Przyczyna

Na kanale „cepolska”, szumnie nazywającym się edukacyjnym, Jan Engelgard – historyk, pisarz, publicysta i redaktor naczelny tygodnika „Myśl Polska” – opowiadał o micie, jaki kreuje się wokół Józefa Piłsudskiego, jako jedynego zwycięscy bitwy warszawskiej.

W pewnym momencie mówi o przyczynach tej bitwy:

W całej tej dyskusji nikt nie zadaje sobie pytań, a właściwie skąd ten najazd bolszewicki się wziął? No bo u nas mówi się tak: najazd bolszewicki, ale jakaś przyczyna tego była. Przed wojną byli historycy, ale raczej wojskowi, którzy mówili, że należało podjąć rokowania na początku czy na przełomie 1919/1920 roku. Ta inwazja z czegoś się wzięła. Na ten temat nie ma dyskusji w tej chwili. Załatwia to się w ten sposób: wojna była prewencyjna, starcie nieuchronne. Nie wiem, może było nieuchronne, ale to w powszechnej opinii historyków na Zachodzie, już nie mówiąc o rosyjskich, to Polska była agresorem. U nas natomiast nie ma tej refleksji, że jakiś błąd ktoś mógł popełnić (16:15).I w tym momencie kończy ten wątek. Link tu: https://www.youtube.com/watch?v=2ER2kOQ3UrM&t=975s

Dziwne, że historyk, publicysta, pisarz i redaktor naczelny tygodnika „Myśl Polska” wypowiada takie słowa. Józef Mackiewicz w swojej powieści „Lewa wolna” dokładnie opisał genezę i przebieg tej wojny, w której osobiście brał udział. Przewertował dokumenty źródłowe, doniesienia prasowe z tamtego okresu, relacje świadków itp. Nie chce mi się wierzyć w to, że Engelgard nie czytał tej powieści. A skoro czytał, to dlaczego nie mówi o faktach przedstawionych przez Mackiewicza? Jego powieść jest na poły fabularna, na poły – dokumentalna, więc nie można zakwalifikować tego, o czym pisze w części dokumentalnej, jako fikcji literackiej. – Taka to u nas orientacja narodowa i „myśl polska”. I jeszcze na koniec dodaje, że „u nas nie ma tej refleksji, że jakiś błąd ktoś mógł popełnić” – innymi słowy sugeruje, że wina jest po polskiej stronie. Taki to i narodowiec.

Żeby cokolwiek zrozumieć, to trzeba zacząć od początku. Tym początkiem jest zdobycie władzy przez bolszewików 7 listopada 1917 roku, choć niektórzy twierdzą, że bolszewicy faktycznie zdobyli ją dopiero na początku 1918 roku. W wyniku wolnych wyborów 25 listopada 1917 roku wyłonił się parlament, w którym większość mieli eserowcy. Bolszewicy zdobyli niewiele ponad 20%. Parlament zebrał się tylko raz, w styczniu 1918 roku i… został rozpędzony przez bolszewików. – Legalnie wybrany parlament! – ale czy to ważne? Obecnie na Białorusi mamy do czynienia z „powtórką z rozrywki” – bolszewicką metodą dochodzenia do władzy poprzez negowanie wyniku wyborów.

W dniu 7 listopada 1917 roku bolszewicy zdobyli władzę w Petersburgu. Dziewiętnaście dni później Awram Krylenko, naczelny wódz wojsk rewolucyjnych, wysłał parlamentariuszy do niemieckiego generała Hoffmeistra, dowódcy dywizji. Przybyli oni z propozycją natychmiastowego zawieszenia broni. Hoffmeister przesłał ją do naczelnego dowództwa niemieckiego, które wkrótce poinformowało, że zgadza się na nią. Rokowania rozpoczęły się 2 grudnia w Brześciu Litewskim. Stronę niemiecką reprezentował generał Hoffmann. Stronę bolszewicką Joffe, Kamieniew i Karachan. Zawieszenie broni podpisano 17 grudnia, a 22 grudnia rozpoczęto rokowania o zawarcie traktatu pokojowego. W art. 2. tego traktatu Niemcy powołali się na deklarację Lenina „do narodów Rosji” o prawie samostanowienia tych narodów i zażądały wydzielenia z granic byłej Rosji: Polski, Litwy, Finlandii, Łotwy, Estonii i Białorusi. Wcześniej uznali oni prowizoryczny rząd narodowy Ukrainy i pertraktowali z nim bezpośrednio, nie pytając o zdanie delegacji sowieckiej.

