Nowy ruch

A więc mamy nowy ruch – Polski Ruch Antywojenny (PRA). Jego inauguracja miała miejsce 3 lutego 2023 roku o godzinie 18:00 w Częstochowie przy ulicy Królewskiej 30a, w siedzibie wydawnictwa 3DOM. Jego inicjatorami są Leszek Sykulski i Sebastian Pitoń. To drugi ruch, obok Ruchu Dobrobytu i Pokoju (RDiP) Macieja Maciaka, którego naczelnym hasłem jest sprzeciw wobec wojny. Oba więc ruchy mają podobny program. W przypadku PRA jest tylko jeden postulat, w przypadku RDiP – dwa. Będą więc walczyć o tego samego wyborcę. PRA ma już swoją stronę internetową (https://www.polskiruchantywojenny.pl).W krótkim nagraniu Leszek Sykulski informuje o powstaniu Ruchu, jego celach i metodach działania. Poniżej fragment jego wypowiedzi:

Celem Ruchu jest pokazanie, że w Polsce nie ma przyzwolenia sporej części społeczeństwa na angażowanie nas w wojnę na Ukrainie. Jesteśmy przeciwni bezwarunkowemu militarnemu wspieraniu Ukrainy. Jesteśmy przeciwni jakimkolwiek zakusom na to, aby wojsko polskie miało wziąć udział w tej wojnie. Jesteśmy przeciwni zaostrzaniu, antagonizowaniu, wzrastaniu napięcia w relacjach z Rosją i Białorusią. Uważamy, że Polska nie jest przygotowana do żadnej wojny, do udziału w żadnym konflikcie zbrojnym, a dalsze, bezwarunkowe wspieranie Ukrainy przybliża nas do ewentualnego odwetu ze strony Rosji i Białorusi.

Szanowni Państwo! Chcemy podjąć działalność informacyjną, edukacyjną na rzecz pokazania społeczeństwu polskiemu, narodowi polskiemu, ze ta wojna, z całą swoją genezą, tak naprawdę nie wygląda tak, jak przedstawia to oficjalna narracja, oficjalna propaganda. Sprzeciwiamy się próbie cenzurowania mediów, cenzurowania intelektualistów, sprzeciwiamy się ograniczaniu wolności słowa, sprzeciwiamy się próbie dyskredytowania wszystkich tych osób, które nie podzielają wizji obecnej władzy. Uważamy, że jest to nie tylko łamanie Konstytucji, ale jest to działalność głęboko szkodliwa dla polskiej racji stanu i dla polskiego interesu narodowego. Mówimy jasno: to nie nasza wojna, to nie jest nasza wojna, nie idźmy na tę wojnę.

Chcemy, Szanowni Państwo, podjąć także działania edukacyjne w zakresie zarówno publikacji książkowych, e-booków, kampanii w mediach społecznościowych, różnego rodzaju raportach, analizach. Stąd też właśnie spotykamy się w siedzibie wydawnictwa, ale także chcemy podjąć działalność wychodząc na zewnątrz. Chcemy podjąć taką kampanię informacyjną, billboardową, kampanię plakatową, wklejkową, bannerową – generalnie obliczoną właśnie na szeroką kampanię informacyjną. Uważamy, że mamy do tego nie tylko prawo, ale nawet obowiązek, aby zaprezentować inny sposób spojrzenia na ten konflikt, na role Polski właśnie w całej tej geopolitycznej układance. Uważamy, że artykuł 54 Konstytucji mówiący o wolności słowa, jest nie tylko przywilejem, jest nie tylko prawem, ale jest także obowiązkiem, aby stosować pluralizm poglądów w życiu publicznym. Mamy szereg planów związanych z rozwojem Ruchu Antywojennego, Polskiego Ruchu Antywojennego w Polsce, od działalności edukacyjnej, informacyjnej, na działaniach związanych chociażby z organizacją – wynikających z Konstytucji, do której Konstytucja daje nam prawo – legalnych marszów antywojennych, marszów propokojowych, różnego rodzaju tego typu inicjatyw.

xxxxxxxx

Z wypowiedzi Leszka Sykulskiego wynika, że pod względem organizacyjnym i logistycznym, będzie to bardzo trudne i wymagające zaangażowania wielu ludzi przedsięwzięcie. A skoro tak, to i wymagające dużych pieniędzy, bo przecież nikt nie będzie pracował za darmo. Chyba nikt rozsądny nie uwierzy w to, że wsparcie finansowe, o które już proszą, wystarczy. Od kogo dostaną te pieniądze?

Jedni są przeciwko wojnie i zaangażowaniu Polski na Ukrainie, inni domagają się od Ukraińców przeprosin za Wołyń. I to wszystko ma być w państwie, w którym mieszka koło 10 mln Ukraińców, którzy od 2014 roku napływają do Polski, a po 24 lutego 2022 roku to już można mówić o potopie ukraińskim. Jeśli doda się do tego tych Ukraińców, którzy są potomkami przesiedlonych po II wojnie światowej, a którzy nie zasymilowali się, to tzw. mniejszość ukraińska w Polsce może już nie jest mniejszością. W takiej sytuacji tego typu inicjatywy i żądania mogą prowadzić do poważnych niepokojów społecznych, zwłaszcza, że Sykulski chce organizować marsze, czyli wyprowadzać ludzi na ulice.

Czy taki scenariusz wypichcili nam najlepsi scenarzyści, a najlepsi reżyserzy zrealizują go w praktyce? Czas pokaże. W każdym razie wygląda to bardzo źle, bo nic nierobienie nie poprawi tej niewygodnej sytuacji, ale tego typu propozycje, jak Sykulskiego, niosą ryzyko niepokojów społecznych, a rząd i tak będzie robił swoje.

Problem polega na tym, o czym już wcześniej wspominałem, że Polska jako państwo, w którym realizowano interesy tego państwa, skończyło się wraz z objęciem tronu polskiego przez Litwina, a już szczególnie – od unii lubelskiej. Od tego momentu Rzeczpospolita Obojga Narodów realizowała interesy obu tych narodów, czyli Litwinów i Rusinów, czyli wojny z Moskwą, a nie – Polaków, czyli dążenie do odzyskania Śląska, na którym ludność polska stanowiła większość. Po odzyskaniu niepodległości w 1918 roku sytuacja powtórzyła się. Bolszewicy, którzy nie mieli szans, by opanować Europę, bo jeszcze nie pokonali białych, podeszli pod Warszawę po to tylko, by wojska polskie miały pretekst do zajęcia Kresów – bo dalej nie posunęły się, chociaż droga na Moskwę była wolna a bolszewicy rozbici – i przyłączenia ich do ziem polskich. To nie było w interesie Polski. Ktoś jednak tak zadecydował, że Polacy mają mieszkać w jednym kraju z Ukraińcami, Białorusinami, Litwinami itp. Musiał to być ktoś bardzo potężny. I teraz ten ktoś też zadecydował, że Polacy mają mieszkać wspólnie z Ukraińcami, Białorusinami i pomagać Ukrainie w wojnie z Moskwą. To jest „never ending story”. I o tym ktoś, kto chce podjąć jakąkolwiek akcję powinien wiedzieć. Powinien wiedzieć, że zderzy się z jakąś potężną, niewidzialną siłą.

“Polacy” na Kremlu c.d.

W poprzednim bogu pisałem o tym, że w 1610 roku to nie Polacy byli na Kremlu, a jeśli byli, to nie jako reprezentanci ówczesnego państwa, czyli Rzeczypospolitej Obojga Narodów, tylko prywatnie. Jednak pozostał mi jakiś niedosyt, że nie wszystko zostało wyjaśnione i że ten wątek z Polakami na Kremlu trzeba uzupełnić o dodatkowe informacje. Przejrzałem więc Dzieje Polski Nowożytnej Konopczyńskiego, Boże Igrzysko Davies’a, Wikipedię, ale nic na ten temat nie znalazłem. Przeczytałem parę artykułów w internecie, z których też niczego nie dowiedziałem się. W jednym z nich napisali nawet, że po tym pobycie na Kremlu Rzeczpospolita odzyskała Smoleńsk, który utraciła 93 lata wcześniej, tylko że to było w roku 1514, a więc nie było jeszcze Rzeczypospolitej, bo ona powstała po unii lubelskiej w 1569 roku. W jednym tylko artykule znalazłem informacje warte przytoczenia. To artykuł, a właściwie wywiad, z 7 listopada 2022 roku, zamieszczony w tygodniku „Wprost” (https://historia.wprost.pl/historia-staropolska/10941643/kapitulacja-polskiej-zalogi-na-kremlu-dochodzilo-do-ekstremalnych-sytuacji.html). Poniżej jego część dostępna bezpłatnie:

7 listopada 1612 roku polska załoga stacjonująca na moskiewskim Kremlu kapitulowała po długim oblężeniu. – W diariuszach zostały zapisane ekstremalne sceny. Mamy informacje o tym, że ojcowie zjadali synów, czy makabryczne cenniki ile kosztowały poszczególne części ludzkiego ciała oraz części zwierząt – mówi w rozmowie z „Wprost” dr hab. Konrad Bobiatyński z Wydziału Historii UW.

Maciej Zaremba: Mam wrażenie, że w Polsce istnieje powszechna, mocno uproszczona wiedza, że „kiedyś Polacy zajęli Moskwę, byliśmy potęgą”. Ale gdy przejdziemy do szczegółów, to już mało kto potrafi rozróżnić na przykład dymitriady od wojny Rzeczypospolitej z Moskwą. A już informacja, że moskiewskiego Kremla nie zdobyliśmy, a zajęliśmy po uzgodnieniu umowy o carskiej koronie dla królewicza Władysława, może dla niektórych być szokiem. Czy da się uporządkować w kilku zdaniach na czym polegało zaangażowanie Rzeczypospolitej w sprawy moskiewskie na początku XVII wieku?

Dr. hab Konrad Bobiatyński: Warto rozpocząć od tego, że w 1598 roku wygasła dynastia Rurykowiczów. Rozpoczęło to cykl niepokojów wewnętrznych w Państwie Moskiewskim, bo tak należy nazywać to państwo. To nie była wtedy Rosja. Car Borys Godunow, który pochodził z rodu nie zaliczającego się do dotychczasowych elit władzy, spotkał się z ostrą opozycją bojarsko-kniaziowską. W tej sytuacji w 1603 roku objawił się na wschodnich kresach Rzeczypospolitej człowiek, który podawał się za cudem ocalonego najmłodszego syna Iwana Groźnego Dymitra. W rzeczywistości zmarłego lub zabitego, tego się nie dowiemy, w 1591 roku.

I ten Dymitr, zwany Samozwańcem, szybko zaczął pozyskiwać możnych protektorów w Rzeczypospolitej. Dymitriady to właśnie okres nieformalnych wypraw, można powiedzieć prywatnych. Odbywały się za wiedzą króla, ale nie były to wyprawy państwowe. Rozpoczęło się to w 1604 roku, kiedy to Dymitr wyprawił się na Moskwę przy pomocy swoich protektorów: książąt Wiśniowieckich i wojewody sandomierskiego Jerzego Mniszcha, który obiecał wydać za niego swoją córkę. Godunow w 1605 roku zmarł, a jego syn Fiodor został zamordowany. I w 1605 roku Dymitr zostaje carem. I od tego rozpoczyna się cała historia.

Walka z Moskwą krokiem do odzyskania tronu w Szwecji?

A dlaczego polski król się zdecydował wziąć udział w tym „zamieszaniu”.

To była seria kolejnych wydarzeń. Dymitr rządził rok i został zamordowany. Morderstwo miało miejsce tuż po ślubie z Maryna Mniszchówną. Wtedy doszło do rzezi Polaków i Litwinów w Moskwie. To bardzo wzburzyło nastroje w Rzeczypospolitej. Ale król na interwencję zdecydował się dopiero w 1609 roku, czyli kilka lat później.

Powodów było kilka. Oficjalnie chodziło o sojusz, jaki kolejny car Wasyl Szujski zawarł z królem Szwecji Karolem IX, z którym Zygmunt III Waza pozostawał w konflikcie i uważał go za uzurpatora na ojczystym tronie. Karol IX był stryjem Zygmunta III, który pozbawił polskiego króla należnego mu tronu szwedzkiego. Oczywiście to był oficjalny powód dla Rzeczypospolitej, bo król nie uzyskał zgody Sejmu na tę wyprawę. Ale król uzasadniał wojnę tym, że w pactach conventach zobowiązał się do odzyskania ziem, które zostały utracone przez Wielkie Księstwo Litewskie na rzecz Moskwy i głównym celem wyprawy jest zdobycie Smoleńska i odzyskanie Smoleńszczyzny. A tak naprawdę motywy były różne.

Jakie?

Jednym z nich było na pewno doprowadzenie do wewnętrznej pacyfikacji Rzeczpospolitej po wojnie domowej, po rokoszu sandomierskim. Chodziło też o to, żeby poprzez podbicie Moskwy stworzyć sobie lepsze warunki do odzyskania tronu szwedzkiego. Tych czynników było naprawdę wiele.

I jak doszło do tego, że syn polskiego króla został obrany na carski tron?

We wrześniu 1609 roku król rozpoczął interwencję od oblężenia Smoleńska. Jak wiadomo wojska Rzeczpospolitej nie potrafiły skutecznie oblegać miast, więc oblężenie trwało niezwykle długo. W 1610 roku siły moskiewskie wzmocnione przez korpus, można powiedzieć szwedzki, ale złożony z najemników z różnych krajów Europy Zachodniej, ruszył na odsiecz Smoleńskowi. Naprzeciwko niego ruszył hetman polny koronny Stanisław Żółkiewski i 4 lipca 1610 roku odniósł znakomite zwycięstwo pod Kłuszynem rozbijając całkowicie przeciwnika. Wtedy, w zupełnie niespodziewany sposób, bo to nie było celem wyprawy Zółkiewskiego, stanęła otworem droga na Moskwę.

Co się stało?

W samym mieście doszło do rozruchów, do obalenia cara Wasyla IV Szujskiego. I kiedy Żółkiewski podszedł pod mury Kremla rozpoczął negocjacje z elitami bojarskimi. Już wcześniej, na początku 1610 roku, w pewnym gronie, można powiedzieć propolsko nastawionych elit moskiewskich, pojawiła się koncepcja, żeby wybrać na tron pierworodnego syna Zygmunta III, czyli królewicza Władysława. I ta koncepcja zmaterializowała się w trakcie negocjacji mających miejsce pod Moskwą w sierpniu 1610 roku. 27 sierpnia Żółkiewski podpisał układ z bojarami o elekcji królewicza Władysława, który nigdy oczywiście nie wszedł w życie, ale otworzył wojskom polskim drogę na Kreml.

A co stało się 9 października? Zdobyliśmy wtedy Kreml, jak to często jest przedstawiane?

Miasto nie tyle zostało zdobyte, co po prostu polska załoga na mocy układu z 27 sierpnia wkroczyła na Kreml i obsadziła to serce Państwa Moskiewskiego. To jest po prostu data, kiedy polska załoga weszła do twierdzy w środku Moskwy.

Polacy na Kremlu. W Żółkiewskim widziano gwaranta bezpieczeństwa

Jak ludność moskiewska podchodziła do polskiej załogi? Czy to zmieniało się w czasie?

To skomplikowany problem. Dotąd nie wspomniałem o tzw. Dymitrze II Samozwańcu. Po obaleniu Dymitra I pojawił się wkrótce kolejny uzurpator, który podawał się za po raz kolejny cudem ocalonego cara. Dymitr II od 1608 roku terroryzował Moskwę. Założył obóz we wsi Tuszyno, która dzisiaj jest północną dzielnicą Moskwy. Żółkiewski z całą pewnością w sierpniu, wrześniu 1610 roku był uważany przez ludność moskiewską i bojarów za kogoś, kto ma ochronić Moskwę przed czymś jeszcze gorszym, czyli pacyfikacją ze strony tych niekarnych, półdzikich band, które były pod komendą Dymitra II Samozwańca.

