Liberyjski przekręt

Liberia to mało znany kraj. Nawet jeśli ktoś wie, że jest taki kraj, to pewnie nic o nim nie wie, może tylko niektórzy wiedzą, że wiele statków pływało pod liberyjską banderą, może też jeszcze pamiętają przebój Michaela Jacksona Liberian Girl z 1987 roku. Państwo to ma ciekawą historię, w której w pewnym momencie pojawia się wątek polski. Ale o tym, to może w następnym blogu. I taka ciekawostka o religii w Liberii: protestantyzm – 76%, islam – 12%, katolicyzm – 7%, reszta – inne. Można więc powiedzieć, że jest to kraj protestancki. Dlaczego więc nie należy do najbogatszych krajów na świecie, jak pozostałe kraje protestanckie? Przykład Liberii przeczy twierdzeniom tych, którzy uważają, że kraje protestancie są bogatsze od katolickich dlatego, że są protestanckie. Ja natomiast twierdzę, że kraje protestanckie są bogatsze od pozostałych dlatego, że Żydzi traktują je przychylniej ze względu na duże podobieństwo protestantyzmu i kalwinizmu do judaizmu. Wikipedia o Liberii pisze m.in. tak:

Liberia (Republika Liberii – Republic of Liberia) – państwo położone w Afryce Zachodniej. Sąsiaduje z Gwineą, Wybrzeżem Kości Słoniowej oraz Sierra Leone. Pod koniec lat 80. XX wieku sytuacja gospodarcza i polityczna tego kraju stała się niestabilna, co było skutkiem przewrotów wojskowych i dwóch wojen domowych (1989–1996 i 1999–2003). Członek Unii Afrykańskiej i ECOWAS.

Mapa Liberii; źródło: Wikipedia.

Jest to najstarsza republika w Afryce. Powstała w wyniku umowy między Amerykańskim Towarzystwem Kolonizacyjnym a autochtonami, podpisanej w 1821 roku. Dzięki niej wyzwoleni niewolnicy ze Stanów Zjednoczonych mieli osiedlić się w tej części kontynentu, na wykupionych przez Towarzystwo terenach, i żyć w zgodzie z 18 plemionami tubylczymi. Początkowo Liberia była zależna od Stanów Zjednoczonych. 26 lipca 1847 roku Amerykano-Liberyjczycy uchwalili konstytucję, jednocześnie deklarując własną niepodległość. Nazwa kraju pochodzi od łacińskiego słowa liber – „wolny”.

Historia Liberii zdominowana była przez konflikty pomiędzy kolonią wyzwolonych niewolników, a rdzenną ludnością (zapoczątkowane rozszerzaniem terytorium kolonii poza wykupione wcześniej ziemie) oraz przez spory terytorialne z sąsiadującymi koloniami europejskimi. Do 1945 rdzenna ludność nie posiadała reprezentacji w parlamencie. Prawo do głosowania – ograniczone cenzusem majątkowym – uzyskała w 1947 roku, za rządów prezydenta Williama Tubmana, który dążył do zmniejszenia nierówności społecznej między potomkami wyzwoleńców, a rdzenną ludnością. Dominacja Amerykano-Liberyjczyków zakończyła się w 1980 roku.

W 1980 Samuel K. Doe przeprowadził przewrót wojskowy, w którym zabito urzędującego prezydenta Williama Tolberta, a władzę przejęła Ludowa Rada Ocalenia (pod przywództwem S.K. Doe). Pogłębiający się kryzys gospodarczy doprowadził do wybuchu wojny domowej w 1989, podczas której S.K. Doe poniósł śmierć. W 1997 Charles Taylor, jeden z przeciwników Doe’a, został wybrany na prezydenta Liberii. W czasie jego rządów Liberia z jednego z najzamożniejszych krajów afrykańskich stała się krajem biednym. W 1999 roku wybuchła druga wojna domowa. Na Liberię pod rządami Taylora zostały nałożone międzynarodowe sankcje, a sam dyktator został oskarżony przez Sąd Specjalny dla Sierra Leone o handel bronią i podsycanie wojny domowej w sąsiednich krajach. W 2003 roku pod naciskiem społeczności międzynarodowej i pokojowego ruchu kobiet (Masowa Akcja Kobiet Liberii na rzecz Pokoju wspierana przez organizację Women in Peacebuilding Network Africa) Taylor zdecydował się na rozmowy pokojowe z pozostałymi stronami konfliktu i jeszcze przed ich zakończeniem zrzekł się władzy. Udał się do Nigerii, gdzie otrzymał azyl polityczny (cofnięty w 2006 roku). Pokój kończący krwawą wojnę domową w Liberii został zawarty 18 sierpnia 2003 roku w stolicy Ghany Akrze.

Między sierpniem a październikiem 2003 prezydentem był Moses Blah. 14 października 2003 sformowano rząd przejściowy pod przewodnictwem Gyude Bryanta. W wyborach prezydenckich na jesieni 2005 zwyciężyła Ellen Johnson-Sirleaf, pokonując w drugiej turze znanego piłkarza George’a Weah. W 2011 Johnson-Sirleaf została wybrana na kolejną, 6-letnią kadencję. 22 stycznia 2018 prezydentem został George Weah – liberyjski piłkarz, działacz humanitarny i polityk.

xxxxxxxx

Ryszard Kapuściński w swoim zbiorze reportaży o Afryce Heban (1998) pisze m.in.:

W 1821 roku do miejsca, które znajduje się niedaleko mojego hotelu (Monrowia leży nad Atlantykiem, na półwyspie o kształcie podobnym do Helu), dopłynął statek, którym przybył z Ameryki agent American Colonisation Society, Robert Stockton. Stockton, przykładając miejscowe wodzowi plemiennemu, królowi Peterowi, pistolet do skroni, wymusił na nim sprzedaż – za sześć muszkietów i skrzynkę paciorków – ziemi, na której owo towarzystwo amerykańskie zamierzało osiedlić tych niewolników z plantacji bawełny (głównie ze stanów Wirginia, Georgia, Maryland), którzy uzyskali status wolnych ludzi. Towarzystwo Stocktona miało charakter liberalny i charytatywny. Jego działacze sądzili, że najlepszym zadośćuczynieniem, za krzywdy niewolnictwa będzie odesłanie byłych niewolników do ziemi, skąd pochodzili ich przodkowie – do Afryki.

Od tego czasu, co roku, statki przywoziły z USA grupy kolejnych wyzwolonych niewolników, którzy zaczęli osiedlać się w rejonie dzisiejszej Monrowii. Nie stanowili dużej społeczności. Kiedy w 1847 roku ogłosili utworzenie Republiki Liberii, było ich sześć tysięcy. Możliwe, że liczba ich nigdy nie przekroczyła kilkunastu tysięcy: mniej niż jeden procent ludności kraju.

Pasjonujące są losy i zachowanie tych osadników (nazywali oni siebie Americo-Liberians, Amerykano-Liberyjczykami). Jeszcze wczoraj byli czarnymi pariasami, wyzutymi z prawa niewolnikami z plantacji w południowych stanach Ameryki. W większości nie umieli czytać ni pisać, nie mieli też żadnego zawodu. Ich ojcowie zostali przed laty porwani w Afryce, przewiezieni w kajdanach do Ameryki i sprzedani na targach niewolniczych. A teraz oni, potomkowie tamtych nieszczęśników, sami do niedawna czarni niewolnicy, znaleźli się znowu w Afryce, na ziemi przodków, w ich świecie, wśród pobratymców o wspólnych korzeniach i tym samym kolorze skóry. Z woli liberalnych białych Amerykanów zostali tu teraz przywiezieni i zdani na siebie, pozostawieni własnemu losowi. Jak się teraz zachowają? Co zrobią? Otóż wbrew oczekiwaniu swoich dobroczyńców przybysze nie całują odzyskanej ziemi i nie rzucają się w ramiona mieszających tu Afrykańczyków.

Ci Amerykano-Liberyjczycy znają z własnego doświadczenia tylko jeden typ społeczeństwa – niewolniczy, bo takie istniało wówczas w południowych stanach Ameryki. Toteż po przybyciu ich pierwszym posunięciem na nowej ziemi stanie się odtworzenie podobnego społeczeństwa, z tym, że panami będą teraz oni – wczorajsi niewolnicy, a niewolnikami miejscowe, zastane tu społeczności, które oni podbiją i będą nad nimi panować.

Liberia – to przedłużenie porządku niewolniczego z woli samych niewolników, którzy nie chcą burzyć niesprawiedliwego systemu, lecz pragną go zachować, rozwinąć i wykorzystać we własnym interesie. Najwyraźniej umysł zniewolony, skażony doświadczeniem niewolnictwa, umysł „urodzony w niewoli, okuty w powiciu” nie umie pomyśleć, wyobrazić sobie wolnego świata, w którym wszyscy byliby wolni.

Znaczną część obszaru Liberii pokrywa dżungla. Gęsta, tropikalna, wilgotna, malaryczna. Mieszkają w niej niewielkie, biedne i słabo zorganizowane plemiona (ludy potężne, o silnych strukturach militarnych i państwowych, żyły najczęściej na szerokich, otwartych przestrzeniach sawanny. Ciężkie warunki zdrowotne i komunikacyjne dżungli afrykańskiej sprawiały, że takie organizmy nie mogły tam powstać). Teraz na te tereny, zajmowane tradycyjnie przez miejscową, rodzimą ludność, zaczynają się wprowadzać przybysze zza oceanu. Stosunki od początku układają się fatalnie, wrogo. Przede wszystkim Amerykano-Liberyjczycy ogłaszają, że tylko oni są obywatelami kraju. Reszcie – to jest dziewięćdziesięciu dziewięciu procentom ludności – odmawiają tego statutu, tego prawa. Według przyjętych ustaw ta reszta to tylko tribesmen (członkowie plemion), ludzie bez kultury, dzikusi i poganie.

Najczęściej zresztą dwie społeczności żyją z dala od siebie, mając rzadki, sporadyczny kontakt. Nowi panowie trzymają się brzegu morskiego i osad, które tam zbudowali (największą jest Monrowia)). Dopiero w sto lat od powstania Liberii jej prezydent (był nim wówczas William Tubman) wyjechał po raz pierwszy w głąb kraju. Przybysze z Ameryki, nie mogąc odróżnić się od miejscowych kolorem skóry i typem fizycznym, starają się w jakiś inny sposób podkreślić swoją inność i wyższość. W straszliwie upalnym i parnym klimacie, jaki panuje w Liberii, mężczyźni, nawet w zwykły dzień, chodzą we frakach i spencerach, noszą meloniki i zakładają białe rękawiczki. Panie na ogół przebywają w domach, ale jeżeli wychodzą na ulicę (do polowy XX wieku w Monrowii nie ma asfaltu ani chodników), to w sztywnych krynolinach, gęstych perukach i zdobnych sztucznymi kwiatami kapeluszach. Całe to wyższe, ekskluzywne towarzystwo mieszka w domach, które są wierną kopia dworków i pałacyków, jakie budowali sobie biali właściciele plantacji na południu Ameryki. Amerykano-Liberyjczycy zamykają się również we własnym świecie religijnym niedostępnym dla dla miejscowych Afrykańczyków. Ci przybysze to gorliwi baptyści i metodyści. Na nowej ziemi budują swoje proste kościoły. Spędzają w nich cały wolny czas na śpiewaniu nabożnych hymnów i słuchaniu okolicznościowych kazań. Z czasem świątynie te staną się także miejscem spotkań towarzyskich, rodzajem zamkniętych klubów.

Na długo przed tym, nim biali Afrykanerzy wprowadzili apartheid (tj. system segregacji w imię dominacji) w południowej Afryce, system ten już w połowie XIX wieku wymyślili i wcielili w życie potomkowie czarnych niewolników – władcy Liberii. Już sama przyroda i gęstwina dżungli sprawiały, że między tubylcami a przybyszami istniała naturalna, oddzielająca ich, sprzyjająca segregacji granica, nie zamieszkana, niczyja przestrzeń. Ale to nie wystarczy. W małym, bigoteryjnym światku Monrowii rządzi zakaz bliskich kontaktów z miejscową ludnością, przede wszystkim zakaz małżeństw. Robi się wszystko, aby „dzikusi znali swoje miejsce”. W tym celu rząd w Monrowii wyznacza każdemu z plemion (jest ich szesnaście) terytorium, na którym wolno mu przebywać – typowe homelands utworzone dla Afrykańczyków dopiero kilkadziesiąt lat później przez białych rasistów z Pretorii. Wszyscy, którzy przeciw temu występują, są surowo karani. Do miejsc rebelii i oporu Monrowia wysyła wojskowe i policyjne ekspedycje karne. Szefowie niepokornych ludów są ścinani na miejscu, zbuntowana ludność mordowana lub więziona, jej wioski niszczone, a zbiory puszczane z dymem. Starym światowym zwyczajem i tu te ekspedycje, wyprawy i wojny lokalne służą jednemu celowi: chwytaniu niewolników. Bo Amerykano-Liberyjczycy potrzebują rąk do pracy. I rzeczywiście, już w drugiej połowie XIX weku zaczną w swoich gospodarstwach i warsztatach zatrudniać własnych niewolników. A także sprzedawać ich do innych kolonii, przede wszystkim do Fernando Po i Gujany. W końcu lat dwudziestych XX wieku prasa światowa ujawnia ten proceder uprawiany oficjalnie przez rząd Liberii. Interweniuje Liga Narodów. Pod jej naciskiem ówczesny prezydent Charles King musi ustąpić. Ale praktyka, tyle że już po cichu, będzie trwać nadal.

Od pierwszych dni swojego osiedlenia w Liberii czarni przybysze z Ameryki myśleli, jak zachować i umocnić swoją dominującą pozycję w nowym kraju. Najpierw nie dopuścili jego rodowitych mieszkańców do udziału w rządach, odmawiając im praw obywatelskich. Pozwalali im żyć, ale tylko na wyznaczonych terenach plemiennych. Potem poszli dalej – wymyślili jednopartyjny system władzy. Na rok przed urodzeniem Lenina , a mianowicie w 1869 roku powstała w Monrowii True Whig Party, która będzie miała w Liberii monopol władzy przez sto jedenaście lat, to jest do 1980 roku. Kierownictwo tej partii, jej biuro polityczne – A National Executive – od początku decyduje o wszystkim: kto będzie prezydentem, kto zasiądzie w rządzie, jaką ten rząd będzie prowadzić politykę, jaka firma zagraniczna dostanie koncesję, kogo mianują szefem policji, kogo naczelnikiem poczty itd. – drobiazgowo, do najniższych szczebli. Szefowie tej partii byli prezydentami republiki albo odwrotnie – bo te stanowiska traktowano wymiennie. Tylko będąc w tej partii, można było coś osiągnąć. Jej przeciwnicy przebywali albo w więzieniu, albo na emigracji.

xxxxxxxx

O tym, jakie były początki tego państwa i dlaczego ono powstało, pisze też w swojej książce Kolonie Rzeczypospolitej (2005) Marek Arpad Kowalski:

Długo utrzymujący się proceder handlu niewolnikami zaczął być likwidowany od początku XIX wieku. Wielka Brytania w 1807 roku pierwsza ogłosiła oficjalnie zniesienie niewolnictwa i handlu niewolnikami (acz we własnych koloniach zlikwidowała niewolnictwo dopiero w 1833 roku). W Stanach Zjednoczonych w tym samym 1807 roku zakazano dowozu niewolników. Kongres wiedeński w 1815 roku potępił niewolnictwo (mimo że to potępienie miało deklaratywny charakter, ważne jednak, że nastąpiło). Ruch abolicjonistyczny z biegiem czasu obejmował inne państwa i do końca XIX wieku niewolnictwo i handel niewolnikami zostały zniesione, chociaż jeszcze 25 listopada 1926 roku trzeba było zawrzeć w tej sprawie konwencję z inicjatywy Ligi Narodów.

Na tej właśnie fali w 1816 roku w Stanach Zjednoczonych powstało w Amerykańskie Towarzystwo Kolonizacyjne, by oswobodzonych niewolników amerykańskich przewozić z powrotem do Afryki. Mieli się tam osiedlać i rozpoczynać nowe życie.

Po kilku latach starań Towarzystwo nabyło w końcu 1822 roku na Wybrzeżu Pieprzowym nieco ponad 400 kilometrów kwadratowych ziemi na przylądku Mesurado. Kraj ten nazwano Liberią, a wybudowana nad morzem osada (niebawem stolica kraju) zyskała nazwę Monrovia, na cześć ówczesnego prezydenta USA Jamesa Monroe, który swój urząd sprawował w latach 1817-1825. Ziemię tę od miejscowych plemion zakupiono – jak pisze John Gunther w książce Afryka od wewnątrz (Książka i Wiedza, Warszawa 1958) – za sześć strzelb, jedną skrzynkę paciorków, dwie beczki tytoniu, jedną baryłkę prochu, sześć sztab żelaza, sześć sztuk niebieskiej tkaniny bawełnianej, trzy pary butów, jedną skrzynkę mydła, tuzin noży, widelców i łyżek, dziesięć żelaznych garnków.

Nie bardzo wiadomo, ile w tym prawdy. Pisał to przecież reporter. Reporterzy, jak i pisarze, miewają tendencje do usensacyjniania i udziwniania spraw („dziennikarz, to i musi naplątać”). Dosyć, że powstało państwo o nazwie Liberia. Początkowo jako protektorat Stanów Zjednoczonych. Ale w 1847 roku USA zniosły protektorat i Liberia ogłosiła się niepodległą republiką. Przez wiele lat było to jedyne, obok Etiopii zwanej wtedy Abisynią, niepodległe państwo afrykańskie, a na pewno jedyne „czarne” państwo Afryki. Paradoksem jest to, że Liberia była „wewnętrzną kolonią”. Władze w niej sprawowali osadzeni tam czarnoskórzy przybysze ze Stanów Zjednoczonych i ich potomkowie, traktujący rdzennych mieszkańców Liberii jako swoich poddanych nie posiadających praw politycznych. Tak, jakby byli mieszkańcami kolonii – kolonii osiadłych tu Murzynów amerykańskich.

xxxxxxxx

Wikipedia pisze, że początkowo Liberia była uzależniona od Stanów Zjednoczonych, a Kowalski, że była protektoratem tego kraju, co w sumie na jedno wychodzi. Natomiast nie wspomina o tym Kapuściński. Pisze on:

»Ci Amerykano-Liberyjczycy znają z własnego doświadczenia tylko jeden typ społeczeństwa – niewolniczy, bo takie istniało wówczas w południowych stanach Ameryki. Toteż po przybyciu ich pierwszym posunięciem na nowej ziemi stanie się odtworzenie podobnego społeczeństwa, z tym, że panami będą teraz oni – wczorajsi niewolnicy, a niewolnikami miejscowe, zastane tu społeczności, które oni podbiją i będą nad nimi panować.

Liberia – to przedłużenie porządku niewolniczego z woli samych niewolników, którzy nie chcą burzyć niesprawiedliwego systemu, lecz pragną go zachować, rozwinąć i wykorzystać we własnym interesie. Najwyraźniej umysł zniewolony, skażony doświadczeniem niewolnictwa, umysł „urodzony w niewoli, okuty w powiciu” nie umie pomyśleć, wyobrazić sobie wolnego świata, w którym wszyscy byliby wolni.«

A więc według niego to wszystko wina Murzynów i ich mentalności, bo tak być może kazali mu pisać jego nieznani przełożeni. On, podobnie jak Kowalski i Wikipedia, nie wspomina o pewnym fakcie, który całkowicie zburzyłby tę narrację, zapewne bardzo niewygodnym dla tych, którzy kreują obraz świata wedle własnego uznania. Chociaż trzeba oddać sprawiedliwość Kowalskiemu, że wspomniał o tym, że prezydentem Stanów Zjednoczonych był James Monroe i to na jego cześć stolicę Liberii nazwano Monrowią. A stąd już blisko do… doktryny Monroe, która głosiła, że kontynent amerykański nie może podlegać dalszej kolonizacji ani ekspansji politycznej ze strony Europy, w zamian zaś zapowiadała, że Stany Zjednoczone nie będą ingerowały w sprawy państw europejskich i ich kolonii. Doktryna ta stała się fundamentem amerykańskiej polityki izolacjonizmu (hasło „Ameryka dla Amerykanów”).

Można więc powiedzieć, że Stany Zjednoczone postąpiły zgodnie z wyartykułowaną wiele lat później zasadą pewnego polityka, który powiedział, że jest za, a nawet przeciw. Stany Zjednoczone odizolowały się od reszty świata, ale tak nie do końca, bo Liberia leży w Afryce, a nie w Ameryce Północnej czy Południowej. Nie mogli więc Amerykanie w sposób oficjalny wkroczyć do Afryki. Zrobili to drogą okrężną. Wymyślili sobie jakieś towarzystwo kolonizacyjne i dorobili do tego idiotyczną ideologię, że niby w ramach rekompensaty ci wolni, już byli niewolnicy, mogą wrócić do Afryki. Idiotyczne, bo doskonale wiedzieli, że nie da się przenieść wszystkich Murzynów, bo niby gdzie? A poza tym, dla tych, którzy żyli w Ameryce od pokoleń, Afryka była obcym kontynentem.

Cele tego zabiegu były dwa. Po pierwsze Liberia stała się ich bazą w Afryce, z której z bliska mogli przypatrywać się temu, co się działo w pozostałej części kontynentu. Ponadto dokonali pewnego eksperymentu socjotechnicznego, który polegał na uczynieniu niewielkiej grupy obcych warstwą uprzywilejowaną i dominującą nad tubylcami. Mogli w ten sposób obserwować zachowania obu grup i co z tego wyniknie. Przez pierwsze 20 lat robili to bezpośrednio, a kiedy już wychowali sobie następców, to usunęli się w cień, by dalej rządzić z tylnego siedzenia. Grupa, którą uprzywilejowali, wiernie im służyła, co jest chyba naturalne.

Liberię, jako państwo, stworzyli Amerykanie. Od podstaw je tworzyli. Trudno sobie wyobrazić, że mogli to zrobić, jak pisał Kapuściński, ludzie niepiśmienni i bez zawodu, ludzie, którzy dopiero co stali się wolnymi, a wcześniej byli niewolnikami. Tym, których wybrali do rządzenia dali wszystko: zorganizowali im państwo, system partyjny, stworzyli całą infrastrukturę i dali pieniądze. Trudno zatem się dziwić, że wywołało to niezadowolenie wśród tubylców i prowadziło często do gwałtownych starć, bo ci tubylcy nie mieli żadnych praw i stali się praktycznie niewolnikami tych, których ściągnęli Amerykanie. Ściągnęli ich, by zrekompensować im krzywdy doznane w Ameryce w czasach niewolnictwa. Tak im rekompensowali te krzywdy, że tubylców, którzy byli wolnymi, uczynili niewolnikami.. Ale w świat poszła informacja, że to Murzyni Murzynów niewolą.

Trudno zrozumieć, dlaczego w Afryce tak się działo i dzieje. Wydaje się, że odpowiedź na to daje angielski historyk, którego cytuje Kapuściński:

„W czasach przedkolonialnych – a więc nie tak dawno – w Afryce istniało ponad dziesięć tysięcy państewek, królestw, związków etnicznych, federacji. Historyk z Uniwersytetu Londyńskiego Ronald Oliver w swojej książce The African Experience (Nowy Jork 1991) zwraca uwagę na upowszechniony paradoks: przyjęło się bowiem mówić, że koloniści europejscy dokonali podziału Afryki. – Podziału? – zdumiewa się Oliver. – To było brutalne, ogniem i mieczem przeprowadzone zjednoczenie! Liczba dziesięciu tysięcy została zredukowana do pięćdziesięciu.”

Czy była zatem Afryka wielkim masońskim eksperymentem? Wszak to na masońskiej konferencji w Berlinie (1884-85) dokonano podziałów terytorialnych przyszłych aneksji terytorialnych w Afryce. Państwa europejskie podzieliły pomiędzy siebie Afrykę, ale w obrębie własnych terytoriów dokonywały zjednoczenia. I to zapewne miał na myśli angielski historyk. Jaki jest skutek tego jednoczenia w Afryce, to widzimy. Czy o to samo chodzi w jednoczeniu Europy?

Chiński cud gospodarczy

Od jakiegoś czasu pojawiają się różnego rodzaju komentatorzy, blogerzy, dziennikarze, geopolitycy, naukowcy, którzy zachwycają się chińskim modelem gospodarczym i dają delikatnie do zrozumienia, że Polska również powinna skorzystać z doświadczenia Chin i sukcesu gospodarczego tego państwa. Jakkolwiek nikt tego tak nie sformułował, ale oni wszyscy mówią o „drugich Chinach”. Cóż, ja już miałem okazję obserwować budowę „drugiej Polski” za Gierka, „drugiej Japonii” za Wałęsy, „drugiej Irlandii” za Tuska. Nic z tego nie wyszło. Czy są zatem szanse na przeszczepienie chińskich rozwiązań w Polsce? Przede wszystkim warto sobie zadać pytanie, jak do tego doszło, że Chiny stały się taką potęgą? Poniższe informacje zaczerpnąłem z angielskiej Wikipedii. Śródtytuły są mojego autorstwa.

Początek reform

Na trzecim plenum Komitetu Centralnego XI Kongresu Partii Narodowej Deng wytyczył Chinom drogę „reform i otwarcia”, polityki, która rozpoczęła się od dekolektywizacji wsi, po której nastąpiły reformy mające na celu decentralizację w sektorze przemysłowym. W 1979 roku Deng sformułował cel „czterech modernizacji”, a następnie zaproponował ideę „xiaokang”, czyli „społeczeństwa umiarkowanie zamożnego”. Położył on nacisk na przemysł lekki jako odskocznię do rozwoju przemysłu ciężkiego. Osiągnięcia Lee Kuan Yew w stworzeniu supermocarstwa gospodarczego w Singapurze (w Singapurze 80% populacji to Chińczycy – przyp. W.L.) wywarły głęboki wpływ na komunistyczne przywództwo w Chinach. Podjęło ono poważne wyzwanie, zwłaszcza pod rządami Deng Xiaopinga, aby wzorować się na jego polityce wzrostu gospodarczego, rozwoju przedsiębiorczości i subtelnego tłumienia sprzeciwu. Ponad 22 000 chińskich urzędników zostało wysłanych do Singapuru w celu zbadania jego metod działania.

Singapur

Jednym z najpilniejszych zadań Lee po uzyskaniu niepodległości przez Singapur było rozwiązanie problemu wysokiego bezrobocia. Wraz ze swoim doradcą ekonomicznym, przewodniczącym Rady ds. Rozwoju Gospodarczego Hon Sui Senem, w porozumieniu z holenderskim ekonomistą Albertem Winsemiusem, Lee zbudował fabryki i początkowo skupił się na produkcji. Zanim Brytyjczycy całkowicie wycofali się z Singapuru w 1971 roku, Lee przekonał ich również, aby nie niszczyli swoich doków, i kazał później przekształcić stocznię brytyjskiej marynarki wojennej tak, by nadawała się do użytku cywilnego.

Ostatecznie Lee i jego gabinet zdecydowali, że najlepszym sposobem ożywienia gospodarki Singapuru będzie przyciągnięcie zagranicznych inwestycji z międzynarodowych korporacji (MNC). Modernizując infrastrukturę zgodnie z zachodnimi standardami, nowe państwo przyciągnęło amerykańskich, japońskich i europejskich przedsiębiorców i wysoko wykwalifikowany personel. Na początku lat siedemdziesiątych pojawienie się korporacji międzynarodowych, takich jak Texas Instruments, Hewlett-Packard i General Electric, zmieniło w następnej dekadzie Singapur w eksportera. Pracownicy byli często przekwalifikowywani, aby zapoznać się z systemami pracy i kulturą firm zagranicznych. Rząd uruchomił również kilka nowych gałęzi przemysłu, takich jak huty stali w ramach „National Iron and Steel Mills”, branże usługowe, takie jak Neptune Orient Lines i Singapore Airlines.

Lee i jego gabinet pracowali również nad przekształceniem Singapuru w międzynarodowe centrum finansowe. Zagranicznych bankierów zapewniono o wysokim standardzie warunków socjalnych Singapuru, z najwyższej klasy infrastrukturą i wykwalifikowanymi specjalistami, a inwestorom dano do zrozumienia, że rząd Singapuru będzie prowadził rozsądną politykę makroekonomiczną, z nadwyżkami budżetowymi, prowadzącymi do stabilnej wartości dolara singapurskiego.

Przez całą swoją kadencję Lee przywiązywał dużą wagę do rozwoju gospodarki, a jego dbałość o szczegóły w tym aspekcie posunęła się nawet do kojarzenia jej z innymi zaletami Singapuru, w tym z rozległą i skrupulatną pielęgnacją jego międzynarodowego wizerunku jako „miasta-ogrodu”, czegoś, co przetrwało do dziś.

Chińskie reformy

Przed reformami chińska gospodarka była zdominowana przez własność państwową i centralne planowanie. Od 1950 do 1973 roku chiński realny PKB na mieszkańca rósł średnio w tempie 2,9% rocznie, aczkolwiek z dużymi wahaniami wynikającymi z Wielkiego Skoku i Rewolucji Kulturalnej. Począwszy od 1970 roku gospodarka weszła w okres stagnacji, a po śmierci Mao Zedonga kierownictwo partii komunistycznej postanowiło porzucić maoizm i zwrócić się ku reformom rynkowym, aby przezwyciężyć stagnację gospodarczą.

Władze partii komunistycznej przeprowadziły reformy rynkowe w dwóch etapach. Pierwszy etap, na przełomie lat 70. i 80., polegał na dekolektywizacji rolnictwa, otwarciu kraju na inwestycje zagraniczne i zezwoleniu przedsiębiorcom na zakładanie działalności gospodarczej. Jednak duży procent przemysłu pozostał własnością państwa. Drugi etap reformy, pod koniec lat 80. i 90., obejmował prywatyzację znacznej części przemysłu państwowego. Zniesienie kontroli cen w 1985 roku było wielką reformą, a wkrótce potem nastąpiło zniesienie protekcjonistycznej polityki i przepisów, chociaż monopole państwowe na szczytach gospodarki, takich jak bankowość i ropa naftowa, pozostały.

W 2001 roku Chiny przystąpiły do Światowej Organizacji Handlu (WTO). Niedługo potem sektor prywatny znacznie się rozwinął, wytwarzając do 2005 roku aż 70 procent produktu krajowego brutto (PKB) Chin. Od 1978 do 2013 roku nastąpił bezprecedensowy wzrost, a gospodarka rosła o 9,5% rocznie.

Powodzenie chińskiej polityki gospodarczej i sposób jej realizacji spowodowały ogromne zmiany w chińskim społeczeństwie w ciągu ostatnich 40 lat, w tym znaczne zmniejszenie ubóstwa przy jednoczesnym wzroście zarówno średnich dochodów, jak i wzroście różnicy pomiędzy największymi i najmniejszymi wynagrodzeniami, co doprowadziło do ostrej reakcji Nowej Lewicy. Na scenie akademickiej uczeni debatowali nad przyczynami sukcesu chińskiej „dwutorowej” gospodarki i porównywali ją z próbami zreformowania socjalizmu w bloku wschodnim i Związku Radzieckim, jak również do wzrostu innych gospodarek rozwijających się. Dodatkowo, ta seria reform doprowadziła do przekształcenia się Chin w wielkie mocarstwo i przesunięcia międzynarodowych interesów geopolitycznych w kierunku tego państwa. Niemniej jednak sprawy takie jak korupcja, zanieczyszczenie i szybko starzejące się społeczeństwo pozostają poważnymi problemami, z którymi chiński rząd musi się uporać. Niektórzy analitycy dodali również, że era reform została znacznie ograniczona za przywództwa obecnego sekretarza generalnego KPCh Xi Jinpinga, argumentując to tym, że Xi odzyskał kontrolę państwa nad różnymi dziedzinami życia społecznego oraz gospodarką.

xxxxxxxx

Tak to przedstawiła angielska Wikipedia. Jednak wypada jeszcze wspomnieć o wizycie Henry Kissingera w Chinach w lipcu 1971 roku i wizycie prezydenta Nixona w dniach 21-28 lutego 1972 roku. Od powstania Chińskiej Republiki Ludowej w 1949 roku oba państwa nie utrzymywały stosunków dyplomatycznych. Wszystko wskazuje, że był to przełomowy moment w dziejach świata, że postanowiono wtedy o tym, co nastąpiło parę lat później, czyli o chińskich reformach. Bez tego międzynarodowego kapitału nie byłoby tych reform i ta gospodarka nie rozwinęłaby się.

A więc wszedł do Chin międzynarodowy kapitał z najnowocześniejszymi technologiami i uprzemysłowił je, jak 50 lat wcześniej, po rewolucji październikowej, uprzemysłowił Związek Radziecki, a później Niemcy Hitlera. Samo uprzemysłowienie w przypadku Chin, to było jeszcze za mało. To przedsięwzięcie było czymś o znacznie większej skali niż w obu wspomnianych przypadkach. To było budowanie fabryki świata. To było możliwe ze względu na liczbę ludności. Ale żeby „fabryka” miała zbyt, to ten międzynarodowy kapitał udostępnił jej światowe rynki zbytu, czyli rynki we wszystkich państwach, bo przecież Chińczycy nie mieli własnych kanałów dystrybucji. One należą do nacji rozproszonej i każdy, kto spróbuje naruszyć ten monopol zostanie szybko ukarany. Tak to niestety działa. Produkcją rządzi ten, kto rządzi handlem. Przenoszono więc ją z bardziej i mniej uprzemysłowionych krajów do Chin, bo takie były wytyczne. Gdyby jakiś producent nie chciał jej tam przenieść, to za karę nigdzie nie sprzedałby swoich towarów.

