Plan pokojowy

W poprzednim blogu „Rozbiór Ukrainy” przedstawiłem pogląd Davida Stockmana na sytuację na Ukrainie i pewne rozwiązanie, które zaproponował, a którego autorem jest cytowany przez niego Alexander G. Markovsky:

Terytorium Ukrainy to mozaika cudzych ziem. Jeśli chcemy zakończyć tę szaloną wojnę i zapewnić pokój w Europie, zamiast nazywać sponsorowane przez Rosję referendum we wschodniej Ukrainie fikcją, powinniśmy przeprowadzić uczciwe referendum we wszystkich spornych terytoriach pod auspicjami ONZ i pozwolić ludziom zdecydować, jakiego rządu chcą.

Ta propozycja pojawiła się 1 października na stronie Stockmana i przedrukowana została na portalu ZeroHedge. A wczoraj, czyli 3 października, Elon Musk ogłasza swoją propozycję, o czym informuje Interia: Elon Musk z planem pokojowym dla Ukrainy. Melnyk nie wytrzymał (https://wydarzenia.interia.pl/raporty/raport-ukraina-rosja/aktualnosci/news-elon-musk-z-planem-pokojowym-dla-ukrainy-melnyk-nie-wytrzyma,nId,6324646). Interia m.in. pisze:

Elon Musk zaproponował warunki pokoju pomiędzy Ukrainą a Rosją. Te miałyby opierać się o przeprowadzone pod nadzorem ONZ referendum. Multimiliarder uznał, że jeśli “taka będzie wola ludu, Rosja odejdzie”. Odniósł się także do Krymu. “Formalnie należy do Rosji. Tak jak jest od 1783 r.” – napisał Musk. Na rekcję władz w Kijowie i ukraińskich polityków nie trzeba było długo czekać.

“Pokój Ukraina-Rosja: Ponowne wybory w anektowanych regionach pod nadzorem ONZ. Rosja odchodzi, jeśli taka jest wola ludu. Krym formalnie należy do Rosji. Tak jak jest od 1783 r. (do pomyłki Chruszczowa). Zapewnione zostanie zaopatrzenie w wodę na Krym. Ukraina pozostaje neutralna” – takie “rozwiązania pokojowe” zaproponował Elon Musk na Twitterze.

Multimiliarderowi odpowiedział także doradca prezydenta Ukrainy Mychajło Podolak. “Istnieje lepszy plan pokojowy. 1. Ukraina wyzwala swoje terytoria. W tym anektowany Krym. 2. Rosja podlega demilitaryzacji i obowiązkowej denuklearyzacji, więc nie może już zagrażać innym. 3. Przestępcy wojenni zostają doprowadzeni przed trybunał międzynarodowy” – napisał Podolak.

“Plan” Muska skrytykował też były ambasador Ukrainy w Niemczech Andrij Melnyk.

Odp***l się – to moja bardzo dyplomatyczna odpowiedź” – napisał Melnyk.

Swoje propozycje pokojowe zaprezentował także przewodniczący Rady Najwyższej Ukrainy Rusłan Stefanczuk.

“Pokój Ukraina-Rosja (lepszy niż autorstwa Elona Muska): – Rosja wycofuje się z Ukrainy; – Moskwa powinna zostać sprzedana Chinom i znika z Ziemi tak jak ma to miejsce od 1147 roku (aż do pomyłki Jerzego Dołgorukiego); – Rosja płaci reparacje Ukrainie za wszystko, co zrobiła; – Ukraina odzyskuje status nuklearny” – napisał Stefanczuk.

Do wpisu Elona Muska odniósł się także ukraiński działacz społeczny Serhij Prytuła.

“Elonie, człowieku. Wygląda na to, że przegapiłeś wiele lekcji historii, koncentrując się na kosmosie i e-samochodach. Twoje propozycje brzmią jak Putina. Mam nadzieję, że tego nie chciałeś” – napisał Prytuła.

W czerwcu Rosja oświadczyła, że jest gotowa negocjować porozumienie pokojowe. Mychajło Podolak powiedział wówczas, że negocjacje z Kremlem dotyczą tylko spraw humanitarnych. Tłumaczył, że Rosja nadal utrzymuje, że “wyzwala” Ukrainę i zarzucił Rosji, że żyje w fikcyjnym świecie.

Również na Zerohedge pojawił się 3 października artykuł komentujący propozycję Muska. All Hell Breaks Loose After Musk Posts “Russia-Ukraine Peace” Twitter Poll – Rozpętało się piekło po opublikowaniu przez Muska postu na Twitterze „Pokój Rosja-Ukraina” (https://www.zerohedge.com/geopolitical/blue-checks-diplomats-bots-go-ballistic-over-elon-musks-proposed-russia-ukraine-peace). Na początku artykułu można przeczytać:

Strażnicy z niebieskim znacznikiem, dziennikarze, boty, eksperci, a nawet urzędnicy rządowi, gniewnie reagują na poniedziałkowy tweet Elona Muska, który jedynie badał możliwości pokojowego rozwiązania problemu na Ukrainie.

Strażnicy z niebieskim znacznikiem, to jak ktoś opisał: Jeśli nie wiesz, czym jest ten klub, masz szczęście, ponieważ brygada z niebieską szachownicą to grupa ludzi, którym masz wierzyć, że są ważniejsi od ciebie, o czym świadczą małe niebieskie znaczniki, które pojawiają się obok ich nazwisk na Twitterze.

A na końcu:

Bloomberg zauważył, że tweety Muska „wywołują gniew Ukraińców” za proponowanie rozwiązania, które wiązałoby się z oddaniem Krymu na zawsze, oraz za sugerowanie, że obywatele okupowanych obszarów powinni „decydować, czy chcą mieszkać w Rosji, czy na Ukrainie”.

Zaledwie poprzedniego wieczoru dziennikarz Michael Tracey zwrócił uwagę na to, co trafnie zostało przedstawione w poniedziałkowym wpisie Elona Muska na Twitterze w związku z sytuacją na Ukrainie…

„Media powinny znacznie sumienniej wykonywać swoją misję, wyjaśniając Amerykanom, że powodem, dla którego są teraz bardziej narażeni na ryzyko wybuchu wojny nuklearnej, jest to, że rząd USA **świadomie do tego dąży**” – powiedział Tracey. „Prowojenni ideologiczni fanatycy celowo narzucili im to ryzyko”.

Mamy więc tu do czynienia z pewnymi zdarzeniami, które uchylają nam rąbka tajemnicy na temat tego, jak ten świat jest zorganizowany i jak wielcy tego świata posługują się innymi w celu realizacji swoich planów. W tym wypadku posłużyli się Muskiem. Najwyraźniej zdecydowali już oni, że podział Ukrainy nastąpi. Być może nawet już postanowili w szczegółach, jaki to ma być podział. To, co teraz dzieje się, to tylko przygotowywanie opinii publicznej do rozwiązania, na które nie jest ona jeszcze przygotowana, bo wcześniej o tym nie mówiono. Ma to sprawiać wrażenie spontanicznego pomysłu, który wychodzi od ludzi nie związanych z polityką, ale potężnych i zatroskanych o losy świata i środowisko naturalne człowieka – ludzi, którzy nie kierują się politycznym wyrachowaniem. Zapewne więc nie przypadkowo Elon Musk został wybrany do odegrania tej roli.

Natomiast straszenie konfliktem nuklearnym, to tylko taki zabieg psychologiczny, szantaż, mający na celu uczynić ludzi bardziej skłonnymi do ustępstw. W blogu „Kuba” pisałem:

„W związku z obecnością amerykańskich pocisków balistycznych we Włoszech i Turcji i nieudaną inwazją w Zatoce Świń w 1961 roku, Nikita Chruszczow zgodził się na kubańską propozycję umieszczenia pocisków nuklearnych na wyspie, by zapobiec przyszłej inwazji. Podczas tajnego spotkania Chruszczowa i Castro w lipcu 1962 roku osiągnięto porozumienie i późnym latem rozpoczęła się instalacja wyrzutni rakietowych.

To doprowadziło do tzw. kryzysu kubańskiego, który miał miejsce w dniach 16-28 października 1962 roku. Po wykryciu przez wywiad USA na początku sierpnia 1962 roku dziwnych budowli na Kubie oraz nadmiernego ruchu radzieckich statków w kubańskich portach, a następnie wykryciu urządzeń i rakiet, w odpowiedzi na zagrożenia prezydent USA wprowadził blokadę morską Kuby i zażądał wycofania rakiet.

Tak to opisuje Wikipedia, ale czy to możliwe, by Rosjanie tak szybko mogli cokolwiek zdziałać na Kubie? Tajne rozmowy w lipcu, a Amerykanie już na początku sierpnia coś tam zobaczyli. Później opublikowali zdjęcia wykonane ze swojego samolotu szpiegowskiego, na których widoczne są wyrzutnie rakietowe. Francuski dziennik Le Monde początkowo zakwestionował ich autentyczność, ale zapewne przywołany do porządku wycofał się z podejrzeń.”

Kryzys kubański został zażegnany, a blokada Kuby trwa do dziś. Czy to nie oznacza, że szantaż konfliktem nuklearnym jest tylko wygodnym narzędziem w ręku rządzących, narzędziem terroru, takim samym jak wirus, a służącym do realizacji innego celu niż otwarcie deklarowany. Im nie chodzi przecież o totalne zniszczenie, tylko o zrealizowanie swoich planów.

Rozbiór Ukrainy

A więc stało się! Mamy pierwszy rozbiór Ukrainy. Pierwszy, bo wszystko wskazuje na to, że na tym się nie skończy. Świadczą o tym pewne opinie, które pojawiają się za oceanem i wprost sugerują, że jednym rozwiązaniem jest podział Ukrainy, która wedle nich jest sztucznym państwem. Na portalu ZeroHegde pojawiła się 1 października opinia Davida Stockmana, który w swoim artykule Stockman Slams Washington’s Pointless War On Behalf Of A Fake Nation – Stockman chłosta bezsensowną wojnę Waszyngtonu, prowadzoną w imieniu sztucznego narodu (https://www.zerohedge.com/geopolitical/stockman-slams-washingtons-pointless-war-behalf-fake-nation) uważa takie rozwiązanie za najbardziej rozsądne.

Autor m.in. pisze, że każde ukraińskie wybory od 1991 roku ujawniały radykalny podział na prorosyjski wschód i południe oraz antyrosyjskie i nacjonalistyczne centrum i zachód. Po rozpadzie Związku Radzieckiego Ukraina stała się terytorium, któremu należał się bardziej racjonalny podział. Nie był to jednak wynik krótkoterminowej polityki wyborczej, a efekt tworzenia sztucznego narodu przez ostatnie trzy stulecia. Przed I wojną światową nie było państwa ukraińskiego. Podobnie jak sztuczne i nietrwałe państwa Czechosłowacji i Jugosławii, które zostały stworzone przez wyrachowanych polityków, Ukraina była produktem inżynierii geopolitycznej – w tym wypadku nowych władz Związku Radzieckiego.

Historia Ukrainy zaczyna się od momentu, gdy Bohdan Chmielnicki, hetman wojsk zaporoskich, zwrócił się w 1654 roku do cara Aleksieja o włączenie państwa zaporoskiego do Rosji. Przez następne 250 lat carowie zajmowali przyległe terytoria, określając wschodnie i południowe rejony jako Noworosję, w skład której od 1783 roku wchodził Krym.

Po rewolucji bolszewickiej, w 1919 roku Lenin utworzył z części byłego Imperium Rosyjskiego Ukraińską Republikę Ludową ze stolicą w Charkowie od 1922 roku, przeniesioną w 1934 roku do Kijowa. Po rozpadzie Związku Radzieckiego, stała się ona niepodległym państwem w granicach takich, jakie jej wyznaczył, jako republice, po II wojnie światowej Stalin. Zamieszkiwało to państwo 40 milionów Rosjan, Polaków, Węgrów, Rumunów, Tatarów i inne liczne narodowości. Wszystkie zamknięte w nowo powstałym państwie, w którym nie miały ochoty mieszkać.

Rzeczywiście powód, dla którego nieszczęsne państwo „Ukraina” potrzebuje pomocy w podziale, a nie wojny o zachowanie dzieła carów i komisarzy, dobrze podsumował Alexander G. Markovsky w American Thinker:

Dzisiejsza wojna domowa na Ukrainie jest zatem znacznie zaostrzona przez fakt, że w przeciwieństwie do pluralistycznych społeczeństw, takich jak USA, Kanada, Szwajcaria i Rosja, które są tolerancyjne dla różnych kultur, religii i języków, Ukraina nie jest. Nic więc dziwnego, że pluralizm nie sprawdził się w tym przypadku. Mimo że reżim kijowski nie miał historycznych korzeni w nowym państwie, po ogłoszeniu niepodległości narzucił ukraińskie zasady i język ukraiński ludności nieukraińskiej.

W rezultacie na Krymie i wschodniej Ukrainie zawsze dominowały nastroje prorosyjskie – od uznania oficjalnego statusu języka rosyjskiego po całkowitą secesję. Zachodnia Ukraina zawsze skłaniała się ku swoim polskim, rumuńskim i węgierskim korzeniom. Polska, zdecydowanie antyrosyjska, nie może przegapić tej strategicznej okazji, by odzyskać swoją ziemię i pomścić upokorzenie wywołane przez konferencję jałtańską.

Nacisk Zachodu na utrzymanie status quo ukraińskich granic ustanowionych przez Lenina, Stalina i Hitlera obnaża rozdźwięk między doktryną strategiczną a zasadami moralnymi.

Rzeczywiście, Polacy nie ukrywają swoich ambicji. Prezydent RP Andrzej Duda powiedział niedawno: „Przez dziesięciolecia, a może, jak Bóg da, przez wieki nie będzie już granicy między naszymi krajami – Polską i Ukrainą. Nie będzie takiej granicy!”

Rumunia nie jest daleko w tyle, zwłaszcza że wielu mieszkańców dawnej północnej Bukowiny ma już rumuńskie paszporty.

Terytorium Ukrainy to mozaika cudzych ziem. Jeśli chcemy zakończyć tę szaloną wojnę i zapewnić pokój w Europie, zamiast nazywać sponsorowane przez Rosję referendum we wschodniej Ukrainie fikcją, powinniśmy przeprowadzić uczciwe referendum we wszystkich spornych terytoriach pod auspicjami ONZ i pozwolić ludziom zdecydować, jakiego rządu chcą.