Czyli Żółkiewski i jego wojska byli uznawani za pewnego rodzaju wybawienie?

Początkowo widziano w Żółkiewskim kogoś, kto będzie gwarantem spokoju, bezpieczeństwa. To się oczywiście zmieniało. Zółkiewski doprowadził do rozbicia obozu Dymitra II Samozwańca, który wkrótce uciekł spod Moskwy i został niedługo zamordowany. Ale dochodziło do konfliktów pomiędzy ludnością i wojskami polskimi, w skład których wchodziło wielu najemników. Część z nich przeszła na stronę polską po bitwie pod Kłuszynem. To były konflikty na różnym tle.

Jakim?

Oczywiście, jak to z żołnierzami bywa, istniały problemy z dyscypliną. Doszło do różnych incydentów pomiędzy żołnierzami a ludnością, chociażby do bezczeszczenia ikon. Do różnych sporów często na bardzo błahym tle. Oczywiście było także stronnictwo w Moskwie, które w ogóle nie widziało możliwości powołania Władysława na tron. Był patriarcha Hermogenes, który podjudzał, podsycał antypolskie nastroje. Do wybuchu doszło wiosną 1611 roku. Trzeba też pamiętać, że dopóki w Moskwie był Stanisław Żółkiewski, to łagodził sytuację. To był człowiek bardzo koncyliacyjnie nastawiony, szanowany przez Rosjan.

Ale Żółkiewski wyjechał z Moskwy.

Tak i później zastąpił go człowiek o dużo mniejszej charyzmie, Aleksander Gosiewski. Oczywiście nie należy go bezpośrednio obarczać odpowiedzialnością za to, co się działo. Ale konflikt narastał i doszło do wybuchu powstania antypolskiego wiosną 1611 roku i do ostrych walk. Powstanie udało się stłumić, ale od tego czasu sytuacja się systematycznie pogarszała. Polska załoga była coraz ostrzej atakowana przez kolejne pospolite ruszenia moskiewskie, które zaczęły ją blokować, a później rozpoczęły regularne oblężenie. I wiemy jak to się wszystko skończyło w 1612 roku. Ale po drodze wydarzyło się jeszcze kilka ciekawych rzeczy.

xxxxxxxxxxxx

I w tym miejscu kończy się darmowy dostęp do tego wywiadu. Na początku dowiadujemy się, że ten „spór z carem, którego bojarzy rosyjscy jakoś tam nie uznawali”, jak to ujął Maciak, polegał na tym, że car Borys Godunow nie pochodził z rodu zaliczanego do ówczesnych elit. I pojawia się ktoś, kto podaje się za syna Iwana Groźnego. Ten Dymitr, zwany Samozwańcem, zyskuje możnych protektorów w Rzeczypospolitej. Są nimi książęta Wiśniowieccy i wojewoda sandomierski Jerzy Mniszech. Wiśniowieccy to Rusini. A Mniszech? Henryk Rolicki w książce Zmierzch Izraela pisze:

„Tajne organizacje pracują bezustannie, agitatorzy jeżdżą z kraju do kraju, setki pism krążą z rąk do rąk. Do sojuszu przeciw Rzymowi usiłują zwerbować kościół wschodni. W Polsce ewangelicy, połączeni unią sandomierską, starają się zarzucić sieci na prawosławie i przeciwstawić unii brzeskiej (1596), z drugiej strony działa wśród dyzunitów sekta judaizantów, o której mówiłem wyżej. Przez Polskę usiłuje się zarzucić sieć na Moskwę, stąd finansowana przez Mniszcha wyprawa Dymitra Samozwańca, wychowanego po ariańsku przez Gabriela Hojskiego, protektora arianizmu.”

Ten wątek nie jest oczywiście poruszany przez historyków, ale okres tzw. Wielkiej Smuty, czyli bezkrólewia w Carstwie Moskiewskim, był doskonałą okazją do tego typu przedsięwzięć.

Z tego wywiadu dowiadujemy się też, że król uzasadniał wojnę tym, że w pactach conventach zobowiązał się do odzyskania ziem, które zostały utracone przez Wielkie Księstwo Litewskie na rzecz Moskwy i głównym celem wyprawy było zdobycie Smoleńska i odzyskanie Smoleńszczyzny. I tu, jak to mówią, jest pies pogrzebany. Relacje i interpretacje tych wydarzeń są różne i można się spierać o to, czy to byli Polacy, czy – nie. Można sobie też zadać inne pytanie: w czyim to było interesie? Na pewno nie w polskim. W mojej ocenie Polska, czyli w tamtym czasie Korona Królestwa Polskiego, to państwo, które skończyło się wraz z unią lubelską, w wyniku której powstało nowe państwo – Rzeczpospolita Obojga Narodów. Ale jakoś tak się dziwnie składało, że to nowe państwo realizowało tylko interesy jednego z państw, które wchodziły w skład RON. To były interesy Wielkiego Księstwa Litewskiego. Ich realizacja zaczęła się jeszcze w okresie unii personalnej, gdy królem był Litwin Jagiełło.

Po bitwie pod Grunwaldem WKL odzyskało Żmudź, a Polska jakieś niewielkie skrawki Ziemi Dobrzyńskiej. W 1343 roku Kazimierz Wielki zawarł z Krzyżakami pokój i skierował swoje zainteresowania na Ruś Halicko-Włodzimierską. Wojny z nimi powróciły, gdy królem został Jagiełło. Litwa chciała odzyskać Żmudź, którą straciła po bitwie nad Strawą (dopływ Niemna) w 1348 roku. Litwini i Rusini (Ukraińcy?) stracili tam 6000 z 9000 ludzi, a Krzyżacy 60 w tym 8 rycerzy zakonnych. Tak więc bitwa pod Grunwaldem przyniosła korzyści tylko WKL.

Pacta conventa zobowiązywały króla do odzyskiwania ziem utraconych przez WKL na rzecz Moskwy. Nie było mowy o zobowiązaniu króla do odzyskiwania Śląska czy Gdańska. Nowe państwo było zdominowane przez litewskich i rusińskich możnowładców, a właściwie feudałów, którzy wykorzystywali je do realizacji własnych interesów, które polegały na tym, że pod władzą Moskwy nie byliby tak potężni. W WKL znaczyli więcej niż król, który był bardziej zainteresowany tronem szwedzkim, co naturalne, bo był Szwedem. W ten sposób to małe państwo polskie, zwane Koroną, zostało wplątane w wojny z Moskwą, z którą wcześniej nie graniczyło i nie miało z nią żadnych spornych kwestii. Smoleńszczyzna nie była ziemią polską. Litwini i Rusini z WKL, które powstało z ziem Rusi Kijowskiej, nie byli w stanie obronić się przed Moskwą, która upominała się o ziemie tej Rusi i stąd unia z Koroną, która choć mała, to było to jednak państwo na wyższym poziomie rozwoju i lepiej zorganizowane niż WKL.Jakby tego było mało, to doszły jeszcze wojny ze Szwecją o Inflanty. To też był interes WKL. A później przyszedł potop szwedzki, ale tylko na ziemie byłej Korony.

I od tego momentu, od tej nieszczęsnej dla Polaków unii lubelskiej, polityka ta jest niezmienna. Cały czas, aż do zaborów, Rzeczpospolita Obojga Narodów realizowała interesy jednej strony i tylko jej. I to się odrodziło po I wojnie światowej, po której II RP stała się kalką I RP, a władze II RP bardziej na uwadze miały interes ukraiński (eksperyment wołyński) niż polski. I dziś jest tak samo. Władze III RP też mają na uwadze tylko interes ukraiński, co jest pośrednim dowodem na to, że ten wschodni żywioł dominuje w tym państwie, zwanym jeszcze Polską, a Polacy są w nim całkowicie zmarginalizowani. I nic się nie zmieniło od czasu unii lubelskiej. Trwałość i niezmienność tej koncepcji i konsekwencja z jaką realizowana jest ta polityka, skłania mnie do wniosku, że za tym wszystkim kryją się jacyś nieznani przełożeni, którzy zdominowali kiedyś Koronę i WKL i to oni stworzyli ten idiotyczny ustrój tego nowego państwa, zwanego Rzeczpospolitą Obojga Narodów, i decydowali o jego losach.

A piwo „1610” jest jak najbardziej na czasie, gdy trzeba przekonać Polaków do udziału w wojnie na Ukrainie: Patrzcie! Kiedyś się udało, to i teraz może się udać. Moskwa jest do pokonania!

“Polacy” na Kremlu

Na kanale internetowym „Musisz to wiedzieć” w odcinku nr 1588 z dnia 22 stycznia Maciej Maciak, możliwe że przyszły premier, „obala” mit o Polakach, którzy w 1610 roku zdobyli Moskwę i osadzili na Kremlu swoje wojska. Ten nasz rodzimy „Flecista z Hameln” niby obala jeden mit, że Polacy zdobyli Kreml, drugim, że zostali zaproszeni i że to byli Polacy, a to nie byli Polacy. Ale po kolei. Maciak zaczyna swój program wstępem, w którym mówi:

„Zacznę od czegoś, co każdy Polak ma wbite do głowy, szczególnie ostatnio, o tym, jak podbiliśmy Moskwę. Te informacje, które teraz podam są szokujące, dla większości szokujące. Robiłem badanie, ale gdy zapytałem w tym badaniu – ale powiedz mi, jakie były szczegóły tego, gdy zdobyliśmy Moskwę, gdy polski władca rządził w Moskwie – to nikt nie potrafił mi odpowiedzieć na to pytanie. Bo nigdy nie zdobyliśmy Moskwy. Jeżeli uważacie, że mówię coś absurdalnego, no to zachęcam Państwa do odwiedzenia strony Muzeum Historii Polski pod patronatem Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego, czyli pana ministra Glińskiego i tam jest to opisane dość poprawnie.

To nie było tak, że my zdobyliśmy Moskwę. W tym czasie, około 1610 roku, to nazwa piwa Mentzena (piwo o nazwie „1610” – przyp. W.L.) i to z tego powodu drobna errata do informacji z poprzedniego odcinka. Tak pan Mentzen upamiętnia podbój Moskwy, podbój Moskwy piwem, żeby ludzie żłopali. Browarnik Mentzen upamiętnia tę datę. Proszę Państwa, to nie było tak. W tamtym czasie bojarzy rosyjscy mieli spór z carem, którego jakoś tam nie uznawali i poprosili Polaków o pomoc. Tak! Rosyjscy bojarzy poprosili Polaków o pomoc i tam przyjechała do Moskwy pomóc bojarom polska załoga. Maksymalnie było ich trzy tysiące. Jednak ze względu, że Polacy się źle zachowywali, wkurzali bojarów, swoich gospodarzy, dobrodziejów, którzy chcieli im oddać Księstwo… Królestwo Moskiewskie (Carstwo Moskiewskie – przyp. W. L.), no to zaczęło się prześladowanie ludzi, palenie Moskwy. Z tego powstał głód i Polacy zostali przepędzeni. Tak to było. Przeczytajcie sobie w szczegółach tę pasjonującą historię. Nigdy Polacy nie zdobyli Moskwy. Nie było takiego faktu. Od tak prozaicznych rzeczy zaczęło się, jak kazali bojarom golić brody. Nie wiadomo o co chodziło ówczesnym dowódcom obsady Kremla. Dowódcą załogi na Kremlu był Korwin Gosiewski. Mamy pecha do niektórych nazwisk.”

W tym momencie Maciak przechodzi do cytowania artykułu, którego tytułu nie podał, ani nie poinformował, kto jest jego autorem, ani nie dodał do niego linku. Zapewne uznał, że 99% jego wyznawców nie zada sobie trudu, by szukać oryginalnego tekstu i zaczarowana jego narracją łyknie te bzdury. I ma rację! Strona tego muzeum jest tak beznadziejna, że trudno coś na niej znaleźć. Dopiero gdy wpisałem w wyszukiwarkę frazę „Polacy na Kremlu w 1610 roku”, to pojawił mi się na pierwszym miejscu omawiany artykuł. Jego tytuł to „Obsadzenie Kremla przez załogę polską”. Jest to wywiad z prof. Anną Filipczak-Kocur z Instytutu Historii Uniwersytetu Opolskiego (https://muzhp.pl/pl/e/72/obsadzenie-kremla-przez-zaloge-polska). Poniżej cały ten wywiad. Wytłuściłem to, co zacytował z niego Maciak.

Jakie były okoliczności znalezienia się Polaków w Moskwie? W jaki sposób opanowali oni Kreml w 1610 roku?

Już od 1604 roku różne oddziały, werbowane przeważnie przez polskich możnowładców, pomagały Dymitrowi Samozwańcowi pierwszemu, a potem drugiemu w zdobyciu korony i utrzymaniu tronu. Były to jednak inicjatywy prywatne, chociaż po cichu popierane przez Zygmunta III w perspektywie realizacji jego politycznego celu: przymierza z władcą moskiewskim dla odzyskania królestwa szwedzkiego. W 1609 roku król oficjalnie, chociaż bez zgody sejmu, wyprawą na Smoleńsk, utracony w roku 1514, rozpoczął wojnę z Moskwą. W czerwcu 1610 hetman Stanisław Żółkiewski z częścią wojska został spod obleganej twierdzy wysłany przeciwko armii Dymitra Szujskiego, podążającej na odsiecz Smoleńskowi. Żółkiewski odniósł nad nią zwycięstwo pod Kłuszynem i wyruszył do Moskwy.

Car Wasyl Szujski zawarł jeszcze 10 marca wieczysty pokój z królem szwedzkim Karolem IX. Uznał w nim prawa Szwedów do Inflant, a sam zgłosił pretensje do terytoriów, które od pokoju w Jamie Zapolskim z 1582 roku należały do Wielkiego Księstwa Litewskiego. Tytułował się carem połockim. Karol i Wasyl zobowiązali się ponadto do prowadzenia wspólnej polityki wobec Zygmunta III i jego potomków, a Szwedzi obiecali carowi pomoc zbrojną.

Wydarzenia na terenie państwa moskiewskiego w okresie wielkiej smuty – bo tak nazwano te czasy – toczyły się niezwykle szybko. Bojarzy obalili cara Wasyla Szujskiego, a koronę zaproponowali Władysławowi, synowi Zygmunta. Hetman Żółkiewski przyjął tę propozycję. Wprowadzono polską załogę do stolicy carów na prawach sojusznika. Decyzję hetmana zaakceptowały przebywające w obozie pod Tuszynem w służbie drugiego samozwańca oddziały polskie pod dowództwem Zygmunta Kazanowskiego i Samuela Zborowskiego. Dołączyło do nich kilkuset ludzi z rozbitej pod Kłuszynem armii Szujskiego. Dowództwo nad nimi objął Aleksander Korwin Gosiewski.

Jaka wyglądała sytuacja załogi polskiej oraz mieszkańców Moskwy w ciągu następnych dwóch lat, czyli do 26  października (6 listopada) 1612 roku?

W nocy 20/21 września 1610 roku oddziały Żółkiewskiego weszły do Moskwy i przebywały tam w różnej liczebności do 26 października 1612 roku nowego stylu. Zajęły Kreml oraz dwie dzielnice: Kitajgorod i Biełgorad. Hetman Żółkiewski 8 października wkroczył osobiście na Kreml, gdzie oczekiwała go duma bojarska. Był tam też Michaił Romanow, później – w 1613 roku – wybrany na cara, i patriarcha Hermogenes. Po złożeniu przysięgi przez przedstawicieli wszystkich stanów wydano bankiet z udziałem Żółkiewskiego oraz oficerów.  Aleksander Korwin Gosiewski objął urząd starosty moskiewskiego i stanął na czele strieleckiego prikaza, czyli najwyższego urzędu wojskowego. Faktycznie Rosja przestała wówczas istnieć jako suwerenne państwo.

