22 lipca

Przez cały okres istnienia PRL-u świętem narodowym był dzień 22 lipca. W tym dniu w 1944 roku został ogłoszony Manifest Polskiego Komitetu Wyzwolenia Narodowego. W rzeczywistości został on podpisany i zatwierdzony przez Stalina w Moskwie 20 lipca 1944 roku. Dzień 22 lipca ustanowiono świętem narodowym i dniem wolnym od pracy ustawą Krajowej Rady Narodowej w dniu 22 lipca 1945 roku. Święto to zastąpiło zniesione ustawą KRN Święto Niepodległości obchodzone 11 listopada. Ustanowiono je ustawą z dnia 23 kwietnia 1937 roku. Z kolei ustawa Sejmu Kontraktowego z dnia 6 kwietnia 1990 roku zniosła 22 lipca jako dzień święta narodowego.

Mamy więc w Polsce problem ze świętem narodowym, bo nie wszyscy akceptują 11 listopada jako dzień odzyskania niepodległości, uważając że tym dniem powinien być 28 czerwca. W dniu 28 czerwca 1919 roku podpisano traktat wersalski i według zwolenników tej daty to właśnie wtedy Polska odzyskała niepodległość. Sądzę też, że żyje w Polsce jeszcze wielu ludzi, dla których 22 lipca jest dniem ważniejszym niż 11 listopada.

Przeciwnicy 11 listopada, jako dnia święta narodowego, twierdzą, że wtedy nic się nie wydarzyło. Wydarzyło się! W tym dni przyjechał z Magdeburga Piłsudski i Rada Regencyjna przekazała mu władzę. A więc była już jakaś władza. A jak była władza, to było też jakieś państwo. Obejmowało ono teren byłego Królestwa Polskiego i zostało ono, to państwo, utworzone przez Niemców. Sam fakt uznania Polski na arenie międzynarodowej jako nowego państwa nie zmienia tego, że było to państwo uzależnione od Niemiec i kierowane przez nich rękami Piłsudskiego. A zatem było to państwo zależne i spieranie się o to, czy Polska odzyskała niepodległość 11 listopada czy 28 czerwca jest sporem jałowym. Lata 1918-1926 to był okres, w którym Polacy dopiero starali się ją odzyskać poprzez wyrwanie władzy Piłsudskiemu. Temu m.in. służyło uchwalenie konstytucji marcowej z 1921 roku, która ograniczała jego władzę. Paradoksem było to, że komuniści, do czasu uchwalenia własnej konstytucji, wykorzystywali tę konstytucję, a konstytucję kwietniową z 1935 roku uznali za bezprawną. Niestety próby Polaków zakończyły się zamachem majowym i tym samym nastąpił koniec marzeń o niepodległości. Sanacja natomiast dokonała mordu na narodzie polskim poprzez podjęcie walki zbrojnej z Niemcami, państwem daleko potężniejszym i mogącym zaatakować z trzech stron. Tylko kretyn lub cynik, pozbawiony jakichkolwiek skrupułów, mógł podjąć taką decyzję.

Nie ma więc najmniejszego powodu, by świętować 11 listopada czy 28 czerwca. A 22 lipca? To dzień ogłoszenia Manifestu Polskiego Komitetu Wyzwolenia Narodowego. Zawarte w nim były informacje o nowym ustroju i nowym porządku oraz o nowych granicach. I to jest, w moim przekonaniu, najistotniejsze. Wszystko można zmieniać w państwie, ale gdy zmienia się mu granice, to traci ono swoją ciągłość. Staje się wtedy państwem tymczasowym, państwem na kółkach, państwem obrotowym. Inni zaczynają postrzegać takie państwo jako takie, które dziś jest, a jutro już może go nie być, albo może być gdzie indziej. „W Polsce, czyli nigdzie” – pisał Alfred Jarry. „Polska to nie kraj, to stan umysłu” – jak chcą internetowe memy. Aż w końcu wszyscy albo prawie wszyscy uwierzą, że tej Polski nie ma. A wtedy likwidacja takiego państwa będzie rzeczą naturalną.

A jednak ta Polska jest. Od tysiąca lat w tym samym miejscu: Wielkopolska, Mazowsze i Małopolska. Nawet jeśli miałaby być bez Pomorza, to jest. Nigdy nie było Wielkiej Polski od morza do morza. Było tylko Wielkie Księstwo Litewskie od morza do morza. Z samego faktu połączenia Polski i WKL nie wynikało jeszcze, że Polska zrobiła się wielka. Ta unia spowodowała, przynajmniej częściowe, rozmycie się polskości we wschodnim morzu. Elity stamtąd zdominowały Polskę i tak trwa to do dziś. Proces ten postępuje, bo obecnie doświadczamy zjawiska, które można nazwać ukrainizacją Polski. Nie jest to zjawisko przypadkowe i jak sądzę ma bardziej dalekosiężne cele, niż nam się wydaje.

Po I wojnie światowej została Polska wtłoczona w koleiny I Rzeczypospolitej. Doklejono jej ten nieszczęsny dla niej wschód. Skończyło się to bardzo tragicznie. W moim przekonaniu Polska bez Kresów byłaby najlepszym rozwiązaniem: Wielkopolska, Mazowsze, Małopolska i Pomorze. Uniknięto by wtedy wielu konfliktów i nieszczęść. Innego jednak zdania byli wielcy tego świata, którzy wytyczali nowe granice w Europie. I wytyczyli je, w pełni świadomie, tak by tych konfliktów, pretekstów do sporów i wojny było jak najwięcej. I nie zawiedli się.

Po I wojnie światowej była więc szansa na odtworzenie Polski w jej granicach zbliżonych do etnicznych z niewielką ilością mniejszości. Być może mniejszości nie są rzeczą złą, ale jeśli są to mniejszości wrogie państwu, w którym żyją, to robi się problem. Druga szansa pojawiła się po II wojnie światowej. I znowu wielcy tego świata postanowili inaczej.

W sprawach granic Manifest wzywa do walki o „powrót do Matki – Ojczyzny starego polskiego Pomorza i Śląska Opolskiego”, a także o Prusy Wschodnie i o szeroki dostęp do morza, „o polskie słupy graniczne nad Odrą”. Na wschodzie granica miała być uregulowana zgodnie z zasadą: ziemie polskie – Polsce, ziemie ukraińskie, białoruskie i litewskie – odpowiednim republikom radzieckim. Ale na zachodzie już nie za bardzo zgodnie z tą zasadą.

Pozornie dochodzi więc do zerwania z koncepcją jagiellońską i skierowania się na zachód. Jednak następuje wysiedlenie ludności niemieckiej i sprowadzenie na jej miejsce ludności z Kresów, które w zdecydowanej większości były zamieszkane przez mniejszości, które stanowiły tam większość. A jeśli tak, to większość tej przeniesionej ludności, to ludność prawosławna. Byli to przeważnie Ukraińcy, Białorusini oraz Litwini i Żydzi.

Miał być kraj jednolity etnicznie, a powstało państwo ze znacznym odsetkiem ludności, która ma do tego państwa niezbyt przychylny stosunek. Polska jest podzielona. Widać to przy każdych wyborach. Zachodnia część i Warszawa, miasto kosmopolityczne, głosują inaczej niż wschodnia część, o której się mówi, że ma patriotyczne nastawienie. Ale w tej wschodniej części jest drobny wyjątek, który umyka uwadze większości. Południowa część województwa Podlaskiego, zamieszkała w większości przez mniejszość białoruską i ukraińską, to elektorat PO i głosuje tak jak większość na tzw. Ziemiach Odzyskanych. Zgodność chyba nieprzypadkowa.

Oczywiście ci wszyscy ludzie uważają się za Polaków: urodzili się w Polsce, od urodzenia mówią po polsku, są polskimi obywatelami. Jest tylko jeden problem: ich serca i dusze tęsknią za wschodem, za prawosławiem. Proces rozrzedzania polskości trwa od unii lubelskiej. To dziwne, że twór zwany Rzeczpospolitą Obojga Narodów, który trwał niewiele ponad 200 lat, odradza się w różnej postaci i w różnym czasie. Twór ten nie miał żadnych osiągnięć w polityce, w kulturze, nauce i technice. Twór, który ledwo co powstał, a już zaczął się rozpadać. Wszak pierwszy rozbiór nastąpił po wojnach szwedzkich, tyle że tak się go nie nazywa. Rzeczpospolita utraciła Inflanty, Prusy uniezależniły się od niej. Straciła też ona województwo czernihowskie, smoleńskie i część województwa kijowskiego (5/6 obecnego obszaru Polski). I ten koszmarny twór prześladuje nas do dziś.

Stalin upierał się przy tym, by poniemieckie ziemie do Odry i Nysy należały do Polski. Churchill oponował, ale ostatecznie uległ. Pewnie tak miało być. Obaj wykonywali tylko żydowskie instrukcje. Gwarantem przynależności ziem zachodnich do Polski miał być Związek Radziecki. I był. Ale już nie ma Związku Radzieckiego, a więc nie ma gwaranta. Niemcy są cierpliwi, czekają na stosowny moment. Ukrainizacja Polski postępuje. Ambasador Ukrainy w Polsce, jak podaje portal Interia, stwierdził, że w 2014 roku było w Polsce 680 firm, w których właścicielem lub współwłaścicielem była osoba z Ukrainy, a w 2021 roku takich przedsiębiorstw jest już 16 tys. Moment, w którym połączenie obu państw stanie się czymś naturalnym zbliża się nieuchronnie, choć jest jeszcze odległy. Jeśli do tego dojdzie, to odtworzenie Wielkiego Księstwa Litewskiego będzie tylko kwestią czasu. A jeśli to nastąpi, to naturalną konsekwencją będzie przyłączenie tzw. Ziem Odzyskanych do Niemiec.

Komu to potrzebne? Żydom! Ich Polin, to nie tylko wschodnia część Polski, to także ziemie WKL. Wygląda na to, że 22 lipca to kolejne święto, które nie miało nic wspólnego z prawdziwym świętem odzyskania niepodległości, ale zawierało w sobie zatrute ziarno, którego owoce mogą okazać się dla Polski katastrofalne.

Czy Polska to nie kraj, to stan umysłu? A Polak? Kim on jest? Podejrzewam, że mało kto zdaje sobie z tego sprawę, że pozycja chłopa w Polsce przed unią lubelską była o wiele lepsza niż po niej. Jego pozycja w Rzeczpospolitej Obojga Narodów stopniowo pogarszała się, aż stał się w końcu niewolnikiem. To było 70% społeczeństwa. 10% stanowiła szlachta, a reszta to Żydzi i mieszczaństwo, przeważnie niemieckie, a później też i żydowskie. Szlachta oczywiście uważała się za naród, ale to tylko 10% społeczeństwa. A reszta – te 70%? Jak szybko zrobić naród z niewolników, czy ludzi, którzy dopiero niedawno przestali nimi być? Co ma być tym spoiwem, które ich połączy? Tym spoiwem był katolicyzm. I na nim opiera się cała ideologia narodowa, działająca według schematu: Polak – katolik. I tak mason Dmowski wydaje swoje dziełko „Kościół, naród i państwo”. W blogu „Endecja” pisałem:

»W pierwszych latach działalności Dmowski długo był krytyczny wobec chrześcijaństwa, którego normy moralne uważał za sprzeczne z założeniami i potrzebami „zdrowego, narodowego egoizmu”, skłaniał się raczej do podporządkowania go interesom państwa lub narodu na wzór protestantyzmu w wydaniu niemieckim lub angielskim. Później, w publikacji Kościół, naród i państwo (1928) zmienił poglądy i podkreślił znaczącą rolę, jaką odgrywa dla narodu polskiego wiara katolicka i Kościół – „Katolicyzm nie jest dodatkiem do polskości, zabarwieniem jej na pewien sposób, ale tkwi w jej istocie, w znacznym stopniu stanowi jej istotę. Usiłowanie oddzielenia u nas katolicyzmu od polskości, oderwania narodu od religii i Kościoła, jest niszczeniem samej istoty narodu”. Z jego publikacji wywodzi się idea Polski jako „wielkiego państwa katolickiego narodu polskiego”.

Cóż zatem było przyczyną tak diametralnej zmiany? Sam przecież swoich poglądów nie zmienił. Był deistą. Przez całe życie był obojętny religijnie. Dopiero na krótko przed śmiercią nawrócił się. Czy można traktować poważnie kogoś, kto się wypowiada na temat wiary katolickiej i jej związku z narodem, samym będąc deistą?«

A więc ktoś mu kazał zmienić poglądy tak, by były zgodne z planem, który chyba ktoś wcześniej nakreślił, a który zakładał, że Polska ma być katolicka, a Polacy mają być katolikami. Katolicka wyspa, a wokół protestanci i prawosławni. Z kolei w blogu “III powstanie śląskie” pisałem:

»W 1763 roku osiedlono na Górnym Śląsku 61 tysięcy Niemców, a przez następne 40 lat około 110 tysięcy. Akcja osiedleńcza to był niewątpliwie proces zmierzający do zmiany stanu etnicznego regionu. W 1810 roku wydano zakaz używania języka polskiego w nabożeństwach odprawianych w kościołach ewangelickich. Z tego faktu można wysnuć wniosek, że spora część ludności polskiej była wyznania protestanckiego, bo gdyby to było zjawisko marginalne, to nie odprawiano by tych nabożeństw w języku polskim. Dążono więc do schematu: Polak – katolik, Niemiec – protestant. Tylko czy to był interes Niemiec jako państwa? Łatwiej przecież było zgermanizować poprzez wiarę niż język. A skoro zrezygnowano z tego, to może nie był to element polityki niemieckiej, tylko tej stojącej ponad nią. Polak – katolik, to wróg, ale Polak – protestant, to już jest problem. Czyj więc to był zamysł? A fundamentalne założenie endeckiego systemu wartości? – Polska musi być katolicka, albo wcale jej nie będzie. Cóż takiego stałoby się Polakowi, gdyby był protestantem? Czy rzeczywiście to był interes narodu polskiego, by być katolicką wyspą pośród wrogich wyznań? Łatwiej wtedy wzniecać nienawiść, prowokować konflikty i wojny. Walka z Kościołem katolickim to była walka z Polakami.«

PRL niczego nie zmienił. Polska nadal była państwem z dominującą warstwą chłopską, dużą ilością mniejszości, które oficjalnie tymi mniejszościami nie były. Straty Żydów spowodowane wojną zostały uzupełnione tymi, którzy przybili z Armią Czerwoną. Polska inteligencja, i tak nieliczna przed wojną, po niej stała się już tylko śladowa. Polską inteligencją stali się Żydzi.

Początkowo w PRL-u pewne sprawy zamieciono pod dywan, wyciszono. Jak się jednak później okazało – do czasu. Wraz z pojawieniem się Solidarności powraca schemat narzucony przez endecję: Polak – katolik. Bezpośrednio po wojnie centrum żydowskiego osadnictwa w Polsce był Wałbrzych i tam w latach 50-tych założyli Żydzi spółdzielnię pracy pod nazwą… Solidarność. Cóż za przypadkowa zbieżność, chciałoby się powiedzieć. Jednak ci, którzy mieli wiedzieć, wiedzieli, kto stworzył tę drugą Solidarność. Zaraz też pojawił się pacan z Matką Boską w klapie i księża i msze podczas strajków i te papieskie pielgrzymki. Polskość miała być kojarzona tylko i wyłącznie z katolicyzmem. A że sam papież był Żydem? A kto by tam wnikał w takie szczegóły! Ktoś nas znowu wpychał w ten nieszczęsny schemat: Polak – katolik.

Końcówka PRL-u była tylko preludium do tego, co miało nastąpić później. Niemalże od razu pojawili się endecy, narodowcy, nadgorliwi katolicy z krzyżami w rękach, obecni na wszelkich uroczystych mszach. Żydzi, bo to oni są tymi „endekami”, „narodowcami”, zaczęli uprawiać swoją propagandę coraz nachalniej. W momencie, gdy Polska weszła do unii, godząc się na stopniową utratę wszystkich atrybutów własnej państwowości, to wtedy Żydzi zaczęli organizować Marsze Niepodległości. Jakoś dziwnie nie robili żadnych akcji przed referendum dotyczącym przystąpienia Polski do unii.

Czy Polska to nie kraj, to stan umysłu? Zapewne tak, tylko że ci, którzy tak mówią nie chcą dopowiedzieć, że to stan żydowskiego umysłu. Niechby tylko spróbowali! Żydzi odpowiadają za wszystko, co się tu działo i dzieje. To, że Polska stała się krajem na kółkach, to ich dzieło: to unia polsko-litewska, to II RP w najgorszych do wyobrażenia granicach, to PRL z tzw. Ziemiami Odzyskanymi, to Solidarność, to Okrągły Stół. Można tak wymieniać bez końca. To oni tu rządzą i dlatego ten kraj wygląda tak, jak wygląda. Mogliby go urządzić inaczej, ale najwyraźniej taki stan tego kraju jest w ich interesie.

