Czas apokalipsy

Pisałem już wcześniej, że wszelka wiedza bierze się z porównań. Nawet jeśli jest w tym stwierdzeniu trochę przesady, to niewiele. Porównując rzeczy czy zjawiska, obserwujemy lub analizujemy je w jakimś kontekście, a nie w oderwaniu od rzeczywistości. A z tym mamy do czynienia w przypadku „pandemii”. Wcześniej pandemia była w sytuacji, gdy liczba zachorowań na jakąś chorobę gwałtownie rosła w stosunku do normalnego jej stanu i do ogółu zachorowań. Jeśli na grypę „hiszpankę”, która wybuchła u schyłku I wojny światowej (1918-1920), zmarło więcej ludzi niż poległo w trakcie tej wojny, to można w tym wypadku mówić o pandemii. Obecnie WHO zmieniło jej definicję i rządy wszystkich państw mogą ją ogłosić wtedy, gdy im się podoba, a właściwie to na rozkaz rządu światowego, któremu te rządy podlegają. I tak się stało, i mamy „pandemię”.

Jak więc wyglądała pandemia „hiszpanki”? Wikipedia tak ją opisuje:

»Pierwsza fala nadeszła wiosną 1918 roku, była wysoce zakaźna, ale łagodna w przebiegu i nie wzbudziła zaniepokojenia. Druga fala, od sierpnia 1918 roku, odznaczała się niezwykle wysoką śmiertelnością. Wystąpiła jednocześnie w trzech rejonach: w Breście we Francji, w Bostonie w USA i we Freetown w Sierra Leone. Do Europy sprowadzili ją amerykańscy żołnierze. Jako że ich transporty docierały głównie do portów we Francji, kraj ten stał się wylęgarnią zarazy. Pandemia grypy była także przyczyną licznych śmierci jeńców podczas wojny polsko-bolszewickiej i po niej. Trzecia fala pandemii miała miejsce między końcem 1918 a marcem 1919 i nierównomiernie, lecz z podobnym nasileniem rozwijała się w Stanach Zjednoczonych oraz w niektórych częściach Europy. Ostatnie zarażenia odnotowano w 1920 roku, jednak ostatnia fala cechowała się mniejszą śmiertelnością niż dwie poprzednie.

Śmiertelność grypy „hiszpanki” jest trudna do oceny, jednak na podstawie danych wojskowych można ją oszacować na 5-10%. W zamkniętych społecznościach śmiertelność była jeszcze wyższa. W Bostonie zachorowało 10% ludności. 2/3 chorych zmarło. W całej armii Stanów Zjednoczonych zachorowało 20%.

Liczba ofiar „hiszpanki” znacznie przewyższyła liczbę ofiar frontów I wojny światowej. Na grypę i jej powikłania zmarły 24 tysiące osób amerykańskiego personelu wojskowego (amerykańskie straty bojowe wyniosły 34 tysiące osób). W Wielkiej Brytanii zmarło 150 tysięcy osób.

Podawane są różne szacunki śmiertelności na całym świecie: od 21-25 mln do 50-100 mln. Była pierwszą pandemią od czasów czarnej śmierci (1347-1350) o tak wysokiej śmiertelności. Zachorowało na nią 500 mln ludzi, co stanowiło wówczas 1/3 populacji świata.

Nietypową cechą tej pandemii był odwrócony profil wiekowy jej ofiar. Umierali przede wszystkim ludzie młodzi i w średnim wieku (20-40 lat), podczas gdy zwykle na grypę umierają dzieci, osoby starsze i z osłabioną odpornością. W relacjach z pandemii podkreślano, że liczba zgonów w młodym wieku przekraczała liczbę zgonów w starszym wieku, np. w Szwajcarii znacznie poważniejszy przebieg zachorowań stwierdzono u osób w przedziale wiekowym 20-49 lat.«

Tak wyglądała prawdziwa pandemia. Na tę grypę zachorowała 1/3 populacji świata. A jak to wygląda obecnie? Rząd informuje codziennie o ilości osób zarażonych i zgonach. Tych zgonów jest kilkadziesiąt dziennie, a w ostatnich dniach ponad 100 dziennie. Czy to dużo czy mało? Z poprzednich lat ze statystyk wynikało, że w Polsce umierało dziennie na różne choroby i ze starości 1000-1100 osób. W dniu 27 października liczba osób zakażonych od początku „pandemii” wynosi 280229, a zmarłych – 4615, co daje śmiertelność na poziomie 1,6%. To jest bardzo niska śmiertelność, ale jeśli dodamy, że większość z tych zmarłych to ludzie starzy, schorowani, którzy, jak to rząd określa, mieli choroby współistniejące, to okazuje się, że nie ma żadnej pandemii. Jest tylko „pandemia”. Tego jednego dnia zostało zakażonych 16300 osób, zmarło – 132. W środę dzienna liczba zakażonych wzrosła do 18820, a zmarłych – 236. Ogólna liczba zakażonych w środę 28 października – 299049, zmarłych – 4851. Śmiertelność dalej na poziomie 1,6%, ale we wtorek zmarły 132 osoby, a w środę – 236, prawie dwa razy więcej. To robi wrażenie i o to chodzi! W czwartek liczba zakażonych – 20156, zgonów – 301. Od początku 319205 i 301, co daje śmiertelność 1,6%. Oznacza to, że na 200 osób chorych 3 umierają. W piątek 30 października – 21629 zakażonych, 202 – zgony. Od początku – 340834, 5351, śmiertelność – 1,6%. Według rządowych wykresów krzywa zakażeń od paru dni rośnie w postępie geometrycznym, a krzywa zgonów jest płaska od samego początku i nadal taka jest, a mamy do czynienia z drugą falą. Tak przynajmniej twierdzi rząd.

Problem jednak polega na tym, że my nie wiemy, czy te dane są prawdziwe, bo testy, które są używane do diagnozowania zakażenia nie były do tego stworzone. Nie wiemy czy wśród tych ponad 300 tysięcy zakażonych nie ma takich, które wiosną zostały zdiagnozowane jako chore i obecnie ponownie są zakażone. Na jakiej podstawie osoby, które mają choroby współistniejące, kwalifikuje się jako zmarłe z powodu COVID? W sumie nic nie wiemy i mamy wierzyć. Czy mamy więc do czynienia z oszustwem na skalę światową? Czy to możliwe, żeby rządy wszystkich krajów i ich dyżurni lekarze wirusolodzy i inni, kłamali w żywe oczy? Jest wielu ludzi, którzy nie wierzą w tę „pandemię”. A ilu wierzy? Codziennie jesteśmy atakowani informacjami o gwałtownie rosnących zakażeniach, o przepracowaniu personelu medycznego, o tym, że zaraz zabraknie łóżek w szpitalach, o zakażeniach kolejnych członków rządu, a wszyscy oni w maseczkach. Do tego dochodzą wypowiedzi „ekspertów” o tym, że najgorsze jeszcze przed nami. Jeśli dodamy do tego zdjęcia personelu medycznego w szczelnych skafandrach z jakimiś strzykawkami czy innym sprzętem lub takich samych sanitariuszy pchających łóżko z chorym lub w karetce, to na większości ludzi musi to robić wrażenie, a nawet jak nie robi, to działa na podświadomość. W tym działaniu nie ma nic przypadkowego i nie przypadkiem znowu muszę odwołać się do Bullocka i książki Hitler – studium tyranii. Cytaty kursywą pochodzą z „Mein Kampf”:

Ponieważ masy mają tylko słabą znajomość abstrakcyjnych idei, przeto ich reakcja wypływa raczej z domeny uczuć, gdzie tkwią korzenie pozytywnej czy negatywnej ich postawy… Niezwykła stabilność mas wynika z emocjonalnych podstaw ich nastawienia. Zawsze trudniej jest walczyć z wiarą niż z wiedzą. Siłą napędową prawie wszystkich wielkich rewolucji na kuli ziemskiej nigdy nie było jakieś naukowe poznanie, które opanowało masy, ale zawsze fanatyzm, który je natchnął, i często pewnego rodzaju histeria pchająca je do czynu. Ktokolwiek chce porwać masy, musi znać klucz do ich serc. Tym kluczem jest nie obiektywizm, a więc nieudolna postawa, ale stanowcza wola poparta, jeżeli trzeba, siłą.

Hitler bez ogródek tłumaczy, jak to można osiągnąć: Możliwości percepcji mas są bardzo ograniczone, a ich zdolność rozumienia – słaba. Z drugiej strony masy szybko zapominają. Każda skuteczna propaganda powinna zatem ograniczać się do paru rzeczy niezbędnych i musi być wyrażona w kilku stereotypowych frazesach. Dla intelektualistów, którzy ciągle szukają czegoś nowego, Hitler miał jedynie pogardę. Tylko ciągłe powtarzanie doprowadzi w końcu do wbicia jakiejś idei w pamięć tłumu. Dla tego samego powodu lepiej jest trwać przy raz ustalonym programie, nawet gdyby niektóre jego punkty stały się nieaktualne. Wystarczy usunąć jeden punkt ze sfery dogmatycznej pewności, a dyskusja, jaka się wywiąże, nie tylko nie doprowadzi do nowego i lepszego sformułowania, ale może łatwo przejść w nie kończące się debaty i ogólne zamieszanie.

Kiedy się kłamie, kłamstwo musi być wielkie. Tak robią Żydzi stosując się do zasady:

Prawdą jest, że w wielkim kłamstwie zawsze jest pewien element wiarygodności, albowiem szerokie masy narodu w głębi emocjonalnej sfery swej natury nie tyle są świadome i celowo złe, ile łatwo ulegają zepsuciu; tak więc w swoich prymitywnych umysłach łatwiej padają ofiarą wielkiego kłamstwa niż drobnego, bo same często uciekają się do małych kłamstewek w drobnych sprawach, ale wstydziłyby się posługiwać wielkim kłamstwem. Taka nieprawda nigdy by im nie przyszła na myśl i nie uwierzą, że ktoś inny miałby czelność haniebnie przekręcać prawdę… Najbardziej bezczelne kłamstwo zawsze zostawia po sobie ślad, nawet gdyby je przygwożdżono.

Przede wszystkim zaś nigdy nie wahać się, nigdy nie łagodzić tego, co się mówi, nigdy nawet na cal nie ustępować przeciwnej stronie, wszystkie przeciwieństwa odmalowywać w biało-czarnych kolorach. To jest

pierwszy warunek, którego należy się trzymać w każdego rodzaju propagandzie: systematyczna, jednoznaczna postawa wobec każdego problemu, z którym się ma do czynienia… Kiedy ludzie zobaczą bezkompromisowy, zaciekły atak na przeciwnika, zawsze przyjmą to za dowód, ze racja leży po stronie atakującego, ale jeżeli atakujący zatrzyma się w pół drogi i nie doprowadzi zwycięstwa do końca… przyjmą za dowód, że nie jest on pewny swojej racji.

Propaganda nie ograniczała się tylko do słowa mówionego. Były jeszcze afisze, zawsze czerwone, w rewolucyjnym kolorze, wybranym po to, by prowokować lewicę; swastyka i flagi, z ich czarnym Hakenkreuzem w białym kole na czerwonym tle – wzór, do którego Hitler przywiązywał jak największą wagę; postawa na baczność, mundury i hierarchia partyjna. Od socjaldemokratów Hitler wziął jeszcze pomysł masówek i demonstracji. Głównym celem takich masówek było wywołanie wrażenia siły, przynależności do ruchu, który musi doprowadzić do sukcesu. Hitler odkrył tutaj pewną psychologiczną prawdę, która później w historii ruchu nazistowskiego odegrała wielką role: że gwałt i terror mają własną wartość propagandową i że manifestowanie siły fizycznej jest równie pociągające, jak i odpychające.

To tyle Bullock i jego cytaty z Hitlera. A więc masówki i demonstracje miały wywoływać wrażenie siły. A czy te „szpitale” organizowane na stadionach, czy one nie są ich odpowiednikami? To też masówki, tyle że trochę inne. One mają wywołać wrażenie grozy. Parę dni temu pokazano zdjęcie kilku pacjentów, których umieszczono w pomieszczeniu postojowym karetek, bo w szpitalu zabrakło miejsca, ale nie pokazano wnętrza tego szpitala z jego „zatłoczonymi” salami. Tak właśnie działa ta propaganda i ma bardzo wiele wspólnego z nazistowską, co nie powinno dziwić, bo to chyba ci sami, którzy zaopiekowali się Hitlerem, organizują nam to piekiełko.

Ale po co ta cała hucpa z „pandemią”? – Bo jest nas za dużo i Ziemia „nie wyrabia”. Tak orzekli wielcy tego świata i szlus! W języku oryginału pisze się Schluss i znaczy to – koniec. Wyjaśniam, bo mam świadomość, że obecnie „Englisch über alles”. Orzekli, że jest nas za dużo, ale jakoś dziwnym trafem nie przeszkadza im masowa produkcja, która bardziej dewastuje środowisko naturalne i pożera surowce, które występują w ograniczonej ilości, bo zasoby Ziemi nie są nieskończone. I nie jest grzechem masowa produkcja, tylko masowa tandetna produkcja, która z założenia produkuje buble, których okres używania jest krótki, i która wymaga ciągłego odnawiania. To jest biznes dla producentów i handlu, ale czy dla klienta?

Wybrano model globalizacji, który zniszczył nie tylko środowisko naturalne i jego zasoby, ale też mnóstwo zawodów, takich jak choćby krawiec, szewc, zegarmistrz, masarz i wiele innych. No właśnie! Piszę – masarz, a edytor tekstu podkreśla mi to słowo, znaczy że piszę z błędem, bo powinienem napisać – masaż. Skoro nie ma zawodu masarz, to i nie ma takiego słowa. Jest tylko masaż i masażysta – specjalista od robienia masaży, a specjalisty od robienia wędlin nie ma. Z tymi słowami jest też inny problem, bo coraz częściej pojawiają się takie – zapożyczone z angielskiego. Nie tak dawno temu trafiłem na vlog, co, jak się domyślam, znaczy videoblog, czyli film, którego tytuł brzmiał: Przygoda z dwiema Persjankami. – O! I tego słowa edytor nie podkreśla. Te Persjanki to kalka z angielskiego. Po angielsku jest – „Persian”, co znaczy – Pers, Persjanka; tak to tłumaczą słowniki internetowe i tak to tłumaczy słownik angielsko-polski Stanisławskiego. Ale Słownik Poprawnej Polszczyzny nie pozostawia wątpliwości: Pers, Persyjka. – Jak to ładnie brzmi! Nieprawdaż? Tak z ciekawości zajrzałem do słownika niemiecko-polskiego i tam znalazłem: Perser – Pers, Perserin – Persyjka. Polski i niemiecki rozróżnia płcie, angielski, w tym wypadku – nie, ale – Englisch über alles, nic nie poradzimy. Na otarcie łez pozostaje mi tylko stwierdzenie, że mój edytor tekstu nie podkreśla słowa “Persyjka”. Dobre i tyle!

Ale wróćmy, jak to mówią Francuzi, do naszych baranów, czyli do głównego wątku, a ten wątek, to – po co ta hucpa? – Za dużo ludzi na Ziemi. Pomysł z tym przeludnieniem jest stary jak świat, no, może nie tak stary, ale pojawił się w końcu XVIII wieku za sprawą Thomasa Roberta Malthusa (1766-1834). Był to angielski ekonomista i duchowny anglikański. Był twórcą teorii przeludnienia opublikowanej w 1798 roku. Według niego, skoro liczba ludności rośnie w postępie geometrycznym, a produkcja żywności w – arytmetycznym, to nieunikniony jest stan przeludnienia. Pisał: epidemie, zarazy, pomory (…) przyniosą tysiące i dziesiątki tysięcy ofiar. Jeśli nie przyniesie to skutku, gigantyczna nieunikniona plaga głodu (…) jednym potężnym uderzeniem wyrówna poziom ludności z poziomem żywności.

Dziś wiemy, że to się nie sprawdziło. Postęp techniczny i wzrost wydajności w rolnictwie pozwolił uniknąć tego scenariusza. Ale skąd u niego taki pomysł? Malthus żył w latach intensywnego przyrostu naturalnego białej rasy. Pod koniec XVIII wieku Berlin liczył 20 tys. mieszkańców. Na początku XX wieku – już 2 miliony. W tamtym czasie przyrost naturalny w Niemczech był bardzo wysoki i stąd „Drang nach Osten”. Ale i w innych krajach był wysoki; w Królestwie Polskim, w Rosji i w innych. Wyjątkiem była Francja. Jeszcze chyba w czasie rewolucji francuskiej była ona najludniejszym krajem w Europie, a już pod koniec XIX wieku notowała ujemny przyrost naturalny, podczas gdy inne kraje „rosły w siłę”. I właśnie dlatego parlamentarzyści francuscy zastanawiali się nad tym, jak zachęcić Francuzów do rozmnażania się, bo u sąsiada za miedzą ludzi przybywa. Ten problem opisywał w „Kronikach Tygodniowych” Prus, który stwierdził, że jest coś takiego jak siła populacji. Jeśli jest ona silna, to mamy do czynienia z dużym przyrostem naturalnym, gdy słabnie jest odwrotnie.

Malthus popełnił błąd metodologiczny. Inna sprawa czy zrobił to świadomie. Prawdopodobnie był masonem i dobrze wiedział po co tworzy taką teorię. Założył, że ten wzrost liczby ludności będzie stały i tak szybki, jak on to obserwował. Za jego życia tak było, co nie znaczy, że zawsze tak musi być. Dziś wiemy, że biała rasa raczej się zwija. Ostatnim razem odbudowała się po II wojnie światowej, ale od lat 60-tych słabnie. Natomiast rasa żółta i czarna od tych lat 60-tych kwitnie.

To zapewne stało się przyczyną powstania prądu zwanego neomaltuzjanizmem. Nawiązywał on do teorii Malthusa. W 1968 roku w książce The Population Bomb Paul R. Ehrlich opisał scenariusze oparte na założeniach zbliżonych do oryginalnej teorii Malthusa. Według jego prognozy w ciągu około 15 lat od publikacji książki miało dojść do ogólnoświatowej katastrofy demograficznej połączonej z klęską głodu. Ehrlich proponował wprowadzenie szerokiej kontroli urodzeń, rozważając różne możliwości sterylizacji oraz ograniczenie przyrostu naturalnego za pomocą środków fiskalnych. Minęło 15 lat i nic z tego, co on prognozował, nie sprawdziło się.

Na wyczerpaniu surowców naturalnych skupia się książka Granice wzrostu wydana w 1972 roku przez Klub Rzymski, przewidująca wyczerpanie zdolności Ziemi do utrzymania prognozowanej liczby ludności świata w ciągu około 100 lat. Jako środek pozwalający na ograniczenie eksplozji demograficznej i nieracjonalnego zużycia surowców postulowano kontrolę urodzin, ograniczenie liczebności rodzin oraz środki fiskalne. – Tak to opisuje Wikipedia, ale ja nie widzę sensu w tym opisie. Co to znaczy nieracjonalne zużycie surowców? Skoro jest więcej ludzi, to musi być ich większe zużycie.

Z tych niespójnych teorii jasno wynika, że chodzi o redukcję liczby ludności i nic więcej. Surowce naturalne wyczerpują się zbyt szybko nie dlatego, że ludzi jest za dużo, bo ludzie ich nie jedzą, tylko dlatego, że produkcja jest nastawiona na wytwarzanie przedmiotów szybko zużywających się. To powoduje, że trzeba produkować ich coraz więcej, a do tego trzeba coraz więcej surowców. Żywność jest produktem odnawialnym. Produkcja roślinna potrzebuje nie tylko gleby, ale i energii słonecznej. Na tej samej glebie można co roku zbierać plony, a energia słoneczna jest, z naszego punktu widzenia, niewyczerpalna.

Zanim człowiek wynalazł rolnictwo, to trudnił się łowiectwem i zbieractwem. Jedno i drugie wymaga wielkich przestrzeni, a więc i małej gęstości zaludnienia. Obie czynności wymagają zaangażowania i czasu. Nie tak łatwo upolować jakąś zwierzynę, a i zbieractwo absorbuje. Cała aktywność człowieka sprowadza się do zdobycia żywności. W takiej rzeczywistości nie ma miejsca na internetowe pogaduszki. O spotkaniach w knajpach, pubach i innych tego typu przybytkach nie wspominam, bo to już jest historia. Skoro człowiek nie mógł myśleć o niczym innym, tylko o polowaniu i zbieractwie, to zrozumiałe, że nie było rozwoju. Dopiero gdy pojawiła się obfitość żywności, za sprawą rolnictwa, to większość ludzi mogła zająć się czymś innym. I to coś innego powodowało to, co my nazywamy rozwojem.

Malthus twierdził, że przyczyną tak gwałtownego wzrostu populacji jest niepohamowany pociąg seksualny. Ale ten niepohamowany pociąg istniał, gdy ludzie trudnili się łowiectwem i zbieractwem i później. Jednak nie powodował on tak gwałtownego przyrostu naturalnego. Co więc było jego przyczyną w Anglii, gdzie on go obserwował i w Niemczech? We Francji było inaczej. Czy za sprawą rewolucji francuskiej?

W latach 60-tych miała miejsce tzw. zielona rewolucja, której celem było unowocześnienie rolnictwa w krajach, zwanych wtedy, krajami Trzeciego Świata, a co za tym idzie, likwidacja głodu. I w jej wyniku nastąpiła ta eksplozja demograficzna. Czy faktycznie z tego powodu? Nadal w Afryce jest wiele krajów, w których ludzie doświadczają głodu, a pomimo tego przyrost naturalny jest wysoki. Inna sprawa, że wiele dzieci umiera.

Malthus uważał, że problem przeludnienia rozwiąże sama natura. Neomaltuzjanizm poszedł o krok dalej. Uznał, że potrzebna jest ingerencja człowieka i zaproponował kontrolę urodzeń, sterylizacje i środki fiskalne. Jak to ładnie nazwano – środki fiskalne, czyli, masz dużo dzieci, płacisz większe podatki. A obecnie u nas mamy dokładnie odwrotną sytuację – 500+. Rząd płaci za posiadanie większej ilości dzieci, a rząd światowy dąży do redukcji ludności świata. Dom wariatów? Na COVID umierają ludzie starzy. Tak wynikało z danych rządowych. Teraz już nie podają wieku zmarłych. Tak więc ludzie starzy umierają nie ze starości, tylko z powodu „pandemii”, więc chrońmy seniorów – tak pier… premier a za nim reszta. Niech nie wychodzą z domu. To co? Niech zdychają w domach, tak? Nie dla nich poranne i wieczorne mgły, nie dla nich „nieśmiertelnik, żółty październik”. Dom jest schronieniem, ale nie więzieniem. Tu nie ma wątpliwości – pierwsi do „odstrzału” są starzy ludzie. Są niepotrzebni: murzyn zrobił swoje, murzyn może odejść.

To, z czym mamy obecnie do czynienia, to też neomaltuzjanizm, tyle że w najnowocześniejszej odsłonie. – Ludzi jest za dużo i nie będziemy czekać na wojny, kataklizmy i inne plagi, które zredukują liczbę ludności. Nie będziemy też bawić się w kontrolę urodzin, sterylizację i środki fiskalne. Zaczniemy ich zabijać, ale nie tak po chamsku, strzałem w potylicę, ale bardziej „subtelnie”, powoli, na raty, tak by nie zorientowali się, że są zabijani. W tym celu wymyślimy pandemię i pod jej pretekstem zalegalizujemy prawa takie, jakie będziemy chcieli. Działanie jest kompleksowe i polega na niszczeniu:

  • państwa
  • gospodarki
  • więzów społecznych
  • osobowości człowieka
  • tradycji

Niszczenie państwa polega na odebraniu mu suwerenności. Wszystkie państwa działają podobnie, zgodnie z pewnym scenariuszem, co dowodzi istnienia rządu światowego. Wszystkie restrykcje wprowadzane są niezgodnie z konstytucją, co dowodzi, że prawo nie jest przestrzegane. Jednym z filarów państwa jest jego system prawny, a jego niszczenie, to niszczenie państwa.

Niszczenie gospodarki jest ewidentne. Sprowadza się ono do likwidacji małych i średnich firm, których właścicielami są niezależni ludzie. Z pracownikami zatrudnionymi na etatach czy w korporacjach rząd poradzi sobie szybko. Niszczony jest też pieniądz. Czas likwidacji gotówki jest bliski, a wraz z nią zniknie własność prywatna. Rząd na potęgę kreuje pieniądze bez pokrycia. Na walkę z „pandemią” nie żałuje ich. Jest też gotowy hojnie wynagradzać lekarzy, dając im bardzo wysokie podwyżki. Wie, że już niedługo te pieniądze nie będą nic warte, a lekarze obudzą się z ręką w nocniku, gdy zobaczą, że ich elektroniczne konta są zablokowane lub zezwalające na wypłaty niewielkich kwot.

Ograniczenia w przemieszczaniu się, tzw. dystans społeczny, zamykanie tych wszystkich miejsc, w których ludzie mogli spotykać się ze sobą i wymieniać informacje, zamykanie ich w domach – to wszystko prowadzi do zerwania więzów społecznych, które są niezbędne do prawidłowego rozwoju psychicznego każdej jednostki.

Maski przed niczym nie chronią. Rządzący dobrze o tym wiedzą, a mimo to upierają się przy obowiązku ich noszenia. One zmieniają naszą osobowość: jak w masce uśmiechnąć się do drugiego człowieka? W maskach wszyscy wyglądamy podobnie i przypominamy małpy, a nie ludzi. I o to chodzi, żebyśmy stawali się anonimowi, traktowali innych jako zagrożenie dla naszego zdrowia. To jest proces, to nie stanie się tak od razu, ale gdy zostaniemy z nimi jeszcze przez rok czy dwa, to nawet nie zorientujemy się, w którym momencie staniemy się już kimś innym, niż dotychczas byliśmy. Ale maski nie tylko zmieniają naszą osobowość, one też wpływają negatywnie na nasze zdrowie, bo z ciągłego wdychania wydychanego powietrza nic dobrego nie może wyniknąć. Jednym słowem – zabierają nam nasze podstawowe prawa, prawo do oddychania świeżym powietrzem i prawo do bycia człowiekiem.

Niszczenie tradycji polega na m.in. na zabranianiu nam obchodzenia świąt, tak jak to czyniliśmy dotychczas. Zamknięcie cmentarzy na Wszystkich Świętych i Dzień Zaduszny jest tego najlepszym dowodem. Na cmentarz nie wolno pójść, ale wielotysięczne manifestacje w wielu miastach mogą się odbywać. I jakoś w tym wypadku rząd jest “bezradny”, a policja bierna. Na manifestacjach wirusa nie ma, a na cmentarzach jest.

Wszystko to jest robione stopniowo, powoli i łagodnie. Zmiany w naszych nawykach wpłyną na naszą podświadomość, a ta na nasze zachowanie. Gdy już nas zmienią, to będą mogli zrobić z nami wszystko, co zechcą. Jak zechcą, to nas uśmiercą, a jak nie zechcą, to łaskawie pozwolą nam żyć. I po to jest ta cała „pandemia”. Sam projekt jest oczywiście projektem satanistycznym. No bo jak inaczej wytłumaczyć fakt, że znalazła się grupa ludzi, która chce zastąpić Boga, jak chcą jedni, czy naturę, jak chcą inni i decydować o tym, czy jest nas za dużo, czy może w sam raz.

Żarty się kończą. Słowacja, jako pierwszy kraj na świecie, wprowadziła obowiązkowe dla wszystkich obywateli testy na obecność koronawirusa. Bandytyzm i terroryzm w “majestacie” prawa. Człowiek przestaje być panem własnego ciała i o tym, czy jest zdrowy czy zakażony, nie on będzie decydował na podstawie własnego samopoczucia. Jeśli test wykaże mu zakażenie, to zostanie skierowany na “leczenie”. A tam już wszystko będzie można z nim zrobić.

Kto stworzył Hitlera?

Alan Bullock w swojej książce Hitler – studium tyranii zawarł wiele informacji na temat tego, kto finansował Hitlera. Wybrałem te fragmenty, które są poświęcone temu zagadnieniu do 1933 roku oraz te, w których autor opisuje sam początek jego kariery. Kiedy jednak przepisywałem je z książki, to zwróciło moją uwagę to, że właściwie od samego początku pojawiają się wokół Hitlera ludzie nietuzinkowi i gotowi mu bezinteresownie pomagać. Osoby, przeważnie z wyższych warstw niemieckiego społeczeństwa, zaopiekowały się człowiekiem znikąd, biednym i bez wykształcenia. Skąd u nich tyle altruizmu? Ale nie tylko one! Pomagała też armia. Szef Departamentu Politycznego Dowództwa VII Okręgu zleca Hitlerowi obserwację kanapowej partii politycznej – Niemieckiej Partii Robotniczej. Partia ta liczyła niewiele więcej ponad 40 osób. Hitler, gdy podjął decyzję o wstąpieniu do niej, został przyjęty do jej Komitetu jako siódmy członek. Dlaczego od razu do Komitetu? Po jednym gwałtownym wystąpieniu? Zanim Hitler pojawił się w tej partii, byli już w niej Feder, Eckart i Röhm., a to nie byli jacyś ludzie znikąd. Tak jak nie był człowiekiem znikąd Harrer, który razem z Drexlerem założył Niemiecką Partię Robotniczą. Harrera i Eckarta łączyła przynależność do Towarzystwa Thule. To takie tajne stowarzyszenie, które pod pozorem czegoś tam realizuje zupełnie inne cele. Ach! Przypominają się te tajne związki z epoki renesansu typu akademia platońska itp. Ale o tym na końcu bloga. Bullock pisze tak:

»W burzliwych dniach kwietnia i maja 1919 roku Hitler mieszkał w Monachium. Nie wiemy dokładnie, jaką rolę wtedy odegrał. Zgodnie z tym, co sam pisze w „Mein Kampf”, chciano go aresztować przy końcu kwietnia, ale chwyciwszy za karabin odpędził trzech ludzi, którzy po niego przyszli. Po obaleniu rządu komunistycznego denuncjował jego zwolenników przed komisją śledczą ustanowioną przez 2 pułk piechoty, która sądziła i skazywała na rozstrzelanie aktywistów strony przeciwnej. Potem dostał pracę w Biurze Prasowo-Informacyjnym Departamentu Politycznego Dowództwa VII Okręgu (Monachium), ośrodku, w którym działali tacy ludzie jak Röhm. Po skończeniu kursu dla wojskowych „instruktorów politycznych” został zatrudniony jako Bildungsoffizier (wychowawca polityczny), z zadaniem uodporniania ludzi na zarazę socjalistyczną, pacyfistyczną i idei demokratycznych. Dla Hitlera był to ważny krok naprzód, ponieważ dowodził, że ma zdolności polityczne. Potem, we wrześniu, szef Departamentu Politycznego polecił mu śledzić małą grupkę zbierającą się w Monachium, Niemiecką Partię Robotniczą, która mogła interesować armię.

Niemiecka Partia Robotnicza powstała z Komitetu Niezależnych Robotników, który zawiązał się 7 marca 1918 roku z inicjatywy monachijskiego ślusarza, Antona Drexlera. Myślał on o stworzeniu partii, która byłaby zarówno robotnicza, jak i narodowa. Dostrzegał bowiem to, co widział Hitler, a mianowicie, że ruch klasy średniej, w rodzaju Frontu Ojczyźnianego (do którego należał), kompletnie nie orientuje się w nastrojach mas, coraz bardziej ulegających propagandzie antynarodowej i antymilitarnej. Komitet Drexlera, liczący czterdziestu członków, rozwijał się słabo. W październiku wraz z dziennikarzem Karlem Harrerem założył Drexler Polityczne Koło Robotnicze, które z kolei w styczniu 1919 roku połączyło się z Komitetem Niezależnych Robotników tworząc Niemiecką Partię Robotniczą. Prezesem jej został Harrer. Organizacja liczyła niewiele więcej członków niż początkowy komitet Drexlera. Jej działalność sprowadzała się do dyskusji w monachijskich piwiarniach, a partyjny komitet sześciu nie miał jakiegoś jasnego i bardziej ambitnego programu. Z pewnością nie była to zbyt imponująca scena, kiedy wieczorem 12 września 1919 roku Hitler zjawił się na swoje pierwsze zebranie w salce Sterneckerbräu, w monachijskiej piwnicy-piwiarni, gdzie zgromadziła się grupka złożona z 20 czy 25 ludzi. Jednym z mówców był Gottfried Feder, człowiek dobrze znany w Monachium, zbzikowany na punkcie ekonomii, który już raz wywarł na Hitlerze duże wrażenie podczas jednego z politycznych kursów urządzanych dla wojska. Drugim był jakiś bawarski separatysta; jego przemówienie propagujące odłączenie się Bawarii od Rzeszy Niemieckiej i unię z Austrią, poderwało Hitlera na nogi. Zaoponował tak gwałtownie, że po skończonym zebraniu Drexler wręczył mu egzemplarz swojej autobiograficznej broszury „Mein politisches Erwachen” („Moje polityczne przebudzenie”). A w parę dni później Hitler otrzymał zaproszenie na zebranie Komitetu Niemieckiej Partii Robotniczej.

Po pewnym wahaniu Hitler poszedł na to zebranie. Komitet zasiadał w obskurnej piwiarni „Alte Rosenbad” na Herrnstrasse.

Przeszedłem przez mroczną salę, gdzie nie było ani jednego gościa, i poszukałem drzwi wiodących do bocznej salki. Tu stanąłem przed Komitetem. W bladym świetle lampy gazowej ujrzałem czterech ludzi siedzących przy okrągłym stole. Jednym z nich był autor broszury. – Mein Kampf.

Potem wszystko szło według schematu: fundusze partii – jak wynikało ze sprawozdania – wynosiły 7 marek i 50 fenigów, przyjęto najpierw drobiazgowe wyszczególnienie wydatków, następnie odczytano trzy nadesłane listy i zaakceptowano odpowiedzi.

Jednakże Hitler szczerze przyznaje, że pociągała go ta miernota, bo tylko w partii, która tak jak on stawiała pierwsze kroki, mógł się wybić i narzucić jej swoje idee. W ustabilizowanych partiach nie było dla niego miejsca; tam byłby niczym. Po dwudniowym namyśle powziął decyzję i przystąpił do Komitetu Niemieckiej Partii Robotniczej jako jej siódmy członek.

Jego energia i ambicja, dotąd rozproszone, teraz znalazły ujście. Wolno i pracowicie rozbudowywał partię i popychał swoich ostrożnych i pozbawionych wyobraźni kolegów z Komitetu ku śmielszym metodom zjednywania członków. Powielono i rozdano kilkanaście zaproszeń, zamieszczono niewielkie ogłoszenie w miejscowej gazecie, wynajęto większą salę na częstsze zebrania. Kiedy Hitler po raz pierwszy przemawiał w październiku w „Hofbräuhaus”, zebrało się stu jedenastu ludzi. Ten wynik utwierdził Karla Harrera w mniemaniu, że Hitler nie jest utalentowanym mówcą. Jednakże Hitler uparł się i liczba słuchaczy stopniowo rosła. W październiku, kiedy mówił o pokoju brzesko-litewskim i wersalskim, miał już stu trzydziestu słuchaczy, a nieco później – dwustu.

Na początku 1920 roku powierzono Hitlerowi prowadzenie propagandy partyjnej. Szybko zabrał się wtedy do zorganizowania pierwszej masówki. 22 lutego dzięki sprytnie zredagowanym obwieszczeniom, zebrał prawie 2000 ludzi w „Festsaal” w piwiarni „Hofbräuhaus”. Głównym mówcą był dr Dingfelder, ale dopiero Hitler zwrócił na siebie uwagę audytorium i korzystając z okazji ogłosił nową nazwę partii – Narodowosocjalistyczna Niemiecka Partia Robotnicza – i podał do wiadomości jej program zawarty w 25 punktach. Harrer, zirytowany metodami, przy pomocy których Hitler coraz szybciej parł naprzód, zrezygnował ze stanowiska prezesa. 1 kwietnia 1920 roku Hitler wystąpił ostatecznie z wojska i całkowicie poświęcił się rozbudowie partii, coraz bardziej biorąc ją pod swoją kontrolę.

Kiedy Hitler zabrał się do rozbudowy partii, Röhm, by przysporzyć jej członków, pchał do niej ludzi z dawnego Freikorpsu i starych żołnierzy. Z tego elementu powstały pierwsze bojówki, zalążek SA. W grudniu 1920 roku Röhm zdołał nakłonić swego przełożonego, generała-majora Rittera von Eppa, który sam był dawnym przywódcą Freikorpsu i członkiem partii, do wyasygnowania sześćdziesięciu tysięcy marek potrzebnych na zakup tygodnika „Völkischer Beobachter” („Obserwator Krajowy” – przyp mój). Dietrich Eckart dostarczył połowę pieniędzy, ale część pozostałej sumy pochodziła z sekretnych funduszy armii. Przede wszystkim jednak Röhm był tym koniecznym ogniwem gwarantującym Hitlerowi protekcję lub co najmniej tolerancję ze strony wojska i rządu bawarskiego, który zależał od miejscowego dowództwa sił zbrojnych, tego najwyższego sędziego w sprawach pokoju publicznego. Gdyby nie wyjątkowa rola, jaką odgrywało wojsko w polityce Niemiec, zwłaszcza Bawarii, a także to, że mogło ono popierać polityczne ugrupowania i ich działalność, gdy mu odpowiadały, Hitler nigdy nie zdołałby tak bezkarnie stosować swoich metod podburzania, zastraszania i gwałtu. Choć jego stosunek do armii w latach 1914-1945 ciągle się zmieniał, miała ona dla niego olbrzymią wagę; nigdy jednak nie miała takiego znaczenia, jak we wczesnym okresie w Monachium. Gdyby nie protekcja wojska, ogromnie trudno by mu było przebrnąć przez pierwsze szczeble kariery politycznej. Armia jednak, jeszcze przed śmiercią Hitlera, miała doświadczyć w całej pełni jego niewdzięczności.

