Dzikie Pola

Dziś pewnie już mało kto kojarzy, że tereny, na których trwa na Ukrainie wojna, to Dzikie Pola. Dzikie Pola to historyczna nazwa Zaporoża. To właśnie głównie tam toczyła się akcja powieści Henryka Sienkiewicza Ogniem i Mieczem. Dzikie Pola ciągnęły się od Donbasu do Odessy. A Donbas (Donieckij kamiennougolnyj bassjejn) to Donieckie Zagłębie Węglowe. Leży ono w północno-wschodniej części Dzikich Pól. Nie przypadkiem więc klub piłkarski z Doniecka nazywa się Szachtar (Górnik) Donieck.

Mapa Ukrainy z zaznaczonym obszarem Donbasu; źródło: Wikipedia.

Ta część Ukrainy, którą zajęli Rosjanie, to jej najbardziej uprzemysłowiona część. Również większość bogactw naturalnych tam się znajduje. Bez tego rejonu Ukraina praktycznie nic nie znaczy, zwłaszcza że jej najżyźniejsze gleby, czyli czarnoziemy, są w rekach obcych spółek. Innymi słowy, ani przemysł, ani rolnictwo nie należy do Ukraińców i do państwa ukraińskiego. Dlatego węgiel z Polski jedzie na Ukrainę. Jeśli ludność tych terenów opowie się w zbliżających się (23-27 września) referendach za przyłączeniem do Rosji, to będzie to oznaczać rozbiór Ukrainy.

By zrozumieć ten konflikt, a szczególnie racje strony rosyjskiej, to warto poznać najnowszą historię tego rejonu. Wikipedia tak m.in. pisze:

»Historia przemysłowego Donbasu zaczęła się latem 1869 r., gdy walijski potentat John Hughes  z czterema synami, setką inżynierów, metalurgów, górników i budowlańców przybył z częściami maszyn parowych i dwoma wielkimi piecami na teren dzisiejszego miasta Donieck, gdzie po ośmiu miesiącach pierwszy wielki piec wytopił surówkę, a po roku gotowe były pierwsze szyny, z których w roku kolejnym ułożono pierwszą w Donbasie 120-kilometrową linię Konstantynówka – Juzowka – Elenówka. Linia ta dała połączenie z magistralą Moskwa – Krym, a ta z całą siecią kolejową. W 1880 roku rozpoczęła się trwająca dwie dekady „donbaska gorączka węglowa” ściągająca do regionu kapitał, technologie i specjalistów z całego świata. Największe miasta w tym czasie to Nikopol i Mariupol, a zakłady to stocznia w Nikołajewie, Belgijskie Zakłady Metalurgiczne „Unia” w Makijewce, niemieckie stalownie i huty w Kramatorsku, brytyjsko-francuskie Enakievo Steel Works w Jenakijewie, rosyjskie huty w Ałczewsku i Iłowajsku, niemiecka Fabryka Parowozów Hartmana w Ługańsku, tramwajów i obrabiarek w Charkowie, belgijskie Towarzystwo Akcyjne Przemysłu Szklarskiego i Chemicznego w Konstantynówce. W czerwcu 1892 roku z powodu epidemii cholery wybuchł pierwszy wielki bunt górników, który zamienił się w pogrom żydowski. Według spisu z 1897 r. w Doniecku mieszkali: Ukraińcy (52,4 proc.), Rosjanie (28,7 proc.), Grecy (6,4 proc.), Niemcy (4,2 proc.), Żydzi (2,9 proc.), Tatarzy (2,1 proc.), Białorusini (0,8 proc.), Polacy (0,4 proc.), uważający się za osobną grupę etniczną Kozacy dońscy (0,3 proc.), Belgowie i Francuzi (0,1 proc.).«

John Hughes (1814-1889) – walijski przemysłowiec, założyciel Doniecka. Uczył się zawodu i zdobywał doświadczenie przy ojcu, inżynierze w różnych firmach. Opracował i opatentował wiele rozwiązań z dziedziny płyt stosowanych do opancerzania. Jego osiągnięcia sprawiły, że otrzymał ofertę z firmy Millwall Iron and Shipbuilding Works, w której został członkiem zarządu, a później został jej dyrektorem. Firma ta zdobyła międzynarodowe uznanie dzięki wyrobom pozwalającym opancerzać drewniane okręty brytyjskiej marynarki wojennej. Dzięki jego osiągnięciom firma zdobyła zamówienia rosyjskiego rządu na umocnienie twierdzy w Kronsztadzie na Bałtyku.

W 1869 roku Hughes założył w Londynie przedsiębiorstwo New Russia Company, które w kwietniu tego samego roku zawarło kontrakt z rosyjskim rządem. Otrzymał od władz carskich koncesję na wydobycie węgla i rudy żelaza w Donbasie w zamian za zbudowanie w tym rejonie okręgu przemysłowego z hutą i stalownią produkującą szyny kolejowe.

Hughes wyruszył do Rosji na ośmiu statkach załadowanych wyposażeniem i zabierając ze sobą licznych pracowników z Walii. Wjeżdżając zabrał ze sobą żonę i ośmioro dzieci. Po dotarciu w lecie 1869 roku do Taganrogu rozpoczął działalność we wsi nazwanej Hughesoffką, a potem Juzowką od zruszczonej formy jego nazwiska. W osadzie zbudowano na wzór osiedli walijskich szpital, szkoły, łaźnie, straż pożarną, kościół anglikański i herbaciarnie.

Po ponad pół roku Hughes uruchomił pierwszy wielki piec, a po roku rozpoczął produkcję szyn, z których ułożono tory łączące tę miejscowość z linii kolejową z Moskwy na Krym. Zmarł 29 czerwca 1889 r. w Sankt Petersburgu podczas służbowej podróży. Zarządzanie firmą przejęło jego czterech żyjących synów. W 1917 roku miejscowość Juzowka otrzymała prawa miejskie, a w 1924 roku zmieniono jej nazwę na Stalino, zaś w 1961 roku na Donieck.

Takie informacje o nim zamieszcza Wikipedia, a angielska m.in. pisze:

W 1868 roku firma Millwall Iron Works Company otrzymała zamówienie od Cesarskiego Rządu Rosyjskiego na umocnienie fortecy morskiej budowanej w Kronsztadzie nad Morzem Bałtyckim. Hughes przyjął koncesję od cesarskiego rządu Rosji na rozwój hut w regionie, a w 1869 nabył kawałek ziemi na północ od Morza Azowskiego od rosyjskiego męża stanu Siergieja Koczubeja (syna Wiktora Koczubeja). Założył „New Russia Company Ltd.” w celu pozyskania kapitału, a latem 1870 r., w wieku 55 lat, przeniósł się do Rosji.

O Wiktorze Koczubeju Wikipedia pisze:

Wiktor Pawłowicz Koczubej (1768-1834) – hrabia 1799, książę 1831, rosyjski dyplomata i działacz państwowy, wolnomularz. W latach 1792-1797 w dyplomacji, emisariusz (poseł) Rosji w Turcji. Od 1798 wicekanclerz,a w latach 1801-1802 kierujący Kolegium Spraw Zagranicznych. Stronnik umiarkowanych reform. Był współpracownikiem cara Aleksandra I. W latach 1801-1803 uczestniczył w pracach Komitetu Tajnego. W latach 1802-1807 i 1819-1823 minister Spraw Wewnętrznych. Po dojściu do rządów Mikołaja I w 1825 roku wyznaczony na szefa tajnych komitetów, utworzonych w celu przygotowania projektów reform państwowych. Od 1827 do 1834 przewodniczący Rady Ministrów i Komitetu Ministrów Imperium Rosyjskiego.

Natomiast informacje o jego synu są tylko w Wikipedii rosyjskiej, która m.in. pisze:

„Siergiej Wiktorowicz Koczubej (1820-1880), książę 1831, radca stanu, marszałek guberni połtawskiej, ze szlacheckiego rodu Koczubejów.

Najmłodszy syn szefa rządu Wiktora Pawłowicza Koczubeja i Marii Wasilijewnej Wasilczikowej. Urodzony w Petersburgu, ochrzczony 20 grudnia 1820 r. w cerkwi Symeona na Mochowej w obecności kupca Fedosia Trifonowicza Szewikowa.

W 1841 ukończył Wydział Fizyki i Matematyki Uniwersytetu w Petersburgu. Służąc na Kaukazie i Zakaukaziu zajmował się zagospodarowaniem złóż węgla. Później urzędnik do zadań specjalnych w Ministerstwie Spraw Wewnętrznych.

Siergiej Wiktorowicz był jednym z pierwszych członków Petersburskiego Cesarskiego Klubu Jachtowego. Na swoim jachcie w latach 1849-1850 podróżował po Europie od Kronsztadu po Morze Czarne.

Wraz z bratem Michaiłem organizował spółki akcyjne. Rząd Imperium Rosyjskiego zawarł porozumienie z księciem, zgodnie z którym zobowiązał się zbudować fabrykę do produkcji szyn kolejowych na południu Rosji, ale w 1869 r. Siergiej Wiktorowicz sprzedał koncesję Janowi Hughesowi za 24 000 funtów. Według jednej wersji otrzymał 980 udziałów za łączną kwotę 240 tys. rubli i został mianowany honorowym dyrektorem Towarzystwa Noworosyjskiego.”

Z podanych powyżej informacji nietrudno domyślić się, kto tak naprawdę uprzemysławiał tę Noworosję, a właściwie za czyje pieniądze. Widać też wyraźnie jak masoni, a więc i Żydzi, przenikali do struktur rosyjskiej władzy. A przecież Rosja nie była wyjątkiem. Tak działo się wszędzie i tak też jest obecnie.

Wspomniałem na początku, że jeśli te tereny zostaną przyłączone do Rosji, to będzie to oznaczać rozbiór Ukrainy. Cały ten wschodni, uprzemysłowiony rejon utrzymywał resztę kraju. Bez niego nie będzie w stanie normalnie funkcjonować. To może oznaczać, że dla wielu ludzi nie będzie pracy i perspektyw na przyszłość. To z kolei może skutkować kolejną falą emigrantów, którzy napłyną do Polski.

Co więc stanie się z Ukrainą? Może z części środkowej powstanie nowe państwo, a część zachodnia zostanie przyłączona do Polski? A może cała zachodnia i środkowa Ukraina zostanie przyłączona do Polski, a jej ziemie poniemieckie zostaną przyłączone do Niemiec. Trudno tu przewidzieć, jak sprawy się potoczą. Jedno jest pewne, że sprawy idą w bardzo złym dla Polski kierunku.

Kiedy powstawał Związek Radziecki, to bolszewicy postanowili włączyć do Ukraińskiej Republiki Radzieckiej te ziemie, o które teraz toczy się spór, pomimo że ludność tam mieszkająca chciała przyłączenia do Rosyjskiej Republiki Radzieckiej. Ktoś, kto podjął taką decyzję, doskonale wiedział, że z czasem stanie się to źródłem konfliktu, że będą kłótnie, że będzie wojna. I tak się stało.

Podobnie było w przypadku Polski. Po I wojnie światowej mogła powstać Polska z ziem etnicznie polskich, czyli Mazowsza, Wielkopolski, Małopolski i Pomorza. Tak się nie stało. Ktoś tak zrobił celowo, by powstało państwo wielonarodowe skonfliktowane ze wszystkimi swoimi sąsiadami. Druga szansa była po II wojnie światowej i znowu mogło powstać takie państwo. Ale nie! Za dobrze by było! Przyłączono ziemie poniemieckie, co z założenia wykluczało dobre stosunki z Niemcami. Jakby tego było mało, to z tych ziem wypędzono Niemców i przesiedlono na nie mniejszości z Kresów, najwięcej z Ukrainy. I skutek jest taki, że ta mniejszość w połączeniu z nowymi przesiedleńcami stanowi w tej chwili prawdopodobnie najliczniejszą narodowość w tym kraju, zwanym dla niepoznaki Polską, bo przecież mieszkają też w niej Białorusini, Litwini, Niemcy, Żydzi i kto tam jeszcze! Wszystko to spuścizna Rzeczypospolitej Obojga Narodów, a właściwie Rzeczypospolitej Wielu Narodów.

Mieszanie narodów, skłócanie ich ze sobą, wywoływanie protestów społecznych, strajków, konfliktów i wojen, to specjalność jednej nacji, która robi to od początku swojego rozproszenia po całym świecie i będzie tak robić do końca swoich dni.

Przełom w Charkowie

W dniu 15 września pojawiła się na portalu ZeroHedge analiza Pepe Escobara, dotycząca wycofania się Rosjan z rejonu Charkowa: Escobar: The Kharkov Game-Changer – Escobar: Przełom w Charkowie (https://www.zerohedge.com/geopolitical/escobar-kharkov-game-changer). Poniżej jej treść:

»Wojen nie wygrywają operacje psychologiczne. Zapytajcie o to nazistowskie Niemcy.

Oglądanie mediów NATOstanu w Charkowie było błędem, to natrętne „uderzenie młota, które ogłuszy Putina”, „Rosjanie mają kłopoty” i tego typu różne głupoty.

Fakty:

  • Siły rosyjskie wycofały się z terytorium Charkowa na lewy brzeg rzeki Oskol, gdzie się obecnie okopały.
  • Linia Charków-Donieck-Ługańsk wydaje się być stabilna.
  • Krasny Liman jest zagrożony, oblegany przez przeważające siły ukraińskie, ale broni się.

Nikt – nawet Maria Zacharowa, współczesny żeński odpowiednik Hermesa, posłańca bogów – nie wie, co planuje, w tym przypadku i we wszystkich innych, Rosyjski Sztab Generalny (RSG). Jeśli mówią, że wiedzą, to kłamią.

W obecnej sytuacji można z dużą dozą pewności wnioskować, że linia – Światogorsk-Krasny Liman-Jampol-Belogorówka – może wytrzymać wystarczająco długo z ich obecnymi garnizonami, dopóki nowe siły rosyjskie nie będą w stanie wkroczyć i zmusić Ukraińców do wycofania się z powrotem poza linię Siewierodoniecka.

Rozpętało się piekło. Dlaczego w Charkowie doszło do tego, do czego doszło? Republiki ludowe i Rosja nigdy nie miały wystarczającej liczby ludzi do obrony 1000-kilometrowej linii frontu. Zauważył to cały wywiad NATO i wykorzystano to.

W tym terenie nie było rosyjskich sił zbrojnych, tylko Rosgwardia, a ta nie jest wyszkolona do walki z regularnym wojskiem. Kijów zaatakował z przewagą około 5 do 1. Siły alianckie wycofały się, aby uniknąć okrążenia. Nie ma strat wojsk rosyjskich, ponieważ w tym regionie nie było wojsk rosyjskich.

Prawdopodobnie jest to zdarzenie jednostkowe. Kierowane przez NATO siły kijowskie po prostu nie będą w stanie powtórzyć tego nigdzie w Donbasie, w Chersoniu czy w Mariupolu. Wszystkie te tereny są chronione przez silne, regularne jednostki armii rosyjskiej.

Jest oczywiste, że jeśli Ukraińcy pozostaną w pobliżu Charkowa i Izium, to zostaną zmiażdżeni przez potężną rosyjską artylerię. Analityk wojskowy Konstantin Sivkov twierdzi, że „większość gotowych do walki formacji Sił Zbrojnych Ukrainy jest teraz uziemiona (…) udało nam się zwabić je na otwartą przestrzeń i teraz systematycznie je niszczymy”.

Kierowane przez NATO siły ukraińskie, przepełnione najemnikami NATO, poświęciły 6 miesięcy na gromadzenie sprzętu i przygotowanie wyszkolonych żołnierzy dokładnie na tę akcję w Charkowie – pakując ich do ogromnej maszynki do mięsa. Bardzo trudno będzie utrzymać linię montażową, która dostarczy w dużej ilości pierwszorzędnych produktów, aby ponownie wykonać coś podobnego.

Kolejne dni pokażą, czy Charków i Izium to wynik większych nacisków NATO, bowiem nastroje w kontrolowanej przez NATO UE zbliżają się do Desperation Row (utwór muzyczny, którego wykonawczą jest Voodoo Coyote – przyp. W. L.). Istnieje duże prawdopodobieństwo, że ta kontrofensywa oznacza wejście NATO do wojny na dobre. Coraz trudniej ukryć obecność „doradców” i najemników z całego świata.

Dekomunizacja jako de-energetyzacja

Specjalna Operacja Wojskowa (SOW) koncepcyjnie nie polega na podboju terytorium per se: jest to lub była jak dotąd ochrona Rosjan na zajętych terytoriach, a więc demilitaryzacja i denazyfikacja.

Ta koncepcja może zostać zmodyfikowana. I stąd właśnie dywagacje na temat mobilizacji w Rosji. Jednak może nie dojść nawet do częściowej mobilizacji: potrzebne są rezerwy, aby odpowiednio umożliwić siłom sojuszniczym osłonę tyłów/obrony. Zatwardziali bojownicy z kontyngentu Kadyrowa nadal będą atakować.

Nie można zaprzeczyć, że wojska rosyjskie utraciły strategicznie ważny węzeł w Izium. Bez tego całkowite wyzwolenie Donbasu staje się znacznie trudniejsze.

Jednak dla wspólnych działań Zachodu, dla którego bardziej liczą się pozory, to operacje psychologiczne są znacznie ważniejsze niż małe sukcesy militarne: stąd cała ta radość z tego, że Ukraina jest w stanie wypędzić Rosjan z całego Charkowa w zaledwie cztery dni – podczas gdy mieli 6 miesięcy na wyzwolenie Donbasu, a nie zrobili tego.

Tak więc na całym Zachodzie panuje przekonanie – gorączkowo podsycane przez ekspertów od operacji psychologicznych – że rosyjska armia została uderzona „młotem” i prawie nie podniesie się.

Charków przyszedł na czas, ponieważ Generał Zima jest tuż za rogiem; kwestia ukraińska już ciążyła z powodu zmęczenia opinii publicznej; a maszyna propagandowa potrzebowała doładowania, by uzasadnić kolejne wielomiliardowe wydatki na zbrojenia.

Jednak Charków zmusił Moskwę do zwiększenia wskaźnika bólu. Stało się tak dzięki kilku dobrze umiejscowionym panom Kindżał (Ch-47M2 Kindżał, hiperdźwiękowy samolot i rakieta – przyp. W. L.), którzy opuścili Morze Czarne i Morze Kaspijskie, aby sprezentować swoje wizytówki największym elektrowniom cieplnym w północno-wschodniej i środkowej Ukrainie (większość infrastruktury energetycznej znajduje się na południowym wschodzie).

Połowa Ukrainy nagle straciła prąd i wodę. Stanęły pociągi. Jeśli Moskwa zdecyduje się na jednoczesne zniszczenie wszystkich głównych ukraińskich podstacji, wystarczy kilka pocisków, aby całkowicie rozbić ukraińską sieć energetyczną – nadając „dekomunizacji” nowe znaczenie: de-energetyzacja (odłączenie energii).

Według ekspertyzy „jeśli transformatory 110-330 kV zostaną uszkodzone, to prawie nigdy nie będzie można ich uruchomić (…) A jeśli stanie się to przynajmniej na pięciu podstacjach jednocześnie, to wszystko jest kaput. Wieczna epoka kamienna.”

Marat Baszirow, reprezentujący rosyjski rząd ujął to bardziej obrazowo: „Ukraina pogrąża się w XIX wieku. Bez systemu energetycznego nie będzie armii ukraińskiej. Faktem jest, że na wojnę przybył Generał Volt, a za nim Generał Moroz.”

I w ten sposób możemy w końcu rozpocząć „prawdziwą wojnę” – jak w znanym żarcie Putina, że „nawet jeszcze niczego nie zaczęliśmy”.

Ostateczna odpowiedź nadejdzie z RSG w ciągu najbliższych kilku dni.

RSG może opowiedzieć się za poważnym uderzeniem strategicznym gdzie indziej – taka zmiana scenariusza na gorszy (dla NATO).

Może zdecydować się na wysłanie większej liczby żołnierzy na linię frontu (bez częściowej mobilizacji).

A przede wszystkim może poszerzyć zakres SOW – doprowadzić do całkowitego zniszczenia ukraińskiej infrastruktury transportowo-energetycznej, od pól gazowych po elektrociepłownie, podstacje i wyłączanie elektrowni jądrowych.

Cóż, zawsze może to być mieszanka wszystkich powyższych: rosyjska wersja Shock and Awe – generująca bezprecedensową katastrofę społeczno-gospodarczą. To już zostało zasugerowane przez Moskwę: w każdej chwili i w ciągu kilku godzin możecie wrócić do epoki kamienia (moja kursywa). Wasze miasta powitają Generała Zimę bez ogrzewania, z zamarzającą wodą, przerwami w dostawie prądu i brakiem łączności.

Operacja antyterrorystyczna

Wszystkie oczy zwrócone są na to, czy „centra decyzyjne” – jak to w Kijowie – mogą wkrótce odwiedzić Kindżały. To by oznaczało, że Moskwa ma już dość. Przynajmniej ci opowiadający się za rozwiązaniami siłowymi. Ale jeszcze chyba nie teraz, ponieważ dla dyplomatycznie usposobionego Putina prawdziwa gra kręci się wokół dostaw gazu do UE, tej zabawki w rękach amerykańskiej polityki zagranicznej.

Putin z pewnością zdaje sobie sprawę, że atmosfera na zajętych obszarach jest napięta. Odmawia nawet częściowej mobilizacji. Doskonałym wskaźnikiem tego, co może wydarzyć się zimą, będą referenda na terytoriach wyzwolonych. Datą graniczną jest 4 listopada – Dzień Jedności Narodowej, wprowadzony w 2004 roku w miejsce obchodów rewolucji październikowej (istniał on już w czasach imperialnych).

Po przyłączeniu tych terytoriów do Rosji każda ukraińska kontrofensywa kwalifikowałaby się jako akt wojny przeciwko regionom włączonym do Federacji Rosyjskiej. Każdy wie, co to oznacza.

Teraz może się okazać, że kiedy cały Zachód toczy wojnę – hybrydową i kinetyczną, począwszy od niezliczonych danych wywiadowczych po dane satelitarne i hordy najemników – przeciwko tobie, a ty nalegasz na przeprowadzenie mgliście zdefiniowanej Specjalnej Operacji Wojskowej (SOW), to możesz być narażony na kilka nieprzyjemnych niespodzianek. W takiej sytuacji status SOW może się zmienić: z pewnością stanie się ona operacją antyterrorystyczną.

To jest wojna o wszystko. To jest sprawa życia lub śmierci. Amerykański cel geopolityczny/geoekonomiczny, mówiąc wprost, to zniszczenie jedności Rosji, narzucenie zmiany reżimu i splądrowanie wszystkich tych ogromnych zasobów naturalnych. Ukraińcy są niczym innym jak mięsem armatnim: w powtarzającej się historii są współczesnymi odpowiednikami piramidy czaszek, którą Timur zacementował w 120 wieżach, gdy zrównał Bagdad z ziemią w 1401 roku.

Jeśli w końcu opadną wszelkie maski i RSG zacznie działać bardziej zdecydowanie, to nastąpi zakończenie SOW i rozpocznie się wojna.«

Dzięki tej analizie możemy zorientować się, o co chodzi w tej akcji wycofania się Rosjan z Charkowa, bo śledząc polskojęzyczne media można dojść do wniosku, że Rosja już bliska klęski. PRL-owska propaganda nawet do pięt nie dorasta obecnej.

Analiza ta jest rzeczowa i raczej bezstronna, tak mi się przynajmniej wydaje, natomiast wnioski są w mojej ocenie błędne. Zanim jednak przejdę do ich krytyki, to wypada przybliżyć osobę Pepe Escobara.

Pepe Escobar, jak pisze Wikipedia, to brazylijski publicysta. Stały felietonista czasopisma Asia Times Online, komentator i analityk telewizji RT (Russia Today – przyp. W. L.). Współpracownik Al-Dżaziry i portalu The Real News, także wielu stacji radiowych w internecie. Mieszka i pracuje w Londynie, Paryżu, Mediolanie, Los Angeles, Waszyngtonie, Bangkoku i Hongkongu. Od 1990 roku koncentruje swoją aktywność dziennikarską (reportaże, felietony, korespondencje) na terenie Azji Środkowej oraz Bliskiego Wschodu, ze szczególnym uwzględnieniem problematyki współczesnego Afganistanu.

To jest wojna o wszystko. To jest sprawa życia lub śmierci. Amerykański cel geopolityczny/geoekonomiczny, mówiąc wprost, to zniszczenie jedności Rosji, narzucenie zmiany reżimu i splądrowanie wszystkich tych ogromnych zasobów naturalnych. Ukraińcy są niczym innym jak mięsem armatnim…

Taki jest wniosek Pepe Escobara. Nie wiem, czy tak myśli naprawdę, czy może nie może napisać inaczej. Nie pierwszy to jego artykuł na temat wojny na Ukrainie, ale w żadnym z nich nie wspomniał o największym powojennym przesiedleniu ludności w Europie, o przesiedleniu milionów Ukraińców do Polski. To nie mięso armatnie. Mięsem armatnim są tylko walczący na froncie, a to tylko ułamek ukraińskiej populacji. Czy taki światowy publicysta, z którego usług korzysta tyle światowych mediów, nie wie o tym? To chyba niemożliwe. A skoro tak, to chyba im wszystkim, tym światowym mediom i tym światowym dziennikarzom, nie wolno o tym mówić. Jak by powiedział Józef Mackiewicz? – Ale o tym nie trzeba głośno mówić.

Zniszczenie jedności Rosji, to innymi słowy jej rozczłonkowanie. Pomysł nie nowy, bo już Hitler chciał rozczłonkowania Rosji, zwanej wtedy Związkiem Radzieckim. Tak bardzo chciał jej rozczłonkowania, że – mając pod koniec lipca 1941 roku tylko 300 km do Moskwy i wolną do niej drogę – zawrócił wojska na Ukrainę, by powrócić z nimi pod Moskwę na początku października, gdy zaczęły się ulewne deszcze, trwające 3 tygodnie, a później, na początku grudnia – trzaskające mrozy. I tak skończyło się rozczłonkowywanie Rosji.

Po co Amerykanie mieliby rozczłonkowywać Rosję? Wszak to właśnie oni, a ściślej ujmując amerykańscy Żydzi, uprzemysłowili Związek Radziecki i w ten sposób stworzyli jego potęgę i całkowicie nad nim zapanowali. Po co im była potrzebna ta potęga? Ano po to, by Związek Radziecki mógł walczyć z Hitlerem, który był również tworem amerykańskich Żydów, jak równy z równym. I po to, by po wojnie Związek Radziecki, jeszcze silniejszy, mógł walczyć z Ameryką, jak równy z równym, na wszystkich kontynentach. Nie jest więc w interesie Ameryki zniszczenie jedności Rosji i przejęcie kontroli nad jej bogactwami naturalnymi, jak chce Escobar, bo ona i tak ma nad nimi kontrolę.

Idea rozczłonkowania Rosji objawiła się w postaci ruchu zwanego prometeizmem. Prometeizm (w sensie politycznym), pisze Wikipedia, to ruch polityczny i intelektualny w Europie w okresie międzywojennym (1921-1939), skierowany politycznie przeciwko ZSRR, mający na celu zdobycie niepodległości przez państwa, którym w latach 1921-1939 narzucono siłą system radziecki i w efekcie prowadzący do rozpadu ZSRR. Ruch prometejski koordynował i wspierał materialnie działanie niektórych rządów emigracyjnych i organizacji niepodległościowych narodów podbitych przez Rosję Sowiecką w latach 1918-1621.

Ruch prometejski powstał w znacznej mierze dzięki działaniom Rządu Ukraińskiej Republiki Ludowej na Emigracji w Warszawie i Paryżu. Kontynuacją koncepcji prometejskiej był w dużym stopniu Antybolszewicki Blok Narodów.

