Dyktatura

Allan Bullock w swojej pracy Hitler – studium tyranii zamieścił ostatnią wypowiedź Alberta Speera przed sądem w Norymberdze. Wydaje mi się, że warta jest przytoczenia, bo jest nadal aktualna. Speer był ministrem uzbrojenia i produkcji wojennej.

„Dyktatura Hitlera pod jednym zasadniczym względem różniła się od wszelkich poprzednich dyktatur w historii świata. Był on pierwszym dyktatorem w dzisiejszych czasach rozwoju nowoczesnej techniki, dyktatorem, który dla panowania nad własnym krajem wykorzystał wszystkie środki techniczne. Za pomocą radia i głośników osiemdziesięciu milionom ludzi odebrano możność niezależnego myślenia. Dlatego też można ich było podporządkować woli jednego człowieka. Dawniej dyktatorzy nie mogli się obyć bez wysoko wykwalifikowanych pomocników, ludzi, którzy umieli myśleć i działać niezależnie. Reżim totalitarny w okresie rozwoju nowoczesnej techniki może się obyć bez nich: same urządzenia łączności pozwalają na zmechanizowanie niższego szczebla administracji. W wyniku tego wykształca się typ bezkrytycznego odbiorcy rozkazów… Jeszcze innym skutkiem był daleko sięgający nadzór nad obywatelami państwa i zachowanie jak największej tajemnicy w zakresie czynów kryminalnych.

Koszmar męczący niejednego człowieka, że któregoś dnia będzie można rządzić narodami przy użyciu technicznych środków, doczekał się pełnej realizacji w totalitarnym systemie Hitlera.”

W wypowiedzi Speera zwróciło moją uwagę to, że technika pozwala na zmechanizowanie niższego szczebla administracji, w wyniku czego wykształca się typ bezkrytycznego odbiorcy rozkazów. My to dziś nazywamy bezduszną biurokracją i często jest nam trudno zrozumieć urzędników. Ale ważniejsze jest to, co powiedział w ostatnim zdaniu. Jeśli przy użyciu tak skromnych, w porównaniu z obecnymi, środków technicznych udało się podporządkować cały naród, to obecnie, przy użyciu technologi cyfrowej, wspartej biotechnologią, wkroczyliśmy na wyższy etap. Narody są już zniewolone. Teraz chodzi o zniewolenie jednostki. I cała współczesna technika została w to wprzęgnięta. To jest machina, a bezkrytyczni odbiorcy rozkazów nie znajdują się na niższych szczeblach administracji, tylko na najwyższych. To jest oczywiście efekt istnienia rządu światowego. Tak więc odwoływanie się do ich sumień nie ma żadnego sensu. Tak jak Hitler, będą dążyli do zniszczenia nas. Kierują nimi te same siły, które nim kierowały. Od decyzji Hitlera nie było odwołania i dokładnie tak samo jest obecnie. Odnoszę wrażenie, że większość ludzi tego nie rozumie. Apele do rządu, protesty i inne formy sprzeciwu są i będą nieskuteczne, bo mało kto wie, że w sposób zupełnie niezauważalny przeszliśmy od demokracji do dyktatury. Rząd rządzi za pomocą dekretów, a nie ustaw, które zatwierdza sejm. Ten ostatni staje się powoli atrapą. Tym się różni dyktatura od demokracji. W demokracji lud sprawuje władzę poprzez swoich przedstawicieli, czyli posłów, a oni w sprawach „pandemii” nie mają głosu. Ja oczywiście wiem, że demokracja była fikcją, ale przynajmniej zachowywano jakieś pozory. A teraz idą na całość. Jeśli jakoś można się bronić, to chyba tylko przez uświadamianie tych, którzy wierzą w to, że rząd działa dla ich dobra, podczas gdy jest dokładnie odwrotnie. On chce ich zabijać, może na raty, ale zabijać. Im więcej ludzi nie zaszczepi się, tym większa szansa, że globaliści będą musieli ustąpić.

Wielu ludzi zatraciło zdolność samodzielnego myślenia i co się z tym wiąże, zdolność do zadawania pytań. Wszystko to jest efektem istnienia wadliwego systemu edukacji, ale on ma takim być – nastawionym na bezrefleksyjne przyjmowanie masy informacji, z których nic nie wynika. Myślenie ma być wyłączone. Rozkazy i polecenia przychodzą z góry. Filozof Leibnitz, wybitny różokrzyżowiec, mawiał: „Dajcie mi na przeciąg wieku wychowanie publiczne, a zmienię świat”. Ci, którzy planowali nowy ład, dobrze wiedzieli, że jednym z warunków, umożliwiających zrealizowanie ich celów, będzie reforma systemu edukacji, a właściwie jego rozkład, polegający na pozbawianiu ludzi możliwości samodzielnego myślenia i wyciągania wniosków z otaczającej ich rzeczywistości.

Parę tygodni temu usłyszałem w końcowym fragmencie audycji radiowej wypowiedź prowadzącej na temat błędów ortograficznych. Ponieważ to była końcówka, to nie wiem, czy cały program był temu poświęcony, czy nie. Może rozmawiano też o pisaniu ręcznym, a może o zachęcaniu do pisania piórem wiecznym, bo powiedziała ona, że błąd ortograficzny w wyrazie napisanym piórem jest bardziej szlachetny. Przyznam, że mnie zatkało. Jak można mówić takie bzdury. Błąd to błąd. Nie ma znaczenia czy piszemy ołówkiem, długopisem czy piórem wiecznym. Jeśli jednak pisanie piórem wiecznym popularyzują różni celebryci, ludzie na eksponowanych stanowiskach, to wiele osób ulega presji i nawet boi się zapytać, a niby to dlaczego pisanie piórem wiecznym miałoby być takie nobilitujące. I dlaczego pióro miałoby być lepsze od innych instrumentów piśmiennych. Inna sprawa, że, pisząc na klawiaturze, zdarzają mi się błędy, nawet ortograficzne, których nie popełniłbym, pisząc ręcznie. Nie znaczy to oczywiście, że nie zaliczyłbym ich, pisząc ręcznie takie zdanie: “Dżdżystym rankiem, dwie gżegżółki, najadłszy się miąższu dżdżownic, rzygały do brytfanny.” A te gżegżółki, to kukułki. Słownik języka polskiego podaje, że „kukułka” jest nazwą gwarową.

Współczesna technika – internet, telefonia komórkowa, telewizja – wykorzystywana jest do całkowitego podporządkowania jednostki. Wszędzie pojawiają się „eksperci”, którzy zapewniają, że szczepionka jest bezpieczna i że nie ma innej metody wyjścia z pandemii, której nie ma. Ludzie noszą maski, nawet tam, gdzie nie muszą np. w parku. Chyba nie zdają sobie sprawy z tego, że tu nie chodzi o żadne bezpieczeństwo, tylko o zakodowanie im pewnego odruchu: wychodzę z domu, zakładam maskę.

„W Izraelu 10% populacji otrzymało pierwszą dawkę szczepionki na koronawirusa. Jest to wskaźnik, który znacznie przewyższył resztę świata. Dla tych, którzy zastanawiają się, w jaki sposób Izrael był w stanie zorganizować tak szybką i agresywną kampanię szczepień, the Times of Israel wyjaśnia, że wysoce zdigitalizowany, społeczny system opieki zdrowotnej – wszyscy obywatele, zgodnie z prawem, muszą zarejestrować się w jednym z czterech krajowych ośrodków ds. zdrowia – i ich organ nadzorczy, doskonale współpracowały ze sobą i sprawnie przeprowadziły krajową kampanię szczepień.” – Tak pisze portal Zerohedge. Ta szczepionka to Pfizer/BioNtech.

Tak więc koszmar męczący niejednego człowieka, że któregoś dnia będzie można rządzić narodami przy użyciu technicznych środków, doczekał się realizacji w formie, której Speer nie mógłby sobie wyobrazić. W tej chwili mamy do czynienia z totalnym zniewoleniem jednostki. Współczesny rozwój techniki, biotechnologii, farmakologii służy tylko jednemu celowi – całkowitemu podporządkowaniu człowieka jakimś tajemnym siłom, choć nietrudno domyśleć się, jakim siłom. Najpierw, poprzez wojny i rewolucje, zniszczono narody, później, poprzez edukację, odebrano ludziom zdolność samodzielnego myślenia, a teraz, wykorzystując najnowsze technologie, dezintegruje się jakiekolwiek społeczności. Dąży się do tego, by ludzie przestali się kontaktować ze sobą bezpośrednio. Pośrednio mogą, np. poprzez Facebook, ale tam będą cenzurowani. Na wiosnę zeszłego roku założyłem konto na Facebooku, bo chciałem skontaktować się z osobą, z którą tylko tak można było skontaktować się. W czwartek wypełniłem formularz, a w sobotę przyszła informacja, że moje konto zostało zablokowane. Nie mam najmniejszych wątpliwości, że ci, którzy weryfikowali moje dane, trafili na ten blog i tak przekonałem się na własnej skórze, że Facebook to Pejsbook. Jakoś dziwnie, ale byłem zadowolony, że tak to się skończyło.

Wszystko co dotyczy tej „pandemii”, to jedno wielkie kłamstwo. Normalnemu człowiekowi nie mieści się to w głowie, że można tak kłamać. Można! Wysłuchałem orędzia noworocznego prezydenta. Nie było w nim słowa prawdy. Jeśli ktoś mówi, że uratował miliony miejsc pracy, podczas gdy, prawdopodobnie, setki tysięcy miejsc pracy uległo likwidacji, to kłamie w żywe oczy. Jeśli mówi, że współczuje tym, którzy stracili bliskich z powodu koronawirusa, to kłamie, bo oni zmarli z powodu innych schorzeń czy chorób. Co roku umierają ludzie z powodu grypy, ale to są ci najstarsi i schorowani. Nie współczuje on natomiast tym, którzy stracili bliskich z powodu braku dostępu do leczenia. Same kłamstwa. Codziennie atakują nas nimi z internetu, telewizji, telefonów komórkowych.

Dyktatura może być groźniejsza niż wielu się wydaje, bo ona może dzielić społeczeństwa na wrogie sobie strony. Za Hitlera było tak, że nazistowskie bojówki rozbijały wiece innych partii, zastraszały ludność. Obecnie może być podobnie. Przypadek z Gorzowa Wielkopolskiego zdaje się to potwierdzać. Powstał konflikt pomiędzy tymi z personelu medycznego, którzy wpisali się na listę szczepień a tymi, którzy tego nie zrobili. Ci pierwsi uznali, że ci drudzy zachowali się nieodpowiedzialnie, bo będą stanowić zagrożenie dla nich i dla pacjentów. Wszystko wskazuje, że tego typu konflikty będą narastać w miarę, jak coraz więcej osób zostanie zaszczepionych. Nie wiem, czy groźniejsi od władzy nie okażą się ci zaszczepieni. Wszak stara zasada „dziel i rządź” jest chyba najbardziej skuteczną metodą podporządkowania sobie społeczeństwa.

Ci ludzie chyba zupełnie nie zdają sobie sprawy z tego, o co toczy się ta walka. Dokonuje się Wielki Reset:

»Podczas gdy każdy aspekt Wielkiego Resetowania wiąże się z technologią, Wielki Reset w szczególności pociąga za sobą „czwartą rewolucję przemysłową” lub transhumanizm, który obejmuje ekspansję genomiki, nanotechnologii i robotyki oraz ich przenikanie do ludzkich ciał i mózgów. Oczywiście czwarta rewolucja przemysłowa wiąże się z likwidacją ludzkiej pracy w wielu sektorach, która ma zostać zastąpiona automatyzacją. Co więcej, Schwab chwali użycie nanotechnologii i skanów mózgu do przewidywania i wyprzedzania ludzkich zachowań.

Wielki Reset oznacza wydawanie paszportów medycznych, które wkrótce zostaną zdigitalizowane, a także przejrzystość dokumentacji medycznej, w tym historii medycznej, składu genetycznego i stanów chorobowych. Ale mogłoby to obejmować wszczepienie mikroczipów, które odczytywałyby i informowały o składzie genetycznym i stanach mózgu w taki sposób, że „przekroczenie granicy państwowej może pewnego dnia wymagać szczegółowego skanowania mózgu w celu oceny potencjalnego zagrożenia, które może stwarzać dana osoba”.

Na froncie genomicznym Wielki Reset obejmuje postęp w inżynierii genetycznej oraz połączenie genetyki, nanotechnologii i robotyki.« Więcej tu: https://www.zerohedge.com/geopolitical/great-reset-part-i-reduced-expectations-and-bio-techno-feudalism.

Oby nie było tak, że to ludzie ludziom zgotowali ten los. To dopiero początek. W dniu 3 stycznia mamy około 50 tys. zaszczepionych. Proces totalnego zniewolenia jednostki rozpoczął się. Właściwie to, co obserwujemy, to nie dyktatura. Czy to tyrania? Chyba brakuje nam słowa na opisanie tego zjawiska. Niektórzy nazywają to bio-techno-feudalizmem.

Powstanie

Wprawdzie już się kończy, ale nadal jest to 27 grudnia. Ja nie zapomniałem. Wszedłem na stronę Interii, Onet, WP i nie znalazłem tam nawet wzmianki o Powstaniu Wielkopolskim. Doszedłem do wniosku, że szukanie na innych portalach nie ma sensu, więc wszedłem na stronę Głosu Wielkopolskiego i tam znalazłem taką informację:

„Punktualnie o godz. 16.40 rozpoczęły się obchody 102. rocznicy wybuchu Powstania Wielkopolskiego w Poznaniu. Przed iluminowanym na czerwono pomnikiem i stojącymi obok monumentu sylwetkami powstańców Wielkopolanie już wcześniej zapalali znicze i składali kwiaty. Teraz wartę honorową objęli harcerze, skauci i żołnierze.

Świętujemy rocznicę wybuchu powstania godnie, ale bezpiecznie

Z powodu konieczności zachowania prewencji antywirusowej składamy kwiaty i wieńce bez pełnego ceremoniału, bez zapraszania gości, odczytywania listów, ale mimo to z pełnym szacunkiem dla naszych bohaterów – mówił gospodarz uroczystości, marszałek Marek Woźniak. – Wspólnie z Towarzystwem Pamięci Powstania Wielkopolskiego apelowaliśmy, by to było wspólne, ale bezpieczne świętowanie, stąd można oglądać tę uroczystość także za pośrednictwem internetu, na stronie 27grudnia.pl. Świętujmy godnie, z flagą, hymnem, ale też z zasadami bezpieczeństwa. Każda forma świętowania jest ważna, także taka do której namawiamy, przy wykorzystaniu własnej inicjatywy i dobrego pomysłu. Dlatego cieszę się, że otrzymujemy zdjęcia, kartki, filmy upamiętniające szacunek Wielkopolan dla wysiłku i poświęcenia powstańców. Niech pamięć Powstania Wielkopolskiego trwa wiecznie – chwała zwycięzcom! – mówił marszałek Woźniak.

