Zamach majowy

Najważniejszym wydarzeniem II RP był zamach majowy dokonany w dniach 12-15 maja 1926 roku. Po obu stronach konfliktu zginęło łącznie 379 osób (215 żołnierzy i 164 osoby cywilne), a 920 osób zostało rannych. Bezpośrednią przyczyną zamachu była seria kryzysów gabinetowych w latach 1925-1926. Tak to tłumaczy Wikipedia, z której pochodzą wszystkie niżej przedstawione informacje, poza cytatami dokładnie opisanymi.

No dobrze, ale skąd się wzięły te kryzysy gabinetowe? – Stąd, że nie można było utworzyć rządu większościowego. Sejm I kadencji wyłonił się w wyniku wyborów przeprowadzonych 5 listopada 1922 roku. Został rozwiązany 27 listopada 1927 roku. W jego skład wchodziło 14 klubów poselskich. Najwięcej posłów miały Chrześcijański Związek Jedności Narodowej (endecja) – 169, Polskie Stronnictwo Ludowe „Piast” – 70, Blok Mniejszości Narodowych (Izaak Grünbaum – przewodniczący) – 66, Polskie Stronnictwo Ludowe „Wyzwolenie” – 49, Polska Partia Socjalistyczna – 41. Wszystkich posłów było 444. Tak więc z 14 klubów tylko 5 miało więcej niż 5% posłów. Nie było tego 5% progu. Jeśli dodamy do tego, że oba stronnictwa ludowe i PPS często miały inne cele niż endecja, to widać, że utworzenie rządu większościowego było niemożliwe. A kto nam zaserwował taką ordynację i bez progów? – Piłsudski. I ten sam Piłsudski walczy później z tym, co sam wysmażył. Tylko czy to faktycznie on? Raczej był wykonawcą. Jak zwykle w Polsce stanem normalnym jest paranoja – chciałoby się powiedzieć, gdyby nie fakt, że była to paranoja starannie zaplanowana.

Z tą niemożliwością utworzenia rządu większościowego, to trochę przesadziłem. Rządy większościowe, koalicyjne powstawały i upadały. Upadki były wynikiem tego, że któryś z koalicjantów wycofywał się, brakowało większości i rząd upadał. Najdłużej działał drugi rząd Grabskiego: od 19 grudnia 1923 do 14 listopada 1925 roku. W jego skład wchodziły PSL „Piast”, ChNSP (Polskie Stronnictwo Chrześcijańskiej Demokracji), ZLN (Związek Ludowo-Narodowy), PSL „Wyzwolenie”, SPN (Stronnictwo Prawicy Narodowej – partia konserwatywna i ziemiańska, działająca w latach 1907-1937). Ale niekoniecznie musiał być realizowany taki scenariusz. Pierwszy rząd Władysława Sikorskiego z lat 1922-1923 powstał w oparciu o jedną partię – SPN, a mimo to upadł. Stało się tak podczas głosowania w sejmie w sprawie prowizorium budżetowego. Wielość partii i ich zróżnicowanie programowe powodowało, że pole do manipulacji, dla faktycznie rządzących, stawało się wręcz nieograniczone. Od początku zostało to tak zaprojektowane, by skompromitować polską demokrację, a tym samym Polaków i ich państwo. Tu nie było miejsca na przypadek. Ale jak to wszystko ogarnąć, zrozumieć?

Żeby to wszystko zrozumieć lub przynajmniej próbować zrozumieć, to trzeba zacząć od początku. A tym początkiem był Akt 5 listopada 1916 roku – obietnica powstania Królestwa Polskiego. 14 stycznia 1917 roku powstaje Tymczasowa Rada Stanu, powołana przez niemieckie i austro-węgierskie władze okupacyjne. Po kryzysie przysięgowym w dniu 25 lipca 1917 roku TRS wybrała Radę Regencyjną, która 11 listopada 1918 roku przekazała Piłsudskiemu władzę nad wojskiem, a 14 listopada całość władzy zwierzchniej, po czym rozwiązała się. Tak więc, czy to się komu podoba, czy – nie, to państwo polskie zaczynają tworzyć niemieckie i austriackie władze okupacyjne. Mitem jest więc, że Polacy sami sobie wywalczyli niepodległość. I nie zrobił też tego Piłsudski ze swoimi legionami.

5 listopada 1916 roku w wyniku konferencji w Pszczynie władze niemieckie i austro-węgierskie wydały proklamację z podpisami swych generalnych gubernatorów von Beselera i Kuka, zawierającą obietnicę powstania Królestwa Polskiego, pozostającego w niesprecyzowanej „łączności z obu sprzymierzonymi mocarstwami”. W akcie tym nie określono granic przyszłej monarchii, a jej status wyrażało słowo „samodzielne”, zamiast – „niepodległe”. Dokument zawierał też sformułowania dotyczące polskiej armii.

Po bitwie pod Kościuchnówką, w której I Brygada Legionów Polskich, walcząca po stronie Austro-Węgier, zapobiegła przerwaniu frontu przez wojska rosyjskie, generał Erich Ludendorff, generalny kwatermistrz Armii Cesarstwa Niemieckiego, napisał list do władz w Berlinie, postulując utworzenie zależnego od Niemiec państwa polskiego i zbudowanie polskiej armii. Jego zdaniem mogło to dać Niemcom zwycięstwo na froncie wschodnim.

Akt 5 listopada wywołał protesty państw Ententy. 15 listopada rząd rosyjski zaprotestował przeciw rozporządzaniu Królestwem Polski przez okupantów oraz ponowił uroczyście przyrzeczenie stworzenia Polski złożonej z wszystkich ziem polskich, która po zakończeniu wojny będzie miała prawo z całą swobodą samodzielnie urządzić swoje życie narodowe, kulturalne i gospodarcze pod berłem panujących rosyjskich na zasadzie jedności państwowej. Oświadczenie to poparły Wielka Brytania, Francja i Włochy.

Po rewolucji lutowej w 1917 roku i obaleniu caratu, rząd tymczasowy księcia Lwowa 17/30 marca 1917 roku zadeklarował: Naród rosyjski, który zrzucił jarzmo, przyznaje także polskiemu bratniemu narodowi pełne prawo stanowienia o swoim losie według własnej woli. Rząd Tymczasowy dopomoże do utworzenia niezawisłego państwa polskiego ze wszystkich terytoriów, w których Polacy tworzą większość, jako rękojmię trwałego pokoju w przyszłej, nowo zorganizowanej Europie.

Tymczasowa Rada Stanu, ustanowiona przez niemieckie i austro-węgierskie władze okupacyjne w Królestwie Polskim, powstała w styczniu 1917 roku. Została ona utworzona na podstawie rozporządzeń generalnych gubernatorów warszawskiego i lubelskiego z 6 grudnia 1916 roku. Inauguracja TRS odbyła się 14 stycznia 1917 roku na Zamku Królewskim w Warszawie, gdzie generalni gubernatorowie warszawski i lubelski wręczyli członkom dekrety nominacyjne. Na drugim posiedzeniu Rady, w dniu 17 stycznia, wybrano wydział wykonawczy, w skład którego wchodziło 9 osób, w tym Józef Piłsudski (Referat Wojny).

Tymczasowa Rada Stanu uchwaliła 3 lipca 1917 roku projekt tymczasowej organizacji polskich naczelnych władz państwowych, w którym zarezerwowała dla siebie uprawnienie do powołania regenta. W dniu 25 lipca, po kryzysie przysięgowym, TRS wybrała Radę Regencyjną w osobach Aleksandra Kakowskiego, Zdzisława Lubomirskiego i Wacława Niemojowskiego, a następnie złożyła na jej ręce swój mandat. W tym składzie Rada nie uzyskała akceptacji państw okupacyjnych. Ostatecznie w skald Rady Regencyjnej weszli Aleksander Kakowski, Zdzisław Lubomirski i Józef Ostrowski. 3 stycznia 1918 roku Rada wydała dekret o tymczasowej organizacji Władz Naczelnych w Królestwie Polskim.

Tak więc o składzie Rady Regencyjnej decydowali Niemcy, co jest o tyle istotne, że ta Rada przekaże 14 listopada władzę Piłsudskiemu. Istotny był też ten kryzys przysięgowy. Był on związany z odmową złożenia przysięgi na wierność Królestwu Polskiemu i dotrzymanie braterstwa broni wojskom Niemiec i Austro-Węgier do końca wojny przez żołnierzy Legionów Polskich (głównie I i III Brygady). Miał on miejsce 9 i 11 lipca 1917 roku. Piłsudski, mający największe wpływy w Legionach, zalecił legionistom, by nie składali przysięgi. Większość żołnierzy I i III Brygady demonstracyjnie uchyliła się od niej 9 lipca 1917 roku. Przysięgę złożyła tylko większość żołnierzy II Brygady, od samego początku słabo związanych z Piłsudskim (jej dowódcą był Józef Haller). Żołnierze ci zasilili „Polnische Wehrmacht”, nazwany tymczasem Polskim Korpusem Posiłkowym pod niemieckim dowództwem i rekrutowanym z poboru.

Legioniści, którzy odmówili złożenia przysięgi zostali internowani w dwóch obozach: żołnierze w obozie w Szczypiornie (tam grali w piłkę ręczną i stąd jej nazwa „szczypiorniak”), zaś oficerowie w Beniaminowie. W nocy z 21 na 22 lipca 1917 roku Józef Piłsudski i Kazimierz Sosnkowski zostali aresztowani. Po krótkim pobycie w kilku więzieniach Piłsudskiego przewieziono do Magdeburga, gdzie przebywał w ścisłej izolacji w twierdzy wojskowej. Dopiero w sierpniu 1918 roku umieszczono wraz z nim Sosnkowskiego.

Rozmowa Piłsudskiego z von Beselerem, niemieckim generał-gubernatorem Warszawy, przebiegała w następujący sposób:

– Czy sądzi Pan, Ekscelencjo – powiedział Piłsudski – że Naród da się oszukać frazesem lub obietnicą? Czy myśli Pan, że jeżeli nalepicie orła polskiego na każdy palec u ręki, która nas dławi, to przez to Polacy zaczną uważać morderczy ucisk tej ręki za wyraz miłości i przyjaźni?…

Von Beseler zrywa się, staje przed brygadierem czerwony z uniesienia.

– Herr von Piłsudski! – krzyczy – krótko i węzłowato. W tym wielkim historycznym momencie Polsce potrzeba wielkich ludzi. Pan jest jedynym, jakiego znam, jakiego odkryłem. Niech Pan pójdzie z nami. Damy Panu wszystko: siłę, sławę i pieniądze. Pan zaś odda olbrzymią przysługę ojczyźnie.

Piłsudski słucha, bębniąc palcami po stole.

– Pan mnie nie rozumie, Ekscelencjo – odpowiada spokojnie. – Pan nie chce mnie zrozumieć. Gdybym przyjął Pańską propozycję, wy, Niemcy, zyskalibyście jednego człowieka, ja zaś straciłbym cały Naród.

Dialog ten toczył się w obecności Bolesława Wieniawy-Długoszowskiego, który był wówczas adiutantem Piłsudskiego. Cytował go Norman Davies w swojej książce Boże igrzysko. „Ja zaś straciłbym cały Naród.” – Powiedział to tak, jakby to on był właścicielem tego Narodu. Trzy lata wcześniej, w sierpniu 1914 roku, w czasie wypadu ze swoją I-wszą Kadrową do Królestwa, przekonał się, że Naród nie chce mieć z nim nic wspólnego. Rozmowa odbyła się przy świadku, chyba tylko po to, by go uwiarygodnić.

Według mnie problem z przysięgą został wymyślony. Miał tylko utwierdzić ówczesną opinię publiczną w tym, że Piłsudski jest wielkim patriotą i bezkompromisowo dąży do pełnej niepodległości. Przez ponad rok siedział on w pełnej izolacji. Któż to wie, co tam się wtedy działo? Kto tam przychodził i jakie snuto plany. I tak siedząc w tym więzieniu 24 października 1918 roku został powołany na Ministra Spraw Wojskowych.

7 października 1918 roku Rada Regencyjna proklamowała niepodległość Polski, powołując się na 14 punktów Wilsona, zaakceptowanych kilka dni wcześniej przez państwa centralne, jako podstawa rokowań pokojowych. 12 października RR powołała gen. Tadeusza Rozwadowskiego na szefa Sztabu Generalnego Wojska Polskiego.

W piśmie skierowanym do Kancelarii Rzeszy, opublikowanym w Monitorze Polskim Nr 184 z 24 października 1918 roku Prezydent ministrów (premier) Józef Świeżyński podał, że brygadier Józef Piłsudski został powołany na stanowisko Ministra Spraw Wojskowych. Rząd Józefa Świeżyńskiego to ostatni rząd Królestwa Polskiego, powołany 23 października 1918 roku przez Radę Regencyjną. W dniu 4 listopada Rada Regencyjna odwołała rząd Świeżyńskiego w związku z próbą zamachu stanu z dnia 3 listopada, zorganizowaną przez Ministra Spraw Wewnętrznych Zygmunta Chrzanowskiego.

Premier rządu powołuje na stanowisko Ministra Spraw Wojskowych człowieka, który siedzi w więzieniu. W międzyczasie jeden z ministrów „próbuje” dokonać zamachu stanu, co skutkuje odwołaniem rządu i tym sposobem zwalnia się miejsce dla Piłsudskiego.

11 listopada Rada Regencyjna przekazała zwierzchnią władzę wojskową oraz naczelne dowództwo nad wojskiem polskim Józefowi Piłsudskiemu. Następnego dnia powierzyła mu misję utworzenia rządu, ale wobec protestów opinii publicznej zrezygnowała z tego zamiaru (ciekawe, że czasem protesty opinii publicznej są uwzględnianie, ale częściej – nie). 14 listopada RR rozwiązała się, przekazując całość władzy zwierzchniej Naczelnemu Wodzowi Wojsk Polskich Józefowi Piłsudskiemu, który na tej podstawie piastował ją do 29 listopada 1918 roku, kiedy to został ogłoszony w Dzienniku Praw Państwa Polskiego Nr 17 dekret o najwyższej władzy reprezentacyjnej Republiki Polskiej. Tą władzą był Naczelnik Państwa – urząd głowy państwa w Rzeczypospolitej Polskiej w latach 1918-1922; w okresie istnienia urzędu naczelnikiem państwa był marszałek Józef Piłsudski.

W okresie od 22/29 listopada 1918 roku do 20 lutego 1919 roku jako Tymczasowy Naczelnik Państwa, a od zatwierdzenia go na urzędzie przez Sejm Ustawodawczy 20 lutego 1919 roku do 11 grudnia 1922 roku jako Naczelnik Państwa. Było to świadome nawiązanie do nazwy dyktatury Tadeusza Kościuszki w okresie insurekcji kościuszkowskiej. Kościuszko był masonem, a Piłsudski? Czyli te same siły, które kierowały Kościuszką, kierowały też Piłsudskim.

Urząd Tymczasowego Naczelnika Państwa został powołany na mocy dekretu Józefa Piłsudskiego z 22 listopada 1918 roku o najwyższej władzy reprezentacyjnej Republiki Polskiej, który ustalał ustrój republikański odrodzonej Polski, organizację i kompetencje tymczasowych organów władzy państwowej do momentu ukonstytuowania się wybranego w demokratycznych wyborach Sejmu Ustawodawczego, do którego równocześnie Piłsudski rozpisał wybory w oparciu o ordynację proporcjonalną. W oparciu o tę ordynację został również wybrany Sejm I kadencji, który był źródłem kryzysów gabinetowych, które tak bardzo przeszkadzały Piłsudskiemu. Sam stworzył problem i sam z nim „walczył”.

Naczelnik Państwa miał w państwie najwyższą władzę cywilną i wojskową. Był Naczelnym Dowódcą Wojsk Polskich. Powoływał odpowiedzialnych przed sobą Prezydenta ministrów (premiera) oraz ministrów. Projekty ustawodawcze przedstawiane przez rząd wymagały podpisów właściwego ministra, Prezydenta ministrów i Naczelnika. Miały utrzymywać swą moc obowiązującą pod warunkiem przedstawienia ich do zatwierdzenia na pierwszym posiedzeniu Sejmu Ustawodawczego.

Józef Piłsudski, zgodnie z treścią dekretu, złożył 20 lutego 1919 roku władzę na ręce Sejmu Ustawodawczego, ten powierzył mu nadal funkcję Naczelnika Państwa, określając i ograniczając jego kompetencje w Małej Konstytucji. Naczelnik Państwa był Naczelnym Wodzem, powoływał rząd za zgodą Sejmu i sprawował najwyższą władzę wykonawczą. Wchodził z urzędu w skład Rady Obrony Państwa, powołanej przez Sejm w lipcu 1920 roku i był jej przewodniczącym w okresie zagrożenia państwowości przez wojnę polsko-bolszewicką.

Ustawa przechodnia z 18 maja 1921 roku do Ustawy Konstytucyjnej z 17 marca 1921 w sprawie tymczasowej organizacji władzy zwierzchniej Rzeczypospolitej w art. 2 powierzała Naczelnikowi Państwa dalsze pełnienie praw i obowiązków określonych w Malej Konstytucji do chwili objęcia urzędu przez Prezydenta Rzeczypospolitej, wybranego na podstawie nowej konstytucji.

11 grudnia 1922 roku na urząd Prezydenta Rzeczypospolitej zaprzysiężony został Gabriel Narutowicz. Józef Piłsudski złożył urząd Naczelnika Państwa na ręce prezydenta RP Gabriela Narutowicza 16 grudnia 1922 roku. Prezydent został wybrany przez Zgromadzenie Narodowe, czyli Sejm i Senat. Musiał być wybrany, zgodnie z konstytucją, bezwzględną większością głosów. O wyborze Narutowicza zadecydowały głosy lewicy, mniejszości narodowych i PSL „Piast”. Wygrał on dopiero w piątej turze, bo było pięciu kandydatów, którzy stopniowo odpadali. Zdobył 56,01% głosów, a Maurycy Zamoyski 43,99%. Gdyby przyjęto zasadę, że wygrywa ten, który zdobył najwięcej głosów, to Zamoyski wygrałby w pierwszej turze. Zdobył 41,04% głosów. Daszyński – 9,06%, Jan Baudouin de Courtenay – 19,04%, Gabriel Narutowicz – 11,46%, Stanisław Wojciechowski – 19,41%. A gdyby przyjęto zasadę, że do drugiej tury przechodzą dwaj kandydaci z największą ilością głosów, to przeszliby Zamoyski i Wojciechowski. Do drugiej tury przeszli wszyscy kandydaci. W drugiej turze odpadł Daszyński, w trzeciej – Jan Baudouin de Courtenay, w czwartej – Wojciechowski. W pierwszych czterech turach najwięcej głosów miał Zamoyski tj. 41-42%. Tak więc system wyboru prezydenta został tak zaprojektowany, by wygrał każdy kandydat, tylko nie endecki. Tu link: https://pl.wikipedia.org/wiki/Wybory_prezydenckie_w_Polsce_w_1922_roku_(9_grudnia)

Trudno więc dziwić się frustracji, która ogarnęła pewne środowiska. Inna sprawa czy była ona autentyczna, czy pozorowana. Ważne jest to, że sprawiała wrażenie autentycznej, bo po takich wyborach każdy zdrowo myślący człowiek mógł się, mówiąc delikatnie, zdenerwować, żeby nie użyć bardziej niecenzuralnych słów. Zabójstwo Narutowicza dało Piłsudskiemu pretekst do wycofania się z życia politycznego. W maju 1923 roku, po ostrym starciu z gen. Szeptyckim, zrzekł się przewodnictwa Ścisłej Rady Wojennej. Oświadczył, że jako żołnierz nie może bronić rządu złożonego z przedstawicieli partii odpowiedzialnych za śmierć Narutowicza.

Sejm Ustawodawczy działał w latach 1919-1922. Został wyłoniony w wyniku wyborów powszechnych w styczniu 1919 roku na podstawie dekretu Naczelnika Państwa. Do ważniejszych ustaw uchwalonych przez ten sejm należą Mała Konstytucja, Konstytucja marcowa z 17 marca 1921 roku oraz Statut Organiczny Województwa Śląskiego i szeroki pakiet ustaw socjalnych. Sejm Ustawodawczy funkcjonował do momentu ukonstytuowania się wybranego na mocy konstytucji Sejmu i Senatu, co nastąpiło 1 grudnia 1922 roku. Był to Sejm I kadencji.

Rada Regencyjna powstała po kryzysie przysięgowym w lipcu 1917 roku i działała do momentu przekazania władzy Piłsudskiemu w dniu 14 listopada 1918 roku. W tym czasie Rada wraz z podległą jej administracją tworzyła podstawy państwa:

  • ogłosiła niepodległość Polski (Królestwa Polskiego) – 7 października 1918 roku
  • opracowała i wydała szereg aktów prawnych, które stanowiły następnie część porządku prawnego II RP
  • rozpoczęła ogłaszanie powyższych aktów w Dzienniku Ustaw (Dziennik Królestwa Polskiego) oraz Monitorze Polskim, wydawanych nieprzerwanie do czasów współczesnych
  • rozbudowała administrację państwową
  • utworzyła zalążek służby zagranicznej poprzez ustanowienie przedstawicielstw w państwach centralnych, krajach neutralnych oraz na terenie Rosji
  • stworzyła prawne i organizacyjne podwaliny dla zorganizowania Wojska Polskiego (utworzenie urzędu Szefa Sztabu WP oraz uchwalenie tymczasowej ustawy o powszechnym obowiązku służby wojskowej)
  • utrzymywała i rozwijała polskie szkolnictwo i sądownictwo odziedziczone po Tymczasowej Radzie Stanu
  • wprowadziła polskie symbole narodowe – godło i flagę
  • stworzyła podwaliny statystyki polskiej i 13 lipca 1918 roku wydała decyzję o utworzeniu i organizacji GUS

Można więc bez wielkiej przesady powiedzieć, że Piłsudski dostał już prawie gotowe państwo. I to państwo stworzyli Niemcy. Członkami Tymczasowej Rady Stanu byli ludzie przez nich wybrani. Również skład Rady Regencyjnej wymagał zgody władz okupacyjnych. Trzeba też pamiętać, że przez cały ten czas wojska niemieckie stały daleko na wschodzie. Dopiero po wybuchu rewolucji bolszewickiej w Berlinie 9 listopada 1918 roku sytuacja zmienia się; front się rwie, żołnierze dezerterują. W to miejsce wchodzą wojska polskie, które, czy to się komuś podoba czy – nie, zostały utworzone przez Austriaków, a później kontynuowali to Niemcy.

Nie ma się co oszukiwać! Bez zgody Niemców nie powstałoby to państwo. Bo kto by je stworzył? Przekazywali oni stopniowo urzędy i instytucje Polakom, ale to oni decydowali, jacy Polacy przejmą kierowanie nowym krajem. I to oni zdecydowali, że tym wszystkim będzie zarządzał Piłsudski. Prezydent ministrów Józef Świeżyński wysyła 24 października 1918 roku pismo do Kancelarii Rzeszy, w którym informuje, że brygadier Piłsudski został powołany na stanowisko Ministra Spraw Wojskowych. Skąd on wiedział, że Niemcy go wypuszczą? Chyba od nich samych i może to oni kazali mu taki list wysłać. A jego minister próbuje dokonać zamachu stanu. Zamach stanu? – w sytuacji, gdy za wszystkie sznurki pociągają Niemcy! A oni wypuszczają Piłsudskiego po wybuchu rewolucji w Berlinie; całkiem dobry pretekst, niemieckie państwo jest już tak „słabe”, że dalej nie chce go więzić. Może słabe, ale ciągłość pozostaje. I jeszcze ta próba zamachu – lepszej okazji do odwołania rządu nie można było sobie wyobrazić.

Niektórzy uważają, że II RP była niepodległa tylko do zamachu majowego w 1926 roku. I zapewne jest w tym dużo racji. Znalazły się w sejmie siły, które starały się ograniczyć władzę Piłsudskiego, a ograniczenie jego władzy, to ograniczenie władzy Niemiec. Temu celowi służyła Mała Konstytucja i Konstytucja z 17 marca 1921 roku. Piłsudski nie miał zaplecza politycznego, nie miał partii, z którą mógłby zdobyć władzę. Miał tylko wiernych mu legionistów, a z nimi to mógł tylko zrobić przewrót.

Piłsudski krytykował konstytucję marcową, ograniczającą uprawnienia władzy wykonawczej i prezydenta na rzecz parlamentu – z tego powodu nie zgodził się na objęcie funkcji prezydenta RP. Andrzej Garlicki pisał: Zdawał sobie bowiem Piłsudski sprawę, że nie istnieją praktycznie żadne szanse na stworzenie stronnictwa czy obozu politycznego i wygranie tą drogą wyborów parlamentarnych. Konsekwencją nowej sytuacji było odwołanie się do tradycji legionowej: próba stworzenia szerszego zaplecza politycznego w oparciu o środowiska kombatanckie.

Pierwszy zjazd legionistów odbył się 5 sierpnia 1922 roku w Krakowie. Na kolejnych spotkaniach weteranów legionowych konsekwentnie budowano kult Piłsudskiego i podkreślano konieczność podjęcia działań, mających doprowadzić grupę legionową do władzy. Wiedział o tym m.in. minister spraw wojskowych gen. Stanisław Szeptycki, który wydał rozkaz zakazujący oficerom i urzędnikom wojskowym uczestnictwa w działalności politycznej. Wycofał się z niego pod naciskiem piłsudczyków, zezwalając na uczestnictwo w zjeździe legionowym w 1923 roku z zastrzeżeniem, że w przyszłości podobne zezwolenia nie będą wydawane.

28 maja 1923 roku prezydent Stanisław Wojciechowski powierzył misję utworzenia nowego gabinetu Wincentemu Witosowi. W skład rządu weszli przedstawiciele endecji, chadecji i „Piasta”. Po ostrym starciu z gen. Szeptyckim Piłsudski zrzekł się przewodnictwa Ścisłej Rady Wojennej. Oświadczył, że jako żołnierz nie może bronić rządu złożonego z przedstawicieli partii odpowiadających za śmierć Narutowicza. Zapowiedział także wycofanie się z życia politycznego. 3 lipca 1923 roku Piłsudski, podczas przyjęcia pożegnalnego w Sali Malinowej warszawskiego Hotelu Bristol, wygłosił przemówienie, w którym określił endecję mianem „zaplutego, potwornego karła”.

Gdy czytam, że jako żołnierz nie może bronić rządu złożonego z przedstawicieli partii odpowiadających za śmierć Narutowicza, to się zastanawiam, czy ten człowiek był normalny? Odpowiedzialność zbiorowa? Jak można podawać tak idiotyczny powód, tylko dlatego, że Niewiadomski miał poglądy zbliżone do endecji? A z czyjej inspiracji on działał? Kim on był? Był malarzem. 1 marca 1918 roku mianowany kierownikiem wydziału malarstwa i rzeźby w Ministerstwie Kultury i Sztuki w rządzie Rady Regencyjnej. Z polecenia gen. Kazimierza Sosnkowskiego został przyjęty do pracy kontrwywiadowczej w Oddziale II Sztabu Generalnego Wojska Polskiego. Walczył w wojnie 1920 roku jako szeregowiec. W 1921 roku zdemobilizowany wrócił na dawne stanowisko w Ministerstwie Kultury i Sztuki.