Początki ABN sięgają końca 1943 roku, kiedy to w dniach 21-22 listopada w rejonie Równego na okupowanych przez III Rzeszę ziemiach polskich odbyła się z inicjatywy Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów konspiracyjna konferencja przedstawicieli 13 narodów nierosyjskich z europejskiego i azjatyckiego obszaru ZSRR. Uzgodniono wówczas koncepcję powołania antykomunistycznej platformy współpracy różnych narodów zamieszkujących Związek Radziecki. Jej celem było doprowadzenie do obalenia władzy komunistycznej w ZSRR i jego podziału na państwa narodowe. Antybolszewicki Blok Narodów został rozwiązany w 1996 roku po zrealizowaniu swoich celów.

O jakie więc rozczłonkowanie czy zniszczenie jedności Rosji chodzi? Związek Radziecki rozpadł się i państwa, które chciały być niepodległe, stały się nimi. Inna sprawa, to dlaczego zapragnęły jej dopiero, gdy powstał Związek Radziecki? Przecież bolszewicy, którzy dokonali zamachu stanu, przejęli tylko to, co wchodziło w skład Rosji carskiej. Żadnego państwa nie podbili. Czy wcześniej, za czasów carskich, nie pragnęły one tej niepodległości?

Imperium Rosyjskie w czasie największego rozwoju terytorialnego w 1866 roku; źródło Wikipedia.

A Ukraina? Dostała to, czego chciała – niepodległość. I dalej źle. Teraz chce do unii, która powoli rozpada się. No bo czymże jest otwarcie polsko-ukraińskiej granicy, będącej częścią granicy zewnętrznej unii, jak nie jej rozpadem? To początek jej końca, przynajmniej w tej formie.

To, o czym nie chcą pisać światowe media i światowi dziennikarze, to tworzenie nowego państwa polsko-ukraińskiego, chociaż bardziej ukraińskiego niż polskiego, na terenie Polski. To początek odtwarzania I Rzeczypospolitej – tego żydowskiego raju. To zapewne będzie oznaczało pewne ustępstwa ze strony Rosji w zamian za inne korzyści. Jedną z nich będzie odzyskanie tej części Ukrainy, którą Związek Radziecki włączył do radzieckiej Republiki Ukraińskiej. Być może również utracone państwa Azji środkowej wrócą do Rosji. Czy te konflikty i wojny, które tam wybuchają, nie będą pretekstem do większego zaangażowania się jej w tym rejonie, a więc i do odbudowania swojej pozycji?

Wszyscy, którzy choć trochę interesują się polityką i historią wiedzą, jak powstały Stany Zjednoczone i za czyje pieniądze. A jak było w przypadku Rosji? Rosyjska kolonizacja Azji, a konkretnie Azji Północnej, Środkowej i Kaukazu, miała miejsce w okresie od XV do XX wieku. Polegała ona na bezpośrednim wcielaniu opanowanych obszarów do państwa rosyjskiego. Kolonizacja ta została zapoczątkowana przez Republikę Nowogrodzką (1136-1478) i była kontynuowana przez Wielkie Księstwo Moskiewskie (1328-1547), Carstwo Rosyjskie (1547-1721) i Imperium Rosyjskie (1721-1917).

Po upadku Złotej Ordy (państwo mongolskie w zachodniej części imperium Czyngis-chana) w XV wieku na południowym zachodzie powstał Chanat Syberyjski. Rosyjską ekspansję zapoczątkował w 1552 roku podbój Chanatu Kazańskiego. Kolonizację terenów nad Kamą prowadzili na mocy przywileju carskiego z roku 1558 Stroganowowie, rosyjski ród kupiecki, który zmonopolizował handel z ziemiami na wschód od Uralu. Dzięki zwolnieniom podatkowym, Stroganowowie wystawili armię złożoną między innymi z Kozaków i Baszkirów. – Tak to opisuje Wikipedia. Nie ma jednak wątpliwości, że Stroganowowie byli Żydami. O nich samych pisze ona:

„Stroganowowie – ród kupców i przemysłowców rosyjskich. W XVI wieku Stroganowowie otrzymali od rządu ogromne obszary gruntu w ziemi permskiej. Gramota carska w 1574 nadała im ziemie za Uralem (ponad milion dziesięcin [dziesięcina to 1,09 ha – przyp. W. L.]) i zezwoliła na budowę grodów warownych i osadzenie w nich najemnej załogi. Stroganowowie, wykorzystując siły zbrojne, zajmowali ziemie ludów syberyjskich i osadzali w nich chłopów rosyjskich. Rozwijali rolnictwo, zakładali warzelnie soli i eksploatowali bogactwa naturalne. Stała groźba ze strony Chanatu Syberyjskiego zmusiła Siemiona i Nikitę Stroganowów do przedsięwzięcia na własny koszt wyprawy na chanat oddziałów najemnych Kozaków pod wodzą Jermaka Timofijewicza (1581-1585), od której rozpoczął się podbój Syberii przez Rosję. Stroganowowie niejednokrotnie pożyczali rządowi pieniądze na cele wojenne. W XVIII wieku otrzymali tytuł baronów, następnie hrabiów. W XIX wieku spokrewnili się z domem panującym.”

Wikipedia wykorzystała informację z Wielkiej Encyklopedii Powszechnej PWN z 1968 roku. Być może więc dlatego jest tu mowa o rządzie, a nie o carach. Tak więc kolonizacja Syberii przebiegała podobnie jak kolonizacja Ameryki: najpierw przedsięwzięcia prywatne, rugowanie tubylców z ziemi, a następnie wkraczało państwo. I w obu przypadkach ta sama nacja wiodła prym w tych procesach i dlatego do dziś oba państwa są jej podporządkowane. Zmieniają się państwa albo przynajmniej ich nazwy, zmieniają się władcy, a ona zawsze na posterunku.

Straszą nas tym, że po Ukrainie przyjdzie kolej na Polskę. Tylko po co Rosja miałaby atakować Polskę, skoro ona nawet nie chce zajmować całej Ukrainy, tylko jej wschodnią cześć łącznie z Krymem. Cała Europa i tak jest zależna od rosyjskich surowców, a jej status imperium wynika z zajmowanego obszaru i wpływów w Azji, co widać na załączonej powyżej mapce. Nawet bez państw Azji środkowej jest to największe pod względem powierzchni państwo na świecie.

Archipelag Polskości

W dniu 8 września Biuletyn Stowarzyszenia Marszu Niepodległości przysłał mi maila. Tym razem jednak nie Robert Bąkiewicz pod nim się podpisał, ale Stowarzyszenie Patriotyzm i Wolność, które zaprasza na wydarzenie Archipelag Polskości, które będzie miało miejsce 24 września w Warszawie. Poniżej treść tego maila:

Stowarzyszenie Patriotyzm i Wolność zaprasza na wydarzenie Archipelag Polskości.

Szczególnie zachęcamy wszelkiego rodzaju organizacje społeczne (stowarzyszenia i fundacje oraz prowadzące działalność w innych formułach) do zbiorowego uczestnictwa w Archipelagu Polskości poprzez co najmniej wystawienia własnego stanowiska/stoiska z emblematami i materiałami danej organizacji, a najlepiej także wystąpienie własnego podmiotu w postaci 10/15-minutowej autoprezentacji na scenie towarzyszącej, podczas kiedy można opisać, pokazać czy ilustrować charakterystykę własnych koncepcji i działań. W tej sprawie należy kontaktować się z sekretariatem Stowarzyszenia Patriotyzm i Wolność: telefonicznie lub mailowo.

Organizacje społeczne mają bardzo mało okazji do wspólnych spotkań, które mogą nie tylko owocować nowymi kontaktami, ale również współpracą. Im więcej organizacji będzie działać wspólnie, tym ich głos będzie bardziej słyszalny. Pragniemy również stworzyć sieć pomocową dla organizacji, wiemy i rozumiemy problemy z jakimi borykają się organizacje. Chcemy wyjść im naprzeciw, jednak do tego potrzebujemy wspólnych spotkań. Archipelag Polskości jest właśnie taką okazją do zapoznania się, podzielenia się doświadczeniem, ale przede wszystkim wspólnie spędzonym czasem.

Kongres Archipelag Polskości jest nie tylko dla przedstawicieli organizacji pozarządowych, ale również dla osób chcących poznać koloryt polskich organizacji i ich dorobek. Archipelag Polskości jest planowany jako doroczne i rozrastające się wydarzenie społeczno-kulturalne. Jego wizja docelowa to zgromadzenie bez mała wszystkich środowisk i organizacji, dla których patriotyzm i wolność są podstawami światopoglądu i działania. Chodzi o połączenie całego archipelagu dążeń historycznych i rekonstrukcyjnych, kulturowych i religijnych, artystycznych i muzycznych, krajoznawczych i etnograficznych, ideowych i wydawniczych, wychowawczych i edukacyjnych czy gospodarczych i samopomocowych. Poszczególne podmioty kultywujące określony rys polskości powinny się wzajemnie inspirować i zapładniać, aby archipelag stawał się pełnią i jednością, w których odzwierciedla się cały blask polskości. Wspólna przestrzeń oraz prezentacje czy stoiska tworzące poszczególne „wyspy” archipelagu mają dawać uczestnikowi paletę zbieżnych wrażliwości dążących ku fundamentalnej jedności. Archipelag Polskości ma na (dalekosiężnym) celu jednoczenie Polaków wokół wspólnych idei i zadań.

Raz jeszcze przypominamy, iż jak archipelag składa się z *wysp*, tak chcemy ukazywać, że nasza*polskość* również. Poprzez Archipelag Polskości pragniemy stworzyć przestrzeń do debaty społecznej i publicznej. W debacie tej będą brać udział przedstawiciele organizacji pozarządowych ogólnopolskich i tych lokalnych, a także przedstawiciele instytucji czy samorządowcy. Proponujemy organizacjom społecznym nie tylko możliwość miejsca na stoisko wystawowe, ale również limitowany czas, w którym mogą zaprezentować się na scenie Archipelagu Polskości.

Do zobaczenia! Stowarzyszenie Patriotyzm i Wolność

W trakcie tego Wydarzenia odbędą się dwie debaty. Pierwsza z nich to Rok 2022 Rokiem Romantyzmu Polskiego. Głosy naprowadzające to:

  • Mariusz Bechta (Templum Novum): Kanonada narodowego romantyzmu.
  • Jan Engelgard (Myśl Polska): Dlaczego pozytywizm jest lepszy od romantyzmu?
  • Krzysztof Koehler (Instytut Książki): Dlaczego staropolszczyzna jest lepsza od romantyzmu?
  • Artur Zawisza (Fundacja Patriotyzm i Wolność): Romantyzm polski jako synthesis polonitatis.

Druga debata to Wyspy organizacji społecznych tworzące archipelag polskości.

Takimi to pierdołami będą zajmować się ci „patrioci” w momencie, gdy do Polski napływają miliony obcych, gdy ukrainizacja języka polskiego postępuje w zastraszającym tempie, gdy tworzenie nowego państwa polsko-ukraińskiego trwa w najlepsze. Zorganizowanie takiego cyrku kosztuje. A kto to finansuje? No kto?

Tak dla porządku – archipelag to grupa wysp położonych blisko siebie, najczęściej o wspólnej genezie i podobnej budowie geologicznej. Nazwa wywodzi się z greckiego archḗ – początek i pḗlagos – morze.

Idea nie jest nowa. Próbę wyjaśnienia tego zjawiska można znaleźć tu: https://oees.pl/magazyny/wyspy-i-archipelagi/. Poniżej fragment:

„Dzięki mediom społecznościowym i innym formom globalnej komunikacji nowo powstające wspólnoty wypracowują wspólny światopogląd. Trwa nieustanna wymiana: nie tylko przepływ towarów i migracje ludzi, ale przede wszystkim transfer myśli, eksport i import idei, koncepcji, kultur oraz zasad. Tak powstają współczesne wyspy – oddolne inicjatywy budowane na wartościach wytwarzanych lokalnie, ale też będących elementami większej, regionalnej (krajowej lub międzynarodowej) wymiany informacji, wrażeń oraz wartości.

Wyspy, jeśli tylko nawiązują i utrzymują ze sobą kontakt, tworzą archipelagi. Archipelagi wartości. Pomiędzy wyspami dochodzi do przepływu wiedzy, wzajemnej inspiracji, a czasem – do znacznie bardziej skomplikowanych procesów społecznych, prowadzących do tworzenia się zaawansowanej sieci, społeczności, plemienia lub grupy skupionej wokół określonego zestawu wartości wspólnych.

Znane z dotychczasowego świata sieci formalne – czy to korporacyjne, czy państwowe – instytucje, ich placówki, oddziały, przedstawicielstwa, sklepy, urzędy i przystanki zaczynają dziś konkurować z archipelagami, a więc z sieciami wysp – instytucjami nowej generacji. Nawet nie zauważyliśmy, kiedy archipelagi eksplodowały wokół nas.

Najciekawsze wydają się dziś archipelagi wartości tworzące się wokół licznych NGO, które wykorzystują prezentowane wartości do zdobywania funduszy (mikrogranty, crowdfunding). Takim archipelagiem jest choćby Greenpeace – utrzymywany przez swoją społeczność, zdolny do skutecznego działania nawet w ekstremalnie trudnych warunkach, w dowolnym miejscu na świecie.

Archipelagi – mniej lub bardziej trwałe – mogą się także tworzyć wokół znanych ludzi. Dawne grupy oklaskujących fanów przeradzają się w mikrospołeczności zdolne do prowadzenia skomplikowanych operacji. Moim ulubionym przykładem takiego archipelagu jest zbudowana wokół Jurka Owsiaka spo­łeczność Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy. Czymś w rodzaju archipelagu stał się – przynajmniej na jakiś czas – francuski ruch En Marche!, który wyniósł do władzy prezydenta Macrona.”

Z powyższego cytatu wynika, że tak powstają współczesne wyspy – oddolne inicjatywy budowane na wartościach wytwarzanych lokalnie, ale też będących elementami większej, regionalnej (krajowej lub międzynarodowej) wymiany informacji, wrażeń oraz wartości. A z treści przekazu Stowarzyszenia Patriotyzm i Wolność wynika, że jest odwrotnie, że Archipelag Polskości powstaje odgórnie.

Tak na zdrowy rozum, to nie ma takiej możliwości, by powstawały jakieś ruchy oddolne i jednoczyły się, bo ilu ludzi, tyle pomysłów. Zawsze musi być ktoś, kto tym kieruje i kto wie, do czego dąży. I zawsze muszą być pieniądze. A skąd? Może wszyscy Żydzi, bo to są ich pomysły, składają się na te inicjatywy. Teodor Jeske-Choiński w książce Historia Żydów w Polsce (1919) pisał:

»Kiedy wojenne sądy Francji wzięły za kołnierz Dreyfusa, płynęły do Paryża z całej kuli ziemskiej potoki złota. Ratować rozkazali wodzowie Judy zagrożonego hańbą współwyznawcę, hańba bowiem jego mogłaby zaszkodzić politykom żydowskim we Francji. Najuboższy sklepikarz płacił bez oporu narzucony mu przez kahał haracz. Jakiś handlarz wyszogrodzki przyznał mi się w owym czasie, że płaci miesięcznie trzy ruble na jakiegoś Dreyfusa, pytając, co to za jeden ten Dreyfus i co on takiego zrobił, iż potrzeba aż tyle pieniędzy, żeby go wydostać z rąk „gojów”. Nie wiedział biedaczysko nawet, o co właściwie chodzi, a mimo to był posłusznym bez rezonowania.«

Większość dobrze prosperujących firm, zarówno tych w skali globalnej jak i lokalnej, należy do Żydów, więc zapewne nie mają problemów, by jakąś niewielką część swoich dochodów przeznaczać na cele nie związane bezpośrednio z działalnością gospodarczą. Stworzenie czegoś takiego jak Archipelag Polskości wymaga zaangażowania wielu ludzi, a więc również pieniędzy. No bo jeśli, pragniemy również stworzyć sieć pomocową dla organizacji, wiemy i rozumiemy problemy z jakimi borykają się organizacje, to ta pomoc po części będzie zapewne finansowa, a po części organizacyjna. W ten sposób przejmuje się kontrolę nad całymi tzw. środowiskami patriotycznymi i nie tylko patriotycznymi – nad wszystkimi.

Żydzi zawsze wykorzystywali zdobycze techniki do komunikowania się i przekazywania informacji, umożliwiających podejmowanie właściwych decyzji. Kiedyś Prus w jednej ze swoich nowel, w Placówce czy Anielce, opisał jak wykorzystywali do tego celu pociągi towarowe. Umieszczali po jednym z wagonów takiego pociągu list, który docierał do adresata szybciej niż dochodziły na prowincję jakieś gazety, jeśli w ogóle tam trafiały i szybciej niż informacja rozchodziła się z ust do ust. Dziś wykorzystują internet i media społecznościowe, które należą do nich, do tworzenia takich inicjatyw, jak wyżej opisana.

Działają też oni z dużym wyprzedzeniem. Można zapytać: dlaczego dopiero teraz wyszli z taką inicjatywą? Teraz, gdy do Polski napłynęły miliony Ukraińców. Zapewne chcą wybadać jak liczne jest środowisko patriotyczne w Polsce, by podjąć działania adekwatne do stanu faktycznego.

2 czerwca na kanale eMisjaTV został wyemitowany wywiad z właścicielem łódzkiej kamienicy i jednocześnie znajdującego się w niej sklepu. Chodziło o artykuł jaki zamieściła Gazeta Wyborcza w związku z muralem znajdującym się na tej kamienicy. Mural powstał ponad dwa lata temu. Jego intencją była chęć przypomnienia o zbrodniach nacjonalistów ukraińskich na Wołyniu. Gazeta Wyborcza zarzuciła właścicielowi sianie nienawiści pomiędzy narodami polskim i ukraińskim. Dlaczego zrobiła to dopiero po ponad dwóch latach od jego powstania, gdy pojawili się w Polsce Ukraińcy? A czy właściciel kamienicy już dwa lata wcześniej wiedział, że do Polski napłyną „uchodźcy” z Ukrainy? I czy właściciel sklepu i łódzkiej kamienicy może być Polakiem? Może i tak, ale prawdopodobieństwo, że nim jest, jest znikome.

Gdy w połowie lat 80-tych PRL powoli chylił się ku upadkowi, to przeciętny człowiek nie zdawał sobie jeszcze sprawy z tego, że idą zmiany i to diametralne, że kończy się narodowy socjalizm PRL-u, w którym był tylko jeden naród, jedno państwo i jedna partia, ale Żydzi wiedzieli.

W 1984 roku w czasopiśmie „Nurt” ukazał się artykuł, w którym jego autor Jerzy Tomaszewski oskarżył Armię Krajową o mordowanie ukraińskich cywilów. Wówczas środowisko kombatantów 27. Wołyńskiej Dywizji AK przystąpiło do zbierania relacji świadków na temat wydarzeń z okresu 1943-1944. Efektem zainicjowanych wtedy prac dokumentalnych były publikacje Władysława Siemaszko oraz jego córki Ewy Siemaszko dotyczące zbrodni popełnionych przez ukraińskich nacjonalistów na Polakach na Wołyniu.

Gdy Jan Tomasz Gross opublikował swoją książkę Sąsiedzi, to ze strony polskiej pojawiły się głosy, że jest niewiarygodna, bo opiera się na zeznaniach świadków, składanych po wielu latach. W sytuacji, gdy wielu innych świadków już nie żyje, weryfikacja tych zeznań jest niemożliwa. Taki właśnie zarzut sformułował pod adresem pracy Siemaszków Grzegorz Mazur. Zwraca uwagę podobieństwo obu książek. W obu przypadkach oparto się na zeznaniach świadków, ale nie – złożonych bezpośrednio po wydarzeniach, tylko po wielu latach później. I w obu przypadkach książki zostały napisane nie przez historyków zawodowych, tylko przez amatorów. To oczywiście samo w sobie nie jest wadą, ale uwagę zwraca ten sam schemat, co skłania do wniosku, że inspiracja wyszła z tego samego źródła. Tym bardziej zwraca na to uwagę schemat zdziczałych Polaków i bezbronnych Żydów w jednym przypadku i zdziczałych Ukraińców i bezbronnych Polaków – w drugim. I jakby jeszcze brakowało analogii, to nie ma zgody na ekshumację w Jedwabnem i na Wołyniu. A skoro tak, to oznacza to, że jest coś do ukrycia, co podważyłoby obowiązującą w obu przypadkach narrację.

Oczywiście w każdej mistyfikacji musi być ziarno prawdy. Tak jest w przypadku holokaustu. Żydzi ginęli w obozach zagłady, ale nie w takich ilościach, jak wmawia nam żydowska propaganda. Podobnie może być w przypadku rzezi wołyńskiej. Cześć z ofiar to mogła być ludność polska, ale znacznie większą część mogła stanowić ludność rusińska. To, co wiemy, to to, że ludność polska na Wołyniu stanowiła 15% całej zamieszkałej tam ludności. Wiemy też, że akcja mordowania tej ludności rozpoczęła się jednocześnie w 99 miejscowościach i wioskach. Kto tam zamieszkiwał było zapewne wiadome lokalnej administracji. Czy ta dokumentacja dostała się w ręce wycofujących się Niemców, czy może przejęła to nadciągająca Armia Czerwona? Tego nie wiemy i nie dowiemy się, ale z niej moglibyśmy się dowiedzieć prawdy. Wiemy też, że Siemaszkowie nie korzystali z niemieckich i rosyjskich archiwów. Wszystko to jest więc bardzo dziwne i zagadkowe.

Skłócanie narodów to żydowska specjalność, a nie ma do tego lepszego narzędzia, w przypadku Polaków i Ukraińców, niż rzeź wołyńska. A co by się stało, gdyby okazało się, że to nie Polaków tam mordowano? W grudniu 1937 na Wołyniu rozpoczęto akcję przymusowych konwersji lokalnych społeczności na rzymski katolicyzm. W 1938 roku rząd sanacyjny przeprowadził akcję burzenia cerkwi na Chełmszczyźnie. Odpowiedzialni za to trzej oficerowie sanacyjni zostali po wojnie oficerami LWP. Kim byli, że spotkało ich takie wyróżnienie?

Kto tak uprawia politykę? Przecież polski rząd nie zachowywałby się w ten sposób. Tego typu działania, to są ewidentnie działania zamierzone na skłócanie i sianie nienawiści pomiędzy narodami polskim i tzw. ukraińskim. Czy i taki jest zamiar tych, którzy tworzą Archipelag Polskości i jednocześnie sprowadzają miliony Ukraińców do Polski?

Afganizacja Ukrainy

Wojna na Ukrainie przedłuża się i nic na to nie wskazuje, by miała się szybko skończyć. O tym świadczy sposób prowadzenia działań i zachowanie obu stron. Wygląda na to, jakby chodziło o to, by zginęło jak najwięcej Ukraińców o patriotycznej i nazistowskiej orientacji. Ciekawą analizę tej wojny prezentuje Pepe Escobar w artykule, który pojawił się na portalu ZeroHedge: Escobar: Ukraine – Somewhere Between Afghanization And Syrianization – Escobar: Ukraina – gdzieś pomiędzy afganizacją a syrianizacją (https://www.zerohedge.com/geopolitical/escobar-ukraine-somewhere-between-afghanization-and-syrianization). Poniżej jego treść:

»Ukraina jest skończona jako naród – żadna ze stron nie odpuści w tej wojnie. Pytanie tylko, czy będzie to finał w stylu afgańskim czy syryjskim…

Rok po szokującym upokorzeniu Amerykanów w Kabulu – i na progu kolejnego poważnego ataku w Donbasie – istnieją powody, by sądzić, że Moskwa obawia się Waszyngtonu, który zechce zrewanżować się w formie „afganizacji” Ukrainy.

Ponieważ nie widać końca dostaw zachodniej broni i środków finansowych, napływających do Kijowa, należy uznać, że wojna na Ukrainie prawdopodobnie przekształci się w kolejny niekończący się konflikt. Podobnie jak afgański dżihad w latach 80-tych, który wykorzystywał uzbrojonych i finansowanych przez Stany Zjednoczone partyzantów, by wciągnąć Rosję w głąb – sojusznicy Ukrainy wykorzystają te sprawdzone w wojnie metody do prowadzenia długotrwałej batalii, która może rozprzestrzenić się na przygraniczne terytorium Rosji.

Jednak ta amerykańska próba kryptoafganizacji w najlepszym razie przyspieszy to, co rosyjski minister obrony Siergiej Szojgu określa jako „zadanie” Specjalnej Operacji Wojskowej (SOW) na Ukrainie, co oznacza, że dla Moskwy najważniejsza jest teraz Odessa.

Nie musiało do tego dojść, ale od niedawnego zamachu na Darię Duginę u bram Moskwy, stało się jasne, że pole bitwy na Ukrainie zaczyna podlegać procesowi „syrianizacji”.

Podobnie jak zagraniczna wojna zastępcza w Syrii w ostatniej dekadzie, linie frontu wokół znaczących ukraińskich miast z grubsza się ustabilizowały. Przegrywając na większych polach bitew, Kijów coraz częściej stosował taktykę terrorystyczną.

Żadna ze stron nie była w stanie całkowicie opanować ogromnego teatru wojennego. Tak więc armia rosyjska zdecydowała się na utrzymanie minimalnych sił na polu walki – w przeciwieństwie do strategii, którą stosowała w Afganistanie w latach 80. XX wieku.

Przypomnijmy kilka faktów z Syrii: Palmyra została wyzwolona w marcu 2016 r., następnie stracona i odzyskana w 2017 r. Aleppo zostało wyzwolone dopiero w grudniu 2016 r. Deir Ezzor we wrześniu 2017 r. Kawałek północnej Hamy w grudniu i styczniu 2018 r. Przedmieścia Damaszku wiosną 2018 roku. Idlib oraz ponad 25 procent terytorium Syrii – wciąż nie są wyzwolone. To wiele mówi o sposobie prowadzenia tej wojny.

Dowództwo rosyjskie nigdy nie podjęło decyzji o przerwaniu dostaw zachodniej broni dostarczanej z różnych stron do Kijowa. Inna sprawa, to metodyczne niszczenie tej broni na terytorium Ukrainy – z dużym powodzeniem. To samo dotyczy rozbijania sieci najemników.

Moskwa doskonale zdaje sobie sprawę, że wszelkie negocjacje z tymi, którzy pociągają za sznurki w Waszyngtonie, i dyktują wszelkie warunki marionetkom w Brukseli i Kijowie, są daremne. Walka w Donbasie i poza nim jest prowadzona przez ludzi wyjątkowo zdeterminowanych.

Tak więc wojna będzie trwała, niszcząc to, co zostało z Ukrainy, tak jak zniszczyła większą część Syrii. Różnica polega na tym, że gospodarczo, znacznie bardziej niż w Syrii, to, co zostało z Ukrainy, stanie się ruiną. Tylko terytorium pod kontrolą Rosji zostanie odbudowane, w tym znaczna część ukraińskiej infrastruktury przemysłowej.

To, co pozostało, reszta Ukrainy, i tak już zostało rozkradzione, ponieważ Monsanto, Cargill i Dupont przejęły już 17 milionów hektarów pierwszorzędnej, żyznej ziemi uprawnej, ponad połowę tego, co Ukraina nadal posiada. W praktyce posiadaczami tej ziemi są BlackRock, Blackstone i Vanguard – najważniejsi udziałowcy agrobiznesu, posiadający wszelkie grunty, które naprawdę mają znaczenie na niesuwerennej Ukrainie.

Wybiegając w przyszłość, do końca roku Rosjanie spróbują odciąć Kijów od dostaw broni NATO. Gdy to się stanie, Anglo-Amerykanie w końcu przeniosą marionetkowy reżym do Lwowa. A kijowski terroryzm, prowadzony przez wyznawców Bandery, nadal będzie „nową normalnością” w stolicy.

Podwójna gra Kazachów

Jak na razie, to nie ma wątpliwości, że nie jest to zwykła wojna polegająca na podboju terytoriów. Jest to z pewnością część Wojny o Korytarze Gospodarcze, ponieważ Stany Zjednoczone nie szczędzą wysiłków, by sabotować i niszczyć liczne kanały komunikacyjne w projektach integracyjnych Eurazji, niezależnie od tego, czy są one prowadzone przez Chiny (Inicjatywa Jedwabnego Szlaku), czy przez Rosję (Euroazjatycka Unia Gospodarcza – EUG).

