu Królestwa Kongresowego „włożono w to 850 000 złp”. „dzięki polityce rządowej – stwierdza tenże autor – w latach 1818-1828 przesiedliło się do Polski 250 000 obcych rzemieślników, przeważnie Niemców” […]. Można to uważać, oczywiście, za politykę ziemiaństwa, gdyż rząd i sejm były w owym czasie ziemiańskie. Czy jednak jest się czym w tej polityce tak bardzo chwalić? Czy za olbrzymie środki zużyte dla tych celów nie można było znaleźć lub dokształcić polskich fabrykantów, inżynierów i rzemieślników? Słyszę odpowiedź, że jednak okoliczności i warunki krajowe na to nie pozwalały. Lecz na okoliczności, na warunki mogą powoływać się tylko materialiści, a nie my, którzy wolę, świadomość, ideał chcemy uważać za kierowników życia. A jak wyglądała „działalność ziemian nad rozwojem przemysłu” poza akcją rządową? Według samego Żabko-Potopowicza „w pierwszych latach polityka przemysłowa rządu spotkała się z pewnym niezrozumieniem ze strony ogółu ziemiaństwa… i wywołała niezadowolenie”. Zapewne wszak wymagała podatków. Dopiero później „zamożniejsi ziemianie sami zaczęli ściągać do kraju emigrację cudzoziemską […] w postaci fachowców i zakładać na własną rękę liczne przedsiębiorstwa na swym gruncie”. Przy czym uląkłszy się widocznie nadmiaru ściąganych Niemców, zaczęto sprowadzać… Anglików.

W taki oto sposób, gdy po raz pierwszy od wieków otwarła się nowa dziedzina życia gospodarczego miast, zdobyto się jedynie na obsadzenie jej placówek obcym żywiołem.

W taki oto sposób zmarnowana została wielka okazja, tak dokonany został rękami rządzącego ziemiaństwa przedostatni akt cudzoziemczenia polskich miast. Ostatniego dokonali, przynajmniej w byłym Królestwie, zaborcy, wtedy, kiedy my już nie mieliśmy żadnego wpływu na te rzeczy. Zwłaszcza sprawę żydowską dopiero w ostatnim pięćdziesięcioleciu zaognił i na ostrzu noża w świadomości ogółu postawił rzeczywisty tym razem, bo niezależny od naszej woli najazd Żydów z Rosji.«

„Rozdroże” ukazało się w 1935 roku, więc Dąbrowska nie mogła napisać o kolejnym najeździe, tym razem z Armią Czerwoną. Po to zresztą zburzono Warszawę, by ją odbudować i zasiedlić właściwą nacją.

Z powyższego cytatu znowu wynika podobieństwo polityki Lubeckiego do tej Balcerowicza – wszystko dla obcego kapitału, wszystkie ulgi, wszystkie udogodnienia. I nawet taka sama argumentacja: okoliczności i warunki krajowe na to nie pozwalały. Powtarzam to do znudzenia, ale nie mogę się oprzeć, żeby znowu nie zacytować cesarza Hajle Syllasje, który w wywiadzie z Orianą Fallaci, gdy go zapytała, dlaczego jest taki konserwatywny, odpowiedział, że w świecie nigdy nie dzieje się nic nowego.

Skąd wzięła się trudna sytuacja gospodarcza kraju przed reformą Balcerowicza? O tym wspomniałem powyżej. A skąd wzięła się trudna sytuacja Królestwa Kongresowego? Cytowany wyżej portal „tradycjagospodarcza.pl” pisze:

„W pierwszych latach po Kongresie Wiedeńskim sytuacja Królestwa Polskiego w zakresie finansów publicznych nie była zadowalająca. Rząd Królestwa nie prowadził aktywnej polityki kontroli nad wydatkami, co w konsekwencji doprowadziło skarb Królestwa na skraj bankructwa.”

Trochę inaczej przedstawia ten problem Wikipedia, która pod hasłem „Sumy bajońskie” pisze:

»Sumy bajońskie – olbrzymie sumy, jakie Księstwo Warszawskie było winne Napoleonowi (ok. 20 mln franków).

Geneza sum bajońskich sięga czasu, gdy po rozbiorach rząd pruski udzielał kredytów mieszkańcom pierwszego, drugiego i trzeciego zaboru pruskiego. Na mocy pokoju w Tylży drugi i trzeci zabór oraz część pierwszego, a wraz z nimi zadłużeni u rządu pruskiego mieszkańcy tych terenów, znalazły się pod władzą Napoleona, który z większości tych ziem utworzył Księstwo Warszawskie. Wraz z cesją terytorialną Napoleon stał się wierzycielem sum, które osoby prywatne – mieszkańcy tych ziem byli dłużni rządowi pruskiemu. Następnie Francuzi na mocy porozumienia w Bajonnie przekazali ową wierzytelność (oszacowaną na ponad 40 mln franków) Księstwu Warszawskiemu, które w zamian za to zobowiązane było wypłacić Napoleonowi 20 mln franków (czyli właśnie tzw. sumy bajońskie). Pozornie więc cesarz sprezentował księstwu ponad 20 mln franków.

Pieniędzy tych jednak Księstwo nigdy nie otrzymało, gdyż sumy bajońskie trzeba było szybko spłacić Francuzom, co spowodowało duże problemy dla budżetu Księstwa, a tymczasem zadłużenie osób prywatnych, z którego miano finansować sumy bajońskie było bardzo trudne do wyegzekwowania i rządowi Księstwa udało się to tylko w nieznacznym stopniu w związku z jego krótką egzystencją. Hojne udzielanie pożyczek na niekorzystnych warunkach (licytacja mienia do całkowitej wartości pożyczki, nie do wartości zaległych płatności) osobom które nie miały odpowiedniej zdolności kredytowej, uważane jest za celową politykę rządu pruskiego mającą na celu przejęcie polskich majątków przez poddanych pruskich. Niektórzy badacze wskazują też na wielką korupcję panującą w latach 1795-1806 na obszarach zaboru pruskiego na rynku kredytów i nieruchomości, a także na powszechną spekulację gruntami. Te zjawiska doprowadziły do tego, że kwota zobowiązań nie znajdowała odzwierciedlenia w realnej wartości przejętych majątków.

Po kongresie wiedeńskim, wraz z likwidacją Księstwa Warszawskiego, wierzycielem prywatnych mieszkańców stał się ponownie król pruski. Określenie „sumy bajońskie” weszło do języka potocznego, jako określenie olbrzymich, wręcz bajecznych, nieosiągalnych kwot.«

Sumy bajońskie – ja osobiście nie zetknąłem się z takim określeniem, ale pamiętam ze swojego dzieciństwa, że moja matka używała go. Cóż, czasy zmieniają się. Może, gdyby było ono bardziej znane, to może nieuzasadniony sentyment do Napoleona, przynajmniej wśród niektórych, uległby pewnemu ostudzeniu. Bo, bądźmy brutalni, cesarz zrobił nas w ch… Przepraszam, że jestem taki wulgarny, ale nie znajduję innego, adekwatnego określenia, ale też czasem trzeba być brutalnym, by przekaz spełnił swoją funkcję.

I już wiadomo, skąd wzięły się problemy finansowe Królestwa Kongresowego. Księstwo Warszawskie zostało skasowane, ale jego zadłużenie – nie. Rosjanie w zamian za jego przejęcie zobowiązali się zapewne do uregulowania należności. Zainstalowali na stanowisku ministra skarbu swojego fagasa i umożliwili mu likwidację zadłużenia poprzez ustanowienie ceł na pruskiej granicy i otwarcie swojego rynku dla kapitału zachodniego operującego z terenu Królestwa. Bo wojny wojnami, granice granicami, ale kapitał jest międzynarodowy i wyegzekwuje, co do niego należy.

Inflacja w Polsce

Jeśli chce się ukryć prawdziwą kradzież, to kieruje się uwagę na tę małą, ale przemawiającą do wyobraźni. Największą kradzieżą jest kradzież poprzez inflację, bo ona dotyka wszystkich. Niektórzy nazywają kradzieżą spekulację giełdową w wykonaniu drobnych graczy, bo oni, według nich, nie wytwarzają żadnego dobra, a korzystają z dóbr i usług, które wypracowują inni. Takie podejście zostało spopularyzowane przez Krzysztofa Karonia autora książki Historia antykultury. Opisując to zjawisko, ogranicza się on tylko do tego środowiska i je piętnuje, nazywając tych ludzi pasożytami.

Problem jest jednak trochę bardziej skomplikowany, bo to samo, co robią drobni inwestorzy, robią również biura maklerskie, fundusze inwestycyjne, fundusze emerytalne, firmy ubezpieczeniowe itp. W tych wszystkich firmach pracują ludzie, którzy inwestują pieniądze innych i żyją z prowizji za usługę. Prowizję otrzymują bez względu na wynik. Oznacza to, że nawet gdy nie wypracują zysku dla swoich klientów, pobierają ją. Czy to jest kradzież? Spekulacja giełdowa drobnych inwestorów jest zjawiskiem marginalnym. Bo ilu ich może być w skali kraju? Kilka, kilkanaście tysięcy. Zapewne w większości przypadków są to ludzie, którzy gdzieś pracują i inwestują swoje własne pieniądze. Problem chyba więc leży w tym, by odwrócić uwagę od największych złodziei, którymi są rządy. To rządy do spółki z bankierami kreują inflację, czy hiperinflację, które pozbawiają ludzi owoców ich pracy, bo pieniądze, które zarabiają tracą na wartości. Tak było w przypadku hiperinflacji w Republice Weimarskiej i na Węgrzech, o czym pisałem w swoich blogach „Hiperinflacja” i „Hiperinflacja c.d.”. Podobnie było w Polsce.

Źródło: Wikipedia

Na powyższej tabeli wyróżniają się cztery lata: 1953, 1982, 1989 i 1990. Charakteryzuje je znacznie wyższa inflacja niż w pozostałych latach. Nasuwa się więc pytanie: jakie były tego przyczyny? Wydaje się, że rok 1989 był przygotowaniem do właściwej operacji roku 1990.

W Polsce takiej hiperinflacji jak w wymienionych krajach nie było, ale była duża inflacja, która spełniła swoje zadanie. Jeśli spojrzymy na informacje, których dostarcza Wikipedia, to nasuwają się pewne wnioski. Podaje ona dane od 1950 roku do 2020 roku. W roku 1950 – 7,5%, 1951 – 9,6%, 1952 – 14,4%, 1953 – 41,9%, 1954 – (-6,3%), 1955 – (-2,4%), 1956 – (-1%), 1957 – 5,4%, 1958 – 2,7%, 1959 – 1,1%. Coś w tym 1953 roku stało się. Co? Tego nie wiem. Nie było mnie wtedy na świecie. Całe lata 60-te i początek lat 70-tych były latami bez inflacji. I to pamiętam. Ceny oranżady i lodów były cały czas takie same. Czekolady też, ale była ona bardzo droga, bo kosztowała 18 zł. Ludzie wtedy zarabiali przeciętnie około 1500-2000 zł.

Widać więc, że początek lat 50-tych charakteryzuje duża inflacja, zwłaszcza w porównaniu z późniejszymi latami. Kulminacja następuje w 1953 roku. W pracy Jacka Luszniewicza Procesy inflacyjne w Polsce w latach 1945-1955 – przejawy, fazy, uwarunkowania, konsekwencje. Przyczynek do badań nad inflacją PRL jest opis tej inflacji. Całość pracy tu: https://ssl-kolegia.sgh.waw.pl/pl/KES/czasopisma/kwartalnik/Documents/JLsrodek_%20KES%202_18.pdf.

„Tymczasem na horyzoncie pojawił się plan sześcioletni (1950–1955), znacznie przyspieszający tempo industrializacji i otwarcie preferujący inwestycje pozbawione efektu podażowego. W praktyce przesądzało to o dalszym pogłębianiu się rozziewu między wypływem pieniądza na rynek a dostawami artykułów konsumpcyjnych. Sytuacja w 1950 r. nie wyglądała jeszcze dramatycznie, ale w niedalekiej perspektywie należało liczyć się z silnym naciskiem popytu konsumpcyjnego i poważnymi brakami rynkowymi.

Wobec powyższego władze, niejako zapobiegawczo, zdecydowały się na kolejną nieekwiwalentną wymianę pieniądza. Plan sześcioletni realizowano od początku 1950 r., odpowiednią ustawę sejmową uchwalono w lipcu, a już w końcu października ogłoszono przygotowaną w największej tajemnicy wymianę starych złotych na nowe. Tym razem nie wprowadzono żadnych ograniczeń ilościowych, ale gotówkę znajdującą się w posiadaniu ludności oraz część wkładów bankowych i oszczędnościowych (do kwoty 100 tys. zł.) przeliczano w relacji 100:1, podczas gdy ceny, płace oraz większe wkłady oszczędnościowe i bankowe – w relacji 100:3. Łączna redukcja zasobów gotówkowych ludności wynosiła więc 66 %. Całej operacji przyświecał zresztą nie tylko cel deflacyjny, ale i potrzeba znalezienia dodatkowych środków na kilkakrotnie korygowane w górę zamierzenia inwestycyjne planu sześcioletniego.”

Wymiana pieniędzy była potrzebna, by doprowadzić do równowagi rynkowej. Ludzie mieli za dużo pieniędzy w stosunku do ilości oferowanych towarów. Trzeba było po prostu zabrać je im. Wymiany dokonano tak, że gotówkę w posiadaniu ludności i wkłady bankowe do 100 tys. zł. przeliczono w stosunku 100:1, a ceny, płace oraz większe wkłady oszczędnościowe i bankowe – w stosunku 100:3. – Tak zrozumiałem sens tego, co autor powyżej napisał. Natomiast Maria Dąbrowska w swoim dzienniku dnia 2 listopada 1950 roku pisze:

»Zmiana systemu pieniężnego! Przed rokiem, czy półtora rokiem były pogłoski o wycofaniu dotychczasowych pieniędzy. Prasa je kategorycznie zdementowała, tak że stopniowo wszyscy się w związku z tą sprawą uspokoili. Ale oto uderzenie przyszło niespodziewanie. Jak świetnie trzymano to w tajemnicy, najlepszy dowód, że najlżejsza plotka tymi czasy nie pojawiła się na ten temat. Naród, który rzekomo sam się rządzi, nic nie wiedział, co o nim bez niego zdecydowano! Po kilkakrotnym wysłuchaniu powtarzanego komunikatu zorientowaliśmy się w zasadach tej reformy finansowej. Złoty oparty został (rzekomo) na parytecie złota, czyli rubla, z którym został zrównany. Ustanowiono przy tym dwie relacje zamiany starych pieniędzy na nowe. Wszystkie zobowiązania wobec państwa płatne płatne są w relacji 3 nowe złote za 100 starych. Wszystkie zobowiązania państwa wobec obywateli płatne są w relacji 1 nowy złoty za 100 zł starych. W tej samej niekorzystnej dla obywateli relacji wymieniane będą wszystkie bez rozróżnień banknoty znajdujące się w chwili ogłoszenia tej „uchwały sejmu” w rękach obywateli. Nie znalazł się nikt przytomny, kto by odradzał te wręcz antypaństwowe punkty reformy. Chodziło o uderzenie w „inicjatywę prywatną”, a uderzono w miliony biednych ludzi, wywołując ową falę nienawiści do tak nieludzkiego ustroju.«

W dniu 3 listopada 1950 roku dodaje:

»Resztę dnia zajęły mi refleksje nad owym sposobem przeprowadzenia reformy walutowej o czym głośno w mieście. I oto, co mówią ludzie. Kiedy, bodaj półtora roku temu, rozeszły się plotki o zmianie systemu pieniężnego, miał on być w samej rzeczy wówczas zmieniony. Pieniądze już były wydrukowane (data na nowych obecnych banknotach jest 1948), ale ponieważ wieść o tym się rozeszła, rząd zdementował ją w prasie i odłożył sprawę do czasu, gdy wszelkie pogłoski ucichną, a czujność narodu zostanie całkiem uśpiona. Teraz rzecz przeprowadzono w tak absolutnej tajemnicy, że nawet sejm nie wiedział, na co został w trybie nagłym zebrany w sobotę 28.X wieczorem. Plotka ulicy mówi, że wszystkim, którzy pracowali przy tej aferze zagrożono karą śmierci w razie zdradzenia tajemnicy. Zresztą ilość tych zatrudnionych była z wyjątkiem góry partyjnej i Mincowskiej Komisji Planowania – nieduża – podobno nowe banknoty drukowane były w Czechach, a bilon – w Moskwie wybijany. Pracowników, którzy drukowali ogłoszenia Banku Narodowego zamknięto na trzy doby w miejscach pracy – tak samo pracowników PKPG nie wypuszczono z miejsca pracy przez ostanie dwa dni. Tak samo Sejm, gdy tylko posłowie się zebrali, został zamknięty, nikogo nie wypuszczano, a telefony zostały wyłączone. O 11-tej w nocy, gdy ta zbójecka sprawa została załatwiona, wszyscy posłowie rzucili się do bufetu i wykupili go całkowicie aż do puszek z zepsutymi konserwami włącznie. O tejże godzinie zaczęto rozsyłać woźnych po wszystkich pracownikach instytucji bankowych i placówek handlu uspołecznionego, zwożąc ich do miejsc pracy dla przeliczenia cen, list płacy itp. Wedle ostatniej wersji podobno rząd automatycznie zarobił na tej imprezie 800 miliardów złotych, straconych przez obywateli. Należy to uważać za daninę pobraną w bezprzykładnie brutalny i bezceremonialny sposób.«

A więc wymiana pieniędzy nie byłą żadną korektą planu sześcioletniego, wbrew temu, co pisze autor cytowanego opracowania. Państwo, bez względu na ustrój, zostało chyba stworzone po to, by okradać swoich obywateli. Dalej autor pisze:

»Efekt antyinflacyjny, podobnie jak w przypadku wymiany z lat 1944–1945, okazał się krótkotrwały. Na koniec 1950 r. udało się wprawdzie poważnie ograniczyć obieg pieniężny, ale w następnych latach wysoka wzrostowa dynamika powróciła. Towarzyszyły temu – już w 1950 r. – duże przyrosty akumulacji i płac nominalnych, z jednej strony „obciążające” podaż rynkową, a z drugiej „podkręcające” popyt efektywny. Co więcej, jak wykazał przed laty M. Kucharski, jeszcze przed końcem 1950 r. odbudowane zostały rezerwy pieniężne ludności. Tak szybka kompensacja strat wywołanych jesienną wymianą pieniądza wynikała m. in. z 3- krotnie wyższej relacji przeliczeniowej płac w stosunku do gotówki oraz ulgowego naliczania przyspieszonych wpłat z tytułu podatku gruntowego i na Społeczny Fundusz Oszczędnościowy. W sumie więc wymiana z 1950 r. jedynie na bardzo krótko zastopowała powracającą tendencję inflacyjną.

W tym stanie rzeczy doszło do kolejnej korekty planu sześcioletniego powiększającej nakłady na inwestycje w przemyśle środków produkcji i – przede wszystkim – sektorze zbrojeniowym. O jej dokonaniu zadecydował wybuch wojny koreańskiej. Odpowiednie instrukcje przywieźli z Moskwy w październiku 1950 r. Edward Ochab i szef MON marszałek Konstanty Rokossowski. Promilitarna reorientacja, wprowadzana w życie od 1951 r., okupiona została dalszą redukcją wydatków na rozwój przemysłu konsumpcyjnego i rolnictwa. Skutkiem było poważne spowolnienie w gałęziach i branżach przesądzających o poziomie zaopatrzenia rynku wewnętrznego. W przypadku rolnictwa doszło nawet do absolutnego spadku produkcji (w 1951 r.), w czym udział miały także presja kolektywizacyjna, zwiększenie obciążeń z tytułu podatku gruntowego i przywrócenie dostaw obowiązkowych.

Promilitarnej korekty planu sześcioletniego w 1951 r. dokonano w sytuacji, gdy gospodarka polska znajdowała się już na ścieżce inflacyjnej. Dodatkowe nakłady na inwestycje zbrojeniowe były ogromne; w stosunku do pierwotnych zamierzeń powiększono je w 1951 r. o 70 %, w 1952 r. – o 151%, a w 1953 r. aż o 700 %. Symptomy ostrej nierównowagi rynkowej, dotyczącej głównie artykułów pochodzenia rolniczego, pojawiły się jeszcze w 1951 r. Niedobory wymusiły przywrócenie reglamentacji kartkowej na niektóre artykuły, a nawet spowodowały załamanie na rynku targowiskowym. Odzwierciedleniem kumulowania się nadwyżkowego popytu był m. in. rosnący udział przyrostu zasobów gotówkowych w ogólnym przyroście zasobów pieniężnych ludności. W 1951 r. udział ten wynosił 81,7 %, w 1953 r. – już 90,5 %. W świetle zaostrzających się braków rynkowych, a także niewielkich przyrostów oszczędności dobrowolnych (w bankach i innych instytucjach oszczędnościowych) narastanie rezerw gotówkowych ludności świadczyło o odkładaniu się coraz większych oszczędności przymusowych.

Teoretycznie lukę inflacyjną można było zamknąć, drenując ludność z części posiadanych zasobów pieniężnych. Metoda ta napotykała jednakże ograniczenia polityczne i społeczne, nie mogła więc być z całą konsekwencją stosowana. Świadczył o tym m. in. ostateczny bilans wymiany pieniądza z 1950 r. Te same powody limitowały też skutki działań deflacyjnych podejmowanych w kolejnych latach.