Zobacz też: Kibice Lecha Poznań uczcili 102. rocznicę wybuchu Powstania Wielkopolskiego. Urządzili efektowne racowisko

Przypomniał też, że powstańcy nie tylko zdobyli i utrzymali dla Polski zachodnie rubieże, ale także, że już jako żołnierze regularnych oddziałów wielkopolskich wzięli udział w wojnie polsko-bolszewickiej.

Potrzeba patriotyzmu

To byli żołnierze świetnie wyszkoleni, wyposażeni, uzbrojeni i zaopatrzeni przez Wielkopolskę – mówił marszałek. – To był patriotyzm tamtych czasów. Dziś też potrzebujemy takiego wielkopolskiego patriotyzmu, przejawiającego się w dobrym planowaniu, unikaniu prowizorki, rzetelnej pracy.

W czasie uroczystości wieńce złożyli przedstawiciele władz samorządowych, władz miasta i województwa, przedstawiciele garnizonu poznańskiego, kwiaty przynosili też poznaniacy, niejednokrotnie, noszący na kurtkach biało – czerwone wielkopolskie kokardy i trzymający flagi z wielkopolskim orłem. Wicewojewoda Aneta Niestrawska i wicewojewoda Maciej Bieniek złożyli też kwiaty w imieniu premiera.”

Czasem mam wrażenie, że jeśli coś z tego kraju zostanie, to chyba tylko Wielkopolska. Skoro w reszcie kraju nie pamięta się o najbardziej skutecznym polskim powstaniu, to chyba to już nie jest Polska.

13 grudnia

O 13-tym grudnia 1981 roku napisano i powiedziano już chyba wszystko. Nie zmienia to jednak faktu, że nadal wzbudza on kontrowersje i jest przedmiotem zażartych sporów. Czy Jaruzelski powinien był wprowadzić stan wojenny i wyprowadzić wojsko na ulice? Czy wojska Związku Radzieckiego, Czechosłowacji i NRD, stojące na polskich granicach, weszłyby, gdyby Jaruzelski nie interweniował?

Prawdy nie dojdziemy w oparciu o dostępne dokumenty, ale może możemy ją wydedukować, odwołując się do historii. Jedynym kluczem do zrozumienia żydostwa jest znajomość jego historii. Religia żydowska, to religia historyczna i polityczna. W przekroju teraźniejszości żydostwo dla każdego stanowić musi zagadkę niezgłębioną, coś nienaturalnego, po prostu niesamowitego. W świetle historii rozjaśniają się mroki tajemnicy. Tak pisał Henryk Rolicki w książce „Zmierzch Izraela”. Może więc, chcąc zgłębić tajemnice tamtego czasu, również wypada odwołać się do historii, nie tej żydowskiej, ale powszechnej, choć nie mogę oprzeć się wrażeniu, że w tej powszechnej jest dużo żydowskiej, a może nawet większość.

Od r. 1841 intensywność akcji spiskowej w kraju stale wzrastała. Emisariusze z emigracji rozszerzyli sieć konspiracyjną na całą Polskę, agitując wśród szlachty, którą zyskiwano sobie hasłami walki orężnej z najeźdźcą. Przygotowane w ten sposób powstanie miało być skierowane przede wszystkim przeciwko caratowi moskiewskiemu. Dowodem tego jest manifest Rządu Tymczasowego w Królestwie Kongresowym, z datą 22 lutego 1846 r., który ogłaszał, że „walka rozpoczęta w Poznańskim, nie była skierowana przeciwko narodowi niemieckiemu, lecz przeciwko moskiewskiemu barbarzyńcy” (Limanowski, „Historia Demokracji Polskiej w epoce porozbiorowej”). Nie darmo bowiem na obchodzie listopadowym, urządzonym w 1848 r. w Paryżu przez Centralizację Tow. Dem. Pol., mówcy zaznaczali wyraźnie, że „Polsce przeznaczona jest misja zrewolucjonizowania Rosji” (Kucharzewski, „Od Białego Caratu do Czerwonego”). – tak pisał Stanisław Didier w pracy Rola neofitów w dziejach Polski.

Nie popełnimy dużego błędu, jeśli stwierdzimy, że wszystkie „polskie” powstania były skierowane przeciwko Rosji. Oczywiście nie dotyczy to powstania wielkopolskiego i powstań śląskich. I nie popełnimy dużego błędu, jeśli stwierdzimy, że „Solidarność”, to też było powstanie skierowane przeciwko Rosji, nazywającej się tymczasowo Związkiem Radzieckim. Ale jak wywołać takie powstanie? Zaczęło się od wielkiej pożyczki, która została przeznaczona na rozwój przemysłu. Ten przemysł zaczął produkować towary, które trzeba było sprzedać. Sprzedaż w ramach RWPG nie rozwiązywała problemu, bo to nie była sprzedaż za dewizy, czyli waluty krajów zachodnich. Sprzedaż na Zachód też nie rozwiązywała tego problemu, bo tam produkty polskiego przemysłu miały zamknięty rynek. W tzw. Trzecim Świecie mogły się sprzedawać, ale po cenach dumpingowych. W efekcie doszło do kryzysu, bo inwestycje nie przynosiły odpowiedniej ilości dewiz, umożliwiających spłatę rat kredytu. Jedyne co się sprzedawało na Zachodzie to węgiel i żywność i jej zaczęło brakować na rynku krajowym. A jak nie było co jeść, to robotnicy byli źli. Zaczęły się strajki i żądania podwyżki płac, bo ceny żywności rosły. W końcu groziło to tym, że cały kraj zastrajkuje. To tak w dużym skrócie i uproszczeniu, bo chodziło mi o pokazanie mechanizmu.

Mamy więc schemat: pożyczka – rozwój przemysłu – załamanie się gospodarki – strajki – stan wojenny. Ten, kto pożyczał pieniądze dobrze wiedział, dobrze znał ten scenariusz, bo sam go układał. Nie pierwszy raz w historii. Ten sam wywoływał strajki i ten sam kazał Jaruzelskiemu wprowadzić stan wojenny. Wobec rozwoju takiego scenariusza Zachód wprowadził sankcje, a Reagan zamęczył Związek Radziecki wyścigiem zbrojeń. Polska stanowiła narzędzie do wywołania w nim kryzysu i w końcu doprowadziło to do jego upadku. Dokonał się pewien proces dialektyczny, rozwój poprzez sprzeczności: teza, antyteza, synteza. Z tego konfliktu zrodziła się nowa rzeczywistość – synteza. Ostatecznie cała Europa Środkowa przeszła spod kurateli radzieckiej pod amerykańską i zamiast wojsk radzieckich mamy wojska amerykańskie.

Czy Jaruzelski powinien był wprowadzić stan wojenny? Nie miał wyjścia, był tylko marionetką. W 1985 roku spotkał się w Nowym Jorku z Dawidem Rockefellerem i sprzedał Polskę Żydom w zamian za ochronę dla siebie i swoich towarzyszy. Zresztą nie miał nic do gadania. Ochronę dostał za wierną służbę.

Pozostaje jeszcze jedno pytanie: Czy wojska Układu Warszawskiego weszłyby do Polski? Tu znowu wypada odwołać się do historii, w tym wypadku najnowszej, do października 1956 roku. Maria Dąbrowska pisze w swoim Dzienniku w dniu 22 X 1956 roku:

Wracam do dnia dzisiejszego. Anna poszła do pani Milskiej i Markowskiej. Tam dowiedziała się, skąd partja nabrała takiej śmiałości w stosunku do Rosji. Otóż Ochab wrócił tylko co z Chin i przywiózł wiadomość, że Chiny popierają Polskę. Same wzięły i wyprawiły wszystkich doradców sowieckich do granicy, suto ich obdarowawszy i za wszystkie „usługi” podziękowawszy. Poparcie znajdujemy też oprócz Węgier w Bułgarii, Jugosławii, Rumunii. Natomiast Czechy ani drgną, a nawet wyniośle patrzą na nasze „szaleństwo”. A jakie to by miało znaczenie, żeby teraz za nami stanęły!

Dnia 14 XI 1956 roku pisze:

Z wczorajszej rozmowy z Bartelskim i dzisiejszej z Kottem dowiadujemy się coraz nowych szczegółów o owej nocy z 18 na 19 października. Więc, „że rozmowa toczyła się wśród ciągłych telefonów o wyruszeniu wojsk rosyjskich z baz i maszerowaniu ich na Warszawę. Gomułka i Ochab przerywali wtedy jakoby rozmowę, że w tych warunkach nie może ona się toczyć. Kiedy po trzeciej takiej wiadomości doszło do tego, że nasi uznali rozmowy za zerwane, Moskale zaczęli telefonować do swoich generałów i wreszcie oznajmili, że wojska zaczynają się wycofywać. Dopiero wtedy podjęto dalszą rozmowę”. Podobno żołnierze KBW, którzy otaczali Belweder (bo według tej wersji rozmowa toczyła się w Belwederze) poprzysięgli sobie, że w razie jakiejkolwiek prowokacji ze strony wojsk rosyjskich „goście” nie wyjdą żywi z Belwederu, cokolwiek miałoby się potem stać.

Według innej wersji, gdy Gomułka i Ochab oznajmili, ze nie mogą rozmawiać wobec wiadomości o posuwaniu się wojsk rosyjskich ku Warszawie, Chruszczow, czy ktoś inny z owych przyjezdnych miał oświadczyć, że to są zdawna przygotowane manewry, na co Gomułka miał powiedzieć: „Nie mam żadnej podstawy nie wierzyć waszym twierdzeniom, że to są manewry. Ale naród polski twierdzi, że wojska posuwają się ku Warszawie. A dla mnie prawdą jest to, co mówi naród polski”. Rosjanie przybyli z 75 enkawudzistami, którzy otoczyli Belweder, a na to generał Komar otoczył owych enkawudzistów 100 żołnierzami KBW, tymi gotowymi na wszystko. Z tych wszystkich relacyj wychodzi coś niby „Noc Listopadowa” Wyspiańskiego. Może i była to trochę jakby antyczna tragedia.

Z tego cytatu, nie wdając się w rozważania o październiku 1956 roku, jedna informacja jest ważna, a mianowicie to, że wojska radzieckie wyszły z baz i ruszyły na Warszawę. W grudniu 1981 roku wojska radzieckie nadal były w tych bazach. Na tzw. Ziemiach Odzyskanych pełno ich było. One były przeznaczone do odparcia pierwszego ataku wojsk NATO, a więc były to siły poważne, które zapewne zostałyby użyte, gdyby Rosjanie uznali to za zasadne. W zupełności wystarczyłyby do spacyfikowania „Solidarności”. Jeśli więc na polskich granicach pojawiły się wojska radzieckie, niemieckie i czeskie, to tylko po to, by uwiarygodnić Jaruzelskiego, którego podobno trawiły iście hamletowskie dylematy: Wejdą, nie wejdą? To był blef. Zresztą wtedy wszyscy w Polsce zadawali sobie to pytanie, łącznie z piszącym te słowa.

Przeprowadzenie tak skomplikowanej organizacyjnie i logistycznie operacji, jaką był stan wojenny, wymagało wielu miesięcy przygotowań. Po jego wprowadzeniu od razu pojawili się we wszystkich zakładach i instytucjach komisarze wojskowi. Już nawet samo to wiązało się z wcześniejszym wytypowaniem konkretnych wojskowych do konkretnych zakładów i instytucji, a przecież na tym się nie kończyło. Skoro więc coś takiego zostało wcześniej przygotowane, to oznaczało to, że coś takiego zamierzano zrobić. Przygotowano scenę, dobrano aktorów i przypisano im role: Świat jest teatrem, aktorami ludzie, którzy kolejno wchodzą i znikają. Jak dla mnie, Szekspir jest największym poetą wszech czasów.

I na koniec, tak trochę inaczej o stanie wojennym. Po jego wprowadzeniu wszyscy dziennikarze telewizyjni występowali w mundurach. Tomasz Hopfer, dziennikarz sportowy, odmówił i został wyrzucony z telewizji. Był już wtedy ciężko chory. Krótko pracował jako galwanizer. Zmarł 10 grudnia 1982 roku na wirusowe zapalenie płuc. Tak pisze Wikipedia. Dziś pewnie napisaliby, że miał koronawirusa. Pewien Polak z Niemiec Zachodnich chciał mu wysłać lek, który prawdopodobnie uratowałby mu życie, ale władze PRL-u nie wyraziły zgody na lądowanie samolotu.

Był jednym z najlepszych polskich dziennikarzy sportowych. Miał jednak coś, czego zazdrościli mu pozostali dziennikarze. W tamtych czasach, w latach 70-tych, dziennikarze telewizyjni, czy to sportowi czy pozostali, czytali informacje z kartek. Nie było takich urządzeń jak obecnie, że mają przed oczami jakieś monitory i z nich czytają. Hopfer nie miał kartek. W tych swoich wystąpieniach – 5-, 10-minutowych – recytował, bez zająknięcia, z pamięci nazwiska, wyniki itp. Pamiętam, że patrzył prosto w kamerę, cały czas, bez zerkania na boki czy w dół. Któregoś razu pozostali dziennikarze zmusili go, by czytał z kartki. I przeczytał. Po zejściu z wizji pokazał im ją. Była czysta.

Pandemia

Dzisiaj, tj. 1 grudnia, znalazłem na Interii ciekawy komentarz pod informacją: Siłownie otwarte. Dlaczego? Nie został on zamieszczony bezpośrednio pod tekstem, tylko pod jednym z komentarzy. Jego autor, podpisujący się ~edi, zapytany przez kogoś o prawa autorskie i możliwość kopiowania, odpisał: nie zastrzeżone…brać i oświetlać ciemności.. Jest to doskonała i spójna analiza obecnej rzeczywistości. Pomyślałem więc sobie, że warto ją zachować na dłużej. Tam na Interii powisi jeszcze jakiś czas i zniknie razem tą informacją. Wisiała do późnych godzin popołudniowych. A skoro autor wyraził zgodę na jej rozpowszechnianie, to czynię to chętnie, bo warto. Na Interii cały tekst został podzielony na 7 komentarzy i pisany jednym ciągiem, bo inaczej się nie da. Ja rozbiłem tekst na parę paragrafów, żeby był bardziej czytelny. Śródtytuły są autorskie. Całość poniżej.

Ostatnimi czasy zastanawiałem się nad tym, jak to możliwe, że w ciągu zaledwie dziesięciu miesięcy Ziemia przeistoczyła się w ogólnoświatowe więzienie, w koszmar, z którego nieprędko się wybudzimy, o ile w ogóle jeszcze kiedyś to nastąpi. Co takiego sprawiło, że mniemana pandemia słabo zbadanej choroby zakaźnej, praktycznie niewidocznej w ujęciu umieralności ogólnej, zdemolowała rzeczywistość i przemieliła wszystko na miazgę? Jakie czynniki ukonstytuowały ten proces? Spróbujmy odpowiedzieć na to pytanie. O kondycji, funkcjonowaniu i wyglądzie współczesnego świata decyduje pięć ośrodków realnej władzy:

  • międzynarodowy system finansowy
  • rządy państw
  • media
  • koncerny farmaceutyczne
  • koncerny technologiczne.

