Dawno temu w Ameryce

Już mam dość tego cyrku. Męczy mnie to i szukam ucieczki. W takich sytuacjach wracam do książek, które kiedyś czytałem. Książki, zwłaszcza te papierowe, mają tę zaletę, że nie zmieniają się. Czasy się zmieniają, a one – nie! Kiedyś czytałem „Faraona” Prusa i ta powieść nie wydała mi się zbyt interesująca, nawet nudna – co to ma wspólnego z naszą rzeczywistością? Czasy się zmieniały. Wróciłem do niej po latach, po przemianach, i ja też już inny, i… szok! Czytam i wszystko jest aktualne, nawet odnalazłem w niej „naszego” Jony Danielsa. Na początku 2018 roku przeczytałem powieść, a właściwie sagę – „Kapelusz cały w czereśniach” Oriany Fallaci, a teraz wróciłem do niej i nie mogę się nadziwić, jak bardzo inaczej odbieram ją teraz. Tak bardzo dużo się zmieniło od tego czasu, a to tylko niecałe trzy lata! To, czego wtedy nie zauważałem, nie dostrzegałem, teraz widzę wyraźnie. Wtedy nie zwróciłem uwagi na opis Ameryki z połowy XIX wieku, a szczególnie – miasteczka Virginia City. Bo jeszcze nie wiedziałem, co to jest dystans społeczny, przymusowa maseczka, terror sanitarny i psychiczny. Czy ten Dziki Zachód był taki dziki? A jeśli tak, to mimo wszystko bardziej ludzki, o wiele bardziej ludzki niż terror sanitarny. Zabijanie, okradanie, oszukiwanie i wiele jeszcze innych grzechów, to są ludzkie cechy, ale zmuszanie ludzi do niezgodnych z ich naturą zachowań jest nieludzkie. Łatwiej to zrozumieć, gdy porównamy obie te skrajności – amerykańską, opisaną poniżej i – obecną, której opisywać nie trzeba, bo jej doświadczamy na co dzień.

Ameryka w czasach pionierskich nie była jeszcze skonsolidowanym państwem i jej obywatele, jeśli tak ich można nazwać, mieli duże pole manewru. Sami sobie tworzyli swoje niepisane prawa, swój kodeks postępowania i wszyscy byli tego świadomi, że ich los jest w ich rękach. Ich życie było surowe, często brutalne. Oni mieli świadomość, że w każdej chwili mogą zejść z tego świata, ale też wiedzieli, że i oni mogą wymierzyć sprawiedliwość, tak jak ją rozumieją, bo każdy miał kolta lub strzelbę. Ta idea nadal jest jeszcze żywa w Ameryce, przynajmniej w niektórych stanach. To dużo! My, tu w Polsce, możemy sobie tylko poruszać palcem w bucie.

Ta Anastasia, o której pisze Fallaci, to jej prababka. Była pół-Polką i to, jak do tego doszło, opisuje w swojej sadze. Jest to bardzo ciekawy wątek, do którego wrócę w następnym blogu. W tym jednak chciałbym się skupić na tym, jak wyglądała Ameryka w czasach, gdy państwo było słabe i jego obywatele sami sobie organizowali swoje życie. Wybrałem dwa fragmenty. Jeden to opis Nowego Jorku, drugi – miasteczka Virginia City. Bo od Nowego Jorku zaczęła się amerykańska przygoda Anastasii, a skończyła się w Kalifornii.

Fallaci pisała tę sagę 10 lat, do samej śmierci w 2006 roku. W trakcie jej pisania korzystała nie tylko z rodzinnych przekazów i dokumentów, ale penetrowała archiwa, księgi parafialne, docierała do dokumentów z epoki itp. Od początku lat 60-tych częściej mieszkała w Ameryce w Nowym Jorku niż we Włoszech. Dzięki temu łatwiej było jej tam śledzić losy swojej prababki. „Wśród wielu postaci – pisał o swojej ciotce Edoardo Perazzi – ulubioną była Anastasia, do której Oriana czuła najwięcej sympatii i której poświęciła czwartą część powieści. Kapelusz cały w czereśniach zamyka się w 1889 roku jej śmiercią i małżeństwem Antonia Fallaciego i Giacomy Ferrier (córka Anastasii – przyp. mój), dziadków Oriany, rodziców jej ojca Edoarda, którzy w niektórych miejscach sami stają się narratorami.” Drugie imię Fallaci, po prababce, to właśnie Anastasia.

