Nowy ruch

A więc mamy nowy ruch – Polski Ruch Antywojenny (PRA). Jego inauguracja miała miejsce 3 lutego 2023 roku o godzinie 18:00 w Częstochowie przy ulicy Królewskiej 30a, w siedzibie wydawnictwa 3DOM. Jego inicjatorami są Leszek Sykulski i Sebastian Pitoń. To drugi ruch, obok Ruchu Dobrobytu i Pokoju (RDiP) Macieja Maciaka, którego naczelnym hasłem jest sprzeciw wobec wojny. Oba więc ruchy mają podobny program. W przypadku PRA jest tylko jeden postulat, w przypadku RDiP – dwa. Będą więc walczyć o tego samego wyborcę. PRA ma już swoją stronę internetową (https://www.polskiruchantywojenny.pl).W krótkim nagraniu Leszek Sykulski informuje o powstaniu Ruchu, jego celach i metodach działania. Poniżej fragment jego wypowiedzi:

Celem Ruchu jest pokazanie, że w Polsce nie ma przyzwolenia sporej części społeczeństwa na angażowanie nas w wojnę na Ukrainie. Jesteśmy przeciwni bezwarunkowemu militarnemu wspieraniu Ukrainy. Jesteśmy przeciwni jakimkolwiek zakusom na to, aby wojsko polskie miało wziąć udział w tej wojnie. Jesteśmy przeciwni zaostrzaniu, antagonizowaniu, wzrastaniu napięcia w relacjach z Rosją i Białorusią. Uważamy, że Polska nie jest przygotowana do żadnej wojny, do udziału w żadnym konflikcie zbrojnym, a dalsze, bezwarunkowe wspieranie Ukrainy przybliża nas do ewentualnego odwetu ze strony Rosji i Białorusi.

Szanowni Państwo! Chcemy podjąć działalność informacyjną, edukacyjną na rzecz pokazania społeczeństwu polskiemu, narodowi polskiemu, ze ta wojna, z całą swoją genezą, tak naprawdę nie wygląda tak, jak przedstawia to oficjalna narracja, oficjalna propaganda. Sprzeciwiamy się próbie cenzurowania mediów, cenzurowania intelektualistów, sprzeciwiamy się ograniczaniu wolności słowa, sprzeciwiamy się próbie dyskredytowania wszystkich tych osób, które nie podzielają wizji obecnej władzy. Uważamy, że jest to nie tylko łamanie Konstytucji, ale jest to działalność głęboko szkodliwa dla polskiej racji stanu i dla polskiego interesu narodowego. Mówimy jasno: to nie nasza wojna, to nie jest nasza wojna, nie idźmy na tę wojnę.

Chcemy, Szanowni Państwo, podjąć także działania edukacyjne w zakresie zarówno publikacji książkowych, e-booków, kampanii w mediach społecznościowych, różnego rodzaju raportach, analizach. Stąd też właśnie spotykamy się w siedzibie wydawnictwa, ale także chcemy podjąć działalność wychodząc na zewnątrz. Chcemy podjąć taką kampanię informacyjną, billboardową, kampanię plakatową, wklejkową, bannerową – generalnie obliczoną właśnie na szeroką kampanię informacyjną. Uważamy, że mamy do tego nie tylko prawo, ale nawet obowiązek, aby zaprezentować inny sposób spojrzenia na ten konflikt, na role Polski właśnie w całej tej geopolitycznej układance. Uważamy, że artykuł 54 Konstytucji mówiący o wolności słowa, jest nie tylko przywilejem, jest nie tylko prawem, ale jest także obowiązkiem, aby stosować pluralizm poglądów w życiu publicznym. Mamy szereg planów związanych z rozwojem Ruchu Antywojennego, Polskiego Ruchu Antywojennego w Polsce, od działalności edukacyjnej, informacyjnej, na działaniach związanych chociażby z organizacją – wynikających z Konstytucji, do której Konstytucja daje nam prawo – legalnych marszów antywojennych, marszów propokojowych, różnego rodzaju tego typu inicjatyw.

xxxxxxxx

Z wypowiedzi Leszka Sykulskiego wynika, że pod względem organizacyjnym i logistycznym, będzie to bardzo trudne i wymagające zaangażowania wielu ludzi przedsięwzięcie. A skoro tak, to i wymagające dużych pieniędzy, bo przecież nikt nie będzie pracował za darmo. Chyba nikt rozsądny nie uwierzy w to, że wsparcie finansowe, o które już proszą, wystarczy. Od kogo dostaną te pieniądze?

Jedni są przeciwko wojnie i zaangażowaniu Polski na Ukrainie, inni domagają się od Ukraińców przeprosin za Wołyń. I to wszystko ma być w państwie, w którym mieszka koło 10 mln Ukraińców, którzy od 2014 roku napływają do Polski, a po 24 lutego 2022 roku to już można mówić o potopie ukraińskim. Jeśli doda się do tego tych Ukraińców, którzy są potomkami przesiedlonych po II wojnie światowej, a którzy nie zasymilowali się, to tzw. mniejszość ukraińska w Polsce może już nie jest mniejszością. W takiej sytuacji tego typu inicjatywy i żądania mogą prowadzić do poważnych niepokojów społecznych, zwłaszcza, że Sykulski chce organizować marsze, czyli wyprowadzać ludzi na ulice.

Czy taki scenariusz wypichcili nam najlepsi scenarzyści, a najlepsi reżyserzy zrealizują go w praktyce? Czas pokaże. W każdym razie wygląda to bardzo źle, bo nic nierobienie nie poprawi tej niewygodnej sytuacji, ale tego typu propozycje, jak Sykulskiego, niosą ryzyko niepokojów społecznych, a rząd i tak będzie robił swoje.

Problem polega na tym, o czym już wcześniej wspominałem, że Polska jako państwo, w którym realizowano interesy tego państwa, skończyło się wraz z objęciem tronu polskiego przez Litwina, a już szczególnie – od unii lubelskiej. Od tego momentu Rzeczpospolita Obojga Narodów realizowała interesy obu tych narodów, czyli Litwinów i Rusinów, czyli wojny z Moskwą, a nie – Polaków, czyli dążenie do odzyskania Śląska, na którym ludność polska stanowiła większość. Po odzyskaniu niepodległości w 1918 roku sytuacja powtórzyła się. Bolszewicy, którzy nie mieli szans, by opanować Europę, bo jeszcze nie pokonali białych, podeszli pod Warszawę po to tylko, by wojska polskie miały pretekst do zajęcia Kresów – bo dalej nie posunęły się, chociaż droga na Moskwę była wolna a bolszewicy rozbici – i przyłączenia ich do ziem polskich. To nie było w interesie Polski. Ktoś jednak tak zadecydował, że Polacy mają mieszkać w jednym kraju z Ukraińcami, Białorusinami, Litwinami itp. Musiał to być ktoś bardzo potężny. I teraz ten ktoś też zadecydował, że Polacy mają mieszkać wspólnie z Ukraińcami, Białorusinami i pomagać Ukrainie w wojnie z Moskwą. To jest „never ending story”. I o tym ktoś, kto chce podjąć jakąkolwiek akcję powinien wiedzieć. Powinien wiedzieć, że zderzy się z jakąś potężną, niewidzialną siłą.

Liberyjski przekręt

Liberia to mało znany kraj. Nawet jeśli ktoś wie, że jest taki kraj, to pewnie nic o nim nie wie, może tylko niektórzy wiedzą, że wiele statków pływało pod liberyjską banderą, może też jeszcze pamiętają przebój Michaela Jacksona Liberian Girl z 1987 roku. Państwo to ma ciekawą historię, w której w pewnym momencie pojawia się wątek polski. Ale o tym, to może w następnym blogu. I taka ciekawostka o religii w Liberii: protestantyzm – 76%, islam – 12%, katolicyzm – 7%, reszta – inne. Można więc powiedzieć, że jest to kraj protestancki. Dlaczego więc nie należy do najbogatszych krajów na świecie, jak pozostałe kraje protestanckie? Przykład Liberii przeczy twierdzeniom tych, którzy uważają, że kraje protestancie są bogatsze od katolickich dlatego, że są protestanckie. Ja natomiast twierdzę, że kraje protestanckie są bogatsze od pozostałych dlatego, że Żydzi traktują je przychylniej ze względu na duże podobieństwo protestantyzmu i kalwinizmu do judaizmu. Wikipedia o Liberii pisze m.in. tak:

Liberia (Republika Liberii – Republic of Liberia) – państwo położone w Afryce Zachodniej. Sąsiaduje z Gwineą, Wybrzeżem Kości Słoniowej oraz Sierra Leone. Pod koniec lat 80. XX wieku sytuacja gospodarcza i polityczna tego kraju stała się niestabilna, co było skutkiem przewrotów wojskowych i dwóch wojen domowych (1989–1996 i 1999–2003). Członek Unii Afrykańskiej i ECOWAS.

Mapa Liberii; źródło: Wikipedia.

Jest to najstarsza republika w Afryce. Powstała w wyniku umowy między Amerykańskim Towarzystwem Kolonizacyjnym a autochtonami, podpisanej w 1821 roku. Dzięki niej wyzwoleni niewolnicy ze Stanów Zjednoczonych mieli osiedlić się w tej części kontynentu, na wykupionych przez Towarzystwo terenach, i żyć w zgodzie z 18 plemionami tubylczymi. Początkowo Liberia była zależna od Stanów Zjednoczonych. 26 lipca 1847 roku Amerykano-Liberyjczycy uchwalili konstytucję, jednocześnie deklarując własną niepodległość. Nazwa kraju pochodzi od łacińskiego słowa liber – „wolny”.

Historia Liberii zdominowana była przez konflikty pomiędzy kolonią wyzwolonych niewolników, a rdzenną ludnością (zapoczątkowane rozszerzaniem terytorium kolonii poza wykupione wcześniej ziemie) oraz przez spory terytorialne z sąsiadującymi koloniami europejskimi. Do 1945 rdzenna ludność nie posiadała reprezentacji w parlamencie. Prawo do głosowania – ograniczone cenzusem majątkowym – uzyskała w 1947 roku, za rządów prezydenta Williama Tubmana, który dążył do zmniejszenia nierówności społecznej między potomkami wyzwoleńców, a rdzenną ludnością. Dominacja Amerykano-Liberyjczyków zakończyła się w 1980 roku.

W 1980 Samuel K. Doe przeprowadził przewrót wojskowy, w którym zabito urzędującego prezydenta Williama Tolberta, a władzę przejęła Ludowa Rada Ocalenia (pod przywództwem S.K. Doe). Pogłębiający się kryzys gospodarczy doprowadził do wybuchu wojny domowej w 1989, podczas której S.K. Doe poniósł śmierć. W 1997 Charles Taylor, jeden z przeciwników Doe’a, został wybrany na prezydenta Liberii. W czasie jego rządów Liberia z jednego z najzamożniejszych krajów afrykańskich stała się krajem biednym. W 1999 roku wybuchła druga wojna domowa. Na Liberię pod rządami Taylora zostały nałożone międzynarodowe sankcje, a sam dyktator został oskarżony przez Sąd Specjalny dla Sierra Leone o handel bronią i podsycanie wojny domowej w sąsiednich krajach. W 2003 roku pod naciskiem społeczności międzynarodowej i pokojowego ruchu kobiet (Masowa Akcja Kobiet Liberii na rzecz Pokoju wspierana przez organizację Women in Peacebuilding Network Africa) Taylor zdecydował się na rozmowy pokojowe z pozostałymi stronami konfliktu i jeszcze przed ich zakończeniem zrzekł się władzy. Udał się do Nigerii, gdzie otrzymał azyl polityczny (cofnięty w 2006 roku). Pokój kończący krwawą wojnę domową w Liberii został zawarty 18 sierpnia 2003 roku w stolicy Ghany Akrze.

Między sierpniem a październikiem 2003 prezydentem był Moses Blah. 14 października 2003 sformowano rząd przejściowy pod przewodnictwem Gyude Bryanta. W wyborach prezydenckich na jesieni 2005 zwyciężyła Ellen Johnson-Sirleaf, pokonując w drugiej turze znanego piłkarza George’a Weah. W 2011 Johnson-Sirleaf została wybrana na kolejną, 6-letnią kadencję. 22 stycznia 2018 prezydentem został George Weah – liberyjski piłkarz, działacz humanitarny i polityk.

xxxxxxxx

Ryszard Kapuściński w swoim zbiorze reportaży o Afryce Heban (1998) pisze m.in.:

W 1821 roku do miejsca, które znajduje się niedaleko mojego hotelu (Monrowia leży nad Atlantykiem, na półwyspie o kształcie podobnym do Helu), dopłynął statek, którym przybył z Ameryki agent American Colonisation Society, Robert Stockton. Stockton, przykładając miejscowe wodzowi plemiennemu, królowi Peterowi, pistolet do skroni, wymusił na nim sprzedaż – za sześć muszkietów i skrzynkę paciorków – ziemi, na której owo towarzystwo amerykańskie zamierzało osiedlić tych niewolników z plantacji bawełny (głównie ze stanów Wirginia, Georgia, Maryland), którzy uzyskali status wolnych ludzi. Towarzystwo Stocktona miało charakter liberalny i charytatywny. Jego działacze sądzili, że najlepszym zadośćuczynieniem, za krzywdy niewolnictwa będzie odesłanie byłych niewolników do ziemi, skąd pochodzili ich przodkowie – do Afryki.

Od tego czasu, co roku, statki przywoziły z USA grupy kolejnych wyzwolonych niewolników, którzy zaczęli osiedlać się w rejonie dzisiejszej Monrowii. Nie stanowili dużej społeczności. Kiedy w 1847 roku ogłosili utworzenie Republiki Liberii, było ich sześć tysięcy. Możliwe, że liczba ich nigdy nie przekroczyła kilkunastu tysięcy: mniej niż jeden procent ludności kraju.

Pasjonujące są losy i zachowanie tych osadników (nazywali oni siebie Americo-Liberians, Amerykano-Liberyjczykami). Jeszcze wczoraj byli czarnymi pariasami, wyzutymi z prawa niewolnikami z plantacji w południowych stanach Ameryki. W większości nie umieli czytać ni pisać, nie mieli też żadnego zawodu. Ich ojcowie zostali przed laty porwani w Afryce, przewiezieni w kajdanach do Ameryki i sprzedani na targach niewolniczych. A teraz oni, potomkowie tamtych nieszczęśników, sami do niedawna czarni niewolnicy, znaleźli się znowu w Afryce, na ziemi przodków, w ich świecie, wśród pobratymców o wspólnych korzeniach i tym samym kolorze skóry. Z woli liberalnych białych Amerykanów zostali tu teraz przywiezieni i zdani na siebie, pozostawieni własnemu losowi. Jak się teraz zachowają? Co zrobią? Otóż wbrew oczekiwaniu swoich dobroczyńców przybysze nie całują odzyskanej ziemi i nie rzucają się w ramiona mieszających tu Afrykańczyków.

Ci Amerykano-Liberyjczycy znają z własnego doświadczenia tylko jeden typ społeczeństwa – niewolniczy, bo takie istniało wówczas w południowych stanach Ameryki. Toteż po przybyciu ich pierwszym posunięciem na nowej ziemi stanie się odtworzenie podobnego społeczeństwa, z tym, że panami będą teraz oni – wczorajsi niewolnicy, a niewolnikami miejscowe, zastane tu społeczności, które oni podbiją i będą nad nimi panować.

Liberia – to przedłużenie porządku niewolniczego z woli samych niewolników, którzy nie chcą burzyć niesprawiedliwego systemu, lecz pragną go zachować, rozwinąć i wykorzystać we własnym interesie. Najwyraźniej umysł zniewolony, skażony doświadczeniem niewolnictwa, umysł „urodzony w niewoli, okuty w powiciu” nie umie pomyśleć, wyobrazić sobie wolnego świata, w którym wszyscy byliby wolni.

Znaczną część obszaru Liberii pokrywa dżungla. Gęsta, tropikalna, wilgotna, malaryczna. Mieszkają w niej niewielkie, biedne i słabo zorganizowane plemiona (ludy potężne, o silnych strukturach militarnych i państwowych, żyły najczęściej na szerokich, otwartych przestrzeniach sawanny. Ciężkie warunki zdrowotne i komunikacyjne dżungli afrykańskiej sprawiały, że takie organizmy nie mogły tam powstać). Teraz na te tereny, zajmowane tradycyjnie przez miejscową, rodzimą ludność, zaczynają się wprowadzać przybysze zza oceanu. Stosunki od początku układają się fatalnie, wrogo. Przede wszystkim Amerykano-Liberyjczycy ogłaszają, że tylko oni są obywatelami kraju. Reszcie – to jest dziewięćdziesięciu dziewięciu procentom ludności – odmawiają tego statutu, tego prawa. Według przyjętych ustaw ta reszta to tylko tribesmen (członkowie plemion), ludzie bez kultury, dzikusi i poganie.

Najczęściej zresztą dwie społeczności żyją z dala od siebie, mając rzadki, sporadyczny kontakt. Nowi panowie trzymają się brzegu morskiego i osad, które tam zbudowali (największą jest Monrowia)). Dopiero w sto lat od powstania Liberii jej prezydent (był nim wówczas William Tubman) wyjechał po raz pierwszy w głąb kraju. Przybysze z Ameryki, nie mogąc odróżnić się od miejscowych kolorem skóry i typem fizycznym, starają się w jakiś inny sposób podkreślić swoją inność i wyższość. W straszliwie upalnym i parnym klimacie, jaki panuje w Liberii, mężczyźni, nawet w zwykły dzień, chodzą we frakach i spencerach, noszą meloniki i zakładają białe rękawiczki. Panie na ogół przebywają w domach, ale jeżeli wychodzą na ulicę (do polowy XX wieku w Monrowii nie ma asfaltu ani chodników), to w sztywnych krynolinach, gęstych perukach i zdobnych sztucznymi kwiatami kapeluszach. Całe to wyższe, ekskluzywne towarzystwo mieszka w domach, które są wierną kopia dworków i pałacyków, jakie budowali sobie biali właściciele plantacji na południu Ameryki. Amerykano-Liberyjczycy zamykają się również we własnym świecie religijnym niedostępnym dla dla miejscowych Afrykańczyków. Ci przybysze to gorliwi baptyści i metodyści. Na nowej ziemi budują swoje proste kościoły. Spędzają w nich cały wolny czas na śpiewaniu nabożnych hymnów i słuchaniu okolicznościowych kazań. Z czasem świątynie te staną się także miejscem spotkań towarzyskich, rodzajem zamkniętych klubów.

Na długo przed tym, nim biali Afrykanerzy wprowadzili apartheid (tj. system segregacji w imię dominacji) w południowej Afryce, system ten już w połowie XIX wieku wymyślili i wcielili w życie potomkowie czarnych niewolników – władcy Liberii. Już sama przyroda i gęstwina dżungli sprawiały, że między tubylcami a przybyszami istniała naturalna, oddzielająca ich, sprzyjająca segregacji granica, nie zamieszkana, niczyja przestrzeń. Ale to nie wystarczy. W małym, bigoteryjnym światku Monrowii rządzi zakaz bliskich kontaktów z miejscową ludnością, przede wszystkim zakaz małżeństw. Robi się wszystko, aby „dzikusi znali swoje miejsce”. W tym celu rząd w Monrowii wyznacza każdemu z plemion (jest ich szesnaście) terytorium, na którym wolno mu przebywać – typowe homelands utworzone dla Afrykańczyków dopiero kilkadziesiąt lat później przez białych rasistów z Pretorii. Wszyscy, którzy przeciw temu występują, są surowo karani. Do miejsc rebelii i oporu Monrowia wysyła wojskowe i policyjne ekspedycje karne. Szefowie niepokornych ludów są ścinani na miejscu, zbuntowana ludność mordowana lub więziona, jej wioski niszczone, a zbiory puszczane z dymem. Starym światowym zwyczajem i tu te ekspedycje, wyprawy i wojny lokalne służą jednemu celowi: chwytaniu niewolników. Bo Amerykano-Liberyjczycy potrzebują rąk do pracy. I rzeczywiście, już w drugiej połowie XIX weku zaczną w swoich gospodarstwach i warsztatach zatrudniać własnych niewolników. A także sprzedawać ich do innych kolonii, przede wszystkim do Fernando Po i Gujany. W końcu lat dwudziestych XX wieku prasa światowa ujawnia ten proceder uprawiany oficjalnie przez rząd Liberii. Interweniuje Liga Narodów. Pod jej naciskiem ówczesny prezydent Charles King musi ustąpić. Ale praktyka, tyle że już po cichu, będzie trwać nadal.

Od pierwszych dni swojego osiedlenia w Liberii czarni przybysze z Ameryki myśleli, jak zachować i umocnić swoją dominującą pozycję w nowym kraju. Najpierw nie dopuścili jego rodowitych mieszkańców do udziału w rządach, odmawiając im praw obywatelskich. Pozwalali im żyć, ale tylko na wyznaczonych terenach plemiennych. Potem poszli dalej – wymyślili jednopartyjny system władzy. Na rok przed urodzeniem Lenina , a mianowicie w 1869 roku powstała w Monrowii True Whig Party, która będzie miała w Liberii monopol władzy przez sto jedenaście lat, to jest do 1980 roku. Kierownictwo tej partii, jej biuro polityczne – A National Executive – od początku decyduje o wszystkim: kto będzie prezydentem, kto zasiądzie w rządzie, jaką ten rząd będzie prowadzić politykę, jaka firma zagraniczna dostanie koncesję, kogo mianują szefem policji, kogo naczelnikiem poczty itd. – drobiazgowo, do najniższych szczebli. Szefowie tej partii byli prezydentami republiki albo odwrotnie – bo te stanowiska traktowano wymiennie. Tylko będąc w tej partii, można było coś osiągnąć. Jej przeciwnicy przebywali albo w więzieniu, albo na emigracji.

xxxxxxxx

O tym, jakie były początki tego państwa i dlaczego ono powstało, pisze też w swojej książce Kolonie Rzeczypospolitej (2005) Marek Arpad Kowalski:

Długo utrzymujący się proceder handlu niewolnikami zaczął być likwidowany od początku XIX wieku. Wielka Brytania w 1807 roku pierwsza ogłosiła oficjalnie zniesienie niewolnictwa i handlu niewolnikami (acz we własnych koloniach zlikwidowała niewolnictwo dopiero w 1833 roku). W Stanach Zjednoczonych w tym samym 1807 roku zakazano dowozu niewolników. Kongres wiedeński w 1815 roku potępił niewolnictwo (mimo że to potępienie miało deklaratywny charakter, ważne jednak, że nastąpiło). Ruch abolicjonistyczny z biegiem czasu obejmował inne państwa i do końca XIX wieku niewolnictwo i handel niewolnikami zostały zniesione, chociaż jeszcze 25 listopada 1926 roku trzeba było zawrzeć w tej sprawie konwencję z inicjatywy Ligi Narodów.

Na tej właśnie fali w 1816 roku w Stanach Zjednoczonych powstało w Amerykańskie Towarzystwo Kolonizacyjne, by oswobodzonych niewolników amerykańskich przewozić z powrotem do Afryki. Mieli się tam osiedlać i rozpoczynać nowe życie.

Po kilku latach starań Towarzystwo nabyło w końcu 1822 roku na Wybrzeżu Pieprzowym nieco ponad 400 kilometrów kwadratowych ziemi na przylądku Mesurado. Kraj ten nazwano Liberią, a wybudowana nad morzem osada (niebawem stolica kraju) zyskała nazwę Monrovia, na cześć ówczesnego prezydenta USA Jamesa Monroe, który swój urząd sprawował w latach 1817-1825. Ziemię tę od miejscowych plemion zakupiono – jak pisze John Gunther w książce Afryka od wewnątrz (Książka i Wiedza, Warszawa 1958) – za sześć strzelb, jedną skrzynkę paciorków, dwie beczki tytoniu, jedną baryłkę prochu, sześć sztab żelaza, sześć sztuk niebieskiej tkaniny bawełnianej, trzy pary butów, jedną skrzynkę mydła, tuzin noży, widelców i łyżek, dziesięć żelaznych garnków.