Tak jak wojna zastępcza w Syrii zmieniła sytuację polityczną w Azji Zachodniej (np. Erdogan ocieplający stosunki z Asadem), tak wojna na Ukrainie, jako konflikt lokalny, jest wojną o rekonfigurację obecnego porządku światowego, w którym Europa staje się ofiarą lokalnego konfliktu. W skali globalnej oznacza to powstanie wielobiegunowości.

Wojna zastępcza w Syrii trwa już dekadę i jeszcze się nie skończyła. To samo może się stać z wojną zastępczą na Ukrainie. W obecnej sytuacji Rosja zajęła obszar, który w przybliżeniu odpowiada obszarowi Węgier i Słowacji. To wciąż jest dalekie od wypełnienia „zadania” – i musi trwać, dopóki Rosja nie zajmie całej ziemi aż do Dniepru i Odessy, łącząc ją z separatystyczną Republiką Naddniestrza.

To bardzo pouczające widzieć, jak ważni euroazjatyccy gracze reagują na takie geopolityczne zawirowania, a to prowadzi nas do Kazachstanu i Turcji.

Telegram Rybar (ponad 640 tys. obserwujących) i grupa hakerów Beregini ujawniły w śledztwie, że Kazachstan sprzedawał broń Ukrainie, co oznacza de facto zdradę swoich rosyjskich sojuszników w Organizacji Układu o Bezpieczeństwie Zbiorowym (OUBZ). Należy również wziąć pod uwagę fakt, że Kazachstan jest także częścią Szanghajskiej Organizacji Współpracy (SCO) i EUG, dwóch euroazjatyckich ośrodków, dążących do stworzenia wielobiegunowego porządku światowego.

W wyniku skandalu Kazachstan został zmuszony do oficjalnego ogłoszenia wstrzymania eksportu wszelkiej broni do końca 2023 roku. Zaczęło się od ujawnienia przez hakerów, w jaki sposób Technoexport, kazachska firma, sprzedawała Kijowowi, za pośrednictwem jordańskich pośredników, transportery uzbrojone, systemy przeciwpancerne i amunicję na zlecenie Wielkiej Brytanii. Samą transakcję nadzorował brytyjski attaché wojskowy w stolicy Kazachstanu Nur-Sułtanie.

Nur-Sułtan, zgodnie z przewidywaniami, próbował odeprzeć zarzuty, argumentując, że Technoexport nie wnosił o licencje eksportowe. To jednak okazało się nieprawdą. Zespół Rybar odkrył, że Technoexport wykorzystał do tego celu jordańską firmę Blue Water Supplies, ale sprawiedliwości stało się zadość. Wszystkie dokumenty kontraktowe znalazły się w komputerach ukraińskiego wywiadu. Ponadto hakerzy dowiedzieli się o kolejnej umowie z Kazspetsexport, za pośrednictwem bułgarskiego kupca, na sprzedaż kazachskich Su-27, turbin samolotowych i śmigłowców Mi-24. Miały one zostać dostarczone do USA, ale ich ostatecznym celem była Ukraina.

Wisienką na tym środkowoazjatyckim torcie jest to, że Kazachstan również sprzedaje znaczne ilości rosyjskiej, a nie kazachskiej ropy, do Kijowa. Wydaje się więc, że Nur-Sultan, być może nieoficjalnie, w jakiś sposób przyczynia się do „afganizacji” wojny na Ukrainie. Nie potwierdzają tego oczywiście żadne przecieki dyplomatyczne, ale można się założyć, że Putin miał kilka rzeczy do powiedzenia na ten temat prezydentowi Kassymowi-Jomartowi Tokajewowi na ich niedawnym, serdecznym spotkaniu.

Balansowanie Sułtana

Turcja jest o wiele bardziej złożonym przypadkiem. Ankara nie jest członkiem SCO, OUBZ ani EUG. Nadal zabezpiecza swoje interesy, kalkulując, na jakich warunkach dołączyć do integrujących się państw Eurazji, ale nie przeszkadza jej to, by za pomocą kilku sztuczek Moskwa mogła uniknąć konsekwencji zachodnich sankcji i embarga.

Tureckie firmy, praktycznie wszystkie powiązane z prezydentem Recepem Tayyipem Erdoganem i jego Partią Sprawiedliwości i Rozwoju (AKP), zarabiają mnóstwo pieniędzy i rozkoszują się swoją nową rolą hurtowni na skrzyżowaniu dróg między Rosją a Zachodem. W Stambule mówią otwarcie, że to, czego Rosja nie może kupić od Niemiec czy Francji, kupuje „od nas”. I faktycznie kilka firm z UE jest w to zamieszanych.

Balansowanie Ankary jest słodkie jak dobra baklawa. Otrzymuje ona wsparcie gospodarcze od bardzo ważnego partnera w samym środku niekończącego się, bardzo poważnego tureckiego kryzysu gospodarczego. Zgadzają się niemal we wszystkim: rosyjski gaz, systemy rakietowe S-400, budowa przez Rosjan elektrowni atomowej, turystyka (Stambuł jest zapchany rosyjskimi turystami), tureckie owoce i warzywa.

Ankara i Moskwa wykorzystują zasady solidnej podręcznikowej geopolityki. Grają w to otwarcie, w świetle reflektorów. To nie znaczy, że są sojusznikami. To tylko pragmatyczny biznes między państwami. I tak przykładowo, stosunki gospodarcze mogą złagodzić napięcia w sferze polityki i odwrotnie.

Oczywiście działające wspólnie państwa Zachodu zupełnie zapomniały, jak działają normalne relacje pomiędzy państwami. To jest żałosne. Turcja jest traktowana przez Zachód jak zdrajca, tak samo jak Chiny.

Oczywiście Erdogan też musi grać pod publiczkę, więc co jakiś czas mówi, że Kijów powinien odzyskać Krym. W końcu jego firmy robią interesy także z Ukrainą – drony Bayraktar i nie tylko. – A potem będzie prozelityzm: Krym jest już teoretycznie gotowy na tureckie wpływy, na którym Ankara może propagować ideę panislamizmu, a przede wszystkim panturkizmu, wykorzystując historyczne relacje między półwyspem a Imperium Osmańskim.

Czy Moskwa się martwi? Nie za bardzo. Jeśli chodzi o te Bayraktary TB2 sprzedane Kijowowi, to będą one nadal bezlitośnie obracane w pył. Żadnych urazów, to tylko interesy.«

Napisałem na wstępie, że jest to ciekawa analiza, bo dostarcza informacji, które wyjaśniają, o co tak naprawdę chodzi w tej wojnie. Ukraińcy są cynicznie wykorzystywani jako mięso armatnie, zmuszani do walki w wojnie, której wynik jest z góry wiadomy, podobnie jak to było z Polakami w kampanii wrześniowej. Ukraina jako państwo już nie istnieje.

Wszystkie najżyźniejsze ziemie należą do firm BlackRock, Blackstone i Vanguard, a więc do firm, które mają nie tylko największe udziały w agrobiznesie, ale w każdym biznesie. Kto jest właścicielem tych firm, tego my nie wiemy, ale nietrudno domyślić się, że Żydzi. Czy jest to zatem wojna o korytarze gospodarcze, jak pisze autor? Jeśli wszystko należy do jednej nacji, to nie ma znaczenia, czy górą jest Ameryka czy Eurazja. Nie ma znaczenia, czy transport odbywa się drogą morską czy lądową, jeśli kanały dystrybucji również kontroluje ta sama nacja.

Adolf Nowaczyński w książce Mocarstwo anonimowe (1921) cytuje szkic O kahale (1870) nawróconego rosyjskiego Żyda Brafmanna. Poniżej jego fragment:

„Wszystkie państwa, wszyscy prawie panujący zadłużyli się u żydów po uszy i są od nich zależni. Giełda reguluje te wszystkie długi. Odraczamy terminy ich płatności, udzielamy nowych pożyczek dla rządów, abyśmy coraz silniej trzymali je w swych rękach. Lecz nie tylko sami panujący; musimy uzależnić od siebie: prezydentów rzeczypospolitych, ministeria, parlamenty; wszystko to powinno nam się poddać, powinno ulegać naszej władzy jeszcze bardziej niż dzisiaj, zupełnie absolutnie, bezwzględnie, bezapelacyjnie. Powinniśmy ująć w swe ręce – rzecz oczywista – wszystko to, co nam się jeszcze wymyka, a więc resztę kapitału, wszystkie koleje żelazne, całą żeglugę, wszystką ziemię, lasy, bogactwa mineralne, resztę fabryk. Musimy kierować dowolnie dochodami skarbów państwowych, budżetami wszystkich krajów, nie wypuszczając ze swych rąk ceł i podatków.”

Widać wyraźnie, że wojna ta jest sztucznie wywołana, tak jak wszystkie poprzednie i obecne. Gdyby cały świat chciał nałożyć sankcje na Rosję i konsekwentnie je utrzymywać, to znacznie osłabiłby Rosję, ale może jeszcze więcej zaszkodziłby sobie. Jest to zbyt wielkie państwo, zbyt wiele bogactw posiada, by z nim walczyć. O tym dobrze wiedzą ci, którzy tym wszystkim kierują. Jednak zbyt wiele państw nie chce sobie szkodzić i ograniczać handel z Rosją, a te, które to robią, to w większości udają, że robią i drogą okrężną nadal z nią handlują. Tylko kraje słabe, wasalne, takie jak Polska, próbują je utrzymać, ale w ten sposób nie szkodzą Rosji tylko sobie. Wszystko wskazuje na to, że takie zadanie wyznaczyli jej wielcy tego świata, bo nikt o zdrowych zmysłach nie szkodzi sobie dobrowolnie.

O co więc w tej wojnie chodzi? W wojnie, w której każda ze stron zachowuje się tak, jakby chciała, by trwała ona jak najdłużej. Widać, że teren jest „oczyszczany”. Z jednej strony mamy wielomilionową emigrację do Polski, z drugiej – świadome wysyłanie żołnierzy ukraińskich na pewną śmierć.

Sytuacja, w której Polska sąsiaduje z państwem upadłym i angażuje się w pomoc finansową i wojskową dla niego, nie wróży niczego dobrego. W praktyce będzie to oznaczać, że i Polska stanie się bankrutem, bo jej zadłużenie przerośnie jakiekolwiek możliwości jego obsługi, nie mówiąc o jego spłacie. Rząd „polski” doskonale zdaje sobie z tego sprawę i świadomie do tego dąży. Nie można też wykluczyć, że działania terrorystyczne przeniosą się na teren Polski, zwłaszcza że taka organizacja (tzw. kamraci) jest również tworzona na jej terenie. Może się więc okazać za jakiś czas, że oba państwa będą przeznaczone do likwidacji. I być może z części jednego i drugiego powstanie nowe państwo, które będzie początkiem odtwarzania tzw. I Rzeczypospolitej.

A tymczasem pojawiają się nowe zagrożenia z powodu napływu tak wielkiej ilości ludzi z państwa, które pod każdym względem jest słabiej rozwinięte. Łódzki sanepid ujawnił informację, że w ostatnim czasie kilkunastokrotnie wzrosła ilość osób zakażonych wirusem HIV. Zapewne podobna sytuacja jest w innych dużych miastach. Pojawiają się również nowe rodzaje przestępstw, nowe sposoby włamań, których w Polsce od dawna nie było. A to dopiero początek.

Za naszą granicą z Ukrainą, która to granica praktycznie nie istnieje, dzieją się rzeczy, które diametralnie zmienią oba państwa. Ci Ukraińcy, którzy tu przyjechali, już stąd nie wyjadą, a to oznacza radykalną zmianę stosunków narodowościowych. Dla Polaków, w dłuższej perspektywie, oznacza to pogorszenie ich statusu w tym państwie, sprowadzenie ich do roli obywateli trzeciej kategorii. Obawiam się jednak, że większość z nich jeszcze nie zdaje sobie z tego sprawy, mimo że żydowsko-ukraińskie władze tego państwa wcale nie kryją swoich zamiarów i ich działania są nad wyraz czytelne.

15 sierpnia

Czy 15 sierpnia wypada pisać o czymś innym, niż o bitwie warszawskiej? Narosło wokół niej tyle mitów, niedomówień, fałszów i sporów, szczególnie o to, kto był autorem tego „genialnego” manewru, który takim wcale nie był. Gorzej – był zwykłym podręcznikowym manewrem, który rosyjskie dowództwo próbowało wykonać w 1914 roku na tym samym terenie, tyle że w odwróconej sytuacji. Wtedy wojska niemieckie i austriackie zapuściły się daleko na południowy wschód, aż po widły Wisły i Sanu. Rosjanie, którzy obchodzili Warszawę od północnego-zachodu, chcieli zaatakować przeciwnika od tyłu. Jednak dowództwo niemiecko-austriackie dostrzegło zagrożenie i nakazało wycofać wojska pod Kraków.

A czy dowództwo sowieckie popełniło tak szkolny błąd, że pozwoliło na rozjechanie się frontu północno-zachodniego i południowo-zachodniego? I tu sprawa się komplikuje. Wszystko to wyjaśnia Józef Mackiewicz w powieści Lewa wolna. Pisze m.in. tak:

»Józef Piłsudski brał osobiście udział, jesienią 1914 roku, w bitwie na lewym brzegu Wisły, po stronie niemiecko-austriackiej, i wycofał się później z zaczątkiem swoich legionów, na Kraków. Tym bardziej więc, jeżeli interesował się później sztuką wojenną, musiał pamiętać operacyjny przebieg tamtej bitwy. Ale nawet gdyby jej nie pamiętał, nie potrzebowała być ona wzorem dla operacji w sierpniu 1920 roku, gdyż operacja ta narzucała się sama przez się zarówno generałowi Rozwadowskiemu, jak generałowi Weygand, jak innym oficerom sztabu.

To co nastąpiło, było bowiem fatalnym dla sowieckiego dowództwa rozwarciem nożyc pomiędzy „północno-zachodnim frontem” Tuchaczewskiego i „południowo-zachodnim” Jegorowa. W chwili gdy Tuchaczewski zbliżał się do Warszawy, Jegorow zbliżał się do Lwowa. Ale pomiędzy tymi wysuniętymi naprzód klinami frontów powstała w praktyce pustka. A była to właśnie pustka, odsłaniająca lewe skrzydło frontu Tuchaczewskiego. Naczelne dowództwo sowieckie dostrzegło ten błąd 11 sierpnia, i nakazało 1-szej konnej armii Budiennego: „Bez najmniejszej zwłoki…” zawrócić spod Lwowa i ruszyć w kierunku na Zamość – Hrubieszów. Istotnie, uderzenie z tego kierunku Budiennego mogłoby przekreślić manewr polskiej „Grupy Uderzeniowej” od Dęblina na północ. W myśl starej maksymy strategicznej, że „kto okrąża, może być okrążony”. Ale Budienny nie pośpieszył „bez zwłoki” na Zamość – Hrubieszów. A to za sprawą przewodniczącego Rewolucyjnej Rady Wojennej południowo-zachodniego frontu, Józefa Dżugaszwili Stalina. Stalin był pewny rozbicia Polski i palił się do zdobycia Lwowa, i przeniesienia czym prędzej rewolucji światowej w zapowiedzianym bałkańskim kierunku. Decyzja Stalina znaczyła więcej niż decyzja Jegorowa. Budienny nie usłuchał więc od razu rozkazów naczelnego dowództwa. Stoi u bram Lwowa i wdaje się w polemikę, że „dopiero po upadku Lwowa należy przystąpić do wykonania nowego zadania”. A tymczasem drogi czas mija. Tę korespondencję, prowadzoną drogą radiową, przechwytuje i odszyfrowuje pułkownik Jan Kowalewski w sztabie generalnym w Warszawie. Traktuje się ją za jedyną przyczynę opieszałości Budiennego. – Sytuacja dla sztabu polskiego leży jak na dłoni. Lewe skrzydło Tuchaczewskiego stoi wciąż otworem.

To wszakże, o czym sztab polski nie wiedział, a o czym zresztą nie był poinformowany i Tuchaczewski, to osobista ingerencja Lenina, zaniepokojonego nagłym zwrotem na wewnętrznym froncie kontrrewolucyjnym w Rosji. Jeszcze 2 sierpnia depeszował on tajnym szyfrem do Stalina, do którego miał zawsze szczególne zaufanie:

Przed chwilą przeprowadziliśmy w Biurze Politycznym podział frontów, abyście się zajęli wyłącznie Wranglem. W związku z powstaniami, szczególnie na Kubaniu, a następnie również na Syberii, niebezpieczeństwo ze strony Wrangla staje się olbrzymie, i w łonie KC wzmaga się dążenie do niezwłocznego zawarcia pokoju z burżuazyjną Polską. Proszę was, abyście bardzo wnikliwie rozważyli, jaka jest sytuacja z Wranglem i przedstawili waszą opinię. – Lenin.

W odpowiedzi, w depeszy z 4 sierpnia, Stalin aktualizuje sytuacje wytworzoną, według niego, na froncie krymskim, przewiduje konieczność przerzucenia tam części kawalerii. Depesza ta rozminęła się z wysłaną tegoż dnia drugą depeszą Lenina, w której przynagla on Stalina:

Na jutro, szósta wieczór, wyznaczono plenum KC. Postarajcie się przysłać do tego czasu waszą opinię o charakterze trudności u Budiennego i na froncie Wrangla, jak również o naszych perspektywach wojennych na obu tych frontach. Od waszej opinii mogą zależeć doniosłe decyzje polityczne. – Lenin.

A owego 11 sierpnia, w którym naczelne dowództwo nakazuje Budiennemu „bez najmniejszej zwłoki” ruszyć na Zamość – Hrubieszów, Stalin otrzymuje nową depeszę:

Zwycięstwo nasze w Polsce jest wielkie i będzie całkowite, jeżeli dobijemy Wrangla. Podejmujemy tutaj wszelkie środki po temu. Naciśnijcie również i wy, aby w wyniku obecnego uderzenia odebrać za wszelką cenę cały Krym. Od tego zależy teraz wszystko. – Lenin.

Tymczasem Wrangel nie tylko się utrzymał, ale rozpocząwszy jeszcze 25 lipca natarcie w kierunku na Kachowkę, zmusił południowo-zachodni front sowiecki do przerzucenia znacznych sił na front krymski. Nic więc dziwnego, że akurat w tych i następnych dniach Stalin, zaabsorbowany narastającymi wypadkami na południowym odcinku frontu, i w dodatku przykuty uwagą do niego przez tajne napomnienia Lenina, wahał się i nie mógł być zwolennikiem oderwania od południa masy kawalerii, by rzucić ją daleko od Krymu w sukurs Tuchaczewskiemu, który zresztą wydawał się zupełnym zwycięzcą na swym północnym froncie.

Tymczasem lewe skrzydło Tuchaczewskiego wciąż wisi w powietrzu… Rozpoczęty 16-go atak polskiej „Grupy Uderzeniowej” od Dęblina, już 17-go zdobywa Białą Podlaską i Siedlce. Rozpędzając uciekające oddziały bolszewickie, osiąga 18-go Drohiczyn nad Bugiem. Był to dla całego frontu sowieckiego cios, zagrażający zupełnym obejściem i przecięciem odwrotu. Bezprzykładny, zwycięski pochód rewolucji, zaczyna raptownie zarysowywać się jako bezprzykładna klęska.

Tuchaczewski rzuca się od mapy do telefonu, od telefonu do mapy, i znów do telefonu i znów do mapy… A na mapie sytuacja jest taka:

Na południu, pod Lwowem, nie ruszyła wprawdzie, ale istnieje wciąż masa 1-ej konnej armii Budiennego. A na północy, daleko wysunięta na zachód, 4-a armia, pod dowództwem obecnie towarzysza Szuwajewa, wraz z konnym korpusem Gaja… Tymczasem lewe skrzydło obrony Warszawy, to znaczy 5-tej armii polskiej Sikorskiego, uwikłanej w boje z 15-tą armią sowiecką, samo wisi w powietrzu. A praktycznie objęte jest dalekim zagonem Gaja aż po Włocławek i dalej…

I oto w oczach Tuchaczewskiego zamajaczył plan uratowania jeszcze w ostatniej chwili zwycięskiego pochodu rewolucji światowej:

Ściągnąć w kułak 4-tą armię, odwrócić konnicę Gaja frontem z zachodu na wschód, i uderzyć tym kułakiem w tyły 5-tej armii polskiej: na Płońsk – Warszawę!… A jednocześnie konnicą Budiennego w tyły polskiej grupy uderzeniowej, frontem na ukośne przecięcie do Warszawy!… W ten sposób, aby stworzyć olbrzymie obcęgi obejmujące z północnego zachodu i południowego wschodu główne siły polskie, zaangażowane w bojach z 15-ą, 3-ą i 16-ą armiami sowieckimi, zewrzeć je w śmiertelnym zacisku w samej stolicy Polski!

Plan był dobry i logiczny – na papierze… Ale czy podciągnie na czas Budienny? Czy 15-ta, 3-cia, a zwłaszcza rozbita już częściowo 16-ta armie, wytrzymają przez ten czas nacisk polski?… Czy przede wszystkim 4-ta armia zdolna będzie do przegrupowania? Czy ściągnie na czas, daleko wyrzucony ku zachodowi III korpus konny, by uderzyć nim na Płońsk?!… Oto pytania.

Płońsk przyciąga wzrok na mapie. Płońsk staje się magicznym punktem, węzłowym punktem wymarzonej operacji. Płońsk na tyłach 5-tej armii generała Sikorskiego, stanowi w tej chwili najsłabszy jej punkt. Ba, groźny punkt dla całego systemu obrony – natarcia, gdyby miał być przebity…«

Ostatecznie Tuchaczewski został rozbity. 88 tysięcy ludzi przeszło granicę pruską, ponad 30 tysięcy zostało zabitych, przeszło 70 tysięcy poddało się do niewoli. Porzucono 235 dział i 1023 karabiny maszynowe, ogromną ilość broni ręcznej, amunicji, koni i różnego sprzętu wojennego.

»Generał baron Wrangel, który w rezultacie klęski Denikina, wewnętrznych intryg sztabowych i zaciekłej gry politycznej, objął główne dowództwo nad pobitą kontrrewolucją rosyjską, zdawało się, podjął się rzeczy beznadziejnej. Wszystko, co się uratowało na Krym, było w stanie opłakanym. I to pod każdym względem: wojskowym, moralnym, politycznym. Ludzie grabili, bo nie było co jeść, oficerowie przepijali, co jeszcze zachowało się w kieszeni, politycy do zachrypnięcia dyskutowali i obrzucali siebie inwektywami. Tak się rzecz przedstawiała wiosną i na początku lata 1920 roku.

Jednakże generał Słaszczew, mimo iż popadał coraz bardziej w nałóg kokainy i pijaństwa, potrafił – rozporządzając siłą 3 tysięcy bagnetów i 2 tysięcy szabel – odeprzeć wszystkie ataki 13-tej armii bolszewickiej na przesmyk Perekopu. I na Krymie przystąpiono z wolna do reorganizacji wojska, porządkowania tyłów. Ponieważ krytykowano bez końca reakcyjną politykę i hasła społeczne – a raczej ich brak – przy starym rządzie Denikina, Wrangel powołał nowych ludzi. Na czele rządu cywilnego postawił byłego współzałożyciela rosyjskiej socjaldemokracji, Piotra Struwe, ongiś towarzysza Lenina, później oponenta, konkurenta, a wreszcie wroga. Opracowany został program reform rolnych i demokratyzacji przyszłego ustroju.

Dnia 7 lipca 1920 roku Francja uznała rosyjski rząd Wrangla de facto, wysuwając szereg warunków, które Wrangel skwapliwie przyjął. Po tym dyplomatycznym sukcesie przyszła francuska pomoc materialna. Broń, amunicja, mundury, obfite wyposażenie, stare czołgi i stare samoloty. A bolszewicy nie mieli żadnych. W ten sposób dobrze uzbrojona i zaopatrzona armia Wrangla osiągnęła siłę 40 tysięcy ludzi; uzupełniana zbiegami z armii czerwonej, przeszła niebawem do akcji zaczepnej.

Do wieczora 22 sierpnia wojska gen. Wrangla dotarły na całej długości swego frontu do lewego brzegu dolnego Dniepru. 23-go rozpoczął się szturm na sowiecki przyczółek mostowy u wsi Kachowka. Atak wszakże został przez bolszewików odparty. Ponawiane wciąż na nowo próby przeistoczyły się w długotrwałą bitwę o sforsowanie Dniepru na odcinku Kachowka – Borysław.

Był to kluczowy punkt koncepcji strategicznej Wrangla. Przewodnia myśl jego kampanii. Jeszcze w końcu 1919 roku, nie zdając sobie dostatecznie sprawy z istotnych zamiarów i postawy politycznej Piłsudskiego, Wrangel złożył Denikinowi memoriał, w którym proponował poniechać szukania głównego oparcia na ziemiach kozackich, a przesunąć ciężar operacyjny na zachód, szukając połączenia z frontem polskim. Do koncepcji tej doszedł na skutek głębokiej niechęci, jaką powziął do budzącego się separatyzmu kozackiego, i nastrojów w oddziałach kozackich, które coraz częściej odmawiały prowadzenia walki poza granicami rodzinnych chutorów. Sądził natomiast, że przy poparciu dyplomatycznym Francji, uda się ustalić dobre stosunki z Polską, usuwając na razie na plan dalszy spór o przyszłe granice. „Główna rzecz” mawiał „rozbić bolszewików. A tam (dalej) zobaczymy…” Gdy więc po ustąpieniu Denikina objął naczelne dowództwo, powrócił do swej przewodniej myśli, i główną oś natarcia kierował na północny zachód dla nawiązania łączności z frontem polskim.

Zwycięstwo wojsk polskich pod Warszawą odciążyło kontrrewolucję. Wrangel, oczyszczając od bolszewików teren na wschód, zajmując Mariupol, zbliżając się do Taganrogu i zagrażając jednocześnie Zagłębiu Donieckiemu, ponawia uderzenie na Kachówkę, a zarazem poleca 1-szej armii gen. Kutiepowa rozbić 13-tą armię sowiecką. W dniach od 1 do 6 września, 13-ta armia czerwona ponosi klęskę i zostaje odrzucona. Kutiepow zajmuje Aleksandrowsk. 2-ga armia generała Dracenko forsuje Dniepr koło Nikopola. Wojska Wrangla podchodzą do Jekaterynosławia, zajmują Sinielnikowo, Sławgorod. Natrafiają jeszcze na uparty opór wojsk czerwonych, ale wobec definitywnej klęski poniesionej na froncie polskim, nie może to już trwać długo. Rzecz wydaje się przesądzona.

Jest już jesień i zimne wiatry wieją nad stepem. W szeleście suchych traw nie słychać już cykania owadów. A ludzie, nie obeznani z tajnikami polityki i wojny, twierdzą, że jako po jesieni następuje zima, jako po pacierzu amen, tak do wiosny nie będzie już bolszewizmu.

Nierzadkie były krótkie dnie, w ciągu których dymiły, i długie noce, w ciągu których łuną na chmurach odbijały płonące stogi siana, składy po stacjach kolejowych i w miasteczkach. Wewnętrzny porządek w państwie rozpadał się tej jesieni od dołu, rozpadał w oczach z braku transportu, przerwanych komunikacji, przeciętych łączności. Ustały dostawy żywności do miast prowincjonalnych, administracja w niektórych nie działała zupełnie. Narastał kompletny chaos.

Od południa napierał, powstrzymywany ostatkiem sił, Wrangel. A przed milionowym wojskiem polskim droga na stolicę rewolucji leżała, praktycznie, otworem.

Z ust do ust podawano sobie nazwy miejscowości, do których naprawdę lub rzekomo mieli już wkroczyć Polacy. Widziano ich podobno tam, widziano ówdzie. Oczekiwano z dnia na dzień, później prawie z godziny na godzinę.