»Zadaję sobie pytanie, co czuła Anastasia, gdy John wiózł ją na Irving Place, a jednocześnie próbuję wyobrazić sobie miasto, w którym miała przeżyć prolog swej amerykańskiej przygody. Z wyglądu Nowy York był bardzo odmienny od dzisiejszej metropolii. Nie istniały jeszcze nawet słynne mosty, od stu lat łączące Manhattan z Brooklynem i New Jersey. Żeby przebyć Hudson lub East River, trzeba było wsiąść na prom. I naturalnie nie było jeszcze drapaczy chmur. Nie było świecących szyldów, migoczących świateł, elektryczności. Nie istniały Times Square, Park Avenue ani Statua Wolności. Budynki nie były wyższe niż na sześć lub siedem pięter, Edison nie wymyślił jeszcze żarówki, dlatego też używano wciąż oświetlenia gazowego, a na miejscu Times Square znajdował się zbiornik wodny. Na miejscu Park Avenue tunel kolejowy tak zwanej Hudson Line. Tam, gdzie dziś wznosi się Statua Wolności, znajdowała się wysepka usypana ze śmieci wyrzucanych przez przepływające obok statki. Jednak była to już budząca szacunek metropolia, która liczyła osiemset tysięcy mieszkańców, dużo więcej niż Filadelfia, gdzie żyło wówczas pięćset czterdzieści tysięcy. Cztery razy większa od Bostonu czy Chicago i szesnaście razy większa od stolicy konfederatów, Richmond, które w czasie wojny rozrosło się do pięćdziesięciu tysięcy mieszkańców, i dziesięć razy większa od Waszyngtonu, zaledwie osiemdziesięciotysięcznego. Zarazem była to połowa ludności Paryża, w którym mieszkało milion sześćset tysięcy osób, i jedna trzecia ludności Londynu, liczącego wtedy dwa miliony trzysta tysięcy mieszkańców. Daremnie szukać by śladów bohaterskiej przeszłości miasta z czasów, gdy nazywało się Nowy Amsterdam i holenderscy pionierzy zabierali je Indianom: nawet siedemnastowieczne cmentarze zostały usunięte, by zrobić miejsce pod domy. Było to także miasto bogate. Centrum finansowe kraju, kolebka Wall Street, siedziba dziewięćdziesięciu jeden baków, w których złoto płynęło strugami, niczym lawa po erupcji wulkanu. A także miasto brudne, niebezpieczne, niespokojne, o wysokim wskaźniku przestępczości. Śmieci rosły tygodniami w sterty wysokie na trzy metry, nikt nie zbierał psich i końskich odchodów, od szkodliwych wyziewów można było zachorować na świerzb, cholerę lub tyfus, i pomimo zniesienia niewolnictwa w porcie przemycano jeszcze wielu niewolników. Praktyka, za którą prawo teoretycznie przewidywało karę szubienicy, ale na którą skorumpowani urzędnicy przymykali oko. Nie przypadkiem rok 1864 zamknął się smutnym bilansem stu tysięcy zabójstw, ataków nożowniczych, oszustw i porwań. Nie bez powodu konfederaci uważali Nowy Jork za siedlisko hipokryzji, miasto bez serca, bez zasad, bez moralności i bez Boga.

