Podatki

Parę dni temu na kanale „cepolska” zamieściłem komentarz, w którym pisałem, że to nie wysokie podatki decydują o kondycji polskich przedsiębiorców, tylko brak dostępu do rynku, wynikający ze zbyt wysokiej ceny oferowanych przez nich towarów, co jest spowodowane polityką cenową tych, którzy tym rynkiem rządzą. Komentarz został usunięty. Zapewne z jakichś powodów okazał się niewygodny. A skoro tak, to może warto ten temat przybliżyć.

Mówią, że podatki w Polsce są wysokie. Wszystko zależy od punktu siedzenia. Zapewne dla tych, którzy zarabiają mało są wysokie, ale dla takich programistów, informatyków, lekarzy czy ludzi z branży farmaceutycznej i pewnie wielu innych raczej nie. Nawet dla takich fryzjerów chyba nie. Kiedyś było ich mało, a teraz salony czy zakłady fryzjerskie mnożą się jak grzyby po deszczu. Zupełnie inaczej wgląda sytuacja tych, którzy zajęli się handlem. Dla nich podatki są wysokie.

Generalnie jest tak, że branże, których nie da się zautomatyzować, zmonopolizować, i które wymagają bezpośredniego kontaktu z klientem lub specjalistycznej wiedzy, te branże jakoś sobie radzą na rynku. W przypadku handlu słyszymy narzekania, że zagraniczne supermarkety i sieci handlowe są zwolnione z podatków, a polscy przedsiębiorcy – nie i to decyduje o ich przewadze konkurencyjnej na rynku. Znaczy, że wysokie podatki a szczególnie ZUS są gwoździem do trumny polskiej przedsiębiorczości i gdyby nie one, to ta polska przedsiębiorczość kwitłaby. Tak bredzi Korwin-Mikke, Michalkiewicz, Sadowski z jakiegoś Centrum Adama Smitha czy Gwiazdowski i pewnie jeszcze paru innych.

Wszyscy ci panowie są w takim wieku, że powinni dobrze pamiętać lata 90-te, a zwłaszcza ich pierwszą połowę. Wtedy prywatny handel rozwijał się. Nie straszna mu była wysoka inflacja i podobne odsetki od kredytów. Starczało tym ludziom na podatki i na ZUS, a ich wysokość była proporcjonalnie taka sama jak obecnie. Co więcej, były jeszcze pieniądze na inwestycje. Dlaczego było tak dobrze, a dziś jest tak źle? Bo wtedy rynek, cały rynek, należał do tych przedsiębiorców. Nie mieli konkurencji z zagranicy.

Wszystko zaczęło się zmieniać, gdy zagraniczne firmy zaczęły przejmować polski rynek. „Polski” rząd wydatnie im w tym pomagał. Nie tylko poprzez zwolnienia od podatków, ale również poprzez ustawę o przetargach, wedle której jedynym kryterium, decydującym o wyborze oferenta była cena. Z pozoru wygląda to na dbanie o finanse państwa, ale tylko z pozoru. Wiadomo, że w wielu branżach firmy państwowe stanowią łakomy kąsek, bo składają duże zamówienia. Ponieważ w Polsce zlikwidowano wszelką produkcję, to polskie firmy handlowe są zależne od dostaw z zagranicy. Nietrudno więc domyślić się, że polski oferent będzie miał wyższą cenę niż zagraniczny. Ktoś może się w tym miejscu oburzyć, że jak to tak!Tak preferować obcych, a nie swoich. Tak to jest możliwe, ponieważ w Polsce rządzą Żydzi, a dla nich Polacy są obcy i trzeba ich niszczyć, bo to jest Polin, a nie Polska, jak jeszcze wielu naiwnie sądzi.

Podobnie wygląda sytuacja na rynku ogólnym. Polscy właściciele sklepów czy hurtowni konkurują z zachodnimi supermarketami czy sieciami typu Biedronka, Lidl, Kaufland, Rossmann itp. Nawet niektórzy klienci wiedzą, że taka Biedronka to sieć portugalska. Taaak. Portugalczykiem to może być trener naszej piłkarskiej reprezentacji. Biedronka należy do portugalskiego Żyda, tak jak Lidl do austriackiego, a Kaufland do niemieckiego, choć podobno jeden i drugi ma tego samego właściciela. Nie wiem tylko czy należą do niemieckiego, czy – do austriackiego Żyda. Wydawałoby się, że w tych trudnych czasach małe sklepy spożywcze nie mają racji bytu. A jednak! Sieć Żabka rozwija się dynamicznie. W 2020 roku przybyło jej w Polsce 1000 sklepów. Ostatnie reklamy hot-dogów i kanapek w tej sieci to m.in.: Kurczaker, Wołowiner. – I wszystko jasne!

Dlaczego polskie małe sklepy nie sprostały konkurencji większych, a Żabce nie groźne wielkie sieci? Bo Żabka to też jest sieć. Czy więc te polskie małe sklepy nie mogły połączyć się i stworzyć własną sieć? A po co sieć? Bo ona może dokonywać zakupów na większą skalę i tym samym jej cena zakupu jest niższa i niższa jest cena sprzedaży dla klienta końcowego. To podstawowa zasada handlu: im więcej kupujesz, tym niższa cena zakupu. Im większe obroty, tym niższa marża i tym samym niższa cena końcowa dla klienta. Proste? Proste, tak jak wtedy, gdy coś tam stoi. No właśnie! A jak nie stoi, to jest wielki problem. I dokładnie jest taki sam wielki problem z cenami. Jak mamy niską cenę zakupu, to wszystko jest proste, a jak – nie, to wtedy jest problem.

Gdy pd koniec lat 90-tych zaczęła pojawiać się zachodnia konkurencja, to polskie sklepy nie potrafiły jej sprostać. Dlaczego? Przede wszystkim dlatego, że miały wyższe ceny sprzedaży. Zachodnie miały niższe i bogatszy asortyment. Klienci masowo przechodzili do tych zachodnich supermarketów, sieci i w końcu do galerii handlowych. I jeszcze psioczyli na polskich sprzedawców, że tacy pazerni, bo drożej sprzedają, czyli że muszą mieć większą marżę. W rzeczywistości mieli mniejsze marże i mniejsze zyski.

Jak to działa? Załóżmy, że wyprodukowanie serka homogenizowanego kosztuje producenta 20gr. Sprzeda on go wielkiej sieci, czy hurtowni za 40 gr. Sieć ustawi sobie cenę sprzedaży na 1,20 zł. Zysk 80 gr. Drobny czy nawet średni sklepikarz kupi ten serek w hurtowni za 80 gr. Żeby mieć cenę sprzedaży taką samą jak sieć, musiałby mieć tylko 40 gr. marży. Przy jego niewielkich obrotach nie wypracuje zysku koniecznego do pokrycia wszelkich kosztów. Musi podnieść cenę. Gdyby chciał mieć zysk taki jak sieć, musiałby ustalić cenę końcową na 1,60 zł. W sieci 1,20 zł, a u niego 1,60 zł. Musi się gimnastykować. Nie może mieć takiej samej ceny jak sieć, ale też nie może mieć takiej samej marży. Próbuje 1,30 zł a może 1,40 zł. Niewiele to daje. Małe obroty, mała marża – droga prosta do bankructwa lub zadłużania się, co na jedno wychodzi.

To jest przykład hipotetyczny. Dla jasności pominąłem też podatek VAT. Chodziło mi tylko o pokazanie mechanizmu i tego jak działa handel. Podałem wysokie marże, bo w branży spożywczej muszą takimi być ze względu na stosunkowo duże straty: psucie się żywności i jej przeterminowanie. Zdawałoby się, że jedynym rozwiązaniem jest łączenie się sprzedawców i dokonywanie wspólnych, większych zakupów, by uzyskać niższą cenę zakupu poszczególnych towarów. Tak to tłumaczył kiedyś Michalkiewicz na jednym ze spotkań ze swoimi czytelnikami. Gdy jeden ze słuchaczy stwierdził, że to w przypadku Polaków niemożliwe, to Michalkiewicz stwierdził, że „jak tak, to tak”, sugerując tym samym, że faktycznie wina jest po stronie przedsiębiorców. Tyle że tak to nie działa i Polacy nie są tu niczemu winni. Łączenie się kilkunastu czy kilkudziesięciu sklepów oznacza, że takim tworem zarządzałoby kilkanaście czy kilkadziesiąt osób. To jest niemożliwe. Gdyby to było możliwe, to w spółkach akcyjnych rządziliby wszyscy akcjonariusze, a rządzi najczęściej jakiś zarząd lub ci, którzy mają pakiet kontrolny akcji. Innym problemem byłoby magazynowanie takiej ilości towaru. Małe sklepy miały małą powierzchnię magazynową. Wymagałoby to stworzenia własnej hurtowni. Jej wynajęcie to koszt. Rozdzielanie towaru na poszczególne sklepy, to zatrudnienie dodatkowych ludzi. To kolejny koszt.

Takie pomysły pojawiały się pod koniec lat 90-tych, gdy już było widać narastające zagrożenie ze strony firm zachodnich. Sam uczestniczyłem w jednej takiej próbie stworzenia grupy zakupowej, więc wiem, co mówię, w odróżnieniu od Michalkiewicza, który jest dziennikarzem i w tych sprawach teoretyzuje. Kiedy na początku lat 90-tych powstawały polskie firmy, to na tyle się rozrosły, że pod koniec tej dekady wiele z nich przekształciło się w hurtownie i supermarkety. Dlaczego więc nie sprostały konkurencji? Zapewne byli tacy, którzy przeznaczali zarobione pieniądze na konsumpcję czy jakieś nietrafione inwestycje, ale większość dbała o rozwój swoich firm. Tym powodem, który położył polski handel była cena zakupu.

Wiadomo, że te wszystkie zachodnie sieci, które weszły do Polski były w rękach Żydów. Handel to ich domena od początku. Jest to kluczowa dziedzina gospodarki, bo najszybciej generuje kapitał i od niego zależni są producenci i ten kto ma sieć sprzedaży decyduje o wszystkim: czy przyjmie towar danego producenta, czy umieści go w atrakcyjnym miejscu, czy wyeliminuje konkurencję producenta danego towaru itp. Ten kto ma taką sieć, kto zajmuje się dystrybucją towarów na cały kraj, ten decyduje też o tym, komu sprzedaje i w jakiej cenie. Eliminacja więc odbywa się w ten sposób, że temu, kogo chce się pozbyć z rynku, daje się wyższą cenę sprzedaży niż innym. Może więc być tak, że nawet stosunkowo niewielka firma utrzyma się, jeśli dostanie odpowiednią cenę zakupu. I tak wyeliminowano polskie firmy. A z tych, które zostały, to bynajmniej nie wynika, że ci ludzie okazali się bardziej przedsiębiorczy, mądrzejsi, potrafili dostosować się do zmieniających warunków. W większości tych firm właścicielami są Żydzi. Po 1989 roku tacy cinkciarze i temu podobni zakładali hurtownie. A kto mógł być cinkciarzem w PRL-u? Przeważnie Żyd, jakby ktoś nie wiedział. Bo kogo innego dopuszczono by do obrotu pieniądzem? Handel walutami był oficjalnie zabroniony, ale już ich posiadanie – nie. Więc ogłoszenie w gazecie: „powracającemu z zagranicy sprzedam”, oznaczało, że sprzedam za dolary lub marki.

Mając odpowiednią ceną zakupu można całkiem nieźle sobie radzić na rynku, nawet przy stosunkowo niewielkich obrotach. Dlatego ten czynnik jest ważniejszy niż podatki i ZUS. Cena decyduje o dostępie do rynku, dzięki czemu firma generuje odpowiednie zyski pozwalające na opłacenie wszelkich kosztów. Skupianie się na podatkach i ZUS, to odwracanie kota ogonem. A dlaczego te wszystkie Korwiny, Michalkiewicze, Gwiazdowskie, Sadowskie uczepili się tych podatków? Dla odwrócenia uwagi, żeby przypadkiem ktoś nie zorientował się, że to nie państwo jest wszystkiemu winne, że jest jeszcze ktoś groźniejszy od tego państwa i że cały ten ich liberalizm to pic na wodę fotomontaż. Inna sprawa, że podatki dlatego są tak wysokie i uciążliwe dla wielu, w porównaniu z innymi krajami, bo polski rząd, to rząd żydowski. I tak jest od 1989 roku, a i wcześniej było podobnie. Ten rząd gardzi polskim podatnikiem i ustami żydowskiego premiera daje do zrozumienia, że Polacy mają pracować za miskę ryżu.

Nie zawsze jednak musi to działać w ten sposób, że jedynym instrumentem jest cena. Johann Frey (Ahasver) napisał w kwietniu 1917 roku w Zurychu memoriał, który odkryto w 1919 roku i opublikowano w Gazette de Lausanne w dniach 30 września, 2 i 4 października. Poniżej jego fragment, a więcej na blogu „Niemcy i Żydzi”.

„Bez agentów żydowskich niemieckie towary nie byłyby zdobyłyby rynku światowego. To samo poczucie rzeczywistości, ten sam duch przedsiębiorczy, ta sama zdolność przystosowywania się i ujmowania klienta, stare zrozumienie wielkiej wartości wciąż rosnącego obrotu, gdyby nawet chwilowo koszty produkcji przewyższały ceny sprzedaży, ta sama łatwość kredytu, to samo zrozumienie konieczności unieszkodliwienia konkurencji – oto, co żydów robi naturalnymi sprzymierzeńcami Niemców w ekonomicznym podboju świata.”

A więc można jeszcze sprzedawać towar poniżej kosztów produkcji, by wyeliminować konkurencję. Gdy już jej zabraknie, to ceny podniesie się, by zrekompensować straty. Tak można działać, gdy rządzi się handlem i finansami. Kredyt też nie dla wszystkich jest na takich samych warunkach. Tak było ponad 100 lat temu i zapewne nie zaniechano tych praktyk. A naiwnym wmawia się, że wolny rynek, wolna konkurencja, a tym, którym nie powiodło się, że nie poradzili sobie, że takie reguły gry, że muszą sobie poszukać innego miejsca lub nawet wyjechać z kraju, jak sugerował im swego czasu „naczelnik” państwa.

Marzec ’68

Nigdy nie miałem dobrego zdania o filozofii. Uważałem, że to nauka czy dziedzina oderwana od rzeczywistości, ale myliłem się. Leon Leszek Szkutnik to autor samouczków do języka angielskiego i niemieckiego, ale również tomików poezji czy refleksji pisanych w tych językach. W jednym z nich wyłowiłem taką perełkę.

Es gibt keine Wirklichkeit an sich. Eine Wirkichkeit kann sich ereignen. Muss aber nicht. Ein unwirkliches Leben nennt man normal. – Nie ma rzeczywistości samej w sobie. Rzeczywistość może się wydarzyć. Może, ale nie musi. Nierzeczywiste życie nazywamy normalnym.

Jeszcze nie tak dawno temu powiedziałbym, że jest to filozofowanie, jakieś chore wymysły. Ale obecnie, w naszej „pandemicznej”, sztucznie wykreowanej rzeczywistości, to już nie jest filozofowanie, to nasza rzeczywistość. Szkutnik napisał, że rzeczywistość może się wydarzyć. Może nie chciał napisać dosłownie, że ktoś tę sztuczną rzeczywistość stwarza, może chciał, by czytelnik sam domyślił się, jaka jest rzeczywistość, czy może nierzeczywistość. Prawie wszyscy chodzą w maskach, choć nie ma żadnego zagrożenia, bo śmiertelność jest na poziomie zwykłej grypy. A że ludzie chorują? Zawsze na coś chorują. W mediach jest tylko jeden temat, inne nie istnieją. Żyjemy w podstawionej rzeczywistości. No właśnie! – W podstawionej. I tę podstawioną zaczynamy uważać za normalną. Czy zatem, oprócz tej podstawionej, istnieje jakaś niepodstawiona? Czy istnieje rzeczywistość sama w sobie? Może więc ta filozofia nie jest taka zupełnie oderwana od rzeczywistości. Od rzeczywistości czy nierzeczywistości?

Ten wstęp był po to, by ułatwić zrozumienie tego, że Marzec 68 był również podstawioną rzeczywistością. To był sztucznie wykreowany konflikt. Przeczytałem wiele artykułów dotyczących tej problematyki, ale najpełniej opisuje to wydarzenie Wikipedia i z niej pochodzą poniższe informacje.

Przykręcanie śruby zaczęło się w parę miesięcy po Październiku ’56. Na początku lat 60-tych pojawiła się w partii frakcja tzw. Partyzantów pod przewodnictwem Mieczysława Moczara. Reprezentowali oni nurt patriotyczno-narodowy i antysemicki. „List 34” z 1964 roku to był protest intelektualistów, dotyczący swobód w dziedzinie kultury. W listopadzie 1964 roku wykluczono z partii Modzelewskiego i Kuronia. W odpowiedzi skierowali oni list otwarty do członków partii krytycznie analizujący sytuację w kraju. Za jego rozpowszechnianie zostali w marcu 1965 roku skazani na 3 lata więzienia. W październiku tego roku zostaje usunięty z PZPR Leszek Kołakowski. Druga połowa lat 60-tych to też szereg procesów twórców takich jak m.in. M. Wańkowicz, który zostaje skazany na pozbawienie wolności, ale wyroku nie wykonano.

Tak naprawdę coś się zaczęło dziać od 5 czerwca 1967 roku, od wybuchu tzw. wojny sześciodniowej, wojny izraelsko-arabskiej. Związek Radziecki potępił Izrael i zerwał z nim stosunki dyplomatyczne. Podobnie postąpiły władze polskie. Zaczęły one organizować wiece w zakładach pracy, potępiające żydowskie „zapędy imperialistyczne”. Jednak większość obywateli sympatyzowała z Izraelem. Tak przynajmniej utrzymuje Wikipedia. MSW i podległe służby zaczęły rejestrować proizraelskie wypowiedzi. Tego typu ludzi określano mianem syjonistów. Czy tak faktycznie było? Być może ludzie faktycznie cieszyli się, że sojusznicy Związku Radzieckiego ponieśli porażkę. Nie sądzę jednak, by ktoś na ulicy czy w innych publicznych miejscach wyrażał swoje zadowolenie. Zaczęto sztucznie kreować antysemityzm, a pretekstem do tego był fakt, że niektórzy cieszyli się ze zwycięstwa Izraela. Tylko czy to był fakt, czy tak ustalono, że ktoś się cieszy? A nawet jeśli ktoś się cieszył, to co z tego? Czy to stanowiło dla kogoś jakieś zagrożenie, a już szczególnie dla państwa?

Wojna sześciodniowa to była wojna pomiędzy Izraelem a Egiptem, Jordanią i Syrią. W tę wojnę zaangażowały się także Irak, Arabia Saudyjska, Kuwejt i Algieria. 13 maja 1967 przewodniczący Prezydium Rady Najwyższej ZSRR Nikołaj Podgorny przekazał egipskiemu wiceprezydentowi Anwarowi Sadatowi fałszywą informację o koncentracji 12 izraelskich brygad przy granicy z Syrią. Wprowadzeni w błąd Egipcjanie byli przekonani, że Izrael przygotowuje się do inwazji. Dlatego ich reakcja była natychmiastowa i zdecydowana. 14 maja prezydent Naser zarządził mobilizację armii i rozpoczęto przerzucanie wojsk na półwysep Synaj, na którym stacjonowały siły UNEF – Doraźne Siły Narodów Zjednoczonych.

Zawsze wydawało mi się, że od rozpoznania zagrożenia zewnętrznego danego państwa jest jego wywiad wojskowy. Niby na granicy z Syrią Izrael skoncentrował 12 brygad, a informacja jest przekazana wiceprezydentowi Egiptu, który oddziela od Izraela Półwysep Synaj, na którym stacjonują wojska ONZ. Skąd więc taka panika, skoro informacja jest niepotwierdzona, a Egipt nie jest bezpośrednio zagrożony?

16 maja 1967 szef sztabu egipskiej armii generał Mohammed Fawzy zażądał wycofania międzynarodowych sił pokojowych UNEF z Synaju. Fawzy napisał w liście do dowódcy sił UNEF: „Do twojej wiadomości, wydałem rozkaz wszystkim siłom zbrojnym Egiptu być gotowym do działań przeciwko Izraelowi, który może przeprowadzić agresywne działania przeciwko jakiemukolwiek państwu arabskiemu. Z powodu tego rozkazu nasze wojsko już jest skoncentrowane na Synaju na naszej wschodniej granicy. Przez wzgląd na bezpieczeństwo wojsk ONZ, które stacjonują wzdłuż naszych granic, proszę abyś wydał rozkaz natychmiastowego ich wycofania”. Dowódca sił UNEF, generał Indar Jit Rikhye, odpowiedział, że musi poczekać na decyzję sekretarza generalnego ONZ.

Sekretarz U Tant podjął próbę negocjacji z Egipcjanami, a następnie 18 maja zaproponował Izraelowi przegrupowanie międzynarodowych sił pokojowych UNEF na terytorium Izraela, by mogły one nadal wypełniać swoją misję rozjemczą na granicy. Wobec odmowy, 18 maja 1967 U Thant wyraził zgodę na ewakuację sił UNEF z półwyspu Synaj i ze Strefy Gazy.

Czyż to nie jest jakaś kpina? Wyraźne kreowanie konfliktu: fałszywa informacja Podgornego, wojska ONZ-tu, ze względu na bezpieczeństwo, wycofują się z terenu, na którym ma być prowadzona wojna, bo tak im zasugerował egipski generał, a sekretarz U Tant wyraża zgodę na wycofanie wojsk ONZ. To już nawet nie jest kpina, to cyrk na kółkach, tym większy, jeśli się porówna siły obu walczących stron.

Siły Izraela i krajów arabskich (Egipt, Syria, Jordania, Irak):

  • żołnierze 264 000 – 310 000
  • samoloty 197 – 780
  • czołgi 1 300 – 1 600
  • działa artylerii 960 – 1700

Straty Izraela i krajów arabskich odpowiednio:

  • zabitych 779 – 20 000
  • rannych 2 563 – 34 500
  • samolotów 46 – 463
  • czołgów 80 – 725
  • dział artylerii 0 – 750

10 czerwca 1967 roku o godzinie 18.30 ogłoszono zawieszenie broni na froncie izraelsko-syryjskim. W momencie wprowadzenia rozejmu wojskom izraelskim brakowało kilku godzin, by dotrzeć do przedmieść Damaszku. Dziwna wojna. Dla porównania stosunek niemieckich do polskich sił w kampanii wrześniowej:

  • działa 10 000 – 4 300
  • czołgi 2 700 – 880
  • samoloty 1 300 – 400
  • żołnierze 1,6 mln – 1 mln
  • zabici 16 843 – 66 000
  • ranni 36 473 – 133 700.

Kampania wrześniowa trwała ponad miesiąc, a tam tylko 6 dni. W kampanii wrześniowej silniejszy przeciwnik wygrał dopiero po miesiącu. W przypadku wojny sześciodniowej słabszy przeciwnik nie tylko nie przegrywa, ale ponosi minimalne straty. W wyniku tej wojny Izrael zajmuje Półwysep Synaj od strony Egiptu i Wzgórza Golan od strony Syrii. Strona arabska miała przewagę praktycznie we wszystkim. Do tego była to wojna na dwa fronty: Egipt od zachodu, pozostałe państwa od wschodniej strony Izraela. Czy wojska arabskie i ich dowództwo było rzeczywiście tak nieudolne, czy to wszystko zostało wyreżyserowane? A jeśli tak, to w jakim celu?

19 czerwca 1967 roku Gomułka wygłasza przemówienie, w którym oskarżył Żydów mieszkających w Polsce o działanie na szkodę państwa. Określił ich mianem piątej kolumny. Podobno taka reakcja była wynikiem rozmowy, podczas której Breżniew zwracał Gomułce uwagę, że towarzysze żydowscy otwarcie krytykują politykę Związku Radzieckiego wobec państwa Izrael. Tak więc w sztuczny sposób podsycano w Polsce nastroje antysemickie. Przeprowadzano czystki w wojsku, milicji, organach bezpieczeństwa i innych instytucjach państwowych. Podobnie było na uczelniach. Usuwano profesorów pochodzenia żydowskiego.

W sumie można by sobie zadać pytanie: z jakiego powodu ich usuwano? Tylko dlatego, że byli Żydami? Przecież mieli obywatelstwo polskie, byli zatrudniani na podstawie jakichś umów o pracę i jeśli nie łamali regulaminu pracy i przestrzegali przepisów prawa, to nie było podstawy do ich zwolnienia. Nie było takiego paragrafu, który dawał podstawę do zwolnienia na podstawie narodowości i na podstawie tego, że ktoś otwarcie cieszył się z sukcesów armii izraelskiej. Poziom tej argumentacji każe przypuszczać, że to właśnie Żydzi byli inspiratorami tej nagonki. A dlaczego nie używali innych argumentów? Innych nie było. Skoro odstawiono taki cyrk jak wojna sześciodniowa, to znaczy, że wszystko można.

Krytyką zajmowali się towarzysze żydowscy. Czy tak było, czy tak powiedział Breżniew? Prawdy nie dowiemy się. Znamy tylko oficjalną wersję i to, że zwolnienia dotyczyły nie tylko towarzyszy żydowskich, ale i wielu innych osób. A czy były to faktycznie zwolnienia, czy te osoby same się zwalniały, podając jako przyczynę antysemityzm? Tego też się nie dowiemy. Jednak masowość zjawiska, z partii zwolniono ponad 8 tys. członków, wskazuje, że chyba nie o krytykę tu chodziło. Co miał do powiedzenia przeciętny członek partii, nawet jeśli był Żydem, i kto by się liczył z jego zdaniem?

W listopadzie 1967 roku przypadała 50 rocznica wybuchu rewolucji październikowej. Z tej okazji przygotowano w Polsce szereg imprez o charakterze propagandowym, kulturalnym i naukowym. Dyrektor Teatru Narodowego w Warszawie Kazimierz Dejmek zdecydował się wystawić w nowoczesnej inscenizacji Dziady Adama Mickiewicza. Premiera odbyła się 25 listopada 1967 roku.

Spektakl nie spodobał się Wydziałowi Kultury KC PZPR w związku z czym zakazano drukowania pozytywnych recenzji. 21 grudnia Kazimierz Dejmek został wezwany na rozmowę z kierownictwem Wydziału Kultury KC. Spektakl skrytykowano za wydźwięk antyradziecki i „religianctwo”. Dejmek argumentował, że utwór nie jest antyradziecki tylko antycarski. Natomiast Gomułka stwierdził, że „Dziady” wbijają nóż w plecy przyjaźni polsko-radzieckiej. Jednak było inaczej. W dzienniku Prawda ukazała się pozytywna recenzja i rozważano wystawienie Dziadów w Moskwie.

Tak to opisuje Wikipedia, ale nie dodaje, że w PRL-u funkcjonowało coś takiego jak cenzura. Nic nie mogło trafić do publiczności, jeśli wcześniej nie zostało sprawdzone i zaakceptowane przez cenzora. I tak było z tym spektaklem. Tę inscenizację musiał wcześniej obejrzeć cenzor i ją zaakceptować. Gdyby Dejmek próbował zrobić coś inaczej, to w pięć minut przestałby być dyrektorem. A skoro tak zrobił, to znaczy, że miał na to zgodę władz. Czyli że władza sama szykowała prowokację. Inna sprawa to to, że do obchodów rocznicy rewolucji wybrano utwór, który w żaden sposób nie nawiązywał do niej. Bo gdyby nawiązywał, to publiczność nie miałaby okazji do żywiołowych reakcji. Wszystko zostało dokładnie wyreżyserowane i prawdopodobnie publiczność również starannie dobrana i poinstruowana, jak ma reagować.

Po czterech pierwszych przedstawieniach poinformowano Dejmka, że spektakl może być grany tylko raz w tygodniu i ma on odnotowywać reakcję publiczności, która podobno wznosiła hasła antyradzieckie i antyrosyjskie. 16 stycznia zawiadomiono Dejmka, że 30 stycznia odbędzie się ostatnie przedstawienie. Po ostatnim, jedenastym przedstawieniu, doszło do manifestacji studentów, którzy złożyli pod pomnikiem Mickiewicza białe i czerwone kwiaty i transparent „Żądamy dalszych przedstawień”. Już praktycznie po manifestacji interweniowała milicja. Aresztowano 35 manifestantów, z których dziewięciu pociągnięto do odpowiedzialności i ukarano grzywnami od 500 do 3000 zł. Wśród ukaranych byli m.in. Andrzej Seweryn i Jan Lityński.

Studenci zaczęli zbierać podpisy pod petycjami do rządu, w których protestowano przeciwko ograniczeniom w kulturze i żądano przywrócenia przedstawień. Najbardziej aktywne było środowisko tzw. Komandosów, w którym prym wiedli Adam Michnik, Henryk Szlajfer, Seweryn Blumsztajn, Jan Lityński, Karol Modzelewski i inni. Nazywali się tak ze względu na fakt, że często znienacka pojawiali się na zebraniach organizacji młodzieżowych, podczas których zadawali kłopotliwe pytania i wygłaszali kontrowersyjne opinie. Pojawili się oni w połowie lat 60-tych.

22 lutego przywódcy ruchu studenckiego podjęli decyzję o zorganizowaniu wiecu w obronie studentów usuniętych z uczelni. Miało to nastąpić w tydzień od zebrania się Związku Literatów Polskich. Zebranie miało odbyć się 29 lutego, a więc data wiecu na UW wypadała na dzień 8 marca. 4 marca usunięto z uczelni Adama Michnika i Henryka Szlajfera za przedstawienie relacji z zajść reporterom prasy francuskiej. 7 marca władze Uniwersytetu Warszawskiego wydały zarządzenie, zgodnie z którym uznano zgromadzenie za nielegalne. 8 marca rano władze aresztowały przywódców studenckiego protestu Szlajfera, Seweryna, Blumsztajna, Lityńskiego, Modzelewskiego i Kuronia.

W południe 8 marca odbył się na dziedzińcu UW wcześniej zaplanowany wiec. Rozdawano ulotki i wzywano do obrony podstawowych praw obywatelskich. Uchwalono rezolucję, w której domagano się przywrócenia praw studenckich Michnikowi i Szlajferowi oraz zwolnienia od odpowiedzialności innych studentów. Gdy studenci rozchodzili się, na dziedziniec wjechało kilka autokarów, z których wysiadły oddziały ZOMO i ormowców ubrane po cywilnemu i zaczęły wyłapywać pojedyncze osoby i wywozić je poza teren uniwersytetu. Około godziny 13-tej prorektor wezwał studentów do rozejścia się. Po kwadransie zgodził się na rozmowy, w wyniku których milicjanci opuścili teren uniwersytetu. Ale już o godzinie 14-tej wrócili ormowcy, a pół godziny później pojawili się umundurowani milicjanci z długimi pałkami. Na dziedzińcu rozpoczęła się akcja pacyfikacyjna. Milicjanci atakowali studentów i pracowników naukowych. Później walki przeniosły się na ulice miasta. Według informacji MSW 9 marca do walki ze studentami na ulicach Warszawy użyto 1335 umundurowanych funkcjonariuszy, 510 cywilnych i 400 ormowców.

Manifestacje i starcia z milicją miały miejsce nie tylko w Warszawie, ale również w Gdańsku, Gliwicach, Katowicach, Krakowie, Lublinie, Łodzi, Wrocławiu, Szczecinie, Poznaniu, Radomiu. Spokojnie było w Białymstoku, Bydgoszczy, Olsztynie, Opolu i Toruniu. 15 marca w Gdańsku odbyła się największa w skali kraju manifestacja. Udział w niej wzięło 20 tys. osób. 1 maja 1968 roku miała miejsce manifestacja we Wrocławiu.

W kilka dni po wydarzeniach 8 marca odbyło się zebranie aktywu spoleczno-politycznego w Komitecie Wojewódzkim PZPR, na którym podjęto decyzję o zorganizowaniu „masówek” w zakładach pracy. Ich uczestnicy domagali się ujawnienia i ukarania wszystkich winowajców awantur, oczyszczenia PZPR z „syjonistów, rewizjonistów i kosmopolitów” oraz wyrażali poparcie dla Władysława Gomułki. Powszechnie używanymi hasłami podczas tych spotkań były: „Literaci do pióra, studenci do nauki”, „Syjoniści do Syjonu”, „Syjoniści do Dajana”, „Oczyścić partię z syjonistów”. Ale najbardziej znane, bo błędne, było: „Syjoniści do Syjamu”. Syjam to obecna Tajlandia. Wiece były transmitowane przez telewizję. Tak więc zadbano o to, by marginalne wydarzenia utrwaliły się w powszechnej świadomości.

19 marca odbył się więc w Sali Kongresowej. Główne wystąpienie należało do Gomułki. Przemawiał przez dwie godziny. Stwierdził, że prawdziwe podziały nie przebiegają na linii robotnicy-studenci, lecz pomiędzy zwolennikami i przeciwnikami socjalizmu. Potępił liderów protestu, a pozostałych nazwał „nieświadomymi”. Skrytykował „Dziady” i zaatakował Związek Literatów Polskich. Skrytykował Stefana Kisielewskiego, Janusza Szpotańskiego i Pawła Jasienicę. Odnosząc się do wiecu na Uniwersytecie Warszawskim stwierdził, że winnymi byli studenci pochodzenia żydowskiego. Podzielił też obywateli Polski pochodzenia żydowskiego na trzy grupy: nacjonalistów, kosmopolitów i tych, którzy uznali Polskę za jedyną ojczyznę. Nacjonalistom, jak stwierdził, jest gotów wydać paszporty emigracyjne. Jako przykład kosmopolity podał Antoniego Słonimskiego, który jeszcze w 1924 roku stwierdził, że nie czuje się ani Polakiem, ani Żydem. Co do trzeciej grupy, to stwierdził, że jedynym miernikiem oceny obywatela polskiego jest jego postawa wobec ustroju socjalistycznego oraz żywotność interesów Polski i Polaków.

A więc pojawił się już pierwszy sygnał, że coś się zaczyna w tej polityce zmieniać. Już nie wszyscy Żydzi są źli, tylko syjoniści. Co więcej, są nawet dobrzy Żydzi, którzy pracują dla dobra Polski.