W czasie procesu przyznał się, że przed wyborem Narutowicza na prezydenta nosił się z zamiarem wykonania zamachu na Józefa Piłsudskiego, uznając go za głównego winnego demokratycznego i lewicowego rozkładu, który trawił jego zdaniem Polskę. Niewiadomski zrezygnował z tego celu po przeczytaniu w prasie deklaracji Piłsudskiego, że nie zamierza ubiegać się o urząd Prezydenta RP. Do pomysłu zamachu powrócił po wyborze na to stanowisko Gabriela Narutowicza (9 grudnia 1922). Niewiadomski został rozstrzelany przez pluton egzekucyjny 31 stycznia 1923 roku. Jego ostatnie słowa brzmiały: Ginę za Polskę, którą gubi Piłsudski.

Jak to czytam, to zastanawiam się, czy to był w pełni poczytalny człowiek? Niewiadomski planował zabić Piłsudskiego, ale zrezygnował, gdy przeczytał w gazecie jego deklarację, że nie zamierza on ubiegać się o urząd Prezydenta RP. Do dokonania zabójstwa powrócił po wyborze na to stanowisko Narutowicza. To o co mu chodziło? Chciał zabić Piłsudskiego, ale jak wybrano na prezydenta Narutowicza, to jego zabił. A później, przed plutonem egzekucyjnym, wykrzykuje, że ginie za Polskę, którą gubi Piłsudski. To po co zabił Narutowicza? Albo psychopata, albo wykonywał zadanie zlecone, albo jedno i drugie. Z polecenia Kazimierza Sosnkowskiego zostaje przyjęty w 1920 roku do pracy kontrwywiadowczej w Oddziale II Sztabu Generalnego Wojska Polskiego. Sosnkowski to jeden z najbliższych w tamtych czasach, jeśli nie najbliższy, współpracownik Piłsudskiego. Od sierpnia 1918 roku razem z nim w więzieniu w Magdeburgu.

Czy Niewiadomski mógł być przyjęty w 1920 roku do pracy kontrwywiadowczej bez zgody i wiedzy Piłsudskiego? Raczej wątpliwe. Czyli Piłsudski zgadza się przyjąć człowieka o poglądach endeckich. Dziwne to wszystko. Nie można wykluczyć wersji, że Niewiadomski został wynajęty lub zmuszony jakimś szantażem do zabicia Narutowicza. Dla Piłsudskiego doskonały pretekst do wycofania się z życia politycznego i zrzucenia winy na endecję. Kreował się on na wielkiego patriotę. Najpierw nie chciał złożyć przysięgi, taki był bezkompromisowy: tylko niepodległa Polska. A później nie chciał bronić tych, którzy zabili Narutowicza.

We wspomnianym wyżej spotkaniu pożegnalnym w Sali Malinowej Hotelu Bristol mówił:

Prezydent nasz zamordowany został po burdach ulicznych, obniżających wartości pracy reprezentacyjnej, przez tych samych ludzi, którzy ongiś w stosunku do pierwszego reprezentanta, wolnym aktem wybranego, tyle brudu, tyle potworności, niskiej nienawiści wykazali. Teraz spełnili zbrodnię. Mord karany przez prawo. Moi panowie, jestem żołnierzem. Żołnierz powołany bywa do ciężkich obowiązków, nieraz sprzecznych ze swoim sumieniem, ze swoją myślą, z drogimi uczuciami. Gdym sobie pomyślał na chwilę, że ja tych panów, jako żołnierz, bronić będę – zawahałem się w swoim sumieniu. A gdym się raz zawahał, zdecydowałem, że żołnierzem być nie mogę. Poddałem się do dymisji z wojska. To są moi panowie, przyczyny i motywy, dla których służbę państwową opuszczam.

Taka ocena przeciwnika politycznego oznaczała zmianę dotychczasowej formuły działalności politycznej Piłsudskiego, zakładającej dystansowanie się marszałka od rozgrywek politycznych. W tym przypadku występował on jednak jako ten, który podejmie „walkę z wynaturzeniami życia politycznego, których symbolem jest endecja. Walkę o czystość moralną, o etykę życia politycznego. […] Ta płaszczyzna, nazwijmy ją etyczna, była dogodna z wielu względów. Przede wszystkim uwalniała od konieczności prezentowania własnego programu politycznego. Ani w skomplikowanych kwestiach gospodarczych, ani w zaognionych problemach polityki wobec mniejszości narodowych, ani w polityce zagranicznej nie musiał Piłsudski formować propozycji rozwiązań. Było to o tyle ważne, że propozycji tych nie miał i on sam, i jego sztab polityczny.” – Andrzej Garlicki.

Wikipedia cytuje Garlickiego, a ja – Wikipedię, ale ani Garlicki, ani Wikipedia nie zadaje sobie pytania: dlaczego Piłsudski nie miał własnego programu politycznego? Dmowski miał program polityczny. Może zły, może dobry, ale miał. Także Witos miał taki program, inni politycy – też. Czy Piłsudski był od nich głupszy? Chyba nie! Najprostszym wyjaśnieniem jest to, że ktoś inny napisał mu program albo to, że rewolucjonista ma tylko jeden program – destrukcja. Piłsudski nie przestał nim być, wbrew deklaracji, że wysiadł z czerwonego tramwaju na przystanku niepodległość. On tym zamachem zabrał Polakom niepodległość, a właściwie to próbę jej zdobycia poprzez ograniczenie jego władzy. Władza Piłsudskiego to była władza okupanta.

Kwestią sporną pozostaje odpowiedź na pytanie, czy Piłsudski planował przeprowadzenie zamachu na długo wcześniej przed majem 1926. Władysław Pobóg-Malinowski pisał, że marszałek „na kilka tygodni przed upadkiem rządu Grabskiego (listopad 1925) wezwał do Sulejówka prof. Bartla, uprzedzając, że jego właśnie przewiduje na premiera, i polecając mu wyzyskać tych kilka miesięcy na przygotowanie się do oczekującej go roli”. Andrzej Garlicki podaje, że od połowy 1924 roku w otoczeniu marszałka krystalizowała się grupa oddanych mu osób, tworzących ośrodek organizacyjny przyszłego przewrotu. Była to tzw. „Koc-grupa”, w skład której wchodzili: Adam Koc, Bogusław Miedziński, Kazimierz Świtalski, Józef Beck, Ignacy Matuszewski, Kazimierz Stamirowski oraz Henryk Floyar-Reichman. Pomimo tego, tak Andrzej Garlicki jak i Tomasz Nałęcz twierdzą, że trudno mówić o zorganizowanych przygotowaniach do przeprowadzenia zamachu majowego.

Wikipedia nie wyjaśnia, dlaczego Garlicki i Nałęcz uważają, że trudno mówić o zorganizowanych przygotowaniach. Krystalizowała się grupa oddanych Piłsudskiemu osób, tworzących ośrodek przyszłego przewrotu – no to jeśli to nie jest przygotowanie do przewrotu, to co to jest?

Piłsudski opierał się na swoich dawnych towarzyszach legionowych. Nałęcz twierdzi, że było to „zjawisko z pogranicza konspiracji, zbliżone do poufnego działania o charakterze mafijnym. Narodzone w latach walk legionowych, kontynuowane w okresie 1918-1923, nie przestało egzystować w czasie usunięcia się w cień przez przywódcę grupy. Powodowało, że ludzie niezwiązani już organizacyjnie z Piłsudskim, pozostawali nadal bezgranicznie mu oddani. Nie było to bez znaczenia, ponieważ znajdowali się oni prawie we wszystkich ważniejszych dziedzinach życia: we wpływowych instytucjach w wojsku, w administracji państwowej i sądownictwie, prasie, partiach politycznych itd.”

Jeśli ludzie Piłsudskiego byli wszędzie, m.in. w partiach politycznych, to mieli wpływ na politykę tych partii. A więc ich rozwydrzenie mogło być wynikiem obecności w nich jego ludzi. Czy państwo, którego kluczowe organy i instytucje były obsadzone ludźmi marszałka, można uznać za niepodległe, skoro on sam był zależny od kogoś innego? To państwo w latach 1922-1926 starało się dopiero być niezależnym.

Wśród zwolenników zamachu stanu było wielu wolnomularzy. Wielka Loża Narodowa Polski czynnie włączyła się w przygotowania do zamachu, urabiając opinię publiczną, propagując pogląd, że „dla Państwa Polskiego konieczne jest, aby marszałek Piłsudski został przywrócony do roli czynnej i twórczej”. Andrzej Strug, jako wielki mistrz lub szef obrządku szkockiego wyższych stopni, odbył kilka rozmów z Józefem Piłsudskim. W toku przygotowań do zamachu stanu doszło do założenia dziennika „Nowy Kurier Polski”.

27 listopada 1925, po utworzeniu rządu Skrzyńskiego (upadł 5 maja 1926), tekę ministra spraw wojskowych otrzymał piłsudczyk gen. Lucjan Żeligowski. 16 grudnia ze stanowiska szefa Sztabu Generalnego zwolniony został, popierany przez endecję, gen. dyw. Stanisław Haller. Czasowe pełnienie obowiązków szefa SG powierzone zostało gen. bryg. Edmundowi Kesslerowi. Żeligowski przywrócił generała Orlicz-Dreszera na stanowisko na stanowisko dowódcy 2 Dywizji Kawalerii w Warszawie. Inne zmiany personalne to mianowanie gen. bryg. Stanisława Burhardt-Bukackiego szefem Oddziału III SG, gen. dyw. Daniela Konarzewskiego szefem Administracji Armii i Mieczysława Norwid-Neugebauera pierwszym zastępcą szefa Administracji Armii. Wszyscy oni byli piłsudczykami.

18 kwietnia 1926 roku Żeligowski wydał rozkaz o zgrupowaniu 10 maja oddziałów w okolicy Rembertowa w celu przeprowadzenia gier wojennych. 8 maja przesłał do Piłsudskiego pismo o treści: „Proszę Pana Marszałka o objęcie dowództwa nad oddziałami skoncentrowanymi w Rembertowie i przeprowadzenie z nimi ćwiczeń międzygarnizonowych.” O tym piśmie gen. Żeligowski nie powiadomił nowego ministra Juliana Malczewskiego.

10 maja 1926 roku Prezydent RP Stanisław Wojciechowski mianował Malczewskiego ministrem spraw wojskowych w rządzie Wincentego Witosa. Jedną z jego pierwszych decyzji był rozkaz nakazujący jednostkom wiernym Piłsudskiemu powrót z manewrów w Rembertowie do garnizonów, ponieważ podejrzewał, że oddziały te zamierzały przeprowadzić przewrót polityczny podczas nieobecności prezydenta Wojciechowskiego w Warszawie. Wojskowi jednak tego rozkazu nie wykonali. Dodatkowo w nocy z 11 na 12 maja zaczęły przemieszczać się w kierunku Warszawy inne pułki. Generał nie mógł przeciwdziałać, ponieważ oddziały, którymi wcześniej dowodził, zostały zawczasu wycofane daleko poza miasto na wniosek poprzedniego ministra spraw wojskowych gen. Lucjana Żeligowskiego.

Generał Malczewski rozkazał wprawdzie obsadzić warszawskie mosty, ale mający wykonać ten rozkaz oficerowie sztabu dowódcy okręgu gen. Kazimierza Dzierżanowskiego byli zaangażowani w spisek. W związku z tym żołnierzom wiernej rządowi Oficerskiej Szkoły Piechoty pod dowództwem mjr. Mariana Porwita udało się jedynie obsadzić 12 maja po południu most Poniatowskiego. Był on przedtem zajęty przez 2 dywizjon 1 pułku szwoleżerów, który wchodził w skład wojsk zamachowców.

Około godziny 17 na moście Poniatowskiego doszło do spotkania Piłsudskiego z prezydentem Wojciechowskim. Mjr Marian Porwit, po przybyciu na most, złożył meldunek prezydentowi, a następnie zameldował się marszałkowi i był świadkiem rozmowy obu polityków. Marszałek chciał ustąpienia gabinetu Witosa, prezydent zażądał natomiast kapitulacji przeciwnika. Według Wojciechowskiego dialog przebiegał w następujący sposób:

Powitałem go (Piłsudskiego) słowami: stoję na straży honoru wojska polskiego – co widocznie wzburzyło go, gdyż uchwycił mnie za rękaw i zduszonym głosem powiedział – No, no! Tylko nie w ten sposób. – Strąciłem jego rękę i nie dopuszczając do dyskusji: Reprezentuję tutaj Polskę, żądam dochodzenia swych pretensji na drodze legalnej, kategorycznej odpowiedzi na odezwę rządu. – Dla mnie droga legalna zamknięta – wyminął mnie i skierował się do stojącego o kilka kroków za mną szeregu żołnierzy. Zrozumiałem to jako chęć buntowania żołnierzy przeciwko rządowi w mojej obecności, dlatego idąc wzdłuż szeregu do swego samochodu, zawołałem: – żołnierze, spełnijcie swój obowiązek.

Prezydent wydał około godziny 14-tej odezwę do żołnierzy, w której podkreślał konieczność dotrzymania przysięgi żołnierskiej i dochowania wierności rządowi.

Po załamaniu się pertraktacji i odjeździe prezydenta mjr Porwit odmówił marszałkowi Piłsudskiemu przepuszczenia go przez most Poniatowskiego. Siłom rządowym nie udało się jednak obsadzić 30-tym pułkiem piechoty Mostu Kierbedzia. Przez niego na drugą stronę Wisły przechodziły siły Piłsudskiego.

Po spotkaniu z prezydentem Piłsudski pojechał do koszar 36-go pułku piechoty. Według relacji osób, które mu wówczas towarzyszyły, marszałek sprawiał wrażenie zmęczonego, zniechęconego i załamanego. Prawdopodobnie liczył na chęć współpracy ze strony Wojciechowskiego, z którym łączyła go dawna znajomość, jeszcze z czasów działalności w PPS. Wobec takiego rozwoju wypadków dowództwo przejął gen. Orlicz-Dreszer i jego szef sztabu ppłk Józef Beck.

Wieczorem 12 maja siły rządowe liczyły około 1700 żołnierzy, podczas gdy oddziały Piłsudskiego – 3500 plus 800 członków Związku Strzeleckiego. O godzinie 20-tej do komendy miasta przybył Piłsudski. Około godziny 21-wszej marszałek zdecydował się na rozpoczęcie mediacji, wzywając Macieja Rataja (Marszałek Sejmu). Przedstawił mu sytuację i podkreślił, że ma znaczną przewagę militarną nad siłami rządowymi. Rataj udał się do Belwederu, jednak Wojciechowski odmówił rozpoczęcia negocjacji. Tymczasem odlecieli do Poznania ministrowie Stanisław Osiecki (resort przemysłu i handlu) oraz Stefan Piechocki (sprawiedliwość), którzy mieli za zadanie przygotować przenosiny rządu do stolicy Wielkopolski.

Po rozmowie z Ratajem Piłsudski spotkał się z przewodniczącym, pozostających w orbicie wpływów PPS, kolejarskich związków zawodowych – Adamem Kuryłowiczem. Według planu piłsudczyków miały one odegrać znaczną rolę w opóźnieniu przyjazdu do Warszawy wiernych rządowi wojsk z Wielkopolski i Pomorza. Siłom Piłsudskiego udało się nocą obsadzić budynek Ministerstwa Kolei. Dzięki temu Kuryłowicz mógł przekazać wytyczne związkom kolejowym, które później znacząco pomogły zamachowcom.

14 maja wojska Piłsudskiego w Warszawie liczyły już około 8500 żołnierzy (plus 800 członków Związku Strzeleckiego), podczas gdy strona rządowa dysponowała około 2200 żołnierzami. Ponadto wojska marszałka posiadały czołgi i samochody pancerne, a wobec braku artylerii po stronie rządowej, szybko zaczęły uzyskiwać przewagę.

Około godziny 13-tej Malczewski, Haller, Rozwadowski i Anders podjęli decyzję o wycofaniu się rządu do Wilanowa. Siedzibą rządu był Pałac Namiestnikowski. Na północ od niego znajdował się Most Kierbedzia, przez który przedostawały się na lewą stronę Wisły wojska Piłsudskiego. Tak więc atak szedł od północy na południe. Początkowo rząd wycofał się do Belwederu, położonego w południowej części miasta. A później – jeszcze bardziej na południe do Wilanowa. O 14-tej prezydent Wojciechowski wyraził zgodę na wycofanie się do Wilanowa.

14 maja weszła w życie decyzja PPS o strajku generalnym. Poparł ją Związek Zawodowy Kolejarzy. Strajk ten odciął stolicę od reszty kraju i znacznie utrudnił sprowadzenie z Wielkopolski wiernych rządowi oddziałów. Po przybyciu do Wilanowa prezydent i rząd naradzali się z dowódcami wojsk lojalnych wobec gabinetu Witosa. Wojskowi byli zdania, że należy przenieść się do Poznania i stamtąd kontynuować walkę zbrojną. Przeciwko temu wypowiedzieli się Wojciechowski i Witos, obawiający się długotrwałej wojny domowej, która byłaby niebezpieczna dla niepodległości państwa. O godzinie 17:30, podczas posiedzenia Rady Gabinetowej (posiedzenie rządu, któremu przewodzi nie premier, ale prezydent), prezydent podjął decyzję o rezygnacji z urzędu i wydał rozkaz wojskom rządowym zaprzestania bratobójczych walk. Również Witos poddał się do dymisji.

To ciekawe, że w 1926 roku Wojciechowskiemu i Witosowi szkoda było polskiej krwi, Witosowi – chłopskiej, w momencie, gdy chodziło o niepodległość kraju i gdy walka miała sens, a w 1939 roku, gdy walka nie miała sensu, Witos nawoływał do walki z najeźdźcą i wówczas nie było mu szkoda chłopskiej krwi. Wojna domowa w tamtym czasie nie była niebezpieczna dla niepodległości, bo jej jeszcze nie było. Niemcy były słabe, bolszewicy odepchnięci, a walka toczyła się właśnie o niepodległość! Piłsudski był wykreowany przez władze okupacyjne niemieckie i austriackie, a później zależał już tylko od Niemców. Sejm Ustawodawczy i Sejm I kadencji to było coś, co wymknęło się spod niemieckiej kontroli i co trzeba było zneutralizować i po to był ten zamach. Walka o niepodległość to jest walka na śmieć i życie. Wtedy był ten moment, a nie we wrześniu 1939 roku, który był skutkiem tego, co wydarzyło się w Polsce w maju 1926 roku.

Zgodnie z postanowieniami konstytucji marcowej, obowiązki głowy państwa przejął marszałek Sejmu Maciej Rataj, który przybył do pałacu w Wilanowie w towarzystwie ppłk. Józefa Becka – przedstawiciela marszałka. Pisma dymisyjne rządu i prezydenta datowane były na 14 maja, jednak Rataj przyjął je dopiero 15 maja. Nakazał Malczewskiemu, Rozwadowskiemu i Hallerowi wprowadzenie natychmiastowego zawieszenia broni z pozostawieniem oddziałów na pozycjach. Oświadczył także, że powoła nowy rząd, w którym znajdzie się Józef Piłsudski. Początkowo Rataj planował utworzenie „rządu pojednania narodowego”, w którym premierem zostałby Jan Dębski. Jednak rankiem 15 maja, po rozmowie z Piłsudskim, zmuszony był powierzyć misję tworzenia nowego gabinetu, wskazanemu przez marszałka, Kazimierzowi Bartlowi.

Jednym z następstw zamachu stanu było uchwalenie 2 sierpnia 1926 roku przez Sejm tzw. noweli sierpniowej. Akt ten usankcjonował przewagę władzy wykonawczej kosztem władzy ustawodawczej, zmniejszył kontrolę parlamentu nad rządem, wprowadził wyłączne prawo prezydenta do rozwiązania parlamentu (wcześniej sejm mógł sam się rozwiązać większością 11/20), a także ograniczył swobodę ustalania prac budżetowych przez izby.

Po zamachu majowym znacznie wzrósł udział wolnomularzy w rządach II RP. Według Ludwika Hassa na stanowisku premiera przed 1926 rokiem nie było żadnego zidentyfikowanego masona. Od 1926 do 1939 roku spośród 16 stanowisk 12 razy premierem był mason, z tego pięciokrotnie Kazimierz Bartel i trzykrotnie Walery Sławek. Ogółem, spośród dziewięciu osób pełniących funkcję premiera po zamachu, sześciu było masonami. Wśród ministrów przed zamachem zidentyfikowanymi masonami było 7%; udział ten wzrósł do 27% po zamachu. W 1938 roku dekretem prezydenta RP Ignacego Mościckiego działalność wolnomularska w Polsce została zakazana, a istniejące loże masońskie zamknięte. Od swojego tradycyjnego stanowiska, popierającego demokrację parlamentarną, odstąpiła masoneria, która poparła zamach stanu Piłsudskiego. Według różnych wersji miała ona uczestniczyć w przygotowaniach do przewrotu. Nic w tym dziwnego. Jeśli demokracja w Polsce powiedziała „tak” dla polskiej racji stanu, to taka demokracja była nie do przyjęcia dla masonerii i jej sługusa – Piłsudskiego.

Siły popierające zamach to: PPS, Stronnictwo Chłopskie, PSL „Wyzwolenie”, KPP i niektóre partie mniejszości narodowych. Siły popierające rząd to: Związek Ludowo-Narodowy, Polskie Stronnictwo Chrześcijańskiej Demokracji i PSL „Piast”.

Jak stwierdził Andrzej Garlicki, przewrót majowy zakończył okres parlamentaryzmu II Rzeczypospolitej, zmieniając nie tylko ustrój, ale i cały szereg stosunków społecznych. Zdaniem historyka „od tego czasu nie prawo pisane stanowiło najwyższą normę, lecz wola zwycięzcy. On bowiem, niezależnie od zachowania dawnych struktur prawnych, miał nieograniczoną możliwość podejmowania decyzji i on był jedyną instancją odwoławczą. […] Na tym – niezależnie od form zewnętrznych – polega dyktatura.”

Garlicki nie przesadza. Stefan Szczepłek w swojej książce „Moja historia futbolu”, Warszawa 2007, pisze:

Legia jednak rosła w siłę, bez stadionu jej rozwój był niemożliwy. Marszałek Józef Piłsudski przekazał w imieniu wojska któremuś z prezesów klubu – generałowi Romanowi Góreckiemu lub Stanisławowi Rouppertowi – tereny po carskich koszarach między Łazienkowską, Myśliwiecką, Czerniakowską a Kanałem Piaseczyńskim. Marszałek zrobił to tylko ustnie, co wówczas miało moc prawną, ale przed kilkoma laty stało się powodem kłopotów Legii, starającej się o te tereny. Na podstawie decyzji marszałka klub mógł rozpocząć budowę stadionu w 1927 roku.

W 1929 roku na na zjeździe PSL „Piast” Maciej Rataj mówił:

W Polsce od trzech i pół lat żyjemy bez prawa, połamano konstytucję, połamano ustawy. To nie dyktatura. Mamy dyktaturę we Włoszech, mamy w Hiszpanii, ale mamy i prawo. W Polsce od trzech lat nie wie się, co będzie za 24 godziny… W Polsce nie wie się, co będzie jutro, to wszystko zależy od samowładztwa…

Niemcy zaprojektowali polskie państwo. Początkowo miało to być Królestwo Polskie, bo w 1916 roku nie było jeszcze wiadomo, kto wygra wojnę i było to jeszcze przed rewolucją październikową. W listopadzie 1918 roku było już wiadomo, że czas monarchii w Europie powoli kończy się. Zdecydowali więc, że Polska będzie państwem republikańskim. Głównym realizatorem ich planów był Piłsudski. Gdy Mała Konstytucja, a później Konstytucja marcowa ograniczyły jego władzę, to automatycznie wpływ Niemców też się zmniejszał. Wydaje się, że zabójstwo Narutowicza było mordem założycielskim Sanacji. Bez niego nie miałby Piłsudski pretekstu, by wycofać się z polityki, obserwować z boku, jak demokracja kompromituje się i wrócić jako mąż opatrznościowy.

Zamach majowy był starannie zaplanowany. Piłsudski nie miał nad rządem przewagi wojskowej. Wprost przeciwnie! W skali kraju przewaga była po stronie rządu. W Warszawie zyskał przewagę, bo przed zamachem Żeligowski, jako minister spraw wojskowych, odsunął daleko od stolicy pułki wierne rządowi. Po dwóch dniach walk prezydent Wojciechowski podejmuje decyzję o kapitulacji. Przeciwni temu byli generałowie Rozwadowski, Malczewski i Haller, którzy uważali, że należy ewakuować się do Poznania i stamtąd kontynuować walkę. Chyba wiedzieli, co mówili. Przecież to byli wybitni generałowie. Ale chyba też dobrze o tym wiedział Wojciechowski i dlatego tak szybko poddał się do dymisji i nakazał zaprzestanie walk. Sam się wcześniej pięknie uwiarygodnił na moście Poniatowskiego, wykazując niezłomną wolę walki w obronie państwa. Prawdopodobnie był człowiekiem Piłsudskiego lub tych sił, które nim kierowały.

15 stycznia 1919 roku Wojciechowski został mianowany przez Naczelnika Państwa na stanowisko ministra spraw wewnętrznych w gabinecie Ignacego Paderewskiego. 20 grudnia 1922 roku został wybrany przez Zgromadzenie Narodowe na prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej, pokonując Kazimierza Morawskiego stosunkiem głosów 298 do 221. Kazimierz Morawski był filologiem klasycznym, profesorem, rektorem Uniwersytetu Jagiellońskiego i prezesem Polskiej Akademii Umiejętności. Jego kandydaturę wysunął Związek Ludowo-Narodowy. To ciekawe, że wybór Narutowicza rodził się w takich bólach i było tylu kandydatów, a tu tak szybko i sprawnie. A więc demokracja, jak chce, to może działać skutecznie, a jak nie chce, to partie się rozwydrzają.

Na początku napisałem, że zamach majowy był najważniejszym wydarzeniem w dziejach II RP, ale był chyba najważniejszym wydarzeniem w historii Polski XX wieku. Nie udało się Polakom zdobyć państwa dla siebie. To właśnie wtedy była jedyna realna szansa na jego zdobycie w walce. Nigdy wcześniej, nigdy później. Walka bratobójcza? W państwie, w którym 1/3 jego ludności nie utożsamiała się z nim. Uważam, że gwoździem do trumny narodu polskiego była unia polsko-litewska i jej skutki: rozwodnienie się na Kresach i jednoczesne otwarcie się na napływ wschodniego żywiołu do kraju. Skutki tego dały znać o sobie właśnie w tym feralnym maju. Odrodzona Polska, składająca się z Królestwa Polskiego, Pomorza, Wielkopolski, Małopolski i części Śląska, ale bez Kresów, byłaby znacznie lepszym rozwiązaniem. Tak! Wiem, że Lwów należał do Korony i powinien był pozostać w Polsce. Wilno było kresowe, w połowie zamieszkałe przez Żydów i w połowie – przez resztę. Nie było to polskie miasto. Bądźmy realistami. Niestety były siły, które dążyły do włączenia Kresów do Polski. Państwo, które miało tak znaczny odsetek wrogiej mu ludności nie mogło sprawnie funkcjonować. W czasie zamachu ludność Warszawy pomagała spiskowcom. Czy to nie jest wymowne? Już chyba nic więcej nie muszę dodawać.