Z drugiej strony, być może właśnie z tego powodu, była to najbardziej frywolna metropolia Ameryki, a być może i całego świata. Lunapark dla dorosłych. Oprócz dziewięćdziesięciu jeden banków było tam również czterysta sześćdziesiąt burdeli, pięćdziesiąt dwa domy uciech, setki barów, piwiarni, palarni opium. Były także baseny publiczne dla panów i pań (baseny, w których można było pływać bez ubrania), korty tenisowe, pola golfowe, boiska do strzelania z łuku, tory wrotkowe i łyżwiarskie, dwa hipodromy, stadion do gry w polo, drugi do gry w baseball , klub jachtowy organizujący zawody żaglówek oraz niezliczona liczba dance houses, czyli sal tanecznych. Istniały tam także dziesiątki teatrów, między innymi Academy of Music, Winter Garden oraz Barnum’s American Museum: gigantyczny cyrk, w którym obok klownów, akrobatów, iluzjonistów, lwów, tygrysów i słoni pokazywano także wybryki natury w rodzaju braci syjamskich czy cieląt o dwóch głowach, Żywego Szkieletu (niewiarygodnie chudego człowieka) i miss Jane Campbell – dziewczyny ważącej prawie pół tony, która sama określała siebie jako „największą górę mięsa istniejącą kiedykolwiek w ciele kobiecym”. Na przybyszów czekały tuziny hoteli – w porównaniu z nimi najbardziej luksusowe transatlantyki wydawały się kurną chatą. Między innymi bajeczny hotel Astor, gdzie kurczaka przygotowywano na szesnaście różnych sposobów, a szampan lał się strumieniami, albo ultranowoczesny Fifth Avenue Hotel, w którym na wyższe piętra wjeżdżało się perpendicular railway, pionową kolejką, innymi słowy: windą. Urządzeniem gdzie indziej nieznanym. Zresztą jeśli nie umarłeś z głodu i nędzy, w Nowym Jorku wszystko mogło stać się źródłem rozrywki. Wszystko! Obłąkany ruch uliczny na Broadwayu, gdzie setki karet, powozików, wozów, dwukółek pędziło pomiędzy tramwajami ciągniętymi przez sześć koni i omnibusami: zabawne dorożki z woźnicą siedzącym na dachu, zatrzymujące się na żądanie. (Żeby wysiąść, trzeba było pociągnąć za sznurek przywiązany do lewej stopy dorożkarza i krzyknąć „Stop”!). Skandaliczne sklepy przy Bowery, w których można było kupić każdy najbardziej fantastyczny przedmiot lub lek, włączając w to słynną maść do przedłużenia stosunku miłosnego. Niedyskretne rozprawy w aulach Sądu Cywilnego, gdzie każdego roku przeprowadzano dziesiątki rozwodów. Chamstwo Vanderbiltów , Stewartów, Pierpontów, Morganów, którzy w swoich magnackich rezydencjach mieli złote nocniki i służbę w liberii ( składały się na nią: kaftan z adamaszku, atłasowe szelki, jedwabne pończochy, koronkowa koszula, a czasem nawet turban). Arogancja sufrażystek, które paliły w towarzystwie, gardłowały za antykoncepcją, a w razie konieczności dokonywały aborcji w klinice madame Restell (działającej za zezwoleniem burmistrza). Co prawda wojna, mimo iż toczyła się daleko na Południu, nieco przykróciła te niebywałe ekscesy i pociągnęła za sobą inflację. W 1865 roku płaszcz mógł w Nowym Jorku kosztować pięćdziesiąt dolarów – równowartość miejsca w trzeciej klasie na transatlantyku. Obowiązkowy pobór do wojska i praktyka zastępstwa, przeciwko której najbiedniejsi daremnie organizowali burzliwe protesty, sprawiła, że śmierć zebrała obfite żniwo. W rezultacie na ulicach licznie pojawiły się kobiety w żałobie, matki i wdowy w czarnych welonach. Wojna nie zmieniła jednak obyczajów bezbożnego miasta, a wręcz przeciwnie, zdwoiła jego cynizm. Dlaczego? Bo dzięki dostawom wojskowym bogacze stali się jeszcze bogatsi, sprzedając swe towary zarówno wojskom Północy, jak i konfederatom. Tym drugim, dzięki statkom płynącym na Bahamy. Business is business, my dear, and favours neutrals. Interesy to interesy, mój drogi, i najlepiej służą tym, którzy zachowują neutralność.«

Tak wyglądał Nowy Jork, ale był też Dziki Zachód, który my znamy z westernów. Jest to jednak obraz jednostronny. W poniższym fragmencie autorka wierniej oddaje jego rzeczywistość.

