Kryzys gospodarczy

W swoich blogach często cytowałem fragmenty z książki Henryka Rolickiego Zmierzch Izraela. Wypada więc wyjaśnić skąd taki tytuł? Rolicki pisał tę książkę na przełomie lat 20-tych i 30-tych. Pierwsze wydanie ukazało się w 1932 roku. Później były kolejne. Mój egzemplarz jest prawdopodobnie reprintem drugiego wydania. To był czas wielkiego kryzysu z roku 1929, ale to był przede wszystkim wielki kryzys żydostwa. Tak uważał Rolicki i w tamtym czasie wydawało się mu, że żydostwo tego nie przetrwa. I stąd taki tytuł książki. On sam nie mógł być już świadkiem, jak ono z niego wybrnęło. Na przełomie 1939 i 1940 roku, jako przedstawiciel ONR(Obóz Narodowo-Radykalny), próbował przedostać się do Francji. Niestety w górach na Słowacji odmroził sobie nogi i pomimo operacji w szpitalu w Budapeszcie zmarł na początku 1940 roku.

Rolicki opisał ten kryzys w przedostatnim rozdziale zatytułowanym Kryzys gospodarczy. On zbiegł się również z kryzysem duchowym żydostwa. I temu kryzysowi też poświęcił on oddzielny rozdział. W rozdziale Kryzys gospodarczy cytuje on historyków, ekonomistów i polityków żydowskich. I dlatego to jest takie ważne, bo któż lepiej, niż oni sami, dokona analizy tego kryzysu, ich kryzysu.

Ja ten rozdział zacytuję w całości, bo on, w dobie obecnego kryzysu, staje się bardziej aktualny – jak nigdy wcześniej. I co ważniejsze, wyjaśnia, po co Żydom te ich wymysły typu socjalizm, kapitalizm, liberalizm itp.

»Już socjalizm głosił koncentrację kapitału i upadek małych przedsiębiorstw. Razem z nimi tracił możność egzystencji pośrednik żydowski. Już w połowie XIX w. przewidywali żydzi tę katastrofę, pozbawienie chleba szerokich mas żydowskich i szukali ratunku w dyktaturze proletariatu.

Wojna światowa okazała, że część diagnozy socjalistycznej jest słuszną. Nie upadły wprawdzie małe przedsiębiorstwa, lecz podważony został byt ekonomiczny mas żydowskich, skupionych na wschodzie Europy. Żydostwo wschodnie żyje od lat kilkunastu na koszt żydostwa amerykańskiego i staje się dlań nieznośnym, gniotącym ciężarem.

„Cała poprzednia rola pośredników stała się dziś na wskroś niepewną podstawą bytu” – Ignaz Zollschan Revision des judendischen Nationanlismus.

Cóż ma wobec tego począć żydostwo wschodnie? Ciężaru jego utrzymania nie wytrzyma długo żydowsko-amerykańska finansjera.

„Zostaje więc tylko jedna alternatywa: emigracja w inne kraje – albo przewarstwowienie (o ile to możliwe) w tym samym kraju ze wszystkimi jego skutkami.” – Zewi Parnass Kwestia żydowska w świetle nauki.

Łatwo to powiedzieć. Przewarstwowienie żydów, nadanie im społecznego wyglądu narodu normalnego, aby oprócz handlu i zawodów miejskich, mieli także odpowiednio liczną warstwę rolniczą i robotniczą, wymaga kompletnej reorganizacji żydowskiego życia.

„Żydostwo stoi przed zadaniem swej reorganizacji.” – Ignaz Zollschan Revision des judendischen Nationalismus.

Wojna światowa ujawniła w całej jego grozie kryzys gospodarczy wśród żydostwa wschodniego. Po prostu byt tego ośrodka czystego judaizmu został zagrożony. Bolszewizm mógł uratować sytuację, ale tylko wtedy, gdyby rozpostarł się na całą Europę. Klęska nad Wisłą zepsuła rachuby. Ograniczony do Rosji bolszewizm powiększył tylko nędzę żydostwa wschodniego. W Rosji przestał istnieć drobny handel, a przynajmniej został zredukowany do ciasnych granic. Pozarosyjskie żydostwo wschodnie utraciło możność handlu z Rosją.

„Dzisiejsze położenie żydów wschodu podobne jest do rozpaczliwego położenia żydów w krajach Europy zachodniej przed wojną trzydziestoletnią, w których wówczas przeważająca część żydostwa żyła. Jak wówczas katastrofa światowa stała się ratunkiem dla żydów, powołując ich do odbudowy zniszczonej Europy, tak zdaje się i wojna światowa w swoim łonie ukrywać zbawienie dla żydów dzisiejszych (chodzi tu o Palestynę – przyp. autora).” – Zewi Parnass Kwestia żydowska w świetle nauki.

Celem spieszenia z pomocą żydom wschodnim połączyły się wszystkie kierunki żydowskie. Na posiedzeniu Jointu w dn. 9 października 1926 r. mówił Louis Marshall:

„Ortodoksi i ultraortodoksi; żydzi reformowani, socjaliści i ultrasocjaliści pracowali wspólnie dla jednego celu; nie dać upaść żydostwu”. – „Moment” z dn. 31 października 1926 r., nr 248.

Hasło przewarstwowienia wśród żydów wschodnich, stanowiących rezerwuar żydostwa, zostało uznane za jedyny środek ratunku. Postanowiono złamać przeszło dwudziestowiekowy obyczaj i uczynić z żydów „naród normalny”. Do tak rozpaczliwych zamiarów doprowadziła groza położenia, szczególnie w Polsce.

W lutym 1929 r., prezes światowej organizacji „Ort”, na konferencji przedstawicieli prasy żydowskiej w Warszawie, dr Leo Bramson, „zastanawiał się nad przyczynami kryzysu ekonomicznego żydów w Polsce i wskazał, że główną jego przyczyną nie jest judofobia. Społeczeństwo żydowskie trawi choroba, która wpływa bardzo silnie na sytuację; my posiadamy za dużo kupców, my nie mamy dobrze wyszkolonych rzemieślników, my nie rozporządzamy dostatecznymi kredytami… Przy tym nasuwa się zajmujące zjawisko; różne zdobycze społeczne, każda dobra reforma państwowa, która jest pożyteczna dla innych, złą jest dla żydów.” – „Moment” nr 44 z 1929 r.

Próbowano sobie radzić z kryzysem sztuczkami, w jakie obfitują zakamarki ustroju kapitalistycznego.

„Zagadnienie, jakie mają rozwiązać angielscy właściciele kopalń, jest analogiczne do tego, jakie staje przed żydami polskimi, pracującymi w zawodach, które nie mogą wyżywić ich w większej liczbie. Tak, jak nowe rynki zbytu dla węgla angielskiego mogłyby rozwiązać zagadnienie angielskich właścicieli kopalń, tak samo dostatecznie szeroki rynek zbytu dla produktów drobnego przemysłu i handlu żydowskiego w Polsce mógłby w szerokich wymiarach rozwiązać gospodarcze zagadnienie żydowskie.” – G. Gliksman L’aspect économique de la question juive en Pologne.

Żydostwo widzi dwa wyjścia z sytuacji: rozszerzenie bolszewizmu na Europę, tzw. Weltoktober, albo zlikwidowanie bolszewizmu w Rosji.

Cytowany G. Gliksman jest zwolennikiem Weltoktober. „W świetle naszego studium radykalne rozwiązanie całości tych problemów, które oznacza się nazwą kwestii żydowskiej, nie wydaje się nam możliwe w społeczności kapitalistycznej, opartej na anarchicznej produkcji.” – G. Gliksman L’aspect économique de la question juive en Pologne.

Gliksman zdaje sobie sprawę, że przewrót ten jest ryzykownym zamiarem o charakterze politycznym i szuka wzrokiem sprzymierzeńców poza rzeszami żydowskimi.

„Skoro przeszkody do takiego rozwoju są przede wszystkim natury politycznej, więc w dziedzinę polityczną w pierwszym rzędzie muszą się skierować wysiłki tych wszystkich, którzy chcą się przyczynić do rozwiązania zagadnienia gospodarczego wśród żydów. Spośród wszystkich sił politycznych, działających w obecnej chwili w polskim życiu społecznym, mógłby – jak się zdaje – jedynie ruch socjalistyczny wprowadzić w życie te zasady ustroju ogólnego, na które właśnie wskazałem.” – G. Gliksman L’aspect économique de la question juive en Pologne.

Od chwili, gdy pisano te słowa, sytuacja pogorszyła się znacznie. Ujawnił się gospodarczy kryzys światowy. Narody w obronie własnej poczynają zrywać z dotychczasowymi zasadami swobody handlu międzynarodowego. Przykład daje Anglia, klasyczny kraj liberalizmu.

Zarówno kryzys, jak i jego skutki uderzają coraz silniej w żydowską finansjerę, tę ostoję wschodniego żydostwa. Rozmiary i trwałość kryzysu światowego zmuszają ludzi do myślenia, do szukania przyczyn. Ustala się zdanie, że przyczyny kryzysu leżą w podstawach samego ustroju kapitalistycznego.

Równocześnie chwieje się bolszewizm. System socjalistyczny nie zdał egzaminu.

Ustrój kapitalistyczny został narzucony światu przez żydów i przystosowany do ich potrzeb, do potrzeb nienormalnego narodu. W ich interesie oparł się na liberalizmie, na swobodzie międzynarodowego handlu, na anarchicznej produkcji towarowej, szukającej sztucznie tworzonych rynków zbytu. Wciągnął w pracę miliony maszyn i tworzył nie po to, by zaspokoić rzeczywiste potrzeby, lecz po to, by handlować. Rysy w tym ustroju widać było już z dawna i widzieli je sami żydzi, szukając ratunku dla siebie w przyszłym państwie socjalistycznym, równie beznarodowym i uniwersalnym, jak beznarodowy i uniwersalny był ich handel i przemysł światowy. Tymczasem próba ratunku zwiodła. Rewolucja rosyjska nie stała się uniwersalną, a zamknęła rosyjski rynek zbytu. Ustrój, rysujący się, nie mógł wytrzymać tego wstrząsu. Rewolucja rosyjska, o której od lat marzyły pokolenia żydowskie, runęła im na głowy już dzisiaj.

Śni im się jeszcze, że przez zlikwidowanie bolszewizmu przy pomocy graniczących z Rosją państw i wprowadzenie do niej ustroju liberalnego uda im się załatać dziurę. Ale naiwnych coraz mniej i marzenia takie wydają się równie niedościgłe, jak rozszerzenie rewolucji na zachód, jak Weltoktober. Oba prądy w łonie żydostwa wiodą zaciekłą walkę.

A kryzys postępuje dalej nieuchronnie, bezlitośnie. Żydzi, jako stojący w samym środku ustroju kapitalistycznego, oni, naród pośredników, biorą straszliwe cięgi. Kryzys objął już nawet czteromilionową rzeszę żydowską w Stanach Zjednoczonych. W Polsce sroży się bez pamięci i nie widać zeń wyjścia dla żydowskich mas, odkąd zasiłki żydów amerykańskich, objętych dziś katastrofą, muszą wysychać. Kryzys wśród nieżydów, mimo swego natężenia, jest tylko słabym odbiciem kryzysu wśród żydostwa.

W odezwie do żydów polskich z r. 1932, podpisanej przez wszystkie główne organizacje syjonistyczne, czytamy:

„W obecnym ciężkim czasie, kiedy jesteśmy wypierani ze wszystkich naszych pozycji, kiedy jesteśmy zajęci sprawą suchego chleba, kiedy nie ma jednej żydowskiej izby, która by nie była nawiedzona okropnym kryzysem, grzebiącym coraz więcej nasz byt ekonomiczny – w tym ciężkim okresie przychodzimy do was, towarzysze, z żądaniem przyłączenia się do hebrajskiego związku światowego… Prawda, że mamy jeszcze dość władzy i siły, aby kontynuować naszą narodową walkę na całym froncie, ciągnącym się z jednego końca świata na drugi, z pól i miast Syjonu do każdego zapadłego kącika żydowskiej izby w innym kraju. Naród żydowski jest nieśmiertelny i tak, jak zawsze w poprzednich pokoleniach przetrwaliśmy różne katastrofy i przełomy, tak również w dobie obecnej wyjdziemy zwycięsko z naszej walki starego narodu z najpotężniejszymi i najsilniejszymi tego świata; w końcu wznowimy nasze narodowe życie zarówno w Erec Izrael, jak we wszystkich innych krajach…” – „Hajnt” z dn. 2 marca nr 52.

W lutym 1932 wygłosił Chaim Bialik, uczeń i następca Achad-ha-Ama, po powrocie z Europy odczyt w Tel Awiwie w Palestynie, który streszcza żargonowy „Hajnt” w artykule, zatytułowanym: Bialik przekazuje Erec Izrael (Palestynie – przyp. autora) smutne pozdrowienia z golusu (krajów wygnania – przyp. autora).

„Jak się okazuje, dzięki troskom ostatnich lat doszło się do syjonizmu, który ma sens i wartość nie tylko dla ogółu, lecz również dla jednostki. Albowiem gospodarcze podstawy zostały zachwiane w tej mierze, że prawie każdy żyd czuje, że utracił swoje korzenie. Najgorzej jest z podrastającym pokoleniem. Ono „wisi w powietrzu” bez gruntu pod nogami. Wszędzie, gdzie żyją żydzi, wisi w powietrzu pytanie: co robić z dziećmi? To uczucie narzuca lęk i zwątpienie… Słyszeliście niewątpliwie o położeniu fabrykanta Oszera Kohna (właściciel widzewskiej manufaktury – przyp. autora), który przyobiecał nam duże rzeczy. Spotkałem się z nim i zobrazował mi położenie swoje i podobnych do niego. Człowieka ten obraz przejmuje przerażeniem. Spytałem go, czyżbyście nie mogli uratować części swego majątku, przenosząc go do Erec Izrael tak samo, jak dzisiaj jesteście dumni z tego, że dookoła was znajdują utrzymanie w waszym mieście setki rodzin. Odpowiedź brzmiała: Przy całej mojej woli nie mogę nic już uratować. Jeżeli bym wyrwał część, zapadnie się cała budowla. Jestem związany łańcuchami z układem moich stosunków. Nie mogę ruszyć ani ręką, ani nogą. Jak się okazuje, w takim samym położeniu są inni fabrykanci. Wszystko zależy od cudu, wszystko wisi na pajęczynie, na sztuczkach i kombinacjach, które umożliwiają pozorny byt. Jeżeli wyrwie się z tego jeden kamień, rozleci się wszystko.”

Światowy kryzys gospodarczy zachwiał Izraelem. Odczuwamy go i my, nieżydzi. Dlaczego? Bo daliśmy sobie narzucić ustrój gospodarczy, wymyślony przez żydów i dostosowany do potrzeb narodu chorego, przeżywającego stały kryzys od tysiącleci. Ratunku przeciw niedomaganiom tego ustroju szukaliśmy w ustroju socjalistycznym, wymyślonym znowu przez żydów i znowu dla potrzeb chorego narodu. Ocalić nas może tylko wyrwanie się z ustrojów sztucznych, a poszukiwanie ram, w których mogłyby żyć i rozwijać się narody zdrowe.

Naród, przeżywający wieczny kryzys, gdy narzuca swe myśli, zaraża otoczenie. Twórczość jego w każdej dziedzinie, a więc także w gospodarczej, wlecze za sobą zarodki choroby.«

W ostatnim rozdziale Perspektywy Rolicki pisze:

»Naród żydowski jest narodem chorym. Nie jest to wynikiem jego dziejów, wieki rozproszenia tylko spotęgowały jego chorobę. Istotną przyczyną jego choroby, jego tragicznego położenia jest jego dążenie mesjańskie, chęć narzucenia swej władzy i swego ducha innym narodom świata.

Poczucie choroby nurtuje wśród żydostwa. Wszak w r. 1929 poseł Grunbaum w swoim referacie w Lublinie powiedział wyraźnie:

„Chorego nie można tolerować. Nawet ojciec lub matka, jeżeli są stale chorzy, stają się ciężarem. Narody nie mogą nas znieść. My zarażamy powietrze, jako naród chory…” – „Moment” z r. 1929, nr 272.

Stwierdzenie jest, brak tylko wśród żydostwa należytego rozpoznania choroby. A dzieje jego wskazują, że bywały chwile, gdy przeciw tej chorobliwej manii mesjańskiej, wymagającej wiecznie ofiar z własnego plemienia, jak krwiożerczy Moloch, przeciw temu opętaniu zrywał się bunt wśród żydowskich rzesz. Przecież po niewoli babilońskiej w okresie reform Ezdrasza i Nehemiasza, mających na celu przez ogrodzenie Zakonu uzdolnić Izraela do roli mesjańskiej, ma miejsce secesja Samarytan nie chcących się poddać wymaganiom reformatorów. Jest to bunt przeciw tajnej organizacji, reprezentującej mesjanizm.

Potem znowu w Babilonii, gdy Izraelowi zarzuca się więzy Talmudu, zacieśniając ogrodzenie do ostatecznego stopnia dla tych samych celów co ongiś, zrywa się wśród żydostwa potężny ruch karaitów. I znowu jest to bunt przeciw tajnej organizacji, reprezentującej mesjanizm.

Są to chwile, w których rzesze trzeźwieją i krzyczą głośno, że mają dość bezustannych ofiar w imię chimery.

Dziś żydostwo, jak w końcu XV wieku, znalazło się znowu w położeniu rozpaczliwym. Gmach wzniesiony z takim nakładem starań, kosztem takich ofiar, rysuje się groźnie i znikąd nie widać podpory. We wszystkich narodach budzi się poczucie, że naród chory zaraża powietrze. Ta świadomość rośnie i będzie wzbierać z każdym rokiem. Pora zmyślnych sztuczek już nie wróci. Kryzys światowy likwiduje pomocnicze organizacje Izraela wśród nieżydów. Reszty dokona blask prawdy.

Diaspora żydowska po wiekach jest znowu poważnie zagrożona. Dziś żydzi jeszcze mogą przyczynić się do tego, by rozwiązanie nastąpiło z najmniejszym bólem, na pół dobrowolnie. Gdy świadomość wśród narodów wzrośnie, do czego mogą się jeszcze przyczynić nowe eksperymenty żydostwa, gnanego lękiem, który zaciemnia rozsądek, to nad głowami ludu izraelskiego zbierze się taka burza, że nie powstrzyma jej nic. Wtedy na ratunek, na spokojne rozwiązanie kwestii żydowskiej będzie już za późno.«

Rolicki był w swoim osądzie zbyt optymistyczny. Żydzi znaleźli sposób na wyjście z sytuacji, zdawałoby się bez wyjścia. On tego nie mógł zobaczyć, ale dzięki jego analizie łatwiej nam zrozumieć, co później zaszło. „Lekiem na całe zło” był kryzys 1929 roku, który Żydzi sami wykreowali, a który w efekcie doprowadził do wojny, zmieniającej diametralnie światową rzeczywistość. Po niej zastosowano Weltoktober w ograniczonej formie, tzn. ograniczono się do Europy wschodniej. Teraz już wiadomo dlaczego po II wojnie światowej nastąpił taki podział Europy. Wschodnia Europa stała się socjalistyczna pod dominacją bolszewizmu. Wariant z jego likwidacją nastąpił dopiero po 1989 roku. Instalując socjalizm w Europie wschodniej rozwiązywali Żydzi problem wschodnioeuropejskiej biedoty żydowskiej. W państwie socjalistycznym wszyscy mieli pracę, a ta żydowska biedota znalazła zatrudnienie nie tylko w państwowych zakładach, ale też w administracji, milicji, wojsku, sądach itp. To prawda, że w wyniku wojny część tej żydowskiej biedoty zginęła w obozach koncentracyjnych, ale to była stosunkowo niewielka część z większej całości, a poza tym to był koszt całej operacji. Żydzi nigdy nie mieli problemu ze składaniem ofiar z własnego narodu w celu realizacji swoich chorobliwych idei mesjańskich.

Obozy koncentracyjne na terenie Polski były więc częścią planu mającego na celu rozwiązanie problemu biedoty żydowskiej w Europie wschodniej. Nie było z tym problemu. Wśród nazistów aż się roiło od Żydów. A po wojnie, gdy zaczęli wymierać ci, którzy pamiętali tamte czasy, Żydzi zaczęli odwracać kota ogonem. Do spółki z nazistami, niemieckimi nazistami znaleźli „prawdziwego” winowajcę. I jeszcze domagają się odszkodowań za mienie, które pozostawiła ta biedota. Absurd? Ależ nie! Wystarczy tylko zmienić programy szkolne, wydawać odpowiednie „prace naukowe”, kręcić odpowiednie filmy i mieć w swoich rękach środki masowego przekazu.

Takie przedstawienie przez Rolickiego kryzysu żydostwa przed wojną skłania też do wniosku, że Stalin, Churchill i Roosevelt byli tylko kukiełkami, a Churchill wcale nie sprzedał Polski Stalinowi. I nie ci trzej panowie wyznaczali powojenny podział Europy.

W 1981 roku miałem okazję słuchać wykładu Kuronia. To, co wtedy mnie zaszokowało, to to, że on ciągle powtarzał, że Związek Radziecki musi upaść. Siedziałem, słuchałem i w duchu myślałem sobie: co on pier…! Taka potęga? To niemożliwe! Od kiedy żyłem, Związek Radziecki zawsze był potężny i nikogo się nie bał. A jednak! Kuroń miał rację. Skąd on to wiedział na 10 lat wcześniej? No wiadomo skąd!

Po 1989 roku dwubiegunowy porządek polityczny przestał istnieć. Jego likwidacja była wstępem do tworzenia porządku jednobiegunowego, co w praktyce oznaczało tworzenie rządu światowego. I dziś taki rząd istnieje, wprawdzie nieoficjalnie, ale istnieje. A Chiny jako przeciwwaga dla Ameryki? Chiny, tak samo jak reszta świata, stosuje reżim sanitarny wobec swoich obywateli. Wygląda na to, że zbliżamy się do ostatecznego rozwiązania. Tylko dla kogo będzie ono ostateczne? Czy ci, którzy dążą do niego, nie przeliczą się?

A może wcale nie chodzi o ostateczne rozwiązanie, tylko o znalezienie wyjścia z żydowskiego systemu finansowego, który zawiódł. System, oparty na niczym nieograniczonym kredycie, musiał się kiedyś załamać i załamał się. Załamuje się wszystko: systemy emerytalne, rynki finansowe, handel, produkcja, usługi, finanse państwowe i samorządowe. Żeby sobie z tym poradzić, potrzebne są radykalne posunięcia. Wojna światowa nie wchodzi w grę, bo mamy rząd światowy. Więc kto z kim miałby walczyć? Dlatego wymyślono pandemię. Ona ma zrobić to, co wcześniej robiły wojny. Ma zmienić obowiązujący porządek, którego nie da się już utrzymać. A czy on będzie wyglądał tak, jak nam mówią, że będzie to świat ludzi podłączonych do globalnego systemu informatycznego i całkowicie sterowalnych? Może tak. A może jest to tylko środek do celu, którzy znają ci, którzy to wszystko zaplanowali. Jedno wydaje się pewne, że jest to kolejny kryzys żydowski, z którego Żydzi próbują wyjść obronną ręką.

6 sierpnia

Obecna sytuacja związana z „pandemią” dowodzi, że mamy do czynienia z eksperymentem medycznym. Masowo aplikuje się ludziom na całym świecie nieprzetestowaną „szczepionkę”, której skutki działania, w większości przypadków, znane będą za 3-4 lata. Czy to pierwszy raz, gdy rządy dokonują eksperymentów na swoich obywatelach? Niestety nie. Właściwie to wszystkie wojny, sztucznie wywoływane, stawały się okazją do ich wykonywania. I mam tu na myśli nie tylko nazistowskie eksperymenty w obozach koncentracyjnych. Takim eksperymentem było też zrzucenie bomb atomowych na Hiroszimę i Nagasaki.

W Wikipedii możemy przeczytać, że były to jedyne w historii dwa przypadki użycia broni atomowej do działań zbrojnych. Ataku dokonały Stany Zjednoczone. W dniu 6 sierpnia 1945 roku zrzuciły bombę na Hiroszimę, a 9 sierpnia – na Nagasaki.

Od czerwca 1944 roku, po zdobyciu Marianów, dowództwo USAAF-u wysyłało superfortece B-29 nad japońskie miasta. To te same Mariany, które przed I wojną światową należały do Niemiec, a po jej zakończeniu, przyznano Japonii. Pomimo licznych nalotów Japonia nie zgadzała się na kapitulację. Jej stanowiska nie zmienił nawet potężny nalot dywanowy na Tokio z 9/10 marca 1945 roku. Był to najbardziej niszczycielski, przeprowadzony z użyciem bomb zapalających, atak powietrzny w historii. Wobec tego dowództwo amerykańskie planowało operacje, która zakładała desant 777 tys. żołnierzy amerykańskich na wybrzeżu Kiusiu. To najbardziej wysunięta na południowy-zachód wyspa archipelagu japońskiego. Pozostałe to Hokkaido (północ, zimowe igrzyska olimpijskie w Sapporo w 1972 roku), Honsiu (największa) i Sikoku.

Do desantu jednak nie doszło. Zdecydowano się na zrzucenie bomb atomowych. Pierwszy próbny wybuch bomby miał miejsce 16 lipca 1945 roku na poligonie wojskowym w stanie Nowy Meksyk. Jej siła rażenia zaskoczyła wszystkich naukowców i obserwatorów.

Na konferencji poczdamskiej (17 lipca – 2 sierpnia 1945 roku) sekretarz wojny Henry Stimson poinformował prezydenta Trumana, że prace nad bombą zostały ukończone i w przeciągu trzech tygodni może zostać ona zrzucona na jedno z japońskich miast. 26 lipca Truman ogłosił tzw. deklarację poczdamską, w której określił sposób zakończenia wojny – bezwarunkowa kapitulacja cesarstwa. Tego też dnia na wyspę Tinian (Mariany) przybył ciężki krążownik USS „Indianapolis”, przywożąc elementy bomby atomowej o nazwie „Little Boy”. Przez dwa dni rząd japoński obradował nad deklaracją. W końcu zdecydował, że Japonia nie zgadza się na postawione warunki. A te warunki to m.in. całkowita demilitaryzacja Japonii i ustanowienie obcych baz wojskowych na jej terenie.

W dniu 31 lipca został zakończony montaż „Little Boy”. Następnego dnia bomba była gotowa do użycia. Do realizacji zadania wyznaczono siedem superfortec B-29. Pierwsze trzy miały rozpoznać pogodę nad wyznaczonymi celami – Hiroszimą, Kokurą i Nagasaki. Bombę załadowano do B-29 o nazwie „Enola Gay”. Kolejny znajdował się na wyspie Iwo Jima (połowa drogi pomiędzy wyspą Tinian a wyspami japońskimi) w stałym pogotowiu, na wypadek kłopotów technicznych. Razem z „Enola Gay” leciał kolejny B-29 „The Great Artiste”, wyposażony w aparaturę kontrolno-pomiarową przeznaczoną do udokumentowania efektów wybuchu oraz samolot z numerem 911, z obsadą naukowców wyposażonych w kamery i sprzęt do fotografowania.

Źródło: Wikipedia

„Little Boy” wybuchł o 8:16 (czasu Hiroszima), 43 sekundy po zrzuceniu z „Enola Gay”, 580 metrów nad dziedzińcem szpitala Shima, 240 metrów na południowy wschód od mostu Aioi, w który celował bombardier Thomas Ferebee. Pilotem bombowca był Paul Tibbets. Wybuch miał siłę około 16 kiloton TNT. Nad centrum miasta zaczął formować się gigantyczny słup dymu, przybierający kształt grzyba. Jego wysokość sięgała kilkunastu kilometrów. Szacuje się, że zginęło około 30% populacji miasta (70-90 tys. mieszkańców), a liczba ta do dziś jest sporna. Z 76 tys. budynków, 70 tys. zostało zburzonych lub uszkodzonych, w tym 48 tys. całkowicie.

Zrzucenie bomby na Hiroszimę nie doprowadziło do bezwarunkowej kapitulacji Japonii. Wojskowi przekonywali cesarza, że Amerykanie dysponowali tylko jedną bombą. Wobec tego Amerykanie podjęli decyzję o zrzuceniu kolejnej bomby. Dodatkowym motywem do szybkiego zakończenia wojny z Japonią były szybkie postępy ofensywy radzieckiej w Mandżurii.

9 sierpnia Amerykanie wykonali kolejny nalot. O wiele bardziej złożona implozyjna bomba plutonowa „Fat Man” spadła na Nagasaki. Pierwotnie celem miała być Kokura, jednak zbyt duża pokrywa chmur uniemożliwiająca celowanie optyczne oraz coraz bardziej aktywna japońska obrona przeciwlotnicza nad miastem, spowodowała zmianę obiektu ataku. Bomba wybuchła o 11:02 czasu lokalnego z siłą ocenianą później na 22 kiloton TNT i 3 km od planowanego celu.

Ponieważ otaczające dzielnicę wzgórza osłabiły siłę fali uderzeniowej, „Fat Man”, pomimo że blisko dwukrotnie silniejszy niż „Little Boy” zrzucony na Hiroszimę, spowodował mniejsze szkody w ludziach i zabudowaniach. Niemniej jednak miasto zostało całkowicie zniszczone w promieniu ok. 1,6 km od miejsca wybuchu, a do sporych zniszczeń w dalszych jego częściach doprowadziły liczne pożary. Szacuje się, że eksplozja bomby „Fat Man” zabiła 40–70 tys. osób (do końca roku 1945 zmarło 70 tys. ludzi), w tym nieznaną liczbę uchodźców z Hiroszimy.

Ataki atomowe nadal nie przekonywały japońskich władz do kapitulacji. Kręgi wojskowe były zdecydowane dalej prowadzić wojnę. Dopiero 10 sierpnia cesarz Hirohito rozkazał przyjąć propozycję Amerykanów i to jego autorytet, niezaprzeczalny dla każdego ówczesnego Japończyka, w dużym stopniu zadecydował o kapitulacji kraju. Jedynym warunkiem japońskiej propozycji przekazanej Amerykanom za pośrednictwem Szwajcarii było, aby Hirohito zachował tytuł i pozycję cesarza. Tego samego dnia wieczorem prezydent Truman przyjął kapitulację Japonii i nazajutrz rozkazał wstrzymanie wszelkich operacji wojskowych (kolejny nalot atomowy z użyciem bomby „Fat Man II” był przygotowywany na 17-18 sierpnia). 15 sierpnia cesarz wygłosił orędzie, w którym ogłosił zawieszenie broni. 2 września na pokładzie USS „Missouri” Japonia podpisała akt „bezwarunkowej kapitulacji”.

Oceny długoterminowych skutków ataków jądrowych na Hiroszimę i Nagasaki nie są jednoznaczne. Według części szacunków w ciągu kolejnych 6 lat na chorobę popromienną umarło jeszcze 60 tysięcy ludzi.

Oszacowanie rzeczywistych strat (zabici i zmarli w ciągu pierwszego dnia po wybuchu) jest niemożliwe. Oficjalne szacunki amerykańskie w 1945 roku mówiły o 70 tys. śmiertelnych ofiar w Hiroszimie. Jezuici mający swoją misję w Hiroszimie podawali liczbę co najmniej 100 tys. zabitych. Później liczba ta stopniowo rosła, co należy przypisać chorobie popromiennej i skażeniu radioaktywnemu.

Tak to przedstawia Wikipedia. Fakty są bezdyskusyjne, natomiast pewne próby interpretacji motywów, jakimi kierowały się obie strony, mogą budzić pewne zastrzeżenia. Pomijając jednak te próby interpretacji motywów obu stron, fakty nieodparcie skłaniają do wniosku, że był to eksperyment. Eksperyment, na który zgodziły się obie strony, czy może raczej oba rządy. Jedni nie mieli skrupułów, by zrzucić bomby na bezbronną ludność cywilną, na miasta. Drudzy zgodzili się na to, by to ich obywatele zostali poddani temu eksperymentowi. Dlaczego zrzucono bomby na bezbronną ludność, a nie na wojsko? Przecież to wojsko japońskie walczyło z wojskiem amerykańskim. Zwykli ludzie nie mieli nic do tego, może nawet byli przeciwni wojnie, bo na wojnie giną żołnierze, którzy wywodzą się z tych zwykłych ludzi. Na wojnie nie giną politycy i generałowie, chociaż to oni powinni ponosić konsekwencje swoich decyzji.

Wszystko wskazuje na to, że sam konflikt pomiędzy USA i Japonią, zapoczątkowany atakiem na amerykańską bazę Pearl Harbor, został wywołany sztucznie. Japończycy tak zaatakowali bazę, by zniszczeń było jak najmniej. W wyniku ataku zginęło 2335 amerykańskich żołnierzy i marynarzy oraz 68 cywilów. Amerykanie stracili pięć pancerników, z których trzy udało się wyremontować i nadal wykorzystywać. Ponadto stracili 2 niszczyciele i jeden stary pancernik, służący jak okręt pomocniczy. Dwa główne cele Japończyków, czyli lotniskowce USS Lexington i USS Enterprise wypłynęły wcześniej w morze. Pierwszy wypłynął z portu 5 grudnia z zadaniem dostarczenia grupy samolotów na wyspę Midway, a drugi – 28 listopada z podobnym zadaniem dostarczenia grupy samolotów na wyspę Wake.

Podczas ataku infrastruktura bazy w Pearl Harbor odniosła tylko nieznaczne szkody. Japończycy nie zniszczyli również ogromnych i łatwo widocznych zbiorników z olejem napędowym, niezbędnych do dalszych działań floty (zgromadzonych było 4,5 mln baryłek ropy). Chodziło więc o pretekst do rozpoczęcia wojny, a nie o zniszczenie bazy na Hawajach. Gdyby ją zniszczono, to amerykańskie działania na Pacyfiku byłyby bardzo ograniczone.

Ciekawe informacje można znaleźć w artykule Adama Szostkiewicza Hiroszima i Nagasaki. Trauma Japonii, Polityka nr 31/2005. Jeszcze wczoraj link do tego artykułu działał. Dziś już – nie. Poniżej wybrane przeze mnie fragmenty.

Ranek 6 sierpnia 1945 r. był pogodny. Amerykańskie bombowce typu B-29 nadlatywały na dużej wysokości nad wybrzeże południowej Japonii. Wychwycił je japoński radar w Hiroszimie, ale operator uznał, że to akcja zwiadowcza i nie ogłosił alarmu. Kapitan marynarki wojennej William Parsons uzbroił bombę dopiero podczas lotu. Chłopczyk – tak przezwano bombę – naszpikowany był 60 kg uranu. Kwadrans po ósmej lokalnego czasu dowódca bombowca płk Paul Tibbets zrzucił bombę na miasto.

Wydaje się mało prawdopodobne, żeby operator mógł podjąć taką decyzję samodzielnie. W wojsku nie ma miejsca na samowolne interpretowanie tego, czy coś jest powodem do ogłaszania alarmu, czy nie jest. W takim wypadku operator zapewne poinformował swoich zwierzchników, a oni uznali, że nie ma powodu, by go ogłaszać. Tylko czy dlatego, że zignorowali zagrożenie, czy zrobili to świadomie, być może na czyjeś polecenie. Podobnie zachowali się Amerykanie w Pearl Harbor, gdy „uznali” nadlatujące japońskie samoloty za ich własne.

Dalej w tym artykule można przeczytać:

Cesarz, rząd i naczelne dowództwo w Tokio wiedziały już, że w Hiroszimie stało się coś, co przyspieszy klęskę Japonii, ale dopiero szesnaście godzin po ataku nabrały pewności, że jest ona nieuchronna. W specjalnym oświadczeniu prezydent Harry Truman poinformował świat, że lotnictwo amerykańskie zrzuciło jedną bombę o sile ponad 20 tys. ton trotylu: „Japończycy zaczęli wojnę atakiem z powietrza na Pearl Harbor. Odpłaciliśmy im teraz po wielekroć. Ale koniec jeszcze nie nadszedł. Tą bombą powiększyliśmy dramatycznie nasze możliwości niszczenia”. Komunikat był jasny: Stany Zjednoczone posiadają broń atomową i są gotowe użyć jej przeciwko Japonii.

Mamy więc odwołanie do ataku na Pearl Harbor i teraz spotkała Japończyków zasłużona kara. Jest to klasyczne kreowanie konfliktów: akcja i reakcja. A że Amerykanie wiedzieli o tym ataku, że prawdopodobnie było współdziałanie obu stron, by do tego ataku doszło, to o tym prezydent nie może oczywiście wspomnieć.

Czy da się tę hekatombę usprawiedliwić? Spór o to do dziś dzieli historyków. Koronny argument zwolenników użycia bomby jest ten, że ataki na Hiroszimę i Nagasaki przyspieszyły kapitulację Japonii, a przez to oszczędziły życie nie tylko setek tysięcy żołnierzy amerykańskich, którzy nie musieli już dokonywać inwazji Wysp Japońskich, ale także jeszcze większej liczby potencjalnych ofiar po stronie japońskiej.