Nie bardzo wiadomo, ile w tym prawdy. Pisał to przecież reporter. Reporterzy, jak i pisarze, miewają tendencje do usensacyjniania i udziwniania spraw („dziennikarz, to i musi naplątać”). Dosyć, że powstało państwo o nazwie Liberia. Początkowo jako protektorat Stanów Zjednoczonych. Ale w 1847 roku USA zniosły protektorat i Liberia ogłosiła się niepodległą republiką. Przez wiele lat było to jedyne, obok Etiopii zwanej wtedy Abisynią, niepodległe państwo afrykańskie, a na pewno jedyne „czarne” państwo Afryki. Paradoksem jest to, że Liberia była „wewnętrzną kolonią”. Władze w niej sprawowali osadzeni tam czarnoskórzy przybysze ze Stanów Zjednoczonych i ich potomkowie, traktujący rdzennych mieszkańców Liberii jako swoich poddanych nie posiadających praw politycznych. Tak, jakby byli mieszkańcami kolonii – kolonii osiadłych tu Murzynów amerykańskich.

xxxxxxxx

Wikipedia pisze, że początkowo Liberia była uzależniona od Stanów Zjednoczonych, a Kowalski, że była protektoratem tego kraju, co w sumie na jedno wychodzi. Natomiast nie wspomina o tym Kapuściński. Pisze on:

»Ci Amerykano-Liberyjczycy znają z własnego doświadczenia tylko jeden typ społeczeństwa – niewolniczy, bo takie istniało wówczas w południowych stanach Ameryki. Toteż po przybyciu ich pierwszym posunięciem na nowej ziemi stanie się odtworzenie podobnego społeczeństwa, z tym, że panami będą teraz oni – wczorajsi niewolnicy, a niewolnikami miejscowe, zastane tu społeczności, które oni podbiją i będą nad nimi panować.

Liberia – to przedłużenie porządku niewolniczego z woli samych niewolników, którzy nie chcą burzyć niesprawiedliwego systemu, lecz pragną go zachować, rozwinąć i wykorzystać we własnym interesie. Najwyraźniej umysł zniewolony, skażony doświadczeniem niewolnictwa, umysł „urodzony w niewoli, okuty w powiciu” nie umie pomyśleć, wyobrazić sobie wolnego świata, w którym wszyscy byliby wolni.«

A więc według niego to wszystko wina Murzynów i ich mentalności, bo tak być może kazali mu pisać jego nieznani przełożeni. On, podobnie jak Kowalski i Wikipedia, nie wspomina o pewnym fakcie, który całkowicie zburzyłby tę narrację, zapewne bardzo niewygodnym dla tych, którzy kreują obraz świata wedle własnego uznania. Chociaż trzeba oddać sprawiedliwość Kowalskiemu, że wspomniał o tym, że prezydentem Stanów Zjednoczonych był James Monroe i to na jego cześć stolicę Liberii nazwano Monrowią. A stąd już blisko do… doktryny Monroe, która głosiła, że kontynent amerykański nie może podlegać dalszej kolonizacji ani ekspansji politycznej ze strony Europy, w zamian zaś zapowiadała, że Stany Zjednoczone nie będą ingerowały w sprawy państw europejskich i ich kolonii. Doktryna ta stała się fundamentem amerykańskiej polityki izolacjonizmu (hasło „Ameryka dla Amerykanów”).

Można więc powiedzieć, że Stany Zjednoczone postąpiły zgodnie z wyartykułowaną wiele lat później zasadą pewnego polityka, który powiedział, że jest za, a nawet przeciw. Stany Zjednoczone odizolowały się od reszty świata, ale tak nie do końca, bo Liberia leży w Afryce, a nie w Ameryce Północnej czy Południowej. Nie mogli więc Amerykanie w sposób oficjalny wkroczyć do Afryki. Zrobili to drogą okrężną. Wymyślili sobie jakieś towarzystwo kolonizacyjne i dorobili do tego idiotyczną ideologię, że niby w ramach rekompensaty ci wolni, już byli niewolnicy, mogą wrócić do Afryki. Idiotyczne, bo doskonale wiedzieli, że nie da się przenieść wszystkich Murzynów, bo niby gdzie? A poza tym, dla tych, którzy żyli w Ameryce od pokoleń, Afryka była obcym kontynentem.

Cele tego zabiegu były dwa. Po pierwsze Liberia stała się ich bazą w Afryce, z której z bliska mogli przypatrywać się temu, co się działo w pozostałej części kontynentu. Ponadto dokonali pewnego eksperymentu socjotechnicznego, który polegał na uczynieniu niewielkiej grupy obcych warstwą uprzywilejowaną i dominującą nad tubylcami. Mogli w ten sposób obserwować zachowania obu grup i co z tego wyniknie. Przez pierwsze 20 lat robili to bezpośrednio, a kiedy już wychowali sobie następców, to usunęli się w cień, by dalej rządzić z tylnego siedzenia. Grupa, którą uprzywilejowali, wiernie im służyła, co jest chyba naturalne.

Liberię, jako państwo, stworzyli Amerykanie. Od podstaw je tworzyli. Trudno sobie wyobrazić, że mogli to zrobić, jak pisał Kapuściński, ludzie niepiśmienni i bez zawodu, ludzie, którzy dopiero co stali się wolnymi, a wcześniej byli niewolnikami. Tym, których wybrali do rządzenia dali wszystko: zorganizowali im państwo, system partyjny, stworzyli całą infrastrukturę i dali pieniądze. Trudno zatem się dziwić, że wywołało to niezadowolenie wśród tubylców i prowadziło często do gwałtownych starć, bo ci tubylcy nie mieli żadnych praw i stali się praktycznie niewolnikami tych, których ściągnęli Amerykanie. Ściągnęli ich, by zrekompensować im krzywdy doznane w Ameryce w czasach niewolnictwa. Tak im rekompensowali te krzywdy, że tubylców, którzy byli wolnymi, uczynili niewolnikami.. Ale w świat poszła informacja, że to Murzyni Murzynów niewolą.

Trudno zrozumieć, dlaczego w Afryce tak się działo i dzieje. Wydaje się, że odpowiedź na to daje angielski historyk, którego cytuje Kapuściński:

„W czasach przedkolonialnych – a więc nie tak dawno – w Afryce istniało ponad dziesięć tysięcy państewek, królestw, związków etnicznych, federacji. Historyk z Uniwersytetu Londyńskiego Ronald Oliver w swojej książce The African Experience (Nowy Jork 1991) zwraca uwagę na upowszechniony paradoks: przyjęło się bowiem mówić, że koloniści europejscy dokonali podziału Afryki. – Podziału? – zdumiewa się Oliver. – To było brutalne, ogniem i mieczem przeprowadzone zjednoczenie! Liczba dziesięciu tysięcy została zredukowana do pięćdziesięciu.”

Czy była zatem Afryka wielkim masońskim eksperymentem? Wszak to na masońskiej konferencji w Berlinie (1884-85) dokonano podziałów terytorialnych przyszłych aneksji terytorialnych w Afryce. Państwa europejskie podzieliły pomiędzy siebie Afrykę, ale w obrębie własnych terytoriów dokonywały zjednoczenia. I to zapewne miał na myśli angielski historyk. Jaki jest skutek tego jednoczenia w Afryce, to widzimy. Czy o to samo chodzi w jednoczeniu Europy?

Republika Nowogrodzka

W średniowieczu istniała w Republice Nowogrodzkiej forma demokracji zwana demokracją feudalną lub bojarską, jak to określają Rosjanie. Istniała przez ponad 300 lat, a więc dłużej niż Rzeczpospolita Obojga Narodów. Obojga, czyli Rusinów i Litwinów, bo to ich interesy próbowała realizować. Trwała ona od 1569 do 1795 roku, czyli 226 lat. Republika Nowogrodzka trwała 342 lata, a więc o 116 lat dłużej. Można powiedzieć, że ustroje obu tworów miały ze sobą coś wspólnego, bo RON też była demokracją feudalną, ale zwano ją dla niepoznaki demokracją szlachecką. To ma bardziej pozytywny wydźwięk. Może więc warto bliżej przyjrzeć się Republice Nowogrodzkiej Może więc warto bliżej przyjrzeć się Republice Nowogrodzkiej – państwu, które trwało dłużej niż RON i było od niej większe pod względem obszaru. Wikipedia pisze:

Republika Nowogrodzka, Rzeczpospolita Nowogrodzka – średniowieczne państwo ruskie istniejące w latach 1136–1478, położone pomiędzy Morzem Bałtyckim a Syberią. Powstało na skutek usamodzielnienia się Księstwa Nowogrodzkiego w czasie rozbicia dzielnicowego Rusi. W państwie o ustroju feudalnym rozwinęła się z czasem specyficzna forma demokracji.

Położenie Republiki Nowogrodzkiej; źródło: Wikipedia.

W wyniku rozdrobnienia Rusi Kijowskiej zapoczątkowanego śmiercią Jarosława Mądrego (1054), północna jej część – Księstwo Nowogrodzkie, uzyskało niezawisłość. Stolicą księstwa był największy ruski gród – Nowogród Wielki, z którym powiązane są początki państwowości ruskiej. W państwie tym szybko rozwinęła się specyficzna demokracja: zgromadzenie obywateli miasta (wiec), kupców i bojarów, wybierało najemnego władcę – księcia (mogło go też usunąć). Stąd też państwo to jest nazywane potocznie przez Rosjan Republiką Bojarską. Bojarzy i kupcy mieli znaczący wpływ na decyzje wiecu. Wybuchały też okresowo bunty spowodowane konfliktami społecznymi (1136, 1207, 1215, 1228).

Rządy Aleksandra Newskiego

Po klęsce sił rusko-połowieckich w bitwie nad Kałką (1223) Batu-chan podbił wszystkie państwa ruskie z wyjątkiem księstw połockiego, pińskiego oraz Republiki Nowogrodzkiej, która jednak zmuszona była uznać zwierzchność Mongołów i opłacać aż do końca swego istnienia trybut. Tatarzy nie przejęli bezpośrednich rządów w podbitych księstwach, zadowolili się każdorazowym zatwierdzaniem kandydata do tronu w każdym z nich.

W okresie panowania mongolskiego wodzem dużej rangi i zręcznym politykiem okazał się książę nowogrodzki Aleksander Newski z rodu Rurykowiczów. W 1236 został wybrany na księcia Nowogrodu. W tym czasie na zachodzie coraz większe zagrożenie stwarzał Zakon kawalerów mieczowych, a z północy zaczęli zagrażać Szwedzi. Aleksander Newski pokonał Szwedów w bitwie nad Newą (1240), stąd wziął się jego przydomek. W 1242 r. na zamarzniętym jeziorze Pejpus zwyciężył wojska Zakonu kawalerów mieczowych i zdobył Psków, co zapobiegło ekspansji Zakonu na ziemie ruskie. Następnie pokonał najeżdżające Nowogród wojska litewskie.

Będąc doskonałym dyplomatą, jednocześnie zawierał z Tatarami okresowe porozumienia. W 1249 r. otrzymał jarłyk na tytuł księcia kijowskiego, a w 1252 r. – wielkiego księcia włodzimierskiego. W 1257 r. odbył wraz z Tatarami ekspedycję karną do Nowogrodu, powstrzymującego się z wypłatą danin. Począwszy od 1259 r. Republika Nowogrodzka stała się częścią tzw. „iga mongolsko-tatarskiego”, systemu feudalnych zobowiązań i zależności ziem ruskich względem siebie oraz Złotej Ordy.

Tak to opisuje Wikipedia. Inaczej rozkłada akcenty Ryszard Kapuściński w swoim zbiorze reportaży Imperium (2001):

„Nowogród był w średniowieczu słynnym miastem, czymś w rodzaju Florencji czy Amsterdamu północy – dynamicznym skupiskiem handlu i rzemiosł, kwitnącym wiekami ośrodkiem wszelkich sztuk, zwłaszcza architektury sakralnej i malarstwa ikon. Istniał tu unikalny ustrój polityczny. Przez 400 lat (XI-XV wiek) Nowogród był rodzajem niezależnej samorządnej republiki feudalnej, w której najwyższą władzą był wiec ludności miejskiej i okolicznego wolnego chłopstwa. Ludność wybierała księcia, który sprawował w jej imieniu rządy i mógł być w każdej chwili odwołany. Jak na te czasy i na tę część świata były to zwyczaje niebywałe. Symbolem wolności i samodzielności tego miasta-państwa był wielki dzwon, którym zwoływano mieszkańców na wiec. Toteż kiedy Iwan III moskiewski podbił ostatecznie Nowogród w 1478 roku i nakazał ów dzwon usunąć, oznaczało to, że miasto utraciło swoją niezależność. Są historycy, którzy uważają, że był to jeden z tych dziejowych momentów, które rozstrzygnęły o kierunku, w jakim poszła Moskwa i Rosja. Nowogród był miastem demokratycznym, ludowładczym, otwartym na świat, utrzymującym kontakty z całą Europą. Moskwa była ekspansywna, przesiąknięta wpływami mongolskimi, wroga wobec Europy, wchodząca już z wolna w mroczną epokę Iwana Groźnego. Gdyby więc Rosja poszła drogą nowogrodzką, mogłaby stać się innym państwem niż to, na którego czele stanęła Moskwa. Ale stało się inaczej.”

Wielka Encyklopedia Powszechna PWN (1966) pod hasłem „Nowogród Wielki”, opierając się na radzieckich opracowaniach z lat 50-tych i 60-tych, opisuje dosyć obszernie zjawisko, jakim była Republika Nowogrodzka. Poniżej fragmenty:

Położony po obu stronach rzeki Wołchow, połączony mostem, na którym odbywały się wiece, z rozległym zespołem miejskim z kremlem arcybiskupim w centrum, grodem-rezydencją książęcą oraz kilkoma klasztorami poza obrębem murów, z licznymi przystaniami i faktoriami kupców cudzoziemskich, liczył już na początku XI wieku ok. 15 tysięcy mieszkańców, ich liczba w XIV-XV wieku sięgała 70-80 tysięcy. Nowogród Wielki stanowił ośrodek miejski o wyjątkowej koncentracji właścicieli ziemskich, którzy stąd zarządzali swymi dobrami, pośrednio lub bezpośrednio uczestnicząc w handlu, przede wszystkim produktami swych włości; kilkadziesiąt rodzin bojarskich skupiało w swoim ręku ponad połowę zagospodarowanej ziemi. Ważną rolę odgrywało kupiectwo, nastawione na handel dalekosiężny, pośredniczące w wymianie towarowej pomiędzy Europą Wschodnią a Północno-Zachodnią. Było ono ściśle powiązane z miastami hanzeatyckimi, skąd sprowadzano sukna, sól, metale i broń, ałun, konie, wina, śledzie, itp. Znaczną rolę odgrywali drobni handlarze, głównie wędrowni kramarze, skupujący i sprowadzający z odległych terenów towary eksportowe (futra, skóry, wosk, len, konopie). Wyraźnie rysował się też proces przenikania zamożnego mieszczaństwa do klasy feudalnych właścicieli ziemi. Liczna ludność rzemieślnicza produkowała na chłonny rynek miejski, zaspokajała potrzeby wsi nowogrodzkiej, pracowała też na eksport do krajów Europy Zachodniej (garbarstwo, wyprawianie futer i wstępna obróbka surowców – lnu, konopi, wosku i in.), zaopatrywała myśliwskie ludy Północy w różne wyroby żelazne. Pokaźną warstwę ludności miejskiej N.W. tworzyli różnego autoramentu luźni ludzie, stanowiący klientelę bojarów i kupców nowogrodzkich. Im głównie zawdzięczał N.W. skolonizowanie olbrzymiego terytorium. Supremacja polityczna w stosunku do rozległego zaplecza, ekspansja kolonizatorska realizowana przez możnych, ale angażująca zastępy szeregowych Nowogrodzian, wpływała na układ sił i specyfikę ustrojową N.W.

Ustrój tego miasta stanowił swoistą formę demokracji feudalnej. Najwyższym organem władzy był wiec – zgromadzenie całej wolnej ludności miejskiej i wiejskiej, na którym reprezentowana też była ludność innych ośrodków miejskich ziemi nowogrodzkiej. W praktyce władza republiki należała do bojarskiej rady panów pod przewodnictwem wybieranego przez wiec arcybiskupa. Wiec również zapraszał księcia i mógł go, co się często zdarzało, usunąć. Rola książąt sprowadzała się do funkcji naczelnego dowódcy (przy czym jego drużyna nie miała prawa przebywać w mieście) i niektórych kompetencji sądowych. Politykę księcia kontrolował wiec i wybrany przezeń posadnik. Prawa i obowiązki księcia określała za każdym razem zawierana z nim umowa (najstarsza zachowana z księciem twerskim Jarosławem z 1264 roku). Rywalizacja między książętami ruskimi o tron nowogrodzki, tradycyjne związki N.W. z innymi ziemiami Rusi rosnącą więzią gospodarczą, znajdowały odbicie w walce różnych orientacji politycznych w łonie klasy panującej N.W. o udział w rządach i podział zysków. Odwoływały się one w tej walce do szerokich rzesz społeczeństwa nowogrodzkiego w pewnym stopniu mających udział w korzyściach z eksploatacji terenów podbitych. Niekiedy, jak np. w 1418 roku, ścieranie się orientacji politycznych przeradzało się w walki o charakterze klasowym, które w latach 1421 i 1446-47 przybrały postać powstań ludowych.

Rozmach życia politycznego i gospodarczego sprzyjał rozkwitowi kultury (bogate dziejopisarstwo od XI w., architektura, rzeźba, malarstwo).

Samodzielność polityczna N.W. była możliwa w warunkach rozdrobnienia feudalnego, zaczęła jednak maleć w miarę jego przezwyciężania. W XIII wieku w N.W. zarysowała się przewaga wpływów książąt suzdalskich (potem włodzimierskich) na politykę wewnętrzną. Próby zachowania pewnej równowagi przez zapraszanie książąt z innych dzielnic częstokroć zawodziły. Przez presję gospodarczą w postaci odcięcia dowozu zboża książęta włodzimierscy zapewniali przewagę w rządach swojemu stronnictwu; między innymi przez dłuższy czas księciem nowogrodzkim był Aleksander Newski, kilkakrotnie zapraszany i usuwany. Za jego czasów udało się N.W. zwycięsko odeprzeć ekspansję szwedzką (nad rzeką Newą w 1240 roku) i krzyżacką (na Lodowym Pobojowisku w 1242 roku), co umocniło handlową i polityczną rolę N.W. wobec sąsiadów.

W XIV wieku trzy ośrodki aspirujące do roli jednoczyciela ziem ruskich (Moskwa, Twer i Wilno) konkurowały o wpływy w N.W. Utrzymywał on jednak względną niezależność dzięki okupom i zmianom orientacji. Gdy przewaga Księstwa Moskiewskiego okazała się oczywista, warstwa rządząca podjęła próbę ratowania samodzielności N.W. przez zawarcie traktatu z Kazimierzem Jagiellończykiem 1470, który respektując tradycyjny układ sił w N.W., miał mu zapewnić ochronę przed Księstwem Moskiewskim. Trwale jednak związki gospodarcze, religijne i narodowościowe, których wyrazicielem stała się opozycja promoskiewska, oraz klęska zadana oddziałom nowogrodzkim w 1471 roku przez wojska moskiewskie przesądziły sprawę. W 1478 roku Iwan III położył kres niezawisłości N.W., a dla zapobieżenia dalszym próbom separatystycznym uwięził i zmusił do rezygnacji arcybiskupa, ściął 150 przywódców i w latach osiemdziesiątych wysiedlił ponad 10 tysięcy rodzin gł. bojarskich i kupieckich, sprowadzając na ich miejsce ludność z Rusi Zaleskiej. N.W. i wszystkie należące doń ziemie weszły w skład państwa moskiewskiego. N.W. zachował swoje znaczenie gospodarcze w XVI w., do czasów zniszczenia w 1570 roku przez opriczników Iwana Groźnego, upatrującego w N.W. jednego z głównych wrogów swej władzy.

xxxxxxxx

Przedstawiłem trzy opisy Republiki Nowogrodzkiej: Wikipedii, Kapuścińskiego i Wielkiej Encyklopedii Powszechnej. Kapuścińskiego jest bardzo ogólnikowy, co wynika z natury reportażu. Tu nie ma miejsca na jakąś drobiazgową analizę. Niemniej jednak wspomina o rozwoju kultury i sztuki w republice, jako czynniku wyróżniającym ją na tle pozostałych księstw feudalnych. Wikipedia natomiast informuje o obecności Mongołów, o czym nie wspomina Wielka Encyklopedia Powszechna, której opis jest najpełniejszy i pozwala na wyobrażenie sobie, czym była ta republika.

WEP używa określenia „handel dalekosiężny”, nie chcąc użyć określenia „handel międzynarodowy”, co niemal od razu kojarzy się z Żydami. A to wskazuje, że ta warstwa kupiecka w tej republice, to byli właśnie Żydzi. Zresztą wszędzie tak było. Wspomina ona też o innej warstwie w tej republice: „Pokaźną warstwę ludności miejskiej N.W. tworzyli różnego autoramentu luźni ludzie, stanowiący klientelę bojarów i kupców nowogrodzkich. Im głównie zawdzięczał N.W. skolonizowanie olbrzymiego terytorium”. A więc byli to ludzie, którzy pełnili w Republice Nowogrodzkiej funkcję zbliżoną do tej, która przypadła w udziale konkwistadorom hiszpańskim. I pewnie tak jak ci konkwistadorzy, tak i on byli w większości Żydami. I to oni zapoczątkowali podbój Syberii.

„Supremacja polityczna w stosunku do rozległego zaplecza, ekspansja kolonizatorska realizowana przez możnych, ale angażująca zastępy szeregowych Nowogrodzian, wpływała na układ sił i specyfikę ustrojową N.W.” – Tak to ładnie zostało ujęte, ale w praktyce oznaczało to niewolnictwo dla pozostałej części ludności.

„Ustrój tego miasta stanowił swoistą formę demokracji feudalnej. Najwyższym organem władzy był wiec – zgromadzenie całej wolnej ludności miejskiej i wiejskiej, na którym reprezentowana też była ludność innych ośrodków miejskich ziemi nowogrodzkiej. W praktyce władza republiki należała do bojarskiej rady panów pod przewodnictwem wybieranego przez wiec arcybiskupa.” – Czyli zupełnie tak samo, jak obecnie w „Polsce”. Można by więc naszą obecną demokrację nazwać feudalną. Zamiast wiecu mamy wybory, zamiast rady bojarskiej – rząd, zamiast arcybiskupa – prezydenta.

Aleksander Newski był kimś w rodzaju dzisiejszego kontraktora. Podpisywał umowy i zobowiązywał się do wykonania zadania. „Będąc doskonałym dyplomatą, jednocześnie zawierał z Tatarami okresowe porozumienia. W 1249 r. otrzymał jarłyk na tytuł księcia kijowskiego, a w 1252 r. – wielkiego księcia włodzimierskiego. W 1257 r. odbył wraz z Tatarami ekspedycję karną do Nowogrodu, powstrzymującego się z wypłatą danin.” A więc do tego Nowogrodu, dla którego wcześniej pokonał Szwedów (1240) i wojska Zakonu (1242).

„Toteż kiedy Iwan III moskiewski podbił ostatecznie Nowogród w 1478 roku i nakazał ów dzwon usunąć, oznaczało to, że miasto utraciło swoją niezależność. Są historycy, którzy uważają, że był to jeden z tych dziejowych momentów, które rozstrzygnęły o kierunku, w jakim poszła Moskwa i Rosja. Nowogród był miastem demokratycznym, ludowładczym, otwartym na świat, utrzymującym kontakty z całą Europą. Moskwa była ekspansywna, przesiąknięta wpływami mongolskimi, wroga wobec Europy, wchodząca już z wolna w mroczną epokę Iwana Groźnego.”