Virginia City już nie istnieje, a fotografie z tamtej epoki ukazują miasto dość odmienne od ghost-town odtworzonego, a raczej wymyślonego na użytek turystów. Zamiast prawdziwego miasta ukazują raczej olbrzymią wioskę, składającą się z trzech ulic i skromnych domków z drewna lub z cegieł. Osadę podobną do miasteczek z westernów, z urzędem szeryfa, saloonem i małym bankiem, zamkniętą w górskiej dolinie – Virginia City leżało na zboczu Mount Davidson, gdzie odkryto żyłę srebra, i zewsząd otoczone było przez wysokie szczyty. W 1865 roku miasto niewiele miało zresztą do zaoferowania z estetycznego punktu widzenia. Powstało ledwie pięć lat wcześniej, zastąpiwszy namioty i baraki pierwszego obozowiska górników, i rosło chaotycznie, podporządkowane jedynie potrzebie zapewnienia noclegu hordom, które napływały tam w poszukiwaniu szczęścia. Spekulanci, gracze, górnicy rozczarowani gorączką złota w Kalifornii. Przestępcy, prostytutki, biedacy i awanturnicy wszelkiej maści i narodowości. Amerykanie, Indianie, Meksykanie, Chińczycy, Europejczycy. Nie przypadkiem w tych latach miasto liczyło aż dwadzieścia tysięcy mieszkańców. A jednak było ono właśnie takie, jak opisywała je Lydia. Bo w 1860 roku złoże srebra przyniosło milion dolarów dochodu. W 1861 roku już dwa miliony, rok później siedem, dwa lata potem dwanaście, w 1864 roku aż osiemnaście. Wydobywany kruszec zawierał nawet do pięciu procent złota. Ulice, wybrukowane kamieniami z kopalń lub ubite resztkami pyłu kopalnianego naprawdę świeciły się złotem i srebrem. Klamki, ostrogi, podkowy, wykończenia siodeł rzeczywiście robiono ze srebra. Używano go także do płacenia za towary i dawania napiwków, czasem w formie samorodków, kiedy indziej kawałeczków odcinanych nożem z lasek metalu. Papierowych pieniędzy nikt tam nie chciał, green-back, czyli banknoty, rzucali ci w twarz, a jeżeli chciałeś je wymienić w banku, dawali tylko połowę ich wartości.

W tym miejscu muszę przerwać ten cytat i przytoczyć fragment artykułu (lata 30-te) Louisa Evena (1885-1974) Kim są prawdziwi władcy świata? Autor był propagatorem tzw. Kredytu Społecznego. W nim nawiązuje do tych „greenbacks”. Artykuł ten został przedrukowany przez dwumiesięcznik „Michael”, wydanie promocyjne numer 16, luty 2015. Wytłuszczenia pochodzą od redakcji.

Międzynarodowa finansjera wzięła w posiadanie Amerykę tak samo jak Europę. Chce ona stale utrzymywać i umacniać swoje pozycje. Pewnego dnia pojawił się człowiek, który odważył się przeprowadzić nadzwyczajne uderzenie. Zapłacił za to swoim życiem. Był to największy amerykański prezydent Abraham Lincoln (1809-1865).

Syn kolonizatorów, który nigdy nie chodził do szkoły, ale kiedy nauczył się czytać na kolanach swojej matki, a potem studiował prawo w nocy po swoim ciężkim dniu pracy w lesie lub na polu, został prezydentem Stanów Zjednoczonych w przełomowej epoce, w czasach secesji między północą i południem w kwestii niewolnictwa.

Miał on silne poczucie zdrowego rozsądku i kierowany doskonałą sprawiedliwością uważał, że jeśli prywatne banki emitują pieniądze, które są akceptowane przez społeczeństwo zezwalające na to, żeby pieniądze te wchodziły w obieg jako dług, to suwerenny rząd może zarówno fabrykować je sam, jak i przyznawać im co najmniej tak samo wielki autorytet. W latach 1862-1863 Lincoln poprosił swojego sekretarza skarbu Chase’a o trzy kolejne emisje waluty o całkowitej sumie 450 milionów dolarów.

Były to „zielone dolary” – greenbacks. Zauważmy, że po prawnej batalii między władzą finansową a rządem, 346 milionów dolarów pozostaje do dziś w obiegu i są to nadal tak samo dobre pieniądze, jak pieniądze bankowe. Co więcej, w przeciwieństwie do zadłużonych pieniędzy bankierów greenbacks nie są obciążone ani jednym dolarem długu publicznego Stanów Zjednoczonych. Gdyby ta emisja przeszła przez zwykłe kanały bankowe, oznaczałoby to wzrost amerykańskiego długu publicznego o 10 miliardów dolarów w latach 1863-1938 (procent składany). A gdyby wszystkie pieniądze były emitowane przez rząd, Stany Zjednoczone nie miałyby żadnego długu publicznego. Istnienie długu publicznego wskazuje, że system jest zły i że waluta jest zepsuta od samego początku.