Roszczenia

W swoim Geopolitycznym Dzienniku Analitycznym dr Leszek Sykulski omawia reakcję Izraela i USA na przyjęcie przez Sejm nowelizacji Kodeksu Postępowania Administracyjnego. Ja zamieszczam poniżej obszerne fragmenty jego analizy, dla tych, którzy wolą czytać niż słuchać, oraz własne wnioski dotyczące tzw. roszczeń, dotyczących mienia bezspadkowego.

24 czerwca Sejm przyjął, bez głosów sprzeciwu, nowelizację Kodeksu Postępowania Administracyjnego (KPA). Zgodnie z tą nowelizacją po upływie 30 lat od decyzji administracyjnej niemożliwe będzie postępowanie w celu jej zakwestionowania. Zgodnie z polskimi przepisami ta nowelizacja trafi do Senatu. Ten akt prawny wywołał ogromne poruszenie w Izraelu i USA.

Ambasada Izraela wydała oświadczenie w tej sprawie. W nim m.in. czytamy:

Procedowana obecnie zmiana ustawy w rezultacie uniemożliwi zwrot mienia żydowskiego lub ubieganie się o rekompensatę za nie, ocalonym z Zagłady i ich potomkom oraz społeczności żydowskiej, dla których Polska przez stulecia była domem. To niepojęte. To niemoralne prawo poważnie uderzy w stosunki między naszymi państwami. Z uwagą podchodzimy do próby uniemożliwienia zwrotu prawowitym właścicielom mienia zagrabionego w Europie Żydom przez nazistów i ich kolaborantów. Polska wie, co jest właściwym krokiem w tej sprawie.

Na to oświadczenie szybko zareagowała dyplomacja amerykańska. 25 czerwca rzecznik resortu dyplomacji Stanów Zjednoczonych, Ned Price, wezwał Polskę do wstrzymania prac nad nowelizacją KPA. Na Twitterze napisał:

Wierzymy w znaczenie rozwiązania spraw restytucji z czasów Holocaustu, by zapewnić równość i sprawiedliwość dla wszystkich ofiar. Wczorajsza decyzja polskiego parlamentu była krokiem w złym kierunku. Wzywamy Polskę, by nie posuwała tej ustawy do przodu.

Sykulski twierdzi, że łączy się to z ustawą JUST z 12 grudnia 2017 roku i deklaracją terezińską z 2009 roku. Twierdzi, że ta deklaracja nie jest żadnym aktem prawnym, że pod nią nie złożono żadnych podpisów, że nie jest to akt prawa międzynarodowego. 16 lipca 1960 roku została zawarta umowa pomiędzy rządami Polski i Stanów Zjednoczonych. Rząd amerykański za 40 mln dolarów przyjął na siebie zobowiązania z roszczeń odszkodowawczych i zobowiązał się, że nie będzie wysuwał ani popierał żadnych dalszych roszczeń. W związku z tym popieranie przez czołowych polityków amerykańskich kwestii roszczeń o tzw. mienie bezspadkowe, takie jakie zaprezentował Mike Pompeo, sekretarz stanu Stanów Zjednoczonych, który w lutym 2019 roku, podczas pobytu w Warszawie, domagał się od polskich władz „rozwiązania kwestii zwrotu mienia ofiar holocaustu” – jest absolutnie bezprawne.

Dalej zadaje pytanie – jak to się dzieje, że Polska, która była jedną z największych ofiar II wojny światowej, Polska, która przez setki lat stanowiła azyl dla społeczności żydowskiej, dla narodu żydowskiego, dla wyznawców judaizmu – jest dziś przez państwo Izrael, przez część społeczności żydowskiej traktowana jako kat? Jak to się dzieje, że tak kwitną relacje niemiecko-izraelskie, które właściwie od nawiązania relacji dyplomatycznych w 1965 roku rozwijają się właściwie doskonale? A przecież to Niemcy byli tym narodem, który wywołał największą traumę tego narodu i doprowadził do wymordowania milionów Żydów. W tym roku, w kwietniu 2021, pojawiła się informacja, że jest pomysł, by Niemcy i Izrael wspólnie zorganizowały igrzyska olimpijskie w 2036 roku, czyli w 100-lecie tej niechlubnej olimpiady, którą zorganizował Adolf Hitler, która była taką manifestacją potęgi III rzeszy, manifestacją nazizmu.

Następnie Sykulski stwierdza, że sam fakt, że doszło do takiej propozycji jest niebywały, bo w 2020 roku udokumentowano ponad 1000 przypadków o charakterze antysemickim na terenie Niemiec. Jest to wzrost o 13% w stosunku do roku 2019. Z kolei Polska, w której instytucje żydowskie, kulturalne, oświatowe, wyznaniowe funkcjonują bez żadnego problemu i liczba jakichkolwiek incydentów antysemickich jest praktycznie śladowa, jest traktowana jak kat, przeciwnik środowisk żydowskich. Natomiast Niemcy, w których systematycznie rośnie skala incydentów antysemickich, Niemcy są traktowane jako partner, z którym rozważana jest organizacja wspólnych igrzysk olimpijskich w 2036 roku.

Pytanie – dlaczego mamy do czynienia z taką sytuacją? Moim zdaniem tego typu wydarzenia, ingerujące w wewnętrzne sprawy polskie są wynikiem po prostu słabości państwa polskiego. Zarówno Izrael jak i środowiska żydowskie na całym świecie wykorzystują słabość państwa polskiego, słabość polskiej dyplomacji, polskich służb specjalnych, polskiego kontrwywiadu do korzyści, konkretnych korzyści, które są w stanie tutaj uzyskać. Zupełnie inaczej wygląda sytuacja w Niemczech, gdzie służby specjalne są na nieporównanie wyższym poziomie niż w Polsce. To, że państwo polskie nie było w stanie od 1989 roku przyjąć doktryny bezpieczeństwa informacyjnego, to że państwo polskie nie dysponuje dzisiaj instrumentami kształtowania opinii publicznej na arenie międzynarodowej, takimi jak wielojęzyczny portal czy radio międzynarodowe, czy wreszcie anglojęzyczna telewizja nadająca 24 godziny na dobę 365 dni w roku, to że polski wywiad nie prowadzi operacji ofensywnych, jeśli chodzi o kształtowanie świadomości decydentów społeczeństw państw leżących w obszarze zainteresowania państwa polskiego, to jest przyczyna dzisiejszego stanu rzeczy, tego że Polska stanowi łatwy łup dla różnego rodzaju środowisk, lobbystów, którzy chcą wykorzystać tę słabość państwa polskiego do uzyskania konkretnych korzyści majątkowych.

Konkludując, Sykulski stwierdza, że potrzeba głębokiej restrukturyzacji polskiego wywiadu, kontrwywiadu, przyjęcia doktryny bezpieczeństwa informacyjnego i wprowadzenia konkretnych programów, które pozwolą Polsce oddziaływać na arenie międzynarodowej, a nie tylko we własnym gronie. Ta cała sprawa, związana z tzw. mieniem bezspadkowym, dobitnie pokazuje, że Polsce potrzeba nowego wywiadu, nowego kontrwywiadu, nowej polityki bezpieczeństwa informacyjnego, zdolności do realizowania celów za pomocą dyplomacji publicznej, a to wymaga głębokiej restrukturyzacji ministerstwa spraw zagranicznych i polskich służb specjalnych.

To tyle dr Leszek Sykulski. Ja, w odróżnieniu od niego, twierdzę, że polskie ministerstwo spraw zagranicznych, polski wywiad i kontrwywiad są bardzo dobre. Dobrze wywiązują się z powierzonych im zadań. Jeśli więc wygląda na to, że te instytucje są bezradne i nie występują w obronie polskich interesów, że siedzą tam dyplomatołki, jak niektórzy twierdzą, to tak jest z polskiego punktu widzenia, ale nie z żydowskiego. Te wszystkie służby i państwo polskie z całym swoim aparatem są w rekach żydowskich i służą do realizacji żydowskich celów. To jest Polin – nie Polska. I dlatego tak to wygląda. Tragizm sytuacji polega na tym, że nawet gdyby jakimś cudem udało się Polakom odzyskać państwo, to nie mieliby kim obsadzić wszystkich kluczowych i strategicznych stanowisk. Polacy stracili mnóstwo wartościowych ludzi w czasie II wojny światowej, ale też tracą ich nadal wskutek ciągłej emigracji.

W 1996 roku obradował w Buenos Aires Światowy Kongres Żydów. Wydał on oświadczenie, że „jeśli Polska nie spełni żydowskich roszczeń majątkowych, będzie upokarzana na arenie międzynarodowej”. A więc mija już ćwierć wieku i nadal nic w tej sprawie nie dzieje się. W 2009 roku pojawiła się tzw, deklaracja terezińska. W 2017 – ustawa JUST. I dalej nic. Teraz doczepili się do nowelizacji KPA. Kpina ze zdrowego rozsądku, bo jeśli decyzja administracyjna nie zostanie wydana, to żaden termin nie może upłynąć. Gdzież tu zagrożenie!

O co więc tak naprawdę chodzi Żydom? Dlaczego tak nie lubią Polaków? Żeby to zrozumieć trzeba poznać mentalność Żyda. Żeby poznać mentalność Żyda, to trzeba bliżej go poznać. Najlepiej to wychodzi, gdy wejdzie się z nim w spółkę. Ja miałem taką wątpliwą przyjemność bycia w takiej spółce. Na początku oczywiście nie wiedziałem, że mam do czynienia z Żydem. Dopiero, gdy pojawi się konflikt interesów, to wtedy wychodzi prawdziwa natura Żyda. Wtedy taki człowiek jest jego największym wrogiem. W stosunku do innych będzie nadal bardzo miły, a już najbardziej miły dla tych, którzy u niego pracują, którzy korzystają z jego usług lub u niego kupują.

Żyd jest cierpliwy. Potrafi czekać latami, osłabiając przy okazji finansowo tego, którego chce się pozbyć. Jeśli sam nie da rady, to poszuka pomocy u innych Żydów, a oni mu pomogą. Jak trzeba to będzie działał na niekorzyść firmy, której jest wspólnikiem, byle tylko zniechęcić partnera, tak by mu się wszystkiego odechciało. Można być uprzejmym wobec niego, przyjaźnie nastawionym, pomagać mu – to nie ma dla niego najmniejszego znaczenia, spływa po nim jak po kaczce. Jeśli uzna kogoś za swojego wroga, kogoś kto mu przeszkadza, to wszelkimi sposobami będzie dążył do zniszczenia kogoś takiego. Jego system wartości jest zupełnie inny. To, co dla nas jest niemoralne, nieetyczne, jest dla niego moralne i etyczne, jeśli nie dotyczy innych Żydów.

Dlaczego więc Żydzi tak nie lubią Polaków? Bo Polacy, w odróżnieniu od Niemców, przeszkadzają im. Oni uważają, że to jest ich kraj, ich i tylko ich. Polacy, jeśli już mają tu zostać, to mają być obywatelami trzeciej kategorii. Tylko kraj rządzony przez Żydów może lepiej traktować obcych niż swoich. A to widzimy w przypadku Ukraińców, którzy będą tu obywatelami drugiej kategorii.

Cała ta hucpa z roszczeniami nie jest po to, by cokolwiek odzyskać. Oni i tak są już tu właścicielami prawie wszystkiego. Mogą tu robić wszystko, co im się spodoba. Umożliwia im to ustawa o stosunku państwa polskiego do gmin wyznaniowych żydowskich w Rzeczpospolitej Polskiej. O tym pisałem w blogu „Ustawa”. Te roszczenia są po to, by przedstawiać Polaków w świecie jako złodziei, którzy wykorzystali wojnę do wzbogacenia się poprzez grabież żydowskiego mienia, jako ludzi podłych, którzy wydawali Żydów nazistom, bo przecież nie Niemcom. Żydzi mówią tylko o nazistach i Polakach. Dlatego wcale nie chodzi im o odzyskiwanie czegokolwiek, tylko o to, by cały czas był pretekst do oczerniania Polaków. Robią to na wielu płaszczyznach. Nie mam najmniejszej wątpliwości, że tzw. Polish jokes, to żydowski wymysł.

Żydzi są cierpliwi. Wiedzą, że ciągłe negatywne przedstawianie Polaków opinii światowej, zakoduje w niej negatywny ich obraz. A kiedy tak już się stanie, to likwidacja tego państwa nikogo nie wzruszy, bo z Polakami tylko kłopot.

Po raz pierwszy uświadomiłem sobie, że Polskę znowu wpychają w koleiny Rzeczypospolitej Obojga Narodów, gdy dowiedziałem się, że Polska z Ukrainą będzie organizować EURO 2012. To był początek większego projektu, którego celem będzie odtworzenie Wielkiego Księstwa Litewskiego z przyległościami, czyli z Koroną. A te tzw. Ziemie Odzyskane wrócą do Niemiec. To nowe państwo będzie państwem żydowskim. Parę lat temu pojawiła się jakaś prognoza amerykańska na temat tego, jak będzie wyglądała Europa około 2100 roku. Wynikało z niej, że największym państwem będzie Polska, zajmująca wielki obszar we wschodniej i środkowej Europie. Przypadek? Może tak, a może – nie. Są pewne symptomy, które wskazują, że ten projekt jest powoli realizowany. Mieszkam na Podlasiu. W moim mieście, główne rondo zostało nazwane Rondem Unii Polsko-Litewskiej, a muzeum miejskie zostało przemianowane na Muzeum Obojga Narodów. W centrum miasta jest ustawiony drogowskaz, który pokazuje odległości do różnych miast, ale tylko na wschodzie. Drobiazgi? Od nich się zaczyna kodowanie umysłów.

Żydzi są cierpliwi, potrafią czekać latami, a nawet dłużej, na osiągnięcie celów, które sobie wyznaczyli. Dlatego też ich zachowanie może być dla nas niezrozumiałe. Jeszcze przed powstaniem styczniowym postanowili sobie, że zostaną polską inteligencją i ten cel osiągnęli już w PRL-u. A więc zajęło im to około 80-100 lat. Kto wie? Może ten scenariusz, który powyżej nakreśliłem, stanie się ciałem nie około 2100 roku, a może już za 40-50 lat.

7 grudnia

Jeden z profesorów Józefa Mackiewicza twierdził, że wszelka wiedza bierze się z porównań – i trudno się z nim nie zgodzić. Jeśli coś z czymś porównujemy, to widzimy, czy mamy do czynienia z podobnymi rzeczami czy zjawiskami, czy nie. Jeśli rzeczy czy zjawiska są podobne, to pewnie mają wspólne pochodzenie czy naturę, a jeśli nie, to tej wspólnej natury czy pochodzenia nie mają. Podobny zabieg można zastosować w przypadku wydarzeń politycznych. Podobieństwa sugerują, że ich sprawcami mogą być te same siły czy ośrodki władzy.

Wprawdzie do 7 grudnia jeszcze daleko, ale zachodzi duże podobieństwo pomiędzy tym, jak zachowywali się Rosjanie przed agresją niemiecką w dniu 22 czerwca 1941 roku, a tym Amerykanów przed japońskim atakiem na Pearl Harbor w dniu 7 grudnia 1941 roku. Pomyślałem więc sobie, że dobrze by było, by oba blogi znalazły się obok siebie, choćby dla porównania. Tak więc, ze względu na to podobieństwo, wypada zadać sobie pytanie: czy było ono przypadkowe? Bo jeśli nie było przypadkowe, to nasuwa się kolejne pytanie: czy o takim scenariuszu w obu przypadkach decydowały te same ośrodki decyzyjne? Podstawą do wnioskowania muszą być fakty, te prawdziwe, nie zafałszowane. Wydaje mi się, że wiele z nich zawartych jest w ciekawym artykule Co stało się w Pearl Harbor – wpadka Amerykanów czy celowa prowokacja? na portalu II wojna światowa. Z niego zaczerpnąłem poniższe cytaty. Całość tu: http://www.sww.w.szu.pl/index.php?id=artykuly_co_sie_stalo_w_pearl_harbor.

»Jak to możliwe, że wobec tylu sygnałów o spodziewanej agresji Japończyków Amerykanie nie byli gotowi do odparcia ataku na Pearl Harbor? Uderzenie japońskiego lotnictwa było dla marynarki Stanów Zjednoczonych zaskoczeniem. Katastrofa w postaci rozgromienia Floty Pacyfiku zaważyła na losach wojny na Pacyfiku, umożliwiając cesarstwu kontynuowanie szeroko zakrojonej ofensywy. Przez lata wokół Pearl Harbor narosło wiele mitów. Zwolennicy teorii spiskowych bronili nawet tezy o celowej prowokacji Amerykanów, którzy wykorzystali plany Japończyków do przełamania izolacjonistycznych tendencji w Kongresie i wciągnięcia USA do wojny. Ile w tym prawdy? Pewnie nie dowiemy się już nigdy. Warto jednak zwrócić uwagę na szereg zbiegów okoliczności, które w pewnym stopniu zbliżają nas do szalonej tezy.