Przeciwnicy ataku atomowego twierdzą, że Japonia była już na kolanach – kilku ówczesnych amerykańskich naczelnych dowódców wojskowych, m.in. generałowie Eisenhower i MacArthur, admirałowie Leahy i Nimitz, odradzało atak jako militarnie nieuzasadniony. Niektórzy dowódcy japońscy twierdzili, że to nie bomby atomowe Amerykanów, ale przystąpienie Sowietów do wojny przesądziło o kapitulacji Cesarstwa 15 sierpnia 1945 r. A już na pewno – dowodzili – niepotrzebne było zniszczenie Nagasaki.

Skoro najwyżsi rangą amerykańscy dowódcy wojskowi uznali atak za militarnie nieuzasadniony, to chyba wiedzieli, co mówili i chyba nikt bardziej niż oni nie znał faktycznej sytuacji na froncie walki z Japonią. Podjęto inną decyzję, a więc nie czynniki militarne decydowały, tylko polityczne. Bombę zrzucono po to, by później innym pokazać skutki jej działania i w ten sposób zastraszyć. Jak to zrobić, gdy zrzuca się ją na poligonie? Bez ofiar, spalonych czy napromieniowanych ciał? To nie zadziała na ludzką wyobraźnię. Perfidia doskonała!

Opinia amerykańska poznała makabryczne szczegóły ataków dopiero w rok później. Tygodnik „The New Yorker” prawie cały numer datowany 31 sierpnia 1946 r. wypełnił opowieścią Johna Herseya o skutkach zrzucenia bomby atomowej na Hiroszimę. Tekst ten przeszedł do historii prasy światowej: „To być może najsłynniejszy materiał kiedykolwiek opublikowany w tygodniku”, napisał „New Yorker” w nekrologu Herseya (zmarł w 1993 r.).

Relację tłumaczono na wiele języków i drukowano w formie książkowej w milionach egzemplarzy. Tylko w powojennej Japonii amerykańskie władze okupacyjne ociągały się z wyrażeniem zgody na edycję japońską (ostatecznie „Hiroszima” ukazała się tam w 1949 r.). Stylem zbliżonym do „Medalionów” Nałkowskiej autor opowiada o losach sześciorga ocalałych z wybuchu mieszkańców miasta, w tym niemieckiego misjonarza i japońskiego pastora. Jeden z naukowców amerykańskich pracujących nad bombą atomową napisał: „Płakałem, czytając opowieść Herseya o tym, co spotkało tę szóstkę, która szczęśliwie ocalała. Wstydzę się na wspomnienie, że piliśmy szampana na wieść o ataku na Hiroszimę, kiedy tam mieszkańcy miasta przeżywali niewysłowione cierpienia”.

Albert Einstein zamówił tysiąc egzemplarzy numeru z „Hiroszimą” Herseya: genialny fizyk należał do grupy uczonych, którzy skrytykowali użycie bomby atomowej przeciwko cywilom. Leo Szilard, inny naukowiec, który pracował nad amerykańską bombą i także uważał, że Ameryka nie powinna była użyć jej pierwsza, zauważył, że gdyby Niemcy użyli bomby atomowej do ataku na miasta, zostałoby to uznane za zbrodnię wojenną, a sprawców skazano by w Norymberdze na karę śmierci i powieszono. Istniała możliwość zademonstrowania potęgi bomby atomowej bez zabijania ludzi.

To ciekawe, że ci wszyscy naukowcy, którzy przyczynili się do powstania bomby atomowej, okazali się tacy „naiwni” i „wierzyli”, że nie zostanie ona użyta przeciw cywilom. Taka bomba nie mogła działać wybiórczo, niszczyła wszystko, co spotkała na swojej drodze. Wiedzieli, jak działa reakcja łańcuchowa. Oni nie mogli powiedzieć, że tylko wykonywali rozkazy, ale dobrze płatna posada jest nie do pogardzenia, szczególnie dla emigrantów, a takimi byli Einstein i Leo Szilard, węgierski Żyd.

Po stronie zachodniej nie brakuje więc wyrzutów sumienia. A po japońskiej? Hiroszima to dla Japończyków słowo niemal święte – wyjaśnia brytyjski pisarz, miłośnik i znawca Japonii Ian Buruma – symbol narodowego męczeństwa i absolutnego zła, tak jak w Europie Auschwitz; w znakomitej książce o japońskim rachunku sumienia Buruma cytuje japońskiego uczonego, profesora Saika: „Atak atomowy na Hiroszimę był największym grzechem XX w.”.

Japończycy utożsamiają się więc z ofiarami Hiroszimy, ale tego, jaka droga zaprowadziła Japonię ku tej tragedii, wolą nie rozpamiętywać. Kiedy wyrwie się tragedię miast z kontekstu wojny rozpętanej przez Cesarstwo w Azji Wschodniej, odpowiedzialność zaczyna się rozmywać. Naród agresorów zamienia się w naród męczenników.

Atak atomowy na Hiroszimę był największym grzechem XX w.”. Dziś już wiemy, że obowiązuje inna narracja. Największym grzechem XX wieku był holocaust. Tak nam się wmawia już od wielu lat i nic nie wskazuje na to, by coś zmieniło się w tej materii w dającej przewidzieć się przyszłości.

W ostatnim akapicie autor, Adam Szostkiewicz, pisze, że kiedy wyrwie się tragedię miast z kontekstu wojny rozpętanej przez Cesarstwo w Azji Wschodniej, to odpowiedzialność zaczyna się rozmywać i naród agresorów zmienia się w naród męczenników. Czy rzeczywiście tak było, że Cesarstwo rozpętało wojnę?

Na mocy traktatu pokojowego, po I wojnie światowej, Japonia otrzymała prawa poniemieckie w Szantungu (prowincja na wschodnim wybrzeżu Chin) oraz Wyspy Marshalla, Mariany i Karoliny. Te wyspy leżą w południowo-zachodniej części Pacyfiku na wschód od Filipin i na północ od Australii.

Po upadku Francji marionetkowy rząd Vichy podpisał z Japończykami porozumienie, na mocy którego północna część Indochin Francuskich przeszła pod kontrolę Japonii. W lipcu 1941 roku, korzystając ze sprzyjających okoliczności, Japończycy zajęli także południową część Półwyspu Indochińskiego, co spotkało się z gwałtowną reakcją Waszyngtonu zaniepokojonego niekontrolowaną ekspansją mocarstwa.

Marionetkowy rząd Vichy podpisał porozumienie, jakie podyktowali mu Niemcy, których sojusznikiem podczas II wojny światowej była Japonia. Tak więc Japonia stała się mocarstwem na zasadzie – jak dają to bierzemy. Kto by nie wziął! Jednak nie wszystko jest takie proste. W blogu „7 grudnia” pisałem:

„Na początku okresu Edo (1600-1868) Japończycy prowadzili handel z państwami Azji oraz Europejczykami przebywającymi w Japonii (Portugalczycy, Hiszpanie, od 1609 roku Holendrzy, od 1613 Anglicy). Po jakimś czasie Japończycy stracili zaufanie do Europejczyków i nastąpił okres izolacji. Na przełomie XVIII i XIX wieku ponownie wzrosło ich zainteresowanie Japonią. Byli to głównie Rosjanie, Brytyjczycy i Amerykanie. W 1854 roku na skutek działań komandora M.C. Perry’ego, dowódcy eskadry amerykańskich okrętów, Japonia zaczęła otwierać swoje granice. Podpisała traktat o przyjaźni z USA (m.in. otworzyła porty), następnie z Wielką Brytanią, Rosją (1855), Holandią (1856), W 1858 zawarła traktaty handlowe z USA (m.in. prawo eksterytorialności), Wielką Brytanią, Rosją, Holandią, Francją, Portugalią (1860), Prusami (1861).

Tak to opisuje Wikipedia. Nie precyzuje jednak, jakie to były działania komandora Perry’ego. Długo pertraktował on z Japończykami, ale ci byli nieustępliwi. Dopiero gdy użył decydującego argumentu, którym były armaty, poddali się. Kilka salw w ich kierunku uzmysłowiło im, że przeciwnik jest nie do pokonania. Oni ich nie mieli. Ten ostateczny, decydujący argument, to ultima ratio regum – ostateczny argument królów. Ten łaciński napis umieszczany był z rozkazu Ludwika XIV i Fryderyka II Pruskiego na działach z brązu.

Skoro komandor Perry użył tego ostatecznego argumentu, to chyba nie tylko po to, by przekonać Japończyków do swoich racji, ale również po to, by ich podporządkować Ameryce. Ta zależność nie zniknęła i zapewne trwa do dziś. Była więc również w okresie II wojny światowej. Czy zatem Amerykanie wydali Japończykom rozkaz ataku na Pearl Harbor? Nie wiem i nigdy się nie dowiem, ale wcale nie zdziwiłbym się, gdyby tak było.”

Jaki więc był ten imperializm japoński i skąd on się wziął? Państwa europejskie i Ameryka wykreowały go dla własnych celów. Trzeba jednak dodać, że konferencję w Wersalu finansował Rotszyld. Bez tego faktu zrozumienie czegokolwiek w polityce międzywojnia i II wojny światowej będzie trudne. Ktoś, kto finansował taką konferencję, miał zapewne wpływ na jej skład, a zatem i wpływ na to, co miało się dziać w najbliższej przyszłości i tej dalszej.

Jeśli ktoś przeprowadza eksperyment, powiedzmy w laboratorium, to obserwuje jego przebieg, notuje to, co zauważył, robi uwagi, może nawet fotografuje pewne zjawiska. Tworzy więc jego pełną dokumentację.

A jak to było w Hiroszimie? Razem z „Enola Gay” leciał kolejny B-29 „The Great Artiste”, wyposażony w aparaturę kontrolno-pomiarową przeznaczoną do udokumentowania efektów wybuchu oraz samolot z numerem 911, z obsadą naukowców wyposażonych w kamery i sprzęt do fotografowania.

Już same nazwy tych samolotów wskazują, że ci, którzy je tak ochrzcili, musieli mieć coś nie tak z głową. „Enola Gay” – „gay”, to chyba w tym wypadku jakiś „wesołek”, czy coś podobnego. „The Great Artiste” – „Wielki Artysta”. Czy ci, którzy skompletowali taką aparaturę pomiarową i naukowców wyposażonych w kamery i sprzęt do fotografowania nie wiedzieli, że bomba spadnie na niewinną ludność? Czy ci naukowcy nie wiedzieli o tym? A później płakali. Że co? Że żołnierze japońscy byli często wyjątkowo okrutni wobec swoich przeciwników i ludności cywilnej podbitych krajów? Byli! Ale to ich i ich dowódców należało karać, a nie bezbronną i niewinną ludność, którą potraktowano jak zwierzęta, na których przeprowadza się eksperymenty. A okrutni byli nie tylko żołnierze japońscy. W Europie nie było lepiej. Ale i w Europie i w Azji cierpieli niewinni ludzie.

Z tego, co wydarzyło się w Hiroszimie i Nagasaki płynie jeden wniosek: wszystkie rządy traktują swoich obywateli jak podludzi; mogą zrobić z nimi wszystko i nie będą miały najmniejszych skrupułów, by zrobić to, co uznają za konieczne z ich punktu widzenia. Do swych celów angażują pomocników, najczęściej naukowców z różnych dziedzin. W przypadku bomby atomowej byli to fizycy jądrowi. Obecnie wykorzystują biotechnologów, wirusologów, biologów, personel medyczny różnych stopni. I oni, dobrze opłaceni, również nie mają najmniejszych skrupułów, by służyć tym rządom. Doskonale wiedzą, że ta „szczepionka” służy do zabijania ludzi. Tylko, że tym razem działa ona w sposób niewidoczny i nie od razu. I to im nie przeszkadza, podobnie jak kiedyś fizykom nie przeszkadzało to, że bomba atomowa, z racji swej natury, bardziej będzie groźna dla ludzi niż dla wojska. Wygląda więc na to, że za pieniądze można z człowiekiem zrobić wszystko, a ten eksperyment, któremu jesteśmy obecnie poddawani, w swoich skutkach, będzie o wiele groźniejszy niż wszystko, czego ludzkość dotychczas doświadczyła. Jeśli więc są jeszcze ludzie, którzy wierzą w to, że rząd wszystko robi w trosce o nasze bezpieczeństwo i zdrowie, to ich przebudzenie będzie bardzo bolesne.

Gibraltar

W lipcu 1943 roku wiele się działo. 5 lipca bitwa pod Kurskiem, 10 – „akcja” w Jedwabnem, a na Sycylii wylądowały wojska angielskie, kanadyjskie i amerykańskie. 11 lipca – rzeź wołyńska. A wcześniej, 4 lipca, doszło do katastrofy w Gibraltarze. Co tam zaszło i czy był to wypadek, czy zaplanowana zbrodnia, tego pewnie nigdy się nie dowiemy z racji utajnienia dokumentów przez Anglików. Pozostaje jedynie próba dojścia do prawdy na podstawie tych faktów, których nikt nie kwestionuje i które są dostępne w Wikipedii i na nich będę się opierał.

Władysław Sikorski, jako dowódca okręgu we Lwowie, nie bierze udziału w zamachu majowym i nie popiera Piłsudskiego. 19 marca 1928 roku prezydent Ignacy Mościcki zwolnił go z tego stanowiska i od tego momentu uzyskuje Sikorski status generała do dyspozycji, czyli że został on zepchnięty na boczny tor. Do 1939 roku pozostawał w dyspozycji Ministra Spraw Wojskowych. Studiował we Francji w Ecole Superieure de Guerre. W 1936 roku był jednym z sygnatariuszy antysanacyjnego Frontu Morges.

Front Morges to porozumienie działaczy stronnictw centrowych, powstałe w 1936 roku z inicjatywy generała Władysława Sikorskiego i Ignacego Paderewskiego w celu walki z dyktaturą sanacyjną i prowadzoną przez nią polityką zagraniczną. Porozumienie zostało zawiązane w szwajcarskiej miejscowości Morges, w której mieszkał Ignacy Paderewski. Należeli również do niego Józef Haller, Wojciech Korfanty, Karol Popiel, płk Izydor Modelski, gen. Marian Januszajtis, Włodzimierz Marszewski. Zamierzali powołać Ignacego Paderewskiego na stanowisko prezydenta, a Wincentego Witosa na stanowisko premiera. Żądali przywrócenia demokracji i zacieśnienia współpracy z Francją.

Wraz z zaostrzeniem się sytuacji międzynarodowej, Sikorski powrócił do kraju w 1938 roku. Wiązało się to z nadzieją na pełnienie stanowiska, na którym mógłby w pełni wykorzystać swe zdolności. W 1939, jeszcze przed rozpoczęciem kampanii wrześniowej (25 sierpnia), domagał się od marszałka Edwarda Śmigłego-Rydza przydziału do jednostki frontowej, lecz go nie otrzymał. Nie zaprzestał jednak kolejnych prób dotarcia do Wodza Naczelnego, przygotowując nowe pismo i wręczając je emerytowanemu majorowi Julianowi Malinowskiemu, który miał je przekazać marszałkowi Śmigłemu-Rydzowi. Usiłowania te nie przyniosły jednak zamierzonego skutku. W takich okolicznościach przedostał się przez Rumunię do Francji, gdzie już 28 września, a więc jeszcze przed ustaniem walk w Polsce, podjął się – za przyzwoleniem aliantów – tworzenia polskiej armii na uchodźstwie.

Na stronie Gimnazjum Dwujęzycznego nr 50 im. Gen. Władysława Sikorskiego w Warszawie możemy przeczytać taką informację, dotyczącą tego okresu:

1 września 1939r. wybuchła wojna. 5 września rząd i Naczelne Dowództwo ewakuowało się z Warszawy. Nocą, z 6 na 7 września, zgodnie z ogólnym poleceniem komendanta miasta, Sikorski również opuścił Warszawę. Ponieważ tylko Wódz Naczelny mógł go przywrócić do czynnej służby, Sikorski ruszył za nim w bezskuteczną pogoń. We Lwowie spotkał generała Sosnkowskiego, który wystawił jemu i jego towarzyszom odpowiednie dokumenty podróży. 17 września dowiedzieli się o wkroczeniu Armii Czerwonej, a o zmierzchu znaleźli Naczelne Dowództwo w Kutach. Marszałek Śmigły, choć rad z przybycia generała, nie mógł przydzielić mu żadnej funkcji. 18 września Sikorski, jadąc za kolumną Naczelnego Dowództwa, przekroczył granicę z Rumunią w Czeremoszu. W niewielkim hoteliku w przygranicznym miasteczku Wyżnica, spotkał ambasadora Francji. Ten, przeczuwając internowanie władz polskich i wiedząc, że Polacy będą się bili, o ile znajdzie się ktoś z nienaruszonym autorytetem wojskowym, postanowił uchronić za wszelką cenę Sikorskiego. Po tej rozmowie, generał wyjechał do Bukaresztu. Tymczasem rząd i marszałek Śmigły Rydz rzeczywiście zostali internowani.

22 września Sikorski był już w Paryżu, a 28 września – w dniu kapitulacji Warszawy, przekazano mu dowództwo Wojsk Polskich we Francji. 30 września został premierem Rządu Jedności i Obrony Narodowej, a dnia 7 listopada, dekretem Prezydenta Rzeczypospolitej, Sikorski został mianowany Naczelnym Wodzem i Generalnym Inspektorem Sił Zbrojnych.

Trudno oczywiście uwierzyć w to, że to spotkanie było przypadkowe. Sikorski od 1928 roku częściej przebywał we Francji niż w Polsce i był frankofilem. Tak samo trudno uwierzyć w to, że ambasador francuski przeczuwał internowanie. On to po prostu wiedział. Zapewne Sikorski znacznie wcześniej został wytypowany przez Francuzów na przyszłego szefa rządu polskiego i dlatego nie został internowany. Przecież po to internowano polski rząd w Rumunii, by zrobić miejsce nowemu, emigracyjnemu. I po to zlikwidowano polskie wojsko, by móc tworzyć nowe na emigracji.

W Paryżu dołączył do Władysława Raczkiewicza i Stanisława Mikołajczyka. Ten pierwszy został wyznaczony na mocy art. 13 konstytucji kwietniowej przez Ignacego Mościckiego na prezydenta RP. Sam Mościcki ustąpił z tego stanowiska. Raczkiewicz powierzył misję tworzenia rządu Augustowi Zaleskiemu byłemu ministrowi spraw zagranicznych w sanacyjnych rządach. Jednak jego pozycja była bardzo słaba – klęska wrześniowa podkopała autorytet tego obozu. Dodatkowo większość znanych przywódców sanacyjnych znajdowała się w Rumunii lub na Węgrzech. We Francji natomiast bardzo silna była opozycja wobec tego obozu, której liderem był Władysław Sikorski. Generał postrzegany był jako frankofil i polityk mający bardzo dobre kontakty z władzami francuskimi. 30 września 1939 mianowany został przez prezydenta Raczkiewicza nowym premierem rządu Rzeczypospolitej. Jednocześnie przedstawiciele opozycji zawarli z politykami sanacyjnymi przebywającymi we Francji tzw. umowę paryską, zgodnie z którą ustalono, iż swoje konstytucyjne prerogatywy prezydent będzie wykonywał w porozumieniu z premierem.

W połowie października do Paryża przybył generał Kazimierz Sosnkowski, który został wyznaczony przez Raczkiewicza na następcę prezydenta w przypadku opróżnienia urzędu. Wszedł też w skład rządu jako minister bez teki. Zwolennicy sanacji pragnęli, aby został on również mianowany Naczelnym Wodzem Polskich Sił Zbrojnych. Obóz zwolenników Sikorskiego nie dopuścił jednak do tego i 7 listopada 1939 Sikorski został mianowany przez prezydenta RP Naczelnym Wodzem i Generalnym Inspektorem Sił Zbrojnych (stanowisko to wakowało po internowanym w Rumunii Edwardzie Rydzu-Śmigłym). Rząd Sikorskiego został natychmiast uznany przez Francję i Wielką Brytanię za legalne i suwerenne przedstawicielstwo państwa polskiego. USA uznały ten fakt 2 października 1939. Tymczasem do gabinetu wszedł bliski przyjaciel generała, Stanisław Kot, obejmując resort spraw wewnętrznych. Wzmocniło to pozycję premiera.

Wygląda więc na to, że II RP była państwem, od momentu jej powstania, skazanym na likwidację, a jej politycy marionetkami. Czy można się temu dziwić, że postanowienia konferencji pokojowej w Wersalu były takie, a nie inne, skoro w całości finansował ją Rotszyld. Celem zamachu majowego było zdobycie władzy przez siły, które miały bez przeszkód doprowadzić do wojny z Niemcami. Wojny bez sensu, bo przeciwnik znacznie silniejszy, lepiej uzbrojony i zorganizowany i mogący uderzyć z trzech stron. Nikt o zdrowych zmysłach nie podjąłby takiej decyzji. Tak mógł tylko zrobić rząd masoński. Gdy już murzyn zrobił swoje, to został internowany w Rumunii, a jego wojsko zlikwidowane. Musiał zrobić miejsce nowemu rządowi i nowemu wojsku. Rząd na uchodźstwie i tam tworzone wojsko zawsze będzie zależne od tego, kto udziela gościny i musi postępować zgodnie z jego życzeniem. Był więc Sikorski i wszyscy pozostali politycy marionetkami w rękach Francuzów, a później Anglików. To, że do rządu i działalności politycznej na emigracji dopuścili oni też polityków sanacyjnych, jak choćby Raczkiewicz, świadczy o tym, że całkowicie kontrolowali poczynania obu stron.

W tym czasie Władysław Sikorski skupił się na tworzeniu armii polskiej we Francji – 4 stycznia 1940 zawarto z rządem francuskim umowę wojskową i porozumienie dotyczące lotnictwa. W 1940 Samodzielna Brygada Strzelców Podhalańskich wzięła udział w bitwie o Narwik, a dwie polskie dywizje brały udział w obronie Francji przed Niemcami, podczas gdy brygada zmotoryzowana i dwie dywizje piechoty były w trakcie tworzenia. W Syrii powstawała Brygada Strzelców karpackich, do której napływali Polacy, którym udało się opuścić Rumunię. Siły powietrzne RP we Francji składały się z 86 samolotów wchodzących w skład czterech szwadronów, z czego półtora szwadronu gotowe było do walki, reszta znajdowała się w różnym stadium formowania. W tym czasie Polska pozostawała trzecim najsilniejszym aliantem, mając ponad 84 tys. żołnierzy w samej Francji.

Po ataku Niemiec na Francję i pokonaniu przez nich wojsk francuskich, Władysław Sikorski nie zgodził się na propozycję marszałka Philippe Pétaina, który postulował bezwarunkową kapitulację. Poufne informacje o rozmowach francusko–niemieckich na temat poddania się trafiły do rządu polskiego 13 czerwca. 17 czerwca gabinet otrzymał oficjalną informację o kapitulacji. Uwalniało to oficjalnie Polskie Siły Zbrojne od obowiązku współpracy z Francją. Klęska tego kraju była dla Sikorskiego ogromnym zawodem i rozczarowaniem. Do końca wierzył w jej potęgę militarną oraz wolę walki francuskiego społeczeństwa. Po kapitulacji Francji, wewnątrz rządu polskiego na uchodźstwie pojawiły się głosy o konieczności rozwiązania gabinetu Sikorskiego. Dzięki energicznej postawie Sikorskiego i pomocy brytyjskiej nie doszło do tego.

19 czerwca 1940 spotkał się z premierem Winstonem Churchillem i obiecał mu, że polskie oddziały będą walczyć razem z brytyjskimi aż do zwycięstwa. 5 sierpnia 1940 podpisał umowę w sprawie odbudowy polskiej armii i rządu polskiego na wychodźstwie w Wielkiej Brytanii. W wyniku ewakuowania polskich żołnierzy na Wyspy, a rządu do Londynu, w tych strukturach powstały zalążki armii, floty wojennej i handlowej oraz lotnictwa. Po utworzeniu kolaboranckiego państwa Vichy i rozłamu we francuskich siłach zbrojnych, armia polska w Wielkiej Brytanii i na Bliskim Wschodzie stała się na pewien czas drugą co do wielkości aliancką siłą zbrojną.

Proces ewakuacji polskich oddziałów na Wyspy Brytyjskie i związane z tym problemy wpłynęły na wykształcenie się wielu nieporozumień osobistych pomiędzy politykami emigracyjnymi, które z kolei doprowadziły do kryzysu w rządzie na uchodźstwie. 18 lipca prezydent Raczkiewicz przesłał Sikorskiemu pismo, w którym odwołał go ze stanowiska premiera. Generał nie przyjął go, ale prezydent na szefa rządu desygnował Zaleskiego. Głównym powodem zdymisjonowania Sikorskiego był jego stosunek do ZSRR. Uważał on, że trzeba poszukiwać porozumienia ze Związkiem Sowieckim. 19 czerwca Sikorski złożył rządowi brytyjskiemu memoriał, w którym przewidywał utworzenie 300-tysięcznej armii złożonej z Polaków przebywających w ZSRR. Dokument ten nie był konsultowany ani z prezydentem, ani z resztą gabinetu. Tymczasem zarówno Raczkiewicz, jak i Zaleski twierdzili, że Polska jest w stanie wojny zarówno z Niemcami, jak i ze Związkiem Sowieckim.

Przeciwko dymisji Sikorskiego opowiedziała się grupa oficerów związana z Wodzem Naczelnym, jak również Rada Narodowa. 20 lipca Władysław Raczkiewicz zmuszony był wycofać swą decyzję. Generał Sikorski zatrzymał stanowisko szefa rządu, ale pod warunkiem rezygnacji z planów rozpoczęcia rokowań z ZSRR. Dzięki temu zwiększyły się wpływy obozu sanacyjnego na politykę zagraniczną rządu RP na uchodźstwie.

W tym momencie już wyraźnie widać, po co, już teraz tylko Anglikom, potrzebni byli politycy sanacyjni. Ich koncepcja to: Niemcy i Związek Radziecki to wrogowie, z którymi się nie rozmawia. Sikorski natomiast chciał rozmawiać ze Związkiem Radzieckim. Do momentu zaatakowania Związku Radzieckiego przez Niemcy Sikorski był jeszcze do zaakceptowania. Później stawał się coraz bardziej niewygodnym.

Po ataku Niemiec na ZSRR (operacja Barbarossa) w czerwcu 1941, Sikorski był jednym z pierwszych polityków, którzy spostrzegli diametralną zmianę sytuacji. Pomimo tego, w dzień po tym ataku, w przemówieniu radiowym z 23 czerwca 1941 generał przekazał warunki, na jakich rząd polski nawiąże stosunki dyplomatyczne z ZSRR. Sikorski chciał przywrócenia stosunków polsko–sowieckich do stanu sprzed agresji ZSRR na Polskę 17 września 1939, w tym potwierdzenia granicy państwowej ustalonej w traktacie ryskim z 1921. Ponadto chciał dla niej gwarancji Wielkiej Brytanii i USA. Podkreślał także konieczność poprawy sytuacji ludności polskiej, która znalazła się na terenach okupowanych przez ZSRR po 17 września 1939. Tymczasem ZSRR kwestionował zasadę przywrócenia status quo ante i twierdził, że zmiany graniczne nastąpiły za zgodą ludności wyrażoną w pseudowyborach do tzw. Zgromadzeń Ludowych Zachodniej Ukrainy i Zachodniej Białorusi w październiku 1939.

Winstonowi Churchillowi zależało na szybkim zawarciu porozumienia ze Stalinem. Wywierał więc w tej sprawie naciski na polskiego premiera. Wstępne rozmowy w tej sprawie zaczęły się 5 lipca 1941. Oprócz Sikorskiego i ambasadora ZSRR w Londynie Iwana Majskiego, brał w nich udział także przedstawiciel rządu brytyjskiego Alexander Cadogan a później minister Anthony Eden. Majski był świadomy swojej mocnej pozycji w tych rokowaniach. Zdawał sobie sprawę z tego, że Churchillowi bardziej zależy na wciągnięciu Stalina do sojuszu, niż zagwarantowaniu Polsce korzystnej sytuacji po zakończeniu wojny. Z tego względu zajął nieugięte stanowisko, a Sikorski był poddany naciskom brytyjskim w kierunku zawarcia porozumienia. Ostatecznie w artykule 1 układu Rząd ZSRR uznał, że traktaty sowiecko-niemieckie z 1939 roku tracą moc, zaś Rząd RP stwierdzał, że nie jest związany żadnym układem skierowanym przeciw ZSRR. W protokole dodatkowym rząd ZSRR zagwarantował “amnestię” dla obywateli polskich: więźniów politycznych i zesłańców pozbawionych wolności na terenie ZSRR w więzieniach i obozach Gułagu, a także jeńców. Treść układu Sikorski interpretował jako możliwość uznania przez ZSRR po zakończeniu wojny przedwojennych granic Polski.

Rokowania prowadzone z ZSRR spowodowały skonsolidowanie się opozycji wobec poczynań Władysława Sikorskiego. Przewodził jej generał Kazimierz Sosnkowski minister bez teki w rządzie na uchodźstwie. Burzliwy przebieg miały dwa posiedzenia Rady Narodowej – 15 i 21 lipca, podczas których z ostrą krytyką wobec Sikorskiego wystąpił minister spraw zagranicznych August Zaleski. 25 lipca rząd opuściło trzech jego dotychczasowych członków: Zaleski, Sosnkowski i Marian Seyda (minister sprawiedliwości). Grupa ta była zdania, iż z podpisaniem ewentualnego układu ze Stalinem należy się wstrzymać do czasu, aż sytuacja militarna ZSRR w wojnie z Niemcami będzie na tyle zła, że ZSRR będzie zmuszony do ustępstw. Podobnego zdania był prezydent Raczkiewicz, który 29 lipca odmówił premierowi udzielenia pełnomocnictw niezbędnych dla zawarcia układu. Generał Sikorski był jednak zdania, że wszelka zwłoka wpłynie niekorzystnie na międzynarodową pozycję rządu polskiego. Ponadto sądził, że nie można pozwolić na dłuższe niż to konieczne pozostawanie ludności polskiej pod sowiecką jurysdykcją. Z tego względu zdecydował się na zawarcie porozumienia na własną odpowiedzialność, bez prezydenckich pełnomocnictw.

30 lipca 1941 podpisał układ z reprezentującym ZSRR ambasadorem Iwanem Majskim. Podczas uroczystości zawarcia porozumienia obecni byli również Churchill i Eden. Do umowy dołączono także tajny protokół, w którym stwierdzano, iż istnieje możliwość prowadzenia dalszych rozmów w kwestiach, które nie zostały poruszone w treści dokumentu. Porozumienie Sikorski–Majski zostało skrytykowane przez niechętną Sikorskiemu opozycję. Szczególnie zwrócono uwagę na określenie „amnestia”, sugerujące fakt, iż Polacy znajdujący się na ziemiach okupowanych przez ZSRR podlegają prawu tego kraju, a więc znajdują się na terytorium należącym do ZSRR. Słowo to sugerowało również, że obywatele polscy popełnili jakieś przestępstwa. Układ Sikorski–Majski nie był ratyfikowany i nie był w konsekwencji umową międzypaństwową, lecz rodzajem protokołu.

W konsekwencji układu władze sowieckie ogłosiły amnestię dla Polaków osadzonych w obozach Gułag-u na Dalekiej Północy i deportowanych w głąb ZSRR w latach 1939-1941 oraz na utworzenie Armii Polskiej w ZSRR pod dowództwem gen. Władysława Andersa. Dzięki temu później – po ewakuacji wojska i znacznej ilości ludności cywilnej na Bliski Wschód – udało się opuścić terytorium ZSRR ok. 115 tys. ludzi.

Zawarcie układu Sikorski–Majski bez upoważnienia prezydenta RP wywołało poważny kryzys w rządzie polskim na uchodźstwie. 27 lipca ze stanowiska ustąpił minister spraw zagranicznych August Zaleski. Nieco później z rządu wyszli także Seyda i Sosnkowski. Nad rezygnacją zastanawiał się również prezydent Raczkiewicz, ale ostatecznie pozostał i 22 sierpnia zdecydował się na podpisanie dekretów zwalniających wyżej wymienionych ministrów. Na ich miejsce do gabinetu weszli: Edward Raczyński (objął stanowisko 3 września, jako kierownik resortu spraw zagranicznych), Herman Liberman (PPS, minister sprawiedliwości, Lieberman zmarł 21 października, zastąpił go Wacław Komarnicki) i Karol Popiel (Stronnictwo Pracy, minister bez teki).

30 listopada 1941 Sikorski przyleciał do Kujbyszewa, gdzie wizytował tworzące się polskie oddziały. Następnie w dniach 3–4 grudnia spotkał się ze Stalinem. Zaproponował mu wyprowadzenie armii polskiej do Iranu na co nie uzyskał zgody. Ustalono natomiast, że będzie się ona składać z 6 dywizji liczących ok. 96 tys. żołnierzy oraz z formacji pomocniczych w skład których wejdzie dalsze ok. 30 tys. osób. Stalin zgodził się również na ewakuację z ZSRR 25 tys. żołnierzy. Efektem rozmów było także podpisanie 4 grudnia wspólnej deklaracji politycznej Sikorski-Stalin. Sikorski uważał wówczas, że „z ZSRR należy zawrzeć długotrwały sojusz na bazie antyniemieckiej i na zawsze skończyć z przedwojenną sanacyjną polityką lawirowania między dwoma wrogami i awanturami w stosunku do ZSRR w rodzaju marszu na Kijów w 1920 r… budować drogę ku przyszłości, prostować relacje między nami”.

Wkrótce okazało się, że ZSRR wciąż planuje przejęcie kontroli nad ziemiami polskimi po zakończeniu wojny. ZSRR rozpoczął dyplomatyczną ofensywę po pierwszym znaczącym sukcesie militarnym, jakim było zatrzymanie ofensywy Wehrmachtu na Moskwę Już w styczniu 1942 Sowieci ujawnili swoje pretensje do Lwowa. 26 stycznia brytyjski dyplomata Stafford Cripps przekazał Sikorskiemu, że dowiedział się w Moskwie, iż Stalin planuje przekazać Polsce Prusy Wschodnie oraz przesunąć polską granicę wschodnią do tzw. linii Curzona. Sikorski ostro sprzeciwiał się jakimkolwiek zmianom granic państwa polskiego w czasie wojny. Jego zdaniem postanowienia Karty Atlantyckiej i traktatu ryskiego gwarantowały Polsce nienaruszalność jej granic. Jego nieugięta postawa wkrótce wpłynęła na pogorszenie nie tylko relacji polsko–sowieckich, ale i sytuacji całego sojuszu brytyjsko–amerykańsko–sowieckiego. Rooseveltowi i Churchillowi zależało bowiem na jak najlepszej współpracy z ZSRR. Postawa polskiego premiera wywoływała u nich zniecierpliwienie. Tymczasem gen. Władysławowi Andersowi udało się doprowadzić do udzielenia poparcia przez mocarstwa zachodnie dla planu ewakuacji Polskich Sił Zbrojnych do Iranu przy pozostawieniu ośrodków rekrutacyjnych Wojska Polskiego w ZSRR. Nastąpiło to w kwietniu i sierpniu 1942, podczas natarcia niemieckiego na Kaukaz i Stalingrad.

W marcu 1942, w czasie lotu samolotu z generałem Sikorskim nad Atlantykiem, ppłk Bohdan Kleczyński udaremnił próbę zamachu, w porę wykrywając i rozbrajając świecę dymną wielkiej mocy, co groziło unicestwieniem maszyny. W listopadzie 1943 roku ma miejsce drugi zamach na lotnisku Dorval pod Montrealem.

W 1943 napięte stosunki pomiędzy rządem polskim na uchodźstwie i ZSRR zostały wystawione na ciężką próbę. 13 kwietnia Niemcy obwieścili o odkryciu ciał 4 tys. polskich oficerów zamordowanych przez NKWD i pochowanych w zbiorowych mogiłach w katyńskim lesie niedaleko Smoleńska. W odpowiedzi na komunikat Radia Berlin radio moskiewskie 15 kwietnia 1943 nadało komunikat Sowinformbiuro (Sowieckie Biuro Informacyjne), który 16 kwietnia 1943 roku opublikowano również w gazecie „Prawda”. Komunikat oskarżał o zbrodnię Niemców i stwierdzał, że polscy jeńcy wojenni pracowali w 1941 na robotach budowlanych na zachód od Smoleńska i latem 1941 roku wpadli w ręce wojsk niemieckich. Propaganda nazistowska kierowana przez Józefa Goebbelsa wykorzystywała sprawę katyńską do skłócenia Polski, aliantów i ZSRR.

