Rocznica

Dzisiaj, tj. 16 października, przeczytałem w kalendarium Interii taką informację:

„14 października 1978 roku za 111 kardynałami zamknęły się drzwi Kaplicy Sykstyńskiej. Rozpoczęło się konklawe, które miało wyłonić następcę pochowanego 10 dni wcześniej Jana Pawła I. Dwa dni później o 18:18 z komina kaplicy ukazał się biały dym. Habemus Papam!”

A więc 111 kardynałów, o 18:18, 16.10.1978, powiadomiło świat o wyborze nowego papieża, którym został Karol Wojtyła – Jan Paweł II. Kiedyś nie zwracałem uwagi na liczby, ale od czasu bliższego zainteresowania się tajnymi związkami, patrzę na to inaczej. W pewnych środowiskach numerologia już od najdawniejszych czasów zajmowała poczesne miejsce. A więc – 111, 18:18 i 1+6+1+0+1+9+7+8=33. Czy 1818 coś znaczy? A 33? A – 2020? Przypadek? Nie wiem, czy te liczby mają jakąś moc, ale zapewne niosą jakiś przekaz dla wtajemniczonych. Bo przecież 111 kardynałów, to pewnie tak nie przypadkiem i ta 18:18 i jeszcze to, że kardynałowie siedzieli zamknięci dwa dni od 14-tego do 16-tego października. Te liczby niosły przekaz dla wszystkich wtajemniczonych na całym świecie: Nasz człowiek w Watykanie!

Dal osób, które interesują się tematem, nie jest tajemnicą, że do wyboru Wojtyły na papieża znacznie przyczynił się Zbigniew Brzeziński. Bardzo ładne imię (ja też mam na drugie – Zbigniew, ale ładne nie dlatego) i nazwisko. Tak ładnie, po polsku, często nazywają się frankiści i z takiej rodziny pochodził Brzeziński.

W blogu „III powstanie śląskie” pisałem:

W 1810 roku wydano zakaz używania języka polskiego w nabożeństwach odprawianych w kościołach ewangelickich. Z tego faktu można wysnuć wniosek, że spora część ludności polskiej była wyznania protestanckiego, bo gdyby to było zjawisko marginalne, to nie odprawiano by tych nabożeństw w języku polskim. Dążono więc do schematu: Polak – katolik, Niemiec – protestant. Tylko czy to był interes Niemiec jako państwa? Łatwiej przecież było zgermanizować poprzez wiarę niż język. A skoro zrezygnowano z tego, to może nie był to element polityki niemieckiej, tylko tej stojącej ponad nią. Polak – katolik, to wróg, ale Polak – protestant, to już jest problem. Czyj więc to był zamysł? A fundamentalne założenie endeckiego systemu wartości? – Polska musi być katolicka, albo wcale jej nie będzie. Cóż takiego stałoby się Polakowi, gdyby był protestantem? Czy rzeczywiście to był interes narodu polskiego, by być katolicką wyspą pośród wrogich wyznań? Łatwiej wtedy wzniecać nienawiść, prowokować konflikty i wojny. Walka z Kościołem katolickim to była walka z Polakami.

Z kolei w blogu „Endecja” pisałem:

W pierwszych latach działalności Dmowski długo był krytyczny wobec chrześcijaństwa, którego normy moralne uważał za sprzeczne z założeniami i potrzebami „zdrowego, narodowego egoizmu”, skłaniał się raczej do podporządkowania go interesom państwa lub narodu na wzór protestantyzmu w wydaniu niemieckim lub angielskim. Później, w publikacji Kościół, naród i państwo (1928) zmienił poglądy i podkreślił znaczącą rolę, jaką odgrywa dla narodu polskiego wiara katolicka i Kościół – „Katolicyzm nie jest dodatkiem do polskości, zabarwieniem jej na pewien sposób, ale tkwi w jej istocie, w znacznym stopniu stanowi jej istotę. Usiłowanie oddzielenia u nas katolicyzmu od polskości, oderwania narodu od religii i Kościoła, jest niszczeniem samej istoty narodu”. Z jego publikacji wywodzi się idea Polski jako „wielkiego państwa katolickiego narodu polskiego”.

Cóż zatem było przyczyną tak diametralnej zmiany? Sam przecież swoich poglądów nie zmienił. Był deistą. Przez całe życie był obojętny religijnie. Dopiero na krótko przed śmiercią nawrócił się. Czy można traktować poważnie kogoś, kto się wypowiada na temat wiary katolickiej i jej związku z narodem, będąc samemu deistą?

Henryk Rolicki w swojej książce Zmierzch Izraela pisze:

»Żydom robi się coraz ciaśniej, a wśród ludu wrzenie przeciw nim coraz silniej występuje na jaw. W 1391 roku miał miejsce wielki pogrom żydów w Sewilli i spalenie synagog, a zaraz potem fala rozruchów rozlała się po całej Hiszpanii. Żydzi, zastraszeni nastrojem tłumów, wypróbowanym obyczajem postanowili wdziać maskę i tłumnie jęli przyjmować chrzest. Więcej niż połowa żydów hiszpańskich przyjęła pozornie chrześcijaństwo. Ci pozorni chrześcijanie, uprawiający skrycie judaizm, otrzymali później w historii nazwę marranów („przeklęci”).

„W ciągu dwudziestu lat dziesiątki tysięcy żydów przyjęło chrzest, całe gminy przeszły na łono Kościoła, bożnice zamieniły się w kościoły, miejsce rodałów zajęły ołtarze, miejsce gwiazdy Dawidowej, krzyże. Rabini zmienili się w nader krótkim czasie w księży, zdolniejsi zajęli krzesła biskupie, bogatsi posiedli berła komturskie w zakonach rycerskich Alkantara i Kalatrawa; kobiety żydowskie lub ich córki stały się przeoryszami klasztorów, a również wśród urzędników świeckich zajęli marrani pierwsze miejsca. Bogaci koligowali się z arystokracją rodową i złocili swym majątkiem zblakłe herby podupadłej szlachty. Wydostawszy się raz z getta, pobudowali marrani pałace i zajęli najpiękniejsze dzielnice miast.” – Majer Bałaban, Historia i literatura żydowska.«

Bawaria to najbardziej katolicki land Niemiec. To tu powstał zakon Iluminatów i tu rodziły się tajne związki. W Bawarii kiełkował też nazizm i wschodziła gwiazda Hitlera. Pokrewny nazizmowi faszyzm rozbłysnął we Włoszech.

„I ciągle zadaję sobie pytanie, czy to jest miłość, czy – kochanie?” – Tak śpiewał Marek Grechuta. A ja, parafrazując, ciągle zadaję sobie pytanie, czy to jest Kościół katolicki, czy – żydowski?

Pamiętam dobrze tamten dzień i atmosferę towarzyszącą tamtemu wydarzeniu. Czy „polski” papież mógłby mieć taki wpływ, gdyby w Polsce połowa albo chociaż jedna trzecia ludności była protestantami? – Katolicka wyspa pomiędzy protestantami i prawosławnymi. Czy można sobie wyobrazić lepsze rozwiązanie dla siania nienawiści i konfliktów na tle religijnym i nie tylko religijnym? Kto za tym stoi i komu to służy?

Takie refleksje naszły mnie z okazji tej rocznicy.

Wyrok

W blogu „I PR bis” pisałem m.in. o tym, że proces ukrainizacji Polski postępuje i że wiele faktów wskazuje na to, że wszystko zmierza ku połączeniu obu państw, co będzie pierwszym krokiem do odtworzenia I RP w jej, w przybliżeniu, przedrozbiorowych granicach. Warunkiem koniecznym do rozpoczęcia tego procesu będzie wyjście Polski z unii europejskiej. Nie sądziłem, że wielcy tego świata czytają mój blog, ale jakoś tak dziwnie złożyło się, że parę dni po jego opublikowaniu uruchomili procedurę wychodzenia Polski z unii europejskiej. Tym pierwszym krokiem jest wyrok Trybunału Konstytucyjnego, orzekający o tym, że polskie prawo stoi ponad prawem unijnym. Poniżej fragmenty informacji zamieszczonych w tej sprawie w dniu 8 października na Interii.

»Polski Trybunał Konstytucyjny orzekł w czwartek, że część prawa UE jest niezgodna z polską konstytucją. TK uznał po rozpoznaniu wniosku prezesa Rady Ministrów, że przepisy europejskie w zakresie, w jakim organy Unii Europejskiej działają poza granicami kompetencji przekazanych przez Polskę, są niezgodne z polską konstytucją. Za niezgodny z konstytucją TK uznał także przepis europejski uprawniający sądy krajowe do pomijania przepisów konstytucji lub orzekania na podstawie uchylonych norm, a także przepisy Traktatu o UE uprawniające sądy krajowe do kontroli legalności powołania sędziego przez prezydenta oraz uchwał Krajowej Rady Sądownictwa w sprawie powołania sędziów.

“Wyrok TK potwierdza to, co wynika z treści konstytucji, że prawo konstytucyjne ma wyższość nad innymi źródłami prawa” – podkreślił premier Mateusz Morawiecki w czwartkowym wpisie na Facebooku. Zaznaczył, że Polska ma takie same prawa jak inne państwa i chce, by były one respektowane. Morawiecki podkreślił równocześnie, że wejście Polski do UE było “jednym z najważniejszych wydarzeń ostatnich dziesięcioleci”, a “miejsce Polski jest i będzie w europejskiej rodzinie narodów”.

Francuski publicysta i prawdopodobny kandydat w wyborach prezydenckich we Francji Eric Zemmour pozytywnie skomentował wyrok polskiego Trybunału Konstytucyjnego w sprawie wyższości prawa krajowego nad prawem unijnym.

“Wczoraj polski Trybunał Konstytucyjny orzekł, że kilka artykułów traktatów UE jest niezgodne z Konstytucją RP. Trybunał stwierdził, że instytucje europejskie prowadzą działania wykraczające poza zakres ich kompetencji. Stwierdził, że polskie prawo konstytucyjne jest nadrzędne w stosunku do prawa europejskiego” – napisał Zemmour w oświadczeniu opublikowanym na Twitterze.

Publicysta podkreślił w nim, że kraj członkowski UE ma prawo decydować o ustawodawstwie, które go dotyczy. Przywołał też stanowisko KE, która przekazała, że rozważa zablokowanie funduszy UE dla Polski przewidzianych w Funduszu Odbudowy.

“Te groźby stanowią poważny atak na wolność polityczną w tym kraju. Stawiając polską konstytucję ponad prawem europejskim, polski Trybunał Konstytucyjny korzysta jedynie z przysługujących mu uprawnień. Stosuje jedynie swoją prerogatywę do decydowania o tym, które ustawy mają zastosowanie w Polsce, a które nie” – podkreślił.

Przewodnicząca Komisji Europejskiej Ursula von der Leyen wyraziła w piątek w oświadczeniu “głębokie zaniepokojenie” orzeczeniem polskiego Trybunału Konstytucyjnego ws. prymatu prawa europejskiego.

Na jej słowa odpowiedziała była premier Beata Szydło, która napisała na Twitterze: “proszę się nie niepokoić”.

“Szanowna Pani Przewodnicząca, nie musi Pani wyrażać zaniepokojenia orzeczeniem polskiego Trybunału. Wykładnia polskiego TK w kwestii nadrzędności prawa krajowego jest zbieżna z orzecznictwem niemieckiego TK, co jako niemiecki polityk z pewnością Pani dostrzeże” – napisała na Twitterze była szefowa polskiego rządu, a obecnie europosłanka PiS.

Głos w dyskusji na temat wyroku TK zabrał również europoseł PiS Patryk Jaki, który opublikował na swoim Twitterze wymowną grafikę z Angelą Merkel w roli głównej. 

“Prawo unijne jest nadrzędne nad polskim… a niemieckie nad unijnym. Czego nie rozumiecie?” – czytamy na obrazku. 

Obraz

W kolejnym wpisie Jaki przedstawił grafikę z zaznaczonymi państwami, “które przyznały sobie prawo badania czy UE nie wykracza poza swoje kompetencje w sytuacjach, które uznają za sporne”.

Obraz



“Tylko Polska nie może. I jeszcze wielu Polaków walczy o to, aby nie mogła” – dodał europoseł.«

To wszystko, to jeden wielki jazgot, w którym trudno doszukać się sensu i konkretów. Ale tu nie chodzi o jakąś merytoryczną dyskusję, tylko o wykreowanie sporu, który w efekcie ma doprowadzić do wyjścia Polski z unii.

W polskiej konstytucji mamy taki zapis:

Art. 90. 1. Rzeczpospolita Polska może na podstawie umowy międzynarodowej przekazać organizacji międzynarodowej lub organowi międzynarodowemu kompetencje organów władzy państwowej w niektórych sprawach.

Widać więc, że ten zapis jest nieprecyzyjny, bo nie określono, w jakich sprawach. Nie wiemy też, do czego Polska zobowiązała się, wchodząc do unii, która wtedy jeszcze nie była unią. W sumie cyrk na kółkach. Ale tak jest tworzone prawo, tak, by nie było precyzyjne, stwarzające możliwości do różnorakich interpretacji, ale też po to, by mogło być wykorzystane do celów politycznych, do kreowania sporów interpretacyjnych, prowadzących w końcu do realizacji uprzednio zaplanowanych celów.

Już są szykowane jakieś marsze protestacyjne przeciwko stanowisku unii: „A ty maszeruj, maszeruj, głośno krzycz – niech żyje nam Wołodia Iljicz!” Tak będzie reagował PiS. Strona przeciwna, czyli Platforma, nie pozostanie dłużna. „Bo do tanga trzeba dwojga”. Będą więc dyskusje, wzajemnie przekonywanie się, przerzucanie się argumentami itp. Właściwa oprawa musi być zapewniona. Jednym słowem teatr. „Świat jest teatrem, aktorami ludzie, którzy kolejno wchodzą i znikają”. – Szekspir jest ponadczasowy. Rozpoczął się spektakl pod tytułem „Polexit”. W końcowej scenie dokona się kolejny rozbiór Polski. Który to już z kolei? Nie mogę się doliczyć. Tyle już ich było. Żydzi robią z Polską, co chcą. Raz ją wypychają na wschód, później wymazują z mapy Europy, by ją wskrzesić znów skierowaną na wschód. W kolejnej odsłonie przerzucają ją na zachód, by po jakimś czasie odwrócić ją od niego i ponownie pchnąć w bezkresy wschodu, żeby już się ostatecznie w nich rozrzedziła.

Ludzka natura c.d.

Oglądam czasami na YouTube kanał „wRealu24”, taką „jedyną propolską i niezależną telewizję”. W tej telewizji występuje cyklicznie, co czwartek, autor książki Historia antykultury Krzysztof Karoń. W ostatnim programie nadawanym na żywo 30 września mówił o tym jakie są źródła moralności i czym jest prawo naturalne. Taki był tytuł tego programu. Ale jak to się często zdarza, tytuł sobie a rozmowa sobie. Karoń zaczął od natury człowieka i stwierdził, że stanowiska Kościoła i antykultury mają jeden wspólny punkt. Jest nim twierdzenie, że człowiek jest z natury dobry i w związku z tym jest zdolny do samodoskonalenia się. W tym miejscu wypada wyjaśnić, co autor rozumie pod pojęciem antykultury.

„Antykultura to ideologia władzy zdobywanej i utrzymywanej dzięki poparciu społeczeństwa dążącego do wolności, ale pozbawionego etosu pracy i zdolności do samodzielnej produkcji własnego dobrobytu. Podstawą antykultury był marksizm, czyli ideologia obiecująca dobrobyt zdobywany nie dzięki własnej pracy, ale rewolucyjnej grabieży, jednak w toku historii marksizm przeszedł szereg rewizji, przybrał postać teorii krytycznej i stał się ideologiczną podstawą wszystkich ideologii wyzysku.”

Wyjaśnia też pojęcie teorii krytycznej. „Powstała w kręgu Horkheimera teoria krytyczna była więc marksizmem zrewidowanym pod względem analizy rzeczywistości i metod walki, ale zachowującym ‘marksowskie intencje’ czyli cele, z których najważniejszym było zdobycie władzy politycznej (przez proletariat) i budowa systemu komunistycznego.

Teoria krytyczna jest teorią programowej destrukcji i opiera się na kilku fundamentalnych założeniach, które nigdy nie zostały wyartykułowane wprost, ale które wynikają z jej tekstów kanonicznych. Są to założenia o:

  • nieusuwalnej wadliwości rzeczywistości (społecznej),
  • wynikającym z tej wadliwości nieusuwalnym konflikcie,
  • bezzasadności tworzenia pozytywnych programów i podejmowania pozytywnych działań,
  • wynikającym z niej potrzebie totalnej destrukcji rzeczywistości,
  • korumpującym wpływie racjonalności przyczynowo-skutkowej.
  • w tekstach założycielskich teorii krytycznej od samego początku tkwi również definicja ideologicznego wroga postępu, a w definicji tej z kolei tkwi podstawa jego stygmatyzacji, jako metody walki ideologicznej.

Ponieważ rewolucja krytyczna opiera się na proletariacie mniejszościowym, musi on dysponować techniką umożliwiającą panowanie nad większością. Podstawą dominacji mniejszości nad większością jest stygmatyzacja kultury określającej tożsamość większości, jej spoistość, zdolność do zorganizowanego działania i obrony swoich interesów, a przede wszystkim prawa do określania reguł życia społecznego (czyli realizacji podstawowej zasady demokracji). Celem stygmatyzacji przeciwnika ideologicznego jest utrwalenie przekonania o patologicznym charakterze tradycyjnej kultury.”

Tak więc według Kościoła człowiek jest z natury zdolny do samodoskonalenia i również według antykultury jest do tego zdolny i stąd reforma systemu edukacji. Natura to przyroda, ale natura wynikająca z nauki Kościoła, nie jest podstawą naturalizmu. To jest zespół cech właściwych pewnej kategorii istot. W przypadku człowieka jest to ludzka natura. – Tak mówi Karoń w tym programie.

Człowiek jest wyposażony w rozum umożliwiający mu rozróżnienie dobra od zła. Właściwością człowieka jest sumienie. Najpierw jest człowiek, który został wyposażony w taką zdolność, a potem dopiero są konsekwencje tego wyposażenia. W tym założeniu jest niebezpieczeństwo, podobnie jak w stanowisku antykultury, bo zakłada się, że ten człowiek jest człowiekiem kompletnym. Na swój sposób uczy się samorealizować.

