Metoda

Świat współczesny jest światem informacji. To wszystko dzięki internetowi. Nie jesteśmy w stanie „przetrawić” nawet promila tego, co do nas dociera tą drogą. Ale nie tylko informacje. Mamy dostęp do niepomiernych zasobów wiedzy z każdej dziedziny. W takiej sytuacji najważniejsza staje się nie sama wiedza, ale umiejętność jej selekcjonowania i wyciągania wniosków. Jednak cały wysiłek tworzących nowy porządek świata idzie w kierunku, żeby nas dosłownie – przytłoczyć informacją. W tym kierunku idzie też system edukacji na każdym poziomie: od najniższego do najwyższego. Cel podstawowy – zabić myślenie. Zgodnie z zasadą: myślenie nie ma przyszłości, przyszłość należy do programowania i sztucznej inteligencji. To oczywiście program dla mas. Dla elit jest pewnie inny program.

Nauka kojarzy się nam z czymś dostojnym. Poważni naukowcy, to tacy, którzy używają mądrych słów, gdy objaśniają jakiś problem i tak to wyjaśniają, że normalny człowiek, który tego nie rozumie, może nabrać przekonania, że jest głupi i przyjąć do wiadomości to, co ci „poważni” naukowcy mu wmawiają. Ten sam mechanizm dotyczy historii i polityki. Tu też tworzy się setki interpretacji, powołuje się na różne źródła, twierdząc przy okazji, że ze względu na brak dokumentów, czy dostępu do nich, wielu spraw nie da się wyjaśnić. Jednak są tacy, nieliczni wprawdzie, którzy uważają, że niekomplikowanie, a wprost przeciwnie – upraszczanie, może nas zbliżyć do prawdy. I nie da się ukryć że, przynajmniej według mnie, w tym szaleństwie jest metoda. No właśnie! Czy to szaleństwo i cóż to za zwierz ta metoda?

Metoda 1. «sposób postępowania dla osiągnięcia określonego celu»: M-y uprawy roli. M-y pedagogiczne. Kierownik stosował wobec nas metodę dyskretnego kontrolowania. 2.«sposób naukowego badania rzeczy i zjawisk i przedstawiania wyników tych badań»: M. dialektyczna. M. eksperymentalna. <gr.>

Tak definiuje to słowo Mały Słownik Języka Polskiego, PWN Warszawa 1968. Mamy więc dwa znaczenia tego słowa. Pierwsze jest stosunkowo proste. Dotyczy sposobu działania, by dojść do określonego celu. Miałem kiedyś znajomego, który miał znajomego, który stosował metodę, nawet nie tyle podrywania dziewczyn, co składania im na dyskotekach niedwuznacznych erotycznych propozycji. Wiedział, że w 9 na 10 przypadków dostanie po gębie, ale w jednym przypadku – nie! Gęba puchła, ale za każdym razem był bliżej celu. To jest właśnie metoda w pierwszym znaczeniu. W tym wypadku ważne jest niezałamywanie się i konsekwencja, a dojście do celu pozostaje tylko kwestią czasu.

W drugim znaczeniu, znaczeniu metody naukowej, jest to trochę bardziej skomplikowane, ale nie aż tak bardzo. Jerzy Dzik w swojej książce Dzieje życia na Ziemi pisze:

„Magazynem idei jest cała kultura ludzka, zawarta w religii, sztuce, nauce i technice. Jedynie od twierdzeń z dziedziny nauk przyrodniczych (scientia) oczekujemy równocześnie prostoty, spójności logicznej i łatwo sprawdzalnej zgodności z rzeczywistością. Tym, co wyróżnia naukę od innych dziedzin poznania, jest bowiem metoda. O przynależności twierdzenia do nauki nie stanowi jego zawartość, lecz sposób sformułowania i zasady umożliwiające jego obalenie. Niesłusznie więc byłoby wywyższanie nauki ponad religię i sztukę na podstawie jej treści. Wręcz przeciwnie. Zagadnień najistotniejszych dla naszej egzystencji nie potrafimy rozwiązać posługując się metodą naukową. Nie potrafimy też, rzecz jasna, za pomocą rozumowań ocenić wartości odpowiedzi dawanych przez religię i sztukę. Z drugiej strony, rozsądne jest nieodwoływanie się do innych dziedzin tam, gdzie solidnie podbudowanej odpowiedzi dostarczyć może przyrodoznawstwo.”

Tak więc naukę od innych dziedzin odróżnia metoda. Wiara polega na tym, że człowiek wierzy. Są dwa rodzaje wierzących. Jedni wierzą w to, że Bóg istnieje, inni że – nie. Sztuka, z kolei, sprowadza się do natchnienia. Jak kto i w jaki sposób do niego dochodzi, to już inna sprawa.

Wracając jednak do nauki wypada wyjaśnić na czym polega ta metoda naukowa. Jerzy Dzik tak to precyzuje:

„Tym, co wyodrębnia przyrodoznawstwo spośród innych dziedzin wiedzy, nie jest treść przedstawianych przez nie twierdzeń, lecz metoda, za pomocą której doszło do ich sformułowania. Określić więc trzeba zasady postępowania, dzięki którym uzyskuje się wiedzę naukową. Zasad takich, które są bez sprzeciwu akceptowane przez uczonych wszystkich dziedzin, nie jest wiele. Prawdę powiedziawszy, są tylko dwie:

  • zasada brzytwy Occama
  • zasada testowalności

Wystarczają one jednak do tego, by nadspodziewanie wąsko zakreślić granice nauki i ująć w cugle wyobraźnię, z natury mającą skłonność do bezkrytycznego bujania.

Pierwszym z ograniczeń myślenia naukowego o niekwestionowanej konieczności jest brzytwa Occama (Ockhama). Jest to powszechnie znana zasada, sformułowana po raz pierwszy przez angielskiego średniowiecznego teologa Williama of Occam, że do objaśniania rzeczywistości nie należy używać większej liczby niezależnych bytów, niż jest to absolutnie konieczne. (…) Zasada brzytwy Occama każe użyć możliwie małej liczby praw i nie wprowadzać żadnego nowego prawa bez istotnej potrzeby. Co więcej, jeżeli uda nam się liczbę tych praw zmniejszyć i, powiedzmy, zakres stosowalności kilku praw objąć jednym, bardziej ogólnym prawem, to uważamy, że dokonaliśmy postępu w rozwoju naszej dziedziny nauki.

(…) Niemal powszechnie przyjętą regułą określającą ściślej granice nauki jest zasada (wymaganej) testowalności teorii naukowych przez doświadczenie (empirię). Wnioski wyprowadzone z teorii naukowych nie mogą być sprzeczne z danymi empirycznymi. Musi zatem istnieć możliwość porównywania tych wniosków z rzeczywistością i ich testowania. Teorie, z których nie wypływają wnioski testowalne przez dane doświadczalne, nie należą do dziedziny nauki.

Są dwie główne strategie ścisłego poznania naukowego i dwie koncepcje teorii poznania (epistemologii) uzasadniające słuszność każdej z nich. Pierwsza to strategia indukcjonizmu, stosowana przez zwolenników kierunku w epistemologii zwanego dziś neopozytywizmem. Zgodnie z tą koncepcją, wnioskowanie w nauce powinno opierać się na metodzie indukcji. Znaczy to, że uniwersalne twierdzenie naukowe wyprowadza się ze znacznej liczby pojedynczych twierdzeń (orzeczeń, zdań szczegółowych) o rzeczywistości, zwanych faktami. Twierdzenie uniwersalne, czyli teoria naukowa, jest tym bardziej prawdopodobne (czyli bliższe prawdy), im więcej twierdzeń szczegółowych (np. wyników doświadczeń) jest z nim zgodnych. W miarę potwierdzania teorii, czyli weryfikacji przez porównywanie z danymi doświadczalnymi, wzrasta prawdopodobieństwo jej zgodności z rzeczywistością.

Druga strategia to strategia falsyfikacjonizmu, będąca częścią kierunku filozoficznego nazwanego przez jego twórcę Karla R. Poppera zdroworozsądkowym racjonalizmem. Zanegował on wartość metody indukcyjnej i zaprzeczył temu, by badanie zgodności teorii z danymi zwiększało szanse jej prawdziwości. Poszukując ścisłych metod wnioskowania stwierdził, że tylko selekcja teorii poprzez odrzucanie może doprowadzić do stanu oczekiwanej jednoznaczności.”

Zdaję sobie sprawę, że od tego indukcjonizmu, testowalności, falsyfikacjonizmu głowa może rozboleć, ale te cytaty pochodzą z podręcznika akademickiego, który musi zachować pewną powagę. Ale to wcale nie jest trudne, gdy pod te skomplikowane słowa podłoży się normalne i jeszcze poda przykład. Bo teoria teorią, ale jak to działa w praktyce?

Nassim Nicholas Taleb w prologu książki Czarny Łabędź pisze:

„Zanim odkryto Australię, mieszkańcy Starego Świata byli przekonani, że wszystkie łabędzie są białe. Trwali niezachwiani w swej wierze, ponieważ dowody empiryczne zdawały się ją całkowicie potwierdzać. Widok pierwszego czarnego łabędzia mógł się okazać interesującą niespodzianką dla kilku ornitologów ( i innych ludzi szczególnie zainteresowanych upierzeniem ptaków), ale nie o to chodzi. Historia ta ilustruje poważne ograniczenie procesu wnioskowania opartego na obserwacji lub doświadczeniach oraz kruchości naszej wiedzy. Jedno spostrzeżenie może obalić ogólną tezę, postawioną na podstawie tysięcy lat obserwowania milionów białych osobników. Wystarczy do tego jeden jedyny (i jak słyszałem, dość brzydki) czarny ptak.”

I wszystko jasne! Indukcja to kolejne obserwacje, pojedyncze doświadczenia. Testowalność, to potwierdzenie, sprawdzenie założenia: Wszystkie łabędzie są białe i za każdym razem, gdy widzę łabędzia, widzę że jest biały. To utwierdza mnie w tym, że wnioski, które wyciągam są słuszne. Falsyfikacjonizm to: O! Widzicie! Czarny łabędź! G…. prawda, że wszystkie łabędzie są białe. Falsyfikacjonizm to po prostu wykazanie, że dana teoria jest błędna.

Ale to jeszcze nie koniec problemów z poznawaniem i oceną rzeczywistości. Cytowany wyżej Taleb w innej swojej książce Zawiedzeni przez losowość pisze:

„W praktyce wnioskowania istnieje dobrze znany problem indukcji. Ciąży on nad nauką od bardzo dawna, ale dyscypliny ścisłe nie ucierpiały z jego powodu tak bardzo, jak nauki społeczne, a zwłaszcza ekonomia (w tym szczególnie ekonomia finansowa). Dlaczego? Ponieważ składnik losowości potęguje skutki występowania tego problemu. Problem indukcji nigdzie nie jest tak istotny jak w świecie obrotu papierami wartościowymi i nigdzie nie jest tak uparcie ignorowany!

W dziele zatytułowanym Badania dotyczące rozumu ludzkiego szkocki filozof David Hume sformułował ten problem w następujący sposób (przytaczam parafrazę słynnego dziś problemu Czarnego Łabędzia autorstwa Johna Stuarta Milla): Żadna liczba obserwacji białych łabędzi nie pozwala wysnuć wniosku, że wszystkie łabędzie są białe, ale obserwacja jednego czarnego łabędzia wystarcza do odrzucenia tej konkluzji.

Hume nie mógł znieść tego, że nauka w jego czasach (w XVIII wieku) przeszła za sprawą Francisa Bacona od scholastyczności opartej wyłącznie na dedukcji (bez związku z doświadczeniem realnego świata) do drugiej skrajności – naiwnego i nieuporządkowanego empiryzmu. Bacon protestował przeciwko „snuciu pajęczyny nauki” pozbawionej zastosowań praktycznych (nauka przypominała teologię). Dzięki niemu w nauce zaczęto kłaść nacisk na obserwacje empiryczne. Problem polega na tym, że obserwacje praktyczne dokonywane bez odpowiedniej metodologii mogą nas zwieść na manowce. Hume ostrzegał przed taką wiedzą i podkreślał potrzebę utrzymania odpowiedniego rygoru podczas gromadzenia i interpretowania wiedzy – zwanego dzisiaj epistemologią (od greckiego słowa episteme, oznaczającego uczenie się). Hume był pierwszym nowożytnym epistemologiem (epistemolodzy ze świata nauk ścisłych są czasem zwani metodologami albo filozofami nauki).”

Indukcja i dedukcja są zatem dwiema metodami, które zwykły człowiek może wykorzystać do oglądu rzeczywistości. W tym wypadku indukcja to obserwacja a dedukcja to wnioskowanie. Słowo to wywodzi się z łacińskiego deductio – wywód i od czasownika deducere – wywodzić, wyprowadzać wnioski. (U nas to wszystko z greki albo z łaciny). Dedukcja jest taką formą rozumowania, w której z pewnego następstwa wielu zdań wyprowadza się zdania logiczne z nich wynikające. Jest to niezawodna procedura stanowiąca poprawny sposób wnioskowania, który prowadzi do prawdziwych stwierdzeń, pod jednym wszakże warunkiem, że przesłanki nie były błędne.

Entuzjastą dedukcji był Conan Doyle. Bohater jego powieści Sherlock Holmes wykorzystuje ją w swoich śledztwach. Doyle opisuje ją bardziej szczegółowo w Studium w szkarłacie. Oto parę przykładów:

„Z istnienia kropli wody (…) logicznie rozumujący człowiek wydedukuje możliwość istnienia Oceanu Atlantyckiego czy Niagary, choć nigdy ich nie widział ani o nich nie słyszał.”

„Całe życie to jeden wielki łańcuch, którego istotę możemy poznać po jednym ogniwie. Tak jak wszystkie inne sztuki, wiedza dedukcji i analizy dają się posiąść tylko po długich i cierpliwych studiach.”

„W rozwiązywaniu tego rodzaju problemów należy przede wszystkim umieć myśleć «wstecz». Ta metoda zwykle bywa bardzo skuteczna i łatwa, lecz ludzie rzadko z niej korzystają. W życiu codziennym bardziej opłaca się rozumowanie «naprzód» i dlatego zaniedbuje się myślenie wstecz. Na ogół jeden człowiek na pięćdziesięciu rozumuje «analitycznie», gdy reszta – «syntetycznie».”

„Większość ludzi, wysłuchawszy biegu wydarzeń, powie (…) co z nich wynikło. Połączą je w umyśle i wywnioskują, co dalej stać się mogło. Ale niewielu znajdziemy takich, którzy z końcowego wyniku zdołają odtworzyć bieg wypadków, jakie do niego doprowadziły. O takiej właśnie zdolności myślenia mówiłem wspominając o rozumowaniu «wstecz», czyli – «analitycznym». Mamy tu cały łańcuch logicznych wniosków, w którym nie znajdzie pan najmniejszego potknięcia”.

Z przytoczonych powyżej przykładów widać, że metodologia naukowa ma zastosowanie w różnych dziedzinach nauki i nie tylko nauki. Antony Sutton, pisząc książkę Skull and Bones Tajemna Elita Ameryki, również z niej korzystał. We fragmencie zatytułowanym Hipotezy i metoda pisze:

»Wszystko to prowadzi nas w kierunku metodologii. W niniejszym tomie zostaną przedstawione trzy hipotezy. Czym jest hipoteza? Hipoteza jest teorią, teorią roboczą, punktem wyjścia, który musi zostać poparty dowodami. Moje hipotezy powstały w wyniku analizy pewnych dokumentów, które także zostaną przedstawione. Kramarze oficjalnej historii będą wykrzykiwać, że hipotezy te są prezentowane jako udowodnione twierdzenia i niezależnie od tego, co zostanie napisane, krzyki te nie ustaną. Należy jednak powtórzyć, że na tym etapie są to jedynie hipotezy, które muszą zostać poparte dowodami. Stanowią dopiero pierwszy krok w logicznym procesie badawczym.