Bolszewikom najwyraźniej taka propozycja nie odpowiadała, bo uważali, że prawo samostanowienia tych narodów jest dobre, gdy oni je wprowadzają, a gdy inni, to – już takie dobre nie jest. Przeciągali rozmowy, wywoływali strajki w Niemczech, które jednak nie przynosiły oczekiwanych rezultatów. W takiej niby patowej sytuacji – ni to wojny, ni pokoju – 18 lutego 1918 roku wojska niemieckie ruszyły naprzód. Nigdzie nie napotykając na opór, szybko zdobywały teren. To poskutkowało. Bolszewicy wysłali ofertę pokojową. Odpowiedź niemiecka nadeszła 22 lutego. Dnia 3 marca 1918 roku zawarto w Brześciu pokój. W jego wyniku wojska niemieckie zajęły kraje bałtyckie, Białoruś, Ukrainę, doszły do Dniepru, zajęły Kijów i Taganrog, doszły pod Petersburg i do Donu, weszły na Krym. I to był ten kordon tj. niemieckie wojska, które chroniły Europę przed bolszewicką nawałą.

W listopadzie 1918 roku kordon pękł. Cesarskie Niemcy zostały pokonane na zachodzie i zmuszone dnia 11 listopada do kapitulacji i podpisania warunków zawieszenia broni. Jeden z paragrafów tych warunków nakazywał im wycofanie wojsk z Austrii, Węgier, Bułgarii i Turcji, ale nakazywał im zostanie w Rosji tam gdzie stali, tak długo jak państwa alianckie uznają to za zasadne. Nie został on jednak spełniony. W dniu 9 listopada wybucha w Niemczech rewolucja i od razu zaczęła się przerzucać na wojska frontowe. Wskutek tego wiele oddziałów wypowiadało posłuszeństwo i wracało do domów. Dnia 13 listopada 1918 roku bolszewicy unieważniają postanowienia Pokoju Brzeskiego i ruszają na podbój świata. 25 listopada zajmują opuszczony przez Niemców Bobrujsk, 8 grudnia – Mińsk, 3 stycznia 1919 roku – Rygę, 6 stycznia – Wilno. W połowie miesiąca podeszli do Grodna, Prużan i Kobrynia. Ale na północy napotkali na opór niemieckich formacji ochotniczych generała von der Goltza, który 22 stycznia wypiera bolszewików z Rygi. W Estonii tworzy się tzw. „Armia Północna” pod wodzą generała Judenicza.

Dnia 25 stycznia 1919 roku marszałek Foch wydał rozkaz do oddziałów niemieckich zgrupowanych wokół ośrodka Białystok-Grodno, aby przepuściły wojska polskie przeznaczone do odparcia nawały. Rozkaz ten został wykonany w początku lutego. W praktyce oznaczało to też, że przebywanie wojsk niemieckich na tym terenie jest bezzasadne. I w takiej sytuacji wojska polskie 9 lutego 1919 roku zetknęły się po raz pierwszy z bolszewikami. Miało to miejsce pod Skidlem na Niemnie. Później do konfrontacji doszło koło Prużan i Kobrynia.

Rok 1919 jest w tej wojnie dziwnym rokiem, w którym nie ma ani wojny, ani pokoju. Owszem, dochodzi do potyczek i wojska polskie posuwają się na wschód. 18 kwietnia zostaje zajęty Nowogródek, nieco wcześniej Baranowicze. 19 kwietnia w dzień Wielkiej Nocy zostaje zajęte Wilno, 8 sierpnia – Mińsk. 2-ga dywizja dociera do Berezyny, opanowuje przedmieścia Borysowa. Grupa Wielkopolska zajmuje w dniu 29 sierpnia Bobrujsk.