Tak to interpretuje Kapuściński, ale nie chciał on zauważyć, że podbicie Nowogrodu nastąpiło dopiero w momencie wycofania się Mongołów. Wprawdzie Wikipedia pisze, że Republika Nowogrodzka zachowała niezależność, „jednak zmuszona była uznać zwierzchność Mongołów i opłacać aż do końca swego istnienia trybut”. Innymi słowy musiała płacić Mongołom podatki, co w praktyce oznacza zależność. Mongołowie nie ingerowali w sprawy podbitych państw. Ograniczali się do wyznaczenia księcia i pobierali podatki. W 1257 Aleksander newski odbył wraz z Tatarami ekspedycję karną do Nowogrodu, powstrzymującego się z wypłatą danin. Począwszy od 1259 r. Republika Nowogrodzka stała się częścią tzw. „iga mongolsko-tatarskiego”, systemu feudalnych zobowiązań i zależności ziem ruskich względem siebie oraz Złotej Ordy. Nie ingerowali oni w sprawy ustrojowe danego państwa, co widać na przykładzie Republiki Nowogrodzkiej. Zrobił to dopiero Iwan III po wycofaniu się Mongołów. Czy można zatem mówić, że Moskwa była przesiąknięta wpływami mongolskimi? Przecież Mongołowie od 1223 roku do 1478 roku, czyli przez 255 lat pozwalali na istnienie tej republiki. To dłużej niż istniała RON.

„W 1478 roku Iwan III położył kres niezawisłości N.W., a dla zapobieżenia dalszym próbom separatystycznym uwięził i zmusił do rezygnacji arcybiskupa, ściął 150 przywódców i w latach osiemdziesiątych wysiedlił ponad 10 tysięcy rodzin gł. bojarskich i kupieckich, sprowadzając na ich miejsce ludność z Rusi Zaleskiej.”

Jak widać na powyższym przykładzie wysiedlenia i przesiedlenia, to nie XX-wieczny wynalazek. Jest to skuteczny sposób na podporządkowanie sobie podbitego państwa i zneutralizowanie lokalnego społeczeństwa poprzez zastrzyk obcej ludności. Doskonale zdawał sobie z tego sprawę Stalin, przesiedlając na ziemie poniemieckie mniejszości kresowe, co dla nich oznaczało przesiedlenie na Zachód. I w tym też celu przesiedlono po 24 lutego 2022 roku miliony Ukraińców do Polski. W ten sposób zmarginalizowano ludność, której władza nie jest pewna. Nowi przybysze, których uprzywilejowano w stosunku do ludności miejscowej, będą jej całkowicie posłuszni. Wiedział o tym nie tylko Stalin, również Iwan III.

Podsumowując, można powiedzieć, że demokracja bojarska niczym się nie różniła od naszej obecnej demokracji: „W praktyce władza republiki należała do bojarskiej rady panów pod przewodnictwem wybieranego przez wiec arcybiskupa”. Czyli wiecujący mogli tylko wybrać władzę i na tym kończyła się ich rola. Dokładnie tak samo jest obecnie.

Chiński cud gospodarczy

Od jakiegoś czasu pojawiają się różnego rodzaju komentatorzy, blogerzy, dziennikarze, geopolitycy, naukowcy, którzy zachwycają się chińskim modelem gospodarczym i dają delikatnie do zrozumienia, że Polska również powinna skorzystać z doświadczenia Chin i sukcesu gospodarczego tego państwa. Jakkolwiek nikt tego tak nie sformułował, ale oni wszyscy mówią o „drugich Chinach”. Cóż, ja już miałem okazję obserwować budowę „drugiej Polski” za Gierka, „drugiej Japonii” za Wałęsy, „drugiej Irlandii” za Tuska. Nic z tego nie wyszło. Czy są zatem szanse na przeszczepienie chińskich rozwiązań w Polsce? Przede wszystkim warto sobie zadać pytanie, jak do tego doszło, że Chiny stały się taką potęgą? Poniższe informacje zaczerpnąłem z angielskiej Wikipedii. Śródtytuły są mojego autorstwa.

Początek reform

Na trzecim plenum Komitetu Centralnego XI Kongresu Partii Narodowej Deng wytyczył Chinom drogę „reform i otwarcia”, polityki, która rozpoczęła się od dekolektywizacji wsi, po której nastąpiły reformy mające na celu decentralizację w sektorze przemysłowym. W 1979 roku Deng sformułował cel „czterech modernizacji”, a następnie zaproponował ideę „xiaokang”, czyli „społeczeństwa umiarkowanie zamożnego”. Położył on nacisk na przemysł lekki jako odskocznię do rozwoju przemysłu ciężkiego. Osiągnięcia Lee Kuan Yew w stworzeniu supermocarstwa gospodarczego w Singapurze (w Singapurze 80% populacji to Chińczycy – przyp. W.L.) wywarły głęboki wpływ na komunistyczne przywództwo w Chinach. Podjęło ono poważne wyzwanie, zwłaszcza pod rządami Deng Xiaopinga, aby wzorować się na jego polityce wzrostu gospodarczego, rozwoju przedsiębiorczości i subtelnego tłumienia sprzeciwu. Ponad 22 000 chińskich urzędników zostało wysłanych do Singapuru w celu zbadania jego metod działania.

Singapur

Jednym z najpilniejszych zadań Lee po uzyskaniu niepodległości przez Singapur było rozwiązanie problemu wysokiego bezrobocia. Wraz ze swoim doradcą ekonomicznym, przewodniczącym Rady ds. Rozwoju Gospodarczego Hon Sui Senem, w porozumieniu z holenderskim ekonomistą Albertem Winsemiusem, Lee zbudował fabryki i początkowo skupił się na produkcji. Zanim Brytyjczycy całkowicie wycofali się z Singapuru w 1971 roku, Lee przekonał ich również, aby nie niszczyli swoich doków, i kazał później przekształcić stocznię brytyjskiej marynarki wojennej tak, by nadawała się do użytku cywilnego.

Ostatecznie Lee i jego gabinet zdecydowali, że najlepszym sposobem ożywienia gospodarki Singapuru będzie przyciągnięcie zagranicznych inwestycji z międzynarodowych korporacji (MNC). Modernizując infrastrukturę zgodnie z zachodnimi standardami, nowe państwo przyciągnęło amerykańskich, japońskich i europejskich przedsiębiorców i wysoko wykwalifikowany personel. Na początku lat siedemdziesiątych pojawienie się korporacji międzynarodowych, takich jak Texas Instruments, Hewlett-Packard i General Electric, zmieniło w następnej dekadzie Singapur w eksportera. Pracownicy byli często przekwalifikowywani, aby zapoznać się z systemami pracy i kulturą firm zagranicznych. Rząd uruchomił również kilka nowych gałęzi przemysłu, takich jak huty stali w ramach „National Iron and Steel Mills”, branże usługowe, takie jak Neptune Orient Lines i Singapore Airlines.

Lee i jego gabinet pracowali również nad przekształceniem Singapuru w międzynarodowe centrum finansowe. Zagranicznych bankierów zapewniono o wysokim standardzie warunków socjalnych Singapuru, z najwyższej klasy infrastrukturą i wykwalifikowanymi specjalistami, a inwestorom dano do zrozumienia, że rząd Singapuru będzie prowadził rozsądną politykę makroekonomiczną, z nadwyżkami budżetowymi, prowadzącymi do stabilnej wartości dolara singapurskiego.

Przez całą swoją kadencję Lee przywiązywał dużą wagę do rozwoju gospodarki, a jego dbałość o szczegóły w tym aspekcie posunęła się nawet do kojarzenia jej z innymi zaletami Singapuru, w tym z rozległą i skrupulatną pielęgnacją jego międzynarodowego wizerunku jako „miasta-ogrodu”, czegoś, co przetrwało do dziś.

Chińskie reformy

Przed reformami chińska gospodarka była zdominowana przez własność państwową i centralne planowanie. Od 1950 do 1973 roku chiński realny PKB na mieszkańca rósł średnio w tempie 2,9% rocznie, aczkolwiek z dużymi wahaniami wynikającymi z Wielkiego Skoku i Rewolucji Kulturalnej. Począwszy od 1970 roku gospodarka weszła w okres stagnacji, a po śmierci Mao Zedonga kierownictwo partii komunistycznej postanowiło porzucić maoizm i zwrócić się ku reformom rynkowym, aby przezwyciężyć stagnację gospodarczą.

Władze partii komunistycznej przeprowadziły reformy rynkowe w dwóch etapach. Pierwszy etap, na przełomie lat 70. i 80., polegał na dekolektywizacji rolnictwa, otwarciu kraju na inwestycje zagraniczne i zezwoleniu przedsiębiorcom na zakładanie działalności gospodarczej. Jednak duży procent przemysłu pozostał własnością państwa. Drugi etap reformy, pod koniec lat 80. i 90., obejmował prywatyzację znacznej części przemysłu państwowego. Zniesienie kontroli cen w 1985 roku było wielką reformą, a wkrótce potem nastąpiło zniesienie protekcjonistycznej polityki i przepisów, chociaż monopole państwowe na szczytach gospodarki, takich jak bankowość i ropa naftowa, pozostały.

W 2001 roku Chiny przystąpiły do Światowej Organizacji Handlu (WTO). Niedługo potem sektor prywatny znacznie się rozwinął, wytwarzając do 2005 roku aż 70 procent produktu krajowego brutto (PKB) Chin. Od 1978 do 2013 roku nastąpił bezprecedensowy wzrost, a gospodarka rosła o 9,5% rocznie.

Powodzenie chińskiej polityki gospodarczej i sposób jej realizacji spowodowały ogromne zmiany w chińskim społeczeństwie w ciągu ostatnich 40 lat, w tym znaczne zmniejszenie ubóstwa przy jednoczesnym wzroście zarówno średnich dochodów, jak i wzroście różnicy pomiędzy największymi i najmniejszymi wynagrodzeniami, co doprowadziło do ostrej reakcji Nowej Lewicy. Na scenie akademickiej uczeni debatowali nad przyczynami sukcesu chińskiej „dwutorowej” gospodarki i porównywali ją z próbami zreformowania socjalizmu w bloku wschodnim i Związku Radzieckim, jak również do wzrostu innych gospodarek rozwijających się. Dodatkowo, ta seria reform doprowadziła do przekształcenia się Chin w wielkie mocarstwo i przesunięcia międzynarodowych interesów geopolitycznych w kierunku tego państwa. Niemniej jednak sprawy takie jak korupcja, zanieczyszczenie i szybko starzejące się społeczeństwo pozostają poważnymi problemami, z którymi chiński rząd musi się uporać. Niektórzy analitycy dodali również, że era reform została znacznie ograniczona za przywództwa obecnego sekretarza generalnego KPCh Xi Jinpinga, argumentując to tym, że Xi odzyskał kontrolę państwa nad różnymi dziedzinami życia społecznego oraz gospodarką.

xxxxxxxx

Tak to przedstawiła angielska Wikipedia. Jednak wypada jeszcze wspomnieć o wizycie Henry Kissingera w Chinach w lipcu 1971 roku i wizycie prezydenta Nixona w dniach 21-28 lutego 1972 roku. Od powstania Chińskiej Republiki Ludowej w 1949 roku oba państwa nie utrzymywały stosunków dyplomatycznych. Wszystko wskazuje, że był to przełomowy moment w dziejach świata, że postanowiono wtedy o tym, co nastąpiło parę lat później, czyli o chińskich reformach. Bez tego międzynarodowego kapitału nie byłoby tych reform i ta gospodarka nie rozwinęłaby się.

A więc wszedł do Chin międzynarodowy kapitał z najnowocześniejszymi technologiami i uprzemysłowił je, jak 50 lat wcześniej, po rewolucji październikowej, uprzemysłowił Związek Radziecki, a później Niemcy Hitlera. Samo uprzemysłowienie w przypadku Chin, to było jeszcze za mało. To przedsięwzięcie było czymś o znacznie większej skali niż w obu wspomnianych przypadkach. To było budowanie fabryki świata. To było możliwe ze względu na liczbę ludności. Ale żeby „fabryka” miała zbyt, to ten międzynarodowy kapitał udostępnił jej światowe rynki zbytu, czyli rynki we wszystkich państwach, bo przecież Chińczycy nie mieli własnych kanałów dystrybucji. One należą do nacji rozproszonej i każdy, kto spróbuje naruszyć ten monopol zostanie szybko ukarany. Tak to niestety działa. Produkcją rządzi ten, kto rządzi handlem. Przenoszono więc ją z bardziej i mniej uprzemysłowionych krajów do Chin, bo takie były wytyczne. Gdyby jakiś producent nie chciał jej tam przenieść, to za karę nigdzie nie sprzedałby swoich towarów.

Jak wyglądały w przeszłości relacje Stanów Zjednoczonych z Chinami, opisuje Antony C. Sutton w swojej książce Skull and bones; Tajemna elita Ameryki (1983):

»W 1971 roku Nixon mianował George’a „Poppy” Busha (wtajemniczony w roku 1948) ambasadorem Stanów Zjednoczonych przy Organizacji Narodów Zjednoczonych, nie biorąc pod uwagę faktu, że Bush nie miał żadnego doświadczenia w dyplomacji. Jako główny delegat Stanów Zjednoczonych był odpowiedzialny za obronę będącej pierwotnym, wolnorynkowym członkiem Organizacji Narodów Zjednoczonych Republiki Chińskiej przed atakiem komunistycznych Chin. Mając do dyspozycji ogromną potęgę Stanów Zjednoczonych, Bush poniósł sromotną klęskę: republika została usunięta z Organizacji Narodów Zjednoczonych, a jej miejsce zajęły komunistyczne Chiny. Niedługo po tej porażce Bush odszedł z Organizacji Narodów Zjednoczonych i objął funkcję przewodniczącego Krajowego Komitetu Partii Republikańskiej.

Nie jest to miejsce na opowiadanie całej historii amerykańskiego zaangażowania w Chinach. Zaczęło się ono od ingerencji Wall Street w rewolucję Sun Jat-sena w 1911 roku, który to epizod nie zapisał się jeszcze w świadomości opinii publicznej.

Podczas II wojny światowej Stany Zjednoczone pomogły chińskim komunistom w zdobyciu władzy. Autorytet w sprawach związanych z Chinami Chin-tung Liang napisał w swojej książce na temat generała Josepha W. Stilwella, w latach 1942-1944 będącego głównym przedstawicielem Stanów Zjednoczonych w Chinach, że: „Z punktu widzenia walki z komunizmem (Stilwell) bardzo źle przysłużył się Chinom”.

Stilwell był jednak jedynie wykonawcą rozkazów wydawanych w Waszyngtonie przez generała George’a C. Marshalla. Admirał Cooke oświadczył Kongresowi: „w 1946 roku generał Marshall użył taktyki przerwy w dostawie amunicji, by w niezauważalny sposób rozbroić chińskie oddziały”.

W przypadku generała Marshalla należy jednak pamiętać, że w Stanach Zjednoczonych to władze cywilne mają ostatnie słowo w sprawach związanych z wojskowością, co prowadzi nas do ówczesnego sekretarza wojny, Henry’ego L. Stimsona – zwierzchnika Marshalla i członka Zakonu (od 1888 roku). Zadziwiającym zbiegiem okoliczności Stimson sprawował funkcję sekretarza wojny także w roku 1911, czyli w czasie rewolucji Sun Jat-sena.

Historia zdradzenia Chin i roli, jaką odegrał w tym Zakon ukaże się dopiero w kolejnym tomie. Tymczasem pragniemy jedynie zwrócić uwagę na decyzję o budowie komunistycznych Chin jako nowego ramienia dialektyki. Decyzja ta została podjęta za rządów prezydenta Richarda Nixona, a w czyn wprowadził ją Henry Kissinger (Chase Manhattan Bank) i George „Poppy” Bush (Zakon).

W chwili, gdy książka ta zostanie oddana do druku (początek 1984 roku), Bechtel Corporation zakłada nową firmę, Bechtel China Inc., zajmującą się realizacją kontraktów inżynieryjnych i budowlanych dla chińskiego rządu. Nowym prezesem Bechtel China Inc. został Sydney B. Ford, były kierownik do spraw marketingu Bechtel Civil & Minerals Inc. Obecnie Bechtel pracuje nad studiami dla China National Coal Development Corporation i China National Offshore Oil Corporation – obie są rzecz jasna chińskimi organizacjami komunistycznymi.

Wygląda na to, że Bechtel pełni obecnie podobną funkcję, jaka swego czasu przypadła mającej siedzibę w Detroit Albert Kahn Inc. – firmie, która w 1928 roku zajęła się wstępnymi studiami i planowaniem pierwszego radzieckiego planu pięcioletniego.

Około roku 2000 komunistyczne Chiny będą „supermocarstwem” zbudowanym dzięki amerykańskiej technologii i amerykańskim umiejętnościom. Celem Zakonu jest prawdopodobnie doprowadzenie do konfliktu pomiędzy tą potęgą a Związkiem Radzieckim.

Nie ulega wątpliwości, że Bechtel wykona swoje zadanie. Dla firmy tej pracuje były dyrektor CIA, Richard Helms, a także sekretarz stanu George Schultz i sekretarz obrony Caspar Weinberg. Gdyby jakiś waszyngtoński planista zajmujący się bezpieczeństwem narodowym wychylił się na tyle, by zaprotestować, będzie miał do czynienia z potężną i wpływową grupą.«

Sutton wspomina o tym, że Stimson pełnił funkcję sekretarza wojny podczas rewolucji Sun Jat-sena w 1911 roku a także w 1946 roku w czasie walk komunistów chińskich z Kuomintangiem. Rewolucja Sun Jat-sena polegała na obaleniu monarchii i utworzeniu republiki, a w 1946 roku komuniści walczyli z tą republiką. W 1911 roku Stimson pomagał w obaleniu monarchii, a w 1946 roku pomagał chińskim komunistom w pokonaniu Kuomintangu, czyli partii, którą założył w 1912 roku Sun Jat-sen, czyli Republiki Chińskiej, do której powstania przyczynił się Stimson w 1911 roku.

Kim był Sun Jat-sen?

Sun Jat-sen urodził się w 1866 roku w rodzinie biednych chłopów. W 1879 został ściągnięty na Hawaje przez swojego starszego brata. Po ukończeniu szkoły podstawowej rozpoczął naukę w college’u „lolani School”, w którym uczył się języka angielskiego, historii Wielkiej Brytanii, matematyki, przyrody i religii chrześcijańskiej. W 1884 lub 1885 roku w czasie studiów medycznych w Hongkongu został ochrzczony przez amerykańskiego misjonarza. Uczęszczał do kościoła Tsai, założonego w 1888 roku przez brytyjską organizację misyjną London Missionary Society. Sun widział w rewolucji zjawisko podobne do misji zbawienia w kościołach chrześcijańskich, a jego nawrócenie na chrześcijaństwo wpłynęło na jego rewolucyjne idee.

Na początku 1924 roku Sunowi udało się zreorganizować i scalić Kuomintang w hierarchiczną strukturę, wzorowaną na partii bolszewickiej. Na mocy jego polecenia delegaci Kuomintangu wybrali do jego komitetu wykonawczego trzech przedstawicieli komunistów i zgodzili się na powołanie akademii wojskowej, na czele której stanął Czang Kaj-szek.

Kuomintang

Sam Kuomintang to partia, która pierwotnie reprezentowała tak zwany chiński socjalizm, a dopiero z czasem przeszła na pozycje prawicowe. Tak pisze Wikipedia i ma na myśli współczesny Kuomintang. Ale czy rzeczywiście tak jest? Ten chiński socjalizm, to jedna z trzech zasad ludowych Kuomintangu. Wikipedia nie pisze, która to zasada. A były trzy: nacjonalizm, demokracja i dobrobyt ludu. Pisze tylko, że została zdefiniowana przez Sun Jat-sena jako socjalistyczna. Polegała na podziale środków do życia na: transport, mieszkanie, jedzenie i odzież. Można to też rozumieć jako pomoc społeczną, gospodarkę przemysłową i równowagę w podziale gruntów.

Z powodu konfliktu w Kantonie z krajami zachodnimi na początku lat 20-tych XX wieku, nastąpiło zbliżenie ideologiczne i polityczne Chin i Związku Radzieckiego. Państwa kolonialne określiły działania rządu chińskiego jako „czerwoną rewolucję”.

Wielu działaczy powiązanych z Kuomintangiem zostało przeszkolonych na moskiewskim Uniwersytecie im. Sun Jat-sena. Ze względu na powiązania z rządem radzieckim, na Zachodzie Czang Kaj-szek określany był na ogół jako „czerwony”. W czasie radzieckich pochodów pierwszomajowych portrety Czanga „maszerowały” razem z portretami Marksa, Lenina i Stalina, a Czang był często postacią kronik filmowych. Doradcy radzieccy wspomagali budowę republikańskiej armii chińskiej, a wojsko chińskie było dozbrajane dzięki pomocy finansowej Sowietów. Nawet gdy Kuomintang zerwał z ZSRR w 1926 roku i rozpoczął zbrojne walki z komunistami, to kontynuował politykę antykapitalistyczną oraz promowanie myśli rewolucyjnej. Wbrew późniejszym opiniom komunistów, dotyczących prokapitalistycznych poglądów Czanga, Czang Kaj-szek potępiał kapitalizm i rządy kapitalistów, nawet w okresie zbrojnych walk z Komunistyczną Partią Chin.

Powstanie Chińskiej Republiki Ludowej

Po kapitulacji Japonii 2 września 1945 roku doszło wskutek mediacji amerykańskiego generała George’a Marshalla do porozumienia KPCh z Kuomintangiem w sprawie utworzenia rządu koalicyjnego w październiku 1945 roku. Jednak Czang Kaj-szek podjął działania zbrojne przeciwko siłom komunistycznym, co zapoczątkowało III rewolucyjną wojnę domową (1946-1949). Początkowo wojska Kuomintangu odnosiły sukcesy, ale w lipcu 1947 komuniści przeszli do zwycięskiej ofensywy. W zajętym Pekinie Mao Zedong proklamował 1 października 1949 roku utworzenie Chińskiej Republiki Ludowej. Do końca 1949 roku Chiny zostały opanowane przez siły komunistyczne. Czang Kaj-szek i rząd Kuomintangu znaleźli schronienie na wyspie Formozie (Tajwan) i tam przetrwała Republika Chińska.

xxxxxxxx

Mamy więc cyrk na kółkach. Komunista Czang Kaj-szek walczył z komunistą Mao. I mamy wieczny konflikt „kapitalistycznego” Tajwanu z „socjalistyczną” Chińską Republiką Ludową. Konflikt, którym od ponad 70 lat sterują Stany Zjednoczone. W tym wszystkim nie chodzi o jego zakończenie, chodzi o sam proces tarć i nieporozumień w łonie narodów rdzennych, chodzi o „nieustającą rewolucję”, jak to określił Trocki. Dokładnie w ten sam sposób jest prowadzona wojna na Ukrainie. Dziś już wyraźnie widać, że chodzi o to, by trwała ona jak najdłużej.

Skoro Stany Zjednoczone kontrolują chińską politykę, to również dotyczy to gospodarki. W mojej ocenie to, co teraz dzieje się, ta rosnąca potęga gospodarcza Chin, to proces zmiany światowego hegemona. Tak jak kiedyś Żydzi stworzyli potęgę morską Portugalii i Hiszpanii, tak później zabrali pieniądze z obu tych państw i przenieśli je do Anglii i Holandii, które uczynili nowymi potęgami morskimi, a tamte zmarginalizowali. Później uczynili światowym hegemonem Stany Zjednoczone, a teraz dokonuje się zmiana i miejsce Stanów Zjednoczonych mają zająć Chiny. To są procesy długotrwałe i dlatego są niewidoczne. Decyzja o zmianie hegemona musiała być podjęta jeszcze przed wizytą Kissingera w Chinach w 1971 roku.

“Polacy” na Kremlu c.d.