Następnie w myśl naukowej metodologii, można hipotezę udowodnić. Nie może ona zostać obalona. To od czytelnika zależy, czy zaprezentowane dowody uzna za wystarczające do poparcia hipotezy, czy też nie. Rzecz jasna, żaden autor, krytyk ani czytelnik nie może podjąć takiej decyzji przed zapoznaniem się z dowodami.

Mamy zamiar zastosować także dwie inne zasady dotyczące badań naukowych, które historycy głównego nurtu zwykle ignorują.

Po pierwsze, w nauce najprostsze wyjaśnienie problemu jest zawsze rozwiązaniem najbardziej zadowalającym. Natomiast w przypadku establishmentowej historii prosta odpowiedź jest zwykle krytykowana i uznawana za „nazbyt uproszczoną”. Krytyk sugeruje tym samym, że „biedny pisarz nie odniósł się do wszystkich faktów”. Innymi słowy, ucieka się do taniej zniewagi, nie zadając sobie trudu znalezienia alternatywnej odpowiedzi lub przytoczenia dodatkowych faktów.

Po drugie, znowu odnosząc się do zasad panujących w nauce, najbardziej zadowalającą odpowiedzią jest ta, którą da się zastosować do największej liczby przypadków, czyli odpowiedź najbardziej ogólna. Musisz na przykład znaleźć wyjaśnienie dwunastu wydarzeń i mamy teorię, która stanowi odpowiedź w jedenastu z tych przypadków. Tym samym jest ona bardziej zadowalająca niż teoria, którą da się zastosować jedynie w czterech lub pięciu przypadkach.«

Sutton nie nazywa metody, ale mówi o brzytwie Occama. Zostało to powyżej zaznaczone przeze mnie kursywą. Dalej, we fragmencie zatytułowanym Diabelska teoria historii, pisze:

»Przy użyciu takiej właśnie metodologii będziemy rozważać i przedstawiać szczegółowe i konkretne dowody (w tym nazwiska, daty oraz miejsca) wskazujące na to, że jedynym rozsądnym wyjaśnieniem ostatnich wydarzeń mających miejsce w Stanach Zjednoczonych jest istnienie spisku wykorzystującego władzę polityczną dla realizacji celów stojących w sprzeczności z Konstytucją.

Historycy głównego nurtu określają tę teorię mianem „diabelskiej teorii historii”, co również jest szybką i prostą metodą na zamiecenie sprawy pod dywan. Krytycy ci nie biorą jednak pod uwagę na przykład Ustawy Shermana, czyli aktu prawnego wymierzonego w monopole, w której istnienie spisku jest tezą nie tylko przyjętą, ale wręcz podstawową. Skoro więc akceptujemy myśl o istnieniu spisku w gospodarce, dlaczego to samo nie może dotyczyć polityki? Czyżby politycy byli bardziej niewinni niż biznesmeni?«

W tym wypadku Sutton stosuje prostą dedukcję (kursywa). Pierwsze wydanie książki Sutona ukazało się w 1983 roku. Minęło już więc wiele lat. W tamtym czasie zapewne wielu trudno było uwierzyć w to, o czym on pisał. Dziś już mało kto wątpi, że w Stanach Zjednoczonych funkcjonuje tzw. deep state, czyli taka ukryta, nieformalna władza, która wykorzystuje swoją pozycję polityczną do działań sprzecznych z prawem.

Spór o to, która metoda jest bardziej wiarygodna – indukcja czy dedukcja – nie jest sporem jałowym. W moim odczuciu te metody uzupełniają się. Często tam, gdzie empiria zawodzi pozostaje nam odwołanie się do dedukcji. Magellan empirycznie dowiódł tego, że Ziemia jest kulą, ale nie chce mi się wierzyć, że kapłani egipscy o tym nie wiedzieli. Skoro potrafili wyliczyć godzinę zaćmienia Słońca, to musieli wiedzieć, że zarówno Słońce jak i Księżyc oraz planety są kulami. A skoro obserwowane przez nich ciała niebieskie były kulami, to dlaczego Ziemia miałaby być wyjątkiem. Tak działa dedukcja.

Przenosząc to rozumowanie na grunt historii i polityki, możemy próbować szukać odpowiedzi w oparciu o dedukcję tam, gdzie brakuje dokumentów albo gdzie są one utajniane na 50 lat, a jak ten okres mija, to znowu utajnia się je na kolejne 50 lat. W historii i polityce dokumenty są tym, czym w nauce obserwacje i doświadczenia. Na ogól są one (dokumenty) niedostępne. Pozostaje więc dedukcja.

Dlaczego polskie władze, szczególnie te skarbowe, zawsze były tak bezlitosne dla zwykłych podatników? Znane są te słynne domiary z czasów PRL-u, kiedy na drobnych rzemieślników, usługodawców czy sklepikarzy nakładano wysokie kary za jakieś drobne uchybienia. Po 1989 roku nic nie zmieniło się. Różnica tylko polegała na tym, że przepisy stały się tak zawiłe i niejednoznaczne, że zawsze można było doszukać się jakichś uchybień po stronie podatnika. Po co one takimi były? Ano właśnie po to, by na każdego mieć haka. Drobni cierpieli, a grube ryby bezkarnie narażały skarb państwa na straty i nie działa się im krzywda z tego powodu. Myliłby się jednak ktoś, kto by myślał, że przed wojną było inaczej. Otóż nie! Maria Dąbrowska w swoim dzienniku pod datą 16.VIII.1935 pisze:

„Rano w urzędzie podatkowym. Te dranie nie mają nic lepszego do roboty, jak szykanowanie co rok takiego podatnika jak ja, który jeszcze nigdy ani dzień nie zalegał z żadnymi podatkami i ani grosza złamanego przed okiem fiskusa nie ukrył. A miliony podatków od potentatów pieniądza zalegają bezkarnie. I mój czas drogi dla nich po próżnicy tracę.”

Ustroje i czasy zmieniają się, a urzędy podatkowe, jak były wrogie zwykłemu podatnikowi, tak nadal takimi są. Do tego dochodzi jeszcze żenująco niska kwota wolna od podatku, aż nieprzyzwoicie niska w porównaniu z wieloma wyżej i niżej rozwiniętymi krajami. Pojawia się zatem pytanie: dlaczego tak się dzieje? Przyznam, że często w przeszłości zastanawiałem się nad tym, jak to możliwe, że własny rząd tak gnębi swoich podatników, z których żyje. Skąd taka nienawiść? Zwykły urzędnik może i nie jest temu winien, bo nie on ustala wytyczne i zadania, które mają być wykonane, ale on musi wykonać plan ściągnięcia określonej kwoty. Jeśli nic nie można zarzucić podatnikowi, to trzeba tak przeprowadzić kontrolę, by coś znaleźć. Ułatwiają to niejasne i często sprzeczne ze sobą przepisy a ostateczna interpretacja i tak zależy od urzędnika, który jest bezpośrednio zainteresowany ukaraniem podatnika, bo ma z tego premię. Kwoty, które są ściągane od ukaranych podatników, nie mają żadnego znaczenia dla budżetu, pomijając już fakt, że wielkie korporacje wcale nie płacą podatków.

Ktoś, kto prowadzi taką politykę wobec swoich podatników, musi ich bardzo nie lubić a może nawet nienawidzić. Dlaczego inne kraje mają bardziej ludzkie do nich podejście, a u nas tego brak? Jeśli chcielibyśmy zastosować tu metodę brzytwy Occama i wybrać najprostsze wytłumaczenie, nie wnikając w jakieś pokrętne tłumaczenia, że skarb państwa świeci pustkami, że podatki trzeba płacić, to musi odpowiedzieć sobie na proste pytanie: dlaczego Państwo Polskie tak nienawidzi własnego podatnika? Najprostsza odpowiedź jest taka, że to nie jest Państwo Polskie, tylko obce państwo. A skoro obce, to czyje? Któż nas tak bardzo nienawidzi? Najprostsza odpowiedź – Żydzi. Nikt tak nas bardzo nienawidzi jak oni. Polski drobny przedsiębiorca, to potencjalnie większy przedsiębiorca, a może nawet wielki przedsiębiorca. I do tego niezależny. A taki to już zagrożenie dla żydowskich interesów w Polsce i takie niebezpieczeństwo trzeba niszczyć w zarodku. Innych można uzależnić. Zatrudnić ich w korporacjach i nawet dobrze im płacić, ale oni, w obawie utraty dobrze płatnej posady, będą potulni jak baranki.

Poświęciłem tyle miejsca metodzie, która jest uniwersalna, bo ma zastosowanie nie tylko w nauce, ale również można ją stosować do wyjaśniania spraw bieżących, czy próbować odgadnąć to, czego z barku dokumentów nie jesteśmy w stanie zrobić. Do tego służy wnioskowanie opisane wyżej w cytacie z Doyle’a:

„Większość ludzi, wysłuchawszy biegu wydarzeń, powie (…) co z nich wynikło. Połączą je w umyśle i wywnioskują, co dalej stać się mogło. Ale niewielu znajdziemy takich, którzy z końcowego wyniku zdołają odtworzyć bieg wypadków, jakie do niego doprowadziły. O takiej właśnie zdolności myślenia mówiłem wspominając o rozumowaniu «wstecz», czyli – «analitycznym». Mamy tu cały łańcuch logicznych wniosków, w którym nie znajdzie pan najmniejszego potknięcia”.

No właśnie! Mamy końcowy wynik w postaci tego, że polska szlachta i polscy władcy byli wyjątkowo przychylnie nastawieni do Żydów. Tego nie było w innych krajach. Wprawdzie mieli w nich Żydzi duży wpływ na władców i przenikali do wyższych warstw społeczeństwa, ale ostatecznie kończyło się to ich wygnaniem. Tak postąpili Anglicy, Francuzi, Hiszpanie i Niemcy. Wielu z tych wygnanych trafiło do Polski. Jedni z Niemiec, inni od strony wschodniej. Wiemy, że polska szlachta była, ze względu na swoją liczebność, ewenementem na skalę europejską. Była też ewenementem ze względu na swój wyjątkowo przychylny stosunek do Żydów i wręcz wrogi do mieszczan i chłopów.

W XVI wieku miał miał miejsce tzw. ruch egzekucyjny. Był to ruch polityczny średniej szlachty. Jednym z postulatów wysuwanych przez ten ruch było wzmocnienie szlachty wobec mieszczan: likwidacja cechów, zakaz posiadania ziemi przez „nieszlachtę”, zwiększenie wolności handlowej dla Żydów (współpracujących ze szlachtą przeciw mieszczanom). – O tym można przeczytać w Wikipedii. A więc Żydzi współpracowali ze szlachtą przeciw mieszczanom. W tamtym czasie polskie mieszczaństwo było praktycznie niemieckie lub byli to spolszczeni Niemcy. Wiemy też, że w średniowieczu Żydzi przybywali do Polski głównie z Niemiec. Byli po prostu stamtąd wypędzani. Trudno więc dziwić się wzajemnej niechęci Żydów i mieszczan. Ale dlaczego polska szlachta wybrała Żydów? Ci mieszczanie zajmowali się handlem i rzemiosłem, ale nie tylko! Oni też oferowali pożyczki!

To jest jednak nowy wątek, wątek filosemityzmu polskiej szlachty, który wymaga oddzielnej analizy. Tu chodziło mi tylko o metodę, o pokazanie, że właściwe jej użycie może doprowadzić do nadzwyczaj ciekawych wniosków, ale też, że nawet samo zadawanie pytań jest ważne. Ono ukierunkowuje nasze myślenie, co w praktyce oznacza, że odrzucamy cały szum informacyjny i drążymy temat, jak pies, który, gdy złapie trop, to już nie odpuszcza.

28 thoughts on “Metoda

  1. Bardzo ładny tekst, choć mocno teoretyczny. W rzeczywistości każdy człowiek wypracowuje sobie własną metodologię oparta na swoim doświadczeniu, która prowadzi go do poznania konkretnego fragmentu Prawdy albo na manowce (chyba znacznie częściej). Poza tym każda dziedzina wiedzy narzuca swoją własną kombinację metod dedukcyjnych czy indukcyjnych. Niekiedy testowanie jest po prostu niemożliwe.

    Na świecie nie ma obiektywnej metodologii naukowej. Metodologia to narzędzie poznania rzeczywistości, a obraz rzeczywistości – światopogląd – to produkt inżynierii społecznej sterowany przez „wszystkowidzące oko”. Oni manipulują także metodologią, a dane dotyczące manipulowania danymi o rzekomo antropogenicznym globalnym ociepleniu, przechowywane z obawy przed „wolnością słowa” gdzieś na rosyjskich serwerach pokazują jak to działa w praktyce. Ten Popper to był taki wysłannik właśnie „ wszystkowidzącego oka” czy „globalnego predyktora” w terminologii КОБ.

    Żyjemy w społeczeństwie elitarno-niewolniczym:

    Piramida wiedzy ma odwrotny kształt od piramidy władzy. Raby, niewolnicy, mają g#wno wiedzieć i być usatysfakcjonowane plugawą rozrywką jak prole opisane u Orwella w „Roku 1984”. Dzięki postępowi technologii znacząco posunęliśmy się do przodu w realizacji tego planu. Prole to docelowy model dla mas, ale „elity” mają mieć również narzucony absurdalny, oderwany od rzeczywistości światopogląd (klasy A, A-, B), co ładnie opisał Aldous Huxley w „Nowym wspaniałym świecie”.

    Proponowałbym ujęcie tematyki metodologii na niższym stopniu abstrakcji, zresztą zgodnie z dyrektywą brzytwy Ockhama. Niższy stopień abstrakcji będzie bardziej przyjazny a – moim zdaniem – wystarczający dla uchwycenia istoty sprawy.

    Generalnie poruszamy się w zakresie socjologii i nauk podporządkowanych socjologii, jak np. ekonomika. Teraz nie sprawdzam, widziałem to zestawienie parę lat temu, ale podobno nawet obecnie Amerykańskie Towarzystwo Socjologiczne za jedną z najważniejszych książek XX wieku ciągle uznaje „Wyobraźnię socjologiczną” C. Wrighta Millsa. Zaskakujące, bo socjologia to totalnie zakłamana pseudonauka a Mills był wybitnym naukowcem, ale prawdziwym, dążącym do Prawdy.

    Autor był oczywiście świadomy kształtu piramidy wiedzy i metod stosowanych do jej osiągnięcia i starał się czytelnikom pomóc zdobyć te fragmenty wiedzy socjologicznej, które generalnie są zakazane. Na początku (piszę z pamięci, czytałem ponad dekadę temu) Mills rozprawia się z dominującą metodą w socjologii polegającą na używaniu nieprzystępnego pseudonaukowego języka dla ukrycia nikłej wartości merytorycznej wywodu. Mills wcale się pierd0li, bo atakuje po nazwisku konkretnego figuranta, utytłanego naukowca, który tej metody z powodzeniem używa, cytując fragment jego pracy i tłumacząc je na język ludzki, dzięki czemu tekst stał się zarazem zrozumiały i krótszy tak ze trzy razy. Jak pamiętam z telewizora to w Warszawie tą samą metodę stosowała z powodzeniem Jadwiga Staniszkis, nadworna socjolożka POPiSu.

    Poza tym, jeśli znajdujemy się w obszarze nauk społecznych, to nie możemy uciec od uniwersaliów, od pojęcia Dobra i Zła. Plagą obecnych nauk społecznych jest technokratyczne spojrzenie na świat, ci ludzie są impregnowani na Dobro i Zło i poruszają się we wskaźnikach, celach, stopniach realizacji, itp. Mills twierdzi że socjolog nie może uciec od uniwersaliów, a jest to opinia raczej dość niszowa.