Gottfried Feder i Dietrich Eckart, tak jak Röhm, przystąpili do Niemieckiej Partii Robotniczej jeszcze przed Hitlerem. Obaj byli ludźmi dosyć wykształconymi i dobrze znanymi w Monachium. Feder z zawodu był inżynierem; wyznawał jakieś wysoce oryginalne teorie ekonomiczne na temat zniesienia „jarzma renty”, które głosił z uporem maniaka. Wywarł wielkie wrażenie na Hitlerze (podobno Hitler, naśladując Federa, przyciął sobie swoje długie, rzadkie wąsy w słynną szczoteczkę), który z zachwytem pisze o nim w „Mein Kampf”, ale z czasem stracił wpływ i po dojściu nazistów do władzy pozostał w cieniu, mieszkając nadal w Monachium. Dietrich Eckart, znacznie starszy od Hitlera, był znanym dziennikarzem, poetą i dramaturgiem. Typowy Bawarczyk, lubiący dobrze zjeść, piwosz, stały bywalec takich lokali, jak Brennessel, winiarnia w Schwabing, przyjaźnił się z Röhmem, był zagorzałym nacjonalistą, antydemokratą, antyklerykałem i rasistą uwielbiającym nordycki folklor i – jak w średniowieczu szczuto psami uwiązanego niedźwiedzia – tak teraz on szczuł Niemców na Żydów. Przy końcu wojny był właścicielem brukowej szmaty, wychodzącej pod nazwą „Auf gut’ Deutsch” („W dobrym niemieckim” – przyp. mój), a potem został redaktorem pisma „Völkischer Beobachter”, na którego kupno dostarczył większą część potrzebnej kwoty. Eckart był bardzo oczytany; przetłumaczył „Peer Gynta” i pasjonował się Schopenhauerem. Kiedy sobie podpił piwem, stawał się dobrym mówcą i miał wielki wpływ na znacznie młodszego i jeszcze nie wyrobionego Hitlera. Pożyczał mu książki, poprawiał styl w mowie i w piśmie i zabierał wszędzie ze sobą.

To on zawiózł Hitlera po raz pierwszy do Obersalzbergu, gdzie potem często zatrzymywali się w pensjonacie „Moritz” razem z przyjaciółką Eckarta, Anną, z Hoffmannem, Hermannem Esserem, Drexlerem i jeszcze jednym przyjacielem Eckarta, drem Emilem Gansserem. „Doktor Gansser zasługuje na wieczystą wdzięczność partii – powiedział później Hitler. – Gdyby nie on, nie poznałbym Ryszarda Franka, handlarza zbożem, i nie mógłbym w 1923 roku w dalszym ciągu wydawać «Beobachtera».” To samo można powiedzieć o Bechsteinie.

Bechstein, bogaty i cieszący się światową renomą fabrykant fortepianów, należał do szerszego kręgu przyjaciół, do którego Eckart wprowadził również Hitlera. Frau Helena Bechstein bardzo polubiła młodego człowieka, który był u niej częstym gościem w Berlinie. Zaczęła nawet wydawać przyjęcia na cześć nowego proroka, potrafiła wynajdywać fundusze dla partii, a później nawet odwiedziła Hitlera w więzieniu. I znów przez Eckarta, który był członkiem stowarzyszenia „Thule” – pozornie interesującego się mitologią nordycką, ale biorącego też udział w konspiracji politycznej – Hitler poznał Hessa i Rosenberga.

W dwa lata po zakupieniu „Völkischer Beobachter” Hitler przekształcił je w pismo codzienne. Wymagało to pieniędzy. Części dostarczyła Frau Gertruda von Seydlitz, bałtycka Niemka, która miała udziały w finlandzkich papierniach, a Putzi Hanfstängl, syn monachijskiego bogacza i wydawcy dzieł z dziedziny sztuki, udzielił Hiterowi pożyczki w wysokości tysiąca dolarów. Hanfstängl, wychowanek Uniwersytetu Harwardzkiego, nie tylko wprowadził Hitlera do własnego domu – gdzie zachwycał go swoją grą na fortepianie, zwłaszcza utworów Wagnera – ale i do niektórych zamożnych monachijskich domów, między innymi do Bruckmannów.

Bruckmannowie, podobnie jak Bechsteinowie, byli oczarowani Hitlerem i serdecznie się z nim zaprzyjaźnili. Ale Hitler potrafił być bardzo kłopotliwy w towarzystwie. Brakowało mu ogłady, co jednak zręcznie eksponował. Umyślnie zachowywał się jak dziwak, przychodził późno i odchodził nagle lub też siedział i ostentacyjnie milczał albo zmuszał wszystkich do słuchania swoich krzykliwych wywodów.

Niewątpliwie Hitler otrzymywał zasiłki od ludzi sympatyzujących z celami partii, ale wysokość tych kwot i ich waga zostały wyolbrzymione. Hermann Aust, przemysłowiec monachijski, składając zeznanie przed sędzią śledczym po puczu w 1923 roku, powiedział, że zapoznał Hitlera z pewną liczbą bawarskich przemysłowców i kupców, którzy zaprosili go do wygłaszania mów na zebraniach w „Herrenklub” i w Sali Kupieckiej w Monachium. W rezultacie wielu obecnych wpłacało pewne kwoty Austowi, jako dotacje na ruch narodowosocjalistyczny, a on przekazywał je Hitlerowi. Dr Gansser skontaktował Hitlera z niektórymi berlińskimi ludźmi interesu. Dietrich Eckart nie skąpił pieniędzy na pokrycie różnych rachunków, a Frau Seydlitz, tak jak Frau Bechstein, z pewnością też przyczyniały się do zasilania kasy partii. W 1923 roku, kiedy Hitler i Ludendorff szli razem, Fritz Thyssen, prezes Zjednoczonych Stalowni (Vereinigte Stahlwerke), dał im sto tysięcy marek w złocie, ale w tym początkowym okresie podobne dary były bardzo rzadkie.

Krążyły wówczas uporczywe pogłoski, rozpuszczane przez przeciwników partii narodowosocjalistycznej, że Francuzi finansują nazistów. Oskarżenie to nie zostało jednak poparte żadnym konkretnym dowodem. Według innych pogłosek, Hitlera miała w 1923 roku wspierać finansowo Szwajcaria. Dopiero znacznie później udało mu się uzyskać od niemieckich przemysłowców z Zagłębia Ruhry i z Nadrenii olbrzymie dotacje na cele polityczne. W gruncie rzeczy więc ruch nazistowski startował z bardzo słabych pozycji finansowych.

Funk, niepokaźny cwaniak, który po Schachcie objął prezesurę Reichsbanku i tekę ministra gospodarki, był naczelnym redaktorem „Berliner Börsen-Zeitung”, najpoważniejszej gazety finansowej w latach dwudziestych. W 1931 roku Funk zrezygnował ze stanowiska redaktora i zaczął występować jako łącznik między partią nazistowską i pewnymi kołami wielkiego przemysłu i kapitału. Przez jakiś czas prowadził Wirtschaftpolitischer Pressedienst, agencję ekonomiczno-prasową kontrolowaną przez dra Wagenera, szefa nazistowskiego wydziału ekonomicznego. Agencja miała nie więcej niż sześćdziesięciu subskrybentów, ale jak powiedział Funk, „płacili oni bardzo dobrze”. W zamian Funk obowiązany był wpływać na politykę gospodarczą partii i nakłaniać Hitlera do odrzucenia antykapitalistycznych poglądów, wyznawanych przez takich ludzi jak Gottfried Feder.

W owym czasie tylko pewne koła finansowo-przemysłowe gotowe były poprzeć Hitlera i nazistów. Funk wyraźnie mówi, że największa część funduszy, które przemysłowcy przeznaczali na cele polityczne, płynęła do kas niemieckiej partii narodowej, demokratów i partii ludowej. Nazistów subwencjonowała głównie potężna grupa z przemysłu węglowego i stalowego w Zagłębiu Ruhry i Westfalii. Obok Emila Kirdorfa, największego potentata przemysłowego Zagłębia Ruhry, Fritza Thyssena i Alberta Voeglera ze Zjednoczonych Zakładów Hutniczych, Funk wymienia Friedricha Springoruma i Tengelmanna, Ernesta Buskühla oraz H.G. Kneppera z Towarzystwa Górniczego w Gelsenkirchen. Wśród bankierów i finansistów, którzy według opinii Funka spotykali się z Hitlerem w latach 1931-1932 i przynajmniej od czasu do czasu pomagali mu, byli Stein i Schröder z banku Steina w Kolonii, E.G. Von Stauss z Banku Niemieckiego, Hilgard ze Spółki Asekuracyjnej „Allianz” oraz jeszcze dwóch bankierów – Otto Christian Fischer i Fr. Reinhart.

Lista Funka, zresztą zrobiona na chybił trafił, z pewnością nie jest kompletna. Niemniej jednak przynosi interesującą wskazówkę, kto pragnął nawiązać kontakt z Hitlerem i – nawet jeżeli to nie doprowadziło do bezpośredniej pomocy finansowej, jak w przypadku Thyssena – z jakiego rodzaju ludźmi zaczął się on spotykać.

Oczywiście nie tylko Funk był zainteresowany w zetknięciu Hitlera z finansistami i ludźmi wpływowymi. Pierwsze spotkanie dawnego prezesa Reichsbanku, dra Schachta, i Thyssena z Hitlerem odbyło się w mieszkaniu Göringa, gdzie obaj spędzili cały wieczór na słuchaniu Hitlera. Göring był bardzo czynny w organizowaniu tego rodzaju spotkań; nie mniej czynny był hrabia von Helldorf, mianowany przywódcą berlińskiej SA. Grauert, który w Düssseldorfie był grubą rybą jako kierownik Stowarzyszenia Pracodawców w Nadrenii i Westfalii, dysponującego znacznymi funduszami na łamanie strajków, wykorzystał swoje stanowisko dla popierania nazistów, za co potem został podsekretarzem stanu w kierowanym przez Göringa pruskim Ministerstwie Spraw Wewnętrznych.

Nie można ustalić, jak to wszystko wyrażało się w brzęczącej monecie. Funk podaje trzy cyfry. Na procesie w Norymberdze powiedział, że przy wyborach w 1932 roku, kiedy partii brakowało pieniędzy, otwarcie ich zażądał: „W trzech lub czterech wypadkach, po bezpośredniej interwencji, ogólna kwota wyniosła mniej więcej pół miliona”. Druga cyfra dotyczy danin składanych przez poważną grupę nadreńsko-westfalską w latach 1931-32; w tym czasie – stwierdza Funk pod przysięgą – kwoty te nie sięgnęły miliona marek. Wreszcie, kiedy zażądano, aby określił globalną sumę, jaką Hitler otrzymał od przemysłu na podtrzymanie swego ruchu, nim został kanclerzem, odparł: „W przeciwieństwie do innych partii, nie sądzę, aby to było więcej niż kilka milionów”.

Pamiętniki Thyssena, na przekór tytułowi „Opłacałem Hitlera”, przynoszą rozczarowanie i niewiele dodają do zeznań Funka. Thyssen oficjalnie wstąpił do partii w grudniu 1931 roku. On też doprowadził do najbardziej znanego ze wszystkich spotkania Hitlera z przedstawicielami ciężkiego przemysłu, które odbyło się w styczniu 1932 roku w Klubie Przemysłowców w Düsseldorfie.

Sam dałem – pisze Thyssen – ogółem milion marek na partię narodowosocjalistyczną… Ciężki przemysł zaczął dawać pieniądze dopiero w ostatnich latach przed dojściem nazistów do władzy. Nie dawano ich jednak bezpośrednio Hitlerowi; otrzymywał je dr Alfred Hugenberg, przywódca nacjonalistów, który mniej więcej jedną piątą tych kwot przekazywał nazistom. Ogółem biorąc można przyjąć, że ciężki przemysł dawał nazistom około dwóch milionów marek rocznie.

Niestety nie bardzo wiadomo, o jakim okresie Thyssen mówi. Trudno jest w tej chwili wyjść poza te zwodnicze i niedokładne dane. Łatwo jest wyolbrzymiać znaczenie tych subwencji, jednakże najważniejsze jest, że Hitler, niezależnie od sum otrzymywanych od Kirdorfa, Thyssena i innych, nie był ani polityczną marionetką kapitalistów, ani zwykłym agentem magnatów przemysłowych, który stracił niezależność. Relacje Thyssena i Schachta świadczą o rozczarowaniu tych, którzy myśleli, że go kupili i że odtąd będzie tak skakał, jak mu zagrają. Z czasem odkryli – na równi z konserwatystami i generalicją – że wbrew utartemu mniemaniu bankierzy i przemysłowcy byli zbyt naiwnymi partnerami dla takiego politycznego gracza jak Hitler.«

Wszystko wskazuje na to, że Towarzystwo Thule odegrało, kto wie, czy nie ważniejszą rolę niż same pieniądze. Wikipedia tak m.in. o nim pisze:

»Towarzystwo Thule – tajna organizacja rasistowska i okultystyczna, która powstała w Monachium w końcowej fazie I wojny światowej. Nazwa pochodzi od mitycznej wyspy Thule, która dla starożytnych Greków była najbardziej na północ wysuniętym lądem. Stąd nazwa ta miała duże znaczenie dla wyznawców nordyckich kultów.

Towarzystwo powstało na przełomie 1917 i 1918 roku z volkistowskiej grupy Germanenorden i założone zostało przez Rudolfa von Sebottendorfa w Monachium, któremu już podczas I wojny światowej Związek Wszechniemiecki służył jako znaczące centrum nacjonalistycznej agitacji. Do jego członków zaliczali się urzędnicy, prawnicy, profesorowie uniwersyteccy, policjanci, arystokraci, lekarze, naukowcy oraz bogaci kupcy. Na zewnątrz organizacja ta widniała jako „Grupa badawcza nad starożytnościami germańskimi”, będąc w rzeczywistości zamaskowaną bawarską organizacją Zakonu Niemieckiego, który był zorganizowany na wzór loży masońskiej. Godłem Thule była swastyka otoczona koroną promieni, leżąca za nagim mieczem przeplecionym gałązkami dębu.

W styczniu 1919 roku członek Towarzystwa Karol Harrer wspólnie z Antonem Drexlerem założyli Niemiecką Partię Robotniczą (DAP). Poprzez DAP Thule próbowało propagować swoją ideologię w niemieckiej klasie robotniczej. We wrześniu 1919 roku Adolf Hitler wziął po raz pierwszy udział w zebraniu małej wówczas DAP i w listopadzie tegoż roku został jej członkiem.

Ideologia Towarzystwa była zbliżona do późniejszej ideologii NSDAP. Niektórzy członkowie Thule odgrywali istotną rolę w strukturach NSDAP. Członkami Thule byli Alfred Rosenberg, Julius Streicher, Hans Frank, Rudolf Hess i Gottfried Feder. Spośród 220 wymienionych z nazwiska członków Thule 20 pojawia się na wczesnej liście członków NSDAP.

W 1918 roku Sebottendorf zakupił czasopismo Münchener Beobachter, które od tego momentu propagowało ideologie Towarzystwa. 31 maja 1919 roku na łamach pisma opublikowano 12 punktowy program o charakterze nacjonalistycznym i antysemickim. Program był zbliżony do późniejszego programu NSDAP. Czasopismo nie sympatyzowało jednak wyłącznie z DAP, było raczej trybuną całego, rozdrobnionego nurtu volkistowskiego. W 1920 roku gazeta została zakupiona przez NSDAP i przemianowana na Völkischer Beobachter.

Towarzystwo Thule zainspirowało wiele teorii takich jak np. Jana van Helsinga (pisarz niemiecki). Twierdzono przeważnie, że wewnątrz Towarzystwa istniało silne okultystyczne czy nawet satanistyczne nastawienie. Są też przypuszczenia, według których istniał wewnętrzny zakon w strukturach Towarzystwa – Zakon Thule. Istnieją też przekazy co do przynależności samego Hitlera do Towarzystwa Thule. Wydaje się to jednak mało prawdopodobne, ponieważ Hitler wypowiadał się wielokrotnie bardzo lekceważąco o wybujałych teoriach Alfreda Rosenberga.

Można bez kłopotów wykazać połączenia niemieckiego spirytyzmu, który pośrednio wyszedł od Towarzystwa Thule, z okultyzmem francuskim. Poza tym, są jasne przesłanki co do tego, że Heinrich Himmler organizował spotkania z francuskim okultystą Gastonem de Mengel. Jan van Helsing przypuszczał, że w Towarzystwie Thule poza oficjalną częścią istniało wewnętrzne Towarzystwo Vril.«

Wikipedia wątpi w to, że Hitler należał do Towarzystwa Thule, bo wypowiadał się lekceważąco o teoriach Rosenberga, ale to może też oznaczać, że chciał odsunąć od siebie wszelkie podejrzenia o związki z tym Towarzystwem, a poza tym wcale do niego nie musiał należeć, wystarczy że był przez nie wykreowany i tym samym zależny od niego. Decyzje, jakie podejmował Hitler podczas wojny niemiecko-radzieckiej, skłaniają do przypuszczeń, że taka zależność mogła być. Tam, gdzie generałowie niemieccy domagali się zdecydowanych działań, Hitler postępował dokładnie odwrotnie, doprowadzając ich do rozpaczy. Im się wydawało, że to wojna niemiecka, a to była wojna żydowska, prowadzona w interesie żydowskiej finansjery, przez człowieka od niej zależnego, kreującego się na fanatycznego antysemitę.

Zestawiając te fakty, wygląda na to, że ktoś starannie zaplanował Hitlerowi jego karierę. Ale od kiedy? To pewnie trudno będzie ustalić. W maju 1913 roku wyjechał z Wiednia i pojawił się w Monachium. W Austrii, ze względu na słabe zdrowie, został uznany za niezdolnego do służby frontowej i pozafrontowej. Natomiast po wybuchu I wojny światowej 1 sierpnia, 3 sierpnia w petycji adresowanej do króla Bawarii, Ludwika III, prosi o przyjęcie go, mimo austriackiego poddaństwa, do któregoś z bawarskich pułków. Jego prośba została uwzględniona.

Maj 1913 roku podaje Bullock jako datę przyjazdu Hitlera do Monachium i taka data widnieje w aktach wiedeńskiej policji. Natomiast Hitler w Mein Kampf pisze:

Wiosną 1912 roku przyjechałem do Monachium. Niemieckie miasto! Jakże inne niż Wiedeń! Czułem się źle, gdy wspominałem ten Babilon narodów. Także dialekt, który był podobny do mojego, przypominał mi moją młodość związaną z Dolną Bawarią. Tak było na każdym kroku. Należałem do tego miasta bardziej niż do jakiegokolwiek innego miejsca na świecie i wynikało to z faktu, że jest ono nierozerwalnie związane z moim rozwojem.

Hitler urodził się w Braunau, mieście leżącym w Górnej Austrii, która graniczy od zachodu z Dolną Bawarią. To wyjaśnia, dlaczego właśnie Monachium.

Jest jeszcze parę niezrozumiałych faktów dotyczących życia Hitlera z tego wcześniejszego okresu. Bullock tak o nich pisze:

„Jakim żołnierzem był Hitler? Już w grudniu 1914 roku odznaczono go Żelaznym Krzyżem drugiej klasy, a gdy w marcu 1932 roku wytoczył proces gazecie, która zarzuciła mu tchórzostwo, jego dawny dowódca, podpułkownik Engelhardt, z uznaniem mówił o jego odwadze w listopadowych walkach roku 1914, kiedy pułk po raz pierwszy znalazł się w ogniu. Znacznie ciekawsza jest sprawa Żelaznego Krzyża pierwszej klasy, odznaczenia niezwykłego dla gefrajtra, który nadano Hitlerowi w roku 1918. Na temat czynu, który mu przyniósł to odznaczenie, mamy różne i nieprawdopodobne relacje. Otrzymał krzyż 4 sierpnia 1918 roku, ale dotyczył on okresu między jesienią 1915 i latem 1918 roku. Według jednego ze świadków, Hitler miał sam wziąć do niewoli piętnastu (inni mówią o dziesięciu lub dwunastu) Francuzów. Drugi świadek twierdzi, że byli to Anglicy. Jednakże w oficjalnej historii pułku nie znajdziemy żadnej wzmianki o tym czynie. Tak czy owak było to odznaczenie, z którego był dumny i które stale nosił, gdy został kanclerzem.

Fakt, że mimo długiej służby i braku oficerów pod koniec wojny Hitler nigdy nie awansował powyżej stopnia gefrajtra, budził zdziwienie i był nawet szeroko komentowany w niemieckiej prasie przed rokiem 1933. Nie mamy dowodu, że Hitler ubiegał się o awans lub pragnął zostać podoficerem, a cóż dopiero oficerem. Zdaje się, że był zadowolony z tego, co robił. Możliwe, że w awansie przeszkadzało mu jego dziwactwo.”

Z przytoczonych powyżej faktów wynika, że Hitlerowi pomagali wszyscy: armia, arystokracja, przemysłowcy, bogaci kupcy i w końcu politycy, którzy po serii intryg politycznych, wynieśli go na stanowisko kanclerza. Czy to przypadek? Fakty te jednak wskazują na to, że tymi, którzy mu pomogli byli Żydzi, choć pewnie nie tylko oni, ale to oni go wykreowali, od początku zadbali i zaplanowali jego karierę. Że tak mogło być sugeruje fanatyczny antysemityzm Hitlera, mający sugerować, że nie łączy go z nimi nic poza nienawiścią. Jest to stara żydowska zasada – udawać antysemitę, by oddalić od siebie wszelkie podejrzenia o związek z tą nacją. A czy Hitler był Żydem? Niektórzy tak uważają. W sumie nie jest to ważne. Ważne jest to, że realizował ich cele.

O demokracji

Demokracja to taka forma rządów, która, jak żadna inna, stwarza nieograniczone możliwości zwodzenia, mataczenia, manipulowania, oszukiwania ludzi, którzy uwierzyli, że dzięki niej mają na coś wpływ. Nic bardziej mylnego! Niestety, pomimo że wybierani politycy permanentnie nie wywiązują się ze swoich wyborczych obietnic, to obywatele nadal chodzą na wybory i biorą udział w tej farsie.

Po rewolucjach „wolnościowych” 1848 roku, które były próbą sił pomiędzy zwolennikami starego i nowego prządku, pojawiło się rozwiązanie kompromisowe – monarchia konstytucyjna, tzn. taka, która ma monarchę, konstytucję i parlament. Cesarstwo niemieckie było pierwszym państwem wprowadzającym u siebie powszechne głosowanie do parlamentu, za nim poszło królestwo włoskie, a potem monarchia Habsburska.

Po pierwszej wojnie światowej mapa polityczna Europy zmienia się diametralnie. Pojawiają się republiki. Jedną z nich jest Republika Weimarska (1919-1933). Nazwa pochodzi od miasta Weimar, w którym obradowało zgromadzenie narodowe, uchwalające konstytucję. Historię republiki, jak podaje Wikipedia, można podzielić na trzy okresy:

  • w latach 1919-1923 republika walczyła z bezpośrednimi skutkami wojny, hiperinflacją i próbami obalenia państwa
  • podczas „pięciu tłustych lat” 1924-1929 republika osiągnęła pewną stabilność polityczną i gospodarczą oraz uznanie Niemiec w polityce zagranicznej
  • wielki kryzys 1930-1933 oraz wzrost wpływów narodowego socjalizmu doprowadziły do agonii i upadku republiki

Jej ustrój i dzieje to przykład tego, co można zrobić z demokracji i jak niewielki wpływ mieli na to wyborcy. Skończyło się tak, jak się skończyło: demokracja przekształciła się w dyktaturę. Na ogół przyjmuje się, że Hitler doszedł do władzy na drodze demokratycznych wyborów, co nie do końca jest prawdą. Jedno to to, jak został kanclerzem, a drugie, to to, że NSDAP nigdy w wolnych wyborach nie zdobyła większości parlamentarnej.

Jak zawsze w takich wypadkach trzeba zacząć od początku, trzeba cofnąć się do 1918 roku. W pierwszej połowie tego roku armia niemiecka odnosiła największe sukcesy w tej wojnie. Niemcy podpisały traktaty pokojowe w Brześciu Litewskim i Bukareszcie, co kończyło wojnę na dwa fronty. 21 marca Ludendorff przystąpił do ofensywy we Francji. Zepchnął Anglików i Francuzów i tylko 40 mil dzieliło go od Paryża. Wczesną wiosną Niemcy wierzyli, że zwycięstwo mają w ręku.

Alan Bullock, w swojej monumentalnej pracy Hitler – studium tyranii, tak to opisuje:

»Szybką zmianę sytuacji, która nastąpiła w sierpniu i wrześniu, skrzętnie ukrywano przed narodem niemieckim, toteż podana dopiero na początku października 1918 roku wiadomość, że rząd poprosił o zakomunikowanie mu warunków zawieszenia broni, zaskoczyła i oszołomiła całą ludność. Liderzy partii politycznych w Reichstagu dopiero 2 października dowiedzieli się o groźnej sytuacji na froncie. Książę Maksymilian Badeński, nowy kanclerz, który miał pertraktować z aliantami, pisze w swoich pamiętnikach: „Aż do tej chwili Front Krajowy był niewzruszony… Teraz iskra przeleciała przez ludność. W Berlinie wybuchła panika”.

W listopadzie 1918 roku armia niemiecka znalazła się w beznadziejnym położeniu. Odepchnięcie jej do Niemiec i zniszczenie było tylko kwestią czasu. Jednakże kiedy rząd podpisywał kapitulację, armia wciąż jeszcze stała na obcym terytorium i jej front na zachodzie nie został przerwany. Ponadto, choć inicjatywa zakończenia działań wyszła z Naczelnego Dowództwa, od samego Ludendorffa, fakt ten był ukrywany. Naczelne Dowództwo nie tylko zrzuciło na rząd, któremu przedtem odmawiało głosu w sprawach prowadzenia wojny, całą odpowiedzialność za jej zakończenie, ale próbowało jeszcze odciąć się od konsekwencji tej decyzji, wymuszonej na rządzie wbrew spokojniejszym sądom takich ludzi, jak książę Maksymilian Badeński. Stąd powiedzenie o „nożu wbitym w plecy”.

Koniec wojny przyniósł upadek cesarskiemu rządowi. Władzę, acz niechętnie, objęły stronnictwa demokratyczne Reichstagu. Na rząd spadło całe odium za podpisanie najpierw kapitulacji, a później traktatu pokojowego. Ludziom, zgorzkniałym i pozbawionym skrupułów, łatwo było twierdzić, że to socjaldemokraci wraz z partiami republikańskimi rozmyślnie doprowadzili do kapitulacji, zdradzili Niemcy, zadali armii cios w plecy, żeby dojść do władzy. Pomijano zupełnie fakt, że Rząd Tymczasowy, kierowany przez socjaldemokratów, poświęcił interesy partii i klasowe patriotycznemu obowiązkowi utrzymania jedności Niemiec w kryzysie, którego nie wywołał. To byli ci „listopadowi zbrodniarze”, kozły ofiarne, których trzeba było koniecznie znaleźć po to, aby armia i nacjonaliści mogli coś uratować ze szczątków swych nadziei. Rzadko kiedy równie bezpodstawne kłamstwo zostało narzucone narodowi, a jednak ciągle je powtarzano i szaleńczo w nie wierzono, bo tylu ludzi chciało w nie wierzyć.«

Mamy więc bardzo dziwną sytuację. Wojska niemieckie, będąc 40 mil od Paryża, zatrzymują się, później następuje odwrót i prośba Naczelnego Dowództwa o zakończenie działań wojennych i oskarżenie rządu o podjęcie takiej decyzji. Dla Hitlera chęć rozprawienia się z „listopadowymi zbrodniarzami” była jednym z jego głównych powodów walki o władzę, tak przynajmniej deklarował. Z dzisiejszej perspektywy możemy orzec, że deklaracja ta była nieszczera. Dwadzieścia trzy lata później postąpił dokładnie tak samo: pod koniec lipca 1941 roku, będąc 300 km od Moskwy i mając do niej wolną drogę, wstrzymał ofensywę na dwa miesiące. Wygląda na to, jakby te same siły kierowały niemiecką armią podczas obu wojen.

19 stycznia 1919 roku odbyły się wybory do Zgromadzenia Narodowego. W ich wyniku socjaldemokraci, partia demokratyczna i partia katolicka Centrum utworzyły koalicję i miały większość parlamentarną. To właśnie te partie nazywa Hitler „listopadowymi zbrodniarzami”. 11 lutego 1919 roku miały miejsce pierwsze w historii Niemiec wybory prezydenckie. Zgromadzenie Narodowe wybrało przeważającą większością głosów Friedricha Eberta – socjaldemokratę.

Konstytucja Weimarska z 11 sierpnia 1919 roku została uchwalona przez Zgromadzenie Narodowe. Zastąpiła ona Konstytucję Rzeszy Niemieckiej z 1871 roku. Rzesza Niemiecka stała się republiką a włada pochodziła bezpośrednio od narodu. Projekt tej konstytucji opracował Hugo Preuss, liberalny polityk, późniejszy minister spraw wewnętrznych. Krytykował on państwa Ententy za niewyrażenie zgody na włączenie Austrii do Republiki Weimarskiej, co było sprzeczne z deklaracją Wilsona o samostanowieniu narodów. Preuss oparł konstytucję na trzech zasadach: władza polityczna należy do narodu, państwo musi być państwem federalnym a Rzesza musi być państwem prawa.

Konstytucja Weimarska nadawała duże uprawnienia prezydentowi, który mógł zdymisjonować kanclerza, nawet gdyby ten miał poparcie parlamentu. Co więcej mógł powołać kanclerza, który nie miał jego poparcia. Struktura rządu była mieszanką systemu prezydenckiego i parlamentarnego, a prezydent mógł działać jako „kanclerz zastępczy”. Ponadto prezydent mógł dekretem o stanie wyjątkowym zawiesić podstawowe prawa obywatelskie, z czego skwapliwie skorzystał Hitler po dojściu do władzy.

W skład Rzeszy wchodziło 18 krajów związkowych. Każdy z krajów miał swój sejm (Landtag) i rząd. W artykule 6 konstytucji wyliczono 20 spraw, które były w kompetencji głównych organów federacji. Były to m.in. polityka finansowa, polityka zagraniczna, administracja kolonii, sprawy łączności (poczta, kolej itp.). Ustawodawstwo organów centralnych miało pierwszeństwo przed prawem krajowym, a to nie mogło być z nim sprzeczne. – Któż więc bardziej nadawał się do budowy wspólnej Europy? Kto miał największe doświadczenie w tworzeniu tego typu związków?

Reichstag składał się z posłów wybranych przez naród w liczbie proporcjonalnej do ludności danego kraju. Jego kadencja trwała 4 lata, przy czym mógł być rozwiązany przez prezydenta. Posiadał inicjatywę ustawodawczą jak i wyznaczał kierunek polityce rządu, który kontrolował.

Prezydent Rzeszy był wybierany przez naród na 7-letnią kadencję w wyborach powszechnych. Prezydent m.in. mianował kanclerza (szefa rządu) oraz na jego wniosek ministrów, był zwierzchnikiem sił zbrojnych. Mógł rozwiązać Reichstag, jednak tylko jeden raz z tego samego powodu. Wszystkie rozporządzenia prezydenta wymagały kontrasygnaty kanclerza lub odpowiedniego ministra. Był odpowiedzialny konstytucyjnie i mógł być odwołany przez referendum ludowe na wniosek 2/3 posłów.

Rząd Rzeszy składał się z kanclerza i ministrów. Rząd musiał uzyskać poparcie parlamentu, był przed nim odpowiedzialny politycznie i konstytucyjnie. Wytyczne jego polityki określał kanclerz. – Jak jednak w praktyce wyglądały relacje pomiędzy prezydentem, kanclerzem i Reichstagiem? Znowu wypada mi zacytować Bullocka:

„Dr Brüning, który w końcu marca 1930 roku objął urząd kanclerza, musiał przy każdym akcie ustawodawczym polegać na przypadkowej i niepewnej, z trudem zmontowanej większości w Reichstagu. Na takich podstawach nie można było rządzić skutecznie. 16 lipca 1930 roku Reichstag 256 głosami przeciwko 192 odrzucił część rządowego projektu fiskalnego. Wówczas prezydent, korzystając z nadzwyczajnych uprawnień przyznanych mu w artykule 48 Konstytucji Weimarskiej, wprowadził w życie projekt kanclerza mocą dekretu. Reichstag zakwestionował konstytucyjność tego aktu, a następnie zażądał odwołania dekretu. Brüning w odpowiedzi rozwiązał Reichstag i rozpisał nowe wybory.”

Reichstag był jeszcze bardziej rozdrobniony niż Sejm z lat 1922-1927. Utworzenie koalicji większościowej było praktycznie niemożliwe. Wybory odbywały się według ordynacji proporcjonalnej i było ich 8 w latach 1919-1932 i ani razu żadna z partii nie uzyskała większości parlamentarnej. Jeśli to jakoś działało, to dlatego, że prezydent miał silną pozycję i mógł rządzić dekretami.

Jak to się jednak stało, że ktoś taki jak Hitler, czyli człowiek znikąd, zdobył władzę? Jak to się stało, że stworzył coś w rodzaju nieformalnego wojska? Żadne państwo, nawet najsłabsze nie tolerowałoby na swoim terytorium organizacji paramilitarnej, niezależnej od niego? Bullock tak to wyjaśnia:

„W czasie wojny Hitler sam dostrzegł, że niskie morale i zmęczenie wojenne silniej występowały w Monachium niż na północy. Rewolucja 1918 roku wybuchła najpierw tutaj, a dopiero potem w Berlinie; Wittelsbach, król Bawarii, był pierwszym, który abdykował. W pierwszej połowie 1919 roku gwałty polityczne były w Monachium na porządku dziennym. Kurta Eisnera, który kierował listopadową rewolucją w roku 1918, zamordowano w lutym następnego roku. Socjalistyczny rząd Hoffmanna sprawował władze tylko do 6 kwietnia, kiedy to – pod wpływem komunistycznego ustroju Beli Kuna na Węgrzech – w Monachium ogłoszono również Bawarską Republikę Radziecką. Ten zwrot trwał niecały miesiąc, a towarzyszyły mu nieustanne kłótnie, zamieszki i potworny chaos, co wywarło niezatarte wrażenie na Bawarczykach. Na początku maja regularne oddziały wojska, łącznie z ochotniczą formacją Freikorpsów, obaliły rząd komunistyczny. W fali represji, które nastąpiły, wzięto krwawy odwet i rozstrzelano wielu ludzi. Oficjalnie restytuowano rząd Hofmanna, ale wypadki majowe oznaczały decydujący zwrot na prawo w bawarskiej polityce.

Bawarczycy, nawet po unifikacji z Niemcami, żywili tradycyjną niechęć do rządu z Prus i protestanckiego Berlina. Uczucie to po wojnie wyraziło się w żądaniu większej autonomii i nawet w separatystycznym programie kompletnego zerwania z północnymi Niemcami na rzecz katolickiej południowoniemieckiej unii z Austrią. Konstytucja Republiki Weimarskiej znacznie sprzyjała temu bawarskiemu partykularyzmowi, bo równolegle z centralnym rządem w Rzeszy w Berlinie pozostawiała starym niemieckim państewkom – Bawarii, Prusom, Wirtembergii, Saksonii itp. – ich dawne państwowe rządy i zgromadzenia reprezentantów (Landtagi), które korzystały z dużej władzy, zwłaszcza w zakresie kontroli nad policją. W nieunormowanych i chwiejnych warunkach panujących w Niemczech w latach 1918-1923 rząd centralny miał słabą władzę, toteż rząd Bawarii mógł wykorzystać sytuację, w której rozporządzenia wychodzące z Berlina były respektowane tylko przy jego poparciu.

Te nienormalne stosunki przybrały jeszcze ostrzejszą formę po marcu 1920 roku, kiedy zawiodła próba obalenia siłą rządu Rzeszy w Berlinie (pucz Kappa), ale jednocześnie zamach powiódł się w Bawarii. W nocy z 13 na 14 marca 1920 roku dowódca miejscowego okręgu Reichswehry (armii regularnej), generał Arnold von Möhl, przedstawił socjaldemokratycznemu premierowi Bawarii, Johannesowi Hoffmannowi, ultimatum, co doprowadziło do powstania prawoskrzydłowego rządu, kierowanego przez Gustawa von Kahra. W rządzie tym partie lewicowe nie otrzymały ani jednej teki. Odtąd władze w Bawarii sprawował rząd o skrajnie partykularystycznych tendencjach i prawicowym odchyleniu, całkiem nie sympatyzujący z polityką rządu centralnego w Berlinie. W ten sposób Bawaria stała się naturalnym ośrodkiem dla tych wszystkich, którzy pragnęli pozbyć się w Niemczech ustroju republikańskiego. Rząd bawarski zaś patrzał przez palce na zdradę i knowania przeciwko legalnemu rządowi Niemiec, które planowano i organizowano tuż u jego progu w Monachium. W Bawarii więc zebrali się wszyscy nieprzejednani członkowie Freikorpsów, tu też przy końcu wojny, pod patronatem Reichswehry, tworzono dla obrony wschodnich granic Niemiec przed Polakami i bolszewikami zbrojne bandy ochotników, które teraz równie ochoczo gotowe były obrócić karabiny przeciwko Republice. Głośny kapitan Ehrhardt, wypędzony z Berlina po puczu Kappa, schronił się w Bawarii wraz ze swoją brygadą. W Bawarii też uplanowano morderstwo Erzbergera, człowieka, który podpisał akt zwieszenia broni w 1918, i Walthera Rathenaua, niemieckiego Żyda i ministra spraw zagranicznych, rzecznika polityki podporządkowania się warunkom traktatu pokojowego. Freikorpsy były szkołą politycznych morderców i terrorystów, którzy do roku 1924 i później po roku 1929 wypaczali życie Niemiec.”