W poprzednim bogu pisałem o tym, że w 1610 roku to nie Polacy byli na Kremlu, a jeśli byli, to nie jako reprezentanci ówczesnego państwa, czyli Rzeczypospolitej Obojga Narodów, tylko prywatnie. Jednak pozostał mi jakiś niedosyt, że nie wszystko zostało wyjaśnione i że ten wątek z Polakami na Kremlu trzeba uzupełnić o dodatkowe informacje. Przejrzałem więc Dzieje Polski Nowożytnej Konopczyńskiego, Boże Igrzysko Davies’a, Wikipedię, ale nic na ten temat nie znalazłem. Przeczytałem parę artykułów w internecie, z których też niczego nie dowiedziałem się. W jednym z nich napisali nawet, że po tym pobycie na Kremlu Rzeczpospolita odzyskała Smoleńsk, który utraciła 93 lata wcześniej, tylko że to było w roku 1514, a więc nie było jeszcze Rzeczypospolitej, bo ona powstała po unii lubelskiej w 1569 roku. W jednym tylko artykule znalazłem informacje warte przytoczenia. To artykuł, a właściwie wywiad, z 7 listopada 2022 roku, zamieszczony w tygodniku „Wprost” (https://historia.wprost.pl/historia-staropolska/10941643/kapitulacja-polskiej-zalogi-na-kremlu-dochodzilo-do-ekstremalnych-sytuacji.html). Poniżej jego część dostępna bezpłatnie:

7 listopada 1612 roku polska załoga stacjonująca na moskiewskim Kremlu kapitulowała po długim oblężeniu. – W diariuszach zostały zapisane ekstremalne sceny. Mamy informacje o tym, że ojcowie zjadali synów, czy makabryczne cenniki ile kosztowały poszczególne części ludzkiego ciała oraz części zwierząt – mówi w rozmowie z „Wprost” dr hab. Konrad Bobiatyński z Wydziału Historii UW.

Maciej Zaremba: Mam wrażenie, że w Polsce istnieje powszechna, mocno uproszczona wiedza, że „kiedyś Polacy zajęli Moskwę, byliśmy potęgą”. Ale gdy przejdziemy do szczegółów, to już mało kto potrafi rozróżnić na przykład dymitriady od wojny Rzeczypospolitej z Moskwą. A już informacja, że moskiewskiego Kremla nie zdobyliśmy, a zajęliśmy po uzgodnieniu umowy o carskiej koronie dla królewicza Władysława, może dla niektórych być szokiem. Czy da się uporządkować w kilku zdaniach na czym polegało zaangażowanie Rzeczypospolitej w sprawy moskiewskie na początku XVII wieku?

Dr. hab Konrad Bobiatyński: Warto rozpocząć od tego, że w 1598 roku wygasła dynastia Rurykowiczów. Rozpoczęło to cykl niepokojów wewnętrznych w Państwie Moskiewskim, bo tak należy nazywać to państwo. To nie była wtedy Rosja. Car Borys Godunow, który pochodził z rodu nie zaliczającego się do dotychczasowych elit władzy, spotkał się z ostrą opozycją bojarsko-kniaziowską. W tej sytuacji w 1603 roku objawił się na wschodnich kresach Rzeczypospolitej człowiek, który podawał się za cudem ocalonego najmłodszego syna Iwana Groźnego Dymitra. W rzeczywistości zmarłego lub zabitego, tego się nie dowiemy, w 1591 roku.

I ten Dymitr, zwany Samozwańcem, szybko zaczął pozyskiwać możnych protektorów w Rzeczypospolitej. Dymitriady to właśnie okres nieformalnych wypraw, można powiedzieć prywatnych. Odbywały się za wiedzą króla, ale nie były to wyprawy państwowe. Rozpoczęło się to w 1604 roku, kiedy to Dymitr wyprawił się na Moskwę przy pomocy swoich protektorów: książąt Wiśniowieckich i wojewody sandomierskiego Jerzego Mniszcha, który obiecał wydać za niego swoją córkę. Godunow w 1605 roku zmarł, a jego syn Fiodor został zamordowany. I w 1605 roku Dymitr zostaje carem. I od tego rozpoczyna się cała historia.

Walka z Moskwą krokiem do odzyskania tronu w Szwecji?

A dlaczego polski król się zdecydował wziąć udział w tym „zamieszaniu”.

To była seria kolejnych wydarzeń. Dymitr rządził rok i został zamordowany. Morderstwo miało miejsce tuż po ślubie z Maryna Mniszchówną. Wtedy doszło do rzezi Polaków i Litwinów w Moskwie. To bardzo wzburzyło nastroje w Rzeczypospolitej. Ale król na interwencję zdecydował się dopiero w 1609 roku, czyli kilka lat później.

Powodów było kilka. Oficjalnie chodziło o sojusz, jaki kolejny car Wasyl Szujski zawarł z królem Szwecji Karolem IX, z którym Zygmunt III Waza pozostawał w konflikcie i uważał go za uzurpatora na ojczystym tronie. Karol IX był stryjem Zygmunta III, który pozbawił polskiego króla należnego mu tronu szwedzkiego. Oczywiście to był oficjalny powód dla Rzeczypospolitej, bo król nie uzyskał zgody Sejmu na tę wyprawę. Ale król uzasadniał wojnę tym, że w pactach conventach zobowiązał się do odzyskania ziem, które zostały utracone przez Wielkie Księstwo Litewskie na rzecz Moskwy i głównym celem wyprawy jest zdobycie Smoleńska i odzyskanie Smoleńszczyzny. A tak naprawdę motywy były różne.

Jakie?

Jednym z nich było na pewno doprowadzenie do wewnętrznej pacyfikacji Rzeczpospolitej po wojnie domowej, po rokoszu sandomierskim. Chodziło też o to, żeby poprzez podbicie Moskwy stworzyć sobie lepsze warunki do odzyskania tronu szwedzkiego. Tych czynników było naprawdę wiele.

I jak doszło do tego, że syn polskiego króla został obrany na carski tron?

We wrześniu 1609 roku król rozpoczął interwencję od oblężenia Smoleńska. Jak wiadomo wojska Rzeczpospolitej nie potrafiły skutecznie oblegać miast, więc oblężenie trwało niezwykle długo. W 1610 roku siły moskiewskie wzmocnione przez korpus, można powiedzieć szwedzki, ale złożony z najemników z różnych krajów Europy Zachodniej, ruszył na odsiecz Smoleńskowi. Naprzeciwko niego ruszył hetman polny koronny Stanisław Żółkiewski i 4 lipca 1610 roku odniósł znakomite zwycięstwo pod Kłuszynem rozbijając całkowicie przeciwnika. Wtedy, w zupełnie niespodziewany sposób, bo to nie było celem wyprawy Zółkiewskiego, stanęła otworem droga na Moskwę.

Co się stało?

W samym mieście doszło do rozruchów, do obalenia cara Wasyla IV Szujskiego. I kiedy Żółkiewski podszedł pod mury Kremla rozpoczął negocjacje z elitami bojarskimi. Już wcześniej, na początku 1610 roku, w pewnym gronie, można powiedzieć propolsko nastawionych elit moskiewskich, pojawiła się koncepcja, żeby wybrać na tron pierworodnego syna Zygmunta III, czyli królewicza Władysława. I ta koncepcja zmaterializowała się w trakcie negocjacji mających miejsce pod Moskwą w sierpniu 1610 roku. 27 sierpnia Żółkiewski podpisał układ z bojarami o elekcji królewicza Władysława, który nigdy oczywiście nie wszedł w życie, ale otworzył wojskom polskim drogę na Kreml.

A co stało się 9 października? Zdobyliśmy wtedy Kreml, jak to często jest przedstawiane?

Miasto nie tyle zostało zdobyte, co po prostu polska załoga na mocy układu z 27 sierpnia wkroczyła na Kreml i obsadziła to serce Państwa Moskiewskiego. To jest po prostu data, kiedy polska załoga weszła do twierdzy w środku Moskwy.

Polacy na Kremlu. W Żółkiewskim widziano gwaranta bezpieczeństwa

Jak ludność moskiewska podchodziła do polskiej załogi? Czy to zmieniało się w czasie?

To skomplikowany problem. Dotąd nie wspomniałem o tzw. Dymitrze II Samozwańcu. Po obaleniu Dymitra I pojawił się wkrótce kolejny uzurpator, który podawał się za po raz kolejny cudem ocalonego cara. Dymitr II od 1608 roku terroryzował Moskwę. Założył obóz we wsi Tuszyno, która dzisiaj jest północną dzielnicą Moskwy. Żółkiewski z całą pewnością w sierpniu, wrześniu 1610 roku był uważany przez ludność moskiewską i bojarów za kogoś, kto ma ochronić Moskwę przed czymś jeszcze gorszym, czyli pacyfikacją ze strony tych niekarnych, półdzikich band, które były pod komendą Dymitra II Samozwańca.

Czyli Żółkiewski i jego wojska byli uznawani za pewnego rodzaju wybawienie?

Początkowo widziano w Żółkiewskim kogoś, kto będzie gwarantem spokoju, bezpieczeństwa. To się oczywiście zmieniało. Zółkiewski doprowadził do rozbicia obozu Dymitra II Samozwańca, który wkrótce uciekł spod Moskwy i został niedługo zamordowany. Ale dochodziło do konfliktów pomiędzy ludnością i wojskami polskimi, w skład których wchodziło wielu najemników. Część z nich przeszła na stronę polską po bitwie pod Kłuszynem. To były konflikty na różnym tle.

Jakim?

Oczywiście, jak to z żołnierzami bywa, istniały problemy z dyscypliną. Doszło do różnych incydentów pomiędzy żołnierzami a ludnością, chociażby do bezczeszczenia ikon. Do różnych sporów często na bardzo błahym tle. Oczywiście było także stronnictwo w Moskwie, które w ogóle nie widziało możliwości powołania Władysława na tron. Był patriarcha Hermogenes, który podjudzał, podsycał antypolskie nastroje. Do wybuchu doszło wiosną 1611 roku. Trzeba też pamiętać, że dopóki w Moskwie był Stanisław Żółkiewski, to łagodził sytuację. To był człowiek bardzo koncyliacyjnie nastawiony, szanowany przez Rosjan.

Ale Żółkiewski wyjechał z Moskwy.

Tak i później zastąpił go człowiek o dużo mniejszej charyzmie, Aleksander Gosiewski. Oczywiście nie należy go bezpośrednio obarczać odpowiedzialnością za to, co się działo. Ale konflikt narastał i doszło do wybuchu powstania antypolskiego wiosną 1611 roku i do ostrych walk. Powstanie udało się stłumić, ale od tego czasu sytuacja się systematycznie pogarszała. Polska załoga była coraz ostrzej atakowana przez kolejne pospolite ruszenia moskiewskie, które zaczęły ją blokować, a później rozpoczęły regularne oblężenie. I wiemy jak to się wszystko skończyło w 1612 roku. Ale po drodze wydarzyło się jeszcze kilka ciekawych rzeczy.

xxxxxxxxxxxx

I w tym miejscu kończy się darmowy dostęp do tego wywiadu. Na początku dowiadujemy się, że ten „spór z carem, którego bojarzy rosyjscy jakoś tam nie uznawali”, jak to ujął Maciak, polegał na tym, że car Borys Godunow nie pochodził z rodu zaliczanego do ówczesnych elit. I pojawia się ktoś, kto podaje się za syna Iwana Groźnego. Ten Dymitr, zwany Samozwańcem, zyskuje możnych protektorów w Rzeczypospolitej. Są nimi książęta Wiśniowieccy i wojewoda sandomierski Jerzy Mniszech. Wiśniowieccy to Rusini. A Mniszech? Henryk Rolicki w książce Zmierzch Izraela pisze:

„Tajne organizacje pracują bezustannie, agitatorzy jeżdżą z kraju do kraju, setki pism krążą z rąk do rąk. Do sojuszu przeciw Rzymowi usiłują zwerbować kościół wschodni. W Polsce ewangelicy, połączeni unią sandomierską, starają się zarzucić sieci na prawosławie i przeciwstawić unii brzeskiej (1596), z drugiej strony działa wśród dyzunitów sekta judaizantów, o której mówiłem wyżej. Przez Polskę usiłuje się zarzucić sieć na Moskwę, stąd finansowana przez Mniszcha wyprawa Dymitra Samozwańca, wychowanego po ariańsku przez Gabriela Hojskiego, protektora arianizmu.”

Ten wątek nie jest oczywiście poruszany przez historyków, ale okres tzw. Wielkiej Smuty, czyli bezkrólewia w Carstwie Moskiewskim, był doskonałą okazją do tego typu przedsięwzięć.

Z tego wywiadu dowiadujemy się też, że król uzasadniał wojnę tym, że w pactach conventach zobowiązał się do odzyskania ziem, które zostały utracone przez Wielkie Księstwo Litewskie na rzecz Moskwy i głównym celem wyprawy było zdobycie Smoleńska i odzyskanie Smoleńszczyzny. I tu, jak to mówią, jest pies pogrzebany. Relacje i interpretacje tych wydarzeń są różne i można się spierać o to, czy to byli Polacy, czy – nie. Można sobie też zadać inne pytanie: w czyim to było interesie? Na pewno nie w polskim. W mojej ocenie Polska, czyli w tamtym czasie Korona Królestwa Polskiego, to państwo, które skończyło się wraz z unią lubelską, w wyniku której powstało nowe państwo – Rzeczpospolita Obojga Narodów. Ale jakoś tak się dziwnie składało, że to nowe państwo realizowało tylko interesy jednego z państw, które wchodziły w skład RON. To były interesy Wielkiego Księstwa Litewskiego. Ich realizacja zaczęła się jeszcze w okresie unii personalnej, gdy królem był Litwin Jagiełło.

Po bitwie pod Grunwaldem WKL odzyskało Żmudź, a Polska jakieś niewielkie skrawki Ziemi Dobrzyńskiej. W 1343 roku Kazimierz Wielki zawarł z Krzyżakami pokój i skierował swoje zainteresowania na Ruś Halicko-Włodzimierską. Wojny z nimi powróciły, gdy królem został Jagiełło. Litwa chciała odzyskać Żmudź, którą straciła po bitwie nad Strawą (dopływ Niemna) w 1348 roku. Litwini i Rusini (Ukraińcy?) stracili tam 6000 z 9000 ludzi, a Krzyżacy 60 w tym 8 rycerzy zakonnych. Tak więc bitwa pod Grunwaldem przyniosła korzyści tylko WKL.

Pacta conventa zobowiązywały króla do odzyskiwania ziem utraconych przez WKL na rzecz Moskwy. Nie było mowy o zobowiązaniu króla do odzyskiwania Śląska czy Gdańska. Nowe państwo było zdominowane przez litewskich i rusińskich możnowładców, a właściwie feudałów, którzy wykorzystywali je do realizacji własnych interesów, które polegały na tym, że pod władzą Moskwy nie byliby tak potężni. W WKL znaczyli więcej niż król, który był bardziej zainteresowany tronem szwedzkim, co naturalne, bo był Szwedem. W ten sposób to małe państwo polskie, zwane Koroną, zostało wplątane w wojny z Moskwą, z którą wcześniej nie graniczyło i nie miało z nią żadnych spornych kwestii. Smoleńszczyzna nie była ziemią polską. Litwini i Rusini z WKL, które powstało z ziem Rusi Kijowskiej, nie byli w stanie obronić się przed Moskwą, która upominała się o ziemie tej Rusi i stąd unia z Koroną, która choć mała, to było to jednak państwo na wyższym poziomie rozwoju i lepiej zorganizowane niż WKL.Jakby tego było mało, to doszły jeszcze wojny ze Szwecją o Inflanty. To też był interes WKL. A później przyszedł potop szwedzki, ale tylko na ziemie byłej Korony.

I od tego momentu, od tej nieszczęsnej dla Polaków unii lubelskiej, polityka ta jest niezmienna. Cały czas, aż do zaborów, Rzeczpospolita Obojga Narodów realizowała interesy jednej strony i tylko jej. I to się odrodziło po I wojnie światowej, po której II RP stała się kalką I RP, a władze II RP bardziej na uwadze miały interes ukraiński (eksperyment wołyński) niż polski. I dziś jest tak samo. Władze III RP też mają na uwadze tylko interes ukraiński, co jest pośrednim dowodem na to, że ten wschodni żywioł dominuje w tym państwie, zwanym jeszcze Polską, a Polacy są w nim całkowicie zmarginalizowani. I nic się nie zmieniło od czasu unii lubelskiej. Trwałość i niezmienność tej koncepcji i konsekwencja z jaką realizowana jest ta polityka, skłania mnie do wniosku, że za tym wszystkim kryją się jacyś nieznani przełożeni, którzy zdominowali kiedyś Koronę i WKL i to oni stworzyli ten idiotyczny ustrój tego nowego państwa, zwanego Rzeczpospolitą Obojga Narodów, i decydowali o jego losach.

A piwo „1610” jest jak najbardziej na czasie, gdy trzeba przekonać Polaków do udziału w wojnie na Ukrainie: Patrzcie! Kiedyś się udało, to i teraz może się udać. Moskwa jest do pokonania!

“Polacy” na Kremlu

Na kanale internetowym „Musisz to wiedzieć” w odcinku nr 1588 z dnia 22 stycznia Maciej Maciak, możliwe że przyszły premier, „obala” mit o Polakach, którzy w 1610 roku zdobyli Moskwę i osadzili na Kremlu swoje wojska. Ten nasz rodzimy „Flecista z Hameln” niby obala jeden mit, że Polacy zdobyli Kreml, drugim, że zostali zaproszeni i że to byli Polacy, a to nie byli Polacy. Ale po kolei. Maciak zaczyna swój program wstępem, w którym mówi:

„Zacznę od czegoś, co każdy Polak ma wbite do głowy, szczególnie ostatnio, o tym, jak podbiliśmy Moskwę. Te informacje, które teraz podam są szokujące, dla większości szokujące. Robiłem badanie, ale gdy zapytałem w tym badaniu – ale powiedz mi, jakie były szczegóły tego, gdy zdobyliśmy Moskwę, gdy polski władca rządził w Moskwie – to nikt nie potrafił mi odpowiedzieć na to pytanie. Bo nigdy nie zdobyliśmy Moskwy. Jeżeli uważacie, że mówię coś absurdalnego, no to zachęcam Państwa do odwiedzenia strony Muzeum Historii Polski pod patronatem Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego, czyli pana ministra Glińskiego i tam jest to opisane dość poprawnie.

To nie było tak, że my zdobyliśmy Moskwę. W tym czasie, około 1610 roku, to nazwa piwa Mentzena (piwo o nazwie „1610” – przyp. W.L.) i to z tego powodu drobna errata do informacji z poprzedniego odcinka. Tak pan Mentzen upamiętnia podbój Moskwy, podbój Moskwy piwem, żeby ludzie żłopali. Browarnik Mentzen upamiętnia tę datę. Proszę Państwa, to nie było tak. W tamtym czasie bojarzy rosyjscy mieli spór z carem, którego jakoś tam nie uznawali i poprosili Polaków o pomoc. Tak! Rosyjscy bojarzy poprosili Polaków o pomoc i tam przyjechała do Moskwy pomóc bojarom polska załoga. Maksymalnie było ich trzy tysiące. Jednak ze względu, że Polacy się źle zachowywali, wkurzali bojarów, swoich gospodarzy, dobrodziejów, którzy chcieli im oddać Księstwo… Królestwo Moskiewskie (Carstwo Moskiewskie – przyp. W. L.), no to zaczęło się prześladowanie ludzi, palenie Moskwy. Z tego powstał głód i Polacy zostali przepędzeni. Tak to było. Przeczytajcie sobie w szczegółach tę pasjonującą historię. Nigdy Polacy nie zdobyli Moskwy. Nie było takiego faktu. Od tak prozaicznych rzeczy zaczęło się, jak kazali bojarom golić brody. Nie wiadomo o co chodziło ówczesnym dowódcom obsady Kremla. Dowódcą załogi na Kremlu był Korwin Gosiewski. Mamy pecha do niektórych nazwisk.”

W tym momencie Maciak przechodzi do cytowania artykułu, którego tytułu nie podał, ani nie poinformował, kto jest jego autorem, ani nie dodał do niego linku. Zapewne uznał, że 99% jego wyznawców nie zada sobie trudu, by szukać oryginalnego tekstu i zaczarowana jego narracją łyknie te bzdury. I ma rację! Strona tego muzeum jest tak beznadziejna, że trudno coś na niej znaleźć. Dopiero gdy wpisałem w wyszukiwarkę frazę „Polacy na Kremlu w 1610 roku”, to pojawił mi się na pierwszym miejscu omawiany artykuł. Jego tytuł to „Obsadzenie Kremla przez załogę polską”. Jest to wywiad z prof. Anną Filipczak-Kocur z Instytutu Historii Uniwersytetu Opolskiego (https://muzhp.pl/pl/e/72/obsadzenie-kremla-przez-zaloge-polska). Poniżej cały ten wywiad. Wytłuściłem to, co zacytował z niego Maciak.

Jakie były okoliczności znalezienia się Polaków w Moskwie? W jaki sposób opanowali oni Kreml w 1610 roku?

Już od 1604 roku różne oddziały, werbowane przeważnie przez polskich możnowładców, pomagały Dymitrowi Samozwańcowi pierwszemu, a potem drugiemu w zdobyciu korony i utrzymaniu tronu. Były to jednak inicjatywy prywatne, chociaż po cichu popierane przez Zygmunta III w perspektywie realizacji jego politycznego celu: przymierza z władcą moskiewskim dla odzyskania królestwa szwedzkiego. W 1609 roku król oficjalnie, chociaż bez zgody sejmu, wyprawą na Smoleńsk, utracony w roku 1514, rozpoczął wojnę z Moskwą. W czerwcu 1610 hetman Stanisław Żółkiewski z częścią wojska został spod obleganej twierdzy wysłany przeciwko armii Dymitra Szujskiego, podążającej na odsiecz Smoleńskowi. Żółkiewski odniósł nad nią zwycięstwo pod Kłuszynem i wyruszył do Moskwy.

Car Wasyl Szujski zawarł jeszcze 10 marca wieczysty pokój z królem szwedzkim Karolem IX. Uznał w nim prawa Szwedów do Inflant, a sam zgłosił pretensje do terytoriów, które od pokoju w Jamie Zapolskim z 1582 roku należały do Wielkiego Księstwa Litewskiego. Tytułował się carem połockim. Karol i Wasyl zobowiązali się ponadto do prowadzenia wspólnej polityki wobec Zygmunta III i jego potomków, a Szwedzi obiecali carowi pomoc zbrojną.

Wydarzenia na terenie państwa moskiewskiego w okresie wielkiej smuty – bo tak nazwano te czasy – toczyły się niezwykle szybko. Bojarzy obalili cara Wasyla Szujskiego, a koronę zaproponowali Władysławowi, synowi Zygmunta. Hetman Żółkiewski przyjął tę propozycję. Wprowadzono polską załogę do stolicy carów na prawach sojusznika. Decyzję hetmana zaakceptowały przebywające w obozie pod Tuszynem w służbie drugiego samozwańca oddziały polskie pod dowództwem Zygmunta Kazanowskiego i Samuela Zborowskiego. Dołączyło do nich kilkuset ludzi z rozbitej pod Kłuszynem armii Szujskiego. Dowództwo nad nimi objął Aleksander Korwin Gosiewski.

Jaka wyglądała sytuacja załogi polskiej oraz mieszkańców Moskwy w ciągu następnych dwóch lat, czyli do 26  października (6 listopada) 1612 roku?

W nocy 20/21 września 1610 roku oddziały Żółkiewskiego weszły do Moskwy i przebywały tam w różnej liczebności do 26 października 1612 roku nowego stylu. Zajęły Kreml oraz dwie dzielnice: Kitajgorod i Biełgorad. Hetman Żółkiewski 8 października wkroczył osobiście na Kreml, gdzie oczekiwała go duma bojarska. Był tam też Michaił Romanow, później – w 1613 roku – wybrany na cara, i patriarcha Hermogenes. Po złożeniu przysięgi przez przedstawicieli wszystkich stanów wydano bankiet z udziałem Żółkiewskiego oraz oficerów.  Aleksander Korwin Gosiewski objął urząd starosty moskiewskiego i stanął na czele strieleckiego prikaza, czyli najwyższego urzędu wojskowego. Faktycznie Rosja przestała wówczas istnieć jako suwerenne państwo.

Polityka Gosiewskiego nie podobała się wszystkim bojarom. Byli wśród nich nie tylko zwolennicy Władysława, ale i drugiego samozwańca oraz cara Szujskiego. Gosiewski odsuwał od władzy bojarów porozumiewających się z samozwańcem lub tylko o to podejrzanych. Rozdawał majątki ziemskie stronnikom Polaków, chociaż tylko na papierze. Moskwa stanęła w obliczu zamieszek zbrojnych. Patriarcha Hermogenes, 78-letni starzec, wzywał do buntu przeciw Władysławowi. Mieszkańcy Moskwy wyrażali wrogość wobec wojsk polskich. Nie chciano im sprzedawać żywności, mnożyły się incydenty zbrojne. Z tego powodu Gosiewski zdecydował się na odebranie broni  ludności cywilnej, nakazał kontrolowanie domów, karczem.