W czerwcu 1951 r. rozpisano nową pożyczkę wewnętrzną – Narodową Pożyczkę Rozwoju Sił Polski, ale jej efekty finansowe były zbyt małe, aby zmienić sytuację rynkową. Wiele razy podwyższano też ceny: np. na początku 1950 r. na mięso (średnio o 27 %), liczne wyroby przemysłowe, usługi komunikacyjne i pocztowe, bilety do kina; jesienią tego samego roku na alkohole (o 40–50 %); w styczniu 1953 r. właściwie na wszystko (na niektóre towary nawet do 100 %, choć przeciętnie około 40 %). Problem w tym, że równolegle bądź z niewielkim opóźnieniem podejmowano decyzje o przeciwnych skutkach. Obie podwyżki cen z 1950 r. zrekompensowano; pierwszą podniesieniem o 5 % płac, drugą licznymi obniżkami cen (m. in. szkła o 30 %, wyrobów metalowych o 29 %, maszyn i aparatów elektrycznych o 25 %, żarówek o 20 %, mięsa wieprzowego o 10 %). Tym samym stała się de facto decyzja o powrocie do dystrybucji kartkowej. Ceny objętych nią artykułów zostały bowiem zamrożone.

Zrekompensowano również najostrzejsze posunięcie antyinflacyjne – generalną podwyżkę cen, zaordynowaną 3 stycznia 1953 r. Wzrastały nie tylko ceny detaliczne, ale także taryfy transportowe i pocztowe, opłaty za gaz i energię elektryczną oraz ceny usług rzemieślniczych. Jednocześnie wycofano się z niedawno wprowadzonej sprzedaży kartkowej i dopuszczono do wolnego obrotu większość produktów rolnych (po wykonaniu 90 % obowiązkowych dostaw przypadających na dany powiat). Najważniejszą, choć nieformalną rekompensatą było podniesienie wszystkich płac, oczywiście w stopniu mniejszym od podwyżek cen. Ponadto zwiększono zasiłki rodzinne, a zatrudnionym w przedsiębiorstwach uspołecznionych dodano do płac ekwiwalenty z tytułu wzrostu kosztów utrzymania (rzędu 75 %). Sumaryczny efekt podwyżek cen szacowano na około 40 %, zaś podwyżek płac – na około 30 %.

Reforma cen i płac z 1953 r. cieszy się w literaturze przedmiotu nienajgorszą opinią. Podkreśla się, rzecz jasna, jej społeczną dotkliwość, ale z drugiej strony korzystny wpływ na stabilizowanie się sytuacji rynkowej. Pisano o osiągnięciu – pierwszy raz po wojnie – równowagi między podażą a popytem, a nawet wytworzeniu się pewnej nadwyżki podaży. Lidia Beskid oceniała, że stworzono wręcz „pierwsze podstawy do kształtowania sytuacji rynkowej zwanej rynkiem nabywcy”. To całkowicie nowe doświadczenie, nieznane dotąd ani rządzącym, ani rządzonym, miało się zmaterializować jeszcze w 1953 r. i trwać aż do końca planu sześcioletniego. Co więcej, pozwolić na stopniowe obniżki cen, realizowane od jesieni 1953 r.«

Na podstawie cytowanego opracowania wiadomo, skąd wzięła się inflacja 1953 roku. Ciekawe, że te podwyżki cen artykułów żywnościowych i nie tylko żywnościowych, były wysokie, bardzo wysokie, jeśli porównamy je z podwyżkami z grudnia 1970 roku. I jakoś dziwnie nie doszło do żadnych protestów i strajków. Te pojawiły się dopiero w 1956 roku w Poznaniu.

Od 1954 roku sytuacja, jeśli chodzi o inflację, zaczyna stabilizować się i praktycznie do końca lat 70-tych jest spokój. Dopiero w ich końcu i na początku lat 80-tych dochodzi do większych zmian. W 1978 roku inflacja wynosi 8,1%, 1979 – 7,0%, 1980 – 9,4%, 1981 – 21,2%, 1982 – 100,8%, 1983 – 22,1%, 1984 – 15%, 1985 – 15,1%. Od 1981 roku mamy inflację dwucyfrową i tak jest przez całe lata 80-te.

To, co uderza w tym zestawieniu, to rok 1982, w którym inflacja dosłownie wystrzeliwuje w górę. A więc nie lata 1980 i 1981, lata Solidarności i strajków i żądań podwyżek, tylko rok 1982, który nastąpił bezpośrednio po wprowadzeniu stanu wojennego 13 grudnia 1981 roku. W owym 1982 roku władza mogła wszystko. Skąd więc taka wielka inflacja? Lata 70-te to nie tylko kredyty państwowe. Wówczas wielu zaciągało kredyty na budowę domów jednorodzinnych. Władza popierała tego typu inicjatywy, bo budownictwo wielorodzinne kulało i okres oczekiwania na mieszkania wydłużał się. Jednak nie było tak, że każdy mógł wziąć kredyt. Często był to kredyt dla wybranych, limitowany, jak wszystko w PRL-u. Zapewne wielu z tych ludzi, to nie byli ludzie przypadkowi. Cechą charakterystyczną tamtego okresu było to, że pomimo wysokiej inflacji oprocentowanie kredytów było stałe. Oznaczało to, że spłata ich odbyła się tylko za część realnej wartości. W praktyce oznaczało to wybudowanie domu za 1/4 czy 1/5 realnej ceny. Za resztę zapłacili ci, którzy mieli oszczędności, których nie waloryzowano z powodu inflacji. To, że najwyższa inflacja nastąpiła w 1982 roku, w roku, w którym rygory stanu wojennego były najsurowsze, skłania do wniosku, że nie było w tym przypadku i było to częściowe uwłaszczenie nomenklatury partyjnej z przyległościami. Ale to był dopiero wstęp. Wielka kradzież na skalę międzynarodową następuje później. We wrześniu 1985 roku dochodzi do spotkania Jaruzelskiego, tego „patrioty”, z Rockefellerem. Coś tam ustalono. Nie wiadomo co, ale można domyślać się. Bez tych ustaleń kolejny przekręt z inflacją w tle nie byłby możliwy.

Od połowy lat 80-tych inflacja stopniowo rośnie. W 1985 – 15,1%, 1986 – 17,7%, 1987 – 25,2%, 1988 – 60,2%, 1989 – 251,1%, 1990 – 585,8%, 1991 – 70%, 1992 – 43%, 1993 – 35,3%, 1994 – 32,2%, 1995 – 27,8%, 1996 – 19,9% 1997 – 14,9%. W 1988 roku następuje skokowy wzrost inflacji, a w 1991 jej skokowy spadek. Jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki udało się ją „zdusić” i zejść z 585% na 70%. Kolejny cud nad Wisłą. Ileż to tych cudów już było! Widać więc wyraźnie, że już od 1988 roku przygotowywano się do tego skoku. W tamtym czasie też uruchomiono akcję kredytową i wielu zadłużyło się. Byli to ci, którzy inwestowali w swoją działalność gospodarczą lub rolnicy, którzy kupowali maszyny rolnicze. Tym razem jednak, w odróżnieniu od poprzedniej dekady, oprocentowanie wkładów i kredytów nie było stałe, ale rewaloryzowano je proporcjonalnie do wzrastającej inflacji. Dla inwestycji długoterminowych oznaczało to wyrok śmierci. Tak zniszczono polską, kiełkującą wtedy, przedsiębiorczość. Upieczono wtedy dwie pieczenie na jednym ogniu: zniszczono polską przedsiębiorczość i okradziono społeczeństwo. Cały dorobek jednego pokolenia w ciągu 2-3 lat.

Ta inflacja była ściśle skorelowana z tzw. sztywnym kursem dolara. – No! Wreszcie wyszliśmy z zaścianka i złotówka stała się wymienialna! A że to nam wszystkim, no może nie wszystkim, wyszło bokiem, to już inna sprawa.

Sztywny kurs dolara wprowadzono 1 stycznia 1990 roku. Ustalono go w stosunku 0,95 PLN/USD. To było jeszcze przed denominacją, co oznaczało, że dolara wymieniano na 9.500 zł. 17 maja 1990 roku zmieniono system kursu sztywnego na powiązanie złotego w stosunku do koszyka pięciu walut, składającego się z dolara amerykańskiego (udział 45%), marki niemieckiej (35%), funta szterlinga (10%), franka francuskiego (5%) i franka szwajcarskiego (5%). Trwało to do 14 października 1991 roku. W tym dniu wprowadzono w miejsce sztywnego kursu walutowego dewaluację kroczącą o ustalonej miesięcznej stopie dewaluacji wynoszącej 1,8%.

Co to oznaczało w praktyce? Inflacja w 1990 roku – 585%. Sztywny kurs dolara od 1 stycznia 1990 roku. My nie wiedzieliśmy, jaka będzie inflacja w tym roku, ani jak długo zostanie utrzymany sztywny kurs. Czy zamienić dolary na złotówki i włożyć na konto? A jak wycofają się z tego? To wtedy cała operacja na nic. Tak rozumował przeciętny człowiek, który nie był wtajemniczony. A kto wiedział, to wiedział. Nie dla psa kiełbasa. 1000 dolarów na 585% w skali roku. Ile to jest? – 5850 dolarów!

Powiązano kurs złotówki z walutami zachodnimi i zamrożono go na rok, by inwestorzy zachodni, czyli Żydzi, mogli się wzbogacić. Po tej operacji mogli za „zarobione” w Polsce pieniądze wykupić w niej wszystko, czego nie zlikwidowano i co uznali za warte nabycia. Nawet nie musieli wykładać własnych pieniędzy, by wykupić Polskę. Były oczywiście i inne afery typu FOZZ (Fundusz Obsługi Zadłużenia Zagranicznego) czy oscylator Bagsika i Gąsiorowskiego, którzy to firmowali, a za nimi krył się faktyczny pomysłodawca i wykonawca, czyli Mosad. Żydowska wyobraźnia nie ma w tej materii granic.

1 stycznia 1995 roku wprowadzono do obiegu nowe jednostki pieniężne. Stary złoty został zastąpiony nowym w relacji 10.000:1. Narodowy Bank Polski, jak pisze Wikipedia, pod koniec lat 80-tych rozpoczął przygotowania do denominacji. Warunkiem umożliwiającym jej przeprowadzenie był spadek poziomu inflacji poniżej 10% i gwarancja utrzymania się niskiego poziomu przez dłuższy czas. Dzięki realizacji planu Balcerowicza udało się po 1990 roku zahamować inflację i ustabilizować gospodarkę. Ostatecznie decyzję o przeprowadzeniu denominacji podjęto w 1994 roku.

Tak więc wszystko było zaplanowane wcześniej. Nie pod koniec lat 80-tych, jak pisze Wikipedia, tylko w 1985 roku, gdy Jaruzelski spotkał się z Rockefellerem. Już inflacja z 1988 – 60% i z 1989 roku – 250% była przygotowaniem do właściwej operacji drenowania polskiego systemu bankowego. A później przyszedł „zbawca” Balcerowicz. Dlaczego rzeczywistość jest zupełnie inna, niż to, co nam się przedstawia? I nie zaczęło się to bynajmniej od tej kretyńskiej „pandemii”, której nie ma, a która demoluje nam nasze życie?

Hiperinflacja w Republice Weimarskiej i na Węgrzech oraz inflacja w Polsce miały dwie wspólne cechy: stosunkowo krótki okres trwania największego dodruku pieniądza i następująca po nim wymiana na nowe jednostki pieniężne. To, że w Polsce wymianę pieniędzy planowano znacznie wcześniej, to nie jest tajemnicą, skoro pisze o tym Wikipedia. I prawdopodobnie tak samo było w pozostałych przypadkach. Najpierw postanawiano w tajemnicy, że będzie wymiana pieniędzy, następnie wywoływano inflację, a po niej pojawiały się nowe pieniądze, a inflacja czy hiperinflacja znikały, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Były to więc operacje finansowe przeprowadzane w sposób świadomy i zaplanowany. Ich celem było wzbogacenie się wąskiej grupy ludzi kosztem pozostałych, niczego nieświadomych obywateli, z których zdecydowana większość uważa, że takie rzeczy dzieją się niezależnie od rządu i spadają na społeczeństwa niczym plagi egipskie.

Nihilizm

To, z czym mamy od ponad roku do czynienia, to niszczenie, destrukcja. Rządy większości krajów na świecie niszczą swoje gospodarki, niszczą ludziom zdrowie, ich źródła utrzymania, ich systemy wartości, tradycje, przyzwyczajenia i nawyki. A wszystko to oczywiście dla naszego bezpieczeństwa i w trosce o nasze zdrowie. A tak naprawdę chodzi o zniszczenie starego porządku, by wprowadzić nowy, zapewne nowy ład. Któryż to już raz? Nie jest ważne który raz. Ważne jest inne pytanie: po co? Po co była rewolucja francuska? Miało być po niej już tak dobrze, a nie było. Była następna – październikowa. Po niej wojny. Później upadek Związku Radzieckiego. I dalej źle. Teraz niby chcą wszystko zniszczyć. I jak zniszczą, to co? To ci, którzy zniszczą, będą panami a reszta będzie ich niewolnikami? I tak do końca świata? Nudy, nudy, jak na polskim filmie, by zacytować nieśmiertelną frazę z filmu „Rejs”. A gdzie konflikt? Gdzie Hegel i jego teza, antyteza i synteza. Był taki, który ogłosił koniec historii – Fukuyama. A jednak Hegel! Nie ma końca historii. Konflikt musi trwać – the show must go on. Tylko po co?

Już w latach 60-tych ci, którzy zarządzają tym bajzlem, zorientowali się, że systemu zaaplikowanego Związkowi Radzieckiemu i jego satelitom nie da się utrzymać, więc wymyślono sposób na jego obalenie. Niemały udział w tym „obalaniu” miała Solidarność, którą w tym celu stworzono. Obecnie mamy powtórkę z rozrywki, tyle że nie w skali lokalnej, tylko – globalnej. Tego już nie da się utrzymać. Tym razem nie skorzystano z usług proletariatu, tylko posłużono się wrogiem niewidzialnym – wirusem. Ludzie boją się rzeczy niewidzialnych, takich jak choćby duchy. Dlaczego więc nie wykorzystać tego dla swoich celów?

Samo niszczenie, o którym wspomniałem na wstępie, nie jest niczym nowym. Tego typu pomysły pojawiły się w XIX wieku. Skrajną odmianą tego szaleństwa był nihilizm, wychodzący z założenia, że jeśli chce się zbudować coś nowego, to trzeba doszczętnie zniszczyć stary porządek.

W tym blogu będę posługiwał się cytatami z książki Feliksy Eger Historia towarzystw tajnych. Książka ta ukazała się po raz pierwszy w Krakowie w 1894 roku. W Warszawie – w 1904 roku. Autorka przybliża w niej m.in. anarchizm i nihilizm oraz panslawizm.

Na początek wypada chyba sprecyzować terminy, które są wszystkim znane, ale ich definicje raczej nie. Feliksa Eger tak to opisuje:

»Nazwa socjalizmu nadana została wszelkim systemom dążącym do przetworzenia społeczeństwa. Co do sposobu wykonania systemy te dzielą się na dwa rodzaje: jeden z nich dąży do przeobrażenia rodziny i własności przy pomocy stowarzyszeń, którymi by państwo kierowało, co jest właściwym socjalizmem; drugi pragnie znieść wszelką własność osobistą, ustanowić wspólność dóbr, usunąwszy wszelką interwencję rządu; to się nazywa komunizm. Idee socjalistyczne i komunistyczne są koniecznym wynikiem dogmatu i moralności masońskiej, a tło ich stanowi materializm i naturalizm. Już w XVIII w. wolnomularze francuscy objawili zasady socjalistyczne i starali się zaprowadzić komunizm.«

Można więc na podstawie takich definicji wnioskować, że socjalizm toleruje państwo, a komunizm – nie. W komunizmie są już tylko gminy czy komuny, nad którymi stoi… no właśnie kto? Tego nikt nie precyzuje, ale chyba rząd światowy, no bo skoro komunizm usuwa wszelką interwencję rządu, to znaczy, że jest on zbyteczny. To się właśnie dzieje na naszych oczach. Rządy nie mają już nic do powiedzenia. Wypada jeszcze odnieść się do tego materializmu i naturalizmu.

»Wiemy, że jednym z najwybitniejszych dążeń masonerii jest utworzenie rzeczypospolitej. Wychodząc z zasady, że człowiek każdy biorący początek w materii jedynej, pierwotnej, jest istotą niezależną, królem i bogiem zarazem, uznaje masoneria, że nie ma praw nad prawa ludu, który znów, jak mówi Jefferson, „ma prawo zmieniania formy rządu co lat 18, to jest przy każdej zmianie generacji”. Monarchia konstytucyjna jest tylko przystankiem prowadzącym do republiki. Ojczyzna, narodowość nie mają żadnego prawa powstrzymywania jednostek. Tak jak w kraju pojedynczym lud może wcielać w siebie prowincje, znosić stowarzyszenia, wolności miejscowe, tak ludzkość znosić może pojedyncze narody.«

Tak więc według masonerii te pierwotne, naturalne instynkty są ważniejsze niż cały późniejszy rozwój człowieka, jego przynależność do pewnych społeczności, narodów, jego kultura, wiara, system wartości. Tylko dlaczego? Tego nikt nie wyjaśnia. Temu rozbiciu na jednostki, „wolne elektrony”, ma służyć obecnie dystans społeczny, zamykanie wszystkich miejsc, w których ludzie mogą się spotykać, rozmawiać ze sobą. Żeby cokolwiek zmienić, trzeba wszystko zburzyć.

W 1848 roku Marks założył stowarzyszenie internacjonalne, czyli międzynarodówkę. Wskutek upadku komuny paryskiej jego wpływy osłabły. Na kongresie w Hadze w 1872 roku wniósł on projekt przeniesienia Rady do Nowego Jorku. Wkrótce po tym kongresie przeniesiono Komitet Centralny do Ameryki. Jakkolwiek w założeniach programowych międzynarodówki nie leżała anarchia, to jednak stała się ona jej kolebką, przygotowała odpowiednie siły, pojawili się tacy ludzie jak Bakunin, Kropotkin i inni. Zarysowuje się też podział na tle sposobu dochodzenia do celu.

»Międzynarodowcy wszelkich partii dążą zgodnie do osiągnięcia ideału socjalnego wszelkimi drogami, jakie im okoliczności wskażą, wszelkimi siłami, jakimi tylko rozporządzać mogą. Nie mogą się jednak zgodzić co do sposobu, w jaki rządzić będą i kierować machiną towarzyską zbudowaną przez nich po zburzeniu obecnego porządku. Jedni, zachowując z całą ścisłością podstawy właściwego socjalizmu, przyjmują teorię rządu i chcą zorganizować komunizm za jego pomocą i pod jego władzą. Nowe to społeczeństwo byłoby rządzone i kierowane jak obecne przez rząd centralistyczny, który by miał w swych rękach wszelkie środki działania. Zarządzający państwem, mianowani przez głosowanie powszechne, byliby tylko delegowanymi od władzy zbiorowej, to jest ludu. Rządy miałyby wszędzie formę republikańską, byłyby sfederowane, podtrzymywałyby się wzajemnie w celu utrzymania w świecie nowego socjalnego porządku. Międzynarodowcy, stronnicy tej formy rządu zwani są federalistami, centralistami lub po prostu socjalistami. W pierwszych latach międzynarodówka rządziła się tymi zasadami i nie miała innych celów. Żyd Karol Marks stronnik jawny tego systemu, mianowany od początku członkiem Rady Ogólnej Londynu, utrzymywał ją na tej drodze swymi wpływami.

Druga partia międzynarodowców jest jawną nieprzyjaciółką państwa i wszelkiej konstytucji polityczno-mieszczańskiej. Nie chcą oni bynajmniej władzy centralistycznej, ale chcą zorganizować towarzystwo przez lud, podstawą rządu ma być gmina, czyli kółka robotników tworzących stowarzyszenia rolnicze lub przemysłowe. Każda gmina, czyli każde stowarzyszenie robotników rządziłoby się swoimi prawami, miałoby prawo własności gruntu, wszelkich narzędzi pracy i całego bogactwa miejscowego, czy to w naturze, czy w kapitale; własność ta mogłaby być użyta dla tej gminy jedynie i przez nią tylko. Delegowani wybrani przez głosowanie powszechne zarządzaliby tym. Wszystkie gminy sfederowane tworzyłyby niezmierne państwo międzynarodowe robotników. Ci międzynarodowcy noszą nazwę anarchistów. Pojęcia te wprowadził do międzynarodówki Rosjanin Bakunin. Sławny ten rewolucjonista był członkiem Ligi Pokoju i Wolności założonej przez wolnomularstwo w r. 1866, usunął się z niej w r. 1868 na kongresie tej Ligi w Bernie, z powodu, że nie zdołał zmusić wolnomularzy-mieszczan we Francji, w Niemczech i Szwajcarii do przyjęcia swego systemu. Wtedy to z kilku Francuzami i wszystkimi Rosjanami Ligi, utworzył pod nazwą Związku Demokracji Socjalnej, inne stowarzyszenie, którego centrum było w Genewie i które przyjęło program Bakunina, przywódcy związku.