    Mills radzi prowadzić samodzielne notatki z obserwacji socjologicznych przeprowadzanych prywatnie i służbowo w trakcie całego świadomego życia i sprawdzać, czy owe obserwacje są zgodne z tezami oficjalnej socjologii (dedukcja), a po zgromadzeniu większej ilości próbek, samodzielnie starać się dociekać obecności procesów socjologicznych (indukcja). W ten sposób stosując metodę indukcyjną można dojść do wniosku że dedukcja jest do kitu bo (narzucone) zasady ogólne czy „prawa” są fałszywe 🙂

    To był Mills, a metoda niszczenia nauk została ujawniona parę dekad wcześniej. Protokół II:

    ===========
    § 2. Administracja na pokaz i ,,tajni radcy”
    (…)
    Jak wiadomo, specjaliści nasi wiadomości niezbędne dla rządzenia czerpali z naszych planów politycznych, z doświadczenia historii, z badań każdej chwili bieżącej. Goje nie rządzą się wiadomościami praktycznymi, zdobytymi w drodze obiektywnych badań historycznych, lecz rutyną teoretyczną, pozbawioną wszelkiego poglądu praktycznego na jej wyniki. Toteż nie warto się liczyć z nimi.
    Niech się cieszą tymczasem lub niech żyją nadziejami nowych uciech, albo wspomnieniami już przeżytych. Niech dla nich gra rolę najwyższą to, co nakazaliśmy im uważać za wskazania nauki (teorii). By osiągnąć cel powyższy, wzbudzamy przy pomocy pracy naszej ślepe zaufanie dla wskazań tych. Inteligencja gojów będzie dumna z posiadanych umiejętności i bez sprawdzenia logicznego zastosuje w praktyce wszystkie zaczerpnięte z nauki wiadomości, zestawione odpowiednio przez agentów naszych, w celu kształtowania umysłów w kierunku dla nas pożytecznym.

    § 3. Powodzenie kierunków destrukcyjnych (niszczycielskich) w nauce
    Nie myślcie, że twierdzenia nasze są bezpodstawne: zwróćcie uwagę na przygotowane przez nas powodzenie: darwinizmu, marksizmu i nietscheanizmu. Wpływ demoralizujący kierunków tych powinien być, dla nas przynajmniej, aż nadto widoczny.
    ===========

    W Protokole II §2 wprost jest zaprezentowana metoda korumpowania nauk (społecznych) polegająca na narzucaniu złym i występnym gojom jakichś wydumanych „praw”, które te głupie goje będą następnie zakuwać i następnie puszyć się z posiadanej wiedzy. Czy nie na tym polega nauczanie szkolne? Jak pamiętam ostatnie socjalizację z funkcjonariuszami resortu „edukacji”, to nadgorliwe matoły często właśnie sprawiają wrażenie że wpadły w tę pułapkę.

    Tymczasem narzucane przez skorumpowaną naukę teorie są zwyczajnie błędne. Dlatego metoda dedukcyjna korzystająca z takich „praw” sprowadzi na manowce. Natomiast metoda indukcyjna proponowana przez Millsa może doprowadzić do wniosku że owe poznane w szkole „prawa” są zwyczajnie błędne. Ale najpierw warto przeczytać „Wyobraźnię socjologiczną” i Protokoły.

    Protokół II §3 mówi wprost o promowaniu zasadniczo błędnych ideologii czy teorii pseudonaukowych jako sposobu niszczenia społeczeństw. To wszystko zazębia się z „sześcioma priorytetami zarządzania ludzkością”:

    Generalnie, najskuteczniejsze metody zarządzania niewolnikami, choć działające wolniej niż wojna, to oddziaływanie na świadomość, które można określić jako zakłamywanie rzeczywistości, czy to w drodze narzucania fałszywych ideologii, czy to fałszowania nauk, chemicznego wpływania na świadomość (np. fluor, alkohol) czy preparowania zakłamanej historii. Tak jest od zawsze bo o tym pisał Sun Zi w „Sztuce wojny” 2500 lat temu (w jego pracy jest myśl w rodzaju: najskuteczniejszy wojownik to ten, który nie musi używać wojska).

    Jeśli zdobędziemy wiedzę o metodologii zarządzania ludzkością, w tym manipulacji ludzką świadomością na wszelkich dostępnych polach, to znacznie łatwiej będziemy w stanie wypracować metodę, która w konkretnych okolicznościach ma szansę doprowadzić nas do Prawdy. Nie musimy brnąć po omacku. W tym właśnie upatruję wartości przywołanego materiału КОБ.

    Like

  2. “Na świecie nie ma obiektywnej metodologii naukowej.”

    Nie ma, o tyle o ile człowiek nie jest obiektywny. On jest stronniczy i kierujący się emocjami. W związku z tym, nawet stosując zasadę brzytwy Occama i testowalności, pozostaje takim jakim jest. To ma miejsce w naukach przyrodniczych, w których tego nie powinno być. Natomiast w naukach społecznych metody te wypacza się, o ile w ogóle je się stosuje. W zasadzie jest w nich tylko ideologia, łopatologiczne wkładanie jedynego słusznego spojrzenia.

    “Oni manipulują także metodologią, a dane dotyczące manipulowania danymi o rzekomo antropogenicznym globalnym ociepleniu, przechowywane z obawy przed „wolnością słowa” gdzieś na rosyjskich serwerach pokazują jak to działa w praktyce.”

    Tu nie trzeba manipulować danymi, wystarczy że nie dopuści się do głosu naukowców, którzy poinformowaliby o tym, że klimat na Ziemi zmieniał się przeszłości i to wielokrotnie. Bywały okresy, kiedy na Ziemi nie było czap lodowych na biegunie, a różnica temperatur pomiędzy biegunem a równikiem była niewielka. Były okresy masowych wymierań wielu gatunków roślin i zwierząt. To było właśnie wynikiem zmian klimatycznych. Na ich miejsce przychodziły nowe gatunki, dostosowane już do nowych warunków. Wędrówki ludów też były spowodowane zmianami klimatycznymi.

    “Poza tym, jeśli znajdujemy się w obszarze nauk społecznych, to nie możemy uciec od uniwersaliów, od pojęcia Dobra i Zła.”

    Ano nie możemy. Toteż oni nie uciekają od sprecyzowania, czym jest dobro i zło, ale tylko dla siebie. Dla reszty mają wolny rynek, konkurencję i “the fittest survive”.

    “Mills radzi prowadzić samodzielne notatki z obserwacji socjologicznych przeprowadzanych prywatnie i służbowo w trakcie całego świadomego życia i sprawdzać, czy owe obserwacje są zgodne z tezami oficjalnej socjologii (dedukcja), a po zgromadzeniu większej ilości próbek, samodzielnie starać się dociekać obecności procesów socjologicznych (indukcja). W ten sposób stosując metodę indukcyjną można dojść do wniosku że dedukcja jest do kitu bo (narzucone) zasady ogólne czy „prawa” są fałszywe.”

    Indukcja polega na przechodzeniu od dużej liczby szczegółów do jednego uogólnienia (prawa). Więc jeśli Mills radzi prowadzić notatki z obserwacji socjologicznych, to to jest indukcja, i jeśli każe sprawdzać z tezami oficjalnej socjologii, to to jest testowalność. Po zgromadzeniu większej ilości próbek, samodzielnie starć się dociekać obecności procesów socjologicznych, czyli praw. To jest jeden proces: przechodzenie od wielokrotnych obserwacji do sformułowania jednego uogólnienia, czyli prawa.

    Dedukcja nie ma natomiast związku z doświadczeniem realnego świata. Nie możemy dokonywać obserwacji, mamy tylko efekt końcowy. Obserwujemy małpy w ogrodzie zoologicznym czy na filmach. Widzimy, że świetnie sobie radzą na drzewach, chwytają się gałęzi, wykorzystując do tego swoje dłonie. One jakby specjalnie do tego stworzone, do chwytania z gałęzie. Drzewa były dla nich schronieniem przed drapieżnikami. Obserwujemy dzieci na placach zabaw, na osiedlowych trzepakach, jak włażą na drzewa i za każdym razem wykorzystują uchwyt dłoni. Ja wychowałem się tam, gdzie było dużo drzew, płotów i psów. Czasem niektóre z nich były bardziej agresywne i w takim przypadku trzeba było podjąć błyskawiczną decyzję: co bliżej? płot czy drzewo? Wiedziałem, że pies nie wejdzie na drzewo czy płot. W tym momencie, ja – czy wspomniane dzieci, wykorzystywaliśmy nasz atut – uchwyt dłoni, dokładnie tak jak małpy. Czy to nam się podoba czy nie, to jest to właśnie to, co nas z nimi łączy. I tak działa dedukcja. Pomijam oczywiście inne podobieństwa – czaszka układ kostny itp., bo z własnych obserwacji mogę wykorzystać tylko ten uchwyt i podobne zachowanie dzieci do małp i swoje własne doświadczenia z dzieciństwa.

    Można oczywiście stwierdzić, że darwinizm został stworzony po to, by przekonać nas, że pochodzimy od małp, a wiec jesteśmy zwierzętami, ale Żydzi mają dokładnie wszystkie te cechy, które łączą nas z małpami. Mają takie samie dłonie, takie same czaszki, taki sam układ kostny.

    Cóż więc różni nas od nich? Podobno, jak utrzymują niektórzy, te 10 zaginionych plemion Izraela było zdolniejszymi od tych dwóch, które przetrwały – Judaitów. A mimo to, tamte zniknęły, rozpłynęły się w innych narodach, a plemiona judejskie przetrwały.

    “Proponowałbym ujęcie tematyki metodologii na niższym stopniu abstrakcji,”

    W sumie racja, ale po tym, co napisałem powyżej, to nie takie proste, ale prawdą też jest, że wina jest po mojej stronie. Ja już wcześniej wiedziałem, że to nie sztuka napisać książkę naukową, sztuką jest napisanie książki popularnonaukowej, bo tu trzeba umieć dotrzeć do ludzi, którzy nie są fachowcami w danej dziedzinie. To jest oczywiście możliwe, ale tylko dla nielicznych, którzy doskonale wiedzą w jakiej materii poruszają się. Ja tylko należę do tych, którzy próbują, jak to mówią Rosjanie – рад стараться.

    “Jeśli zdobędziemy wiedzę o metodologii zarządzania ludzkością, w tym manipulacji ludzką świadomością na wszelkich dostępnych polach, to znacznie łatwiej będziemy w stanie wypracować metodę, która w konkretnych okolicznościach ma szansę doprowadzić nas do Prawdy. Nie musimy brnąć po omacku. W tym właśnie upatruję wartości przywołanego materiału КОБ.”

    Tu nie chodzi, moim zdaniem, o metodę, tylko o to, kto decyduje o kształcie edukacji. Jeśli sprowadza się ona do nauki pamięciowej i bezkrytycznego przyjmowania wtłaczanych treści, to efekt musi być taki, jaki jest. Mamy bezmyślne społeczeństwo. A system edukacji jest od początku w rękach Żydów, bo on był domeną Kościoła, a Kościół jest zdominowany przez nich. Jednym słowem – kwadratura koła.

    Like

    • ” Jeśli zdobędziemy wiedzę o metodologii zarządzania ludzkością, w tym manipulacji ludzką świadomością na wszelkich dostępnych polach, to … ” –

      – Żydzi posiedli taką wiedzę i stąd ich sukces w zaaplikowaniu gojom chrześcijaństwa czy, z najbliższej nam historii okręcenie Polaków via ” Solidarność” ( z perspektywy czasu i efektów majstersztyki ).

      Like

  3. Celem powszechnej edukacji jest debilizacja mas. O kształcie edukacji w hierarchicznym i scentralizowanym systemie decydują władcy, którzy chcą wykształcić stado posłusznych niewolników. To chyba dość uniwersalna zasada, daleko bardziej uniwersalna niż jacyś – w sumie incydentalni – judaiści czy papiści. Tak musi być w tłumo-elitarnym systemie (jak napisaliby naukowcy z КОБ). Pewnie podobnie było u Inków, Majów czy Azteków pięćset lat temu, zanim przybyli tam judeochrześcijańscy zbrodniarze. Może inaczej było u Arawaków na Karaibach, tam gdzie nie było wielkiej cywilizacji. Przypomniałem obok tekst, o którym samo nawet zapomniałem pt. „Cywilizacja jako hodowla ludzi” i sam tytuł ujmuje istotę sprawy.

    Łatwo się zorientować czego władcy nie chcą: utraty statusu władców. Ich władza opiera się na przewadze wiedzy. Oni tworzą instytucje, które gromadzą wiedzę użyteczną dla nich przez stulecia, a jednocześnie podobne instytucje dbają o to, aby przez stulecia lud stawał się coraz głupszy, bo to oni racjonują wiedzę.

    Nieśmiertelny kawałek z „Faraona”, kilka minut choćby od 2:09:30:

    „Sześć priorytetów zarządzania” КОБ to wszystko ujmuje. Pisanie historii na nowo znajduje się na drugim miejscu. Tworzenie ideologii, religii, światopoglądów widzę na pierwszym i trzecim. Dla władców obiektem manipulacji jest ludzka świadomość. To dzięki manipulacji świadomością mas istnieje system niewolniczy. Sztuka manipulacji świadomością to kluczowa umiejętność, fundament cywilizacji.

    Ludzie w grupie kierują się konformizmem. Tak samo działają krowy. Czy to skutek procesu domestykacji? Przecież podobnie w grupie działają sarny czy dziki. Więc to jest reguła bardziej uniwersalna.

    Wysłuchałem właśnie godzinnej audycji Maxa Igana która ma najwięcej wyświetleń:

    To naprawdę niegłupi człowiek. Igan przypomina że piramidy istnieją na każdym kontynencie, także w Europie. W samych Chinach ma być ich zatrzęsienie. Piramidę znaleziono nawet w Australii, także budowlę megalityczną z hieroglifami identyfikowanymi jako egipskie.

    Jeżeli na poważnie, bez emocji, przejrzymy ciągle dostępne artefakty:

    https://www.google.com/search?q=giant+skeletons&source=lnms&tbm=isch&sa=X&ved=2ahUKEwiSiYbV3dbmAhUHxosKHa-2AUMQ_AUoAXoECAwQAw&biw=1536&bih=760#imgrc=_
    https://www.google.com/search?q=elongated+skulls&source=lnms&tbm=isch&sa=X&ved=2ahUKEwj40-yd4NbmAhUKmYsKHeUZB6oQ_AUoAXoECA0QAw&biw=1536&bih=760&dpr=1.25#imgrc=_

    to obawiam się że nie znajdziemy żadnego dowodu potwierdzającego teorię ewolucji Darwina. Na pewno coś się działo, nie miało to jednak wiele wspólnego z darwinowską ewolucją. Tytuł jego audycji nie jest przesadą.

    Podobieństwa budowy kończyn z małpami nie dowodzą darwinowskiej teorii ewolucji. Škoda Suberb (limuzyna) może mieć bardzo dużo elementów wspólnych z VW Polo (małe auto), nawet taki sam silnik, choć raczej z turbosprężarkami. Czy podobieństwa budowy samochodów dowodzą ich ewolucji? Przecież wiemy że tak nie jest, to nie stało się samo.

    Like

    • / Nieśmiertelny kawałek z „Faraona”, kilka minut choćby od 2:09:30 / –

      – aby sprawy ‘klapnęły’ i potoczyły się dalej we właściwym kierunku ktoś musiał wcześniej, w umiejętny sposób przygotować i zaaranżować występ ‘bożego ludu’ akurat “tu i teraz”. … wszystko musi być kompatybilne.

      Like

  4. “Podobieństwa budowy kończyn z małpami nie dowodzą darwinowskiej teorii ewolucji.”