Tymczasem, na rozkaz naczelnego wodza, wojska polskie posuwają się jakoś dziwnie. Dnia 8 października dotarły o 16 wiorst na zachód od Mińska. Władze bolszewickie uciekają z miasta. Mińsk pozostawiony sam sobie, leży przez kilka dni na ziemi niczyjej. A wojska polskie stoją, nie posuwają się naprzód. Po kilku dniach, bolszewicy ostrożnie wracają. Ludność nie wie, co ma o tym myśleć… Jakaś strategiczna tajemnica? Nikt nie pojmuje… Krążą pogłoski o jakichś rokowaniach. – Czy być może?…

Teraz dopiero nadchodzą spóźnione gazety moskiewskie. Jest w nich nowa mowa Lenina, wygłoszona na zjeździe robotników i pracowników przemysłu garbarskiego w Moskwie:

Towarzysze!… Wiedzieliśmy, że do wyzwolenia mas pracujących Polski możemy przyczynić się bynajmniej nie tyle siłą militarną, a przede wszystkim siłą naszej propagandy…

Mieliśmy możność wysłuchania referatu polskiego robotnika, przedstawiciela jednego z wielkich związków zawodowych Polski, który przedarł się z Warszawy i opowiadał o tym, jak robotnicy w Warszawie patrzyli na Armię Czerwoną jako na wybawicielkę, jak oczekiwali Armii Czerwonej, nie uważając jej za swego wroga, lecz przeciwnie, za swego przyjaciela w walce przeciw burżuazyjnym ciemiężcom Polski.

Pokój Wersalski uczynił z Polski państwo buforowe, które ma odgrodzić Niemcy od zetknięcia się z radzieckim komunizmem, i które Ententa traktuje jako oręż przeciwko bolszewikom… Oto dlaczego owa wojna z Polską okazała się w stopniu bardziej bezpośrednim wojną przeciwko Entencie… Rozbijając armię polską rozbijamy Pokój Wersalski…

Gdyby Polska stała się radziecka, gdyby robotnicy warszawscy otrzymali od Rosji Radzieckiej pomoc, na którą czekali i którą z radością witali, Pokój Wersalski zostałby rozbity. Francja nie miałaby wówczas buforu odgradzającego Niemcy od Rosji Radzieckiej… Sprawa wzięła taki obrót, że jeszcze kilka dni zwycięskiej ofensywy Armii Czerwonej, a nie tylko Warszawa zostałby zdobyta – to nie byłoby tak istotne – lecz rozbity zostałby Pokój Wersalski.

Jak wam wiadomo, zabrakło nam tylko odrobiny sił, aby dojść do Warszawy i przekazać władzę robotnikom warszawskim, aby zwołać warszawskie Rady Delegatów Robotniczych i Chłopskich, aby powiedzieć im: „Szliśmy wam na pomoc”. Nastąpiła porażka wojenna.

Teraz cofnęliśmy się bardzo a bardzo daleko na północy. Wrangel zaś w tym czasie raz po raz usiłuje nacierać. Wrangel wziął to, wziął tamto, zagraża Zagłębiu Donieckiemu. Stoimy znowu w obliczu trudnej sytuacji, w obliczu nowej próby imperialistów zdławienia Republiki Radzieckiej dwiema rękami: poprzez ofensywę polską i ofensywę Wrangla.

Wskutek porażki, którą zadano nam pod Warszawą, wskutek ofensywy, która trwa na froncie zachodnim, i na froncie Wrangla, sytuacja nasza jest znów niezwykle ciężka. Musze wobec tego zakończyć swój krótki referat apelem do towarzyszy i wskazaniem na to, że teraz trzeba znów natężyć wszystkie siły, że zwycięstwo nad Wranglem jest obecnie naszym głównym i podstawowym zadaniem!

Towarzysze! Od was zależy, by nadchodząca ofensywa przeciwko Wranglowi, do której przygotowujemy wszystkie siły swoje, została przeprowadzona możliwie jak najpomyślniej i jak najszybciej. Przed nadejściem zimy należy odzyskać Krym! Od waszej pomocy zależy, jak szybko poradzimy sobie ostatecznie z Wranglem i zapewnimy całkowity spokój!

Ludzie czytają, i popatrują po sobie: Co to wszystko ma znaczyć? Mówi o klęsce w wojnie z Polską, a wszystkie siły wzywa przeciwko Wranglowi? Czy nie omyłka jakaś? – Ale nie, powiedział wyraźnie:

„Zwycięstwo nad Wranglem jest obecnie naszym głównym i podstawowym zadaniem”… Co się za tym kryje? Przecież Polska rozporządza siłą dwudziestokrotnie większą niż Wrangel…

Dnia 2 października ukazuje się odezwa:

   „Towarzysze! Carski generał Wrangel wzmaga ofensywę... Popierany przez kapitalistów francuskich posuwa się naprzód.
   Niebezpieczeństwo jest wielkie! 
   Towarzysze! Niechaj wszyscy jak jeden mąż powstaną do obrony przed Wranglem! Niech wszystkie komitety niezamożnych chłopów wytężą swe siły, niech pomogą Armii Czerwonej!
   Wszyscy na pomoc Armii Czerwonej dla pobicia Wrangla! 
   Śmierć obszarnikom-ciemiężcom! - Lenin.”

Znowu tylko o Wranglu?… Znowu ani jednego słowa o „jaśnie panach polskich”?…

Dnia 11 października generał Wrangel udzielił wywiadu prasowego, w którym oświadczył:

Polska winna wejść z nami w porozumienie, i związać na swym froncie największą ilość wojsk bolszewickich. Jeżeli te warunki zostaną spełnione, do przyszłej wiosny 1921 roku nastąpi ostateczny upadek bolszewizmu.

Wywiad opublikowany został z trzydniowym opóźnieniem i ukazał się w czasopiśmie Wola Rossii w numerze z dnia 14 października. O dwa dni za późno…

13 października gruchnęła w Mińsku, w Homlu, w Kijowie… Wszędzie! Wieść, że dnia poprzedniego, 12 października, zawarty został rozejm wojskowy i wstępny traktat pokojowy pomiędzy Polską i bolszewikami!

Towarzysze! – wołał Lenin 15 października, na trzeci dzień po podpisaniu rozejmu z Polską, na naradzie przewodniczących komitetów wykonawczych guberni moskiewskiej. – Towarzysze! Wstępna umowa z Polską został podpisana dopiero co!… pomimo ciężkiej sytuacji, pokój został podpisany na warunkach mniej korzystnych dla Polski, niż je miała przedtem… Kiedy wojska nasze cofały się, Wrangel zaś wzmógł swój napór – zawarliśmy pokój na warunkach korzystniejszych… A zatem zostaliśmy zwycięzcami! Jak to się stać mogło, ze Rosja Radziecka, znękana wojną domową, otoczona wrogami, odcięta od wszelkich źródeł zaopatrzenia, okazała się zwycięzcą? Nad tym właśnie trzeba się zastanowić, aby zrozumieć mechanikę rewolucji. Potwierdza się naocznie, że rewolucja rosyjska jest tylko jednym ogniwem w łańcuchu rewolucji międzynarodowej…

Towarzysze! Pamiętajcie, że praca jednoczy, a kapitał rozdziela… Stało się tak, że kiedy zebrali się przeciwko nam trzej ostatni sojusznicy, to zaczęli od tego, że wzięli się za łby… Obecnie docierają do nas wiadomości, że Wrangel i Francja zgrzytają zębami, rozumieją bowiem, jaki to pokój zawarliśmy z Polską!… Francja, Polska i Wrangel, jeden drugiemu podstawia nogę… Oto dlaczego okazaliśmy się zwycięzcami. Oto dlaczego zrujnowana, słaba, zacofana Rosja Radziecka zwycięża siły bez porównania potężniejsze od niej.

Towarzysze! Przechodząc do naszej obecnej sytuacji wewnętrznej, muszę powiedzieć, że główną wrogą nam siłą jaka pozostała, jest Wrangel… Kiedy walczyliśmy z Polakami, Wrangel gromadził swe siły… W myśl wstępnej umowy z Polską rozejm nastąpi dopiero 18-go. Cała prasa francuska i kapitaliści usiłują wciągnąć Polskę w dalszą wojnę. Wrangel śpieszy wykorzystać wszystkie posiadane stosunki, aby udaremnić zawarcie pokoju, wie bowiem, że bolszewicy przypuszczą atak na niego. Z tego wynika teraz dla nas jedyny wniosek: wszystkie siły przeciwko Wranglowi! Bo Wrangel stanowi główne niebezpieczeństwo… By wstępną umowę z Polską przekształcić w pokój ostateczny, musimy w najkrótszym czasie zmiażdżyć Wrangla… A wtedy rzeczywiście zwyciężymy zarówno na tym froncie, jak na froncie międzynarodowym!

Dnia 12 listopada obrona Perekopu został przełamana. Tegoż dnia wieczorem depeszował Frunze do Lenina:

Ostatnie gniazdo rosyjskiej kontrrewolucji zostało zburzone!

Rozpoczęła się agonia tego, co było ostatnią formą zbrojnej, zorganizowanej akcji antybolszewickiej.

Dnia 16 listopada, po raz trzeci odtworzona 4-ta armia czerwona, pod wodzą tego samego towarzysza Szuwajewa, który uciekał z Ciechnowa, uciekał z Grodna, który uciekał z Kobrynia – wkraczała do Teodozji. 18-go zajęła Jałtę.«

Czy da się to wszystko, co się wtedy działo, jakoś wyjaśnić? Średniowieczny angielski teolog William of Occam sformułował zasadę, że do objaśniania rzeczywistości nie należy używać większej liczby niezależnych bytów, niż jest to absolutnie konieczne. Zasada ta zwie się brzytwą Occama (Ockhama). W pewnym uproszczeniu można powiedzieć, że im prostsze wyjaśnienie, tym bliższe prawdy, co ma zastosowanie nie tylko w naukach, szczególnie przyrodniczych, ale też w polityce.

Podstawowe pytanie brzmi: kto z kim tak naprawdę walczył? Lenin nazywa Wrangla carskim generałem. A jego generałowie to nie byli carscy? Przecież nie wykształcił ich w ciągu trzech lat. Mówi on o kontrrewolucji i tego samego określenia używa Mackiewicz. A przecież to nie była kontrrewolucja! Ale zabieg sprytny, bo zaciemnia interpretację.

27 lutego/12 marca 1917 roku na posiedzeniu Konwentu Seniorów Dumy został powołany Komitet Tymczasowy Dumy – organ wykonawczy Dumy. Był on złożony z przedstawicieli wszystkich partii politycznych. 28 lutego/13 marca przejął praktycznie wykonywanie obowiązków rządu Rosji i wyznaczył swych komisarzy do istniejących ministerstw.

2 marca/15 marca car Mikołaj II uznał, że utrzymanie władzy jest niemożliwe i, na żądanie umiarkowanych polityków i monarchistów, abdykował na rzecz młodszego brata, wielkiego księcia Michała Aleksandrowicza. Wskutek ciężkiej sytuacji w kraju wielki książę nie przyjął korony i zrzekł się jej następnego dnia, przekazując całą władzę Tymczasowemu Komitetowi Dumy.

Kierownictwo rewolucji próbowały objąć dwa ośrodki władzy powstałe 27 lutego/12 marca. Były to powołany przez Dumę i popierany przez centrystów i umiarkowanych – Komitet Tymczasowy Dumy i Piotrogrodzka Rada (Sowiet), zdominowana przez eserów i socjaldemokratów. 2/15 marca Komitet Tymczasowy Dumy, w porozumieniu z Komitetem Wykonawczym Piotrogrodzkiej Rady Delegatów Robotniczych i Żołnierskich, powołał Rząd Tymczasowy Gieorgija Lwowa.

Czy w takim przypadku można mówić o rewolucji, skoro car dobrowolnie zrzekł się władzy? A skoro to nie była rewolucja, to nie można też mówić o kontrrewolucji.

1/14 września Rząd Tymczasowy proklamował ustrój republikański Rosji. 25 września/8 października w wyniku nowych wyborów w sekcji robotniczej Rady Piotrogrodzkiej większość uzyskali bolszewicy na czele z Trockim, który został nowym przewodniczącym Rady.

Październik był klasycznym „coup d’etat”, przechwyceniem władzy państwowej przez znikomą mniejszość, dokonanym – z uwagi na demokratyczne konwencje epoki – przy zachowaniu pozorów uczestnictwa mas, ale bez ich zaangażowania. Do działań rewolucyjnych wprowadzono metody bardziej odpowiednie dla stanu wojny, niż polityki. – Tak pisał Richard Pipes w książce „Rewolucja rosyjska”.

Tak więc to, co działo się w Rosji po abdykacji cara, to nie była kontrrewolucja, tylko walka o władzę pomiędzy bolszewikami, a tymi, których oni od tej władzy odsunęli. Jeśli Wrangel na czele rządu cywilnego stawia Piotra Struwe, współzałożyciela rosyjskiej socjaldemokracji, ongiś towarzysza Lenina, to kto tu z kim walczy? Swoi ze swoimi? A do tego towarzystwa doszedł jeszcze socjalista Piłsudski.

W takim kontekście wyjaśnienie tych „dziwnych” zachowań Piłsudskiego staje się proste. W tej wojnie polsko-bolszewickiej 1920 roku żadnej ze stron nie chodziło o wygranie. Chodziło o to, by była wojna, by ludzie zabijali się, nienawidzili się, by byli ze sobą ciągle skłóceni. Chodziło też o to, by było jak najwięcej strat materialnych, co prowadzi do zubożenia wielu warstw społecznych i gospodarek walczących państw. W takich warunkach tylko jedna nacja zyskuje i dominuje nad pozostałymi. I taki był zawsze i jest nadal cel wszelkich wojen i konfliktów, które ta nacja wywołuje.

Kocioł bałkański

Kocioł bałkański – tym terminem określa się sytuację geopolityczną na Półwyspie Bałkańskim od połowy XIX wieku, szczególnie w jego północno-zachodniej części. Specyfika tego regionu polega na tym, że na stosunkowo małym obszarze mieszkają obok siebie katolicy, prawosławni i muzułmanie. Wywodzą się oni z różnych kultur, o różnych systemach wartości i różnych światopoglądach. Czy to oznacza, że musi to automatycznie rodzić konflikty? A nawet jeśli tak, to czy nie można nad tym zapanować? Historia tego regionu pokazuje, że jednak ktoś świadomie ten kocioł podgrzewał lub wygaszał, jeśli uznał, że tak ma być.

Geneza konfliktu

Przed XIX wiekiem Bałkany podlegały w większości władzy Imperium Osmańskiego. Był to teren przeważnie zamieszkały przez Słowian, których różniło przede wszystkim wyznanie. Ich ówczesna świadomość narodowa była niewielka, co wynikało z natury władzy tureckiej, która nie zmuszała nikogo do wyrzekania się swojej kultury, co nie skłaniało do podejmowania walki narodowowyzwoleńczej.

Serbia w 1815 roku; źródło: Wikipedia.

Jednakże na skutek rozwoju świadomości narodowej, a co za tym idzie, lokalnych nacjonalizmów, sytuacja w tym rejonie stawała się coraz bardziej niestabilna, szczególnie ze względu na zróżnicowanie religijne i wyznaniowe. Katolicy określali się jako Chorwaci, prawosławni jako Serbowie, a muzułmanie jako Bośniacy. Świadomość narodowa pojawiła się też wśród Albańczyków, którzy nie wywodzą się z ludów słowiańskich, a którzy w większości są muzułmanami.

Wiek XIX był wiekiem nacjonalizmów w rejonach skolonizowanych. Tak było w Ameryce Południowej i w Europie wschodniej i południowej, w których kolonizatorami były Niemcy, Austro-Węgry, Rosja i Turcja. I to właśnie w tych rejonach powstawały idiotyczne, zamierzone na skłócenie, idee Wielkiej Albanii, Serbii, Ukrainy, Polski, Bułgarii. Ciekawe, któż to fabrykował tego typu durnoty?

Początek konfliktu

Pierwszym państwem z rejonu Bałkanów, które po dwóch powstaniach (1804-1815) zdobyło niepodległość, była Serbia, wspierana przez Austro-Węgry i Rosję, które liczyły na osłabienie Turcji i zwiększenie swoich wpływów w tym regionie.

W 1876 Serbia ogłosiła zjednoczenie z Bośnią i Czarnogórą, co doprowadziło do wojny z Turcją, do której przystąpiła również Rosja. To spowodowało m.in. ogłoszenie niepodległości przez Rumunię (1877) i Bułgarię.

Stanisławie Piotrowiczu bierz wszystkie pieniądze i jedź ze mną na wojnę turecką do Bułgarii – zachęcał Wokulskiego moskiewski kupiec Suzin w „Lalce” B. Prusa. To na tej wojnie Wokulski dorobił się fortuny, a nie na handlu z Rosją. Wystarczył tylko rok, by wzbogacić się na tyle, by smalić cholewki do zubożałej arystokratki. Nie ma lepszego interesu niż wojny, dlatego nigdy na tym świecie nie będzie pokoju.

Kres wojnie położył traktat z San Stefano z 3 marca 1878 roku, który osłabiał Turcję, a wzmacniał Rosję. W tej sytuacji inne mocarstwa, przede wszystkim Wielka Brytania, doprowadziły do Kongresu w Berlinie, który ograniczał wpływy Rosji, głównie poprzez pomniejszenie Bułgarii. Jednocześnie ograniczone zostały dążenia serbskie, choć niepodległość Serbii i Czarnogóry została zatwierdzona (1878), to Bośnia i Hercegowina znalazły się w strefie wpływów Austro-Węgier.

Rosja popierała idee zjednoczenia Słowian na Bałkanach (panslawizm) pod przywództwem prawosławnej Serbii, która stała się sojusznikiem Rosji. Układ rosyjsko-serbski był zagrożeniem dla monarchii Austro-Węgierskiej, zamieszkiwanej przez 7 mln Słowian. W 1908 roku, gdy Austro-Węgry zaanektowały okupowaną od 1878 roku Bośnię i Hercegowinę, na Bałkanach groził wybuch wojny. 13 marca 1912 roku rozpoczął się konflikt zbrojny, tzw. I wojna bałkańska – Grecja, Serbia, Czarnogóra i Bułgaria zaatakowały Turcję, która została pokonana, tracąc niemal wszystkie ziemie w Europie.

Zwycięskie państwa nie doszły do porozumienia i rok później Grecja, Serbia, Czarnogóra i Turcja zaatakowały i pokonały Bułgarię, tzw. II wojna bałkańska. Po tej wojnie wzrosła siła Serbii, ale Rzesza i Austro-Węgry, żeby ograniczyć rozwój Serbii, utworzyły niezawisłą Albanię. Sytuacja w rejonie była niestabilna. Zamach w Sarajewie serbskiego nacjonalisty na Arcyksięcia Austro-Węgier był przyczyną wypowiedzenia wojny Serbii przez Austro-Węgry i powstania szeregu sojuszy, co w konsekwencji doprowadziło do wybuchy I wojny światowej.

Zjednoczenie Słowian południowych

Idea zjednoczenia Słowian południowych pojawiła się prawdopodobnie w XIX wieku w wyniku osłabienia imperium tureckiego i monarchii austro-węgierskiej. W latach 30. XIX wieku pojawiła się idea iliryzmu, a następnie jugosławizmu. Iliryzm to ruch kulturowy i polityczny rozwijający się w latach 30. i 40. XIX wieku, mający na celu zjednoczenie południowych Słowian bez względu na granice państwowe i administracyjne, skupiający głównie działaczy chorwackich, a w mniejszym stopniu również słoweńskich i serbskich. Jugosławizm to ruch kulturalno-polityczny, istniejący od XIX wieku, mający na celu zjednoczenie Słowian południowych.

Panslawizm

Panslawizm – ruch kulturalno-polityczny powstały w Czechach na początku XIX wieku, dążący do wyzwolenia, a następnie zjednoczenia politycznego, gospodarczego i kulturalnego Słowian.

Ideę panslawizmu popierała Rosja, pragnąc w ten sposób zrealizować swoje imperialne plany wobec narodów o słowiańskim pochodzeniu, nieposiadających własnej organizacji państwowej.

Koncepcje polityczne wczesnego ruchu panslawistycznego były oparte na idei stworzenia swego rodzaju federacji wszystkich Słowian, pozostających pod polityczną i kulturalną dominacją i przywództwem Imperium Rosyjskiego, gdzie lokalne słowiańskie tożsamości zostaną zintegrowane w rosyjską, a głównym językiem komunikowania się będzie język rosyjski, główną wykładaną historią historia Rosji, szkolnictwo prowadzone w języku rosyjskim. Pośrednio ugrupowania panslawistyczne wpłynęły na wybuch wojny rosyjsko-tureckiej 1877-1878 oraz zaangażowanie się Rosji na Bałkanach, co pośrednio doprowadziło do wybuchu I wojny światowej.

Tak to opisuje Wikipedia, z której informacji korzystam w tym blogu. Natomiast Feliksa Eger w książce Historia towarzystw tajnych (1904) pisze:

»Niektórzy historycy nie mogą zrozumieć, dlaczego Bakunin opierał się całe życie swoje wprowadzeniu międzynarodówki do Rosji. Wyjaśnienie tego daje nam p. Rudolf Meyer, pisarz niemiecki bardzo znany, mający przez długi czas ścisłe stosunki z Bismarckiem, znienawidzony przez niego w sposób niezwykły. Wiemy, że kwestie pangermanizmu i panslawizmu są szczeblami, po których wolnomularstwo dojść pragnie do zaprowadzenia rzeczpospolitej powszechnej. Otóż Bakunin był panslawistą zapamiętałym.

Marzeniem panslawizmu jest zapanowanie nad Europą i światem; pragnie on, zawładnąwszy szczątkami porządku socjalnego tej części świata, wśród jego ruin ustanowić panowanie socjalizmu rosyjskiego. Podstawą tej organizacji byłby komunizm gruntowy, na którym opierają się wszystkie marzenia panslawistów. Apostołowie jego mówią z pogardą o proletariacie Europy zachodniej, a z dumą o uwłaszczeniu włościan w swoich posiadłościach, co wpłynęło na uwolnienie kraju od takiego proletariatu.

Intrygi rewolucyjne Bakunina, a głównie jego czynny udział w powstaniu drezdeńskim, zmusiły państwa do zaaresztowania go w Chemnitz i skazania na śmierć, lecz Rosja zażądała wydania go. Cesarz Mikołaj szczególnie zajął się jego losem. Zesłano go na Syberię w r. 1856, ale tylko jako zwykłego wygnańca. Gubernator Syberii hr. Murawiew, kuzyn Bakunina, okazywał mu największe względy, pozwalał mu działać swobodnie, a w końcu dał mu jakąś urzędową misję na kraniec państwa do Mikołajewska. Bakunin nie opuścił danej mu sposobności, pojechał do Japonii, stamtąd do Ameryki, aż wreszcie w r. 1861 ukazał się w Londynie, gdzie pomagał Herzenowi w jego misji panslawistycznej. Oświadczył on w manifeście ogłoszonym przez „Kołokoł” (Dzwon), że gotów jest poświęcić życie całe wywalczeniu wolności dla Rosjan, Polaków i Słowian w ogóle. Powiedział, że cesarz na krótki czas przed śmiercią pragnął w tym właśnie celu wytoczyć wojnę Austrii, podburzyć kraje słowiańskie pod władzą Austrii i Turcji zostające, wspólnie z Węgrami i Włochami. Ten, który w r. 1868 przemawiał w imieniu internacjonału, zapalał w r. 1862 wojnę szczepów.

Że Bakunin był wysłańcem panslawizmu, jest to rzeczą pewną; stosunki bezpośrednię agitatora z rządem rosyjskim są mniej dokładnie dowiedzione. Napada on nieraz bardzo gwałtownie na cara i rząd jego; pomimo to jednak rząd rosyjski wyrwał Bakunina z rąk Saksonii i Austrii i ten sam rząd dziwnie osłodził los tego wygnańca politycznego. Wypadki współczesne nie mogą usprawiedliwić rządu rosyjskiego z ciążącego na nim zarzutu. Misja Czerniajewa na innym wprawdzie gruncie i w innej sferze, ale czyż także nie była misją panslawistyczną? Czyż w Serbii nie było również silnej propagandy rewolucyjnej i panslawistycznej zarazem? Czyż Garibaldi nie był stronnikiem tego ruchu? Czy Czerniajew nie usunął się w czasie właściwym, pozyskawszy względy cesarza Aleksandra, czyż nie udał się do Pragi, tego pierwszego teatru działań Bakunina?… Jeżeli nie można mieć zupełnie pewnych dowodów, że Bakunin utrzymywał stosunki z rządem petersburskim, to przynajmniej jest pewne, że miał on ścisłe stosunki z partią panslawistyczną Rosji, cieszącą się względami rządu. Dążenia prawdziwych panslawistów są wstrętne. Siać zepsucie i rozstrój, osłabiać kraje Europy wywoływaniem rewolucji, wprowadzać bezrząd, łudzić proletariat Europy ideą komunizmu gruntowego, oto czym jest panslawizm, system potworny, który wraz z internacjonałem grozi Europie cywilizowanej.«

Królestwo Serbów, Chorwatów i Słoweńców

Upadek Serbii

Jesienią 1915 roku armie niemiecka, austro-węgierska i bułgarska uderzyły na Serbię. Po zdobyciu Belgradu ofensywa nie zwalniała, zmuszając Serbów do wycofania się w kierunku Kosowa. Z pomocą przyszły Anglia i Francja, wysadzając 5 października desant w Salonikach. Jednakże próby uderzenia z południa okazały się spóźnione. W nocy z 13 na 14 października Bułgaria zaatakowała Macedonię, odcinając Serbów od wojsk alianckich i portu w Salonikach – jedynego punktu zaopatrzenia armii serbskiej w broń i amunicję. Trzy armie osaczały Serbów od północy, zachodu i wschodu. Podjęto decyzję o ewakuacji armii, cywilów i władzy przez Albanię i Czarnogórę w kierunku Adriatyku. Szacuje się, że podczas marszu z powodu mrozów, głodu, chorób i albańskich ataków zginęło od 70 do 150 tys. żołnierzy i cywilów serbskich oraz czarnogórskich. Ocalałych przewieziono statkami państw Ententy na wyspę Korfu. W styczniu i lutym 1916 roku kraj opanowały wojska austro-węgierskie.

W 1914 roku przywódcy jugosłowiańscy z Austro-Wegier rozpoczęli na emigracji swoją działalność. We Florencji powstał Komitet Jugosłowiański (formalna data powstania 1 maja 1915). Swoją siedzibę miał w Londynie. W wyniku zróżnicowania narodowościowego i politycznego wśród twórców ruchu, nie było pełnej zgodności poglądów co do modelu i kształtu nowego państwa – Jugosławii. Działacze Chorwaccy opowiadali się za utworzeniem Jugosławii pod przewodnictwem Chorwacji, zaś niektórzy działacze Bośni i Hercegowiny, Wojwodiny i Dalmacji poparli ideę Wielkiej Serbii. Pozostali działacze opowiadali się za zjednoczeniem ziem na zasadach federacji lub szerokiej autonomii.

Deklaracja majowa

Szybko okazało się, że Komitet Jugosłowiański nie reprezentował wszystkich sił politycznych Słowian południowych pod panowaniem habsburskim. Przywódcy południowosłowiańskich partii burżuazyjnych, drobnomieszczańskich i ludowych, działających na terenie Austro-Węgier, upatrywali większych korzyści dla dalszego rozwoju swego kraju w utrzymaniu związku z monarchią, aniżeli w połączeniu ze słabą ekonomicznie i zacofaną Serbią, która kojarzona była z obszarem „barbarzyńskich Bałkanów”. 30 maja 1917 roku w Wiedniu, posłowie jugosłowiańscy (z Istrii, Dalmacji i Słowenii) do austriackiej Rady Państwa zawiązali tzw. Klub Jugosłowiański. Ponad 30 przedstawicieli Klubu, podczas posiedzenia Rady Państwa, ogłosiło tzw. Deklarację majową. Domagano się w niej zjednoczenia wszystkich żyjących w ramach monarchii Słoweńców, Chorwatów i Serbów w formie trzeciej jednostki państwowej, pozostającej w federacji z Austro-Węgrami pod rządami dynastii habsburskiej, w przeciwieństwie do emigracyjnego Komitetu Jugosłowiańskiego, który opowiadał się za całkowitym odłączeniem przyszłego państwa od monarchii Habsburgów. W dokumencie nie wspomniano jeszcze o połączeniu z Królestwem Serbii. Deklaracja majowa została przyjęta krytycznie przez przedstawicieli Komitetu, ponieważ uważano ją za ruch zmniejszający szanse na porozumienie z rządem serbskim i na znalezienie międzynarodowego poparcia dla państwa Słowian południowych.