Związek Demokracji Socjalnej połączył się z międzynarodówką r. 1868. Na kongresie rocznym, odbytym w r. 1869 w Bazylei, Bakunin wyłożył dokładnie swoje teorie. Żądał zniesienia wszelkiej władzy centralnej, gminę wskazał jako oś rządu rewolucyjnego i proponował zarządzenie zlikwidowania obrachowania ogólnego. Głosuję, rzekł on, za wspólnością gruntu i wszelkiego bogactwa społecznego lub prywatnej własności na rzecz likwidacji socjalnej. Rozumiem przez to wydziedziczenie prawne wszystkich właścicieli obecnych, zniesienie rządu i wszelkiego prawa, jako uświęcającego i zabezpieczającego własność obecną. Wydziedziczenie to nastąpić powinno w jak najkrótszym czasie, gdyż tego okoliczności wymagają.

Związek ten był w połowie jawny jak internacjonał, w połowie tajnym jak karbonaryzm. Przywódcami ruchu byli tak zwani Bracia Międzynarodowi; ci wybierali Braci Narodowych, których wysyłali do różnych krajów dla organizowania ruchów i przygotowywania rewolucji. Prócz tych w skład związku wchodzili zwyczajni członkowie, ofiarami pieniężnymi zasilający związek i dostarczający członków do dwóch pierwszych kategorii. Celem jego była rewolucja powszechna, socjalna, polityczna, ekonomiczna, a nawet filozoficzna. Kamień na kamieniu nie powinien pozostać w całej Europie, a następnie w całym świecie. Chcemy zburzyć, wołają Bracia Międzynarodowi, wszystkie państwa i Kościoły, wszystkie instytucje i ich prawa, zarówno religijne, jak polityczne, ekonomiczne i towarzyskie. Niepodobna pojąć jak program tak potworny mógł być przyjęty 53 głosami przeciwko 4. Tymi czterema byli Francuzi: Tolain, Langois, Murat i Tartaret, oni stanowili opozycję systemowi, którego pierwsze zastosowanie odbyć się miało na nieszczęśliwej ich ojczyźnie, któremu zawdzięcza Francja komunę z r. 1871.

W najbliższym związku z międzynarodowcami-anarchistami stoją nihiliści. Z liczby towarzystw tajnych nihilizm należy do najmłodszych, jest on ostatnim z kolei.

Od lat kilkudziesięciu młodzież rosyjska czerpała idee nowatorskie na uniwersytetach zagranicznych, zwłaszcza niemieckich. Początkowo nosiły one tylko cechę postępu. Iwan Turgieniew, przebywszy trzy lata w Berlinie, to jest od 1838 do 1841, na studiowaniu filozofii Hegla, przyczynił się bardzo do spopularyzowania idei przewrotu. Uniwersytet w Zurychu stał się pierwszym ogniskiem propagandy nihilistycznej.

Studenci Petersburga i Moskwy zawiązali około r. 1860 między sobą kółka naukowe i literackie, początkowo w bardzo dobrym celu. Za przykładem stolic poszły i inne miasta prowincjonalne, tak że w krótkim czasie we wszystkich miastach gubernialnych studenci potworzyli koła na wzór tamtych. Wolnomularstwo, które w takich przypadkach rade opieką swoją otaczać podobne stowarzyszenia i na swoją je korzyść obracać, potrafiło wcisnąć się do nich i w krótkim przeciągu czasu pozamieniało owe pierwotne naukowe związki na kółka mniej więcej rewolucyjne, które przyjmowały nazwy: Przyjaciół Ludu, Przyjaciół Prawdy, Dobra Ludu itp. Z czasem, jak to zwykle bywa w takich przypadkach, wytworzyła się między nimi partia gorętsza, gwałtowniejsza, która zawładnęła innymi. Wtedy to dwóch ludzi weszło w ścisłe związki ze studentami rosyjskimi, Żyd Herzen i Michał Bakunin, właściwi twórcy nihilizmu w Rosji.

Wiemy już, że zasady tego ostatniego koncentrują się w słowach: Nic z tego, co istnieje obecnie w świecie cywilizowanym nie zasługuje na utrzymanie ani w Rosji, ani w świecie całym. Wszelkie religie, moralność, organizacja towarzyska, rządy, urzędy, duchowieństwo, wojsko, własność, rodzina, prawo, wychowanie, obyczaje, zwyczaje itp., jednym słowem wszystko powinno być do szczętu zburzone i zniszczone, by ślad przeszłości nie został. Nauka ta słusznie nosi nazwę nihilizmu, jest bowiem zburzeniem, zniesieniem wszystkiego, co istnieje. W istocie, co tylko najpotworniejszego mogło powstać w mózgu ludzkim, na co mogła zdobyć się piekielna żądza niszczenia zdziczałego człowieka, to wszystko stało się zadaniem nihilizmu. Środki, za pomocą których szatańską swą nienawiść i zemstę w czyn wprowadzić mieli, były 1. Terroryzm rolny, czyli podburzanie chłopów przeciwko właścicielom, namawianie ich do zabierania gruntów, lasów, niszczenia zbiorów i mordowania właścicieli ich jak to ma miejsce w Irlandii. 2. Terroryzm przemysłowy, zasadzający się na paleniu fabryk, warsztatów, zakładów przemysłowych, mordowaniu dyrektorów ich i starszych. 3. Terroryzm wojskowy, czyli podburzanie żołnierzy przeciwko oficerom, namawianie ich do mordowania zbyt surowych przewodników. 4. Terroryzm polityczny, dążący do zdyskredytowania rządu i wszystkich jego postanowień, zmniejszenia znaczenia władzy, osłabienia jej siły, do wywoływania buntów i zrodzenia nieporządków na każdym polu. Dla rozpowszechniania tych barbarzyńskich doktryn wydawał Herzen w Londynie tajemny dziennik „Dzwon”, który pomimo zakazu policji cesarskiej rozchodził się w znacznej liczbie po Rosji. Był to główny organ sekty. Bakunin ze swej strony wydawał mnóstwo mów i rozpraw wszelkiego rodzaju, a po śmierci Herzena redagował „Dzwon”. Michał Bakunin, szlachcic rosyjski i oficer artylerii, był spiskowcem i rewolucjonistą w całym znaczeniu tego wyrazu. Rzucił stan wojskowy, żeby się całą duszą poświęcić sprawie demagogii. Był on przyjacielem i uczniem wolnomularza-socjalisty Proudhona. Ogromny wzrost, niezmierna szerokość barków, czyniły z Bakunina zupełny typ Mongoła „barbarzyńcy rosyjskiego”, jak on sam zwykł był siebie nazywać.

Rozszerzenie nihilizmu w Rosji nie wystarczyło mu zupełnie. Mówiliśmy o jego wstąpieniu do międzynarodówki i pracy w jej szrankach. W r. 1861 w Londynie wszedł po raz pierwszy w stosunki z socjalistami zachodnimi. Niektórzy historycy nie mogą zrozumieć dlaczego Bakunin opierał się całe życie swoje wprowadzeniu międzynarodówki do Rosji. Wyjaśnienie tego daje nam p. Rudolf Meyer, pisarz niemiecki bardzo znany, mający przez długi czas ścisłe stosunki z Bismarckiem, znienawidzony przez niego w sposób niezwykły. Wiemy, że kwestie pangermanizmu i panslawizmu są szczeblami, po których wolnomularstwo dojść pragnie do zaprowadzenia rzeczypospolitej powszechnej. Otóż Bakunin był panslawistą zapamiętałym. Przytaczamy tu w tej materii wyciąg ze studium nad socjalizmem współczesnym p. Winterera (deputowany do parlamentu angielskiego – przyp. mój), którego sąd jest wielkiego znaczenia:

Według p. Meyera agitacja rosyjska w Szwajcarii i Anglii, prowadzona przez Bakunina i Herzena, nie była wymierzona przeciw Rosji, lecz przeciw Europie Zachodniej na korzyść Rosji. Herzen i Bakunin byli agitatorami rosyjskimi, czy to zostającymi wprost na usługach rządu, czy to na usługach partii panslawistycznej. Ich bowiem głównym celem była propaganda idei panslawistycznej, a nie socjalistycznej lub międzynarodowej. Jeżeli p. Meyer ma słuszność, to dreszcz przejmuje na myśl potwornej niemoralności polityki rosyjskiej i losu, jaki zgotowała Europie zachodniej. Trzeba wiedzieć, że nie tylko p. Meyer jest tego zdania. Karol Marks i jego adepci od dawna oskarżali Bakunina, że jest agentem rosyjskim. P. Meyer nie opiera się jedynie na oskarżeniach pewnych socjalistów, życie Bakunina, jego przedsięwzięcia, pisma, system jego, wszystko to zbadał starannie i wszystko to zdaje się potwierdzać podejrzenia ciążące na cynicznym bluźniercy kongresów szwajcarskich. Herzen był bez wątpienia także apostołem panslawizmu. Był socjalistą, bo panslawizm jest socjalistycznym. Marzeniem panslawizmu jest zapanowanie nad Europą i światem; pragnie on, zawładnąwszy szczątkami porządku socjalnego tej części świata, wśród jego ruin ustanowić panowanie socjalizmu rosyjskiego. Podstawą tej organizacji byłby komunizm gruntowy, na którym opierają się wszystkie marzenia panslawistów. Apostołowie jego mówią z pogardą o proletariacie Europy zachodniej, a z dumą o uwłaszczeniu włościan w swoich posiadłościach co wpłynęło na uwolnienie kraju od takiego proletariatu. Niestety posiada Rosja wiele innych ran społecznych równie ciężkich.

Do końca życia Bakunin był wierny swemu programowi panslawistycznemu. Sprzeczności w jego życiu są tylko pozorne. Gwałtowny agitator Ligi Pokoju i internacjonału, jest zawsze tym samym panslawistą, tylko mniej lub bardziej osłoniętym. Usprawiedliwia on przy każdej sposobności Rosję z zarzutu jej czynionego, że jest ogniskiem reakcji. Wtedy gdy Słowian nawołuje do działania, od socjalistów zachodnich żąda powstrzymania się od niego, nie chce bowiem, żeby związek zachodni miał przewagę. Sieje ziarna niepokoju, anarchii, zagrzewa do rewolucji na Zachodzie, bo gdy niszczeje ta część Europy, godzina panslawizmu nadejdzie, on zawojuje i przekształci świat. Bakunin niemający familijnego, osobistego majątku, spędził ostatnie lata swego życia w rozkosznej willi w Szwajcarii, którą mu podobno ofiarował dawniejszy przyjaciel Cafiero. Ze swej cichej willi mógł się agitator ten cieszyć widokiem nieszczęść, jakie zgotowały jego działania rewolucyjne.

Mógłby ktoś zrobić p. Meyerowi uwagę, że idee socjalistyczne, rozsiewane przez Bakunina w Szwajcarii, Hiszpanii i innych krajach, dowodzą, że zarzuty mu czynione nie mają pewnej podstawy. Tymczasem przeciwnie, zasady socjalistyczne Bakunina są nowym dowodem jego misji panslawistycznej, jest to bowiem jedynie program komunizmu gruntowego rosyjskiego. Że Bakunin był wysłańcem panslawizmu, jest to rzeczą pewną; stosunki bezpośrednie agitatora z rządem rosyjskim są mniej dokładnie dowiedzione. Napada on nieraz bardzo gwałtownie na cara i rząd jego; pomimo to rząd rosyjski wyrwał Bakunina z rąk Saksonii i Austrii i ten sam rząd dziwnie osłodził los tego wygnańca politycznego. Wypadki współczesne nie mogą usprawiedliwić rządu rosyjskiego z ciążącego na nim zarzutu. Misja Czerniajewa na innym wprawdzie gruncie i w innej sferze, ale czyż także nie była misją panslawistyczną? Czyż w Serbii nie było również silnej propagandy rewolucyjnej i panslawistycznej zarazem? Czyż Garibaldi nie był stronnikiem tego ruchu? Czy Czerniajew nie usunął się w czasie właściwym, pozyskawszy względy cesarza Aleksandra, czyż nie udał się do Pragi, tego pierwszego teatru działań Bakunina?… Jeżeli nie można mieć zupełnie pewnych dowodów, że Bakunin utrzymywał stosunki z rządem petersburskim, to przynajmniej jest pewne, że miał on ścisłe stosunki z partią panslawistyczną Rosji, cieszącą się względami rządu. Dążenia prawdziwych panslawistów są wstrętne. Siać zepsucie i rozstrój, osłabiać kraje Europy wywoływaniem rewolucji, wprowadzać bezrząd, łudzić proletariat Europy ideą komunizmu gruntowego, oto czym jest panslawizm, system potworny, który wraz z internacjonałem grozi Europie cywilizowanej.

Po śmierci Bakunina (1876) uczeń jego Czerniszewski złączył w jedno wszystkie stowarzyszenia młodzieży, które dotychczas jeszcze nie były połączone. Zorganizował olbrzymią propagandę, która od r. 1874 rozgałęziła się po całej Rosji. Pragnąc zmusić cesarza do wykonania ich programu, używali nihiliści najgwałtowniejszych środków wszelkiego rodzaju, zbyt jeszcze żywo w pamięci stojących, byśmy je wyszczególniać potrzebowali. Tymczasem żądali od cesarza konstytucji i rządu parlamentarnego, obiecując pod tym warunkiem zostawić go przy władzy. Nie otrzymawszy, czego żądali, mścili się po swojemu. Cesarz Aleksander II życiem to przypłacił.

Za życia swego głównego przywódcy nihiliści rosyjscy nie mieli ani spójni, ani stosunków z międzynarodówką, lecz ci którzy poza granicami jej się znajdowali, zawiązali z nią stosunki.

W r. 1871 nihilizm miał główny punkt oparcia i dziennik w Londynie; kierownikiem wówczas był Serebrenikow. Przewodnik ten nihilistów przesłał tego roku członkom komuny pewną liczbę egzemplarzy swego dziennika, w którym znajdował się biuletyn napisany oryginalnie w języku rosyjskim, a przetłumaczony złą francuszczyzną, pt. „Biuletyn francuski organu socjalistycznego rosyjskiego do komuny: Nasz program”. Potem następuje epigraf: „Zasada podstawowa: równość przede wszystkim”. Biuletyn ten w szeregu artykułów przedstawia organizację praktyczną systemu Bakunina. Po odniesionym zwycięstwie, to jest skoro partia socjalistyczna czynna wywróci rządy i władzę rządzącą obecną, obwoła ona bezzwłocznie, że wszelkie dobra i bogactwa indywidualne przechodzą na własność narodu. Po tym dekrecie ustanowione zostaną związki robotników, następnie rozmaite sekcje rolnicze i przemysłowe, czyli stowarzyszenia, składające oddzielne gminy. Pewien czas wyznaczony będzie każdemu, w ciągu którego zapisać się musi do jednej z grup, wybranej odpowiednio do zdolności, chęci i siły. Taka jest myśl główna trzech pierwszych artykułów; czwarty zasługuje na dosłowne przytoczenie:

Wszyscy ci, którzy nie wejdą do żadnej sekcji gminy pracującej, bez przyczyn ważnych i usprawiedliwiających, będą pozbawieni prawa otrzymania czegokolwiek z własności narodowej. Nie zostaną przyjęci do żadnego z zakładów mieszczących zapasy przeznaczone do zaspokajania potrzeb członków gminy. Sale jadalne, sypialnie, drogi komunikacyjne, poczty, telegrafy itd. itd. wszystko dla nich będzie niedostępne, zamknięte. Będą pozbawieni wszelkich środków i sposobów utrzymania życia, będą musieli wybierać między pracą a śmiercią głodową.

Tak więc wszystko, co stanowi życie fizyczne, materialne, moralne, towarzyskie człowieka, będzie własnością gminy, on sam będzie manekinem, a ktokolwiek poddać się temu nie zechce, nie będzie mógł żyć ani materialnie, ani moralnie… I to się nazywa wolnością! Czy utopiści ci chcą tylko innych wywieść w pole, czy też podlegają w istocie tak strasznemu obłędowi? Przysłowie: „Gdy Bóg chce kogo ukarać, to mu rozum odbiera” nigdy lepiej zastosowanym być nie mogło jak w czasach dzisiejszych.«

Czy rzeczywiście to była utopia? Na tamte czasy zapewne tak. Żydzi tworzą różne teorie społeczne, a później sprawdzają, czy już nadszedł czas ich wykorzystania. Wtedy było za wcześnie. Dziś już nie i nie zapomnieli o nihilizmie. Wiele punktów tego programu wykorzystują obecnie. A co do tego przysłowia, to Rosjanie mają chyba lepsze, albo przynajmniej bardziej obrazowe: “Każdy durak po swojemu s uma schodit”.

»Od r. 1880 nihilizm ma dwa główne ogniska poza granicami Rosji, jedno w Genewie, drugie w Paryżu. Pierwsze zostaje pod kierunkiem Dragomanowa, dawnego profesora Uniwersytetu Kijowskiego, przewodnika nihilizmu w Małorosji. Ma on swój organ w języku rosyjskim redagowany. Do niego należy towarzystwo rewolucyjno-socjalne, czyli Stowarzyszenie Jakobinów, mające także swój organ oddzielny. Dragomanow jest redaktorem naczelnym dwóch tych dzienników i trzeciego jeszcze przeznaczonego dla Rusinów. On to wysyła agentów do Galicji, Wiednia i wszystkich prowincji słowiańskich Austro-Węgier. Przewodnikiem drugiego jest Piotr Ławrow, główny następca Bakunina, kierownik nihilizmu w większej części Rosji. Ma on 13 sekretarzy, a dziennik jego wychodzi w Londynie pt. „Naprzód”. Od tego ogniska zależy Stowarzyszenie Oswobodzenia Ojczyzny. Nosi ono także nazwę Sekcji Działania, co mówi dostatecznie, jaką odgrywa rolę. Naczelnikiem jej jest Rosjanin Skaczew, a organem dziennik rosyjski „Dzwon na trwogę”. Obydwaj przywódcy nihilizmu Ławrow i Dragomanow działają zgodnie. Różnią się jedynie w sposobach używanych przez jednego i drugiego, dążących do osiągnięcia wspólnego celu. Imiona ich znane są w prasie francuskiej z listów pisywanych przez nich w przedmiocie nihilizmu. Prócz tych dwóch ognisk nihilizm posiada swoich motorów i organizatorów prawie we wszystkich stolicach Europy. Rozkazy naczelników wypełnione bywają z dokładnością i szybkością zadziwiającą, często o sto mil odległości, z czego wnosić należy, że nihilizm wchodzi w obręb powszechnej organizacji masońskiej.

Propaganda nihilistyczna nie poprzestaje na wciągnięciu do niej samych Rosjan, ale zakłada sidła wszelkiego rodzaju na Polaków i innych Słowian, zwłaszcza na młodzież polską w szkołach i uniwersytetach rosyjskich uczącą się, a nawet robi sobie stronników między Francuzami. W r. 1880 powstało Stowarzyszenie Nihilistów Francuskich. Statuty tego stowarzyszenia przyjęte zostały przez wielu radykałów francuskich.

Z drugiej strony dziennik „Univers” mówi, że otrzymał program nihilistek francuskich, w którym szanowne te panie ogłaszają, że wypowiadają wojnę bez pardonu obrzydłemu łotrostwu, ozdobionemu niewłaściwie nazwą organizacji socjalnej, której one więcej jeszcze od mężczyzn są ofiarami. W Rosji kobiety biorą udział w najohydniejszych spiskach, a co smutniejsze, że rodzice sami pchają dzieci do złego, pozostając z pewną czcią dla ich postępowych idei. W miastach, w których są uniwersytety, widać było przed laty kilku, w ubraniach prawie męskich z włosami uciętymi i w okularach niebieskich studentki nihilistki, chcące w praktykę wprowadzić podstawowy dogmat sekty: równość mężczyzny i kobiety. Nie chodzi im jednak o porównanie w prawach jedynie, ale o zniesienie radykalne rodziny. Nihiliści odrzucają małżeństwo, jeżeli jednak dla zapewnienia praw cywilnych dzieciom, zawierają rodzaj związków legalnych, mąż podpisuje niezwłocznie akt, którym zrzeka się wszelkich praw, jakie nadaje mu prawo lub religia. Zdarza się widzieć grupy całe nihilistów i nihilistek żyjących razem, u których wszystko jest wspólne. Ponieważ macierzyństwo jest wypływem nierównych praw natury, nihilistki starają się unikać go wszelkimi możliwymi sposobami, ta zaś której się tego dokazać nie uda, przynajmniej porzuca chętnie owoc swych miłostek, a raczej popędów naturalnych.

Obecnie zbrodnicze zamachy przerwane zostały, natomiast cała działalność skierowana jest do zdemoralizowania ludu, a szczególnie młodzieży. Nie trudno dziś usłyszeć zdanie, że obowiązkiem człowieka rozumnego jest demoralizowanie młodzieży i ludu, inaczej bowiem nie będzie z nich narzędzi do działania. Skutek prac jest też na nieszczęście bardzo wielki. Oto co w tym względzie pisze Dziennik Moskiewski:

Niepodobna jest pomyśleć o naszej młodzieży, żeby nie być przejętym goryczą i nie doznać najstraszniejszej obawy. W 12-tym roku dziecko przestaje wierzyć w Boga, ufać rodzinie, rządowi; w 14-tym zaczyna się zaprawiać do praktycznego protestowania przeciw obowiązkom; w 15-tym jest spiskowcem; w 16-tym jest już może zbrodniarzem, a w 17-stu latach zamyka bilans, odbierając sobie życie. Taka jest niestety historia naszych dzieci, zbyt często teraz powtarzająca się.«

Wygląda więc na to, że tzw. marksizm kulturowy, hippisi, kolorowe okulary, ostatnio modne, nie są niczym nowym. A czy nihiliści byli oryginalni? W średniowieczu taboryci, w założonym przez siebie mieście Tabor, znieśli własność prywatną, wprowadzili wspólność kobiet i proklamowali zniesienie rodziny. Miał rację cesarz Etiopii Hajle Syllasje, twierdząc, w rozmowie z Orianą Fallaci, że w świecie nigdy nie dzieje się nic nowego.