Gdy 16 kwietnia Władysław Sikorski odmówił uznania powyższej oficjalnej sowieckiej interpretacji zbrodni katyńskiej i zażądał śledztwa Międzynarodowego Czerwonego Krzyża w tej sprawie, został oskarżony przez ZSRR o współpracę z III Rzeszą. 26 kwietnia 1943 ZSRR zerwał stosunki dyplomatyczne z rządem polskim na uchodźstwie. Stalin w korespondencji z Churchillem nie wykluczał wznowienia stosunków warunkując to zmianami personalnymi w składzie rządu polskiego. W odpowiedzi Churchill pisał 12 maja, „że można ulepszyć skład rządu polskiego, chociaż byłoby bardzo trudno znaleźć lepsze kandydatury. Podobnie jak Pan myślę, że Sikorskiego i niektórych innych w każdym razie powinno się zatrzymać”. Jednocześnie Stalin powołał Związek Patriotów Polskich z Wandą Wasilewską na czele i rozpoczął organizację 1 Dywizji Piechoty im. Tadeusza Kościuszki pod nominalnym dowództwem ppłk. Zygmunta Berlinga (któremu Stalin nadał stopień generała brygady), faktycznie podporządkowanej politycznie Stalinowi. Posunięcia te były politycznie skierowane przeciw Rządowi RP na uchodźstwie i miały stanowić podstawę dla tworzenia podporządkowanego ZSRR ośrodka władzy w Polsce. W czerwcu 1943 Wódz Naczelny i premier RP gen. Władysław Sikorski uznał wojsko Berlinga za „polską dywizję komunistyczną, o charakterze dywersyjnym”, samego jego twórcę za „zdrajcę, który zdezerterował z Wojska Polskiego”.

Sikorski wydał jednak zgodę na rozmowy swoich przedstawicieli w Polsce i dowództwa Armii Krajowej z działaczami Polskiej Partii Robotniczej. Komuniści zamierzali powierzyć Sikorskiemu stanowisko premiera w rządzie wyzwolonej przez Armię Czerwoną Polski. W czasie inspekcji polskich oddziałów w Afryce Północnej, według Ksawerego Pruszyńskiego 2 lipca 1943 w Kairze Sikorski mówił o konieczności pogodzenia się ze zmianą wschodniej granicy Polski i dokonania konstruktywnego zwrotu w stosunkach polsko-radzieckich.

Czy był to zamach, czy wypadek? W grudniu 2013 roku IPN umorzył śledztwo w tej sprawie stwierdzając, że dowody nie pozwalają ani potwierdzić, ani wykluczyć tezy o zamachu.

Według ekspertyzy profesora Jerzego Maryniaka z Politechniki Warszawskiej, opartej na symulacji numerycznej lotu Liberatora i laboratoryjnych badaniach tonięcia modelu tego samolotu, samolot ten był sprawny przez cały okres lotu i świadomie sterowany do momentu wodowania.

Według Dariusza Baliszewskiego, dziennikarza i historyka, Sikorski i jego współpracownicy zostali zamordowani jeszcze przed lotem w rezydencji gubernatora, a katastrofa była mistyfikacją w celu ukrycia zabójstwa. Baliszewski wskazuje, że za zabójstwem stali niechętni Sikorskiemu Polacy z ppor. Ludwikiem Łubieńskim (szefem polskiej misji wojskowej na Gibraltarze) i Brytyjczycy. Natomiast córka Sikorskiego Zofia Leśniowska została uprowadzona przez Sowietów za wiedzą strony brytyjskiej.

Według Tadeusza Kisielewskiego, politologa i historyka, główną rolę w przeprowadzeniu kontrolowanego wodowania samolotu odegrał nie pierwszy pilot Eduard Prchal, ale podmieniony drugi pilot. Wskazuje on na stronę sowiecką jako głównego inspiratora i sprawcę zamachu. Podobnie jak Baliszewski uważa, że Leśniowska została porwana przez Sowietów. Sugeruje on, że została ona wysłana przez ojca na tajne rozmowy z Sowietami. Miał jej towarzyszyć sekretarz Adam Kułakowski (jego ciało także nie zostało odnalezione). Z negocjatorów mieli stać się zakładnikami przetrzymywanymi w willi NKWD pod Moskwą. Ponadto nie istnieje też żadne potwierdzenie, że Leśniowska weszła na pokład samolotu.

Czyli dalej nic nie wiemy, bo nawet nie ma zgodności, co do tego, kto to zrobił? W takich wypadkach wypada sięgnąć do naszych korzeni, znaczy do korzeni naszej kultury i cywilizacji. Kiedyś, dawno temu, za moich czasów studenckich, miałem okazję zetknąć się ze studentami prawa. U nich najważniejszym egzaminem na studiach był egzamin z prawa rzymskiego. Jak go zdali, to już byli prawnikami i przez resztę studiów mogli pić, co też zresztą często robili. Ponad 1500 lat minęło od czasu upadku Imperium Rzymskiego, a prawo rzymskie nadal jest najważniejszym przedmiotem na wydziale prawa. A skoro tak jest, to znaczy, że jest ono ponadczasowe. Może więc, wielokrotnie sprawdzona zasada: is fecit, cui prodest (ten zrobił, komu to przynosi korzyść), wywodząca się z Rzymu, jest również ponadczasowa i jej przywołanie również ułatwi nam odpowiedź na pytanie: kto tego dokonał?

Ten dokonał, komu polityka Sikorskiego przeszkadzała najbardziej. W odróżnieniu od sanacji skłaniał się on ku współpracy ze Związkiem Radzieckim. W ostateczności zgadzał się nawet na linię Curzona. Uważał więc, że niepodległość jest najważniejsza, i że jak trzeba zapłacić za nią wiele, to trzeba zapłacić. Problem jednak polegał na tym, że na tej niepodległości nie zależało politykom sanacyjnym, a tym bardziej Anglii i Związkowi Radzieckiemu. Anglia sprzedała swojego wiernego sojusznika nowemu, znacznie potężniejszemu, sojusznikowi. Stalinowi nie była potrzebna 300 tysięczna armia polska podległa polskiemu dowództwu, która, wracając do Polski, stanowiłaby podstawę jej suwerenności. Z kolei Churchillowi taka armia przydałaby się do walki z Niemcami. Oderwana od swojej ojczyzny nie mogła jej w żaden sposób pomóc. Stalin, zwalniając tych więzionych żołnierzy, pozbywał się problemu, bo już nie musiał się przed nikim tłumaczyć, co się z nimi stało. Mógł zacząć tworzyć polskie wojsko całkowicie mu podległe. Idealne rozwiązanie dla obu stron i tragiczne dla Polski.

Na drodze do realizacji tego planu była tylko jedna przeszkoda – Sikorski. Jak pisał Churchill do Stalina, „że można ulepszyć skład rządu polskiego, chociaż byłoby bardzo trudno znaleźć lepsze kandydatury. Podobnie jak Pan myślę, że Sikorskiego i niektórych innych w każdym razie powinno się zatrzymać”. Sam Churchill wystawił taką laurkę Sikorskiemu. I pewnie była to najwybitniejsza osobowość tamtych czasów. Utalentowany wojskowy, a może jeszcze bardziej utalentowany polityk. W sensie intelektualnym pewnie nie ustępował Churchillowi i Stalinowi. Niestety niewiele mógł zrobić. Polska i Polacy byli tylko przedmiotem wielkiej polityki, a nie jej podmiotem. Tę próbę, próbę uczynienia z Polski podmiotu polityki, podjął Sikorski. Skończyło się to dla niego tragicznie. My jednak powinniśmy wyciągnąć z tego jeden wniosek, że na drodze do niepodległości Polski stoją potężne siły i jak trzeba, to nie cofną się przed niczym.

11 lipca

Rzeź wołyńska, to, jak pisze Wikipedia, ludobójstwo dokonane przez nacjonalistów ukraińskich przy aktywnym, częstym wsparciu miejscowej ludności ukraińskiej wobec mniejszości polskiej byłego województwa wołyńskiego II RP (w czasie wojny należącego do Komisariatu Rzeszy Ukraina), podczas okupacji terenów II Rzeczypospolitej przez III Rzeszę, w okresie od lutego 1943 do lutego 1945.

Ofiarami mordów, których kulminacja nastąpiła w lecie 1943, byli Polacy, w dużo mniejszej skali Rosjanie, Ukraińcy, Żydzi, Ormianie, Czesi i przedstawiciele innych narodowości zamieszkujących Wołyń. Nie jest znana dokładna liczba ofiar, historycy szacują, że zginęło około 50-60 tys. Polaków i w odwecie 2-3 tysiące Ukraińców. Analogiczne ludobójstwo zostało przeprowadzone przez oddziały UPA na terenie Małopolski Wschodniej w pierwszej połowie 1944 roku.

O świcie (godzina 3 nad ranem) 11 lipca 1943 roku oddziały UPA dokonały skoordynowanego ataku na 99 polskich miejscowości, głównie w powiatach horochowskim i włodzimierskim pod hasłem Śmierć Lachom. Po otoczeniu wsi, by uniemożliwić mieszkańcom ucieczkę, dochodziło do rzezi i zniszczeń. Ludność polska ginęła od kul, siekier, wideł, kos, pił, noży, młotków i innych narzędzi zbrodni. Polskie wsie po wymordowaniu ludności były palone, by uniemożliwić ponowne osiedlenie się. Była to akcja dobrze przygotowana i zaplanowana. Na przykład akcję w pow. włodzimierskim poprzedziła koncentracja oddziałów UPA w lasach zawidowskich (na zachód od Porycka), w rejonie Marysin Dolinka, Lachów oraz w rejonie Zdżary, Litowież, Grzybowica. Na cztery dni przed rozpoczęciem akcji we wsiach ukraińskich odbyły się spotkania, na których uświadamiano miejscową ludność o konieczności wymordowania wszystkich Polaków. Rzeź rozpoczęła się o godz. 3 rano 11 lipca 1943 roku od polskiej wsi Gurów, obejmując swoim zasięgiem Gurów Wielki, Gurów Mały, Wygrankę, Żdżary, Zabłoćce-Sądową, Nowiny, Zagaje, Poryck, Oleń, Orzeszyn, Romanówkę, Lachów, Swojczów, Gucin i inne. We wsi Gurów na 480 Polaków ocalało tylko 70 osób; w kolonii Orzeszyn na ogólną liczbę 340 mieszkańców zginęło 270 Polaków; we wsi Sądowa spośród 600 Polaków tylko 20 udało się ujść z życiem, w kolonii Zagaje na 350 Polaków uratowało się tylko kilkunastu.

Zabójstw dokonywano z wielkim okrucieństwem. Wsie i osady polskie ograbiono i spalono. Po dokonanych masakrach do wsi na furmankach wjeżdżali chłopi z sąsiednich wsi ukraińskich, zabierając całe mienie pozostałe po zamordowanych Polakach. Główna akcja trwała do 16 lipca 1943. W całym zaś lipcu 1943 celem napadów stało się co najmniej 530 polskich wsi i osad. Wymordowano wówczas siedemnaście tysięcy Polaków, co stanowiło kulminację czystki etnicznej na Wołyniu.

To są podstawowe fakty na temat rzezi wołyńskiej i tzw. krwawej niedzieli 11 lipca 1943roku. Była to, jak pisze Wikipedia, akcja zorganizowana i wcześniej zaplanowana. Wszystko to działo się na terenach okupowanych przez Niemców. Trudno sobie wyobrazić, by mogło to się dziać bez ich wiedzy i aprobaty. Również polityka sanacyjna wobec mniejszości ukraińskiej sprawiała wrażenie, jakby celowo dążono do tego, by tej ludności dostarczyć pretekstu do zemsty. Trudno to wszystko zrozumieć. Nie ma rady, trzeba zacząć od początku.

Organizacja Ukraińskich Nacjonalistów (OUN) – ukraińska nacjonalistyczna organizacja polityczno-wojskowa została założona w 1929 roku w Wiedniu. Kierowała się ona ideologią ukraińskiego nacjonalizmu, dążąc do zbudowania na ziemiach uznawanych przez nią za ukraińskie nieodległego państwa o ustroju zbliżonym do faszyzmu. W praktyce działała konspiracyjnie, głównie w II Rzeczypospolitej, prowadząc działalność terrorystyczną, dywersyjną, szkoleniową i propagandowo-oświatową. W 1940 roku doszło do rozłamu OUN na dwie frakcje, następnie organizacje: OUN-B (banderowców pod przywództwem Stepana Bandery) oraz OUN-M (melnykowców pod przywództwem Andrija Melnyka).

OUN powstała na I Kongresie OUN w dniach 27 stycznia – 3 lutego 1929 roku w Wiedniu, w wyniku połączenia trzech emigracyjnych organizacji:

  • Ukraińskiej Organizacji Wojskowej (UWO)
  • Związku Ukraińskiej Młodzieży Nacjonalistycznej (SUNM)
  • Legii Ukraińskich Nacjonalistów (LUN)

Ukraińska Organizacja Wojskowa (UWO) – była nielegalną, terrorystyczną organizacją ukraińską w II RP, działającą w latach 1920-1933. Powstała 31 sierpnia 1920 roku w Pradze. Nazwa jej nawiązywała do Polskiej Organizacji Wojskowej (POW), tajnej organizacji z lat 1914-1921. Członkowie UWO odwoływali się do polskich doświadczeń z walk o niepodległość. W 1925 roku kwatera główna UWO została przeniesiona do Berlina. UWO korzystała z materialnego wsparcia Czechosłowacji, zwłaszcza prezydenta Tomasa Masaryka i ludzi z jego otoczenia. Natomiast Legia Ukraińskich Nacjonalistów to ukraińska emigracyjna organizacja, utworzona w Czechosłowacji w 1925 roku. Tworzyli ją głównie emigranci z Naddnieprza. Związek Ukraińskiej Młodzieży Nacjonalistycznej powstał w 1926 roku. Miał on na celu ideologiczne szkolenie młodzieży.

Najwyższą władzą OUN był Wielki Kongres. Na nim delegaci wybierali zarząd – Prowid OUN jako organ wykonawczy oraz ustalali kierunek polityczny i taktykę organizacji. W okresie między kongresami najwyższą władzę w organizacji piastował Główny Prowid OUN, na czele którego stał przewodniczący zarządu (prowidnyk). Główny Prowid kierował pracą organizacji.

Całe terytorium Ukrainy zostało podzielone na „kraje”, które były najwyższymi jednostkami administracyjnymi w strukturze terytorialnej OUN. Tereny II RP podlegały Krajowi II (Małopolska Wschodnia) i III (Wołyń, Południowe Polesie, Chełmszczyzna, Podlasie Lubelskie). Na czele poszczególnych „krajów” stały Krajowe Kierownictwa OUN, które podlegały bezpośrednio Głównemu Prowodowi.

Członków OUN dzielono według stopnia wtajemniczenia. Kandydat do OUN musiał najpierw odbyć szereg szkoleń ideologicznych i 6-miesięczny staż, podczas którego poddawano go licznym próbom. Po ukończeniu i zaaprobowaniu jego kandydatury przez 2/3 członków koła, mógł zostać szeregowym i nosić odznakę – tryzub.

Członków dzielono na trzy kategorie wiekowe:

  • pionierów (8-15 lat
  • junaków (15-21)
  • pełnoprawnych członków (powyżej 21 lat)

Celem OUN była walka z Polską, Rumunią i ZSRR w celu utworzenia niepodległej Ukrainy, od Donu aż po Małopolskę, poprzez m.in. oderwanie od państwa polskiego województw lwowskiego, tarnopolskiego i stanisławowskiego.

OUN była od początku w II RP organizacją nielegalną i opowiadała się przeciwko polityce ugody polsko-ukraińskiej, reprezentowanej ze strony ukraińskiej przez UNDO (Ukraińskie Zjednoczenie Narodowo-Demokratyczne) – ukraińską partię legalnie działającą w Polsce, ze strony polskiej – przez wpływową część obozu piłsudczyków.

OUN realizując politykę przeciwną zbliżeniu polsko-ukraińskiemu na przełomie lat 1929/1930 wystąpiła z hasłem: Na słowne argumenty żaden Polak nie będzie wrażliwy, na terror wszyscy. Było to preludium do szeroko zakrojonych zamachów na polskie obiekty administracyjne, tory kolejowe, mosty, urzędy pocztowe, słupy telegraficzne. Celem głównym było wygnanie Lachów za San oraz zniszczenie pojawiających się postaw ugodowych społeczności ukraińskiej wobec państwa polskiego i pokazania żywotności ukraińskiej organizacji. OUN organizowała lub przyjęła odpowiedzialność za akty terroru indywidualnego przeciw wysokim urzędnikom Rzeczypospolitej – m.in. zamachy przeciwko Tadeuszowi Hołówce (1931) i Bronisławowi Pierackiemu (1934), a także akty przemocy przeciw instytucjom państwa polskiego.

Polityka ugody prowadzona w Małopolsce Wschodniej przez UNDO i obóz piłsudczyków załamała się w 1938 roku wobec zbliżenia rządzącej części obozu sanacyjnego (Edward Rydz-Śmigły, Adam Koc) do haseł nacjonalistycznych środowisk obozu endecji w Polsce. Jednocześnie Henryk Józewski, wojewoda wołyński (1928-1929 i 1930-1938), zwolennik budowy niepodległej Ukrainy w oparciu o Wołyń, zostaje zwolniony. Natomiast Wojsko Polskie przeprowadziło akcję tzw. drugiej pacyfikacji, połączonej z masowym burzeniem cerkwi na terenach etnicznie mieszanych. Istotną rolę odegrał tu gen. Gustaw Paszkiewicz. Przeprowadzenie tej operacji uzasadniano potrzebą konsolidacji narodowej w obliczu zaostrzającej się sytuacji międzynarodowej. W konsekwencji doprowadziło to do dalszej eskalacji konfliktu narodowościowego na terenach etnicznie mieszanych.

Wyburzanie cerkwi na Chełmszczyźnie miało miejsce od maja do lipca 1938, rozbiórki dokonywali wynajmowani robotnicy, więźniowie, saperzy lub strażacy. Głównodowodzącym akcji był gen. Brunon Olbrycht (zastąpiony 21 maja przez płk. Mariana Turkowskiego), zaś nowym wojewodą lubelskim został jawny zwolennik polonizacji major Jerzy de Tramecourt. Olbrycht 20 stycznia 1938 przedstawił szczegółowe wytyczne w sprawie prowadzenia akcji: na szczeblu powiatowym mieli być powołani kierownicy-oficerowie pochodzący z lokalnych jednostek wojskowych, stojący na czele zespołów terenowych. Olbrycht podkreślał również wagę oprawy ideowej całego przedsięwzięcia, konsekwentnego podkreślania ważności działań polonizacyjnych. Szczególną rolę wyznaczał Towarzystwu Rozwoju Ziem Wschodnich, którego nowe placówki nakazał powoływać w każdym powiecie, gdzie powstał zespół terenowy. W kwietniu tego samego roku Olbrycht przedstawił również postulat nasycenia terenu księżmi rzymskokatolickimi.

Nagminnie dochodziło do przypadków niszczenia i profanowania przedmiotów kultu religijnego, nie podejmowano bowiem prób porozumienia z prawosławnymi w sprawie przejęcia wyposażenia niszczonych cerkwi. Miało miejsce również kilka przypadków zdewastowania prawosławnego cmentarza lub zniszczenia parafialnej biblioteki. W większości przypadków miejscowa ludność, zastraszona, nie podejmowała prób oporu, jedynie obserwowała rozbiórkę, nawet jeśli prawosławni spodziewali się zagrożenia swojej cerkwi. Jedynie w kilku wypadkach doszło do pobicia obserwujących wiernych przez policję lub do bójki między prawosławnymi a prowadzącymi prace, które jednak trafiwszy do sądu, kończyły się przegraną chłopów. Przełomem był wyrok w sprawie 30 chłopów broniących cerkwi Narodzenia Matki Bożej we wsi Chmielek, którzy zostali uniewinnieni przez sędziego Stanisława Markowskiego w sądzie w Zamościu. Od tego momentu śledztwa w sprawie prawosławnych broniących swoich cerkwi były umarzane.

W czasie akcji 1938 burzenie cerkwi odbywało się bez wyraźnych kryteriów, obok świątyń zamkniętych i nieużytkowanych niszczono obiekty będące miejscem żywego kultu lub celem pielgrzymek. Poseł Stepan Baran, interpelując w Sejmie 21 lipca 1938, wymieniał przypadki rozbierania czynnych klasztorów oraz miejsc, gdzie od stuleci funkcjonował kult cudownych ikon. Tylko pięć rozebranych cerkwi było siedzibami parafii, do których uczęszczało mniej niż 1000 wiernych. Władze doprowadziły również do zamknięcia szeregu placówek nieetatowych.

Akcja niszczenia cerkwi, w odróżnieniu od poprzedniej fali rewindykacji prawosławnych obiektów sakralnych, została doprowadzona do końca wbrew oporowi wiernych i duchowieństwa. Sprawozdanie wojewody lubelskiego z 16 lipca wskazuje, iż w tym momencie władze uznały po prostu, że liczba wyburzonych cerkwi jest już wystarczająca i zaczęły wyciszać nastroje z nią związane. Ten sam dokument podaje, że w toku działań zniszczonych zostało 91 cerkwi, 26 domów modlitewnych oraz 10 kaplic, zaś jedna cerkiew w Szczebrzeszynie została pozostawiona w stanie zupełnej ruiny. Ponadto cztery cerkwie zostały zaadaptowane na kościoły rzymskokatolickie, cztery – na kostnice, a jedna, opanowana przez wiernych, których nie udało się z niej usunąć, miała zostać w późniejszym czasie oddana katolikom obrządku łacińskiego.

Kościołowi prawosławnemu pozostawiono praktycznie jedynie niezbędne do przetrwania minimum świątyń, niszcząc w 20 przypadkach nawet cerkwie wzniesione po 1918. Przy niszczeniu unicestwionych zostało wiele zabytków kultury; najstarsza zrujnowana cerkiew w Szczebrzeszynie pochodziła z XVI w. W związku z uniemożliwieniem tysiącom wiernych uczestnictwa w nabożeństwach prawosławnych, część z nich, wbrew woli, musiała formalnie przyjąć katolicyzm lub zacząć uczestniczyć w obrzędach odprawianych w kościołach rzymskokatolickich. Kościół prawosławny stracił w 1938 1/3 wszystkich swoich świątyń.

W grudniu 1937 na Wołyniu, wbrew opinii wojewody Henryka Józewskiego, rozpoczęto akcję przymusowych konwersji lokalnych społeczności na rzymski katolicyzm, co uzasadniano potrzebą powrotu do polskości osób zruszczonych w epoce zaborów. Pierwszą miejscowością, w której przeprowadzono akcję, były Hrynki, gdzie oddział Korpusu Ochrony Pogranicza, po znieważeniu przez mieszkańców wsi portretów dostojników państwowych, odebrał dokumenty 40 chłopom, zabronił mieszkańcom opuszczania Hrynek po zachodzie słońca i otoczył wieś. Rezultatem końcowym tych działań było przejście z prawosławia na katolicyzm 572 chłopów. Podobnymi metodami „nawrócono” na Wołyniu do 1939 10 tys. osób. Rząd konsekwentnie twierdził, że wszyscy konwertyci dobrowolnie zmienili religię, środowiska ukraińskie i prawosławne utrzymywały natomiast, że większość przechodzących na katolicyzm czyniła to pod wpływem szantażu i przymusu, lub też za sprawą zatargów z lokalnym klerem prawosławnym. Obecnie wiadomo, że KOP, główny wykonawca akcji nawracania, stosował głównie obietnice nadania chłopom ziemi po przejściu na katolicyzm, przekonywał, że ich przodkowie należeli do katolickiej szlachty zagrodowej, stosował również aresztowania i zastraszanie prawosławnych.

W akcji nawracania na katolicyzm uczestniczyło czynnie duchowieństwo rzymskokatolickie, bezpośrednio promujące swoją religię wśród ludności oraz systematycznie rozszerzające sieć parafialną, by osoby formalnie nawrócone nie wróciły de facto do prawosławia, nie mogąc uczęszczać do kościołów rzymskokatolickich. Niektóre parafie były przy tym zakładane na terenach, gdzie żyły tylko niewielkie grupy katolików, lub nawet nie było żadnych wiernych, zwłaszcza na terenach niezurbanizowanych.

Konsekwencją zmiany polityki polskiej na Wołyniu, na prowadzoną z pozycji siły, było rozszerzenie wpływów OUN (do tej pory działającej przede wszystkim w Małopolsce Wschodniej) na Wołyń i radykalizacja nastrojów społeczeństwa ukraińskiego na Wołyniu, a także dyskredytacja polityki ugodowej prowadzonej przez reprezentowane w Sejmie RP ukraińskie ugrupowania polityczne. Miało to znaczące konsekwencje, gdy aparatu państwa polskiego na tym obszarze miało po wrześniu 1939 zabraknąć.

Ideologię OUN można wiązać z dwoma publikacjami: Nacjonalizmem (1926) Dmytro Doncowa – radykalnego nacjonalistycznego publicysty ukraińskiego, m.in. tłumacza dzieł Mussoliniego i Hitlera na ukraiński i Nacjokracją (1935) autorstwa Mykoły Scibiorskiego. Ich autorzy postulowali nacjonalizm tj. dominację w państwie etnicznych Ukraińców, antyparlamentaryzm, autorytaryzm (Ukraina będzie rządzona przez lidera nominowanego przez nacjonalistyczne elity, a nie partie polityczne). W kształtowaniu świadomości nacjonalistycznej ważną role odegrał również Dekalog Ukraińskiego Nacjonalisty z 1929 roku:

Ja – Duch odwiecznej walki, który uchronił Ciebie od potopu tatarskiego i postawił między dwoma światami, nakazuję nowe życie:

  1. Zdobędziesz państwo ukraińskie albo zginiesz walcząc o nie.
  2. Nie pozwolisz nikomu plamić sławy ani czci Twego Narodu.
  3. Pamiętaj o wielkich dniach naszej walki wyzwoleńczej.
  4. Bądź dumny z tego, że jesteś spadkobiercą walki o chwałę Trójzęba Włodzimierzowego.
  5. Pomścij śmierć Wielkich Rycerzy.
  6. O sprawie nie rozmawiaj z kim można, ale z tym, z kim trzeba.
  7. Nie zawahasz się spełnić największej zbrodni, kiedy tego wymaga dobro sprawy.
  8. Nienawiścią oraz podstępem będziesz przyjmował wrogów Twego Narodu.
  9. Ani prośby, ani groźby, tortury, ani śmierć nie zmuszą Cię do wyjawnienia tajemnic.
  10. Będziesz dążył do rozszerzenia siły, sławy, bogactwa i obszaru państwa ukraińskiego nawet drogą ujarzmienia cudzoziemców.

Tak to przedstawia Wikipedia. Wybrałem oczywiście tylko pewne fragmenty, które mają ułatwić zrozumienie tego, dlaczego doszło do tej tragedii i do takiego bezprecedensowego okrucieństwa. Nacjonalizm ukraiński nie był czymś, co się wzięło znikąd. W XIX wieku nacjonalizm zdominował Europę. Czym był nacjonalizm i jaka była jego natura? To dobrze opisuje Tadeusz Gluziński w swojej pracy z 1935 roku Odrodzenie idealizmu politycznego.

»Poczucie narodowe istniało u ludów europejskich od dawna; atoli pierwsze sformułowania tego poczucia narodowego, ujęcia go, jako pewnej prawdy społecznej, należy przypisać rewolucji francuskiej i jej pisarzom. Okres restauracji świętego przymierza, wysuwając na pierwszy plan w życiu publicznym państwo i dynastie, usunął chwilowo w cień narody; lata walki i rewolucji wolnościowych położyły nacisk na zagadnieniach praw jednostki, a zwycięski pochód socjalizmu skierował uwagę ogółu na problemy ekonomiczne i społeczne. Dopiero następstwa takich historycznych faktów, jak zjednoczenie Włoch i Niemiec, jak bohaterska obrona po pogromie Francji w 1871 r. przejawiając rosnącą samowiedzę u narodów europejskich, dały ponownie pochop do nowych sformułowań. W końcu XIX w. zjawiają się pisarze narodowi we Francji, Włoszech i Niemczech; ci wyraziciele , a poniekąd i twórcy nowych ruchów, wychowani w doktrynach wolnomularskich, sądzą, że prawo do istnienia i widoki na zwycięstwo może mieć tylko taki ruch narodowy, który socjalizmowi, czyli internacjonalizmowi potrafi się przeciwstawić w równie skończonej szacie naukowej, a więc uzbrojony we własną filozofię, historiozofię, a – co w owym czasie uchodziło za najważniejsze – oparty o nauki przyrodnicze. Tak formułowane systemy, jako przeciwieństwo internacjonału, czyli międzynarodówki socjalistycznej, nazwano nacjonalizmem. Twórcy ich oddychali od dziecka oparami filozofii pozytywistycznej; przyroda była dla nich bóstwem, jej prawa najwyższym przykazaniem, nieubłagana walka o byt koniecznością żelazną, pochłanianie słabszych przez silniejszych codziennym zdarzeniem życia. Naród – mówili – to po prostu organizm wyższego rzędu; jedynym kryterium jego działania winien być jego własny interes, pojęty skrajnie egoistycznie. Teoria „egoismo sacro”, która dziś jeszcze na wskroś przenika faszyzm, łączy się bezpośrednio z samymi podstawami sformułowań nacjonalizmu.

W Polsce literatura nacjonalistyczna – mimo swych odrębności, wynikłych z ówczesnego położenia Polaków, jako narodu pozbawionego państwa – także nasiąka wyziewami pozytywizmu. I u nas uznano naród za organizm (bez żadnej przenośni), walczący o byt, podlegający chorobom, a nawet zarazom. Ten naród-organizm winien kierować się w swym postępowaniu li tylko skrajnym egoizmem, jaki obserwujemy rzekomo wszędzie w przyrodzie. Zygmunta Balickiego „Egoizm narodowy” zawierał w sobie przykazania etyczne dla polskiego nacjonalisty.

Dążnością polskich pisarzy narodowych stało się stworzyć system możliwie wykończony i zwarty, możliwie w swym ujęciu „naukowy” i obiektywny. Chłodne, rozumowe traktowanie zagadnień było naturalnym przykazem, wymogiem owej naukowości, w której pławiła się cała Europa. Doktrynie socjalistycznej usiłowano położyć tamę przez zbudowanie doktryny nacjonalistycznej. Socjalistycznemu „światopoglądowi” przeciwstawiano „światopogląd” narodowy.

Taki system nacjonalizmu w Polsce, jak i gdzie indziej, pod groźbą utraty swego naukowego charakteru, nie mógł się oczywiście obejść bez definicji naczelnego pojęcia, a więc bez definicji pojęcia narodu; ile na ten temat wyczyniono harców myślowych, by znaleźć potrzebne do definicji słowa, a jak przy tym niekiedy poświęcano zdrowy sens, wystarczy wspomnieć, że przez długi czas czczono, jak fetysza, definicję, mocą której naród był zbiorowością ludzką, osiadłą na pewnym określonym terytorium, posiadającą wspólny język i wspólną historię. Na gruncie tej definicji żydzi, którzy propagowali z początkiem XX w. masowy ruch asymilacyjny swej inteligencji i wchodzili w polskie życie publiczne, twierdzili – przy aplauzie polskich nacjonalistów – że odrębny naród żydowski nie istnieje, nie posiada bowiem ani wspólnego terytorium (Palestyna nie jest takim terytorium, bo mieszka w niej tylko znikoma ilość żydostwa), ani wspólnego języka (ani hebrajski, ani tym bardziej żargony nie są językiem wspólnym dla żydów), ani wreszcie wspólnej historii (boć historia żydów – to niejako historie rozmaitych narodów, wśród których żydzi żyją). Jest to jaskrawy przykład, jak pogoń za „naukowością” i wyssany z łona XIX w. doktryneryzm przesłaniał nawet nacjonalistom rzeczywistość i rozbrajał ruch narodowy w stosunku do istotnych niebezpieczeństw.«

Czy musiało dojść do tej tragedii? Zapewne tak, bo niektóre fakty przedstawione powyżej skłaniają do takich wniosków. I RP była sztucznym tworem, skleconym z dwóch państw, które zupełnie nie pasowały do siebie. I to potwierdziły późniejsze jej losy. Tak więc odtworzenie jej w postaci II RP było świadomą decyzją wielkich tego świata, którzy zdawali sobie sprawę z tego, że powstanie państwo, dla którego wszyscy jego sąsiedzi będą wrogami. I o to chodziło! Bo żeby był rozwój, to musi być konflikt. Tak uważają ci, którzy rządzą tym światem. Ale ten rozwój to nie ma być taki przypadkowy, on musi realizować pewne cele pewnej nacji. Gdyby zaś tak, jak uważał Józef Mackiewicz, powstało oddzielne państwo w granicach Wielkiego Księstwa Litewskiego, to nie byłoby 17 września 1939, Katynia, Wołynia. Tak jednak nie mogło być.

Po stronie polskiej mamy dwie koncepcje: asymilacyjną Dmowskiego i federacyjną Piłsudskiego. Po stronie ukraińskiej mamy koncepcję nacjonalistów ukraińskich, dla których część terytorium II RP jest ziemią ukraińską. Obie polskie koncepcje stoją w sprzeczności do ukraińskiej. Wprawdzie obóz piłsudczykowski szukał porozumienia ze stroną ukraińską, ale jakoś tak dziwnie w 1938 roku zbliżył się do stanowiska endecji. I wkrótce po tym następuje akcja wyburzania cerkwi na Chełmszczyźnie. A wcześniej, bo w grudniu 1937 roku, ma miejsce na Wołyniu akcja przymusowej konwersji miejscowej ludności na rzymski katolicyzm, czyli tzw. asymilacja. Z drugiej strony mamy działającą na terenie II RP nielegalną, terrorystyczną organizację OUN i ciągłe szkolenie młodzieży, i nie tylko jej, w duchu nienawiści do wszystkiego co nieukraińskie, a w szczególności do wszystkiego, co polskie.

O ile w przypadku polskiej strony źródło finansowania było znane, bo było nim państwo, o tyle w przypadku Ukraińców, niemających własnego państwa, źródło finansowania było zewnętrzne. Skoro jednak członków OUN dzielono według stopnia wtajemniczenia, to nie można wykluczyć, że korzenie tej organizacji są masońskie, podobnie jak naszej endecji, o czym pisałem w blogu „Endecja”.

W tekście wytłuściłem trzy nazwiska i zrobiłem to celowo. To gen. Gustaw Paszkiewicz, gen. Brunon Olbrycht i płk Marian Turkowski. Wszyscy oni byli oficerami sanacyjnymi, odpowiedzialnymi za akcję wyburzania cerkwi na Chełmszczyźnie. I jakoś tak się dziwnie złożyło, że wkrótce po wojnie wszyscy oni wstąpili do Ludowego Wojska Polskiego. Taką informację zamieszcza Wikipedia. Dziwne? Sanacyjni oficerowie w LWP! I jakoś tym Ukraińcom, których w wysokich władzach PRL-u nie brakowało, nie przeszkadzało to. Innym decydentom również. Czyżby więc były to jakieś szczególne osoby? Wychodzi na to, że tak.

Dlaczego celem agresji stała się bezbronna i niewinna ludność, która nie miała nic wspólnego z polityką państwa, w którym żyła? Zapewne na obdzieranie żywcem ze skóry i inne potworne tortury zasłużyli generałowie Paszkiewicz i Olbrycht oraz pułkownik Turkowski i pewnie jeszcze wielu innych, ale im trudno by było wymierzyć sprawiedliwość. Dlaczego więc zdecydowano się na mordowanie niewinnej i bezbronnej ludności? Czyżby wykonawcy tej zbrodni nie zdawali sobie z tego sprawy? Zapewne wiedzieli, ale chodziło o coś innego. Chodziło o zatrucie na wieki relacji polsko-ukrainskich. Potworność i bezsens tej zbrodni przez wiele jeszcze lat będzie wzbudzać w Polakach niechęć i odrazę. Bo jak to było możliwe, żeby się mścić, nie na swoich oprawcach, tylko na zupełnie niewinnych ludziach? I nie ma sensu porównywanie tej zbrodni z rzezią galicyjską w celu usprawiedliwienia tej wołyńskiej. Tam chłopi rżnęli pilami swoich panów, którzy gardzili nimi, znęcali się nad nimi, poniżali ich, wykorzystywali ich, pozbawiali godności człowieka. Tu cierpieli niewinni ludzie. Chłop polski był traktowany przez swego pana tak samo, jak chłop ukraiński przez swego. Przy czym jego panem nie był pan polski, tylko rusiński, który udawał polskiego. Jeśli tego faktu nie chcą dostrzec Ukraińcy, to wypada im tylko współczuć, że dają się tak łatwo manipulować.

Żeby mogło dojść do tej tragedii, musiało to być rozłożone w czasie i musiało to być skoordynowane współdziałanie sanacji, OUN-u i Niemców. OUN organizował akcje terrorystyczne na terenie II RP. W odpowiedzi sanacja stosowała represje wobec ludności ukraińskiej, bo ta niby sprzyjała i wspierała te działania terrorystyczne. Na to OUN odpowiadał kolejnymi aktami terroru, a sanacja kolejnymi represjami, czyli akcja i reakcja. A Niemcy? Wspierali wszystkie działania Ukraińców skierowane przeciwko Polakom. Tak było jeszcze przed wojną, a później podczas niej.