17 września

17 września, podobnie jak 1 września, należy do najtragiczniejszych dat w historii Polski, nie tylko ze względu na konsekwencje, czyli mord w Katyniu, ale też dlatego, że elity rządzące świadomie pchnęły naród do wojny, w której nie było najmniejszych szans na skuteczną obronę. Wygląda na to, że to wydarzenie, zwane czwartym rozbiorem Polski, zostało zaplanowane znacznie wcześniej niż 23 sierpnia 1939 roku. Wszystkie przytaczane przeze mnie fakty pochodzą z Wikipedii.

Podpisany 19 lutego 1921 roku sojusz polsko-francuski w artykule 2. głosił, że w razie zagrożenia Polski wojną ze strony radzieckiej lub w razie radzieckiego ataku na Polskę, Francja wystąpi na lądzie i morzu, by zapewnić jej bezpieczeństwo od strony Niemiec jak również pomoc w obronie przed wojskami radzieckimi. – Czyli w 1921 roku polskie elity rządowe zdawały sobie sprawę z tego, że może nastąpić atak z dwóch stron. Ale później szykowały się już tylko do wojny ze Związkiem Radzieckim. Czyżby zamach majowy podmienił nam elity i ich cele?

4 października 1938 roku, po podpisaniu układu monachijskiego, wiceminister spraw zagranicznych ZSRR Władimir Potiomkin powiedział ambasadorowi francuskiemu w Moskwie Robertowi Coulondre: „Nie widzę dla nas innego wyjścia, aniżeli czwarty rozbiór Polski.” – Postanowienia układu monachijskiego prowadziły prostą drogą do rozbioru Czechosłowacji, bo czymże była aneksja Czech i Moraw oraz utworzenie podporządkowanej Niemcom Słowacji? Więc Potiomkin mówił francuskiemu ambasadorowi: Skoro zgodziliście się na rozbiór Czechosłowacji, to zgodzicie się też na rozbiór Polski.

24 października 1938 roku Joachim von Ribbentrop, w rozmowie z ambasadorem RP w Berlinie Józefem Lipskim, po raz pierwszy przedstawił niemieckie propozycje przyłączenia Gdańska do Rzeszy i przeprowadzenia autostrady eksterytorialnej przez Pomorze. – Z tego można wysnuć wniosek, że już wtedy miały miejsce jakieś nieformalne rozmowy pomiędzy Niemcami a Związkiem Radzieckim. Trzeba było postawić Polsce takie warunki, by ich nie przyjęła. I o to chodziło. Bo jak inaczej wywołać wojnę? A gdyby Polska przyjęła niemieckie warunki? – To wtedy cała zabawa na nic. Niemcy dali „polskiemu” rządowi alibi: Nie! Takich warunków nie przyjmiemy. Polska od Bałtyku odepchnąć się nie da!

Układ monachijski był pierwszym krokiem do likwidacji Czechosłowacji. Na swoją kolej czekała Polska. Celem tych zabiegów było odwrócenie skutków I wojny światowej i doprowadzenie do sytuacji, w której Niemcy będą graniczyć ze Związkiem Radzieckim. Bez tego atak Niemiec na ten kraj 22 czerwca 1941 roku nie byłby możliwy. Wszyscy do tej wojny dążyli, tylko udawali, że robią wszystko, by do niej nie dopuścić. Potęgi zawierały sojusze czy pakty z małymi państwami, nie mając najmniejszego zamiaru wywiązywać się ze swoich zobowiązań.

Pakt o nieagresji pomiędzy Polską a ZSRR został podpisany 25 lipca 1932 roku w Moskwie. Umowę zawarto na 3 lata, a następnie 5 maja 1934 roku przedłużono ją do 31 grudnia 1945 roku, z pozostawieniem zasady automatycznego przedłużania, rozszerzoną na nieograniczoną ilość razy.

Art. 1 zabraniał każdej ze stron napaści na drugą zarówno samodzielnie jak i w porozumieniu z trzecią stroną. Za napaść uznawał wszelki akt gwałtu, naruszający całość i nietykalność terytorium lub niepodległość polityczną drugiej Umawiającej się Strony, nawet gdyby te działania były dokonane bez wypowiedzenia wojny i z uniknięciem wszelkich jej możliwych przejawów.

Art. 2 zobowiązywał drugą stronę do nieudzielania pomocy czy poparcia napastnikowi, choćby pośredniej, w razie napaści państwa trzeciego na jedną ze stron. Napaść strony paktu na państwo trzecie dozwalała drugiej stronie na wypowiedzenie go bez uprzedzenia.

Art. 3 zabraniał stronom brać udział w porozumieniach jawnie dla drugiej strony wrogich.

Art. 4 głosił, że art. 1 i 2 nie naruszają zobowiązań wynikających z umów zawartych uprzednio, o ile te umowy nie zawierają w sobie elementu napaści.

Art. 5 zobowiązywał strony do pokojowego rozstrzygania sporów. Spory, których nie udało się rozwiązać na drodze dyplomatycznej, miały być przekazywane komisji pojednawczej, zgodnie z postanowieniami podpisanej osobno Konwencji uznanej za integralną część Paktu.

26 listopada1938 roku ogłoszono wspólny komunikat obu rządów, że podstawą stosunków pozostają w całej rozciągłości wszystkie istniejące umowy łącznie z paktem o nieagresji polsko-radzieckim z dnia 25 lipca 1932 roku i że ten pakt posiada dostatecznie szeroką podstawę gwarantującą nienaruszalność stosunków pokojowych między obu państwami. Podobne oświadczenie wygłosił 2 czerwca 1939 roku nowo mianowany ambasador ZSRR w Polsce Nikołaj Szaronow.

4 października 1938 roku wiceminister spraw zagranicznych ZSRR mówi francuskiemu ambasadorowi w Moskwie, że nie widzi innego wyjścia, aniżeli czwarty rozbiór Polski, a w niecałe dwa miesiące później rząd radziecki potwierdza ważność paktu o nieagresji z 1932 roku. Podobnie wypowiada się 2 czerwca 1939 roku ambasador radziecki w Polsce. Tak działa układanie się z potężniejszymi.

W kwietniu1939 roku sztaby francuski i angielski ustaliły, że los Polski będzie zależał nie od wyników początkowych zmagań, lecz od ostatecznego rezultatu wojny. W sierpniu 1939 roku, w czasie pertraktacji w Moskwie, francuscy sojusznicy zgodzili się na wkroczenie na terytorium Polski Armii Czerwonej. – A czemu mieli się nie zgodzić? Zgodzili się wcześniej na zajęcie Czech i Moraw przez Hitlera. Byli konsekwentni.

Negocjacje w sprawie zawarcia paktu politycznego i gospodarczego pomiędzy ZSRR a III Rzeszą zostały podjęte przez stronę niemiecką w kwietniu 1939 roku na kolejny wniosek strony radzieckiej. Były prowadzone tajnie, równolegle do jawnych rozmów ZSRR z przedstawicielami Francji i Wielkiej Brytanii. Po zgodzie Hitlera na rozbiór terytoriów krajów Europy Środkowo-Wschodniej (sierpień 1939) i ustaleniu niemiecko-radzieckiej granicy stref wpływów Stalin zerwał rokowania z Francją i Wielką Brytanią jako bezprzedmiotowe. Zarówno Wielka Brytania jak i Francja nie mogły zapobiec okupacji terytoriów państw trzecich, będących w zakresie planowanej ekspansji terytorialnej ZSRR, bo przedmiotem tajnego protokołu do paktu były terytoria lub niepodległość suwerennych państw: Polski, Litwy, Łotwy, Estonii, Finlandii i Rumunii.

Negocjacje ze Związkiem Radzieckim zostały podjęte przez stronę niemiecką w kwietniu 1939 na kolejny wniosek strony radzieckiej. Oznacza to, że były wcześniejsze, może w marcu albo jeszcze wcześniej. Tak więc Związek Radziecki dążył do porozumienia z Niemcami, co wykluczało wypełnienie jego zobowiązań wobec Czechosłowacji. Francja oczywiście zachowała się tak, by nie stawiać Związku Radzieckiego w kłopotliwej sytuacji, który w negocjacjach z Czechami zastrzegł sobie, że pomoże im, gdy Francja zareaguje pierwsza. Dodatkowego alibi temu państwu dostarczyły rządy Polski i Rumunii, które zgodnie oświadczyły, że nie przepuszczą wojsk radzieckich.

Na mocy tajnego protokołu do paktu Ribbentrop-Mołotow z 23 sierpnia 1939 roku, ZSRR zobowiązał się do zbrojnego wystąpienia przeciw Polsce w sytuacji, gdyby III Rzesza znalazła się w stanie wojny z Polską. Stalin zdecydował się na uderzenie, gdy wywiad doniósł o podjętej 12 września, na brytyjsko-francuskiej konferencji w Abbeville, decyzji o zaniechaniu działań ofensywnych. – To ciekawe, że w 1939 roku miał tak sprawny wywiad, a dwa lata później „dał się zaskoczyć”.

Radziecka agresja rozpoczęła się zaraz po wejściu w życie w dniu 16 września, podpisanego dzień wcześniej w Moskwie, ostatecznego układu rozejmowego pomiędzy ZSRR a Japonią, kończącego walki radziecko-japońskie na pograniczu Mandżukuo i Mongolii. Żelazną zasadą strategii Stalina było prowadzenie działań wojennych wyłącznie na jednym froncie.

Według pamiętników dyplomaty amerykańskiego Charlesa Bohlena i ujawnionej korespondencji dyplomatycznej ambasady USA z sekretarzem stanu Cordellem Hullem treść tajnego protokołu była znana Rządowi Stanów Zjednoczonych już 24 sierpnia 1939 roku, dzięki przekazaniu jej Bohlenowi przez Hansa von Horwartha, sekretarza ambasadora Rzeszy hrabiego Friedricha von Schulenburga. O treści tajnego protokołu i szczegółach nocnego przyjęcia na Kremlu na cześć Joachima von Ribbentropa (wraz z informacją o toastach Stalina za zdrowie Hitlera) powiadomił sekretarza stanu USA Cordella Hulla ambasador USA w Moskwie Laurence Steinhardt w depeszy w dniu 24 sierpnia 1939 roku, jeszcze przed południem. O tajnej treści traktatu niemiecko-radzieckiego Amerykanie (Cordell Hull) natychmiast powiadomili Brytyjczyków (lord Edward Halifax), a ci z kolei – Francuzów (Georges Bonnet).

Francuzi uzyskali ją wcześniej z innego źródła. Treść traktu przekazał do Paryża 25 sierpnia po południu ambasador w Berlinie Robert Coulondre, uzyskawszy informacje z otoczenia Hansa Lammersa, ówczesnego szefa kancelarii Rzeszy. Ani Brytyjczycy, ani Francuzi nie przekazali Polsce żadnych posiadanych o pakcie informacji, pomimo wiążących ich z nią układów sojuszniczych.

Również dyplomacja włoska (hrabia Galeazzo Ciano) dysponowała wiedzą na temat tajnych klauzul paktu Ribbentrop-Mołotow (Hans von Horwarth poinformował o nich Guido Relliego, szefa tłumaczy włoskiej ambasady w Moskwie). Informacje o postanowieniach paktu Ribbentrop-Mołotow dotyczących krajów bałtyckich nadspodziewanie szybko stały się znane w Tallinie i Rydze. Już 26 sierpnia wiedział o nich szef wywiadu estońskiego Richard Massing oraz poseł łotewski w Berlinie Edgars Krievins (Edgar Kreewinsch).

30 sierpnia 1939 roku Kurier Poznański nr 394, powołując się na „wiadomości ze źródeł jak najwiarygodniejszych”, w artykule Tajne artykuły paktu moskiewskiego. Jest ich trzynaście – ustępstwa na całej linii Berlina na rzecz Moskwy., poinformował swoich czytelników o fakcie istnienia załącznika do paktu. Wskazywał on jednocześnie na jego tajność. – Skoro Kurier Poznański zamieścił informację 30 sierpnia, to znaczy, że do redakcji dotarła ona wcześniej.

Jedynie rząd Polski (minister Józef Beck) i jego wywiad (Józef Smoleński) byli kompletnie nieświadomi niemiecko-radzieckich uzgodnień. Kierownik samodzielnego referatu Rosja w Oddziale II Sztabu Głównego Olgierd Giedroyć oświadczył komisji badającej na emigracji przyczyny klęski wrześniowej, że o podpisaniu radziecko-niemieckiego paktu dowiedział się z radzieckiej prasy. – To dziwne. Polski wywiad nie wie, co pisze polska gazeta? Polski rząd też nie wie o tajnym protokole, chociaż ćwierkają o tym wszystkie wróble w Europie.

25 sierpnia w Londynie Edward Wood, pierwszy hrabia Halifax, razem z Edwardem Raczyńskim podpisali układ o pomocy wzajemnej między Rzeczpospolitą Polską a Zjednoczonym Królestwem Wielkiej Brytanii i Irlandii Północnej (polsko-brytyjski układ sojuszniczy). – Chyba tylko po to, by dać Hitlerowi pretekst do rozpoczęcia wojny, bo po jego podpisaniu uznał on, że polsko-niemiecka deklaracja o niestosowaniu przemocy z 1934 roku traci moc.

W 1939 roku Władysław Studnicki, niemający zaplecza politycznego, napisał broszurę pt. „Wobec nadchodzącej drugiej wojny światowej”, która krytykowała ewentualne zawarcie paktu sojuszniczego z Wielką Brytanią. Argumentował, że Londyn zamierza wciągnąć ZSRR do koalicji, za co Anglia może „zapłacić” mu wschodnimi województwami Polski. Broszura ta, wydana jeszcze w czerwcu 1939 roku, została skonfiskowana przez rząd polski. Słuszność tez postawionych przez Studnickiego odnośnie polsko-brytyjskiego sojuszu potwierdził jednak rozwój późniejszych wydarzeń.

W Paryżu istniała placówka wywiadowcza Lecomte, kierowana przez Michała Balińskiego z Referatu Wschód, podporządkowana organizacyjnie Referatowi Zachód. 22 sierpnia 1939 roku o godzinie 15 przekazała informację, że rozmowy radziecko-niemieckie wkroczyły w nową fazę: Intensywne rokowania niemiecko-sowieckie. Rozpoczęcie akcji zbrojnej przeciwko Polsce d. 26-28 VIII 39. Na dzień 4 IX 39 przewidziane osiągnięcie dawnej granicy niemiecko-rosyjskiej. – Z treści tej depeszy wynika jasno, że Niemcy dalej się nie posuną, co musiało być wcześniej uzgodnione przez obie strony.

Polska ogłosiła mobilizację powszechną 30 sierpnia, ale pod naciskiem sojuszników odwołała ją i ogłosiła ponownie 31 sierpnia. Odroczenie mobilizacji spowodowało trudny do opanowania chaos: 1 września oddziały osiągnęły zaledwie 70% gotowości bojowej.

Od początku istnienia II RP przygotowywano się do wojny na wschodzie. Na początku 1939 roku nie istniały nawet plany wojskowe na wypadek wojny z Niemcami. Dopiero gdy zagrożenie z zachodu stało się realne, przygotowano projekt obrony. Posiadał on dwie przesłanki: przyjęto, że w razie konfliktu Polski Niemcami, ZSRR pozostanie neutralny (pakt o nieagresji z 1932 roku), a Francja wypełni zobowiązania sojusznicze z 1921 roku, czyli uderzy na napastnika.

Gdy czyta się, że w razie konfliktu z Niemcami ZSRR pozostanie neutralny, to nasuwa się pytanie: „Po co wcześniej cały czas szykowano się na wojnę na wschodzie?” Dlaczego spodziewano się, że Francja wywiąże się ze zobowiązań wobec Polski, skoro rok wcześniej nie wywiązała się z nich wobec Czechosłowacji? Po aneksji Czech i Moraw w marcu 1939 roku nie mogło być najmniejszych wątpliwości, że Hitlerowi chodzi o podporządkowanie sobie całej Europy Środkowo-Wschodniej. Polska ogłasza powszechną mobilizację i odwołuje ją pod naciskiem sojuszników, by następnego dnia znowu ją ogłosić. Czyli 30 sierpnia był nacisk sojuszników, a 31 już – nie! Polski wywiad dowiaduje się o pakcie z radzieckich gazet. Jak to wszystko czyta się, to nasuwa się jeden wniosek – to jakaś paranoja! I może lepiej by dla nas było, gdyby to była prawda, że mieliśmy takie durne elity rządzące. Niestety prawda jest, według mnie, o wiele bardziej brutalna. Te elity robiły wszystko, by wciągnąć Polskę do wojny, by zginęło jak najwięcej ludzi, by został zniszczony dorobek materialny ludzi i cały kraj. No bo gdyby władze wiedziały, że jest tajny protokół, zakładający wspólną likwidację Polski przez Niemcy i ZSRR, to nie mogłyby podjąć 1 września walki przeciw Niemcom, mając świadomość, że Związek Radziecki uderzy z tyłu. Ale one „nie wiedziały”. W tej „niewiedzy” utrzymywał je ambasador polski w Moskwie Wacław Grzybowski.

Grzybowski niewłaściwie interpretował pakt Ribbentrop-Mołotow, a wydarzenia z 17 września 1939 roku były dla niego wielkim zaskoczeniem. 29 sierpnia raportował do Warszawy, że wspomniany pakt „znacznie odciążył” sytuację, w jakiej znalazła się Polska i sugerował, że Ribbentrop podpisał pakt tylko dlatego, by nie wyjeżdżać z Moskwy z pustymi rękami.

W chwili rozpoczęcia agresji ZSRR na Polskę 17 września 1939 roku pomiędzy 2 a 3 w nocy, wezwany pilnie do Komisariatu Spraw Zagranicznych w Moskwie, otrzymał od zastępcy Ludowego Komisarza Spraw zagranicznych Władimira Potiomkina notę dyplomatyczną, w której ZSRR uzasadniał agresję na Polskę. Grzybowski noty nie przyjął.

Po nieudanej próbie zakwestionowania immunitetu dyplomatycznego przez władze ZSRR, opuścił on w październiku 1939 roku, wraz z polskim personelem dyplomatycznym, terytorium Związku Radzieckiego, po bezpośredniej interwencji dziekana korpusu dyplomatycznego w Moskwie, ambasadora III Rzeszy Friedricha von Schulenburga i ambasadora Królestwa Włoch Augusto Rosso. Tak pisze Wikipedia, powołując się na Jerzego Łojka i jego pracę Agresja 17 września. Ta sama Wikipedia informuje też, że Grzybowski był masonem. Więc to chyba wyjaśnia interwencję ambasadora III Rzeszy. Nawet towarzysze radzieccy musieli ulec. Po linii masońskiej znaczyło więcej niż po linii partyjnej, choć pewnie ci towarzysze też byli masonami.

Po zamachu majowym w 1926 roku była już inna Polska. W administracji państwowej, w dyplomacji i w wojsku pojawiają się ludzie Piłsudskiego. Wielu z ich to masoni. Czy można zatem dziwić się, że zachowywali się tak, jak się zachowywali. Bliżej im było do masonerii i jej celów niż do państwa i narodu polskiego. To musiało „zaowocować” w tym tragicznym wrześniu.

Mocarstwo

Wśród części naszego społeczeństwa panuje przekonanie, że Polska, a właściwie Rzeczpospolita Obojga Narodów, bo tak się nazywało to wspólne polsko-litewskie państwo, że to państwo było mocarstwem. Nic bardziej błędnego, przynajmniej ja tak uważam. Nic nie wniosło do europejskiej kultury i nauki. Nie było potęgą militarną i ekonomiczną. Czym więc było? Może wypadałoby zacząć od definicji mocarstwa.

Mocarstwo – państwo, które ze względu na swój potencjał militarny oraz ekonomiczny (produkt narodowy brutto) pełni ważną rolę na świecie i potęgą a zarazem siłami wpływów przewyższa inne państwa, wykazuje odpowiednią role, kreuje w znacznym stopniu stosunki międzynarodowe we wszelkich dziedzinach, posiada znaczne możliwości wewnętrzne (militarne, ekonomiczne etc.), w obu tych sferach wyraźnie góruje nad innymi państwami.

Tak definiuje mocarstwo Wikipedia. A więc państwo, by być mocarstwem musi być przede wszystkim silne ekonomicznie i militarnie. Na pewno takim państwem nie była Rzeczypospolita Obojga Narodów. Tym niemniej wielu uważa, że było to mocarstwo. Sam obszar, około 1 mln km kw. w najlepszym momencie, to trochę za mało.

W wyniku unii z 1569 roku Korona Królestwa Polskiego i Wielkie Księstwo Litewskie zostały przekształcone w związek dwóch państw, które łączyła:

  • osoba wybieranego wspólnie króla
  • sejm
  • polityka zagraniczna
  • system monetarny (wspólna waluta, ale odrębne jej bicie w każdym kraju)

Osobne były:

  • skarb
  • wojsko
  • kancelaria i urzędy ministerialne

W sumie były to dwa odrębne państwa, które dzieliła duża różnica w rozwoju ekonomicznym. Korona miała w przybliżeniu dwukrotnie większą populację i pięć razy wyższy dochód z podatków. Ale były też i inne problemy, o których pisze Norman Davies w swojej pracy „Boże igrzysko”:

Podstawowe prawa konstytucyjne, które rzekomo regulowały życie polityczne Polski i Litwy, były wyraźnie ze sobą sprzeczne. Przez znaczną część okresu trwania unii spierano się już na temat samego jej charakteru. Zgodnie z aktem unii lubelskiej, której postanowienia polscy juryści uważali za nienaruszalne, oddzielne najwyższe władze królestwa Polskiego i Wielkiego Księstwa Litewskiego rozwiązywały się dobrowolnie z chwilą podpisania unii i na zawsze łączyły ze sobą, tworząc nowe „nierozdzielne ciało”, zjednoczoną Rzeczpospolitą. Wszystkie prawa sprzeczne z postanowieniami unii zostały uchylone. Jednakże według trzeciego statutu litewskiego z 1588 r. odrębność państwowa Litwy pozostawała nie naruszona, wszystkie zaś prawa sprzeczne ze statutem, włącznie z kilkoma klauzulami unii lubelskiej, uznano za nieważne. Jakkolwiek by popatrzeć na sprawę, sytuacja byłą absurdalna. W Polsce trzeci statut litewski uważano za niekonstytucyjny. Na Litwie autorzy statutu widzieli w „upokarzającej” unii w Lublinie akt przymusu. Nie podjęto jednak żadnej próby usunięcia tego chaosu. Zarówno akt unii, jak i trzeci statut pozostawały w mocy do końca XVIII w. Trudno powiedzieć, jakie zdanie miał w tej sprawie przeciętny obywatel, jest natomiast rzeczą oczywistą, że podczas gdy większość polskiej szlachty z terenu Królestwa uważała unię za wiążącą, mniejszość ich litewskich braci w dalszym ciągu upierała się przy odrębnym statucie Wielkiego Księstwa. W tym świetle można utrzymywać, że unia Polski i Litwy nie została ostatecznie spełniona aż do r. 1791, kiedy to w ramach Konstytucji 3 maja uroczyście proklamowano Rzeczpospolitą Obojga Narodów. Ta druga unia pozostała jednak prawie wyłącznie martwą literą prawa. Wielkie Księstwo Litewskie zostało formalnie zlikwidowane na mocy rosyjskiego dekretu wydanego po drugim rozbiorze w r. 1793 – zaledwie na dwa lata przed tym, zanim polskie szczątki Rzeczypospolitej zostały zlikwidowane na mocy trzeciego rozbioru w r. 1795. Analizując tradycje polityczne, historyk musi więc nieuchronnie opierać się mniej na teorii prawa, a bardziej na zwyczajach i praktyce ustalonych instytucji.

Podstawowe zasady i elementy ustroju Rzeczypospolitej określano od 1573 roku mianem złotej wolności. Składały się na nie:

  • nietykalność osobista
  • wolna elekcja monarchy przez ogół szlachty
  • sejm
  • pacta conventa
  • wolność wyznawanej religii
  • rokosz – prawo szlachty do buntu przeciwko królowi, gdy ten złamie prawo lub naruszy zagwarantowane przywileje
  • liberum veto – prawo każdego pojedynczego deputowanego do sprzeciwienia się decyzji większości na sejmie
  • konfederacja – prawo do tworzenia lokalnych lub ogólnopaństwowych związków szlachty w celu osiągnięcia określonych celów politycznych

Tak to określa Wikipedia. Jednak nie ma tu nic na temat sejmików. I tu znowu wypada mi odwołać się do Daviesa:

Podstawową jednostką życia politycznego w Polsce i na Litwie był sejmik (zarówno ta nazwa, jak i nazwa „sejm” wywodzą się od starego czeskiego słowa ‘sejmowat’ – „zbierać się” lub „zwoływać”). Wykrystalizował się na przestrzeni XV w. z wcześniejszych form spotkań organizowanych przez szlachtę, przeważnie w celach wojskowych, i przekształcił się w stałą instytucję doradczą we wszystkich prowincjach Królestwa, a później Rzeczpospolitej. Moment przełomowy w jego dziejach nadszedł w r. 1454 w Nieszawie, na początku drugiej wojny krzyżackiej, kiedy to król zgodził się przyjąć zasadę, że nie będzie ani zwoływał wojska, ani też nakładał podatków bez uprzedniej konsultacji ze szlachtą. O d tego czasu szlachta każdej dzielnicy spotykała się w krótkich odstępach czasu dla omówienia własnych interesów w dziedzinie polityki i ustawodawstwa oraz rozważenia polityki króla. Gdy z biegiem czasu ustaliła się instytucja sejmu i trybunału koronnego, każdy sejmik ziemski wyznaczał delegatów, którzy mieli dbać o lokalne interesy swojej „ziemi” w okresach działalności centralnych organów ustawodawczych i sądowych. W XVI w. odbywały się już cztery rodzaje spotkań – czasem w tym samym czasie, czasem zaś kolejno. Sejmik poselski był zwoływany w celu wybrania dwóch posłów, których zadaniem było przekazywanie sejmowi „instrukcji” od szlachty danej prowincji; sejmik deputacki wybierał dwóch deputatów do trybunału koronnego, sejmik relacyjny zbierał się dla rozważenia uchwał; sejmik gospodarski wreszcie zbierał się dla zarządu nad handlem i skarbem danej prowincji oraz dla przeprowadzeni uchwał sejmowych w sprawach dotyczących podatków, służby wojskowej i użytkowania ziemi. Na zakończenie obrad sejmik wydawał ‘lauda’, czyli „postanowienia”, które miały pełną wagę prawną na terytorium objętym jego kompetencjami. Rezolucje te nie wymagały zatwierdzenia przez króla.