Tymczasem, moim zdaniem, nie jest prawdą, że człowiek ma zakodowane potencje, możliwości opanowania pewnych kwalifikacji zawodowych, moralnych. One wykraczają poza te możliwości, które dostępne są zwierzętom. To najważniejsza różnica pomiędzy ludźmi a zwierzętami. Człowiek może dostrzec w pewnych działaniach sens, w odróżnieniu od wytresowanego zwierzęcia, które w swoich działaniach tego sensu nie widzi. I w pewnym momencie może opanować umiejętność zwaną automotywacją, samospełnieniem. Tylko problem polega na tym, że tych potencji człowiek nie jest w stanie rozwinąć samodzielnie. Te kwalifikacje, które są wspólne ludziom i zwierzętom, to są kwalifikacje, które opanowuje się bez konieczności uczenia się, czyli są one umiejętnościami instynktowymi. Natomiast tych umiejętności, które są typowo ludzkie, nie opanowuje się samemu przez się. Po to, by człowiek opanował te umiejętności, człowiek musi być poddany pewnemu procesowi. Musi się ich nauczyć. Musi wyrobić w sobie pewne nawyki. Jednym z nich jest uczenie się, to znaczy podejmowanie pewnych żmudnych, nieprzyjemnych powtórzeń, w wyniku których opanowuje się taką umiejętność, która przynosi pewien efekt zwany przeżyciem satysfakcji.

W człowieku tkwią pewne potencje, pewien plan, pewien projekt. Nigdy na drodze ewolucji nie mogłoby dojść do spontanicznego przekroczenia granicy pomiędzy zwierzęciem a człowiekiem. Bo nawet gdy w pewnym organizmie zostały zakodowane pewne potencje, to nie mogłyby się one rozwinąć w sposób ewolucyjny. Ludzkie potencje mogą być rozwinięte w człowieku pod warunkiem przymusu wychowania. I ktoś to musi zrobić. Ewolucja nie dopuszcza, w tym wydaniu, do którego jesteśmy wdrażani, ingerencji nauczyciela. Same potencje, to nie są cechy ludzkie. Czy z tego rozumowania można ,a być może i czy należy, wyciągnąć jakieś wnioski?

Jeśli będziemy mieć fałszywe wyobrażenie na temat człowieka i jego możliwości, to będziemy mu projektować jakieś absurdalne koncepcje, których nigdy nie da się zrealizować. Jedynym skutkiem społecznym, i robię duży przeskok, będzie to, czy ludzie będą się okradać, czy nie będą się okradać.

Sprowadzenie człowieka do biologii, to antykultura: nie oceniamy go, tak jak w przypadku zwierzęcia. Według nauki Kościoła człowiek ma w sobie coś, co mu pozwala odróżnić dobro od zła. I z tym stwierdzeniem Karoń się nie zgadza i to podkreśla. A w dalszym ciągu swojej wypowiedzi mówi:

Jest jedna okoliczność, która mówi o tym, że istnieje jakiś element w ludzkiej psychice, czy jakieś granice, których nikt nie jest w stanie opisać w sposób precyzyjny, a które istnieją. Co wskazuje na istnienie takiej sfery, to mianowicie, że w tej grupie młodzieży, która została, pod wieloma względami, wyzwolona w sposób totalny, całkowity, rozwalona rodzina, żadnych zakazów. Jak to było w 1968 roku w Paryżu? Zabrania się zabraniać. Jeśli młodym ludziom zaaplikuje się tego typu wolność, to okazuje się, że w tej wolności, mając w zasadzie wszystko to, co można obiecać człowiekowi w zakresie darmowej wolności, to w tej grupie jest największa liczna samobójstw. Co to oznacza? To oznacza, że ci ludzie, których opiłowano ze wszystkiego i którzy zostali z tą rzeczywistością sam na sam, że w nich jest jakiś rodzaj mechanizmu, nie wiem jak to nazwać, który powoduje, że oni się w tym nie odnajdują, że w nich jest jakaś potrzeba, która nie została zaspokojona, mimo że można powiedzieć, że z pewnego punktu widzenia mają wszystko, o czym człowiek może zamarzyć. Nie zostało spełnione jakieś podstawowe oczekiwanie, jakaś egzystencjalna podstawowa potrzeba, która wywołuje tak dojmujące cierpienie, tak dojmujące poczucie rozbicia, pustki, że człowiek, młody człowiek, który ma przed sobą dekady aktywnego życia, popełnia samobójstwo.

To tyle Karoń. Pierwszy raz słuchałem jego wykładu 30 września, ale nie na żywo o 19-tej, bo wtedy oglądałem mecz Legia – Leicester (jak porypanym musi być język, w którym pisze się Leicester, a wymawia Lester), tylko później. Karoń ma taki sposób mówienia i robi tyle dygresji, że człowiek gubi wątek i, jak w moim przypadku, przysypia. W związku z tym wróciłem do wykładu w sobotni wieczór, ale podszedłem do tematu inaczej. Wyjąłem zeszyt formatu A4, mój ulubiony długopis (szkoda, że mam tak mało okazji, by pisać), dokładnie taki sam, jak te, które mieli astronauci, lecący po raz pierwszy na Księżyc i zacząłem notować. Zdanie po zdaniu, wstrzymując film, często cofając go, by jeszcze raz wysłuchać i uchwycić wątek, a pominąć dygresje. Tu już nie było mowy o przysypianiu, choć pora była ta sama, co za pierwszym razem. Co by nie mówić, aktywność pobudza. Film trwał godzinę i 15 minut. Mnie cała moja operacja zajęła ponad trzy godziny, ale warto było, bo dopiero wtedy zauważyłem, że Karoń w kończącej wypowiedzi przeczył temu, co powiedział na początku.

Na początku powiedział, że według nauki Kościoła i antykultury, człowiek jest z natury dobry i w związku z tym zdolny do samodoskonalenia się. Jeszcze przed wygłoszeniem końcowego wniosku powiedział, że według nauki Kościoła człowiek ma w sobie coś, co mu pozwala odróżnić dobro od zła. I dodał, że on z tym stanowiskiem nie zgadza się, bo to może zapewnić właściwa edukacja. A w końcowej wypowiedzi mówi, że istnieje w ludzkiej psychice jakiś element, czy jakieś granice, których nikt nie jest w stanie opisać w sposób precyzyjny, że nie została spełniona jakaś egzystencjalna podstawowa potrzeba, co w efekcie prowadziło do samobójstw. Tylko że nie dodał, że stało się tak pomimo tej wadliwej edukacji, że ta edukacja nie była w stanie wyeliminować z ludzkiej psychiki tego elementu, i że ci ludzie, popełniający samobójstwo, potrafili, może intuicyjnie, ale jednak potrafili odróżnić dobro od zła. A więc ma on w sobie to coś, coś pierwotnego, co mu pozwala odróżnić dobro od zła.

Ja jestem prosty człowiek i przemawiają do mnie tylko proste tłumaczenia. Wszelkie te intelektualne wygibasy przyprawiają mnie o mdłości albo zasypiam. Jestem zwolennikiem zasady tzw. brzytwy Occama, która, mówiąc w uproszczeniu, polega na tym, że najprostsze objaśnienia rzeczywistości są najbliżej prawdy. I dlatego twierdzę, że nauka Kościoła i antykultura mylą się, twierdząc, że człowiek jest z natury dobry. Myli się też Karoń, twierdząc, że właściwa edukacja uczyni ludzi dobrymi, co w jego rozumieniu oznacza, że nie będą kraść tylko pracować.

Prosta obserwacja życiowa skłania do wyciągnięcia wniosku, że ludzie rodzą się z różnymi zdolnościami lub ich brakiem. Jedni są zdolni i potrafią w trakcie edukacji nabyć umiejętności pozwalające im na dostatnie życie, inni – pozbawieni tych zdolności – wiodą życie skromne lub nędzne. Żadna edukacja nie zniweluje tych różnic, które są wynikiem działania natury, cokolwiek byśmy pod tym pojęciem rozumieli. Talent dostaje się od natury. Obdarzony nim może go rozwinąć lub zmarnować. Człowiek bez talentu, czy upośledzony umysłowo, nawet gdyby nie wiem jak starał się, to nie przeskoczy pewnej bariery. Żadna pracowitość tu nie pomoże. Ci wybitni twierdzą, że talent to 1%, a reszta to praca. Pewnie mają rację, ale jak się nie ma tego jednego procenta, to cały wysiłek na nic.

Jeśli tak jest w przypadku zdolności, różnego rodzaju zdolności, czego nikt nie kwestionuje, to czy inaczej może być w przypadku charakteru? Człowiek rodzi się z natury dobrym – tak mówi nauka Kościoła i antykultura, według Karonia. Jeśli tak, to dlaczego nie rodzi się on z natury zdolnym? Otóż człowiek rodzi się z natury raz zdolnym, raz niezdolnym. I tak samo rodzi się z natury raz dobrym, raz niedobrym. Charakter człowieka jest mu dany w momencie urodzenia, tak jak zdolności lub ich brak. Jeden jest dobry, drugi zły. Jeśli stykają się dwie jednostki, z których jedna jest zła, a druga dobra, to z tego związku mogą powstać dwie złe, dwie dobre lub jedna dobra i jedna zła jednostka. Te różnice często widać w rodzeństwach. Zły charakter zawsze da znać o sobie, prędzej czy później i żadna edukacja tego nie zmieni.

Po co więc ktoś tworzy tego typu teorie? W tym wypadku nauka Kościoła i antykultura. Czy one mają jakiś wspólny mianownik? Komu zależy na tym, by twierdzić, że człowiek rodzi się z natury dobrym? Znaczy, że jeżeli stał się złym, to dlatego, że otoczenie i czynniki zewnętrzne uczyniły go takim. I on w tym momencie jest rozgrzeszony, usprawiedliwiony z tego, że jest zły. Akcja rodzi reakcję.

Większość tych teorii z psychologii i dziedzin pokrewnych tworzą Żydzi, a i nauka Kościoła nie jest wolna od ich wpływu. Może te teorie mają być swego rodzaju obroną przed zarzutami, że Żydzi są źli. Nie są źli, są tacy jak inni, dobrzy z natury.

Jeśli więc człowiek jest z natury dobry, to zepsuć może go tylko otoczenie. A jeśli ma tylko potencje, które muszą być rozwinięte, to zła edukacja skieruje je w złym kierunku, a dobra w dobrym. Można i tak i w ten sposób zepchnąć istotę problemu w niebyt.

Krzysztof Karoń jest postacią zagadkową. Nie chce udzielać żadnych informacji na swój temat. Bardziej popularny stał się od momentu pojawienia się w telewizji „wRealu24”. Ma własną stronę internetową poświęconą historii antykultury. Jego filmy są dostępne na YouTube i na jego stronie. W 2018 roku pojawiło się książkowe wydanie historii antykultury. Tajemniczość skłania do podejrzeń. Ktoś go musiał wypromować. Tylko kto? I w jakim celu? By przekonać pewne środowiska, że wszystkiemu jest winien marksizm kulturowy? Odwrócić uwagę od prawdziwych sprawców? Zagospodarować pewną część prawicowego elektoratu? Ze swoim Programem Wiedzy Społecznej chce trafić do młodzieży akademickiej i szkolnej.

I tak człowiek znikąd, bez historii, staje się postacią rozpoznawalną po prawej stronie sceny politycznej, staje się autorytetem i znawcą marksizmu. Pod jego filmami w telewizji „wRealu24” pojawiła się postać pod nazwą Program Wiedzy Społecznej, która zachęca do oglądania jego wypowiedzi, komentuje, czasem odpowiada na komentarze komentujących. Poniżej wymiana zdań pod omawianym filmem pomiędzy mną a PWS:

W.L. – Jeśli wszystkie umiejętności, które odróżniają człowieka od zwierząt, człowiek może nabyć tylko poprzez przymus, przymusową edukację, to jak ma się do tego umiejętność chodzenia na dwóch nogach i mowa. Nikt nie zmusza niemowlaka do tego, by chodził, bo jak? On jeszcze niczego nie rozumie, ale sam z siebie wstaje i próbuje. Ile prób musi podjąć, by nauczyć się chodzić? Nikt go nie zmusza, a mimo to próbuje. A czy mówienia uczy go ktoś? Czy uczy go ktoś, jak ma powiedzieć “sz”, “cz”, “ż”, “ch”? Mówi mu ktoś, jak ma ułożyć język, by wypowiedzieć te dźwięki? Mnie nikt tego nie uczył.

PWS – “Mnie nikt tego nie uczył.” Uczył, tylko Pan tego nie pamięta.

W.L. – Naprawdę? Nawet jeśli ktoś pomagał mi chodzić, trzymając za ręce, to dziecko samo z siebie próbowało chodzić bez przymusu, który, jak twierdzi Karoń, jest niezbędny w edukacji. A jak się uczyłem mówić, to byłbym w stanie zrozumieć, jak ułożyć język przy wymowie “sz” i “cz”? Ja wtedy jeszcze niczego nie rozumiałem.

PWS – Trzymanie za rękę, zachęcanie dziecka do zajęcia określonej wyprostowanej pozycji też jest przymusem. Przymus to nie przemoc. Człowiek nie jest w stanie sam, bez udziału drugiego człowieka, nauczyć się mówić. Proszę poczytać o tzw “dzikich dzieciach”.

W.L. – „Przymus to nie przemoc.” Przecież ja nie użyłem słowa “przemoc”. Oczywiście, że dziecko nie jest w stanie nauczyć się chodzić i mówić bez udziału człowieka, bo dziecko obserwuje dorosłych i widzi, że oni chodzą na dwóch nogach, a ono raczkuje i też chce tak jak dorośli. Dorośli nie zmuszają dziecka do tego, by chodziło. Podobnie jest z mową. Dziecko słyszy, że dorośli mówią i też próbuje ich naśladować. A poza tym matka cały czas do takiego dziecka mówi, pomimo że nikt jej o tym nie mówił, że ma tak robić. Ona to robi instynktownie. Dlatego żaden mężczyzna nie wychowa dziecka. On może je przewinąć, nakarmić, ubrać, ale nigdy nie zastąpi matki w mówieniu do dziecka.

PWS – Mówienie “do” dziecka jest przecież formą przymusu bo zmusza go do określonego aktywnego zachowania, polegającego nie tylko na słuchaniu ale i obserwowaniu ruchu ust oraz próbach naśladowania. To coś innego niż samo bierne słuchanie “że dorośli mówią” gdzieś obok. Nie jest prawdą, że każda “matka cały czas do takiego dziecka mówi, pomimo że nikt jej o tym nie mówił, że ma tak robić”. Sposób sprawowania opieki nad dziećmi też podlega wpływom kulturowym (i antykulturowym). Nie wynika tylko z samego wrodzonego instynktu. Najlepszy przykład to – coraz powszechniejsze – zabawianie dziecka smartfonem, zamiast rozmową.

W.L. – Dziecka do niczego nie trzeba zmuszać. Ono w sposób naturalny interesuje się wszystkim, bo wszystko na tym świecie jest dla niego nowe. Chce wszystkiego dotknąć, zobaczyć, spróbować, usłyszeć. A jak już nauczy się mówić, to zadaje dużo pytań. Prawdę mówiąc to próbuje je zadawać, gdy jeszcze nie umie dobrze mówić. Ja nie pisałem o sposobie sprawowania opieki nad dziećmi, tylko o tym, jak dziecko uczy się mówić, a uczy się bez przymusu. Pan zdaje się hołduje zasadzie, że jeśli teoria, w tym wypadku teoria antykultury, nie zgadza się z faktami, tym gorzej dla faktów.

Tak to wygląda w praktyce. Karoń zaczyna wykład i wygłasza tezy, które stoją w sprzeczności z tym, co mówi na końcu. PWS wyznaje zasadę, że jeśli fakty nie pasują do teorii, to tym gorzej dla faktów. Ale to jest, jak mówią, mały pikuś. Zdaniem Władysława Tatarkiewicza filozofia Hegla nie liczyła się z faktami i osiągnięciami nauki; gdy zarzucono mu, że jedna z jego koncepcji astronomicznych nie zgadza się z przyrodą, miał odpowiedzieć: „Tym gorzej dla przyrody”.

I RP bis

Oglądałem ostatnio film Wojciecha Sumlińskiego Powrót do Jedwabnego. Film ten jest nie tylko o tym, co tam się wydarzyło, ale przedstawia te zdarzenia w szerszym kontekście historycznym. Jest w nim również mowa o żydowskich roszczeniach. Kwestię tę poruszają w swoich wypowiedziach Rafał Ziemkiewicz i Ewa Kurek. Oboje dużo piszą na temat relacji polsko-żydowskich i oboje używają tego samego argumentu, zresztą nie tylko oni, że w Polsce, tak jak i w innych krajach, obowiązuje prawo wywodzące się z rzymskich tradycji, mówiące o tym, że w przypadku braku spadkobierców, majątek po zmarłym przechodzi na skarb państwa.

Problem jednak polega na tym, że Żydzi mają swoje prawo, które obowiązywało w gminach żydowskich, które istniały w II RP i państwo to zgodziło się na ich istnienie i ich regulacje prawne. Według tego prawa mienie po zmarłych, którzy nie mieli spadkobierców, przechodzi na gminy, do których należeli. Te gminy w wyniku wojny przestały istnieć, tak jak przestały istnieć kamienice warszawskie należące do Żydów. To jednak nie zraża ich do wysuwania roszczeń. O co zatem chodzi Żydom? Kwota jakiej obecnie żądają jest znacznie większa niż pierwotnie i ponad dwukrotnie przekracza wartość budżetu państwa. Oznacza to praktycznie, że jest ona nie do zapłacenia. Po raz pierwszy kwestia żydowskich roszczeń majątkowych pojawiła się podczas obrad Światowego Kongresu Żydów w Buenos Aires w 1996 roku. Mija już ćwierć wieku i jedyny postęp w tej sprawie to ich rosnąca kwota.

O co więc chodzi Żydom? O przejęcie całego majątku państwa? To państwo jest już ich. Do tego nie są potrzebne takie zabiegi. Chodzi o odtworzenie I RP w jej, w przybliżeniu, przedrozbiorowych granicach, państwa, które będzie państwem żydowskim. Natomiast tzw. Ziemie Odzyskane, bardzo możliwe, że z Wielkopolską, zostaną przyłączone do Niemiec. Mówiąc wprost – kolejny rozbiór Polski. Żeby mogło do tego dojść, to najpierw trzeba urobić opinię publiczną na świecie. Przedstawić Polaków w jak najgorszym świetle, jako ludzi prymitywnych wręcz dzikich, bez skrupułów, chciwych i głupich. Takich, którzy bez zmrużenia oka napadną, ograbią i zabiją swoich sąsiadów. Po to m.in. jest potrzebny fałszywy obraz wydarzeń w Jedwabnem. Przed rozbiorami również przedstawiano I RP jako kraj niepoważny, warcholski, w którym Polacy nie potrafią się rządzić, w którym panuje wieczna anarchia. Do tego, do odtworzenia I RP, potrzebne też jest wyjście Polski z unii europejskiej, o czym coraz częściej można usłyszeć. Nie można podzielić kraju, który jest w większym związku, który podlega władzom unijnym.