5 Lipca 1943 roku miała miejsce bitwa pod Kurskiem, nierozstrzygnięta, jak pisze Józef Mackiewicz, ale odwracająca losy wojny. Od tego momentu Niemcy utracili inicjatywę i stopniowo przechodzili do obrony. W tym jednak momencie dalej panowali nad zdobytym wcześniej terenem. Dalej panowali m.in. na Wołyniu. Nic bez ich wiedzy i zgody nie mogło się tam odbyć. To naród wyjątkowo uzdolniony organizacyjnie i zdyscyplinowany. Jeśli więc działo się coś w tym czasie na Wołyniu, a działo się od lutego 1943 roku, to nie mogło to dziać się bez ich wiedzy i zgody.

Takie skoordynowane działanie, rozłożone oczywiście w czasie i przestrzeni, może być realizowane tylko wówczas, gdy kieruje nim ktoś stojący wyżej, realizujący dalekosiężny plan marginalizacji Polaków w ich własnym kraju. Czyni to rękami Ukraińców, którym w tym kraju, zwanym jeszcze Polską, stwarza wyjątkowe warunki do pracy i zamieszkania. Rzeź wołyńska była tylko kolejnym etapem realizacji tego planu. Nich się żrą między sobą: im oni słabsi, tym my silniejsi. A nacjonalizm? On jest takim samym żydowskim wymysłem jak socjalizm, komunizm, kapitalizm, liberalizm, wolny rynek i jeszcze wiele innych rzeczy.

Sanacja

Sanacja, od łacińskiego sanatio, „uzdrowienie”, to nazwa obozu rządzącego w Polsce w latach 1926-1939. Powstała ona w związku z hasłem „sanacji moralnej” życia publicznego, wysuwanym przez ten obóz przed zamachem majowym i w trakcie niego. Jego przywódcą był Józef Piłsudski, który od 29 listopada 1918 roku do 14 grudnia 1922 roku był naczelnikiem państwa. To wtedy właśnie wszystko od niego zależało. Nic bez jego zgody nie mogło być wprowadzone w życie, m.in. konstytucja i ordynacja wyborcza. Jeśli więc przed zamachem majowym było tak źle: „rozpanoszyło” się partyjniactwo i sejmowładztwo, to odpowiedzialnym za to był naczelnik państwa. I teraz on, ten, który zgodził był się na taki stan rzeczy, wystąpił z propozycją naprawy tego, co sam u przednio zaakceptował.

Wszyscy, którzy choć trochę interesują się historią i polityką, wiedzą jak rządziła sanacja i czym to się skończyło. Zapewne niektórzy uważają, że było to wynikiem niekompetencji i błędnych koncepcji politycznych jak i gospodarczych. Jednak pewne rzeczy łatwiej będzie zrozumieć, jeśli przybliżymy sobie ideologię sanacji, która, jak sadzę, jest mało znana, choć dokładnie opisana w Wikipedii.

Po raz pierwszy terminu sanacja państwa użył Adam Skwarczyński. Wikipedia nie podaje konkretnej daty, ale należy sądzić, że nastąpiło to na długo przed zamachem majowym. Wypracowanie własnej doktryny wymaga przecież czasu. Obok Skwarczyńskiego głównymi ideologami piłsudczyków byli Czesław Znamierowski, Mieczysław Szawleski, Kazimierz Smogorzewski, Stanisław Car, Wacław Makowski, Kazimierz Władysław Kumaniecki, Adam Piasecki, Teodor Seidler. Wielu z nich było masonami. Zresztą cały obóz piłsudczykowski był zdominowany przez masonerię, co wiele wyjaśnia. Nie byli to więc ludzie głupi, a jeśli „popełniali” błędy, to może właśnie dlatego, że tak miało być.

Podstawą doktryny sanacyjnej było założenie o podziale ludzi na dwie kategorie: większość społeczeństwa i dominującą nad nią mniejszość, która podejmuje najważniejsze w państwie decyzje. Założenie to oparto na tezach Vilfreda Pareto, który postrzegał historię jako ciągły proces powstawania elit obalanych następnie przez większość w celu stworzenia nowej elity. Powodem konfliktów pomiędzy elitami a społeczeństwem, według Pareto, było to, że elity zamykały się w sobie i blokowały możliwość awansu zdolnym i ambitnym jednostkom spoza swoich kręgów.

Vilfredo Pareto to włoski ekonomista i socjolog, współtwórca tzw. lozańskiej szkoły ekonomii. Pochodził z rodziny kupieckiej. Już te dwa fakty wystarczą, by zdemaskować go jako Żyda. Przypisuje się mu sformułowanie tzw. zasady Pareto, zwanej też zasadą 20/80, że np. 20% klientów generuje 80% przychodów przedsiębiorstwa. Jednak prawdziwym jej twórcą był Joseph Moses Juran, amerykański teoretyk zarządzania, wywodzący się z rumuńskich Żydów. A więc wszystko pozostaje w rodzinie.

Według Pareto właściwym źródłem równowagi społecznej jest konflikt i walka pomiędzy przeciwstawnymi siłami społecznymi. Czyli Marks, tylko ogólniej, i oczywiście Hegel. Pareto jest również autorem teorii krążenia elit, opisującej zasady rządzące elitami w społeczeństwach ludzkich. Uważał on, że elita jest złożona z tych ludzi, którzy w danej dziedzinie działania osiągają najwyższe wskaźniki. Odchodził zatem zarówno od tradycyjnego rozumienia elity jako arystokracji, jak i od utożsamiania elit wyłącznie z elitami rządzącymi.

Ideologia sanacji, początkowo bardziej egalitarystyczna, stała się w końcu tym, co można nazwać elitaryzmem autorytarnym. W okresie pomiędzy wycofaniem się Piłsudskiego z życia publicznego i przewrotem majowym podkreślano brak wsparcia społeczeństwa dla ówczesnych legionistów w walce o niepodległość i tym większe zasługi tych, którzy mimo tego o tę niepodległość walczyli. To założenie stało się uzasadnieniem dla uznania, że to byli legioniści, jako osoby najbardziej zasłużone dla stworzenia państwa, są najbardziej odpowiedni do sprawowania władzy w Polsce. W doktrynie sanacyjnej wyuczona przez zaborców bierność społeczeństwa na kwestie niepodległościowe dyskwalifikowała więc jego większość jako przywódców niepodległej Polski.

Sanacja miała zająć się przebudową społeczeństwa za pomocą zhierarchizowania go, co umożliwić miało włączenie do pracy na rzecz kraju osób chcących podjąć taki wysiłek. Jednocześnie osoby chcące się zaangażować na rzecz państwa powinny zaakceptować w elicie kierowniczą rolę zasłużonych działaczy sanacji. Tak rozumiana elita miała charakteryzować się bezinteresownym zaangażowaniem na rzecz dobra wspólnego, w odróżnieniu od starych elit, które wykorzystywały resztę społeczeństwa do zaspokajania własnych potrzeb.

Zgodnie z tymi założeniami elita wyodrębniana na podstawie indywidualnych zasług, zamiast przynależności do grupy społecznej lub partii, miała zapewnić dopływ nowych, twórczych jednostek, co miało ją zabezpieczyć przed popadnięciem w marazm. Jednocześnie odrzucono postulowaną w niektórych kręgach piłsudczyków koncepcję uznania przynależności do inteligencji za warunek zaliczenia do elity, choć częściowo wrócono do niej w 1935 roku.

Zdaniem sanacji historycznie zasłużoną awangardą byli piłsudczycy, co uzasadniało wymianę ludzi na stanowiskach na prowincji. Zajmowali je byli legioniści. W Polsce nie było to nic nowego. Tak było przed sanacją i po niej, ale chyba tylko ona pokusiła się o dorobienie ideologii do zwykłego nepotyzmu.

Adam Skwarczyński definiował postulaty sanacji jako zanegowanie demokracji przy braku zgody na dyktaturę. Wyrazem dążenia do „uspołecznienia państwa” były projekty utworzenia Powszechnej Organizacji Społeczeństwa (POS), która miała mieć cechy masowej monopartii angażującej całe społeczeństwo. Ideę jej powołania podjęto na przełomie 1935 i 1936 roku. Jej najniższy szczebel miały tworzyć m.in. samorządy terytorialne, stowarzyszenia i samorządy gospodarcze, stowarzyszenia użyteczności publicznej, spółdzielnie, kółka rolnicze, straże pożarne czy związki zawodowe, nad którymi miały się znajdować komórki szczebli powiatowych, wojewódzkich i krajowych. Jednocześnie marginalizacja partii politycznych miała spowodować zastąpienie walki wyborczej opartej na demagogii przez realne zasługi i konkretny program działania danej osoby. Podkreślano jednak, że sanacyjna władza miała mieć posłuch nie w oparciu o przymus administracyjny, a o świadomą wolę społeczeństwa, uzyskaną dzięki wychowaniu młodzieży i dobrowolnej przemianie moralnej obywateli, niemniej projekt budził skojarzenia z organizacją społeczną ZSRR, Niemiec czy Włoch i próbą budowy społeczeństwa totalitarnego.

Główną organizacją polityczną sanacji był Bezpartyjny Blok Współpracy z Rządem (1928-1935), który mając wszelkie cechy partii politycznej, nie był nią nazwany i określano go jako przeciwieństwo partii. Marginalizując partie polityczne, sanacja tworzyła liczne organizacje młodzieżowe, społeczne, zawodowe i kombatanckie, które realizowały wspólną ideologię państwową, jednak nie służyły one wyrażaniu woli obywateli, a jedynie przekazywaniu społeczeństwu woli władz państwowych. Organizacja społeczna miała w doktrynie sanacyjnej promować uczciwość i pracę na rzecz państwa, a osoby wyróżniające się na tym polu miały przechodzić do administracji terenowej czy parlamentu. Efektem wzrostu aktywności społecznej miało być także zmarginalizowanie niepotrzebnych już partii politycznych. Sanacja planowała uzależnić zakres praw jednostek od zasług dla państwa, a wyróżnikiem elity miały być większe prawa polityczne, wzorowane na przedrozbiorowej instytucji nobilitacji.

Za włączanie do elity odpowiadać mieli jej wcześniejsi członkowie zgodnie z zasadą, że osoby najbardziej wartościowe w państwie miały wybierać najlepsze osoby z niższych stopni organizacji społecznej. Równocześnie, pomimo programu tworzenia faktycznej i prawnej elity władzy, doktryna sanacji na gruncie społecznym opowiadała się za egalitaryzmem.

Władza w budowanym ustroju jako naczelną wartość stawiała jednolicie rządzone przez prezydenta państwo, w związku z czym zobowiązywała obywateli do udziału w realizacji wspólnych celów i sankcjonowała kierowniczą rolę elity sanacyjnej w społeczeństwie. Efektem tego prawa obywatelskie były marginalizowane, a akcentowane były obowiązki obywatela wobec państwa. Jednocześnie tak pojmowana relacja państwa i obywatela nie miała prowadzić do totalitaryzmu, gdyż ten, zgodnie z sanacyjną doktryną, podobnie jak demokracja, miał prowadzić do zaniku odpowiedzialności obywateli za państwo. Dążenia te częściowo znalazły wyraz w konstytucji kwietniowej z 1935 roku, której zasadnicze założenia opracowywane były od 1928 roku, i której projekt zaakceptował Piłsudski podczas narady z rządem. Duży wkład w opracowanie nowej konstytucji miał Walery Sławek, który doprowadził do zawarcia w niej zasady elitaryzmu jako podstawy ustroju.

Wartością nadrzędną w ideologii sanacji było scentralizowane i silne państwo, jednak jego ustrój był kwestią drugorzędną, stanowiącą konsekwencję bieżącej sytuacji. Sanacja głosiła konieczność silnych rządów wobec kryzysu demokracji, która nie sprawdziła się zdaniem jej działaczy w warunkach polskich i postulowała „odpartyjnienie” sceny politycznej poprzez osłabienie partii, gdyż kluczem podziału nie miały być poglądy, lecz postawy i zasługi w czynie niepodległościowym.

Tak ideologię sanacji przedstawia Wikipedia, która wykorzystała opracowania wielu polskich historyków. Analizując założenia tej ideologi, trudno nie zadać sobie pytania: skoro było to takie dobre, to dlaczego skończyło się tak źle? Sanację skrytykowano na wszelkie możliwe sposoby, dokonano wielu drobiazgowych analiz rządów pomajowych, przedstawiano alternatywne rozwiązania, obwiniano ją za klęskę wrześniową itp. Ale czy ktoś zadał sobie pytanie, czy w tamtej rzeczywistości było dobre rozwiązanie?

Polska odrodzona wpadła w koleiny Rzeczypospolitej Obojga Narodów, albo ktoś ją świadomie w te koleiny wepchnął. W wyniku unii lubelskiej (1569) połączono ze sobą dwa państwa o różnym poziomie rozwoju, różnych językach i wrogich sobie wyznaniach. Nowe państwo miało niby skuteczniej bronić się przed zakusami sąsiadów. Nic z tego nie wyszło. Już w niecałe sto lat po unii doszło do pierwszego rozbioru tego idiotycznego tworu, choć nie pisze się o tym, a za pierwszy rozbiór uznaje się ten z 1772 roku. W wyniku wojny ze Szwecją traci Rzeczpospolita Inflanty a Prusy uniezależniają się od niej. W wyniku wojny a Rosją, w tym samym czasie, traci ona województwo smoleńskie, czernihowskie i połowę województwa kijowskiego (250 tys. km2). Ta połowa województwa kijowskiego to prawie 5/6 obecnego obszaru Polski. Jeśli to nie jest rozbiór, to co to jest?

Historia pokazała, że projekt pod nazwą Rzeczpospolita Obojga Narodów, był złym projektem i zantagonizował Polaków z ich wschodnimi sąsiadami. Pomimo tak złych doświadczeń obaj, niby wrogowie, Piłsudski i Dmowski, wpychają nowe państwo w stare koleiny. Koncepcja Piłsudskiego zakładała powstanie federacji obejmującej na wschodzie ziemie sprzed rozbiorów. Koncepcja Dmowskiego zakładała asymilację ludności tam mieszkającej. Terytorialnie obie koncepcje prawie się pokrywały. Z tego tylko mogły być nieszczęścia i były. Obaj działali na szkodę Polski. Odtworzenie Polski w takich granicach od razu antagonizowało ją z obu sąsiadami, czyli z Niemcami i Rosją, która tymczasowo przyjęła nazwę Związek Radziecki. Wykluczało to zawieranie jakichkolwiek sojuszy ze względu na konflikt interesów.

Odtworzenie Polski w jej granicach etnicznych lub zbliżonych do nich byłoby optymalnym rozwiązaniem. Taką byłaby Polska składająca się z obszaru byłego Królestwa Polskiego, Galicji zachodniej z Lwowem (Lwów to nie Kresy), Wielkopolski i Pomorza. Wprawdzie pozostałyby roszczenia Niemiec, ale nie mogłoby dojść do sytuacji jaka wytworzyła się 17 września 1939 roku. Po prostu Związek Radziecki nie miałby argumentów usprawiedliwiających agresję, bo on, tak jak i wcześniej Rosja, akceptował Polskę w granicach etnicznych.

O tym, jak miała wyglądać nowa Polska nie decydował mason Dmowski i mason Piłsudski, tylko ich przełożeni, a oni byli od wykonywania ich poleceń. Odtworzono ją tak, by to nowe państwo było w konflikcie ze wszystkimi sąsiadami i wewnętrznie rozdarte ze względu na liczne mniejszości narodowe. Ponad 1/3 ludności, jeśli nie więcej, nie utożsamiała się z nowym państwem. W takiej sytuacji prowadzenie jakiejkolwiek polityki zagranicznej i wewnętrznej było kwadraturą koła. Ci, którzy projektowali ten powojenny porządek, dokładnie wiedzieli, co zrobić, by kolejny konflikt był tylko kwestią czasu.

Stworzyć karykaturę państwa, jakim była II RP, to jedno, a drugie, to zainstalować w nim marionetkowe władze, które będą całkowicie posłuszne. O tym, że Niemcy wykreowali Piłsudskiego i stworzyli mu państwo, jeszcze w granicach Królestwa Polskiego, to chyba nikogo nie trzeba przekonywać. Jak jednak przekonać opinię publiczną do tego, że demokracja jest zła i że Polacy do niej nie dorośli? I tu rodzi się jeszcze jedno pytanie: dlaczego komuś tak zależało na tym, by w II RP rządził ktoś, kto się z nikim nie liczy i podejmuje arbitralne decyzje? Dlaczego dwie kluczowe dla państwa dziedziny, czyli polityka zagraniczna i wojsko znalazły się pod kontrolą jednego człowieka, który o wszystkim decydował? A po jego śmierci niewiele się zmieniło. Zapewne chodziło o sprawne kierowanie tymi dziedzinami, a może raczej o sprawne wykonywanie poleceń nieznanych przełożonych.

Piłsudski, będąc naczelnikiem państwa, zaakceptował demokrację, czyli system wielopartyjny i ordynację wyborczą. Nie obowiązywał wówczas 5% próg wyborczy jak obecnie. Wielość partii i rozbieżne ich interesy uniemożliwiały stworzenie większości parlamentarnej. Nikomu też nie zależało na konsolidacji i łączeniu zbliżonych do siebie programowo partii. Wprost przeciwnie! W wielu z nich znajdowali się ludzie, którzy rozsadzali je od środka. Ich zadaniem było kompromitowanie demokracji i wywoływanie wrażenia, że Polacy nie dorośli do niej.

W blogu „Zamach majowy” pisałem:

»Piłsudski opierał się na swoich dawnych towarzyszach legionowych. Nałęcz twierdzi, że było to „zjawisko z pogranicza konspiracji, zbliżone do poufnego działania o charakterze mafijnym. Narodzone w latach walk legionowych, kontynuowane w okresie 1918-1923, nie przestało egzystować w czasie usunięcia się w cień przez przywódcę grupy. Powodowało, że ludzie niezwiązani już organizacyjnie z Piłsudskim, pozostawali nadal bezgranicznie mu oddani. Nie było to bez znaczenia, ponieważ znajdowali się oni prawie we wszystkich ważniejszych dziedzinach życia: we wpływowych instytucjach w wojsku, w administracji państwowej i sądownictwie, prasie, partiach politycznych itd.”

Jeśli ludzie Piłsudskiego byli wszędzie, m.in. w partiach politycznych, to mieli wpływ na politykę tych partii. A więc ich rozwydrzenie mogło być wynikiem obecności w nich jego ludzi. Czy państwo, którego kluczowe organy i instytucje były obsadzone ludźmi marszałka, można uznać za niepodległe, skoro on sam był zależny od kogoś innego? To państwo w latach 1922-1926 starało się dopiero być niezależnym.«

Pretekst do wprowadzenia dyktatury został starannie przygotowany i prawdopodobnie planiści, którzy planowali przyszłość Polski, ale też i Europy, od początku zakładali, że w Polsce muszą być rządy autorytarne zwane inaczej elitaryzmem autorytarnym. Jak zwał, tak zwał. Ważne, żeby w kluczowym momencie rozkazy były wykonywane szybko i zgodnie z intencjami tych, którzy je wydawali.

Dlaczego miało tak być? Jeśli spojrzymy na granice II RP, to od razu rzuca się w oczy ich niekorzystny układ z Niemcami. Państwo to graniczyło z Polską z trzech stron: od północy, zachodu i południa. Jeśli dodamy do tego fakt, że Niemcy dysponowały ogromną przewagą militarną i dwukrotnie większą liczbą ludności, co przekładało się na liczebność armii, to wynik takiej konfrontacji byłby nietrudny do przewidzenia. W takiej sytuacji żaden człowiek o przeciętnym ilorazie inteligencji nie podjąłby decyzji o zbrojnym oporze. To tak jakby wystawić do walki dwóch bokserów. Jeden z wagi ciężkiej, a drugi z wagi lekkiej. Coś takiego jest bez sensu i dlatego tego nie praktykuje się. Dlaczego więc władze sanacyjne podjęły taką decyzję?

Ktoś może powiedzieć, że mieliśmy sojusze i gwarancje angielskie i francuskie. To prawda, ale Czechosłowacja też miała sojusz z Francją i Związkiem Radzieckim. Hitler zajął Czechy, a Francja nie ruszyła się. Natomiast Związek Radziecki zastrzegł sobie, że zareaguje, jeśli Francja ruszy pierwsza. Liczenie na takie sojusze byłoby dowodem skrajnej naiwności. A ci ludzie naiwnymi nie byli. Dobrze wiedzieli, że Francja i Anglia nie zareaguje, ale mieli usprawiedliwienie dla swojej cynicznej decyzji: przecież gdyby Francja zaatakowała, to byłaby wojna na dwa fronty i Niemcy musieliby przerzucić część wojsk na zachód. A że wcześniej przetestowano ten wariant na Czechosłowacji? A kto by sobie głowę zawracał takimi drobiazgami!? Po to m.in. była ta dyktatura, by nikt w sejmie nie mógł zadawać “głupich” pytań.

Żeby mogło stać się to, co stało się, rząd II RP musiał być całkowicie podległy komuś innemu i dokładnie wykonywać rozkazy tego kogoś. Do realizacji tego musiał zdobyć władzę dyktatorską, tak by nie musiał tłumaczyć się przed nikim ze swoich decyzji i tak, by nikt mu nie przeszkadzał w podejmowaniu tych decyzji. Podejrzewam, że nawet ucieczka rządu była wcześniej zaplanowana, tak by Związek Radziecki miał pretekst do agresji. Rządy sanacyjne były rządami antypolskimi, dążącymi z premedytacją do zniszczenia państwa, którym rządziły i do wyniszczenia jego ludności. Były to rządy masońskie i realizowały cele nieznanych przełożonych. Nie byli to głupi ludzie, wprost przeciwnie! I nie popełniali żadnych błędów. Z zimną krwią i cynicznie wykonywali rozkazy swoich przełożonych. Warto o tym wiedzieć i warto też wiedzieć, kto obecnie ożywia to sanacyjne truchło.

Endecja

Żeby zrozumieć istotę jakiejś organizacji czy partii politycznej, to trzeba sięgnąć do jej korzeni, czyli do jej historii i ludzi, którzy ją tworzyli. W przypadku endecji wyglądało to tak, że w 1887 roku powstają dwie tajne organizacje:

  • Liga Polska, założona przez weterana powstania styczniowego Zygmunta Miłkowskiego
  • Związek Młodzieży Polskiej „Zet”, założony w Krakowie przez Zygmunta Balickiego

W 1888 roku „Zet” włączono do Ligi Polskiej. Liga Polska to tajna niepodległościowa organizacja polityczna o programie liberalno-demokratycznym, działająca w latach 1887-1893 na ziemiach polskich i na emigracji. Została ona założona przez dawnych uczestników powstania styczniowego. Byli to Zygmunt Miłkowski, Ludwik Michalski, Maksymilian Hertel i przybyły z kraju Aleksander Hirschberg. W pierwszych dniach sierpnia 1887 roku na zamku Hilfikon koło Zurychu powołali oni Ligę Polską. Jej celem była walka o niepodległość podzielonego zaborami kraju. Na czele organizacji stała Centralizacja, do której pierwszego składu weszli jej założyciele. Ta Centralizacja to taki odpowiednik Komitetu Centralnego PZPR-u, a może raczej jego Biura Politycznego. Odbyło się pięć zjazdów członków Centralizacji i przedstawicieli komitetów działających w poszczególnych zaborach. Według Ustawy Ligi Polskiej na terenie poszczególnych zaborów pracami organizacji miały kierować Komitety Prowincjonalne, które miały powołać podporządkowane im Komitety Gubernialne i Powiatowe. W większych skupiskach emigracyjnych przewidziano powołanie Komitetów Zagranicznych. Przy Lidze miał działać Skarb Narodowy, który miał finansować przedsięwzięcia polityczne Ligi. Liga miała być organizacją tajną i trójzaborową. Tworząc struktury organizacyjne wzorowano się na stowarzyszeniach wolnomularskich – niższe szczeble organizacji nie miały nic wiedzieć o wyższych. – Tak pisze Wikipedia. Tak więc, nie owijając w bawełnę, trzeba to sobie powiedzieć wprost – Liga Polska była organizacją masońską. I ta Liga przekształciła się w 1893 w Ligę Narodową, która zapoczątkowała ruch narodowy. Należy więc zadać sobie kolejne pytanie: czy zatem Dmowski był masonem? Bo jeśli tak, to mamy niezły cyrk: Piłsudski mason, Dmowski też i obaj tworzą „wrogie” sobie ugrupowania. A więc polityka to taki teatrzyk dla naiwnych. Czy rzeczywiście tak mogło być?

Kim byli główni działacze Ligi Polskiej? Zygmunt Miłkowski (1824-1915) był zawodowym rewolucjonistą czy działaczem politycznym oraz pisarzem. Około 1849 roku wstąpił do Towarzystwa Demokratycznego Polskiego, które było najliczniejszym ugrupowaniem demokratycznym emigracji polskiej po powstaniu listopadowym. Powstało ono 17 marca 1832 roku w Paryżu. Jednym z jego założycieli był Tadeusz Krępowiecki z neofickiej rodziny pochodzenia żydowskiego. Jego przodek Adam Krępowiecki został ochrzczony wraz z grupą frankistów w 1759 roku we Lwowie. Jak mamy słowo „demokratyczny”, to wiadomo kto za tym stoi. A jak mamy słowo „narodowy”, to też wiadomo, kto za tym stoi i komu to służy. A jak mamy Narodową Demokrację, to już nie ma żadnych wątpliwości.

Ciekawą postacią był Ludwik Michalski, właściwie Ludwik Matyasek (1836-1888). Urodził się w rodzinie nauczycielskiej. Był synem nauczyciela krakowskiej szkoły technicznej Michała Matyaska i Julii z Godereckich. Uczył się w krakowskich szkołach średnich, ale wcześnie osierocony nie zdołał ich skończyć. Pracował jako robotnik a następnie jako urzędnik w fabryce maszyn rolniczych. W 1858 roku został wcielony do armii austriackiej. Brał udział w wojnie francusko-austriackiej w 1859 roku. W październiku 1863 roku zdezerterował z armii i z paszportem na nazwisko Ludwika Michalskiego przekroczył granicę Królestwa Polskiego. Był uczestnikiem powstania styczniowego. Walczył jako porucznik w oddziale Franciszka Kopernickiego. Po rozbiciu jego oddziału zbiegł za granicę do Szwajcarii, gdzie zamieszkał w Zurychu. Tak pisze Wikipedia.

Ciekawe, że ci wszyscy powstańcy, po niepowodzeniach, uciekają za granicę i od razu znajdują wikt i opierunek. I dalej tak pisze: Tam dzięki pomocy J. Siemieńskiego oraz wsparciu przewodniczącego komitetu wspomagającego polskich powstańców styczniowych, Gottfrieda Kellera, ukończył w roku 1868 studia inżynierskie na Politechnice Federalnej (ETH) w Zurychu. Podczas studiów był współzałożycielem Zrzeszenia Studentów Polskich oraz Biblioteki Polskiej w Paryżu. Uzyskał w 1868 roku obywatelstwo szwajcarskie w gminie Stallikon w okręgu Affoltem kantonu zuryskiego. Dzięki pomocy swego przyjaciela, przedsiębiorcy szwajcarskiego, wyjechał wraz z żoną na Sumatrę. Tam Sułtan Deli zlecił mu organizację korpusu gwardii na wzór europejski. Dzięki temu mógł założyć w spółce z Holendrami plantację tytoniu, którą nazwał „Polonia”. Obecnie na części terenu plantacji znajduje się „Polonia International Airport”. Jest to baza wojsk lotniczych Indonezji. Do 2013 roku był to międzynarodowy port lotniczy. Dzięki interesom przeprowadzonym na Sumatrze stał się bogatym człowiekiem.

W 1875 roku powrócił do Szwajcarii, zamieszkał początkowo w Zurychu, a potem nabył za 70 tysięcy franków zamek Hilfikon w kantonie Aargau. Od 1886 roku współpracował z Zygmuntem Miłkowskim. W należącym do niego zamku odbyło się zebranie założycielskie Ligi Polskiej. Był jej współzałożycielem, a następnie członkiem jej pierwszej Centralizacji (1887-1888). Finansował redagowane przez Miłkowskiego „Wolne Polskie Słowo”. Zmarł w 1888 roku na gruźlicę. W swoim testamencie zapisał 100 000 franków na różne cele społeczne, w tym 30 000 na Skarb Narodowy. „Skarb Narodowy”, który miał finansować przedsięwzięcia polityczne Ligi. Żydzi wszystko wypaczą i sprofanują. Na to też wskazuje historia Narodowej Demokracji.

Z tego życiorysu można wywnioskować, że w towarzystwie, w którym się obracał, nie był człowiekiem przypadkowym. Ktoś się nim starannie opiekuje od lat młodzieńczych. Zupełnie tak, jak w przypadku Korfantego. Ktoś mu pomaga skończyć studia, ktoś mu pomaga wyjechać na Sumatrę i tam dostaje zlecenie od najwyższych władz i jeszcze zakłada, w spółce z Holendrami, plantację tytoniu. A jacy to byli Holendrzy w Indonezji, to pisał żydowski ekonomista Werner Sombart, którego cytowałem w blogu „Imperium”.

5 grudnia 1887 roku  została ogłoszona Ustawa Ligi Polskiej, w której zapisano, że zadaniem Ligi jest przysposobienie wszystkich sił narodowych celem odzyskania niepodległości Polski w granicach przedrozbiorowych na podstawie federacyjnej i z uwzględnieniem różnic narodowościowych. Nowa organizacja nawiązała wprost do tradycji demokratycznej i liberalnej polskiej emigracji, stwierdzając w drugim punkcie wspomnianej ustawy, że przyjmuje zasady wyrażone w Manifeście byłego Towarzystwa Demokratycznego Polskiego. Program Ligi Polskiej, opierając się na tych założeniach, zakładał organizację ogólnonarodowego powstania w trzech zaborach w celu odzyskania niepodległości. Przyszłe odrodzone państwo polskie miało być, zgodnie z założeniami organizacji, liberalną republiką demokratyczną wolną od wszelkich konfliktów społecznych.

W kolejnej ustawie Ligi z 1888 roku zmieniono zwrot o granicach przedrozbiorowych i federacji na sformułowanie: Liga z gorącym współczuciem popierać będzie rozwój samodzielny narodowości, które wchodziły do składu dawnej Rzeczypospolitej. Sam Miłkowski w swej innej broszurze Sprawa ruska, podkreślał konieczność rozwiązania sporów z Ukraińcami na drodze dobrowolnej i akceptowanej federacji.

W kwestiach programowych od początku wśród członków Ligi istniały różnice poglądów. Młodych działaczy reprezentował Antoni Sygietyński, który w broszurze Co robić (Paryż 1890), odrzucając ideę walki z orężem, opowiadał się za Polską narodową, „w której wszystkie narody znalazłyby miejsce”. Za główne cele uznał „utrzymanie się przy ziemi oraz podniesienie ducha narodowego” poprzez wzmocnienie „solidarności narodowej we wszystkich Polakach”.  W tym celu należy dokonać “uobywatelnienia” ludu które to zadanie należy głównie do księży i ziemian. Autor nawoływał zarazem do zgody wszystkich grup społecznych i narodowych w tym także Żydów. 

Około 1892 roku ujawniły się istotne różnice programowe pomiędzy starszą generacją działaczy, przeważnie emigracyjnych, a młodą generacją, wywodzącą się z „Zetu” i skupioną wokół Zygmunta Balickiego, Romana Dmowskiego, Teofila Waligórskiego, Karola Raczkowskiego oraz Jana Ludwika Popławskiego. Ci ostatni w większym stopniu odwoływali się do ideologii rodzącego się nacjonalizmu niż do demokratycznych i liberalnych ideałów założycieli organizacji. Ponieważ sprawowali kontrolę na działalnością krajową Ligi, wypowiedzieli posłuszeństwo emigracyjnej Centralizacji i przejęli władzę w organizacji, jednocześnie zmieniając jej nazwę na Ligę Narodową. Zostało to ostatecznie zaakceptowane przez działaczy emigracyjnych na zjeździe w Genewie w czerwcu 1895 r. Formalnie Zygmunt Miłkowski rozwiązał Ligę Polską rok wcześniej w 1894.

Dlaczego zmieniono pierwotny program Ligi, który zakładał odrodzenie Polski w granicach przedrozbiorowych poprzez wywołanie powstania w trzech zaborach? Ano dlatego, że był to program tożsamy z programem Piłsudskiego. A zgodnie z żydowską koncepcją, by był konflikt musi być teza i antyteza, czyli dwa zwalczające się obozy. Czy już w 1888 roku wiedziano, że będzie wojna, która zmieni oblicze Europy? Wygląda na to, że tak. Później endecja szukała poparcia w państwach ententy, co nie dziwi, skoro jej działacze przebywali głównie w Szwajcarii i we Francji. Piłsudski, z kolei, oparł się o państwa centralne.

Młodzieżówką Ligi Polskiej był Związek Młodzieży Polskiej „Zet” (ZMP, „Zet”, „Zet”) – konspiracyjna organizacja polskiej młodzieży akademickiej działająca w trzech zaborach. Wikipedia przedstawia jej historię w paru punktach:

  • 14 stycznia 1887 – zjazd założycielski w Krakowie zorganizowany przez Zygmunta Balickiego
  • 1888 – podporządkowanie Lidze Polskiej
  • 17 kwietnia 1894 – rozbicie organizacji po manifestacji w setną rocznice insurekcji warszawskiej
  • 1898 – reaktywowanie i podporządkowanie Lidze Narodowej
  • 1909 – zerwanie z Ligą Narodową. Część działaczy utworzyła Zarzewie, inni w 1911 tzw. nowy Zet
  • 1908-1914 – uczestnictwo członków Zet-u w polskich organizacjach wojskowo-niepodległościowych
  • 1914-1918 – uczestnictwo członków Zet-u w Legionach Polskich

Cele programowe to m.in. dążenie do niepodległości Polski, działanie na gruncie sprawiedliwości politycznej, narodowej i społecznej, tolerancja wobec innych narodowości i wyznań, pod warunkiem, iż uznają one naczelną zasadę niepodległości i jedności Polski, szerzenie oświaty i kultury ludu wiejskiego i miejskiego.

Jednak to, co najistotniejsze, to struktura organizacyjna. Była ona trzystopniowa. Stopień niższy nie wiedział o istnieniu wyższego:

  • koledzy – wszyscy członkowie organizacji, na czele których stał starszy kolega
  • towarzysze – część wybitniejszych kolegów kierowana przez starszego towarzysza
  • bracia – najwybitniejsi z towarzyszy
  • centralizacja – najwyższy organ związku. Jeden członek Centralizacji był jawny dla wszystkich.

Oddziały powstawały we wszystkich ważniejszych uczelniach, w których uczyła się młodzież polska: w Zurychu, Genewie, Paryżu, Wiedniu, Petersburgu, Moskwie, Kijowie, Berlinie, Monachium, Warszawie. A więc Szwajcaria, Francja, Austria, Niemcy i Rosja. I w taki sposób „zagospodarowywano” wszystkich tych, którzy mogliby tworzyć polskie elity działające na rzecz narodu i ewentualnie państwa, gdyby takie powstało. Zapewne wielu z tych ludzi studiowało dzięki czyjejś pomocy materialnej. To najlepszy sposób uzależnienia. Zwłaszcza wśród polityków endecji było wielu, którzy wywodzili się z niezamożnych rodzin. Skąd więc mieli pieniądze na zagraniczne studia?

1 kwietnia 1893 roku powstaje Liga Narodowa i staje się ona podstawą funkcjonowania nowego obozu politycznego – Narodowej Demokracji. W 1897 roku działacze Ligi Narodowej utworzyli Stronnictwo Narodowo-Demokratyczne, które działało na terenie wszystkich zaborów, początkowo jako tajna organizacja, później jako jawnie działająca partia polityczna. Dokładna data rozwiązania Ligi nie jest znana. Według wspomnień Stanisława Kozickiego, bliskiego współpracownika Dmowskiego, miało to miejsce w 1927 roku, według relacji Romana Dmowskiego w kwietniu 1928 roku. Rozwiązana organizacja została zastąpiona nowym tajnym stowarzyszeniem o nazwie „Straż”.

A więc Narodowa Demokracja nie była partią polityczną tylko obozem politycznym, skupiającym różne partie czy organizacje o orientacji narodowej. W latach 1908-1911 dochodzi do rozłamu, w wyniku którego od endecji oderwały się Związek Młodzieży Polskiej „Zet”, Narodowy Związek Robotniczy i Narodowy Związek Chłopski. Z jakiego powodu doszło do tego rozłamu? Według Wikipedii dlatego, że przeciwnicy Dmowskiego uważali, że zawarł on z carem tajne porozumienie w celu zwalczania PPS-u. Dziwne to tłumaczenie, bo niby czemu mieliby być przeciwni zwalczaniu swego przeciwnika politycznego. Inna sprawa, że koncepcja Dmowskiego oparcia się o Rosję była zupełnie bez sensu i nie dlatego, że czas ją szybko zweryfikował, tylko dlatego, że w polityce nie ma wiecznych przyjaciół i wiecznych wrogów. Są tylko interesy. Można nie lubić Anglików, ale nie można odmówić im racji w tym względzie. I w tym kontekście cała idea panslawistyczna też jest bez sensu, tzn. ona ma sens, ale tylko dla Rosji.