Deklaracja z Korfu

Rząd serbski, który po zmianach na Korfu, składający się teraz wyłącznie z przedstawicieli Partii Radykalnej, bronił pozycji wielkoserbskiej, a więc centralistycznej. Komitet Jugosłowiański w Londynie składał się z polityków jugosłowiańskich z Austro-Węgier i stał na stanowisku całkowitego równouprawnienia wszystkich narodów jugosłowiańskich. Rząd serbski na uchodźstwie zaprosił na wyspę Korfu, w czerwcu 1917 r., chorwackich przedstawicieli na rozmowy o wizji przyszłego państwa. Mimo świadomości różnic co do tej wizji, Chorwaci zgodzili się w nadziei, że osiągnięte porozumienie Słowian południowych zostanie dostrzeżone przez państwa Ententy. Trudne, trwające miesiąc rozmowy, ze strony Komitetu Jugosłowiańskiego prowadził Ante Trumbić. Kwestią największego sporu pozostawały zasady współuczestniczenia w przyszłym państwie. Rząd serbski, wychodzący z założenia, że to Serbia wyzwalała terytoria słowiańskie, obstawał przy przyłączeniu tych ziem do swojego Królestwa i władzy scentralizowanej w Belgradzie, Chorwaci, obawiający się serbskiej dominacji, opowiadali się za państwem federacyjnym.

20 lipca 1917 roku osiągnięto porozumienie w postaci tzw. Deklaracji z Korfu – jednego z najważniejszych porozumień umożliwiających powstanie państwa Słowian południowych. Deklaracja ta określała, iż wspólnym celem jest zjednoczenie wszystkich Chorwatów, Serbów i Słoweńców w jednym niezależnym państwie pod panowaniem dynastii Karadziordziewiciów. Komitet jugosłowiański uznał dynastię serbską za legalną w nowym państwie, a rząd serbski zgodził się stosować się do zasady samostanowienia narodów, co miało urzeczywistnić się poprzez utworzenie zgromadzenia wszystkich narodów, które miały zdecydować o ostatecznym ustroju państwa, bowiem pozostałe kwestie sporne planowano rozstrzygnąć później. Deklaracja teoretycznie rozwiązywała również problem równouprawnienia narodów jugosłowiańskich, mówiąc o jednym, trójimiennym, serbsko-chorwacko-słoweńskim narodzie. Dokument ten poparł również Czarnogórski Komitet Zjednoczenia Narodowego w Paryżu. Komitet Jugosłowiański przekazał do Zagrzebia, który w tym czasie stał się swego rodzaju centrum działalności politycznej Słowian habsburskich, depesze namawiające do przyjęcia Deklaracji z Korfu.

Z czasem autorzy Deklaracji majowej również coraz śmielej zaczęli opowiadać się za całkowitą niepodległością, omijając w dalszych deklaracjach sformułowania typu „w ramach Austro-Węgier” czy „pod berłem dynastii habsbursko-lotaryńskiej”. Wpływ na to miały wyraźne sukcesy polityczne Komitetu Jugosłowiańskiego (Deklaracja z Korfu), radykalizacja ludności pod wpływem rewolucji lutowej i październikowej oraz sytuacja ludności słowiańskiej w monarchii habsburskiej.

Rada Narodowa i Państwo SHS

Ostatecznie w okresie załamania się zdolności obronnych Austro-Węgier w październiku 1918 roku Słowianie habsburscy porzucili koncepcję „państwa w ramach monarchii Habsburgów” na rzecz ambicji niepodległościowych. 5 października 1918 roku utworzono w Zagrzebiu Radę Narodową Słoweńców, Chorwatów i Serbów jako naczelny organ polityczny Jugosławii w monarchii habsburskiej. 19 października rada ogłosiła się jedynym organem politycznym Słowian habsburskich. 29 października parlament chorwacki ogłosił zerwanie wszelkich formalnoprawnych więzi z Austro-Węgrami, oraz że zjednoczona Chorwacja, Slawonia i Dalmacja z Rijeką tworzą z pozostałymi słowiańskimi ziemiami monarchii niezależne Państwo Słoweńców, Chorwatów i Serbów, uznając Radę Narodową w Zagrzebiu za najwyższą suwerenną władzę w tym państwie.

Znaczenie polityczne i militarne Serbii rosło z dnia na dzień. 1 listopada 1918 roku wojska serbskie i francuskie odbiły Belgrad. W ciągu kolejnych dni dotarły do Zagrzebia i opanowały południowe Węgry. W zagrzebskiej Radzie Narodowej ponownie wyłoniły się dwie frakcje – jedna żądająca natychmiastowego zjednoczenia z Serbią, druga – pragnąca szczegółowego omówienia problemu ustroju przyszłego państwa. Tymczasem wojska włoskie wylądowały na wschodnim wybrzeżu Adriatyku, zajęły Triest, Pulę, Rijekę, Zadar i parły naprzód. Protesty Rady Narodowej ani Komitetu Jugosłowiańskiego nie pomogły, ponieważ nowo utworzone państwo wciąż nie było uznawane przez Aliantów. W wyniku palącego problemu, jakim była inwazja włoska, zdecydowaną przewagę uzyskała opcja natychmiastowego zjednoczenia z Serbią.

Królestwo SHS

24 listopada 1918 r. Rada Narodowa w Zagrzebiu ogłosiła decyzję o zjednoczeniu z Serbią. Powodów, dla których przedstawiciele Państwa SHS tak pośpiesznie zdecydowali się na akt zjednoczeniowy, było kilka. Do przyczyn emocjonalnych należy chęć realizacji, snutych od pokoleń, pragnień o własnym państwie i upadku Austro-Węgier. Do pragmatycznych: przeciwstawienie się ekspansji włoskiej, w której rękach znajdowały się już wszystkie chorwackie wyspy, a nawet przybrzeżna i kontynentalna Dalmacja – kolebka chorwackiej państwowości. Szybkie zjednoczenie z Królestwem Serbii, nawet jeśli na nierównych zasadach, wydawało się jedynym sposobem na powstrzymanie włoskiego irredentyzmu. Nie bez znaczenia również pozostawał fakt, że mocarstwa zachodnie nie uznawały istnienia Państwa SHS, ponieważ w wielu przypadkach popierały wielkoserbskie tendencje w Belgradzie. Ostatecznie sprawę przeważyła najbardziej zagrożona ekspansją włoską Dalmacja, która, wraz z władzami Bośni i Hercegowiny, 16 listopada zadeklarowała gotowość do połączenia się z Serbią i nalegała na przyspieszenie działań politycznych. 24 listopada Rada Narodowa SHS powzięła decyzję o zjednoczeniu z Serbią i Czarnogórą; na 28 członków prezydium rady, aż 27 opowiedziało się za rezolucją o zjednoczeniu. 25 listopada Wielkie Zgromadzenie Narodowe Baczki, Baranii i Banatu, obradujące w Nowym Sadzie w składzie 757 posłów, ogłosiło zerwanie relacji z Węgrami i przyłączenie się do Królestwa Serbskiego.

1 grudnia 1918 roku, w obecności króla Piotra, książę Aleksander proklamował utworzenie Królestwa Serbów, Chorwatów i Słoweńców. Regent Aleksander I i serbskie elity dokonały zjednoczenia w poczuciu serbskiego zwierzchnictwa, co miało niebagatelne znaczenie dla przyszłej polityki wewnętrznej. Po proklamacji wojska serbskie wkroczyły do Chorwacji i Dalmacji, a zjednoczenie stało się faktem.

Królestwo Serbów, Chorwatów i Słoweńców w 1918 roku; źródło: Wikipedia.

Na mocy traktatów pokojowych zawartych w latach 1919-1920 w Saint-Germain-en-Laye, Neuilly-Sur-Seine i Trianon zostały wytyczone granice Królestwa Serbów, Chorwatów i Słoweńców (Królestwo SHS). Królestwo SHS obejmowało swoim zasięgiem Serbię, Czarnogórę. Krajinę (część Chorwacji), część Styrii i Karyntii, Słowenię, Chorwację, Dalmację, Bośnię i Hercegowinę i Wojwodinę. Od samego początku istnienia Królestwa SHS sytuacja w państwie byłą napięta. Obok zróżnicowania narodowościowego, religijnego i kulturalnego ważną rolę odgrywały konflikty pomiędzy działaczami politycznymi, reprezentującymi bardziej swoje regiony niż całe państwo.

Polityczne losy Królestwa SHS naznaczyła walka pomiędzy dwoma koncepcjami: federalizmem państwowym i pluralizmem narodowym, a centralizmem państwowym i unitaryzmem narodowym. Scenę polityczną cechowało rozbicie na obozy narodowe. Do największych ugrupowań serbskich należała Partia Radykalna oraz Partia Demokratyczna. Najbardziej znaczącą opozycję stanowiła Chorwacka Partia Chłopska. Między federalistami a centrystami lawirowała Słoweńska Patria Ludowa oraz Jugosłowiańska Organizacja Muzułmanów z Bośni. W Macedonii postulaty niepodległościowe wysuwała Wewnętrzna Macedońska Organizacja Rewolucyjna. Zyskująca na popularności Komunistyczna Partia Jugosławii została zdelegalizowana w 1921 roku w związku z działalnością wywrotową. Politycznie i społecznie marginalizowani byli Czarnogórcy i Macedończycy uważani za Serbów.

28 marca 1921 roku uchwalono konstytucję Królestwa SHS. Na 419 głosujących 223 deputowanych opowiedziało się za konstytucją. Ustawa zatwierdziła oficjalną nazwę państwa, podkreślając przy tym, że państwo to jest monarchią konstytucyjną, parlamentarną i dziedziczną. Konstytucja głosiła, że „w całym królestwie istnieje tylko jedna narodowość”.

W ciągu 10 lat władza w państwie zmieniała się 24 razy. Permanentny kryzys polityczny osiągnął apogeum 20 czerwca 1928 roku, kiedy to jeden z posłów serbskiej Partii Radykalnej zastrzelił w parlamencie przywódcę federalistów i chorwackiej opozycji – Stjepna Radicia. Wydarzenia te doprowadziły do ostatecznego załamania systemu parlamentarnego. 6 stycznia 1929 roku król Aleksander wprowadził dyktaturę, znosząc konstytucję, wprowadzając cenzurę oraz rozwiązując wszystkie partie. Pod wpływem terroru i aresztowań życie polityczne w kraju zamarło. 3 października 1929 roku Królestwo SHS zostało przemianowane na Królestwo Jugosławii.

We wrześniu 1931 roku uchwalono nową konstytucję, na mocy której ograniczono rolę parlamentu na rzecz króla. 9 października 1934 roku w Marsylii został zamordowany król Aleksander I. Sprawcą był macedoński terrorysta. Władze po nim przejął Paweł Karadziordziewić, w imieniu nieletniego Pawła II Karadziordziewicia. W 1934 roku Królestwo Jugosławii przystąpiło do Ententy Bałkańskiej złożonej, oprócz niej, z Rumunii, Grecji i Turcji. W marcu 1941 roku Królestwo przystąpiło do paktu trzech (Niemcy, Włochy, Japonia). W wyniku protestów społecznych przeciwko przystąpieniu do tego porozumienia, przy niemałym udziale komunistów, obalono dotychczasowy rząd. Nowy rząd zerwał sojusz z Niemcami i zawarł układ o przyjaźni i nieagresji z ZSRR. Układ ze Związkiem Radzieckim został odebrany w III Rzeszy jako akt wrogi i stał się bezpośrednią przyczyną wkroczenia do Jugosławii.

6 kwietnia 1941 roku III Rzesza, Włochy, Węgry i Bułgaria zaatakowały Jugosławię. W wyniku wyraźnej przewagi po stronie agresorów i działalności ustaszy (Chorwacki Ruch Rewolucyjny) na rzecz okupanta, 13 kwietnia wojska niemieckie zajęły Belgrad. 17 kwietnia przedstawiciele naczelnego jugosłowiańskiego dowództwa podpisali akt bezwarunkowej kapitulacji. Król Piotr II i przedstawiciele władz państwowych udali się na emigrację do Wielkiej Brytanii. Powstało też Niezależne Państwo Chorwackie.

Po wojnie

Po wojnie powstaje Socjalistyczna Federacyjna Republika Jugosławii, w której rządzą komuniści i, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, wszelkie konflikty ustają. Przez 40 lat Jugosławia staje się oazą spokoju. Kocioł wygaszono. Jak więc widać, jak komuś pasuje, by było spokojnie, to jest spokojnie, a jak nie pasuje, to nie jest spokojnie.

Socjalistyczna Federacyjna Republika Jugosławii w 1945 roku; źródło: Wikipedia.

Różne rzeczy można robić, nawet zapisać w konstytucji, że w całym królestwie istnieje tylko jedna narodowość albo ogłosić w deklaracji, że istnieje tylko jeden trójimienny serbsko-chorwacko-słoweński naród. Kto wie? Może jeszcze doczekamy się deklaracji, że istnieje jeden ukraińsko-polski naród? Wszystko już było i wszystko może wrócić.

W czasie pierwszej wojny światowej Alianci popierali powstanie Jugosławii pod zarządem Serbii, a ci sami Alianci pod flagą NATO bombardowali w 1999 roku Serbię „w obronie muzułmanów”. Z kolei Niemcy i Austro-Węgry, by ograniczyć rozwój Serbii, ustanowiły w 1913 roku niezawisłą Albanię – państwo, którego flaga narodowa ma barwy charakterystyczne dla ruchów anarchistycznych: czerwony i czarny.

Historia Bałkanów pokazuje, jak potężne siły miały wpływ na to, co tam się działo i dzieje, zresztą nie tylko tam. Jak chciały, to tworzyły różne komitety czy kluby, a później niezliczoną ilość partii, by paraliżować pracę parlamentu. Podobnie było w Polsce do zamachu majowego. Dużo jest tych podobieństw, co skłania do wniosku, że wszędzie są to te same tajemne siły.

Kosowo

Ostatnio znowu zrobiło się głośno o Kosowie w związku z próbą narzucenia kosowskim Serbom obowiązku umieszczania na swoich samochodach kosowskich tablic rejestracyjnych zamiast serbskich. Mocno to wzburzyło Serbów i doszło do wielu incydentów, co według wielu komentatorów może być zarzewiem nowego konfliktu. Póki co wycofano się z tego zamiaru i podjęcie decyzji ma nastąpić dopiero za miesiąc.

To już 23 lata (marzec 1999) od czasu, gdy NATO zaatakowało Serbię i pewnie mało kto pamięta ten konflikt. Gdyby jednak ktoś chciał wrócić do tamtych czasów i przypomnieć sobie, jak to było, to ze zdumieniem stwierdziłby, że przypomina on do złudzenia ten na Ukrainie. W obu przypadkach mamy do czynienia z secesją, czyli odłączeniem się części terytorium od państwa. W jednym przypadku, czyli w przypadku odłączenia Kosowa od Serbii, uznano to za słuszne. W drugim, czyli w przypadku odłączenia republik donieckiej i ługańskiej od Ukrainy, uznano to za niesłuszne. Żeby było śmieszniej, to jeszcze do niedawna kilkudziesięciu ukraińskich żołnierzy było obecnych w Kosowie w ramach sił NATO i strzegli tam porządku, z którym ich koledzy na Ukrainie walczą. Ktoś jednak zrozumiał absurd tej sytuacji i wycofał ukraińskich żołnierzy z Kosowa. W tamtym czasie wszystko, co złe, to Serbowie, obecnie – Rosjanie. I dzisiaj komentujący obecną sytuację w Kosowie negatywnie oceniają Serbów, bo to sojusznik Rosji. Totalna paranoja. Ale cóż, w takich czasach przyszło nam żyć i nic na to nie poradzimy.

Kiedyś pisałem o tym, że książki mają tę przewagę nad internetem, że raz napisane nie zmieniają się, nie można ich skasować jednym kliknięciem myszki. Owszem, można je spalić, ale spalić wszystkie jest trudno ze względu na rozproszenie właścicieli. A jeśli jeszcze dodamy do tego fakt, że książki często zmieniają właścicieli i często pożyczane nie są oddawane, to spalenie wszystkich książek nie jest możliwe.

W roku 2000 pojawiła się książka Stulecie kłamców Waldemara Łysiaka. Jedną z jej części „aNATOmia kłamstwa” poświęcił autor wojnie w Jugosławii, a konkretnie konfliktowi o Kosowo. Czytając dziś te fragmenty ma się wrażenie „powtórki z rozrywki”. Tak wiele analogii i podobieństw do wojny na Ukrainie, że nie sposób odnieść wrażenia, że to te same tajemne siły, które mieszały w bałkańskim kotle, mieszają teraz w ukraińskim kotle. Poniżej fragmenty z tej części:

Socjalistyczna Federacyjna Republika Jugosławii w 1945 roku; źródło: Wikipedia.

»O „Albańskim Kosowie”

Państwo serbskie powstało w IX wieku, a więc słowiańska Serbia jest rówieśniczką słowiańskiej Polski – ma około 1000 lat. Na terenie Kosowa Słowianie osiedlali się już VII wieku, stąd – mimo dzisiejszej muzułmanizacji tego regionu – 98% nazw geograficznych Kosowa ma źródłosłów słowiański. Kosowo w XII wieku stało się integralną częścią, a dwa wieki później centralną częścią państwa serbskiego, pełną miast, wsi, zamków tudzież chrześcijańskich monastyrów i kościołów. Od tamtej pory Serbowie nigdy nie przestali mówić, że ziemia kosowska jest „kolebką narodu serbskiego”. Jej utrata staje się dla nich tym samym, czym dla Polaków byłaby utrata ziemi krakowskiej lub gnieźnieńskiej.

Jest Kosowo dla Serbów również ziemią świętą – głównie terenem narodowej i religijnej martyrologii. Tam Serbowie próbowali zatrzymać muzułmański „potop”. 28 czerwca 1389 roku 40 tysięcy serbskich witezi przyjęło przedśmiertną komunię świętą wokół kościoła Samodrerza i stanęło na Kosowym Polu przeciwko 120 tysiącom Turków. Nie mieli żadnych szans i nie mieli złudzeń – wiedzieli, że zginą. Lecz mieli świadomość konieczności swej ofiary dla obrony krzyża i państwa. Zginęli co do jednego, a Kosowe Pole zostało ich ciałami uświęcone jako serbskie Termopile. W kwietniu roku 1982 serbski kler ogłosił (tekstem o serbskich sanktuariach), że „dla narodu serbskiego nie ma droższego słowa niż Kosowo, ani cenniejszej rzeczywistości niż Kosowo, ani wspanialszego sanktuarium niż Kosowo święte”.

Napływ muzułmańskich Albańczyków do Kosowa zaczął się po klęsce antytureckiego buntu Serbów (1689) i wzmógł w stuleciu XIX, bo wtedy Serbia toczyła szczególnie ciężkie walki o wyzwolenie, więc Turcy chcieli tu mieć sprzymierzeńców. Zgodnie z planem Stambułu – imigranci (kosowscy Albańczycy) chętnie brali udział w zwalczaniu narodowo-wyzwoleńczej walki Serbów; chętnie i okrutnie – już wtedy okrucieństwo Albańczyków było ich cechą przysłowiową.

Serbia odzyskała niepodległość w roku 1878, lecz bez Kosowa, dlatego przez następne dekady Turcy dalej masowo zaludniali Albańczykami „kolebkę serbskiego narodu”. Gdy armia serbska wyzwoliła wreszcie Kosowo (1912) i gdy wróciło ono do serbskiej macierzy (1913) – nie stało się areną zemsty zwycięzców; muzułmanom dano pełną swobodę religii i kultury. Odwdzięczyli się po swojemu trzy dekady później, kiedy Kosowo zostało zajęte przez wojska Hitlera i Mussoliniego. Nigdzie w Europie naziści i faszyści nie znaleźli równie chętnych sprzymierzeńców, co wśród bałkańskich muzułmanów (Albańczyków i Bośniaków). Notabene Europejczycy nie pamietają już o tym, że Hitler był idolem całego świata muzułmańskiego właśnie za to, że masakrował chrześcijańsko-żydowską Europę (a Polacy nie pamiętają o tym, że wrześniowa klęska i kapitulacja państwa polskiego była w stolicach muzułmańskich fetowana jak święto narodowe – wybuchem entuzjazmu!).

Włączone przez hitlerowców i faszystów do „Wielkiej Albanii” – Kosowo stało się muzułmańską rzeźnią eksterminującą Serbów. Komanda albańskich oprawców zwanych „ballistami” (oddziały Balli Combetar), jak również muzułmańskie dywizje Waffen SS (bośniackie Hanczar i Kama, albańska Skanderbeg) wymordowały kilkanaście tysięcy Serbów (nigdy nie policzono dokładnie ofiar), a ponad 100 tysięcy Serbów zdołało uciec z Kosowa. Na ich miejsce Hitler i Mussolini sprowadzili tyle samo (ponad 100 tysięcy) Albańczyków z Albanii, co stało się fundamentem późniejszej (powojennej) silnej przewagi etnicznej Albańczyków w Kosowie.

Bohatersko walczący z Hitlerem Serbowie zbudowali po wojnie nową Jugosławię, znowu nie mszcząc się na Albańczykach, tylko dając Kosowu – mocą konstytucji – bardzo szeroką autonomię, obejmującą m.in. sądownictwo i struktury władzy wykonawczej. Przedstawiciele Kosowa zasiadali we władzach Federacji i mogli podejmować samodzielne decyzje bez zgody rządu Republiki Serbii. Muzułmanie zaś mogli nie tylko bez przeszkód krzewić swoją kulturę i wyznawać swój kult, ale i regularnie zwiększać na swoją korzyść dysproporcję liczbową między nimi a kosowskimi Serbami. Zwiększali dubeltowo – metodą szybszej rozrodczości i metodą stałego nacisku na swych serbskich sąsiadów. Tylko w latach 1968-1988, przy cichym wsparciu lokalnych albańskich urzędników, zmuszono do opuszczenia Kosowa aż 220 tysięcy Serbów, dzięki czemu liczba muzułmanów wzrosła aż do 74% wszystkich mieszkańców Kosowa (jak podaje „Mała Encyklopedia PWN” 1995). Kolejne fale emigracji Serbów zostaną spowodowane zbrojnym terrorem albańskim, co da muzułmanom przewagę 80:20 (80%, choć propaganda NATO mówiła aż o 90%). „New York Times”, potępiający Serbów i piętnujący rzekome czystki etniczne Miloševicia, zapomniał już, że 18 lat temu (1982) piętnował kosowskich Albańczyków, którzy „wypędzają Serbów z ich domów”.

Serbski socjolog, A. Djilas, zadał na łamach „Die Zeit” pytanie: „Dlaczego Albańczycy nie chcieli korzystać z demokratycznych praw, jakie oferowała im autonomia? Mogli z niej korzystać pełnymi garściami. Dlaczego im to nie odpowiadało?”. Autonomia, chociaż tak szczodra, że trudno znaleźć gdzie indziej podobną – nie odpowiadała kosowskim muzułmanom, bo rozzuchwalił ich właśnie jej zakres. Zgodnie z „regułą Tocqueville’a” – bunty wybuchają nie tam, gdzie panuje terror, lecz tam, gdzie panuje liberalizm, a zwiększenie obszaru wolności zwiększa potencjalną groźbę buntu. Duża autonomia dla będącej w Kosowie większością populacji albańskiej pchnęła tę „mniejszość etniczną” ku idei oderwania Kosowa – zabrania Kosowa Serbom i przyłączenia go do Albanii. Na to Serbowie nie chcieli się godzić, tak jak Polacy przez dziesiątki lat nie zgadzali się oddać Niemcom ziemi wielkopolskiej.

O przyczynach konfliktu

Dla tragedii Kosowa kluczowym (źródłowym) kłamstwem była rozpowszechniana przez NATO niby dogmat fałszywa wersja przyczyn konfliktu. Brali w tym udział zachodni politycy najwyższego szczebla, choćby premier Wielkiej Brytanii, rasowy lewak T. Blair, dla którego zawsze było jasne, że dobrzy są kosowscy muzułmanie, a źli są Serbowie. Kilka miesięcy po wojnie (październik 1999) J. Laughland wyartykułuje cierpko na łamach „Spectatora”: „Prymitywny manicheizm stosowany przez Blaira w czasie tej wojny odbiegał bardzo daleko od rzeczywistego stanu”.

NATO-wska wersja przyczyn, dla których pakt „musiał” wszcząć wojnę, brzmiała tak: w 1990 roku źli Serbowie ni stąd ni zowąd skasowali autonomię Kosowa i zaczęli okrutnie prześladować kosowskich Albańczyków, co pchnęło tych biednych muzułmanów do walki o życie i godność, a wówczas gang Miloševicia wszczął ludobójcze „czystki etniczne”, więc NATO musiało spuścić ze smyczy miotających bomby i rakiety lotników. Kropka. Tymczasem prawda jest zupełnie inna: wojnę – mile widzianą przez państwa pragnące „spożyć” swoje stare zapasy broni i amunicji, testować swoje nowe maszynki militarne i pichcić swoje nowe polityczne zupki w „bałkańskim kotle” (głównie USA i Niemcy) – zdetonowali albańscy dywersanci i kosowscy muzułmańscy secesjoniści, lekceważąc autonomię i wprowadzając krwawy antyserbski terror obliczony właśnie na wywołanie międzynarodowego konfliktu. Jego długofalowym celem była od samego początku secesja Kosowa i przyłączenie go do Albanii.

Pierwsze symptomy można było obserwować w 1981 roku. Kosowscy Albańczycy demonstrowali wówczas, żądając, by status okręgu autonomicznego zamieniono na status republiki. Kilka lat później status federacyjnej republiki przestał być ich marzeniem – coraz głośniej zaczęli się domagać niepodległości („wyzwolenia od Serbów”). W 1989 jeden z radykalnych muzułmańskich przywódców, zwany „albańskim Mandelą” A. Demaci, ogłosił, że Albańczycy utworzą powstańcze wojsko, które zabierze Serbom Kosowo, odrywając prowincję od Federacji Jugosłowiańskiej. Tego było już Belgradowi za wiele. 5 lipca 1990 parlament Serbii nie tyle likwiduje, ile ogranicza autonomię Kosowa i rozwiązuje kosowską izbę reprezentantów, jednak zostawia Albańczykom dużo swobód. Lecz Albańczycy nie chcą już swobód, chcą tylko jednej swobody – swobody oderwania od Kosowa.

Rezygnacja muzułmanów z ich wcześniejszych praw autonomicznych, a później oficjalna dewaluacja autonomii przez Serbię, spowodowały najpierw „wojnę wyborczą”, a dopiero potem ogniową. Konstytucja jugosłowiańska gwarantowała muzułmanom z autonomicznego Kosowa 30 miejsc (na 250) w parlamencie Serbii, 12 miejsc (na 178) w parlamencie Federacji, i 80% miejsc w lokalnym (kosowskim) zgromadzeniu. Osłabiwszy niekochaną autonomię muzułmanie zorganizowali sobie nielegalne własne wybory (1991), własny (nielegalny) parlament, a I. Rugovę wybrali na prezydenta niezależnego albańskiego państwa pt. Republika Kosowo. Równocześnie zaczął się totalny bojkot Belgradu – przestali płacić podatki, uznawać serbski za język urzędowy, zgłaszać się do wojska, chodzić do szkół. Zaczęli organizować własne szkolnictwo i myśleć o utworzeniu własnego wojska. „Serbia nie mogła tolerować takiego sabotażu” – pisze V. Stamenković. Żadne normalne państwo nie mogłoby tolerować takiego sabotażu uprawianego przez „narodową mniejszość”.