»Ze wszystkiego tego cośmy tu o nihilizmie powiedzieli, wynika, że system ten socjalistyczny wypływa z tych samych źródeł co międzynarodówka, że teraz jest z nią zupełnie złączony i że stał się jej najwybitniejszą, najgwałtowniejszą partią. Na poparcie tego, ze wolnomularstwo, internacjonał i nihilizm – to jedno, wiele mamy dowodów. Gdy Żyd nihilista, Hartman czy Meyer, sprawca zamachu dokonanego w Moskwie z grudnia 1879 r., został zatrzymany przez policję francuską w Paryżu 16 lutego 1880 r., natychmiast deputowani francuscy należący do partii radykałów pracowali nad wypuszczeniem go na wolność; prezydujący w trzech grupach lewicy, starali się w ministerium o uwolnienie go. Ze swej strony ambasador rosyjski żądał wydania Hartmana. Rząd francuski wahał się, nie wiedział co uczynić, wszyscy międzynarodowcy i wolnomularze z całą namiętnością bronili zabójcy. Jeżeli Hartman zostanie wydany, Francja się zhańbi, wolnomularze nie będą już podtrzymywali ministerium. Dzienniki ich mówią to samo; puszczają w obieg i zalecają prośbę do Izb przeszkadzającą wydaniu nihilisty. Jednym słowem rząd masoński kierujący Francją, nie mogąc odważyć się na wydanie na śmierć brata, a szczególnie Żyda, lękając się następstw tego kroku, odmawia wydania go i wysyła Hartmana do Anglii. List Pyata do Garibaldiego i odpowiedź tego ostatniego są apoteozą Hartmana. Zabójstwo polityczne jest środkiem służącym do doprowadzenia rewolucji do portu… Hoedel, Nobiling, Moncasi, Passamante, Sołowiew, Otero i Hartman są zwiastunami rządu przyszłości, rzeczypospolitej socjalnej. Zabójcą jest ksiądz nienawistny, który postęp zamordował… Są to słowa Garibaldiego w tym właśnie liście datowanym z Kasprery 6 marca 1880 r. Mawiał on nieraz: Powtarzam z dumą: Jestem międzynarodowcem, a gdyby powstało stowarzyszenie diabłów, mające za cel walkę z księżmi i despotyzmem, zaciągnąłbym się w jego szeregi. Toteż nie łączył on się z żadnym stronnictwem, ale każde pochwalał, każdemu rad dopomagał, każde podsycał, skoro tylko w tych dwóch celach działało.

Tajni przywódcy masonów przewidzieli ze strony katolików-zachowawców opór energiczny przeciw ich prawom antyreligijnym i antysocjalnym. Dla łatwiejszego pokonania go przygotowują wprowadzeniem nihilizmu do Francji narzędzie straszniejsze jeszcze od internacjonału. Można o tym sądzić ze sposobu, w jaki nihiliści oceniają komunistów.

Nowe tajemne pismo ukazało się w Rosji. Nazwa jego rosyjska znaczy: „Przebudzenie”. Pismo to wyraża się o komunie paryskiej w drugim swoim numerze (z kwietnia 1879 r.) w sposób następujący: „Przede wszystkim nie ubierajcie się w cudze piórka, nie przejmujcie zasad, czynów, nie naśladujcie postępowania rewolucjonistów zachodnich. Przykłady to są nędzne, niezasługujące na uwagę. Patrzcie na r. 1871. Czegóż dokazali ci ludzie, co uważali się za reformatorów, za dobroczyńców ludzkości? Czyż oni nie wyobrażali sobie, że przetwarzają świat stary, gdy spalili kilkanaście domów, zniszczyli jakiś kawałek ziemi, zastrzelili kilku ludzi? Zdawało im się, że wiele zdziałali obalając rząd… Zapomnieli, że poza rządem jest społeczeństwo, poza społeczeństwem jest rodzina, poza rodziną jest człowiek pojedynczy, jednostka taka, jaką jest obecnie… To wszystko powinno zniknąć, być zmiecione, zmyte, zniszczone do gruntu, tak jak to zdarza się naturze. Przed zbudowaniem trzeba grunt oczyścić. Nie można budować na ruinach, na błocie, na zwaliskach, na nawozie; budynek wznosi się na powierzchni gładkiej, wyrównanej, oczyszczonej, na nowych, mocnych podwalinach. A cóż zrobili ci ludzie z 1871? Trzeba było uderzyć, piorunem razić, olśnić i przerazić świat, a owi reformatorzy bawili się – wynajdywaniem nowych mundurów… przedrzeźnianiem rządu, naśladowaniem ministrów… mianowaniem ambasadorów… Były to karły, a zatem i działalność ich karle miała rozmiary”.«

Zwraca uwagę fakt, że mniej więcej w tym samym czasie heglizm przenosi się do Rosji i do Ameryki. A więc oba największe kraje białego człowieka są kontrolowane przez Żydów.

„Iwan Turgieniew, przebywszy trzy lata w Berlinie, to jest od 1838 do 1841, na studiowaniu filozofii Hegla, przyczynił się bardzo do spopularyzowania idei przewrotu.”

Antony Sutton w swojej książce Skull and Bones; Tajemna elita Ameryki pisze:

„Zastanawiacie się dlaczego nasze społeczeństwo jest tak ogłupione? Winę za to ponosi trzech członków Skull and Bones, którzy w XIX wieku przenieśli na grunt amerykański pruski system edukacji oraz filozofia polityczna całkowicie sprzeczna z klasycznym liberalizmem kultywowanym w tym czasie w Wielkiej Brytanii i Stanach Zjednoczonych. W klasycznym systemie liberalnym państwo jest zawsze podporządkowane jednostce. Heglowski etatyzm, jak widać na przykładzie nazizmu i marksizmu, czyni suwerenem państwo, a jednostka ma istnieć jedynie po to, by temu państwu służyć.

Nasz dwupartyjny republikańsko-demokratyczny system (w istocie tworzy go jedna heglowska partia, a nikt inny nie jest ani mile widziany, ani w ogóle do niego dopuszczony) stanowi odbicie owego heglizmu. Niewielka grupa – bardzo niewielka grupa – jest w stanie z jego pomocą manipulować i do pewnego stopnia kontrolować społeczeństwo, wykorzystując je do swoich własnych celów.

Wspólnym mianownikiem pozornie całkowicie odmiennych poglądów prezentowanych przez członków Zakonu jest fakt, że przyświeca im nadrzędny cel, dla realizacji którego kluczowe znaczenie ma konflikt idei. Dopóki przedmiotem dyskusji nie stają się prawa jednostki, zderzenie poglądów generuje konflikt niezbędny do wprowadzenia zmiany. Ponieważ celem jest także globalna kontrola, kładzie się nacisk na globalne myślenie, czyli internacjonalizm. Odbywa się to za pośrednictwem światowych organizacji i światowego prawa.”

Zwraca też uwagę fakt, że wszyscy ci rewolucjoniści mieszkają przeważnie w Szwajcarii. Tam też mieszczą się największe banki. To nie przypadek. Rewolucjoniści nie pracują, a z czegoś muszą żyć. Ktoś ich finansuje. A kto? Jednym z nich był Bakunin, który żył zupełnie inaczej niż chciał, by inni żyli. To też charakterystyczne dla wszystkich rewolucjonistów. Jego żoną była Polka Antonina Kwiatkowska, która w trakcie małżeństwa z nim urodziła troje dzieci, których ojcem był włoski anarchista Carlo Gambuzzi. Tak przynajmniej utrzymuje Wikipedia. Czyżby więc Bakunin był homoseksualistą? Tę willę, w której mieszkał w Szwajcarii, otrzymał od swego wcześniejszego przyjaciela. Czyżby więc była to reguła ponadczasowa, że wszyscy ci, którzy chcą na siłę uszczęśliwiać innych, są zboczeńcami i psychopatami?

„Wiemy, że kwestie pangermanizmu i panslawizmu są szczeblami, po których wolnomularstwo dojść pragnie do zaprowadzenia rzeczypospolitej powszechnej.”

Jeśli tak, to kolejnym wnioskiem powinno być to, że ich twórcami byli Żydzi. Od pangermanizmu do nazizmu droga bliska. Znaczy, że i oni stworzyli nazizm. Mają pieniądze, mają prasę i mają ludzi, którzy wymyślają różne idee. Nie dziwi więc, że obstawiają wszystkie partie polityczne, od lewa do prawa. Jeśli gdzieś się pojawia nowa twarz i jest ona intensywnie promowana przez media, nawet jeśli są to tylko media alternatywne, które też do nich należą, to z pewnością jest to ich twarz.

Jeśli w Ameryce, jak twierdzi Sutton, jest tylko jedna, heglowska partia, to spór pomiędzy republikanami a demokratami jest pozorny. Taki teatrzyk dla naiwnych. Tak więc Trump bierze w tym udział, bo ma takie zadanie do wykonania. Być może powróci do polityki, jako uwiarygodniony, niezależny, patriota, który chce dobra Ameryki i ludzi w niej mieszkających. Obawiam się jednak, że są to tylko pozory, ale poparcie dla niego nie będzie już pozorne.

Żydzi wymyślili chrześcijaństwo. Później podzielili je. Początkowo na kościół wschodni – prawosławie i zachodni. Z kolei zachodni podzielili na katolicyzm i protestantyzm. Kościół katolicki uczynili swoim największym wrogiem, by mieć z kim walczyć. Bądźmy szczerzy, skoro oni go utworzyli, to i oni mogliby go zniszczyć. Ale nie robią tego, bo walka z Kościołem to wygodny pretekst do tworzenia różnych ruchów rewolucyjnych. I tak to trwa od 2000 lat.

Te wszystkie konflikty są sztucznie kreowane. Konflikty o bzdety. Czasem zastanawiam się, czy Jan Tadeusz Stanisławski w swoim cyklu „wykładów” radiowych z ”mniemanologii stosowanej” pt. „O wyższości Świąt Wielkiej Nocy nad Świętami Bożego Narodzenia”, nie chciał nam przekazać tej myśli, że te wszystkie spory są jałowe i bez sensu. Dla nas jałowe i bez sensu, a dla Żydów, nawet nie to, że mają one prowadzić do ich panowania nad światem, bo oni nad nim panują, tylko do utrzymania tego stanu poprzez utrzymywanie nas w skłóceniu i nienawiści wzajemnej.

Po roku

Mija już rok od momentu, który stał się naszą „nową normalnością”. Na portalu ZeroHegde pojawił się artykuł One year to flatten life as we knew it, którego autorem jest Rob Slane. Opisuje on ten rok i dzieli się swoimi refleksjami na temat tego, jak zmienia się nasza rzeczywistość, co z tego wynika i kim są ci ludzie, którzy zgotowali nam ten los. Pomyślałem sobie, że warto się z nim zapoznać, zwłaszcza że w kolejnym blogu będę chciał przybliżyć ideologię anarchizmu i nihilizmu, który jest skrajną odmianą tego pierwszego. Mam takie wrażenie, że nihilizm, który narodził się w XIX wieku, przeżywa swój renesans za sprawą fałszywej pandemii. Link do oryginalnego tekstu tu: https://www.zerohedge.com/covid-19/one-year-flatten-life-we-knew-it.

Minął rok odkąd rozpoczęliśmy nowy, niesprawdzony, nienaukowy, drakoński i doprawdy szalony eksperyment medyczny, społeczny, ekonomiczny i psychologiczny, dokonywany na milionach ludzi. W dniu, w którym zaaplikowano nam to szaleństwo, napisałem: „Wygląda na to, że to koniec Wielkiej Brytanii, jaką znaliśmy”. Wszystko, co wydarzyło się od tamtego czasu, jak sądzę, sprawdziło się, a tym, czego nie przewidziałem jest to, że miliony ludzi nadal wierzą, że ograniczenia miały naukowe uzasadnienie, że były konieczne, że były skuteczne i że mamy życzliwy rząd, którego celem jest zapewnienie nam wszystkim bezpieczeństwa. Żadna z tych rzeczy nie jest prawdą.

Krótkie podsumowanie tego, co się wydarzyło

Na nic zda się szukanie literatury medycznej i naukowej sprzed 2020 r., opowiadającej się za masową kwarantanną zdrowych ludzi, jako właściwą reakcją na pandemię. W rzeczywistości, po tym, jak spanikowany rząd meksykański flirtował z tym pomysłem przez całe pięć dni podczas wybuchu świńskiej grypy w 2009 r. (zakończył go, gdy zdano sobie sprawę, jak niszczące na dłuższą metę byłyby jej skutki), ówczesny dyrektor generalny Światowej Organizacji Zdrowia (WHO), Dr Margaret Chan, wyraźnie ostrzegła przed stosowaniem takich destrukcyjnych środków:

W związku z tym pozwolę sobie zdecydowanie apelować do krajów, aby powstrzymały się od wprowadzania środków, które są gospodarczo i społecznie destrukcyjne, a nie mają uzasadnienia naukowego i nie przynoszą wyraźnych korzyści dla zdrowia publicznego.

Tak więc ten destrukcyjny, nienaukowy pomysł, bez wyraźnych korzyści dla zdrowia publicznego, został po cichu zarzucony i zapomniany. Dopiero w styczniu 2020 roku powrócono do niego w chińskiej prowincji Hubei na polecenie Xi Jinpinga, przywódcy jednego z najbardziej totalitarnych reżimów na świecie, o czym szczegółowo opisuje prawnik Michael Sanger.

Można by oczekiwać, że WHO pójdzie tą samą drogą, co dr Chan w 2009 roku, ale do lutego, w niewytłumaczalny sposób, zmieniła swoje wytyczne dotyczące reakcji na pandemię, opierając się na nieprzekonywujących i najbardziej niewiarygodnych dowodach, dostosowując je do dekretu Wuhan.

Można by więc oczekiwać, że kraje zachodnie odrzucą to tyrańskie podejście, ale, co dziwi, nie zrobiły tego. W Wielkiej Brytanii całkowicie rozsądna strategia gotowości na wypadek pandemii, którą rząd prowadził od 2011 roku, i która dążyła do zapewnienia minimalnych zakłóceń w społeczeństwie, nawet podczas epidemii wirusa, mogącej pochłonąć 315 000 istnień ludzkich w okresie 15 tygodni – została zarzucona. Dlaczego? To jest najważniejsze pytanie, na które szukamy odpowiedzi. Sądzę jednak, że ważne jest też to, co profesor Neil Ferguson zasugerował nam w swoim grudniowym wywiadzie dla The Times:

Oni [Chińczycy] twierdzili, że spłaszczyli krzywą. Na początku byłem sceptyczny. Myślałem, że to było ukrywanie prawdy przez Chińczyków. Jednak w miarę gromadzenia danych stało się jasne, że była to skuteczna polityka. Ale to komunistyczne państwo jednopartyjne, powiedzieliśmy. Myśleliśmy, że nie uszłoby to nam na sucho w Europie. A potem również Włochy to zrobiły. I zdaliśmy sobie sprawę, że możemy.

Twierdzenie chińskiego rządu o spłaszczeniu krzywizny to fałszywy trop. Komentarz profesora, że zdali sobie sprawę, że wdrożenie taktyki despotycznego reżimu może ujść na sucho, nie jest nim.

Ponieważ WHO i rząd zawiedli, z pewnością Brytyjczycy nie daliby się nabrać na coś tak ewidentnie absurdalnego, jak zakazanie milionom całkowicie zdrowych ludzi kontaktu z innymi zdrowymi ludźmi? Czy idea, która uczyniła ten kraj jednym z najbardziej wolnych narodów na ziemi, zadziała?

Niestety nie. Brytyjczycy, poprzez terroryzowanie ich strachem, histerią i jawnym kłamstwem na bezprecedensową skalę, potulnie poddawali się tym despotycznym dekretom, wierząc, że mają one coś wspólnego z zapewnieniem im bezpieczeństwa.

Kłamstwo o bezobjawowej transmisji i mit pół miliona zgonów

Zdecydowanie największym kłamstwem jest bezobjawowa transmisja. Rzeczywiście, kiedyś może stać się największym kłamstwem – oszukanie największej liczby ludzi w najkrótszym czasie. Opierało się ono głównie na incydencie w Niemczech, gdzie chińska dama, o której sądzono, że nie ma żadnych objawów, rozniosła chorobę. Jednak później okazało się, że rzeczywiście miała objawy, ale stłumiła je lekami. Jednak rzadko o tym pisano, a do tego czasu narodził się mit, że była to nowa, tajemnicza choroba, którą mogliby przenosić ludzie bez objawów, a wraz z nią powstała podstawa do zamykania gospodarek, masek i niezliczonych innych dziwacznych, oderwanych o rzeczywistości ograniczeń nałożonych na nas. Wielkie badanie przeprowadzone na 10 milionach ludzi w Wuhan, w późniejszym okresie, wykazało zero przypadków bezobjawowego rozprzestrzeniania się, ale jak można się domyślić, zostało ono całkowicie zignorowane przez rządy i media na całym świecie.

A co z twierdzeniem profesora Fergusona o 510 000 zgonów? Pozostaje to podstawą do twierdzenia zwolenników kwarantanny, że gdybyśmy nie zostali zamknięci, zginęłyby setki tysięcy więcej osób. Oprócz faktu, że Wielka Brytania zajmuje obecnie piąte miejsce na świecie pod względem liczby zgonów na milion, mając trzecią najbardziej rygorystyczną blokadę na planecie Ziemi, według Uniwersytetu Oksfordzkiego, a kraje, które tego nie zrobiły, radziły sobie nie gorzej – czy potrzeba jeszcze jakiegokolwiek innego dowodu, na który możemy powołać się, by wykazać fałszywość twierdzenia profesora Fergusona o dniu zagłady?

Dlaczego aż tyle i co jest w rzeczywistości zawarte w samym raporcie profesora Fergusona? Doszedł on do swojej liczby 510 000 zgonów dla scenariusza „bez ograniczeń”, szacując, że 81% populacji zostanie zarażonych i przyjmując współczynnik śmiertelności zarażonych (IFR) Covid-19 na 0,9%. Jednak w październiku, jeden z czołowych epidemiologów na świecie, John Ioannidis z Uniwersytetu Stanforda w Kalifornii, opublikował ostateczne badanie dotyczące IFR Covid-19. Obliczył, że mediana wskaźnika wyniosła 0,23%, a nie 0,9%, jak założył Ferguson, a jego praca została zaakceptowana i zatwierdzona przez WHO.

To bardzo ważne: gdyby Ferguson zastosował liczbę IFR wynoszącą 0,23%, a nie 0,9%, to kto zgadnie, do jakiej liczby zgonów by doszedł? Odpowiedź – to około 127 tysięcy. Jest to niezwykle interesujące, ponieważ całkowita liczba „oficjalnych” zgonów spowodowanych przez Covid-19 w chwili pisania tego tekstu (ukazał się 22 marca – przyp. mój) wynosi 126 172. Innymi słowy, gdyby Ferguson użył prawidłowego IFR, liczba zgonów, które przewidziałby w scenariuszu bez blokady, byłaby taką samą liczbą oficjalnych zgonów, jaką faktycznie mieliśmy w przypadku trzeciego najbardziej rygorystycznego zamknięcia na świecie. Oczywiście doskonale zdaję sobie sprawę z tego, że te około 126 000 zgonów nie było spowodowanych przez Covid-19, ale zwolennicy ograniczeń twierdzą, że było, więc to ich zadaniem jest wyjaśnienie, w jaki sposób ta liczba jest obecnie taka sama, jak ta, którą przewidziano w badaniu Fergusona dla sytuacji bez ograniczeń, gdyby użył właściwego IFR.

To, że ograniczenia nie uratowały życia, powinno być oczywiste. Wirus był znany od początku marca 2020 r. Z faktu, że w przeważającej mierze zabijał on osoby starsze z chorobami współistniejącymi, wynika, że zasoby mogły i powinny były być skierowane na ochronę takich osób. Jednak podejście z rozpylaczem (kropelkowe przenoszenie – przyp. mój), które przyjęto w celu poddania wszystkich kwarantannie, nie jest – z definicji – podejściem ukierunkowanym. I ironia polega na tym, że przy wszystkich absurdalnych nawoływaniach zdrowych ludzi do zmiany całego stylu życia, aby chronić słabszych, to to, co tak naprawdę wydarzyło się, to to, że zdrowym ludziom całkowicie wykoślawiono życie, a starszych skazywano na powolną śmierć.

Niszczycielska moc ograniczeń

To tyle, jeśli chodzi o nieskuteczność ograniczeń w celu czynienia dobra, a co z ich niszczycielską mocą? Każda krytyka będzie tu zbyt łagodna. Niszczą życie. Niszczą źródła utrzymania. Niszczą miejsca pracy. Niszczą biznesy. Niszczą edukację. Niszczą kościoły. Niszczą zaufanie. Niszczą zdrowie psychiczne. Niszczą małżeństwa. Niszczą relacje. Niszczą społeczności. Przeczą temu, że policja służy ludziom. Niszczą praworządność. Niszczą wolną Brytanię.

Czas i miejsce nie wystarczą, by opisać zniszczenia delikatnej równowagi życia w sferze medycznej (zwłaszcza osłabionego układu odpornościowego), sferze społecznej, sferze psychologicznej i sferze ekonomicznej, czy o zwrocie ku transhumanistycznej przyszłości, spowodowanym przez nieustanne wezwania ludzi do trzymania się z dala od innych ludzi oraz dziwaczny rytuał zakrywania ludzkiej twarzy – najbardziej bezpośrednia i najważniejsza fizyczna manifestacja Imago Dei – bezużytecznymi kawałkami materiału.

