Metoda

Świat współczesny jest światem informacji. To wszystko dzięki internetowi. Nie jesteśmy w stanie „przetrawić” nawet promila tego, co do nas dociera tą drogą. Ale nie tylko informacje. Mamy dostęp do niepomiernych zasobów wiedzy z każdej dziedziny. W takiej sytuacji najważniejsza staje się nie sama wiedza, ale umiejętność jej selekcjonowania i wyciągania wniosków. Jednak cały wysiłek tworzących nowy porządek świata idzie w kierunku, żeby nas dosłownie – przytłoczyć informacją. W tym kierunku idzie też system edukacji na każdym poziomie: od najniższego do najwyższego. Cel podstawowy – zabić myślenie. Zgodnie z zasadą: myślenie nie ma przyszłości, przyszłość należy do programowania i sztucznej inteligencji. To oczywiście program dla mas. Dla elit jest pewnie inny program.

Nauka kojarzy się nam z czymś dostojnym. Poważni naukowcy, to tacy, którzy używają mądrych słów, gdy objaśniają jakiś problem i tak to wyjaśniają, że normalny człowiek, który tego nie rozumie, może nabrać przekonania, że jest głupi i przyjąć do wiadomości to, co ci „poważni” naukowcy mu wmawiają. Ten sam mechanizm dotyczy historii i polityki. Tu też tworzy się setki interpretacji, powołuje się na różne źródła, twierdząc przy okazji, że ze względu na brak dokumentów, czy dostępu do nich, wielu spraw nie da się wyjaśnić. Jednak są tacy, nieliczni wprawdzie, którzy uważają, że niekomplikowanie, a wprost przeciwnie – upraszczanie, może nas zbliżyć do prawdy. I nie da się ukryć że, przynajmniej według mnie, w tym szaleństwie jest metoda. No właśnie! Czy to szaleństwo i cóż to za zwierz ta metoda?

Metoda 1. «sposób postępowania dla osiągnięcia określonego celu»: M-y uprawy roli. M-y pedagogiczne. Kierownik stosował wobec nas metodę dyskretnego kontrolowania. 2.«sposób naukowego badania rzeczy i zjawisk i przedstawiania wyników tych badań»: M. dialektyczna. M. eksperymentalna. <gr.>

Tak definiuje to słowo Mały Słownik Języka Polskiego, PWN Warszawa 1968. Mamy więc dwa znaczenia tego słowa. Pierwsze jest stosunkowo proste. Dotyczy sposobu działania, by dojść do określonego celu. Miałem kiedyś znajomego, który miał znajomego, który stosował metodę, nawet nie tyle podrywania dziewczyn, co składania im na dyskotekach niedwuznacznych erotycznych propozycji. Wiedział, że w 9 na 10 przypadków dostanie po gębie, ale w jednym przypadku – nie! Gęba puchła, ale za każdym razem był bliżej celu. To jest właśnie metoda w pierwszym znaczeniu. W tym wypadku ważne jest niezałamywanie się i konsekwencja, a dojście do celu pozostaje tylko kwestią czasu.

W drugim znaczeniu, znaczeniu metody naukowej, jest to trochę bardziej skomplikowane, ale nie aż tak bardzo. Jerzy Dzik w swojej książce Dzieje życia na Ziemi pisze:

„Magazynem idei jest cała kultura ludzka, zawarta w religii, sztuce, nauce i technice. Jedynie od twierdzeń z dziedziny nauk przyrodniczych (scientia) oczekujemy równocześnie prostoty, spójności logicznej i łatwo sprawdzalnej zgodności z rzeczywistością. Tym, co wyróżnia naukę od innych dziedzin poznania, jest bowiem metoda. O przynależności twierdzenia do nauki nie stanowi jego zawartość, lecz sposób sformułowania i zasady umożliwiające jego obalenie. Niesłusznie więc byłoby wywyższanie nauki ponad religię i sztukę na podstawie jej treści. Wręcz przeciwnie. Zagadnień najistotniejszych dla naszej egzystencji nie potrafimy rozwiązać posługując się metodą naukową. Nie potrafimy też, rzecz jasna, za pomocą rozumowań ocenić wartości odpowiedzi dawanych przez religię i sztukę. Z drugiej strony, rozsądne jest nieodwoływanie się do innych dziedzin tam, gdzie solidnie podbudowanej odpowiedzi dostarczyć może przyrodoznawstwo.”

Tak więc naukę od innych dziedzin odróżnia metoda. Wiara polega na tym, że człowiek wierzy. Są dwa rodzaje wierzących. Jedni wierzą w to, że Bóg istnieje, inni że – nie. Sztuka, z kolei, sprowadza się do natchnienia. Jak kto i w jaki sposób do niego dochodzi, to już inna sprawa.

Wracając jednak do nauki wypada wyjaśnić na czym polega ta metoda naukowa. Jerzy Dzik tak to precyzuje:

„Tym, co wyodrębnia przyrodoznawstwo spośród innych dziedzin wiedzy, nie jest treść przedstawianych przez nie twierdzeń, lecz metoda, za pomocą której doszło do ich sformułowania. Określić więc trzeba zasady postępowania, dzięki którym uzyskuje się wiedzę naukową. Zasad takich, które są bez sprzeciwu akceptowane przez uczonych wszystkich dziedzin, nie jest wiele. Prawdę powiedziawszy, są tylko dwie:

  • zasada brzytwy Occama
  • zasada testowalności

Wystarczają one jednak do tego, by nadspodziewanie wąsko zakreślić granice nauki i ująć w cugle wyobraźnię, z natury mającą skłonność do bezkrytycznego bujania.

Pierwszym z ograniczeń myślenia naukowego o niekwestionowanej konieczności jest brzytwa Occama (Ockhama). Jest to powszechnie znana zasada, sformułowana po raz pierwszy przez angielskiego średniowiecznego teologa Williama of Occam, że do objaśniania rzeczywistości nie należy używać większej liczby niezależnych bytów, niż jest to absolutnie konieczne. (…) Zasada brzytwy Occama każe użyć możliwie małej liczby praw i nie wprowadzać żadnego nowego prawa bez istotnej potrzeby. Co więcej, jeżeli uda nam się liczbę tych praw zmniejszyć i, powiedzmy, zakres stosowalności kilku praw objąć jednym, bardziej ogólnym prawem, to uważamy, że dokonaliśmy postępu w rozwoju naszej dziedziny nauki.

(…) Niemal powszechnie przyjętą regułą określającą ściślej granice nauki jest zasada (wymaganej) testowalności teorii naukowych przez doświadczenie (empirię). Wnioski wyprowadzone z teorii naukowych nie mogą być sprzeczne z danymi empirycznymi. Musi zatem istnieć możliwość porównywania tych wniosków z rzeczywistością i ich testowania. Teorie, z których nie wypływają wnioski testowalne przez dane doświadczalne, nie należą do dziedziny nauki.

Są dwie główne strategie ścisłego poznania naukowego i dwie koncepcje teorii poznania (epistemologii) uzasadniające słuszność każdej z nich. Pierwsza to strategia indukcjonizmu, stosowana przez zwolenników kierunku w epistemologii zwanego dziś neopozytywizmem. Zgodnie z tą koncepcją, wnioskowanie w nauce powinno opierać się na metodzie indukcji. Znaczy to, że uniwersalne twierdzenie naukowe wyprowadza się ze znacznej liczby pojedynczych twierdzeń (orzeczeń, zdań szczegółowych) o rzeczywistości, zwanych faktami. Twierdzenie uniwersalne, czyli teoria naukowa, jest tym bardziej prawdopodobne (czyli bliższe prawdy), im więcej twierdzeń szczegółowych (np. wyników doświadczeń) jest z nim zgodnych. W miarę potwierdzania teorii, czyli weryfikacji przez porównywanie z danymi doświadczalnymi, wzrasta prawdopodobieństwo jej zgodności z rzeczywistością.

Druga strategia to strategia falsyfikacjonizmu, będąca częścią kierunku filozoficznego nazwanego przez jego twórcę Karla R. Poppera zdroworozsądkowym racjonalizmem. Zanegował on wartość metody indukcyjnej i zaprzeczył temu, by badanie zgodności teorii z danymi zwiększało szanse jej prawdziwości. Poszukując ścisłych metod wnioskowania stwierdził, że tylko selekcja teorii poprzez odrzucanie może doprowadzić do stanu oczekiwanej jednoznaczności.”

Zdaję sobie sprawę, że od tego indukcjonizmu, testowalności, falsyfikacjonizmu głowa może rozboleć, ale te cytaty pochodzą z podręcznika akademickiego, który musi zachować pewną powagę. Ale to wcale nie jest trudne, gdy pod te skomplikowane słowa podłoży się normalne i jeszcze poda przykład. Bo teoria teorią, ale jak to działa w praktyce?

Nassim Nicholas Taleb w prologu książki Czarny Łabędź pisze:

„Zanim odkryto Australię, mieszkańcy Starego Świata byli przekonani, że wszystkie łabędzie są białe. Trwali niezachwiani w swej wierze, ponieważ dowody empiryczne zdawały się ją całkowicie potwierdzać. Widok pierwszego czarnego łabędzia mógł się okazać interesującą niespodzianką dla kilku ornitologów ( i innych ludzi szczególnie zainteresowanych upierzeniem ptaków), ale nie o to chodzi. Historia ta ilustruje poważne ograniczenie procesu wnioskowania opartego na obserwacji lub doświadczeniach oraz kruchości naszej wiedzy. Jedno spostrzeżenie może obalić ogólną tezę, postawioną na podstawie tysięcy lat obserwowania milionów białych osobników. Wystarczy do tego jeden jedyny (i jak słyszałem, dość brzydki) czarny ptak.”

I wszystko jasne! Indukcja to kolejne obserwacje, pojedyncze doświadczenia. Testowalność, to potwierdzenie, sprawdzenie założenia: Wszystkie łabędzie są białe i za każdym razem, gdy widzę łabędzia, widzę że jest biały. To utwierdza mnie w tym, że wnioski, które wyciągam są słuszne. Falsyfikacjonizm to: O! Widzicie! Czarny łabędź! G…. prawda, że wszystkie łabędzie są białe. Falsyfikacjonizm to po prostu wykazanie, że dana teoria jest błędna.

Ale to jeszcze nie koniec problemów z poznawaniem i oceną rzeczywistości. Cytowany wyżej Taleb w innej swojej książce Zawiedzeni przez losowość pisze:

„W praktyce wnioskowania istnieje dobrze znany problem indukcji. Ciąży on nad nauką od bardzo dawna, ale dyscypliny ścisłe nie ucierpiały z jego powodu tak bardzo, jak nauki społeczne, a zwłaszcza ekonomia (w tym szczególnie ekonomia finansowa). Dlaczego? Ponieważ składnik losowości potęguje skutki występowania tego problemu. Problem indukcji nigdzie nie jest tak istotny jak w świecie obrotu papierami wartościowymi i nigdzie nie jest tak uparcie ignorowany!

W dziele zatytułowanym Badania dotyczące rozumu ludzkiego szkocki filozof David Hume sformułował ten problem w następujący sposób (przytaczam parafrazę słynnego dziś problemu Czarnego Łabędzia autorstwa Johna Stuarta Milla): Żadna liczba obserwacji białych łabędzi nie pozwala wysnuć wniosku, że wszystkie łabędzie są białe, ale obserwacja jednego czarnego łabędzia wystarcza do odrzucenia tej konkluzji.

Hume nie mógł znieść tego, że nauka w jego czasach (w XVIII wieku) przeszła za sprawą Francisa Bacona od scholastyczności opartej wyłącznie na dedukcji (bez związku z doświadczeniem realnego świata) do drugiej skrajności – naiwnego i nieuporządkowanego empiryzmu. Bacon protestował przeciwko „snuciu pajęczyny nauki” pozbawionej zastosowań praktycznych (nauka przypominała teologię). Dzięki niemu w nauce zaczęto kłaść nacisk na obserwacje empiryczne. Problem polega na tym, że obserwacje praktyczne dokonywane bez odpowiedniej metodologii mogą nas zwieść na manowce. Hume ostrzegał przed taką wiedzą i podkreślał potrzebę utrzymania odpowiedniego rygoru podczas gromadzenia i interpretowania wiedzy – zwanego dzisiaj epistemologią (od greckiego słowa episteme, oznaczającego uczenie się). Hume był pierwszym nowożytnym epistemologiem (epistemolodzy ze świata nauk ścisłych są czasem zwani metodologami albo filozofami nauki).”

Indukcja i dedukcja są zatem dwiema metodami, które zwykły człowiek może wykorzystać do oglądu rzeczywistości. W tym wypadku indukcja to obserwacja a dedukcja to wnioskowanie. Słowo to wywodzi się z łacińskiego deductio – wywód i od czasownika deducere – wywodzić, wyprowadzać wnioski. (U nas to wszystko z greki albo z łaciny). Dedukcja jest taką formą rozumowania, w której z pewnego następstwa wielu zdań wyprowadza się zdania logiczne z nich wynikające. Jest to niezawodna procedura stanowiąca poprawny sposób wnioskowania, który prowadzi do prawdziwych stwierdzeń, pod jednym wszakże warunkiem, że przesłanki nie były błędne.

Entuzjastą dedukcji był Conan Doyle. Bohater jego powieści Sherlock Holmes wykorzystuje ją w swoich śledztwach. Doyle opisuje ją bardziej szczegółowo w Studium w szkarłacie. Oto parę przykładów:

„Z istnienia kropli wody (…) logicznie rozumujący człowiek wydedukuje możliwość istnienia Oceanu Atlantyckiego czy Niagary, choć nigdy ich nie widział ani o nich nie słyszał.”

„Całe życie to jeden wielki łańcuch, którego istotę możemy poznać po jednym ogniwie. Tak jak wszystkie inne sztuki, wiedza dedukcji i analizy dają się posiąść tylko po długich i cierpliwych studiach.”

„W rozwiązywaniu tego rodzaju problemów należy przede wszystkim umieć myśleć «wstecz». Ta metoda zwykle bywa bardzo skuteczna i łatwa, lecz ludzie rzadko z niej korzystają. W życiu codziennym bardziej opłaca się rozumowanie «naprzód» i dlatego zaniedbuje się myślenie wstecz. Na ogół jeden człowiek na pięćdziesięciu rozumuje «analitycznie», gdy reszta – «syntetycznie».”

„Większość ludzi, wysłuchawszy biegu wydarzeń, powie (…) co z nich wynikło. Połączą je w umyśle i wywnioskują, co dalej stać się mogło. Ale niewielu znajdziemy takich, którzy z końcowego wyniku zdołają odtworzyć bieg wypadków, jakie do niego doprowadziły. O takiej właśnie zdolności myślenia mówiłem wspominając o rozumowaniu «wstecz», czyli – «analitycznym». Mamy tu cały łańcuch logicznych wniosków, w którym nie znajdzie pan najmniejszego potknięcia”.

Z przytoczonych powyżej przykładów widać, że metodologia naukowa ma zastosowanie w różnych dziedzinach nauki i nie tylko nauki. Antony Sutton, pisząc książkę Skull and Bones Tajemna Elita Ameryki, również z niej korzystał. We fragmencie zatytułowanym Hipotezy i metoda pisze:

»Wszystko to prowadzi nas w kierunku metodologii. W niniejszym tomie zostaną przedstawione trzy hipotezy. Czym jest hipoteza? Hipoteza jest teorią, teorią roboczą, punktem wyjścia, który musi zostać poparty dowodami. Moje hipotezy powstały w wyniku analizy pewnych dokumentów, które także zostaną przedstawione. Kramarze oficjalnej historii będą wykrzykiwać, że hipotezy te są prezentowane jako udowodnione twierdzenia i niezależnie od tego, co zostanie napisane, krzyki te nie ustaną. Należy jednak powtórzyć, że na tym etapie są to jedynie hipotezy, które muszą zostać poparte dowodami. Stanowią dopiero pierwszy krok w logicznym procesie badawczym.

Następnie w myśl naukowej metodologii, można hipotezę udowodnić. Nie może ona zostać obalona. To od czytelnika zależy, czy zaprezentowane dowody uzna za wystarczające do poparcia hipotezy, czy też nie. Rzecz jasna, żaden autor, krytyk ani czytelnik nie może podjąć takiej decyzji przed zapoznaniem się z dowodami.

Mamy zamiar zastosować także dwie inne zasady dotyczące badań naukowych, które historycy głównego nurtu zwykle ignorują.

Po pierwsze, w nauce najprostsze wyjaśnienie problemu jest zawsze rozwiązaniem najbardziej zadowalającym. Natomiast w przypadku establishmentowej historii prosta odpowiedź jest zwykle krytykowana i uznawana za „nazbyt uproszczoną”. Krytyk sugeruje tym samym, że „biedny pisarz nie odniósł się do wszystkich faktów”. Innymi słowy, ucieka się do taniej zniewagi, nie zadając sobie trudu znalezienia alternatywnej odpowiedzi lub przytoczenia dodatkowych faktów.

Po drugie, znowu odnosząc się do zasad panujących w nauce, najbardziej zadowalającą odpowiedzią jest ta, którą da się zastosować do największej liczby przypadków, czyli odpowiedź najbardziej ogólna. Musisz na przykład znaleźć wyjaśnienie dwunastu wydarzeń i mamy teorię, która stanowi odpowiedź w jedenastu z tych przypadków. Tym samym jest ona bardziej zadowalająca niż teoria, którą da się zastosować jedynie w czterech lub pięciu przypadkach.«

Sutton nie nazywa metody, ale mówi o brzytwie Occama. Zostało to powyżej zaznaczone przeze mnie kursywą. Dalej, we fragmencie zatytułowanym Diabelska teoria historii, pisze:

»Przy użyciu takiej właśnie metodologii będziemy rozważać i przedstawiać szczegółowe i konkretne dowody (w tym nazwiska, daty oraz miejsca) wskazujące na to, że jedynym rozsądnym wyjaśnieniem ostatnich wydarzeń mających miejsce w Stanach Zjednoczonych jest istnienie spisku wykorzystującego władzę polityczną dla realizacji celów stojących w sprzeczności z Konstytucją.

Historycy głównego nurtu określają tę teorię mianem „diabelskiej teorii historii”, co również jest szybką i prostą metodą na zamiecenie sprawy pod dywan. Krytycy ci nie biorą jednak pod uwagę na przykład Ustawy Shermana, czyli aktu prawnego wymierzonego w monopole, w której istnienie spisku jest tezą nie tylko przyjętą, ale wręcz podstawową. Skoro więc akceptujemy myśl o istnieniu spisku w gospodarce, dlaczego to samo nie może dotyczyć polityki? Czyżby politycy byli bardziej niewinni niż biznesmeni?«

W tym wypadku Sutton stosuje prostą dedukcję (kursywa). Pierwsze wydanie książki Sutona ukazało się w 1983 roku. Minęło już więc wiele lat. W tamtym czasie zapewne wielu trudno było uwierzyć w to, o czym on pisał. Dziś już mało kto wątpi, że w Stanach Zjednoczonych funkcjonuje tzw. deep state, czyli taka ukryta, nieformalna władza, która wykorzystuje swoją pozycję polityczną do działań sprzecznych z prawem.

Spór o to, która metoda jest bardziej wiarygodna – indukcja czy dedukcja – nie jest sporem jałowym. W moim odczuciu te metody uzupełniają się. Często tam, gdzie empiria zawodzi pozostaje nam odwołanie się do dedukcji. Magellan empirycznie dowiódł tego, że Ziemia jest kulą, ale nie chce mi się wierzyć, że kapłani egipscy o tym nie wiedzieli. Skoro potrafili wyliczyć godzinę zaćmienia Słońca, to musieli wiedzieć, że zarówno Słońce jak i Księżyc oraz planety są kulami. A skoro obserwowane przez nich ciała niebieskie były kulami, to dlaczego Ziemia miałaby być wyjątkiem. Tak działa dedukcja.

Przenosząc to rozumowanie na grunt historii i polityki, możemy próbować szukać odpowiedzi w oparciu o dedukcję tam, gdzie brakuje dokumentów albo gdzie są one utajniane na 50 lat, a jak ten okres mija, to znowu utajnia się je na kolejne 50 lat. W historii i polityce dokumenty są tym, czym w nauce obserwacje i doświadczenia. Na ogól są one (dokumenty) niedostępne. Pozostaje więc dedukcja.

Dlaczego polskie władze, szczególnie te skarbowe, zawsze były tak bezlitosne dla zwykłych podatników? Znane są te słynne domiary z czasów PRL-u, kiedy na drobnych rzemieślników, usługodawców czy sklepikarzy nakładano wysokie kary za jakieś drobne uchybienia. Po 1989 roku nic nie zmieniło się. Różnica tylko polegała na tym, że przepisy stały się tak zawiłe i niejednoznaczne, że zawsze można było doszukać się jakichś uchybień po stronie podatnika. Po co one takimi były? Ano właśnie po to, by na każdego mieć haka. Drobni cierpieli, a grube ryby bezkarnie narażały skarb państwa na straty i nie działa się im krzywda z tego powodu. Myliłby się jednak ktoś, kto by myślał, że przed wojną było inaczej. Otóż nie! Maria Dąbrowska w swoim dzienniku pod datą 16.VIII.1935 pisze:

„Rano w urzędzie podatkowym. Te dranie nie mają nic lepszego do roboty, jak szykanowanie co rok takiego podatnika jak ja, który jeszcze nigdy ani dzień nie zalegał z żadnymi podatkami i ani grosza złamanego przed okiem fiskusa nie ukrył. A miliony podatków od potentatów pieniądza zalegają bezkarnie. I mój czas drogi dla nich po próżnicy tracę.”

Ustroje i czasy zmieniają się, a urzędy podatkowe, jak były wrogie zwykłemu podatnikowi, tak nadal takimi są. Do tego dochodzi jeszcze żenująco niska kwota wolna od podatku, aż nieprzyzwoicie niska w porównaniu z wieloma wyżej i niżej rozwiniętymi krajami. Pojawia się zatem pytanie: dlaczego tak się dzieje? Przyznam, że często w przeszłości zastanawiałem się nad tym, jak to możliwe, że własny rząd tak gnębi swoich podatników, z których żyje. Skąd taka nienawiść? Zwykły urzędnik może i nie jest temu winien, bo nie on ustala wytyczne i zadania, które mają być wykonane, ale on musi wykonać plan ściągnięcia określonej kwoty. Jeśli nic nie można zarzucić podatnikowi, to trzeba tak przeprowadzić kontrolę, by coś znaleźć. Ułatwiają to niejasne i często sprzeczne ze sobą przepisy a ostateczna interpretacja i tak zależy od urzędnika, który jest bezpośrednio zainteresowany ukaraniem podatnika, bo ma z tego premię. Kwoty, które są ściągane od ukaranych podatników, nie mają żadnego znaczenia dla budżetu, pomijając już fakt, że wielkie korporacje wcale nie płacą podatków.

Ktoś, kto prowadzi taką politykę wobec swoich podatników, musi ich bardzo nie lubić a może nawet nienawidzić. Dlaczego inne kraje mają bardziej ludzkie do nich podejście, a u nas tego brak? Jeśli chcielibyśmy zastosować tu metodę brzytwy Occama i wybrać najprostsze wytłumaczenie, nie wnikając w jakieś pokrętne tłumaczenia, że skarb państwa świeci pustkami, że podatki trzeba płacić, to musi odpowiedzieć sobie na proste pytanie: dlaczego Państwo Polskie tak nienawidzi własnego podatnika? Najprostsza odpowiedź jest taka, że to nie jest Państwo Polskie, tylko obce państwo. A skoro obce, to czyje? Któż nas tak bardzo nienawidzi? Najprostsza odpowiedź – Żydzi. Nikt tak nas bardzo nienawidzi jak oni. Polski drobny przedsiębiorca, to potencjalnie większy przedsiębiorca, a może nawet wielki przedsiębiorca. I do tego niezależny. A taki to już zagrożenie dla żydowskich interesów w Polsce i takie niebezpieczeństwo trzeba niszczyć w zarodku. Innych można uzależnić. Zatrudnić ich w korporacjach i nawet dobrze im płacić, ale oni, w obawie utraty dobrze płatnej posady, będą potulni jak baranki.

Poświęciłem tyle miejsca metodzie, która jest uniwersalna, bo ma zastosowanie nie tylko w nauce, ale również można ją stosować do wyjaśniania spraw bieżących, czy próbować odgadnąć to, czego z barku dokumentów nie jesteśmy w stanie zrobić. Do tego służy wnioskowanie opisane wyżej w cytacie z Doyle’a:

„Większość ludzi, wysłuchawszy biegu wydarzeń, powie (…) co z nich wynikło. Połączą je w umyśle i wywnioskują, co dalej stać się mogło. Ale niewielu znajdziemy takich, którzy z końcowego wyniku zdołają odtworzyć bieg wypadków, jakie do niego doprowadziły. O takiej właśnie zdolności myślenia mówiłem wspominając o rozumowaniu «wstecz», czyli – «analitycznym». Mamy tu cały łańcuch logicznych wniosków, w którym nie znajdzie pan najmniejszego potknięcia”.

No właśnie! Mamy końcowy wynik w postaci tego, że polska szlachta i polscy władcy byli wyjątkowo przychylnie nastawieni do Żydów. Tego nie było w innych krajach. Wprawdzie mieli w nich Żydzi duży wpływ na władców i przenikali do wyższych warstw społeczeństwa, ale ostatecznie kończyło się to ich wygnaniem. Tak postąpili Anglicy, Francuzi, Hiszpanie i Niemcy. Wielu z tych wygnanych trafiło do Polski. Jedni z Niemiec, inni od strony wschodniej. Wiemy, że polska szlachta była, ze względu na swoją liczebność, ewenementem na skalę europejską. Była też ewenementem ze względu na swój wyjątkowo przychylny stosunek do Żydów i wręcz wrogi do mieszczan i chłopów.

W XVI wieku miał miał miejsce tzw. ruch egzekucyjny. Był to ruch polityczny średniej szlachty. Jednym z postulatów wysuwanych przez ten ruch było wzmocnienie szlachty wobec mieszczan: likwidacja cechów, zakaz posiadania ziemi przez „nieszlachtę”, zwiększenie wolności handlowej dla Żydów (współpracujących ze szlachtą przeciw mieszczanom). – O tym można przeczytać w Wikipedii. A więc Żydzi współpracowali ze szlachtą przeciw mieszczanom. W tamtym czasie polskie mieszczaństwo było praktycznie niemieckie lub byli to spolszczeni Niemcy. Wiemy też, że w średniowieczu Żydzi przybywali do Polski głównie z Niemiec. Byli po prostu stamtąd wypędzani. Trudno więc dziwić się wzajemnej niechęci Żydów i mieszczan. Ale dlaczego polska szlachta wybrała Żydów? Ci mieszczanie zajmowali się handlem i rzemiosłem, ale nie tylko! Oni też oferowali pożyczki!

To jest jednak nowy wątek, wątek filosemityzmu polskiej szlachty, który wymaga oddzielnej analizy. Tu chodziło mi tylko o metodę, o pokazanie, że właściwe jej użycie może doprowadzić do nadzwyczaj ciekawych wniosków, ale też, że nawet samo zadawanie pytań jest ważne. Ono ukierunkowuje nasze myślenie, co w praktyce oznacza, że odrzucamy cały szum informacyjny i drążymy temat, jak pies, który, gdy złapie trop, to już nie odpuszcza.