Jak wyglądały w przeszłości relacje Stanów Zjednoczonych z Chinami, opisuje Antony C. Sutton w swojej książce Skull and bones; Tajemna elita Ameryki (1983):

»W 1971 roku Nixon mianował George’a „Poppy” Busha (wtajemniczony w roku 1948) ambasadorem Stanów Zjednoczonych przy Organizacji Narodów Zjednoczonych, nie biorąc pod uwagę faktu, że Bush nie miał żadnego doświadczenia w dyplomacji. Jako główny delegat Stanów Zjednoczonych był odpowiedzialny za obronę będącej pierwotnym, wolnorynkowym członkiem Organizacji Narodów Zjednoczonych Republiki Chińskiej przed atakiem komunistycznych Chin. Mając do dyspozycji ogromną potęgę Stanów Zjednoczonych, Bush poniósł sromotną klęskę: republika została usunięta z Organizacji Narodów Zjednoczonych, a jej miejsce zajęły komunistyczne Chiny. Niedługo po tej porażce Bush odszedł z Organizacji Narodów Zjednoczonych i objął funkcję przewodniczącego Krajowego Komitetu Partii Republikańskiej.

Nie jest to miejsce na opowiadanie całej historii amerykańskiego zaangażowania w Chinach. Zaczęło się ono od ingerencji Wall Street w rewolucję Sun Jat-sena w 1911 roku, który to epizod nie zapisał się jeszcze w świadomości opinii publicznej.

Podczas II wojny światowej Stany Zjednoczone pomogły chińskim komunistom w zdobyciu władzy. Autorytet w sprawach związanych z Chinami Chin-tung Liang napisał w swojej książce na temat generała Josepha W. Stilwella, w latach 1942-1944 będącego głównym przedstawicielem Stanów Zjednoczonych w Chinach, że: „Z punktu widzenia walki z komunizmem (Stilwell) bardzo źle przysłużył się Chinom”.

Stilwell był jednak jedynie wykonawcą rozkazów wydawanych w Waszyngtonie przez generała George’a C. Marshalla. Admirał Cooke oświadczył Kongresowi: „w 1946 roku generał Marshall użył taktyki przerwy w dostawie amunicji, by w niezauważalny sposób rozbroić chińskie oddziały”.

W przypadku generała Marshalla należy jednak pamiętać, że w Stanach Zjednoczonych to władze cywilne mają ostatnie słowo w sprawach związanych z wojskowością, co prowadzi nas do ówczesnego sekretarza wojny, Henry’ego L. Stimsona – zwierzchnika Marshalla i członka Zakonu (od 1888 roku). Zadziwiającym zbiegiem okoliczności Stimson sprawował funkcję sekretarza wojny także w roku 1911, czyli w czasie rewolucji Sun Jat-sena.

Historia zdradzenia Chin i roli, jaką odegrał w tym Zakon ukaże się dopiero w kolejnym tomie. Tymczasem pragniemy jedynie zwrócić uwagę na decyzję o budowie komunistycznych Chin jako nowego ramienia dialektyki. Decyzja ta została podjęta za rządów prezydenta Richarda Nixona, a w czyn wprowadził ją Henry Kissinger (Chase Manhattan Bank) i George „Poppy” Bush (Zakon).

W chwili, gdy książka ta zostanie oddana do druku (początek 1984 roku), Bechtel Corporation zakłada nową firmę, Bechtel China Inc., zajmującą się realizacją kontraktów inżynieryjnych i budowlanych dla chińskiego rządu. Nowym prezesem Bechtel China Inc. został Sydney B. Ford, były kierownik do spraw marketingu Bechtel Civil & Minerals Inc. Obecnie Bechtel pracuje nad studiami dla China National Coal Development Corporation i China National Offshore Oil Corporation – obie są rzecz jasna chińskimi organizacjami komunistycznymi.

Wygląda na to, że Bechtel pełni obecnie podobną funkcję, jaka swego czasu przypadła mającej siedzibę w Detroit Albert Kahn Inc. – firmie, która w 1928 roku zajęła się wstępnymi studiami i planowaniem pierwszego radzieckiego planu pięcioletniego.

Około roku 2000 komunistyczne Chiny będą „supermocarstwem” zbudowanym dzięki amerykańskiej technologii i amerykańskim umiejętnościom. Celem Zakonu jest prawdopodobnie doprowadzenie do konfliktu pomiędzy tą potęgą a Związkiem Radzieckim.

Nie ulega wątpliwości, że Bechtel wykona swoje zadanie. Dla firmy tej pracuje były dyrektor CIA, Richard Helms, a także sekretarz stanu George Schultz i sekretarz obrony Caspar Weinberg. Gdyby jakiś waszyngtoński planista zajmujący się bezpieczeństwem narodowym wychylił się na tyle, by zaprotestować, będzie miał do czynienia z potężną i wpływową grupą.«

Sutton wspomina o tym, że Stimson pełnił funkcję sekretarza wojny podczas rewolucji Sun Jat-sena w 1911 roku a także w 1946 roku w czasie walk komunistów chińskich z Kuomintangiem. Rewolucja Sun Jat-sena polegała na obaleniu monarchii i utworzeniu republiki, a w 1946 roku komuniści walczyli z tą republiką. W 1911 roku Stimson pomagał w obaleniu monarchii, a w 1946 roku pomagał chińskim komunistom w pokonaniu Kuomintangu, czyli partii, którą założył w 1912 roku Sun Jat-sen, czyli Republiki Chińskiej, do której powstania przyczynił się Stimson w 1911 roku.

Kim był Sun Jat-sen?

Sun Jat-sen urodził się w 1866 roku w rodzinie biednych chłopów. W 1879 został ściągnięty na Hawaje przez swojego starszego brata. Po ukończeniu szkoły podstawowej rozpoczął naukę w college’u „lolani School”, w którym uczył się języka angielskiego, historii Wielkiej Brytanii, matematyki, przyrody i religii chrześcijańskiej. W 1884 lub 1885 roku w czasie studiów medycznych w Hongkongu został ochrzczony przez amerykańskiego misjonarza. Uczęszczał do kościoła Tsai, założonego w 1888 roku przez brytyjską organizację misyjną London Missionary Society. Sun widział w rewolucji zjawisko podobne do misji zbawienia w kościołach chrześcijańskich, a jego nawrócenie na chrześcijaństwo wpłynęło na jego rewolucyjne idee.

Na początku 1924 roku Sunowi udało się zreorganizować i scalić Kuomintang w hierarchiczną strukturę, wzorowaną na partii bolszewickiej. Na mocy jego polecenia delegaci Kuomintangu wybrali do jego komitetu wykonawczego trzech przedstawicieli komunistów i zgodzili się na powołanie akademii wojskowej, na czele której stanął Czang Kaj-szek.

Kuomintang

Sam Kuomintang to partia, która pierwotnie reprezentowała tak zwany chiński socjalizm, a dopiero z czasem przeszła na pozycje prawicowe. Tak pisze Wikipedia i ma na myśli współczesny Kuomintang. Ale czy rzeczywiście tak jest? Ten chiński socjalizm, to jedna z trzech zasad ludowych Kuomintangu. Wikipedia nie pisze, która to zasada. A były trzy: nacjonalizm, demokracja i dobrobyt ludu. Pisze tylko, że została zdefiniowana przez Sun Jat-sena jako socjalistyczna. Polegała na podziale środków do życia na: transport, mieszkanie, jedzenie i odzież. Można to też rozumieć jako pomoc społeczną, gospodarkę przemysłową i równowagę w podziale gruntów.

Z powodu konfliktu w Kantonie z krajami zachodnimi na początku lat 20-tych XX wieku, nastąpiło zbliżenie ideologiczne i polityczne Chin i Związku Radzieckiego. Państwa kolonialne określiły działania rządu chińskiego jako „czerwoną rewolucję”.

Wielu działaczy powiązanych z Kuomintangiem zostało przeszkolonych na moskiewskim Uniwersytecie im. Sun Jat-sena. Ze względu na powiązania z rządem radzieckim, na Zachodzie Czang Kaj-szek określany był na ogół jako „czerwony”. W czasie radzieckich pochodów pierwszomajowych portrety Czanga „maszerowały” razem z portretami Marksa, Lenina i Stalina, a Czang był często postacią kronik filmowych. Doradcy radzieccy wspomagali budowę republikańskiej armii chińskiej, a wojsko chińskie było dozbrajane dzięki pomocy finansowej Sowietów. Nawet gdy Kuomintang zerwał z ZSRR w 1926 roku i rozpoczął zbrojne walki z komunistami, to kontynuował politykę antykapitalistyczną oraz promowanie myśli rewolucyjnej. Wbrew późniejszym opiniom komunistów, dotyczących prokapitalistycznych poglądów Czanga, Czang Kaj-szek potępiał kapitalizm i rządy kapitalistów, nawet w okresie zbrojnych walk z Komunistyczną Partią Chin.

Powstanie Chińskiej Republiki Ludowej

Po kapitulacji Japonii 2 września 1945 roku doszło wskutek mediacji amerykańskiego generała George’a Marshalla do porozumienia KPCh z Kuomintangiem w sprawie utworzenia rządu koalicyjnego w październiku 1945 roku. Jednak Czang Kaj-szek podjął działania zbrojne przeciwko siłom komunistycznym, co zapoczątkowało III rewolucyjną wojnę domową (1946-1949). Początkowo wojska Kuomintangu odnosiły sukcesy, ale w lipcu 1947 komuniści przeszli do zwycięskiej ofensywy. W zajętym Pekinie Mao Zedong proklamował 1 października 1949 roku utworzenie Chińskiej Republiki Ludowej. Do końca 1949 roku Chiny zostały opanowane przez siły komunistyczne. Czang Kaj-szek i rząd Kuomintangu znaleźli schronienie na wyspie Formozie (Tajwan) i tam przetrwała Republika Chińska.

xxxxxxxx

Mamy więc cyrk na kółkach. Komunista Czang Kaj-szek walczył z komunistą Mao. I mamy wieczny konflikt „kapitalistycznego” Tajwanu z „socjalistyczną” Chińską Republiką Ludową. Konflikt, którym od ponad 70 lat sterują Stany Zjednoczone. W tym wszystkim nie chodzi o jego zakończenie, chodzi o sam proces tarć i nieporozumień w łonie narodów rdzennych, chodzi o „nieustającą rewolucję”, jak to określił Trocki. Dokładnie w ten sam sposób jest prowadzona wojna na Ukrainie. Dziś już wyraźnie widać, że chodzi o to, by trwała ona jak najdłużej.

Skoro Stany Zjednoczone kontrolują chińską politykę, to również dotyczy to gospodarki. W mojej ocenie to, co teraz dzieje się, ta rosnąca potęga gospodarcza Chin, to proces zmiany światowego hegemona. Tak jak kiedyś Żydzi stworzyli potęgę morską Portugalii i Hiszpanii, tak później zabrali pieniądze z obu tych państw i przenieśli je do Anglii i Holandii, które uczynili nowymi potęgami morskimi, a tamte zmarginalizowali. Później uczynili światowym hegemonem Stany Zjednoczone, a teraz dokonuje się zmiana i miejsce Stanów Zjednoczonych mają zająć Chiny. To są procesy długotrwałe i dlatego są niewidoczne. Decyzja o zmianie hegemona musiała być podjęta jeszcze przed wizytą Kissingera w Chinach w 1971 roku.

Ludobójstwo

Jest takie powiedzenie: gdzie Rzym, gdzie Krym. Używamy go, gdy chcemy podkreślić, że jakieś rzeczy, sytuacje, zdarzenia nie mają ze sobą nic wspólnego. Parafrazując je, mógłbym powiedzieć: gdzie Wołyń, gdzie Rwanda. Czy ludobójstwo na Wołyniu z 1943 roku ma coś wspólnego z tym w Rwandzie z 1994 roku. Jak się okazuje – ma. Ryszard Kapuściński w swoim zbiorze reportaży o Afryce Heban (1998) opisuje wydarzenia, które miały tam miejsce. Ten opis nosi tytuł Wykład o Ruandzie. Nie jest to reportaż, to raczej esej, synteza. W sumie to może nawet nie zwróciłbym uwagi na ten opis, gdyby nie końcowa jego część, w której Kapuściński stara się wyjaśnić, dlaczego, pomimo że rządzący dysponowali doskonałym uzbrojeniem i mogli wybić do nogi swoich wrogów, w ruch poszły maczety, młoty, dzidy itp. i dlaczego w tę zbrodnię zaangażowano tylu zwykłych ludzi. Analogia do Wołynia aż nadto widoczna. Poniżej obszerne fragmenty tego wykładu:

»Ruanda to mały kraj, tak mały, że na wielu mapach, jakie znajdziecie w książkach o Afryce, jest zaznaczony tylko kropką. Dopiero w objaśnieniach do owych map przeczytacie, że ten punkt w samym środku kontynentu to właśnie miejsce, gdzie leży Ruanda. Ruanda jest krajem górzystym. Dla Afryki charakterystyczne są raczej równiny i płaskowyże, tymczasem Ruanda to góry i góry. Pną się one do wysokości dwóch-trzech tysięcy metrów, a nawet wyżej. Dlatego często nazywa się ją Tybetem Afryki – zresztą nie tylko z powodu gór, ale także ze względu na jej niezwykłość, odrębność, inność. Ta inność, oprócz geografii, dotyczy także społeczeństwa. O ile bowiem ludność państw afrykańskich jest z reguły wieloplemienna (Kongo zamieszkuje trzysta plemion, Nigerię – dwieście pięćdziesiąt itd.), o tyle w Ruandzie mieszka tylko jedna społeczność, jeden naród Banyaruanda, dzielący się tradycyjnie na trzy kasty: kastę właścicieli stad bydła – Tutsi (14 procent ludności), kastę rolników – Hutu (85 procent) i kastę wyrobników i posługaczy – Twa (1 procent). Ów system kastowy (o pewnych analogiach do Indii) ukształtował się wieki temu, zresztą nadal trwa spór, czy stało się to w wieku XII czy dopiero w XV, nie ma bowiem na ten temat żadnych źródeł pisanych. Dość, że od stuleci istniało tu królestwo rządzone przez monarchę zwanego mwami, a wywodzącego się z kasty Tutsi.

Mapa Rwandy; źródło: Wikipedia.

Chronione przez góry królestwo to było państwem zamkniętym, nie utrzymującym z nikim stosunków. Banyaruanda ani nie organizowali podbojów, ani – podobnie jak kiedyś Japończycy – nie wpuszczali na swój teren cudzoziemców (stąd np. nie znali handlu niewolnikami, który był zmorą innych ludów afrykańskich). Pierwszym Europejczykiem, który dotarł do Ruandy w 1894 r. był Niemiec, podróżnik i oficer, hrabia G. A. von Götzen. Warto dodać, że już osiem lat wcześniej mocarstwa kolonialne, na konferencji w Berlinie dzieląc między siebie Afrykę, przyznały Ruandę właśnie Niemcom, o czym zresztą żaden Ruandyjczyk, łącznie z królem, nawet nie został powiadomiony. Przez te lata Banyaruanda żyli jako lud skolonizowany, w ogóle o tym nie wiedząc. Również później Niemcy mało się tą kolonią interesowali, a po I wojnie światowej utracili ją na rzecz Belgii. Belgowie też przez długi czas nie przejawiali tu większej aktywności. Do Ruandy było od wybrzeży morskich daleko, bo ponad 1500 kilometrów, ale przede wszystkim kraj nie przedstawiał większej wartości, bo nie znaleziono w nim właściwie żadnych ważnych surowców. Dzięki temu ukształtowany przed wiekami system społeczny Banyaruanda mógł w tej górzystej twierdzy przetrwać w nie zmienionej postaci do drugiej połowy XX wieku. System ten miał szereg cech przypominających europejski feudalizm. Krajem rządził monarcha otoczony grupą arystokratów i rzeszą rodowej szlachty. Wszyscy oni tworzyli panującą kastę – Tutsi. Ich największym i właściwie jedynym bogactwem było bydło – krowy zebu, odmiana o długich, szablistych, pięknych rogach. Tych krów nie zabijano – były święte, nietykalne. Tutsi żywili się ich mlekiem i krwią (krew, z nacinanych dzidą tętnic szyjnych, tłoczono do naczyń mytych krowim moczem). Wszystkim tym zajmowali się mężczyźni, dostęp do krów był bowiem kobietom zabroniony.

Tutsi nie byli pasterzami ani koczownikami, nie są nawet hodowcami. Są właścicielami stad, panującą kastą, arystokracją.

Natomiast Hutu to o wiele liczniejsza, podległa im kasta rolników (w Indiach nazywa się ich wajsiami). Między Tutsi i Hutu istniały stosunki lenne – Tutsi był seniorem, Hutu jego wasalem. Hutu stanowili klientelę Tutsi. Byli rolnikami żyjącymi z uprawy ziemi. Część zbiorów oddawali swojemu panu w zamian za opiekę i otrzymaną od niego w użytkowanie krowę (Tutsi mieli monopol na krowy. Hutu mógł je tylko dzierżawić od swojego seniora). Wszystko jak w feudalizmie – ta sama zależność, te same zwyczaje, ten sam wyzysk.

Stopniowo, w połowie XX wieku, między obu kastami narasta dramatyczny konflikt. Przedmiotem sporu jest ziemia. Ruanda jest mała, górzysta i bardzo gęsto zaludniona. Jak to często bywa w Afryce, również w Ruandzie dochodzi do walki między tymi, którzy żyją z hodowli bydła, a tymi, którzy uprawiają ziemię. Ale zwykle przestrzenie na kontynencie są tak wielkie, że jedna ze stron może usunąć się na wolne tereny i zarzewie wojny wygasa. W Ruandzie takie rozwiązanie nie jest możliwe – brakuje miejsca, żeby się usunąć, żeby ustąpić. Tymczasem stada posiadane przez Tutsi rosną i potrzebują więcej i więcej pastwisk. Te nowe pastwiska można stworzyć tylko w jeden sposób: odbierając ziemię chłopom, tj. rugując Hutu z ich gruntów. Ale Hutu i tak już żyją w ciasnocie. Od lat ich liczebność szybko się powiększa. Na domiar złego ziemie, które uprawiają, są jałowe, bardzo liche. Bowiem góry Ruandy pokrywa bardzo cienka warstwa gleby, tak cienka, że kiedy co roku przychodzi pora deszczowa, ulewy zmywają jej duże połacie, a w wielu miejscach, gdzie Hutu mieli swoje poletka manioku i kukurydzy, połyskuje teraz naga skała.

A więc z jednej strony potężne, napierające tabuny krów – symbol bogactwa i siły Tutsi – z drugiej ściśnięci, stłamszeni, wypierani Hutu: nie ma miejsca, nie ma ziemi, ktoś musi odejść albo zginąć. Oto jak wygląda sytuacja w Ruandzie w latach pięćdziesiątych, kiedy na scenę wkraczają Belgowie. Stają się oni teraz bardzo aktywni, bo Afryka przeżywa właśnie moment zapalny, podnosi się fala niepodległościowa, antykolonialna, trzeba więc działać, podejmować decyzje. Belgia należy do tych metropolii, które ów ruch emancypacyjny najbardziej zaskoczył. Bruksela nie ma więc pomysłu, a jej urzędnicy nie bardzo wiedzą, co robić. Jak to zwykle w takich przypadkach, ich odpowiedź jest jedna: opóźniać rozwiązania, odwlekać. Dotychczas Belgowie rządzili Ruandą rękoma Tutsi, na nich się opierali i nimi wysługiwali. Ale Tutsi to najlepiej wykształcona i ambitna warstwa Banyaruanda i teraz to oni właśnie żądają niepodległości. I to natychmiast, na co Belgowie są zupełnie nie przygotowani! Więc Bruksela gwałtownie zmienia taktykę: porzuca Tutsi i zaczyna popierać bardziej uległych, pojednawczych Hutu. Zaczyna ich przeciw Tutsi podjudzać. Efekty tej polityki przychodzą szybko. Ośmieleni, zachęceni Hutu ruszają do walki. W 1959 roku w Ruandzie wybucha chłopskie powstanie. Właśnie w Ruandzie, jako jedynym kraju afrykańskim, ruch niepodległościowy przybrał formę społecznej, antyfeudalnej rewolucji. Z całej Afryki tylko Ruanda przeżyła swój szturm Bastylii, detronizację króla, żyrondę i terror. Gromady chłopów, rozjątrzony żywioł uzbrojonych w maczety, motyki i dzidy Hutu ruszył na swoich panów-władców Tutsi. Zaczęła się wielka rzeź, jakiej Afryka dawno nie widziała. Chłopi palili gospodarstwa swoich lordów, a im samym podrzynali gardła i łupali czaszki. Ruanda spłynęła krwią, stanęła w ogniu. Zaczął się masowy ubój bydła, chłopi, często po raz pierwszy w życiu, mogli się do woli najeść mięsa. Kraj w tym czasie liczył 2,6 miliona mieszkańców, w tym było trzysta tysięcy Tutsi. Przyjmuje się, że kilkadziesiąt tysięcy Tutsi zostało wówczas zamordowanych, a drugie tyle uciekło do krajów sąsiednich – Konga, Ugandy, Tanganiki i Burundi. Monarchia i feudalizm przestały istnieć, a kasta Tutsi utraciła swoją dominującą pozycję. Władze przejęło teraz chłopstwo Hutu. Kiedy Ruanda uzyskała niepodległość w 1962 roku, ludzie z tej właśnie kasty utworzyli pierwszy rząd. Na jego czele stanął wówczas mody dziennikarz Grégoire Kayibanda. W tym czasie byłem w Ruandzie po raz pierwszy. Pamiętam Kigali, stolice kraju, jako małą mieścinę. Nie mogłem znaleźć, bo może nawet i nie było, żadnego hotelu. W końcu przygarnęły mnie siostry zakonne, Belgijki, dając mi nocleg w swoim schludnym szpitaliku, na oddziale położniczym.

I Hutu, i Tutsi budzą się z tej rewolucji jak ze złego snu. I jedni, i drudzy przeżyli rzeź – jedni dokonując jej, a drudzy jako jej ofiary, a takie doświadczenie pozostawia w człowieku męczący i trwały ślad. Uczucia Hutu są w tym momencie mieszane. Z jednej strony pokonali swoich panów, zrzucili feudalne jarzmo i po raz pierwszy zdobyli w kraju władzę, ale z drugiej, nie pobili jednak swoich lordów w sposób ostateczny, nie unicestwili ich do końca i ta świadomość, że przeciwnik został boleśnie zraniony, ale że żyje nadal i będzie szukać zemsty, posiała w ich sercach niepokonany i śmiertelny strach (pamiętajmy, że lęk przed zemstą jest głęboko zakorzeniony w mentalności afrykańskiej, że odwieczne prawo zemsty regulowało tu zawsze ludzkie, prywatne i klanowe, stosunki). A jest czego się bać. Bo choć Hutu zdobyli górską twierdze Ruandy i ustanowili w niej swoje rządy, to jednak pozostała w niej piąta kolumna Tutsi (około stu tysięcy), a po drugie – i to może nawet jeszcze groźniejsze – twierdzę opasali swoimi obozami wygnani z niej wczoraj Tutsi.

Tak zawiązuje się dramat ruandyjski, tragedia ludu Banyaruanda, iście palestyńska niemożność pogodzenia racji dwóch społeczności roszczących sobie prawa do tego samego skrawka ziemi, zbyt jednak małego i ciasnego, aby je pomieścić. Wewnątrz tego dramatu rodzi się, z początku jeszcze słaba i nieokreślona, ale z latami coraz bardziej wyraźna i natarczywa pokusa Endlösung – ostatecznego rozwiązania.

Rewolucja 1959 roku podzieliła naród Banyaruandy na dwa przeciwstawne obozy. Czas, jaki zacznie płynąć od tego momentu, będzie już tylko wzmacniać mechanizmy niezgody, zaostrzać konflikt, raz po raz prowadzić do krwawych kolizji i – ostatecznie – do apokalipsy.

Tutsi, którzy rozłożyli się w obozach wzdłuż granic, spiskują i kontratakują. W roku 1963 uderzają od południa, z sąsiedniego kraju, z Burundi, gdzie ich pobratymcy, burundyjscy Tutsi, sprawują rządy. Po dwóch latach – nowa inwazja Tutsi. Armia Hutu powstrzymuje ją i w odwet organizuje w Ruandzie wielką, okrutną rzeź Tutsi. Ginie ich, rozsiekanych maczetami Hutu, dwadzieścia tysięcy, inni szacują, że pięćdziesiąt. Żaden postronny obserwator w te strony nie dociera, żadna komisja ani media. Pamiętam, że próbowaliśmy – grupa korespondentów – dostać się wówczas do Ruandy, ale nie zostaliśmy przez władze wpuszczeni. W Tanzanii zbieraliśmy tylko głosy tych, co stamtąd uciekli – były to głównie kobiety z dziećmi, przerażone, poranione, zagłodzone. Mężczyzn najczęściej zabijano w pierwszej kolejności, już z tych wypraw nie wracali. Wiele wojen w Afryce toczy się bez świadków, w skrytości, w miejscach niedostępnych, w ciszy, bez wiedzy świata, albo po prostu przez świat zapomnianych. Tak jest w wypadku Ruandy. Latami trwają pograniczne walki, pogromy, masakry. Partyzanci Tutsi (zwani przez Hutu – karaluchami) palą wsie i mordują miejscową ludność. Ta z kolei, wspierana własnym wojskiem, urządza gwałty i rzezie.

Żyć w takim kraju – trudno. Bo ciągle jest dużo wiosek i miasteczek o ludności mieszanej. Jedni i drudzy mieszkają obok siebie, mijają się na drogach, pracują w jednym miejscu. A po cichu – spiskują. Bo w takim klimacie podejrzliwości, napięcia i lęku odradza się stara, plemienna, afrykańska tradycja tajnych sekt, sekretnych związków i mafii. Rzeczywistych i urojonych. Każdy do czegoś w skrytości należy, a także jest przekonany, że ten drugi, ten Inny, należy na pewno. I to, oczywiście, do przeciwnej, wrażej organizacji.

Bliźniaczym krajem Ruandy jest jej południowy sąsiad – Burundi. Ruanda i Burundi mają podobną geografię, zbliżony typ społeczeństwa, wspólną, wielowiekową historię. Ich losy rozeszły się dopiero w 1959 roku: w Ruandzie zwyciężyła chłopska rewolucja Hutu, a jej liderzy objęli w państwie władzę, natomiast w Burundi Tutsi utrzymali i nawet umocnili swoje panowanie, rozbudowując armię i tworząc coś w rodzaju feudalnej dyktatury militarnej. Jednakże istniejący dawniej system naczyń połączonych między obu krajami-bliźniakami działał nadal i rzeź Tutsi przez Hutu w Ruandzie wywołała w odwecie rzeź Hutu przez Tutsi w Burundi i vice versa. I tak, kiedy w 1972 roku, zachęcani przykładem swoich braci z Ruandy, Hutu z Burundi próbowali zrobić u siebie powstanie, mordując na początek kilka tysięcy Tutsi, ci w odpowiedzi zabili ponad sto tysięcy Hutu. Nie sam fakt masakry, bo powtarzały się one regularnie w obu krajach, ale jej zatrważające rozmiary wywołały poruszenie wśród Hutu z Ruandy, którzy postanowili jednak zareagować. Dodatkowo skłaniał ich do tego fakt, że w czasie owego pogromu kilkaset tysięcy (czasem podają, że milion) Hutu z Burundi schroniło się w Ruandzie, stwarzając dla tego biednego kraju, który raz po raz nawiedzały klęski głodu, wielki problem: jak wyżywić takie rzesze uchodźców.

Wykorzystując tę krytyczną sytuację (mordują naszych pobratymców w Burundi; nie ma za co utrzymać miliona imigrantów), szef armii ruandyjskiej generał Juvénal Habyarimana dokonuje w 1973 roku zamachu stanu i ogłasza się prezydentem. Zamach ten ujawnił głębokie tarcia i konflikty dzielące społeczność Hutu. Pokonany (a następnie zagłodzony) prezydent Grégoire Kayibanda reprezentował klan Hutu z centrum kraju uznawany za umiarkowanie liberalny. Natomiast nowy władca pochodził z klanu mieszkającego w północno-zachodniej części Ruandy. Klan ten stanowił radykalne szowinistyczne skrzydło Hutu (żeby uczynić ten obraz bardziej czytelnym, można powiedzieć, że Habyarimana to Radovan Karadżić ruandyjskich Hutu).

Przez długi czas nikt nie zwraca uwagi na fakt, że w Ugandzie wyrosła dobrze wyszkolona i doświadczona w walkach armia mścicieli Tutsi, którzy tylko myślą, jak by tu wziąć odwet za hańbę i krzywdy wyrządzone ich rodzicom. Na razie odbywają tajne zebrania, powołuja organizację Narodowy Front Ruandy i przygotowują się do ataku. W nocy 30 września 1990 roku znikają z koszar armii ugandyjskiej i z przygranicznych obozów i o świcie wkraczają na terytorium Ruandy. W Kigali zaskoczenie władzy jest całkowite. Zaskoczenie i przerażenie. Habyarimana ma armię słabą i zdemoralizowaną, a od granicy z Ugandą do Kigali jest niewiele ponad 150 kilometrów i partyzanci mogą się zjawić w stolicy za dzień, dwa. Tak by z pewnością było, bo wojsko Habyarimany nie stawiało żadnego oporu, i może nie doszłoby nigdy do owej hekatomby, rzezi i ludobójstwa roku 1994, gdyby nie jeden telefon. Był to telefon generała Habyarimany do prezydenta Mitterranda o pomoc.

Mitterrand był pod silną presją proafrykańskiego lobby. O ile większość metropolii europejskich radykalnie zerwała ze swoim dziedzictwem kolonialnym, o tyle w wypadku Francji jest inaczej. Po dawnej epoce pozostała jej bowiem duża, czynna i dobrze zorganizowana armia ludzi, którzy zrobili kariery w administracji kolonialnej, spędzili (nieźle!) życie w koloniach, a teraz w Europie są już obcy, czują się nieprzydatni, niepotrzebni. Jednocześnie wierzą głęboko, że Francja jest nie tylko krajem europejskim, ale także wspólnotą wszystkich ludów kultury i języka francuskiego, że, słowem, Francja to także globalna przestrzeń kulturalno-językowa: Francophonie. Filozofia ta przełożona na uproszczony język geopolityki mówi, że jeśli ktoś gdzieś na świecie atakuje kraj frankojęzyczny, to niemal tak, jakby uderzył w samą Francję. W dodatku urzędników i generałów z lobby proafrykańskiego uwiera jeszcze dotkliwie kompleks Faszody. Kilka słów na ten temat. Otóż w XIX wieku, kiedy kraje Europy dzieliły między siebie Afrykę, Londynem i Paryżem rządziła dziwaczna (choć wówczas zrozumiała) obsesja, aby swoje posiadłości na tym kontynencie mieć ułożone w linii prostej i aby istniała między nimi terytorialna ciągłość. Londyn chciał mieć taką linię z północy na południe – z Kairu do Cape Town, a Paryż – z zachodu na wschód, tj. z Dakaru do Dżibuti. Jeżeli teraz weźmiemy mapę Afryki i wykreślimy na niej dwie prostopadłe linie, to skrzyżują się one w południowym Sudanie, w miejscu, gdzie nad Nilem leży mała rybacka wioska – Faszoda. Panowało wówczas w Europie przekonanie, że kto będzie miał Faszodę, ten zrealizuje swój ekspansjonistyczny ideał jednoliniowego kolonializmu. Między Londynem i Paryżem zaczął się wyścig. Obie stolice wysłały w kierunku Faszody swoje ekspedycje militarne. Pierwsi dotarli Francuzi. 16 lipca 1898 roku, pokonując pieszo straszliwą trasę z Dakaru, doszedł do Faszody kapitan J.D. Marchard i zatknął tu francuską flagę. Oddział Marcharda składał się ze stu pięćdziesięciu Senegalczyków – dzielnych i oddanych mu ludzi. Paryż szalał z radości. Francuzów rozpierała duma. Ale dwa miesiące później dotarli tu także Anglicy. Dowodzący ekspedycją lord Kitchener ze zdumieniem stwierdził, że Faszoda jest już zajęta. Nie zważając na to, wywiesił również flagę brytyjską. Londyn szaleje z radości. Anglików rozpiera duma. Oba kraje żyją teraz w gorączce nacjonalistycznej euforii. Z początku żadna strona nie chce ustąpić. Wiele wskazywało na to, że I wojna światowa rozpocznie się już wówczas, w 1898 roku – o Faszodę. W końcu (ale to długa historia) Francuzi musieli się wycofać. Zwyciężyła Anglia. Wśród starych, francuskich kolonów epizod Faszody jest ciągle bolesną raną i nawet dziś na wiadomość, że Anglophones gdzieś próbują się ruszyć, od razu rzucają się do ataku.