21 marca Politechnika Warszawska ogłosiła 48-godzinny strajk okupacyjny, a na Uniwersytecie Warszawskim odbył się kolejny więc. Zwolniono kilku profesorów i docentów. 28 marca odbył się ostatni wiec. Po nim władze uczelni skreśliły z listy studentów 34 osoby i zawiesiły w prawach studenta kolejne 11. Pod koniec marca rozwiązano wydziały Ekonomii i Filozofii, cały trzeci rok na wydziale Matematyczo-Fizycznym oraz psychologię na Wydziale Pedagogicznym.

Osoby pochodzenia żydowskiego usuwano nie tylko z uczelni. Z PZPR wyrzucono ponad 8 tysięcy członków, zwalniano z SB i MO, z urzędów centralnych i terenowych, administracji państwowej, wojska, mediów, oświaty, służby zdrowia i środowisk naukowych. Za tą akcją stała przede wszystkim frakcja „Partyzantów”, widząca w rozrzedzeniu dotychczasowych struktur rządzących szanse na awans.

5 maja dochodzi do spotkania Gomułki z egzekutywą Komitetu Wojewódzkiego PZPR w Warszawie. Gomułka podczas przemówienia stwierdza, że wystąpiło szereg wypaczeń, że jedna sprawa to praca, a druga polowanie na Żydów. Co do działań aparatu partyjnego, w rozmowie z Józefem Kępą, stwierdza: „To jest niedopuszczalne w Partii. Jeśli Partia ma być antysemicka, to ja mam w dupie taką partię!” Podczas spotkania kierownictwa partii z Sekretariatem KC (29 maja) Władysław Gomułka poleca zakończyć akcję rozliczeniową. 24 czerwca na zlecenie władz cenzura wprowadziła zalecenie, by zaniechać kontynuowania kampanii.

W czerwcu egzekutywa Komitetu Wojewódzkiego partii w Warszawie kieruje do swoich członków list, w którym stwierdza: „W słusznym dążeniu do poprawy sytuacji kadrowej wystąpiły jednak pewne nieprawidłowości oraz miały miejsce nietrafne i niesprawiedliwe decyzje. (…) Trzeba zwrócić uwagę, że wystąpiły próby wykorzystania sytuacji dla przeprowadzenia porachunków osobistych, dało sobie znać niepotrzebne zacietrzewienie, gromadzenie różnymi metodami i za wszelką cenę tzw. dowodów i argumentów, niekiedy z odległej przeszłości zamiast odpowiedzialnej i rzeczowej oceny (…) (…) Miały miejsce pożałowania godne wypadki przedstawiania świadectwa chrztu jako dowodu polskości. Podejrzenie, iż dany towarzysz jest pochodzenia żydowskiego, było dla niektórych ludzi faktycznym powodem szerzenia różnego rodzaju, częstokroć niesprawdzonych zarzutów. Te z gruntu obce naszej partii metody postępowania, wymagające zdecydowanego potępienia, były niejednokrotnie stosowane przez elementy skorumpowane, pragnące „odegrania się” (…). Partii naszej obce są wszelkie próby wartościowania ludzi według narodowości, obcy jest wszelki nacjonalizm, wszelki rasizm. (…) W procesie politycznego ożywienia wypłynęli tu i ówdzie różni „sezonowi aktywiści”, poszukujący dla siebie taniego poklasku chociażby za cenę krzywdzenia niewinnych ludzi, szerzenia nacjonalizmu i wypaczania sensu naszej polityki.”

W latach 1968-1969 wyemigrowało z Polski około 15 tys. Żydów bądź osób pochodzenia żydowskiego. Wśród nich było m.in. około 500 pracowników naukowych, około 1000 studentów, a także dziennikarze, filmowcy, pisarze i aktorzy. Wyjechało również około 200 byłych pracowników bezpieczeństwa i informacji wojskowej, odpowiedzialnych za zbrodnie stalinowskie. Tak podaje portal DZIEJE.PL.

Cała akcja trwała więc od czerwca 1967 roku do czerwca 1968 roku. Niewątpliwie kierowała tym partia, bo robotnicy, sami z siebie, nie zorganizowaliby wieców w zakładach pracy i w godzinach pracy. Ich udział miał utwierdzić w przekonaniu, że Polacy są antysemitami. Zdjęcie „Dziadów” również było wyreżyserowane, co wyżej uzasadniłem. Dało to pretekst do wywołania protestów i pojawili się niezawodnie Komandosi, którzy już od 1965 roku zdobywali doświadczenie. Do robienia w partii za antysemitów wykorzystano Partyzantów Moczara. Protesty studenckie stały się okazją do usuwania studentów i kadry profesorskiej.

I nagle 5 maja 1968 roku następuje odwrót od dotychczasowej polityki i Gomułka stwierdza, że jeśli Partia ma być antysemicka, to on ma w dupie taką partię. A rok wcześniej sam nazwał Żydów cieszących się ze zwycięstwa Izraela nad krajami arabskimi piątą kolumną. Ktoś, faktycznie rządzący, uznał, że cel został osiągnięty. A poza tym trzeba było skoncentrować się na innych zadaniach. Trwała Praska Wiosna, zainicjowana przez słowackiego Żyda Aleksandra Dubczeka. Zapewne planowano już inwazję na Czechosłowację, a Polska, choć „antysemicka”, miała brać udział w tej bezsensownej operacji, bo tam nic szczególnego się nie działo. Tak jak w Polsce, preteksty wystrugane z kija.

Gomułka, podobnie jak w 1956 roku, dobrze służył Żydom. Początkowo udawał patriotę i mówił o piątej żydowskiej kolumnie, a rok później stał się ich obrońcą. Najprawdopodobniej uznali oni, że swój cel osiągnęli i że trzeba zakończyć tę maskaradę. Kilkanaście tysięcy Żydów uzyskało status uchodźców politycznych na Zachodzie i mogli tam osiedlić się. Czy chodziło tylko o polepszenie losu poszczególnych jednostek? Po co im była potrzebna ta antysemicka kampania? 10 czerwca kończy się wojna sześciodniowa, a 19 czerwca Gomułka już wie, że Żydzi w Polsce działają na szkodę państwa. Związek przyczynowo-skutkowy obu wydarzeń jest wyraźny. Trudno jednak sobie wyobrazić, by wojna sześciodniowa została wywołana po to, by rozpocząć w Polsce akcję antysemicką.

Zapewne tym, co najmocniej spaja żydowską społeczność, jest antysemityzm. Po Marcu obraz Polski jako kraju antysemickiego utrwalił się w Europie i na świecie. Dla Żydów mieszkających w Polsce było to korzystne. Do dziś Marzec ’68 to dla nich koronny dowód na polski antysemityzm. Sami to wszystko zrobili, wykorzystując swoją pozycję w państwie i w PZPR, a winą obarczyli Polaków. A Polacy? Czy trudno dotrzeć do dokumentów, które wyjaśniłyby, w jaki sposób wszyscy ci ludzie byli zwalniani, a może nie zwalniani, tylko sami wyrażali zgodę na rozwiązywanie umów o pracę, zachęcani perspektywą lepszego życia na Zachodzie. Najwyraźniej trudno, bo pewnie Polacy nie mają dostępu do tych dokumentów. Przeszłość, jak powiedział Norwid, to dziś, tylko cokolwiek dalej. Ten rządzi teraźniejszością, kto ma dostęp do przeszłości.

Październik ’56

„Świat jest teatrem, aktorami ludzie, którzy kolejno wchodzą i znikają.” – To oczywiście Szekspir. Jeśli więc świat jest teatrem, to z pewnością jest nią również polityka, która jest chyba najważniejszą z ludzkich aktywności, bo oddziałuje na nas wszystkich i nie ma od niej ucieczki. Politycy kolejno wchodzą i znikają. Kiedyś był Bolek, który stręczył nam drugą Japonię. Dziś jest drugi Bolek, który stręczy nam drugie Chiny. Ale są i inni, jakieś Brauny, Konfederacje i czort wie kto jeszcze. A to tylko fragment tego polskiego spektrum wchodzących i znikających. Zawsze tak było. Ludziom trudno w to uwierzyć, że to jest teatr. Jednak bliższe przyjrzenie się któremukolwiek z polskich przesileń politycznych zmusza do takich refleksji.

Jednym z nich był Październik 56. Wydarzenie, wbrew pozorom, mało znane i na ogół fałszywie interpretowane. Niewielu też chyba starało się to zagadnienie bardziej wnikliwie przeanalizować. Marian Miszalski w swojej książce Najnowsza spiskowa historia Polski pomija to wydarzenie. Zaczyna ją od upadku Gomułki. Czym był więc ten Październik?

Jego analizę wypadałoby chyba zacząć od przybliżenia postaci głównego bohatera tamtych wydarzeń. Władysław Gomułka, bo o niego tu chodzi, urodził się w 1905 roku w Białobrzegach Franciszkańskich. Obecnie jest to dzielnica Krosna. Z zawodu był ślusarzem. Od 1926 roku należał do nielegalnej Komunistycznej Partii Polski. Od 1930 roku był funkcjonariuszem Komitetu Centralnego KPP. Nie był więc w niej szeregowym członkiem. Wprost przeciwnie. Już jako 25-letni młodzieniec był jednym z najważniejszych działaczy KPP. Oficjalnie należał do PPS-Lewica, rozwiązanej przez władze sanacyjne w 1931 roku.

W 1930 roku udał się nielegalnie na zjazd Profinternu w Moskwie. Profintern to była Czerwona Międzynarodówka Związków Zawodowych. Podczas organizowania w 1932 roku strajku w Łodzi został aresztowany i skazany na 4 lata więzienia. Po dwuletnim pobycie w różnych więzieniach otrzymał krótki urlop zdrowotny, podczas którego pod fałszywym nazwiskiem wyjechał do ZSRR.

W latach 1934-35 leczył się na Krymie i przebywał w Moskwie, gdzie ukończył szkołę – Międzynarodową Szkołę Leninowską. Po powrocie do kraju został zawodowym funkcjonariuszem partyjnym działającym w podziemiu. W 1936 roku został skazany na 4,5 roku więzienia za „przygotowywanie zbrodni stanu”. Po agresji III Rzeszy na Polskę został zwolniony z więzienia w Sieradzu i po krótkim pobycie w Warszawie przedostał się do strefy radzieckiej do Białegostoku. Na przełomie lat 1941/42 wrócił na ziemię krośnieńską, gdzie wstąpił do Polskiej Partii Robotniczej. W lipcu 1942, na wezwanie Pawła Findera, przyjechał do Warszawy. Został jednym z przywódców PPR. Po śmierci dwóch członków kierowniczej „trójki” PPR – przywódcy PPR Marcelego Nowotki i dowódcy Gwardii Ludowej Bolesława Mołojca, w styczniu 1943 roku został członkiem kierowniczej „trójki” PPR wraz z Pawłem Finderem i Franciszkiem Jóźwiakiem. 23 listopada 1943 roku na posiedzeniu KC PPR odbytym po aresztowaniu przez Gestapo dotychczasowego sekretarza PPR Pawła Findera objął kierownictwo partii. Kontrkandydatami byli Bolesław Bierut i Franciszek Jóźwiak. Był autorem podstawowych dokumentów programowych, w tym wydanej w 1943 roku broszury O co walczymy? W latach 1943-48 był I sekretarzem KC PPR.

15 sierpnia 1948 roku podjęto uchwałę w sprawie odchylenia prawicowo-nacjonalistycznego. 21 sierpnia Bierut poinformował Gomułkę, że decyzja o jego usunięciu została uzgodniona ze Stalinem. W marcu 1949 roku został Gomułka wiceprezesem NIK, a w listopadzie tego roku – dyrektorem oddziału Ubezpieczalni Społecznej w Warszawie. 2 sierpnia 1951 roku, podczas urlopu w Krynicy, został aresztowany przez grupę funkcjonariuszy Urzędu Bezpieczeństwa. Gomułkę przetrzymywano w specjalnym więzieniu w willi Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego w Miedzeszynie. Potem aż do uwolnienia przebywał w szpitalu.

Pierwsze głosy domagające się wyjaśnień w sprawie aresztowania Gomułki padły na naradzie centralnego aktywu partyjnego, który odbył się na przełomie listopada i grudnia 1954. Decyzję o zwolnieniu Gomułki władze partyjne podjęły 7 grudnia. Gomułkę więziono do 13 grudnia 1954. 6 kwietnia 1956 roku I sekretarz PZPR Edward Ochab poinformował warszawski aktyw partyjny o rehabilitacji Gomułki i oczyszczeniu go z zarzutów. 1 sierpnia Biuro Polityczne zdecydowało o zwrocie Gomułce legitymacji partyjnej. 21 października został wybrany na I sekretarza PZPR. 24 października 1956 roku wygłosił na wiecu ludności Warszawy na Placu Defilad słynne, emocjonalne, 40-minutowe przemówienie zaczynające się słowami: „Towarzysze! Obywatele! Ludu pracujący stolicy!”, które zyskało mu powszechną sympatię, a którego początek przeszedł później do kultury masowej.

To tyle Wikipedia, z której wybrałem pewne fragmenty z życiorysu Gomułki. Czy z takim życiorysem i z taką karierą można mówić o odchyleniu prawicowo-nacjonalistycznym? Przecież on od najwcześniejszej młodości był ideowym komunistą. Odsuwają go od władzy, oskarżając o te odchylenia i kierują go na ciepłe posadki i dopiero po trzech latach aresztują. Ale co to za areszt! Luksusowa willa a później szpital. Też pewnie taki nie dla zwykłych robotników. Po trzech latach zwalniają go w grudniu 1954 roku i prawie przez 1,5 roku nie wiadomo, co się z nim dzieje.

Stalin umiera w marcu 1953 roku. O Gomułce „przypominają” sobie towarzysze na przełomie listopada i grudnia 1954 roku, a więc ponad 1,5 roku później: Pierwsze głosy domagające się wyjaśnień w sprawie aresztowania Gomułki padły na naradzie centralnego aktywu partyjnego… Dopiero trzy lata po aresztowaniu jakieś anonimowe głosy domagały się wyjaśnień. A wcześniej głosy te nie zauważyły zniknięcia Gomułki? Chruszczow wygłasza swój tajny referat o kulcie jednostki i zbrodniach stalinowskich w lutym 1956 roku – trzy lata po śmierci Stalina. Sam z siebie wygłosił taki referat? I dlaczego dopiero po trzech latach? Wynika z tego, że wszystko starannie planowano. Nie było tu żadnych spontanicznych reakcji. Skoro Gomułkę zwolniono na prawie dwa lata przed głównymi wydarzeniami, to znaczy, że już wtedy wyznaczono go na bohatera tamtych wydarzeń. Któż mógł się lepiej do tego nadawać? Patriota, stawiający się władzom radzieckim, więziony. I raptem przychodzi odwilż. Nie wiadomo skąd, ale przychodzi.

Gomułka zostaje wybrany na I sekretarza w dniu 21 października, a w dniu 19 października przylatuje bez zaproszenia delegacja radziecka i rozmawia z Biurem Politycznym i Gomułką. Jeszcze nie jest I sekretarzem, a już z nim rozmawiają. Znaczy, że wiedzą, że nim będzie. A dlaczego mieliby nie wiedzieć, skoro oni te klocki ustawiają? A wojska radzieckie stacjonujące na Dolnym Śląsku i Pomorzu idą na Warszawę. Ale jakoś nie dochodzą. W grudniu 1981 roku podeszły pod polskie granice wojska radzieckie, niemieckie i czeskie. Tylko po co? Przecież nadal były w Polsce wojska radzieckie na Dolnym Śląsku i Pomorzu. – Teatr. Czesi mają na to lepsze określenie – divadlo.

Obszernym opracowaniem na temat Października ’56, a właściwie na temat podziałów w PZPR w tamtym czasie, jest praca Witolda Jedlickiego „Chamy i żydy” zamieszczona w paryskiej „Kulturze” z grudnia 1962 roku. W notce biograficznej o nim można przeczytać:

„Witold Jedlicki ur. w lutym 1929 r. W czasie okupacji ukrywał się z powodu pochodzenia żydowskiego, był aresztowany przez Gestapo. Po wojnie studia na wydziale filozoficzno-społecznym Uniwersytetu Łódzkiego i Warszawskiego. Magisterium w r. 1952 pod kierunkiem prof. Kotarbińskiego. Od r. 1957 praca badawcza w Polskiej Akademii Nauk i dydaktyczna na Uniwersytecie Warszawskim w zakresie socjologii (w stopniu asystenta). Udział w Zespole badającym postawy studentów warszawskich. Autor popularnej książki o psychoanalizie Freuda (Wiedza Powszechna 1961). Wieloletni aktywny członek KLUBU KRZYWEGO KOLA i członek ostatniego Zarządu KRZYWEGO KOŁA. Opuścił Polskę jako emigrant do Izraela. Przyjął obywatelstwo izraelskie.”

Warto zapoznać się z pewnymi fragmentami tego opracowania, by spróbować zrozumieć, o co w tym wszystkim chodziło. Jest ono obszerne, bo liczy 40 stron. Starałem się z niego wybrać to, co najistotniejsze i najlepiej opisuje tamte wydarzenia. Wytłuszczenia moje, a moje komentarze pisane są kursywą.

Słynne tajne przemówienie Chruszczowa z dn. 25 lutego 1956 rozpętało falę masowego niezadowolenia i obudziło potężny ruch oddolny, dążący do szybkiej realizacji daleko idących reform w duchu jak najbardziej demokratycznym. Ruch ten zaczyna wywierać silną presję na kierownictwo partyjne. Podstawowym narzędziem tej presji staje się prasa, opanowana w tym czasie całkowicie przez pozapartyjne (lub partyjne, ale wypowiadające posłuszeństwo dyrektywom kierownictwa partyjnego) elementy konsekwentnie i szczerze demokratyczne. Istniało jednak także szereg innych form tej presji, takich jak publiczne wypowiedzi intelektualistów, tworzenie najrozmaitszych zrzeszeń, demonstracje (z najsławniejszą zbrojną demonstracją Poznańską z dn. 28 czerwca 1956 r. na czele) itd.

Te najrozmaitsze zrzeszenia to m.in. Klub Krzywego Koła, którego członkiem był autor cytowanego opracowania. Presję na władze partyjne wywiera prasa, która podlega tym władzom. Ciekawe. To tak jakby pracownicy Facebooka wywierali wpływ na jego właściciela i zamieszczali teksty sprzeczne z jego linią programową.

Inną formą presji były demonstracje takie jak zbrojna demonstracja poznańska. A więc ustawka, sprowokowanie robotników do strajku, by wywrzeć presję na władzy, a może raczej dać jej alibi. Pierwszy raz w Polsce Ludowej, ale nie ostatni. To był dopiero początek wykorzystywania robotników i innych naiwnych. A nam się wmawia, że Poznański Czerwiec to autentyczny robotniczy zryw i władza tak się przestraszyła, że aż odpuściła.

W obliczu tych wydarzeń część kierownictwa partyjnego zaczyna zdawać sobie sprawę z konieczności radykalnych przemian i przyłącza się do ruchu masowego do tych przemian nawołującego. Powstaje w ten sposób sojusz bardziej liberalnych, bardziej radykalnych, bardziej liczących się z rzeczywistością komunistów z masowym ruchem oddolnym, domagającym się radykalnych reform. Na przywódcę całego obozu zostaje wysunięty Władysław Gomułka. Ostatecznie obóz ten odnosi kolosalny sukces w październiku 1956 r., łamiąc opór sprzeciwiających się reformom stalinowców i eliminując ich od władzy. To, co się wówczas stało, było rodzajem zamachu stanu, który spotkał się z ostrym, popartym demonstracją zbrojną sprzeciwem Chruszczowa i ówczesnego kierownictwa K.P.Z.R. Gomułce udało się jednak wtedy przekonać Chruszczowa, żeby interwencji zbrojnej zaniechał.

Rzeczą powszechnie uznaną jest rola prasy i intelektualistów w rozbudzeniu opinii publicznej i w wywarciu presji na kierownictwo partyjne. Powstaje jednak pytanie, w jaki sposób prasa, w której nic nie może być wydrukowane bez aprobaty cenzury, może wywierać presję na cenzorów lub ich szefów? A więc jedno z dwojga: albo prasa spełniała wówczas dyrektywy kierownictwa partyjnego, albo kierownictwo partyjne dobrowolnie z jakichś powodów godziło się na to, żeby prasa pisała to, co uważa za stosowne. W obu wypadkach nie ma mowy o żadnej presji.

No właśnie! Intelektualiści rozbudzali opinie publiczną. Jakiej nacji oni byli? Prasa nie podlegała presji? Oczywiście, że nie! Ona była w rękach tych, którzy dokonywali tej „odwilży”.

Powszechnie uważa się, że nagły i gwałtowny zryw opinii publicznej na wiosnę 1956 r. był następstwem tajnego referatu Chruszczowa. Ale od razu powstaje pytanie, dlaczego ten referat rozpowszechniano? Przecież w innych krajach bloku go nie rozpowszechniano. Co więcej, dlaczego rozpowszechniano ten referat tak gorliwie, na otwartych zebraniach partyjnych, tak, żeby każdy, partyjny i bezpartyjny, mógł się z nim zapoznać? W tych warunkach poruszenie opinii publicznej musiało być rzeczą łatwą do przewidzenia. Stąd wniosek, że opinię publiczną rozbudzano celowo.

Dlaczego ci sarni ludzie, którzy potrafili ryzykować konflikt zbrojny z Z.S.S.R., byli później tak ulegli wobec presji sowieckiej w tysiącach spraw drobnych, takich np. czy zezwolić na ukazywanie się jakiegoś pisemka literackiego, albo czy zezwolić na wydrukowanie czegoś itp.? Dlaczego Gomułka, na którego poparta demonstracją militarną presja rosyjska nie podziałała w sprawie Rokossowskiego, uląkł się jej w sprawie Piaseckiego, który, jak to powszechnie sądzono, zawdzięczał swoją dalszą egzystencję i dobrobyt poparciu udzielonemu mu przez Moskwę?

Dlaczego? Skąd się bierze ten fenomen świadomego i planowego rozbudzania opinii publicznej w gruncie rzeczy przeciwko sobie? Po co Chruszczow wygłaszał ten swój tajny referat?

W jakim celu Cyrankiewicz, Ochab i Zambrowski w ciągu r. 1956 tak się wysilali, żeby zmobilizować opinię publiczną do krytyki partii i komunizmu? Przede wszystkim możemy odrzucić od razu ewentualność, że ci ludzie robili to ze względu na ukryte, ale szczere sympatie liberalne, które nakazywały im realizować pewien wzorzec ustrojowy uważany za słuszny nawet wbrew własnym interesom. Ani Chruszczow ani polscy leaderzy partyjni żadnych poważnych sympatii liberalnych nie mieli i nie mają. Nietrudno ostatecznie wskazać sytuacje, w których mieli oni okazję okazywania takich sympatii, a ich nie okazywali. Na ewentualny kontrargument, że może tu zachodzić normalne zjawisko zmiany przekonań, jest odpowiedź, że jeżeli za każdym razem zmiana przekonań służy interesom, to rzuca to cień na istnienie jakichkolwiek przekonań w ogóle.

Wspomniałem, że w literaturze na temat XX Zjazdu K.P.Z.R. znalazłem jedną myśl szczególnie interesującą· Mam na myśli przypuszczenie sformułowane na łamach “Kultury” przez Aleksandra Weissberg-Cybulskiego, że celem Chruszczowa było to, żeby stalinowskie metody rozprawiania się z przeciwnikami skompromitować tak doszczętnie, aby w przyszłych walkach o władzę nikomu już więcej nie opłacało się do tych metod uciekać.

Chodziło o to, by nie było w tej walce ofiar śmiertelnych. No bo skoro to jest teatr, to powinno być tak, jak w prawdziwym teatrze. Aktorzy grają, a jak mają być zastrzeleni, to tylko na niby.

Hipoteza Weissberga dowodzi, że może zaistnieć taka sytuacja, kiedy w interesie rządzących leży faktyczne rewoltowanie rządzących przeciwko sobie. Poprzednie moje uwagi zmierzały do tego, żeby wykazać, że taka sytuacja zaistniała w r. 1956 także w Polsce. Dlaczego?

Jeśli w interesie rządzących leży faktycznie rewoltowanie rządzących przeciwko sobie, to kto w takim razie rewoltuje ich przeciwko sobie? Albo ktoś, kto stoi ponad nimi lub, że oni sami ze sobą umawiają się, że będą odgrywać teatrzyk.

Kluczem do rozwiązania zagadki są wydarzenia VI Plenum K.C. P.Z.P.R., które się odbywało w Warszawie w połowie marca 1956. Z różnych niedyskrecji wiadomo już dzisiaj dość dobrze co wtedy zaszło. W Warszawie pojawił się Chruszczow, oficjalnie po to, aby peregrynować pieszo z Nowego Światu na Powązki za trumną Bieruta, faktycznie po to, by nie dopuścić do wyboru na jego następcę nikogo z ludzi Stalina.

Interwencja Chruszczowa stawia grupę kierowniczych komunistów, którzy faktycznie rządzili Polską za czasów Stalina, w położeniu rozpaczliwym. Stanowi dla nich jawną wskazówkę, że przestali się cieszyć zaufaniem mocodawców i tym samym, że ich dni są policzone; że muszą odejść i ustąpić miejsca ludziom nowym, którzy cieszą się zaufaniem nowych ludzi na Kremlu.

Kto należał do tej grupy i kim byli ludzie, na których obecnie stawiał Chruszczow? Ludzie, którzy faktycznie rządzili Polską w czasach Stalina, to przede wszystkim Bolesław Bierut, Roman Zambrowski, Jakub Berman, Hilary Minc i Franciszek Mazur. Ta piątka miała oczywiście całą armię dependentów, którzy zapewniali jej większość, gdzie tylko było potrzeba. Po śmierci Bieruta na czoło grupy wysuwa się wyraźnie Zambrowski. Natomiast Mazur, który zaczyna zerkać na stronę przeciwną, próbując, zresztą bezskutecznie coś z łaski Kremla dla siebie wyżebrać, zostaje przez grupę wyraźnie odsunięty. W sztabie grupy znajdują się w tym czasie m.in.: Jerzy Albrecht, Antoni Alster, Tadeusz Daniszewski, Ostap Dłuski, Maria Federowa, Romana Granas, Piotr Jaroszewicz, Helena Jaworska, Leon Kasman. Julian Kole, Wincenty Kraśko, Władysław Matwin, Jerzy Morawski, Marian Naszkowski, Mateusz Oks, Józef Olszewski, Jerzy Putrament, Mieczysław Rakowski, Adam Schaff, Artur Starewicz, Jerzy Sztachelski, Roman Werfel i Janusz Zarzycki. Niewątpliwie zbliżona do tej grupy jest większość byłych PPS-owców w K.C., konkretnie Józef Cyrankiewicz, nieżyjący już dziś Tadeusz Dietrich, Henryk Jabłoński, Oskar Lange, Lucjan Motyka, Adam Rapacki, Marian Rybicki i może przede wszystkim Andrzej Werblan. W swoim czasie poważną rolę odgrywali, dziś już całkowicie odsunięci sekretarze komitetów wojewódzkich największych miast: Stefan Staszewski i Stanisław Kuziński z Warszawy, Michalina Tatarkówna-Majkowska z Łodzi oraz Jan Kowarz z Wrocławia.

Grupa przeciwna składa się przeważnie z młodszych stażem członków K.C., zbuntowanych przeciwko piątce i gorliwych w zaprowadzaniu w Polsce nowego kursu, wyznaczonego przez Moskwę. Na czoło grupy wybija się Zenon Nowak. Na nieco niższym szczeblu jest kilku energicznych, ale wyjątkowo brutalnych i wyjątkowo niedoświadczonych działaczy jak Stanisław Brodziński, Wiktor Kłosiewicz, Władysław Kruczek, Stanisław Łapot, Kazimierz Mijal, Bolesław Rumiński, Jan Trusz i Kazimierz Witaszewski. Poparcie Moskwy zapewnia tej grupie automatycznie posłuszną solidarność ze strony niedotkniętej ekskomuniką Chruszczowa części Politbiura: stąd w tym czasie z grupą tą sympatyzują tacy starsi działacze jak Aleksander Zawadzki, Konstanty Rokossowski, Franciszek Jóźwiak, Hilary Chełchowski i Stefan Matuszewski. Wszystkich ich razem nazywano później “Natolińczykarni”. Natomiast na określenie pierwszej grupy w żargonie partyjnym utarła się nazwa ,”Grupa Puławska” . Nazwa ta nigdy jednak nie spopularyzowała się tak dalece jak poprzednia i o ile przeciętny Polak potrafiłby z łatwością odpowiedzieć na pytanie, Co to jest “Natolin”, rzadko kiedy umiałby wyjaśnić, co to są “Puławy”. Ale menadżerzy tych grup nazywają się wzajemnie od dawna inaczej. Dla Puławian Natolińczycy to “chamy”, a dla Natolińczyków Puławianie to “żydy”. Obie nazwy świadczą chlubnie o ideologicznym wyrobieniu i głębi socjalistycznych przekonań jednych i drugich.

Zaraz po VII Plenum K.C. zostają szeroko roztrąbione pierwsze informacje o Natolińczykach. Poza informacjami o ich antysemityzmie podkreśla się w szczególności ich antyinteligenckość, ich stalinowskie poglądy i nawyki oraz ich powiązania z ambasadą radziecką. Ostatnia informacja była bez wątpienia prawdziwa. Także informacja o antyinteligenckości Natolińczyków była prawdziwa, niezależnie od faktu, że ten moment nie bez powodu był wysunięty na plan pierwszy. Do stylu działania Puławian należało bowiem zawsze zaczynanie “od góry” społeczeństwa. Każdy działacz tej grupy miał prywatne powiązania z jakimiś środowiskami intelektualnymi lub artystycznymi, przeważnie warszawskimi. Każdą plotkę, każdą sugestię, każdą inspirację puszczano w obieg przede wszystkim tymi kanałami; dopiero później rozchodziły się one po całym społeczeństwie i po całym kraju. Rzecz prosta, informacja o antyinteligenckości Natolińczyków dla tych środowisk musiała mieć walor szczególnie mobilizujący; ona w pierwszym rzędzie zapewniała Puławianom poparcie tych środowisk. Natomiast jeżeli chodzi o stalinizm Natolińczyków, to ta etykieta jest w stosunku do nich uzasadniona na pewno nie bardziej, a może nawet trochę mniej, niż w stosunku do Puławian. Za czasów Stalina Natolińczycy w opozycji nie byli z pewnością i dyrektywy spełniali gorliwie. Ale gwardia stalinowska w Polsce, to przede wszystkim Puławianie, a Natolińczycy to raczej ludzie Chruszczowa. Natolińczycy domagali się odpowiedzialności personalnej za zbrodnie U.B., podczas gdy Puławianie wywijali się jak mogli i zrobili wszystko, żeby sprawę utopić. Oczywiście było w tej taktyce natolińskiej sporo demagogii i są wszelkie dane, aby sądzić, że ta odpowiedzialność miała też pewne, z góry zakreślone granice. Ale mimo wszystko sam fakt, że Natolińczycy dyskusję na ten temat prowokowali, a Puławianie bali się jej jak zarazy, o czymś świadczy.

Decydująca batalia zostaje rozegrana przez Puławian niezwykle zręcznie mimo, że nie odnoszą oni w końcu sukcesu tak olśniewającego, jaki sobie wymarzyli. Przede wszystkim udaje im się w końcu zjednać sobie Gomułkę. Pozbawiony własnych ludzi w aparacie partyjnym i możliwości realizowania własnych zamierzeń, Gomułka ma do wyboru bądź pozostać na uboczu, bądź stać się figurantem którejś z ubiegających się teraz o firmę jego nazwiska frakcji. Niewątpliwie do obu frakcji odnosi się ze wstrętem: jeżeli w końcu wybiera mniej wskazujących gotowości do ustępstw wobec niego Puławian, to niewątpliwie decyduje tu moment zależności Natolińczyków od ambasady sowieckiej. W długich, przeciągających się targach z Puławianami Gomułka stara się zapewnić sobie możliwie jak najlepszą i jak najsamodzielniejszą pozycję. Stawia warunki. Udaje mu się zapewnić sobie stanowisko sekretarza generalnego, wprowadzić maksymalną ilość swoich ludzi na kluczowe pozycje, doprowadzić – po długich oporach Puławian – do usunięcia Minca. Mimo to jest całkowicie w rękach dysponujących większością w K.C. i w aparacie Puławian. Może co najwyżej liczyć na to, że z biegiem czasu zakres jego osobistej władzy się powiększy. W tym momencie przygotowania do przewrotu są właściwie zakończone. Na trzy czy cztery dm przed VIII Plenum prasa nagle zaczyna robić publicity dla oficjalnie od siedmiu lat zapomnianego wodza. Następuje jednak interwencja sowiecka.

Puławianie zapewne celowo kompletnie zdezorganizowali aparat władzy w Polsce, żeby mieć potem wobec Chruszczowa argument, że przecież trzeba w Polsce dokonać jakichś zmian radykalnych po to, aby można było przywrócić porządek. Liczyli zapewne na to – i w tym się bynajmniej nie przeliczyli – że Chruszczowowi będzie bardziej zależało na przywróceniu porządku możliwie najprostszym sposobem i w możliwie najkrótszym terminie, niż na ochronie własnych agentów, którzy na dobitkę wykazali wręcz nieprawdopodobną nieudolność. Wydaje się jednak, że siła oporu Chruszczowa ich zaskoczyła. Nie mając w tym momencie już nic do stracenia, chwytają się środków radykalnych. Polskie Radio co chwilę powtarza z naciskiem, że Polska jest państwem suwerennym, a Komitet Warszawski P.Z.P.R. rozdaje broń robotnikom. Ten moment w ocenie wydarzeń jest szczególnie ważny. To nie opinia publiczna przez nieodpowiedzialne wystąpienia narażała kraj na interwencję sowiecką. Naprawdę na krawędź przepaści prowadziła kraj grupa pozbawionych skrupułów kombinatorów, kierując się wyłącznie motywem klikowego interesu. W tej sytuacji dochodzi do przyjazdu Chruszczowa i rozmowy Chruszczowa z Gomułką.