Trzeba sobie zatem zdać sprawę z faktu, że szlachta uważała się za najwyższą władzę w państwie, sejmiki zaś traktowała jako główną gałąź procesu ustawodawczego. Interesy centralnego rządu stanowiły jedynie jeden z aspektów jej debat, i to bynajmniej nie najistotniejszy. Propozycje ze strony króla, sejmu i urzędników państwowych przyjmowała z dużą rezerwą, jako wyraz zastrzeżeń w stosunku do jej własnej kompetencji; nie czuła się też zobowiązana do uległości i posłuszeństwa. Od posłów oczekiwano ścisłego trzymania się instrukcji: wymagano od nich przysięgi składanej „Wszechmogącemu Bogu w Trójcy jedynemu”, że „będą bronić naszej wolności” i nie dopuszczą „żadnych praw, które byłyby przeciwne instrukcjom”.

Tak więc sposób w jaki została zawarta unia, w której jedna ze stron została zmuszona do tego związku, i ustrój Rzeczpospolitej, nie dawały szans na to, by powstało z tego mocarstwo. Owszem, obszar był wielki, ale nic poza tym. Davies podsumowuje to tak:

Gra polityczna rozgrywana w Rzeczpospolitej Polski i Litwy była grą bardzo specyficzną. Brak kanałów, którymi władza mogłaby się rozchodzić, promieniując z centrum, oraz brak hierarchii społecznej, zorganizowanej według kryteriów interesów państwowych, umożliwiały prowadzenie polityki prywatnej, lokalnej lub prowincjonalnej bez obawy żadnych odgórnych ograniczeń. Wszystko zależało od zmiennych układów patronów, pozycji, zamożności, zasług i szczęścia; praktycznie nic – od raison d’etat. Państwo nigdy nie wysuwało pretensji do własnych interesów, które były czymś więcej niż sumą interesów poszczególnych obywateli. W rezultacie polityka zewnętrzna Rzeczypospolitej była uderzająco bierna, polityka wewnętrzna zaś – nigdy ostatecznie nie rozstrzygnięta. Według jednej z interesujących hipotez życie polityczne kraju złożone było z ruchomej mozaiki drobnych interesów lokalnych i większych, mniej trwałych, interesów dzielnicowych, czyli jak to określano, „małych sąsiedztw” oraz „dużych sąsiedztw”.

O tym, czy dane państwo może być uznane za mocarstwo, decydują również finanse i potencjał militarny. W przypadku Rzeczypospolitej obie te dziedziny były w stanie opłakanym. Pod względem powierzchni Rzeczpospolita Obojga Narodów była drugim krajem na kontynencie. Natomiast pod względem liczby ludności było już gorzej. W drugiej połowie XVI stulecia była siódmym krajem:

  • Francja – 16 mln ludności
  • Rzesza Niemiecka – 12 mln
  • Włochy – 11 mln
  • Wielkie Księstwo Moskiewskie – 10,5 mln
  • Hiszpania z Portugalią – 9 mln
  • Turcja (część europejska) – 8 mln
  • Rzeczpospolita Obojga Narodów – 7,5 mln
  • Państwo Habsburgów austriackich (Austria, Czechy, Węgry) – 6,5 mln
  • Anglia z Irlandią – 4 mln
  • Niderlandy (północne i południowe) – 3 mln

W stosunku do swoich sąsiadów przewaga nie była aż tak duża. Znacznie gorzej było w przypadku siły ekonomicznej. Pauperyzacja Polski w XVII wieku przybiera już poważne rozmiary. Budżet jej w porównaniu z krajami Europy Zachodniej jest bardzo mały:

  • Francja………………..360 000 000 zł
  • Anglia………………….240 000 000 zł
  • Dania…………………….18 000 000 zł
  • Szwecja………………..23 000 000 zł
  • Moskwa……………….30 000 000 zł
  • Turcja…………………180 000 000 zł
  • Polska…………………….7 000 000 zł

Jako ciekawostkę można podać, że wyprawa wiedeńska kosztowała około 10 000 000 zł. Choć według niektórych wyliczeń było to 14 000 000 zł, z czego aż 78% pokryli sami Polacy, a zaledwie 22% tej sumy tj. około 3 000 000 stanowiły dotacje z zagranicy tj subsydia cesarza, papieża oraz książąt niemieckich i dostojników kościelnych.

Jeśli chodzi o liczebność wojska w tym okresie, to Francja mogła wystawić 200 000, Brandenburgia – 30 000, Polska – 15 000 do 18 000. W epoce saskiej liczebność sił zbrojnych Rzeczypospolitej w stosunku do liczebności armii jej sąsiadów wynosiła 1: 11 do Prus, 1:17 do Austrii i 1:28 do Rosji.

Dane powyższe pochodzą z pracy Władysława Konopczyńskiego Dzieje Polski Nowożytnej, a te z epoki saskiej z cytowanej wyżej pracy Daviesa.

Nic dziwnego, że budżet był tak niski, bo szlachta i Żydzi robili wszystko, by podatki były jak najniższe, albo żeby ich wcale nie było. Przemysł słabiej rozwinięty niż w Europie Zachodniej, handel praktycznie w żydowskich rękach, choć wiele złego robiła w tej dziedzinie szlachta, która uwolniła od cła towary wytwarzane lub sprowadzane na własny użytek. Większość budżetu przeznaczano na wojsko. Konopczyński tak o tym pisze:

Jeżeli 9/10 budżetu państwowego szło na utrzymanie wojska, to stąd by można wnioskować, ze Rzeczpospolita Polska była państwem wybitnie militarnym. Istotnie, „nobilis Polonus” nie rozstawał się z szablą, a obrona kraju nie schodziła z porządku obrad publicznych – ale też właśnie chodziło tylko o obronę. Nie tylko moralista Frycz Modrzewski, ale i hetman Tarnowski potępiają samą myśl wojny zaczepnej, i nic dziwnego: państwo nasycone unią z Litwą, zabezpieczone gospodarczo wywozem mas zboża, nie myślało poważnie o ekspansji w żadnym kierunku i pod tym względem nie mogło równać się ani z ojczyzną Gustawa Adolfa, ani z ojczyzną Kondeusza.

No właśnie! Czy państwo, które nastawione jest tylko na obronę można uznać za mocarstwo? Poza obszarem Rzeczpospolita Obojga Narodów niczym nie wyróżniała się na tle innych państw. Nie było w niej wybitnych uczonych, pisarzy, malarzy, architektów, filozofów, prawników, lekarzy itp. Kultura i sztuka stały na niskim poziomie. Wyróżniała się tylko niespotykaną gdzie indziej dominacją i liczebnością jednego stanu – szlachty, wynikającą z ustroju społecznego Rzeczypospolitej.

Wydaje mi się, że dobrze opisuje ten ustrój Władysław Konopczyński w książce „Dzieje Polski Nowożytnej”:

Ustrój społeczny Rzeczypospolitej, zarówno jak ustrój państwowy, stanowił w całej Europie pewnego rodzaju unikat. Z przyczyn natury gospodarczej, nie dość jeszcze wyświetlonych, szlachta polska urosła do nieznanej w innych krajach potęgi. Nad cały naród wybujała milionowa rzesza szlachecka, zbrojna w 200 000 szabel. Taka arystokracja, podobnie jak ateńska lub rzymska, miała wszelkie prawo do nazwy demokracji, zaś w nowożytnej Europie nigdzie, ani nawet w Anglii nie było takiej rzeszy ludzi wolnych i uprzywilejowanych, biorących udział w życiu publicznym. Zjawisko okazałe i szanowne, rokujące państwu niezmierną siłę, ale tylko na pewien czas, dopóki państwa sąsiedzkie nie nauczyły się w ten czy inny sposób zaprawiać do pracy i do walki jeszcze większych sił społecznych. Na dalszą metę przyrost klasy szlacheckiej niósł fatalne owoce. Względna równowaga stanów, jaką zostawił Kazimierz Wielki, runęła w XV w. Szlachcic stał się potęgą groźną dla innych klas i dla samego państwa, zagarnął rządy i wyzyskiwał je na swoje dobro. Mniejsza o to na razie, czy ów wyzysk był gorszy lub lżejszy niż gdzie indziej. Faktem pozostaje, że mieszczanin, odepchnięty na bok, przyciśnięty nadmiarem Żydostwa, schudł i znacznie zobojętniał na sprawę narodową, a chłop jej w ogóle nie znał i nie odczuwał. Żakerii wprawdzie rdzenna Polska nie znała; rok 1651 okazał, że w przeciwieństwie do ludu ruskiego chłop katolicki, złączony wspólną wiarą z dziedzicem, nie idzie za hasłami podżegaczy. Ale ta lojalność wsi polskiej tłumaczy się nie tylko jej znośnym bytem ekonomicznym, na którym musiało zależeć dziedzicom: włościanin po prostu zanadto był przytępiony i przykuty do swego zagona, aby mógł sięgać po prawa polityczne. W rezultacie Rzeczpospolita, zamiast 12 milionów przeciętnie patriotycznej ludności mogła liczyć na 1 – 1,5 miliona. 9/10 części narodu czuło się obco i źle w rodzimym kraju i stan ten utrwalił się dzięki temu, że klasa uprzywilejowana była dość liczna, aby całą resztę przez parę wieków trzymać w garści i wyzyskiwać. Cokolwiek też mówi się o demokratyzmie dawnej szlachty, dla państwa lepiej było mieć arystokrację mniej liczną i pozbyć się jej w drodze wewnętrznej rewolucji niż czekać pod rządem owych dwustu tysięcy, aż warstwa rządząca się przeżyje – i kraj rozszarpią zaborcy.

Wadliwość ustroju społecznego pociągała za sobą wadliwość ustroju państwowego. Jednym z jego elementów jest władza prawodawcza. O niej Konopczyński tak pisze:

Były w Europie ówczesnej państwa typowo szlacheckie pod względem budowy społecznej: we Francji, w Rosji, w Prusach, Austrii wszystkie niemal urzędy znajdowały się w rękach szlachty. Były może tu i ówdzie grupy szlacheckie bardziej egoistyczne, bardziej pyszałkowate, o łbach jeszcze ciaśniejszych niż w Polsce. Ale też w tamtych krajach był silny rząd monarchiczny, kierujący całym mechanizmem państwowym i regulujący stosunki społeczne według pewnej racji stanu; z drugiej strony przewaga społeczna szlachty nigdzie nie była tak bezwzględna, jak u nas. Co najważniejsze: nasi jaśnie wielmożni i urodzeni chwycili w swe ręce wyłączne kierownictwo spraw wraz z odpowiedzialnością za nie. Oni dla siebie stworzyli ustrój państwowy, taki właśnie, jaki najlepiej zabezpieczał ich wolności i dobrobyt. Jak stworzono ten ustrój, a w szczególności organy prawodawstwa? Jak Bóg dał, od potrzeby do potrzeby, bez przewidującej myśli, bez technicznego wykończenia. Gubiąc się w w antynomii interesów całości i części, stworzono kształt obrad narodowych z wymaganiem jednomyślności, dobry dla aniołów, nie dla ludzi. Nie wypracowano ani nie przejęto z zewnątrz elementarnej zasady większości głosów. Potem dopuszczono do wyrodzenia się z jednomyślności – „wolnego nie pozwalam”. Przez 200 lat znosił sejm walny warcholstwo opozycyjnych posłów, prawie zawsze podszyte zdradą, cierpiał od własnego niedołęstwa i nie zdobył się na porządny regulamin obrad, jak nie zdobyło się całe nasze ustawodawstwo nowożytne aż do Konstytucji 3 Maja na żaden doskonały pomnik, który by warto pokazać Europie.

Nie lepiej było w przypadku władzy wykonawczej:

Te same cechy: podporządkowanie państwowości interesom szlacheckim i niedbalstwo w wykończeniu form okazuje budowa rządu w ścisłym znaczeniu. W oczach ogółu najodpowiedzialniejszym za wszystko czynnikiem był król, który miał występować albo w otoczeniu sejmu, albo w asystencji senatu. Wyglądało to wcale parlamentarnie i z punktu widzenia teorii konstytucyjnej wolno widzieć w dawnej Rzeczypospolitej organiczne zespolenie króla i państwa, jakiego brakło innym narodom Europy lądowej. Ale współcześni, np. Karwicki, wiedzieli, co sądzić o tej organicznej jedności. Naprawdę „inter maiestatem et libertatem” (pomiędzy władzą monarszą a wolnością) wrzała odwieczna walka, tym gorsza, że podziemna, przy czym król prawie zawsze dźwigał sprawę publiczną i rację stanu, a wolny szlachcic ściągał ją sobie pod stopy. Królowi zostawiono z zakresu wykonawstwa tyle właśnie mocy (władzę rozdawczą i dowództwo nad wojskiem), aby móc go uczynić odpowiedzialnym za niepowodzenia, dla narodu zawarowano prawo wypowiedzenia posłuszeństwa. Wolne elekcje pozbawiły politykę polską ciągłości, a otwierały na oścież wrota wpływom obcym. Wystawiano koronę na licytację, w nadziei, że przyszły król własnym groszem i wojskiem, bez żadnych ofiar z naszej strony, zdobędzie dla nas Kijów lub Kamieniec; później zaczęto po prostu sprzedawać swoje wolne suffragia (głosy wyborcze – przyp. mój). Gdybyż przynajmniej z tej licytacji wychodził upatrzony kandydat najlepszy! Ale nie: od 1648 r. widzimy w okopie wyborczym cały szereg niespodzianek albo wyborów narzuconych wbrew narodowi. A jeśli chodzi o wartość wybrańców, to poza Janem III zawsze zwyciężali kandydaci gorsi: Korybut bił Lotaryńczyka, August II – Contiego i Badeńczyka, August III – Leszczyńskiego.

Resztę władzy wykonawczej sprawowali faktycznie nieodpowiedzialni dożywotni ministrowie: marszałek, kanclerz, podskarbi, hetman, że pominiemy pomniejsze figury. Żadnemu z nich król nie mógł skutecznie rozkazywać, żadnego zmusić do posłuszeństwa. Przez 100 lat z górą, od Jana Kazimierza do Augusta III, wolno było ministrom administrować, politykować i zdradzać na własną rękę, bez niczyjej kontroli, najczęściej w myśl interesów tej rodziny magnackiej, do której należał piastun urzędu.

Nie inaczej wyglądała sprawa polityki zagranicznej:

Odpowiedzialność, zwłaszcza za politykę zagraniczną, włożono na senat przyboczny, tj. na owych 4 senatorów rezydentów; była to rada i kontrola bez doświadczenia, bez znajomości rzeczy, bez rutyny i, jak skutek pokazał, bez żadnego wpływu. Można było wymyślić organ doradczo-dozorczy znacznie poważniejszy – złożony nie tylko z senatorów, ale z wybrańców szlachty, na podobieństwo wydziałów stanowych, jakie powstawały w niektórych krajach zachodnich, i pomysły takie rodziły się nieraz (1573, 1606, 1607, 1660). Z wiadomych przyczyn do ich urzeczywistnienia nie doszło: chodziło wszak nie o rząd republikański, ale o rząd rozbity, jak najsłabszy, dla nikogo nie straszny.

Od czasów Zygmunta III według litery prawa senat przyboczny, a w praktyce sejm, roztoczył dozór nad całą polityką zagraniczną królów i jął wyciskać na niej swoje piętno. Było to piętno bierności i pokojowego usposobienia nawet wobec wypadków, które wielkim głosem wołały o czynną interwencję Polski. Sejm przyswoił sobie prawo roztrząsania zagadnień międzynarodowych, zagajenia rokowań i ratyfikowania traktatów. W takich warunkach podcięte zostały skrzydła śmielszej polityce królewskiej i o wyzyskaniu pomyślnych koniunktur za granicą nie mogło być mowy. Wojen zaczepnych lub choćby prewencyjnych naród nie chciał, wojny rewindykacyjne podejmował znaglony, niechętnie. Bądź co bądź w samym wyborze kierunku obrony bardzo charakterystycznie ujawniał się szlachecki duch Rzeczypospolitej. Sejm stronił od wojny trzydziestoletniej, chociaż przez udział w niej po tej lub owej stronie można było odzyskać Śląsk: bo tam nie było szlachty polskiej, tylko zapomniany lud wiejski, wytrwale obstający przy mowie praojców.

Zaniedbano sprawę rozszerzenia dostępu do morza: królom kazano nieraz w paktach konwentach zakładać „classem moritimam” (flotę morską), ale nie dano im na to środków ani nie poparto ich usiłowań (np. Władysława IV i Sobieskiego), które do utwierdzenia polskich rządów na brzegach Bałtyku prowadziły. Bo żegluga, handel zamorski to interes królewski lub mieszczański, a szlachcie wystarczało spławianie wicin i szkut ze zbożem lub tratw do Gdańska. Za to zapędzano się chętnie i bez żadnego umiarkowania w przestworza wschodnie, dokąd ekspansję Rzeczypospolitej pchały interesy możnowładztwa. Prawda, że i tam wojny miały niemal bez wyjątku charakter obronny: prawda i to, że rycerzy walczących z Moskwą ożywiała świadomość, iż bronią oni swobód ojczystych przed sługami brutalnego despotyzmu, a wielu z tych, co szli pod Cecorę, Chocim i Wiedeń, płonęło entuzjazmem dla sprawy Krzyża Świętego; niestety bywał to przeważnie instynkt żywiołowy, sprowokowany jakimś najazdem, chętnie idący na rękę nababom ukraińsko-podolskim, ale nie kierowany samowiedzą programową. Zapędy panów polskich na Mołdawię, podobnie jak chadzki Kozaków na Morze Czarne, rozpętały nawałnicę turecką, która pochłonęła najlepsze siły Polski w XVII w. i uniemożliwiła zwycięskie parcie ku Morzu Batyckiemu. A wyprawy na Moskwę w dobie Samozwańców zaostrzyły tylko antagonizm polsko-rosyjski, niecą w Moskwie chęć odwetu, która wyładuje się na Rzeczypospolitej późno, lecz zabójczo. Cała zaś „dwóchsetletnia polityka zewnętrzna Rzeczypospolitej zakończyła się odepchnięciem jej od Morza Czarnego, zawężeniem dostępu do Bałtyku (utrata Inflant, emancypacja Prus), zasklepieniem narodu w lądowym hreczkosiejstwie, bez zaokrąglenia narodowego na zachodzie, bez stanowczego zwycięstwa, bez załagodzenia stosunków na wschodzie”. Przez rozejm andruszowski osiągnięto niezłą od Moskwy granicę strategiczną Dźwina – Dniepr (wykrzywioną tylko naokoło Kijowa), która mogła nabrać niewzruszonej trwałości, gdyby ją od wewnątrz umocniła rozumna – polityka wewnętrzna.

Tak jak wszystko i polityka wewnętrzna pozostawiała dużo do życzenia. Konopczyński tak pisze:

O niej jednakże można mówić jedynie z poważnym zastrzeżeniem. Szlachta zanadto miała zaabsorbowaną myśl obronną swobód przed podejrzanym zawsze majestatem, żeby mogła wiele uwagi poświęcać rządom wewnętrznym. Mądrze załatwiono sprawę unii z Litwą; niebacznie, zbyt wyrozumiale pozwolono rozwijać się wszelkim rozbieżnościom wewnątrz dualistycznej Rzeczypospolitej. Czy źródłem tej wyrozumiałości był nasz szlachetny liberalizm? Owszem, ale były i inne przyczyny. Brakło energii na centralistyczne zachcianki, więc zostawiono dzielnicom i grupom społecznym swobodę stanowienia o sobie. Kwestii narodowościowej w świadomości szerokiego ogółu w ogóle nie było; już więcej zaprzątano się pewnego rodzaju polityką populacyjną. Statysta Mazur pilnował, żeby mu robotnik pańszczyźniany nie uciekł na Ruś; statysta spod Ostroga lub Żytomierza wzdychał do tego, żeby na miejsce chłopów uchodzących w Dzikie Pola napływali inni z Mazowsza. Racjonalnej kolonizacji z myślą o utwierdzeniu kresów przy Rzeczypospolitej nie prowadził żaden rząd, podobnie jak nikt nie zabiegał systematycznie o sprowadzanie z Zachodu umiejętnych rzemieślników i bogatych kupców, co przecież w dobie Wielkiego Elektora należało już do abecadła administracyjnego panujących. I tutaj też przeświecała ziemiańska predylekcja gospodarzy Rzeczypospolitej: skoro szlachta ruska przyjęła katolicyzm, język polski i obyczaje polskie, to któż by pytał o narodowość pozostałych 9/10 ludności tych województw? Taki brak nacjonalizmu w znaczeniu nowoczesnym, dodatnim czy ujemnym, jako obrony własnej narodowości lub tępienia innych, nie może nikogo dziwić w XVII i XVIII w., zanim się pojawiła idea narodowa. Ale też niech nikogo nie dziwi rezultat tego rodzaju tolerancji czy też beztroskliwości; że pomimo utopienia w ziemiach kresowych znacznego odsetku ludu polskiego ziemie te pod względem etnicznym pozostały w ogromnej większości krajem ruskim, łatwym do oderwania i jeszcze łatwiejszym do strawienia przez Rosję.

Ustrój Rzeczpospolitej określano mianem złotej wolności, a jego istotę Konopczyński opisuje tak:

Złota wolność rozsiadła się po pałacach i dworach od Karpat do Bałtyku, od Warty po Dniepr, pielęgnując te tylko instytucje, które jej celom służyły, a zaniedbując wszystko, co mogło wesprzeć absolutum dominium. Jest syta, więc nie chce żadnych nowości; jest zbrojna, więc nie suszy głowy nad rozwiązywaniem żadnych problemów ustrojowych; od każdego głębszego zagadnienia odrąbie się szablą. Byle sądziły się ziemstwa, grody i trybunały, byle płynęły w ostatniej potrzebie podatki na wojsko, byle nas sprawiał hetman, równie groźny królom jak i carom, to już mniejsza o resztę, tzn. o prawodawstwo i administrację. Kosztem tych wyższych funkcji, głosząc zasadniczy konserwatyzm, cofamy się naprawdę do prymitywnych zadań państwowego życia, spokojni o to, że na straży interesu klasowo-narodowego stoją trzy moce, jakich zazdrości nam cały świat:

a) Liberum veto a nie sejm jest teraz symbolem wolności polskiej. Z izby poselskiej wypromieniowało ono na wszystkie sejmiki, gdziekolwiek obraduje rasa polska (nawet w prowincji pruskiej, nawet w tych województwach, które uznały zasadę większości głosów), cofając się dopiero od granic rasowo odmiennej Kurlandii. Jeden poseł tamuje lub rwie obrady w dowolnej chwili, nie tylko przy zamknięciu, jak Siciński w 1652 r., ale nawet przed obiorem marszałka, z wyraźnym pogwałceniem regulaminu (1688). Posługują się tą straszną bronią magnaci, zwłaszcza hetmani; zaczynają jej używać posłowie obcy. Tylko elekcje są faktycznie zabezpieczone przed rwaniem, bo wtedy mniejszość chcąca postawić na swoim musiałaby przyjąć wojnę domową. Zwłaszcza pod koniec panowań veto święci nad podupadłym królem straszne triumfy. Staje się ono ruchomą podstawą wszystkich praw i władz, wrodzoną atrybucją wolnego Polaka, samobójczą gwarancją wszystkich innych wolności. Pod tym damoklesowym mieczem żyją i funkcjonują –

b) Sejmiki. Odbywa się ich co roku po dwa, trzy lub więcej, każdy z reguły jednodniowy, w Koronie pod obranym każdorazowo marszałkiem. Wyjątkowo tylko nieliczne województwa stwarzają sobie kolegialne organy wykonawcze. Nowością są milicje, formowane z osobnych podatków wojewódzkich; nowością – zdobyte via facti prawo limity, tj. odraczania swych sesji i zjeżdżania się po raz drugi czy czwarty do osobnego uniwersału królewskiego; taka limita zapewni sejmikom dalszą przewagę nad sejmem. Na każdy sejmik zjeżdżają się, prócz miejscowych posesjonatów, ich mniemani krewniacy, gołota bez ziemi, wysługująca się panom. Nie słychać jednak nigdzie, aby gospodarze sejmiku prowadzili ścisłą listę uprawnionych do głosu. Lauda i instrukcje mnożą się w nieskończoność, mimo że tylko szczupła cząstka postulatów ziemskich obleka się w formie praw. Jeżeli wola żywiołu sejmikowego nie znajdzie ujścia w sejmie, to wybucha w postaci konfederacji.

c) Wiek hetmaństwa i husarii jest bowiem zarazem pierwszą klasyczną epoką konfederacji. Dojrzały wszystkie odmiany takiej rewolucji narodowej: konfederacja miejscowa dla celów obrony bezpieczeństwa publicznego, miejscowa buntownicza, miejscowa lojalistyczna (np. trzy związki sandomierzan 1683, 1685 i 1688 r., które Bidziński utworzył dla poparcia Jana III przeciw magnatom), konfederacja generalna na czas bezkrólewia, generalna dla wypowiedzenia posłuszeństwa (1607), generalna przy królu – wszystkie na podstawie ziemsko-przedstawicielskiej; związek wojskowy samodzielny (1608, 1612-1614, 1622, 1659-1663, 1696-1697) lub w oparciu o konfederację obywatelską (1656, 1665). Ta forma organizacyjna, która współcześnie na Zachodzie żadnego już nie znajduje odpowiednika (bo ligi książąt niemieckich mają z nią tylko powierzchowne pokrewieństwo), nie naśladowana we Francji nawet podczas Frondy, wyjątkowo użyta przez Szkotów i Anglików dla celów rewolucyjnych (Covenant, League, Agreement of the people) [Przymierze, Liga (związek), Umowa ludu], nie dojrzewająca już nawet na Węgrzech, stała się w Rzeczypospolitej normalnym organem opozycji i walki partyjnej, poniekąd nawet klapą bezpieczeństwa, która stosowanie artykułu „de non praestanda oboedientia” uczyni zbędnym lub bezskutecznym.

Dużo tych cytatów i ich czytanie może być nużące, ale bez nich trudno było by uzmysłowić sobie, jak perfekcyjny ustrój stworzono dla nowego państwa, zwanego Rzeczpospolitą Obojga Narodów. Piszę więc „perfekcyjny” zupełnie świadomie, bo twórcom tego ustroju zależało na tym, by to państwo było słabe, niezdolne do jakiegokolwiek działania, by było całkowicie sparaliżowane. My koncentrujemy się na analizie jego wad, sądząc, że ci, którzy projektowali ten ustrój popełnili błąd, wynikający z niewiedzy lub naiwności. Nic bardziej błędnego! Inna sprawa, że nikt nie zastanawia się nad tym, kto go zaprojektował z imienia i nazwiska. Ja jedynie u Tadeusza Gluzińskiego w jego pracy Odrodzenie idealizmu politycznego znalazłem takie zdanie: U nas nie kto inny, jak popierający wówczas reformację Zamoyski wraz z jej jawnymi zwolennikami przeprowadził instytucję elekcji viritim, czyli przez powszechne głosowanie. A więc wszystko jasne: wszystkie drogi prowadzą do… Żydów, choć do Rzymu też, do czego jeszcze nawiążę.