Tak było i tym razem, kiedy Paryż dowiedział się, że anglojęzyczni Tutsi z terenów anglojęzycznej Ugandy wtargnęli na terytorium frankojęzycznej Ruandy, naruszyli granice Francophonie.

Kolumny Frontu Narodowego Ruandy zbliżały się już do stolicy, a rząd i klan Habyarimany pakował walizki, kiedy na lotnisko w Kigali samoloty przywiozły francuskich spadochroniarzy. Oficjalnie podano, że było ich dwie kompanie. Ale to wystarczyło. Partyzanci chcieli walczyć z reżimem Habyarimany, ale woleli nie ryzykować wojny z Francją: nie mieli szans. Przerwali więc ofensywę na Kigali, ale pozostali w Ruandzie, zajmując na stałe jej pólnocno-wschodnie obszary. Kraj de facto został podzielony, z tym, że obie strony traktowały to jako stan tymczasowy, prowizoryczny. Habyarimana liczył, że z czasem będzie na tyle silny, iż wyprze partyzantów, ci zaś, że kiedyś Francuzi wycofają się i wówczas reżim razem z całym klanem Akazu padną następnego dnia.

Między ofensywą z października 1990 a rzezią z kwietnia 1994 minie trzy i pól roku. W obozie rządzących Ruandą dochodzi do gwałtownych sporów między zwolennikami kompromisu i utworzenia koalicyjnego, narodowego rządu (ludzie Habyarimany plus partyzanci) a fanatycznym despotycznym klanem Akazu kierowanym przez Agathe i jej braci. Sam Habyarimana kluczy, waha się, nie wie, co robić, i coraz bardziej traci wpływ na rozwój wypadków. Szybko i niepodzielnie górę bierze szowinistyczna linia klanu Akazu. Obóz Akazu ma swoich ideologów – to intelektualiści, uczeni, profesorowie wydziałów historii i filozofii ruandyjskiego uniwersytetu w Butare – Ferdinand Nahimana, Casimir Bizimungu, Leon Mugesira i kilku innych. To oni właśnie formułują ideologię, która uzasadni ludobójstwo jako właściwie jedyne wyjście, jedyny sposób własnego przetrwania. Teoria Nahimany i jego kolegów głosi, że Tutsi to najzwyczajniej obca rasa. To Niloci, którzy przyszli do Ruandy, gdzieś znad Nilu, podbili rodzimych mieszkańców tej ziemi – Hutu, zaczęli ich wyzyskiwać, niewolić i rozkładać od wewnątrz. Tutsi zawładnęli wszystkim, co jest w Ruandzie cenne: ziemią, bydłem, rynkami, a z czasem i państwem. Hutu zostali zepchnięci do roli podbitego narodu, który wiekami żył w nędzy, głodzie i poniżeniu. Ale naród Hutu musi odzyskać swoją tożsamość i godność, jako równy zając miejsce wśród innych narodów świata.

Czego jednak – zastanawia się w dziesiątkach wystąpień, artykułów i broszur Nahimana – uczy nas historia? Jej doświadczenia są tragiczne, napełniają przygnębiającym pesymizmem. Cała historia stosunków Hutu – Tutsi to czarne pasmo nieustających pogromów i rzezi, wzajemnego wyniszczania się, przymusowych migracji, rozjątrzonej nienawiści. W małej Ruandzie nie ma miejsca na dwa tak na śmierć i życie skłócone i obce sobie narody. W dodatku ludność Ruandy przyrasta w zawrotnym tempie. W połowie wieku kraj miał dwa miliony mieszkańców, teraz, po pięćdziesięciu latach, mieszka w nim już blisko dziewięć milionów. Jakie jest więc wyjście z tego zaklętego kręgu, z tego okrutnego fatum, któremu winni są zresztą, jak samokrytycznie przyznaje Mugesira, sami Hutu: „W 1959 roku popełniliśmy fatalny błąd, pozwalając, żeby Tutsi uciekli. Powinniśmy wtedy działać: zetrzeć ich z powierzchni ziemi”. Profesor uważa, że to ostatni moment, aby ten błąd naprawić. Tutsi muszą wrócić do swojej prawdziwej ojczyzny, gdzieś nad Nilem. Odeślijmy ich tam, nawołuje, „żywych albo martwych – ostateczne rozwiązanie: ktoś musi zginąć, przestać istnieć raz na zawsze.

I zaczynają się przygotowania. Armia, która liczyła pięć tysięcy ludzi, została powiększona do 35 tysięcy żołnierzy. Drugą siłą uderzeniową staje się Gwardia Prezydencka, elitarne, nowocześnie i bogato wyposażone jednostki (instruktorów przysłała Francja, a broń i sprzęt – Francja, RPA i Egipt). Ale największy nacisk kładzie się na tworzenie masowej paramilitarnej organizacji – Interahamwe (tzn. Uderzymy Razem). Należą do niej i odbywają w niej szkolenia wojskowe i ideologiczne ludzie ze wsi i miasteczek, bezrobotna młodzież i biedne chłopstwo, uczniowie, studenci i urzędnicy – olbrzymia rzesza, istne pospolite ruszenie, którego zadaniem będzie dokonać apokalipsy. Jednocześnie podprefekci i prefekci mają na polecenie rządu sporządzać i dostarczać listy przeciwników władzy, wszelkich ludzi podejrzanych, niepewnych, dwuznacznych, najróżniejszych malkontentów, pesymistów, sceptyków i liberałów. Organem teoretycznym klanu Akazu jest pismo „Kangura”, ale głównym źródłem propagandy, a także rozkazów dla niepiśmiennego przecież w większości społeczeństwa jest Radio Mille Collines, które później, w czasie rzezi, nadawać będzie kilka razy dziennie apel: „Śmierć!, Śmierć! Groby z ciałami Tutsi są wypełnione dopiero do połowy. Śpieszcie się, aby zapełnić je do końca!”.

W połowie roku 1993 państwa afrykańskie wymusiły na Habyarimanie zawarcie porozumienia z Frontem Narodowym Ruandy (FNR). Partyzanci mieli wejść w skład rządu i parlamentu oraz stanowić czterdzieści procent armii. Ale taki kompromis był nie do przyjęcia dla klanu Akazu. Traciliby monopol władzy, a na to nie chcieli się zgodzić. Uznali, że wybiła godzina ostatecznego rozwiązania.

6 kwietnia 1994 roku „nieznani sprawcy” zestrzelili rakietą w Kigali podchodzący do lądowania samolot, w którym leciał wracający z zagranicy prezydent Habyarimana, zhańbiony podpisaniem kompromisu z wrogami. Było to hasłem do rozpoczęcia rzezi przeciwników reżimu – Tutsi przede wszystkim, ale także licznej opozycji Hutu. Kierowana przez ów reżim masakra bezbronnej ludności trwała trzy miesiące, a więc do momentu, kiedy wojska FNR opanowały cały kraj, zmuszając przeciwnika do ucieczki.

Różnie szacują liczbę ofiar. Jedni podają – pół miliona, inni – milion. Tego dokładnie nikt nie obliczy. Przeraża najbardziej to, że wczoraj jeszcze niewinni ludzie wymordowali innych, zupełnie niewinnych ludzi, i to bez żadnego powodu, bez potrzeby. Zresztą gdyby to nawet nie był milion, tylko na przykład jeden niewinny, czy wówczas też nie byłby to dostateczny dowód, że diabeł jest wśród nas, tyle że wiosną 1994 roku przebywał akurat w Ruandzie?

Pół miliona-milion zabitych to oczywiście tragicznie dużo. Ale z drugiej strony, znając piekielną siłę rażenia armii Habyarimany, jej helikoptery, cekaemy, artylerię i wozy pancerne, można było w ciągu trzech miesięcy systematycznego strzelania zgładzić o wiele więcej ludzi. A jednak tak się nie stało. Jednak w większości ginęli oni nie od bomb i cekaemów, tylko padali rozsiekani i zatłuczeni bronią najbardziej prymitywną – maczetami, młotami, dzidami i kijami. Bo też liderom reżimu nie tylko chodziło o cel – ostateczne rozwiązanie. Ważne było również, jak się do niego zmierza. Ważne było, aby po drodze do Najwyższego Ideału, jakim miało być unicestwienie wroga raz na zawsze, zawiązała się przestępcza wspólnota narodu, aby przez masowy udział w zbrodni powstało łączące wszystkich jedno poczucie winy, tak by każdy, mając na swoim koncie czyjąś śmierć, wiedział, że odtąd wisi nad nim nieodwołalne prawo odwetu, za którym dostrzeże on widmo swojej własnej śmierci.

O ile w systemach hitlerowskim i stalinowskim śmierć zadawali oprawcy z instytucji wyspecjalizowanych – SS czy NKWD, a zbrodnia była dziełem wydzielonych formacji, działających w miejscach ukrytych, to w Ruandzie chodziło o to, żeby śmierć zadał każdy, żeby zbrodnia była produktem masowego, niejako ludowego i wręcz żywiołowego wystąpienia, w którym udział wzięliby wszyscy – aby nie było rąk, które nie umoczyłyby się we krwi ludzi, uznanych rzez reżim za wrogów.

Dlatego potem wystraszeni i już pokonani Hutu uciekali do Zairu i tam błąkali się z miejsca na miejsce, niosąc na głowach swój nędzny dobytek. Ludzie w Europie, oglądając te niekończące się kolumny, nie mogli zrozumieć, jaka siła popycha tych wycieńczonych wędrowców, co każe tym szkieletom tak iść i iść, w karnych szeregach, bez przestanku i odpoczynku, posłusznie i z pustką w oczach, przemierzać upiorną drogę winy i męki.«

Ten końcowy fragment, jak napisałem we wstępie, nieodparcie nasuwa skojarzenia z Wołyniem. Ci, którzy dokonali rzezi na Wołyniu, również dysponowali odpowiednią bronią i użycie siekier, pił, wideł itp. nie było konieczne i nie było konieczne zaangażowanie okolicznej ludności. A jednak! Skąd u Kapuścińskiego taka interpretacja? Czyżby coś wiedział o Wołyniu, czego my nie wiemy? Pewnie wiedział, ale w swoim zapatrzeniu w Ukrainę nie zająknął się o Wołyniu, chociaż o głodzie na Ukrainie pisał i wszelką winą obarczał Stalina.

Paradoksalne! Żeby dowiedzieć się czegoś o rzezi wołyńskiej, trzeba było „zajechać” aż do Rwandy. No cóż, jak to mówią: podróże kształcą. Niektórzy dodają, że owszem, ale wykształconych. Jak widać sam pomysł i sposób jego wykonania są w obu przypadkach bardzo podobne, a to skłania do wniosku, że wyszły z tego samego ośrodka decyzyjnego.

Niestety, ale wykład Kapuścińskiego jest niepełny i pomija pewne niewygodne fakty, które nie pasowałyby do jego konkluzji, że diabeł jest wśród nas i że akurat wiosną 1994 roku był w Rwandzie. Ja osobiście w diabła i szatana, czy kogo tam jeszcze, nie wierzę. To wszystko to nie wina diabła, tylko europejskich kolonizatorów. Ale któż to się kryje za tym ogólnym określeniem? A któż się kryje za tymi kolonizatorami?

Wiele z tego, co pominął Kapuściński, opisuje Wikipedia i warto skorzystać z pewnych informacji w niej zawartych. Pisze ona:

»Na długo przed powstaniem wielu państw europejskich, na obszarze współczesnego Burundi narodziło się państwo o ustroju monarchicznym oraz oryginalnej i skomplikowanej strukturze społecznej. Hutu i Tutsi – dwie największe grupy etniczno-społeczne zamieszkujące Burundi – dzielił przede wszystkim status społeczny i ekonomiczny. Hutu trudnili się zazwyczaj uprawą roli, podczas gdy Tutsi byli znani ze swych tradycji pasterskich. Pomiędzy obiema grupami panowały powiązania typu klientelistycznego. Społeczna hierarchia oraz podziały etniczne były jednak przy tym dość elastyczne i bardzo skomplikowane. Dla przykładu pojęcia „Tutsi” i „Hutu” odnosiły się nie tylko do różnic etnicznych, lecz także do różnic społecznych (słowo „Hutu” mogło definiować członka grupy etnicznej Tutsi pozostającego w stosunku zależności od swojego bogatszego patrona). Dopuszczalny był awans społeczny – np. poprzez uzyskanie przez Hutu statusu Tutsi. Miały miejsce przypadki, gdy Hutu dzięki szczęściu lub osobistym talentom uzyskiwał silniejszą pozycję ekonomiczną, a także wyższy status i wpływy, niż wielu przeciętnych Tutsi. Hodowla bydła nie była przywilejem zastrzeżonym wyłącznie dla Tutsi. Hutu mogli także piastować ważne funkcje administracyjne na prowincji lub na dworze monarchy. Szczególne znaczenie dla historii Burundi miał jednak fakt, że w okresie przedkolonialnym ukształtowała się unikalna oligarchiczna warstwa ganwa, która z czasem stała się osobną grupą etniczną i stała na samym szczycie społecznej hierarchii.

Pierwsi Europejczycy, którzy dotarli na ziemie dzisiejszych Rwandy i Burundi, pozostawali pod wpływem popularnych na przełomie XIX i XX wieku teorii rasowych. Obserwując występujące pomiędzy obiema grupami pewne różnice w wyglądzie fizycznym oraz różnice w statusie społecznym, uznali, że pasterze Tutsi są potomkami biblijnych Chamitów, „rasowo wartościowszymi” od „negroidalnych rolników”. W myśl teorii o „chamickim” pochodzeniu Tutsi, lud ten miał przybyć na tereny dzisiejszej Rwandy i Burundi z terenów wschodniej Afryki, a następnie podbić miejscowych rolników Bantu i narzucić im swój system wartości. Teoria o „chamickim” pochodzeniu Tutsi jest współcześnie odrzucana przez profesjonalnych historyków.

Mapa Burundi; źródło: Wikipedia.

Na mocy postanowień konferencji berlińskiej (1884–1885), przesądzającej o podziale Afryki pomiędzy europejskie mocarstwa kolonialne, terytoria współczesnych Rwandy i Burundi zostały przyznane Cesarstwu Niemieckiemu. W 1890 roku oba istniejące tam królestwa stały się formalnie częścią kolonii Niemiecka Afryka Wschodnia. Początek obecności militarnej Niemiec na terytorium Burundi datowany jest jednak dopiero na rok 1896, kiedy to we wsi Usumbura (Bużumbura, późniejsza stolica kraju), ustanowiony został niemiecki posterunek wojskowy. W 1899 roku terytoria obu królestw weszły w skład nowo utworzonego dystryktu o nazwie Ruanda-Urundi – administrowanego przez wojsko oraz pozostającego częścią Niemieckiej Afryki Wschodniej. Niemieckie rządy w Burundi zakończyła I wojna światowa. W 1916 roku kolonia została zajęta przez wojska belgijskie. Do 1923 roku Ruanda-Urundi pozostawała formalnie pod wojskową okupacją. Później, na mocy postanowień traktatu wersalskiego, kolonię przekształcono w terytorium mandatowe Ligi Narodów, administrowane przez Belgię. Po zakończeniu II wojny światowej Ruanda-Urundi została przekształcona w terytorium powiernicze ONZ, pozostające nadal pod władzą Belgii.

Z powodu braku wystarczających zasobów ludzkich i materialnych Niemcy starali się sprawować władzę za pośrednictwem lokalnych elit. Podobnie postępowali również Belgowie. Rządy kolonialne utrzymały więc przy życiu monarchię oraz pozostałe struktury społeczno-polityczne, które funkcjonowały w Burundi w okresie przedkolonialnym. Klan Bezi utrzymał w swoich rękach władzę monarchiczną. W okresie kolonialnym znacznie wzrosły jednak nierówności społeczne, a wraz z nimi również podziały etniczne (czynnika tego nie należy jednak przeceniać). Niemcy i Belgowie faworyzowali bowiem ganwa oraz Tutsi, powierzając im niższe stanowiska w administracji kolonialnej. Na miejscową ludność nakładano rozmaite obciążenia (praca przymusowa, kontyngenty, podatki itp.), zazwyczaj brutalnie egzekwowane. W rezultacie zwiększyły się – występujące jeszcze przed przybyciem Europejczyków – antagonizmy pomiędzy rozmaitymi grupami społecznymi i etnicznymi, tj. pomiędzy hodowcami i rolnikami, bogatymi i biednymi, Hutu a Tutsi itp. Ponadto Belgowie wprowadzili dokumenty tożsamości zawierające informacje o przynależności etnicznej (1933). Z drugiej jednak strony Belgowie stosując politykę „dziel i rządź” starali się rozgrywać przeciw sobie przede wszystkim najsilniejsze klany ganwa, mniejsze znaczenie przywiązując do antagonizmów etnicznych. Nie chcąc dopuścić do nadmiernego wzmocnienia monarchii i stojącego za nią klanu Bezi, Belgowie faworyzowali w szczególności klan Batare. Jego przywódca, książę Pierre Baranyanka, stał się w okresie kolonialnym głównym sprzymierzeńcem belgijskiej administracji.

W 1929 roku belgijska administracja kolonialna zapoczątkowała zakrojoną na szeroką skalę reformę administracyjną. Polegała ona na likwidacji licznych autonomicznych struktur rządzonych przez lokalnych wodzów (chefferies) i włączaniu ich terytoriów w skład większych jednostek administracyjnych, zarządzanych zazwyczaj przez przedstawicieli ganwa z klanów Bezi i Batare. Do 1945 roku liczbę chefferies zmniejszono ze 133 do 35. Reforma mocno uderzyła w interesy Hutu, w których rękach nie pozostała żadna chefferie; niewiele mniej ucierpieli jednak Tutsi, którzy stracili 20 z 30 chefferies. Reforma wraz ze zmianami ekonomicznymi zapoczątkowanymi przez kolonizację przyczyniła się do osłabienia tradycyjnych struktur społeczno-politycznych. Brutalny wyzysk stosowany przez kolonizatorów oraz tubylczych urzędników i zarządców doprowadził w latach 1912–1934 do wybuchu kilku krwawo stłumionych powstań chłopskich, m.in. tzw. rebelii Runyota-Kanyarufunzo we wschodniej części kraju (1922) oraz rebelii Inamujandi w północno-zachodniej części Burundi (1934).

Rwanda była jednym z ostatnich regionów w Afryce, skolonizowanych przez kraje europejskie. W 1885 r. na kongresie w Berlinie obszar ten zaliczono do niemieckiej strefy wpływów. Następnie w ciągu kolejnych 10 lat kraj został opanowany przez Niemców i wcielony do Niemieckiej Afryki Wschodniej. Niemcy nie rządzili bezpośrednio, do administracji kraju wykorzystali miejscowych władców (bami) z plemienia Tutsi (Berlin utrzymywał w Rwandzie maksymalnie 5 urzędników i 166 żołnierzy). W 1902 r. powstały pierwsze misje katolickie. W czasie I wojny światowej kraj został (wraz z sąsiednim Burundi) zajęty przez Belgów.

W 1922 prawo Belgii do Rwandy i Urundi (połączonych w jedno państwo) zostało zalegalizowane mandatem Ligi Narodów. W 1925 Rwanda i Urundi zostały połączone z Kongo Belgijskim. Belgowie kontynuowali niemiecki sposób rządzenia, nadal opierając się na bami i arystokracji Tutsi. W 1946 Rwanda-Urundi zyskało status terytorium powierniczego ONZ.

W latach 50. (z inicjatywy Belgów i ONZ) zaczęły powstawać pierwsze organizacje polityczne skupiające ludność murzyńską, m.in. Narodowa Unia Rwandy (reprezentująca Tutsi) oraz w 1957 r. Partia Emancypacji Ludu Hutu (PARMENHUTU). Władze belgijskie podsycały konflikty pomiędzy nimi, co doprowadziło w 1959 r. do wybuchu wojny domowej, w wyniku której Tutsi stracili swoją pozycję. Ostatni władca Rwandy i jego urzędnicy zostali wypędzeni z kraju, a do władzy doszli znacznie liczniejsi Hutu.

Na czele kraju stanął przywódca PARMENHUTU Grégoire Kayibanda, który po referendum z 1961 znoszącym monarchię został prezydentem (reelekcje 1965 i 1969). W 1962 ONZ cofnęła Belgii mandat powierniczy. Nastąpił rozpad Urundi i Rwandy, proklamowano niepodległość.

Po wygraniu wojny domowej, zwycięzcy Hutu dopuszczali się masakr ludności Tutsi, ci więc masowo uciekali za granicę, do Burundi i Ugandy. W 1963 roku Tutsi podjęli zbrojną próbę odzyskania władzy, ale nie powiodła się ona i w rezultacie nastąpiły kolejne masakry, w których zginęło ok. 12 tys. ludzi. W 1964 Rwanda wprowadziła walutę narodową, oddzielając się ekonomicznie od Burundi, z którą była związana od czasów kolonialnych.«

Kiedy czyta się wykład Kapuścińskiego, to odnosi się wrażenie, że kładzie on nacisk na etniczne źródło konfliktu, jakby chcąc odwrócić uwagę od roli europejskich kolonizatorów. U niego rewolucja czy powstanie chłopskie to rok 1959 i walka o ziemię. Natomiast cytowana powyżej Wikipedia pisze:

„Brutalny wyzysk stosowany przez kolonizatorów oraz tubylczych urzędników i zarządców doprowadził w latach 1912–1934 do wybuchu kilku krwawo stłumionych powstań chłopskich, m.in. tzw. rebelii Runyota-Kanyarufunzo we wschodniej części kraju (1922) oraz rebelii Inamujandi w północno-zachodniej części Burundi (1934).” – To oczywiście w Burundi, które razem z Rwandą w 1899 roku weszły w skład nowo utworzonego niemieckiego dystryktu.

Kapuściński wspomina też o ideologii i przytacza opinie intelektualistów, uczonych, profesorów z rwandyjskiego uniwersytetu. Uważają oni, że jedynym rozwiązaniem jest rozwiązanie ostateczne – Endlösung. Samo to pojęcie jest idiotyczne, bo nie można było dokonać czegoś takiego, choćby z tego względu, że wielu Tutsi mieszkało czy przebywało na terenie Burundi, które od 1962 roku jest państwem niezależnym, niezależnym także od Rwandy. Podobnie niewykonalnym było poprzednie „ostateczne rozwiązanie”, te z czasów II wojny światowej, bo Hitler mógł tylko dokonać tego na terenie, który okupował. A to była tylko część Europy, bez Anglii, Hiszpanii i Portugalii, nie mówiąc o pozostałych kontynentach, na których żył naród rozproszony.

Problemy, konflikty, powstania, wzajemna nienawiść – to wszystko pojawiło się w obu bliźniaczych krajach, czyli w Rwandzie i Burundi, wraz z pojawieniem się tam europejskich kolonistów. A kim oni byli? Kim byli ci ludzie, którzy na konferencji w Berlinie podzielili Afrykę? Kongo przypadło belgijskiemu królowi, które od 1885 do 1908 było jego prywatną własnością, a on sam był masonem. W wyniku okrucieństw, jakich tam się dopuszczano, Kongo przeszło pod zarząd Belgii. Po I wojnie światowej Rwanda i Burundi stały się kolonią belgijską. Rządy Belgów, praktycznie do początku lat 60-tych XX wieku, to faworyzowanie jednych kosztem drugich, czyli ich skłócanie. Skłócali ich tak skutecznie, że ci zaczęli skakać sobie do oczu, nienawidzić i w końcu zabijać.

Belgowie wprowadzili w 1933 roku dokumenty tożsamości zawierające informacje o przynależności etnicznej. I nikt tego nie zniósł do 1994 roku. To wydatnie ułatwiło identyfikację, bo w tym dokumencie było zapisane, kto jest Tutsi, a kto – Hutu, chociaż ten podział nie był precyzyjny, bo Hutu, awansując w hierarchii społecznej, mógł stać się Tutsi, a zbiedniały Tutsi mógł stać się Hutu. Również sam wygląd nie dawał podstawy do jednoznacznej identyfikacji. Były to typowo rasistowskie praktyki Belgów, ale o tym Kapuściński nie wspomina, pisząc, że Belgowie do roku 1959 nie wykazywali większej aktywności i nie ingerowali w sprawy lokalne.

Te podziały były tak głębokie, że przetrwały do lat 90-tych. Ktoś tych ludzi po mistrzowsku rozgrywał, skoro „nieznani sprawcy” zestrzelili samolot, którym wracał prezydent Habyarimana z wynegocjowanym z Frontem Narodowym Rwandy kompromisem. I od tego zaczęła się cała tragedia. Może by do niej nie doszło, gdyby nie interwencja prezydenta Mitterranda, w wyniku której wylądowali w Rwandzie francuscy spadochroniarze. Daje to czas stronie rządowej na wzmocnienie. Pojawiają się francuscy instruktorzy, broń i sprzęt przysyła Francja, RPA i Egipt. Powstaje masowa, paramilitarna organizacja – Interahamwe (Uderzymy Razem). Szkolą się w niej ludzie ze wsi i miasteczek, bezrobotna młodzież i biedne chłopstwo, uczniowie, studenci, urzędnicy – jak to określił Kapuściński – istne pospolite ruszenie, którego zadaniem będzie dokonać apokalipsy. Nie napisał tylko, co stało się z tymi francuskimi spadochroniarzami. Na cda.pl można obejrzeć film Hotel Ruanda z 2004 roku. I to w nim jest pokazane, że w pewnym momencie te wszystkie wojska, łącznie z wojskami ONZ, opuszczają Rwandę. A więc jakby ktoś specjalnie szykował tę rzeź. Nie było już wojsk, które rozdzielałyby skonfliktowane strony. Zupełnie jak na Wołyniu w 1943 roku, gdzie AK zapadła się pod ziemię i o niczym nie wiedziała. Pewnie dostała taki rozkaz z Londynu.

„W latach 50. (z inicjatywy Belgów i ONZ) zaczęły powstawać pierwsze organizacje polityczne skupiające ludność murzyńską, m.in. Narodowa Unia Rwandy (reprezentująca Tutsi) oraz w 1957 r. Partia Emancypacji Ludu Hutu (PARMENHUTU). Władze belgijskie podsycały konflikty pomiędzy nimi, co doprowadziło w 1959 r. do wybuchu wojny domowej, w wyniku której Tutsi stracili swoją pozycję. Ostatni władca Rwandy i jego urzędnicy zostali wypędzeni z kraju, a do władzy doszli znacznie liczniejsi Hutu.” – Wikipedia

„W 1959 roku w Ruandzie wybucha chłopskie powstanie. Właśnie w Ruandzie, jako jedynym kraju afrykańskim, ruch niepodległościowy przybrał formę społecznej, antyfeudalnej rewolucji. Z całej Afryki tylko Ruanda przeżyła swój szturm Bastylii, detronizację króla, żyrondę i terror. Gromady chłopów, rozjątrzony żywioł uzbrojonych w maczety, motyki i dzidy Hutu ruszył na swoich panów-władców Tutsi.” – Kapuściński.

Nic się nie dzieje przypadkiem. Jak widać są pewne siły, które piszą scenariusze i reżyserują pewne wydarzenia, a właściwie to chyba wszystkie. I zatrudniają tabuny różnych dziennikarzy, komentatorów, ideologów i kogo tam jeszcze, by urabiali opinię publiczną w wygodny dla siebie sposób i tłumaczyli im świat tak, jak oni sobie tego życzą. …ale głównym źródłem propagandy, a także rozkazów dla niepiśmiennego przecież w większości społeczeństwa jest Radio Mille Collines, które później, w czasie rzezi, nadawać będzie kilka razy dziennie apel: „Śmierć!, Śmierć! Groby z ciałami Tutsi są wypełnione dopiero do połowy. Śpieszcie się, aby zapełnić je do końca!”. U nas mamy takiego przebierańca, Ukraińca, udającego polskiego patriotę, którego wykreował stary, obleśny, jąkający się Żyd. Temu pajacowi nie schodzi z ust okrzyk: Śmierć wrogom ojczyzny! Śmierć! Śmierć! Śmierć! To bardzo niebezpieczne. Widać jednak, że ktoś szykuje konflikt. Mamy już w „Polsce” wielomilionową rzeszę Ukraińców, których obdarowano przywilejami i tym samym sprowadzono Polaków do roli obywateli trzeciej kategorii, bo przecież nad tymi Ukraińcami jest jeszcze kategoria ludzi wybranych. Polacy mają być Hutu, Ukraińcy – Tutsi, a skłócać ich będą „Belgowie”.

11 września ’73

Demokracja to mój „ulubiony” ustrój. Wymysł iście szatański, który stwarza nieograniczone możliwości kombinacji ze względu na istnienie wielu partii o różnych programach. Te kombinacje to oczywiście koalicje parlamentarne, a jeśli jeszcze doda się do tego, że jedne partie znikają, a inne powstają i że ciągle ci sami ludzie uczestniczą w tym szachrajskim kołowrotku, to obraz tego zjawiska, zwanego demokracją będzie prawie pełny. Prawie, bo od czasu do czasu muszą się pojawić nowe twarze, które przyciągną tracących w nią wiarę. Demokracja to opium dla ludu.

11 września 1973 roku miał miejsce w Chile zamach stanu, w wyniku którego władzę przejęło wojsko. Jak do tego doszło? I czy musiało dojść? Czy w sprawy wewnętrzne Chile ingerowały Stany Zjednoczone i Związek Radziecki? Pytań można zadawać wiele, ale najważniejsza jest w tym demokracja, bo ona stwarza warunki do wszelkiego rodzaju zamachów, przewrotów, ingerencji obcych państw itp. A ówczesna demokracja chilijska wyjątkowo dobrze nadawała się do tego.

Informacje o tym zamachu pochodzą z angielskiej i polskiej Wikipedii. Jednak obie, w mojej ocenie, niezbyt zrozumiale przedstawiają pewne fakty.

»Chilijska wojna domowa z 1891 roku (znana również jako rewolucja 1891 roku) była wojną domową w Chile, toczoną od 16 stycznia 1891 roku do 18 września 1891 roku pomiędzy siłami wspierającymi kongres i siłami popierającymi prezydenta José Manuela Balmacedę. W wojnie tej doszło do konfrontacji między chilijską armią, popierającą prezydenta i chilijską marynarką wojenną, popierającą kongres. Konflikt ten zakończył się klęską armii chilijskiej i sił prezydenckich, w wyniku czego prezydent Balmaceda popełnił samobójstwo. W chilijskiej historiografii wojna ta oznacza koniec republiki liberalnej i początek ery parlamentarnej.

Era parlamentarna w Chile rozpoczęła się w 1891 roku, pod koniec wojny domowej, i trwała do 1925 roku i ustanowienia konstytucji z 1925 roku. Została ona również nazwana okresem „pseudo-parlamentarnym” lub „republiką parlamentarną”, ponieważ ustanowił on system quasi-parlamentarny oparty na interpretacji konstytucji z 1833 roku po klęsce prezydenta José Manuela Balmacedy podczas wojny domowej. W przeciwieństwie do „prawdziwego systemu parlamentarnego”, władza wykonawcza nie podlegała władzy ustawodawczej, a raczej kontrola władzy wykonawczej nad władzą ustawodawczą została osłabiona. Prezydent pozostał głową państwa, ale jego uprawnienia i kontrola nad rządem zostały ograniczone. Republika parlamentarna przetrwała do konstytucji z 1925 roku, opracowanej przez prezydenta Arturo Alessandriego i jego ministra José Mazę. Nowa konstytucja stworzyła system prezydencki, który przetrwał, z kilkoma modyfikacjami, aż do zamachu stanu w 1973 roku.

Wojskowy zamach stanu pod dowództwem generała Luisa Altamirano w 1924 roku zapoczątkował okres niestabilności politycznej, który trwał do 1932 r. Spośród dziesięciu rządów sprawujących władzę w tym okresie najdłużej trwał rząd generała Carlosa Ibáñeza del Campo, który krótko sprawował władzę w 1925, a następnie ponownie między 1927 a 1931 w rządzie, który praktycznie był dyktaturą (choć tak naprawdę nieporównywalną pod względem surowości lub korupcji z rodzajem dyktatury wojskowej, która często nękała resztę Ameryki Łacińskiej).

Przekazując władzę demokratycznie wybranemu następcy, Ibáñez del Campo zachował szacunek wystarczająco dużej części populacji, by przez ponad trzydzieści lat pozostać aktywnym politykiem, pomimo niejasnego i zmiennego charakteru swojej ideologii. Kiedy w 1932 r. przywrócono rządy konstytucyjne, wyłoniła się silna partia klasy średniej – radykałowie. Stała się ona kluczową siłą w rządach koalicyjnych przez następne 20 lat. W okresie dominacji Partii Radykalnej (1932–52) państwo zwiększyło swoją ingerencję w gospodarkę. W 1952 roku wyborcy przywrócili Ibáñeza del Campo na urząd na kolejne sześć lat. Jorge Alessandri zastąpił Ibáñeza del Campo w 1958 roku i tym samym konserwatyści powrócili do władzy na kolejną kadencję.