Unia polsko-litewska

Unia Polsko-Litewska, związek Polski z Litwą w XIV-XVIII wieku określany przez szereg aktów państwowoprawnych i decyzji faktycznych; wahały się one od tendencji inkorporacyjnych do luźnego sojuszu między dwoma niezależnymi państwami – Polską i Litwą. Podstawą związku obu państw był akt w Krewie z 1385 roku. Była to tzw. unia krewska. Na mocy tego aktu wielki książę litewski Jagiełło zobowiązał się po ślubie z Jadwigą i objęciu tronu polskiego wprowadzić na Litwie chrześcijaństwo w obrządku łacińskim oraz przyłączyć ziemie Wielkiego Księstwa Litewskiego do Polski. Zasada inkorporacji napotkała zdecydowany opór Litwinów i dynastii jagiellońskiej.

Unia wileńsko-radomska z 1401 roku oddała rządy na Litwie Witoldowi jako samodzielnemu władcy, przy czym pozostawał on wobec Jagiełły w stosunku zbliżonym do lennego. Witold zobowiązał się do niezawierania żadnych układów z Zakonem Krzyżackim bez zgody Jagiełły. Stan ten miał trwać do śmierci Witolda, po czym władza na Litwie miała wrócić do Jagiełły jako najwyższego księcia Litwy.

W 1413 roku zawarto nowy akt unii w Horodle (unia horodelska), który wprowadził instytucję odrębnego wielkiego księcia na Litwie, wspólne sejmy i zjazdy polsko-litewskie. W celu powiązania feudałów litewskich z polskimi, 47 rodzin możnowładców i szlachty polskiej przyjęło do swych herbów 47 rodzin panów i bojarów litewskich. Jednocześnie unia horodelska miała charakter przywileju ziemskiego dla panów i bojarów litewskich, którzy uzyskali prawa dziedziczenia dóbr ojczystych i dysponowania nimi. Wprowadzono również na wzór polski urzędy wojewodów i kasztelanów. Po 1422 roku tj. po zlikwidowaniu niebezpieczeństwa krzyżackiego unia zachwiała się.

Została wznowiona w Grodnie w 1432 roku (unia grodzieńska) i potwierdzona w 1434 roku. Przywracała ona konieczność zatwierdzania wyboru wielkiego księcia Litwy przez króla i panów polskich. Po okresie całkowitego zerwania unii (1440-1447) związek Polski z Litwą przekształcił się w unię personalną: jedyną więzią stała się osoba panującego.

Po śmierci Kazimierza Jagiellończyka (1492) ponownie zerwana została unia personalna, a trony polski i litewski objęli dwaj bracia Jan Olbracht i Aleksander. Nowy akt unii mający charakter sojuszu obu państw zawarto w Wilnie w 1499 roku (unia wileńska). Polacy i Litwini zobowiązali się wybierać panujących za obopólną zgodą i służyć sobie pomocą i radą.

W obliczu wzrostu zagrożenia Litwy przez państwo moskiewskie w czasie bezkrólewia, sejm polski zawarł w Piotrkowie umowę z delegatami wielkiego księcia Aleksandra i panów rady litewskiej o odbywaniu wspólnych narad i wspólnym wyborze monarchy oraz o udzielaniu pomocy. Akt został zatwierdzony przez Aleksandra w 1501 roku w Mielniku (unia mielnicka), nie wszedł jednak w życie, gdyż nie został zaakceptowany przez litewską radę hospodarską. Postarali się o to Jagiellonowie, gdyż ograniczał ich prawa dziedziczne do Wielkiego Księstwa Litewskiego.

Zacieśnienie związku państwowego między Polską a Litwą następowało w XVI wieku głównie dzięki przejmowaniu przez Litwę instytucji ustrojowych polskich i powstaniu na Litwie stanu szlacheckiego dążącego do uzyskania praw szlachty polskiej. Od połowy XVI wieku ze strony polskiej coraz bardziej stanowczo w programie ruchu egzekucyjnego wysuwano żądanie zawarcia unii z Litwą. Na Litwie unii przeciwne było możnowładztwo litewskie. Napotkało ono jednak opozycję szlachty domagającej się unii, która miała jej przynieść zrównanie ze szlachtą polską. Niebezpieczeństwo rozpadnięcia się unii po wygaśnięciu Jagiellonów, obawa przed utratą ziem ruskich i wspólnie z Polską prowadzona walka o Inflanty wpłynęła na osłabienie opozycji wielkich feudałów litewskich, którzy zaczęli szukać oparcia w Polsce przeciw wrogom zewnętrznym.

Na sejmie w 1564 roku Zygmunt August przelał swe prawa dziedziczne do Litwy na Koronę. Do zawarcia unii doszło dopiero na sejmie w 1569 roku w Lublinie (unia lubelska). Opór możnowładców, którzy opuścili nawet Lublin, został złamany przez akt inkorporacji do Polski Wołynia, Ukrainy Kijowskiej, Podola Bracławskiego i Podlasia. Uszczuplone Wielkie Księstwo Litewskie nie mogło egzystować bez oparcia o Polskę i panowie litewscy zgodzili się na unię. Aktem z 1 lipca 1569 roku Wielkie Księstwo Litewskie połączone z Polską unią realną na zasadzie równości, przy zachowaniu odrębnych urzędów centralnych, skarbu i wojska. W powstałym państwie polsko-litweskim wspólna była osoba monarchy i sejm. Moneta była bita osobno na Litwie i w Koronie. Polacy i Litwini mogli nabywać od siebie nawzajem dobra ziemskie i swobodnie przesiedlać się na terenie całego państwa. Wielkie Księstwo Litewskie zachowało odrębność prawa sądowego. Odrębność prawno-państwową Litwy i Korony zniosła Konstytucja 3 maja 1791 roku, łącząca je w jeden organizm państwowy.

Unia polsko-litewska należała do najdonioślejszych faktów w dziejach Europy Środkowo-Wschodniej. Skutki jej przetrwały samo istnienie zjednoczonej „Rzeczypospolitej Obojga Narodów”. W pierwszym okresie umożliwiła likwidację niebezpieczeństwa krzyżackiego i przyczyniła się do uzyskania przez Polskę w XV-XVI wieku mocarstwowej pozycji. Unia polsko-litewska przyspieszyła rozwój gospodarczy i kulturalny ziem Wielkiego Księstwa Litewskiego, ale jednocześnie otworzyła drogę do polonizacji szlachty litewskiej i ruskiej i przechodzeniu rozległych dóbr w ręce szlachty polskiej. W wyniku unii Polska została wciągnięta w niekończące się wojny litewsko-moskiewskie i musiała porzucić myśl o rewindykacjach utraconych ziem na zachodzie. Unia lubelska, wprowadzając do Korony wpływy spolonizowanej oligarchii litewskiej przyczyniła się do zachwiania równowagi w łonie stanu szlacheckiego i do zdobycia władzy przez magnatów głównie związanych z terenami litewsko-ruskimi, którzy uzależniając od siebie drobną szlachtę, prowadzili do stopniowego rozkładu władzy centralnej.

Tradycje unii polsko-litewskiej przetrwały w okresie porozbiorowym i znalazły wyraz we wspólnych powstaniach „obojga narodów” (1831, 1863). Dopiero w 2 poł. XIX wieku rozwój świadomości narodowych Litwinów, Białorusinów i Ukraińców spowodował bankructwo idei unii (tzw. w publicystyce „idei jagiellońskiej”). Próby nawiązania do niej przez Polskę po I wojnie światowej spotkały się z niepowodzeniem.

Tak pisała o unii polsko-litewskiej Wielka Encyklopedia Powszechna PWN, Warszawa 1968. Hasło to zostało opracowane na podstawie: S. Kutrzeba Unia Polski z Litwą, w: Polska i Litwa w dziejowym stosunku, Kraków 1914; Akta unii Polski z Litwą 1385-1791, wyd.: S. Kutrzeba, W. Semkowicz, Kraków 1932.

Stanisław Kutrzeba był historykiem prawa. Urodził się w 1876 roku w Krakowie, zmarł tamże w 1946 roku. Był profesorem i rektorem Uniwersytetu Jagiellońskiego i prezesem Polskiej Akademii Umiejętności.

Tak więc od unii krewskiej do lubelskiej mija prawie 200 lat i nie był to okres sielski i anielski. Wprost przeciwnie! Szczególnie strona litewska okazywała dużą rezerwę, a często nawet niechęć. Polska natomiast cały czas parła do połączenia obu państw. Warunkiem objęcia tronu polskiego przez Jagiełłę było zobowiązanie do wprowadzenia na Litwie chrześcijaństwa w obrządku łacińskim i przyłączenie WKL do Polski. Ale nawet w końcowym etapie tego łączenia dwóch państw litewscy możnowładcy nie byli przekonani i opuścili obrady. Dopiero zajęcie południowej części WKL przekonało ich. Pomimo tego były to dwa odrębne państwa. Litwa zachowała własne urzędy centralne, skarb, wojsko, prawo i sądy oraz własny pieniądz. Wspólna była osoba monarchy i sejm.

Średniowieczna Europa składała się z monarchii. To nie były jeszcze państwa w naszym rozumieniu. Przeważały interesy dynastyczne. Ziemie przechodziły z dynastii na dynastię poprzez małżeństwa i koligacje rodzinne. Jednak ówcześni monarchowie nie byli władcami absolutnymi, musieli się liczyć ze zdaniem możnowładców. W przypadku Polski byli to magnaci, którzy stanowili najwyższą warstwę szlachty. W przypadku Litwy byli to bojarzy. Monarchia absolutna, w której władza królewska dominuje to dopiero XVII i XVIII wiek. Nie można więc oceniać tej unii w kategoriach interesów państwowych czy narodowych. Z drugiej strony nie można zapominać o tym, że jej skutki odczuwamy do dziś, chociażby poprzez to, że osadnictwo żydowskie koncentrowało się na tamtych terenach, a litewscy możnowładcy, którzy stali się polskimi magnatami zdominowali polską politykę, wypierając stare polskie rody. To ci różni Radziwiłłowie, Braniccy, Sapiehowie, Czartoryscy itp.

Polska na tle ówczesnej Europy wyróżniała się tym, że miała wyjątkowo liczną szlachtę. Początkowo stanowiła ona około 7% ludności. Pod koniec XVII wieku wzrosła do 9%, a w XVIII wieku było jej jeszcze więcej. W Hiszpanii czy na Węgrzech stanowiła ona 5%. We Francji – 1%, w Anglii – 2%. W Polsce nigdy nie nadawano herbów pojedynczym osobom – jak w Anglii, ani też pojedynczym rodzinom – jak w Niemczech, ale większym grupom ludzi, którzy mieli wspólną tarczę herbową, zawołanie i godło. Polski szlachcic nie miał własnego herbu. Dzielił go z innymi, którzy nie musieli być jego krewnymi. Jednak użycie słowa „ród” na określenie grupy heraldycznej sugerowało, że podstawę więzi stanowiło pokrewieństwo. I taka wspólnota herbowa była też w Europie czymś wyjątkowym. Czasami rolę „osoby wprowadzającej” pełnił król, czasami wybitni przedstawiciele szlachty z własnej inicjatywy „przyjmowali” swoich krewnych i przyjaciół do własnego rodu. Nie istniało żadne kolegium heraldyczne, nie było też żadnej, cieszącej się autorytetem instytucji, gdzie trzymano by do publicznego wglądu rejestry nadania tytułu i herbów szlacheckich. Jeśli ktoś zakwestionował czyjś tytuł szlachecki, to jedynym miejscem, w którym dowodzono własnych racji, były sądy. W takim wypadku od pozwanego wymagano przedstawienia sześciu zaprzysiężonych świadków, którzy mogliby potwierdzić jego szlacheckie pochodzenie wstecz do trzech pokoleń, zarówno ze strony ojca jak i matki. Jeśli mu się to udało, otrzymywał od sądu odpowiednie zaświadczenie. Z pewnością było to kłopotliwe i upokarzające. Bardzo możliwe, że ród herbowy powstał po to, by uchronić swych członków przed tego typu afrontami. Wiążąc się z takim rodem, składającym się z powszechnie znanych osób, mógł taki szlachcic liczyć na to, że ustrzeże się od oskarżeń, poddających w wątpliwość jego status i rangę. A stąd już niedaleko do konstatacji, że taki „ród herbowy”, to nic innego jak towarzystwo wzajemnej adoracji. Wygodny dla stanu szlacheckiego jako całości, jak i dla poszczególnych członków. Eliminował potrzebę istnienia kolegium heraldycznego jako narzędzia weryfikującego, do którego mogliby się odwołać wszyscy zainteresowani.

Gdyby ktoś miał wątpliwości, że tak to działało, to fakt, że na mocy unii w Horodle w 1413 roku 47 rodzin możnowładców i szlachty polskiej przyjęło do swych herbów 47 rodzin panów i bojarów litewskich, potwierdza tylko ten mechanizm. Z pewnością nie były to rodziny przypadkowo wybrane. Ten sam „numer” powtarza się, tyle że na daleko większą skalę, gdy najbardziej wpływowe rody uszlachcają frankistów w drugiej połowie XVIII wieku. Czy po tym jak WKL zdominowało Koronę poprzez swoje zaadoptowane przez nią litewskie możnowładztwo a szlachta litewska zrównana w prawach z polską i po tym jak utorowano frankistom drogę do awansu społecznego i prestiżowych stanowisk, czy po tym wszystkim możemy mieć jeszcze wątpliwości, że polskie państwo było już tylko polskie z nazwy. To jest niewątpliwie skutek powstania i trwania unii polsko-litewskiej, ale też dziwnego zjawiska jakim była wyjątkowo liczna, na tle ówczesnej Europy, szlachta polska. Do dziś nie wiadomo, jak do tego doszło. Są różne teorie, historycy spierają się, ale wyjaśnienia nie ma.

W 1370 roku umiera bezpotomnie Kazimierz Wielki. Sukcesję po nim przejmuje Ludwik Węgierski. Jego ojcem był Karol Robert z rodu Andegawenów (Francja) a matką Elżbieta Łokietkówna, córka Władysława Łokietka i siostra Kazimierza Wielkiego. Ludwik Węgierski był królem Węgier w latach 1342-1382 i królem Polski w latach 1370-1382. W latach 1370-1382 Polska i Węgry złączone były unią personalną, tak jak później z Litwą za Władysława Jagiełły. Kłopot polegał na tym, że Ludwik Węgierski nie miał synów tylko córki. Na Węgrzech nie było to problemem, ale w Polsce – tak. W zamian za zgodę na sukcesję swoich córek do tronu polskiego w dniu 17 września 1374 roku wydał on dla szlachty polskiej przywilej koszycki, który zawiera wiele korzystnych dla niej praw. Dzięki niemu uzyskuje również ona wpływ na wybór następcy tronu. I już wkrótce korzysta z tego prawa. Gdy córka Ludwika – Jadwiga obejmuje tron polski, jej kandydatem na męża jest Wilhelm Habsburg. Jego kandydaturę popiera książę opolski Władysław Opolczyk, jednak krakowscy panowie są innego zdania. Chcą związać Polskę z Litwą i wybierają Jagiełłę.

To była ta osławiona demokracja szlachecka, działająca zupełnie tak samo jak i obecna, bo przecież krakowscy panowie to też szlachta. Wtedy dotyczyła ona tylko 10%, obecnie – 100%. O wszystkim decydowała wąska grupa osób. Nawet jeśli jakiś szlachcic wykrzykiwał na sejmie swoje „liberum veto”, to nie robił tego, bo tak mu się spodobało. Musiał mieć poparcie i wskazówki kogoś bardzo wpływowego, kto mu zapewniał ochronę. W przeciwnym razie szybko zostałby „zutylizowany”. A jak się wybierało posłów w I RP? To doskonale opisuje Karol Zbyszewski w swojej niedoszłej pracy doktorskiej Niemcewicz od przodu i tyłu.

„Ignacy Potocki i książę Adam (Czartoryski – przyp. mój) postanowili wykierować Niemcewicza na posła. Sami kandydowali w Lublinie (na Podole książę po ostatniej chryi był obrażony), w Brześciu stawali Sapieha i Matuszewicz, wszystkie przyzwoite okręgi obsadzili ludzie o wielkich nazwiskach lub zasobach. Książę Adam bardzo lubił pana Juliana, ale nie na tyle, by rozsupłać dlań mieszek – dał mu listy polecające i wyprawił na Inflanty.

W pierwszym rozbiorze Rosja chapnęła całe Inflanty, Polsce została tylko mała łączka za Dźwiną, nie było na niej nawet szałasu, sejmikowano pod gołym niebem na trawie. Ledwo przybył Niemcewicz, porwał go w objęcia Michał Zabiełło, ten przystojny oficer francuski, którego zgłodniałego i bez grosza przed sześcioma laty z Wiednia do kraju przytaszczył.

– A waść tu czego? – pytał?

– Przecież nie dla kupna siana, chcę spróbować zostać posłem…

– Ha! – i Zabiełło puknął się w głowę.

Za pozwoleniem miejscowej moskiewskiej stupajki przyczłapało zza kordonu 50 zbiedzonych szlachciurów, mieli oni wybrać sześciu posłów. Kandydatów było 16, z czego połowa znani, stateczni obywatele, reszta hołopupskie bubki – wśród nich Niemcewicz. Starosta inflancki Plater przeczytał list od króla, w którym Stanisław wymienił miłych sobie kandydatów – Badeniego (stały poseł łąki), Karwowskiego, Prozora, Platera i polecił ich łaskawym głosom drogich ichmościów.

Poza krajem wola królewska była bardzo szanowana, od czasu rozbioru inflancka łąka stale desygnowała posłów wskazanych przez Poniatowskiego, na listy Czartoryskiego nikt nie chciał patrzeć, Niemcewicz zawiesił smutnie głowę, Inflantczycy już otwierali gardła, by okrzyczeć Stanisławowskich kandydatów.

– Za pozwoleniem, chwileczka! – wrzasnął Michał Zabiełło.

– Czego tam? Nie przeszkadzać! Już postanowione!

– Jeszcze wysłuchajcie listu Potiomkina.

Szlachetki, co drżały przed dźwińskim łupikijem, struchlały na dźwięk nazwiska sławnego satrapy, zdrętwieli i zdjęli czapki… Donośnym głosem odczytał Zabiełło pismo, w którym Potiomkin zalecał na posłów Michała Zabiełłę, Weyssenhofa, Trębickiego, Niemcewicza…

– Kogo? Kogo? – przepytywano, bo były to nazwiska powszechnie nieznane.

Wielki Potiomkin, najpracowitszy nałożnik wielkiej Katarzyny, kazał!!! Co znaczył Stanisław August wobec Potiomkina? Skonfundowany Plater nawet nie śmiał zipnąć; bez żadnych dyskusji, jednomyślnie i z ochotą wybrali Inflantczycy do polskiego sejmu tych, co kacapidło im wskazało. Uradowany Niemcewicz wygłosił mówkę dziękczynną, po czym wyborcy wrócili do Rosji, tłumek kandydatów do Polski, a krowy na opróżnione pastwisko.

Niemcewicz nic nie rozumiał z tej cudownej promocji. Zabiełło wytłumaczył mu, co i jak: jeździł do Kijowa pokłonić się Potiomkinowi, paryskimi kawałami, opisami swych miłosnych chwytów bawił wiecznie znudzonego potentata. Pisnął raz, że ma ochotę posłować, dostał ów list z in blanco na dalsze pięć nazwisk. Tam, na łące, dopisał Niemcewicza – przez wdzięczność za powrót z Wiednia.

– Więc to dzięki Potiomkinowi zostałem posłem – rozmyślał Niemcewicz.

Wesół jak ptaszek wpadł do Sokołów, obwieścił swój sukces. Pan Marceli aż stęknął: jego Stanisław August nie chciał zaprotegować, rodzony syn go ubiegł. Klęska kandydatów królewskich pocieszyła nieco pana Marcelego:

– Dobrze tak starej prukwie – wołał.

Julianek obiecał rodzicom, że im wstydu milczeniem nie przyniesie, że kilkanaście oracyj wygłosi i zaraz po skończonym sejmie – a więc w grudniu, styczniu najdalej – przyjedzie zdać im dokładną relację. Pani Jadwiga żegnała z dumą swego pierworodnego posła, mówiąc:

– No, nareszcie będziemy mieli sejm do rzeczy!”

Tak to działało w okresie Sejmu Czteroletniego i Konstytucji 3 maja. I tak to działa dziś. Nie ma więc powodu, by twierdzić, że w okresie tworzenia się unii polsko-litewskiej było inaczej. Nie było inaczej. To prawda, że czasy się zmieniają, ale natura ludzka jest niezmienna. Opinie, że jakiś szlachetka może zerwać sejm, bo jest warchołem i coś mu odbiło, należy włożyć między bajki. Nikt tak polityki nie uprawia i nigdy tak to nie działało, bo to oznaczałoby, że plany i zamierzenia wielkich panów może pokrzyżować pierwszy lepszy poseł poprzez swoje veto. Nie! Ówcześni posłowie nie byli głupkami. Byli co najwyżej pozbawieni skrupułów i przekupni. Ale to nie jest zjawisko, które występowało tylko w dawnej Polsce. Ono było powszechne w całej ówczesnej Europie, a dziś jest – w całym świecie. U nas najlepszym dowodem tego, że zwykły poseł nic nie może, był poseł Majka. Szczery patriota, składał interpelacje poselskie, dotyczące najbardziej drażliwych spraw i co? I nic. Jak grochem o ścianę. Nikt nie zwracał na niego uwagi, a jego interpelacje zbywano. Tyle może poseł, zwykły poseł.

Ludwik Węgierski wytyczył pewien szlak: w zamian za sukcesję swojej córki do polskiego tronu nadał przywileje szlachcie. Podobnie postąpił Jagiełło, który chciał zapewnić sukcesję swojemu synowi. I nie był on ostatnim z polskich królów, którzy w zamian za własne, doraźne korzyści wzmacniali wpływy magnaterii, kryjącej się pod ogólnym pojęciem szlachty. Demokracja szlachecka demokracją szlachecką, a ktoś musi rządzić. Polska magnateria, a w ślad za nią litewska, bojarska, przepoczwarzona w polską, szybko, na długo wcześniej, dostrzegła zalety demokracji, o której angielski polityk, alkoholik z cygarem w gębie mówił: Demokracja jest najgorszym z ustrojów, bo przed wyborami trzeba płaszczyć się przed motłochem, ale nikt nie wymyślił lepszego ustroju, żeby wybrani nie odpowiadali za swe czyny. W ten sposób w demokracji mamy władzę zbliżoną do boskiej. Tylko Bóg nie odpowiada przed nikim za swoje czyny. Gdyby był wiedział, że tak pogardzani przez niego Polacy, na kilka wieków przed nim odkryli „zalety” demokracji, to może miałby o nich inne zdanie. W demokracji szlacheckiej magnateria uprawiała swoją politykę i nikt nie mógł je pociągnąć do odpowiedzialności, bo przecież to ten „debilny poseł” zerwał sejm. My chcieliśmy dobrze, ale cóż, jak demokracja, to demokracja. Takie reguły gry.

Powstał więc mit tego Polaka, szlachcica, warchoła, który, z nieznanych racjonalnemu rozumowi przyczyn, zrywał sejmy. No i jeszcze ten polski wynalazek – „liberum veto” i żądanie jednomyślności. A to, że dzisiaj unia europejska wymaga w wielu sprawach również jednomyślności, to tego już nikt nie widzi i nie ocenia, że to nienormalne. Kafka chyba przekręca się w grobie. Nie było jednak tak, że zawsze wymagano jednomyślności. Istniało w tej dawnej Rzeczypospolitej coś takiego jak sejm skonfederowany, który podejmował decyzje większością głosów. I taki skonfederowany sejm uchwalił Konstytucję 3 maja. Ale wcześniej…

„Państwowe dochody Polski wynosiły rocznie 18 milionów, prywatne króla – 10 milionów złotych; wojsku można było nie płacić, bez armat się obejść, ale nałożnice monarsze musiały otrzymać żołd akuratnie, nowe bohomazy w Łazienkach przybywać. Stanisław August miał długów powyżej uszu, bał się, że przy pierwszej o tym wzmiance opozycja wrzaśnie: Veto! I sejm rozejdzie się po kościach, nie uchwaliwszy mu żadnego sukursu. Szermując tedy potrzebą ustanowienia wojska i podatków, prosił usilnie przełaskawą Katarzynę o pozwolenie zawiązania konfederacji.

Carowa, przyzwyczajona, że Polacy leżą przed nią plackiem, upewniła Stackelberga, że i obecny sejm będzie mu posłuszny jak piesek – zezwoliła. – Ostatecznie, myślała, jeśli te niechlujne Polaczyszki zdobędą się naprawdę na wystawienie nieco wojska – tym lepiej, nic to nie będzie kosztować, a w razie kiepskiego obrotu wojny z Turcją może się przydać…

Siódmego października, jak zawsze w pierwszy poniedziałek po świętym Michale, nastąpiło otwarcie skonfederowanego sejmu. Marszałkiem obrano prawie jednomyślnie Stanisława Małachowskiego, zwanego polskim Arystydesem, co nie było znowuż tak wielką pochwałą; każdego nieprzyłapanego na grubszym złodziejstwie zwano wtedy w Polsce Arystydesem. Było ich w całym kraju aż kilkunastu.” – Karol Zbyszewski Niemcewicz od przodu i tyłu.

Tak więc wmawia się nam, że jesteśmy narodem pieniaczy i warchołów, że nasi przodkowie stworzyli ustrój nie przystający do ówczesnej rzeczywistości, że wywoływaliśmy powstania. A prawda jest taka, że taki ustrój, jaki miała I RP, był wynikiem gry interesów panujących i magnatów. Po śmierci Kazimierza Wielkiego, przez 400 lat, Polska miała tylko dwóch polskich królów. Po unii z Litwą magnaterię polską zastąpiła bojarska magnateria litewska. Wielkie prywatne majątki ziemskie w Polsce były stosunkowo skromne i znacznie ustępowały potężnym latyfundiom Litwy. To była nie tylko dysproporcja w wielkości majątków. Za tym szla również przewaga finansowa, a za nią polityczna. Korona została zdominowana przez Wielkie Księstwo Litewskie – mozaikę narodowości. Polska stała się państwem wielokulturowym, w którym Polacy stanowili tylko część jej mieszkańców, a ich wpływ na politykę i losy państwa malał z upływem czasu. Nawet ta szlachta, która niby o wszystkim decydowała, była, po mariażu z litewską, tylko w części polską.

Skąd więc u krakowskich panów było takie „Drang nach Osten”? Czyżby nie zdawali sobie sprawy z tego, że potęga litewskich bojarów daleko przewyższa ich możliwości i że łączenie się z silniejszym przesądza o ich losie? Może więc w grę wchodziły inne czynniki. W tamtych czasach wielu spośród magnatów było duchownymi, biskupami. Gdy spogląda się na mapę Europy, to widać, że Polska to takie miejsce, w którym otwiera się brama na wschód. Od Bałtyku i Karpat ten niż polski rozszerza się tak, jak otwierające się wrota. Wcześniej morze i góry ścieśniają przestrzeń i ekspansja jest utrudniona. Bo jak to robić z pozycji Czech czy Austrii? Góry przeszkadzają. A tu szeroki krajobraz i kraje do nawrócenia na wiarę łacińską. Czy to był główny motyw krakowskich panów? Wszak pierwszym warunkiem, jaki oni postawili Jagielle, było przyjęcie obrządku łacińskiego i narzucenie go Litwie. A stąd droga na Moskwę otwarta.