Właściwie to przez cały 1919 rok toczą się tajne rozmowy pomiędzy wysłannikami Lenina i Piłsudskiego. Trzeba pamiętać, że w Rosji cały czas trwa wojna domowa pomiędzy białymi a czerwonymi. Biali to eserowcy i kadeci, a czerwoni to bolszewicy. Eserowcy to socjaliści-rewolucjiniści, kadeci to partia konstytucyjno-demokratyczna, a bolszewicy to socjaldemokraci. A więc kłótnia w rodzinie. Analizowanie wojny polsko-bolszewickiej bez uwzględnienia faktu, że w tym samym czasie biali nękają bolszewików na północy, południu i na Syberii, jest zwykłym zafałszowaniem obrazu tej wojny. Powiem nawet więcej – wypaczeniem.

W początkach maja 1919 roku przyjeżdża do Warszawy, ukrywający się pod pseudonimem Jan Karski, Julian Marchlewski. Spotyka się z wiceministrem spraw wewnętrznych Józefem Beckiem (ojcem 26-letniego Józefa, towarzysza broni Piłsudskiego) i Tadeuszem Hołówką z PPS. Obaj są czynnymi organizatorami POW i najbliższymi współpracownikami naczelnika państwa. Celem jego misji jest upewnienie się, czy Polacy nie poprą carskich generałów. I nie zawiódł się. I organa prasowe PPS-u i rządowe wskazywały w swych artykułach, że większe niebezpieczeństwo grozi Polsce ze strony kontrrewolucji rosyjskiej.

W lipcu 1919 roku Marchlewski ponownie przybywa do Polski. Tym razem pod nazwiskiem Jan Kujawski. Rozmowy odbywają się w Białowieży. Do rozmów Piłsudski deleguje hr. S. M. Kossakowskiego i Aleksandra Więckowskiego, byłego przedstawiciela dyplomatycznego Polski w Moskwie. Do ostatecznego porozumienia nie dochodzi, jedynie do „rozeznania orientacyjnego”. W wyniku tego „rozeznania” bolszewicy wycofują się z Mińska bez walki. Natomiast wojska polskie nie posuwają się za linię Berezyny.

W sierpniu 1919 roku Denikin wysyła kuriera do Warszawy z propozycją współdziałania przeciw bolszewikom. Piłsudski odrzuca ją.

Na stacji w Mikaszewiczach stoi pociąg pancerny „Kaniów”. Do niego doczepione są wagony osobowe, w których od 10 października przebywa tajna delegacja bolszewicka. W jej skład wchodzą: Przewodniczący delegacji Julian Marchlewski, jego żona Bronisława Marchlewska. Zygmunt Jabłoński, siostrzeniec prezesa łomżyńskiego towarzystwa rolniczego. Był on najbliższym współpracownikiem Uryckiego, kierownika petersburskiej Czeka. Aleksander Sonje -syn polskiego ministra spraw zagranicznych Stanisława Patka. Litewski komunista Kubelis. I jedyny Rosjanin w składzie delegacji – Mikołaj Jepaniesznikow.

Oficjalną przykrywką tajnych rozmów w Mikaszewiczach jest, podobnie jak w Białowieży, wymiana jeńców, więźniów politycznych i zakładników. Rozmowy na ten temat prowadził hr. Kossakowski. Natomiast tajne rozmowy polityczne prowadził z nadania Piłsudskiego kapitan Boerner. Po kilku dniach wyjechał on do Warszawy i zdał relację z pertraktacji z Marchlewskim Piłsudskiemu, który sformułował w kilku punktach warunki poufnego rozejmu. Najważniejszy brzmiał: „Naczelnik Państwa nie da rozkazu wojskom polskim posuwania się naprzód poza linię Nowogród – Zwiahel – Olewsk – rzeka Ptycz – Bobrujsk – Berezyna – Dźwina.”

Marchlewski przyjął do wiadomości warunki Piłsudskiego i natychmiast wyjechał do Moskwy, by powiadomić o nich Lenina. Ten praktycznie zgadza się na linię podziału terytorialnego i pozostałe warunki. Proponuje nawet zastąpić cichy rozejm zawarciem formalnego pokoju. Na to jednak Piłsudski nie zgadza się, twierdząc, że nie da się naciągnąć na jakieś daleko idące umowy, których Polska w danym momencie zawierać nie może. Zapewnił jednak Lenina, że uczyni wszystko, co w jego mocy, aby nie dopuścić do zwycięstwa kontrrewolucji. I to w zupełności wystarczyło Leninowi. Miał pewność, że na kontrofensywę przeciwko Denikinowi nie spadnie jakiś nieprzewidziany cios.