Wybór chrześcijańskiego demokraty Eduardo Frei Montalvy w 1964 roku bezwzględną większością głosów, zapoczątkował okres gruntownych reform. Pod hasłem „Rewolucja w wolności” administracja Frei podjęła zakrojone na szeroką skalę programy społeczne i gospodarcze, zwłaszcza w zakresie edukacji, mieszkalnictwa i reformy rolnej. Jednak w 1967 roku Frei napotkał rosnący sprzeciw lewicowców, którzy zarzucali mu, że jego reformy są niewystarczające oraz konserwatystów, którzy uznali je za zbyt radykalne. Pod koniec swojej kadencji Frei nie osiągnął w pełni celów wytyczonych przez jego partię.

Salvador Allende wygrał wybory prezydenckie z września 1970 roku. Wziął w nich udział jako lider koalicji centrolewicy o nazwie Jedność Ludowa (Unidad Popular). Zwyciężył większością głosów (36,2%) z dwoma innym kandydatami – byłym prezydentem – Jorge Alessandri (Partia Konserwatywno-Liberalna) (34,9%) oraz liderem Partii Chrześcijańsko-Demokratycznej (PDC) Radomiro Tomicem (27,8%). Zgodnie z konstytucją, w związku z tym, że żaden z kandydatów nie otrzymał ponad 50% głosów, decyzja wyboru prezydenta należała do parlamentu. Parlament chilijski tradycyjnie w takich przypadkach wybierał na prezydenta zwycięzcę wyborów powszechnych, nawet jeśli różnica między głosami kandydatów była minimalna. W dniu 4 listopada, Allende objął urząd w Kongresie. Po tym prezydent udał się do katedry gdzie wziął udział w ekumenicznej mszy wszystkich kościołów Chile.– Polska Wikipedia.

W wyborach w 1970 roku senator Salvador Allende z Socjalistycznej Partii Chile (wówczas część koalicji „Jedność Ludowa”, w skład której wchodzili komuniści, radykałowie, socjaldemokraci, dysydenci chadecy, Ruch Jedności Ludowej i Niezależna Akcja Ludowa ), uzyskał częściową większość w wyborach, a za nim uplasowali się kandydaci Radomiro Tomic z Partii Chrześcijańsko-Demokratycznej i Jorge Alessandri z Partii Konserwatywnej. Allende nie został wybrany bezwzględną większością głosów, otrzymując mniej niż 35% głosów.

Kongres Chile przeprowadził drugie głosowanie między czołowymi kandydatami, Allende i byłym prezydentem Jorge Alessandrim, i zgodnie z tradycją wybrał Allende stosunkiem głosów 153 do 35. Frei odmówił zawarcia sojuszu z Alessandrim, aby przeciwstawić się Allende, argumentując to tym, że Chrześcijańscy Demokraci są partią robotniczą i nie mogą dojść do porozumienia z prawicą. – Angielska Wikipedia.

W pierwszym roku rządów administracji Allende produkcja przemysłowa znacznie wzrosła, a bezrobocie spadło. Kryzys gospodarczy, który rozpoczął się w 1972 roku, zaostrzył się przez ucieczkę kapitału, gwałtowny spadek inwestycji prywatnych i wycofanie depozytów bankowych w odpowiedzi na socjalistyczny program Allende. Produkcja spadła, a bezrobocie wzrosło. W celu zwiększenia wydatków konsumpcyjnych i redystrybucji dochodów Allende zamroził ceny, wstrzymał podwyżki płac i reformy podatkowe. Publiczno-prywatne projekty robót publicznych pomogły zmniejszyć bezrobocie. Znaczna część sektora bankowego została znacjonalizowana. Wiele przedsiębiorstw przemysłu miedziowego, węglowego, żelaznego, azotowego i stalowego zostało wywłaszczonych, znacjonalizowanych lub poddanych kontroli państwa.

Program Allende obejmował ochronę interesów robotników, zastąpienie systemu sądownictwa „socjalistycznym prawem”, nacjonalizację banków i zmuszanie innych do bankructwa oraz wzmocnienie „ludowych milicji” znanych jako MIR. Założona za czasów byłego prezydenta Frei (chrześcijańska demokracja) platforma Jedności Ludowej wzywała również do nacjonalizacji głównych kopalni miedzi w Chile. Program ten został jednogłośnie przyjęty przez Kongres. W rezultacie administracja Richarda Nixona zorganizowała i umieściła tajnych agentów w Chile, aby szybko zdestabilizować rząd Allende. Ponadto presja finansowa Stanów Zjednoczonych ograniczyła międzynarodowy kredyt gospodarczy dla Chile.

Mimo załamania się gospodarki, popularność partii Allende w sondażach nieco wzrosła. W wyborach do parlamentu w 1973 r. partia ta uzyskała 43% miejsc. Mimo to pozycja Allende w nowym parlamencie uległa w rzeczywistości pogorszeniu, gdyż dawny koalicjant – Chrześcijańska Demokracja – przeszedł do opozycji i utworzył razem z prawicową Partią Narodową większościowy blok o nazwie Confederación Democrática. Koalicja ta zaczęła praktycznie torpedować wszelkie próby legalnego wprowadzania przez Allende kolejnych jego reform. Tarcia między parlamentem oraz rządem dodatkowo pogłębiały chaos w kraju. Kampania z 1973 roku przebiegła w populistycznym tonie.

22 sierpnia 1973 koalicja Chrześcijańskich Demokratów i Partii Narodowej w parlamencie wydała tzw. Deklarację upadku demokracji w Chile – skierowaną do sił zbrojnych, prosząc o interwencję mającą na celu „jak najszybsze zakończenie licznych naruszeń konstytucji” i zmuszenie rządu do przestrzegania prawa.

Mimo że później deklaracja ta była wielokrotnie przytaczana jako dowód na legalność puczu z 11 września, w gruncie rzeczy nie miała ona wielkiego wpływu na przebieg wydarzeń. W momencie jej ogłoszenia przygotowania do puczu szły już pełną parą. Krytycy puczu wskazują też, że na jego skutek wcale nie nastąpiło odtworzenie dawnego porządku konstytucyjnego, lecz wręcz przeciwnie, dawna konstytucja już nigdy nie została przywrócona w oryginalnej formie. Deklaracja ta oskarżała rząd Allende o próbę „zdobycia władzy absolutnej, w celu poddania obywateli i ekonomiki państwa restrykcyjnej kontroli, równoznacznej z zaprowadzeniem systemu totalitarnego” oraz uznała, że rząd „zamienił naruszenia porządku konstytucyjnego w stałą formę utrzymywania swojej władzy”.

Dwa dni później, 24 sierpnia 1973 roku, Allende odpowiedział publicznie na zarzuty parlamentu, określając deklarację parlamentu jako „przeznaczoną do tego, aby zniszczyć prestiż kraju za granicą i spowodować zamieszanie wewnątrz Chile” oraz twierdząc, że „jest to wyraz złych intencji, których źródłem są koła militarystów”. Zauważył też, że deklaracja jest prawnie niewiążąca, gdyż nie została przegłosowana przez 2/3 składu parlamentu, co było, zgodnie z konstytucją, wymagane do wszczęcia procedury usunięcia prezydenta z urzędu. Uznał on, że deklaracja jest niezgodna z prawem, gdyż wzywa siły zbrojne do wystąpienia przeciw legalnie wybranemu prezydentowi i jego rządowi, co samo w sobie narusza kilkanaście punktów konstytucji.

Napisał on: „Chilijska demokracja należy do wszystkich jej obywateli. Nie jest to dzieło klasy posiadaczy i ci, którzy byli ciemiężeni przez tę klasę, nie oddadzą łatwo dotychczasowych zdobyczy, niezależnie od tego jakie to spowoduje ofiary. Rząd, któremu miałem zaszczyt przewodniczyć, był najbardziej demokratyczny z tych, które do tej pory miało Chile. Będę bronił do końca moich decyzji, dalszego kierunku przemian demokratycznych, aż do ostatecznych konsekwencji. Parlament stał się bastionem przeciwników zmian i robił co tylko w jego mocy, aby utrudniać finansowanie i funkcjonowanie instytucji wprowadzających reformy”. Argumentował też, że parlamentarzyści używali słów „państwo prawa i sprawiedliwości” dla stanu państwa, w którym panowała ekonomiczna niesprawiedliwość, którą ludzie ostatecznie odrzucili głosując na Allende. „Aktualnie kraj potrzebuje dużego wysiłku ekonomicznego i politycznego, aby pokonać narosłe trudności, jednak parlament niszczy ten wysiłek, najpierw paraliżując całe państwo, a teraz szuka sposobów, aby je zniszczyć”. Na koniec wezwał „wszystkich robotników, demokratów i patriotów” aby przyłączyli się do niego w obronie konstytucji i „postępu rewolucji”. W rezultacie ostrej krytyki ze strony związków zawodowych i parlamentu, niezmiennie negatywnych wyników sondaży opinii publicznej (57% ocen negatywnych i 42% pozytywnych w ostatnim przeprowadzonym sondażu) oraz narastającego chaosu gospodarczego i groźby wybuchu wojny domowej, Allende zdecydował się przeprowadzić plebiscyt, w którym obywatele mieli się opowiedzieć za kontynuacją jego rządów albo przeciw. Ogłoszenie terminu plebiscytu miało nastąpić 11 września 1973 roku.«

Tak to mniej więcej wyglądało według opisu obu cytowanych Wikipedii. Można więc powiedzieć, że cechą chilijskiej demokracji w przeszłości było to, że raz system parlamentarny, a raz – prezydencki. Przy czym oba jakby występowały obok siebie. W każdym razie te zależności były niejasne. Allende zdobył władzę przy poparciu około 35% wyborców, przy czym o tym, że został wybrany zdecydował parlament w dodatkowym głosowaniu. Gdzie tu więc demokracja, czyli rządy większości. W 1973 roku w wyborach do parlamentu partia Allende zdobywa 43% poparcia, a więc nadal nie ma większości. W tym momencie dotychczasowy koalicjant, Chrześcijańska Demokracja, przechodzi do opozycji i tworzy z Partią Narodową większościowy blok Confederación Democrática. 22 sierpnia 1973 koalicja Chrześcijańskich Demokratów i Partii Narodowej, a więc ta demokratyczna konfederacja, wydała w parlamencie tzw. Deklarację upadku demokracji w Chile – skierowaną do sił zbrojnych, prosząc o interwencję mającą na celu „jak najszybsze zakończenie licznych naruszeń konstytucji” i zmuszenie rządu do przestrzegania prawa. Czyli Chrześcijańska Demokracja, która od wyboru Allende w 1970 roku na prezydenta była koalicjantem jego partii i walnie przyczyniła się do „licznych naruszeń konstytucji”, to ona teraz stała się obrońcą prawa i przestrzegania konstytucji. Czy oni też mieli na koszulkach napis „konstytucja”?

Allende odpowiedział na zarzuty parlamentu, twierdząc że Deklaracja o upadku demokracji w Chile jest prawnie niewiążąca, bo nie została przegłosowana przez 2/3 składu parlamentu, co było, zgodnie z konstytucją, wymagane do wszczęcia procedury usunięcia prezydenta z urzędu. I zapewne miał rację i pewnie dlatego użyto siły, by go usunąć. Z drugiej jednak strony, co oczywiście nie usprawiedliwia użycia siły, Allende nie miał legitymacji do sprawowania rządów, bo 35% głosów przy nie wiadomo jakiej frekwencji, to nie jest najlepszy mandat do sprawowania władzy. A więc prawica postępowała bezprawnie, przynajmniej według niektórych. A czy lewica jest inna? U nas lewica też wprowadziła stan wojenny bezprawnie, bo w tym czasie obradował sejm i to on miał, zgodnie z konstytucją, podjąć taką decyzje.

Allende odpowiedział na zarzuty parlamentu, twierdząc że Deklaracja o upadku demokracji w Chile jest prawnie niewiążąca, bo nie została przegłosowana przez 2/3 składu parlamentu, co było, zgodnie z konstytucją, wymagane do wszczęcia procedury usunięcia prezydenta z urzędu. I zapewne miał rację i pewnie dlatego dokonano zamachu, by go usunąć. Z drugiej jednak strony, co oczywiście nie usprawiedliwia użycia siły, Allende nie miał legitymacji do sprawowania rządów, bo 35% głosów przy nie wiadomo jakiej frekwencji, to nie jest najlepszy mandat do sprawowania władzy. A więc prawica postępowała bezprawnie, przynajmniej według niektórych. A czy lewica jest inna? U nas lewica też wprowadziła stan wojenny bezprawnie, bo w tym czasie obradował sejm i to on mógł, zgodnie z konstytucją, podjąć taką decyzje. Jedni warci drugich. Jak im pasuje, to demokracja ponad wszystko, a jak im nie pasuje, to brutalna siła i mordowanie ludzi.

Czy można sobie wyobrazić, że doszło by w Chile do takiej sytuacji, gdyby rządziła partia lub prezydent, którzy mieliby poparcie zdecydowanej większości wyborców? Taki rząd czy prezydent mógłby zrealizować wszystkie obietnice złożone w trakcie kampanii wyborczej i nikt nie mógłby zakwestionować jego decyzji. Nawet nie doszło by do takiej sytuacji, gdyby Chrześcijańska Demokracja, koalicjant partii prezydenckiej, czyli Jedności Ludowej, nie zdradził jej i nie przystąpił do koalicji z Partią Narodową. Tak działa demokracja, to jest jej kwintesencja. Szkoda tylko, że większość wyborców nie potrafi tego dostrzec.

Po co to wszystko było? Szacuje się, że 11 września zamordowanych zostało co najmniej 3000 ludzi. W ten sposób zantagonizowano społeczeństwo chilijskie na wiele lat. Pewne rany pewnie do dziś nie zagoiły się. I chyba o to głównie chodziło.

A jak jest obecnie w Chile? Wikipedia pisze:

„Convergencia Social – lewicowa partia polityczna z Chile założona 11 listopada 2018 roku poprzez połączenie partii Ruch Autonomiczny, Libertariańska Lewica, Socjalizm i Wolność i Nowa Demokracja. Wschodzi w skład lewicowej koalicji Szeroki Front.

W 2019 roku członkowie ruchu rozpoczęli proces rejestracji Konwergencji jako partii politycznej. W listopadzie tegoż roku Libertariańska Lewica wystąpiła z Konwergencji. 9 marca 2020 roku doszło do zarejestrowania ugrupowania pod nazwą Convergencia Social. W 2021 roku partia przystąpiła do międzynarodowej organizacji lewicowej Progressive International. W wyborach generalnych w 2021 roku kandydatem partii na urząd prezydenta został Gabriel Boric. W pierwszej turze zdobył on 25,83% głosów, zaś w drugiej turze 55,87%, czym samym wygrał wybory.”

A więc nic się nie zmieniło. Demokracja ma się dobrze. A Gabriel Boric? Co o nim pisze Wikipedia?

Gabriel Boric urodził się w Punta Arenas w 1986 roku, w rodzinie chorwackich Chilijczyków pochodzących z wyspy Ugljan. Chociaż jego przodkowie wyemigrowali z Chorwacji do Chile w 1897 roku, Boric wciąż posiada krewnych na Ugljan. Jego ojcem jest Luis Boric Scarpa, inżynier chemii, który przez ponad 40 lat pracował jako pracownik rządowy w Empresa Nacional del Petróleo (hiszp. Narodowe Przedsiębiorstwo Naftowe) i María Soledad Font Aguilera, pochodząca z Katalonii.

Źródło zdjęcia: Wikipedia.

W 2021 ogłosił swój start w wyborach prezydenckich. W pierwszej turze zdobył 25,8% i przeszedł do następnej tury ze zwycięzcą pierwszej tury a kandydatem prawicowej Partii Republikańskiej José Antonio Kastem. W drugiej turze wyborów prezydenckich wygrał ze swoim rywalem i osiągnął w niej 55,9% głosów. Urząd prezydenta Chile oficjalnie objął 11 marca 2022, stając się najmłodszym prezydentem w historii kraju.

Rewolucja goździków

Kiedy tak przyglądam się coraz uważniej tym wszystkim wydarzeniom na świecie, które miały miejsce w dalszej czy bliższej przeszłości, czy obecnie, to coraz bardziej utwierdzam się w przekonaniu, że nic nie dzieje się przypadkiem i spontanicznie, choć media i opracowania historyczne starają się nas przekonać, że tak właśnie jest. Chodzi oczywiście o politykę. Jednym z takich wydarzeń była tzw. rewolucja goździków w Portugalii w 1974 roku. Dawno temu to było, więc większość ludzi może nawet nie wie o niej. Ja ją pamiętam, bo ówczesne media, szczególnie główne wydanie dziennika telewizyjnego, zamieszczało wiele informacji o tym, co wówczas działo się w Portugalii. Trudno się dziwić. Socjalistyczne państwo sympatyzowało z tą rewolucją, a raczej „rewolucją”.

„Rewolucja goździków – wojskowy zamach stanu w Portugalii w 1974 roku. Doprowadziła do obalenia dyktatury Manuela Caetana – następcy Antonia Salazara. W konsekwencjo doszło do przywrócenia swobód obywatelskich i politycznych oraz dekolonizacji portugalskich posiadłości w Afryce i Azji.

Zamach miał miejsce 25 kwietnia 1974 roku. Za jego organizację i przeprowadzenie odpowiedzialni byli lewicowi oficerowie zrzeszeni w Ruchu Sił Zbrojnych (MFA) – organizacja skupiała głównie młodych kapitanów, lecz patronat nad nimi objęli generałowie Francisco da Costa Gomes i Antonio de Spinola. Spiskowcy zajęli sztab generalny, siedzibę rządu, radio i telewizję znajdujące się w Lizbonie i Porto. Premier Marcelo Caetano schronił się w koszarach Gwardii Republikańskiej. Po tym, gdy sam przyznał, „nie spotkał nikogo, kto by chciał walczyć w obronie rządu”, sam oddał się w ręce puczystów. Zamach stanu został przeprowadzony pokojowo, a jedynymi ofiarami była czwórka obywateli zastrzelonych przez funkcjonariuszy policji politycznej podczas oblężenia jej siedziby. Organizatorzy rewolucji zostali masowo poparci przez obywateli, którzy w geście poparcia armii wyszli na ulice.

Sygnałem do rozpoczęcia zamachu było nadanie przez lizbońskie radio pieśni Jose Alfonsa „Grandola, Vila Morena”. Nadało ją 25 minut po północy katolickie Radio Renascenca. Nazwę rewolucji dały białe i czerwone goździki, jakimi Celeste Caeiro (portugalska pacyfistka) obdarowała biorących udział w puczu żołnierzy, za jej przykładem poszli kwiaciarze i inni mieszkańcy Lizbony. Kwiaty wetknięte w lufy karabinów stały się symbolem rewolucji.”

Tak tę rewolucję opisuje Wikipedia. Skoro więc premier Caetano przyznał, że „nie spotkał nikogo, kto by chciał walczyć w obronie rządu”, to czy to była rewolucja? Najwyraźniej trudno było zmobilizować Portugalczyków do protestu i ta Portugalia Salazara, trwająca jeszcze od czasów przedwojennych, najwyraźniej odpowiadała Portugalczykom. Trzeba było więc posłużyć się wojskiem.

„Ruch Sił Zbrojnych (MFA), Ruch Kapitanów – konspiracyjna organizacja w wojsku portugalskim w latach siedemdziesiątych XX wieku, skupiająca głównie młodych oficerów, niezadowolonych z warunków służby wojskowej i ciągłego prowadzenia wojen w koloniach. Członkowie MFA różnili się pomiędzy sobą w poglądach politycznych i społecznych: liberalno-demokratycznych, socjalistycznych, komunistycznych i ultralewicowych, ale wspólne było w nich przekonanie o konieczności demokratyzacji Portugalii i przeprowadzenia dekolonizacji. Od lipca 1974 roku MFA była najważniejszą siłą w rządzie, a przewagę w nim miały grupy lewicowe, w tym komuniści, których przedstawicielem był premier pułkownik Vasco Goncalves. W marcu 1975 roku utworzona została i postawiona na czele państwa Rada Rewolucji. Tymczasem w samym MFA występowały coraz większe tarcia pomiędzy socjalistami, ultralewicą i komunistami. Ultralewica podjęła nieudaną próbę kolejnego zamachu 25 listopada 1975 roku. Od tego czasu prądy umiarkowane zyskały przewagę w MFA. W latach 1976-1982 Rada Rewolucji stanowiła ciało doradcze prezydenta oraz nastąpił rozpad MFA, który tracił znaczenie na rzecz władz cywilnych.” – Wikipedia.

Mamy więc taką sytuację, że wojsko, któremu nie chce się walczyć, czyli wykonywać podstawowej funkcji, do której zostało powołane, to wojsko dokonuje zamachu stanu, czyli obala rząd, którego nie trzeba obalać, bo nikt go nie usiłuje bronić. A wszystko to za sprawą konspiracyjnej, czyli tajnej organizacji w wojsku, której nie ma prawa tam być, bo wojsko to zbrojne ramię rządu, służące do obrony państwa i jego rządu. I ta tajna organizacja dzieli się na partie polityczne i oddaje władzę Radzie Rewolucji, która staje się ciałem doradczym prezydenta. Czy nie mogło tak być, by rządząca dyktatura, która nie była żadną dyktaturą, ustąpiła i nastały rządy demokratyczne? Wygląda na to, że chyba nie mogło tak być.

Tak przy okazji, to przypomina mi się inna rewolucja, opisana w blogu „Kryzys sueski”:

»Rewolucja egipska (gdzie się nie obejrzysz, to tylko rewolucje!) 1952 roku, to rewolucja Wolnych Oficerów, przewrót wojskowy przeprowadzony w Kairze 23 lipca 1952 roku przez tajne ugrupowanie Wolnych Oficerów. To także rewolucja społeczna, jaka po nim nastąpiła.

Wolni Oficerowie – nielegalna, konspiracyjna organizacja wojskowa powstała w armii egipskiej w 1949 roku. Jej członkowie zorganizowali rewolucję egipską w 1952 roku i utworzyli po niej w kraju nową elitę władzy. Powstała ona z inicjatywy Gamala Abdela Nasera. W 1951 roku kierownictwo organizacji liczyło dziesięciu wojskowych w stopniu majora lub podpułkownika, urodzonych pomiędzy 1917 a 1922 rokiem, pochodzących, z nielicznymi wyjątkami, ze średnich warstw społecznych. Do 1952 roku grupa Wolnych Oficerów liczyła 327 członków na ogólną liczbę 5500 oficerów egipskich.

Tajna i nielegalna organizacja, a więc nie ma wątpliwości, że masońska, a skoro powstała z inicjatywy Nasera, to znaczy, że i on był masonem, a jego „nieznanymi przełożonymi” byli zapewne Żydzi.

Wolni Oficerowie nie sformułowali konkretnego programu politycznego. Program ogólny sformułowany w 1951 roku zakładał walkę z nierównościami i niesprawiedliwością społeczną, wymianę klasy panującej, zlikwidowanie zależności od Wielkiej Brytanii i podjęcie walki z imperializmem, likwidację feudalizmu, rozwój gospodarki przy ważnej roli inicjatywy prywatnej i równocześnie aktywnym udziale państwa. Członkowie organizacji sympatyzowali z różnymi środowiskami politycznymi. Niektórzy należeli do Stowarzyszenia Braci Muzułmanów. Spora grupa należała w przeszłości do partii Młody Egipt. Niektórzy mieli związek z Komunistycznym demokratycznym Ruchem Wyzwolenia Narodowego. Ali Sabri (generał i polityk tureckiego pochodzenia) kontaktował się z ambasadą Stanów Zjednoczonych. W ten sposób o Wolnych Oficerach wiedziała amerykańska dyplomacja i wywiad, odnosząc się przychylnie do organizacji. W marcu 1952 roku wyższy urzędnik CIA Kermit Roosevelt rozmawiał w Kairze z niektórymi członkami organizacji, po czym w sporządzonej analizie uznał ich organizację za korzystną dla swojego kraju, alternatywną wobec rządów króla egipskiego Faruka, co oznaczało, że USA powinny zaakceptować przeprowadzenie przez nich wojskowego przewrotu.

Członkowie organizacji sympatyzowali z różnymi środowiskami politycznymi. To zupełnie tak samo, jak w Meksyku, gdzie przywódca powstania Miguel Hidalgo y Costilla spotykał się w swoim domu z wieloma osobami i to zarówno Indianami, Metysami, Kreolami i półwyspiarzami. Niektórzy należeli do partii Młody Egipt. W Turcji w XIX wieku istniała masońska organizacja Młoda Turcja. A wszystko i tak pod kontrolą tych, którzy w całym świecie dokonywali przewrotów politycznych w imię „szczytnego” celu, jakim było szerzenie demokracji.

Według wspomnień as-Sadata Wolni Oficerowie rozpoczęli przygotowania do obalenia monarchii w styczniu 1952 roku i planowali prowadzić je przez najbliższe trzy lata. Masowe demonstracje w Kairze w końcu miesiąca miały skłonić przewodniczącego organizacji Gamala Abdela Nasera do przesunięcia terminu na listopad 1952 roku. Natychmiastowe wystąpienie uniemożliwiały niedostateczne wpływy Wolnych Oficerów w kairskim garnizonie. Ostatecznie jednak Naser zdecydował o przeprowadzeniu przewrotu w nocy z 22 na 23 lipca, obawiając się, że organizacja zostanie wykryta i rozbita. Po zwycięskiej rewolucji Wolni Oficerowie utworzyli nowy rząd – Radę Rewolucyjnych Dowódców.«

W maju i we wrześniu 1975 roku włoska dziennikarka, Oriana Fallaci, przeprowadziła dwa wywiady z Mario Soaresem (Oriana Fallaci, Wywiad z historią, Świat Książki, 2016), socjalistą, który stał się pierwszoplanową postacią w życiu politycznym kraju. Został wybrany na prezydenta w 1986 i w 1991 roku. Po zakończeniu w 1996 roku drugiej kadencji, w 1999 roku został wybrany do Parlamentu Europejskiego, gdzie działał do 2004 roku.

We wstępie do tych wywiadów Fallaci zamieszcza swoje uwagi, których fragmenty warto przytoczyć, bo one dobrze opisują ówczesną sytuację i nastroje, jakie wówczas panowały w Portugalii. We wstępie do pierwszego pisze:

»Czterdziestoma procentami głosów wygrała Portugalska Partia Socjalistyczna, to znaczy partia, która walczyła w imię ludzkiego socjalizmu, wolności myśli, pluralizmu, bez którego popada się w dyktaturę. Lecz Partia Socjalistyczna, pomimo zwycięstwa, nic nie znaczyła. Jako druga, z dwudziestoma siedmioma procentami głosów, uplasowała się Ludowa Partia Demokratyczna, której nie można było uznać za naprawdę prawicową, ale która mimo wszystko miała silny głos w kraju. Jednak wszyscy zachowywali się, jakby Ludowa Partia Demokratyczna nie istniała. Z dwunastoma i pół procent głosów, plus czterema procentami swojego wytworu, Ruchu Ludowo-Demokratycznego, przegrała Partia Komunistyczna, to znaczy partia, która zdecydowana była narzucić najbardziej tępy, najbardziej przebrzmiały stalinizm. Jednak to właśnie Partia Komunistyczna wydawała rozkazy, za pośrednictwem prasy, radia i telewizji, gdzie wczorajsi faszystowscy dziennikarze odkryli w sobie nagle skrajnie lewicowych rewolucjonistów. Rozkazywała za pośrednictwem jedynego związku zawodowego, którego przywódcy nie zostali wybrani przez robotników i robili z Pierwszego Maja swoją prywatną własność. Rozkazywała za pośrednictwem zbrojnej milicji kontestatorów, którzy za Ceatana nie śmieli nawet pomyśleć o najmniejszym geście odwagi. Rozkazywała za pośrednictwem wojska, z którym łączył ją tajny sojusz. Jeśli komunistom nie podobała się jakaś gazeta, wojsko tę gazetę zamykało. Jeśli komuniści nie chcieli zgromadzenia ustawodawczego, wojsko deklarowało, że jest skłonne zgromadzenia ustawodawczego nie otwierać. Jak w zerwanym naszyjniku, roztrzaskiwały się jedna za drugą podarowane wolności. Pozostała jedynie wolność słowa, ale ludzie bali się już mówić to, co myśleli. Krytykowano półgłosem, wodząc dookoła podejrzliwym i niespokojnym wzrokiem. Biada, jeśli nie uznali cię za lewicowego albo wystarczająco lewicowego. Było to równoznaczne z okrzyknięciem cię reakcjonistą, kontrrewolucjonistą, faszystą. Tego, kto nie był komunistą, nazywano faszystą. A na wojskowych zgromadzeniach ulubionym hasłem było: „Z nami lub przeciw nam”. Było to również hasło Salazara.

Zrozumieć czego chcieli ci wojskowi, było trudno, przede wszystkim dlatego, że oni sami dobrze tego nie wiedzieli. Ekstremiści, ultraekstremiści, staliniści, maoiści, moderaci, ich zamęt ideologiczny był ogromny. Uformowali się na wzór szkoły partyzantów z Mozambiku i Angoli; możliwe, że nie czytali Marksa i Mao Tse-tunga po portugalsku. Nie mówiąc o tym, że portugalski jest językiem o bardzo ubogim słownictwie. Ruch Sił Zbrojnych nie był, jak utrzymywano, spójny i jednolity, lecz szarpany przez frakcje i okrutną rywalizację. Wielu oficerów, którzy uczestniczyli w przewrocie 25 kwietnia, trafiło do więzień razem ze zbirami Caetana. W więzieniu można było znaleźć również anarchistów, winnych gryzmolenia na murach Lizbony zachwycających napisów. „Słońce zaświeci dla nas wszystkich”, mówiły manifesty Portugalskiej Partii Komunistycznej. A anarchiści dodawali poniżej: „O ile nie będzie padać”. „Dziś będą nas tysiące, jutro będą nas miliony”. A anarchiści: „Bo nie stosujecie pigułki”. „Jeśli nie podoba ci się w Portugalii, wyjedź”. A anarchiści: „Ostatni gasi światło”. Podczas dyktatury więźniów politycznych było trzystu, teraz były ich dwa tysiące. W czasach rewolucji jest to nieuniknione, to prawda, ale czy miała miejsce jakaś rewolucja? I na czym polegała? Na tym, że stolica oferowała przedstawienia moskiewskiego cyrku i kubańskiego baletu? Na znacjonalizowaniu banków i przedsiębiorstw, zanim zdecydowano, kto będzie nimi zarządzał? Za każdym razem, gdy wojskowi przejmują władzę, mówią o rewolucji. Mówił o niej również Papadopulos w Grecji, mówił również Pinochet w Chile. I na pewno ci Portugalscy wojskowi byli szczerzy, naprawdę mieli dobre intencje; jednak demagogia, chaos i samowola stanowiły najbardziej rzucający się w oczy element rzeczywistości. Podczas gdy prawdziwi faszyści, prawdziwi reakcjoniści szczęśliwi zacierali ręce. Podczas gdy na usta cisnęły się gorzkie słowa: nie zawsze rewolucje prowadzą ku demokracji, ku postępowi, ku wolności i nie zawsze to, co określa się manem rewolucji, jest rewolucją. Czyż nawet faszyści nie nazywają dziś siebie rewolucjonistami? We Włoszech wiemy dobrze, że czerwień niekoniecznie bywa czerwienią, a czasem jest przykrywką dla czerni, że nierzadko czerwoni albo tak zwani czerwoni mówią tym samym językiem, co czarni, używają tych samych gestów, popełniają te same występki. Co miało się więc stać z Portugalią? Kraj balansował nad przepaścią. Istniało ryzyko, że wyjdzie z tej sytuacji podzielony na pół lub przynajmniej poobijany w wyniku wielkiej szamotaniny i być może zraniony na zawsze.«

We wstępie do drugiego wywiadu pisze:

„Armia już nie istniała. Nie istniało już nawet państwo. Uchodźcy zajmowali banki, księża organizowali rozruchy, żołnierze odmawiali służby wojskowej. Wykrzykiwali na przykład, że nie pojadą do Angoli, jeśli nie otrzymają pisemnej, poświadczonej przez notariusza gwarancji, że nie doznają tam najmniejszego draśnięcia. Politycy każdego dnia byli coraz bardziej wykluczani z gry. Żeby działać (a działali), musieli posługiwać się wojskowymi, sprzymierzając się z nimi niemal potajemnie. Każdy miał swojego. Cunhal miał Goncalvesa. Soares miał Melo Antunesa. Maoiści mieli Otela. Co do innych, nie wiadomo. Ale wiadomo było, ze najcięższa walka rozegra się między socjalistami a komunistami. O działającym Zgromadzeniu Ustawodawczym, powstałym w wyniku wyborów, nikt nawet nie wspominał. Na co by się to przydało? Kto by je szanował? Jeżeli weźmie się pod uwagę, że Otelo pozwolił uciec z więzienia pewnym ekstremistom po tym, jak ich aresztował, a teraz potajemnie ich odwiedzał, by z nimi studiować marksizm. To było coś nierealnego. Ponad rok wcześniej wydarzyło się w tym kraju coś, co sprawiło, że historia się zagmatwała i stała się nierealna. A może wykombinowała jakiś żart, happening? Nagle ci sami wojskowi, którzy przez czterdzieści lat stanowili kręgosłup faszyzmu, wznieśli sztandar antyfaszyzmu i stali się obrońcami wolności. Jak gdyby źródłem wolności mogła być raptowna zmiana poglądów.”