Przez wieki japońskie cesarstwo było regionalną potęgą, kształtując niezwykle bogatą kulturę, historię, ale także militarne tradycje. Dość powiedzieć, że rządząca dynastia wywodziła się z arystokratycznej linii, której początki datuje się na siódme stulecie przed Chrystusem. Z biegiem lat Japończycy stworzyli zręby niezwykle silnej państwowości, opartej na hierarchicznym podporządkowaniu, autorytecie władz oraz etnicznej i religijnej homogeniczności. Zapoczątkowana w 1868 roku reforma Meiji umożliwiła Japonii dalszą transformację w duchu nowoczesności, politycznej, społecznej, militarnej i gospodarczej odnowy. Państwo szybko zaczęło nadrabiać dystans do bardziej rozwiniętych potęg zachodnich. Na początku XX wieku Japonia nie aspirowała już wyłącznie do roli azjatyckiego mocarstwa. W latach 1904-05 Japończycy stoczyli zwycięską wojnę z Rosją. Wydarzenie to było manifestem siły japońskiej floty i stanowiło moment zwrotny w historii kraju wysp. Po I wojnie światowej Japonia postanowiła rozpocząć mozolną ekspansję terytorialną, która miała umożliwić nie tylko poszerzenie władztwa, ale i zbudowanie fundamentu pod dalszy rozwój kraju. Decyzją Ligi Narodów niemieckie kolonie, nad którymi mandat sprawowała organizacja (w tym Karoliny, Mariany, Wyspy Marshalla) przeszły pod japońską jurysdykcję. Był to pierwszy tak wyraźny sygnał wzmocnienia siły, pozycji i roli Japonii w ówczesnym świecie. Zajęte własnymi problemami państwa europejskie nie dostrzegały początkowo zagrożenia ze strony rosnącego japońskiego ekspansjonizmu i imperializmu kształtowanego głównie przez militarne koła mające największy wpływ na otoczonego nimbem boskości cesarza. Czas pokazał, iż na jego decyzji silnie rzutowały kręgi wojskowych, sprowadzając go do roli marionetki.«

Źródło: Wikipedia.org

W tym artykule jest mowa o tym, że to Liga Narodów przyznała Japonii niemieckie kolonie. Według Wikipedii na mocy traktatu pokojowego Japonia otrzymała prawa poniemieckie w Szantungu (prowincja na wschodnim wybrzeżu Chin) oraz Wyspy Marshalla, Mariany i Karoliny. Te wyspy leżą w południowo-zachodniej części Pacyfiku na wschód od Filipin i na północ od Australii. Reszta wysp tego rejonu należy do Stanów Zjednoczonych, Wielkiej Brytanii, Francji, Nowej Zelandii i Australii. W pierwszej wojnie światowej Japonia walczyła po stronie aliantów.

»Po upadku Francji marionetkowy rząd Vichy podpisał z Japończykami porozumienie, na mocy którego północna część Indochin Francuskich przeszła pod kontrolę Japonii. W lipcu 1941 roku, korzystając ze sprzyjających okoliczności, Japończycy zajęli także południową część archipelagu (powinno być półwyspu – przyp. W.L.), co spotkało się z gwałtowną reakcją Waszyngtonu zaniepokojonego niekontrolowaną ekspansją mocarstwa. 26 lipca 1941 roku Amerykanie wprowadzili wspomniane wcześniej sankcje gospodarcze, sądząc, iż powstrzymają rozpędzoną Japonię. W tym czasie zatrzymanie ofensywy było prawdopodobnie niemożliwe. Rozbudzony japoński imperializm był ukierunkowany na kolejne podboje. Aby zażegnać spór, prezydent Roosevelt zdecydował się podjąć premiera Konoje. Po serii spotkań wysłanników obu mocarstw okazuje się, że wypracowanie porozumienia jest niemożliwe. W konsekwencji 15 października rozmowy zostały przerwane, a gabinet Konojego podał się do dymisji. Wydarzenie to w praktyce przesądziło o losach wojny na Pacyfiku. Skłonny do ugody Konoje ustąpił miejsca jednemu z głównych reprezentantów radykalnych kół wojskowych. 18 października tekę premiera przejął gen. Hideki Tojo. Już 5 listopada Tajna Rada Cesarska zatwierdziła plan dalszych operacji militarnych. Wizja zniszczenia floty amerykańskiej zaproponowana przez adm. Yamamoto miała się ziścić. W tym samym czasie kontynuowano rokowania z Amerykanami, które były obliczone na zyskanie czasu dla przeprowadzenia kluczowej ofensywy.«

Skoro rząd Vichy był marionetkowy, to zapewne sam nie podjął takiej inicjatywy i ta japońska ekspansja nie była niekontrolowana. Wprost przeciwnie! Już po pierwszej wojnie światowej zaczęto świadomie wzmacniać Japonię, przyznając jej poniemieckie tereny w Chinach i poniemieckie wyspy na południowo-zachodnim Pacyfiku. Z kolei Stany Zjednoczone w maju 1940 roku podjęły decyzję o przebazowaniu głównych sił floty do Pearl Harbor.

»26 listopada z zatoki Tankan wypłynęły 32 okręty. Kierowały się do zatoki Kurylskiej, aby tam, niedostrzeżone przez Amerykanów, móc w spokoju przygotować się do ataku. Celem miała być główna baza morska amerykańskiej floty na Hawajach rozmieszczona w rejonie Pearl Harbor. Dowódcą zespołu uderzeniowego został wiceadmirał Chuichi Nagumo. 3 grudnia Roosevelt otrzymał rozszyfrowane polecenie japońskie, dotyczące zniszczenia ksiąg szyfrów, co niewątpliwie oznaczało zbliżający się początek wojny. Tego samego dnia admirał Yamamoto wydał wyrok na Pearl Harbor. Jego rozkaz w oryginale brzmiał: “Niitaka yama nobore”. Oznaczało to – zaatakować 7 grudnia o godz. 8.00 czasu lokalnego (13:00 w Waszyngtonie). 6 grudnia do ambasadora japońskiego w Waszyngtonie dotarła długa nota. 13 części Amerykanie zdążyli odszyfrować, natomiast 14 nie była jeszcze gotowa. Jeden z pracujących przy dekodowaniu wiadomości tłumaczy Alwin Kramer w desperacki sposób zabiegał o audiencję u prezydenta Rooseveltowi, by przekazać mu treść przechwyconych depesz. Gdy ostatecznie dotarł do prezydenta, ten spędził nad dokumentami kilka minut i krótko orzekł: “To oznacza wojnę!”. Na spotkaniu był również obecny doradca Roosevelta Harry Hopkins. Skoro Amerykanie wiedzieli o spodziewanym ataku z wyprzedzeniem, dlaczego nie zareagowali tak, jak powinni? 14 część noty została odczytana dopiero 7 grudnia 1941 roku, co w oczywisty sposób opóźniło decyzje i ewentualne przygotowania do obrony. Zastanawiające jest jednak, dlaczego nie poinformowano wszystkich amerykańskich jednostek o możliwości japońskiego uderzenia. Czy obawiano się, że taka depesza w przypadku przechwycenia przez wroga będzie sygnałem o złamaniu japońskiego kodu? W ostatniej części dokumentu Japończycy podawali również godzinę 13:00, co mogło wskazywać na 13:00 w Waszyngtonie, a więc 8:00 na Hawajach. Generał George Marshall wydał wówczas ostrzegawczą depeszę do wszystkich baz marynarki. Jego informacja przebyła jednak nieprawdopodobną drogę i nie dotarła na czas tam, gdzie była najbardziej potrzebna.

O świcie 7 grudnia gen. Marshall dosiadł swego konia o imieniu King Story i wyjechał na krótką przejażdżkę. Chciał odpocząć po niezwykłe wyczerpującej nocy. Amerykanie wiedzieli już, że wojna z Japonią jest nieunikniona. Równocześnie w Waszyngtonie szef sekcji dalekowschodniej amerykańskiego wywiadu płk Rufus Bratton wciąż głowił się nad depeszą japońską. Brattona szczególnie zainteresowała godzina 13:00, która mogła oznaczać godzinę ataku. Doświadczony oficer słusznie założył, że któreś z amerykańskich obiektów na Pacyfiku zostaną prawdopodobnie zaatakowane. Postanowił poinformować o tym fakcie przełożonych. Próbował bezskutecznie dodzwonić się do Marshalla. Ten wrócił dopiero o 10:15. Gdy zobaczył wiadomość, zadzwonił do pułkownika. Bratton nawet nie krył zdenerwowania, ale przez telefon nie chciał rozmawiać o swoim odkryciu. Oznajmił, że ma ważny dokument, którego znaczenia się domyśla. Marshall ruszył do swojej kwatery, tyle że dotarcie zajęło mu ponad godzinę. Dlaczego tak zwlekano ze sprawą, której powinno się nadać najwyższy priorytet? Czy Marshall źle zinterpretował słowa Brattona? Czy już wówczas popełniono karygodne błędy? A może Amerykanie nie chcieli w porę ostrzec swoich baz marynarki? To ostatnie rozwiązanie, któremu bliżej do teorii spiskowej, wydaje się szczególnie szokujące. Na podstawie raportu Brattona Marshall napisał ostrzeżenie do wszystkich jednostek – końcówka brzmiała mniej więcej tak: “Nie wiemy dokładnie, jakie znaczenie ma ta godzina, ale bądźcie w pogotowiu”. Depeszę rozsyłał Bratton. I w tym wypadku trudno mówić o logice postępowania doświadczonych oficerów. Najpierw ostrzeżenie przebyło bardzo dziwną drogę; zamiast normalnego połączenia wybrano okrężne, przez Waszyngton (Centrum Sygnałowe)-> Waszyngton (Western Union)-> San Francisco-> Hawaje-> Pearl Harbor. O 7:30 kurier Tadao Fuchikami stawił się w pracy na Hawajach i zaczął rozwozić telegramy. Żaden nie był oznaczony jako ważny. Jak to możliwe? Podobno ze względu na kiepskie warunki atmosferyczne wiadomość przesłano jako zwykły telegram. Kiedy ten dotarł w końcu do porucznika Waltera C. Shorta z obrony wybrzeża Hawajów, Pearl Harbor już płonęło…

Wydawać się może, iż niemal cały sztab amerykański z wyprzedzeniem wiedział, że atak nastąpi, a ostrzeżenie mimo tego nie dotarło tam, gdzie było najbardziej potrzebne. Jakim cudem Amerykanie zachowali się aż tak nieodpowiedzialnie? Wspominana już kilkukrotnie teoria o celowym doprowadzeniu do zniszczenia Pearl Harbor nie ma oparcia w twardych faktach, ale szereg przesłanek wskazuje, iż sprawa może mieć drugie dno. Najbardziej ekstremalne teorie mówią o bezpośrednim zaangażowaniu prezydenta Roosevelta. Dlaczego miałby to robić? Być może chciał wstrząsnąć społeczeństwem, zdetronizować opozycję o izolacjonistycznych poglądach i wreszcie wprowadzić Stany Zjednoczone do wojny, co przecież musiał brać pod uwagę, decydując się na wsparcie koalicji aliantów. Najpierw Lend Lease Act, Karta Atlantycka i na koniec Pearl Harbor i śmierć 3500 żołnierzy – chłopców z Ameryki… Ledwie 24 godziny po druzgocącym ataku Kongres uchwalił wypowiedzenie wojny Japończykom, przeciwny był tylko jeden senator. Hipoteza ta wydaje się być niewiarygodna, jednak w świetle dokumentów potwierdzających, iż Amerykanie zdawali sobie sprawę z planów japońskich, trudno wszystko tłumaczyć wyłącznie rażącym błędem administracji.«

Na początku okresu Edo (1600-1868) Japończycy prowadzili handel z państwami Azji oraz Europejczykami przebywającymi w Japonii (Portugalczycy, Hiszpanie, od 1609 roku Holendrzy, od 1613 Anglicy). Po jakimś czasie Japończycy stracili zaufanie do Europejczyków i nastąpił okres izolacji. Na przełomie XVIII i XIX wieku ponownie wzrosło ich zainteresowanie Japonią. Byli to głównie Rosjanie, Brytyjczycy i Amerykanie. W 1854 roku na skutek działań komandora M.C. Perry’ego, dowódcy eskadry amerykańskich okrętów, Japonia zaczęła otwierać swoje granice. Podpisała traktat o przyjaźni z USA (m.in. otworzyła porty), następnie z Wielką Brytanią, Rosją (1855), Holandią (1856), W 1858 zawarła traktaty handlowe z USA (m.in. prawo eksterytorialności), Wielką Brytanią, Rosją, Holandią, Francją, Portugalią (1860), Prusami (1861).

Tak to opisuje Wikipedia. Nie precyzuje jednak, jakie to były działania komandora Perry’ego. Długo pertraktował on z Japończykami, ale ci byli nieustępliwi. Dopiero gdy użył decydującego argumentu, którym były armaty, poddali się. Kilka salw w ich kierunku uzmysłowiło im, że przeciwnik jest nie do pokonania. Oni ich nie mieli. Ten ostateczny, decydujący argument, to ultima ratio regum – ostateczny argument królów. Ten łaciński napis umieszczany był z rozkazu Ludwika XIV i Fryderyka II Pruskiego na działach z brązu.

Skoro komandor Perry użył tego ostatecznego argumentu, to chyba nie tylko po to, by przekonać Japończyków do swoich racji, ale również po to, by ich podporządkować Ameryce. Ta zależność nie zniknęła i zapewne trwa do dziś. Była więc również w okresie II wojny światowej. Czy zatem Amerykanie wydali Japończykom rozkaz ataku na Pearl Harbor? Nie wiem i nigdy się nie dowiem, ale wcale nie zdziwiłbym się, gdyby tak było.

Wikipedia pisze, że pomimo zadania amerykańskiej flocie ciężkich strat, japońskie dowództwo nie osiągnęło swoich głównych celów ataku, którymi było przede wszystkim zniszczenie amerykańskich lotniskowców oraz uniemożliwienie Stanom Zjednoczonym przeciwdziałania japońskiej ofensywie na obszarze Azji południowo-wschodniej przez okres co najmniej sześciu miesięcy. Rozpoczęło ono jednak amerykańskie działania zmierzające do zapewnienia Stanom Zjednoczonym, obiecanego przez prezydenta Roosevelta, „absolutnego zwycięstwa” oraz w konsekwencji utratę przez Japonię większości zdobyczy terytorialnych na terenie Azji oraz obszarze Pacyfiku.

W wyniku ataku zginęło 2335 amerykańskich żołnierzy i marynarzy oraz 68 cywilów. Amerykanie stracili pięć pancerników, z których trzy udało się wyremontować i nadal wykorzystywać. Ponadto stracili 2 niszczyciele i jeden stary pancernik, służący jak okręt pomocniczy. Dwa główne cele Japończyków, czyli lotniskowce USS Lexington i USS Enterprise wypłynęły wcześniej w morze. Pierwszy wypłynął z portu 5 grudnia z zadaniem dostarczenia grupy samolotów na wyspę Midway, a drugi – 28 listopada z podobnym zadaniem dostarczenia grupy samolotów na wyspę Wake.

Podczas ataku infrastruktura bazy w Pearl Harbor odniosła tylko nieznaczne szkody. Japończycy nie zniszczyli również ogromnych i łatwo widocznych zbiorników z olejem napędowym, niezbędnych do dalszych działań floty (zgromadzonych było 4,5 mln baryłek ropy). Stało się tak dlatego, iż atak na infrastrukturę i zapasy paliwa miał być przeprowadzony w III fazie ataku. Do tego jednak nie doszło, gdyż ostrożny admirał Nagumo stwierdził, że główny cel – neutralizacja amerykańskiej Floty Pacyfiku – został osiągnięty. Okazało się to potem fatalnym błędem, bo efekty III fazy ataku mogłyby wyłączyć z użycia port w Pearl Harbor na bardzo długi czas. Baza odegrała kluczową rolę w walkach na Pacyfiku, korzystając z doskonałego położenia, stosunkowo bliskiego do rejonów, gdzie odbywały się walki. Po ataku pierwszego dnia wojny Japończycy nie podjęli już jakichkolwiek prób ponownego ataku na bazę, choć kilkakrotnie ich samoloty próbowały wykonać nad nią loty rozpoznawcze.

Tak to wszystko opisuje Wikipedia. Jeśli więc prawdą jest, to co powyżej, to już naprawdę nie ma wątpliwości, że to była parodia ataku i wszystko odbyło się zgodnie z planem. Bo trudno w to uwierzyć, że japońscy agenci, a takich zapewne Japończycy mieli, że oni nie wiedzieli, że w porcie nie ma lotniskowców. Trudno też uwierzyć w to, że Japończycy byli kretynami i zniszczyli tylko parę zdezelowanych okrętów, a infrastrukturę portu i łatwo widoczne zbiorniki z olejem napędowym zostawili. To przecież zdolny naród.