Międzynarodowi bankierzy w pełni zrozumieli skalę czynu dokonanego przez Lincolna, a poniższe uwagi zostały opublikowane przez London Times (jako wyciąg z Journal of Finance) w marcu 1863 r.: „Jeśli polityka finansowa zapoczątkowana przez rząd w Waszyngtonie zostanie utrwalona, rząd będzie dostarczał swoich własnych pieniędzy bez żadnego kosztu, spłaci swój dług publiczny i nigdy więcej już go nie będzie posiadał. Będzie miał całą niezbędną do prowadzenia handlu walutę. Osiągnie dobrobyt bez precedensu w historii cywilizacji ludzkiej. Mózgi i bogactwo świata będą płynąc do Ameryki. Musimy zniszczyć ten rząd, zanim zniszczy on monarchię”.

Rada była następująca. Spisek międzynarodowej finansjery powalił wielkiego wyzwoliciela kulą bandyty. Wszystko pozostało jak dawniej. Prześladowcy ludzkości przyznali, że dobrobyt kraju mógłby z pewnością wynikać z polityki jego rządu, gdyby emitował on bez długu całą walutę potrzebną do życia gospodarczego.

Śmierć Lincolna była katastrofą dla chrześcijaństwa”, pisał Bismarck (dobrze umiejscowiony, żeby rozumieć, co się stało). „Nie było w Stanach Zjednoczonych żadnego wystarczająco wielkiego człowieka, który mógłby zastąpić Lincolna. Pożyczkodawcy podjęli na nowo ofensywę, by zawładnąć bogactwem świata. Obawiam się, że zagraniczni bankierzy z ich chytrością i krętymi sztuczkami dojdą do całkowitej kontroli bogactwa Ameryki i będą go używać do systematycznego korumpowania współczesnej cywilizacji. Nie będą wahali się pogrążyć całego chrześcijańskiego świata w wojnach i chaosie, tak że ziemia stanie się ich dziedzictwem”.

W ostatnim zdaniu przerwanego cytatu Fallaci pisze: „Papierowych pieniędzy nikt tam nie chciał, green-back, czyli banknoty, rzucali ci w twarz, a jeżeli chciałeś je wymienić w banku, dawali tylko połowę ich wartości.” Czyli bankierzy robili wszystko, by zniechęcić ludzi do używania tych zielonych dolarów.

W innym miejscu Fallaci pisze o zabójstwie Lincolna:

Potem, 15 kwietnia, Louise zbudziła Anastasię, podając jej w milczeniu dziennik z czarną obwódką, obwieszczający wielkimi literami: LINCOLN ASSASINATED. Te dwa słowa zapełniały całą stronicę, w miejsce artykułu zaś widniała tylko krótka notka: „Oddajemy numer do druku i nie czujemy się na siłach skomentować wiadomości ani nie dysponujemy bliższymi szczegółami”. Następnego dnia pojawiły się jednak dokładne informacje i tam do licha! Lincolna zabił John Wilkes Booth, brat Juniusa i Edwina! Zrobił to w Ford’s Theater w Waszyngtonie, w loży prezydenckiej wychodzącej na samą sceną. Dzięki swej zawodowej sławie zdołał tam wejść niezatrzymywany przez nikogo, strzeliwszy prezydentowi w potylicę, skoczył pomiędzy aktorów sparaliżowanych w szoku, złamał sobie nogę, ale pomimo to zdążył krzyknąć sic-sempre-tirannis! i zbiec. Teraz polowano na niego w Wirginii, gdzie widziano go przejeżdżającego konno, a jednocześnie szukano jego wspólników.

Na następnej stronie pisze:

W ostatnim tygodniu kwietnia zginął John Wilkes Booth, odszukany w spichlerzu w Wirginii i zastrzelony w tajemniczych okolicznościach przez sierżanta Thomasa „Bostona” Corbetta z 16 Regimentu Kawalerii. W maju i w czerwcu proces ośmiu wspólników Bootha.