„Świat jest teatrem, aktorami ludzie, którzy kolejno wchodzą i znikają.” – William Szekspir. Ta słynna sentencja opisuje dokładnie to, co działo się podczas rewolucji goździków w Portugalii. Bardziej trafnie i lakonicznie nie da się chyba tego ująć. Tak działa polityka i ci, których widzimy na scenie, ale to nie są ci, którzy faktycznie rządzą. Ci, których widzimy, działają jak zaklinacze węży. Wyborcy dają się uwodzić i żyć iluzją, że tym razem będzie inaczej. Nie wiem w czym tkwi siła i urok demokracji, ale nie można zaprzeczyć, że ona jest i że ten urok ma magiczną moc.

Perspektywa

W poprzednim blogu zamieściłem obszerny cytat z książki Fatalna fikcja; Nowe oblicze bolszewizmu – stary wzór z 2001 roku, której autorem jest Dariusz Rohnka. Dotyczył on fikcyjnego rozpadu ZSRR w 1991 roku. Autor omawia w niej także relacje Stanów Zjednoczonych z Chinami i kwestię Tajwanu. Największą zaletą informacji zawartych w tej książce jest to, że została ona wydana ponad 20 lat temu, co czytającemu daje komfort perspektywy czasu. I z tej perspektywy czasu możemy dostrzec to, czego nie można dostrzec, gdy obserwuje się bieżące wydarzenia. 20 lat temu straszono nas tym, że spór o Tajwan może doprowadzić do wojny supermocarstw i obecnie różni komentatorzy i geopolitycy znowu straszą nas tym samym. Niezły samograj. Poniżej wybrane fragmenty z tej książki.

»Stany Zjednoczone niemal powszechnie uznawane są dzisiaj za jedyne na świecie supermocarstwo. Liczne przypadki zaangażowania wojskowego i politycznego w konfliktach regionalnych na całym świecie, w tym aktywność samego Clintona, przyczyniły się do budowy wizerunku USA jako globalnego żandarma. O potęgujących się na przestrzeni ostatniej dekady oznakach słabości nie mówi się wcale. Ale stały regres, nawet z bardzo wysokiego pułapu, prowadzi w końcu do upadku.

Jednym z przejawów słabości amerykańskiego mocarstwa są jego porażki wywiadowcze. W 1999 roku ujawniono, że Chińczykom udało się wykraść super tajną technologię W-88, dotyczącą miniaturowych głowic nuklearnych. Zdaniem Jamesa Inhofe’a, który występował w tej sprawie w Senacie USA, jest to być może najbardziej poważny wyłom w narodowym bezpieczeństwie w naszych czasach – bardziej poważny niż sprawa Aldricha Amesa, który zdradził CIA, i być może bardziej poważny niż to, co zrobili Rosenbergowie, dostarczając tajemnice nuklearne Związkowi Sowieckiemu 50 lat temu. – John F. McMamus, From Chinagate to Kosovo. Wywiad z senatorem Jamesem Inhofem, w: The New American, vol. 15, nr 13, 21.06.1999. Szczególnie bulwersujący jest fakt, że administracja waszyngtońska wiedziała o dokonanej kradzieży od kwietnia 1996 i przez niemal 3 lata nie powiadomiła o tym Kongresu. Zamiast tego Clinton składał wielokrotnie uroczyste deklaracje, że po raz pierwszy od dziesięcioleci, żadna rakieta wyposażona w broń atomową nie jest wycelowana w Stany Zjednoczone.

Wkrótce okazało się, że technologia mini głowic nie jest jedyną tajemnicą wykradzioną przez Chińczyków. Długa lista obejmuje: technologię budowy bomby neutronowej, broń elektromagnetyczną (electromagnetic pulse weapons), zbierane przez 50 lat informacje na temat testów atomowych, wszystkie fazy przygotowania broni jądrowej, dane techniczne radarów. Do tej listy należy jeszcze dodać kradzież kodów komputerów, sterujących całym arsenałem jądrowym Stanów Zjednoczonych. Ponadto Chińczycy pozyskali, tym razem w związku z oficjalną współpracą, technologię kosmiczną, pozwalającą na znaczne ulepszenie ich rakiet balistycznych, z których 13 (według danych z 1999) jest wymierzonych w obszar Stanów Zjednoczonych. – Insider Report, w: The New American, vol. 15, nr 12, 7.06.99.

Dopełnieniem obrazu chińskich sukcesów wywiadowczych jest ujawniona przy okazji wielomilionowa dotacja na kampanie wyborcze urzędującego prezydenta w latach 1992 i 1996. W Białym Domu aż zaroiło się od chińskich biznesmenów i tajemniczych osobistości. Odpowiedzialność spada wprost na Clintona. Jak twierdzą autorzy głośnej książki Year of the Rat Edward Timperlake i William C. Triplett w celu zdobycia i utrzymania władzy administracja Clintona działa w sposób lekkomyślny, pozwalając niewłaściwym ludziom na zdobycie dostępu do najważniejszych tajemnic politycznych i gospodarczych. Chińscy handlarze bronią, szpiedzy, handlarze narkotyków, gangsterzy, stręczyciele, współuczestnicy masowych mordów, komunistyczni agenci i inne niepożądane osoby… byli powiązani w ten czy inny sposób z Białym Domem i pieniędzmi. – William Norman Grigg, Red Star Over the White House, The New American, vol. 15, nr 14, 15.02.99.

Mówi się także wprost o powstaniu chińskiego lobby w Kongresie. Amerykańsko-Chińska Rada Biznesu przekazała ponad 55 milionów dolarów na kampanie polityczne w latach 1995 i 1996. Przy tej okazji wymienia się najbardziej znane amerykańskie firmy m.in.: Philip Morris, Boeing Co., Coca-Cola, PepsiCo, McDonald’s, Amway Corp., Procter and Gamble. Efektem tych działań jest nie tylko swobodny dostęp chińskich produktów do amerykańskiego rynku, ale również możliwość zakupu najbardziej zaawansowanej technologii, od superkomputerów po technologię kosmiczną. Jednocześnie Chiny są jedynym krajem, który nie zezwala amerykańskim urzędnikom na kontrolowanie, czy zakupione urządzenia i technologie są wykorzystywane zgodnie z pierwotnym przeznaczeniem. – New Red China Lobby, Cardinal Mindszenty Foundation, 08.1997.

Duży wkład w rozbudowanie chińskiego potencjału ma również najbliższy sojusznik Stanów Zjednoczonych – Izrael, dzięki któremu Chiny pozyskały tajniki broni laserowej oraz technologię rakiet Patriot. Współpraca obejmuje produkcję nowego samolotu J-10, systemu radarowego, produkcję czołgów i różnego typu rakiet, m.in. najlepszą w swojej klasie rakietę powietrze-powietrze Python-4. – Patrick J. Buchanan, Look who’s arming Beijing, w: American cause, 29.01.99. Przy tym USA wydaje około 2 miliardów dolarów rocznie na pomoc wojskową dla Izraela. W efekcie pomoc ta może być wykorzystana przeciwko samym Stanom Zjednoczonym. – Israel’s Arms Sales to China Alarm US, w: NewsMax.com, 10.04.00.

Zagrożenie Ameryki ze strony Chin ma jeszcze jeden aspekt – Kanał Panamski. Droga wodna, która skraca podróż z wschodniego na zachodnie wybrzeże Stanów Zjednoczonych o całe dwa tygodnie i 8.000 mil, a która pozostawała w amerykańskiej dzierżawie od blisko 100 lat, w grudniu 1999 roku przeszła w praktyce w chińskie ręce. O znaczeniu tego faktu decyduje wartość strategiczna Kanału, którą już w chwili otwarcia, w 1914 roku, szacowano bardzo wysoko. Henry Stimson, sekretarz obrony w rządzie prezydenta Williama Howarda Tafta pisał w 1913: Jeżeli kiedykolwiek będziemy mieli nieszczęście prowadzić wojnę, bądź z pojedynczym wrogiem, dysponującym flotą morską zarówno na Atlantyku jak i na Pacyfiku, bądź z dwoma narodami, jednym na wschodzie i drugim w Europie, odpowiednia polityka wobec Kanału będzie miała żywotne znaczenie. Zamknięcie Kanału dla wrogów pozwoli naszej flocie na poruszanie się po szlakach wodnych wzdłuż naszego wybrzeża i zmusi inne floty do operowania po szlakach zewnętrznych o 8.000 mil dłuższych niż nasze. Może to mieć decydujące znaczenie dla zwycięstwa lub porażki. – Thomas H. Moorer, Save our Canal! w: The New American, 23.09.99.

Dzisiejsze znaczenie strategiczne Kanału nie zmalało. Zdaniem emerytowanego admirała Thomasa Moorera, w przeszłości m.in. Szefa Operacji Morskich USA oraz Przewodniczącego Połączonych Szefów Sztabów (Joint Chiefs of Staff) znaczenie tej drogi morskiej wcale nie maleje, m.in. dlatego, że 95% wsparcia logistycznego amerykańskich sił zbrojnych jest transportowane drogą morską, w przeważającej mierze z wykorzystaniem Kanału, a logistyka ma decydujące znaczenie dla nowoczesnego pola walki. Nie sposób walczyć bez żywności, amunicji, mundurów, paliwa, lekarstw. Szczególnie wielkie znaczenie mają odpowiednie zapasy paliwa, bez którego niektóre typy wojsk, na przykład siły powietrzne, przestają istnieć. Oczywiście zapasy można dostarczyć na wiele innych sposobów, ale w tym przypadku decydują liczby, wielkości sięgające milionów ton. Ani transport kołowy, ani lotniczy nie jest w stanie współzawodniczyć pod tym względem z morskim.

Jakie są podstawy do twierdzenia, że po Amerykanach wchodzą do Panamy Chińczycy? Decydować mają wpływy polityczne i gospodarcze. W 1996, równocześnie z nielegalnym finansowaniem kampanii prezydenckiej Clintona, Chińczycy przeznaczyli ogromne sumy na przekonanie panamskich polityków, że po wycofaniu się Amerykanów ich miejsce powinno zająć Hutchison Whampoa, przedsiębiorstwo z siedzibą w Hongkongu. Już w 1997 chińska firma rozpoczęła działalność w portach w Balboa i Cristobal, odpowiednio po zachodniej i wschodniej stronie Kanału. – Admirals Sound the Alarm. Koneksje polityczne Hutchison Whampoa są jednoznaczne. Właściciel firmy Panama Ports Company należy do China Resources, przedsiębiorstwa reprezentującego chińskie ministerstwo Handlu i Współpracy Gospodarczej. – Thomas H. Moorer, Save Our Canal! Te i wiele innych powiązań wskazują jednoznacznie, że za wzmożoną aktywnością chińską w rejonie Kanału stoją komunistyczne Chiny.

W 1997 roku panamski parlament przegłosował ustawę, nadającą Hutchison Whampoa nadzwyczajne przywileje. Niemniej bulwersujące są kwestie formalno-prawne, związane z przekazaniem Kanału. Okazuje się, że podstawa prawna przekazania, zawarte w 1977 traktaty Carter – Tarrijos nie mają mocy obowiązującej, co więcej, nigdy nie zostały ratyfikowane, co zostało stwierdzone przez ekspertów występujących przed senacką komisja już w roku 1983. Jeden z ekspertów, dr Charles Breecher określił tę sytuację: Po pierwsze, traktaty dotyczące Kanału Panamskiego nigdy nie zostały ratyfikowane w świetle prawa międzynarodowego, stąd nigdy nie nabrały mocy wykonawczej… i nie mają takiej mocy również dzisiaj. Przyczyna jest bardzo prosta… Stany Zjednoczone i Panama nigdy nie zdołały uzgodnić wspólnego tekstu traktatów. – Helen Chenoweth-Hage, Don’t Give Up the Canal, w: The New American, vol. 15, nr 25, 6.12.1999.

Mimo dowodów nielegalności traktatu i braku podstaw prawnych do przekazania Kanału, decyzja pozostała w mocy. Ani urzędujący prezydent, ani kongres nie zrobili nic, aby zachować wpływy amerykańskie w tak ważnym strategicznie regionie. Jedynie Helen Chenoweth-Hage, członkini Kongresu, wystąpiła z rezolucją 77, w której domagała się utrzymania w mocy traktatu z 1903, gwarantującego wpływy amerykańskie. Jej inicjatywa spotkała się z poparciem zaledwie kilkudziesięciu kongresmenów. – Helen Chenoweth-Hage, Don’t Give Up the Canal, w: The New American, vol. 15, nr 25, 6.12.1999.

Nie próbowano nawet zaprzeczać, że Kanał przejdzie bezpośrednio we władanie komunistycznych Chin. Na kilka tygodni przed uroczystością, w której zresztą nie wziął udziału, Bill Clinton wyznał z rozbrajająca szczerością: Myślę, że Chińczycy uczynią wszystko co tylko możliwe, aby zapewnić, że będą administrować Kanałem w sposób kompetentny i uczciwy. Podobnie jak w tym przypadku, jak i w przypadku ich wejścia do Światowej Organizacji Handlu, właśnie tego należy się spodziewać po Chińczykach. Myślę, że będą chcieli zademonstrować reszcie świata, że potrafią być odpowiedzialnym partnerem i byłbym bardzo zaskoczony, gdyby jakieś odmienne konsekwencje wypłynęły z faktu kierowania przez Chińczyków Kanałem. – Gary Benoit, Clinton’s Candor on Chinese Control, w: The John Birch Society.

Czy to freudowski sen? Czy po prostu gafa? Czy Clinton zachował się godnie po raz pierwszy w swoim życiu? – Zapytywał wydawca i felietonista WordNetDaily, Joseph Farah – Clinton stwierdził, że możemy polegać na dobrych intencjach Chińczyków, którzy zdobyli dostęp do Kanału. Czy czujesz się dzięki temu bezpieczny? Chińczycy, którzy więzią dziesiątki tysięcy religijnych dysydentów, grożą atakiem na Tajwan i pracują nieprzerwanie nad rozwojem wojskowej technologii w celu zaatakowania Stanów Zjednoczonych, zasługują na zaufanie w sprawie Kanału, ponieważ jest to dla nich szansa pokazania światu, że są odpowiedzialni. – Joseph Farah, Between the Lines. Clinton’s Panama Canal admission, w: WorldNetDaily, 01.12.00.

Ameryka darowuje, pozwala kupić lub ukraść swoją najnowocześniejszą technologię. Ameryka pozwala na sprzedaż chińskich towarów, które przynoszą 60 miliardów dolarów nadwyżki w rocznym bilansie. Ameryka pozwala Chinom finansować swoją kampanię wyborczą, kompromitując tym samym własnego prezydenta. Ameryka rozbraja się jednostronnie, niwelując swoje możliwości obronne nieomal o połowę. Bez jednego wystrzału, bez żadnych warunków, oddając Chinom w posiadanie jeden z najbardziej newralgicznych punktów na globie. W zamian Chiny wycelowują niemal wszystkie rakiety balistyczne w swojego głównego wroga – Stany Zjednoczone.

Nawet jeśli Chiny nie są w tej chwili w stanie bezpośrednio zagrozić Stanom Zjednoczonym (tak twierdzą praktycznie wszyscy analitycy), nie boją się wyciągać ręki po zdobycze w swoim najbliższym sąsiedztwie. Pierwszy na tej liście jest Tajwan. Chiny są gotowe, takie przynajmniej sprawiają wrażenie, w każdej chwili zadeklarować wojnę. Chiny mogą zniszczyć Tajwan, jeśli nowy prezydent Chen Shui-bian odrzuci koncepcję jednych Chin: Jeśli nie uznają pryncypialnej koncepcji „jednych Chin”, jeśli nie uznają, że Tajwan jest częścią Chin, wówczas nie będzie pokoju, ale katastrofa, nie zgoda ale konflikt, nie życzliwość ale wrogość – powiedział jeden z wysokich pekińskich dyplomatów i wiceprezes stowarzyszenia ds. Stosunków Po Obu Stronach Cieśniny Tajwańskiej, Tang Shubei. Stanowisko to jest potwierdzone w wielu doniesieniach: Pekin jest gotowy do użycia siły, jeśli nowy prezydent będzie zdradzał chęć ogłoszenia niepodległości – powiedział premier Singapuru Goh Chok Tong po spotkaniu z Jang Zemingiem – oni chcą, żeby Chen zaakceptował ich koncepcję jednych Chin. Tu nie ma miejsca na żadną elastyczność. Tak mi wyjaśniono – wyznał: W przypadku, gdyby Tajwan zmienił konstytucję i ogłosił niepodległość, akcja wojskowa zostanie bezzwłoczne podjęta. – We are not Kidding about Taiwan, China Says, w : NewsMax.com, 04.2000.

Zresztą wybory nowego prezydenta to tylko pretekst. Chiny od dawna mają apetyt na Tajwan. To konsekwencja ich polityki zjednoczeniowej. Po zajęciu Hongkongu, Makao, przyszła pora na Tajwan. – Nial Fraser, Stelle Lee, Taiwan next, vows Jiang as Macao returns to China, w: South China Morning Post, 20.12.99.

Stanowisko Tajwanu jest nieugięte, ale jednocześnie wyważone i umiarkowane. Chen nie zgadza się na koncepcję jednych Chin w kształcie proponowanym przez Pekin, ale też nie polemizuje zbyt ostro. Tajwan chce prowadzić rozmowy, ale tylko z Chinami demokratycznymi. Na razie nie ma mowy o zmianie konstytucji i ogłoszeniu niepodległości. – Beijing Threatens „Disaster”, w: NewsMax.com, 28.04.2000. Zamiast tego są zdecydowane deklaracje tajwańskich wojskowych: wyspa jest dobrze przygotowana do obrony; chiński atak okaże się bolesny i kosztowny. Jednocześnie, w ramach zachęty, bądź ugłaskiwania, podkreślają umiar komunistycznych przywódców. – Tajwan „Ready to Defend Islands” Against China, za: UPI, 31.05.2000.

Stany Zjednoczone są najbardziej niezdecydowaną stroną potencjalnego konfliktu. Nie chcą wojennej konfrontacji z Chinami i zastanawiają się usilnie, czy maleńki Tajwan warty jest z ich strony ofiar. Nikt nie może odpowiedzieć na pytanie, jak zachowa się Ameryka. Z jednej strony chce się prowadzić z Chinami interesy, przymykając oko na ich totalitarny reżim i potworne zbrodnie ludobójstwa, z drugiej brutalna aneksja Tajwanu to dla Stanów Zjednoczonych poważne obniżenie prestiżu. Trudno przypuszczać, aby w obecnej chwili grały tu rolę jakieś sentymenty, tym bardziej imponderabilia. W kontekście chińskiej agresji administracja clintonowska mówi o poważnym zaniepokojeniu. – Joseph Farah, Wars and promises of war, w: WorldNetDaily. Com, 09.09.1999. W praktyce, jeśli takie określenie coś oznacza, może to być jedynie chęć ominięcia przeszkody. Takie stanowisko sugerują także inne okoliczności.

Wciąż nie wiadomo czy i w jakiej mierze Waszyngton poprze tajwańską enklawę chińskiej wolności. Jeśli nawet w Kongresie zwolennicy wolnego Tajwanu mają pewną przewagę, clintonowska administracja pragnie nade wszystko utrzymania przyjaznych stosunków z czerwonymi Chinami. Przykładem ostatnich tendencji jest tajna dyrektywa podpisana przez Prokuratora generalnego Janet Reno, która umieściła Tajwan na czarnej liście państw, zaangażowanych we wrogą działalność szpiegowską przeciwko Stanom Zjednoczonym. – Reno Brands Taiwan „Security Threat”, w: NewsMax.com, 24.05.2000. Według dokumentu Reno, pośród najbardziej niebezpiecznych państw dla bezpieczeństwa narodowego znalazły się: Rosja, Chiny, Północna Korea, Republika Jugosławii, kontrolowana przez Serbów Bośnia, Wietnam, Syria, Irak, Iran, Libia, Sudan i Tajwan. Umiejscowienie tego ostatniego państwa na liście, przy jednoczesnym pominięciu takich państw jak Izrael, Indie, Pakistan i Francja wywołało ogromne zdziwienie wśród amerykańskich ekspertów do spraw wywiadu. Zdaniem jednego z nich: Ma to jednoznacznie polityczny charakter. Tajwan nie występuje w tej samej lidze, co inne zagrożenia i jest jedynym krajem na liście, który nie stanowi wielkiego niebezpieczeństwa dla Stanów Zjednoczonych. Nowa kwalifikacja Tajwanu jest wyrazem polityki administracji Clinton-Gore, której celem jest zbliżenie do Pekinu i jednoczesne odsunięcie Taipei.

Strona chińska w zestawieniu z amerykańską jest znacznie bardziej odważna i zdecydowana. Komunistyczne Chiny nie boją się urządzać prowokacyjnych manewrów wojennych, zakupywać najnowocześniejszej broni w Rosji i Izraelu, otwarcie straszyć wybuchem wojny i grozić samym Stanom Zjednoczonym. Gdy w lutym 2000 Amerykanie wysłali jeden ze swoich lotniskowców w rejon Morza Wschodniochińskiego z zamiarem monitorowania sytuacji w Cieśninie Tajwańskiej Chińczycy zareagowali zdecydowanie: Jeżeli Stany Zjednoczone są rzeczywiście zainteresowane w utrzymaniu pokoju i stabilizacji w rejonie Cieśniny Tajwańskiej, powinny zaprzestać wtrącania się w wewnętrzne sprawy Chin. – US Sends Aircraf carrier group to Taiwan strait as tensions mount with China, JVIM.com, 25.02.2000.

Według wydawanej w Hongkongu South China Morning Post, generałowie chińskiej czerwonej armii przekonują swoich politycznych przywódców do natychmiastowego zaatakowania Tajwanu. Coraz liczniej pojawiają się doniesienia na temat możliwości chińskiej blokady Tajwanu. Według australijskiej prasy informacje na ten temat miał zdobyć amerykański wywiad. Blokada miałaby być połączona z desantem na Peskadorach i jednoczesnym atakiem rakietowym. – China Readis For War, w: NewsMax.com, 24.05.2000.

Nie sposób odpowiedzieć na pytanie, jak się ułożą stosunki amerykańsko-chińskie. Z jednej strony widzimy uporczywą wolę stworzenia przyjaznych stosunków politycznych i gospodarczych i daleko idące osłabienie zdolności militarnych, z drugiej zdecydowane pragnienie osiągania ideologicznych celów politycznych oraz intensywne zabiegi nad dorównaniem możliwościom wojskowym potencjalnego wroga. Do tego dochodzi element najważniejszy – możliwość zawierania strategicznych sojuszy.

Najważniejsza i najgroźniejsza jest współpraca polityczna, sojusz chińsko-sowiecki, który jeden z komentatorów przyrównał do paktu Hitler-Stalin. Począwszy od 1998 Rosja i Chiny otwarcie głoszą, że głównym celem ich sojuszu jest zablokowanie amerykańskiej dominacji w świecie. Zawarte wówczas porozumienie doprowadziło do demilitaryzacji chińsko-rosyjskiej granicy, rozciągającej się na przestrzeni 2,5 tysiąca mil. Sojusz wojskowy, złożony z Rosji – największej na świecie potęgi atomowej i Chin – dysponujących najliczniejszą na świecie armią konwencjonalną, oznacza faktyczną utratę przez Stany Zjednoczone wojskowej przewagi. – J.R. Nyquist, Crisis Intensifies: NATO Blunders Exploited by China, Russia, w: WorldNetDaily.com, 10.05.1999. Może to oznaczać przygotowanie obu krajów do konfrontacji ze Stanami Zjednoczonymi, zgodnie z przewidywaną przez Golicyna jedną zaciśniętą pięścią. – Christopher Ruddy, Russia and China Prepare for War, NewsMax.com, 16.03.1999.

Znaczenie sojuszu na arenie międzynarodowej ujawniło się podczas kryzysu kosowskiego, Chiny i Rosja zgodnie potępiły ataki NATO na Serbię i poparły reżim Miloszewicza. – Stanislav Lunev, „Russia-China”, the New World Superpower, NewsMax.com, 19.09.1999. Oba kraje zareagowały niezwykle ostro. Rosja przeprowadziła mobilizację. W Chinach, po zbombardowaniu ambasady w Belgradzie, miały miejsce demonstracje uliczne.. Chiny i Rosja nie odniosły, co prawda, sukcesu dyplomatycznego, ale to samo można powiedzieć o drugiej stronie.«

W sumie ten przydługi cytat można streścić w paru punktach:

  • Stany Zjednoczone pozwoliły Chinom kupić lub wykraść swoją najnowocześniejszą technologię, dotyczącą uzbrojenia, komputerów i oprogramowania,
  • Stany Zjednoczone otworzyły swój rynek dla chińskich towarów, umożliwiając im tym samym osiąganie wielomiliardowych zysków,
  • Stany Zjednoczone pozwalają Chinom finansować kampanię wyborczą swego prezydenta,
  • Stany Zjednoczone rozbrajają się jednostronnie, pozwalając jednocześnie Chinom na unowocześnianie swojej armii,
  • Stany Zjednoczone oddają Chinom kontrolę nad jednym z najbardziej newralgicznych punktów na globie, czyli nad Kanałem Panamskim,
  • Stany Zjednoczone uznają Tajwan za jedno z najbardziej dla nich niebezpiecznych państw na świecie; tak było 20 lat temu, obecnie uznają je za państwo sojusznicze,
  • Stany Zjednoczone doprowadziły swoją polityką do sojuszu rosyjsko-chińskiego.

Trudno to zrozumieć, bo, na pozór, nie ma w tym żadnej logiki i sensu. Ale chyba jakaś logika w tym musi być. W poprzednim blogu „Upadek ZSRR” cytowałem Trockiego i Bernsteina, dla których nie cel jest najważniejszy tylko sam ruch. Ruch, który sprowadza się do wywoływania różnych protestów, powstań, rewolucji, wojen, a więc do działań destrukcyjnych. To wyjaśnia, dlaczego Rosja, prowadząc wojnę z Ukrainą, sprzedaje jej ropę. Bez rosyjskiej ropy ta wojna szybko skończyłaby się, a przecież chodzi o to, by trwała.

Sprawy jednak komplikują się. W blogu „Doktryna” cytowałem Kissingera, który w swojej książce Dyplomacja pisze, że celem Ameryki jest niedopuszczenie, by kontynent euroazjatycki zdominowało jakieś państwo, leżące na jego zachodnim czy wschodnim krańcu. To zupełnie nie pasuje do tego, co zrobiły Stany Zjednoczone, a co zostało opisane w cytowanej powyżej książce. Czy to oznacza, że Kissinger świadomie wprowadzał czytelników w błąd? Z drugiej strony dziwne by było, gdyby on, jako Żyd, pisał prawdę w książce dostępnej dla ogółu.

Czy możliwe jest, że Żydzi chcą zastąpić Amerykę Chinami w roli nowego światowego żandarma? W mojej ocenie już raz tak zrobili, gdy wykreowali Anglię na nowe światowe mocarstwo morskie kosztem Hiszpanii, która do tego momentu rządziła na morzach i oceanach. Jednym z elementów tego przemodelowania była wyreżyserowana klęska hiszpańskiej Armady w starciu z Anglikami. Czy tak może być i tym razem? Jeśli patrzy się na politykę, jaką prowadzą poszczególne państwa, często wbrew własnym interesom, to jedynym racjonalnym wytłumaczeniem jest to, że rządy wszystkich państw są zdominowane przez Żydów i realizują ich cele, których my nie znamy. A że ta polityka jest mocno wyrafinowana i wielowątkowa, to nawet sami Żydzi przyznają. Przywódca syjonistów polskich, rabin poseł Thon (to nie jakiś tam Szymszel, co „stare szmaty, majtuchy skupuje”, to rabin) w żargonowym „Hajncie”, w artykule zatytułowanym „Do historii polityki żydowskiej”, pisze:

„Jest głupio myśleć, że dopiero w naszych czasach narodziła się żydowska polityka i że nasi przodkowie o takich wysokich sztukach nie mieli pojęcia. Czy się nie wie, że już w czasach naszych mędrców, którzy kierowali żydowską polityką przeciw okropnemu Rzymowi, jedną z metod walki była demonstracja ludowa, było wygrywanie różnych sił politycznych w kraju przeciw sobie? Panującego przeciw stanom, kościoła przeciw panującemu itd. Był to niesłychanie powikłany systemat akcji politycznych, o których my dzisiaj nie możemy mieć nawet jasnego pojęcia.” – „Hajnt” z 24 października 1930, za: Henryk Rolicki Zmierzch Izraela.

Skoro wygrywano różne siły polityczne przeciw sobie, to można to równie dobrze robić z państwami, co też czynili i co nadal czynią. Nie jest łatwo odgadnąć żydowskie intencje i zrozumieć politykę, którą uprawiają, bo to „powikłany systemat akcji politycznych”, który czasem nawet dla nich samych jest zagadką. A co dopiero dla reszty?

Upadek ZSRR

W blogu „Retrospekcja” pisałem: „Właściwie to należało by zadać sobie podstawowe pytanie: dlaczego upadł Związek Radziecki? Oficjalnie, to dlatego, że nie wytrzymał wyścigu zbrojeń z Ameryką i zbyt duże wydatki na zbrojenia doprowadziły gospodarkę radziecką do ruiny”. Czy rzeczywiście tak było? W książce Fatalna fikcja; Nowe oblicze bolszewizmu – stary wzór z 2001 roku, jej autor, Dariusz Rohnka, cytując amerykańskich badaczy i publicystów, obszernie opisuje w jaki sposób doszło do upadku ZSRR. Poniżej wybrane fragmenty:

»W 1988 roku jeden z najwybitniejszych komunistycznych planistów, Georgij Arbatow, upublicznił sowiecką strategię zwyciężania bez walki: „wizerunek wroga”, jaki ulega obecnie erozji – pisał Arbatow – był (…) elementem pierwszorzędnej wagi w polityce zagranicznej i militarnej Stanów Zjednoczonych i ich sprzymierzeńców. Niszczenie tego stereotypu (…) jest bronią Gorbaczowa, (…) ani wyścigu zbrojeń, ani polityki mocarstwowej w Trzecim Świecie, ani też bloków militarnych nie da się pomyśleć bez „wroga” oraz bez „zagrożenia sowieckiego”. – Edward Jay Epstein, Podstęp. Niewidzialna wojna pomiędzy KGB a CIA.

Kluczem do zamazania wizerunku wroga stała się projekcja słabości gospodarczej Związku Sowieckiego. Stany Zjednoczone przekonane o ruinie przeciwnika nie mogły go dłużej uważać za poważne zagrożenie. W 1985 roku sam Gorbaczow roztoczył obraz upadającej gospodarki sowieckiej. Liczne dowody pochodziły z oświadczeń sowieckich urzędników państwowych, raportów ekonomicznych podsyłanych zachodnim wywiadom przez źródła kontrolowane, informacji o charakterze prywatnym przekazywanych zachodnim gościom w Moskwie przez pracowników Instytutu Badań nad Stanami Zjednoczonymi Arbatowa oraz członków ekipy Gorbaczowa. Jednym z głównych informatorów był osobisty doradca ekonomiczny Gorbaczowa, Abel Angabegian, który przekazał wstrząsające dane, według których od 1980 roku wskaźnik przyrostu gospodarczego był bliski zeru. Rychło pojawiły się komentarze, że wobec krachu sowieckiej gospodarki i samego Komunizmu Zachód powinien zmienić swoją politykę wobec Związku Sowieckiego. Jak napisano w The Wall Street Journal w 1988 roku, polityka powstrzymywania nie odpowiada już erze, w której Związek Sowiecki zmaga się z rekonstrukcją swej skostniałej gospodarki, komunizm zamiera jako ideologia, a amerykańska opinia publiczna obawia się bardziej ekonomicznej konkurencji ze strony Japonii czy ataków terrorystycznych przeciwko Stanom Zjednoczonym niż konfrontacji supermocarstw. – Edward Jay Epstein, Podstęp.

Czy obraz sowieckiej gospodarki był zgodny z rzeczywistością? Zakładając nawet, że nie wytwarza odpowiedniej, jak na standardy zachodnie, ilości dóbr konsumpcyjnych, czy nie stanowi tym samym zagrożenia pod względem militarnym i politycznym? Jeśli zastosujemy miarę produkcji przemysłowej wówczas sowiecka gospodarka wręcz zyskuje w porównaniu ze Stanami Zjednoczonymi. W 1948 roku wytwarzano w Sowietach zaledwie jedną piątą produkcji USA, za to w 1988 różnica wynosiła już tylko jedną czwartą.