Po ataku amerykański prezydent wygłosił 8 grudnia orędzie do narodu, w którym zwrócił się do Kongresu, aby ogłosił on stan wojny pomiędzy Stanami Zjednoczonymi a Japonią. Co też Kongres uczynił jeszcze tego samego dnia. W odpowiedzi, 11 grudnia sojusznicy Japonii, III Rzesza i Królestwo Włoch, wypowiedziały wojnę Stanom Zjednoczonym. Tego samego dnia stan wojny z tymi oboma krajami ogłosił Kongres USA. Jednak trzeba było czekać aż do 6 czerwca 1944 roku aż Amerykanie zdecydują się na interwencję w Europie.

Przystąpienie Ameryki do wojny to była prawdziwa tragedia dla ludzkości. Pod jej koniec rozpoczęło się bezsensowne dobijanie pokonanych. Najpierw nalot dywanowy na Drezno w lutym 1945 roku. W marcu – na Tokio, w którym zginęło więcej ludzi niż w Dreźnie, a miasto zostało zrównane z ziemią. W obu wypadkach sprawcami byli Amerykanie i Anglicy. Później było jeszcze gorzej. Hiroszima – 6 sierpnia i Nagasaki – 9 sierpnia 1945 roku.

Hitler bronił się do końca, ale to było szaleństwo. On chciał zniszczyć wszystko. Podobna sytuacja była w przypadku japońskich decydentów. Do końca nie chcieli zgodzić się na bezwarunkową kapitulację. Dopiero zrzucenie bomb ich przekonało. Czy oni, tak jak Hitler, chcieli wszystko zniszczyć? Czy może chcieli dostarczyć Amerykanom pretekstu do wykonania pewnego doświadczenia? Hitlera stworzyli Żydzi. Czy japońskie elity również były od nich zależne? Bo zależność od Ameryki, to pośrednia zależność od Żydów.

Jak widać elity rządzące wielu krajów nie miały skrupułów, by szafować życiem milionów swoich obywateli podczas tych sztucznie wywoływanych wojen. Czasem nawet nie siliły się na szukanie jakiegoś powodu do wywołania kolejnej wojny. Tak było 22 czerwca i 7 grudnia 1941 roku. W końcu doszli chyba do wniosku, że stosowali zbyt drastyczne sposoby zabijania ludzi. Teraz wykorzystują bardziej wyrafinowane metody ich uśmiercania. Szczepionka to taka bomba zegarowa z opóźnionym zapłonem. Czasem zapłon nie zadziała z opóźnieniem tylko od razu. No ale przecież jest to eksperyment. Taki sam jak zrzucenie bomby atomowej na bezbronną ludność, ale nie tak drastyczny i nie na oczach wszystkich. A skutek będzie podobny, a nawet lepszy, za jakiś czas.

22 czerwca

Są pewne daty, o których nie zapominam. Nawet w takim momencie, gdy nasza reprezentacja dostarcza nam wielu wrażeń, skrajnych zresztą. Jedną z nich jest 22 czerwca – początek wojny niemiecko-radzieckiej. Było to 22 czerwca 1941 roku. Mamy więc w tym roku okrągłą 80-tą rocznicę tamtych wydarzeń. Nie byłoby tej wojny, gdyby nie było wojny polsko-niemieckiej i agresji radzieckiej z dnia 17 września 1939 roku. Żeby doszło do tego konfliktu, należało uprzednio usunąć przeszkodę, jaką była Polska, odgradzająca oba państwa. Czy zatem już wówczas wiedziano, jaki będzie bieg wydarzeń? Analiza faktów, które zamieścił w swojej powieści Nie trzeba głośno mówić Józef Mackiewicz, skłania do takich wniosków, choć on sam w przedmowie do niej pisał:

Akcja powieści toczy się na tle zdarzeń historycznych, ściślej: pewnych fragmentów minionej wojny, i jest z nimi związana. Przedstawienie tych zdarzeń w powieści nie ma na celu narzucania czytelnikowi jakiejkolwiek „tezy”, bądź podejmowania „polemiki politycznej”. Jest wyłącznie próbą opisania tego co było.

Zastosowałem metodę wprowadzania postaci powieściowych w bezpośrednie zetknięcie nie tylko z autentycznymi wypadkami, ale też z autentycznymi ludźmi działającymi w tamtym czasie. Odbiega to, rzecz jasna, od formy klasycznej powieści. Nie wydaje mi się jednak, aby konwencja ograniczająca w tym względzie swobodę autorską była słuszna. Jestem zwolennikiem w twórczości literackiej swobody nieograniczonej.

Początkowo Mackiewicz wkłada w usta jednej z postaci tej powieści takie słowa:

„Ćwierć wieku największego w dziejach szpiegostwa policyjnego, terroru psychicznego, ewidencji ludzkiej myśli; mieszkańców wszystkich swoich krajów zmieniono w szpiclów i donosicieli; przewidziano każdy odruch ludzki, wyniuchano, zdawałoby się, pod czaszką o czym kto śni w nocy, zarejestrowano w kartotece kiedy chodzi srać i wiele razy dziennie robi siusiu; podsłuchy i mikrofony pod każdym łóżkiem i w każdym wychodku. Wszystko, aby uchronić ustrój komunistyczny przed niespodzianką. Zgnojono każdego jednego. I po ćwierć wieku stosowania tego genialnego wynalazku, dają się oni jednego ranka zaskoczyć przez milionowe armie, które raptem wychodzą z krzaków!”

Następnie przechodzi do bardziej szczegółowego opisu tego, co działo się przed agresją:

»Rok temu, w połowie lipca 1940 roku, Hitler zawezwał do siebie naczelnego dowódcę armii lądowych, generała von Brauchitscha, i szefa sztabu głównego, generała Haldera, polecając im opracowanie planu wojny przeciwko Związkowi Radzieckiemu. W kilka tygodni później schemat planu w ogólnych zarysach był gotów. 29 lipca generał Jodl powiadomił kierownicze sztaby wszystkich broni, że „Führer postanowił wyeliminować stałe zagrożenie ze strony sowieckiej”. W sierpniu 1940 roku naczelne dowództwo przystąpiło do szczegółowego opracowania planu wojny przeciwko Sowietom. Od listopada 1940 rozpoczęło się stopniowe przesuwanie wojsk z zachodu na wschód. 12 listopada podpisuje Hitler tajną „Instrukcję nr 18” o gotowości bojowej przeciwko sowietom. 18 grudnia wydany zostaje ściśle tajny „rozkaz nr 21” zawierający wytyczne planu „Operacji Barbarossa”: szybkie rozbicie armii sowieckich, i zatrzymanie na linii: Archangielsk-Wołga-Morze Kaspijskie (linia, która przebiega ok. 300-400 km na wschód od Moskwy – przyp. W.L.). Przygotowania mają być ukończone do dnia 15 maja1941.

Równolegle do ściśle militarnych przygotowań, cały prawie aparat III Rzeszy zaabsorbowany zostaje pracami przygotowawczymi do kampanii wojennej przeciwko Sowietom. Abwehra, SS, SD, Gestapo. Powołane zostają cale sztaby ekspertów od sowieckiego przemysłu, bogactw naturalnych, rolnictwa, lasów, dróg wodnych, administracji. Do opracowania planów przyszłej eksploatacji obszarów wschodnich wciągnięte zostaje ministerstwo wyżywienia i rolnictwa, ministerstwo gospodarki, urząd gospodarki wojennej i uzbrojenia OKW, urzędy Göringa „Planu Czteroletniego”. Przystąpiono do utworzenia „Ostministerium” pod kierownictwem min. Rosenberga. Dnia 10 grudnia 1940 przedstawiony zostaje naczelnemu dowództwu pierwszy skoordynowany plan eksploatacji źródeł naturalnych Rosji. W lutym 1941 powstaje pod kierownictwem generała Thomasa centralny sztab gospodarczy Wschód, pod kryptonimem „Oldenburg”. Rozpracowane zostają wytyczne dla przyszłej administracji, policji, władz porządkowych; ogólne instrukcje postępowania wobec ludności okupowanych terenów, i wytyczne propagandy.

O przygotowywanej wojnie wiedzą wszyscy urzędnicy resortów wtajemniczonych, a wkrótce i takich, które na razie wtajemniczone być nie mają, jak ministerstwo spraw zagranicznych. Ale Ribbentrop nie chce się dać wyeliminować, i przeforsowuje również swój udział w postaci VAA (Vertreter des Auswärtigen Amtes) – przedstawicieli ministerstwa spraw zagranicznych przy armii okupacyjnej. Z początkiem kwietnia 1941 szef generalnego referatu „Wschód”, Eberhard Taubert, tworzy organizację pod kryptonimem „Vineta”, w której ma się zespolić całość akcji nadań radiowych, plakatów, ulotek, filmów, płyt, przeznaczonych do kampanii sowieckiej.

Tajemnicą poliszynela objęte są niebawem coraz szersze kręgi. Pozostające w kontakcie z Rosenbergiem i szefem Abwehry, admirałem Canarisem, organizacje ukraińskie, OUN (Bandera) i OUN (Melnyk), UNR (Ukraińska Narodowa Rada) i kaukaski „Prometeusz” z siedzibą w Warszawie, opracowują ze swej strony plany i memoriały, począwszy już od kwietnia 1941 roku. Aleksander Siewriuk, ongiś członek delegacji ukraińskiej na konferencję pokojową w Brześciu 1918, układa po cichu listę przyszłego gabinetu ukraińskiego… Kubijowicz i Omelczenko z OUN/M, składają na ręce Hitlera szczegółowy memoriał, przedstawiający Ukrainę jako jedyną na wschodzie pewną ostoję i przeciwwagę „rosyjskim i żydowskim aspiracjom”… Wkrótce przyjeżdża do Berlina z Warszawy i Łodzi delegacja polityczna działaczy białoruskich, i ukonstytuowuje tam „Białoruskie Centrum Narodowe” pod przewodnictwem dr Mikołaja Szczorsa z Warszawy… Minister Alfred Rosenberg, zdecydowany rzecznik poparcia ukraińskich aspiracji narodowych, alarmuje Gestapo, na podstawie doniesienia ze sfer ukraińskich, że emigranci rosyjscy w Warszawie rzekomo układają już listę przyszłego rządu rosyjskiego, a b. generał rosyjski Biskupski w Berlinie gromadzi rzekomo kadry dla obsadzenia kluczowych stanowisk w wyzwolonej od bolszewików Rosji…

Jeszcze wcześniej, bo 17 listopada 1940 roku, były poseł litewski, pułkownik Kazys Škirpa, organizuje w Berlinie przy poparciu Abwehry, tajną, polityczno-bojową, antysowiecką organizację litewską pod nazwą „Front Litewskich Aktywistów”. W dniu 5 grudnia wydrukowana zostaje w Berlinie broszura po litewsku pt. „Od bolszewickiej niewoli do nowej Litwy”. W kilka dni później kapitan Pranas Gužaitis przedziera się przez granice sowiecką do Kowna i Wilna z zapasem tej broszury, z instrukcjami dla powstałych w międzyczasie kilku tajnych organizacji litewskich, oraz z wiadomością o mającej nastąpić rychło wojnie. W pierwszych dniach stycznia 1941, Gužaitis, w drodze powrotnej, aresztowany zostaje na granicy Prus Wschodnich przez organa sowieckie. Przewieziony do więzienia w Kownie, następnie w Mińsku, tam też zostaje rozstrzelany… Naturalnie mnogie są kontakty do Finlandii, Rumunii, Węgier.

W ciągu całego tego czasu poselstwo sowieckie w Berlinie nie wie nic konkretnego. Wywiad sowiecki, zarówno GRU, jak INO-NKWD, oplatane jest skutecznie przez podstawionych ludzi. Jeden z głównych agentów sowieckich, Litwin, Vytautas Pakułatis, dawno już odszedł na służbę niemiecką. Drugi ważny informator INO w Berlinie, Max Bauer, jest inteligentnym agentem Abwehry. Sugestie niemieckie skierowane są nie tylko dla uśpienia czujności posła Dekanozowa, ale dla wmówienia mu, że pogłoski, które do niego dochodzą… – a nie mogą nie dochodzić, skoro prawie od pół roku cały aparat państwowy, i wszystkie agendy pośrednie, przestawione zostały na przygotowania wojenne z Sowietami! – że to jest „wielki bluff”, mający kamuflować niespodziewany atak na Anglię… W tym też sensie informuje Dekanozow Moskwę. Zresztą ku wielkiemu zadowoleniu Stalina.

Dopiero w lutym 1941 agent grupy „Negry” z gaullistowskiej Résistance zawiadamia wywiad szwajcarski, że niemieckie dywizje z rejonu Bordeaux przerzucone zostały na wschód. Komunizujący agent wywiadu szwajcarskiego, Bawarczyk, Otto Pünter, kryptonim „Pakbo”, powiadamia o tym rezydenta sowieckiego w Grenoble, „Carlo”. Ale nie zrobiło to na nim większego wrażenia. Mijają dwa miesiące. W maju, agent szwajcarski Rudolf Rössler, pracujący pod kryptonimem „Lucy”, otrzymał z tego samego źródła alarmującą wiadomość, że atak niemiecki na Sowiety wyznaczony jest na 15 czerwca. Udało mu się przez swego przyjaciela Schneidera nawiązać kontakt z Rachelą Dübendorfer, „Sissy”, agentką wojskowego wywiadu sowieckiego GRU (Gławnoje Razwiedywatielnoje Uprawlenie). „Sissy” kontaktuje „Pakbo” z głównym rezydentem GRU w Szwajcarii, Węgrem, Alexsandrem Radó, alias „Dora”, „Albert”, „Kulicher”. Radó, otyły, na krótkich nogach, nieruchawy, wiecznie pochłonięty sprawami finansowymi, przyjął wiadomość sceptycznie. – Bez sprawdzenia – powiedział – nie mogę alarmować Moskwy.

Wkrótce Rössler otrzymał informacje ze źródła, którego nigdy nie ujawnił, że inwazja przesunięta została na 22 czerwca. Ale było już bardzo późno…

W tym samym czasie dr Ryszard Sorge, b. korespondent „Frankfurter Allgemeine Zeitung”, radca prasowy przy ambasadzie niemieckiej w Tokio, a komunista z przekonania i tajny agent GRU, dawno już nabrał przekonania, że tzw. „zamknięta dusza wschodu”, o której tyle nasłyszał się w Europie, może być otwarta łatwiej niż inna przy pomocy najprostszych środków. Zmobilizował sporo agentów spośród japońskich komunistów i niekomunistów. M.in. udało mu się wciągnąć do siatki właściciela ekskluzywnej restauracji w Tokio „Gueyko”, do której uczęszczały tzw. pierwsze osoby w państwie. Właściciel „podstawił” ze swej strony gejszę o wyjątkowej piękności. I ta gejsza doniosła, że z rozmowy, którą podsłuchała pomiędzy ministrem spraw zagranicznych Yosuke Matsuoka i księciem Kan’in, wujem cesarza, wynikało, że Niemcy mają napaść na Sowiety 20 czerwca… Powiadomiony o tym ambasador sowiecki w Tokio, Jakub Malik, statecznie zauważył, iż na podstawie słów podsłuchanych, chociażby przez najpiękniejszą gejszę Japonii, trudno jest stawiać w stan pogotowia wojennego największe imperium na świecie…

Wprawdzie w marcu 1941 podsekretarz stanu Sumner Welles przestrzegał ambasadora sowieckiego w Waszyngtonie o mającej nastąpić inwazji niemieckiej na Sowiety, a w kwietniu powtórzył to ostrzeżenie już publicznie Winston Churchill, ale nie przekonało to Moskwy. Po raz pierwszy też przyszedł z pomocą Sowietom wywiad podziemny w Polsce, który zidentyfikował około stu wojskowych jednostek niemieckich, grupujących się wzdłuż granicy do ataku na Związek Sowiecki, i przekazał tę wiadomość w depeszy do Londynu, w pierwszej połowie czerwca. Ale i bez tej wiadomości od początku czerwca 1941 płytki wywiad sowiecki i posterunki graniczne wiedziały o stopniowym skupianiu się wojsk niemieckich, gdyż widział to na własne oczy każdy pastuch pasący krowy wzdłuż linii demarkacyjnej. Z braku jednak bardziej konkretnych informacji ze strony GRU i, zresztą sprzecznych z nimi, informacji berlińskiej INO, jawne już prawie ruchy tych wojsk mogły istotnie wyglądać na „wielki bluff”, a wszystkie ostrzeżenia na – „prowokację brytyjską”.