Stanisław Żółkiewski opuścił Moskwę, udając się do króla pod Smoleńsk. Przybył tam 9 listopada. Kiedy do Moskwy dotarła wiadomość, że król nie akceptuje układów Żółkiewskiego z bojarami i sam chce zostać carem, wrogie nastroje wobec Polaków przybrały na sile. Do tej pory załoga polska przebywała na Kremlu legalnie dla obrony rządu bojarskiego. Zaczęto kolportować antypolskie pisma. Cerkiew, jako jedyna siła moralna i polityczna w powszechnym chaosie, wzywała do walki przeciw polskim najeźdźcom i rosyjskim zdrajcom. Mimo to Władysław miał ciągle zwolenników.

W czasie pobytu hetmana Żółkiewskiego w Moskwie załoga polska, licząca około trzech tysięcy ludzi, zachowywała się przyzwoicie. Nie było plądrowania, gwałtów ani wyrządzania innych krzywd ludności miejscowej. Straże patrolowały ulice i pilnowały porządku. Dopiero po wyjeździe hetmana zaczęły się działania dalekie od poprawności. Prześladowano mieszkańców stolicy, grabiono pałace i cerkwie, nakładano kontrybucje, dopuszczano się świętokradztwa. Sięgano do zasobów skarbca kremlowskiego, wcześniej już mocno zubożonego przez Wasyla Szujskiego. Potęgowało to nienawiść do Polaków i Litwinów. Jednak Gosiewski nie był w stanie opanować rozprzężenia w swoich oddziałach, chociaż z całą surowością karał wszelkie ekscesy. W Moskwie zaczęło brakować żywności. Stolica stanęła przed widmem głodu.

Już na początku marca 1611 Gosiewski wzmocnił Kreml zapasami prochu strzelniczego, wytoczył armaty na mury kremlowskie i Kitajgorodu. W końcu marca i na początku kwietnia spalił przedmieścia, aby zgnieść bunt i oczyścić drogę dla odsieczy nadciągającej od strony Możajska. Spaliły się wówczas również zapasy żywności. Pomoc Jana Karola Chodkiewicza była spóźniona i zakończyła się niepowodzeniem. Miał on za mało wojska i pieniędzy na jego opłacenie. Zarządził odwrót.

Sytuacja załogi polskiej, zredukowanej do 1300 ludzi, stawała się coraz trudniejsza. Odeszli  skonfederowani żołnierze z pułku Jana Piotra Sapiehy, łączność z Chodkiewiczem została zerwana. Głód zmuszał załogę do jedzenia koni, psów, kotów, myszy, szczurów, świec, gotowania rzemieni, a także pergaminowych rękopisów z carskiej biblioteki. Zdarzały się nawet przypadki kanibalizmu. Do stolicy zbliżało się od Niżniego Nowogrodu pospolite ruszenie dowodzone przez kniazia Dymitra Pożarskiego i Kuźmię Zachariewicza Minina Suchorukowa.

22 października rozpoczęto pertraktacje.  Warunki traktatu przewidywały bezwarunkową kapitulację, opuszczenie Kremla przez załogę z zachowaniem honorów wojskowych. Oblężonym zagwarantowano bezpieczeństwo i powrót do kraju. Kreml poddał się 26 października (6 listopada) 1612 roku. Następnego dnia otwarto bramy. Po dziewiętnastu miesiącach oblężenia stolica carów była znów wolna. Sukces ten uznano za “cud nad Moskwą”. Strona moskiewska nie dotrzymała warunków kapitulacji. Wielu Polaków zamordowano, innych wsadzono do więzienia. Pijani zwycięzcy palili i grabili skarby kremlowskie, odzierali trupy z rzeczy wartościowych. Zemsta zwycięzców dotknęła także tych, którzy sprzyjali Władysławowi i Polakom. Straty polskie były wielkie. Umierali po drodze z głodu, ginęli z rąk partyzantów.

W jaki sposób można zbilansować polsko-rosyjskie zmagania? Jakie były ich skutki dla obu stron?

Wielka smuta rozpoczęła się po śmierci Iwana IV i została bezpośrednio spowodowana kryzysem dynastycznym, czyli brakiem następcy na tron carski. Pogrążyła ona to wielkie państwo w chaosie na kilkanaście lat. Chaos ten umożliwił ingerencję polską w sprawy państwa moskiewskiego. Była ona jego skutkiem, a nie przyczyną. Smuta wykreowała trzy stronnictwa: propolskie, proszwedzkie i “narodowe”. Była to walka elit politycznych. W nowszej historiografii dostrzega się w tych wydarzeniach walkę między władzą carską a arystokracją rodową. Wybór Michaiła Romanowa na cara w 1613 roku stał się początkiem nowego państwa. Ruś moskiewska przekształciła się w jednolite państwo rządzone przez cara i dumę. Jak pisze Andrzej Andrusiewicz w Dziejach wielkiej smuty, Polacy, Litwini i Szwedzi przyczynili się do  przezwyciężenia przez Rosjan smutnych czasów i ich następstw, niezamierzenie dając impuls do integracji społeczeństwa oraz konsolidacji sił politycznych wewnątrzrosyjskich, tym samym przyśpieszając wybór. Interwencja polska uaktywniła walkę narodowowyzwoleńczą i przyczyniła się do  zintegrowania społeczeństwa. Długoletnie walki spowodowały zniszczenie kraju, a przede wszystkim Moskwy, regres demograficzny, zniszczenia gospodarcze. Sytuację pogarszały klęski żywiołowe, które stały się jedną z przyczyn głodu i chorób. Nie doszło jednak do załamania się handlu zagranicznego. Skarb państwa uległ osłabieniu, ale nie unicestwieniu.  Przez cały czas wielkiej smuty znajdował się on w rękach władzy państwowej.

Kiedy doszło już do rozmów na temat unii, król polski sądził, że dla bojarów atrakcyjne są formy ustrojowe Rzeczypospolitej oraz przywileje szlacheckie, takie jak wolność osobista, zapewnienie bojarom nietykalności osobistej, czyli neminem captivabimus, prawo do studiowania za granicą. Kiedy Zygmunt III rozpoczynał marsz na wschód, nie miał żadnych planów misyjnych. Strona rosyjska widziała w tym jednak zagrożenie dla prawosławia. Król nie wziął pod uwagę konserwatyzmu bojarów – kierował się dążeniami elit, ich tęsknotą za polskimi wolnościami i stylem życia.

Nie można winić Zygmunta III za to, że nie wysłał nieletniego Władysława do pogrążonego w anarchii państwa. Tam trzeba było doświadczonego władcy – króla ojca. Nie mógł ryzykować życia syna. Hetman Żółkiewski  pod carowym Zajmiszczem i pod Moskwą poszedł na ustępstwa wobec bojarów, pokrzyżowawszy plany króla. Wycofać się nie mógł i nie mógł dotrzymać układu z 27 sierpnia 1610 roku. To podsycało nastroje antypolskie i przekreśliło szanse na związanie w jakiś sposób tego państwa z Rzecząpospolitą. W 1610 roku król zgodził się na objęcie tronu przez Władysława, ale po pewnym czasie rządów ojca. Nie wyraził natomiast zgody na jego przejście na prawosławie – nie mógł tego zrobić jako głęboko wierzący katolik. Unia personalna obu państw była nierealna. Nie do wyobrażenia było, aby car chodził do kościoła katolickiego, a jego poddani do cerkwi. Unia musi wypływać ze wspólnych interesów, a nie z przewagi wojskowej.

Rzeczypospolitej pozostały po zejściu załogi polskiej z Kremla wielomilionowe należności do spłacenia czterem konfederacjom wojskowym. Zapłaciła też zniszczeniem terytoriów, przez które przechodziło wojsko.

Prof. Anna Filipczak-Kocur – historyk, pracownik Instytutu Historii Uniwersytetu Opolskiego, zajmuje się m.in. funkcjonowaniem centralnych instytucji Rzeczypospolitej w epoce nowożytnej.

W podsumowaniu swego cytatu Maciak mówi:

„Oblężonym zagwarantowano bezpieczeństwo i powrót do kraju z honorami i tak dalej i proszę Państwa i to było wygnanie Polaków z Moskwy, którą podobno zajęliśmy. Brednie, nigdy nie było zajęcia Moskwy zbrojnego, siłowego, tylko bojarzy chcieli współpracować z Polakami przeciw swojemu władcy. I to cała prawda o tym, jaki to silny oddział wojska tam pokonał Rosjan. Proszę Państwa, bzdury kompletne. Nie dajmy sobie tego wmówić.”

Nie pociągnął Maciak tego ostatniego cytatu dalej, bo nie pasował on do jego bajki. A szło dalej tak:

„Kreml poddał się 26 października (6 listopada) 1612 roku. Następnego dnia otwarto bramy. Po dziewiętnastu miesiącach oblężenia stolica carów była znów wolna. Sukces ten uznano za “cud nad Moskwą”. Strona moskiewska nie dotrzymała warunków kapitulacji. Wielu Polaków zamordowano, innych wsadzono do więzienia. Pijani zwycięzcy palili i grabili skarby kremlowskie, odzierali trupy z rzeczy wartościowych. Zemsta zwycięzców dotknęła także tych, którzy sprzyjali Władysławowi i Polakom. Straty polskie były wielkie. Umierali po drodze z głodu, ginęli z rąk partyzantów.”

A czego możemy dowiedzieć się z tego wywiadu? Ano tego, że były to inicjatywy prywatne i żołnierze byli werbowani przez możnowładców. Ale co to byli za możnowładcy? Nie są wymienieni z nazwiska. Czy to byli polscy czy może litewscy i rusińscy, którzy byli potężniejsi od polskich? A więc była to prywatna inicjatywa i wojska najemne. Wszystko odbywało się bez zgody sejmu, ale za cichym przyzwoleniem króla, który widział w Samozwańcach sojuszników, którzy pomogą mu w odzyskaniu korony szwedzkiej. A więc prywata możnowładców i króla. Jednym słowem była to hucpa, której Rzeczpospolita jako państwo nie popierała. Wojsko było najemne i jak nie dostało zapłaty, to zaczęło plądrować. Ale to byli najemnicy, nawet jeśli niektórzy z nich to byli Polacy, to byli tam prywatnie i nie reprezentowali interesów Rzeczypospolitej. Mówienie w takim przypadku, że to Polacy jest nadużyciem. Skoro byli to najemnicy, to pewnie wielu z nich nie było Polakami.

„Rzeczypospolitej pozostały po zejściu załogi polskiej z Kremla wielomilionowe należności do spłacenia czterem konfederacjom wojskowym. Zapłaciła też zniszczeniem terytoriów, przez które przechodziło wojsko.”

Dziwne to, bo na początku Filipczak-Kocur mówi, że to polscy możnowładcy werbowali żołnierzy, a na końcu, że to Rzeczpospolita musi zapłacić czterem konfederacjom wojskowym po opuszczeniu Kremla. Wikipedia tak opisuje konfederację wojskową:

„Konfederacja żołnierska (także konfederacja wojskowa) – w dawnej Polsce i Litwie, w XVII wieku związki żołnierzy powstające zwykle w wyniku buntu z powodu niewypłacania żołdu. Konfederaci obierali sobie dowódców (regimentarzy) i najeżdżali dobra królewskie lub kościelne i siłą ściągali zaległy żołd. Pierwszym aktem związkowych było wypowiedzenie posłuszeństwa hetmanowi i wybranie innego wodza nazywanego marszałkiem konfederacji wojskowej. Obradowano publicznie, a dla utrzymania karności uchwalano nowe, bardzo surowe, artykuły wojskowe.”

Jeden tylko wniosek z tego wynika, że Rzeczpospolita Obojga Narodów, to był jeden wielki burdel i rządził ten, kto pierwszy wstał. W każdym razie pani profesor niezbyt precyzyjnie wyjaśnia, więc można podejrzewać, że to jednak nie byli Polacy, ci możnowładcy. Może więc Rusini kijowscy, jako „Polacy”, zwietrzyli szansę na podporządkowanie Carstwa Moskiewskiego, a polski król – Szwed, dostrzegł w tym również szansę dla siebie na odzyskanie korony szwedzkiej poprzez zyskanie sojuszników na Kremlu. No, ale wszystkiemu, jak zawsze, byli winni Polacy. I w ten schemat myślenia wpisuje się Maciak.

Ludobójstwo

Jest takie powiedzenie: gdzie Rzym, gdzie Krym. Używamy go, gdy chcemy podkreślić, że jakieś rzeczy, sytuacje, zdarzenia nie mają ze sobą nic wspólnego. Parafrazując je, mógłbym powiedzieć: gdzie Wołyń, gdzie Rwanda. Czy ludobójstwo na Wołyniu z 1943 roku ma coś wspólnego z tym w Rwandzie z 1994 roku. Jak się okazuje – ma. Ryszard Kapuściński w swoim zbiorze reportaży o Afryce Heban (1998) opisuje wydarzenia, które miały tam miejsce. Ten opis nosi tytuł Wykład o Ruandzie. Nie jest to reportaż, to raczej esej, synteza. W sumie to może nawet nie zwróciłbym uwagi na ten opis, gdyby nie końcowa jego część, w której Kapuściński stara się wyjaśnić, dlaczego, pomimo że rządzący dysponowali doskonałym uzbrojeniem i mogli wybić do nogi swoich wrogów, w ruch poszły maczety, młoty, dzidy itp. i dlaczego w tę zbrodnię zaangażowano tylu zwykłych ludzi. Analogia do Wołynia aż nadto widoczna. Poniżej obszerne fragmenty tego wykładu:

»Ruanda to mały kraj, tak mały, że na wielu mapach, jakie znajdziecie w książkach o Afryce, jest zaznaczony tylko kropką. Dopiero w objaśnieniach do owych map przeczytacie, że ten punkt w samym środku kontynentu to właśnie miejsce, gdzie leży Ruanda. Ruanda jest krajem górzystym. Dla Afryki charakterystyczne są raczej równiny i płaskowyże, tymczasem Ruanda to góry i góry. Pną się one do wysokości dwóch-trzech tysięcy metrów, a nawet wyżej. Dlatego często nazywa się ją Tybetem Afryki – zresztą nie tylko z powodu gór, ale także ze względu na jej niezwykłość, odrębność, inność. Ta inność, oprócz geografii, dotyczy także społeczeństwa. O ile bowiem ludność państw afrykańskich jest z reguły wieloplemienna (Kongo zamieszkuje trzysta plemion, Nigerię – dwieście pięćdziesiąt itd.), o tyle w Ruandzie mieszka tylko jedna społeczność, jeden naród Banyaruanda, dzielący się tradycyjnie na trzy kasty: kastę właścicieli stad bydła – Tutsi (14 procent ludności), kastę rolników – Hutu (85 procent) i kastę wyrobników i posługaczy – Twa (1 procent). Ów system kastowy (o pewnych analogiach do Indii) ukształtował się wieki temu, zresztą nadal trwa spór, czy stało się to w wieku XII czy dopiero w XV, nie ma bowiem na ten temat żadnych źródeł pisanych. Dość, że od stuleci istniało tu królestwo rządzone przez monarchę zwanego mwami, a wywodzącego się z kasty Tutsi.

Mapa Rwandy; źródło: Wikipedia.

Chronione przez góry królestwo to było państwem zamkniętym, nie utrzymującym z nikim stosunków. Banyaruanda ani nie organizowali podbojów, ani – podobnie jak kiedyś Japończycy – nie wpuszczali na swój teren cudzoziemców (stąd np. nie znali handlu niewolnikami, który był zmorą innych ludów afrykańskich). Pierwszym Europejczykiem, który dotarł do Ruandy w 1894 r. był Niemiec, podróżnik i oficer, hrabia G. A. von Götzen. Warto dodać, że już osiem lat wcześniej mocarstwa kolonialne, na konferencji w Berlinie dzieląc między siebie Afrykę, przyznały Ruandę właśnie Niemcom, o czym zresztą żaden Ruandyjczyk, łącznie z królem, nawet nie został powiadomiony. Przez te lata Banyaruanda żyli jako lud skolonizowany, w ogóle o tym nie wiedząc. Również później Niemcy mało się tą kolonią interesowali, a po I wojnie światowej utracili ją na rzecz Belgii. Belgowie też przez długi czas nie przejawiali tu większej aktywności. Do Ruandy było od wybrzeży morskich daleko, bo ponad 1500 kilometrów, ale przede wszystkim kraj nie przedstawiał większej wartości, bo nie znaleziono w nim właściwie żadnych ważnych surowców. Dzięki temu ukształtowany przed wiekami system społeczny Banyaruanda mógł w tej górzystej twierdzy przetrwać w nie zmienionej postaci do drugiej połowy XX wieku. System ten miał szereg cech przypominających europejski feudalizm. Krajem rządził monarcha otoczony grupą arystokratów i rzeszą rodowej szlachty. Wszyscy oni tworzyli panującą kastę – Tutsi. Ich największym i właściwie jedynym bogactwem było bydło – krowy zebu, odmiana o długich, szablistych, pięknych rogach. Tych krów nie zabijano – były święte, nietykalne. Tutsi żywili się ich mlekiem i krwią (krew, z nacinanych dzidą tętnic szyjnych, tłoczono do naczyń mytych krowim moczem). Wszystkim tym zajmowali się mężczyźni, dostęp do krów był bowiem kobietom zabroniony.

Tutsi nie byli pasterzami ani koczownikami, nie są nawet hodowcami. Są właścicielami stad, panującą kastą, arystokracją.

Natomiast Hutu to o wiele liczniejsza, podległa im kasta rolników (w Indiach nazywa się ich wajsiami). Między Tutsi i Hutu istniały stosunki lenne – Tutsi był seniorem, Hutu jego wasalem. Hutu stanowili klientelę Tutsi. Byli rolnikami żyjącymi z uprawy ziemi. Część zbiorów oddawali swojemu panu w zamian za opiekę i otrzymaną od niego w użytkowanie krowę (Tutsi mieli monopol na krowy. Hutu mógł je tylko dzierżawić od swojego seniora). Wszystko jak w feudalizmie – ta sama zależność, te same zwyczaje, ten sam wyzysk.

Stopniowo, w połowie XX wieku, między obu kastami narasta dramatyczny konflikt. Przedmiotem sporu jest ziemia. Ruanda jest mała, górzysta i bardzo gęsto zaludniona. Jak to często bywa w Afryce, również w Ruandzie dochodzi do walki między tymi, którzy żyją z hodowli bydła, a tymi, którzy uprawiają ziemię. Ale zwykle przestrzenie na kontynencie są tak wielkie, że jedna ze stron może usunąć się na wolne tereny i zarzewie wojny wygasa. W Ruandzie takie rozwiązanie nie jest możliwe – brakuje miejsca, żeby się usunąć, żeby ustąpić. Tymczasem stada posiadane przez Tutsi rosną i potrzebują więcej i więcej pastwisk. Te nowe pastwiska można stworzyć tylko w jeden sposób: odbierając ziemię chłopom, tj. rugując Hutu z ich gruntów. Ale Hutu i tak już żyją w ciasnocie. Od lat ich liczebność szybko się powiększa. Na domiar złego ziemie, które uprawiają, są jałowe, bardzo liche. Bowiem góry Ruandy pokrywa bardzo cienka warstwa gleby, tak cienka, że kiedy co roku przychodzi pora deszczowa, ulewy zmywają jej duże połacie, a w wielu miejscach, gdzie Hutu mieli swoje poletka manioku i kukurydzy, połyskuje teraz naga skała.

A więc z jednej strony potężne, napierające tabuny krów – symbol bogactwa i siły Tutsi – z drugiej ściśnięci, stłamszeni, wypierani Hutu: nie ma miejsca, nie ma ziemi, ktoś musi odejść albo zginąć. Oto jak wygląda sytuacja w Ruandzie w latach pięćdziesiątych, kiedy na scenę wkraczają Belgowie. Stają się oni teraz bardzo aktywni, bo Afryka przeżywa właśnie moment zapalny, podnosi się fala niepodległościowa, antykolonialna, trzeba więc działać, podejmować decyzje. Belgia należy do tych metropolii, które ów ruch emancypacyjny najbardziej zaskoczył. Bruksela nie ma więc pomysłu, a jej urzędnicy nie bardzo wiedzą, co robić. Jak to zwykle w takich przypadkach, ich odpowiedź jest jedna: opóźniać rozwiązania, odwlekać. Dotychczas Belgowie rządzili Ruandą rękoma Tutsi, na nich się opierali i nimi wysługiwali. Ale Tutsi to najlepiej wykształcona i ambitna warstwa Banyaruanda i teraz to oni właśnie żądają niepodległości. I to natychmiast, na co Belgowie są zupełnie nie przygotowani! Więc Bruksela gwałtownie zmienia taktykę: porzuca Tutsi i zaczyna popierać bardziej uległych, pojednawczych Hutu. Zaczyna ich przeciw Tutsi podjudzać. Efekty tej polityki przychodzą szybko. Ośmieleni, zachęceni Hutu ruszają do walki. W 1959 roku w Ruandzie wybucha chłopskie powstanie. Właśnie w Ruandzie, jako jedynym kraju afrykańskim, ruch niepodległościowy przybrał formę społecznej, antyfeudalnej rewolucji. Z całej Afryki tylko Ruanda przeżyła swój szturm Bastylii, detronizację króla, żyrondę i terror. Gromady chłopów, rozjątrzony żywioł uzbrojonych w maczety, motyki i dzidy Hutu ruszył na swoich panów-władców Tutsi. Zaczęła się wielka rzeź, jakiej Afryka dawno nie widziała. Chłopi palili gospodarstwa swoich lordów, a im samym podrzynali gardła i łupali czaszki. Ruanda spłynęła krwią, stanęła w ogniu. Zaczął się masowy ubój bydła, chłopi, często po raz pierwszy w życiu, mogli się do woli najeść mięsa. Kraj w tym czasie liczył 2,6 miliona mieszkańców, w tym było trzysta tysięcy Tutsi. Przyjmuje się, że kilkadziesiąt tysięcy Tutsi zostało wówczas zamordowanych, a drugie tyle uciekło do krajów sąsiednich – Konga, Ugandy, Tanganiki i Burundi. Monarchia i feudalizm przestały istnieć, a kasta Tutsi utraciła swoją dominującą pozycję. Władze przejęło teraz chłopstwo Hutu. Kiedy Ruanda uzyskała niepodległość w 1962 roku, ludzie z tej właśnie kasty utworzyli pierwszy rząd. Na jego czele stanął wówczas mody dziennikarz Grégoire Kayibanda. W tym czasie byłem w Ruandzie po raz pierwszy. Pamiętam Kigali, stolice kraju, jako małą mieścinę. Nie mogłem znaleźć, bo może nawet i nie było, żadnego hotelu. W końcu przygarnęły mnie siostry zakonne, Belgijki, dając mi nocleg w swoim schludnym szpitaliku, na oddziale położniczym.

I Hutu, i Tutsi budzą się z tej rewolucji jak ze złego snu. I jedni, i drudzy przeżyli rzeź – jedni dokonując jej, a drudzy jako jej ofiary, a takie doświadczenie pozostawia w człowieku męczący i trwały ślad. Uczucia Hutu są w tym momencie mieszane. Z jednej strony pokonali swoich panów, zrzucili feudalne jarzmo i po raz pierwszy zdobyli w kraju władzę, ale z drugiej, nie pobili jednak swoich lordów w sposób ostateczny, nie unicestwili ich do końca i ta świadomość, że przeciwnik został boleśnie zraniony, ale że żyje nadal i będzie szukać zemsty, posiała w ich sercach niepokonany i śmiertelny strach (pamiętajmy, że lęk przed zemstą jest głęboko zakorzeniony w mentalności afrykańskiej, że odwieczne prawo zemsty regulowało tu zawsze ludzkie, prywatne i klanowe, stosunki). A jest czego się bać. Bo choć Hutu zdobyli górską twierdze Ruandy i ustanowili w niej swoje rządy, to jednak pozostała w niej piąta kolumna Tutsi (około stu tysięcy), a po drugie – i to może nawet jeszcze groźniejsze – twierdzę opasali swoimi obozami wygnani z niej wczoraj Tutsi.