Zwracałem już wyżej uwagę na to, że rzeczywista treść tej rozmowy jest nikomu nieznana. Ale spróbujmy z pełną świadomością, że możemy się mylić, trochę na temat tej rozmowy pospekulować.

Gomułka nie miał żadnych powodów do sympatii w stosunku do grupy Puławskiej. To byli przecież ludzie Bieruta, ci sami którzy jego i jego przyjaciół podgryzali, kompromitowali, ośmieszali, upokarzali, a następnie aresztowali, więzili i torturowali. Co więcej, w czasie VIII Plenum musiał on rozpaczliwie szukać środków uniezależnienia się od ich kurateli. W tej sytuacji wydaje się chyba wysoce prawdopodobne, że Gomułka dążył do tego, żeby w oparciu o Chruszczowa kuratelę tę przynajmniej rozluźnić. Jego pozycja w rozmowie z Chruszczowem była o tyle dobra, że jawnie nie ponosił on odpowiedzialności za to, co się w danym momencie w Polsce działo. Mógł on przecież zawsze się powołać na to, że jeszcze trzy dni wcześniej był prywatną osobą nie mającą żadnych politycznych wpływów. Nie będąc naprawdę za nic odpowiedzialny, dążył on zapewne przede wszystkim do zrzucenia odpowiedzialności z siebie i obciążenia tych, którzy naprawdę byli za wszystko odpowiedzialni, tzn. Puławian. Swój sojusz z Puławianami mógł przed Chruszczowem umotywować tym, że był to dla niego środek dojścia do władzy i użycia jej w celu odbudowania rządzącego aparatu i przywrócenia w kraju porządku; wydaje się przy tym, że to był jego motyw rzeczywisty. Nie było mu zapewne trudno przekonać Chruszczowa, że w sojuszu z Natolińczykami zrobić tego samego nie było można; ci bowiem swoją nieudolnością i w ogóle całym swoim postępowaniem musieli i tak zdyskwalifikować się w oczach Chruszczowa kompletnie. (Zgoda Chruszczowa na odwołanie Rokossowskiego mogła być już prostą konsekwencją tego stanu rzeczy). Gomułka zapewne perswadował Chruszczowowi, że na uspokojenie opinii i przywrócenie porządku potrzeba czasu. Ale Chruszczow wiedział, że w razie użycia czołgów i karabinów maszynowych te same efekty też nie zostaną osiągnięte z dnia na dzień. Jeżeli dodamy do tego, że Chruszczow nie miał żadnych powodów do szczególnej nieufności wobec antystalinowskiego i przy tym niewątpliwie jak najbardziej komunistycznego działacza (w każdym razie nieufności większej, niż do innych satelickich dyktatorów), to w ogóle wszelkie racje użycia armat odpadały nawet, jeżeli Gomułka usiłował wykorzystywać swoją w gruncie rzeczy dosyć mocną pozycję do stawiania jakichś warunków.

Powtarzam, że to są tylko domysły, ale taki mniej więcej przebieg rozmowy wydaje mi się dość prawdopodobny tym bardziej, że dalsze wydarzenia wydają się taką hipotezę pośrednio potwierdzać. Z hipotezy tej wynika jednak kilka istotnych wniosków.

Po pierwsze, podobnie jak nieprawdą jest, że to opinia publiczna narażała kraj na konflikt zbrojny z Rosją, tak nieprawdą jest, że opinia publiczna przez swój polityczny rozsądek do konfliktu tego nie dopuściła. Armia Czerwona nie zaczęła strzelać w Warszawie nie dlatego, że opinia publiczna wykazała rozsądek, tylko dlatego, że nie było przeciwnika, do którego strzelanie miałoby jakikolwiek sens. Podobnie ta sama armia zaczęła zaczęła strzelać w Budapeszcie nie dlatego, że tam opinia publiczna okazała się nierozsądna, tylko dlatego, że tam był taki przeciwnik. Różnica pomiędzy Gomułką a Imre Nagy’m i jego rządem była ta, że Gomułka obiecywał zahamować proces demokratyzacji i położyć kres dalszym żądaniom mas, podczas gdy Nagy występował w imieniu mas i w ich imieniu dalsze żądania wysuwał.

Po drugie w tym, co się w październiku 1956 r. w Warszawie stało nie ma absolutnie żadnego elementu cudu. Wszystko było jak najbardziej naturalne i zrozumiałe. Nie jest wykluczone, że Chiny istotnie się sprzeciwiały kompromitującej cały blok wojnie pomiędzy kochającymi się bratnimi narodami. Ale zbawienie dla Warszawy przyszło nie z Pekinu, lecz z samej Warszawy. Gdy w Budapeszcie tej łaski boskiej zabrakło, to w Pekinie jej też nie było.

Po trzecie, cały “październik” był w gruncie rzeczy wielkim sowieckim sukcesem politycznym. Chruszczow przyleciał do Warszawy niewątpliwie przerażony tym, co się tam działo. Po paru godzinach mógł odlecieć spokojny, że sytuacja została opanowana i że w niedługim czasie anarchia zostanie ukrócona i porządek przywrócony. Panuje przekonanie, że Warszawa była sowiecką porażką a Budapeszt zwycięstwem. W rzeczywistości było chyba odwrotnie. W Warszawie i w Budapeszcie Chruszczow odniósł w końcu te same efekty: tylko że w Warszawie przy pomocy jednej gabinetowej rozmowy, a w Budapeszcie kosztem strat nieobliczalnych: kosztem groźby rozłamu, która długo jeszcze długo wisiała nad międzynarodowym ruchem komunistycznym, kosztem nieprawdopodobnych trudności w rokowaniach z Zachodem, kosztem utraty zaufania w państwach azjatyckich i afrykańskich, kosztem zupełnego niewykorzystania wspaniałej koniunktury sueskiej. Budapeszteński “sukces militarny” sukcesem politycznym nie był na pewno.

Po czwarte, “październik” oznacza zahamowanie procesu demokratyzacji w Polsce i punkt zwrotny, od którego zaczyna się cofanie. Jest to nawet nie tyle skutek tego, co Gomułka Chruszczowowi obiecywał i w ogóle jaki był przebieg ich rozmowy, ile skutek zmiany, jaka się dokonała w centralnym ośrodku władzy. Przed październikiem dwie grupy rywalizowały ze sobą o władzę nad narodem: po to, aby odnieść w tej rywalizacji sukces musiały starać się o pozyskanie opinii a po to, aby tę opinię pozyskać, musiały pójść na jakieś wobec niej ustępstwa. Przewrót październikowy tę pomyślną koniunkturę likwiduje: z dwóch grup rywalizujących pozostaje na placu boju tylko jedna, która nie ma już więcej żadnego interesu w tym, żeby czynić wobec mas jakiekolwiek ustępstwa. W interesie narodu polskiego leżało w r. 1956 utrwalenie stanu skłócenia i słabości władzy, a nie przechylanie szali na korzyść którejkolwiek ze stron. Tylko dzięki temu, że władza była wtedy skłócona i słaba, możliwe były tak szybkie postępy demokratyzacji jak te, które się dokonały między VI a VIII Plenum K.C. P.Z.P.R. Skupienie całej władzy w ręku Puławian w październiku 1956 kładzie tej wyjątkowej koniunkturze kres. To co się w Polsce działo między marcem a październikiem 1956 r. było swoistą namiastką systemu wielopartyjnego. Fakt rywalizacji jakichś grup o władzę stwarzał automatycznie pewne, bardzo zresztą niedoskonałe, formy kontroli władzy mimo, że nie było ani parlamentu, ani wolnych wyborów, ani innych elementów ustroju demokratycznego. Natomiast przewrót październikowy jest powrotem do zupełnej dyktatury. Dla sił demokratycznych w Polsce był to cios straszliwy.

Wreszcie wniosek piąty i ostatni. Cała historia październikowa polegała na wyjątkowo cynicznym i trzeba powiedzieć wyjątkowo skutecznym oszukiwaniu opinii publicznej i wprowadzaniu jej w błąd. Masy robiły w istocie to, czego chcieli Puławianie. W pewnym momencie interesy mas i interesy Puławian były istotnie zbieżne: w interesie mas leżało wykorzystanie za wszelką cenę i z maksymalną konsekwencją stworzoną przez Puławian koniunkturę na demokratyzację. Ale masy na ogół wierzyły w uczciwe intencje “sił postępowych partii”, w cały czarno-biały obraz układu sił frakcyjnych w kierownictwie partyjnym, w demagogiczne obietnice, które im rzucano. Masy darzyły ogromnym zaufaniem Gomułkę wtedy, kiedy jego celem było maksymalne skoncentrowanie władzy w swoim ręku i użycie jej w celu cofnięcia reform, które już zostały dokonane i niedopuszczenia do następnych. Masy pokładały ogromne nadzieje w przewrocie, który był dokonany po to, żeby nadzieje te zawieść. Masy dały z siebie entuzjazm, taki, jaki dla każdego rządu każdego kraju byłby szczytem marzeń. Tylko że są rządy, które umieją wykorzystać entuzjazm swoich narodów dla przeprowadzenia rzeczy konstruktywnych bez uciekania się do bata. Natomiast rząd Gomułki i Cyrankiewicza z bata zrezygnować nie miał zamiaru ani przez chwilę. Dlatego ten entuzjazm był tylko rzeczą krępującą: czymś, co należało odepchnąć i co faktycznie odepchnięto w sposób możliwie jak najbardziej brutalny.

To tyle autor. Z tego, co powyżej, wniosek wydaje się banalny: dużo musiało się zmienić, by nic się nie zmieniło. Jakkolwiek brutalnie by to brzmiało, ale tak było w przypadku Października ’56. Dokonano pewnych kosmetycznych zmian, odsunięto paru aparatczyków, ale systemu nie zmieniono. Czy w takim razie walki frakcyjne były autentyczne? „Chamy” były stalinowcami i „żydy” też. Jedni mieli poparcie ambasady radzieckiej i części radzieckiego Biura Politycznego, drudzy – Chruszczowa i, jak się można domyślać, pozostałej części tego Biura. Nikt więc nie ryzykował.

Autentyczny sprzeciw był na Węgrzech, bo wyszedł on tam od władzy, która miała poparcie społeczne i dlatego doszło do brutalnego stłumienia tego powstania. W Polsce władza, pozbawiona skrupułów i z bezwzględnym cynizmem, oszukiwała społeczeństwo. Skrajnym przypadkiem był Gomułka. Wykreowano go na patriotę, który stawia się władzom radzieckim. Już w 1948 roku, a może wcześniej, wiedziano, że taki ktoś może się przydać. Raptem człowiek, który w wieku 21 lat wstąpił do KPP, staje się patriotą o prawicowo-nacjonalistycznych odchyleniach. Społeczeństwo złapało się na ten haczyk. A skąd ono mogło znać jego życiorys? A nawet jeśli taki był dostępny, to zapewne nie był prawdziwy.

Wytworzył się podział na „chamów” i „żydów”. I to jest zdobycz tego „polskiego października”, którą wykorzystuje się obecnie. Ci ostatni zaczynali od góry, od inteligencji, środowisk twórczych, ale udało im się pociągnąć za sobą masy. „Chamy” nie miały wówczas ich poparcia. Po 1989 roku utrwalił się podział, ukształtowany w tamtym czasie. „Żydy” – ROAD, Unia Demokratyczna, Unia Wolności, Platforma Obywatelska – też zaczynały od góry. „Chamy” to Prawo i Sprawiedliwość, które „dba” o doły społeczne. Różnica pomiędzy PiS a PO jest taka jak pomiędzy „Chamami” i „Żydami”. Można więc powiedzieć, że w tamtym czasie wypracowano pewien mechanizm na wypadek, gdyby przyszło działać w warunkach „demokracji”. Kto jaki elektorat miałby zagospodarować, do kogo się odwoływać. Dzielić i rządzić.

Po co była ta cała, jakbyśmy to dziś powiedzieli, zadyma? Wszystkie te wydarzenia tj. Październik 56, Grudzień 70, Sierpień 80 były po to, by dać społeczeństwu nadzieję, że teraz będzie już lepiej, że to, co było nie wróci, że tamci źle rządzili, ale teraz wszystko się zmieni. Jak tylko będziemy rządzić, to będzie tu druga Japonia. Później przyszedł taki, który obiecywał drugą Irlandię. Obecnie jeden podstawiony przekonuje, że tylko chińskie rozwiązania uzdrowią naszą ekonomię. Recept tyle, ilu szamanów. A nie brakuje ich w naszym wyjątkowym kraju. Ten mechanizm, w skondensowanej formie, przerabiamy obecnie przy okazji „pandemii”. Raz nam obiecują złagodzenie restrykcji i łagodzą, później przykręcają śrubę, bo druga i trzecia fala, bo nowa mutacja wirusa. Ale jest i nadzieja, jak się zaszczepimy, to będzie lepiej, ale teraz jeszcze wytrzymajmy. Właśnie! Teraz mamy wytrzymać, wcześniej kazano nam zaciskać pasa. Zresztą, to zaciskanie pasa może jeszcze wrócić, jeśli kompletnie rozłożą rolnictwo, do czego przecież dążą.

Gomułka zaczynał jako ekstremista o prawicowo-nacjonalistycznych odchyleniach. Później stał się zbawcą narodu, bohaterem, który oparł się Związkowi Radzieckiemu. W końcu został poddany ostrej krytyce jako blokujący reformy prostak, którego można było usunąć za samą postawę. A przecież cały czas był to ten sam człowiek. Wszystkie swoje role odgrywał chyba dobrze. Jednak naród był już zmęczony i trzeba było wstrzyknąć mu nową nadzieję. Sprowokowano strajki, polała się krew. Nastąpiła zmiana. Przyszedł nowy przywódca: No to jak Towarzysze? Pomożecie? – Pomożemy!

Czy Październik ’56 można porównać do jakiegoś innego wydarzenia? Aż się prosi przywołać stan wojenny z 1981 roku. Jaruzelski zrobił dokładnie to, co Gomułka, tylko Gomułka w białych rękawiczkach, a Jaruzelski – po chamsku. W obu wypadkach społeczeństwo zostało podpuszczone przez żydowską mniejszość i w obu wypadkach obaj uchodzą za zbawców narodu – uratowali nas przed radziecką interwencją.

Hiperinflacja c.d.

Kiedy pisze się o hiperinflacji, to z reguły przychodzi na myśl ta najbardziej znana, ta z 1923 roku z Republiki Weimarskiej. O niej pisałem w bogu „Hiperinflacja”. W tym miejscu chciałbym się zająć tą największą w historii świata. Nic o niej nie wiemy, a miała miejsce tak blisko nas, prawie za miedzą, bo na Węgrzech. Jej skala była niewyobrażalna, więc wyręczę się Wikipedią, bo tyle tam zer, że nie sposób je zliczyć, a co dopiero nazwać te liczby:

»Największą hiperinflacją w historii była hiperinflacja na Węgrzech po zakończeniu II wojny światowej, gdzie w 1946 roku największym nominałem był banknot 100 000 000 000 000 000 000 (100 trylionów, gdzie trylion to jedynka z 18 zerami) pengő (przygotowano już do wprowadzenia banknot o nominale miliard bilionów (tryliarda) pengő , tj. jedynki z 21 zerami; zamiast opisu cyfrowego na banknocie znajdowało się oznaczenie „Egymilliárd B.-pengő”), a inflacja wyniosła 41 900 000 000 000 000 (41,9 biliarda) % w skali miesiąca, co oznaczało podwajanie się cen przeciętnie w ciągu każdych 15 godzin. Gdy w sierpniu 1946 roku wprowadzono tam forinta, przyjęto przelicznik 1:400 000 000 000 000 000 000 000 000 000, co oznacza, iż jeden forint otrzymał wartość czterystu tysięcy kwadrylionów (gdzie kwadrylion to jedynka z 24 zerami) pengő.«

Głowa może rozboleć od samego czytania powyższego cytatu, nie mówiąc już o tym, żeby to jakoś ogarnąć czy zrozumieć. W tym szaleństwie była metoda, ale o tym na końcu. Wypada jednak chyba zacząć od historii i polityki. Bez tego sam opis zjawiska niewiele, a właściwie nic nie wyjaśni? Podstawowe pytanie brzmi – skąd wzięła się taka hiperinflacja? Dlaczego niektóre państwa i ich waluty jej doświadczają? Dlaczego nie ima się ona amerykańskiego dolara? Drukowany już w niewyobrażalnych ilościach, a hiperinflacji, jak nie było, tak nie ma. Czy to możliwe, by taka monstrualna hiperinflacja, bo to już nie była zwykła hiperinflacja, była dziełem przypadku? W świecie finansów nie ma miejsca na spontaniczność. Jeśli wywołano taką hiperinflację, to w jakimś celu. Zapewne ktoś miał zyskać, a ktoś stracić. W przypadku Węgier trudno będzie dociec, komu to służyło i kto za tym stał. Ale warto spróbować, choć wiem, że będę odbijał się od ściany.

Tak jak napisałem wyżej, wypada zacząć od historii i polityki. Wikipedia pisze:

„W okresie od października 1944 do początku kwietnia 1945 roku terytorium Węgier było sukcesywnie opanowywane przez Armię Czerwoną. Po zakończeniu II wojny światowej Węgry należały do tzw. bloku wschodniego, będącego pod kontrolą ZSRR.

W pierwszych powojennych wyborach parlamentarnych w listopadzie 1945 zwyciężyła Niezależna Partia Drobnych Rolników. Uzyskała ponad 57% głosów. Lewicowe Węgierska Partia Komunistyczna i Węgierska Partia Socjaldemokratyczna uzyskały w sumie 34% głosów. 15 listopada 1945 powstał rząd Zoltana Tyldiego, z Niezależnej Partii Drobnych Rolników. 1 lutego premierem Węgier został Matyas Rakosi trzy dni później zastąpił go wicepremier Ferenc Nagy. 1 lutego 1946 powstała Republika Węgierska. Po wyborach Partia Komunistyczna przystąpiła do osłabienia pozycji Partii Ludowej i Partii Niepodległości. Partia Komunistyczna powołała blok lewicowy.

10 lutego 1947 został podpisany traktat pokojowy z aliantami, na mocy którego Węgry powróciły do granic określonym traktatem w Trianon.

W sierpniu 1947 odbyły się wybory parlamentarne w których 61% głosów uzyskał Blok Lewicowy.”

Hiperinflacja trwała niewiele ponad rok. Zaczęła się na wiosnę 1945 roku, a skończyła się w sierpniu 1946 roku wprowadzeniem nowej waluty – forinta. I jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, uleciała ona gdzieś daleko w przestworza. Forint był bardzo stabilny. Zupełnie tak samo jak w republice Weimarskiej. Cały ten cyrk na Węgrzech trwał w okresie, gdy komuniści nie byli jeszcze u władzy.

Przeglądając internet niewiele można znaleźć na temat tej węgierskiej hiperinflacji, ale czasem można trafić na wyjątkowe głupoty i to pisane przez kogo?! Na stronie NBP na Portalu Edukacji Ekonomicznej można m.in. przeczytać (wytłuszczenia moje):

»Do wiosny 1945 roku produkcja kluczowych surowców spadła dramatycznie, wydobycie węgla osiągało 40 procent produkcji międzywojennej, a produkcja boksytu spadła do 1 procenta produkcji sprzed wojny. Transportu kolejowego albo samochodowego w ogóle nie było. Kolej została zniszczona w czasie bombardowań, a jeśli pozostały jakieś lokomotywy, zabrali je Rosjanie bądź uciekający Niemcy. Wszystkie budapesztańskie mosty na Dunaju zostały zniszczone, kraj był w ruinie, a przedsiębiorcy nie mieli na czym stawiać fundamentów pod produkcję.

W takich warunkach Węgry zostały zmuszone do podpisania traktatu pokojowego, który przewidywał, że rząd węgierski wypłaci sowietom potężne odszkodowania wojenne, przekraczające połowę rocznego PKB, czyli 300 milionów dolarów. Pieniądze były też potrzebne rządowi do zaspokojenia podstawowych potrzeb kraju. Należało zatem jak najszybciej „zdobyć” pieniądze, a tymczasem uciekający przed sowietami węgierscy faszyści zabrali ze sobą do Niemiec matryce do ich drukowania.

Rosjanie, którzy ustalali wówczas politykę monetarną „wyzwolonych” państw Europy Wschodniej zareagowali na zwiększone potrzeby kapitałowe Węgier w najgorszy sposób – zaczęli drukować olbrzymie ilości pieniędzy (pengő), co spowodowało, że inflacja, która zaczęła się już w kwietniu 1945 roku, stała się hiperinflacją. Ceny na rynku wzrosły nawet czternastokrotnie i wciąż niepowstrzymanie rosły.«

Na Węgrzech, chyba od 1927 roku walutą było właśnie to pengő. Skoro więc węgierscy faszyści zabrali matryce do jego drukowania, to jak Rosjanie mogli je nadal drukować? I kto miał je drukować? Armia Radziecka? Przecież drukowaniem pieniędzy zawsze zajmują się ci sami, ci którzy są również właścicielami NBP. Dalej można jeszcze przeczytać:

„W połowie 1946 roku Węgry doświadczyły największej inflacji we współczesnej historii. W szczytowym momencie, ceny dóbr rosły średnio co 15 godzin. Dzienna stopa inflacji przewyższała 200 procent. Jeszcze w 1944 roku najwyższym znajdującym się w obiegu nominałem było 1000 pengő. Pod koniec 1945 roku było to już 10 mln pengő, a w połowie 1946 – 100 trylionów pengő. Do płatności podatkowych i pocztowych stworzono wówczas specjalną walutę – adópengő, czyli pengő podatkowy. Jej aktualną wartość podawano codziennie w komunikacie radiowym.

W sierpniu 1946 roku wprowadzono forinta, nową walutę, forinta, która zastąpiła pengő. Astronomiczne ceny przestały rosnąć i, ku zdziwieniu wszystkich, nastała trwała stabilność cen. Ta nagła zmiana była tak niesłychana, że do dziś wielu ekonomistów postrzega ją jako cud finansowy i gospodarczy. Jak mogło dojść do tak fantastycznego spadku inflacji? Według większości historyków, spadek inflacji był możliwy, bo w 1946 węgierski rząd po prostu utracił kontrolę nad gospodarką.”

Jak to wszystko zostało prosto wyjaśnione! Cud, cud finansowy! A śmieją się z katolików, że wierzą w cuda boskie. No to jak? W ekonomii cuda mogą się zdarzać? I jeszcze to, że węgierski rząd utracił kontrolę nad gospodarką. Czyli że to Rosjanie stracili kontrolę nad gospodarką, bo to przecież oni drukowali te pieniądze?

Nie wszystko, co tam napisano nie trzyma się kupy. Opis trudnej powojennej sytuacji gospodarczej pokrywa się z opisami z innych źródeł, jak również opis rozwoju hiperinflacji. Ale i on jest daleki od prawdy. Zniszczenia nie były aż tak wielkie. Całość, jak ktoś ma ochotę, tu: https://www.nbportal.pl/wiedza/artykuly/pieniadz/historia-hiperinflacji-na-wegrzech.

Wiemy więc, że sierpniu 1947 roku, w wyniku wyborów parlamentarnych, lewica zdobyła 61% głosów. To jeszcze nie była pełnia władzy komunistów. Rok wcześniej w sierpniu 1946 roku wprowadzono forinta i skończyła się hiperinflacja. Nie była więc ona dziełem lewicy. Zresztą wszędzie na świecie, bez względu na ustrój, bankami i pieniądzem rządzi naród „wybrany” lub ludzie od niego zależni. O tym nie można zapominać, jeśli chce się w sposób rzetelny opisywać rzeczywistość.

Niestety niewiele można się dowiedzieć z polskiego internetu. Znacznie lepiej wygląda to w angielskim. Vinitha Kumar w pracy The Hungarian Hyperinflation – A look into the production side z września 2015 roku pisze m.in.:

„Na Węgrzech po drugiej wojnie światowej decydenci mieli do rozwiązania dwa problemy: hiperinflację i niedobory towarów. Grossman i Horváth (2000) badają decyzje, które musieli oni podjąć: albo stymulować hiperinflację, albo próbować ją zwalczać, zwiększając dochody i ograniczając obieg banknotów. Zdecydowano się na hiperinflację jako sposób na ożywienie gospodarki i pobudzenie produkcji przed wprowadzeniem nowej waluty.”

Ostatnie zdanie daje do myślenia. Autorka nie rozwija tego wątku, ale dobra i psu mucha. A więc wiedziano, że będzie wymiana pieniędzy. Kto wiedział? Na pewno nie przeciętny Kovács (Kowal, Kowalski). Ale też ten, kto wiedział, wiedział kiedy ona nastąpi. Dalej pisze ona:

„Należy zauważyć, że nawet jeśli decydenci zdecydowaliby się zwalczyć hiperinflację, mogłoby to nie udać się ze względu na ilość pieniędzy w obiegu i poważny szok podażowy. Jak wyjaśniają Grossman i Horváth (2000), zwiększenie podaży pieniądza samo w sobie jest szokiem popytowym i można je traktować jako sposób na stymulowanie konsumpcji. Kiedy występuje wysoka inflacja, pieniądze tracą na wartości, przez co ludzie są bardziej skłonni do kupowania towarów. Jednak wzrost podaży pieniądza nie jest korzystny, jeśli nie ma towarów do kupienia. Dlatego rząd potrzebował także sposobu na stymulowanie produkcji. Musimy teraz zbadać skutki hiperinflacji i wpływ polityki rządu na różne obszary produkcji. Przypomnijmy sobie, że produkcja węgla, górnictwa i rolnictwa, z kilkoma wyjątkami, rosła po 1945 roku.

Z powodów ekonomicznych lub politycznych większość gałęzi przemysłu na Węgrzech po drugiej wojnie światowej została znacjonalizowana i stała się przedsiębiorstwami państwowymi. Jednak tylko górnictwo i nieliczne elektrownie zostały upaństwowione przed stabilizacją, czyli przed zakończeniem hiperinflacji. Dlatego podczas hiperinflacji rząd podjął działania w sektorze publicznym, jak i prywatnym, aby zachęcić przedsiębiorców do zwiększenia inwestycji i produkcji. Aby stawić czoła problemom rolnictwa, przeprowadzono poważną reformę rolną. W jej wyniku wielkie posiadłości zostały podzielone i ziemia trafiła do mniej zasobnych rolników. Rząd udzielał również pożyczek na prywatnych rynkach kredytowych według stóp procentowych, które nie były indeksowane proporcjonalnie do wzrostu kosztów utrzymania, wiedząc, że płatności staną się bezwartościowe z powodu inflacji lub, być może, nawet nie oczekując, że ​​zostaną spłacone. Przedsiębiorstwa państwowe również otrzymały dotacje. Nowo utworzone Ministerstwo Odbudowy wykorzystywało rynek pracy do odbudowy państwa i rolnictwa. Ponadto rząd węgierski zaangażował banki do zapewniania funduszy przedsiębiorcom. Dokonano tego, płacąc bankom za przekazywanie pieniędzy producentom. Stopa dyskontowa banku centralnego wynosiła 3 procent, a biorąc pod uwagę inflację, która osiągnęła ponad 10 000 procent, realne stopy procentowe były ujemne. Wszystkie działania były postrzegane jako sposób na ożywienie produkcji.”

Mamy tu do czynienia z bardzo dziwnym zjawiskiem. Rząd, czy może raczej jego bank centralny, wtłacza pieniądze do państwowych i prywatnych przedsiębiorstw, nie przejmując się tym, że pieniądze te nie wrócą w postaci spłat rat kredytu i odsetek. A wie, że i tak nastąpi wymiana pieniędzy. Czyli musi być jakiś inny cel.

„W latach 1938-1948 roczny przyrost PKB na mieszkańca był na Węgrzech większy niż w Niemczech, Grecji czy Rumunii. Jako punkt końcowy wybrałam rok 1948, ponieważ było to kilka lat po drugiej wojnie światowej, co dało krajom nią dotkniętym czas na odbudowę. Jednak zarówno Jugosławia jak i Włochy radziły sobie w tym okresie lepiej niż Węgry. Inne dane dostępne dla Węgier pozwoliły na porównanie pomiędzy 1938 a 1946 rokiem. Roczny przyrost PKB na mieszkańca Węgier w latach 1938–1946 był ponownie wyższy niż w Niemczech i Grecji, ale niższy niż we Włoszech.

W miarę stabilizowania się waluty rosło zaangażowanie obcych mocarstw. Związek Radziecki pomógł poprzez dostosowanie harmonogramu spłaty reparacji wojennych od Węgier, a Stany Zjednoczone udzieliły im linii kredytowej o wartości 15 milionów dolarów, a także wsparły je w programie Agencji Narodów Zjednoczonych ds. Pomocy i Odbudowy (UNRRA). Związek Radziecki wydłużył termin spłaty reparacji z sześciu do ośmiu lat, obniżył kary za opóźnienia i zmniejszył ilość dostaw należnych w 1946 i 1947 roku. Dzięki dodatkowej pomocy Węgry mogły skupić się na działaniach stabilizacyjnych. Aby przygotować się do stabilizacji, Węgry zaczęły gromadzić towary i gotowe produkty, tak aby po wprowadzeniu forinta były one gotowe do kupienia.”

Co wiemy po przeczytaniu tego cytatu? Wiemy, że na długo przed wybuchem hiperinflacji planowano wymianę pieniędzy. Wiemy też, że gospodarka węgierska była wtedy w zdecydowanej większości w prywatnych rękach. Rząd szastał pieniędzmi na lewo i na prawo. Wiemy też, że ta hiperinflacja nie odbiła się negatywnie na gospodarce. Wiemy również, że na terenie Węgier współpraca Związku Radzieckiego i USA trwała w najlepsze. Być może był to jeszcze ten moment, gdy losy Węgier nie były ostatecznie przesądzone. Przemówienie Churchilla w Fulton miało miejsce 5 marca 1946 roku. I jeszcze to gromadzenie towarów i gotowych produktów przed wprowadzeniem do obiegu forinta. Skąd rząd miał te towary i produkty? Czy była to pomoc zagraniczna, czy rząd celowo nie wprowadzał własnych, jeśli takie miał? Takie napomykanie o kluczowych decyzjach, bez próby ich wyjaśnienia dowodzi, że autorka słabo zgłębiła zagadnienie lub nie mogła o nich napisać. Bo skoro o nich wspomniała, to gdzieś o tym musiała przeczytać. Dlaczego więc pominęła to? Czyżby komuś nadal zależało na tym, by prawda nie wyszła na światło dzienne?

Vinitha Kumar w swojej pracy cytuje opracowanie The Dynamics of the Hungarian Hyperinflation, 1945-6: A New Perspective Peter Z. Grossman, János Horváth z roku 2000. Niestety nie można się z niego dowiedzieć czegoś, co ułatwiałoby zrozumienie tej hiperinflacji i jej przyczyn.

Celem rządu węgierskiego było ożywienie gospodarki i wzrost produkcji. Chodziło o szybką odbudowę kraju ze zniszczeń. To chciano osiągnąć za pomocą dodruku pieniądza. Tak to tłumaczą autorzy obu opracowań. Czy rzeczywiście można to było osiągnąć tylko w ten sposób? Jeśli przyrost PKB w latach 1938-1948 był na Węgrzech wyższy niż w Niemczech czy Grecji, ale niższy niż we Włoszech i Jugosławii, a były to niewielkie różnice w przedziale paru procent, to oznacza, że ta hiperinflacja nie miała wielkiego wpływu na gospodarkę, bo w porównywanych krajach przyrost PKB był podobny i osiągnięto to bez tak drastycznych środków.

Piszą oni też, że był to jedyny sposób na odbudowę zniszczonego kraju. Ale przecież wiele krajów było zniszczonych przez wojnę. Że Budapeszt ucierpiał i wszystkie mosty zburzone? Warszawa została zrównana z ziemią i mosty też zniszczone, a cała Polska jeszcze bardziej niż Węgry. To jednak nie przeszkodziło gospodarce polskiej, od razu po wojnie, stanąć na nogi. Towarów nie brakowało i nie było potrzeba do tego hiperinflacji. Problemy zaczęły się po 1948 roku, po zjednoczeniu PPS i PPR i powstaniu PZPR. Komuniści przejęli pełnię władzy i zaczęła się bieda.

Grossmann i Horváth piszą, że hiperinflacja była korzystna dla przedsiębiorców, bo przy symbolicznym oprocentowaniu kredytów, których nie rewaloryzowano, spłacanie ich nie było problemem, pomijając już fakt, że nawet nie liczono na ich spłatę. Inaczej było w przypadku robotników, których płace traciły na wartości w zastraszającym tempie. Wskazują oni na zdyscyplinowanie narodu węgierskiego i jego poświęcenie dla dobra kraju. Cóż, dziwne argumenty. Cała ta hiperinflacja trwała niewiele ponad rok, a ten najgorszy etap – parę miesięcy. Można wytrzymać. Najwyraźniej jednak autorzy nie chcą zauważyć, bo nie wierzę, że nie wiedzą, że na Węgrzech było coś takiego jak rok 1956. Jak fakty nie pasują do teorii, tym gorzej dla faktów.

„Jeszcze w 1944 roku najwyższym znajdującym się w obiegu nominałem było 1000 pengő. Pod koniec 1945 roku było to już 10 mln pengő, a w połowie 1946 – 100 trylionów pengő. Do płatności podatkowych i pocztowych stworzono wówczas specjalną walutę – adópengő, czyli pengő podatkowy.”