Bullock bardzo dobrze wyjaśnił realia tamtych czasów w Niemczech i to, dlaczego właśnie Bawaria stała się miejscem, w którym Hitler mógł realizować swoje cele. Ale skąd wziął się problem? Konflikt pomiędzy zwolennikami starego porządku i tymi – nowego? Wikipedia wyjaśnia to tak:

„Podjęcie reform mających doprowadzić do demokracji parlamentarnej w Niemczech były warunkiem państw ententy, a w szczególności prezydenta USA Woodrowa Wilsona, rozpoczęcia negocjacji pokojowych. W swej odpowiedzi na niemiecką propozycję rozejmu prezydent stwierdził, że nie rozmawia się o warunkach zawarcia pokoju z militarystami i monarchistycznymi autokratami, a odrzucenie warunku doprowadzi do kapitulacji Niemiec. Decyzja dowództwa marynarki cesarskiej o próbie doprowadzenia do jeszcze jednej bitwy z Royal Navy, podjęta już po wysłaniu prośby o rozejm, spowodowała bunt marynarzy w Kilonii i rewolucję listopadową, która przypieczętowała los Cesarstwa.”

Tak więc narzucono Niemcom demokrację, czyli, nie tylko miały skapitulować, ale też przyjąć nowy ustrój – demokrację. Dla Niemców monarchia parlamentarna była pewnym symbolem. Jej ojcem był Bismarck, który zjednoczył Niemcy i uosabiał ich potęgę, ich cesarstwa, a teraz mieli z niej zrezygnować, bo jakiś facet zza oceanu kazał im wprowadzić demokrację.

Konstytucja Weimarska w praktyce powielała rozwiązania Konstytucji Rzeszy Niemieckiej z 1871 roku. Różnica polegała na tym, że zniknęli monarchowie i książęta. Na czele Rzeszy stał cesarz, który miał szeroki zakres władzy, przede wszystkim w polityce zagranicznej i wojskowości. Do jego najważniejszych prerogatyw należało mianowanie kanclerza, za pośrednictwem którego sprawował rządy na szczeblu ogólnopaństwowym. Tak więc odpowiednikiem cesarza w Konstytucji Weimarskiej był prezydent. No właśnie! Prezydent! Bullock tak to opisuje:

„Hitler miał tylko jedną drogę, która mogła uwieńczyć powodzeniem jego politykę legalności, a okazję do tego dawał mu szczególny system rządów w Niemczech. Po załamaniu się w 1930 roku koalicji, której przewodził Herman Müller, jego następca na fotelu kanclerza, Brüning, i następca Brüninga, Papen, musieli rządzić bez mocnego oparcia w parlamentarnej większości i bez widoków na wygranie wyborów. Wynikające ze stanu wyjątkowego uprawnienia prezydenta, z których korzystali, by rządzić za pomocą dekretów, dawały wielką władzę prezydentowi i jego doradcom. W rezultacie władza polityczna w Niemczech przeszła od narodu w ręce małej grupki ludzi z otoczenia prezydenta. Najważniejszymi osobami w tej grupce byli: generał von Schleicher, Oskar von Hindenburg, Otto Meissner, szef kancelarii prezydenta, Brüning i, potem, gdy wpadł w niełaskę – Papen, jego następca na fotelu kanclerza. Gdyby Hitler zdołał nakłonić tych ludzi, by go uznali za partnera i mianowali kanclerzem z prawem stosowania dekretów prezydenta – co oznaczało rząd prezydencki w przeciwieństwie do parlamentarnego – wówczas mógłby zrezygnować ze zdobycia bezwzględnej większości w wyborach, co mu się stale nie udawało, jak również ryzykownej próby puczu.”

W wyborach w 1928 roku NSDAP uzyskała 2,6% głosów i 12 miejsc w parlamencie. W 1930 roku – 18,25% głosów i 107 miejsc i stała się drugą partią. Socjaldemokraci uzyskali 24,53% głosów i 143 miejsca. W maju 1932 roku NSDAP wygrała wybory. Zdobyła 37,27% głosów i 230 miejsc. Socjaldemokraci – 21,58% i 133 miejsca. W listopadzie 1932 roku NSDAP – 33,09% i 196 miejsc. Socjaldemokraci – 20,43% i 121 miejsc w parlamencie. Tak więc nie można już było lekceważyć Hitlera. Wprawdzie nadal nie miał większości, ale inne partie miały daleko gorsze wyniki. I nic nie wskazywało, by coś miało się zmienić. Bullock dalej pisze tak:

»Na pierwszy rzut oka nie było nic bardziej niemożliwego niż taki układ. Jednak ani Schleicher, ani prezydent nie byli zadowoleni z istniejącego stanu rzeczy. Nie wierzyli, aby nadzwyczajne uprawnienia prezydenta mogły być trwałą podstawą do rządzenia krajem. Chcieli takiego rządu, który, gotów do energicznej walki z kryzysem, mógłby również zjednać sobie poparcie szerokich mas i, gdyby to było możliwe, miał za sobą większość w Reichstagu. Brüning nie uzyskał takiej większości w wyborach. Schleicher zaczął więc gdzie indziej szukać poparcia mas, które – jak czuł – było konieczne dla prezydenckiej formy rządów.

Hitler z jego sześcioma milionami wyborców wart był zastanowienia. Miał dwa atuty, oba w wysokiej cenie u generała. Sukces nazistów w wyborach obiecywał poparcie mas, którego Hitler mógłby dostarczyć, gdyby się udało go kupić. SA, stanowiąca zorganizowaną siłę i prąca do gwałtownych rozstrzygnięć, groziła rewolucją, gdyby Hitlera wciąż pomijano. W latach 1931-1932 Hitler stale wygrywał więc groźbę rewolucji, której nie chciał, i poparcie mas, którego nie potrafił przekształcić w większość parlamentarną; pierwsze – jako pogróżkę, drugie – jako obietnicę, by nakłonić prezydenta i jego doradców do uznania w nim pełnoprawnego partnera i przekazania mu władzy.

Mamy więc wytłumaczenie owych skomplikowanych i wykrętnych posunięć w wewnętrznej polityce Niemiec w okresie jesień 1931-32, styczeń 1933, kiedy gra się już udała i Hindenburg legalnie powierzył Hitlerowi urząd kanclerza. Raz po raz wznawiane rozmowy małej grupki ludzi rządzących przy pomocy dekretów prezydenta z przywódcami nazistów stanowią niejako kamienie milowe na drodze nazistów do władzy. Hitler nie uważał tego za jedyną możliwość legalnego osiągnięcia władzy. Nadal zastanawiał się nad koalicją z nacjonalistami – a w pewnym okresie nawet z Centrum – lub, co wydawało mu się lepsze, nad zdobyciem zdecydowanej większości w następnych wyborach. Po każdym kolejnym załamaniu się rokowań powracał do tej myśli. Ale nigdy nie zatrzaskiwał za sobą drzwi; zawsze starał się pozostawić wrażenie, że gotów jest powrócić do rozmów, że podejmuje środki przede wszystkim po to, by wywrzeć nacisk na stronę przeciwną i nakłonić ją do wznowienia rokowań, a nie po to, by dojść do władzy w inny sposób.

Przed laty, w Wiedniu, Hitler podziwiał taktykę Karola Luegera. Sens jej ujął w dwóch zdaniach w „Mein Kampf”:

Lueger w swojej działalności politycznej główną wagę przywiązywał do zjednania sobie tych warstw, których zagrożona egzystencja raczej pobudzała je do walki, niż paraliżowała ich wolę. A jednocześnie starał się posługiwać wszystkimi środkami władzy, jakimi dysponował, i przeciągnąć na swoją stronę istniejące potężne instytucje po to, aby z tych starych źródeł siły wyciągnąć jak największe korzyści dla swojego ruchu.

Hitler był już mocno zaawansowany na drodze do „zjednania sobie tych warstw, których egzystencja była zagrożona”, teraz stało przed nim zadanie „przeciągnięcia na swoją stronę potężnych istniejących instytucji”, przede wszystkim wojska i prezydenta.«

Dalej Bullock pisze:

„Jedną z największych słabości Republiki Weimarskiej była bowiem dwulicowa postawa armii, a z całej generalicji tylko Groener szczerze i lojalnie służył Republice i nikt nie mógł go w tym zastąpić.

Ale jego odejście było zaledwie wstępem. Schleicher nabrał teraz przekonania, że główną przeszkodą w jego planie porozumienia się z nazistami jest Brüning, który nie godzi się na żadne ustępstwa, by ich pozyskać, i który obecnie stał się dla nich pretekstem do ataków na system. Człowiek ten, który w marcu 1930 roku sam siebie zaproponował na urząd kanclerza, stał się już niepotrzebny. Schleicher z takim samym cynicznym brakiem lojalności, z jakim zadał cios w plecy Groenerowi, zabrał się teraz do wysadzenia z siodła Brüninga.”

I dalej:

„Stanowisko armii całkowicie zależało od stanowiska prezydenta, starego feldmarszałka, który był wcieleniem jej tradycji i swoim autorytetem mógł zapobiec ewentualnej próbie zamachu, a także od generała von Blomberga. Hindenburg zaakceptował jego nominację na ministra obrony w rządzie, w którym Hitler miał być kanclerzem, na co też już się zgodził. Hitler mógł być pewny armii, gdyby Blomberg przyjął tę tekę. Byłoby interesujące poznać, czym naziści uprzednio go sobie kupili. Blomberg i jego dawny szef sztabu z czasów, kiedy dowodził Reichswehrą w Prusach Wschodnich, pułkownik von Reichenau, byli w kontakcie z Hitlerem. Blomberga, który pełnił obowiązki głównego doradcy wojskowego delegacji niemieckiej na konferencji rozbrojeniowej w Genewie, odwołano pospiesznie bez wiedzy Schleichera czy Hammersteina. Od wczesnego rana 30 stycznia czekał na niego na dworcu adiutant Hammersteina, major von Kuntzen, z rozkazem natychmiastowego zameldowania się u dowódcy. Ale na dworcu był jeszcze jeden oficer: Oskar von Hindenburg, adiutant prezydenta i ojca zarazem, również z rozkazem dla Blomberga bezzwłocznego stawienia się u prezydenta Republiki. Na szczęście dla Hitlera Blomberg usłuchał tego drugiego rozkazu. Przyjął od prezydenta nominację i tym samym uniknięto niebezpieczeństwa, że armia w ostatniej chwili odmówi uznania nowego rządu. We wrześniu 1933 roku Hitler oświadczył: Z wydarzeń tego dnia szczególnie pozostanie nam w pamięci rola, którą odegrała armia, bo wszyscy dobrze wiemy, że gdyby w czasie naszej rewolucji armia nie stanęła po naszej stronie, nie bylibyśmy tu dzisiaj. Raz przynajmniej powiedział szczerą prawdę.”

Podsumowując cały ten okres Bullock pisze:

»Propaganda nazistowska ukuła z czasem legendę, że potężna fala przebudzenia narodowego wyniosła Hitlera do władzy. Prawda jest bardziej prozaiczna. Miał istotnie poparcie mas, ale do urzędu kanclerza nie doprowadziły go ani jakiś nieodparty ruch narodowy czy rewolucyjny, ani popularność w wyborach, lecz niecny przetarg ze „starą bandą”, na którą napadał w ciągu długich miesięcy. Nie uchwycił władzy; doprowadzono go do niej tylnymi schodami.

Jego sukces, który wcale nie był nieuchronny, wynikał raczej ze szczęścia, a jeszcze bardziej z pomyłki jego politycznych przeciwników i rywali. W listopadzie 1932 roku, kiedy rosła krzywa powodzenia wyborczego komunistów, naziści ponieśli najcięższą klęskę tracąc dwa miliony głosów. Hitler sam potem przyznał, że partia nigdy jeszcze nie była tak bliska upadku, kiedy nieoczekiwana interwencja Papena przyniosła jej niespodziewaną szansę.

Przed dojściem do władzy Hitler nigdy nie zdobył w wolnych wyborach więcej niż 37% głosów. Gdyby pozostali wyborcy – 63% – byli jednomyślni w swojej opozycji, nie mógłby liczyć na to, że zostanie kanclerzem w sposób legalny; musiałby wybrać między ryzykiem zdobycia władzy siłą a stopniowym rezygnowaniem ze swoich ambicji. Dwa czynniki uratowały go przed tym wyborem: nieudolność i rozłam wewnętrzny przeciwników i gotowość prawicy do przyjęcia go jako partnera w rządzie.

Już od 1930 roku, kiedy Brüning nie zdołał stworzyć stałej większości ani w Reichstagu, ani przy wyborach, na polityce niemieckiej fatalnie zaciążył fakt, że partie nie potrafiły połączyć się i poprzeć Republiki.

Socjaldemokraci, wprawdzie świadomi niebezpieczeństwa nazistowskiego, od dawna przedzierzgnęli się w konserwatywną partię związków zawodowych i nie mieli ani jednego przywódcy, który byłby zdolny zorganizować skuteczną opozycję przeciw nazistom. Lojalni wobec Republiki i od 1930 roku w defensywie, dotkliwie odczuwali skutki depresji gospodarczej i ataków partii komunistycznej.

Katolickie Centrum, tak jak socjaldemokraci, aż do końca zachowało swój stan posiadania w wyborach, ale było znane z tego, że nigdy nie miało mocnej, niezależnej linii politycznej; było partią, która przede wszystkim troszczyła się o porozumienie z każdym kolejnym rządem po to, ażeby zapewnić sobie ochronę własnych interesów. W latach 1932-33 Centrum do tego stopnia nie orientowało się w niebezpieczeństwie dyktatury nazistowskiej, że nadal prowadziło rozmowy o utworzenie koalicji z nazistami i głosowało za ustawą o nadzwyczajnych pełnomocnictwach, która dała Hitlerowi nieograniczoną władzę, gdy został już kanclerzem.

W latach trzydziestych nie było w Niemczech silnej liberalnej partii, która by reprezentowała klasę średnią. Brak takiej partii parokrotnie już był jedną z klęsk w rozwoju politycznym tego kraju. Partie reprezentujące klasę średnią, które mogłyby spełnić taką rolę – partia ludowa i demokraci – straciły w stosunku do nazistów o wiele więcej głosów niż inne stronnictwa niemieckie i to dostatecznie uzasadnia ich gotowość przejścia do opozycji.

Ale największa odpowiedzialność spadła na niemiecką prawicę, która nie tylko nie potrafiła porozumieć się z innymi partiami dla obrony Republiki, ale uczyniła z Hitlera swojego partnera w rządzie koalicyjnym. Stara klasa rządząca cesarstwem niemieckim nigdy nie pogodziła się z przegraną wojną i obaleniem monarchii w 1918 roku. Rządy republikańskie, które potem nadeszły, traktowały ją wyjątkowo dobrze. Wielu z jej członków pozostało u władzy i utrzymywało wpływy: nie ruszano ich własności, ani majątków; generałowie zachowali niezależną pozycję; przemysłowcy i kapitaliści robili wielkie interesy i ciągnęli olbrzymie zyski przy słabym i ustępliwym rządzie, a pomoc udzielana junkrom, obszarnikom, urosła do rozmiarów finansowego skandalu stulecia. Ale nie budziło w nich to wdzięczności ani nie skłaniało do lojalności. Niezależnie od tego, co się mówiło o jednostkach, ludzie ci jako klasa społeczna pozostali nieprzejednani i wrogo usposobieni do ustroju, z którego ciągnęli korzyści. Słowo „nacjonalista”, duma największej partii prawicy, stało się synonimem nielojalności wobec republiki.

Wprawdzie był okres po wyborze Hindenburga na prezydenta w 1925 roku, kiedy to stanowisko zostało zmodyfikowane, ale po 1929 roku uległo ponownemu zaostrzeniu i zarówno Papen jak Hugenberg (lider partii nacjonalistycznej – przyp. mój) w pełni je podzielali. Prawica niemiecka dążyła do odzyskania swojej dawnej pozycji klasy rządzącej, do obalenia znienawidzonej Republiki, restaurowania monarchii, wskazania klasie robotniczej „jej właściwego miejsca”, odbudowy niemieckiej potęgi militarnej, anulowania postanowień 1918 roku i przywrócenia Niemcom – jej Niemcom – dominującej pozycji w Europie. Zapatrzona w swój własny interes i zaślepiona przesądami, wyrzekła się prawdziwego konserwatyzmu i własnych tradycji i popełniła kolosalny błąd upatrując w Hitlerze człowieka, który pomoże jej dojść do celu. A za jej przykładem, nieodparcie pociągnięty nacjonalizmem Hitlera, poszedł duży odłam klasy średniej i niemieckiego korpusu oficerskiego.«

W dalszym ciągu Bullock opisuje, w jaki sposób Hitler osiągnął pełnię władzy:

»Taki był skutek polityki wynikłej z sojuszu prawicy i nazistów zawartego w końcu stycznia 1933 roku. Opierał się on na wierze, że Hitlerowi i nazistom, gdy już raz dorwą się do rządu, będzie można założyć wędzidło. Na pierwszy rzut oka zdawało się, że warunki, na które Hitler się zgodził, potwierdzają owo przypuszczenie.

Bo Hitler nie był nawet prezydenckim kanclerzem; Hindenburg udzielił nominacji „austriackiemu gefrajtrowi”, bo go przekonano, że zdoła on stworzyć większość w parlamencie, czyli osiągnie to, czego nie osiągnął w listopadzie 1932 roku. Hitler natychmiast po sformowaniu gabinetu zabrał się do rozmów z Centrum chcąc je pozyskać dla koalicji i, dodając 70 mandatów centrowców do 247 mandatów nazistów i nacjonalistów, zapewnić nowemu rządowi większość w Reichstagu. W tym celu nie obsadził Ministerstwa Sprawiedliwości, a kiedy wspomniane negocjacje nie doprowadziły do porozumienia, zaczął nalegać, wbrew opinii Hugenberga, na przeprowadzenie nowych wyborów, po to, by uzyskać dla koalicji bazę parlamentarną w postaci większości wyłonionej w wyborach.

To uporczywe dążenie Hitlera do pozyskania większości parlamentarnej powinno było obudzić nieufność Papena, ale on ciągle jeszcze nie widział, co się święci, i winszował sobie własnej przebiegłości. Porachował się z von Schleicherem, a jednocześnie urzeczywistnił jego marzenia, albowiem wprzągł nazistów do służby państwu, i to nie na Hitlera, ale na swoich własnych warunkach. Hitler – jak zapewniał Papen swoich przyjaciół – był jego jeńcem: miał ręce i nogi spętane przyjętymi warunkami. Rzeczywiście zdobył urząd kanclerza, ale prawdziwa władza, w pojęciu Papena, spoczywała w jego rękach.

Zaufaniem prezydenta cieszył się bowiem wicekanclerz, nie kanclerz; wicekanclerz trzymał też w ręku kluczowe stanowisko premiera Prus i sprawował władzę nad całą administracją pruską, łącznie z policją; wicekanclerz również korzystał ze świeżo wprowadzonego prawa, na mocy którego wszystkie rozmowy prezydenta z kanclerzem musiały odbywać się w jego obecności.

Rzadko kiedy jednak rozczarowanie bywa tak kompletne jak w tym wypadku i przychodzi tak szybko. Ci, którzy jak Papen wierzyli, ze przejrzeli Hitlera, przekonali się, że fatalnie się pomylili w ocenie i człowieka, i ruchu. Hitler bowiem rozumiał, i na tym polegała jego oryginalność, że w nowoczesnych warunkach można dokonać rewolucji tylko w oparciu o potęgę państwa, a nie wbrew niej; właściwa kolejność polegała na zapewnieniu sobie najpierw dostępu do władzy, a dopiero potem można było zacząć rewolucję. Hitler nigdy nie zrzucił maski legalności: zdawał sobie sprawę z olbrzymiego znaczenia psychologicznego, jakie ma posiadanie prawa po swojej stronie. Obracał więc prawo podszewką do góry i z bezprawia robił prawo.

W poniedziałek 30 stycznia o piątej po południu Hitler przewodniczył na pierwszym posiedzeniu Rady Ministrów. Sprawozdanie z tego posiedzenia znajduje się wśród dokumentów zdobytych po wojnie. Było ono poświęcone problemom utworzenia większości parlamentarnej przez zjednanie sobie poparcia Centrum. Göring zdawał relację z postępów swoich rozmów z liderem Centrum, prałatem Kaasem, a Hitler podsunął myśl, żeby rozwiązać Reichstag i zarządzić nowe wybory, gdyby te rozmowy zawiodły. Przynajmniej jeden z jego partnerów, Hugenberg, dojrzał, jak bardzo niebezpiecznie byłoby pozwolić Hitlerowi na przeprowadzenie wyborów wtedy, gdy władza była w jego ręku. Z drugiej strony właśnie Hugenberg bardziej niż inni oponował przeciwko dopuszczeniu Centrum do koalicji rządowej. Jego zdaniem najlepiej byłoby rozwiązać Reichstag i wprowadzić rządy autorytatywne. Ale to sprzeciwiało się obietnicy danej Hindenburgowi, który tylko dlatego zgodził się, aby Hitler został kanclerzem, że przyrzeczono mu, iż nowy rząd zdejmie z niego olbrzymią odpowiedzialność rządzenia na podstawie nadzwyczajnych pełnomocnictw i pozyska sobie konstytucyjne poparcie w postaci większości parlamentarnej. Hugenberg niechętnie dał się nakłonić do wyrażenia zgody na rozwiązanie Reichstagu i zarządzenie wyborów na wypadek, gdyby rozmowy z Centrum zakończyły się fiaskiem. W zamian Hitler przyrzekł mu solennie – przyrzeczenie to ponowił na posiedzeniu gabinetu w dniu 30 stycznia – że skład rządu koalicyjnego pozostanie bez zmian niezależnie od wyniku wyborów.

Następnego dnia, w czasie rozmowy z prałatem Kaasem, Hitler zrobił wszystko, by negocjacje z Centrum spaliły na panewce. Kiedy Kaas przedstawił listę z wyszczególnieniem pytań i gwarancji, których przede wszystkim domaga się Centrum, listę pomyślaną jako podstawę do dalszych rozmów, Hitler oświadczył swoim kolegom, że po przestudiowaniu jej doszedł do wniosku, iż nie może być mowy o porozumieniu i jedyne, co pozostaje, to rozwiązać Reichstag. Potem uroczyście zapewnił o swojej lojalności i wówczas to Hindenburg, ulegając namowom Papena, raz jeszcze podpisał dekret rozwiązujący Reichstag, „ponieważ nie udało się stworzyć wymaganej większości”. Centrum zaprotestowało dowodząc, że decyzja jest niesłuszna, albowiem lista z pytaniami stanowiła tylko podstawę do dyskusji, i że kanclerz uniemożliwił dalsze rozmowy. Ale było już za późno: dekret został podpisany, data wyborów ustalona, a pierwsza i najtrudniejsza przeszkoda na drodze Hitlera do władzy – zniesiona. Papen i Hugenberg dali się niepostrzeżenie wciągnąć w pułapkę. Po raz ostatni naród niemiecki poszedł do urn; tym razem Goebbels zanotował z ufnością, że sprawa jest jasna: „Walka będzie łatwa, bo możemy wykorzystać wszystkie możliwości państwa. Radio i prasę mamy do swojej dyspozycji. Nasza propaganda będzie prawdziwym majstersztykiem. Tym razem nie braknie nawet pieniędzy”.«

27 lutego 1933 roku w tajemniczych okolicznościach wybuchł pożar w gmachu Reichstagu. Podobno sprawcą podpalenia był młody komunista holenderski Marinus van der Lubbe. Czy tak faktycznie było, nie ma odpowiedzi. Natomiast wydaje się, że nie ma problemu ze znalezieniem tego, kto skorzystał – skorzystali naziści. Z drugiej strony jest stara, wielokrotnie sprawdzona zasada: is fecit, cui prodest (ten zrobił, komu to przynosi korzyść). I wedle niej trop prowadzi do nazistów.

Następnego dnia po pożarze, 28 lutego, Hitler ogłosił podpisany przez prezydenta dekret „o ochronie narodu i państwa”, określony jako „środek obrony przeciwko komunistycznym aktom gwałtu”. Jego pierwszy artykuł zawieszał wolność osobistą zagwarantowaną art. 48 Konstytucji Weimarskiej. I na jego podstawie aresztowano lidera partii komunistycznej i 4000 jej członków, co, na krótko przed wyborami, znacznie utrudniało im prowadzenie kampanii wyborczej. Art. 5 zaostrzał kary, aż do kary śmierci włącznie, za zbrodnie zdrady stanu, trucicielstwo, podpalenie i wprowadzał karę śmierci lub dożywotnich ciężkich robót za udział w spisku wymierzonym przeciwko życiu członków rządu lub za poważne zakłócenie spokoju.

5 marca 1933 roku odbyły się wybory. Pomimo zaangażowania potężnych sił i środków, naziści nie uzyskali większości parlamentarnej. Zdobyli 43,91% głosów i 288 miejsc w parlamencie. Socjaldemokraci – 18,25%, 120; komuniści – 12,32%, 81; Centrum – 11,25%, 73; nacjonaliści – 7,97%, 52. Pozostałe partie zupełnie nie liczyły się. Bawarska Partia Ludowa – 2,73%, Niemiecka Partia Ludowa – 1,10%. Inne poniżej 1%. Jakkolwiek wynik ten nie zadowalał, to wystarczał, a uwadze nazistów nie umknęło, że po wykluczeniu deputowanych komunistycznych, sami osiągną potrzebną większość.

I w tym miejscu znowu wypada mi zacytować Bullocka:

»Reżim hitlerowski opierał się na tzw. ustawie „O zabezpieczeniu narodu i państwa od biedy”. Ale wprowadzenie tej ustawy w życie wymagało zmiany konstytucji, musiało więc za nią opowiedzieć się dwie trzecie Reichstagu, toteż Hitler po zakończonych wyborach pomyślał przede wszystkim o tym. Jedna sprawa była prosta: 81 posłów komunistycznych nie wchodziło w rachubę, bo ci, którzy nie siedzieli jeszcze za kratkami, dostaliby się tam zaraz, gdyby pokazali się w Reichstagu. Naziści podjęli więc negocjacje z Centrum, a Hitler okazał się teraz jak najbardziej ugodowy wobec swoich partnerów-nacjonalistów. Zarówno dyskusje w gabinecie, jak i rozmowy z Centrum toczyły się w atmosferze niepokoju, wywołanego domaganiem się przez rząd tak olbrzymiej władzy. Dzięki dekretowi z 28 lutego naziści byli jednak panami sytuacji. Grozili, że w razie potrzeby dokonają takiej ilości aresztowań, iż zdobędą większość bez łączenia się z Centrum. Nacjonaliści pocieszali się, że ta nowa ustawa zawiera klauzulę gwarantująca prezydentowi jego dawną władzę; Centrum, któremu Hitler nie szczędził obietnic, zdołało prócz tego uzyskać list od prezydenta z oświadczeniem: „Kanclerz zapewnił mnie, że nawet gdyby nie był krępowany przez konstytucję, nie skorzysta z uprawnień przysługujących mu na mocy ustawy o zabezpieczeniu narodu i państwa od biedy bez porozumienia się ze mną”. Była to jeszcze jedna papierowa zapora, która miała powstrzymać wzbierającą falę terroru. W owym momencie Hitler przyrzekłby wszystko, byle tylko przeprowadzić nową ustawę z zachowaniem pozorów legalności.

Majstersztykiem był ukłon w stronę prezydenta, armii i nacjonalistów przy okazji otwarcia Reichstagu; na uroczystości, która odbyła się 21 marca w Poczdamie, w kościele garnizonowym, na dwa dni przed poddaniem nowej ustawy pod głosowanie, Hitler ugruntował wówczas roszczenia nowego reżimu do objęcia dziedzictwa po militarnych tradycjach dawnych Prus i ich królach, Hohenzollernach.

W dwa dni później, kiedy Reichstag zebrał się w tymczasowej siedzibie, Operze Krolla, nazizm ukazał całkiem inne oblicze. Ustawa przedłożona Reichstagowi zawierała pięć punktów. Pierwszy i piąty upoważniał rząd na okres 4 lat do wydawania ustaw bez oglądania się na Reichstag. Drugi i czwarty wyraźnie określał, że rządowi wolno będzie nie liczyć się z postanowieniami konstytucji i zawierać traktaty z innymi państwami, co dotychczas należało wyłącznie do uprawnień Reichstagu i Reichsratu. Trzeci zaś mówił, że ustawy wydawane przez rząd muszą wyjść spod pióra kanclerza i obowiązują od dnia ogłoszenia.

Inauguracyjna mowa Hitlera była powściągliwa w tonie i treści. Mówił o bezkrwawym i zdyscyplinowanym przeprowadzeniu rewolucji i o duchu jedności narodowej, który teraz zapanował w Rzeszy w miejsce rozdźwięków partyjnych i podziału klasowego.

Po przerwie zabrał głos lider socjaldemokratów, Otto Wels. W martwej ciszy wszedł na mównicę; tylko z zewnątrz dolatywało szczekliwe skandowanie bojówkarzy: „Żądamy ustawy – lub ogień i mord”. Trzeba było nie lada odwagi, by stanąć przed zatłoczoną salą – większość komunistów i kilkunastu posłów socjaldemokratycznych wtrącono już do więzienia – i powiedzieć w oczy Hitlerowi i nazistom, że partia socjaldemokratyczna będzie głosować przeciwko przyjęciu ustawy. Wels mówił z umiarem. Być bezbronnym – dodał – nie znaczy nie mieć honoru. Ale Hitlera doprowadziło do wściekłości nawet samo napomknienie o opozycji; nie miał ani cienia wspaniałomyślności dla pokonanego przeciwnika. Nie zwracając uwagi na usiłowania Papena, który chciał go pohamować, po raz drugi wszedł na mównicę i dał Reichstagowi, rządowi i korpusowi dyplomatycznemu pokaz swojego prawdziwego charakteru: nieopanowanego, brutalnego i szyderczego. „Niepotrzebne mi są wasze głosy – fuknął pogardliwie na socjaldemokratów. – Niemcy i bez was będą wolne. Nie bierzcie nas za burżujów. Gwiazda Niemiec wschodzi, wasza zachodzi; wasze podzwonne już wybiło.”

Reszta przemówień kontrastowała z przemówieniem Welsa. Monsignore Kaas, ciągle ufając obietnicom Hitlera, wstał, aby oznajmić, że Centrum, które kiedyś upokorzyło Bismarcka w Kulturkampfie, będzie głosować za ustawą; pasowała zresztą do nędznej polityki kompromisu z nazistami, jakiego ta partia przestrzegała od lata 1932 roku. Potem doszło do głosowania i zdenerwowanie wzrosło. Kiedy Göring (przewodniczący Reichstagu – przyp. mój) ogłosił wynik: za – 441, przeciwko – 94, naziści zerwali się z miejsc i wzniósłszy ręce w nazistowskim pozdrowieniu zaśpiewali „Horst Wessel Lied”.

Na zewnątrz olbrzymi tłum wiwatował radośnie. Naziści mieli się z czego cieszyć: przyjęcie ustawy dało Hitlerowi całkowita niezależność nie tylko od Reichstagu, ale także od prezydenta. Poprzedni kanclerze, Brüning, Papen i Schleicher, byli zależni od uprawnień prezydenta do wydawania nadzwyczajnych ustaw, zgodnie z 48 artykułem konstytucji. Teraz Hitler zyskał te uprawnienia dla siebie, z pełną mocą uchylania konstytucji. Władza nad wszystkimi możliwościami wielkiego nowoczesnego państwa przeszła w ręce motłochu, męty dorwały się do rządów.«

Tak to wyglądało, tak działała ta demokracja. Pozostaje jeszcze jeden problem: czy wybrani w demokratycznych wyborach mogą obalić demokrację i wprowadzić inny ustrój? Skoro naród ich wybrał, to daje im nieograniczoną władzę i możliwość dokonywania zmian. Hitler nie ukrywał swoich zamiarów, na co zwrócił uwagę Bullock:

»Tymczasem Hitler nieustannie atakował Brüninga przypisując mu całe zło, jakie wynikło z „systemu” panującego w Niemczech od 1918 roku. Gdy 8 grudnia Brüning wygłosił przez radio mowę w obronie swoich ostatnich dekretów, odpowiedział mu nowym listem otwartym (ogłoszonym 13 grudnia 1931 roku).

List ten jest interesujący ze względu na szczere stwierdzenie Hitlera, co rozumie on pod słowem „legalność”. Brüning przemawiając przez radio oświadczył: „Nie jest prawdziwym zwolennikiem legalności ktoś, kto mówi, że po legalnym dojściu do władzy obali wszystkie bariery”. Hitler odparł:

Jako „mąż stanu” odmawia nam Pan, po naszym dojściu do władzy, prawa nieliczenia się z praworządnością. Panie Kanclerzu, fundamentalna zasada demokracji głosi: „Władza pochodzi od narodu”. Konstytucja ustala drogi, jakimi pewna koncepcja, myśl, a więc i organizacja, musi otrzymać od narodu prawo do realizowania swoich celów. Ale ostatecznie to naród, nikt inny, ustala konstytucję.

Panie Kanclerzu, jeżeli naród niemiecki upoważni kiedyś ruch narodowo-socjalistyczny do wprowadzenia konstytucji innej niż dzisiejsza, to wtedy nic Pan nie poradzi… Kiedy konstytucja staje się przeżytkiem, naród nie umiera – to konstytucja ulega zmianie.

Była to zupełnie wyraźna wskazówka, co Hitler zamierza zrobić po dojściu do władzy, a jednak Schleicher, Papen i pozostali z grupy byli tak pewni swojej wyższości nad ignoranckim agitatorem, że z pogardliwym uśmiechem zlekceważyli sobie to ostrzeżenie.«

Sprawa wydaje się być trochę dyskusyjna, bo NSDAP nigdy w wolnych wyborach nie uzyskała większości. Najlepszy wynik osiągnęła w wyborach z marca 1933 – 43,9%. Hitler był już wtedy kanclerzem. W marcu 1932 roku odbyły się wybory prezydenckie.

W pierwszej rundzie nikt nie uzyskał bezwzględnej większości: Hindenburg – 49,6%, Hitler – 30,1%, Thälmann (komuniści) – 13,2%, Duesterberg (weterani wojenni) – 6,8%, pozostali – 0,3%.

W drugiej rundzie wyłonił się zwycięzca: Hindenburg – 53%, Hitler – 36,8%, Thälmann – 10,2%, pozostali – 0%.

Czy miał więc Hitler prawo do nieliczenia się z praworządnością? W swoich przemówieniach niczego nie obiecywał wyborcom. Chciał tylko dostać wadzę na 4 lata i udowodnić, że dużo może zmienić. Nawet jeśli jego wyborcy godzili się na wszystkie jego pomysły, to nadal większość – 56%, miała inne zdanie. Poparli go tylko posłowie, którzy uchwalili ustawę, dającą Hitlerowi nieograniczoną władzę. Natomiast w wyborach prezydenckich uzyskał on gorszy wynik niż jego partia.

Niemcy, jako naród, zostali poddani ciężkiej próbie. Zostali oskarżeni o wywołanie wojny i z tego powodu narzucono im w kwietniu 1921 roku, jako pokonanym, reparacje na kwotę 132 milionów marek w złocie, czyli 6600 milionów funtów angielskich. Jesienią 1922 roku nie byli w stanie ich spłacać i rząd zażądał moratorium. Na to nie zgodzili się Francuzi i zajęli Zagłębie Ruhry, które było przemysłowym sercem Niemiec. Dostarczało 80% produkcji stali i surówki oraz 80% całego wydobycia węgla. Odcięcie od tych zasobów musiało doprowadzić do załamania się produkcji. Okupacja Ruhry zadała cios marce. 1 lipca 1923 roku za dolara płacono 160.000 marek, 1 sierpnia – milion, 1 listopada – 130 miliardów. Załamanie marki kładło na łopatki handel, bankrutowały firmy, w większych miastach zaczęło brakować żywności, pojawiło się bezrobocie.

Inflacja ta – a były w społeczeństwie grupy ludzi, wśród nich przemysłowcy i obszarnicy, którzy z niej korzystali i starali się ją pogłębić we własnym interesie – wstrząsnęła niemieckim społeczeństwem. Nie wstrząsnęła nim tak ani wojna, ani rewolucja listopadowa, ani traktat wersalski. Prawdziwą rewolucją w Niemczech była inflacja, bo zniszczyła nie tylko własność i wartość pieniądza, ale także wiarę we własność i znaczenie pieniądza. Później jeszcze doszedł kryzys lat 30-tych. Nie należy więc dziwić się, że duża część społeczeństwa ulegała Hitlerowi, który był niezwykle utalentowanym mówcą i potrafił wczuwać się w nastroje społeczne.

Hitler przynajmniej dbał o pozory praworządności, a obecne rządy, w tym i polski, łamią bez skrupułów podstawowe prawa obywatelskie pod pretekstem ochrony zdrowia. Zabiera się nam podstawowe prawo – prawo do oddychania świeżym powietrzem. Wprawdzie nie jest ono już takie czyste i świeże, jak kiedyś, ale nadal jest lepsze od tego, które wydychamy. Hitler więził, mordował, terroryzował. Obecny rząd robi to samo, tyle że czynności te są rozłożone w czasie i stosowane w łagodniejszej formie – na razie. Nie zmienia to faktu, że idziemy tą samą drogą: od demokracji do tyranii. Inflacji takiej jak w Niemczech w 1923 roku raczej nie będzie, ale likwidacja gotówki może mieć takie same lub podobne skutki.

Na Niemcach, tych którzy nie ulegli „urokowi” nazistów, ich zwolennicy i oni sami, wywierali presję, często ich atakowali i nierzadko stosowali przemoc fizyczną i psychiczną. Dziś ci, którzy bezwzględnie podporządkowują się rządowym zaleceniom, zaczynają wywierać presję na tych, którzy im jeszcze nie do końca ulegają. Dużo podobieństw można się doszukać pomiędzy tym, co działo się w Niemczech w latach 20-tych i 30-tych, a tym, co się dzieje obecnie, ale jest też różnica. Wtedy wydarzyło się to tylko w jednym kraju, obecnie terror nie zna granic, jest totalny.