Polityka Gosiewskiego nie podobała się wszystkim bojarom. Byli wśród nich nie tylko zwolennicy Władysława, ale i drugiego samozwańca oraz cara Szujskiego. Gosiewski odsuwał od władzy bojarów porozumiewających się z samozwańcem lub tylko o to podejrzanych. Rozdawał majątki ziemskie stronnikom Polaków, chociaż tylko na papierze. Moskwa stanęła w obliczu zamieszek zbrojnych. Patriarcha Hermogenes, 78-letni starzec, wzywał do buntu przeciw Władysławowi. Mieszkańcy Moskwy wyrażali wrogość wobec wojsk polskich. Nie chciano im sprzedawać żywności, mnożyły się incydenty zbrojne. Z tego powodu Gosiewski zdecydował się na odebranie broni  ludności cywilnej, nakazał kontrolowanie domów, karczem.

Stanisław Żółkiewski opuścił Moskwę, udając się do króla pod Smoleńsk. Przybył tam 9 listopada. Kiedy do Moskwy dotarła wiadomość, że król nie akceptuje układów Żółkiewskiego z bojarami i sam chce zostać carem, wrogie nastroje wobec Polaków przybrały na sile. Do tej pory załoga polska przebywała na Kremlu legalnie dla obrony rządu bojarskiego. Zaczęto kolportować antypolskie pisma. Cerkiew, jako jedyna siła moralna i polityczna w powszechnym chaosie, wzywała do walki przeciw polskim najeźdźcom i rosyjskim zdrajcom. Mimo to Władysław miał ciągle zwolenników.

W czasie pobytu hetmana Żółkiewskiego w Moskwie załoga polska, licząca około trzech tysięcy ludzi, zachowywała się przyzwoicie. Nie było plądrowania, gwałtów ani wyrządzania innych krzywd ludności miejscowej. Straże patrolowały ulice i pilnowały porządku. Dopiero po wyjeździe hetmana zaczęły się działania dalekie od poprawności. Prześladowano mieszkańców stolicy, grabiono pałace i cerkwie, nakładano kontrybucje, dopuszczano się świętokradztwa. Sięgano do zasobów skarbca kremlowskiego, wcześniej już mocno zubożonego przez Wasyla Szujskiego. Potęgowało to nienawiść do Polaków i Litwinów. Jednak Gosiewski nie był w stanie opanować rozprzężenia w swoich oddziałach, chociaż z całą surowością karał wszelkie ekscesy. W Moskwie zaczęło brakować żywności. Stolica stanęła przed widmem głodu.

Już na początku marca 1611 Gosiewski wzmocnił Kreml zapasami prochu strzelniczego, wytoczył armaty na mury kremlowskie i Kitajgorodu. W końcu marca i na początku kwietnia spalił przedmieścia, aby zgnieść bunt i oczyścić drogę dla odsieczy nadciągającej od strony Możajska. Spaliły się wówczas również zapasy żywności. Pomoc Jana Karola Chodkiewicza była spóźniona i zakończyła się niepowodzeniem. Miał on za mało wojska i pieniędzy na jego opłacenie. Zarządził odwrót.

Sytuacja załogi polskiej, zredukowanej do 1300 ludzi, stawała się coraz trudniejsza. Odeszli  skonfederowani żołnierze z pułku Jana Piotra Sapiehy, łączność z Chodkiewiczem została zerwana. Głód zmuszał załogę do jedzenia koni, psów, kotów, myszy, szczurów, świec, gotowania rzemieni, a także pergaminowych rękopisów z carskiej biblioteki. Zdarzały się nawet przypadki kanibalizmu. Do stolicy zbliżało się od Niżniego Nowogrodu pospolite ruszenie dowodzone przez kniazia Dymitra Pożarskiego i Kuźmię Zachariewicza Minina Suchorukowa.

22 października rozpoczęto pertraktacje.  Warunki traktatu przewidywały bezwarunkową kapitulację, opuszczenie Kremla przez załogę z zachowaniem honorów wojskowych. Oblężonym zagwarantowano bezpieczeństwo i powrót do kraju. Kreml poddał się 26 października (6 listopada) 1612 roku. Następnego dnia otwarto bramy. Po dziewiętnastu miesiącach oblężenia stolica carów była znów wolna. Sukces ten uznano za “cud nad Moskwą”. Strona moskiewska nie dotrzymała warunków kapitulacji. Wielu Polaków zamordowano, innych wsadzono do więzienia. Pijani zwycięzcy palili i grabili skarby kremlowskie, odzierali trupy z rzeczy wartościowych. Zemsta zwycięzców dotknęła także tych, którzy sprzyjali Władysławowi i Polakom. Straty polskie były wielkie. Umierali po drodze z głodu, ginęli z rąk partyzantów.

W jaki sposób można zbilansować polsko-rosyjskie zmagania? Jakie były ich skutki dla obu stron?

Wielka smuta rozpoczęła się po śmierci Iwana IV i została bezpośrednio spowodowana kryzysem dynastycznym, czyli brakiem następcy na tron carski. Pogrążyła ona to wielkie państwo w chaosie na kilkanaście lat. Chaos ten umożliwił ingerencję polską w sprawy państwa moskiewskiego. Była ona jego skutkiem, a nie przyczyną. Smuta wykreowała trzy stronnictwa: propolskie, proszwedzkie i “narodowe”. Była to walka elit politycznych. W nowszej historiografii dostrzega się w tych wydarzeniach walkę między władzą carską a arystokracją rodową. Wybór Michaiła Romanowa na cara w 1613 roku stał się początkiem nowego państwa. Ruś moskiewska przekształciła się w jednolite państwo rządzone przez cara i dumę. Jak pisze Andrzej Andrusiewicz w Dziejach wielkiej smuty, Polacy, Litwini i Szwedzi przyczynili się do  przezwyciężenia przez Rosjan smutnych czasów i ich następstw, niezamierzenie dając impuls do integracji społeczeństwa oraz konsolidacji sił politycznych wewnątrzrosyjskich, tym samym przyśpieszając wybór. Interwencja polska uaktywniła walkę narodowowyzwoleńczą i przyczyniła się do  zintegrowania społeczeństwa. Długoletnie walki spowodowały zniszczenie kraju, a przede wszystkim Moskwy, regres demograficzny, zniszczenia gospodarcze. Sytuację pogarszały klęski żywiołowe, które stały się jedną z przyczyn głodu i chorób. Nie doszło jednak do załamania się handlu zagranicznego. Skarb państwa uległ osłabieniu, ale nie unicestwieniu.  Przez cały czas wielkiej smuty znajdował się on w rękach władzy państwowej.

Kiedy doszło już do rozmów na temat unii, król polski sądził, że dla bojarów atrakcyjne są formy ustrojowe Rzeczypospolitej oraz przywileje szlacheckie, takie jak wolność osobista, zapewnienie bojarom nietykalności osobistej, czyli neminem captivabimus, prawo do studiowania za granicą. Kiedy Zygmunt III rozpoczynał marsz na wschód, nie miał żadnych planów misyjnych. Strona rosyjska widziała w tym jednak zagrożenie dla prawosławia. Król nie wziął pod uwagę konserwatyzmu bojarów – kierował się dążeniami elit, ich tęsknotą za polskimi wolnościami i stylem życia.

Nie można winić Zygmunta III za to, że nie wysłał nieletniego Władysława do pogrążonego w anarchii państwa. Tam trzeba było doświadczonego władcy – króla ojca. Nie mógł ryzykować życia syna. Hetman Żółkiewski  pod carowym Zajmiszczem i pod Moskwą poszedł na ustępstwa wobec bojarów, pokrzyżowawszy plany króla. Wycofać się nie mógł i nie mógł dotrzymać układu z 27 sierpnia 1610 roku. To podsycało nastroje antypolskie i przekreśliło szanse na związanie w jakiś sposób tego państwa z Rzecząpospolitą. W 1610 roku król zgodził się na objęcie tronu przez Władysława, ale po pewnym czasie rządów ojca. Nie wyraził natomiast zgody na jego przejście na prawosławie – nie mógł tego zrobić jako głęboko wierzący katolik. Unia personalna obu państw była nierealna. Nie do wyobrażenia było, aby car chodził do kościoła katolickiego, a jego poddani do cerkwi. Unia musi wypływać ze wspólnych interesów, a nie z przewagi wojskowej.

Rzeczypospolitej pozostały po zejściu załogi polskiej z Kremla wielomilionowe należności do spłacenia czterem konfederacjom wojskowym. Zapłaciła też zniszczeniem terytoriów, przez które przechodziło wojsko.

Prof. Anna Filipczak-Kocur – historyk, pracownik Instytutu Historii Uniwersytetu Opolskiego, zajmuje się m.in. funkcjonowaniem centralnych instytucji Rzeczypospolitej w epoce nowożytnej.

W podsumowaniu swego cytatu Maciak mówi:

„Oblężonym zagwarantowano bezpieczeństwo i powrót do kraju z honorami i tak dalej i proszę Państwa i to było wygnanie Polaków z Moskwy, którą podobno zajęliśmy. Brednie, nigdy nie było zajęcia Moskwy zbrojnego, siłowego, tylko bojarzy chcieli współpracować z Polakami przeciw swojemu władcy. I to cała prawda o tym, jaki to silny oddział wojska tam pokonał Rosjan. Proszę Państwa, bzdury kompletne. Nie dajmy sobie tego wmówić.”

Nie pociągnął Maciak tego ostatniego cytatu dalej, bo nie pasował on do jego bajki. A szło dalej tak:

„Kreml poddał się 26 października (6 listopada) 1612 roku. Następnego dnia otwarto bramy. Po dziewiętnastu miesiącach oblężenia stolica carów była znów wolna. Sukces ten uznano za “cud nad Moskwą”. Strona moskiewska nie dotrzymała warunków kapitulacji. Wielu Polaków zamordowano, innych wsadzono do więzienia. Pijani zwycięzcy palili i grabili skarby kremlowskie, odzierali trupy z rzeczy wartościowych. Zemsta zwycięzców dotknęła także tych, którzy sprzyjali Władysławowi i Polakom. Straty polskie były wielkie. Umierali po drodze z głodu, ginęli z rąk partyzantów.”

A czego możemy dowiedzieć się z tego wywiadu? Ano tego, że były to inicjatywy prywatne i żołnierze byli werbowani przez możnowładców. Ale co to byli za możnowładcy? Nie są wymienieni z nazwiska. Czy to byli polscy czy może litewscy i rusińscy, którzy byli potężniejsi od polskich? A więc była to prywatna inicjatywa i wojska najemne. Wszystko odbywało się bez zgody sejmu, ale za cichym przyzwoleniem króla, który widział w Samozwańcach sojuszników, którzy pomogą mu w odzyskaniu korony szwedzkiej. A więc prywata możnowładców i króla. Jednym słowem była to hucpa, której Rzeczpospolita jako państwo nie popierała. Wojsko było najemne i jak nie dostało zapłaty, to zaczęło plądrować. Ale to byli najemnicy, nawet jeśli niektórzy z nich to byli Polacy, to byli tam prywatnie i nie reprezentowali interesów Rzeczypospolitej. Mówienie w takim przypadku, że to Polacy jest nadużyciem. Skoro byli to najemnicy, to pewnie wielu z nich nie było Polakami.

„Rzeczypospolitej pozostały po zejściu załogi polskiej z Kremla wielomilionowe należności do spłacenia czterem konfederacjom wojskowym. Zapłaciła też zniszczeniem terytoriów, przez które przechodziło wojsko.”

Dziwne to, bo na początku Filipczak-Kocur mówi, że to polscy możnowładcy werbowali żołnierzy, a na końcu, że to Rzeczpospolita musi zapłacić czterem konfederacjom wojskowym po opuszczeniu Kremla. Wikipedia tak opisuje konfederację wojskową:

„Konfederacja żołnierska (także konfederacja wojskowa) – w dawnej Polsce i Litwie, w XVII wieku związki żołnierzy powstające zwykle w wyniku buntu z powodu niewypłacania żołdu. Konfederaci obierali sobie dowódców (regimentarzy) i najeżdżali dobra królewskie lub kościelne i siłą ściągali zaległy żołd. Pierwszym aktem związkowych było wypowiedzenie posłuszeństwa hetmanowi i wybranie innego wodza nazywanego marszałkiem konfederacji wojskowej. Obradowano publicznie, a dla utrzymania karności uchwalano nowe, bardzo surowe, artykuły wojskowe.”

Jeden tylko wniosek z tego wynika, że Rzeczpospolita Obojga Narodów, to był jeden wielki burdel i rządził ten, kto pierwszy wstał. W każdym razie pani profesor niezbyt precyzyjnie wyjaśnia, więc można podejrzewać, że to jednak nie byli Polacy, ci możnowładcy. Może więc Rusini kijowscy, jako „Polacy”, zwietrzyli szansę na podporządkowanie Carstwa Moskiewskiego, a polski król – Szwed, dostrzegł w tym również szansę dla siebie na odzyskanie korony szwedzkiej poprzez zyskanie sojuszników na Kremlu. No, ale wszystkiemu, jak zawsze, byli winni Polacy. I w ten schemat myślenia wpisuje się Maciak.

Protesty c.d.

W poprzednim blogu pisałem o protestach w Peru, ale też były protesty w Brazylii. W Brazylii protestujący nie pogodzili się z wynikiem wyborów, a w Peru z aresztowaniem prezydenta. W Peru zwycięzca otrzymał 50,13% głosów, przegrany – 49,87% głosów. W Brazylii odpowiednio 50,90% i 49,10%. Podobnie jak poprzednio, korzystam z tego samego źródła informacji i poniżej moje streszczenie.

»Wybory prezydenckie z października 2022 pokazały, że Brazylia jest podzielona na dwie części. Jedni to zwolennicy Bolsonaro, drudzy – Lula da Silva, który już był wcześniej prezydentem. Lula zadeklarował, że będzie prezydentem wszystkich Brazylijczyków i że nikt nie jest zainteresowany w życiu w podzielonym kraju. Lula zdobył 50,90% głosów, a Bolsonaro – 49,10%. Wynik Bolsonaro był lepszy niż przewidywano w sondażach.

W latach 90-tych Brazylia była praktycznie odcięta od świata. Jej przemysł był chroniony poprzez wysokie cła oraz zakaz importu wielu produktów. Dodatkowo dochodziła wysoka inflacja. 30 lat temu rząd Itamara Franco zapoczątkował plan, który realizował rząd Fernando Cardoso. Podstawowym założeniem tego planu była wymiana waluty i reforma systemu podatkowego. Plan powiódł się i Brazylia stała się jedną z czołowych gospodarek rozwijającego się świata. Ograniczono biedę i nierówności społeczne. Lula korzystał z boomu gospodarczego i ożywionej wymiany handlowej. W efekcie Brazylia stała się w 2010 roku siódmą gospodarką świata. Jednak w ostatnim rankingu spadła na 12-te miejsce.

Kiedy skończyła się tania ropa naftowa zaczęły się problemy. Rząd Dilmy Rousseff okazał się bardzo niekorzystny dla brazylijskiej gospodarki, która popadła w głęboką recesję. Nawet największe państwowe przedsiębiorstwo, naftowy gigant – Petrobras, znalazło się w trudnej sytuacji ekonomicznej i bliskie bankructwa. Korzystając z niezadowolenia społecznego, Bolsonaro, jedna z najbardziej kontrowersyjnych postaci w brazylijskiej polityce, pojawił się na politycznej scenie. Jego populistyczny program przyciągnął miliony Brazylijczyków, którzy byli już zmęczeni licznymi skandalami korupcyjnymi w Partii Pracy w ciągu ostatnich 16 lat.