Czyli do końca 1945 roku nie było jeszcze źle. Nawet później nie było tak źle. Vinitha Kumar zamieszcza w swoim opracowaniu wykres wzrostu cen w sektorze przemysłowym i rolnym od grudnia 1945 roku do końca lipca 1946 roku. Opierała się na danych węgierskiego banku (Hungarian Central Creditbank) z sierpnia 1946 roku. Z niego wynika, że ta krzywa wzrostu wznosiła się dosyć łagodnie. Dopiero pod sam koniec czerwca 1946 roku wystrzeliła ostro do góry. Od tego momentu przyrost następował w postępie geometrycznym. Dokładnie tak samo wyglądał ten wykres w przypadku niemieckiej hiperinflacji z 1923 roku. Historia lubi się powtarzać, choć, jak mówią niektórzy, nie zawsze tak samo. Istotnie! Jest pewna różnica. W niemieckim przypadku krzywa wzrostu cen zmieniła się w krzywą wzrostu w postępie geometrycznym na trzy miesiące przed wymianą waluty. Na Węgrzech nastąpiło to na miesiąc i tydzień przed zmianą i w tym jednym miesiącu dosłownie wystrzelili w kosmos. I tym sposobem Węgrzy zrobili coś, co Niemcy nazywają Weltmeisterschaft – Mistrzostwo Świata. Do dziś są niepokonani. Chciałoby się powiedzieć – Złota Węgierska Jedenastka. Gdyby ktoś chciał się zapoznać z oryginalnym tekstem i zobaczyć ten i inne wykresy i tabele, to tu: https://sites.krieger.jhu.edu/iae/files/2017/04/Vinitha_Kumar_Hungary.pdf.

Jeszcze do połowy kwietnia wzrost cen był stabilny. Najwyższym w obiegu był banknot dziesięciomilionowy. W połowie kwietnia nastąpiło lekkie odbicie w górę. Jeśli więc dodamy ten okres, to wyjdzie nam, że ta hiperinflacja trwała nie dłużej niż trzy i pół miesiąca. I teraz już jest jasne, dlaczego nie miała ona wpływu na gospodarkę, a i zwykli ludzie zbytnio nie ucierpieli. Szybka akcja. Któż mógł tego dokonać i po co? Ja wiem kto! Nie są to sprawy, które można komuś udowodnić, czy złapać kogoś za rękę, ale przy bliższym spojrzeniu i połączeniu pewnych faktów, connecting the dots – jak mówią Anglosasi, albo zebraniu ich „zusammen do kupy”, wyłania się pewien obraz.

Nie da się zaprzeczyć, że Żydzi dominują w finansach i handlu. W wielu innych dziedzinach też ich nie brakuje, ale połączenie tych dwóch branż stwarza niezwykłe pole manewru dla dokonywania różnych operacji finansowych. Mają też wsparcie ze strony polityków, bo często to oni są nimi. Więc to, co robią, jest nie tyle wynikiem nadzwyczajnych talentów do manipulowania pieniądzem, co doskonałą organizacją i współdziałaniem w zakresie finansów, handlu i polityki. Choć zapewne nie brakuje w tym wszystkim prawników, prasy i mediów wszelkiego rodzaju.

A co to ma wspólnego z węgierską hiperinflacją? Wydaje mi się, że ma. Ale żeby to było zrozumiałe, to wypada zacząć od naszego podwórka, by wyjaśnić mechanizm działania inflacji czy hiperinflacji. W tym wypadku nie muszę sięgać do książek, do internetu, bo sam to przeżyłem.

W okresie „festiwalu” Solidarności, w latach 1980-81, doświadczyliśmy w Polsce dużej inflacji. Dla jednych było to bardzo bolesne doświadczenie, dla innych – wprost przeciwnie. Pieniądz tracił na wartości, a oprocentowanie kredytów i oszczędności nie zmieniało się. Ci, którym udało się dostać kredyt na dom, spłacali go za grosze, za przysłowiową kurę. Ci, którzy mieli oszczędności, stracili je. Często był to dorobek całego życia. Jednym słowem: jedni zbudowali sobie domy za oszczędności innych. Zakorzenił się pogląd, że nie warto oszczędzać, tylko brać kredyty.

Po tej inflacji uspokoiło się na całe lata 80-te, lata wykreowanego zastoju, by wymusić zmiany. Po roku 1989 nastała nowa rzeczywistość. Jeszcze na krótko przed tymi zmianami ludzie zaczęli brać kredyty. Byli to głównie ci, którzy zakładali własne firmy i rolnicy. Wydawało im się, że nie będzie problemu. Gospodarka kulała, więc i państwo i banki zachęcały do „brania spraw we własne ręce”.

Potem znowu pojawiła się inflacja, wysoka. Od lutego 1989 do lutego 1990 roku wynosiła 1180%. Dla tych, którzy zainwestowali w produkcję, czy dla rolników, którzy kupili maszyny, była to katastrofa. Tym razem, inaczej niż poprzednio, aktualizowano oprocentowanie kredytów. Dla inwestycji długoterminowych oznaczało to wyrok śmierci. Wielu ludzi popełniało samobójstwa. Jedyne co się wtedy opłacało to handel. Tak czyszczono rynek z konkurencji dla zachodniego kapitału. Ale likwidowano też państwowe przedsiębiorstwa, bo – „nierentowne”. Nierentowne były też banki. One też miały starty, ale dofinansowano je z budżetu państwa i sprzedano. Komu? Kto zgadnie? Handel się rozwijał, bo jemu inflacja nie była groźna – szybki obrót pieniądza. Polacy zakładali sklepy, hurtownie. Myśleli, że tak się będą rozwijać, tworzyć sieci handlowe. A chodziło w tym wszystkim tylko o to, by stworzyć sieć dystrybucji po upadłym handlu PRL-u. Ktoś musiał na początku sprzedawać te zachodnie towary. Kiedy już Zachód rozpoznał rynek polski i jego potencjał, to pojawiły się obce sieci handlowe, hipermarkety i w końcu galerie handlowe. Murzyn zrobił swoje i murzyn musiał odejść. – I odszedł.

W celu „walki” z inflacją ustanowiono sztywny kurs dolara na poziomie 9500 PLZ. Utrzymywano go do maja 1991 roku, a więc ponad rok. Po tym czasie uwolniono go i w momencie denominacji w 1995 roku wynosił 2,43 PLN. W ciągu czterech lat stracił na wartości dwa i pół raza: od 0,95 do 2,43. Po co był sztywny kurs dolara? Po to, by sprzedawać dolary, kupować złotówki, wkładać je do banku na bardzo wysoki procent, po roku podejmować i kupować za nie dolary. Przy takiej inflacji z jednego dolara robiło się kilka czy kilkanaście dolarów. I po to się robi inflację, czy hiperinflację. Ktoś zarabia, a ktoś tarci. Nie od niebios to zależy. No i teraz możemy cofnąć się w czasie i wrócić na Węgry z lat 1945-46.

Hiperinflacja ta nie wyrządziła gospodarce żadnej szkody, bo nie mogła, bo trwała zbyt krótko. Po co więc ją zrobiono? – Żeby ktoś zarobił. Nawet jeśli te pieniądze traciły na wartości, to nadal były pieniędzmi i jak ktoś miał ich dużo, to wymienił je na nowe, solidniejsze. A kto miał te pieniądze? Rząd pchał je do firm państwowych i prywatnych, by „ożywić” gospodarkę i produkcję. A co robili ci, którzy je dostali? Musieli coś za nie kupić. A u kogo? U tych, którzy kontrolują handel. Zgromadzili oni kupę tych „nic” nie wartych pieniędzy.

Kluczową informacją jest to, kiedy ustalono kurs wymiany pengő na forinta i termin wymiany. Z tego wykresu, na którym widać moment nagłego odbicia do góry, wynika, że mogło to nastąpić w maju lub na początku czerwca albo w połowie kwietnia, gdzie widać lekkie odbicie do góry. Skoro znano termin wymiany, to wiedziano, że ten miesiąc czy dwa totalnego chaosu nie wyrządzi gospodarce wielkiej szkody. Zaczęto drukować bez umiaru, by móc później wymienić tę makulaturę na pieniądz wartościowy. Widać, że Żyd nie mógł opanować swojej pazerności. Im bliżej terminu wymiany, tym bardziej szaleńczy dodruk. Aj waj! Panie Goldstein, pan nawet sobie nie wyobrażasz, jaki tu można zrobić interes! Czy można zatem dziwić się, że jeden z najbardziej znanych żydowskich finansistów pochodzi z Węgier?

A po co tyle zer? W 1871 roku przeprowadzono w Niemczech reformę pieniężną. Zlikwidowano wszystkie waluty lokalne i wprowadzono markę. Teodor Jeske-Choiński w książce Historia Żydów w Polsce pisze:

»Na mocy nowego prawa (Münzgesetz) kazał rząd pościągać wszystkie dotychczasowe monety i przelać je na inne. Niby nie było w tym złego, gdyby wartość dawnych pieniędzy została taka sama.

Przede wszystkim postarali się mistrzowie spekulacji o jak najtrudniejszy rachunek. Więc ustalili wartość marki na 0,358.423 gramów złota. Łatwo się domyślić, że tak wyrafinowany ułamek dziesiętny nie ułatwiał wcale obrachunku przy zmianie, czyli że wekslarze mogli pewniej „zarobić”. Bamberger pisał przecież wyraźnie z cynizmem żydowskim: „gdzie cieśla buduje, powstaje wielka ilość wiórów, które są oczywiście własnością majstra”. I wymyślił dziwaczny ułamek, aby tych „wiórów” było najwięcej.«

No i już wiadomo po co tyle zer. Po to, żeby nikt nie zorientował się, ile tego pieniądza jest. Bo któż będzie się interesował taką makulaturą? Przeprowadzenie takiej operacji wymagało doskonałej organizacji i współdziałania wielu środowisk: bankowego, handlowego, politycznego, prawniczego i odpowiedniej propagandy. W tamtym okresie nawet USA i Związek Radziecki zgodnie współdziałały dla „dobra” Węgier.

Tak więc sam talent do spekulacji finansowych to za mało. To nie są jakieś czary mary i nadprzyrodzone zdolności, które pozwalają za pomocą jakichś tajemnych sztuczek oszukać innych. Żydzi po prostu współpracują ze sobą na wszystkich szczeblach i we wszystkich dziedzinach i pomagają sobie wzajemnie. Do tego jeszcze wtapiają się w społeczności, w których żyją i stają się nierozpoznawalni. Ciężko z nimi z tego powodu walczyć, ale warto poznawać metody ich działania, bo łatwiej wtedy ich zidentyfikować, ale przede wszystkim warto się od nich uczyć.

Powroty

Mam taki nawyk, że wracam do książek, które kiedyś czytałem. I za każdym razem znajduję w nich coś, czego wcześniej nie dostrzegłem. Czy dlatego, że nieuważnie czytałem, czy raczej dlatego, że czasy się zmieniają, a wraz z nimi i ja, i dzięki temu odkrywam to, co wcześniej było niewidoczne. Książki, raz napisane, nie zmieniają się, w przeciwieństwie do internetu, i to jest ich największą zaletą. Jedną z tych, do których wróciłem po latach, jest książka Bold New World; The Essential Road Map to the Twenty-First Century, której autorem jest William Knoke. Została ona wydana w 1996 roku. Czytałem ją więc w drugiej połowie lat 90-tych. To była ciężka lektura, bo opisywała, mniej więcej, rzeczywistość, której teraz doświadczamy. Jakoś nie mogłem sobie wyobrazić tego świata, a już z pewnością znaleźć w nim miejsce dla siebie. Miałem nadzieję, że nie dożyję tych czasów. Stało się jednak inaczej: „Life is brutal and full of zasadzkas”. Do książki wróciłem, ale nie musiałem jej czytać ponownie, od deski do deski, bo zaznaczyłem sobie wtedy najważniejsze fragmenty. A tak na marginesie, czy ktoś wie, skąd wzięło się określenie – od deski do deski? Pierwsze książki miały okładki drewniane, czyli z desek. Przyznam, że słysząc to „od deski do deski”, nie kojarzyło mi się ono z deskami, tylko z tym, że książka została przeczytana od początku do końca. Dziś już nikt nie czyta, od deski do deski, bo ludzie przeważnie czytają w internecie lub czytają e-booki.

Wróciłem więc do książki i przejrzałem ją i znalazłem, coś, co wtedy uszło mojej uwagi. A może nie uszło? Po prostu wtedy nie mogłem dostrzec tego, co obecnie widzę, bo dziś mam już inne doświadczenia i spostrzeżenia. Nie wiem tylko, czy autor świadomie napisał to, co napisał, czy umknęło to jego uwadze.

Autor opisał w tej książce rzeczywistość początku XXI wieku. Jest w niej wszystko, czego obecnie doświadczamy. On to opisał, ale nie wyjaśnił, dlaczego tak ma się stać, dlaczego ten świat ma tak wyglądać. Czy dlatego, że „rozwój” i „postęp”, to są zjawiska, które są niezależne od woli człowieka, czy może jednak ktoś świadomie kieruje tym procesem? Z informacji podanej na obwolucie książki można m.in. dowiedzieć się, że:

William Knoke był wówczas twórcą i prezesem Harvard Capital Group, która zajmowała się bankowością inwestycyjną, specjalizującą się w fuzjach i przejęciach firm z branży nowoczesnych technologii. Jest absolwentem Stanford University i Harvard Business School.

William Knoke, bankier inwestycyjny i wizjoner, który wierzy, że to nie, tak szeroko reklamowana era informacyjna, która definiuje nasze czasy, tylko to, co on nazywa społeczeństwem bez tożsamości (Placeless Society). Rewolucje w komunikowaniu się i transporcie przenoszą nas w epokę wszystkiego-wszędzie (Age of Everything-Everywhere), w której ludzie i towary często przenoszą się z jednego miejsca na drugie niemal natychmiast. Uświadamia nam, że ponieważ „blisko równa się daleko” (near equals far), wszelkie kryteria, według których oceniano potencjał narodowy, bogactwo korporacji i znaczenie jednostki należy zdefiniować na nowo.

Knoke zaczyna od początku, od opisu świata, od opisu świata wymiarowego i tak to według niego wygląda:

Świat wymiarowy

Uczniowie wchodzą do klasy. Na tablicy nauczycielka narysowała kropkę, linię, kwadrat i sześcian. Wskazując placem, na początku, na linię, opisuje świat jednowymiarowy. „To jest prosty wycinek linii kolejowej” – mówi. „Pociąg na tej linii może poruszać się do przodu lub do tyłu. Nie może skręcić w lewo lub w prawo albo do góry lub na dół.

Następnie nauczycielka wskazuje na kwadrat. „To jest świat dwuwymiarowy” – mówi im. Wyciąga kawałek kartonu i umieszcza na nim stonogę. Owad zaczyna wędrówkę tu i tam. „To jest świat dwuwymiarowy” – wyjaśnia. „Można poruszać się wzdłuż lub wszerz kwadratu.”

W końcu przechodzi do sześcianu. „W tej przestrzeni, która może być pokojem, można poruszać się do góry i do dołu, jak również wzdłuż i wszerz” – mówi ona. „Ona reprezentuje świat trójwymiarowy, ten, w którym my żyjemy. W tym momencie wyciąga gołębia skądś zza jej biurka i pozwala mu pofrunąć po pokoju i ulecieć przez otwarte okno na czubek okolicznego drzewa. Uczniowie patrzą przez chwilę na ptaka, który odlatuje na kolejną gałąź, poza ich polem widzenia, i zwracają swój wzrok na nauczycielkę.

Jedna studentka podnosi rękę. „Po co jest kropka na tablicy? Co to oznacza?” – pyta. „Ona reprezentuje świat zero wymiarowy”, odpowiada nauczycielka. „W świecie zero wymiarowym nie ma żadnej wolności” (In the Zero Dimension there is no freedom at all). Proszę to sobie zapamiętać, jeśli ktoś w ogóle to czyta, bo na końcu będzie nawiązanie do tego.

Świat zero wymiarowy

Od najdawniejszych czasów, jakieś 2 miliony lat temu, do około 5000 lat temu, nasi przodkowie żyli w świecie zero wymiarowym. Oni oczywiście rozumieli świat trójwymiarowy. Drzewa miały wysokość, szerokość i głębokość. Jaskinie miały ściany i sufity. Jednak w sensie społecznym te koczownicze plemiona były oddzielone od siebie, takie wyspiarskie kultury (insular „dot cultures”) sporadycznie kontaktujące się ze sobą. Choć zdarzały się grupy dochodzące do 50 osób, to typowa jednostka łowiecka składała się z dwóch lub trzech spokrewnionych rodzin. Gdy taka grupa rozrastała się, to musiała się podzielić i szukać dla siebie nowych terenów łowieckich. W całym swoim życiu tacy ludzie nie widzieli więcej niż kilkaset osób.

Nie ulega wątpliwości, że taka samoizolacja, bardziej niż cokolwiek innego, ograniczała rozwój ludzkości w ciągu tych dwóch milionów lat. Gdy coś ulepszono – jak choćby sposób ostrzenia krzemienia lub konserwacji mięsa renifera – to tylko przypadkiem inne grupy mogły z tego skorzystać. Z reguły każda z nich musiała sama odkrywać i ulepszać środki, które pozwalały przetrwać. Szanse na gromadzenie wiedzy i postęp były nikłe.

Świat jednowymiarowy

Po 2 milionach lat, około 15 000 lat p.n.e., nastąpiło ocieplenie, lodowiec topniał. Warunki stały się korzystne dla rolnictwa i hodowli. Ludzie zaczęli uprawiać dzikie trawy, które dostarczały jadalnych nasion oraz hodować dzikie owce i kozy. Uniezależnieni od łowiectwa, zaczęli gromadzić się i osiedlać się w wioskach. Około 3000 p.n.e. koczownicy zmienili się w rolników.

Ludzie, którzy poprzednio żyli w izolacji, zaczęli teraz kontaktować się ze sobą, z sąsiednimi wioskami, wykorzystując do tego utarte szlaki, prowadzące wzdłuż brzegów rzek lub przez przełęcze górskie. Przepływały nie tylko towary handlowe, ale również idee i wiedza. Z Indii zapożyczyli cyfry dziesiętne i technikę szczepień. Turcja dała światu brąz i stal. Z Azji centralnej dotarły konie, koło z Iranu. Z Egiptu – papier i atrament, arytmetyka i geometria, bielizna i szkło. Z Babilonii – astronomia, znaki zodiaku i pierwsze książki. Z Sumeru – pierwsze kontrakty handlowe i użycie złota jako miernika wartości. Chiny dostarczyły jedwabiu, prochu i kompas.

Te wynalazki i odkrycia i wiele innych, dotyczących filozofii, interesów, sztuki i religii mieszały się ze sobą i dojrzewały w globalnym kotle (globalny kocioł w jednowymiarowym świecie? – przyp. mój). Każda kultura, każda osoba, każda społeczność wzbogacały wspólną wiedzę. Szlaki handlowe, bardziej niż cokolwiek innego, wyzwoliły ludzkość z prymitywnej epoki i stworzyły podwaliny cywilizacji: człowiek wkroczył w świat jednowymiarowy – erę kontaktów społecznych w oparciu o ustalone szlaki.

Świat dwuwymiarowy

W miarę jak pojedyncze szlaki handlowe wydłużały się i krzyżowały z innymi, rozwijał się świat dwuwymiarowy. Pojedyncza wioska nie była już tylko punktem na mapie, ale funkcjonowała w szerszym kontekście. Dziecko, które przyszło na wiejski targ, widziało wielu sprzedawców i ich towary, wykonane z brązu i żelaza, kubki wycięte z bursztynu, morskie muszle, piękne tkaniny i skóry, i kształtowało swoje wyobrażenie o świecie. Z czasem rozwinęło się w człowieku pojęcie lądu i społeczeństwa, które tworzyli ludzie i wioski rozproszone w różnych kierunkach.

Przywódcy wyłaniających się centrów handlowych dostrzegli okazję stworzoną przez świat dwuwymiarowy i zaczęli wykorzystywać drogi, by przechwycić kontrolę nad większymi obszarami. Powstawały imperia. Początkowo w Mezopotamii i Egipcie, w Indiach i Chinach, a później w Persji, Grecji i Rzymie.

Imperialni przywódcy szybko wykorzystali drogi do umocnienia swojej władzy. Inkowie wybudowali drogi od Chile do Peru i Ekwadoru. Chińczycy pokryli swój kraj siecią dróg, uzupełnioną mostami i promami ułatwiającymi przeprawy. Rzym, w momencie największego rozkwitu, dysponował drogami o długości 53 000 mil. Wszędzie drogi umożliwiały szybkie dotarcie żołnierzy, by utrzymać kontrolę nad całym imperium.

Pomimo że rozumiano znaczenie świata dwuwymiarowego, to z wyjątkiem regionalnych imperiów z rozwiniętą siecią dróg, odległe obszary nadal były dostępne poprzez wąskie drogi jednowymiarowej przestrzeni. Fenicjanie, Grecy, Rzymianie i Chińczycy dysponowali statkami, które umożliwiały kontrolę na morzu, ale w niewielkim tylko zakresie. Była to żegluga przybrzeżna. Przejście do drugiego wymiaru nie było jeszcze pełne.

Wszystko zmieniło się w XV wieku. Nastąpił postęp w morskiej technice. Cieśle budowali duże statki zdatne do żeglugi, wyposażone w żagle i stery, umożliwiające płynięcie prawie pod wiatr. Matematycy opracowali tablice nawigacyjne a rzemieślnicy skonstruowali instrumenty takie jak liczniki przebytej odległości, dokładniejsze astrolabia i kompasy. Wszystko więc było gotowe na nową generację żeglarzy, którzy przetną pępowinę łączącą ich z lądem.

W rezultacie Era Odkryć Geograficznych zapoczątkowała pełne przejście ludzkości do przestrzeni dwuwymiarowej. W przeciągu tylko 35 lat europejscy żeglarze opłynęli Afrykę, odkryli obie Ameryki i opłynęli świat. Nowe możliwości pozwoliły Europejczykom rozciągnąć swoją władzę na cały świat. W ciągu pięciu wieków, u progu XX wieku, 25 europejskich państw kontrolowało 84% lądów (skąd on wziął 25 państw w Europie u progu XX wieku? – przyp. mój). Rewolucja dwuwymiarowego świata – okres gdy ludzkość swobodnie współdziałała na całej powierzchni Ziemi – została ukończona.

Trzeci wymiar

W XIX wieku pojawiły się na niebie balony i prymitywne szybowce. Na początku XX wieku ludzie skonstruowali latające maszyny napędzane silnikiem. Znaczny postęp nastąpił w czasie I wojny światowej. W trakcie II wojny światowej pojawiły się bombowce dalekiego zasięgu, zdolne do przenoszenia pocisków nuklearnych. W ciągu jednego pokolenia konflikty zbrojne przeniosły się w trzeci wymiar.

Już nie wystarczyło bronic swoich granic czy patrolować wody przybrzeżne. W trzecim wymiarze wróg mógł zaatakować bez przekraczania granic. Tak jak wcześniej, nowy wymiar całkowicie zmienił układ sił na świecie.

Nowa rzeczywistość wytworzyła nowy porządek polityczny. Dwie super potęgi starły się w śmiertelnej walce o panowanie nad trzecim wymiarem. Obie nagromadziły masę pocisków nuklearnych, umieściły satelity na orbicie, wysłały ludzi na Księżyc, roboty na planety, stworzyły stacje orbitalne.

Rozwinął się także cywilny transport lotniczy. Pojawiło się mnóstwo nowych samolotów, lotnisk i producentów. W 1950 roku 20 milionów pasażerów korzystało z transportu lotniczego w USA, a 10 lat wcześniej prawie ich nie było. Do 1990 roku ilość pasażerów samolotów wzrastała o 500 milionów rocznie. Trzeci wymiar został opanowany.

Podobieństwa

Pierwszy wymiar trwał dobre 5000 lat, poczynając od pierwszych śladów cywilizacji. Drugi wymiar – 500 lat, kończąc się opanowaniem mórz. Trzeci istniał tylko 50 lat i jego zwieńczeniem było opanowanie przestrzeni powietrznej. Tempo przyspiesza i w miarę jak zbliżamy się do nowego tysiąclecia, ludzkość przymierza się do przeskoczenia do czwartego, prawdopodobnie ostatniego, wymiaru.

By zrozumieć zakres nadchodzącej przemiany, musimy przeanalizować poprzednie przejścia do nowych wymiarów. Każda jego zmiana pociągała za sobą wstrząs w politycznej organizacji. Zasadniczy zwrot nastąpił w trakcie przejścia do pierwszego wymiaru, od niezliczonych plemion koczowniczych, mieszkańców jaskiń, do dobrze zorganizowanych i wspólnych rządów (collective governments) w rozwijających się wioskach i rodzących się państwach-miastach. Drugi wymiar był świadkiem tworzenia się regionalnych królestw, a później imperiów kolonialnych obejmujących cały świat. Trzeci wymiar zapoczątkował rywalizację supermocarstw i walkę o panowanie w powietrzu i na orbicie okołoziemskiej. Niebawem przekonamy się, dlaczego czwarty wymiar, na dobre czy na złe, zwiastuje rząd globalny.

Zasady rządzące bogactwem również ulegną przemianie. Gromadzenie bogactwa bardzo przypomina koncentrację władzy politycznej i militarnej. Nowa przewaga konkurencyjna, dodatkowe informacje lub zdolność do podjęcia właściwej decyzji może oznaczać różnicę pomiędzy sukcesem i porażką. Każdy nowy wymiar to szansa, to poszerzenie zakresu wolności i działania, jak również nowe możliwości, niedostępne dla tych, którzy nie przeniosą się do niego. Nowi bogaci obywatele pierwszego wymiaru, to kupcy, którzy dostrzegli nowe szanse – nowe szlaki handlowe.

Podobnie, gdy społeczeństwa przechodziły do drugiego wymiaru, tymi którzy zgromadzili nieporównywalne bogactwo, byli ci, którzy wiedzieli jak stworzyć imperia i panować na morzach (jak to czynili Fenicjanie i Grecy, później Rzymianie i Wenecjanie, a po nich Hiszpanie i Anglicy).

Trzeci wymiar, era transportu powietrznego, stworzyła ponadnarodowym korporacjom warunki do natychmiastowego niemalże przenoszenia ludzi, surowców i produktów końcowych w dowolne miejsca na świecie. To im dało przewagę konkurencyjną nad tymi, którzy nie dokonali zmian. Produkcja może być zorganizowana gdziekolwiek, gdzie różnice płac, ceny surowców i umiejętności pracowników dają przewagę konkurencyjną. To pozwoliło na powstanie globalnych firm, których bogactwo przewyższało często bogactwo państw, które udzielały im gościny.

Kto wzbogacił się? Ci, którzy bezpośrednio wykorzystali nowy wymiar, nie ci, którzy ich zaopatrywali. To nie hodowcy osłów, cieśle, którzy budowali statki, czy producenci samolotów stali się najbogatsi. Raczej byli to ci, którzy wykorzystywali osły, statki, samoloty do realizacji swoich celów. Przykładem może być ropa naftowa, podstawowy surowiec trzeciego wymiaru. Z pewnością sprzedawcy stali się bogaci, ale prawdziwe bogactwo było udziałem tych, którzy konsumowali ropę w celu wytworzenia jeszcze większego bogactwa – Stany Zjednoczone, Japonia i Europa.

Ta sama zasada ma zastosowanie w czwartym wymiarze: producenci nowych narzędzi będą bez wątpienia prosperować – nawet niektórzy wyjątkowo – ale jako grupa, to użytkownicy nowych narzędzi zgromadzą większość tego nieporównywalnego nowego bogactwa.

Kiedy świat wkroczy do nowego wymiaru, nie wszyscy od razu się w nim znajdą. Nawet obecnie wielu ludzi żyje w pierwszym lub drugim wymiarze. Niestety spóźnialscy wydają się być na zawsze skazani na względną biedę, ponieważ bez możliwości (wolności) przejścia do następnego wymiaru, będą cały czas w gorszej sytuacji, a ich gospodarki zawsze będą słabsze niż te z większą możliwością poruszania się po nowym wymiarze.

I odwrotnie, największe nagrody czekają na tych, którzy pierwsi przeniosą się do nowego wymiaru. W pierwszym wymiarze kupcy, którzy regularnie przemierzali szlaki handlowe byli pierwszymi nouveaux riches. Podobnie miasta , które wykorzystały główne drogi handlowe rosły i prosperowały. W drugim wymiarze ci, którzy ustanowili regionalne imperia, a później Hiszpanie i Anglicy, którzy pierwsi rościli sobie prawa do Nowego Świata, zdobyli łupy, które wyniosły ich do niewyobrażalnego wcześniej bogactwa. W naszej obecnej epoce to właśnie globalne korporacje, ubiegając innych, pierwsze dotarły do nowych rynków. Wskazówki dla tych, którzy poszukują bogactwa w wyłaniającym się czwartym wymiarze są proste: bądźcie tam pierwsi.

Do tego opisu, takiej interpretacji dziejów, należy podejść z pewną rezerwą, choć jest to opis przemawiający do wyobraźni. Przede wszystkim nie wiemy jak żył człowiek pierwotny. Jednak naskalne rysunki i obrazy sugerują, że nie był on taki prymitywny. Jeśli niektóre z nich mają po kilka metrów szerokości i wysokości, to nasuwa się wniosek, że do ich namalowania potrzebne były rusztowania i odpowiednie oświetlenie. Wszyscy widzieliśmy gdzieś zdjęcie posągu Dawida, Michała Anioła. Posąg jak posąg. Podobnych rzeźb wykonał on ponad 10. Miały one przeważnie około 2 metrów wysokości. Nawet jeśli dowodziły geniuszu artysty, to jesteśmy w stanie sobie wyobrazić, że można coś takiego zrobić, ale Dawid ma wysokość 5 metrów i 17 centymetrów. To jest zupełnie inna skala trudności. Nic więc dziwnego, że nikt go nie pytał, jak wyrzeźbił te pozostałe, tylko pytano o Dawida. Michał Anioł odpowiedział: „To proste, odjąłem wszystko, co nie było Dawidem”. Proste? Proste! Podobny problem, problem skali, pojawia się w przypadku tych wielkich malowideł człowieka pierwotnego, co sugeruje, że on taki pierwotny nie był i być może sposób organizacji tych społeczeństw nie był tak ograniczony jak chce Knoke. Był to jednak obraz bardziej skomplikowany. Paul Herrmann w książce Siódma minęła ósma przemija pisze:

„Z początku człowiek drapał paznokciami po miękkiej ścianie jaskini, podobnie jak robił to pazurami niedźwiedź jaskiniowy; są to kolorowe odbicia ludzkich rąk, mozolnie ryte w ścianie, pobieżne szkice zwierząt, najpierw próby z kolorami, a potem kolorowe obrazy, długie walki o światło i cień w obrazie, o głębię i perspektywę. Potem przyszły długie okresy impresjonistycznej koncentracji obrazu na ruch i na przelotną chwilę spojrzenia; z kolei nastąpiły ekspresjonistyczne uproszczenia i deformacje malowanego przedmiotu, rozczłonkowanie obrazu na trójkąty, kostki, łuki, romby i prostokąty, tak dobrze nam znane ze współczesnej sztuki. Wszystko to zawarte jest w wielkim planie historii, która od tej stylizacji postępowała ku symbolizmowi wczesnego pisma obrazkowego.

Być może, że te obrazy z epoki lodowej posiadają treść czarodziejską i znaczenie magiczne. Nawet w tych wypadkach, gdy są one realistyczne i dla szerokiego kręgu widzów natychmiast zrozumiałe, należy je chyba pojmować w ten sposób. Ale z chwilą gdy zaczynają występować impresjonistyczne deformacje i uproszczenia – jak na przykład w pochodzącym z Teyjat pięknym rysunku w kości, na którym stado reniferów składa się z dwóch, z niezwykłą dokładnością narysowanych zwierząt idących na czele stada (na rysunku w książce jedno idzie na początku, drugie na końcu – przyp. mój), poza tym zaś chmary falujących kresek, jako symbol błyskawicznie szybkiego ruchu, jako obraz migawkowy i deformacja wywołana przelotną chwilą spojrzenia – z tą chwilą mogła się narodzić sztuka, której wykonywanie nie było już podyktowane względami magiczno-religijnymi ani też celowo uwarunkowane. Albowiem tego rodzaju symboliczne przedstawienie zjawisk świata zewnętrznego nie było już powszechnie zrozumiałe, więc nie mogło chyba działać jako czar. Rysunek czy obraz stały się sprawą prywatną, sprawą świadomej swego „ja” jednostki, kwestią kierunku, mody lub szkoły. W ten sposób ludzie pierwotni wstąpili, być może, na drogę, u której końca znajdowało się pismo obrazkowe.”

Te opisy tych trzech wymiarów nie są aż tak istotne. Autor zapewne chciał, poprzez kontrast, uzmysłowić czytającym, czym może być czwarty wymiar. Ten obraz jest o wiele ciekawszy, zwłaszcza że możemy go skonfrontować z naszą rzeczywistością. Książka została ukończona w 1995 roku. Była więc pisana w pierwszej połowie lat 90-tych, ponad 25 lat temu. To już jedno pokolenie. Czy był on wizjonerem? Bardziej chce mi się wierzyć, że był dobrze poinformowany. A biorąc pod uwagę jego zajęcie, to należy prawdopodobnie, jeśli jeszcze żyje, do nacji „wybranej”, która od zawsze dążyła do podporządkowania sobie innych.

Już w tamtym czasie wiedział, że krzem i elektrony zostaną zastąpione laserem i fotonami. Że będzie postępowała miniaturyzacja sprzętu komputerowego a wraz z nią będą wzrastały możliwości operacyjne komputerów. A jak ta moc operacyjna będzie wykorzystana? – pyta Knoke. Po części odpowiedzią jest zazębianie, splatanie się ludzi z maszynami (intermeshing humans with machines). Zamiast porozumiewać się z komputerem poprzez migający monitor, klepiąc w klawiaturę, klikając myszką, będziemy porozumiewać się w ten sam sposób, jak porozumiewają się ze sobą ludzie – za pomocą pięciu zmysłów. To będzie oznaczać, że komputery tak upodobnią się do ludzi, że ich użycie będzie możliwe w każdej wyobrażalnej sytuacji, czy to będzie projektowanie, reklama, prowadzenie samochodu, pranie, czy… uprawianie seksu. Zupełnie tak jak soczewki kontaktowe czy aparaty słuchowe, które stały się integralną częścią osoby, która z nich korzysta, elektroniczny świat szybko staje się udoskonaloną formą człowieczeństwa (extension of humanity).