Nie trzeba dodawać, kończy autor, że Waszyngton nie myśli o podziale sztucznego państwa ukraińskiego. W końcu usunęłoby to ostatni neokonserwatywny powód szerzenia Wiecznych Wojen w wielu miejscach naszej planety.

Jednym z argumentów autora, że Ukraina jest sztucznym państwem, jest fakt, że jest podzielona na dwie części, co najwyraźniej pokazują wybory na Ukrainie. No cóż, taki sam podział pokazują wybory w Polsce, która też jest podzielona na dwie części. Część zachodnia, głównie ziemie poniemieckie, zamieszkałe w większości przez przesiedlone z Kresów mniejszości narodowe, głosuje inaczej niż część wschodnia, tzw. naiwni patrioci. Czy zatem Polska jest również sztucznym państwem? Wygląda na to, że tak.

Jeśli według autora Czechosłowacja i Jugosławia zostały stworzone po I wojnie światowej przez wyrachowanych polityków, to równie dobrze można by to samo powiedzieć o II RP, która była czymś w rodzaju Jugosławii. A czy PRL nie był dziełem wyrachowanych polityków? Zabranie Niemcom ich ziem wschodnich i wypędzenie z niej miejscowej ludności i przesiedlenie na nie mniejszości ze wschodniej części II RP – czy to nie było produktem inżynierii geopolitycznej? A czy przesiedlenie do Polski 6 czy 8 milionów obywateli ukraińskich, to nie produkt inżynierii geopolitycznej?

Najwyraźniej autorzy nie odrobili dobrze lekcji z historii Ukrainy i tej części Europy, bo nie wiedzą albo udają, że nie wiedzą, że Polacy na zachodniej Ukrainie nigdy nie byli większością, ale uważają, że połączenie zachodniej Ukrainy z Polską to zadośćuczynienie za jałtańskie upokorzenia. Być może jest to dobre rozwiązanie. Tylko dla kogo? To będzie oznaczać powstanie państwa, w którym Ukraińcy będą stanowić większość, ale będzie w nim znaczny odsetek ludności polskiej. A ci Ukraińcy, to kto? Rusini czy Kozacy? Bo wygląda na to, że za całe zło, jakie się dzieje na Ukrainie odpowiadają Kozacy, a może raczej ci, którzy ich wykorzystują.

Cała analiza autora i cytowanego przez niego Aleksandra G. Markowskiego nie jest warta funta kłaków i tchnie całkowitą nieznajomością historii tego rejonu, albo celowo została tak przedstawiona, by logicznie uzasadnić proponowane rozwiązanie. Co bardzo możliwe. Ale jedno w niej jest prawdziwe i dla nas niepokojące, a mianowicie to, że oni uznają rozbiór Ukrainy i połączenie jej zachodniej części z Polską za dobre rozwiązanie.

David Stockman nie jest przypadkową osobą. Na jego stronie można o nim m.in. przeczytać:

Kariera Stockmana w Waszyngtonie rozpoczęła się w 1970 roku, kiedy pełnił funkcję specjalnego asystenta członka Izby Reprezentantów, Johna Andersona z Illinois. Od 1972 do 1975 był dyrektorem wykonawczym Konferencji Republikańskiej Izby Reprezentantów USA. Stockman został wybrany na kongresmana stanu Michigan w 1976 roku i pełnił tę funkcję do swojej rezygnacji w styczniu 1981 roku.

Następnie został dyrektorem Biura Zarządzania i Budżetu za kadencji prezydenta Ronalda Reagana, pełniąc tę funkcję od 1981 do sierpnia 1985. Stockman był najmłodszym członkiem gabinetu w XX wieku.

Po odejściu z rządu Stockman dołączył do banku inwestycyjnego Wall Street Salomon Bros. Później został jednym z pierwszych udziałowców w nowojorskiej firmie private equity The Blackstone Group. Stockman opuścił Blackstone w 1999 roku, aby założyć własny fundusz private equity z siedzibą w Greenwich w stanie Connecticut.

Mamy tu do czynienia z nie byle kim, tylko z bardzo ważną i zapewne wpływową osobistością w amerykańskim życiu politycznym, tym bardziej więc należy zwracać uwagę na takie wypowiedzi, bo to mogą być pierwsze jaskółki, które jeszcze wiosny nie czynią, ale świadczą, że ona wkrótce nadejdzie. Tym bardziej, że jego życiorys wskazuje na jego nację.

Cele

Niejednokrotnie podkreślałem w swoich blogach, że wszelkie wojny i konflikty są wywoływane sztucznie i służą tylko interesom jednej nacji. Dowodów bezpośrednich na to nie ma, ale pewne fakty i sposób uprawiania polityki przez mocarstwa może skłaniać do takich wniosków. Na portalu ZeroHedge pojawił się 7 września artykuł What Is America’s Goal For The Ukraine War? Answer: We Don’t Have One – Jaki jest cel Ameryki na wojnie na Ukrainie? Odpowiedź: nie mamy żadnego (https://www.zerohedge.com/geopolitical/what-americas-goal-ukraine-war-answer-we-dont-have-one). Jego autorem jest Daniel Davis. Zastanawia się on w nim, czy Ameryka ma cel lub strategię w wojnie na Ukrainie? Pisze on m.in.:

»W piątek sekretarz skarbu Janet Yellen ogłosiła, że G7 zgodziło się na ustalenie maksymalnej ceny na rosyjską ropę. Celem tych zabiegów jest ustalenie globalnej ceny tuż powyżej kosztu wydobycia, aby Moskwa nie osiągnęła zysku na sprzedaży ropy, ale na tyle wysoką, by nie przestała jej wydobywać. Obecny globalny popyt nie może być zaspokojony bez prawie dziewięciu milionów baryłek ropy dziennie dostarczanych przez Rosję, a gdyby Putin nagle wstrzymał wydobycie, to wynikający z tego szok podażowy mógłby spowodować, że cena ropy wzrosłaby drastycznie.

Celem ograniczenia, jak twierdzi Yellen, byłoby „zadanie poważnego ciosu rosyjskim finansom a także ograniczenie zdolności Rosji do prowadzenia niesprowokowanej wojny na Ukrainie oraz przyspieszenie kryzysu rosyjskiej gospodarki”. Zobaczymy, czy G7 będzie w stanie zrealizować swoje zamiary i opracować oraz wdrożyć ogólnoświatowy system limitów cenowych. Jednak wraz z innymi działaniami sponsorowanymi lub wspieranymi przez rząd Stanów Zjednoczonych, nie jest pewne, do czego tak naprawdę dąży Waszyngton.

7 lutego, około trzy tygodnie przed tym, jak Putin wydał rozkaz inwazji rosyjskiej armii na jej słabszego sąsiada, prezydent Biden zagroził „wprowadzeniem najsurowszych sankcji, jakie kiedykolwiek nałożono”, gdyby Rosja zdecydowała się na atak. Cztery dni później doradca ds. bezpieczeństwa narodowego Jake Sullivan wyjaśnił, że prezydent Biden „wierzy, że sankcje mają na celu odstraszenie. A żeby działały, żeby odstraszyć, muszą być ustawione w taki sposób, że jeśli Putin uderzy, to wtedy je odczuje”.

Jednak po tym, jak Putin nie przestraszył się sankcji, Biden skorygował uzasadnienie, twierdząc, że w rzeczywistości „nikt nie spodziewał się, że sankcje zadziałają”. Zamiast tego, kontynuował, sankcje miały na celu pokazanie zachodniego „rozwiązania”, które z czasem Putin poważnie odczuje. Nawet biorąc pod uwagę to nowe twierdzenie o uzasadnieniu sankcji, nie wyjaśnił, do czego miałoby doprowadzić to „rozwiązanie”.

Do tej pory żaden z czołowych przywódców Ameryki nie sprecyzował, w jaki sposób wsparcie dla Kijowa ma przynieść oczekiwane rezultaty. Nikt nie określił, jak ma wyglądać „osłabiona” Rosja, ani skąd będziemy wiedzieć, kiedy ten cel zostanie osiągnięty, ani nawet, dlaczego osłabienie Rosji jest żywotnym interesem USA, dla którego warto podjąć ogromne ryzyko. To nie są pytania akademickie, to są pytania podstawowe. Oto dlaczego:

Jeszcze przed wybuchem wojny Stany Zjednoczone nie miały wizji stanu końcowego, który chcą osiągnąć. Na przykład, jeśli celem Bidena przed 24 lutego było naprawdę powstrzymanie Rosji od rozpoczęcia wojny, powinno być jasne, ponad wszelką wątpliwość, że sama groźba sankcji nie wystarczy, aby przekonać Putina od powstrzymania się od inwazji.

Waszyngton musiałby być bardzo zaangażowany dyplomatycznie zarówno w Kijowie, jak i w Moskwie, aby wykorzystać całą potęgę USA do znalezienia sposobu do uniknięcia wojny. Nie ma dowodów na to, że USA podjęły jakikolwiek poważny wysiłek dyplomatyczny w celu zapobieżenia wojnie. Bez jasno wyartykułowanego celu nie było niczego, co wskazywałoby różnym działom Administracji, jak osiągnąć pożądany rezultat. Wynik był przewidywalny: niepowodzenie tego typu polityki.

Praktycznie jedynym celem wyrażonym przez któregokolwiek członka zespołu bezpieczeństwa narodowego Bidena od początku wojny było wspomniane wcześniej pragnienie Austina, by zobaczyć Rosję „osłabioną”. Ale jeśli Biały Dom nie wie, jak wygląda osłabiona Rosja, to skąd będzie kiedykolwiek wiedział, czy jego działania przybliżają Amerykę do tego celu? I w tym miejscu dokładnie jesteśmy.

Na Ukrainę już wiele razy wysyłano wielomiliardowe wsparcie, w tym trochę nowoczesnego i przestarzałego sprzętu, ale nie jest to spójne wyposażenie wojskowe, zapewniające ukraińskiemu wojsku skuteczne działanie. Biały Dom wprowadza wiele sankcji przeciwko Rosji, ale nie ma jasnego celu, po co je wprowadza.

Ponieważ nie wiemy, co chcemy osiągnąć, nikt nie może powiedzieć Amerykanom, ile będzie kosztował ten wysiłek, jak długo to potrwa, a nawet jak będzie wyglądał sukces. Jeśli brzmi to znajomo, to powinno tak brzmieć: jest to w zasadzie ta sama bezcelowa, niekompetentna polityka zagraniczna, którą Stany Zjednoczone prowadzą od dziesięcioleci.

  • Toczyliśmy wieloletnią wojnę w Afganistanie, której cele nigdy nie zostały sprecyzowane; nikt u władzy nawet nie określił, jak będzie wyglądał sukces, a zatem nie odniesiono żadnego zwycięstwa;
  • Rozpoczęliśmy wojnę w Iraku w 2003 roku, która prawie zakończyła się w 2011 roku, by powrócić tam ponownie w 2014 roku. Żaden prezydent nie zawracał sobie głowy wyznaczeniem osiągalnego celu wojskowego, ani nawet stwierdzeniem, co Armia ma osiągnąć, aby Amerykanie wiedzieli, kiedy operacja mogłaby się pomyślnie zakończyć. I tak to trwa do dnia dzisiejszego, ani sukcesu, ani zakończenia wojny.
  • Tak samo było w przypadku naszych działań w Syrii, Libii, Somalii, Nigrze i wielu innych miejscach w Afryce: rząd nie sprecyzował żadnych celów wojskowych, których osiągnięcie przyniosłoby korzyść naszemu krajowi i zasygnalizowało zakończenie misji.

Koszty wszystkich tych niepowodzeń dla Stanów Zjednoczonych były ogromne, a teraz tworzymy nową misję bez jasnego celu i bez możliwego do zidentyfikowania stanu końcowego. Wojna rosyjsko-ukraińska trwa już pół roku. Niebezpieczeństwo nie polega na tym, że za sześć lat nadal będziemy próbować odgadnąć cele administracji, choć ten smutny wniosek jest całkowicie możliwy, ale na tym, że ta wojna może pewnego dnia rozlać się poza granice Ukrainy i wciągnąć nas w konflikt, w którym nigdy nie powinniśmy uczestniczyć i na którym nigdy nie skorzystamy.«

Jak więc widać, autor artykułu wyraźnie daje do zrozumienia, że Ameryka nie ma jasno sprecyzowanego celu w wojnie na Ukrainie. Mało tego! Dodaje, że podobna sytuacja miała miejsce w Afganistanie oraz ma miejsce w obecnie trwających wojnach, m.in. w Syrii. Daniel Davis nie próbuje jednak wyjaśnić, jakie są tego przyczyny i czy rzeczywiście w tych amerykańskich działaniach brak celu. To, że władze nie potrafią czy nie chcą podać prawdziwego celu, nie oznacza, że go nie ma, bo idąc dalej tropem autora, wypadałoby zadać sobie pytanie, czy nie mieliśmy do czynienia z podobną sytuacją w Wietnamie i jeszcze wcześniej w Korei?

Cel oczywiście jest – i zawsze ten sam. Stany Zjednoczone, jako projekt masoński, od początku powstania służą narodowi wybranemu jako narzędzie do terroryzowania reszty świata, do skłócania narodów, do siania wśród nich nienawiści i do wzajemnego wyniszczania się w wojnach i konfliktach zbrojnych, sprowokowanych przez ten twór. W blogu „Novus ordo” pisałem:

Dalekowzroczni założyciele Stanów Zjednoczonych spojrzeli zarówno w przeszłość, jak i w przyszłość, zdając sobie sprawę z tego, że ich działania będą miały długotrwałe konsekwencje dla przyszłych pokoleń.

W styczniu 1776 roku Thomas Paine zainspirował Kolonie wizją nowej ery amerykańskiej. W Common Sense napisał: „Sprawa Ameryki jest w dużej mierze sprawą całej ludzkości… To nie jest sprawa dnia, roku czy wieku; potomność jest praktycznie zaangażowana w to wyzwanie i w mniejszym lub większym stopniu odczuje skutki naszego obecnego działania, które będą trwały nawet do końca świata (even to the end of time)”.