Oceniamy ten ustrój, jak to się ładnie mówi – a posteriori, czyli po fakcie, ale spróbujmy ocenić go – a priori, czyli przed faktem. Nie było wtedy takiego ustroju w żadnym kraju na świecie, bo – jak mówiła szlachta – cały świat nam go zazdrości. No, ale skoro zazdrościł, to dlaczego nikt go nie wprowadził u siebie? Nie było więc wzorca. A któż chciał wprowadzić ustrój, który uczyniłby państwo zupełnie bezradnym, w którym nie było wiadomo, kto rządził i jaki miał cel. A skoro nie było wiadomo, kto rządził i jaki miał cel, to chcąc nie chcąc, na myśl przychodzą tajne związki, a jak tajne związki, to Żydzi, bo masonerii wtedy jeszcze nie było; dopiero się wykluwała.

Zanim Polska stała się przyszłym ogniskiem żydostwa, wcześniej była nią Hiszpania. Jednak połączenie Kastylii i Aragonii w jedno królestwo, dzięki zaślubinom don Ferdynanda Aragońskiego z Izabellą Kastylijską, zwaną w dziejach Izabellą Katolicką (1474), stało się dla Żydów katastrofalnym wypadkiem. Powstało potężne państwo, które podjęło zdecydowaną z nimi walkę. W 1492 roku dochodzi do ich wygnania z Hiszpanii. Popełnili błąd, polegający na tym, że dopuścili do jego powstania. Obiecali więc sobie, że drugi raz nie pozwolą na to. I to właśnie wtedy, w XV wieku, zanim jeszcze zostali zmuszeni do opuszczenia Hiszpanii, wybrali Polskę na przyszłą siedzibę.

Ale jak w nowym państwie doprowadzić do jego osłabienia, jego paraliżu, bo w przeciwnym razie może znowu przyjdzie szukać nowej siedziby? Jak zmienić jego ustrój na gorszy? Pierwszą okazją było to, że Ludwik Węgierski nie miał synów, tylko córkę Jadwigę. W przypadku Węgier nie było problemem, by została królową, ale w Polsce – tak. Jadwiga jest zaręczona z Wilhelmem Habsburgiem, ale panowie małopolscy mają inne zdanie. Dochodzi do zerwania zaręczyn i małżeństwa Jadwigi z litewskim księciem Władysławem Jagiełłą. To wszystko na mocy unii w Krewie z 1385 roku. W tym momencie dochodzi do przeorientowania polskiej polityki na wschód. Co innego „kopać się” z Habsburgami, a co innego z dzikimi Litwinami i niewiele wyżej stojącymi Polakami. Tak myślę, że tak kalkulowali Żydzi, od których musieli zależeć panowie małopolscy.

Od unii w Krewie do unii lubelskiej mija prawie 200 lat, ale w polityce jest taka zasada, że sprawy najważniejsze nie są najpilniejsze. Jest czas na przygotowanie gruntu. Polskie elity jeżdżą po nauki do Włoch, a tam plenią się tajne związki. Polska epoki dwóch ostatnich Jagiellonów, tj. Zygmunta Starego i Zygmunta Augusta, jest areną wpływów humanistów. To oni wywołują zwrot w usposobieniu Polaków w stosunku do Żydów:

Przeciw tej robocie antyżydowskiej występują ludzie renesansu, którzy zawitali tutaj również z zachodu i przeszczepili do Polski kulturę odrodzenia. Już od połowy XV w. sprowadza się do Krakowa , obok paszkwilów antyżydowskich, dzieła uczonych żydów hiszpańskich i włoskich w tłumaczeniach łacińskich i pilnie się je czyta i objaśnia. Szczególnie są poszukiwane dzieła medyczne Majmonidesa i Abrahama Ibn Ezry, jako też prace astronomiczne i filozoficzne uczonych żydów tej epoki. – Majer Bałaban, Historia i literatura żydowska.

Zdecydowanym przyjacielem Żydów jest Włoch, Filip Buonacorsi, znany pod swym pseudonimem organizacyjnym Kallimach. Kazimierz Jagiellończyk uważnie przysłuchuje się jego rozmowom z uczonymi Żydami i powierza mu wychowanie swych synów. Wychowankiem Włocha jest również Zygmunt Stary. Wraz z jego wstąpieniem na tron zaczynają się dla Żydów polskich złote czasy.

Około 1540 roku powstaje w Krakowie tajne stowarzyszenie dla krzewienia nauk ewangelicznych. Składało się ono z najwybitniejszych uczonych owego czasu. Na czele stowarzyszenia stał Włoch, Franciszek Lismanini, prowincjał zakonu franciszkanów, kapelan i spowiednik królowej Bony. Należeli doń również Jan Trzecieski, pierwszy polski gramatyk, jego syn, Andrzej Trzecieski, uczony i lingwista, Bernard Wojewódka, księgarz i radny miasta – uczeń Erazma z Rotterdamu, Andrzej Frycz-Modrzewski, uczeń Melanchtona, Jakub Przyłuski, znakomity prawnik, Adam Drzewiecki, kanonik kapituły krakowskiej, Andrzej Zebrzydowski, późniejszy biskup krakowski, ulubiony uczeń Erazma, Jakub Uchański, referendarz koronny, następnie arcybiskup gnieźnieński i wiele innych wybitnych osób. Prawdopodobnie czynnym członkiem tego stowarzyszenia był Zygmunt August. Nie dziwi więc, że za jego czasów siły reformacji w Polsce jeszcze wzrosły. Dążył on też usilnie do powstania unii.

Jaki był cel unii? Obrona przed Moskwą? Do tego wystarczy zobowiązanie obu stron, że w razie zagrożenia wzajemnie sobie pomogą. Tak było pod Grunwaldem. Obowiązywała wtedy unia wileńsko-radomska z 1401 roku, na mocy której strony zobowiązywały się do pomocy wojskowej w razie zagrożenia. Polityka zagraniczna i wewnętrzna była prowadzona przez oba państwa oddzielnie. Skoro nie obrona przed Moskwą, to co? Chrzest przyjęła Litwa na mocy unii w Krewie w 1385 roku, więc nie chodziło o interesy Kościoła. Celem było stworzenie słabego państwa. Ale jak?

Po śmierci Zygmunta Augusta w 1572 doszło do bezkrólewia, podczas którego zreformowano system prawny kraju. No właśnie! Zawsze w formie bezosobowej, a przecież ktoś to zrobił. Znacznie zwiększyły się wpływy szlachty, wprowadzono wolną elekcję i liberum veto. Innymi słowy doszło do zmiany ustroju państwa. Z reguły tego typu zmiany obywają się poprzez rewolucję, ale rewolucje, które obalają stary porządek, wynoszą rządy, które dzierżą władzę silną ręką i utrzymują sprawną administrację. W tym wypadku chodziło o coś zupełnie innego, chodziło o stworzenie państwa słabego, niezdolnego do prowadzenia jakiejkolwiek polityki w jakimkolwiek zakresie. Chodziło o to, by nie powstało silne państwo, które mogłoby podporządkować sobie Żydów lub nawet ich wyrzucić.

Połączenie dwóch państw w jeden nowy organizm wymaga zmiany ustroju i stworzenia nowego prawa, jeśli mają to być państwa, które tworzą jeden organizm na równych prawach. I to był prawdziwy, w moim przekonaniu, cel unii, do której uparcie parła tylko jedna strona: zmiana ustroju i nowe prawo. To, że państwa te zjednoczyły się tylko częściowo, nie miało znaczenia. Nikt nie próbował dokończyć tego procesu. Bo i po co? Cel osiągnięto. Stworzono wyjątkowy twór, karykaturę państwa, pośmiewisko na całą Europę. Dzieło Żydów, a przypisano je Polakom i wyśmiewano się z nich i nadal się wyśmiewa. W ten sposób Żydzi osiągnęli dwa cele: stworzyli słabe państwo, które nie mogło im zagrozić i przekonali innych, że Polacy nie są zdolni do posiadania własnego państwa i samodzielnego rządzenia się. A to, że u schyłku tego państwa, na 12 mln ludności, Polaków było w nim tylko 4 mln, i że zdominowała je magnateria litewska, to mało kto w to wnika.

Czy sami Polacy byliby w stanie stworzyć taki ustrój, mając taką wiedzę, jaką mieli i w oparciu o własne doświadczenia historyczne? Czy Żydzi, którzy dysponowali wielowiekowym doświadczeniem, wynikającym z ich historii i rozproszenia po świecie, co pozwalało im na obserwacje różnych rozwiązań ustrojowych i różnych form organizacji państwa? Ale też – na obserwację ludzkich zachowań, psychikę ludzi, ich podatność na korupcję, pochwały, parcie do władzy. W Polsce uzależnili od siebie elitę władzy i elity intelektualne i, posługując się nimi, wprowadzili w państwie polskim ustrój, który ostatecznie okazał się zabójczy.

Co nas czeka?

Mam takie wrażenie, że u nas wielu ludzi nie zdaje sobie sprawy z powagi sytuacji i łudzi się, że po pojawieniu się szczepionki wszystko wróci do normy. Natomiast politycy od samego początku zaczęli mówić o „nowej normalności”, co oznacza, że powrotu do normalności nie będzie. Pandemia, sztuczna zresztą, jest tylko pretekstem do wprowadzania zmian, które mają uczynić z ludzi niewolników. Te zmiany wprowadzane są, w zależności od kraju, w różnym tempie, a nowe prawo bywa egzekwowane bardziej lub mniej brutalnie. Na portalu ZeroHedge ukazał się ciekawy artykuł: The Totalitarian Future Globalists Want For The Entire World Is Being Revealed (Totalitarna przyszłość, której chcą globaliści dla całego świata, wychodzi właśnie na jaw). Jego autorem jest Brandon Smith. Wydaje mi się, że jego spojrzenie i interpretacja rzeczywistości warte są przybliżenia. Link do oryginalnego tekstu tu: https://www.zerohedge.com/geopolitical/totalitarian-future-globalists-want-entire-world-being-revealed

»Od 11 września 2001 roku (zamach na World Trade Center) w całym zachodnim świecie dążono konsekwentnie do tego, co zwolennicy wolności nazywają państwem policyjnym, w którym rządy nie są ograniczone prawami obywateli i mogą robić to, co chcą pod płaszczykiem bezpieczeństwa publicznego.

Wykorzystanie „prawa” jako narzędzia do wpisania tyrani w kulturę jest podstawą wszelkich totalitaryzmów.

Polega to na prawnym usankcjonowaniu przestępczych działań rządu. I to przestępcze działanie staje się usprawiedliwione, bo stoi za nim prawo. Władza uchwala bandyckie prawo, a później powołuje się na nie. Za każdym razem, gdy rząd narusza prawa obywateli, robi to „dla dobra społeczeństwa jako całości”. W interesie społeczeństwa jednostki, które to społeczeństwo tworzą, muszą być poddane resocjalizacji lub zniszczone. Takie podejście jest w całkowitej sprzeczności z tym, o co walczyli i umierali Ojcowie Założyciele w Ameryce, a co Thomas Jefferson tak wyraził:

Należna nam wolność jest swobodnym działaniem zgodnie z naszą wolą, ograniczającym nas takim samym prawem innych. Nie dopowiadam „w granicach prawa”, ponieważ prawo jest często tylko wolą tyranów i zawsze jest nią, gdy gwałci prawa jednostki.

W krajach takich jak Australia, który należy do kultury zachodniej i jest rządzony przez lud, uważa się, że jej system prawny jest zbliżony do amerykańskiego. Są jednak pewne różnice i stąd wątpliwości, co do podobieństw. Przede wszystkim obywatele Australii, podobnie jak obywatele krajów europejskich, nie mają możliwości, by zmusić swój rząd lub elity, mające wpływ na ten rząd, do samoograniczenia. To są państwa, których obywatele zostali rozbrojeni i spacyfikowani, i w których tyrania będzie wprowadzana w pierwszym rzędzie. Ale do tego dojdziemy za chwilę…

Nie dajmy się oszukać! Istnieje jawy i łatwy do zidentyfikowania plan globalistów, którzy chcą wprowadzić skrajnie scentralizowane państwo policyjne w każdym państwie, w którym będą w stanie to zrobić. To nie jest „teoria spiskowa”, to jest dowód spisku.

Od lat w alternatywnych mediach występuje wielu analityków, ekonomistów, ekspertów od geopolityki, którzy przewidzieli i ostrzegali opinię publiczną przed globalistyczną strategią „porządku powstałego z chaosu”. Innymi słowy, najbogatsi, trzymający władzę, mający wpływ na większość rządów na świecie, chcą „przekształcić” istniejący porządek społeczny poprzez wykreowanie kryzysu i katastrofy. Poprzez sterowanie ludzkim strachem mają nadzieję skłonić nas do zaakceptowania ograniczenia naszej wolności, co nam samym nawet do głowy by nie przyszło.

Elity niejednokrotnie oświadczały, że ich celem jest globalna gospodarka i rząd światowy, a pomimo to nadal uważa się to za „teorię spiskową” lub „paranoidalne urojenia”. Mógłbym ich tak bez końca cytować – te elity i ich organizacje, ale ograniczę się do kilku przykładów, by uzasadnić mój punkt widzenia.

Były Sekretarz Stanu za prezydentury Clintona i członek Rady ds. Stosunków z Zagranicą Strobe Talbot napisał w 1992 roku artykuł dla Time Magazine zatytułowany: „Ameryka za granicą: narodziny globalnego narodu”:

W następnym wieku narody jakie znamy będą należały do przeszłości; wszystkie państwa uznają jedną, globalną wadzę. Ostatecznie suwerenność narodowa nie była taką wspaniałą ideą.

Należący do elity, fabiański socjalista, HG Wells w swoim traktacie zatytułowanym „Nowy porządek świata” pisze:

Chociaż walka wydaje się być nakierowana na osiągnięcie światowej demokracji, to nie obejdzie się bez problemów, zanim stanie się ona wydajnym i dobroczynnym systemem światowym. Wielu ludzi… będzie nienawidzić nowego porządku świata… i umrą protestując przeciwko niemu. Gdy będziemy próbować dokonać jego oceny, musimy mieć na uwadze rozczarowanie przynajmniej jednego pokolenia niezadowolonych, wielu z nich zupełnie przyzwoitych i poczciwych ludzi.

A co z jednym z moich ulubionych, demaskujących cytatów członka Komisji Trójstronnej Richarda N. Gardnera byłego asystenta Sekretarza Stanu do spraw Organizacji Międzynarodowych za prezydentury Kennedy’ego i Johnson’a? W kwietniu 1974 roku pisał on w czasopiśmie Foreign Affairs w artykule zatytułowanym „The hard road to world order”:

Podsumowując, „dom porządku światowego” będzie musiał być zbudowany raczej od dołu do góry niż od góry do dołu. Używając słynnego opisu rzeczywistości Williama Jamesa, będzie wyglądać jak wielkie ‘huczące, brzęczące zamieszanie”, ale końcowy etap dotyczący suwerenności narodowej, niszcząc ją kawałek po kawałku, przyniesie znacznie więcej niż staromodny atak frontalny.

Członkowie globalnych organizacji i think-tanków, takich jak CFR (Council on Foreign Relations), już od wielu dekad dominują w prawie każdej amerykańskiej administracji rządowej i gabinecie prezydenckim. Ponad 20-tu członków CFR wchodzi w skład gabinetu Donalda Trumpa. Osuszenie bagna? Tak się nie stanie.

Jak to otwarcie ujawnił Harpers Magazine w 1958 roku w publikacji „School for Statesmen”:

Najpotężniejsza klika w tych (CFR) grupach ma jeden wspólny cel, chce doprowadzić do rezygnacji z suwerenności i niepodległości Stanów Zjednoczonych. Chcą likwidacji granic państwowych, rasowej i etnicznej solidarności w celu rozwoju interesów i zapewnienia światowego pokoju. To do czego dążą prawdopodobnie doprowadzi do dyktatury i utraty wolności przez ludzi. CFR została stworzona w „celu promowania rozbrojenia i rezygnacji z suwerenności i niezależności Stanów Zjednoczonych na rzecz jednego wszechpotężnego rządu światowego.”

Najprostszym sposobem w jaki globaliści osiągną to, o czym otwarcie mówią jest albo wyczarowanie jakiegoś kryzysu lub wykorzystanie już istniejącego, by „podkopać suwerenność”. Obecna pandemia wpisuje się w ten plan doskonale, ale zanim suwerenność zostanie wyeliminowana na poziomie narodowym, należy podważyć ją na poziomie jednostki.

Działania w Ameryce i wśród jej państw sojuszniczych sugerują, że atak na wolność jednostki jest bliski.

Jest wiele organizacji pokrewnych CFR. I tak przykładowo w Australii jest mocno zakorzeniony i wpływowy Instytut Polityki Strategicznej (Strategic Policy Institute), który, od momentu pojawienia się pandemii koronawirusa, konsekwentnie opowiada się za całkowitą centralizacją rządowych uprawnień. Ich uzgodnionym planem jest koncentracja władzy w rękach nowej „komisji” lub departamentu, utworzonej z „najbystrzejszych umysłów”. Zadaniem takiej komisji nie byłoby przywrócenie w Australii normalności, ale przekonanie opinii publicznej do ZAAKCEPTOWANIA „nowej normalności” po pandemii.

ASPI (Australian Strategic Policy Institute) entuzjastycznie ogłasza ten pomysł w artykule zatytułowanym „Reakcja na koronawirusa szansą na nowe spojrzenie na przyszłość Australii”:

Obecnie planem takiego departamentu jest nie spowodowanie powrotu Australii do normalności po pandemii, ale wykreowanie nowego wyobrażenia, czym może być Australia i jak możemy rozwijać się i prosperować w przyszłości, po koronawirusie i wobec problemu suszy, pożarów buszu i zmian klimatycznych. Pomyślcie o rodzaju nowej ekonomii, którą możemy wprowadzić po wymuszonym, szybkim zaadoptowaniu pracy domowej i takiego nauczania szkolnego poprzez wykorzystanie technologii cyfrowej. Możemy być wiodącą gospodarką cyfrową, której pragnął premier przed pandemią, nie do 2030 roku, ale znacznie wcześniej.

To natychmiast przypomniało mi o szybkim usunięciu konstytucyjnych zapisów po 11 września, w momencie, gdy ludzie byli zastraszeni i zdezorientowani. Jak mawiał amerykański globalista Rahm Emanuel:

Nigdy nie chcemy, by poważny kryzys poszedł na marne. A rozumiem przez to, ze jest to okazja do zrobienia tego, co wcześniej wydawało się niemożliwe.

ASPI odkrywa prawdziwy cel, którym jest ujednolicenie prawa i jego jednostronne wprowadzenie bez społecznej akceptacji. Polega to na maksymalnym wykorzystaniu pandemii, a następnie wprowadzeniu szybkich zmian w strukturze władzy. To będzie przeprowadzone długo po tym, jak zniknie koronawirus, dla dobra gospodarki, programów społecznych i tzw. „globalnego ocieplenia”. Reakcja na pandemię jest tylko środkiem do celu, a celem ostatecznym jest totalne zdominowanie społeczeństwa.

Skupiam się na Australii i okolicach, ponieważ wydaje się, że jest to miejsce, w którym globaliści zaczynają wcielać w życie swoją technokratyczną politykę. Albo przynajmniej testują swoją strategię, wykorzystując Australijczyków jako króliki doświadczalne. Gdy ASPI mówi, że zamierza utrzymać zmiany powstałe w wyniku pandemii po wygaśnięciu wirusa, to mówi nie tylko o zmianie na gospodarkę cyfrową.

Właśnie teraz Australia i Nowa Zelandia poniżają swoich obywateli najbardziej drakońskimi ograniczeniami w zachodnim świecie. To jest działanie, które elity chcą wprowadzić wszędzie, ale w Australii idą pełną parą, a sytuacja wciąż się pogarsza.

W wielu rejonach Australii skrajne środki przeciwdziałania zostały narzucone na przynajmniej następne 6 tygodni, włączając w to stan wyjątkowy, zmuszanie ludzi do noszenia masek na zewnątrz (wbrew temu, co mówią naukowcy i wirusolodzy o niewielkich możliwościach zarażania się na zewnątrz i na słońcu), mieszkańcy nie mogą oddalać się od swoich domów na odległość większą niż 3 mile i tylko jedna osoba z gospodarstwa domowego może opuścić je w określonym czasie. Obywatele, którzy nie przestrzegają tych obostrzeń podlegają karze 10.000 dolarów lub aresztowi. Ależ tak, aresztuje się ludzi po prostu za nienoszenie masek lub będących zbyt daleko od domu.

Sytuacja w Nowej Zelandii stała się wyjątkowo ponura i sądzę, że powinna być traktowana jako ostrzeżenie, szczególnie dla Amerykanów i ich przyszłości, jeśli pozwolimy, by narracja typu „bezpieczeństwo zdrowia publicznego” została przekształcona w tyranię.

Podczas gdy Australia wykorzystuje ośrodki odosobnienia, by zmusić ludzi o podwyższonym ryzyku do izolacji, nowozelandzkie obozy kwarantanny są obecnie pod całkowitą kontrolą wojska i wszyscy obywatele z pozytywnym testem lub podejrzani, że zostali zarażeni wirusem, mogą być odseparowani od swoich rodzin i umieszczeni w obozach, które są hotelami zamienionymi w więzienia.

Jest to całkowite wyrugowanie swobód obywatelskich, a wszystko to z powodu wzrostu liczby przypadków zgonów, które w Australii wyniosły zaledwie 525 i 22 – w Nowej Zelandii.

Sądzę, że powodem, dla którego Australia i Nowa Zelandia zostały wyznaczone dla tego typu poziomu restrykcji był przede wszystkim fakt, że zostały one całkowicie rozbrojone i nie miały środków do obrony przed rządowymi nadużyciami. I dlatego sądzę, że podobne środki zostaną wypróbowane również w USA. W stanach takich jak Nowy Jork są niewinne zamiary do ustanowienia punktów kontrolnych Covida, zatrzymujących i kontrolujących pojazdy wjeżdżające do stanu. To właśnie od tego zaczynają się poważniejsze ograniczenia.

Najpierw punkty kontrolne będą ustanowione po to, by odizolować ludzi zrażonych od reszty. Następnie te same punkty kontrolne będą użyte do zatrzymania ludzi w państwie lub mieście. W końcu punkty kontrolne będą ustanowione gdziekolwiek, by sprawdzać ludziom temperaturę i objawy choroby. Jeśli nastąpi zaakceptowanie tego stanu, kolejnym zadaniem punktów kontrolnych będzie zniechęcenie ludzi do jakiegokolwiek podróżowania gdziekolwiek i z jakiegokolwiek powodu. Jak w Australii i Nowej Zelandii – ludzie zostaną uwięzieni we własnych domach. Na tym etapie wprowadzenie ustaw i rozporządzeń karzących ludzi za wychodzenie z domu będzie łatwiejsze, ponieważ oni już wcześniej zaakceptowali zamknięcie w domach.

Co więcej, elity i globaliści w Ameryce żadają zamknięcia gospodarki na co najmniej 6 tygodni, podobnie jak w Australii. Członek Rezerwy Federalnej Neel Kashkari zapewnił ostatnio, że Amerykanie więcej oszczędzają i dlatego powinni być poddani takiemu zamknięciu, „ponieważ stać ich na to”.

Wirginia planuje obowiązkowe szczepienia, chociaż nie udało się jeszcze opracować szczepionki przeciw wirusowi typu SARS, a niedopracowane szczepionki wyrządzały więcej szkody i zabijały ludzi zamiast ich uodparniać. Inna sprawa, że danie rządowi uprawnienia do przymusowego wstrzykiwania ludziom czegokolwiek w ich ciała jest niemoralne.

Co dalej? Obozy covidowe? Raczej tak, chyba że Amerykanie postawią się. Media głównego nurtu sugerują taką strategię rozłożoną na miesiące. Washington Post entuzjastycznie przychylił się do wykorzystania przymusowych obozów odosobnienia w innych krajach i pyta, dlaczego jeszcze nie wykorzystuje się ich w Ameryce, poza punktami dla zagranicznych turystów. Powód jest taki: Wielu Amerykanów nie zgodzi się na takie zmiany i użyje takiej samej przemocy przeciw każdemu, kto spróbuje ich zamknąć z powodu wirusa, który stanowi niewielkie zagrożenie dla, co najwyżej, paru procent populacji.

Tak więc nie zakładajcie, że władza nie spróbuje w końcu i tu. Spróbuje. Bądźcie gotowi, gdy to zrobią. Spójrzcie na działania w miejscach takich jak Australia i Nowa Zelandia i spytajcie siebie, czy chcę, żeby tak było? A jeśli tak, to na jak długo? Ponieważ globaliści chcą, by te ograniczenia stały się „nową normalnością”. Pragną, by ten koszmar trwał zawsze.«

Autor twierdzi, że z powodu tego, że Amerykanie mają broń i będą się bronić, nie będzie łatwo podporządkować ich nowemu prawu. Pewnie tak, ale rząd przygotowuje się od lat. Willem Middelkoop w swojej książce „Wielki Reset Walki ze złotem i koniec systemu finansowego”, Zysk i s-ka Wydawnictwo, Poznań 2016; pisze:

Jeżeli pertraktacje w sprawie resetu finansowego nie doprowadzą do zadowalającego porozumienia najważniejszych partnerów handlu światowego, sytuacja może stać się naprawdę groźna. Już w 2006 roku rząd amerykański zawarł umowę z firmą Halliburton o wartości 400 miliardów dolarów, na podstawie której utworzono obozy internowania na terenie całych Stanów Zjednoczonych. Obiekty te można by z powodzeniem wykorzystać do internowania wielkiej liczby amerykańskich obywateli w razie poważnych niepokojów społecznych.

Jeśli rząd amerykański przygotowuje się od wielu lat, to trudno uwierzyć w to, że rządy innych krajów, które są zależne od Ameryki, nie robią tego samego. Chciałoby się powiedzieć: no to dożyliśmy ciekawych czasów! Osobiście mam jednak wątpliwości, czy to są ciekawe czasy, raczej straszne, choć jeszcze tego nie czuć. Obawiam się jednak, że to tylko kwestia czasu.

1 września

Wrzesień kojarzy się nam przede wszystkim z nowym rokiem szkolnym. Mam jednak nadzieję, że nie tylko. To także początek jakże tragicznej dla nas wojny. W sumie to już wszystko na jej temat powiedziano i napisano. Rozważano różne warianty, analizowano błędy, krytykowano politykę zagraniczną Sanacji – „egzotyczne sojusze” oraz gospodarczą. Niewątpliwie błędów było wiele i wiele złego uczynił Polsce i Polakom Piłsudski, a jednak na krótko przed śmiercią, chyba w 1934 roku, powiedział tzw. sierotom po Marszałku mniej więcej tak: Wojna będzie, daje wam pięć lat, za więcej nie ręczę. Polska pod żadnym pozorem nie powinna wchodzić do wojny jako pierwsza, a najlepiej, jak wejdzie do niej jako ostatnia. Lepszej rady nie mógł udzielić. Czyżby ruszyło go sumienie i w ten sposób chciał zrehabilitować się i uchronić Polskę przed najgorszym? Tego nigdy nie dowiemy się i nie dowiemy się, czym się motywował, udzielając takiej rady swoim „sierotkom”. Sierotki postąpiły dokładnie odwrotnie. Czy dlatego, że były tak głupie, czy może kierowały nimi inne motywy i inspiracja przyszła z zewnątrz. Osobiście nie uważam, że to byli głupi ludzie, pozostaje więc druga ewentualność.