Tych, którzy się na to zgodzili, pytam po prostu: Czy nadal nie widzicie, co zrobiliście? Czy nadal nie widzicie, czym jest to, co poparliście?

Wielka Brytania, która istniała przed marcem 2020 r., lub o której wielu z nas myślało, że istnieje, już przeminęła. Wielka Brytania, w której uznaliśmy wolność za coś oczywistego, odeszła. Weszliśmy w zupełnie inną przyszłość, co więcej, wydaje się, że zdecydowana większość ludzi przyjęła ją z zadowoleniem. Co gorsza, zostajemy wprowadzeni do transhumanistycznej technokracji, w której nie jesteśmy postrzegani jako ludzie, stworzeni na obraz Boga, ale jedynie jako potencjalni nosiciele wirusów, cyfrowe numery identyfikacyjne, drony nadające się do śledzenia i namierzania, nadające się do obserwowania i zarządzania przez dystopijnych technokratów, którzy budują wokół nas swój medyczny despotyzm, ale nie jesteśmy uważani za godnych, by żyć cicho i spokojnie, zajmując się naszym legalnym biznesem, prowadząc życie bez ingerencji zwierzchników w każdy jego aspekt.

Dlaczego tak się stało?

Przez pierwsze kilka miesięcy wzbraniałem się przed myślą, że kontynuacja tych posunięć była spowodowana przez polityków, próbujących ukryć okropną pomyłkę, lub że jest to część czegoś znacznie bardziej nikczemnego. I chociaż wciąż nie mam jasności co do motywów, to dla mnie ewentualność „tuszowania wielkiego błędu” stała się nie do utrzymania w październiku, wraz z wydaniem Wielkiej Deklaracji z Barrington. Było to naukowo uzasadnione, solidne z medycznego punktu widzenia, intelektualnie wiarygodne wyjście z powstałego kryzysu. Były to otwarte drzwi dla rządu brytyjskiego, wraz z innymi na całym świecie, na wyjście i zachowanie twarzy. Ale to, co faktycznie wydarzyło się to to, że albo to zignorowali, albo, w przypadku towarzysza Hancocka, cynicznie wyśmiali.

Myślę, że teraz jest już oczywiste, że dzieje się coś o wiele bardziej nikczemnego. Ale jak to wyjaśnić? Niektórzy wyobrażają sobie, że potrzeba do tego jakiegoś diabła, pociągającego za sznurki i sprawiającego, że wszystkie jego marionetki tańczą w rytm tej samej melodii. Nie wierzę, że tak jest. Każdy, kto ma choćby najbardziej pobieżną wiedzę o polityce ostatnich dwudziestu lat, musiał zauważyć, że prawie wszyscy ludzie, którzy robią karierę, mają zasadniczo tę samą ideologię. Myślą tak samo. Głoszą te same frazesy. Chodzą tymi samymi ścieżkami. A jeśli nie myślisz, nie mówisz lub nie postępujesz tak jak oni, to nigdy nie zostaniesz zaproszony na imprezę. Jest to dość oczywiste, że wielu z tych ludzi postrzegało Covid-19 jako okazję do zwiększenia ich władzy, kontrolowania ludzi i przekształcenia społeczeństwa na swój własny ohydny sposób.

Ale to nie wszystko. Widziałem niekończące się niepokojące komentarze – odzwierciedlające moje własne myśli – zarówno chrześcijan, jak i nie-chrześcijan, że niewytłumaczalnie dziwna reakcja na to, co się stało, była taka, jakby miliony ludzi zostały sparaliżowane jakimś rodzajem zaklęcia. W związku z tym dobrze byłoby pamiętać o tym, że istnieją rzeczy, które są poza naszymi możliwościami zrozumienia za pomocą czysto ludzkiego rozumu i ludzkich działań:

Gdyż bój toczymy nie z krwią i z ciałem, lecz z nadziemskimi władzami, ze zwierzchnościami, z władzami tego świata ciemności, ze złymi duchami w okręgach niebieskich. (Efezjan 6: 12).

Patrząc w przyszłość

Po uśpieniu i propagandzie w celu zaakceptowania środków, które są nie tylko jałowe same w sobie, ale które zniszczyły wyobrażenie tego, co moglibyśmy nazwać normalnym życiem, miliony zostały teraz zaczadzone ideą, że pośpieszne, niewypróbowane, niesprawdzone „szczepionki”, których badania kliniczne mają się zakończyć dopiero w 2023 r. (Pfizer, AstraZeneca i Moderna), są pewnego rodzaju ratunkiem i powrotem do normalności. Ale jak pokazały wiadomości z ostatnich dni, czeka ich duże rozczarowanie. Twoi zwierzchnicy nie chcą pozwolić ci wrócić do normalności. Entuzjastycznie zabierają się do dzieła i nie sądzę, by taką okazję zaprzepaścili.

To, co widzimy, jest o wiele ważniejsze, o wiele bardziej kompleksowe, o wiele bardziej okropne, niż większość z nas może pojąć. Jak podsumowała Naomi Wolf w fantastycznym komentarzu do niedawnej sytuacji:

Ale tym razem stajemy w obliczu nie tylko wojny o wolność. Tym razem stajemy w obliczu wojny z ludźmi i ze wszystkim, co czyni nas ludzkimi.

W rzeczy samej. Od zamykania gospodarek po dystans społeczny, po maski, człowieczeństwo i wszystko to, co oznacza bycie człowiekiem, wszystko to jest przedmiotem ataku. Jest tylko jedna pokojowa droga wyjścia z tej transhumanistycznej technokratycznej przyszłości: jednostki, wspólnoty religijne i narody muszą pokutować przed Bogiem, a skruchą muszą błagać Go o uwolnienie się od tego sądu, a On przywróci prawdę, rzeczywistość, i to, co właściwie znaczy być człowiekiem w świecie, który zapomniał o tych rzeczach. Godzina jest późna. Potrzeba jest naprawdę pilna.

Konflikty

Ostatnio jakoś tak częściej zastanawiam się nad tą rzeczywistością i dochodzę do wniosku, że jest ona od początku do końca sztucznie kreowana. I nie chodzi mi tutaj bynajmniej o bieżące wydarzenia ostatniego roku. Chodzi mi o to, co dzieje się od początku tego naszego świata, od początku chrześcijaństwa. Skąd biorą się te wszystkie konflikty, wojny, powstania, zamieszki itp. Model dziejów opisany przez Hegla, a więc teza, antyteza i synteza, zdaje się mieć zastosowanie od początku. Dwa sprzeczne ze sobą poglądy, czy światopoglądy, ścierają się ze sobą i powstaje nowa rzeczywistość, czyli synteza. Skąd jednak biorą się te przeciwieństwa? Zawsze były państwa, które miały zapędy imperialistyczne. Takim było imperium Czyngis-chana. Ale były też Chiny, które przez wieki nie chciały mieć nic wspólnego ze światem zewnętrznym i odgrodziły się od niego murem. Naród, który uważał się za lepszy i predestynowany do panowania nad innymi narodami, robił to w sposób otwarty i często brutalny. Dzięki temu walka z nim była łatwiejsza, bo przeciwnik był znany i znane były jego zamiary. Jest jednak taki naród, który chce panować nad światem, ale chce to osiągnąć w zupełnie inny sposób, nie tak otwarcie, raczej skrycie i podstępem. Dlatego walka z nim jest bardzo trudna, tym bardziej, że naród ten żyje w rozproszeniu wśród innych narodów. I naród ten tworzy sztuczne konflikty, których ofiarami padają inni. On sam za każdym razem zyskuje.

Nie ma na świecie drugiego tak jątrzącego narodu jak Żydzi. Henryk Rolicki w swojej książce Zmierzch Izraela tak opisuje początek relacji Żydów z Rzymem:

»Jak przedtem hellenizm, tak teraz Rzym z początku odniósł się do żydów przyjaźnie. Wspomniałem już o tym, jak na rozkaz senatu rzymskiego musiał Antioch Wspaniały wycofać swe wojska z Egiptu. Potem znów państwo Machabejczyków cieszyło się opieką senatu rzymskiego. Szymon Machabejczyk wyprawia do Rzymu poselstwo z prośbą o przymierze i uzyskuje uroczyste oświadczenie senatu, że Judejczycy są jego sprzymierzeńcami (140 przed Chr.). W 7 lat później Hyrkan Machabejczyk wyprawia znów posłów do Rzymu i otrzymuje potężne poparcie przeciw Syrii (133 przed Chr.).

Na prośbę samych żydów mieszają się Rzymianie po raz pierwszy w sprawy wewnętrzne Judei. W r. 65 przed Chr. dwaj dowódcy Pompejusza, Scaurus i Gabinus zostają przez Arystobula Hasmonejczyka opłaceni, aby się wmieszali w jego spór o władzę z bratem Hyrkanem – Scaurus otrzymuje dwa miliony, Gabinus zaś półtora, jak nas o tym informuje żydowski historyk starożytny, Józef Flavius. Niebawem zwaśnieni bracia zwrócili się znowu wprost do samego Pompejusza, składając mu dary i prosząc o ich rozsądzenie.

Nagle ni stąd, ni zowąd Arystobul czyni zwrot i uderza na chwilowo kwaterujące w Judei wojska rzymskie. W rezultacie Pompejusz zdobywa po dłuższym oblężeniu Jerozolimę. Zwycięzca zachowuje się łaskawie, nie tyka nawet skarbca świątyni (61 przed Chr.).

Judea zachowała wprawdzie niezależność polityczną i samorząd, lecz pozostawała odtąd w stosunku pewnej zawisłości od Rzymu jako autonomiczna prowincja rzymska pod władzą żydowskich wielkorządców, czy prokuratorów rzymskich, czy też nawet jako państwo samodzielne pod władzą królów z dynastii herodiańskiej.

Rzym w swym postępowaniu wobec Judejczyków był od pierwszej chwili paraliżowany przez ich wpływy zakulisowe. Wspomniałem już o szerokim rozlaniu się fali dobrowolnej emigracji żydowskiej. Dwa szczególne skupienia, Aleksandria i Rzym, urastają w tym czasie do dużej potęgi. Kolonia żydowska w Rzymie powstała jeszcze wtedy, gdy Rzymianie nie znali żydów palestyńskich. Dopiero zdobycie Jerozolimy przez Pompejusza i uprowadzenie do Rzymu w triumfie więźniów żydowskich dało gminie żydowskiej w stolicy świata odpowiednie kierownictwo.

Na żydowskiej gminie w Rzymie opiera się Juliusz Cezar w swej walce o dyktaturę. Siedzi po uszy w długach i od bankierów zależy. Toteż całe życie jest wiernym przyjacielem Izraela. Zadając pierwszy cios śmiertelny rzymskiej rzeczypospolitej, zdobywa sobie na skrzydłach judaizmu tak przereklamowane miejsce w historii.

Gdy wojska Pompejusza pod wodzą Krassusa poniosły klęskę w wojnie z Partami (Persami), wybuchło powstanie w Judei, zakończone rozgromieniem wojsk judzkich. W tym czasie Cezar w Rzymie wypuszcza na wolność Arystobula Hasmonejczyka, tego samego, który przedtem zaatakował zdradziecko wojska rzymskie. Toteż w walce z Pompejuszem całe żydostwo popiera Cezara, a senat pod jego dyktandem ogłasza ich za przyjaciół i sojuszników narodu rzymskiego. Żydzi aleksandryjscy otrzymują od Cezara potwierdzenie wszelkich swobód obywatelskich i własną jurysdykcję pod władzą arabarchy. Żydzi w małej Azji dostają prawa obywatelskie, a nadto przywilej swobodnego odbywania zebrań, w odróżnieniu od reszty mieszkańców. Wszystkim żydom poza Palestyną specjalny edykt cezara zezwala na wysyłanie złota do Jerozolimy. Żydzi w Rzymie mają odeń prawo stowarzyszania się i zgromadzeń, choć wszystkim rdzennym Rzymianom dyktator odebrał tę wolność.

Nic dziwnego, że po zgonie dyktatora Judejczycy rzymscy do tego stopnia nie mogli się w żalu utulić, iż przez kilka nocy z kolei u mogiły jego płakali. Później znowu sojusznikiem żydów był Oktawian, podczas gdy przeciwnik jego Antoniusz, uchodził za ich wroga.

Antoniusz, władając na wschodzie, wprowadza na tron Judei Heroda, przedstawiciela kierunku hellenistyczno-aleksandryjskiego wśród żydów. Żydzi „pobożni” stawiają opór i Herod decyduje się siłą zbrojną na własnych ziomkach zdobywać Jerozolimę.

Zwycięstwo Oktawiana nad Antoniuszem, odniesione przy poparciu żydostwa, przynosi żydom nowe swobody i przywileje w Aleksandrii, Rzymie i Azji Mniejszej. Herod przed upadkiem Antoniusza przechodzi oczywiście na stronę silniejszego i otrzymuje od Oktawiana potwierdzenie swego królestwa. Upamiętnia swe rządy wspaniałą rozbudową świątyni jerozolimskiej.

Nienawiść faryzeuszów do taktyki hellenistów posunęła się aż tak daleko, że po jego śmierci wysłali do Oktawiana deputację, by go poprosić o pozbawienie Judei niepodległości i wcielenie jej do Syrii w charakterze rzymskiej prowincji z zachowaniem samorządu. Pięćdziesięciu najprzedniejszych mężów Judei wchodziło w skład deputacji, a cała rzymska kolonia żydowska orędowała za jej życzeniem. Mimo to jednak Oktawian nie ustąpił i zachował Judei niepodległość. Czy przyjaźń dla żydów aż tak mu wrosła w serce, że na przekór ich żądaniom uszczęśliwił ich nadal niepodległym państwem? A może właśnie bał się iść na rękę tym właśnie, którzy żądali wcielenia Palestyny do państwa rzymskiego, a równocześnie podziemnie patronowali spiskom i rewolucji? Po kilku latach jednak faryzeusze postawili na swoim i Judea stała się prowincją rzymską (6 po Chr.).

Opowieść, jakoby Rzym pozbawił żydów niepodległego państwa, jest więc historyczną legendą. To właśnie przedstawiciel Rzymu bronił przed nimi bezskutecznie przez kilka lat niepodległości Judei, a odebranie jej niepodległości było koncesją dla faryzeuszów.

Partia antyhellenistyczna opierała się na tajnych związkach, przede wszystkim na „pobożnych” (Asydejczykach, chassidim), których zewnętrzną przesłoną byli faryzeusze. Za Heroda odłam skrajny „pobożnych” organizuje się w związki „zelotów” czyli żarliwców; na czele ich staje Juda Galilejczyk. Są to organizacje partyzanckiej walki zbrojnej z Rzymianami, a na zewnątrz ukrywają się pod hasłami republikańskimi (przeciw dynastii Herodiadów).

Zeloci są właściwymi inicjatorami zbrojnych powstań żydowskich. Oni starają się przeszkodzić gwałtem zarządzonemu przez Rzym spisowi ludności. Utrzymują najściślejsze stosunki z żydami babilońskimi, którzy pod osłoną rządów Partów (Persów) mogą bezkarnie podżegać do nienawistnych wystąpień przeciw Rzymowi. Wszak Rzym z Partami był w ustawicznej wojnie.

Wrzenie podziemne wzrasta. Jak zwykle w ugrupowaniach tajnych i skrajnych odrywa się od zelotów jeszcze skrajniejsze skrzydło, „sykariusze”. Trudnią się oni po prostu bandytyzmem i sianiem anarchii w kraju; jednakowoż celem ich jest wywołanie „ruchawki” rewolucyjnej.

Żydzi w stosunku do Rzymian i Greków są stroną napadającą. Uderzają podstępnie, z ukrycia, jak właśnie ci sykariusze, albo tam gdzie czują się w przewadze. Sykariusze nadają stopniowo kierunek taktyce „zelotów”. Zaczynają od pogromu Samarytan.

Rewolucjoniści nie ograniczają swej działalności do Palestyny. W Cezarei za Nerona uderzają nagle na ludność grecką, lecz zostają odparci. W Aleksandrii powiodło się im gorzej, bo w odwecie za napad żydów na ludność nieżydowską namiestnik cesarski Tyberiusz Aleksander kazał legionom uderzyć na dzielnice żydowskie i sprawił rzeź.

Ernest Renan (żyd) w swej „Historii Izraela” pisze z całą słusznością: „Antysemityzm nie jest wynalazkiem naszych czasów i nigdy nie był bardziej płomienny, jak w ostatnim wieku przed naszą erą… W Aleksandrii, w Antiochii, w Małej Azji, w Cyrenajce, w Damaszku walka między żydami a nieżydami była rzeczą stałą. Rozpoczyna się czas nienawiści religijnych i nie można zaprzeczyć, że te objawy nienawiści były zazwyczaj prowokowane przez żydów”.

Gdy więc Neron, ulegając naciskowi opinii, pozbawił w końcu żydów praw obywatelskich, to wybuch powstania w Judei stał się iskrą, rzuconą lekkomyślnie na prochy. Również wódz wojsk rzymskich, Tytus, inspirowany przez swoją kochankę, żydowską księżniczkę Berenikę, która nie odstępowała od jego boku podczas kampanii, musiał jednak ulec nastrojowi swoich żołnierzy i rzymskiej racji stanu.

Wódz rzymski przy oblężeniu Jerozolimy za podszeptem Bereniki każe oszczędzać świątynię, nie może jednak powstrzymać swych żołnierzy w czasie zwycięskiego szturmu i rzucona ręką nieznanego sprawcy żagiew płonąca wpada do świątyni, a triumfujące szeregi, wbrew osobistej interwencji Tytusa niecą w niej pożar. Jerozolima obrócona została w kupę gruzów.

Odtąd cały Izrael zaprzysiągł Rzymowi wiekuistą nienawiść. Rzymowi w każdym czasie i w każdej postaci. Ta nienawiść i chęć zemsty stała się odtąd dla Izraela istotnym składnikiem jego religii politycznej.«

Henryk Rolicki w swojej książce opierał się przeważnie na opracowaniach żydowskich historyków, więc niczego nie wymyślał. W zasadzie ten powyższy cytat w zupełności wystarcza, by uświadomić sobie, czym jest żydowska natura, jak oni działają. Nie było możliwości, by Rzym zadowolił Żydów. Skoro oni dzielą się na niby wrogie sobie stronnictwa, z których jedno chce niepodległości od Rzymu, a drugie – wprost przeciwnie, to musi dojść do konfliktu. Wystarczy byle jaki powód, by wzniecić powstanie czy wojnę. No bo przecież spis ludności, to nie jest powód do wywoływania powstania. A skoro im się nie podobał spis, to po co godzili się na uzależnienie od Rzymu. Tak wygląda logika żydowska i nie ma takiego, który by ich zadowolił. Po to ona właśnie taka jest. I obecnie jest tak samo. To oni uraczyli nas tą „pandemią” i to oni organizują te wszystkie protesty.

Żydzi nie mieli powodu, by pałać nienawiścią do Rzymu, więc musieli taki powód stworzyć. Imperium Rzymskie zostało w dużym stopniu zbudowane w oparciu o wojsko, o sprawne i zdyscyplinowane wojsko. Bez tego nie ma mowy o podbojach i utrzymaniu w ryzach ludności zamieszkującej zdobyte tereny. Czy możliwe jest więc, że żołnierze rzymscy w trakcie zdobywania Jerozolimy okazali się tak niezdyscyplinowani? Dlaczego w 61 r. p.n.e. Pompejusz, po zdobyciu Jerozolimy, nawet nie tknął jej skarbca, a żołnierze okazali się zdyscyplinowani? A w 70 r. n.e. było inaczej? Ktoś podrzucił płonącą żagiew, a żołnierze wzniecają pożar. A gdyby tego nie zrobili, to nie byłoby powodu do nienawiści. A może ktoś postarał się, by taki powód był. Po tym, czego Żydzi dokonali wcześniej, nie można wykluczyć, że to oni sami podpalili tę świątynię. Jej unicestwienie to był faktyczny koniec państwa żydowskiego w Palestynie i tamtejsi Żydzi rozproszyli się po świecie. Życie w diasporze to chyba jedyny dla nich stan do przyjęcia, stan, w którym w pełni mogą żerować na innych nacjach.

Może tak miało być. Wszak 70 lat wcześniej pojawił się mesjasz, który głosił zupełnie nową religię, którą należało rozpowszechnić wszędzie, gdzie się dało, zaczynając od Rzymu. Trzeba było też ją w pełni kontrolować i nienawidzić jej wyznawców. Nowa religia była skierowana do ubogich, których Żydzi również chcieli sobie podporządkować. I niby stąd konflikt, jak również z powodu różnic „ideologicznych”. Według tej religii Bóg objawia się w trzech postaciach: Boga Ojca, Syna i Ducha Świętego. Człowiek posiada duszę, która jest nieśmiertelna. To tylko niektóre z dogmatów tej nowej religii. Wraz z nią pojawiły się sekty, które je podważały. Najważniejszą z nich w tym początkowym okresie był arianizm. Henryk Rolicki tak o niej pisze:

»Teza ariańska była przekreśleniem pojęcia Trójcy i zwrotem w kierunku judaistycznie pojętego monoteizmu, który wzdragał się przed przyznaniem Chrystusowi Boskości, a godził się co najwyżej na przyznanie mu roli proroka lub Mesjasza, to jest człowieka, objawiającego wolę Boga. Te próby pogodzenia chrześcijaństwa z odmówieniem Chrystusowi Boskości miały miejsce przed powstaniem arianizmu.