Jakiekolwiek argumenty nie przemawiają do Żydów, a próba przekonywania ich, tłumaczenia im, nie ma najmniejszego sensu. Żeby to zrozumieć, trzeba poznać, choć trochę, historię tego narodu i jego przekonania. Trochę o tym pisze Marian Miszalski w swojej książce z 2019 roku Ukryta wojna cicha kapitulacja (Polityka polska wobec żydowskiego rasizmu):

»Są dwa aspekty żydowskiego szowinizmu, tej narodowej odmiany rasizmu: religijny i świecki, więc polityczny.

Szowinizm (fr. chauvinisme) – termin wzięty z XIX-wiecznej francuskiej komedii Eugeniusza Scribe’a Le soldat laboreur, której bohater Mikołaj Chauvin jest przekonany, że własnemu narodowi należy się przywilej żerowania na innych narodach i ich eksploatacji; rasizm to identyczne przekonanie w odniesieniu do rasy. Samo postrzeganie istnienia narodów i ras, różnic między nimi, nie jest, oczywiście, szowinizmem ani rasizmem.

Filozofowie i socjologowie różnie definiują pojęcie rasy. Kant rozróżniał rasy wedle kryterium klimatycznego, twierdząc, że rasy ludzkie kształtowały się poprzez klimat i od niego zależą różnice między rasami; Linneusz klasyfikował ludzkie rasy wedle koloru skóry (biała, żółta, czarna, miedziana, brązowa), co też wiązało się z klimatem; podobnie Cuvier (biała, czarna, żółta). Im bliżej współczesności tym bardziej rasa ludzka definiowana jest przez badaczy wielością kryteriów. Wybitny polski socjolog pochodzenia żydowskiego Ludwik Gumplowicz – urodzony w rodzinie całkowicie zasymilowanej (ojciec był mężem zaufania Rządu Tymczasowego podczas powstania styczniowego, bracia – uczestnikami tego powstania) – definiował rasę jako „grupę etniczną”. Naród to nie tylko wspólne pochodzenie, czyli więzy krwi – potrzebna jest jeszcze wspólna historia, religia, język, władza, nadrzędny interes, kultura, tożsamość cywilizacyjna. Każdy z tych czynników ma niejednakową wagę w kształtowaniu konkretnego narodu. Naród jest przezwyciężeniem „więzów krwi”, pochodzenia, więc li tylko czynnika etnicznego, podobnie jak chrześcijaństwo, jako religia uniwersalna, jest przezwyciężeniem monolatrii judaizmu, jako religii plemiennej. Nawet gdy narody mieszają się ze sobą – nie wytwarzają jeszcze nowej rasy. Rasą staje się ten naród, który najdłużej i najskuteczniej hoduje więzy krwi i na nich głównie opiera swą odrębność, który utrwala swoją „etnię” (pochodzenie genetyczne). Wedle prawa żydowskiego Żydem jest ten, kto pochodzi od matki – Żydówki.

Nie każdy naród jest więc zarazem rasą. W tym ujęciu naród żydowski tworzy zarazem rasę – ale młody naród amerykański nie jest rasą amerykańską: nie stworzył rasy, nowej grupy etnicznej, więc grupy odwołującej się głównie do pochodzenia, do więzów krwi.

Jeśli tak spojrzeć oczami Gumplowicza – żydowscy rasiści w Ameryce mają wielką „przewagę spójności” nad resztą nierasowego narodu amerykańskiego, zważywszy, że i jedni, i drudzy cieszą się prawami „amerykańskich obywateli”…

W książce tej pisząc zamiennie o żydowskim rasizmie lub szowinizmie – mam na myśli rozumienie rasy według Ludwika Gumplowocza.

Aspekt religijny, historycznie głęboki, bo starotestamentowy, bierze się z przeświadczenia religijnych Żydów o ich wyjątkowości jako „narodu wybranego” w ludzkim świecie, w oczach ich Boga. Ten Bóg jest Bogiem żydowskim, Bogiem narodu żydowskiego: takie przekonanie – że jakiś naród ma własnego Boga – nazywane jest monolatrią. Monolatria to religia niższa wobec każdej innej, która ma charakter uniwersalny, więc nie wiążący Boga z określonym plemieniem, ludem czy narodem. Zarówno chrześcijaństwo jak i islam są religiami uniwersalnymi: żadne plemię, lud czy naród nie ma tu Boga dla siebie.

Aspekt świecki, polityczny i historycznie bardzo płytki – bierze się z fałszywego przekonania o historycznej wyjątkowości ludobójstwa dokonanego na Żydach przez Niemców podczas II wojny światowej. Jest to swoista „świecka religia holocaustu”, więc fanatyczna ideologia, zastępująca niewierzącym Żydom ich religię plemienną, monolatrię – judaizm.

Co do religii żydowskiej – judaizmu – jest to religia plemienna, trybalna, bo ograniczona tylko do Żydów. Opiera się na opisanym w Torze „przymierzu” między Bogiem a ludem Izraela: „Wtedy to właśnie Pan zawarł przymierze z Abramem, mówiąc: Potomstwu twemu daję ten kraj, od rzeki egipskiej aż do rzeki wielkiej, rzeki Eufrat, wraz z Kenitami, Kenizytami, Kadmonitami, Chetytami, Peryzzytami, Refaitami, Amorytami, Kananejczykami, Girgaszytami i Jebusytami”. Bóg żydowski daje zatem Żydom, nie tylko określone terytorium, ale i ludy tam zamieszkujące. To „przymierze” ma charakter transakcji handlowej, coś za coś: ziemia wraz z miejscową ludnością jako niewolnikami – w zamian za uznanie przez Żydów Boga; i wedle plemiennej religii, jaką jest judaizm, obowiązuje Boga tylko względem Żydów jako „narodu wybranego”. Judaizm ma więc niewiele wspólnego z uniwersalną (powszechną) religią, jaką jest chrześcijaństwo; poza tym, że Jezus Chrystus, jako Syn Boży, wcielił się akurat w człowieka należącego do ludu żydowskiego. Ale jako religia – chrześcijaństwo nie stanowi w żadnej mierze kontynuacji judaizmu. Żydzi nie są „starszymi braćmi” w tej samej wierze. Są starszą religią, ale innej wiary. Chrześcijaństwo jako religia uniwersalna (skierowana do wszystkich ludzi) i obiecująca zbawienie wierzącym w Chrystusa – to fundamentalne przezwyciężenie judaizmu i jego zaprzeczenie. Chrześcijańska obietnica zbawienia nie ma charakteru transakcji handlowej, gdyż ani za życia doczesnego, ani po śmierci – zbawionym w Królestwie Niebieskim – nie udziela żadnej własności ani władzy nad kimkolwiek. A że „łaska pańska jest niezbędna do zbawienia” – wyklucza to całkowicie handlowy charakter tej obietnicy.

Co do politycznego aspektu żydowskiego rasizmu: twierdzenie o wyjątkowości ludobójstwa dokonanego na Żydach przez Niemców podczas II wojny światowej jest nieprawdziwe. To zwyczajny polityczny mit, polityczna propaganda: „religia świecka”, czyli ideologia. Ludobójstwo dokonane w Związku Radzieckim przez komunistów na „klasowych wrogach rewolucji” przekracza wielokrotnie liczbę żydowskich ofiar Hitlera (6 milionów według najwyższych szacunków) i oceniane jest (wedle najniższych szacunków) na 20 milionów ofiar.

Samo ludobójstwo zresztą jest równie stare jak historia ludzkości i mamy jego liczne opisy już w Starym testamencie, nadto także w wykonaniu Żydów i na polecenie ich Jehowy…

Aspekt religijny kształtuje postawy Żydów wierzących, aspekt świecki – Żydów niewierzących. Trzeba zauważyć, że w wiekach XIX, XX i XXI postępuje sekularyzacja, czyli zeświecczenie postaw żydowskich (socjalizm i komunizm przyciągają żydowski ciemnogród i ćwierćinteligentów); a po II wojnie światowej aspekt świecki żydowskiego rasizmu – przekonanie o wyjątkowości holocaustu w historii – staje się ideologią zastępującą niewierzącym Żydom wiarę; staje się świecką religią, jaką był bolszewicki komunizm, niemiecki narodowy socjalizm – i w jaki przekształca się każda totalitarna ideologia. Z ideologią demokracji totalnej włącznie. Demokracja bowiem, rozumiana jako metoda rozstrzygania sporów lub podejmowania decyzji „większością głosów” zawsze i w każdej dziedzinie ludzkiej działalności jest także niebezpiecznym totalitaryzmem.

Obydwa te przekonania tworzą razem fundament niebywale silnego rasizmu żydowskiego, bodaj najsilniejszego i najgłębszego z rasizmów XXI wieku. Żydowski rasizm splata się dzisiaj niebezpiecznie z żydowskim nacjonalizmem, więc z przekonaniem, że każdy naród powinien utworzyć własne państwo. Z tego splotu rodzi się niebezpieczne przeświadczenie, że państwu, narodowi żydowskiemu i każdemu Żydowi wolno więcej, niż innym państwom, narodom i ludziom (gojom), jako mniej wartościowym w oczach ich Boga i mniej doświadczonym w dziejach. Aby odwracać uwagę opinii publicznej od własnego ekstremalnego rasizmu – żydowscy rasiści podejmują niebywałe wysiłki polityczne, finansowe i propagandowo-medialne, żeby zwalczać rasizm, szowinizm – nawet „nacjonalizm” – u innych. Rzec można – im głośniej i silniej zwalczają te objawy u innych – tym silniej umacniają swe własne rasistowskie fundamenty i wznoszone na nich budowle polityczne, propagandowe, finansowe i prawne.

Wybitny polski historyk, Feliks Koneczny, podkreślając plemienny charakter cywilizacji żydowskiej oparty na monolatrii, zauważył trafnie:

Ponieważ Jehowa sprzyja tylko Żydom, a jest wrogiem wszystkich innych ludów, zatem Żydzi, idąc w ślad za swym Bogiem, musieli swój stosunek do obcych doprowadzić do takiego stanu, że już w starożytności nazywano ich „nieprzyjaciółmi rodzaju ludzkiego”. Wyjątkowość Żydów – a na tym opiera się ich plemienna religia – rodzi ekskluzywność w samotraktowaniu się żydostwa […]. Ekskluzywność rodzi pychę, a dla obcych: najpierw wzgardę, następnie nienawiść. W całej historii powszechnej Żydzi rozwinęli nienawiść do stopnia najwyższego, do stopnia takiego, że nie można wyjść z podziwu, jak może w ludzkiej piersi zmieścić się tyle nienawiści. Byłoby to niemożliwe, gdyby nie sakralność (religijne uświęcenie) tej nienawiści.

Czy aby nie dlatego najgorętszymi wrogami „mowy nienawiści” są właśnie… rasiści żydowscy kierowani zamiarem ukrycia własnej, uświęconej religijnie nienawiści do innych?

Fakt, że od czasów potężnej emigracji Żydów z Rosji do Ameryki pod koniec XIX wieku – trwającej niemal nieprzerwanie do początków wieku XX – Żydzi wytworzyli w Stanach Zjednoczonych silne lobby finansowo-polityczne, wzmacnia dzisiaj ten rasizm, który poprzez inne żydowskie diaspory w wielu krajach świata dąży do polityczno-prawnego uprzywilejowania Żydów wszędzie tam, gdzie żyją. To uprzywilejowanie nie jest celem samym w sobie – jest także środkiem do pozyskiwania wpływów, zdobywania przyczółków władzy, współrządzenia, wreszcie – zarządzania krajami, w których uda się zdobyć dostatecznie silną pozycję ekonomiczno-polityczną. Dzisiejsza Ameryka bliska jest tego stanu: Pat Buchanan, wybitny amerykański publicysta, ubiegający się o nominację partii republikańskiej na kandydata na prezydenta w latach 1992 i 1999 powiedział: „Waszyngton to terytorium okupowane przez Izrael”.

Rozwścieczyło to niebywale amerykańskich Żydów. Dlaczego? Przecież powinni być raczej dumni z pozycji politycznej, jaką osiągnęli w Stanach Zjednoczonych… Dała jednak o sobie znać nienawiść do prawdy, wpisana głęboko w żydowską cywilizację, a opisana już w Ewangelii św. Mateusza:

[…] Niektórzy ze straży przyszli do miasta i powiadomili arcykapłanów o wszystkim, co zaszło. Ci zebrali się ze starszymi, a po naradzie dali żołnierzom sporo pieniędzy i rzekli: „Rozpowiadajcie tak: Jego uczniowie przyszli w nocy i wykradli Go, gdyśmy spali. A gdyby doszło to do uszu namiestnika, my z nim pomówimy i wybawimy was z kłopotu”. Ci więc wzięli pieniądze i uczynili, jak im pouczono.

Stosunek żydowskich intelektualistów i liderów do prawdy, już wówczas przypominał więc słynny stosunek do prawdy towarzysza Lenina: „Po co polemizować z Kautsky’m ? Lepiej od razu nazwać go renegatem i zdrajcą!”

Dzisiaj, niewygodnych polemistów, żydowscy „intelektualiści i liderzy” chętnie nazywają „antysemitami” lub udają, że nie słyszą ich argumentów. Ba! W ogóle ich nie zauważają… Oczywiście – w tym szaleństwie jest metoda.«

Żydowski socjolog, Ludwik Gumplowicz, według Miszalskiego całkowicie zasymilowany, zawęził pojęcie rasy do narodu. Rasą jest ten naród, który najdłużej i najskuteczniej hoduje więzy krwi i na nich opiera swą odrębność. Wcześniej rasa była pojęciem szerszym niż naród, a według definicji Gumplowicza rasa jest pojęciem węższym, a właściwie ograniczającym się do jednego narodu, najstarszego narodu. Takie to kombinowanie Żydów: tworzenie teorii, która może mieć zastosowanie tylko do jednego narodu – narodu wybranego. Jakoś trudno mi uwierzyć w całkowitą asymilację Żydów. Ja oczywiście wierzę w ich całkowitą asymilację… pozorną.

Żydzi uważają się za naród wybrany, a więc lepszy od innych i z tego powodu inne narody powinny im służyć. Jeśli jeszcze dodamy do tego, że nienawiść żydowska ma podłoże religijne, jak pisał Koneczny, to jakakolwiek dyskusja z nimi mija się z celem. Żadne argumenty nigdy do nich nie dotrą, bo oni mają swoje racje i cele i nigdy od nich nie odstąpią.

Trochę inaczej opisuje ten problem Henryk Rolicki w swojej książce z 1932 roku Zmierzch Izraela. Pisze tak:

„Jedynym kluczem do zrozumienia żydostwa jest znajomość jego historii. Religia żydowska, to religia historyczna i polityczna. W przekroju teraźniejszości żydostwo dla każdego stanowić musi zagadkę niezgłębioną, coś nienaturalnego, po prostu niesamowitego. W świetle historii rozjaśniają się mroki tajemnicy.”

I następnie cytuje żydowskiego filozofa Heinricha Kohna z jego Die politische Idee des Judentums.

„Korzenie całej religii żydowskiej tkwią w historii żydowskiego ludu. Początkiem jej jest akt historyczny: wywędrowanie z Egiptu. We wszystkich jej chwilach zwrotnych znajdujemy historyczne zdarzenia. Z nich czerpie ona swą siłę, w głębiach żydowskiego charakteru narodowego leży jej tajemnica: formą jej rozwoju jest polityka.

Etyczno-polityczne idee stanowiły rdzeń żydostwa. Mojżesz a po nim wszyscy wielcy przywódcy ludu, których działalność rozwijała się pozornie w całości na terenie religijnym, nie troszczyli się o religię, lecz o Królestwo Boże. Ale w tym pojęciu właśnie polityka jest religią, jest entuzjastycznym dążeniem, skierowanym bezpośrednio ku Absolutowi, ku Bogu, jest jedyną rzeczywistością życia, mieszczącą w sobie wszystkie inne. Nie jest więc już ona zajęciem pośród innych, jakąś płaszczyzną świadomości pomiędzy innymi, lecz jest ustosunkowaniem się człowieka, woli ludzkiej, w sposób obejmujący całe życie, do żądań jakie mu stawia Absolut. A w innym znaczeniu polityką jest tak uregulować stosunki ludzkie i życie codzienne każdego pojedynczego człowieka, aby były po upływie tego okresu skierowane ku celowi ostatecznemu. To skierowanie nazwali żydzi sprawiedliwością (Teraz już chyba jasne, skąd się wzięła nazwa „Prawo i Sprawiedliwość” – przyp. W.L.).”

Dalej Rolicki pisze tak:

»Powiedzmy to sobie w języku mniej filozoficznym. Oto prawodawcy żydów nie troszczyli się o religię, lecz o zapewnienie Jehowie Królestwa Bożego na ziemi. Był to cel polityczny i religia, którą głosili, stała się religią polityczną. Ubierając swój cel polityczny w szatę religijną, uzyskiwali zaszeregowanie całego plemienia i późniejszych pokoleń w jeden zastęp bojowników politycznych. Innym znowu zadaniem było tak uregulować całe prawodawstwo, by każdy czyn jednostki mógł zostać skierowany ku ostatecznemu celowi politycznemu i w ten sposób stać się czynem politycznym. Głównym środkiem działania kierownictwa Izraela było stworzenie dla mas specjalnej etyki; sprawiedliwym, a więc działającym zgodnie z żydowską etyką, jest tylko ten żyd, którego każdy czyn zmierza ku osiągnięciu ostatecznego celu politycznego, czyli ku zapewnieniu królestwa Jehowy.

Żywo musi zainteresować nas Jehowa, ów Bóg izraelski, mający zakrólować nad światem. Przekonujemy się, że nie jest to Bóg uniwersalny, Bóg dla wszystkich, lecz typowe bóstwo Izraela.

Księga Izajasza tak głosi ludowi izraelskiemu: „To mówi Pan: praca egipska i kupiectwo etiopskie i Sabaim, mężowie wysocy do ciebie przyjdą i twoi będą; za tobą chodzić będą, okowami w okowy pójdą i tobie się kłaniać i modlić będą; tylko w tobie jest Bóg, a nie masz oprócz ciebie Boga” (XLV 14).

Albo w innym miejscu: „będą otworzone bramy twoje ustawicznie; we dnie i w nocy nie będą zamknięte, aby noszono do ciebie moc narodów i króle ich, aby przywiedziono. Bo naród i królestwo, które tobie nie służyło, zginie. I przyjdą do ciebie, kłaniając się, synowie tych, którzy cię trapili. I będziesz ssać mleko narodów, a piersiami królów karmion będziesz” (LXI 5).

Jak widzimy, owo królestwo Jehowy nie jest wcale pomyślane nieziemsko; jest to królestwo z tego świata, zapewniające działaczom tego kultu polityczno-religijnego, uczestnikom przymierza z Jehową niedwuznaczne korzyści w postaci władztwa nad innymi narodami.

Oto jest sens przymierza, interes, jaki obie strony kontraktujące znalazły w tym przymierzu: „Sprzedam wam moją naukę i jestem sprzedany wraz z nią” (Midrasz Theruma 34). Oto istotna tajemnica religii politycznej, ku której spełnieniu dąży Izrael przez wieki.