W 1948 roku Związek Sowiecki produkował tylko 500 000 baryłek ropy dziennie, czyli jedną dziesiątą tego, co Stany Zjednoczone. W 1988 roku produkował już 12 milionów baryłek dziennie, czyi 50 procent więcej niż Stany Zjednoczone. W 1948 roku Związek Sowiecki wydobywał mniej niż 8 milionów metrów sześciennych gazu ziemnego, co stanowiło jedynie 2 procent tego, co produkowały Stany Zjednoczone i nie wystarczało do produkcji wyrobów petrochemicznych. Do 1988 roku Związek Sowiecki wytwarzał już prawie 800 mld metrów sześciennych gazu, co równe było prawie dwukrotnej produkcji Stanów Zjednoczonych w tej dziedzinie…

Gospodarka sowiecka prześcignęła także Stany Zjednoczone w produkcji podstawowych materiałów budowlanych. Dla przykładu w 1948 roku wyprodukował on tylko 700 000 ton aluminium – jedną dziesiątą tego, co w Stanach Zjednoczonych. W 1988 roku wyprodukowano tam ponad 3 miliony ton, co było prawie równe produkcji amerykańskiej. Produkowano też więcej cementu, miedzianego drutu oraz tytanu.

Gospodarka sowiecka skorzystała też z przyśpieszonego napływu zachodnich technologii, szczególnie po odprężeniu w 1971 roku, kiedy otrzymała z Zachodu maszyny, suche doki oraz komputery. Modernizacja ta pozwoliła Związkowi Sowieckiemu wyprzedzić Stany Zjednoczone w takich dziedzinach, jak budowa statków, montaż ciągników, starty rakiet kosmicznych i budowa fabryk. Dostarczyła też Związkowi Sowieckiemu największego zakładu produkcji ciężarówek na świecie – kompleksu przemysłowego nad rzeką Kamą.

W 1948 roku siła robocza nie zatrudniona w sowieckim rolnictwie była 20 procent mniejsza niż w Stanach Zjednoczonych. Do 1988 roku była już o 10 procent większa. Pomimo wszelkich innych niewydolności nie odnotowano strat produkcyjnych z powodu strajków, przerw w pracy czy aktów przemysłowego sabotażu. W 1988 roku w Stanach Zjednoczonych było ponad 10 milionów osobodni strat w wyniku strajków. – Edward Jay Epstein, Podstęp.

Jeżeli teraz od produkcji przemysłowej w obu krajach odejmiemy część przeznaczoną wyłącznie na dobra konsumpcyjne, a przewaga Stanów Zjednoczonych w tej dziedzinie ma rozmiary ogromne, wówczas okaże się , że Związek Sowiecki dysponuje nieporównanie większymi środkami na cele strategiczne.

Ale sowiecki krach gospodarczy to zaledwie drobny wycinek w konglomeracie niejasności, otaczających pierestrojkę, czubek wierzchołka góry lodowej. O wiele bardziej zagadkowo wypadają pytania o przyczyny „spontanicznych” wybuchów społecznego niezadowolenia w Związku Sowieckim i innych państwach bloku, których zresztą nikt nigdy nie stawia. A przecież początki procesów demokratycznych w Europie Wschodniej są równie niejasne i mgliste, jak sposób, w jaki wybudowano piramidę Cheopsa w Egipcie.

Nie wszystkich przekonała farsa fałszywej demokratyzacji w Europie Wschodniej. Publicystyczny „koniec historii” nie mógł wystarczyć. Należało wyjść naprzeciw oczekiwaniom społecznym i zakończyć dzieje komunizmu w Związku Radzieckim.

Liczne okoliczności towarzyszące moskiewskiemu puczowi z 18 sierpnia 1991 roku jednoznacznie wskazują na instrumentalny charakter tego epokowego wydarzenia. Zamachowcy nie przejęli władzy, ponieważ najwidoczniej nie takie było ich zadanie. Nie doszło do ataku na rosyjski parlament, ponieważ nie wydano takiego rozkazu. Z drugiej strony obrońcy Jelcyna i parlamentu, w tym 10 czołgów pod dowództwem Jewdokimowa, działali na wyraźny rozkaz przełożonych. Po stronie „sił demokratycznych” działali też liczni i znani obrońcy swobód demokratycznych – oficerowie GRU. Bez najmniejszego problemu Jelcyn i pozostali obrońcy rozsyłali informacje na cały ZSRS. Nawet przez jeden moment los „sił demokratycznych” nie był zagrożony. Tego nie było w scenariuszu. Jedynym efektem tamtych wydarzeń miało być rozwiązanie partii komunistycznej i rozpad Związku Sowieckiego.

Jeden z uczestników wydarzeń, generał Aleksander Lebied, powiedział w trzecią rocznicę puczu: Była to wyśmienicie zaplanowana i przeprowadzona na ogromną skalę, nie mająca precedensu prowokacja, której scenariusz napisano dla mądrych i głupców, a wszyscy świadomie lub nie zagrali swoje role. – General Liebed says „August Coup” was feked, w: Soviet Analyst, vol. 23 nr 1, październik 1994r., s. 20.

Działania zmierzające do przyszłego rozpadu Związku Sowieckiego nie ograniczyły się tylko do samej partii komunistycznej. Dzielona odgórnie KPZS miała dostarczyć kadr pod przyszłe struktury polityczne. Na terenie całego Związku powstawały fronty narodowe, ruchy separatystyczne, partie polityczne. Tendencje takie nie ominęły nawet organizacji komsomolskich. Z inspiracji służb specjalnych wybuchały konflikty o charakterze etnicznym. Jednym z typowych przejawów odgórnego montowania systemu wielopartyjnego jest przypadek Liberalno Demokratycznej Partii Rosji z Władymirem Żyrynowskim na czele, która powstała nazajutrz po zniesieniu w lutym 1990 roku Artykułu 6 sowieckiej konstytucji, zapewniającego partii komunistycznej monopol władzy.

Bez ryzyka popełnienia pomyłki można stwierdzić, że demontaż Związku Sowieckiego oraz rozwiązanie partii komunistycznej zostały przeprowadzone według tego samego szablonu, jakim posłużono się dwa lata wcześniej przy dezintegracji całego Bloku Wschodniego. Sierpniowy pucz moskiewski był tym samym, co „aksamitna rewolucja” w Czechosłowacji, „okrągły stół” w Polsce czy krwawa rozprawa z Ceausescu w Rumunii. Tak jak i w tamtych wydarzeniach nie starano się szczególnie uwiarygodnić dramatycznych wydarzeń. Nie było w tych działaniach nawet cienia niefrasobliwości. Zachód, zdeterminowany złudną nadzieją zwycięskiego dla siebie zakończenia „zimnej wojny”, był gotów przełknąć każde oszustwo i każdy mit. Gdyby było inaczej, gdyby sytuacja wymagała użycia bardziej drastycznych środków nie zawahano by się po nie sięgnąć. System, który gotów jest pogrzebać pod ruinami domów setki własnych obywateli tylko po to, żeby umotywować rozpoczęcie wojny, pod pretekstem walki z terroryzmem, taki system jest w stanie zaprezentować znacznie bardziej dramatyczne widowisko. Szczęśliwie dla mieszkańców Moskwy, a może i całego Związku Sowieckiego, takie działania nie były potrzebne w 1991 roku.«

Z tego, co napisał autor wynika, że upadek Związku Radzieckiego był fikcją, że to była prowokacja, mająca na celu wywołanie fałszywego przekonania, że od tego momentu będzie już inaczej. W dalszej części książki uważa on, że struktura władzy w Rosji jest mafijno-kagebowska i że jest to ekspozytura partii komunistycznej. Jej celem jest destrukcja zachodnich struktur społecznych i politycznych oraz dążenie do wywołania krachu i trwałego kryzysu gospodarczego na świecie, a celem ostatecznym – zwycięstwo komunizmu. A więc cel od początku, od wybuchu rewolucji październikowej, jest zawsze ten sam. Pisze też, że w walkę o hegemonię włączył się trzeci gracz, czyli Chiny.

Przyznam, że nie przemawia do mnie ta argumentacja i jej nie rozumiem. Jedyne, co wydaje się bezsporne, przynajmniej w oparciu o przytoczone dane, to fikcyjny rozpad Związku Radzieckiego. No bo jeśli, jak pisze autor, stan radzieckiej gospodarki nie był taki zły, jak to przedstawiano, to jaki był prawdziwy cel? Jeśli zamiary bolszewików czy komunistów nie zmieniły się, to rozpad tego państwa oddalał cel ostateczny, czyli zwycięstwo komunizmu na całym świecie. A nowy układ sił, jaki pojawił się po krótkiej dominacji jednego państwa, czyli istnienie trzech mocarstw: Stanów Zjednoczonych, Chin i Rosji, czyni realizację podstawowego celu raczej trudniejszym procesem niż łatwiejszym, jeśli cele tych mocarstw są rozbieżne. Jeśli jednak cel tych trzech państw jest ten sam, to po co mają ze sobą rywalizować i o co?

Wszystko to wydaje się takie zagmatwane. Rosjanie powiedzieliby, że bez pół litra nie da się tego zrozumieć. A może się da? Zbigniew Krasnowski (Tadeusz Gluziński) w książce Socjalizm, komunizm, anarchizm (1936) pisze:

»„Komunizm” i „Socjalizm” – są to pojęcia co do swojej treści tożsame, jakkolwiek szeroki ogół dopatruje się zasadniczej w nich różnicy. Takie różniczkowanie ruchu przez szeroki ogół ludności narodów rdzennych jest zjawiskiem dla czynników żydowskich wielce dogodnym. W ten sposób bowiem udaje się im skierować w łożysko akcji wywrotowej, także spośród społeczeństw rdzennych, kategorie ludzi, które w zasadzie są jej przeciwne i nie dałyby się do niej wciągnąć, gdyby zdawały sobie jasno sprawę z tożsamości idei, ukrytej pod różnymi nazwami – „komunizmu”, „bolszewizmu”, „socjalizmu”, „marksizmu” itd.

Są ludzie, którym np. zdaje się, że „socjalizm” jest ruchem niemającym na celu wywrotu społecznego w świecie w ogóle, a w ich kraju w szczególności, a to w przeciwieństwie do „komunizmu” i „bolszewizmu”, i oto – na podstawie tego złudzenia z tych lub innych powodów wstępują do organizacji o nazwie z dodatkiem – „socjalistyczna”, czego by nie uczynili, gdyby ona miała nazwę z dodatkiem „komunistyczna” lub „bolszewicka”.

Układ stosunków na terenie Rosji, który wprowadzono w tym kraju po wywrocie październikowym 1917 roku, oceniono w świecie na ogół jako szkodliwy dla najszerszych warstw tego kraju.

Ale jaką nazwę przyswojono ustrojowi, który zaprowadzono w Rosji? Temu ustrojowi przyswojono nazwę „bolszewicki”, „sowiecki” albo – „komunistyczny”.

Walka między odłamami – „socjalistycznym” i „komunistycznym” – w wielu krajach – istniejąca, jest sprawą „rodzinną” i nie dowodzi bynajmniej odrębności idei, na której odłamy te się opierają. Wszak istnieje również walka w łonie każdego z tych odłamów – z osobna, jak oto na przykład w łonie rosyjskiej partii „komunistycznej” między grupą Leona Bronsteina – „Trockiego” z jednej strony, a grupą Józefa Dżugaszwili – „Stalina”, z drugiej strony. W walce tej obie grupy są jednakowo „bolszewickie” inaczej „komunistyczne”, inaczej „socjalistyczne”. Obie usiłują zniszczyć obecny ustrój społeczny, by zmienić go na komunistyczny.

Nieustająca rewolucja

Zresztą nie chodzi o ostateczne zrealizowanie teorii socjalistycznej, komunistycznej czy innej, chodzi o sam proces tarć i nieporozumień w łonie narodów rdzennych; chodzi o „nieustająca rewolucję”, według wyrażenia Trockiego.

Organ syjonistyczny z powodu 80-letniej rocznicy urodzin przywódcy obozu socjalistycznego na terenie Niemiec, Edwarda Bernsteina, żyda, w styczniu 1930 roku pisał:

Edward Bernstein uronił raz w trakcie gorącej dyskusji słowo, które wywołało największy oddźwięk. Edward Bernstein wyraził się, że dla niego nie cel stanowi istotę rzeczy, ale sam ruch. Ruch jest ważniejszy niż cel ostateczny… – „Hajnt” nr 8, 9 I 1930 r. – „Na jubileusz 80-lecia, Edwarda Bernsteina”.

To nieoględnie uronione zdanie jasno uwydatnia wyłuszczone wyżej zasady polityki żydowskiej.

Na to samo wskazuje również charakterystyka Trockiego na podstawie jego pamiętników, skreślona przez publicystę żydowskiego, A. Riklisa.

W całej książce – pisał ten publicysta w styczniu 1930 roku – nie mówi się o tym, czy rewolucja rosyjska jest w mniemaniu Trockiego rzeczywistym zwycięstwem, czy też porażką. Trocki nie stara się nawet udowodnić, że system komunistyczny uczynił Rosję bądź szczęśliwszą, bądź piękniejszą. Jego nie interesuje pacjent, lecz tylko operacja… – „Hajnt”, nr 27, 31 I 1930 r. – „Trocki i stała rewolucja”, A. Riklis.

Żydów nie interesują pacjenci – narody rdzenne, żydów nie interesują wyniki projektowanej przebudowy świata; żydów interesuje sam proces operacji, sam proces walki w łonie narodów rdzennych i połączonego z nią osłabienia, sam ruch.«

Wydaje się, że to jest właściwa odpowiedź na pytanie: dlaczego nastąpił rozpad Związku Radzieckiego? To stworzyło nowe możliwości ruchu, nieustającej rewolucji. Tak, jak wspomniałem wcześniej, nie byłoby wojny na Ukrainie bez rozpadu ZSRR. Nawet wyreżyserowanie Majdanu nie byłoby możliwe. Skoro jednak nastąpił upadek takiego mocarstwa, pomimo że nie było ku temu żadnych podstaw, zwłaszcza ekonomicznych, to ktoś musiał podjąć taką decyzję i uruchomić cały proces, prowadzący do zmiany rzeczywistości. A kto to mógł zrobić? Tylko ten, kto wcześniej ten Związek Radziecki stworzył i uczynił go potęgą. I ten ktoś każe dziś Rosji walczyć ze Stanami Zjednoczonymi na Ukrainie tak, jak kiedyś kazał Stanom Zjednoczonym i Związkowi Radzieckiemu walczyć ze sobą w Wietnamie czy w Afganistanie. Amerykanie wycofali się z Afganistanu w sierpniu czy wrześniu 2021 roku, bo musieli podjąć nowe wyzwanie na Ukrainie. Ten ktoś musi być bardzo potężny, skoro takie potęgi jak Stany Zjednoczone, Chiny i Rosja bezwzględnie podporządkowują się jego rozkazom.

Retrospekcja

W poprzednim blogu cytowałem fragmenty książki Kazimierza Dziewanowskiego Brzemię białego człowieka; Jak zbudowano Imperium Brytyjskie. I tak przypomniało mi się, że mam jeszcze jedną książkę jego autorstwa – Polityka w sercu Europy. Książka ta została wydana w 1995 roku. Autor we wstępie m.in. pisze: Chcę przedstawić pewien pogląd na sens i wagę wydarzeń ostatnich lat dla sprawy polskiej. Chodzi o miejsce naszego kraju w świecie, o kształtujące się na nowo polskie położenie w Europie, o naszą sytuację geopolityczną przy końcu XX wieku i tuż przed nadejściem trzeciego tysiąclecia.

To miejsce w świecie i położenie w Europie, to oczywiście nasze miejsce w unii europejskiej i NATO. Wtedy wszystko było przed nami i dla większości, choć nie dla wszystkich, wydawało się, że jest to jedyne racjonalne rozwiązanie. Warto więc, jak sądzę, wrócić do tamtych nastrojów, emocji, argumentów i porównać je z obecnymi, które coraz częściej sprowadzają się do propozycji wyjścia z unii i budowy nowego układu bezpieczeństwa poza NATO. Ten nowy układ bezpieczeństwa miałby polegać, jak chce doradca prezydenta Ukrainy Arestowicz, na sojuszu z Ukrainą, Białorusią i państwami bałtyckimi. No cóż, sojusz z upadłym państwem gwarantem bezpieczeństwa. Czy może być coś bardziej absurdalnego? Nie musi, jeśli motorem tego wszystkiego są Stany Zjednoczone. Najwyraźniej w tym wszystkim chodzi chyba o zupełnie coś innego niż bezpieczeństwo. Podobnie jak 30 lat wcześniej, jak się dziś przekonujemy, w całej tej hucpie związanej z wchodzeniem państw Europy wschodniej do NATO i unii, wcale nie chodziło o bezpieczeństwo, tylko o coś zupełnie przeciwnego, czyli o wojnę na Ukrainie. Wykreowano oczywiście odpowiednią dramaturgię, że niby to Zachód nie chce w NATO i unii nowych członków. W końcu po długotrwałych negocjacjach zgodził się. Ci wybitni reżyserzy dlatego są wybitni, bo potrafią zadbać o najdrobniejsze detale tak, by ten cyrk sprawiał wrażenie autentyczności.

Wybrałem z tej książki parę fragmentów, które pokazują, jak bardzo obecna narracja jest daleka od tamtej sprzed ponad 25 lat. Śródtytuły są mojego autorstwa. Dziewanowski pisze:

»Nie ma lepszej metody zapobieżenia przyszłym groźbom dla pokoju w Europie, a co za tym idzie – na świecie, niż rozszerzenie granic Unii Europejskiej tak, by objęła w pierwszej kolejności państwa Grupy Wyszehradzkiej i by zostało to dokonane pod patronatem NATO.

Co jest polskim głównym celem narodowym? Jest nim zmiana sensu polskiego położenia geograficznego, likwidacja zagrożeń, które się z nim dotąd wiązały, stworzenie sytuacji, w której ani ponowny rozbiór Polski, ani powtórka roku 1939 nie będą już możliwe.

Aby to osiągnąć, Polska musi stać się pełnoprawnym członkiem Unii Europejskiej i jej instytucji. Powinna też stać się pełnym członkiem NATO. Jeżeli tego nie osiągniemy i pozostaniem w szarej strefie, strefie nieustabilizowanej, pozbawionej poczucia bezpieczeństwa, wystawionej na nieskrępowane i niczym nie ograniczone działanie sił potężniejszych niż nasze własne – historia nieuchronnie znów się powtórzy.

Mamy największą od 200-300 lat szansę zapewnienia Polsce trwałego bezpieczeństwa. Wymaga to cierpliwości i konsekwentnego działania, nie wolno nam obrażać się ani ulegać nastrojom ksenofobicznym. Przede wszystkim nie należy opuszczać rąk. Jeszcze dwa albo trzy lata temu o wstąpieniu do NATO nie można było niemal marzyć.

Rosja

W latach 1987-1991 była gorbomania. Później przyszło uwielbienie Jelcyna, które nie uzyskało jednak własnej nazwy. I nadal jeszcze wielu ludzi zakłada a priori, że politycy rosyjscy są przepełnieni dobrymi chęciami. Żadni politycy z żadnego innego kraju, a zwłaszcza z krajów demokratycznych, nie mają automatycznie tak wielkiego kredytu zaufania.

Tak więc nadal nie brak ludzi, którzy z uporem i zaciekłością występują przeciw rozszerzeniu NATO, którzy biorą rosyjskie obietnice za rzeczywistość i w każdej sytuacji przyznają rację Rosji. Kampania, jaką toczy w tej sprawie tak szacowny, mający wielkie tradycje i autorytet dziennik jak „New York Times”,wskazuje, że nadal dla wielu opinia najwybitniejszych polityków USA czy Niemiec, nie mówiąc już o politykach krajów Europy Środkowej i Wschodniej, liczy się mniej niż pogróżki Żyrinowskiego czy Graczowa.

Tak bywało dawniej i tak bywa teraz. Ale historia historia ostatnich pięćdziesięciu lat dowodzi, że choć Rosja ma na zachodzie – i zawsze miała – wielu oddanych, nawet fanatycznych kibiców, to jej polityka tworzy więcej przeciwników niż przyjaciół.

Choć czasem trudno się oprzeć zwątpieniu, to jednak faktem pozostaje, że na świecie jest więcej trzeźwych ludzi, niż to się z pozoru wydaje.

Powiedzmy szczerze: ekipa Billa Clintona była z początku skłonna zaakceptować Rosję z dorobkiem inwentarza i przyjąć za dobrą monetę wszystko, co Moskwa mówiła. Można by to nazwać postawieniem wszystkiego na jedną kartę lub raczej, jak mówią Anglosasi, wkładaniem wszystkich jajek do jednego koszyka. Tak to wyglądało od początku kadencji aż do konferencji na szczycie, która miała miejsce w Vancouverze. Jednak wrażenie, jakie wywarł na świecie jej przebieg i składane przez amerykańską delegację deklaracje wywołały tak duże zaniepokojenie w byłych republikach radzieckich,a zwłaszcza na Ukrainie, w krajach Europy Środkowej i Wschodniej i wreszcie w Niemczech, że konieczna okazała się poprawka. Pospieszono zapewnić zaniepokojonych, że taka interpretacja stanowiska amerykańskiego nie jest słuszna. Szczególnie starano się uspokoić Ukrainę. Odtąd datuje się powolna, ale stała ewolucja stosunku USA do Ukrainy.

Ukraina

Po czterech latach, w czasie których w światowej polityce (i wśród polityków) utarł się pogląd, że Ukraina jest przykładem nieudanych reform demokratycznych i gospodarczych, nastąpiła zmiana. Dziś coraz częstsze są głosy wskazujące, że Ukrainie udało się przeprowadzić kilka trudnych operacji politycznych, w rezultacie których jej pozycja uległa wzmocnieniu.

Amerykanie niejednokrotnie już oświadczali, że Ukraina staje się ich „strategicznym partnerem”. W tym sensie wypowiadał się prezydent Bill Clinton na spotkaniu w Pradze, mówił sekretarz obrony Richard Perry, wspomniał też o tym Strobe Talbott. Pozycja Ukrainy uległa poprawie i wzmocnieniu w Europie Zachodniej, a szczególnie w Niemczech. Jak do tego doszło?

Po pierwsze: Ukraina mądrze rozegrała sprawę rakiet i układu o nierozpowszechnianiu broni masowego rażenia.

Gdyby uparła się i postanowiła zachować broń – a niemało było tych, którzy jej to doradzali – straciłaby poparcie państw zachodnich, a na dłuższą metę nie uzyskałaby żadnych korzyści wojskowych, choćby ze względu na koszta i trudności z utrzymaniem broni w stanie operacyjnym. Rosja miałaby okazję rozpętać wielką kampanię antyukraińską, zyskałaby poparcie dla swych żądań przywrócenia kontroli nad republikami byłego ZSRR, umocniłaby też swą pozycję jedynego wiarygodnego rozmówcy Ameryki i Unii Europejskiej.

Gdyby natomiast Ukraina oddała broń bez oporu i przetargów – oczywiście również nie uzyskałaby niczego. Tak to jest w życiu i polityce, że upór nie zawsze popłaca, ale zbytnia ustępliwość tym bardziej nie przynosi korzyści. Wykazując elastyczność, lecz broniąc twardo swych interesów, Ukraina osiągnęła maksimum i stała się ważnym partnerem Zachodu.

Najzręczniej, jak było można, Ukraina rozegrała też trudną sprawę Krymu, zmuszając tym Rosję do niechętnej, ale koniecznej powściągliwości. Ostrożny i inteligentny sposób postępowania dał Ukrainie inicjatywę, a nawet przewagę. Umocniło to jej pozycję z Zachodem.

Tak doszło do zmiany postawy USA. Rosja przestała być dla administracji Clintona jedynym partnerem. Ukraina stała się partnerem drugim, a chwilami równorzędnym. Prezydent Clinton i czołowi przedstawiciele administracji mówią dziś, że niepodległość Ukrainy leży w strategicznym interesie Ameryki.

To wszystko nie byłoby jednak wystarczające, gdyby polityka prezydenta Leonida Kuczmy nie zaczęła przynosić pozytywnych zmian w gospodarce. Ale i tu rysują się budzące nadzieję perspektywy.

Dla Polski tworzy to doskonałą, wymarzoną przez pokolenia sytuację. Na zachodniej granicy demokratyczne Niemcy, których przywództwo mówi dziś o Polsce jak o faktycznym sojuszniku. Na dużej części granicy wschodniej – przyjazna Ukraina, która umacnia dobre stosunki z demokratyczną Europą i Stanami Zjednoczonymi.

Polska musi dostosować do tego swą politykę. Powinniśmy wychodzić Ukrainie jak najdalej naprzeciw, być aktywni, udowadniać nasze przyjazne nastawienie. Powinniśmy to zawsze robić delikatnie i z wyczuciem, by nie wzbudzać podejrzeń, że zmierzamy do jakichś dalszych, ukrytych celów. Nie mamy, nie możemy i nie powinniśmy mieć innych celów niż sąsiedztwo niezależnej i prozachodniej Ukrainy. Będzie to dla nas niezwykle ważna gwarancja bezpieczeństwa i wielkie umocnienie naszej własnej pozycji.

Myślę, że taka konfiguracja polityczna otwiera też dalszą, korzystną perspektywę ułożenia w przyszłości równorzędnych i przyjaznych stosunków z Rosją. Sądzę, że istnienie niezawisłej i pomyślnie się rozwijającej Ukrainy jest warunkiem ułożenia w przyszłości dobrosąsiedzkich stosunków w całym regionie. Nie będzie on wtedy przypominał wagi obciążonej na jednej szali żelaznym, wielotonowym blokiem, a na drugiej – koszem wypełnionym różnymi drobiazgami.

Sposób, w jaki Rosja ułoży swe stosunki z Ukrainą zdecyduje o charakterze przyszłego państwa rosyjskiego.

Nieswojo to powiedzieć, ale powstający układ zaczyna przypominać marzenie Józefa Piłsudskiego, by Polska znalazła w Europie miejsce, w którym mogłaby się poczuć bezpieczna. Marzenie, którego nie mógł zrealizować. Dlatego słusznie publicysta „Rzeczpospolitej” Jan Skórzyński przypomniał okrzyk Piłsudskiego: Niech żyje wolna Ukraina! – Jan Skórzyński, Kijów-Warszawa, co może zrobić Polska, „Rzeczpospolita”, 24 sierpnia 1995. Wystąpienie Piłsudskiego miało miejsce w Winnicy, 17 maja 1920 roku.«

Wnioski

Dziś, z perspektywy czasu, widać, że to była pusta retoryka, która miała na celu przekonać elektorat do właściwego głosowania w trakcie referendum akcesyjnego. Coś, co miało nam dać trwały pokój, okazało się iluzją. Obecnie nikt już nie pamięta, wielu nie może pamiętać z racji wieku, jak to wtedy było, jaka była atmosfera. Gdy więc słyszymy polityków, którzy zapewniają nas, że teraz to będzie lepiej, to warto pamiętać o tym, co było wcześniej i co z tego zostało. A nie zostało nic. W sensie gospodarczym trochę się poprawiło, ale dystans do Europy nie zmniejszył się. W sensie bezpieczeństwa pogorszyło się i to bardzo. I wcale nie dlatego, że Rosja nam zagraża, bo nie zagraża. Jeśli ludzie boją się czegoś, to Ukraińców, wśród których jest wielu wojujących nacjonalistów i co gorsza, wielu z nich ma broń. Ale największe niebezpieczeństwo grozi nam ze strony Ameryki, bo to ona decyduje o wszystkim, co dzieje się w tym rejonie. Oczywiście nie należy zapominać o tym, kto rządzi Ameryką.

Właściwie to należało by zadać sobie podstawowe pytanie: dlaczego upadł Związek Radziecki? Oficjalnie, to dlatego, że nie wytrzymał wyścigu zbrojeń z Ameryką i zbyt duże wydatki na zbrojenia doprowadziły gospodarkę radziecką do ruiny. Tylko po co Związek Radziecki ścigał się z Ameryką? Przecież miał broń atomową i przyparty do muru mógł jej użyć, ale nie użył. No właśnie! Obecnie straszą nas tym, że jeśli Rosja przegra wojnę konwencjonalną na Ukrainie, to w desperacji swojej zdecyduje się na użycie ultima ratio regum (napis umieszczany na działach francuskich za panowania Ludwika XIV), czyli ostatniego argumentu królów, czyli w przypadku Rosji broni atomowej. Tak to tłumaczy znany amerykański politolog John Mearsheimer, który twierdzi, że podrażniona rosyjska duma nie pozwoli Rosjanom na pogodzenie się z porażką. Rosja nie użyje tej broni, bo wie, że walczy z NATO, a nie z jakąś parodią państwa, które nazywa się Ukrainą. A poza tym, to w tej wojnie chodzi o odtworzenie I RP.

Dlaczego więc upadł Związek Radziecki? Dlatego, że pewna opcja wyczerpała się i trzeba było poszukać nowej, by wykreować nowy konflikt. Bez rozpadu Związku Radzieckiego nie mogło by dojść do wojny na Ukrainie, a ponadto nie było by argumentu, że Rosja chce odbudować imperium, czyli powrócić do terytorium z czasów ZSRR.

Już w latach 90-tych Amerykanie uznali, że ich strategicznym partnerem w Europie wschodniej będzie Ukraina, a to oznacza, że Polska zostanie zmarginalizowana i jej interes zostanie podporządkowany interesom Ameryki. W praktyce to już się dzieje. W Polsce dokonuje się wymiana społeczeństwa. Polskie społeczeństwo jest wymieniane na ukraińskie. Dzieje się to na dwa sposoby. Pierwszy to przesiedlenia ludności ukraińskiej na teren całej Polski. Drugi to fizyczne wyniszczanie Polaków, szczególnie starszych, poprzez ograniczanie im dostępu do służby zdrowia. Kulminacja nastąpiła w czasie tzw. pandemii. W żadnym innym kraju w Europie nie było tylu zgonów. Było to przygotowanie do przyjęcia pierwszej fali przesiedleńców. ZUS-owskie oszczędności z tytułu nadmiernych zgonów Polaków można było przeznaczyć dla obywateli Ukrainy.

„Nieswojo to powiedzieć, ale powstający układ zaczyna przypominać marzenie Józefa Piłsudskiego, by Polska znalazła w Europie miejsce, w którym mogłaby się poczuć bezpieczna.” Dlaczego było nieswojo to powiedzieć? Bo wcześniej Dziewanowski napisał:

„Piłsudski pragnął zapobiec niszczeniu Polski przez swary partyjne i prywatę (nazwał nawet Polaków narodem idiotów), ale sam nie zdołał ani skutecznie zreformować ustroju, ani go uzdrowić. Sanacja władzy i kraju z choroby prywaty nie powiodła się, bo to wszak nigdy nie jest w pełni możliwe.”

W blogu „Kryzys przysięgowy” pisałem o tym, że w Wielkiej Encyklopedii Powszechnej PWN (1962-1970) jest informacja o tym, że to sam Piłsudski kreował te swary partyjne i prywatę. Cóż, najwyraźniej to bydle uważało, że to Ukraińcy są mądrzy i nieskazitelni, ale oni, stanowiący najliczniejszą mniejszość narodową w Polsce międzywojennej, nie byli niczemu winni, podobnie jak inne mniejszości, tylko Polacy. To bydle szczerze nienawidziło Polski i Polaków i cały czas dążyło do jej zniszczenia.

24 sierpnia 1995 roku ukazał się w „Rzeczpospolitej” artykuł Jana Skórzewskiego Kijów-Warszawa, co może zrobić Polska. Czy Polak tak zatytułowałby ten artykuł? Raczej napisałby Warszawa-Kijów, co może zrobić Polska. Bo taka jest perspektywa Polaka. Wygląda na to, że autor tego artykułu jest (był) Ukraińcem. Niby drobiazg, ale tak m.in. poznaje się Ukraińców. Ukrainizacja Polski trwa od lat, jeszcze przedwojennych i wcześniejszych. Na sile przybrała po powojennych przesiedleniach na ziemie poniemieckie, a po 24 lutego mamy już do czynienia z końcowym odliczaniem.

Armada

W Blogu „Belgia” wspomniałem o najsłynniejszej chyba bitwie morskiej, w której Anglicy w 1588 roku pokonali niezwyciężoną hiszpańską Armadę. Bitwa ta zapoczątkowała angielską dominację na morzach i umożliwiła rozwój brytyjskiego imperium kolonialnego. Jest to więc jedna z najważniejszych dat w dziejach świata. Jej genezę i przebieg opisał Kazimierz Dziewanowski w swojej książce Brzemię białego człowieka; Jak zbudowano Imperium Brytyjskie, wydanej początkowo w dwóch tomach. Pierwszy ukazał się w 1981, drugi w 1989 roku. W 1996 roku książka ta ukazała się w jednym tomie, bogato ilustrowana i w atrakcyjnej szacie graficznej.

Gottfried Wilhelm Leibniz (1646-1716) – filozof, wybitny różokrzyżowiec, przedstawił publicznie program podziału wszystkich innych kontynentów pomiędzy państwa europejskie. Uważał ten program za sprawiedliwy, gdyż dzicy nie potrafią się rządzić sami, wymagają więc europejskiej opieki i za pokojowy, bo likwidujący wojny pomiędzy państwami europejskimi, co oczywiście nie było prawdą, bo wojny nadal były prowadzone.

Na twierdzeniu, że dzicy nie potrafią się rządzić, zostało sformułowane przez lorda Frederica Lugarda (1858-1945) powiedzenie o „brzemieniu białego człowieka”: posłannictwem Europejczyka jest oświecenie i ucywilizowanie dzikich. I to jest właśnie to brzemię. Jednak lord Lugard użył tego zwrotu w końcu XIX wieku, powtarzając tak właśnie brzmiący tytuł jednego z wierszy Rudgarda Kiplinga The White Mans Burden.