W czasie I wojny światowej ruch narodowy opowiedział się po stronie państw ententy, najpierw Rosji, tworząc Legion Puławski, a później Francji, po klęskach armii rosyjskiej, tworząc Komitet Narodowy Polski w Paryżu (1917-1919) i Błękitną Armię gen. Hallera. Komitet Narodowy Polski był kontynuacją Komitetu Narodowego Polski działającego w latach 1914-1917 w Warszawie i Petersburgu.

Po odzyskaniu niepodległości ruch narodowy zorganizował się w partię polityczną pod nazwą Związek Ludowo-Narodowy, przekształconą w 1928 roku w Stronnictwo Narodowe (SN) działające do 1947 roku. W grudniu 1926 roku, w odpowiedzi na represje sanacyjne, powstaje pozaparlamentarna organizacja opozycyjna – Obóz Wielkiej Polski (OWP) na czele z Romanem Dmowskim. Jej celem była pozaparlamentarna walka o władzę z sanacją. Narodowa Demokracja obejmowała w tym okresie partie polityczne, związki zawodowe, stowarzyszenia młodzieżowe, kobiece i sportowe. W marcu 1933 roku sanacja zdelegalizowała OWP. Natomiast największa grupa radykałów wyłamała się z obozu narodowego w kwietniu 1934 roku, tworząc Obóz Narodowo-Radykalny (ONR), zdelegalizowany po kilku miesiącach działalności. Wkrótce po delegalizacji ONR podzielił się na dwie zwalczające się grupy: Obóz Narodowo-Radykalny ABC oraz Ruch Narodowo-Radykalny Bolesława Piaseckiego.

W latach 30-tych główną formacją Narodowej Demokracji pozostawało Stronnictwo Narodowe kierowane przez Romana Dmowskiego. W SN toczyła się walka między narodowo-liberalnym skrzydłem „starych”, a „młodymi” skłaniającymi się ku autorytaryzmowi. Po wyeliminowaniu wpływów „starych” doszło do podziału „młodych” na ekstremistyczną frakcję Jędrzeja Giertycha i grupę Tadeusza Bieleckiego bardziej skłonną do kompromisu z sanacją.

Czym była Liga Narodowa? Powstała w 1893 roku z przekształcenia Ligi Polskiej. W 1897 roku powstaje Narodowa Demokracja, będąca obozem politycznym, skupiającym różne partie i środowiska. Działała do 1928 roku i została zastąpiona, jak pisze Wikipedia, nowym tajnym stowarzyszeniem o nazwie „Straż”. Z tego wynika, że Liga Narodowa też była tajnym stowarzyszeniem. Czy więc nie w niej ukrywali się faktyczni przywódcy całego ruchu narodowego? A może raczej należałoby powiedzieć tzw. ruchu narodowego. Ktoś dobrze starał się, by ten ruch nie zdołał się skonsolidować w jedną potężną partię i nie wypracował spójnego programu politycznego. No, ale skoro ten ktoś zorganizował ten ruch, to pokierował nim tak, jak chciał. Trudno temu się dziwić.

Kim był Dmowski? We wrześniu 1886 roku wstąpił na wydział fizyczno-matematyczny Cesarskiego Uniwersytetu Warszawskiego (na sekcję nauk przyrodniczych). Po czterech latach ukończył studia. W 1888 roku został członkiem warszawskiego koła organizacji młodzieży patriotycznej „Zet”, a potem „starszym” Koła Braterskiego „Zet-u”. Od listopada 1891 do sierpnia 1892 studiował w Paryżu. Ale co? Co studiował? O tym Wikipedia nie informuje. Chyba jakieś wtajemniczenia. W kwietniu 1893 roku dokonał wraz z kilkoma innymi działaczami przewrotu w Lidze Polskiej i stworzył Ligę Narodową, na czele której stanął. Młody, miał wówczas 29 lat, i wyrolował starych wyjadaczy z powstania styczniowego. Ładna bajka.

W pierwszych latach działalności Dmowski długo był krytyczny wobec chrześcijaństwa, którego normy moralne uważał za sprzeczne z założeniami i potrzebami „zdrowego, narodowego egoizmu”, skłaniał się raczej do podporządkowania go interesom państwa lub narodu na wzór protestantyzmu w wydaniu niemieckim lub angielskim. Później, w publikacji Kościół, naród i państwo (1928) zmienił poglądy i podkreślił znaczącą rolę, jaką odgrywa dla narodu polskiego wiara katolicka i Kościół – „Katolicyzm nie jest dodatkiem do polskości, zabarwieniem jej na pewien sposób, ale tkwi w jej istocie, w znacznym stopniu stanowi jej istotę. Usiłowanie oddzielenia u nas katolicyzmu od polskości, oderwania narodu od religii i Kościoła, jest niszczeniem samej istoty narodu”. Z jego publikacji wywodzi się idea Polski jako „wielkiego państwa katolickiego narodu polskiego”.

Cóż zatem było przyczyną tak diametralnej zmiany? Sam przecież swoich poglądów nie zmienił. Był deistą. Przez całe życie był obojętny religijnie. Dopiero na krótko przed śmiercią nawrócił się. Czy można traktować poważnie prace kogoś, kto się wypowiada na temat wiary katolickiej i jej związku z narodem, samym będąc deistą?

Deizm według Słownika Wyrazów Obcych PWN, Warszawa, 1959 to:

Pogląd, który, uznając Boga za przyczynę świata lub jego pierwszy motor, odrzuca zarazem jego interwencję w bieg zdarzeń i życie ludzkie, a więc m.in. cuda i objawienie. Deizm rozpowszechniony w filozofii europejskiej XVII i XVIII wieku zawierał z reguły negację dogmatów religijnych i uznanie z religii tylko tego, co można rozumowo uzasadnić, nadto zasady tolerancji religijnej, odrzucenie wartości liturgii i organizacji kościelnej, moralność świecką (w Anglii m.in. Toland, Collins, we Francji m.in. Voltaire, Rousseau). Deizm był w czasach Oświecenia ideologią burżuazji, walczącej z wpływami Kościoła na życie społeczne, wychowanie i naukę.

W Wikipedii można też przeczytać, że charakter deistyczny ma Wielki Architekt Wszechświata, wiarę w którego deklarują członkowie anglosaskiej loży masońskiej. Masoneria była jedną z grup, które kształtowały oblicze Europy oświeceniowej. Zadeklarowanym deistą był Tadeusz Kościuszko.

Jeśli więc Dmowski twierdzi, że katolicyzm nie jest dodatkiem do polskości, ale tkwi w jej istocie, to ja się zapytuję: kto mu takich głupot nagadał lub kazał wygłaszać takie opinie, skoro wiadomo, że polski katolicyzm był i jest płytki i powierzchowny. A on sam? Nie był przecież katolikiem, był deistą i masonem. Wsączył w Polskę i w Polaków ideologię, która miała ich antagonizować z sąsiadami. Taki to jest patriotyzm „narodowców”, którzy z narodem polskim mają niewiele wspólnego. Zrobić z Polaków albo przynajmniej przypiąć im łatkę katolickich oszołomów i antysemitów, to był cel Żydów od powstania styczniowego i to im się udało, choć ani jedno, ani drugie nie jest prawdą. A Dmowski? Początkowo chciał dobrze, ale później jego mocodawcy wyznaczyli mu inny cel.

A czy Dmowski wywalczył dla Polski ziemie zachodnie na konferencji paryskiej? Niczego nie wywalczył. Wszystko już wcześniej było postanowione, o czym wspomniałem na początku bloga. Ani powstanie wielkopolskie, ani powstania śląskie nie zmieniły tego. One miały tylko stwarzać pozory, że bieg dziejów odbywa się w sposób spontaniczny, że coś zależy od ludzi. Dzisiejsze czasy są tego dowodem. Oni już wiedzą, że będzie czwarta fala i wiedzą o wiele więcej niż nam mówią. A „najbardziej zakaźny” wariant koronawirusa dotarł już do kolejnego kraju. Jak rząd będzie taki złośliwy, jak ten wirus, to jeszcze przed końcem wakacji dotrze on do Polski. W polityce nic nie dzieje się przypadkowo.

Globaliści

Od jakiegoś czasu zadaję sobie pytanie, czy wszyscy globaliści to zboczeńcy? Wbrew pozorom ten typ ludzi nie jest wytworem naszych czasów. Pojawili się znacznie wcześniej. Jednym z nich był John Maynard Keynes. Wikipedia pisze o nim m.in. tak:

„John Maynard Keynes, 1. baron Keynes (ur. 5 czerwca 1883 w Cambridge zm. 21kwietnia 1946 w Firle) – angielski ekonomista, twórca teorii interwencjonizmu państwowego w dziedzinie ekonomii i finansów państwowych. Był synem logika i ekonomisty Johna Neville’a Keynesa(1852–1949) i Ady Florence Keynes z domu Brown(1861–1958), brytyjskiej pisarki.

Na początku Keynes studiował matematykę i historię, ukończył także jeden semestr ekonomii na Cambridge. Studia ekonomiczne odbył pod kierunkiem ekonomistów liberalnych Artura Cecila Pigou i Alfreda Marshalla w latach 1905–1908. Jego poglądy na ekonomię wywarły decydujący wpływ na rozwój myśli ekonomicznej w latach 30.–60. XX wieku.

Szkoła Keynesowska położyła nacisk na analizę agregatową ujmowanego popytu globalnego. Chodziło o zwiększenie popytu, co miało przyspieszyć tempo wzrostu gospodarczego i zlikwidować bezrobocie. Aby zapewnić stały rozwój gospodarczy, należy poprzez odpowiednią politykę gospodarczą, pobudzić wzrost globalnych wydatków. Stąd nazwa – ekonomia popytu. Według nich sterowanie przez państwo globalnym popytem odbywa się za pomocą środków polityki fiskalnej (ewentualnie polityki pieniężnej).

W 1935 roku w przedmowie do niemieckiego wydania swojej książki Keynes argumentował, że jego teoria może być wdrożona o wiele łatwiej w warunkach państwa totalitarnego niż w gospodarce wolnorynkowej, co w późniejszych latach stało się podstawą do wielu zarzutów o totalitarne sympatie.

Był homoseksualistą, i mimo że prawo brytyjskie zakazywało kontaktów homoseksualnych, prowadził w latach 1901–1915 częściowo zaszyfrowane pamiętniki, w których opisywał ze szczegółami swoje stosunki z kilkudziesięcioma partnerami. W 1925 r. Keynes ożenił się z Lidią Łopokową, tancerką Ballets Russes Siergieja Diagilewa. 42-letni ekonomista zakochał się po raz pierwszy w życiu w kobiecie, z którą poznał się w 1921.”

Mówiąc wprost, Keynes był zwolennikiem drukowania pieniądza, co miało pobudzać wzrost globalnych wydatków, a tym samym gospodarkę, a więc dokładnie to, czego obecnie doświadczamy. Czy był homoseksualistą, jak pisze Wikipedia? W książce Standard Bitcoina Saifedean Ammous, profesor ekonomii na Libańskim Uniwersytecie Amerykańskim, pisze:

„Trudno uznać za przypadek, że rozpad instytucji rodziny nastąpił w okresie powszechnej implementacji nauk ekonomicznych człowieka, który nigdy nie był zainteresowany myśleniem w kategoriach długoterminowych. Urodzony w bogatej rodzinie, która przez pokolenia zgromadziła znaczący kapitał, Keynes był libertyńskim hedonistą marnującym większość dorosłego życia na stosunkach seksualnych z dziećmi, włączając w to podróże po dziecięcych domach publicznych w rejonie Morza Śródziemnego. Społeczeństwo Wiktoriańskiej Anglii cechowało się niską preferencją czasową (skłonność do oszczędzania – przyp. mój), silnym przywiązaniem do zasad moralnych, niewielką liczbą konfliktów między jednostkami i stabilnymi rodzinami. Keynes należał do pokolenia wyrosłego w kontrze do tych tradycji. Postrzegał je jako elementy instytucjonalnej opresji, którą należało obalić. Bardzo wymowne okazuje się spojrzenie na ekonomię keynesowską przez pryzmat rodzaju moralności, jaki jej autor chciał zaszczepić w społeczeństwie – które, jak wierzył, mógł kształtować wedle własnej woli.”

Saifedean cytuje również innych autorów. David Felix w pracy Keynes: A Critical Life, Greenwood Press, Westpoint,, Connecticut 1999, s. 112 cytuje list Keynesa, w którym informuje on przyjaciela: „Wyjeżdżam do Egiptu. […] Właśnie się dowiedziałem, że łóżka z chłopcami już na mnie czekają”. W innym liście polecał Stracheyowi, aby udał się do Tunisu i na Sycylię, „jeśli chcesz zobaczyć miejsce, w którym tańczą nadzy chłopcy”.

Jak więc widać bogactwo, wielkie bogactwo, degeneruje. Nie ma znaczenia w jakiej epoce żyje taki człowiek. Zawsze zmierza to ku jednemu, ku zboczeniom i degeneracji. To jest oczywiście sfera obyczajowa. Dla przytłaczającej większości ludzi ważniejsza jest jednak ekonomia i dlatego poglądy Keynesa w tej materii są warte przybliżenia, bo dotyczą większości ludzi i co ważniejsze są one zbliżone do poglądów obecnych globalistów.

Ammous tak je przedstawia:

»Zarówno w sowieckiej, jak i kapitalistycznej gospodarce pogląd, według którego państwo powinno „kierować” lub „zarządzać” gospodarką, aby realizować cele społeczne, powszechnie uważany za jest za słuszny i potrzebny. Warto wrócić w tym miejscu do przekonań Johna Maynarda Keynesa, aby mieć pełną świadomość, jak brzmią jego sugestie co do systemu gospodarczego, które to ludzkość bezwiednie akceptowała przez ostatnie dziesięciolecia. W jednym ze swoich mniej znanych artykułów zatytułowanych The end of Laissez-Faire, Keynes zaproponował, jaka powinna być właściwa rola państwa w społeczeństwie. Wyraził tam swój sprzeciw wobec liberalizmu i indywidualizmu – czego można by się spodziewać – lecz przedstawił też krytykę socjalizmu:

XIX-wieczny socjalizm państwowy pochodził od Benthama, wolnej konkurencji itd., i pod pewnymi względami jest czystszą, a pod innymi bardziej mętną wersją tej samej filozofii, która leży u podstaw XIX-wiecznego indywidualizmu. Oba kładły równy nacisk na wolność jednostki, jeden na negatywną, polegającą na unikaniu ograniczeń dla istniejących swobód, a drugi na pozytywną – celem przeciwdziałania istniejącym monopolom. Stanowią one różne odpowiedzi na tę samą atmosferę intelektualną.

Problem Keynesa z socjalizmem polegał zatem na tym, że ostatecznym celem tego systemu było zwiększenie wolności jednostki. Zdaniem słynnego ekonomisty ostatecznym celem nie powinny być sprawy trywialne, takie jak wolność indywidualna, lecz kontrola gospodarcza państwa nad gospodarką zgodna z jego upodobaniami. Keynes zakreślił trzy główne obszary, w których państwo miało grać pierwsze skrzypce. Po pierwsze, było to „szczegółowe zarządzanie walutą i kredytem przez centralną instytucję”. Ten pogląd dał podstawy nowoczesnej bankowości centralnej. Po drugie i w związku z punktem pierwszym, Keynes był przekonany, że rolą państwa było decydowanie o

skali pożądanych oszczędności w społeczeństwie, skali transferu części tychże oszczędności do innych krajów w postaci inwestycji zagranicznych oraz o tym, czy aktualna organizacja rynku inwestycyjnego dystrybuuje oszczędności za pomocą najbardziej produktywnych krajowych kanałów. Nie sądzę, aby o tych kwestiach powinny decydować wyłącznie prywatne opinie i zyski, jak to ma miejsce obecnie.

Wreszcie Keynes wierzył, że rolą państwa było opracowanie

przemyślanej, krajowej polityki dotyczącej rozmiaru populacji – czy należy ją zwiększyć, ograniczyć, czy pozostawić taką, jaka jest. […] Ustaliwszy zaś tę politykę, musimy podjąć działania mające na celu jej realizację. Właściwy na to czas przyjdzie być może nieco później, gdyż społeczeństwo jako całość musi zacząć zwracać uwagę nie tylko na ilość, lecz także na jakość swoich przyszłych członków.

Innymi słowy, keynesowska koncepcja państwa, na której oparły się nowoczesne doktryny bankowości centralnej wyznawane powszechnie przez wszystkich prominentnych bankierów oraz która kształtuje treść większości podręczników ekonomii na świecie, wywodzi się z przekonań człowieka, który życzył sobie, by państwo kierowało dwoma arcyważnymi obszarami ludzkiego życia: z jednej strony pieniądzem, kredytem, oszczędnościami i decyzjami inwestycyjnymi, co oznaczało totalitarną centralizację alokacji kapitału i zniszczenie swobodnej działalności ludzkiej, a zarazem uzależnienie jednostki od państwa w kwestii zdobywania podstawowych środków do życia; z drugiej kontrolą liczebności i jakości populacji, czyli mówiąc wprost eugeniką. W przeciwieństwie do innych socjalistów Keynes nie dążył do podobnego stopnia kontroli nad jednostkami w celu zwiększenia ich wolności w dłuższym okresie, lecz raczej z zamiarem realizacji swojej wspaniałej wizji społeczeństwa. O ile socjaliści mają na tyle przyzwoitości, by chociaż udawać, że chcą zniewolić człowieka dla jego własnego dobra – przyszłej wolności – Keynes optował za tym, by państwo zniewalało ludzi dla samej tylko kontroli. Ułatwia to zrozumienie, dlaczego Rothbard napisał kiedyś: „Marks miał tylko jedną zaletę: nie był keynesistą”.

Choć taka koncepcja może przemawiać do akademików-idealistów, którzy wyobrażają sobie, że jej realizacja przyniesie korzystne rezultaty, w rzeczywistości skutkuje ona eliminacją niezbędnych w produkcji gospodarczej mechanizmów rynkowych. Upolityczniony pieniądz przestaje spełniać swoją rolę informacyjną dla systemu produkcji, stając się rządowym programem lojalnościowym.«

Rządowy program lojalnościowy, to jest właśnie to, z czym mamy obecnie do czynienia: pieniądze dla celebrytów, dla korporacji i wielu innych instytucji. Powyższy cytat dobrze opisuje globalizm i mentalność globalistów: kontrola przepływu pieniądza i uzurpowanie sobie prawa do decydowania, które grupy społeczne są bardziej wartościowe, a które mniej, które warte są zachowania, a które nie są tego warte. Widać więc, że poglądy o redukcji ludności są wcześniejsze niż kłopoty systemów emerytalnych. Nie dość, że zboczeńcy, to jeszcze próbują globaliści przypisać sobie cechy boskie i decydować o tym, kto i jak długo ma żyć. Jednak wypada tu zrobić pewną uwagę. Banki centralne nie są własnością państwa, a państwa są od nich uzależnione. A do kogo należą banki centralne i nie tylko centralne? Tego chyba nie muszę wyjaśniać. Autor o tym nie wspomina. Nie podejrzewam go o to, że nie wie o tym. Gdyby to chciał napisać, to jego książka nie ukazałaby się. Taka rzeczywistość.

Obecna niczym nieograniczona kreacja pustego pieniądza przypomina do złudzenia tę z okresu przed wielkim kryzysem z 1929 roku. Ammous tak to opisuje:

»Inflacyjna kreacja kredytu może być rozumiana jako przykład przyjmującego społeczny zasięg „rabunku”, jak określił to ekonomista John Kenneth Galbraith w swojej książce na temat wielkiego kryzysu (The Great Crash 1929). Wraz ze wzrostem ekspansji kredytowej w latach 20. XX wieku korporacje zostały dosłownie zalane pieniędzmi, a defraudowanie tych pieniędzy na przeróżne sposoby było niezwykle proste. Dopóki nowy kredyt nie przestaje napływać, dopóty ofiary procederu pozostają niczego nie świadome, a iluzoryczny wzrost bogactwa dotyka całe społeczeństwo, gdyż zarówno ofiara, jak i rabuś sądzą, że posiadają pieniądze. Kreacja kredytu przez banki centralne umożliwia finansowanie niedochodowych projektów i pozwala, aby nieproduktywna działalność pożerała zasoby, wywołując tym samym niemożliwe do podtrzymania boomy.

W systemie monetarnym opartym o solidny pieniądz każda firma, aby przetrwać, musi dostarczyć społeczeństwu pewną wartość, za co wynagradzana jest dochodem, który przewyższa koszt zakupu zasobów potrzebnych do wytwarzania jej produktów. Firma jest produktywna, gdy przekształca zasoby i półprodukty nabyte po pewnej cenie rynkowej na produkty o wyższej cenie rynkowej. Każda firma produkująca dobra wyceniane niżej od zużytych na ich wytworzenie czynników produkcji zbankrutowałaby, uwalniając zasoby, które mogłyby wówczas zostać wykorzystane przez inne, bardziej produktywne firmy. Joseph Schumpeter nazwał ten proces twórczą destrukcją. W warunkach wolnego rynku nie istnieje zysk nieobarczony ryzykiem straty i każdy uczestnik zmuszony jest do ponoszenia owego ryzyka. Porażka zawsze stanowi realną możliwość – i bywa kosztowna. Emitowany przez państwo niesolidny pieniądz może jednakże opóźnić ten proces, podtrzymując nieproduktywne przedsiębiorstwa przy życiu. Takie firmy należy uznać za gospodarcze odpowiedniki zombie lub wampirów – przejadają zasoby żywych i produktywnych przedsiębiorstw, by oferować dobra i usługi o wartości niższej niż te zasoby. Powstaje w ten sposób nowa kasta społeczna, która żyje wedle reguł innych niż reszta obywateli i nie musi ponosić ryzyka. Jej przedstawiciele nie podlegają weryfikacji rynkowej, a zatem nie ponoszą konsekwencji swoich działań. Kasta, o której mowa, istnieje w każdym sektorze finansowym wspieranym przez państwowy pieniądz.

Nie da się z żadną dozą dokładności oszacować, jaki procent działalności gospodarczej we współczesnym świecie, zamiast służyć produkcji dóbr i usług użytecznych dla społeczeństwa, uczestniczy w wyścigu po emitowany przez państwo pieniądz. Umiarkowane szanse powodzenia daje natomiast analiza tego, które przedsiębiorstwa i sektory utrzymują się na rynku, z powodzeniem zdając rynkowy egzamin, a które podtrzymywane są przy życiu przez państwo – czy to jego politykę fiskalną, czy monetarną.

Przykładowo pomoc fiskalna to jedna z form generowania firm-zombie, którą stosunkowo łatwo wykryć. Każde przedsiębiorstwo , które otrzymuje bezpośrednie wsparcie od państwa oraz większość firm bazujących na sprzedaży produktów lub usług sektorowi publicznemu, to w rzeczywistości firmy-zombie. Gdyby przedsiębiorstwa te były produktywne w ujęciu rynkowym, ludzie z własnej woli byliby skłonni oddawać im swoje pieniądze, płacąc za konkretne dobra i usługi. Fakt, że firmy te nie potrafią przetrwać dzięki samym tylko dobrowolnym transakcjom, pokazuje, że nie są one przedsięwzięciami produktywnymi, lecz obciążeniem dla społeczeństwa.

Bardziej subtelnym sposobem tworzenia firm zombie jest udzielanie im dostępu do niskooprocentowanych kredytów. W miarę jak pusty pieniądz stopniowo erodował w społeczeństwie cnotę gospodarności oraz nawyk oszczędzania, inwestycje kapitałowe przestały być finansowane przez oszczędności, które zastąpił w tej roli emitowany przez państwo dług. W społeczeństwie posługującym się solidnym pieniądzem im więcej człowiek oszczędza, tym więcej jest w stanie zgromadzić kapitału i tym więcej może później zainwestować. Łatwo wyciągnąć z tego wniosek, że właściciele kapitału to zazwyczaj osoby o niższej preferencji czasowej. Jednak, gdy kapitał pochodzi z kreacji kredytu przez państwo, jego alokacja przestaje być zorientowana na przyszłość, a decydują o niej pracownicy rozmaitych biurokratycznych agencji państwowych.«

W zasadzie wniosek, jaki można wysnuć z powyższych cytatów jest tylko jeden: wszelkie zło bierze się z drukowania, czy – obecnie kreowania, pustego pieniądza. To powoduje, że ludzie, którzy mieli i mają pierwsi dostęp do tego pieniądza, kupują dobra jeszcze po starych cenach, zanim nowe pieniądze, wywołując inflację, ustalą nowe, wyższe ceny dóbr i usług. I tak następuje proces bogacenia się jednych i ubożenia drugich. W latach 90-tych obowiązywało w Polsce prawo, które pozwalało na odpisy podatkowe dla ludzi, którzy budowali domy. Ci, którzy ich nie budowali, takich odpisów nie mieli. Tak karano tych, którzy oszczędzali. No cóż, nowa, złodziejska nomenklatura pisała prawo pod siebie. A teraz mówią: biedni są niepotrzebni, zanieczyszczają powietrze, niech się przenoszą do Krainy Wiecznych Łowów.

Ten pusty pieniądz oddziałuje na nasze życie nawet tam, gdzie wydaje się nam, że jego moc nie dociera. Ammous pisze tak:

„W świecie wzrostu napędzanego ciągłą ekspansją pieniądza dekretowego niemal wszystkie współczesne rządy przeznaczają część budżetu na dotowanie sztuki i artystów. Nie powinien stanowić zaskoczenia fakt, że wraz z upływem czasu na jaw wyszły zadziwiające i niewiarygodne historie rządowych manipulacji w świecie sztuki podyktowanych względami politycznymi. Podczas gdy Sowieci nie kryli się z finansowaniem „sztuki” komunistycznej, która miała pomóc im osiągnąć polityczne i propagandowe cele, niedawno (książka została wydana w 2018 roku – przyp. mój)) okazało się, że także Centralna Agencja Wywiadowcza (CIA) uciekała się do opłacania i promowania prac abstrakcyjnych, ekspresjonistycznych gwałcicieli papieru i płótna, takich jak Mark Rothko i Jackson Pollock, aby służyli amerykańskiej propagandzie. Tylko w świecie łatwego pieniądza mogło dojść do tego, że sztuka została zbrukana usłużnym promowaniem bezguścia pod dyktando rządowych karierowiczów pracujących dla agencji szpiegowskich w Waszyngtonie i Moskwie.

Jednakże najbardziej zdumiewa nie tyle rozpowszechnianie w świecie sztuki nowoczesnej bezwartościowych śmieci, takich jak twórczość Rothko, lecz wyraźna nieobecność wielkich dzieł, które można by porównać ze sztuką sprzed zepsucia pieniądza. Trudno przeoczyć, że nie powstają dziś ani pracę na miarę Kaplicy Sykstyńskiej, ani też dzieła porównywalne z malowidłami Leonarda da Vinci, Rafaela Santi, Rembrandta, Caravaggia czy Jana Vermeera. Powinno to dziwić szczególnie, gdy uświadomimy sobie, że dzięki postępowi technologii i uprzemysłowienia, tworzenie podobnych dzieł sztuki jest obecnie znacznie łatwiejsze, niż było w złotej epoce – a do tego więcej ludzi ma na to czas i fundusze.

Kaplica Sykstyńska wzbudzi podziw u każdego zwiedzającego, a gdy dodatkowo zostanie mu wyjaśniona zawarta w dziele treść oraz metody i chronologia jego tworzenia, podziw ten przekształci się w zachwyt nad głębią myśli, kunsztem i ogromem ciężkiej pracy włożonej w jej powstanie. Zanim malowidła Rothko stały się sławne, nawet najbardziej pretensjonalni krytycy sztuki przeszliby obok nich obojętnie, nie wspominając nawet o zabraniu ich do domu. Dopiero kiedy krąg poklepujących się wzajemnie po plecach krytyków spędził niekończące się godziny na wychwalaniu jego geniuszu, pasożyty i nuworysze aspirujący do miana znawców kultury wysokiej zaczęli udawać, że dostrzegają w jego pracach głębszy sens i rzucili się do ich nabywania za łatwy pieniądz.

Z biegiem lat nagromadziło się wiele historii żartownisiów, którzy pozostawiali przypadkowe przedmioty w galeriach sztuki nowoczesnej tylko po to, aby współcześni miłośnicy sztuki otaczali je uznaniem, ukazując kompletną próżnię w aktualnych gustach artystycznych. Nic jednak nie obrazuje lepiej wartości sztuki nowoczesnej niż liczni dozorcy światowych wystaw sztuki, którzy wykazali się godną podziwu spostrzegawczością i oddaniem swojej pracy, umieszczając kosztowne instalacje artystyczne sztuki współczesnej tam, gdzie ich miejsce: w śmietniku. Niektóre, największe ikony „sztuki” współczesnej, jak Damien Hirst, Gustav Metzger, Tracey Emin, Sara Goldschmied i Eleonora Chiari, otrzymały w ten sposób noty od dozorców, którzy – omyłkowo wyrzucając ich dzieła do kosza – wykazali lepsze wyczucie piękna niż niestabilni emocjonalnie nuworysze wydający na te same dzieła miliony dolarów.”

Cytaty wyrwane z kontekstu, czyli z książki, są wyrwane z kontekstu i dlatego należy się pewne uzupełnienie czy wyjaśnienie. Saifedean Ammous jest zwolennikiem pieniądza niezależnego od rządu i za taki uważa Bitcoina. Wcześniej takim rozwiązaniem był dla niego standard złota, który obowiązywał w epoce wiktoriańskiej do pierwszej wojny światowej. Standard złota polegał na tym, że pieniądz miał w nim pełne pokrycie. Innymi słowy, można było dodrukować go tyle, ile wydobyto nowego złota. I to była największa zaleta, bo o tym, ile pieniądza dodrukowywano nie decydowały rządy i nikt inny, tylko ilość wydobytego złota – rzecz obiektywna i niepodważalna. I to, już samo w sobie, jest argumentem nie do obalenia. Jednak zwolennicy jakiejkolwiek teorii gotowi są dostarczać wielu argumentów na potwierdzenie tego, że mają rację. W omawianym przypadku dowodem na to, że, gdy mamy zdrowy pieniądz, to i sztuka jest zdrowa i kwitnie. Problem jest jednak trochę bardziej skomplikowany. Sztuka renesansu – wspaniałe malowidła, rzeźby, architektura – mogła się rozwinąć, bo pojawiło się w Europie mnóstwo złota, które Hiszpanie wywozili z obu Ameryk. Wywozili? Rabowali albo kradli, kto co woli. Efekt był więc taki sam, jak w przypadku sztuki współczesnej – nadmiar złota skierowano na dobra wyższe. To była inna epoka, inni władcy i inni artyści i stąd inny efekt. W epoce wiktoriańskiej, gdy obowiązywał standard złota, powstawały wartościowe dzieła kultury i sztuki, ale inne niż w renesansie. Wcześniej sztuka nie była skierowana do masowego odbiorcy, a obecnie – tak.

Ale nawet jak Hiszpanie okradali amerykańskich tubylców, to wcale jeszcze nie znaczyło, że to złoto dotrze do Hiszpanii. Ryzyko było duże. Po drodze czatował na nich najsłynniejszy w historii pirat Francis Drake. Dla Hiszpanów był piratem, a dla Anglików – bohaterem narodowym. Bez cichego poparcia królowej Elżbiety, ani Drake, ani żaden inny pirat, nie miałby racji bytu. Zupełnie tak jak dziś – żadna mafia nie istniałaby, gdyby rządy nie tolerowały ich. Hiszpanie starali się odstraszać piratów na różne sposoby. Jednym z nich było nadawanie okrętom imion budzących grozę, jak choćby „Cacafuego”. Kazimierz Dziewanowski w swojej książce „Brzemię białego człowieka” tłumaczył to jako „Ziejący ogniem” – bardzo subtelnie, ale w angielskiej Wikipedii przetłumaczono to jako – „Srający ogniem”. Miało to informować potencjalnych napastników, że okręt jest wyposażony w działa. Tak więc przywożenie zrabowanego złota było zupełnie czym innym, niż drukowanie pieniądza bez pokrycia i bez żadnego ryzyka.

Szalone lata dwudzieste skończyły się wielkim kryzysem w 1929 roku. Doszło do niego, bo nagłe zmniejszenie kredytów obniżyło o 20 miliardów dolarów depozyty i kredyty na żądanie. Transakcje czekowe spadły o 1 200 miliardów dolarów, dwie trzecie pieniędzy w dyspozycji handlu i przemysłu. Gdyby dziś zrobiono to samo, kryzys byłby jeszcze większy. Jednak obecnie nie brakuje pieniędzy, rządy wszystkich państw mają pieniądze na walkę z „pandemią” i wspieranie wybranych firm. Kryzys i dramaty dotyczą tylko wybranych. Celem jest wyeliminowanie pieniądza papierowego i monet, likwidacja własności prywatnej oraz podporządkowanie ludzi ścisłym elitom rządzącym i wyeliminowanie części z nich, tych uznanych za gorszych. Dokładnie tak jak wyobrażał to sobie Keynes.

Czas apokalipsy

Pisałem już wcześniej, że wszelka wiedza bierze się z porównań. Nawet jeśli jest w tym stwierdzeniu trochę przesady, to niewiele. Porównując rzeczy czy zjawiska, obserwujemy lub analizujemy je w jakimś kontekście, a nie w oderwaniu od rzeczywistości. A z tym mamy do czynienia w przypadku „pandemii”. Wcześniej pandemia była w sytuacji, gdy liczba zachorowań na jakąś chorobę gwałtownie rosła w stosunku do normalnego jej stanu i do ogółu zachorowań. Jeśli na grypę „hiszpankę”, która wybuchła u schyłku I wojny światowej (1918-1920), zmarło więcej ludzi niż poległo w trakcie tej wojny, to można w tym wypadku mówić o pandemii. Obecnie WHO zmieniło jej definicję i rządy wszystkich państw mogą ją ogłosić wtedy, gdy im się podoba, a właściwie to na rozkaz rządu światowego, któremu te rządy podlegają. I tak się stało, i mamy „pandemię”.

Jak więc wyglądała pandemia „hiszpanki”? Wikipedia tak ją opisuje:

»Pierwsza fala nadeszła wiosną 1918 roku, była wysoce zakaźna, ale łagodna w przebiegu i nie wzbudziła zaniepokojenia. Druga fala, od sierpnia 1918 roku, odznaczała się niezwykle wysoką śmiertelnością. Wystąpiła jednocześnie w trzech rejonach: w Breście we Francji, w Bostonie w USA i we Freetown w Sierra Leone. Do Europy sprowadzili ją amerykańscy żołnierze. Jako że ich transporty docierały głównie do portów we Francji, kraj ten stał się wylęgarnią zarazy. Pandemia grypy była także przyczyną licznych śmierci jeńców podczas wojny polsko-bolszewickiej i po niej. Trzecia fala pandemii miała miejsce między końcem 1918 a marcem 1919 i nierównomiernie, lecz z podobnym nasileniem rozwijała się w Stanach Zjednoczonych oraz w niektórych częściach Europy. Ostatnie zarażenia odnotowano w 1920 roku, jednak ostatnia fala cechowała się mniejszą śmiertelnością niż dwie poprzednie.

Śmiertelność grypy „hiszpanki” jest trudna do oceny, jednak na podstawie danych wojskowych można ją oszacować na 5-10%. W zamkniętych społecznościach śmiertelność była jeszcze wyższa. W Bostonie zachorowało 10% ludności. 2/3 chorych zmarło. W całej armii Stanów Zjednoczonych zachorowało 20%.

Liczba ofiar „hiszpanki” znacznie przewyższyła liczbę ofiar frontów I wojny światowej. Na grypę i jej powikłania zmarły 24 tysiące osób amerykańskiego personelu wojskowego (amerykańskie straty bojowe wyniosły 34 tysiące osób). W Wielkiej Brytanii zmarło 150 tysięcy osób.

Podawane są różne szacunki śmiertelności na całym świecie: od 21-25 mln do 50-100 mln. Była pierwszą pandemią od czasów czarnej śmierci (1347-1350) o tak wysokiej śmiertelności. Zachorowało na nią 500 mln ludzi, co stanowiło wówczas 1/3 populacji świata.