Środki działania ulegają zmianom, gdy zawiodą jedne, sięga się po inne. A tajemniczość celu ostatecznego uzasadnia dostatecznie utajenie środków, dla których jedynym kryterium etycznym jest „sprawiedliwość”, czyli ich wartość praktyczna dla osiągnięcia celu. Stąd odwieczna, powszechna opinia, że żydzi hołdują zasadzie: cel uświęca środki.

Kierownicy Izraela zmiany metod narzucają gwałtem i rewolucyjnie swoim rzeszom. Takie rewolucje wewnątrz Izraela nie niosą jednak z sobą pogardy dla przeszłości. Są to bowiem rewolucje w zakresie używanych środków, metod działania. Dziś odrzucone, mogą kiedyś w przyszłości znaleźć znowu swą wartość.

Rewolucje w Izraelu nie dotykają dogmatu. Jest nim przymierze z Jehową i cel ostateczny. Na tych dogmatach zasadza się niezmienność dziejowa Izraela.«

W innym miejscu Rolicki cytuje „Hajnt” z 24 października 1930 roku:

„Jest głupio myśleć, że dopiero w naszych czasach narodziła się żydowska polityka i że nasi przodkowie o takich wysokich sztukach nie mieli pojęcia. Czy się nie wie, że już w czasach naszych mędrców, którzy kierowali żydowską polityką przeciw okropnemu Rzymowi, jedną z metod walki była demonstracja ludowa, było zawsze wygrywanie różnych sił politycznych w kraju przeciw sobie? Panującego przeciw stanom, kościoła przeciw panującemu itd. Był to niesłychanie powikłany systemat akcji politycznych, o których my dzisiaj nie możemy mieć nawet jasnego pojęcia”.

Te powyższe cytaty, to nie jest łatwa lektura, szczególnie ten drugi, ale dzięki nim łatwiej zrozumieć żydowską mentalność i ich cele. Wszelkie powoływanie się na nasze prawo, naszą etykę itp. nie ma sensu. Jest to walenie głową w mur. Czy zatem wszyscy ci, którzy wysuwają tego typu argumenty są tak naiwni, czy może zupełnie inna motywacja nimi kieruje?

Napisałem powyżej, że Żydzi dążą do odtworzenia państwa zwanego I RP, które to państwo ma być ich państwem. To będzie możliwe po przyłączeniu wschodniej Polski do Ukrainy, Białorusi i Litwy. Natomiast zachodnia część zostanie włączona do Niemiec. Działania mające umożliwić ten proces dokonują się nie od dziś. Pierwszą taką jaskółką była wspólna organizacja przez Polskę i Ukrainę Mistrzostw Europy w Piłce Nożnej EURO 2012. Wtedy dotarło do mnie, że miejsce Polski jest na wschodzie.

W dniu 27 września pojawił się na Interii artykuł pod tytułem: „Łukaszenka: Widać, co to jest Polska w UE” i dalej cytat: „Aleksandr Łukaszenka: Władze polskie przyczyniają UE nie mniej problemów niż nam”. Dawny sowiecki aparatczyk, wylansowany na dyktatora Białorusi, wykonuje polecenia nieznanych przełożonych i określa Polskę jako kraj, który szkodzi Europie i Białorusi. Żenada! Kacyk o fizjonomii traktorzysty wprzęgnięty w wielką politykę. Tak to się zaczyna. Zaraz się okaże, że Polska przeszkadza nie tylko unii europejskiej, ale też jakiejś nic nie znaczącej Białorusi. Jeśli więc jakaś nic nie znacząca Białoruś, państwo wykreowane przez wielkich tego świata, zaczyna wypowiadać się, ustami swego przywódcy, na temat nic nie znaczącej Polski, że jest ona problemem Europy, to znaczy, że scenariusz już został napisany. Powoli chyba wchodzimy w etap końcowego odliczania – dla Polski. Przed rozbiorami I RP, o jej ustroju, wypowiadał się krytycznie Voltaire – filozof. Teraz krytycznie o Polsce wypowiada się były sowiecki aparatczyk. Takie czasy.

Sam Łukaszenka może sobie szczekać. Karawana idzie dalej. Problem jednak polega na tym, że atakuje również druga strona – unia europejska. Ta ma wielkie możliwości. Wystarczyło, że sejm zatwierdził unijną ustawę o zasobach własnych unii i od razu pojawił się problem kopalni i elektrowni Turów, która znajduje się na styku granic polskiej, czeskiej i niemieckiej. Rząd polski chce poszerzyć eksploatację złóż węgla brunatnego o kolejne 30 km². Czesi złożyli wniosek do unii o zablokowanie tego projektu, tłumacząc to tym, że spowoduje to pogorszenie sytuacji hydrologicznej na ich terenie, co przekładając na normalny język oznacza, że woda gruntowa będzie spływać do tej dziury, która powstanie w trakcie eksploatacji węgla brunatnego. Wprawdzie polscy i czescy geolodzy twierdzą, że nic takiego nie nastąpi i wody na terenach sąsiadujących z elektrownią nie brakuje, ale kogo to obchodzi. Czechów, jak niektórzy twierdzą, podpuścili Niemcy. Unia nakazuje wstrzymanie eksploatacji złóż i nakłada kary – 2,5 mln złotych dziennie.

To jest jeden z przykładów możliwości tego, co może unia. A ma jeszcze ustawę typu: pieniądze za praworządność. Jeśli uzna, że praworządność w danym kraju nie jest przestrzegana, to może cofnąć jakieś dotacje lub fundusze. Może robić to samo pod pozorem dyskryminowania ideologii LGBT itp. Ma wielkie możliwości. Tak działając może doprowadzić każdy kraj członkowski do ruiny, jeśli uzna, że należy to zrobić. Rząd „polski” niby przeciwstawia się, ale tak naprawdę współpracuje z unią. I w pewnym momencie powie: “Ta unia jest nie do wytrzymania”. Jak to leciało kiedyś na Śląsku? „Truman, Truman spuść ta bania, tutaj jest nie do wytrzymania”. Truman był prezydentem USA w latach 1945-53. Jeśli więc będzie następować eskalacja unijnych praktyk wobec Polski, zmierzających do jej osłabienia i dyskryminowania, to „polski” rząd w pewnym momencie może powiedzieć: „Obywatele! Po co nam ta unia! Wyjdźmy z niej”. Takie głosy już coraz częściej słychać. – Polexit. I o to chodzi! Jak Polska wyjdzie z unii, to jej podział i połączenie jej wschodniej części z Ukrainą, Białorusią i Litwą będzie już tylko kwestią czasu. W takich miastach jak Gdańsk, Wrocław czy Szczecin już od dawna wszystko jest szykowane do zintegrowania się z Niemcami.

W dniu 29 września przeczytałem na Interii, że ukraiński klub siatkarski ze Lwowa będzie prawdopodobnie grał w polskiej lidze. Wszystko więc zmierza w tym kierunku. Pod artykułem o tym ukraińskim klubie w polskiej lidze siatkarskiej pojawił się komentarz:

„Niedługo NAKAZ zawierania małżeństw polsko-ukrainskich, obowiązkowo!!! Krok po kroku projekt scalania Polski i Ukrainy wdrażany. Teraz mieszają społeczeństwa, a potem połączą ziemie i będzie w końcu można przenieść tutaj Izrael, bo na wzgórzach Golan gorąco i wrogów za dużo… POLIN w pełnej krasie.”

A pod nim drugi:

„Czy to znaczy że teoretycznie oni mogą być mistrzem naszego kraju i reprezentować Polskę w rozgrywkach międzynarodowych? To chyba niesmaczny żart!”

Do Polski przyjeżdża coraz więcej Ukraińców i często nie po to, by wykonywać najprostsze prace. Coraz częściej słychać ukraiński akcent w Polskim Radiu. Coraz więcej Białorusinów. A więc tak jak zauważył pierwszy komentujący – najpierw mieszanie społeczeństw, a potem łączenie ziem.

Na tym blogu pisałem, że I RP była dziełem Żydów. To oni wymyślili jej idiotyczny ustrój, ale nie dla nich. Dla nich był idealny, by rządzić z tylnego siedzenia. To był ich raj. Jednak w pewnym momencie uznali, że więcej korzyści odniosą, gdy go zlikwidują. Teraz wracają do tego pomysłu. I to jest właśnie dowód na to, że to oni stworzyli I RP powstałą w wyniku unii polsko-litewskiej. Gdyby to Polacy stworzyli to państwo, to po tych wszystkich doświadczeniach tej dwustuletniej symbiozy z Wielkim Księstwem Litewskim i po doświadczeniach II wojny światowej, a w szczególności po Katyniu i Wołyniu, nigdy by już nie pchali się na wschód. Bo nie byłoby Katynia i Wołynia, gdyby po I wojnie światowej powstała Polska bez Kresów. Może mała, ale na swych historycznych najstarszych ziemiach. Ich przyłączenie oznaczało, że była to decyzja Żydów, bo to im były potrzebne wszystkie te konflikty, które zrodziło to karykaturalne państwo, jakim była II RP. Było im ono potrzebne do rozpoczęcia wojny polsko-niemieckiej, co doprowadziło do wybuchu II wojny światowej. I znowu następuje powrót w stare koleiny. Dla Polaków wróży to jak najgorzej, a dla innych będzie raj.

Fundusze

W blogu „Nowy porządek” pisałem m.in. o tym, że zorganizowanie manifestacji, to nie jest taka prosta sprawa i wymaga to wielu zbiegów logistycznych i organizacyjnych. Tego nie robią przypadkowi ludzie. Wcześniej też wspomniałem o tym, że dostaję informacje od Biuletynu Stowarzyszenia Marszu Niepodległości. I ostatnio powiadomili mnie, że już przygotowują się do listopadowego Marszu Niepodległości i proszą o wsparcie finansowe i tłumaczą, dlaczego ono jest tak ważne. Warto przytoczyć obszerne fragmenty tego wyjaśnienia, bo być może nie wszyscy zdają sobie sprawę z tego, jak trudne jest zorganizowanie takiego marszu.

»Marsz Niepodległości to zadanie trudne logistycznie, wymagające dużego nakładu pracy i wielu działań, które nie są widoczne dla jego uczestników. Faktycznie: do kolejnego przemarszu, zaczynamy przygotowywać się już po zakończeniu poprzedniego. Najbardziej zauważalne są efekty techniczne, które generują zresztą największe koszty. Są to m.in. organizacja scen na Rondzie Dmowskiego oraz na błoniach Stadionu Narodowego, nagłośnienie, oświetlenie, agregat prądotwórczy. Dużym zainteresowaniem cieszy się zawsze platforma mobilna. Wymaga to od nas wynajęcia samochodów przewożących sprzęt i elementy konstrukcji, a także dźwigów je podnoszących. Przy montażu i obsłudze pracują też liczni technicy. Publiczność szczególnie zadowolona jest z telebimów umożliwiających zgromadzonym na trasie widzom lepsze zapoznanie się z kluczowymi wydarzeniami naszej uroczystości. Nie sposób nie wspomnieć o setkach barierek, a nawet o przenośnych toaletach, których z roku na rok przybywa – a jednak nadal jest ich zbyt mało.

Straż Marszu Niepodległości

Najważniejsze dla nas jest zapewnienie bezpieczeństwa wszystkim przybyłym do Warszawy w dniu 11 listopada. Możemy w tym zakresie wyróżnić dwa kluczowe elementy: Straż Marszu Niepodległości oraz służby medyczne, ratowników oraz karetki pogotowia. Przeciętnym obserwatorom może wydawać się, że widoczni na trasie członkowie Straży to mało znaczące grupy ludzi ubranych w pomarańczowe kamizelki, które przemykają tu i ówdzie. Tymczasem jest to efekt ogromnego wysiłku logistycznego i finansowego. Formacja ta jest bowiem odpowiedzialna za organizację, logistykę oraz zabezpieczenie corocznego Marszu Niepodległości. Ochrania też inne imprezy patriotyczne w najodleglejszych zakątkach kraju. Przez cały rok przeprowadza ona regularne szkolenia: strzeleckie, medyczne, z taktyki imprez masowych, łączności itd. Są one organizowane w Warszawie i w innych miejscach kraju. Niezbędnym staje się więc wynajem lokali, opłacenie kosztów przejazdu i noclegów. Pomimo, że służba w Straży opiera się na wolontariacie, chcielibyśmy zapewnić chociażby zwrot kosztów podróży dla osób zamiejscowych i zorganizować noclegi oraz wyżywienie, pozwalające na wypoczynek po całodniowym wysiłku.  

Powstrzymanie prowokacji

Zapewnienie Państwu bezpieczeństwa i jak największego komfortu wymaga też wyposażenia w megafony, telefony, powerbanki, radiostacje i krótkofalówki, których zawsze jest za mało. Chcielibyśmy też wyposażyć ludzi w kamery nasobne, które pozwoliłyby na rejestrację działań interwencyjnych strażników. Wiele z prowokacyjnych ataków można by wtedy nagrywać i pokazać opinii publicznej jako kolejne przykłady agresji wobec patriotów, które media wolą przemilczeć, a jednocześnie chętnie przypisują je nam. Pamiętajmy, że radykalne środowiska lewicowe niejednokrotnie posuwały się do prowokacji. Miejmy to na uwadze szczególnie po wydarzeniach ostatnich miesięcy, kiedy doszło do licznych profanacji i ataków na kościoły oraz wzmożenia gróźb pod naszym adresem. Możemy spodziewać się eskalacji przemocy, a to oznacza, że Straż Marszu Niepodległości jest jeszcze bardziej potrzebna.

Msza święta i część artystyczna

Marszu Niepodległości nie sposób wyobrazić sobie bez Mszy Świętej. Szczególnie w przypadku mszy polowych trzeba zaangażować osoby, które przewiozą sprzęt liturgiczny i pomogą w ustawieniu ołtarzy.

Ważnym elementem Marszu Niepodległości jest część artystyczna. Zespoły muzyczne i chór potrzebują sprzętu i zapewnienia obsługi technicznej. Chcemy zrewanżować się im chociażby zwrotem kosztów dojazdu i noclegami.

Obsługa medialna i prawna

System akredytacji mediów relacjonujących przebieg Marszu, organizacja biura prasowego i konferencji prasowych to również ciężka praca. Chociaż nie kosztują one wiele, wymagają zaangażowania wielu osób. Realizacja transmisji filmowych stanowi znaczący procent naszego kosztorysu. Zapewniamy w ten sposób możliwość choćby biernego uczestnictwa kolejnym tysiącom osób, które z rozmaitych przyczyn nie mogą przybyć do Warszawy.

Niezbędna jest obsługa prawna i administracyjna, na którą składają się m.in. zgłaszanie zgromadzeń, składanie wniosków, odpowiedzi na pisma, spotkania z policją i urzędnikami, staranie się o zgody na przejazd samochodów. Prawnicy niejednokrotnie ratowali Marsz, odwołując się od decyzji Ratusza zakazujących jego organizacji. Miesiącami angażują się w sprawy sądowe. Przygotowują sprostowania fałszywych informacji prasowych w nieustannej wojnie informacyjnej, w której używa się wobec nas kłamstw, półprawd i przeinaczeń. Prawnicy przygotowują też wewnętrzne regulaminy i porady prawne, kontaktują się z firmami i urzędami, z którymi się stykamy.

Promocja

Każda działalność wymaga odpowiedniej promocji. Tworzone są grafiki, ulotki, plakaty, filmy promocyjne, które należy omówić zaprojektować, stworzyć a potem dystrybuować. Wiele z nich potem bezpłatnie wysyłaliśmy naszym sympatykom. Cały sztab ludzi obsługuje portale i media społecznościowe.

Mam nadzieję, że uświadomiłem Państwu jak kompleksowym, wielotorowym, ale i kosztownym przedsięwzięciem jest organizacja Marszu Niepodległości. Przez cały rok setki ludzi wkładają mnóstwo wysiłku w to, byśmy mogli spotkać się przez kilka godzin 11 listopada na ulicach Warszawy i wyrazić nasz patriotyzm. Uczcimy wysiłek i ofiarę niezliczonych niepodległościowców, dzięki którym możemy żyć w wolnej Ojczyźnie nie tylko w początkach II Rzeczypospolitej, ale i tych, którzy tworzyli ją u zarania naszych dziejów i przez kolejne stulecia aż po czasy powstania antykomunistycznego i współczesność. Utrwalamy i szerzymy wartości im przyświecające, chcąc być świadomymi Polakami, którzy w sztafecie pokoleń zachowają tożsamość kulturową. Miłość do Ojczyzny musi iść w parze z troską o ochronę atakowanej rodziny – tej podstawowej komórki społecznej. Naród jest niejako wielką rodziną rodzin. Szczęśliwie żyjemy w czasach pokoju, jednak nieustannie toczy się bezlitosna wojna gospodarcza – dlatego podkreślamy też kwestię suwerenności gospodarczej.«

Podpisał się pod tym Robert Bąkiewicz – Prezes Zarządu. Dodając na zakończenie: Widzimy się – jak zawsze – w Warszawie, w Święto Niepodległości z „Bogiem, Honorem i Ojczyzną” w sercach i umysłach.

Jak więc widać, jest to skomplikowana operacja. Marsz Niepodległości jest największym tego typu wydarzeniem w Polsce, stąd i skala trudności nieporównywalna z podobnymi manifestacjami. Jednak inne tego typu imprezy czy protesty też wymagają sporego wysiłku logistycznego i organizacyjnego. A wszystkie bez względu na skalę – pieniędzy. Bez nich niczego nie będzie. Skąd oni mają na to fundusze?

Podobne pytanie zadał sobie Adolf Nowaczyński w swoim felietonie Ofensywa bezbożników zamieszczonym w książce Perły i plewy z 1934 roku. Pisze on tak:

»Skąd oni mają fundusze na te swoje pisemka i na tę swoją akcję i propagandę?

Ostatecznie bowiem wychodzi tego siana i tej sieczki wcale dużo i to wychodzi systematycznie. „Polska Odrodzona”, „Polska Wolność”, „Wiedza dla wszystkich”, „Racjonalista”, „Ster”, „Jutro Rzeczypospolitej” itp. itd. Muszą płacić druk, papier, lokale redakcyjne, honoraria, kolportaż, reklamę. Wiemy wszyscy, co to teraz kosztuje i jak trudno już jest o każdy złoty, o każdy grosz. Płacić trzeba, prenumeratorów na to nie ma, bo być nie może. Rozsyła się dla propagandy gratis i franco. Ale skąd fundusze na to biorą? Pisemka wychodzą systematycznie, punktualnie. Więc skądś fundusze mieć tam muszą.