Ze swej strony wywiad niemiecki oparł się głównie na zdjęciach lotniczych dalekosiężnego zwiadu, zmontowanego pod kryptonimem „Aufklärungsgruppe Ob.d.L.” Już w październiku 1940 pułkownik Rowehl otrzymał od Hitlera osobisty tajny rozkaz: „Zorganizować eskadry dalekich lotów obserwacyjnych nad zachodnią częścią Związku Sowieckiego”. Pierwszy rzut wyleciał z Seerappen w Prusach Wschodnich na „He. 111” o specjalnych motorach wysokościowych, fotografując Białoruś. Drugi na „Do. 215 B-2”, obejmując kraje bałtyckie, aż po jezioro Ilmen, na wysokości 9 tysięcy metrów. Z Bukaresztu, Budapesztu i Krakowa leciały „Ju 88-B” i „Ju 86-P”, osiągając 12 tysięcy metrów. Rezultaty były ważne. To czego zwyczajne oko nie w stanie byłoby rozeznać, uwidaczniały specjalne filmy: sfotografowano wszystkie lotniska pasa granicznego, lotniska zapasowe i zakamuflowane; skupiska wojsk, czołgów, umocnienia, ruch kolejowy. Wysoko, wysoko w powietrzu panowała cisza, mróz i słońce. Ani razu nie próbował zakłócić pejzażu myśliwiec sowieckiego lotnictwa, ani pocisk Opl. Raz tylko, było to 20 czerwca, na dwa dni przed wybuchem wojny, wskutek defektu motoru zmuszona była lądować maszyna niemiecka w rejonie Mińska. Ale załoga zdążyła podpalić samolot, zanim wzięta została do niewoli. I na tym się skończyło.

W niedzielę 22 czerwca, godzina 3.15 rano: wzdłuż całego frontu plunęły ogniem wszystkie działa i ruszyły do ataku niemieckie wojska lądowe. Zaskoczenie na przestrzeni 1.600 km było kompletne. Ani jedna jednostka sowiecka nie była postawiona w stan alarmu, czy chociażby w stan bojowego pogotowia. Nigdzie obsada przyczółków mostowych nie była wzmocniona; punkty ogniowe nie wstrzelane w teren; nie rozwinięte bojowe linie obronne. Na całej przestrzeni od Bałtyku do Morza Czarnego nie zdarzyło się ani jednego wypadku nie-zaskoczenia.«

Co było dalej, to opisałem w blogu „Wojna niemiecko-radziecka”. Ten cytat skłania do refleksji: czy rzeczywiście Stalin i całe radzieckie dowództwo polityczne i wojskowe było tak naiwne, że wierzyło w zapewnienia Hitlera, że to wszystko to jeden wielki bluff, mający na celu zdezorientować Anglików? Raczej trudno w to uwierzyć. Z drugiej strony mamy podstawowe założenie planu „Operacja Barbarossa”, polegające na szybkim rozbiciu wojsk radzieckich i zatrzymaniu się na linii Archangielsk-Wołga-Morze Kaspijskie. W praktyce Hitler zatrzymuje się w połowie lipca na ponad dwa miesiące w odległości 350 km od Moskwy, pomimo że ma do niej wolną drogę.

Rosjanie zachowują się tak, jakby chcieli, by atak był jak najbardziej skuteczny, a Niemcy – tak, jakby nie chcieli wygrać tej wojny. Wyglądało to tak, jakby nad jednymi i drugimi stał jeszcze ktoś ponad i decydował o tym, jak obie strony mają się zachowywać.

Jeśli tak mogło być, to pojawia się kolejne pytanie: po co wywiady, skoro obie strony wiedziały, jak się rozwinie sytuacja? Chyba tylko po to, by stworzyć wrażenie, że cała ta polityczna gra jest autentyczna. I Stalin musiał odegrać rolę wielce zaskoczonego „zdradą” „przyjaciela”.

„Świat jest teatrem, aktorami ludzie, którzy kolejno wchodzą i znikają”. – Trudno chyba nie zgodzić się z Szekspirem. Ale zapewne dla wielu trudno będzie uwierzyć w to, że tak mogło być. Mogło i pewnie tak było. Gdyby nie fakt, że na własnych oczach obserwujemy farsę w postaci „pandemii”, która od początku do końca jest zaplanowana, to zapewne można by wątpić w to, że cała ta wojna była wyreżyserowana, podobnie jak wszystko inne w polityce. W sumie sprowadza się ona, polityka, do sztucznego tworzenia konfliktów, a później ich rozwiązywania, co z kolei prowadzi do następnych. I tak to się wszystko kręci.

Mackiewicz przedstawił fakty. Zgodnie ze swoją zasadą nie komentował ich i nikomu nie narzucał własnego zdania. Ja pokusiłem się o komentarz, ale jeśli komuś on nie odpowiada, to niech ograniczy się do tego, co napisał Mackiewicz i sam wyciągnie z tego wnioski.

Skoro na początku wspomniałem o Euro 2020, odbywających się w 2021 roku, to, siłą rzeczy, przypomina mi się Euro 2012, organizowane przez Polskę i Ukrainę i coś, co mnie wtedy zaszokowało. Polska grała w jednej grupie z Grecją, Czechami i Rosją. Wtedy z grupy wychodziły dwie drużyny. Wyszli Czesi i Grecy. Mecz Polski i Rosji (1:1) odbywał się na Stadionie Narodowym. Przed meczem kibice polscy i rosyjscy szli na stadion przez Most Poniatowskiego. Nie obyło się tam bez drobnych scysji i wzajemnych animozji. Dziennikarz telewizyjny relacjonujący ten marsz, w pewnym momencie powiedział: „ten most, po którym idą kibice na Stadion Narodowy”. To był dla mnie szok. On nie wiedział, jak nazywa się ten most. Ja ten most znam ze zdjęcia z podręcznika do historii ze szkoły, chyba średniej, słynne zdjęcie – spotkanie Piłsudskiego i Wojciechowskiego. Ilekroć zdarzało mi się później przejeżdżać przez ten most, zawsze je sobie przypominałem. To najważniejszy most w najnowszej historii Polski, a może w ogóle w historii Polski. Po zamachu majowym Polska straciła jakiekolwiek szanse na niepodległość.

Gdyby nie zamach majowy, to prawdopodobnie nie doszłoby do wojny 1939 roku, a w konsekwencji i do wojny niemiecko-radzieckiej z 1941 roku. Gdy tak oglądałem te tłumy, które szły przez Most Poniatowskiego, to zastanawiałem się, czy była tam chociaż jedna osoba, która wiedziała, przez jaki most szła i co on znaczy w historii Polski, a może nie tylko Polski.

Pokój ryski

W poniedziałek 7 czerwca Aleksander Łukaszenka podpisał dekret wprowadzający nowe święto – Dzień Jedności Narodowej. Od tego roku będzie on obchodzony w dniu 17 września. W komunikacie podano, że pokój ryski z 1921 roku rozdzielił naród białoruski wbrew jego woli.

W Polsce dzień ten kojarzy się zupełnie inaczej. Dla wielu osób był to początek represji, masowych zsyłek w głąb Rosji. W znacznym stopniu dotknęły one polską inteligencję, choć nie tylko. Wydaje się, że taka decyzja, w okresie i tak złych relacji polsko-białoruskich, jest świadomym posunięciem Łukaszenki, co potwierdzałoby podejrzenia, że jest on marionetką w rękach możnych tego świata, których celem jest ciągłe skłócanie Polski z jej wschodnimi sąsiadami.

Na Białorusi w wielu miastach są ulice o nazwie „17 września”, więc nie dziwi, że w końcu zdecydowano się na święto. Zapewne w tych białoruskich głowach utrwaliło się przekonanie, że to Polacy byli sprawcami tego podziału. Ale my wiemy, że do tanga trzeba dwojga. A działo się tam wtedy dużo i dziwnie. Dobrze opisał to Józef Mackiewicz w swojej powieści „Lewa wolna”. Poniżej końcowy fragment z blogu „Wojna 1920 roku”:

»W dniu 21 września zbiera się w Moskwie na tajnej konferencji kilku członków CK partii. Są tam m.in. Lenin, Trocki, Stalin. W jej wyniku zapada uchwała o utworzeniu nowego „Południowego Frontu”, skierowanego wyłącznie przeciwko wojskom generała Wrangla, liczącym około 40 tysięcy żołnierzy. Na drugi dzień po tym postanowieniu, 22 września, czyli w dniu rozpoczęcia „niemeńskiej” ofensywy polskiej, Lenin przemawia na IX Konferencji RKP (bolszewików) i proponuje zawarcie pokoju z Polską. W rezultacie uchwalono rezolucję o konkretnych warunkach zawarcia pokoju, które osobiście sporządza i redaguje Lenin.

Klęska na froncie polskim nie zmieniła decyzji zapadłych na tajnej konferencji z dnia 21 września o skierowaniu wszystkich sił przeciwko Wranglowi. Z trudem udaje się ściągnąć z fińskiej i estońskiej granicy 6-tą armię czerwoną. Ale armia ta nie zostaje rozwinięta na Białorusi jako ostatnia zapora, zamykająca drogę na Moskwę. Przechodzi, niezatrzymywana, przed frontem polskim i kieruje się na front krymski. A tam napierał, powstrzymywany ostatkiem sił, Wrangel. Przed prawie milionowym wojskiem polskim droga na stolicę rewolucji wolna. Tylko ruszyć!

Dnia 8 października wojska polskie dotarły o 16 wiorst na zachód od Mińska. Władze bolszewickie uciekły z miasta. Mińsk pozostawiony sam sobie, leży przez kilka dni na ziemi niczyjej. A wojska polskie stoją, nie posuwają się naprzód, jakby zamieniły się w słup soli. Bolszewicy wracają. Ludzie głupieją. Lenin mówi o klęsce w wojnie z Polską, a wszystkie siły kieruje przeciwko Wranglowi. I deklaruje: „Zwycięstwo nad Wranglem jest obecnie naszym głównym i podstawowym celem”… O co w tym wszystkim chodzi? Polska dysponuje siłą dwudziestokrotnie większą niż Wrangel.

12 października został zawarty rozejm wojskowy i wstępny traktat pokojowy pomiędzy Polską i bolszewikami. W dniu 16 listopada 4-ta armia czerwona, ta rozbita pod Ciechanowem i później powtórnie pod Grodnem, ta armia wkracza do Teodozji. 18-go zajęła Jałtę. Niedobitki armii Wrangla i cywile, zapakowani na statki, odpływali do Konstantynopola.«

W Wikipedii można przeczytać, że rokowania polsko-sowieckie rozpoczęły się w sierpniu 1920 roku w Mińsku, w sytuacji zagrożenia przez wojska sowieckie niepodległości Polski. Delegacji polskiej przewodniczył wiceminister spraw zagranicznych, Jan Dąbski, a delegacji sowieckiej Karl Daniszewski. 21 września negocjacje zostały przeniesione na grunt neutralny do Rygi, a Daniszewskiego zastąpił Adolf Joffe. Po zwycięstwie w Bitwie Warszawskiej i kampanii niemeńskiej polska delegacja miała znacznie korzystniejsze karty w swych rękach. Jako przedstawicieli RP do Rygi wysłano Jana Dąbskiego, Henryka Strasburgera i Leona Wasilewskiego (ojciec Wandy Wasilewskiej – przyp. W.L.).

Jeśli pomimo toczącej się wojny trwają negocjacje, to można sobie zadać pytanie: o co tu chodzi? Zwykle, tak przynajmniej wskazuje logika, że jak się toczy wojna, to nie ma negocjacji. A tu bolszewicy ogłaszają, że idą na podbój świata, a prowadzą negocjacje. A później, po wygranej pod Warszawą, Piłsudski wstrzymuje ofensywę na miesiąc, a jeszcze później zatrzymuje wojsko pod Mińskiem.

W końcowej części powieści powraca Mackiewicz jeszcze raz do tych wydarzeń i pisze m.in.:

„21 listopada Lenin wkroczył na trybunę, aby wygłosić przemówienie na Moskiewskiej Gubernialnej Konferencji Partyjnej. Było to zaraz po odniesionym zwycięstwie nad Wranglem. Zanim zaczął mówić, długotrwałe oklaski na sali, którymi został przywitany, nie dały mu przyjść do słowa. Kłaniał się kilka razy i dał wreszcie znak ręką.

Towarzysze! Nie ulega wątpliwości, że najbardziej nieznaczne wytężenie sił ze strony interwentów wystarczyłoby w pełni, ażeby w przeciągu kilku miesięcy, jeżeli nie w ciągu kilku tygodni, odnieść nad nami zwycięstwo!… – Na sali zapanowało poruszenie. – Tak jest. Jeżeli odnieśliśmy zwycięstwo my nad interwencją, to tylko dlatego, ze ich własne interesy powodowały wśród nich rozłam. Te właśnie rozbieżności interesów wykorzystywaliśmy przez cały czas!…

Towarzysze! Dopóki nie zdobędziemy całego świata, dopóki pod względem ekonomicznym i militarnym jesteśmy słabsi od pozostałego świata kapitalistycznego, dopóty należy trzymać się zasady: trzeba umieć wykorzystywać sprzeczności i przeciwieństwa między imperialistami. Gdybyśmy nie przestrzegali tej zasady, wisielibyśmy wszyscy od dawna, ku uciesze kapitalistów, na przydrożnych drzewach!!…

Wesołość i śmiechy wybuchły na sali. Słychać było jakieś głosy. Lenin powiódł rozbawionym spojrzeniem po obecnych, przeczekał aż umilkną, i mówił dalej:

Podstawowe doświadczenie w tym względzie mieliśmy, kiedy zwieraliśmy Traktat Brzeski… Polska wbrew naciskowi Francji, zawarła z nami teraz pokój. W najbliższym czasie podpisany zostanie ostateczny traktat. W ten sposób zadany zostanie jeszcze jeden niezwykle poważny cios sojuszowi sił kapitalistycznych, które w drodze wojny usiłowały wydrzeć nam władzę… Nie będę się dłużej zatrzymywał nad tą sprawą, nadmienię tylko, że na Kaukazie wytwarza się teraz bardzo skomplikowana sytuacja, przy czym wojna może nam zostać narzucona. Jednakże wojna ta, w warunkach gdy pokój z Polską jest zapewniony, a Wrangel całkowicie zlikwidowany, nie może stanowić dla nas groźby… Wojna z Polską była wojną na dwa fronty, przy istnieniu groźby ze strony Wrangla… A linia polska przebiegała w niezbyt wielkiej odległości od – Moskwy!”

W końcu Mackiewicz stara się wyjaśnić cały problem w formie dialogu, w którym jeden dobrze poinformowany przekazuje swoją wiedzę drugiemu:

„A więc numer jeden: bolszewicy rozbici zostali istotnie na głowę. Numer dwa: prowadzenie dalszej ofensywy z naszej strony, mogłoby doprowadzić do unicestwienia bolszewizmu i zwycięstwa kontrrewolucji w Rosji; dlatego najważniejszą rzeczą były nie polityczne targi w Rydze, a śpieszny termin zawieszenia broni. Numer trzy: celem głównym całej afery było wykończenie kontrrewolucji rosyjskiej, czyli powtórzenie manewru w stosunku do Wrangla, który był zastosowany jesienią 1919 roku w stosunku do Denikina. Wszystkie inne numery, które nas obecnie interesują, są to numery tylko pochodne.”

Mackiewicz, tak jak wszyscy, używa błędnego określenia „kontrrewolucja” na to, co działo się po abdykacji cara w marcu 1917 roku. Później nastała w Rosji demokracja i większość zdobyli ci, których później nazwano „białymi”, w przeciwieństwie do bolszewików, czyli „czerwonych”. To, co zrobili w bolszewicy w październiku 1917 roku, to był zamach stanu, czyli obalenie legalnej władzy. Z polskiego punktu widzenia popieranie „białych” czy „czerwonych” nie miało żadnego sensu, bo jedni uznawali tylko Polskę, jak to oni określali, w granicach etnicznych, a drudzy – tylko bolszewicką. Piłsudski wybrał bolszewików, bo tak zapewne kazali mu jego mocodawcy.

Problem, który mnie nurtuje, a którego nie rozumiem, to to, dlaczego bolszewicy zaatakowali Polskę w momencie, gdy nie pokonali jeszcze swoich przeciwników politycznych, czyli „białych”. Przecież to urąga zdrowemu rozsądkowi, żeby „naprawiać” świat, gdy w domu bałagan, chyba że chodzi o wywoływanie wojen dla wojen i konfliktów dla konfliktów. Wtedy sprawy nabierają sensu: „Stanisławie Piotrowiczu bierz wszystkie pieniądze i jedź ze mną na wojnę turecką do Bułgarii”. Tak mówił moskiewski kupiec Suzin do Wokulskiego. Wokulski ożenił się z wdową po Minclu i stał się właścicielem dobrze prosperującego sklepu na Krakowskim Przedmieściu, ale to nie były pieniądze, które dawałyby tytuł do ubiegania się o względy arystokratki, wprawdzie zubożałej, ale arystokratki. Dopiero pieniądze zarobione na wojnie stwarzały taką możliwość. Ten, kto zarabia na wojnach, ten je wywołuje – dla zarobku. Tak sobie to tłumaczę. Czy dobrze?