    Ja nie jestem zwolennikiem ani kreacjonizmu, ani teorii ewolucji. Jestem zwolennikiem prawdy i dążenia do niej. Przykład z podobieństwem kończyn służył mi do zobrazowania, jak działa dedukcja. Z tego podobieństwa możemy wysnuć wniosek, że mamy coś wspólnego z małpami. Żadne inne zwierzęta nie mają 5 placów, podobnego szkieletu i podobnej czaszki. To są fakty. A interpretacja, jak widzę, jest już domeną emocji, a one są wysoce niepożądane przy dążeniu do prawdy.

    Te wydłużone czaszki są dowodem, są faktem, którego nie można zanegować. Jednak interpretacja tego powinna uwzględniać to, że to, co znajdujemy, jest tylko fragmentem dawnej rzeczywistości.

    Pozostaje mi więc przywołać cytowanego w tym tekście Jerzego Dzika:

    “O ile biolog w swojej rutynowej pracy pobiera próbki z żywej populacji, o tyle paleontolog wygrzebuje je z cmentarza. Co stałoby się, gdybyśmy do wnioskowania o strukturze żywej populacji z dawnych epok zastosowali standardowe metody biologii? Byłoby to tak, jakbyśmy chcieli wnioskować o strukturze wiekowej i zdrowotnej populacji ludzi żyjących w Warszawie, badając nieboszczyków spoczywających na Cmentarzu Powązkowskim. Okaże się wówczas, że przeciętny Warszawiak jest jest starcem z lukami w uzębieniu, często wyposażonym w sztuczną szczękę, ze zmianami artretycznymi i nagminnymi śladami kontuzji, połamanymi kośćmi itd. Dziś wydaje się to zabawne, że niegdyś próbowano w taki prosty sposób wnioskować także o populacjach kopalnych. Wymarcie niedźwiedzi jaskiniowych i innych zwierząt dyluwialnych (plejstoceńskich – starszej epoki czwartorzędu, który jest młodszym okresem ery kenozoicznej, której starszym okresem jest trzeciorzęd – przyp. mój) miało być skutkiem niszczących je chorób, czego dowodem znajdowane w jaskiniach ich kości pokręcone przez artretyzm i inne dolegliwości. Nikt jednak przecież nie umiera z nadmiaru zdrowia. Przyczyną wymarcia dinozaurów miała być patologia rozrodu, czego dowodem znaleziska jaj dinozaurów z nienormalnie grubymi skorupami, wielokrotnie odkładanymi w jajowodach. Jaja takie występują w formacji skalnej o pewnej miąższości (grubości – przyp. mój), odpowiadającej co najmniej dziesiątkom tysięcy lat. Były zatem produkowane przez populację będącą w tym przedziale czasu w stanie równowagi, tak jak i nasza populacja produkująca stale ułomnych nieboszczyków. Do znudzenia powtarza się androny, że masowe występowanie skamieniałości (szczególnie szkieletów dinozaurów) jest skutkiem masowego wymierania.”

    Czego więc dowodzą te wydłużone czaszki? Jakim fragmentem ówczesnej rzeczywistości one są? Może są wynikiem jakiejś choroby. Po to był ten blog o metodzie, by uzmysłowić, że interpretacja rzeczywistości i przeszłości nie jest sprawą prostą i po to, by wykazać, że metoda indukcji, czyli opierania się na faktach (wydłużona czaszka) może być zawodna i prowadzić na manowce, i że może dedukcja nie jest pozbawiona sensu, co starali się przekazać nam średniowieczni scholastycy.

    Like

  5. //Ja nie jestem zwolennikiem ani kreacjonizmu, ani teorii ewolucji. Jestem zwolennikiem prawdy i dążenia do niej.//

    To tak jak ja 🙂

    Sądzę że spór: ewolucjonizm – kreacjonizm to zwyczajna dialektyka.

    Interpretacja jest oczywiście zaburzona przez emocje, a emocje powstają na skutek niezgodności sygnałów z otoczenia z wdrukowanym w nas światopoglądem. Pomijając emocje to w teorii poznania taką reakcję nazywa się chyba efektem potwierdzenia i efektem zaprzeczenia i są to błędy poznawcze.

    Jak widziałem parę wypowiedzi profesora Jefimowa (https://www.youtube.com/user/szkopyrtok/search?query=jefimow) to on najdojrzalej wypowiadał się o Bogu jako o stwórcy czy uosobieniu naturalnego porządku świata, co nie ma wiele wspólnego z Jahwe. Jasne że to nie stworzyło się samo, jasne że nie potrafimy tego objąć rozumem, ale nie ma powodu aby z tego powodu wpadać w objęcia pustynnego demona Jahwe.

    Współczesne scholastyczne wyjaśnienie wysłużonych czaszek, do którego dotarłem, to skutek zniekształcania ich u dzieci. Tylko że przy dzisiejszych technologiach to niemożliwe. Można bachorom zniekształcić czaszki ograniczając je specjalnymi formami po nocach w wieku, kiedy rosną im głowy, ale nie spowoduje to zwiększenia objętości mózgoczaszki a jedynie zmianę kształtu głowy (podobno niektórzy Indianie spłaszczali głowy dzieciom arystokracji). Tymczasem te czaszki mają dużo większe przestrzenie na mózg. A takich czaszek w peruwiańskich muzeach jest sporo.

    Jest jeszcze inna narracja:

    Cremo i Thompson ujawnili, że mnóstwo artefaktów pochodzących wyraźnie od istot rozumnych jest znajdowanych w pokładach datowanych na powstałe „miliony lat temu” (co nie musi być prawdą). Przykładowo chodzi o zegarki czy medaliony znajdowane w węglu. One są znajdowane, ale znaleziska chowane pod dywan bo zupełnie nie przystają do oficjalnego wyjaśnienia historii naturalnej.

    Cremo i Thompson, bazując na takich znaleziskach, twierdzą że ludzie żyją na ziemi od milionów lat. Jeszcze inna narracja mówi że parę tysięcy lat temu miał na Ziemi miejsce potop i znaleziska przywoływane przez Cremo i Thompsona mają tylko parę tysięcy lat, bo wtedy to wszystko się zmieniło. Według tej narracji sama kolumna geologiczna i datowanie według niej to bzdura, bo skamieliny datuje się tam według warstw a warstwy według skamielin. Te warstwy nie mają „milionów lat” tylko uformowały się po potopie w przeciągu tygodni i miesięcy. Podobne zjawiska zachodzą dzisiaj w każdej większej kałuży. Na poparcie tej interpretacji przywołuje się skamieliny, które przebijają się przez warstwy geologiczne mające rzekomo „miliony lat”, np skamieniałe pnie drzew:

    To rzeczywiście wygląda jak wysuszone pozostałości po osadach z kałuży, tylko że w makroskali.

    Nie wiem jakie wyjaśnienie jest prawdziwe, ale z pewnością oficjalna narracja, ta z pseudonauki, jest nieprzesadnie wiarygodna, zawiera mnóstwo luk.

    Like

  6. Trudno odnosić się do tych rewelacji, bo wygląda to trochę na manipulacje. Zdjęcie szkieletu giganta jest dziwne. Szkielet wydaje się być częściowo w piasku w pozycji poziomej a czaszka jest w pozycji pionowej. Nie wygląda to na grób. Bardzo płytko. Gdyby nie został pochowany, to mógł umrzeć na pustyni i zostać przysypany piaskiem. Ale pustynia nie jest naturalnym środowiskiem człowieka. Gdyby nie został pochowany, to ciało rozszarpaliby padlinożercy a kości porozrzucane i pewnie również zjedzone lub uległyby rozkładowi w wyniku wietrzenia. Samo zdjęcie jest tak skadrowane, że nie widać okolicy, a koparka wygląda na zabawkę.

    Były w historii Ziemi okresy, w których rosły potężne drzewa. Tak było w karbonie i z tych drzew powstały pokłady węglą kamiennego. Wszyscy wiemy, za sprawą żydowskiego reżysera, że były dinozaury, ale mało kto wie, że we wspomnianym karbonie były również potężne owady. Rozpiętość ich skrzydeł dochodziła do ponad 70 cm. Gigantomania była prawdopodobnie wynikiem ciepłego klimatu i dużej zawartości dwutlenku węgla w atmosferze.

    Jeśli chodzi o te czaszki, to podstawowe pytanie brzmi: dlaczego same czaszki? a gdzie szkielety? Jeśli zachowały się czaszki, to powinny były również zachować się szkielety, przynajmniej niektóre, skoro tych czaszek jest tak dużo.

    Co do tych zegarków, to może są chowane, bo okazałoby się jaka firma je wyprodukowała. Bo zegarki były różne. Od momentu ich wynalezienia ciągle zmieniały się. Inaczej wyglądały pierwsze, a inaczej – współczesne. Gdyby nawet założyć, że coś takiego miało miejsce, to jest mało prawdopodobne, by wyprodukowano zegarek identyczny ze współczesnym czy jakimkolwiek wyprodukowanym od początku.

    Z tych dwóch zdjęć trudno ocenić czy są to skamieniałe drzewa, czy skały. One również zostały tak skadrowane, że uniemożliwiają porównanie z okolicą. Jeśli chodzi o wiek skał, to wykorzystuje się do tego metodę połowicznego rozpadu pierwiastków promieniotwórczych – to dla milionów lat. Dla krótszych okresów: od 0 do kilkudziesięciu tysięcy lat – metoda węgla C14. Skamieniałości też, ale tylko do względnego określenia wieku skał: co jest starsze, a co młodsze. Geologia jako nauka przyrodnicza, jak każda tego typu nauka, ma problemy z wyjaśnieniem podstawowych spraw. Nie potrafi odpowiedzieć na proste, zdawałoby się, pytanie: jak powstają góry? Oczywiście teorii jest mnóstwo. Podobnie jest z teorią dryfujących kier kontynentalnych, która ma sporo luk. Nie mniej jednak, nie można negować metodologii, którą ona posługuje się, bo ją weryfikuje życie. Dzięki tej nauce i jej metodom człowiek odkrywa złoża naturalne. A że nie wiemy, jak powstają góry? A jakie to ma znaczenie! Ważne, żebyśmy mieli ciepło z węgla, ropy lub gazu. Bez tego nie napisałbym tego komentarza, bo byłoby mi zimno, ciemno, a bez prądu nie ma internetu.

    Like

  7. Moja subiektywna ocena:

    Pierwsze akapity Pańskiej odpowiedzi to głównie klasyczny efekt potwierdzenia i zaprzeczenia z epistemologii (https://pl.wikipedia.org/wiki/Lista_b%C5%82%C4%99d%C3%B3w_poznawczych). Zdrowy sceptycyzm jest oczywiście jak najbardziej na miejscu, ale jest to coś innego od obrony urzędowej wersji historii naturalnej lansowanej przez uczonych w piśmie.

    =========
    Efekt potwierdzenia – tendencja do poszukiwania wyłącznie faktów potwierdzających posiadaną opinię, a nie weryfikujących ją.
    Efekt zaprzeczania – tendencja do krytycznego weryfikowania informacji, które zaprzeczają dotychczasowym opiniom, przy jednoczesnym bezkrytycznym akceptowaniu informacji, które je potwierdzają.
    =========

    W praktyce działa to tak, że jak już nam wdrukują określony światopogląd do głów, to potem sami go bronimy odsiewając informacje, które mogą ten światopogląd podważyć. Dlatego tak ważna jest indoktrynacja już od wieku przedszkolnego.

    „Zakazana archeologia” to książka popularnonaukowa, ma tylko ~500 stron. Dwukrotnie dłuższa jest książka naukowa a jest to głównie opis znalezisk, których nie powinno być i które są celowo ukrywane.

    Metoda C14 nic nie wyjaśnia. Jak Pan postudiuje szczegóły metod rozpadu izotopowego (C14 to raczej tysiące lat), to one są oparte na piramidzie założeń, co do których zasadności wszyscy się zgodzili, żeby mieć jakąś miarę. Fundamentalne założenie to równomierność, liniowość rozpadu. Te wszystkie założenia oparte są na fundamentalnym założeniu, że „kiedyś było tak jak teraz”, tzn. w trakcie tych „milionów lat” wszystkie kluczowe zmienne fizyczne były podobne jak dzisiaj, dzięki czemu można dokonywać takich szacunków, bo jest zachowania równomierność rozpadu. A biorąc pod uwagę okres tych „milionów lat” oraz gwałtowność przekształceń ziemi (choćby nagłe wyginięcie dinozaurów), które mamy okazję obserwować, samo założenie że „kiedyś było tak jak teraz” jest po prostu bardzo dyskusyjne.

    Wiele lat temu oglądnąłem wykład Kenta Hovinda, gdzieś w tej serii:

    Hovind raczej nie przekonał mnie do wersji powstania ziemi i człowieka z „Pisma świętego” z Księgi Rodzaju, ale uważam że ma rację twierdząc ze zarówno wersja z „Pisma świętego” jak i darwinizm, to po prostu religie/ideologie podane masom do wierzenia, wytwory filozofii spekulatywnej. Obydwie wersje są oparte na dogmatach, to kulty.

    Hovind jest nauczycielem biologii i posługuje się logiką i metodą racjonalną w dochodzeniu do Prawdy, czego nie można powiedzieć o współczesnych scholastykach. Za szczególnie otwierające oczy uznałem jego wyjaśnienie powstania Wielkiego Kanionu. To nie trwało „miliony lat” tylko najwyżej tygodnie, kiedy woda z wielkiej kałuży powstałej po potopie po prostu przerwała zaporę i spłynęła do oceanu. W mikroskali każdy może wykonać podobny eksperyment w kałuży. Brzytwa Ockhama.

    Hovind przedstawia również próby wyjaśnienia istnienia gigantycznych roślin czy zwierząt. Jak pamiętam to chodzić ma o zawartość dwutlenku węgla i tlenu w powietrzu. Podobno w Japonii w szklarniach hodowano wielkie krzaczory pomidorów zwiększając ilość CO2 w atmosferze. Więc to działa. Podobno ryby czy gady mogą rosnąć całe życie, wystarczy dostęp do pożywienia. Więc mogły rosnąć do gigantycznych rozmiarów i nie musiały to być inne gatunki.

    Alternatywnych metod wyjaśnienia historii naturalnej jest naprawdę sporo a ta urzędowa, scholastyczna, zawiera mnóstwo luk i moim zdaniem nie zasługuje na lepsze traktowanie niż tylko jako wątpliwa hipoteza.

    Like

  8. “Pierwsze akapity Pańskiej odpowiedzi to głównie klasyczny efekt potwierdzenia i zaprzeczenia z epistemologii”

    Ten efekt potwierdzenia i zaprzeczenia, to robienie wody z mózgu. Ja niczego nie potwierdzam i niczemu nie zaprzeczam. Widzę szkielet ułożony w pozycji poziomej i czaszkę – w pionowej. To jest nienaturalne ułożenie, więc wątpię. Ale samo wątpienie nie jest już opowiedzeniem się po którejś ze stron. To raczej Pan skłania się ku twierdzeniu, że tacy giganci byli. Może byli, może nie byli. Mnie to zdjęcie nie przekonuje i wyjaśniłem dlaczego. Nie dlatego, że wykluczam taką możliwość. Zakładam tylko manipulację zwolenników tej teorii, bo kadry zdjęć nie pokazują otoczenia i nie ma możliwości oceny proporcji. Sama koparka, jak wspomniałem wygląda na zabawkę. A dlaczego użyto do skali porównawczej koparki a nie człowieka. To samo dotyczy wydłużonej czaszki. Ja niczemu nie zaprzeczam i niczego nie potwierdzam. Ciekawi mnie tylko dlaczego same czaszki bez szkieletu. i mam podstawę podejrzewać, że to przekręt. Mnie naprawdę interesuje prawa, a nie czyjeś emocje. G… mnie one obchodzą.