Czy Polska w ogóle powinna była się bronić? Że co? Że Niemcy zabiorą nam Wielkopolskę i Pomorze? Zabiorą – i co z tego? Czechom zabrali Sudety a później całe Czechy, a dziś Sudety znowu są czeskie. Nikt w Europie nie chciał walczyć z Niemcami, bo nikt nie chciał kopać się z koniem. Kopać się z koniem mogła tylko Anglia i Związek Radziecki i kopali się. Takie kraje jak Węgry, Rumunia i Bułgaria walczyły nawet u boku Niemiec przeciwko Związkowi Radzieckiemu. Po wojnie stały się one częścią bloku sowieckiego i nie miały z tego powodu żadnych nieprzyjemności. Tak jak były lojalne wobec Niemiec, tak i stały się lojalne wobec Związku Radzieckiego. Mocarstwo wie, że państwa lojalne wobec jednego, będą również lojalne wobec drugiego, a te nielojalne zawsze takimi pozostaną. Wszystkie państwa Europy kontynentalnej zaakceptowały zaistniałą sytuację, nawet Francja, która uchodziła za mocarstwo, musiała się jakoś z Niemcami ułożyć. Tylko Polska się postawiła.

Czy Polska powinna była się bronić? Tak na zdrowy rozum, mając wyjątkowo niekorzystny układ granic z Niemcami, który po zajęciu przez III Rzeszę Czech i Moraw i wkroczeniu niemieckich wojsk na Słowację, stał się jeszcze bardziej niekorzystny – 1600 km i możliwość zaatakowania Polski z północy, zachodu i południa. Już sam ten fakt skłaniał do refleksji, że przy takim układzie granic walka z daleko silniejszym przeciwnikiem jest szaleństwem. Przewaga militarna również nie pozostawiała złudzeń co do wyniku konfrontacji. Strona niemiecka wystawiła 1.850 tys. żołnierzy, polska – 950 tys., dział: 11 tys. – 4,8 tys., czołgów: 2.800 – 700, samolotów: 2000 – 400. A więc dwa razy więcej żołnierzy, ponad dwa razy więcej dział, cztery razy więcej czołgów, pięć razy więcej samolotów. Trzeba być wyjątkowym idiotą, by podejmować walkę przy takiej przewadze militarnej i tak niekorzystnym układzie granic. A jednak tę walkę podjęto. Czy to byli idioci? Raczej nie. Czy liczyli na to, że Anglia i Francja zaatakuje Niemcy? Sądzę, że – nie. W relacjach silniejszy – słabszy realizowane są interesy silniejszego. Nie mam wątpliwości, że rządzący Polską zdawali sobie z tego sprawę, a jednak podjęli takie decyzje, jakie podjęli. Jakie były ich motywy? Wygląda na to, że świadomie dążyli do zniszczenia państwa, do jak największych start ludzkich i materialnych. Ale dlaczego? W sytuacjach ekstremalnych najważniejsze jest przetrwanie narodu, zachowanie jego dorobku materialnego i kulturalnego. Argument, że poddanie się Niemcom oznaczałoby oddanie im Wielkopolski i Pomorza jest kretyński. Nie było szans na obronę, a Niemcy i tak włączyli te ziemie do Rzeszy. Wprawdzie poborowi z tamtych terenów walczyli w AK, ale nie była to Armia Krajowa, tylko… Afrika Korps – przynajmniej niektórzy z nich.

Mówi się, ze II wojna światowa była tylko dokończeniem pierwszej, a traktat wersalski niczego nie załatwiał, tylko rodził nowe konflikty. Problemem było to, że w wyniku pierwszej wojny światowej nastąpił upadek Austro-Węgier, co skutkowało powstaniem nowych państw, które wcześniej wchodziły w skład tego imperium. Powstał też problem Polski, bo jej część należąca do Austro-Węgier stała się wolna. W takiej sytuacji musiała również powstać Polska, tylko co, oprócz Galicji, miało miało ją tworzyć? Klecono więc naprędce nową mapę Europy. A co nagle, to po diable.

Czechy wchodziły w skład Austro-Węgier. Po ich rozpadzie stały się niepodległym państwem. Po włączeniu Austrii do Niemiec (kwiecień 1938) wbijały się one klinem w III Rzeszę. Dla Hitlera nie była to zbyt komfortowa sytuacja. Tereny przygraniczne z Niemcami i Austrią były zamieszkałe w zdecydowanej większości przez ludność niemiecką (85%) i to było podstawą jej roszczeń i chęcią przyłączenia ich do Niemiec oraz przedmiotem konferencji w Monachium w dniach 29-30 września 1938 roku. Wygląda więc na to, że granice Czech wykreślono tak, by stanowiły one zarzewie konfliktu. Podobnie było w przypadku Śląska Cieszyńskiego, gdzie ludność polska stanowiła większość, a mimo to teren ten został przyłączony do Czech.

Po zakończeniu konferencji monachijskiej 30 września 1938 roku i uznaniu przez rząd Czechosłowacji cesji terytorialnych na rzecz Niemiec, gwarantowanych przez Francję, Niemcy, Wielką Brytanię i Włochy, Polska zażądała 30 września o godzinie 23:45 od rządu Czechosłowacji korekty granicy polsko-czechosłowackiej na terenie Zaolzia na zasadzie rozgraniczenia etnicznego. Po zgodzie rządu Czechosłowacji, Polska przejęła okupowane w 1919 roku i przejęte bez plebiscytu przez Czechosłowację, w konsekwencji konferencji w Spa i decyzji Rady Ambasadorów, powiaty: trzyniecko-karwiński, zaolziańską część powiatu cieszyńskiego i część powiatu frydeckiego Śląska Cieszyńskiego.

Tak więc przejęcie Zaolzia przez Polskę było konsekwencją cesji terytorialnych Czechosłowacji wobec Niemców, przyjętych przez rząd Czechosłowacji i zaakceptowanych przez mocarstwa zachodnie na konferencji monachijskiej. Skoro można było zastosować takie prawo wobec Niemiec, bo konferencja ustanowiła pewne prawo międzynarodowe, to dlaczego nie miałoby z niego skorzystać inne państwo? Rząd czechosłowacki wyraził zgodę, bo cóż innego mógł zrobić? Niemcom oddajemy, a Polakom – nie? Nie było tak jak chcą niektórzy, że Polska zajęła Zaolzie w momencie, gdy Niemcy wkroczyły do Czech i Moraw w marcu 1939 roku, a Słowacja ogłosiła niepodległość i poddała się pod protektorat Niemiec. Można by zapytać w tym momencie, dlaczego nie kierowano się tą zasadą w Wersalu? Dlaczego w Polsce robiono plebiscyty, a nie robiono ich na terenach przyszłej Czechosłowacji? Gdyby je zrobiono na terenach przekazanych Niemcom, to nie byłoby problemu. Od razu zostałyby włączone do Niemiec. Ale chyba o to chodziło, by był problem, a tu już czuć żydowską rękę: konflikt poprzez sprzeczności.

W kwietniu 1938 roku Austria zostaje wcielona do Rzeszy. W październiku tego roku, w wyniku postanowień konferencji w Monachium, zostają zajęte przygraniczne tereny na granicy czesko-niemieckiej i czesko-austriackiej. 24 października 1938 roku minister spraw zagranicznych Rzeszy Joachim von Ribbentrop, w rozmowie z ambasadorem RP w Berlinie Józefem Lipskim, wysunął następującą propozycję:

  • przyłączenie do Niemiec Wolnego Miasta Gdańska
  • przeprowadzenie eksterytorialnej autostrady i linii kolejowej przez Pomorze, czyli tzw. korytarz polski
  • przystąpienie Polski do paktu antykominternowskiego, czyli zadeklarowanie się Polski jako sojusznika III Rzeszy i przeciwnika ZSRR

W zamian III Rzesza proponowała:

  • przeprowadzenie przez korytarz Gdańska podobnej eksterytorialnej autostrady lub drogi oraz linii kolejowej oraz wolny port
  • gwarancję zbytu polskich towarów na terenie Gdańska
  • wzajemne uznanie granicy polsko-niemieckiej lub uznanie terytoriów obu państw
  • przedłużenie układu o nieagresji o kolejne 25 lat
  • niemiecką zgodę na zmiany terytorialne na wschodzie na korzyść Polski i wspólną granicę polsko-węgierską
  • współpracę w kwestii emigracji Żydów z Polski oraz w sprawach kolonialnych
  • wzajemne konsultowanie wszystkich decyzji dotyczących polityki zagranicznej

Niemieckie propozycje pozostawały tajne do końca marca 1939 roku. No właśnie! Dlaczego tajne do końca marca 1939 roku? 6 stycznia 1939 roku Ribbentrop w rozmowie z Józefem Beckiem, podczas jego wizyty w Niemczech, zażądał zgody na eksterytorialną autostradę i linię kolejową oraz przyłączenie Gdańska do III Rzeszy. Po powrocie Becka, na Zamku Królewskim w Warszawie, odbyła się narada z udziałem prezydenta Ignacego Mościckiego i Edwarda Rydza-Śmigłego, na której uznano niemieckie żądania za niemożliwe do przyjęcia. Uczestnicy narady stwierdzili, że ich przyjęcie doprowadziłoby do utraty niepodległości i roli wasala Niemiec.

30 września 1938 roku konferencja monachijska przyznała Niemcom Kraj Sudetów, zamieszkały przez etniczną większość niemiecką. 1 października Czechosłowacja przyjęła wystosowane 30 września ultimatum Polski, wyrażając zgodę na zajęcie Zaolzia. W listopadzie Węgry na mocy pierwszego arbitrażu wiedeńskiego zajęły południową Słowację i południową Ruś Zakarpacką, zamieszkałą przez etniczną większość węgierską.

W konsekwencji układu monachijskiego i załamaniu się dotychczasowego systemu sojuszy Czechosłowacji opartych o Francję, wobec rezygnacji Francji i ZSRR z obrony integralności terytorialnej sojusznika, do dymisji poddał się dotychczasowy prezydent Edvard Benes (nastawiony proradziecko i profrancusko). Zastąpił go Emil Hacha, apolityczny prezes Naczelnego Sądu Administracyjnego Czechosłowacji, nastawiony na prowadzenie polityki proniemieckiej na zasadzie appeasementu, czyli ustępstw. Po utracie fortyfikacji w Kraju Sudetów, kraj był faktycznie bezbronny wobec III Rzeszy, pomimo posiadania znacznych zasobów sprzętu wojskowego i fabryk przemysłu zbrojeniowego. Próba odsprzedaży części tego sprzętu Polsce i krajom bałkańskim została zablokowana przez III Rzeszę. Nowy czeski rząd, na czele którego stanął premier Rudolf Beran zaczął kopiować model włoskiego faszyzmu, tworząc Partię Jedności Narodowej i wprowadzając cenzurę. Działalność Komunistycznej Partii Czechosłowacji i Kominternu w Czechosłowacji została zakazana.

W październiku 1938 roku Niemcy zajmują Kraj Sudetów. W związku z tym 1 października 1938 roku następuje przekształcenie republiki Czechosłowackiej w państwo federacyjne zwane drugą republiką, złożone z Czech, Słowacji i Ukrainy Zakarpackiej. Jego oficjalna nazwa to Republika Czecho-Słowacka, Czecho-Słowacja. Zostało ono zlikwidowane 16 marca 1939 roku, po utworzeniu 14 marca Republiki Słowackiej i aneksji pozostałej części przez III Rzeszę jako Protektorat Czech i Moraw. Słowacja poddaje się Niemcom i uznaje siebie jako ich protektorat.

21 marca1939 roku Adolf Hitler jako wódz i kanclerz Rzeszy wystosował oficjalne pisemne memorandum do rządu RP, ponawiając przedstawiane do tej pory ustne żądania Rzeszy w sprawie aneksji Gdańska i eksterytorialnego tranzytu przez Pomorze. Rokowania polsko-niemieckie trwały 5 miesięcy, od 24 października 1938 roku do 26 marca 1939 roku, kiedy to zakończyły się oficjalną odmową Polski wobec żądań Hitlera.

31 marca 1939 roku Wielka Brytania udzieliła jednostronnie Polsce gwarancji niepodległości (ale nie integralności terytorialnej), obiecując pomoc wojskową w przypadku zagrożenia. Podobnych gwarancji udzieliła ona też Rumunii i Grecji (kwiecień 1939). 6 kwietnia Beck podpisał w Londynie układ o dwustronnych gwarancjach polsko-brytyjskich, który stał się podstawą formalnego układu sojuszniczego pomiędzy Polską a Wielką Brytanią, zawartego 25 sierpnia, jako odpowiedź na pakt Ribbentrop-Mołotow. Układy Polski z Wielką Brytanią stały się dla Hitlera pretekstem do wypowiedzenia 28 kwietnia polsko-niemieckiej deklaracji o niestosowaniu przemocy z 26 stycznia 1934 roku. W odpowiedzi Hitlerowi Beck wygłosił 5 maja w Sejmie exposé, w którym po raz pierwszy poinformował o żądaniach Rzeszy wobec Polski i gotowości do dalszych negocjacji, pod warunkiem poszanowania przez Niemcy traktatowo zagwarantowanych praw Polski do dostępu do Morza Bałtyckiego.

Żeby dokonać oceny polityków rządzących Polską bezpośrednio przed wybuchem II wojny światowej, to trzeba przeanalizować to, co oni wiedzieli i nie oceniać ich z dzisiejszej perspektywy. Niewątpliwie wiedzieli, jaki jest układ polskich granic, a po marcu 1939 roku, gdy Niemcy zajęły Czechy i Morawy a Słowacja poddała się im, sytuacja stawała się wręcz katastrofalna. Czesi po utarcie swojego systemu fortyfikacji w wyniku przekazania przygranicznych terenów Niemcom uznali, ze walka nie ma sensu, pomimo że broni i amunicji im nie brakowało. Podjęli rozsądną decyzję. W przypadku Polski nie było systemu fortyfikacji, nie było też broni, przewaga militarna Niemiec była druzgocąca. I o tym również wiedzieli „polscy” politycy.

Co jeszcze oni wiedzieli? Wiedzieli, na przykładzie Czechosłowacji, że sojusze z silniejszymi nie działają. Czesi mieli sojusz z Francją i Związkiem Radzieckim. Byli profrancuscy i proradzieccy. Niestety sojusznicy ich zawiedli. Polska miała zawarty w 1932 roku sojusz ze Związkiem Radzieckim, który w momencie wybuchu wojny nadal obowiązywał. Jak to się skończyło?

To, co się dzieje od marca 1939 roku, wygląda jakby politycy niemieccy, angielscy i „polscy” zmówili się, że zrobią wszystko, by wybuchła wojna, w której Polska zostanie zniszczona. Po załatwieniu sprawy Czech, Moraw i Słowacji Hitler zabiera się za Polskę i 21 marca 1939 roku wystosowuje oficjalne pisemne memorandum do rządu RP, ponawiając żądania w sprawie aneksji Gdańska i eksterytorialnego tranzytu przez Pomorze. 31 marca – ni z gruchy, ni z pietruchy – Anglia udziela Polsce jednostronnie gwarancji niepodległości, obiecując pomoc wojskową w przypadku zagrożenia. Jaką pomoc? Anglia była potęgą morską, a nie – lądową. Obiecywać każdy może, jeden lepiej, drugi gorzej. Ta obiecanka, która przekształciła się w sierpniu w sojusz, była tylko alibi dla Hitlera i sanacyjnych polityków. Dla Hitlera, bo 28 kwietnia wypowiedział polsko-niemiecką deklarację o niestosowaniu przemocy z 26 stycznia 1934 roku. Dla sanacyjnych polityków, bo mogli powiedzieć: „Wprawdzie jesteśmy w beznadziejnej sytuacji militrano-strategicznej, ale mamy sojusznika – Anglię!” Doszła też, jako sojusznik, Francja, która wcześniej olała Czechy. Ale kto by tam przejmował się takimi szczegółami!

W odpowiedzi Hitlerowi Beck wygłosił 5 maja w Sejmie exposé, w którym po raz pierwszy poinformował o żądaniach Rzeszy wobec Polski i gotowości do dalszych negocjacji, pod warunkiem poszanowania przez Niemcy traktatowo zagwarantowanych praw Polski do dostępu do Morza Bałtyckiego. Można by w tym momencie zapytać: o czym on bredził? W niemieckich propozycjach nie było mowy o odcięciu Polski od morza. Wprost przeciwnie! Była mowa o przeprowadzeniu przez korytarz Gdańska podobnej eksterytorialnej autostrady lub drogi oraz linii kolejowej oraz o wolnym porcie. Samo zaś przeprowadzenie eksterytorialnej autostrady nie przesądzałoby o odcięciu Pomorza od Polski, chyba że warunkiem byłoby to, że Polska nie mogłaby budować nad nią wiaduktów lub przekopywać tunelów. I jeszcze ten wolny port! 24 października 1938 roku Ribbentrop proponuje Polsce wolny port! To jakaś paranoja! Przecież Polska miała już wtedy Gdynię! W 1933 roku oddano do użytku linię kolejową Górny Śląsk – Gdynia. Wszystko sztuczne! Niemieckie żądania i propozycje pozbawione były sensu i przedstawiono je tylko po to, by wywołać konflikt.

Nie ulega wątpliwości, że Niemcy nie wypełniliby swoich zobowiązań wobec Polski, gdyby ona na nie przystała. Żaden polityk nie powinien mieć co do tego najmniejszych wątpliwości. Przyjęcie tych propozycji oznaczałoby tylko przystąpienie do wojny po stronie Niemiec, bo wojna i tak by wybuchła. Komuś jednak bardzo zależało na wywołaniu wojny polsko-niemieckiej i zniszczeniu kraju i jego ludności.

22 sierpnia, podczas narady wyższych dowódców Wehrmachtu w Obersalzbergu, Hitler powiedział:

„Zniszczenie Polski jest naszym pierwszym zadaniem. Celem musi być nie dotarcie do jakiejś oznaczonej linii, lecz zniszczenie żywej siły. Nawet gdyby wojna miała wybuchnąć na Zachodzie, zniszczenie Polski musi być naszym pierwszym zadaniem. Dla celów propagandy podam jakąś przyczynę wybuchu wojny, mniejsza z tym, czy będzie ona wiarygodna, czy nie. Zwycięzcy nikt nie pyta, czy powiedział prawdę, czy też nie. W sprawach z rozpoczęciem i prowadzeniem wojny nie decyduje prawo, lecz zwycięstwo. Bądźcie bezlitośni, bądźcie brutalni!”

Carl von Clausewitz w swoim dziele poświęconym sztuce wojennej napisał, że istotą wojny ma być pokonanie przeciwnika i skłonienie go do realizacji naszej woli. A więc nie zniszczenie, tylko podporządkowanie go własnej woli. Skąd u Hitlera tyle nienawiści do Polaków i Polski? Czy miał jakieś osobiste powody? A może wypadałoby zadać inne pytanie? Jaka nacja najbardziej nienawidzi Polaków? Komu Polacy przeszkadzają, zajmują miejsce w ich własnym kraju, który ta nacja uważa za swój. Jeszcze w trakcie trwania I wojny światowej robiła wszystko, by nie powstało państwo polskie, a jak już nie dało się, to robiła wszystko, by było jak najsłabsze. Stąd chociażby te plebiscyty, których w Czechosłowacji nie było. Hitler był finansowany przez tę nację i jej zawdzięcza dojście do władzy. Może właśnie to był powód, dla którego stał się tak bezwzględny wobec swojego wschodniego sąsiada.

Nie ulega wątpliwości, że Żydzi mieli i mają wpływ na politykę we wszystkich znaczących krajach. Toteż wydaje się prawdopodobne, że te wszystkie działania dyplomatyczne, począwszy od konferencji monachijskiej aż do wybuchu wojny, były przez nich inspirowane i kontrolowane. Dotyczyło to Anglii, Francji, Niemiec, Związku Radzieckiego i Polski. Polska miała stanąć do beznadziejnej wojny z Niemcami tylko po to, by dać Hitlerowi pretekst do jej zniszczenia. Zachowanie „polskich” polityków było irracjonalne, ale tylko z pozoru. Z ich własnego punktu widzenia takim nie było. Zaczęli wojnę i zaraz uciekli, pozostając zupełnie obojętnymi na losy bezbronnej ludności i niszczenie ich dorobku materialnego. Jakby tego było mało, to zafundowali jeszcze te kretyńskie powstanie, kretyńskie z naszego punktu widzenia i tylko z naszego.

Zbliża się kolejna rocznica tego tragicznego września i znowu będzie dużo gadania o bohaterstwie polskiego żołnierza, zdradzie sojuszników, o tym, co by było, gdyby… i wielu innych wydarzeniach początku tej wojny, a wszystko to po to, by ukryć prawdę. Cóż, jak ma się w ręku edukację i media, to nie jest to trudne.

Przyczyna

Na kanale „cepolska”, szumnie nazywającym się edukacyjnym, Jan Engelgard – historyk, pisarz, publicysta i redaktor naczelny tygodnika „Myśl Polska” – opowiadał o micie, jaki kreuje się wokół Józefa Piłsudskiego, jako jedynego zwycięscy bitwy warszawskiej.

W pewnym momencie mówi o przyczynach tej bitwy:

W całej tej dyskusji nikt nie zadaje sobie pytań, a właściwie skąd ten najazd bolszewicki się wziął? No bo u nas mówi się tak: najazd bolszewicki, ale jakaś przyczyna tego była. Przed wojną byli historycy, ale raczej wojskowi, którzy mówili, że należało podjąć rokowania na początku czy na przełomie 1919/1920 roku. Ta inwazja z czegoś się wzięła. Na ten temat nie ma dyskusji w tej chwili. Załatwia to się w ten sposób: wojna była prewencyjna, starcie nieuchronne. Nie wiem, może było nieuchronne, ale to w powszechnej opinii historyków na Zachodzie, już nie mówiąc o rosyjskich, to Polska była agresorem. U nas natomiast nie ma tej refleksji, że jakiś błąd ktoś mógł popełnić (16:15).I w tym momencie kończy ten wątek. Link tu: https://www.youtube.com/watch?v=2ER2kOQ3UrM&t=975s

Dziwne, że historyk, publicysta, pisarz i redaktor naczelny tygodnika „Myśl Polska” wypowiada takie słowa. Józef Mackiewicz w swojej powieści „Lewa wolna” dokładnie opisał genezę i przebieg tej wojny, w której osobiście brał udział. Przewertował dokumenty źródłowe, doniesienia prasowe z tamtego okresu, relacje świadków itp. Nie chce mi się wierzyć w to, że Engelgard nie czytał tej powieści. A skoro czytał, to dlaczego nie mówi o faktach przedstawionych przez Mackiewicza? Jego powieść jest na poły fabularna, na poły – dokumentalna, więc nie można zakwalifikować tego, o czym pisze w części dokumentalnej, jako fikcji literackiej. – Taka to u nas orientacja narodowa i „myśl polska”. I jeszcze na koniec dodaje, że „u nas nie ma tej refleksji, że jakiś błąd ktoś mógł popełnić” – innymi słowy sugeruje, że wina jest po polskiej stronie. Taki to i narodowiec.

Żeby cokolwiek zrozumieć, to trzeba zacząć od początku. Tym początkiem jest zdobycie władzy przez bolszewików 7 listopada 1917 roku, choć niektórzy twierdzą, że bolszewicy faktycznie zdobyli ją dopiero na początku 1918 roku. W wyniku wolnych wyborów 25 listopada 1917 roku wyłonił się parlament, w którym większość mieli eserowcy. Bolszewicy zdobyli niewiele ponad 20%. Parlament zebrał się tylko raz, w styczniu 1918 roku i… został rozpędzony przez bolszewików. – Legalnie wybrany parlament! – ale czy to ważne? Obecnie na Białorusi mamy do czynienia z „powtórką z rozrywki” – bolszewicką metodą dochodzenia do władzy poprzez negowanie wyniku wyborów.

W dniu 7 listopada 1917 roku bolszewicy zdobyli władzę w Petersburgu. Dziewiętnaście dni później Awram Krylenko, naczelny wódz wojsk rewolucyjnych, wysłał parlamentariuszy do niemieckiego generała Hoffmeistra, dowódcy dywizji. Przybyli oni z propozycją natychmiastowego zawieszenia broni. Hoffmeister przesłał ją do naczelnego dowództwa niemieckiego, które wkrótce poinformowało, że zgadza się na nią. Rokowania rozpoczęły się 2 grudnia w Brześciu Litewskim. Stronę niemiecką reprezentował generał Hoffmann. Stronę bolszewicką Joffe, Kamieniew i Karachan. Zawieszenie broni podpisano 17 grudnia, a 22 grudnia rozpoczęto rokowania o zawarcie traktatu pokojowego. W art. 2. tego traktatu Niemcy powołali się na deklarację Lenina „do narodów Rosji” o prawie samostanowienia tych narodów i zażądały wydzielenia z granic byłej Rosji: Polski, Litwy, Finlandii, Łotwy, Estonii i Białorusi. Wcześniej uznali oni prowizoryczny rząd narodowy Ukrainy i pertraktowali z nim bezpośrednio, nie pytając o zdanie delegacji sowieckiej.

Bolszewikom najwyraźniej taka propozycja nie odpowiadała, bo uważali, że prawo samostanowienia tych narodów jest dobre, gdy oni je wprowadzają, a gdy inni, to – już takie dobre nie jest. Przeciągali rozmowy, wywoływali strajki w Niemczech, które jednak nie przynosiły oczekiwanych rezultatów. W takiej niby patowej sytuacji – ni to wojny, ni pokoju – 18 lutego 1918 roku wojska niemieckie ruszyły naprzód. Nigdzie nie napotykając na opór, szybko zdobywały teren. To poskutkowało. Bolszewicy wysłali ofertę pokojową. Odpowiedź niemiecka nadeszła 22 lutego. Dnia 3 marca 1918 roku zawarto w Brześciu pokój. W jego wyniku wojska niemieckie zajęły kraje bałtyckie, Białoruś, Ukrainę, doszły do Dniepru, zajęły Kijów i Taganrog, doszły pod Petersburg i do Donu, weszły na Krym. I to był ten kordon tj. niemieckie wojska, które chroniły Europę przed bolszewicką nawałą.

W listopadzie 1918 roku kordon pękł. Cesarskie Niemcy zostały pokonane na zachodzie i zmuszone dnia 11 listopada do kapitulacji i podpisania warunków zawieszenia broni. Jeden z paragrafów tych warunków nakazywał im wycofanie wojsk z Austrii, Węgier, Bułgarii i Turcji, ale nakazywał im zostanie w Rosji tam gdzie stali, tak długo jak państwa alianckie uznają to za zasadne. Nie został on jednak spełniony. W dniu 9 listopada wybucha w Niemczech rewolucja i od razu zaczęła się przerzucać na wojska frontowe. Wskutek tego wiele oddziałów wypowiadało posłuszeństwo i wracało do domów. Dnia 13 listopada 1918 roku bolszewicy unieważniają postanowienia Pokoju Brzeskiego i ruszają na podbój świata. 25 listopada zajmują opuszczony przez Niemców Bobrujsk, 8 grudnia – Mińsk, 3 stycznia 1919 roku – Rygę, 6 stycznia – Wilno. W połowie miesiąca podeszli do Grodna, Prużan i Kobrynia. Ale na północy napotkali na opór niemieckich formacji ochotniczych generała von der Goltza, który 22 stycznia wypiera bolszewików z Rygi. W Estonii tworzy się tzw. „Armia Północna” pod wodzą generała Judenicza.