Z polityką nierozłącznie wiążą się pieniądze. Bez nich nie da się jej uprawiać. Nie inaczej było w przypadku Hitlera. Budowa partii i całego ruchu nazistowskiego wymagała pieniędzy. Bez nich Hitler nie wyszedłby poza przemawianie w podrzędnych monachijskich piwiarniach. Zagadnienie ciekawe i Bullock nie omija tego tematu, jednak o tym, to w innym miejscu.

Porównania

Już po zamieszczeniu bloga „Zamach majowy” obejrzałem na YouTube kilka filmów na ten temat, wysłuchałem opinii kilku historyków, przeważnie profesorów, ale też i ludzi, którzy interesują się historią amatorsko. Jeden motyw się powtarzał, choć może i inne – też, ale mnie ten zainteresował i zwrócił moją uwagę. Otóż, wszyscy oni mówili o sejmowładztwie i partyjniactwie. Mówili o tym, jak o jakiejś pladze egipskiej, która wzięła się nie wiadomo skąd i dzielny marszałek musiał zrobić z tym porządek, bo kryzys gospodarczy, bo nasi sąsiedzi dogadują się ponad naszymi głowami.

Wszelka wiedza bierze się z porównań. O wiele łatwiej jest cokolwiek zrozumieć, jeśli mamy porównanie. Ocena tego, czy coś jest dobre, czy złe, będzie niepełna bez tego zabiegu. Jeśli ktoś twierdzi, że Konstytucja marcowa z 1921 roku była zła, bo wprowadzała sejmowładztwo, to pierwsze pytanie, które należy sobie zadać brzmi: dlaczego je wprowadzała? Musiała być jakaś przyczyna. Jeśli obecna Konstytucja z 1997 roku ograniczała władzę sejmu, to – dlaczego? Też musiała być jakaś przyczyna. Czasy się zmieniają. Realia 1921 roku były inne niż realia lat 90-tych. Konstytucja marcowa powstała w realiach tamtych czasów i jej ocena z dzisiejszej perspektywy musi je uwzględniać, jeśli chce się dokonać rzetelnej analizy. Konstytucja z 1997 roku powstała w rzeczywistości lat 90-tych, w zupełnie odmiennych okolicznościach. Tak więc porównania mają sens, bo na ich podstawie możemy dojść do ciekawych wniosków, odczytać intencje tych, którzy nadawali kształt obu konstytucjom.

Przeprowadzenie takiej operacji jak zamach majowy wymaga czasu, doskonałej organizacji, koordynacji działań i obsadzenia swoimi ludźmi wielu strategicznych stanowisk, jak choćby stanowisko prezydenta, który był zwierzchnikiem sił zbrojnych na czas pokoju. Na czas wojny wyznaczał on naczelnego wodza. Porachunki wewnętrzne to nie wojna, prezydent nadal rządzi wojskiem. Tak więc wszystko musiało być zaplanowane znacznie wcześniej i argumenty, że kryzys gospodarczy, że sąsiedzi dogadują się ponad naszymi głowami, możemy włożyć między bajki. Tego nie da się zrobić w kilka dni. To nie było pospolite ruszenie – skrzyknięcie się kupy pijanych pacanów, wymachujących szabelkami, to była skomplikowana operacja, której celem było niedopuszczenie do wybicia się Polski na pełną niepodległość.

A partyjniactwo? W skład Sejmu I kadencji wchodziło 14 kubów poselskich. Wybrany on został na podstawie ordynacji proporcjonalnej, zatwierdzonej w 1919 roku przez Naczelnika Państwa, czyli Piłsudskiego. Nie było 5% progu, który dziś obowiązuje, ale przecież na początku, po 1989 roku, też go nie było. Mandaty poselskie uzyskało 29 komitetów wyborczych. Ktoś to jednak zmienił i wprowadził ten próg. Dlaczego tego nie zrobiono u zarania II RP? Prawdopodobnie dlatego, że wtedy nie praktykowano takich rozwiązań. Problem polegał chyba na tym, że II RP była państwem wielonarodowym i każda mniejszość chciała mieć w sejmie swoich przedstawicieli. Nie byłoby takiego zróżnicowania, gdyby nie przyłączono Kresów. Wówczas prawdopodobnie jedyną większościową partią byłaby endecja. Uniknięto by też wielu tragedii, które miały miejsce właśnie na Kresach.

W 1991 roku odbyły się w Polsce pierwsze wolne wybory. W wyborach do Sejmu i Senatu obowiązywała ustawa z dnia 28 czerwca 1991 roku – ordynacja wyborcza do Sejmu Rzeczypospolitej Polskiej, która weszła w życie z dniem ogłoszenia (3 lipca). Stanowiła ona, iż: „Wybory posłów na Sejm Rzeczypospolitej Polskiej są powszechne, bezpośrednie, równe i wolne oraz przeprowadzone w głosowaniu tajnym”. Czynne prawo wyborcze (możliwość wybierania) mieli wszyscy obywatele polscy a także mieszkający przynajmniej przez 5 lat na terenie Polski obywatele innych państw, którzy mieli ukończone 18 lat. Bierne prawo wyborcze (możliwość kandydowania) mieli obywatele polscy, którzy w dniu głosowania mieli ukończone 21 lat i zamieszkiwali w Polsce przez przynajmniej 5 lat. – Niezły cyrk! Prawo głosowania mają obywatele obcych państw!

W wyniku wyborów mandaty poselskie uzyskało 29 komitetów wyborczych, przy czym 11 komitetów uzyskało po jednym mandacie. Nie zastosowano progów wyborczych. Jakby chciano powiedzieć Polakom: chcieliście wolności, to ją macie. A ta wolność miała się kojarzyć z partyjniactwem, z tym, że wolność to anarchia. Przy takim rozdrobnieniu niemożliwym było utworzenie rządu większościowego. Co ciekawe, w innych krajach Europy Wschodniej zastosowano progi wyborcze, co stwarzało bardziej stabilne układy polityczne. Czym więc Polska zasłużyła sobie na takie „wyróżnienie”? To nie był przypadek.

Kolejne wybory parlamentarne odbyły się 19 września 1993 roku. Rozpisane zostały na skutek zarządzenia prezydenta o rozwiązaniu Sejmu 31 maja 1993. 15 kwietnia 1993 roku Sejm uchwalił nową ordynację wyborczą. Wprowadzała ona progi zaporowe dla partii (5%) oraz koalicji (8%). Do Sejmu weszło 8 komitetów wyborczych. Najwięcej mandatów uzyskały Sojusz Lewicy Demokratycznej – 37,17%, Polskie Stronnictwo Ludowe – 28,70%, Unia Demokratyczna – 16,09% i Unia Pracy – 8,92%. SLD i PSL utworzyły rząd większościowy.

Ktoś decyduje o tym, że raz progi są, a raz, że ich nie ma. Ktoś opracowuje ordynację i podejmuje decyzję o tym, czy one mają być, czy nie. Od tego zależy kształt sceny politycznej. Nic tu nie dzieje się przypadkiem. Ciekawe, że ten tak skłócony i rozdrobniony Sejm z 1993 roku zdobył się na uchwalenie nowej ordynacji, która większość tych partii i ich posłów wyrzucała z niego. A może większość tych partii i posłów została sztucznie wykreowana, by wykonać pewne zadanie.

Poniżej fragmenty ordynacji wyborczych z lat 1922, 1991 i 1993. W 1922 i 1993 zastosowano tę samą metodę dzielenia mandatów, tzw. metodę D’Hondta, wykorzystującą ciąg liczb naturalnych: 1, 2, 3, 4 itd. W 1991 roku wykorzystano metodę Hare’a-Niemeyera, wykorzystującą ciąg liczb nieparzystych, przy czym pierwsza liczba to nie 1 tylko 1,4. Kombinować można też liczbą okręgów wyborczych. Jeśli okręgów będzie więcej, a mandatów w każdym okręgu mniej, to będzie korzystne dla dużych partii. Odwrotny zabieg będzie faworyzował mniejsze partie. I jak tu nie kochać demokracji?! A dyktatura? – nudy!

USTAWA z dnia 28 lipca 1922 r. Ordynacja wyborcza do Sejmu.

Art. 95.
Komisja ustala według odpowiedniego formularza, ilu posłów zostało wybranych w całem Państwie ze wszystkich tych list okręgowych, które zgłosiły zgodnie z przepisami art. 57 swoje przyłączenie do poszczególnych list państwowych.

Otrzymane w ten sposób liczby mandatów poszczególnych grup wyborczych (stronnictw) pisze się obok siebie, poczynając od najwyższej, a kończąc na najniższej, następnie zaś dzieli się te liczby kolejno przez 1, 2, 3 i t. d. tak długo, aż z otrzymanych w ten sposób ilorazów da się uszeregować tyle kolejno największych liczb, ile mandatów jest do rozdzielenia przez Państwową Komisję Wyborczą.

Każda państwowa lista kandydatów, wchodząca w rachubę, otrzyma tyle mandatów poselskich, ile przypada jej liczb z pośród ustalonego w powyżej przepisany sposób szeregu liczb kolejno największych.

USTAWA z dnia 28 czerwca 1991 r. Ordynacja wyborcza do Sejmu Rzeczypospolitej Polskiej.

Art. 101.
1.Mandaty przydziela się poszczególnym ogólnopolskim listom kandydatów na posłów po zsumowaniu liczby głosów oddanych na listy okręgowe powiązane z daną ogólnopolską listą kandydatów na posłów. Państwowa Komisja Wyborcza dzieli mandaty pomiędzy poszczególne ogólnopolskie listy kandydatów na posłów w sposób następujący:
1) sumę ważnych głosów oddanych na listy okręgowe danego komitetu wyborczego, który zarejestrował ogólnopolską listę, dzieli się kolejno przez 1,4 (jeden i cztery dziesiąte); 3; 5; 7; … i dalej przez ciąg kolejnych liczb nieparzystych, aż do chwili, gdy z otrzymanych w ten sposób ilorazów da się uszeregować tyle kolejno największych liczb, ile wynosi liczba mandatów do rozdzielenia między ogólnopolskie listy kandydatów na posłów,
2) każdej ogólnopolskiej liście kandydatów przyznaje się tyle mandatów, ile spośród ustalonego w powyższy sposób szeregu ilorazów przypada jej liczb kolejno najwyższych.

USTAWA z dnia 28 maja 1993 r. Ordynacja wyborcza do Sejmu Rzeczypospolitej Polskiej.

Art. 3.
1. W podziale mandatów w okręgach wyborczych uwzględnia się wyłącznie okręgowe listy kandydatów na posłów tych komitetów wyborczych, których listy otrzymały co najmniej 5% ważnie oddanych głosów w skali kraju.
2. Okręgowe listy kandydatów na posłów komitetów wyborczych, o których mowa w art. 77 ust. 2 (koalicja wyborcza), uwzględnia się w podziale mandatów w okręgach wyborczych, jeżeli ich listy otrzymały co najmniej 8% ważnie oddanych głosów w skali kraju.

Art. 118.
1. Państwowa Komisja Wyborcza dokonuje podziału mandatów pomiędzy uprawnione listy ogólnopolskie, z uwzględnieniem art. 112, w sposób następujący:
1) liczbę głosów ważnie oddanych na wszystkie listy okręgowe danego komitetu wyborczego dzieli się kolejno przez: 1, 2, 3, 4 i dalej, aż do chwili, gdy z otrzymanych w ten sposób ilorazów da się uszeregować tyle kolejno największych liczb, ile wynosi liczba mandatów do rozdzielenia między listy ogólnopolskie,
2) każdej liście przyznaje się tyle mandatów, ile spośród ustalonego w powyższy sposób szeregu ilorazów przypada jej liczb kolejno największych.

Mamy więc w Ordynacji z 1922 roku ciąg: 1, 2, 3 i t.d. – w Ordynacji z 1991 ciąg: 1,4; 3; 5; 7 – w Ordynacji z 1993 roku ciąg taki jak w 1922 roku: 1, 2, 3, 4. Co to jest? Przecież normalny człowiek nie jest w stanie zrozumieć, o co tu chodzi. Ciąg liczb 1, 2, 3, 4, to metoda liczenia głosów według belgijskiego matematyka Victora D’Hondta (https://pl.wikipedia.org/wiki/Metoda_D%E2%80%99Hondta). Ciąg liczb 1,4; 3; 5; 7, to metoda liczenia głosów Hare’a-Niemeyera (https://pl.wikipedia.org/wiki/Metoda_Hare%E2%80%99a-Niemeyera). Tak działa demokracja. W sumie jeden wielki kant i oszust. To jest model Europy kontynentalnej – niezrozumiały sposób liczenia głosów w ordynacji proporcjonalnej.

Anglosasi przyjęli inny model – ordynację większościową. U nich wszystko jest proste, wygrywa ten, który zdobył najwięcej głosów, których liczenie odbywa się przy otwartej kurtynie: elegancja Francja – chciałoby się wykrzyknąć. Niestety! Nie ma tak dobrze. Ich oszustwo leży gdzie indziej. O tym pisałem w blogu „Pomysły”. – I jak tu nie kochać Łukaszenki? – mógłby ktoś zapytać. Wszystko jasne i proste. Łukaszenka jest faszystą, on realizuje program Mussoliniego (o tym w blogu „Faszyzm”). Nie należy jednak stawiać znaku równości pomiędzy faszyzmem a nazizmem. Niestety, zakodowano ludziom w głowach, że to jedno i to samo. Co więcej, nazwanie kogoś faszystą jest gorszą obelgą, niż nazwanie kogoś nazistą.

A sejmowładztwo? Czy to źle, że sejm dominował? Był przecież wykonawcą woli narodu. To co? Naród ma wybierać swoich przedstawicieli, a oni mają być później marionetkami? Sejm był tak silny dzięki zapisom Konstytucji marcowej, która była dziełem Sejmu Ustawodawczego (1919-1922). W sejmie tym silną pozycję miał Związek Ludowo-Narodowy i to on miał duży wpływ na ostateczny kształt tej konstytucji. Jednym z jego prominentnych, jak sądzę, członków był Tadeusz Gluziński (Henryk Rolicki), którego cytuję w wielu blogach. Związek Ludowo-Narodowy wydał broszurę z tekstem konstytucji i wstępem Gluzińskiego. Można się z tym zapoznać w Wikipedii. Link tu: https://upload.wikimedia.org/wikipedia/commons/6/64/Konstytucja_marcowa_%28wstep_-_T_Gluzinski%29_1921.pdf

Tamci Polacy, u progu nowego państwa polskiego, wierzyli w pewne ideały, wierzyli w to, że wszyscy obywatele tego nowego państwa podzielają ich system wartości, wierzyli w to, że dobra konstytucja będzie podstawą pomyślności państwa i narodu. Wierzył w to również Gluziński, który miał wówczas 33 lata. To jest jeszcze wiek, w którym można mieć pewne złudzenia. W 1935 roku ukazała się jego najważniejsza praca Odrodzenie idealizmu politycznego, w której nie pozostawił już na demokracji suchej nitki. Ponieważ w sejmie o kształt konstytucji walczył Związek Ludowo-Narodowy, do którego należał Gluziński, to prawdopodobnie on był w nim osobą najbardziej kompetentną, decydującą o stanowisku Związku.

Konstytucja marcowa była wzorowana na rozwiązaniach francuskich, angielskich i amerykańskich. Sam początek preambuły tej konstytucji świadczy o tym, że wzorowano się na Amerykanach:

W imię Boga Wszechmogącego!

My, Naród Polski, dziękując Opatrzności za wyzwolenie nas z półtorawiekowej niewoli, wspominając z wdzięcznością męstwo i wytrwałość ofiarnej walki pokoleń, które najlepsze wysiłki swoje sprawie niepodległości bez przerwy poświęcały…

Preambułę zawiera też konstytucja III RP:

W trosce o byt i przyszłość naszej Ojczyzny, odzyskawszy w 1989 roku możliwość suwerennego i demokratycznego stanowienia o Jej losie, my, Naród Polski – wszyscy obywatele Rzeczypospolitej, zarówno wierzący w Boga będącego źródłem prawdy, sprawiedliwości, dobra i piękna, jak i nie podzielający tej wiary, a te uniwersalne wartości wywodzący z innych źródeł, równi w prawach i w powinnościach wobec dobra wspólnego – Polski…

Konstytucja marcowa dawała szeroki zakres władzy sejmowi, ale czy obecna Konstytucja tego nie robi? Nie robi, co nie zmienia faktu, że jest wzorowana na marcowej, choć nie jest jej dokładną kopią. Warto porównać niektóre artykuły obu konstytucji.

Art.2 Konstytucji marcowej:

Władza zwierzchnia w Rzeczypospolitej Polskiej należy do Narodu. Organami Narodu w zakresie ustawodawstwa jest Sejm i Senat, a w zakresie władzy wykonawczej – Prezydent Rzeczypospolitej łącznie z odpowiedzialnymi ministrami, w zakresie wymiaru sprawiedliwości – niezawisłe sądy.

Art. 4 Konstytucji III RP:

  1. Władza zwierzchnia w Rzeczypospolitej Polskiej należy do Narodu.
  2. Naród sprawuje władzę przez swoich przedstawicieli lub bezpośrednio.

Art. 95 K. III RP:

  1. Władzę ustawodawczą w Rzeczpospolitej Polskiej sprawuje Sejm i Senat.

Art. 11 Konstytucji m.:

Sejm składa się z posłów wybranych na lat pięć, licząc od dnia otwarcia Sejmu, w głosowaniu powszechnym, tajnym, bezpośrednim, równym i stosunkowym.

Art. 96 K. III RP:

  1. Sejm składa się z 460 posłów.
  2. Wybory do Sejmu są powszechne, równe, bezpośrednie i proporcjonalne oraz odbywają się w głosowaniu tajnym.

Art. 98 K. III RP:

  1. Sejm i Senat są wybierane na czteroletnią kadencję.

Art. 12 Konstytucji m.:

Prawo wybierania ma każdy obywatel bez różnicy płci, który w dniu ogłoszenia wyborów ukończył 21 lat, używa w pełni praw cywilnych i zamieszkuje w okręgu wyborczym przynajmniej od przedednia ogłoszenia wyborów w „Dzienniku Ustaw”. Prawo głosowania może być wykonane osobiście. Wojskowi w służbie czynnej nie mają prawa głosowania.

Art. 13 K. m.:

Prawo wybieralności ma każdy obywatel, mający prawo wybierania do Sejmu, nie wyjmując wojskowych w służbie czynnej, niezależnie od miejsca zamieszkania o ile ukończył 25 lat.

Art. 14 K. m.:

Nie mogą korzystać z prawa wyborczego obywatele skazani za przestępstwa, które określi ordynacja wyborcza, jako pociągające za sobą, czasową lub stałą utratę prawa wybierania, wybieralności, a także piastowanie mandatu poselskiego.

Art. 62 K. III RP:

  1. Obywatel polski ma prawo udziału w referendum oraz prawo wybierania Prezydenta Rzeczypospolitej, posłów, senatorów i przedstawicieli do organów samorządu terytorialnego, jeżeli najpóźniej w dniu głosowania kończy 18 lat.
  2. Prawo udziału w referendum oraz prawo wybierania nie przysługuje osobom, które prawomocnym orzeczeniem sądowym są ubezwłasnowolnione lub pozbawione praw publicznych albo wyborczych.

Art. 99 K. III RP

  1. Wybrany do Sejmu może być obywatel polski mający prawo wybierania, który najpóźniej w dniu wyborów kończy 21 lat.
  2. Wybrany do Senatu może być obywatel polski mający prawo wybierania, który najpóźniej w dniu wyborów kończy 30 lat.
  3. Wybraną do Sejmu lub Senatu nie może być osoba skazana prawomocnym wyrokiem na karę pozbawienia wolności za przestępstwa umyślne ścigane z oskarżenia publicznego.

Art. 36 K. m.:

Senat składa się z członków wybranych przez poszczególne województwa w głosowaniu powszechnym, tajnym, bezpośrednim, równym, stosunkowym. Każde województwo stanowi jeden okręg wyborczy, przy czym w stosunku do liczby mandatów sejmowych na ilość mieszkańców, liczba mandatów do Senatu wynosi 1/4 część. Prawo wybierania ma każdy wyborca do Sejmu, który w dniu ogłoszenia wyborów ukończył lat 30 i w dniu tym zamieszkuje w okręgu wyborczym przynajmniej od roku; nie tracą jednak prawa wyborczego świeżo osiedli koloniści, którzy opuścili poprzednie miejsce zamieszkania, korzystając z reformy rolnej; również nie tracą tego prawa robotnicy, którzy zmienili miejsce pobytu wskutek zmiany miejsca pracy, oraz urzędnicy państwowi przeniesieni służbowo. Prawo wybieralności ma każdy obywatel, posiadający prawo wybierania do Senatu, nie wyłączając wojskowych w służbie czynnej, o ile z dniem ogłoszenia wyborów ukończył 40 lat. Kadencja Senatu rozpoczyna się i kończy z kadencją sejmową.

Art. 97 K. III RP:

  1. Senat składa się ze 100 senatorów
  2. Wybory do Senatu są powszechne, bezpośrednie i odbywają się w głosowaniu tajnym.

Wybory do Senatu III RP odbywają się w ordynacji większościowej, do Sejmu – proporcjonalnej. Z jakich powodów takie zróżnicowanie? W Konstytucji marcowej w obu przypadkach obowiązywała ordynacja proporcjonalna.

Art. 20 K. m.:

Posłowie są przedstawicielami całego narodu i nie są skrępowani żadnymi instrukcjami wyborców.

Art. 104 K. III RP:

  1. Posłowie są przedstawicielami całego Narodu. Nie wiążą ich instrukcje wyborców.

Art. 39 K. m.:

Prezydenta Rzeczypospolitej wybierają na 7 lat bezwzględną większością głosów Sejm i Senat, połączony w Zgromadzenie Narodowe.

Art. 127 K. III RP:

  1. Prezydent Rzeczypospolitej jest wybierany przez Naród w wyborach powszechnych, równych, bezpośrednich i w głosowaniu tajnym.
  2. Prezydent Rzeczypospolitej jest wybierany na pięcioletnią kadencję i może być ponownie wybrany tylko raz.
  3. Na Prezydenta Rzeczypospolitej może być wybrany obywatel polski, który najpóźniej w dniu wyborów kończy 35 lat i korzysta z pełni praw wyborczych do Sejmu.
  4. Na Prezydenta Rzeczypospolitej wybrany zostaje kandydat, który otrzymał więcej niż połowę ważnie oddanych głosów. Jeżeli żaden z kandydatów nie uzyska wymaganej większości głosów, czternastego dnia po pierwszym głosowaniu przeprowadza się ponowne głosowanie.
  5. W ponownym głosowaniu wyboru dokonuje się spośród dwóch kandydatów, którzy w pierwszym głosowaniu otrzymali kolejno największą liczbę głosów.
  6. Na Prezydenta Rzeczypospolitej wybrany zostaje kandydat, który w ponownym głosowaniu otrzymał więcej głosów.

Art. 46 K. m.:

Prezydent Rzeczypospolitej jest zarazem najwyższym zwierzchnikiem sił zbrojnych Państwa, nie może jednak sprawować naczelnego dowództwa w czasie wojny.

Naczelnego Wodza Sił Zbrojnych Państwa na wypadek wojny mianuje Prezydent Rzeczypospolitej na wniosek Rady Ministrów przedstawiony przez ministra Spraw Wojskowych, który za akty, związane z dowództwem w czasie wojny, jak i za wszelkie sprawy kierownictwa wojskowego – odpowiada przed Sejmem.

Art. 134 K. III RP:

  1. Prezydent Rzeczypospolitej jest najwyższym zwierzchnikiem Sił Zbrojnych Rzeczypospolitej Polskiej.
  2. W czasie pokoju Prezydent Rzeczypospolitej sprawuje zwierzchnictwo nad Siłami Zbrojnymi za pośrednictwem Ministra Obrony Narodowej.
  3. Na czas wojny Prezydent Rzeczypospolitej, na wniosek Prezesa Rady Ministrów, mianuje Naczelnego Dowódcę Sił Zbrojnych. W tym samym trybie może on Naczelnego Dowódcę Sił Zbrojnych odwołać.

Art. 44 K. m.:

Każdy akt rządowy Prezydenta Rzeczypospolitej wymaga dla swej ważności podpisu prezesa Rady Ministrów i właściwego ministra, który przez podpisanie aktu bierze zań odpowiedzialność.

Art. 144 K. III RP:

  1. Prezydent Rzeczypospolitej, korzystając ze swoich konstytucyjnych i ustawowych kompetencji, wydaje akty urzędowe.
  2. Akty urzędowe Prezydenta Rzeczypospolitej wymagają dla swojej ważności podpisu Prezesa Rady Ministrów, który przez podpisanie aktu ponosi odpowiedzialność przed Sejmem.

Art. 45 K. m.:

Prezydent Rzeczypospolitej mianuje i odwołuje Prezesa Rady Ministrów, na jego wniosek mianuje i odwołuje ministrów, a na wniosek Rady Ministrów obsadza urzędy cywilne i wojskowe, zastrzeżone w ustawach.

Art. 154 K. III RP:

  1. Prezydent Rzeczypospolitej desygnuje Prezesa Rady Ministrów, który powołuje skład Rady Ministrów. Prezydent Rzeczypospolitej powołuje Prezesa Rady Ministrów wraz z pozostałymi członkami Rady Ministrów w ciągu 14 dni od dnia pierwszego posiedzenia Sejmu lub przyjęcia dymisji poprzedniej Rady Ministrów, i odbiera przysięgę od członków nowo powstałej Rady Ministrów.

Art. 26 K. m.:

Sejm może się rozwiązać mocą własnej uchwały, powziętej większością 2/3 głosów przy obecności połowy ustawowej liczby posłów. Prezydent Rzeczypospolitej może rozwiązać Sejm za zgodą 3/5 ustawowej liczby członków Senatu. Równocześnie w obu wypadkach z samego prawa rozwiązuje się Senat. Wybory odbywają się w ciągu 90 dni od dnia rozwiązania Sejmu.

Art. 98 K. III RP:

  1. Sejm może skrócić swoją kadencję uchwałą podjętą większością co najmniej 2/3 ustawowej liczby posłów. Skrócenie kadencji Sejmu oznacza jednocześnie skrócenie kadencji Senatu.
  2. Prezydent Rzeczypospolitej, po zasięgnięciu opinii Marszałka Sejmu i Marszałka Senatu, może w przypadkach określonych w Konstytucji zarządzić skrócenie kadencji Sejmu. Skrócona zostaje również kadencja Senatu.
  3. Prezydent Rzeczypospolitej, zarządzając skrócenie kadencji Sejmu, zarządza jednocześnie wybory do Sejmu i Senatu i wyznacza ich datę na dzień przypadający nie później niż w ciągu 45 dni od dnia skrócenia kadencji Sejmu.

Art. 32 K. m.:

Do prawomocności uchwał potrzebna jest zwykła większość głosów przy obecności 1/3 ogółu ustawowej liczby posłów, o ile inne przepisy Konstytucji nie zawierają odmiennych postanowień.

Art. 120 K. III RP:

  1. Sejm uchwala ustawy zwykłą większością głosów, w obecności co najmniej połowy ustawowej liczby posłów, chyba że Konstytucja przewiduje inną większość.

Art. 35 K. m.:

Każdy projekt ustawy, przez Sejm uchwalony, będzie przekazany Senatowi do rozpatrzenia. Jeżeli Senat nie podniesie w ciągu 30 dni od dnia doręczenia mu uchwalonego projektu ustawy żadnych przeciwko niemu zarzutów – Prezydent Rzeczypospolitej zarządzi ogłoszenie ustawy. Na wniosek Senatu Prezydent Rzeczypospolitej może zarządzić ogłoszenie ustawy przed upływem 30 dni.

Jeżeli Senat postanowi projekt, uchwalony przez Sejm, zmienić lub odrzucić, powinien zapowiedzieć to Sejmowi w ciągu powyższych 30 dni a najdalej w ciągu następnych dni 30, zwrócić Sejmowi z proponowanymi poprawkami.

Jeżeli Sejm zmiany, przez Senat proponowane uchwali zwykłą większością, albo odrzuci większością 11/20 głosujących – Prezydent Rzeczypospolitej zarządzi ogłoszenie ustawy w brzmieniu, ustalonym ponowną uchwałą Sejmu.

Art. 121 K. III RP:

  1. Ustawę uchwaloną przez Sejm Marszałek przekazuje Senatowi.
  2. Senat w ciągu 30 dni od przekazania ustawy może ją przyjąć bez zmian, uchwalić poprawki albo uchwalić odrzucenie jej w całości. Jeżeli Senat w ciągu 30 dni od dnia przekazania ustawy nie podejmie stosownej uchwały, ustawę uznaje się za uchwaloną w brzmieniu przyjętym przez Sejm.
  3. Uchwałę Senatu odrzucającą ustawę albo poprawkę zaproponowaną w uchwale Senatu, uważa się za przyjętą, jeżeli Sejm nie odrzuci jej bezwzględną większością głosów w obecności co najmniej połowy ustawowej liczby posłów.

W Konstytucji marcowej w tym miejscu kończyła się procedura. Prezydent podpisywał ustawę.

Art. 122 K. III RP:

  1. Po zakończeniu postępowania określonego w art. 121 Marszałek Sejmu przedstawia uchwaloną ustawę do podpisu Prezydentowi Rzeczypospolitej.
  2. Prezydent Rzeczypospolitej podpisuje ustawę w ciągu 21 dni od dnia przedstawienia i zarządza ogłoszenie jej w Dzienniku Ustaw Rzeczypospolitej Polskiej.
  3. Przed podpisaniem ustawy Prezydent Rzeczypospolitej może wystąpić do Trybunału Konstytucyjnego z wnioskiem w sprawie zgodności ustawy z Konstytucją. Prezydent nie może odmówić podpisania ustawy, którą Trybunał Konstytucyjny uznał za zgodną z Konstytucją.
  4. Prezydent Rzeczypospolitej odmawia podpisania ustawy, którą Trybunał Konstytucyjny uznał za niezgodną z Konstytucją. Jeżeli jednak niezgodność z Konstytucją dotyczy poszczególnych przepisów, a Trybunał Konstytucyjny nie orzeknie, że są one nierozerwalnie związane z całą ustawą, Prezydent Rzeczypospolitej, po zasięgnięciu opinii Marszałka Sejmu, podpisuje ustawę z pominięciem przepisów uznanych za niezgodne z Konstytucją albo zwraca ustawę Sejmowi w celu usunięcia niezgodności.
  5. Jeżeli prezydent Rzeczypospolitej nie wystąpił z wnioskiem do Trybunału Konstytucyjnego w trybie ust. 3, może z umotywowanym wnioskiem przekazać ustawę Sejmowi do ponownego rozpatrzenia. Po ponownym uchwaleniu ustawy przez Sejm większością 3/5 głosów w obecności co najmniej połowy ustawowej liczby posłów Prezydent Rzeczypospolitej w ciągu 7 dni podpisuje ustawę i zarządza jej ogłoszenie w dzienniku Ustaw Rzeczypospolitej Polskiej.

Obie konstytucje regulują szereg innych spraw, ale ja skupiłem się na relacjach pomiędzy sejmem, senatem, prezydentem i rządem, bo one są najważniejsze, gdy chodzi o ustrój państwa i sposób uprawiania polityki. Nie wszystko jest tak samo. Są różnice, które, w mojej ocenie, działają na korzyść Konstytucji marcowej.

Jedną z nich jest wiek osób mających prawa wyborcze. Obecnie każdy, kto ukończył 18 lat ma czynne prawo wyborcze, a nie – 21 lat. Bierne prawo wyborcze do sejmu to 21 lat, a do senatu – 30 lat. Według Konstytucji marcowej takie prawo do sejmu miała osoba, która ukończyła 30 lat, a do senatu – 40 lat. Chodziło o to, by o sprawach państwowych decydowali ludzie bardziej dojrzali, a więc z dużym doświadczeniem życiowym.

Szczególnie jaskrawy jest tu przykład senatu, który przecież oceniał ustawy, które uchwalał sejm. Senat mógł skierować ustawę do ponownego rozpatrzenia przez sejm, a ten, z kolei, mógł uwzględnić wskazówki senatu lub je odrzucić większością 11/20 i uchwalić ustawę w pierwotnym brzmieniu. Jest to procedura jasna i krótka. Prezydent w takiej sytuacji musiał taką ustawę podpisać. Na tym m.in. polegała siła sejmu przedmajowego, ale też było wiadomo, kto za co odpowiada. I wszystko było jasno i precyzyjnie ujęte, co tak naprawdę powinno być cechą nie tylko konstytucji, ale każdego aktu prawnego.

W przypadku obecnej Konstytucji siła prezydenta jest większa, a sejmu – mniejsza. W artykule 121 ust. 3 czytamy: Uchwałę Senatu odrzucającą ustawę albo poprawkę zaproponowaną w uchwale Senatu, uważa się za przyjętą, jeżeli Sejm nie odrzuci jej bezwzględną większością głosów w obecności co najmniej połowy ustawowej liczby posłów.

A co jeśli odrzuci? Czy taka ustawa zostanie przyjęta w pierwotnej wersji? Tego art. 121 ust. 3 nie precyzuje. Artykuł 122 ust. 1 mówi: Po zakończeniu postępowania określonego w art. 121 Marszałek Sejmu przedstawia uchwaloną ustawę do podpisu Prezydentowi Rzeczypospolitej.

Prezydent może ją podpisać lub może ją skierować do Trybunału Konstytucyjnego w celu zbadania jej zgodności z konstytucją. Prezydent odmawia podpisania ustawy, którą Trybunał uznał za niezgodną z konstytucją. Czyli mamy tu sytuację, która nie występowała w przypadku Konstytucji marcowej. W niej, po odrzuceniu przez sejm poprawek senatu, prezydent ją podpisywał. Teraz prezydent może też, oprócz skierowania ustawy do Trybunału, z umotywowanym wnioskiem przekazać ustawę sejmowi do ponownego rozpatrzenia.

Tak więc obecnie prezydent może, ale nie musi, przekazać ustawę do Trybunału Konstytucyjnego lub może, ale nie musi, ponownie skierować ją do sejmu. Trybunał może orzec, że ustawa jest niezgodna z konstytucją i prezydent nie może jej podpisać lub może orzec, że jest zgodna i wtedy prezydent ją podpisuje. Czyli już nie sejm decyduje o ostatecznym przyjęciu ustawy, tylko prezydent lub Trybunał Konstytucyjny. Mamy tu do czynienia z rozmyciem się odpowiedzialności. Już nie posłowie, jako przedstawiciele narodu, tylko prezydent lub Trybunał Konstytucyjny decyduje o losach ustawy. Z drugiej strony mamy to nieprecyzyjne „może” – może, ale nie musi, zapewne w zależności od układu: czy prezydent jest z tej samej opcji, z której jest rząd czy większość sejmowa.

W tamtych czasach nie było Trybunału Konstytucyjnego, był senat, w skład którego wchodzili ludzie powyżej 40 roku życia, a więc ze sporym już doświadczeniem. Procedura była prosta i czytelna. Teraz mamy dodatkowy organ, zupełnie zbędny, powstały chyba tylko po to, by rozmyć odpowiedzialność albo zablokować poczynania przeciwników politycznych. To prawda, że było to przedmajowe sejmowładztwo. Ale czy to coś złego? W końcu władza zwierzchnia należy do narodu, a jego organami w zakresie ustawodawstwa jest sejm i senat. Po co dodatkowy organ? Art. 95 Konstytucji z 1997 roku stwierdza, że władzę ustawodawczą w Rzeczypospolitej sprawuje Sejm i Senat. Oznacza to, że istnienie Trybunału jest niezgodne z konstytucją. Trybunał niby orzeka o tym, czy coś jest zgodne z konstytucją, czy – nie. Jeśli jednak Trybunał orzeknie, że ustawa jest niezgodna z konstytucją, to prezydent jej nie podpisze. Sejm musi ją poprawić lub uchwalić nową. W ten sposób Trybunał wpływa na treść ustaw. Jest więc również, w sposób pośredni, władzą ustawodawczą, tyle że nie wybraną przez naród. Gdyby w konstytucji zapisano, że władzę ustawodawczą w Rzeczypospolitej sprawuje Sejm, Senat i Trybunał Konstytucyjny, to nie byłoby problemu. Od kontroli sejmu jest senat. On sam nie tworzy prawa, ale jest organem ustawodawczym, bo kontroluje sejm i może wnosić poprawki do ustaw, wpływając tym samym na ich ostateczny kształt. Trybunał Konstytucyjny też nie tworzy ustaw, ale może orzekać o ich niezgodności z konstytucją, co w praktyce oznacza, że sejm musi je poprawiać, tak samo jak po interwencji senatu i tak samo wpływa na ich ostateczny kształt.

Konstytucja marcowa była wzorowana na rozwiązaniach angielskich, francuskich i amerykańskich, ale nie do końca. W tamtych państwach senat (druga izba) miał silniejszą pozycję, bo gdy sprzeciwiał się jakiemuś prawu, to sejm (pierwsza izba) nie miał możliwości przeciwstawienia się temu. W Polsce sejm mógł większością 11/20 postawić na swoim. Czy to było złe rozwiązanie?

Silny sejm nie wziął się z niczego. Wziął się ze złego doświadczenia, wynikłego ze skupienia w jednym ręku całej władzy cywilnej i wojskowej w rękach Piłsudskiego. Gluziński tak to argumentował w przedmowie do tekstu Konstytucji marcowej:

Doświadczenie takie w Polsce w ostatnich paru latach, gdzie Naczelnikiem Państwa i Naczelnym Wodzem jest p. Józef Piłsudski, przemawia przeciw łączeniu władzy cywilnej i wojskowej w jednym ręku. Przypomnę wydanie na Wielkanoc 1919 r., sprzecznej z interesem Polski, odezwy przez Naczelnego Wodza, po zajęciu Wilna, w której mówiło się o utworzeniu Wielkiego Księstwa Litewskiego, a nie połączeniu polskiej ziemi wileńskiej z Polską. Polska długo będzie płacić z powodu niepotrzebnego sojuszu z Petlurą i nieszczęsnej wyprawy kijowskiej zawinionych przez rządy wojskowe.