Teraz mogę wrócić do przerwanego wątku o Virginia City:

Co więcej, było to naprawdę miejsce, w którym ludzie nie bali się ani Boga, ani diabła i robili, co chcieli. Najchętniej pili i uprawiali hazard. W Virginia City był tylko jeden kościół i dwieście domów gry. Sto dwadzieścia saloonów serwujących alkohol i posiadających również stoły do gry w faraona, w pokera, blackjacka, chuck-a-chuck, czyli gry w kości. Grali wszyscy. Dobrzy i nikczemni, biedni i bogaci, młodzi i kobiety. Gorączka gry dopadała każdego, kto przyjeżdżał do miasta. Nawet tych, którzy nie mieli w ręku talii kart ani kości. Grało się o wszystko. O tygodniową płacę, akcje kopalni, złote zęby, buty, spodnie, koszulę noszoną na grzbiecie, życie. Jeśli chodzi o alkohol, o Jezu! Lokali sprzedających trunki nie dałoby się zliczyć. Dzisiejsze Las Vegas wypada blado w porównaniu z Virginia City. W 1859 roku pierwsi górnicy przytaszczyli z sobą przez Sierra Nevada skrzynie whisky, brandy, rumu, ginu, wódki, absyntu. Teraz alkohol był najważniejszym towarem przywożonym do Nevady i nikt nie był w stanie określić, ile barów, zajazdów, piwiarni istnieje wmieście. Przy samej tylko C Street, głównej ulicy Virginia City, znajdowało się ich sto osiemdziesiąt dwa. Włosi, Hiszpanie, Francuzi preferowali koniak, Anglicy i Amerykanie whisky. Popularne były także koktajle, na przykład Woshoe Drink, piekielna mieszanka na bazie whisky, brandy, absyntu i ulepu – po wypiciu trzydziestu kropli tego trunku padałeś jak trup. Albo Minnie Kiss, pocałunek Minnie, trucizna z rumu, sherry i piwa, która miała taki sam efekt. Oraz Total Destruction, czyli Całkowita Zagłada, której efekty opisywano w ten sposób: „Najpierw się blednie, potem czerwienieje, potem przechodzi się do pozycji poziomej. Na ziemi przyjmuje się wyraz twarzy uśmiechnięty i błogi, po czym natychmiast zapada się w sen. Po przebudzeniu boli głowa i wydaje się, że żołądek jest pełen os, motyli, sosu pieprzowego i witriolu. Ale warto”.