Nietypową cechą tej pandemii był odwrócony profil wiekowy jej ofiar. Umierali przede wszystkim ludzie młodzi i w średnim wieku (20-40 lat), podczas gdy zwykle na grypę umierają dzieci, osoby starsze i z osłabioną odpornością. W relacjach z pandemii podkreślano, że liczba zgonów w młodym wieku przekraczała liczbę zgonów w starszym wieku, np. w Szwajcarii znacznie poważniejszy przebieg zachorowań stwierdzono u osób w przedziale wiekowym 20-49 lat.«

Tak wyglądała prawdziwa pandemia. Na tę grypę zachorowała 1/3 populacji świata. A jak to wygląda obecnie? Rząd informuje codziennie o ilości osób zarażonych i zgonach. Tych zgonów jest kilkadziesiąt dziennie, a w ostatnich dniach ponad 100 dziennie. Czy to dużo czy mało? Z poprzednich lat ze statystyk wynikało, że w Polsce umierało dziennie na różne choroby i ze starości 1000-1100 osób. W dniu 27 października liczba osób zakażonych od początku „pandemii” wynosi 280229, a zmarłych – 4615, co daje śmiertelność na poziomie 1,6%. To jest bardzo niska śmiertelność, ale jeśli dodamy, że większość z tych zmarłych to ludzie starzy, schorowani, którzy, jak to rząd określa, mieli choroby współistniejące, to okazuje się, że nie ma żadnej pandemii. Jest tylko „pandemia”. Tego jednego dnia zostało zakażonych 16300 osób, zmarło – 132. W środę dzienna liczba zakażonych wzrosła do 18820, a zmarłych – 236. Ogólna liczba zakażonych w środę 28 października – 299049, zmarłych – 4851. Śmiertelność dalej na poziomie 1,6%, ale we wtorek zmarły 132 osoby, a w środę – 236, prawie dwa razy więcej. To robi wrażenie i o to chodzi! W czwartek liczba zakażonych – 20156, zgonów – 301. Od początku 319205 i 301, co daje śmiertelność 1,6%. Oznacza to, że na 200 osób chorych 3 umierają. W piątek 30 października – 21629 zakażonych, 202 – zgony. Od początku – 340834, 5351, śmiertelność – 1,6%. Według rządowych wykresów krzywa zakażeń od paru dni rośnie w postępie geometrycznym, a krzywa zgonów jest płaska od samego początku i nadal taka jest, a mamy do czynienia z drugą falą. Tak przynajmniej twierdzi rząd.

Problem jednak polega na tym, że my nie wiemy, czy te dane są prawdziwe, bo testy, które są używane do diagnozowania zakażenia nie były do tego stworzone. Nie wiemy czy wśród tych ponad 300 tysięcy zakażonych nie ma takich, które wiosną zostały zdiagnozowane jako chore i obecnie ponownie są zakażone. Na jakiej podstawie osoby, które mają choroby współistniejące, kwalifikuje się jako zmarłe z powodu COVID? W sumie nic nie wiemy i mamy wierzyć. Czy mamy więc do czynienia z oszustwem na skalę światową? Czy to możliwe, żeby rządy wszystkich krajów i ich dyżurni lekarze wirusolodzy i inni, kłamali w żywe oczy? Jest wielu ludzi, którzy nie wierzą w tę „pandemię”. A ilu wierzy? Codziennie jesteśmy atakowani informacjami o gwałtownie rosnących zakażeniach, o przepracowaniu personelu medycznego, o tym, że zaraz zabraknie łóżek w szpitalach, o zakażeniach kolejnych członków rządu, a wszyscy oni w maseczkach. Do tego dochodzą wypowiedzi „ekspertów” o tym, że najgorsze jeszcze przed nami. Jeśli dodamy do tego zdjęcia personelu medycznego w szczelnych skafandrach z jakimiś strzykawkami czy innym sprzętem lub takich samych sanitariuszy pchających łóżko z chorym lub w karetce, to na większości ludzi musi to robić wrażenie, a nawet jak nie robi, to działa na podświadomość. W tym działaniu nie ma nic przypadkowego i nie przypadkiem znowu muszę odwołać się do Bullocka i książki Hitler – studium tyranii. Cytaty kursywą pochodzą z „Mein Kampf”:

Ponieważ masy mają tylko słabą znajomość abstrakcyjnych idei, przeto ich reakcja wypływa raczej z domeny uczuć, gdzie tkwią korzenie pozytywnej czy negatywnej ich postawy… Niezwykła stabilność mas wynika z emocjonalnych podstaw ich nastawienia. Zawsze trudniej jest walczyć z wiarą niż z wiedzą. Siłą napędową prawie wszystkich wielkich rewolucji na kuli ziemskiej nigdy nie było jakieś naukowe poznanie, które opanowało masy, ale zawsze fanatyzm, który je natchnął, i często pewnego rodzaju histeria pchająca je do czynu. Ktokolwiek chce porwać masy, musi znać klucz do ich serc. Tym kluczem jest nie obiektywizm, a więc nieudolna postawa, ale stanowcza wola poparta, jeżeli trzeba, siłą.

Hitler bez ogródek tłumaczy, jak to można osiągnąć: Możliwości percepcji mas są bardzo ograniczone, a ich zdolność rozumienia – słaba. Z drugiej strony masy szybko zapominają. Każda skuteczna propaganda powinna zatem ograniczać się do paru rzeczy niezbędnych i musi być wyrażona w kilku stereotypowych frazesach. Dla intelektualistów, którzy ciągle szukają czegoś nowego, Hitler miał jedynie pogardę. Tylko ciągłe powtarzanie doprowadzi w końcu do wbicia jakiejś idei w pamięć tłumu. Dla tego samego powodu lepiej jest trwać przy raz ustalonym programie, nawet gdyby niektóre jego punkty stały się nieaktualne. Wystarczy usunąć jeden punkt ze sfery dogmatycznej pewności, a dyskusja, jaka się wywiąże, nie tylko nie doprowadzi do nowego i lepszego sformułowania, ale może łatwo przejść w nie kończące się debaty i ogólne zamieszanie.

Kiedy się kłamie, kłamstwo musi być wielkie. Tak robią Żydzi stosując się do zasady:

Prawdą jest, że w wielkim kłamstwie zawsze jest pewien element wiarygodności, albowiem szerokie masy narodu w głębi emocjonalnej sfery swej natury nie tyle są świadome i celowo złe, ile łatwo ulegają zepsuciu; tak więc w swoich prymitywnych umysłach łatwiej padają ofiarą wielkiego kłamstwa niż drobnego, bo same często uciekają się do małych kłamstewek w drobnych sprawach, ale wstydziłyby się posługiwać wielkim kłamstwem. Taka nieprawda nigdy by im nie przyszła na myśl i nie uwierzą, że ktoś inny miałby czelność haniebnie przekręcać prawdę… Najbardziej bezczelne kłamstwo zawsze zostawia po sobie ślad, nawet gdyby je przygwożdżono.

Przede wszystkim zaś nigdy nie wahać się, nigdy nie łagodzić tego, co się mówi, nigdy nawet na cal nie ustępować przeciwnej stronie, wszystkie przeciwieństwa odmalowywać w biało-czarnych kolorach. To jest

pierwszy warunek, którego należy się trzymać w każdego rodzaju propagandzie: systematyczna, jednoznaczna postawa wobec każdego problemu, z którym się ma do czynienia… Kiedy ludzie zobaczą bezkompromisowy, zaciekły atak na przeciwnika, zawsze przyjmą to za dowód, ze racja leży po stronie atakującego, ale jeżeli atakujący zatrzyma się w pół drogi i nie doprowadzi zwycięstwa do końca… przyjmą za dowód, że nie jest on pewny swojej racji.

Propaganda nie ograniczała się tylko do słowa mówionego. Były jeszcze afisze, zawsze czerwone, w rewolucyjnym kolorze, wybranym po to, by prowokować lewicę; swastyka i flagi, z ich czarnym Hakenkreuzem w białym kole na czerwonym tle – wzór, do którego Hitler przywiązywał jak największą wagę; postawa na baczność, mundury i hierarchia partyjna. Od socjaldemokratów Hitler wziął jeszcze pomysł masówek i demonstracji. Głównym celem takich masówek było wywołanie wrażenia siły, przynależności do ruchu, który musi doprowadzić do sukcesu. Hitler odkrył tutaj pewną psychologiczną prawdę, która później w historii ruchu nazistowskiego odegrała wielką role: że gwałt i terror mają własną wartość propagandową i że manifestowanie siły fizycznej jest równie pociągające, jak i odpychające.

To tyle Bullock i jego cytaty z Hitlera. A więc masówki i demonstracje miały wywoływać wrażenie siły. A czy te „szpitale” organizowane na stadionach, czy one nie są ich odpowiednikami? To też masówki, tyle że trochę inne. One mają wywołać wrażenie grozy. Parę dni temu pokazano zdjęcie kilku pacjentów, których umieszczono w pomieszczeniu postojowym karetek, bo w szpitalu zabrakło miejsca, ale nie pokazano wnętrza tego szpitala z jego „zatłoczonymi” salami. Tak właśnie działa ta propaganda i ma bardzo wiele wspólnego z nazistowską, co nie powinno dziwić, bo to chyba ci sami, którzy zaopiekowali się Hitlerem, organizują nam to piekiełko.

Ale po co ta cała hucpa z „pandemią”? – Bo jest nas za dużo i Ziemia „nie wyrabia”. Tak orzekli wielcy tego świata i szlus! W języku oryginału pisze się Schluss i znaczy to – koniec. Wyjaśniam, bo mam świadomość, że obecnie „Englisch über alles”. Orzekli, że jest nas za dużo, ale jakoś dziwnym trafem nie przeszkadza im masowa produkcja, która bardziej dewastuje środowisko naturalne i pożera surowce, które występują w ograniczonej ilości, bo zasoby Ziemi nie są nieskończone. I nie jest grzechem masowa produkcja, tylko masowa tandetna produkcja, która z założenia produkuje buble, których okres używania jest krótki, i która wymaga ciągłego odnawiania. To jest biznes dla producentów i handlu, ale czy dla klienta?

Wybrano model globalizacji, który zniszczył nie tylko środowisko naturalne i jego zasoby, ale też mnóstwo zawodów, takich jak choćby krawiec, szewc, zegarmistrz, masarz i wiele innych. No właśnie! Piszę – masarz, a edytor tekstu podkreśla mi to słowo, znaczy że piszę z błędem, bo powinienem napisać – masaż. Skoro nie ma zawodu masarz, to i nie ma takiego słowa. Jest tylko masaż i masażysta – specjalista od robienia masaży, a specjalisty od robienia wędlin nie ma. Z tymi słowami jest też inny problem, bo coraz częściej pojawiają się takie – zapożyczone z angielskiego. Nie tak dawno temu trafiłem na vlog, co, jak się domyślam, znaczy videoblog, czyli film, którego tytuł brzmiał: Przygoda z dwiema Persjankami. – O! I tego słowa edytor nie podkreśla. Te Persjanki to kalka z angielskiego. Po angielsku jest – „Persian”, co znaczy – Pers, Persjanka; tak to tłumaczą słowniki internetowe i tak to tłumaczy słownik angielsko-polski Stanisławskiego. Ale Słownik Poprawnej Polszczyzny nie pozostawia wątpliwości: Pers, Persyjka. – Jak to ładnie brzmi! Nieprawdaż? Tak z ciekawości zajrzałem do słownika niemiecko-polskiego i tam znalazłem: Perser – Pers, Perserin – Persyjka. Polski i niemiecki rozróżnia płcie, angielski, w tym wypadku – nie, ale – Englisch über alles, nic nie poradzimy. Na otarcie łez pozostaje mi tylko stwierdzenie, że mój edytor tekstu nie podkreśla słowa “Persyjka”. Dobre i tyle!

Ale wróćmy, jak to mówią Francuzi, do naszych baranów, czyli do głównego wątku, a ten wątek, to – po co ta hucpa? – Za dużo ludzi na Ziemi. Pomysł z tym przeludnieniem jest stary jak świat, no, może nie tak stary, ale pojawił się w końcu XVIII wieku za sprawą Thomasa Roberta Malthusa (1766-1834). Był to angielski ekonomista i duchowny anglikański. Był twórcą teorii przeludnienia opublikowanej w 1798 roku. Według niego, skoro liczba ludności rośnie w postępie geometrycznym, a produkcja żywności w – arytmetycznym, to nieunikniony jest stan przeludnienia. Pisał: epidemie, zarazy, pomory (…) przyniosą tysiące i dziesiątki tysięcy ofiar. Jeśli nie przyniesie to skutku, gigantyczna nieunikniona plaga głodu (…) jednym potężnym uderzeniem wyrówna poziom ludności z poziomem żywności.

Dziś wiemy, że to się nie sprawdziło. Postęp techniczny i wzrost wydajności w rolnictwie pozwolił uniknąć tego scenariusza. Ale skąd u niego taki pomysł? Malthus żył w latach intensywnego przyrostu naturalnego białej rasy. Pod koniec XVIII wieku Berlin liczył 20 tys. mieszkańców. Na początku XX wieku – już 2 miliony. W tamtym czasie przyrost naturalny w Niemczech był bardzo wysoki i stąd „Drang nach Osten”. Ale i w innych krajach był wysoki; w Królestwie Polskim, w Rosji i w innych. Wyjątkiem była Francja. Jeszcze chyba w czasie rewolucji francuskiej była ona najludniejszym krajem w Europie, a już pod koniec XIX wieku notowała ujemny przyrost naturalny, podczas gdy inne kraje „rosły w siłę”. I właśnie dlatego parlamentarzyści francuscy zastanawiali się nad tym, jak zachęcić Francuzów do rozmnażania się, bo u sąsiada za miedzą ludzi przybywa. Ten problem opisywał w „Kronikach Tygodniowych” Prus, który stwierdził, że jest coś takiego jak siła populacji. Jeśli jest ona silna, to mamy do czynienia z dużym przyrostem naturalnym, gdy słabnie jest odwrotnie.

Malthus popełnił błąd metodologiczny. Inna sprawa czy zrobił to świadomie. Prawdopodobnie był masonem i dobrze wiedział po co tworzy taką teorię. Założył, że ten wzrost liczby ludności będzie stały i tak szybki, jak on to obserwował. Za jego życia tak było, co nie znaczy, że zawsze tak musi być. Dziś wiemy, że biała rasa raczej się zwija. Ostatnim razem odbudowała się po II wojnie światowej, ale od lat 60-tych słabnie. Natomiast rasa żółta i czarna od tych lat 60-tych kwitnie.

To zapewne stało się przyczyną powstania prądu zwanego neomaltuzjanizmem. Nawiązywał on do teorii Malthusa. W 1968 roku w książce The Population Bomb Paul R. Ehrlich opisał scenariusze oparte na założeniach zbliżonych do oryginalnej teorii Malthusa. Według jego prognozy w ciągu około 15 lat od publikacji książki miało dojść do ogólnoświatowej katastrofy demograficznej połączonej z klęską głodu. Ehrlich proponował wprowadzenie szerokiej kontroli urodzeń, rozważając różne możliwości sterylizacji oraz ograniczenie przyrostu naturalnego za pomocą środków fiskalnych. Minęło 15 lat i nic z tego, co on prognozował, nie sprawdziło się.

Na wyczerpaniu surowców naturalnych skupia się książka Granice wzrostu wydana w 1972 roku przez Klub Rzymski, przewidująca wyczerpanie zdolności Ziemi do utrzymania prognozowanej liczby ludności świata w ciągu około 100 lat. Jako środek pozwalający na ograniczenie eksplozji demograficznej i nieracjonalnego zużycia surowców postulowano kontrolę urodzin, ograniczenie liczebności rodzin oraz środki fiskalne. – Tak to opisuje Wikipedia, ale ja nie widzę sensu w tym opisie. Co to znaczy nieracjonalne zużycie surowców? Skoro jest więcej ludzi, to musi być ich większe zużycie.

Z tych niespójnych teorii jasno wynika, że chodzi o redukcję liczby ludności i nic więcej. Surowce naturalne wyczerpują się zbyt szybko nie dlatego, że ludzi jest za dużo, bo ludzie ich nie jedzą, tylko dlatego, że produkcja jest nastawiona na wytwarzanie przedmiotów szybko zużywających się. To powoduje, że trzeba produkować ich coraz więcej, a do tego trzeba coraz więcej surowców. Żywność jest produktem odnawialnym. Produkcja roślinna potrzebuje nie tylko gleby, ale i energii słonecznej. Na tej samej glebie można co roku zbierać plony, a energia słoneczna jest, z naszego punktu widzenia, niewyczerpalna.

Zanim człowiek wynalazł rolnictwo, to trudnił się łowiectwem i zbieractwem. Jedno i drugie wymaga wielkich przestrzeni, a więc i małej gęstości zaludnienia. Obie czynności wymagają zaangażowania i czasu. Nie tak łatwo upolować jakąś zwierzynę, a i zbieractwo absorbuje. Cała aktywność człowieka sprowadza się do zdobycia żywności. W takiej rzeczywistości nie ma miejsca na internetowe pogaduszki. O spotkaniach w knajpach, pubach i innych tego typu przybytkach nie wspominam, bo to już jest historia. Skoro człowiek nie mógł myśleć o niczym innym, tylko o polowaniu i zbieractwie, to zrozumiałe, że nie było rozwoju. Dopiero gdy pojawiła się obfitość żywności, za sprawą rolnictwa, to większość ludzi mogła zająć się czymś innym. I to coś innego powodowało to, co my nazywamy rozwojem.

Malthus twierdził, że przyczyną tak gwałtownego wzrostu populacji jest niepohamowany pociąg seksualny. Ale ten niepohamowany pociąg istniał, gdy ludzie trudnili się łowiectwem i zbieractwem i później. Jednak nie powodował on tak gwałtownego przyrostu naturalnego. Co więc było jego przyczyną w Anglii, gdzie on go obserwował i w Niemczech? We Francji było inaczej. Czy za sprawą rewolucji francuskiej?

W latach 60-tych miała miejsce tzw. zielona rewolucja, której celem było unowocześnienie rolnictwa w krajach, zwanych wtedy, krajami Trzeciego Świata, a co za tym idzie, likwidacja głodu. I w jej wyniku nastąpiła ta eksplozja demograficzna. Czy faktycznie z tego powodu? Nadal w Afryce jest wiele krajów, w których ludzie doświadczają głodu, a pomimo tego przyrost naturalny jest wysoki. Inna sprawa, że wiele dzieci umiera.

Malthus uważał, że problem przeludnienia rozwiąże sama natura. Neomaltuzjanizm poszedł o krok dalej. Uznał, że potrzebna jest ingerencja człowieka i zaproponował kontrolę urodzeń, sterylizacje i środki fiskalne. Jak to ładnie nazwano – środki fiskalne, czyli, masz dużo dzieci, płacisz większe podatki. A obecnie u nas mamy dokładnie odwrotną sytuację – 500+. Rząd płaci za posiadanie większej ilości dzieci, a rząd światowy dąży do redukcji ludności świata. Dom wariatów? Na COVID umierają ludzie starzy. Tak wynikało z danych rządowych. Teraz już nie podają wieku zmarłych. Tak więc ludzie starzy umierają nie ze starości, tylko z powodu „pandemii”, więc chrońmy seniorów – tak pier… premier a za nim reszta. Niech nie wychodzą z domu. To co? Niech zdychają w domach, tak? Nie dla nich poranne i wieczorne mgły, nie dla nich „nieśmiertelnik, żółty październik”. Dom jest schronieniem, ale nie więzieniem. Tu nie ma wątpliwości – pierwsi do „odstrzału” są starzy ludzie. Są niepotrzebni: murzyn zrobił swoje, murzyn może odejść.

To, z czym mamy obecnie do czynienia, to też neomaltuzjanizm, tyle że w najnowocześniejszej odsłonie. – Ludzi jest za dużo i nie będziemy czekać na wojny, kataklizmy i inne plagi, które zredukują liczbę ludności. Nie będziemy też bawić się w kontrolę urodzin, sterylizację i środki fiskalne. Zaczniemy ich zabijać, ale nie tak po chamsku, strzałem w potylicę, ale bardziej „subtelnie”, powoli, na raty, tak by nie zorientowali się, że są zabijani. W tym celu wymyślimy pandemię i pod jej pretekstem zalegalizujemy prawa takie, jakie będziemy chcieli. Działanie jest kompleksowe i polega na niszczeniu:

  • państwa
  • gospodarki
  • więzów społecznych
  • osobowości człowieka
  • tradycji

Niszczenie państwa polega na odebraniu mu suwerenności. Wszystkie państwa działają podobnie, zgodnie z pewnym scenariuszem, co dowodzi istnienia rządu światowego. Wszystkie restrykcje wprowadzane są niezgodnie z konstytucją, co dowodzi, że prawo nie jest przestrzegane. Jednym z filarów państwa jest jego system prawny, a jego niszczenie, to niszczenie państwa.

Niszczenie gospodarki jest ewidentne. Sprowadza się ono do likwidacji małych i średnich firm, których właścicielami są niezależni ludzie. Z pracownikami zatrudnionymi na etatach czy w korporacjach rząd poradzi sobie szybko. Niszczony jest też pieniądz. Czas likwidacji gotówki jest bliski, a wraz z nią zniknie własność prywatna. Rząd na potęgę kreuje pieniądze bez pokrycia. Na walkę z „pandemią” nie żałuje ich. Jest też gotowy hojnie wynagradzać lekarzy, dając im bardzo wysokie podwyżki. Wie, że już niedługo te pieniądze nie będą nic warte, a lekarze obudzą się z ręką w nocniku, gdy zobaczą, że ich elektroniczne konta są zablokowane lub zezwalające na wypłaty niewielkich kwot.

Ograniczenia w przemieszczaniu się, tzw. dystans społeczny, zamykanie tych wszystkich miejsc, w których ludzie mogli spotykać się ze sobą i wymieniać informacje, zamykanie ich w domach – to wszystko prowadzi do zerwania więzów społecznych, które są niezbędne do prawidłowego rozwoju psychicznego każdej jednostki.

Maski przed niczym nie chronią. Rządzący dobrze o tym wiedzą, a mimo to upierają się przy obowiązku ich noszenia. One zmieniają naszą osobowość: jak w masce uśmiechnąć się do drugiego człowieka? W maskach wszyscy wyglądamy podobnie i przypominamy małpy, a nie ludzi. I o to chodzi, żebyśmy stawali się anonimowi, traktowali innych jako zagrożenie dla naszego zdrowia. To jest proces, to nie stanie się tak od razu, ale gdy zostaniemy z nimi jeszcze przez rok czy dwa, to nawet nie zorientujemy się, w którym momencie staniemy się już kimś innym, niż dotychczas byliśmy. Ale maski nie tylko zmieniają naszą osobowość, one też wpływają negatywnie na nasze zdrowie, bo z ciągłego wdychania wydychanego powietrza nic dobrego nie może wyniknąć. Jednym słowem – zabierają nam nasze podstawowe prawa, prawo do oddychania świeżym powietrzem i prawo do bycia człowiekiem.

Niszczenie tradycji polega na m.in. na zabranianiu nam możliwości obchodzenia świąt, tak jak to czyniliśmy dotychczas. Zamknięcie cmentarzy na Wszystkich Świętych i Dzień Zaduszny jest tego najlepszym dowodem. Na cmentarz nie wolno pójść, ale wielotysięczne manifestacje w wielu miastach mogą się odbywać. I jakoś w tym wypadku rząd jest “bezradny”, a policja bierna. Na manifestacjach wirusa nie ma, a na cmentarzach jest.

Wszystko to jest robione stopniowo, powoli i łagodnie. Zmiany w naszych nawykach wpłyną na naszą podświadomość, a ta na nasze zachowanie. Gdy już nas zmienią, to będą mogli zrobić z nami wszystko, co zechcą. Jak zechcą, to nas uśmiercą, a jak nie zechcą, to łaskawie pozwolą nam żyć. I po to jest ta cała „pandemia”. Sam projekt jest oczywiście projektem satanistycznym. No bo jak inaczej wytłumaczyć fakt, że znalazła się grupa ludzi, która chce zastąpić Boga, jak chcą jedni, czy naturę, jak chcą inni i decydować o tym, czy jest nas za dużo, czy może w sam raz.

Żarty się kończą. Słowacja, jako pierwszy kraj na świecie, wprowadziła obowiązkowe dla wszystkich obywateli testy na obecność koronawirusa. Bandytyzm i terroryzm w “majestacie” prawa. Człowiek przestaje być panem własnego ciała i o tym, czy jest zdrowy czy zakażony, nie on będzie decydował na podstawie własnego samopoczucia. Jeśli test wykaże mu zakażenie, to zostanie skierowany na “leczenie”. A tam już wszystko będzie można z nim zrobić.

Kto stworzył Hitlera?

Alan Bullock w swojej książce Hitler – studium tyranii zawarł wiele informacji na temat tego, kto finansował Hitlera. Wybrałem te fragmenty, które są poświęcone temu zagadnieniu do 1933 roku oraz te, w których autor opisuje sam początek jego kariery. Kiedy jednak przepisywałem je z książki, to zwróciło moją uwagę to, że właściwie od samego początku pojawiają się wokół Hitlera ludzie nietuzinkowi i gotowi mu bezinteresownie pomagać. Osoby, przeważnie z wyższych warstw niemieckiego społeczeństwa, zaopiekowały się człowiekiem znikąd, biednym i bez wykształcenia. Skąd u nich tyle altruizmu? Ale nie tylko one! Pomagała też armia. Szef Departamentu Politycznego Dowództwa VII Okręgu zleca Hitlerowi obserwację kanapowej partii politycznej – Niemieckiej Partii Robotniczej. Partia ta liczyła niewiele więcej ponad 40 osób. Hitler, gdy podjął decyzję o wstąpieniu do niej, został przyjęty do jej Komitetu jako siódmy członek. Dlaczego od razu do Komitetu? Po jednym gwałtownym wystąpieniu? Zanim Hitler pojawił się w tej partii, byli już w niej Feder, Eckart i Röhm., a to nie byli jacyś ludzie znikąd. Tak jak nie był człowiekiem znikąd Harrer, który razem z Drexlerem założył Niemiecką Partię Robotniczą. Harrera i Eckarta łączyła przynależność do Towarzystwa Thule. To takie tajne stowarzyszenie, które pod pozorem czegoś tam realizuje zupełnie inne cele. Ach! Przypominają się te tajne związki z epoki renesansu typu akademia platońska itp. Ale o tym na końcu bloga. Bullock pisze tak:

»W burzliwych dniach kwietnia i maja 1919 roku Hitler mieszkał w Monachium. Nie wiemy dokładnie, jaką rolę wtedy odegrał. Zgodnie z tym, co sam pisze w „Mein Kampf”, chciano go aresztować przy końcu kwietnia, ale chwyciwszy za karabin odpędził trzech ludzi, którzy po niego przyszli. Po obaleniu rządu komunistycznego denuncjował jego zwolenników przed komisją śledczą ustanowioną przez 2 pułk piechoty, która sądziła i skazywała na rozstrzelanie aktywistów strony przeciwnej. Potem dostał pracę w Biurze Prasowo-Informacyjnym Departamentu Politycznego Dowództwa VII Okręgu (Monachium), ośrodku, w którym działali tacy ludzie jak Röhm. Po skończeniu kursu dla wojskowych „instruktorów politycznych” został zatrudniony jako Bildungsoffizier (wychowawca polityczny), z zadaniem uodporniania ludzi na zarazę socjalistyczną, pacyfistyczną i idei demokratycznych. Dla Hitlera był to ważny krok naprzód, ponieważ dowodził, że ma zdolności polityczne. Potem, we wrześniu, szef Departamentu Politycznego polecił mu śledzić małą grupkę zbierającą się w Monachium, Niemiecką Partię Robotniczą, która mogła interesować armię.

Niemiecka Partia Robotnicza powstała z Komitetu Niezależnych Robotników, który zawiązał się 7 marca 1918 roku z inicjatywy monachijskiego ślusarza, Antona Drexlera. Myślał on o stworzeniu partii, która byłaby zarówno robotnicza, jak i narodowa. Dostrzegał bowiem to, co widział Hitler, a mianowicie, że ruch klasy średniej, w rodzaju Frontu Ojczyźnianego (do którego należał), kompletnie nie orientuje się w nastrojach mas, coraz bardziej ulegających propagandzie antynarodowej i antymilitarnej. Komitet Drexlera, liczący czterdziestu członków, rozwijał się słabo. W październiku wraz z dziennikarzem Karlem Harrerem założył Drexler Polityczne Koło Robotnicze, które z kolei w styczniu 1919 roku połączyło się z Komitetem Niezależnych Robotników tworząc Niemiecką Partię Robotniczą. Prezesem jej został Harrer. Organizacja liczyła niewiele więcej członków niż początkowy komitet Drexlera. Jej działalność sprowadzała się do dyskusji w monachijskich piwiarniach, a partyjny komitet sześciu nie miał jakiegoś jasnego i bardziej ambitnego programu. Z pewnością nie była to zbyt imponująca scena, kiedy wieczorem 12 września 1919 roku Hitler zjawił się na swoje pierwsze zebranie w salce Sterneckerbräu, w monachijskiej piwnicy-piwiarni, gdzie zgromadziła się grupka złożona z 20 czy 25 ludzi. Jednym z mówców był Gottfried Feder, człowiek dobrze znany w Monachium, zbzikowany na punkcie ekonomii, który już raz wywarł na Hitlerze duże wrażenie podczas jednego z politycznych kursów urządzanych dla wojska. Drugim był jakiś bawarski separatysta; jego przemówienie propagujące odłączenie się Bawarii od Rzeszy Niemieckiej i unię z Austrią, poderwało Hitlera na nogi. Zaoponował tak gwałtownie, że po skończonym zebraniu Drexler wręczył mu egzemplarz swojej autobiograficznej broszury „Mein politisches Erwachen” („Moje polityczne przebudzenie”). A w parę dni później Hitler otrzymał zaproszenie na zebranie Komitetu Niemieckiej Partii Robotniczej.

Po pewnym wahaniu Hitler poszedł na to zebranie. Komitet zasiadał w obskurnej piwiarni „Alte Rosenbad” na Herrnstrasse.

Przeszedłem przez mroczną salę, gdzie nie było ani jednego gościa, i poszukałem drzwi wiodących do bocznej salki. Tu stanąłem przed Komitetem. W bladym świetle lampy gazowej ujrzałem czterech ludzi siedzących przy okrągłym stole. Jednym z nich był autor broszury. – Mein Kampf.

Potem wszystko szło według schematu: fundusze partii – jak wynikało ze sprawozdania – wynosiły 7 marek i 50 fenigów, przyjęto najpierw drobiazgowe wyszczególnienie wydatków, następnie odczytano trzy nadesłane listy i zaakceptowano odpowiedzi.

Jednakże Hitler szczerze przyznaje, że pociągała go ta miernota, bo tylko w partii, która tak jak on stawiała pierwsze kroki, mógł się wybić i narzucić jej swoje idee. W ustabilizowanych partiach nie było dla niego miejsca; tam byłby niczym. Po dwudniowym namyśle powziął decyzję i przystąpił do Komitetu Niemieckiej Partii Robotniczej jako jej siódmy członek.

Jego energia i ambicja, dotąd rozproszone, teraz znalazły ujście. Wolno i pracowicie rozbudowywał partię i popychał swoich ostrożnych i pozbawionych wyobraźni kolegów z Komitetu ku śmielszym metodom zjednywania członków. Powielono i rozdano kilkanaście zaproszeń, zamieszczono niewielkie ogłoszenie w miejscowej gazecie, wynajęto większą salę na częstsze zebrania. Kiedy Hitler po raz pierwszy przemawiał w październiku w „Hofbräuhaus”, zebrało się stu jedenastu ludzi. Ten wynik utwierdził Karla Harrera w mniemaniu, że Hitler nie jest utalentowanym mówcą. Jednakże Hitler uparł się i liczba słuchaczy stopniowo rosła. W październiku, kiedy mówił o pokoju brzesko-litewskim i wersalskim, miał już stu trzydziestu słuchaczy, a nieco później – dwustu.

Na początku 1920 roku powierzono Hitlerowi prowadzenie propagandy partyjnej. Szybko zabrał się wtedy do zorganizowania pierwszej masówki. 22 lutego dzięki sprytnie zredagowanym obwieszczeniom, zebrał prawie 2000 ludzi w „Festsaal” w piwiarni „Hofbräuhaus”. Głównym mówcą był dr Dingfelder, ale dopiero Hitler zwrócił na siebie uwagę audytorium i korzystając z okazji ogłosił nową nazwę partii – Narodowosocjalistyczna Niemiecka Partia Robotnicza – i podał do wiadomości jej program zawarty w 25 punktach. Harrer, zirytowany metodami, przy pomocy których Hitler coraz szybciej parł naprzód, zrezygnował ze stanowiska prezesa. 1 kwietnia 1920 roku Hitler wystąpił ostatecznie z wojska i całkowicie poświęcił się rozbudowie partii, coraz bardziej biorąc ją pod swoją kontrolę.

Kiedy Hitler zabrał się do rozbudowy partii, Röhm, by przysporzyć jej członków, pchał do niej ludzi z dawnego Freikorpsu i starych żołnierzy. Z tego elementu powstały pierwsze bojówki, zalążek SA. W grudniu 1920 roku Röhm zdołał nakłonić swego przełożonego, generała-majora Rittera von Eppa, który sam był dawnym przywódcą Freikorpsu i członkiem partii, do wyasygnowania sześćdziesięciu tysięcy marek potrzebnych na zakup tygodnika „Völkischer Beobachter” („Obserwator Krajowy” – przyp mój). Dietrich Eckart dostarczył połowę pieniędzy, ale część pozostałej sumy pochodziła z sekretnych funduszy armii. Przede wszystkim jednak Röhm był tym koniecznym ogniwem gwarantującym Hitlerowi protekcję lub co najmniej tolerancję ze strony wojska i rządu bawarskiego, który zależał od miejscowego dowództwa sił zbrojnych, tego najwyższego sędziego w sprawach pokoju publicznego. Gdyby nie wyjątkowa rola, jaką odgrywało wojsko w polityce Niemiec, zwłaszcza Bawarii, a także to, że mogło ono popierać polityczne ugrupowania i ich działalność, gdy mu odpowiadały, Hitler nigdy nie zdołałby tak bezkarnie stosować swoich metod podburzania, zastraszania i gwałtu. Choć jego stosunek do armii w latach 1914-1945 ciągle się zmieniał, miała ona dla niego olbrzymią wagę; nigdy jednak nie miała takiego znaczenia, jak we wczesnym okresie w Monachium. Gdyby nie protekcja wojska, ogromnie trudno by mu było przebrnąć przez pierwsze szczeble kariery politycznej. Armia jednak, jeszcze przed śmiercią Hitlera, miała doświadczyć w całej pełni jego niewdzięczności.

Gottfried Feder i Dietrich Eckart, tak jak Röhm, przystąpili do Niemieckiej Partii Robotniczej jeszcze przed Hitlerem. Obaj byli ludźmi dosyć wykształconymi i dobrze znanymi w Monachium. Feder z zawodu był inżynierem; wyznawał jakieś wysoce oryginalne teorie ekonomiczne na temat zniesienia „jarzma renty”, które głosił z uporem maniaka. Wywarł wielkie wrażenie na Hitlerze (podobno Hitler, naśladując Federa, przyciął sobie swoje długie, rzadkie wąsy w słynną szczoteczkę), który z zachwytem pisze o nim w „Mein Kampf”, ale z czasem stracił wpływ i po dojściu nazistów do władzy pozostał w cieniu, mieszkając nadal w Monachium. Dietrich Eckart, znacznie starszy od Hitlera, był znanym dziennikarzem, poetą i dramaturgiem. Typowy Bawarczyk, lubiący dobrze zjeść, piwosz, stały bywalec takich lokali, jak Brennessel, winiarnia w Schwabing, przyjaźnił się z Röhmem, był zagorzałym nacjonalistą, antydemokratą, antyklerykałem i rasistą uwielbiającym nordycki folklor i – jak w średniowieczu szczuto psami uwiązanego niedźwiedzia – tak teraz on szczuł Niemców na Żydów. Przy końcu wojny był właścicielem brukowej szmaty, wychodzącej pod nazwą „Auf gut’ Deutsch” („W dobrym niemieckim” – przyp. mój), a potem został redaktorem pisma „Völkischer Beobachter”, na którego kupno dostarczył większą część potrzebnej kwoty. Eckart był bardzo oczytany; przetłumaczył „Peer Gynta” i pasjonował się Schopenhauerem. Kiedy sobie podpił piwem, stawał się dobrym mówcą i miał wielki wpływ na znacznie młodszego i jeszcze nie wyrobionego Hitlera. Pożyczał mu książki, poprawiał styl w mowie i w piśmie i zabierał wszędzie ze sobą.

To on zawiózł Hitlera po raz pierwszy do Obersalzbergu, gdzie potem często zatrzymywali się w pensjonacie „Moritz” razem z przyjaciółką Eckarta, Anną, z Hoffmannem, Hermannem Esserem, Drexlerem i jeszcze jednym przyjacielem Eckarta, drem Emilem Gansserem. „Doktor Gansser zasługuje na wieczystą wdzięczność partii – powiedział później Hitler. – Gdyby nie on, nie poznałbym Ryszarda Franka, handlarza zbożem, i nie mógłbym w 1923 roku w dalszym ciągu wydawać «Beobachtera».” To samo można powiedzieć o Bechsteinie.