Dnia 25 stycznia 1919 roku marszałek Foch wydał rozkaz do oddziałów niemieckich zgrupowanych wokół ośrodka Białystok-Grodno, aby przepuściły wojska polskie przeznaczone do odparcia nawały. Rozkaz ten został wykonany w początku lutego. W praktyce oznaczało to też, że przebywanie wojsk niemieckich na tym terenie jest bezzasadne. I w takiej sytuacji wojska polskie 9 lutego 1919 roku zetknęły się po raz pierwszy z bolszewikami. Miało to miejsce pod Skidlem na Niemnie. Później do konfrontacji doszło koło Prużan i Kobrynia.

Rok 1919 jest w tej wojnie dziwnym rokiem, w którym nie ma ani wojny, ani pokoju. Owszem, dochodzi do potyczek i wojska polskie posuwają się na wschód. 18 kwietnia zostaje zajęty Nowogródek, nieco wcześniej Baranowicze. 19 kwietnia w dzień Wielkiej Nocy zostaje zajęte Wilno, 8 sierpnia – Mińsk. 2-ga dywizja dociera do Berezyny, opanowuje przedmieścia Borysowa. Grupa Wielkopolska zajmuje w dniu 29 sierpnia Bobrujsk.

Właściwie to przez cały 1919 rok toczą się tajne rozmowy pomiędzy wysłannikami Lenina i Piłsudskiego. Trzeba pamiętać, że w Rosji cały czas trwa wojna domowa pomiędzy białymi a czerwonymi. Biali to eserowcy i kadeci, a czerwoni to bolszewicy. Eserowcy to socjaliści-rewolucjiniści, kadeci to partia konstytucyjno-demokratyczna, a bolszewicy to socjaldemokraci. A więc kłótnia w rodzinie. Analizowanie wojny polsko-bolszewickiej bez uwzględnienia faktu, że w tym samym czasie biali nękają bolszewików na północy, południu i na Syberii, jest zwykłym zafałszowaniem obrazu tej wojny. Powiem nawet więcej – wypaczeniem.

W początkach maja 1919 roku przyjeżdża do Warszawy, ukrywający się pod pseudonimem Jan Karski, Julian Marchlewski. Spotyka się z wiceministrem spraw wewnętrznych Józefem Beckiem (ojcem 26-letniego Józefa, towarzysza broni Piłsudskiego) i Tadeuszem Hołówką z PPS. Obaj są czynnymi organizatorami POW i najbliższymi współpracownikami naczelnika państwa. Celem jego misji jest upewnienie się, czy Polacy nie poprą carskich generałów. I nie zawiódł się. I organa prasowe PPS-u i rządowe wskazywały w swych artykułach, że większe niebezpieczeństwo grozi Polsce ze strony kontrrewolucji rosyjskiej.

W lipcu 1919 roku Marchlewski ponownie przybywa do Polski. Tym razem pod nazwiskiem Jan Kujawski. Rozmowy odbywają się w Białowieży. Do rozmów Piłsudski deleguje hr. S. M. Kossakowskiego i Aleksandra Więckowskiego, byłego przedstawiciela dyplomatycznego Polski w Moskwie. Do ostatecznego porozumienia nie dochodzi, jedynie do „rozeznania orientacyjnego”. W wyniku tego „rozeznania” bolszewicy wycofują się z Mińska bez walki. Natomiast wojska polskie nie posuwają się za linię Berezyny.

W sierpniu 1919 roku Denikin wysyła kuriera do Warszawy z propozycją współdziałania przeciw bolszewikom. Piłsudski odrzuca ją.

Na stacji w Mikaszewiczach stoi pociąg pancerny „Kaniów”. Do niego doczepione są wagony osobowe, w których od 10 października przebywa tajna delegacja bolszewicka. W jej skład wchodzą: Przewodniczący delegacji Julian Marchlewski, jego żona Bronisława Marchlewska. Zygmunt Jabłoński, siostrzeniec prezesa łomżyńskiego towarzystwa rolniczego. Był on najbliższym współpracownikiem Uryckiego, kierownika petersburskiej Czeka. Aleksander Sonje -syn polskiego ministra spraw zagranicznych Stanisława Patka. Litewski komunista Kubelis. I jedyny Rosjanin w składzie delegacji – Mikołaj Jepaniesznikow.

Oficjalną przykrywką tajnych rozmów w Mikaszewiczach jest, podobnie jak w Białowieży, wymiana jeńców, więźniów politycznych i zakładników. Rozmowy na ten temat prowadził hr. Kossakowski. Natomiast tajne rozmowy polityczne prowadził z nadania Piłsudskiego kapitan Boerner. Po kilku dniach wyjechał on do Warszawy i zdał relację z pertraktacji z Marchlewskim Piłsudskiemu, który sformułował w kilku punktach warunki poufnego rozejmu. Najważniejszy brzmiał: „Naczelnik Państwa nie da rozkazu wojskom polskim posuwania się naprzód poza linię Nowogród – Zwiahel – Olewsk – rzeka Ptycz – Bobrujsk – Berezyna – Dźwina.”

Marchlewski przyjął do wiadomości warunki Piłsudskiego i natychmiast wyjechał do Moskwy, by powiadomić o nich Lenina. Ten praktycznie zgadza się na linię podziału terytorialnego i pozostałe warunki. Proponuje nawet zastąpić cichy rozejm zawarciem formalnego pokoju. Na to jednak Piłsudski nie zgadza się, twierdząc, że nie da się naciągnąć na jakieś daleko idące umowy, których Polska w danym momencie zawierać nie może. Zapewnił jednak Lenina, że uczyni wszystko, co w jego mocy, aby nie dopuścić do zwycięstwa kontrrewolucji. I to w zupełności wystarczyło Leninowi. Miał pewność, że na kontrofensywę przeciwko Denikinowi nie spadnie jakiś nieprzewidziany cios.

Dziwne rzeczy zaczynają się dziać na tym froncie. Działania Piłsudskiego stają się zupełnie niezrozumiałe dla jego najbliższego otoczenia. Bolszewicy wzmagają swoją aktywność na górnej Berezynie i na białoruskim odcinku frontu. Stopniowo, jak słabnie Denikin, przerzucają wojska z południa na północ. Pod koniec kwietnia 1920 roku bolszewicy koncentrują na froncie przeciwpolskim 20 dywizji i 5 brygad. Da to łącznie 200 tysięcy ludzi. Ukraiński odcinek frontu zostaje przeznaczony do związania przeciwnika lub nawet wciągnięcia go w głąb. Główne uderzenie ma pójść od Witebska i Orszy na Mińsk oraz z Połocka na Wilno – Lidę, w głębokie obejście frontu polskiego i koncentrycznym atakiem doprowadzić do zdobycia Warszawy.

Dnia 25 kwietnia 1920 roku, Piłsudski, nie przejmując się bolszewicką koncentracją na północy, rzucił, na tak zwaną Wyprawę Kijowską, trzy armie polskie. A w tym czasie bolszewicy skoncentrowali na północnym odcinku 130.000 wojska, pozostawiając na obszarze Wołynia i Ukrainy 36.000. 1-sza konna armia Budiennego przegrupowywała się na północnym Kaukazie. W tę pustkę uderzył Piłsudski. Na północ od Polesia stoją osłabione, izolowane i bez odwodów 1-sza i 4-ta armia. Dwie słabe armie sowieckie, 12-ta na Wołyniu i Ukrainie, 14-ta na Podolu, otrzymały rozkaz cofania się i wciągania przeciwnika w próżnię.

O świcie 4 lipca, Tuchaczewski, dowódca północno-zachodniego frontu, rzucił na cienki polski kordon 4 armie i jedną samodzielną grupę wojsk. Po stronie polskiej były dwie armie i Grupa Poleska. Już po paru godzinach front polski zostaje przełamany jednocześnie w kilku miejscach. Było to możliwe poprzez koncentrację na poszczególnych odcinkach grup uderzeniowych. Wojska polskie zaskoczone tak gwałtownym uderzeniem, nie rozporządzając rezerwami, nie były w stanie wykonać kontrmanewru – rozpoczęły odwrót na całej linii. Miejscami odwrót stawał się odwrotem bezładnym, czasem przeobrażał się w ucieczkę. Rozwój sytuacji zwiastował katastrofę.

Tak więc wojna ta zaczyna się w lutym 1919 roku, choć trudno to do 4 lipca 1920 roku nazwać wojną. Po prostu wojska polskie zastępują na froncie wojska niemieckie. I nie robią tego tak sobie, tylko na rozkaz marszałka Focha. W sposób naturalny musiały zetknąć się z wojskami bolszewickimi i zetknęły się z nimi. Czy można tu spierać się o to, kto ją zapoczątkował? Nie można! Zapoczątkowali ją ci, którzy wypowiedzieli postanowienia Pokoju Brzeskiego z 3 marca 1918 roku. Wypowiedzieli je bolszewicy 13 listopada 1918 roku i ruszyli na podbój świata. Ten podbój ułatwiła im rewolucja w Niemczech, która wybuchła dnia 9 listopada 1918 roku. Kordon pęka i trzeba go łatać. Tę rolę przydzielono wojskom polskim, bo innych w tym czasie nie było.

Czy „narodowiec” Engelgard nie wie o tym? Ale jakimś dziwnym trafem „myśl polska” nie pozwala mu na nawet wspomnienie o tych faktach. Tak zażarcie krytykuje Piłsudskiego za to, że w krytycznych dniach złożył dymisję i uciekł, ale jakoś, dziwnym trafem, nie wspomina o jego współpracy z bolszewikami i jednocześnie wychwala Rozwadowskiego za „genialny manewr”, który był zwykłym manewrem, a który Mackiewicz opisał w rozdziale „Nie ma cudów”, a ja jego fragment zacytowałem w blogu “Cud nad Wisłą”. Mit mit mitem pogania. Tak to obecnie wygląda, a współcześnie to brzmi tak: ściema ściemę ściemą pogania. I wszyscy w tym biorą udział, od lewej do prawej strony politycznej.

Niby więc krytyka Engelgarda jest autentyczna, ale to tylko gra pozorów. Gdyby taką była, to musiałaby uwzględnić wszystkie „grzeszki” Piłsudskiego, a nie uwzględniła. Dlaczego „narodowiec” Engelgard przemilcza niektóre z nich? Jakaś przyczyna tego musi być. A może jest tylko podstawionym narodowcem?

I to wszystko zawsze sprowadza się do tego samego: jeśli nie znamy faktów, to jesteśmy bezbronni wobec współczesnej wersji historii, lansowanej przez wszystkie orientacje polityczne od lewa do prawa. Bolszewikom udało się wmówić opinii publicznej, że ich pucz to była rewolucja, a ich przeciwnicy to kontrrewolucjoniści, biali generałowie to carscy generałowie. Nawet Mackiewicz w powieści „Lewa wolna” ulega temu schematowi. Ja, korzystając z jego opisu, pozostawiłem te określenia niezmienione. Inaczej brzmi stwierdzenie, że bolszewicy dokonali rewolucji, niż to, że obalili legalny rząd a później rozpędzili wybrany w wolnych wyborach parlament.

Dyktator

Od jakiegoś już czasu zastanawiałem się nad zacytowaniem dłuższego fragmentu z pracy Tadeusza Gluzińskiego (1888-1940) Odrodzenie idealizmu politycznego (1934), fragmentu poświęconego tytułowi moralnemu władzy. Moje wątpliwości wynikały z tego, że tekst jest, w moim odczuciu, raczej trudny w odbiorze, a sam temat – dość abstrakcyjny dla osób „niewtajemniczonych”. Łatwiej cokolwiek zrozumieć, gdy można podać jakiś przykład, ułatwiający ogarnięcie problemu. Niestety nic mi nie przychodziło do głowy, czytałem te fragmenty i książkę odkładałem. Jeszcze nie teraz – myślałem. Aż tu nagle olśnienie przyszło z… Białorusi! Niedzielne (9 sierpnia) wybory, które wygrał bezapelacyjnie urzędujący prezydent Łukaszenka, zapoczątkowały falę protestów niezadowolonej opozycji, która oskarżyła władzę o sfałszowanie wyniku wyborów.

Nie da się ukryć, że Aleksander Łukaszenka jest postrzegany przez wielu jako dyktator, co chyba nie do końca jest prawdą. Nawet jeśli rządzi on twardą ręką, to nie jest klasycznym dyktatorem, takim jak Mussolini czy Hitler. Obaj ci panowie na żadne wybory nie pozwalali, a Łukaszenka – jak najbardziej! Mussolini zresztą dokładnie wyjaśnił, co on myśli o wyborach i demokracji i uzasadnił to, a ja przywołałem jego słowa w blogu „Faszyzm”.

Tak więc to, z czym mamy obecnie do czynienia na Białorusi, to to, czy Łukaszenka ma tytuł moralny do władzy? Nikt oczywiście nie nazywa tego problemu po imieniu, bo dla rządzących samo słowo „moralność” jest bardzo niewygodne. Zwolennicy demokracji uważają, że on nie ma takiego tytułu, bo oni tak uważają. To, że wygrał wybory, chyba już po raz siódmy, wcale ich nie zraża: dyktator fałszuje je i tyle. A więc demokracja jest dobra wtedy, gdy wygrywa nasz i, parafrazując słynną sentencję z komedii Sami swoi (Sądy sądami a sprawiedliwość musi być po naszej stronie), należałoby powiedzieć: wybory wyborami a wygrać musi nasz.

Najwyraźniej odmiennego zdania jest naród białoruski, który mówi: Owszem, Łukaszenka rządzi twardą ręką, ale my się na to zgadzamy. Odpowiada nam taki dyktator. Oczywiście Białoruś nie jest monolitem i tam również są zwolennicy „demokracji”, ale nie są zbyt liczni. Z kolei Łukaszenka zdaje sobie sprawę z funkcji, jaką pełni i jaką zaakceptował naród i stara się dbać o jego interesy jako całości, nie dopuszczając do tego, by jakaś warstwa społeczna zdominowała resztę. Przyjął na siebie rolę ojca narodu i tak jest postrzegany. Relacje jakie zachodzą pomiędzy narodem białoruskim a jego prezydentem, to, poza wyborami, klasyczny… faszyzm! A fe! Jak tak może być! Przywódca i jego naród stanowią jedność. Tak tylko może być w „narodzie wybranym”. Ten naród nie znosi konkurencji. I stąd takie ujadanie.

Temu problemowi, tytułowi moralnemu władzy, przygląda się w swojej pracy Tadeusz Gluziński. Był on jednym z założycieli Obozu Narodowo-Radykalnego (1934). Jednak większość swoich książek wydawał jako Henryk Rolicki. Uważał, że obecnie tj. w 1934 roku nie ma możliwości powrotu do tytułu władzy z Bożej łaski, co w cytowanym tekście uzasadnia, ale taki tytuł moralny mogą rządzący uzyskać, gdy rządzeni ich zaakceptują, a oni będą rządzić w interesie rządzonych zgodnie z ich oczekiwaniami. Gdyby zaś rządzeni uznali, że rządzący nie spełnili ich oczekiwań, to ci ostatni dobrowolnie zrezygnowaliby. Przyznam, że gdy czytałem to, to wydawało mi się, że Gluziński za bardzo „odleciał”. Ale on nie „odleciał”. Pisał to w 1934 roku. Wtedy to była czysta teoria, ale wtedy! On opisał przypadek Białorusi. Rządzący, w tym wypadku Łukaszenka, poddaje się poprzez wybory, pod osąd rządzonych, czyli narodu białoruskiego. Gdyby wynik wyborów był dla niego niekorzystny, to pewnie ustąpiłby. I tu znowu wkraczamy w teorię, bo naród białoruski najwyraźniej wyczuwa intuicyjnie, że lepsze jest wrogiem dobrego i nie chce sprawdzać, czy w razie przegranej Łukaszenka zrezygnowałby. I w tym momencie nie pozostaje mi nic innego, jak tylko oddać głos Gluzińskiemu, którego cytowana przeze mnie praca uważana jest za jego najwybitniejsze dzieło. A pisze tak:

»Co to są rządy autorytatywne? Jest to ustrój, w którym rząd posiadać ma bezwzględny „autorytet” i prowadzić sprawy państwowe „autorytatywnie”, czyli nie pytając się o „wolę ludu”. Rząd taki otoczony bywa z reguły przez doradców niezbyt wielu, którzy wraz z nim stanowią szczupłe grono osób, w państwie decydujących. To grono różnie nazywało się w dziejach; za czasów greckich zwało się oligarchią. W wiekach średnich byli to dworacy panujących, w monarchiach XVIII i XIX w. mówiono o kamarylach dworskich; w systemie powojennych rządów „autorytatywnych” to koło wtajemniczonych w sprawy państwowe i dopuszczanych do ich rozstrzygania mieni się chętnie „elitą rządzącą”.

Widzimy więc, że system rządów autorytatywnych – to w zasadzie nic nowego. Ma on wielu przodków w historii. Nie interesują nas w tej chwili jego przodkowie starożytni, z którymi niewiele więcej ma wspólnego niż nowoczesna demokracja z demokracją grecką czy rzymską: musimy jednak cofnąć się w przeszłość, by móc istotę rządów autorytatywnych ogarnąć w całej pełni.

Panujący chrześcijańscy w Europie średniowiecznej i aż po rewolucję francuską panowali „z Bożej łaski”; było to zgodne z nauką Kościoła, że „władza od Boga pochodzi”. Wiara w to, że panujący sprawuje swą władzę z Bożej łaski, nie była frazesem; gorąca wiara ludów chrześcijańskich nadawała dostojeństwu monarchy aureolę religijną, której widocznym wyrazem był akt namaszczenia przy koronacji. W ten sposób władza monarsza uzyskiwała tytuł moralny, na podstawie którego mogła rozkazywać poddanym. Tym tytułem moralnym zachwiała już po trochu reformacja, lecz i ona uczyniła panującego głową kościoła, dając mu przez to tytuł do „rządu dusz”. Ten „rząd dusz” mógł oczywiście istnieć tak długo, póki lud, mimo odszczepieństwa od Kościoła rzymskiego, zachowywał żywą wiarę w swą religię. Obalenie religii, gdziekolwiek bywało dokonane, odbierało równocześnie panującym moralny tytuł ich władzy.

Monarchowie z Bożej łaski otaczali się kołem doradców, którzy bądź to na dygnitarskich stanowiskach, bądź też jako ich nieoficjalni pomocnicy wywierali znaczny wpływ na rządy. W ten sposób powstała naturalną drogą niewielka liczba rodów mających stały dostęp do dworu; rody te najczęściej korzystały z laski monarszej i – zwłaszcza w ustroju feudalnym lub do feudalnego zbliżonym – skupiły w swym ręku wielkie posiadłości ziemskie. Tak powstały rody magnackie, predestynowane do sprawowania zaszczytnych funkcji doradców monarchy. Była to więc elita dziedziczna, pełniąca swą kierowniczą rolę od pokoleń, a blask łaski Bożej, którą obdarzony był monarcha, padał pośrednio i na nią, jako na jego wybrańców.

W ten stan rzeczy uderzyła już po trochu reformacja w tych krajach, na które wywarła swój wpływ, albowiem rozluźniła hierarchię religijną. U nas nie kto inny, jak popierający wówczas reformację Zamoyski wraz z jej jawnymi zwolennikami przeprowadził instytucję elekcji viritim, czyli przez powszechne głosowanie. Elekcja króla przez całą szlachtę musiała podważyć w Polsce wiarę w pochodzenie władzy królewskiej z Bożej łaski; w boską inspirację szlachty trudno było uwierzyć komukolwiek, zwłaszcza gdy się widziało, jak poziome nieraz względy skłaniały tłumy szlachty do głosowania na danego elekta. Tu nie mogła już nawet zaradzić kościelna koronacja; toteż od czasu wprowadzenia elekcji viritim upadek autorytetu władzy królewskiej szedł w Polsce szybkim krokiem.

Cios śmiertelny monarchom chrześcijańskim zadał naprawdę dopiero wiek XVIII, tzw. wiek „oświecenia”. Nowinki antyreligijne, szczepione w lożach wolnomularskich i zawzięcie przez nie propagowane, jako istota prawdziwego „oświecenia”, pozbawiły na ogół wiary religijnej najwyższe koła społeczeństwa; w pochodzenie władzy monarszej z Bożej łaski traciła wiarę elita rządząca, otaczająca monarchę, a zazwyczaj i on sam. Panujący i otoczenie jego poczuli się nagle bez tytułu moralnego do sprawowania rządów. Co robić? Czy zrzec się uprzywilejowanego stanowiska? A czy kto inny – poza nimi – miałby lepszy tytuł do sprawowania władzy? Postanowili więc trwać na pozycji. Zrozumieli jednak, że utrzymanie się na niej teraz – to tylko kwestia siły. Oto geneza „oświeconego absolutyzmu”.

Aby spokojnie – w ich mniemaniu – dzierżyć władzę, musieli panujący związać ze sobą mocno otoczenie mające wpływy w kraju, poza tym zaś okiełznać i opanować te żywioły i te organizacje, które mogłyby zmierzać do obalenia tronu. Dlatego to w owym czasie rośnie niepomiernie na dworach wpływ możnowładców; odtąd bowiem nie łaska Boża za pośrednictwem monarchy spływa na nich, lecz oni stają się podporą tronu. Monarcha teraz wie, że w dużej mierze zależy od nich; z drugiej strony woli żyć w zgodzie z organizacjami wolnomularstwa, które „oświeceniem” pozbawiło go wiary w jego Boskie posłannictwo, a otoczenie jego potrafiło wciągnąć go do swych lóż. Toteż monarchowie XVIII w. chętnie sami wchodzą do masonerii i obejmują nawet protektorat nad jej lożami, jak Fryderyk Wielki, Józef II austriacki, Katarzyna II czy Aleksander I. Naśladował ich skwapliwie Napoleon I, a potem Napoleon III. Inni znowu, jak Ludwik XIV, a potem Ludwik XVIII i Karol X we Francji poprzestają na zachowaniu życzliwej neutralności wobec lóż.

„Oświecony absolutyzm” – to system rządów autorytatywnych, w którym fundamentem władzy jest z jednej strony przyzwyczajenie poddanych do dziedzicznej monarchii i do dziedzicznych przywilejów elity rządzącej, z drugiej zaś po prostu siła. Polityką monarchii kieruje teraz kamaryla dworska, a spoza niej rządzą loże. Rządy siły stają się jaskrawsze, gdy do władzy dochodzi parweniusz, wyniesiony przez rewolucję, jak Napoleon I i pomianowani przezeń królowie, a później Ludwik Filip i Napoleon III. Charakterystycznym objawem takich rządów jest tworzenie na gwałt nowej arystokracji, nowej kamaryli dworskiej, by panujący-dorobkiewicz miał się na kim oprzeć.

Przestawszy być z Bożej łaski, musiał panujący zacisnąć pięść i rządzić mocno; w przeciwnym wypadku zazwyczaj padał ofiarą rewolucji, jak Ludwik XIV i Karol X we Francji. Toteż okres „oświeconego absolutyzmu” cechują na ogół rządy silne i nie dbające o opinię poddanych. Opóźniało to wprawdzie rewolucję, ale stwarzało dla niej podatny grunt. Nie będziemy w rozbracie z prawdą, gdy powiemy, że rządy Świętego Przymierza po upadku Napoleona Wielkiego przygotowały rewolucje „wolnościowe” 1848 r. w Europie. Z przepaści, jaka się wytworzyła między elitą rządzącą a poddanymi, skorzystało węglarstwo; rewolucje 1848 r. były rozgrywką i próbą sił i przeważnie zakończyły się kompromisem, czyli monarchią konstytucyjną. Odtąd elita rządząca ustroju autorytatywnego coraz bardziej bywa wypierana, a rządy przechodzą stopniowo w ręce demokracji i pod sztandarami jej doktryn bywają sprawowane. Cesarstwo niemieckie jest pierwszym państwem wprowadzającym u siebie powszechne głosowanie do parlamentu, za nim idzie królestwo włoskie, a potem monarchia Habsburska.

Po wojnie światowej doktryny demokratyczne zwyciężają w całej niemal Europie i odtąd liczni panujący bezczynnie pędzą czas na wygnaniu. Także i wszystkie nowo powstałe państwa przybierają ustrój liberalno-demokratyczny. Rażąco od tych zmian odbija tylko porewolucyjny régime w Rosji. Oto w okresie największego wyuzdania wolności demokratycznych powstaje system rządów trwałego terroru i – o dziwo! – powitany zostaje radośnie przez znaczną część pionierów demokracji, przez socjalnych demokratów w innych krajach. Co to ma znaczyć? Niewątpliwie poparcie, udzielone bolszewizmowi przez socjalno-demokartyczne organizacje reszty Europy, umożliwiło mu utrwalenie się w Rosji i – gdyby nie zwycięstwo polskich wojsk nad Wisłą – zalałoby bolszewickim potopem całą Europę. Któż to organizował strajki w Europie, by uniemożliwić dostawy amunicji dla Polski, broniącej się przed bolszewicką nawałą? Czyżby system rządów demokratycznych niekoniecznie musiał być od systemu rządów autorytatywnych oddzielony niezgłębioną przepaścią? Czyż to, że pod pokrywką komunizmu doszli do władzy w Rosji żydzi, miałoby wystarczyć wszystkim uczniom Marksa do zapomnienia o doktrynach wolności i równości, by połączyć się z Moskwą w szaleńczym uniesieniu? Przecież system rządów sowieckich na wskroś był i jest przeciwstawny wszelkim doktrynom demokracji! Cóż bowiem wspólnego z wolnością jednostki, tak zapalczywie bronioną wszędzie przez socjalnych demokratów, cóż wspólnego z kontraktem społecznym Rousseau’a miały milionowe rzezie, dokonywane przez czerezwyczajkę czy GPU? Cóż wspólnego z równością miało ograniczenie już nie praw politycznych, ale po prostu praw ludzkich li tylko do członków partii komunistycznej? Cóż wspólnego z braterstwem miało urzędowe wymordowanie setek „braci”, kadetów i socjal-rewolucjonistów? Przecież bolszewizm stworzył system rządów autorytatywnych w najpełniejszym znaczeniu tego określenia; rząd bolszewicki w kraju nie liczył się z nikim i niczym. Najlżejsza opozycja czy oddanie siebie i rodziny wprost w ręce kata – to było to samo. Elita rządząca państwa sowieckiego oparła się jedynie na sile; siła stała się otwarcie jedyną legitymacją prawną i moralną bolszewickiej władzy.

Zupełnie odmienny typ rządów autorytatywnych pojawił się w roku 1922 we Włoszech, jako rządy faszyzmu. Faszyzm objął rządy w wyraźnym przeciwstawieniu do roboty wolnomularskiej, socjalistycznej i komunistycznej, natomiast całą siłą oparł się na narodowych uczuciach mas. Zerwał również w sposób stanowczy z tradycjami walki z Watykanem, zawierając zanany konkordat, dzięki czemu doszło do nawiązania stosunków oficjalnych między rządem włoskim a papiestwem.