Na szczęście znalazła się w Sejmie większość dla takiego zapatrywania na sprawę i Prezydent nie będzie mógł w sobie łączyć władzy cywilnej i wojskowej.

Chodziło więc o ograniczenie władzy Piłsudskiego, nie dlatego, że ktoś go nie lubił, tylko dlatego, że jako polityk podejmował decyzje niekorzystne dla państwa. Obecny obóz rządzący gloryfikuje Piłsudskiego, a Kaczyński najwyraźniej wzoruje się na nim, sterując wszystkim nieformalnie. Natomiast żałosnym jest to, że ten rząd, którym on kieruje, potępia Łukaszenkę, który jest dyktatorem. Znaczy, że raz dyktator jest dobry, a raz – jest zły. Innymi słowy realizuje zasadę rządu amerykańskiego: to są skurwysyny, ale to są nasze skurwysyny. Co wcale nie dziwi, bo idzie na ich pasku, tak jak Piłsudski szedł na niemieckim pasku – od początku do końca.

Rzeczywistość jest o wiele bardziej skomplikowana, niż próbują nam wmówić różne „mądre” głowy w telewizji, radiu, prasie, internecie. Jeśli w 1991 roku nie zastosowano progów wyborczych, to chyba nie przypadkowo. Inne kraje tego rejonu wprowadziły je do swoich ordynacji wyborczych. Same progi wyborcze lub ich brak wcale nie muszą przesądzać o kształcie sceny politycznej. Są jeszcze inne sposoby, jak choćby manipulowanie ilością okręgów i ilością mandatów w okręgach. Do tego mogą jeszcze dochodzić wymogi związane z tym, kto może zgłaszać kandydatów i ile trzeba podpisów, by dany kandydat mógł wystartować w wyborach. Demokracja jest pod tym względem niezwykle kreatywna.

Skoro więc w 1991 roku zastosowano pewien wybieg, by skompromitować, no właśnie kogo? – demokrację czy może raczej Polaków, to czy nie zastosowano go w 1922 roku. Nie zapominajmy, że państwo organizowali nam Niemcy, a oni doskonale orientowali się we wszystkich tych niuansach. A ten Horst Niemeyer to niemiecki matematyk – fachowiec od dzielenia mandatów poselskich. Według jego metody dzielono mandaty w Bundestagu w latach 1987-2005. Ale tam takiego cyrku, jak u nas w 1991 roku, to chyba raczej nie było. Jak widać, jak się chce, to można demokrację ośmieszyć lub dodać jej powagi. Czyżby więc po 1989 roku znowu Niemcy organizowali nam państwo?

Co nas czeka?

Mam takie wrażenie, że u nas wielu ludzi nie zdaje sobie sprawy z powagi sytuacji i łudzi się, że po pojawieniu się szczepionki wszystko wróci do normy. Natomiast politycy od samego początku zaczęli mówić o „nowej normalności”, co oznacza, że powrotu do normalności nie będzie. Pandemia, sztuczna zresztą, jest tylko pretekstem do wprowadzania zmian, które mają uczynić z ludzi niewolników. Te zmiany wprowadzane są, w zależności od kraju, w różnym tempie, a nowe prawo bywa egzekwowane bardziej lub mniej brutalnie. Na portalu ZeroHedge ukazał się ciekawy artykuł: The Totalitarian Future Globalists Want For The Entire World Is Being Revealed (Totalitarna przyszłość, której chcą globaliści dla całego świata, wychodzi właśnie na jaw). Jego autorem jest Brandon Smith. Wydaje mi się, że jego spojrzenie i interpretacja rzeczywistości warte są przybliżenia. Link do oryginalnego tekstu tu: https://www.zerohedge.com/geopolitical/totalitarian-future-globalists-want-entire-world-being-revealed

»Od 11 września 2001 roku (zamach na World Trade Center) w całym zachodnim świecie dążono konsekwentnie do tego, co zwolennicy wolności nazywają państwem policyjnym, w którym rządy nie są ograniczone prawami obywateli i mogą robić to, co chcą pod płaszczykiem bezpieczeństwa publicznego.

Wykorzystanie „prawa” jako narzędzia do wpisania tyrani w kulturę jest podstawą wszelkich totalitaryzmów.

Polega to na prawnym usankcjonowaniu przestępczych działań rządu. I to przestępcze działanie staje się usprawiedliwione, bo stoi za nim prawo. Władza uchwala bandyckie prawo, a później powołuje się na nie. Za każdym razem, gdy rząd narusza prawa obywateli, robi to „dla dobra społeczeństwa jako całości”. W interesie społeczeństwa jednostki, które to społeczeństwo tworzą, muszą być poddane resocjalizacji lub zniszczone. Takie podejście jest w całkowitej sprzeczności z tym, o co walczyli i umierali Ojcowie Założyciele w Ameryce, a co Thomas Jefferson tak wyraził:

Należna nam wolność jest swobodnym działaniem zgodnie z naszą wolą, ograniczającym nas takim samym prawem innych. Nie dopowiadam „w granicach prawa”, ponieważ prawo jest często tylko wolą tyranów i zawsze jest nią, gdy gwałci prawa jednostki.

W krajach takich jak Australia, który należy do kultury zachodniej i jest rządzony przez lud, uważa się, że jej system prawny jest zbliżony do amerykańskiego. Są jednak pewne różnice i stąd wątpliwości, co do podobieństw. Przede wszystkim obywatele Australii, podobnie jak obywatele krajów europejskich, nie mają możliwości, by zmusić swój rząd lub elity, mające wpływ na ten rząd, do samoograniczenia. To są państwa, których obywatele zostali rozbrojeni i spacyfikowani, i w których tyrania będzie wprowadzana w pierwszym rzędzie. Ale do tego dojdziemy za chwilę…

Nie dajmy się oszukać! Istnieje jawy i łatwy do zidentyfikowania plan globalistów, którzy chcą wprowadzić skrajnie scentralizowane państwo policyjne w każdym państwie, w którym będą w stanie to zrobić. To nie jest „teoria spiskowa”, to jest dowód spisku.

Od lat w alternatywnych mediach występuje wielu analityków, ekonomistów, ekspertów od geopolityki, którzy przewidzieli i ostrzegali opinię publiczną przed globalistyczną strategią „porządku powstałego z chaosu”. Innymi słowy, najbogatsi, trzymający władzę, mający wpływ na większość rządów na świecie, chcą „przekształcić” istniejący porządek społeczny poprzez wykreowanie kryzysu i katastrofy. Poprzez sterowanie ludzkim strachem mają nadzieję skłonić nas do zaakceptowania ograniczenia naszej wolności, co nam samym nawet do głowy by nie przyszło.

Elity niejednokrotnie oświadczały, że ich celem jest globalna gospodarka i rząd światowy, a pomimo to nadal uważa się to za „teorię spiskową” lub „paranoidalne urojenia”. Mógłbym ich tak bez końca cytować – te elity i ich organizacje, ale ograniczę się do kilku przykładów, by uzasadnić mój punkt widzenia.

Były Sekretarz Stanu za prezydentury Clintona i członek Rady ds. Stosunków z Zagranicą Strobe Talbot napisał w 1992 roku artykuł dla Time Magazine zatytułowany: „Ameryka za granicą: narodziny globalnego narodu”:

W następnym wieku narody jakie znamy będą należały do przeszłości; wszystkie państwa uznają jedną, globalną wadzę. Ostatecznie suwerenność narodowa nie była taką wspaniałą ideą.

Należący do elity, fabiański socjalista, HG Wells w swoim traktacie zatytułowanym „Nowy porządek świata” pisze:

Chociaż walka wydaje się być nakierowana na osiągnięcie światowej demokracji, to nie obejdzie się bez problemów, zanim stanie się ona wydajnym i dobroczynnym systemem światowym. Wielu ludzi… będzie nienawidzić nowego porządku świata… i umrą protestując przeciwko niemu. Gdy będziemy próbować dokonać jego oceny, musimy mieć na uwadze rozczarowanie przynajmniej jednego pokolenia niezadowolonych, wielu z nich zupełnie przyzwoitych i poczciwych ludzi.

A co z jednym z moich ulubionych, demaskujących cytatów członka Komisji Trójstronnej Richarda N. Gardnera byłego asystenta Sekretarza Stanu do spraw Organizacji Międzynarodowych za prezydentury Kennedy’ego i Johnson’a? W kwietniu 1974 roku pisał on w czasopiśmie Foreign Affairs w artykule zatytułowanym „The hard road to world order”:

Podsumowując, „dom porządku światowego” będzie musiał być zbudowany raczej od dołu do góry niż od góry do dołu. Używając słynnego opisu rzeczywistości Williama Jamesa, będzie wyglądać jak wielkie ‘huczące, brzęczące zamieszanie”, ale końcowy etap dotyczący suwerenności narodowej, niszcząc ją kawałek po kawałku, przyniesie znacznie więcej niż staromodny atak frontalny.

Członkowie globalnych organizacji i think-tanków, takich jak CFR (Council on Foreign Relations), już od wielu dekad dominują w prawie każdej amerykańskiej administracji rządowej i gabinecie prezydenckim. Ponad 20-tu członków CFR wchodzi w skład gabinetu Donalda Trumpa. Osuszenie bagna? Tak się nie stanie.

Jak to otwarcie ujawnił Harpers Magazine w 1958 roku w publikacji „School for Statesmen”:

Najpotężniejsza klika w tych (CFR) grupach ma jeden wspólny cel, chce doprowadzić do rezygnacji z suwerenności i niepodległości Stanów Zjednoczonych. Chcą likwidacji granic państwowych, rasowej i etnicznej solidarności w celu rozwoju interesów i zapewnienia światowego pokoju. To do czego dążą prawdopodobnie doprowadzi do dyktatury i utraty wolności przez ludzi. CFR została stworzona w „celu promowania rozbrojenia i rezygnacji z suwerenności i niezależności Stanów Zjednoczonych na rzecz jednego wszechpotężnego rządu światowego.”

Najprostszym sposobem w jaki globaliści osiągną to, o czym otwarcie mówią jest albo wyczarowanie jakiegoś kryzysu lub wykorzystanie już istniejącego, by „podkopać suwerenność”. Obecna pandemia wpisuje się w ten plan doskonale, ale zanim suwerenność zostanie wyeliminowana na poziomie narodowym, należy podważyć ją na poziomie jednostki.

Działania w Ameryce i wśród jej państw sojuszniczych sugerują, że atak na wolność jednostki jest bliski.

Jest wiele organizacji pokrewnych CFR. I tak przykładowo w Australii jest mocno zakorzeniony i wpływowy Instytut Polityki Strategicznej (Strategic Policy Institute), który, od momentu pojawienia się pandemii koronawirusa, konsekwentnie opowiada się za całkowitą centralizacją rządowych uprawnień. Ich uzgodnionym planem jest koncentracja władzy w rękach nowej „komisji” lub departamentu, utworzonej z „najbystrzejszych umysłów”. Zadaniem takiej komisji nie byłoby przywrócenie w Australii normalności, ale przekonanie opinii publicznej do ZAAKCEPTOWANIA „nowej normalności” po pandemii.

ASPI (Australian Strategic Policy Institute) entuzjastycznie ogłasza ten pomysł w artykule zatytułowanym „Reakcja na koronawirusa szansą na nowe spojrzenie na przyszłość Australii”:

Obecnie planem takiego departamentu jest nie spowodowanie powrotu Australii do normalności po pandemii, ale wykreowanie nowego wyobrażenia, czym może być Australia i jak możemy rozwijać się i prosperować w przyszłości, po koronawirusie i wobec problemu suszy, pożarów buszu i zmian klimatycznych. Pomyślcie o rodzaju nowej ekonomii, którą możemy wprowadzić po wymuszonym, szybkim zaadoptowaniu pracy domowej i takiego nauczania szkolnego poprzez wykorzystanie technologii cyfrowej. Możemy być wiodącą gospodarką cyfrową, której pragnął premier przed pandemią, nie do 2030 roku, ale znacznie wcześniej.

To natychmiast przypomniało mi o szybkim usunięciu konstytucyjnych zapisów po 11 września, w momencie, gdy ludzie byli zastraszeni i zdezorientowani. Jak mawiał amerykański globalista Rahm Emanuel:

Nigdy nie chcemy, by poważny kryzys poszedł na marne. A rozumiem przez to, ze jest to okazja do zrobienia tego, co wcześniej wydawało się niemożliwe.

ASPI odkrywa prawdziwy cel, którym jest ujednolicenie prawa i jego jednostronne wprowadzenie bez społecznej akceptacji. Polega to na maksymalnym wykorzystaniu pandemii, a następnie wprowadzeniu szybkich zmian w strukturze władzy. To będzie przeprowadzone długo po tym, jak zniknie koronawirus, dla dobra gospodarki, programów społecznych i tzw. „globalnego ocieplenia”. Reakcja na pandemię jest tylko środkiem do celu, a celem ostatecznym jest totalne zdominowanie społeczeństwa.

Skupiam się na Australii i okolicach, ponieważ wydaje się, że jest to miejsce, w którym globaliści zaczynają wcielać w życie swoją technokratyczną politykę. Albo przynajmniej testują swoją strategię, wykorzystując Australijczyków jako króliki doświadczalne. Gdy ASPI mówi, że zamierza utrzymać zmiany powstałe w wyniku pandemii po wygaśnięciu wirusa, to mówi nie tylko o zmianie na gospodarkę cyfrową.

Właśnie teraz Australia i Nowa Zelandia poniżają swoich obywateli najbardziej drakońskimi ograniczeniami w zachodnim świecie. To jest działanie, które elity chcą wprowadzić wszędzie, ale w Australii idą pełną parą, a sytuacja wciąż się pogarsza.

W wielu rejonach Australii skrajne środki przeciwdziałania zostały narzucone na przynajmniej następne 6 tygodni, włączając w to stan wyjątkowy, zmuszanie ludzi do noszenia masek na zewnątrz (wbrew temu, co mówią naukowcy i wirusolodzy o niewielkich możliwościach zarażania się na zewnątrz i na słońcu), mieszkańcy nie mogą oddalać się od swoich domów na odległość większą niż 3 mile i tylko jedna osoba z gospodarstwa domowego może opuścić je w określonym czasie. Obywatele, którzy nie przestrzegają tych obostrzeń podlegają karze 10.000 dolarów lub aresztowi. Ależ tak, aresztuje się ludzi po prostu za nienoszenie masek lub będących zbyt daleko od domu.

Sytuacja w Nowej Zelandii stała się wyjątkowo ponura i sądzę, że powinna być traktowana jako ostrzeżenie, szczególnie dla Amerykanów i ich przyszłości, jeśli pozwolimy, by narracja typu „bezpieczeństwo zdrowia publicznego” została przekształcona w tyranię.

Podczas gdy Australia wykorzystuje ośrodki odosobnienia, by zmusić ludzi o podwyższonym ryzyku do izolacji, nowozelandzkie obozy kwarantanny są obecnie pod całkowitą kontrolą wojska i wszyscy obywatele z pozytywnym testem lub podejrzani, że zostali zarażeni wirusem, mogą być odseparowani od swoich rodzin i umieszczeni w obozach, które są hotelami zamienionymi w więzienia.

Jest to całkowite wyrugowanie swobód obywatelskich, a wszystko to z powodu wzrostu liczby przypadków zgonów, które w Australii wyniosły zaledwie 525 i 22 – w Nowej Zelandii.

Sądzę, że powodem, dla którego Australia i Nowa Zelandia zostały wyznaczone dla tego typu poziomu restrykcji był przede wszystkim fakt, że zostały one całkowicie rozbrojone i nie miały środków do obrony przed rządowymi nadużyciami. I dlatego sądzę, że podobne środki zostaną wypróbowane również w USA. W stanach takich jak Nowy Jork są niewinne zamiary do ustanowienia punktów kontrolnych Covida, zatrzymujących i kontrolujących pojazdy wjeżdżające do stanu. To właśnie od tego zaczynają się poważniejsze ograniczenia.

Najpierw punkty kontrolne będą ustanowione po to, by odizolować ludzi zrażonych od reszty. Następnie te same punkty kontrolne będą użyte do zatrzymania ludzi w państwie lub mieście. W końcu punkty kontrolne będą ustanowione gdziekolwiek, by sprawdzać ludziom temperaturę i objawy choroby. Jeśli nastąpi zaakceptowanie tego stanu, kolejnym zadaniem punktów kontrolnych będzie zniechęcenie ludzi do jakiegokolwiek podróżowania gdziekolwiek i z jakiegokolwiek powodu. Jak w Australii i Nowej Zelandii – ludzie zostaną uwięzieni we własnych domach. Na tym etapie wprowadzenie ustaw i rozporządzeń karzących ludzi za wychodzenie z domu będzie łatwiejsze, ponieważ oni już wcześniej zaakceptowali zamknięcie w domach.

Co więcej, elity i globaliści w Ameryce żadają zamknięcia gospodarki na co najmniej 6 tygodni, podobnie jak w Australii. Członek Rezerwy Federalnej Neel Kashkari zapewnił ostatnio, że Amerykanie więcej oszczędzają i dlatego powinni być poddani takiemu zamknięciu, „ponieważ stać ich na to”.

Wirginia planuje obowiązkowe szczepienia, chociaż nie udało się jeszcze opracować szczepionki przeciw wirusowi typu SARS, a niedopracowane szczepionki wyrządzały więcej szkody i zabijały ludzi zamiast ich uodparniać. Inna sprawa, że danie rządowi uprawnienia do przymusowego wstrzykiwania ludziom czegokolwiek w ich ciała jest niemoralne.

Co dalej? Obozy covidowe? Raczej tak, chyba że Amerykanie postawią się. Media głównego nurtu sugerują taką strategię rozłożoną na miesiące. Washington Post entuzjastycznie przychylił się do wykorzystania przymusowych obozów odosobnienia w innych krajach i pyta, dlaczego jeszcze nie wykorzystuje się ich w Ameryce, poza punktami dla zagranicznych turystów. Powód jest taki: Wielu Amerykanów nie zgodzi się na takie zmiany i użyje takiej samej przemocy przeciw każdemu, kto spróbuje ich zamknąć z powodu wirusa, który stanowi niewielkie zagrożenie dla, co najwyżej, paru procent populacji.

Tak więc nie zakładajcie, że władza nie spróbuje w końcu i tu. Spróbuje. Bądźcie gotowi, gdy to zrobią. Spójrzcie na działania w miejscach takich jak Australia i Nowa Zelandia i spytajcie siebie, czy chcę, żeby tak było? A jeśli tak, to na jak długo? Ponieważ globaliści chcą, by te ograniczenia stały się „nową normalnością”. Pragną, by ten koszmar trwał zawsze.«

Autor twierdzi, że z powodu tego, że Amerykanie mają broń i będą się bronić, nie będzie łatwo podporządkować ich nowemu prawu. Pewnie tak, ale rząd przygotowuje się od lat. Willem Middelkoop w swojej książce „Wielki Reset Walki ze złotem i koniec systemu finansowego”, Zysk i s-ka Wydawnictwo, Poznań 2016; pisze:

Jeżeli pertraktacje w sprawie resetu finansowego nie doprowadzą do zadowalającego porozumienia najważniejszych partnerów handlu światowego, sytuacja może stać się naprawdę groźna. Już w 2006 roku rząd amerykański zawarł umowę z firmą Halliburton o wartości 400 miliardów dolarów, na podstawie której utworzono obozy internowania na terenie całych Stanów Zjednoczonych. Obiekty te można by z powodzeniem wykorzystać do internowania wielkiej liczby amerykańskich obywateli w razie poważnych niepokojów społecznych.

Jeśli rząd amerykański przygotowuje się od wielu lat, to trudno uwierzyć w to, że rządy innych krajów, które są zależne od Ameryki, nie robią tego samego. Chciałoby się powiedzieć: no to dożyliśmy ciekawych czasów! Osobiście mam jednak wątpliwości, czy to są ciekawe czasy, raczej straszne, choć jeszcze tego nie czuć. Obawiam się jednak, że to tylko kwestia czasu.

Dyktator

Od jakiegoś już czasu zastanawiałem się nad zacytowaniem dłuższego fragmentu z pracy Tadeusza Gluzińskiego (1888-1940) Odrodzenie idealizmu politycznego (1934), fragmentu poświęconego tytułowi moralnemu władzy. Moje wątpliwości wynikały z tego, że tekst jest, w moim odczuciu, raczej trudny w odbiorze, a sam temat – dość abstrakcyjny dla osób „niewtajemniczonych”. Łatwiej cokolwiek zrozumieć, gdy można podać jakiś przykład, ułatwiający ogarnięcie problemu. Niestety nic mi nie przychodziło do głowy, czytałem te fragmenty i książkę odkładałem. Jeszcze nie teraz – myślałem. Aż tu nagle olśnienie przyszło z… Białorusi! Niedzielne (9 sierpnia) wybory, które wygrał bezapelacyjnie urzędujący prezydent Łukaszenka, zapoczątkowały falę protestów niezadowolonej opozycji, która oskarżyła władzę o sfałszowanie wyniku wyborów.

Nie da się ukryć, że Aleksander Łukaszenka jest postrzegany przez wielu jako dyktator, co chyba nie do końca jest prawdą. Nawet jeśli rządzi on twardą ręką, to nie jest klasycznym dyktatorem, takim jak Mussolini czy Hitler. Obaj ci panowie na żadne wybory nie pozwalali, a Łukaszenka – jak najbardziej! Mussolini zresztą dokładnie wyjaśnił, co on myśli o wyborach i demokracji i uzasadnił to, a ja przywołałem jego słowa w blogu „Faszyzm”.

Tak więc to, z czym mamy obecnie do czynienia na Białorusi, to to, czy Łukaszenka ma tytuł moralny do władzy? Nikt oczywiście nie nazywa tego problemu po imieniu, bo dla rządzących samo słowo „moralność” jest bardzo niewygodne. Zwolennicy demokracji uważają, że on nie ma takiego tytułu, bo oni tak uważają. To, że wygrał wybory, chyba już po raz siódmy, wcale ich nie zraża: dyktator fałszuje je i tyle. A więc demokracja jest dobra wtedy, gdy wygrywa nasz i, parafrazując słynną sentencję z komedii Sami swoi (Sądy sądami a sprawiedliwość musi być po naszej stronie), należałoby powiedzieć: wybory wyborami a wygrać musi nasz.

Najwyraźniej odmiennego zdania jest naród białoruski, który mówi: Owszem, Łukaszenka rządzi twardą ręką, ale my się na to zgadzamy. Odpowiada nam taki dyktator. Oczywiście Białoruś nie jest monolitem i tam również są zwolennicy „demokracji”, ale nie są zbyt liczni. Z kolei Łukaszenka zdaje sobie sprawę z funkcji, jaką pełni i jaką zaakceptował naród i stara się dbać o jego interesy jako całości, nie dopuszczając do tego, by jakaś warstwa społeczna zdominowała resztę. Przyjął na siebie rolę ojca narodu i tak jest postrzegany. Relacje jakie zachodzą pomiędzy narodem białoruskim a jego prezydentem, to, poza wyborami, klasyczny… faszyzm! A fe! Jak tak może być! Przywódca i jego naród stanowią jedność. Tak tylko może być w „narodzie wybranym”. Ten naród nie znosi konkurencji. I stąd takie ujadanie.

Temu problemowi, tytułowi moralnemu władzy, przygląda się w swojej pracy Tadeusz Gluziński. Był on jednym z założycieli Obozu Narodowo-Radykalnego (1934). Jednak większość swoich książek wydawał jako Henryk Rolicki. Uważał, że obecnie tj. w 1934 roku nie ma możliwości powrotu do tytułu władzy z Bożej łaski, co w cytowanym tekście uzasadnia, ale taki tytuł moralny mogą rządzący uzyskać, gdy rządzeni ich zaakceptują, a oni będą rządzić w interesie rządzonych zgodnie z ich oczekiwaniami. Gdyby zaś rządzeni uznali, że rządzący nie spełnili ich oczekiwań, to ci ostatni dobrowolnie zrezygnowaliby. Przyznam, że gdy czytałem to, to wydawało mi się, że Gluziński za bardzo „odleciał”. Ale on nie „odleciał”. Pisał to w 1934 roku. Wtedy to była czysta teoria, ale wtedy! On opisał przypadek Białorusi. Rządzący, w tym wypadku Łukaszenka, poddaje się poprzez wybory, pod osąd rządzonych, czyli narodu białoruskiego. Gdyby wynik wyborów był dla niego niekorzystny, to pewnie ustąpiłby. I tu znowu wkraczamy w teorię, bo naród białoruski najwyraźniej wyczuwa intuicyjnie, że lepsze jest wrogiem dobrego i nie chce sprawdzać, czy w razie przegranej Łukaszenka zrezygnowałby. I w tym momencie nie pozostaje mi nic innego, jak tylko oddać głos Gluzińskiemu, którego cytowana przeze mnie praca uważana jest za jego najwybitniejsze dzieło. A pisze tak:

»Co to są rządy autorytatywne? Jest to ustrój, w którym rząd posiadać ma bezwzględny „autorytet” i prowadzić sprawy państwowe „autorytatywnie”, czyli nie pytając się o „wolę ludu”. Rząd taki otoczony bywa z reguły przez doradców niezbyt wielu, którzy wraz z nim stanowią szczupłe grono osób, w państwie decydujących. To grono różnie nazywało się w dziejach; za czasów greckich zwało się oligarchią. W wiekach średnich byli to dworacy panujących, w monarchiach XVIII i XIX w. mówiono o kamarylach dworskich; w systemie powojennych rządów „autorytatywnych” to koło wtajemniczonych w sprawy państwowe i dopuszczanych do ich rozstrzygania mieni się chętnie „elitą rządzącą”.

Widzimy więc, że system rządów autorytatywnych – to w zasadzie nic nowego. Ma on wielu przodków w historii. Nie interesują nas w tej chwili jego przodkowie starożytni, z którymi niewiele więcej ma wspólnego niż nowoczesna demokracja z demokracją grecką czy rzymską: musimy jednak cofnąć się w przeszłość, by móc istotę rządów autorytatywnych ogarnąć w całej pełni.

Panujący chrześcijańscy w Europie średniowiecznej i aż po rewolucję francuską panowali „z Bożej łaski”; było to zgodne z nauką Kościoła, że „władza od Boga pochodzi”. Wiara w to, że panujący sprawuje swą władzę z Bożej łaski, nie była frazesem; gorąca wiara ludów chrześcijańskich nadawała dostojeństwu monarchy aureolę religijną, której widocznym wyrazem był akt namaszczenia przy koronacji. W ten sposób władza monarsza uzyskiwała tytuł moralny, na podstawie którego mogła rozkazywać poddanym. Tym tytułem moralnym zachwiała już po trochu reformacja, lecz i ona uczyniła panującego głową kościoła, dając mu przez to tytuł do „rządu dusz”. Ten „rząd dusz” mógł oczywiście istnieć tak długo, póki lud, mimo odszczepieństwa od Kościoła rzymskiego, zachowywał żywą wiarę w swą religię. Obalenie religii, gdziekolwiek bywało dokonane, odbierało równocześnie panującym moralny tytuł ich władzy.

Monarchowie z Bożej łaski otaczali się kołem doradców, którzy bądź to na dygnitarskich stanowiskach, bądź też jako ich nieoficjalni pomocnicy wywierali znaczny wpływ na rządy. W ten sposób powstała naturalną drogą niewielka liczba rodów mających stały dostęp do dworu; rody te najczęściej korzystały z laski monarszej i – zwłaszcza w ustroju feudalnym lub do feudalnego zbliżonym – skupiły w swym ręku wielkie posiadłości ziemskie. Tak powstały rody magnackie, predestynowane do sprawowania zaszczytnych funkcji doradców monarchy. Była to więc elita dziedziczna, pełniąca swą kierowniczą rolę od pokoleń, a blask łaski Bożej, którą obdarzony był monarcha, padał pośrednio i na nią, jako na jego wybrańców.

W ten stan rzeczy uderzyła już po trochu reformacja w tych krajach, na które wywarła swój wpływ, albowiem rozluźniła hierarchię religijną. U nas nie kto inny, jak popierający wówczas reformację Zamoyski wraz z jej jawnymi zwolennikami przeprowadził instytucję elekcji viritim, czyli przez powszechne głosowanie. Elekcja króla przez całą szlachtę musiała podważyć w Polsce wiarę w pochodzenie władzy królewskiej z Bożej łaski; w boską inspirację szlachty trudno było uwierzyć komukolwiek, zwłaszcza gdy się widziało, jak poziome nieraz względy skłaniały tłumy szlachty do głosowania na danego elekta. Tu nie mogła już nawet zaradzić kościelna koronacja; toteż od czasu wprowadzenia elekcji viritim upadek autorytetu władzy królewskiej szedł w Polsce szybkim krokiem.

Cios śmiertelny monarchom chrześcijańskim zadał naprawdę dopiero wiek XVIII, tzw. wiek „oświecenia”. Nowinki antyreligijne, szczepione w lożach wolnomularskich i zawzięcie przez nie propagowane, jako istota prawdziwego „oświecenia”, pozbawiły na ogół wiary religijnej najwyższe koła społeczeństwa; w pochodzenie władzy monarszej z Bożej łaski traciła wiarę elita rządząca, otaczająca monarchę, a zazwyczaj i on sam. Panujący i otoczenie jego poczuli się nagle bez tytułu moralnego do sprawowania rządów. Co robić? Czy zrzec się uprzywilejowanego stanowiska? A czy kto inny – poza nimi – miałby lepszy tytuł do sprawowania władzy? Postanowili więc trwać na pozycji. Zrozumieli jednak, że utrzymanie się na niej teraz – to tylko kwestia siły. Oto geneza „oświeconego absolutyzmu”.

Aby spokojnie – w ich mniemaniu – dzierżyć władzę, musieli panujący związać ze sobą mocno otoczenie mające wpływy w kraju, poza tym zaś okiełznać i opanować te żywioły i te organizacje, które mogłyby zmierzać do obalenia tronu. Dlatego to w owym czasie rośnie niepomiernie na dworach wpływ możnowładców; odtąd bowiem nie łaska Boża za pośrednictwem monarchy spływa na nich, lecz oni stają się podporą tronu. Monarcha teraz wie, że w dużej mierze zależy od nich; z drugiej strony woli żyć w zgodzie z organizacjami wolnomularstwa, które „oświeceniem” pozbawiło go wiary w jego Boskie posłannictwo, a otoczenie jego potrafiło wciągnąć go do swych lóż. Toteż monarchowie XVIII w. chętnie sami wchodzą do masonerii i obejmują nawet protektorat nad jej lożami, jak Fryderyk Wielki, Józef II austriacki, Katarzyna II czy Aleksander I. Naśladował ich skwapliwie Napoleon I, a potem Napoleon III. Inni znowu, jak Ludwik XIV, a potem Ludwik XVIII i Karol X we Francji poprzestają na zachowaniu życzliwej neutralności wobec lóż.

„Oświecony absolutyzm” – to system rządów autorytatywnych, w którym fundamentem władzy jest z jednej strony przyzwyczajenie poddanych do dziedzicznej monarchii i do dziedzicznych przywilejów elity rządzącej, z drugiej zaś po prostu siła. Polityką monarchii kieruje teraz kamaryla dworska, a spoza niej rządzą loże. Rządy siły stają się jaskrawsze, gdy do władzy dochodzi parweniusz, wyniesiony przez rewolucję, jak Napoleon I i pomianowani przezeń królowie, a później Ludwik Filip i Napoleon III. Charakterystycznym objawem takich rządów jest tworzenie na gwałt nowej arystokracji, nowej kamaryli dworskiej, by panujący-dorobkiewicz miał się na kim oprzeć.

Przestawszy być z Bożej łaski, musiał panujący zacisnąć pięść i rządzić mocno; w przeciwnym wypadku zazwyczaj padał ofiarą rewolucji, jak Ludwik XIV i Karol X we Francji. Toteż okres „oświeconego absolutyzmu” cechują na ogół rządy silne i nie dbające o opinię poddanych. Opóźniało to wprawdzie rewolucję, ale stwarzało dla niej podatny grunt. Nie będziemy w rozbracie z prawdą, gdy powiemy, że rządy Świętego Przymierza po upadku Napoleona Wielkiego przygotowały rewolucje „wolnościowe” 1848 r. w Europie. Z przepaści, jaka się wytworzyła między elitą rządzącą a poddanymi, skorzystało węglarstwo; rewolucje 1848 r. były rozgrywką i próbą sił i przeważnie zakończyły się kompromisem, czyli monarchią konstytucyjną. Odtąd elita rządząca ustroju autorytatywnego coraz bardziej bywa wypierana, a rządy przechodzą stopniowo w ręce demokracji i pod sztandarami jej doktryn bywają sprawowane. Cesarstwo niemieckie jest pierwszym państwem wprowadzającym u siebie powszechne głosowanie do parlamentu, za nim idzie królestwo włoskie, a potem monarchia Habsburska.

Po wojnie światowej doktryny demokratyczne zwyciężają w całej niemal Europie i odtąd liczni panujący bezczynnie pędzą czas na wygnaniu. Także i wszystkie nowo powstałe państwa przybierają ustrój liberalno-demokratyczny. Rażąco od tych zmian odbija tylko porewolucyjny régime w Rosji. Oto w okresie największego wyuzdania wolności demokratycznych powstaje system rządów trwałego terroru i – o dziwo! – powitany zostaje radośnie przez znaczną część pionierów demokracji, przez socjalnych demokratów w innych krajach. Co to ma znaczyć? Niewątpliwie poparcie, udzielone bolszewizmowi przez socjalno-demokartyczne organizacje reszty Europy, umożliwiło mu utrwalenie się w Rosji i – gdyby nie zwycięstwo polskich wojsk nad Wisłą – zalałoby bolszewickim potopem całą Europę. Któż to organizował strajki w Europie, by uniemożliwić dostawy amunicji dla Polski, broniącej się przed bolszewicką nawałą? Czyżby system rządów demokratycznych niekoniecznie musiał być od systemu rządów autorytatywnych oddzielony niezgłębioną przepaścią? Czyż to, że pod pokrywką komunizmu doszli do władzy w Rosji żydzi, miałoby wystarczyć wszystkim uczniom Marksa do zapomnienia o doktrynach wolności i równości, by połączyć się z Moskwą w szaleńczym uniesieniu? Przecież system rządów sowieckich na wskroś był i jest przeciwstawny wszelkim doktrynom demokracji! Cóż bowiem wspólnego z wolnością jednostki, tak zapalczywie bronioną wszędzie przez socjalnych demokratów, cóż wspólnego z kontraktem społecznym Rousseau’a miały milionowe rzezie, dokonywane przez czerezwyczajkę czy GPU? Cóż wspólnego z równością miało ograniczenie już nie praw politycznych, ale po prostu praw ludzkich li tylko do członków partii komunistycznej? Cóż wspólnego z braterstwem miało urzędowe wymordowanie setek „braci”, kadetów i socjal-rewolucjonistów? Przecież bolszewizm stworzył system rządów autorytatywnych w najpełniejszym znaczeniu tego określenia; rząd bolszewicki w kraju nie liczył się z nikim i niczym. Najlżejsza opozycja czy oddanie siebie i rodziny wprost w ręce kata – to było to samo. Elita rządząca państwa sowieckiego oparła się jedynie na sile; siła stała się otwarcie jedyną legitymacją prawną i moralną bolszewickiej władzy.

Zupełnie odmienny typ rządów autorytatywnych pojawił się w roku 1922 we Włoszech, jako rządy faszyzmu. Faszyzm objął rządy w wyraźnym przeciwstawieniu do roboty wolnomularskiej, socjalistycznej i komunistycznej, natomiast całą siłą oparł się na narodowych uczuciach mas. Zerwał również w sposób stanowczy z tradycjami walki z Watykanem, zawierając zanany konkordat, dzięki czemu doszło do nawiązania stosunków oficjalnych między rządem włoskim a papiestwem.

Obecny rząd włoski z niemal dyktatorską władzą Mussoliniego i ze ściśle hierarchicznym ustrojem narodu włoskiego, uosobionego w partii faszystowskiej, należy niewątpliwie do typu rządów autorytatywnych. Od „oświeconego absolutyzmu” odróżnia go od razu zewnętrznie fakt, że tu nie panuje monarcha, lecz ktoś inny, przy zachowaniu całej dekoracji monarchicznej. Następnie rządy faszystowskie nie są wcale nastawione niechętnie wobec „ludu”, czyli narodu, lecz najsilniej właśnie o naród usiłują się oprzeć. W końcu nie są to rządy przemocy, przeświadczone o tym, że ona stanowi jedyny ich tytuł do sprawowania władzy, lecz rząd Mussoliniego widzi tytuł moralny swej władzy w tym, że uważa się za prawdziwego przedstawiciela narodu włoskiego, jako całości.

Również i rząd narodowych socjalistów w Niemczech stał się wyrazem dążeń narodowych w tym kraju; musimy go także zaliczyć do typu rządów autorytatywnych, bo wprowadził dyktaturę Hitlera i hierarchiczną strukturę narodu. Hitleryzm ma mistyczne pojęcie o swej misji dziejowej, jako rasowego odnowiciela narodu niemieckiego. Tę misję, nie zaś przemoc czy siłę, uważa on za tytuł moralny swych rządów. Nawiązując do pogańskiej, starogermańskiej tradycji, stwarza on w Niemczech coś w rodzaju powrotu do wierzeń przed wiekami przebrzmiałych, przedchrześcijańskich, aby władzy dyktatorskiej wodza nadać jakieś znamię „łaski bogów”, jakiegoś nadprzyrodzonego pochodzenia. W tym rozumieniu (nigdy zaś w innym) rządy Hitlera zbliżają się do typu rządów średniowiecznych, gdy to monarcha panował „z Bożej łaski”. Podczas gdy faszyzm tkwi całkowicie w przedwojennym nacjonalizmie o podkładzie racjonalistycznym, narodowy socjalizm przy zastosowaniu całego aparatu niemieckiej naukowości i pseudonaukowości napoił się mistycyzmem dziejowym, do którego naród niemiecki od dawna ma skłonność. Wiara w rasowe posłannictwo narodu niemieckiego nie ma z racjonalizmem nic wspólnego.