Oczywiście na pewne periodyki dają złoto Geldhaby i Nababy zza Żelaznej Bramy. Ale to by nie wystarczyło. Raczej tedy tu i ówdzie alimentacja z funduszów dyspozycyjnych. Ale których? Jakieś tam kasy jednak muszą stać otworem dla dywersyjnych batalionów wolnomyślicielskich. Dzięki nim jakoś to tam idzie, a przy poprawionej koniunkturze wszystkie te pisemka z małych fortów agnostycyzmu rozbudują się szybko na wielkie twierdze, bogate w amunicję i trujące gazy antychrystianizmu wojującego, zaczepnego, burzącego wszystko dookoła.

Na razie w obrębie tych fortów-pisemek, „sanatek” (jak nazywają antykatolickie pisma w Polonii amerykańskiej), wre praca przygotowawcza, organizacyjna, uczenie i ćwiczenie rekrutów, seminaria dla „pionierów”. Przede wszystkim kadry nauczycielskie i profesorskie szkół średnich i ludowych. To mają być te korpusy szturmowe „udarników”, które na dane hasło pójdą w Kulturkampf. Cały plan kampanii wedle wzorów francuskich w roku 1892, a potem 1905 (Combes, Sembat, Waldeck-Rousseau, A. F. Buisson, etc). Ministerstwo Oświaty i Wyznań ustosunkowuje się do całej kampanii „obiektywnie” i nie bez życzliwej neutralności. Nie na darmo unosi się dziś nad nim (po śmierci pogodzonego z katolicyzmem śp. Czerwińskiego) duch… Buchnerów, Moleschottów, Darwinów, Straussów, którego jeden ksiądz Żongołłowicz egzorcyzmami z gmachu nie przepędzi. W ministerstwie na ważnych stanowiskach osadzeni są: dr Taubenschlag, dr Kretz, dr M. Friedländer, prof. Ign. Myśliński (?), p. Janusz Korczak; „Rocznik Pedagogiczny” redaguje Helena Rajchman-(Radlińska), „Ruch Pedagogiczny” redaguje p. Henryk Rowid (?). Tak liczna semicka grupa nad pedagogiką polską czuwa i asocjację nauczycielską „Zrąb” odpowiednio „nowoczesnym” duchem przepaja. Toteż zdarza się potem, że w Wilnie wydawane dla kształcącej się młodzieży przez wizytatora tamtejszego okręgu p. Ostrowskiego i dr. Hirschberga pismo „Ster” zaleca jako lekturę dla młodzieży… Anat. France’a. Kuratorem warszawskiego rewiru jest znów niejaki p. Pytlakowski, którego nie należy mieszać z p. Dworakowskim, aczkolwiek wszystko co p. Pytlakowski zadeklaruje, to p. Dworakowskiemu zwykle bardzo się podoba.

Gdy taki duch Buchnerów, Straussów, Moleschottów idzie do ministerstwa, nie można się dziwić, że w obu pisemkach wolnomyślicielskich wśród współpracowników przeważają profesorowie i nauczyciele, czerpiący swe idee pedagogiczne z „Rocznika” Raichman-Radlińskiej i z „Ruchu” Henryka „Rowida”…

„Racjonalistą”, miesięcznikiem „Koła Intelektualistów” kieruje, jak to można było przypuszczać, któryś z Landaów, tym razem Józef Landau, autor „Mojej Utopii” (sic); filarami są prof. Kotarbiński i prof. Ułaszyn (Poznań). „Racjonalista” prezentuje się skromnie, pod względem intelektualnym desperacko prymitywnie. Toteż najwyższy czas, aby wódz „Racjonalistów” p. Landau podał do zgody rękę wodzowi „Wolnomyślicielców” p. Dawidowi Jabłońskiemu i aby viribus unitis wzięli się do burzenia baszt i murów nadwiślańskiego „Ciemnogrodu”, ewentualnie zfuzjowawszy się jeszcze z „Polską Wolnością” Tad. Wieniawy-Długoszowskiego, entuzjastycznego panegirysty „Dybała zwycięzcy” oraz z „Polską Odrodzoną”, księdza „narodowego” Farona, który teraz zerwał węzły łączności z „biskupem” Hodurem i kościołem narodowym w Scranton.

Całkiem odrębnymi torami idzie sobie „Wiedza dla wszystkich”, redagowana przez p. Tadeusza Orynga. Jak Bolesława Wieniawę nie należy mieszać z wolnomyślicielem Tadeuszem, tak nie należy Tadeusza Orynga z Wacławem. Ten drugi bowiem, autor osławionej kajdaniarskiej broszury pt.: „Zbrodniarze” (r. 1926), miał zeszłego roku powierzone sobie redagowanie pisma „Journal des Nations”, na co dostał odpowiednie sowite fundusze; wywdzięczył się ministrowi w ten sposób, że w krytycznym momencie sesji genewskiej przedrukował w tym piśmie artykuł „Manchester Guardiana” o Ukraińcach (bez komentarza), za co oczywiście z trzaskiem został raz na zawsze zlikwidowany i usunięty.«

Tak więc już przed wojną polska pedagogika i edukacja była zdominowana przez Żydów i ich usłużnych pomocników. Nie trzeba chyba dodawać, że po wojnie, jeśli się coś zmieniło, to na gorsze. Nie inaczej działo się po 1989 roku. Jest to zbyt ważna dziedzina, by ktoś inny mógł ją kontrolować.

Ja nie mam najmniejszej wątpliwości, że Marsz Niepodległości jest żydowskim wymysłem. Oni go organizują i finansują. Poniekąd tak kreują wizerunek Polaka, bo przecież to wydarzenie jest również pokazywane za granicą. W końcu skoro Żydzi mają media w swoich rękach, to nie mają z tym problemu. Idą więc naiwni Polacy w tym marszu, utrwalając stereotyp Polaka katolika i patrioty. A ten patriotyzm sprowadza się do tego marszu i wymachiwania flagą narodową. Nigdy tego nie rozumiałem – od samego początku. Tak jak nie rozumiem tego: „Bóg, Honor, Ojczyzna”. Wbrew temu, co pisze Bąkiewicz, ja nie noszę tego ani w sercu, ani w umyśle. A więc zapewne w pojęciu Żyda Bąkiewicza nie jestem Polakiem.

To, że coś takiego jest możliwe, to efekt edukacji, żydowskiej edukacji, w trakcie której wmawiano i nadal wmawia się uczniom, że patriotyzm polega na walce za ojczyznę, a nawet na poświęcaniu dla niej życia. No i oczywiście na tym, że ojczyznę trzeba kochać. Świadomie gloryfikuje się wszystkie przegrane powstania, a ich uczestników przedstawia się jako bohaterów. Jest to wynikiem tego, że edukacja, interpretacja historii i propaganda są w rękach żydowskich. Celem tych zabiegów jest utwierdzenie Polaków w przekonaniu, że takie gwałtowne protesty mają sens i że władza przestraszy się ich gniewu czy niezgody na istniejący stan. Nic bardziej błędnego. I jeszcze to wmawianie, że Polska jest krajem niepodległym, w którym Polacy mają na coś wpływ. Efekt jest taki, że idą Polacy w marszu, a Żydzi w duchu śmieją się: wyprowadzamy was na ulice, które są wasze, a kamienice są nasze. Czy ci ludzie, którzy uczestniczą w takim marszu, zdają sobie sprawę z tego, jakich pajaców z siebie robią? Jedni Żydzi organizują marsz, a inni, w mediach wszelkiego rodzaju, też zagranicznych, opisują Polaków jako faszystów. I taki przekaz idzie w świat. Nic więc dziwnego, że Żydzi śmieją się z nich i uważają za durniów. A żeby było jeszcze śmieszniej, to często sami krzyczą lub namawiają naiwnych do okrzyków: Tu jest Polska, a nie Polin! A przecież jest dokładnie odwrotnie, a krzykiem niczego się nie zmieni, co najwyżej ośmieszy się.

Powstanie warszawskie c.d.

Kiedyś, nie wiedząc jeszcze kim są ludzie ze Stowarzyszenia Marszu Niepodległości i jaki mają cel, poparłem mailowo ich sprzeciw wobec ustawy 447 i od tego momentu dostaje od nich maile. 27 lipca przyszedł kolejny. Biuletyn Stowarzyszenia Marszu Niepodległości przysłał poniższą informację.

Nadchodzi Marsz Powstania Warszawskiego

1 sierpnia o godz. 17.00, jak zawsze tego dnia, zgromadzimy się w centrum stolicy, by uczcić bohaterstwo warszawskich powstańców i ofiarę cywilnych mieszkańców. Jubileuszowy, dziesiąty Marsz Powstania Warszawskiego – organizowany przez Roty Niepodległości, Stowarzyszenie Marsz Niepodległości i Straż Narodową – przejdzie z Ronda Dmowskiego na Plac Krasińskich, gdzie znajduje się  monumentalny pomnik ku czci bohaterów wiekopomnego zrywu. Na koniec zgromadzeni będą mogli podziwiać wystąpienie słowno-muzyczne Norberta “Smoły” Smolińskiego.

Na początku 1944 r. nacierająca na Niemców Armia Czerwona przekroczyła granicę Rzeczypospolitej. Po odrzuceniu wysuniętej przez władze RP oferty współdziałania wojskowego z Sowietami, 12 stycznia komendant główny Armii Krajowej  gen. Tadeusz Komorowski wydał rozkaz nr 126, zapowiadający wsparcie Armii Czerwonej w walce z Niemcami, “w miarę naszych sił i interesów państwowych”. Tak rozpoczęła się akcja “Burza”, która miała na celu m.in. uświadomienie władzom sowieckim, że na wyzwolonych z okupacji niemieckiej terenach Polski, w granicach sprzed 1939, gospodarzami są Polacy, uznający władzę Rządu Rzeczypospolitej Polskiej na uchodźstwie, który był jedynym reprezentantem państwa polskiego. Zanegowany został aliancki podział na strefy operacyjne, w myśl którego Polska znajdowała się w sowieckiej strefie operacyjnej.

Początkowo plan „Burzy” nie przewidywał powstania w stolicy, jednak 31 lipca 1944 r., po rozmowach między komendantem AK gen. Tadeuszem Komorowskim-Borem i delegatem rządu na kraj Janem S. Jankowskim, ustalono na dzień 1 sierpnia 1944 r. godz. 17 (godzina W) termin wybuchu powstania w Warszawie. Podjęta decyzja była spowodowana obawą przed przejęciem władzy w stolicy przez proradziecką Armię Ludową i Armię Czerwoną.

Powstańcy stanęli do walki mając w swoich szeregach 36 tys. żołnierzy Armii Krajowej, Narodowych Sił Zbrojnych i mniejszych formacji, dysponując małą ilością sprzętu i słabym uzbrojeniem. Przeciwko nim stanęły doborowe oddziały niemieckie, wyposażone w bardzo dobry sprzęt (broń pancerna, artyleria, lotnictwo). Pomimo rażącej dysproporcji, powstańcy opierali się przez 63 dni, dając wyjątkowe świadectwo odwagi. Zginęły tysiące warszawiaków, a niemiecki okupant po ustaniu działań zbrojnych, niemal całkowicie zrównał z ziemią lewobrzeżną część miasta.

Niezłomny duch żołnierzy powstania jest odtąd inspiracją dla kolejnych pokoleń Polaków, nie tylko mieszkających w Warszawie. Są wzorem również dla nas. Dlatego w rocznicę wybuchu sierpniowej insurekcji oddajemy hołd ich męstwu i chylimy głowy przed cieniami poległych i pomordowanych.

Szanowni Państwo, organizacja Marszu Powstania Warszawskiego pociąga za sobą niezbędne wydatki. Zwracamy się z uprzejmym apelem o wsparcie finansowe i dołożenie swojej cegiełki do organizacji tegorocznej edycji marszu. Fundusze są nam potrzebne m.in. na nagłośnienie, wóz organizacyjny, druk plakatów, banerów i ulotek. Za każdy, najmniejszy nawet datek, serdecznie dziękujemy.

Robert Bąkiewicz Prezes Zarządu

Ten mail zawiera ciekawe informacje, które warto przeanalizować. W drugim akapicie czytamy:

Na początku 1944 r. nacierająca na Niemców Armia Czerwona przekroczyła granicę Rzeczypospolitej. Po odrzuceniu wysuniętej przez władze RP oferty współdziałania wojskowego z Sowietami, 12 stycznia komendant główny Armii Krajowej  gen. Tadeusz Komorowski wydał rozkaz nr 126, zapowiadający wsparcie Armii Czerwonej w walce z Niemcami, “w miarę naszych sił i interesów państwowych”.

Tak więc Sowiety odrzuciły ofertę współdziałania wojskowego wysuniętą przez władze RP, a mimo to komendant główny Armii Krajowej deklaruje wsparcie Armii Czerwonej w walce z Niemcami. Czyli, wy nie chcecie, ale my i tak wam pomożemy.

Tak rozpoczęła się akcja “Burza”, która miała na celu m.in. uświadomienie władzom sowieckim, że na wyzwolonych z okupacji niemieckiej terenach Polski, w granicach sprzed 1939, gospodarzami są Polacy, uznający władzę Rządu Rzeczypospolitej Polskiej na uchodźstwie, który był jedynym reprezentantem państwa polskiego. Zanegowany został aliancki podział na strefy operacyjne, w myśl którego Polska znajdowała się w sowieckiej strefie operacyjnej.

Akcja miała uświadomić władzom sowieckim, że na wyzwolonych terenach gospodarzami są Polacy. Nawet jeśli władze RP nie wiedziały o postanowieniach konferencji w Teheranie w dniach od 28 listopada do 1 grudnia 1943 roku, to wiedziały o śmierci Sikorskiego, który w ostateczności godził się na linię Curzona i utratę Kresów. Dla utrzymania niepodległości gotów był zapłacić wiele. Właściwie godził się na wszystko, czego żądali Stalin i Churchill. Jednak ani jeden, ani drugi nie chciał się przyznać do tego, że jeden przehandlował polską niepodległość, a drugi, że jest tak bezwzględny wobec Polaków. Sikorski był więc bardzo niewygodny i uniemożliwiał sfinalizowanie tego handlu i dlatego najprostszym rozwiązaniem była jego likwidacja. Jego śmierć oznaczała, że na wyzwolonych terenach gospodarzami nie będą Polacy. I taki sygnał dla każdego rozgarniętego polityka powinien był być czytelny, chyba że dał się przekupić, co w przypadku przywódców AK było powszechne.

W Teheranie ustalono m.in. nową granice Polski i ZSRR na tzw. linii Curzona oraz podział krajów Europy na alianckie strefy operacyjne – na mocy międzyalianckich uzgodnień Polska znalazła się w strefie operacyjnej Armii Czerwonej.

Zanegowanie więc tego podziału oznaczało, że postanowienia z Teheranu znane były władzom RP i dowództwu AK. A skoro były znane, to wywoływanie jakiegoś powstania nie miało sensu. Z jednej strony było, podległe Stalinowi, wojsko polskie, z drugiej strony było wojsko polskie walczące na zachodzie o nie swoje sprawy i daleko od kraju. W takich warunkach podejmowanie jakiejkolwiek walki nie miało żadnego sensu, bo nie było siły, która mogłaby postawić się Armii Czerwonej. Zanim ta armia dotarła do Warszawy, AK wszędzie z nią współpracowała w walce z Niemcami. A teraz, gdy ona dociera do Warszawy, to AK chce jej pokazać, kto tu rządzi. Czy dowództwo AK to dom wariatów? Gorzej! To dom agentów! Tylko nie wiadomo, których więcej: angielskich czy sowieckich?

Początkowo plan „Burzy” nie przewidywał powstania w stolicy, jednak 31 lipca 1944 r., po rozmowach między komendantem AK gen. Tadeuszem Komorowskim-Borem i delegatem rządu na kraj Janem S. Jankowskim, ustalono na dzień 1 sierpnia 1944 r. godz. 17 (godzina W) termin wybuchu powstania w Warszawie. Podjęta decyzja była spowodowana obawą przed przejęciem władzy w stolicy przez proradziecką Armię Ludową i Armię Czerwoną.

Tak więc rozmawiał Komorowski-Bór z delegatem rządu na kraj Jankowskim i ustalono termin wybuchu powstania. „Ustalono” – kto ustalił? Ktoś ustalił, ale nie wiadomo kto. Pewnie nieznani przełożeni. Natomiast Naczelny Wódz nie miał nic do powiedzenia. Nawet o nim nie wspomniano. Decyzja ta była spowodowana obawą przed przejęciem władzy w stolicy przez Armię Ludową i Armię Czerwoną. Czy ktoś o zdrowych zmysłach jest w stanie wyobrazić sobie sytuację, w której nieuzbrojeni, nieliczni powstańcy, jakimś cudem wypędzają Niemców, a Armia Czerwona wkracza do Warszawy i jej dowództwo stwierdza: no tak, wy tu jesteście gospodarzami, a my tylko idziemy bić Niemca, rządźcie tu długo i szczęśliwie. Poziom absurdu sięga granic, ale takie „intelektualne” wygibasy słyszymy co roku. Jak to było? Kłamstwo powtórzone 1000 razy staje się prawdą. No to czemu bezsens powtórzony 1000 razy nie ma stać się sensem?

Taka jest narracja żydowskiego Biuletynu Stowarzyszenia Marszu Niepodległości i podobna jest narracja oficjalna rządzących. Mamy więc Marsz Niepodległości i Marsz Powstania Warszawskiego. A mnie w takich sytuacjach przypomina się fraza: A ty maszeruj, maszeruj, głośno krzycz, niech żyje nam Wołodia Iljicz!

Co roku z okazji rocznicy wybuchu powstania warszawskiego można zobaczyć jeszcze żyjących, nielicznych powstańców, którzy opowiadają młodszym pokoleniom różne bajki. W swojej powieści Nie trzeba głośno mówić Józef Mackiewicz pisał:

»W ostatniej chwili (chodzi o ostatnie dni powstania – przyp. W.L.) szef BIP-u AK, pułkownik Rzepecki – „Rejent”, wystawiał masowo legitymacje AK członkom komunistycznych i prokomunistycznych formacji „Armii Ludowej”, „Polskiej Armii Ludowej”, Korpusowi Bezpieczeństwa” podziemnych władz cywilnych, członkom PPR-u i innym, którzy walczyli razem w powstaniu warszawskim ramię przy ramieniu.«

Po co więc było to powstanie i zniszczenie miasta? Po to, by obudzić sumienie świata, jak tłumaczył jeden kretyn, a raczej angielski agent. Po zburzeniu Warszawy były jeszcze gorsze rzeczy: naloty dywanowe na Drezno i Tokio oraz zrzucenie bomb atomowych na Hiroszimę i Nagasaki. I świat wcale się tym nie wzruszył, nie mówiąc już o obudzeniu jego sumienia. Dziś już nikt o tym nie pamięta. Jest tylko holokaust. Inne narody nie cierpiały.