Ośrodków wpływu i kontroli jest oczywiście znacznie więcej, jednak w tej chwili interesuje nas wyłącznie te pięć najważniejszych. Co je łączy, jak działają, na czym bazują? Generalnie nasz pech polega na tym, że wszystkim tym organom pandemia jest bardzo na rękę. Pokochały ją miłością bezwarunkową i każdego ranka dziękują Bogu (lub szatanowi) za tak cudowny prezent.

SYSTEM FINANSOWY

Skąd biorą się pieniądze? Właściwa odpowiedź brzmi – pieniądze biorą się z drukarki. Choć brzmi to nieco śmiesznie, zapewniam, że tak właśnie jest – drukuje się je jak gazety i kolorowe pisma dla kobiet. Dawniej pieniądze miały swoje odzwierciedlenie w postaci złota, srebra i platyny. Dziś ponad połowa z nich jest tylko świstkiem papieru bez żadnego pokrycia. Banki centralne przygotowują się właśnie do wprowadzania waluty w pełni cyfrowej, co uczyni światową ekonomię jeszcze bardziej wirtualną niż obecnie. Wyczarowane przez bank centralny pieniądze lecą na rynek, za które później kupujesz sobie nową bluzkę, telewizor albo bułki w supermarkecie. Problem polega na tym, że każdy dolar, każde euro i każda złotówka wyjeżdżające z bankowej drukarki mają wpisany w siebie dług. Rząd otrzymuje środki na bieżące wydatki, ale musi zwrócić je z nawiązką. Właśnie dlatego niemal wszystkie państwa na świecie są zadłużone – ich wzrost gospodarczy nie nadąża ze spłatą odsetek. Dług państwa przekłada się na jego instytucje – służbę zdrowia, wojsko, policję, straż pożarną i wiele innych. Zadłużone są całe województwa, miasta i powiaty. Zadłużone są przychodnie lekarskie, służby komunalne i urzędy. Zadłużone są kluby sportowe, kina, teatry. Na końcu tego łańcucha znajdujesz się Ty – zwykły obywatel. Ty również jesteś zadłużony, ponieważ bez zaciągnięcia pożyczki w banku nie jesteś w stanie rozkręcić interesu, kupić działki pod zabudowę czy mieszkania. Musisz wziąć kredyt, bo zarabiasz za mało. A zarabiasz mało, bo trzy czwarte twoich dochodów zabiera rząd. On z kolei musi regularnie cię okradać, by spłacać kredyt zaciągnięty w banku centralnym. I tak się to kręci – żyjemy w systemie opartym na finansowym niewolnictwie, z którego, przynajmniej na razie, nie ma wyjścia. – Ale jak to? Czy Polska nie jest tu wyjątkiem? Przecież NBP jest naszym bankiem narodowym i należy do Skarbu Państwa, czyli do obywateli – Niestety nie jest to prawda, choć mit ten pokutuje w polskim narodzie od pokoleń. Narodowy Bank Polski jest podmiotem prywatnym dokładnie tak samo jak każdy bank centralny. Haczyk tkwi w niezwykle mętnych zapisach statutowych pozwalających mu przyodziewać się w państwowe piórka. W każdym razie udziały NBP należą w zdecydowanej większości do prywaciarzy, a Państwo Polskie jest tylko jednym ze współudziałowców (w okolicach 30% własności). Odsetki (koszt obsługi długu), które zarabia NBP nie trafiają z powrotem do Skarbu Państwa. Oczywiście w szkołach tego nie uczą, bo gdyby tak było, kryminaliści na Wiejskiej już dawno siedzieliby w więzieniu. Kto zatem tworzy ten chory system, kto tu pociąga za sznurki? Otóż znajdziesz w tym kasynie wielu rozgrywających, ale liczą się wyłącznie takie podmioty jak Bank Światowy, banki centralne, Fed (System Rezerwy Federalnej), IMF (Międzynarodowy Fundusz Walutowy) oraz szwajcarski BIS (Bank Rozrachunków Międzynarodowych), czyli bank banków. Całkowicie zależny od finansjery z Wall Street Bank Światowy to taka filantropijna fasada mafijnej posiadłości, marketing w najczystszym wydaniu. Banki centralne i Fed to drukarnie, z tym że zadaniem Fed-u jest dodatkowo patrzeć pozostałym drukarniom na ręce. Międzynarodowy Fundusz Walutowy to Consigliere ojca chrzestnego, posłaniec przychodzący z propozycją nie do odrzucenia. Bank Rozrachunków Międzynarodowych natomiast to głowa węża, centrum zarządzania. To ojciec chrzestny, księgowa i gość od brudnej roboty w jednym. Jego zadaniem jest planowanie “strategii rozwojowych”, wyprowadzanie pieniędzy do rajów podatkowych, przykrywanie machlojek i wyduszanie haraczy od spóźnialskich. W telegraficznym skrócie tak to mniej więcej wygląda. Banki centralne i współpracujące z nimi podmioty pokochały pandemię, bo uwielbiają każdą sytuację doprowadzającą pożyczkobiorców do uzależnienia. Kryzys gospodarczy zawsze powoduje inflację, bezrobocie i dziurę budżetową. Na wzroście inflacji korzystają właśnie banki centralne, gdyż wraz ze spadkiem siły nabywczej pieniądza coraz mniej rzeczy można za nie kupić. Kolejne potrzeby obywateli nie są już zaspokajane, co zmusza ich do zaciągania nowych kredytów. Zadłużać się musi także rząd, żeby ratować upadającą gospodarkę i spinać rosnące wydatki socjalne. Ogólnoświatowy kryzys ekonomiczny w takiej skali jak obecnie doprowadzi do renegocjowania umów handlowych między bankrutującymi państwami a Międzynarodowym Funduszem Walutowym. Można to porównać do sytuacji ćpuna, który po utracie źródła dochodu jest gotowy całkowicie się upodlić, byle tylko zaspokoić głód narkotykowy. Diler da mu towar choćby za darmo, a nawet długi umorzy, ale pod warunkiem całkowitego oddania i wiecznej posługi. I czegoś takiego z pewnością właśnie teraz jesteśmy świadkami.

RZĄDY PAŃSTW

Będące obecnie u władzy rządy nie są w tak komfortowej sytuacji jak banki centralne, ale zdążyły już umościć sobie posłanko w tym gnijącym pudle. W czasie każdej wojny, kryzysu czy kataklizmu następuje bowiem tzw. parcie pod ratusz, czyli zjawisko społeczne objawiające się znacznie większym niż normalnie zaufaniem dla władzy. Zdezorientowani i sparaliżowani strachem obywatele przymykają oko na dotychczasowe grzeszki rządzących w zamian za odzyskanie choćby odrobiny spokoju i poczucia bezpieczeństwa. Polacy nie są tu wyjątkiem. Powiedzmy sobie szczerze, PiS-owi ten wirus spadł jak manna z nieba. Po serii wpadek w postaci nagród dla ministrów, afery Banasia, miliardów dla TVP czy nagrań Morawieckiego u “Sowy” poparcie dla rządu topniało jak lód na pustyni – w niektórych sondażach PiS zrównywał się z PO. Od czasu kryzysu wszystko wróciło do “normy” i liczy się już tylko koronawirus. Na chorą sytuację ciężko pracują także systemowe “rozwiązania” opieki zdrowotnej. Jakie pieniądze tkwią w biznesie covidowym, chyba nikomu dziś już tłumaczyć nie trzeba. Szpitale będą starały się utrzymać koronawirusowe mechanizmy tak długo, jak tylko to możliwe. Sto procent podwyżki dla wszystkich pracowników “na froncie walki z wirusem” to jawna kpina i splunięcie w twarz wszystkim pozostałym ludziom budżetówki. Właśnie tak cementuje się patologie, a opozycja, niby taka antyrządowa, tylko temu przyklaskuje. Nikt tak bardzo nie potrzebuje covidu jak PiS, który będzie jechał na tym wózku do samych wyborów. Rządzący krajem psychopaci wycisną z pandemii ostatnie soki. Nie mają zresztą innego wyboru. Po pierwsze dlatego, że wykonują polecenia z góry (co widać już nadto wyraźnie), a po drugie dlatego, że pandemia jest ostatnią rzeczą, jaka im została. Kraj się rozpada, więc wszystko teraz jest uzasadnione. Będą pompować ten balon do granic absurdu i śmieszności, będą stawiać kolejne “szpitale polowe” i “punkty ratunkowe”, będą kupować szczepionki, nowelizować prawo i nakręcać atmosferę strachu, bo tylko to im pozostało. Nie wolno im się już teraz zatrzymać, nie wolno im się z tego wycofać. To jest bilet w jedną stronę – PiS jest na pandemię koronawirusa po prostu skazany. W podobnej sytuacji znajdują się rządy wszystkich państw, które dały się wciągnąć w pandemiczne bagno. Politycy dali się omamić, wpadli w pułapkę bez wyjścia. Nastąpił efekt domina – kolejne kraje kopiowały od siebie rozwiązania, kierując się fałszywymi danymi WHO i odrażającą manipulacją medialną. Było jednak widać bardzo wyraźnie, że one wszystkie wykonują czyjeś polecenia i że leci to z samej góry. Jest czymś absolutnie nienormalnym, by w tak krótkim czasie podejmować tak drastyczne decyzje niemal bez jakiejkolwiek analizy. Teraz nie mogą już zawrócić z obranej ścieżki, gdyż oznaczałoby to przyznanie się do błędu. Pandemia jest ich zgubą i kołem ratunkowym jednocześnie.

MAINSTREAMOWE MEDIA

Jako osoba, która miała nieprzyjemność współpracować z kilkoma niemałymi redakcjami, mogę powiedzieć jedno – oni teraz mają żniwa. Wszyscy dobrze wiemy, że współczesne stacje telewizyjne i portale “informacyjne” żywią się przede wszystkim strachem i skandalami. Jeśli napiszesz dwa newsy – jeden z rzetelną informacją medyczną, a drugi na temat smogu, zagrożenia biologicznego albo zamachu na Bliskim Wschodzie, możesz być pewien, że ten drugi sprzeda się kilka-kilkanaście razy lepiej. Dla mediów głównego nurtu nie ma nic lepszego niż wypadek, wojna, pożar, trzęsienie ziemi, epidemia i terroryzm. Lepiej od strachu sprzedają się wyłącznie skandale obyczajowe (najlepiej z podtekstem seksualnym). Ludzie to kochają, takie rzeczy się klikają jak szalone. Natomiast samo już tworzenie treści sprowadza się zazwyczaj do zabawy w kopiuj-wklej z amerykańskich portali lub materiałów agencji prasowej, z którą dany wydawca ma podpisany kontrakt. A jako że agencje należą do koncernów medialnych i grup kapitałowych, nie może być mowy o niezależności i obiektywizmie. Jeśli, na przykład, trafisz do redakcji, która zrzyna od Reutersa, AP czy Bloomberga, zapomnij o jakiejkolwiek negatywnej informacji na temat ONZ, WHO, Amnesty International, Greenpeace’u, Fundacji Rockefellera, Black Lives Matter, Antify czy Grety Thunberg. Towarzystwo wzajemnej adoracji nie robi sobie krzywdy. W czasach liceum moim idolem był świętej pamięci Waldemar Milewicz – jeden z najznamienitszych reporterów w historii polskiego dziennikarstwa. Wówczas zawód dziennikarza jawił się jak misja, powołanie. Milewicz potwierdził to swoim losem, oddając życie na reporterskiej służbie. Dziś pewnie przewraca się w grobie, patrząc na całkowity upadek mediów, na ich skarłowacenie. Działalność medialna zrezygnowała z funkcji informacyjnej na rzecz instalowania określonej agendy według narzuconych odgórnie wytycznych. Tam, gdzie ludzie kierują się wyłącznie aspektami finansowymi i polityką, nie ma miejsca na rzetelną informację i bezkompromisowe dążenie do prawdy. W medialną działalność propagandową zaprzęgnięto również celebrytów, którzy utworzyli taki pododdział najemnych pikinierów. Z żarem w oczach i wypiekami na twarzy wciągają społeczeństwo w odmęty pandemicznej psychozy. Co rusz jakiś happening, wywiad, spektakl czy piosenka. Szacunek dla Edyty Górniak, że postawiła się tej kłamliwej hołocie. Dla mediów głównego ścieku i korona-celebrytów pandemia stała się po prostu maszynką do zarabiania. I tak samo jak rządzący, wycisną ją jak cytrynę. Nie ma znaczenia, że to, co robią, jest niemoralne. Nikt o zdrowych zmysłach nie przepuści takiej okazji do trzepania szmalu. W dalszym ciągu będziemy więc świadkami porażających statystyk, rozmów z “ekspertami”, rewelacji szczepionkowych, umierających manekinów, “powikłań covidowych” i odrażających zdjęć pod tezę.