Dziwne rzeczy zaczynają się dziać na tym froncie. Działania Piłsudskiego stają się zupełnie niezrozumiałe dla jego najbliższego otoczenia. Bolszewicy wzmagają swoją aktywność na górnej Berezynie i na białoruskim odcinku frontu. Stopniowo, jak słabnie Denikin, przerzucają wojska z południa na północ. Pod koniec kwietnia 1920 roku bolszewicy koncentrują na froncie przeciwpolskim 20 dywizji i 5 brygad. Da to łącznie 200 tysięcy ludzi. Ukraiński odcinek frontu zostaje przeznaczony do związania przeciwnika lub nawet wciągnięcia go w głąb. Główne uderzenie ma pójść od Witebska i Orszy na Mińsk oraz z Połocka na Wilno – Lidę, w głębokie obejście frontu polskiego i koncentrycznym atakiem doprowadzić do zdobycia Warszawy.

Dnia 25 kwietnia 1920 roku, Piłsudski, nie przejmując się bolszewicką koncentracją na północy, rzucił, na tak zwaną Wyprawę Kijowską, trzy armie polskie. A w tym czasie bolszewicy skoncentrowali na północnym odcinku 130.000 wojska, pozostawiając na obszarze Wołynia i Ukrainy 36.000. 1-sza konna armia Budiennego przegrupowywała się na północnym Kaukazie. W tę pustkę uderzył Piłsudski. Na północ od Polesia stoją osłabione, izolowane i bez odwodów 1-sza i 4-ta armia. Dwie słabe armie sowieckie, 12-ta na Wołyniu i Ukrainie, 14-ta na Podolu, otrzymały rozkaz cofania się i wciągania przeciwnika w próżnię.

O świcie 4 lipca, Tuchaczewski, dowódca północno-zachodniego frontu, rzucił na cienki polski kordon 4 armie i jedną samodzielną grupę wojsk. Po stronie polskiej były dwie armie i Grupa Poleska. Już po paru godzinach front polski zostaje przełamany jednocześnie w kilku miejscach. Było to możliwe poprzez koncentrację na poszczególnych odcinkach grup uderzeniowych. Wojska polskie zaskoczone tak gwałtownym uderzeniem, nie rozporządzając rezerwami, nie były w stanie wykonać kontrmanewru – rozpoczęły odwrót na całej linii. Miejscami odwrót stawał się odwrotem bezładnym, czasem przeobrażał się w ucieczkę. Rozwój sytuacji zwiastował katastrofę.

Tak więc wojna ta zaczyna się w lutym 1919 roku, choć trudno to do 4 lipca 1920 roku nazwać wojną. Po prostu wojska polskie zastępują na froncie wojska niemieckie. I nie robią tego tak sobie, tylko na rozkaz marszałka Focha. W sposób naturalny musiały zetknąć się z wojskami bolszewickimi i zetknęły się z nimi. Czy można tu spierać się o to, kto ją zapoczątkował? Nie można! Zapoczątkowali ją ci, którzy wypowiedzieli postanowienia Pokoju Brzeskiego z 3 marca 1918 roku. Wypowiedzieli je bolszewicy 13 listopada 1918 roku i ruszyli na podbój świata. Ten podbój ułatwiła im rewolucja w Niemczech, która wybuchła dnia 9 listopada 1918 roku. Kordon pęka i trzeba go łatać. Tę rolę przydzielono wojskom polskim, bo innych w tym czasie nie było.