Jednym z największych sukcesów prezydenta Bolsonaro było zatrudnienie Paulo Guardasa jako super ministra od ekonomii. Wykształcony w Ameryce reprezentował nurt liberalny, a więc promował prywatyzację, uproszczone prawo podatkowe, prawo pracy i redukcję biurokracji. Zmniejszyło się bezrobocie, a prywatyzacja zmniejszyła dług publiczny. Kondycja finansowa firm po prywatyzacji stała się znacznie lepsza. Niektóre w ciągu dwóch lat uzyskały większy dochód niż poprzednio w ciągu dziesięciu lat. Korupcja powodowała utratę około 70 miliardów reali w ciągu roku. Była to największa prywatyzacja w ciągu ostatnich 20 lat. Przyciągnęła ona fundusze inwestycyjne z Singapuru i emerytalne z Kanady. Sprywatyzowano wodociągi i kanalizację. Pomimo pandemii prywatyzacja przyniosła korzyści. W 2021 roku PKB Brazylii wzrosło o 4,6%, a w 2022 roku, roku wyborów, osiągnęło ponad 3% wzrostu. To spowodowało powstanie prawdziwie fanatycznej społeczności opowiadającej się za Bolsonaro. By utrzymać się przy władzy Bolsonaro zwiększył o 50% zasiłki dla najbiedniejszych. W sumie było to około 110 dolarów miesięcznie. W czasie swojej kampanii obiecał utrzymać je w 2023 roku. Ten zasiłek otrzymuje około 21 milinów brazylijskich rodzin. Dla państwa jest to wydatek około 50 miliardów dolarów. To oczywiście musiało skończyć się zaciągnięciem kredytu.

Negatywny elektorat miał nie tylko Bolsonaro, ale również Lula da Silva, który trafił do więzienia oskarżony o korupcję. Spędził tam 19 miesięcy, po czym został zwolniony przez Sąd Najwyższy, który anulował wszystkie wyroki dotyczące Luli, argumentując, że sędzia wydający te wyroki nie miał do tego prawa. Innymi słowy Lula został zwolniony z powodu błędów proceduralnych, a nie dlatego, ze Sąd Najwyższy uznał, że jest niewinny. Część wyborców pamiętała dobrze czasy za poprzedniej kadencji Luli, a ci, którzy otrzymali zasiłki, byli rozżaleni ze względu na rosnącą inflację. Doszło więc do sytuacji, w której nikt z wyborców nie był obojętny.

Jedynym sektorem brazylijskiej gospodarki, który oparł się kryzysowi, było rolnictwo. To dzięki eksportowi do Chin. Jednak to było za mało. Sektor przemysłowy od ponad 20 lat znajduje się w kryzysie. Wyborcom obu stron bardziej zależy na pokonaniu przeciwnika, niż faktycznej poprawie sytuacji. Wśród zwolenników Bolsonaro są tacy, którzy chcieliby, by armia usunęła Lulę, czyli dokonała zamachu stanu.

Wygląda na to, że Bolsonaro pogodził się z porażką. Natomiast Lula stoi przed poważnym wyzwaniem. Kraj jest podzielony, a finanse w stanie opłakanym. Niezbędne są zmiany strukturalne, by zapewnić długotrwały rozwój ekonomiczny. Lula chce, by wydatki publiczne stymulowały wzrost, szczególnie w zakresie rozwoju infrastruktury. Chce też rozwoju programów socjalnych. Jednak wykonanie może okazać się trudne ze względu na podstawową barierę, jaką jest limit na wydatki publiczne, wprowadzony 6 lat temu w walce z kryzysem. Zmiana tego ograniczenia wymaga wprowadzenia poprawki do konstytucji. Tak więc doradcy Luli szukają sposobu, by wyciągnąć 32 miliardy z tego limitu. Jego pomysł to pobudzenie rynku wewnętrznego w celu zwiększenia produkcji i konsumpcji. Mówi o zwiększeniu wydatków na programy socjalne, inwestycje publiczne i infrastrukturę. Uważa, że nastąpi wzrost przychodów z podatku dochodowego. No cóż, jest to brazylijska wersja „cudu siedmiu chlebów i ryb”. Same zwiększenie przychodów z podatku dochodowego nie wystarczy, więc pozostaje zwiększenie długu publicznego.

Obecna sytuacja finansowa kraju jest o wiele gorsza, niż gdy Lula poprzednio opuszczał swój urząd w 2010 roku. 80% budżetu to wydatki na wynagrodzenia dla urzędników i na emerytury. W większości krajów jest to mniej niż 60%, a w wielu bogatych – około 40%. Natomiast jakość usług w tych krajach jest na daleko wyższym poziomie niż w Brazylii. To, czego potrzebuje Brazylia, to reforma podatkowa. Bolsonaro zawiódł. Czas na Lulę. Chce on skupić się na zwalczaniu nierówności i poprawie redystrybucji dochodów. Problem jednak polega na tym, że nie ma on większości parlamentarnej.«

Z tej analizy trudno właściwie zorientować się, gdzie jest problem. Bo skoro gospodarka brazylijska została sprywatyzowana, to powinno być dobrze. I było dobrze, ale do czasu. Tak jak w Polsce. Dopóki było co sprzedać, to były pieniądze. A jak skończyły się one, to zaczął się problem. Teraz obecny prezydent chce na powrót nacjonalizować, to co wcześniej zostało sprywatyzowane. Tak samo jak u nas PiS. Skoro więc prywatyzacja była zła, to po co ją wprowadzono? Jeśli przedsiębiorstwa państwowe były skorumpowane, to prywatyzacja wprawdzie zlikwiduje tę korupcję, ale zyski z prywatnych firm pójdą do ich właścicieli. Przedsiębiorstwo państwowe może być równie efektywne, jak prywatne. Jeśli jednak nikt nie potrafi zwalczyć korupcji w nim, to znaczy, że tak postanowiono gdzieś wyżej, a osoby biorące w niej udział mają ochronę prawną, co potwierdza przykład prezydenta Luli, który został oskarżony o korupcję i skazany na karę więzienia. I raptem okazuje się, że trzeba go zwolnić, bo nie przestrzegano procedur sądowych. Czyli że nikt w całej Brazylii nie dostrzegł tego niedopatrzenia. Raczej trudno w to uwierzyć. Już zapewne w trakcie tego procesu wiedziano, że w pewnym momencie Lula ma być zwolniony i trzeba było dokonać takiego zabiegu.

Prywatyzacja nie jest rozwiązaniem żadnego problemu, bo w Brazylii sprywatyzowano nawet wodociągi, tak jak w Polsce, a problemy pozostały. A czy fundusze z Singapuru i z Kanady będą dzielić się zyskiem z rządem brazylijskim? Pewnie tak samo, jak dzielą się podobne fundusze w Polsce.

Korupcja jest wynikiem tego, że w takich skorumpowanych państwach klasa rządząca jest uzależniona od międzynarodowego kapitału, który w ramach prywatyzacji przejmuje rynki wszystkich tych państw i wymusza na tychże rządzących odpowiednie regulacje prawne, które są korzystne dla tego kapitału. W taki sposób państwa te są pozbawione kapitału i nie są w stanie rozwijać się i stawać się bogatymi. Stan taki trwa niezmiennie i żadne obietnice i zaklęcia tego nie zmienią. A może on tak trwać dzięki demokracji, która co cztery czy pięć lat stwarza nową iluzję. Pojawiają się coraz to nowi zaklinacze, którzy po raz kolejny, nie wiadomo już który, uwodzą masy, jak ten Flecista z Hameln – szczury.

Źródło: Rzeczpospolita.

Mam jakieś takie przekonanie, że demokracja ewoluuje. Wchodzi jakby na nowy etap rozwoju. Pojawiają się wybory, w których zwycięzca tylko minimalnie wygrywa z przegranym. W przypadku Brazylii wyglądało to tak – wybory 2006:

  • Luiz Lula da Silva – I runda – 48,61%, II runda – 60,83%
  • Geraldo Alckmin – I runda – 41,64%, II runda – 39,17%

Wybory 2010:

  • Dilma Rousseff – I runda – 46,91%, II runda – 56,05%
  • Jose Serra – I runda – 32,61%, II runda – 43,95%

Wybory 2014:

  • Dilma Rousseff – I runda – 41,59%, II runda – 51,64%
  • Aecio Neves – I runda – 33,55%, II runda – 48,36%

Wybory 2018:

  • Jair Bolsonaro – I runda – 46,03%, II runda – 55,12%
  • Fernando Haddad – I runda – 29,28%, II runda – 44,87%

Wybory 2022:

  • Luiz Lula da Silva – I runda – 48,40%, II runda – 50,90%
  • Jair Bolsonaro – I runda – 43,20%, II runda – 49,10%

Mamy więc tutaj z sytuacją, w której różnica wyniku wyborczego w roku 2022 pomiędzy kandydatami wynosi 1,80%. W Peru ta różnica wyniosła 0,26%, co wydaje się w granicach błędu. Czy to możliwe, by mogło stać się coś takiego? Różne rzeczy się dzieją. W wyborach w Stanach Zjednoczonych w 2016 roku Donald Trump zdobył 47,5% (304 elektorskie), Hilary Clinton – 47,7% (227 elektorskich), co dało zwycięstwo Trumpowi, bo decydowały głosy elektorskie. Taką to mamy demokrację w Ameryce. W Polsce w wyborach prezydenckich w roku 2020 w drugiej rundzie Andrzej Duda zdobył 51,03% głosów, a Rafał Trzaskowski – 48,97%, co daje różnicę 2,06%. Czy takie wyniki, to rzeczywiście efekt zrównoważonej polaryzacji, czy może efekt fałszowania wyborów. W Polsce przeprowadzono ostatnio sondaż, według którego podobno około 50% badanych uważa, że wybory są fałszowane. Udowodnienie czegoś takiego jest niemożliwe, jednak niektóre wyniki wyborów skłaniają do takich podejrzeń. Czy słusznie? Skoro nie jest ważne, kto jak głosuje, tylko kto liczy głosy, to może coś jest na rzeczy. Jednego wszak można być chyba pewnym. Takie wyniki zaogniają scenę polityczną, antagonizują wyborców i skłaniają niektórych z nich do radykalnych działań, jak choćby próby zajmowania budynków rządowych. Czy komuś właśnie o to chodzi?

A może jednak da się osiągnąć wynik zbliżony do 50/50 bez fałszowania wyniku wyborów, wykorzystując pewne naturalne podziały w społeczeństwie. W przypadku Brazylii mamy do czynienia z podziałem etnicznym, który umożliwia stworzenie takiego rozkładu głosów. Biali to 47,7% populacji Brazylii, pardo – 43,1%, czarni – 7,6%, resztę (1,6%) stanowią głównie Indianie, Japończycy, Arabowie.

Słowo „pardo” w języku hiszpańskim ma dwa znaczenia. Przymiotnik – brunatny, żółtobrunatny; ciemny, pochmurny. Rzeczownik – lampart; z łacińskiego pardus – lampart.

Pardo – ludność mieszana rasowo w Brazylii, mająca przodków zarówno białych, czarnych, indiańskich jak i żółtych. Pardo jako kategoria rasowa jest oficjalnie używana przez Brazylijski Instytut Geograficzny i Statystyczny w spisach ludności od 1950 roku. Inne kategorie rasowe ujęte w spisie to: branco (biały), negro (czarny), amarelo (żółty, który odnosi się do przybyszy ze Wschodniej Azji) oraz indigena (ludność rdzenna). Do pardo w Brazylii zalicza się Mulatów, Metysów, Zambo (przodkowie rasy czarnej i innych ras) oraz ludność pochodzenia mieszanego, tzn. taką, która ma przodków wywodzących się spośród więcej niż dwóch ras. – Wikipedia.

Jest więc Brazylia mozaiką rasową i kulturową. Nie przypadkiem tak się stało. Pierwszymi białymi, którzy zostali przymusowo osiedleni, byli dwaj skazańcy pozostawieni przez Cabrala, by umacniać kontakty z tubylcami przez mieszanie ras, co było portugalską praktyką tamtych czasów. W 1501 roku przybyli pierwsi portugalscy osadnicy. Cabral to oficjalny odkrywca Brazylii w 1500 roku. Miesza się nie tylko rasy, ale i narody, co ma obecnie miejsce w Polsce. Takie konglomeraty najwyraźniej stwarzają pole do różnego rodzaju kombinacji, podziałów politycznych, antagonizmów i wydatnie ułatwiają rządzenie tym, którzy faktycznie są u władzy.

Protesty

W poprzednim blogu pisałem o tym, jak działa demokracja w Chile, a w tym wypada opisać, jak ona działa w Peru, zwłaszcza że jest ku temu okazja z racji ostatnich wydarzeń w tym niewątpliwie bardzo atrakcyjnym w sensie turystycznym kraju. Wiele portali informacyjnych zamieściło informacje o tym, co tam się dzieje. Rzeczpospolita w dniu 11.01.23 w artykule Peru na skraju wojny domowej (https://www.rp.pl/polityka/art37758861-peru-na-skraju-wojny-domowej) pisała m. in.:

»Prowincja buntuje się przeciw stolicy, biedni przeciw bogatym, odsunięty prezydent przeciw nowej głowie państwa. Liczba ofiar szybko rośnie.

Prowincja Puno na południu kraju, której stolica leży na wysokości 3,8 tys. metrów nad poziomem morza, ogłosiła w środę, że najwyżsi przedstawiciele państwa, w tym pełniące od 7 grudnia funkcję prezydent Dina Boluarte i premier Alberto Otarola są persona non grata: nie mają prawa wjazdu. To reakcja na brutalne starcie policji z manifestantami, które w poniedziałek kosztowały życie 18 osób. Jedną z nich okazał się funkcjonariusz sił porządkowych, którego ciało zostało spalone: sygnał, jak głęboka jest polaryzacja, która dzieli peruwiańskie społeczeństwo. Łącznie od początku kryzysu konstytucyjnego 7 grudnia zginęło blisko 50 Peruwiańczyków. 

Wszystko zaczęło się, gdy dotychczasowy prezydent, Pedro Castillo, ogłosił rozwiązanie parlamentu, Sądu Najwyższego i innych, kluczowych instytucji państwa. Chciał przejąć całość władzy aby uprzedzić proces odsunięcie od władzy, jaki rozpoczęli przeciw niemu parlamentarzyści. Zarzucali mu korupcję. 

Castillo został jednak aresztowany przez policję a jego miejsce zajęła dotychczasowa prezydent, Dina Boluarte. Świat podzielił się, kto pozostaje legalnym przywódcą kraju. Rządzone przez lewicę Meksyk, Argentyna, Nikaragua czy Kuba zachowują lojalność Castillo: meksykański prezydenta Andres Manuel Lopez Obrador zaproponował nawet mu azyl, za co władze Peru wydaliły meksykańskiego ambasadora. 

Castillo, nauczyciel z wiejskiej szkoły podstawowej w jednej z wiosek andyjskich, przedstawia się jako przedstawiciel najbiedniejszych, którzy chcą więcej sprawiedliwości społecznej. Jego hasłem wyborczym było „koniec nędzy w bogatym kraju”. W dramatycznym przemówieniu tuż przed aresztowaniem zarzucił kongresowi, że wypełnia polecenia wielkiego biznesu.«

Skąd się wzięła demokracja w Ameryce Południowej? Ano stąd, że przez Europę przelała się po wojnach napoleońskich fala ruchów niepodległościowych, która dotarła też i tam. Mniej więcej około 1820 roku wszystkie państwa tego regionu „wybiły się” na niepodległość. W praktyce oznaczało to zmianę hegemona z hiszpańskiego i portugalskiego na amerykańskiego. I dlatego parlamenty państw południowoamerykańskich, to nie żadne parlamenty tylko kongresy. W przypadku Peru jest to Kongres Republiki Peru.

W internecie natrafiłem na dobrą analizę tego, co dzieje się w Peru i dlaczego tak się dzieje. Poniżej moje jej streszczenie.

„7 grudnia 2022 roku w ciągu trzech godzin Peru doświadczyło próby zamachu stanu, aresztowania prezydenta i zaprzysiężenia następcy, by przywrócić porządek konstytucyjny. Był to prawdopodobnie najgorzej wykonany zamach stanu, jakiego kiedykolwiek dokonano. Czym się kierował Castillo, próbując rozwiązać kongres? Nie miał na to praktycznie szans, a jednak podjął taką decyzję.