Jakie były prawdziwe motywy dążenia do tej unii? Tego pewnie nie dowiemy się. A jakie były skutki? Tu też opinie będą różne. Ci, którym bliższe sanacyjne koncepcje federacyjne, będą szukać w unii pozytywów. Ci o narodowej orientacji będą bardziej krytyczni. Różnie można na to patrzeć. Władysław Konopczyński w książce Dzieje Polski Nowożytnej pisze:

„Na podkładzie sielskiego, ziemiańskiego żywota w przestworzach wschodnich, przy ekstensywnej gospodarce, wśród bezmiaru pól, gajów, łąk i wód rozwinęła się iście polska beztroskliwość i obojętność na wszystko, co nie zagraża wprost naszemu domowemu szczęściu. Bez wielkich namiętności, bez całopalnych ofiar, bez tragicznego szamotania się z losem, bez targających duszę wątpliwości płynęło miękko życie staropolskie. Rozrzedzona ludność żyła jakby jakąś rozrzedzoną kulturą. Nie było tam ani śmiertelnej walki, ani intensywnej na miarę zachodnią pracy. Zarówno napięcie jak i intensywność pracy pozostały w tyle poza Europą. Nazywając rzeczy po imieniu – rozwinęło się lenistwo i niedbalstwo; z kolei przyszły wojny dzikie, niszczące, z nieprzyjacielem na ogół niższym kulturalnie – Moskalem, Turkiem, Tatarem, Kozakiem. Wojna w ogóle nie jest szkołą pracy kulturalnej, a tym bardziej taka wojna, w której od przeciwnika niczego nie można się nauczyć. Stąd jeszcze jedna pobudka do lenistwa i do życia z dnia na dzień. Czy słyszał kto o jakich cudach świata wzniesionych polską ręką przez wiek XVII lub XVIII, o czymś, co by mogło iść w paragon z tworami pracy francuskiej, holenderskiej, włoskiej, niemieckiej, angielskiej? Albo, pytając jeszcze dobitniej: jeżeli twory takie nie mogły powstać wśród ciągłych wojen (80 lat wojennych w ciągu samego XVII wieku) – to czy słychać, aby ktokolwiek z apologetów dawnej Rzeczypospolitej, jakiś Łukasz Opaliński, Starowolski czy Pęski chlubił się pracowitością i twórczością rodaków? Raczej dzielnością, raczej swobodą i wszystkim innym!

Z lenistwem rąk roboczych szło w parze lenistwo myśli i woli. Wyłazi ono wszędy – przez dziury i łaty sejmowego prawodawstwa, przez niejasne, nieśmiałe konstrukcje myślicieli politycznych, przez źle przemyślane projekty polityczne. Sangwiniczna natura Polaka starej daty zdobywała się łatwo na górne wzloty; szczytnością ideałów prześcignęliśmy świat cały, że wspomnieć tu choćby ową jednotę miliona dusz, owo budowanie gmachu państwowego na dobrej woli suwerennych atomów. Ale jak było z urzeczywistnieniem ideału? I co sądzić o samowiedzy krytycznej społeczeństwa, któremu wystarczył ideał odświętny, pieścidło myśli i uczucia zamiast ideału wcielonego wieloletnim wysiłkiem woli? Przez lenistwo raczej niż przez nieuczciwość tumaniono siebie wspaniałym gestem i pięknym frazesem, gdy na dnie duszy rozrastało się nie kontrolowane świadomością obywatelską sobkostwo. Obywatel epoki saskiej wprost stracił wyobrażenie, czym jest niepodległość, co ona warta, jakich ofiar materialnych i duchowych wymaga jej obrona!”

To, o czym pisze Konopczyński dotyczyło 10% populacji, czyli szlachty. Cechą charakterystyczną tej unii było to, że pozycja szlachty cały czas ulegała wzmocnieniu kosztem pozostałych klas. Mieszczaństwo wypierane przez Żydów kurczyło się. Chłopi byli praktycznie niewolnikami. Po 200 latach unii Polska była bardziej rolniczym krajem niż przed nią. Wiele się zmieniło w Europie przez ten czas. Pojawiły się monarchie absolutne, w których władza królewska dominowała. Tak było m.in. w Prusach i w Rosji. Tam powstawały armie oparte na poborze powszechnym, regularne, dobrze wyszkolone i liczne. A w unii polsko-litewskiej czas zatrzymał się. Nadal obowiązywało pospolite ruszenie. To nie mogło się dobrze skończyć.

Wielkie Księstwo Litewskie było pod względem obszaru wielkim państwem, sięgającym od Morza Bałtyckiego do Morza Czarnego. Było też państwem wielokulturowym i tę wielokulturowość wniosło do unii. Korona była znacznie mniejsza. Nie należy jednak zapominać o tym, że w momencie tworzenia się unii personalnej w 1385 roku dynastia Jagiellonów była chyba najpotężniejszą w Europie. Podlegały jej Węgry i przez nie sięgała aż do Adriatyku. Później to się zmieniło. Została Korona z Litwą i dominacja WKL w tym związku. W związku, w którym naród polski rozmył się w wielkich przestrzeniach wschodu. Sama ekspansja nie jest niczym złym, tyle że jest ona dobra w momencie, gdy populacja jest liczna. W przypadku Polski taki warunek nie zachodził. Po najazdach mongolskich w XIII wieku Polska wyludniła się. I nie zdołała się odbudować w sensie demograficznym w ciągu jednego wieku, a więc do czasu unii z Litwą. Inna sprawa, że ta ekspansja nie była żadną ekspansją, której celem było zdobycie i podporządkowanie sobie jakiegoś terenu i ludzi, tylko podzielenie się z nimi własnym dorobkiem. Tak na zdrowy rozum, to chyba jakaś paranoja. Jeśli jednak uwzględni się, że cel mógł być zupełnie inny, to wtedy nabiera to sensu.

Początkowy sojusz obu państw, mający na celu obronę przed krzyżacką nawałą, miał sens. Był korzystny dla obu stron, bo Krzyżacy zagrażali obu krajom. Po usunięciu tego zagrożenia taka ścisła współpraca nie była już konieczna. Nowe zagrożenie ze strony Moskwy bardziej obchodziło Litwę niż Polskę, dla której ważniejsze powinno było być odzyskanie utraconych ziem na zachodzie. To był polski żywotny interes. Pchanie się na wschód oznaczało rezygnację z ziem, na których mieszkała ludność polska i dobijanie się do tych, gdzie takowej nie było. Skutek był taki, że rozrzedzała się ludność polska i Polski i Polaków w Polsce było coraz mniej. I tak zostało do dziś. To jest według mnie najpoważniejsza konsekwencja unii polsko-litewskiej.

Czy jednak doszłoby do niej i w takiej formie, jak to miało miejsce, gdyby nie pewne wady ustrojowe ówczesnego państwa? Polska już przed unią wyróżniała się na tle ówczesnej Europy liczebnością stanu szlacheckiego i jego wpływem na władzę królewską. O wiele łatwiej jest zdominować taką klasę i wysługując się nią, sprawować faktyczną władzę, niż w przypadku wąskich elit, które, w walce o nią, wyrzynały się (Wojna Dwóch Róż). Ten kto przetrwał, ten rządził. Tak to działało w tamtych czasach. W przypadku wąskich elit można było mówić o jakiejś polityce i konsekwentnym jej realizowaniu. W Polsce taka możliwość nie zachodziła.

Drugim charakterystycznym elementem ustroju tej dawnej Polski, który zaważył na jej losach, była konfederacja. Wielka Encyklopedia Powszechna PWN tak ją definiuje:

Konfederacja – związek zawiązywany na pewien okres przez poszczególne stany (szlachtę, duchowieństwo lub miasta) dla osiągnięcia własnych określonych celów. Konfederacja działała w zastępstwie władzy państwowej lub dążyła do wymuszenia na niej określonych postulatów, których organy władzy państwowej nie mogły lub nie chciały realizować; stanowiła ona element ustroju feudalnego. Pierwsze konfederacje w Polsce wystąpiły pod koniec XIII wieku. Były zawiązywane przez miasta w celu zapewnienia bezpieczeństwa na drogach. W połowie XIV wieku pojawiły się konfederacje szlacheckie skierowane przeciw władzy centralnej, np. konfederacje szlachty wielkopolskiej pod wodzą Maćka Borkowica (1352), czy konfederacja prohusycka Spytka z Melsztyna (1439). Specjalny charakter miały konfederacje piotrkowskie (1406-07) w Małopolsce, zawiązane w obronie przed roszczeniami duchowieństwa (sprawy dziesięcin, sądownictwa duchownego). W miarę rozwoju parlamentaryzmu stanowego konfederacje zanikały. Pojawiły się znowu w drugiej połowie XVI i w XVII wieku. W okresie bezkrólewi formą władzy były konfederacje zwane kapturami (np. k. z 1572 po śmierci Zygmunta Augusta), mające na celu obronę porządku wewnętrznego i zabezpieczenie państwa na zewnątrz. W warunkach oligarchii magnackiej konfederacje konfederacje występowały często przeciwko królowi (k. szczebrzeszyńska, tarnogrodzka, barska, targowicka). Konfederacje nie uznawane przez króla uważano za bunty, czyli rokosze. Często zawiązywano tzw. konfederacje generalne obejmujące większość lub wszystkie województwa Rzeczypospolitej. Władzą wykonawczą konfederacji była obieralna generalność, na czele z marszałkiem, mającym u boku tzw. konsyliarzy. Organem naczelnym konfederacji była walna rada, wybierana przez sejmiki konfederackie. Uchwały konfederacji podejmowano większością głosów.

Tyle encyklopedia. Oczywiście słowo “konfederacja” ma też drugie znaczenie. To związek państw. Być może sama idea nie była zła, ale, jak pokazała historia, wypaczono ją. Wydaje się, że był to oryginalny polski wynalazek, jednak obcy skwapliwie go wykorzystali przeciwko pomysłodawcom.

Może to szczytna idea, że rządzeni (liczna szlachta) mają prawo patrzeć władzy na ręce i w razie potrzeby sprzeciwiać się i zawiązywać konfederacje, ale można to robić we własnym gronie ludzi współpracujących ze sobą i czujących zalety tego typu rozwiązań, ale gdy dopuszcza się do tego obcych, albo gdy rządzeni stają się coraz bardziej zachłanni w swoich żądaniach, albo jedno i drugie, do czego w końcu doszło, to kończy się to tragicznie.

Niemcy i Żydzi

Johann Frey (Ahasver) napisał w kwietniu 1917 roku w Zurychu memoriał, który odkryto w 1919 roku i opublikowano w Gazette de Lausanne w dniach 30 września, 2 i 4 października. Tekst ten pochodzi ze zbioru Adolfa Nowaczyńskiego „Mocarstwo anonimowe”, które ukazało się w Polsce w 1921 roku. Poniżej jego fragment dotyczący Europy wschodniej:

„My natomiast żydzi wschodni jesteśmy tylko żydami i tym być chcemy, gdy tymczasem żyd paryski jest w najlepszym wypadku członkiem wspierającym naszej społeczności…

Wiadomo przecież, że w Moskwie owych kilku milionerów żydowskich najenergiczniej się krzątało koło tego, by utrzymać zakaz mieszkania w Rosji Środkowej biednych żydów, nienależących do gildii, albowiem to wytwarzałoby niemiłą konkurencję…

Stojąc na tym jedynie racjonalnym stanowisku, musimy dziś, gdy bije godzina 12-ta na zegarze wojny światowej, jasno i wyraźnie wobec całego świata powiedzieć, czy to się podoba lub nie naszym współwyznawcom paryskim i londyńskim, że interesy narodu żydowskiego, tej masy liczącej siedem milionów jednostek w Kurlandii, na Litwie, w Polsce, Galicji, na Węgrzech domagają się bezwzględnie i stanowczo absolutnego zwycięstwa Niemiec na całej linii.

A faktem jest niewątpliwym, że z owych dwunastu milionów żydów świata aż siedem milionów żyje na równinie sarmackiej między Niemcami a Rosją, o jednej kulturze i mowie, że nie da się ich stamtąd wysadzić; następnie, że nieprzebrane bogactwa Rosji może eksploatować tylko niemiecka pilność i niemiecka energia na korzyść gospodarki całego świata: wreszcie że tylko żydzi mogą pomóc ekspansji niemieckiej na wschód, jak i wszędzie. Bo nie tylko język żydowski, jako język niemiecki (Mittelhochdeutsch) łączy żyda i Niemca; pokrewieństwo duchowe obu narodów sprawia, że przy zdobywaniu ekonomicznym całego świata wzajemnie się absolutnie uzupełniają. Bez agentów żydowskich niemieckie towary nie byłyby zdobyłyby rynku światowego. To samo poczucie rzeczywistości, ten sam duch przedsiębiorczy, ta sama zdolność przystosowywania się i ujmowania klienta, stare zrozumienie wielkiej wartości wciąż rosnącego obrotu, gdyby nawet chwilowo koszty produkcji przewyższały ceny sprzedaży, ta sama łatwość kredytu, to samo zrozumienie konieczności unieszkodliwienia konkurencji – oto, co żydów robi naturalnymi sprzymierzeńcami Niemców w ekonomicznym podboju świata.

Gdziekolwiek rośnie wpływ żydowski, tam automatycznie rośnie wwóz niemiecki; nawet w Rosji, która barbarzyńskimi rogatkami chciała się zabezpieczyć przeciwko temu prawu natury. Niemcy zawdzięczają wzrost swego wwozu agentom żydowsko-niemieckim, pochodzącym przeważnie z rosyjskiej Polski. Bez fabrykantów niemieckich świat nie mógłby istnieć, a bez żydowskich sprzedawców fabrykaty te nie byłyby sprzedane. Gwałtowne ograniczenie niemieckiej produkcji pozbawiłoby żydów najważniejszego środka utrzymania. I na odwrót, oddanie żydów pod panowanie obce, nie niemieckie, pozbawiłoby Niemców ich najlepszych agentów i ich najruchliwszych pionierów.

Już w drugim roku wielkiej wojny światowej zwycięski oręż niemiecki przez zajęcie Polski, Kurlandii, Rumunii wywalczył to rozwiązanie i trzeba tylko utrzymać na trwałe to, co kosztowało tyle krwi i ofiar. A to nam obiecał kanclerz niemiecki, rozumiejąc dobrze interesy niemieckie i żydowskie, że zostanie utrzymane. Kraje, które dzielą Niemcy od Rosji, tej największej kolonii świata, muszą na stałe pod majestatem niemieckim stać się nową ojczyzną żydowską, skąd żydzi będą całemu światu sprzedawali wytwory niemieckiego przemysłu i skąd wywozić się będzie dla ludności niemieckiej płody rolne.

Naród z tak kolosalną energią i ekspansywnością, jak Niemcy, nie potrzebuje bariery, nie potrzebuje ściany, przeciwnie musi posiąść cały system mostów, po których olbrzymi wywóz jego toczyłby się gładko za granicę. Kraje, jak Kurlandia, Litwa, Polska, Galicja, Węgry, Rumunia, muszą być wychowane przez administrację do tego, by potroiły swą wydajność rolną i dostarczały sił roboczych i żołnierskich światowej potędze niemieckiej. Zamieszkali tam żydzi będą pośrednikami między tymi dwiema kulturami tak nierównej wartości.

Mimo wrodzonej niechęci do postępowego ładu świata żyjące na wschód od Niemiec, a bardziej rozwinięte narody uznały już tę dziejową konieczność i do tego się zastosowały. Postępowy element węgierski nie tylko bez wahania stanął podczas wojny po stronie Niemiec przeciwko opozycji reakcyjnego madziarstwa, ale bardzo się przyczynił do przyśpieszenia rozwiązania tej kwestii przemocą. W Rumunii wpływy antysemickie spowodowały przechylenie się na stron Rosji. Toteż na skutki tego kroku nie trzeba było długo czekać.

Nikt chyba nie zaprzeczy, że Galicja stoi kulturalnie i ekonomicznie wyżej od rosyjskiej Polski, nawiedzonej silną agitacją panslawistyczną i antysemicką. Przeciwko wszelkim tradycjom narodowym, a z poświęceniem różnych „świętych nakazów patriotycznych” Galicja, kierowana przez liberalne koła środkowej Europy, wybrała sobie natychmiast miejsce u boku Niemców, a nawet starała się porwać za sobą swych braci z Polski rosyjskiej do walki o postęp. Niestety, stuletnie panowanie rosyjskie nie pozostało bez stałego a rozkładającego wpływu na duszę polską, i tylko śród ludności żydowskiej w Polsce rosyjskiej sprawa niemiecka znalazła wiernych zwolenników.

Ale wśród dwóch milionów żydów polskich i czterech milionów żydów rosyjskich nie było ani chwili wątpliwości, z kim naród żydowski powinien trzymać. Z chwilą wypowiedzenia pierwszej wojny, serca wszystkich żydów były po stronie Niemców. Wszystko, co żydowskie lub co czuło po żydowsku, było w obozie niemieckim mimo barbarzyńskich prześladowań ze strony Rosjan i denuncjacji ze strony Polaków, silnie pomagając sprawie Niemców. Był to zawsze widok wzruszający z jaką radością, z jak szczerym ciepłem żydzi witali żołnierzy niemieckich. W przeciwieństwie do ludności polskiej, która politycznie zaszczuta, widziała w wybawicielach tylko Prusaków, żydzi z całego serca wiwatowali na cześć wkraczających Niemców zarówno w Warszawie i Lwowie, jak w Temeszwarze i Bukareszcie.

Do przyszłej niemieckiej kampanii ekonomicznej celem zdobycia Rosji i reszty świata już dziś przysposabia się polskich żydów i ukazuje się im najświatlejsze horoskopy…

Musimy starać się o to, byśmy w Polsce, a może i nawet w całej Rosji, dostali się pod berło niemieckie. W tej walce na życie i śmierć cała nasza nadzieja opiera się na zwycięstwie niemieckim, które może być jedynie źródłem naszej potęgi. Mimo przestrogi piotrogrodzkiego korespondenta „Times’a” wszystko, co jest żydowskie i co z żydami trzyma, musi zwycięstwo Niemiec uważać za swoje własne zwycięstwo.”

Ten tekst to tylko fragment tego memoriału. Nowaczyński wybrał tylko to, co dotyczyło Europy wschodniej i Polski. W zasadzie to nawet trudno go komentować, bo wszystko zostało opisane w sposób jasny i klarowny. Pomimo że ukazał się dokładnie 100 lat temu, to nic nie stracił ze swojej aktualności, bo i też nie mógł. Pewne zasady są niezmienne.

Już w pierwszym zdaniu dowiadujemy się, że istniała pewna różnica interesów pomiędzy Żydami Europy wschodniej a tymi paryskimi czy londyńskimi, a pewnie i nowojorskimi. Memoriał został napisany w kwietniu 1917 roku, a więc na pól roku przed wybuchem rewolucji bolszewickiej w Rosji. Państwa centralne, czyli Niemcy i Austro-Węgry walczyły z Rosją z jednej strony i z Anglią i Francją – z drugiej. I w tych państwach Żydzi również wpływali na ich politykę.

Kraje, które dzielą Niemcy od Rosji, tej największej kolonii świata, muszą na stałe pod majestatem niemieckim stać się nową ojczyzną żydowską, skąd żydzi będą całemu światu sprzedawali wytwory niemieckiego przemysłu i skąd wywozić się będzie dla ludności niemieckiej płody rolne.

Ta koncepcja zdaje się być dziś realizowana, choć może nie widać tego tak wyraźnie ze względu na działania amerykańskie, ale prawdopodobnie w dłuższej perspektywie tak to się skończy.

Istnieją teorie głoszące, że I wojna światowa wybuchła dlatego, że świat anglosaski chciał zniszczyć Niemcy, eliminując je tym samym ze światowych rynków. Bardzo możliwe, że tak było, ale Żydzi paryscy czy londyńscy nie wzięli pod uwagę, bądź nie wiedzieli, jak bardzo Żydzi wschodni są uwikłani w różnego rodzaju zależności od Niemców, a Niemcy – od Żydów. Z tego memoriału wynika, że była to idealna symbioza. Nie ulega wątpliwości, że został on wnikliwie przeanalizowany, a wnioski z niego płynące uwzględnione. Świadczy o tym postawa Ameryki wobec Niemiec po zakończeniu wojny. Kredyty na dogodnych warunkach płynęły szerokim strumieniem, podczas gdy Polsce ich odmawiano, a te nieliczne były udzielane na bardzo niekorzystnych warunkach. Gdyby więc światu anglosaskiemu chodziło o faktyczne wyeliminowanie Niemiec z gospodarki światowej, to nie dostałyby one żadnych kredytów na odbudowę zniszczonego przemysłu.

Ale nie tylko kredyty! Zachodni dyplomaci, uzależnieni od Żydów, robili wszystko, by powojenne straty terytorialne Niemiec kosztem Polski były jak najmniejsze. W świecie interesów nie ma miejsca na sprawiedliwość, uczciwość, sentymenty czy etykę. Jest tylko brutalna siła. A jak to działa? Bardzo prosto zostało to opisane: Wy produkujecie, my – sprzedajemy, a jeśli trzeba będzie wyeliminować lokalną konkurencję, to wy będziecie sprzedawać poniżej kosztów produkcji, a na różnicę damy wam kredyt. Jak już jej nie będzie, to sobie odbijecie. To jest klasyczny „wolny rynek” – wolny od konkurencji.

Tak to działało 100 lat temu i wcześniej. I tak to działało w Polsce po 1989 roku. Zlikwidowano polski przemysł w sensie dosłownym – fizycznie, albo cenowo. Później to samo zrobiono z polskim, rodzącym się dopiero handlem. W starciu z Kauflandami, Lidlami itp. ten polski nie miał szans, nie tylko na rozwój, ale i na przetrwanie. Zostaliśmy sprowadzeni do tego, o czym w tym memoriale, czyli do dostarczania taniej siły roboczej i żołnierzy na „misje pokojowe i rozjemcze”. Wprawdzie jest tam jeszcze mowa o rolnictwie, ale i na nie przyszła kolej – już się powoli zwija.

Żydów z Niemcami łączy nie tylko wspólny interes, ale też i kultura. Jidysz powstał na bazie niemieckiego dialektu. Język chyba najbardziej zbliża, co nie zmienia faktu, że także i inne czynniki mają wpływ. Coś jeszcze Żydom imponuje w Niemcach, ale co? Trudno tu wyrokować. Nie ulega jednak wątpliwości, że Niemcy są wyjątkowym narodem, który ma niezwykłe zdolności organizacyjne. Nie było w historii świata narodu, który wykazałby takie talenty. Dwa razy prowadzili Niemcy wojnę na dwa fronty i w obu przypadkach byli bliscy wygranej. To były wielkie wyzwania logistyczne.

Niemcy są też czołowym producentem w skali świata. Jeszcze parę lat temu byli największym światowym eksporterem. Obecnie Chiny ich wyprzedzają. Jeśli jednak weźmiemy pod uwagę liczbę ludności obu krajów i fakt, że wiele firm zachodnich przeniosło swoją produkcję do Chin, to nie może to dziwić. Siła niemieckiej gospodarki bierze się stąd, że ona wcale nie opiera się na tych znanych największych markach samochodowych i innych – typu Siemens, ale na wielu drobnych i średnich firmach zatrudniających do kilkuset osób, które wyspecjalizowały się w niszowych produktach i zdobyły rynki światowe. Większość tych firm ma swoje siedziby w małych miastach lub nawet na wsiach. I to jest model bardzo stabilny.

Nie ulega więc wątpliwości, że niemiecko-żydowska symbioza ma solidne podstawy oparte na żywotnym dla obu stron interesie i pewnymi sympatiami dotyczącymi obszaru kultury. Nie jest to dla nas korzystne. Co więcej wszelkie nasze próby stworzenia silnego państwa i gospodarki stoją w poprzek interesów obu adorujących się stron. I tak jak w najlepszej rodzinie, kłótnie bywają, ale żeby wyjść z tego z twarzą, winą obarcza się sąsiadów czy znajomych, zwłaszcza gdy świadkowie wymierają. Wtedy już można tworzyć mity.

Z drugiej strony jest jeszcze Rosja, która dysponuje nieprzebranymi bogactwami naturalnymi. Na samym Uralu jest cała tablica Mendelejewa. A jaki ma interes Rosja? Wymieniać te bogactwa na produkty przemysłowe. To ją łączy z Niemcami i z Żydami. Niemcy oferują produkty przemysłu, a Żydzi – sieci dystrybucji. Jest to układ, w którym Europa środkowa, a szczególnie Polska, cierpi – spętana regułami gry narzuconymi przez silniejszych i zawzięcie broniącymi swych interesów.

Na uwagę zasługuje jeszcze ten fragment:

…Galicja, kierowana przez liberalne koła środkowej Europy, wybrała sobie natychmiast miejsce u boku Niemców, a nawet starała się porwać za sobą swych braci z Polski rosyjskiej do walki o postęp. Niestety, stuletnie panowanie rosyjskie nie pozostało bez stałego a rozkładającego wpływu na duszę polską, i tylko śród ludności żydowskiej w Polsce rosyjskiej sprawa niemiecka znalazła wiernych zwolenników.

Świadczy on o tym, że autor był dobrze poinformowany o sprawach Polski, bo ta próba porwania za sobą braci z Polski rosyjskiej, to nawiązanie do marszu Pierwszej Kompanii Kadrowej z Krakowa do Kielc z zamiarem dotarcia do Warszawy i wywołania powstania. Nic z tego nie wyszło i Kompania wróciła do Krakowa. Dała ona początek Legionom. Na podstawie tego fragmentu można domyślić się tego, jakie było zaplecze Piłsudskiego. To też wyjaśnia, dlaczego nie walczył w 1920 roku z bolszewikami tylko z Rosją carską.

Tylko wśród ludności żydowskiej w Polsce rosyjskiej sprawa niemiecka miała wiernych zwolenników. Jak wiernych? O tym pisał Nowaczyński w 1932 roku w jednym ze swych artykułów:

„Ta wspólność językowa z Niemcami, dziś tak znienawidzonymi, ale nie tak dawno jeszcze ukochanymi, umiłowanymi, jedynymi, dała się nam szczególnie we znaki, podczas czteroletniej okupacji pruskiej. Od samego początku nie było parki bardziej się kochających gołąbków. – Na Marszałkowskiej ulicy taki ścisk jak pewnego dnia sierpniowego (1915), gdy wyjeżdżał książę Ludwik Bawarski, już się nie powtórzył i nie powtórzy! I ten szał patriotycznej radości, że Moskale wypędzeni! No i zaczęły się flirty i amory i do de grubis. Żydowska część ludności stolicy na głos rozmawiała sobie po niemiecku i półniemiecku. Prusacy i Bawarzy mieli wszędzie gratisowych ciceronów… Uradowany tym korespondent „Frankfurter Zeitung” niejaki pan Kapłun-Kogen, pisał (12.8.1915):

Warszawa jest najważniejszym żydowskim centrum Europy… Żydzi i Niemcy stanowią większość ludności Warszawy… Jest w interesie Niemiec podkreślać ten fakt przy każdej sposobności.

Przyjemne to oczywiście nie jest dziś! takie wywnętrzania wyczytywać, no ale próżno i darmo, jak drukowane to już i zostało, to i zniszczyć się nie da.”

No właśnie! Jak drukowane, to już zostało i zniszczyć się nie da. Zawsze gdzieś jakieś egzemplarze zachowają się. Nawet ten cytowany powyżej memoriał, choć niedostępny dla ogółu, ale odkryty i opublikowany przez szwajcarską gazetę a udostępniony nam przez Nowaczyńskiego, przetrwał drugą wojnę światową i powojenne zawirowania. Warto o tym pamiętać, zwłaszcza dziś, w dobie internetu, gdy wszystko wydaje się w zasięgu ręki, ale to wszystko, a przynajmniej to co niewygodne, może w ułamku sekundy zniknąć za sprawą jednego delikatnego drgnięcia palca wskazującego.