Atak

Czy Żydzi rządzą światem? Co do tego nie ma zgody. Jedni uważają, że tak, inni uważają, że są to teorie spiskowe. Większą zgodność uzyskamy, gdy zadamy sobie inne pytanie: czy pieniądz rządzi światem? W tym wypadku zapewne większość stwierdzi, że tak. A skoro pieniądz rządzi światem, a pieniądzem rządzą Żydzi, to jaki z tego wniosek?

Żydzi rządzą pieniądzem i kredytem od niepamiętnych czasów, od kiedy wynieśli się z Egiptu, zabierając ze sobą złoto tego kraju. Jednak pieniądz i kredyt nie stwarzają takich możliwości jak giełda papierów wartościowych. Mają tupet! Nazwać g. warte papiery papierami wartościowymi! Ale to działa. Z psychologicznego punktu widzenia posunięcie doskonałe. Te giełdy powstały po rewolucji francuskiej. Na nich możliwości spekulacji są niemal nieograniczone.

16 września 1992 roku funt brytyjski, zwany oficjalnie funtem szterlingiem, został zaatakowany przez George’a Sorosa. Wikipedia tak opisuje to zdarzenie:

„Czarna Środa (także Biała Środa) – wydarzenia 16 września 1992 roku w Wielkiej Brytanii, kiedy rząd konserwatystów został zmuszony do wycofania funta szterlinga z mechanizmu ERM (ang. European Exchange Rate Mechanism). Nastąpiło to w wyniku ataku spekulacyjnego dokonanego przez Georga Sorosa, który zarobił na tych transakcjach około 1 mld USD. W 1997 roku brytyjskie ministerstwo skarbu określiło straty na 3,4 mld funtów.

Straty handlowe w sierpniu i wrześniu zostały oszacowane na 800 mln funtów, jednak ich suma wzrosła, ponieważ podatnik brytyjski mógł zyskać na dewaluacji funta. Ustalenia w tej kwestii pokazały, że gdyby rząd utrzymał 24 mld funtów rezerw w walutach obcych, a kurs funta spadł do tej samej wartości, co w wyniku działań spekulantów, to skarb Zjednoczonego Królestwa zyskałby na tym 2,4 mld funtów szterlingów. Dokumenty ukazują jednocześnie, że poświęcając 27 mld rezerw na „ratowanie funta” osiągnięto stratę w kwocie 3,4 mld funtów.

ERM został wprowadzony 13 marca 1979 roku, w ramach europejskiego systemu walutowego, za pomocą którego jego członkowie zgodzili się utrzymywać kursy swoich walut wewnątrz wąskiego przedziału. Waluty znajdowały się w „wężu walutowym”, dzięki utrzymaniu kursu każdej z walut wyrażonego w ECU w przedziale +/−2,25% ustalonego kursu parytetowego.

We wrześniu 1992 r. podstawowym zagrożeniem dla funta była gwałtowna deprecjacja dolara wobec niemieckiej marki. W związku z powiązaniem funta z ERM, umacniał się on do amerykańskiej waluty do nie dających się zaakceptować poziomów. Z racji olbrzymiej części brytyjskiego eksportu rozliczanego w USD, korekta kursu funta do dolara wydawała się nieunikniona. ERM uniemożliwiał takie działanie. Przewidując nieuchronne „pęknięcie tamy” spekulanci przyspieszyli przyszłe zdarzenia poprzez pożyczanie funta i jego wymianę na niemieckie marki. Oczekiwali, że spłacą kredyt zdewaluowaną walutą, a różnica uzyskana na tej operacji będzie ich zarobkiem.

16 września brytyjski rząd ogłosił wzrost podstawowej stopy procentowej, z już wtedy wysokich 10% do 12%, w celu zachęcenia spekulantów do zakupu funta. Pomimo tego, oraz obietnic, że w przyszłości stopa wzrośnie do 15%, dealerzy przekonani, że rząd nie wywiąże się z obietnic, przystąpili do sprzedaży funta. Kanclerz Norman Lamont ogłosił, że jeszcze tego samego dnia, do godziny 19:00 Wielka Brytania opuści ERM, a stopy procentowe pozostaną na poziomie 12%.

Inne kraje ERM, takie jak Włochy, których waluty naruszyły pasma wahań powróciły do systemu z poszerzonym pasmem lub z uzgodnionym parytetem centralnym. Nawet w tej rozluźnionej formie, ERM-I okazał się nieodporny na zagrożenia i 10 miesięcy później jego reguły zostały poluzowane ponownie do punktu, w którym polityce monetarnej członków systemu pozostawiono niezmiernie dużo swobody.”

Mechanizm Kursów Walutowych to był początek programu, który miał doprowadzić państwa europejskie do wspólnej waluty, czyli euro. W tym powyższym cytacie nie wszystko jest jasne. „Parkiet” tak m.in. o tym pisze:

„Soros postanowił wykorzystać sytuację i przeznaczył na ten cel 10 miliardów funtów. Spekulanci w owym czasie zaciągali znaczne kredyty w funtach szterlingach, a uzyskany kapitał wymieniali na marki. Mieli nadzieję, że gdy przewartościowany funt się zdewaluuje, bez trudu uda się im spłacić kredyty. Przełomowy moment nastąpił 22 sierpnia 1992 roku, w tak zwaną Czarną Środę, kiedy to rozpoczęła się masowa wyprzedaż brytyjskiej waluty, co doprowadziło do znacznego spadku jej wartości. Sam Soros otworzył wówczas krótkie pozycje (gra na spadek na kontraktach terminowych – przyp W.L.) na funcie na około 10 mld. W odpowiedzi na to brytyjski rząd zmuszony był podnieść bazową stopę procentową z 10 proc. do 12 proc., zapowiadając jednocześnie dalsze podwyżki do 15 proc. Soros odebrał to jako oznakę desperacji ekipy rządzącej i kontynuował wyprzedaż funta, zmuszając ostatecznie Wielką Brytanię do wystąpienia z Mechanizmów Kursów Walutowych, a sam zyskując przydomek człowiek, który złamał Bank Anglii. Ostatecznie kurs funta spadł względem marki z 2,78 do 2,2, a George Soros zarobił na całym procederze ponad miliard dolarów.” Całość tu: https://www.parkiet.com/artykul/470709.html.

Wielka Brytania przystąpiła do ERM dopiero w październiku 1990 roku. Brytyjscy konserwatyści, którzy wtedy rządzili, byli w tej sprawie podzieleni i ostatecznie przeważyła koncepcja wejścia do tej strefy, która później przekształciła się w strefę euro.

Marian Miszalski w swojej książce Ukryta wojna cicha kapitulacja? (Polityka polska wobec żydowskiego rasizmu) (2019) pisze:

»George Soros, miliarder, „filantrop” wspierający „polityczną poprawność” na świecie (ale nie w Izraelu), więc neomarksizm (w Polsce sponsor Fundacji Batorego) – zasłynął udanym atakiem na funta sterlinga w latach 90. ubiegłego wieku, na której to operacji zarobił 2 miliardy funtów. Tak przynajmniej opowiadają o nim żydowscy dziennikarze-propagandyści, wychwalając „geniusz finansowy” Sorosa… Jednak w połowie lat 90., Soros nie był wcale miliarderem, jego majątek (firma hedgingowa) wyceniany był optymistycznie – i to nie w gotówce, ale w giełdowej wartości akcji – na ok. 60 milionów dolarów. Tymczasem dla skutecznego zaatakowania brytyjskiego funta sterlinga, potrzebne było ok. 10 miliardów dolarów w gotówce – i jeszcze coś bardziej istotnego, a mianowicie informacja o decyzji rządu brytyjskiego: czy rząd brytyjski postanowi bronić do upadłego przeszacowanego funta – czy pozwoli na spadek jego wartości? (wytłuszczenie W.L.)

Ta decyzja zapadła na tajnym posiedzeniu rządu brytyjskiego. Skąd Soros dowiedział się o tej decyzji, i kto wyłożył za niego potrzebny do zaatakowania funta, brakujący kapitał?…

Soros był „slupem” – wszystko na to wskazuje – izraelskich tajnych służb i paru żydowskich bankierów. Bardzo możliwe, że nadal nim pozostaje.«

Jest to więc pewien mechanizm, o którym pisałem w blogu „Hiperinflacja c.d.”:

„Nie da się zaprzeczyć, że Żydzi dominują w finansach i handlu. W wielu innych dziedzinach też ich nie brakuje, ale połączenie tych dwóch branż stwarza niezwykłe pole manewru dla dokonywania różnych operacji finansowych. Mają też wsparcie ze strony polityków, bo często to oni są nimi. Więc to, co robią, jest nie tyle wynikiem nadzwyczajnych talentów do manipulowania pieniądzem, co doskonałą organizacją i współdziałaniem w zakresie finansów, handlu i polityki. Choć zapewne nie brakuje w tym wszystkim prawników, prasy i mediów wszelkiego rodzaju.”

Miszalski zdradza dużo, ale nie wyjaśnia, dlaczego Soros zaatakował akurat funta, a nie niemiecką markę albo nawet… polskiego złotego? Przecież dysponując takimi pieniędzmi można z każdą walutą zrobić to, co z funtem i też zarobić. Chyba więc nie zarobek był na pierwszym planie. A więc co? Sztywny kurs funta, narzucony przez ERM, komuś nie pasował. W tym samym, mniej więcej czasie, sztywny kurs złotego (1 stycznia 1990 – 14 października 1991) komuś pasował. Co ciekawe, te sztywne kursy, narzucone przez ERM, zostały 10 miesięcy po wyjściu Wielkiej Brytanii znacznie złagodzone. To chyba nie przypadek.

Konsekwencją tego ataku było to, że Wielka Brytania opuściła strefę ERM i w efekcie funt pozostał walutą Wielkiej Brytanii, a niemiecka marka rozpłynęła się w strefie euro. Ten atak to przykład tego, jak Żydzi wykorzystują swoją przewagę finansową do realizacji swoich celów politycznych. Byli w Wielkiej Brytanii politycy, którzy dążyli do większej integracji z Europą, ale musieli skapitulować wobec potęgi pieniądza i tych, którzy nim władają.

Z cytowanej na wstępie informacji z Wikipedii wynika, że gdyby rząd brytyjski nie bronił funta, to zyskałby na tym 2,4 mld funtów, a nie – stracił 3,4 mld. Czyżby więc nadal było aktualne to, co działo się za czasów Cromwella? Poniżej cytat z mojego blogu „Rewolucja Cromwella”:

„Tomasz Collier, za aprobatą Cromwella, pisze panegiryk na cześć Żydów, kończąc go tymi słowami: Poważajmy żydów! Oczekujmy pełnego chwały dnia, który uczyni ich głową narodów. O, czas ten już bliski, w którym każdy się będzie czuł szczęśliwy, jeżeli będzie mógł dotknąć choćby szaty żyda! Od nich przychodzi nasze zbawienie.”

Lichwa

Już od 2008 roku świat się zmaga z kryzysem finansowym, który narastał latami i był związany z globalną polityką kredytową, polegającą często na udzielaniu kredytów, o których było wiadomo, że nie zostaną spłacone. Zadłużenie państw, samorządów i firm jest tak wielkie, że nie ma szans na jego spłatę. Cóż więc pozostaje? Reset. Czy jednak musiało do tego dojść? Model finansów oparty o kredyt i odsetki musiał do tego doprowadzić, bo celem takiej polityki finansowej nie było zaspokajanie potrzeb gospodarki, tylko dążenie do zadłużenia wszystkich i w ten sposób uzależnienie ich.

Ci, którzy dysponują pieniędzmi, wmówili nam, że nie ma rozwoju bez kredytu, oprocentowanego kredytu. To oprocentowanie, gdy jest duże i inne opłaty, które prowadzą do nieuczciwego wzbogacenia się pożyczkodawcy, nazwano lichwą. Czym mogą być te inne opłaty, to przekonali się frankowicze. Oprocentowanie było korzystne, ale różnice kursu walutowego pomiędzy złotym i frankiem szwajcarskim zrobiły swoje. Nikt z nich nie znał zasady: bierz kredyt w walucie, w której zarabiasz. I nikt im o tym nie powiedział. Można więc stwierdzić, że świat finansów, to świat hochsztaplerów, w którym wygrywają cwańsi, lepiej poinformowani i ustawieni. I to wcale nie muszą być jacyś spekulanci giełdowi. To są często ci, którzy decydują o zadłużaniu państw, samorządów, różnych firm państwowych i nie tylko państwowych. Za takie decyzje nikt nie ponosi odpowiedzialności, ale jest sowicie wynagradzany przez tych, którzy umożliwiają to zadłużenie. I pod takich ludzi został stworzony cały ten system finansowy. Giełda jest miejscem, w którym handluje się różnymi instrumentami finansowymi, niemającymi pokrycia w jakiejkolwiek pracy i czymkolwiek materialnym. A czy byłaby giełda, gdyby nie było tych dodatkowych pieniędzy kreowanych z niczego?

Żydzi wmówili nam, że nie może być rozwoju bez kredytu i odsetek od niego, bo zabrakłoby pieniędzy. Ciągle dostarczanie na rynek nowych pieniędzy powoduje inflację. Tracą ci, którzy zarabiają najmniej, bo nie mogą inwestować w nieruchomości, złoto czy cokolwiek innego, co nie tarci na wartości. Zyskują ci, którzy zarabiają najwięcej i proces ten pogłębia się i doprowadził do rozwarstwienia na niespotykaną dotychczas skalę: dziesięciu najbogatszych ma tyle, co biedniejsza połowa świata.

Czy mogłoby być inaczej? Wyobraźmy sobie sytuację, w której na rynku mamy stałą ilość pieniądza. I te pieniądze, to są pieniądze tych, którzy zdeponowali je w banku i do tego kredyty są nieoprocentowane. Można pójść, że tak powiem, w kosmos i drukować bez ograniczeń i wtedy mamy to, co mamy. A co się stanie, gdy pójdziemy w odwrotnym kierunku? W miarę, gdy na rynku przybywa dóbr i usług, a pieniądza nie możemy wykreować z niczego, to jego wartość rośnie. Za jednostkę możemy kupić więcej. Oznacza to, że za 1 grosz moglibyśmy coś kupić, np. bochenek chleba. Gdyby już grosz był dużo warty, to można by stworzyć nową jednostkę niższego rzędu. Dlaczego nie! Przecież jeszcze do 15 lutego 1971 roku funt brytyjski dzielił się na 240 pensów i 20 szylingów. Wtedy Anglia przeszła na system dziesiętny i zostały tylko pensy. A więc nie zabrakłoby pieniędzy do wymiany dóbr i usług. Wszystko jest możliwe. Samochód, zamiast 60 000 zł, mógłby kosztować 60 zł, a może nawet 6 zł. A dziś za jednego Bitcoina możemy kupić takie trzy samochody.

Gdyby tak było, że na rynku jest stała ilość pieniądza to ci, którzy złożyli pieniądze w banku nie otrzymywaliby oprocentowania. Ich pieniądze zyskiwałyby na wartości w miarę upływu czasu i rozwoju gospodarki. Dodatkowo mogliby czerpać zyski z inwestycji poczynionych za ich pieniądze przez firmy, które chciałyby się rozwijać. Z tym oczywiście wiązałoby się ryzyko, bo inwestycje mogłyby być nietrafione. I nie jest to moja fantazja. W tym kierunku zmierza bankowość islamska. Jest coś takiego, gdyby ktoś nie wiedział.

Z tego powyższego wywodu wynika, że przy stałej ilości pieniądza bogacą się wszyscy, nawet ci najmniej zarabiający, bo nie są okradani poprzez inflację. Natomiast nie byłoby miejsca w takiej rzeczywistości dla giełdy i całego tego towarzystwa wzajemnej adoracji, które kręci się wokół niej i tych kredytów bez pokrycia w realnym pieniądzu. Nawet nie trzeba wielkiej wyobraźni, by stwierdzić, że takie rozwiązanie w znacznym stopniu, jeśli nie całkowicie, zlikwidowałoby biedę. Wystarczy spojrzeć na Bitcoina, którego zaprojektowano na określoną ilość i nie więcej. Dziś, tj. 14 maja 2021 roku, jego jednostka jest warta 188 233,42 zł. W listopadzie 2015 roku jego kurs to 1300 zł. Jeszcze na początku września 2020 roku jego kurs wynosił około 40 000 zł. To pokazuje jak dużo jest na rynku pustego pieniądza. To między innymi dlatego nie mamy hiperinflacji, bo ten pieniądz nie dociera do wszystkich, tylko do nielicznych i znajduje ujście w kryptowalutach i nie tylko w nich.

Bitcoin to jest waluta niematerialna. Tak naprawdę to nie wiadomo, kto i po co ją stworzył. Być może jest to pewien eksperyment. Być może kiedyś dojdzie do jego krachu czy gwałtownej utraty wartości, by, według mnie, skompromitować ideę pieniądza o stałej ilości na rynku. Wszak przy pieniądzach kombinują ciągle ci sami.