Pedro Castillo to prosty wiejski nauczyciel z jednego z najbiedniejszych rejonów kraju o silnym antyrządowym nastawieniu, człowiek bez politycznego doświadczenia i zaplecza. Został zaprzysiężony 28 lipca 2021 roku. Był prezydentem przez niecałe półtora roku. W wyborach przeszedł do drugiej rundy, zdobywając tylko 18,9% głosów. Wygrywa minimalną różnicą głosów – około 40 tys., które zdobył, zdobył dzięki głosom przeciw Keiko Fujimori, córce byłego prezydenta Alberto Fujimori. Bardziej więc głosowano przeciwko niej niż za Castillo. Taki wynik wyborów nie wróżył dobrze na przyszłość.

Tak więc Castillo objął urząd prezydenta z bardzo małym faktycznym poparciem, nie miał własnej partii, miał problemy ze skompletowaniem swego rządu, którego skład ciągle zmieniał się i ciągle walczył z Kongresem. W ciągu 495 dni u władzy prezydent Castillo miał pięć rządów i 78 różnych ministrów, co oznaczało, że w każdym tygodniu pojawiał się nowy minister. Trudno w takiej sytuacji rządzić skutecznie, zwłaszcza że Kongres cały czas utrudniał mu rządzenie. Jakby tego było mało, to w październiku 2022 roku peruwiański urząd prokuratorski oskarża go o kierowanie organizacją kryminalną, której celem jest kontrolowanie przetargów publicznych i czerpanie korzyści z nielegalnych dochodów. W sumie doszło do prawie 200 politycznych skandali w przeciągu niecałych 500 dni.

I nadszedł 7 grudnia 2022 roku, dzień w którym Castillo podcina gałąź, na której siedzi. Dlaczego podjął taką decyzję? W ciągu 16-tu miesięcy Kongres trzykrotnie próbował usunąć prezydenta, poddając pod głosowanie wotum nieufności wobec niego. Kongres mógł pod byle pretekstem składać wnioski o wotum nieufności i w ten sposób paraliżować działania prezydenta. Castillo, nie mając konstytucyjnej większości, zdecydował się na rozwiązanie Kongresu, na rząd tymczasowy, wprowadzenie godziny policyjnej i reorganizację sądownictwa. Działania te określono jako próbę zamachu stanu. Nie uzyskał on dostatecznego poparcia. Główne instytucje kraju: Kongres, wojsko, policja i Ministerstwo Sprawiedliwości, ogłosiły, że nie poprą prezydenckiego planu. Tak więc po godzinie opuścił on wraz z rodziną pałac, a Kongres zdymisjonował go. Castillo został zatrzymany, gdy próbował dostać się do meksykańskiej ambasady. W istocie był on osamotniony, nie miał poparcia i nawet nie starał się o nie.

Problem Peru, to nie tylko sam prezydent Castillo. Wszystko wskazuje na to, że nowy prezydent będzie miał te same problemy, co poprzedni. Boluarte jest szóstym prezydentem w ciągu ostatnich 5 lat. Kongres odmówił współpracy z każdym poprzednim. Jedyne, co robi Kongres, to dążenie do całkowitego zmonopolizowania władzy. To oznacza, że rząd staje się tylko dodatkiem, w praktyce – chłopcem do bicia. Jedyna ustawa, która przeszła w 2021 roku miała duży wpływ na powstanie tego kryzysu politycznego. Chodzi o ustawę 31355, która narusza równowagę sił pomiędzy rządem a Kongresem. W Peru Kongres miał możliwość zdymisjonowania prezydenta, a jednocześnie rząd mógł rozwiązać Kongres i rozpisać nowe wybory, ale jeśli Kongres odmówiłby rządowi, to ten mógł dwa razy wnioskować o wotum nieufności dla Kongresu. Jednak od chwili przyjęcia ustawy 31355 nie ma już takiej możliwości. Władza rządu stała się fikcją. Oznacza to, że jeżeli rząd nie ma parlamentarnej większości, co w Peru jest normą, gdyż Kongres jest prawie zawsze rozdrobniony, to ten rząd jest praktycznie bezradny i nie może niczego przeforsować, ani wywrzeć presji na Kongresie. W praktyce oznacza to, że prezydent nie może go rozwiązać.

Naruszenie równowagi sił było przyczyną kryzysu, który stał się udziałem administracji Castillo. Kongres mógł sparaliżować rząd bez żadnych konsekwencji. Innymi słowy, równowaga sił pomiędzy rządem a Kongresem przestała działać. To spowodowało, że Kongres odrzucił prawie 70 aktów prawnych przedłożonych przez rząd. I pewnie dlatego w sondażach niezadowolenie z prac Kongresu wzrosło do 90%. To zła perspektywa dla przyszłego rządu. To nie tylko problem polityczny. Wszyscy poprzednicy Castillo od czasów prezydenta Fujimori byli oskarżani o korupcję: Alan Garcia, Alejandro Toledo, Ollanta Humala, Pedro Pablo Kuczyński i Pedro Castillo.”

W wyborach w pierwszej rundzie wzięło udział 18 kandydatów. Najwięcej głosów zdobył Castillo – 18,92% i Fujimori – 13,41%. W drugiej rundzie Castillo zdobył 50,13% głosów – 8 836 380, a Keiko Fujimori 49,87% głosów – 8 792 117. Mandaty do Kongresu Republiki rozdzielane są według metody d’Hondta wszystkim partiom, które przekroczyły 5% próg wyborczy. W wyborach w roku 2021 startowało 20 partii, a do parlamentu dostało się 10 partii. Najwięcej głosów zdobyła partia Wolne Peru, którą reprezentował Castillo. Dało jej to 37 mandatów na 130 w jednoizbowym parlamencie. Głosowanie jest obowiązkowe od 18 do 70 lat.

Wygląda więc na to, że w takiej sytuacji wyłonienie większości parlamentarnej jest niemożliwe. Podobnie niemożliwe wydaje się wyłonienie prezydenta, który cieszyłby się poparciem większości wyborców. Natomiast wydaje się niemożliwe, by o tym wszystkim nie wiedział Pedro Castillo. Co zatem nim kierowało, że podjął próbę dokonania zamachu stanu? Czy wykonywał czyjeś polecenie? I kim on był? Nauczyciel z głębokiej prowincji. Kto go znalazł i wypromował? I w jakim celu? Urodził się w 1969 roku. W polityce działał od 2002 roku w centrolewicowej partii Peru Posible do 2017 roku do czasu jej rozwiązania po słabych wynikach wyborów. W tym samym roku zyskał ogólnokrajową sławę, gdy kierował strajkiem nauczycieli. W szczytowym momencie strajkowało ich ponad 200 tys. W 2020 roku wybrał radykalną formację lewicową, marksistowsko-leninowską – Wolne Peru, aby móc sformalizować swoją kandydaturę. Nie jest jednak członkiem tej partii.

Tak działa demokracja. Wszystkie decyzje zapadają na innym poziomie, a nam przedstawia się tylko figurantów, którzy mają nas zaczadzić swoimi pomysłami i skłonić do uczestnictwa w tym cyrku.

Znowu rozbiór?

Wielokrotnie od rozpoczęcia wojny na Ukrainie pisałem o tym, że jej konsekwencją będzie m.in. odpadniecie od Polski tzw. Ziem Odzyskanych. Do tego momentu nie spotkałem się z podobną opinią. Dopiero teraz Lucyna Kulińska wypowiedziała się w podobnym tonie na kanale Centrum Edukacyjne Polska: Lucyna Kulińska: Polska w obliczu wojny – bezalternatywna opcja proamerykańska prowadzi do wojny z Rosją. Poniżej wybrane dwa fragmenty z jej wypowiedzi.

„Przypominam, że NATO, to jest pakt, miał być paktem obronnym, defensywnym nie – ofensywnym. Natomiast w tej chwili jest w pełni zaangażowany w tę wojnę. Rosjanie zareagowali na to, że przez lata ostatnie Ukraina była szkolona, nasycana sprzętem i przygotowywana do wojny z Rosją przez NATO. Tak więc pakt ten zmienił swoje przeznaczenie i jest w tej chwili wykorzystywany jako siła ofensywna. Co do położenia Polski, to ja zakładam, że sytuacja przypomina trochę 39-ty rok. Kraje zachodnie trzymają rezerwę do tego wszystkiego, co dzieje się. Jeżeli się na Niemcach czy na Francuzach coś tam wymusi, to oni tam po prostu rzucają, ale tak naprawdę tym pionkiem, o którym mówiłam, do strącenia, jest Polska i, mówię, były kraje tzw. demoludy, to właśnie my. Po nas nikt nie będzie płakał. Nas się po prostu rzuci gdzieś tam pod te ruskie gąsienice na Donbasie i nawet wielu, w tym Niemcy, będą zacierać ręce. Ja zwracam uwagę, że w 39-tym roku nie mieliśmy w ogóle dopracowanych, przygotowanych planów na zachód, tylko mieliśmy pięknie rozpracowane różne plany na wschód. I co się okazało, uderzenie przyszło z zachodu. Jak wyglądała nasza wojna obronna, no to wszyscy wiedzą. W sumie chaos, z jeszcze taką koncepcją wycofywania się na wschód, kiedy już porozumienie pomiędzy Rosją a Niemcami zostało podpisane. Zostaliśmy wzięci w dwa ognie i tak to się skończyło. Dzisiaj też, zakładając, że Polska może zostać włączona w ten konflikt, pomijając aspekt wyniszczenia kraju, w ogóle ludzie nie zdają sobie sprawy, co to jest wojna i jak to dla naszego kraju skończyło by się. Grozi nam jeszcze jedna rzecz. Nie mamy podpisanego z Niemcami układu pokojowego. Nie podpisał go Skubiszewski. Zaangażowanie się Polski w wojnę oznacza dla mnie wkroczenie wojsk niemieckich na dawne tereny Rzeszy, czyli nasze dzisiejsze Ziemie Odzyskane. Tak jest w tej chwili, potwierdza to np. wiele inwestycji, których, już tutaj w głębi kraju, jakieś przedsiębiorstwa zachodnie nie chcą instalować, ale bardzo chętnie Wrocław, Zielona Góra. O! Tam to tak! Na terenie dawnej Rzeszy możemy inwestować. Natomiast już tam, gdzieś w Częstochowie czy Krakowie, o! to już nie! Bo tam, jak to się mówi, niepewne jutro.”

Na zakończenie mówi:

„Teraz musimy odwołać się do jakiegoś poczucia wspólnoty, bo nie ma nas w kraju już tyle, co byśmy myśleli, że nas jest. Przecież w tej chwili razem z tymi 8-oma milionami i 400-tu tysiącami przybyszy zza tamtej granicy plus jeszcze nieokreślonej ilości kosmopolitów i ludzi, dla których Polska to jest zupełnie pusty dźwięk, albo jak pan Tusk mówił: Polska to nienormalność – tych, którzy życzą naszemu krajowi dobrze nie ma aż tak dużo. Ale pomyślcie wtedy, nawet ci, którym Polska nie jest obojętna, że tu jest ich dorobek, że nawet jeżeli takie czy nie inne państwa zostaną, poza tymi nielicznymi najbogatszymi, z niczym. Ci bogaci Ukraińcy, którzy tutaj pierwsi przyjechali i którzy się tutaj po Polsce rozbijają eleganckimi samochodami, siedzą w porządnych knajpach, nawet jak wystąpili o polski pesel, pierwsi opuszczą nasz kraj, pierwsi, to państwu gwarantuję. Gwarantuję, że kiedy dostaną, bo podobno mają dostawać wezwania do tych poborów też, to ich już tutaj nie będzie. Natomiast, gdy zarządzono tutaj brankę, to prawdopodobnie Niemcy granicę dla Polaków zamkną. Ukraińcy przejadą, ale Polacy i ci biedniejsi Ukraińcy, którzy tu są, zostaną tutaj na pastwę losu. Miejcie państwo tego świadomość. Dlatego żadnych swarów politycznych. Tu nie jest czas w tej chwili na żadne przepychanki, czy PiS, czy PO, czy coś. Jeden pieron, jeśli ktoś nas prowadzi po prostu do takich ciężkich potencjalnie zniszczeń i zagłady. Tutaj musi na nowo zostać odbudowana jakaś jedność, nie że ten mi się nie podoba, tamten mi się nie podoba. To nie ma żadnego, w momencie kryzysu tak ostrego, kiedy jest być albo nie być, znaczenia.”

Kulińska przedstawia tu ciekawą analogię do 1939 roku. Gdy Polska przystąpi do wojny na Ukrainie, czyli praktycznie wypowie wojnę Rosji, to ona będzie miała prawo zaatakować cele w Polsce, a wtedy Niemcy zajmą swe utracone po II wojnie światowej ziemie. Jak wiadomo Związek Radziecki, po napadzie Niemiec na Polskę w 1939 roku, zajął wschodnie ziemie, czyli tzw. Kresy, pod pozorem ochrony ludności zamieszkującej tamte tereny. W obecnej sytuacji Niemcy mogą wysunąć argument, że wkraczają, by ochronić tamtejszą ludność i infrastrukturę przed zniszczeniem. A skoro, jak twierdzi Kulińska, nie mamy z Niemcami podpisanego traktatu pokojowego, więc Niemcy będą mieli jeszcze jednego asa w rękawie. Czy tak może się stać? Że to zmierza w tym kierunku, może sugerować fakt zamykania kopalń węgla kamiennego, które, poza rejonem Zagłębia i Lubelszczyzny, znajdują się na ziemiach poniemieckich. Z drugiej strony koncepcja amerykańska, dążąca do odtworzenia na tym terenie w jakimś kształcie I RP, również zakłada oddanie Niemcom tych terenów, bo one nie należały do niej.

Kulińska stwierdza też, że Polska jest państwem wielonarodowym z nieokreślonym odsetkiem kosmopolitów i tych, dla których Polska to zupełnie pusty dźwięk. I chyba tylko ona mówi o tym tak otwarcie. Jeśli tak jest, a ja również to wielokrotnie podkreślałem, to realizacja nakreślonego przez nią scenariusza nie będzie trudna. Ja nie mam najmniejszej wątpliwości, że władze sanacyjne, masońskie zresztą, świadomie wepchnęły Polskę do wojny z Niemcami, wiedząc, że żadnej pomocy nie będzie. O tym pisałem szczegółowo w blogach „1 września” i „17 września”. I tym razem będzie podobnie. Obecnie rządzący tak samo cynicznie wciągną Polskę do wojny, bo tak im każą ich nieznani przełożeni. Tylko, mam takie odczucie, że ludzie w Polsce nie są świadomi tego, jakie będą konsekwencje wejścia Polski do tej wojny. Przecież Polska nie ma silnej armii i jej udział w niej niczego nie zmieni na froncie ukraińsko-rosyjskim. To wejście jest potrzebne tylko po to, by mógł być zrealizowany scenariusz, o którym wspomniała Kulińska. Tak samo, jak konieczne było wejście Polski do wojny z Niemcami w 1939 roku, by mógł być zrealizowany scenariusz napisany wówczas przez wielkich tego świata. Gdyby wtedy Polska nie weszła do niej lub poddała się, to nie mógłby on być zrealizowany. I obawiam się, że obecnie również wszyscy wielcy zmówili się przeciwko Polsce.

Handel

Podobno w przyszłym roku mają być wybory. Czy tak będzie, to będzie zależeć od tego, jak rozwinie się sytuacja na Ukrainie. W każdym razie przygotowania do nich idą pełną parą i pojawił się nowy ruch, czy może zaczątek nowej partii politycznej – Ruch Dobrobytu i Pokoju (RDiP), którego twarzą jest Maciej Maciak z kanału internetowego „Musisz to wiedzieć”. Ruch ten ma już bardzo dobrze rozbudowaną na terenie całej Polski sieć lokalnych przedstawicieli i zwolenników. Trzeba przyznać, że to wszystko rozwinęło się nadzwyczaj szybko, a ostatnio programy Maciaka są przerywane reklamami, a to oznacza, że za nimi idą pieniądze. To oczywiście nie przeszkadza mu narzekać, że YouTube go cenzuruje, usuwa filmy itp.