    To jest właśnie zasada aktualizmu stosowana w geologii tzn., że obserwowane obecnie zjawiska występowały również w przeszłości. Została ona poszerzona o zasadę uniformitaryzmu, polegającą na tym, że te zjawiska w przeszłości przebiegały dokładnie tak samo jak dziś. Przekładając to na język zrozumiały dla wszystkich, brzmi to tak: jeśli obserwujemy w jaki sposób rzeka odkłada piasek na swoim dnie i gdy ten sposób ułożenia piasku widzimy w postaci piaskowca w warstwie kopalnej, to wyciągamy wniosek, że ta warstwa powstała w środowisku rzecznym. Tak naprawdę, to na tych dwóch zasadach opiera się cala geologia i w oparciu o nie zbudowana została cała jej wiedza. Bez niej człowiek nie odkryłby żadnego złoża naturalnego. Zasadę uniformitaryzmu sformułował Szkot J. Hutton (1726-1797). Nazwisko chyba popularne w Szkocji, bo w poprzednich eliminacjach w piłce nożnej do Euro 2016 Polska grała ze Szkocją i w jej reprezentacji występował piłkarz o nazwisku Hutton. Zasadę aktualizmu sformułował Anglik Ch. Lyell (1797-1875) – kumpel Darwina.

    “A biorąc pod uwagę okres tych „milionów lat” oraz gwałtowność przekształceń ziemi (choćby nagłe wyginięcie dinozaurów), które mamy okazję obserwować, samo założenie że „kiedyś było tak jak teraz” jest po prostu bardzo dyskusyjne.”

    Ja rozumiem, że coś może być dyskusyjne, ale jeśli rzeczywiście tak jest, to wypada podać kontrargumenty, a nie ograniczać się do samego stwierdzenia, bo dyskusja polega na wymianie argumentów. A co do gwałtowności przekształceń na Ziemi, to trzeba rozróżnić zjawiska. Erozja ziemi odbywa się w sposób gwałtowny. Gwałtowne opady deszczu powodują powodzie i one rzeczywiście mają destrukcyjną moc. Nie zdarzają się często, ale jak wystąpią, to mają moc niszczycielską. Czym innym natomiast jest wymieranie gatunków. Obecnie obowiązującą teorią na temat wymarcia dinozaurów jest teoria meteorytu, który spadł na Ziemię i efekt uderzenia spowodował takie zmiany na Ziemi, że życie zamarło. Dowodem ma być cienka warstwa irydowa, pierwiastka który na Ziemi występuję w ilościach śladowych, a który występuje w warstwach na przełomie ery mezozoicznej i kenozoicznej, a więc wtedy, gdy to wymarcie występowało. Szwajcarska geolog (Keller, imię zapomniałem, skleroza), która pracuje w Stanach, wysunęła inną koncepcję, związaną, z masową w tym czasie, erupcją wulkanów na Dekanie (Indie), co spowodowało zmianę warunków klimatycznych na Ziemi. Lawy wulkaniczne pokryły wówczas powierzchnię równą powierzchni Francji. Za tą koncepcję, niezgodną z obowiązującymi standardami, naraziła się na całkowity ostracyzm w swoim środowisku. Obowiązuje koncepcja katastroficzna, zaaplikowana naukom przyrodniczym z nauk społecznych: teza – antyteza – konflikt i powstanie, w wyniku tego, nowej rzeczywistości, odmiennej od poprzedniej. Czyli musi nastąpić gwałtowne zdarzenie – pier….ęcie meteorytu albo rewolucja, by coś się zmieniło.

    “Za szczególnie otwierające oczy uznałem jego wyjaśnienie powstania Wielkiego Kanionu. To nie trwało „miliony lat” tylko najwyżej tygodnie, kiedy woda z wielkiej kałuży powstałej po potopie po prostu przerwała zaporę i spłynęła do oceanu. W mikroskali każdy może wykonać podobny eksperyment w kałuży. Brzytwa Ockhama.”

    Nie chcę podawać Panu linka do polskiej Wikipedii, w której jest cytowany kogoś, kto podaje przykład katastrofy w Teksasie, gdzie wały zostały przerwane przez wodę i ona, płynąc w dół, w ciągu paru dni dokonała wydatnej erozji litych skał i to jest dowód na to, że w Kanionie Kolorado mogło być tak samo. Problem jednak polega na tym, że w Kanionie Kolorado warstwy skalne leżą poziomo – od najstarszych do najmłodszych. Niech Pan zrobi eksperyment i wyleje wodę na stół i zobaczy jak ona rozpłynie się i wyleje wodę na powierzchnię pochyloną pod kątem 10 stopni. Angielska Wikipedia jednak trzyma poziom i nie przytacza takich debilizmów: https://en.wikipedia.org/wiki/Grand_Canyon. I jak tu nie mieć kompleksów?!

    Like

  9. Deklaruję całkowity brak kompleksów wobec Judeoanglosasów.

    1. Przytoczyłem już prace wielkiego socjologa Charlesa Wrighta Millsa. Nie pamiętam w której książce (chyba „Wyobraźnia socjologiczna”) on przedstawiał typowe manipulacje używane w dyskusji. Jedną z nich ma być „psychologizowanie”, zarzucanie dyskutantowi emocjonalnych, pozaracjonalnych motywacji. Tzn. ja mam racjonalną motywację a dyskutant to kłębek irracjonalnych emocji.
    Prawda jest taka, że gdy podważa się fundamenty naszego światopoglądu, to reagujemy nerwowo.

    2. Zdjęcie z gigantycznym szkieletem pokazałem jako przykład. Przedstawiłem też link z wyszukiwarki z hasłem bodajże „giant skeletons”, obok wydłużonych czaszek, które istnieją w muzeach, choć podobno są powoli niszczone a przynajmniej ukrywane. Takich artefaktów jest więcej i podobno były znajdowane od bardzo dawna. Nawet nie twierdzę że ten czy inny artefakt jest prawdziwy, tylko że odnajdowane są różne, są celowo spychane poza obowiązującą „narrację” zapewne dlatego że zupełnie nie przystają do darwinowskiej teorii ewolucji.
    Nie przedstawiłem argumentacji. Argumentację na wysokim poziomie zawiera książka „Zakazana archeologia” (tam nie ma szkieletów), która została skazana na przemilczenie (George Orwell: najskuteczniejszą metodą kłamstwa jest przemilczenie). Inną narrację (teoria nowej ziemi) przedstawia Kent Hovind (od 14:00), choć oczywiście sceptycznie podchodzę do mieszania nauki z opowieścią o pustynnym demonie Jahwe:

    Nie przedstawię kontrargumentacji również dlatego że w dziedzinie historii naturalnej przyjąłem postawę agnostyka. Znam argumenty scholastycznej nauki ale znam również różne alternatywne narracje i mam świadomość że scholastyczna nauka zawiera mnóstwo braków.
    W opisie tego wykładu są linki do innych prezentacji Hovinda z tej serii. Wykład 4 „Kłamstwa w podręcznikach” to demaskacja wielu fałszerstw teorii ewolucji. Jeśli Pan tego nie widział, to na pewno przyjmuje przynajmniej część z tych kłamstw jako naukę.

    3. Wiemy że nie zawsze było „tak jak teraz”. W Jakucji nawet dzisiaj (rzadko) odnajdowane są ciała mamutów, a sto lat temu było ich sporo. Sto lat temu mięso z tych mamutów nadawało się na pokarm dla psów zaprzęgowych.
    Wiadomo że mamuty zamarzły nagle, tak nagle że ich treści żołądkowe nie zostały strawione. Hovind mówił, że konsultował się ze specjalistami od chłodnictwa, którzy potrafią w prosty sposób policzyć, jaką temperaturą należy potraktować tak wielkie ciało jak słoń, aby zamarzł zanim kwasy żołądkowe strawią pokarm w żołądku (to chyba ma być 5-8 godzin). Z obliczeń wyszła im temperatura -170ºC. Czyli jakuckie mamuty musiały spotkać na swojej drodze tego rzędu temperaturę. To nie jest temperatura spotykana na ziemi, nawet w Jakucji, a wtedy na pewno nie była tam spotykana bo wędrowały tamtędy mamuty. One zostały zaskoczone niewyobrażalną falą zimna. Więc zasada aktualizmu na pewno nie ma wymiaru uniwersalnego, ujmując to delikatnie.

    4. Fakt, że najstarsze osady leżą na dnie Wielkiego Kanionu a najmłodsze u góry, jest zupełnie maturalny. Eksperyment można przeprowadzić w każdej większej kałuży, raczej nie na stole. Jeśli wymiesza się błoto, to osady z zawiesiny opadają stopniowo, warstwami. W ten sposób dokonuje się hydroselekcja, na dnie stopniowo powstają poszczególne warstwy segregowane według ciężaru właściwego. W warunkach zimowych proponuję przeprowadzenie eksperymentu w szklance zamiast w błocie.
    Hovind tłumaczył że Wielki Kanion to pozostałość po gigantycznej kałuży błota a rzeka Kolorado to pozostałość o przerwanej tamie. Formacje skalne w Kanionie to nie tyle wynik erozji trwającej „miliony lat” (kiedy było tyle wody?) tylko pozostałości po zeschniętym błocie, którego reszta spłynęła do oceanu.

    5. Założenie o „milionach lat” można podważyć na wiele sposobów. Sporo rzek na świecie tworzy ujścia w postaci delty. Sporo tych delt przyrasta całkiem regularnie kilkadziesiąt – kilkaset metrów rocznie. Przyjmując założenie aktualizmu można oszacować, ile czasu rzeka potrzebowała na wytworzenie delty. I raczej nie będą to „miliony lat” a jedynie tysiące. Przykładowo, od Kairu do ujścia Nilu jest obecnie 170km a delta ma przybywać 12 metrów rocznie (nie wiem na ile to jest wiarygodna liczba w kontekście przeszłości, przecież jest zapora). Ale delta rosła w wymiarze dziesiątek czy niekiedy setek metrów rocznie, zachowały się świadectwa. Więc to nie są „miliony lat”. W podobny sposób można zbadać Wołgę, Wisłę, Mississippi, etc, wynik będzie podobny.

    To ma być zdjęcie satelitarne delty Leny:

    Piszą że rzeka niesie rocznie 12 mln ton osadów. Gdyby przyjąć gęstość cukru czy mąki, to 12 mln ton było równe 12 mln m3, byłby to obszar 12 km2 podwyższony o 1 metr. Gęstość osadów może być większa ale ten szacunek daje pojęcie o zdolności usypywania delty przez wielką rzekę. Jak wielka byłaby delta Leny po milionie lat? Mi wychodzi objętość osadów 12 tys. km3 (przy założonej gęstości podobnej do wody). A to tylko milion lat, a od jednego „miliony lat” dopiero się zaczynają. Mam wrażenie że założenie aktualizmu można łatwo obalić.

    6. Pisze Pan że założenie aktualizmu wykorzystuje się w badaniach geologicznych, a oni już tyle rzeczy w ziemi odkryli. To tylko częściowa prawda. W badaniach geologicznych wykorzystują wiedzę o zwyczajowym sąsiedztwie różnych warstw geologicznych, a czy one powstały w trakcie „milionów lat” czy w innej skali czasowej, to w praktycznej geologii nie ma znaczenia.
    Wcześniej przedstawiałem skamieniałe pnie w pozycji pionowej, które stoją przebijając poszczególne warstwy. Gdyby to trwało długo, „miliony lat”, to górna część pnia wcześniej uległaby erozji niż skamieniała. Takie zjawisko jest zwyczajnie niemożliwe przy scholastycznej narracji.
    Trzydzieści lat temu z grenlandzkiego lodowca wydobyto samolot, który tam utknął w 1942 roku (https://en.wikipedia.org/wiki/Glacier_Girl). W celu jego wyciągnięcia trzeba było się wkopać 70 metrów w lód a po drodze było setki warstw śniegu i lodu.

    Koszerna geologia nakazuje interpretować każdą warstwę jako przynajmniej jeden rok, a przecież samolot utknął tylko 50 lat przed wykopaniem. Skąd więc setki warstw? Każda warstwa to był tylko ślad cieplejszego/zimniejszego dnia, który przygrzał/zmroził śnieg. Te warstwy istnieją, ale są błędnie interpretowane. I nie dotyczy to tylko lodu.

    7. Pochylmy się jeszcze nad ropą naftową. To ma być produkt materii organicznej traktowanej wysokim ciśnieniem i temperaturą przez „miliony lat”.
    Największe saudyjskie pole Ghawar miało objętość 16km3 (przyjmuję 100 mld baryłek/6,29, https://en.wikipedia.org/wiki/List_of_oil_fields). Niedawno Iran ogłosił odkrycie pola porównywalnego do Ghawaru. Pewnie w całym regionie Zatoki szacunek 100km3 ropy będzie zaniżony jako wydobywalna ilość ropy. A jest to rzekomo materia organiczna poddana wysokiemu ciśnieniu przez „miliony lat”. To oczywiście tylko spekulacje bo nigdy nikt nie powtórzył tego procesu w żadnym laboratorium. Organiczna teoria powstania ropy to czysta filozofia spekulatywna bez cienia dowodu. Wiemy że Rosjanie, zwykle pierwszy producent ropy, mają swoją własną teorię mineralną a przy poszukiwawczych odwiertach wielokrotnie rzadziej popełniają błędy niż zachodnie koncerny wierzące że ropa to materia organiczna.
    Poza Zatoką ropę mamy w Morzu Śródziemnym w regionie Palestyny, Cypru czy w piaskach Libii, w Nigerii, Angoli, Wenezueli, Ekwadorze, Meksyku, Teksasie, Brazylii, Borneo, ale także w Kazachstanie czy na Syberii. A skąd się wzięła ropa w Arktyce, skoro tam jest zimno? Z brzóz arktycznych? Trudno nawet podliczać ilość dostępnej ropy na świecie bo wątpię aby Rosjanie podawali prawdziwe szacunki, poza tym liczba ta jest ruchoma, ciągle się zwiększa z powodu postępu technologii wydobywczych i odkrywania nowych złóż.
    Czy ziemia byłaby w stanie wytworzyć tyle materii organicznej aby powstały tak wielkie zasoby? Z materii organicznej ma zresztą pochodzić również węgiel. Powiedzmy że byłoby to możliwie przez „miliony lat”. Naprawdę wiele „milionów lat”. Tylko że rozmiary delty Nilu, Mississippi czy Wołgi wcale nie wskazują na „miliony lat”. Przy „milionach lat” Wołga zasypałaby całe Morze Kaspijskie a Lena ćwierć Oceanu Arktycznego. To wszystko nie trzyma się kupy.

    Like

  10. “Jedną z nich ma być „psychologizowanie”, zarzucanie dyskutantowi emocjonalnych, pozaracjonalnych motywacji.”

    To nie było do Pana tylko do tych, którzy rozpowszechniają takie zdjęcia, wybiórczo skadrowane i do takich jak Hovind.

    “Przedstawiłem też link z wyszukiwarki z hasłem bodajże „giant skeletons”, obok wydłużonych czaszek, które istnieją w muzeach, choć podobno są powoli niszczone a przynajmniej ukrywane.”

    Ja nie mam nic przeciwko tym szkieletom i czaszkom, tylko przeciw manipulacjom wokół nich, o czym pisałem poprzednio.

    “jaką temperaturą należy potraktować tak wielkie ciało jak słoń, aby zamarzł zanim kwasy żołądkowe strawią pokarm w żołądku (to chyba ma być 5-8 godzin)”

    A czy kwasy żołądkowe trawią pokarm po śmierci organizmu? Może być tak, że organizm obumrze krótko po zjedzeniu. I co? Krew już nie płynie a żołądek trawi? Po co? Człowiek umiera z nadmiernego upływu krwi. Serce przestaje ją pompować, bo “widzi”, że coś jest nie tak.