Sam Ariusz, kapłan z Aleksandrii, sprawca rozłamu w Kościele, pochodził z Cyrenajki (dzisiejszy Trypolis), a więc z kraju, w którym ludność żydowska stanowiła przeważającą większość. Epifaniusz, pisarz prawosławny XVII w. tak opisywał Ariusza: „Ariusz miał wszystkie przymioty węża niebezpiecznego, a powierzchowność tak układną, że dzięki niej snadnie uwodził ludzi prostodusznych i łatwowiernych”.

Rozłam w Kościele, wywołany przez arianizm, wstrząsnął Kościołem głęboko, nie mniej niż reformacja w tysiąc lat później. Całe stulecia wypełniły walki zbrojne o religię, podczas których arianie zdobywali kościoły i zdzierali wizerunki i obrazy. W tym obrazoburstwie przejawił się znowu widoczny wpływ judaizmu, zakazującego – jak wiadomo – plastycznego przedstawiania Jehowy i ludzi. Dlatego przecież sztandary z wizerunkiem cesarzy rzymskich były obrazą wierzeń żydowskich i grzeczne hufce rzymskie omijały na ogół Judeę, aby wizerunkami nie drażnić ludności.

Arianizmowi przypadła smutna rola polityczna w upadku cesarstwa rzymskiego. Wszak Rzym za Konstantyna, poszukując za wszelką cenę ostoi w jedności religijnej, zdecydował oprzeć się na chrześcijaństwie. Chrześcijaństwo miało państwu dodać sił w rozpaczliwej walce z najazdami barbarzyńców, z tzw. wędrówką ludów. I wtedy właśnie jakieś ciemne siły rozdzierają jedność chrześcijaństwa.

Zdawał sobie sprawę z doniosłości tej groźby cesarz Konstantyn, gdy osobiście brał udział w soborze nicejskim, mającym rozstrzygnąć spór (325 r. po Chr.). Wystosował nawet list do obu stron, w którym pisał: „Powróćcie mi dnie spokojne i noce od trosk wolne… Jak długo bowiem naród Boży pozostanie rozdzielony walką zbyteczną, a zgubną, ja nie będę mógł się uspokoić”.

Sobór potępił doktrynę Ariusza, lecz ten nie ugiął się i zorganizował potężne odszczepieństwo. Sam Konstantyn chwiał się na obie strony i raz popierał prawowiernych chrześcijan, to znowu pod koniec życia wziął stronę arian. Po nim cesarze jedni stali przy Kościele, to znów inni byli arianami. Zwłaszcza ludy barbarzyńskie, które osiedlały się na terytoriach cesarstwa, jak Gotowie, Wandale przyjmowały arianizm.

Cesarz Teodozjusz Wielki stanął po stronie Kościoła, lecz nie zdołał stłumić arianizmu. „Można było mieć nadzieję, że triumf chrześcijaństwa da w wyniku ustalenie jedności moralnej i religijnej cesarstwa. Powstanie i wspaniałe powodzenie, jakie miała herezja ariańska, zniszczyły tę nadzieję”. – Leon Homo, L’empire romain.

Chrześcijaństwo i cesarstwo rzymskie, oba znienawidzone przez żydów, za jednym zamachem otrzymały cios potężny. I gdziekolwiek odtąd przyjrzymy się panowaniu arian, są oni zdecydowanie przyjaciółmi żydów. Arianizm przetrwał aż do VI w. po Chrystusie.«

A więc mamy konflikt: czy można przedstawiać Boga na obrazach, czy – nie. Można by zapytać: a co w tym jest złego? Może więc wypada pójść o krok dalej. Wypada i wypada zacytować fragment z monumentalnego dzieła E.H. Gombricha O sztuce:

»O wiele trudniejsza i bardziej złożona okazała się dekoracja bazylik, gdyż pojawił się tu problem rzeźby lub obrazu i jego funkcji w kulcie religijnym. Sprawa ta wywołała bardzo gwałtowne spory. Wszyscy niemal chrześcijanie byli zgodni co do jednego: zakazu ustawiania posągów w domu Bożym. Rzeźby zbyt przypominały bożki i pogańskie idole potępione w Biblii. Umieszczenie na ołtarzu posągu Boga lub jednego ze świętych wydawało się niedopuszczalne. W jaki sposób mieliby nieszczęśni poganie, których dopiero co nawrócono na nową wiarę, pojąć różnicę między starymi wierzeniami a religią chrześcijańską, gdyby tego rodzaju wizerunki oglądali w kościołach? Mogliby uznać, iż taka statua rzeczywiście „przedstawia” Boga, tak jak rzeźba Fidiasza w powszechnym mniemaniu wyobrażała Zeusa. Wówczas zrozumienie idei jedynego, wszechmogącego i niewidzialnego Boga, na którego podobieństwo zostaliśmy stworzeni, byłoby dla nich jeszcze trudniejsze. Chociażby wszyscy gorliwi chrześcijanie wyrazili sprzeciw wobec monumentalnych posągów o wyglądzie człowieka, ich koncepcje na temat malarstwa religijnego różniły się zdecydowanie. Niektórzy uznali obrazy za użyteczne, gdyż przywoływały w pamięci wiernych nauki, jakie otrzymali, i ożywiały w wyobraźni epizody z życia świętych. Taka opinia panowała przede wszystkim w łacińskiej, zachodniej części rzymskiego imperium. Postawę tę reprezentował też żyjący pod koniec VI w. n.e. papież Grzegorz Wielki. Przeciwnikom malarstwa przypominał, że wielu członków Kościoła nie potrafi czytać, ani pisać i że do celów edukacyjnych wyobrażenia plastyczne są bardzo użyteczne. „Obraz jest bowiem tym dla ludzi prostych, czym pismo dla ludzi umiejących czytać”, podkreślał.«

Tak więc można, według chrześcijan, przedstawiać Boga na obrazach, ale rzeźbić nie można. Kościoły wschodnie idą o krok dalej, bo według nich można malować Boga, ale tylko w określony sposób. Jedni twierdzą, że nie wolno w żaden sposób przedstawiać wizerunku Boga, inni – że można na obrazach, jeszcze inni, że można, ale tylko w określony sposób. I jest to przedmiotem sporów, wrogości i agresji. Czy to już dom wariatów? Jakoś trzeba było podzielić tych ludzi, by skakali sobie do oczu i spierali się o sprawy zupełnie bez znaczenia. Różnice religijne i wyznaniowe dzielą ludzi jeszcze bardziej niż polityka.

Źródło grafiki: Wikipedia.

W 476 roku n.e. upada cesarstwo zachodniorzymskie. W latach 481-814 rozwija się Imperium Franków. Ten okres, od V do IX wieku, to tzw. wieki ciemne. Tak go nazwano ze względu na niewielką ilość zachowanych informacji. Jakoś tak dziwnie się stało, że zniknęli arianie. Według Rolickiego w VI wieku. Zajmowali taki wielki obszar i rozpłynęli się. A może musieli zniknąć na pewien czas. W 732 roku Karol Młot w bitwie pod Poitiers pokonuje Arabów nasłanych przez Żydów. Chyba ci ostatni nie wysyłaliby Arabów na arian, tak im przecież bliskich ideowo. W 800 roku Karol Wielki otrzymuje z rąk papieża Leona III tytuł cesarza rzymskiego. Po jego śmierci w 814 roku jego imperium rozpada się. Następuje okres rozwoju Kościoła katolickiego. Świadczą o tym imponujące katedry średniowieczne. Najwyraźniej Żydzi pozwolili, by „przeciwnik” nabrał siły do dalszej walki.

Ruch rewolucyjno-religijny wybucha na wielką skalę pod koniec XII wieku w południowej Francji. Pojawia się tam sekta waldensów, czyli albigensów. Południowa Francja nie była jeszcze wtedy częścią królestwa francuskiego, lecz stanowiła dzierżawy kilku drobnych władców, wśród których wyróżniali się hrabiowie Tuluzy. Żydzi w południowej Francji mieli duży wpływ na ludność i byli dopuszczani do urzędów, podobnie jak w sąsiedniej Hiszpanii. Mieli tam też swoje uczelnie talmudyczne.

Nauka albigensów dotarła ze wschodu, jako sekta manichejczyków, pochodzących z pierwszych wieków chrześcijaństwa i wywodzących się od Manesa z Aleksandrii, który prawdopodobnie był Żydem. Posiadali oni dwa biskupstwa w Tuluzie i w Albi. I stąd ich nazwa. Feliksa Eger w książce Historia towarzystw tajnych tak opisuje tę sektę:

»W III wieku powstał manicheizm. Twórcą nauki tej był Manes lub Manicheusz pochodzący z Persji, a według Efraima, z Chaldei. Dzieckiem będąc, kupiony został jako niewolnik przez bogatą wdowę z Ktezifonu w Babilonie. Wdowa upodobała sobie chłopczynę, wychowała go jakby własnego syna, obdarzyła wolnością i pozostawiła mu cały swój majątek. Wraz z innymi odziedziczonymi przedmiotami dostała mu się księga, którą przeczytał, przetłumaczył i poczyniwszy w niej pewne zmiany podał za swoją. Odtąd zaczął wykładać przyswojone teorie, a zmieniwszy imię Kurbikusa na Manesa, ogłosił się Parakletem (Duchem św.), przyobiecanym przez Jezusa Chrystusa. W swoim systemie religijnym Manes wyłożył jaśniej naukę o dwóch początkach: światłości i ciemności, będącej podstawą gnostycyzmu, z którym zapoznali go magowie Persji. Manichejczycy czcili gwiazdy i słońce, nie tylko jako symbol światłości wiecznej, ale jako materię Boga samego. Potępiali wszelkie prawo, wszelką władzę, jako dzieło złego początku… Napadali stanowczo na prawo własności i nauczali według świadectwa św. Epifaniusza i św. Augustyna, że nie można mieć żadnej własności, ani domu, ani pola, ani czegokolwiek innego… Mosheim, pisarz protestancki, twierdzi, że i magia wchodziła w zakres manicheizmu, jako konieczny wynik wiary w dwojaki początek.

Manichejczycy dzielili się na trzy kategorie: słuchaczy, czyli wierzących, wybranych i doskonałych. Do jakiejkolwiek należał kto kategorii, zobowiązywał się zachować sekret przysięgą, której złamać pod żadnym pozorem nie było wolno. Prawo pozwalało nawet krzywoprzysięstwem wyłamać się od zdradzenia tajemnicy. Poznawali się manichejczycy między sobą jako dzieci światłości po pewnych znakach, wyrazach, hasłach, dotknięciu rąk lub łona… S. Leon tak się o nich wyraża: Prawem ich – łakomstwo, religią – szatan, ofiarą – czyny bezecne. „Uczniowie Manesa, pisze B. Redares, rozszerzyli naukę swą na całym Wschodzie; gnostycy, kopci i inne sekty Egiptu i Asyrii złączyły się z nimi i utworzyły jedno stowarzyszenie religijne”.«

Albigensi rozwydrzyli się do tego stopnia i stali się tak groźni dla porządku społecznego, że papież Innocenty III ogłosił przeciw nim krucjatę w 1208 roku. Walka z nimi, pod wodzą Szymona de Montfort, toczyła się przez kilkanaście lat. Sobór w Tuluzie w roku 1229 ustanowił sądy inkwizycyjne przeciw członkom tego tajnego związku. Główną rolę w tych sądach odegrał zakon dominikanów. Inkwizycja zwróciła się też przeciw Żydom, którzy byli inspiratorami i organizatorami kacerstwa, czyli odstępstwa od kościoła rzymskokatolickiego.

Po wypędzeniu z południowej Francji sekta ta przeniosła się do Niderlandów jako sekta beghardów. Pojawiła się też ona we Francji, Niemczech i Anglii. We Flandrii, jako beghardzi, wywołali zbrojne powstanie w 1358 roku. We Francji działali jako „bracia i siostry wolnego ducha”, w Anglii jako lollhardzi, we Włoszech jako „bracia apostolscy”, w Czechach jako husyci. W Anglii w 1381 roku lollhardzi wywołali krwawy bunt chłopski. Powstańcy zdobyli nawet Londyn i zamordowali arcybiskupa.

Jednak najgroźniejszy dla Kościoła i porządku społecznego wybuch miał miejsce w Czechach. Henryk Rolicki tak to opisuje:

»Po spaleniu Husa na stosie organizacje beghardów w Czechach, odtąd zwane husyckimi, rozpadły się na kilka ugrupowań, z których najskrajniejszym byli taboryci, sekta jawnie komunistyczna. Założyła ona miasto na pagórku na rzeką Łuźnicą i w języku Starego Testamentu nazwała je Tabor. Mieszkańcy Taboru byli znowu przeważnie tkaczami. Taboryci głosili, że sam Bóg (Jehowa Starego Testamentu) ma królować nad ludźmi, zaś ludowi (Izraelowi Starego Testamentu) należy oddać władzę na ziemi. Domagali się zburzenia kościołów i zniesienia władzy monarchicznej, ceł i podatków i na cztery niemal wieki przed rewolucją francuską szermowali hasłem równości. Znieśli również u siebie własność prywatną i wprowadzili wspólność kobiet, proklamując zniesienie rodziny.«

To wszystko działo się w czasie gdy Kościół katolicki był najsłabszy. Był to więc moment, w którym można było go całkowicie zniszczyć, gdyby Żydom faktycznie o to chodziło, ale chyba nie chodziło. Zupełnie jak po upadku Rzymu, gdy arianie opanowali całą jego zachodnią cześć. Zostali jednak usunięci. Henryk Rolicki tak to opisuje:

»Jest rzeczą godną uwagi, że wybuch ruchów reformatorskich ma miejsce wówczas, gdy stan rozprzężenia w Kościele katolickim ma się już ku końcowi. Ruch Wycleffa i husytyzm, który wystąpił w czasie najdalej posuniętego rozkładu w Kościele, znajdującego wyraz w tzw. schizmie zachodniej i w równoczesnym panowaniu dwóch lub trzech papieży, nie wstrząsnął podwalinami organizacji kościelnej, podczas gdy wystąpienia Lutra i Zwingliego, przypadające na okres, w którym Kościół odzyskiwał już swą wartość moralną i organizacyjną, doprowadziły do zupełnego rozłamu w świecie chrześcijańskim.

„Gdyby ruch reformacyjny był rzeczywiście skutkiem oburzenia moralnego na zgniliznę papiestwa, jak w nas wmawiają ideologiczni dziejopisarze protestantyzmu, to ruch Wycleffa właśnie w czasie schizmy powinien był rozwinąć się najszerzej, gdyż wtedy papiestwo upadło najniżej pod względem moralnym”. – Karol Kautsky, Historia komunizmu.

A tymczasem generalny atak na Rzym i jego powagę moralną został wykonany i przeprowadzony skutecznie z górą w sto lat później, gdy tymczasem na terenie Hiszpanii zaszły wypadki, stawiające żydostwo w położeniu tragicznym. Rozwijający się ruch reformacyjny obniżał powagę katolicyzmu i chrześcijaństwa w ogóle, a tym samym dyskredytował moralnie inkwizycję, był więc żydom niezmiernie na rękę. Czy trudno przypuścić, że maczali w tym palce?«

Reformację poprzedza ruch humanistyczny, który stanowi swego rodzaju przygotowanie ideologiczne. Rolicki tak o nim pisze:

»Już od XIII wieku rozwija się we Włoszech prąd humanizmu, nawiązujący ideologicznie do spuścizny świata starożytnego. Upadek Konstantynopola w r. 1453 i ucieczka uczonych bizantyńskich do Włoch, podsyca ten prąd, dzięki odkryciu rękopisów starożytnych. Humanizm staje się ruchem propagującym indywidualizm, a więc usposabiającym jednostkę niechętnie w stosunku do jakichkolwiek więzów karności społecznej czy religijnej.

Liczni marrani, uciekający z Hiszpanii przed inkwizycją, znajdowali dostęp do życia umysłowego we Włoszech, a od wypędzenia z Hiszpanii także żydzi. Występują oni pod imionami i nazwiskami włoskimi, przeinaczonymi z hebrajskiego tak dalece, że trzeba głębokich studiów, by odnaleźć w danym imieniu włoskim dawne hebrajskie brzmienie.

Ruch humanistyczny do ostrości doprowadził konflikt pomiędzy wiedzą i wiarą. Wykazując, że postępy wiedzy godzą w dogmatykę katolicką, osłabił autorytet Kościoła i starał się religię zepchnąć na teren pozarozumowy, a więc pozbawić podpory, jaką jej dawała średniowieczna filozofia scholastyczna. Powoli stawał na gruncie wolności myślenia w zakresie religijnym, dając podstawy umysłowe reformacji, a później w XVII i XVIII wieku racjonalizmowi i tzw. religii naturalnej lóż wolnomularskich.

Ciekawe, że te ogniska uczonych, indywidualistów i intelektualistów, były również kołami, w których zajmowano się astrologią, a nawet magią. Astrologami byli w przeważającej większości żydzi, którzy tę wiedzę tajemną przynieśli z Azji. Na dworach panujących i magnatów, w kołach uczonych astrologowie odgrywają rolę doniosłą i od ich horoskopów zależały często decyzje pierwszorzędnej wagi.

I tak, jak później w lożach wolnomularskich XVIII w., tak i teraz kult rozumu i wiedzy idzie ramię w ramię z wiarą w zabobony, gusła i obrzędy magiczne.«

Po co to wszystko? Czy rzeczywiście spory o wizerunek Boga, czy jego brak, są tak ważne dla przeciętnego człowieka? Czy to, że Bóg występuje pod jedną postacią, czy – w trzech, jest powodem do sporów i kłótni? Czy to, że ktoś zadowala się dogmatami, a inny sam chce czytać i interpretować Biblię, ma jakieś znaczenie? Przecież większość z tych, którzy czytają Biblię i tak nic z tego nie rozumie. Co to ma za znaczenie dla zwykłego człowieka? Jego celem na tym świecie jest spłodzenie potomstwa, jego wychowanie, bycie użytecznym, poprzez swoją pracę, dla innych i to wszystko. Po co skakać sobie do oczu i nienawidzić innych tylko dlatego, że ktoś inny ma inny system wartości, czy jest innego wyznania czy religii. Dlaczego ktoś, kto uważa się za racjonalistę, uważa wierzących za zacofanych, a sam jednocześnie wierzy w gusła, magię, astrologię? Dom wariatów? Wariaci są na wolności, a normalni w szpitalach psychiatrycznych. Chyba nie ma w tym wielkiej przesady? Może trochę, ale chyba nie za dużo.

Bogactwo

Pojawiają się od czasu do czasu głosy, które ostrzegają nas przed hiperinflacją. No bo skoro drukuje się, czy kreuje się elektronicznie tak dużo pieniędzy, to znaczy, że kiedyś ta bańka musi pęknąć. Ale to zadłużanie państw trwa już od 40 lat i nadal to wszystko jakoś funkcjonuje. No właśnie! Jakoś! Mało kto zadaje sobie pytanie, dlaczego tak się dzieje. Większość woli nas straszyć. Niektórzy z nich robią to zupełnie bezinteresownie, a niektórzy mają w tym własny interes. Tymi, którzy mają interes są m.in. ci, którzy sprzedają złoto i srebro bulionowe, czyli takie w sztabkach o różnej wielkości i ciężarze. To jest ich biznes i trudno się im dziwić.

Na powyższym wykresie widać jak przyrastał dług publiczny USA na przestrzeni ostatnich 40 lat. Posłużyłem się danymi dla tego kraju, bo tam skala zjawiska jest największa i stamtąd pochodzi zdecydowana większość najbogatszych na świecie ludzi, co nie oznacza, że w innych krajach jest inaczej. Jest tak samo, tyle że na mniejszą skalę. Wykres pochodzi z portalu Bankier.pl.

Wiadomo, że rynkami finansowymi rządzą Żydzi. Mogą więc, przykładowo, przeznaczać pieniądze z funduszy inwestycyjnych i emerytalnych na zakup obligacji skarbu państwa. Im bogatszy w różne instrumenty finansowe rynek, tym łatwiej dokonywać na nim różnych operacji, często na granicy prawa, a nawet poza nią. Łatwiej też jest wprowadzić na taki rynek pieniądze pochodzące ze zwykłego dodruku. Nawet wymyślili sobie nazwę na to drukowanie – luzowanie ilościowe (quantitative easing). Ładnie nieprawdaż?

Ilość miliarderów i wartość ich majątków w bilionach dolarów w ciągu ostatnich 20 lat przedstawiała się następująco:

  • 2020 – 2.095 – 8,0
  • 2019 – 2.153 – 8,7
  • 2018 – 2.208 – 9,1
  • 2016 – 1.810 – 6,5
  • 2013 – 1.426 – 5,4
  • 2010 – 1.011 – 3,6
  • 2009 – 0.793 – 2,4
  • 2008 – 1.125 – 4.4
  • 2004 – 0.587 – 1,9
  • 2000 – 0.470 – 0,9

Widać więc z tego zestawienia kryzys roku 2008. Rekordowym był rok 2018. Dwa kolejne lata to lekki spadek. Uwzględnieni są tylko miliarderzy. Podejrzewam jednak, że milionerów przybyło znacznie więcej. Zestawiając dynamikę przyrostu długu USA do dynamiki przyrostu ilości ludzi bogatych i ich majątku, nie sposób nie zauważyć korelacji tych dwóch trendów. W angielskiej Wikipedii można przeczytać:

W 2018 roku na liście znalazła się rekordowa liczba 2208 osób, w tym 259 nowych, głównie z Chin i USA; były 63 osoby poniżej 40 roku życia i rekordowa liczba 256 kobiet. Średnia wartość netto tej listy wyniosła 4,1 miliarda USD, co oznacza wzrost o 350 milionów USD w porównaniu z 2017 r. W sumie łączna wartość netto miliarderów w 2018 r. wyniosła 9,1 bln USD, w porównaniu z 7,67 bln USD w 2017 r. Do 2018 r. założyciel firmy Microsoft Bill Gates był na szczycie listy 18 razy z ostatnich 24 lat, podczas gdy założyciel Amazona Jeff Bezos po raz pierwszy znalazł się na szczycie i został pierwszym 100 miliarderem uwzględnionym w tym rankingu. W 2017 roku Mark Zuckerberg był jedyną osobą na szczycie listy 10 miliarderów w wieku poniżej 50 lat i jedyną na liście 20 miliarderów poniżej 40 roku życia.