Jestem pełen podziwu dla scenarzystów i reżyserów, którzy wykreowali ten Ruch. Podstawowe założenie było takie, że jego twarzą ma być ktoś z prowincji, a więc nie związany z żadnym wielkim miastem, gdzie mieszkają wszyscy znani politycy. Nie Warszawa, Kraków, Gdańsk, Wrocław czy Górny Śląsk. Tylko Włocławek – miasto średniej wielkości (ok. 100 tys. mieszkańców), nie zadupie, ale też i nie metropolia. Położone w centrum Polski, stare miasto z historią. Rzec by można, że to kwintesencja Polski, a człowiek kierujący tym Ruchem to jeden z nas.

W swoich programach Maciej Maciak atakuje przede wszystkim Morawieckiego, bo twierdzi, że on, jako szef rządu, jest odpowiedzialny za wszystko i jego odsunięcie od władzy jest najważniejsze. To oczywiście nie wystarczy. Potrzebna jest jeszcze nowa partia, która zdobędzie władzę i zrobi porządek. Obecnie rządzący to durnie, którzy nie mają pojęcia o rządzeniu i o tym, w jaki sposób uzdrowić gospodarkę. – Tak twierdzi Maciak. Jego program to willa z basenem dla każdego. To hasło, które ma sugerować, że interesują go tylko sprawy zwykłych ludzi, a nie jakieś wojny i że przy dobrym zarządzaniu państwem osiągnięcie tego celu jest realne.

Dla Maciaka wszystko jest proste. W jednym ze swoich programów powiedział, że handel jest prostym zajęciem, intuicyjnym niemal i że Polacy też mogą w nim osiągać sukcesy. No bo przecież kupić towar, dodać do ceny zakupu swoją marżę i podatek Vat, to nie jest trudna sprawa. No nie! Nie jest to trudna sprawa. A skoro tak, to dlaczego te drobne sklepiki padają? Bo wypierają je sklepy wielkopowierzchniowe i sieciówki. A dlaczego Polacy po 1989 roku nie potrafili stworzyć własnych sklepów wielkopowierzchniowych i sieciówek? Bo tacy niezaradni i nie maja głowy do interesów? Może są debilami, skoro nie potrafią sobie poradzić z tak prostym zajęciem? To bardzo wygodne tłumaczenie, szczególnie dla Żydów, w których rękach są środki masowego przekazu i również handel.

O sukcesie w handlu decyduje cena zakupu towaru. To jest podstawa, od której nalicza się marżę handlową i podatek. Kto ma niższą cenę zakupu ten rządzi na rynku, bo ma większą marżę, a co za tym idzie i zysk, albo może tak obniżyć cenę sprzedaży, że konkurencja nie będzie w stanie zaoferować takiej samej i mieć jeszcze jakiś zysk. Tak więc jest, że jedni na rynku mają niższą cenę zakupu, a inni – wyższą. Dlaczego tak jest i skąd się to bierze?

Ceny ustala ten, kto rządzi handlem na każdym poziomie dystrybucji: centralnym, regionalnym i lokalnym, czyli tym, który obsługuje klienta końcowego, czyli każdego z nas. Nie jest żadną tajemnicą, że handel jest w rękach Żydów i to od początku. To nie jest wynik jakichś szczególnych predyspozycji, tylko efekt rozproszenia, który powoduje, że Żydzi są wszędzie i wszędzie utrzymują ze sobą kontakty i wymieniają między sobą informacje na temat rynków i ich potrzeb. To nie tak, jak w przypadku Cyganów, którzy chodzili od wsi do wsi i sprzedawali patelnie. Zawsze ktoś się znalazł, kto kupił, ale taką metodą daleko się nie zajedzie i Cyganie daleko nie zajechali.

Taki handel, jaki uprawiają Żydzi od początku, wymagał też powszechnego środka wymiany, czyli pieniądza oraz kredytu, który ten handel napędzał. Jeśli więc kontroluje się dystrybucję towaru od producenta do konsumenta, to kontroluje się też jego cenę na każdym etapie dystrybucji i to, komu sprzedaje się towar w niższej cenie, a komu – w wyższej. Tak to jest, że Żyd Żydowi sprzeda towar po niższej cenie, niż gojowi. I tu jest cała tajemnica tego, że Polacy nie mogli stworzyć własnych sklepów wielkopowierzchniowych i sieciówek. A poza tym drobnym szczegółem, to Maciak ma całkowitą rację – handel jest zajęciem intuicyjnym.

Nikogo więc, po tym, co napisałem, nie powinno już dziwić, że w ustawie o zamówieniach publicznych jedynym kryterium decydującym o wyborze oferty jest cena. Nietrudno też domyślić się, kto za przyjęciem tej ustawy w takim kształcie stał i komu to nadal służy.

Tak działa handel żydowski i to nie od dziś. To było wielokrotnie opisywane w literaturze. Michał Bałucki w swojej powieści z 1885 roku W żydowskich rękach pisał:

„Jeszcze baraku nie rozpoczęto budować, kiedy przemyślny Żyd, w budce naprędce z desek ukleconej założył filię swojej szynkowni, zaopatrzył ją w różne wiktuały i tym sposobem zagarniał cały prawie zarobek robotników do swej kieszeni. Teraz urządził on już porządną kantynę, zasobną we wszystko, czego nie tylko prosty robotnik, ale rękodzielnicy i inżynierowie potrzebować mogli. Rozumie się, że za to Habe kazał sobie dobrze płacić, toteż mu płacono, bo wyboru nie było. Miasteczko było daleko, a w bliskości nikt Habemu konkurencji nie robił. Szynkarz z Zagajowa, katolik, próbował parę razy dowozić do baraku artykuły żywności i wódkę, ale Habe obniżył w tym czasie ceny u siebie, wszystko pchało się do niego, zwłaszcza że dawał na kredyt, a szynkarz zagajowski wracał do domu z niesprzedanym towarem, lamentując nad stratą, jaką poniósł. Dziedzic Zagajowa, gdy się do niego doniosło, robił usiłowania, aby Habemu zabroniono szynkować na jego gruncie, ale odpowiedziano mu z rządu, że nie mają do tego prawa, bo Habe szynkuje na gruncie kolejowym. Na to nie było rady, a Habe zacierał ręce z radości, że mu się udało wcisnąć znowu do wsi, z której go kiedyś tak sromotnie wygnano i na złość Czujce tuż pod jego okiem prowadzić swój handel. Dla nasycenia się tą uciechą często zajeżdżał do kantyny, przesiadywał tam chętnie, to robiąc obrachunki ze swoim szynkarzem, to zamawiając sobie ludzi do roboty; gdyż – jak wiemy – Habe zajmował się dostawą materiałów do budowy.”

Bałucki nie wyjaśnił tu, dlaczego Żyd Habe mógł obniżyć cenę. Ktoś nieznający realiów handlu mógłby sobie pomyśleć, że to jakieś tajemne sztuczki Żydów i ich zmysł do interesu. Jednak prawda jest bardziej prozaiczna, co też oni starają się ukryć i bardzo jest im na rękę, gdy ktoś mówi o nich, że mają smykałkę do handlu i interesów. Po prostu Habe miał niższą cenę zakupu niż szynkarz z Zagajowa.

Kwestię żydowską i złożoność relacji polsko-żydowskich przedstawia Bałucki w szerszym kontekście i porusza mniej znane wątki tych relacji:

„Żyd nie rozumie interesu bez malwersacji. Tam, gdzie nie oszukuje, uważa się za stratnego. To podstawa ich spekulacji. I dlatego też śmieszą mnie nawoływania dziennikarskie, że powinniśmy współzawodniczyć z nimi na polu handlu i przemysłu i zamiast rozpalać się ku nim nienawiścią, uczyć się od nich sposobu robienia interesów. To tyle znaczy, jakby mi kto kazał od złodzieja uczyć się sposobu nabywania majątku. Współzawodnictwo z ludźmi, dla których wszystkie środki są godziwe, jest niemożliwe dla tych, którzy chcą zostać uczciwi. Prawda, że i u nas naliczyłby dosyć takich, co z Żydami mogliby iść w zawody pod względem nieuczciwości, wyzyskiwania ludzi et cetera, ale u nas opinia gardzi takimi, gdy przeciwnie u Żydów opinia składa się z samych takich ludzi; uczciwi w znaczeniu pełnej moralności, należą tam do wyjątków, a Żyda, który by nie oszukał w swoim życiu nikogo, ze świecą trzeba by szukać. Powiadają, że ich religia toleruje podobną niemoralność, a nawet ją usprawiedliwia. Jeżeli tak jest, to czyż podobna nam rywalizować z tym narodem? Tu nie idzie o sam spryt, przebiegłość, ruchliwość których brak nam zarzucają, tu idzie o moralność, z której żaden uczciwy człowiek wyzuć się nie może i oto powód, dla którego w walce z Żydami na polu przemysłu i handlu jesteśmy pobici.”

To prawda, że Żyd, jak kogoś nie oszuka, to jest chory, ale to nie moralność przeszkadza Polakom konkurować z Żydami. Tak jak napisałem, to fakt, że handel jest w ich rękach i to oni decydują o tym, komu pozwolą odnieść sukces, a kogo usuną z rynku.

W innym miejscu czyni Bałucki bardzo trafne uwagi, które do dziś nie straciły na aktualności. Wprost przeciwnie, stały się naszą rzeczywistością.

„Pokazało się, że ten lichy Żyd i jemu podobni są groźniejsi, niebezpieczniejsi niż nam się zdawało. Oni są potężni tą łącznością, która małe i na pozór nic nieznaczące siły wiąże w jedną straszną siłę. Kilkodniowy mój pobyt w Wiedniu przekonał mnie, że potęga ta doszła do rozmiarów, o jakich nie miałem pojęcia. Tu, w Galicji, żydostwo przedstawia się nam jak robactwo ruchliwe, czynne, rodzaj szarańczy społecznej, która nas powoli objada i niszczy, a którą zdawało mi się, że będzie można wytępić. Tymczasem przekonałem się, że to tylko odnogi olbrzymiego polipa, którego główne jądro jest tam – w Wiedniu. U nas Żyd jest pasożytem, który żyje sokami narodu, ale go nie przerósł, nie zaćmił, ani mu nie imponuje, gdy tymczasem w Wiedniu widziałem reprezentantów tego narodu na najwyższych szczeblach hierarchii społecznej, dokąd się wdarli przez równouprawnienie i majątek. W ich ręku znajdują się kolosalne fortuny, wysokie urzędy, przeróżne instytucje, olbrzymie przedsiębiorstwa, fabryki, koleje i wreszcie dziennikarstwo, ta straszna potęga naszego wieku – i wszystkiego tego używają oni głównie dla popierania swoich interesów. Głosy galicyjskich Żydów z licznych miasteczek odzywają się echem w sferach wysokiej arystokracji finansowej i znajdują tam poparcie. W tej spójności maluczkich i wielkich związanych interesem i tradycją w jeden olbrzymi zastęp jest coś przerażająco wzniosłego, coś co mnie przygniotło swoim ogromem. Walka moja z tym przemyślnym narodem wydawała mi się donkiszoterią i śmiesznością. I cóż przeciw takiej sile może zrobić jeden człowiek niepoparty przez nikogo? Szlachta głupia i nieporadna, chłop ciemny i niechętny – a wszyscy siedzą w kieszeniach żydowskich, wszyscy spętani ramionami tego olbrzymiego polipa, co im soki wysysa i o śmierć przyprawia. Nikt ich już nie ocali z rąk żydowskich, to stracona pikieta. Zguba ich tym pewniejsza, że nie widzą niebezpieczeństwa, które im grozi. Ale my, którzy mamy otwarte oczy, czujny umysł, powinniśmy się ratować…”

Michał Bałucki (1837-1901), jak pisze Wikipedia, to polski pisarz, komediopisarz i publicysta okresu pozytywizmu. Pochodził z rodziny mieszczańskiej, ojciec był krawcem, a matka – Eufrozyna, neofitka z Kochmanów – prowadziła kawiarnię. Nie brał udziału w powstaniu styczniowym, jednak aktywnie uczestniczył w organizacjach spiskowych w Galicji, wspierając stronnictwo czerwonych. W latach 70-tych XIX wieku stał się Bałucki w Galicji jednym z głównych propagatorów pozytywizmu. W późniejszej twórczości odszedł od idei promowania pozytywizmu na rzecz krytyki rzeczywistości.

Był więc Bałucki Żydem i dlatego nie napisał o tym, co najważniejsze, czyli o cenie zakupu, a ten polip, co tak się rozrasta, to efekt rozproszenia i asymilacji. To powoduje, że przenikają wszelkie społeczności do szpiku kości. To dwie cechy, których nie posiadają narody osiadłe i które dają Żydom przewagę. Walka z tym, to walka z wiatrakami.

Okres po powstaniu styczniowym, to okres stopniowego wnikania Żydów w polskie społeczeństwo i stawania się jego inteligencją: pisarze, dziennikarze, prawnicy, lekarze itp. Przejawiało się to też w tworzeniu i dominowaniu we wszelkich partiach politycznych, również i w stworzeniu ideologii narodowej. Nic w tym względzie nie zmieniło się w okresie międzywojennym. Nasiliło się w PRL-u i po 1989 roku.

Stworzenie w krótkim czasie, może paru miesięcy, ruchu, który ma swoich przedstawicieli w większości gmin w Polsce wydaje się niemożliwe, bo przeciętny człowiek nie ma takich możliwości, ani tylu znajomych w całym kraju, nawet jeśli latami kierował lokalną telewizją kablową i ma swój kanał w internecie. To jest wielki wysiłek organizacyjny i logistyczny, który wymaga zaangażowania wielu ludzi, poświęcenia wiele czasu i mnóstwa pieniędzy. Ale jeśli zabierze się za to nacja rozproszona i zasymilowana, to jest to do zrobienia szybko i skutecznie. Po raz kolejny pokazuje ona swoją moc.

Doktryna

Amerykański politolog John Mearsheimer opisuje powojenną rzeczywistość w sposób przejrzysty i klarowny. Po II wojnie światowej świat był dwubiegunowy. Były dwa mocarstwa: Stany Zjednoczone i Związek Radziecki. Od 1991 roku do mniej więcej 2017 roku było tylko jedno supermocarstwo – Stany Zjednoczone. Obecnie mamy do czynienia z trzema mocarstwami: Stany Zjednoczone, Chiny i Rosja. Według Mearsheimera taka sytuacja jest bardziej niebezpieczna, niż gdy były tylko dwa supermocarstwa, bo szansa powstania jakiegoś konfliktu jest większa. I tak się dzieje. Mamy wojnę na Ukrainie i napięcia na linii Chiny – Tajwan. Mearsheimer uważa, że wojna na Ukrainie, która jest faktycznie wojną zastępczą, czyli wojną Rosji z NATO, jest błędem Zachodu. Natomiast wspieranie Tajwanu przez Stany Zjednoczone takim błędem nie jest. Ma to według niego zapobiec nadmiernemu wzrostowi siły Chin tak, by pomiędzy tymi trzema mocarstwami została zachowana względna równowaga sił. Pobrzmiewają tu echa pewnej koncepcji czy może nawet doktryny, sformułowanej przez Henry’ego Kissingera w jego książce Dyplomacja z 1994 roku. Wspomina o tym również Kazimierz Dziewanowski w książce Polityka w sercu Europy.

„Zdaniem Kissingera w wieku dwudziestym pierwszym Stany Zjednoczone będą musiały lepiej dostosować się do światowych realiów, mniej ulegać skłonności do idealizmu w polityce, a bardziej kierować się pragmatyzmem i zasadą balance of power. Będą musiały ponownie zdefiniować swój żywotny interes narodowy i stworzyć nową równowagę między wartościami a koniecznościami.