Odpustowy patriotyzm

Zbliża się kolejna rocznica Święta Niepodległości. Zostało ono ustanowione ustawą z dnia 23 kwietnia 1937 roku, zniesione ustawą Krajowej Rady Narodowej dnia 22 lipca 1945roku. Przywrócono je ustawą z1989 roku. Samo święto budzi pewne kontrowersje wśród środowisk patriotycznych. Jedni uważają, że nie ma powodu, by akurat w tym dniu świętować. Bo niby dlaczego? Dlatego, że Rada Regencyjna przekazała władzę Piłsudskiemu? Inni twierdzą, że prawdziwą niepodległość Polska odzyskała w dniu 28 czerwca 1919 roku, kiedy to podpisano Traktat Wersalski.

Problem jest niestety bardziej skomplikowany i wypada go dokładniej opisać. A wypada dlatego, że robi się z tego Święta odpust, jarmark, pochód z wymachiwaniem flagą narodową, manifestację. Bo tym, w mojej ocenie, jest tzw. Marsz Niepodległości. Polityki nie uprawia się na ulicy, a przynajmniej nie uprawiają jej tam ci, którzy mają na nią realny wpływ. Świętować można w inny sposób, ale przede wszystkim wypada zastanowić się, czy jest ku temu powód. Bo czy to jest rzeczywiście niepodległość?

Wszystko zaczęło się w 2010 roku. Mamy więc już 10-ty marsz. Marsz Niepodległości został zainicjowany przez nacjonalistyczne organizacje polityczne: Młodzież Wszechpolską i Obóz Narodowo-Radykalny. Od 2011 organizatorem marszu jest Stowarzyszenie Marsz Niepodległości, do którego należą m.in. działacze tych organizacji. Tak pisze Wikipedia. Któż więc tak naprawdę organizuje ten marsz? Kto się kryje poza tymi „między innymi”? Wcześniej było trochę inaczej. Organizowano oficjalne akademie, defilady itp. Ale to państwo je organizowało. A teraz ktoś inny. Czy to znaczy, że już nie mamy własnego państwa? Chyba tak! Bo skoro obchody rocznicy odzyskania niepodległości organizuje jakieś stowarzyszenie, to chyba tak. W KRS (Krajowy Rejestr Sądowniczy) Stowarzyszenia w rubryce forma własności stoi: własność prywatna krajowa pozostała. To chyba jakaś kpina. Obchody Święta Narodowego organizuje prywatne stowarzyszenie. Nie wiemy, kto je finansuje, bo KRS tego nie podaje. A przecież zorganizowanie marszu kosztuje. Co ma własność prywatna do działań, które z założenia powinny być domeną państwa? Ale skoro prywatna firma może drukować państwowe pieniądze, to może i w innych dziedzinach może „wyręczać” państwo.

Tradycja wciągania Polaków w różnego rodzaju manifestacje i protesty ma historię sięgającą okresu przed powstaniem styczniowym. Początkowo starano się im nadać charakter obchodów kościelnych. Pierwszą okazją był pogrzeb generałowej Sowińskiej, wdowy po obrońcy Woli z 1831 roku. Żydzi, bo o nich tu mowa, potrafili przezwyciężyć swoją niechęć do Kościoła, nosili krzyże, śpiewali w kościołach „Boże coś Polskę” i podczas nabożeństw zbierali datki na powstanie. Takie manifestowanie pobożności i patriotyzmu to stary numer grania na ludzkich emocjach. „Nie rycz, mała, nie rycz. Ja znam te wasze numery”. Ale tak, jak mężczyźni często nabierają się na te łzy, tak Polacy nabierają się na ten odpustowy patriotyzm i udawaną pobożność. Stowarzyszenie sprzedaje nawet jakieś gadżety. Pewnie jakieś baloniki na druciku, blaszane zegarki, pierzaste koguciki, motyle drewniane. No i mamy kolorowe jarmarki, bo czymże są te odpalane race i kłęby dymu? Żydzi sprofanowali nam wszystko! Patriotyzm, wiarę i Święto Niepodległości. Nie jest w tym momencie ważne, czy zasadnie przyjęto 11 listopada za to święto.

Marsz Niepodległości to jest przedsięwzięcie, które ma wywoływać ferment i prowokować konflikt, bo przeciwników jest wielu. Ten marsz jest jednak bardziej „subtelny” niż prostacki i jawnie jątrzący Marsz Żołnierzy Wyklętych w Hajnówce. Organizowanie tej hucpy w mieście, w którym prawosławni stanowią 80% mieszkańców, nie pozostawia wątpliwości co do intencji twórców tego marszu. Jego celem jest skłócanie i tak już antagonistycznej względem siebie ludności katolickiej i prawosławnej tego miasta. Tak działają Żydzi ubrani w patriotyczne i katolickie szatki.

Każda rocznica, jakakolwiek by ona była, skłania do refleksji. Tym bardziej, jeśli budzi kontrowersje i spory. Zamiast wymachiwać flagami na ulicy, to może lepiej zrobić sobie dobrą kawę, może nawet z odrobiną koniaku, i zastanowić się, co się wtedy zdarzyło i czy powstanie Polski to wynik walki Polaków o niepodległość, czy może splot korzystnych dla nas układów politycznych, a może jednego i drugiego.

Od czego zacząć? Od Aktu 5 listopada 1916 roku? Czy może od rozbiorów? No bo mieliśmy trzech zaborców i ci trzej zaborcy starli się w wojnie, która ich wyniszczyła i tak osłabieni zgodzili się na powstanie Polski. No właśnie! Ilu mieliśmy zaborców? Anglicy mają takie mądre, moim zdaniem, przysłowie: first things first. To można przetłumaczyć jako: najpierw rzeczy podstawowe. No więc powinniśmy zacząć od podstaw. Ilu mieliśmy zaborców i czy ich wzajemnie wyniszczenie dało nam automatycznie niepodległość? A więc ilu: trzech czy czterech? A jak czterech, to kto był tym czwartym?

Ks. Dr. K. Lutosławski „Myśl Narodowa” nr 48 z dnia 2.12. 1922 pisze:

Polska miała czterech zaborców, nie trzech: Niemcy, Moskale i Austriacy rozebrali ją na części od zewnątrz i przemocą państwową utrzymywali w niewoli; czwarty zaborca, który od wewnątrz naród bez państwa opanował, wyjadał mu i serca… i mózgi, podbijał jego ducha dumnego i chciał uczynić z polskiej pracy i polskiego zysku mierzwę dla siebie, a z gniazda polskiego – basztę wojenną dla zdobycia panowania nad światem – to Żydzi. Żyd – czwarty zaborca – okazał się najniebezpieczniejszym, najpodstępniejszym, najtrudniejszą też jest do zrzucenia niewola żydowska. Przez cały ciąg naszej niewoli zewnętrznej, Żydzi byli sprzymierzeńcami naszych wrogów, łączyli się natychmiast z każdym najeźdźcą, służyli mu za szpiega, za przewodnika, za narzędzie tortury dla tutejszej ludności polskiej.

Komu zawdzięczamy tego czwartego zaborcę? Tu palma pierwszeństwa należy się chyba Kazimierzowi Wielkiemu, który, chcąc szybko wytworzyć w Polsce handel i przemysł, zezwolił Żydom, prześladowanym wówczas w całej Europie, na osiedlanie się. Tym samym podkopał podwaliny swojego państwa. Żydzi przybywali licznie z Niemiec i niemal od razu zdominowali handel i rzemiosło. Również lichwiarstwo nie było w Polsce oceniane tak negatywnie jak w Niemczech. Skutki tej polityki odczuwamy do dziś i choć minęło już tyle wieków, to nic nie zmieniło się, co więcej, jest coraz gorzej.

Żydzi w dużym stopniu przyczynili się do rozbiorów, a gdy już zaczęto przebąkiwać o nowej Polsce, to robili wszystko, by nowe państwo było jak najsłabsze. Pierwszym oficjalnym dokumentem, w którym otwarcie wypowiedziano się o możliwości powstania państwa polskiego, był Akt 5 listopada 1916 roku. Wikipedia pisze o nim:

5 listopada 1916 w wyniku konferencji w Pszczynie władze niemieckie i austro-węgierskie wydały proklamację, z podpisami swych generalnych gubernatorów von Beselera i Kuka, zawierającą obietnicę powstania Królestwa Polskiego, pozostającego w niesprecyzowanej „łączności z obu sprzymierzonymi mocarstwami”. W akcie tym nie określono granic przyszłej monarchii, a jej status wyrażało słowo „samodzielne” zamiast „niepodległe”, co nie satysfakcjonowało m.in. polskich działaczy narodowych na Śląsku, którzy uznali ogłoszenie tego aktu za działanie pozorne. Dokument ten zawierał natomiast sformułowania dotyczące utworzenia armii polskiej.

Na takie dictum natychmiast zareagowała Rosja, która uznała za niewłaściwe rozporządzanie jej przedwojennym terytorium i ogłosiła, że Polacy mają prawo utworzenia Polski z wszystkich ziem polskich. Stanowisko swoje ogłosiła 15 listopada. Następnego dnia poparły ją Wielka Brytania i Francja, a dzień później – 17 października – Włochy.

Obiecani cacanki, a głupiemu radość. Nikt dokładnie nie precyzował, z jakich ziem ma powstać Polska. Tak na wszelki wypadek, gdyby trzeba było się z tego wycofać. Wszak końca wojny nie było widać. Dużo mogło się jeszcze wydarzyć i wydarzyło się. Ale Żydzi już zaczęli dmuchać na zimne. W 1916 roku po proklamacji niemiecko-austriackiej o wolnej Polsce, niemiecki sekretarz stanu spraw zagranicznych, Zimmermann, oświadczył za pośrednictwem niemieckiego ambasadora w Waszyngtonie, Bernsdorfa, na zapytanie „American Jewish Cronicle, co następuje:

Nowy statut organiczny gmin żydowskich w Polsce przekracza pod względem rozległości wszystko, co Żydzi dotychczas kiedykolwiek posiadali. Statut autonomiczny żydowski daje już możność tworzenia własnych szkół z własnym, odrębnym systemem edukacyjnym, zaś kwestia autonomii narodowej Żydów musi być rozstrzygnięta przez konstytucję Polską, na podstawie wzajemnej zgody Polaków i Żydów dla uniknięcia konfliktu zobopólnych interesów. Rozporządzenia niemieckie zapewniają kwitnące życie Żydom w Polsce i postęp ich rozwoju bez żadnych przeszkód. Gminy żydowskie mają prawo dowolnie organizować swój własny system podatkowy, organizować poważne korporacje dla ochrony interesów żydowskich, tworzyć gminne rady administracyjne żydowskie oraz Najwyższą Żydowską Radę. Wszystko to pozwala Żydom wziąć udział w przyszłym rządzie Polski. Nadto zapewnił Beseler, że Żydzi w każdym razie nie będą zmuszeni do obowiązkowej służby wojskowej w armii polskiej, do której będą jednak mogli wstępować jako ochotnicy.

Z powyższego cytatu wynika, że to nowe państwo zaczęli Polakom organizować Niemcy do spółki z Żydami. No cóż? Skoro oni mieli je powołać do życia, to i oni decydowali. Te gminne rady administracyjne żydowskie to odpowiednik obecnych zarządów gmin, a Najwyższa Żydowska Rada, to odpowiednik Zarządu Związku Gmin Żydowskich. I to wszystko, jak stwierdzono, pozwalało Żydom wziąć udział w przyszłym rządzie Polski. Wtedy, na skutek nieprzewidzianych wypadków w postaci rewolucji bolszewickiej, taka koncepcja nie doszła do skutku, ale co się odwlecze to nie uciecze. Dziś już wszystko jest tak jak wówczas planowano. Żydzi biorą udział w rządzie Polski.

11 Listopada 1918 roku podpisano Rozejm w Compiègne, kończący wojnę pomiędzy Ententą a Cesarstwem Niemieckim. Podpisano go o godzinie 5:20 rano w wagonie kolejowym w Lesie Compiègne. Wybór miejsca i pomieszczenia miał zapewne upokorzyć Niemców i upokorzył. Niemcy tego nie zapomnieli. Rzymianie mieli takie powiedzenie: habent sua fata libelli (książki mają swój los). Wiemy, że tak jest. Ile razy w historii je palono ze względu na niewygodne treści. Ale i wagony mają swój los. Tak było w przypadku tego z Lasu Compiègne. Był używany do 1921 roku. Od 1921 do 1927 – w Muzeum Inwalidów w Paryżu. Od 1927 do 1940 był eksponatem w Lesie Compiègne. 22 czerwca 1940 roku podpisano w nim kapitulację wojsk francuskich. Zemsta jest słodka! Następnie przetransportowano go do Berlina, gdzie stanął przed Katedrą Berlińską jako pomnik zwycięstwa. Od 1944 roku stacjonował w specjalnie zbudowanym tunelu w mieście Crawinkel w Turyngii. W 1945 roku został zniszczony przez SS podczas wysadzania tunelu.

Interesujące nas punkty tego rozejmu to:

  • natychmiastowe wycofanie Armii Cesarstwa Niemieckiego z Francji, Belgii, Luksemburga oraz Alzacji i Lotaryngii
  • wycofanie wojsk niemieckich na wschodzie na granicę z 1914 roku

Najważniejszy dla Polski był artykuł XII tego rozejmu. Wikipedia pisze o nim tak:

Artykuł XII rozejmu w Compiègne przewidywał ewakuację wojsk niemieckich z Austro-Węgier, Rumunii, Turcji oraz byłego już Imperium Rosyjskiego, a więc również ziem polskich. W tym ostatnim przypadku, po interwencji m.in. Romana Dmowskiego zmieniono tekst dotyczący wycofania wojsk niemieckich na „gdy alianci uznają moment ewakuacji za właściwy biorąc pod uwagę sytuację wewnętrzną tych obszarów”. Z kolei artykuł XVI głosił, że „Alianci będą mieli wolny dostęp do terytoriów ewakuowanych przez Niemców na Wschodzie już to przez Gdańsk, już to Wisłą, aby móc zaopatrywać ludność i w celu utrzymania porządku”.

W momencie podpisywania rozejmu wojska niemieckie tworzyły front od Narwy po Dniepr. Narwa to niewielkie miasto nad Zatoką Fińską około 150 km na zachód od Petersburga a nad Dnieprem leży Kijów. Niemcy zajęli kraje bałtyckie, Białoruś, Ukrainę, zajęli Kijów, podeszli pod Petersburg, wkroczyli na Krym, doszli do Donu. Był więc ten front daleko na wschodzie i stanowił kordon oddzielający Europę od rewolucji bolszewickiej. Alianci chcieli wycofać wojska niemieckie na granicę z 1914 roku, czyli na zachodnią granicę byłego Królestwa Polskiego.

Wycofanie się wojsk niemieckich na granicę z 1914 roku oznaczało to, że Wielkopolska i Prusy Królewskie zostaną po stronie niemieckiej. Dostrzegł to niebezpieczeństwo Dmowski i jednocześnie niebezpieczeństwo rozszerzenia się rewolucji bolszewickiej na tereny polskie, i nalegał na to, by nie wycofywać wojsk niemieckich. Ale artykuł XII nie mógł być wyegzekwowany, bo 9 listopada wybucha rewolucja bolszewicka w Berlinie. Przenosi się ona na wojska niemieckie na wschodzie i kordon rwie się. 13 listopada bolszewicy unieważniają postanowienia Pokoju Brzeskiego i ruszają na podbój świata. 27 grudnia wybucha Powstanie Wielkopolskie. Dnia 25 stycznia 1919 roku marszałek Foch wydał rozkaż do oddziałów niemieckich zgrupowanych wokół ośrodka Białystok – Grodno, aby przekazały Polsce terytorium do linii Brześć – Narwa – Krynki – Kuźnica – Nowy Dwór – Sopoćkinie, i przepuściły wojska polskie przeznaczone do odparcia nawały bolszewickiej.

Dmowski był wybitnym politykiem i dyplomatą, chociażby z tego powodu, że dostrzegł niebezpieczeństwo artykułu XII Rozejmu w Compiègne, dotyczącego wycofania wojsk niemieckich na granicę z 1914 roku. W listopadzie 1918 roku nie było jeszcze wojska polskiego, które oddzielałoby Europę od rewolucji bolszewickiej. Nic więc dziwnego, że ten żydowski „Marsz Niepodległości” nigdy nie zaszedł i nie zajdzie pod pomnik Dmowskiego. Są w stanie Żydzi udawać patriotów i nadgorliwych katolików, ale oddać hołd Dmowskiemu… Nie! Tego – nie!

28 czerwca 1919 roku podpisano Traktat Wersalski. Dokumenty ratyfikacji złożono 10 stycznia 1920 roku i z tą datą wszedł w życie. Traktat ten został zawarty podczas paryskiej konferencji pokojowej, trwającej od 18 stycznia 1919 roku do 21 stycznia 1920 roku. W tym czasie granice polski nie były jeszcze ustalone. Polska uzyskała znaczną część Wielkopolski i Prus Królewskich. I w tym miejscu granica była bezsporna. Nie była jeszcze rozstrzygnięta sprawa Górnego Śląska, nie mówiąc już o granicy wschodniej, którą ustalono w 1921 roku w Rydze.

Jakkolwiek zabiegi Dmowskiego znaczyły dużo, to nie można zapominać, że ogólna sytuacja polityczna w tamtym czasie sprzyjała tendencjom niepodległościowym Polaków i nie tylko Polaków. Dwa czynniki miały decydujący wpływ na ukształtowanie się powojennej Europy:

  • rozpad Austro-Węgier
  • rewolucja bolszewicka w Niemczech w listopadzie 1918 roku.

Gdyby nie ta rewolucja, to kordon niemieckich wojsk nadal stałby daleko na wschodzie. Czy w takiej sytuacji, gdy wojska niemieckie chronią Europę przed bolszewizmem, byłby w stanie Dmowski przekonać dyplomatów państw zachodnich o przyłączeniu do Polski Wielkopolski i Prus Królewskich? Wszak byli oni pod przemożnym wpływem lobby żydowskiego z Ameryki, które było wrogie Polsce i robiło wszystko, by ją osłabić. To dzięki temu lobby cofnięto wcześniejszą decyzję o przyznaniu Polsce Górnego Śląska i zarządzono plebiscyty. Adam Skierski (Skierko?) tak o tym pisał:

Kiedy prez. Wilson przybył do Paryża, to za jego pośrednictwem anonimowa finansjera New-Yorku, Londynu, Berlina i Frankfurtu wywierała niewątpliwe wpływ na decyzję Konferencji Pokojowej. Znana jest depesza nowojorskiego bogacza Jakóba Schiff’a, dyrektora banku „Kuhn Loeb i C-o”, który w maju zażądał między innymi, aby na Śląsku Górnym i w Prusach zarządzono plebiscyt. Jak wiadomo, Niemcy uzyskali w tej sprawie poparcie p. Lloyd George’a i… Konferencja cofnęła swoją poprzednią uchwałę, przyznającą nam Śląsk Górny (9 maja), a zdecydowała plebiscyt (16 czerwca 1919). W czyim imieniu przemawiał Jakób Schiff?

Rozpad Austro-Węgier spowodował ukształtowanie się wielkiego obszaru zamieszkiwanego przez wiele narodów, które dążyły do utworzenia swoich państw. Powstałaby wolna Galicja, do której naturalnie ciążyłyby polskie ziemie z zaborów rosyjskiego i pruskiego. Skoro powstałoby wiele nowych państw, to i problem Polski musiałby być rozwiązany. Wszyscy wielcy tamtego świata zdawali sobie sprawę, że sytuacja trochę wymknęła się im spod kontroli. Nie było wyjścia. Trzeba było pozwolić tym narodom na stworzenie ich własnych państw w tym także i Polski.

Skoro już miała powstać ta Polska, to Żydzi robili wszystko, by była jak najsłabsza. Adam Skierko w Gazecie Warszawskiej z dnia 9.12.1920 roku pisał:

Akcja żydowska miała bezpośredni wpływ na realizację programu terytorialnego Państwa polskiego na konferencji pokojowej. Oczywiście, interesy polskie były sprzeczne z interesami Niemiec, a czasami różniły się od interesów angielskich, rosyjskich lub czeskich. Ale fakt, że te wszystkie interesy zawsze brały i biorą górę nad interesami polskimi, jest symptomatyczny. Zauważyć wypada, że formułka Państwa polskiego o ludności „bezsprzecznie” polskiej (13-ty punkt Wilson’a), biorąc pozornie sprawę polską w obronę, komplikowała ją w istocie, zrywając z tradycją historyczną i z zasadami prawa międzynarodowego, a stając wyłącznie na zasadzie etnograficznej. Zasada ta może być stosowana tylko wówczas, kiedy terytoria narodowe są ściśle jednorodne. A Polska ma przecież za sobą trzy rozbiory, półtora wieku ucisku i polityki eksterminacyjnej, skutkiem czego niektórym z ziem naszych zdołano nadać charakter mieszany. Otóż formułka Wilsona, która jest także formułką Lloyd-George’a, tak jest interpretowana, że każde terytorium mieszane, a więc częściowo etnograficznie polskie, może być oddane komukolwiek, nawet naszym dawnym rozbiorcom, byle tylko nie dostało się Polsce.

Nie było łatwo budować tę II RP. Wprawdzie trzej zaborcy ustąpili, ale czwarty trwał na posterunku i tak jest do dziś. Ale mamy jeszcze jednego zaborcę. Jest nią unia europejska. 80% a może nawet i 90% prawa polskiego to prawo unijne. Czy można w takim wypadku mówić o niepodległości? Czy jest to powód do wymachiwania flagami narodowymi? Cała gospodarka oparta jest o dotacje unijne, które w większości nie są pełnymi dotacjami. Na resztę trzeba wziąć kredyt. A u kogo? Kto zgadnie? Gdy dziś się jedzie przez Polskę pociągiem czy samochodem, to wszędzie widać jeden wielki bałagan. Inwestycje! Inwestycje! Inwestycje! Wszystko rozbabrane, prace ślimaczą się, na budowach mało sprzętu i ludzi. Wszędzie brakuje pracowników. A niby dlaczego miałoby nie brakować? Gdyby tak raptem z dnia na dzień połowa populacji zachorowała, to zabrakłoby lekarzy, miejsc w szpitalach i leków, i nawet prywatna służba zdrowia nie poradziłaby sobie. Przez prawie 30 lat nie inwestowano w Polsce w remonty i budowę dróg i linii kolejowych, a teraz wszystko na raz. Hurra! – Unia dała pieniądze! I pewnie tylko z tego powodu powstało wiele firm podwykonawców. Czy zdążą to doprowadzić do końca, te wszystkie inwestycje? A co się stanie, gdy pieniądze skończą się wcześniej? Zostanie ta Polska taka rozbabrana? A te firmy, które tylko po to powstały? Co z nimi będzie? Dobry gospodarz tak nie gospodaruje. Czasem odnoszę wrażenie, że ktoś to robi świadomie.

Mamy dwóch zaborców i nie mamy na nic wpływu. Nie mamy więc niepodległości. Z czego tu się cieszyć? Nie ma powodu do świętowania. Polacy są zastępowani imigrantami. Gaśnie ta Polska powoli, po cichu, a „Marsze”? – coraz huczniejsze, zupełnie jak na Titanicu – orkiestra grała do końca.

Ustawa

Ustawa z dnia 20 lutego 1997 r. o stosunku Państwa do gmin wyznaniowych żydowskich w Rzeczypospolitej Polskiej została uchwalona głosami posłów Sojuszu Lewicy Demokratycznej, Polskiego Stronnictwa Ludowego, Unii Wolności i Unii Pracy. Wprawdzie to już 22 lata, ale jej konsekwencje możemy zacząć odczuwać, już niedługo, w sposób bardziej bolesny niż dotychczas. Zdaję sobie sprawę z tego, że analiza poszczególnych artykułów czy ustępów tej ustawy, to nie jest zbyt ciekawa lektura, ale wczytanie się w niektóre jej fragmenty pozwala na zrozumienie, przynajmniej części, polskiej rzeczywistości z jej aferami, bezradnością sądów i milczeniem mediów.

Art. 1. Przedmiot regulacji, relacja między ustawą wyznaniową a innymi przepisami prawa, struktura ustawy i kwalifikowany tryb jej zmiany.

1. Ustawa określa stosunki między Państwem a gminami wyznaniowymi żydowskimi w Rzeczypospolitej Polskiej, zwanymi dalej “gminami żydowskimi”, oraz ich sytuację prawną i majątkową.
2. W sprawach odnoszących się do gmin żydowskich, nieuregulowanych w ustawie, stosuje się powszechnie obowiązujące przepisy prawa.
3. Wszelkie zmiany ustawy wymagają uprzedniej opinii zarządu Związku Gmin Wyznaniowych Żydowskich. – W praktyce oznacza to, że bez zgody rządu żydowskiego, bo tym jest Związek Gmin, ustawy zmienić nie można. Mamy więc państwo w państwie.

Art. 2. Członkostwo w gminach żydowskich, przynależność gmin do Związku Gmin.

1. Gminy żydowskie zrzeszają pełnoletnie osoby wyznania mojżeszowego, posiadające obywatelstwo polskie, zamieszkałe na terytorium Rzeczypospolitej Polskiej.
2. Gminy żydowskie tworzą Związek Gmin Wyznaniowych Żydowskich w Rzeczypospolitej Polskiej, zwany dalej “Związkiem Gmin”. – Mamy tu do czynienia z dwustopniową administracją: gminy na poziomie lokalnym (wojewódzkim) i centralny rząd – Związek Gmin.

Art. 3. Autonomia gmin żydowskich w sprawach własnych.

1. Gminy żydowskie swobodnie wykonują zasady wyznania mojżeszowego oraz zarządzają swoimi sprawami. – To pojęcie – „swoimi sprawami” – jest bardzo ogólnikowe i nie zostało doprecyzowane w dalszej części tej ustawy. Wszystko można podciągnąć pod te „swoje sprawy” np. sprzedaż majątku odzyskanego od Skarbu Państwa.

2. Gminy żydowskie rządzą się w swoich sprawach własnym prawem wewnętrznym, określającym w szczególności organizację gmin żydowskich, uchwalanym przez walne zebranie Związku Gmin w porozumieniu z Radą Religijną Związku Gmin. – Skoro Związek Gmin tworzy własne prawo, to jest lokalnym Knesetem, a Rada Religijna – rządem.

Art. 4. Gminy żydowskie oraz Związek Gmin są niezależne organizacyjnie od jakiejkolwiek zagranicznej władzy religijnej oraz świeckiej. – Organizacyjnie to może i są, ale przecież nie tylko taka zależność bądź niezależność występuje.

Art. 5. Osobowość prawna rodzajowo i imiennie wskazanych jednostek organizacyjnych, ich organy i reprezentacja prawna.

1. Osobowość prawną posiadają gminy żydowskie i Związek Gmin.

2. Organami osób prawnych, o których mowa w ust. 1, są: dla gminy żydowskiej – zarząd gminy, dla Związku Gmin – zarząd Związku Gmin.