BIG PHARMA

W 2015 roku zyski korporacji farmaceutycznych przekroczyły wpływy osiągane przez przemysł naftowy, co uczyniło zeń najbardziej dochodową branżę w historii. Przykładowo, roczny przychód firmy Johnson & Johnson jest niewiele mniejszy od budżetu Polski. Koncernów o takim potencjale jest kilkanaście. To tak, jakby istniały niewidzialne państwa bez własnej ziemi i ludności. Państwa, które nie mają na utrzymaniu milionów obywateli i których praktycznie nikt nie reguluje i nic nie ogranicza. Koronawirusy po raz pierwszy wyizolowano w latach 60. XX wieku. Naukowcy szybko zorientowali się, że organizmy te są bardzo plastyczne, tzn. silnie podatne na modyfikacje genetyczne. Stosunkowo niegroźne wirusy pochodzenia zwierzęcego dające się łatwo kształtować otwierają zupełnie nowe możliwości na polu budowania nieznanych wcześniej zagrożeń i związanych z tym kosztownych “operacji ratunkowych”. Pierwszy patent na nową odmianę koronawirusa spłynął do Urzędu Patentów i Znaków Towarowych USA w 1998 roku. Beneficjentem tego patentu był Uniwersytet w Utrechcie, co pokazuje, że w procederze tym brali udział wszyscy, także Europejczycy. Jeśli coś jest opatentowane, to znaczy, że powstało ręką człowieka, gdyż nie można opatentować naturalnego organizmu. W Stanach Zjednoczonych intensywne prace nad rozwojem koronawirusów chimerycznych toczyły się od 1999 roku na Uniwersytecie Karoliny Północnej w Chapell Hill. Kierownikiem zespołu badawczego został Ralph Baric, a projekt realizowano za przyzwoleniem i w ścisłej współpracy z CDC (Centrum Kontroli Chorób i Prewencji), czyli amerykańskim odpowiednikiem naszego sanepidu. W listopadzie 2002 roku w chińskiej prowincji Guangdong wybucha pierwsza epidemia koronawirusa o enigmatycznie brzmiącej nazwie SARS-CoV. Był to punkt zwrotny w historii świata. Zaledwie klika miesięcy później, latem 2003 roku, CDC patentuje nową odmianę koronawirusa z rodziny SARS. Mówiąc wprost, Amerykanie zaklepali sobie tego wirusa, zarezerwowali prawnie coś, co posiadało niewyobrażalny potencjał komercyjny. Patentem zostają objęte wirus, metoda jego wykrywania i metody leczenia. Kluczowa była tu metoda wykrywania, gdyż implikowała wszystkie ograniczenia i błędy nienadającej się do diagnozowania chorób zakaźnych technologii RT-PCR. Konsekwencje tej decyzji okażą się dla świata druzgocące. Doniesienia dziennikarzy śledczych wskazują, że koronawirusy z rodziny SARS powstawały przez kilkanaście lat w co najmniej trzech ośrodkach – we wspomnianym już Uniwersytecie Karoliny Północnej w Chapell Hill, w bazie wojskowej Fort Detrick w stanie Maryland oraz (od 2014 roku) w chińskim Instytucie Wirusologii Wuhan. Badania wspierające projekt przeprowadzano na Uniwersytecie Harvarda oraz na Uniwersytecie Emory w stanie Georgia. Przez cały ten czas projekt przebiegał w ścisłej współpracy z CDC oraz NIAID (Narodowy Instytut Alergii i Chorób Zakaźnych) pod kuratelą Anthony’ego Fauciego – szarą eminencją wirusologicznego zaplecza Stanów Zjednoczonych. Zarówno CDC jak i NIAID są finansowane między innymi przez GAVI – prywatne stowarzyszenie szczepionkowe założone w 2000 roku przez Fundację Billa i Melindy Gatesów. GAVI współpracuje z koncernami farmaceutycznymi, takimi jak Johnson & Johnson, Moderna, Curevac, Pfizer, Novavax i AstraZeneca. Działalność stowarzyszenia sponsorują Bank Światowy, Chińska Republika Ludowa, Światowe Forum Ekonomiczne i WHO. Sprawa zaczyna się układać w pewien logiczny ciąg. Choć brzmi to nieprawdopodobnie, w obecnej chwili bardzo wiele wskazuje na to, że za opracowaniem szczepionki na koronawirusa stoją dokładnie ci sami ludzie, którzy przez wiele lat zajmowali się budowaniem problemu. Przy okazji ciekawostka – 17 marca 2020 prestiżowy magazyn “Nature Medicine” opublikował artykuł silnie sugerujący naturalne pochodzenie wirusa SARS-CoV2. Czemu to zrobił i dlaczego zostało to później tak rozdmuchane? Nie wiem, ale się domyślam. Zaraz po publikacji tekstu media głównego ścieku dosłownie zalały internet artykułami “obalającymi teorię spiskową” o sztucznej naturze wirusa. Sam się wtedy dałem na to nabrać, co pokazuje, że nikt nie jest w pełni odporny na propagandę. Rewelacje z “Nature Medicine” wzięto za pewnik, nikomu nie chciało się choćby zerknąć na stanowisko innych naukowców. Zlekceważono nawet noblistę i współodkrywcę wirusa HIV – Luca Montagniera, który powiedział, że SARS-CoV2 to “profesjonalna robota eksperta biologii molekularnej, bardzo precyzyjna robota, sądząc po sekwencjach wirusa”. Nie miało to żadnego znaczenia – Wyborcza, Onet, WP, Interia, OKO.press i reszta wiedzieli lepiej. “Teoria spiskowa obalona – proszę się rozejść! Nie ma tu nic do oglądania”. Właśnie tyle warte są te wszystkie mainstreamowe portale. Nie może być tu mowy o przypadku – koronawirus nie pochodzi z żadnego targu rybnego, nie uciekł też tylnym wyjściem z jakiegoś laboratorium czy lodówki sąsiada. W ośrodkach, w których nad nim pracowano, obowiązuje czwarty (najwyższy) poziom bezpieczeństwa biologicznego. Przy opuszczaniu pomieszczeń potencjalnie skażonych każdy laborant jest poddawany podwójnej dekontaminacji. Epidemia nowego wirusa będąca następstwem naturalnej transmisji odzwierzęcej czy nieszczęśliwego wypadku jest niezwykle mało prawdopodobna. Szczepionki na koronawirusa, które w styczniu trafią także do nas, będą dla koncernów aptecznych oznaczać górę złota. Mówimy tu o wielkościach rzędu kilkudziesięciu miliardów dolarów, gdyż zamówienia rządowe będą tylko dodatkiem do zysków, jakie producenci tych szczepionek zdobędą na giełdach.

KONCERNY TECHNOLOGICZNE

Ostatnią macką pięcioramiennej ośmiornicy oplatającej świat jest potężna dywizja znajdująca się po drugiej stronie Atlantyku, konkretnie w dolinie Santa Clara w Kalifornii. Stacjonują tam siedziby firm, których produkty większość z nas regularnie używa w swoich komputerach i telefonach – Apple, Google, Facebook, Twitter, Amazon, HP, Adobe, PayPal, Alphabet, Cisco Systems, eBay, Uber, Tesla, Intel, Nvidia czy Sandisk. Stawkę zamykają korporacje wyrastające poza Kalifornię: Microsoft, IBM, Dell Technologies, Samsung, Sony, LG, Orange, Softbank, AT&T i wiele innych. Ogromne znaczenie odgrywają tutaj także dostawcy współczesnej rozrywki, tacy jak Netflix, HBO, Disney czy Spotify. Dlaczego wszystkie te kompanie również pokochały pandemię? Ponieważ w czasie lockdownu ceny ich akcji wyraźnie wzrosły, gdyż poszybowały kursy wszystkich producentów oprogramowania, sprzętu komputerowego i narzędzi komunikacyjnych. Przede wszystkim jednak wzrosła rola samego internetu – mediów społecznościowych, usług streamujących i wyszukiwarek treści. Dożyliśmy czasów, w których świat stopniowo przechodzi na system pracy zdalnej i model rozrywki domowej. Po co jechać do biura, skoro wszystkie potrzebne rzeczy można zrobić w domu i przesłać mailem? Po co iść do kina, skoro jest Netflix? Co mi ze spotkania ze znajomymi, skoro mam Facebooka i Messengera? Po co iść do teatru, skoro jest TVP Kultura i czterdziestoletnie spektakle Teatru Telewizji? Mecz z kolegami na boisku? Czy nie lepiej postrzelać sobie w świecie gier komputerowych? Mamy żyć przed ekranami, zamiast cieszyć się czymś bezpośrednim i namacalnym. Drugi problem dotyczy błyskawicznie rosnącej kontroli treści. Naprawdę nigdy nie przypuszczałem, że doczekam takiej cenzury w wolnym ponoć internecie. W przeciągu ostatnich dziesięciu miesięcy Google skasował kilkadziesiąt tysięcy “rozsiewających dezinformację” kanałów na Youtube, a na Twitterze i Facebooku nie było wcale lepiej. Zrób prosty eksperyment – wpisz słowo typu coronavirus, pandemic, covid-19, cancer albo vaccines w wyszukiwarkę Google, a potem powtórz to z wyszukiwarką Yandex albo DuckDuckGo. Widzisz różnicę? Wyszukiwanie informacji w Google zaczyna przypominać wycieczkę krajoznawczą po galerii handlowej. Skąd taka polityka? Czemu amerykańskim gigantom tak bardzo zależało na blokowaniu pewnych treści? Gdy nie wiadomo o co chodzi, to zawsze chodzi o pieniądze i władzę. Pandemia zgrała się w czasie z kampanią prezydencką w USA (swoją drogą, cóż za niezwykły zbieg okoliczności), a Trump, jak wiadomo, przez ostatnie cztery lata próbował zmusić koncerny IT do przeniesienia produkcji z Chin do USA. Pandemia była więc wyśmienitą okazją do uwalenia prezydenta, a tym samym dalszego wykorzystywania taniej siły roboczej w Państwie Środka. Ordynarnie sfałszowane wybory są tylko potwierdzeniem tego, jak bardzo było im wszystkim nie po drodze z antyglobalistyczną polityką Trumpa. Niestety plandemiczna zaraza dotknęła także inne branże, gdyż od samego początku jej celem była eliminacja klasy średniej, a wraz z nią śmierć lokalnej kultury. Myślę, że w ciągu najbliższych dwunastu miesięcy zniknie połowa kin i teatrów. Zostaną tylko placówki dofinansowywane z budżetu, ale w ich przypadku nie liczyłbym na obiektywizm i wolność artystyczną. Zresztą tendencję odwracania się od kin i teatrów można było zauważyć już w kilku poprzednich latach. Teraz ten trend jedynie zdynamizowano. Docelowym modelem funkcjonowania jest doświadczanie świata cyfrowo przez ekran komputera i smartfona.

PODSUMOWANIE:

Pandemia koronowirusa nie jest efektem działań wirusa, tylko świata, który jej potrzebował. Ludzkość uwierzyła w istnienie straszliwej zarazy, ponieważ była bombardowana propagandą w każdym miejscu i na wszelkie możliwe sposoby. Nastąpił tu efekt komnaty luster, czyli długotrwałego przebywania w przestrzeni, w której spoglądanie w dowolnym kierunku generuje niemal identyczny obraz. A skoro wszyscy mówią tak samo, to musi być prawda. Nie ma i nigdy nie było żadnej pandemii wirusa 2019-nCoV. Wirus oczywiście istnieje, tak jak istnieje niemal trzysta wirusów wywołujących infekcje u ludzi. Jest po prostu kolejnym patogenem w puli. Problem polega na tym, że jest nowy i nietypowy – nie jest do końca naturalny, został laboratoryjnie podkręcony. Jednak intencją jego twórców nie było mordowanie milionów, tylko wywołanie chaosu na świecie. A najlepszym narzędziem do takiego zadania jest stosunkowo niegroźne zagrożenie biologiczne dające nieswoiste symptomy. SARS-CoV2 nie wywołuje objawów, z jakimi wcześniej nie mieliśmy do czynienia, a jego śmiertelność mieści się w granicach śmiertelności grypy sezonowej. Jesteśmy świadkami ogólnoświatowego zamachu stanu. Ziemia jest przejmowana przez korporacje i banki centralne, a narzędziem terroru został wirus. Z kilkuset chorób wybrano jedną i zbudowano wokół niej nową religię. Świat został podporządkowany tylko i wyłącznie mniemanej pandemii. Nie ma już innych chorób, nie ma innych problemów trawiących ludzkość, jest tylko koronawirus. Ludzkości będzie bardzo trudno wygrzebać się z tej sytuacji, gdyż nie bardzo wiadomo, z kim walczyć. O ile w czasie wojny i komunizmu wróg był jawny i namacalny, tak teraz jest rozmyty, niejasny, zupełnie niesprecyzowany. Na kogo skierować celownik? Na rząd, banki, media, firmy farmaceutyczne czy Google? I przede wszystkim jak walczyć – w internecie? Na ulicy? W sklepie? Jak to zrobić? Okoliczności są wyjątkowo niesprzyjające, bo nasza cywilizacja się z takim typem zniewolenia wcześniej nie mierzyła, a najpotężniejsze siły zrobią wszystko, by trzymać nas w strachu i iluzji najdłużej jak się da. Tymczasem ludzie wokół stale popełniają ten sam błąd, pytając się, ile to szaleństwo jeszcze potrwa, kiedy to wszystko się skończy. Niczym zrozpaczeni marynarze wypatrują lądu na rozkołysanej łodzi. Takie stawianie sprawy nie ma sensu. Dawny świat już nie wróci, nie ma na to żadnych szans, transformacja jest w toku. Za daleko to zaszło, by dało się jeszcze z tej ścieżki zawrócić. Teraz można już tylko gdybać, jaką formę ostatecznie to wszystko przybierze, jak wielki będzie stopień zniewolenia. Przebieg linii granicznej zależy od nas samych, bo oni posuną się tak daleko, jak im pozwolimy. Niestety na razie, po pierwszych miesiącach testowania, wiedzą, że mogą zrobić praktycznie wszystko – oddaliśmy Warszawę bez jednego wystrzału. Tak pokornej i uwłaczającej godności ludzkiej reakcji społecznej naprawdę się nie spodziewałem. Rodzący się na naszych oczach totalitaryzm będzie trwał przynajmniej kilka lat, a według moich estymacji potrwa dekadę, czyli do 2030 roku, gdyż ta data pojawia się dosłownie wszędzie – w dokumentach ONZ, WHO, na stronach rządów, fundacji i innych globalistycznych agend. To jest operacja nastawiona na maraton, nie sprint. Zmiany będą przeprowadzane powoli, małymi kroczkami, stopniowo i sukcesywnie. Będą nam dokręcać śrubę, a potem troszkę ją odkręcać, zrobią dwa kroki w przód i jeden w tył. Zmiany muszą zachodzić na tyle powoli, by społeczeństwo zdążyło się do każdej z nich przyzwyczaić. Tak jak pies, któremu stopniowo skraca się smycz, i po jakimś czasie już nawet nie zdaje sobie sprawy, że chodzi posłusznie przy samej nodze swego pana. Obecnie wszystko wygląda jak rozstawianie figur na szachownicy przed zmasowanym atakiem. Najpierw zatkali ludziom usta i zabronili się gromadzić. Potem zamknęli przychodzenie, zrujnowali przedsiębiorców, zniszczyli gospodarkę. Doprowadzili do tragicznej śmierci tysięcy ludzi, którzy nie otrzymali pomocy medycznej na czas – zabili ich dosłownie, fizycznie. Coraz głośniej mówi się o konieczności przeprowadzenia przymusowych testów i szczepień. W międzyczasie budują izolatoria i nowelizują prawo szczepionkowe tak, by w razie czego móc zaszczepić wszystkich bez ich zgody. Znajdujemy się w najpoważniejszej sytuacji od zakończenia drugiej wojny światowej.

Armagedon

Orlen buduje dwa szpitale modułowe. Jeden na terenie Płocka, drugi – Ostrołęki, powiedział 18 listopada w Programie Pierwszym Polskiego Radia Daniel Obajtek prezes PKN Orlen. Placówka w Płocku powstaje na terenie Centrum Badawczo-Rozwojowego.

Szpital modułowy jest to szpital budowany od podstaw – wyjaśniał prezes. Składa się on z kontenerów medycznych. To są pojedyncze kontenery medyczne mające wszelkie atesty medyczne. One są łączone w całość niejako modułowo i tak powstaje szpital modułowy. Ten szpital będzie liczył około 200 łóżek i będzie w pełni wyposażony do tego, by mógł przyjmować pacjentów.

Czy to są szpitale pełnowartościowe w sensie takim, że tam są respiratory i instalacje tlenowe, wszystko, co powinno znaleźć się w prawdziwym szpitalu – pyta redaktor.