Sam Kissinger tak definiuje interes narodowy USA w wieku XXI:

Geopolitycznie Ameryka jest wyspą u brzegów wielkiego masywu lądowego Eurazji, którego zasoby i zaludnienie wielce przewyższają potencjał Stanów Zjednoczonych. Dominacja jakiegoś państwa nad jednym z dwóch regionów tego masywu i zaludnienie wielce przewyższają potencjał Stanów Zjednoczonych. Dominacja jakiegoś państwa nad jednym z dwóch regionów tego masywu – Europą lub Azją – byłaby tym, co można określić jako zagrożenie strategiczne dla Ameryki, bez względu na to, czy zimna wojna trwa jeszcze, czy nie. Tego bowiem rodzaju ugrupowanie miałoby możność wyprzedzenia Ameryki gospodarczo, a więc w następstwie i militarnie. Należałoby zatem przeciwstawić się temu zagrożeniu, nawet jeśli owa potęga sprawiałaby wrażenie przyjaznej, a to dlatego, że gdyby jej intencje zmieniły się, wtedy Ameryka miałaby zmniejszone już możliwości efektywnego oporu i wpływania na bieg wydarzeń.

I tak znawca i uczeń Metternicha doszedł w końcu do wniosku, że wyznawana przez głównych polityków wieku dziewiętnastego zasada równowagi sił bynajmniej nie straciła aktualności.

Napisał to zresztą expressis verbis: Stany Zjednoczone wkraczają w świat coraz podobniejszy do dziewiętnastowiecznej Europy, tym razem na skale całego globu. Należy mieć nadzieję, że powstanie coś zbliżonego do systemu Metternicha, w którym równowaga sił będzie umocniona wspólnym rozumieniem wartości. W czasach współczesnych owe wartości muszą być demokratyczne.”

A więc mamy tu wyłożoną kawę na ławę. To nie Rosja zagraża Europie swoim imperializmem, tylko Stany Zjednoczone nie chcą, by któreś z państw na jednym końcu Eurazji, czyli w Europie, zagroziło ich interesom w tym regionie. Nie chcą też nadmiernej dominacji Chin po drugiej stronie tego kontynentu. Jednym słowem Stany Zjednoczone zarządziły, że teraz ma być równowaga sił i te siły mają być demokratyczne. A kto nie zechce być demokratyczny, to narazi się Ameryce i będzie miał kłopoty. Oczywiście Ameryka może ingerować na kontynencie euroazjatyckim, ale żadne z państw tego kontynentu nie ma prawa ingerować w sprawy obu Ameryk, co Stany Zjednoczone jednoznacznie dały do zrozumienia reszcie świata poprzez swoją doktrynę Monroego. Wprawdzie jest w niej mowa o tym, że Stany Zjednoczone nie będą ingerować w wewnętrzne sprawy państw europejskich, ale tego zapisu Amerykanie nie przestrzegają. Cóż, silniejszy może więcej.

Tak więc Stany Zjednoczone nie chcą dopuścić do dominacji jakiegoś państwa nad jednym z dwóch regionów Eurazji. I stąd mamy wojnę na Ukrainie. Ta wojna nie tylko wyniszczy Europę, ale też spowoduje, że ani Niemcy, jako siła dominująca w unii europejskiej, ani Rosja – nie zagrożą im. Ta wojna bezpośrednio szkodzi Rosji, a Niemcy zostaną osłabione poprzez rozpad unii bądź jej częściową dezintegrację w wyniku wyjścia z unii Polski i państw bałtyckich, co jest niezbędne, by powstało państwo zbliżone terytorialnie do I RP. To nowe państwo będzie wasalem USA i jednocześnie gwarantem, że jakieś inne państwo nie zdominuje Europy. Teraz jest już chyba jasne, skąd się wziął pomysł Centralnego Portu Komunikacyjnego i jasne też powinno być, dlaczego Polska ma bezpośrednio zaangażować się w wojnę na Ukrainie i skąd się wzięły masowe (200 tys.) powołania na ćwiczenia rezerwy na rok 2023.

Czy tak będzie? Czy powstanie nowe państwo? Wszystko wskazuje, że tak. Pośrednim dowodem na to, że tak może się stać, jest wszechogarniająca korupcja. Wszyscy kradną na potęgę, zadłużanie państwa przyjmuje monstrualne rozmiary. To tak, jakby niektórzy wiedzieli, że coś się kończy. Powstanie nowe państwo i przeszłość zostanie oddzielona grubą kreską. – Reset.

Rząd, który utworzę, nie ponosi odpowiedzialności za hipotekę, którą dziedziczy. Ma ona jednak wpływ na okoliczności, w których przychodzi nam działać. Przeszłość odkreślamy grubą linią. Odpowiadać będziemy jedynie za to, co uczyniliśmy, by wydobyć Polskę z obecnego stanu załamania. – Tadeusz Mazowiecki, exposé w Sejmie, 24 sierpnia 1989. – Wikipedia.

Zapomniał tylko dodać, kto doprowadził do tego stanu załamania. Bo jeśli komunizm, jak oni twierdzą, to dlaczego ten sam komunizm nie doprowadził do stanu załamania w Chinach?

Antony C. Sutton w książce Skull and bones; Tajemna elita Ameryki pisze:

»W 1968 roku ukazała się moja książka Western Technology and Soviet Economic Development, wydana nakładem Instytutu Hoovera z Uniwersytetu Stanforda. Była to obszerna, trzytomowa publikacja, w której szczegółowo opisałem, w jaki sposób Zachód stworzył Związek Radziecki. Z pracy tej wynikało jedno pytanie, na które pozornie nie było odpowiedzi: dlaczego to zrobiliśmy? Dlaczego stworzyliśmy Związek Radziecki, choć jednocześnie przekazywaliśmy technologie hitlerowskim Niemcom? Dlaczego Waszyngton pragnął utrzymać te fakty w tajemnicy? Dlaczego wzmocniliśmy potęgę militarną sowietów, jednocześnie wzmacniając swoją własną?

Podczas II wojny światowej Stany Zjednoczone pomogły chińskim komunistom w zdobyciu władzy. Autorytet w sprawach związanych z Chinami Chin-tung Liang napisał w swojej książce na temat generała Josepha W. Stilwella, w latach 1942-1944 będącego głównym przedstawicielem Stanów Zjednoczonych w Chinach, że: „Z punktu widzenia walki z komunizmem (Stilwell) bardzo źle przysłużył się Chinom”.

Stilwell był jednak jedynie wykonawcą rozkazów wydawanych w Waszyngtonie przez generała George’a C. Marshalla. Admirał Cooke oświadczył Kongresowi: „w 1946 roku generał Marshall użył taktyki przerwy w dostawie amunicji, by w niezauważalny sposób rozbroić chińskie oddziały”.

W przypadku generała Marshalla należy jednak pamiętać, że w Stanach Zjednoczonych to władze cywilne mają ostatnie słowo w sprawach związanych z wojskowością, co prowadzi nas do ówczesnego sekretarza wojny, Henry’ego L. Stimsona – zwierzchnika Marshalla i członka Zakonu (od 1888 roku). Zadziwiającym zbiegiem okoliczności Stimson sprawował funkcję sekretarza wojny także w roku 1911, czyli w czasie rewolucji Sun Jat-sena.

Wojna jest zawsze świadomym aktem twórczym konkretnych jednostek. Rewolucje ukazuje się zawsze jako spontaniczne wydarzenie skierowane przeciwko autokratycznie rządzonemu państwu, wywołane przez ludzi upośledzonych politycznie lub ekonomicznie. W żadnym z zachodnich podręczników nie znajdzie się informacji o tym, że rewolucje potrzebują pieniędzy, a źródłem tych pieniędzy w wielu wypadkach była Wall Street.

W istocie istnieje inna, w znacznej mierze nieudokumentowana wersja dziejów, opowiadająca zupełnie inną historię niż nasze ugrzecznione i okrojone podręczniki. Opowiada ona o świadomym doprowadzaniu do wojny, o celowym finansowaniu rewolucji zmierzającej do zmiany rządu i o wykorzystywaniu konfliktu do zaprowadzenia Nowego Porządku Świata.«

Wojna, jak twierdził grecki filozof Heraklit, jest matką wszystkich rzeczy. Trudno się z nim nie zgodzić. W jednym z blogów pisałem, że kryzysy gospodarcze można wywoływać na różne sposoby, w zależności od potrzeb, ale tylko wojna jest w stanie załatwić dwie rzeczy: masowe przesiedlenia i zmianę granic. I z tym właśnie mamy obecnie do czynienia. Masowe przesiedlenia już mamy i zmianę granic też. Na razie tylko na Ukrainie. Tylko wojna usprawiedliwia tego typu decyzje. Ale nie tylko to można osiągnąć poprzez wywołanie wojny. Jak wiemy po I wojnie światowej powstały nowe państwa. I tak może być po zakończeniu tej wojny. To nowe państwo będzie nawiązywało do tradycji Rzeczypospolitej Obojga Narodów, czyli będzie państwem multi-kulti, czyli zgodnie z obowiązującym trendem – wielokulturowość über alles. Pewnie też będzie spełniało rolę amerykańskiego lotniskowca w Europie.

Europa Środkowo-Wschodnia to specyficzny rejon położony pomiędzy silniejszymi państwami: Niemcami a Rosją. Rejon niestabilny, ze słabymi państwami, które są zbyt słabe, by przeciwstawić się któremuś z potężniejszych sąsiadów. Stąd łatwo w przeszłości padały łupem jednego lub drugiego, a czasem dzieliły one między siebie ten obszar. Brak stabilności i niezmienności, wywoływany ciągłymi wojnami, zmianami granic i przesiedleniami ludności, powodował, że nie mogły one rozwinąć się gospodarczo i nie mogły w nich ukształtować się dojrzałe społeczeństwa o określonym systemie wartości. Powstawały więc nijakie państwa i nijakie społeczeństwa. Szczególnie dotyczy to Polski i Ukrainy. I dlatego tak łatwo przeprowadzać tu eksperymenty: powstania, rewolucje, wojny, przesiedlenia, zmiany granic. I RP była eksperymentem, w trakcie którego testowano działanie ustroju zwanego demokracją szlachecką. To, z czym obecnie mamy do czynienia, nie jest już dziełem silniejszych sąsiadów, tylko światowego żandarma, który postanowił przemalować mapę Europy Środkowo-Wschodniej.

Artykuł 5

Ostatnio było dużo zamieszania wokół pocisku, który spadł na przygraniczną wieś Przewodowo w południowo-wschodniej Polsce. Jedni widzieli tam rosyjską rakietę, inni – ukraińską. Jedni uważają, że to przypadek – inni, że to zamierzone działanie Ukraińców, którzy chcą wciągnąć Polskę i NATO do wojny z Rosją i że takie zdarzenie jest podstawą do zaatakowania Rosji na podstawie artykułu 5 traktatu NATO. Jeśli niektórzy uważają, że ten artykuł jest podstawą naszego bezpieczeństwa, to są w błędzie. W dniu 25 listopada ukazał się na portalu ZeroHedge artykuł NATO Doesn’t Supersede The US Constitution – NATO nie zastępuje Konstytucji USA (https://www.zerohedge.com/geopolitical/nato-doesnt-supersede-us-constitution). Poniżej jego treść:

„W miarę jak nasz rząd nadal prze na pełnych obrotach w do III wojny światowej, zaznajomienie się z doktryną tarczy i miecza oraz artykułem 5 stają się koniecznością dla czujnego obywatela. W zeszłym tygodniu Amerykanie dowiedzieli się, że jakiś pocisk spadł w Polsce i zabił dwie osoby. Prezydent Ukrainy Wołodymyr Zełenski powiedział, że był to celowy akt agresji ze strony Rosji i że Zachód musi zareagować bardziej zdecydowanie.

Dołączyła do niego tutaj, w Stanach Zjednoczonych, grupa polityków, dziennikarzy reżimowych i płatnych lobbystów, którzy sprzedali swój kraj za garść srebrników. Partia wojenna natychmiast wkroczyła do akcji: właśnie na to czekali i modlili się: oto powód do wystrzelenia rakiet i zniszczenia świata.

Polska, podobnie jak Stany Zjednoczone i prawie cała Europa, jest członkiem NATO – Organizacji Traktatu Północnoatlantyckiego. Może powinniśmy się zastanowić, dlaczego kraje takie jak Polska, Estonia i Rumunia są w sojuszu „atlantyckim”? Podstawą jest artykuł 5, który w popularnej wersji nakłada obowiązek obrony w przypadku zaatakowania członka sojuszu. To jednokierunkowa przepustka do III wojny światowej.

W tej narracji były tylko dwie rzeczy nie tak. Po pierwsze, jak ujawniono w ciągu czterdziestu ośmiu godzin i co potwierdził polski rząd i Biały Dom, pocisk był ukraiński, a nie – rosyjski. Władimir Putin nie zaatakował NATO – ani celowo, ani przypadkowo. Zamiast tego ukraiński pocisk obrony powietrznej, który próbował przechwycić rosyjski atak, zboczył z trajektorii, zabijając dwóch Polaków po drugiej stronie granicy. Nagle „zbiorowe bezpieczeństwo” nie było już zagrożone, a w telewizji nikt nie mówił, że wymaga to odwetu NATO na Kijowie. – Zaskoczeni?

Po drugie, nawet gdyby to był rosyjski pocisk i nawet gdyby sam Władimir Putin celował bezpośrednio w tę polską farmę, artykuł 5 nie zobowiązuje Stanów Zjednoczonych do niczego. Traktat NATO zawiera również artykuł 11, który określa, że decyzje sojuszu będą realizowane zgodnie z krajowymi konstytucjami i procedurami poszczególnych członków.

Oznacza to, że wniosek w sprawie formalnego wypowiedzenia wojny musi być przyjęty większością głosów w Senacie i Izbie Reprezentantów. Każdy członek Kongresu lub gadający szef wiadomości, który mówi, że artykuł 5 wymaga natychmiastowej akcji wojskowej bez debaty lub głosowania, albo kłamie albo jest żałośnie niedoinformowany.

I nawet gdyby traktat NATO nie zawierał tego postanowienia, nadal opieralibyśmy się na artykule I, sekcji 8 Konstytucji Stanów Zjednoczonych, najwyższym akcie prawnym USA. Jesteśmy suwerennym narodem, a naród amerykański zawsze ma wybór, czy iść na wojnę, czy nie. Każda międzynarodowa umowa, która próbuje inaczej interpretować prawo będzie ignorowana.

Niestety, partia wojenna nie zawsze ułatwia ten wybór. Przekupują polityków zyskami z kontraktów na broń, zalewają prasę korporacyjną propagandą i instruują naród amerykański, że albo musi zaangażować się w niekończącą się wojnę, albo straci wolność. Sami sobie tworzą zgodę na taki stan rzeczy.

Ten kryzys nadal pokazuje, dlaczego potrzebujemy Defend the Guard – ustawy, która zabraniałaby wykorzystywania jednostek Gwardii Narodowej poszczególnych stanów w czynnej walce bez wypowiedzenia wojny przez Kongres.

To najlepszy sposób, aby powiedzieć Waszyngtonowi, że nie może iść na wojnę bez debaty i głosowania przedstawicieli narodu. A jeśli spróbują, to nie będą mieli mięsa armatniego do walki w takim konflikcie, ponieważ patriotyczni ustawodawcy stanowi nie pozwolą swojej Gwardii Narodowej, kręgosłupowi Sił Zbrojnych USA, uczestniczyć w nielegalnej wojnie.

W przeszłości pracowałem nad wprowadzeniem tej ustawy w ponad dwudziestu stanach, a mój zespół już przygotowuje się do sesji legislacyjnej w 2023 roku. Ale aby odnieść sukces, potrzebuję twojego wsparcia. Wejdź na stronę DefendTheGuard.US, aby sprawdzić, czy projekt ustawy został już przedłożony w Twoim stanie lub czy chcesz skontaktować się ze swoim przedstawicielem i senatorem stanowym. Naród amerykański, aktywny i dobrze poinformowany, nie zostanie wciągnięty przez swoich nieodpowiedzialnych, głupich przywódców w III wojnę światową.”