Art. 6. Inne jednostki organizacyjne mogą, na wniosek zarządu Związku Gmin, uzyskać osobowość prawną w drodze rozporządzenia Ministra Spraw Wewnętrznych i Administracji. (Obecnie jest to minister właściwy do spraw wyznań religijnych oraz mniejszości narodowych i etnicznych) – Skomentowanie tego artykułu wymaga przejścia do artykułu 8.

Art. 8. Odpowiedzialność za zobowiązania wyznaniowych osób prawnych.

Osoby prawne, o których mowa w art. 5 ust. 1, nie odpowiadają za zobowiązania innych osób prawnych. – Czyli, jeśli zarząd Związku Gmin zechce nadać osobowość prawną jakiejś jednostce organizacyjnej, to wnioskuje do właściwego ministra do spraw wyznań religijnych i ten taką osobowość nadaje. Gdy jednak taka jednostka organizacyjna coś nabroi, to ani gminy, ani Związek Gmin za to nie odpowiadają. Taką „jednostką organizacyjną” może być jakaś firma czy fundacja, która dokona jakichś nielegalnych operacji finansowych, handlowych i gospodarczych. I winnych nie będzie, i nikt nie będzie odpowiadał za tego typu działania. Bardzo możliwe, że część afer, jakie miały i mają miejsce w naszym kraju, ma właśnie takie podłoże.

Art. 7. Tryb tworzenia, przekształcania i znoszenia gmin żydowskich oraz nabywania przez nie osobowości prawnej.

1. Tworzenie nowych gmin żydowskich oraz znoszenie lub przekształcanie już istniejących następuje w trybie przewidzianym w prawie wewnętrznym.
2. O faktach, o których mowa w ust. 1, zarząd Związku Gmin powiadamia niezwłocznie wojewodę właściwego ze względu na siedzibę gminy żydowskiej.
3. Nowo utworzone gminy żydowskie nabywają osobowość prawną z chwilą pisemnego powiadomienia właściwego wojewody. Odpis powiadomienia, z umieszczonym na nim potwierdzeniem odbioru, jest dowodem uzyskania osobowości prawnej.
4. Powiadomienie powinno zawierać informację o siedzibie gminy żydowskiej, jej zasięgu terytorialnym oraz wskazanie osób wchodzących w skład zarządu gminy.
5. Odpowiednio powiadamia się również:
1) Ministra Spraw Wewnętrznych i Administracji – w przypadku powołania lub odwołania osoby wchodzącej w skład zarządu Związku Gmin;
2) właściwego wojewodę – w przypadku powołania lub odwołania osoby wchodzącej w skład zarządu gminy.

Gminy żydowskie mogą się tworzyć, likwidować czy przekształcać, a wojewoda może się tylko temu przyglądać i przyjmować do wiadomości. W przypadku powołania lub odwołania osoby wchodzącej w skład zarządu gminy, powiadamiany jest wojewoda, a gdy dotyczy to Związku Gmin, to obecnie minister właściwy do spraw wyznań religijnych oraz mniejszości narodowych i etnicznych.

Art. 21. Współdziałanie organów władzy publicznej i wyznaniowych osób prawnych w zakresie ochrony i promocji dóbr kultury.

Instytucje państwowe, samorządowe i wyznaniowe współdziałają w ochronie, konserwacji, udostępnianiu i upowszechnianiu zabytków architektury i sztuki oraz ich dokumentacji, muzeów i archiwów będących własnością gmin żydowskich, a także dzieł kultury i sztuki o motywach religijnych, na zasadach określonych w odrębnych przepisach. – Na czym to współdziałanie ma polegać? Dziś już wiemy, co oni rozumieją pod pojęciem „współdziałania” – finansowanie.

Art. 22. Prawa majątkowe gmin żydowskich, Fundacja Ochrony Dziedzictwa Żydowskiego.

1. Wyznaniowym żydowskim osobom prawnym, o których mowa w art. 5, przysługuje prawo nabywania, posiadania i zbywania mienia ruchomego i nieruchomego, nabywania i zbywania innych praw oraz swobodnego zarządzania swoim majątkiem.
2. Gminy żydowskie i Związek Gmin prawa, o których mowa w ust. 1, mogą realizować samodzielnie, a także przez utworzoną w tym celu fundację z udziałem innych krajowych osób prawnych i fizycznych oraz zagranicznych organizacji Żydów pochodzących z Polski i Światowej Żydowskiej Organizacji Restytucji (World Jewish Restitution Organisation). – Czyli, mówiąc wprost, handel.

Art. 36. Przepis derogacyjny.

Traci moc rozporządzenie Prezydenta Rzeczypospolitej z dnia 14 października 1927 r. o uporządkowaniu stanu prawnego w organizacji gmin wyznaniowych żydowskich na obszarze Rzeczypospolitej Polskiej z wyjątkiem województwa śląskiego (Dz. U. z 1928 r. Nr 52, poz. 500 i z 1945 r. Nr 48, poz. 271) oraz wszelkie inne przepisy dotyczące spraw unormowanych w ustawie.
– Dlaczego województwo śląskie zostało wyłączone? Czyżby dlatego, że ma ono uzyskać autonomię?

Tworzeniem prawa, czyli uchwalaniem uchwał, zajmuje się Sejm. Uchwały są to przepisy ogólne, które wymagają uściślenia, a przede wszystkim instrukcji, jak mają być wprowadzane w życie. Do tego służą rozporządzenia, czyli przepisy wykonawcze i tym zajmuje się Rada Ministrów. W przypadku tej ustawy nie ma żadnej informacji o przepisach wykonawczych. Wiemy jedynie to, że gminy żydowskie rządzą się w swoich sprawach własnym prawem wewnętrznym. Nie wiemy jakie to sprawy i jakie to prawo. Prawo to uchwalane jest przez walne zgromadzenie Związku Gmin. Mamy więc do czynienia z dziwną sytuacją, w której rzeczona ustawa została zatwierdzona przez Sejm, a przepisy wykonawcze nie zostały opracowane przez Radę Ministrów, tylko prawdopodobnie przez walne zgromadzenie Związku Gmin. Piszę „prawdopodobnie”, bo tu już tylko pozostają domysły. Ta ustawa to klasyczne, w moim odczuciu, prawo talmudyczne, którego interpretacja zawsze będzie nasuwała wątpliwości i gubiła się w domysłach.

Ktoś może zapytać: A co nas to wszystko obchodzi? W zasadzie można by odpowiedzieć, że nic. Jest jednak „drobny” szczegół, który każe nam interesować się tą ustawą i tym jak jest ona realizowana. Tym szczegółem jest fakt, że to na jej podstawie następowało i następuje przekazywanie majątku byłych gmin żydowskich obecnym gminom. Jest to transfer pieniędzy od polskiego podatnika do żydowskich beneficjentów reprezentujących gminy żydowskie. Tym bardziej powinniśmy się nią interesować, że nie chodzi tylko o zwrot mienia, ale również o bieżące finansowanie, o którym mowa w art. 21. Prawdopodobnie na podstawie tego artykułu finansuje się renowację cmentarzy żydowskich i innych zabytków, ochronę muzeów i archiwów, będących własnością gmin żydowskich, a możliwe , że i budowa Muzeum Polin również była finansowana na jego podstawie.

Zrozumienie żydowskiej mentalności nie jest łatwe, bo opiera się ona na zupełnie innym systemie wartości niż nasz, innym systemie etycznym, jeśli w ogóle istnieje u nich coś takiego jak etyka w naszym rozumieniu. Wydaje mi się, że klarownie ujął ten problem Henryk Rolicki w przedmowie do swojej książki „Zmierzch Izraela”.

»Informowanie Aryjczyków o żydach, o ich przeszłości i teraźniejszości stało się niemal wyłącznym przywilejem samych żydów. Pouczając o sobie otoczenie, wśród którego żyją, nie mogą i nie starają się unikać jednostronności, tendencyjności, a częstokroć nie gardzą świadomym fałszem. Już powierzchowna obserwacja wskazuje, a głębsze studium potwierdza, że wymagania ich pod adresem rzetelności i prawdziwości podawanych faktów, ich oświetlenia, wyprowadzanych z nich wniosków są rażąco różne od tych wymogów, jakie my zwykliśmy stawiać prawdzie naukowej. Już Majmon Majmonides, filozof żydowski, zwany przez żydów „drugim Mojżeszem”, dopuszczał istnienie w dziełach naukowych „sprzeczności pozornej”. Ma ona miejsce wtedy, gdy autor z całą świadomością zawarł w swym dziele sprzeczności, czyli pomieścił w nim sądy prawdziwe i fałszywe, wyłączające się wzajemnie, a to z tego powodu, że istotnej prawdy nie chciał lub nie mógł wyjawić. Mamy tu więc do czynienia z uprawnioną metodą fałszowania prawdy i mistyfikacji. W tej metodzie celowali przed Majmonidesem żydzi aleksandryjscy, a i przed nimi metoda ta nie była obca pisarzom żydowskim.

W ten sposób dzieje żydostwa, pisane przez żydów na użytek Aryjczyków, a także na użytek własnego ludu, przedstawiają obraz w istocie swej fałszywy; nawet prawdziwe fakty otoczone są mglą szczegółów nieprawdziwych i oświetlone celowo. „Pozorne sprzeczności” utrudniają zrozumienie i wykrycie prawdy.

Styl książek, w których żydzi piszą o sobie, czy dla siebie, wymaga specjalnej lektury. Trzeba zgłębić jego właściwości, bo pierwsze wrażenie, jakie odnosi czytelnik, jest z reguły fałszywe. Mamy tu bowiem do czynienia z tzw. stylem rabinicznym, którego celem jest zakryć prawdę dla niewtajemniczonych w ten sposób, by te same zdania znaczyły dla jednych jedno, dla innych drugie. W tych warunkach czytanie staje się się chwilami odcyfrowywaniem rebusów.

Dwa czynniki ułatwiają żydom ukrywanie prawdy pod zasłoną tajemniczości: rola ustnej tradycji w ich nauce i właściwości języka hebrajskiego.

Tekst spisanych ksiąg żydowskich nie jest nigdy niezmienny. Spisanie – to tylko środek pomocniczy dla ułatwienia w posługiwaniu się tradycją. Toteż teksty ksiąg, zawierających dziejową mądrość narodu izraelskiego, ulegają w ciągu wieków ustawicznym zmianom. Każdy mędrzec, uczony w Zakonie, komentuje je w myśl potrzeby teraźniejszości, coś dopisuje, coś opuszcza, coś zmienia. Nie uchodzi to bynajmniej za fałszowanie; jest to raczej twórcza rola pretora wobec prawa rzymskiego, a więc uprawniona interpretacja, uzupełnianie i poprawianie tekstu i przepisów.

Język hebrajski daje wdzięczne pole do wieloznacznego wyrażania myśli. Podobnie jak inne języki wschodnie, lubuje się w obrazach alegorycznych, zastępujących ścisłe rozumowanie, a nadto właściwa pisownia jego pozbawiona jest samogłosek. Jakże łatwo więc jedno zdanie może być czytane w wieloraki sposób! Przypuśćmy na chwilę, że język polski nie posługuje się samogłoskami. Napiszmy sobie w takiej pisowni zdanie następujące: „dm zbj”. Można by je przeczytać: „Odma zabija” albo „Dom zbója”, ale także „Dym zabija”, albo nawet „Adam zabija”. Jest to więc pismo, które dla piszących stylem rabinicznym, pełnym „pozornych sprzeczności”, jest znakomitym tajnym szyfrem.

Nie sposób się dziwić, że tak spisaną wiedzę można przez wieki z powodzeniem ukrywać przed okiem niepożądanych ciekawskich i zachować jedynie dla wtajemniczonych. Wtajemniczenie staje się pracą, zajmującą całe życie. Stąd ważność i znaczenie szkół rabinicznych w życiu żydostwa.

Aryjski badacz nie dostąpi wtajemniczenia. Ci, których wtajemniczono dobrowolnie, jak np. Pico della Mirandola w czasach Odrodzenia, dowiedzieli się tylko tego, co zechcieli im dać ich przewodnicy.

Badający żydostwo musi sięgnąć po inną broń. Musi uzbroić się w logikę, której narzędzia dali nam już ojcowie naszej cywilizacji, starożytni Grecy i Rzymianie. Zestawiając fakty, musi szukać rozumem ich ukrytego wewnętrznego sensu. Musi trzymać na wodzy wyobraźnię i temperament, by nie poniosły go na manowce. Musi wreszcie mieć tę odwagę, która sprawia, że raczej przyzna się do niewiedzy, niż pozwoli sobie wyrazić stanowcze zdanie w przedmiocie, którego nie poznał.

Nie wolno mu się zarazić od pisarzy żydowskich kultem dla „pozornej sprzeczności”, ani zachwytem dla „stylu rabinicznego”. Czytelnik aryjski pragnie przede wszystkim prawdy i to pragnienie jest ostoją naszej cywilizacji. (…) Jedynym kluczem do zrozumienia żydostwa jest znajomość jego historii. Religia żydowska, to religia historyczna i polityczna.«

Syjonizm

Syjonizm pojawił się w drugiej połowie XIX wieku. Czym on faktycznie był i czym nadal jest, tego z poniższych definicji nie dowiemy się, ale od czegoś trzeba zacząć. Definicje, jakiekolwiek by one nie były, jakiś porządek wprowadzają.

W Wikipedii można przeczytać taką definicję syjonizmu:

Syjonizm (od nazwy wzgórza Syjon w Jerozolimie, na którym stała Świątynia Jerozolimska) – ruch polityczny i społeczny, dążący do odtworzenia żydowskiej siedziby narodowej na terenach starożytnego Izraela, będących w okresie międzywojennym mandatem Wielkiej Brytanii (Brytyjski Mandat Palestyny). Syjonizm doprowadził do powstania państwa Izrael w 1948. Współcześnie jego celem jest także utrzymanie jedności narodu żydowskiego żyjącego w rozproszeniu i jego więzi z Izraelem. Ruch zapoczątkowany pod koniec XIX wieku miał wiele nurtów i postaci, powszechnie utożsamiany z syjonizmem politycznym, interpretowanym w różny sposób: jako patriotyzm żydowski, jako ruch narodowowyzwoleńczy i państwowotwórczy, jako kierunek kulturalny i społeczny, wreszcie jako ruch religijny. Poza syjonizmem politycznym mówiono o syjonizmie duchowym, którego celem była nowa tożsamość żydowska (Ahad ha-Am), odrodzenie języka hebrajskiego (Eliezer ben Yehuda) i powstanie literatury i kultury w tym języku.

Można oczywiście przeczytać w niej na ten temat o wiele więcej. Natomiast Słownik Wyrazów Obcych, Wydawnictwo Naukowe PWN, Warszawa 2002 definiuje to tak:

Syjonizm – ruch narodowy i towarzysząca mu ideologia, stworzone około 1895 r. przez T. Herzla, głoszące konieczność stworzenia żydowskiego państwa na obszarze Palestyny w celu przetrwania Żydów jako narodu; po powstaniu Izraela (w 1948r.) – ideologia państwowa. (od Syjon, wzgórze w Jerozolimie)

A tak definiuje to słowo Słownik Wyrazów Obcych, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa, 1959:

Syjonizm [np. fr. sionisme, niem. Zionismus, ang. Zionism, ros. sionizm, od łac. Sion Syjon, z gr. Siōn, z hebr. (T)sījōn] burżuazyjno-nacjonalistyczny kierunek polityczny, który powstał w osiemdziesiątych latach XIX w. wśród burżuazji żydowskiej w Austrii, Niemczech, Rosji i w innych krajach, stawiając sobie za zasadniczy cel utworzenie państwa żydowskiego w Palestynie. Ruchem syjonistycznym kierowała Światowa Organizacja Syjonistyczna (powstała w Bazylei).

Z definicji Wikipedii możemy dowiedzieć się, że syjonizm to ruch dążący do odtworzenia żydowskiej siedziby narodowej na terenach starożytnego Izraela, a syjonizm polityczny jest m.in. interpretowany jako ruch religijny. To dużo, ale dla tych, którzy wiedzą. To trochę tak, jak z tymi podróżami, które kształcą wykształconych lub z wyszukiwarkami internetowymi: ci, którzy wiedzą, co wpisać, stają się jeszcze mądrzejsi. Z definicji słownika z 1959 roku dowiemy się, że celem syjonizmu było utworzenie państwa żydowskiego w Palestynie. Z kolei z definicji słownika z 2002 roku wynika, że była to konieczność stworzenia żydowskiego państwa na obszarze Palestyny w celu przetrwania Żydów jako narodu.

Czyli, Słownik Wyrazów Obcych PWN z 2002 roku powiedział najwięcej. Znaczy to, mniej więcej tyle, że przetrwanie Żydów jako narodu zostało zagrożone i stąd pojawiła się konieczność stworzenia państwa, które uchroniłoby ich od …, no właśnie, od czego? Do II wojny światowej było jeszcze daleko.

Wiek XIX, a zwłaszcza jego druga połowa, to był okres, w którym już wyraźnie zarysowała się dominacja Żydów w światowych finansach, handlu i prasie. Wydawało się, że już są o krok od spełnienia się swoich mesjanistycznych celów – panowania nad światem. Cóż więc takiego stało się w tym XIX wieku, że żydowskie kierownictwo uznało, że pojawiło się jakieś niebezpieczeństwo, i że czas zacząć działać?

„Jestem Żydem – więc mam obowiązki żydowskie”. Tak! Ci, którzy interesują się ruchem narodowym i jego historią wiedzą, że jest to parafraza słynnych słów Romana Dmowskiego ze Wstępu do Myśli nowoczesnego Polaka. Książka ta powstała w 1902 roku. Dmowski był bystrym obserwatorem i nie mógł nie dostrzec tego, co się działo w światowym żydostwie w drugiej połowie XIX wieku. Wyciągał z tego wnioski i próbował, tak mi się wydaje, niektóre żydowskie metody działania przeszczepić na polski grunt. Chętniej mówił o narodzie niż o Ojczyźnie, czyli dokładnie tak, jak Żydzi, którzy chcieli ocalić naród poprzez stworzenie własnego państwa.

Każdy kij ma dwa końce. Życie w gettach pozwalało na zachowanie tożsamości, ale ograniczało dostęp do świata zewnętrznego, do awansu, do kręgów towarzyskich. Z kolei asymilacja znosiła te ograniczenia, ale niosła też w sobie ryzyko rozmycia się w narodach chrześcijańskich. Pod koniec XIX wieku pojawił się w społeczności żydowskiej rozłam, polegający na tym, że z jednej strony byli zasymilowani, bogaci Żydzi zachodni, odchodzący od judaizmu, a z drugiej – biedni i pogardzani przez tych pierwszych Żydzi wschodni. Groziło to tym, że ten naród nie przetrwa. Nie przetrwa bez tych bogatych. Potrzebne było państwo, swego rodzaju ośrodek duchowy, który łączyłby wszystkich Żydów. I to zagrożenie dostrzegło żydowskie kierownictwo. Bo jeśli ten naród nie przetrwa, to mesjanistyczny cel – panowanie nad światem – nie dojdzie do skutku. Naród, który przez 18 wieków radził sobie wybornie, nagle, w momencie, zdawałoby się dominującej pozycji w świecie, staje w obliczu największego zagrożenia. A więc kierownictwo żydowskie zachowuje się zupełnie inaczej niż polska arystokracja i szlachta w momencie rozkwitu I Rzeczypospolitej.

Myślę, że dobrze to rozumieją polscy emigranci, którzy mieszkają gdzieś daleko i nie zamierzają wracać do Polski, ale którzy potrzebują, używając języka geodezyjnego, repera, takiego punktu dowiązania, od którego zaczyna się kreślenie nowej mapy. Takim punktem dla nich jest Polska. Bez niej stracą swoją tożsamość i będą zmuszeni szukać nowej. Żydzi też to zrozumieli, że im również potrzebny jest taki reper. Sami zapędzili się w kozi róg z masową asymilacją, że nie zauważyli nawet, że rozpuszczają się w chrześcijańskim morzu. Mieli jednak to szczęście, że sanhedryn zachował rewolucyjną czujność i w porę zareagował.

Zjawisko syjonizmu i jego istotę bardzo trafnie opisuje Henryk Rolicki w swojej książce „Zmierzch Izraela” z 1932 roku. Cytat jest bardzo długi, bo też i sam syjonizm jest ruchem złożonym. Sam Rolicki przytacza wypowiedzi wielu żydowskich ideologów, polityków, pisarzy. Jest to zresztą niezbędne do zrozumienia tego zjawiska, bo któż lepiej je zna niż sami Żydzi.

»Żydzi opanowali kapitał i socjalizm. Wzięli pod swe ideologiczne i personalne wpływy rządzących i organizacje wywrotowe. Finansjera żydowska często popierała pieniężnie organizacje i prasę socjalistyczną, jakby sobie drwiła z marksowskiej teorii o walce klas. Zdawało się, że żydzi mają już w ręku swój ideał mesjański, że panują nad światem. A jednak to kierownictwo żydowskie, operujące od wieków oszustwem, pozorną religią, pozorną asymilacją, pozorną walką z ustrojem kapitalistycznym, nagle ujrzało, że te środki dały mu w rękę zwycięstwo, ale znowu tylko pozorne. Cena moralna, jaką trzeba było płacić nieprzerwanie za utrzymanie zdobytej sytuacji, była tak olbrzymia, ze groziła żydostwu rychłym wyczerpaniem jego sił. Nie można bezkarnie zbyt długo rządzić w masce na twarzy.

Żydzi otrzymali w Europie (prócz Rosji) i w Ameryce pełnię praw obywatelskich, ale za jaką cenę? Musieli zapłacić zrzeczeniem się swej przynależności narodowo-szczepowej. Musieli oświadczyć swe przystąpienie do narodów aryjskich. Zapłacili fałszywą monetą, zasymilowali się tylko pozornie, ale mimo to skutki nie dały na siebie długo czekać. Pragnąc zachować pozory wobec otoczenia, separowali się od życia żydowskiego i stopniowo obojętnieli na sprawy judaizmu. Niektórzy z nich usiłowali nawet zerwać z judaizmem wprost, zawierali małżeństwa mieszane i po paru pokoleniach następowało już istotne zlanie się tych rodzin z aryjskim otoczeniem. Inni znowu, aby tym lepsze zapewnić sobie pozory, przyjmowali chrzest, chodzili do kościołów, a nawet usiłowali wysuwać się na przód w życiu religijnym chrześcijańskiego otoczenia. W rezultacie judaizm na zachodzie Europy i w Ameryce mimo zwycięstwa ideowo-politycznego z wolna obumierał. Poza kręgiem asymilacji znajdowały się tylko masy żydostwa wschodniego, pogardzanego przez żydów zachodnich, ekonomicznie słabszego i pozbawionego w Rosji praw politycznych, a po części i cywilnych. Między żydostwem zachodnim a wschodnim rysowała się niezgłębiona przepaść.

Sytuacja stała się jeszcze bardziej groźna, gdy rozpoczęła się liczna emigracja żydostwa wschodnio-europejskiego do Stanów Zjednoczonych. Do Ameryki licznie emigrował proletariat żydowski z Rosji, proletariat nie objęty asymilacją, stanowiący rdzenną część szczepu, rezerwuar etniczny żydostwa. I tym masom na terenie amerykańskim zagroziła teraz asymilacja do życia amerykańskiego z jego gorączkowym tempem, zagroziła zatrata wiedzy judaistycznej i odrębności.

(…) I tak wyniki rewolucji francuskiej, nadanie żydom pełni praw, w rezultacie zagroziły ich istnieniu. Nie pomógł i socjalizm. Wyrzekł się wprawdzie ojczyzny, a więc nie wymagał też asymilacji, ale aż do pierwszych lat XX w. żądał wyrzeczenia się narodowości wszelkiej, a więc także i żydowskiej. Toteż żydzi i w międzynarodówce musieli uprawiać fałszywą grę; musieli odżegnywać się od tego, jakoby uważali się za żydów. Tak więc zdobycze rewolucji francuskiej i socjalizm rozprzęgły żydostwo. To, co wyszło na dobre indywiduum żydowskiemu, stało się pułapką dla żydostwa. – S. Bernstein, Der Zionismus, sein Wessen und seine Organisation, str. 16.

W połowie XIX w. kierownicy judaizmu poczęli sobie zdawać z tego sprawę, że socjalizm, beznarodowy i międzynarodowy, ułatwiał im położenie, lecz nie rozwiązywał trudności. Usiłowano więc chwycić się środków, które by obudziły wśród żydów zachodnich poczucie przynależności do szczepu i tradycji żydowskich. Najbardziej obiecującym środkiem było zainteresowanie ich Palestyną.

W r. 1856 Mojżesz Montefiore (Blumenberg) zakłada pod Jaffą plantację pomarańcz. W tym samym czasie powstaje związek mający skupić ogół żydostwa, Alliance Israelite Universelle założony przez Adolfa (Mojżesza Icka) Cremieux. Cremieux odegrał poważną rolę w rewolucji francuskiej 1848 r. i był członkiem rządu prowizorycznego. Musiał być widać dobrze postawiony w wolnomularstwie, skoro do niego Wielki Wschód Francji po sukcesie rewolucji skierował adres powitalny, na który Cremieux odpowiedział tymi słowy:

Republika mieści się w wolnomularstwie; z tego powodu we wszystkich czasach, szczęśliwych i nieszczęśliwych, wolnomularstwo znajdowało adherentów na całej powierzchni globu. Obywatele i bracia wolnomularze, niech żyje republika. – Cytuje N. Deschamps, Les Sociétés secretes et la socjété, t. I, str. 579.

Założona przez byłego członka rządu francuskiego Alliance Israelite Universelle poszła w ślady Mojżesza Montefiore i ufundowała w r. 1869 w Palestynie szkołę rolniczą hebrajsko-francuską.

Niezależnie od tych zapoczątkowań wśród żydostwa zachodniego, przypominających im Ziemię Świętą, także i wśród żydów wschodnich zjawia się inicjatywa podobna, lecz wynikła z odmiennych motywów. Gdy na zachodzie raczej względy duchowe dyktowały potrzebą obudzenia ruchu palestyńskiego, to na wschodzie położenie gospodarcze mas żydowskich, ograniczenie praw i strefa osiadłości w Rosji domagały się znalezienia terenów dla emigracji. Rosnąca wciąż emigracja do Stanów Zjednoczonych groziła zatratą duchowej odrębności, więc uwaga kierowników wschodniego żydostwa zwróciła się także na Palestynę, przypomnianą już przez Mojżesza Montefiore i Alliance Israelite. Rolę pierwszego apostoła odegrał na wschodzie lekarz, dr Lejba (Leo) Pinsker, założyciel tajnego związku „Howewe Cjon” (wielbiciele Syjonu) ok. r. 1880.

(…) Tak więc niezależnie od siebie żydostwu zachodniemu i wschodniemu przypomniano o istnieniu Palestyny. Działalność Pinskera miała za skutek wędrówkę nielicznych osadników, tzw. bilu do Palestyny w charakterze pionierów kolonizacji żydowskiej. Przełomem w życiu żydostwa stała się dopiero działalność wiedeńskiego żyda, Teodora Herzla, a szczególnie jego niewielka książeczka, wydana w r. 1895 pt. „Der Judenstaat” (Państwo żydowskie).

Herzl postawił sobie za zadanie uratować żydostwo od grożącej mu zguby. W przedmowie do jednego z późniejszych wydań jego książki pisze o nim Wartburg:

Podczas tworzenia zrębów „Państwa żydowskiego” przejęła go idea jego misji, mającej na celu uratowanie żydostwa; wówczas to, w czerwcu 1895 roku, otrzymał wyświęcenie na kierownika i dojrzał do roli przodownika w walce o ideę ludu żydowskiego.