Bechstein, bogaty i cieszący się światową renomą fabrykant fortepianów, należał do szerszego kręgu przyjaciół, do którego Eckart wprowadził również Hitlera. Frau Helena Bechstein bardzo polubiła młodego człowieka, który był u niej częstym gościem w Berlinie. Zaczęła nawet wydawać przyjęcia na cześć nowego proroka, potrafiła wynajdywać fundusze dla partii, a później nawet odwiedziła Hitlera w więzieniu. I znów przez Eckarta, który był członkiem stowarzyszenia „Thule” – pozornie interesującego się mitologią nordycką, ale biorącego też udział w konspiracji politycznej – Hitler poznał Hessa i Rosenberga.

W dwa lata po zakupieniu „Völkischer Beobachter” Hitler przekształcił je w pismo codzienne. Wymagało to pieniędzy. Części dostarczyła Frau Gertruda von Seydlitz, bałtycka Niemka, która miała udziały w finlandzkich papierniach, a Putzi Hanfstängl, syn monachijskiego bogacza i wydawcy dzieł z dziedziny sztuki, udzielił Hiterowi pożyczki w wysokości tysiąca dolarów. Hanfstängl, wychowanek Uniwersytetu Harwardzkiego, nie tylko wprowadził Hitlera do własnego domu – gdzie zachwycał go swoją grą na fortepianie, zwłaszcza utworów Wagnera – ale i do niektórych zamożnych monachijskich domów, między innymi do Bruckmannów.

Bruckmannowie, podobnie jak Bechsteinowie, byli oczarowani Hitlerem i serdecznie się z nim zaprzyjaźnili. Ale Hitler potrafił być bardzo kłopotliwy w towarzystwie. Brakowało mu ogłady, co jednak zręcznie eksponował. Umyślnie zachowywał się jak dziwak, przychodził późno i odchodził nagle lub też siedział i ostentacyjnie milczał albo zmuszał wszystkich do słuchania swoich krzykliwych wywodów.

Niewątpliwie Hitler otrzymywał zasiłki od ludzi sympatyzujących z celami partii, ale wysokość tych kwot i ich waga zostały wyolbrzymione. Hermann Aust, przemysłowiec monachijski, składając zeznanie przed sędzią śledczym po puczu w 1923 roku, powiedział, że zapoznał Hitlera z pewną liczbą bawarskich przemysłowców i kupców, którzy zaprosili go do wygłaszania mów na zebraniach w „Herrenklub” i w Sali Kupieckiej w Monachium. W rezultacie wielu obecnych wpłacało pewne kwoty Austowi, jako dotacje na ruch narodowosocjalistyczny, a on przekazywał je Hitlerowi. Dr Gansser skontaktował Hitlera z niektórymi berlińskimi ludźmi interesu. Dietrich Eckart nie skąpił pieniędzy na pokrycie różnych rachunków, a Frau Seydlitz, tak jak Frau Bechstein, z pewnością też przyczyniały się do zasilania kasy partii. W 1923 roku, kiedy Hitler i Ludendorff szli razem, Fritz Thyssen, prezes Zjednoczonych Stalowni (Vereinigte Stahlwerke), dał im sto tysięcy marek w złocie, ale w tym początkowym okresie podobne dary były bardzo rzadkie.

Krążyły wówczas uporczywe pogłoski, rozpuszczane przez przeciwników partii narodowosocjalistycznej, że Francuzi finansują nazistów. Oskarżenie to nie zostało jednak poparte żadnym konkretnym dowodem. Według innych pogłosek, Hitlera miała w 1923 roku wspierać finansowo Szwajcaria. Dopiero znacznie później udało mu się uzyskać od niemieckich przemysłowców z Zagłębia Ruhry i z Nadrenii olbrzymie dotacje na cele polityczne. W gruncie rzeczy więc ruch nazistowski startował z bardzo słabych pozycji finansowych.

Funk, niepokaźny cwaniak, który po Schachcie objął prezesurę Reichsbanku i tekę ministra gospodarki, był naczelnym redaktorem „Berliner Börsen-Zeitung”, najpoważniejszej gazety finansowej w latach dwudziestych. W 1931 roku Funk zrezygnował ze stanowiska redaktora i zaczął występować jako łącznik między partią nazistowską i pewnymi kołami wielkiego przemysłu i kapitału. Przez jakiś czas prowadził Wirtschaftpolitischer Pressedienst, agencję ekonomiczno-prasową kontrolowaną przez dra Wagenera, szefa nazistowskiego wydziału ekonomicznego. Agencja miała nie więcej niż sześćdziesięciu subskrybentów, ale jak powiedział Funk, „płacili oni bardzo dobrze”. W zamian Funk obowiązany był wpływać na politykę gospodarczą partii i nakłaniać Hitlera do odrzucenia antykapitalistycznych poglądów, wyznawanych przez takich ludzi jak Gottfried Feder.

W owym czasie tylko pewne koła finansowo-przemysłowe gotowe były poprzeć Hitlera i nazistów. Funk wyraźnie mówi, że największa część funduszy, które przemysłowcy przeznaczali na cele polityczne, płynęła do kas niemieckiej partii narodowej, demokratów i partii ludowej. Nazistów subwencjonowała głównie potężna grupa z przemysłu węglowego i stalowego w Zagłębiu Ruhry i Westfalii. Obok Emila Kirdorfa, największego potentata przemysłowego Zagłębia Ruhry, Fritza Thyssena i Alberta Voeglera ze Zjednoczonych Zakładów Hutniczych, Funk wymienia Friedricha Springoruma i Tengelmanna, Ernesta Buskühla oraz H.G. Kneppera z Towarzystwa Górniczego w Gelsenkirchen. Wśród bankierów i finansistów, którzy według opinii Funka spotykali się z Hitlerem w latach 1931-1932 i przynajmniej od czasu do czasu pomagali mu, byli Stein i Schröder z banku Steina w Kolonii, E.G. Von Stauss z Banku Niemieckiego, Hilgard ze Spółki Asekuracyjnej „Allianz” oraz jeszcze dwóch bankierów – Otto Christian Fischer i Fr. Reinhart.

Lista Funka, zresztą zrobiona na chybił trafił, z pewnością nie jest kompletna. Niemniej jednak przynosi interesującą wskazówkę, kto pragnął nawiązać kontakt z Hitlerem i – nawet jeżeli to nie doprowadziło do bezpośredniej pomocy finansowej, jak w przypadku Thyssena – z jakiego rodzaju ludźmi zaczął się on spotykać.

Oczywiście nie tylko Funk był zainteresowany w zetknięciu Hitlera z finansistami i ludźmi wpływowymi. Pierwsze spotkanie dawnego prezesa Reichsbanku, dra Schachta, i Thyssena z Hitlerem odbyło się w mieszkaniu Göringa, gdzie obaj spędzili cały wieczór na słuchaniu Hitlera. Göring był bardzo czynny w organizowaniu tego rodzaju spotkań; nie mniej czynny był hrabia von Helldorf, mianowany przywódcą berlińskiej SA. Grauert, który w Düssseldorfie był grubą rybą jako kierownik Stowarzyszenia Pracodawców w Nadrenii i Westfalii, dysponującego znacznymi funduszami na łamanie strajków, wykorzystał swoje stanowisko dla popierania nazistów, za co potem został podsekretarzem stanu w kierowanym przez Göringa pruskim Ministerstwie Spraw Wewnętrznych.

Nie można ustalić, jak to wszystko wyrażało się w brzęczącej monecie. Funk podaje trzy cyfry. Na procesie w Norymberdze powiedział, że przy wyborach w 1932 roku, kiedy partii brakowało pieniędzy, otwarcie ich zażądał: „W trzech lub czterech wypadkach, po bezpośredniej interwencji, ogólna kwota wyniosła mniej więcej pół miliona”. Druga cyfra dotyczy danin składanych przez poważną grupę nadreńsko-westfalską w latach 1931-32; w tym czasie – stwierdza Funk pod przysięgą – kwoty te nie sięgnęły miliona marek. Wreszcie, kiedy zażądano, aby określił globalną sumę, jaką Hitler otrzymał od przemysłu na podtrzymanie swego ruchu, nim został kanclerzem, odparł: „W przeciwieństwie do innych partii, nie sądzę, aby to było więcej niż kilka milionów”.

Pamiętniki Thyssena, na przekór tytułowi „Opłacałem Hitlera”, przynoszą rozczarowanie i niewiele dodają do zeznań Funka. Thyssen oficjalnie wstąpił do partii w grudniu 1931 roku. On też doprowadził do najbardziej znanego ze wszystkich spotkania Hitlera z przedstawicielami ciężkiego przemysłu, które odbyło się w styczniu 1932 roku w Klubie Przemysłowców w Düsseldorfie.

Sam dałem – pisze Thyssen – ogółem milion marek na partię narodowosocjalistyczną… Ciężki przemysł zaczął dawać pieniądze dopiero w ostatnich latach przed dojściem nazistów do władzy. Nie dawano ich jednak bezpośrednio Hitlerowi; otrzymywał je dr Alfred Hugenberg, przywódca nacjonalistów, który mniej więcej jedną piątą tych kwot przekazywał nazistom. Ogółem biorąc można przyjąć, że ciężki przemysł dawał nazistom około dwóch milionów marek rocznie.

Niestety nie bardzo wiadomo, o jakim okresie Thyssen mówi. Trudno jest w tej chwili wyjść poza te zwodnicze i niedokładne dane. Łatwo jest wyolbrzymiać znaczenie tych subwencji, jednakże najważniejsze jest, że Hitler, niezależnie od sum otrzymywanych od Kirdorfa, Thyssena i innych, nie był ani polityczną marionetką kapitalistów, ani zwykłym agentem magnatów przemysłowych, który stracił niezależność. Relacje Thyssena i Schachta świadczą o rozczarowaniu tych, którzy myśleli, że go kupili i że odtąd będzie tak skakał, jak mu zagrają. Z czasem odkryli – na równi z konserwatystami i generalicją – że wbrew utartemu mniemaniu bankierzy i przemysłowcy byli zbyt naiwnymi partnerami dla takiego politycznego gracza jak Hitler.«

Wszystko wskazuje na to, że Towarzystwo Thule odegrało, kto wie, czy nie ważniejszą rolę niż same pieniądze. Wikipedia tak m.in. o nim pisze:

»Towarzystwo Thule – tajna organizacja rasistowska i okultystyczna, która powstała w Monachium w końcowej fazie I wojny światowej. Nazwa pochodzi od mitycznej wyspy Thule, która dla starożytnych Greków była najbardziej na północ wysuniętym lądem. Stąd nazwa ta miała duże znaczenie dla wyznawców nordyckich kultów.

Towarzystwo powstało na przełomie 1917 i 1918 roku z volkistowskiej grupy Germanenorden i założone zostało przez Rudolfa von Sebottendorfa w Monachium, któremu już podczas I wojny światowej Związek Wszechniemiecki służył jako znaczące centrum nacjonalistycznej agitacji. Do jego członków zaliczali się urzędnicy, prawnicy, profesorowie uniwersyteccy, policjanci, arystokraci, lekarze, naukowcy oraz bogaci kupcy. Na zewnątrz organizacja ta widniała jako „Grupa badawcza nad starożytnościami germańskimi”, będąc w rzeczywistości zamaskowaną bawarską organizacją Zakonu Niemieckiego, który był zorganizowany na wzór loży masońskiej. Godłem Thule była swastyka otoczona koroną promieni, leżąca za nagim mieczem przeplecionym gałązkami dębu.

W styczniu 1919 roku członek Towarzystwa Karol Harrer wspólnie z Antonem Drexlerem założyli Niemiecką Partię Robotniczą (DAP). Poprzez DAP Thule próbowało propagować swoją ideologię w niemieckiej klasie robotniczej. We wrześniu 1919 roku Adolf Hitler wziął po raz pierwszy udział w zebraniu małej wówczas DAP i w listopadzie tegoż roku został jej członkiem.

Ideologia Towarzystwa była zbliżona do późniejszej ideologii NSDAP. Niektórzy członkowie Thule odgrywali istotną rolę w strukturach NSDAP. Członkami Thule byli Alfred Rosenberg, Julius Streicher, Hans Frank, Rudolf Hess i Gottfried Feder. Spośród 220 wymienionych z nazwiska członków Thule 20 pojawia się na wczesnej liście członków NSDAP.

W 1918 roku Sebottendorf zakupił czasopismo Münchener Beobachter, które od tego momentu propagowało ideologie Towarzystwa. 31 maja 1919 roku na łamach pisma opublikowano 12 punktowy program o charakterze nacjonalistycznym i antysemickim. Program był zbliżony do późniejszego programu NSDAP. Czasopismo nie sympatyzowało jednak wyłącznie z DAP, było raczej trybuną całego, rozdrobnionego nurtu volkistowskiego. W 1920 roku gazeta została zakupiona przez NSDAP i przemianowana na Völkischer Beobachter.

Towarzystwo Thule zainspirowało wiele teorii takich jak np. Jana van Helsinga (pisarz niemiecki). Twierdzono przeważnie, że wewnątrz Towarzystwa istniało silne okultystyczne czy nawet satanistyczne nastawienie. Są też przypuszczenia, według których istniał wewnętrzny zakon w strukturach Towarzystwa – Zakon Thule. Istnieją też przekazy co do przynależności samego Hitlera do Towarzystwa Thule. Wydaje się to jednak mało prawdopodobne, ponieważ Hitler wypowiadał się wielokrotnie bardzo lekceważąco o wybujałych teoriach Alfreda Rosenberga.

Można bez kłopotów wykazać połączenia niemieckiego spirytyzmu, który pośrednio wyszedł od Towarzystwa Thule, z okultyzmem francuskim. Poza tym, są jasne przesłanki co do tego, że Heinrich Himmler organizował spotkania z francuskim okultystą Gastonem de Mengel. Jan van Helsing przypuszczał, że w Towarzystwie Thule poza oficjalną częścią istniało wewnętrzne Towarzystwo Vril.«

Wikipedia wątpi w to, że Hitler należał do Towarzystwa Thule, bo wypowiadał się lekceważąco o teoriach Rosenberga, ale to może też oznaczać, że chciał odsunąć od siebie wszelkie podejrzenia o związki z tym Towarzystwem, a poza tym wcale do niego nie musiał należeć, wystarczy że był przez nie wykreowany i tym samym zależny od niego. Decyzje, jakie podejmował Hitler podczas wojny niemiecko-radzieckiej, skłaniają do przypuszczeń, że taka zależność mogła być. Tam, gdzie generałowie niemieccy domagali się zdecydowanych działań, Hitler postępował dokładnie odwrotnie, doprowadzając ich do rozpaczy. Im się wydawało, że to wojna niemiecka, a to była wojna żydowska, prowadzona w interesie żydowskiej finansjery, przez człowieka od niej zależnego, kreującego się na fanatycznego antysemitę.

Zestawiając te fakty, wygląda na to, że ktoś starannie zaplanował Hitlerowi jego karierę. Ale od kiedy? To pewnie trudno będzie ustalić. W maju 1913 roku wyjechał z Wiednia i pojawił się w Monachium. W Austrii, ze względu na słabe zdrowie, został uznany za niezdolnego do służby frontowej i pozafrontowej. Natomiast po wybuchu I wojny światowej 1 sierpnia, 3 sierpnia w petycji adresowanej do króla Bawarii, Ludwika III, prosi o przyjęcie go, mimo austriackiego poddaństwa, do któregoś z bawarskich pułków. Jego prośba została uwzględniona.

Maj 1913 roku podaje Bullock jako datę przyjazdu Hitlera do Monachium i taka data widnieje w aktach wiedeńskiej policji. Natomiast Hitler w Mein Kampf pisze:

Wiosną 1912 roku przyjechałem do Monachium. Niemieckie miasto! Jakże inne niż Wiedeń! Czułem się źle, gdy wspominałem ten Babilon narodów. Także dialekt, który był podobny do mojego, przypominał mi moją młodość związaną z Dolną Bawarią. Tak było na każdym kroku. Należałem do tego miasta bardziej niż do jakiegokolwiek innego miejsca na świecie i wynikało to z faktu, że jest ono nierozerwalnie związane z moim rozwojem.

Hitler urodził się w Braunau, mieście leżącym w Górnej Austrii, która graniczy od zachodu z Dolną Bawarią. To wyjaśnia, dlaczego właśnie Monachium.

Jest jeszcze parę niezrozumiałych faktów dotyczących życia Hitlera z tego wcześniejszego okresu. Bullock tak o nich pisze:

„Jakim żołnierzem był Hitler? Już w grudniu 1914 roku odznaczono go Żelaznym Krzyżem drugiej klasy, a gdy w marcu 1932 roku wytoczył proces gazecie, która zarzuciła mu tchórzostwo, jego dawny dowódca, podpułkownik Engelhardt, z uznaniem mówił o jego odwadze w listopadowych walkach roku 1914, kiedy pułk po raz pierwszy znalazł się w ogniu. Znacznie ciekawsza jest sprawa Żelaznego Krzyża pierwszej klasy, odznaczenia niezwykłego dla gefrajtra, który nadano Hitlerowi w roku 1918. Na temat czynu, który mu przyniósł to odznaczenie, mamy różne i nieprawdopodobne relacje. Otrzymał krzyż 4 sierpnia 1918 roku, ale dotyczył on okresu między jesienią 1915 i latem 1918 roku. Według jednego ze świadków, Hitler miał sam wziąć do niewoli piętnastu (inni mówią o dziesięciu lub dwunastu) Francuzów. Drugi świadek twierdzi, że byli to Anglicy. Jednakże w oficjalnej historii pułku nie znajdziemy żadnej wzmianki o tym czynie. Tak czy owak było to odznaczenie, z którego był dumny i które stale nosił, gdy został kanclerzem.

Fakt, że mimo długiej służby i braku oficerów pod koniec wojny Hitler nigdy nie awansował powyżej stopnia gefrajtra, budził zdziwienie i był nawet szeroko komentowany w niemieckiej prasie przed rokiem 1933. Nie mamy dowodu, że Hitler ubiegał się o awans lub pragnął zostać podoficerem, a cóż dopiero oficerem. Zdaje się, że był zadowolony z tego, co robił. Możliwe, że w awansie przeszkadzało mu jego dziwactwo.”

Z przytoczonych powyżej faktów wynika, że Hitlerowi pomagali wszyscy: armia, arystokracja, przemysłowcy, bogaci kupcy i w końcu politycy, którzy po serii intryg politycznych, wynieśli go na stanowisko kanclerza. Czy to przypadek? Fakty te jednak wskazują na to, że tymi, którzy mu pomogli byli Żydzi, choć pewnie nie tylko oni, ale to oni go wykreowali, od początku zadbali i zaplanowali jego karierę. Że tak mogło być sugeruje fanatyczny antysemityzm Hitlera, mający sugerować, że nie łączy go z nimi nic poza nienawiścią. Jest to stara żydowska zasada – udawać antysemitę, by oddalić od siebie wszelkie podejrzenia o związek z tą nacją. A czy Hitler był Żydem? Niektórzy tak uważają. W sumie nie jest to ważne. Ważne jest to, że realizował ich cele.

O demokracji

Demokracja to taka forma rządów, która, jak żadna inna, stwarza nieograniczone możliwości zwodzenia, mataczenia, manipulowania, oszukiwania ludzi, którzy uwierzyli, że dzięki niej mają na coś wpływ. Nic bardziej mylnego! Niestety, pomimo że wybierani politycy permanentnie nie wywiązują się ze swoich wyborczych obietnic, to obywatele nadal chodzą na wybory i biorą udział w tej farsie.

Po rewolucjach „wolnościowych” 1848 roku, które były próbą sił pomiędzy zwolennikami starego i nowego prządku, pojawiło się rozwiązanie kompromisowe – monarchia konstytucyjna, tzn. taka, która ma monarchę, konstytucję i parlament. Cesarstwo niemieckie było pierwszym państwem wprowadzającym u siebie powszechne głosowanie do parlamentu, za nim poszło królestwo włoskie, a potem monarchia Habsburska.

Po pierwszej wojnie światowej mapa polityczna Europy zmienia się diametralnie. Pojawiają się republiki. Jedną z nich jest Republika Weimarska (1919-1933). Nazwa pochodzi od miasta Weimar, w którym obradowało zgromadzenie narodowe, uchwalające konstytucję. Historię republiki, jak podaje Wikipedia, można podzielić na trzy okresy:

  • w latach 1919-1923 republika walczyła z bezpośrednimi skutkami wojny, hiperinflacją i próbami obalenia państwa
  • podczas „pięciu tłustych lat” 1924-1929 republika osiągnęła pewną stabilność polityczną i gospodarczą oraz uznanie Niemiec w polityce zagranicznej
  • wielki kryzys 1930-1933 oraz wzrost wpływów narodowego socjalizmu doprowadziły do agonii i upadku republiki

Jej ustrój i dzieje to przykład tego, co można zrobić z demokracji i jak niewielki wpływ mieli na to wyborcy. Skończyło się tak, jak się skończyło: demokracja przekształciła się w dyktaturę. Na ogół przyjmuje się, że Hitler doszedł do władzy na drodze demokratycznych wyborów, co nie do końca jest prawdą. Jedno to to, jak został kanclerzem, a drugie, to to, że NSDAP nigdy w wolnych wyborach nie zdobyła większości parlamentarnej.

Jak zawsze w takich wypadkach trzeba zacząć od początku, trzeba cofnąć się do 1918 roku. W pierwszej połowie tego roku armia niemiecka odnosiła największe sukcesy w tej wojnie. Niemcy podpisały traktaty pokojowe w Brześciu Litewskim i Bukareszcie, co kończyło wojnę na dwa fronty. 21 marca Ludendorff przystąpił do ofensywy we Francji. Zepchnął Anglików i Francuzów i tylko 40 mil dzieliło go od Paryża. Wczesną wiosną Niemcy wierzyli, że zwycięstwo mają w ręku.

Alan Bullock, w swojej monumentalnej pracy Hitler – studium tyranii, tak to opisuje:

»Szybką zmianę sytuacji, która nastąpiła w sierpniu i wrześniu, skrzętnie ukrywano przed narodem niemieckim, toteż podana dopiero na początku października 1918 roku wiadomość, że rząd poprosił o zakomunikowanie mu warunków zawieszenia broni, zaskoczyła i oszołomiła całą ludność. Liderzy partii politycznych w Reichstagu dopiero 2 października dowiedzieli się o groźnej sytuacji na froncie. Książę Maksymilian Badeński, nowy kanclerz, który miał pertraktować z aliantami, pisze w swoich pamiętnikach: „Aż do tej chwili Front Krajowy był niewzruszony… Teraz iskra przeleciała przez ludność. W Berlinie wybuchła panika”.

W listopadzie 1918 roku armia niemiecka znalazła się w beznadziejnym położeniu. Odepchnięcie jej do Niemiec i zniszczenie było tylko kwestią czasu. Jednakże kiedy rząd podpisywał kapitulację, armia wciąż jeszcze stała na obcym terytorium i jej front na zachodzie nie został przerwany. Ponadto, choć inicjatywa zakończenia działań wyszła z Naczelnego Dowództwa, od samego Ludendorffa, fakt ten był ukrywany. Naczelne Dowództwo nie tylko zrzuciło na rząd, któremu przedtem odmawiało głosu w sprawach prowadzenia wojny, całą odpowiedzialność za jej zakończenie, ale próbowało jeszcze odciąć się od konsekwencji tej decyzji, wymuszonej na rządzie wbrew spokojniejszym sądom takich ludzi, jak książę Maksymilian Badeński. Stąd powiedzenie o „nożu wbitym w plecy”.

Koniec wojny przyniósł upadek cesarskiemu rządowi. Władzę, acz niechętnie, objęły stronnictwa demokratyczne Reichstagu. Na rząd spadło całe odium za podpisanie najpierw kapitulacji, a później traktatu pokojowego. Ludziom, zgorzkniałym i pozbawionym skrupułów, łatwo było twierdzić, że to socjaldemokraci wraz z partiami republikańskimi rozmyślnie doprowadzili do kapitulacji, zdradzili Niemcy, zadali armii cios w plecy, żeby dojść do władzy. Pomijano zupełnie fakt, że Rząd Tymczasowy, kierowany przez socjaldemokratów, poświęcił interesy partii i klasowe patriotycznemu obowiązkowi utrzymania jedności Niemiec w kryzysie, którego nie wywołał. To byli ci „listopadowi zbrodniarze”, kozły ofiarne, których trzeba było koniecznie znaleźć po to, aby armia i nacjonaliści mogli coś uratować ze szczątków swych nadziei. Rzadko kiedy równie bezpodstawne kłamstwo zostało narzucone narodowi, a jednak ciągle je powtarzano i szaleńczo w nie wierzono, bo tylu ludzi chciało w nie wierzyć.«

Mamy więc bardzo dziwną sytuację. Wojska niemieckie, będąc 40 mil od Paryża, zatrzymują się, później następuje odwrót i prośba Naczelnego Dowództwa o zakończenie działań wojennych i oskarżenie rządu o podjęcie takiej decyzji. Dla Hitlera chęć rozprawienia się z „listopadowymi zbrodniarzami” była jednym z jego głównych powodów walki o władzę, tak przynajmniej deklarował. Z dzisiejszej perspektywy możemy orzec, że deklaracja ta była nieszczera. Dwadzieścia trzy lata później postąpił dokładnie tak samo: pod koniec lipca 1941 roku, będąc 300 km od Moskwy i mając do niej wolną drogę, wstrzymał ofensywę na dwa miesiące. Wygląda na to, jakby te same siły kierowały niemiecką armią podczas obu wojen.

19 stycznia 1919 roku odbyły się wybory do Zgromadzenia Narodowego. W ich wyniku socjaldemokraci, partia demokratyczna i partia katolicka Centrum utworzyły koalicję i miały większość parlamentarną. To właśnie te partie nazywa Hitler „listopadowymi zbrodniarzami”. 11 lutego 1919 roku miały miejsce pierwsze w historii Niemiec wybory prezydenckie. Zgromadzenie Narodowe wybrało przeważającą większością głosów Friedricha Eberta – socjaldemokratę.

Konstytucja Weimarska z 11 sierpnia 1919 roku została uchwalona przez Zgromadzenie Narodowe. Zastąpiła ona Konstytucję Rzeszy Niemieckiej z 1871 roku. Rzesza Niemiecka stała się republiką a włada pochodziła bezpośrednio od narodu. Projekt tej konstytucji opracował Hugo Preuss, liberalny polityk, późniejszy minister spraw wewnętrznych. Krytykował on państwa Ententy za niewyrażenie zgody na włączenie Austrii do Republiki Weimarskiej, co było sprzeczne z deklaracją Wilsona o samostanowieniu narodów. Preuss oparł konstytucję na trzech zasadach: władza polityczna należy do narodu, państwo musi być państwem federalnym a Rzesza musi być państwem prawa.

Konstytucja Weimarska nadawała duże uprawnienia prezydentowi, który mógł zdymisjonować kanclerza, nawet gdyby ten miał poparcie parlamentu. Co więcej mógł powołać kanclerza, który nie miał jego poparcia. Struktura rządu była mieszanką systemu prezydenckiego i parlamentarnego, a prezydent mógł działać jako „kanclerz zastępczy”. Ponadto prezydent mógł dekretem o stanie wyjątkowym zawiesić podstawowe prawa obywatelskie, z czego skwapliwie skorzystał Hitler po dojściu do władzy.

W skład Rzeszy wchodziło 18 krajów związkowych. Każdy z krajów miał swój sejm (Landtag) i rząd. W artykule 6 konstytucji wyliczono 20 spraw, które były w kompetencji głównych organów federacji. Były to m.in. polityka finansowa, polityka zagraniczna, administracja kolonii, sprawy łączności (poczta, kolej itp.). Ustawodawstwo organów centralnych miało pierwszeństwo przed prawem krajowym, a to nie mogło być z nim sprzeczne. – Któż więc bardziej nadawał się do budowy wspólnej Europy? Kto miał największe doświadczenie w tworzeniu tego typu związków?

Reichstag składał się z posłów wybranych przez naród w liczbie proporcjonalnej do ludności danego kraju. Jego kadencja trwała 4 lata, przy czym mógł być rozwiązany przez prezydenta. Posiadał inicjatywę ustawodawczą jak i wyznaczał kierunek polityce rządu, który kontrolował.

Prezydent Rzeszy był wybierany przez naród na 7-letnią kadencję w wyborach powszechnych. Prezydent m.in. mianował kanclerza (szefa rządu) oraz na jego wniosek ministrów, był zwierzchnikiem sił zbrojnych. Mógł rozwiązać Reichstag, jednak tylko jeden raz z tego samego powodu. Wszystkie rozporządzenia prezydenta wymagały kontrasygnaty kanclerza lub odpowiedniego ministra. Był odpowiedzialny konstytucyjnie i mógł być odwołany przez referendum ludowe na wniosek 2/3 posłów.

Rząd Rzeszy składał się z kanclerza i ministrów. Rząd musiał uzyskać poparcie parlamentu, był przed nim odpowiedzialny politycznie i konstytucyjnie. Wytyczne jego polityki określał kanclerz. – Jak jednak w praktyce wyglądały relacje pomiędzy prezydentem, kanclerzem i Reichstagiem? Znowu wypada mi zacytować Bullocka:

„Dr Brüning, który w końcu marca 1930 roku objął urząd kanclerza, musiał przy każdym akcie ustawodawczym polegać na przypadkowej i niepewnej, z trudem zmontowanej większości w Reichstagu. Na takich podstawach nie można było rządzić skutecznie. 16 lipca 1930 roku Reichstag 256 głosami przeciwko 192 odrzucił część rządowego projektu fiskalnego. Wówczas prezydent, korzystając z nadzwyczajnych uprawnień przyznanych mu w artykule 48 Konstytucji Weimarskiej, wprowadził w życie projekt kanclerza mocą dekretu. Reichstag zakwestionował konstytucyjność tego aktu, a następnie zażądał odwołania dekretu. Brüning w odpowiedzi rozwiązał Reichstag i rozpisał nowe wybory.”

Reichstag był jeszcze bardziej rozdrobniony niż Sejm z lat 1922-1927. Utworzenie koalicji większościowej było praktycznie niemożliwe. Wybory odbywały się według ordynacji proporcjonalnej i było ich 8 w latach 1919-1932 i ani razu żadna z partii nie uzyskała większości parlamentarnej. Jeśli to jakoś działało, to dlatego, że prezydent miał silną pozycję i mógł rządzić dekretami.

Jak to się jednak stało, że ktoś taki jak Hitler, czyli człowiek znikąd, zdobył władzę? Jak to się stało, że stworzył coś w rodzaju nieformalnego wojska? Żadne państwo, nawet najsłabsze nie tolerowałoby na swoim terytorium organizacji paramilitarnej, niezależnej od niego? Bullock tak to wyjaśnia:

„W czasie wojny Hitler sam dostrzegł, że niskie morale i zmęczenie wojenne silniej występowały w Monachium niż na północy. Rewolucja 1918 roku wybuchła najpierw tutaj, a dopiero potem w Berlinie; Wittelsbach, król Bawarii, był pierwszym, który abdykował. W pierwszej połowie 1919 roku gwałty polityczne były w Monachium na porządku dziennym. Kurta Eisnera, który kierował listopadową rewolucją w roku 1918, zamordowano w lutym następnego roku. Socjalistyczny rząd Hoffmanna sprawował władze tylko do 6 kwietnia, kiedy to – pod wpływem komunistycznego ustroju Beli Kuna na Węgrzech – w Monachium ogłoszono również Bawarską Republikę Radziecką. Ten zwrot trwał niecały miesiąc, a towarzyszyły mu nieustanne kłótnie, zamieszki i potworny chaos, co wywarło niezatarte wrażenie na Bawarczykach. Na początku maja regularne oddziały wojska, łącznie z ochotniczą formacją Freikorpsów, obaliły rząd komunistyczny. W fali represji, które nastąpiły, wzięto krwawy odwet i rozstrzelano wielu ludzi. Oficjalnie restytuowano rząd Hofmanna, ale wypadki majowe oznaczały decydujący zwrot na prawo w bawarskiej polityce.

Bawarczycy, nawet po unifikacji z Niemcami, żywili tradycyjną niechęć do rządu z Prus i protestanckiego Berlina. Uczucie to po wojnie wyraziło się w żądaniu większej autonomii i nawet w separatystycznym programie kompletnego zerwania z północnymi Niemcami na rzecz katolickiej południowoniemieckiej unii z Austrią. Konstytucja Republiki Weimarskiej znacznie sprzyjała temu bawarskiemu partykularyzmowi, bo równolegle z centralnym rządem w Rzeszy w Berlinie pozostawiała starym niemieckim państewkom – Bawarii, Prusom, Wirtembergii, Saksonii itp. – ich dawne państwowe rządy i zgromadzenia reprezentantów (Landtagi), które korzystały z dużej władzy, zwłaszcza w zakresie kontroli nad policją. W nieunormowanych i chwiejnych warunkach panujących w Niemczech w latach 1918-1923 rząd centralny miał słabą władzę, toteż rząd Bawarii mógł wykorzystać sytuację, w której rozporządzenia wychodzące z Berlina były respektowane tylko przy jego poparciu.

Te nienormalne stosunki przybrały jeszcze ostrzejszą formę po marcu 1920 roku, kiedy zawiodła próba obalenia siłą rządu Rzeszy w Berlinie (pucz Kappa), ale jednocześnie zamach powiódł się w Bawarii. W nocy z 13 na 14 marca 1920 roku dowódca miejscowego okręgu Reichswehry (armii regularnej), generał Arnold von Möhl, przedstawił socjaldemokratycznemu premierowi Bawarii, Johannesowi Hoffmannowi, ultimatum, co doprowadziło do powstania prawoskrzydłowego rządu, kierowanego przez Gustawa von Kahra. W rządzie tym partie lewicowe nie otrzymały ani jednej teki. Odtąd władze w Bawarii sprawował rząd o skrajnie partykularystycznych tendencjach i prawicowym odchyleniu, całkiem nie sympatyzujący z polityką rządu centralnego w Berlinie. W ten sposób Bawaria stała się naturalnym ośrodkiem dla tych wszystkich, którzy pragnęli pozbyć się w Niemczech ustroju republikańskiego. Rząd bawarski zaś patrzał przez palce na zdradę i knowania przeciwko legalnemu rządowi Niemiec, które planowano i organizowano tuż u jego progu w Monachium. W Bawarii więc zebrali się wszyscy nieprzejednani członkowie Freikorpsów, tu też przy końcu wojny, pod patronatem Reichswehry, tworzono dla obrony wschodnich granic Niemiec przed Polakami i bolszewikami zbrojne bandy ochotników, które teraz równie ochoczo gotowe były obrócić karabiny przeciwko Republice. Głośny kapitan Ehrhardt, wypędzony z Berlina po puczu Kappa, schronił się w Bawarii wraz ze swoją brygadą. W Bawarii też uplanowano morderstwo Erzbergera, człowieka, który podpisał akt zwieszenia broni w 1918, i Walthera Rathenaua, niemieckiego Żyda i ministra spraw zagranicznych, rzecznika polityki podporządkowania się warunkom traktatu pokojowego. Freikorpsy były szkołą politycznych morderców i terrorystów, którzy do roku 1924 i później po roku 1929 wypaczali życie Niemiec.”

Bullock bardzo dobrze wyjaśnił realia tamtych czasów w Niemczech i to, dlaczego właśnie Bawaria stała się miejscem, w którym Hitler mógł realizować swoje cele. Ale skąd wziął się problem? Konflikt pomiędzy zwolennikami starego porządku i tymi – nowego? Wikipedia wyjaśnia to tak:

„Podjęcie reform mających doprowadzić do demokracji parlamentarnej w Niemczech były warunkiem państw ententy, a w szczególności prezydenta USA Woodrowa Wilsona, rozpoczęcia negocjacji pokojowych. W swej odpowiedzi na niemiecką propozycję rozejmu prezydent stwierdził, że nie rozmawia się o warunkach zawarcia pokoju z militarystami i monarchistycznymi autokratami, a odrzucenie warunku doprowadzi do kapitulacji Niemiec. Decyzja dowództwa marynarki cesarskiej o próbie doprowadzenia do jeszcze jednej bitwy z Royal Navy, podjęta już po wysłaniu prośby o rozejm, spowodowała bunt marynarzy w Kilonii i rewolucję listopadową, która przypieczętowała los Cesarstwa.”

Tak więc narzucono Niemcom demokrację, czyli, nie tylko miały skapitulować, ale też przyjąć nowy ustrój – demokrację. Dla Niemców monarchia parlamentarna była pewnym symbolem. Jej ojcem był Bismarck, który zjednoczył Niemcy i uosabiał ich potęgę, ich cesarstwa, a teraz mieli z niej zrezygnować, bo jakiś facet zza oceanu kazał im wprowadzić demokrację.