    “Fakt, że najstarsze osady leżą na dnie Wielkiego Kanionu a najmłodsze u góry, jest zupełnie maturalny. Eksperyment można przeprowadzić w każdej większej kałuży, raczej nie na stole. Jeśli wymiesza się błoto, to osady z zawiesiny opadają stopniowo, warstwami. W ten sposób dokonuje się hydroselekcja, na dnie stopniowo powstają poszczególne warstwy segregowane według ciężaru właściwego.”

    Jeśli chce Pan przeprowadzać eksperyment w kałuży czy szklance wody, to musi Pan uwzględnić fakt, że jest to eksperyment w zbiorniku zamkniętym. Przerwanie tamy, to już zbiornik otwarty z zupełnie inną dynamiką przepływu rwących wód. W profilu geologicznym Kanionu występują skały, które tworzyły się w środowisku morskim, ale były też takie, które powstawały w środowisku lądowym (Coconino Sandstone, Supai Group). Idąc dalej tokiem pańskiego rozumowania, załóżmy że tak było i osady powstały w wyniku przerwania tamy i spływająca woda osadziła te warstwy, ale co w takim razie wyrzeźbiło ten Kanion. Woda nie może jednocześnie osadzać materiału i erodować go.

    “Pisze Pan że założenie aktualizmu wykorzystuje się w badaniach geologicznych, a oni już tyle rzeczy w ziemi odkryli. To tylko częściowa prawda. W badaniach geologicznych wykorzystują wiedzę o zwyczajowym sąsiedztwie różnych warstw geologicznych, a czy one powstały w trakcie „milionów lat” czy w innej skali czasowej, to w praktycznej geologii nie ma znaczenia.”

    Ale ja nie wspomniałem nawet o tych “milionach”, tylko o tym, że metodologia wypracowana przez geologię sprawdza się. A poza tym w geologi jest ważniejszy czas względny: co jest starsze a co młodsze.

    “Założenie o „milionach lat” można podważyć na wiele sposobów. Sporo rzek na świecie tworzy ujścia w postaci delty. Sporo tych delt przyrasta całkiem regularnie kilkadziesiąt – kilkaset metrów rocznie. Przyjmując założenie aktualizmu można oszacować, ile czasu rzeka potrzebowała na wytworzenie delty. I raczej nie będą to „miliony lat” a jedynie tysiące.”

    Rzeki są, podobnie jak jeziora, zjawiskiem krótkotrwałym w skali geologicznej. Obecny układ rzek na półkuli północnej powstał po ostatnim zlodowaceniu. Zakończyło się ono kilkanaście tysięcy lat temu. Wcześniej rzeki te nie mogły płynąć na północ do mórz, bo blokował je lodowiec i stąd mamy na terenie Polski pradoliny ułożone w kierunku wschód-zachód. Nie można też zakładać, że rzeki zawsze niosły taką samą ilość zawiesiny. To czy rzeka niesie jej dużo czy mało zależy od opadów. Na to nie trzeba dowodów. Widzimy to obecnie. Rzeki w Polsce wysychają, a jak mniej wody, to i mniej zawiesiny i budowanie delty wolniejsze.

    Ten Hovind to jakiś nawiedzony, jak wszyscy od tej Biblii. Nie wyjaśnia skąd się wzięła woda na głębokości 16 km, gdzie panuje bardzo wysokie ciśnienie i temperatura. W jaki sposób mogla się ona tam dostać, skoro tam nie ma skał osadowych, porowatych. Z drugiej strony akceptuje teorię kier kontynentalnych i uznaje, że są strefy subdukcji tj. takie, w których jedna kra podchodzi pod drugą i strefy, w których następuje pękanie i rozchodzenie się kier. Żeby to wszystko grało, to faktycznie muszą być miejsca, gdzie coś się tworzy i takie, w których coś znika. Ziemia nie jest z gumy. Ta teoria mu pasuje do wyjaśnienia jego koncepcji, dlatego ją adoptuje.

    Ja wcześniej wspomniałem, że ta teoria ma wiele luk. Wystarczy spojrzeć na mapę Ziemi (Geologia-Tektonika), by zauważyć, że Grzbiet Środkowoatlantycki (pęknięcie i rozchodzenie się kier) ma po swojej prawej stronie Afrykę, w której, w jej wschodniej części, występuje podobne zjawisko, tyle że na lądzie, choć Morze Czerwone, które powstało w wyniku odłączenia się Półwyspu Arabskiego od Afryki, jest już wypełnione wodą. Na wschód od Afryki mamy na Oceanie Indyjskim Grzbiet Środkowoindyjski. Mamy więc strefę, w której dochodzi do pęknięcia i rozchodzenia się kier, a nie ma strefy subdukcji, w której jedna kra podchodzi pod drugą. Zgodnie z tą teorią na terenie Afryki powinna być strefa subdukcji, a tu mamy jeszcze Grzbiet Środkowoindyjski, który też strefą subdukcji nie jest.

    Jest jeszcze jeden problem związany z tym rejonem. Grzbiet Środkowoatlantycki, Afrykański system ryftowy, bo tak to się nazywa, i Grzbiet Środkowoindyjski są generalnie zorientowane w kierunku południkowym: północ-południe. A subkontynent indyjski “podchodzi” pod Himalaje w kierunku równoleżnikowym: wschód-zachód.

    W strefach subdukcji tworzą się największe głębie oceaniczne, takie jak Rów Mariański. Wydawałoby się, że skoro są to strefy, w których jedna kra ściera się z drugą, w efekcie czego powinno następować fałdowanie się warstw, o czym wspomniał Hovind, ale tak nie jest. Sondy, które badały dno Rowu Mariańskiego wykazały, że warstwy leżą poziomo. Nie ma tam żadnego fałdowania. A w górach fałdy widzimy i jakie piękne! I faldy obalone – w pozycji poziome,j a nie – pionowej. A są jeszcze takie, które zachodzą jedne na drugie (płaszczowiny).

    Teoria kier kontynentalnych ma tylu zwolenników, bo ona doskonale tłumaczy, dlaczego na Antarktydzie spotykamy skamieniałości zwierząt i roślin. Ona też dobrze tłumaczy to, że Jura Krakowsko-Częstochowska jest kopalnym odpowiednikiem Wielkiej Australijskiej Rafy Koralowej. Po prostu, kontynenty w ruchu wędrowały po różnych strefach klimatycznych i Jura znajdowała się w jurze w tej strefie, w której obecnie jest Australia. Żeby to miało sens, to trzeba założyć, że strefy klimatyczne są niezmienne, co oznacza, że Ziemia ma cały czas ten sam kąt nachylenia w stosunku do płaszczyzny ekliptyki. Ale czy tak było? Oto jest pytanie! Szekspir był wielki, chociaż niektórzy twierdzą, że to nie on to wszystko napisał.

    Ludzie kierują się emocjami. Zwolennicy kreacjonizmu nie są wyjątkiem, podobnie jak zwolennicy teorii ewolucji, czy – kier kontynentalnych. A mnie, tak jak Józefa Mackiewicza, interesuje prawda, bo jedynie ona jest ciekawa.

    Like

  11. “co oznacza, że Ziemia ma cały czas ten sam kąt nachylenia w stosunku do płaszczyzny ekliptyki”

    Chodzi oczywiście o oś Ziemi.

    Like

  12. //A czy kwasy żołądkowe trawią pokarm po śmierci organizmu? Może być tak, że organizm obumrze krótko po zjedzeniu. I co? Krew już nie płynie a żołądek trawi? Po co? Człowiek umiera z nadmiernego upływu krwi. Serce przestaje ją pompować, bo “widzi”, że coś jest nie tak.//

    Nie miał Pan do czynienia z nieboszczykiem? Procesy życiowe zamierają powoli. Bywa że mężczyznę, który umarł gładko ogolony, trzeba jeszcze raz ogolić. To samo z paznokciami. A krew już nie płynie od dawna.
    Żołądek trawi ponieważ kwasy żołądkowe ciągle działają w temperaturze ciała. Zajmuje się tym wszystkim medycyna sądowa, istnieją tricki, po których można poznać jak ktoś umarł, należy do nich badanie zawartości żołądka i jelit. Mają do tego książki.
    Wiemy że mamuty zostały zaskoczone katastrofalną falą chłodu. Przecież nie pchałyby się do zimna, żadne zwierzęta nie pchają się zbiorowo do Arktyki, jak nie potrafią tam przetrwać. A znaleziono tam kiedyś dziesiatki tysięcy ciał.

    //Jeśli chce Pan przeprowadzać eksperyment w kałuży czy szklance wody, to musi Pan uwzględnić fakt, że jest to eksperyment w zbiorniku zamkniętym. Przerwanie tamy, to już zbiornik otwarty z zupełnie inną dynamiką przepływu rwących wód. W profilu geologicznym Kanionu występują skały, które tworzyły się w środowisku morskim, ale były też takie, które powstawały w środowisku lądowym (Coconino Sandstone, Supai Group). Idąc dalej tokiem pańskiego rozumowania, załóżmy że tak było i osady powstały w wyniku przerwania tamy i spływająca woda osadziła te warstwy, ale co w takim razie wyrzeźbiło ten Kanion. Woda nie może jednocześnie osadzać materiału i erodować go.//

    Eksperyment z zawiesiną ma pokazać fenomen sortowania przez wodę. Mi nie jest potrzebny, widziałem to w strumieniach czy kałużach. Odsyłam do wykładu Hovinda, choć z niechęcią, bo jest tam sporo chrześcijańskiej indoktrynacji. Tam chodziło o zasychanie błota, o nierównomierne wysychanie, bo przecież głębsze warstwy wysychały wolniej. W pewnym momencie masa zasychającego błota miała się przelać i zrobić to, co nazywamy Wielkim Kanionem. Hovind całkiem zgrabnie to tłumaczył.

    Powiedzmy że w Wielkim Kanionie nie ma tego problemu. Ale jak wyjaśnić wyraźnie zakrzywione pokłady osadów w górach: https://www.google.com/search?q=bent+rock+layers&source=lnms&tbm=isch&sa=X&ved=2ahUKEwiX5qmSzfLmAhXC8qYKHRTcAgQQ_AUoAXoECA4QAw&biw=1536&bih=760

    Hovind o tym mówi. Przecież widać, że najczęściej te skały “na sucho” nie mogłyby się tak zakrzywić bo są zwyczajnie kruche. Co innego na mokro. To jak z gliną, sucha pęka a wilgotna jest elastyczna. Jeżeli warstwy różnią się wiekiem o “miliony lat”, to dlaczego wszystkie razem się wygięły? Jak mogła się wygiąć sucha skała?
    Podobno na Mount Everest znaleziono skamieliny muszelek czy małż. Skąd sie tam wzięły? O tym wszystkim mówi Hovind.

    //Ale ja nie wspomniałem nawet o tych “milionach”, tylko o tym, że metodologia wypracowana przez geologię sprawdza się. A poza tym w geologi jest ważniejszy czas względny: co jest starsze a co młodsze.//

    To się zgadzamy. Wiek bezwzględny nie ma znaczenia w geologii, mają znaczenie tylko względne różnice. Hovind mówi także że kolumna geologiczna to zabobon. Przypominam, że Rosjanie niespecjalnie gorliwie wierzą że ropa naftowa to produkt organiczny.

    //Rzeki są, podobnie jak jeziora, zjawiskiem krótkotrwałym w skali geologicznej. Obecny układ rzek na półkuli północnej powstał po ostatnim zlodowaceniu. Zakończyło się ono kilkanaście tysięcy lat temu. Wcześniej rzeki te nie mogły płynąć na północ do mórz, bo blokował je lodowiec i stąd mamy na terenie Polski pradoliny ułożone w kierunku wschód-zachód. Nie można też zakładać, że rzeki zawsze niosły taką samą ilość zawiesiny. To czy rzeka niesie jej dużo czy mało zależy od opadów.//

    Argument o zlodowaceniu może więc dotyczyć Leny ale nie Nilu czy Gangesu:

    Czy jest więc na świecie rzeka, której delta wskazuje, że płynęła ona w ten sposób przez “miliony lat”? Bo chyba wszystkie delty są całkiem świeże.

    Podobno na Sfinksie są ślady erozji wodnej, więc klimat musiał być dramatycznie odmienny. Podobno na Saharze są skamieniałe pnie drzew. Podobno jest całkiem sporo zatopionych miast znajdujących się na szelfie kontynentalnym kilkadziesiat metrów pod poziomem morza. O miastach wspomina Hovind.

    //Ten Hovind to jakiś nawiedzony, jak wszyscy od tej Biblii. Nie wyjaśnia skąd się wzięła woda na głębokości 16 km, gdzie panuje bardzo wysokie ciśnienie i temperatura. (…) Ta teoria mu pasuje do wyjaśnienia jego koncepcji, dlatego ją adoptuje. //

    Oczywiście ma Pan rację. W tym wykładzie on łączy judeochrześcijańską (nad)gorliwość religijną z naukową narracją. Mnie to wkr%$wia. Ludzie podobno wycinają te kawałki biblijne i dopiero wtedy oglądają, wtedy to jest bardziej strawne. Tak to chyba kiedyś oglądałem, było krótsze. Podoba mi się jego metoda naukowa, proste rozumowanie nawiązujące do znanych nam wszystkim zjawisk. Chłopek-roztropek.

    Jeśli chodzi o wewnętrzną budowę ziemi, to chyba naprawdę mało wiemy. Wszystko to spekulacje. Więc jeśli Hovind mówi że kiedyś tam była woda, to po prostu sobie spekuluje tak jak współcześni naukowcy. Przy okazji – bardzo inteligentnie wyśmiał teorię Pangei.

    Oczywiście on przyjmuje taką teorię, która mu pasuje. Ale tak przecież działa cała nauka. Ważne jest zachowanie spójnej narracji wyjaśnienie jak największego katalogu zjawisk geologicznych.

    A prawda jest taka że opowieść o wielkim potopie funkcjonowała w naprawdę wielu kulturach. Coś więc musi być na rzeczy.

    Like

  13. “Wiemy że mamuty zostały zaskoczone katastrofalną falą chłodu. Przecież nie pchałyby się do zimna, żadne zwierzęta nie pchają się zbiorowo do Arktyki, jak nie potrafią tam przetrwać. A znaleziono tam kiedyś dziesiatki tysięcy ciał.”

    To, żeby o tym dyskutować, to musiałbym zobaczyć dokładną dokumentację: zdjęcia, rysunki, opis miejsc, w których je znaleziono, pomiary itp.

    “W pewnym momencie masa zasychającego błota miała się przelać i zrobić to, co nazywamy Wielkim Kanionem. Hovind całkiem zgrabnie to tłumaczył.”

    A jak zasychające błoto może się przelać? Przelać to się może czara goryczy, jeśli założymy, że gorycz jest cieczą.

    “Hovind o tym mówi. Przecież widać, że najczęściej te skały “na sucho” nie mogłyby się tak zakrzywić bo są zwyczajnie kruche. Co innego na mokro. To jak z gliną, sucha pęka a wilgotna jest elastyczna. Jeżeli warstwy różnią się wiekiem o “miliony lat”, to dlaczego wszystkie razem się wygięły? Jak mogła się wygiąć sucha skała?”

    Glina to ił lub muł. One mają zdolności adsorpcyjne, czyli zdolności do pochłaniania wody. Ale już zbite wersje tych skał, czyli iłowiec i mułowiec, wody nie wchłoną. Podobnie skały wapienne. Niech Pan pojedzie w góry weźmie taką skalę, przywiezie do domu i zanurzy w garnku na pół roku i zobaczy, czy da się ją odkształcić.

    Nie wszystkie się fałdują. Są miejsca, w których na skałach pofałdowanych, inne leżą poziomo. Skały, które na powierzchni są twarde i kruche, gdy dostaną się w strefę głębszą, gdzie panuje wysokie ciśnienie i temperatura, stają się elastyczne. Musi być jednak spełniony jeszcze jeden warunek – czas. I tu są te miliony lat. Coś, co jest sztywne i kruche, w innych warunkach może być elastyczne i wyginać się. Woda, w zależności od temperatury, może być w trzech stanach: stałym, płynnym i gazowym.