Z taką samą łatwością strzelano i zabijano się nawzajem. „W pierwszych dwudziestu sześciu grobach w Virginia City pochowano ciała zamordowanych”, pisze w Pod gołym niebem Mark Twain, który przez trzy lata pracował w jako reporter w lokalnym „Territorial Enterprise”. A pisał to w roku 1861, potem zabójstwa stały się tak częste, że nie stanowiły żadnej sensacji. Wszyscy posiadali rewolwer lub strzelbę, przedmioty sprzedawane razem z kilofami i łopatami lub w sklepach spożywczych, a różnicę zdań rozwiązywano pojedynkiem. Nie były to jednak pojedynki toczone zgodnie z regułami podyktowanymi przez kodeks honorowy, przewidującymi wręczenie pisemnego wezwania, obecność sekundantów, chirurga, drugiego chirurga, ceremonialne nabicie pistoletów, panowie-jesteście-gotowi, liczę-do-trzech-i-strzelacie. Tylko jeden wystrzał. To były pojedynki takie, jakie się widzi w westernach: staczane od razu w saloonie albo na ulicy. Bang-bang-bang! W 1845 roku ogłoszono Anti-Dueling Law, prawo przeciw pojedynkom, które uznawało za przestępstwo zarówno wyzwanie na pojedynek, jak i zaakceptowanie wyzwania, a także przewidywało oskarżenie o morderstwo w razie zabicia przeciwnika w walce. W praktyce jednak prawo to przez długi czas nie weszło w życie i dalej spokojnie wysyłano ludzi na cmentarz. Zwykle odbywało się to na B Street za pomocą pięciostrzałowego kolta. Magazynek opróżniano na ślepo, nie dbając o zgromadzonych gapiów, dlatego oprócz pojedynkujących się ginęły zawsze trzy czy cztery osoby z tłumu. Pewnego razu zginęło ich osiem, plus obaj przeciwnicy. A powody do wyzwania często bywały błahe. Dieta oparta na alkoholu skłaniała do liberalnego naciskania na cyngiel, toteż w 1865 roku niejaki Bill Bryan, adwokat, zabił górnika popijającego spokojnie piwo just-because-I-felt-like-killing-somebody. Bo-miałem-ochotę-kogoś-zamordować. Strzelały zresztą także kobiety. Zarówno władze, jak i prasa zachęcały je, by zawsze chodziły z bronią, a jeśli zdarzyło im się kogoś zastrzelić, nigdy ich nie skazywano. Często nie stawiano nawet przed sądem. „To nie zbrodnia zastrzelić chama, który cię molestuje, a jeśli klepnie cię po tyłku, masz do tego pełne prawo”. W 1865 roku roku prostytutka imieniem Juanita Sanchez doczekała się triumfalnej rundy za zabicie byłego kochanka Jacka Butlera, który dla żartu wymierzył w nią rewolwer. Co do sprawiedliwości, było to puste słowo. Niewygodnych świadków wypędzało się lub zabijało. Sędziów, ławę przysięgłych i szeryfów można było przekupić, sprawy wygrywali ci, którzy mieli więcej pieniędzy, zresztą i tak na przedstawicieli sprawiedliwości nie należało za bardzo liczyć. Byli zawsze pijani. Jeśli nie pijani, to głupi. Jeśli nie głupi to ciemni. Nie umieli nawet odróżnić „deprawacji” od „deportacji” i w dziewięciu na dziesięć przypadków werdykt brzmiał not guilty, niewinny. W rezultacie przestępstwa mnożyły się jak szarańcza w Utah, i w porównaniu z Virginia City Nowy Jork mógł się wydawać szkołą zakonną dla panienek z dobrych domów. W 1865 roku w jednym tylko dniu odbyły się i zakończyły dwa procesy o zabójstwo, dwa dotyczące pojedynku, pięć w sprawie zamachu na życie, pięć o zranienie nożem. Kradzieży, włamań, oszustw nikt by nie zliczył. „Jeśli pozostanę tu przez sześć miesięcy – napisał w swym dzienniku jakiś uczciwy podróżny – ja także stanę się przestępcą”. A ksiądz z jedynego kościoła w mieście opowiadał: „Wczoraj oczyściłem duszę jednego z parafian. Na pytanie, czy kiedyś kogoś zabił, odpowiedział: tylko dwie lub trzy osoby. Na pytanie, czy dopuścił się oszustwa, odrzekł: najwyżej ze dwadzieścia lub trzydzieści razy. A na pytanie, czy zdarza się mu kraść, powiedział: codziennie, co w tym złego?”.