Rządy autorytatywne mogą mieć różną treść i rozmaite tytuły moralne; mogą być także tej treści i tytułu pozbawione. Wtedy stają się czczą formą zorganizowanego przymusu. Cokolwiek by można powiedzieć, to w każdym razie nie autorytatywność rządów jest istotą przemian dokonywujących się w oczach naszych we Włoszech, w Niemczech i w innych krajach Europy, a także i u nas. Między rządem hitlerowskim a rządami liberalno-demokratycznej republiki francuskiej z okresu 1918 r. istnieje większe podobieństwo niż między rządem faszyzmu a rządem autorytatywnym Rosji sowieckiej. Nie forma bowiem rozstrzyga o pokrewieństwie systemu rządów, lecz treść, dla której ona jest szatą zewnętrzną.

Forma, w jakiej następuje uzgodnienie celów rządzenia między rządzącymi a rządzonymi, jest rzeczą drugorzędną. O losach państwa decyduje nie forma tego uzgodnienia, lecz sam fakt, że to uzgodnienie istnieje w całej pełni. Jeżeli ono istnieje, wtedy rządy bez względu na swą formę opierają się na autorytecie władzy, są rządami autorytatywnymi z samej swej istoty. W braku takiego uzgodnienia zewnętrzne objawy energii rządu stworzą dlań tylko autorytet pozorny, będący przejawem mechanicznej siły. Zawsze cechować go będzie wewnętrzna słabość, ta sama słabość, którą – wbrew pozorom – odznaczały się rządy „oświeconego absolutyzmu”; absolutyzm rządzących zawalił się przecież ni stąd, ni zowąd za podmuchem rewolucji „wolnościowych”. Rządy autorytatywne, których cele nie są dla rządzonych jawne i uzgodnione z ich prawdziwym poczuciem – to „kolosy na glinianych nogach”. Czyż istniał kiedykolwiek rząd bardziej autorytatywny z pozoru, jak niedawno powalony rząd carskiej Rosji?

Prawdziwy, wewnętrzny stosunek rządzących do rządzonych – fundament moralny pod każdy ustrój państwowy; on, a nie co innego, daje formie ustrojowej najistotniejszą treść. Patrzeć się na ustrój ze strony formalnej – to nie „twórczość państwowa”, lecz martwy doktryneryzm lub układanie jakiejś mniej lub bardziej pomysłowej szarady.

Ustrój władzy w wiekach średnich zbliżał się do naszego ideału. W tytuł moralny władzy wierzyli rządzący i rządzeni. Stabilizacja ustroju trwała póty, póki reformacja, racjonalizm, a w końcu „oświecenie” nie zabrało tej wiary rządzącym. Wtedy już żadna siła nie mogła podtrzymać jej wśród rządzonych.

Ostateczny cios nie tylko tytułowi moralnemu władzy, ale już nawet poszukiwaniu go zadała etyka publiczna wolnomularstwa. Masoneria – jak wiadomo – rozprzestrzeniła się w XVIII, XIX i XX w. wśród rządzących i zdobyła sobie rozstrzygający wpływ na rządy. Do niej należały zarówno rządy „oświeconego absolutyzmu”, jak i późniejsze rządy „demokratyczne”. Organizacja wolnomularska polega na coraz to wyższym wtajemniczeniu swych członków; tajemnicą istotną jest sam cel organizacji i każde dalsze wtajemniczenie bardziej go odsłania. Stąd olbrzymie różnice między wtajemniczonymi. Ale jakaż niezgłębiona przepaść w mniemaniu „braci” oddziela ich wszystkich od ogółu tych, którzy w ogóle nie dostąpili wtajemniczenia, od „profanów”? Jeżeli wolnomularstwo gdziekolwiek opanowało rządy, jakaż nić mogła łączyć rządzących i rządzonych? W dodatku wolnomularstwo uznawało zawsze interes własnej, tajnej organizacji za cel najwyższy, służenie mu za jedyny przekaz etyczny. Tak więc, oddzielone przepaścią wtajemniczenia od rządzonych i dla dobra własnej organizacji sprawujące rządy, nie mogło dbać o żaden prawy tytuł swej władzy; dla utrwalenia jej fałszowano go świadomie. Tu mamy znowu wyjaśnienie, dlaczego w XVIII i XIX w. rozlano w chrześcijańskiej Europie taką powódź doktryn. Jedynie zabicie w mózgi aryjskie „naukowych” kołków mogło sfałszować „Nieznanym Przełożonym” tajnych związków tytuł moralny ich władzy i zapewnić jej stabilizację bez względu na ustrojowe zmiany. Rządy wolnomularstwa wykołysały w ten sposób cynizm polityczny wśród rządzących. Zasady masońskie: „interes organizacji najwyższym prawem” (jakby „salus Templi suprema lex) i w tej służbie tajemniczej druga „cel uświęca środki”, w rezultacie więc pojęcie rządów jako służby na rzecz „wielkiego sekretu” stwarzało konieczność bezustannego okłamywania rządzonych, którzy o tych celach nic wiedzieć nie mogli. W atmosferze stałego kłamstwa zanikały łatwo wszelkie skrupuły; powodzenie, z jakim uprawiano trwałe oszukiwanie rządzonych, wzmogło naturalną pogardę, cechującą i tak zwykły stosunek wtajemniczonych „braci” do „profanów”. Udane oćmienie „obywateli”, czy „poddanych”, dawało mężowi stanu czy politykowi tytuł do laurów. Obłuda i cynizm przenikają na wskroś rządy „oświeconego absolutyzmu”, jak i rządy „demokratyczne” czy socjalistyczno-bolszewickie. Zgnębiono nawet poczucie nieuczciwości takich rządów wśród rządzonych, zduszono nadzieję, by inne rządy mogły nadejść kiedykolwiek, by w ogóle były możliwe. Zakrólowała powszechnie zasada, że w rządzeniu i w ogóle w polityce nie obowiązuje żadna etyka, żadna uczciwość. Jakież to odległe od wiary w „łaskę Bożą” wieków średnich! Co najmniej tak odległe, jak wojny o źródła naftowe od krzyżowych wypraw!

Dzisiaj powrót do przeszłości, w szczególności zaś nawrót do średniowiecznych ustrojów monarchistycznych niemożliwy jest przede wszystkim dlatego, że nikt nie potrafi wskrzesić zamarłych tytułów moralnych władzy. Dziś ani rządzący, ani rządzeni nie uwierzą, by współcześnie powołany na tron monarcha miał panować naprawdę z Bożej łaski. Zbyt przyziemnie myślą dziś rządzeni, zbyt ziemskie rzeczy dzieją się na pół publicznie na monarszych dworach. Powoływanie prezydenta o tytule królewskim nie ma już nic wspólnego z instytucją średniowiecznej monarchii, której istotną cechą jest dziedziczność tronu. Tą drogą nie da się dziś stworzyć tytułu moralnego władzy w nowoczesnym państwie.

Czyż więc nie może być dzisiaj władzy opartej na tytule moralnym? Czyżby destrukcja zaszła już tak daleko?

Tytuł moralny władzy musi wyrastać ze służby jakiemuś wyższemu celowi, któremu składają ofiary tak rządzący, jak i rządzeni. Czyż istnieje taki wyższy cel, na rzecz którego każdy Polak gotów byłby do ofiary? Czy wszystko pochłonął już beznadziejnie płaski materializm?

Przypomnijmy sobie czasy bardzo niedawne. Rok 1919 i 1920 oraz 1924. W imię czego składali Polacy dobrowolnie i hojnie daninę krwi, a potem daniny materialne na utworzenie Banku Polskiego? Czy wątpił kto wtedy w istnienie narodu polskiego, czy pragnienie oddania usług narodowi nie było dla Polaka dostatecznym uzasadnieniem ofiary mienia, krwi, a nawet życia? Służba narodowi była w powszechnym wierzeniu wyższym celem, rząd, narodowi służący, opierał się na tytule moralnym, w który wierzyli wszyscy, tak rządzący, jak i rządzeni. Cokolwiek potępiającego powiemy o rządach aż do 1926 r., to musimy przyznać, że koalicyjny rząd obrony narodowej w 1920 r. oparty był na mocnym tytule moralnym.«

Ten ostatni akapit jest bardzo wymowny. We wstępie do tej książki, wydanej w 1934 roku, Gluziński pisze:

»Dziś w Polsce panuje beznadziejność. Ludzie, zniechęceni walką z przeciwnościami, pognębieni przez kryzys gospodarczy i znękani dolegliwościami codziennego życia, przestają wierzyć w przyszłość. Rezygnują z walki o lepsze jutro. „Może być gorzej, ale chyba nigdy nie będzie lepiej” – powiadają sobie. Teraźniejszość odebrała im wiarę w Polskę, splamiła błotem ideały, które dotąd zdołali ustrzec przed zbrukaniem i przechować na dnie duszy. Gdzie spojrzeć – bierność. Grzęźniemy w pesymizmie.

Skąd to zniechęcenie? Czy naród, który tak niedawno wydobył był z siebie takie skarby ofiarności, odwagi i wiary, który ma za sobą obronę Lwowa, powstanie śląskie i armię ochotniczą, ma tytuł do bezradnego opuszczania rąk? W ciągu kilkunastu lat dokonała się w nas przemiana wprost przerażająca. Z narodu, pełnego energii zdobywczej i optymizmu, staliśmy się niespodziewanie zrezygnowanym, fatalistycznym i biernym ludem Wschodu.

Tego upadku duchowego, jaki przeżywamy, nie da się wyjaśnić jakimś zbiegiem zdarzeń zewnętrznych, ani jakimś mechanicznym działaniem obcych, wrogich sił. Zło musi tkwić w nas samych. Jeżeli nie dostrzegamy go dziś z należytą wyrazistością, jeżeli nie widzimy jasno wyjścia – to gdzieś musi być jakaś zasłona, która zakrywa nam oczy. Póki jej nie zedrzemy, będziemy błądzić bezradnie.

Książka moja chce wskazać na to, że uzdrowienia stosunków u nas nie można dokonać mechanicznie, przez jakiś luźny akt wyzwolenia. Musimy zmienić radykalnie istotne podstawy naszego życia politycznego, gospodarczego, kulturalnego, przebudować nasze mieszkanie tak, aby przestało być polskie tylko z nazwy.«

Gluziński nie pisze tego wprost, ale jest to, w moim odczuciu, nawiązanie do zamachu majowego w 1926 roku. Po nim Polska była już zupełnie innym krajem. Wspomina on o daninach materialnych na utworzenie Banku Polskiego. A cóż to znowu za herezja! – Bank Polski. Bank może być tylko żydowski. O tym w jakich bólach on powstawał pisała Maria Dąbrowska w swojej książce „Rozdroże”:

»Bo – nie mówiąc o innych rzeczach – co do środków, jakich państwo chciało się od tak szafujących pięknymi frazesami sfer posiadających spodziewać, to świadectwo ich szczodrości obywatelskiej wystawia choćby Stanisław Karpiński, postać bardzo czcigodna, szlachcic, ziemianin, twórca i pierwszy prezes Banku Polskiego. W swoim Pamiętniku dziesięciolecia pisze on w r. 1924 z powodu otwarcia zapisów na akcje tego banku: „Dotychczas zapisuje się na akcje tylko inteligencja miejska: urzędnicy, nauczyciele, księża, prawnicy, lekarze, kasy przezorności, miasta i gminy… Większych przemysłowców, kupców i ziemian, wciąż brakuje”. Zaś stwierdzając pod koniec zapisów, że akcje zostały jednak pokryte, powiada: „Zwycięstwo kompletne. Cały kapitał akcyjny 100 milionów złotych zebrany. Bez udziału zagranicy i magnatów”. Zaufanie i wydatniejsze finansowe poparcie okazały warstwy posiadające dopiero rządom pomajowym. Jak się to stało, zobaczymy później. Ale i wtedy i przedtem te właśnie warstwy największych świadczeń od państwa zawsze dla siebie żądały. I niemałe też w różnych postaciach kosztem warstw innych dostawały.«

No właśnie! – „Kosztem warstw innych dostawały”. Piłsudski jest przeciwieństwem Łukaszenki. Wyjątkowa kanalia, która gardziła narodem polskim, w odróżnieniu od Łukaszenki, który swoim narodem nie gardzi, wprost przeciwnie! – dba o niego.

Stan, w którym rządzący i rządzeni działają w jakimś wyższym celu trwał w Polsce tylko kilka lat. Zamach majowy w 1926 roku wywrócił Polskę do góry nogami. Nić łącząca naród z władzą została zerwana. Dokładnie to samo chcą zrobić na Białorusi ci, którzy mieszają się w jej sprawy wewnętrzne i sieją niepokój.

Pomysły

Na kanale „cepolska” pojawił się wywiad, w którym jego gość proponował ulepszenie demokracji w ten sposób, by głosujący zostali poddani krótkiemu testowi na inteligencję: parę prostych pytań i w zależności od poprawności odpowiedzi ich głos miałby pełną lub częściową wartość.

Zastanawiam się więc, czy ci ludzie, którzy zgłaszają tego typu propozycje i inne, są tak naiwni i wierzą, że z tą demokracją to tak naprawdę? Czy może wszystkie te kanały internetowe mają za zadanie zwodzić ludzi i wmawiać im, że demokracja jest dobra tylko zastosowano jej niewłaściwy model. A gdy ten właściwy też zawiedzie, to zaproponujemy nowy i tak ad mortem defaecatam – ładnie brzmi po łacinie, nieprawdaż? Tak górnolotnie! – a to zwykłe „do usranej śmierci”. I „demokracja” ładnie brzmi, no a jakżeby inaczej! – to z greckiego, antyczne korzenie i takie tam pierdu pierdu, a w praktyce współczesna demokracja, to jedno wielkie oszustwo.

Ostatnio coraz bardziej nagłaśniana jest instytucja referendum w ramach tzw. demokracji bezpośredniej – szwajcarski patent na demokrację. Promuje się ją pod nazwą „WIR” – weto, inicjatywa obywatelska, referendum. Zanim jednak zacznie się proponować tego typu pomysły, to warto bliżej przyjrzeć się temu rozwiązaniu w Szwajcarii. Ja osobiście jestem nastawiony sceptycznie do tego typu pomysłów, bo demokracja, czy to proporcjonalna, jednomandatowa, bezpośrednia – nadal pozostaje demokracją, czyli żydowskim patentem, który ma im służyć i służy.

Może nie byłbym nastawiony tak sceptycznie do propozycji wprowadzenia w Polsce demokracji bezpośredniej, gdyby nie fakt, że kiedyś mocno interesowałem się Ruchem JOW, czyli systemem wyborów w jednomandatowych okręgach wyborczych, do tego stopnia, że nawet skromnie sponsorowałem go i jeden raz wziąłem udział w tzw. Marszu JOW, który był przez jakiś czas corocznie organizowany w Warszawie. Było to we wrześniu 2008 roku.

Czym innym jest aktywność internetowa, a czym innym jest rzeczywistość. Ruch JOW miał i nadal ma stronę, na której informuje o wpłatach dokonywanych przez zwolenników tej idei. W tamtych czasach miesięczne wpływy wahały się średnio od 2 do 4 tysięcy złotych miesięcznie.

Udział w Marszu JOW daję okazję do obserwacji, jak to naprawdę wygląda. Trasa marszu wiodła od Placu Zamkowego pod Sejm. W sumie trwało to około czterech godzin, bo Marsz zatrzymał się przed Pałacem Prezydenckim, by i tam przekazać swoje żądania. Uczestniczyło w nim około 200 osób. Przeważały dwa środowiska: wrocławskie (siedziba Ruchu JOW) i koszalińskie. Z Koszalina przyjechali przeważnie studenci, z Wrocławia byli to raczej ludzie starsi z szefem JOW Jerzym Przystawą. Było trochę transparentów, a młodzież od czasu do czasu skandowała: zdrowo, zdrowo, jednomandatowo! Jednak pobrzmiewało to dosyć sztuczne., a zainteresowanie mieszkańców stolicy znikome: wrześniowe sobotnie południe, słoneczna pogoda, ciepło, ale nie gorąco, przyjemnie siedzi się w kawiarnianym ogródku, a tu ktoś zakłóca spokój.

Z rozmów pomiędzy studentami dowiedziałem się, że przyjechali, bo ktoś im opłacił przejazd i fundował posiłek po zakończeniu Marszu. No cóż, dla młodych ludzi z prowincji przyjazd do stolicy i „otarcie się” o Pałac Prezydencki i Sejm, to zawsze jakaś atrakcja: zobaczyć z bliska to, co na co dzień odległe. Gdy Marsz dotarł do Sejmu, to posłowie, którzy tam byli obecni (w hotelu sejmowym) nie uznali za stosowne wyjść do tych ludzi. Jednoznacznie dali im do zrozumienia, gdzie mają takie inicjatywy.

Zorganizowanie takiego Marszu kosztuje, nawet jeśli bierze w nim udział niewielka grupa osób. Koszty przejazdu, wyżywienia, wynajęcie środka transportu dla części uczestników i przewiezienia różnego rodzaju transparentów, rekwizytów – to wszystko znacznie przewyższało dochody uzyskiwane z wpłat. Skąd więc brały się pieniądze na organizację tych Marszów? To, przyznam, zaczęło wzbudzać moje wątpliwości, co do niezależności tego Ruchu.

Sama idea organizacji wyborów do Sejmu w jednomandatowych okręgach i ordynacji większościowej wzorowana jest na angielskim rozwiązaniu. Zasadą jest to, że okręg musi być mały, wielkości powiatu i że kandydować może każdy, kto zbierze kilka czy kilkanaście podpisów i wpłaci do kasy samorządu kwotę kilku tysięcy złotych, która jest mu zwracana, gdy uzyska minimum 5% głosów. Chodzi o to, by nie kandydowali jacyś żartownisie. Z kolei okręgi są małe, by koszty kampanii reklamowej nie były zbyt wielkie. Dzięki temu, że okręgi są małe nieopłacalne jest wykorzystywanie mediów ogólnokrajowych czy nawet regionalnych do prowadzenia kampanii jakiegoś kandydata, bo on staruje tylko w tym jednym małym okręgu wyborczym.

Takie rozwiązania mają dać możliwość kandydowania ludziom, którzy nie dysponują wielkimi pieniędzmi i których wybierze lokalna społeczność. Do tego dochodzi jeszcze zasada, że wygrywa ten, który uzyska największą liczbę głosów. Nie ma żadnej drugiej tury, żadnej dogrywki, przekazywania głosów itp. Wydaje się więc, że taka ordynacja daje szanse na całkowite przemodelowanie sceny politycznej i dojście do władzy ludzi niezależnych i nieuwikłanych w różne układy. W wyniku wyborów w takiej ordynacji dochodzi przeważnie do podziału na dwie główne siły polityczne, tak przynajmniej twierdził założyciel tego Ruchu – Jerzy Przystawa. Ale jak widać na naszym przykładzie, do tego typu podziału może dojść i w ordynacji proporcjonalnej (POPiS).

Tak to wygląda w teorii i tak nas przekonywali twórcy tego Ruchu. Dla mnie jednak wszystko to za pięknie wyglądało. No bo jak to? Klasa polityczna, tak z własnej woli, zrzeknie się swoich synekur? To mnie skłoniło do uważnego przeczytania Reguły JOW, czyli kardynalnej zasady wybierania posłów do Sejmu RP. Reguła JOW brzmi trochę jak… reguła zakonna, czyli zbiór podstawowych przepisów regulujących codzienne życie zakonne. W przypadku JOW jest to siedem kardynalnych zasad wybierania posłów do Sejmu RP postulowanych przez Ruch JOW (http://jow.pl/regula-wyborcza-jow-szerszym-komentarzem/).

Punkt (zasada) 7. jest najciekawszy, bo wyjaśnia cały mechanizm wybierania kandydatów, na których będą głosować wyborcy:

7. Pierwsze wybory według zasad Reguły JOW nie wcześniej, niż pół roku po urzędowym ogłoszeniu prawa wyborczego uwzględniającego te zasady. W tym czasie następujące działania przygotowawcze: szeroka edukacja obywatelska; prezentacja niniejszych zasad i ich pożytków, w porównaniu z ordynacją partyjnych list wyborczych. Zawieranie porozumień: w okręgach, dla wyłaniania kandydatów i między okręgami, dla tworzenia ugrupowań politycznych. Prezentowanie się wyborcom, przez kandydatów.

W komentarzu czytamy:

Półroczny okres pierwszej zdecentralizowanej kampanii wyborczej (w czterystu sześćdziesięciu jednomandatowych okręgach wyborczych) pozwoli na:
– szeroką akcję edukacyjną przybliżającą nowe, prostsze zasady wybierania, eksponującą ich pożytki, w porównaniu z zasadami ordynacji partyjnych list wyborczych;
– negocjacje środowisk o zbliżonych poglądach politycznych i zawieranie w ich konsekwencji porozumień wewnątrzokręgowych wyłaniających wspólnych kandydatów;
– negocjacje środowisk akceptujących wspólne programy i zawieranie w ich konsekwencji porozumień międzyokręgowych i ogólnokrajowych w celu utworzenia ugrupowań politycznych;
– bezpośrednie prezentowanie się wyborcom przez kandydatów: niezależnych, wyłonionych w wyniku w/w porozumień, reprezentujących partie istniejące wcześniej.

Na uwagę zasługują trzy ostatnie punkty zaznaczone przeze mnie kursywą. Z nich wyraźnie wynika, że nie ma mowy o żadnej spontaniczności. Jakieś środowiska o zbliżonych poglądach wyłaniają wspólnych kandydatów. Nie ma tu mowy o tym, czy kandydaci muszą być zameldowani w danym okręgu, czy pojawią się z zewnątrz. Mają tylko przedstawić Okręgowej Komisji Wyborczej pisemne poparcie co najmniej 10 wyborców danego okręgu. Porozumienia międzyokręgowe prowadzą do powstania ugrupowań politycznych, czyli mówiąc wprost – partii politycznych. I w tym momencie dochodzi do prezentacji wyborcom „niezależnych”, wyłonionych w wyniku porozumień kandydatów i reprezentujących powstałe wcześniej partie. Jeśli następuje selekcja i wyłanianie, to znaczy, że jacyś inni kandydaci zostali odrzuceni od tego towarzystwa wzajemnej adoracji, a ci wybrani nie będą już niezależni. Tu wyboru kandydatów dokonuje się w sposób tajny, w trakcie jakichś zakulisowych porozumień. W ordynacji proporcjonalnej, przynajmniej teoretycznie, odpowiedzialni za wybór są szefowie partii.

Na samym końcu jest podsumowanie tych reguł i komentarza i jest ono wytłuszczone.

Główne efekty wprowadzenia zasad Reguły wyborczej JOW w wyborach do Sejmu RP:
– odpowiedzialność posłów przed ich wyborcami (w okręgach);
– partnerstwo władzy z obywatelami, upowszechniające wśród obywateli poczucie odpowiedzialności za dobro wspólne, niezbędne w budowaniu społeczeństwa obywatelskiego;
– pozytywna selekcja kadr sprawujących władzę i stabilny rząd służący narodowi;
– w następstwie swobody kandydowania i podziału Polski na 460 JOW: decentralizacja życia politycznego, jego jawność i ożywienie, co sprzyja swobodnemu zawieraniu:
a) porozumień wewnątrzokręgowych, wyłaniających kandydatów, o największych szansach zdobycia mandatu, dla danej opcji politycznej,
b) porozumień międzyokręgowych, dla oddolnego tworzenia ugrupowań politycznych;
– zmiana charakteru partii politycznych, z wodzowskich na obywatelskie;
– utrudnienie dostępu do władzy dla ugrupowań skrajnych.

Jest to w zasadzie powtórzenie tego wszystkiego, o czym była mowa wcześniej, poza ostatnim wnioskiem: utrudnienie dostępu do władzy dla ugrupowań skrajnych. No i wszystko jasne! Demokracja demokracją, ale wybrani mają być tylko ci, których my wskażemy. Kto będzie decydował o tym, co jest skrajne, a co – nie? A więc pięknie – każdy może kandydować. Tylko co z tego, skoro i tak zostanie wyeliminowany w drodze porozumień wewnątrz i międzyokręgowych.

Autorem tej Reguły i komentarza jest nieżyjący już Jerzy Gieysztor, którego tak przedstawiono pod jej tekstem: mgr. inż. miernictwa elektronowego; jak wspomina Jerzy Gieysztor: “Ze wszystkiego się śmieje, ale jest uparty i nie ujawnia swoich poglądów” – użalał się przedstawiciel czerwonych, kiedy w roku 1977 przeciwstawiłem się władzy Uniwersytetu Wrocławskiego, gdzie pracowałem przez kilka dziesięcioleci; uczestnik Ruchu Obywatelskiego na rzecz JOW od 1998 r.

No cóż, któż mógł przeciwstawić się władzom Uniwersytetu Wrocławskiego i te władze nie wyrzuciły go? Co więcej, czuły się sfrustrowane. Chyba tylko mason albo Żyd. Swego czasu, na nieistniejącym już portalu „prawica.net”, gdzie zamieszczał on swoje komentarze, przedstawiłem mu moje wątpliwości, powyżej wyartykułowane, ale nie ustosunkował się do nich.

Tak więc, z pozoru bardzo atrakcyjna idea, przy bliższym przyjrzeniu się jej rozwiązaniom, okazuje się być zupełnie czym innym niż się ją przedstawia. Jak zawsze diabeł tkwi w szczegółach. Odnoszę wrażenie, że podobnie może być w przypadku tzw. demokracji bezpośredniej.

Pod jednym z filmów reklamujących ten wynalazek https://www.youtube.com/watch?v=eRd7rxDweZY, ktoś wstawił taki komentarz:

„Demokracja bezpośrednia w Szwajcarii to fikcja podczas swirusa Nikt nie pytał społeczeństwa jakie restrykcje zastosować wszystkie decyzję podjął parlament.”

Innymi słowy: możecie decydować, ale w sprawach, które my wam poddamy pod głosowanie. Jest weto, inicjatywa obywatelska i nikt w Szwajcarii nie odważył się z tego skorzystać w sprawach tak fundamentalnych, jak prawo do swobodnego przemieszczania się czy prawo do nieingerowania w czyjś organizm (maseczki).

Demokrację bezpośrednią stręczy nam w linkowanym filmie Jan Kubań. Kubań to rzeka w Rosji. Jak dużo jest u nas nazwisk pochodzących od nazw miast, dni tygodnia, miesięcy. Tu jeszcze dochodzi rzeka i to w Rosji, co może sugerować pochodzenie. Szli do Polski z zachodu, wschodu i południa.

Żeby zrozumieć dlaczego w Szwajcarii jest tak, jak jest, to trzeba wiedzieć, że jest to największa na świecie pralnia brudnych pieniędzy. Tak nazwał Szwajcarię w swojej autobiograficznej powieści Wilk z Wall Street Jordan Belfort. Opisał w niej, w jaki sposób przemycał do Szwajcarii pieniądze z nielegalnych operacji na giełdzie amerykańskiej.

Ważne też jest to, jakie międzynarodowe instytucje mają tam swoją siedzibę. Willem Middelkoop w swojej książce WIELKI RESET Walki ze złotem i koniec systemu finansowego, Zysk i S-ka Wydawnictwo s.j., Poznań 2016 pisze (wytłuszczenia moje):

„Najważniejsze międzynarodowe regulacje branży usług bankowych – zwane zasadami bazylejskimi – wciąż ustala się podczas regularnych posiedzeń Banku Rozrachunków Międzynarodowych mającego siedzibę w Bazylei. Bank ten można uważać za matkę banków centralnych. Został ustanowiony podczas międzynarodowych konferencji bankowców zorganizowanych w Baden-Baden w 1929 roku i w Hadze w 1930 roku. Początkowo miał ułatwić spłatę reparacji wojennych narzuconych Niemcom ustaleniami ujętymi w traktacie wersalskim podpisanym po I wojnie światowej, ale po hiperinflacji panującej w Republice Weimarskiej w latach 1921-1924, w 1929 roku opracowano nowy plan uregulowania niemieckich zobowiązań z tytułu reparacji.

W latach 1933-1945 w jego zarządzie zasiadali Walther Funk i Emil Puhl, nazistowscy oficjele wysokich rang, którzy zostali skazani za zbrodnie wojenne podczas procesów norymberskich. Po II wojnie światowej nie było wątpliwości, że Bank Rozrachunków Międzynarodowych, który dla nazistów odgrywał rolę banku obsługującego, pomagał w praniu ukradzionego złota. Pod nadzorem Funka i Puhla nazistowskie Niemcy konfiskowały złoto Żydów trafiających do obozów koncentracyjnych. Złoto przetapiano i odlewano sztaby. W czasie konferencji odbywającej się w Bretton Woods w 1944 roku stawiano nawet zarzut, że bank ten wykonuje polecenia nazistowskich władz Niemiec. Amerykanów to przeraziło i rząd Stanów Zjednoczonych poparł ruch domagający się jego likwidacji. Propozycję poparli inni delegaci europejscy, ale wystąpił przeciwko niej John Maynard Keynes, przewodniczący delegacji brytyjskiej. W kwietniu 1945 roku podjęto decyzję o likwidacji banku, ale Stany Zjednoczone cofnęły ją w roku 1948. Bank Rozrachunków Międzynarodowych przetrwał, ale poważnie ranny. Miał mniejszy wpływ i potrzebował czasu, aby znaleźć sobie odpowiednią nową rolę poza sceną. Nadal pełni funkcję drugiej strony, menedżera aktywów i kredytodawcy dla banków centralnych oraz międzynarodowych instytucji finansowych. Szwajcaria przystała na to, by na jej terenie znalazła się siedziba główna tej instytucji. Wybrano Bazyleę.

W latach siedemdziesiątych poważnie poszerzono zakres funkcji Banku Rozrachunków Międzynarodowych i znacznie powiększono liczbę członków. Obecnie członkami tego banku jest sześćdziesiąt banków centralnych, w tym banki centralne najważniejszych gospodarek uprzemysłowionych. Co ciekawe, amerykański System Rezerwy Federalnej przystąpił do niego dopiero w 1994 roku. Powodem było to, że Amerykanie uważali Bank Rozrachunków Międzynarodowych za rywala „ich” Międzynarodowego Funduszu Walutowego. Na początku lat dziewięćdziesiątych Stany Zjednoczone zdały sobie sprawę, że potrzebują Banku Rozrachunków Międzynarodowych, aby banki centralne krajów europejskich udzieliły im poparcia w wojnie ze złotem i po to, by udaremnić wprowadzanie przepisów regulujących rynek instrumentów pochodnych.

Prezesów Europejskiego Banku Centralnego i Systemu Rezerwy Federalnej nadal mogą rozliczać parlamentarzyści i kongresmeni, ale nie ma żadnej formy demokratycznej kontroli nad procesem decyzyjnym w Banku Rozrachunków Międzynarodowych. Posiedzenia utrzymuje się w tajemnicy przed światem zewnętrznym. Nawet ministrowie finansów muszą się domyślać, jakie decyzje podejmą bankowcy zbierający się w Bazylei. Ci sami bankierzy, którzy doprowadzili nasz światowy system finansowy na skraj rozpadu, decydują – poza sceną i nie odpowiadając przed nikim – o reformach systemu bankowego koniecznych do tego, aby nie dopuścić do kolejnego kryzysu kredytowego. Wygląda na to, że mało się zmieniło od bankructwa banku Lehman Brothers.

Dyrektorzy Banku Rozrachunków Międzynarodowych do tej pory mają status dyplomatów i nie można przeciwko nim prowadzić postępowań karnych nawet po zakończeniu ich urzędowania. W dowolnym momencie mogą się ponadto przenieść z rodzinami do neutralnej Szwajcarii.”

Czymże więc jest ta Szwajcaria? Największą na świecie pralnią brudnych pieniędzy i schroniskiem dla największych finansowych hochsztaplerów? Wygląda na to, że tak. A co to ma wspólnego z demokracją bezpośrednią? – mógłby ktoś zapytać. A ja mógłbym zapytać: A czy możliwe jest, by rząd tego kraju nie wiedział, co się dzieje na jego terytorium? Idąc dalej tym tropem mógłbym zapytać: A czy obywatele tego kraju nie zdają sobie sprawy, z czego bierze się bogactwo ich kraju? Owszem, są pracowici, oszczędni, ale przecież nie tylko to składa się na ich dobrobyt. Pranie brudnych pieniędzy i chronienie hochsztaplerów finansowych nie odbywa się za darmo. Wszyscy złodzieje z całego świata lokują tu swoje pieniądze, kupują nieruchomości. Nawet bankier Kramer z filmu „Vabank” zachowuje się tak samo, będąc przekonanym, że jego brudne pieniądze będą tam bezpieczne. Oznacza to, ni mniej ni więcej, że dla rządu Szwajcarii nie ma znaczenia skąd biorą się pieniądze lokowane w bankach tego kraju i do kogo należą. Ich weiß nichts (Ja nic nie wiem) – jak mówił Czech udający idiotę w filmie „C.K. Dezerterzy”. Tak właśnie zachowuje się rząd szwajcarski (Ich weiß nichts) i zapewne wielu, co bardziej świadomych, obywateli Szwajcarii też udaje, że nic nie wie. Neutralność Szwajcarii nie jest więc przypadkowa. Taki dziwny kraj. Wszystkie znaczące kraje Europy są w unii europejskiej, a Szwajcaria – nie. Zawsze neutralna. Czasy się zmieniają, a Szwajcaria zawsze neutralna. Neutralna – znaczy, że nas nie interesuje, co dzieje się na zewnątrz, ale jak macie kłopoty, to Szwajcaria uchroni wasze złodziejskie pieniądze – Welcome to Switzerland!

Wielu zachwala szwajcarską demokrację i jak tam wszystko dobrze działa, tak dobrze, że ludzie nie wiedzą, kto jest prezydentem Szwajcarii. A niby skąd mają wiedzieć, skoro go nie wybierają? Prezydenta wybiera Zgromadzenie Federalne (parlament) na okres jednego roku. Po tym okresie nie może być wybrany ponownie, również na wiceprezydenta. Nie jest on głową państwa, ma raczej marginalne znaczenie, czysto proceduralne. Jest jednym z członków Rady Federalnej (rządu), którego Zgromadzenie Federalne wybrało na przewodniczącego tego ciała. Trudno się zatem dziwić, że Szwajcarzy go nie znają.

Zgromadzenie Federalne (parlament) to najwyższa władza rządząca Szwajcarii. Nie ma żadnych tzw. „hamulców” – nie można rozwiązać jej izb (Rady Narodowej i Rady Kantonów) przed upływem kadencji. Jedynym wyjątkiem jest całkowita zmiana Konstytucji Federalnej. Zgromadzenie wybiera również członków rządu (Rady Federalnej) i Trybunału Federalnego. Nazywa się to „rządami zgromadzenia” – supremacja parlamentu nad pozostałymi władzami, które sam powołuje i sam nimi kieruje oraz kontroluje. Nie mają one możliwości kierowania jego poczynaniami lub tym bardziej przeciwstawiania się mu. Tak to opisuje Wikipedia i nie przesadza. To wszystko jest zapisane w Konstytucji, która jest dostępna w języku polskim w bibliotece sejmowej. Link do niej znajduje się w Wikipedii pod hasłem “Konstytucja Szwajcarii”.

Tak więc stabilność polityczną tego kraju gwarantuje dyktatura parlamentu, a nie system demokracji bezpośredniej. Tak! Dyktatura parlamentu! Jego kadencja trwa 4 lata i żadna siła, poza jednym wyjątkiem, nie może go odwołać.

Zgromadzenie Federalne składa się z dwóch izb: Rady Narodu (200 członków, tzw. deputowanych Narodu) i Rady Kantonów (46 „deputowanych kantonów”). System dwuizbowości szwajcarskiej ma charakter symetryczny („egalitarny”) – obie izby mają takie same prawa, zgoda obu izb jest konieczna dla uchwalenia czegokolwiek, a postępowanie ustawodawcze może rozpocząć się w każdej z izb.

Zgromadzenie Federalne ma niezwykle szerokie uprawnienia. Jego najważniejsze funkcje to:

  • ustawodawcza (również dokonywanie zmian konstytucyjnych)
  • elekcyjna (wybór rządu – Rady Federalnej, prezydenta, wiceprezydenta, Kanclerza Federalnego, przewodniczącego i wiceprzewodniczącego Trybunału Federalnego, generała (głównodowodzącego armią)
  • kierownicza (wobec rządu)
  • kontrolna – nadzór nad rządem, nad stosunkami z zagranicą, zatwierdzanie sprawozdania finansowego państwa, formowanie parlamentarnych komisji śledczych
  • sądowa – rozstrzyganie sporów kompetencyjnych, orzekanie o ważności inicjatywy ludowej, udzielanie łask osobom skazanym

Na czele każdej izby stoi przewodniczący, wybierany na rok, bez prawa ponownego wyboru. Do pomocy ma on dwóch wiceprzewodniczących. Zajmuje się on kierowaniem pracami izby, a w przypadku równości głosów, ma głos rozstrzygający.

Pomimo że w parlamencie szwajcarskim znajdują się przedstawiciele różnych partii, to jednak nie można mówić w tym przypadku o systemie partyjnym w pełnym tego słowa znaczeniu. Rząd powoływany jest przez parlament, ale nie jest rządem koalicyjnym, ponieważ nie ma w nim przywódców partii politycznych, tylko ci, którzy zostali do niego powołani. Członkami rządu nie mogą zostać parlamentarzyści.