Tak, panie redaktorze, to są szpitale, gdzie będzie znajdowało się wszystko, będą znajdowały się kardiomonitory, będą znajdowały się respiratory, są to szpitale w pełni wyposażone, które mogą prowadzić działalność, niczym nie różnią się od szpitali, które w tym zakresie funkcjonują.

Spółki Skarbu Państwa mają wybudować 15 takich szpitali. Powstaną 4 na Mazowszu, 4 w Małopolsce, 3 na Dolnym Śląsku, 2 na Górnym Śląsku oraz po jednym w Wielkopolsce i na Pomorzu. Oddanie pierwszych szpitali zaplanowano na listopad. Tak informował 4 listopada portal forsal.pl.

PKN Orlen zajmie się szpitalami mazowieckimi, KGHM zorganizuje trzy szpitale na Dolnym Śląsku, a Węglokoks – dwa na Górnym. Tauron i PKO Bank Polski – w Małopolsce, PKO Bank Polski – w Poznaniu, a Totalizator – w Radomiu. Lotos zorganizuje szpital w Gdańsku.

Oprócz szpitali modułowych są również szpitale tymczasowe, zwane też polowymi. Takie szpitale planowane będą we wszystkich województwach. Większość zostanie oddana do użytku między 15 a 30 listopada. Zapewnią one około 5,5 tys. dodatkowych łóżek. Na Bizblog.pl możemy przeczytać:

Na Stadionie Narodowym szpital tymczasowy, o ile zajdzie taka potrzeba, ma dysponować nawet tysiącem łóżek. Podobnie ma być w innych województwach. Biorąc pod uwagę już wcześniejsze raportowanie wojewodów do rządu w sprawie kłopotów z obsadzeniem lekarskich dyżurów, to można mieć poważne wątpliwości kto będzie się opiekował pacjentami w szpitalach właśnie co tworzonych na stadionach. Wszak już rok temu, kiedy jeszcze pandemia COVID-19 nikomu się nie śniła, wyliczono, że nad Wisłą brakuje ok. 68 tys. lekarzy.

Na tym samym portalu można było przeczytać informację z 19.10.2020: Do środy wypracujemy listę szpitali prywatnych, które będą miały obowiązek utworzenia covidowych łóżek. – ogłosił w poniedziałek minister zdrowia Adam Niedzielski. System ochrony zdrowia nie wytrzymuje uderzenia drugiej fali koronawirusa, ale otwieranie szpitali polowych na stadionach to za mało.

Na portalu mp.pl (medycyna praktyczna dla lekarzy) 06.11.2020 można było przeczytać:

Wojewoda opolski poinformował w czwartek, że w regionie jest sześć w pełni przekształconych szpitali dla chorych na COVID-19. Dodatkowe osiem pracuje w trybie hybrydowym. Wojewoda informuje, że na koniec listopada dostępnych będzie 1,3 tys. łóżek dla pacjentów chorych na COVID-19. W celu odciążenia szpitali i bazy łóżkowej w szpitalach planuje się zwiększenie liczby miejsc w izolatoriach z 684 do tysiąca na koniec miesiąca.

Cóż wynika z tych cytatów? Ano wynika to, że rząd szykuje nam pobyt w „bardzo atrakcyjnych miejscach”. Są to:

  • szpitale modułowe
  • szpitale tymczasowe (polowe)
  • szpitale tradycyjne, przekształcone na covidowe
  • szpitale hybrydowe tj. dla pacjentów covidowych i innych
  • covidowe łóżka w szpitalach prywatnych

Dlaczego rząd tak się stara i działa tak pospiesznie? Czyżby spodziewał się potężniejszej fali zakażeń? A jeśli tak, to skąd o tym wie? Musi coś wiedzieć, bo to są potężne inwestycje, idące w miliardy złotych. A ilu ludzi pracuje przy tym bezproduktywnie? No właśnie! Czy ta praca jest produktywna? Jeśli założymy, że są to współczesne krematoria, to chyba nie. Jeśli kogoś szokuje tego typu stwierdzenie, to polecam obejrzenie filmu pod komentarzem na moim wcześniejszym blogu „Ludzka natura”.

W dniu 19 listopada w Programie Pierwszym Polskiego Radia przeprowadzono wywiad z wiceministrem zdrowia Waldemarem Kraską.

Premier zapowiada, że szczepienia na Covid będą dobrowolne, a minister zdrowia Adam Niedzielski zapowiada, że resort zakłada zaszczepienie całej dorosłej populacji. Jak to wytłumaczyć? – pyta redaktor.

Nie chcemy Polaków zmuszać do szczepienia, ale chcemy ich przekonać, że to jedyna skuteczna metoda, aby zakończyć tę pandemię, jedyna metoda, aby powrócić do normalności. Możemy to zrobić, pokazując, że ta szczepionka jest nie tylko skuteczna, ale także bezpieczna, to nieodzowny warunek każdego szczepienia, żeby osoba, która poddaje się temu szczepieniu, była absolutnie pewna, że ta szczepionka nie powoduje żadnych niepokojących skutków ubocznych, bo…

Ale w przypadku firmy Pfizer już podano, że skuteczność jest na poziomie 90%, czyli u 10% testowanych covid rozwinął się. – wtrąca redaktor.

Nawet chyba większa, wczoraj było to skorygowane, nawet 95% podawała firma, czyli dość duża skuteczność. Ja tylko przypomnę, że w przypadku szczepienia na grypę ta skuteczność to jest 75-80%, czyli prawie 10% niższa.

Najlepszą i najszybszą profilaktyką jest podanie szczepionki, uchroni nas przed zachorowaniem. Nawet najlepszy lek może powodować, że nie wszyscy na niego zareagują, że ten przebieg może być różny. Zawsze jest łatwiej i taniej zapobiegać niż leczyć. Druga strona tego medalu, to to, że jeszcze nie ma w tej chwili leków, które byłyby dedykowane koronawirusowi, które niszczyłyby tego wirusa, być może takie leki także się pojawią.

Panie ministrze, a jak długo będzie trwała odporność po szczepieniu? Bo niektórzy mówią, że skoro kilka miesięcy, to tak jak po przechorowaniu.

Różnie firmy podają. Jeżeli mówimy o szczepionce na grypę, która już od wielu, wielu lat jest, to jest mniej więcej około roku odporności do momentu, kiedy pojawi się następny wirus. Tutaj mi się wydaje, że to na pewno będzie dużo dłużej niż kilka miesięcy. Trudno w tej chwili powiedzieć, ta szczepionka jest nowa, ale myślę, że warto to zrobić, warto się zaszczepić, żeby tę odporność uzyskać.

A czy rząd zakupi w takim razie szczepionki dla całej dorosłej populacji, czyli dla 31 milionów osób?

Tak, mamy takie plany, żeby ta szczepionka była dla każdego dorosłego Polaka. Mam nadzieję, że wszyscy z tego skorzystają.

Widać więc, że co innego mówi premier, co innego minister zdrowia, a co innego wiceminister zdrowia. A skoro tak, panuje taki chaos, to i my mamy mętlik w głowie. Czy w tym chaosie, szumie informacyjnym, jesteśmy w stanie cokolwiek zrozumieć, doszukać się jakiejś konsekwencji w działaniu, która zdradziłaby nam prawdziwe intencje?

Wiceminister mówi: „Najlepszą i najszybszą profilaktyką jest podanie szczepionki, uchroni nas przed zachorowaniem.” Skoro szczepionka uchroni nas przed zachorowaniem i ma się pojawić już na wiosnę, czyli za 4 miesiące, to po co budowa tylu szpitali? Od początku „pandemii” zostało zakażonych 796 798 osób (stan na 19 listopada), zmarło – 12 088, czyli nie zmarło – 784 710 osób. To jest konstatacja niezwykle „błyskotliwa”, mniej więcej w stylu Nuty z filmu Vabank. Ktoś tam mówi: dziś jest niedziela, a – Nuta, jąkając się – jutro będzie poniedziałek. Tak to chyba mniej więcej szło. Pandemia trwa 10 miesięcy, co daje w zaokrągleniu 80 000 zakażonych na miesiąc. Przez kolejne 4 miesiące zakazi się 320 000 osób. W ciągu tych 10 miesięcy zmarło 12 088 osób, co daje 1200 osób miesięcznie. Przez następne cztery miesiące umrze 4800 osób. Liczba ozdrowieńców od początku „pandemii” to 361 886, co oznacza, że chorych jest 434 912 osób. Łóżka zajęte przez chorych na COVID-19 – 22 536. Znaczy to, że ci, którzy leżą na tych łóżkach, najpoważniejsze przypadki, to 5% ogółu zakażonych. Ogółem łóżek dla zakażonych jest 37 348 (stan na 19 listopada), co oznacza, że rząd ma w rezerwie 14 812 łóżek. Jeśli więc przez kolejne 4 miesiące zakazi się 320 000 osób, to 5% z nich będzie potrzebowało łóżek, czyli 16 000. Tu z kolei zrobiłem założenie, że żadne z wcześniej zajętych łóżek nie zostanie zwolnione.

Ja wiem, że od 5 października liczba zakażonych rośnie w postępie geometrycznym, czyli uśrednianie do 10 miesięcy jest błędem metodologicznym, ale też te dane są naciągane. Trudno więc na ich podstawie zorientować się, jaki jest stan faktyczny. Natomiast liczba zgonów na wykresie jest cały czas płaska. Wzrasta ona proporcjonalnie do liczby zakażonych, co skutkuje tym, że śmiertelność jest na stałym poziomie 1,6% czy 1,5%. A to jest najważniejsze. Tu nie ma zmian. Inna sprawa, że dane dotyczące zgonów też są nieprawdziwe. Ale spróbujmy ekstrapolować, czyli 16 000 – 14 812 = 1 188. Tyle łóżek, dla najpoważniejszych przypadków, zabraknie do momentu pojawienia się szczepionki, która rozwiąże wszystkie problemy. A potem wszyscy będą żyli długo i szczęśliwie. Co? Bajka? Bajka, ale to nie moja wina, że ludzie wierzą w bajki.

Skoro zabraknie 1 188 łóżek, niech nawet 1200, niech nawet 2000, to po co tyle szpitali, jeśli na samym Stadionie Narodowym ma być docelowo 1000 czy 1200 łóżek? Może rząd wie coś, czego my nie wiemy. Może wie, jak zadziała szczepionka. A jak zadziała? Z informacji na różnych kanałach, w Polsce i za granicą, można się dowiedzieć, że ona zmienia kod DNA w komórce w taki sposób, że organizm zaczyna produkować przeciwciała w sytuacji, gdy nie ma takiej potrzeby. Normalnie organizm, gdy dostaną się do niego jakieś wirusy, zaczyna wytwarzać przeciwciała, które pozbywają się intruzów. Objawia się to gorączką, utratą węchu i smaku, osłabieniem organizmu. Tak on się broni, ale wtedy, gdy obce ciała zaatakują go. W ten sposób je zwalcza. Jeśli jednak, po zaaplikowaniu szczepionki, organizm zacznie wytwarzać przeciwciała w sytuacji, gdy nie ma intruzów, to zacznie walczyć z samym sobą, co w efekcie będzie prowadzić do śmierci. Początkowo będzie to wyglądać jak zakażenie – wyższa temperatura, osłabienie, utrata węchu i smaku itp., co będzie pretekstem do umieszczenia delikwenta w szpitalu, a tam już się nim zajmą.

Wszystko wskazuje na to, że rząd przygotowuje się na wzrost zakażeń po zaaplikowaniu szczepionki i stąd dążenie do tworzenia nowych szpitali, w takiej czy innej formie. Póki co zmienił taktykę i zaczyna straszyć wzrastającą liczbą dziennych zgonów. Wykorzystuje fakt, że obecnie umiera znacznie więcej ludzi niż w analogicznym okresie przed rokiem.

Tych dodatkowych łóżek w nowych „szpitalach” może być około 20 tys., a może i więcej. Jeśli w Polsce już w zeszłym roku brakowało 68 tys. lekarzy, a i pielęgniarek jest mało, to kto będzie opiekował się, czy może „opiekował się” tymi ludźmi? Czy nie Wojska Obrony Terytorialnej? Dobrze to nie wygląda.

Statystyki

Brytyjski polityk Benjamin Disraeli, jak dotychczas jedyny, przynajmniej oficjalnie, żydowski premier Wielkiej Brytanii, mówił, że są trzy rodzaje kłamstw: kłamstwa, okropne kłamstwa i statystyki. No właśnie! Przyszło nam żyć ze statystykami z dnia na dzień. Codziennie czytamy w internecie, oglądamy w telewizji lub słuchamy w radiu o kolejnych przypadkach zakażeń, zgonów, ozdrowień itp., dotyczących tzw. pandemii.

Na portalu Interia jest to wszystko bardzo dobrze opisane. Są wykresy, które pozwalają nam śledzić rozwój epidemii od samego początku. Z nich można wyczytać, że 7 listopada było 27 875 nowych przypadków zakażeń, 11 835 osób wyzdrowiało, 349 osób zmarło. Od początku zakażonych zostało 521 640 osób, wyzdrowiało – 200 510, zgonów – 7 636, aktywnych przypadków jest więc: 521 640 – 200 510 – 7 636 = 313 494. Te 313 494 aktywne przypadki w stosunku do całej ludności Polski, to – 0,82%, ale tego już Interia nie podaje. Śmiertelność tej epidemii tj. stosunek zgonów do zakażonych na dzień 7 listopada, to 1,5%.

Czy to dużo, czy mało? Skąd możemy wiedzieć, skoro nie mamy porównania? Jedyne, co możemy wyczytać z tych wykresów, to to, że od 7 października nastąpił skokowy wzrost dziennych zakażeń. Nie wiemy z jakiej przyczyny. Nie wiemy, czy od tej daty nastąpił skokowy wzrost wykonywanych testów. Informacje o nich są podawane tylko na dany dzień. Jeśli więc ta informacja jest ukryta, to znaczy, że jest niewygodna. Podobnie ma się rzecz z podawanymi wcześniej danymi dotyczącymi wieku zmarłych. Zapewne jest ona również niewygodna, bo ze względu na to, że większość z tych zgonów dotyczyła osób powyżej 70., a często powyżej 80. i 90. roku życia, to trudno było, zdrowo myślącemu człowiekowi, uwierzyć, że to z powodu koronawirusa. Życie nie trwa wiecznie. Wprawdzie z moich obserwacji wynika, że ja jestem nieśmiertelny, bo ciągle widzę nekrologi – inni umierają, a ja żyję, ale tylko do momentu sfalsyfikowania mojej teorii, czyli udowodnienia, że nie mam racji, co nastąpi w chwili mojego zgonu, ale ja tego dowodu, z oczywistych względów, nie będę mógł przyjąć do wiadomości. Nadal więc jestem nieśmiertelny. Urodziny i śmierć to nie są doświadczenia naszego życia.