To było pisane ponad 25 lat temu. Na początku lat 90-tych komputery powoli wkraczały do firm, do urzędów – w Polsce. Jeszcze nie bardzo było wiadomo, co z tego wyniknie. O internecie mało kto słyszał. Ja „przeszedłem” na internet około roku 2000. Pamiętam, że straszono nas wtedy, że po roku 2000 wszystko w internecie się załamie, bo ilość adresów IP zaplanowano tylko na określoną liczbę, itp. Nic się nie stało. Nikt jednak wtedy nie był w stanie wyobrazić sobie tego, o czym pisał Knoke. Znaczy ja nie mogłem sobie tego wyobrazić, funkcjonując w tamtej polskiej rzeczywistości.

Dalej w rozdziale zatytułowanym „Krzemowy umysł” pisze on, że relacje człowiek-komputer nie ograniczą się do zmysłów, ale ogarną też intelekt. Wkrótce będziemy rozmawiać z naszymi komputerami domowymi, telefonami, a ich odpowiedzi będą miały sens. A jeszcze później konwersacja ze strony komputerów będzie tak wyrafinowana (sophisticated) jak u ludzi. Czy aby na pewno?

Gdy Napoleon Bonaparte podbił północne Włochy, to na przyjęciu u pewnej włoskiej arystokratki powiedział: „Tutti Italiani sono lordoni” (Wszyscy Włosi to łajdacy). Na co ta włoska arystokratka odpowiedziała: „Non tutti ma buona parte” (Nie wszyscy, ale znaczna część). To „buona parte” było aluzją do „Bonaparte”, czyli zmiany przez Napoleona nazwiska z włoskiego Buonaparte, bo pochodził z włoskiej Korsyki, na bardziej eleganckie, z francuska brzmiące, Bonaparte. Czy rzeczywiście komputery będą w stanie osiągnąć kiedyś ten stan wyrafinowania, co ta włoska arystokratka?

Dalej, drążąc temat komputeryzacji, ostrzega. Ci, którzy widzą przyszłość przed programistami, powinni zastanowić się. Dzisiejsi programiści pracują nad programami, które piszą programy. Oprogramowanie wbudowane we współczesne układy scalone jest tak złożone, że tylko komputery mogą je zaprojektować. Za kilka dziesięcioleci programista będzie mógł zaledwie powiedzieć komputerowi, czego potrzebuje i komputer, nie programista, będzie wiedział, jak to zrobić.

Czwarty wymiar, jak twierdzi Knoke, zwiastuje rząd globalny. Dziś już wiemy, dzięki „pandemii”, że taki rząd istnieje, choć nieoficjalnie, ale jest. Wskazują na to reakcje rządów poszczególnych krajów. Wszystkie zachowują się podobnie i podejmują podobne decyzje. Żeby jednak powstał rząd światowy, potrzebne były działania, które umożliwiłyby jego powstanie. Przede wszystkim trzeba było zneutralizować lub podporządkować sobie rządy państw. Władza rządów opierała się na pieniądzu. Żeby więc pozbawić je władzy, trzeba było pozbawić je władzy nad pieniądzem. Do tego najlepiej nadają się globalne korporacje.

Największe na świecie globalne korporacje są bogatsze niż wiele państw i to nie tych najmniejszych. Knoke pisze, że są one zarządzane tak jakby nie istniały państwa, tylko świat, jakby nie było podziałów politycznych. Dostosowują się do warunków lokalnych. Jak kameleony wtapiają się w lokalny krajobraz. Jak bezgłowa ameba, siedziba korporacji może być w takim lub innym kraju lub niezwiązana z żadnym miejscem.

Globalne korporacje są ponadnarodowe w tym sensie, że nie czują żadnego związku z państwem narodowym, w którym mają swoją siedzibę, a globalni menadżerowie są odzwierciedleniem tej rzeczywistości: nie są od tego, by promować konkretny kraj, ale by podejmować działania, które zwiększą zysk, udział w rynku lub podniosą cenę akcji na giełdzie. Elastyczność korporacji daje im przewagę konkurencyjną nad sztywną polityką rządów. Im bardziej korporacje stają się globalne, tym mniej władzy i kontroli pozostaje lokalnym czy centralnym rządom. Mogą one zjednywać jeden rząd przeciwko drugiemu i dyktować swoje warunki podjęcia działalności na danym terenie. Dotyczy to ulg podatkowych, dotacji na rozwój infrastruktury, nie przestrzegania norm ochrony środowiska czy przepisów BHP.

W latach 1987 i 1988 japońskiej firmie Toshiba groziły sankcje handlowe z powodu sprzedaży Związkowi Radzieckiemu produktów objętych embargiem. Toshiba wydała 30 milionów dolarów na lobbystów. W 1982 roku, gdy senator z Tennessee James Sasser wspierał ustawę „kupuj amerykańskie samochody”, zarządzający firmą Nissan stworzyli specjalny fundusz, wspierający oponenta Sassera. Rządy i demokracje przetrwają, pod warunkiem że dostosują się do realiów globalnej gospodarki, ale to i tak korporacje będą rządzić.

Knoke porusza w zasadzie wszystkie problemy, których my obecnie doświadczamy. Pisze więc o wędrówkach ludów, które, jak zaznacza, nie są niczym nowym. Różnica polega na tym, że obecnie odbywa się to na znacznie większą skalę i znacznie szybciej, co zrozumiałe, biorąc pod uwagę postęp w dziedzinie transportu. Wspomina o zanieczyszczeniu środowiska, skażeniu radioaktywnym, ekologii, eksploatacji surowców naturalnych. Pisze też o ciężkim położeniu czarnej społeczności w Ameryce, o homoseksualistach, feminizmie i rozpadzie rodziny. „Nie zostało pominięte już nic” – jak śpiewał zespół Turbo w utworze Dorosłe dzieci w 1983 roku.

Ano nie zostało. Knoke stwierdza też, że zmieni się nasz słownik. Być „w pracy” lub „w biurze”, nie będzie już oznaczać miejsca, ale aktywność. Gdzie nie będzie już miało znaczenia. Ważne, by praca była wykonana. Będą też klasy bez ścian. To już przerabiamy. W czwartym wymiarze szkoły będą wykorzystywać interaktywne multimedia i komputery. Nowy system umożliwi dotarcie do wszystkich uczniów – w miastach, na przedmieściach, na wsi – i zapewni równy dostęp do wiedzy. Szczególnie dla dzieci edukacja multimedialna będzie o wiele bardziej interesująca niż drukowana książka. Cały czas student będzie poszukiwać nowych narzędzi i źródeł w różnych elektronicznych bazach danych; komunikować się z innymi studentami za pomocą poczty elektronicznej, wideokonferencji czy telefonu; i doskonalić wszystkie umiejętności niezbędne w gospodarce przyszłości.

Knoke jest takim wizjonerem, że przewidział pojawienie się islamskiego globalnego terroryzmu, którego fala przeleje się przez rejon Morza Śródziemnego, Europę, Amerykę i cały świat. A islamski fundamentalizm, jak pisze, nie akceptuje tego, że dobra materialne są dobrami niezbędnymi. A ci najbardziej gorliwi, zeloci, dążą do kontrolowania każdego aspektu życia osobistego: jak kto się ubiera, co je, jak się modli, jak podrywa kobiety, jak uprawia seks. Prawa własności niepewne i pozbawione podstaw prawnych.

Czyż w świetle tego – „nie będziesz miał nic, będziesz szczęśliwy” – nie jest łatwiej zrozumieć, dlaczego właśnie posłużono się islamem do zniszczenia Europy. Bez Europy nie będzie Ameryki, bo z niej wywodzą się jej korzenie. Zresztą, Europa się wali i Ameryka również.

Na samym końcu Knoke pisze, że to „placelessness”, czyli brak zakorzenienia w konkretnym miejscu lub społeczności, faworyzuje demokrację w taki sposób, że każdy ma dostęp do informacji. A są sposoby na to, by każda opinia została zapisana, co, miejmy nadzieję, zapobiegnie tyranii. Upadek zorganizowanej hierarchii wzmacnia jednostkę i przekazuje proces podejmowania decyzji do mas (to the people at large).

Ten ostatni akapit, to, jak dziś wszyscy wiemy, choćby po wyborach w Ameryce, to kompletna bzdura. Jednak, gdy ja to czytałem 25 lat temu, to nie odbierałem tak tego, jak obecnie. Nie mniej uważam, że autor zdawał sobie sprawę z tego, że totalna cyfryzacja prowadzi dokładnie w odwrotnym kierunku.

Przed nami wiele decyzji – pisze Knoke – i być może powinniśmy się nieco obawiać. To właśnie strach utrzymywał naszych przodków przy życiu w ich zero wymiarowym świecie; ci, którzy nie bali się, umierali. Strach jest zdrową reakcją przed nieznanym i my musimy zdawać sobie z tego sprawę, bardziej niż kiedykolwiek wcześniej. To strach odbiera nam sen, zmusza do myślenia, do planowania, do przygotowania się.

Tak, przebyliśmy długą drogę… Nieprawdaż?

Spoglądając wstecz za siebie, nasz nowy świat – który jest prawie taki sam, jak ten odległy – wydaje się całkowicie odmienny od tego, czego wcześniej doświadczyła ludzkość. A jednak, przy bliższym przyjrzeniu się, jest prawie taki sam. W jakimś kosmicznym paradoksie, czwarty wymiar przeniósł nas z powrotem do miejsca, od którego zaczęliśmy: pojedynczej kropki w przestrzeni (a single dot in space). – A Bold New World.

No właśnie! Co było na początku? – Jedna studentka podnosi rękę. „Po co jest kropka na tablicy? Co to oznacza?” – pyta. „Ona reprezentuje świat zero wymiarowy”, odpowiada nauczycielka. „W świecie zero wymiarowym nie ma żadnej wolności” (In the Zero Dimension there is no freedom at all). Proszę to sobie zapamiętać, jeśli ktoś w ogóle to czyta, bo na końcu będzie nawiązanie do tego.

To jest właśnie to, czego nie zauważyłem, czytając tę książkę 25 lat temu. A skąd ja mogłem wtedy wiedzieć, co jest grane? Autor wyraźnie pisze, że świat jednowymiarowy i czterowymiarowy to jest dokładnie to samo – niewolnictwo. Czy zrobił to świadomie, czy – nie? Podejrzewam, że wiedział, co pisze i wiedział, że ten właściwy przekaz dotrze do nielicznych, może wtajemniczonych, a reszta będzie żyła w iluzji, że nowy, lepszy dla nich świat jest tuż, tuż.

Jednak, według mnie, świat zero wymiarowy, jak go opisuje Knoke, nie był światem niewolników, bo ludzie trudniący się łowiectwem i zbieractwem musieli być aktywni na dużym obszarze i nikt nie mógł im dyktować, co mają robić. Na etapie, na którym każdy walczył o przetrwanie, nie mogło być mowy o niewolnictwie. Ale i on sam nie uzasadnił, dlaczego uważa świat zero wymiarowy za świat bez wolności. Co do jednego jest pełna zgoda – świat czterowymiarowy, którego doświadczamy dąży do pozbawienia ludzi wolności, a zatem do niewolnictwa.

Czy czegoś tu jeszcze brakuje? Czego tu nie ma? – Pandemii? A jednak! Jest! Skromny akapit, na który wtedy w ogóle nie zwróciłem uwagi. Przytoczę go w oryginale, bo nie znam angielskiej terminologii biologicznej. Niech każdy sobie przetłumaczy to na swój własny sposób lub posłuży się dobrym tłumaczem internetowym. W końcu żyjemy w świecie czterowymiarowym – świat w zasięgu ręki, a raczej w zasięgu klawiatury i myszki.

We may enter a world of autocratic rule and tyranny, or one of democratic utopia. Our civil liberties may be endangered by one person developing a biological strain so horrible it would require placeless intrusion on each of us to protect all of us. Yet we may, as a people, develop an early allergy to concentrated power and not allow it to take root.

Czyli że jakiś szaleniec wypuści jakiś biologiczny szczep i będzie wielka bieda, i trzeba będzie podjąć jakieś środki nadzwyczajne, by go pokonać. Tak! Jedna osoba wyhoduje sobie szczep, którym zaszantażuje cały świat. I trzeba będzie ograniczyć ludziom ich podstawowe prawa, ale na szczęście zostanie wyprodukowana szczepionka, która nas uratuje. Genialny wizjoner? A może tylko opisywał pewien scenariusz, który już wówczas, zapewne tyko w zarysach, istniał.

Nie o wszystkim wspomniałem. O rynku finansowym i giełdach, o robotach, o bombie demograficznej i pewnie jeszcze o paru innych rzeczach, o których pisze Knoke, ale nie to jest ważne. Ważne jest to, że ten czwarty wymiar, ta nowa rzeczywistość, prowadzi nas do niewolnictwa i to, że zostało to zaplanowane. No właśnie! Czy zostało zaplanowane? Czy to wszystko odbywa się niezależnie od woli człowieka? Jeśli nie zostało zaplanowane, to dlaczego idzie to w kierunku niewolnictwa? Skoro jednak niektórym udało się tak trafnie wybiec myślą do przodu, to jest coś na rzeczy, i być może jest to realizacja pewnego planu.

Knoke pisze, że podmuchy wiatru kołyszące listkiem są stosunkowo łatwe do zmierzenia, ale miejsce jego upadku jest praktycznie niemożliwe do przewidzenia. O złożoności świata próbujemy dowiedzieć się czegoś z teorii chaosu. Komputerowe symulacje pogody mówią nam, że nawet delikatny trzepot skrzydeł motyla na jednym końcu świata, poprzez skomplikowany łańcuch przyczynowo-skutkowy, może być, 50 lat później, przyczyną potężnego tajfunu na drugim jego końcu.

To, z czym mamy obecnie do czynienia, to jest precyzyjnie zaplanowany program doprowadzenia ludzi do stanu niewolnictwa i stopniowego eliminowania tych, których uznają za zbędnych. To banda psychopatów, szaleńców, degeneratów i zboczeńców, która nie cofnie się przed niczym. Uwierzyli, że są nadludźmi i że swój plan doprowadzą do końca. Miejmy jednak nadzieję, że teoria chaosu nie jest tylko teorią, wymysłem ludzi i symulacji komputerowych, i że w pewnym momencie zadziała. Kto wie, jeśli opór przeciw szczepieniom będzie duży, to może on okazać się w skutkach tym, czym w atmosferze może być trzepot skrzydeł motyla. Oby się tylko nie okazało, że będzie to… „Tupot białych mew”.

Potop

Jednym z najważniejszych wydarzeń w dziejach I Rzeczypospolitej była wojna ze Szwecją, zwana popularnie potopem szwedzkim. Prawdę mówiąc, było to chyba najważniejsze wydarzenie w jej dziejach i jakże brzemienne w skutkach, początek końca tworu zwanego unią polsko-litewską. Niecałe sto lat po jej powstaniu dochodzi do wojny, której ta unia miała zapobiec. Taki miał być cel: zabezpieczenie się przed agresją ze strony Rosji. Unia, która powstała pod przymusem, bo Litwinów przymuszono do niej, nie mogła zapewnić bezpieczeństwa żadnemu z tych państw. Zanim doszło do agresji rosyjskiej, wybuchło powstanie kozackie na Ukrainie. W jego konsekwencji doszło do zajęcia prawie całych Kresów przez Rosję (1654). Jedynie północna część Wielkiego Księstwa Litewskiego pozostała wolną. I dopiero później włączają się Szwedzi (1655). By jednak to wszystko zrozumieć, wypada cofnąć się do wojny trzydziestoletniej (1618-1648), która była wojną religijną, kontynuacją reformacji. Idąc dalej tym tropem – powstanie na Ukrainie, potop rosyjski, potop szwedzki – były kontynuacją wojny trzydziestoletniej, a więc były to również wojny religijne. Reformacja nie pokonała katolicyzmu, choć był taki moment, że wydawało się, że jej zwycięstwo jest nieuniknione. Tak się jednak nie stało. Być może właśnie dlatego, by móc z kim walczyć w przyszłości. Gdyby zwyciężyła, nie byłoby wojny trzydziestoletniej, ani wojen w Polsce. Nie byłoby tylu start materialnych i ludzkich. Tak dobrze być nie mogło.

W 1617 roku na zamku Hornstein pod Weimarem hr. Ludwik Anhalt-Koethen zakłada tajny związek pod nazwą „fruchtbringende Gesellschaft” (owocne stowarzyszenie) zwany także „zakonem palmowym”. Nazwa pochodziła od jego symbolicznego godła, przedstawiającego palmę kokosową. To samo godło w starożytności, za czasów powstań machabejskich i powstania Bar-Kochby, symbolizowało wojującą Judeę. W skład tego stowarzyszenia wchodzili m.in. kanclerz szwedzki Oxenstierna , król szwedzki Karol Gustaw, elektor Fryderyk Wilhelm pruski (tzw. wielki elektor).

W 1618 roku wybucha, zorganizowane przez braci czeskich, powstanie przeciw Habsburgom. Równocześnie książę siedmiogrodzki, Bethlen Gabor, kalwin, zajmuje północne Węgry i ogłasza się królem węgierskim. W 1619 roku oblega Wiedeń. Król Zygmunt III wysłał na Węgry na pomoc Austrii oddział kozaków. Zawarł z nią uprzednio przymierze, bez zgody sejmu, a więc bezprawne. Wojska Bethlena Gabora zostały pobite i oblężenie Wiednia musiało zostać przerwane. Kalwin Bethlen zdobył w 1613 roku Siedmiogród przy pomocy wojsk tureckich. A to oznaczało dla Polski wojnę z Turcją i jej izolację.

W 1620 roku połączone wojska austriacko-bawarskie w bitwie pod Białą Górą pokonują wojska Fryderyka, palatyna reńskiego i Bethlena Gabora. To był początek wojny, która przez 30 lat niszczyła Niemcy i kraje sąsiednie i stała się dla Niemiec i Czech prawdziwą katastrofą cywilizacyjną. Inicjatywa wyszła od unii protestanckiej, której twórcą i głową był Fryderyk, palatyn reński. Jego przyjacielem i doradcą był wybitny Żyd niderlandzki, kabalista Abraham Zacuto Lusitano.

Manasse ben Izrael, żydowski kabalista i mesjanista, wierzył w nieodległe już panowanie Izraela nad innymi narodami. Księga Zohar, którą czcił, przepowiadała nadejście czasu łaski na rok 1648. Zwiastunem tego nadejścia miała być wyczerpująca wojna trzydziestoletnia. Obudziła w Żydach nadzieję, że zbliża się już, przepowiedziane w księdze Daniela i Apokalipsie, mesjańskie tysiącletnie królestwo.

Tak więc Żydzi i reformatorzy czekali na mesjasza, tyle że mesjanizm rozumieli jedni trochę inaczej niż drudzy. Reformatorzy chcieli panowania reformacji z udziałem narodu wybranego, natomiast Żydzi uważali swoich prozelitów za środek do zapewnienia Izraelowi nadejścia „czasu łaski”. I rzecz zadziwiająca! Zapowiedziany przez Zohar na rok 1648 początek czasu łaski, doby mesjańskiej, zbiegł się z zakończeniem wojny trzydziestoletniej i zawarciem pokoju westfalskiego w 1648 roku.

Na zachodzie pokój, a u nas właśnie w 1648 roku zaczyna się powstanie Chmielnickiego. W okresie wojny trzydziestoletniej wielu Żydów niemieckich napływa do Polski. Ale nie tylko ten fakt zaostrzył kwestię żydowską. Wobec przepowiedni Zoharu poczynali sobie Żydzi coraz bezwzględniej w stosunku do ludności chrześcijańskiej.

Henryk Rolicki w książce Zmierzch Izraela pisze:

»Trzy domy magnackie kolonizowały głównie Ukrainę i Małą Ruś: Koniecpolscy, Wiśniowieccy i Potoccy, którzy nałożone na Kozaków uciążliwe podatki wypuszczali w dzierżawę swoim plenipotentom żydowskim. Kozacy musieli opłacać podatek od każdego nowonarodzonego dziecka, od każdej świeżo zaślubionej pary. Aby nie można było ominąć tej dani, arendarze żydowscy przechowywali u siebie klucze od kościołów greckich i ilekroć duchowny miał ochrzcić dziecko lub połączyć ślubem jakie stadło, musiał o nie prosić arendarza, który je wręczał dopiero po uiszczeniu daniny.

Hasłem, którym Chmielnicki rozagitował tłumy było „Polacy oddali nas w niewolę przeklętemu nasieniu żydowskiemu”. Toteż całe kozactwo i zbuntowany lud ruski rzucił się przede wszystkim na żydów, a potem na szlachtę, która ich żydom oddała. Ofiarą padło wielu księży katolickich, z czego ukuli później historycy zarzut, że przyczyną buntu była zbyt obcesowa propaganda katolicka. Sądzę jednak, że nie trzeba aż tak daleko idących przypuszczeń, aby wyjaśnić zwrócenie się Kozaków przeciw duchowieństwu katolickiemu.

„Salwandy w swej Histoire de Jean Sobieski Paryż r. 1829 pisze, że wielu socynianów (braci polskich – przyp. mój) przyłączyło się do kozaków. My wiemy o jednym tylko wypadku dotyczącym Grzegorza Niemierycza, który podróżował z Ruarusem i Wiszowatym (wnuk Fausta Socyna, kaznodzieja ariański, ideolog religijny braci polskich – przyp. mój) i był autorem polskiej książki Modlitwy i Pieśni wydanej w r. 1653 i kilku rozpraw w języku łacińskim. Mając znaczne posiadłości na Ukrainie, a głównie po lewej stronie Dniepru, w kraju kozaków, przechylał się Niemierycz do kościoła wschodniego i miał namawiać swych współwyznawców do tego samego, spodziewając się przez to pozyskać wielki wpływ na zwolenników tego kościoła i użyć go na posunięcie naprzód sprawy socyniańskiej… Salwandy pisze również, że szlachta socyniańska wywołała powstanie chłopów w okolicach Krakowa i Poznania.”

Jak już nam wiadomo, „bracia” mieli zwykle w swym repertuarze powstania chłopskie, tak „bracia włoscy” jak „bracia niderlandzcy”, „bracia angielscy”, jak „bracia czescy”, bracia niemieccy, jak wreszcie „bracia polscy”. Skoro byli wśród kozaków, to na pewno nie zachęcali ich do łagodnego obchodzenia się z duchownymi katolickimi.

Rozpoczął się dla Polski okres Potopu w tym samym roku, gdy na zachodzie kończono wojnę trzydziestoletnią pokojem westfalskim (1648r.). Po śmierci Władysława IV elekcja otwarta. Protestanci polscy kandydaturze Jana Kazimierza przeciwstawiają Stefana Rakoczego, księcia siedmiogrodzkiego.

Śmierć Stefana Rakoczego oddała tron polski bezspornie w ręce Jana Kazimierza. Po elekcji Komeński opuszcza Polskę i udaje się do Siedmiogrodu do Zygmunta Rakoczego i przedstawia mu plany swojej secta heroica, by zwalić katolicyzm. Tam styka się z niejakim Drabikiem, duchownym braci czeskich, który przedstawia Komeńskiemu swe przepowiednie, wieszczące katastrofę państw katolickich. Przepowiednie takie, tyczące Polski, znane są już w XVI w. i głosiły Polsce zalanie potopem wojsk nieprzyjacielskich, jeżeli nie osadzi na tronie króla protestanta.

Obecnie Drabikowi udaje się Komeńskiego pozyskać dla swoich przepowiedni. Jeden egzemplarz swych wróżb przesyła Drabik Januszowi Radziwiłłowi, czyniąc aluzje, że czeka go korona…«

Jak już nam wiadomo, „bracia” mieli zwykle w swym repertuarze powstania chłopskie, tak „bracia włoscy” jak „bracia niderlandzcy”, „bracia angielscy”, jak „bracia czescy”, bracia niemieccy, jak wreszcie „bracia polscy”. Skoro byli wśród kozaków, to na pewno nie zachęcali ich do łagodnego obchodzenia się z duchownymi katolickimi.

Rolicki sugeruje wprost, że bracia polscy byli wśród Kozaków. Wprawdzie nie traktuje się u nas Trylogii Sienkiewicza jako wiarygodnego źródła historycznego, co może nie do końca jest słuszne, bo w Ogniem i mieczem można natrafić na taki fragment, który dużo wyjaśnia:

»Na całej Ukrainie i Zadnieprzu poczęły zrywać się jakieś szumy, jakoby zwiastuny burzy bliskiej; jakieś dziwne wieści przelatywały od sioła do sioła, od futoru do futoru, na kształt owych roślin, które jesienią wiatr po stepach żenie, a które lud perekotypolem zowie. W miastach szeptano sobie o jakiejś wielkiej wojnie, lubo nikt nie wiedział, kto i przeciwko komu ma wojować. Coś zapowiadało się wszelako. Twarze ludzkie stały się niespokojne. Rolnik niechętnie z pługiem na pole wychodził, chociaż wiosna przyszła wczesna, cicha, ciepła, a nad stepami dzwoniły od dawna skowronki. Wieczorami ludzie po siołach gromadzili się w kupy i stojąc na drodze gwarzyli półgłosem o rzeczach strasznych. Ślepców krążących z lirami i pieśnią wypytywano o nowiny. Niektórym zdało się, ze nocami widzą jakieś odblaski na niebie i że księżyc czerwieńszy niż zwykle podnosi się zza borów. Wróżono klęski lub śmierć królewską (Władysław IV zmarł w 1648 roku, a ten opis, to wiosna tego roku – przyp. mój) – a wszystko to było tym dziwniejsze, że do ziem onych, przywykłych z dawna do niepokojów, walk, najazdów, strach niełatwy miał przystęp; musiały więc jakieś wyjątkowo złowrogie wichry grać w powietrzu, skoro niepokój stał się powszechnym.

Tym ciężej, tym duszniej było, że nikt nie umiał niebezpieczeństwa wskazać. Wszelako między oznakami złej wróżby dwie szczególnie zdawały się wskazywać, że istotnie coś zagraża. Oto naprzód niesłychane mnóstwo dziadów lirników zjawiło się po wszystkich wsiach i miastach, a były między nimi jakieś postacie obce, nikomu nie znane, o których szeptano sobie, że to są dziady fałszywe. Ci, włócząc się wszędzie, zapowiadali tajemniczo, iż dzień sądu i gniewu bożego się zbliża. Po wtóre Niżowcy poczęli pić na umór.

Druga oznaka była jeszcze niebezpieczniejsza. Sicz, w zbyt szczupłych granicach objęta, nie mogła wszystkich swych ludzi wyżywić, wyprawy nie zawsze się zdarzały, przeto stepy nie dawały chleba Kozakom, mnóstwo więc Niżowców rozpraszało się rokrocznie, w spokojnych czasach, po okolicach zamieszkanych. Pełno ich było na Ukrainie, ba! nawet na całej Rusi. Jedni zaciągali się do pocztów starościńskich, inni szynkowali wódkę po drogach, inni trudnili się po wsiach i miastach handlem i rzemiosłami. W każdej prawie wsi stała opodal od innych chata, w której mieszkał Zaporożec. Niektórzy mieli w takich chatach żony i gospodarstwo. A Zaporożec taki, jako człek zwykle kuty i bity, był poniekąd dobrodziejstwem wsi, w której mieszkał. Nie było nad nich lepszych kowali, kołodziejów, garbarzy, woskobojów, rybitwów i myśliwych. Kozak wszystko umiał, wszystko zrobił; dom postawił i siodło uszył. Powszechnie jednak nie byli to osadnicy spokojni, bo żyli życiem tymczasowym. Kto chciał wyrok zbrojno wyegzekwować, na sąsiada najazd zrobić lub się od spodziewanego obronić, potrzebował tylko krzyknąć, a wnet mołojcy zlatywali się jak kurcy na żer gotowi. Używała ich też szlachta, używali panowie wiecznie spory ze sobą wiodący, gdy jednak i takich wypraw brakło, to siedzieli cicho po wsiach pracując do upadłego i w pocie czoła zdobywając chleb powszedni.

I trwało tak czasem rok, dwa, aż nagle przychodziła wieść o jakiejś walnej wyprawie, czy to jakiego atamana na Tatarów, czy na Lachiw czy wreszcie paniąt polskich na Wołoszczyznę i wnet ci kołodzieje, kowale, garbarze, woskoboje porzucali spokojne zajęcie i przede wszystkim poczynali pić na śmierć we wszystkich szynkach ukraińskich.

Przepiwszy wszystko, pili dalej na borg, ne na to, szczo je, na to, szczo bude. Przyszłe łupy miały zapłacić hulatykę.

Zjawisko owo powtarzało się tak stale, że później doświadczeni ludzie ukraińscy zwykli mawiać: „Oho! trzęsą się szynki od Niżowców – w Ukrainie coś się gotuje.”

I starostowie wzmacniali zaraz załogi w zamkach, pilnie dając na wszystko baczenie, panowie ściągali poczty, szlachta wysyłała żony i dzieci do miast.

Owóż wiosny tej Kozacy poczęli pić jak nigdy, trwonić na ślepo wszelakie zapracowane dobro, i to nie w jednym powiecie, nie w jednym województwie, ale na całej Rusi, jak długa i szeroka.«

Oto naprzód niesłychane mnóstwo dziadów lirników zjawiło się po wszystkich wsiach i miastach, a były między nimi jakieś postacie obce, nikomu nie znane, o których szeptano sobie, że to są dziady fałszywe. Ci, włócząc się wszędzie, zapowiadali tajemniczo, iż dzień sądu i gniewu bożego się zbliża.

Któż, czytając ten fragment, domyśli się, że chodzi tu o braci polskich, nie wiedząc, że byli fachowcami od powstań chłopskich. Nie wiedząc, przemknie oczami po tym urywku i podąży za głównym wątkiem.

Sytuacja na Ukrainie była nader skomplikowana i fragment dialogu pomiędzy Chmielnickim i Skrzetuskim nieco wyjaśnia:

„Sami jeno Wiśniowieccy a Potoccy, a Zasławscy, a Kalinowscy, a Koniecpolscy, i szlachty garść! Dla nich starostwa, dostojeństwa, ziemia i ludzie, dla nich szczęście i złota wolność, a reszta narodu ręce we łzach do nieba wyciąga czekając bożego zmiłowania, bo i królewskie nie pomoże! Ileż to szlachty nawet nieznośnego ich ucisku wytrzymać nie mogąc na Sicz ucieka, jako ja sam uciekłem? Nie chcę też wojny z królem, nie chcę z Rzecząpospolitą! Ona mać, on ojciec! Król miłościwy pan, ale królewięta! Z nimi nam nie żyć; ich to zdzierstwa, ich to arendy, stawszczyzny, pojemszczyzny, suchomielszczyzny, oczkowe i rogowe; ich to tyrania i uciski przez Żydów czynione o zemstę do nieba wołają.

I któż są oni? – mówił dalej pan Skrzetuski – czy tu z Niemiec przyszli albo od Turek? Nie krew-że to z krwi, nie kość z kości waszej? Nie wasza-że to szlachta, nie wasi książęta? Co gdy tak jest, tedy ci biada, hetmanie, bo ty młodszych braci na starszych uzbrajasz i parrycydów (parrycyda, z łaciny – ojcobójca, morderca, zdrajca, wróg ojczyzny – przyp. mój) z nich czynisz.”

Tak więc spolonizowana arystokracja i szlachta ukraińska do spółki z Żydami eksploatowała ukraiński lud, a winą zostali obarczeni Polacy.

Teodor Jeske-Choiński w książce Historia Żydów w Polsce tak opisuje przyczynę buntów kozackich:

»Najwięcej rozwydrzyli się Żydzi na Rusi i Ukrainie. Opętali szlachtę, zajmującą się w owym czasie więcej polityką, aniżeli swoimi majątkami, podniecili ją do wyzyskiwania Kozaków. Doszło do tego, że Judaici dzierżawili nie tylko dobra szlacheckie, lecz także cerkwie. Kto z ludu kozackiego chciał ochrzcić swoje dziecko, albo się żenić, musiał zapłacić członkom „wybranego narodu” haracz. Nawet umierać i wędrować po śmierci na cmentarz chrześcijański nie mógł bez pozwolenia dzierżawców wyznania talmudycznego.

Ta chciwa, potworna arogancja Żydów oburzyła nie tylko uczciwych „gojów”, lecz także żydowskiego historyka, Graetza, zaciętego wroga chrystianizmu. Pisze on:

„Odeszła od nich (od Żydów) rzetelność i prawość, jak opuściła ich prostota i zmysł prawdy. W oszukaństwie i przebiegłości znajdywali rozkosz, niby zwycięską radość. Uczyli szlachtę polską, jak upokarzać i poniewierać gruntownie Kozaków, narzucili się im na sędziów i mieszali się do ich praw kościelnych.”

Taka obłąkana arogancja musiała wywołać nienawiść Kozaków do Żydów. I stało się tak… Do dnia dzisiejszego pamiętają dzieci stepów swoją poniewierkę, nie zapomnieli krzywd, doznanych za rządów żydowskich.

Wyssani do ostatniego grosza, traktowani jak bydlęta, wysłali Kozacy poselstwo do Krakowa, do króla Jana Kazimierza, i prosili go, aby zdjął z nich pęta żydowskie: „Nie szukajcie w prawach surowości przeciwko Żydom – przemawiało poselstwo – ale pilnować należy, aby nie byli w mocy nas obdzierać”.

Jan Kazimierz nie przychylił się do słusznych żądań Kozaków, za co drogo zapłacił. Bowiem Kozacy, sprzykrzywszy sobie poniewierkę z dwóch stron, od Żydów i od bałamuconych przez nich szlachciców polskich, wzięli się do broni. Wojna Kozaków z Polską zaczęła się pogromem Judy. Strasznym był ten pogrom – dzikim, brutalnym, rafinowanym mordem.

Skopany, skrzywdzony Zaporożec stał się hieną, tygrysem, szakalem. Tysiące Żydów torturował bez litości i zabijał, jak wściekłych psów (w Niemirowie, Pilewcach, Zamościu, Tomaszowie, Turobinie, Tarnogrodzie, Biłgoraju, Kroczniku, Łucku itd.).