Ile trzeba wysiłku, by ten cel ukryć? Wszelkie media są w to zaangażowane, tysiące analityków, ekspertów od geopolityki, historyków, socjologów i kto tam jeszcze – wszyscy oni tłumaczą nam „zawiłości” polityki międzynarodowej. Świat zmierza w kierunku wielobiegunowości, mówią nam, jakby to było czymś nowym. Tak przecież było, gdy Imperium Brytyjskie (jednobiegunowość) chyliło się ku upadkowi. To czas I i II wojny światowej. Później przyszła dwubiegunowość, a po niej znowu jednobiegunowość. A teraz ma wrócić wielobiegunowość. I co z tego? Cały czas na wierzchu ta sama nacja: Alles für Juden.

Więzień c.d.

W poniedziałek 29 sierpnia pojawiła się na Interii informacja o zatrzymaniu przez policję Wojciecha Olszańskiego. Pojawiła się ona nie tylko na Interii, ale na wielu głównych portalach informacyjnych. Prawie że była to informacja dnia. W artykule Prorosyjski streamer Wojciech O., pseudonim “Jaszczur”, zatrzymany przez policję (https://wydarzenia.interia.pl/kraj/news-prorosyjski-streamer-wojciech-o-pseudonim-jaszczur-zatrzyman,nId,6250998) Interia pisze:

»Policja zatrzymała 62-letniego Wojciecha O., znanego w sieci prorosyjskiego streamera, antysemitę i antyszczepionkowca. Z kolei Sąd Rejonowy w Ostródzie nie uwzględnił wniosku prokuratury o tymczasowe aresztowanie mężczyzny.

O zatrzymaniu Wojciecha O. w “jednym z lokali gastronomicznych” poinformował Ośrodek Monitorowania Zachowań Rasistowskich i Ksenofobicznych. Informację tę potwierdziła Polskiej Agencji Prasowej ostródzka policja. Do zatrzymania doszło w niedzielę po południu w okolicach Grunwaldu

LIDER PROROSYJSKICH FASZYSTÓW WOJCIECH OLSZAŃSKI ZATRZYMANY

Uzbrojona jednostka policji zatrzymała Wojciecha Olszańskiego. Lider prorosyjskich faszystów został wyciągnięty z gospody, gdzie naradzał się i prowadził spotkanie liderów bojówek faszystowskich z całego kraju.

Przedstawiono mu zarzut publicznego nawoływania do waśni na tle narodowościowym i znieważenia członków narodu żydowskiego z powodu przynależności narodowościowej – poinformował rzecznik Prokuratury Okręgowej w Elblągu Sławomir Karmowski.

Do takich publicznych wypowiedzi Wojciecha O. miało dojść podczas odbywającego się w miniony weekend na Polach Grunwaldzkich tzw. zlotu Kamractwa. Rzecznik prokuratury przekazał, że podczas przesłuchania podejrzany nie przyznał się do zarzucanych mu czynów i odmówił składania wyjaśnień.

Sąd nie uwzględnił wniosku o areszt

Ponieważ jest to dochodzenie, zarzuty przedstawiła policja, a akta sprawy trafiły w poniedziałek do Prokuratury Rejonowej w Ostródzie, która po zapoznaniu się z nimi wystąpiła do sądu z wnioskiem o tymczasowe aresztowanie podejrzanego na trzy miesiące.

Sąd nie uwzględnił tego wniosku i zastosował wobec Wojciecha O. dozór policji. Postanowienie jest nieprawomocne i prokuratura prawdopodobnie będzie składać zażalenie.

Prorosyjski antysemita

Wojciech O., posługujący się pseudonimami “Jaszczur” i “Aleksander Jabłonowski”, z zawodu jest aktorem. Występował w teatrze i filmach pełnometrażowych m.in. w “Quo Vadis”. 

“Jaszczur” głosi w sieci poparcie dla Rosji Władimira Putina i białoruskiego reżimu Alaksandra Łukaszenki, przekonywał, że pandemia koronawirusa nie istnieje, jest również antyszczepionkowcem, antysemitą, a za największego wroga Polski uważa Stany Zjednoczone.

Miał grozić śmiercią posłom i dziennikarzom

To nie pierwsze kłopoty Wojciecha O. z prawem. Przed bydgoskim sądem odpowiada za grożenie śmiercią posłom i dziennikarzom domagającym się obowiązkowych szczepień przeciw COVID-19. 

Niezależnie O. usłyszał również zarzuty dotyczące napaści, czy publicznego nawoływania do nienawiści na tle różnic narodowościowych. 11 listopada 2021 r. uczestniczył w spaleniu Statutu Kaliskiego – przywileju tolerancyjnego dla Żydów, wydanego przez księcia kaliskiego Bolesława Pobożnego w 1264 r.«

Jak wspomniałem na początku, informacja ta pojawiła się w wielu ogólnopolskich serwisach informacyjnych, co skłania do wniosku, że trwa lansowanie Wojciecha Olszańskiego i jego środowiska. Przed spaleniem Statutu kaliskiego prawie nikt o nim nie słyszał, a teraz jego zatrzymanie staje się niemal wydarzeniem dnia. Taka darmowa reklama. Tylko człowiek systemu, udający antysystemowca, może być nią obdarowany.

Interia nazywa Olszańskiego prorosyjskim faszystą i jest on faktycznie prorosyjski, ale jest również wyznawcą idei panslawizmu, a więc idei sprzecznej z ideą narodową, którą propaguje, bo idea narodowa polega na ochronie tożsamości własnego narodu, a więc tego wszystkiego, co go odróżnia od innych narodów. Popularyzuje on również postać Bolesława Piaseckiego, jednego z twórców Ruchu Narodowo-Radykalnego „Falanga”. Jest również apologetą PRL-u, co akurat nie dziwi, bo ustrój PRL-u to narodowy socjalizm.

Czy Olszański jest faszystą? Nie! Jest narodowym socjalistą. Faszyzm najkrócej można scharakteryzować tak, jak zrobił to sam Mussolini: „wszystko w państwie, nic poza państwem, nic przeciwko państwu”. Z kolei nazizm, czyli narodowy socjalizm, odwołuje się do narodu i wiary w rasowe posłannictwo narodu niemieckiego. Tak więc w faszyzmie mamy do czynienia z kultem państwa, w nazizmie – z kultem narodu. I to właśnie z tym kultem mamy do czynienia w przypadku Olszańskiego.

Adolf Hitler przemawiający podczas wiecu w 1933 roku w Norymberdze; źródło: Wikipedia.

W ostatnią niedzielę sierpnia miał miejsce na Polach Grunwaldzkich parteitag, czyli zjazd partii tzw. kamratów. Jego przebieg można obejrzeć na kanale Centrum Edukacyjne Polska. W swojej symbolice, rekwizytach, organizacji przypomina on te nazistowskie parteitagi z Norymbergi, oczywiście przy zachowaniu wszelkich proporcji, ale jest wódz, który przemawia do zgromadzonych na świeżym powietrzu członków partii i jest tak samo ekspresyjny, jak ten, na którym się wzoruje. W końcu jest aktorem i nawet, według mnie, bardzo dobrym aktorem.

Wśród tych kamratów dominuje też wilcza symbolika i wilcze ich zawycia, które imitują wycie wilków. Dziwne, bo to kojarzy się raczej z Ukraińcami i ich zwyczajami. Adolf Nowaczyński w książce Mocarstwo anonimowe (1921) cytuje Czesława J. Słobodę (Z korespondencji w filosemickiej „Gazecie Polskiej”. Rok 1919):

„Dodać do tego zespolenie się dusz ukraińskich i żydowskich w nienawiści do Polaków. Żydzi buczaccy, wyrażając swe sympatie Ukraińcom, zbierają 20 milionów w złocie na prowadzenie walki z Polakami. W sokole polskim urządzają syjoniści demonstracyjne mityngi, kończące się okrzykiem Nieder mit den Polen, hoch Ukraina (Precz z Polakami, górą Ukraina). Stowarzyszenia żydowskie kulturalne na kresach wykluczają język polski.”

Olszański jest również radykalnie antysemicki, co może wzbudzać, jak w wielu tego typu przypadkach, podejrzenia co do autentyczności tego antysemityzmu, bo może być zupełnie odwrotnie. We wspomnianej wyżej książce Nowaczyński cytuje też Adama Skierskiego, który w 1919 roku pisał:

»Otóż jest faktem, że żydzi, w krajach „diaspory” wkręcili się do wszystkich organizacji społecznych i politycznych, które mogą dążyć do jakiejkolwiek akcji. Wystarczy powiedzieć, że są nawet żydzi… antysemici! A są nimi po to, aby kontrolować i kanalizować ruch, zasadniczo skierowany przeciwko sobie. Natomiast nieżydzi tj. „goje”, nie są przyjmowani do żadnej organizacji żydowskiej. Kiedy żydzi codziennie zmieniają religię i „nawracają” się na katolicyzm, odwrotny proces jest dla katolika praktycznie niemożliwy.

W rezultacie żydzi posiadają kompletne informacje o wszystkich organizacjach nie-żydowskich, ale goje wiedzą o organizacjach żydowskich to tylko, co żydzi sami chcą podać do ich wiadomości. Łatwo jest zrozumieć skutki takiego stanu rzeczy w polityce. Wszelka akcja polityczna, aby mieć szanse powodzenia, musi się opierać na głębokiej znajomości wszystkich czynników politycznych, działających na danym terenie. Otóż, niestety, mało spotyka się polityków w społeczeństwach nie-żydowskich, którzy zdają sobie sprawę z tego, że w ciągu XIX wieku żydzi, dzięki swej emancypacji, stali się poważnym czynnikiem politycznym we wszystkich krajach „diaspory” i są dziś prawdziwym „Mocarstwem Anonimowym”. A jednak prawie zawsze nie są brani w rachubę, jako czynnik polityczny. Nic więc dziwnego, że rachuby te często swych autorów zawodzą!«

Olszański, pomimo że tworzy organizację paramilitarną z ciągotkami do terroryzmu, chce stworzyć partię polityczną i wziąć udział w wyborach. Chce zdobyć władzę na drodze demokratycznej, tak samo jak Hitler. Ja chciałbym tylko przypomnieć, że NSDAP w wyborach nigdy nie przekroczyła 37%. To był jej najlepszy wynik. Jeśli więc Hitler doszedł do władzy, to na zasadzie gierek ówczesnej elity politycznej Niemiec, która liczyła na to, że będzie on całkowicie uzależnioną od niej marionetką. Stało się jednak inaczej. A może raczej stało się tak, jak to zostało wyreżyserowane. A jaki scenariusz napisano Olszańskiemu? Pewnie za jakiś czas się przekonamy.

Wrzesień

1 września kojarzy się nie tylko z rozpoczęciem nowego roku szkolnego, ale również z agresją niemiecką na Polskę w 1939 roku. I jak co roku pojawiają się w tym czasie różnego rodzaju artykuły prasowe, internetowe, programy telewizyjne, jakieś uroczystości itp. Ja otrzymałem maila od Stowarzyszenia Marszu Niepodległości, pod którym podpisał się Robert Bąkiewicz. Pisze on m.in.:

„83 lata temu we wczesnych godzinach rannych 1 września 1939 r. bez wypowiedzenia wojny Niemcy zaatakowały nasz kraj, dając początek wyjątkowemu w swej brutalności konfliktowi, który przerodził się w kolejną wojnę światową. Osamotniona i opuszczona przez sojuszników Polska, walcząca od 17 września z jeszcze drugim napastnikiem, opierała się nawale do początku października. Mimo przegranej kampanii, władze Rzeczypospolitej nigdy nie podpisały aktu kapitulacji. Walkę kontynuowały odtworzone za granicą jednostki Wojska Polskiego i stale rosnące szeregi organizacji podziemnych.”

Dlaczego napisał „we wczesnych godzinach rannych”, a nie o 4.45? Czyżby przypominanie o dokładnej dacie rozpoczęcia agresji było niewygodne? O tej samej godzinie czasu polskiego, czyli o 5.45 ukraińskiego, Rosja zaatakowała Ukrainę i tak jak Niemcy zaatakowali Polskę z trzech stron, tak i Rosjanie weszli na Ukrainę z trzech stron.

Władze Rzeczypospolitej nie podpisały aktu kapitulacji, bo uciekły za granicę, a poza tym, gdyby go podpisały, to nie było by partyzantki walczącej z Niemcami w interesie Anglii i Związku Radzieckiego. Jedyne podbite państwo, które tak bardzo zaangażowało się w walkę z Niemcami i jedyne, które doświadczyło takich zmian terytorialnych i masowych przesiedleń po zakończeniu tej wojny. Dziś jest Polska jedynym takim państwem w Europie, które tak bardzo angażuje się w wojnę na Ukrainie. Czy skala zmian jej dotyczących, po zakończeniu tej wojny, będzie podobna to tych dokonanych po II wojnie światowej? Przesiedlenia już mamy.

W dalszej części pisze on:

„Od samego początku stało się jasne, że agresor prowadził wojnę z pogwałceniem konwencji międzynarodowych i zupełną pogardą dla prawa. Praktyki niemieckie w kampanii wrześniowej były złowieszczą zapowiedzią losu, jaki przeznaczono ludności podbijanych ziem. Było to w pełni zgodne z ostatnim przed atakiem rozkazem Adolfa Hitlera, w którym znalazły się jego słowa ”Bądźcie bez litości, bądźcie brutalni, nasza przewaga daje nam wszystkie prawa”. Jako ich rozwinięcie można potraktować cytat z tajnej instrukcji dla niemieckich mediów masowych z 24 października 1939 roku: „Dla wszystkich w Niemczech, aż do ostatniej dziewki od krów, musi się stać jasne, że polskość równa się podczłowieczeństwu. Polacy, Żydzi i Cyganie znajdują się na tym samym szczeblu ludzkiej niepełnowartościowości. Gdyby tego rodzaju tenor zniknął z niemieckiej prasy, a wobec polactwa znalazła zastosowanie zasada tolerancji, to w ciągu niewielu lat zostalibyśmy przez polactwo rasowo podminowani, co dla niemczyzny stanowiłoby niezwykle duże niebezpieczeństwo. Nie ma więc powodu, aby publikować głębsze rozważania i artykuły o braku kultury w Polsce i o polskim podczłowieczeństwie. Wystarczy, jeśli taki lejtmotyw będzie pobrzmiewać w sposób hasłowy i pojawiać się incydentalnie w postaci pojęć «polska gospodarka», «polski upadek» i podobnych. Należy to czynić tak długo, aż każdy obywatel Niemiec będzie miał zakodowane w podświadomości, że każdego Polaka – obojętne czy to robotnika rolnego czy intelektualistę – należy traktować jak robactwo”.”