Czy śmiertelność na poziomie 1,5% to dużo? Śmiertelność „hiszpanki” oceniano na 5-10%, a w niektórych rejonach na 20%. Tak więc 1,5%, to nie jest dużo. Problem jednak polega na tym, że mamy prawo przypuszczać, że jest ona zawyżona. Tym pośrednim dowodem jest fakt niepodawania wieku osób rzekomo zmarłych z powodu epidemii. Drugim faktem budzącym wątpliwość jest to, że krzywa zakażeń i wyzdrowień rośnie, od pewnego momentu, w postępie geometrycznym, a krzywa zgonów – nie. Jest prawie płaska. Na zdrowy rozum, jeśli wzrasta ilość zakażeń, a epidemia jest groźna, to powinna tak samo, proporcjonalnie, rosnąć liczba zgonów.

Portal Interia zamieszcza dane rządowe, a konkretnie: źródło danych Ministerstwo Zdrowia/WHO. Tak więc:

  • 05.06: zakażenia – 25 410, zgony – 1138, śmiertelność – 4,4%
  • 22.07: zakażenia – 61 181, zgony – 1951, śmiertelność – 3,1%
  • 11.10: zakażenia – 125 816, zgony – 3004, śmiertelność – 2,3%
  • 07.11: zakażenia – 521 640, zgony – 7636, śmiertelność – 1,5%

Ciekawe! Wraz z rozwojem „pandemii” jej śmiertelność spada. Liczba zakażeń „dramatycznie” rośnie, zgonów – też, a śmiertelność spada. Jeśli więc krzywa zakażeń i wyzdrowień rośnie w postępie geometrycznym, a zgonów – nie, to znaczy, że dane dotyczące zakażeń i wyzdrowień są sztucznie zawyżane. To da się zrobić. Wystarczy chorego na grypę zakwalifikować jako chorego na COVID-19. Nie da się jednak sztucznie zwiększyć ilości zgonów. Ludzi umiera tyle ile umiera, średnio 1000-1100 dziennie. 7 listopada zmarło z powodu koronawirusa 349 osób. Tyle udało im się naciągnąć. Mogą oczywiście dojść do tego tysiąca dziennie, co będzie oznaczało, że wszystkie zgony są z jednego powodu. Czy to możliwe? Obawiam się, że w tej „pandemii” wszystko jest możliwe. Jeśli jednak założymy, że dane nie są fałszowane, to znaczy, że wraz ze wzrastającą liczbą zakażonych śmiertelność spada, czyli wirus nie jest groźny. To z kolei oznaczałoby, że środki zapobiegawcze, które wykorzystuje się, nie służą do walki z nim tylko z ludźmi.

Prawdę mówiąc, to dziwię się, że Interia zamieszcza takie dane i wykresy, ale to tylko znaczy, że uważają nas za kompletnych idiotów, albo ci, którzy robią ten kabaret, czują się tak pewnie, że zupełnie nie zależy im na stwarzaniu pozorów. Osobiście uważam, że ta druga możliwość jest bardziej prawdopodobna.

Cóż ja mogę? W tym momencie to chyba tylko zacytować Józefa Mackiewicza, fragment jego powieści, Nie trzeba głośno mówić:

»Za kierownicą siedzi oficer legionu „Flandern” i gada bez przerwy. Zna język rosyjski nieomal płynnie, choć z naleciałościami obcego akcentu i czasem brakujące mu słowa zastępuje francuskimi, których Anton nie zna, ale zgaduje z sensu. Oficer cieszy się z towarzysza podróży, że jest Rosjaninem, inżynierem, inteligentem sowieckim, że pochodzi z Moskwy. Swemu szoferowi niemieckiemu kazał siąść do tyłu, a Antona posadził obok siebie (…).

W latach dwudziestych dyskutowano na temat odpowiedzialności za wywołanie pierwszej wojny światowej. Staremu Clemenceau postawiono pytanie: „Co będą o tym spornym i trudnym problemie myśleć historycy przyszłości?” Clemenceau odpowiedział: „Nie wiem. Ale wiem, że z pewnością nie powiedzą, że to Belgia zaatakowała Niemcy”. To jasne. Wtedy był to jeszcze elementarny fakt, z rodzaju tych, których przeinaczyć, zdawało się, niepodobna. I nie próbowały nawet przeinaczyć tego Niemcy. A w 1939 roku Sowiety twierdziły, że napadła na nie Finlandia!… Pan powiada: „Kto zaczął?” Drogi panie, od 10 tysięcy lat zawsze ktoś zaczynał. Poznałem w Berlinie bliżej pewną Ormiankę. Mówi mi: „Co wy tam krzyczycie o jakimś bolszewizmie! A znowu jak posłucham radia brytyjskiego…”

– Nie bała się przyznawać?

-Nie. Une courageuse demoiselle (dzielna panna – przyp. mój). „ To tylko słyszę, powiada, o zbrodniach hitlerowskich! C’est drole (To dziwne – przyp. mój). Turcy, o, to dopiero zaraza świata! To dopiero zbrodniarze autentyczni!” Aleksander Wielki też zaczął. I pan myśli, że jak on szedł naprzód, to spotkanych po drodze przeciwników gładził po główce? W tej chwili ważne nie zbrodnie. Nazizm, to w perspektywie historii une petite merde (gówienko – przyp. mój), fragment fizycznego terroru, jakie były i będą. Natomiast komunizm, to une peste (zaraza – przyp. mój). Żadna doktryna nie odbierała jeszcze ludziom do tego stopnia prawa do wątpliwości, prawa do porównań z tym co było. Żadna nie odbierała do tego stopnia resztki rozsądku, nie była tak skuteczna i tak zaraźliwa… A zresztą, też nie jestem pewien.«

No właśnie! Żadna doktryna nie odbierała ludziom do tego stopnia prawa do wątpliwości, prawa do porównań z tym co było. Żadna nie odbierała do tego stopnia resztki rozsądku, nie była tak skuteczna i tak zaraźliwa… Czy to, z czym obecnie mamy do czynienia, to nie jest to, co opisał Mackiewicz? Czy to komunizm? – Jego początek, czy jego kontynuacja, tyle że spotęgowana możliwościami nowoczesnych technologii? Wygląda na to, że tak. Tak mi się przynajmniej wydaje – komunizm w nowoczesnej odsłonie. A zresztą, też nie jestem pewien.

Cyrk

W sobotę 31 października i w niedzielę 1 listopada przeprowadzono na Słowacji przymusowe, bo zagrożone karą pieniężną, testowanie obywateli na obecność koronawirusa. Portal Bankier tak pisał:

„Organizatorzy tylko raz w sobotę poinformowali, ile osób skorzystało z testów. W południe do punktów pobrań przyszło ponad 800 tys. osób. Pozytywny wynik miało 7947 testowanych. Minister obrony po południu poinformował w sieciach społecznościowych, że badaniu poddało się ponad milion osób. Konkretnych danych nie przedstawił.”

Z kolei w Wyborczej, w wydaniu internetowym, można było przeczytać:

„Do niedzielnego popołudnia prawie 3 mln osób poddały się testom na koronawirusa. Niewiele ponad 1% miało wyniki pozytywne – powiedział w telewizji JOJ Jaroslav Nad, minister obrony republiki Słowacji.

Tylko w pierwszym dniu do punktów, gdzie pobierano próbki, ustawiły się długie kolejki. Wtedy przebadanych zostało nieco ponad 2,5 mln mieszkańców 5,5 milionowej Słowacji. Do poddania się testom zobowiązani zostali wszyscy od 10. toku życia.”

To bardzo ciekawe. Im większa próbka, tym mniejszym błędem jest obarczony wynik. Tak więc na Słowacji zakażonych jest około 1% populacji. W Polsce w ciągu ostatnich paru dni liczba zakażeń znacznie wzrosła i pod koniec ubiegłego tygodnia przekroczyła 20 tys. Wprawdzie w poniedziałek i wtorek spadła poniżej owych 20 tys., ale nadal jest wysoka. Ostatnio wykonuje się 50-60 tys. testów dziennie, z tego wynika, że co trzeci testowany jest zarażony. Czy to oznacza, że gdyby w Polsce, tak jak na Słowacji, przetestowano większość obywateli, to ilość zakażonych wyniosłaby 30%? Żyjemy w tym samym klimacie, na podobnej stopie życiowej i mamy podobny poziom rozwoju społecznego i gospodarczego. Czy możliwe, by mogła być taka różnica? Czy może po prostu wyniki testów są naciągane?

Na portalu Interia, we wtorek 3 listopada, można było przeczytać, że po poniedziałkowym spotkaniu z premierem przedstawiciel Konfederacji mówił, że lockdown jest rozważany. Z kolei wiceminister zdrowia powiedział:

Tu nie chodzi o liczbę nowych zakażeń, ale o liczbę osób, które mogą być hospitalizowane, czyli wydajność polskiej służby zdrowia. Jego zdaniem wzrost liczby nowych przypadków jest pewny: To jest nieuniknione i nie wiemy tylko, jaka będzie skala tych nowych zakażeń. Zdaniem Kraski, jeśli liczba nowych zakażeń drastycznie wzrośnie, to aspekt gospodarczy będzie odsunięty, bo najważniejsze jest zdrowie i życie Polaków.

Również 3 listopada w pierwszym programie Polskiego Radia usłyszałem fragment wywiadu z jakimś lekarzem, który mówił, że na wiosnę będą możliwe szczepienia, prawdopodobnie w kwietniu. Na początek planuje się zaszczepić osoby powyżej 65 roku i personel medyczny, ale nie wykluczył, że i inne grupy społeczne mogą im podlegać.

Wiceminister zdrowia mówi, że wzrost liczby nowych przypadków jest pewny. A skąd on to wie? Może wie, że będzie więcej testów. Jeśli zamiast 60 tys., będzie 120 tys., to liczba zakażeń wzrośnie do 40 tys. Skoro prezydent Francji, w której już wprowadzono lockdown, oświadczył, że to, czyli wprowadzenie lockdownu, zostało uzgodnione z partnerami z unii europejskiej, to znaczy, że i w Polsce możemy się tego spodziewać. Potrzebny jest tylko pretekst. Masowe protesty zapewne „zaowocują” zwiększoną liczbą zakażeń. Nie trudno więc chyba domyślić się, kto i po co je zorganizował.

Zamykanie ludzi w domach, ograniczanie im kontaktu z rodziną i innymi ludźmi wpływa ujemnie na ich zdrowie psychiczne, co może oddziaływać na zdrowie fizyczne. Noszenie masek zmienia nie tylko naszą mentalność, ale szkodzi naszemu zdrowiu. Kiedy więc wiceminister zdrowia mówi: bo najważniejsze jest zdrowie i życie Polaków, to kłamie. Najważniejsze dla nich jest osłabienie zdrowia Polaków i pozbawianie ich życia. Nawet, jeśli ten wirus jest, to nie jest on na tyle groźny, by stosować takie restrykcje. Dlaczego więc wielcy tego świata nie wykorzystają groźniejszego wirusa? – Bo broń biologiczna nie działa wybiórczo i mogłaby dosięgnąć tych, którzy się nią posłużyli. A taki słaby wirus i sztuczna pandemia staje się doskonałym usprawiedliwieniem do zalegalizowania tyranii i terroru. I to nic nowego. To wszystko, czego doświadczamy, przetestowano w III Rzeszy.

Wojska niemieckie, będące blisko Moskwy, niewiele mogły zdziałać ze względu na załamanie się pogody w październiku i listopadzie 1941 roku i zatrzymały się. W dniu 6 grudnia wojska radzieckie przeszły do kontrofensywy. Pomimo ich wysiłków Niemcy utrzymali swoje pozycje i nie doszło do przerwania frontu. Hitler uznał to za swój wielki sukces i rozpoczął przygotowania do wiosennej ofensywy. Alan Bullock tak to opisuje w swojej książce Hitler – studium tyrani:

„Społeczeństwu niemieckiemu, nie mniej od armii niemieckiej, potrzebne było podniesienie wiary w swego Führera, toteż w pierwszych czterech miesiącach 1942 roku znalazł on czas na wygłoszenie trzech wielkich mów (…).

Ale dopiero w mowie z 26 kwietnia 1942 roku, mając już zimę za sobą, dał on pełny wyraz swojej odnowionej wierze w ostateczne zwycięstwo Niemiec (…).

Odmalowany przez niego obraz warunków, w jakich w czasie ubiegłych kilku miesięcy armia niemiecka musiała walczyć, był wstępem do zażądania jeszcze większych uprawnień dla siebie; miało to być dla frontu wewnętrznego tym, czym dla frontu na wschodzie było przejęcie kierownictwa nad działaniami wojennymi.

Ustawa uchwalona przez Reichstag – jak można się było spodziewać bez dyskusji – głosi:

Führer dla osiągnięcia zwycięstwa musi posiadać wszystkie uprawnienia, jakich żąda. Dlatego, nie będąc związany istniejącymi przepisami prawnymi, w charakterze Wodza Narodu, Najwyższego Dowódcy Sił Zbrojnych, Szefa Rządu i najwyższego szefa władzy wykonawczej, jako Najwyższy Sędzia i Przywódca Partii – Führer powinien mieć możność, za pomocą wszystkich będących w jego posiadaniu środków, zmuszenia każdego Niemca, jeżeli zajdzie potrzeba, czy to zwykłego żołnierza, niższego lub wyższego urzędnika lub sędziego, wyższego lub szeregowego funkcjonariusza Partii, robotnika lub pracodawcę, do spełnienia jego obowiązków. W wypadku niewywiązania się z tych obowiązków Führer jest upoważniony, nie zważając na prawo, wymierzyć karę i usunąć winnego z zajmowanego posterunku, pozbawić rangi i stanowiska bez oglądania się na istniejącą procedurę.”

Tak więc Führer, dla osiągnięcia zwycięstwa, musi dysponować nieograniczoną władzą i nie musi liczyć się z nikim i z niczym. I tak też nasz rząd, i rządy innych krajów, dla osiągnięcia „zwycięstwa” nad koronawirusem, muszą dysponować nieograniczoną władzą. Może ktoś kiedyś napisze książkę Koronawirus – studium tyranii.

Niemców, jako jednostki i jako naród, potępiano w przeszłości za uległą postawę i popieranie Hitlera. Czy słusznie? W wolnych wyborach, najlepszy wynik jaki osiągnęła NSDAP to 37%, a więc 63% Niemców nigdy nie poparło Hitlera. A później? Czemu nie protestowali? A czy obecnie ludzie protestują przeciw tej tyranii i łamaniu prawa?

Rząd już przebiera nóżkami, by wprowadzić kolejne obostrzenia. Pan każe, sługa musi. Skoro tak zostało ustalone wyżej, to nie ma wyjścia. No i proszę! Mamy wyniki z 4 listopada: 24 692 nowe przypadki zakażeń i 373 zgony. A więc mamy rekord! I o to chodziło. Liczba zakażeń, według rządowych wykresów, rośnie w postępie geometrycznym, tylko zgony na wykresie w linii poziomej. Wykonano 65,7 tys. testów. Oznacza to, że 37% z przetestowanych jest zakażonych. Średnio dziennie wykonuje się około 60-65 tys. testów, a procentowy udział zakażonych rośnie z dnia na dzień. Najwyraźniej jest takie zapotrzebowanie. Rząd chce nam udowodnić, że wszyscy jesteśmy zakażeni, a na Słowacji tylko 1% i takie same obostrzenia. Cyrk na kółkach.