Pod tym tekstem portal ZeroHedge zamieszcza informację o jego autorze:

Dan McKnight jest weteranem wojennym z 13-letnim stażem. Służył w Korpusie Piechoty Morskiej Stanów Zjednoczonych, Armii Stanów Zjednoczonych i Gwardii Narodowej Armii Idaho. Jest założycielem i prezesem Bring Our Troops Home.

W zasadzie to komentarz jest tu zbyteczny, bo Stany Zjednoczone mają podwójne zabezpieczenie, by oficjalnie nie wchodzić do wojny, gdy nie będzie im to odpowiadać. Pierwsze, to artykuł 11 traktatu NATO, który mówi, że decyzje sojuszu będą realizowane zgodnie z krajowymi konstytucjami i procedurami poszczególnych członków. Drugie, to Konstytucja Stanów Zjednoczonych. Amerykanie zawsze mogą się na nią powołać, jeśli uznają to za stosowne. W ich interpretacji amerykańska konstytucja stoi ponad prawem międzynarodowym, tak jak niemiecka konstytucja – ponad prawem unijnym. I w unii i w NATO Polska jest członkiem drugiej, a może nawet trzeciej kategorii. I wszystko wskazuje na to, że i z jednej i z drugiej organizacji nas wypchną, bo połączenie z Ukrainą, niebędącą członkiem unii i NATO, będzie tego wymagać. Co do unii, to nie ma już chyba wątpliwości, że to idzie w tym kierunku, a co do NATO to:

„Centralny Port Komunikacyjny jest projektem cywilnym, ale niezbędnym również z punktu widzenia militarnego – powiedział pełnomocnik rządu ds. CPK Marcin Horała. Inwestycja zwiększy przepustowość, zdolność do przerzutu do Polski wojsk w razie zaostrzania sytuacji międzynarodowej – dodał.” Jest to wypowiedź z 05.04.2022, którą zamieścił portal Bankier.pl.

Czyli, mówiąc wprost, będzie bardziej obiektem militarnym niż cywilnym, dobrze nadającym się do przyjęcia wojsk desantowych. Tylko których? Równie łatwo będą mogły lądować tu wojska niemieckie i rosyjskie. Dla takiego państwa jak Polska, żadne zbrojenia nie mają sensu, bo ma ono znacznie silniejszych sąsiadów. Czesi nie walczyli i nie walczą z Niemcami i z Rosją i żyją. Niepodległość małych narodów, a takim narodem są Polacy, jest iluzją. Niestety to Polsce, a nie Czechom, wyznaczyli wielscy tego świata rolę lokalnego awanturnika, wbrew, jak sądzę, woli większości rozsądnie myślących Polaków.

Dopisek z dnia 30 listopada 2022: Szef Paktu Północnoatlantyckiego Jens Stoltenberg, oświadczył, że warunkiem wstępnym dla ewentualnej akcesji Ukrainy do NATO jest zwycięstwo w wojnie z Rosją. Taką informacje podała Interia. A więc cynizm posunięty do skrajności, bo Ukraina tej wojny nie wygra. A z drugiej strony, to czy ona nie jest już w NATO? NATO jej pomaga, a granica Polski z Ukrainą, zewnętrzna granica NATO, jest otwarta, czyli jej nie ma.

Kolejny krok

W kolejnym odcinku nr 606 zatytułowanym Doradca Prezydenta Ukrainy: Polacy zgodzili się zapomnieć Rzeź Wołyńską na swoim kanale Podkast Polityczny Leszek Sykulski omawia wywiad, jakiego udzielił doradca prezydenta Ukrainy Wołodymira Zełeńskiego Aleksij Arestowicz rosyjskiej dziennikarce Julii Łatyninie. Poniżej fragmenty jego komentarza:

»W środę 9 listopada 2022 roku jeden z doradców prezydenta Ukrainy Wołodymira Zełeńskiego Aleksij Arestowicz udzielił wywiadu rosyjskiej pisarce i dziennikarce Julii Łatyninie. Wywiad ten był transmitowany na żywo na kanale Łatyniny na YouTube i do dziś, do 14 listopada, ma już ponad 400 tys. wyświetleń. W wywiadzie tym poruszono wiele spraw, ale Sykulski skupił się na polskim wątku, ponieważ w wywiadzie tym padły bardzo kontrowersyjne słowa. Polskie media głównego nurtu skoncentrowały się na wypowiedzi Arestowicza o pomocy, jakiej Polska udziela Ukrainie. Natomiast jest tu o wiele ciekawszy fragment, dotyczący trudnej przeszłości polsko-ukraińskiej.

Sykulski cytuje fragment tej wypowiedzi: „Polacy zgodzili się zapomnieć tzw. rzeź wołyńską i wszystkie problemy, jakie między nami były. Oni powiedzieli, że zamknięcie tej karty historii daje szansę zbudowania nowych stosunków. Oni wycofali wszystkie pretensje. My o tym nie rozmawiamy. To wielki krok, ponieważ w pamięci polskiego narodu była to bardzo trudna karta. To, jak niełatwo było to odrzucić, to jeszcze jeden przykład wartości ludzkich w skali narodu i dalekowzroczności polskiego kierownictwa”.

Wypowiedź Arestowicza jest skandaliczna, podkreśla Sykulski, bo nazywanie ludobójstwa wołyńskiego „tzw. rzezią wołyńską”, czy mówienie o tym, że była to w pamięci polskiego narodu bardzo trudna karta, zupełnie przemilczając kwestię pamięci historycznej ukraińskiej, nie traktując tego w ogóle jako trudnej karty w pamięci ukraińskiej, jest absolutnie skandaliczne i bardzo dobrze zresztą oddaje podejście ukraińskiego establishmentu do historii, do, także, kultu zbrodniarzy z Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów i Ukraińskiej Powstańczej Armii.

Natomiast to, co jest bardzo istotne, to fakt, czy rzeczywiście doszło do pewnego porozumienia pomiędzy władzami Ukrainy i Polski na temat „zapomnienia o tej karcie historii”, o tym ludobójstwie. Jeżeli tutaj rzeczywiście doszło do tego, co Arestowicz nazywa dalekowzrocznością polskiego kierownictwa, no to należało by absolutnie podkreślić, że byłaby to zdrada narodowa, zdrada polskiej racji stanu. Warto dziś zapytać rządzących, czy rzeczywiście doszło do jakiegoś porozumienia w tym zakresie ze stroną ukraińską. Jeśli tak, to sprawa jest oczywista – doszło do zdrady narodowej. Absolutnie nie można zgadzać się na taką narrację, że ponieważ Ukraina walczy z Rosją, więc nie powinniśmy w ogóle mówić o ludobójstwie na Polakach, że możemy sobie do tego wrócić po wojnie, ewentualnie.

W tej wypowiedzi Arestowicza, oprócz wątków historycznych, pada także kwestia przyszłości Europy środkowo-wschodniej. Arestowicz mówi o tym, że obecnie Ukraina pretenduje do silniejszej roli, silniejszej pozycji w Europie wschodniej i mówi o tym, że Ukraińcy potrzebują silniejszej kooperacji z Polską i dodaje, że chodzi mu o takie literalne rozumienie tej ścisłej kooperacji: „w składzie jednego bardzo trwałego związku, który pozwoli ustanowić nowe prawa gry w Europie wschodniej”. To jest bardzo ciekawe stwierdzenie, czyli mówi się o jakimś bardzo trwałym związku we wschodniej części Europy. No i jest pytanie o jaką formę tego związku może chodzić. Arestowicz dodaje, że zaprasza także kraje bałtyckie, z którymi, jak to określa, jesteśmy w bliskich związkach plus „ jeszcze przyszłą Białoruś”.

Widać tutaj bardzo wyraźnie, że Arestowicz, który jest podpułkownikiem sił zbrojnych Ukrainy, jest byłym oficerem służb specjalnych tego państwa, konkretnie – głównego zarządu wywiadu, jest absolwentem Odeskiego Instytutu Wojskowego – jest to niewątpliwie człowiek dobrze poinformowany, człowiek ustosunkowany, jeśli chodzi o establishment ukraiński, ukraińskie służby specjalne. No i myślę oczywiście, że coś jest na rzeczy. Nie jest przypadkiem takie sondowanie reakcji zarówno na Ukrainie, jak i w Polsce. To mówienie o przyszłej Białorusi też może wskazywać na jakieś plany zmiany systemu politycznego na Białorusi. Pytanie, czy robione oddolnie, wewnętrznie na Białorusi, czy przy pomocy czynników zewnętrznych.

Faktem jest, że Arestowicz jest człowiekiem wpływowym i jest to człowiek, który wie, co mówi, no i warto zapytać, czy polscy politycy zgadzają się z tego typu planami. Zresztą widzimy, że w Polsce też się wypuszcza tego typu balony próbne, taka próba sondowania opinii publicznej na temat jakiejś formy związku państwowego z Ukrainą. Tutaj mówi się sporo o tym Ukropolu, zresztą także różnego rodzaju think tanki, finansowane z zagranicy, próbują przedstawić to Polakom jako świetlaną przyszłość, że ta federacja polsko-ukraińska byłaby rzeczywiście czymś świetnym i zgodnym z polską racją stanu. Ja osobiście uważam, że było by to absolutnie sprzeczne z polską racją stanu, a przede wszystkim z polskim interesem narodowym. Polaków nikt nie pyta, czy chcieliby żyć w kraju wielonarodowym, takim konglomeracie etnicznym, religijnym czy wielocywilizacyjnym. Myślę, że przede wszystkim należało by zadać pytanie samym Polakom, a nie podejmować decyzje zakulisowo.

Reasumując, należy uznać wypowiedź doradcy prezydenta Ukrainy za absolutnie skandaliczną i należy oczekiwać wyjaśnień ze strony rządu w Warszawie, tak abyśmy mieli pełną jasność, w którą stronę zmierzają nawigatorzy państwa polskiego. Jakie wektory zostały obrane, realne wektory w polityce zagranicznej i polityce bezpieczeństwa i czy nie próbuje się za plecami obywateli podejmować jakichś dalekosiężnych istotnych decyzji geopolitycznych, które będą rzutowały na bezpieczeństwo państwa polskiego i jego obywateli. A byłyby to decyzje niekonsultowane z obywatelami.«

W Wikipedii można przeczytać, że Julija Łatynina jest rosyjską dziennikarką i pisarką, autorką powieści fantasy i sensacyjnych, których akcja toczy się we współczesnej Rosji. Pracuje w stacji radiowej Echo Moskwy, publikuje m.in. w The Moscow Times. Nie jest więc żadną opozycyjną dziennikarką i mieszka w Moskwie. I takiej osobie doradca prezydenta Ukrainy udziela wywiadu. Trochę to dziwne. Jeszcze rozumiałbym, gdyby dziennikarz ukraiński rozmawiał z rosyjskim, ale wysokiej rangi państwowy funkcjonariusz ukraiński rozmawia z dziennikarką państwa, które prowadzi z jego krajem wojnę. No ale cóż? Skoro ta wojna jest ustawką, to dlaczego nie?

Sykulski po raz kolejny komentuje tak, jakby nie wiedział, że cały ten polski rząd nie jest polskim. Ostatni polski rząd to był Władysław Łokietek, bo już jego syn – Kazimierz Wielki odcinał tylko kupony od tego, czego dokonał jego ojciec. Polska, jako państwo, skończyła się wraz z unią personalną polsko-węgierską. Ludwik Węgierski z dynastii Andegawenów nadał szlachcie w 1374 roku przywilej koszycki i od tego momentu zaczęło się osłabianie państwa polskiego. A w tym czasie Kapetyngowie we Francji, których boczną linią byli Andegawenowie, brali wszystko za mordę i wprowadzali władzę absolutną.

Od czasu unii personalnej z Litwą wschód zdominował Polskę, bo Wielkie Księstwo Litewskie było znacznie potężniejszym państwem niż Korona Królestwa Polskiego i miała potężniejszych magnatów-feudałów niż Korona. Żeby ukryć ten fakt i stwarzać pozory, że to jednak Korona dominuje, to bezpośrednio przed unią lubelską włączono do Korony województwo podlaskie, wołyńskie i Kijowszczyznę. I jak się spojrzało na mapę, to faktycznie Korona zrobiła się wielka, a Wielkie Księstwo Litewskie stało się Małym Księstwem Litewskim.

I ten stan trwa do dziś: wschodni element, udający Polaków, rządzi, ale to Polacy są wszystkiemu winni – temu, że to państwo jest takie, jakie jest. Ten wschodni element nigdy nie stracił swojej dominującej pozycji i nie spolonizował się. Owszem, niektórzy przeszli na katolicyzm, wszyscy zaakceptowali język i to wszystko. Te masy Ukraińców, które przesiedlono na tzw. Ziemie Odzyskane nadal są Ukraińcami i bliższy jest im interes Ukrainy niż Polski. I to oni, dominujący w polskiej polityce, za przyzwoleniem i pod kontrolą Żydów, są właśnie tymi sługami narodu ukraińskiego. I prawdę mówią: rządzący są sługami swego narodu. To są Ukraińcy i służą narodowi ukraińskiemu. Przekaz jest tak jasny i czytelny, że już bardziej czytelny być nie może. Tyle że ani Sykulski, który stroi się w piórka patrioty, a faktycznie prowadzi swoją kampanię wyborczą, ani nikt inny nie powie o tym wprost.

Mówi też Sykulski, że federacja polsko-ukraińska nie jest zgodna z polską racją stanu i polskim interesem narodowym i nikt nie pyta Polaków, czy chcieliby żyć w kraju wielonarodowym, takim konglomeracie etnicznym i religijnym. Problem polega na tym, że Polska jest takim konglomeratem, a uczyniły ją nim powojenne przesiedlenia mniejszości kresowych i przyjazd nie mniejszej ilości Żydów wraz z Armią Czerwoną. To, że o tym w PRL-u nie mówiono, to nie znaczy, że tego nie było. Ideologią PRL-u był narodowy socjalizm: jedno państwo, jeden naród, jedna partia. I większość Polaków w to uwierzyła i do dziś wierzy.

Ten kraj, to nie jest żadna Polska, to Ukraina bis, bo Ukraińcy są tu obywatelami, którzy są uprzywilejowani w stosunku do Polaków, a skoro tak, to znaczy, że Polacy są dyskryminowani. Nie należy jednak zapominać o tym, że nad tymi Ukraińcami ktoś jest i bez tego kogoś to wszystko, czego obecnie doświadczamy, nie byłoby możliwe. Ukraińcy są tu tylko narzędziem.

Arestowicz wspomniał o tym, o czym jakiś czas temu mówił Jaki. Z tym, że Jaki mówił o połączeniu Polski z Ukrainą i może, w przyszłości, z Białorusią, a Arestowicz dodaje jeszcze kraje bałtyckie. A więc mamy postęp i tu już nie ma najmniejszej wątpliwości, że chodzi o odtworzenie I RP i to w jej największym zasięgu terytorialnym. A skoro tak, to Polska musi wyjść z unii, o czym już otwartym tekstem wspomniał ostatnio Kaczyński.

Póki co, jesteśmy jeszcze w unii i NATO, które to NATO miało nam zapewnić bezpieczeństwo, aż tu nagle – bum! Spadła rakieta na terytorium Polski, na rzadko zaludniony obszar i trafiła w suszarnię zbóż. Ja rozumiem, że jak rakieta spada na miasto, to prawdopodobieństwo, że nie zniszczy żadnego budynku jest praktycznie zerowe, ale w rzadko zaludnionym obszarze trafienie w jakiś budynek przez rakietę, której celem była inna rakieta?… Tak jakoś dziwnie, ale od razu przypomniała mi się prowokacja gliwicka. Cóż? Prawdy zapewne nie dowiemy się. Spekulować też nie ma sensu z braku rzetelnych informacji, ale jedno jest pewne: Polska, czyli Ukraina bis, jest w coraz bardziej ordynarny sposób wciągana do wojny. Ordynarny, bo zginęli niewinni ludzie.