Tak zawiązuje się dramat ruandyjski, tragedia ludu Banyaruanda, iście palestyńska niemożność pogodzenia racji dwóch społeczności roszczących sobie prawa do tego samego skrawka ziemi, zbyt jednak małego i ciasnego, aby je pomieścić. Wewnątrz tego dramatu rodzi się, z początku jeszcze słaba i nieokreślona, ale z latami coraz bardziej wyraźna i natarczywa pokusa Endlösung – ostatecznego rozwiązania.

Rewolucja 1959 roku podzieliła naród Banyaruandy na dwa przeciwstawne obozy. Czas, jaki zacznie płynąć od tego momentu, będzie już tylko wzmacniać mechanizmy niezgody, zaostrzać konflikt, raz po raz prowadzić do krwawych kolizji i – ostatecznie – do apokalipsy.

Tutsi, którzy rozłożyli się w obozach wzdłuż granic, spiskują i kontratakują. W roku 1963 uderzają od południa, z sąsiedniego kraju, z Burundi, gdzie ich pobratymcy, burundyjscy Tutsi, sprawują rządy. Po dwóch latach – nowa inwazja Tutsi. Armia Hutu powstrzymuje ją i w odwet organizuje w Ruandzie wielką, okrutną rzeź Tutsi. Ginie ich, rozsiekanych maczetami Hutu, dwadzieścia tysięcy, inni szacują, że pięćdziesiąt. Żaden postronny obserwator w te strony nie dociera, żadna komisja ani media. Pamiętam, że próbowaliśmy – grupa korespondentów – dostać się wówczas do Ruandy, ale nie zostaliśmy przez władze wpuszczeni. W Tanzanii zbieraliśmy tylko głosy tych, co stamtąd uciekli – były to głównie kobiety z dziećmi, przerażone, poranione, zagłodzone. Mężczyzn najczęściej zabijano w pierwszej kolejności, już z tych wypraw nie wracali. Wiele wojen w Afryce toczy się bez świadków, w skrytości, w miejscach niedostępnych, w ciszy, bez wiedzy świata, albo po prostu przez świat zapomnianych. Tak jest w wypadku Ruandy. Latami trwają pograniczne walki, pogromy, masakry. Partyzanci Tutsi (zwani przez Hutu – karaluchami) palą wsie i mordują miejscową ludność. Ta z kolei, wspierana własnym wojskiem, urządza gwałty i rzezie.

Żyć w takim kraju – trudno. Bo ciągle jest dużo wiosek i miasteczek o ludności mieszanej. Jedni i drudzy mieszkają obok siebie, mijają się na drogach, pracują w jednym miejscu. A po cichu – spiskują. Bo w takim klimacie podejrzliwości, napięcia i lęku odradza się stara, plemienna, afrykańska tradycja tajnych sekt, sekretnych związków i mafii. Rzeczywistych i urojonych. Każdy do czegoś w skrytości należy, a także jest przekonany, że ten drugi, ten Inny, należy na pewno. I to, oczywiście, do przeciwnej, wrażej organizacji.

Bliźniaczym krajem Ruandy jest jej południowy sąsiad – Burundi. Ruanda i Burundi mają podobną geografię, zbliżony typ społeczeństwa, wspólną, wielowiekową historię. Ich losy rozeszły się dopiero w 1959 roku: w Ruandzie zwyciężyła chłopska rewolucja Hutu, a jej liderzy objęli w państwie władzę, natomiast w Burundi Tutsi utrzymali i nawet umocnili swoje panowanie, rozbudowując armię i tworząc coś w rodzaju feudalnej dyktatury militarnej. Jednakże istniejący dawniej system naczyń połączonych między obu krajami-bliźniakami działał nadal i rzeź Tutsi przez Hutu w Ruandzie wywołała w odwecie rzeź Hutu przez Tutsi w Burundi i vice versa. I tak, kiedy w 1972 roku, zachęcani przykładem swoich braci z Ruandy, Hutu z Burundi próbowali zrobić u siebie powstanie, mordując na początek kilka tysięcy Tutsi, ci w odpowiedzi zabili ponad sto tysięcy Hutu. Nie sam fakt masakry, bo powtarzały się one regularnie w obu krajach, ale jej zatrważające rozmiary wywołały poruszenie wśród Hutu z Ruandy, którzy postanowili jednak zareagować. Dodatkowo skłaniał ich do tego fakt, że w czasie owego pogromu kilkaset tysięcy (czasem podają, że milion) Hutu z Burundi schroniło się w Ruandzie, stwarzając dla tego biednego kraju, który raz po raz nawiedzały klęski głodu, wielki problem: jak wyżywić takie rzesze uchodźców.

Wykorzystując tę krytyczną sytuację (mordują naszych pobratymców w Burundi; nie ma za co utrzymać miliona imigrantów), szef armii ruandyjskiej generał Juvénal Habyarimana dokonuje w 1973 roku zamachu stanu i ogłasza się prezydentem. Zamach ten ujawnił głębokie tarcia i konflikty dzielące społeczność Hutu. Pokonany (a następnie zagłodzony) prezydent Grégoire Kayibanda reprezentował klan Hutu z centrum kraju uznawany za umiarkowanie liberalny. Natomiast nowy władca pochodził z klanu mieszkającego w północno-zachodniej części Ruandy. Klan ten stanowił radykalne szowinistyczne skrzydło Hutu (żeby uczynić ten obraz bardziej czytelnym, można powiedzieć, że Habyarimana to Radovan Karadżić ruandyjskich Hutu).

Przez długi czas nikt nie zwraca uwagi na fakt, że w Ugandzie wyrosła dobrze wyszkolona i doświadczona w walkach armia mścicieli Tutsi, którzy tylko myślą, jak by tu wziąć odwet za hańbę i krzywdy wyrządzone ich rodzicom. Na razie odbywają tajne zebrania, powołuja organizację Narodowy Front Ruandy i przygotowują się do ataku. W nocy 30 września 1990 roku znikają z koszar armii ugandyjskiej i z przygranicznych obozów i o świcie wkraczają na terytorium Ruandy. W Kigali zaskoczenie władzy jest całkowite. Zaskoczenie i przerażenie. Habyarimana ma armię słabą i zdemoralizowaną, a od granicy z Ugandą do Kigali jest niewiele ponad 150 kilometrów i partyzanci mogą się zjawić w stolicy za dzień, dwa. Tak by z pewnością było, bo wojsko Habyarimany nie stawiało żadnego oporu, i może nie doszłoby nigdy do owej hekatomby, rzezi i ludobójstwa roku 1994, gdyby nie jeden telefon. Był to telefon generała Habyarimany do prezydenta Mitterranda o pomoc.

Mitterrand był pod silną presją proafrykańskiego lobby. O ile większość metropolii europejskich radykalnie zerwała ze swoim dziedzictwem kolonialnym, o tyle w wypadku Francji jest inaczej. Po dawnej epoce pozostała jej bowiem duża, czynna i dobrze zorganizowana armia ludzi, którzy zrobili kariery w administracji kolonialnej, spędzili (nieźle!) życie w koloniach, a teraz w Europie są już obcy, czują się nieprzydatni, niepotrzebni. Jednocześnie wierzą głęboko, że Francja jest nie tylko krajem europejskim, ale także wspólnotą wszystkich ludów kultury i języka francuskiego, że, słowem, Francja to także globalna przestrzeń kulturalno-językowa: Francophonie. Filozofia ta przełożona na uproszczony język geopolityki mówi, że jeśli ktoś gdzieś na świecie atakuje kraj frankojęzyczny, to niemal tak, jakby uderzył w samą Francję. W dodatku urzędników i generałów z lobby proafrykańskiego uwiera jeszcze dotkliwie kompleks Faszody. Kilka słów na ten temat. Otóż w XIX wieku, kiedy kraje Europy dzieliły między siebie Afrykę, Londynem i Paryżem rządziła dziwaczna (choć wówczas zrozumiała) obsesja, aby swoje posiadłości na tym kontynencie mieć ułożone w linii prostej i aby istniała między nimi terytorialna ciągłość. Londyn chciał mieć taką linię z północy na południe – z Kairu do Cape Town, a Paryż – z zachodu na wschód, tj. z Dakaru do Dżibuti. Jeżeli teraz weźmiemy mapę Afryki i wykreślimy na niej dwie prostopadłe linie, to skrzyżują się one w południowym Sudanie, w miejscu, gdzie nad Nilem leży mała rybacka wioska – Faszoda. Panowało wówczas w Europie przekonanie, że kto będzie miał Faszodę, ten zrealizuje swój ekspansjonistyczny ideał jednoliniowego kolonializmu. Między Londynem i Paryżem zaczął się wyścig. Obie stolice wysłały w kierunku Faszody swoje ekspedycje militarne. Pierwsi dotarli Francuzi. 16 lipca 1898 roku, pokonując pieszo straszliwą trasę z Dakaru, doszedł do Faszody kapitan J.D. Marchard i zatknął tu francuską flagę. Oddział Marcharda składał się ze stu pięćdziesięciu Senegalczyków – dzielnych i oddanych mu ludzi. Paryż szalał z radości. Francuzów rozpierała duma. Ale dwa miesiące później dotarli tu także Anglicy. Dowodzący ekspedycją lord Kitchener ze zdumieniem stwierdził, że Faszoda jest już zajęta. Nie zważając na to, wywiesił również flagę brytyjską. Londyn szaleje z radości. Anglików rozpiera duma. Oba kraje żyją teraz w gorączce nacjonalistycznej euforii. Z początku żadna strona nie chce ustąpić. Wiele wskazywało na to, że I wojna światowa rozpocznie się już wówczas, w 1898 roku – o Faszodę. W końcu (ale to długa historia) Francuzi musieli się wycofać. Zwyciężyła Anglia. Wśród starych, francuskich kolonów epizod Faszody jest ciągle bolesną raną i nawet dziś na wiadomość, że Anglophones gdzieś próbują się ruszyć, od razu rzucają się do ataku.

Tak było i tym razem, kiedy Paryż dowiedział się, że anglojęzyczni Tutsi z terenów anglojęzycznej Ugandy wtargnęli na terytorium frankojęzycznej Ruandy, naruszyli granice Francophonie.

Kolumny Frontu Narodowego Ruandy zbliżały się już do stolicy, a rząd i klan Habyarimany pakował walizki, kiedy na lotnisko w Kigali samoloty przywiozły francuskich spadochroniarzy. Oficjalnie podano, że było ich dwie kompanie. Ale to wystarczyło. Partyzanci chcieli walczyć z reżimem Habyarimany, ale woleli nie ryzykować wojny z Francją: nie mieli szans. Przerwali więc ofensywę na Kigali, ale pozostali w Ruandzie, zajmując na stałe jej pólnocno-wschodnie obszary. Kraj de facto został podzielony, z tym, że obie strony traktowały to jako stan tymczasowy, prowizoryczny. Habyarimana liczył, że z czasem będzie na tyle silny, iż wyprze partyzantów, ci zaś, że kiedyś Francuzi wycofają się i wówczas reżim razem z całym klanem Akazu padną następnego dnia.

Między ofensywą z października 1990 a rzezią z kwietnia 1994 minie trzy i pól roku. W obozie rządzących Ruandą dochodzi do gwałtownych sporów między zwolennikami kompromisu i utworzenia koalicyjnego, narodowego rządu (ludzie Habyarimany plus partyzanci) a fanatycznym despotycznym klanem Akazu kierowanym przez Agathe i jej braci. Sam Habyarimana kluczy, waha się, nie wie, co robić, i coraz bardziej traci wpływ na rozwój wypadków. Szybko i niepodzielnie górę bierze szowinistyczna linia klanu Akazu. Obóz Akazu ma swoich ideologów – to intelektualiści, uczeni, profesorowie wydziałów historii i filozofii ruandyjskiego uniwersytetu w Butare – Ferdinand Nahimana, Casimir Bizimungu, Leon Mugesira i kilku innych. To oni właśnie formułują ideologię, która uzasadni ludobójstwo jako właściwie jedyne wyjście, jedyny sposób własnego przetrwania. Teoria Nahimany i jego kolegów głosi, że Tutsi to najzwyczajniej obca rasa. To Niloci, którzy przyszli do Ruandy, gdzieś znad Nilu, podbili rodzimych mieszkańców tej ziemi – Hutu, zaczęli ich wyzyskiwać, niewolić i rozkładać od wewnątrz. Tutsi zawładnęli wszystkim, co jest w Ruandzie cenne: ziemią, bydłem, rynkami, a z czasem i państwem. Hutu zostali zepchnięci do roli podbitego narodu, który wiekami żył w nędzy, głodzie i poniżeniu. Ale naród Hutu musi odzyskać swoją tożsamość i godność, jako równy zając miejsce wśród innych narodów świata.

Czego jednak – zastanawia się w dziesiątkach wystąpień, artykułów i broszur Nahimana – uczy nas historia? Jej doświadczenia są tragiczne, napełniają przygnębiającym pesymizmem. Cała historia stosunków Hutu – Tutsi to czarne pasmo nieustających pogromów i rzezi, wzajemnego wyniszczania się, przymusowych migracji, rozjątrzonej nienawiści. W małej Ruandzie nie ma miejsca na dwa tak na śmierć i życie skłócone i obce sobie narody. W dodatku ludność Ruandy przyrasta w zawrotnym tempie. W połowie wieku kraj miał dwa miliony mieszkańców, teraz, po pięćdziesięciu latach, mieszka w nim już blisko dziewięć milionów. Jakie jest więc wyjście z tego zaklętego kręgu, z tego okrutnego fatum, któremu winni są zresztą, jak samokrytycznie przyznaje Mugesira, sami Hutu: „W 1959 roku popełniliśmy fatalny błąd, pozwalając, żeby Tutsi uciekli. Powinniśmy wtedy działać: zetrzeć ich z powierzchni ziemi”. Profesor uważa, że to ostatni moment, aby ten błąd naprawić. Tutsi muszą wrócić do swojej prawdziwej ojczyzny, gdzieś nad Nilem. Odeślijmy ich tam, nawołuje, „żywych albo martwych – ostateczne rozwiązanie: ktoś musi zginąć, przestać istnieć raz na zawsze.

I zaczynają się przygotowania. Armia, która liczyła pięć tysięcy ludzi, została powiększona do 35 tysięcy żołnierzy. Drugą siłą uderzeniową staje się Gwardia Prezydencka, elitarne, nowocześnie i bogato wyposażone jednostki (instruktorów przysłała Francja, a broń i sprzęt – Francja, RPA i Egipt). Ale największy nacisk kładzie się na tworzenie masowej paramilitarnej organizacji – Interahamwe (tzn. Uderzymy Razem). Należą do niej i odbywają w niej szkolenia wojskowe i ideologiczne ludzie ze wsi i miasteczek, bezrobotna młodzież i biedne chłopstwo, uczniowie, studenci i urzędnicy – olbrzymia rzesza, istne pospolite ruszenie, którego zadaniem będzie dokonać apokalipsy. Jednocześnie podprefekci i prefekci mają na polecenie rządu sporządzać i dostarczać listy przeciwników władzy, wszelkich ludzi podejrzanych, niepewnych, dwuznacznych, najróżniejszych malkontentów, pesymistów, sceptyków i liberałów. Organem teoretycznym klanu Akazu jest pismo „Kangura”, ale głównym źródłem propagandy, a także rozkazów dla niepiśmiennego przecież w większości społeczeństwa jest Radio Mille Collines, które później, w czasie rzezi, nadawać będzie kilka razy dziennie apel: „Śmierć!, Śmierć! Groby z ciałami Tutsi są wypełnione dopiero do połowy. Śpieszcie się, aby zapełnić je do końca!”.

W połowie roku 1993 państwa afrykańskie wymusiły na Habyarimanie zawarcie porozumienia z Frontem Narodowym Ruandy (FNR). Partyzanci mieli wejść w skład rządu i parlamentu oraz stanowić czterdzieści procent armii. Ale taki kompromis był nie do przyjęcia dla klanu Akazu. Traciliby monopol władzy, a na to nie chcieli się zgodzić. Uznali, że wybiła godzina ostatecznego rozwiązania.

6 kwietnia 1994 roku „nieznani sprawcy” zestrzelili rakietą w Kigali podchodzący do lądowania samolot, w którym leciał wracający z zagranicy prezydent Habyarimana, zhańbiony podpisaniem kompromisu z wrogami. Było to hasłem do rozpoczęcia rzezi przeciwników reżimu – Tutsi przede wszystkim, ale także licznej opozycji Hutu. Kierowana przez ów reżim masakra bezbronnej ludności trwała trzy miesiące, a więc do momentu, kiedy wojska FNR opanowały cały kraj, zmuszając przeciwnika do ucieczki.

Różnie szacują liczbę ofiar. Jedni podają – pół miliona, inni – milion. Tego dokładnie nikt nie obliczy. Przeraża najbardziej to, że wczoraj jeszcze niewinni ludzie wymordowali innych, zupełnie niewinnych ludzi, i to bez żadnego powodu, bez potrzeby. Zresztą gdyby to nawet nie był milion, tylko na przykład jeden niewinny, czy wówczas też nie byłby to dostateczny dowód, że diabeł jest wśród nas, tyle że wiosną 1994 roku przebywał akurat w Ruandzie?

Pół miliona-milion zabitych to oczywiście tragicznie dużo. Ale z drugiej strony, znając piekielną siłę rażenia armii Habyarimany, jej helikoptery, cekaemy, artylerię i wozy pancerne, można było w ciągu trzech miesięcy systematycznego strzelania zgładzić o wiele więcej ludzi. A jednak tak się nie stało. Jednak w większości ginęli oni nie od bomb i cekaemów, tylko padali rozsiekani i zatłuczeni bronią najbardziej prymitywną – maczetami, młotami, dzidami i kijami. Bo też liderom reżimu nie tylko chodziło o cel – ostateczne rozwiązanie. Ważne było również, jak się do niego zmierza. Ważne było, aby po drodze do Najwyższego Ideału, jakim miało być unicestwienie wroga raz na zawsze, zawiązała się przestępcza wspólnota narodu, aby przez masowy udział w zbrodni powstało łączące wszystkich jedno poczucie winy, tak by każdy, mając na swoim koncie czyjąś śmierć, wiedział, że odtąd wisi nad nim nieodwołalne prawo odwetu, za którym dostrzeże on widmo swojej własnej śmierci.

O ile w systemach hitlerowskim i stalinowskim śmierć zadawali oprawcy z instytucji wyspecjalizowanych – SS czy NKWD, a zbrodnia była dziełem wydzielonych formacji, działających w miejscach ukrytych, to w Ruandzie chodziło o to, żeby śmierć zadał każdy, żeby zbrodnia była produktem masowego, niejako ludowego i wręcz żywiołowego wystąpienia, w którym udział wzięliby wszyscy – aby nie było rąk, które nie umoczyłyby się we krwi ludzi, uznanych rzez reżim za wrogów.

Dlatego potem wystraszeni i już pokonani Hutu uciekali do Zairu i tam błąkali się z miejsca na miejsce, niosąc na głowach swój nędzny dobytek. Ludzie w Europie, oglądając te niekończące się kolumny, nie mogli zrozumieć, jaka siła popycha tych wycieńczonych wędrowców, co każe tym szkieletom tak iść i iść, w karnych szeregach, bez przestanku i odpoczynku, posłusznie i z pustką w oczach, przemierzać upiorną drogę winy i męki.«

Ten końcowy fragment, jak napisałem we wstępie, nieodparcie nasuwa skojarzenia z Wołyniem. Ci, którzy dokonali rzezi na Wołyniu, również dysponowali odpowiednią bronią i użycie siekier, pił, wideł itp. nie było konieczne i nie było konieczne zaangażowanie okolicznej ludności. A jednak! Skąd u Kapuścińskiego taka interpretacja? Czyżby coś wiedział o Wołyniu, czego my nie wiemy? Pewnie wiedział, ale w swoim zapatrzeniu w Ukrainę nie zająknął się o Wołyniu, chociaż o głodzie na Ukrainie pisał i wszelką winą obarczał Stalina.

Paradoksalne! Żeby dowiedzieć się czegoś o rzezi wołyńskiej, trzeba było „zajechać” aż do Rwandy. No cóż, jak to mówią: podróże kształcą. Niektórzy dodają, że owszem, ale wykształconych. Jak widać sam pomysł i sposób jego wykonania są w obu przypadkach bardzo podobne, a to skłania do wniosku, że wyszły z tego samego ośrodka decyzyjnego.

Niestety, ale wykład Kapuścińskiego jest niepełny i pomija pewne niewygodne fakty, które nie pasowałyby do jego konkluzji, że diabeł jest wśród nas i że akurat wiosną 1994 roku był w Rwandzie. Ja osobiście w diabła i szatana, czy kogo tam jeszcze, nie wierzę. To wszystko to nie wina diabła, tylko europejskich kolonizatorów. Ale któż to się kryje za tym ogólnym określeniem? A któż się kryje za tymi kolonizatorami?

Wiele z tego, co pominął Kapuściński, opisuje Wikipedia i warto skorzystać z pewnych informacji w niej zawartych. Pisze ona:

»Na długo przed powstaniem wielu państw europejskich, na obszarze współczesnego Burundi narodziło się państwo o ustroju monarchicznym oraz oryginalnej i skomplikowanej strukturze społecznej. Hutu i Tutsi – dwie największe grupy etniczno-społeczne zamieszkujące Burundi – dzielił przede wszystkim status społeczny i ekonomiczny. Hutu trudnili się zazwyczaj uprawą roli, podczas gdy Tutsi byli znani ze swych tradycji pasterskich. Pomiędzy obiema grupami panowały powiązania typu klientelistycznego. Społeczna hierarchia oraz podziały etniczne były jednak przy tym dość elastyczne i bardzo skomplikowane. Dla przykładu pojęcia „Tutsi” i „Hutu” odnosiły się nie tylko do różnic etnicznych, lecz także do różnic społecznych (słowo „Hutu” mogło definiować członka grupy etnicznej Tutsi pozostającego w stosunku zależności od swojego bogatszego patrona). Dopuszczalny był awans społeczny – np. poprzez uzyskanie przez Hutu statusu Tutsi. Miały miejsce przypadki, gdy Hutu dzięki szczęściu lub osobistym talentom uzyskiwał silniejszą pozycję ekonomiczną, a także wyższy status i wpływy, niż wielu przeciętnych Tutsi. Hodowla bydła nie była przywilejem zastrzeżonym wyłącznie dla Tutsi. Hutu mogli także piastować ważne funkcje administracyjne na prowincji lub na dworze monarchy. Szczególne znaczenie dla historii Burundi miał jednak fakt, że w okresie przedkolonialnym ukształtowała się unikalna oligarchiczna warstwa ganwa, która z czasem stała się osobną grupą etniczną i stała na samym szczycie społecznej hierarchii.

Pierwsi Europejczycy, którzy dotarli na ziemie dzisiejszych Rwandy i Burundi, pozostawali pod wpływem popularnych na przełomie XIX i XX wieku teorii rasowych. Obserwując występujące pomiędzy obiema grupami pewne różnice w wyglądzie fizycznym oraz różnice w statusie społecznym, uznali, że pasterze Tutsi są potomkami biblijnych Chamitów, „rasowo wartościowszymi” od „negroidalnych rolników”. W myśl teorii o „chamickim” pochodzeniu Tutsi, lud ten miał przybyć na tereny dzisiejszej Rwandy i Burundi z terenów wschodniej Afryki, a następnie podbić miejscowych rolników Bantu i narzucić im swój system wartości. Teoria o „chamickim” pochodzeniu Tutsi jest współcześnie odrzucana przez profesjonalnych historyków.

Mapa Burundi; źródło: Wikipedia.