    “Podobno na Mount Everest znaleziono skamieliny muszelek czy małż. Skąd sie tam wzięły? O tym wszystkim mówi Hovind.”

    Ależ nie trzeba wspinać się na najwyższą górę świata! Wystarczy pojechać w polskie góry albo na Jurę Krakowsko-Częstochowską. Tam też można znaleźć muszelki. Te skamieniałości tkwią w skałach, a jeśli są znajdowane luzem, to znaczy, że “wypadły” ze skały w wyniku jej rozpadu na skutek wietrzenia. Te skały powstawały w środowisku morskim, bo muszle i małże również współcześnie można znaleźć w takim środowisku. To jest rozumowanie zgodne z zasadami geologii: aktualizmu i uniformitaryzmu. Tego trzyma się geologia. I jeśli ktoś je neguje, to dyskusja mija się z celem, bo to jest założenie bez dowodu. W geometrii takie założenia nazywamy aksjomatami. Przykładowo: przez dwa punkty można przeprowadzić tylko jedną prostą; przez jeden punkt można przeprowadzić nieskończenie wiele prostych. Na takich aksjomatach, których jest więcej, zbudowano geometrię i to działa. Nauka musi przyjąć jakieś założenie i później konsekwentnie kierować się nimi. Ja nie bardzo rozumiem jaką metodologię zastosował Hovind. Mam jednak wrażenie, że jego metodologia, to jego wyobraźnia i chęć nagięcia wszystkiego do Biblii. Ale to nie jest metoda.

    Morskie skamieniałości na szczytach gór to fakt. Skały tworzyły się w środowisku morskim, a więc nisko, a teraz są na lądzie i wysoko. I jak to wytłumaczyć? Zakłada się, że istnieją te wspomniane strefy subdukcji, w których jedna kra kontynentalna podchodzi pod drugą, i że w tej strefie następuje fałdowanie. Ponieważ osady, które dostały się w tę strefę są lżejsze od tych występujących na tej głębokości, to gdy ustanie proces podchodzenia jednej kry pod drugą, to te lżejsze zostaną wypchnięte na powierzchnie, tak jak piłka, którą zanurzymy w wodzie, będzie tam dopóki my będziemy na nią naciskać. Jak ją puścimy, to wypłynie na powierzchnię.

    Ja nie wiem, czy tak to działa. Jedno wydaje się pewne, zgodnie z zasadami geologii, że skały te powstawały w środowisku morskim, a teraz są na lądzie i wysoko i skamieniałości przeważnie tkwią w tych skalach. Reszta to już jest interpretacja.

    “Czy jest więc na świecie rzeka, której delta wskazuje, że płynęła ona w ten sposób przez “miliony lat”? Bo chyba wszystkie delty są całkiem świeże.”

    To jest naturalne, że delty są świeże, bo materiał nanoszony przez rzekę jest roznoszony przez prądy morskie i falowanie. Generalnie delta przyrasta, gdy jest w stanie nanieść więcej materiału niż prądy morskie i falowanie – roznieść. Czasem może być tak, że podłoże, na którym osadzana jest delta obniża się i nie będzie jej przyrostu, a czasem – odwrotnie.

    “Podobno na Sfinksie są ślady erozji wodnej, więc klimat musiał być dramatycznie odmienny. Podobno na Saharze są skamieniałe pnie drzew. Podobno jest całkiem sporo zatopionych miast znajdujących się na szelfie kontynentalnym kilkadziesiat metrów pod poziomem morza. O miastach wspomina Hovind.”

    To w sumie nie podlega dyskusji, że kilka czy kilkanaście tysięcy lat temu klimat na Saharze był inny. Była tam sawanna. A ślady erozji wodnej, to ślady ulewnych deszczów. Tak przynajmniej stwierdził badający go geolog.

    Mogą być takie miasta, bo po ostatnim zlodowaceniu poziom mórz podniósł się. Wcześniej szelf był lądem. Samuel Pepys w swoim dzienniku pod datą 23 maja 1661 pisze: “Do Reńskiej Winiarni, gdzie pan Jan Moore, matematyk, prawił, ażeśmy uwierzyli, że Anglia i Francja były ongi jednym kontynentem.”

    Like

  14. //To, żeby o tym dyskutować, to musiałbym zobaczyć dokładną dokumentację: zdjęcia, rysunki, opis miejsc, w których je znaleziono, pomiary itp.//

    Interesował się Pan historią naturalną a dotychczas nie natknął się na syberyjski holokaust?
    Efekt potwierdzenia – tendencja do poszukiwania wyłącznie faktów potwierdzających posiadaną opinię, a nie weryfikujących ją. (https://pl.wikipedia.org/wiki/Lista_b%C5%82%C4%99d%C3%B3w_poznawczych)

    Prawdę mówiąc sam nie miałem pojęcia o rozmiarach tego biznesu. W pierwszym filmiku mówią że w 2017 roku w Jakucji wydobyto 120 ton kości słoniowej. Jeden kieł ma ważyć 65 kg. Mówią o nosorożcach, pokazują czaszki bawołów. To wszystko przetrwało w wiecznej zmarzlinie.

    Wygląda na to że musiało być tam bardziej tłoczno niż na Serengeti w porze deszczowej i coś, jakiś kosmiczny kataklizm, musiało te zwierzęta zaskoczyć i szybko zabić. Ale tego nie dowiemy się z koszernej historii naturalnej ponieważ nie potrafili oni wymyślić wyjaśnienia katastrofy, która zdarzyła się wówczas na dzisiejszej Syberii i Jakucji. W koszernej narracji jest to przemilczane ponieważ, jak uczył George Orwell, najskuteczniejszą metodą kłamstwa jest przemilczenie.

    Co robiły w Jakucji stada słoni (mamutów), nosorożców i bawołów? Przecież mamy aż nazbyt widoczne dowody ich funkcjonowania na tamtych terenach.

    //A jak zasychające błoto może się przelać? Przelać to się może czara goryczy, jeśli założymy, że gorycz jest cieczą.//

    Mnie to akurat nie dziwi, ale pamiętam zabawy w błocie, na brzegu rzeki czy morza jako bachor. Takie rzeczy się zdarzają, jest też nauka zwana fizyką, która stara się wyjaśniać wytrzymałość różnych materiałów. Wielkie bajoro nie było układem zamkniętym tak jak Ziemia nie jest układem zamkniętym, jest eksponowana chociażby na energię słoneczną, która potrafi działać cuda.

    //Nie wszystkie się fałdują. Są miejsca, w których na skałach pofałdowanych, inne leżą poziomo. Skały, które na powierzchni są twarde i kruche, gdy dostaną się w strefę głębszą, gdzie panuje wysokie ciśnienie i temperatura, stają się elastyczne. Musi być jednak spełniony jeszcze jeden warunek – czas. I tu są te miliony lat. Coś, co jest sztywne i kruche, w innych warunkach może być elastyczne i wyginać się. Woda, w zależności od temperatury, może być w trzech stanach: stałym, płynnym i gazowym.//

    Może nie wszystkie się fałdują, nie twierdziłem że tak jest. Napisałem wprost że w Wielkim Kanionie leżą płasko. To jest banalna manipulacja erystyczna, uogólnienie tezy przeciwnika i polemika z nową, uogólnioną tezą która oczywiście jest fałszywa. Brakuje Panu argumentów i musi się uciekać do manipulacji?

    Nie wszystkie się fałdują ale bardzo wiele fałduje, pokazałem zdjęcia. https://www.google.com/search?q=bent+rock+layers&source=lnms&tbm=isch&sa=X&ved=2ahUKEwic5KOu7fbmAhVtzqYKHU56CLIQ_AUoAXoECA4QAw&biw=1536&bih=760

    W koszernej nauce „miljony lat” służą jako zaklęcie. Jak nie da się czegoś wyjaśnić, to wrzuca się „miljony lat” i sprawa załatwiona. Tymczasem nikt tego nie udowodnił, to dogmat czy aksjomat (to samo) a samo rozumowanie koszernych geologów powiela klasyczny błąd logiczny „petitio principii”.
    Hovind wyjaśnia to jako deformacje wynikające z wysychania osadów, które nierównomierne osiadają z powodu różnego zachowania posortowanego mułu po częściowym odparowaniu wody i dużego ciśnienia wywieranego przez warstwy położone wyżej. On mówi o tygodniach, miesiącach czy latach (ale nie tysiącach). To jest dużo prostsze wyjaśnienie. Przecież sam Pan pisał o brzytwie Ockhama więc powinien wiedzieć co to znaczy. Niepotrzebne są „miljony lat” i Pańskie wyjaśnienie jest błędne. Tak działa brzytwa Ockhama.

    Wracam do sprawy rzek:
    //Rzeki są, podobnie jak jeziora, zjawiskiem krótkotrwałym w skali geologicznej. Obecny układ rzek na półkuli północnej powstał po ostatnim zlodowaceniu. Zakończyło się ono kilkanaście tysięcy lat temu. Wcześniej rzeki te nie mogły płynąć na północ do mórz, bo blokował je lodowiec i stąd mamy na terenie Polski pradoliny ułożone w kierunku wschód-zachód. Nie można też zakładać, że rzeki zawsze niosły taką samą ilość zawiesiny.//

    A skąd ta mądrość: Rzeki są, podobnie jak jeziora, zjawiskiem krótkotrwałym w skali geologicznej? Który uczony w piśmie to powiedział? Przecież ryby, płazy, gady, ptaki i ssaki, w tym człowiekowate, żyją na świecie od „miljonów lat”? Dlaczego rzeki mają mieć tylko tysiące lat w myśl tej teorii? Jak wcześniej funkcjonował obieg wody w przyrodzie bez dzisiejszych rzek i bez śladów dawniejszych rzek? Skąd założenie o braku rzek i czy jest ono zgodne z teorią aktualizmu?
    W myśl teorii Hovinda rzeki mają tylko tysiące lat, ale to dlatego że cała współczesna powierzchnia ziemi ma tylko tysiące lat. Rzeki nie są wyjątkiem. Rozmiary dostępnych delt potwierdzają jego hipotezę.

    //To jest naturalne, że delty są świeże, bo materiał nanoszony przez rzekę jest roznoszony przez prądy morskie i falowanie. Generalnie delta przyrasta, gdy jest w stanie nanieść więcej materiału niż prądy morskie i falowanie – roznieść. Czasem może być tak, że podłoże, na którym osadzana jest delta obniża się i nie będzie jej przyrostu, a czasem – odwrotnie.//

    Z silnymi prądami morskimi musi sobie radzić Amazonka i inne rzeki wpadające do oceanów, pomijając Arktyczny. Ale nie Wołga czy Nil. Podobno właśnie delty tworzą się w warunkach, w których prądy morskie są za słabe aby roznieść materiał niesiony przez rzekę albo w ogóle nie istnieją. O Nilu była już mowa wyżej. Potężna Wołga wpada do jeziora, wytworzyła deltę ale jeziora nie zamuliła. Dlaczego? Dlaczego Wołga nie ma płynąć od „miljonów lat”? Jak to się ma do dogmatu aktualizmu?

    //To jest rozumowanie zgodne z zasadami geologii: aktualizmu i uniformitaryzmu. Tego trzyma się geologia. I jeśli ktoś je neguje, to dyskusja mija się z celem, bo to jest założenie bez dowodu.  (…) Nauka musi przyjąć jakieś założenie i później konsekwentnie kierować się nimi.//

    W tym rzecz. Aksjomaty przyjęte przez koszerną geologię są zwyczajnie błędne. Ale nie można tego zrozumieć wierząc w te dogmaty. Koszerna geologia tkwi w błędnym kole rozumowania, nazywa się to petitio principii.
    To tak jak tłumaczenie chrześcijaninowi że „Pan Jezus” nie zmartwychwstał albo wcale nie istniał. Nie zrozumie, przecież „Pan Jezus” wniebowstąpił, więc jak nie mógł zmartwychwstać? To się kupy nie trzyma. Tyle cudów sprawił, więc musiał zmartwychwstać!

    //Ja nie bardzo rozumiem jaką metodologię zastosował Hovind. Mam jednak wrażenie, że jego metodologia, to jego wyobraźnia i chęć nagięcia wszystkiego do Biblii. Ale to nie jest metoda.//

    Na tyle na ile rozumiem, Hovind odrzucił wszystkie czy większość dogmatów współczesnej geologii i biologii i spróbował wyjaśnić kształt ziemi i całą historię naturalną posługując się racjonalnym rozumowaniem, instruowany wyborem antycznej żydowskiej literatury zwanym “Pismem świętym”. Moim zdaniem jego rezultaty są bardziej racjonalne od magicznych zaklęć używanych w geologii, chociażby typu „miljonów lat”.

    Like

    • / przecież „Pan Jezus” wniebowstąpił / –

      – świat gojów złapał ten haczyk albowiem nie wiedział, że “niebem” Żydzi nazywali dach modlitewnego budynku, na którym kapłan ( wcielenie “Boga” ) odprawiał nabożeństwo.

      ps. Żydom nie można odmówić umiejętności czarowania religijnym słowem.

      Like

  15. Podobno razem z tymi zwierzakami byli tam ludzie:
    https://www.sciencenews.org/article/humans-visited-arctic-earlier-thought?mode=magazine&context=192629

    Wszędzie na wizualizacjach przedstawia się te mamuty w tundrze, czasami ośnieżonej. To wierutna bzdura. Tak wielkie zwierzaki roślinożerne potrzebują dużo jedzenia, tundra nie może go dostarczyć z oczywistych powodów. Tam musiał być inny klimat, który uzasadniał pobyt tak wielu roślinożernych słoni, bawołów czy nosorożców w dzisiejszej Arktyce.

    Like

    • //Tylko że na zdjęciu z linku jest pokazany szkielet mamuta (prawdopodobnie) w pozycji leżącej,a nie – stojącej.//

      Ale słoniątko stoi 🙂

      Ja nie przedstawiam Panu tych zdjęć czy filmików do oceny jako osobie dysponującej wiedzą ekspercką.
      Chcę wykazać że osoby dysponujące w tej dziedzinie wiedzą ekspercką nie są w stanie przedstawić przekonującego wyjaśnienia masowego istnienia tych artefaktów. Nie wiedzą skąd się to wzięło.
      Wykazuję, że wiedza ekspercka – tutaj koszerna historia naturalna – jest po prostu kiepska, bo nie może wyjaśnić tak masowego i dotykalnego zjawiska jak pozostałości tysięcy wielkich zwierząt roślinożernych w Arktyce.
      Sam fakt, że to ja muszę Pana informować o tym zjawisku (nie mam pretensji, sam przy okazji się coś dowiedziałem), świadczy o jakości tej nauki. Zupełnie naturalne jest że tworząc naukę geologii z całą jej dogmatyką, zjawiska których nie można w jej ramach wyjaśnić, spycha się w niebyt. Tylko że jeśli zjawiska spychane w niebyt istnieją w potężnej skali, to wiarygodność traci sama nauka, koszerna historia naturalna. To właśnie wykazuję.

      Czy koszerna historia naturalna potrafi przedstawić spójne wyjaśnienie masowego wymarcia wielkich ssaków roślinożernych w dzisiejszej Arktyce?

      Like

      • To noworodek, jak można było przypuszczać. Natomiast nie wiem gdzie jest dowód fotomontażu zdjęcia. Zresztą nie ma to znaczenia, bo słoniątko jest identyfikowalne jako znalezisko z 2007 roku.