Przeliczyła się znów megalomania żydowska. Już się zdawało, że opanowała całą Sicz kozacką i Wołyń, i że będzie na zawsze władzą tych, gdy straszny, okrutny grom spadł na nią niespodzianie i zdruzgotał jej niemądrą pychę. Z torbami, zrabowani przez Kozaków, uciekli z Zaporoża ci magnaci żydowscy, którym udało się ocalić życie. Nadzy przyszli nad Dniepr, nadzy odeszli…«

Nadzy odeszli, pisze Jeske-Choiński, ale powrócili. I znowu gnębią ukraiński lud. Czy Zaporożec znowu się zbuntuje? Chyba nie! Ucieka do Polski, a w niej dalej nienawidzi Polaków za upokorzenia, których doznali jego przodkowie od swoich spolonizowanych współbraci i od Żydów.

Natomiast Wikipedia bunty kozackie tak tłumaczy:

„Właściwe rządy sprawowały rody magnackie (gł. Wiśniowieccy, Zasławscy, Ostrogscy), złożone ze spolonizowanej szlachty ruskiej i zarządzające ogromnymi latyfundiami. Ich polonizacja motywowana była często ambicjami politycznymi i nieodłącznie związana z porzuceniem prawosławia. Ukraińska historiografia właśnie im przypisuje główną odpowiedzialność za wybuch buntów – ich zaborcza i ekspansywna polityka rolna miała prowadzić do stałego podnoszenia powinności pańszczyźnianych i wpędzać chłopstwo w nędzę. W ten sposób nawarstwiała się nienawiść tzw. prostego ludu do warstw uprzywilejowanych, oparta również na uprzedzeniach narodowościowych i religijnych.”

Powstanie Chmielnickiego daje Moskwie pretekst do wkroczenia w granice Rzeczypospolitej. Henryk Rolicki tak to opisuje:

»W r. 1654 Chmielnicki poddał się Moskwie i wojska moskiewskie wkroczyły do Polski, zalewając całą wschodnią połać Polski i Litwy. Rozpoczął się potop, który miał pozbawić Polskę nie tylko roli mocarstwowej, lecz właściwie roli niepodległego państwa. Falą, która miała Polskę zalać, stali się Szwedzi, idący w pierwszym szeregu wojującej reformacji. Karol Gustaw i Axel Oxenstierna, jego kanclerz, dwaj członkowie zakonu palmowego, gotowi byli dobyć oręża. Fryderyk Wilhelm, margrabia brandenburski i lenny wobec Polski książę pruski, także członek zakonu palmowego, okazać miał poparcie, by wywalczyć sobie zwolnienie z lenna i tytuł dziejowy „wielkiego elektora”. Różokrzyżowiec Komeniusz, przyjaciel i agent Oxenstierny, siedzi u księcia siedmiogrodzkiego, by go nakłonić do secta heroica, mającej zwalczyć „wieżę Babel” (Kościół katolicki – przyp. mój). W Polsce jest biskupem braci czeskich, połączonych z kalwinami i mistrzem szefa kalwinów, Zbigniewa Gorajskiego. Jest w przyjaźni z Januszem Radziwiłłem, któremu Drabik przepowiedział koronę. Jest w bliskim kontakcie z Krzysztofem Opalińskim, drukującym swe „Satyry” w Amsterdamie. Na różnowierców może liczyć.

Rakoczy siedmiogrodzki gotów jest przystąpić do secta heroica. Już przedtem były obawy, że książę siedmiogrodzki nie tylko z samym Chmielnickim konspiruje, ale i między szlachtą licznych ma zwolenników. Podejrzewano o to przede wszystkim księcia Janusza Radziwiłła i księcia Wiśniowieckiego. Te stosunki domu Rakoczych zapewne nie zostały zerwane. Do Polski, której wschód zalały wojska moskiewskie, wkraczają teraz wojska Karola Gustawa (1655 r.). W Wielkopolsce Wittenberg bez walki przeciąga pospolite ruszenie pod wodzą Krzysztofa Opalińskiego na stronę Karola Gustawa. Satyryk amsterdamski okrywa się hańbą dziejową. Na Litwie naśladują go skwapliwie obaj Radziwiłłowie, Janusz i Bogusław. Obaj kalwini; Janusz przyjaciel Komeńskiego w r. 1644 w jego obecności przewodniczył synodowi ewangelików w Orlu. Bogusław, zaufany przyjaciel Fryderyka Wilhelma, księcia pruskiego, działającego, jak Oxenstierna, w zakonie machabejskiej palmy.

W całym kraju hulają wojska szwedzkie i pragną wytępić wszystko, co katolickie.

„Pisarze katoliccy przypisują protestantom w Wielkopolsce podmawianie Szwedów do popełniania owych gwałtów; a socynianie i bracia czescy, zwłaszcza ci, którzy z Czech i Moraw schronili się do Polski, najsilniej byli obwiniani o sprzyjanie wrogom.

Jakkolwiek popieranie obcego najeźdźcy przeciwko ojczyźnie bynajmniej nie zasługuje na pochwałę, łatwo się jednak tłumaczy tym, że w kraju tak podzielonym na stronnictwa, jakim wówczas byłą Polska, uczucie przywiązania do ojczyzny ustępowało przed duchem stronniczym. Wszelako mniej tu zadziwia postępowanie socynianów, którzy prześladowani zarówno przez katolików, jak i przez ewangelików, szukali opieki u Szweda; natomiast nie podobne do przebaczenia było zachowanie się w tym wypadku Czechów i Morawian, którzy znaleźli w Polsce schronienie przed prześladowaniem, jakiego doznawali we własnej ojczyźnie” – tak osobliwie osądza te zdrady pisarz kalwiński.” – Hr. W. Krasiński, Zarys dziejów reformacji.

Konfederacja tyszowiecka, śluby Jana Kazimierza w katedrze lwowskiej postawiły naród na nogi. Źle poczęło się dziać Szwedom i ich sprzymierzeńcom. W r. 1656 wojska polskie stają pod Lesznem. Rezyduje tam Komeński i podżega ludność (w znacznej mierze żydowską) do zbrojnego oporu ramię przy ramieniu z wojskiem szwedzkim. Miasto zostaje zdobyte i podpalone przez Polaków, jako gniazdo spisku. Komeński zdołał uciec za granicę, lecz archiwum jego i rękopisy stały się pastwą ognia.

Szwedzi ponoszą klęskę za klęską. Teraz już kalwini przechodzą na stronę Jana Kazimierza; sprawa na razie stracona. Osadzenie na tronie Karola Gustawa „wzniosłego z wysoko się pnącym słonecznikiem” nie powiodło się.

W r. 1657 najeżdża Polskę wraz z kozakami Chmielnickiego książę siedmiogrodzki, pozyskany przez Komeńskiego dla secta heroica. Usiłuje zdobyć bezskutecznie Lwów, potem śpieszy pod Kraków, który mu otwiera załoga szwedzka. Karol Gustaw łączy się z nim pod Chmielowem. Ostatnia próba. Za późno.

Karol Gustaw, popierany przez żydów i spiski reformacyjne, snuje teraz wprost plany rozbioru Polski. On pierwszy, po nim będzie August II Sas.

Z chciwym brandenburczykiem zawarł nowy traktat w Labiau i zapewnił mu udzielność Prus książęcych i Warmii, a z drugiej strony wciągnął do aliansu Rakoczego i Chmielnickiego, ofiarując pierwszemu Małopolskę, Ruś Czerwoną, Mazowsze, Litwę, Wołyń i Podole, drugiemu Ukrainę. Sobie oczywiście zachowuję Wielkopolskę i Gdańsk.

Po klęsce Rakoczego wojna ma się ku końcowi. Fryderyk Wilhelm pruski zawiera w r. 1657 z królem traktat welawski. Zostaje zwolniony od powinności lennej, zaś siostrzeniec jego, Bogusław Radziwiłł, odzyskuje swe dobra w Rzeczypospolitej.

Powstają samodzielne Prusy, a „osobliwie światło w Niemczech”, wielki elektor, kładzie podwaliny pod dzieło Fryderyka Wielkiego: pierwszy rozbiór Polski. Traktat oliwski ze Szwecją 1660 r. odpycha Polskę jeszcze bardziej od Bałtyku, pozbawiając ją Inflant.

A teraz kolej na zdrajców. Wielu przebaczono, umieli się osłonic. Jednak już na sejmie 1658 r. uchwalono wypędzenie braci polskich z kraju. W r. 1659 sejm kazał arianom opuścić Polskę do dnia 10 lipca 1660 r. Szwecja w traktacie usiłowała to odrobić, lecz bezskutecznie. Udali się częścią do Prus, gdzie ich przyjął gościnnie Bogusław Radziwiłł, częścią zaś do siedziby Spinozy, do Amsterdamu. Do wygnania braci zmusili sejm chłopi polscy; oni to w r. 1656 zdobyli Sącz, siedzibę arian i puścili z dymem; podobne zbrojne odruchy miały miejsce i gdzie indziej.

Na sejmie w r. 1658 rozważano również sprawę wygnania żydów z Polski za zdradę na rzecz Szwedów. Rzeczpospolita nie miała już jednak dość sił, aby sobie na to pozwolić. Minął potop i pozostawił za sobą zniszczone państwo. Zabrakło Polsce spokoju, aby mogła zagoić rany. Zaraz potem rokosz Lubomirskiego, potem wojny tureckie, wojna północna, wojna szwedzko-rosyjska, gdzie Rzeczpospolita musiała przyglądać się biernie, jak jej ziemie tratują wojska moskiewskie i szwedzkie.«

W Wikipedii potop szwedzki jest tak opisany:

Potop szwedzki (VI wojna polsko-szwedzka) – najazd Szwecji na Rzeczpospolitą w latach 1655–1660 będący jedną z odsłon II wojny północnej. Formalnie zakończył go pokój w Oliwie zawarty w 1660. Wojna ze Szwedami toczyła się równolegle z wojną polsko-rosyjską 1654-1667 znaną jako potop rosyjski.

Potop szwedzki był jedną z odsłon wojen prowadzonych przez Szwecję, która dążyła do całkowitej dominacji nad Morzem Bałtyckim, wynikiem czego były wcześniejsze wojny z Polską o ujście Wisły i Inflanty. Konflikt miał również swoje korzenie w sporze o tron Szwecji w obrębie dynastii Wazów, do czego zgłaszali pretensje królowie polscy z tej dynastii.

Najazd wojsk szwedzkich miał miejsce, gdy Rzeczpospolita prowadziła wyniszczającą wojnę obronną z Rosją, która wiosną i latem 1654 roku najechała ponad połowę jej terytorium (potop rosyjski) i wsparła trwające od 1648 roku powstanie Chmielnickiego. Zajęcie przez Rosjan Ukrainy i większości terytorium Wielkiego Księstwa Litewskiego stanowiło zagrożenie dla szwedzkich wpływów nad Bałtykiem i było bezpośrednią przyczyną wkroczenia Szwedów do Polski i na Litwę w 1655 roku.

Zaangażowana w wojnę z najazdem rosyjskim i osłabiona powstaniami kozackimi Rzeczpospolita nie zdołała odeprzeć militarnie najazdu Szwedów w 1655 roku, czego wyrazem było poddanie się wojsk pospolitego ruszenia, a nawet przypadki współpracy i podporządkowania się królowi szwedzkiemu. Od wiosny 1656 roku zaczął wzrastać opór armii koronnej, pojawiły się pierwsze sukcesy militarne, co zaczęło powoli doprowadzać do równowagi pomiędzy przeciwnikami. Od jesieni 1656 roku poprawiła się sytuacja międzynarodowa, co doprowadziło do wycofania się z Polski większości wojsk szwedzkich do czerwca 1657 roku. Szwedzi od tego czasu byli już w defensywie i utrzymywali pod swoją kontrolą jedynie niektóre twierdze z Toruniem na czele. I choć ostatecznie Szwedzi zostali wyparci, to jednak poniesione straty w wyniku walki z kilkoma przeciwnikami oraz koszty ustępstw pokojowych były ogromne.

Szacuje się, iż w wyniku działań wojennych ludność Warszawy zmniejszyła się aż o 90%. Do dziś nie zostały w większości odzyskane zagrabione przez Szwedów dobra kultury polskiej, m.in. zrabowane z Zamku Królewskiego w Warszawie, dwa brązowe lwy zdobią do dzisiaj siedzibę królewską w Sztokholmie.”

Mamy więc powstanie Chmielnickiego (1648-1657), wojnę polsko-rosyjską (1654-1667) i polsko-szwedzką (1655-1660). W sumie można więc powiedzieć, że były trzy wojny. Jednak ta ze Szwecją była najbardziej wyniszczająca. Wikipedia pisze:

„Wojna i okupacja prawie całego kraju przez potop wojsk szwedzkich spowodowały w Rzeczypospolitej ogromne straty demograficzne na skutek działań wojennych, głodu, chorób i epidemii (nawet do 40% całej populacji Rzeczypospolitej) zniszczenia materialne (ponad 50% całego majątku), wielkie straty dóbr kulturalnych, zagrabionych przez okupanta, a wreszcie utratę zwierzchnictwa nad Prusami Książęcymi i przypieczętowanie tego samego odnośnie do Inflant. Traktaty welawsko-bydgoskie pozwoliły na umocnienie Brandenburgii na arenie międzynarodowej.

Kolejnym skutkiem wojny są też niepowetowane straty materialne i kulturowe. Pomimo że większość polskich zamków i twierdz poddawała się Szwedom bez walki, zostały zniszczone i złupione jako potencjalne miejsca oporu. Wiele ze świetnych niegdyś rezydencji (Zamek Ogrodzieniec, Zamek w Chęcinach, Zamek wOlsztynie) po potopie szwedzkim nigdy nie zostało odbudowanych i nie odzyskało świetności; wizerunki niektórych znamy tylko dzięki pracom szwedzkiego wojskowego – Erika Dahlbergha. Rozgrabiono nie tylko biblioteki i skarbce, wywożono także relikwie świętych (np. św. Stanisława z Krakowa) czy detale architektoniczne (np. Marmurowe delfiny z fontanny w zamku królewskim w Warszawie).”

W wyniku wojny ze Szwecją Rzeczpospolita traci:

  • Prusy: uzyskują samodzielność
  • Inflanty

W wyniku wojny z Rosją Rzeczpospolita traci:

  • województwo smoleńskie
  • województwo czernihowskie
  • połowę województwa kijowskiego (250 tys. km kwadr.)
  • Zaporoże zostaje uznane za kondominium Polski i Rosji

W sumie można to uznać za pierwszy rozbiór Rzeczypospolitej. Wszystkie trzy państwa, które brały udział w wojnie – Szwecja, Prusy i Rosja, coś zyskały jej kosztem.

A czy to było mocarstwo? Skoro Rosja zajmuje prawie całe Kresy i nie boi się, to chyba nie. Co ciekawe, zatrzymuje się prawie dokładnie na linii, którą my nazywamy linią Curzona. Co więcej, nie zajmuje północnej Litwy i nie wkracza w granice Korony. Jakby chciała zostawić to Szwecji, która dopiero w następnym roku zajmuje te tereny. Czy oni się wcześniej umówili?

Po co były te wojny? Żeby osłabić „mocarstwo”, które mocarstwem nie było? Gdyby nie było unii, to nie byłoby tych wojen. Straty terytorialne, jakie poniosła Rzeczpospolita, to były straty Wielkiego Księstwa Litewskiego, którego część południową, po unii, przyłączono do Korony. Największe zniszczenia materialne i ludzkie miały miejsce na terenie Korony, czyli Polski. Pomimo że większość polskich zamków i twierdz poddawała się Szwedom bez walki, zostały zniszczone i złupione jako potencjalne miejsca oporu. – Tak pisze Wikipedia. Skoro te twierdze i zamki poddawały się bez walki, to nie mogły już stanowić miejsc oporu. Skąd więc taka nienawiść? Czy tylko różnice wyznaniowe mogły być ich przyczyną? Skoro, niby, Karol Gustaw chciał być królem Polski, to po co obracać kraj w perzynę? Widocznie chyba jednak chodziło nie o jego podbicie, tylko o jego zniszczenie. Najwyraźniej król szwedzki wykonywał czyjeś instrukcje.

Potop szwedzki to był początek końca Rzeczypospolitej. W jego wyniku twór ten, dwa sztucznie złączone państwa, stracił niepodległość, jeśli w ogóle ją miał. Wtedy właśnie, po tej wojnie, rozpoczął się karnawał liberum veto – „wolne” nie pozwalam. Pierwszy zerwał sejm poseł z Litwy, W. Siciński, w 1652 roku. Następny zerwano w 1669 roku i tak to trwało przez stulecie. W pełni wykorzystano zaprojektowany u progu unii ustrój, który sparaliżował całkowicie państwo i jego organy i stał się przedmiotem drwin całej niemalże Europy. Nie Polacy go stworzyli, nie Polacy byli głównymi aktorami tego cyrku, ale na nich spadło całe to odium.

Dziwnie wyglądała ta wojna. Gdyby ktoś chciał pokonać tę unię dwóch, luźno ze sobą związanych państw, to dokonałby jednoczesnego ataku. A tu mamy jakieś niezrozumiałe posunięcia: powstanie Chmielnickiego 1648 roku, wkroczenie Rosji w 1654 roku, Szwecji – w 1655 roku i najazd Rakoczego wraz z Chmielnickim w 1657 roku, gdy Szwedzi są w totalnym odwrocie. W odwrocie, dlatego że odnosili porażki, czy dlatego, że tak chcieli? Tak jakby w tym wszystkim chodziło o to, by ta wojna trwała jak najdłużej, a nie o szybkie pokonanie i podporządkowanie sobie przeciwnika. Zupełnie jak w przypadku wojny Hitlera. Ci, którzy powołali do życia unię polsko-litewską i stworzyli jej idiotyczny ustrój, a więc Żydzi, mogliby ją zlikwidować, gdyby chcieli. Woleli jednak, by na jej terenie toczyły się wyniszczające wojny. Dla Polski była to katastrofa. Jej starty były, proporcjonalnie, większe niż w czasie II wojny światowej. To na terenie Korony, a nie na terenie Wielkiego Księstwa Litewskiego, dokonano tego spustoszenia.

Pożar 1666 roku

Podejrzewam, że mało kto słyszał o wielkim pożarze Londynu w 1666 roku. Czy to był przypadek, że akurat właśnie w tym roku doszło do niego? Nasza „pandemia” pojawia się w 2020 roku, traktat wersalski – 1919. Ktoś może powiedzieć, że to przypadek. Przecież kiedyś to wszystko musiało się zdarzyć, a że tak wyszło? Nie da się udowodnić, że wielki pożar Londynu został zaplanowany na ten właśnie rok i że w ogóle został zaplanowany. Niemniej jednak pewna sekwencja zdarzeń, którą niżej przedstawiam, skłania do refleksji. Ale nawet informacja z Wikipedii, że pożar wybuchł we wschodniej części miasta, przy wietrze wiejącym w kierunku zachodnim, każe wątpić w przypadek. Z drugiej strony postawa mieszkańców Londynu i króla oraz jego najbliższego otoczenia nie rozwiewa tych wątpliwości.

Wikipedia pisze tak:

Wielki pożar Londynu – pożar trwający od 2 do 5 września 1666 roku w Londynie.

Pożar ten wybuchł w piekarni przy ulicy Pudding Lane we wschodniej części miasta. Z powodu silnego wiatru i konstrukcji budynków z materiałów łatwopalnych (drewno, słoma) ogień rozszerzył się w kierunku zachodnim na całe miasto. W sumie zostało zniszczonych 13 200 budynków i 87 (z ponad 100) kościołów, między innymi katedra św. Pawła (ang. St Paul’s Cathedral). Równało się to 2/3 powierzchni miasta.

W pożarze zginęło 6 osób. Żywioł zabił większość szczurów, które były odpowiedzialne za trwającą od 1665 roku epidemię dżumy. Pożar miał wielki wpływ na ówczesne społeczeństwo angielskie, a także na sam Londyn.

Znaczący udział w odbudowie miał architekt Sir Christopher Wren. Pierwotne plany Wrena dotyczące odbudowy zakładały oparcie się na przejrzystym układzie urbanistycznym na wzór kontynentalny, z szerokimi alejami i placami. Jednak ze względu na to, że z wielu budynków ocalały przyziemia, a spory prawne nie pozwalały szybko rozwiązać kwestii własności działek, w końcu zarzucono plany wytyczenia nowej siatki ulic.

W roku 1667 Parlament uchwalił podatek węglowy z przeznaczeniem na fundusz odbudowy Londynu. Miasto odbudowano w oparciu o istniejącą, jeszcze średniowieczną, strukturę ulic, jednak już z wykorzystaniem trwalszych materiałów (cegły i kamień), poprawiając warunki sanitarne i dostępność do budynków.

4 września 2016 roku, w ramach 4-dniowego festiwalu pod nazwą London’s Burning („Londyn płonie”) w 350. rocznicę Wielkiego Pożaru, na Tamizie ustawiono i spalono 120-metrową makietę przedstawiającą XVII-wieczny Londyn.”

Pożar ten został opisany w Dzienniku Samuela Pepysa. Dziennik obejmował okres od 1 stycznia 1660 do 31 maja 1669 roku. Pepys był wysokim urzędnikiem królewskim. Przekładu dokonała Maria Dąbrowska i we wstępie m.in. pisze:

„Okres, w którym Samuel Pepys pisał swój Dziennik, to pierwsze dziesięciolecie tzw. Restauracji, czyli przywrócenia na tron angielski – w osobie Karola II – dynastii Stuartów po upadku republiki ustanowionej przez tzw. Wielką Rebelię, tj. rewolucję z lat czterdziestych XVII wieku, w której wodzem był znany całemu światu Oliver Cromwell. U nas odpowiada tym czasom okres powstań ukraińskich związanych z imieniem Bohdana Chmielnickiego, okres szwedzkiego „potopu” i ostatnie dziesięciolecie panowania Jana Kazimierza. Kiedy Samuel Pepys, zagrożony utratą wzroku, przerywa swój szyfrowany Dziennik, Polska zabiera się do smutnej pamięci elekcji Michała Korybuta Wiśniowieckiego, tak soczyście opisanej przez naszego pamiętnikarza, współczesnego Pepysowi Jana Chryzostoma Paska.”

Za rządów Cromwella dochodzi do ponownego sprowadzenia Żydów do Anglii, wypędzonych stamtąd w 1290 roku. W akcji tej bierze też udział, w porozumieniu z nim, Manasse ben Izrael z Amsterdamu. Zaczyna się od zapewnienia swobody maranom, dotąd starannie utajnionym, dzięki czemu wracają oni masowo na judaizm. Od 1657 roku osiedlają się Żydzi w Londynie. W 1753 roku otrzymują, z pewnymi ograniczeniami, obywatelstwo angielskie i prawa polityczne. O wiele wcześniej niż w Europie kontynentalnej (po rewolucji francuskiej). To wydatnie ułatwiło im penetrację społeczeństw chrześcijańskich oraz wchodzenie do tajnych organizacji. Zmarłego w 1657 roku Manassego zastępuje jego uczeń, sławny filozof, Baruch Spinoza (1632-1677), hiszpański maran. Spinoza, podobnie jak Manasse, był kabalistą i wierzył w mesjańskie przepowiednie Zoharu.

Ten pożar, to pożar tej części miasta, którą nazywa się City of London, znajdującej się w obrębie rzymskich murów z okresu Imperium Rzymskiego. Pepys opisał go w swoim Dzienniku. Jednak wcześniej, w dniu 18 lutego, zanotował:

„18 lutego. (Niedziela.) Leżałem długo, rozmawiając z żoną, m.in. o tym, że Pola musi do nas przyjechać i być tu trochę, iżby nabrała światowej ogłady. Potem będąc w mieście wstąpiłem do mego księgarza po książkę, pisaną dwadzieścia lat temu o proroctwie na teraźniejszy rok, w której liczbę 1666 wykłada się jako bestię apokaliptyczną i Antychrysta zwiastującą.”

W dniu 2 września Pepys zapisuje w swoim dzienniku:

»2 września (Niedziela.) Dziewki nasze siedziały do późna w noc, aby przygotować wszystko dla dzisiejszych gości, a jedna z nich, Jane, około 3 nad ranem nuże nas wołać, że wielki pożar widać w Mieście. Tedy wstałem i oblókłszy się w nocny przyodziewek, poszedłem do jej okna i zdało mi się, że to gdzieś na tyłach ulicy Mark Lane, a nie będąc zwyczajny takich pożarów, jakie się potem okazały, mniemałem, że to dosyć daleko; tedy wróciłem do łóżka i zasnąłem. Około 7 wstałem, aby ubrać się, i wyjrzałem przez okno, i zobaczyłem ogień mniejszy, niż był przedtem, i dalszy, za czym poszedłem do mego nowego gabinetu, by po wczorajszym sprzątaniu ułożyć wszystko na miejscu. Ale wnet przyszła Jane i mówi mi, że słychać jakoby 300 domów spłonęło tej nocy od pożarów, któreśmy byli widzieli; i że teraz pali się cała Fish Street aż do Londyńskiego Mostu. Tedy zebrałem się natychmiast i poszedłem do Tower, i tam wdrapałem się na najwyższe miejsce, i stamtąd ujrzałem domy po tej stronie mostu wszystkie w płomieniach i olbrzymi pożar z obu stron mostu. Tedy zszedłem z sercem pełnym troski do komendanta Tower, który powiedział mi, że pożar zaczął się nad ranem w domu królewskiego piekarza na Pudding Lane i że strawił kościół Św. Magnusa i większość Fish Street. Zszedłem na wybrzeże i nająwszy czółno popłynąłem do mostu, i tam oglądałem to opłakane widowisko. Nieszczęsny dom Betty Michell, jako że cała ta część miasta w ogniu, który posuwał się coraz dalej, tak że bardzo szybko, przez czas kiedy tam byłem, dosięgnął Steel Yard. Wszyscy usiłowali ratować swoje dobro: biedni ludzie trzymali się swoich domów, aż póki nie zajęły się ogniem, a wtedy rzucali się do czółen albo tłoczyli się biegając od jednych schodów nad Rzeką do drugich. I biedne gołębie, którem widział, jak wzdragając się porzucić domy krążyły koło balkonów i okien tak długo, aż popadały opaliwszy sobie skrzydła. Postawszy tak z godzinę i napatrzywszy się szalejącego ognia a nie widząc dookoła nikogo, kto starałby się go ugasić, tylko wszystkich łapiących, co mieli dobytku pod ręką, i zostawiających resztę na pastwę pożaru, i widząc ogień już w Steel Yard i że wiatr bardzo silny przerzuca płomienie ku śródmieściu, i że wszystko po tak długiej suszy okazuje się palne, nawet same kamienie kościołów, i widząc m.in. biedną dzwonnicę Św. Wawrzyńca, koło której cudna pani Horsley mieszkała, jak zająwszy się od szczytu wnet objęta płomieniami zwaliła się – pośpieszyłem do Whitehall i tam do gabinetu Króla, gdzie zaraz wszyscy do mnie, i zdałem im sprawę o rzeczy, i przeraziłem ich, i zaraz posłano z tym do Króla. A zaś wnet byłem przed oblicze Króla wezwany i powiedziałem Królowi i księciu Yorku, com widział, i że o ile Jego Królewska Mość nie rozkaże burzyć domów, to nic nie wstrzyma szerzenia się pożaru. Zdawali się być bardzo poruszeni i Król poruczył mi pójść do Lorda Majora (odpowiednik obecnego burmistrza – przyp. mój) i nakazać mu Jego imieniem, żeby nie szczędził domów, tylko burzył je wszędzie, dokąd zbliża się pożar. Książę Yorku kazał mu też oznajmić, że gdyby potrzebował więcej żołnierzy, on ich da; to samo rzekł mi potem lord Arlington. Spotkawszy kapitana Cocke’a wziąłem jego powóz i z Creedem – do Św. Pawła, a stamtąd pieszo wzdłuż Watling Street, a iść nie było łatwo, bo wszystko, co żyje, uciekało stamtąd obładowane rzeczami, które chcieli ocalić; a tu i ówdzie niesiono chorych w łóżkach. Nad podziw kosztowne rzeczy wieźli też ludzie na wozach i nieśli na plecach. Dopiero na Canning Street spotkałem Lorda majora zgoła zmęczonego, z chustką do nosa na szyi. Słysząc zlecenie królewskie wykrzyknął jak mdła niewiasta: „Boże, co ja mogę uczynić? Umęczyłem się, a ludzie nie chcą mnie słuchać. Jam kazał burzyć domy, ale ogień szybko pomyka, nie możemy nadążyć!” Dodał, że nie trzeba mu więcej żołnierzy i że co do niego, to musi iść odetchnąć, bo był na nogach całą noc. Za czym rozstaliśmy się i poszedłem do domu oglądając po drodze ludzi prawie oszalałych, a nigdzie żadną miarą nie przedsiębrano jakichś środków dla przytłumienia pożaru. Domy też tu wszędzie gęsto tak stoją i pełno palnych materyj, jako to smoły i dziegciu w ulicach nad Tamizą; i domy towarowe z olejami, z winem, gorzałką i innymi rzeczami. Było już około 12, tedy do domu, gdzie zastałem już zaproszonych na dzisiaj gości, którymi byli: pan Wood i jego żona Barbara Sheldon (nasza Bab z Greenwich, świeżo mu poślubiona) oraz pan Moone z żoną, gładką niewiastą, a i on grzeczny człowiek. Ale zamiar pana Moone’a i też mój: obejrzeć mój nowy gabinet, którym – dawno przezeń pożądanym – widokiem chciałem go uradować, zawiódł nas całkiem, jako że byliśmy wszyscy w wielkim pomięszaniu i zatroskaniu z przyczyn pożaru, o którym nie wiemy, co myśleć. Ale obiad mieliśmy nadzwyczaj dobry i było nam wesoło, jak tylko w takim czasie być mogło. Zaraz po obiedzie ja i państwo Moone wyszliśmy i chodziliśmy po mieście; w ulicach nic tylko pełno ludzi, koni, wozów napełnionych wszelakim dobytkiem, gotowych lecieć jeden przez drugi, by przewozić dobro ludzkie z domów strawionych ogniem – w inne. Teraz wywożą wszystko z Canning Street (która rano przyjęła była dobytek z innych ulic) na Lumbard Street i dalej. Doszliśmy do Św. Pawła, stamtąd Moone z żoną do domu, a ja do przystani Św. Pawła. Nająłem tam czółno i to w dół, to w górę od mostu przypatrując się pożarowi, który szalał i szerzył się, i przytłumić go zdawało się niepodobieństwem. Spotkałem barkę z królem i księciem Yorku i z nimi do Queenshithe, gdzie wezwali do siebie sir Ryszarda Browne’a. Jedyny rozkaz, jaki wydali, to aby śpiesznie burzyć domy poniżej mostu wzdłuż wybrzeża, lecz niewiele było i mogło być zdziałane, gdyż ogień się za szybko na te domy przerzucał. Rzeka pełna czółen wiozących ludzki dobytek, a wiele cennych rzeczy pływało po wodzie, alem spostrzegł, że na co trzeciej bez mała szkucie albo łodzi widać było pośród innych sprzętów domowych wirginał. Napatrzywszy się tego do woli – do parku St. James, gdzie wedle umowy spotkałem żonę z Creedem, Woodem i jego żoną i siedliśmy do mego czółna i znów dalej to w dół, to w górę Rzeki ku pożarowi, który wzrastał, a wiatr był wielki. I tak blisko byliśmy ognia, jak tylko dym pozwalał, a płynąc pod wiatr, o małośmy lic nie popiekli od deszczu iskier, tak zaiste, jak zapalały się od tych iskier i strzępów ognia domy po trzy, po cztery, ba, po pięć i sześć, jeden za drugim. Kiedy nie mogliśmy już wytrwać na wodzie, weszliśmy do malej piwiarni na Strandzie naprzeciw „Trzech Żurawi” i tam siedzieliśmy prawie do zmroku, i widzieliśmy, jak pożary się wzmagały, a gdy się ściemniło, pokazywało się ich coraz więcej a więcej w zaułkach i na dzwonnicach, i między domy a kościoły; tak daleko, jak okiem sięgniesz, aż po wzgórza Śródmieścia, wszędzie najokrutniejszy, złośliwy, krwawy płomień, ani podobny pięknym płomykom zwyczajnego ognia. Zostaliśmy tam, aż się ściemniło, i widzieliśmy pożar jak jedno wielkie sklepienie ognia sięgające na tamtą stronę Rzeki i łukiem rozpostarte nad wyniosłością na jaką milę długości; na płacz mi się zbierało, gdym to widział. Kościoły, domy, wszystko paliło się pospołu; i przeraźliwy huk, jaki się w tych płomieniach rozlegał, i trzask walących się domów! Z ciężkim więc sercem do domu, a tam zastaliśmy wszystkich rozprawiających i lamentujących nad tą pożogą; i biedny Tom Hayter przybył z resztą swego dobytku ocalonego z domu, co spłonął na Fish Street. Zaprosiłem go, by został z nami, i przyjąłem jego rzeczy, ale źle obliczył wybrawszy się do nas, bo co chwila przychodziły wieści o rozszerzaniu się pożaru, tak że musieliśmy sami przystąpić do ładowania naszych rzeczy i gotować się do przeprowadzki; tedy przy miesiącu ( a po wietrznym dniu była piękna, sucha i ciepła noc miesięczna) znieśliśmy wiele z mego dobytku do ogrodu, a ja z panem Hayterem przenieśliśmy moje pieniądze i skrzynię żelazną do piwnicy mając to miejsce za najpewniejsze. Worki ze złotem, co ważniejsze papiery, a też talony w osobnym puzderku przygotowałem, by przenieść do urzędu. Strach był tak wielki, że sir J. Batten sprowadził ze wsi wozy, aby tejże nocy wywieźć całe moje mienie. Pan Hayter, nieborak, położył się za naszą namową do łóżka, aleć niewiele miał odpocznienia z przyczyny hałasu panującego w moim domu przy znoszeniu rzeczy.«

Dalej Pepys m.in. pisał:

»4 września. Po południu siedząc melancholicznie z sir W. Pennem w naszym ogrodzie i rozmyślając nad tym, że nasz urząd spłonie na pewno, jeśli nie zostaną przedsięwzięte nadzwyczajne środki ratunku, przedłożyłem, aby posłać po naszych robotników z Woolwich i Deptford i napisać do do sir W. Coventry’ego, żeby wystarał się o pozwolenie księcia Yorku na zburzenie domów okolicznych raczej, niż mielibyśmy stracić Urząd, co byłoby z wielką szkodą dla spraw państwowych. Tedy sir W. Penn wyruszył wieczorem, aby przysłać robotników na rano, a ja napisałem list do sir Coventry’ego w tej sprawie, ale nie otrzymałem odpowiedzi. Tej nocy pani Turner i jej mąż wieczerzali z nami w urzędzie smętną bardzo manierą, mieliśmy tylko barani przodek i ani bodaj serwety lub jakichkolwiek nakryć, aleśmy byli weseli. Tylko od czasu do czasu, wyszedłszy na ogród, widzieliśmy, jak strasznie wygląda niebo całe w ogniu po nocy; i to było dosyć, i od tego widoku odechciewało nam się żartów; w samej rzeczy było to nad wyraz przerażające, bo wyglądało właśnie, jakby to już u nas się paliło, i całe niebo było w łunie. Po wieczerzy poszedłem w dół ku Tower Street i tam też widziałem już wszystko w ogniu: Trinity House z tamtej strony, i gospodę „Pod Delfinem” – z tej, co już było bardzo blisko nas, a paliło się wszystko z największą gwałtownością. Teraz nareszcie przystąpiono do burzenia domów na Tower Street, czego ludzie zrazu bali się więcej niż wszystkiego; aliści wszędzie, gdzie to uczyniono, pożar został wstrzymany. Ogień szerzy się już wzdłuż Fleet Street, spłonął już Św. Paweł i cała Cheapside. Napisałem dziś wieczór do ojca, lecz że i poczta spłonęła, listu nie mogłem wysłać.