Na mocy postanowień konferencji berlińskiej (1884–1885), przesądzającej o podziale Afryki pomiędzy europejskie mocarstwa kolonialne, terytoria współczesnych Rwandy i Burundi zostały przyznane Cesarstwu Niemieckiemu. W 1890 roku oba istniejące tam królestwa stały się formalnie częścią kolonii Niemiecka Afryka Wschodnia. Początek obecności militarnej Niemiec na terytorium Burundi datowany jest jednak dopiero na rok 1896, kiedy to we wsi Usumbura (Bużumbura, późniejsza stolica kraju), ustanowiony został niemiecki posterunek wojskowy. W 1899 roku terytoria obu królestw weszły w skład nowo utworzonego dystryktu o nazwie Ruanda-Urundi – administrowanego przez wojsko oraz pozostającego częścią Niemieckiej Afryki Wschodniej. Niemieckie rządy w Burundi zakończyła I wojna światowa. W 1916 roku kolonia została zajęta przez wojska belgijskie. Do 1923 roku Ruanda-Urundi pozostawała formalnie pod wojskową okupacją. Później, na mocy postanowień traktatu wersalskiego, kolonię przekształcono w terytorium mandatowe Ligi Narodów, administrowane przez Belgię. Po zakończeniu II wojny światowej Ruanda-Urundi została przekształcona w terytorium powiernicze ONZ, pozostające nadal pod władzą Belgii.

Z powodu braku wystarczających zasobów ludzkich i materialnych Niemcy starali się sprawować władzę za pośrednictwem lokalnych elit. Podobnie postępowali również Belgowie. Rządy kolonialne utrzymały więc przy życiu monarchię oraz pozostałe struktury społeczno-polityczne, które funkcjonowały w Burundi w okresie przedkolonialnym. Klan Bezi utrzymał w swoich rękach władzę monarchiczną. W okresie kolonialnym znacznie wzrosły jednak nierówności społeczne, a wraz z nimi również podziały etniczne (czynnika tego nie należy jednak przeceniać). Niemcy i Belgowie faworyzowali bowiem ganwa oraz Tutsi, powierzając im niższe stanowiska w administracji kolonialnej. Na miejscową ludność nakładano rozmaite obciążenia (praca przymusowa, kontyngenty, podatki itp.), zazwyczaj brutalnie egzekwowane. W rezultacie zwiększyły się – występujące jeszcze przed przybyciem Europejczyków – antagonizmy pomiędzy rozmaitymi grupami społecznymi i etnicznymi, tj. pomiędzy hodowcami i rolnikami, bogatymi i biednymi, Hutu a Tutsi itp. Ponadto Belgowie wprowadzili dokumenty tożsamości zawierające informacje o przynależności etnicznej (1933). Z drugiej jednak strony Belgowie stosując politykę „dziel i rządź” starali się rozgrywać przeciw sobie przede wszystkim najsilniejsze klany ganwa, mniejsze znaczenie przywiązując do antagonizmów etnicznych. Nie chcąc dopuścić do nadmiernego wzmocnienia monarchii i stojącego za nią klanu Bezi, Belgowie faworyzowali w szczególności klan Batare. Jego przywódca, książę Pierre Baranyanka, stał się w okresie kolonialnym głównym sprzymierzeńcem belgijskiej administracji.

W 1929 roku belgijska administracja kolonialna zapoczątkowała zakrojoną na szeroką skalę reformę administracyjną. Polegała ona na likwidacji licznych autonomicznych struktur rządzonych przez lokalnych wodzów (chefferies) i włączaniu ich terytoriów w skład większych jednostek administracyjnych, zarządzanych zazwyczaj przez przedstawicieli ganwa z klanów Bezi i Batare. Do 1945 roku liczbę chefferies zmniejszono ze 133 do 35. Reforma mocno uderzyła w interesy Hutu, w których rękach nie pozostała żadna chefferie; niewiele mniej ucierpieli jednak Tutsi, którzy stracili 20 z 30 chefferies. Reforma wraz ze zmianami ekonomicznymi zapoczątkowanymi przez kolonizację przyczyniła się do osłabienia tradycyjnych struktur społeczno-politycznych. Brutalny wyzysk stosowany przez kolonizatorów oraz tubylczych urzędników i zarządców doprowadził w latach 1912–1934 do wybuchu kilku krwawo stłumionych powstań chłopskich, m.in. tzw. rebelii Runyota-Kanyarufunzo we wschodniej części kraju (1922) oraz rebelii Inamujandi w północno-zachodniej części Burundi (1934).

Rwanda była jednym z ostatnich regionów w Afryce, skolonizowanych przez kraje europejskie. W 1885 r. na kongresie w Berlinie obszar ten zaliczono do niemieckiej strefy wpływów. Następnie w ciągu kolejnych 10 lat kraj został opanowany przez Niemców i wcielony do Niemieckiej Afryki Wschodniej. Niemcy nie rządzili bezpośrednio, do administracji kraju wykorzystali miejscowych władców (bami) z plemienia Tutsi (Berlin utrzymywał w Rwandzie maksymalnie 5 urzędników i 166 żołnierzy). W 1902 r. powstały pierwsze misje katolickie. W czasie I wojny światowej kraj został (wraz z sąsiednim Burundi) zajęty przez Belgów.

W 1922 prawo Belgii do Rwandy i Urundi (połączonych w jedno państwo) zostało zalegalizowane mandatem Ligi Narodów. W 1925 Rwanda i Urundi zostały połączone z Kongo Belgijskim. Belgowie kontynuowali niemiecki sposób rządzenia, nadal opierając się na bami i arystokracji Tutsi. W 1946 Rwanda-Urundi zyskało status terytorium powierniczego ONZ.

W latach 50. (z inicjatywy Belgów i ONZ) zaczęły powstawać pierwsze organizacje polityczne skupiające ludność murzyńską, m.in. Narodowa Unia Rwandy (reprezentująca Tutsi) oraz w 1957 r. Partia Emancypacji Ludu Hutu (PARMENHUTU). Władze belgijskie podsycały konflikty pomiędzy nimi, co doprowadziło w 1959 r. do wybuchu wojny domowej, w wyniku której Tutsi stracili swoją pozycję. Ostatni władca Rwandy i jego urzędnicy zostali wypędzeni z kraju, a do władzy doszli znacznie liczniejsi Hutu.

Na czele kraju stanął przywódca PARMENHUTU Grégoire Kayibanda, który po referendum z 1961 znoszącym monarchię został prezydentem (reelekcje 1965 i 1969). W 1962 ONZ cofnęła Belgii mandat powierniczy. Nastąpił rozpad Urundi i Rwandy, proklamowano niepodległość.

Po wygraniu wojny domowej, zwycięzcy Hutu dopuszczali się masakr ludności Tutsi, ci więc masowo uciekali za granicę, do Burundi i Ugandy. W 1963 roku Tutsi podjęli zbrojną próbę odzyskania władzy, ale nie powiodła się ona i w rezultacie nastąpiły kolejne masakry, w których zginęło ok. 12 tys. ludzi. W 1964 Rwanda wprowadziła walutę narodową, oddzielając się ekonomicznie od Burundi, z którą była związana od czasów kolonialnych.«

Kiedy czyta się wykład Kapuścińskiego, to odnosi się wrażenie, że kładzie on nacisk na etniczne źródło konfliktu, jakby chcąc odwrócić uwagę od roli europejskich kolonizatorów. U niego rewolucja czy powstanie chłopskie to rok 1959 i walka o ziemię. Natomiast cytowana powyżej Wikipedia pisze:

„Brutalny wyzysk stosowany przez kolonizatorów oraz tubylczych urzędników i zarządców doprowadził w latach 1912–1934 do wybuchu kilku krwawo stłumionych powstań chłopskich, m.in. tzw. rebelii Runyota-Kanyarufunzo we wschodniej części kraju (1922) oraz rebelii Inamujandi w północno-zachodniej części Burundi (1934).” – To oczywiście w Burundi, które razem z Rwandą w 1899 roku weszły w skład nowo utworzonego niemieckiego dystryktu.

Kapuściński wspomina też o ideologii i przytacza opinie intelektualistów, uczonych, profesorów z rwandyjskiego uniwersytetu. Uważają oni, że jedynym rozwiązaniem jest rozwiązanie ostateczne – Endlösung. Samo to pojęcie jest idiotyczne, bo nie można było dokonać czegoś takiego, choćby z tego względu, że wielu Tutsi mieszkało czy przebywało na terenie Burundi, które od 1962 roku jest państwem niezależnym, niezależnym także od Rwandy. Podobnie niewykonalnym było poprzednie „ostateczne rozwiązanie”, te z czasów II wojny światowej, bo Hitler mógł tylko dokonać tego na terenie, który okupował. A to była tylko część Europy, bez Anglii, Hiszpanii i Portugalii, nie mówiąc o pozostałych kontynentach, na których żył naród rozproszony.

Problemy, konflikty, powstania, wzajemna nienawiść – to wszystko pojawiło się w obu bliźniaczych krajach, czyli w Rwandzie i Burundi, wraz z pojawieniem się tam europejskich kolonistów. A kim oni byli? Kim byli ci ludzie, którzy na konferencji w Berlinie podzielili Afrykę? Kongo przypadło belgijskiemu królowi, które od 1885 do 1908 było jego prywatną własnością, a on sam był masonem. W wyniku okrucieństw, jakich tam się dopuszczano, Kongo przeszło pod zarząd Belgii. Po I wojnie światowej Rwanda i Burundi stały się kolonią belgijską. Rządy Belgów, praktycznie do początku lat 60-tych XX wieku, to faworyzowanie jednych kosztem drugich, czyli ich skłócanie. Skłócali ich tak skutecznie, że ci zaczęli skakać sobie do oczu, nienawidzić i w końcu zabijać.

Belgowie wprowadzili w 1933 roku dokumenty tożsamości zawierające informacje o przynależności etnicznej. I nikt tego nie zniósł do 1994 roku. To wydatnie ułatwiło identyfikację, bo w tym dokumencie było zapisane, kto jest Tutsi, a kto – Hutu, chociaż ten podział nie był precyzyjny, bo Hutu, awansując w hierarchii społecznej, mógł stać się Tutsi, a zbiedniały Tutsi mógł stać się Hutu. Również sam wygląd nie dawał podstawy do jednoznacznej identyfikacji. Były to typowo rasistowskie praktyki Belgów, ale o tym Kapuściński nie wspomina, pisząc, że Belgowie do roku 1959 nie wykazywali większej aktywności i nie ingerowali w sprawy lokalne.

Te podziały były tak głębokie, że przetrwały do lat 90-tych. Ktoś tych ludzi po mistrzowsku rozgrywał, skoro „nieznani sprawcy” zestrzelili samolot, którym wracał prezydent Habyarimana z wynegocjowanym z Frontem Narodowym Rwandy kompromisem. I od tego zaczęła się cała tragedia. Może by do niej nie doszło, gdyby nie interwencja prezydenta Mitterranda, w wyniku której wylądowali w Rwandzie francuscy spadochroniarze. Daje to czas stronie rządowej na wzmocnienie. Pojawiają się francuscy instruktorzy, broń i sprzęt przysyła Francja, RPA i Egipt. Powstaje masowa, paramilitarna organizacja – Interahamwe (Uderzymy Razem). Szkolą się w niej ludzie ze wsi i miasteczek, bezrobotna młodzież i biedne chłopstwo, uczniowie, studenci, urzędnicy – jak to określił Kapuściński – istne pospolite ruszenie, którego zadaniem będzie dokonać apokalipsy. Nie napisał tylko, co stało się z tymi francuskimi spadochroniarzami. Na cda.pl można obejrzeć film Hotel Ruanda z 2004 roku. I to w nim jest pokazane, że w pewnym momencie te wszystkie wojska, łącznie z wojskami ONZ, opuszczają Rwandę. A więc jakby ktoś specjalnie szykował tę rzeź. Nie było już wojsk, które rozdzielałyby skonfliktowane strony. Zupełnie jak na Wołyniu w 1943 roku, gdzie AK zapadła się pod ziemię i o niczym nie wiedziała. Pewnie dostała taki rozkaz z Londynu.

„W latach 50. (z inicjatywy Belgów i ONZ) zaczęły powstawać pierwsze organizacje polityczne skupiające ludność murzyńską, m.in. Narodowa Unia Rwandy (reprezentująca Tutsi) oraz w 1957 r. Partia Emancypacji Ludu Hutu (PARMENHUTU). Władze belgijskie podsycały konflikty pomiędzy nimi, co doprowadziło w 1959 r. do wybuchu wojny domowej, w wyniku której Tutsi stracili swoją pozycję. Ostatni władca Rwandy i jego urzędnicy zostali wypędzeni z kraju, a do władzy doszli znacznie liczniejsi Hutu.” – Wikipedia

„W 1959 roku w Ruandzie wybucha chłopskie powstanie. Właśnie w Ruandzie, jako jedynym kraju afrykańskim, ruch niepodległościowy przybrał formę społecznej, antyfeudalnej rewolucji. Z całej Afryki tylko Ruanda przeżyła swój szturm Bastylii, detronizację króla, żyrondę i terror. Gromady chłopów, rozjątrzony żywioł uzbrojonych w maczety, motyki i dzidy Hutu ruszył na swoich panów-władców Tutsi.” – Kapuściński.

Nic się nie dzieje przypadkiem. Jak widać są pewne siły, które piszą scenariusze i reżyserują pewne wydarzenia, a właściwie to chyba wszystkie. I zatrudniają tabuny różnych dziennikarzy, komentatorów, ideologów i kogo tam jeszcze, by urabiali opinię publiczną w wygodny dla siebie sposób i tłumaczyli im świat tak, jak oni sobie tego życzą. …ale głównym źródłem propagandy, a także rozkazów dla niepiśmiennego przecież w większości społeczeństwa jest Radio Mille Collines, które później, w czasie rzezi, nadawać będzie kilka razy dziennie apel: „Śmierć!, Śmierć! Groby z ciałami Tutsi są wypełnione dopiero do połowy. Śpieszcie się, aby zapełnić je do końca!”. U nas mamy takiego przebierańca, Ukraińca, udającego polskiego patriotę, którego wykreował stary, obleśny, jąkający się Żyd. Temu pajacowi nie schodzi z ust okrzyk: Śmierć wrogom ojczyzny! Śmierć! Śmierć! Śmierć! To bardzo niebezpieczne. Widać jednak, że ktoś szykuje konflikt. Mamy już w „Polsce” wielomilionową rzeszę Ukraińców, których obdarowano przywilejami i tym samym sprowadzono Polaków do roli obywateli trzeciej kategorii, bo przecież nad tymi Ukraińcami jest jeszcze kategoria ludzi wybranych. Polacy mają być Hutu, Ukraińcy – Tutsi, a skłócać ich będą „Belgowie”.

Pustynia

W swojej książce „Imperium” (1993), będącej zbiorem reportaży z podróży w latach 1989-1991 po upadającym Związku Radzieckim, Ryszard Kapuściński opisuje też Turkmenię. Turkmeni w przeszłości byli narodem pustynnym i koczowniczym. W pewnym momencie odniosłem wrażenie, jakby pisał o innym pustynnym i koczowniczym narodzie. To, co w tym opisie najistotniejsze, to cechy jakie wytwarzał pustynny i koczowniczy tryb życia.

Turkmenistan, Republika Turkmenistanu (w okresie ZSRR funkcjonowała nazwa Turkmenia) – państwo położone w Azji Środkowej, na północ od gór Kopet-Dag, pomiędzy Morzem Kaspijskim a Amu-darią. Stolicą państwa jest Aszchabad. Kraj rozciąga się na 1100 km od wschodu do zachodu oraz na 650 km z północy na południe. Powierzchnia – 488 tys. km2. Większość mieszkańców stanowią Turkmeni. Turkmenistan graniczy z Afganistanem, Iranem i Uzbekistanem. Około 80% powierzchni kraju leży na Nizinie Turańskiej. Terytorium Turkmenistanu w większości pokrywa pustynia Kara-kum. W zależności od metodologii pomiaru pustynia zajmuje od 70% do 80% terytorium kraju. – Wikipedia.

Kapuściński tak opisuje Turkmenię:

»Taki Turkmen, który dożył siwej brody, wie wszystko. Jego głowa jest pełna mądrości, jego oczy czytały księgę życia. Kiedy dostał pierwszego wielbłąda, poznał smak bogactwa. Kiedy zdechło mu stado owiec, poznał nieszczęścia nędzy. Widział wyschłe studnie, a więc wie, co to radość. On wie, że słońce przynosi życie, ale wie również, że słońce przynosi śmierć, z czego nie zdaje sobie sprawy żaden Europejczyk.

Wie co to jest pragnienie i co to jest nasycenie.

Wie, że jak jest upał, trzeba się ciepło ubrać, w chałat i baranią czapę, a nie rozbierać się do skóry, jak to robią biali. Człowiek ubrany myśli, a rozebrany – nie. Człowiek nagi może popełnić każde głupstwo. Ci, którzy tworzyli wielkie dzieła, byli zawsze ubrani. W Sumerze i Mezopotamii, a Samarkandzie i w Bagdadzie mimo piekła upałów ludzie chodzili ubrani. Powstały tam wielkie cywilizacje, których nie znała Australia ani równik afrykański, gdzie chodzono po słońcu nago. Można się o tym przekonać czytając historię świata.

Być może ten stary zna odpowiedź na wielkie pytanie Szekspira.

Widział on pustynię i widział oazę, to znaczy widział cały świat, który w ostatecznej ostateczności sprowadza się do tego jedynego podziału. Na świat przychodzi coraz więcej ludzi, w oazach robi się ciasno, nawet w dużej oazie Europy, nie licząc oazy Gangesu, oazy Nilu. Czy ludzkość, która narodziła się na pustyniach, o czym mówią wszystkie świadectwa, nie będzie musiał wrócić tam, gdzie jest jej kolebka? I wtedy do kogo przyjdzie po radę ten spocony mieszczuch ze swoim przegrzanym fiatem, ze swoją lodówką, której nie będzie miał gdzie podłączyć? Czy nie zacznie szukać Turkmena z siwą brodą, Tuarega owiniętego turbanem? Oni wiedzą, gdzie są studnie, to znaczy znają tajemnice przetrwania i ocalenia. Ich wiedza, pozbawiona scholastyki i doktrynerstwa, jest wielka, ponieważ służy życiu. W Europie mają zwyczaj pisać o ludziach pustyni, ze są zacofani, nawet skrajnie zacofani. Nikt nie pomyśli, że tak nie wolno sądzić o ludach, które w najstraszniejszych dla człowieka warunkach umiały przetrwać tysiąclecia, wytwarzając typ kultury najcenniejszej, bo praktycznej, pozwalającej całym narodom istnieć i rozwijać się, podczas gdy w tym samym czasie wiele cywilizacji osiadłych upadło i zniknęło z ziemi na zawsze.

Niektórzy myślą, ze człowiek szedł na pustynię z biedy, bo nie miał innego wyjścia. Ale było akurat odwrotnie. W Turkmenii na pustynie mogli iść ci, którzy mieli stada, a więc bogatsi, koczowanie było przywilejem zamożnych. „Pobyt na pustyni – mówi profesor Gabriel – jest zaszczytem, to teren wybrany”. Przejście do życia osiadłego było dla koczownika zawsze ostatecznością, rodzajem życiowej przegranej, degradacją. Koczownika można osiedlić tylko siłą, przymusem ekonomicznym albo politycznym. Nie zna on ceny, którą można zapłacić za wolność, jaką daje pustynia.

Czy można sobie wyobrazić cywilizację ludzką bez tego wkładu, który wnieśli do niej koczownicy? Weźmy Złotą Ordę i państwo Timuridów. Były to największe imperia średniowieczne. Najdłuższy epos literatury światowej, który nazywa się „Manas” i liczy 40 tomów, jest epopeją narodową ludu koczowniczego – Kirgizów. Weźmy rozkwit sztuki indyjskiej pod rządami koczowniczej dynastii Wielkiego Mogoła. Należy wymienić takie zjawisko, jak islam, który trzynaście wieków wpływa na dzieje świata i jest ciągle religią w stanie ekspansji, mającą wyznawców na wielkim obszarze globu, od Senegalu do Indonezji, od Mongolii po Zanzibar.

Ale przede wszystkim w ciągu tych tysiącleci, które nie znały samolotu, a jeszcze wcześniej nie znały statku parowego, koczownicy, ten jedyny lud, który posiadł wspaniałą i niebezpieczną sztukę pokonywania martwych przestrzeni, tworzyli przez sam fakt swoich ciągłych wędrówek pierwszy w dziejach naprawdę światowy system mass-communications, przenosząc z miasta do miasta, z kontynentu na kontynent, z jednego krańca na drugi nie tylko złoto, korzenie i daktyle, ale książki i listy, wiadomości polityczne i relacje z odkryć, oryginały i kopie wielkich dzieł myśli i wyobraźni, co pozwalało w tamtych wiekach rozproszenia i izolacji wymienić osiągnięcia i rozwijać kulturę.«

Ten ostatni akapit, to w moim odczuciu, pochwała i zachwyt nad koczowniczym i pustynnym ludem, jakim byli Żydzi. Trudno się dziwić. Jak napisałem w blogu „Reportażysta”, był Kapuściński ukraińskim Żydem. Nie można więc mieć do niego pretensji o te sympatie. Ale też trudno uwierzyć w to, że to Turkmeni stworzyli światowy system, jak to on ujmuje, mass-communications, czy przenosili z miasta do miasta, z kontynentu na kontynent złoto, książki i listy. Złoto służyło przecież do bicia monety. Czy zatem pustynny i koczowniczy tryb życia był niezbędny, by wytworzyć cywilizację żydowską? Z opisu Kapuścińskiego wynika, że tak.

W reportażu o Azerbejdżanie pojawia się ciekawa informacja na temat tego, czym było Imperium. Pisze on:

„Następnego dnia rozmowa z profesorem Ayudinem Mirsalinoglu Mamedowem. Ciekawy, mądry, ucieszony, bo właśnie po raz pierwszy od 1917 roku pozwolono im założyć Kulturalne Towarzystwo Turkologiczne. Profesor od lat redaguje czasopismo poświęcone turkologii. Nie wszyscy wiedzą, że język turecki (lub: języki tureckie) jest drugim, po rosyjskim językiem Imperium. W języku tym mówi tam około 60 milionów ludzi. Azerbejdżanin nie tylko porozumie się w Ankarze, ale także w Taszkencie i w Jakucku. Wszędzie żyją jego turkojęzyczni bracia. W jakimś sensie były ZSRR to słowiańsko-tureckie mocarstwo. Pomysł Sołżenicyna polegał na tym, żeby się pozbyć elementu tureckiego, żeby zostało tylko mocarstwo słowiańskie.”

Dziś coraz częściej pojawiają się głosy domagające się podziału Rosji, szczególnie z Ukrainy. Ale jak ją podzielić? Według jakich kryteriów: geograficznych, etnicznych? Ukraina też jest wieloetniczna, a Kozacy mają tureckie korzenie. Czy dojdzie do podziału Rosji? Trudno powiedzieć, natomiast Ukraina jest już podzielona i jej dalszy podział nie jest wykluczony.

Protesty c.d.

W poprzednim blogu pisałem o protestach w Peru, ale też były protesty w Brazylii. W Brazylii protestujący nie pogodzili się z wynikiem wyborów, a w Peru z aresztowaniem prezydenta. W Peru zwycięzca otrzymał 50,13% głosów, przegrany – 49,87% głosów. W Brazylii odpowiednio 50,90% i 49,10%. Podobnie jak poprzednio, korzystam z tego samego źródła informacji i poniżej moje streszczenie.

»Wybory prezydenckie z października 2022 pokazały, że Brazylia jest podzielona na dwie części. Jedni to zwolennicy Bolsonaro, drudzy – Lula da Silva, który już był wcześniej prezydentem. Lula zadeklarował, że będzie prezydentem wszystkich Brazylijczyków i że nikt nie jest zainteresowany w życiu w podzielonym kraju. Lula zdobył 50,90% głosów, a Bolsonaro – 49,10%. Wynik Bolsonaro był lepszy niż przewidywano w sondażach.

W latach 90-tych Brazylia była praktycznie odcięta od świata. Jej przemysł był chroniony poprzez wysokie cła oraz zakaz importu wielu produktów. Dodatkowo dochodziła wysoka inflacja. 30 lat temu rząd Itamara Franco zapoczątkował plan, który realizował rząd Fernando Cardoso. Podstawowym założeniem tego planu była wymiana waluty i reforma systemu podatkowego. Plan powiódł się i Brazylia stała się jedną z czołowych gospodarek rozwijającego się świata. Ograniczono biedę i nierówności społeczne. Lula korzystał z boomu gospodarczego i ożywionej wymiany handlowej. W efekcie Brazylia stała się w 2010 roku siódmą gospodarką świata. Jednak w ostatnim rankingu spadła na 12-te miejsce.