Według raportu Bloomberg News w 2017 roku 500 najbogatszych ludzi na świecie wzbogaciło się o 1 bilion dolarów. Według raportu Oxfam z 2017 r. Ośmiu największych miliarderów posiada tyle samo łącznego bogactwa co „najbiedniejsza połowa ludzkości”. Całość tu: https://en.wikipedia.org/wiki/The_World%27s_Billionaires.

Bloomberg – ładna nazwa. Góra kwiatów, kwiecista góra – tak chyba można by przetłumaczyć tę nazwę; die Blume – kwiat, der Berg – góra. Ładnie się nazywają. Tak jak Marek Edelman – szlachetny mężczyzna: edel – szlachetny, der Mann – mężczyzna. Byli też tacy jak Goldberg, Goldstein, Silberstein, Rubinstein, Edelbaum (szlachetne drzewo) i pospolici – Einstein, Zuckerman itp. Ale i u nas zdarzali się podobni – Złotopolski. Był nawet taki serial – Złotopolscy. To jedni z tych, którzy byli w XIX wieku właścicielami cukrowni na Ukrainie.

Jeśli ośmiu najbogatszych ludzi świata posiada tyle, co jego biedniejsza połowa, to znaczy, że dokonuje się, na niespotykaną dotychczas skalę, transfer pieniądza. Te pieniądze nie trafiają do wszystkich, tylko do nielicznych i dlatego nie ma hiperinflacji. Prawdopodobnie wszystkie największe korporacje należą do tych ludzi. A one nie płacą żadnych podatków. Co więcej, wiele rządów zachęca je do inwestowania w ich krajach, oferując im dodatkowe korzyści w postaci przyznawania gruntów i nieruchomości na działalność gospodarczą. Są też zapewne zachęty, o których my nigdy nie dowiemy się. A wszystko za to, że zatrudnią setki ludzi, a tysiące stracą pracę z powodu niemożności konkurowania z wielkimi firmami. Rządy, rezygnując z podatków od korporacji, uszczuplają swoje dochody. Ludzie, którzy tracą pracę również nie płacą podatków. Budżety stają się permanentnie deficytowe. Rządy muszą zaciągać kredyty, których nie są w stanie spłacać. W związku z tym muszą zaciągać kolejne i tak rośnie dług. Im więcej korporacji i ich władzy, tym mniejsze dochody rządów i mniej ich władzy, a właściciele korporacji coraz bogatsi. Wszystko zmierza ku temu, że ta koncentracja kapitału w rękach nielicznych będzie powiększać się. Gdy większość bogactwa przejdzie w ich ręce, to wtedy powstanie rząd światowy. Nie muszę chyba dodawać, że „pandemia” jest kolejnym etapem na drodze do utrwalania tych nierówności.

To jest kradzież – bogacenie się na wprowadzaniu do obiegu pustego pieniądza i kosztem tych, którzy nie mają do niego dostępu. Dzięki temu, że dolar jest walutą światową i tam mają siedzibę największe korporacje, okradany jest cały świat. Pomysłowość Żydów nie zna granic. Podobno ma być wprowadzony podatek katastralny, którego wartość rosłaby wraz z przyrostem wartości nieruchomości. Nie jest to oczywiście nic nowego, ale przy takim tempie przyrostu pieniądza, trafiającego do stosunkowo nielicznych, może to być problemem dla wielu właścicieli nieruchomości.

Jeszcze nie tak dawno temu można było usłyszeć narzekania rządu, że na wiele rzeczy nie ma pieniędzy, aż tu raptem stał się cud. Cud na Wisłą! Może i nadal nie ma pieniędzy na wiele rzeczy, ale na wszystko, co wiąże się z „pandemią” – są. Nie brakuje ich na budowę szpitali polowych i modułowych, nie brakuje na szczepionki, nie brakuje na wynagrodzenia dla tych wszystkich, którzy „walczą z pandemią”. Nie brakuje ich na opłatę za pobyt w luksusowych hotelach dodatkowego personelu. A skoro ich nie brakuje, to skąd rząd bierze te pieniądze? Odpowiedź może być tylko jedna – drukuje i kreuje elektronicznie. Ci, którzy uważają, że to z ich podatków, to się bardzo mylą. Żyjemy w zupełnie absurdalnej rzeczywistości.

Sierpień ’80

Grudzień ’70, Czerwiec ’76 i Sierpień ’80 łączy ten sam motyw – podwyżki cen żywności. Fakt ten świadczy o tym, że był to tylko pretekst. Gdyby to było autentyczne, to mądra władza, po Grudniu, nauczona doświadczeniem, już drugi raz nie postąpiłaby tak. A ona zrobiła to samo w czerwcu 1976 roku i znowu w sierpniu 1980 roku. A więc wyjątkowo głupia władza, która nie uczy się na błędach. Tak można by sądzić. Niestety, dla nas, władza nie jest wyjątkowo głupia, co najwyżej jest na usługach Żydów i masonów i musiała i musi słuchać ich rozkazów. Podwyżki cen żywności były wyjątkowo wygodnym instrumentem do wzniecania zamieszek i strajków, bo one mogły być powodem do strajku dla każdego zakładu, niezależnie od branży i miejsca, w którym był on zlokalizowany. W ten sposób mogły strajkować zakłady z całego kraju i z każdej branży. I strajkowały. Nie ma drugiego takiego powodu, który połączyłby wszystkich. Wszak wszyscy musimy jeść i to codziennie. Z pozoru bardzo racjonalny powód, ale tylko z pozoru, bo podwyżka cen żywności wcale nie musi wszystkich jednoczyć. To nie miało jednak znaczenia. Liczyły się pozory.

Sierpień ’80 został starannie przygotowany. Jesienią 1976 roku powstaje KOR. Jego członkami-założycielami byli m.in. Antoni Macierewicz, Jacek Kuroń, Piotr Naimski, Jan Józef Lipski, Ludwik Cohn. W 1978 roku powstają Wolne Związki Zawodowe Wybrzeża. Ich Komitet Założycielski został powołany 29 kwietnia 1978 roku przez Andrzeja Gwiazdę, Krzysztofa Wyszkowskiego i Antoniego Sokołowskiego. Aktywnymi działaczami byli m.in. Bogdan Borusewicz, Joanna Duda-Gwiazda, Anna Walentynowicz, Lech Wałęsa, Lech Kaczyński, Bogdan Lis.

Pierwsze strajki były reakcją na podwyżkę cen mięsa i wędlin. Ogłoszono ją 1 lipca. I jeszcze tego samego dnia wybuchły strajki m.in. w WSK PZL-Mielec, POMET w Poznaniu i Transbud w Tarnobrzegu. Bardzo się chłopcy spieszyli. 16 lipca wybuchły strajki w Świdniku i Lublinie. Oprócz żądań ekonomicznych po raz pierwszy pojawił się postulat nowych wyborów do oficjalnych związków zawodowych. Strajki te kończyły się obietnicami podwyżek płac. W lipcu strajkowało około 80 tysięcy osób w 177 zakładach pracy.

Najważniejszy strajk, zorganizowany przez Wolne Związki Zawodowe Wybrzeża, rozpoczął się 14 sierpnia w Stoczni Gdańskiej. Jego przywódcą był Bogdan Borusewicz, który dobrał sobie do towarzystwa paru robotników. Robotnicy, jak pisze Wikipedia, na zorganizowanym przez siebie wiecu żądają:

  • przywrócenia do pracy Anny Walentynowicz i Lecha Wałęsy
  • postawienia pomnika ofiar grudnia 70
  • zagwarantowania bezpieczeństwa strajkującym
  • podwyżki płac o 2 tysiące złotych
  • dodatku drożyźnianego i rodzinnego odpowiadających wysokości zasiłków funkcjonariuszy MO i SB

Do strajkujących przybywa Lech Wałęsa i obejmuje przewodnictwo strajku, który przybrał charakter okupacyjny.

16 sierpnia strajk omal nie zakończył się, ponieważ dyrektor stoczni Klemens Gniech zgodził się na spełnienie początkowych postulatów – przywrócenie do pracy Walentynowicz i Wałęsy, podwyżkę płac dla każdego zatrudnionego, budowę pomnika ofiar grudnia 1970 roku, gwarancje nietykalności dla strajkujących.

Wałęsa ogłosił koniec strajku, ale kilku członków komitetu strajkowego, m.in. Anna Walentynowicz, sprzeciwiło się, wzywając do strajku solidarnościowego z zakładami, które w tym czasie podjęły strajki. Utworzono Międzyzakładowy Komitet Strajkowy, w skład którego weszli przybyli do stoczni delegaci innych strajkujących zakładów.

Przewodniczącym MKS został Lech Wałęsa, a w skład prezydium weszli działacze WZZ. Prezydium MKS tworzyli: Lech Wałęsa, dwóch wiceprzewodniczących – Andrzej Kołodziej i Bogdan Lis – oraz Lech Bądkowski, Joanna Duda-Gwiazda, Wojciech Gruszecki, Andrzej Gwiazda, Stefan Izdebski, Jerzy Kmiecik, Zdzisław Kobyliński, Henryka Krzywonos, Stefan Lewandowski, Alina Pienkowska, Józef Przybylski, Jerzy Sikorki, Lech Sobieszek, Tadeusz Stanny, Anna Walentynowicz i Florian Wiśniewski.

Lista żądań powstała na podstawie postulatów strajkujących zakładów pracy, po gorących dyskusjach w gronie liderów strajku, m.in. Andrzeja i Joanny Gwiazdów, Bogdana Lisa, Aliny Pienkowskiej i Lecha Wałęsy (ostatecznie zredagował je Bogdan Borusewicz). 18 sierpnia kierownictwo MKS zdecydowało o podaniu treści postulatów do publicznej wiadomości.

Portal DZIEJE.PL tak opisuje tamte wydarzenia:

»Spisano 21 postulatów MKS; pierwszym i najważniejszym było utworzenie niezależnych od władzy i pracodawców związków zawodowych. Protestujący powoływali się na ratyfikowaną przez PRL konwencję nr 87 Międzynarodowej Organizacji Pracy, która gwarantowała wolność związkową. (Skąd robotnicy wiedzieli, że PRL ratyfikowała konwencję nr 87? – przyp. mój).

MKS domagał się też: prawa do strajku; wolności słowa, druku i publikacji; przywrócenia do pracy zwolnionych z powodów politycznych; podania w środkach masowego przekazu informacji o utworzeniu MKS i opublikowania listy postulatów; podjęcia działań na rzecz wyprowadzenia kraju z kryzysu; wypłacenia strajkującym wynagrodzenia za okres strajku; wzrostu płac o 2 tys. zł; gwarancji waloryzacji płac w stosunku do wzrostu cen i inflacji; pełnego zaopatrzenia rynku w artykuły żywnościowe; zniesienia cen komercyjnych i sprzedaży za dewizy w tzw. eksporcie wewnętrznym; doboru kadry kierowniczej według kompetencji, a nie przynależności partyjnej, w tym zniesienia przywilejów dla MO i SB; wprowadzenia kartek na mięso i przetwory do czasu opanowania sytuacji na rynku; obniżenia wieku emerytalnego; zrównania rent i emerytur “starego portfela” do aktualnie wypłacanych; poprawy warunków pracy służby zdrowia; zwiększenia liczby miejsc w żłobkach i przedszkolach; wprowadzenia płatnego, trzyletniego urlopu macierzyńskiego; skrócenia czasu oczekiwania na mieszkanie; podwyżki diet; wprowadzenia wszystkich sobót jako dni wolnych od pracy.

64 intelektualistów wystosowało apel do władz o podjęcie rozmów z MKS: “Apelujemy do władz politycznych i do strajkujących robotników, aby była to droga rozmów, droga kompromisu” – napisali. Dwóch z nich – Bronisław Geremek i Tadeusz Mazowiecki, którzy przywieźli apel do Stoczni Gdańskiej – weszło w skład utworzonej przy MKS komisji ekspertów. Tworzyli ją też: Bogdan Cywiński, Tadeusz Kowalik, Waldemar Kuczyński, Jadwiga Staniszkis i Andrzej Wielowieyski.

Pierwsze porozumienie między stroną rządową i strajkującymi podpisane zostało 30 sierpnia w Szczecinie. Strajki obejmowały już wówczas ok. 700 zakładów; brało w nich udział ok. 750 tys. osób. Władze zgodziły się na postulaty strajkujących, w tym na nowe związki zawodowe; MKS wyraził zgodę, by zamiast “wolne” związki określono jako “samorządne”.

Tego samego dnia V Plenum KC PZPR przyjęło do “zatwierdzającej wiadomości” podpisanie porozumienia szczecińskiego i zaakceptowanie projektu porozumienia gdańskiego.

31 sierpnia Wałęsa i Jagielski podpisali porozumienie gdańskie. MKS deklarował zakończenie trwającego dwa tygodnie strajku. Delegacja rządowa zgodziła się m.in. na utworzenie nowych, niezależnych, samorządnych związków zawodowych, prawo do strajku, budowę pomnika ofiar grudnia 1970, transmisje niedzielnych mszy św. w Polskim Radiu i ograniczenie cenzury. Przyjęto też zapis, że nowe związki zawodowe uznają kierowniczą rolę PZPR w państwie. Uroczystość transmitowała TVP.

Nadal strajkowały kopalnie na Górnym Śląsku. Rozmowy z MKS w kopalni Manifest Lipcowy rozpoczęła rządowa komisja, której przewodniczył Aleksander Kopeć. Prasa opublikowała protokoły porozumień szczecińskich i gdańskich.

3 września 1980 r. podpisano trzecie porozumienie – w Jastrzębiu na Górnym Śląsku, gdzie strajk rozpoczął się pod koniec sierpnia. Zakładało ono m.in. wprowadzenie w 1981 r. wszystkich wolnych sobót. Kopalnie wznowiły pracę.

Porozumienia nie przesądzały, jaką strukturę będą miały nowe związki. 17 września 1980 r. przedstawiciele Międzyzakładowych Komitetów Założycielskich (przekształconych z MKS) przyjęli statut, który rozstrzygał powstanie Niezależnego Samorządnego Związku Zawodowego “Solidarność” – jednego ogólnokrajowego związku o strukturze regionalnej. Na czele Krajowej Komisji Porozumiewawczej stanęli Wałęsa, jako przewodniczący, oraz Gwiazda. Jurczyk został przewodniczącym Zarządu Regionu Pomorze Zachodnie.

10 listopada 1980 r. Sąd Najwyższy zarejestrował NSZZ “Solidarność”. Wkrótce związek liczył niemal 10 mln członków (było to 80 proc. pracowników państwowych).«

Skala tego, co stało się w sierpniu 1980 roku, przerastała wszystko razem, co się w Polsce wydarzyło od 1956 roku. Można oczywiście wierzyć w to, że to wszystko było spontaniczne. Wtedy większość tak myślała i ja również. Człowiek młody ma ideały i w nie wierzy. Człowiek stary nie ma ideałów, więc, siłą rzeczy, nie może w nie wierzyć. Pozostaje chłodna ocena. Jak to było możliwe, że „podpalono” cały kraj? Po Grudniu nowa władza była bardziej tolerancyjna, bo zaciągnęła kredyty na Zachodzie i ten Zachód zaczął wtrącać się w polskie sprawy. A to prawa człowieka, prawa do zrzeszania się czy tworzenia różnych organizacji. Powstał KOR, powstały Wolne Związki Zawodowe Wybrzeża i takie same, nawet wcześniej, na Śląsku. Przeciętny Polak nawet nie podejrzewał, że były takie organizacje. Ale one były i robiły to, co ktoś wyżej im zlecił.

Wywołanie strajku ogólnopolskiego to wielkie wyzwanie, jakbyśmy to dziś powiedzieli, logistyczne. To wymagało zaangażowania wielu ludzi. Tych w zakładach pracy i tych z zewnątrz. Czy mogło się to odbyć bez cichego przyzwolenia kierownictwa tych zakładów? Ja rozumiem, że robotnicy jednego zakładu mogą się porozumieć i podjąć decyzję o strajku, ale robotnicy z całego kraju i do tego z różnych branż i tak szybko? Nie ma takiej możliwości. Coś takiego nie może się zdarzyć spontanicznie. To wymagało wielomiesięcznych przygotowań.

Jeśli, ze zdroworozsądkowego punktu widzenia, nie mogło to zdarzyć się spontanicznie, to znaczy, że ktoś to wcześniej dokładnie zaplanował. I zaplanował. W tym celu powstał KOR, a później Wolne Związki Zawodowe. Nie robotnicy tworzyli te organizacje i nie oni decydowali o ich programach. A jeśli nie robotnicy, to znaczy, że celem tych organizacji nie była poprawa ich losu, tylko coś innego. Dziś już wiemy, że tym celem była Polska, jej przyszły kształt i to, kto w niej będzie dominował.

Strajk w Stoczni Gdańskiej rozpoczął się 14 sierpnia. 16 sierpnia omal nie skończył się, gdy dyrekcja zgodziła się na spełnienie początkowych pięciu postulatów. Nie tak to zaplanowano i znaleźli się tacy, m.in. Anna Walentynowicz, którzy nie dopuścili do jego zakończenia. Trzeba było zredagować nowe postulaty, których władza nie będzie w stanie spełnić. Wystarczyły dwa dni i 18 sierpnia pojawiła się lista 21 postulatów. Po dwóch cyklach obrad z godziny 10-tej i 20-tej uzgodniono ich treść. Gdy czyta się je, to trudno oprzeć się wrażeniu, że były one już wcześniej zredagowane i jeżeli nawet dyskutowano nad nimi, to tylko po to, by sprawić wrażenie, że robotnicy mają na coś wpływ i że one od nich wyszły, i że dokonało się to właśnie podczas strajku.

Przy MKS utworzono komisję, w skład której weszli Bronisław Geremek, Tadeusz Mazowiecki, Bogdan Cywiński, Tadeusz Kowalik, Waldemar Kuczyński, Jadwiga Staniszkis i Andrzej Wielowieyski. Skąd oni się wzięli? Kto utworzył tę komisję? Skąd się wzięło tych 64 intelektualistów? To są pytania, na które nie ma odpowiedzi i nie będzie. Pozostają domysły. Zapewne wielu z tych ludzi było masonami. W każdym razie robotnicy nie mieli tu nic do gadania.

Sierpień ’80, jak wszystkie polskie przesilenia, był dziełem Żydów i masonów. Żydzi sami nie są wstanie wszystkiego ogarnąć i kontrolować, dlatego przysposobili ich sobie do pomocy. Ich sposoby działania są od wieków takie same i dlatego ich zdradzają. To jest jednak tylko widoczne dla tych, którzy zadają sobie trud, by poznać te sposoby działania.

Cechą charakterystyczną Sierpnia było to, że akcja była szybka i totalna. Nie minęły dwa miesiące, a cały kraj był pogrążony w strajkach. W książce Historia towarzystw tajnych Feliksy Eger, wydanej po raz pierwszy w 1894 roku, można znaleźć takie fragmenty, które zdradzają, że te scenariusze nie są niczym nowym. One są wykorzystywane od wieków.

»Rewolucja lipcowa nie była owocem jednej chwili, pracowano od dawna nad jej wywołaniem. Dupin starszy, mason wyższych stopni, należący do Loży Trynozofów, uczeń Ragona, mówił wtedy: „Nie sądźcie, żeby w przeciągu trzech dni dokazano tego wszystkiego. Jeżeli rewolucja z takim pośpiechem, tak nagle została wywołana, to dlatego, że ona nikogo nieprzygotowanym nie zastała… zdziałaliśmy ją w ciągu kilku dni, bośmy mieli klucz do jej organizacji, mogliśmy zatem niezwłocznie istniejący porządek innym zastąpić”.

Jeszcze jednym dowodem, że rewolucja z r. 1830 była wynikiem długich knowań (te długie knowania, to w naszym przypadku KOR i WZZ – przyp. mój), jest jednoczesne wywołanie jej w wielu państwach Europy. Kraje położone bliżej Francji najsilniej to odczuły i pierwsze stały się ogniskami zaburzeń. Już 26 sierpnia wybuchło powstanie w Belgii, z 28 na 29 sierpnia widzimy je w Verriers, 30 sierpnia w Akwizgranie, następnie w Juliaku i Elberfeldzie. 6 września widzimy ruchy w Kassel, a za nimi w Fuldzie, Felsbergu, Wolfhagenie, Hanau, pomimo że konstytucja elektoralna heska była najwolnomyślniejszą z ogłoszonych w Niemczech. Z Hesji Elektoralnej ruch się udzielił Hesji Darmstadzkiej. W początku września wybuchły także ruchy w Saksonii, a mianowicie w Lipsku i Dreźnie, następnie w Chemnitz, Freibergu, Frankenbergu, Stolbergu, Schneebergu, Krichbergu, Auersbachu, Plauen, Königsbergu, nareszcie we wszystkich prawie osadach Górnych Łużyc. W Brunświku przyszło do prawdziwej rewolucji, która skończyła się wygnaniem księcia panującego, Karola, 6 września. Hanowerczycy poszli także za przykładem współrodaków. Lüneburg, Hildesheim, Hanower, a następnie Getynga (8 stycznia 1831) są także widownią zaburzeń, od których i północne państwa niemieckie wolnymi nie były. W Hamburgu i Meklemburgu wybuchły niepokoje także we wrześniu. Z kolei przeniósł się ruch nawet do Wrocławia i Berlina.