No i stało się! Premier ogłosił dziś, że jeśli liczba zakażeń będzie wyższa niż 70-75 przypadków na 100.000, to będzie całkowity lockdown. Jeżeli założymy, że w Polsce mieszka 38 mln, to dzisiejszy wynik tj. 24 692 zakażenia daje 66 na 100.000. Kabaretu ciąg dalszy, tyle że nie do śmiechu nam, raczej do płaczu.

Przyczyna

Na kanale „cepolska”, szumnie nazywającym się edukacyjnym, Jan Engelgard – historyk, pisarz, publicysta i redaktor naczelny tygodnika „Myśl Polska” – opowiadał o micie, jaki kreuje się wokół Józefa Piłsudskiego, jako jedynego zwycięscy bitwy warszawskiej.

W pewnym momencie mówi o przyczynach tej bitwy:

W całej tej dyskusji nikt nie zadaje sobie pytań, a właściwie skąd ten najazd bolszewicki się wziął? No bo u nas mówi się tak: najazd bolszewicki, ale jakaś przyczyna tego była. Przed wojną byli historycy, ale raczej wojskowi, którzy mówili, że należało podjąć rokowania na początku czy na przełomie 1919/1920 roku. Ta inwazja z czegoś się wzięła. Na ten temat nie ma dyskusji w tej chwili. Załatwia to się w ten sposób: wojna była prewencyjna, starcie nieuchronne. Nie wiem, może było nieuchronne, ale to w powszechnej opinii historyków na Zachodzie, już nie mówiąc o rosyjskich, to Polska była agresorem. U nas natomiast nie ma tej refleksji, że jakiś błąd ktoś mógł popełnić (16:15).I w tym momencie kończy ten wątek. Link tu: https://www.youtube.com/watch?v=2ER2kOQ3UrM&t=975s

Dziwne, że historyk, publicysta, pisarz i redaktor naczelny tygodnika „Myśl Polska” wypowiada takie słowa. Józef Mackiewicz w swojej powieści „Lewa wolna” dokładnie opisał genezę i przebieg tej wojny, w której osobiście brał udział. Przewertował dokumenty źródłowe, doniesienia prasowe z tamtego okresu, relacje świadków itp. Nie chce mi się wierzyć w to, że Engelgard nie czytał tej powieści. A skoro czytał, to dlaczego nie mówi o faktach przedstawionych przez Mackiewicza? Jego powieść jest na poły fabularna, na poły – dokumentalna, więc nie można zakwalifikować tego, o czym pisze w części dokumentalnej, jako fikcji literackiej. – Taka to u nas orientacja narodowa i „myśl polska”. I jeszcze na koniec dodaje, że „u nas nie ma tej refleksji, że jakiś błąd ktoś mógł popełnić” – innymi słowy sugeruje, że wina jest po polskiej stronie. Taki to i narodowiec.

Żeby cokolwiek zrozumieć, to trzeba zacząć od początku. Tym początkiem jest zdobycie władzy przez bolszewików 7 listopada 1917 roku, choć niektórzy twierdzą, że bolszewicy faktycznie zdobyli ją dopiero na początku 1918 roku. W wyniku wolnych wyborów 25 listopada 1917 roku wyłonił się parlament, w którym większość mieli eserowcy. Bolszewicy zdobyli niewiele ponad 20%. Parlament zebrał się tylko raz, w styczniu 1918 roku i… został rozpędzony przez bolszewików. – Legalnie wybrany parlament! – ale czy to ważne? Obecnie na Białorusi mamy do czynienia z „powtórką z rozrywki” – bolszewicką metodą dochodzenia do władzy poprzez negowanie wyniku wyborów.

W dniu 7 listopada 1917 roku bolszewicy zdobyli władzę w Petersburgu. Dziewiętnaście dni później Awram Krylenko, naczelny wódz wojsk rewolucyjnych, wysłał parlamentariuszy do niemieckiego generała Hoffmeistra, dowódcy dywizji. Przybyli oni z propozycją natychmiastowego zawieszenia broni. Hoffmeister przesłał ją do naczelnego dowództwa niemieckiego, które wkrótce poinformowało, że zgadza się na nią. Rokowania rozpoczęły się 2 grudnia w Brześciu Litewskim. Stronę niemiecką reprezentował generał Hoffmann. Stronę bolszewicką Joffe, Kamieniew i Karachan. Zawieszenie broni podpisano 17 grudnia, a 22 grudnia rozpoczęto rokowania o zawarcie traktatu pokojowego. W art. 2. tego traktatu Niemcy powołali się na deklarację Lenina „do narodów Rosji” o prawie samostanowienia tych narodów i zażądały wydzielenia z granic byłej Rosji: Polski, Litwy, Finlandii, Łotwy, Estonii i Białorusi. Wcześniej uznali oni prowizoryczny rząd narodowy Ukrainy i pertraktowali z nim bezpośrednio, nie pytając o zdanie delegacji sowieckiej.

Bolszewikom najwyraźniej taka propozycja nie odpowiadała, bo uważali, że prawo samostanowienia tych narodów jest dobre, gdy oni je wprowadzają, a gdy inni, to – już takie dobre nie jest. Przeciągali rozmowy, wywoływali strajki w Niemczech, które jednak nie przynosiły oczekiwanych rezultatów. W takiej niby patowej sytuacji – ni to wojny, ni pokoju – 18 lutego 1918 roku wojska niemieckie ruszyły naprzód. Nigdzie nie napotykając na opór, szybko zdobywały teren. To poskutkowało. Bolszewicy wysłali ofertę pokojową. Odpowiedź niemiecka nadeszła 22 lutego. Dnia 3 marca 1918 roku zawarto w Brześciu pokój. W jego wyniku wojska niemieckie zajęły kraje bałtyckie, Białoruś, Ukrainę, doszły do Dniepru, zajęły Kijów i Taganrog, doszły pod Petersburg i do Donu, weszły na Krym. I to był ten kordon tj. niemieckie wojska, które chroniły Europę przed bolszewicką nawałą.

W listopadzie 1918 roku kordon pękł. Cesarskie Niemcy zostały pokonane na zachodzie i zmuszone dnia 11 listopada do kapitulacji i podpisania warunków zawieszenia broni. Jeden z paragrafów tych warunków nakazywał im wycofanie wojsk z Austrii, Węgier, Bułgarii i Turcji, ale nakazywał im zostanie w Rosji tam gdzie stali, tak długo jak państwa alianckie uznają to za zasadne. Nie został on jednak spełniony. W dniu 9 listopada wybucha w Niemczech rewolucja i od razu zaczęła się przerzucać na wojska frontowe. Wskutek tego wiele oddziałów wypowiadało posłuszeństwo i wracało do domów. Dnia 13 listopada 1918 roku bolszewicy unieważniają postanowienia Pokoju Brzeskiego i ruszają na podbój świata. 25 listopada zajmują opuszczony przez Niemców Bobrujsk, 8 grudnia – Mińsk, 3 stycznia 1919 roku – Rygę, 6 stycznia – Wilno. W połowie miesiąca podeszli do Grodna, Prużan i Kobrynia. Ale na północy napotkali na opór niemieckich formacji ochotniczych generała von der Goltza, który 22 stycznia wypiera bolszewików z Rygi. W Estonii tworzy się tzw. „Armia Północna” pod wodzą generała Judenicza.

Dnia 25 stycznia 1919 roku marszałek Foch wydał rozkaz do oddziałów niemieckich zgrupowanych wokół ośrodka Białystok-Grodno, aby przepuściły wojska polskie przeznaczone do odparcia nawały. Rozkaz ten został wykonany w początku lutego. W praktyce oznaczało to też, że przebywanie wojsk niemieckich na tym terenie jest bezzasadne. I w takiej sytuacji wojska polskie 9 lutego 1919 roku zetknęły się po raz pierwszy z bolszewikami. Miało to miejsce pod Skidlem na Niemnie. Później do konfrontacji doszło koło Prużan i Kobrynia.

Rok 1919 jest w tej wojnie dziwnym rokiem, w którym nie ma ani wojny, ani pokoju. Owszem, dochodzi do potyczek i wojska polskie posuwają się na wschód. 18 kwietnia zostaje zajęty Nowogródek, nieco wcześniej Baranowicze. 19 kwietnia w dzień Wielkiej Nocy zostaje zajęte Wilno, 8 sierpnia – Mińsk. 2-ga dywizja dociera do Berezyny, opanowuje przedmieścia Borysowa. Grupa Wielkopolska zajmuje w dniu 29 sierpnia Bobrujsk.

Właściwie to przez cały 1919 rok toczą się tajne rozmowy pomiędzy wysłannikami Lenina i Piłsudskiego. Trzeba pamiętać, że w Rosji cały czas trwa wojna domowa pomiędzy białymi a czerwonymi. Biali to eserowcy i kadeci, a czerwoni to bolszewicy. Eserowcy to socjaliści-rewolucjiniści, kadeci to partia konstytucyjno-demokratyczna, a bolszewicy to socjaldemokraci. A więc kłótnia w rodzinie. Analizowanie wojny polsko-bolszewickiej bez uwzględnienia faktu, że w tym samym czasie biali nękają bolszewików na północy, południu i na Syberii, jest zwykłym zafałszowaniem obrazu tej wojny. Powiem nawet więcej – wypaczeniem.

W początkach maja 1919 roku przyjeżdża do Warszawy, ukrywający się pod pseudonimem Jan Karski, Julian Marchlewski. Spotyka się z wiceministrem spraw wewnętrznych Józefem Beckiem (ojcem 26-letniego Józefa, towarzysza broni Piłsudskiego) i Tadeuszem Hołówką z PPS. Obaj są czynnymi organizatorami POW i najbliższymi współpracownikami naczelnika państwa. Celem jego misji jest upewnienie się, czy Polacy nie poprą carskich generałów. I nie zawiódł się. I organa prasowe PPS-u i rządowe wskazywały w swych artykułach, że większe niebezpieczeństwo grozi Polsce ze strony kontrrewolucji rosyjskiej.

W lipcu 1919 roku Marchlewski ponownie przybywa do Polski. Tym razem pod nazwiskiem Jan Kujawski. Rozmowy odbywają się w Białowieży. Do rozmów Piłsudski deleguje hr. S. M. Kossakowskiego i Aleksandra Więckowskiego, byłego przedstawiciela dyplomatycznego Polski w Moskwie. Do ostatecznego porozumienia nie dochodzi, jedynie do „rozeznania orientacyjnego”. W wyniku tego „rozeznania” bolszewicy wycofują się z Mińska bez walki. Natomiast wojska polskie nie posuwają się za linię Berezyny.

W sierpniu 1919 roku Denikin wysyła kuriera do Warszawy z propozycją współdziałania przeciw bolszewikom. Piłsudski odrzuca ją.

Na stacji w Mikaszewiczach stoi pociąg pancerny „Kaniów”. Do niego doczepione są wagony osobowe, w których od 10 października przebywa tajna delegacja bolszewicka. W jej skład wchodzą: Przewodniczący delegacji Julian Marchlewski, jego żona Bronisława Marchlewska. Zygmunt Jabłoński, siostrzeniec prezesa łomżyńskiego towarzystwa rolniczego. Był on najbliższym współpracownikiem Uryckiego, kierownika petersburskiej Czeka. Aleksander Sonje -syn polskiego ministra spraw zagranicznych Stanisława Patka. Litewski komunista Kubelis. I jedyny Rosjanin w składzie delegacji – Mikołaj Jepaniesznikow.

Oficjalną przykrywką tajnych rozmów w Mikaszewiczach jest, podobnie jak w Białowieży, wymiana jeńców, więźniów politycznych i zakładników. Rozmowy na ten temat prowadził hr. Kossakowski. Natomiast tajne rozmowy polityczne prowadził z nadania Piłsudskiego kapitan Boerner. Po kilku dniach wyjechał on do Warszawy i zdał relację z pertraktacji z Marchlewskim Piłsudskiemu, który sformułował w kilku punktach warunki poufnego rozejmu. Najważniejszy brzmiał: „Naczelnik Państwa nie da rozkazu wojskom polskim posuwania się naprzód poza linię Nowogród – Zwiahel – Olewsk – rzeka Ptycz – Bobrujsk – Berezyna – Dźwina.”

Marchlewski przyjął do wiadomości warunki Piłsudskiego i natychmiast wyjechał do Moskwy, by powiadomić o nich Lenina. Ten praktycznie zgadza się na linię podziału terytorialnego i pozostałe warunki. Proponuje nawet zastąpić cichy rozejm zawarciem formalnego pokoju. Na to jednak Piłsudski nie zgadza się, twierdząc, że nie da się naciągnąć na jakieś daleko idące umowy, których Polska w danym momencie zawierać nie może. Zapewnił jednak Lenina, że uczyni wszystko, co w jego mocy, aby nie dopuścić do zwycięstwa kontrrewolucji. I to w zupełności wystarczyło Leninowi. Miał pewność, że na kontrofensywę przeciwko Denikinowi nie spadnie jakiś nieprzewidziany cios.

Dziwne rzeczy zaczynają się dziać na tym froncie. Działania Piłsudskiego stają się zupełnie niezrozumiałe dla jego najbliższego otoczenia. Bolszewicy wzmagają swoją aktywność na górnej Berezynie i na białoruskim odcinku frontu. Stopniowo, jak słabnie Denikin, przerzucają wojska z południa na północ. Pod koniec kwietnia 1920 roku bolszewicy koncentrują na froncie przeciwpolskim 20 dywizji i 5 brygad. Da to łącznie 200 tysięcy ludzi. Ukraiński odcinek frontu zostaje przeznaczony do związania przeciwnika lub nawet wciągnięcia go w głąb. Główne uderzenie ma pójść od Witebska i Orszy na Mińsk oraz z Połocka na Wilno – Lidę, w głębokie obejście frontu polskiego i koncentrycznym atakiem doprowadzić do zdobycia Warszawy.

Dnia 25 kwietnia 1920 roku, Piłsudski, nie przejmując się bolszewicką koncentracją na północy, rzucił, na tak zwaną Wyprawę Kijowską, trzy armie polskie. A w tym czasie bolszewicy skoncentrowali na północnym odcinku 130.000 wojska, pozostawiając na obszarze Wołynia i Ukrainy 36.000. 1-sza konna armia Budiennego przegrupowywała się na północnym Kaukazie. W tę pustkę uderzył Piłsudski. Na północ od Polesia stoją osłabione, izolowane i bez odwodów 1-sza i 4-ta armia. Dwie słabe armie sowieckie, 12-ta na Wołyniu i Ukrainie, 14-ta na Podolu, otrzymały rozkaz cofania się i wciągania przeciwnika w próżnię.