To, co zwróciło moją uwagę w tym fragmencie, to słowo „polactwo”. A więc Ziemkiewicz nie był oryginalny. A może nawet zaczerpnął z tego samego źródła. Instrukcja dla niemieckich mediów, to klasyczna nazistowska propaganda mająca na celu wzbudzenie nienawiści Niemców do Polaków i Polaków do Niemców. Kto tymi mediami kierował i był odpowiedzialny za ich propagandę, tego chyba nie muszę dodawać. Skłócanie narodów i podżeganie do wzajemnej nienawiści, to zawsze była i jest żydowska specjalność.

Dalej pisze:

„Spośród strat, jakie poniosła Polska w okresie wojny, najbardziej bolesne były straty ludzkie, oceniane na ok. 6 mln obywateli. Bezpośrednie działania militarne i jeszcze bardziej okupacja doprowadziły do niepowetowanych ubytków. Wskaźnik zniszczeń na 1 mieszkańca był w Polsce najwyższy na świecie. Polityka rabunkowa przyczyniła się do ogromnej eksploatacji krajowych zasobów, dochodu społecznego i majątku narodowego. Do tej pory nie została ostatecznie załatwiona sprawa zwrotu zagrabionych i zniszczonych w czasie wojny dzieł sztuki i dóbr kultury. Przez wiele lat oba państwa niemieckie (RFN i NRD) stanowczo odmawiały jakichkolwiek rozmów na temat odszkodowań indywidualnych dla poszkodowanych obywateli, pomimo tego, że uregulowano roszczenia obywateli państw zachodnioeuropejskich i Izraela. Przemilczana została odpowiedzialność za planowe zniszczenie Warszawy i wielu innych miejscowości oraz za krzywdy i utratę mienia ofiar przymusowych wysiedleń. Pomimo partyjnych zmian u steru władzy kolejne gabinety w Berlinie akceptują słowa wieloletniego rzecznika rządu Steffana Seiberta, który we wrześniu 2017 r. oznajmił, że „Nie ma absolutnie żadnego powodu, aby rząd federalny wątpił w skuteczność zrzeczenia się reparacji z 1953 r. zgodnie z prawem międzynarodowym”. Chodzi tu o zrzeczenie się reparacji wojennych polskich komunistów wobec NRD. Nawet gdyby uznać ten akt nie w pełni suwerennego państwa pod kuratelą sowiecką za mający moc prawną, nie dotyczy to RFN, z którą ówczesna Polska nie utrzymywała stosunków dyplomatycznych.

Jak co roku, w rocznicę rozpętania II wojny światowej, Stowarzyszenie Marsz Niepodległości, Roty Marszu Niepodległości oraz Straż Narodowa organizują pikietę pod ambasadą Republiki Federalnej Niemiec, na którą serdecznie Państwa zapraszam. Nasze zgromadzenie ma za zadanie nagłaśniać wciąż nieuregulowany temat niemieckiej odpowiedzialności i konieczność wypłaty reparacji wojennych dla Polski. Jest to szczególnie ważne w tym momencie dziejowym, gdy podejmowane są próby odwrócenia roli katów i ofiar oraz wykrzywienia prawdy historycznej. W czwartek 1 września spotkamy się o godz. 18.00 na ul. Jazdów 12/2.”

Można oczywiście domagać się od Niemiec odszkodowania za straty poniesione podczas II wojny światowej, ale trzeba też wziąć pod uwagę fakt, że Niemcy mogą odbić piłeczkę i zażądać odszkodowania za ziemie utracone na wschodzie na rzecz Polski. A poza tym, jeśli słabszy będzie domagał się od silniejszego, to może się tylko domagać. Jest więc to postawa typowo antypolska, zaprogramowana na jątrzenie w relacjach polsko-niemieckich. Jest to tym bardziej groźnie, że „polski rząd” naraził się Rosji poprzez popierane Ukrainy. Taka postawa tych „narodowców” i „rządu polskiego”, to prowokowanie drugiego układu Ribbentrop-Mołotow. I jakoś dziwnie ci „narodowcy” nie widzą słonia w składzie porcelany, czyli milionów Ukraińców w Polsce i wyraźnego już dążenia „rządu polskiego” do zastępowania Polaków Ukraińcami, do zbudowania nowego społeczeństwa, w którym Polacy będą zupełnym marginesem.

Zatem każda rocznica jest dobra, by jątrzyć. A powinna to być okazja do pewnej refleksji nad tym, co się wtedy zdarzyło i dlaczego tak się zdarzyło. Można oczywiście snuć różnego rodzaju dywagacje na temat błędów rządu, dyplomacji i generalicji, ale to droga donikąd, fałszywy trop. Nie było żadnych błędów, wszystko realizowano zgodnie z instrukcjami nieznanych przełożonych. Mówiąc wprost – robiono wszystko, by tę wojnę przegrać.

Polska ogłosiła mobilizację powszechną 30 sierpnia, ale pod naciskiem sojuszników odwołała ją i ogłosiła ponownie 31 sierpnia. Odroczenie mobilizacji spowodowało trudny do opanowania chaos: 1 września oddziały osiągnęły zaledwie 70% gotowości bojowej.

Gdy się spojrzy na przedwojenną granicę polsko-niemiecką, to rzuca się w oczy jej wyjątkowo niekorzystny dla Polski przebieg. Umożliwiał on zaatakowanie Polski z trzech stron: od zachodu, północy i południa. Jeśli dodamy do tego przewagę militarną i gospodarczą Niemiec, to jedyną rozsądną decyzją było by niepodejmowanie jakiejkolwiek walki z Niemcami, czyli poddanie się.

Ktoś może powiedzieć, że rząd miał gwarancje Anglii i Francji, że na wypadek niemieckiego ataku kraje te pomogą i zaatakują Niemcy od tyłu i dlatego podjął decyzję o zbrojnym oporze. Skąd rząd mógł wiedzieć, że nie zaatakują? Ano stąd, że w takich układach silniejszy tylko mówi, że pomoże. Mógł też wiedzieć i wiedział, że rok wcześniej, gdy Niemcy zajęły Czechy, Czechosłowacja miała gwarancje Francji i Związku Radzieckiego, z tym że Związek Radziecki zastrzegł, że pomoże, gdy Francja pierwsza zaatakuje Niemcy. Francja tego nie zrobiła, to i Związek Radziecki miał wymówkę. I tak „wśród serdecznych przyjaciół (Francja, Związek Radziecki) psy zająca (Czechosłowację) zjadły”.

4 października 1938 roku wiceminister spraw zagranicznych ZSRR mówi francuskiemu ambasadorowi w Moskwie, że nie widzi innego wyjścia, aniżeli czwarty rozbiór Polski, a w niecałe dwa miesiące później rząd radziecki potwierdza ważność paktu o nieagresji z 1932 roku. Podobnie wypowiada się 2 czerwca 1939 roku ambasador radziecki w Polsce. Tak działa układanie się z potężniejszymi.

W kwietniu 1939 roku sztaby francuski i angielski ustaliły, że los Polski będzie zależał nie od wyników początkowych zmagań, lecz od ostatecznego rezultatu wojny. W sierpniu 1939 roku, w czasie pertraktacji w Moskwie, francuscy sojusznicy zgodzili się na wkroczenie na terytorium Polski Armii Czerwonej. A czemu mieli się nie zgodzić? Zgodzili się wcześniej na zajęcie Czech i Moraw przez Hitlera. Byli konsekwentni.

W 1939 roku Władysław Studnicki, niemający zaplecza politycznego, napisał broszurę pt. „Wobec nadchodzącej drugiej wojny światowej”, która krytykowała ewentualne zawarcie paktu sojuszniczego z Wielką Brytanią. Argumentował, że Londyn zamierza wciągnąć ZSRR do koalicji, za co Anglia może „zapłacić” mu wschodnimi województwami Polski. Broszura ta, wydana jeszcze w czerwcu 1939 roku, została skonfiskowana przez rząd polski. Słuszność tez postawionych przez Studnickiego odnośnie polsko-brytyjskiego sojuszu potwierdził jednak rozwój późniejszych wydarzeń.

W trakcie kampanii wrześniowej też nie popełniono żadnych błędów. Dowództwo wojskowe, zdominowane przez masonów, tak prowadziło działania, by odnosić klęski, nawet tam, gdzie była szansa na zwycięstwo, jak np. w bitwie nad Bzurą.

Po zamachu majowym w 1926 roku była już inna Polska. W administracji państwowej, w dyplomacji i w wojsku pojawiają się ludzie Piłsudskiego. Wielu z nich to masoni. Czy można zatem dziwić się, że zachowywali się tak, jak się zachowywali. Bliżej im było do masonerii i jej celów niż do państwa i narodu polskiego. To musiało „zaowocować” w tym tragicznym wrześniu.

Takich przykładów, że ta wojna, i nie tylko ta, miała już wcześniej przygotowany scenariusz, jest więcej na blogach 1 września i 17 września. Po co więc są te wojny? Rabbi Reiehhorn, w mowie wygłoszonej w Pradze w 1869 roku nad trumną rabina ben Jehudy, powiedział: Pchać będziemy chrześcijan do wojen, wyzyskując ich pychę i ich głupotę. Wyginą i zostawią miejsca wolne dla naszych.

Warto o tym wiedzieć z okazji zbliżającej się rocznicy agresji niemieckiej na Polskę, ale też warto wiedzieć, że obecnie trwająca wojna na Ukrainie również ma z góry przygotowany scenariusz i zmiany po niej mogą być równie brzemienne w skutkach, jak te, których dokonano po II wojnie światowej.

Polskość

W poprzednim blogu wspomniałem o cytacie Tuska, że „polskość to nienormalność”. Sam Tusk, zapytany kiedyś na jednym ze spotkań z wyborcami, powiedział, że to cytat z listu Józefa Piłsudskiego, że „polskość wydaje mu się czasami nienormalnością”. Powołał się również na swój artykuł, w którym wyjaśniał, dlaczego uważa polskość za nienormalność. Poniżej pełny jego tekst.

Donald Tusk Polak rozłamany, miesięcznik „ZNAK”, listopad 1987:

»Polskość jako zadany temat… Wydawałoby się: tylko usiąść i pisać. A tu pustka, tylko gdzieś w oddali przetaczają się husarie i ułani, powstańcy i marszałkowie, majaczą Dzikie Pola i Jasna Góra, dziejowe misje, polskie miesiące, zwycięstwa i klęski. Zwycięstwa?

Jak wyzwolić się z tych stereotypów, które towarzyszą nam niemal od urodzenia, wzmacniane literaturą, historią, powszechnymi resentymentami? Co pozostanie z polskości, gdy odejmiemy od niej cały ten wzniosło-ponuro-śmieszny teatr niespełnionych marzeń i nieuzasadnionych rojeń?

Polskość to nienormalność – takie skojarzenie narzuca mi się z bolesną uporczywością, kiedy tylko dotykam tego niechcianego tematu. Polskość wywołuje u mnie niezmiennie odruch buntu: historia, geografia, pech dziejowy i Bóg wie co jeszcze wrzuciły na moje bark brzemię, którego nie mam specjalnej ochoty dźwigać, a zrzucić nie potrafię (nie chcę mimo wszystko?), wypaliły znamię; i każą je z dumą obnosić. Więc staję się nienormalny, wypełniony do granic polskością, i tam, gdzie inni mówią człowiek, ja mówię Polak; gdzie inni mówią kultura, cywilizacja i pieniądz, ja krzyczę; Bóg, Honor i Ojczyzna (wszystko koniecznie dużą literą); kiedy inni budują, kochają się i umierają, my walczymy, powstajemy i giniemy. I tylko w krótkich chwilach przerwy rozważamy nasz narodowy etos odrobinę krytyczniej, czytamy Brzozowskiego i Gombrowicza, stajemy się normalniejsi.

Jest jakiś tragiczny rozziew w polskości – między wyobrażeniem a spełnieniem, planem a realizacją. Jest ona etosem pechowców, etosem przegranych i zarazem niepogodzonych ze swą przegraną. Wolność jest w nim wartością najwyższą -[—-] [wycięte przez cenzurę – Ustawa z dnia 31 VII 1981 r. o kontroli publikacji i widowisk, art. 2 pkt 6 (Dz. U. nr 20 poz. 99, zm.: 1983 Dz. U. nr 44 poz. 204)] porywa się na czyny wielkie z mizernym zwykle skutkiem. Polskość w rzeczy samej jest nieadekwatną do ponurej rzeczywistości projekcją naszych zbiorowych kompleksów. Piękniejsza od Polski jest ucieczką od Polski tej na ziemi, konkretnej, przegranej, brudnej i biednej. I dlatego tak często nas ogłupia, zaślepia prowadzi w krainę mitu. Sama jest mitem.