Wszechstronnemu sabotażowi towarzyszyły coraz bardziej intensywne i coraz bardziej zbrodnicze działania terrorystyczne. O ie w roku 1991 kosowscy terroryści muzułmańscy dokonali 11 bandyckich ataków na serbskie urzędy, na policję serbską i na serbskich mieszkańców Kosowa – o tyle w latach 1996 i 1997 odnotowano już powyżej 30 zamachów rocznie. Było to zresztą jedynie preludium. W roku 1998 Albańczycy kosowscy wzniecają wojnę totalną – ich Armia Wyzwolenia Kosowa (UÇK) dokonuje aż 1885 aktów terroru (ponad 5 zamachów dziennie)! Kosowo spływa serbską krwią, przelewaną czysto prowokacyjnie – chodzi o wzbudzenie serbskich represji i w efekcie kontrrepresji ze strony Zachodu. Nie będą tego negować nawet przychylni Albańczykom komentatorzy. Wróg Serbów, zwolennik akcji NATO, F. Schlosser, przyznał na łamach „Le Nouvel Observateur”: „Zbrojne grupy, które zachód jeszcze pół roku temu zwał «terrorystycznymi», zaczęły dokonywać śmiertelnych zamachów na serbskich policjantów i urzędników, prowokując przez cały 1998 rok represje”.

Muzułmański bandytyzm wymierzony przeciw serbskim oficjałom, lecz najwięcej strachu wzbudzający wśród kosowskich cywilnych Serbów (serbscy mieszkańcy Kosowa znowu zaczęli exodus do Republiki Serbskiej) – jakoś niezbyt interesował zachodnią opinię publiczną. Może dlatego, iż zachodnie media nie poświęcały mu większej uwagi. Natomiast serbskie akcje odwetowe wzbudziły furię Zachodu. Może dlatego, iż zachodnie media potrafiły wybornie tę pacyfikację demonizować. Niewiele liczących się zachodnich głów umiało ocenić sytuacje tak trzeźwo, jak to zrobił francuski generał P. Font: „Ograniczenie autonomii Kosowa i represje wobec separatystów były desperackim odruchem, mającym powstrzymać dalszą dezintegrację tego, co zostało z Jugosławii”.

„Desperacki odruch” Serbów pragnących chronić „kolebkę serbskiego narodu” przed secesją – został ukarany gradem NATO-wskich bomb. Robert, student Wydziału Nauk Politycznych Uniwersytetu Warszawskiego, zadał na łamach studenckiego pisma „Redakcja – Tygodnik Myśli” bardzo celne pytanie: „Dlaczego każde państwo członkowskie NATO może bronić swojego kraju przed żądaniami separatystycznymi, a Serbom się tego odmawia?”. I dodał: „Państwa uczestniczące w agresji na Jugosławię stały się sojusznikami albańskich terrorystów-separatystów”.

O prawomocności agresji

Supermocarstwa czasami potrzebują alibi. Dla stworzenia pozorów legalności swego postępowania NATO zawezwało Serbię i albańskich separatystów do stołu „rokowań pokojowych” w Rambouillet (styczeń 1999), gdzie Serbom przedstawiono warunki z góry obliczone na sprzeciw. Traktat, jaki kazano im podpisać, nie tylko groził secesją Kosowa już za trzy lata (mocą kosowskiego referendum), lecz i… obsadzeniem całej Jugosławii wojskami NATO. Była to tak piramidalna hucpa, że wzbudziła później ostrą krytykę znanych dyplomatów i komentatorów politycznych całego globu, również w krajach NATO-wskich. H. Kissinger dla „Newsweeka”: „Dyplomatyczne rozwiązania proponowane przez kraje demokracji winny mieć ręce i nogi. Rambouillet nie spełniało tego wymogu”. M. Dobbs dla „The Washington Post”: „Rambouillet planowało co najmniej trzyletnią okupację NATO-wską całej Jugosławii!”. Notabene – „bandyckie paragrafy Rambouillet” ujawniła dopiero 18 kwietnia włoska deputowana Parlamentu Europejskiego, L. Castellina (wcześniej były one skrywane przed zachodnioeuropejską i amerykańską opinią publiczną!). Serbowie nie mogli – rzecz prosta – przyjąć takiego dyktatu i (zgodnie z premedytacją „dyktatorów”) traktatu nie sygnowali. Plan się powiódł – NATO miało wolne ręce do „słusznej interwencji”. I bomby oraz rakiety runęły na całą Jugosławię.

Niewiele brakowało, by „sztuczka z Rambouillet” przestała być dobrym alibi, gdyż mimo nacisków Albańczycy… też nie chcieli podpisać NATO-wskiego dokumentu! Zrobili to dopiero 18 marca w Paryżu. „Madeleine Albright dosłownie uklękła przed przywódcami UÇK, to był poniżający widok – wspomina jeden z obecnych. – Paliła się do bombardowań, a bez podpisu Albańczyków nie było to możliwe, bo nie dawało ustawić bariery między ‘miłymi’ Albańczykami i ‘piekielnymi’ Serbami”. („Der Spiegel”).

Bezprawna (bez zgody Rady Bezpieczeństwa ONZ) agresja NATO przeciwko Jugosławii była zarazem agresją przeciwko wszelkim konwencjom międzynarodowym (choćby przeciwko artykułowi 52 Konwencji Wiedeńskiej), co musiało spowodować gniew światowych autorytetów i komentatorów. Były premier Australii, M. Fraser (dla „IHT”): „NATO wszczęło tę wojnę nie tylko bez zgody ONZ-u, ale gwałcąc i swoje własne przepisy – Kartę NATO! Według standardów międzynarodowych jest to działanie całkowicie nielegalne. Czy łamanie prawa ma się zwać praworządnością, gdy robi to silniejszy?”. Dzięki szpaltom hiszpańskiego „El Pais” zabrało głos wielu ekspertów, m.in. światowej renomy prawnik R. Falk („USA stały się torturującym oprawcą – grają rolę bezmyślnego zbira”), znany eseista E. Said („Clinton, nawet według praw amerykańskich, pogwałcił konstytucję rozpoczynając wojnę bez zgody Kongresu”) czy I. Sotelo („Jugosławia ma całkowitą rację. Za tym rugowaniem prawa przez rzekomą sprawiedliwość kryją się ciemne interesy agresorów”).

Ciemne interesy agresorów” znalazły wszakże znaczących adwokatów. Głośny polityk, Z. Brzeziński, szybko uznał, że „suwerenność państwowa nie może być najwyższym nakazem” wobec „prymatu praw ludzkich”. Dyrektor sztokholmskiego Międzynarodowego Instytutu Badania Problemów Pokoju, A. D. Rotfeld, stwierdził: „Integralność nie może już mieć najwyższego priorytetu (…) Zasada nieingerencji w sprawy wewnętrzne również wymaga korekty na rzecz praw człowieka”. Etc., etc. Jakby chcąc zaprzeczyć opinii pisma „The Nation”, że wojnie Paktu przeciw Jugosławii „brakuje nie tylko prawnego, ale i moralnego uzasadnienia” – wodzowie agresji (Clinton, Blair, Chirac, Schröder, Solana, Prodi e tutti quanti) bez ustanku machali imperatywem moralnym pt. prawa człowieka nade wszystko!

Bezprawność antyserbskiej wojny NATO to już tylko fakt historyczny. Czymś gorszym jest stworzenie bandyckiego precedensu w stosunkach międzynarodowych przez dowolne interpretowanie paragrafów konwencyjnych i kanonów etycznych, vulgo: przez zastosowanie tak modnego wśród lewaków relatywizmu moralnego do polityki międzynarodowej. Jeszcze raz cytuję dyrektora Rotfelda (tego od Badania Problemów Pokoju) udzielającego wywiadu „Niezawisimoj Gazietie”: „Realia życia międzynarodowego wymagają rozszerzonej interpretacji zasady samookreślenia…”. Bardzo dowcipne. „Realia życia międzynarodowego” mogą co raz to skłaniać silniejszych, aby – bez zgody ONZ-u – napadali słabszych wskutek własnej interpretacji pojęć takich jak „prawa człowieka”, „suwerenność” czy „integralność”. „Prawa człowieka” są tu najporęczniejsze. O plastyczności (rozciągliwości) tego terminu pisał już w roku 1790 wybitny konserwatywny filozof angielski, E. Burke. Któż może wiedzieć, kiedy kłopoty wewnętrzne jego kraju staną się przyczyną agresji z zewnątrz prowadzonej pod wzniosłym sztandarem „praw człowieka”?

O wiarygodności informacji

Główny rzecznik prasowy NATO, J. Shea, stał się gwiazdorem mediów, gdyż codziennie dawał dziennikarzom świeże informacje „z frontu”. Prawie wszystkie kłamliwe. Shea miałby dużo szans w konkursie na „barona Münchhausena” wieku XX. Były sekretarz obrony w konserwatywnym rządzie pani Thatcher, A. Clark, podczas tej wojny stwierdził nie bez racji, że propaganda militarna NATO oraz media wszystkich krajów NATO oszukują własne społeczeństwa prezentując wypaczony obraz konfliktu przeinaczając fakty, zafałszowując rzeczywistość bez żadnych skrupułów.

Profesor nowojorskiego Columbia University, E. Said, dla „El Pais”: „Chorobliwość sytuacji zwiększał fakt, że dziennikarze opowiedzieli się po stronie NATO, miast wypełniać swój święty obowiązek – bezstronnie informować. Stali się więc subiektywnymi kibicami nonsensów i okrucieństw tej wojny. W ciągu 79 dni wysłuchałem 30 konferencji prasowych NATO, podczas których dziennikarze zadali ledwie 5 czy 6 pytań kwestionujących głupoty, jakie opowiadali Shea, Robertson i najgorszy z nich wszystkich, Solana, eks-socjalista, który stał się marionetką NATO (…) Nikt nie rzucił pytania, czy Trybunał Międzynarodowy, zwący Miloševicia zbrodniarzem, zastosuje te same kryteria wobec Clintona, Blaira, Albright, Clarka i wszystkich pozostałych, u których zbrodniczy cel wziął górę nad wszelkimi zasadami przyzwoitości i prawami wojny (…) Co gorsza – media bardzo skąpo lub wcale nie informowały o niepopularności tej wojny w wielu krajach, m.in. w USA, Włoszech, Niemczech i Grecji”.

O „ludobójstwie dokonanym przez Serbów”

Wśród wszystkich kłamstw „urabiających opinię publiczną” świata – najpotworniejszym była (szerzona przez NATO, przez wielu zachodnich „mężów stanu” i przez media globu) teza o ludobójstwie: Serbowie stosują „czystki etniczne”, masowo mordując kosowskich Albańczyków. Z łamów i głośników płynęła nieustająca fala zapewnień o serbskich zbrodniach – o istnym holocauście muzułmanów kosowskich.

Już 25 kwietnia francuskie pismo „Marianne” poinformowało rodaków, że pewien francuski instytut wywołał wściekłość rządu socjalisty Jospina, ponieważ rezultaty badań tej placówki nie wtórowały „zamówieniu” na antyserbskość. „Od tendencyjnych informacji do tendencyjnych pytań sondażowych – wszystko służy bezdowodowemu demonizowaniu Serbów” – konkludowało „Marianne”. Ale gdy telewizja codziennie ukazywała domy „spalone przez Serbów”, płaczące matki i dzieci „wygnane przez Serbów”, tudzież wywiady z Albańczykami opowiadającymi o tych wszystkich „serbskich zbrodniach” – Francuz zaczynał w to wierzyć. Cytuję kawałek relacji A. Gwiazdy goszczącego wówczas w Paryżu (tygodnik studencki „Reakcja”): „Telewizja napycha się do przesytu widokiem uchodźców i niezidentyfikowanych obiektów leżących obficie polanych sosem pomidorowym. Racji strony serbskiej – po prostu się nie przedstawia”.

Kiedy już NATO opanowało Kosowo zaczęły się mnożyć „dowody serbskiego ludobójstwa” – odkopywane po całym Kosowie „groby zbiorowe”, na czele z dwoma rekordowymi: koło miejscowości Ljubenic i w szybach kopalni Trepča. Telewizje ukazywały jakieś indywidualne szczątki, podając równocześnie przypuszczalne bilanse ofiar takim tonem, jakby podawały sprawdzone liczby (Ljubenic – „350 ciał”, Trepča – „około 700 ciał”, itd.). Jednak – dziwna rzecz – nigdy później nie wracano z kamerami do owych „największych masowych grobów”, by ukazać stosy ekshumowanych trupów zamiast wcześniejszych pojedynczych „niezidentyfikowanych obiektów leżących”, mimo że Kosowo zostało zalane i przez rozliczne telewizje świata, i przez międzynarodowe komisje złożone z ekspertów medycyny sądowej pracujących dla Trybunału ds. Zbrodni w byłej Jugosławii.

Wszystkie „masowe groby Albańczyków” okazały się łgarstwem NATO-wskiej propagandy. W Ljubenic znaleziono kilka ciał, w Trepičy – żadnego! Jesienią 1999, gdy kończono przeczesywanie Kosowa, pracujący tam hiszpański ekspert policyjny, J. L. Palafox, resumował „urobek”: „Mieliśmy znaleźć dziesiątki tysięcy trupów. Łącznie znaleźliśmy 187 trupów różnych narodowości i wracamy do domu. Wszystko to jest, delikatnie mówiąc, niepoważne”. Rozeźleni dziennikarze rzucili się więc do wzmiankowanego Trybunału (notabene często krytykowanego za tendencyjną antyserbskość), by spytać o mistyfikacje ze „zbiorowymi grobami Albańczyków mordowanych przez Serbów”. Rzecznik głównego prokuratora Trybunału, P. Risley, musiał przyznać, wstydząc się: „Cóż… no… liczba mogił nie była taka duża… nie znaleziono zbyt wielu ciał…”. Teksaski Ośrodek Analityczny Stratfor ustalił, że na terenie Kosowa znaleziono po wojnie ledwie kilkaset trupów, a spora ich część to były serbskie ciała, ofiary zbrodni Albańczyków. Jeśli chodzi o tak mocno nagłaśniane wcześniej przez media „serbskie zbrodnie” i „masowe groby muzułmanów” – to 25 października „The Spectator” zbilansował definitywnie: „Eksperci różnych branż potwierdzili, że te dramatyczne informacje były czystą fantazją”.

O „partyzantce wyzwoleńczej”

W Kosowie były trzy strony konfliktu: Serbowie jako ci „z definicji” źli (eks-premier Australii, M. Fraser, dla „ITH”: „Podczas całej tej tragedii niesprawiedliwie demonizowano Serbów, zwalając na nich odpowiedzialność za całe bałkańskie zło”) oraz ci „z definicji” dobrzy: NATO (jako antyserbska żandarmeria międzynarodowa) i UÇK (jako „albańscy bojownicy o wolność” vel „kosowscy partyzanci muzułmańscy przeciwstawiający się antyalbańskim represjom Serbów”). Przyjrzyjmy się tym „bojownikom” bez serwowanych całemu światu kłamstw NATO.

UÇK jest dzieckiem albańskiej mafii narkotykowej, której matecznik to właśnie Kosowo, a ojcowie-założyciele to starszyzna klanu Jashari. W ostatniej dekadzie XX wieku mafia ta opanowała całą Europę (od Skandynawii po Włochy), stając się największym przestępczym klanem kontynentu – gangiem, przy którym włoska „ośmiornica” uległa degradacji do drugiej ligi (według Observatoire Geopolitique des Drogues – Albańczycy kontrolują 60% europejskiego rynku narkotykowego). Tej paneuropejskiej dominacji „kosowskich Albańczyków” „Der Spiegel” poświęcił ostatnio (1999) parukolumnowy tekst, uwypuklając ich wielobranżowość (od lokali rozrywkowych po prostytucję i narkotyki), ich zwyrodniałe okrucieństwo (ucinanie głów wrogom i nie swoim czyli – jak mówi albańska przyśpiewka – „nie ludziom”) oraz masowe eksploatowanie przez nich dzieci: „W Szwajcarii albańskie dzieci transportują narkotyki za pomocą szkolnych tornistrów (…) We Włoszech czy Grecji perwersyjny seks oferują małe albańskie dziewczynki, tak długo brutalnie gwałcone przez rodaków, aż posłusznie robią co im się każe”. „Der Spiegel” nie omieszkał też stwierdzić, że „albańska mafia narkotykowa finansuje UÇK”.

Zanim mafia Albańczyków stała się sponsorem muzułmańskich terrorystów-secesjonistów chcących wyrwać Serbom Kosowo – musiała utworzyć tę „partyzantkę”. Miało to miejsce w roku 1996 – ekstremiści kosowscy (głównie z klanu Krasniqi) powołali UÇK czyli Wojsko Wyzwolenia Kosowa vel Wyzwoleńczą Armię Kosowa. Radykalne „wyzwalanie” zaczęło się od eksterminacji gangsterskiego odłamu klanu Jashari przez policję serbską na początku 1998 roku (takie właśnie rozprawy z narkotykowymi gangsterami lewackie media globu i rzecznicy NATO przedstawiali później jako „serbskie represje” i „dręczenie Albańczyków”).

Od samego początku działalność UÇK zdominowały dwa bliźniacze rodzaje aktywności – terroryzm i narkobiznes. Terroryzm nie tylko wobec Serbów (mordowanie urzędników, policjantów, żołnierzy, lekarzy, nauczycieli itd. – co detonowało serbski odwet, zwany później „represjami” i „czystkami etnicznymi”), lecz i wobec współbraci nie chcących uprawiać bandytyzmu.

O szkoleniach terrorystycznych wewnątrz baz i poligonów sąsiedniej Albanii, i o dużym procentowo udziale w UÇK muzułmańskich kondotierów z Azji i Bliskiego Wschodu – również było cicho. Waszyngtonowi – zawsze tak ostro piętnującemu terroryzm libijski, syryjski czy palestyński – jakoś nie przeszkadzało, że „UÇK jest powiązane z głośnym międzynarodowym terrorystą muzułmańskim, Osamą bin Ladenem” (co ustalił wywiad izraelski, a rozkolportowała Associated Press), mimo że bin Laden zamordował już tylu Jankesów! Polityczny „klucz bałkański” jest ważniejszy i od terroryzmu, i od narkobiznesu.

O „zwycięstwie sprawiedliwości”

Gdy już bombowce NATO zniwelowały Serbię „równo z trawą” (od prawie wszystkich mostów do dużej liczby szpitali) – Serbia padła. Rzecznicy NATO, politycy i dziennikarze ogłosili triumf sprawiedliwości. Kosowo zobaczyło NATO-wskie „wojska pokojowe” (KFOR), wypędzeni przez bombardowania uchodźcy albańscy wrócili, a UÇK poczuła się w Kosowie władzą absolutną i zaczęła masowo rżnąc kosowskich Serbów, ci zaś panicznie emigrować. Przeciwdziałanie KFOR-u było śmiechu warte – UÇK bezkarnie mordowała serbskie niedobitki. Co widząc – proalbańskie media globu poczuły się „z ręką w nocniku”. Wtedy bowiem zrozumiały, kto tu naprawdę robi „czystki etniczne” – w Kosowie wielu Serbów wymordowano, a jeszcze większą liczbę wypędzono. I ruszyła lawina prasowych złorzeczeń:

Odkąd wojna się skończyła, UÇK i jej «zorganizowana przestępczość»zawładnęły Kosowem bez reszty. Datowany 11 sierpnia raport nowojorskiej organizacji Human Rights Watch mówi, iż od chwili wkroczenia do Kosowa wojsk NATO (połowa czerwca 1999) wypędzono stamtąd 164 tysiące Serbów (!) i zamordowano 800 Serbów. Później International Crisis Group oszacowała liczbę morderstw popełnianych przez Albańczyków na średnio 30 tygodniowo (…) Czy więc NATO, które wcześniej potępiało Serbię bez dowodów – mając teraz dowody potępi samo siebie? A jeśli tak – to kto miałby ukarać NATO za cały ten dramat?” („International Herald Tribune”).

Wyzwolone” Kosowo miało być według Albańczyków wyzwolone całkowicie, czyli secesjonistycznie. Nie o żadne ludzkie prawa tam chodziło, tylko o granice i o zabranie Serbom ich pradawnego sanktuarium. Hasło: „Kosova – sobstvenna derżawa” stanowiło preludium dla hasła „Wielka Albania”, głoszonego najpierw za okupacji włosko-niemieckiej (1941-1944, kiedy Albańczycy tworzyli dywizje SS, będąc sprzymierzeńcami okupantów); później w latach 80-ych przez LPK (goszystowską bojówkę kosowskich Albańczyków, którą finansował głośny stalinowski dyktator Albanii E. Hodża); jeszcze później przez UÇK. Dla wodzów UÇK (H. Thaci i jego zastępca S. Shali) „Wielka Albania” to dzisiejsza Albania plus część dzisiejszej Czarnogóry, część dzisiejszej Serbii i część dzisiejszej Macedonii, plus Kosowo.

Powstanie „Wielkiej Albanii” ukoronuje rozpad Jugosławii, który dokonał się ze schyłkiem stulecia. Wersja oficjalna głosi, że się dokonał wskutek działania naturalnych sił odśrodkowych, stymulowanych przez konflikty międzyplemienne (międzynarodowe) i religijne (Katolicyzm-Prawosławie-Islam). Wersja nieoficjalna mówi o polityce niemieckiej, która – uzyskawszy wsparcie Waszyngtonu – czyniła wszystko, by region został zdestabilizowany, a Jugosławia rozczłonkowana. Mając do dyspozycji informacje francuskiego wywiadu, generał P. Font, były szef planowania strategicznego we francuskim sztabie generalnym, stwierdził (na łamach „Le Figaro”), że Niemcy, przy wsparciu Stanów Zjednoczonych, „dokonali siłą rozbioru Jugosławii, czego ukoronowaniem była dla Amerykanów secesja bośniacka, a dla Niemców chorwacka i zwłaszcza słoweńska”.

O „antyserbskiej solidarności świata”

Świat nigdy nie był masowo zwrócony ku kosowskim Albańczykom (może niezbyt wierzył w te „prześladowania” nagłaśniane za pomocą mediów), więc nie musiał się specjalnie odwracać. Nigdy – wbrew twierdzeniom prominentów i propagandzistów NATO – nie istniała antyserbska solidarność społeczeństw europejskich. I nie znalazłoby się zbyt dużo tej solidarności także u Polaków, chociaż dzisiejsza Polska jest karmiona propagandą antyserbską, a to, co nas z Serbami łączy, jest przemilczane. Kto dzisiaj w Polsce pamięta, że dwa narody, które najmocniej powstrzymywały agresję muzułmańskiego półksiężyca na Europę chrześcijańską – to Serbowie i Polacy? Kto pamięta, że Serbowie zawsze byli gorącymi przyjaciółmi Polski udręczonej gehenną, niewolnej, katowanej? Kto pamięta, że XIX wiek był stuleciem polskich i serbskich zrywów narodowo-wyzwoleńczych, a okrwawieni emigranci znad Wisły zawsze znajdowali w serbskim domu gościnę, opiekę i refleksję współczującą? Kto pamięta, że Serbowie uczynili hymnem Jugosławii hymn Polaków – tak, „Mazurek Dąbrowskiego”! – dodając tej melodii swój własny, serbski tekst (dzieje świata nie znają podobnego przypadku!)? Kto pamięta, że podczas II Wojny Światowej dwie najsilniejsze partyzantki stworzyli Serbowie i Polacy? Wreszcie kto pamięta, że Albańczycy wraz z całym islamem świętowali zdobycie Polski przez III Rzeszę, i później tworzyli dywizje SS dla wspomagania Niemców?

A propos Niemców – cytowany już generał P. Font, lansując (na łamach „Le Figaro”) tezę o Niemcach i Amerykanach jako głównych architektach rozbioru Jugosławii, tak tłumaczył motywacje Niemców: „Inspirowana przez Niemcy polityka budowania Europy federacyjnej, regionalistycznej, przy równoczesnym osłabianiu roli państw, nakręca spiralę secesjonizmu, czego zalążki są aż nadto widoczne. Jeśli ten plan się powiedzie – wiek XXI będzie stuleciem dezintegracji”. Konkludując Font rzucił pytanie: „Komu to otwarcie puszki Pandory przyniesie największy zysk?”. Odpowiedź zna przede wszystkim Polska, której tzw. „Ziemie Zachodnie” (tudzież Śląsk i część tzw. „Prus Wschodnich”) budzą permanentny, choć formalnie tajony rewizjonizm Niemców. Polacy mają prawo obawiać się, że cała niemiecka polityka dezintegrowania Bałkanów, towarzysząca integrowaniu Europy „regionów gospodarczych” ważniejszych niż państwa (ojczyzny) – buduje fundament przyszłego kolejnego rozbioru Polski (rozbioru w ramach „powrotu do niemieckiej macierzy” kilku ziem, które są dzisiaj częściami Rzeczypospolitej).

Polskiemu MSZ-owi: panowie „europejczycy” – nie łudźcie się, że zbudujecie antyserbską solidarność Polaków. Służąca secesji ziem opanowanych przez mniejszości narodowe antyserbskość światowych „liberalnych” elit politycznych może bowiem kiedyś – jeżeli Font i Łysiak mają rację – przełożyć się na antypolskość.«

Czy zatem Polacy mają bliżej do Serbów, czy do Ukraińców? A czy Ukraińcy mają bliżej do Polaków, czy do Albańczyków? Tu nie ma złudzeń! A czy to oznacza, że za jakiś czas Polacy podzielą los Serbów? Bardzo niebezpiecznie dla nas bawią się panowie Żydzi.

Pytanie

Zbliża się kolejna rocznica wybuchu powstania warszawskiego i jak co roku ma miejsce dyskusja na temat przyczyn jego wybuchu. Według wielu bezpośrednią przyczyną miała być próba wywarcia presji na aliantach, by odstąpili od decyzji uznania Polski i całej Europy Wschodniej za radziecką strefę wpływu. Tak postanowiono na konferencji w Teheranie na przełomie listopada i grudnia 1943 roku. I w tym momencie powinno paść pytanie, które nigdy nie padło, a przynajmniej ja nie słyszałem, by je ktoś zadał. To pytanie to: dlaczego postanowiono, że Europa wschodnia, w tym Polska, ma się znaleźć w radzieckiej strefie wpływu? I kto tak naprawdę podjął taką decyzję? Na czym polegała specyfika tej części Europy? Zapóźniona pod względem kulturowym i cywilizacyjnym, zacofana pod względem rozwoju gospodarczego i technicznego, ze słabo rozwiniętą siecią dróg i linii kolejowych. – Czy rzeczywiście Stalinowi zależało na tej części Europy? A może komu innemu na tym zależało, by znalazła się ona w strefie wpływu Związku Radzieckiego. Ale komu?

Wydaje się, że odpowiedź na to pytanie znajduje się w książce Henryka Rolickiego Zmierzch Izraela z 1932 roku. Pisze on m.in. tak:

»Już socjalizm głosił koncentrację kapitału i upadek małych przedsiębiorstw. Razem z nimi tracił możność egzystencji pośrednik żydowski. Już w połowie XIX w. przewidywali Żydzi tę katastrofę, pozbawienie chleba szerokich mas żydowskich i szukali ratunku w dyktaturze proletariatu.

Wojna światowa okazała, że część diagnozy socjalistycznej jest słuszną. Nie upadły wprawdzie małe przedsiębiorstwa, lecz podważony został byt ekonomiczny mas żydowskich, skupionych na wschodzie Europy. Żydostwo wschodnie żyje od kilkunastu lat na koszt żydostwa amerykańskiego i staje się dlań nieznośnym, gniotącym ciężarem.

Cała poprzednia rola pośredników stała się dziś na wskroś niepewną podstawą bytu – Ignaz Zollschan, Revision des judendischen Nationalismus.

Cóż ma wobec tego począć żydostwo wschodnie? Ciężaru jego utrzymania nie wytrzyma długo żydowsko-amerykańska finansjera.