        Czyli nie potrafi Pan przedstawić wyjaśnienia obecności tak wielkich ssaków roślinożernych w Arktyce i ich nagłej śmierci.
        Nie potrafi Pan również wyjaśnić zginania się wielu warstw skał, obserwowanego głównie w górach, w sytuacji gdy poszczególne warstwy ma dzielić wiek rzekomo „miljonów lat” a wszystkie razem poddały się gięciu, co jest niemożliwe w przypadku suchych skał.
        Nie potrafi pan ustosunkować się do obecności skamieniałych pni drzew w pozycji pionowej, przebijających warstwy różniące się wiekiem rzekomo o „miljony lat”.
        Nie potrafi się Pan ustosunkować do obecności w muzeach czaszek o objętości mózgoczaszek znacząco wyższej od mózgoczaszek homo sapiens. To samo dotyczy szkieletów o ludzkich proporcjach, jednak o znacznie większych rozmiarach.
        Najpierw twierdził Pan że rzeki to stosunkowo nowe zjawisko w skali geologicznej, co ma oczywiście sens bo nie ma dowodów istnienia rzek sprzed „miljonów lat”. Teza ta jest jednak sprzeczna z dogmatem aktualizmu. Nie potrafi Pan podać dowodów istnienia rzek sprzed „miljonów lat” bo warstwowanie skośne nie jest żadnym dowodem istnienia rzeki. Warstwowanie skośne jest tylko przejawem skośnego ułożenia warstw, a przyczyny mogą być różne.

        Współczesna geologia, jak inne nauki, to zamknięta na rozum dogmatyka. Niewiele potrafi wyjaśnić i staje się bezużyteczna. Jak łatwo wykazać jej fałsz pokazuje przykład Hovinda, który posługując się tylko prostym rozumem wykazuje, że istnieje znacznie prostsze wyjaśnienie otaczających nas form geologicznych a jego teoria wyjaśnia znacznie więcej niż potrafi historia naturalna. Osoby znające zasady racjonalnego rozumowania wiedzą, że w takiej sytuacji wyjaśnienie oferowane przez geologię należy odrzucić.
        Studiował Pan judaizm i pewnie się orientuje że metoda geologii, niewolnicze przywiązanie do dogmatów, zapożyczona została z judaizmu.

        Te „miljony lat” to tylko zaklęcie, a w racjonalnym dyskursie okazuje się być fikcją.

        Przywołam jeszcze raz fragment Protokołu II §2

        ===========
        Goje nie rządzą się wiadomościami praktycznymi, zdobytymi w drodze obiektywnych badań historycznych, lecz rutyną teoretyczną, pozbawioną wszelkiego poglądu praktycznego na jej wyniki. Toteż nie warto się liczyć z nimi.

        (…) Niech dla nich gra rolę najwyższą to, co nakazaliśmy im uważać za wskazania nauki (teorii). By osiągnąć cel powyższy, wzbudzamy przy pomocy pracy naszej ślepe zaufanie dla wskazań tych. Inteligencja gojów będzie dumna z posiadanych umiejętności i bez sprawdzenia logicznego zastosuje w praktyce wszystkie zaczerpnięte z nauki wiadomości, zestawione odpowiednio przez agentów naszych, w celu kształtowania umysłów w kierunku dla nas pożytecznym.
        ===========

        Koszerna geologia i szerzej, historia naturalna, jest owocem właśnie takiej manipulacji i dlatego jest bezwartościowa. Dał się Pan złapać w pułapkę.

        Like

  16. “Wygląda na to że musiało być tam bardziej tłoczno niż na Serengeti w porze deszczowej i coś, jakiś kosmiczny kataklizm, musiało te zwierzęta zaskoczyć i szybko zabić.”

    Na tym pierwszym filmie przeważnie widać wydobywane kły mamutów, czasem jakaś czaszka, ale nie kompletne szkielety. Te kły znajdują się w osadach zwanych gliną zwałową, która jest wynikiem topnienia lodowca i osadzania materiału, który ten lodowiec przyciągnął z terenu, po którym poruszał się. Więc takie nagromadzenie tych kłów na stosunkowo niewielkim obszarze może być wynikiem “ściągnięcia” go z większego obszaru. W Polsce jest wiele miejsc, w których występuje znacznie większe nagromadzenie głazów narzutowych niż w innych miejscach. Ja rozumiem, że interpretacja “koszernej geologii” nie przemawia do Pana, ale trudno.

    “Mnie to akurat nie dziwi, ale pamiętam zabawy w błocie, na brzegu rzeki czy morza jako bachor.”

    Takie nawilgocone błoto może przelać się, ale zasychające błoto może się, co najwyżej, przesypać, ale na pewno nie będzie mogło erodować powierzchni, po której będzie się przesypywać.

    “A skąd ta mądrość: Rzeki są, podobnie jak jeziora, zjawiskiem krótkotrwałym w skali geologicznej?”

    Rzeki, poza obszarami zlodowaceń, mogą być starsze niż jeziora, ale one też zmieniają swój bieg, czasem łączą się ze sobą. Nil powstał z połączenia się różnych rzek. Nie od zawsze był taki. Więc moje uogólnienie w przypadku rzek było zbyt ogólne. Z nimi bywa różnie. Jeziora polodowcowe są zjawiskiem krótkotrwałym,a z takimi mamy do czynienia w Polsce. One zarastają, przekształcają się w bagna i torfowiska. Nawet Bałtyk powstał w wyniku polodowcowego ukształtowania się terenu. Natomiast jeziora typu Bajkał czy Tanganika, to inna skala. Jedne rzeki powstają inne zanikają, w zależności od ukształtowania terenu, klimatu, intensywności opadów. I tak działo się we wszystkich epokach geologicznych. Podobnie z jeziorami. I rzeki i jeziora zawsze występowały, tylko że nie są to te same rzeki i jeziora od początku.

    “Potężna Wołga wpada do jeziora, wytworzyła deltę ale jeziora nie zamuliła.”

    Zdjęcia satelitarne nie oddają tego, co oddaje zwykła mapa mapa topograficzna. A na niej wyraźnie widać Nizinę Nadkaspijska, która powstała prawdopodobnie z “zasypania” Morza Kaspijskiego. W znacznie mniejszej skali możemy to zjawisko obserwować w Polsce na Żuławach. Z drugiej strony Dunaj wpada do Morza Czarnego i nie tworzy tam jakiejś imponującej delty.

    “Aksjomaty przyjęte przez koszerną geologię są zwyczajnie błędne.”

    A dlaczego są błędne? Mógłby Pan uzasadnić dlaczego rzeka płynąca, kiedyś wcześniej, miałaby inaczej erodować, inaczej odkładać niesioną przez siebie zawiesinę?

    Like

  17. //Na tym pierwszym filmie przeważnie widać wydobywane kły mamutów, czasem jakaś czaszka, ale nie kompletne szkielety. Te kły znajdują się w osadach zwanych gliną zwałową, która jest wynikiem topnienia lodowca i osadzania materiału, który ten lodowiec przyciągnął z terenu, po którym poruszał się. Więc takie nagromadzenie tych kłów na stosunkowo niewielkim obszarze może być wynikiem “ściągnięcia” go z większego obszaru. W Polsce jest wiele miejsc, w których występuje znacznie większe nagromadzenie głazów narzutowych niż w innych miejscach. Ja rozumiem, że interpretacja “koszernej geologii” nie przemawia do Pana, ale trudno.//

    Domyślam się że dzisiaj już trudno znaleźć mamuta leżącego na powierzchni. Pewnie wszystko zjadły psy zaprzęgowe już sto lat temu. To co widać to pewnie osady, lodowiec ściągnął trupy czy szkielety na brzeg. Domyślam się że to brzeg Oceanu Arktycznego.
    Skąd jednak tak blisko bieguna znalazło się tak wiele tak wielkich roślinożernych zwierząt? Przecież dzisiaj największym zwierzakiem tego typu jest tam chyba renifer. Jak Arktyka mogła wykarmić wielkie słonie, nosorożce i bawoły (na miniaturze są potężne rogi, o nosorożcach wspominają). W dzisiejszych warunkach wykarmienie tak wielkich zwierząt wymaga bujnej roślinnej wegetacji przez większą część roku. Tak pewnie musiało być również w przeszłości (aktualizm). Co więc robiły tak wielkie zwierzęta roślinożerne w Arktyce?

    //Takie nawilgocone błoto może przelać się, ale zasychające błoto może się, co najwyżej, przesypać, ale na pewno nie będzie mogło erodować powierzchni, po której będzie się przesypywać.//

    Nie bardzo wychwytuję kategorialną różnicę pomiędzy „nawilgoconym błotem” a „zasychającym błotem”. Według mnie nawilgocone błoto to skutek wysychającego bajora, ono wysycha. Według Hovinda Kanion to pierwotnie było wysychające bajoro.
    Nawet jeśli różnica między tymi rodzajami błota istnieje, to w jednym bajorze mogą z powodzeniem znajdować się obydwie kategorie i nieskończona ilość stanów pośrednich. Jak widać ze zdjęć Wielkiego Kanionu, to wszystko uprzednio zostało posortowane przez będącą w ruchu wodę. Warstwy różnych frakcji osadów wysychały w różnym tempie choćby z powodu różnego rodzaju osadów. Warstwy położone niżej wolniej wysychały bo nie miały dostępu do słońca, za to więcej wody wyciskało olbrzymie ciśnienie. To wszystko musiało powodować wewnętrzne naprężenia. Te naprężenia później wywołały powstanie gór, ale to już poza Kanionem. Podobnie chyba wyjaśnia koszerna geologia, tylko że u Hovinda niepotrzebne są „miljony lat” więc to jego wyjaśnienie musimy przyjąć za prawdziwe. Brzytwa Ockhama.
    Podobne formacje geologiczne widziałem nie tak dawno na wielkiej budowie autostrady. Przelewająca się kałuża błota pozostawiła w środku podobne formy, jak w Wielkim Kanionie, choć w sporo mniejszej skali. Dlatego uważam to wyjaśnienie za wiarygodne.

    //Jedne rzeki powstają inne zanikają, w zależności od ukształtowania terenu, klimatu, intensywności opadów. I tak działo się we wszystkich epokach geologicznych. Podobnie z jeziorami. I rzeki i jeziora zawsze występowały, tylko że nie są to te same rzeki i jeziora od początku.//

    A czy pozostały jakieś ślady po starych (wielkich) rzekach sprzed „miljonów lat”? Bo po starorzeczach istniejących rzek ślady zostają, to wyschnięte koryta czy też stare koryta przekształcone w jeziora czy bagna. Poza tym mamy ślady po wielu rzekach okresowych funkcjonujących w różnych suchych okolicach w naszej epoce geologicznej (kilka-kilkanaście tysięcy lat).
    Jeżeli nie ma dzisiaj dowodów istnienia starszych rzek niż tysiące lat a tylko spekulacje, to potwierdza się teoria Hovinda, że od paru tysięcy lat mamy „nową epokę geologiczną” spowodowaną jakąś katastrofą kosmiczną, która dramatycznie zmieniła powierzchnię Ziemi, co on skojarzył z żydowską propagandą, Noem i jego arką, itp.

    //Zdjęcia satelitarne nie oddają tego, co oddaje zwykła mapa mapa topograficzna. A na niej wyraźnie widać Nizinę Nadkaspijska, która powstała prawdopodobnie z “zasypania” Morza Kaspijskiego. W znacznie mniejszej skali możemy to zjawisko obserwować w Polsce na Żuławach. Z drugiej strony Dunaj wpada do Morza Czarnego i nie tworzy tam jakiejś imponującej delty.//

    Czyli Nizina Nadkaspijska to stara delta Wołgi, ta od „miljonów lat”?
    Ta teza jest prawdopodobnie błędna. Dostrzegam dwa powody:
    1. Nizina ma dużo szerszy zasięg niż ujście Wołgi. Z dużych całorocznych rzek do tego jeziora wpadają także Ural i Emba, a one nie mają raczej specjalnego potencjału do nanoszenia osadów.
    2. Poza tym delta Wołgi wygląda dość klasycznie, podręcznikowo. Przez Nizinę Nadkaspijską płynie jednym zwartym korytem. Gdyby Nizina Nadkaspijska była starą deltą Wołgi, to powinny się zachować ślady starych i porzuconych koryt delty, czy to jako jeziora, bagna, czy suche wąwozy. Tymczasem przez Nizinę Wołga płynie jednolicie aż do delty, zresztą podobnie do Wisły. Tak samo płyną przez Nizinę inne rzeki, Ural i Emba, zresztą z zupełnie innych stron.
    Rodzaj osadów dostępnych na Nizinie (sól) wskazuje że Nizina to pozostałość po wysychającym Morzu Kaspijskim. Mówią że w samym XX wieku delta Wołgi znacząco zwiększyła powierzchnię dzięki stałemu obniżaniu się poziomu Morza.

    //A dlaczego są błędne? Mógłby Pan uzasadnić dlaczego rzeka płynąca, kiedyś wcześniej, miałaby inaczej erodować, inaczej odkładać niesioną przez siebie zawiesinę?//

    Mamy okazję zaobserwować skalę dzisiejszych rzek. I niewiele wskazuje że ich wiek jest starszy niż kilka-kilkanaście tysięcy lat, w każdym razie istniejące delty na to nie wskazują.
    Klimat może się zmieniać, rzeki mogą wysychać, zmieniać bieg. Ale gdyby fenomen rzeki jako sposobu przemieszczania wód na Ziemi był starszy niż kilka-kilkanaście tysięcy lat, to musiałyby gdzieś istnieć pozostałości rzek, które przestały pełnić tą funkcję wiele tysięcy czy miliony lat temu z jakichkolwiek powodów. Musiałyby istnieć pozostałości rzek – koryta, delty, doliny, starorzecza, itp. Do takiego wniosku prowadzi nas chyba aksjomat aktualizmu?
    Suchy klimat w przeszłości nie jest wyjaśnieniem. Koszerna historia naturalna twierdzi, że węgiel i ropa naftowa to pozostałości dawnego życia organicznego. Ilość tych pozostałości – a ropa jest wszędzie, węgla także nie brakuje – wskazuje że przynajmniej w pewnych epokach życie organiczne musiało być bardzo bujne. Do niego potrzebna jest woda. Poza tym wiemy że zwierzęta i rośliny funkcjonują na Ziemi od „miljonów lat”.
    Wykazałem że mądrość uczonych w piśmie o relatywnej młodości rzek nie jest spójna z całą koncepcją (aktualizm). Przedstawił Pan spekulacje, że kiedyś, w trakcie „miljonów lat” też mogły istnieć rzeki. Więc pytam – skąd o tym wiemy? Gdzie mamy ślady rzek sprzed „miljonów lat”?

    Bardziej ogólne pytanie: czy w koszernej nauce geologii istnieje jakaś procedura okresowej weryfikacji aksjomatów? Czy możliwe jest zanegowanie prawdziwości dogmatów, na których codziennie opiera się na nauka? Jeśli nie ma takiej procedury to obawiam się, że historia naturalna zabrnęła tam, gdzie znajduje się dzisiaj teologia chrześcijańska.

    Like

  18. “Ale gdyby fenomen rzeki jako sposobu przemieszczania wód na Ziemi był starszy niż kilka-kilkanaście tysięcy lat, to musiałyby gdzieś istnieć pozostałości rzek, które przestały pełnić tą funkcję wiele tysięcy czy miliony lat temu z jakichkolwiek powodów.”

    W środowisku rzecznym powstaje warstwowanie skośne i takie warstwowanie jest obecnie w wielu formacjach geologicznych w różnych okresach. Można je zobaczyć w Górach Świętokrzyskich, w Górach Stołowych. Spotyka się je w rdzeniach wiertniczych.

    “Bardziej ogólne pytanie: czy w koszernej nauce geologii istnieje jakaś procedura okresowej weryfikacji aksjomatów?”

    Prawa i zasady są stałe albo ich nie ma. Prawo z założenia musi być niezmienne, bo w przeciwnym razie niczego mamy do czynienia z chaosem.

    Like

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out /  Change )

Google photo

You are commenting using your Google account. Log Out /  Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out /  Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out /  Change )

Connecting to %s