Tak, polskość kojarzy się z przegraną, z pechem, z nawałnicami. I trudno, by było inaczej. „Czym jest nasze życie? – pisał Andrzej Bobkowski w Szkicach piórkiem (ile w nich trafnych uwag o polskości!). – Nawijaniem na kawałek tekturki krótkich kawałków nitki bez możności powiązania ich ze sobą. Gdzie mam szukać metryki urodzenia mojego dziadka? Gdzie odnaleźć ślad prababki? Do czego przyczepić cofającą się wstecz myśl? Do niczego – do opowiadań, prawie do legend tego kraju, który wynajął sobie w Europie pokój przechodni i przez dziesięć wieków usiłuje urządzić się w nim z wszelkimi wygodami i ze złudzeniem pokoju z osobnym wejściem, wyczerpując całą swą energię w kłótniach i walkach z przechodzącymi. Jak myśleć o urządzeniu tego pokoju ładnymi meblami, bibelotami, serwantkami, gdy błocą ciągłe podłogę, rozbijają i obtłukują przedmioty? To nie jest życie, to ciągła tymczasowość życia motyla i dlatego w charakterze naszym jest może tyle cech przypominających tego owada. Jakim cudem mamy być mrówkami?…”

Gdy spisuję te luźne uwagi, czuję w każdym momencie, że coś umyka, że z wielkim trudem formułuję nawet banalne myśli. Refleksja zniekształcona jest nastrojem, emocją, a i te są zmienne. Bo choć polskość wywołuje skojarzenia kreślone przez historię, jest ona także przecież dzianiem się, jest niepewnym spojrzeniem w przyszłość. I szarpię się między goryczą i wzruszeniem, dumą i zażenowaniem. Wtedy sądzę — tak po polsku, patetycznie – że polskość, niezależnie od uciążliwego dziedzictwa i tragicznych skojarzeń, pozostaje naszym wspólnym świadomym wyborem.«

Tak zdefiniowana przez Tuska polskość jest nienormalnością, ale nienormalnością czyją? Grupy ludzi, którzy poprzez swoje postępowanie tworzyli taki wizerunek Polaka, czy tych, którzy nam wmawiają, że tak jest? Jedni i drudzy to margines. Można by go więc zapytać, a co ma z tym wspólnego jego i nie tylko jego współczesny wyborca? To, o czym on pisał, to historia, na którą obecnie żyjący Polacy nie mieli żadnego wpływu. Nie mieli też wpływu ich przodkowie, bo obecne polskie społeczeństwo ma w dużym stopniu chłopskie korzenie. A to, że karmi się nas w programach szkolnych, w literaturze, w filmach, w sztuce tym wystruganym z patyka obrazem Polaka, to inna sprawa. Wszystkie te „polskie” powstania wywoływali Żydzi, ale o tym ani Tusk, ani nikt inny nie odważy się powiedzieć, bo wie, czym to grozi. Nikt też nie powie, jaki procent społeczeństwa brał udział w tych powstaniach. Jeśli w powstaniu warszawskim wzięło udział 40 czy 50 tys. powstańców, to jaki to był procent ówczesnego społeczeństwa? Tak więc prawie wszyscy warszawiacy byli przeciwko powstaniu, a nam się robi z tego tradycję narodową i gloryfikuje wariatów. A wmawianie współczesnym Polakom, że są nienormalni albo przynajmniej, że wywodzą się z nienormalnego narodu, to żydowska specjalność. W ich rękach jest cała propaganda, mogą więc pisać i mówić wszystko, co im ślina na język przyniesie, bezpośrednio lub przez swoich usłużnych szabesgojów.

Jednak zdefiniowanie polskości wcale nie jest takie proste. W okresie I RP szlachta, która uważała się za naród, twierdziła, że wywodzi się od Sarmatów. Może więc sarmackość to nienormalność? Chłopi nie byli wówczas narodem, bo byli niewolnikami. Gdy więc w drugiej połowie XIX wieku warstwa szlachecka straciła na znaczeniu, nie tyko z powodu powstań, ale też ze względu na pojawienie się w Europie taniego zboża z Ameryki, to pojawił się problem – zabrakło narodu polskiego (tego szlacheckiego), który można by było obarczyć winą za wszelkie zło. Trzeba było go stworzyć od nowa. Ale z kogo? Inteligencją polską byli już Żydzi, mieszczaństwo to Niemcy i Żydzi, pozostali więc tylko chłopi. I wymyślili Żydzi ruch narodowy.

Twórcami ideologii narodowej byli Zygmunt Balicki i Jan Ludwik Popławski, obaj Żydzi. Wzięli sobie do pomocy Dmowskiego, który napisał parę książek, w których opisał, czym jest ruch narodowy, jakie ma cele i do czego dąży. Te książki były chyba pisane na zamówienie, bo jest w nich, w moim odczuciu, jakaś sztuczność, tak jakby były pisane na siłę. Ich styl mocno kontrastuje z tym, w jakim pisał Dmowski pod koniec życia, jak choćby w Przewrocie popowstaniowym.

Ideologia Narodowej Demokracji tworzyła się pod wpływem pozytywizmu i początkowo miała charakter agnostyczny. Katolicyzm szanowano jako „instytucję narodową”, ale podporządkowywano interesowi narodowemu (koncepcja „etyki narodowej” Zygmunta Balickiego). Stopniowo postępowało jednak zbliżanie endecji do katolicyzmu, czego zwieńczeniem była publikacja R. Dmowskiego Kościół, Naród i Państwo, w której stwierdził, że „Katolicyzm nie jest dodatkiem do polskości, zabarwieniem jej na pewien sposób, ale tkwi w jej istocie, w znacznej mierze stanowi jej istotę”. – Wikipedia.

Mamy więc tu drugą definicję polskości, tym razem w wykonaniu Dmowskiego: Katolicyzm nie jest dodatkiem do polskości, zabarwieniem jej na pewien sposób, ale tkwi w jej istocie, w znacznej mierze stanowi jej istotę. Definicja polskości zapewne stworzona na żydowskie zamówienie, bo katolicyzm, to jedyne, co łączyło chłopów. Dmowski całe życie był agnostykiem, dopiero na krótko przed śmiercią przyjął chrzest. Doskonała definicja, która wpisywała się w ideologię endecji, w której doktryna asymilacyjna odgrywała niebagatelną rolę. Chodzi oczywiście o asymilację ludności kresowej, która to asymilacja była rozumiana jako przejście na katolicyzm. Tak więc każdy, kto przeszedł na katolicyzm, stawał się Polakiem. Czuć tu na kilometr żydowskie macki. Czyż można sobie wyobrazić lepsze narzędzie do rozwadniania narodu?

Skoro Dmowski nie był katolikiem, to pewnie nie mógł znać powiedzenia generała zakonu jezuitów Goswina Nickela (1652-1664), że miłość ojczyzny jest „zarazą i najpewniejszą śmiercią miłości chrześcijańskiej”. Tak więc łączenie katolicyzmu z ideologią narodową, to jak łączenie wody z ogniem. Ale jakie to wygodne narzędzie do robienia ludziom wody z mózgu: nasz chrześcijański obowiązek, miłość bliźniego – każą nam pomagać uchodźcom, przyjmować ich do domu, nawet jeśli są oni naszymi wrogami. Ruch narodowy to fałszywa flaga.

Po 1989 roku środowiska endeckie starały się odbudować Stronnictwo Narodowe. Część działała także w Zgromadzeniu Chrześcijańsko-Narodowym. Formalnym spadkobiercą emigracyjnego SN było Stronnictwo Narodowo-Demokratyczne, które w 2001 roku zostało przerejestrowane na Ligę Polskich Rodzin. Oprócz LPR organizacjami odwołującymi się do idei Narodowej Demokracji są aktualnie Ruch Narodowy (wraz z Młodzieżą Wszechpolską) oraz Obóz Narodowo-Radykalny.

W maju 2016 roku działacze i posłowie związani z ruchem Kukiz ’15 oraz publicysta Rafał Ziemkiewicz założyli Stowarzyszenie „Endecja”, które miało odwoływać się do tradycji Narodowej Demokracji. Celem „Endecji” miało być promowanie idei Romana Dmowskiego oraz konsolidowanie środowisk narodowych.

Wydaje się więc, że zdefiniowanie polskości nie jest takie proste. Nie jest nią odwoływanie się Tuska do tradycji szlacheckiej i powstańczej, bo współcześni Polacy niewiele z nią mają wspólnego. Nie jest nią również odwoływanie się do katolicyzmu, bo katolikiem może być każdy. Jedno wszakże wydaje się pewne, że polskość według Tuska i narodowców, to nienormalność. Kim zatem są Polacy i czy polskość można zdefiniować?

W mojej ocenie Polacy, w swojej masie, są potomkami chłopów z Wielkopolski, Małopolski, Mazowsza i pewnie jakichś enklaw kresowych. Jakiś niewielki procent mogą stanowić potomkowie szlachty, przedwojennej inteligencji i mieszczaństwa. I ci Polacy to jest tylko część obecnego społeczeństwa polskiego. Nie mają więc Polacy jakiejś wyrazistej tożsamości i dlatego trzeba było zaserwować im jakąś tożsamość zastępczą w postaci tradycji szlacheckiej, powstań i katolicyzmu. A ten katolicyzm narzucono Polakom siłą. Wcale tak nie było, że zawsze wszyscy Polacy byli katolikami. Na Górnym Śląsku wielu było protestantami. W 1810 roku wydano zakaz używania języka polskiego w nabożeństwach odprawianych w kościołach ewangelickich. Z tego faktu można wysnuć wniosek, że spora część ludności polskiej była wyznania protestanckiego, bo gdyby to było zjawisko marginalne, to nie odprawiano by tych nabożeństw w języku polskim. Dążono więc do schematu: Polak – katolik, Niemiec – protestant. Ktoś więc projektował tak, by wszyscy Polacy byli katolikami, co niemal automatycznie antagonizowało ich z protestantami i prawosławnymi.

Wszelkie ideologie, w tym narodowe, są dziełem Żydów i mają na celu skłócanie narodów. Idea Wielkiej Polski i idea Wielkiej Ukrainy są sprzeczne ze sobą i rodzą konflikty i nienawiść. Czy może być bardziej idiotyczna ideologia dla państwa, które powstało po 123 latach jako państwo słabe z wieloma mniejszościami? Albo dla państwa, które jest pod względem obszaru największym w Europie i jeszcze mu mało, choć nie poradziło sobie z tym, co miało?

Czy zatem polskość to nienormalność? A jeśli tak, to może Polacy są nienormalni? Nie! Są normalni. Nigdy masowo nie brali udziału w żydowskich hucpach, zwanych powstaniami. Wiara jest natomiast rzeczą prywatną każdego człowieka. Jeśli więc ktoś ją ostentacyjnie manifestuje, to wypada zadać sobie pytanie, czy to nie jest przypadkiem zasymilowany Żyd?

Czy to Polska?

Pojawiła się ostatnio informacja, że Ukraina swój mecz w Lidze Narodów w roli gospodarza rozegra w Krakowie na stadionie Cracovii (https://sport.interia.pl/liga-narodow/news-reprezentacja-ukrainy-znow-zagra-w-polsce-tym-razem-w-krakow,nId,6224414). Poprzednie dwa mecze w tej lidze rozegrała ona w Łodzi na stadionie ŁKS. Ktoś może zapytać: I co z tego? To z tego, że jak ktoś nie zna historii polskiej piłki nożnej, to nic z tego, ale jak ktoś zna, to może zapytać: Przypadek czy świadome działanie? Czy to przypadek, że Ukraińcy wybrali stadiony najstarszych polskich klubów? Najstarsze polskie kluby piłkarskie to: Pogoń Lwów (1904), Cracovia i Wisła (1906), ŁKS (1908), Widzew Łódź (1910), Polonia Warszawa (1911), KS Warta z Poznania (1912), Legia, która powstała na Wołyniu w 1916 roku. I to właśnie na stadionie Legii Szachtar (Górnik) Donieck będzie rozgrywał swoje mecze w Lidze Mistrzów. Podobno nie ma przypadków, są tylko znaki. A skoro tak, to ukrainizacja „Polski” trwa w najlepsze. Piszę słowo Polska w cudzysłowie, bo to nie jest żadna Polska, co postaram się uzasadnić.

Piłka nożna to najbardziej popularny sport na świecie, a zatem również doskonałe narzędzie propagandy. Jak już się ludzie naoglądają, że Ukraina i ukraińskie kluby grają w Polsce, to z czasem pojawi się w ich umysłach skojarzenie, że Polska i Ukraina, to to samo. A skoro tak, to i połączenie obu państw wyda się dla nich rzeczą naturalną. I o to chodzi wielkim tego świata.

Niektórzy komentujący w internecie nie mogą zrozumieć, dlaczego akurat w Polsce Ukraińcy rozgrywają swoje mecze. Inni im tłumaczą, że to wymóg UEFA, by nie rozgrywać meczów w kraju, w którym toczy się wojna. No dobrze, ale dlaczego w Polsce? Równie blisko mają Ukraińcy na Słowację, na Węgry, do Rumunii, z którymi to państwami graniczy Ukraina.

Położenie Ukrainy w Europie; źródło: Wikipedia.

Ekspansja w kierunku południowo-wschdnim zaczęła się wcześnie, bo już za Kazimierza Wielkiego, którego to państwo miało kształt kiszki zorientowanej w kierunku północno-zachodnim i południowo-wschodnim. Za jego panowania przyłączono do jego królestwa Ruś Halicką i Podole. Skąd takie parcie na wschód? Otoczenie króla, a szczególnie Esterka, miało zapewne duży wpływ na jego politykę. Później było już tylko gorzej. Przybycie Bony (1519) otworzyło polski dwór królewski dla tajnych związków humanistycznych i dla Żydów. Zygmunt August, jej syn, odebrał odpowiednie wychowanie i wykształcenie, należał do tajnych związków. I to za jego panowania doszło do unii lubelskiej (1569). Na krótko przed zaprzysiężeniem tej unii (1 lipca), wyszły z kancelarii koronnej przywileje o wcieleniu do Korony Podlasia (5 marca), Wołynia (27 maja) i Kijowszczyzny (6 czerwca). A więc od tego momentu, to, co my dziś nazywamy Ukrainą, zostało włączone do Korony i tworzyło z nią jedno państwo. Natomiast z tak okrojoną Litwą była unia. Była to unia dwóch państw. I prawie od razu zaczęły się w tym wspólnym państwie powstania kozackie (1591-1704). Potem przyszły rzeź humańska i wołyńska. Tak więc wspólne państwo polsko-ukraińskie, to bardzo zły wybór, ale o tym bardzo dobrze wiedzą wiedzą reżyserzy tej hucpy i dlatego znowu do tego dążą.

Można więc bez wielkiej przesady powiedzieć, że Polska jako państwo narodowe skończyła się wraz z unią lubelską i włączeniem do Korony Podlasia, Wołynia i Kijowszczyzny. Natomiast polski chłop, wolny w Królestwie, stawał się powoli, w tej unii i tym wspólnym państwie, niewolnikiem.

Połączenie Korony z Wielkim Księstwem Litewskim, rozczłonkowanym w ostatniej chwili, trzy albo cztery razy większym pod względem obszaru, w którym panował ustrój feudalny, oznaczało praktycznie zdominowanie jej elit przez tych potężnych feudałów. To ci wszyscy Wiśniowieccy, Czartoryscy, Radziwiłłowie, Sapiehowie, Pacowie itp. Oni wszyscy przeszli na katolicyzm i już byli Polakami, wprawdzie tylko z nazwy, ale byli.

Jeremi Wiśniowiecki, „Polak”, pacyfikował w swoim państwie powstanie Chmielnickiego i dziś Ukraińcy nienawidzą za to Polaków. Ktoś to doskonale obmyślił. Stworzył on ustrój zwany demokracją szlachecką, w której to demokracji rządzili wielcy feudałowie, ale nie na tyle wielcy, by być całkowicie niezależnymi. Był jeszcze ktoś nad nimi. I dziś na Ukrainie nadal rządzą tacy feudałowie, zwani obecnie oligarchami.