Zostaje więc tylko jedna alternatywa: emigracja w inne kraje – albo przewarstwowienie (o ile to możliwe) w tym samym kraju ze wszystkimi jego skutkami – Zewi Parnass, Kwestia żydowska w świetle nauki.

Żydostwo stoi przed zadaniem swej reorganizacji – Ignaz Zollschan, Revision des judendischen Nationalismus.

Wojna światowa ujawniła w całej jego grozie kryzys gospodarczy wśród żydostwa wschodniego. Po prostu byt tego ośrodka czystego judaizmu został zagrożony. Bolszewizm mógł uratować sytuację, ale tylko wtedy, gdyby się rozpostarł na całą Europę. Klęska nad Wisłą zepsuła rachuby. Ograniczony do Rosji bolszewizm powiększył tylko nędzę żydostwa wschodniego. W Rosji przestał istnieć drobny handel, a przynajmniej został zredukowany do ciasnych granic. Pozarosyjskie żydostwo wschodnie utraciło możność handlu z Rosją.

Dzisiejsze położenie Żydów wschodu podobne jest do rozpaczliwego położenia żydów w krajach Europy zachodniej przed wojną trzydziestoletnią, w których wówczas przeważająca część żydostwa żyła. Jak wówczas katastrofa światowa stała się ratunkiem dla żydów, powołując ich do odbudowy zniszczonej Europy, tak zdaje się i wojna światowa w swoim łonie ukrywać zbawienie i dla żydów dzisiejszych (chodzi tu o Palestynę – przyp. autora) – Dr Zewi Parnass, Kwestia żydowska w świetle nauki.

Celem spieszenia z pomocą żydom wschodnim połączyły się wszystkie kierunki żydowskie. Na posiedzeniu Jointu w dn. 9 października 1926r. mówił Louis Marshall:

Ortodoksi i ultraortodoksi; żydzi reformowani, socjalisci i ultrasocjaliści pracowali wspólnie dla jednego celu: nie dać upaść żydostwu – „Moment” z dn. 31 października 1926 r.

Hasło przewarstwowienia wśród żydów wschodnich, stanowiących rezerwuar żydostwa, zostało uznane za jedyny środek ratunku. Postanowiono złamać przeszło dwudziestowiekowy obyczaj i uczynić z żydów „naród normalny”. Do tak rozpaczliwych zamiarów doprowadziła groza położenia, szczególnie w Polsce.

W lutym 1929 r. prezes światowej organizacji „Ort”, na konferencji przedstawicieli żydowskiej prasy w Warszawie, dr Leo Bramson zastanawiał się nad przyczynami kryzysu ekonomicznego żydów w Polsce i wskazał, że główną tego przyczyną nie jest judofobia. Społeczeństwo żydowskie trawi choroba, która wpływa bardzo silnie na sytuację; my posiadamy za dużo kupców, nie mamy dobrze wyszkolonych rzemieślników, my nie rozporządzamy dostatecznymi kredytami… Przy tym nasuwa się zajmujące zjawisko: różne zdobycze społeczne, każda dobra reforma państwowa, która jest pożyteczną dla innych obywateli, złą jest dla żydów – „Moment” nr 44 z 1929 r.

Próbowano sobie radzić z kryzysem sztuczkami, w jakie obfitują zakamarki ustroju kapitalistycznego.

Zagadnienie jakie mają rozwiązać angielscy właściciele kopalń, jest analogiczne do tego, jakie staje przed żydami polskimi, pracującymi w zawodach, które nie mogą wyżywić ich w większej liczbie. Tak, jak nowe rynki zbytu dla węgla angielskiego mogłyby rozwiązać zagadnienie angielskich właścicieli kopalń, tak samo dostatecznie szeroki rynek zbytu dla produktów drobnego przemysłu i handlu żydowskiego w Polsce mógłby w szerokich wymiarach rozwiązać gospodarcze zagadnienie żydowskie – G. Gliksman, L’aspect economique de la question juive en Pologne.

Żydostwo widzi dwa wyjścia z sytuacji: rozszerzenie bolszewizmu na Europę, tzw. Weltoktober, albo zlikwidowanie bolszewizmu w Rosji.

Cytowany G. Gliksman jest zwolennikiem Weltoktober. W świetle naszego studium radykalne rozwiązanie całości tych problemów, które oznacza się nazwą kwestii żydowskiej, nie wydaje nam się możliwe w społeczności kapitalistycznej, opartej na archaicznej produkcji.

Ustrój kapitalistyczny narzucony został światu przez żydów i przystosowany jest do ich potrzeb, do potrzeb nienormalnego narodu. W ich interesie oparł się na liberalizmie, na swobodzie międzynarodowego handlu, na anarchicznej produkcji towarowej, szukającej sztucznie tworzonych rynków zbytu. Wciągnął w pracę miliony maszyn i tworzył nie po to, by zaspokoić rzeczywiste potrzeby, lecz po to, by handlować. Rysy w tym ustroju widać było już z dawna i widzieli je sami żydzi, szukając ratunku dla siebie w przyszłym państwie socjalistycznym, równie beznarodowym i uniwersalnym, jak beznarodowy i uniwersalny był ich handel i przemysł światowy. Tymczasem próba ratunku zawiodła. Rewolucja rosyjska nie stała się uniwersalna, a zamknęła rosyjski rynek zbytu. Ustrój, rysujący się, nie mógł wytrzymać tego wstrząsu. Rewolucja rosyjska, o której od lat marzyły pokolenia żydowskie, runęła im na głowy już dzisiaj.

Śni im się jeszcze, że przez zlikwidowanie bolszewizmu przy pomocy graniczących z Rosją państw i wprowadzenie do niej ustroju liberalnego uda im się załatać dziurę. Ale naiwnych coraz mniej i marzenia takie wydają się równie niedościgłe, jak rozszerzenie rewolucji na zachód, jak Weltoktober. Oba prądy w łonie żydostwa wiodą zaciekłą walkę.

A kryzys postępuje dalej nieuchronnie, bezlitośnie. Żydzi, jako stojący w samym środku ustroju kapitalistycznego, oni, naród pośredników, biorą straszliwe cięgi. Kryzys objął już nawet czteromilionową rzeszę żydowską w Stanach Zjednoczonych. W Polsce sroży się bez pamięci i nie widać zeń wyjścia dla żydowskich mas, odkąd zasiłki żydów amerykańskich, objętych dziś katastrofą, muszą wysychać. Kryzys wśród nieżydów, mimo swego natężenia, jest tylko słabym odbiciem kryzysu wśród żydostwa.«

Rolicki zmarł na początku 1940 roku nie mógł więc widzieć, w jaki sposób Żydzi rozwiązali problem, który on bardzo dobrze zdiagnozował (wierzył, że ten kryzys pogrąży Żydów i stąd taki tytuł książki). Istotą jego była bardzo liczna wschodnioeuropejska żydowska biedota, która stanowiła obciążenie dla żydowskiej finansjery w Ameryce. Po zwycięstwie rewolucji w Rosji sytuacja finansowa Żydów w Europie wschodniej, szczególnie w Polsce, stała się wręcz katastrofalna. Problem rozwiązano na dwa sposoby:

  • holokaust
  • wprowadzenie w Europie wschodniej dyktatury proletariatu

Pierwsze rozwiązanie było rozwiązaniem, które nie wymagało potem żadnych zabiegów. Po prostu eliminowano fizycznie ludność, którą uznano za zbędną. W drugim przypadku ta biedna ludność żydowska znajdowała zatrudnienie w nowym państwie jako urzędnicy, policjanci, wojskowi, robotnicy czy kadra kierownicza w zakładach przemysłowych, w różnego rodzaju spółdzielniach, słowem we wszystkich instytucjach państwowych.

I to właśnie dlatego Polska, a wraz z nią cała Europa wschodnia, musiała znaleźć się w strefie wpływów Związku Radzieckiego. Nie było tak, że pochód bolszewików w 1920 roku na zachód został zatrzymany nad Wisłą. Tak po prostu zaplanowano, że się tam zatrzyma. Gdyby ten pochód udał się, to cała Europa stałaby się bolszewicka, ale wtedy nie mogło by dojść do wybuchu II wojny światowej, do wojny niemiecko-radzieckiej, do holokaustu i w konsekwencji do podziału Europy na dwie części. Bez tego podziału nie mógłby zadziałać tzw. proces dialektyczny, czyli rozwój poprzez sprzeczności i nie mogło by dojść do upadku komunizmu w Europie wschodniej, który to upadek również zapanowano, gdy uznano, że komunizm spełnił swoje zadanie, a potomkowie żydowskiej biedoty dobrze umocowali się w społeczeństwie PRL-u i byli przygotowani na nową rzeczywistość. A w Chinach komunizm nie upadł. Ciekawe, nieprawdaż?

Tak więc w Teheranie Roosevelt, Churchill i Stalin wykonali polecenia swoich nieznanych przełożonych i podzielili Europę na dwie części, z których jedna przyjęła radziecki model gospodarczy, niezbędny do ocalenia żydowskiej biedoty w Europie wschodniej, szczególnie w Polsce. I dzięki temu, że duża część przedwojennej społeczności żydowskiej w Polsce przetrwała, to obecnie prezydent Polski może mówić o Polin.

Akcja “Burza”

Już za parę dni, za dni parę zacznie się kolejne świętowanie rocznicy powstania warszawskiego, z którym nieodłącznie wiąże się tzw. akcja „Burza”. I po raz kolejny ci, którzy powinni być uznani za zdrajców i skazani na wieczne potępienie, będą wspominani w glorii chwały. To jest majstersztyk żydowskiej polityki historycznej. Tak to jest, gdy ma się monopol na interpretację przeszłości. O ile o powstaniu warszawskim słyszeli chyba wszyscy, to o akcji „Burza” raczej niewielu. Wypada więc temat przybliżyć, zwłaszcza że łączy się on z samym powstaniem.

»Akcja „Burza” – operacja wojskowa zorganizowana i podjęta przez oddziały Armii Krajowej przeciw wojskom niemieckim w końcowej fazie okupacji niemieckiej, bezpośrednio przed wkroczeniem Armii Czerwonej, prowadzona w granicach II Rzeczypospolitej. Trwała od 4 stycznia 1944, kiedy Armia Czerwona przekroczyła na Wołyniu ustaloną w traktacie ryskim granicę polsko-radziecką, do stycznia 1945. Rozkaz jej rozpoczęcia wydał w listopadzie 1943 Komendant Główny Armii Krajowej gen. Tadeusz Komorowski. Do akcji „Burza” zmobilizowano łącznie ok. 100 tys. żołnierzy i oficerów Armii Krajowej.

Po przekroczeniu przez Armię Czerwoną wschodniej granicy II Rzeczypospolitej i odrzuceniu wysuniętej przez władze RP oferty współdziałania wojskowego z ZSRR, 12 stycznia 1944 Komendant Główny Armii Krajowej wydał rozkaz nr 126, zapowiadający wsparcie Armii Czerwonej w walce z Niemcami w miarę naszych sił i interesów państwowych. 26 października 1944 jego następca gen. Leopold Okulicki wydał rozkaz zakończenia akcji.

Stosunek władz polskich do ZSRR

Generał Władysław Sikorski stał na stanowisku, że Sowietów należy witać jako sprzymierzeńców, ale jeśli stosunek Rosjan do nas stanie się jawnie wrogi, należy ujawnić tylko administrację cywilną, a oddziały AK wycofać w głąb kraju, by ocalić je przed całkowitym zniszczeniem. Komendant Główny Armii Krajowej gen. Stefan Grot-Rowecki był przekonany o wrogiej postawie Sowietów i chciał zgody na podjęcie przygotowań do stawienia oporu ich armiom.

Cele

  • Uświadomienie władzom ZSRR, że na wyzwolonych z okupacji niemieckiej terenach Polski w granicach sprzed 1939 gospodarzami są Polacy, uznający władzę Rządu Rzeczypospolitej Polskiej na uchodźstwie, który był jedynym reprezentantem państwa polskiego.
  • Zanegowanie alianckiego podziału na strefy operacyjne, w myśl którego Polska znajdowała się w radzieckiej strefie operacyjnej i wojska aliantów zachodnich ani oddziały im podporządkowane tu nie operowały.
  • Skłonienie ZSRR do uznania władzy Rządu RP w Londynie (reprezentowanego przez Delegaturę Rządu na Kraj) w Polsce i granicy wschodniej sprzed 1939 roku (którą ZSRR uznał postanowieniami traktatu ryskiego w 1921) i praw Polski do jej terenów wschodnich, bezprawnie zagarniętych na mocy postanowień paktu Ribbentrop-Mołotow po agresji ZSRR na Polskę w dniu17 września 1939 roku.
  • Spowodowanie przybycia do Polski sił aliantów zachodnich i jednostek Polskich Sił Zbrojnych na zachodzie, a w pierwszej kolejności 1 Samodzielnej Brygady Spadochronowej.

Konsekwencje

Z politycznego punktu widzenia nie osiągnięto jednak pozytywnych rezultatów. Alianci zachodni, informowani przez wywiad AK o przeprowadzanych przez NKWD masowych aresztowaniach żołnierzy podziemia, dowódców AK i przedstawicieli Delegatury Rządu na Kraj, nie zareagowali w stopniu umożliwiającym zmianę polityki sowieckiej wobec Polski i jej obywateli.

Ogółem na skutek działań sowieckich służb bezpieczeństwa, głównie NKWD, w więzieniach i obozach zamknięto 50 tys. żołnierzy AK, uczestniczących w akcji „Burza”, głównie za odmowę wstąpienia do kontrolowanej przez ZSRR armii Berlinga. Konsekwencją działań NKWD był terror wobec Polaków zamieszkujących tereny wschodnie. Regularnie urządzano obławy na członków Armii Krajowej, np. na Lubelszczyźnie jesienią 1944, oraz na przełomie 1944 i 1945 na Wileńszczyźnie i Nowogródczyźnie. Z samego Wilna deportowano 35 tys. Polaków, wymuszając oświadczenia, iż wyjeżdżają oni z własnej woli; w miejsce wywiezionych osiedlano Rosjan.«

Tak to opisuje Wikipedia i co do tych faktów, to chyba raczej trudno mieć zastrzeżenia, choć widać pewne niedopowiedzenia, ale mniej więcej tak było. A dlaczego tak było? Odpowiedź na to pytanie zawsze będzie interpretacją, a ta, z założenia, jest subiektywna, ale czy to oznacza, że musi mijać się z prawdą?

Co wiedziano w tamtym czasie, na przełomie 1943 i 1944 roku? Na konferencji w Teheranie w dniach 28 listopada – 1 grudnia 1943 roku postanowiono m.in.:

  • Ustalono nową granicę wschodnią Polski i ZSRR na tak zwanej linii Curzona.
  • Dokonano podziału krajów Europy na alianckie strefy operacyjne – na mocy międzyalianckich uzgodnień Polska znalazła się w strefie operacyjnej Armii Czerwonej.
  • Ustalono, iż Niemcy zostaną podzielone na strefy okupacyjne, zaś radziecka strefa okupacyjna Niemiec przylegać będzie do Polski, przez którą przebiegały linie komunikacyjne do tej strefy, co de facto przesądzało losy Polski. Ze względu na odbywające się jesienią 1944 roku w USA wybory prezydenckie, na prośbę prezydenta Roosevelta liczącego na głosy Polonii amerykańskiej utajniono postanowienia wielkiej trójki w kwestii polskiej.

Józef Mackiewicz w swojej powieści, po części fabularnej po części dokumentalnej, Nie trzeba głośno mówić, pisał:

W tym czasie w Polsce, powstałe już dawno państwo podziemne rozrasta się coraz bardziej. Działający dotychczas „Związek Walki Zbrojnej” (ZWZ), przyjmuje z początkiem 1942 roku nazwę: Armia Krajowa, na czele której staje generał Stefan Rowecki, używający pseudonimów: „Rakoń”, „Kalina”, „Jan”, „Tur”, głównie jednak „Grot”, którym podpisuje dokumenty publikowane w podziemiu. Akcja podziemna w Polsce wspierana jest wydatnie przez, mniej lub więcej regularne, loty i zrzuty z Anglii; z mniejszym lub większym ryzykiem lotników i skoczków. Do Polski przybywa w ten sposób materiał wybuchowy, broń i amunicja, a przede wszystkim dolary papierowe, dolary złote, funty papierowe i suwereny, marki niemieckie i okupacyjne „młynarki”; łącznicy, emisariusze, instruktorzy.

Generał Rowecki był również zdecydowanym zwolennikiem kolaboracji polsko-sowieckiej i on to, z chwilą wybuchu wojny niemiecko-sowieckiej, położył duży nacisk na powiększenie obszaru dywersji na niemieckich tyłach w kierunku wschodnim, oraz w myśl wskazań gen. Sikorskiego powołał w tym celu organizację wywiadowczą pod kryptonimem „Wachlarz”. Wysłał do Mińska majora Sokołowskiego dla podjęcia na Białorusi wspólnej z partyzantką sowiecką walki przeciwko Niemcom. Wkrótce potem, 14 lutego 1942, depeszował do naczelnego wodza w Londynie:

„Organizacja Wachlarz jest już mocno ustawiona w terenie. Operację przerwania wszystkich linii kolejowych mógłbym powtórzyć kilkakrotnie w różnych odstępach czasu i w chwili najbardziej dotkliwej dla transportu niemieckiego, jeżeli otrzymam wydatnie zwiększoną ilość lotów. Dla wydatnego przeprowadzenia operacji konieczne jest zwiększenie zasięgu lotów do rejonu Wilno i rejonu Lwów, co motywowałem w meldunku nr 146.”

Dalej Mackiewicz pisze:

Konferencja w Teheranie zakończyła się 1 grudnia. Rząd polski w Londynie nie był powiadomiony o zapadłych na tej konferencji decyzjach. Ale to, o czym dowiadywał się z różnych źródeł nieurzędowych, nie mogło zostawić wątpliwości, że zarówno w Ameryce, jak i Anglii dojrzała już ostateczna decyzja oddania Sowietom całej Europy środkowowschodniej. Poprzednio, w końcu października, połączony sztab zachodnich aliantów, „Cossak”, definitywnie wyłączył Polskę, Czechosłowację i inne kraje wschodniej Europy z planów inwazji kontynentalnej. Przyjęta została zasada, że kraje te wchodzą w strefę działania armii czerwonej i stanowią przedmiot politycznego zainteresowania Sowietów. Decyzje powzięte w Teheranie były tylko konsekwencją logiczną poprzednich postanowień i ich przypieczętowaniem. – W stosunku do Polski z tym szczególnym wyjątkiem, że miała być ona oddana Sowietom przy udziale jej własnego rządu i przy udziale podległych temu rządowi agend w kraju. Od tej chwili nastąpiły naciski ze strony angielskiej o usunięcie pewnych członków rządu polskiego, których uważano za przeszkodę, jak też zwielokrotniona w porównaniu do lat ubiegłych presja, aby w Polsce usunięte zostały resztki antysowieckich animozji i nastąpiło pełne podporządkowanie wymogom Stalina.

W tym czasie Sowiety szczególnie domagały się wyłączenia z rządu polskiego generała Sosnkowskiego, który po tajemniczej śmierci gen. Sikorskiego 5 lipca w Gibraltarze, mianowany został na jego miejsce wodzem naczelnym. Do ataków na gen. Sosnkowskiego przyłączyły se pewne wpływowe czynniki polskie. Chodziło o rzecz ważną.

W obliczu zbliżających się wojsk czerwonych do granic Polski, odbyły się w Londynie długotrwałe narady rządu polskiego. Wódz Naczelny, gen. Sosnkowski, zdołał na posiedzeniu 25 października, przeforsować uchwałę, którą następnie w formie tajnej instrukcji, datowanej 27 tegoż miesiąca, przesłał 1 listopada do Warszawy, zawiadamiając Komendanta Głównego AK, że „Kraj z Sowietami współpracować nie będzie”. Na wypadek wkroczenia Sowietów na terytorium Polski:

„... 
B.II. Władze krajowe i Siły Zbrojne w kraju pozostają nadal w konspiracji i oczekują dalszych decyzji Rządu Polskiego.”

Wszelako dowódca Armii Krajowej, generał Bór-Komorowski (używający w korespondencji z Londynem pseudonimu „Lawina”), odmówił wykonania instrukcji Naczelnego Wodza. W depeszy datowanej 26. XI. 1943, do gen. Sosnkowskiego, donosił:

„Na podstawie przesłanej przez P. Generała za L. 5989 instrukcji Rządu dla kraju, wydałem do obszarów i okręgów rozkaz, który przedstawiam. Jak z treści jego wynika, nakazałem ujawnienie się wobec wkraczających Rosjan dowódcom i oddziałom, które wezmą udział w zwalczaniu uchodzących Niemców. Zadaniem ich w tym momencie będzie dokumentować swym wystąpieniem istnienie Rzeczypospolitej. - W tym punkcie rozkaz mój jest niezgodny z instrukcją Rządu...”

Generał Bór zdawał sobie sprawę z wytworzonego stanu faktycznego. W tym czasie AK, a zwłaszcza „Kierownictwo Walki Cywilnej” i prawie wszystkie podległe mu agendy, były w znacznym stopniu zinfiltrowane przez agentów sowieckich, czynniki komunistyczne bądź prokomunistyczne. Zwrócił na to uwagę szef II Oddziału w Londynie już w sierpniu 1942, notując ten fakt z niepokojem. „Lawina” nie ukrywa tego stanu rzeczy i otwarcie donosi o nim w punkcie drugim depeszy:

„2. Przygotowuję w największej tajemnicy, na wypadek drugiej okupacji sowieckiej, zawiązkową sieć dowódczą nowej organizacji... Będzie to odrębna sieć, nie związana z szeroką organizacją AK, rozszyfrowanej w dużej mierze przez czynniki pozostające na służbie sowieckiej...”

Jednakże w załączniku nr 1 do 2100 PZP i 1300/III, z dnia 20.XI. 43, dodaje:

„Wszystkie nasze przygotowania wojenne zmierzają do działań zbrojnych przeciwko Niemcom. W żadnym wypadku nie może dojść do działań zbrojnych przeciwko Rosjanom wkraczającym na ziemie nasze w ślad za Niemcami...”

W dalszym ciągu swej depeszy, dowódca AK przedstawia własne dyspozycje, zawarte w jego rozkazie na wypadek wkroczenia wojsk sowieckich:

„V. Stosunek do Rosjan: 1) Znajdującym się na ziemiach naszych sowieckim oddziałom partyzanckim nie należy w żadnym wypadku utrudniać prowadzenia walki z Niemcami. Unikać obecnie zatargów z oddziałami sowieckimi. Te nasze oddziały, które już miały tego rodzaju zatargi... powinny być przesunięte na inny teren. Z naszej strony dopuszczalna jest tylko akcja samoobrony. 2) Należy przeciwdziałać tendencji ludności terenów wschodnich do ucieczki na zachód przed niebezpieczeństwem rosyjskim... 3) Miejscowy dowódca polski winien się zgłosić wraz z mającym się ujawnić przedstawicielem władzy cywilnej u dowódcy oddziałów sowieckich i stosować się do jego życzeń...”

Depesza dowódcy AK, który odmawia podporządkowania się instrukcji naczelnego wodza i dobrowolnie odwraca jego rozkazy, datowana w Warszawie 26 listopada 1943, idzie w sposób zagadkowy niezmiernie długo… Dociera do rąk naczelnego wodza w Londynie dopiero po miesiącu i pięciu dniach, 1 stycznia 1944 roku. – Na trzy dni przed przekroczeniem wschodniej granicy Rzeczypospolitej przez armie czerwone.

W innym miejscu Mackiewicz pisze:

Jeśli szefem takiego BIP-u, czyli biura informacji i propagandy, czyli dyktatorem prasy i polityki AK, weryfikacji patriotycznej, cenzorem publicystyki i literatury, czystości linii, słowem, kontrolerem ducha narodowego, jest jakiś podpułkowniczek, nie wiem czy dyplomowany, który poza tym lewą nogą jest po tamtej stronie. Jeżeli weźmiesz, że członkiem Komendy Głównej jest taki Kirchmayer, znam go dobrze, który nie ukrywa, że jest duszą po sowieckiej stronie… A zastępca szefa sztabu, już jawny prosowietczyk, Tatar. Jeżeli weźmiesz, że w cywilnych władzach jest jeszcze gorzej pod tym względem…

I dalej:

W Warszawie, w okolicy i na terenie bezpośredniego frontu na wschód od Wisły i zapleczu, znajduje się duża ilość antybolszewickich oddziałów „wschodnich”. Jako to: kozackich, czysto rosyjskich, muzułmańskich, ukraińskich, turkmeńskich, wołgo-tatarskich, litewskich i in. Poza tym w licznych niemieckich oddziałach Waffen-SS, SS, i policji, są całe grupy lub oddzielne kompanie złożone z tych ludzi.

We wszystkich tych formacjach, bez różnicy narodowości, panuje jednostronny nastrój antypolski. Niezależnie od propagandy niemieckiej, wywołany jest rozpowszechnionym przekonaniem, jakoby na podstawie stwierdzonych faktów, że polska AK nie bierze do niewoli, lecz rozstrzeliwuje na miejscu i bez sądu, każdego b. obywatela sowieckiego ujętego z bronią lub bez broni, w mundurze niemieckim. Przy tym niezależnie od indywidualnej winy grabieży lub gwałtu, popełnionego na ludności cywilnej, lecz rzekomo z zasady, jako „zdrajcę ojczyzny”. Ponieważ w tym wypadku „zdrada ojczyzny” zachodzi nie w stosunku do Polski, lecz do Sowietów, zaś ogólnie biorąc ustroju bolszewickiego, o wyzwolenie z którego ci ludzie właśnie walczą – przeto ustaliło się wśród nich jednolite nastawienie, że polska AK jest nie tylko stroną walczącą z Niemcami, lecz czynnym wykonawcą sojuszu z bolszewizmem. – Przykład: porucznik Ter-Zade-Bek z 1-go batalionu azerbejdżańskiego (111 „Bergmann”) oświadczył mi: „Dla mnie osobiście, polska AK jest przedłużeniem sowieckiego NKWD. Tyle że NKWD rozstrzela mnie po przesłuchaniu, zaś AK bez przesłuchania.”

W dalszej części pisze:

13 lipca na baszcie, na szczycie góry Zamkowej, wysoko nad miastem załopotał sztandar czerwony ze znakami sierpa i młota.

Depesza d-cy Okręgu-Wilno AK Ldz. 13199/tjn. 13. VII. 44 brzmiała:

„W zależności od Sowietów zamierzam: 1) Pozostać w rej. Wilna, częścią wspierać armię sowiecką w jej walce z Niemcami. Chcę wywalczyć uznanie nas przez Sowiety jako AK.”

Od 16 lipca żołnierze AK zaczęli znikać z ulic miasta. Tego dnia dowódca „Wilk”-Krzyżanowski zarządził koncentrację w rejonie Taboryszki-Turgiele, a sam ze sztabem udał się na rozmowy z generałem Iwanem Czerniachowskim, dowódcą sowieckiego 3-go Białoruskiego Frontu. Tam został aresztowany. Ogółem aresztowano i zesłano do Kaługi około 50 oficerów AK, głównie pod zarzutem kolaboracji z Niemcami. Część żołnierzy zesłano również. Część się rozproszyła, lub próbowała przedzierać lasami do Polski. Poważna część wlała się dobrowolnie w szeregi tworzącego się komunistycznego wojska polskiego. Tych skierowano głównie w rejon Lublina.

I dalej:

W Chełmie utworzony został przez rząd sowiecki: Polski Komitet Wyzwolenia Narodowego (PKWN), który 22 lipca ogłosił manifest do narodu. Ale i po ogłoszeniu tego „Manifestu Lipcowego”, ani rząd polski na emigracji w Londynie, ani jego podziemne agendy w kraju, ani dowództwo Armii Krajowej, w niczym nie zmieniło uprzednio wytyczonej linii politycznej. Zwłaszcza w najistotniejszym dla chwili bieżącej punkcie instrukcji, mianowicie współdziałania i współpracy z Armią Czerwoną.