(…) Twórca syjonizmu postawił przed żydostwem ideał państwa żydowskiego w Palestynie, albo też w Argentynie. Istotne znaczenie syjonizmu nie leżało w samym haśle, lecz w drodze, na którą wstąpiono, celem jego realizacji. Herzl planował przegrupowanie całego osiedlenia żydowskiego, co musiało za sobą pociągnąć przebudowę jego dotychczasowym form organizacyjnych.

(…) Pragnąc w jedno złączyć żydostwo zachodnie i wschodnie, musiał Herzl, a za nim ruch syjonistyczny, stwierdzić wyraźnie, że czynnikiem jednoczącym żydostwo nie jest religia mojżeszowa ani stosunek do przepisów Talmudu. Wszak żydostwo zachodnie, wychowane w atmosferze niewiary religijnej, którą samo zresztą wytworzyło, nie dałoby się wtłoczyć z powrotem w ramy organizacji religijnej. A więc żydostwo to naród.

Żydostwo nie jest religią. Jest to żyjący szczep ludu, który ze swego narodowego charakteru w biegu dziejów stworzył religię, stworzył określoną postawę polityczno-obyczajową wobec świata. – Heinrich Kohn, Die politische Idee des Judentums, str. 21.

Syjonizm oparł się na fakcie istnienia narodowości żydowskiej. Programem jego stało się wywalczenie pełni praw w takich warunkach, by nie była ona, jak za czasów rewolucji francuskiej, okupiona zrzeczeniem się własnego poczucia ludowego. – Ignaz Zollschan, Revision des juedischen Nationalismus, str. 134.

Ale syjonizmu nie powinno się zestawiać z nacjonalizmem innych narodów. Zbliża się raczej do tego, co nazywamy dziś imperializmem narodowym. Ogólnoludzkie znaczenie żydowskiego nacjonalizmu, będącego czystym przeciwieństwem nacjonalizmu innych ludów, próbowałem już wielokrotnie przedstawić. – Max Brod, Sozialismus in Zionismus, str. 7.

Syjonizm – to nie Palestyna.

Jest to zupełnym błędem, jak to często – nie zawsze w dobrej wierze – czynią przeciwnicy syjonizmu, twierdząc, że państwo jest kwintesencją syjonizmu, albo przynajmniej podstawą, na której syjonizm się wznosi. Przeciwnie syjonizm jest, jak każdy wie, kto zajmował się tym zagadnieniem, daleko starszego pochodzenia niż państwo żydowskie i był już do pewnego stopnia udoskonalony teoretycznie, zanim Herzl zaczął się interesować żydowskimi sprawami. – Przedmowa Wartburga do Herzla „Der Judenstaat”, str 4.

Sądzę, że czytelnik tę dawność syjonizmu zdoła łatwo uchwycić, gdy mu przytoczę dwa zdania cytowanych już żydowskich pisarzy:

Przyjaciele i przeciwnicy mówią o syjonizmie, że jest on dalszym ciągiem mesjanizmu. – S. Bernstein, Der Zionismus, sein Wesen und seine Organization, str. 29.

Każdorazowy ruch mesjański był jakby próbą, był wysuwaniem macek, czy też stosunki do życia rasowego pomyślniej się ułożyły. Ruch syjoński jest mesjanizmem nowoczesnym. – Zewi Parnass, Kwestia żydowska w świetle nauki, str. 65.

Nacjonalizm żydowski żywi więc dalej tradycyjne zamiary żydowskie narzucania światu swej władzy. Nie jest ruchem religijnym, wyrzeka się religii jako łącznika żydostwa, a mimo to jest ruchem mesjańskim. Jasny to chyba dowód, jeszcze jeden z szeregu wielu poprzednich, że mesjanizm żydowski jest celem politycznym, a nie religijnym.

Gdyby się chciało zastosować schematy Hegla, to można by rozwój od chwili otwarcia granic getta trafnie oznaczyć w ten sposób, że przyjęłoby się za twierdzenie (tezę – przyp. aut.) żydostwo, za przeczenie (antytezę – przyp. aut.) asymilację, za syntezę – syjonizm. – Wilhelm Stein, Wandlungen im Zionismus, zamieszczone w „Vom Judentum, str. 142.

A więc syjonizm jest połączeniem żydostwa z asymilacją. W jaki sposób? Oto żydostwo było życiem wewnętrznym w diasporze bez praw obywatelskich i politycznych, asymilacja była zrzeczeniem się życia wewnętrznego za pełnię praw, zaś synteza obojga, syjonizm – to życie wewnętrzne z pełnią praw w diasporze.

W swym dążeniu do państwa żydowskiego syjonizm Herzla mieścił w sobie jedno niebezpieczeństwo dla żydów. Oto, zwracając uwagę na Palestynę i poświęcając temu celowi całą propagandę, mógł łatwo doprowadzić do zaniechania walki w krajach rozproszenia, a szczególnie w Rosji. Tendencji takiej przeciwstawia się Aszer Ginsberg, znany pod pseudonimem Achad ha-Am (jeden z ludu). Jemu to fama przypisała autorstwo sławnych „Protokołów Mędrców Syjonu, co do ich autentyczności nie mam zamiaru zabierać głosu.

Aszer Ginsberg urodził się w r. 1856 w Skwirze, guberni kijowskiej, z rodziców chasydów. Wychowany został więc w atmosferze mesjanizmu i kabały praktycznej. Był uczniem znanego nam już Lejby Pinskera.

Już na pierwszym kongresie syjonistycznym w Bazylei w r. 1897 wystąpił Achad ha-Am, jako krytyk Herzla. Uważał on, że kolonizacja Palestyny, pojęta jako wywędrowanie żydów z Europy i Ameryki, jako likwidacja diaspory, byłaby dla żydów katastrofą i zrzeczeniem się celów mesjańskich. Należało – jego zdaniem – poświęcić całą baczność wychowaniu ludu żydowskiego, nie zaś usiłowaniom zdobycia Palestyny. Zanim się bowiem przygotuje kraj dla narodu, trzeba naród przygotować przygotować dla kraju. Położył więc nacisk na rozpowszechnienie języka hebrajskiego wśród żydów i na szerzenie wśród nich poczucia narodowego, rolę zaś Palestyny zredukował do roli centrum duchowego judaizmu, gdzie by pewna część ludu żydowskiego mogła żyć pełnym życiem, promieniując na wszystkie na wszystkie kraje rozproszenia. Natomiast walka w krajach diaspory ze społeczeństwami chrześcijańskimi winna być prowadzona dalej, gdyż „materialna i polityczna niedola żydostwa może być tylko przezwyciężona w krajach, w których żydzi dziś mieszkają”. W tej kampanii pomagał Ginsbergowi swą propagandą drugi sympatyk chasydyzmu, Martin Buber.

U Achad ha-Ama i Bubera mamy do czynienia z idealistycznym nacjonalizmem w wyższym znaczeniu, z ideą, która zwracała się do nacjonalizmu z motywów przeciwstawnych wszystkim innym ruchom narodowym, czyli dyktowana była nie tylko względem na interes własnego narodu, ale także zamiarem, aby własny zdrowiejący naród uzdolnić do wypełnienia jego misji wobec ludzkości. Ten ideał misyjny ma przecież wielkie znaczenie w życiu duchowym żydostwa… Spełnienie tej czynności fermentacyjnej, dzięki rozproszeniu między wszystkimi ludami wydawało się właśnie historycznym zadaniem żydów. – Ignaz Zollschan, Revision des juedischen Nationalismus, str. 132.

Ginsbergowi przyświecał więc także cel mesjański opanowania świata. Dla „przeparcia” swych poglądów zorganizował tajny związek „Bnei Mosze” (Synowie Mojżesza), wzorowany na strukturze organizacyjnej wolnomularstwa. Przypominam, że to samo w XVII w. czynił Frank, a także i Izrael z Międzyborza, twórca chasydyzmu. W ogóle forma organizacyjna tajnych związków żydowskich i związków wolnomularskich opierała się na tych samych zasadach strukturalnych.

Herzl opierał swoją działalność na lożach „Bnei Brith” (Synowie Zakonu), także o typie masońskim. W wyniku walki „Bnei Brith” opanowane zostało z góry przez „Bnei Mosze” tak samo, jak kiedyś iluminaci Weishaupta opanowali wolnomularstwo niemieckie. Kierunek Achad ha-Ama zwyciężył.

Ułatwiło mu zwycięstwo powstanie wśród żydów kierunku skrajnie nacjonalistycznego , który wyrzekał się Palestyny, a domagał się dla żydostwa praw narodowych jedynie w diasporze. Achad ha-Am przeciwstawił swój syjonizm nacjonalizmowi przeciwpalestyńskiemu i twierdził, że bez powstania centrum duchowego w Palestynie diaspora żydowska skazana jest na zagładę.

Kierunek Achad ha-Ama zatriumfował na kongresie syjonistycznym w Brnie morawskim w 1912 r., gdzie zobowiązano wszystkich syjonistów do czynnego udziału w nacjonalistycznej polityce wewnętrznej w krajach rozproszenia.

W ten sposób Achad ha-Am stał się sztandarowym przywódcą tzw. syjonizmu duchowego, znanego pod popularną nazwą „syjonizmu krajowego”. Palestyna miała być tylko centrum duchowym, zaś rozproszenie miało pozostać i wywalczyć sobie autonomię zupełną.

Różnica polegała na tym, że polityczny syjonizm skazywał żydów będących poza żydowskim państwem na śmierć narodową przez asymilację, zaś syjonizm duchowy uzależniał dalszy narodowy byt diaspory od wpływu tej wybranej mniejszości narodu, która stworzy w Palestynie centrum czystej narodowej kultury, źródło duchowego pokarmu dla całego rozproszonego narodu. Ten drugi rodzaj syjonizmu zaprzeczał narodowej żywotności diaspory (bez centrum w Palestynie – przyp. aut.) bezwzględnie, albo pośrednio. Ale w tym czasie powstała doktryna, która uznała istnienie narodowego centrum wewnątrz diaspory (na ziemiach historycznej Polski – przyp. aut.) i uznała jego żywotność pod warunkiem zachowania zasady autonomii, regulującej całe wewnętrzne życie żydostwa, rozproszonego w ciągu tysiącleci. – S. Dubnow, Nowiejszaja istoria jewrejskiego naroda, t. III, str. 331.

Postulaty tej teorii uwzględniało w czasie wojny światowej biuro syjonistyczne w Kopenhadze, ogłaszając oficjalnie postulat „udzielenia narodowej autonomii we wszystkich krajach wschodu, w których osiedliły się masy żydowskie i w tych krajach zachodu, gdzie sobie tego żydzi będą życzyć”.

W okresie zawierania traktatów pokojowych postulat biura kopenhaskiego był oficjalnym postulatem całego żydostwa, popartym przez finansjerę żydowsko-amerykańską. Louis Marshall, głowa finansjery żydowskiej w Ameryce, na bankiecie w Paryżu wśród żydów rosyjskich tak mówił:

Jakub Schiff (finansista amerykański – przyp. autora) zwykle podkreślał, że kwestia żydów w innych krajach musi być przede wszystkim rozwiązana na miejscu, gdzie oni mieszkają. To mieliśmy na względzie, gdyśmy przeprowadzali traktat ochrony praw mniejszości narodowych. – Cytuję „Hajnt” z dn. 16 lipca 1928 r. nr 166.

Stanowisko to wobec diaspory zachowane zostało do dziś dnia i nic się nie zmieniło.

Erec Izrael (Palestyna – przyp. autora) jest dla nas tylko metropolią światowego żydostwa, jest tylko historycznym i jedynym krajem, gdzie żydzi będą mogli rozwijać się samodzielnie i zdrowo, tworząc własne formy polityczne i kulturalne. Ze zdrowego i samodzielnego Erec Izrael będzie się rozwijać kultura żydowska we wszystkich krajach wygnania, gdzie jeszcze pozostali żydzi, lecz cale żydostwo z całego świata będzie nadal tworzyło jeden naród. I my twierdzimy, że bez silnego ekonomicznie żydostwa rozproszenia nie możemy mieć ekonomicznie silnej kolonizacji żydowskiej w Erec Izrael. – „Hajnt” z dn. 3 kwietnia 1927 r. nr 79.«

Były więc w syjonizmie trzy główne nurty:

  • syjonizm Herzla: wszystkich zgonić do Palestyny
  • syjonizm Achad ha-Ama: Palestyna tak, ale przede wszystkim odrodzenie poczucia narodowego w diasporze
  • syjonizm skrajnie nacjonalistyczny, domagający się praw narodowych w diasporze bez budowania państwa w Palestynie

Na kongresie syjonistycznym w Brnie w 1912 roku pogląd Achad ha-Ama zwyciężył, co więcej, zobowiązano tam wszystkich syjonistów do czynnego udziału w nacjonalistycznej polityce w krajach rozproszenia. Na naszą teraźniejszą rzeczywistość przekłada się to w ten sposób, że po polskiej tzw. prawej stronie, w PiS i Konfederacji, są syjoniści. Nie muszą udawać. Są narodowcami, tyle że żydowskimi. Gdy mówią Polska, myślą – Izrael. W innych partiach są Żydzi socjaliści, komuniści. A Żydzi liberałowie są chyba po obu stronach. Żydzi obstawiają wszystkie partie, stronnictwa, ruchy. Nawet taki nic nie znaczący Ruch JOW – i też kontrolują. Jedyny polski KW – 1 Polska szybko zlikwidowali. Wytyczne z 1912 roku nadal obowiązują.

Tak więc koncepcja państwa narodowego jako ośrodka promieniującego na diasporę zwyciężyła. Uznano, że jedno bez drugiego nie może się obyć. W takim razie, jak do tego ma się, wypowiedziany – jakiś czas temu – przez Henry Kissingera, pogląd, że „za parę lat Izrael przestanie istnieć”? Czyżby, ten jeden z najwybitniejszych żydowskich polityków, mylił się? Nawet nie można zakładać, że nie znał on koncepcji ruchu syjonistycznego. Czy chciał w ten sposób uśpić czujność przeciwników? Może rzeczywiście Izraela nie będzie, gdy Stany Zjednoczone przestaną być światowym hegemonem, ale to nie jest chyba kwestia paru lat. Ale to też świadczy o tym, że Żydzi planują z dalekim wyprzedzeniem. Może się tak zdarzyć, ale nie musi. Nie mniej jednak nie wykluczają takiego scenariusza, nawet jeśli miałby on nastąpić w dalekiej przyszłości.

Ale w tym czasie powstała doktryna, która uznała istnienie narodowego centrum wewnątrz diaspory (na ziemiach historycznej Polski – przyp. aut.) i uznała jego żywotność pod warunkiem zachowania zasady autonomii, regulującej całe wewnętrzne życie żydostwa, rozproszonego w ciągu tysiącleci.” – Co to oznacza w praktyce? Ano to, że w razie zniknięcia Izraela, a nawet, jeśli nadal będzie istniał, to takim centrum diaspory będzie Polska. Dziś wiemy, że takim centrum może być Ukraina i Polska lub jej wschodnia część. Sądząc po tym, co dzieje się na Ukrainie i w Polsce, nie można chyba mieć złudzeń, co do tego, że narodowe centrum wewnątrz diaspory ma właśnie powstać w tym rejonie.

Czas, w którym powstała ta doktryna, to kongres syjonistyczny w Brnie w 1912 roku. Na efekty nie trzeba było długo czekać:

»Już w 1919 roku przedstawiciele Żydów złożyli Tymczasowemu Naczelnikowi Państwa, Józefowi Piłsudskiemu, projekt, by „życie Żydostwa w Polsce zbudowane zostało na podstawie sieci gmin ludowych (kahałów), których kompetencja powinna obejmować wszystkie odrębne problemy żydowskie”, a „władza (kahałów) powinna być wyłaniana na podstawie pięcio-przymiotnikowego prawa wyborczego”.

Domagano się nadto w tym projekcie powołania „Żydowskiego Zjazdu Narodowego dla uchwalenia Konstytucji Żydów w Polsce”!

W roku 1920 poseł Izaak Grunbaum ze Związku Polaków Narodowości Żydowskiej zgłosił słynny – czy raczej niesławny… – projekt art. 113 przygotowywanej Konstytucji II Rzeczypospolitej, uzgodniony ze swym Klubem i wyrażający opinię Żydów przez ten klub reprezentowanych, a więc w imieniu „Polaków narodowości żydowskiej”, których żyło już na ziemiach odrodzonej II Rzeczypospolitej ponad 3 miliony.

Zaproponowany przez posłów żydowskich artykuł 113 głosił:

Ziemie Rzeczypospolitej, zamieszkałe w przeważającej większości przez narodowości niepolskie, stanowić będą autonomiczne prowincje, które otrzymają osobne przedstawicielstwo ustawodawcze, wybierane na podstawie wyborów powszechnych, bezpośrednich, równych, tajnych i stosunkowych. Osobne ustawy określą kompetencje tych ciał ustawodawczych oraz stosunek prowincji autonomicznych do Państwa.« – Marian Miszalski Żydowskie lobby polityczne w Polsce.

Zdecydowana postawa posła Polskiej Partii Socjalistycznej, Mieczysława Niedziałkowskiego, rozwiała żydowskie nadzieje. Ale, jak mówi przysłowie, co się odwlecze to nie uciecze. Po 1989 roku zabrakło nam takich ludzi. 20 lutego 1997 roku Sejm uchwalił ustawę „o stosunku Państwa do gmin wyznaniowych żydowskich w Rzeczypospolitej Polskiej”.

W artykule 7 tej ustawy ust. 1 czytamy: Tworzenie nowych gmin żydowskich oraz znoszenie lub przekształcanie już istniejących następuje w trybie przewidzianym w prawie wewnętrznym.

Ust. 2: O faktach, o których mowa w ust. 1, zarząd Związku Gmin powiadamia niezwłocznie wojewodę właściwego ze względu na siedzibę gminy żydowskiej.

Ust. 3: Nowo utworzone gminy żydowskie nabywają osobowość prawną z chwilą pisemnego powiadomienia właściwego wojewody. Odpis powiadomienia, z umieszczonym na nim potwierdzeniem odbioru, jest dowodem uzyskania osobowości prawnej.

Ust. 4: Powiadomienie powinno zawierać informację o siedzibie gminy żydowskiej, jej zasięgu terytorialnym oraz wskazanie osób wchodzących w skład zarządu gminy.

Innymi słowy – o tworzeniu, przekształcaniu i likwidacji gmin żydowskich decyduje ich prawo wewnętrzne. Powiadamiają tylko właściwego wojewodę o powstaniu nowej gminy, a odpis powiadomienia z potwierdzeniem odbioru jest dowodem uzyskania osobowości prawnej przez taką gminę. Znaczy to, że wojewoda może się tylko przyglądać, co na jego terenie robią Żydzi. Administracja państwowa nie ma już nad nimi władzy. Jest tam wiele innych ciekawych punktów. Gdyby kogoś to interesowało, to wystarczy wpisać nazwę tej ustawy w wyszukiwarkę.

Ta ustawa była niezbędna, bo wszelkie nieruchomości nabywane przez gminy żydowskie stają się z automatu eksterytorialne. To jest ta zasada autonomii, o której mówiono w 1912 roku na wspomnianym wyżej kongresie syjonistycznym.

Przyjaciele i przeciwnicy mówią o syjonizmie, że jest on dalszym ciągiem mesjanizmu.” – Jeśli syjonizm jest dalszym ciągiem mesjanizmu, to wypada zadać sobie pytanie, czy syjonizm nadal trwa, czy może ubrał się w nowe szatki? Wszystko wskazuje, w mojej ocenie, że ubrał się w nowe szatki. A jakie są te nowe szatki? Te nowe szatki to holocaust. Są tacy, którzy w swojej nadgorliwości piszą już – Holocaust. Niektórzy, drapujący się w narodowe i katolickie szatki, używają określenia „holokau”. Używają tego określenia, bo dostali na nie licencję, tak jak kiedyś Stefan Kisielewski dostał w PRL-u licencję na bycie opozycjonistą. I później, po 1989 roku stworzył UPR. A dziś, jego kontynuator – stary satyr – Korwin-Mikke, miesza młodym Polakom w głowach.

Żydostwo nie jest religią. Jest to żyjący szczep ludu, który ze swego narodowego charakteru w biegu dziejów stworzył religię, stworzył określoną postawę polityczno-obyczajową wobec świata.” – To, że ktoś napisze, że ktoś stworzył religię ze swego narodowego charakteru, to może być niezrozumiałe. Musimy się tu odwołać do naszych chrześcijańskich doświadczeń. Chrześcijanie pielgrzymują do Ziemi Świętej, do Santiago de Compostela i pewnie do wielu innych miejsc. W Polsce pielgrzymują do Częstochowy. I pielgrzymka jest jednym z tych nieodłącznych atrybutów chrześcijaństwa. A dokąd pielgrzymują Żydzi? No! Dokąd pielgrzymują Żydzi!? Do… Oświęcimia! Ja wiem, niektórzy może się oburzą: to nie Oświęcim, to Auschwitz! To jednak nie jest w tym momencie najważniejsze, bo rozstrzygamy zupełnie inny problem, problem tego, czy żydostwo jest religią w naszym rozumieniu, czy – nie. Otóż, w naszym rozumieniu, żydostwo nie jest religią, jest polityką. I dopiero z tej polityki tworzy religię, religię holocaustu. I z tej religii chcą jeszcze ciągnąć zyski. W religii chrześcijańskiej nagroda jest po życiu, jeśli było ono godziwe, pełne dobrych uczynków. W religii żydowskiej jest odwrotnie. Czyż może być większa rozbieżność? Jest więc holocaust kontynuacją syjonizmu, jego nowym wcieleniem i religią, bo Żydzi z polityki tworzą religię.

I na koniec znowu muszę zacytować Rolickiego:

W Izraelu odwieczną jest jego światowa polityka. Konspiracyjność jej metod, połączona z przechowywaniem tradycji politycznej przez tysiąclecia, uczyniła z niej tajemnicę, której kierownictwo Izraela strzeże zazdrośnie. Ale zatajenie celów i metod da się stosować z powodzeniem tylko wobec tych, którzy żyją wyłącznie teraźniejszością. W świetle przeszłości, w skonfrontowaniu z nieprzerwanym łańcuchem czynów, wiążących się logicznie, spada najbardziej nieprzenikniona zasłona i odsłania rzeczywiste dążenia i cele. W blasku historii rozjaśniają się największe mroki, najsztuczniej ukrywane zagadki stają się „jajkiem Kolumba”. Stąd znaczenie historii, historii nie sfałszowanej dla życia dzisiejszego.

U ludzi praktycznych spośród narodów chrześcijańskich znajomość historii jest w niesłusznej pogardzie. Inaczej u Żydów, nawet u najciemniejszych.

„Jedyna w swoim rodzaju świadomość historyczna ożywia ten lud, przenika każde z jego dzieł, wszystkie jego czynności, daje mu trwałość i pewność wprost niezrozumiałą”. – Heinrich Kohn, Die politische Idee des Judnetums, str. 17.

Antypolskie powstania

Antypolskie powstania – kościuszkowskie, listopadowe, styczniowe i warszawskie – zawsze przynosiły nam straty materialne i ludzkie, a żadnych korzyści. Jeśli jednak ktoś traci, to korzysta ktoś inny. O powstaniu warszawskim pisałem w innym miejscu, więc je pominę. Któż więc korzystał na tych powstaniach? Każde z nich wypada prześledzić z osobna, bo też każde odbywało się w odmiennych warunkach.

Po obaleniu Konstytucji 3 maja część wspierających ją emigrantów osiadła w Lipsku, w którym to powstał Komitet Emigracyjny. W jego skład wchodzili m.in. Ignacy Działyński (nazwisko wymienione przez Graetza – „Historia Żydów” – jako frankistowskie), Eliasz D’Aloe, dygnitarz masoński i płatny szpieg rosyjski, Andrzej Kapostas, reprezentujący wpływy judaizmu w ówczesnym wolnomularstwie polskim. Twórcą tego Komitetu był Marie Louis Descorches, francuski dyplomata, przebywający w Rzeczypospolitej od lipca 1791 do października 1792 roku. Był zwolennikiem rewolucji francuskiej i popierał jakobinów. I Komitet ten wysyła Kościuszkę na początku 1793 roku do Paryża. Proponuje on wysadzenie wojsk rewolucyjnej Francji na wybrzeżu Morza Czarnego, by związać Rosję. Jednak trafia na zły moment, na klęskę wojsk rewolucyjnych nad Renem, na tendencje pokojowe Robespierre’a i tajne układy francusko-pruskie. Nie mniej jednak rewolucyjna Francja pragnie odciążenia poprzez wybuch rewolucji w Polsce i nie skąpi pieniędzy na powstanie brata-masona Kościuszki. Konwent paryski hojnie finansował rewolucję nad Wisłą. Skarbnik Rewolucji przyznawał w swoich przemówieniach, że pomoc dla braci w Warszawie kosztowała Francję 60 milionów. Rewolucja w Polsce oznaczała dla Francji związanie wojsk Austrii, Prus i Rosji, co skutkowałoby uratowaniem rewolucji francuskiej.

Sam Kościuszko głosił w swoich odezwach hasła Rewolucji i lóż wolnomularskich: wolność, równość, braterstwo. I jak ona, obiecywał Żydom wszelkie prawa obywatelskie i polityczne. Powstał nawet oddział żydowski pod wodzą Berka Joselewicza. Pewnie wzorował się na Żydach, którzy służyli we francuskiej gwardii narodowej.

Omawiając insurekcję kościuszkowską nie sposób pominąć frankistów. Podczas sejmu czteroletniego posłami byli: Szymanowscy, Orłowscy, Jasińscy, Józefowicze-Hlebiccy (wywodzący się od Michela Ezefowicza), Wojciech Turski i wielu innych. Byli to ludzie bardzo bogaci i zajmujący wysokie stanowiska. Szlachta frankistowska obsadziła wszystkie stronnictwa sejmowe. Była ona w stronnictwie patriotycznym, wśród radykałów, głoszących hasła rewolucji francuskiej i w partii magnackiej. Jej celem było podtrzymywanie różnic pomiędzy walczącymi stronnictwami, co dezorientowało szlachtę polską i odwracało od nich, tj. od frankistów, uwagę rdzennie polskiego społeczeństwa. Aż chciałoby się wykrzyknąć: przecież dziś jest tak samo! Dlatego, żeby zrozumieć naszą teraźniejszość, trzeba poznać naszą historię i historię naszych współlokatorów, z którymi dzielimy tę ziemię. Jest ich więcej niż wielu się wydaje i zajmują kluczowe stanowiska w kraju.

Gdy stronnictwo patriotyczne, korzystając z nieobecności znacznej liczby posłów opozycji, którzy nie zdążyli wrócić ze świąt Wielkanocnych, uchwaliło Konstytucję 3 maja, wielu neofitów stanęło w szeregu zaciekłych zwolenników dawnych swobód szlacheckich. Wśród wybitnych działaczy konfederacji targowickiej znajdowali się Pawłowscy, Piotrowscy, Majewscy, Wincenty Józefowicz-Hlebicki, Jasiński i Orłowski. Oni to za plecami ograniczonych magnatów doprowadzili do zbrojnej interwencji rosyjskiej i jednocześnie do wielkiego rozczarowania społeczeństwa, które zaczęło szukać winnych tego nieszczęścia.