Powstanie po pierwszej wojnie światowej państwa polskiego, zwanego II Rzeczpospolitą, w takim kształcie, w jakim powstało, było najgorszym z możliwych. To jednak nie był przypadek i wszędzie w Europie, gdzie powstawały nowe państwa, ich kształt i wytyczane granice niemal od razu rodziły niezadowolenie i konflikty. I dokładnie o to chodziło reżyserom tego wersalskiego porządku.

Na stronie „II wojna światowa”, w artykule Ziemie Odzyskane – historie wysiedlonych ( https://warhist.pl/artykul/ziemie-odzyskane-historie-wysiedlonych/) czytamy (wytłuszczenia – W.L.):

»II Rzeczpospolita borykała się z licznymi problemami związanymi z koniecznością pogodzenia silnie zróżnicowanego społeczeństwa. Mniejszości narodowe stanowiły pokaźny odsetek ogółu mieszkańców. Szacuje się, że 14% całości stanowili Ukraińcy. W spisie powszechnym z 1931 roku odnotowano 9-procentowy odsetek Żydów, 3-procentowy Białorusinów i 2-procentowy Niemców. Szczególnie liczna mniejszość ukraińska już wtedy domagała się daleko idącej niezależności, zgłaszając nawet postulaty utworzenia własnego niepodległego państwa. W czasie II wojny światowej ukraińscy nacjonaliści dokonali rzezi Polaków nazwanej później zbrodnią wołyńską. Pod koniec wojny zdawano sobie sprawę, że pokojowa koegzystencja dwóch narodów, zwłaszcza po tak krwawych doświadczeniach, nie będzie możliwa. Hekatomba II wojny światowej doprowadziła do mocnego zaburzenia proporcji liczebności społeczeństwa. W konsekwencji Polsce pozostawiono ziemie rdzennie polskie oraz poniemieckie, gdzie z kolei znajdowała się znaczna ilość zamieszkujących te rejony Niemców. Nowa Rzeczpospolita ponownie stała się państwem wielonarodowym, ale tym razem władze, głównie z polecenia moskiewskich mocodawców, wdrożyły w życie radykalny plan etnicznego ujednolicenia. Zapoczątkował on kolejną fazę przemieszczeń, stając się niezwykle ważnym elementem wspólnej historii Polski i Niemiec.

Największym przedsięwzięciem niemieckich projektantów nowego ładu na wschodzie były wysiedlenia Zamojszczyzny. Operację rozpoczęto pod koniec 1941 roku, jednakże z pełną mocą ruszyła dopiero w drugiej połowie 1942 roku. Wysiedlenia objęły głównie ludność zamieszkującą rejon Zamościa, Biłgoraju i Hrubieszowa. Do połowy 1943 roku Niemcom udało się wysiedlić ponad 110 tys. ludzi, z czego aż 30 tys. dzieci, z których znaczną część odesłano do Rzeszy, by tam poddać przymusowej germanizacji. Polacy trafiali do niemieckich fabryk w Rzeszy lub obozów koncentracyjnych. Przy okazji wysiedleń Niemcy dokonywali pacyfikacji polskich wsi, wdrażając tym samym w życie eksterminacyjną politykę stosowaną na podbitych terytoriach polskich. Historyk Zygmunt Mańkowski określił Zamojszczyznę mianem „poligonu doświadczalnego” dla planów niemieckiego osadnictwa w Europie Środkowej. Jednocześnie skomentował sposób rugowania Polaków: „Tryb wysiedlenia przewidywał następujące czynności: – jednostki Schutzpolizei, żandarmerii i pomocnicze miały otaczać wyznaczone wsie, spędzać ludność na plac i tu dokonywać pierwszej segregacji. Po przejrzeniu dokumentów wyłączyć miano osoby podlegające innym zarządzeniom (np. Ukraińców)” (za: portal Dzieje.pl).«

Tak więc PRL stał się państwem wielonarodowym, bo pojawił się problem Niemców, których na tzw. Ziemiach Odzyskanych mieszkało ok. 7 mln. Trzeba było ich wysiedlić i wysiedlono. Ale czy wszystkich? Nie wszystkich. Większość wyjechała, ale wielu zostało, szczególnie na Śląsku Opolskim. Na miejsce wysiedlonych przesiedlono ludność z Kresów. Wikipedia podaje takie dane – przesiedleni z:

  • Ukraińskiej SRR – 770 tys.
  • Białoruskiej SRR – 270 tys.
  • Litewskiej SRR – 200 tys.
  • Migracja spontaniczna (ucieczka ludności kresowej przed frontem latem 1944 i mobilizacja do armii Berlinga w latach 1944-1945) – 300 tys.
  • Ucieczka ludności kresowej przed ukraińskimi czystkami etnicznymi 1942-1944 – 300 tys.
  • Razem około 1.800 tys.

Zofia Lewartowska w artykule Polskie przesiedlenia – historia nieznana (https://www.lwow.com.pl/przes1.html) pisze:

„W chwili rejestracji, po stwierdzeniu autentyczności obywatelstwa polskiego, delikwent otrzymywał zaświadczenie o złożeniu papierów. Sytuację miał nadal otwartą: istniała jeszcze możliwość zmiany decyzji i pozostania. Tracił ją po odbiorze karty ewakuacyjnej, opiewającej na to, co zabiera ze sobą. Był to arkusik formatu zeszytowego, dwujęzyczny, polsko-ukraiński, zawierający podstawowe wiadomości o właścicielu karty, członkach rodziny, których zabiera i co z sobą przewozi z przedmiotów użytku domowego.”

Ten krótki fragment zawiera bardzo istotnie informacje, a mianowicie to, że przesiedleniu podlegali obywatele polscy, co nie oznacza automatycznie, że to byli Polacy. A jak jeszcze do tego dodamy, że informacje o właścicielu karty spisywano w języku polskim i ukraińskim, to mogło to oznaczać, że taki „Polak” nie znał nawet polskiego, tylko ukraiński. I siłą rzeczy narzuca się następne pytanie: Czy większość tych przesiedleńców to byli Polacy czy „Polacy”? W tym momencie przypomniało mi się, jak jeszcze nie tak dawno temu ktoś argumentował, że Polakiem może być osoba, która nie zna polskiego. Ciekawe. Czy gdybyśmy spotkali osobę, która się uważa za Anglika i nie zna angielskiego, to potraktowalibyśmy ją poważnie? No cóż, w czasie ideologicznego przygotowywania nas do koncepcji wspólnego państwa polsko-ukraińskiego trzeba być przygotowanym i na takie idiotyzmy.

Kto w takim razie mieszka na tzw. Ziemiach Odzyskanych. Prawdopodobnie większość ludzi, którzy tam mieszkają, to przesiedleni z Kresów Ukraińcy, Białorusini, Litwini i oczywiście Żydzi. Bezpośrednio po wojnie Wałbrzych był ich największym skupiskiem. Dowodów bezpośrednich na to nie znajdziemy, ale pośrednie są.

Wystarczy zwrócić uwagę na to jak działają samorządy w takich miastach jak Gdańsk czy Wrocław. Jest to typowe działanie na korzyść Niemców, a tak lubią działać Ukraińcy. Prezydent Gdańska, niejaka Dulkiewicz, pomimo że urodziła się w Polsce, to mówi z wyraźnym akcentem ukraińskim. W jakim więc środowisku wychowywała się? Ktoś, kto się nią opiekował zapewne mówił z takim akcentem, a może i najczęściej w takich środowiskach przebywa. Prezydent Wrocławia jawnie wysyła pieniądze samorządowe na Ukrainę. Marta Czech, rzeczniczka Konfederacji, mówi z wyraźnym akcentem ukraińskim i pochodzi z Wrocławia. Mirosław Czech, działacz ukraiński w Polsce, urodził się w Wałczu. Olga Tokarczuk, ukraińska Żydówka, mieszka we Wrocławiu. Znany pajac i przebieraniec, Wojciech Olszański, Ukrainiec, udający polskiego patriotę, pochodzi z Dolnego Śląska, a jego kolega, Marcin Osadowski – ze Stargardu Szczecińskiego. Takie przykłady można mnożyć bez końca, choć wiem, że to słaby argument, bo wybiórczy. W takim razie wypada odwołać się do prawa wielkich liczb i przeanalizować, jak głosuje „Polska”.

Mieszkam w południowej części województwa podlaskiego, w której prawosławni Białorusini i Ukraińcy stanowią większość. To jest obszar na południe od Białegostoku do Bugu. Polska jest podzielona: jedni głosują na PiS, drudzy na Platformę. Gdy się patrzy na mapę wyborczą Polski, to od razu rzuca się w oczy pewna prawidłowość, która trwa od samego początku III RP. Tzw. Ziemie Odzyskane i kosmopolityczna Warszawa głosują na Platformę, a reszta – na PiS. Nikt nie zauważa, albo udaje, że nie widzi, że ta południowa część Podlasia głosuje tak samo, jak Ziemie Odzyskane. To jest temat tabu. Ilekroć próbowałem wstawić taki komentarz na Interii, to nawet nie wyświetlił się na sekundę. Nadal obowiązuje PRL-owska narracja, że w Polsce Polacy i katolicy to większość, co prawdą nie jest. Być może katolicy tak, ale katolikiem może być każdy, co wcale nie znaczy, że jest Polakiem. Jeśli więc prawosławni Białorusini i Ukraińcy na Podlasiu głosują tak samo, jak ci na Ziemiach Odzyskanych, to znaczy, że ci na tych ziemiach, to w większości potomkowie przesiedlonych z Kresów tzw. mniejszości narodowych.

Jeśli polityk, taki jak Donald Tusk, mówi, że polskość to nienormalność i nie boi się, że straci elektorat, to wie, że temu elektoratowi takie stwierdzenie spodoba się i wie, że takich ludzi jest dużo, ale to nie Polacy. Jeśli grafoman Ziemkiewicz pisze książkę Polactwo i wie, że się sprzeda, to też wie, że bardzo wielu ludziom w Polsce takie sformułowanie spodoba się. Polakom zapewne nie, ale kto tam by się nimi przejmował.

Unia lubelska skutkowała tym, że wschodnie elity zdominowały ten nowy twór, a powojenne przesiedlenia utrzymały wielonarodowy charakter PRL-u, jaki charakteryzował II RP. Ostatnie wydarzenia na Ukrainie spowodowały to, że do Polski napłynęły miliony Ukraińców, ale też napływa mnóstwo Białorusinów, co widać choćby po blogach młodych Białorusinek. Wcześniej były tylko młodych Ukrainek.

Po tym masowym w ostatnich latach napływie Ukraińców do Polski do pracy i po tym, co się wydarzyło po 24-tym lutego tego roku, Polska już jest, albo wkrótce będzie krajem, w którym Polacy będą stanowili mniejszość.

Mamy więc kraj Zulu-Gula, w którym nacja, która jest zmarginalizowana i na nic nie ma wpływu, obarczana jest winą za wszelkie zło w tym kraju. Czyż można sobie wyobrazić lepszy układ dla rządzących i dla tych, którzy ich wspierają. Jak to dobrze wpływa na samopoczucie: to nie my, to Polacy.

Raport AI

No i stało się! Ktoś wreszcie powiedział prawdę o praktykach Ukraińców podczas tej wojny. Amnesty International ogłosiła raport, w którym oskarża wojska ukraińskie o wykorzystywanie ludności cywilnej do tworzenia tzw. żywych tarcz. Na portalu ZeroHedge pojawił się 5 sierpnia artykuł Anger From Ukraine’s Backers After Damning Amnesty Report Spotlights ‘Human Shields’ – Rozdrażnienie w proukraińskich środowiskach po tym jak AI potępiła praktyki wykorzystywania ludzi jako żywe tarcze.(https://www.zerohedge.com/geopolitical/anger-ukraines-backers-after-damning-amnesty-report-spotlights-human-shields). Poniżej jego treść:

»Amnesty International, w nowym raporcie opublikowanym w czwartek, skrytykowała Ukrainę za nieprzestrzeganie praw człowieka. To natychmiast wywołało burzę krytyki, ponieważ zarówno zachodni eksperci, jak i sami kijowscy urzędnicy potępili odkrycia jako „niesprawiedliwe”.

Raport Amnesty mówi, że śledczy „znaleźli dowody na to, że siły ukraińskie rozpoczynają ataki na zaludnionych obszarach miejskich, a także bronią się w budynkach cywilnych. Raport dotyczy okresu od kwietnia do lipca i obejmuje 19 miast i wsi” w trzech rozdartych wojną regionach kraju.

Raport podkreślił, że szkoły i szpitale, a także prywatne domy zostały uszkodzone, sugerując taktykę typu „ludzkich tarcz” stosowaną przez ukraińskie wojsko.

„Takie praktyki naruszają międzynarodowe prawo humanitarne i zagrażają cywilom, ponieważ zamieniają obiekty cywilne w cele wojskowe. Kolejne rosyjskie ataki na zaludnionych obszarach zabiły cywilów i zniszczyły infrastrukturę cywilną” – kontynuowała Amnesty, mówiąc, że takie zachowanie spowodowało rosyjskie ataki na tę cywilną infrastrukturę.

Raport wyszczególnił dalej, że w 22 z 29 szkół wizytowanych przez zespół Amnesty między kwietniem a lipcem śledczy znaleźli dowody wcześniejszej działalności wojskowej. Dodatkowo udokumentowano pięć przypadków wykorzystania szpitali przez wojska ukraińskie jako baz. Raport posunął się nawet do podkreślenia, że Amnesty „nie doszukała się” przypadków, w których wojska ukraińskie najpierw próbowały ewakuować ludność cywilną z tych miejsc.

Pomimo nacisków, by powstrzymać się od śledztwa po stronie ukraińskiej i nie krytykować jej za łamanie praw człowieka, Sekretarz Generalna Amnesty International Agnès Callamard powiedziała, publikując raport:

Trwanie w pozycji obronnej nie zwalnia ukraińskiego wojska od przestrzegania międzynarodowego prawa humanitarnego”.

Naturalnie, że tak szanowana czołowa organizacja praw człowieka z siedzibą na Zachodzie potępiła te praktyki ukraińskiej armii, spowodowało reakcję ze strony przywódców Kijowa, a także niektórych zachodnich ekspertów, którzy zagalopowali się w swoich ocenach, twierdząc, że takie postępowanie wzmacnia tylko rosyjską propagandę.