Od 1959 do 2003 roku cztery największe partie były reprezentowane w parlamencie, co przekładało się na tzw. „magiczną formułę” – stałe proporcje ich reprezentacji w rządzie:

  • 2 stanowiska ministerialne dla Chrześcijańsko-Demokratycznej Partii Ludowej Szwajcarii (CVD/PDC)
  • 2 ministerstwa dla Socjaldemokratycznej Partii Szwajcarii (SPS/PSS)
  • 2 ministerstwa dla Radykalno-Demokratycznej Partii Szwajcarii (FDP/PRD)
  • 1 ministerstwo dla Szwajcarskiej Partii Ludowej (SVP/UDC)

Taka tradycyjna redystrybucja stanowisk ministerialnych nie miała żadnej podstawy prawnej. W efekcie w 2003 roku CVP/PDC straciła jedno miejsce na rzecz SVP/UDC.

Tak to opisuje Wikipedia i stwierdza na końcu, że od 1959 do 2003 roku, a więc przez 44 lata, podział stanowisk ministerialnych nie miał podstawy prawnej! Rząd Szwajcarii jest wyłaniany według jakiejś formuły magicznej! Czy to oznacza, że Szwajcaria nie wyszła jeszcze z epoki renesansu i rządzą nią jakieś tajne związki uprawiające magię?

Formuła magiczna (niem. Zauberformel) – sposób wyłaniania członków szwajcarskiego rządu – Rady Federalnej. Na jej podstawie członkowie siedmioosobowego gabinetu byli wybierani w latach 1959-2003 według następujących zasad:

  • bez względu na wynik wyborów po dwóch członków Rady obsadzają trzy partie: Szwajcarska Partia Ludowa (SVP), Socjaldemokratyczna Partia Szwajcarii (SPS), Radykalno-Demokratyczna Partia Szwajcarii (FDP), a jedno miejsce przysługuje Chrześcijańsko-Demokratycznej Partii Ludowej (CVP)
  • po dwóch reprezentantów przysługuje kantonom włoskojęzycznym i francuskojęzycznym
  • obowiązkowo reprezentowane muszą być kantony Berno, Zurych i Vaud
  • żaden kanton nie może mieć więcej niż jednego kandydata

Obecnie w Radzie Federacji zasiadają przedstawiciele pięciu partii. Trwają negocjacje nad „nową formułą magiczną”.

A więc bez względu na wynik wyborów do rządu Szwajcarii wchodzili przedstawiciele czterech partii, a obecnie – pięciu. To po co te wybory? I tak parlament decyduje o wszystkim, a parlament to kolektyw. Aż trudno nie przywołać hasła z czasów rewolucji październikowej: „Cała władza w ręce Rad!” Jednak kolektyw nie podejmuje decyzji, bo jak może podejmować decyzje 246 osób? Może to czynić tylko bardzo wąska grupa ludzi, której wybierający nie znają i zapewne nie domyślają się, że ona istnieje. Tak działa demokracja w wersji proporcjonalnej, większościowej i bezpośredniej.

W systemie politycznym Szwajcarii zarządza się referenda w licznych przypadkach:

  • w przypadku inicjatywy ludowej w sprawie całkowitej zmiany konstytucji (100 tys. obywateli)
  • inicjatywa ludowa w sprawie częściowej zmiany konstytucji (100 tys. głosów)
  • referendum obligatoryjne – zmiany konstytucji, przystępowanie do organizacji kolektywnego bezpieczeństwa lub do wspólnot ponadnarodowych (np. ONZ), ustawy federalne uchwalane w trybie pilnym i nieopierające się o konstytucję, w przypadku różnego stanowiska izb parlamentarnych – pytanie o konieczność całkowitej zmiany konstytucji, wniosek wstępny z inicjatywy ludowej o zmianę konstytucji, poparcie wniosku wstępnego o częściową zmianę konstytucji – jeśli parlament odrzucił ten wniosek
  • referendum fakultatywne (nieobowiązkowe, na żądanie 50 tys. obywateli lub 8 kantonów) – ustawy federalne, niektóre umowy

Widać więc, że ogólnokrajowe referendum w Szwajcarii można przeprowadzić tylko w ściśle określonych sprawach. I do tego potrzeba 100 tys. podpisów, co samo w sobie jest barierą trudną do przejścia dla zwykłych obywateli. W sumie fikcja, bo bez zaangażowania się w to mediów, a więc pośrednio i władzy, zdobycie poparcia tak dużej liczby wyborców jest bardzo trudne.

Inicjatywa ludowa, która jest wykorzystywana w Szwajcarii, jest również możliwa w Polsce. Wikipedia pisze:

„Obywatelska inicjatywa ustawodawcza (inicjatywa ludowa) – jeden z elementów demokracji bezpośredniej, umożliwiający ściśle określonej przez prawo grupie obywateli, posiadających pełnię praw wyborczych, wystąpić z inicjatywą ustawodawczą do parlamentu. Obowiązuje m.in. w Polsce, gdzie prawo takie przysługuje grupie co najmniej 100 tys. obywateli mających prawo wybierania do Sejmu. Zgodnie z polskim prawem obywatelska inicjatywa ustawodawcza nie dotyczy:

  • projektu ustawy budżetowej oraz ustaw bezpośrednio wyznaczających sytuację finansów publicznych – inicjatywę posiada wyłącznie Rada Ministrów
  • projektu ustawy o zmianie konstytucji – inicjatywa przysługuje grupie obejmującej co najmniej 1/5 ustawowej liczby posłów, senatowi oraz prezydentowi.

W celu wniesienia projektu ustawy do Sejmu tworzy się komitet inicjatywy ustawodawczej składający się z co najmniej 15 osób. Komitet ma osobowość prawną.”

Szerzej na ten temat pisała 5 lat temu redakcja PrawicowyInternet:

Czym są obywatelskie inicjatywy ustawodawcza i inicjatywa referendalna?

Inicjatywa ustawodawcza to jeden z elementów demokracji przedstawicielskiej. W bardzo dużym skrócie: dzięki inicjatywie ustawodawczej możliwe jest współrządzenie państwem przez obywateli, tworzenie przez nich prawa oraz zgłaszanie rządzącym realnych potrzeb i problemów życia publicznego. Obywatele za pomocą podpisów pod projektem ustawy mogą wnieść do Marszałka Sejmu projekt ustawy regulującej kwestie dla nich istotne, jedynym ograniczeniem w tej materii jest Konstytucja, która mówi, że inicjatywa ustawodawcza nie dotyczy projektu ustawy budżetowej i projektu ustawy o zmianie Konstytucji. Śmieszny jest fakt, że naród będący suwerenem nie może we własnym państwie samodzielnie zmienić ustawy zasadniczej…

Drugą inicjatywą jaką mogą podjąć obywatele to inicjatywa w sprawie ogólnokrajowego referendum, które nie ma charakteru bezwzględnie wiążącego. Co oznacza, iż Sejm może nie przychylić się do niego i nie podjąć uchwały o zarządzeniu referendum. Musi go jednak rozpatrzyć, jednak ustawa nie wspomina o tym w jakim terminie musi to uczynić… aby je wnieść należy zebrać minimum pół miliona podpisów obywateli.

Procedura Inicjatywy Ustawodawczej Artykuł 118

Konstytucji mówi nam o tym że inicjatywa ustawodawcza przysługuje grupie co najmniej 100 000 obywateli mających prawo wybierania do Sejmu. Cały tryb postępowania w tej sprawie określa ustawa o wykonywaniu inicjatywy ustawodawczej przez obywateli. Aby od początku do końca przeprowadzić cały ten proces potrzebna jest cała masa pracy i pieniędzy oraz pokonywania kolejnych kłód rzucanych przez państwo (muszą być spełnione ścisłe wymogi formalne, projekt jest całkowicie finansowy przez pomysłodawców i obywateli).

Cała procedura jest szczegółowo opisana w ustawie a nakreślę w bardzo skróconej wersji jak wygląda procedura inicjatywy ustawodawczej:

1. Musimy zebrać 15 osób wchodzących w skład komitetu inicjatywy ustawodawczej;

2. Następnie zbieramy 1000 podpisów i pełnomocnik komitetu zawiadamia marszałka sejmu o jego utworzeniu, który może projekt przyjąć albo odesłać do uzupełnienia braków formalnych;

3. Jeśli marszałek przyjął projekt mamy tylko 3 miesiące na zebranie 100 tysięcy podpisów – jeśli tego nie zrobimy postępowanie się kończy;

4. Jeśli jednak uda nam się zebrać wymagane podpisy a Marszałek nie ma do czego się przyczepić to kieruje projekt do I czytania, które ma mieć miejsce w terminie 3 miesięcy od daty wniesienia projektu. I tutaj najczęściej kończy się obywatelskość Platformy z nazwy Obywatelskiej – która deklarowała się jako partia sprzyjająca rozwojowi społeczeństwa obywatelskiego… Będąc zwykłym człowiekiem, niezwiązanym z żadnymi partiami – musimy przez trzy miesiące (to jest około 90 dni) zebrać podpisy od stu tysięcy osób, chore? bardzo. Warto podkreślić, ze podpis zawiera w sobie między innymi numer PESEL i adres zamieszkania – dane, które ludzie boją się podawać aby nie zostały wykorzystane w nieuczciwych celach. Dużo prostsze i tańsze byłoby np. możliwość złożenia podpisu przez Internet…

Ze strony władz nie mamy przy inicjatywie ustawodawczej żadnej pomocy – ani prawnej – ani finansowej – za to jako zwykli ludzie musimy stworzyć dokument, który będzie rygorystycznie oceniany przez legislatorów w sejmie… jeśli to wszystko przebrniemy co nas czeka? olanie.

Od 1999 roku, czyli od czasu kiedy weszła w życie ustawa o obywatelskiej inicjatywie ustawodawczej utworzono ponad 120 komitetów ale mniej niż połowie udało się wnieść skutecznie swój projekt pod obrady Sejmu a jedynie kilkanaście zgłoszonych przez nie ustaw zostało uchwalonych przez Sejm, z czego większość w innej niż pierwotna formie… aż się chce przytoczyć słowa z piosenki Kazika… „cała Wasza ciężka praca, wszystko było ch*** warte”

Platforma się mieli

Warto przypomnieć w tym momencie inicjatywę Platformy Obywatelskiej z czasów kiedy jeszcze ludzie nie wiedzieli czym jest owa partia… Referendum 4xTAK czyli zniesienie immunitetu posłów, likwidacja senatu, zmniejszenie liczby posłów i wprowadzenie jednomandatowych okręgów wyborczych. Inicjatywa Platformy Obywatelskiej przed wyborami 2005. Zebrano 750 tys. podpisów. Głosy zostały zmielone i spalone. Sprawa nigdy nie weszła na wokandę. Wtedy właśnie do polskiej polityki wkroczył Paweł Kukiz – otworzył stronę pod nazwą Zmieleni.pl. Więcej tu: https://prawicowyinternet.pl/rzady-platformy-1-inicjatywy-obywatelskie-75-miliona-zmielonych-polakow/

A więc od 1999 roku do 2015 roku, w którym Redakcja zamieściła swój wpis utworzono 120 komitetów inicjatywy obywatelskiej. Oznacza to, że średnio rocznie powstawało 7-8 takich komitetów, czyli ponad 1 na dwa miesiące. I co? To Polacy mają uczyć się od Szwajcarów demokracji bezpośredniej? Tam prawdopodobnie te wszystkie inicjatywy wychodzą od władzy, a Szwajcarzy, jak małpy, głosują. Jak inicjatywa wychodzi od obywateli, to g….. z tego wychodzi. Tak działa demokracja bezpośrednia.

Jest wiele hałasu w sprawie amerykańskiej ustawy JUST. Słowo to ma w języku angielskim wiele znaczeń. Jako przymiotnik oznacza: sprawiedliwy, słuszny, uzasadniony. O niej pisałem w komentarzu „Ustawa JUST”, więc nie będę się powtarzał. Dziwne jest jednak to, że nikt nie korzysta z inicjatywy ustawodawczej (ludowej) w sprawie ustawy odrzucającej żydowskie roszczenia. Przecież trudno mi uwierzyć w to, że popularyzujący demokrację bezpośrednią i twórca skrótu „WIR” (weto, inicjatywa, referendum), Jerzy Zięba, nie wie, że rozwiązanie dotyczące inicjatywy ludowej obowiązuje w Polsce od dawna. Tak samo trudno mi w to uwierzyć, że nie wiedzą o tym ci, którzy najgłośniej gardłują o tych roszczeniach, tj. kanały „wRealu24” i „Media Narodowe”.

Po cóż więc ta cała hucpa wokół tej tzw. demokracji bezpośredniej? Hucpa to słowo z języka hebrajskiego. Angielska Wikipedia tłumaczy je jako bezczelność, tupet, zuchwałość. Bo jest bezczelnością stręczenie Polakom czegoś, co znają oni od 20-tu lat i na czym się zawiedli, przynajmniej ci, którzy próbowali, ale ci, którzy nie próbowali, powinni przynajmniej dowiedzieć się, czy ktoś przed nimi nie próbował tego rozwiązania. Chyba lepiej uczyć się na cudzych błędach, a raczej, w tym wypadku, doświadczeniach.

Jak już wcześniej pisałem, demokracja to opium dla ludu. Za każdym razem, gdy stare rozwiązanie zawiedzie, proponuje się nowe, które już „na pewno” zda egzamin. Dopóki narkotyk działa, jest dobrze, a jak przestanie, to znowu trzeba pójść do dilera – nowy pomysł na nowe fantastyczne rozwiązanie demokratyczne. Na dilera JOW był lansowany Kukiz, a czy na dilera demokracji bezpośredniej jest lansowany obecnie Zięba? Czas pokaże.

Antifa

Podmiana znaczenia słów jest najlepszym sposobem, by zamieszać ludziom w głowach. Nic tak nie dezorientuje ich i ułatwia manipulowanie nimi, jak chaos pojęciowy. Jednym z takich słów, któremu całkowicie zmieniono znaczenie jest faszyzm. Wszelkie zło, jakie mu się przypisuje, to nazizm. I żeby jakoś to usprawiedliwić, to określa się go jako skrajną odmianę faszyzmu. Dlaczego nazizm zastąpiono faszyzmem? Czy tylko dlatego, by zdjąć z Niemców odpowiedzialność za czyny popełnione podczas II wojny światowej? Czy może też dlatego, że wśród nazistów było wielu Żydów. Oczywiście rodowód nazizmu jest niemiecki, ale wkład organizacyjny już niekoniecznie tylko ich. Rodowód faszyzmu jest włoski, a sama nazwa sięga jeszcze czasów starożytnych.

Hasłami antyfaszystowskimi posługuje się Antifa. Wikipedia tak ją charakteryzuje:

»Antifa (od niem. Antifaschismus „antyfaszyzm” i ang. Anti-Fascist Action, ATA „Akcja Antyfaszystowska”) – zbiorcze określenie ogółu osób deklarujących się jako antyfaszyści i czynnie sprzeciwiających się tendencjom skrajnie prawicowym ( utożsamianym przez Antifę z faszyzmem). Jest ruchem nieformalnym, pozbawionym jakiegokolwiek kierownictwa czy wewnętrznej hierarchii. Określana również jako subkultura. Choć z Antifą nie jest związana żadna ideologia polityczna, wyróżniają się wśród nich socjaliści, anarchiści, antyrasiści i liberałowie.

Współczesne ruchy antyfaszystowskie nawiązują do niemieckich organizacji sprzeciwiających się faszyzmowi, które działały w okresie międzywojennym, takich jak Front Żelazny czy Akcja Antyfaszystowska (niem. Antifaschistische Aktion). Front Żelazny został założony przez SPD w 1931 roku, a Akcja Antyfaszystowska przez Komunistyczną Partię Niemiec w 1932 roku. Obie inicjatywy miały w założeniu jednoczyć różne grupy polityczne w sprzeciwie wobec nazizmu.«

Już w tym krótkim opisie widać niekonsekwencję. W jednym zdaniu jest sprzeciw przeciwko faszyzmowi, a w drugim – nazizmowi. To jest to wymienne stosowanie dwóch słów o różnym znaczeniu, sugerujące, że to jedno i to samo. A skoro tak, to po co używać dwóch pojęć? Chyba tylko po to, by robić mętlik w głowie. Pisze też Wikipedia, że to ruch nieformalny, pozbawiony jakiegokolwiek kierownictwa czy wewnętrznej hierarchii. I taka nieformalna grupa jest w stanie organizować akcje protestacyjne często na poziomie międzynarodowym, jest w stanie zwołać setki osób, które współdziałają ze sobą w sposób perfekcyjnie skoordynowany. – Ciekawe.

Na portalu „zerohedge” ukazał się ostatnio interesujący artykuł na temat Antify. Ja przytaczam tu jego obszerne fragmenty, ale zachęcam do zapoznania się z oryginalnym tekstem. https://www.zerohedge.com/political/brief-history-antifa-part-i

»Amerykański prokurator generalny obciążył Antifę odpowiedzialnością za zamieszki, które wybuchły po śmierci Georga Floyda. Stwierdził również, że organizacja ta przechwyciła legalne protesty na terenie całego kraju i przekształciła je w bezprawne, gwałtowne zamieszki, podpalanie, plądrowanie sklepów, niszczenie obiektów użyteczności publicznej, atakowanie sił porządkowych i przypadkowych ludzi.

Czym jest Antifa?

Jest to ponadnarodowy ruch rewolucyjny, który dąży, często nie przebierając w środkach, do obalenia liberalnej demokracji, w celu zastąpienia globalnego kapitalizmu komunizmem. Jej długofalowym celem jest ustanowienie komunistycznego porządku świata. W Ameryce jej doraźnym celem jest usunięcie Trumpa i jego administracji.

Podstawową taktyką stosowaną przez Antifę w Ameryce i Europie jest wzbudzanie niepokoju i niszczenie publicznej i prywatnej własności, w celu sprowokowania policji do podjęcia działań, co ma być dowodem, jak utrzymuje Antifa, że rząd jest faszystowski.

Antifa twierdzi, że w ten sposób sprzeciwia się faszyzmowi. Pod tym pojęciem rozumie wszystkich, którzy są jej oponentami, mają inne poglądy polityczne. „Faszyzm” według tradycyjnego znaczenia, zdefiniowanego przez Webster Dictionary, to „system rządów totalitarnych z dyktatorem na czele, charakteryzujący się agresywnym nacjonalizmem, militaryzmem i często rasizmem”.

Antifa podtrzymuje marksitowsko-leninowską definicje faszyzmu, która zrównuje ją z kapitalizmem. „Walka z faszyzmem będzie wygrana tylko wtedy, gdy system kapitalistyczny rozpadnie się i powstanie społeczeństwo bezklasowe”, jak utrzymuje niemiecka Antifa, Antifaschistischer Antifa München.

Niemiecka agencja wywiadowcza BfV, w specjalnym raporcie dotyczącym skrajnie lewicowych ruchów, pisze:

Walka Antify ze skrajną prawicą to tylko zasłona dymna. Podstawowy cel jest zawsze ten sam – państwo burżuazyjno-demokratyczne, które, w mniemaniu skrajnej lewicy, akceptuje i promuje „faszyzm” jako możliwą formę rządów i dlatego nie zwalcza go dostatecznie. W efekcie „faszyzm” zakorzenia się w społecznych i politycznych strukturach „kapitalizmu”. I zgodnie z tym, skrajna lewica, w swojej „antyfaszystowskiej” działalności, skupia się przede wszystkim na wyeliminowaniu „kapitalistycznego systemu”.

Matthew Knouff, autor An Outsider’s Guide to Antifa: Volume II tak wyjaśnił ideologię Antify:

Podstawa filozofii Antify koncentruje się na walce pomiędzy trzema głównymi siłami: faszyzmem, rasizmem i kapitalizmem – i wszystkie te siły, według Antify, oddziałują wzajemnie na siebie… z faszyzmem uważanym za ostatnie stadium kapitalizmu, z kapitalizmem będącym środkiem opresji, i z rasizmem, opresyjnym mechanizmem związanym z faszyzmem.

W eseju „What Antifa and the Original Fascists Have In Common” (Co wspólnego mają Antifa i prawdziwi faszyści), Antony Mueller, niemiecki profesor ekonomii, aktualnie wykładający w Brazylii, opisał jak antykapitalistyczne bojówki przebrane za antyfaszystowskie, odsłaniają swój własny faszyzm:

Po tym jak lewica zaszufladkowała pojęcie liberalizmu i odwróciła jego znaczenie, Antifa używa fałszywej terminologii, by ukryć swój prawdziwy program. Podczas gdy nazywa siebie „antyfaszystowską” i uznaje faszyzm za swego wroga, to ona sama jest najbardziej faszystowskim ruchem. Członkowie Antify nie są przeciwnikami faszyzmu, wprost przeciwnie – są jego autentycznymi przedstawicielami. Komunizm, socjalizm i faszyzm mają wspólnego wroga – kapitalizm i liberalizm. Antifa jest ruchem faszystowskim. Wrogiem tego ruchu nie jest faszyzm, ale wolność, spokój i pomyślność.

Ideologiczne korzenie Antify

Źródeł ideologii Antify należy szukać w Związku Radzieckim. W 1921 i 1922 roku Międzynarodówka Komunistyczna (Komintern) opracowała taktykę zjednoczonego frontu, by „zjednoczyć masy pracujące poprzez agitację i organizację”… „w skali międzynarodowej i w każdym państwie oddzielnie” przeciw „kapitalizmowi” i „faszyzmowi” – dwu pojęciom, których używano zamiennie.

Pierwsza na świecie antyfaszystowska formacja Arditi del Popolo (Bojówki Nieustraszonego Ludu) powstała w czerwcu 1921 roku we Włoszech, w celu przeciwdziałania wzrostowi znaczenia partii faszystowskiej Benito Mussoliniego, która z kolei miała za zadanie zapobiec rewolucji bolszewickiej na Półwyspie Apenińskim. Wielu członków z tej grupy, liczącej około 20.000 osób, składającej się z komunistów i anarchistów, brało udział w wojnie domowej w Hiszpanii w latach 1936-39.

W Niemczech, Komunistyczna Partia Niemiec utworzyła w lipcu 1924 roku paramilitarne oddziały Roter Frontkämpferbund (Liga Bojowników Czerwonego Fronu). Grupa ta została zdelegalizowana ze względu na swój ekstremizm. Wielu z jej 130.000 członków kontynuowało działalność podziemną lub przeniosło się do nowych, lokalnych organizacji takich jak Kampfbund gegen den Faschismus (Związek Walki przeciw Faszyzmowi).

Współczesna Antifa wywodzi swoją nazwę od grupy zwanej Antifaschistische Aktion, założonej w maju 1932 roku przez przywódców Komunistycznej Partii Niemiec. Jej celem była walka z faszyzmem, przez co rozumiała wszystkie prokapitalistyczne partie w Niemczech. Podstawowym celem było obalenie kapitalizmu. Po dojściu do władzy Hitlera została ona zdelegalizowana.

Po wojnie niemiecka Antifa uaktywniła się organizując różne manifestacje studenckie lat 60-tych. Tworzyła ona również lewicowe bojówki działające w latach 70-tych, 80-tych i 90-tych. Frakcja Czerwonej Armii (RAF), znana także jako banda Baader-Meinhof, była marksistowską grupą partyzantki miejskiej. Jej należy przypisać wiele zabójstw, zamachów bombowych, porwań dzieci. Wszystko to miało na celu wzniecenie rewolucji w Niemczech Zachodnich, które grupa określała jako faszystowską pozostałość z okresu czasów nazistowskich. Przez ponad 30 lat zamordowano ponad 30 osób a 200 zraniono.

Po upadku komunistycznego rządu w NRD (Niemcy Wschodnie) w 1989-90, ujawniono, że Frakcja Czerwonej Armii była finansowana, szkolona i wyposażana przez Stasi – wschodnio-niemieckie służby specjalne. Celem terrorystów było wywołanie gwałtownej reakcji rządu, co, w odwecie, miało prowadzić do jeszcze większego rozprzestrzeniania się rewolucyjnych zamieszek. Twórczyni grupy Urlike Meinhof tak opisała stosunek skrajnie lewicowych bojówek do policji: „Facet w mundurze to świnia, a nie istota ludzka. A to oznacza, że nie musimy z nim rozmawiać i jakakolwiek rozmowa z tymi ludźmi to błąd. I oczywiście można do nich strzelać.”

Bettina Röhl, niemiecka dziennikarka i córka Meinhof, twierdzi że współczesna Antifa jest kontynuacją Frakcji Czerwonej Armii (RAF). Podstawowa różnica polega na tym, że członkowie Antify są anonimowi, ukrywają swoją twarz. W artykule z czerwca 2020 opublikowanym przez szwajcarską gazetę Neue Zürcher Zeitung, Röhl zwróciła uwagę, że Antifa jest nie tylko oficjalnie tolerowana, ale jest opłacana przez niemiecki rząd, by zwalczała skrajną prawicę:

W porównaniu do RAF, bojówkom Antify brak znanych twarzy. Z tchórzostwa, jej członkowie zakrywają twarz i utrzymują w tajemnicy swoje nazwiska. Antifa ciągle grozi i atakuje polityków i policjantów. Organizuje i popularyzuje bezsensowne niszczenie mienia o wielkiej wartości. Niemniej jednak posłanka Renate Künast (Zieloni) narzekała ostatnio w Bundestagu, że w ostatnich dekadach Antifa nie była należycie finansowana przez państwo. Była rozczarowana, że organizacje pozarządowe i Antifa nie zawsze mogą organizować zbiórki pieniędzy i mogą tylko zawierać krótkoterminowe, z roku na rok, umowy o pracę. Można by zapytać czy Antifa jest czymś takim jak RAF, grupą terrorystyczną z państwowymi pieniędzmi, przeznaczonymi do „walki z prawicą”.

Niemiecka agencja wywiadowcza BfV wyjaśnia gloryfikację gwałtów przez Antifę:

Dla skrajnej lewicy kapitalizm jest rozumiany jako źródło wojen, rasizmu, katastrof ekologicznych, społecznej nierówności i nieuzasadnionego bogacenia się. I dlatego kapitalizm jest czymś więcej niż tylko porządkiem ekonomicznym. W dyskursie skrajnej lewicy określa ona społeczną i polityczną rzeczywistość, ale też – wizję radykalnej społecznej i politycznej reorganizacji. Tak czy inaczej, demokracja parlamentarna jako tak zwana burżuazyjna forma rządów powinna być w każdym przypadku obalona.

Z tych powodów skrajna lewica zwykle lekceważy lub usprawiedliwia łamanie praw ludzkich w socjalistycznych lub komunistycznych dyktaturach lub w krajach, które są rzekomo zagrożone przez „Zachód”. Do dziś zarówno zatwardziali komuniści, jak i niezależni aktywiści, usprawiedliwiają, chwalą i sławią terrorystyczną RAF i zagraniczne lewicowe bojówki terrorystyczne jako rzekome „ruchy wyzwoleńcze” lub nawet „ruchy oporu”.

W 1985 roku powstała w Wielkiej Brytanii Anti-Fascist Action (AFA), która zapoczątkowała ruch Antify w Stanach Zjednoczonych. W Niemczech powstała w 1992 roku Antifaschistische Aktion-Bundesweite Organization (AABO). Jej celem było połączenie wysiłków mniejszych grup Antify, działających w różnych regionach kraju. W 1993 roku w Szwecji powstała Antifascistisk Aktion (AFA), stosująca terror wobec swoich przeciwników. We Francji działa grupa Antify – L’Action antifasciste, znana ze swojej szczególnej wrogości wobec Izraela.

Po upadku Muru Berlińskiego w 1989 roku i bankructwie komunizmu w 1990 roku, Antifa wyznaczyła sobie nowy cel – neoliberalną globalizację. W 1989 roku powstaje we Francji Attac, promujący ogólnoświatowy podatek od transakcji finansowych. Obecnie przewodzi on ruchowi alterglobalistycznemu, który, podobnie jak Global Justice Movement (Ruch Globalnej Sprawiedliwości) jest wrogiem kapitalizmu. W 1999 roku Attac był obecny podczas zamieszek w Seattle, które doprowadziły do fiaska obrad WTO. Attac brał również udział w antykapitalistycznych protestach przeciw G7, G20, WTO i wojnie w Iraku. Obecnie stowarzyszenie to jest obecne w 40 krajach, z ponad tysiącem lokalnych zrzeszeń i setkami organizacji wspierającymi sieć. Zdecentralizowana i pozbawiona hierarchii organizacja Attac wydaje się korzystać z modelu wypracowanego przez Antifę.

W lutym 2016 roku Międzynarodowy Komitet Czwartej Międzynarodówki przedstawił polityczne podstawy globalnego ruchu antywojennego, który, podobnie jak Antifa, oskarża kapitalizm i neoliberalny globalizm o istnienie militarnego konfliktu:

Nowy antywojenny ruch musi być antykapitalistyczny i socjalistyczny, ponieważ nie może być poważnej walki przeciw wojnie z wyjątkiem walki, która zakończy dyktaturę kapitału finansowego i systemu ekonomicznego, który jest podstawową przyczyną militaryzmu i wojny.

W lipcu 2017 roku ponad 100.000 antyglobalistów oraz członków Antify zebrało się w Hamburgu, by protestować przeciw szczytowi G20. Antifa chełpiła się, jak to jej udało się zmobilizować grupy Antify z całego świata:

Ta mobilizacja związana ze szczytem, zaowocowała doświadczeniem i współpracą lewicowych i antykapitalistycznych grup z całej Europy i świata. Wymienialiśmy się doświadczeniami i razem walczyliśmy, braliśmy udział w międzynarodowych spotkaniach, byliśmy atakowani przez policję i wojsko, przegrupowywaliśmy nasze siły i ponownie podejmowaliśmy walkę. Ruch antyglobalistyczny zmienia się, ale nasza sieć trwa. Jesteśmy aktywni lokalnie w naszych regionach, miastach, wsiach i lasach. Ale walczymy również globalnie.

Niemieckie tajne służby, w swoim rocznym raporcie, dodają:

Skrajnie lewicowe struktury starały się przedstawić swój udział w proteście przeciwko szczytowi G20 w korzystnym dla siebie świetle. Prezentowały fotografie i raporty, mające na celu skompromitowanie policji, której działania były nieproporcjonalnie duże w stosunku do zaistniałej sytuacji. Promowały obraz państwa, które potępia legalne protesty i gwałtownie tłumi je. Przeciwko takiemu państwu mówią: „zbrojny opór” jest nie tylko usprawiedliwiony, ale również konieczny.«

Cóż więc z tego wynika? Wynika to, że państwo niemieckie finansuje organizacje pozarządowe i Antifę po to, by mogła ona zwalczać państwo. Wygląda to na paranoję, ale nią nie jest, bo to tylko pozory. Cel jest zupełnie inny. I jeszcze te organizacje i Antifa mogą zawierać umowy o pracę. Wprawdzie zawierane tylko na rok, ale z możliwością przedłużenia na następny. Oznacza to, że państwo daje im pracę – bardzo specyficzną, ale pracę. Skoro tak się dzieje w państwie niemieckim, to można przypuszczać, że w innych państwach dzieje się podobnie. I że w Polsce wszystkie te „prawicowe”, „lewicowe” ruchy i partie oraz organizacje typu Centrum Adama Smitha i temu podobne, wszystkie one są na garnuszku państwa, i że to jeden wielki teatr, gra pozorów, mająca na celu zdezorientować ludzi, czyli tzw. elektorat. Wszystko po to, by coś się działo, a wraz z tym dzianiem się była nadzieja na zmianę, która nigdy nie nadejdzie, przynajmniej dla tych mamionych mas. Marks mówił, że religia to opium dla ludu. Można by więc zapytać: A czymże jest demokracja?

Skąd państwa biorą pieniądze na finansowanie tych wszystkich organizacji? Jakiś czas temu czytałem gdzieś, że budżet naszego państwa, to tylko połowa wpływów z podatków. Druga połowa jest wydawana nieoficjalnie, poza nim. W innych państwach pewnie jest podobnie. Jeśli więc te pieniądze trafiają do takich organizacji i pewnie jeszcze do wielu innych, o których nie wiemy, to nie sposób oprzeć się wrażeniu, że współczesne państwa, to zalegalizowane organizacje przestępcze, które mandat do sprawowania władzy uzyskują w trakcie wyborów, będących zupełną fikcją. Ale nie tylko w sposób tajny bandyci, udający polityków i urzędników, realizują swoje cele. W sposób jawny państwo narzuca społeczeństwu totalną cyfryzację, która nikomu nie jest do niczego potrzebna poza tą bandą, która chce wszystko i wszystkich kontrolować. Forsuje technologie energii odnawialnej, które nie są wstanie zastąpić tradycyjnych nośników, czyli węgla i ropy. Finansuje inwestycje, które nie mają uzasadnienia ekonomicznego i nigdy nie zwrócą się, jak choćby przekop Mierzei Wiślanej. Ale ile firm przy tym zarobi? Ileż projektów trzeba wykonać? Ekspertyz, analiz! A za wszystko trzeba płacić sobie lub swoim kolesiom. Ale co tam! Podatnik zapłaci.

Antifa to anonimowa organizacja. Jej członkowie zakrywają twarz i ukrywają swoją tożsamość. A więc tajna organizacja. A któraż to nacja lubuje się w tajnych związkach? W okresie renesansu tworzyła tajne związki humanistyczne, których członkowie ukrywali się pod, często wyszukanymi, pseudonimami. Jak widać pewne metody działania są niezmienne, a przez to, że są niezmienne, zdradzają kierowników tych wszystkich konfliktów, zamieszek i niepokojów.

Antifa uważa, że źródłem wszelkiego zła jest kapitalizm, który trzeba obalić i zastąpić go komunizmem. Jednak sposób, w jaki ona działa, tj. poprzez zamieszki uliczne i niszczenie mienia prywatnego i publicznego, nie da się tego osiągnąć. Ale można osiągnąć zupełnie coś innego, coś, co już w przeszłości sprawdziło się. Stanisław Didier w książce „Rola neofitów w dziejach Polski”, wydanej w 1934 roku, pisał:

Przyszedł 1905 r., o którym pisał zasymilowany Żyd J. Unszlicht („O pogromy ludu polskiego”), że „nastał moment decydujący – rozłamu między polskością i żydostwem”. Potulna, wychowana przez frankistów: Krzywickiego, Matuszewskiego, Wołowskiego, Niemirowskiego i in., neofitów: Kraushara, Posnera, Mendelsohna i in. oraz Żydów: Askenazego, Dicksteina i in., inteligencja polska zobaczyła z przerażeniem obok siebie, zamiast układnych neofitów i asymilatorów, aroganckiego Żabotyńskiego, Radka, Grosnera i in. Spostrzeżono gęstą sieć spisku antypolskiego, uknutego przez Żydów, do którego wciągnięto nieuświadomione masy ludu polskiego. Z krzykiem „precz z białą gęsią” (Orzeł Biały – przyp. mój) kroczyli po ulicach Warszawy czarni bundyści, subsydiowani przez ochrzczonego milionera Łazarza Polakowa i… Powszechny Związek Izraelski.

Komitet statystyczny miasta Warszawy wykazał, że wypadki 1905 r. zburzyły i zniszczyły w Królestwie około 2.000 mniejszych zakładów przemysłowych, należących do Polaków. Cofnięty został o dziesiątki lat wstecz swojski, dopiero kiełkujący przemysł. Lud roboczy zubożał. Wielcy kapitaliści żydowscy drwili zaś sobie z tej „pseudo-antykapitalistycznej rewolucji”.

Najwyraźniej Żydzi swoje mesjanistyczne cele, panowanie nad światem i podporządkowanie sobie całej jego ludności, uważają za możliwe do osiągnięcia tylko poprzez ciągłe wojny, konflikty militarne, rewolucje, powstania, bunty, zamieszki, protesty uliczne. Nie zapominają przy tym o innych metodach: niszczenie rodziny, systemu wartości, patologicznemu wychowaniu i takiej edukacji. Ot i cała tajemnica wiary… judejskiej.

Odpustowy patriotyzm

Zbliża się kolejna rocznica Święta Niepodległości. Zostało ono ustanowione ustawą z dnia 23 kwietnia 1937 roku, zniesione ustawą Krajowej Rady Narodowej dnia 22 lipca 1945roku. Przywrócono je ustawą z1989 roku. Samo święto budzi pewne kontrowersje wśród środowisk patriotycznych. Jedni uważają, że nie ma powodu, by akurat w tym dniu świętować. Bo niby dlaczego? Dlatego, że Rada Regencyjna przekazała władzę Piłsudskiemu? Inni twierdzą, że prawdziwą niepodległość Polska odzyskała w dniu 28 czerwca 1919 roku, kiedy to podpisano Traktat Wersalski.

Problem jest niestety bardziej skomplikowany i wypada go dokładniej opisać. A wypada dlatego, że robi się z tego Święta odpust, jarmark, pochód z wymachiwaniem flagą narodową, manifestację. Bo tym, w mojej ocenie, jest tzw. Marsz Niepodległości. Polityki nie uprawia się na ulicy, a przynajmniej nie uprawiają jej tam ci, którzy mają na nią realny wpływ. Świętować można w inny sposób, ale przede wszystkim wypada zastanowić się, czy jest ku temu powód. Bo czy to jest rzeczywiście niepodległość?