Szwajcaria pomimo liberalnej formy swego rządu nie uniknęła losu państw sąsiednich. Już w sierpniu objawił się ruch we Fryburgu i Bernie, 12 września – w Argowii, w początkach października – w Targowii, 13 października w Zurichu.

Z państw włoskich najwcześniej ruch wywołanym został w Sardynii, jako najbliżej Francji położonej, lecz na ognisko powstania przeznaczone zostało Państwo Kościelne, Modena, Parma i Toskania. Miało ono wybuchnąć jednocześnie we wszystkich tych krajach na początku lutego 1831 r. Punktem centralnym miała być Bolonia.

Inne państwa Europy wolnymi od niepokojów nie były: Hiszpania, Portugalia, Grecja, Albania i Bośnia były ich widownią, największe jednak rozmiary przybrały one w Belgii i Polsce.«

10 listopada 1980 roku Sąd Najwyższy zarejestrował NSZZ „Solidarność”. Wkrótce związek liczył niemal 10 mln członków. Stanowiło to 80% wszystkich zatrudnionych. No właśnie! Słowo „solidarność” zostało wybrane nieprzypadkowo. Nieprzypadkowo też wśród tych 21 postulatów znalazł się ten, mówiący o zniesieniu przywilejów dla MO i SB. W cytowanej książce można przeczytać:

„Mówcie często, wiele i wszędzie o jego nędzy i jego potrzebach. Lud sam siebie nie zna, ale działająca część społeczeństwa przejmuje się uczuciami litości dla ludu i prędzej lub później weźmie się do dzieła. Uczone rozprawy nie są tu ani potrzebne, ani pożyteczne. Są słowa upajające, zawierające wszystko, które należy często powtarzać wobec ludu, jak: wolność, prawa człowieka, postęp, równość i braterstwo; lud zrozumieć je potrafi, zwłaszcza gdy im się przeciwstawi wyrazy: despotyzm, przywileje, tyrania, niewola itd. Cała trudność nie polega na tym, aby lud poznać, ale by go zjednoczyć.”

Tak więc udało się zjednoczyć lud w 1980 roku. Podobną próbę podejmuje się obecnie w związku z „pandemią” – i z powodzeniem. Po stanie euforii i nadziei przyszedł stan wojenny, a wraz z nim represje i ofiary. I o tym też jest w tej książce:

„Spisek najlepiej ukartowany to ten, który najwięcej ma rozgłosu i najwięcej osób kompromituje; miejcie męczenników, miejcie ofiary, będziemy mieli między sobą takich, co to na korzyść sprawy obrócić potrafią.”

Były ofiary? Były. – Górnicy z kopalni Wujek. Byli męczennicy? Byli. – Ksiądz Popiełuszko i inni księża. Później przyszedł Okrągły Stół i ci, którzy „walczyli” z rządem, zajęli jego miejsce. O tym też jest we wspomnianej książce:

»Marszałek Maison, który niecną zdradą w Rambouillet zapewnił powodzenie rewolucji paryskiej, był wysokim urzędnikiem Wielkiego Wschodu. Praktyczny polityk D’Israeli tak w tej kwestii mówi: „Barykad nie wzniosło mieszczaństwo, ja znam tych, co je wznieśli; nie tworzą oni narodu, ale stowarzyszenie… Ich towarzystwa tajne pokrywają siecią całą Europę, rozgałęzione są w Hiszpanii, zrujnowały Włochy. Tażsama organizacja istnieje w Niemczech i Rosji”. Najwięcej przekonywującą okolicznością o już dawniejszym przygotowaniu rewolucji jest to, że wszyscy ci, którzy spiskowali przeciwko prawemu rządowi, występują teraz na widownię. Talleyrand jedzie do Londynu jako przedstawiciel nowego rządu, ks. Decazes zajmuje Luksemburg jako wielki referendarz Izby Parów, założyciele karbonaryzmu francuskiego Lafayette, Dupont de l’Eure i d’Argout zajmują najwyższe urzędy; Cousin za tajne usługi i za publiczne zarzuty czynione monarchii z katedry w Sorbonie zostaje radcą stanu, a następnie ministrem.«

Sierpień ’80 zakończył się stanem wojennym, a jego dalszą konsekwencją był Okrągły Stół. I wtedy wyszło na jaw, że cała ta opozycja solidarnościowa, to była opozycja licencjonowana, czyli taka, która licencję na opozycyjność dostała od władzy. Swego czasu Józef Mackiewicz nazwał Stefana Kisielewskiego licencjonowanym opozycjonistą. Mackiewicz twierdził, że prawdziwi opozycjoniści w PRL-u siedzieli w więzieniu, podczas gdy Kisielewski rozjeżdżał się po Europie Zachodniej, nocując w najlepszych hotelach. Po 1989 roku założył Kisielewski UPR. Nowa licencjonowana partia opozycyjna i takie samo środowisko. A więc nowi licencjonowani opozycjoniści Michalkiewicz, Korwin-Mikke, Miszalski, Sommer i inni. Licencję na opozycyjność ma również Konfederacja. I wszystkie te „niezależne” telewizje i kanały internetowe, które, dla uwiarygodnienia, faktycznie rządzący czasem blokują na dwa tygodnie, a później odblokowują. Żenujące numery, ale chyba wielu na nie się nabiera.

Ile są warte autentyczne strajki, to przekonali się robotnicy po 1989 roku, gdy likwidowano ich zakłady. Nikt się ich nie bał, nikt się z nimi nie liczył. To też w pośredni sposób dowodzi, że tamte solidarnościowe strajki to była ustawka, że wcale nie chodziło o polepszenie losu robotników i nie tylko ich losu.

Czerwiec ’76

Jest takie powiedzenie, że dużo musi się zmienić, żeby nic nie zmieniło się. Ono oczywiście niewiele znaczy, jeśli nie zostanie poparte odpowiednim przykładem. To trochę jak z tym chińskim przysłowiem, że jeden rysunek jest więcej wart niż 1000 słów. Po tragicznych wydarzeniach na Wybrzeżu w 1970 roku wydawało się, że nastąpiła radykalna zmiana. Przyszła nowa ekipa, „otwarta na świat”. Nowy przywódca, z większą ogładą. To jedno akurat było prawdą. Gierek był wyjątkowy w naszej powojennej historii, bo jako jedyny znał języki zachodnie. Podobno biegle mówił po francusku. Znał również flamandzki, choć nie tak dobrze jak francuski. Dla naszych prezydentów po 1989 roku rzecz nie do przeskoczenia – dla wszystkich bez wyjątku. Niemniej jednak dla przeciętnego obywatela PRL-u niewielkie to było pocieszenie, pomijając już fakt, że większość i tak o tym nie wiedziała.

Żeby opisać jakąś rzeczywistość, prawdziwą czy wykreowaną, należy zebrać odpowiednie fakty i spróbować wyciągnąć z niej jakieś wnioski. Cóż więc takiego wydarzyło się w czerwcu 1976 roku? W czerwcu 1976 nastąpiła „powtórka z rozrywki” z grudnia 1970 roku. Według Wikipedii przebieg wydarzeń wyglądał tak:

„Władze komunistyczne od początku liczyły się z masowymi wystąpieniami ludności, niezadowolonej z drakońskich podwyżek cen, o czym może świadczyć wczesne przygotowanie sztabu ćwiczeń Lato 76, na czele którego stanął wiceminister MSW i szef SB generał Bogusław Stachura. Typowano, iż zamieszki mogą wystąpić w Warszawie, Gdańsku, Szczecinie, Krakowie oraz na Śląsku. Plany te nie uwzględniały Radomia, do którego 25 czerwca skierowano jedynie 75 funkcjonariuszy ZOMO. Rozpoczęto tworzenie w komendach wojewódzkich MO specjalnych grup śledczych, których zadaniem była inwigilacja potencjalnych inspiratorów wystąpień. Wprowadzono tryb przyspieszony w postępowaniu przed sądami i kolegiami do spraw wykroczeń, przygotowano wolne miejsca w aresztach. 23 czerwca w przeddzień wystąpienia Jaroszewicza podniesiono gotowość bojową jednostek podległych MSW, rozpoczęła się właściwa faza Operacji Lato 1976.”

W tym miejscu wypada zadać sobie pytanie: Skąd władze wiedziały, że będą protesty i protestujący będą zachowywać się agresywnie?

»24 czerwca – transmisja na żywo przemówienia premiera Piotra Jaroszewicza i ogłoszenie podwyżek („nowych cen”).

25 czerwca – treść przemówienia pojawia się w prasie. Strajkuje 97 zakładów, m.in w Radomiu, Ursusie i Płocku. Rząd PRL ukrył przed opinią publiczną fakt wybuchu zamieszek, nazywając je „drobnymi, chuligańskimi wybrykami”. Mimo to, szybko wycofał się z zapowiadanych podwyżek, w lęku przed rozszerzeniem się protestów na cały kraj i zaproponował rozpoczęcie „szerokich konsultacji społecznych na temat podwyżek cen i trudnościach w zaopatrzeniu”. Równolegle przeprowadzono szybką, brutalną pacyfikację strajków, nadal utrzymując, że były to tylko chuligańskie wybryki. W Radomiu okradziono i zdemolowano ponad 100 sklepów. W Ursusie zatrzymano pociąg “Opolanin” prowadzony lokomotywą EP05-22, rozkręcono także szyny na międzynarodowej linii kolejowej. Oddziały Milicji były celowo nie wyposażone w broń palną. Edward Gierek wydał zalecenia traktujące użycie milicji przeciwko robotnikom jako ostateczność. Tak też się stało, zwlekano z użyciem ZOMO do chwili, aż podpalono KW i grabież sklepów stała się faktem.

26–30 czerwca – wydarzenia radomskie – rozszerzenie się strajków na wszystkie zakłady państwowe w Radomiu w odpowiedzi na brutalne pacyfikacje i aresztowania organizatorów pierwszych strajków. Władze lokalne ogłaszają stan wyjątkowy i czasowo zamykają wszystkie zakłady. W efekcie na ulice wychodzą zrewoltowane tłumy mieszkańców miasta, łącznie kilkadziesiąt tysięcy ludzi, które dokonują m.in. podpalenia budynku komitetu wojewódzkiego PZPR. Miasto zostaje całkowicie spacyfikowane przez liczne oddziały ZOMO, z użyciem gazu łzawiącego i armatek wodnych. Skala aresztowań osiąga znaczne rozmiary. Aresztowanych poddaje się m.in. torturom polegającym na przechodzeniu przez szpaler milicjantów tłukących aresztanta pałkami, znanej jako „ścieżka zdrowia”. Edward Gierek dowiedziawszy się o tego typu praktykach nakazał natychmiastowe ich zaprzestanie. Równolegle, w całym kraju narasta oficjalna propaganda nazywająca uparcie protestującą ludność miasta – chuliganami i wichrzycielami, organizowane są „spontaniczne” wiece protestacyjne przeciw działaniom „radomskich warchołów”.

Według raportu sporządzonego przez MSW na potrzeby Biura Politycznego na terenie 12 województw zastrajkowało 112 zakładów, w strajkach uczestniczyło ponad 80 tysięcy osób (w tym 20 800 w Radomiu i 14 200 w Ursusie). Dramatyczny los spotkał także robotników, którzy protestowali w mniejszych zakładach pracy na prowincji. Tutaj najczęściej nie docierali emisariusze Komitetu Obrony Robotników, o represjonowanych nie mówiło się w rozgłośni Wolna Europa, a częściowa rehabilitacja nastąpiła w 1981lub później.«

Wikipedia pisze o drakońskich podwyżkach cen. Według niej wynosiły one średnio 70%. Istotnie – były one wyższe niż w 1970 roku. Mięso i ryby zdrożały o 70%, nabiał 64%, ryż 150%, cukier 90%. Portal historyczny DZIEJE.PL tak opisuje przebieg tamtych wydarzeń:

„W Radomiu, Ursusie i Płocku doszło do pochodów i demonstracji, zakończonych starciami z MO, a w przypadku Radomia – dramatycznymi walkami ulicznymi. W Radomiu strajk rozpoczęli robotnicy Zakładów Metalowych im. gen. Waltera, którzy wyszli na ulicę, aby powiadomić o strajku inne zakłady i ruszyć pod gmach KW PZPR. Do strajku przyłączyły się załogi 25 przedsiębiorstw, łącznie ok. 17 tys. osób. W kulminacyjnym momencie na ulicach demonstrowało ok. 20 tys. osób.

Gdy przed siedzibą KW zgromadziło się kilka tysięcy ludzi, demonstranci, którzy weszli do budynku, nakłonili I sekretarza Janusza Prokopiaka do przekazania do Warszawy żądania odwołania podwyżki. Po dwóch godzinach oczekiwania, gdy okazało się, że w budynku nie ma już przedstawicieli partii (zostali ewakuowani), tłum zaczął niszczyć wyposażenie, a przed godz. 15.00 gmach podpalono. Władze skierowały do miasta oddziały ZOMO z Warszawy, Łodzi, Kielc i Lublina oraz Wyższej Szkoły Oficerskiej MO w Szczytnie – wieczorem oddziały MO liczyły ok. 1550 funkcjonariuszy. Doszło do gwałtownych walk, w czasie których młodzi ludzie wznosili barykady, rzucali kamieniami, cegłami, wyrwanym brukiem, a nawet butelkami z benzyną; MO posługiwała się pałkami, armatkami wodnymi i gazami łzawiącymi. Dwóch demonstrantów, Jan Łabęcki i Tadeusz Ząbecki, zginęło w tragicznym wypadku, zabitych przez rozpędzoną przyczepę wypełnioną betonowymi płytami, którą spychali w kierunku zomowców. Oprócz gmachu KW PZPR atakowano budynek KW MO i Urzędu Wojewódzkiego. Doszło do dewastacji sklepów i kradzieży. Oddziały MO opanowały sytuację w centrum miasta dopiero późnym wieczorem.

W Zakładach Mechanicznych Ursus od rana strajkowało 90% załogi. Robotnicy, którzy udali się pod gmach dyrekcji, usłyszeli tam wezwanie do powrotu do pracy. Wyszli na pobliskie tory kolejowe łączące Warszawę z Łodzią, Poznaniem i Katowicami, aby poinformować innych mieszkańców Polski o strajku. Ponad 1 tys. osób siedzących na torowisku tworzyło żywą zaporę i zatrzymywało pociągi. Aby na trwałe zablokować tory demonstranci próbowali przeciąć szyny palnikiem acetylenowym, a gdy to się nie udało rozkręcili je, a w powstałą wyrwę zepchnęli lokomotywę. Interwencja MO nastąpiła ok. 21.30, gdy tłum stopniał do kilkuset osób. Starcie trwało kilkanaście minut, po nim zaczęła się obława na demonstrantów.

W Płocku strajk wybuchł w Mazowieckich Zakładach Rafineryjnych i Petrochemicznych. Ok. godz. 14.00 przy jednej z bram doszło do spontanicznego wiecu, po którym grupa jego uczestników pomaszerowała pod gmach KW PZPR, ok. 17.00 tłum przed siedzibą partii liczył 2-3 tys. osób. Do zebranych przemówił I sekretarz. Część manifestantów ruszyła w stronę innych zakładów, ale ich pracownicy nie przyłączyli się do protestu. Po ogłoszeniu komunikatu o odwołaniu podwyżki, budynek KW obrzucono kamieniami, wybito kilka szyb, zaatakowano radiowóz straży pożarnej. Ok. godz. 21.00 demonstrantów zaatakowały ściągnięte z Łodzi oddziały ZOMO.”

Dwie nieścisłości wkradły się do tekstu Wikipedii. Pierwsza to, że podpalenie budynku KW miało miejsce 26 czerwca, podczas gdy w innych źródłach i w innym miejscu w Wikipedii podana jest data 25 czerwca. Druga to to, że w trakcie tych wydarzeń pojawili się emisariusze KOR-u, który oficjalnie powstał we wrześniu 1976 roku. Być może działali wtedy jeszcze nieoficjalnie, co dla pewnych organizacji jest stanem naturalnym.

Typowano, iż zamieszki mogą wystąpić w Warszawie, Gdańsku, Szczecinie, Krakowie oraz na Śląsku. Plany te nie uwzględniały Radomia, do którego 25 czerwca skierowano jedynie 75 funkcjonariuszy ZOMO.

Ach! Jakże fatalnie typowano! Tak starannie przygotowano się, obstawiono najważniejsze ośrodki w kraju, a tu masz ci babo placek! W Radomiu. Akurat tam, gdzie nie było prawie milicji i ZOMO. Taki pech!

Scenariusz wydarzeń był więc następujący:

  • przygotowanie operacji Lato 76
  • ogłoszenie podwyżek cen żywności
  • protesty już od rana następnego dnia
  • starcia z milicją i ZOMO
  • plądrowanie sklepów
  • podpalenie budynku komitetu wojewódzkiego partii
  • wycofanie się z podwyżek

Scenariusz, który do złudzenia przypomina ten sprzed sześciu lat z Wybrzeża. Jeśli scenariusz był taki sam, to znaczy, że układali go ci sami ludzie. A skoro ci sami, to znaczy, że nikt z prawdziwych decydentów nie został usunięty, pociągnięty do odpowiedzialności za masakrę z tamtych lat. Zmieniono zewnętrzny garnitur. Zaciągnięto kredyty, Polska „otworzyła się” na świat. „Ludziom żyło się lepiej, a Polska rosła w siłę.” Tak przynajmniej nam wmawiano. Dużo więc musiało się zmienić, by wszystko, poza kosmetycznymi zmianami, pozostało po staremu.

Były też pewne różnice. Nie użyto wojska i nie strzelano do ludzi z ostrej amunicji. Nowością były „ścieżki zdrowia”, które były jednym z przejawów represjonowania robotników. To stało się pretekstem do powstania KOR-u, który miał kontrolować kolejne przesilenie, czyli Sierpień ’80. Agenci KOR-u opanowali cały związek zawodowy Solidarność. Ci planiści, którzy zaplanowali Grudzień i Czerwiec, a zapewne też Marzec, już wiedzieli, że będzie kolejny strajk, który ogarnie cały kraj.

A skąd oni wiedzieli, że będzie taki strajk? Wiedzieli, bo wiedzieli, że pojawi się poważny kryzys. A skąd o tym wiedzieli? To proste. To oni udzielili Polsce kredytów, o których wiedzieli, że Polska nie będzie w stanie ich spłacić. Te kredyty były w dużym stopniu przeznaczone na uprzemysłowienie kraju. Powstały fabryki, które coś produkowały i to coś trzeba było sprzedać. Kredyty były w tzw. twardych walutach, których w Polsce nie było, bo była ona odcięta od gospodarki światowej. Sprzedaż towarów za waluty krajów demokracji ludowej nie wchodziła w grę, bo spłata kredytów musiała być w tej samej walucie, w której je zaciągnięto. Trzeba było sprzedawać te towary na Zachodzie, ale tam rynek był zamknięty, bo na nim rządzili ci, którzy dawali Polsce te kredyty. Sprzedaż czy inwestycje w tzw. Trzecim Świecie odbywały się najczęściej po cenach dumpingowych, co nie rozwiązywało problemu. Skutki nietrudno było przewidzieć. Problemy zaczęły się pojawiać już w pierwszej połowie lat 70-tych, co stwarzało okazję do wywołania zamieszek. I tak pojawił się Czerwiec ’76 – wstęp do Sierpnia ’80.

Poprzedni blog kończyłem cytatem z książki Historia towarzystw tajnych Feliksy Eger i tym razem też tak wypada:

W parę lat później, przyjaciel p. de Gougenot des Mousseaux, protestant, wysoki urzędnik w służbie państwa niemieckiego zostający, pisał do tego ostatniego: „W obecnych czasach widzę Żydów bardzo gorliwie pracujących nad zburzeniem podstawy naszego społeczeństwa i przygotowaniem rewolucji. Należą oni do rasy dziwnie hojnie obdarzonej, wydającej geniuszów na każdym polu i z wszelkiego rodzaju dążnościami; chcę powiedzieć ludzi oryginalnych, wysoko inteligentnych i bardzo czynnych… W r. 1848, roku przewrotów rewolucyjnych, miałem stosunki z pewnym Żydem, który przez próżność zdradzał tajemnice towarzystw tajnych, do których należał. Powiadamiał on mnie na osiem lub dziesięć dni naprzód o rewolucjach mających nastąpić w jakimkolwiek punkcie Europy. Wskutek tego nabrałem niezbitego przekonania, że te wszystkie ruchy ludów uciśnionych itd. itd. są z góry postanowione przez jakichś 12 indywiduów, które wydają rozkazy towarzystwom tajnym całej Europy. Grunt pod stopami naszymi jest cały podminowany, a Żydzi dostarczają duży kontyngent tych minerów”.