Czy „narodowiec” Engelgard nie wie o tym? Ale jakimś dziwnym trafem „myśl polska” nie pozwala mu na nawet wspomnienie o tych faktach. Tak zażarcie krytykuje Piłsudskiego za to, że w krytycznych dniach złożył dymisję i uciekł, ale jakoś, dziwnym trafem, nie wspomina o jego współpracy z bolszewikami i jednocześnie wychwala Rozwadowskiego za „genialny manewr”, który był zwykłym manewrem, a który Mackiewicz opisał w rozdziale „Nie ma cudów”, a ja jego fragment zacytowałem w blogu “Cud nad Wisłą”. Mit mit mitem pogania. Tak to obecnie wygląda, a współcześnie to brzmi tak: ściema ściemę ściemą pogania. I wszyscy w tym biorą udział, od lewej do prawej strony politycznej.

Niby więc krytyka Engelgarda jest autentyczna, ale to tylko gra pozorów. Gdyby taką była, to musiałaby uwzględnić wszystkie „grzeszki” Piłsudskiego, a nie uwzględniła. Dlaczego „narodowiec” Engelgard przemilcza niektóre z nich? Jakaś przyczyna tego musi być. A może jest tylko podstawionym narodowcem?

I to wszystko zawsze sprowadza się do tego samego: jeśli nie znamy faktów, to jesteśmy bezbronni wobec współczesnej wersji historii, lansowanej przez wszystkie orientacje polityczne od lewa do prawa. Bolszewikom udało się wmówić opinii publicznej, że ich pucz to była rewolucja, a ich przeciwnicy to kontrrewolucjoniści, biali generałowie to carscy generałowie. Nawet Mackiewicz w powieści „Lewa wolna” ulega temu schematowi. Ja, korzystając z jego opisu, pozostawiłem te określenia niezmienione. Inaczej brzmi stwierdzenie, że bolszewicy dokonali rewolucji, niż to, że obalili legalny rząd a później rozpędzili wybrany w wolnych wyborach parlament.

Mienie bezdziedziczne

Problem polega chyba na tym, że my nie wiemy, czym była przedwojenna społeczność żydowska. Ona była zorganizowana w gminy zwane kahałami. To może nie dotyczyło tych 10-15% zasymilowanych czy znających język polski i utrzymujących z Polakami kontakty towarzyskie, ale reszta około 90% nie utrzymywała żadnych kontaktów, a 80-90% z nich nie znało nawet języka polskiego. Mieli własne szkolnictwo, administrację, sądy. Takie państwo w państwie. Czasem nawet zdarzało się tak, że gmina wykupywała długi Żyda od goja, jeśli takie miał, zgodnie z żydowską zasadą, że mienie Żyda nie może przejść na własność goja. W takim wypadku mienie tego Żyda stawało się własnością gminy. W praktyce sprowadzało się to do tego, że każdy Żyd był w jakimś stopniu uzależniony od gminy. A skoro tak, to i jego majątek był majątkiem gminy.

Takie było ich prawo i stosowanie do nich prawa rzymskiego mija się z celem, bo to jest cywilizacja żydowska, a nie cywilizacja łacińska. Nie ma sensu spierać się o to, czyje prawo jest ważniejsze. Skoro przedwojenne Państwo Polskie sankcjonowało tego typu rozwiązania, w dużym stopniu pod przymusem Ligi Narodów, to nie można Żydom odmówić racji.

Nie tu jednak leży problem. Problem leży w tym, gdzie jest ten majątek i jak go oszacowano. Niech go pokażą, te miejsca, te działki należące wcześniej do Żydów. W polskich miastach jest wiele takich działek. Nikt ich nie rusza, bo wie, że zaraz znajdą się “właściciele”. One na nich czekają. W Łodzi, w centrum miasta, stoją opuszczone, zaniedbane kamienice – nikt ich nie rusza. One czekają, tęsknią, one wręcz krzyczą: Żydzi przyjdźcie, weźcie nas, odrestaurujcie nas! Niech będziemy takie piękne jak wtedy, gdy Łódź była ziemią obiecaną. Ale nikt się nie zgłasza.

A tam, gdzie ktoś odważył się i kupił pożydowską działkę w atrakcyjnym miejscu i coś na niej pobudował, to pewnie Żyd. Swemu nic nie zrobią. To m. in. jeden ze sposobów poznawania zasymilowanych Żydów.”