O świcie 4 lipca, Tuchaczewski, dowódca północno-zachodniego frontu, rzucił na cienki polski kordon 4 armie i jedną samodzielną grupę wojsk. Po stronie polskiej były dwie armie i Grupa Poleska. Już po paru godzinach front polski zostaje przełamany jednocześnie w kilku miejscach. Było to możliwe poprzez koncentrację na poszczególnych odcinkach grup uderzeniowych. Wojska polskie zaskoczone tak gwałtownym uderzeniem, nie rozporządzając rezerwami, nie były w stanie wykonać kontrmanewru – rozpoczęły odwrót na całej linii. Miejscami odwrót stawał się odwrotem bezładnym, czasem przeobrażał się w ucieczkę. Rozwój sytuacji zwiastował katastrofę.

Tak więc wojna ta zaczyna się w lutym 1919 roku, choć trudno to do 4 lipca 1920 roku nazwać wojną. Po prostu wojska polskie zastępują na froncie wojska niemieckie. I nie robią tego tak sobie, tylko na rozkaz marszałka Focha. W sposób naturalny musiały zetknąć się z wojskami bolszewickimi i zetknęły się z nimi. Czy można tu spierać się o to, kto ją zapoczątkował? Nie można! Zapoczątkowali ją ci, którzy wypowiedzieli postanowienia Pokoju Brzeskiego z 3 marca 1918 roku. Wypowiedzieli je bolszewicy 13 listopada 1918 roku i ruszyli na podbój świata. Ten podbój ułatwiła im rewolucja w Niemczech, która wybuchła dnia 9 listopada 1918 roku. Kordon pęka i trzeba go łatać. Tę rolę przydzielono wojskom polskim, bo innych w tym czasie nie było.

Czy „narodowiec” Engelgard nie wie o tym? Ale jakimś dziwnym trafem „myśl polska” nie pozwala mu na nawet wspomnienie o tych faktach. Tak zażarcie krytykuje Piłsudskiego za to, że w krytycznych dniach złożył dymisję i uciekł, ale jakoś, dziwnym trafem, nie wspomina o jego współpracy z bolszewikami i jednocześnie wychwala Rozwadowskiego za „genialny manewr”, który był zwykłym manewrem, a który Mackiewicz opisał w rozdziale „Nie ma cudów”, a ja jego fragment zacytowałem w blogu “Cud nad Wisłą”. Mit mit mitem pogania. Tak to obecnie wygląda, a współcześnie to brzmi tak: ściema ściemę ściemą pogania. I wszyscy w tym biorą udział, od lewej do prawej strony politycznej.

Niby więc krytyka Engelgarda jest autentyczna, ale to tylko gra pozorów. Gdyby taką była, to musiałaby uwzględnić wszystkie „grzeszki” Piłsudskiego, a nie uwzględniła. Dlaczego „narodowiec” Engelgard przemilcza niektóre z nich? Jakaś przyczyna tego musi być. A może jest tylko podstawionym narodowcem?

I to wszystko zawsze sprowadza się do tego samego: jeśli nie znamy faktów, to jesteśmy bezbronni wobec współczesnej wersji historii, lansowanej przez wszystkie orientacje polityczne od lewa do prawa. Bolszewikom udało się wmówić opinii publicznej, że ich pucz to była rewolucja, a ich przeciwnicy to kontrrewolucjoniści, biali generałowie to carscy generałowie. Nawet Mackiewicz w powieści „Lewa wolna” ulega temu schematowi. Ja, korzystając z jego opisu, pozostawiłem te określenia niezmienione. Inaczej brzmi stwierdzenie, że bolszewicy dokonali rewolucji, niż to, że obalili legalny rząd a później rozpędzili wybrany w wolnych wyborach parlament.

Mienie bezdziedziczne

Problem polega chyba na tym, że my nie wiemy, czym była przedwojenna społeczność żydowska. Ona była zorganizowana w gminy zwane kahałami. To może nie dotyczyło tych 10-15% zasymilowanych czy znających język polski i utrzymujących z Polakami kontakty towarzyskie, ale reszta około 90% nie utrzymywała żadnych kontaktów, a 80-90% z nich nie znało nawet języka polskiego. Mieli własne szkolnictwo, administrację, sądy. Takie państwo w państwie. Czasem nawet zdarzało się tak, że gmina wykupywała długi Żyda od goja, jeśli takie miał, zgodnie z żydowską zasadą, że mienie Żyda nie może przejść na własność goja. W takim wypadku mienie tego Żyda stawało się własnością gminy. W praktyce sprowadzało się to do tego, że każdy Żyd był w jakimś stopniu uzależniony od gminy. A skoro tak, to i jego majątek był majątkiem gminy.

Takie było ich prawo i stosowanie do nich prawa rzymskiego mija się z celem, bo to jest cywilizacja żydowska, a nie cywilizacja łacińska. Nie ma sensu spierać się o to, czyje prawo jest ważniejsze. Skoro przedwojenne Państwo Polskie sankcjonowało tego typu rozwiązania, w dużym stopniu pod przymusem Ligi Narodów, to nie można Żydom odmówić racji.

Nie tu jednak leży problem. Problem leży w tym, gdzie jest ten majątek i jak go oszacowano. Niech go pokażą, te miejsca, te działki należące wcześniej do Żydów. W polskich miastach jest wiele takich działek. Nikt ich nie rusza, bo wie, że zaraz znajdą się “właściciele”. One na nich czekają. W Łodzi, w centrum miasta, stoją opuszczone, zaniedbane kamienice – nikt ich nie rusza. One czekają, tęsknią, one wręcz krzyczą: Żydzi przyjdźcie, weźcie nas, odrestaurujcie nas! Niech będziemy takie piękne jak wtedy, gdy Łódź była ziemią obiecaną. Ale nikt się nie zgłasza.

A tam, gdzie ktoś odważył się i kupił pożydowską działkę w atrakcyjnym miejscu i coś na niej pobudował, to pewnie Żyd. Swemu nic nie zrobią. To m. in. jeden ze sposobów poznawania zasymilowanych Żydów.”

Taki wpis zamieściłem na kanale CEPolska na YouTube i gdy po paru minutach odświeżyłem stronę, wpis zniknął. Link do miejsca wpisu tu: https://www.youtube.com/watch?v=fFNu8PcuhhU&t=1736s

Wokół tego mienia bezdziedzicznego robi się mnóstwo hałasu, ale nikt nie chce rzeczowo rozmawiać. Bo jeśli takie mienie jest, to pierwszą rzeczą, jaką należałoby zrobić, to utworzenie rejestru tego mienia. Innymi słowy, spisanie wszystkich nieruchomości, które ocalały i wycenienie ich. Tam, gdzie są opuszczone niezabudowane grunty czy, tak jak w Łodzi, opuszczone kamienice, to ich oddanie. Obawiam się jednak, że Żydom wcale nie o to chodzi.

Mogą być jeszcze budynki, które nie zostały zniszczone i są przez kogoś użytkowane. W tym wypadku, gdyby miał nastąpić zwrot, to należałoby właścicielowi zrekompensować koszy utrzymania, remontów, odnowienia budynku itp. To mogłaby regulować ustawa o zadośćuczynieniu opuszczającym mienie bezdziedziczne. I o to też im nie chodzi.

Jeszcze jednym problemem są grunty, na których mieszkali Żydzi, przeważnie biedota żydowska w nędznych chałupkach. Ludność z takich osiedli została wywieziona do obozów zagłady. Po wojnie w wielu miastach wyburzano te domki i budowano osiedla mieszkaniowe. W tym wypadku mogłyby pojawić się roszczenia do ziemi. Tylko czy one miałyby sens? Z punktu widzenia żydowskiego, pewnie tak, bo według Talmudu cała ziemia, nawet ta w rękach gojów, należy do Żydów. Jednak w tym momencie dochodzimy już do absurdu. Jeśli jednak Żydzi upieraliby się, to w tym wypadku należałoby ich odesłać do tych, którzy wywołali wojnę i doprowadzili do unicestwienia tamtego świata, świata żydowskiej biedoty. Będąc jednak w zgodzie z logiką, to należałoby ich odesłać do samych siebie, bo to im zależało na likwidacji tej biedoty, stanowiącej obciążenie dla amerykańskiej i zachodnioeuropejskiej finansjery, która łożyła na ich utrzymanie, przynajmniej częściowo.

Gdybyśmy mieli polski rząd, to pewnie w ten sposób podszedłby do tego problemu. Niestety ten rząd tak nie podchodzi, bo jest rządem żydowskim, podobnie jak inne, które były i te, które dopiero będą. Trudno więc od niego żądać rzeczowego podejścia do problemu.

A wszystkie te niby niezależne kanały na YouTube same się cenzurują, bo boją się, by ich nie skasowano. I głośno krzyczą, że nie ma wolności słowa. A kiedy ona była? Palono papirusy, palono książki. W 213 roku p.n.e. chiński cesarz Ts’in Shinhuangti zarządził spalenie wszystkich książek, by ukarać w ten sposób wszystkich autorów, którzy ośmielili się krytykować jego działalność polityczną. Dziś już niczego nie trzeba palić. Książki niewygodne w treści, jeśli ukazują się, to w niewielkich nakładach i nie docierają do masowego czytelnika. Inna sprawa, że ten masowy czytelnik już nie czyta. On, co najwyżej, ogląda kanały na YouTube. A te można usunąć jednym delikatnym ruchem palca wskazującego.

Mamy więc sytuację, w której nikomu nie zależy na zdroworozsądkowym podejściu do tematu. Mam wrażenie, że chodzi o to, by gadać i gadać, bo to temat wywołujący ferment. I o to chodzi, zwłaszcza gdy się powie, że za te 300 miliardów Żydzi kupią sobie nasze złoża naturalne. Tylko po co oni mieliby je kupować, skoro one są ich. Jeśli bogactwa naturalne są własnością państwa, a państwem rządzą Żydzi, to czyje to są bogactwa? No czyje?

Ustawa JUST

Ustawa JUST, pełna nazwa: Ustawa z 2017 roku o niezwłocznym uczynieniu sprawiedliwości ocalonym z Holocaustu, którym nie zadośćuczyniono ich strat (ang. Justice for Uncompensated Survivors Today Act of 2017), w Polsce potocznie nazywana również „ustawa 447”.

Tak to tłumaczy Wikipedia. Już bardziej tego nie dało się zamotać. A przecież poeta pisał: „Chodzi o to, aby język giętki powiedział wszystko, co pomyśli głowa, a czasem był jak piorun jasny, prędki…” No właśnie! Jasny, prędki. A więc: Ustawa z 2017 roku o zadośćuczynieniu ocalałym i nadal żyjącym. Słowo „zadośćuczynienie” jest bogate w treść. W nim jest zwarte słowo „sprawiedliwość” i ”rekompensata”. Już nic więcej nie trzeba dodawać. Język polski jest językiem, w którym wiele można wyrazić prosto i precyzyjnie. Czasem jednak mam wrażenie, że ktoś nas próbuje do niego zniechęcić. Ale może się mylę.

Wikipedia podaje link do oryginalnego tekstu ustawy i każdy, kto chce, może zapoznać się z nim. Jest w nim doprecyzowanie, o jakich ocalałych chodzi. Nie wiem, czy ktoś przetłumaczył ten tekst na polski i podał do publicznej wiadomości, chociażby dla tych, którzy zbierają podpisy pod hasłem – stop 447, ale przyzwoitość nakazywałaby to zrobić. W tej ustawie nie ma nic o żydowskich roszczeniach, a tym bardziej, na jaką kwotę one opiewają. To, że jakiś żydowski publicysta, uchodzący za polskiego patriotę, tak napisze, to wcale jeszcze nie znaczy, że to jest prawda.

Ustawa ta weszła w życie w maju 2018 roku i do listopada 2019 roku Departament Stanu miał przedstawić Kongresowi jednorazowy raport o stanie realizacji niewiążącej deklaracji terezińskiej. I co tu mamy? Jednorazowy raport, niewiążącą deklarację i raport, o którym nie wiemy, czy został przedstawiony Kongresowi, czy – nie. I tyle krzyku wokół tej ustawy, ale nic o jej treści. To już jakaś paranoja!

O co więc w tym wszystkim chodzi? – Też chciałbym wiedzieć. Jest to jakaś żydowska gra, w której chcą coś ugrać. Żądanie 300 miliardów dolarów oznaczałoby zniszczenie tego państwa. Tylko po co Żydzi mieliby niszczyć to państwo, które jest ich państwem? Jeśli ministrem finansów jest Żyd, który nawet nie mówi dobrze po polsku, to czyż trzeba lepszego dowodu na to, że to nie jest polskie państwo? Przecież finanse są najważniejsze. Bez tego nic nie działa. A premier? Żydom nie jest potrzebna żadna „JUST”. Oni już dawno sobie zapewnili możliwość transferowania pieniądza od polskiego podatnika do swoich kieszeni. Robią to po cichu i skutecznie, i co najważniejsze, zgodnie z prawem. Tym narzędziem jest ustawa z 1997 roku o stosunku Państwa do gmin wyznaniowych żydowskich w Rzeczypospolitej Polskiej. O niej pisałem w blogu „Ustawa”. Jeśli więc kogoś interesują szczegóły, to tam je znajdzie.

Zbierają podpisy przeciw ustawie 447 po to, by Sejm zablokował żydowskie roszczenia. To niby inicjatywa obywatelska. I co z tego? Kogo to obchodzi? Inną sprawą jest to, że jest to ustawa amerykańska i żadne inne państwo nie ma możliwości wpłynięcia na amerykański rząd. Tym bardziej nie ma takiej możliwości „polski” rząd. Jakiś czas temu była taka inicjatywa obywatelska, której celem było zmuszenie rządzących do wprowadzenia w Polsce ordynacji większościowej w postaci jednomandatowych okręgów wyborczych. Zebrano wymaganą ilość podpisów i zaniesiono do Sejmu. I co? I całą tę papirologię wrzucono do sejmowych niszczarek. Tak działa demokracja. To było dobre ponad 10 lat temu, więc mało kto pamięta. Już wyrośli młodzi naiwni, albo są jeszcze starzy naiwni, cierpiący na starczą demencję, których można nabrać na te odgrzewane kotlety. Oni ciągle wierzą, że jest coś takiego jak demokracja i że politycy ulegną. A może nie wierzą, tylko grają. W końcu tę akcję prowadzą internetowe „Media Narodowe” i niby środowiska narodowe. Wybrali Bosaka na kandydata na prezydenta. Chyba tylko po to, by nie był konkurencją dla Kidawy-Blońskiej. Baba i Żydówka ma być przyszłym prezydentem Polski i pewnie będzie, i wszystkie inne partie też wybiorą takich kandydatów, którzy jej nie zagrożą. Tak działa demokracja. A prezydent mówi: Polacy nic się nie stało, przecież wy też jesteście Żydami.