Powstanie warszawskie było po to, by zburzyć miasto i odbudować je na nowo. Tylko w taki sposób można było pozbyć się dotychczasowych jego mieszkańców i zasiedlić je nowymi, pozbyć się tych resztek polskiej inteligencji, które jakimś cudem uchowały się jeszcze. Zniszczono nie tylko tkankę społeczną miasta, ale też jego infrastrukturę kulturalną: muzea, teatry, kina, biblioteki, archiwa, zbiory, kolekcje itp. Wiele rodzin straciło dorobek, na który pracowały pokolenia. Powstało nowe miasto, nijakie, potworek urbanistyczny. Zasiedlili je nowi ludzie – Żydzi i ich posłuszni wykonawcy i razem dobijali tych, którym jakimś cudem udało się przetrwać. Tak! Powstanie warszawskie w pełni zrealizowało cel, który wyznaczyli mu Żydzi. Chcieli opanować Warszawę i rządzić nową Polską i to się im w pełni udało. I chyba nie przypadkiem walczyli w tym powstaniu komuniści, o czym pisał Mackiewicz, ale o tym nie trzeba głośno mówić. Zbyt niewygodny fakt, zupełnie niepasujący do oficjalnej narracji. To prawda, że prawda jest ciekawa, ale jakże niewygodna!

Czy to już dyktatura?

Po I wojnie światowej, zaraz po tym jak Polska odzyskała niepodległość, pojawiło się przysłowie: „Ni z tego, ni z owego mamy Polskę od pierwszego”. Świadczy to o tym, że Polacy nie bardzo wierzyli w odzyskanie niepodległości. Większość nie dostrzegała też zmian, które zwiastowały jej nadejście. Obecnie mamy trochę podobną sytuację, podobną w tym sensie, że większość Polaków, jak sądzę, też nie zauważa, że żyje już w zupełnie innej rzeczywistości. Parafrazując to przysłowie, możemy powiedzieć: „Ni z tego, ni z owego mamy dyktaturę od pierwszego”.

Jak zwykle wypada zacząć od definicji. Wikipedia pisze: „Dyktatura (łac. dictare – dyktować) – dawniej termin używany w starożytnym Rzymie, gdzie władzę na wypadek zagrożenia ze strony wroga obejmowała jednostka (dyktator), z czasem określenie stało się synonimem władzy opartej na przemocy.

Dyktatura to władza jednostki lub wąskiej grupy. Dyktatorzy nie wyłaniają przedstawicieli społeczeństwa w wolnych wyborach i pozostają poza faktyczną kontrolą społeczeństwa. Cechami charakterystycznymi dla dyktatury są: używanie siły wobec przeciwników politycznych, brak szacunku wobec praw obywatelskich, czy dowolność stanowienia systemu prawnego. Źródłem takiego modelu władzy może być m.in. pochodzenie czy przewaga wojskowa. Dyktatorzy na ogół starają się kontrolować nie tylko politykę kraju lecz całe życie społeczeństwa, co było szczególnie zauważalne w reżimach stosujących totalitaryzm. W dyktaturze może lecz nie musi występować system jednopartyjny. Dyktatura jest współcześnie obok demokracji konstytucyjnej najbardziej popularnym systemem sprawowania władzy.”

Według definicji Małego Słownika Języka Polskiego PWN, 1968, dyktatura to niczym nie ograniczona pełnia władzy, skupiona w rekach jednostki, grupy lub klasy.

Obecnie mamy do czynienia z taką sytuacją, że całe życie społeczeństwa, pod pozorem pandemii, jest kontrolowane przez rząd, który wydaje rozporządzenia. Sejm został prawie całkowicie wyłączony z procesu legislacyjnego i tym samym posłowie nie mają żadnego wpływu na działania rządu i pozbawieni są możliwości jego kontroli. A rząd robi, co chce: wprowadza ograniczenia lub je luzuje, ogłasza kolejną falę pandemii, a później ją wygasza, karze nosić maski lub łaskawie pozwala je zdjąć, decyduje o tym ilu ludzi może przebywać w pomieszczeniach zamkniętych, a ile osób może bezpośrednio oglądać zawody sportowe. Decyduje też o tym, które grupy zawodowe mają być objęte przymusem szczepień, a które nie, gdzie mogą wchodzić ludzie niezaszczepieni, a gdzie – nie, jakie uprawnienia będą mieli ludzie z tzw. paszportami szczepionkowymi itp.

Rząd łamie podstawową zasadę państwa demokratycznego, w którym wszyscy obywatele są równi wobec prawa, a dyskryminacja jakiejkolwiek grupy jest niezgodna z nim. Gdyby to jeszcze była demokracja, ich demokracja, to wszelkie ograniczenia wymagałyby zgody parlamentu albo przeprowadzenia referendum. Nie ma więc wątpliwości, że ta demokracja jest fikcją, tak jak fikcją była demokracja socjalistyczna, bo stan wojenny w Polsce został wprowadzony bezprawnie, niezgodnie z konstytucją, bo w momencie jego wprowadzania obradował sejm i tylko on mógł podjąć taką decyzję, a nie WRON (Wojskowa Rada Ocalenia Narodowego), zwany popularnie WRON-ą. Tak więc demokracja jest dobra, ale tylko wtedy, gdy władza tak chce, gdy nie chce, to mamy dokładnie to, co mamy. Władza doskonale sobie zdaje sprawę z tego, że nie ma w społeczeństwie zgody na jej eksperymenty, dlatego, pod pretekstem wyższej konieczności, wprowadza dyktaturę, nie nazywając jej tak i zwodzi społeczeństwo argumentami, że to wszystko dla jego dobra i ochrony życia. I dla ochrony tego życia pozamykała szpitale i pozbawiła wielu ludzi podstawowej opieki medycznej. Tak się morduje ludzi w białych rękawiczkach.

Wszystkie partie i reprezentujący je politycy nie mają najmniejszego wpływu na to, co dzieje się w kraju. Ich rozgrywki, partyjne przetasowania i inne tego typu gierki, to tylko taki listek figowy, mający na celu ukryć prawdziwy stan, czyli coraz bardziej panoszącą się dyktaturę i terror. Najśmieszniejsze, a właściwie to najtragiczniejsze w tym jest to, że rząd też nie ma na nic wpływu. Jest tylko zwykłym pasem transmisyjnym, wykonawcą decyzji, które zapadają gdzie indziej. Wszystko niby zależy od WHO, czyli Światowej Organizacji Zdrowia, ale i ona wykonuje czyjeś polecenia, legitymizuje je. Wszystkie rządy na świecie, nie tylko polski, zachowują się podobnie, mają te same zalecenia i tak samo na nie reagują. A skoro tak, to wniosek może być tylko jeden – mamy rząd światowy. Wprawdzie nie wiemy, gdzie on ma swoją siedzibę i kto wchodzi w jego skład, ale on jest.

Rząd ma duże możliwości. Przekupił średni i wyższy personel medyczny, „naukowców”, celebrytów itp. Podlegają mu media, wszelkie służby typu policja, wojsko, administracja centralna i terenowa, samorządy. Dysponuje więc takimi możliwościami wpływania na społeczeństwo, że skruszenie jego oporu wydaje się tylko kwestią czasu. Mimo wszystko byłoby to o wiele trudniejsze, gdyby nie miał do pomocy części tego społeczeństwa, które udało mu się przekonać do swoich racji. I ta właśnie część, a nie rząd, będzie najgroźniejsza dla pozostałej, tej opornej, niezależnie myślącej, niepoddającej się rządowej propagandzie. Ci ludzie są najbliżej i mogą presją i groźbami wywierać wpływ na niepokornych. To są często znajomi, członkowie rodziny. A może to też być zwykła złośliwość: Jak to? Nie zaszczepiłeś się? Chcesz mnie zarazić? Jesteś nieodpowiedzialny!

Kiedyś filozof i matematyk Gottfried Wilhelm Leibniz powiedział: „Dajcie mi edukację na 100 lat, a zmienię społeczeństwo.” I dziś już mamy nowe, zmienione społeczeństwo. Może nie do końca jest ono zmienione, ale chyba już w znacznej części. Dlatego rządom na całym świecie łatwiej będzie realizować swoje cele, a właściwie cele rządu światowego. Czy to się uda, czy może zdarzy się jakiś cud i do tego nie dojdzie?

Jeśli ktoś jednak chciałby pokładać nadzieje w demokracji, to może się srogo zawieść. Nie tylko obecna demokracja jest fikcją. Była nią też demokracja socjalistyczna. Również demokracja szlachecka nie odbiegała od tych standardów. Poniżej fragment z Wikipedii o tym jak zalegalizowano I rozbiór Polski:

„Sejm Rozbiorowy – sejm skonfederowany działający w latach 1773–1775, powołany przez trzy ościenne mocarstwa zaborcze: Rosję, Prusy, Austrię w celu zatwierdzenia cesji terytorium Rzeczypospolitej w czasie I rozbioru Polski.

Po dokonaniu rozbioru Polski zaborcy zażądali, aby król Stanisław i Sejm zalegalizowali ich działania. Król zaapelował do narodów Europy zachodniej o pomoc i zwlekał z powołaniem sejmu. Europejskie mocarstwa zareagowały na rozbiór Polski z obojętnością, z wyjątkiem protestu króla Hiszpanii. Podniosło się jedynie kilka głosów sprzeciwu, jak np. Edmunda Burke, który widział w rozbiorze Polski początek rewolucyjnych zmian w europejskiej równowadze sił.

Podczas gdy król August oraz senat debatowali nad kursem działania, cierpliwość zaborców zaczęła się wyczerpywać. W rezultacie jeden z czołowych przeciwników zgody na zagraniczne roszczenia, biskup Adam Stanisław Krasiński został porwany przez Kozaków i przewieziony do Warszawy, gdzie ambasadorzy zaborców zażądali aby król i senat zwołali sejm walny w celu ratyfikacji rozbiorów. Kolejnym dowodem ich wpływu jest fakt, że senatorzy z anektowanych terytoriów (włączając diecezję inflancką, województwo ruskie oraz województwo witebskie) odmówili udziału w kolejnych obradach senatu. Podczas gdy znikąd nie nadchodziła pomoc, a sprzymierzeni zaborcy okupowali Warszawę, aby siłą oręża wymusić zwołanie sejmu, nie było innej możliwości niż podporządkowanie się ich woli. Warszawa stała się de facto garnizonem zagranicznych mocarstw. 19 kwietnia senat zgodził się zwołać sejm walny.

Sejm ten został zwołany na 19 kwietnia 1773 na wcześniejsze żądanie rosyjskiego posła nadzwyczajnego i ministra Otto Magnusa von Stackelberga, posła pruskiego Gedeona Benoit i austriackiego Karla Reviczkyego, którzy zamierzali przeprowadzić legalizację rozbiorów przez sejm. Jednocześnie mocarstwa utworzyły wspólny fundusz korupcyjny, z kasy którego miano opłacać przychylność posłów i senatorów.

Już 16 kwietnia, 60 przekupionych posłów i 9 senatorów zawiązało konfederację, aby nie dopuścić do zerwania sejmu poprzez zastosowanie zasady liberum veto (uchwały konfederacji stanowione były większością głosów). Marszałkiem konfederacji koronnej został całkowicie oddany Rosji Adam Poniński. Jako marszałka konfederacji Wielkiego Księstwa Litewskiego wyznaczono Michała Hieronima Radziwiłła. Marszałkami sejmu byli Adam Poniński i Michał Hieronim Radziwiłł. Obradom sejmu przewodniczył Poniński, który jako jurgieltnik otrzymywał z ambasady rosyjskiej stałą roczną pensję w wysokości 24 000 dukatów.

Obradujący na Zamku Królewskim w Warszawie otoczeni zostali asystą wojska rosyjskiego. Posłowie Tadeusz Reytan i Samuel Korsak stanęli na czele opozycji przeciwko sejmowi pod węzłem konfederacji i marszałkowi Ponińskiemu. Wsparli ich posłowie: Franciszek Jerzmanowski, Stanisław Kożuchowski, Rupert Dunin, Jan Tymowski, Józef Zaremba, Michał Radoszewski, Ignacy Suchecki, Tadeusz Wołodkowicz, Stanisław Bohuszewicz. Na nic zdało się wykradzenie przez Reytana laski marszałkowskiej, co miało uniemożliwić rozpoczęcie obrad. Nikły opór ostatecznie złamały egzekucje wojskowe w domach oponentów, groźba rozszerzenia rozbiorów o centralne ziemie Polski i spalenia Warszawy w przypadku jego kontynuacji. Część senatorów została aresztowana i zesłana na Syberię.

Znanymi zwolennikami przeprowadzenia rozbioru byli: Adam Poniński, Michał Hieronim Radziwiłł, biskupi Andrzej Młodziejowski oraz Ignacy Jakub Massalski a także prymas Polski Antoni Kazimierz Ostrowski.

Sejm wyłonił ze swojego grona 99-osobową delegację, składającą się z całkowicie zaufanych i kontrolowanych przez zaborców posłów i senatorów, której zadaniem było podpisanie traktatów secesyjnych. 18 września 1773 delegacja podpisała traktaty podziałowe z przedstawicielami mocarstw. 30 września sejm zatwierdził traktat podziałowy.”

Gdzie więc szukać ratunku? Dyktatura zła, demokracja – też. Przede wszystkim świadomy opór przeciw szczepieniom jak największej ilości ludzi. Do tego potrzebna jest wiedza o naturze tych szczepionek i prawdziwych intencjach rządów na całym świecie. Dostarcza jej Michael Yeadon były wiceprezes i główny naukowiec firmy Pfizer przez ponad 16 lat: https://www.cda.pl/video/7517644fb.

Konfederacja

Konfederacja to partia, która wśród części Polaków wzbudza pewne nadzieje. Uważają oni, że to właśnie ona może coś zmienić na polskiej scenie politycznej. Może więc warto bliżej przyjrzeć się tej partii. Wypadałoby jednak zacząć od definicji słowa „konfederacja”, bo nazwa nie została wybrana przypadkowo.

Mały Słownik Języka Polskiego PWN, 1968 podaje taką definicję: konfederacja 1. związek państw suwerennych utworzony dla realizacji pewnych wspólnych celów politycznych; przymierze, sojusz, liga 2. w dawnej Polsce związek (szlachty, rycerstwa) utworzony pod przewodnictwem marszałka i regimentarzy dla ochrony kraju lub dla realizacji postulatów politycznych.

Słownik Wyrazów Obcych PWN, 2002: konfederacja 1. związek, stowarzyszenie, zjednoczenie obywateli lub organizacji. 2. polit. związek państw powołany w celu realizacji określonych zamierzeń (zwykle forma przejściowa przy tworzeniu federacji). 3. hist. w dawnej Polsce: związek szlachty, duchowieństwa lub miast, zwierany dla osiągnięcia doraźnych celów. (łac. confoederatus ‘sprzymierzenie’).

Słownik Wyrazów Obcych PWN, 1959: konfederacja [od łac. confoederatio związek] 1. związek, stowarzyszenie, zjednoczenie obywateli lub organizacji. 2. związek państw, w którym zachowują one niezależny (suwerenny) byt, ale posiadają określone w umowie ustanawiającej konfederację wspólne instytucje i organy; 3. hist. w dawnej Polsce – związek organizowany na krótki okres celem realizacji ważnych celów politycznych i sprawujący część lub całość władzy państwowej. Konfederacje miały często opozycyjny charakter wobec rządu, np. k. barska. Na sejmach, które w pewnych wypadkach uchwalały akt konfederacji, decyzje zapadały zwykłą większością głosów.

Ostatnia definicja dostarcza nam pewnej informacji na temat ustroju Rzeczypospolitej Obojga Narodów, stworzonego zapewne przez Żydów, bo któż inny mógł wymyślić coś takiego, by niepodzielnie rządzić z tylnego siedzenia. Jak trzeba było anarchii, to obowiązywała jednomyślność i liberum veto utrącało każdą inicjatywę. Jak trzeba było podjąć szybką decyzję, to zawiązywano konfederację lub zwoływano sejm skonfederowany i wtedy decyzje zapadały większością głosów. To nie była żadna anarchia, jak próbują nam wmawiać. Doskonale zaprojektowany ustrój, który mógł utrzymać to państwo lub je skasować niemalże od ręki. Co też się stało.

Wikipedia o Konfederacji pisze tak: Konfederacja – koalicja o charakterze prawicowym i eurosceptycznym, zawiązana przed wyborami do Parlamentu Europejskiego w 2019 roku (formalnie była zarejestrowana w nich jako komitet wyborczy wyborców Konfederacja KORWIN Braun Liroy Narodowcy), następnie kontynuowana. Od lipca 2019 zarejestrowana jako federacyjna partia polityczna pod nazwą Konfederacja Wolność i Niepodległość (Konfederacja Wolnościowcy i Narodowcy).

Ugrupowania wchodzące w skład Konfederacji reprezentują poglądy należące do różnych prawicowych nurtów (głównie narodowy konserwatyzm i konserwatywny liberalizm). Ideą twórców jest skupienie środowisk deklarujących poglądy wolnościowe, narodowe, konserwatywne i proobywatelskie. Spoiwem koalicji są postulaty eurosceptyczne. Przedstawiciele Konfederacji określają swe ugrupowanie „eurosceptycznym”, co ma na celu podkreślenie sceptycznego podejścia do Unii Europejskiej, a nie do Europy. Opowiadają się za demontażem UE, jednocześnie chcąc pozostawienia strefy Schengen i EOG (Europejski Obszar Gospodarczy).

W skład Konfederacji wchodzą następujące partie: KORWIN, Ruch Narodowy, Konfederacja Korony Polskiej, Partia Kierowców, Konfederacja Rolniczo-Konsumencka, Zjednoczeni. Mamy więc w Konfederacji jeszcze dwie Konfederacje. Cóż to za menażeria?!

Partia KORWIN jest zarejestrowana nieprawomocnie. Jej ideologia to konserwatywny liberalizm i leseferyzm. Jej lider to Janusz Korwin-Mikke. Partia ma 5 posłów.

Ruch Narodowy to nacjonalizm i narodowy katolicyzm, lider – Robert Winnicki, 5 posłów.

Konfederacja Korony Polskiej, reakcjonizm, monarchizm, Grzegorz Braun, 1 poseł.

Partia Kierowców, liberalizm, antybiurokracja, Lech Kędzierski.

Konfederacja Rolniczo-Konsumencka (nieformalna organizacja), agraryzm, Krzysztof Tołwiński.

Zjednoczeni (partia w fazie rejestracji), konserwatywny liberalizm, walka z przymusem szczepień, Paweł Skutecki.

Jeśli ktoś tym cyrkiem rządzi, to zapewne jest to Janusz Korwin-Mikke. Jest w tym gronie najstarszy i ma największe doświadczenie polityczne. Jest to niewątpliwie człowiek bardzo inteligentny i zdolny. Jednak nieznani przełożeni wyznaczyli mu rolę destruktora wszelkich inicjatyw po prawej stronie sceny politycznej oraz rolę błazna. I w obu rolach spełnia się doskonale.