Kiedy skończyła się tania ropa naftowa zaczęły się problemy. Rząd Dilmy Rousseff okazał się bardzo niekorzystny dla brazylijskiej gospodarki, która popadła w głęboką recesję. Nawet największe państwowe przedsiębiorstwo, naftowy gigant – Petrobras, znalazło się w trudnej sytuacji ekonomicznej i bliskie bankructwa. Korzystając z niezadowolenia społecznego, Bolsonaro, jedna z najbardziej kontrowersyjnych postaci w brazylijskiej polityce, pojawił się na politycznej scenie. Jego populistyczny program przyciągnął miliony Brazylijczyków, którzy byli już zmęczeni licznymi skandalami korupcyjnymi w Partii Pracy w ciągu ostatnich 16 lat.

Jednym z największych sukcesów prezydenta Bolsonaro było zatrudnienie Paulo Guardasa jako super ministra od ekonomii. Wykształcony w Ameryce reprezentował nurt liberalny, a więc promował prywatyzację, uproszczone prawo podatkowe, prawo pracy i redukcję biurokracji. Zmniejszyło się bezrobocie, a prywatyzacja zmniejszyła dług publiczny. Kondycja finansowa firm po prywatyzacji stała się znacznie lepsza. Niektóre w ciągu dwóch lat uzyskały większy dochód niż poprzednio w ciągu dziesięciu lat. Korupcja powodowała utratę około 70 miliardów reali w ciągu roku. Była to największa prywatyzacja w ciągu ostatnich 20 lat. Przyciągnęła ona fundusze inwestycyjne z Singapuru i emerytalne z Kanady. Sprywatyzowano wodociągi i kanalizację. Pomimo pandemii prywatyzacja przyniosła korzyści. W 2021 roku PKB Brazylii wzrosło o 4,6%, a w 2022 roku, roku wyborów, osiągnęło ponad 3% wzrostu. To spowodowało powstanie prawdziwie fanatycznej społeczności opowiadającej się za Bolsonaro. By utrzymać się przy władzy Bolsonaro zwiększył o 50% zasiłki dla najbiedniejszych. W sumie było to około 110 dolarów miesięcznie. W czasie swojej kampanii obiecał utrzymać je w 2023 roku. Ten zasiłek otrzymuje około 21 milinów brazylijskich rodzin. Dla państwa jest to wydatek około 50 miliardów dolarów. To oczywiście musiało skończyć się zaciągnięciem kredytu.

Negatywny elektorat miał nie tylko Bolsonaro, ale również Lula da Silva, który trafił do więzienia oskarżony o korupcję. Spędził tam 19 miesięcy, po czym został zwolniony przez Sąd Najwyższy, który anulował wszystkie wyroki dotyczące Luli, argumentując, że sędzia wydający te wyroki nie miał do tego prawa. Innymi słowy Lula został zwolniony z powodu błędów proceduralnych, a nie dlatego, ze Sąd Najwyższy uznał, że jest niewinny. Część wyborców pamiętała dobrze czasy za poprzedniej kadencji Luli, a ci, którzy otrzymali zasiłki, byli rozżaleni ze względu na rosnącą inflację. Doszło więc do sytuacji, w której nikt z wyborców nie był obojętny.

Jedynym sektorem brazylijskiej gospodarki, który oparł się kryzysowi, było rolnictwo. To dzięki eksportowi do Chin. Jednak to było za mało. Sektor przemysłowy od ponad 20 lat znajduje się w kryzysie. Wyborcom obu stron bardziej zależy na pokonaniu przeciwnika, niż faktycznej poprawie sytuacji. Wśród zwolenników Bolsonaro są tacy, którzy chcieliby, by armia usunęła Lulę, czyli dokonała zamachu stanu.

Wygląda na to, że Bolsonaro pogodził się z porażką. Natomiast Lula stoi przed poważnym wyzwaniem. Kraj jest podzielony, a finanse w stanie opłakanym. Niezbędne są zmiany strukturalne, by zapewnić długotrwały rozwój ekonomiczny. Lula chce, by wydatki publiczne stymulowały wzrost, szczególnie w zakresie rozwoju infrastruktury. Chce też rozwoju programów socjalnych. Jednak wykonanie może okazać się trudne ze względu na podstawową barierę, jaką jest limit na wydatki publiczne, wprowadzony 6 lat temu w walce z kryzysem. Zmiana tego ograniczenia wymaga wprowadzenia poprawki do konstytucji. Tak więc doradcy Luli szukają sposobu, by wyciągnąć 32 miliardy z tego limitu. Jego pomysł to pobudzenie rynku wewnętrznego w celu zwiększenia produkcji i konsumpcji. Mówi o zwiększeniu wydatków na programy socjalne, inwestycje publiczne i infrastrukturę. Uważa, że nastąpi wzrost przychodów z podatku dochodowego. No cóż, jest to brazylijska wersja „cudu siedmiu chlebów i ryb”. Same zwiększenie przychodów z podatku dochodowego nie wystarczy, więc pozostaje zwiększenie długu publicznego.

Obecna sytuacja finansowa kraju jest o wiele gorsza, niż gdy Lula poprzednio opuszczał swój urząd w 2010 roku. 80% budżetu to wydatki na wynagrodzenia dla urzędników i na emerytury. W większości krajów jest to mniej niż 60%, a w wielu bogatych – około 40%. Natomiast jakość usług w tych krajach jest na daleko wyższym poziomie niż w Brazylii. To, czego potrzebuje Brazylia, to reforma podatkowa. Bolsonaro zawiódł. Czas na Lulę. Chce on skupić się na zwalczaniu nierówności i poprawie redystrybucji dochodów. Problem jednak polega na tym, że nie ma on większości parlamentarnej.«

Z tej analizy trudno właściwie zorientować się, gdzie jest problem. Bo skoro gospodarka brazylijska została sprywatyzowana, to powinno być dobrze. I było dobrze, ale do czasu. Tak jak w Polsce. Dopóki było co sprzedać, to były pieniądze. A jak skończyły się one, to zaczął się problem. Teraz obecny prezydent chce na powrót nacjonalizować, to co wcześniej zostało sprywatyzowane. Tak samo jak u nas PiS. Skoro więc prywatyzacja była zła, to po co ją wprowadzono? Jeśli przedsiębiorstwa państwowe były skorumpowane, to prywatyzacja wprawdzie zlikwiduje tę korupcję, ale zyski z prywatnych firm pójdą do ich właścicieli. Przedsiębiorstwo państwowe może być równie efektywne, jak prywatne. Jeśli jednak nikt nie potrafi zwalczyć korupcji w nim, to znaczy, że tak postanowiono gdzieś wyżej, a osoby biorące w niej udział mają ochronę prawną, co potwierdza przykład prezydenta Luli, który został oskarżony o korupcję i skazany na karę więzienia. I raptem okazuje się, że trzeba go zwolnić, bo nie przestrzegano procedur sądowych. Czyli że nikt w całej Brazylii nie dostrzegł tego niedopatrzenia. Raczej trudno w to uwierzyć. Już zapewne w trakcie tego procesu wiedziano, że w pewnym momencie Lula ma być zwolniony i trzeba było dokonać takiego zabiegu.

Prywatyzacja nie jest rozwiązaniem żadnego problemu, bo w Brazylii sprywatyzowano nawet wodociągi, tak jak w Polsce, a problemy pozostały. A czy fundusze z Singapuru i z Kanady będą dzielić się zyskiem z rządem brazylijskim? Pewnie tak samo, jak dzielą się podobne fundusze w Polsce.

Korupcja jest wynikiem tego, że w takich skorumpowanych państwach klasa rządząca jest uzależniona od międzynarodowego kapitału, który w ramach prywatyzacji przejmuje rynki wszystkich tych państw i wymusza na tychże rządzących odpowiednie regulacje prawne, które są korzystne dla tego kapitału. W taki sposób państwa te są pozbawione kapitału i nie są w stanie rozwijać się i stawać się bogatymi. Stan taki trwa niezmiennie i żadne obietnice i zaklęcia tego nie zmienią. A może on tak trwać dzięki demokracji, która co cztery czy pięć lat stwarza nową iluzję. Pojawiają się coraz to nowi zaklinacze, którzy po raz kolejny, nie wiadomo już który, uwodzą masy, jak ten Flecista z Hameln – szczury.

Źródło: Rzeczpospolita.

Mam jakieś takie przekonanie, że demokracja ewoluuje. Wchodzi jakby na nowy etap rozwoju. Pojawiają się wybory, w których zwycięzca tylko minimalnie wygrywa z przegranym. W przypadku Brazylii wyglądało to tak – wybory 2006:

  • Luiz Lula da Silva – I runda – 48,61%, II runda – 60,83%
  • Geraldo Alckmin – I runda – 41,64%, II runda – 39,17%

Wybory 2010:

  • Dilma Rousseff – I runda – 46,91%, II runda – 56,05%
  • Jose Serra – I runda – 32,61%, II runda – 43,95%

Wybory 2014:

  • Dilma Rousseff – I runda – 41,59%, II runda – 51,64%
  • Aecio Neves – I runda – 33,55%, II runda – 48,36%

Wybory 2018:

  • Jair Bolsonaro – I runda – 46,03%, II runda – 55,12%
  • Fernando Haddad – I runda – 29,28%, II runda – 44,87%

Wybory 2022:

  • Luiz Lula da Silva – I runda – 48,40%, II runda – 50,90%
  • Jair Bolsonaro – I runda – 43,20%, II runda – 49,10%

Mamy więc tutaj z sytuacją, w której różnica wyniku wyborczego w roku 2022 pomiędzy kandydatami wynosi 1,80%. W Peru ta różnica wyniosła 0,26%, co wydaje się w granicach błędu. Czy to możliwe, by mogło stać się coś takiego? Różne rzeczy się dzieją. W wyborach w Stanach Zjednoczonych w 2016 roku Donald Trump zdobył 47,5% (304 elektorskie), Hilary Clinton – 47,7% (227 elektorskich), co dało zwycięstwo Trumpowi, bo decydowały głosy elektorskie. Taką to mamy demokrację w Ameryce. W Polsce w wyborach prezydenckich w roku 2020 w drugiej rundzie Andrzej Duda zdobył 51,03% głosów, a Rafał Trzaskowski – 48,97%, co daje różnicę 2,06%. Czy takie wyniki, to rzeczywiście efekt zrównoważonej polaryzacji, czy może efekt fałszowania wyborów. W Polsce przeprowadzono ostatnio sondaż, według którego podobno około 50% badanych uważa, że wybory są fałszowane. Udowodnienie czegoś takiego jest niemożliwe, jednak niektóre wyniki wyborów skłaniają do takich podejrzeń. Czy słusznie? Skoro nie jest ważne, kto jak głosuje, tylko kto liczy głosy, to może coś jest na rzeczy. Jednego wszak można być chyba pewnym. Takie wyniki zaogniają scenę polityczną, antagonizują wyborców i skłaniają niektórych z nich do radykalnych działań, jak choćby próby zajmowania budynków rządowych. Czy komuś właśnie o to chodzi?

A może jednak da się osiągnąć wynik zbliżony do 50/50 bez fałszowania wyniku wyborów, wykorzystując pewne naturalne podziały w społeczeństwie. W przypadku Brazylii mamy do czynienia z podziałem etnicznym, który umożliwia stworzenie takiego rozkładu głosów. Biali to 47,7% populacji Brazylii, pardo – 43,1%, czarni – 7,6%, resztę (1,6%) stanowią głównie Indianie, Japończycy, Arabowie.

Słowo „pardo” w języku hiszpańskim ma dwa znaczenia. Przymiotnik – brunatny, żółtobrunatny; ciemny, pochmurny. Rzeczownik – lampart; z łacińskiego pardus – lampart.

Pardo – ludność mieszana rasowo w Brazylii, mająca przodków zarówno białych, czarnych, indiańskich jak i żółtych. Pardo jako kategoria rasowa jest oficjalnie używana przez Brazylijski Instytut Geograficzny i Statystyczny w spisach ludności od 1950 roku. Inne kategorie rasowe ujęte w spisie to: branco (biały), negro (czarny), amarelo (żółty, który odnosi się do przybyszy ze Wschodniej Azji) oraz indigena (ludność rdzenna). Do pardo w Brazylii zalicza się Mulatów, Metysów, Zambo (przodkowie rasy czarnej i innych ras) oraz ludność pochodzenia mieszanego, tzn. taką, która ma przodków wywodzących się spośród więcej niż dwóch ras. – Wikipedia.

Jest więc Brazylia mozaiką rasową i kulturową. Nie przypadkiem tak się stało. Pierwszymi białymi, którzy zostali przymusowo osiedleni, byli dwaj skazańcy pozostawieni przez Cabrala, by umacniać kontakty z tubylcami przez mieszanie ras, co było portugalską praktyką tamtych czasów. W 1501 roku przybyli pierwsi portugalscy osadnicy. Cabral to oficjalny odkrywca Brazylii w 1500 roku. Miesza się nie tylko rasy, ale i narody, co ma obecnie miejsce w Polsce. Takie konglomeraty najwyraźniej stwarzają pole do różnego rodzaju kombinacji, podziałów politycznych, antagonizmów i wydatnie ułatwiają rządzenie tym, którzy faktycznie są u władzy.

Protesty

W poprzednim blogu pisałem o tym, jak działa demokracja w Chile, a w tym wypada opisać, jak ona działa w Peru, zwłaszcza że jest ku temu okazja z racji ostatnich wydarzeń w tym niewątpliwie bardzo atrakcyjnym w sensie turystycznym kraju. Wiele portali informacyjnych zamieściło informacje o tym, co tam się dzieje. Rzeczpospolita w dniu 11.01.23 w artykule Peru na skraju wojny domowej (https://www.rp.pl/polityka/art37758861-peru-na-skraju-wojny-domowej) pisała m. in.:

»Prowincja buntuje się przeciw stolicy, biedni przeciw bogatym, odsunięty prezydent przeciw nowej głowie państwa. Liczba ofiar szybko rośnie.

Prowincja Puno na południu kraju, której stolica leży na wysokości 3,8 tys. metrów nad poziomem morza, ogłosiła w środę, że najwyżsi przedstawiciele państwa, w tym pełniące od 7 grudnia funkcję prezydent Dina Boluarte i premier Alberto Otarola są persona non grata: nie mają prawa wjazdu. To reakcja na brutalne starcie policji z manifestantami, które w poniedziałek kosztowały życie 18 osób. Jedną z nich okazał się funkcjonariusz sił porządkowych, którego ciało zostało spalone: sygnał, jak głęboka jest polaryzacja, która dzieli peruwiańskie społeczeństwo. Łącznie od początku kryzysu konstytucyjnego 7 grudnia zginęło blisko 50 Peruwiańczyków. 

Wszystko zaczęło się, gdy dotychczasowy prezydent, Pedro Castillo, ogłosił rozwiązanie parlamentu, Sądu Najwyższego i innych, kluczowych instytucji państwa. Chciał przejąć całość władzy aby uprzedzić proces odsunięcie od władzy, jaki rozpoczęli przeciw niemu parlamentarzyści. Zarzucali mu korupcję. 

Castillo został jednak aresztowany przez policję a jego miejsce zajęła dotychczasowa prezydent, Dina Boluarte. Świat podzielił się, kto pozostaje legalnym przywódcą kraju. Rządzone przez lewicę Meksyk, Argentyna, Nikaragua czy Kuba zachowują lojalność Castillo: meksykański prezydenta Andres Manuel Lopez Obrador zaproponował nawet mu azyl, za co władze Peru wydaliły meksykańskiego ambasadora. 

Castillo, nauczyciel z wiejskiej szkoły podstawowej w jednej z wiosek andyjskich, przedstawia się jako przedstawiciel najbiedniejszych, którzy chcą więcej sprawiedliwości społecznej. Jego hasłem wyborczym było „koniec nędzy w bogatym kraju”. W dramatycznym przemówieniu tuż przed aresztowaniem zarzucił kongresowi, że wypełnia polecenia wielkiego biznesu.«

Skąd się wzięła demokracja w Ameryce Południowej? Ano stąd, że przez Europę przelała się po wojnach napoleońskich fala ruchów niepodległościowych, która dotarła też i tam. Mniej więcej około 1820 roku wszystkie państwa tego regionu „wybiły się” na niepodległość. W praktyce oznaczało to zmianę hegemona z hiszpańskiego i portugalskiego na amerykańskiego. I dlatego parlamenty państw południowoamerykańskich, to nie żadne parlamenty tylko kongresy. W przypadku Peru jest to Kongres Republiki Peru.

W internecie natrafiłem na dobrą analizę tego, co dzieje się w Peru i dlaczego tak się dzieje. Poniżej moje jej streszczenie.

„7 grudnia 2022 roku w ciągu trzech godzin Peru doświadczyło próby zamachu stanu, aresztowania prezydenta i zaprzysiężenia następcy, by przywrócić porządek konstytucyjny. Był to prawdopodobnie najgorzej wykonany zamach stanu, jakiego kiedykolwiek dokonano. Czym się kierował Castillo, próbując rozwiązać kongres? Nie miał na to praktycznie szans, a jednak podjął taką decyzję.

Pedro Castillo to prosty wiejski nauczyciel z jednego z najbiedniejszych rejonów kraju o silnym antyrządowym nastawieniu, człowiek bez politycznego doświadczenia i zaplecza. Został zaprzysiężony 28 lipca 2021 roku. Był prezydentem przez niecałe półtora roku. W wyborach przeszedł do drugiej rundy, zdobywając tylko 18,9% głosów. Wygrywa minimalną różnicą głosów – około 40 tys., które zdobył, zdobył dzięki głosom przeciw Keiko Fujimori, córce byłego prezydenta Alberto Fujimori. Bardziej więc głosowano przeciwko niej niż za Castillo. Taki wynik wyborów nie wróżył dobrze na przyszłość.

Tak więc Castillo objął urząd prezydenta z bardzo małym faktycznym poparciem, nie miał własnej partii, miał problemy ze skompletowaniem swego rządu, którego skład ciągle zmieniał się i ciągle walczył z Kongresem. W ciągu 495 dni u władzy prezydent Castillo miał pięć rządów i 78 różnych ministrów, co oznaczało, że w każdym tygodniu pojawiał się nowy minister. Trudno w takiej sytuacji rządzić skutecznie, zwłaszcza że Kongres cały czas utrudniał mu rządzenie. Jakby tego było mało, to w październiku 2022 roku peruwiański urząd prokuratorski oskarża go o kierowanie organizacją kryminalną, której celem jest kontrolowanie przetargów publicznych i czerpanie korzyści z nielegalnych dochodów. W sumie doszło do prawie 200 politycznych skandali w przeciągu niecałych 500 dni.

I nadszedł 7 grudnia 2022 roku, dzień w którym Castillo podcina gałąź, na której siedzi. Dlaczego podjął taką decyzję? W ciągu 16-tu miesięcy Kongres trzykrotnie próbował usunąć prezydenta, poddając pod głosowanie wotum nieufności wobec niego. Kongres mógł pod byle pretekstem składać wnioski o wotum nieufności i w ten sposób paraliżować działania prezydenta. Castillo, nie mając konstytucyjnej większości, zdecydował się na rozwiązanie Kongresu, na rząd tymczasowy, wprowadzenie godziny policyjnej i reorganizację sądownictwa. Działania te określono jako próbę zamachu stanu. Nie uzyskał on dostatecznego poparcia. Główne instytucje kraju: Kongres, wojsko, policja i Ministerstwo Sprawiedliwości, ogłosiły, że nie poprą prezydenckiego planu. Tak więc po godzinie opuścił on wraz z rodziną pałac, a Kongres zdymisjonował go. Castillo został zatrzymany, gdy próbował dostać się do meksykańskiej ambasady. W istocie był on osamotniony, nie miał poparcia i nawet nie starał się o nie.

Problem Peru, to nie tylko sam prezydent Castillo. Wszystko wskazuje na to, że nowy prezydent będzie miał te same problemy, co poprzedni. Boluarte jest szóstym prezydentem w ciągu ostatnich 5 lat. Kongres odmówił współpracy z każdym poprzednim. Jedyne, co robi Kongres, to dążenie do całkowitego zmonopolizowania władzy. To oznacza, że rząd staje się tylko dodatkiem, w praktyce – chłopcem do bicia. Jedyna ustawa, która przeszła w 2021 roku miała duży wpływ na powstanie tego kryzysu politycznego. Chodzi o ustawę 31355, która narusza równowagę sił pomiędzy rządem a Kongresem. W Peru Kongres miał możliwość zdymisjonowania prezydenta, a jednocześnie rząd mógł rozwiązać Kongres i rozpisać nowe wybory, ale jeśli Kongres odmówiłby rządowi, to ten mógł dwa razy wnioskować o wotum nieufności dla Kongresu. Jednak od chwili przyjęcia ustawy 31355 nie ma już takiej możliwości. Władza rządu stała się fikcją. Oznacza to, że jeżeli rząd nie ma parlamentarnej większości, co w Peru jest normą, gdyż Kongres jest prawie zawsze rozdrobniony, to ten rząd jest praktycznie bezradny i nie może niczego przeforsować, ani wywrzeć presji na Kongresie. W praktyce oznacza to, że prezydent nie może go rozwiązać.

Naruszenie równowagi sił było przyczyną kryzysu, który stał się udziałem administracji Castillo. Kongres mógł sparaliżować rząd bez żadnych konsekwencji. Innymi słowy, równowaga sił pomiędzy rządem a Kongresem przestała działać. To spowodowało, że Kongres odrzucił prawie 70 aktów prawnych przedłożonych przez rząd. I pewnie dlatego w sondażach niezadowolenie z prac Kongresu wzrosło do 90%. To zła perspektywa dla przyszłego rządu. To nie tylko problem polityczny. Wszyscy poprzednicy Castillo od czasów prezydenta Fujimori byli oskarżani o korupcję: Alan Garcia, Alejandro Toledo, Ollanta Humala, Pedro Pablo Kuczyński i Pedro Castillo.”

W wyborach w pierwszej rundzie wzięło udział 18 kandydatów. Najwięcej głosów zdobył Castillo – 18,92% i Fujimori – 13,41%. W drugiej rundzie Castillo zdobył 50,13% głosów – 8 836 380, a Keiko Fujimori 49,87% głosów – 8 792 117. Mandaty do Kongresu Republiki rozdzielane są według metody d’Hondta wszystkim partiom, które przekroczyły 5% próg wyborczy. W wyborach w roku 2021 startowało 20 partii, a do parlamentu dostało się 10 partii. Najwięcej głosów zdobyła partia Wolne Peru, którą reprezentował Castillo. Dało jej to 37 mandatów na 130 w jednoizbowym parlamencie. Głosowanie jest obowiązkowe od 18 do 70 lat.

Wygląda więc na to, że w takiej sytuacji wyłonienie większości parlamentarnej jest niemożliwe. Podobnie niemożliwe wydaje się wyłonienie prezydenta, który cieszyłby się poparciem większości wyborców. Natomiast wydaje się niemożliwe, by o tym wszystkim nie wiedział Pedro Castillo. Co zatem nim kierowało, że podjął próbę dokonania zamachu stanu? Czy wykonywał czyjeś polecenie? I kim on był? Nauczyciel z głębokiej prowincji. Kto go znalazł i wypromował? I w jakim celu? Urodził się w 1969 roku. W polityce działał od 2002 roku w centrolewicowej partii Peru Posible do 2017 roku do czasu jej rozwiązania po słabych wynikach wyborów. W tym samym roku zyskał ogólnokrajową sławę, gdy kierował strajkiem nauczycieli. W szczytowym momencie strajkowało ich ponad 200 tys. W 2020 roku wybrał radykalną formację lewicową, marksistowsko-leninowską – Wolne Peru, aby móc sformalizować swoją kandydaturę. Nie jest jednak członkiem tej partii.

Tak działa demokracja. Wszystkie decyzje zapadają na innym poziomie, a nam przedstawia się tylko figurantów, którzy mają nas zaczadzić swoimi pomysłami i skłonić do uczestnictwa w tym cyrku.