W nocy na 31 lipca, 2-gi pułk piechoty AK stoczył na kierunku sandomierskim zaciętą bitwę z Niemcami. Szef sztabu pułku donosząc o tym Komendzie Głównej wskazywał, że osłonił przy tym prawe skrzydło nacierających wojsk sowieckich, ułatwiając im przez to posuwanie się na zachód w celu utworzenia ważnego przyczółka na Wiśle.

I na koniec:

… W dwa miesiące po tamtym, najstraszniejszym 5 sierpnia, nastąpił 5 października wymarsz oddziałów AK do niewoli (niemieckiej – przyp. W.L.). (…) W ostatniej chwili szef BIP-u AK pułkownik Rzepecki-”Rejent”, wystawiał masowo legitymacje AK członkom komunistycznych i prokomunistycznych formacji „Armii Ludowej”, „Polskiej Armii Ludowej”, „Korpusowi Bezpieczeństwa” podziemnych władz cywilnych, członkom PPR-u i innym, którzy walczyli razem w powstaniu warszawskim ramię przy ramieniu.

Mam nadzieję, że te długie cytaty nie zmęczyły czytających, ale one były niezbędne do zrozumienia, czym była AK i jej „bohaterowie”. Mackiewicz w swojej powieści przedstawiał fakty, by uświadomić innym, jak było. On ich nie interpretował i nie oceniał. To pozostawił czytelnikowi. Ja już mogę dokonywać ich interpretacji, a czytający mogą, bez względu na moją ocenę, wyrobić sobie własne zdanie, właśnie w oparciu o te fakty.

Argumenty wysuwane przez propagandę AK, że akcja „Burza” i łączące się z nią powstanie warszawskie, miały zademonstrować Sowietom, że AK powita ich w roli gospodarza, były z gatunku tych kretyńskich. Bo niby dlaczego Sowieci mieliby ich uznać za gospodarzy? Armia Czerwona, solidnie dozbrojona przez Anglosasów, była wówczas najpotężniejszą armią lądową na świecie. I ta armia miałaby „przestraszyć się” stu tysięcy partyzantów rozproszonych na okupowanym przez Niemców terytorium? No, ale kłamstwo i niedorzeczności powtarzane od zakończenia wojny do dziś robią swoje. Kropla drąży skałę. Choć trudno w to uwierzyć, ale nawet najtwardsza skała poddaje się erozji wodnej. To tylko kwestia czasu. Skoro we wszystkich publikacjach i programach szkolnych uznawane jest to za dogmat wiary, to po pewnym czasie już nikt się nie zastanawia, czy tego typu uzasadnienie ma sens, chociażby z czysto logicznego punktu widzenia.

Żeby zrozumieć postawę przywódców AK i ich pokrętną argumentację, to do tego nie potrzeba być doktorem czy profesorem i produkować opasłe tomy, w których dzieli się włos na czworo. Wystarczy chłopski rozum, taki jak mój, bo ja należę do plebsu i wszelkie „naukowe” wywody meczą mnie. Otóż sprawa jest bardzo prosta: AK i cały ten ruch oporu był finansowany przez Anglosasów. A kto płaci ten wymaga.

Jak wiadomo Anglosasi współpracowali ze Stalinem. I na konferencji w Teheranie zgodzono się, że Polska będzie w radzieckiej strefie wpływów. To przesądzało o wszystkim. Po co więc była ta cała akcja „Burza” i powstanie warszawskie, skoro przywódcy AK doskonale wiedzieli, co postanowiono na tej konferencji? Ano po to, by wyeliminować tę patriotycznie nastawioną część polskiego społeczeństwa. Tych nieświadomych, prostolinijnych ludzi, myślących bardziej sercem niż rozumem, że jak ojczyzna w potrzebie, to trzeba ją ratować. Od początku wojny Niemcy i Rosjanie, czy raczej naziści i bolszewicy, mordowali polską inteligencję, a akcja „Burza” i powstanie warszawskie rozprawiło się z tymi, którzy zachowali jeszcze jakieś patriotyczne uczucia.

Wikipedia pisze:

Regularnie urządzano obławy na członków Armii Krajowej, np. na Lubelszczyźnie jesienią 1944, oraz na przełomie 1944 i 1945 na Wileńszczyźnie i Nowogródczyźnie. Z samego Wilna deportowano 35 tys. Polaków, wymuszając oświadczenia, iż wyjeżdżają oni z własnej woli; w miejsce wywiezionych osiedlano Rosjan.

Deportowano dokąd? Na przełomie 1944 i 1945 roku? Przecież nie na ziemie zachodnie, bo w styczniu 1945 roku „wyzwolono” dopiero Warszawę. Czyli do obozów. A Bór-Komorowski w swoim rozkazie pisał: „Należy przeciwdziałać tendencji ludności terenów wschodnich do ucieczki na zachód przed niebezpieczeństwem rosyjskim…” I ta kanalia została ewakuowana do Anglii i spokojnie dożyła tam do 1966 roku, pobierając pewnie wysoką emeryturę. Czy trzeba lepszego dowodu na to, że był angielskim agentem?

Sikorski chciał, by wojsko polskie szło do Polski najkrótszą drogą, wspólnie z Armią Czerwoną, ale niezależne od niej. Na to nie mógł zgodzić się Stalin i Anglosasi, bo oni ustalili, że Polska będzie w radzieckiej strefie wpływów. Natomiast niezależne od Stalina wojsko polskie na terenie Polski byłoby gwarantem jej niezależności od niego. Na to ani on, ani Anglosasi zgodzić się nie mogli i stąd wyprowadzenie wojska polskiego na Bliski Wschód. Do Polski najkrótszą drogą mogło iść tylko wojsko polskie całkowicie podległe Stalinowi. Pozostała jeszcze kwestia skłonienia dowództwa AK do współpracy z Sowietami, czyli do przeprowadzenia akcji “Burza”. Na to Sikorski prawdopodobnie nie godził się i stąd ta „katastrofa” w Gibraltarze 4 lipca 1943 roku. Czyj to był pomysł, tego pewnie nigdy się nie dowiemy, ale wykonawcami byli Anglicy, bo to na ich terenie działał rząd londyński. I bez dostępu do utajnionych angielskich archiwów poznajemy sprawcę, zgodnie ze starą zasadą: is fecit, cui prodest (ten zrobił, komu to przynosi korzyść).

Powojenna Polska miała być państwem, w którym elitą będą Żydzi i oni będą rządzić w tym państwie. By tak się stało, należało wyeliminować polską inteligencję, i tak nieliczną, i tę część polskiej ludności, która zachowała w sobie jakąś dozę patriotyzmu. O ile wyeliminowanie inteligencji nie stanowiło problemu, bo kto do niej należał, decydował status społeczny, o tyle patriotów można było wyeliminować, angażując ich w walkę z okupantem. I po to była Akcja „Burza”.

Powstanie warszawskie było po to, by zburzyć miasto, tak by nowe, odbudowane miasto zasiedlić odpowiednimi ludźmi. W ten sposób pozbywano się z Warszawy niewygodnej dla nowej władzy warstwy ludzi, zasiedziałej, z utrwalonym systemem wartości. W latach 80-tych miałem okazję rozmawiać z warszawianką, która przeżyła powstanie. Ona powiedziała, że większość ówczesnych mieszkańców Warszawy przeklinała tych powstańców. Trudno się im dziwić. Oni już przeczuwali, że dla wielu z nich będzie oznaczać to utratę ich dorobku, często dorobku wielu pokoleń.

Tak więc Anglosasi współpracowali ze Związkiem Radzieckim, by zlikwidować w Polsce polską inteligencję i patriotyczne społeczeństwo, by stworzyć PRL, czyli państwo, w którym elitą będą Żydzi, a resztę tego społeczeństwa będą stanowić polscy chłopi i mniejszości narodowe ze wschodu, przesiedlone do nowej Polski i na tzw. Ziemie Odzyskane, czyli Ukraińcy, Białorusini, Litwini. – Taka nijaka mieszanka, która w żaden sposób nie będzie w stanie zagrozić żydowskiej dominacji w tym kraju.

I na koniec taka zagadka. Jeśli Anglosasi współpracowali ze Związkiem Radzieckim, oczywiście na polecenie swoich nieznanych przełożonych, by wyeliminować polską inteligencję i polskich patriotów, wysługując się przy tym sowicie opłacanymi osobnikami z dowództwa AK, to czy ci Anglosasi, sowicie opłacający osobników z ukraińskiego rządu, współpracują z Rosją, by wyeliminować ukraińskich patriotów, kimkolwiek by oni byli? – Oto jest pytanie!

Kolejny etap

Wszystko wskazuje na to, że wojna na Ukrainie wkroczy w kolejną fazę, fazę wojny partyzanckiej. Najwyraźniej armia ukraińska nie jest w stanie zrealizować celów, jakie przed nią postawiono. W takim wypadku jedyną szansą na kontynuowanie tej wojny, żeby uniknąć kapitulacji, jest wojna partyzancka, którą prowadzi się wówczas, gdy wróg jest zbyt silny, by z nim walczyć na otwartym polu. A to oznacza przedłużenie konfliktu na nieokreślony jeszcze czas. Być może będzie to wojna hybrydowa.

W dniu 9 lipca na portalu ZeroHedge ukazał się artykuł UK Military Begins Training 10,000 Ukrainians On British Soil Amid Calls For “Insurgency” – Brytyjskie wojsko rozpoczyna w Wielkiej Brytanii szkolenie 10 000 Ukraińców, które ma ich zachęcić do dalszego oporu (https://www.zerohedge.com/geopolitical/uk-military-begins-training-10000-ukrainians-british-soil-amid-calls-insurgency). Poniżej jego treść:

»Wielka Brytania potwierdziła rozpoczęcie u siebie nowego programu szkolenia tysięcy ukraińskich żołnierzy, który ma trwać co najmniej kilka tygodni dla każdej partii rekrutów.

Wielka Brytania była jednym z pierwszych państw, które rozpoczęło duże dostawy broni do Kijowa wkrótce po rosyjskiej inwazji na kraj 24 lutego. Szczegóły dotyczące zakresu tego nowego programu szkoleniowego świadczą o tym, że wojna ta przybiera charakter wojny zastępczej, pomimo że zachodni politycy długo nie akceptowali tego typu wojny. W sobotę The Guardian podał szczegóły na podstawie oświadczeń ministerstwa obrony:

Nawet 10 tys. ukraińskich żołnierzy przyjedzie do Wielkiej Brytanii na kilkutygodniowe specjalistyczne szkolenia wojskowe. Pierwsza grupa spotkała się w czwartek z sekretarzem obrony Benem Wallace’em, potwierdziło Ministerstwo Obrony.

Ambitny program okrzyknięto kolejną fazą wsparcia Londynu dla Ukrainy w krytycznym momencie upadku rządu Borisa Johnsona, który zrezygnował ze stanowiska premiera. Powszechnie wiadomo, że Wielka Brytania wraz z USA przeszkoliła już tysiące ukraińskich żołnierzy w poprzednich latach, począwszy od 2014 roku i początku konfliktu w Donbasie.

Sekretarz obrony Ben Wallace zapowiedział: „Wykorzystując światowej klasy doświadczenie armii brytyjskiej, pomożemy Ukrainie odbudować jej siły i wzmocnić jej opór, broniąc suwerenności swojego kraju i prawa do wyboru własnej przyszłości”.

Jednym z dowodów na to, jak ogromny i bezprecedensowy jest zakres tego programu, jest to, że do prowadzenia szkolenia Ukraińców potrzeba wielu brytyjskich oddziałów wojskowych, w tym specjalnych. Wielka Brytania od początku wojny przekazała już 2,3 miliarda funtów pomocy ukraińskim siłom obronnym.

Około 1050 brytyjskich pracowników jest rozmieszczanych w czterech tajnych lokalizacjach Ministerstwa Obrony w północno-zachodniej, południowo-zachodniej i południowo-wschodniej części Wielkiej Brytanii”, ujawnia The Guardian.

Interesujące jest również to, że Ukraińcy są w dużej mierze ochotnikami, którzy nie mają żadnego formalnego przeszkolenia wojskowego, o czym świadczy tempo strat po stronie ukraińskiej. Kijowscy urzędnicy przyznali, że w wyniku ataku rosyjskich wojsk, straty po stronie ukraińskiej w ciągu ostatniego miesiąca wynoszą średnio około 200 osób dziennie.

„Szkolenie umożliwi rekrutom ochotnikom z niewielkim lub zerowym doświadczeniem wojskowym nabycie praktycznych umiejętności w walce na froncie” – kontynuuje The Guardian. „Oparty na podstawowym szkoleniu żołnierzy w Wielkiej Brytanii, kurs ten obejmuje obsługę broni, pierwszą pomoc na polu bitwy, orientację w terenie, taktykę patrolowania i prawo konfliktów zbrojnych”.

Pomimo tego, że Moskwa bez wątpienia postrzega to jako ogromną prowokację i eskalację brytyjskiego zaangażowania w wojnę, brytyjskie ministerstwo obrony jest zaskakująco otwarte i bezczelne w kwestii szkolenia, zapraszając nawet ekipy informacyjne do sfilmowania niektórych z trwających kursów, odbywających się w tajnym miejscu.

Ta pierwsza partia ukraińskich wojowników podobno przybyła do Wielkiej Brytanii kilka dni temu, w chwili, gdy siły ukraińskie wydają się być w powolnym odwrocie w Donbasie, gdy prowincja Ługańska jest pod całkowitą kontrolą Rosji, a linie frontu są nieustannie przesuwane w głąb ukraińskiego terytorium dzięki przewadze rosyjskiej artylerii.

Urzędnicy amerykańscy i brytyjscy ostatnio prowokacyjnie wzywali do „powstania” w okupowanych przez Rosję częściach Ukrainy, szczególnie na wschodzie. I tak przykładowo w ubiegły czwartek amerykańscy senatorowie Richard Blumenthal (D-CT) i senator Lindsey Graham (R-SC) odwiedzili stolicę Ukrainy i spotkali się z prezydentem Zełenskim. Blumenthal ogłosił, że ma nadzieję zobaczyć „powstanie” na zajętym przez Rosję terytorium.

„Artyleria dalekiego zasięgu jest bardzo, bardzo ważna. Ale równie ważna jest walka wręcz, którą mamy nadzieję zobaczyć na wschodniej Ukrainie, na terytorium już zajętym przez Rosjan” – powiedział Blumenthal. W świetle nowych informacji brytyjskiego Ministerstwa Obrony na temat rozmiaru programu szkoleniowego dla Ukrainy, pozostaje jedno główne pytanie: czy ten nowy program szkoleniowy na dużą skalę, organizowany w Wielkiej Brytanii, przygotowuje się do zapoczątkowania właśnie takiego scenariusza rebelii? Biorąc pod uwagę charakter programu „ochotniczy bojownik”, na to wygląda.

Obecnie Stany Zjednoczone prowadzą znacznie skromniejszy program, skoncentrowany na dodatkowym szkoleniu ukraińskich oficerów: „Stany Zjednoczone zapewniają również szkolenie ukraińskiej armii, a starsi oficerowie studiują w Fort Leavenworth w Kansas”, zauważa The Guardian. Większość szkoleń organizowanych do tej pory przez Pentagonu zlokalizowana była w Polsce lub innych sąsiednich krajach NATO. Jednak jest możliwe, a nawet prawdopodobne, że amerykańskie agencje wywiadowcze, takie jak CIA, mogą prowadzić większe tajne programy na terytorium USA lub w Europie.«

Natomiast Rosjanie zdają się konsekwentnie realizować zamierzony przez siebie cel. Na tym samym portalu w dniu 11 lipca pojawił się artykuł Putin Signs Decree Offering Citizenship To All Ukrainians – Putin podpisuje dekret przyznający obywatelstwo wszystkim Ukraińcom (https://www.zerohedge.com/geopolitical/putin-signs-decree-offering-citizenship-all-ukrainians). W nim m.in. można przeczytać:

»Miesiąc temu Rosja zaczęła oferować paszporty ukraińskim obywatelom prorosyjskich separatystycznych republik w regionie Donbasu. Prezydent Rosji Władimir Putin podpisał niezwykle kontrowersyjny dekret nadający „wszystkim obywatelom Ukrainy” „prawo do ubiegania się o obywatelstwo Federacji Rosyjskiej według uproszczonej procedury”.

Skłania to do wniosku, że cele wojenne Putina obejmują całkowitą aneksję terytoriów zajętych przez siły rosyjskie, zwłaszcza podbitych regionów na wschodzie i południu.

Jak można było się spodziewać, rząd ukraiński jest wściekły z powodu nowego dekretu, w którym minister spraw zagranicznych Ukrainy stwierdza: „Nielegalne wydawanie paszportów… jest rażącym naruszeniem suwerenności i integralności terytorialnej Ukrainy, a także norm i zasad międzynarodowego prawa humanitarnego”.

Tymczasem, kolejnym dowodem intencji Rosji wobec wschodniej Ukrainy jest to, że w ostatnich dniach obsadziła ona szereg najwyższych stanowisk w administracji nadzorującej lokalne i regionalne gminy ukraińskie.

The Moscow Times opisał ten „desant” w regionach ściśle pozostających pod rosyjską kontrolą wojskową:

Coraz więcej rosyjskich urzędników otrzymuje wysokie stanowiska w okupowanych częściach Ukrainy, co zdaniem analityków jest próbą wzmocnienia więzi z Moskwą przed ewentualnym procesem aneksji.

Tylko w tym tygodniu nominacje objęły byłego deputowanego rosyjskiego parlamentu, przedstawicieli władz regionalnych i wysokiego rangą funkcjonariusza Federalnej Służby Bezpieczeństwa (FSB).

W dalszej części raportu czytamy: „Prawdopodobnie najbardziej głośna jak dotąd nominacja miała miejsce we wtorek, kiedy były deputowany rosyjskiego parlamentu Andriej Kozenko został mianowany zastępcą szefa „administracji wojskowo-cywilnej” dla okupowanych obszarów ukraińskiego regionu Zaporoża. Będzie nadzorował gospodarkę i integrację z Rosją, jak podano w oficjalnym oświadczeniu”.

„W przeddzień nominacji Kozenki w obwodzie zaporoskim, szefem rządu w okupowanym regionie chersońskim został były oficer FSB Siergiej Jelisiejew”, dodaje The Moscow Times.«

Wszystko wskazuje na to, że dojdzie do podziału Ukrainy i że jest to tylko kwestia czasu. Sądząc po tym, jak Anglicy i Amerykanie szkolą Ukraińców do walki partyzanckiej, to wojna ta nie skończy się tak szybko. Najwyraźniej wielcy tego świata chcą jeszcze przy jej okazji załatwić wiele innych spraw, co byłoby utrudnione lub wręcz niemożliwe w warunkach pokojowych. Dla Polski i Polaków to bardzo zły scenariusz.

Na wspomnianym portalu pojawił się 12 lipca kolejny artykuł poświęcony Ukrainie US Is Paying $1.7 Billion To Health Care Workers… In Ukraine – Stany Zjednoczone płacą 1,7 miliarda dolarów pracownikom służby zdrowia… na Ukrainie (https://www.zerohedge.com/geopolitical/us-paying-17-billion-health-care-workers-ukraine). Poniżej jego treść:

»Gdy wojna na Ukrainie wkracza w swój szósty miesiąc, pomoc wojskowa z Zachodu staje się rutyną, a USA wiodą prym po tym, jak od lutego wysłały Kijowowi 7 miliardów dolarów pomocy.

Ale administracja Bidena nie tylko wspiera ukraińskie wojsko i jej gospodarkę, wraz z ogromnymi kwotami pomocy humanitarnej wysyłanej regularnie w związku z problemem uchodźców wewnętrznych – USA zamierzają teraz płacić ukraińskim pracownikom służby zdrowia.

„Ukraina otrzymuje dodatkowe 1,7 miliarda dolarów pomocy od rządu USA i Banku Światowego na wypłatę pensji zaniedbanym przez państwo pracownikom służby zdrowia i świadczenie innych podstawowych usług” – donosi Politico we wtorek.

Fundusze na służbę zdrowia pojawiły się po tym, jak minister zdrowia Ukrainy Wiktor Liaszko poinformował o zniszczeniu części infrastruktury medycznej i szpitalnej oraz ograniczeniu dostępności do opieki medycznej, stwierdzając jednocześnie, że wypłata wynagrodzenia pracownikom służby zdrowia z miesiąca na miesiąc staje się coraz trudniejsza z powodu trwającej wojny.

1.7 miliarda dolarów to nie tylko kolejne wsparcie finansowe; to inwestycja, która przybliża nas do zwycięstwa” – powiedział Liashko w oświadczeniu.

Fundusze są przekazywane przez amerykańską Agencję Rozwoju Międzynarodowego (USAID), Departament Skarbu i Bank Światowy.

Pomoc ta pomoże demokratycznemu rządowi Ukrainy w świadczeniu podstawowych usług dla ludności Ukrainy” – powiedziała w oświadczeniu sekretarz skarbu Janet Yellen.

Jak dotąd USAID udzieliło Kijowowi wsparcia budżetowego w wysokości 4 miliardów dolarów, ponieważ ukraiński rząd zabiega o wypłatę pensji urzędnikom i pracownikom z działu podstawowych usług oraz emerytom.

Podsumowując te wysiłki, uruchamiając nową pomoc dla pracowników służby zdrowia, administrator USAID Samantha Power stwierdziła, że „atak Putina na sektor usług publicznych Ukrainy trwa nadal, Stany Zjednoczone śpieszą ze wsparciem finansowym, aby pomóc rządowi utrzymać dostawy prądu, zapewnić niezbędne usługi niewinnym obywatelom i wynagrodzenia pracownikom służby zdrowia, którzy ratują życie walczącym na pierwszej linii.

Co ciekawe, jest to kolejny przypadek, gdy przywódcy USA wyrzucają miliardy w błoto na Ukrainie, i ciągle mówią o „zwycięstwie” – które wciąż jest kluczowym słowem, które pozostało niezdefiniowane.

Tulsi Gabbard niedawno cytowała słowa sekretarza prasowego Pentagonu, Johna Kirby’ego, podkreślające tę sprzeczność…

„Prezydent Zełenski jest demokratycznie wybranym prezydentem suwerennego narodu i tylko on może zdecydować, jak ma wyglądać zwycięstwo i jak chce je osiągnąć”. —John F. Kirby (sekretarz prasowy Pentagonu), 29 kwietnia 2022 r.

Jeśli przekazanie amerykańskiej suwerenności przywódcy innego kraju nie jest zdradą, to co nią jest?

Na ironię zakrawa fakt, że własna infrastruktura Ameryki – od mostów przez sieci elektryczne po systemy wodociągowe i kanalizacyjne – w wielu miastach wymaga wymiany lub remontu, nie wspominając już o tym, że nie tak dawno temu Demokraci mieli obsesję na punkcie „darmowej” opieki zdrowotnej. Ale teraz wydaje się, że priorytetem Waszyngtonu jest opieka zdrowotna na Ukrainie.«

Jak widać Stany Zjednoczone i Wielka Brytania angażują się wszechstronnie w tę wojnę. Jeśli słowo „zwycięstwo” nie zostało zdefiniowane, to oznacza, że cel jest inny. Jedynym państwem Europy kontynentalnej, oprócz Ukrainy, tak bardzo zaangażowanym jest Polska. Stany Zjednoczone i Wielka Brytania leżą z dala od wojny, więc ich jej skutki nie będą dotyczyć. Krajami „biorącymi” pożyczki są Polska i Ukraina. I na pewno nie będą w stanie ich spłacić. A skoro tak, to będą musiały się zgodzić na wszelkie warunki, jakie im zostaną podyktowane po zakończeniu tej wojny.

O co zatem w tym wszystkim chodzi? Nie sposób tego pojąć, jeśli nie odwołamy się do historii. Józef Mackiewicz, uciekając z Wilna przed bolszewikami, zatrzymał się na parę tygodni w Warszawie. Było to chyba w maju i czerwcu 1944 roku, a więc na krótko przed wybuchem powstania. Co tam zaobserwował, opisał w swojej powieści Nie trzeba głośno mówić:

„Miasto, w które wpompowuje się miliony dolarów, funtów i złotych monet. Nie licząc dziesiątków milionów w „młynarkach” i markach niemieckich. Ktoś mi mówił, nie wiem czy prawda, że dotychczas zwalono do jednego AK około 30 milionów dolarów w „miękkich” i z pół miliona „twardych” w złocie; pięćdziesiąt milionów „młynarek” i prawie dwa tysiące suwerenów brytyjskich. A ile otrzymała Delegatura, tego już nie wiem. Drugie tyle, albo i więcej. Z tego się przecie nie strzela. Strzela się z dodatkowych zrzutów broni i amunicji. Pieniądze idą normalną drogą w obrót, i jak zauważyłeś, obraca cała Warszawa. Poza własnym potencjałem gospodarczym. To jedno miasto. A teraz weź zaplecze. Chłop w tej Ge-ge ma się znakomicie. Niemcy niszczą inteligencję, a chłopu dają jakieś tam kredyty, ziarno siewne, maszyny, premie i różne inne rzeczy. Tylko, naturalnie, nie trzeba o tym głośno mówić. Chłop, słowem, przyjeżdża z babą do miasta po legendarne „fortepiany”, które ładuje na wóz, obrazy i materiały. To wszystko razem stwarza ruch i szaloną spekulację handlową. Naturalnie nastrojów to na wsi w niczym nie zmienia. Bo o ile strona materialna jest świetna, o tyle strona moralna z pejczem do Murzyna. Ale to inna sprawa.”

Te 30 milionów dolarów w „miękkich”, to jest około 1,5 miliarda dzisiejszych dolarów. Jak widać finansowanie szło ze wszystkich stron: ze Stanów Zjednoczonych, Wielkiej Brytanii, a nawet Niemiec, bo skąd te marki? I jeszcze te „młynarki”, czyli pieniądze tej Ge-ge.

Polską inteligencję i tzw. element patriotyczny „zutylizowano” w czasie II wojny światowej. Posłużono się w tym celu AK. Bez tego nie mógłby powstać PRL, czyli państwo, w którym inteligencją polską stali się Żydzi. W ten sposób Polacy jako naród przestali się liczyć, bo naród bez głowy jest narodem bezwolnym. A poza tym, poprzez przesiedlenia, zaaplikowano mu znaczną dawkę mniejszości narodowych z Kresów i to wszystko wymieszano. I z tej mieszanki powstało wyjątkowo nijakie społeczeństwo. Dlatego w procesie łączenia Polski z Ukrainą Polacy nie są problemem. Problemem są Ukraińcy, a właściwie ta ich cześć, która uważa się za patriotów. Z nimi trzeba zrobić porządek. Oni przecież marzą o Wielkiej Ukrainie, a tu nie o nią chodzi, tylko o odtworzenie I RP. Połączenie Polski i Ukrainy jest tylko etapem na tej drodze, ale nie da się tego zrobić, jeśli nie wyeliminuje się tych patriotów, których my nazywamy banderowcami.

Putin na początku wojny jasno powiedział, jaki jest jej cel: demilitaryzacja i denazyfikacja Ukrainy. Demilitaryzacji to na razie nie widać, ale żeby jej dokonać, to trzeba zlikwidować tych, którzy walczą. Wówczas cała broń stanie się złomem, a ukraińscy nacjonaliści zostaną bohaterami, tyle że martwymi.

Tak więc rządy wszystkich państw zaangażowanych w tę wojnę współpracują ze sobą. I wszystkie te rządy, łącznie z ukraińskim, każdy na swój sposób, podpuszczają banderowców, wciągają ich coraz bardziej do wojny. Dokładnie to samo zrobiono z Polakami w 1944. Anglia współpracowała ze Związkiem Radzieckim, wykorzystując do tego celu AK. No bo skoro Anglia oddała w Jałcie Polskę Stalinowi, to trudno, by skrycie robiła co innego. Tak pewnie kazali postępować angielskim politykom ich nieznani przełożeni. I teraz Anglia też współpracuje z Rosją. I nie tylko ona.