Wszystko zaczęło się w 2010 roku. Mamy więc już 10-ty marsz. Marsz Niepodległości został zainicjowany przez nacjonalistyczne organizacje polityczne: Młodzież Wszechpolską i Obóz Narodowo-Radykalny. Od 2011 organizatorem marszu jest Stowarzyszenie Marsz Niepodległości, do którego należą m.in. działacze tych organizacji. Tak pisze Wikipedia. Któż więc tak naprawdę organizuje ten marsz? Kto się kryje poza tymi „między innymi”? Wcześniej było trochę inaczej. Organizowano oficjalne akademie, defilady itp. Ale to państwo je organizowało. A teraz ktoś inny. Czy to znaczy, że już nie mamy własnego państwa? Chyba tak! Bo skoro obchody rocznicy odzyskania niepodległości organizuje jakieś stowarzyszenie, to chyba tak. W KRS (Krajowy Rejestr Sądowniczy) Stowarzyszenia w rubryce forma własności stoi: własność prywatna krajowa pozostała. To chyba jakaś kpina. Obchody Święta Narodowego organizuje prywatne stowarzyszenie. Nie wiemy, kto je finansuje, bo KRS tego nie podaje. A przecież zorganizowanie marszu kosztuje. Co ma własność prywatna do działań, które z założenia powinny być domeną państwa? Ale skoro prywatna firma może drukować państwowe pieniądze, to może i w innych dziedzinach może „wyręczać” państwo.

Tradycja wciągania Polaków w różnego rodzaju manifestacje i protesty ma historię sięgającą okresu przed powstaniem styczniowym. Początkowo starano się im nadać charakter obchodów kościelnych. Pierwszą okazją był pogrzeb generałowej Sowińskiej, wdowy po obrońcy Woli z 1831 roku. Żydzi, bo o nich tu mowa, potrafili przezwyciężyć swoją niechęć do Kościoła, nosili krzyże, śpiewali w kościołach „Boże coś Polskę” i podczas nabożeństw zbierali datki na powstanie. Takie manifestowanie pobożności i patriotyzmu to stary numer grania na ludzkich emocjach. „Nie rycz, mała, nie rycz. Ja znam te wasze numery”. Ale tak, jak mężczyźni często nabierają się na te łzy, tak Polacy nabierają się na ten odpustowy patriotyzm i udawaną pobożność. Stowarzyszenie sprzedaje nawet jakieś gadżety. Pewnie jakieś baloniki na druciku, blaszane zegarki, pierzaste koguciki, motyle drewniane. No i mamy kolorowe jarmarki, bo czymże są te odpalane race i kłęby dymu? Żydzi sprofanowali nam wszystko! Patriotyzm, wiarę i Święto Niepodległości. Nie jest w tym momencie ważne, czy zasadnie przyjęto 11 listopada za to święto.

Marsz Niepodległości to jest przedsięwzięcie, które ma wywoływać ferment i prowokować konflikt, bo przeciwników jest wielu. Ten marsz jest jednak bardziej „subtelny” niż prostacki i jawnie jątrzący Marsz Żołnierzy Wyklętych w Hajnówce. Organizowanie tej hucpy w mieście, w którym prawosławni stanowią 80% mieszkańców, nie pozostawia wątpliwości co do intencji twórców tego marszu. Jego celem jest skłócanie i tak już antagonistycznej względem siebie ludności katolickiej i prawosławnej tego miasta. Tak działają Żydzi ubrani w patriotyczne i katolickie szatki.

Każda rocznica, jakakolwiek by ona była, skłania do refleksji. Tym bardziej, jeśli budzi kontrowersje i spory. Zamiast wymachiwać flagami na ulicy, to może lepiej zrobić sobie dobrą kawę, może nawet z odrobiną koniaku, i zastanowić się, co się wtedy zdarzyło i czy powstanie Polski to wynik walki Polaków o niepodległość, czy może splot korzystnych dla nas układów politycznych, a może jednego i drugiego.

Od czego zacząć? Od Aktu 5 listopada 1916 roku? Czy może od rozbiorów? No bo mieliśmy trzech zaborców i ci trzej zaborcy starli się w wojnie, która ich wyniszczyła i tak osłabieni zgodzili się na powstanie Polski. No właśnie! Ilu mieliśmy zaborców? Anglicy mają takie mądre, moim zdaniem, przysłowie: first things first. To można przetłumaczyć jako: najpierw rzeczy podstawowe. No więc powinniśmy zacząć od podstaw. Ilu mieliśmy zaborców i czy ich wzajemnie wyniszczenie dało nam automatycznie niepodległość? A więc ilu: trzech czy czterech? A jak czterech, to kto był tym czwartym?

Ks. Dr. K. Lutosławski „Myśl Narodowa” nr 48 z dnia 2.12. 1922 pisze:

Polska miała czterech zaborców, nie trzech: Niemcy, Moskale i Austriacy rozebrali ją na części od zewnątrz i przemocą państwową utrzymywali w niewoli; czwarty zaborca, który od wewnątrz naród bez państwa opanował, wyjadał mu i serca… i mózgi, podbijał jego ducha dumnego i chciał uczynić z polskiej pracy i polskiego zysku mierzwę dla siebie, a z gniazda polskiego – basztę wojenną dla zdobycia panowania nad światem – to Żydzi. Żyd – czwarty zaborca – okazał się najniebezpieczniejszym, najpodstępniejszym, najtrudniejszą też jest do zrzucenia niewola żydowska. Przez cały ciąg naszej niewoli zewnętrznej, Żydzi byli sprzymierzeńcami naszych wrogów, łączyli się natychmiast z każdym najeźdźcą, służyli mu za szpiega, za przewodnika, za narzędzie tortury dla tutejszej ludności polskiej.

Komu zawdzięczamy tego czwartego zaborcę? Tu palma pierwszeństwa należy się chyba Kazimierzowi Wielkiemu, który, chcąc szybko wytworzyć w Polsce handel i przemysł, zezwolił Żydom, prześladowanym wówczas w całej Europie, na osiedlanie się. Tym samym podkopał podwaliny swojego państwa. Żydzi przybywali licznie z Niemiec i niemal od razu zdominowali handel i rzemiosło. Również lichwiarstwo nie było w Polsce oceniane tak negatywnie jak w Niemczech. Skutki tej polityki odczuwamy do dziś i choć minęło już tyle wieków, to nic nie zmieniło się, co więcej, jest coraz gorzej.

Żydzi w dużym stopniu przyczynili się do rozbiorów, a gdy już zaczęto przebąkiwać o nowej Polsce, to robili wszystko, by nowe państwo było jak najsłabsze. Pierwszym oficjalnym dokumentem, w którym otwarcie wypowiedziano się o możliwości powstania państwa polskiego, był Akt 5 listopada 1916 roku. Wikipedia pisze o nim:

5 listopada 1916 w wyniku konferencji w Pszczynie władze niemieckie i austro-węgierskie wydały proklamację, z podpisami swych generalnych gubernatorów von Beselera i Kuka, zawierającą obietnicę powstania Królestwa Polskiego, pozostającego w niesprecyzowanej „łączności z obu sprzymierzonymi mocarstwami”. W akcie tym nie określono granic przyszłej monarchii, a jej status wyrażało słowo „samodzielne” zamiast „niepodległe”, co nie satysfakcjonowało m.in. polskich działaczy narodowych na Śląsku, którzy uznali ogłoszenie tego aktu za działanie pozorne. Dokument ten zawierał natomiast sformułowania dotyczące utworzenia armii polskiej.

Na takie dictum natychmiast zareagowała Rosja, która uznała za niewłaściwe rozporządzanie jej przedwojennym terytorium i ogłosiła, że Polacy mają prawo utworzenia Polski z wszystkich ziem polskich. Stanowisko swoje ogłosiła 15 listopada. Następnego dnia poparły ją Wielka Brytania i Francja, a dzień później – 17 października – Włochy.

Obiecani cacanki, a głupiemu radość. Nikt dokładnie nie precyzował, z jakich ziem ma powstać Polska. Tak na wszelki wypadek, gdyby trzeba było się z tego wycofać. Wszak końca wojny nie było widać. Dużo mogło się jeszcze wydarzyć i wydarzyło się. Ale Żydzi już zaczęli dmuchać na zimne. W 1916 roku po proklamacji niemiecko-austriackiej o wolnej Polsce, niemiecki sekretarz stanu spraw zagranicznych, Zimmermann, oświadczył za pośrednictwem niemieckiego ambasadora w Waszyngtonie, Bernsdorfa, na zapytanie „American Jewish Cronicle, co następuje:

Nowy statut organiczny gmin żydowskich w Polsce przekracza pod względem rozległości wszystko, co Żydzi dotychczas kiedykolwiek posiadali. Statut autonomiczny żydowski daje już możność tworzenia własnych szkół z własnym, odrębnym systemem edukacyjnym, zaś kwestia autonomii narodowej Żydów musi być rozstrzygnięta przez konstytucję Polską, na podstawie wzajemnej zgody Polaków i Żydów dla uniknięcia konfliktu zobopólnych interesów. Rozporządzenia niemieckie zapewniają kwitnące życie Żydom w Polsce i postęp ich rozwoju bez żadnych przeszkód. Gminy żydowskie mają prawo dowolnie organizować swój własny system podatkowy, organizować poważne korporacje dla ochrony interesów żydowskich, tworzyć gminne rady administracyjne żydowskie oraz Najwyższą Żydowską Radę. Wszystko to pozwala Żydom wziąć udział w przyszłym rządzie Polski. Nadto zapewnił Beseler, że Żydzi w każdym razie nie będą zmuszeni do obowiązkowej służby wojskowej w armii polskiej, do której będą jednak mogli wstępować jako ochotnicy.

Z powyższego cytatu wynika, że to nowe państwo zaczęli Polakom organizować Niemcy do spółki z Żydami. No cóż? Skoro oni mieli je powołać do życia, to i oni decydowali. Te gminne rady administracyjne żydowskie to odpowiednik obecnych zarządów gmin, a Najwyższa Żydowska Rada, to odpowiednik Zarządu Związku Gmin Żydowskich. I to wszystko, jak stwierdzono, pozwalało Żydom wziąć udział w przyszłym rządzie Polski. Wtedy, na skutek nieprzewidzianych wypadków w postaci rewolucji bolszewickiej, taka koncepcja nie doszła do skutku, ale co się odwlecze to nie uciecze. Dziś już wszystko jest tak jak wówczas planowano. Żydzi biorą udział w rządzie Polski.

11 Listopada 1918 roku podpisano Rozejm w Compiègne, kończący wojnę pomiędzy Ententą a Cesarstwem Niemieckim. Podpisano go o godzinie 5:20 rano w wagonie kolejowym w Lesie Compiègne. Wybór miejsca i pomieszczenia miał zapewne upokorzyć Niemców i upokorzył. Niemcy tego nie zapomnieli. Rzymianie mieli takie powiedzenie: habent sua fata libelli (książki mają swój los). Wiemy, że tak jest. Ile razy w historii je palono ze względu na niewygodne treści. Ale i wagony mają swój los. Tak było w przypadku tego z Lasu Compiègne. Był używany do 1921 roku. Od 1921 do 1927 – w Muzeum Inwalidów w Paryżu. Od 1927 do 1940 był eksponatem w Lesie Compiègne. 22 czerwca 1940 roku podpisano w nim kapitulację wojsk francuskich. Zemsta jest słodka! Następnie przetransportowano go do Berlina, gdzie stanął przed Katedrą Berlińską jako pomnik zwycięstwa. Od 1944 roku stacjonował w specjalnie zbudowanym tunelu w mieście Crawinkel w Turyngii. W 1945 roku został zniszczony przez SS podczas wysadzania tunelu.

Interesujące nas punkty tego rozejmu to:

  • natychmiastowe wycofanie Armii Cesarstwa Niemieckiego z Francji, Belgii, Luksemburga oraz Alzacji i Lotaryngii
  • wycofanie wojsk niemieckich na wschodzie na granicę z 1914 roku

Najważniejszy dla Polski był artykuł XII tego rozejmu. Wikipedia pisze o nim tak:

Artykuł XII rozejmu w Compiègne przewidywał ewakuację wojsk niemieckich z Austro-Węgier, Rumunii, Turcji oraz byłego już Imperium Rosyjskiego, a więc również ziem polskich. W tym ostatnim przypadku, po interwencji m.in. Romana Dmowskiego zmieniono tekst dotyczący wycofania wojsk niemieckich na „gdy alianci uznają moment ewakuacji za właściwy biorąc pod uwagę sytuację wewnętrzną tych obszarów”. Z kolei artykuł XVI głosił, że „Alianci będą mieli wolny dostęp do terytoriów ewakuowanych przez Niemców na Wschodzie już to przez Gdańsk, już to Wisłą, aby móc zaopatrywać ludność i w celu utrzymania porządku”.

W momencie podpisywania rozejmu wojska niemieckie tworzyły front od Narwy po Dniepr. Narwa to niewielkie miasto nad Zatoką Fińską około 150 km na zachód od Petersburga a nad Dnieprem leży Kijów. Niemcy zajęli kraje bałtyckie, Białoruś, Ukrainę, zajęli Kijów, podeszli pod Petersburg, wkroczyli na Krym, doszli do Donu. Był więc ten front daleko na wschodzie i stanowił kordon oddzielający Europę od rewolucji bolszewickiej. Alianci chcieli wycofać wojska niemieckie na granicę z 1914 roku, czyli na zachodnią granicę byłego Królestwa Polskiego.

Wycofanie się wojsk niemieckich na granicę z 1914 roku oznaczało to, że Wielkopolska i Prusy Królewskie zostaną po stronie niemieckiej. Dostrzegł to niebezpieczeństwo Dmowski i jednocześnie niebezpieczeństwo rozszerzenia się rewolucji bolszewickiej na tereny polskie, i nalegał na to, by nie wycofywać wojsk niemieckich. Ale artykuł XII nie mógł być wyegzekwowany, bo 9 listopada wybucha rewolucja bolszewicka w Berlinie. Przenosi się ona na wojska niemieckie na wschodzie i kordon rwie się. 13 listopada bolszewicy unieważniają postanowienia Pokoju Brzeskiego i ruszają na podbój świata. 27 grudnia wybucha Powstanie Wielkopolskie. Dnia 25 stycznia 1919 roku marszałek Foch wydał rozkaż do oddziałów niemieckich zgrupowanych wokół ośrodka Białystok – Grodno, aby przekazały Polsce terytorium do linii Brześć – Narwa – Krynki – Kuźnica – Nowy Dwór – Sopoćkinie, i przepuściły wojska polskie przeznaczone do odparcia nawały bolszewickiej.

Dmowski był wybitnym politykiem i dyplomatą, chociażby z tego powodu, że dostrzegł niebezpieczeństwo artykułu XII Rozejmu w Compiègne, dotyczącego wycofania wojsk niemieckich na granicę z 1914 roku. W listopadzie 1918 roku nie było jeszcze wojska polskiego, które oddzielałoby Europę od rewolucji bolszewickiej. Nic więc dziwnego, że ten żydowski „Marsz Niepodległości” nigdy nie zaszedł i nie zajdzie pod pomnik Dmowskiego. Są w stanie Żydzi udawać patriotów i nadgorliwych katolików, ale oddać hołd Dmowskiemu… Nie! Tego – nie!

28 czerwca 1919 roku podpisano Traktat Wersalski. Dokumenty ratyfikacji złożono 10 stycznia 1920 roku i z tą datą wszedł w życie. Traktat ten został zawarty podczas paryskiej konferencji pokojowej, trwającej od 18 stycznia 1919 roku do 21 stycznia 1920 roku. W tym czasie granice polski nie były jeszcze ustalone. Polska uzyskała znaczną część Wielkopolski i Prus Królewskich. I w tym miejscu granica była bezsporna. Nie była jeszcze rozstrzygnięta sprawa Górnego Śląska, nie mówiąc już o granicy wschodniej, którą ustalono w 1921 roku w Rydze.

Jakkolwiek zabiegi Dmowskiego znaczyły dużo, to nie można zapominać, że ogólna sytuacja polityczna w tamtym czasie sprzyjała tendencjom niepodległościowym Polaków i nie tylko Polaków. Dwa czynniki miały decydujący wpływ na ukształtowanie się powojennej Europy:

  • rozpad Austro-Węgier
  • rewolucja bolszewicka w Niemczech w listopadzie 1918 roku.

Gdyby nie ta rewolucja, to kordon niemieckich wojsk nadal stałby daleko na wschodzie. Czy w takiej sytuacji, gdy wojska niemieckie chronią Europę przed bolszewizmem, byłby w stanie Dmowski przekonać dyplomatów państw zachodnich o przyłączeniu do Polski Wielkopolski i Prus Królewskich? Wszak byli oni pod przemożnym wpływem lobby żydowskiego z Ameryki, które było wrogie Polsce i robiło wszystko, by ją osłabić. To dzięki temu lobby cofnięto wcześniejszą decyzję o przyznaniu Polsce Górnego Śląska i zarządzono plebiscyty. Adam Skierski (Skierko?) tak o tym pisał:

Kiedy prez. Wilson przybył do Paryża, to za jego pośrednictwem anonimowa finansjera New-Yorku, Londynu, Berlina i Frankfurtu wywierała niewątpliwe wpływ na decyzję Konferencji Pokojowej. Znana jest depesza nowojorskiego bogacza Jakóba Schiff’a, dyrektora banku „Kuhn Loeb i C-o”, który w maju zażądał między innymi, aby na Śląsku Górnym i w Prusach zarządzono plebiscyt. Jak wiadomo, Niemcy uzyskali w tej sprawie poparcie p. Lloyd George’a i… Konferencja cofnęła swoją poprzednią uchwałę, przyznającą nam Śląsk Górny (9 maja), a zdecydowała plebiscyt (16 czerwca 1919). W czyim imieniu przemawiał Jakób Schiff?

Rozpad Austro-Węgier spowodował ukształtowanie się wielkiego obszaru zamieszkiwanego przez wiele narodów, które dążyły do utworzenia swoich państw. Powstałaby wolna Galicja, do której naturalnie ciążyłyby polskie ziemie z zaborów rosyjskiego i pruskiego. Skoro powstałoby wiele nowych państw, to i problem Polski musiałby być rozwiązany. Wszyscy wielcy tamtego świata zdawali sobie sprawę, że sytuacja trochę wymknęła się im spod kontroli. Nie było wyjścia. Trzeba było pozwolić tym narodom na stworzenie ich własnych państw w tym także i Polski.

Skoro już miała powstać ta Polska, to Żydzi robili wszystko, by była jak najsłabsza. Adam Skierko w Gazecie Warszawskiej z dnia 9.12.1920 roku pisał:

Akcja żydowska miała bezpośredni wpływ na realizację programu terytorialnego Państwa polskiego na konferencji pokojowej. Oczywiście, interesy polskie były sprzeczne z interesami Niemiec, a czasami różniły się od interesów angielskich, rosyjskich lub czeskich. Ale fakt, że te wszystkie interesy zawsze brały i biorą górę nad interesami polskimi, jest symptomatyczny. Zauważyć wypada, że formułka Państwa polskiego o ludności „bezsprzecznie” polskiej (13-ty punkt Wilson’a), biorąc pozornie sprawę polską w obronę, komplikowała ją w istocie, zrywając z tradycją historyczną i z zasadami prawa międzynarodowego, a stając wyłącznie na zasadzie etnograficznej. Zasada ta może być stosowana tylko wówczas, kiedy terytoria narodowe są ściśle jednorodne. A Polska ma przecież za sobą trzy rozbiory, półtora wieku ucisku i polityki eksterminacyjnej, skutkiem czego niektórym z ziem naszych zdołano nadać charakter mieszany. Otóż formułka Wilsona, która jest także formułką Lloyd-George’a, tak jest interpretowana, że każde terytorium mieszane, a więc częściowo etnograficznie polskie, może być oddane komukolwiek, nawet naszym dawnym rozbiorcom, byle tylko nie dostało się Polsce.

Nie było łatwo budować tę II RP. Wprawdzie trzej zaborcy ustąpili, ale czwarty trwał na posterunku i tak jest do dziś. Ale mamy jeszcze jednego zaborcę. Jest nią unia europejska. 80% a może nawet i 90% prawa polskiego to prawo unijne. Czy można w takim wypadku mówić o niepodległości? Czy jest to powód do wymachiwania flagami narodowymi? Cała gospodarka oparta jest o dotacje unijne, które w większości nie są pełnymi dotacjami. Na resztę trzeba wziąć kredyt. A u kogo? Kto zgadnie? Gdy dziś się jedzie przez Polskę pociągiem czy samochodem, to wszędzie widać jeden wielki bałagan. Inwestycje! Inwestycje! Inwestycje! Wszystko rozbabrane, prace ślimaczą się, na budowach mało sprzętu i ludzi. Wszędzie brakuje pracowników. A niby dlaczego miałoby nie brakować? Gdyby tak raptem z dnia na dzień połowa populacji zachorowała, to zabrakłoby lekarzy, miejsc w szpitalach i leków, i nawet prywatna służba zdrowia nie poradziłaby sobie. Przez prawie 30 lat nie inwestowano w Polsce w remonty i budowę dróg i linii kolejowych, a teraz wszystko na raz. Hurra! – Unia dała pieniądze! I pewnie tylko z tego powodu powstało wiele firm podwykonawców. Czy zdążą to doprowadzić do końca, te wszystkie inwestycje? A co się stanie, gdy pieniądze skończą się wcześniej? Zostanie ta Polska taka rozbabrana? A te firmy, które tylko po to powstały? Co z nimi będzie? Dobry gospodarz tak nie gospodaruje. Czasem odnoszę wrażenie, że ktoś to robi świadomie.

Mamy dwóch zaborców i nie mamy na nic wpływu. Nie mamy więc niepodległości. Z czego tu się cieszyć? Nie ma powodu do świętowania. Polacy są zastępowani imigrantami. Gaśnie ta Polska powoli, po cichu, a „Marsze”? – coraz huczniejsze, zupełnie jak na Titanicu – orkiestra grała do końca.

Ustawa

Ustawa z dnia 20 lutego 1997 r. o stosunku Państwa do gmin wyznaniowych żydowskich w Rzeczypospolitej Polskiej została uchwalona głosami posłów Sojuszu Lewicy Demokratycznej, Polskiego Stronnictwa Ludowego, Unii Wolności i Unii Pracy. Wprawdzie to już 22 lata, ale jej konsekwencje możemy zacząć odczuwać, już niedługo, w sposób bardziej bolesny niż dotychczas. Zdaję sobie sprawę z tego, że analiza poszczególnych artykułów czy ustępów tej ustawy, to nie jest zbyt ciekawa lektura, ale wczytanie się w niektóre jej fragmenty pozwala na zrozumienie, przynajmniej części, polskiej rzeczywistości z jej aferami, bezradnością sądów i milczeniem mediów.

Art. 1. Przedmiot regulacji, relacja między ustawą wyznaniową a innymi przepisami prawa, struktura ustawy i kwalifikowany tryb jej zmiany.

1. Ustawa określa stosunki między Państwem a gminami wyznaniowymi żydowskimi w Rzeczypospolitej Polskiej, zwanymi dalej “gminami żydowskimi”, oraz ich sytuację prawną i majątkową.
2. W sprawach odnoszących się do gmin żydowskich, nieuregulowanych w ustawie, stosuje się powszechnie obowiązujące przepisy prawa.
3. Wszelkie zmiany ustawy wymagają uprzedniej opinii zarządu Związku Gmin Wyznaniowych Żydowskich. – W praktyce oznacza to, że bez zgody rządu żydowskiego, bo tym jest Związek Gmin, ustawy zmienić nie można. Mamy więc państwo w państwie.

Art. 2. Członkostwo w gminach żydowskich, przynależność gmin do Związku Gmin.

1. Gminy żydowskie zrzeszają pełnoletnie osoby wyznania mojżeszowego, posiadające obywatelstwo polskie, zamieszkałe na terytorium Rzeczypospolitej Polskiej.
2. Gminy żydowskie tworzą Związek Gmin Wyznaniowych Żydowskich w Rzeczypospolitej Polskiej, zwany dalej “Związkiem Gmin”. – Mamy tu do czynienia z dwustopniową administracją: gminy na poziomie lokalnym (wojewódzkim) i centralny rząd – Związek Gmin.

Art. 3. Autonomia gmin żydowskich w sprawach własnych.

1. Gminy żydowskie swobodnie wykonują zasady wyznania mojżeszowego oraz zarządzają swoimi sprawami. – To pojęcie – „swoimi sprawami” – jest bardzo ogólnikowe i nie zostało doprecyzowane w dalszej części tej ustawy. Wszystko można podciągnąć pod te „swoje sprawy” np. sprzedaż majątku odzyskanego od Skarbu Państwa.

2. Gminy żydowskie rządzą się w swoich sprawach własnym prawem wewnętrznym, określającym w szczególności organizację gmin żydowskich, uchwalanym przez walne zebranie Związku Gmin w porozumieniu z Radą Religijną Związku Gmin. – Skoro Związek Gmin tworzy własne prawo, to jest lokalnym Knesetem, a Rada Religijna – rządem.

Art. 4. Gminy żydowskie oraz Związek Gmin są niezależne organizacyjnie od jakiejkolwiek zagranicznej władzy religijnej oraz świeckiej. – Organizacyjnie to może i są, ale przecież nie tylko taka zależność bądź niezależność występuje.

Art. 5. Osobowość prawna rodzajowo i imiennie wskazanych jednostek organizacyjnych, ich organy i reprezentacja prawna.

1. Osobowość prawną posiadają gminy żydowskie i Związek Gmin.

2. Organami osób prawnych, o których mowa w ust. 1, są: dla gminy żydowskiej – zarząd gminy, dla Związku Gmin – zarząd Związku Gmin.

Art. 6. Inne jednostki organizacyjne mogą, na wniosek zarządu Związku Gmin, uzyskać osobowość prawną w drodze rozporządzenia Ministra Spraw Wewnętrznych i Administracji. (Obecnie jest to minister właściwy do spraw wyznań religijnych oraz mniejszości narodowych i etnicznych) – Skomentowanie tego artykułu wymaga przejścia do artykułu 8.

Art. 8. Odpowiedzialność za zobowiązania wyznaniowych osób prawnych.

Osoby prawne, o których mowa w art. 5 ust. 1, nie odpowiadają za zobowiązania innych osób prawnych. – Czyli, jeśli zarząd Związku Gmin zechce nadać osobowość prawną jakiejś jednostce organizacyjnej, to wnioskuje do właściwego ministra do spraw wyznań religijnych i ten taką osobowość nadaje. Gdy jednak taka jednostka organizacyjna coś nabroi, to ani gminy, ani Związek Gmin za to nie odpowiadają. Taką „jednostką organizacyjną” może być jakaś firma czy fundacja, która dokona jakichś nielegalnych operacji finansowych, handlowych i gospodarczych. I winnych nie będzie, i nikt nie będzie odpowiadał za tego typu działania. Bardzo możliwe, że część afer, jakie miały i mają miejsce w naszym kraju, ma właśnie takie podłoże.

Art. 7. Tryb tworzenia, przekształcania i znoszenia gmin żydowskich oraz nabywania przez nie osobowości prawnej.

1. Tworzenie nowych gmin żydowskich oraz znoszenie lub przekształcanie już istniejących następuje w trybie przewidzianym w prawie wewnętrznym.
2. O faktach, o których mowa w ust. 1, zarząd Związku Gmin powiadamia niezwłocznie wojewodę właściwego ze względu na siedzibę gminy żydowskiej.
3. Nowo utworzone gminy żydowskie nabywają osobowość prawną z chwilą pisemnego powiadomienia właściwego wojewody. Odpis powiadomienia, z umieszczonym na nim potwierdzeniem odbioru, jest dowodem uzyskania osobowości prawnej.
4. Powiadomienie powinno zawierać informację o siedzibie gminy żydowskiej, jej zasięgu terytorialnym oraz wskazanie osób wchodzących w skład zarządu gminy.
5. Odpowiednio powiadamia się również:
1) Ministra Spraw Wewnętrznych i Administracji – w przypadku powołania lub odwołania osoby wchodzącej w skład zarządu Związku Gmin;
2) właściwego wojewodę – w przypadku powołania lub odwołania osoby wchodzącej w skład zarządu gminy.

Gminy żydowskie mogą się tworzyć, likwidować czy przekształcać, a wojewoda może się tylko temu przyglądać i przyjmować do wiadomości. W przypadku powołania lub odwołania osoby wchodzącej w skład zarządu gminy, powiadamiany jest wojewoda, a gdy dotyczy to Związku Gmin, to obecnie minister właściwy do spraw wyznań religijnych oraz mniejszości narodowych i etnicznych.

Art. 21. Współdziałanie organów władzy publicznej i wyznaniowych osób prawnych w zakresie ochrony i promocji dóbr kultury.

Instytucje państwowe, samorządowe i wyznaniowe współdziałają w ochronie, konserwacji, udostępnianiu i upowszechnianiu zabytków architektury i sztuki oraz ich dokumentacji, muzeów i archiwów będących własnością gmin żydowskich, a także dzieł kultury i sztuki o motywach religijnych, na zasadach określonych w odrębnych przepisach. – Na czym to współdziałanie ma polegać? Dziś już wiemy, co oni rozumieją pod pojęciem „współdziałania” – finansowanie.

Art. 22. Prawa majątkowe gmin żydowskich, Fundacja Ochrony Dziedzictwa Żydowskiego.

1. Wyznaniowym żydowskim osobom prawnym, o których mowa w art. 5, przysługuje prawo nabywania, posiadania i zbywania mienia ruchomego i nieruchomego, nabywania i zbywania innych praw oraz swobodnego zarządzania swoim majątkiem.
2. Gminy żydowskie i Związek Gmin prawa, o których mowa w ust. 1, mogą realizować samodzielnie, a także przez utworzoną w tym celu fundację z udziałem innych krajowych osób prawnych i fizycznych oraz zagranicznych organizacji Żydów pochodzących z Polski i Światowej Żydowskiej Organizacji Restytucji (World Jewish Restitution Organisation). – Czyli, mówiąc wprost, handel.

Art. 36. Przepis derogacyjny.

Traci moc rozporządzenie Prezydenta Rzeczypospolitej z dnia 14 października 1927 r. o uporządkowaniu stanu prawnego w organizacji gmin wyznaniowych żydowskich na obszarze Rzeczypospolitej Polskiej z wyjątkiem województwa śląskiego (Dz. U. z 1928 r. Nr 52, poz. 500 i z 1945 r. Nr 48, poz. 271) oraz wszelkie inne przepisy dotyczące spraw unormowanych w ustawie.
– Dlaczego województwo śląskie zostało wyłączone? Czyżby dlatego, że ma ono uzyskać autonomię?

Tworzeniem prawa, czyli uchwalaniem uchwał, zajmuje się Sejm. Uchwały są to przepisy ogólne, które wymagają uściślenia, a przede wszystkim instrukcji, jak mają być wprowadzane w życie. Do tego służą rozporządzenia, czyli przepisy wykonawcze i tym zajmuje się Rada Ministrów. W przypadku tej ustawy nie ma żadnej informacji o przepisach wykonawczych. Wiemy jedynie to, że gminy żydowskie rządzą się w swoich sprawach własnym prawem wewnętrznym. Nie wiemy jakie to sprawy i jakie to prawo. Prawo to uchwalane jest przez walne zgromadzenie Związku Gmin. Mamy więc do czynienia z dziwną sytuacją, w której rzeczona ustawa została zatwierdzona przez Sejm, a przepisy wykonawcze nie zostały opracowane przez Radę Ministrów, tylko prawdopodobnie przez walne zgromadzenie Związku Gmin. Piszę „prawdopodobnie”, bo tu już tylko pozostają domysły. Ta ustawa to klasyczne, w moim odczuciu, prawo talmudyczne, którego interpretacja zawsze będzie nasuwała wątpliwości i gubiła się w domysłach.

Ktoś może zapytać: A co nas to wszystko obchodzi? W zasadzie można by odpowiedzieć, że nic. Jest jednak „drobny” szczegół, który każe nam interesować się tą ustawą i tym jak jest ona realizowana. Tym szczegółem jest fakt, że to na jej podstawie następowało i następuje przekazywanie majątku byłych gmin żydowskich obecnym gminom. Jest to transfer pieniędzy od polskiego podatnika do żydowskich beneficjentów reprezentujących gminy żydowskie. Tym bardziej powinniśmy się nią interesować, że nie chodzi tylko o zwrot mienia, ale również o bieżące finansowanie, o którym mowa w art. 21. Prawdopodobnie na podstawie tego artykułu finansuje się renowację cmentarzy żydowskich i innych zabytków, ochronę muzeów i archiwów, będących własnością gmin żydowskich, a możliwe , że i budowa Muzeum Polin również była finansowana na jego podstawie.

Zrozumienie żydowskiej mentalności nie jest łatwe, bo opiera się ona na zupełnie innym systemie wartości niż nasz, innym systemie etycznym, jeśli w ogóle istnieje u nich coś takiego jak etyka w naszym rozumieniu. Wydaje mi się, że klarownie ujął ten problem Henryk Rolicki w przedmowie do swojej książki „Zmierzch Izraela”.

»Informowanie Aryjczyków o żydach, o ich przeszłości i teraźniejszości stało się niemal wyłącznym przywilejem samych żydów. Pouczając o sobie otoczenie, wśród którego żyją, nie mogą i nie starają się unikać jednostronności, tendencyjności, a częstokroć nie gardzą świadomym fałszem. Już powierzchowna obserwacja wskazuje, a głębsze studium potwierdza, że wymagania ich pod adresem rzetelności i prawdziwości podawanych faktów, ich oświetlenia, wyprowadzanych z nich wniosków są rażąco różne od tych wymogów, jakie my zwykliśmy stawiać prawdzie naukowej. Już Majmon Majmonides, filozof żydowski, zwany przez żydów „drugim Mojżeszem”, dopuszczał istnienie w dziełach naukowych „sprzeczności pozornej”. Ma ona miejsce wtedy, gdy autor z całą świadomością zawarł w swym dziele sprzeczności, czyli pomieścił w nim sądy prawdziwe i fałszywe, wyłączające się wzajemnie, a to z tego powodu, że istotnej prawdy nie chciał lub nie mógł wyjawić. Mamy tu więc do czynienia z uprawnioną metodą fałszowania prawdy i mistyfikacji. W tej metodzie celowali przed Majmonidesem żydzi aleksandryjscy, a i przed nimi metoda ta nie była obca pisarzom żydowskim.

W ten sposób dzieje żydostwa, pisane przez żydów na użytek Aryjczyków, a także na użytek własnego ludu, przedstawiają obraz w istocie swej fałszywy; nawet prawdziwe fakty otoczone są mglą szczegółów nieprawdziwych i oświetlone celowo. „Pozorne sprzeczności” utrudniają zrozumienie i wykrycie prawdy.

Styl książek, w których żydzi piszą o sobie, czy dla siebie, wymaga specjalnej lektury. Trzeba zgłębić jego właściwości, bo pierwsze wrażenie, jakie odnosi czytelnik, jest z reguły fałszywe. Mamy tu bowiem do czynienia z tzw. stylem rabinicznym, którego celem jest zakryć prawdę dla niewtajemniczonych w ten sposób, by te same zdania znaczyły dla jednych jedno, dla innych drugie. W tych warunkach czytanie staje się się chwilami odcyfrowywaniem rebusów.

Dwa czynniki ułatwiają żydom ukrywanie prawdy pod zasłoną tajemniczości: rola ustnej tradycji w ich nauce i właściwości języka hebrajskiego.

Tekst spisanych ksiąg żydowskich nie jest nigdy niezmienny. Spisanie – to tylko środek pomocniczy dla ułatwienia w posługiwaniu się tradycją. Toteż teksty ksiąg, zawierających dziejową mądrość narodu izraelskiego, ulegają w ciągu wieków ustawicznym zmianom. Każdy mędrzec, uczony w Zakonie, komentuje je w myśl potrzeby teraźniejszości, coś dopisuje, coś opuszcza, coś zmienia. Nie uchodzi to bynajmniej za fałszowanie; jest to raczej twórcza rola pretora wobec prawa rzymskiego, a więc uprawniona interpretacja, uzupełnianie i poprawianie tekstu i przepisów.

Język hebrajski daje wdzięczne pole do wieloznacznego wyrażania myśli. Podobnie jak inne języki wschodnie, lubuje się w obrazach alegorycznych, zastępujących ścisłe rozumowanie, a nadto właściwa pisownia jego pozbawiona jest samogłosek. Jakże łatwo więc jedno zdanie może być czytane w wieloraki sposób! Przypuśćmy na chwilę, że język polski nie posługuje się samogłoskami. Napiszmy sobie w takiej pisowni zdanie następujące: „dm zbj”. Można by je przeczytać: „Odma zabija” albo „Dom zbója”, ale także „Dym zabija”, albo nawet „Adam zabija”. Jest to więc pismo, które dla piszących stylem rabinicznym, pełnym „pozornych sprzeczności”, jest znakomitym tajnym szyfrem.

Nie sposób się dziwić, że tak spisaną wiedzę można przez wieki z powodzeniem ukrywać przed okiem niepożądanych ciekawskich i zachować jedynie dla wtajemniczonych. Wtajemniczenie staje się pracą, zajmującą całe życie. Stąd ważność i znaczenie szkół rabinicznych w życiu żydostwa.

Aryjski badacz nie dostąpi wtajemniczenia. Ci, których wtajemniczono dobrowolnie, jak np. Pico della Mirandola w czasach Odrodzenia, dowiedzieli się tylko tego, co zechcieli im dać ich przewodnicy.

Badający żydostwo musi sięgnąć po inną broń. Musi uzbroić się w logikę, której narzędzia dali nam już ojcowie naszej cywilizacji, starożytni Grecy i Rzymianie. Zestawiając fakty, musi szukać rozumem ich ukrytego wewnętrznego sensu. Musi trzymać na wodzy wyobraźnię i temperament, by nie poniosły go na manowce. Musi wreszcie mieć tę odwagę, która sprawia, że raczej przyzna się do niewiedzy, niż pozwoli sobie wyrazić stanowcze zdanie w przedmiocie, którego nie poznał.

Nie wolno mu się zarazić od pisarzy żydowskich kultem dla „pozornej sprzeczności”, ani zachwytem dla „stylu rabinicznego”. Czytelnik aryjski pragnie przede wszystkim prawdy i to pragnienie jest ostoją naszej cywilizacji. (…) Jedynym kluczem do zrozumienia żydostwa jest znajomość jego historii. Religia żydowska, to religia historyczna i polityczna.«