Minister spraw zagranicznych Ukrainy Dmitrij Kuleba szybko skrytykował raport Amnesty, mówiąc: „Rozumiem, że Amnesty odpowie na krytykę, mówiąc, że krytykują obie strony konfliktu. Ale takie zachowanie ze strony Amnesty nie polega na szukaniu prawdy i przedstawianiu jej światu, ale na tworzeniu fałszywej równowagi między przestępcą a jego ofiarą”.

Inni komentatorzy stwierdzili, że jest to równoznaczne z „obwinianiem ofiar”…

Tymczasem Kreml oświadczył, że raport potwierdza to, co Rosja mówi od dawna. Rzeczniczka Maria Zacharowa powiedziała: „Ciągle o tym rozmawiamy, nazywając działania ukraińskich sił zbrojnych taktyką wykorzystywania cywilów jako »ludzkich tarcz«”.«

Informacja o raporcie pojawiła się oczywiście we wszystkich mediach światowych, również i w polskich, tyle że w polskich nadal obowiązuje narracja: dobrzy Ukraińcy, źli Rosjanie. AI to nie jest jakaś taka sobie organizacja, tym bardziej nie jest to niezależna organizacja. Skoro więc publikuje taki raport, to znaczy, że wielcy tego świata postanowili, że oblicze tej wojny trzeba przedstawiać w sposób bardziej zrównoważony, co Ukrainie i Ukraińcom nie wróży dobrze i może się jeszcze za jakiś czas okazać, że to oni będą wszystkiemu winni i… Polacy, którzy im najwięcej pomagają, a o Stanach Zjednoczonych i Anglii nikt oczywiście nie odważy się wspomnieć.

Parę dni temu wiele serwisów informacyjnych podało informację o tym, że prezydent Łukaszenka uprości procedurę nadawania obywatelstwa mieszkańcom krajów z unii europejskiej. „Wprost” pisze: Aleksandr Łukaszenka ma propozycję dla Polaków. „Drzwi są otwarte” (https://www.wprost.pl/swiat/10806100/aleksandr-lukaszenka-ma-propozycje-dla-polakow-drzwi-sa-otwarte.html). Poniżej fragmenty:

»Białoruś uprości procedurę nadawania obywatelstwa mieszkańcom krajów z Unii Europejskiej – podała agencja BelTA. – Najważniejsze, żeby nasi sąsiedzi zobaczyli, że obok nich mieszkają normalni ludzie. Ludzie tutaj wyglądają jak Polacy – przekonywał Aleksandr Łukaszenka

Alaksandr Łukaszenka odpowiedział na pytanie dziennikarzy dotyczące planów przyznawania w przyspieszonym trybie obywatelstwa mieszkańcom Litwy, Łotwy i Polski. – Białoruś nadaje obywatelstwo migrantom z Ukrainy i ten proces jest dość szybki i szybszy być nie może. W rzeczywistości w naszym kraju obywatelstwo może nadać prezydent. Kiedy dostaję aplikacje, nie odkładam jej na półkę. Tak samo będzie z Litwinami, Łotyszami i Polakami – zapewnił.

Specjaliści, którzy chcą tu mieszkać i pracować, mogą ubiegać się o obywatelstwo białoruskie. Chyba nigdzie indziej na świecie nie ma takiego mechanizmu. Jesteśmy gotowi i zrobimy wszystko, aby do naszej białoruskiej rodziny przyjąć naszych najprzyzwoitszych i życzliwych sąsiadów. I nie tylko sąsiadów. Kto chce tu pracować, żyć po białorusku, proszę bardzo, drzwi są otwarte – podkreślił Alaksandr Łukaszenka.

Najważniejsze, żeby nasi sąsiedzi zobaczyli, że obok nich mieszkają normalni ludzie. Ludzie tutaj wyglądają jak Polacy, nie są agresywni, są gotowi pomóc w potrzebie. Kiedy nasi sąsiedzi to zobaczą, nie będą przeciwko nam wojować. To ważne – podkreślił prezydent Republiki Białorusi.«

Dziwna to sytuacja. Z jednej strony mamy płot na polsko-białoruskiej granicy, a z drugiej strony ułatwienia dla Polaków w wyjazdach na Białoruś, a teraz jeszcze uproszczona procedura w nabywaniu białoruskiego obywatelstwa przez Polaków Łotyszy i Litwinów. Przeciętny obywatel Polski raczej z tego nie skorzysta, ale taki, który jest bogaty i ustosunkowany – może. Taki może tam pojechać, kupować nieruchomości, firmy, robić jakieś interesy i do tego obywatelstwo jest jak najbardziej potrzebne. Takim jest również potrzebne ich zrównanie w prawach z obywatelami Ukrainy. Widać więc wyraźnie, że odtwarzanie I RP idzie pełną parą. W tym kontekście zrozumiałe jest masowe, od jakiegoś czasu, nadawanie polskiego obywatelstwa Żydom z Izraela. A gdy doda się do tego fakt, że wielu tzw. „polskich patriotów” występuje na różnych kanałach internetowych na tle mapy I RP, to mam coraz mniej wątpliwości, w którym to kierunku zmierza. Jakoś łatwo ci „polscy patrioci” pozbywają się tzw. Ziem Odzyskanych. Ale to świadczy o tym, że korzenie tych „polskich patriotów” są na wschodzie i nie są oni żadnymi Polakami, bo Polakom ziemie centralne i zachodnie obecnej Polski powinny być bliższe niż Kresy. Historia pokazała, że pchanie się na wschód było dla Polaków zabójcze. Ale jak widać wyrok na nich i na ziemie zachodnie już został podpisany. Ten „Drang nach Osten” trwa od kiedy reformacja praktycznie zlikwidowała Zakon Krzyżacki i jego rolę, rolę nawracania na katolicyzm, czyli skłócania katolików z prawosławnymi, przypisano nowemu tworowi zwanemu I RP. A czyj to był pomysł? Tego chyba już nie muszę dodawać. O to dokładnie chodziło, a nie o żadną Polskę od morza do morza. I oni dziś, nazywając się „polskimi patriotami”, dążą do odtworzenia tego tworu.

Straszą nas też różne media zaostrzającym się konfliktem chińsko-tajwańskim, podsycanym przez Stany Zjednoczone. A to wszystko jest takie sztuczne. W blogu „Chiny” pisałem:

»Z powodu konfliktu w Kantonie z krajami zachodnimi na początku lat 20-tych XX wieku, nastąpiło zbliżenie ideologiczne i polityczne Chin i Związku Radzieckiego. Państwa kolonialne określiły działania rządu chińskiego jako „czerwoną rewolucję”.

Wielu działaczy powiązanych z Kuomintangiem zostało przeszkolonych na moskiewskim Uniwersytecie im. Sun Jat-sena. Ze względu na powiązania z rządem radzieckim, na Zachodzie Czang Kaj-szek określany był na ogół jako „czerwony”. W czasie radzieckich pochodów pierwszomajowych portrety Czanga „maszerowały” razem z portretami Marksa, Lenina i Stalina, a Czang był często postacią kronik filmowych. Doradcy radzieccy wspomagali budowę republikańskiej armii chińskiej, a wojsko chińskie było dozbrajane dzięki pomocy finansowej Sowietów. Nawet gdy Kuomintang zerwał z ZSRR w 1926 roku i rozpoczął zbrojne walki z komunistami, to kontynuował politykę antykapitalistyczną oraz promowanie myśli rewolucyjnej. Wbrew późniejszym opiniom komunistów, dotyczących prokapitalistycznych poglądów Czanga, Czang Kaj-szek potępiał kapitalizm i rządy kapitalistów, nawet w okresie zbrojnych walk z Komunistyczną Partią Chin.

Po kapitulacji Japonii 2 września 1945 roku doszło wskutek mediacji amerykańskiego generała George’a Marshalla do porozumienia KPCh z Kuomintangiem w sprawie utworzenia rządu koalicyjnego w październiku 1945 roku. Jednak Czang Kaj-szek podjął działania zbrojne przeciwko siłom komunistycznym, co zapoczątkowało III rewolucyjną wojnę domową (1946-1949). Początkowo wojska Kuomintangu odnosiły sukcesy, ale w lipcu 1947 komuniści przeszli do zwycięskiej ofensywy. W zajętym Pekinie Mao Zedong proklamował 1 października 1949 roku utworzenie Chińskiej Republiki Ludowej. Do końca 1949 roku Chiny zostały opanowane przez siły komunistyczne. Czang Kaj-szek i rząd Kuomintangu znaleźli schronienie na wyspie Formozie (Tajwan) i tam przetrwała Republika Chińska.

Podczas II wojny światowej Stany Zjednoczone pomogły chińskim komunistom w zdobyciu władzy. Autorytet w sprawach związanych z Chinami Chin-tung Liang napisał w swojej książce na temat generała Josepha W. Stilwella, w latach 1942-1944 będącego głównym przedstawicielem Stanów Zjednoczonych w Chinach, że: „Z punktu widzenia walki z komunizmem [Stilwell] bardzo źle przysłużył się Chinom”.

Stilwell był jednak jedynie wykonawcą rozkazów wydawanych w Waszyngtonie przez generała George’a C. Marshalla. Admirał Cooke oświadczył Kongresowi: „w 1946 roku generał Marshall użył taktyki przerwy w dostawie amunicji, by w niezauważalny sposób rozbroić chińskie oddziały”.

W przypadku generała Marshalla należy jednak pamiętać, że w Stanach Zjednoczonych to władze cywilne mają ostatnie słowo w sprawach związanych z wojskowością, co prowadzi do nas do ówczesnego sekretarza wojny Henry’ego L. Stimsona – zwierzchnika Marshalla i członka Zakonu (od 1888 roku). Zadziwiającym zbiegiem okoliczności Stimson sprawował funkcję sekretarza wojny także w roku 1911, czyli w czasie rewolucji Sun Jat-sena.«

A więc cyrk w stosunkach chińsko-tajwańskich, z wcześniejszym udziałem Związku Radzieckiego i Stanów Zjednoczonych, a obecnie – Rosji i Stanów Zjednoczonych, trwa w najlepsze. W sumie można to podsumować jednym zdaniem, wypowiedzianym przez Dostojewskiego w 1880 roku: Wszystkie mocarstwa polityczne to złudzenie – jedynie Żydzi i ich banki są panami Europy i świata, rządzą nauką, kulturą, cywilizacją, socjalizmem, wszystkim.

Nowe cele

Sposób, w jaki jest prowadzona w naszych mediach polityka informacyjna na temat wojny na Ukrainie, przekracza wszelkie granice przyzwoitości. Takiej ilości kłamstw, niedomówień i zamilczania niewygodnych faktów nie było chyba nigdy w naszej rzeczywistości. Ale tak się dzieje nie tylko u nas, ale w całej unii i w Ameryce.

W niedzielę 24 lipca na portalu ZeroHedge ukazał się artykuł: Były członek CIA Ray McGovern: Media pomijają najistotniejsze posunięcia na rosyjsko-ukraińskim froncie (https://www.zerohedge.com/geopolitical/ex-cia-ray-mcgovern-media-miss-major-moves-russia-ukraine). Poniżej jego treść:

»Media korporacyjne ignorują bezwzględne uwarunkowania deklarowanego przez Rosję zamiaru przejęcia kontroli nad większym terytorium Ukrainy niż tylko Donieck i Ługańsk. Omówiłem to wczoraj w The Critical Hour i uzupełniłem te wnioski w poniższych akapitach.

W środę rosyjski minister spraw zagranicznych Siergiej Ławrow ogłosił rozszerzone cele Moskwy, wyjaśniając: „Teraz geografia jest inna. To nie tylko Doniecka i Ługańska Republika Ludowa, ale także obwody chersońskie i zaporoskie oraz szereg innych terytoriów”.

W swoim wywiadzie Ławrow wskazał konkretnie HIMARS (High Mobility Artillery Rocket Systems, produkowany przez Lockheed-Martin) jako rodzaj „broni, która będzie stanowiła bezpośrednie zagrożenie dla naszego terytorium i terytoriów tych republik, które ogłosiły swoją niepodległość (Donieck i Ługańsk).” HIMARS dostarczane na Ukrainę mają zasięg 50 mil, co sprawia, że również łatwo dostępne są cele na Krymie – który, jak twierdzą Kijów (i USA), jest legalnie nadal częścią Ukrainy. Wszystko zależy od „geografii”.

Obstawiam i przebijam

Zaledwie kilka godzin po ogłoszeniu wywiadu z Ławrowem sekretarz obrony USA Lloyd Austin ogłosił, że USA dadzą Ukrainie jeszcze cztery HIMARS-y, co w sumie da razem 16. Austin przechwalał się, że HIMARS już „zrobił różnicę na polu bitwy”.

Ale na którym polu bitwy? Ławrow i rosyjski prezydent Putin nie mogą mieć złudzeń, że szersze, strategiczne „pole bitwy” obejmuje Rosję. Rzeczywiście, to ten sam ograniczony Lloyd Austin, który ujawnił te informacje już trzy miesiące temu:

Jednym z celów USA na Ukrainie jest ujrzenie osłabionej Rosji… Stany Zjednoczone są gotowe poruszyć niebo i ziemię, aby pomóc Ukrainie wygrać wojnę z Rosją”.

Czy Blinken i Biden obudzą się?

Wydaje się pewne, że doradcy Bidena przewidują zaangażowanie się w wojnę zastępczą na Ukrainie przynajmniej do listopada tego roku, kiedy odbędą się wybory uzupełniające w USA. Do tego czasu Demokraci z pewnością nie będą chcieli wyglądać na próżniaków w konfrontacji z Rosją w tej ryzykownej przepychance (którą, prawdę mówiąc, sami sobie stworzyli).

Rzeczywistość jest oczywiście taka, że decydenci amerykańscy idą beztrosko, wzbogacając MICIMATT (i powiększając kasę kampanii), dając Ukrainie zaawansowaną broń – i wymieniając ją w razie potrzeby. To bardzo dobre dla wieloaspektowego biznesu spekulacyjnego. To, co jest naprawdę kłopotliwe, to fakt, że wydaje się, że brakuje zrozumienia tego, że gra toczy się o wysoką stawkę; niewielkie zrozumienie tego, co to znaczy, że Rosja uważa zachowanie USA/NATO na Ukrainie za zagrożenie egzystencjalne – takie, które Rosja jest zdeterminowana usunąć i może to zrobić.