Konstytucja Weimarska w praktyce powielała rozwiązania Konstytucji Rzeszy Niemieckiej z 1871 roku. Różnica polegała na tym, że zniknęli monarchowie i książęta. Na czele Rzeszy stał cesarz, który miał szeroki zakres władzy, przede wszystkim w polityce zagranicznej i wojskowości. Do jego najważniejszych prerogatyw należało mianowanie kanclerza, za pośrednictwem którego sprawował rządy na szczeblu ogólnopaństwowym. Tak więc odpowiednikiem cesarza w Konstytucji Weimarskiej był prezydent. No właśnie! Prezydent! Bullock tak to opisuje:

„Hitler miał tylko jedną drogę, która mogła uwieńczyć powodzeniem jego politykę legalności, a okazję do tego dawał mu szczególny system rządów w Niemczech. Po załamaniu się w 1930 roku koalicji, której przewodził Herman Müller, jego następca na fotelu kanclerza, Brüning, i następca Brüninga, Papen, musieli rządzić bez mocnego oparcia w parlamentarnej większości i bez widoków na wygranie wyborów. Wynikające ze stanu wyjątkowego uprawnienia prezydenta, z których korzystali, by rządzić za pomocą dekretów, dawały wielką władzę prezydentowi i jego doradcom. W rezultacie władza polityczna w Niemczech przeszła od narodu w ręce małej grupki ludzi z otoczenia prezydenta. Najważniejszymi osobami w tej grupce byli: generał von Schleicher, Oskar von Hindenburg, Otto Meissner, szef kancelarii prezydenta, Brüning i, potem, gdy wpadł w niełaskę – Papen, jego następca na fotelu kanclerza. Gdyby Hitler zdołał nakłonić tych ludzi, by go uznali za partnera i mianowali kanclerzem z prawem stosowania dekretów prezydenta – co oznaczało rząd prezydencki w przeciwieństwie do parlamentarnego – wówczas mógłby zrezygnować ze zdobycia bezwzględnej większości w wyborach, co mu się stale nie udawało, jak również ryzykownej próby puczu.”

W wyborach w 1928 roku NSDAP uzyskała 2,6% głosów i 12 miejsc w parlamencie. W 1930 roku – 18,25% głosów i 107 miejsc i stała się drugą partią. Socjaldemokraci uzyskali 24,53% głosów i 143 miejsca. W maju 1932 roku NSDAP wygrała wybory. Zdobyła 37,27% głosów i 230 miejsc. Socjaldemokraci – 21,58% i 133 miejsca. W listopadzie 1932 roku NSDAP – 33,09% i 196 miejsc. Socjaldemokraci – 20,43% i 121 miejsc w parlamencie. Tak więc nie można już było lekceważyć Hitlera. Wprawdzie nadal nie miał większości, ale inne partie miały daleko gorsze wyniki. I nic nie wskazywało, by coś miało się zmienić. Bullock dalej pisze tak:

»Na pierwszy rzut oka nie było nic bardziej niemożliwego niż taki układ. Jednak ani Schleicher, ani prezydent nie byli zadowoleni z istniejącego stanu rzeczy. Nie wierzyli, aby nadzwyczajne uprawnienia prezydenta mogły być trwałą podstawą do rządzenia krajem. Chcieli takiego rządu, który, gotów do energicznej walki z kryzysem, mógłby również zjednać sobie poparcie szerokich mas i, gdyby to było możliwe, miał za sobą większość w Reichstagu. Brüning nie uzyskał takiej większości w wyborach. Schleicher zaczął więc gdzie indziej szukać poparcia mas, które – jak czuł – było konieczne dla prezydenckiej formy rządów.

Hitler z jego sześcioma milionami wyborców wart był zastanowienia. Miał dwa atuty, oba w wysokiej cenie u generała. Sukces nazistów w wyborach obiecywał poparcie mas, którego Hitler mógłby dostarczyć, gdyby się udało go kupić. SA, stanowiąca zorganizowaną siłę i prąca do gwałtownych rozstrzygnięć, groziła rewolucją, gdyby Hitlera wciąż pomijano. W latach 1931-1932 Hitler stale wygrywał więc groźbę rewolucji, której nie chciał, i poparcie mas, którego nie potrafił przekształcić w większość parlamentarną; pierwsze – jako pogróżkę, drugie – jako obietnicę, by nakłonić prezydenta i jego doradców do uznania w nim pełnoprawnego partnera i przekazania mu władzy.

Mamy więc wytłumaczenie owych skomplikowanych i wykrętnych posunięć w wewnętrznej polityce Niemiec w okresie jesień 1931-32, styczeń 1933, kiedy gra się już udała i Hindenburg legalnie powierzył Hitlerowi urząd kanclerza. Raz po raz wznawiane rozmowy małej grupki ludzi rządzących przy pomocy dekretów prezydenta z przywódcami nazistów stanowią niejako kamienie milowe na drodze nazistów do władzy. Hitler nie uważał tego za jedyną możliwość legalnego osiągnięcia władzy. Nadal zastanawiał się nad koalicją z nacjonalistami – a w pewnym okresie nawet z Centrum – lub, co wydawało mu się lepsze, nad zdobyciem zdecydowanej większości w następnych wyborach. Po każdym kolejnym załamaniu się rokowań powracał do tej myśli. Ale nigdy nie zatrzaskiwał za sobą drzwi; zawsze starał się pozostawić wrażenie, że gotów jest powrócić do rozmów, że podejmuje środki przede wszystkim po to, by wywrzeć nacisk na stronę przeciwną i nakłonić ją do wznowienia rokowań, a nie po to, by dojść do władzy w inny sposób.

Przed laty, w Wiedniu, Hitler podziwiał taktykę Karola Luegera. Sens jej ujął w dwóch zdaniach w „Mein Kampf”:

Lueger w swojej działalności politycznej główną wagę przywiązywał do zjednania sobie tych warstw, których zagrożona egzystencja raczej pobudzała je do walki, niż paraliżowała ich wolę. A jednocześnie starał się posługiwać wszystkimi środkami władzy, jakimi dysponował, i przeciągnąć na swoją stronę istniejące potężne instytucje po to, aby z tych starych źródeł siły wyciągnąć jak największe korzyści dla swojego ruchu.

Hitler był już mocno zaawansowany na drodze do „zjednania sobie tych warstw, których egzystencja była zagrożona”, teraz stało przed nim zadanie „przeciągnięcia na swoją stronę potężnych istniejących instytucji”, przede wszystkim wojska i prezydenta.«

Dalej Bullock pisze:

„Jedną z największych słabości Republiki Weimarskiej była bowiem dwulicowa postawa armii, a z całej generalicji tylko Groener szczerze i lojalnie służył Republice i nikt nie mógł go w tym zastąpić.

Ale jego odejście było zaledwie wstępem. Schleicher nabrał teraz przekonania, że główną przeszkodą w jego planie porozumienia się z nazistami jest Brüning, który nie godzi się na żadne ustępstwa, by ich pozyskać, i który obecnie stał się dla nich pretekstem do ataków na system. Człowiek ten, który w marcu 1930 roku sam siebie zaproponował na urząd kanclerza, stał się już niepotrzebny. Schleicher z takim samym cynicznym brakiem lojalności, z jakim zadał cios w plecy Groenerowi, zabrał się teraz do wysadzenia z siodła Brüninga.”

I dalej:

„Stanowisko armii całkowicie zależało od stanowiska prezydenta, starego feldmarszałka, który był wcieleniem jej tradycji i swoim autorytetem mógł zapobiec ewentualnej próbie zamachu, a także od generała von Blomberga. Hindenburg zaakceptował jego nominację na ministra obrony w rządzie, w którym Hitler miał być kanclerzem, na co też już się zgodził. Hitler mógł być pewny armii, gdyby Blomberg przyjął tę tekę. Byłoby interesujące poznać, czym naziści uprzednio go sobie kupili. Blomberg i jego dawny szef sztabu z czasów, kiedy dowodził Reichswehrą w Prusach Wschodnich, pułkownik von Reichenau, byli w kontakcie z Hitlerem. Blomberga, który pełnił obowiązki głównego doradcy wojskowego delegacji niemieckiej na konferencji rozbrojeniowej w Genewie, odwołano pospiesznie bez wiedzy Schleichera czy Hammersteina. Od wczesnego rana 30 stycznia czekał na niego na dworcu adiutant Hammersteina, major von Kuntzen, z rozkazem natychmiastowego zameldowania się u dowódcy. Ale na dworcu był jeszcze jeden oficer: Oskar von Hindenburg, adiutant prezydenta i ojca zarazem, również z rozkazem dla Blomberga bezzwłocznego stawienia się u prezydenta Republiki. Na szczęście dla Hitlera Blomberg usłuchał tego drugiego rozkazu. Przyjął od prezydenta nominację i tym samym uniknięto niebezpieczeństwa, że armia w ostatniej chwili odmówi uznania nowego rządu. We wrześniu 1933 roku Hitler oświadczył: Z wydarzeń tego dnia szczególnie pozostanie nam w pamięci rola, którą odegrała armia, bo wszyscy dobrze wiemy, że gdyby w czasie naszej rewolucji armia nie stanęła po naszej stronie, nie bylibyśmy tu dzisiaj. Raz przynajmniej powiedział szczerą prawdę.”

Podsumowując cały ten okres Bullock pisze:

»Propaganda nazistowska ukuła z czasem legendę, że potężna fala przebudzenia narodowego wyniosła Hitlera do władzy. Prawda jest bardziej prozaiczna. Miał istotnie poparcie mas, ale do urzędu kanclerza nie doprowadziły go ani jakiś nieodparty ruch narodowy czy rewolucyjny, ani popularność w wyborach, lecz niecny przetarg ze „starą bandą”, na którą napadał w ciągu długich miesięcy. Nie uchwycił władzy; doprowadzono go do niej tylnymi schodami.

Jego sukces, który wcale nie był nieuchronny, wynikał raczej ze szczęścia, a jeszcze bardziej z pomyłki jego politycznych przeciwników i rywali. W listopadzie 1932 roku, kiedy rosła krzywa powodzenia wyborczego komunistów, naziści ponieśli najcięższą klęskę tracąc dwa miliony głosów. Hitler sam potem przyznał, że partia nigdy jeszcze nie była tak bliska upadku, kiedy nieoczekiwana interwencja Papena przyniosła jej niespodziewaną szansę.

Przed dojściem do władzy Hitler nigdy nie zdobył w wolnych wyborach więcej niż 37% głosów. Gdyby pozostali wyborcy – 63% – byli jednomyślni w swojej opozycji, nie mógłby liczyć na to, że zostanie kanclerzem w sposób legalny; musiałby wybrać między ryzykiem zdobycia władzy siłą a stopniowym rezygnowaniem ze swoich ambicji. Dwa czynniki uratowały go przed tym wyborem: nieudolność i rozłam wewnętrzny przeciwników i gotowość prawicy do przyjęcia go jako partnera w rządzie.

Już od 1930 roku, kiedy Brüning nie zdołał stworzyć stałej większości ani w Reichstagu, ani przy wyborach, na polityce niemieckiej fatalnie zaciążył fakt, że partie nie potrafiły połączyć się i poprzeć Republiki.

Socjaldemokraci, wprawdzie świadomi niebezpieczeństwa nazistowskiego, od dawna przedzierzgnęli się w konserwatywną partię związków zawodowych i nie mieli ani jednego przywódcy, który byłby zdolny zorganizować skuteczną opozycję przeciw nazistom. Lojalni wobec Republiki i od 1930 roku w defensywie, dotkliwie odczuwali skutki depresji gospodarczej i ataków partii komunistycznej.

Katolickie Centrum, tak jak socjaldemokraci, aż do końca zachowało swój stan posiadania w wyborach, ale było znane z tego, że nigdy nie miało mocnej, niezależnej linii politycznej; było partią, która przede wszystkim troszczyła się o porozumienie z każdym kolejnym rządem po to, ażeby zapewnić sobie ochronę własnych interesów. W latach 1932-33 Centrum do tego stopnia nie orientowało się w niebezpieczeństwie dyktatury nazistowskiej, że nadal prowadziło rozmowy o utworzenie koalicji z nazistami i głosowało za ustawą o nadzwyczajnych pełnomocnictwach, która dała Hitlerowi nieograniczoną władzę, gdy został już kanclerzem.

W latach trzydziestych nie było w Niemczech silnej liberalnej partii, która by reprezentowała klasę średnią. Brak takiej partii parokrotnie już był jedną z klęsk w rozwoju politycznym tego kraju. Partie reprezentujące klasę średnią, które mogłyby spełnić taką rolę – partia ludowa i demokraci – straciły w stosunku do nazistów o wiele więcej głosów niż inne stronnictwa niemieckie i to dostatecznie uzasadnia ich gotowość przejścia do opozycji.

Ale największa odpowiedzialność spadła na niemiecką prawicę, która nie tylko nie potrafiła porozumieć się z innymi partiami dla obrony Republiki, ale uczyniła z Hitlera swojego partnera w rządzie koalicyjnym. Stara klasa rządząca cesarstwem niemieckim nigdy nie pogodziła się z przegraną wojną i obaleniem monarchii w 1918 roku. Rządy republikańskie, które potem nadeszły, traktowały ją wyjątkowo dobrze. Wielu z jej członków pozostało u władzy i utrzymywało wpływy: nie ruszano ich własności, ani majątków; generałowie zachowali niezależną pozycję; przemysłowcy i kapitaliści robili wielkie interesy i ciągnęli olbrzymie zyski przy słabym i ustępliwym rządzie, a pomoc udzielana junkrom, obszarnikom, urosła do rozmiarów finansowego skandalu stulecia. Ale nie budziło w nich to wdzięczności ani nie skłaniało do lojalności. Niezależnie od tego, co się mówiło o jednostkach, ludzie ci jako klasa społeczna pozostali nieprzejednani i wrogo usposobieni do ustroju, z którego ciągnęli korzyści. Słowo „nacjonalista”, duma największej partii prawicy, stało się synonimem nielojalności wobec republiki.

Wprawdzie był okres po wyborze Hindenburga na prezydenta w 1925 roku, kiedy to stanowisko zostało zmodyfikowane, ale po 1929 roku uległo ponownemu zaostrzeniu i zarówno Papen jak Hugenberg (lider partii nacjonalistycznej – przyp. mój) w pełni je podzielali. Prawica niemiecka dążyła do odzyskania swojej dawnej pozycji klasy rządzącej, do obalenia znienawidzonej Republiki, restaurowania monarchii, wskazania klasie robotniczej „jej właściwego miejsca”, odbudowy niemieckiej potęgi militarnej, anulowania postanowień 1918 roku i przywrócenia Niemcom – jej Niemcom – dominującej pozycji w Europie. Zapatrzona w swój własny interes i zaślepiona przesądami, wyrzekła się prawdziwego konserwatyzmu i własnych tradycji i popełniła kolosalny błąd upatrując w Hitlerze człowieka, który pomoże jej dojść do celu. A za jej przykładem, nieodparcie pociągnięty nacjonalizmem Hitlera, poszedł duży odłam klasy średniej i niemieckiego korpusu oficerskiego.«

W dalszym ciągu Bullock opisuje, w jaki sposób Hitler osiągnął pełnię władzy:

»Taki był skutek polityki wynikłej z sojuszu prawicy i nazistów zawartego w końcu stycznia 1933 roku. Opierał się on na wierze, że Hitlerowi i nazistom, gdy już raz dorwą się do rządu, będzie można założyć wędzidło. Na pierwszy rzut oka zdawało się, że warunki, na które Hitler się zgodził, potwierdzają owo przypuszczenie.

Bo Hitler nie był nawet prezydenckim kanclerzem; Hindenburg udzielił nominacji „austriackiemu gefrajtrowi”, bo go przekonano, że zdoła on stworzyć większość w parlamencie, czyli osiągnie to, czego nie osiągnął w listopadzie 1932 roku. Hitler natychmiast po sformowaniu gabinetu zabrał się do rozmów z Centrum chcąc je pozyskać dla koalicji i, dodając 70 mandatów centrowców do 247 mandatów nazistów i nacjonalistów, zapewnić nowemu rządowi większość w Reichstagu. W tym celu nie obsadził Ministerstwa Sprawiedliwości, a kiedy wspomniane negocjacje nie doprowadziły do porozumienia, zaczął nalegać, wbrew opinii Hugenberga, na przeprowadzenie nowych wyborów, po to, by uzyskać dla koalicji bazę parlamentarną w postaci większości wyłonionej w wyborach.

To uporczywe dążenie Hitlera do pozyskania większości parlamentarnej powinno było obudzić nieufność Papena, ale on ciągle jeszcze nie widział, co się święci, i winszował sobie własnej przebiegłości. Porachował się z von Schleicherem, a jednocześnie urzeczywistnił jego marzenia, albowiem wprzągł nazistów do służby państwu, i to nie na Hitlera, ale na swoich własnych warunkach. Hitler – jak zapewniał Papen swoich przyjaciół – był jego jeńcem: miał ręce i nogi spętane przyjętymi warunkami. Rzeczywiście zdobył urząd kanclerza, ale prawdziwa władza, w pojęciu Papena, spoczywała w jego rękach.

Zaufaniem prezydenta cieszył się bowiem wicekanclerz, nie kanclerz; wicekanclerz trzymał też w ręku kluczowe stanowisko premiera Prus i sprawował władzę nad całą administracją pruską, łącznie z policją; wicekanclerz również korzystał ze świeżo wprowadzonego prawa, na mocy którego wszystkie rozmowy prezydenta z kanclerzem musiały odbywać się w jego obecności.

Rzadko kiedy jednak rozczarowanie bywa tak kompletne jak w tym wypadku i przychodzi tak szybko. Ci, którzy jak Papen wierzyli, ze przejrzeli Hitlera, przekonali się, że fatalnie się pomylili w ocenie i człowieka, i ruchu. Hitler bowiem rozumiał, i na tym polegała jego oryginalność, że w nowoczesnych warunkach można dokonać rewolucji tylko w oparciu o potęgę państwa, a nie wbrew niej; właściwa kolejność polegała na zapewnieniu sobie najpierw dostępu do władzy, a dopiero potem można było zacząć rewolucję. Hitler nigdy nie zrzucił maski legalności: zdawał sobie sprawę z olbrzymiego znaczenia psychologicznego, jakie ma posiadanie prawa po swojej stronie. Obracał więc prawo podszewką do góry i z bezprawia robił prawo.

W poniedziałek 30 stycznia o piątej po południu Hitler przewodniczył na pierwszym posiedzeniu Rady Ministrów. Sprawozdanie z tego posiedzenia znajduje się wśród dokumentów zdobytych po wojnie. Było ono poświęcone problemom utworzenia większości parlamentarnej przez zjednanie sobie poparcia Centrum. Göring zdawał relację z postępów swoich rozmów z liderem Centrum, prałatem Kaasem, a Hitler podsunął myśl, żeby rozwiązać Reichstag i zarządzić nowe wybory, gdyby te rozmowy zawiodły. Przynajmniej jeden z jego partnerów, Hugenberg, dojrzał, jak bardzo niebezpiecznie byłoby pozwolić Hitlerowi na przeprowadzenie wyborów wtedy, gdy władza była w jego ręku. Z drugiej strony właśnie Hugenberg bardziej niż inni oponował przeciwko dopuszczeniu Centrum do koalicji rządowej. Jego zdaniem najlepiej byłoby rozwiązać Reichstag i wprowadzić rządy autorytatywne. Ale to sprzeciwiało się obietnicy danej Hindenburgowi, który tylko dlatego zgodził się, aby Hitler został kanclerzem, że przyrzeczono mu, iż nowy rząd zdejmie z niego olbrzymią odpowiedzialność rządzenia na podstawie nadzwyczajnych pełnomocnictw i pozyska sobie konstytucyjne poparcie w postaci większości parlamentarnej. Hugenberg niechętnie dał się nakłonić do wyrażenia zgody na rozwiązanie Reichstagu i zarządzenie wyborów na wypadek, gdyby rozmowy z Centrum zakończyły się fiaskiem. W zamian Hitler przyrzekł mu solennie – przyrzeczenie to ponowił na posiedzeniu gabinetu w dniu 30 stycznia – że skład rządu koalicyjnego pozostanie bez zmian niezależnie od wyniku wyborów.

Następnego dnia, w czasie rozmowy z prałatem Kaasem, Hitler zrobił wszystko, by negocjacje z Centrum spaliły na panewce. Kiedy Kaas przedstawił listę z wyszczególnieniem pytań i gwarancji, których przede wszystkim domaga się Centrum, listę pomyślaną jako podstawę do dalszych rozmów, Hitler oświadczył swoim kolegom, że po przestudiowaniu jej doszedł do wniosku, iż nie może być mowy o porozumieniu i jedyne, co pozostaje, to rozwiązać Reichstag. Potem uroczyście zapewnił o swojej lojalności i wówczas to Hindenburg, ulegając namowom Papena, raz jeszcze podpisał dekret rozwiązujący Reichstag, „ponieważ nie udało się stworzyć wymaganej większości”. Centrum zaprotestowało dowodząc, że decyzja jest niesłuszna, albowiem lista z pytaniami stanowiła tylko podstawę do dyskusji, i że kanclerz uniemożliwił dalsze rozmowy. Ale było już za późno: dekret został podpisany, data wyborów ustalona, a pierwsza i najtrudniejsza przeszkoda na drodze Hitlera do władzy – zniesiona. Papen i Hugenberg dali się niepostrzeżenie wciągnąć w pułapkę. Po raz ostatni naród niemiecki poszedł do urn; tym razem Goebbels zanotował z ufnością, że sprawa jest jasna: „Walka będzie łatwa, bo możemy wykorzystać wszystkie możliwości państwa. Radio i prasę mamy do swojej dyspozycji. Nasza propaganda będzie prawdziwym majstersztykiem. Tym razem nie braknie nawet pieniędzy”.«

27 lutego 1933 roku w tajemniczych okolicznościach wybuchł pożar w gmachu Reichstagu. Podobno sprawcą podpalenia był młody komunista holenderski Marinus van der Lubbe. Czy tak faktycznie było, nie ma odpowiedzi. Natomiast wydaje się, że nie ma problemu ze znalezieniem tego, kto skorzystał – skorzystali naziści. Z drugiej strony jest stara, wielokrotnie sprawdzona zasada: is fecit, cui prodest (ten zrobił, komu to przynosi korzyść). I wedle niej trop prowadzi do nazistów.

Następnego dnia po pożarze, 28 lutego, Hitler ogłosił podpisany przez prezydenta dekret „o ochronie narodu i państwa”, określony jako „środek obrony przeciwko komunistycznym aktom gwałtu”. Jego pierwszy artykuł zawieszał wolność osobistą zagwarantowaną art. 48 Konstytucji Weimarskiej. I na jego podstawie aresztowano lidera partii komunistycznej i 4000 jej członków, co, na krótko przed wyborami, znacznie utrudniało im prowadzenie kampanii wyborczej. Art. 5 zaostrzał kary, aż do kary śmierci włącznie, za zbrodnie zdrady stanu, trucicielstwo, podpalenie i wprowadzał karę śmierci lub dożywotnich ciężkich robót za udział w spisku wymierzonym przeciwko życiu członków rządu lub za poważne zakłócenie spokoju.

5 marca 1933 roku odbyły się wybory. Pomimo zaangażowania potężnych sił i środków, naziści nie uzyskali większości parlamentarnej. Zdobyli 43,91% głosów i 288 miejsc w parlamencie. Socjaldemokraci – 18,25%, 120; komuniści – 12,32%, 81; Centrum – 11,25%, 73; nacjonaliści – 7,97%, 52. Pozostałe partie zupełnie nie liczyły się. Bawarska Partia Ludowa – 2,73%, Niemiecka Partia Ludowa – 1,10%. Inne poniżej 1%. Jakkolwiek wynik ten nie zadowalał, to wystarczał, a uwadze nazistów nie umknęło, że po wykluczeniu deputowanych komunistycznych, sami osiągną potrzebną większość.

I w tym miejscu znowu wypada mi zacytować Bullocka:

»Reżim hitlerowski opierał się na tzw. ustawie „O zabezpieczeniu narodu i państwa od biedy”. Ale wprowadzenie tej ustawy w życie wymagało zmiany konstytucji, musiało więc za nią opowiedzieć się dwie trzecie Reichstagu, toteż Hitler po zakończonych wyborach pomyślał przede wszystkim o tym. Jedna sprawa była prosta: 81 posłów komunistycznych nie wchodziło w rachubę, bo ci, którzy nie siedzieli jeszcze za kratkami, dostaliby się tam zaraz, gdyby pokazali się w Reichstagu. Naziści podjęli więc negocjacje z Centrum, a Hitler okazał się teraz jak najbardziej ugodowy wobec swoich partnerów-nacjonalistów. Zarówno dyskusje w gabinecie, jak i rozmowy z Centrum toczyły się w atmosferze niepokoju, wywołanego domaganiem się przez rząd tak olbrzymiej władzy. Dzięki dekretowi z 28 lutego naziści byli jednak panami sytuacji. Grozili, że w razie potrzeby dokonają takiej ilości aresztowań, iż zdobędą większość bez łączenia się z Centrum. Nacjonaliści pocieszali się, że ta nowa ustawa zawiera klauzulę gwarantująca prezydentowi jego dawną władzę; Centrum, któremu Hitler nie szczędził obietnic, zdołało prócz tego uzyskać list od prezydenta z oświadczeniem: „Kanclerz zapewnił mnie, że nawet gdyby nie był krępowany przez konstytucję, nie skorzysta z uprawnień przysługujących mu na mocy ustawy o zabezpieczeniu narodu i państwa od biedy bez porozumienia się ze mną”. Była to jeszcze jedna papierowa zapora, która miała powstrzymać wzbierającą falę terroru. W owym momencie Hitler przyrzekłby wszystko, byle tylko przeprowadzić nową ustawę z zachowaniem pozorów legalności.

Majstersztykiem był ukłon w stronę prezydenta, armii i nacjonalistów przy okazji otwarcia Reichstagu; na uroczystości, która odbyła się 21 marca w Poczdamie, w kościele garnizonowym, na dwa dni przed poddaniem nowej ustawy pod głosowanie, Hitler ugruntował wówczas roszczenia nowego reżimu do objęcia dziedzictwa po militarnych tradycjach dawnych Prus i ich królach, Hohenzollernach.

W dwa dni później, kiedy Reichstag zebrał się w tymczasowej siedzibie, Operze Krolla, nazizm ukazał całkiem inne oblicze. Ustawa przedłożona Reichstagowi zawierała pięć punktów. Pierwszy i piąty upoważniał rząd na okres 4 lat do wydawania ustaw bez oglądania się na Reichstag. Drugi i czwarty wyraźnie określał, że rządowi wolno będzie nie liczyć się z postanowieniami konstytucji i zawierać traktaty z innymi państwami, co dotychczas należało wyłącznie do uprawnień Reichstagu i Reichsratu. Trzeci zaś mówił, że ustawy wydawane przez rząd muszą wyjść spod pióra kanclerza i obowiązują od dnia ogłoszenia.

Inauguracyjna mowa Hitlera była powściągliwa w tonie i treści. Mówił o bezkrwawym i zdyscyplinowanym przeprowadzeniu rewolucji i o duchu jedności narodowej, który teraz zapanował w Rzeszy w miejsce rozdźwięków partyjnych i podziału klasowego.

Po przerwie zabrał głos lider socjaldemokratów, Otto Wels. W martwej ciszy wszedł na mównicę; tylko z zewnątrz dolatywało szczekliwe skandowanie bojówkarzy: „Żądamy ustawy – lub ogień i mord”. Trzeba było nie lada odwagi, by stanąć przed zatłoczoną salą – większość komunistów i kilkunastu posłów socjaldemokratycznych wtrącono już do więzienia – i powiedzieć w oczy Hitlerowi i nazistom, że partia socjaldemokratyczna będzie głosować przeciwko przyjęciu ustawy. Wels mówił z umiarem. Być bezbronnym – dodał – nie znaczy nie mieć honoru. Ale Hitlera doprowadziło do wściekłości nawet samo napomknienie o opozycji; nie miał ani cienia wspaniałomyślności dla pokonanego przeciwnika. Nie zwracając uwagi na usiłowania Papena, który chciał go pohamować, po raz drugi wszedł na mównicę i dał Reichstagowi, rządowi i korpusowi dyplomatycznemu pokaz swojego prawdziwego charakteru: nieopanowanego, brutalnego i szyderczego. „Niepotrzebne mi są wasze głosy – fuknął pogardliwie na socjaldemokratów. – Niemcy i bez was będą wolne. Nie bierzcie nas za burżujów. Gwiazda Niemiec wschodzi, wasza zachodzi; wasze podzwonne już wybiło.”

Reszta przemówień kontrastowała z przemówieniem Welsa. Monsignore Kaas, ciągle ufając obietnicom Hitlera, wstał, aby oznajmić, że Centrum, które kiedyś upokorzyło Bismarcka w Kulturkampfie, będzie głosować za ustawą; pasowała zresztą do nędznej polityki kompromisu z nazistami, jakiego ta partia przestrzegała od lata 1932 roku. Potem doszło do głosowania i zdenerwowanie wzrosło. Kiedy Göring (przewodniczący Reichstagu – przyp. mój) ogłosił wynik: za – 441, przeciwko – 94, naziści zerwali się z miejsc i wzniósłszy ręce w nazistowskim pozdrowieniu zaśpiewali „Horst Wessel Lied”.

Na zewnątrz olbrzymi tłum wiwatował radośnie. Naziści mieli się z czego cieszyć: przyjęcie ustawy dało Hitlerowi całkowita niezależność nie tylko od Reichstagu, ale także od prezydenta. Poprzedni kanclerze, Brüning, Papen i Schleicher, byli zależni od uprawnień prezydenta do wydawania nadzwyczajnych ustaw, zgodnie z 48 artykułem konstytucji. Teraz Hitler zyskał te uprawnienia dla siebie, z pełną mocą uchylania konstytucji. Władza nad wszystkimi możliwościami wielkiego nowoczesnego państwa przeszła w ręce motłochu, męty dorwały się do rządów.«

Tak to wyglądało, tak działała ta demokracja. Pozostaje jeszcze jeden problem: czy wybrani w demokratycznych wyborach mogą obalić demokrację i wprowadzić inny ustrój? Skoro naród ich wybrał, to daje im nieograniczoną władzę i możliwość dokonywania zmian. Hitler nie ukrywał swoich zamiarów, na co zwrócił uwagę Bullock:

»Tymczasem Hitler nieustannie atakował Brüninga przypisując mu całe zło, jakie wynikło z „systemu” panującego w Niemczech od 1918 roku. Gdy 8 grudnia Brüning wygłosił przez radio mowę w obronie swoich ostatnich dekretów, odpowiedział mu nowym listem otwartym (ogłoszonym 13 grudnia 1931 roku).

List ten jest interesujący ze względu na szczere stwierdzenie Hitlera, co rozumie on pod słowem „legalność”. Brüning przemawiając przez radio oświadczył: „Nie jest prawdziwym zwolennikiem legalności ktoś, kto mówi, że po legalnym dojściu do władzy obali wszystkie bariery”. Hitler odparł:

Jako „mąż stanu” odmawia nam Pan, po naszym dojściu do władzy, prawa nieliczenia się z praworządnością. Panie Kanclerzu, fundamentalna zasada demokracji głosi: „Władza pochodzi od narodu”. Konstytucja ustala drogi, jakimi pewna koncepcja, myśl, a więc i organizacja, musi otrzymać od narodu prawo do realizowania swoich celów. Ale ostatecznie to naród, nikt inny, ustala konstytucję.

Panie Kanclerzu, jeżeli naród niemiecki upoważni kiedyś ruch narodowo-socjalistyczny do wprowadzenia konstytucji innej niż dzisiejsza, to wtedy nic Pan nie poradzi… Kiedy konstytucja staje się przeżytkiem, naród nie umiera – to konstytucja ulega zmianie.

Była to zupełnie wyraźna wskazówka, co Hitler zamierza zrobić po dojściu do władzy, a jednak Schleicher, Papen i pozostali z grupy byli tak pewni swojej wyższości nad ignoranckim agitatorem, że z pogardliwym uśmiechem zlekceważyli sobie to ostrzeżenie.«

Sprawa wydaje się być trochę dyskusyjna, bo NSDAP nigdy w wolnych wyborach nie uzyskała większości. Najlepszy wynik osiągnęła w wyborach z marca 1933 – 43,9%. Hitler był już wtedy kanclerzem. W marcu 1932 roku odbyły się wybory prezydenckie.

W pierwszej rundzie nikt nie uzyskał bezwzględnej większości: Hindenburg – 49,6%, Hitler – 30,1%, Thälmann (komuniści) – 13,2%, Duesterberg (weterani wojenni) – 6,8%, pozostali – 0,3%.

W drugiej rundzie wyłonił się zwycięzca: Hindenburg – 53%, Hitler – 36,8%, Thälmann – 10,2%, pozostali – 0%.

Czy miał więc Hitler prawo do nieliczenia się z praworządnością? W swoich przemówieniach niczego nie obiecywał wyborcom. Chciał tylko dostać wadzę na 4 lata i udowodnić, że dużo może zmienić. Nawet jeśli jego wyborcy godzili się na wszystkie jego pomysły, to nadal większość – 56%, miała inne zdanie. Poparli go tylko posłowie, którzy uchwalili ustawę, dającą Hitlerowi nieograniczoną władzę. Natomiast w wyborach prezydenckich uzyskał on gorszy wynik niż jego partia.

Niemcy, jako naród, zostali poddani ciężkiej próbie. Zostali oskarżeni o wywołanie wojny i z tego powodu narzucono im w kwietniu 1921 roku, jako pokonanym, reparacje na kwotę 132 milionów marek w złocie, czyli 6600 milionów funtów angielskich. Jesienią 1922 roku nie byli w stanie ich spłacać i rząd zażądał moratorium. Na to nie zgodzili się Francuzi i zajęli Zagłębie Ruhry, które było przemysłowym sercem Niemiec. Dostarczało 80% produkcji stali i surówki oraz 80% całego wydobycia węgla. Odcięcie od tych zasobów musiało doprowadzić do załamania się produkcji. Okupacja Ruhry zadała cios marce. 1 lipca 1923 roku za dolara płacono 160.000 marek, 1 sierpnia – milion, 1 listopada – 130 miliardów. Załamanie marki kładło na łopatki handel, bankrutowały firmy, w większych miastach zaczęło brakować żywności, pojawiło się bezrobocie.

Inflacja ta – a były w społeczeństwie grupy ludzi, wśród nich przemysłowcy i obszarnicy, którzy z niej korzystali i starali się ją pogłębić we własnym interesie – wstrząsnęła niemieckim społeczeństwem. Nie wstrząsnęła nim tak ani wojna, ani rewolucja listopadowa, ani traktat wersalski. Prawdziwą rewolucją w Niemczech była inflacja, bo zniszczyła nie tylko własność i wartość pieniądza, ale także wiarę we własność i znaczenie pieniądza. Później jeszcze doszedł kryzys lat 30-tych. Nie należy więc dziwić się, że duża część społeczeństwa ulegała Hitlerowi, który był niezwykle utalentowanym mówcą i potrafił wczuwać się w nastroje społeczne.

Hitler przynajmniej dbał o pozory praworządności, a obecne rządy, w tym i polski, łamią bez skrupułów podstawowe prawa obywatelskie pod pretekstem ochrony zdrowia. Zabiera się nam podstawowe prawo – prawo do oddychania świeżym powietrzem. Wprawdzie nie jest ono już takie czyste i świeże, jak kiedyś, ale nadal jest lepsze od tego, które wydychamy. Hitler więził, mordował, terroryzował. Obecny rząd robi to samo, tyle że czynności te są rozłożone w czasie i stosowane w łagodniejszej formie – na razie. Nie zmienia to faktu, że idziemy tą samą drogą: od demokracji do tyranii. Inflacji takiej jak w Niemczech w 1923 roku raczej nie będzie, ale likwidacja gotówki może mieć takie same lub podobne skutki.

Na Niemcach, tych którzy nie ulegli „urokowi” nazistów, ich zwolennicy i oni sami, wywierali presję, często ich atakowali i nierzadko stosowali przemoc fizyczną i psychiczną. Dziś ci, którzy bezwzględnie podporządkowują się rządowym zaleceniom, zaczynają wywierać presję na tych, którzy im jeszcze nie do końca ulegają. Dużo podobieństw można się doszukać pomiędzy tym, co działo się w Niemczech w latach 20-tych i 30-tych, a tym, co się dzieje obecnie, ale jest też różnica. Wtedy wydarzyło się to tylko w jednym kraju, obecnie terror nie zna granic, jest totalny.

Z polityką nierozłącznie wiążą się pieniądze. Bez nich nie da się jej uprawiać. Nie inaczej było w przypadku Hitlera. Budowa partii i całego ruchu nazistowskiego wymagała pieniędzy. Bez nich Hitler nie wyszedłby poza przemawianie w podrzędnych monachijskich piwiarniach. Zagadnienie ciekawe i Bullock nie omija tego tematu, jednak o tym, to w innym miejscu.