Skoro jest to najbardziej wyrazista postać w Konfederacji, to wypada przybliżyć sobie istotę liberalizmu, którego jest on zwolennikiem. Tadeusz Gluziński w swojej pracy Odrodzenie idealizmu politycznego (1935) pisze:

»Nie tak dawno liberalizm i socjalizm święciły triumfy wśród narodów europejskich. Kto nie był liberałem, temu wolno jeszcze było być socjalistą; kto nie mieścił w ramach tych dwóch prądów swego poglądu na życie publiczne, ten w państwach monarchicznych mógł jeszcze bronić resztek przeszłości i zaliczać się do konserwatystów; wszystko inne uchodziło już bezapelacyjnie za zwykłe barbarzyństwo bez obsłonek.

Liberał wierzył w pierwotną dobroć natury ludzkiej i prawo do wolności uważał za przyrodzone uprawnienie człowieka; stąd każdy ustrój społeczny, w szczególności zaś ustrój państwowy, był dlań tylko złem koniecznym, z którym należało się pogodzić, które jednak w głębi duszy potępiało się zawsze i przyjmowało z niechęcią. Usiłował więc ograniczyć państwo do jak najskromniejszego zakresu działania, aby pozostawić jednostce jak najwięcej wolności; przede wszystkim zaś w życiu gospodarczym uznawał bezkompromisowo zasadę zupełnej swobody jednostki.

Zwyrodnienie życia gospodarczego pod panowaniem liberalizm ujawniło się już w kilkadziesiąt lat po sformułowaniu jego zasadniczych tez; z zasad liberalnych i z rzeczywistości liberalnego świata wywiódł swoje rozumowanie socjalizm, aby stać się w ten sposób odwrotną stroną medalu. Dyktatura proletariatu nie była wcale czymś sprzecznym z założeniami liberalnymi; była właśnie posunięciem wolności ludzkiej do najdalszych granic. Skoro bowiem nie ma w zasadzie żadnych więzów dla wolności ludzkiej, w szczególności zaś hamulców natury etycznej, to cóż ma wzbraniać najliczniejszej klasie społecznej zmówić się i zorganizować, by potem chwycić za gardło wszystkie inne? Bolszewizm, który w pierwszych latach swej władzy urzeczywistnił zasady Marksa, mógł słusznie uchodzić za prawe dziecko liberalizmu tak samo, jak był nim terror Wielkiej Rewolucji Francuskiej.

Tak oto toczyła się na przestrzeni XIX w. walka dwóch „światopoglądów”, pozornie ze sobą sprzecznych i wyłączających się wzajemnie, w istocie jednak wyrosłych ze wspólnego korzenia. Ta wspólność pochodzenia myślowego i wspólność ukrytych sprężyn sprawiła nie tylko, że walka między nimi nie ujawniła żadnej zaciekłości, ale dopuściła nadto wzajemne przenikanie się doktryn; socjaliści stali się po trochu liberałami, zaś liberałowie socjalistami. Razem toczyli wojnę z resztkami monarchicznych ustrojów i przeciw obozom konserwatystów chodzili w zwartym przymierzu.

Przed zjednoczonym atakiem krok za krokiem cofały się szeregi konserwatystów. Zdesperowani obrońcy powalonego na obie łopatki ancien régime’u, owych Okopów Świętej Trójcy, żyli wyłącznie tęsknotą za powrotem dawnych, dobrych czasów, których przeżytków bronili w beznadziejnej walce. Pogotowie ich miało charakter czysto obronny, motorem ich działania był lęk o przyszłość. Gdy tylko zawodziła ich wiara we własne siły, szli do kompromisów z wrogiem, byle choć na krótki czas okupić spokojne ich pozostawienie na pozycji. Ustępowali przeciwnikom w sprawach istotnych w tej nadziei, że w ten kosztowny sposób zdołają pohamować ich rozpęd zdobywczy. To paktowanie z wrogiem nazwali „hamowaniem z góry”. Od tej pory ośrodki konserwatywne stanęły otworem dla wpływów wolnomularstwa; gdzież bowiem jak nie w lożach, można było „hamować” najdogodniej, najmniej dostrzegalnie? I tak loże poczęły nęcić przywódców ruchu, nowoczesnych hrabiów Henryków. Zapewniały tolerancję ze strony wroga, a nawet… karierę. W ślad za swymi wodzami zmienił twarz i konserwatyzm i stał się… liberalny.

Wszystkie narody europejskie zostały oderwane od rzeczywistości i zarażone doktrynami. Legitymacją do życia, w szczególności zaś do brania udziału w życiu publicznym, stało się posiadanie określonego „światopoglądu”. Trzeba było koniecznie wyznawać jakiś system, jakąś generalną receptę na wyleczenie wszystkich chorób, wszystkich bolączek społecznych. Myśl okuto w pancerz obowiązujących doktryn, byle ją jak najdalej uprowadzić z krainy rzeczywistości, w której z przyrodzenia króluje zdrowy rozsądek. Aby jeszcze bardziej umocnić niewzruszalność tych doktryn, twórcy i głosiciele ich dołożyli wszelkich starań, by w tym okresie uwielbienia wszelkiej nauki swój „światopogląd” przystroić w poważne „naukowe” szaty. Pojawiła się literatura pozornie naukowa kierunku liberalnego, socjalistycznego, a nawet konserwatywnego, narodziły się nowe gałęzie „wiedzy”, jak socjologia, religiologia, ekonomia społeczna itp.«

Partia KORWIN ma 5 posłów, podobnie jak Ruch Narodowy, którego ideologią jest nacjonalizm i narodowy katolicyzm. Narodowy katolicyzm, jak pisze Wikipedia, to doktryna polityczna łącząca nacjonalizm z przyznaniem religii katolickiej statusu wyznania państwowego, na którym oparty będzie ustrój państwa. W Polsce idee narodowo-katolickie pojawiły się na przełomie lat 20-tych i 30-tych XX wieku. Idea ta wzbudza zastrzeżenia pod kątem wewnętrznej spójności logicznej: nacjonalizm jest siłą rzeczy pojęciem ekskluzywnym, wykluczającym, a katolicyzm (etymologicznie powszechny) jest pojęciem inkluzywnym.

O pozostałych partiach czy nieformalnych organizacjach nie ma sensu wspominać. W sumie wszyscy oni, to chłopcy do podawania piłek Korwin-Mikkemu, a on jest Żydem, co widać. Po cóż więc Samuela Górska, prawdopodobnie Żydówka, tak zachwalała Konfederację, podkreślając, że ma dość żydostwa? Kolejna próba, bardzo prymitywna, prowokacji, próba pokazania, że Polacy to antysemici. Prymitywizm polegał na tym, że Konfederacja to folklor, partia, która nie ma szans na realne wpływanie na polską politykę i partia, którą kieruje Żyd. Czy może być coś bardziej absurdalnego, jak zachwalanie Konfederacji, jako antidotum na żydostwo? Cel jednak został osiągnięty – antysemityzm wśród Polaków nadal nie jest rzadkością. Sygnał poszedł w świat. I o to chodzi.

22 lipca

Przez cały okres istnienia PRL-u świętem narodowym był dzień 22 lipca. W tym dniu w 1944 roku został ogłoszony Manifest Polskiego Komitetu Wyzwolenia Narodowego. W rzeczywistości został on podpisany i zatwierdzony przez Stalina w Moskwie 20 lipca 1944 roku. Dzień 22 lipca ustanowiono świętem narodowym i dniem wolnym od pracy ustawą Krajowej Rady Narodowej w dniu 22 lipca 1945 roku. Święto to zastąpiło zniesione ustawą KRN Święto Niepodległości obchodzone 11 listopada. Ustanowiono je ustawą z dnia 23 kwietnia 1937 roku. Z kolei ustawa Sejmu Kontraktowego z dnia 6 kwietnia 1990 roku zniosła 22 lipca jako dzień święta narodowego.

Mamy więc w Polsce problem ze świętem narodowym, bo nie wszyscy akceptują 11 listopada jako dzień odzyskania niepodległości, uważając że tym dniem powinien być 28 czerwca. W dniu 28 czerwca 1919 roku podpisano traktat wersalski i według zwolenników tej daty to właśnie wtedy Polska odzyskała niepodległość. Sądzę też, że żyje w Polsce jeszcze wielu ludzi, dla których 22 lipca jest dniem ważniejszym niż 11 listopada.

Przeciwnicy 11 listopada, jako dnia święta narodowego, twierdzą, że wtedy nic się nie wydarzyło. Wydarzyło się! W tym dni przyjechał z Magdeburga Piłsudski i Rada Regencyjna przekazała mu władzę. A więc była już jakaś władza. A jak była władza, to było też jakieś państwo. Obejmowało ono teren byłego Królestwa Polskiego i zostało ono, to państwo, utworzone przez Niemców. Sam fakt uznania Polski na arenie międzynarodowej jako nowego państwa nie zmienia tego, że było to państwo uzależnione od Niemiec i kierowane przez nich rękami Piłsudskiego. A zatem było to państwo zależne i spieranie się o to, czy Polska odzyskała niepodległość 11 listopada czy 28 czerwca jest sporem jałowym. Lata 1918-1926 to był okres, w którym Polacy dopiero starali się ją odzyskać poprzez wyrwanie władzy Piłsudskiemu. Temu m.in. służyło uchwalenie konstytucji marcowej z 1921 roku, która ograniczała jego władzę. Paradoksem było to, że komuniści, do czasu uchwalenia własnej konstytucji, wykorzystywali tę konstytucję, a konstytucję kwietniową z 1935 roku uznali za bezprawną. Niestety próby Polaków zakończyły się zamachem majowym i tym samym nastąpił koniec marzeń o niepodległości. Sanacja natomiast dokonała mordu na narodzie polskim poprzez podjęcie walki zbrojnej z Niemcami, państwem daleko potężniejszym i mogącym zaatakować z trzech stron. Tylko kretyn lub cynik, pozbawiony jakichkolwiek skrupułów, mógł podjąć taką decyzję.

Nie ma więc najmniejszego powodu, by świętować 11 listopada czy 28 czerwca. A 22 lipca? To dzień ogłoszenia Manifestu Polskiego Komitetu Wyzwolenia Narodowego. Zawarte w nim były informacje o nowym ustroju i nowym porządku oraz o nowych granicach. I to jest, w moim przekonaniu, najistotniejsze. Wszystko można zmieniać w państwie, ale gdy zmienia się mu granice, to traci ono swoją ciągłość. Staje się wtedy państwem tymczasowym, państwem na kółkach, państwem obrotowym. Inni zaczynają postrzegać takie państwo jako takie, które dziś jest, a jutro już może go nie być, albo może być gdzie indziej. „W Polsce, czyli nigdzie” – pisał Alfred Jarry. „Polska to nie kraj, to stan umysłu” – jak chcą internetowe memy. Aż w końcu wszyscy albo prawie wszyscy uwierzą, że tej Polski nie ma. A wtedy likwidacja takiego państwa będzie rzeczą naturalną.

A jednak ta Polska jest. Od tysiąca lat w tym samym miejscu: Wielkopolska, Mazowsze i Małopolska. Nawet jeśli miałaby być bez Pomorza, to jest. Nigdy nie było Wielkiej Polski od morza do morza. Było tylko Wielkie Księstwo Litewskie od morza do morza. Z samego faktu połączenia Polski i WKL nie wynikało jeszcze, że Polska zrobiła się wielka. Ta unia spowodowała, przynajmniej częściowe, rozmycie się polskości we wschodnim morzu. Elity stamtąd zdominowały Polskę i tak trwa to do dziś. Proces ten postępuje, bo obecnie doświadczamy zjawiska, które można nazwać ukrainizacją Polski. Nie jest to zjawisko przypadkowe i jak sądzę ma bardziej dalekosiężne cele, niż nam się wydaje.

Po I wojnie światowej została Polska wtłoczona w koleiny I Rzeczypospolitej. Doklejono jej ten nieszczęsny dla niej wschód. Skończyło się to bardzo tragicznie. W moim przekonaniu Polska bez Kresów byłaby najlepszym rozwiązaniem: Wielkopolska, Mazowsze, Małopolska i Pomorze. Uniknięto by wtedy wielu konfliktów i nieszczęść. Innego jednak zdania byli wielcy tego świata, którzy wytyczali nowe granice w Europie. I wytyczyli je, w pełni świadomie, tak by tych konfliktów, pretekstów do sporów i wojny było jak najwięcej. I nie zawiedli się.

Po I wojnie światowej była więc szansa na odtworzenie Polski w jej granicach zbliżonych do etnicznych z niewielką ilością mniejszości. Być może mniejszości nie są rzeczą złą, ale jeśli są to mniejszości wrogie państwu, w którym żyją, to robi się problem. Druga szansa pojawiła się po II wojnie światowej. I znowu wielcy tego świata postanowili inaczej.

W sprawach granic Manifest wzywa do walki o „powrót do Matki – Ojczyzny starego polskiego Pomorza i Śląska Opolskiego”, a także o Prusy Wschodnie i o szeroki dostęp do morza, „o polskie słupy graniczne nad Odrą”. Na wschodzie granica miała być uregulowana zgodnie z zasadą: ziemie polskie – Polsce, ziemie ukraińskie, białoruskie i litewskie – odpowiednim republikom radzieckim. Ale na zachodzie już nie za bardzo zgodnie z tą zasadą.

Pozornie dochodzi więc do zerwania z koncepcją jagiellońską i skierowania się na zachód. Jednak następuje wysiedlenie ludności niemieckiej i sprowadzenie na jej miejsce ludności z Kresów, które w zdecydowanej większości były zamieszkane przez mniejszości, które stanowiły tam większość. A jeśli tak, to większość tej przeniesionej ludności, to ludność prawosławna. Byli to przeważnie Ukraińcy, Białorusini oraz Litwini i Żydzi.

Miał być kraj jednolity etnicznie, a powstało państwo ze znacznym odsetkiem ludności, która ma do tego państwa niezbyt przychylny stosunek. Polska jest podzielona. Widać to przy każdych wyborach. Zachodnia część i Warszawa, miasto kosmopolityczne, głosują inaczej niż wschodnia część, o której się mówi, że ma patriotyczne nastawienie. Ale w tej wschodniej części jest drobny wyjątek, który umyka uwadze większości. Południowa część województwa Podlaskiego, zamieszkała w większości przez mniejszość białoruską i ukraińską, to elektorat PO i głosuje tak jak większość na tzw. Ziemiach Odzyskanych. Zgodność chyba nieprzypadkowa.

Oczywiście ci wszyscy ludzie uważają się za Polaków: urodzili się w Polsce, od urodzenia mówią po polsku, są polskimi obywatelami. Jest tylko jeden problem: ich serca i dusze tęsknią za wschodem, za prawosławiem. Proces rozrzedzania polskości trwa od unii lubelskiej. To dziwne, że twór zwany Rzeczpospolitą Obojga Narodów, który trwał niewiele ponad 200 lat, odradza się w różnej postaci i w różnym czasie. Twór ten nie miał żadnych osiągnięć w polityce, w kulturze, nauce i technice. Twór, który ledwo co powstał, a już zaczął się rozpadać. Wszak pierwszy rozbiór nastąpił po wojnach szwedzkich, tyle że tak się go nie nazywa. Rzeczpospolita utraciła Inflanty, Prusy uniezależniły się od niej. Straciła też ona województwo czernihowskie, smoleńskie i część województwa kijowskiego (5/6 obecnego obszaru Polski). I ten koszmarny twór prześladuje nas do dziś.

Stalin upierał się przy tym, by poniemieckie ziemie do Odry i Nysy należały do Polski. Churchill oponował, ale ostatecznie uległ. Pewnie tak miało być. Obaj wykonywali tylko żydowskie instrukcje. Gwarantem przynależności ziem zachodnich do Polski miał być Związek Radziecki. I był. Ale już nie ma Związku Radzieckiego, a więc nie ma gwaranta. Niemcy są cierpliwi, czekają na stosowny moment. Ukrainizacja Polski postępuje. Ambasador Ukrainy w Polsce, jak podaje portal Interia, stwierdził, że w 2014 roku było w Polsce 680 firm, w których właścicielem lub współwłaścicielem była osoba z Ukrainy, a w 2021 roku takich przedsiębiorstw jest już 16 tys. Moment, w którym połączenie obu państw stanie się czymś naturalnym zbliża się nieuchronnie, choć jest jeszcze odległy. Jeśli do tego dojdzie, to odtworzenie Wielkiego Księstwa Litewskiego będzie tylko kwestią czasu. A jeśli to nastąpi, to naturalną konsekwencją będzie przyłączenie tzw. Ziem Odzyskanych do Niemiec.

Komu to potrzebne? Żydom! Ich Polin, to nie tylko wschodnia część Polski, to także ziemie WKL. Wygląda na to, że 22 lipca to kolejne święto, które nie miało nic wspólnego z prawdziwym świętem odzyskania niepodległości, ale zawierało w sobie zatrute ziarno, którego owoce mogą okazać się dla Polski katastrofalne.

Czy Polska to nie kraj, to stan umysłu? A Polak? Kim on jest? Podejrzewam, że mało kto zdaje sobie z tego sprawę, że pozycja chłopa w Polsce przed unią lubelską była o wiele lepsza niż po niej. Jego pozycja w Rzeczpospolitej Obojga Narodów stopniowo pogarszała się, aż stał się w końcu niewolnikiem. To było 70% społeczeństwa. 10% stanowiła szlachta, a reszta to Żydzi i mieszczaństwo, przeważnie niemieckie, a później też i żydowskie. Szlachta oczywiście uważała się za naród, ale to tylko 10% społeczeństwa. A reszta – te 70%? Jak szybko zrobić naród z niewolników, czy ludzi, którzy dopiero niedawno przestali nimi być? Co ma być tym spoiwem, które ich połączy? Tym spoiwem był katolicyzm. I na nim opiera się cała ideologia narodowa, działająca według schematu: Polak – katolik. I tak mason Dmowski wydaje swoje dziełko „Kościół, naród i państwo”. W blogu „Endecja” pisałem:

»W pierwszych latach działalności Dmowski długo był krytyczny wobec chrześcijaństwa, którego normy moralne uważał za sprzeczne z założeniami i potrzebami „zdrowego, narodowego egoizmu”, skłaniał się raczej do podporządkowania go interesom państwa lub narodu na wzór protestantyzmu w wydaniu niemieckim lub angielskim. Później, w publikacji Kościół, naród i państwo (1928) zmienił poglądy i podkreślił znaczącą rolę, jaką odgrywa dla narodu polskiego wiara katolicka i Kościół – „Katolicyzm nie jest dodatkiem do polskości, zabarwieniem jej na pewien sposób, ale tkwi w jej istocie, w znacznym stopniu stanowi jej istotę. Usiłowanie oddzielenia u nas katolicyzmu od polskości, oderwania narodu od religii i Kościoła, jest niszczeniem samej istoty narodu”. Z jego publikacji wywodzi się idea Polski jako „wielkiego państwa katolickiego narodu polskiego”.