Ten moment, moment rozgoryczenia, wykorzystują frankiści działający wśród radykałów. Na rozkaz dany z góry, tysiące kryptożydów rozpoczęło agitację przeciwko przywódcom Targowicy. I w taki sposób nazwiska Potockich, Branickich, Rzewuskich i Kossakowskich stały się symbolem zdrajców ojczyzny. I takimi są do dziś. O frankistowskiej szlachcie, która popierała Targowicę i agitowała za Rosją, i przez którą była sowicie opłacana, nie wspominano i nie wspomina się. Chyba nie przez przypadek? Pod koniec kwietnia 1789 roku Frank mówił do swoich uczniów: „Nie obawiajcie się, lubo będzie rozruch między nimi i wszyscy panowie drżeć będą, nie obawiajcie się ani ich, ani rozruchu, tylko czyńcie, co wam każę” (Kraushar – Frank i Frankiści).

„Redukcja wojska koronnego i litewskiego spowodowała wybuch powstania. Powodzenie Tadeusza Kościuszki w bitwie pod Racławicami przyśpieszyło wypędzenie Moskali z Warszawy. Dnia 18 kwietnia stolica byłą wolna. Władze powstańcze rozpoczęły swe rządy od zapewnienia miastu spokoju wewnętrznego. Nie spodobało się to polskim radykałom, na których czoło wysunął się w owym czasie Jan Dembowski, bliski krewny Franciszka ‘Jemerdskiego’ Dembowskiego (Jeruchama), jednego z najbardziej zaufanych chachama Franka. Za jego pośrednictwem ‘polityczny mesjasz upadającej Polski’ ustalił jak gdyby termin rozpoczęcia walki zbrojnej. Jan Dembowski bowiem przyjechał na początku marca 1794 roku do Drezna z oświadczeniem, że wojsko dłużej nie będzie czekać na Kościuszkę i samo rozpocznie powstanie.

Dembowski, o którym pisze Tokarz (‘Warszawa przed wybuchem powstania 17 kwietnia 1794 r.’), że ‘był zawsze dobrze poinformowany, co Moskale poczynać zamierzali’, widząc, iż tłumiona przez Targowicę nienawiść mas do sprawców nieszczęść wezbrała, zaczął wraz z zaufanymi głosić hasła rewolucji francuskiej. Zachęta do terroryzmu znalazła wśród znękanego ludu stolicy echo przychylne. Przy sypaniu okopów, na rogach ulic i placach rozogniano umysły przeciwko zdrajcom. Zaprawiony do tej roboty, bierze Dembowski czynny udział w szerzeniu fermentu i podniecaniu rzemieślników Starego Miasta, których przychylność starał się pozyskać. Wielce mu byli pomocni m.in. Józef Piotrowski, były podchorąży gwardii pieszej, osobnik karany za kradzież i dezercję i Jasińscy spokrewnieni z Józefem Muszyńskim, sądzonym za szpiegostwo. Wysyłani na ulicę przez Dembowskiego agitatorzy szerzyli bezustannie ferment, podniecając tłumy okrzykami: ‘Ojczyzna chce kary na zdrajców’, ‘niech żyje rewolucja’. Z agentami Dembowskiego współdziałały masy nowochrzczeńców, zamieszkujące Warszawę. Na próżno władze nakazały zamknięcie wszystkich szynków, utrzymywanych przez frankistów, w których raczono bezpłatnie pospólstwo wódką i podjudzano przeciwko szlachcie.

Majowe i czerwcowe orgie w stolicy odwróciły uwagę społeczeństwa polskiego od dwuznacznego zachowania się frankistów. Przypominały one wrześniowe mordy 1792 r. we Francji. Tłum złożony w znacznej mierze z przestępców zawodowych podburzany przez Dembowskiego, będącego za pośrednictwem Eliasza D’Aloe w stałym kontakcie z Moskalami, Bartłomieja i Dominika Jasińskich, Nowickiego i innych, mordował bez zachowania jakichkolwiek form sądowych; łączył posądzonych lub niewinnych z winnymi, rabując zarazem wieszanych. Gdy motłoch zajęty był budowaniem szubienic, Dembowski, który wskazywał odpowiednie według niego miejsca, kazał jedną wznieść na ulicy Senatorskiej przed prymasowskim pałacem; miał w tym swój cel. Józef Piotrowski zaś, mianujący się wodzem pospólstwa, na koniu i w mundurze, co upewniało wszystkich, że ma za sobą poparcie wojska, prowadził wzburzony tłum do pałacu Brühlowskiego dla mordowania przebywających tam więźniów”. – Stanisław Didier Rola neofitów w dziejach Polski.

Powstanie trwało od połowy marca 1794 do połowy listopada 1794 roku. Zakończyło się klęską. Na Syberię zesłano 20 000 powstańców. Ziemie skonfiskowane uczestnikom powstania zostały nadane generałom rosyjskim w nagrodę za jego stłumienie. Największą stratę poniosła polska kultura. Biblioteka Załuskich licząca 400 tysięcy tomów, 20 tysięcy rękopisów i 40 tysięcy rycin dostała się w ręce Rosjan. W trakcie transportu do Petersburga uległo zniszczeniu 140 tysięcy tomów, 9 tysięcy rękopisów 15 500 rycin.

Jakby mało było tych nieszczęść, frankiści podburzali włościan przeciwko szlachcie. Przygotowywali kolejne powstanie. Nic z tego nie wyszło. Postanowili więc zaopiekować się ocalałą po 1794 roku młodzieżą szlachecką i skupić ją w organizacjach wolnomularskich, w których odgrywali niepoślednią rolę. Polskie społeczeństwo i duchowieństwo nie opierało się zbytnio masonerii. Polacy masowo wstępowali do wolnomularstwa. Na efekty nie trzeba było długo czekać. Wkrótce znalazły się tam najwybitniejsze jednostki z wojska, polityki i nauki.

Upadek powstania skończył się w efekcie trzecim rozbiorem a to oznaczało, że do Warszawy przybyli pruscy urzędnicy a wraz z nimi zamożni niemieccy Żydzi neofici. Tak wzmocnieni frankiści zdobywali w kraju coraz większe wpływy. W trzecim pokoleniu dostarczyli oni krajowi licznych prawników, uczonych, artystów. A na kierowniczych stanowiskach w polskim wolnomularstwie widzimy: Szymanowskich, Krysińskich, Majewskich, Krzyżanowskich, Lewińskich, Piotrowskich. Było ono w Królestwie Kongresowym bardzo rozbudowane i szeroko rozgałęzione. Ich członków liczono w tysiącach, co oznaczało, że polskie społeczeństwo było głęboko spenetrowane.

Pozostaje jeszcze do oceny aspekt gospodarczy, o którym Henryk Rolicki w książce „Zmierzch Izraela” pisze tak:

„Po rozbiorach położenie gospodarcze żydów polskich poprawiło się od razu; popierają ich rządy pruskie, oszczędzają austriackie; Rosja pozwala im docierać w charakterze kupców do swych wewnętrznych guberni. Równocześnie z rozwojem teorii ekonomicznych fizjokratów, z narodzinami liberalizmu ekonomicznego otwierają się warunki do swobodnego handlu międzynarodowego. Fizjokraci twierdzą, że czysty dochód daje tylko rolnictwo i spychają nań cały ciężar podatków, oswobadzając przemysł i handel. Torujący sobie drogę liberalizm odrzuca cła wygórowane i otwiera granice dla przywozu i wywozu towarów. Z tego wszystkiego korzystają żydzi, zaś na terenie dawnej Rzeczypospolitej poczyna się im uśmiechać pomyślność gospodarcza. Wychodzi od razu na jaw, że zniszczenie państwa polskiego było naturalnym skutkiem żydowskiego skupienia się na tych ziemiach, koniecznym warunkiem przetrwania mas żydowskich”.

Insurekcja kościuszkowska przyniosła polskiemu społeczeństwu same straty i doprowadziła do trzeciego rozbioru oraz wymazania Polski z mapy Europy. Zyskiwali Żydzi i frankiści, Polacy tracili. Było to więc powstanie antypolskie.

Podobnie było w przypadku powstania listopadowego. Sekwencja wydarzeń jest następująca:

  • w lipcu i sierpniu 1830 roku wybuchły zwycięskie rewolucje we Francji i Belgii, które doprowadziły do podważenia Świętego Przymierza, w skład którego wchodziły Prusy, Austria i Rosja a później też Francja.
  • 17 października cesarz rozkazał przygotowanie mobilizacji alarmowej wojska polskiego i rosyjskiego.
  • 21 października ks. Franciszek Ksawery Drucki-Lubecki otrzymał polecenie przygotowania finansów Kongresówki na wypadek wojny.
  • 24 listopada Kongres Narodowy w Brukseli zdetronizował króla Niderlandów i ogłosił niepodległość Belgii.
  • 23 listopada ostrzeżono członków spisku o ich dekonspiracji i mających nastąpić aresztowaniach. To zadecydowało o przyspieszeniu wybuchu powstania.

I znowu, tak jak w przypadku insurekcji, mamy wątek francuski. A i frankistowski się znajdzie. Były dwa stronnictwa: umiarkowane i radykalne. Ci pierwsi uważali rewolucję za zgubną dla kraju, drudzy – wprost przeciwnie! Uważali, że naszedł właściwy moment i rozpoczęli kampanię wśród spiskującej młodzieży, nawołującą do walki zbrojnej. Głównymi agitatorami byli: Józef Zaliwski podporucznik I pułku piechoty i Józefat Bolesław Ostrowski, tak zwany Ibuś, Żyd z pochodzenia.

Ugrupowania skrajne utworzyły Klub Patriotyczny. I jak to „patrioci”, rozpoczęli zgubną dla kraju działalność. W ich szeregach było wielu neofitów takich jak Jan Czyński, Tadeusz Krępowicki, Jan Majewski, Krzyżanowski, kapitan Majzner i inni. Celem „patriotów” była rewolucja społeczna. Nienawidzili oni szlachty. Dążyli do utworzenia najwyższej władzy w postaci gminy rewolucyjnej, a nawet komuny rewolucyjnej.

Rozpowszechniali oni przeróżne plotki, a to, że w Petersburgu wybuchła rewolucja, że Mikołaj zginął, że Francja wypowiedziała wojnę Prusom, że powstało W. ks. Poznańskie, Litwa, Wołyń, Podole, Ukraina, że Austriacy mają wkroczyć. Dążyli do zerwania wszelkich rozmów Rządu z carewiczem Konstantym. Po wiecu, który odbył się 3 grudnia, wysłano delegację do Rady Administracyjnej (rządu) z żądaniem natychmiastowego rozpoczęcia walki z wrogiem. Ukrytym celem tych ataków był Chłopicki, który zwalczał Klub Patriotyczny. Nie dążył on do zbrojnej konfrontacji z Rosją. Wprost przeciwnie, uważał, że nie należy bezsensownie przelewać krwi. W rozmowie z Czartoryskim powiedział: „Nie mam innych widoków, nadziei i zamiarów, jak tylko Kongresowe Królestwo w całości utrzymać, ale utrzymać z całą niepodległością, jaką mu traktaty i konstytucje zawarowały. Będę żądał, aby odtąd konstytucja nie była martwą literą, ale w całej świętości zachowana została. Będę domagać się, aby wojska rosyjskie w Królestwie nie konsystowały, bo to da większe znamię i gwarancję naszej niepodległości. Tego wszystkiego żądam i otrzymać muszę”.

Jego największymi przeciwnikami byli Czyński, Krępowicki, Wojciech Kazimierski, J. B. Ostrowski, Jasiński, Krysiński, Wołowski. W „Nowej Polsce”, której redaktorami byli Kazimierski i Ostrowski, Dominik Krysiński, profesor uniwersytetu i poseł na sejm, pisał o dyktaturze Chłopickiego, że „Europa zrozumie ją, jako przygotowanie do pogromu Żydów”. Żądał też on, by ministrowie byli mianowani przez sejm, a nie przez rząd. W takim przypadku dyktator byłby marionetką.

Chłopicki miał poparcie młodzieży akademickiej i armii. Było to sporym zaskoczeniem dla kryptożydów. Na jednym z posiedzeń sejmu, którego skład był już wcześniej odpowiednio przygotowany, Franciszek Wołowski (frankista) tak zakończył swoje przemówienie: „Dziś jeszcze w obliczu Europy wyrzeczmy, że Mikołaj I przestał nad nami panować”. Następnie sejm przyjął jego wniosek o uchylenie wszystkich artykułów konstytucji Królestwa, które, po ogłoszeniu detronizacji cara, były w sprzeczności z nowym porządkiem rzeczy. Wniosek ten poparli Krasiński, Czyński, Krępowicki i inni frankiści.

W takim stanie rzeczy Chłopicki stwierdził, że uchwała sejmu utrudnia mu prowadzenie rozmów z Rosją i zrzekł się w styczniu 1831 roku dyktatury. Jego zwolennicy nie dawali za wygraną i żądali wyjaśnień, czy go usunięto, czy może sam zrezygnował. Wątpliwości przyjaciół popularnego generała rozwiał neofita dr Wolff, który, jako jego dawny lekarz i przyjaciel, prosił ich, żeby byłemu dyktatorowi nie powierzali żadnych ważnych funkcji, gdyż dostaje on pomieszania zmysłów. Emanuel Wolff był generalnym sztab-medykiem wojsk Rzeczypospolitej Polskiej i późniejszym prezbiterem gminy kalwińskiej.

Wszystkie powyższe informacje pochodzą z książki Stanisława Didier „Rola neofitów w dziejach Polski” (pierwsze wydanie 1934r.). A jak na to patrzy Wikipedia?

17 stycznia, wobec fiaska rokowań z Mikołajem I, który zażądał bezwarunkowej kapitulacji powstańców gen. Chłopicki złożył dymisję. Radykalne Towarzystwo Patriotyczne kierowane przez Joachima Lelewela zdobyło wówczas decydujący głos w sejmie, który 25 stycznia 1831 r. na wniosek posła Romana Sołtyka podjął uchwałę o detronizacji Mikołaja I, co było równoznaczne z zerwaniem unii personalnej i aktem niepodległości Królestwa. Poseł Jan Ledóchowski wybiegł wtedy na środek sejmu i zawołał „Wyrzeknijmy więc wszyscy: nie ma Mikołaja!”. Adam Czartoryski podpisując ten dokument miał powiedzieć: „Zgubiliście Polskę”.W odpowiedzi bowiem granice Królestwa Polskiego przekroczyła 115 tys. armia rosyjska z 336 działami pod wodzą feldmarszałka Iwana Dybicza, który uzyskał od cesarza nieograniczoną władzę nad ośmioma województwami Królestwa Polskiego.

Wszystko inaczej! Z przekazu Wikipedii wynika, że Polacy to jacyś niedorozwinięci umysłowo osobnicy, wichrzyciele i buntownicy. Ten ma władzę, kto rządzi mediami, kto pisze historię, komu podlega edukacja.

I znowu wypada zadać sobie pytanie: kto zyskał, a kto stracił? Ten wywołał powstanie, kto zyskał. Ale jest jeszcze jedno pytanie: dlaczego Polacy byli i chyba nadal są naiwni? Otóż neofici od samego początku starali się docierać do zakładów wychowawczych, czyli mówiąc wprost – do szkół, by w nich odpowiednio urabiać młodzież. Zapewne starali się wmawiać jej, że patriotyzm jest wtedy, gdy się walczy za ojczyznę i za nią umiera, bez względu na to, czy ta walka ma sens, czy – nie. A czy dzisiaj jest inaczej. Wmawiają nam, że uczestnictwo w marszu niepodległości czy powstania warszawskiego to patriotyzm, co więcej, nawet obowiązek. Ja tak nie uważam. Powstanie warszawskie, podobnie jak te, o których piszę, były powstaniami antypolskimi, bo Polacy w nich tracili. Polskimi powstaniami było Powstanie Wielkopolskie i Powstania Śląskie.

A więc jakie to były straty? Dobrze opisuje to przywołany już wcześniej Stanisław Didier:

»Po upadku powstania listopadowego około 50.000 osób udało się na emigrację. Był to kwiat społeczeństwa polskiego. Ludzie zajmujący najwybitniejsze w kraju stanowiska, jak np. utalentowani pisarze, prawnicy, uczeni, doświadczeni oficerowie, wreszcie cała rzesza żołnierzy, uświadomionych oraz pełnych zapału do czynu i pracy, cały ten zasób talentów rozmaitego rodzaju, sił moralnych i fizycznych, był bezpowrotnie niemal dla kraju stracony. Ci ludzie, przeznaczeni z mocy swego uzdolnienia do odegrania pierwszorzędnej roli w życiu narodowym, wyrzuceni zostali siłą wypadków poza granice ziemi ojczystej. Polska zniszczona podczas wojny, opuszczona przez wojsko, sejm, rząd i wszystkich dotychczasowych swoich przewodników, zlana krwią, pokryta smutkiem, oddana została na łaskę i niełaskę wrogów. Mógł więc rząd rosyjski robić, co chciał.

(…) W samym Królestwie moskale skonfiskowali przeszło 400.000 morgów ziemi. Na Litwie, Ukrainie, Podolu i Wołyniu zabrano przeszło 3.322.075 morgów. Na Litwie i Rusi skonfiskowano majątki 2.889 obywatelom. W Królestwie Polskim – 2.625 obywatelom. Poza tym po 1839 r. (do 1856 r.) zabrano jeszcze szlachcie polskiej 551 majątków.

(…) Miejsce przerzedzonego rdzennie polskiego stanu kierowniczego (wojna i emigracja pochłonęły większość ludzi ze średnim i wyższym wykształceniem) zajęli, po powstaniu listopadowym, przede wszystkim wzrastający stale w liczbę i znaczenie, neofici żydowscy. W pierwszej połowie zeszłego stulecia, począwszy od 1825 roku, chrzcili się wszyscy urzędnicy żydowscy monopolu tytoniowego, metryka bowiem była im potrzebna do awansu. Sprzeniewierzali się także Staremu Zakonowi, ze względów praktycznych, lekarze i dentyści, zmuszeni do ciągłego ocierania się o ludność chrześcijańską, szczęśliwym misjonarzem była także miłość. Najlepszym tego dowodem była duża ilość ochrzczonych Żydówek, zaślubiających przeważnie dawniejszych neofitów. Miały one widocznie ustrzec wychrzczonych mężczyzn od łączenia się z aryjskimi niewiastami.

Przychylne ustosunkowania się możnych do neofitów przyczyniło się poważnie do wzrostu liczby pozornych chrześcijan. Od 1814 r. działało w Warszawie „Towarzystwo biblijne”, które miało na celu szerzenie chrześcijaństwa wśród Żydów.

Towarzystwu, zainicjowanemu przez Adama Czartoryskiego, sprzyjał zarówno rząd warszawski, jak i ministeria w Petersburgu. Trzymał Żydów do chrztu i ks. Józef Poniatowski z siostrzenicą Aleksandrą Potocką; cały ich legion trzymał minister Grabowski, syn króla Stanisława Augusta, z siostrą Izabelą Sobolewską. Grabowski posunął gorliwość chrześcijańską do tego stopnia, że nadał jednemu ze swoich synów chrzestnych, Lichtenbaumowi z Rawy, własne nazwisko. Księżna Joanna Łowicka nie odmawiała neofitom swej łaski. Najwięcej jednak chrześniaków posiadał Paskiewicz, który stawał sam w kościele, albo posyłał w swoim zastępstwie którego z wyższych urzędników. Czasami zapisały księgi kościelne nazwisko Paskiewicza, jako ojca chrzestnego, kilka razy tego samego dnia.

Neofici katoliccy, korzystając z prawa polskiego, które pozwalało nowochrzczeńcom (aż do r. 1850) zmieniać razem z chrztem nazwisko, przyjmowali prawie wszyscy nazwiska kończące się na „ski”. Neofici ewangeliccy zadowalali się przeważnie drobnymi zmianami w pisowni.

(…) Korzystając z naiwnego dążenia wnuków carowej Katarzyny do rusyfikowania Żydów przez narzucenie im wiary schizmatyckiej (po r. 1831 na obszarze W. Ks. Litewskiego obowiązywało prawo, że Żyd mógł być ochrzczony tylko w cerkwi), dochodzili tamtejsi nowochrzczeńcy do najwyższych stanowisk w kraju. Stworzyli nową warstwę ludności: pozornych Moskali pochodzenia żydowskiego, których liczbę w samym tylko Petersburgu za Mikołaja I historyk żydowski Schipper („Żydzi Królestwa Polskiego w dobie powstania listopadowego „) podaje na 8.000. Gotowi na wszelkiego rodzaju uciemiężenia i podłości, neofici rosyjscy starali się okazać największą gorliwość w uciskaniu Polaków. Wiedzieli oni dobrze, iż im więcej okazywać będą patriotycznego moskiewskiego apetytu, tym chętniej rozdzielać będzie rząd carski pomiędzy nich majątki gnębionej szlachty polskiej.

(…) Z wielką nienawiścią odnosili się najwpływowsi neofici rosyjscy do szlachty polskiej; tak np.: rozporządzeniem ministra skarbu Kankrina nakazano gubernatorowi podolskiemu, Łubianowskiemu, przesiedlenie 5,000 rodzin zaściankowej szlachty na Kaukaz. Na zesłanie skazani byli nie tylko biorący udział w powstaniu, ale i ci, którzy nie cieszyli się zaufaniem władz państwowych. Jakkolwiek rozkaz był dość wyraźny i mógł być stosowany dowolnie, jednak Rosjanin Łubianowski, ze względów humanitarnych, nie spieszył się z jego wykonaniem; żądał wyjaśnień od ministra, okazując ludzkość i pewne względy dla nieszczęśliwych. Dopiero ponowny rozkaz Kankrina (Żyd heski) zmusił Łubianowskiego do rozpoczęcia akcji przesiedleńczej. (…) Leopold Kornenberg zaś miał się wyrazić, według zapewnień Lesznowskiego, redaktora „Gazety Warszawskiej”, że „dopóty u nas nie będzie dobrze, dopóki ostatniego szlachcica polskiego nie wywiozą na Sybir”.«

Jakże odmienna jest psychika Żyda od psychiki Rosjanina, a pewnie i od psychiki Polaka. U Żyda, jeśli chodzi o goja, nie ma miejsca na współczucie i humanitarne podejście. Jest tylko nienawiść. Warto o tym pamiętać, gdy potępia się Rosjan za ich stosunek do Polaków. Prawdopodobnie nie byłoby tych wszystkich nieszczęść, gdyby tak wielu Żydów nie zajmowało eksponowanych stanowisk w rosyjskim wojsku i administracji centralnej. Nie byłoby też tych nieszczęsnych powstań, gdyby po drugiej stronie nie było ich jeszcze więcej niż po rosyjskiej. Zatruli więc nam Żydzi relacje z narodem rosyjskim. Szczuli Polaków na Rosjan, a Rosjan na Polaków i po obu stronach to oni pociągali za sznurki. I obecnie nie jest inaczej. Ich metody nie zmieniają się, tylko że trzeba je znać. Wycieranie sobie gęby patriotyzmem, nachalna dewocja, organizowanie idiotycznych marszów patriotycznych, to tylko niektóre z metod ogłupiania zdezorientowanych tłumów. I cały czas to wykorzystują, że podam tylko przykład Związku Patriotów Polskich w ZSRR w czasie II wojny światowej.

Po powstaniu listopadowym miała miejsce masowa emigracja, wśród której było wielu neofitów. Byli we wszystkich stowarzyszeniach polskich. Wśród członków Towarzystwa Demokratycznego decydującą rolę odgrywają tacy ludzie jak: Czyński, Jakubowski, Majzner, Krępowicki, Kwiatkowski, Kazimierski, Łaski, Beniowski, Behrens (podający się za Pawłowskiego), Michałowski, Maciejowski, Lubliner, Paprocki, Rotwand i inni. Zaciekle zwalczali oni stronnictwo konserwatywne, w którym brylowali były poseł Franciszek Wołowski i jego brat, ekonomista, Ludwik Wołowski. Byli oni współzałożycielami Towarzystwa Literackiego, organu obozu Czartoryskich, w którym prowadzili ożywioną działalność.

Była więc popowstaniowa emigracja infiltrowana i kontrolowana przez neofitów, których nazywano w tamtym czasie mechesami. A czy dziś jest inaczej z Polonią, szczególnie amerykańską? Tak naprawdę, to cała ta ich działalność emigracyjna sprowadzała się do organizowania spisków, wysyłania emisariuszy do kraju, by prowadzili tam działalność wywrotową wśród szlachty i włościan, do podburzania jednych przeciw drugim, do głoszenia haseł rewolucji socjalnej.

W kraju nie było lepiej. Jedyna polska gazeta – „Gazeta Warszawska” zamieściła szereg artykułów o kwestii żydowskiej, m.in. o wzroście ilościowym Żydów, o ludności uzależnionej od lichwiarzy, o tym, czym różni się spekulant od prawdziwego przemysłowca. Wywołały one ostrą reakcje ze strony środowiska żydowskiego. Rozpoczęła się planowa kampania przeciwko „Gazecie Warszawskiej”. Z pomocą przyszła prasa zagraniczna, uzależniona od kapitału międzynarodowego. W jednej z gazet rosyjskich nazwano redaktora Lesznowskiego niegodziwcem, który śmie obrażać Żydów. W sukurs przyszło też czasopismo „Nord” z Brukseli, „Breslauer Zeitung”, „L’Observateur Belge”. Lesznowski zamierzał też bronić się w krakowskim „Czasie”, ale redakcja odmówiła mu swoich łam, uzasadniając to tym, że zraziłaby do siebie całe wiedeńskie dziennikarstwo, będące w rękach Żydów.

Dopiero w 1859 roku wpływowe żydowskie koła warszawskie zdecydowały się na wydawanie własnego codziennego pisma politycznego. Kroneneberg, który był kierownikiem całego środowiska żydowskiego w kraju, kupił „Gazetę Codzienną”, która po pewnym czasie zaczęła wychodzić jako… „Gazeta Polska”. Znamy ten tytuł? Dziś też mamy „Gazetę Polską”. Jak oni lubią wycierać sobie gębę tą Polską! Głównymi jej współpracownikami byli neofici: Wołowski, Szymanowski, Chęciński, Kapliński. Najważniejszym celem tej gazety było rozpowszechnianie nowego poglądu na kwestię żydowską, w myśl którego najlepszym dla kraju będzie zasymilowanie Żydów.

Żydzi nie zapomnieli o polskiej młodzieży. Pojawiają się rozmaite kółka organizacyjne wśród studentów Petersburga, Kijowa i Warszawy. Prym w nich wiódł Karol Majewski sekretarz Leopolda Kronenberga. Przewodniczył tajnemu „komitetowi akademickiemu” i był w zarządzie konspiracyjnego „stowarzyszenia uczniów szkoły sztuk pięknych i młodzieży miejskiej”. Nie zaniedbano też starszego pokolenia. W 1859 roku powołano do życia komitet, w skład którego weszli: Jürgens, Henryk Wohl, Natansonowie, neofita adwokat Andrzej Wolf, frankista inż. Stanisław Jarmund i inni. Stał on się zawiązkiem organizacji Czerwonych, która parła do walki z Rosją. Nie przypadkiem chyba Kronenberg pisał w liście z dnia 18 I 1860 roku, że „sprawa żydowska nie jest najpierwszą i są inne daleko ważniejsze”. Zapewne tą najważniejszą było pchnięcie gojów do beznadziejnej walki z zaborcą. A przygotowaniem do niej miały być wielkie manifestacje, których reżyserami byli neofici pokroju Majewskiego.