Kazimierz Dziewanowski (1930-1998) to pisarz, dziennikarz, reportażysta, dyplomata (ambasador w USA w latach 1990-1993), potomek, jak sam podkreślał, Jana Dziewanowskiego, oficera napoleońskiego, szwoleżera spod Somosierry, autor tekstu słynnego przemówienia Lecha Wałęsy w Kongresie USA w listopadzie 1989 roku. Książka ta opisuje dzieje Imperium Brytyjskiego. I właśnie na samym początku powstawania tego imperium miała miejsce wspomniana bitwa. Poniżej fragmenty opisu tej bitwy przez Dziewanowskiego, który korzystał z angielskich źródeł:

»Hakluyt (autorytet naukowy w dziedzinie geografii, żeglugi, handlu zamorskiego i kolonizacji – przyp. W. L.) nazwał flotę murem obronnym wyspy. Jak słuszne były to słowa, okazało się, gdy nad Anglią zawisło śmiertelne niebezpieczeństwo – jedno z trzech największych niebezpieczeństw, jakie jej zagroziły w czasach nowożytnych, obok nieudanej wyprawy Napoleona i niedoszłej inwazji Hitlera. Mowa o wyprawie Niezwyciężonej Armady.

Przez wiele lat królowa Elżbieta zwlekała i prowadziła ostrożną politykę, nie ryzykując otwartej wojny z Hiszpanią. Siły wydawały się nierówne. Anglia wciąż jeszcze była nader prymitywnym i dzikim krajem, leżącym na peryferiach Europy, wprawdzie takim krajem, w którym rodziły się już nowe siły, myśli i możliwości, ale nie wszyscy jeszcze byli o tym przekonani. Nie brakowało takich, co sądzili, że porywanie się na niezmierzoną potęgę Hiszpanii jest niebezpiecznym wyzywaniem Boga.

W całej Europie Hiszpania miała renomę ogromną. Uważano jej armie lądowe za niezwyciężone. Wiedziano, że król hiszpański dysponuje nieprzebranymi bogactwami dostarczanymi mu z dalekich ziem, na których rządzili jego gubernatorzy. Hiszpańscy żeglarze pojawili się na oceanach wcześniej niż angielscy. Morze Śródziemne, ten punkt centralny, wokół którego przez tyle wieków skupiała się uwaga Europy – było poddane władzy hiszpańskiej, dzielonej wprawdzie do pewnego stopnia z Wenecją i Turcją, ale Turcja zaznała już potęgi hiszpańskiego oręża i nie potrafiła stawić mu czoła. Za Hiszpanią stał również autorytet papiestwa. Dzieje toczyły się w taki sposób, że wydawało się, iż królowie Hiszpanii niezawodnie staną na czele całej katolickiej Europy.

A jednak stopniowo stawało się coraz bardziej oczywiste, że musi dojść do starcia. Oba państwa stały sobie na drodze i jedno z nich musiało ustąpić. Bez walki obejść się nie mogło. Drogi Anglików i Hiszpanów krzyżowały się w wielu miejscach i w różny sposób. Widzieliśmy już, że tak było na wielkich przestrzeniach oceanicznych i u wybrzeży Ameryki Południowej. Krzyżowały się też w Niderlandach. Hiszpania miała tam ambicje, które uznawano w Anglii za bezpośrednią groźbę. Do tego dołączyły się potężne racje ideologiczne, a ściślej: religijne. Hiszpańskie ambicje przywództwa nad katolicką Europą były narażone na szwank przez angielską herezję. Tocząca się wojna w Niderlandach miała, prócz narodowego, podłoże religijne. Wszystko to sprawiało, że – jak to nieraz można było zaobserwować w dziejach – sprzeczność interesów gospodarczych i imperialnych przybrała w oczach obywateli obu konkurencyjnych państw zabarwienie religijne, ideowe, nadziemskie. W rezultacie rozpalała się między nimi coraz większa nienawiść.

Najważniejszą bez wątpienia przyczyną wzajemnej wrogości było to, że rosnąca siła morska protestanckiej wyspy, która ośmieliła się wysyłać swoich żeglarzy tam, gdzie dotąd niepodzielnie panowali Hiszpanie – groziła skruszeniem fundamentów hiszpańskiej potęgi. Najpierw Anglicy starali się przełamać iberyjski monopol handlowy. Później przystąpili do odbierania Hiszpanom ich bogactw. Wreszcie zagrozili łączności między hiszpańskimi posiadłościami w Ameryce Południowej a metropolią.

Doszła do tego bezpośrednia przyczyna ideologiczna: po długim wahaniu i rozterce Elżbieta wydała wyrok śmierci na Marię Stuart, groźną konkurentkę do tronu, nadzieję Madrytu i Rzymu na przywrócenie katolicyzmu w Brytanii. Napisano już o tym dramacie tomy i niejedną sztukę teatralną. Nie będę go więc omawiać, zwłaszcza że od początku przyjąłem założenie, że będziemy się zajmowali ludźmi, którzy zbudowali imperium, a nie problemami angielskiej polityki wewnętrznej. Trzeba jednak podkreślić, ze śmierć Marii Stuart wywarła wpływ na wybuch wojny między Anglią a Hiszpanią.

W roku 1587 lord Walsingham przekonał królową, że sprawa już dojrzała. Nakłonił ją do zawarcia porozumienia z walczącymi z Hiszpanią Holendrami. Wpływ Walsinghama, który dążył do walki, przeważył nad wpływem drugiego doradcy królowej, Roberta Cecila. George M. Trevelyan napisał: „Gdyby Elżbieta zawsze słuchała rad Walsinghama, byłaby pewno zrujnowana. Gdyby ich nigdy nie słuchała, byłaby również zrujnowana. Na ogół umiała wybrać z rad dwóch wielkich ministrów to, co było najlepsze” – George M. Trevelyan, Historia Anglii, Warszawa 1963.

Król Filip hiszpański natychmiast odpowiedział na to wyzwanie. Nakazał sekwestrację statków angielskich, jakie w tym czasie znajdowały się w portach hiszpańskich. Było ich tam sporo, zwłaszcza w rejonie Zatoki Biskajskiej. Angielskie załogi przemienione w niewolników zostały osadzone na galerach, które Filip począł gromadzić, by zaatakować Anglię. Ale to nie było łatwe.

W roku 1585 królowa dała Drake’owi przyzwolenie, aby zaatakował Hiszpanów już nie jako samotny korsarz, lecz jako dowódca poważnej floty, tyle że wciąż jeszcze nie w Europie i bez wypowiedzenia wojny. Sir Francis popłynął do Indii Zachodnich i od razu przystąpił do działań. Najpierw uderzył na San Domingo. Była to silna forteca, potężnie umocniona przeciwko każdemu atakowi ze strony morza. Ale Drake uderzył od tyłu, przeprowadzając swych ludzi przez kamienne zbocze, leżące poza ostrzałem hiszpańskich baterii. Postąpił więc w podobny sposób, jak w wiele wieków później Japończycy, gdy zdobili Singapur. Ale to już inna historia.

Następnie uderzył na Cartagenę. Załoga twierdzy wiedziała o upadku San Domingo, nie można więc było jej zaskoczyć, ale imię Drake’a działało paraliżująco. Gdy Anglicy przypuścili nagły nocny szturm na miasto – Cartagena padła.

Zwycięstwa Drake’a w Indiach Zachodnich wstrząsnęły Hiszpanią. Utraciła dwieście czterdzieści dział, co było w owym czasie trudne do powetowania, co zaś ważniejsze – osłabła jej wiara we własne siły. Król hiszpański musiał teraz poświęcić znaczną część środków, jakimi rozporządzał, dla umocnienia obrony swych zamorskich posiadłości; to zaś osłabiło go w Europie. Ale królowa nadal nie pozwalała swemu admirałowi zachować dla Anglii zdobytych miast. Wciąż nie chciała wojny. Wolała zadowolić się taktyką, którą Drake nazwał „oskubywaniem brody hiszpańskiego króla”.

Po dwóch latach sytuacja zmieniła się. Filip podjął zakrojone na wielką skalę przygotowania do wojny i do inwazji na Wyspy Brytyjskie. Teraz Elżbieta dała admirałowi wolną rękę.

Wypłynął z Plymouth, by zaatakować Filipa już nie w Indiach Zachodnich czy na wybrzeżu Peru i Panamy, ale w sercu jego potężnego państwa.

Flota hiszpańska skoncentrowała się w dwóch portach: w Lizbonie i Kadyksie. Atak na Lizbonę, której port odznaczał się wąskim, gęsto obsadzonym przez artylerię przejściem, był zbyt ryzykowny – nawet dla Drake’a. Wydaje się zresztą, że królowa i tym razem nie pozwoliła mu jeszcze na atakowanie drugiej stolicy Hiszpanii.

Pozostawał więc Kadyks. Tu również zadanie było nadzwyczaj trudne i większość płynących z Drakiem oficerów uważała, że trzeba zaczekać na Hiszpanów na morzu, zablokować port, przechwycić powracające statki oraz – jeśli tylko możliwe – wywabić wrogą flotę z ukrycia i uderzyć na nią. Ale Drake postanowił inaczej.

Wprowadził eskadrę do środka silnie bronionego portu. Nie było chyba w ówczesnym świecie drugiego dowódcy, który by się na to odważył. Ale Drake wiedział, co robi. Zaskoczenie było tak wielkie, że zgromadzona w Kadyksie flotylla hiszpańska została zdruzgotana ogniem bijących z bliska dział angielskich, zatopiona albo spalona. Zniszczono trzydzieści trzy okręty różnej wielkości, wśród nich dwa ogromne liniowce, jeden liczący tysiąc dwieście ton wyporności i drugi, tysiąc pięćset ton, będący okrętem flagowym Hiszpanów.

Podział administracyjny Hiszpanii; źródło Wikipedia.

Kadyks jest portem, który leży praktycznie u wejścia do Cieśniny Gibraltarskiej, a więc miejscem, z którego Hiszpanie kontrolowali cały ruch na Morzu Śródziemnym. Trudno sobie wyobrazić sytuację, w której można by było ich zaskoczyć, a tym bardziej wpłynąć do dobrze strzeżonego portu bez ich wiedzy i zgody, chyba że założymy, że byli kompletnymi kretynami. Trudno jednak przyjąć takie założenie w stosunku do ludzi, którzy dokonali podbojów kolonialnych w obu Amerykach, jeszcze zanim pojawili się tam Anglicy.

Brawurowy atak na Kadyks zajął w dziejach brytyjskiej marynarki wojennej miejsce podobne do tego, jakie później zajęły bitwy pod Abukirem i Trafalgarem. Uczestniczyła w nim, prócz Drake’a, plejada innych znakomitych dowódców: Essex, Raleigh, lordowie Charles i Thomas Howardowie. Ich wyprawa zniweczyła tegoroczne plany hiszpańskiego króla, odsunęła termin inwazji. Opóźnienie wyprawy o rok miało i inny skutek. Dotychczasowy jej dowódca, naznaczony przez Filipa znakomity żeglarz, Santa Cruz, zmarł, a jego miejsce zajął książę Medina-Sidonia, który na lądzie był dobrym i zasłużonym żołnierzem, ale nie znał się na sprawach morza. Sam to zresztą rozumiał i usilnie prosił króla, aby zwolnił go od tego obowiązku. Filip był jednak nieprzejednany. Miało to wywrzeć poważny wpływ na dalszy rozwój wypadków.

Przyszedł rok 1588.

Ku brzegom Anglii wyruszyła z Hiszpanii flota, jakiej świat dotąd nie widział. Mimo licznych przeszkód, mimo ataku na Kadyks, król Hiszpanii i jego wodzowie zgromadzili siłę morską, która swą liczebnością przewyższała flotę Anglików. Na pokładzie jej okrętów płynęli zaprawieni w bojach żołnierze hiszpańskiej piechoty w takiej sile, że gdyby wylądowali w Anglii, nie byłoby dla nich przeciwnika. Siły Armady zamierzano zresztą połączyć z nadciągającymi z Niderlandów oddziałami pod wodzą księcia Parmy i dopiero te dwie armie miały wylądować na angielskim brzegu.

Armada liczyła sto trzydzieści okrętów, ponad dziewiętnaście tysięcy żołnierzy, osiem tysięcy trzystu pięćdziesięciu marynarzy, dwa tysiące osiemdziesięciu galerników, dwa tysiące sześćset trzydzieści armat. Do tego trzeba dołączyć armię księcia Parmy w sile szesnastu tysięcy żołnierzy, która miała też pewną liczbę statków transportowych, ale nie miała okrętów wojennych.

Siły angielskie były nieporównanie mniej liczne: zaledwie trzydzieści cztery okręty wojenne Jej królewskiej Mości, do tego spora liczba uzbrojonych okrętów handlowych (wśród nich, trzeba o tym pamiętać, było niemało okrętów kaperskich, wypróbowanych w bojach, o mniejszej jednak sile i gorszym uzbrojeniu niż okręty regularnej floty królewskiej).

Nie byłoby jednak całkiem rzetelne, gdybyśmy zestawiali liczby nie mówiąc o tym, co się za nimi kryje.

Za liczbami dotyczącymi floty angielskiej krył się John Hawkins. To nie ma być dowcip, był to fakt o doniosłym znaczeniu. Ten były handlarz niewolnikami, który skupywał „heban” na zachodnim wybrzeżu Afryki, a sprzedawał w hiszpańskich koloniach po drugiej stronie oceanu, został w roku 1573 mianowany Skarbnikiem i Nadzorcą Floty. Wykazał na tym stanowisku ogromne talenty. Na żegludze znał się jak mało kto, znał się też na walkach z Hiszpanami. Zbadał ich okręty wojenne i taktykę w boju. Wiedział, co trzeba robić i jaki mieć okręt, gdy przyjdzie stawić czoło przeważającym siłom. Nie darmo przedsiębrał wyprawy kaperskie.

Hawkins zapoczątkował budowę okrętów wojennych nowego typu. Obniżono wysokie nadbudówki, które górowały nad pokładami galeonów. Kadłuby wyposażono w miecz pozwalający ostrzej żeglować pod wiatr. Najważniejsza zaś była zmiana kształtu kadłuba. Statki średniowieczne, używane w tym czasie na całym Morzu Śródziemnym, a więc również we flocie hiszpańskiej, były bardzo szerokie. Stosunek długości do szerokości wynosił średnio dwa do jednego. Charakteryzowały się mniejszym zanurzeniem, ale były zarazem mniej zwrotne, wolniejsze i źle manewrowały przy niesprzyjającym wietrze. Podejmując wyprawy odkrywcze i handlowe, Anglicy również posługiwali się takimi żaglowcami, ponieważ były stateczne i mogły żeglować po płytkich wodach. Natomiast od czasów Hawkinsa angielskie okręty wojenne przybrały inny kształt: wydłużyły się, a ich zanurzenie wzrosło. Stosunek długości do szerokości kształtował się teraz jak trzy, a nawet cztery do jednego. Mniej się więc nadawały do żeglugi po płytkich i nieznanych wodach (zobaczymy, że dwieście lat później kapitan Cook ponownie wybierze szeroką i płytko siedzącą w wodzie jednostkę). Były za to nieporównanie szybsze i świetnie manewrowały przy każdym niemal wietrze.

Podstawowym, a właściwie jedynym orężem floty angielskiej zbudowanej przez Hawkinsa była artyleria. Armaty ukryto pod pokładem na specjalnych stanowiskach, wycinając w kadłubie strzelnice. Wprowadzono też ciężkie armaty o większym zasięgu. Odtąd żaglowy okręt wojenny zadawał ciosy, nie zbliżając się do przeciwnika. Manewrował tak, aby ustawić się do wroga bokiem i odpalić salwę całą burtą. W Royal Navy nazywało to się broadside (burta) i stało się głównym narzędziem walki morskiej do czasów pierwszej, a nawet drugiej wojny światowej.

Do czasów Hawkinsa było inaczej. Admirałowie wszystkich flot starali się rozstrzygać wszystkie bitwy morskie, jakby to były bitwy lądowe, tyle że toczone na drewnianych pokładach. Dążono do staranowania okrętu przeciwnika i dostosowywano do tego konstrukcję własnej jednostki. Podstawowym celem był abordaż, wtargnięcie na obcy pokład i uzyskanie zwycięstwa w walce wręcz: na miecze, szpady, topory albo noże. Dlatego właśnie potrzebne były wysokie nadbudówki, by łucznicy i arkebuzerzy mogli z wysoka razić wroga i aby łatwiej było przeskoczyć na nieprzyjacielski pokład.

Tak właśnie przedstawiała się w roku 1588 taktyka Hiszpanów. Mieli oni na pokładach doborowe i liczne oddziały wojskowe. Dowodził nimi książę, który odznaczył się w walkach na lądzie, ale nigdy nie walczył na morzu. Można sobie wyobrazić, że mając na pokładach armię, która – jak sądzili – była w stanie podbić Anglię, i rozumiejąc walkę na morzu jako starcie na białą broń, Hiszpanie byli pewni zwycięstwa. Umieli nadzwyczaj dobrze posługiwać się szpadami, toporami, halabardami…

W niedzielę, 21 lipca, niezwyciężona flota księcia Mediny-Sidonii pojawiła się na redzie portu Plymouth. Przedtem jednak admirał Howard opuścił port i wypłynął w morze. Wiał południowo-zachodni wiatr, sprzyjający Armadzie, a niekorzystny dla Anglików. Te pierwsze godziny wielkiego starcia były dla hiszpańskiego dowódcy pierwszą i niepowtarzalną okazją, w której mógł za jednym zamachem osiągnąć zwycięstwo. Anglicy manewrowali pod wiatr, Armada miała zatem okazje przycisnąć ich do lądu i zapędzić do portu. Gdyby zaś do tego doszło, wtedy nikt nie zdołałby oprzeć się nawale lądujących Hiszpanów – w Plymouth nie było angielskich wojsk lądowych. Flota królowej zostałby niechybnie zniszczona. Niektórzy oficerowie hiszpańscy zorientowali się w sytuacji, ale ich dowódca twardo trzymał się instrukcji, która przewidywała, że ma przepłynąć kanał i połączyć siły z księciem Parmą.

Stało się tak, jak pisał Drake: „Okazja raz stracona, stracona jest na zawsze”. Howard, umiejętnie halsując i wykorzystując lepsze właściwości nawigacyjne swych okrętów, wydostał się na nawietrzną – na zachód od Armady. Teraz panował nad sytuacją. Niebawem dołączyły do niego dalsze jednostki wiozące zaopatrzenie. Hiszpanie przyglądali się temu bezradnie. Książę Medina-Sidonia napisał w raporcie: „Wróg, posiadając okręty tak zwinne i tak doskonale sterowane, że mógł uczynić z nimi wszystko, czego zapragnął, chwycił wiatr”. Jednakże jego raporty wysyłane do Madrytu wskazują, że nie spostrzegł, iż miał zwycięstwo w zasięgu ręki.

Doszło do pierwszych potyczek. W ciągu kilku następnych dni okręty angielskie wielokrotnie ostrzeliwały Armadę, zadając jej straty w ludziach, a nie doznając niemal żadnych szkód. Zatopiono wielki galeon „Santa Ana”, będący flagowym okrętem jednego z hiszpańskich admirałów – Recaldego.

Wreszcie flota hiszpańska zakotwiczyła w pobliżu Calais. Miała tam oczekiwać na przybycie transportowców księcia Parmy. Medina-Sidonia słał do niego listy przynaglające. Tymczasem do floty angielskiej dołączyła eskadra admirała Seymoura, która dotąd zajmowała pozycję u wschodniego wejścia do kanału La Manche (zwanego przez Anglików Kanałem Angielskim) i tam osłaniała Anglię przed niespodziewaną inwazją Parmy. Teraz wszystkie siły angielskie były już skoncentrowane.

W nocy z niedzieli na poniedziałek, z 28 na 29 lipca, na pokładzie „Ark Royal” – okrętu flagowego Howarda – odbyła się narada wojenna. Postanowiono atakować. Hiszpanie zobaczyli wkrótce, że w mroku zbliżają się do nich dziwne jednostki, nieduże i płaskie, przypominające raczej barki niż okręty wojenne. Były to brandery, które piszący o tej bitwie niemal cztery wieki później, były Pierwszy Lord Admiralicji, Winston Churchill nazwał „torpedami tamtych czasów”. Ciszą nocną wstrząsały eksplozje. Osiem branderów stanęło w płomieniach. Wiatr znosił je prosto na miejsce zakotwiczenia Armady.

Wśród Hiszpanów wybuchła panika. Kapitanowie przecinali liny i w ciemnościach usiłowali wydostać się na morze jak najdalej od ziejących ogniem branderów. Jeden z największych okrętów, „San Lorenzo”, stracił w zderzeniu ster i zdryfował na brzeg, gdzie załoga została rozbrojona i internowana przez Francuzów. Było wiele innych zderzeń. Rano Armada z trudem pozbierała się w pobliżu Dunkierki i wyruszyła w kierunku Gravelines. Tam doszło do całodziennej bitwy, w której Anglicy atakowali i podchodzili na bliską odległość, ale w dalszym ciągu nie dawali Hiszpanom okazji do abordażu. I znów ich artyleria okazała się lepsza. Hiszpanie odgryzali się ogniem, ale nie mogli wyrządzić angielskim okrętom większych szkód. Sami natomiast ponosili coraz większe straty. Większość ich jednostek została uszkodzona, niektóre poważnie, trzy zatopiono, a kilka dalszych wpędzono na mielizny, po czym następnego dnia wzięto ich załogi do niewoli.

Książę Parma nie pojawił się. Stało się tak nie z powodu opieszałości, tchórzostwa czy złej woli, ale z przyczyny wiatru. Niezgrabne, ociężałe transportowce Parmy nie były w stanie pokonać wiatru wiejącego z przeciwka.

Bitwa zakończyła się w chwili, gdy Anglikom zbrakło amunicji. To uratowało Armadę, ale jej siła była złamana. Hiszpanie wiedzieli, że są pokonani, ale nie wiedzieli, że wróg nie ma czym strzelać. Natomiast Anglicy wiedzieli, że ich armaty stały się już tylko straszakiem; nie wiedzieli, że Hiszpanom też się kończy amunicja, całkiem zaś skończyła się ich wola walki. Dlatego Howard, pisząc tego dnia do Londynu, oceniał sytuację z powściągliwością: „Ich moc jest nadzwyczaj wielka i wspaniała, ale po troszeczku wyskubujemy im piórka”. Nie wiedział, że Armada straciła już skrzydła.

Książę Medina-Sidonia podjął brzemienną w fatalne skutki decyzję, ale wydawało się, że nie ma wyboru. Ponieważ wiatr spychał go na mielizny Flandrii, więc zamiast lądować w obozie Parmy, postanowił wrócić do domu opływając Anglię. Początkowo droga przebiegała pomyślnie. Flota angielska trzymała się z tyłu, obserwując ruchy wroga, ale nie przeszkadzała mu (jak wiemy, nie bardzo miała czym). Kiedy jednak dzielni, lecz niefortunni Hiszpanie znaleźli się już po drugiej stronie wyspy, u wybrzeży Irlandii – przyszła katastrofa. Tym razem przyczyną nie był Howard ani Drake, tylko potężne burze jesienne, które nadciągnęły tego roku wcześniej niż zazwyczaj. Źródła podają różne liczby, jedne mówią o siedemnastu zatopionych okrętach hiszpańskich, inne o dziewiętnastu. Straty w ludziach oceniano na 4-7 tysięcy. Jedno było pewne: żywioł zadał Armadzie większą klęskę niż Anglicy. Ale to Anglicy sprawili, że zamiast obozować pod Londynem, Medina-Sidonia musiał stawić czoło sztormom u wybrzeży Irlandii. Tak czy inaczej – Anglicy wygrali tę wojnę. Do Hiszpanii wróciła zaledwie połowa Armady.

George Trevelyan napisał:

„Dla sir Francisa Drake’a okręt wojenny był pływającą baterią; dla księcia Mediny-Sidonii była to platforma służąca do wprowadzania do akcji szermierzy i muszkieterów… Nie żołnierz pokładowy, tylko ogień całą burtą uczynił Anglię panią mórz”.

I jeszcze coś, co wiadome jest dopiero teraz, a czego wówczas nikt nie mógł przeniknąć. Było to mianowicie starcie nie tylko dwóch sposobów pojmowania Boga i religii, dwóch sprzecznych interesów ekonomicznych, dwóch konkurujących ze sobą imperializmów. Była to także bitwa różnych organizacji życia społecznego, różnego pojmowania stosunku między władzą a obywatelem, odmiennego widzenia roli jednostki i dwóch różnych mentalności. Rozmaicie też można na to patrzeć. Można powiedzieć, że było to starcie feudalnej, średniowiecznej jeszcze Hiszpanii z nowoczesną, zwiastującą już epokę kapitalizmu, banków, handlu i przemysłu Anglią. A można też powiedzieć, że była to walka dumnych, wiernych zasadom rycerskiego honoru grandów hiszpańskich z kupczykami korzennymi, z lichwiarzami i rozbójnikami morskimi. Jakkolwiek byśmy to nazwali, jedno jest pewne: starły się orężnie dwa różne społeczeństwa, dwie niezgodne formacje umysłowe i psychologiczne.

Wróćmy jeszcze raz do Trevelyana, pod którego piórem rzeczy skomplikowane stają się jasne i przejrzyste:

„Hiszpanie mieli na swych galerach niewolników do wioseł oraz wspaniałych żołnierzy do walki z okrętów, ale nie mieli licznej i energicznej rzeszy prywatnych kupców i żeglarzy, która by dostarczała im niezbędnych marynarzy, takiej, jaka stanowiła bogactwo i dumę Anglii. Bowiem różnice techniczne w obsadzie i taktyce między okrętem hiszpańskim a angielskim świadczyły jeszcze o czymś więcej – o różnicy charakteru społecznego Hiszpanii i nowej Anglii. Przedsiębiorczość prywatna, inicjatywa indywidualna i dobroduszna równość klas wzrastały w odfeudalizowanej Anglii Renesansu i Reformacji, a uwydatniały się najsilniej wśród ludności kupieckiej i żeglarskiej. Najenergiczniejsze jednostki spośród drobnej szlachty oraz klas średnich i niższych w szorstkiej camaraderie wyruszały razem na morze w celach wojennych i handlowych. W Hiszpanii pojęcia i obyczaje społeczeństwa były wciąż jeszcze feudalne, chociaż w polityce król stał się monarchą absolutnym. Drake wiedział doskonale, że na pokładzie okrętu potrzebna jest dyscyplina, a nie feudalizm i duma klasowa. Hierarchia morska nie jest tym samym, co hierarchia lądowa. Hiszpanie u szczytu swej potęgi byli wielkimi żołnierzami i kolonistami, gorszymi żeglarzami, mało przedsiębiorczymi kupcami, fatalnymi politykami i władcami… Jeżeli kiedykolwiek duch społecznej i umysłowej wolności odniósł zwycięstwo, to było nim morskie zwycięstwo Anglii i Holandii nad Hiszpanią”.«

Te cytaty Trevelyana i komentarz Dziewanowskiego umieściłem na końcu bloga, choć w oryginalnym tekście znajdują się one w środku opisu bitwy. To jest bardzo charakterystyczna narracja. Sprowadza się ona do wtłoczenia czytelnikowi do głowy schematu: zacofana feudalna ciemnota katolicka i postępowa i oświecona społeczność protestancka. I to waśnie dlatego Hiszpania przegrała tę bitwę. To typowa masońska argumentacja. Wspomniałem na początku, że przodek Dziewanowskiego, który był oficerem napoleońskim, brał udział w szarży pod Somosierrą. Praktycznie wszyscy napoleońscy oficerowie, a również niektórzy szeregowi żołnierze, byli masonami. O tym napomknął w swojej powieści Huragan Wacław Gąsiorowski. I pewnie Kazimierz Dziewanowski nim był. Jak mówi przysłowie: niedaleko pada jabłko od jabłoni.

Pisząc o Hakluycie, robi on w pewnym momencie osobistą uwagę: (…) nawiązał też kontakt z największymi autorytetami geograficznymi ówczesnego świata, zwłaszcza ze słynnym Orteliuszem, największym ówczesnym wydawcą map działającym w Niderlandach. Dziś, siedząc w moim pokoju i patrząc na wiszącą na ścianie jedną z map wydanych przez Orteliusza, widząc jej piękno, barwny druk, a zarazem dużą jeszcze dowolność, z jaką wybitny Flamand zaznaczał łańcuchy górskie, bieg rzek i wybrzeży, czuję daleki odblask emocji, z jaką młody duchowny z Oxfordu oglądał taką samą mapę i czekał na listy uczonego korespondenta.

No cóż? Można zapytać, jakim to sposobem pisarz i dziennikarz z PRL-u wszedł w posiadanie mapy, która na Zachodzie była wyjątkowym rarytasem, a co za tym idzie również bardzo droga. Inna sprawa, że taka mapa najprawdopodobniej nie została zakupiona w jakimś antykwariacie, dostępnym dla każdego, tylko została sprzedana, a może nawet podarowana przez innego masona. Takie mapy nie mogą przecież dostawać się w przypadkowe ręce. To nie okazały dom czy luksusowy samochód, których utrzymanie kosztuje, tylko wyjątkowo rzadka mapa, która wisi na ścianie i tylko zyskuje na wartości, bez kosztów ubocznych, no i oczywiście cieszy oczy.

Na początku pisze Dziewanowski: Morze Śródziemne, ten punkt centralny, wokół którego przez tyle wieków skupiała się uwaga Europy – było poddane władzy hiszpańskiej, dzielonej wprawdzie do pewnego stopnia z Wenecją i Turcją, ale Turcja zaznała już potęgi hiszpańskiego oręża i nie potrafiła stawić mu czoła.

Pisze więc o bitwie morskiej pod Lepanto z 1571 roku, ale nie mówi o niej wprost, bo wówczas cała jego fałszywa narracja zostałaby obnażona. Zgodnie z zasadą, że jeśli fakty nie pasują do teorii, to tym gorzej dla faktów. A w Wikipedii można przeczytać:

„Bitwa pod Lepanto – bitwa morska stoczona 7 października 1571 na południowy zachód od Lepanto pomiędzy Imperium Osmańskim a Ligą Świętą, zakończona zwycięstwem chrześcijan. Bój pod Lepanto był jedną z najkrwawszych bitew morskich w dziejach świata. Liga Święta: Hiszpania, Republika Wenecka, Państwo Kościelne, Republika Genui, Królestwo Sabaudii-Piemontu, Zakon Maltański.

Chrześcijańska armada wyruszyła, by napotkać osmańską. Pod Lepanto po stronie Ligi walczyło około 200 okrętów, w tym 6 silnie uzbrojonych w artylerię galeasów; Turcy mieli około 250 okrętów. Siłami chrześcijańskimi dowodził książę Juan de Austria, wódz i admirał hiszpański, zaś muzułmańskimi admirał Ali Pasza.

Starcie rozpoczęła flota turecka, próbując oskrzydlić flotę chrześcijan, ale potężne galeasy weneckie miały wielką przewagę ogniową, która pozwalała im łatwo zniszczyć osmańskie galery. W tej sytuacji Turkom pozostał jedynie abordaż. Tymczasem okręty chrześcijańskie, szybsze od galer tureckich, nie przyjęły taktyki przeciwnika, lecz starały się ustawiać doń burtami, wykorzystując całą siłę swych dział. Walczono z ogromną determinacją, ale z wolna jęła się zarysowywać przewaga po stronie floty europejskiej. W rezultacie flota osmańska poniosła druzgocącą klęskę – większość okrętów wchodzących w jej skład zostało zdobytych lub zatopionych przez siły Ligi Świętej.”

Jak więc po takiej informacji z Wikipedii brzmi cytat z Trevelyana: „Dla sir Francisa Drake’a okręt wojenny był pływającą baterią; dla księcia Mediny-Sidonii była to platforma służąca do wprowadzania do akcji szermierzy i muszkieterów… Nie żołnierz pokładowy, tylko ogień całą burtą uczynił Anglię panią mórz”.

A więc ogień pokładowy – którą to taktykę wykorzystał Hiszpan dowodzący siłami chrześcijańskimi pod Lepanto w 1571, czyli 17 lat wcześniej – uczynił Anglię panią mórz. A dlaczego nie Hiszpanię? Czyżby Hiszpanie zapomnieli o tej taktyce? A Anglicy? Sami ją wymyślili?

„Za liczbami dotyczącymi floty angielskiej krył się John Hawkins. Na żegludze znał się jak mało kto, znał się też na walkach z Hiszpanami. Zbadał ich okręty wojenne i taktykę w boju. Wiedział, co trzeba robić i jaki mieć okręt, gdy przyjdzie stawić czoło przeważającym siłom. Nie darmo przedsiębrał wyprawy kaperskie.”

Skoro był takim znawcą, to zapewne wiedział wszystko o bitwie pod Lepanto i o taktyce Hiszpanów, która pozwoliła im na zwycięstwo. Ile więc z tego było oryginalną myślą angielską, a ile skopiowano od Hiszpanów? Tego pewnie nigdy się nie dowiemy. Przedstawiają nam historię taką, jaką chcą byśmy znali, a nie tę prawdziwą.