Cóż zatem było przyczyną tak diametralnej zmiany? Sam przecież swoich poglądów nie zmienił. Był deistą. Przez całe życie był obojętny religijnie. Dopiero na krótko przed śmiercią nawrócił się. Czy można traktować poważnie kogoś, kto się wypowiada na temat wiary katolickiej i jej związku z narodem, samym będąc deistą?«

A więc ktoś mu kazał zmienić poglądy tak, by były zgodne z planem, który chyba ktoś wcześniej nakreślił, a który zakładał, że Polska ma być katolicka, a Polacy mają być katolikami. Katolicka wyspa, a wokół protestanci i prawosławni. Z kolei w blogu “III powstanie śląskie” pisałem:

»W 1763 roku osiedlono na Górnym Śląsku 61 tysięcy Niemców, a przez następne 40 lat około 110 tysięcy. Akcja osiedleńcza to był niewątpliwie proces zmierzający do zmiany stanu etnicznego regionu. W 1810 roku wydano zakaz używania języka polskiego w nabożeństwach odprawianych w kościołach ewangelickich. Z tego faktu można wysnuć wniosek, że spora część ludności polskiej była wyznania protestanckiego, bo gdyby to było zjawisko marginalne, to nie odprawiano by tych nabożeństw w języku polskim. Dążono więc do schematu: Polak – katolik, Niemiec – protestant. Tylko czy to był interes Niemiec jako państwa? Łatwiej przecież było zgermanizować poprzez wiarę niż język. A skoro zrezygnowano z tego, to może nie był to element polityki niemieckiej, tylko tej stojącej ponad nią. Polak – katolik, to wróg, ale Polak – protestant, to już jest problem. Czyj więc to był zamysł? A fundamentalne założenie endeckiego systemu wartości? – Polska musi być katolicka, albo wcale jej nie będzie. Cóż takiego stałoby się Polakowi, gdyby był protestantem? Czy rzeczywiście to był interes narodu polskiego, by być katolicką wyspą pośród wrogich wyznań? Łatwiej wtedy wzniecać nienawiść, prowokować konflikty i wojny. Walka z Kościołem katolickim to była walka z Polakami.«

PRL niczego nie zmienił. Polska nadal była państwem z dominującą warstwą chłopską, dużą ilością mniejszości, które oficjalnie tymi mniejszościami nie były. Straty Żydów spowodowane wojną zostały uzupełnione tymi, którzy przybili z Armią Czerwoną. Polska inteligencja, i tak nieliczna przed wojną, po niej stała się już tylko śladowa. Polską inteligencją stali się Żydzi.

Początkowo w PRL-u pewne sprawy zamieciono pod dywan, wyciszono. Jak się jednak później okazało – do czasu. Wraz z pojawieniem się Solidarności powraca schemat narzucony przez endecję: Polak – katolik. Bezpośrednio po wojnie centrum żydowskiego osadnictwa w Polsce był Wałbrzych i tam w latach 50-tych założyli Żydzi spółdzielnię pracy pod nazwą… Solidarność. Cóż za przypadkowa zbieżność, chciałoby się powiedzieć. Jednak ci, którzy mieli wiedzieć, wiedzieli, kto stworzył tę drugą Solidarność. Zaraz też pojawił się pacan z Matką Boską w klapie i księża i msze podczas strajków i te papieskie pielgrzymki. Polskość miała być kojarzona tylko i wyłącznie z katolicyzmem. A że sam papież był Żydem? A kto by tam wnikał w takie szczegóły! Ktoś nas znowu wpychał w ten nieszczęsny schemat: Polak – katolik.

Końcówka PRL-u była tylko preludium do tego, co miało nastąpić później. Niemalże od razu pojawili się endecy, narodowcy, nadgorliwi katolicy z krzyżami w rękach, obecni na wszelkich uroczystych mszach. Żydzi, bo to oni są tymi „endekami”, „narodowcami”, zaczęli uprawiać swoją propagandę coraz nachalniej. W momencie, gdy Polska weszła do unii, godząc się na stopniową utratę wszystkich atrybutów własnej państwowości, to wtedy Żydzi zaczęli organizować Marsze Niepodległości. Jakoś dziwnie nie robili żadnych akcji przed referendum dotyczącym przystąpienia Polski do unii.

Czy Polska to nie kraj, to stan umysłu? Zapewne tak, tylko że ci, którzy tak mówią nie chcą dopowiedzieć, że to stan żydowskiego umysłu. Niechby tylko spróbowali! Żydzi odpowiadają za wszystko, co się tu działo i dzieje. To, że Polska stała się krajem na kółkach, to ich dzieło: to unia polsko-litewska, to II RP w najgorszych do wyobrażenia granicach, to PRL z tzw. Ziemiami Odzyskanymi, to Solidarność, to Okrągły Stół. Można tak wymieniać bez końca. To oni tu rządzą i dlatego ten kraj wygląda tak, jak wygląda. Mogliby go urządzić inaczej, ale najwyraźniej taki stan tego kraju jest w ich interesie.

Roszczenia

W swoim Geopolitycznym Dzienniku Analitycznym dr Leszek Sykulski omawia reakcję Izraela i USA na przyjęcie przez Sejm nowelizacji Kodeksu Postępowania Administracyjnego. Ja zamieszczam poniżej obszerne fragmenty jego analizy, dla tych, którzy wolą czytać niż słuchać, oraz własne wnioski dotyczące tzw. roszczeń, dotyczących mienia bezspadkowego.

24 czerwca Sejm przyjął, bez głosów sprzeciwu, nowelizację Kodeksu Postępowania Administracyjnego (KPA). Zgodnie z tą nowelizacją po upływie 30 lat od decyzji administracyjnej niemożliwe będzie postępowanie w celu jej zakwestionowania. Zgodnie z polskimi przepisami ta nowelizacja trafi do Senatu. Ten akt prawny wywołał ogromne poruszenie w Izraelu i USA.

Ambasada Izraela wydała oświadczenie w tej sprawie. W nim m.in. czytamy:

Procedowana obecnie zmiana ustawy w rezultacie uniemożliwi zwrot mienia żydowskiego lub ubieganie się o rekompensatę za nie, ocalonym z Zagłady i ich potomkom oraz społeczności żydowskiej, dla których Polska przez stulecia była domem. To niepojęte. To niemoralne prawo poważnie uderzy w stosunki między naszymi państwami. Z uwagą podchodzimy do próby uniemożliwienia zwrotu prawowitym właścicielom mienia zagrabionego w Europie Żydom przez nazistów i ich kolaborantów. Polska wie, co jest właściwym krokiem w tej sprawie.

Na to oświadczenie szybko zareagowała dyplomacja amerykańska. 25 czerwca rzecznik resortu dyplomacji Stanów Zjednoczonych, Ned Price, wezwał Polskę do wstrzymania prac nad nowelizacją KPA. Na Twitterze napisał:

Wierzymy w znaczenie rozwiązania spraw restytucji z czasów Holocaustu, by zapewnić równość i sprawiedliwość dla wszystkich ofiar. Wczorajsza decyzja polskiego parlamentu była krokiem w złym kierunku. Wzywamy Polskę, by nie posuwała tej ustawy do przodu.

Sykulski twierdzi, że łączy się to z ustawą JUST z 12 grudnia 2017 roku i deklaracją terezińską z 2009 roku. Twierdzi, że ta deklaracja nie jest żadnym aktem prawnym, że pod nią nie złożono żadnych podpisów, że nie jest to akt prawa międzynarodowego. 16 lipca 1960 roku została zawarta umowa pomiędzy rządami Polski i Stanów Zjednoczonych. Rząd amerykański za 40 mln dolarów przyjął na siebie zobowiązania z roszczeń odszkodowawczych i zobowiązał się, że nie będzie wysuwał ani popierał żadnych dalszych roszczeń. W związku z tym popieranie przez czołowych polityków amerykańskich kwestii roszczeń o tzw. mienie bezspadkowe, takie jakie zaprezentował Mike Pompeo, sekretarz stanu Stanów Zjednoczonych, który w lutym 2019 roku, podczas pobytu w Warszawie, domagał się od polskich władz „rozwiązania kwestii zwrotu mienia ofiar holocaustu” – jest absolutnie bezprawne.

Dalej zadaje pytanie – jak to się dzieje, że Polska, która była jedną z największych ofiar II wojny światowej, Polska, która przez setki lat stanowiła azyl dla społeczności żydowskiej, dla narodu żydowskiego, dla wyznawców judaizmu – jest dziś przez państwo Izrael, przez część społeczności żydowskiej traktowana jako kat? Jak to się dzieje, że tak kwitną relacje niemiecko-izraelskie, które właściwie od nawiązania relacji dyplomatycznych w 1965 roku rozwijają się właściwie doskonale? A przecież to Niemcy byli tym narodem, który wywołał największą traumę tego narodu i doprowadził do wymordowania milionów Żydów. W tym roku, w kwietniu 2021, pojawiła się informacja, że jest pomysł, by Niemcy i Izrael wspólnie zorganizowały igrzyska olimpijskie w 2036 roku, czyli w 100-lecie tej niechlubnej olimpiady, którą zorganizował Adolf Hitler, która była taką manifestacją potęgi III rzeszy, manifestacją nazizmu.

Następnie Sykulski stwierdza, że sam fakt, że doszło do takiej propozycji jest niebywały, bo w 2020 roku udokumentowano ponad 1000 przypadków o charakterze antysemickim na terenie Niemiec. Jest to wzrost o 13% w stosunku do roku 2019. Z kolei Polska, w której instytucje żydowskie, kulturalne, oświatowe, wyznaniowe funkcjonują bez żadnego problemu i liczba jakichkolwiek incydentów antysemickich jest praktycznie śladowa, jest traktowana jak kat, przeciwnik środowisk żydowskich. Natomiast Niemcy, w których systematycznie rośnie skala incydentów antysemickich, Niemcy są traktowane jako partner, z którym rozważana jest organizacja wspólnych igrzysk olimpijskich w 2036 roku.

Pytanie – dlaczego mamy do czynienia z taką sytuacją? Moim zdaniem tego typu wydarzenia, ingerujące w wewnętrzne sprawy polskie są wynikiem po prostu słabości państwa polskiego. Zarówno Izrael jak i środowiska żydowskie na całym świecie wykorzystują słabość państwa polskiego, słabość polskiej dyplomacji, polskich służb specjalnych, polskiego kontrwywiadu do korzyści, konkretnych korzyści, które są w stanie tutaj uzyskać. Zupełnie inaczej wygląda sytuacja w Niemczech, gdzie służby specjalne są na nieporównanie wyższym poziomie niż w Polsce. To, że państwo polskie nie było w stanie od 1989 roku przyjąć doktryny bezpieczeństwa informacyjnego, to że państwo polskie nie dysponuje dzisiaj instrumentami kształtowania opinii publicznej na arenie międzynarodowej, takimi jak wielojęzyczny portal czy radio międzynarodowe, czy wreszcie anglojęzyczna telewizja nadająca 24 godziny na dobę 365 dni w roku, to że polski wywiad nie prowadzi operacji ofensywnych, jeśli chodzi o kształtowanie świadomości decydentów społeczeństw państw leżących w obszarze zainteresowania państwa polskiego, to jest przyczyna dzisiejszego stanu rzeczy, tego że Polska stanowi łatwy łup dla różnego rodzaju środowisk, lobbystów, którzy chcą wykorzystać tę słabość państwa polskiego do uzyskania konkretnych korzyści majątkowych.

Konkludując, Sykulski stwierdza, że potrzeba głębokiej restrukturyzacji polskiego wywiadu, kontrwywiadu, przyjęcia doktryny bezpieczeństwa informacyjnego i wprowadzenia konkretnych programów, które pozwolą Polsce oddziaływać na arenie międzynarodowej, a nie tylko we własnym gronie. Ta cała sprawa, związana z tzw. mieniem bezspadkowym, dobitnie pokazuje, że Polsce potrzeba nowego wywiadu, nowego kontrwywiadu, nowej polityki bezpieczeństwa informacyjnego, zdolności do realizowania celów za pomocą dyplomacji publicznej, a to wymaga głębokiej restrukturyzacji ministerstwa spraw zagranicznych i polskich służb specjalnych.

To tyle dr Leszek Sykulski. Ja, w odróżnieniu od niego, twierdzę, że polskie ministerstwo spraw zagranicznych, polski wywiad i kontrwywiad są bardzo dobre. Dobrze wywiązują się z powierzonych im zadań. Jeśli więc wygląda na to, że te instytucje są bezradne i nie występują w obronie polskich interesów, że siedzą tam dyplomatołki, jak niektórzy twierdzą, to tak jest z polskiego punktu widzenia, ale nie z żydowskiego. Te wszystkie służby i państwo polskie z całym swoim aparatem są w rekach żydowskich i służą do realizacji żydowskich celów. To jest Polin – nie Polska. I dlatego tak to wygląda. Tragizm sytuacji polega na tym, że nawet gdyby jakimś cudem udało się Polakom odzyskać państwo, to nie mieliby kim obsadzić wszystkich kluczowych i strategicznych stanowisk. Polacy stracili mnóstwo wartościowych ludzi w czasie II wojny światowej, ale też tracą ich nadal wskutek ciągłej emigracji.

W 1996 roku obradował w Buenos Aires Światowy Kongres Żydów. Wydał on oświadczenie, że „jeśli Polska nie spełni żydowskich roszczeń majątkowych, będzie upokarzana na arenie międzynarodowej”. A więc mija już ćwierć wieku i nadal nic w tej sprawie nie dzieje się. W 2009 roku pojawiła się tzw, deklaracja terezińska. W 2017 – ustawa JUST. I dalej nic. Teraz doczepili się do nowelizacji KPA. Kpina ze zdrowego rozsądku, bo jeśli decyzja administracyjna nie zostanie wydana, to żaden termin nie może upłynąć. Gdzież tu zagrożenie!

O co więc tak naprawdę chodzi Żydom? Dlaczego tak nie lubią Polaków? Żeby to zrozumieć trzeba poznać mentalność Żyda. Żeby poznać mentalność Żyda, to trzeba bliżej go poznać. Najlepiej to wychodzi, gdy wejdzie się z nim w spółkę. Ja miałem taką wątpliwą przyjemność bycia w takiej spółce. Na początku oczywiście nie wiedziałem, że mam do czynienia z Żydem. Dopiero, gdy pojawi się konflikt interesów, to wtedy wychodzi prawdziwa natura Żyda. Wtedy taki człowiek jest jego największym wrogiem. W stosunku do innych będzie nadal bardzo miły, a już najbardziej miły dla tych, którzy u niego pracują, którzy korzystają z jego usług lub u niego kupują.

Żyd jest cierpliwy. Potrafi czekać latami, osłabiając przy okazji finansowo tego, którego chce się pozbyć. Jeśli sam nie da rady, to poszuka pomocy u innych Żydów, a oni mu pomogą. Jak trzeba to będzie działał na niekorzyść firmy, której jest wspólnikiem, byle tylko zniechęcić partnera, tak by mu się wszystkiego odechciało. Można być uprzejmym wobec niego, przyjaźnie nastawionym, pomagać mu – to nie ma dla niego najmniejszego znaczenia, spływa po nim jak po kaczce. Jeśli uzna kogoś za swojego wroga, kogoś kto mu przeszkadza, to wszelkimi sposobami będzie dążył do zniszczenia kogoś takiego. Jego system wartości jest zupełnie inny. To, co dla nas jest niemoralne, nieetyczne, jest dla niego moralne i etyczne, jeśli nie dotyczy innych Żydów.

Dlaczego więc Żydzi tak nie lubią Polaków? Bo Polacy, w odróżnieniu od Niemców, przeszkadzają im. Oni uważają, że to jest ich kraj, ich i tylko ich. Polacy, jeśli już mają tu zostać, to mają być obywatelami trzeciej kategorii. Tylko kraj rządzony przez Żydów może lepiej traktować obcych niż swoich. A to widzimy w przypadku Ukraińców, którzy będą tu obywatelami drugiej kategorii.

Cała ta hucpa z roszczeniami nie jest po to, by cokolwiek odzyskać. Oni i tak są już tu właścicielami prawie wszystkiego. Mogą tu robić wszystko, co im się spodoba. Umożliwia im to ustawa o stosunku państwa polskiego do gmin wyznaniowych żydowskich w Rzeczpospolitej Polskiej. O tym pisałem w blogu „Ustawa”. Te roszczenia są po to, by przedstawiać Polaków w świecie jako złodziei, którzy wykorzystali wojnę do wzbogacenia się poprzez grabież żydowskiego mienia, jako ludzi podłych, którzy wydawali Żydów nazistom, bo przecież nie Niemcom. Żydzi mówią tylko o nazistach i Polakach. Dlatego wcale nie chodzi im o odzyskiwanie czegokolwiek, tylko o to, by cały czas był pretekst do oczerniania Polaków. Robią to na wielu płaszczyznach. Nie mam najmniejszej wątpliwości, że tzw. Polish jokes, to żydowski wymysł.

Żydzi są cierpliwi. Wiedzą, że ciągłe negatywne przedstawianie Polaków opinii światowej, zakoduje w niej negatywny ich obraz. A kiedy tak już się stanie, to likwidacja tego państwa nikogo nie wzruszy, bo z Polakami tylko kłopot.

Po raz pierwszy uświadomiłem sobie, że Polskę znowu wpychają w koleiny Rzeczypospolitej Obojga Narodów, gdy dowiedziałem się, że Polska z Ukrainą będzie organizować EURO 2012. To był początek większego projektu, którego celem będzie odtworzenie Wielkiego Księstwa Litewskiego z przyległościami, czyli z Koroną. A te tzw. Ziemie Odzyskane wrócą do Niemiec. To nowe państwo będzie państwem żydowskim. Parę lat temu pojawiła się jakaś prognoza amerykańska na temat tego, jak będzie wyglądała Europa około 2100 roku. Wynikało z niej, że największym państwem będzie Polska, zajmująca wielki obszar we wschodniej i środkowej Europie. Przypadek? Może tak, a może – nie. Są pewne symptomy, które wskazują, że ten projekt jest powoli realizowany. Mieszkam na Podlasiu. W moim mieście, główne rondo zostało nazwane Rondem Unii Polsko-Litewskiej, a muzeum miejskie zostało przemianowane na Muzeum Obojga Narodów. W centrum miasta jest ustawiony drogowskaz, który pokazuje odległości do różnych miast, ale tylko na wschodzie. Drobiazgi? Od nich się zaczyna kodowanie umysłów.

Żydzi są cierpliwi, potrafią czekać latami, a nawet dłużej, na osiągnięcie celów, które sobie wyznaczyli. Dlatego też ich zachowanie może być dla nas niezrozumiałe. Jeszcze przed powstaniem styczniowym postanowili sobie, że zostaną polską inteligencją i ten cel osiągnęli już w PRL-u. A więc zajęło im to około 80-100 lat. Kto wie? Może ten scenariusz, który powyżej nakreśliłem, stanie się ciałem nie około 2100 roku, a może już za 40-50 lat.