Po przeciwnej stronie barykady był Andrzej Zamoyski, prezes „Towarzystwa Rolniczego”. On i ludzie skupieni wokół niego uważali, że drogą spisków nic się nie wywalczy. Dążenie do powstania uważał Zamoyski za zbrodnię, która zniweczy rezultaty pracy cichej, prowadzonej od 30 lat. Powstanie nie będzie w stanie zwyciężyć, a tylko pogorszy sytuację kraju. Taka postawa nie mogła oczywiście spodobać się Kronenebergowi. Podobnego zdania była grupa rosyjskich generałów, przeważnie niemieckiego pochodzenia. Przewodził im Kotzebue, który zwrócił się uwagę namiestnika Gorczakowa na liczne tworzące się komitety i delegacje Towarzystwa oraz udział ich członków w rozmaitych konkursach i przedsięwzięciach rolnych. Gorczakow wysłał do Zamoyskiego zarządzenie zabraniające prowadzenia tego typu aktywności w terenie.

Po śmierci Paskiewicza namiestnikiem Królestwa został ks. Gorczakow, stary i pozbawiony energii. Na czoło pałacowej sitwy wysunął się neofita Juliusz Enoch. Człowiek układny, dowcipny, mówiący płynnie po francusku, niemal od razu tak zjednał sobie namiestnika, że nazwano go faktorem Gorczakowa. Dzięki niemu uzyskał Enoch wpływy i uznanie na dworze carskim. I wykorzystał je, gdy Rosjanie wpadli na pomysł, by uspokoić wzburzone nastroje w Królestwie poprzez powołanie wybitnego Polaka na jeden z naczelnych urzędów w kraju. I w tym momencie Enoch rzucił na szalę wszystkie swoje atuty i przekonał Gorczakowa, że Wielopolski będzie tym, który spacyfikuje kraj.

Wielopolski był bardzo zdolnym człowiekiem, ale jednocześnie bardzo wyniosłym, przez co niepopularnym w społeczeństwie. O wiele odpowiedniejszym kandydatem byłby Andrzej Zamoyski, cieszący się sympatią w narodzie. Nie miał on jednak poparcia wpływowych warszawskich Żydów, którzy prowadzili z nim potajemną walkę. Wielopolski był filosemitą. W trakcie swoich rządów sprzyjał Żydom, zatwierdzając wiele korzystnych dla nich ustaw. Rozwiązał „Towarzystwo Rolnicze” i pognębił tym samym Andrzeja Zamoyskiego. Spodziewał się wdzięczności ze strony tych, którym pomógł. A stało się zupełnie inaczej. Pisma zagraniczne zniesławiały go. „Gazeta Polska” raz wydawała się popierać go, a innym razem ostro go krytykowała, podważając jego autorytet w społeczeństwie. Nie mógł zrozumieć, że był tylko narzędziem do rozbicia umiarkowanego stronnictwa polskiego, a gdy zrobił swoje, stał się zbędnym dla tego środowiska. Odnoszę wrażenie, że współcześni filosemici nie zdają sobie sprawy z natury swoich panów.

Czerwoni parli do powstania, do którego wstępem miały być manifestacje. Znając religijność Polaków, starali się nadać tym manifestacjom charakter kościelny. Pierwszą taką okazją był pogrzeb generałowej Sowińskiej, w którym uczestniczyło kilka tysięcy ludzi. Żydzi stali się bardzo religijni. Nosili krzyże, śpiewali w kościołach „Boże coś Polskę” i podczas nabożeństw zbierali datki na powstanie. Te manifestacje oburzały klikę wojskową, której przewodził Kotzbue, a której celem było prowokowanie Polaków. W sukurs tym poczynaniom szli wyżsi urzędnicy pochodzenia żydowskiego, tacy jak szef tajnej policji warszawskiej Felkner czy gubernator grodzieński Szpeyer. Agitatorzy ze strony Czerwonych starali się wywoływać awantury uliczne, obrażali oficerów rosyjskich w miejscach publicznych itp. Czyli mamy po stronie „polskiej” prowokatorów, a po rosyjskiej kamarylę wojskową podobnej proweniencji, która tylko czekała na okazję do interwencji.

Na efekty nie trzeba było długo czekać. Pierwsze ofiary padły na ulicach stolicy w lutym 1861 roku. Od kul poległo pięciu Polaków. Wywołało to silne wzburzenie wśród mieszkańców Warszawy. Sytuację pogorszyło jeszcze rozwiązanie „Towarzystwa Rolniczego”. Wykorzystali to Czerwoni do przygotowania nowej manifestacji, która odbyła się w kwietniu. Dość licznie uczestniczyli w niej Żydzi. Zachowywali się bardzo hałaśliwie, prowokując wojsko rosyjskie. Dwustu zabitych i czterystu rannych – taki był bilans tej manifestacji i zaledwie trzy nazwiska żydowskie wśród poległych. Żydzi i frankiści prowokowali, a Polacy ginęli i tracili. Jeśli w jednym zdaniu miałbym scharakteryzować te trzy powstania, to tak bym to ujął.

»Stosunkowo łatwo udało się „mechesom” spopularyzowanie idei walki zbrojnej z Rosją wśród przedstawicieli zamożnych sfer polskich. Dzięki staraniom Jürgensa powstała na gruzach „Towarzystwa Rolniczego” organizacja nowa, na wpół tajna, którą dla jej umiarkowania przezwano „Białą”. Na czoło Białych wysunęli się w krótkim czasie: Leopold Kronenberg, którego podejrzewano, nie bez powodu zresztą, iż on to głównie przyczynił się do rozwiązania Tow. Roln., Karol Majewski, Jürgens, Aleksander Kurtz, wielki przyjaciel Enocha i Władysław Zamoyski. Dzięki zaagitowaniu przez Karola Majewskiego dwu zapalonych ziemian: Kołaczkowskiego i Siemieńskiego, do nowo założonej organizacji przystąpiła młodsza generacja ziemiaństwa, zdezorientowana po skasowaniu Tow. Roln. i idąca od tej pory na pasku nienawidzących jej „mechesów”. Mieli też powodzenie Biali wśród bogatego mieszczaństwa warszawskiego, przeważnie pochodzenia żydowskiego. Przywódcy Białych nawiązali ścisły kontakt z tzw. „Biurem Polskim”, które, powstawszy w 1860 r. mieściło się w „Hotelu Lambert”. Należeli do niego m. in. Ludwik Wołowski, Leon Kapliński i Julian Klaczko.

Zaabsorbowawszy uwagę społeczeństwa, grupującego się w poszczególnych organizacjach, przygotowaniami do zbrojnej walki z zaborcą, przystąpili przywódcy neoficcy do dalszej „pracy”. Dążyli oni do jak największego skłócenia najpoważniejszych ugrupowań politycznych w kraju, tj. Czerwonych i Białych. Dokonać miał tego Karol Majewski, stanowiący niejako ogniwo między Czerwonymi i Białymi, do spółki z Leopoldem Kronenbergiem, o którym Z. L. S. pisze (Historia dwóch lat 1861-1862), że „we wszystkich partiach miał swoich ludzi”. Na zebraniu przywódców Białych, Kronenberg, w którego mieszkaniu odbywało się posiedzenie, zgłosił wniosek, ażeby wydać w ręce Wielopolskiego głównych działaczy Czerwonych. W ten sposób miano dopomóc margrabiemu do pacyfikacji kraju. Po dłuższej dyskusji projekt Kronenberga, gorąco poparty przez Jürgensa, został przyjęty. Miał to uczynić Karol Majewski, orientujący się najlepiej co do składu osobowego kierowników Czerwonych. W pałacu Brühlowskim, gdzie rezydował Wielopolski jako naczelnik rządu cywilnego, toczyły się rozmowy między Majewskim a margrabią w obecności Kronenberga. Pertraktacji powyższych nie doprowadzono do skutku. Doszły one jednak do uszu bacznych na wszystko Czerwonych. Przyczynił się do tego głównie Majewski, który informował ich stale o poczynaniach Białych. Zawrzała słusznym gniewem brać szeregowa Czerwonych, nie orientująca się w prowokatorskich poczynaniach „mechesów”, dążących do rozbicia społeczeństwa polskiego. Od tej pory uważała ona Białych za wrogów bardziej niebezpiecznych niż Moskale i Niemcy.« – Stanisław Didier Rola neofitów w dziejach Polski.

Cóż to za menażeria! Z jednej strony Czerwoni, radykalni, którzy latem 1862 roku tworzą Komitet Centralny (skąd my znamy tę nazwę?), którego hasłem programowym była rewolucja socjalna, a więc, jak rewolucja socjalna, to nie niepodległość. Ich celem było też zaszczepienie tej rewolucji w Rosji. A więc rewolucja! A jak rewolucja, to kto za nią stoi? Komu ona służy? Z drugiej strony mamy Białych, umiarkowanych, wśród których dominują Kronenberg, Jürgens, Eronenberg. A między nimi frankiści, robiący wodę z mózgu niewtajemniczonym po obu stronach i szczujących jednych na drugich. A dziś jak jest? Mamy takich mącących ludziom w głowach jak Korwin-Mikke, Braun itp. Jest zażydzona Konfederacja. To tylko niby prawa strona. Po drugiej stronie też są oni. Dokładnie tak jak w czasie tych powstań.

Dzięki raportom neofity Grzegorza Peretza, współpracownika pisma „Gołos”, wiedziano w Petersburgu, że wybuch powstania przygotowywany jest na styczeń. Pisał też o tym Kraszewski w swoich powieściach, że powstanie styczniowe było przewidziane przez Moskwę. O tym, jak do niego doszło pisze cytowany wcześniej Stanisław Didier:

„Ze Skierniewic wyszło hasło natychmiastowego rozpoczęcia walki zbrojnej. W tym mieście bowiem na początku stycznia 1863 r. zebrali się komisarze wojewódzcy, wśród których dużą rolę odgrywał Józef Piotrowski, członek rodziny, o której Mikołaj Berg pisał („Pamiętniki o polskich spiskach i powstaniach 1831-1862”), że „pochodzi z tych Żydów, którzy wraz z Frankiem dla osiągnięcia równouprawnienia przyjęli powierzchownie chrystianizm i zmienili swe nazwiska na krajowe, zachowując zawsze w głębi duszy i w domu obyczaj żydowski”. Komisarze postanowili przesłać Komitetowi Centralnemu ultimatum, w którym zażądali od niego ogłoszenia powstania, oświadczając, iż w razie sprzeciwu naczelnej władzy sami rozpoczną ruch zbrojny. Większość Komitetu nie chciała oprzeć się żądaniom malkontentów skierniewickich. Na próżno poszczególni członkowie Komitetu, jak A. Giller (z tego powodu zapewne niecierpiany przez L. Kronenberga, który dał temu wyraz w swoim liście z dn. 4 VI 1864) i inni protestowali przeciwko rozpoczęciu powstania, zarzucając wprost, że nie postarał się nawet przygotować zawczasu w dostatecznej ilości i jakości środków wojennych. W styczniu 1863 r. Komitet Centralny, z którego wystąpił Giller (nie chcąc brać na siebie odpowiedzialności za klęskę w razie ogłoszenia równoczesnego z branką powstania) uznał się za Tymczasowy Rząd Narodowy i wezwał młodzież polską do broni.

Od tej pory wydarzenia potoczyły się znaną już koleją losu. Już po kilku miesiącach walki przerzedziły się szybko zastępy najdzielniejszych. Nie tylko w dniach lipcowych, ale wcześniej jeszcze nie widzieliśmy już owej młodzieży, pełnej entuzjazmu, która spotykała się z sobą zarówno przy pracy organizacyjnej, jak i na polach walk. Dosięgły ją kule, bagnety lub stryczek wroga. Na arenie wypadków pozostawali krzykacze, ślepi czciciele rewolucji francuskiej, którym zdawało się, że Polska powstanie wówczas, gdy na polski grunt przeflancuje się hasła i sposoby działania Francuzów z końca XVIII w”.

Na czoło kierownictwa powstania wysunęli się chrzczeni i niechrzczeni Żydzi. Byli wśród nich Karol Majewski, stojący przez pewien czas na czele Rządu Narodowego, Józef Piotrowski, członek rządu utworzonego we wrześniu 1863 roku, Aleksander Pawłowski, wchodzący do Trybunału Rewolucyjnego, Józef Kwiatkowski, naczelnik Warszawy, Franciszek Orłowski, dowódca oddziału żandarmerii, Władysław Majewski, komisarz województwa kaliskiego, Stanisław Rudnicki, Adam Majewski, bracia Niemirowscy, Bronisław Wołowski, Kaplińscy, Henryk Wohl, Artur Goldman i wielu innych.

W czasie gdy młodzież polska przelewała krew w beznadziejnej walce, przywódcy Czerwonych rozpoczęli walkę z Białymi. Skutkowało to tym, że każdy nowo powstający rząd był szybko obalany. W końcu za namową Czartoryskiego dyktatorem powstania został Romuald Traugutt. Na niewiele to się zdało. Jednym z najbliższych jego współpracowników był Epstein. Pomimo „czułej” opieki Traugutt był stanowczy i zdecydowany. Jednak przy końcu 1863 roku elementy skrajnie radykalne utworzyły tzw. Komitet Rewolucyjny, którego zadaniem było przeciwdziałanie zarządzeniom Traugutta. Jego przewodniczącym został Bronisław Brzeziński. Prawda, że ładne nazwisko? Od razu kojarzy się ze Zbigniewem Brzezińskim.

Każde z tych powstań było dla Polaków tragiczne, każde pociągało za sobą ofiary i konfiskatę majątków. Trzy powstania wywoływane co trzydzieści lat, a więc co jedno pokolenie. Co się tylko odrodziło, to szło w rozsypkę. Trudno licytować, które z nich było najtragiczniejsze, bo czyż można stopniować tragedie? Nie mniej jednak wydaje się, że te ostatnie było najbardziej brzemienne w skutkach. I tu znowu wypada mi odwołać się do Stanisława Didier:

»Utworzony na początku 1864 r. przez cara Aleksandra „Komitet dla spraw Królestwa Polskiego” rozpoczął „ściślejsze zespolenie kraju z cesarstwem rosyjskim” od masowego wysiedlania rdzennie polskiego żywiołu na Sybir i konfiskaty dóbr ziemskich. Jak podają „Les deportations en Siberie, le nombre des deportés et leur sort dans l’exil” (Rkp. Czartoryskich nr 5577) urzędnicy rosyjscy pod koniec 1866 r. określali liczbę zesłanych w głąb Rosji i na Syberię Polaków na 250 tysięcy osób. Był to kwiat narodu polskiego. Studenci, ziemianie, oficerowie, księża stanowili poważną część tych najofiarniejszych synów Polski. Przystąpili też Moskale do dalszego wywłaszczania szlachty. Na Ukrainie, Podolu i Wołyniu skonfiskowano Polakom w roku 1863/64 – 383.761 morgów ziemi, której wartość wynosiła setki milionów rubli. Postarano się poza tym o przeprowadzenie uwłaszczenia włościan w sposób, który miał zapewnić wieczną wdzięczność carskim urzędnikom ze strony ciemnego i biednego ludu, a dziedziców doprowadzić do ruiny finansowej.

(…) Zrujnowane ziemiaństwo musiało kołatać do Żydów o pożyczkę lub o posadę. Powstająca plutokracja, przeważnie pochodzenia żydowskiego, nie mogła być w niezgodzie z synami Izraela. Młodzież żydowska wstępowała gremialnie po 1863 roku do średnich i wyższych szkół. Zaroiło się w Królestwie od chrzczonych i niechrzczonych żydowskich lekarzy, adwokatów, techników, dziennikarzy i literatów. Zajmowali oni w szybkim tempie miejsca inteligencji polskiej, wyniszczonej podczas powstania, gnijącej w kopalniach Syberii lub pędzącej tułaczy żywot na obczyźnie.

Pomógł Żydom panujący wówczas nastrój – zespolenie eksperymentów asymilacyjnych i doktryny pozytywistycznej. Nie darmo Kornenberg i jego satelici potrafili natchnąć zmęczone społeczeństwo polskie myślą, że krajowi bardzo zależy na zyskaniu sympatii mas żydowskich, liczących w samej Warszawie około stu tysięcy osób.

Panujący wszechwładnie po powstaniu styczniowym pozytywizm włączył do swego programu doktrynę asymilacji. Prawie wszyscy pozytywiści owego czasu byli filosemitami, bratali się z Żydami, uważając za wzór cnót obywatelskich bankiera Kronenberga, nagrodzonego przez rząd moskiewski za usługi orderem św. Włodzimierza III klasy ( z czym było połączone nadanie dziedzicznego szlachectwa rosyjskiego) i bankiera Jana Blocha, którego testament zaczyna się od słów: „Byłem całe życie Żydem i umieram jako Żyd” (I was my whole life a Jew and I die as a Jew… – „The Jewish Encyclopedia”. Funk and Wagnalls Company, New York and London, t. III, str. 252).

Pozytywiści wyhodowali grupę literatów i dziennikarzy pochodzenia żydowskiego, która obsadziła tłumnie prasę warszawską. Wśród księgarzy i wydawców najpoważniejszych pism stolicy widzimy: Gluecksberga, Lewentala, Stan. Kronenberga, braci Orgelbrandów, E. Leo, M. Wołowskiego, Krzywickiego, R. Okręta i innych. Otaczają się ci chrzczeni i niechrzczeni dyktatorzy ówczesnej opinii polskiej współpracownikami przeważnie żydowskiego pochodzenia, jak to St. Kramsztyk, B. Rajchman, H. Elzenberg, D. Zgliński, Niedzielski, Niemirowski, Chęciński i inni. Pełno ich było zarówno w pismach zachowawczych („Gazeta Polska”, „Słowo”), jak i postępowych („Przegląd Tygodniowy”, „Niwa”, „Nowiny”).

(…) Zainteresowano się znowu Frankistami. Stwierdzono, że ci najgorętsi rzecznicy asymilacji Żydów, chociaż przyjęli chrześcijaństwo przeszło sto lat temu, pozostają jednak w ścisłej łączności pomiędzy sobą i z synami Izraela. Słusznie obawiali się patrioci polscy wznowionego po powstaniu styczniowym – masowego porzucania wiary ojców przez inteligencję żydowską. Na przykładzie Kronenberga widzieli, jak neofici polscy umieli przystosować się do każdej okoliczności. Pobłażliwość rządu rosyjskiego dla tego, który finansował 1863 r., nasuwała już niejednemu ciekawe przypuszczenia co do możliwości istnienia poza sutymi łapówkami innych, ukrytych dla społeczeństwa polskiego nici, łączących satrapów moskiewskich (często pochodzenia niemieckiego) z czołowymi przedstawicielami żydostwa polskiego. A że cele przywódców Izraela nie były przyjazne dla narodu polskiego, to łatwo się można przekonać, przeczytawszy okólnik kierowników politycznych kół żydowskich, wydany w listopadzie 1898 r. do Żydów polskich. Odezwa ta brzmi: „Bracia i współwyznawcy! Trzeba, ażeby kraj (tj. Galicja – przypisek) został naszym królestwem (…). Starajcie się po trochu usunąć Polaków ze wszystkich ważniejszych stanowisk i skupić w waszych rękach wszystkie nici władzy społecznej. Wszystko, co do chrześcijan należy, powinno stać się waszą własnością, związek izraelski dostarczy wam potrzebnych do tego środków. Już zaczęto na ten cel zbierać potrzebne fundusze, a udaje się lepiej niż przypuścić było można. Dla doprowadzenia do skutku planu wyrwania stanowczo Galicji chrześcijanom, wszyscy nasi wielcy i bogatsi zapisali się na znaczne sumy. Da baron Hirsz (wkrótce potem umarł – przypisek), dadzą Rotszyldzi, Bleichröderowie i Mendelsohnowie i inni dadzą (…). Bracia i współwyznawcy! Dołóżcie wszelkich usiłowań, ażeby doprowadzić do skutku to, co zamierzamy (…) (L. Viel, „Le Juif sectaire” str. 173).

Jak w świetle tej odezwy, a była zapewne jedną z wielu, wygląda finansowy udział w powstaniu styczniowym Kronenberga, który przez poszczególnych badaczy historycznych jest wychwalany za to, że bez jego pomocy finansowej nie mogłyby organizacje powstańcze rozwinąć skutecznej agitacji? Jemu zawdzięcza więc w lwiej części Polska, że setki tysięcy najwierniejszych Jej synów marniało w tajgach syberyjskich lub gniło w ziemi. W kraju zaś pozostały masy biernych, wśród których żerowali synowie „narodu wybranego”.

Przywódcy żydostwa polskiego nie zniechęcili się wstrętami czynionymi wychrztom przez światlejszą część naszego społeczeństwa. Rzucono hasło małżeństw mieszanych. Wynaleziono wielu zubożałych arystokratów pragnących pozłocić swe herby. W krótkim czasie przedstawiciele najstarszej arystokracji polskiej weszli w związki rodzinne z potomkami frankistów, a także z neofitami. Wołowscy, Lascy, Epsteinowie, Kronenbergowie, Blochowie, Rotwandowie, Reichmanowie, Halpertowie, Goldfederowie koligacą się z Woronieckimi, Rzyszczewskimi, Potulickimi, Lasockimi, Ilińskimi, Skarbkami, Morsztynami, Wielopolskimi, Kościelskimi, Jundziłłami, Wodzyńskimi, Hołyńskimi, Poklewskimi i in. Klasycznym przykładem wychrzty, który, zdawałoby się, że wrósł nieodwołalnie w społeczność polską, był Jan Bloch, herbu Ogończyk. Wpływowy bankier, podkreślający swój patriotyzm na każdym kroku, czego dowodem miało być skoligacenie z pięcioma wybitnymi rodami kraju, inaczej przedstawił się potomności w testamencie swoim. Mógł się on śmiało zaliczyć do grona tych Żydów, na których cześć wygłoszone zostało w 1875 r. w kahale lwowskim odpowiednie przemówienie. Mędrzec Syjonu oświadczył m.in., iż „(…) prawdą jest, że niektórzy Żydzi dają się chrzcić, ale fakt ten tylko przyczynia się do wzmocnienia naszej potęgi, gdyż chrzczeni Żydzi zawsze Żydami zostają (…)” (Rudolf Vrba, „Die Revolution in Russland, statistische und sozialpolitische Studien”).

Służyli też często zrujnowani karmazyni (w dawnej Polsce szlachcic ze starożytnego rodu, któremu przysługiwało noszenie karmazynowego żupana – przyp. mój) polscy za parawan dla nieczystych, podejrzanych spekulacji. Wynajmowali ich żydowscy plutokraci do zarządów swoich przedsiębiorstw, do komitetów, mianując ich członkami rad nadzorczych. Ponieważ utytułowani radcowie mieli takie samo pojęcie o handlu, o metodach „czystego kapitalizmu”, jak chłop o astronomii, przeto rządzili się Żydzi sami bez żadnej kontroli.«

W trakcie pisania tego artykułu snuło się nade mną widmo – nie! nie widmo komunizmu, snuło się nade mną widmo powstania warszawskiego, czyli tego nieobecnego w tym miejscu. Ciągle miałem wrażenie, że one wszystkie mają wspólny mianownik. W każdym z nich była siła, która, wbrew zdrowemu rozsądkowi, parła do walki. W 1794 roku Jan Dembowski jedzie do Drezna i oświadcza, że wojsko dłużej czekać nie będzie i samo rozpocznie powstanie. Pozostaje tylko pytanie: czy to samowolka, czy może jednak stała za nim jakaś siła?

W powstaniu listopadowym przedstawiciele Klubu Patriotycznego, chciałoby się napisać – „Klubu Patriotycznego”, wysyłają delegację do Rady Administracyjnej (rządu) z żądaniem natychmiastowego rozpoczęcia walki z wrogiem. W powstaniu warszawskim też tak się palono do walki z Niemcami. Chłopicki był przeciw powstaniu, zupełnie tak samo jak w 1944 wielu wojskowych, i nie tylko, było przeciw niemu.

W powstaniu styczniowym Czerwoni prą do walki z Rosją. Po przeciwnej stronie jest Andrzej Zamoyski i jego „Towarzystwo Rolnicze” (praca u podstaw). Czerwoni tworzą Komitet Centralny. Na początku stycznia 1863 roku komisarze (tak jak w unii europejskiej – przyp. mój) Komitetu zbierają się w Skierniewicach i przesyłają Komitetowi Centralnemu ultimatum, w którym żądają od niego ogłoszenia powstania, oświadczając, że w razie sprzeciwu naczelnej władzy sami rozpoczną ruch zbrojny. I tu pojawia się pytanie: to kto tu rządzi? Skoro poszczególni komisarze mają odwagę, by przeciwstawić się oficjalnej władzy tj. Komitetowi Centralnemu, to znaczy, że jest jeszcze jakaś inna, ponad nim, władza. Niektórzy członkowie tego Komitetu protestowali przeciwko rozpoczęciu powstania, argumentując, że nie postarał się on nawet przygotować zawczasu w dostatecznej ilości i jakości środków wojennych. W styczniu 1863 Komitet Centralny uznał się za Tymczasowy Rząd Narodowy i wezwał młodzież polską do broni. W 1944 roku, pomimo sprzeciwu wielu wojskowych i biernej postawie Wodza Naczelnego, powstanie wybuchło.

»W pamiętnikach abpa Felińskiego możemy przeczytać: „Jakoż z 22 na 23 styczna wybuchło ogólne powstanie w kraju; mówię ogólnie co do miejsca, nie zaś co do ludności, gdyż bardzo nieliczna gromadka spiskowych za broń pochwyciła”. Pierwsze walki powstańcy rozpoczęli właściwie bez broni, musieli ją zdobywać na żołnierzach rosyjskich. Zdaniem Felińskiego ta „garstka źle uzbrojonych i nie wprawionych do walki ochotników” nie miała ani szans ani nadziei na zwycięstwo.« – Marek Topczewski Wybuch powstania styczniowego.

W powstaniu warszawskim powstańcy też byli bez broni. Musieli zdobywać ją na żołnierzach niemieckich. No i jak tu nie zacytować cesarza Etiopii Hajle Syllasje, który w rozmowie z Orianą Fallaci w 1972 roku w Addis Abebie stwierdza, że „w świecie nigdy nie dzieje się nic nowego”. No i nie dzieje się nic nowego. Żydzi w obecnej Polsce stroją się w piórka patriotów i uderzają w religijność, czuły punkt, Polaków. Mamy w internecie Media Narodowe, mamy „jedyne takie propolskie media”, mamy Radio Maryja, mamy marsze, które do złudzenia przypominają te z czasów powstania styczniowego. Jedni Żydzi – krajowi – organizują nam te marsze, a drudzy – zagraniczni – opisują je jako marsze polskich nacjonalistów, czy nawet – nazistów. W trakcie tych pochodów bardzo łatwo o prowokację i wywołanie zamieszek. I może właśnie o to chodzi, i może ktoś sięgnie po ten środek, gdy nadejdzie stosowna chwila. Wcale nie musi się to stać podczas tego najbliższego “marszu niepodległości”. Oni są cierpliwi, konsekwentni i potrafią czekać.

Mogłoby się wydawać, że to zgrana karta, ale – nie! To jest zgrana karta, ale dla tych, którzy wiedzą, a dla tych, którzy nie wiedzą, to nie jest zgrana karta. Dlatego, chcąc poznać teraźniejszość, należy uczyć się historii, ale tej prawdziwej, bo jedynie prawda jest ciekawa. Ciekawa, ale, dla większości, niewygodna. Takie życie! Skoro te wszystkie powstania, łącznie z warszawskim, mają jeden wspólny mianownik, to znaczy, że jeden i ten sam ośrodek je wywoływał.