Taki wpis zamieściłem na kanale CEPolska na YouTube i gdy po paru minutach odświeżyłem stronę, wpis zniknął. Link do miejsca wpisu tu: https://www.youtube.com/watch?v=fFNu8PcuhhU&t=1736s

Wokół tego mienia bezdziedzicznego robi się mnóstwo hałasu, ale nikt nie chce rzeczowo rozmawiać. Bo jeśli takie mienie jest, to pierwszą rzeczą, jaką należałoby zrobić, to utworzenie rejestru tego mienia. Innymi słowy, spisanie wszystkich nieruchomości, które ocalały i wycenienie ich. Tam, gdzie są opuszczone niezabudowane grunty czy, tak jak w Łodzi, opuszczone kamienice, to ich oddanie. Obawiam się jednak, że Żydom wcale nie o to chodzi.

Mogą być jeszcze budynki, które nie zostały zniszczone i są przez kogoś użytkowane. W tym wypadku, gdyby miał nastąpić zwrot, to należałoby właścicielowi zrekompensować koszy utrzymania, remontów, odnowienia budynku itp. To mogłaby regulować ustawa o zadośćuczynieniu opuszczającym mienie bezdziedziczne. I o to też im nie chodzi.

Jeszcze jednym problemem są grunty, na których mieszkali Żydzi, przeważnie biedota żydowska w nędznych chałupkach. Ludność z takich osiedli została wywieziona do obozów zagłady. Po wojnie w wielu miastach wyburzano te domki i budowano osiedla mieszkaniowe. W tym wypadku mogłyby pojawić się roszczenia do ziemi. Tylko czy one miałyby sens? Z punktu widzenia żydowskiego, pewnie tak, bo według Talmudu cała ziemia, nawet ta w rękach gojów, należy do Żydów. Jednak w tym momencie dochodzimy już do absurdu. Jeśli jednak Żydzi upieraliby się, to w tym wypadku należałoby ich odesłać do tych, którzy wywołali wojnę i doprowadzili do unicestwienia tamtego świata, świata żydowskiej biedoty. Będąc jednak w zgodzie z logiką, to należałoby ich odesłać do samych siebie, bo to im zależało na likwidacji tej biedoty, stanowiącej obciążenie dla amerykańskiej i zachodnioeuropejskiej finansjery, która łożyła na ich utrzymanie, przynajmniej częściowo.

Gdybyśmy mieli polski rząd, to pewnie w ten sposób podszedłby do tego problemu. Niestety ten rząd tak nie podchodzi, bo jest rządem żydowskim, podobnie jak inne, które były i te, które dopiero będą. Trudno więc od niego żądać rzeczowego podejścia do problemu.

A wszystkie te niby niezależne kanały na YouTube same się cenzurują, bo boją się, by ich nie skasowano. I głośno krzyczą, że nie ma wolności słowa. A kiedy ona była? Palono papirusy, palono książki. W 213 roku p.n.e. chiński cesarz Ts’in Shinhuangti zarządził spalenie wszystkich książek, by ukarać w ten sposób wszystkich autorów, którzy ośmielili się krytykować jego działalność polityczną. Dziś już niczego nie trzeba palić. Książki niewygodne w treści, jeśli ukazują się, to w niewielkich nakładach i nie docierają do masowego czytelnika. Inna sprawa, że ten masowy czytelnik już nie czyta. On, co najwyżej, ogląda kanały na YouTube. A te można usunąć jednym delikatnym ruchem palca wskazującego.

Mamy więc sytuację, w której nikomu nie zależy na zdroworozsądkowym podejściu do tematu. Mam wrażenie, że chodzi o to, by gadać i gadać, bo to temat wywołujący ferment. I o to chodzi, zwłaszcza gdy się powie, że za te 300 miliardów Żydzi kupią sobie nasze złoża naturalne. Tylko po co oni mieliby je kupować, skoro one są ich. Jeśli bogactwa naturalne są własnością państwa, a państwem rządzą Żydzi, to czyje to są bogactwa? No czyje?

Ustawa JUST

Ustawa JUST, pełna nazwa: Ustawa z 2017 roku o niezwłocznym uczynieniu sprawiedliwości ocalonym z Holocaustu, którym nie zadośćuczyniono ich strat (ang. Justice for Uncompensated Survivors Today Act of 2017), w Polsce potocznie nazywana również „ustawa 447”.