Ale Lydia nie myliła się też, twierdząc, że Virginia City to raj dla kobiet, zwłaszcza niezamężnych. Bo w tych pierwszych latach istnienia miasta górnicy, spekulanci, oszuści, gracze, awanturnicy nie przywozili ze sobą, jak można się domyślić, żon, córek, sióstr ani kochanek. Na początku brak kobiet był tak dotkliwy, że gdy dyliżans zatrzymywał się na zmianę koni, wszyscy przybiegali zobaczyć, czy nie ma w nim jakiejś kobiety. Jeśli była, zaczynali krzyczeć: „Yes, yes! There is. Oh, God! That’s good for the eyes! O Boże, co za widok dla oczu!” Pewnego dnia żona jakiegoś Kalifornijczyka tak się tym przestraszyła, że zamiast wyjść z powozu, aby odpocząć i zjeść obiad, skuliła się w środku i zaciągnęła zasłony. Wtedy grupa górników ofiarowała mężowi dwieście dolarów, aby namówił ją do odsłonięcia okna i wyjrzenia na chwilę. On ją przekonał i na widok kobiecej twarzy ze dwunastu gapiów zemdlało z wrażenia. W 1860 roku sytuacja trochę się polepszyła: na każdych stu siedemdziesięciu mężczyzn przypadało dziesięć kobiet ( w większości były to oczywiście prostytutki, entraineuses czy hurdy-gurdy girls – dziewczyny do tańca, które brały dwadzieścia pięć centów za obrót, całkiem pokaźna sumka za przetańczenie całego tańca z klientem saloonu). W 1861 roku było już dwadzieścia kobiet na każdych stu siedemdziesięciu mężczyzn, w 1863 czterdzieści, a w 1865 pięćdziesiąt. Jednak to i tak wciąż za mało – i niezamężnej kobiecie wystarczyło wysiąść z dyliżansu, by znaleźć sobie męża. Nawet jeśli była stara i brzydka i kulawa. Poświadczają to także akty ślubu z dołączonymi fotografiami małżonków: obok przystojnego krzepkiego młodziana prawie zawsze stoi matrona, która mogłaby być jego matką. I naturalnie rozwód był równie łatwy do przeprowadzenia jak zawarcie małżeństwa. Największą korzyścią dla kobiet było jednak co innego: szacunek, jaki żywili mężczyźni dla każdej istoty obdarzonej biustem i noszącej spódnicę. Byłam bardzo zaskoczona, wyczytawszy, że kobieta miała prawo strzelić do każdego, kto wyraził się wobec niej obleśnie albo poklepał ją po siedzeniu. Wszystkie książki historyczne są zgodne co do tego, że takie niestosowne sytuacje nie zdarzały się w Virginia City i wśród niezliczonych przestępstw, które tam popełniano, nie dochodziło do gwałtów. „Nie słyszałem o żadnym mężczyźnie, który uchybiłby kobiecie” dodaje podróżnik od dziennika „jeśli-pozostanę-tu przez-sześć-miesięcy-ja-także-stanę-się-przestępcą”. Po pierwsze, nie używało się słowa kobieta. Mówiło się lady, dama. (Obyczaj wciąż rozpowszechniony na zachodzie Stanów). Poza tym w obecności kobiety zdejmowało się kapelusz. Zawsze. Na koniec: kobietę otaczało się opieką. Zawsze. Podawało się jej ramię, ofiarowało pomoc w niesieniu pakunków, pomagało w przejściu przez ulicę. I lepiej było nie rzucać na nią zbyt śmiałych spojrzeń. „Apologize or I blow up your brain. Przeproś albo rozwalę ci mózg”. Zawsze. W odniesieniu do każdej kobiety. Także hurdy-gurdy girls, entraineuses, prostytutek. Jednym słowem, były traktowane jak królowe. Wszystko im wybaczano. Na przykład w teatrze można było gwizdać na aktora. Na aktorkę – nigdy. Nawet jeśli nie umiała grać ani śpiewać. Wręcz przeciwnie, publiczność stawała się wtedy szczególnie wielkoduszna o oklaskiwała ją głośno, rzucała jej samorodki i woreczki ze srebrem i złotem. „Fine!, świetnie! Brawo, bis!” Poza tym bezgranicznie podziwiali kobiety odważne, nieustraszone, przedsiębiorcze i mieli szczególną słabość do tych, które mówiły z silnym francuskim akcentem, to znaczy zaokrąglając r, co było, jak pamiętamy, charakterystyczne dla sposobu mówienia Anastasii. Naprawdę nie potrafię sobie wyobrazić miejsca, które by bardziej do niej pasowało. I pociesza mnie, że o pierwszych latach spędzonych w Virginia City opowiadała nieco obszerniej, z mniejszą powściągliwością i rezerwą. (Opowiadała dziadkowi i babce Oriany Fallaci, a oni jej. – przyp. mój).

Były dwa sposoby kolonizacji. Anglicy rzucali na pierwszy ogień kolonizatorów. Dopiero gdy oni jakoś zagospodarowali się w nowych warunkach, to wkraczało państwo z całym swoim aparatem. Francuzi i Hiszpanie do kolonizacji od początku angażowali państwo. Dlatego kolonizacja Ameryki Południowej wyglądała inaczej. Tam też dużą rolę odgrywał Kościół. Dziki Zachód wyglądał tak, jak wyglądał, dlatego że ludzie sami decydowali o swoim losie i sami organizowali sobie życie. A że wyglądało ono tak, jak wyżej zostało opisane, to tylko świadczy o tym, że ludzka natura, to jest coś, czego nie da się ogarnąć, nie da się przewidzieć ludzkich reakcji i zachowań. I to wszystko teraz nam zabierają. Chcą z nas zrobić automaty, które będą całkowicie przewidywalne.

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out /  Change )

Google photo

You are commenting using your Google account. Log Out /  Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out /  Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out /  Change )

Connecting to %s