Hiszpański król Filip wyznaczył na dowódcę Armady człowieka, który był specjalistą od prowadzenia walk na lądzie, a nie – na morzu. Skoro jednak celem było podbicie Anglii i desant wojsk na wyspę, to może decyzja taka nie była głupia. W takim przypadku celem jest jak najszybsze dotarcie na ląd. Jeśli tak, to po co książę Madina-Sidonia wdawał się w bitwę morską, skoro nie miał doświadczenia i wiedzy w tej dziedzinie? Miał rozkaz, by czekać na połączenie z wojskami księcia Parmy. I czekał na niego na morzu, a Anglicy, krążąc wokół, wybijali Hiszpanów jak kaczki. Dlaczego więc w takiej sytuacji nie skierował się do portu, skoro wszystkie angielskie okręty były na morzu, skoro jego celem był desant, a w Plymouth nie było wojsk lądowych.W końcu flota hiszpańska zakotwiczyła w pobliżu Calais i tam została zaatakowana przez brandery. Hiszpanie wpadli w panikę, przecinali liny i chcieli wydostać się na morze. Tak to opisuje autor. Skoro chcieli się wydostać na morze, to gdzie znajdowała się ta flota. Na morzu czy w porcie? Calais to port francuski, więc nie mogli w nim zakotwiczyć, ani w innym francuskim porcie. A później jeszcze Medina-Sidnia podjął decyzję, by opłynąć Anglię od wschodu i północy i skierować się na południe. I to wszystko, podobno tymi słabo sterowalnymi okrętami, częściowo napędzanymi żaglami a częściowo wiosłami. W takiej sytuacji wybiera się najkrótszą drogę do domu, zwłaszcza że po opłynięciu Anglii, po drugiej stronie mogła czekać na dobicie Armady angielska flota.

To wszystko nie trzyma się kupy, ale to wszystko można wytłumaczyć tym, że te błędy były wynikiem braku doświadczenia głównodowodzącego i stąd takie decyzje. Skoro jednak król podjął decyzję, by Armadą dowodził człowiek bez doświadczenia w prowadzeniu walk na morzu, to albo był idiotą, w co raczej trudno uwierzyć, albo został przez kogoś zmuszony do podjęcia takiej decyzji i nie miał wyboru. A kiedy monarchowie nie mieli wyboru i byli zmuszani do podejmowania decyzji wbrew interesowi własnego narodu? Tylko w jednym wypadku – zadłużenia.

Nadszedł taki moment, że wielcy tego świata uznali, że trzeba wykreować nową potęgę morską, a starą – zdegradować. Tą nową, niezwyciężoną miała zostać Anglia. Jej zwycięstwo miało wzbudzić strach i respekt. To wszystko zostało jeszcze spotęgowane przez fakt, że zwycięstwo nad niezwyciężoną Armadą miało się dokonać przy użyciu daleko mniejszych sił tak, by doszedł do tego jeszcze czynnik niewytłumaczalny, tajemny. No bo jak to możliwe, by dysponując daleko mniejszymi siłami, pokonać taką potęgę? I w ten sposób pojawił się podziw, obezwładniający strach i respekt w odniesieniu do angielskiej floty, umiejętności jej marynarzy i przekonanie, że od tego momentu to Anglicy będą władać morzami. I o to chodziło, bo przecież po przegranej bitwie Hiszpania nie straciła swoich kolonii na rzecz Anglii. Straciła je dopiero po wojnach napoleońskich na rzecz Stanów Zjednoczonych.

Wszystko więc zostało doskonale wyreżyserowane przez najlepszych reżyserów, którzy się tym zajmują od początku. Przygotowanie do konfliktu zaczęło się wiele lat wcześniej, gdy Francis Drake, jeszcze jako pirat, czyli taki współczesny mafioso, za cichym przyzwoleniem królowej, rabował hiszpańskie galeony obładowane złotem, srebrem i drogimi kamieniami i później dzielił się z nią. Dziewanowski pisze, że najcenniejszą zdobyczą Drake’a był hiszpański okręt-skarbiec, noszący groźną nazwę „Cacafuego”, czyli „Plujący ogniem”. Drake zanotował w dzienniku, że zdobyty okręt powinien raczej nazywać się „Plujący srebrem”. Zawierał on oprócz licznych klejnotów i drogich kamieni, trzynaście skrzyń hiszpańskich monet – reali, które wówczas pełniły taką funkcję, jak obecnie dolar. Było tam jeszcze osiemdziesiąt funtów złota i dwadzieścia sześć ton srebra. Funt to prawie pół kilograma, a więc około 40 kilogramów złota było na tym okręcie.

Kiedyś, z ciekawości, sprawdziłem na angielskiej Wikipedii, jak oni przetłumaczyli to „Cacafuego”, bo internetowe słowniki hiszpańsko-polskie nie znają takiego słowa. A więc wyszło, że to nie żaden „Plujący ogniem”, tylko… „Srający ogniem”. Wygląda na to, że ówcześni marynarze niczym się od nas nie różnili. Mieli podobne poczucie humoru.

Kolonia

W blogu „Belgia” skupiłem się na europejskiej historii Belgii i pominąłem jej kolonialny epizod, który jest warty przybliżenia, bo zawiera wiele wątków pobocznych, które rzucają światło na to, jak ten świat jest zorganizowany, jak doszło do powstania tej kolonii. Jest to wstydliwa karta w historii Belgii, choć oczywiście nie tylko Belgowie są odpowiedzialni za to, co tam się działo, w tym „jądrze ciemności”. Kto wie czy nie dlatego Agatha Christi uczyniła bohaterem większości swoich powieści belgijskiego detektywa, Herkulesa Poirot, niewątpliwie sympatycznego, by złagodzić niekorzystny wizerunek Belgów w oczach opinii publicznej tamtych czasów. Patrząc na jej zdjęcie z okresu młodości, to trudno oprzeć się wrażeniu, że jej uroda jest typowo żydowska. Być może jej motywacja do wyboru takiej, a nie innej narodowości dla słynnego detektywa, była inna. Może moje skojarzenie jest bezpodstawne. Na końcu bloga postaram się je uzasadnić. Informacje poniższe pochodzą z angielskiej Wikipedii.

Początki

Belgia, monarchia konstytucyjna, uzyskała niepodległość w 1830 roku po odłączeniu się od Zjednoczonego Królestwa Niderlandów. Zanim została ona powszechnie uznana w 1839 roku, większość mocarstw europejskich miała już swoje kolonie i protektoraty poza Europą i zaczęła tworzyć własne strefy wpływów.

W latach czterdziestych i pięćdziesiątych XIX wieku król Leopold I wstępnie poparł kilka propozycji zdobycia terytoriów zamorskich. W 1843 roku podpisał kontrakt z Ladd & Co. na skolonizowanie Królestwa Hawajów, ale umowa została unieważniona, gdy rezydująca na Hawajach firma Ladd & Co. wpadła w kłopoty finansowe. Belgijscy kupcy próbowali też swoich sił w Afryce Zachodniej, ale to również nie udało się po incydencie w Rio Nuñez w 1849 roku i z powodu rosnącej rywalizacji angielsko-francuskiej w regionie.

Do czasu koronacji drugiego króla Belgii, Leopolda II (1865), belgijski entuzjazm dla kolonializmu osłabł. Kolejne rządy postrzegały ekspansję kolonialną jako ekonomicznie i politycznie ryzykowną i zasadniczo nieopłacalną i uważały, że nieformalne imperium, wykorzystujące rozkwit belgijskiego handlu przemysłowego w Ameryce Południowej i Rosji, jest znacznie bardziej obiecujące. W rezultacie Leopold realizował swoje kolonialne ambicje bez wsparcia rządu belgijskiego. Z archiwów belgijskiego Ministerstwa Spraw Zagranicznych i Handlu wynika, że Leopold badał potencjalne kolonie na dziesiątkach terytoriów.

Międzynarodowe Stowarzyszenie Afrykańskie

Międzynarodowe Stowarzyszenie Afrykańskie (w pełnym brzmieniu „Międzynarodowe Stowarzyszenie Badań i Cywilizowania Afryki Środkowej”) było frontową organizacją założoną przez uczestników Brukselskiej Konferencji Geograficznej w 1876 roku, której gospodarzem był król Belgii Leopold II. Stowarzyszenie było podobno wykorzystywane przez króla Leopolda do wspierania jego rzekomo altruistycznych i humanitarnych projektów na obszarze Afryki Środkowej, obszaru, który miał stać się kontrolowanym przez Leopolda Wolnym Państwem Kongo. Król Leopold zaproponował Brukselę na siedzibę Międzynarodowego Stowarzyszenia Afrykańskiego, a we wszystkich uczestniczących krajach miały powstać komitety narodowe stowarzyszenia, a także komitet międzynarodowy. Leopold został wybrany przez aklamację na pierwszego przewodniczącego komitetu międzynarodowego, ale powiedział, że będzie pełnić tę funkcję tylko przez rok, aby przewodnictwo mogło rotować wśród ludzi z różnych krajów.

Nowa organizacja została przyjęta z zadowoleniem w całej Europie (datki przesłali Rothschildowie i wicehrabia Ferdynand de Lesseps), a komitety narodowe miały być kierowane przez wielkich książąt (grand dukes), książąt (princes) i innych członków rodziny królewskiej, jednak większość z nich nigdy nie powstała. Międzynarodowa komisja zebrała się tylko raz – w następnym roku i ponownie wybrała Leopolda na przewodniczącego, pomimo jego wcześniejszej deklaracji, że nie będzie kandydować w kolejnych latach, a następnie rozpadła się. Niemniej jednak, dzięki Stowarzyszeniu, Leopold osiągnął swój cel, jakim było przekonanie Belgów i głównych mocarstw Europy, że jego zainteresowanie Afryką było czysto altruistyczne i humanitarne. Następcą Stowarzyszenia został krótko działający Komitet Badań nad Górnym Kongiem oraz Międzynarodowe Stowarzyszenie Konga, które ostatecznie rozwiązało się, gdy Leopold zmienił nazwę tego obszaru na Wolne Państwo Kongo.

W 1879 roku powstało Międzynarodowe Stowarzyszenie Konga, mające bardziej cele gospodarcze, ale wciąż ściśle związane z dawnym stowarzyszeniem. Leopold potajemnie przekupił zagranicznych inwestorów w Towarzystwie Konga, którego cele miały charakter imperialny, przy czym Stowarzyszenie służyło głównie jako filantropijny parawan. W ten sposób Leopold przekształcił „ideologię” organizacji z międzynarodowego stowarzyszenia filantropijnego w prywatne przedsiębiorstwo handlowe… i później przeszedł od planu komercyjnego do rzeczywistości politycznej – do Wolnego Państwa Konga.

Organizacje frontowe

Organizacja frontowa (organizacja-przykrywka) to każdy podmiot utworzony i kontrolowany przez inne organizacje, takie jak agencje wywiadowcze, zorganizowane grupy przestępcze, organizacje terrorystyczne, tajne stowarzyszenia, zakazane organizacje, grupy religijne lub polityczne, grupy adwokackie lub korporacje. Organizacje-przykrywki mogą działać na rzecz grupy macierzystej bez przypisywania działań grupie macierzystej, co pozwala im w ten sposób ukryć pewne działania przed władzami lub opinią publiczną.

Organizacje frontowe, które wydają się być niezależnymi stowarzyszeniami wolontariackimi lub organizacjami charytatywnymi, nazywane są grupami frontowymi. W świecie biznesu organizacje-przykrywki, takie jak firmy-przykrywki lub korporacje fasadowe, są wykorzystywane do ochrony firmy macierzystej przed odpowiedzialnością prawną. W stosunkach międzynarodowych państwo marionetkowe to państwo, które działa jak przykrywka (lub surogat) dla innego państwa (Wygląda na to, że takim państwem-przykrywką dla USA jest Polska – przyp. W. L.).

Konferencja berlińska (1884-1885)

Przed konferencją europejscy dyplomaci robili podchody do rządzących w Afryce w taki sam sposób, jak robili to wcześniej na półkuli zachodniej, nawiązując kontakty z lokalnymi sieciami handlowymi. Na początku XIX wieku europejski popyt na kość słoniową, która była wówczas często wykorzystywana do produkcji dóbr luksusowych, ściągnął wielu europejskich kupców na wewnętrzne rynki Afryki. Europejskie strefy wpływów były w tym czasie ograniczone do przybrzeżnej części tego kontynentu, ponieważ Europejczycy do tego momentu zakładali tylko faktorie handlowe (chronione przez kanonierki).

W 1876 roku belgijski król Leopold II, który w tym samym roku założył i kontrolował Międzynarodowe Stowarzyszenie Afrykańskie, zaprosił Henry’ego Mortona Stanleya, aby dołączył do niego w badaniach i „cywilizowaniu” kontynentu. W 1878 roku powstało również Międzynarodowe Towarzystwo Kongo, które miało bardziej ekonomiczne cele, ale nadal było blisko związane z poprzednim stowarzyszeniem. Leopold potajemnie przekupił zagranicznych inwestorów w Towarzystwie Konga, które miało cele imperialne, a „Towarzystwo Afrykańskie” służyło głównie jako filantropijny parawan.

Od 1878 do 1885 roku Stanley przebywał w Kongo, nie jako reporter, ale jako agent Leopolda, z tajną misją zorganizowania czegoś, co wkrótce po zamknięciu konferencji berlińskiej w sierpniu 1885 roku stało się znane jako Wolne Państwo Kongo. Francuscy agenci odkryli plany Leopolda, a w odpowiedzi Francja wysłała własnych eksploratorów do Afryki. W 1881 roku francuski oficer marynarki wojennej Pierre de Brazza został wysłany do Afryki Środkowej. Udał się do zachodniej części basenu Konga i podniósł francuską flagę nad nowo założonym Brazzaville na terenach dzisiejszej Republiki Konga. Także Portugalia, która zrezygnowała z rozszerzania swego imperium kolonialnego na tym obszarze, również zajęła ten obszar na podstawie starych traktatów z Hiszpanią z czasów Restauracji i z Kościołem katolickim. Szybko zawarła 26 lutego 1884 roku traktat ze swoim byłym sojusznikiem, Wielką Brytanią, w celu zablokowania dostępu Towarzystwa Konga do Atlantyku.

Na początku lat osiemdziesiątych XIX wieku wiele czynników, w tym sukcesy dyplomatyczne, większa europejska wiedza o tamtym rejonie oraz zapotrzebowanie na zasoby, takie jak złoto, drewno i kauczuk, spowodowało gwałtowny wzrost zaangażowania Europy na kontynencie afrykańskim. Sporządzona przez Stanleya mapa dorzecza Kongo (1874–1877) usunęła ostatnią terra incognita z europejskich map kontynentu, wyznaczając obszary kontroli brytyjskiej, portugalskiej, francuskiej i belgijskiej. Te narody rywalizowały ze sobą, by zaanektować terytorium, które mogłoby zostać zajęte przez rywali.

Europejski wyścig kolonialny spowodował, że Niemcy zaczęły organizować własne wyprawy, co niepokoiło zarówno brytyjskich, jak i francuskich mężów stanu. Mając nadzieję na szybkie złagodzenie rodzącego się konfliktu, belgijski król Leopold II przekonał Francję i Niemcy, że wspólny handel w Afryce leży w najlepszym interesie wszystkich trzech krajów. Przy poparciu Brytyjczyków i z inicjatywy Portugalii kanclerz Niemiec Otto von Bismarck wezwał przedstawicieli 13 narodów Europy oraz Stanów Zjednoczonych do udziału w konferencji berlińskiej w 1884 roku w celu wypracowania wspólnej polityki wobec kontynentu afrykańskiego.

Rysunek satyryczny obrazujący Leopolda II i inne imperialne potęgi podczas konferencji berlińskiej z 1884 roku; źródło: angielska Wikipedia.

Konferencja została otwarta 15 listopada 1884 roku i trwała do jej zamknięcia 26 lutego 1885 roku. Liczba pełnomocników różniła się w zależności od kraju, ale te 14 krajów wysłało swoich przedstawicieli na konferencję berlińską i to oni złożyli podpisy pod aktem berlińskim. Te państwa to Niemcy, Austro-Węgry, Belgia, Hiszpania, Dania, Stany Zjednoczone, Francja, Zjednoczone Królestwo, Włochy, Holandia, Portugalia, Rosja, Szwecja-Norwegia, Imperium Otomańskie.

Wolne Państwo Kongo (1885-1908)

Kolonizacja Konga rozpoczęła się pod koniec XIX wieku. Belgijski król Leopold II, sfrustrowany brakiem międzynarodowej potęgi i prestiżu swojego narodu, próbował przekonać belgijski rząd do wsparcia ekspansji kolonialnej wokół, wówczas w dużej mierze, niezbadanego basenu Konga. Jego odmowa doprowadziła Leopolda do stworzenia państwa pod jego osobistymi rządami. Przy wsparciu wielu krajów zachodnich, które postrzegały Leopolda jako użyteczny bufor między rywalizującymi mocarstwami kolonialnymi, Leopold zdobył międzynarodowe uznanie dla Wolnego Państwa Kongo w 1885 roku.

Wolne Państwo Kongo, znane również jako Niezależne Państwo Kongo, było od 1885 do 1908 roku dużym państwem i monarchią absolutną w Afryce Środkowej. Było ono własnością prywatną i było w unii personalnej z Leopoldem II królem Belgii; nie było częścią ani nie należało do Królestwa Belgii, którego był on monarchą konstytucyjnym. Leopold był w stanie przejąć region, przekonując inne państwa europejskie na berlińskiej konferencji w sprawie Afryki, że jest zaangażowany w działalność humanitarną i filantropijną i nie opodatkuje handlu. Za pośrednictwem Międzynarodowego Stowarzyszenia Konga mógł pretendować do większości dorzecza Konga. 29 maja 1885 roku, po zamknięciu konferencji berlińskiej, król ogłosił, że planuje nazwać swoje posiadłości „Wolnym Państwem Kongo”, nazwą, której jeszcze nie używano na konferencji berlińskiej i która oficjalnie zastąpiła „Międzynarodowe Stowarzyszenie Kongo”. Od dnia 1 sierpnia 1885 roku Wolne Państwo Kongo działało jako odrębne od Belgii państwo, w unii personalnej ze swoim królem. Prywatnie kontrolował je Leopold II, chociaż nigdy osobiście go nie odwiedził.

Panowanie Leopolda w Kongu ostatecznie przyniosło niesławę z powodu okrucieństw popełnianych na miejscowej ludności. Wolne Państwo Leopolda II pozyskiwało kość słoniową, kauczuk i minerały w dorzeczu górnego Konga w celu sprzedaży na rynku światowym za pośrednictwem szeregu międzynarodowych koncesjonowanych firm, mimo że rzekomym jego celem było podniesienie poziomu życia miejscowej ludności i rozwój ekonomiczny regionu. Pod rządami Leopolda II Wolne Państwo Kongo stało się jednym z największych międzynarodowych skandali początku XX wieku. Raport brytyjskiego konsula Rogera Casementa doprowadził do aresztowania i ukarania urzędników odpowiedzialnych za zabójstwa podczas wyprawy zbierającej kauczuk w 1903 roku.

Okaleczone kongijskie dzieci; źródło: angielska Wikipedia.

Za nieprzestrzeganie limitów zbiórki kauczuku groziła kara śmierci. W międzyczasie Force Publique było zobowiązane do przedstawienia ręki swoich ofiar jako dowodu, gdy kogoś zastrzelili, ponieważ wierzono, że w przeciwnym razie użyliby amunicji (importowanej z Europy po znacznych kosztach) do polowania. W rezultacie kwoty kauczuku zostały częściowo spłacone w odciętych rękach. Czasami ręce zbierali żołnierze Force Publique, czasami same wioski. Były nawet małe wojny, w których wioski atakowały sąsiednie wioski, aby zebrać ręce, ponieważ ich limity kauczuku były zbyt nierealne, aby je wypełnić.

Teoretycznie każda prawa ręka oznaczała zabójstwo. W praktyce, aby oszczędzić amunicję, żołnierze czasami „oszukiwali”, po prostu odcinając rękę i pozostawiając ofiarę na pastwę losu. Wielu ocalałych mówiło później, że przeżyli masakrę, udając martwych, nie ruszając się nawet po odcięciu rąk i czekając, aż żołnierze odejdą, zanim poproszą o pomoc. W niektórych przypadkach żołnierz mógł skrócić okres służby, przynosząc więcej rąk niż inni żołnierze, co prowadziło do powszechnych okaleczeń i rozczłonkowania.

Zbrodnie i okrucieństwa zainspirowały literaturę i wywołały międzynarodowe oburzenie. Powieść Josepha Conrada Jądro ciemności miała w tym swój udział. Trwała debata na temat wysokiej śmiertelności w tym okresie. Najwyższe szacunki mówią, że powszechne stosowanie pracy przymusowej, tortur i morderstw, doprowadziło bezpośrednio i pośrednio do śmierci 50 % populacji. Brak dokładnych zapisów utrudniał ilościowe określenie liczby zgonów spowodowanych eksploatacją i brakiem odporności na nowe choroby wprowadzone przez kontakt z europejskimi kolonistami. Podczas wojny propagandowej dotyczącej Wolnego Państwa Kongo europejscy i amerykańscy reformatorzy ujawnili opinii publicznej okrucieństwa za pośrednictwem Stowarzyszenia Reform Kongo, założonego przez brytyjskiego konsula Rogera Casementa oraz dziennikarza, autora i polityka E. D. Morela. Aktywny w ujawnianiu działalności Wolnego Państwa Kongo był również pisarz Arthur Conan Doyle, którego książka Zbrodnia Konga była bardzo poczytna na początku XX wieku.

Leopold II zaproponował zreformowanie swojego reżimu w Wolnym Państwie Kongo, ale opinia międzynarodowa poparła jego usunięcie, a żaden naród nie był skłonny do przejęcia schedy. Belgia wydawała się być naturalnym kandydatem do aneksji tego państwa. Przez dwa lata debatowano nad tą kwestią i przeprowadzono w tej sprawie nowe wybory.

Ulegając presji międzynarodowej, parlament Belgii zaanektował Wolne Państwo Kongo i 15 listopada 1908 roku przejął jego administrację, tworząc kolonię Kongo Belgijskie. Zarządzanie nią zostało określone w Karcie Kolonialnej z 1908 roku. Pomimo skutecznego odsunięcia od władzy, międzynarodowa komisja nie pociągnęła do odpowiedzialności ani Leopolda II, który zmarł w Brukseli 17 grudnia 1909 roku, ani koncesjonowanych firm handlowych w Kongu.

Chociaż Wolne Państwo Kongo nie było kolonią belgijską, to Belgia była jego głównym beneficjentem w zakresie handlu i zatrudnienia swoich obywateli. Leopold II osobiście wzbogacił się na eksporcie kauczuku i kości słoniowej. Znaczną część zysku z tego eksportu wydano na budynki użyteczności publicznej w Brukseli, Ostendzie i Antwerpii.

Masoński twór?

Przyznam, że historia Belgii okazała się dla mnie o wiele bardziej interesująca, niż myślałem, że będzie, gdy zacząłem pisać pierwszy blog o tym państwie. Moją uwagę zwrócił obszar zwany Księże-Biskupstwo Liège. Praktycznie przez całe średniowiecze, aż do powstania państwa belgijskiego było ono niezależnym obszarem, w odróżnieniu od sąsiednich. Dlaczego tak się stało i co zadecydowało o jego wyjątkowym statusie? Feliksa Eger w książce Historia towarzystw tajnych (1904) pisze:

»Pierwsze loże masońskie powstały w Belgi w XVIII wieku. Kraj ten zostający wówczas pod panowaniem austriackim, cieszył się autonomią bardzo rozległą i wolnością opartą na katolicyzmie. Pod panowaniem Francuzów w epoce rozwoju masonerii powiększyła się liczba lóż w Belgii. Głównym ogniskiem propagandy było miasto Liège. W 1756 roku jeden z pisarzy encyklopedystów Piotr Rousseau założył w mieście tym dziennik masoński pt. „Journal Encyclopédique”. Był on w istocie odbiciem ducha encyklopedii, z tą różnicą, że traktowany w tonie spokojnym i poważnym, cel swój i zamiary otaczał grubą osłoną fałszywej pobożności. Dwaj bracia Horion piastujący w mieście Liège wysokie stanowiska, otoczyli go swą opieką; wyłączyli dziennik ten spod cenzury duchownej, wyjednali dla niego zmniejszenie opłaty pocztowej; Voltaire i przyjaciele jego popierali go całą siłą. Duchowieństwo w Liège odznaczające się nauką i cnotą, żądało zamknięcia dziennika. Po długich usiłowaniach udało mu się dokazać tego. Wtedy Rousseau postanowił wydawać podobny dziennik w Brukseli, ale Maria-Teresa nie zezwoliła na to, stosując się do rady nuncjusza i duchowieństwa w Louvain. Osiadł zatem Rousseau w Ardenach, które z kolei stały się ogniskiem propagandy. Stamtąd jak poprzednio z Liège rozchodziło się to mnóstwo dzieł bezbożnych i niemoralnych, których autorów nikt nigdy nie poznał, wydawanych niby to w Rzymie, Frankfurcie, Londynie. Liège jednak nie przestało być ogniskiem masonerii. Pod patronatem Henryka de Velbruck rozwinęło się słynne Société d’émulation (Stowarzyszenie współzawodnictwa), mające rzekomo za zadanie budzić zamiłowanie do literatury, nauk i sztuk, lecz zostając pod opieką masonerii, było raczej propagandą idei filozofów-encyklopedystów. Nic więc dziwnego, że i w Liège wytworzyła się silna partia rewolucyjna tym bardziej, że wiele lóż tego miasta złączonych było z Wielkim Wschodem Francji, jak też i masonami templariuszami Paryża.

P. Amand Neut w znakomitym zbiorze dokumentów masońskich skreślił historię Saint-Martina, księdza apostaty, któremu Napoleon powierzył niejedną misję do spełnienia w Niderlandach. Nędznik ten osiadł w Liège po roku 1815, gdzie wraz z Testem, drugim agentem Napoleona I, a następnie ministrem przedajnym Ludwika-Filipa, przetworzyli całą masonerię belgijską, która przybrała nazwę Partii Liberalnej Belgijskiej. Partia Liberalna, a przynajmniej ci, którzy byli zarazem wolnomularzami, nie chcieli bynajmniej wyrwania Belgii spod władzy Holendrów; woleli bowiem zostawać pod władzą księcia protestanckiego. Kościół katolicki doznawał też wtedy już wielkiego ucisku.

Rewolucja w roku 1830 pociągnęła większość liberalną. Katolicy, mający wielką przewagę liczebną, podlegając wpływom ducha czasu, rządzeni szlachetnością nieprzypuszczającą złej wiary w przeciwnikach, dopisali do konstytucji artykuły zapewniające nieograniczoną swobodę rozprzestrzeniania wszelkich doktryn. Lojalna tolerancja była konieczną w owej epoce, w warunkach w jakich się znajdowało społeczeństwo belgijskie, lecz nieszczęściem tolerancja ta przeszła możliwe granice, bo w konstytucji z roku 1831 nadano równe prawa prawdzie i błędom, zasiewając tym sposobem indyferentyzm religijny. Jednakże liberaliści wolnomularze nie byli z tego jeszcze zadowoleni. „Wolność dla wszystkich i we wszystkim nie jest naszą dewizą. Społeczeństwo religijne jest potężne w Belgii, obowiązkiem więc naszym jest wglądać w jego działalność i przeszkadzać jego zaborom” – Independant. Loża „Wolnomyślicieli” w Verviers postanowiła nie dopuszczać żadnego profana, który by nie dawał jawnych dowodów swej niezależności i stałości, jako też żądać od członków obietnicy niezawierania związków małżeńskich podług przepisów Kościoła. W roku 1837 otwarcie nowej loży w Gandawie zmusiło biskupów belgijskich do wydania listu pasterskiego z ostrzeżeniem i dowodami, że należący do lóż przestają być dziećmi Kościoła. Skutkiem tego listu liczba lóż się zmniejszyła, lecz pozostali członkowie wolnomularstwa większą jeszcze nienawiść powzięli do Kościoła i jawną mu już wypowiedzieli wojnę. Prezydentem Izby kasacyjnej był pan Defacqz, mistrz masonerii narodowej; nic więc dziwnego, że pousuwano z zarządu gorliwszych katolików, i na gruzach Kościoła postanowiono zaprowadzić wszechwładztwo dogmatyczne państwa, co z następstwem czasu doprowadziło do socjalizmu. Defacqz, Verhaegen, Defre, przywódcy masonerii i partii liberalnej znaleźli pomoc w Leopoldzie Sasko-Koburg-Gtajskim, który w roku 1833 został z woli monarchów europejskich królem belgijskim. Należał on do rodziny, której Weisshaupt (haupt: stojący na czele, głowa rodziny – przyp. W. L.) zapewnił poparcie towarzystw tajnych jako wynagrodzenie za dany mu przytułek. Król Leopold był sam wolnomularzem wyższych stopni, kawalerem Kadosz.«

Wygląda więc na to, że Księże-Biskupstwo Liège miało jakiś szczególny status, jeszcze zanim powstała masoneria. Skoro to jednak było biskupstwo, a więc obszar podległy Kościołowi katolickiemu, to jakim sposobem zachował autonomię wobec takich potęg jak choćby arcykatolicka Austria, której podlegały całe Niderlandy. Niby, według powyższego cytatu, duchowieństwu tego biskupstwa udało się zamknąć dziennik „Journal Encyclopédique”, ale Rousseau postanowił wydawać podobny w Brukseli, „ale Maria-Teresa nie zezwoliła na to, stosując się do rady nuncjusza i duchowieństwa w Louvain. Osiadł zatem Rousseau w Ardenach, które z kolei stały się ogniskiem propagandy”. Tylko, gdzie w Ardenach? Leżą w nich dwa większe belgijskie miasta: Namur i Verviers. Namur leży w Walonii, a Verviers w odległości 30 km na południowy-wschód od Liège, czyli w Księże-Biskupstwie Liège, z którego to niby duchowieństwo wyrzuciło Rousseau. Taka zabawa w kotka i myszkę, bo w cytacie jest mowa o Verviers jako miejscu loży masońskiej, więc zapewne tam osiadł Rousseau. Kościół niby zwalczał masonerię, ale tak, by jej krzywdy nie zrobić. Przypomina to trochę dzisiejsze zabawy, w których państwo skazuje „opozycjonistów” na kary więzienia, a później szybko ich zwalnia.

W listopadzie 1830 r. konferencja londyńska 1830 roku, czyli „kongres belgijski” (składający się z delegatów z Wielkiej Brytanii, Francji, Rosji, Prus i Austrii) zarządziła 4 listopada zawieszenie broni. Pod koniec listopada Wielka Brytania i Francja wystąpiły z propozycją: żadnej interwencji wojskowej i ustanowienie niezależnego królestwa Belgii, co zostało zaakceptowane przez pozostałych trzech bardziej konserwatywnych uczestników, którzy opowiadali się za interwencją wojskową w celu przywrócenia absolutystycznego reżimu Wilhelma I.

Wychodzi więc na to, że powstanie listopadowe wcale nie wybuchło po to, by belgijska rewolucja odniosła zwycięstwo, bo Anglia i Francja zadbały o to, by Rosja, Prusy i Austria nie użyły siły i tym samym, by belgijska rewolucja odniosła zwycięstwo. I belgijska rewolucja odniosła zwycięstwo i powstało niepodległe państwo Belgia, które niemal od razu zapragnęło być potęgą kolonialną.

I na kongresie berlińskim wszystkie europejskie monarchie zgodziły się na to, by to nie one, ale dopiero co powstałe państwo objęło w posiadanie ostanie nieskolonizowane terytoria, choć był to łakomy kąsek ze względu na kauczuk i kość słoniową, na które było w owym czasie wielkie zapotrzebowanie. Jak widać był ktoś jeszcze ponad tymi monarchiami, ktoś kto chciał, by to właśnie belgijski król stał się właścicielem obszaru, dla którego sam później wybrał nazwę. A belgijski król, jak jego ojciec, był zapewne masonem.

Okrucieństwa, jakich dopuścili się kolonizatorzy, wzburzyły ówczesną europejską opinię publiczną i całe przedsięwzięcie, które było wynikiem masońskich zabiegów, stało się dla niej niewygodne i postanowiono wyciszyć całą aferę poprzez scedowanie kolonii na państwo belgijskie. Jak wiadomo w takim przypadku winnego nie ma, w odróżnieniu od sytuacji, gdy to belgijski król był właścicielem państwa. W sumie całe odium spadło na Belgów, którzy tylko po części uczestniczyli w tym procederze, a już na pewno nie przeciętny Belg. Ale stereotyp drapieżnego i okrutnego Belga pozostał. Może to właśnie ten stereotyp chciała złagodzić Agatha Christi i stąd taki sympatyczny detektyw. A czy tak rzeczywiście było?

Dziś Belgia i Belgowie już tak się nie kojarzą, ale jest to państwo całkowicie zdominowane przez masonerię, bo to ona je stworzyła. Już w czasie Wiosny Ludów była Bruksela centrum wszelkich demokratycznych i niepodległościowych ruchów w Europie. Nie było więc dogodniejszego miejsca, by uczynić z Brukseli siedzibę władz unijnych.