Tak to tłumaczy Wikipedia. Już bardziej tego nie dało się zamotać. A przecież poeta pisał: „Chodzi o to, aby język giętki powiedział wszystko, co pomyśli głowa, a czasem był jak piorun jasny, prędki…” No właśnie! Jasny, prędki. A więc: Ustawa z 2017 roku o zadośćuczynieniu ocalałym i nadal żyjącym. Słowo „zadośćuczynienie” jest bogate w treść. W nim jest zwarte słowo „sprawiedliwość” i ”rekompensata”. Już nic więcej nie trzeba dodawać. Język polski jest językiem, w którym wiele można wyrazić prosto i precyzyjnie. Czasem jednak mam wrażenie, że ktoś nas próbuje do niego zniechęcić. Ale może się mylę.

Wikipedia podaje link do oryginalnego tekstu ustawy i każdy, kto chce, może zapoznać się z nim. Jest w nim doprecyzowanie, o jakich ocalałych chodzi. Nie wiem, czy ktoś przetłumaczył ten tekst na polski i podał do publicznej wiadomości, chociażby dla tych, którzy zbierają podpisy pod hasłem – stop 447, ale przyzwoitość nakazywałaby to zrobić. W tej ustawie nie ma nic o żydowskich roszczeniach, a tym bardziej, na jaką kwotę one opiewają. To, że jakiś żydowski publicysta, uchodzący za polskiego patriotę, tak napisze, to wcale jeszcze nie znaczy, że to jest prawda.

Ustawa ta weszła w życie w maju 2018 roku i do listopada 2019 roku Departament Stanu miał przedstawić Kongresowi jednorazowy raport o stanie realizacji niewiążącej deklaracji terezińskiej. I co tu mamy? Jednorazowy raport, niewiążącą deklarację i raport, o którym nie wiemy, czy został przedstawiony Kongresowi, czy – nie. I tyle krzyku wokół tej ustawy, ale nic o jej treści. To już jakaś paranoja!

O co więc w tym wszystkim chodzi? – Też chciałbym wiedzieć. Jest to jakaś żydowska gra, w której chcą coś ugrać. Żądanie 300 miliardów dolarów oznaczałoby zniszczenie tego państwa. Tylko po co Żydzi mieliby niszczyć to państwo, które jest ich państwem? Jeśli ministrem finansów jest Żyd, który nawet nie mówi dobrze po polsku, to czyż trzeba lepszego dowodu na to, że to nie jest polskie państwo? Przecież finanse są najważniejsze. Bez tego nic nie działa. A premier? Żydom nie jest potrzebna żadna „JUST”. Oni już dawno sobie zapewnili możliwość transferowania pieniądza od polskiego podatnika do swoich kieszeni. Robią to po cichu i skutecznie, i co najważniejsze, zgodnie z prawem. Tym narzędziem jest ustawa z 1997 roku o stosunku Państwa do gmin wyznaniowych żydowskich w Rzeczypospolitej Polskiej. O niej pisałem w blogu „Ustawa”. Jeśli więc kogoś interesują szczegóły, to tam je znajdzie.

Zbierają podpisy przeciw ustawie 447 po to, by Sejm zablokował żydowskie roszczenia. To niby inicjatywa obywatelska. I co z tego? Kogo to obchodzi? Inną sprawą jest to, że jest to ustawa amerykańska i żadne inne państwo nie ma możliwości wpłynięcia na amerykański rząd. Tym bardziej nie ma takiej możliwości „polski” rząd. Jakiś czas temu była taka inicjatywa obywatelska, której celem było zmuszenie rządzących do wprowadzenia w Polsce ordynacji większościowej w postaci jednomandatowych okręgów wyborczych. Zebrano wymaganą ilość podpisów i zaniesiono do Sejmu. I co? I całą tę papirologię wrzucono do sejmowych niszczarek. Tak działa demokracja. To było dobre ponad 10 lat temu, więc mało kto pamięta. Już wyrośli młodzi naiwni, albo są jeszcze starzy naiwni, cierpiący na starczą demencję, których można nabrać na te odgrzewane kotlety. Oni ciągle wierzą, że jest coś takiego jak demokracja i że politycy ulegną. A może nie wierzą, tylko grają. W końcu tę akcję prowadzą internetowe „Media Narodowe” i niby środowiska narodowe. Wybrali Bosaka na kandydata na prezydenta. Chyba tylko po to, by nie był konkurencją dla Kidawy-Blońskiej. Baba i Żydówka ma być przyszłym prezydentem Polski i pewnie będzie, i wszystkie inne partie też wybiorą takich kandydatów, którzy jej nie zagrożą. Tak działa demokracja. A prezydent mówi: Polacy nic się nie stało, przecież wy też jesteście Żydami.