Wspomniałem wyżej o bankowości islamskiej. Wikipedia pisze m.in., że jest to system zgodny z zasadami prawa muzułmańskiego (szariat) i ma na celu wspieranie gospodarek krajów lub społeczności muzułmańskich. Wśród zakazów określonych w prawie islamskim znajdują się m.in. zakaz lichwy, czyli bogacenia się na skutek pożyczania pieniędzy na wysoki procent (zakaz ten znajduje się również w Starym Testamencie) oraz inwestowania pieniędzy w działalność, której celem jest oferowanie dóbr i usług niezgodnych z podstawowymi wartościami islamu (np. produkcja broni czy alkoholu).

Kluczową cechą bankowości islamskiej jest rezygnacja z oprocentowania i odsetek. Źródłem zysku w takim modelu bankowości nie są odsetki ani kreacja długu kredytowego, ale produkcja dóbr i udział w zyskach z ich sprzedaży. Instytucje finansowe przekazują środki na rozwój sektora produkcji oraz usług. Tym samym pieniądze inwestowane są bezpośrednio w gospodarkę realną i w założeniu nie dochodzi do „sztucznej” kreacji pieniądza oraz do działań spekulacyjnych.

Inną istotną cechą towarzyszącą bankowości bezodsetkowej jest solidarne dzielenie ryzyka kredytowego. Ma to swoje odzwierciedlenie w proporcjonalnym podziale pomiędzy bank i klienta przyszłych zysków lub strat z zainwestowanych środków.

Bank działający w oparciu o model bankowości islamskiej nie pomnaża pieniędzy na zasadzie kreacji długów, ale operuje rzeczywistym kapitałem pochodzącym z depozytów. Deponent ponosi zatem rzeczywiste ryzyko, które daje mu prawo do udziału w realnie osiągniętym zysku. Wielkość zysku nie jest wcześniej znana, nie wynika bowiem z ustalonego wcześniej procentu tylko z zysku wypracowanego w procesie gospodarowania. Zgodnie z bankowością islamską bank i klient działają razem, dzieląc między siebie zarówno zysk oraz ryzyko straty, jak i samą stratę.

Dużą wagę przywiązuje się do równości stron i respektowania umów, również tych zawartych ustnie. Umowy nie powinny wprowadzać klienta w błąd, tzn. powinny być zrozumiałe dla każdej ze stron.

Pierwszy islamski bank powstał, według Wikipedii, w Egipcie w 1963 roku i funkcjonuje do dziś. Bankowość islamska przeżywa obecnie dynamiczny rozwój w wielu państwach świata. Największe banki zachodniej Europy (Citi Corp., Societe Generale, Deutsche Bank oraz Bank of England) tworzą własne oddziały islamskiej bankowości bezodsetkowej. Państwem aktywnie wspierającym bankowość islamską jest Turcja. Również w Polsce, wraz z coraz częstszymi inwestycjami pochodzącymi z krajów islamskich, sporadycznie pojawiają się niektóre formy pożyczek zgodnych z szariatem.

Czegóż tu się dowiadujemy! Żydowskie banki Europy Zachodniej tworzą u siebie oddziały bankowości islamskiej. Tak walczą ze sobą na Bliskim Wschodzie, a w Europie wzorowa współpraca. Wygląda na to, że sprowadzanie muzułmanów do Europy, to akcja przygotowana znacznie staranniej niż nam się wydaje. Nie pierwszy to raz Żydzi ich ściągają. Wcześniej zrobili to samo na Półwyspie Iberyjskim. Poszli muzułmanie nawet dalej, ale Karol Młot ich powstrzymał. Tylko czy to było autentyczne, czy zaplanowane? Coraz częściej dochodzę do przekonania, że w świecie nic nie dzieje się i nie działo się spontanicznie.

Bogactwo

Pojawiają się od czasu do czasu głosy, które ostrzegają nas przed hiperinflacją. No bo skoro drukuje się, czy kreuje się elektronicznie tak dużo pieniędzy, to znaczy, że kiedyś ta bańka musi pęknąć. Ale to zadłużanie państw trwa już od 40 lat i nadal to wszystko jakoś funkcjonuje. No właśnie! Jakoś! Mało kto zadaje sobie pytanie, dlaczego tak się dzieje. Większość woli nas straszyć. Niektórzy z nich robią to zupełnie bezinteresownie, a niektórzy mają w tym własny interes. Tymi, którzy mają interes są m.in. ci, którzy sprzedają złoto i srebro bulionowe, czyli takie w sztabkach o różnej wielkości i ciężarze. To jest ich biznes i trudno się im dziwić.

Na powyższym wykresie widać jak przyrastał dług publiczny USA na przestrzeni ostatnich 40 lat. Posłużyłem się danymi dla tego kraju, bo tam skala zjawiska jest największa i stamtąd pochodzi zdecydowana większość najbogatszych na świecie ludzi, co nie oznacza, że w innych krajach jest inaczej. Jest tak samo, tyle że na mniejszą skalę. Wykres pochodzi z portalu Bankier.pl.

Wiadomo, że rynkami finansowymi rządzą Żydzi. Mogą więc, przykładowo, przeznaczać pieniądze z funduszy inwestycyjnych i emerytalnych na zakup obligacji skarbu państwa. Im bogatszy w różne instrumenty finansowe rynek, tym łatwiej dokonywać na nim różnych operacji, często na granicy prawa, a nawet poza nią. Łatwiej też jest wprowadzić na taki rynek pieniądze pochodzące ze zwykłego dodruku. Nawet wymyślili sobie nazwę na to drukowanie – luzowanie ilościowe (quantitative easing). Ładnie nieprawdaż?

Ilość miliarderów i wartość ich majątków w bilionach dolarów w ciągu ostatnich 20 lat przedstawiała się następująco:

  • 2020 – 2.095 – 8,0
  • 2019 – 2.153 – 8,7
  • 2018 – 2.208 – 9,1
  • 2016 – 1.810 – 6,5
  • 2013 – 1.426 – 5,4
  • 2010 – 1.011 – 3,6
  • 2009 – 0.793 – 2,4
  • 2008 – 1.125 – 4.4
  • 2004 – 0.587 – 1,9
  • 2000 – 0.470 – 0,9

Widać więc z tego zestawienia kryzys roku 2008. Rekordowym był rok 2018. Dwa kolejne lata to lekki spadek. Uwzględnieni są tylko miliarderzy. Podejrzewam jednak, że milionerów przybyło znacznie więcej. Zestawiając dynamikę przyrostu długu USA do dynamiki przyrostu ilości ludzi bogatych i ich majątku, nie sposób nie zauważyć korelacji tych dwóch trendów. W angielskiej Wikipedii można przeczytać:

W 2018 roku na liście znalazła się rekordowa liczba 2208 osób, w tym 259 nowych, głównie z Chin i USA; były 63 osoby poniżej 40 roku życia i rekordowa liczba 256 kobiet. Średnia wartość netto tej listy wyniosła 4,1 miliarda USD, co oznacza wzrost o 350 milionów USD w porównaniu z 2017 r. W sumie łączna wartość netto miliarderów w 2018 r. wyniosła 9,1 bln USD, w porównaniu z 7,67 bln USD w 2017 r. Do 2018 r. założyciel firmy Microsoft Bill Gates był na szczycie listy 18 razy z ostatnich 24 lat, podczas gdy założyciel Amazona Jeff Bezos po raz pierwszy znalazł się na szczycie i został pierwszym 100 miliarderem uwzględnionym w tym rankingu. W 2017 roku Mark Zuckerberg był jedyną osobą na szczycie listy 10 miliarderów w wieku poniżej 50 lat i jedyną na liście 20 miliarderów poniżej 40 roku życia.

Według raportu Bloomberg News w 2017 roku 500 najbogatszych ludzi na świecie wzbogaciło się o 1 bilion dolarów. Według raportu Oxfam z 2017 r. Ośmiu największych miliarderów posiada tyle samo łącznego bogactwa co „najbiedniejsza połowa ludzkości”. Całość tu: https://en.wikipedia.org/wiki/The_World%27s_Billionaires.

Bloomberg – ładna nazwa. Góra kwiatów, kwiecista góra – tak chyba można by przetłumaczyć tę nazwę; die Blume – kwiat, der Berg – góra. Ładnie się nazywają. Tak jak Marek Edelman – szlachetny mężczyzna: edel – szlachetny, der Mann – mężczyzna. Byli też tacy jak Goldberg, Goldstein, Silberstein, Rubinstein, Edelbaum (szlachetne drzewo) i pospolici – Einstein, Zuckerman itp. Ale i u nas zdarzali się podobni – Złotopolski. Był nawet taki serial – Złotopolscy. To jedni z tych, którzy byli w XIX wieku właścicielami cukrowni na Ukrainie.

Jeśli ośmiu najbogatszych ludzi świata posiada tyle, co jego biedniejsza połowa, to znaczy, że dokonuje się, na niespotykaną dotychczas skalę, transfer pieniądza. Te pieniądze nie trafiają do wszystkich, tylko do nielicznych i dlatego nie ma hiperinflacji. Prawdopodobnie wszystkie największe korporacje należą do tych ludzi. A one nie płacą żadnych podatków. Co więcej, wiele rządów zachęca je do inwestowania w ich krajach, oferując im dodatkowe korzyści w postaci przyznawania gruntów i nieruchomości na działalność gospodarczą. Są też zapewne zachęty, o których my nigdy nie dowiemy się. A wszystko za to, że zatrudnią setki ludzi, a tysiące stracą pracę z powodu niemożności konkurowania z wielkimi firmami. Rządy, rezygnując z podatków od korporacji, uszczuplają swoje dochody. Ludzie, którzy tracą pracę również nie płacą podatków. Budżety stają się permanentnie deficytowe. Rządy muszą zaciągać kredyty, których nie są w stanie spłacać. W związku z tym muszą zaciągać kolejne i tak rośnie dług. Im więcej korporacji i ich władzy, tym mniejsze dochody rządów i mniej ich władzy, a właściciele korporacji coraz bogatsi. Wszystko zmierza ku temu, że ta koncentracja kapitału w rękach nielicznych będzie powiększać się. Gdy większość bogactwa przejdzie w ich ręce, to wtedy powstanie rząd światowy. Nie muszę chyba dodawać, że „pandemia” jest kolejnym etapem na drodze do utrwalania tych nierówności.

To jest kradzież – bogacenie się na wprowadzaniu do obiegu pustego pieniądza i kosztem tych, którzy nie mają do niego dostępu. Dzięki temu, że dolar jest walutą światową i tam mają siedzibę największe korporacje, okradany jest cały świat. Pomysłowość Żydów nie zna granic. Podobno ma być wprowadzony podatek katastralny, którego wartość rosłaby wraz z przyrostem wartości nieruchomości. Nie jest to oczywiście nic nowego, ale przy takim tempie przyrostu pieniądza, trafiającego do stosunkowo nielicznych, może to być problemem dla wielu właścicieli nieruchomości.

Jeszcze nie tak dawno temu można było usłyszeć narzekania rządu, że na wiele rzeczy nie ma pieniędzy, aż tu raptem stał się cud. Cud na Wisłą! Może i nadal nie ma pieniędzy na wiele rzeczy, ale na wszystko, co wiąże się z „pandemią” – są. Nie brakuje ich na budowę szpitali polowych i modułowych, nie brakuje na szczepionki, nie brakuje na wynagrodzenia dla tych wszystkich, którzy „walczą z pandemią”. Nie brakuje ich na opłatę za pobyt w luksusowych hotelach dodatkowego personelu. A skoro ich nie brakuje, to skąd rząd bierze te pieniądze? Odpowiedź może być tylko jedna – drukuje i kreuje elektronicznie. Ci, którzy uważają, że to z ich podatków, to się bardzo mylą. Żyjemy w zupełnie absurdalnej rzeczywistości.

Podatki

Parę dni temu na kanale „cepolska” zamieściłem komentarz, w którym pisałem, że to nie wysokie podatki decydują o kondycji polskich przedsiębiorców, tylko brak dostępu do rynku, wynikający ze zbyt wysokiej ceny oferowanych przez nich towarów, co jest spowodowane polityką cenową tych, którzy tym rynkiem rządzą. Komentarz został usunięty. Zapewne z jakichś powodów okazał się niewygodny. A skoro tak, to może warto ten temat przybliżyć.

Mówią, że podatki w Polsce są wysokie. Wszystko zależy od punktu siedzenia. Zapewne dla tych, którzy zarabiają mało są wysokie, ale dla takich programistów, informatyków, lekarzy czy ludzi z branży farmaceutycznej i pewnie wielu innych raczej nie. Nawet dla takich fryzjerów chyba nie. Kiedyś było ich mało, a teraz salony czy zakłady fryzjerskie mnożą się jak grzyby po deszczu. Zupełnie inaczej wgląda sytuacja tych, którzy zajęli się handlem. Dla nich podatki są wysokie.

Generalnie jest tak, że branże, których nie da się zautomatyzować, zmonopolizować, i które wymagają bezpośredniego kontaktu z klientem lub specjalistycznej wiedzy, te branże jakoś sobie radzą na rynku. W przypadku handlu słyszymy narzekania, że zagraniczne supermarkety i sieci handlowe są zwolnione z podatków, a polscy przedsiębiorcy – nie i to decyduje o ich przewadze konkurencyjnej na rynku. Znaczy, że wysokie podatki a szczególnie ZUS są gwoździem do trumny polskiej przedsiębiorczości i gdyby nie one, to ta polska przedsiębiorczość kwitłaby. Tak bredzi Korwin-Mikke, Michalkiewicz, Sadowski z jakiegoś Centrum Adama Smitha czy Gwiazdowski i pewnie jeszcze paru innych.

Wszyscy ci panowie są w takim wieku, że powinni dobrze pamiętać lata 90-te, a zwłaszcza ich pierwszą połowę. Wtedy prywatny handel rozwijał się. Nie straszna mu była wysoka inflacja i podobne odsetki od kredytów. Starczało tym ludziom na podatki i na ZUS, a ich wysokość była proporcjonalnie taka sama jak obecnie. Co więcej, były jeszcze pieniądze na inwestycje. Dlaczego było tak dobrze, a dziś jest tak źle? Bo wtedy rynek, cały rynek, należał do tych przedsiębiorców. Nie mieli konkurencji z zagranicy.

Wszystko zaczęło się zmieniać, gdy zagraniczne firmy zaczęły przejmować polski rynek. „Polski” rząd wydatnie im w tym pomagał. Nie tylko poprzez zwolnienia od podatków, ale również poprzez ustawę o przetargach, wedle której jedynym kryterium, decydującym o wyborze oferenta była cena. Z pozoru wygląda to na dbanie o finanse państwa, ale tylko z pozoru. Wiadomo, że w wielu branżach firmy państwowe stanowią łakomy kąsek, bo składają duże zamówienia. Ponieważ w Polsce zlikwidowano wszelką produkcję, to polskie firmy handlowe są zależne od dostaw z zagranicy. Nietrudno więc domyślić się, że polski oferent będzie miał wyższą cenę niż zagraniczny. Ktoś może się w tym miejscu oburzyć, że jak to tak!Tak preferować obcych, a nie swoich. Tak to jest możliwe, ponieważ w Polsce rządzą Żydzi, a dla nich Polacy są obcy i trzeba ich niszczyć, bo to jest Polin, a nie Polska, jak jeszcze wielu naiwnie sądzi.

Podobnie wygląda sytuacja na rynku ogólnym. Polscy właściciele sklepów czy hurtowni konkurują z zachodnimi supermarketami czy sieciami typu Biedronka, Lidl, Kaufland, Rossmann itp. Nawet niektórzy klienci wiedzą, że taka Biedronka to sieć portugalska. Taaak. Portugalczykiem to może być trener naszej piłkarskiej reprezentacji. Biedronka należy do portugalskiego Żyda, tak jak Lidl do austriackiego, a Kaufland do niemieckiego, choć podobno jeden i drugi ma tego samego właściciela. Nie wiem tylko czy należą do niemieckiego, czy – do austriackiego Żyda. Wydawałoby się, że w tych trudnych czasach małe sklepy spożywcze nie mają racji bytu. A jednak! Sieć Żabka rozwija się dynamicznie. W 2020 roku przybyło jej w Polsce 1000 sklepów. Ostatnie reklamy hot-dogów i kanapek w tej sieci to m.in.: Kurczaker, Wołowiner. – I wszystko jasne!

Dlaczego polskie małe sklepy nie sprostały konkurencji większych, a Żabce nie groźne wielkie sieci? Bo Żabka to też jest sieć. Czy więc te polskie małe sklepy nie mogły połączyć się i stworzyć własną sieć? A po co sieć? Bo ona może dokonywać zakupów na większą skalę i tym samym jej cena zakupu jest niższa i niższa jest cena sprzedaży dla klienta końcowego. To podstawowa zasada handlu: im więcej kupujesz, tym niższa cena zakupu. Im większe obroty, tym niższa marża i tym samym niższa cena końcowa dla klienta. Proste? Proste, tak jak wtedy, gdy coś tam stoi. No właśnie! A jak nie stoi, to jest wielki problem. I dokładnie jest taki sam wielki problem z cenami. Jak mamy niską cenę zakupu, to wszystko jest proste, a jak – nie, to wtedy jest problem.