6 września. Wstałem około 5, a przed bramą urzędu spotkałem pana Gaudena z wezwaniem dla naszych ludzi do Bishopsgate, gdzie dotąd ognia nie było, a teraz się pokazał, co nie bez racji daje ludziom, a też i mnie do myślenia, że jest w tym jakiś spisek (o co wielu tymi dniami ujęto i żadnemu cudzoziemcowi nie jest bezpiecznie chodzić w teraźniejszym czasie po ulicach); poszedłem z ludźmi i zagasiliśmy niebawem ten pożar, tak że już znowu wszystko w porządku.

15 września. Wieczorem przyszedł do nas kapitan Cocke i przechadzaliśmy się z nim po ogrodzie. Powiada, że roczny czynsz ze spalonych domów wart jest 600 000 funtów i że to uczyni parlament skłonniejszym do udzielenia pomocy Królowi. I mówiliśmy o tym, że nigdy jeszcze na świecie tak wielka klęska jak nasza nie była ścierpiana przez obywateli równie mężnym sercem. I że ani jeden bodaj kupiec nie ogłosi bankructwa.

13 grudnia. Will Hewer obiadował ze mną i pokazał mi gazetę z kwietnia tego roku, w której piszą (co i dziwno, że nikt sobie tego potem nie przypomniał), jako wielu było wtedy sądzonymi na śmierć, winnych zamysłu obalenia rządu i zamordowania króla, a jednym ze środków dla osiągnięcia tego celu miało być spalenie stolicy; i że dniem wyznaczonym na to przez spiskowców miał być dzień 3 września. A pożar wszczął się 2 września, co zdaje mi się bardzo dziwne.«

Po co był ten pożar? Spalenie miasta po to, by obalić rząd i zamordować króla wydaje się bez sensu. Tego można dokonać różnymi innymi i prostszymi sposobami. Spaliła się ta część miasta, która nazywa się City of London. Wszystko odbudowano i miejsce to stało się siedzibą światowej finansjery. Żeby to łatwiej zrozumieć, wypada przywołać nasze doświadczenia. Powstanie warszawskie doprowadziło w efekcie do zburzenia miasta. Po co je zburzono? Po to, by później odbudować. Ale to odbudowane miasto, to było już inne miasto i inni ludzie je zasiedlili. O to dokładnie chodziło w tym powstaniu. Miało być zrobione miejsce dla nowej elity rządzącej, która po części, może nawet większej, przybyła tu na radzieckich czołgach. Mieli być nowi ludzie i nowe miasto, które w niczym nie przypominałoby tamtego, nie miało nic w sobie z atmosfery tamtego. Trudno oprzeć się wrażeniu, że w pożarze Londynu chodziło o coś podobnego. Żydzi po czterystu latach wygnania powrócili do Anglii i niemal od razu pokazali na co ich stać i kto tu będzie panem. W przypadku obu miast metody działania podobne, tylko cele realizowano innymi środkami. Czy ktoś łączy te dwa zdarzenia i to, że ci sami dokonali zniszczenia obu miast? Po metodach ich się poznaje.

Relacje anglosasko-żydowskie są może jeszcze bardziej pogmatwane niż te polsko-żydowskie. Pepys notuje w swoim Dzienniku 15 października 1666 roku:

„Colwill opowiadał mi dzisiaj o nieprawościach Dworu, o wzgardzie, jaką Król na siebie ściąga na nic nie będąc pamiętnym, jeno czyniąc to, czego chcą jego dworscy faworyci; że książę Yorku zupełnym stał się niewolnikiem tej kurwy Denham i o nią tylko dba i że istotnie były jakoweś amory między księżną Yorku a pięknym Sidneyem. Ale czym niepomiernie mnie zdziwił, choć to potwierdza Pierce, to wiadomością, że Coventry przystał do kabały z księciem Yorku, lordem Brounckerem i ową Denham, co istna hańba i bardzo mnie to boli; i że Coventry składa tej pani wizyty. Ale myślę, że to nie może być prawdą.”

Korzystam z drugiego wydania Dzienników z 1954 roku. W posłowiu Julian Hochfeld, chcąc być może odnieść się do treści powyższego cytatu, pisze:

W r. 1667 następuje upadek Clarendona, przeciw któremu król kieruje całą niechęć opinii publicznej. Nowe ministerstwo Karola II znane jest pod nazwą „kabały”, tj. intrygi, zmowy (przypadkowo angielskie słowo cabal odpowiada początkowym literom nazwisk członków ministerstwa: Clifford, Arlington, Buckingham, Ashley-Cooper, Lauderdale). Ministerstwo to intryguje przeciw innym, ale i sami jego członkowie intrygują nawzajem przeciw sobie.

Problem jednak polega na tym, że Pepys napisał swoje uwagi w październiku 1666 roku, a nowe ministerstwo Karola II, zwane „kabałą”, powstaje w 1667 roku.

Góralskie Veto

W Dzienniku Gazeta Prawna w artykule Ojcowiznę mus ratować. Góralskie Veto spowodowało, że tu i ówdzie zapłonęły ciupagi, z dnia 22 stycznia 2021 roku, można, już na początku tego artykułu, przeczytać takie zdanie: „Katarzyna Wiercioch jest w sztabie pospolitego ruszenia przy Sebastianie Pitoniu (twarzy Góralskiego Veta) od marca ubiegłego roku.” Link tu: https://www.gazetaprawna.pl/magazyn-na-weekend/artykuly/8074694,goralskie-veto-zakopane-otwarte-lokale-bunt-przedsiebiorcow.html.

Dziennik Gazeta Prawna to raczej poważny dziennik, więc nie sądzę, by zamieszczał niesprawdzone informacje. Od marca ubiegłego roku? Przecież wtedy jeszcze nikt nie słyszał o pandemii, o zamykaniu lokali gastronomicznych, maseczkach i wszystkich tych idiotyzmach, którymi męczą nas globaliści. Ale już wtedy istniał sztab pospolitego ruszenia. A skoro wtedy istniał, to musiał być jeszcze wcześniej skompletowany. No cóż, architekci, nomen omen, tej nowej normalności, rozważali różne warianty rozwoju tej „pandemii” i przygotowywali się na różne scenariusze. Może nawet na taki, że liczba zakażeń spadnie drastycznie, z czym mamy obecnie do czynienia, co wytrąci władzy wszelkie argumenty uzasadniające obostrzenia. I co wtedy? Wtedy uruchamiamy Góralskie Veto. Przedsiębiorcy otwierają knajpy, hotele, stoki narciarskie. Sądy oczywiście wydają wyroki na korzyść tych przedsiębiorców. Rząd nie reaguje. A po co ma reagować? Im więcej otwartych lokali gastronomicznych, hoteli itp., tym lepiej. Po jakimś czasie podrasujemy statystyki zakażeń i przykręcimy śrubę. Nastraszymy ludzi, że chodzenie do restauracji, barów, czy kawiarni jest niebezpieczne, że tylko jak zaczynacie się spotykać, to wirus atakuje ze zdwojoną siłą. Że to wszystko to będzie pic na wodę fotomontaż? To nie będzie miało najmniejszego znaczenia. Będzie powód do zaostrzenia restrykcji i kolejny argument za zaszczepieniem się, a może nawet za przymusem szczepień, który jeszcze formalnie nie obowiązuje, choć dobrowolność staje się coraz bardziej teoretyczna.

W jednym ze swoich wystąpień – „Góralskie Veto stawia kolejny krok” – Pitoń straszy przedsiębiorców hiperinflacją i jakby na potwierdzenie tego, poinformował, że NBP szykuje banknot o nominale 1000 zł. Nie ma w tym żadnej logiki. Jeśli celem globalistów jest pozbawienie ludzi ich własności, to hiperinflacja spowoduje, że wszyscy zadłużeni spłacą swój dług za grosze i będą właścicielami swoich domów, firm itp. A tarcza finansowa jest właśnie po to, by wykończyć tych przedsiębiorców. Gdyby ci, którzy z niej skorzystali, mieli spłacić swoje zadłużenie, to przy hiperinflacji, spłacą je za grosze. A banknot ten jest tylko potwierdzeniem inflacji, a to duża różnica. Jak dla mnie Pitoń jest rzecznikiem tych, przeciwko którym kieruje swój protest, szumnie zwanym Góralskim Vetem.

Dziś wszyscy siedzą w internecie. Kiedyś było inaczej. W swoim Dzienniku Maria Dąbrowska zapisała pod datą 27.X. 1950: „W Polsce mają zostać zlikwidowane wszystkie wytwórnie łóżek i tapczanów do spania, jako zbędnych już mebli. Bo reakcja nie śpi, partyjni i UB czuwają, a reszta siedzi. Nie ma więc już kandydatów do spania.”

Tak więc słowo „siedzieć” zmieniło swoje znaczenie. Dziś wszyscy siedzą w internecie i ja też. I co ja tam czytam? Czytam entuzjastyczne komentarze na temat Góralskiego Veta. Entuzjastyczni są wszyscy: zwykli komentujący i właściciele kanałów internetowych, bardziej lub mniej popularnych. Same ochy i achy. Owszem, zdarzają się wśród nielicznych komentujących opinie, że Pitoń to ruski agent. Ja przynajmniej na takie się natknąłem. Być może są jeszcze inne, odrębne zdania, ale zapewne jest ich zdecydowanie mniej niż tych entuzjastycznych.

Pitoń dostał potężne wsparcie medialne i to nie tylko z tych tak zwanych mediów alternatywnych, ale i z tych głównych. Bo skoro przeprowadza z nim wywiad Radio Zet, pisze o nim Dziennik Gazeta Prawna i inne, to powinno to skłonić do zastanowienia. Komu i po co zależy na nagłaśnianiu tego protestu? Sam Pitoń, w odróżnieniu od przedsiębiorców, niczym nie ryzykuje. Nie prowadzi działalności gospodarczej, która cierpi na skutek „pandemii”.

Na stronie portalu bezprawnik.pl możemy przeczytać:

»Z tego względu – oprócz oczywistych komunikatów m.in. w mediach społecznościowych – w sieci powstała też specjalna mapa otwartych lokali gastronomicznych. „Interaktywna mapa polskiego biznesu” stale się powiększa. Najwięcej otwartych lokali znajduje się obecnie w dużych miastach na terenie kraju. Oprócz lokali gastronomicznych na mapie mogą znaleźć się oczywiście też inne firmy, które zgodnie z obostrzeniami nie powinny działać (lub ich działalność jest ograniczona). Dotyczy to m.in. hoteli czy siłowni.

Twórcy mapy zachęcają przedsiębiorców, by zgłaszali się do nich, jeśli zdecydują się na otworzenie z powrotem swojego biznesu w pełnym wymiarze. Autorzy zaznaczają przy tym, że umieszczą firmę (razem z jej adresem i podstawowymi danymi) na mapie całkowicie bezpłatnie. Mapa otwartych lokali jest dostępna pod tym linkiem. Z kolei przedsiębiorcy, którzy chcą przeczytać krótki protokół postępowania w razie kontroli, powinni zajrzeć do tekstu #otwieraMY – rady prawnika.«

I dwa zamienne komentarze pod tekstem:

Gwidon Naskręt: Taka mapa to marzenie każdego organu ścigania – gdybym był restauratorem, to raczej (nadal) działałbym w głębokiej konspiracji.

Karls: Smutne ale prawdziwe. Nie zdziwiłbym się jak by to była prowokacja. Po co na ślepo robić kontrole i liczyć, że się trafi, jak ludzie w internecie uwierzą wszystko i jeszcze sami na siebie doniosą?

W tekście oczywiście nie ma informacji na temat tego, kto jest twórcą tej mapy i kto zapłacił za jej stworzenie. Nie wiemy też, czy prawnicy, którzy tak ochoczo chcą pomagać przedsiębiorcom, robią to z dobrego serca, czy ktoś im za to płaci.

Nie wygląda to na spontaniczny ruch. Wprost przeciwnie, wygląda to na dobrze skoordynowaną akcję mediów, środowisk prawniczych i innych. Zbyt szybko rozszerza się to na cały kraj i jest nagłaśniane przez wszystkie media. Czyżbyśmy więc mieli do czynienia z prowokacją? Czas pokaże.

W krótkim filmiku z dnia 25 stycznia Pitoń apeluje do Prezydenta RP. W końcówce tego apelu wykonuje gest dłonią, który przypomina do złudzenia gest byłego prezydenta Francji Francois Hollande, udającego się do masońskiej świątyni. Link tu: https://www.youtube.com/watch?v=2r1n_UCHpyo. A tu Gates z takim samym gestem dłoni: https://nt.interia.pl/raporty/raport-medycyna-przyszlosci/medycyna/news-bill-gates-musimy-byc-gotowi-na-kolejna-pandemie,nId,5016910#iwa_source=worthsee.

Kryzys 1929

Kryzys z 1929 roku powszechnie uważa się za największy w historii gospodarczej świata. Na jego temat napisano wiele książek, analiz, artykułów. Był to kryzys globalny, bo objął nie tylko Stany Zjednoczone, ale też kraje europejskie, które były w dużym stopniu uzależnione od Ameryki. Co było jego przyczyną? Panika na giełdzie, objawiająca się masową wyprzedażą akcji. A skąd ona się wzięła? Kiedy byłem w wojsku, to panika ogarniała jednostkę, gdy ktoś, wysoki rangą, przyjeżdżał na inspekcję. Im wyższy rangą, tym większa panika. Jednak w przypadku giełdy trudno wskazać winowajcę, bo działa z ukrycia i anonimowo. Pomocna tu będzie stara rzymska zasada: is fecit, cui prodest (ten zrobił, komu to przynosi korzyść). Co się pojawiło po kryzysie? New Deal – Nowy Ład. Brzmi znajomo? To byli ci sami chłopcy z ferajny, którzy stręczą nam dziś „nową normalność”. Wywołanie tamtego kryzysu było jednym z etapów prowadzących do obecnej rzeczywistości. Ale nie tylko New Deal! Kryzys rozprawił się też z tą częścią amerykańskiego sektora bankowego, która nie była żydowską. W Niemczech kryzys był jeszcze większy niż w Ameryce i ułatwił Hitlerowi realizację jego celów. Po takim przejściu i hiperinflacji z 1923 roku społeczeństwo niemieckie było bardziej skłonne zaakceptować system totalitarny. Bez tego kryzysu nie byłoby prawdopodobnie II wojny światowej.

W poprzednim blogu pisałem o kryzysie finansowym z 1914 roku, który trwał cztery miesiące i hiperinflacji w Niemczech, która trwała niewiele ponad pól roku. W przypadku kryzysu z 1929 roku męczono ludzi ponad cztery lata. Jak więc widać, jak się chce, to można szybko go przezwyciężyć, a jak się nie chce, to ciągnie się go latami.

Szukając w internecie informacji na temat tego kryzysu, trafia się, na ogół, na trywialne opracowania i analizy. Takie czasy. O wiele lepiej wygląda to w książkach sprzed 20 czy 30 lat. One wprawdzie też musiały być poprawne politycznie, ale jest w nich trochę więcej informacji, z których można wyciągnąć jakieś wnioski i zrozumieć, czym był ten kryzys, po co został wywołany i przez kogo.

Rondo Cameron w książce Historia gospodarcza świata pisze:

„W przeciwieństwie do Europy Stany Zjednoczone wyszły z wojny silniejsze niż kiedykolwiek. Z punktu widzenia czysto gospodarczego stały się z (per saldo) dłużnika (per saldo) wierzycielem. Odebrały producentom europejskim krajowe i zagraniczne rynki zbytu i zapewniły sobie wysokie dodatnie saldo bilansu handlowego. Wydawało się, że rozporządzając masowymi rynkami, rosnącą liczbą ludności i szybko rozwijającą się techniką, znalazły klucz do wiecznej pomyślności gospodarczej. Chociaż tak jak Europa przeżyły w latach 1920-1921 ostrą depresję, okazało się, że był to spadek krótkotrwały i przez niemal 10 lat trwał w USA wzrost gospodarczy z jedynie krótkotrwałymi fluktuacjami.”

Skoro Stany Zjednoczone wyszły z tej wojny silniejsze niż kiedykolwiek, to wypada sobie zadać pytanie, czy przypadkiem nie po to ta wojna została wywołana. Wraz z Arabami przychodzą Żydzi na Półwysep Iberyjski i trwają tam do czasu wielkich odkryć geograficznych Portugalczyków i Hiszpanów. Po ich wypędzeniu w 1492 roku, część z nich przenosi się do Holandii i Holandia staje się potęgą morską. W czasach, gdy Francja jest największą potęgą w Europie, Żydzi robią tam rewolucję. Gdy Anglia zaczyna dominować, ich tam też nie brakuje. Szybko trafiają do koloni w Ameryce i przejmują kontrolę nad nowym krajem. Na kontynencie europejskim Niemcy znaczą najwięcej i wykorzystują oni to państwo w obu wojnach światowych. Po pierwszej – Ameryka, którą kontrolują, staje się niekwestionowaną potęgą, po drugiej, tworzą podwaliny pod rząd światowy – ONZ i jego agendy.

„Latem 1928 roku amerykańscy bankierzy i w ogóle amerykańscy inwestorzy przestali kupować niemieckie i inne zagraniczne obligacje i zaczęli lokować swe pieniądze na giełdzie nowojorskiej, która przeżyła w związku z tym spektakularny wzrost obrotów. Podczas boomu spekulacyjnego – „wielkiego rynku byka” – wiele osób o skromnych zasobach odczuło pokusę nabywania akcji na kredyt. W końcu lata 1929 roku Europa wyraźnie już odczuła efekty zaprzestania przez Amerykanów lokowania pieniędzy za granicą. Przerwany został nawet wzrost gospodarczy w samej Ameryce. Produkt narodowy brutto USA osiągnął wielkość szczytową w pierwszym kwartale 1929 roku, a potem zaczął się stopniowo zmniejszać. Amerykańska produkcja samochodów zmniejszyła się z 622 000 w marcu do 416 000 we wrześniu. W Europie Wieka Brytania, Niemcy i Włochy znalazły się już w samym środku depresji gospodarczej. Ale w warunkach rekordowo rekordowo wysokich kursów akcji ani amerykańscy inwestorzy, ani amerykańscy urzędnicy publicznie nie przywiązywali większej wagi do tych niepokojących sygnałów.”

Cameron pisze, że wiele osób o skromnych zasobach odczuło pokusę nabywania akcji na kredyt. One mogły odczuwać pokusę, ale gdyby banki nie dały im tego kredytu, to skończyłoby się na pokusie. Gdy ja w 1992 roku zaczynałem działalność gospodarczą od kredytu, to musiałem mieć na ten kredyt pełne zabezpieczenie. To banki decydują, komu dają pieniądze i na jakich warunkach, a tym samym to one kreują rzeczywistość finansową. Mogą wykreować krach i wielki boom inwestycyjny, w zależności od tego, czy będą zwiększać ilość pieniądza na rynku, czy – zmniejszać.

„24 października 1929 roku – dzień ten przeszedł do historii finansów amerykańskich jako „czarny czwartek” – fala panicznej wyprzedaży akcji wywołała gwałtowny spadek ich kursów i wyeliminowała miliony dolarów fikcyjnej wartości papierów wartościowych. Następna fala wyprzedaży – „czarny wtorek” – wystąpiła 29 października. Indeks cen papierów wartościowych, który 3 września osiągnął szczytowy poziom 381 (rok 1926 = 100), spadł 13 listopada do 198… i spadał nadal. Banki zaczęły żądać zwrotu pożyczek, co zmusiło kolejnych inwestorów do rzucenia akcji na rynek bez względu na cenę, jaką można było za nie uzyskać. Amerykanie, inwestujący w Europie, nie tylko zaprzestali nowych inwestycji, ale sprzedawali swe dotychczasowe aktywa, by repatriować fundusze. Przez cały rok 1930 trwało takie wycofywanie kapitału z Europy, wywołując nieznośnie napięcia w całym systemie finansowym. Rynki finansowe ustabilizowały się, ale spadały (i nadal spadały) ceny surowców i w rezultacie skutki tego zaczęły odczuwać takie kraje, jak Argentyna czy Australia.

Krach giełdowy nie był przyczyną depresji – która już się rozpoczęła zarówno w Stanach Zjednoczonych, jak i w Europie – ale był wyraźnym sygnałem jej wystąpienia. Miesięczna produkcja samochodów w Stanach Zjednoczonych spadła w grudniu do 92 500 sztuk, a bezrobocie w Niemczech wzrosło do 2 mln osób. W pierwszym kwartale 1931 roku ogólne obroty handlu zagranicznego spadły do poziomu niższego od dwu trzecich ich wartości w analogicznym okresie roku 1929.”

Fala panicznej wyprzedaży akcji wywołała gwałtowny spadek ich kursów. Ale skąd wzięła się ta paniczna fala? Tak sama z siebie chyba nie mogła się wziąć. Albo ktoś puścił plotkę wśród inwestorów, albo jakiś większy inwestor rzucił na rynek potężny pakiet akcji, co zapoczątkowało panikę i dalszy spadek cen akcji. Tylko, że to niewygodna prawda, niepasująca do teorii finansowych. Pierwsza fala wyprzedaży miała miejsce 24 października, a następna pięć dni później. A w międzyczasie nic się nie działo? Tak jakby ktoś się umówił. A może dwóch większych inwestorów rzuciło na rynek swoje akcje w pięciodniowym odstępie. I żeby jeszcze pogorszyć sytuację banki zaczęły żądać zwrotu pożyczek. To na jakich warunkach udzielano tych pożyczek, kto je brał i kto ustalał warunki ich spłaty?

Jeśli obroty handlowe spadają o ponad 1/3 w pierwszym kwartale 1931 roku w porównaniu do analogicznego okresu z 1929 roku, to to jest dowód na depresję, według Camerona. Obroty handlowe spadną, gdy część pieniędzy zostanie wycofana z rynku i przerzuci się je na giełdę, na której wywoła się krach i już mamy wytłumaczenie: recesja na rynku, spadek produkcji, co negatywnie odbija się na giełdzie i mamy krach. Wszystko wyreżyserowane, a później dorabia się do tego teorię, najlepiej naukową. Ci, którzy rządzą pieniędzmi mają władzę nad wszystkim. Mogą ograniczyć dopływ pieniądza na rynek lub „wrzucić” go w takiej ilości, że spowodują inflację lub hiperinflację, ale mogą też tak pokierować tym strumieniem pieniędzy, że zażegnają niebezpieczeństwo.

„Co spowodowało depresję? Choć minęło już 60 lat, nie ma co do tego zgody. Zdaniem jednych były to głównie przyczyny monetarne – drastyczny spadek ilości pieniądza w głównych krajach uprzemysłowionych, zwłaszcza w Stanach Zjednoczonych, i rozszerzanie się jego efektów na resztę świata. Zdaniem innych, przyczyn należy szukać w „realnej” gospodarce: w niezależnym spadku konsumpcji i wydatków inwestycyjnych rozszerzającym się na całą gospodarkę, a później na cały świat za pośrednictwem mechanizmu mnożnikowo-akceleratorowego. Proponuje się też inne wyjaśnienia – przyczynami depresji miały być: uprzednia depresja w rolnictwie, skrajne uzależnienie krajów Trzeciego Świata od niestabilnych rynków zbytu produktów działu pierwszego, niedostateczne rozmiary – lub zły rozdział – światowych rezerw złota itd. Istnieje też pogląd eklektyczny – przyczyną nie był jeden czynnik, lecz nieszczęśliwy zbieg różnych wydarzeń i okoliczności zarówno monetarnych, jak i niemonetarnych. Można też dowodzić, że korzenie owych wydarzeń i okoliczności sięgają w jakiejś mierze (być może w dużej) pierwszej wojny światowej i rozstrzygnięć pokojowych, które po niej nastąpiły. Załamanie się systemu waluty złotej, zakłócenia w handlu, których nigdy w pełni nie usunięto, i wreszcie nacjonalistyczna polityka gospodarcza lat dwudziestych – wszystko to przyczyniło się do wywołania depresji.”

Prawda jest zawarta w pierwszym zdaniu. Tylko kto spowodował ten drastyczny spadek ilości pieniądza? Krasnoludki? Ja oczywiście rozumiem, że autor nie mógł otwarcie napisać, bo w takiej rzeczywistości żyliśmy i nadal żyjemy. Ale przynajmniej z tego, co pisze, można wyciągnąć jakieś wnioski. Reszta to już zupełny bełkot, mający za zadanie zneutralizować pierwsze zdanie i wywołać zamęt w głowie czytelnika. Niezależny spadek konsumpcji i wydatków inwestycyjnych, rozszerzający się na cały świat za pośrednictwem mechanizmu mnożnikowo-akceleratorowego. Co to jest niezależny spadek konsumpcji? Niezależny od czego, czy od kogo? Czyli że ludzie niezależnie od siebie postanawiają zmniejszyć konsumpcję? Przecież całe te lata dwudzieste w Ameryce to „szalone lata dwudzieste” (Roaring Twenties), szalone zakupy i szalona konsumpcja. Być może państwa europejskie prowadziły wobec siebie nacjonalistyczną politykę gospodarczą, ale nie wobec Stanów Zjednoczonych, od których kredytów były uzależnione i otworzyły dla nich swoje rynki. Do 1928 roku Amerykanie inwestowali w Europie bez przeszkód i dopiero, gdy wycofali się, zaczęły się problemy.

„W przemówieniach przedwyborczych Roosevelt wzywał do Nowego Ładu w Ameryce. Podczas słynnych stu dni po objęciu przez niego urzędu pozytywnie nastawiony doń Kongres spełniał wolę prezydenta i w bezprecedensowym tempie uchwalał nowe ustawy. Podczas pierwszej kadencji Roosevelta uchwalono więcej ustaw niż za rządów jakiegokolwiek prezydenta. Dotyczyły głównie ożywienia gospodarczego i reform społecznych w dziedzinie rolnictwa, bankowości, systemu walutowego, rynku papierów wartościowych, pracy, bezpieczeństwa socjalnego, zdrowia, mieszkalnictwa, transportu i komunikacji, bogactwo naturalnych – w istocie wszystkich aspektów amerykańskiej gospodarki i amerykańskiego społeczeństwa.”

Tak więc państwo zaczęło kontrolować całą gospodarkę i wszelkie aspekty życia społecznego. System ten był bardzo zbliżony, jak pisał Cameron, do faszystowskiego systemu organizacji przemysłu we Włoszech, tyle że bez brutalności tamtego i bez metod państwa policyjnego.

O kryzysie 1929 roku pisał też w swojej książce Potęga pieniądza Niall Ferguson:

»16 października 1929 roku Irving Fisher, profesor ekonomii z Yale University, stwierdził, iż wszystko wskazuje na to, że „ceny amerykańskich akcji ustabilizowały się na trwałe na wysokim poziomie”. Osiem dni później, w „czarny czwartek” Indeks Dow Jones spadł o 2%. Przyjmuje się, że właśnie wtedy rozpoczął się krach na Wall Street, chociaż w istocie rynek osłabiał się od początku września i przeżył już nagły sześcioprocentowy spadek 23 października. W „czarny poniedziałek” (28 października) Dow Jones spadł o 13%, a następnego dnia o dalsze 12%. W ciągu następnych trzech lat akcje na giełdzie amerykańskiej straciły aż 89% wartości, najniższy poziom osiągając w lipcu 1932 roku. Indeks giełdowy odzyskał swój najwyższy poziom z roku 1929 dopiero w listopadzie 1954 roku. Co gorsza, spadek cen akcji zbiegł się z największym kryzysem gospodarczym w dziejach świata (a niektórzy twierdzą, że nawet go wywołał). W Stanach Zjednoczonych produkcja spadła o jedną trzecią. Bezrobocie dotknęło jedną czwartą siły roboczej, a nawet jedną trzecią, jeśli zastosować dzisiejsze przeliczniki. Była to globalna katastrofa, która spowodowała spadek cen i produkcji w gospodarkach niemal wszystkich krajów świata, chociaż tylko w Niemczech kryzys okazał się głębszy niż w Ameryce. Handel światowy skurczył się o jedną trzecią, ponieważ poszczególne państwa próbowały na próżno ratować się, wprowadzając bariery celne i kwoty importowe. Międzynarodowy system finansowy rozpadł się z powodu masowych przypadków niepłacenia zadłużenia, kontroli kapitału i deprecjacji walut.«

U Fergusona, inaczej niż u Camerona, kryzys rozwijał się stopniowo, bo od początku września rynek osłabiał się i przeżył nagły 6% spadek 23 października, o którym Cameron nie wspomina. Natomiast system finansowy rozpadł się z powodu masowych przypadków niespłacenia zadłużenia. Tylko kto komu nie spłacał tego zadłużenia? O tym Ferguson nie wspomina. Rozpadł się też z powodu kontroli kapitału. Kto kontrolował ten kapitał i dlaczego ta kontrola okazała się tak zgubna? O tym też nie wspomina. Deprecjacja walut. Jakich walut? O tym również nie wspomina. Parytet złota przyjęty w 1900 roku wynosił 20,67 dolara, a przyjęty w 1934 roku 35 dolarów za uncję. Tak więc dolar zachowywał swoją wartość w czasie kryzysu. Tak to się wszystko tłumaczy: wymienia się przyczyny bez żadnego uzasadnienia. A wszystko po to, by nie mówić prawdy.

„W roku 1929 wyemitowano akcje o wartości 6 miliardów dolarów, z czego aż jedną szóstą we wrześniu. Powstawały nowe instytucje finansowe zwane funduszami inwestycyjnymi, które miały zarabiać na boomie giełdowym. W tym samym czasie wielu drobnych inwestorów (jak choćby Irving Fisher) korzystało z dźwigni finansowej, aby zwiększyć pulę posiadanych przez siebie akcji. Sięgali w tym celu po pożyczki maklerskie (udzielane często przez firmy, a nie banki) i dzięki nim nabywali akcje na zasadzie buy on margin, to znaczy płacąc tylko część ceny nabywczej z własnych pieniędzy.”

Jak widać nawet profesor ekonomii na Uniwersytecie Yale, Irving Fisher, załapał się na tę bańkę giełdową. Żydowscy macherzy od finansów mają wielowiekowe doświadczenia w okradaniu gojów. Roztropniej jest więc nie próbować ich przechytrzać na tym polu. Raczej należałoby ich pozbawić władzy nad pieniądzem, ich najpotężniejszej broni.

„W jednej z najważniejszych prac na temat historii gospodarki amerykańskiej Milton Friedman i Anna Schwartz dowodzą, że główną odpowiedzialność za rozmiary wielkiego kryzysu ponosi System Rezerwy Federalnej. Nie obwiniają oni banku centralnego za samo powstanie bańki spekulacyjnej, przekonując , że za czasów Benjamina Stronga w Banku Rezerw Federalnych w Nowym Jorku osiągnięto rozsądną równowagę między zewnętrznymi zobowiązaniami Stanów Zjednoczonych do utrzymania przywróconego systemu waluty złotej a wewnętrznym obowiązkiem zachowania stabilności cen. Dzięki sterylizacji ogromnego napływu złota do Stanów Zjednoczonych (co uchroniło kraj przed ekspansją monetarną) System Rezerwy Federalnej zapobiegł prawdopodobnie jeszcze większemu rozdęciu bańki spekulacyjnej.”

W tym miejscu wypada przerwać ten cytat i wyjaśnić, co to jest ta sterylizacja w sensie ekonomicznym. Wikipedia tak to opisuje:

„Sterylizacja – polityka centralnych władz monetarnych kraju, której celem jest sprawienie, by deficyt bądź nadwyżka w bilansie płatniczym nie wpływały na podaż pieniądza na rynku krajowym.

W przypadku zapobiegania spadku podaży pieniądza na skutek deficytu bilansu płatniczego, władze skupują papiery wartościowe, w wyniku czego zwiększa się składnik krajowy bazy monetarnej, co powoduje zwiększenie się podaży pieniądza.

W przypadku zapobiegania wzrostu podaży pieniądza na skutek nadwyżki bilansu płatniczego, władze zwiększają podaż papierów wartościowych, w wyniku czego zmniejsza się składnik krajowy bazy monetarnej, co powoduje zmniejszenie się podaży pieniądza.”