Domieszka

Kilka dni temu prezydent Andrzej Duda powiedział, że w każdym Polaku jest trochę krwi żydowskiej. Stwierdził, że to niemożliwe, by było inaczej po 1000 lat wspólnego życia. I zapewne tak by było, gdyby to było wspólne życie, żeby nie powiedzieć – pożycie. Krew pewnie mieszałby się. No właśnie, gdyby… Problem jednak polega na tym, że to nie było wspólne życie, tylko życie obok siebie. Gdzieś obok, obok nas…

Do 1939 roku 90% społeczności żydowskiej w Polsce nie znało języka polskiego. To była zresztą cecha całego żydostwa wschodnioeuropejskiego. Była to społeczność zamknięta, nieutrzymująca żadnych kontaktów z otoczeniem, odnosząca się z pogardą do miejscowej ludności. Żydzi mieli swój język – jidysz, taki zepsuty niemiecki. Co ciekawe, po wypędzeniu z Hiszpanii, ci, którzy osiedlili się w Turcji, również posługiwali się tam swoim żargonem tzw. zepsutym hiszpańskim.

Wracając jednak na rodzimy grunt, warto przypomnieć powieść Elizy Orzeszkowej Meir Ezofowicz. Opisuje ona w niej taką zamkniętą społeczność żydowską. Ci ludzie, nawet gdyby chcieli, nie mogli kontaktować się ze światem zewnętrznym. Tytułowy bohater, Meir Ezofowicz, buntuje się i wychodzi poza ten zaklęty krąg. Płaci za to wysoką cenę, nawet bardzo wysoką – zostaje wykluczony z tej społeczności. Jest w tej powieści też bardzo wymowna scena, gdy do rabina przychodzi szlachcic i ze zdumieniem, a nawet zszokowany, konstatuje, że rabin go nie rozumie.

Orzeszkowa opisała ten żydowski świat jeszcze z okresu zaborów, ale on przetrwał do wybuchu II wojny światowej. Nie było więc wspólnego życia od 1000 lat. Dotyczyło to 90% społeczeństwa polskiego i żydowskiego. Jedynie te 10% – ta polska niepolska szlachta kontaktowała się z 10% społeczności żydowskiej, zasymilowanej, mówiącej po polsku. I w tym wypadku można by mówić o tej domieszce żydowskiej krwi, choć pewnie w większości przypadków łączyły obie grupy bardziej interesy niż wzajemne przyciąganie.

Po co więc prezydent Duda powiedział to, co powiedział? Czyżby nie znał realiów tamtych czasów, mając za żonę Esterkę? Jako prezydent zapewne nie wyrażał własnej opinii tylko oficjalną. Najwyraźniej ktoś chce przychylniej nastawić Polaków do Żydów. A dlaczego? Najpierw były świece hanukowe w sejmie i pewnie gdzie indziej. Później – wspólne judeo-chrześcijańskie korzenie i „Polin” – wymiennie z „Polska”. A teraz dowiadujemy się, że każdy Polak ma domieszkę krwi żydowskiej.

Dominacja żydowska staje się coraz bardziej widoczna. Właściwie to już jest Polin, a mówiąc bardziej brutalnie – to jest Żydoland. Tego stanu na dłuższą metę nie da się ukryć, więc trzeba jakoś łagodzić tę dysproporcję, dla wielu Polaków jeszcze niewidoczną, i dmuchać na zimne: No, wprawdzie Żydzi dominują, ale przecież wy też jesteście Żydami. Konflikt z poziomu etnicznego – nie do rozwiązania, przechodzi w konflikt społeczny, który można załagodzić, choćby poprzez obiecanki cacanki.