Gdy pd koniec lat 90-tych zaczęła pojawiać się zachodnia konkurencja, to polskie sklepy nie potrafiły jej sprostać. Dlaczego? Przede wszystkim dlatego, że miały wyższe ceny sprzedaży. Zachodnie miały niższe i bogatszy asortyment. Klienci masowo przechodzili do tych zachodnich supermarketów, sieci i w końcu do galerii handlowych. I jeszcze psioczyli na polskich sprzedawców, że tacy pazerni, bo drożej sprzedają, czyli że muszą mieć większą marżę. W rzeczywistości mieli mniejsze marże i mniejsze zyski.

Jak to działa? Załóżmy, że wyprodukowanie serka homogenizowanego kosztuje producenta 20gr. Sprzeda on go wielkiej sieci, czy hurtowni za 40 gr. Sieć ustawi sobie cenę sprzedaży na 1,20 zł. Zysk 80 gr. Drobny czy nawet średni sklepikarz kupi ten serek w hurtowni za 80 gr. Żeby mieć cenę sprzedaży taką samą jak sieć, musiałby mieć tylko 40 gr. marży. Przy jego niewielkich obrotach nie wypracuje zysku koniecznego do pokrycia wszelkich kosztów. Musi podnieść cenę. Gdyby chciał mieć zysk taki jak sieć, musiałby ustalić cenę końcową na 1,60 zł. W sieci 1,20 zł, a u niego 1,60 zł. Musi się gimnastykować. Nie może mieć takiej samej ceny jak sieć, ale też nie może mieć takiej samej marży. Próbuje 1,30 zł a może 1,40 zł. Niewiele to daje. Małe obroty, mała marża – droga prosta do bankructwa lub zadłużania się, co na jedno wychodzi.

To jest przykład hipotetyczny. Dla jasności pominąłem też podatek VAT. Chodziło mi tylko o pokazanie mechanizmu i tego jak działa handel. Podałem wysokie marże, bo w branży spożywczej muszą takimi być ze względu na stosunkowo duże straty: psucie się żywności i jej przeterminowanie. Zdawałoby się, że jedynym rozwiązaniem jest łączenie się sprzedawców i dokonywanie wspólnych, większych zakupów, by uzyskać niższą cenę zakupu poszczególnych towarów. Tak to tłumaczył kiedyś Michalkiewicz na jednym ze spotkań ze swoimi czytelnikami. Gdy jeden ze słuchaczy stwierdził, że to w przypadku Polaków niemożliwe, to Michalkiewicz stwierdził, że „jak tak, to tak”, sugerując tym samym, że faktycznie wina jest po stronie przedsiębiorców. Tyle że tak to nie działa i Polacy nie są tu niczemu winni. Łączenie się kilkunastu czy kilkudziesięciu sklepów oznacza, że takim tworem zarządzałoby kilkanaście czy kilkadziesiąt osób. To jest niemożliwe. Gdyby to było możliwe, to w spółkach akcyjnych rządziliby wszyscy akcjonariusze, a rządzi najczęściej jakiś zarząd lub ci, którzy mają pakiet kontrolny akcji. Innym problemem byłoby magazynowanie takiej ilości towaru. Małe sklepy miały małą powierzchnię magazynową. Wymagałoby to stworzenia własnej hurtowni. Jej wynajęcie to koszt. Rozdzielanie towaru na poszczególne sklepy, to zatrudnienie dodatkowych ludzi. To kolejny koszt.

Takie pomysły pojawiały się pod koniec lat 90-tych, gdy już było widać narastające zagrożenie ze strony firm zachodnich. Sam uczestniczyłem w jednej takiej próbie stworzenia grupy zakupowej, więc wiem, co mówię, w odróżnieniu od Michalkiewicza, który jest dziennikarzem i w tych sprawach teoretyzuje. Kiedy na początku lat 90-tych powstawały polskie firmy, to na tyle się rozrosły, że pod koniec tej dekady wiele z nich przekształciło się w hurtownie i supermarkety. Dlaczego więc nie sprostały konkurencji? Zapewne byli tacy, którzy przeznaczali zarobione pieniądze na konsumpcję czy jakieś nietrafione inwestycje, ale większość dbała o rozwój swoich firm. Tym powodem, który położył polski handel była cena zakupu.

Wiadomo, że te wszystkie zachodnie sieci, które weszły do Polski były w rękach Żydów. Handel to ich domena od początku. Jest to kluczowa dziedzina gospodarki, bo najszybciej generuje kapitał i od niego zależni są producenci i ten kto ma sieć sprzedaży decyduje o wszystkim: czy przyjmie towar danego producenta, czy umieści go w atrakcyjnym miejscu, czy wyeliminuje konkurencję producenta danego towaru itp. Ten kto ma taką sieć, kto zajmuje się dystrybucją towarów na cały kraj, ten decyduje też o tym, komu sprzedaje i w jakiej cenie. Eliminacja więc odbywa się w ten sposób, że temu, kogo chce się pozbyć z rynku, daje się wyższą cenę sprzedaży niż innym. Może więc być tak, że nawet stosunkowo niewielka firma utrzyma się, jeśli dostanie odpowiednią cenę zakupu. I tak wyeliminowano polskie firmy. A z tych, które zostały, to bynajmniej nie wynika, że ci ludzie okazali się bardziej przedsiębiorczy, mądrzejsi, potrafili dostosować się do zmieniających warunków. W większości tych firm właścicielami są Żydzi. Po 1989 roku tacy cinkciarze i temu podobni zakładali hurtownie. A kto mógł być cinkciarzem w PRL-u? Przeważnie Żyd, jakby ktoś nie wiedział. Bo kogo innego dopuszczono by do obrotu pieniądzem? Handel walutami był oficjalnie zabroniony, ale już ich posiadanie – nie. Więc ogłoszenie w gazecie: „powracającemu z zagranicy sprzedam”, oznaczało, że sprzedam za dolary lub marki.

Mając odpowiednią ceną zakupu można całkiem nieźle sobie radzić na rynku, nawet przy stosunkowo niewielkich obrotach. Dlatego ten czynnik jest ważniejszy niż podatki i ZUS. Cena decyduje o dostępie do rynku, dzięki czemu firma generuje odpowiednie zyski pozwalające na opłacenie wszelkich kosztów. Skupianie się na podatkach i ZUS, to odwracanie kota ogonem. A dlaczego te wszystkie Korwiny, Michalkiewicze, Gwiazdowskie, Sadowskie uczepili się tych podatków? Dla odwrócenia uwagi, żeby przypadkiem ktoś nie zorientował się, że to nie państwo jest wszystkiemu winne, że jest jeszcze ktoś groźniejszy od tego państwa i że cały ten ich liberalizm to pic na wodę fotomontaż. Inna sprawa, że podatki dlatego są tak wysokie i uciążliwe dla wielu, w porównaniu z innymi krajami, bo polski rząd, to rząd żydowski. I tak jest od 1989 roku, a i wcześniej było podobnie. Ten rząd gardzi polskim podatnikiem i ustami żydowskiego premiera daje do zrozumienia, że Polacy mają pracować za miskę ryżu.

Nie zawsze jednak musi to działać w ten sposób, że jedynym instrumentem jest cena. Johann Frey (Ahasver) napisał w kwietniu 1917 roku w Zurychu memoriał, który odkryto w 1919 roku i opublikowano w Gazette de Lausanne w dniach 30 września, 2 i 4 października. Poniżej jego fragment, a więcej na blogu „Niemcy i Żydzi”.

„Bez agentów żydowskich niemieckie towary nie byłyby zdobyłyby rynku światowego. To samo poczucie rzeczywistości, ten sam duch przedsiębiorczy, ta sama zdolność przystosowywania się i ujmowania klienta, stare zrozumienie wielkiej wartości wciąż rosnącego obrotu, gdyby nawet chwilowo koszty produkcji przewyższały ceny sprzedaży, ta sama łatwość kredytu, to samo zrozumienie konieczności unieszkodliwienia konkurencji – oto, co żydów robi naturalnymi sprzymierzeńcami Niemców w ekonomicznym podboju świata.”

A więc można jeszcze sprzedawać towar poniżej kosztów produkcji, by wyeliminować konkurencję. Gdy już jej zabraknie, to ceny podniesie się, by zrekompensować straty. Tak można działać, gdy rządzi się handlem i finansami. Kredyt też nie dla wszystkich jest na takich samych warunkach. Tak było ponad 100 lat temu i zapewne nie zaniechano tych praktyk. A naiwnym wmawia się, że wolny rynek, wolna konkurencja, a tym, którym nie powiodło się, że nie poradzili sobie, że takie reguły gry, że muszą sobie poszukać innego miejsca lub nawet wyjechać z kraju, jak sugerował im swego czasu „naczelnik” państwa.

Góralskie Veto

W Dzienniku Gazeta Prawna w artykule Ojcowiznę mus ratować. Góralskie Veto spowodowało, że tu i ówdzie zapłonęły ciupagi, z dnia 22 stycznia 2021 roku, można, już na początku tego artykułu, przeczytać takie zdanie: „Katarzyna Wiercioch jest w sztabie pospolitego ruszenia przy Sebastianie Pitoniu (twarzy Góralskiego Veta) od marca ubiegłego roku.” Link tu: https://www.gazetaprawna.pl/magazyn-na-weekend/artykuly/8074694,goralskie-veto-zakopane-otwarte-lokale-bunt-przedsiebiorcow.html.

Dziennik Gazeta Prawna to raczej poważny dziennik, więc nie sądzę, by zamieszczał niesprawdzone informacje. Od marca ubiegłego roku? Przecież wtedy jeszcze nikt nie słyszał o pandemii, o zamykaniu lokali gastronomicznych, maseczkach i wszystkich tych idiotyzmach, którymi męczą nas globaliści. Ale już wtedy istniał sztab pospolitego ruszenia. A skoro wtedy istniał, to musiał być jeszcze wcześniej skompletowany. No cóż, architekci, nomen omen, tej nowej normalności, rozważali różne warianty rozwoju tej „pandemii” i przygotowywali się na różne scenariusze. Może nawet na taki, że liczba zakażeń spadnie drastycznie, z czym mamy obecnie do czynienia, co wytrąci władzy wszelkie argumenty uzasadniające obostrzenia. I co wtedy? Wtedy uruchamiamy Góralskie Veto. Przedsiębiorcy otwierają knajpy, hotele, stoki narciarskie. Sądy oczywiście wydają wyroki na korzyść tych przedsiębiorców. Rząd nie reaguje. A po co ma reagować? Im więcej otwartych lokali gastronomicznych, hoteli itp., tym lepiej. Po jakimś czasie podrasujemy statystyki zakażeń i przykręcimy śrubę. Nastraszymy ludzi, że chodzenie do restauracji, barów, czy kawiarni jest niebezpieczne, że tylko jak zaczynacie się spotykać, to wirus atakuje ze zdwojoną siłą. Że to wszystko to będzie pic na wodę fotomontaż? To nie będzie miało najmniejszego znaczenia. Będzie powód do zaostrzenia restrykcji i kolejny argument za zaszczepieniem się, a może nawet za przymusem szczepień, który jeszcze formalnie nie obowiązuje, choć dobrowolność staje się coraz bardziej teoretyczna.

W jednym ze swoich wystąpień – „Góralskie Veto stawia kolejny krok” – Pitoń straszy przedsiębiorców hiperinflacją i jakby na potwierdzenie tego, poinformował, że NBP szykuje banknot o nominale 1000 zł. Nie ma w tym żadnej logiki. Jeśli celem globalistów jest pozbawienie ludzi ich własności, to hiperinflacja spowoduje, że wszyscy zadłużeni spłacą swój dług za grosze i będą właścicielami swoich domów, firm itp. A tarcza finansowa jest właśnie po to, by wykończyć tych przedsiębiorców. Gdyby ci, którzy z niej skorzystali, mieli spłacić swoje zadłużenie, to przy hiperinflacji, spłacą je za grosze. A banknot ten jest tylko potwierdzeniem inflacji, a to duża różnica. Jak dla mnie Pitoń jest rzecznikiem tych, przeciwko którym kieruje swój protest, szumnie zwanym Góralskim Vetem.

Dziś wszyscy siedzą w internecie. Kiedyś było inaczej. W swoim Dzienniku Maria Dąbrowska zapisała pod datą 27.X. 1950: „W Polsce mają zostać zlikwidowane wszystkie wytwórnie łóżek i tapczanów do spania, jako zbędnych już mebli. Bo reakcja nie śpi, partyjni i UB czuwają, a reszta siedzi. Nie ma więc już kandydatów do spania.”

Tak więc słowo „siedzieć” zmieniło swoje znaczenie. Dziś wszyscy siedzą w internecie i ja też. I co ja tam czytam? Czytam entuzjastyczne komentarze na temat Góralskiego Veta. Entuzjastyczni są wszyscy: zwykli komentujący i właściciele kanałów internetowych, bardziej lub mniej popularnych. Same ochy i achy. Owszem, zdarzają się wśród nielicznych komentujących opinie, że Pitoń to ruski agent. Ja przynajmniej na takie się natknąłem. Być może są jeszcze inne, odrębne zdania, ale zapewne jest ich zdecydowanie mniej niż tych entuzjastycznych.

Pitoń dostał potężne wsparcie medialne i to nie tylko z tych tak zwanych mediów alternatywnych, ale i z tych głównych. Bo skoro przeprowadza z nim wywiad Radio Zet, pisze o nim Dziennik Gazeta Prawna i inne, to powinno to skłonić do zastanowienia. Komu i po co zależy na nagłaśnianiu tego protestu? Sam Pitoń, w odróżnieniu od przedsiębiorców, niczym nie ryzykuje. Nie prowadzi działalności gospodarczej, która cierpi na skutek „pandemii”.

Na stronie portalu bezprawnik.pl możemy przeczytać:

»Z tego względu – oprócz oczywistych komunikatów m.in. w mediach społecznościowych – w sieci powstała też specjalna mapa otwartych lokali gastronomicznych. „Interaktywna mapa polskiego biznesu” stale się powiększa. Najwięcej otwartych lokali znajduje się obecnie w dużych miastach na terenie kraju. Oprócz lokali gastronomicznych na mapie mogą znaleźć się oczywiście też inne firmy, które zgodnie z obostrzeniami nie powinny działać (lub ich działalność jest ograniczona). Dotyczy to m.in. hoteli czy siłowni.

Twórcy mapy zachęcają przedsiębiorców, by zgłaszali się do nich, jeśli zdecydują się na otworzenie z powrotem swojego biznesu w pełnym wymiarze. Autorzy zaznaczają przy tym, że umieszczą firmę (razem z jej adresem i podstawowymi danymi) na mapie całkowicie bezpłatnie. Mapa otwartych lokali jest dostępna pod tym linkiem. Z kolei przedsiębiorcy, którzy chcą przeczytać krótki protokół postępowania w razie kontroli, powinni zajrzeć do tekstu #otwieraMY – rady prawnika.«

I dwa zamienne komentarze pod tekstem:

Gwidon Naskręt: Taka mapa to marzenie każdego organu ścigania – gdybym był restauratorem, to raczej (nadal) działałbym w głębokiej konspiracji.

Karls: Smutne ale prawdziwe. Nie zdziwiłbym się jak by to była prowokacja. Po co na ślepo robić kontrole i liczyć, że się trafi, jak ludzie w internecie uwierzą wszystko i jeszcze sami na siebie doniosą?

W tekście oczywiście nie ma informacji na temat tego, kto jest twórcą tej mapy i kto zapłacił za jej stworzenie. Nie wiemy też, czy prawnicy, którzy tak ochoczo chcą pomagać przedsiębiorcom, robią to z dobrego serca, czy ktoś im za to płaci.

Nie wygląda to na spontaniczny ruch. Wprost przeciwnie, wygląda to na dobrze skoordynowaną akcję mediów, środowisk prawniczych i innych. Zbyt szybko rozszerza się to na cały kraj i jest nagłaśniane przez wszystkie media. Czyżbyśmy więc mieli do czynienia z prowokacją? Czas pokaże.

W krótkim filmiku z dnia 25 stycznia Pitoń apeluje do Prezydenta RP. W końcówce tego apelu wykonuje gest dłonią, który przypomina do złudzenia gest byłego prezydenta Francji Francois Hollande, udającego się do masońskiej świątyni. Link tu: https://www.youtube.com/watch?v=2r1n_UCHpyo. A tu Gates z takim samym gestem dłoni: https://nt.interia.pl/raporty/raport-medycyna-przyszlosci/medycyna/news-bill-gates-musimy-byc-gotowi-na-kolejna-pandemie,nId,5016910#iwa_source=worthsee.