Ja wiem, że język polski jest trudnym językiem, szczególnie dla obcokrajowców, ale my nie mamy innego i powinniśmy o niego dbać. Bo jeśli nie dbamy o swój język, to znaczy, że nie szanujemy samych siebie. Czasownik „zapobiegać” wymaga celownika, a więc zapobiegać spadkowi i wzrostowi. To można sprawdzić w Wikisłowniku. Ale nie tylko redaktorzy Wikipedii mają problem z celownikiem. Kiedyś niejaki Ziobro, z PiS-u, miał problem z odmianą w nim imienia i nazwiska – Donald Tusk. Wyszło mu – Donaldu Tusku, zamiast Donaldowi Tuskowi. Trudny jest ten polski język, nawet bardzo trudny.

Dzięki sterylizacji ogromnego napływu złota do Stanów Zjednoczonych (co uchroniło kraj przed ekspansją monetarną) System Rezerwy Federalnej zapobiegł prawdopodobnie jeszcze większemu rozdęciu bańki spekulacyjnej.

Skąd się wziął ten ogromny napływ złota do Stanów Zjednoczonych? Tego Ferguson nie wyjaśnia. Ale Cameron pisał o tym, że w 1928 roku Amerykanie zaczęli wycofywać swój kapitał z Europy. Zapewne żądali wypłat w dolarach, a Europejczycy ich nie mieli, bo wydali na inwestycje. Mogli pozyskać dolary tylko w jeden sposób, sprzedając swoje rezerwy złota. A dlaczego Amerykanie zaczęli wycofywać swój kapitał? Żeby go lokować na giełdzie nowojorskiej. Mieli więc Amerykanie, czyli amerykańscy Żydzi, złoto i dolary Europejczyków. Mogli więc wszystko i zdecydowali, że zrobią kryzys.

„Nowojorski Bank Rezerw Federalnych zareagował też skutecznie na wybuch paniki w październiku 1929 roku, przeprowadzając zakrojone na szeroką skalę (i bezprawne) operacje otwartego rynku (tzn. skupując obligacje od sektora finansowego), aby zasilić rynek świeżym zastrzykiem gotówki. Jednak po śmierci Stronga, który zmarł na gruźlicę w październiku 1928 roku, Zarząd Rezerwy Federalnej w Waszyngtonie zaczął wywierać decydujący wpływ na politykę monetarną, co przyniosło katastrofalne skutki.”

Tu pisze otwartym tekstem, że wszystkiemu był winien Fed. A kto za nim stał i komu to służyło? Wywierać decydujący wpływ na politykę monetarną oznacza, mówiąc wprost – wprowadzanie na rynek gotówki, bądź jej wycofywanie i decydowanie o tym, komu dajemy, a komu zabieramy, kto ma przetrwać, a kto ma zostać wyeliminowany z rynku. Ta właśnie działa „wolny rynek”.

„Po pierwsze, nie podjęto odpowiednich kroków, aby przeciwdziałać się kurczeniu (kontrakcji) kredytów, spowodowanemu upadkiem kolejnych banków. Problem ten dał o sobie znać już kilkanaście miesięcy przed krachem giełdowym, kiedy banki komercyjne dysponujące depozytami na sumę 80 milionów dolarów zawiesiły wypłaty. Moment krytyczny nastąpił jednak dopiero w listopadzie i grudniu 1930 roku, kiedy upadło 608 banków posiadających depozyty o łącznej sumie 550 milionów dolarów, wśród nich bank Stanów Zjednoczonych (Bank of United States), odpowiedzialny za utratę ponad jednej trzeciej wszystkich depozytów. Fiasko rozmów w sprawie fuzji, która mogła jeszcze uratować Bank Stanów Zjednoczonych, miało decydujące znaczenie dla dalszych dziejów wielkiego kryzysu.”

A więc ktoś nie chciał ratować Banku Stanów Zjednoczonych. Widocznie miał w tym jakiś cel. Ale kto to był? Fed?

„Po drugie w systemie, który obowiązywał przed rokiem 1913, to znaczy przed utworzeniem Rezerwy Federalnej, kryzys tego rodzaju spowodowałby ograniczenie wymiany depozytów bankowych na złoto. Fed pogorszył jednak dodatkowo sytuację, ograniczając dostępność i wielkość kredytu (grudzień 1930 – kwiecień 1931). Zmusiło to kolejne banki do wyprzedaży aktywów w rozpaczliwej pogoni za gotówką, co spowodowało spadek cen obligacji i doprowadziło do ogólnego pogorszenia sytuacji. Następna fala upadłości banków, która miała miejsce między lutym a sierpniem 1931 roku, spowodowała spadek depozytów w bankach komercyjnych o 2,7 miliona dolarów (prawdopodobnie nie miliona tylko miliarda – przyp. mój), co stanowiło 9% ogólnej liczby depozytów.

Po trzecie, kiedy Wielka Brytania we wrześniu 1931 roku porzuciła system waluty złotej, w wyniku czego zagraniczne banki zaczęły masowo zamieniać swoje zasoby dolarowe na złoto, Fed podniósł stopę dyskontową do 3,5%. Powstrzymało to odpływ, ale zepchnęło kolejne banki amerykańskie na skraj bankructwa. Między sierpniem 1931 roku a styczniem 1932 roku zbankrutowało 1860 banków, w których zgromadzono depozyty na kwotę 1,45 miliarda dolarów. Fed miał jednak pod dostatkiem złota. W przeddzień załamania funta zapasy amerykańskiego złota, warte 4,7 miliarda dolarów, były najwyższe w historii i stanowiły 40% wszystkich światowych zapasów. Nawet w październiku 1931 roku, kiedy osiągnęły najniższy poziom, rezerwy złota w amerykańskim banku centralnym przewyższały wymagane prawem pokrycie o ponad miliard dolarów.

Po czwarte, tylko w kwietniu 1932 roku pod wpływem nacisków politycznych Fed przeprowadził zakrojone na szeroką skalę operacje otwartego rynku. Był to pierwszy poważny krok podjęty przez Rezerwę Federalną w celu przeciwdziałania kryzysowi płynności. Lecz nawet to nie wystarczyło, aby zapobiec kolejnej i ostatniej już fali upadłości w sektorze bankowym w czwartym kwartale 1932 roku, która doprowadziła do pierwszych ogólnokrajowych wakacji bankowych, to znaczy do czasowego zamknięcie wszystkich banków.

Po piąte, kiedy pogłoski o tym, że nowa administracja prezydenta Roosevelta ma zamiar zdewaluować dolara, spowodowały zarówno na rynku krajowym, jak i zagranicznym ucieczkę o dolara w stronę złota. Fed po raz kolejny podniósł stopy dyskontowe, co doprowadziło do ogólnokrajowych wakacji bankowych ogłoszonych przez Roosevelta 6 marca 1933 roku, dwa dni po jego zaprzysiężeniu. Ponad 2000 banków miało już nigdy nie wrócić z tych wakacji.

Upadek około 10 tysięcy banków, któremu Fed nie potrafił zapobiec, miał kluczowe znaczenie dla przebiegu wielkiego kryzysu nie tylko z powodu wstrząsu, jakim był dla klientów, którzy stracili swoje oszczędności, czy dla akcjonariuszy, którzy stracili swoje udziały, ale także z powodu ogólnego wpływu na podaż pieniądza i portfel kredytów. W latach 1929-1933 obywatele zdołali zwiększyć swoje zasoby gotówkowe o 31%, rezerwy banków komercyjnych pozostały na niemal niezmienionym poziomie (banki, którym udało się przetrwać, zgromadziły nawet rezerwy dodatkowe), ale wartość depozytów w bankach komercyjnych spadła o 37%, a wartość pożyczek aż o 47%. Liczby bezwzględne pokazują niebezpieczną dynamikę „wielkiego regresu”. Zwiększenie zasobów gotówki w rękach obywateli o 1,2 miliarda dolarów osiągnięto kosztem skurczenia się depozytów bankowych o 15,6 miliarda dolarów i ograniczenia pożyczek bankowych o 19,6 miliardów dolarów, co stanowiło 19% amerykańskiego PKB z 1929 roku.

Zdaniem Friedmana i Schwartz, Fed powinien był zrobić wszystko, aby już od 1929 roku konsekwentnie zasilać system bankowy gotówką, przeprowadzając zakrojone na szeroką skale operacje otwartego rynku i ułatwiając dostęp do pożyczek poprzez tzw. okno dyskontowe. Twierdzą oni także, że mniejszą wagę należało przypisywać kwestii odpływu złota. W ostatnim czasie słychać także głosy, że problemem okazał się sam system waluty złotej przywrócony w okresie międzywojennym, ponieważ doprowadził on do rozprzestrzenienia się kryzysów (jak europejskie kryzysy bankowe i walutowe z 1931 roku) na cały świat.”

Można wypisywać bzdury typu, że winny jest system złotej waluty i inne farmazony. Papier wszystko wytrzyma, podobnie jak ekran monitora. Obaj autorzy piszą takie bzdury, że głowa mała, inaczej nie mogą, ale należy oddać im sprawiedliwość: zamieszczają też informacje, które pozwalają na zrozumienie, o co tak naprawdę w tym kryzysie chodziło. A chodziło o upieczenie wielu pieczeni na jednym ogniu. Jeśli czytam: Upadek około 10 tysięcy banków, któremu Fed nie potrafił zapobiec…, to zadaję sobie pytanie: nie potrafił, czy nie chciał?

Upadek około 10 tysięcy banków, któremu Fed nie potrafił zapobiec… (…) banki, którym udało się przetrwać, zgromadziły nawet rezerwy dodatkowe. A więc były banki, aż 10 tysięcy, które upadły, ale były i takie, którym udało się przetrwać i zgromadziły nawet rezerwy dodatkowe. Czyli co? W tych dziesięciu tysiącach banków pracowali sami debile? No bo, skoro były takie, które przetrwały i nawet zgromadziły rezerwy dodatkowe, to znaczy, że w nich pracowali geniusze. Z perspektywy debila tak to można oczywiście tłumaczyć.

Skoro w trakcie tego wielkiego kryzysu upadło tak wiele banków, to pewnie były to małe banki, może odpowiedniki naszych banków spółdzielczych. Prawdopodobnie były to banki amerykańskie, nie – żydowskie. Żydowskie banki zgromadziły nawet rezerwy dodatkowe. Żydowskie banki nie upadają (zbyt duży, by upaść). Potwierdza to nasza rzeczywistość. To, że w czasie kryzysu z roku 2008 upadł tylko jeden bank, bank Lehman Brothers, potwierdza tylko regułę. On upadł prawdopodobnie nie ze względów rynkowych, tylko dlatego, że ktoś tam komuś się postawił i za karę został zlikwidowany.

Kryzys z 1929 roku załatwiał parę spraw: likwidował nie żydowską konkurencję finansową w Ameryce, stwarzał w niej Nowy Porządek i ułatwiał Hitlerowi realizowanie swojej polityki, co w rezultacie doprowadziło do wojny. Kryzys w Niemczech był jeszcze głębszy niż w Ameryce. A jednak! Pomimo tak traumatycznych przeżyć, jak hiperinflacja z 1923 roku i kryzys z lat 1929-1933, społeczeństwo niemieckie tylko w 37% poparło Hitlera w wolnych wyborach. Nie przeszkodziło to Hitlerowi w dojściu do władzy, które to dojście umożliwiły mu gierki polityczne niemieckich elit politycznych.

Dzięki temu kryzysowi Żydzi osiągnęli wszystkie cele, jakie sobie postawili. Była to bardzo skomplikowana, w sensie logistycznym, akcja, wymagająca współpracy wielu ośrodków finansowych i politycznych. Bardziej chyba skomplikowana niż obie wojny. Jedyne z czym można ją porównać, to z obecnym kreowaniem kryzysu przez rząd światowy, który prawdopodobnie istniał już w tamtym czasie i był odpowiedzialny za tamten kryzys.

Hiperinflacja

Gdy zacząłem pisać ten blog, to jeszcze nie znałem najnowszej wypowiedzi lidera Góralskiego Veta, Sebastiana Pitonia, który straszył nas hiperinflacją, którą nam szykują globaliści. A ten blog jest poświęcony hiperinflacji, tej najsłynniejszej, niemieckiej, z 1923 roku, ale też innemu mało znanemu faktowi z 1914 roku. Pitoń, jako architekt, ma ambicję, by, jak Gaudi, projektować niekonwencjonalnie, dla wyjątkowych klientów, domy. I nie ma w tym nic zdrożnego. Każdy ma prawo do spełniania się w swoim zawodzie. Jeśli jednak wypowiada się w innych sprawach, to wypada zapoznać się uprzednio z tą tematyką. A on najwyraźniej tego nie zrobił, albo nie chciał, albo nie o to w tym wszystkim chodzi, tylko o to, by wykreować nowego guru, który pociągnie za sobą masy, jak Wałęsa, które obudzą się z ręką w nocniku.

Do czego prowadzi hiperinflacja? Prowadzi do tego, że ci, którzy mają kredyty, spłacają je za grosze. Obecnie kredyty ma również tzw. plebs, zatrudniony w korporacjach i plebs, prowadzący własną działalność gospodarczą (ja też należę do plebsu). Czy o to chodzi globalistom, by plebs stał się właścicielem swoich domów i swoich biznesów? Chodzi im dokładnie o odwrotną sytuację. O to, by ich pozbawić ich własności. Hiperinflacja jest ostatnią rzeczą, której chcą. Od lat drukują bez ograniczeń, a hiperinflacji nie ma. Jest inflacja i to każdy widzi.

To, z czym mamy obecnie do czynienia, to końcowe odliczanie. Kiedyś był nawet taki przebój „The final countdown” zespołu Europe. To końcowe odliczanie wieńczy dzieło wieloletnich, a właściwie to dzieło wielowiekowych zabiegów pewnej nacji, która wyspecjalizowała się w wywoływaniu kryzysów finansowych i wojen. Za największy kryzys finansowy w najnowszej historii świata uważa się ten z 1929 roku. Wszystkiego można się o nim dowiedzieć, tylko nie tego, jaka była jego przyczyna i kto go wywołał? Jakoś trudno mi uwierzyć w to, że te kryzysy finansowe, to jakieś plagi egipskie, które spadają na nas z przyczyn bliżej nieznanych.

Niektórzy jednak uważają, że był jeszcze większy kryzys, a właściwie krach giełdowy, ten z 1914 roku, o którym prawie nikt nie słyszał. Skoro był taki wielki, to dlaczego taki zamilczany na śmierć? Nie udało mi się w polskim internecie znaleźć nic na jego temat. Jedyne na co natrafiłem, to fragment z „Parkietu”:

„W ostatnim tygodniu lipca 1914 r., tuż przed wybuchem I wojny światowej, doszło bowiem do rynkowego krachu, który nadwerężył liberalny, zachodni ład gospodarczy, budowany od czasów rewolucji przemysłowej. Mimo że kryzys ten wstrząsnął fundamentami ówczesnego kapitalizmu, został niemal całkowicie pogrzebany w otchłani zapomnienia.” – Więcej nie mogłem przeczytać, bo reszta dostępna tylko prenumeratorom. A dlaczego został pogrzebany w otchłani zapomnienia?

Niall Ferguson w książce Potęga pieniądza pisze:

„Niektóre katastrofy finansowe mają swoje rzeczywiste przyczyny. Jeszcze gorszy krach giełdowy (niż ten z 1929 roku – przyp. mój) miał miejsce pod koniec lipca 1914 roku, kiedy wybuch I wojny światowej doprowadził do tak gwałtownych spadków notowań, że największe światowe giełdy – w tym giełda nowojorska – zmuszone były zawiesić działalność. Giełdy pozostały zamknięte od sierpnia aż do końca 1914 roku. Był to jednak skutek wojny światowej, która spadła na rynki finansowe jak grom z jasnego nieba. Znacznie trudniej wyjaśnić krach z października 1929 roku.”

Tyle napisał Fergusson na temat tego kryzysu, a w języku polskim w internecie, jak wspomniałem wyżej, nic nie można znaleźć. O wiele lepiej wygląda to w języku angielskim. Natknąłem się na takie opracowanie: „The Great Financial Crisis of 1914: What Can We Learn from Aldrich-Vreeland Emergency Currency? William L. Silber.” Poniżej wybrane fragmenty:

„W momencie wybuchu I wojny światowej, największy od pokolenia odpływ złota, stanowił podwójne zagrożenie dla amerykańskich finansów: wewnętrzny drenaż waluty z systemu bankowego i zewnętrzny – złota do Europy. System Rezerwy Federalnej, nowo zatwierdzony przez Kongres 23 grudnia 1913 r., latem 1914 r. pozostawał na uboczu, ofiara politycznych i administracyjnych zaniedbań.

Brak operacyjnego banku centralnego skłonił sekretarza skarbu Williama G. McAdoo do szukania rozwiązania na własną rękę. Zastosował taką formę kontroli kapitału, aby poradzić sobie z zagrożeniem zewnętrznym, zamykając giełdę nowojorską (NYSE) na ponad cztery miesiące, aby tym sposobem uniemożliwić Europejczykom sprzedaż swoich amerykańskich papierów wartościowych i zażądanie złota w zamian. Powołał się też na awaryjne postanowienia ustawy Aldricha-Vreelanda dotyczące waluty, aby poradzić sobie z zagrożeniem wewnętrznym, umożliwiając bankom emitowanie krajowych banknotów, ważnej formy waluty w czasach przed powstaniem Rezerwy Federalnej, bez formalnego wymogu, aby waluta ta miała pokrycie w obligacjach skarbowych Stanów Zjednoczonych.

W momencie wybuchu Wielkiej Wojny cudzoziemcy posiadali amerykańskie akcje i obligacje kolejowe o wartości ponad 4 miliardów dolarów, z czego 3 miliardy dolarów w rękach Brytyjczyków. Te papiery wartościowe były aktywami płynnymi i można je było szybko sprzedać na NYSE. W ramach standardu złota inwestorzy zagraniczni mogliby następnie wykorzystać swoje wpływy pieniężne na zakup metalu szlachetnego z amerykańskiego systemu bankowego. Obawa, że Stany Zjednoczone zrezygnują ze standardu złota, spowodowała, że wartość dolara na światowych rynkach była wyjątkowo niska.

Skala problemu zmusiła Amerykę do samoobrony: w momencie wybuchu wojny rezerwy w nowojorskich bankach zostałyby zmniejszone o połowę, gdyby Brytyjczycy sprzedali tylko pięć procent swoich udziałów. Ludzie wiedzieli, że banki próbowały oszczędzać rezerwy w 1907 roku, zawieszając wymienialność depozytów na gotówkę. W 1914 r. bankierzy obawiali się, że odpływ złota do Europy „wzbudzi strach” i spowoduje dodatkowe zapotrzebowanie na pieniądze, zanim zawieszenia zaczną obowiązywać. Bez działającego Systemu Rezerwy Federalnej, niedobór waluty spowodowałby runy na banki, podobne do tych, których doświadczyliśmy jesienią 1907 roku – tylko większe.

Kryzys rozpoczął się 27 lipca 1914 r. Zamiana dolarów na funty na rynku walutowym i wzrost kursu wymiany do 4,92 dolara za funta, cztery centy powyżej punktu eksportowego złota, spowodowały masowy wykup złota. 31 lipca 1914 r., gdy cena funta szterlinga nie spadła w odpowiedzi na rekordowy eksport złota, sekretarz skarbu McAdoo poprosił NYSE o jej zamknięcie. Gdyby obcokrajowcy nie mogli sprzedać swoich amerykańskich akcji, nie mogliby zdobyć dolarów i żądać złota w zamian. McAdoo odrzucił najprostsze rozwiązanie (które wybrał Nixon w 1971 roku – przyp. mój), odejście od standardu złota, jako zbyt niekorzystne dla amerykańskiej wiarygodności.

NYSE pozostawała zamknięta do 12 grudnia 1914 r., ograniczając sprzedaż amerykańskich papierów wartościowych przez obcokrajowców i hamując ich popyt na złoto. Ale groźba runu na amerykańskie rezerwy bankowe nie zniknęła. Amerykańskie długi denominowane w funtach brytyjskich zapadały w tym okresie, a amerykańscy pożyczkobiorcy potrzebowaliby funta szterlinga lub złota, aby wywiązać się ze swoich zobowiązań. Co więcej, prewencyjne podejmowanie gotówki z banków groziło zmniejszeniem rezerw w wyniku odpływu złota.

McAdoo dostrzegł potencjalne niebezpieczeństwo swojej polityki – zamknięcie giełdy pozostawiło rynki kapitałowe bez steru, a zalanie kraju awaryjną walutą groziło inflacją. Receptą McAdoo na zdławienie kryzysu była strategia ucieczki do przodu. 3 września 1914 roku zorganizował Biuro Ubezpieczeń od Ryzyka Wojennego, aby promować eksport bawełny i pszenicy do Europy. Eksport generowałby napływ złota jako płatności za towary amerykańskie, które mogłoby następnie regulować zagraniczne zobowiązania.

Polityka McAdoo zapobiegła panice. Banki nigdy nie wycofały się z obietnicy zamiany depozytów na walutę, a Departament Skarbu USA nigdy nie zrezygnował ze standardu złota, latem i jesienią 1914 r. 11 listopada 1914 r., mniej niż cztery miesiące po wybuchu kryzysu i cztery dni przed otwarciem Banków Rezerwy Federalnej, kurs dolara w stosunku do funta szterlinga spadł poniżej punktu eksportu złota i tym sposobem eksport złota ustał. Zniknęło zagrożenie dla amerykańskiego systemu finansowego.”

Tak więc „Parkiet” pisze o rynkowym krachu, Ferguson o krachu giełdowym, a Silber o wielkim kryzysie finansowym. Istotnie, był to wielki kryzys finansowy, który został zażegnany dzięki roztropnej polityce sekretarza skarbu McAdoo. Nie było więc rynkowego krachu ani krachu giełdowego. A nie było, bo zamknięto giełdę i banki, ale nie po to, by nie wywiązywać się ze swoich zobowiązań, tylko by znaleźć rozwiązanie, dzięki któremu nikt nie starci. Rozwiązanie nie w stylu finansowych macherów, którzy stanęli z boku. Może właśnie dlatego nic nie pisze się o tym kryzysie finansowym, bo nagle okazałoby się, że można znajdować takie rozwiązania, które nie służą okradaniu innych i nie prowadzą do głębokich zmian w funkcjonowaniu państw i ich gospodarek. To nie przypadkiem po kryzysie z 1929 roku wprowadzono tzw. New Deal, czyli nowy porządek. Ten kryzys trwał do 1933 roku, czyli cztery lata, a jego skutki były odczuwalne jeszcze długo później. Kryzys z lipca 1914 roku trwał tylko 4 miesiące. Dlatego tak o nim cicho.

Ale też wypada sobie zadać pytanie: dlaczego podjęto takie kroki i tak szybko uporano się z zagrożeniem? Czy dlatego, że dbano o interes drobnego inwestora czy ciułacza? No!!! To byłoby zbyt piękne, by było prawdziwe. Prawdopodobnie zostaliby narażeni na stary wielcy tego świata i stąd désintéressement, że się tak wyrażę w tym języku dyplomacji, FED-u, czyli Żydów. I może właśnie dlatego i przede wszystkim dlatego tak o nim cicho.

Tak działa elita finansowa, gdy chodzi o zabezpieczenie jej interesów. A jak działa, gdy chodzi o zrobienie dużych interesów? Duże interesy można zrobić na hiperinflacji, takiej jak w Republice Weimarskiej w 1923 roku. Rondo Cameron w swojej Historii gospodarczej świata pisze:

„W istocie, wobec gospodarczego osłabienia Europy i niepewnego stanu gospodarki międzynarodowej, Francja, Wielka Brytania i inne państwa alianckie mogły spłacić długi Stanom Zjednoczonym tylko pod warunkiem uzyskania podobnych sum w charakterze reparacji. Ale zdolność Niemiec do spłaty reparacji zależała w ostatecznym rachunku od ich zdolności do uzyskania takiej nadwyżki eksportu nad importem, która umożliwiłaby im zdobycie dostatecznej ilości obcych walut lub złota. Jednak ograniczenia gospodarcze narzucone Niemcom przez aliantów uniemożliwiły im uzyskanie nadwyżki wystarczającej na coroczne spłaty. W końcu lata 1922 roku, w wyniku obciążenia kraju spłatą reparacji (a także w efekcie działań spekulacyjnych), zaczęła katastrofalnie spadać wartość niemieckiej marki. W końcu roku nacisk, jakiemu podlegała marka, był już tak wielki, że Niemcy w ogóle zaprzestały spłat.

Wojska francuskie i belgijskie przystąpiły w styczniu 1923 roku do okupacji Ruhry, przejęły tamtejsze kopalnie węgla oraz koleje i próbowały zmusić niemieckich właścicieli kopalń i niemieckich robotników do dostaw węgla. Niemcy odpowiedzieli biernym oporem. Rząd niemiecki wydrukował ogromne ilości pieniądza papierowego na wypłaty rekompensacyjne dla robotników i pracodawców na obszarze Ruhry i w ten sposób wywołał falę nieopanowanej inflacji. W 1914 roku stosunek wartości niemieckiej marki w złocie do dolara wynosił jak 4,2:1. W końcu wojny 14 marek papierowych równało się jednemu dolarowi, w lipcu 1922 roku były to już 493 marki papierowe, a w styczniu 1923 roku – 17 792. Później spadek wartości marki odbywał się w postępie geometrycznym aż do 15 listopada 1923 roku, kiedy ostatnia zarejestrowana transakcja wymiany odbyła się po kursie 4,2 bln marek za jednego dolara. Marka była dosłownie mniej warta od papieru, na którym ją wydrukowano. W tym momencie władze walutowe zdemonetyzowały markę i zastąpiły ją nową jednostką pieniężną o nazwie rentenmark, równą bilionowi starych marek.”

Z tego fragmentu można wywnioskować, że praktycznie od zakończenia I wojny światowej, tak kierowano polityką i gospodarką, by doprowadzić do nowego konfliktu. Kierowano? Kto kierował? No chyba nietrudno się domyślić. Skoro narzucono Niemcom ograniczenia gospodarcze, to trudno, by byli w stanie spłacać reparacje. Zajęcie Ruhry, okręgu przemysłowego, który dostarczał 80% produkcji stali i węgla, musiało doprowadzić do załamania gospodarki. Ci, którzy o tym decydowali, doskonale zdawali sobie z tego sprawę.

W momencie, gdy kurs marki wobec dolara doszedł do biliona, zdecydowano się na wymianę waluty. Można by zapytać, dlaczego akurat wtedy? Sama wymiana waluty w trudnej sytuacji gospodarczej niczego nie rozwiązuje żadnego gospodarczego problemu. Po co była ta hiperinflacja? Wyjaśnia to Alan Bullock w swojej pracy Hitler – studium tyranii. Pisze on:

„Okupacja Ruhry zadała ostateczny cios marce. 1 lipca 1923 roku za dolara płacono już sto sześćdziesiąt tysięcy marek; 1 sierpnia – milion; 1 listopada – sto trzydzieści miliardów. Załamanie marki nie tylko kładło na obie łopatki handel i prowadziło do bankructwa interesów, ale oznaczało również brak żywności w większych miastach i bezrobocie; pociągało za sobą klasyczny skutek wszystkich katastrof ekonomicznych, bo sięgając także w dół dotykało każdego członka społeczeństwa w sposób, w jaki nie dotyka go żadne wydarzenie polityczne. Wszystkie oszczędności klasy średniej i pracującej stopniały za jednym zamachem, tak jak nie zdołałaby ich stopić żadna rewolucja, a jednocześnie siła nabywcza płac została zredukowana do zera. Gdyby nawet ktoś pracował do upadłego, nie zdołałby zakupić odzienia dla rodziny, a w dodatku pracy nie można było znaleźć.

Inflacja ta niezależnie od przyczyn, jakie ją wywołały – a były w społeczeństwie grupy ludzi, wśród nich przemysłowcy i obszarnicy, którzy z niej korzystali i starali się ją pogłębić we własnym interesie – wstrząsnęła podwalinami niemieckiego społeczeństwa, tak jak nie wstrząsnęły nimi ani wojna, ani rewolucja listopadowa 1918 roku, ani nawet traktat wersalski. Prawdziwą rewolucją w Niemczech była inflacja, bo zniszczyła nie tylko własność i wartość pieniądza, ale także wiarę we własność i w znaczenie pieniądza. Gwałtowne ataki Hitlera na zgniły, opanowany przez Żydów system, który dopuścił do tego, zaciekłe napaści na traktat wersalski i na rząd republikański za podpisanie go, znalazły oddźwięk w doprowadzonych do nędzy i rozpaczy szerokich warstwach niemieckiego społeczeństwa.”

Co było przyczyną tej hiperinflacji? Przecież sama z siebie nie bierze się ona. Ktoś musiał drukować te pieniądze, ale wcześniej ktoś musiał podjąć decyzję, by je drukować. Nie wszyscy stracili. Bullock pisze: „a były w społeczeństwie grupy ludzi, wśród nich przemysłowcy i obszarnicy, którzy z niej korzystali i starali się ją pogłębić we własnym interesie”. Z kolei Wikipedia pisze:

„Wskutek orzeczenia sądowego o spłacie kredytów z wiosny 1923, stanowiącego, że „marka marce równa” (niem. eine Mark gleich eine Mark), przedwojenne pożyczki zaciągnięte w markach złotych były spłacane w markach papierowych w stosunku 1:1. Wielu rolników i przedsiębiorców mogło szybko spłacić zaciągnięte wcześniej kredyty. Również skarb państwa spłacił długi wojenne w ten sposób – wykupując obligacje wojenne w kwocie 154 miliardów marek, których wartość nabywcza w listopadzie 1923 stanowiła 15,4 fenigów z 1913.”

Und hier ist der Hund begraben (I tu jest pies pogrzebany). A więc skorzystali, rolnicy i przedsiębiorcy, tak pisze Wikipedia, poprawna politycznie. Bullock pisze o obszarnikach i przemysłowcach, a to zupełnie co innego. Ale warto było do niej zajrzeć, bo nie mogłem zrozumieć, z jakiego powodu inflacja w postępie arytmetycznym, przekształciła się w inflację w postępie geometrycznym, czyli hiperinflację. Nic takiego się wtedy w Niemczech nie działo, poza tym jednym orzeczeniem sądowym. Właśnie po nim nastąpiła ta zmiana. I skorzystał skarb państwa, jak zwykle bezlitosny i bezduszny wobec swoich obywateli. Okradł tych patriotycznie nastawionych, którzy kupowali obligacje wojenne. Taka była „wdzięczność” rządu niemieckiego. Ale nie łudźmy się – inne rządy nie są lepsze. Z drugiej strony, ci obywatele sami są sobie winni, jeśli wierzą rządowi: „Karl Helfferich ówczesny sekretarz stanu w Urzędzie Skarbu Rzeszy (niem. Reichsschatzamt), popierał politykę zadłużania. Jak sugerował Helfferich w swoim przemówieniu przed Reichstagiem w 1915 r., wykup obligacji wojennych po zwycięskiej wojnie mógł być finansowany z reparacji wojennych uzyskanych przez Niemcy od przegranych.” – Wikipedia.

A co działo się później? Wikipedia tak pisze:

„15 października 1923 rząd Rzeszy powołał do życia Deutsche Rentenbank, który przejął zadanie emisji pieniądza od Reichsbanku i od 15 listopada 1923 rozpoczął emisję nowej waluty – Rentenmarki. Ponieważ rezerwy złota Rzeszy nie wystarczyły na pokrycie kapitału założycielskiego Rentenbanku, zaciągnięto kredyt pod hipotekę zakładów przemysłowych i gospodarstw rolnych znajdujących się w posiadaniu państwa – kredyt opiewał na sumę 3,2 miliarda Rentenmarek. Kurs nowej waluty – Rentenmarki – ustalono na 1:1012 (bilion) marki papierowej, co odpowiadało 4,2 Rentenmarki za dolara. (powrót do kursu złotej marki do dolara z 1914 roku – przyp. mój).

Rozporządzenie ograniczyło ilość pieniądza w obiegu do kwoty 3,2 miliarda Rentenmarek, ustalając również granicę 1,2 miliarda Rentenmarek do dyspozycji rządu. Pomimo tego, że finansowanie wydatków rządowych odbywało się prawie wyłącznie poprzez emisję dodatkowego pieniądza, Rentenbank nie zgodził się na podwyższenie tych pułapów. Reforma skutecznie ograniczyła ilość pieniądza w obiegu, zatrzymała inflację i wymusiła powrót do zbilansowanego budżetu.

Dzięki reformie, ograniczeniu pieniądza w obiegu i drastycznej konsolidacji budżetu udało się ustabilizować walutę – zaczęto mówić o cudzie Rentenmarki.

Rentenmarka była jedynie rozwiązaniem przejściowym, a 30 sierpnia 1924 zgodnie z planem Dawesa wprowadzono Reichsmarkę.

Chociaż hiperinflacja zakończyła się reformą walutową a Republika Weimarska przetrwała jeszcze przez ponad dekadę, wielu historyków uważa, że ówczesna sytuacja gospodarcza odegrała znaczącą role w dojściu nazistów i Adolfa Hitlera do władzy. Hiperinflacja poważnie zachwiała zaufaniem klasy średniej do instytucji liberalnych – członkowie klasy średniej mający oszczędności w gotówce i obligacjach byli najbardziej narażeni na straty. Spadło zaufanie do banków – wielu bankierów było pochodzenia żydowskiego, przez co niektórzy określali weimarskie banknoty o wysokich nominałach mianem żydowskiego confetti.”

To tyle Wikipedia, ale nie mogę się powstrzymać, by nie zacytować jeszcze jednego zdania, które mnie rozbawiało: W okresie międzywojennym zjawisko hiperinflacji niemieckiej tłumaczyły dwie teorie ekonomiczne: teoria bilansu płatniczego i ilościowa teoria pieniądza. To tylko jedno zdanie utwierdza mnie w przekonaniu, że ekonomia jest nauką, a może „nauką”, wymyśloną przez Żydów, by w sposób „naukowy” tłumaczyć gojom ich finansowe machlojki i robić im wodę z mózgu.