MICIMATT – The Military-Industrial-Counter-Intelligence-Media-Academia-Think Tank Complex – termin stworzony przez politycznego aktywistę, byłego oficera CIA Ray’a McGovern – przyp. W.L.

Im bliżej jesieni i przybywa coraz więcej rakiet HIMARS, ich 50-milowy zasięg i (jak próbował wyjaśnić Ławrow) wymóg „geografii”, może prowadzić do znacznie głębszej rosyjskiej ofensywy daleko poza Donbas. Perspektywy wojskowe dla pełnomocników Waszyngtonu na Ukrainie są już słabe i prawdopodobnie będą się pogarszać w miarę pojawiania się rakiet średniego zasięgu. Zrozumiałe więc, że Putin będzie reagował na działania Stanów Zjednoczonych i ich ryzykowną grę.

Polityka wewnętrzna

Prezydentowi Putinowi nie jest obca rzeczywistość, że prezydenci USA są ograniczani przez wewnętrzne naciski polityczne. W czerwcu 2021 r. przyznał to dobitnie w przemówieniu inauguracyjnym na Międzynarodowym Forum Ekonomicznym w Petersburgu:

Jestem pewien, że na to [polityka USA wobec Rosji] wpływają przede wszystkim wewnętrzne procesy polityczne. Stosunki rosyjsko-amerykańskie stały się w pewnym stopniu zakładnikami wewnętrznych procesów politycznych, które mają miejsce w Stanach Zjednoczonych”.

Moim zdaniem daje to Kremlowi znaczną zachętę do pokonania tego, co pozostało z armii ukraińskiej, i ruszenia na zachód, przejmując kontrolę nad Odessą i zmierzając w odpowiednim czasie w kierunku Mołdawii. Putin zapewne spodziewa się, że administracja Bidena podniesie w pewnym momencie stawkę. Tak więc do października sprawy mogą dość szybko pójść w bardzo złym kierunku.

Konsumenci mediów czekają na szok?

Biorąc pod uwagę doniesienia w stylu Waltera-Mitty’ego o tym, jak dobrze radzą sobie wojska Kijowa i ogólny brak wyważonych relacji i komentarzy w mediach establishmentu, to przyszłe postępy rosyjskiej armii poza Donbas mogą być szokiem. To wynik 6-letniej indoktrynacji/prania mózgów na temat rosyjskiej „ingerencji” w wybory i jej innych rzekomych występków typu Russia-gate. Wystarczyły ciągłe jednostronne raporty, a konsumenci mediów w USA są prawdopodobnie wystarczająco urobieni, aby zaakceptować dostarczenie Ukrainie systemów uzbrojenia i/lub samolotów o dalekim zasięgu.

W tym tygodniu New York Times nie połączył faktów, że Ławrow wspomniał o „geografii” i HIMARS skłaniających Rosję do głębszego wniknięcia w terytorium Ukrainy i zobowiązania Austina, że cztery kolejne HIMARS-y dokonają „zmiany na polu bitwy”.

Zamiast tego, czytelnicy NYT w piątek dostali na pierwszej stronie, u góry strony, bzdury typu „on powiedział, ona powiedziała” od Andrew E. Kramera z Kijowa; jego artykuł nosi tytuł Do sojuszników, Ukraina wskazuje na nowe cele.

Kramer pisze:

Przekaz Ukraińców dla świata się nie zmienił. Możemy wygrać. Nasza strategia działa, choć powoli. Po prostu przysyłajcie dalej broń”.

Wśród sukcesów, o których Ukraińcy opowiadali Kramerowi, jest uderzenie w rosyjski skład amunicji, jak się domyślacie, HIMARS-em. Kramer, w oparciu o niesprawdzone informacje, donosi, że szef brytyjskiego MI6 (brytyjskiego odpowiednika CIA) uważa, że rosyjskie siły „niedługo wyczerpią się… dając Ukraińcom możliwość kontrataku”. Dla przypomnienia (ponieważ Kramer zapomniał), MI6 ma zasłużoną reputację „kreowania informacji wywiadowczych i faktów dotyczących polityki”, jak pokazują oficjalne brytyjskie dokumenty przed atakiem USA/Wielkiej Brytanii na Irak w marcu 2003 roku.

Co tak naprawdę liczy się

Trzeba przejrzeć pół artykułu Kramera z 38 akapitami, aby znaleźć jakiś sensowny, dotyczący tego, co naprawdę ma znaczenie. W końcu udało się:

„Kwestia, czy broń dalekiego zasięgu, która jest obecnie dostarczana na Ukrainę, może rzeczywiście powstrzymać rosyjską armię – stała się kluczową niewiadomą w tej wojnie”.

Zgadzam się: odpowiedzi na to pytanie z całą pewnością nie znamy. Ale ryzyko, że eskalacja typu wet za wet wymknie się spod kontroli już tej jesieni, jest duże. Szkoda, że czytelnicy NY Times nie są o tym informowani.«

Tak więc z wypowiedzi Ławrowa wynika jasno, że Rosja zajmie znacznie większą część Ukrainy niż ma to miejsce obecnie. I nie zrobi tego tak sama z siebie, tylko z powodu działań Amerykanów, którzy dostarczają Ukraińcom rakiet o większym zasięgu. W takim wypadku ochrona własnego terytorium sprowadza się do głębszego wniknięcia w teren Ukrainy. Doskonały pretekst do zajęcia terenów, co do których nie można użyć argumentu, że zajmuje się je w celu ochrony własnej ludności.

Wygląda na to, że Amerykanie i Rosjanie ściśle ze sobą współpracują w celu likwidacji ukraińskiego państwa w obecnym kształcie terytorialnym. Obszar, który przypadnie Rosji będzie znacznie większy niż obecnie.

Jak widać w polityce nie ma miejsca na przypadki i jakieś nieprzewidziane scenariusze. Wszystko zostało wcześniej ustalone i jest konsekwentnie realizowane. Wojna ta, podobnie jak wszystkie inne wojny i konflikty, została sztucznie wywołana i jest tak prowadzona, by osiągnąć z góry założony cel, a walczące strony ściśle ze sobą współpracują. Na taki scenariusz wskazuje też duża ilość w Polsce przesiedleńców z terenów nieobjętych wojną, z których część może nią być wkrótce objęta. Prawdopodobnie było to oczyszczenie terenu z elementu antyrosyjskiego.

Jeśli Rosja zacznie zajmować nowe tereny, to może to oznaczać wejście Polski do wojny, co jest najgorszym ze scenariuszy. Trudno jednak w tej chwili wyrokować, czy tak się stanie.

Komunizm

Jakiś czas temu przeglądałem swoje stare notatki i natknąłem się na taką charakterystykę komunizmu, która, jak sądzę, najlepiej oddaje jego istotę:

Jeśli ktoś zrozumie, że komunizm nie ma na celu podzielenia bogactwa, ale jest w rzeczywistości metodą na konsolidację i kontrolę bogactwa, wtedy pojawiający się paradoks z bogaczami finansującymi socjalizm nie staje się w ogóle paradoksem. Staje się logiczne, że jest perfekcyjnym narzędziem dla poszukujących władzy megalomanów. Komunizm, a bardziej dokładnie socjalizm, nie jest ruchem uciskanych mas, a ekonomicznej elity. – Gary Allen.

Dla porównania, definicja komunizmu w Encyklopedii PWN:

Komunizm [łac. communis ‘wspólny’, ‘powszechny’], ideologia postulująca równość i wspólnotę w organizacji życia społecznego oraz racjonalność w kierowaniu życiem gospodarczym, głosząca nieuchronność upadku kapitalizmu i potrzebę działań dla osiągnięcia tego celu; w teorii marksistowskiej najwyższa, bezklasowa forma organizacji społecznej, następująca po kapitalizmie;

Skoro Gary Allen tak trafnie opisał istotę komunizmu, to wypada przybliżyć sobie jego osobę. Angielska Wikipedia m.in. tak go charakteryzuje:

»Frederick Gary Allen (2 sierpnia 1936 – 29 listopada 1986) był amerykańskim konserwatywnym pisarzem i teoretykiem spiskowym. Allen promował pogląd, że międzynarodowa bankowość i politycy podejmują kluczowe decyzje w poszczególnych krajach, a nie ci – wyselekcjonowani w oficjalnych wyborach.

Jako student, Allen studiował historię na Uniwersytecie Stanforda w Palo Alto w Kalifornii i studiował również na Uniwersytecie Stanu Kalifornia w Long Beach. Był wybitnym członkiem Towarzystwa Johna Bircha Roberta W. Welcha Jr., którego był rzecznikiem. Od 1964 roku współpracował z czasopismami takimi jak Conservative Digest i American Opinion. Był także autorem przemówień dla George’a Wallace’a, byłego gubernatora Alabamy, podczas jego wewnątrzpartyjnej kampanii w wyborach prezydenckich w USA w 1968 roku przeciwko Richardowi M. Nixonowi i Hubertowi H. Humphreyowi. Był doradcą konserwatywnego milionera z Teksasu Nelsona Bunkera Hunta.

Allen wraz z Larry Abrahamem wydali w 1971 roku książkę None Dare Call It Conspiracy (Nikt nie ma odwagi nazwać tego spiskiem). Przedmowę napisał John G. Schmitz z 35. okręgu wyborczego w Kalifornii, kandydat Amerykańskiej Partii Niezależnej w wyborach prezydenckich w USA w 1972 r. Sprzedała się ona w ponad czterech milionach egzemplarzy podczas kampanii prezydenckiej w 1972 roku.

W książce tej Allen i Abraham twierdzą, że nowoczesne systemy polityczne i gospodarcze w większości rozwiniętych krajów są wynikiem powszechnego spisku elity władzy, establishmentu, dla którego również używa terminu Wtajemniczeni (Insiders). Według autorów, wtajemniczeni wykorzystują elementy Manifestu Komunistycznego Karola Marksa, aby wprowadzać swój socjalistyczno-komunistyczny program:

  • Ustanowić system podatku dochodowego jako środek wyłudzania pieniędzy od zwykłego człowieka;
  • Ustanowić bank centralny, celowo tak nazwany, aby ludzie myśleli, że jest częścią rządu;
  • Uczynić ten bank posiadaczem długu publicznego;
  • Doprowadzić dług narodowy i odsetki od niego, powstałe w wyniku wojen (lub wszelkiego rodzaju wydatków budżetowych), począwszy od I wojny światowej, do stanu, w którym ich spłacenie stanie się niemożliwe.

Cytuje on stwierdzenie Rady ds. Stosunków Zagranicznych w swojej analizie nr 7 z 1959 r., wykonanej na zlecenie Senatu Stanów Zjednoczonych: „USA muszą dążyć do: A. Zbudowania nowego ładu międzynarodowego”.

W lutym 1980 r. Allen rozpoczął współpracę z asystentem badawczym Samem Wellsem, z którym współpracował aż do śmierci. Wells kontynuował jego pracę, pomagając wdowie Allena w wydawaniu biuletynu zawierającego jego analizy polityczne i ekonomiczne.

Allen napisał także książki o Radzie Stosunków Zagranicznych i Komisji Trójstronnej, twierdząc, że termin „Nowy Porządek Świata” jest używany przez tajemniczą elitę, dążącą do zniszczenia suwerenności narodowej. Ostatnia książka Allena, Powiedz „Nie!” dla nowego porządku świata, została opublikowana pośmiertnie w styczniu 1987 r.«

Oczywiście Allen, tak jak wszyscy poruszający tego typu tematy, nie mógł napisać wprost o kogo chodzi, więc pisał o „poszukujących władzy megalomanach”, „międzynarodowej bankowości i politykach”, „elicie władzy”.

Już w książce z 1971 roku pisał on o tym, co dziś już jest faktem, czyli doprowadzenie do niemożności spłacenia długu przez jakiekolwiek państwo. Wojna na Ukrainie jest tego namacalnym dowodem. Przecież ani Stany Zjednoczone, ani Anglia, ani Polska nie mają własnych banków. By wspomagać Ukrainę muszą te państwa pożyczać pieniądze w swoich bankach centralnych lub w międzynarodowych, co na jedno wychodzi, bo ich właścicielami są ci sami ludzie.

Tak więc Allen wytłumaczył nam przyczynę wszelkich wojen i konfliktów, począwszy od I wojny światowej. A dlaczego od I wojny światowej? Ano pewnie dlatego, że w 1913 powstał Fed, czyli System Rezerwy Federalnej, czyli bank centralny Stanów Zjednoczonych. Na efekty nie trzeba było długo czekać – tylko jeden rok.

Willem Middelkoop w książce Wielki reset pisze:

„Na początku pierwszego dziesięciolecia XX wieku najsłynniejszym i najpotężniejszym bankierem amerykańskim był John Pierpont Morgan. Gdy został zmuszony do wykorzystania prywatnego majątku, aby uporać się z paniką bankową w 1907 roku, uznał, że czas opracować nową architekturę systemu finansowego. Wkrótce nowojorscy bankierzy przedstawili wspaniały pomysł. Koncepcja polegała na tym, aby ustanowić nowy bank centralny, którym kierowaliby jego właściciele – nowojorscy bankierzy.

W listopadzie 1910 roku republikański senator Nelson W. Aldrich dołączył do grupy najpotężniejszych bankierów z Wall Street, którzy zebrali się na potajemnie zorganizowanej dziesięciodniowej konferencji na Jekyll Island, wyspie należącej do Morgana. W programie tego spotkania znalazła się tylko jedna sprawa, mianowicie ustanowienie nowego banku centralnego.

Ustalono, że ten bank musi uzyskać monopolistyczną wyłączność na druk dolarów i powinien stać się prywatną organizacją należącą do założycieli, czyli bankierów z Wall Street. Nie zostanie nazwany bankiem centralnym i będzie działać tak, jakby kierował nim rząd.

Sto lat po ustanowieniu Systemu Rezerwy Federalnej nadal nie wiadomo, kto dokładnie ma w nim udziały i za ile je nabył. Doskonale jednak wiadomo, że udziałowcami są przede wszystkim banki z Wall Street.”

Może właśnie dlatego ten świat wygląda, tak jak wygląda, bo rządzą nim ludzie anonimowi, a co za tym idzie, nie ponoszący żadnej odpowiedzialności za podejmowane przez siebie decyzje.