Obecny rząd włoski z niemal dyktatorską władzą Mussoliniego i ze ściśle hierarchicznym ustrojem narodu włoskiego, uosobionego w partii faszystowskiej, należy niewątpliwie do typu rządów autorytatywnych. Od „oświeconego absolutyzmu” odróżnia go od razu zewnętrznie fakt, że tu nie panuje monarcha, lecz ktoś inny, przy zachowaniu całej dekoracji monarchicznej. Następnie rządy faszystowskie nie są wcale nastawione niechętnie wobec „ludu”, czyli narodu, lecz najsilniej właśnie o naród usiłują się oprzeć. W końcu nie są to rządy przemocy, przeświadczone o tym, że ona stanowi jedyny ich tytuł do sprawowania władzy, lecz rząd Mussoliniego widzi tytuł moralny swej władzy w tym, że uważa się za prawdziwego przedstawiciela narodu włoskiego, jako całości.

Również i rząd narodowych socjalistów w Niemczech stał się wyrazem dążeń narodowych w tym kraju; musimy go także zaliczyć do typu rządów autorytatywnych, bo wprowadził dyktaturę Hitlera i hierarchiczną strukturę narodu. Hitleryzm ma mistyczne pojęcie o swej misji dziejowej, jako rasowego odnowiciela narodu niemieckiego. Tę misję, nie zaś przemoc czy siłę, uważa on za tytuł moralny swych rządów. Nawiązując do pogańskiej, starogermańskiej tradycji, stwarza on w Niemczech coś w rodzaju powrotu do wierzeń przed wiekami przebrzmiałych, przedchrześcijańskich, aby władzy dyktatorskiej wodza nadać jakieś znamię „łaski bogów”, jakiegoś nadprzyrodzonego pochodzenia. W tym rozumieniu (nigdy zaś w innym) rządy Hitlera zbliżają się do typu rządów średniowiecznych, gdy to monarcha panował „z Bożej łaski”. Podczas gdy faszyzm tkwi całkowicie w przedwojennym nacjonalizmie o podkładzie racjonalistycznym, narodowy socjalizm przy zastosowaniu całego aparatu niemieckiej naukowości i pseudonaukowości napoił się mistycyzmem dziejowym, do którego naród niemiecki od dawna ma skłonność. Wiara w rasowe posłannictwo narodu niemieckiego nie ma z racjonalizmem nic wspólnego.

Rządy autorytatywne mogą mieć różną treść i rozmaite tytuły moralne; mogą być także tej treści i tytułu pozbawione. Wtedy stają się czczą formą zorganizowanego przymusu. Cokolwiek by można powiedzieć, to w każdym razie nie autorytatywność rządów jest istotą przemian dokonywujących się w oczach naszych we Włoszech, w Niemczech i w innych krajach Europy, a także i u nas. Między rządem hitlerowskim a rządami liberalno-demokratycznej republiki francuskiej z okresu 1918 r. istnieje większe podobieństwo niż między rządem faszyzmu a rządem autorytatywnym Rosji sowieckiej. Nie forma bowiem rozstrzyga o pokrewieństwie systemu rządów, lecz treść, dla której ona jest szatą zewnętrzną.

Forma, w jakiej następuje uzgodnienie celów rządzenia między rządzącymi a rządzonymi, jest rzeczą drugorzędną. O losach państwa decyduje nie forma tego uzgodnienia, lecz sam fakt, że to uzgodnienie istnieje w całej pełni. Jeżeli ono istnieje, wtedy rządy bez względu na swą formę opierają się na autorytecie władzy, są rządami autorytatywnymi z samej swej istoty. W braku takiego uzgodnienia zewnętrzne objawy energii rządu stworzą dlań tylko autorytet pozorny, będący przejawem mechanicznej siły. Zawsze cechować go będzie wewnętrzna słabość, ta sama słabość, którą – wbrew pozorom – odznaczały się rządy „oświeconego absolutyzmu”; absolutyzm rządzących zawalił się przecież ni stąd, ni zowąd za podmuchem rewolucji „wolnościowych”. Rządy autorytatywne, których cele nie są dla rządzonych jawne i uzgodnione z ich prawdziwym poczuciem – to „kolosy na glinianych nogach”. Czyż istniał kiedykolwiek rząd bardziej autorytatywny z pozoru, jak niedawno powalony rząd carskiej Rosji?

Prawdziwy, wewnętrzny stosunek rządzących do rządzonych – fundament moralny pod każdy ustrój państwowy; on, a nie co innego, daje formie ustrojowej najistotniejszą treść. Patrzeć się na ustrój ze strony formalnej – to nie „twórczość państwowa”, lecz martwy doktryneryzm lub układanie jakiejś mniej lub bardziej pomysłowej szarady.

Ustrój władzy w wiekach średnich zbliżał się do naszego ideału. W tytuł moralny władzy wierzyli rządzący i rządzeni. Stabilizacja ustroju trwała póty, póki reformacja, racjonalizm, a w końcu „oświecenie” nie zabrało tej wiary rządzącym. Wtedy już żadna siła nie mogła podtrzymać jej wśród rządzonych.

Ostateczny cios nie tylko tytułowi moralnemu władzy, ale już nawet poszukiwaniu go zadała etyka publiczna wolnomularstwa. Masoneria – jak wiadomo – rozprzestrzeniła się w XVIII, XIX i XX w. wśród rządzących i zdobyła sobie rozstrzygający wpływ na rządy. Do niej należały zarówno rządy „oświeconego absolutyzmu”, jak i późniejsze rządy „demokratyczne”. Organizacja wolnomularska polega na coraz to wyższym wtajemniczeniu swych członków; tajemnicą istotną jest sam cel organizacji i każde dalsze wtajemniczenie bardziej go odsłania. Stąd olbrzymie różnice między wtajemniczonymi. Ale jakaż niezgłębiona przepaść w mniemaniu „braci” oddziela ich wszystkich od ogółu tych, którzy w ogóle nie dostąpili wtajemniczenia, od „profanów”? Jeżeli wolnomularstwo gdziekolwiek opanowało rządy, jakaż nić mogła łączyć rządzących i rządzonych? W dodatku wolnomularstwo uznawało zawsze interes własnej, tajnej organizacji za cel najwyższy, służenie mu za jedyny przekaz etyczny. Tak więc, oddzielone przepaścią wtajemniczenia od rządzonych i dla dobra własnej organizacji sprawujące rządy, nie mogło dbać o żaden prawy tytuł swej władzy; dla utrwalenia jej fałszowano go świadomie. Tu mamy znowu wyjaśnienie, dlaczego w XVIII i XIX w. rozlano w chrześcijańskiej Europie taką powódź doktryn. Jedynie zabicie w mózgi aryjskie „naukowych” kołków mogło sfałszować „Nieznanym Przełożonym” tajnych związków tytuł moralny ich władzy i zapewnić jej stabilizację bez względu na ustrojowe zmiany. Rządy wolnomularstwa wykołysały w ten sposób cynizm polityczny wśród rządzących. Zasady masońskie: „interes organizacji najwyższym prawem” (jakby „salus Templi suprema lex) i w tej służbie tajemniczej druga „cel uświęca środki”, w rezultacie więc pojęcie rządów jako służby na rzecz „wielkiego sekretu” stwarzało konieczność bezustannego okłamywania rządzonych, którzy o tych celach nic wiedzieć nie mogli. W atmosferze stałego kłamstwa zanikały łatwo wszelkie skrupuły; powodzenie, z jakim uprawiano trwałe oszukiwanie rządzonych, wzmogło naturalną pogardę, cechującą i tak zwykły stosunek wtajemniczonych „braci” do „profanów”. Udane oćmienie „obywateli”, czy „poddanych”, dawało mężowi stanu czy politykowi tytuł do laurów. Obłuda i cynizm przenikają na wskroś rządy „oświeconego absolutyzmu”, jak i rządy „demokratyczne” czy socjalistyczno-bolszewickie. Zgnębiono nawet poczucie nieuczciwości takich rządów wśród rządzonych, zduszono nadzieję, by inne rządy mogły nadejść kiedykolwiek, by w ogóle były możliwe. Zakrólowała powszechnie zasada, że w rządzeniu i w ogóle w polityce nie obowiązuje żadna etyka, żadna uczciwość. Jakież to odległe od wiary w „łaskę Bożą” wieków średnich! Co najmniej tak odległe, jak wojny o źródła naftowe od krzyżowych wypraw!

Dzisiaj powrót do przeszłości, w szczególności zaś nawrót do średniowiecznych ustrojów monarchistycznych niemożliwy jest przede wszystkim dlatego, że nikt nie potrafi wskrzesić zamarłych tytułów moralnych władzy. Dziś ani rządzący, ani rządzeni nie uwierzą, by współcześnie powołany na tron monarcha miał panować naprawdę z Bożej łaski. Zbyt przyziemnie myślą dziś rządzeni, zbyt ziemskie rzeczy dzieją się na pół publicznie na monarszych dworach. Powoływanie prezydenta o tytule królewskim nie ma już nic wspólnego z instytucją średniowiecznej monarchii, której istotną cechą jest dziedziczność tronu. Tą drogą nie da się dziś stworzyć tytułu moralnego władzy w nowoczesnym państwie.

Czyż więc nie może być dzisiaj władzy opartej na tytule moralnym? Czyżby destrukcja zaszła już tak daleko?

Tytuł moralny władzy musi wyrastać ze służby jakiemuś wyższemu celowi, któremu składają ofiary tak rządzący, jak i rządzeni. Czyż istnieje taki wyższy cel, na rzecz którego każdy Polak gotów byłby do ofiary? Czy wszystko pochłonął już beznadziejnie płaski materializm?

Przypomnijmy sobie czasy bardzo niedawne. Rok 1919 i 1920 oraz 1924. W imię czego składali Polacy dobrowolnie i hojnie daninę krwi, a potem daniny materialne na utworzenie Banku Polskiego? Czy wątpił kto wtedy w istnienie narodu polskiego, czy pragnienie oddania usług narodowi nie było dla Polaka dostatecznym uzasadnieniem ofiary mienia, krwi, a nawet życia? Służba narodowi była w powszechnym wierzeniu wyższym celem, rząd, narodowi służący, opierał się na tytule moralnym, w który wierzyli wszyscy, tak rządzący, jak i rządzeni. Cokolwiek potępiającego powiemy o rządach aż do 1926 r., to musimy przyznać, że koalicyjny rząd obrony narodowej w 1920 r. oparty był na mocnym tytule moralnym.«

Ten ostatni akapit jest bardzo wymowny. We wstępie do tej książki, wydanej w 1934 roku, Gluziński pisze:

»Dziś w Polsce panuje beznadziejność. Ludzie, zniechęceni walką z przeciwnościami, pognębieni przez kryzys gospodarczy i znękani dolegliwościami codziennego życia, przestają wierzyć w przyszłość. Rezygnują z walki o lepsze jutro. „Może być gorzej, ale chyba nigdy nie będzie lepiej” – powiadają sobie. Teraźniejszość odebrała im wiarę w Polskę, splamiła błotem ideały, które dotąd zdołali ustrzec przed zbrukaniem i przechować na dnie duszy. Gdzie spojrzeć – bierność. Grzęźniemy w pesymizmie.

Skąd to zniechęcenie? Czy naród, który tak niedawno wydobył był z siebie takie skarby ofiarności, odwagi i wiary, który ma za sobą obronę Lwowa, powstanie śląskie i armię ochotniczą, ma tytuł do bezradnego opuszczania rąk? W ciągu kilkunastu lat dokonała się w nas przemiana wprost przerażająca. Z narodu, pełnego energii zdobywczej i optymizmu, staliśmy się niespodziewanie zrezygnowanym, fatalistycznym i biernym ludem Wschodu.

Tego upadku duchowego, jaki przeżywamy, nie da się wyjaśnić jakimś zbiegiem zdarzeń zewnętrznych, ani jakimś mechanicznym działaniem obcych, wrogich sił. Zło musi tkwić w nas samych. Jeżeli nie dostrzegamy go dziś z należytą wyrazistością, jeżeli nie widzimy jasno wyjścia – to gdzieś musi być jakaś zasłona, która zakrywa nam oczy. Póki jej nie zedrzemy, będziemy błądzić bezradnie.

Książka moja chce wskazać na to, że uzdrowienia stosunków u nas nie można dokonać mechanicznie, przez jakiś luźny akt wyzwolenia. Musimy zmienić radykalnie istotne podstawy naszego życia politycznego, gospodarczego, kulturalnego, przebudować nasze mieszkanie tak, aby przestało być polskie tylko z nazwy.«

Gluziński nie pisze tego wprost, ale jest to, w moim odczuciu, nawiązanie do zamachu majowego w 1926 roku. Po nim Polska była już zupełnie innym krajem. Wspomina on o daninach materialnych na utworzenie Banku Polskiego. A cóż to znowu za herezja! – Bank Polski. Bank może być tylko żydowski. O tym w jakich bólach on powstawał pisała Maria Dąbrowska w swojej książce „Rozdroże”:

»Bo – nie mówiąc o innych rzeczach – co do środków, jakich państwo chciało się od tak szafujących pięknymi frazesami sfer posiadających spodziewać, to świadectwo ich szczodrości obywatelskiej wystawia choćby Stanisław Karpiński, postać bardzo czcigodna, szlachcic, ziemianin, twórca i pierwszy prezes Banku Polskiego. W swoim Pamiętniku dziesięciolecia pisze on w r. 1924 z powodu otwarcia zapisów na akcje tego banku: „Dotychczas zapisuje się na akcje tylko inteligencja miejska: urzędnicy, nauczyciele, księża, prawnicy, lekarze, kasy przezorności, miasta i gminy… Większych przemysłowców, kupców i ziemian, wciąż brakuje”. Zaś stwierdzając pod koniec zapisów, że akcje zostały jednak pokryte, powiada: „Zwycięstwo kompletne. Cały kapitał akcyjny 100 milionów złotych zebrany. Bez udziału zagranicy i magnatów”. Zaufanie i wydatniejsze finansowe poparcie okazały warstwy posiadające dopiero rządom pomajowym. Jak się to stało, zobaczymy później. Ale i wtedy i przedtem te właśnie warstwy największych świadczeń od państwa zawsze dla siebie żądały. I niemałe też w różnych postaciach kosztem warstw innych dostawały.«

No właśnie! – „Kosztem warstw innych dostawały”. Piłsudski jest przeciwieństwem Łukaszenki. Wyjątkowa kanalia, która gardziła narodem polskim, w odróżnieniu od Łukaszenki, który swoim narodem nie gardzi, wprost przeciwnie! – dba o niego.

Stan, w którym rządzący i rządzeni działają w jakimś wyższym celu trwał w Polsce tylko kilka lat. Zamach majowy w 1926 roku wywrócił Polskę do góry nogami. Nić łącząca naród z władzą została zerwana. Dokładnie to samo chcą zrobić na Białorusi ci, którzy mieszają się w jej sprawy wewnętrzne i sieją niepokój.

Pomysły

Na kanale „cepolska” pojawił się wywiad, w którym jego gość proponował ulepszenie demokracji w ten sposób, by głosujący zostali poddani krótkiemu testowi na inteligencję: parę prostych pytań i w zależności od poprawności odpowiedzi ich głos miałby pełną lub częściową wartość.

Zastanawiam się więc, czy ci ludzie, którzy zgłaszają tego typu propozycje i inne, są tak naiwni i wierzą, że z tą demokracją to tak naprawdę? Czy może wszystkie te kanały internetowe mają za zadanie zwodzić ludzi i wmawiać im, że demokracja jest dobra tylko zastosowano jej niewłaściwy model. A gdy ten właściwy też zawiedzie, to zaproponujemy nowy i tak ad mortem defaecatam – ładnie brzmi po łacinie, nieprawdaż? Tak górnolotnie! – a to zwykłe „do usranej śmierci”. I „demokracja” ładnie brzmi, no a jakżeby inaczej! – to z greckiego, antyczne korzenie i takie tam pierdu pierdu, a w praktyce współczesna demokracja, to jedno wielkie oszustwo.

Ostatnio coraz bardziej nagłaśniana jest instytucja referendum w ramach tzw. demokracji bezpośredniej – szwajcarski patent na demokrację. Promuje się ją pod nazwą „WIR” – weto, inicjatywa obywatelska, referendum. Zanim jednak zacznie się proponować tego typu pomysły, to warto bliżej przyjrzeć się temu rozwiązaniu w Szwajcarii. Ja osobiście jestem nastawiony sceptycznie do tego typu pomysłów, bo demokracja, czy to proporcjonalna, jednomandatowa, bezpośrednia – nadal pozostaje demokracją, czyli żydowskim patentem, który ma im służyć i służy.

Może nie byłbym nastawiony tak sceptycznie do propozycji wprowadzenia w Polsce demokracji bezpośredniej, gdyby nie fakt, że kiedyś mocno interesowałem się Ruchem JOW, czyli systemem wyborów w jednomandatowych okręgach wyborczych, do tego stopnia, że nawet skromnie sponsorowałem go i jeden raz wziąłem udział w tzw. Marszu JOW, który był przez jakiś czas corocznie organizowany w Warszawie. Było to we wrześniu 2008 roku.

Czym innym jest aktywność internetowa, a czym innym jest rzeczywistość. Ruch JOW miał i nadal ma stronę, na której informuje o wpłatach dokonywanych przez zwolenników tej idei. W tamtych czasach miesięczne wpływy wahały się średnio od 2 do 4 tysięcy złotych miesięcznie.

Udział w Marszu JOW daję okazję do obserwacji, jak to naprawdę wygląda. Trasa marszu wiodła od Placu Zamkowego pod Sejm. W sumie trwało to około czterech godzin, bo Marsz zatrzymał się przed Pałacem Prezydenckim, by i tam przekazać swoje żądania. Uczestniczyło w nim około 200 osób. Przeważały dwa środowiska: wrocławskie (siedziba Ruchu JOW) i koszalińskie. Z Koszalina przyjechali przeważnie studenci, z Wrocławia byli to raczej ludzie starsi z szefem JOW Jerzym Przystawą. Było trochę transparentów, a młodzież od czasu do czasu skandowała: zdrowo, zdrowo, jednomandatowo! Jednak pobrzmiewało to dosyć sztuczne., a zainteresowanie mieszkańców stolicy znikome: wrześniowe sobotnie południe, słoneczna pogoda, ciepło, ale nie gorąco, przyjemnie siedzi się w kawiarnianym ogródku, a tu ktoś zakłóca spokój.

Z rozmów pomiędzy studentami dowiedziałem się, że przyjechali, bo ktoś im opłacił przejazd i fundował posiłek po zakończeniu Marszu. No cóż, dla młodych ludzi z prowincji przyjazd do stolicy i „otarcie się” o Pałac Prezydencki i Sejm, to zawsze jakaś atrakcja: zobaczyć z bliska to, co na co dzień odległe. Gdy Marsz dotarł do Sejmu, to posłowie, którzy tam byli obecni (w hotelu sejmowym) nie uznali za stosowne wyjść do tych ludzi. Jednoznacznie dali im do zrozumienia, gdzie mają takie inicjatywy.

Zorganizowanie takiego Marszu kosztuje, nawet jeśli bierze w nim udział niewielka grupa osób. Koszty przejazdu, wyżywienia, wynajęcie środka transportu dla części uczestników i przewiezienia różnego rodzaju transparentów, rekwizytów – to wszystko znacznie przewyższało dochody uzyskiwane z wpłat. Skąd więc brały się pieniądze na organizację tych Marszów? To, przyznam, zaczęło wzbudzać moje wątpliwości, co do niezależności tego Ruchu.

Sama idea organizacji wyborów do Sejmu w jednomandatowych okręgach i ordynacji większościowej wzorowana jest na angielskim rozwiązaniu. Zasadą jest to, że okręg musi być mały, wielkości powiatu i że kandydować może każdy, kto zbierze kilka czy kilkanaście podpisów i wpłaci do kasy samorządu kwotę kilku tysięcy złotych, która jest mu zwracana, gdy uzyska minimum 5% głosów. Chodzi o to, by nie kandydowali jacyś żartownisie. Z kolei okręgi są małe, by koszty kampanii reklamowej nie były zbyt wielkie. Dzięki temu, że okręgi są małe nieopłacalne jest wykorzystywanie mediów ogólnokrajowych czy nawet regionalnych do prowadzenia kampanii jakiegoś kandydata, bo on staruje tylko w tym jednym małym okręgu wyborczym.

Takie rozwiązania mają dać możliwość kandydowania ludziom, którzy nie dysponują wielkimi pieniędzmi i których wybierze lokalna społeczność. Do tego dochodzi jeszcze zasada, że wygrywa ten, który uzyska największą liczbę głosów. Nie ma żadnej drugiej tury, żadnej dogrywki, przekazywania głosów itp. Wydaje się więc, że taka ordynacja daje szanse na całkowite przemodelowanie sceny politycznej i dojście do władzy ludzi niezależnych i nieuwikłanych w różne układy. W wyniku wyborów w takiej ordynacji dochodzi przeważnie do podziału na dwie główne siły polityczne, tak przynajmniej twierdził założyciel tego Ruchu – Jerzy Przystawa. Ale jak widać na naszym przykładzie, do tego typu podziału może dojść i w ordynacji proporcjonalnej (POPiS).

Tak to wygląda w teorii i tak nas przekonywali twórcy tego Ruchu. Dla mnie jednak wszystko to za pięknie wyglądało. No bo jak to? Klasa polityczna, tak z własnej woli, zrzeknie się swoich synekur? To mnie skłoniło do uważnego przeczytania Reguły JOW, czyli kardynalnej zasady wybierania posłów do Sejmu RP. Reguła JOW brzmi trochę jak… reguła zakonna, czyli zbiór podstawowych przepisów regulujących codzienne życie zakonne. W przypadku JOW jest to siedem kardynalnych zasad wybierania posłów do Sejmu RP postulowanych przez Ruch JOW (http://jow.pl/regula-wyborcza-jow-szerszym-komentarzem/).

Punkt (zasada) 7. jest najciekawszy, bo wyjaśnia cały mechanizm wybierania kandydatów, na których będą głosować wyborcy:

7. Pierwsze wybory według zasad Reguły JOW nie wcześniej, niż pół roku po urzędowym ogłoszeniu prawa wyborczego uwzględniającego te zasady. W tym czasie następujące działania przygotowawcze: szeroka edukacja obywatelska; prezentacja niniejszych zasad i ich pożytków, w porównaniu z ordynacją partyjnych list wyborczych. Zawieranie porozumień: w okręgach, dla wyłaniania kandydatów i między okręgami, dla tworzenia ugrupowań politycznych. Prezentowanie się wyborcom, przez kandydatów.

W komentarzu czytamy:

Półroczny okres pierwszej zdecentralizowanej kampanii wyborczej (w czterystu sześćdziesięciu jednomandatowych okręgach wyborczych) pozwoli na:
– szeroką akcję edukacyjną przybliżającą nowe, prostsze zasady wybierania, eksponującą ich pożytki, w porównaniu z zasadami ordynacji partyjnych list wyborczych;
– negocjacje środowisk o zbliżonych poglądach politycznych i zawieranie w ich konsekwencji porozumień wewnątrzokręgowych wyłaniających wspólnych kandydatów;
– negocjacje środowisk akceptujących wspólne programy i zawieranie w ich konsekwencji porozumień międzyokręgowych i ogólnokrajowych w celu utworzenia ugrupowań politycznych;
– bezpośrednie prezentowanie się wyborcom przez kandydatów: niezależnych, wyłonionych w wyniku w/w porozumień, reprezentujących partie istniejące wcześniej.

Na uwagę zasługują trzy ostatnie punkty zaznaczone przeze mnie kursywą. Z nich wyraźnie wynika, że nie ma mowy o żadnej spontaniczności. Jakieś środowiska o zbliżonych poglądach wyłaniają wspólnych kandydatów. Nie ma tu mowy o tym, czy kandydaci muszą być zameldowani w danym okręgu, czy pojawią się z zewnątrz. Mają tylko przedstawić Okręgowej Komisji Wyborczej pisemne poparcie co najmniej 10 wyborców danego okręgu. Porozumienia międzyokręgowe prowadzą do powstania ugrupowań politycznych, czyli mówiąc wprost – partii politycznych. I w tym momencie dochodzi do prezentacji wyborcom „niezależnych”, wyłonionych w wyniku porozumień kandydatów i reprezentujących powstałe wcześniej partie. Jeśli następuje selekcja i wyłanianie, to znaczy, że jacyś inni kandydaci zostali odrzuceni od tego towarzystwa wzajemnej adoracji, a ci wybrani nie będą już niezależni. Tu wyboru kandydatów dokonuje się w sposób tajny, w trakcie jakichś zakulisowych porozumień. W ordynacji proporcjonalnej, przynajmniej teoretycznie, odpowiedzialni za wybór są szefowie partii.

Na samym końcu jest podsumowanie tych reguł i komentarza i jest ono wytłuszczone.

Główne efekty wprowadzenia zasad Reguły wyborczej JOW w wyborach do Sejmu RP:
– odpowiedzialność posłów przed ich wyborcami (w okręgach);
– partnerstwo władzy z obywatelami, upowszechniające wśród obywateli poczucie odpowiedzialności za dobro wspólne, niezbędne w budowaniu społeczeństwa obywatelskiego;
– pozytywna selekcja kadr sprawujących władzę i stabilny rząd służący narodowi;
– w następstwie swobody kandydowania i podziału Polski na 460 JOW: decentralizacja życia politycznego, jego jawność i ożywienie, co sprzyja swobodnemu zawieraniu:
a) porozumień wewnątrzokręgowych, wyłaniających kandydatów, o największych szansach zdobycia mandatu, dla danej opcji politycznej,
b) porozumień międzyokręgowych, dla oddolnego tworzenia ugrupowań politycznych;
– zmiana charakteru partii politycznych, z wodzowskich na obywatelskie;
– utrudnienie dostępu do władzy dla ugrupowań skrajnych.

Jest to w zasadzie powtórzenie tego wszystkiego, o czym była mowa wcześniej, poza ostatnim wnioskiem: utrudnienie dostępu do władzy dla ugrupowań skrajnych. No i wszystko jasne! Demokracja demokracją, ale wybrani mają być tylko ci, których my wskażemy. Kto będzie decydował o tym, co jest skrajne, a co – nie? A więc pięknie – każdy może kandydować. Tylko co z tego, skoro i tak zostanie wyeliminowany w drodze porozumień wewnątrz i międzyokręgowych.

Autorem tej Reguły i komentarza jest nieżyjący już Jerzy Gieysztor, którego tak przedstawiono pod jej tekstem: mgr. inż. miernictwa elektronowego; jak wspomina Jerzy Gieysztor: “Ze wszystkiego się śmieje, ale jest uparty i nie ujawnia swoich poglądów” – użalał się przedstawiciel czerwonych, kiedy w roku 1977 przeciwstawiłem się władzy Uniwersytetu Wrocławskiego, gdzie pracowałem przez kilka dziesięcioleci; uczestnik Ruchu Obywatelskiego na rzecz JOW od 1998 r.

No cóż, któż mógł przeciwstawić się władzom Uniwersytetu Wrocławskiego i te władze nie wyrzuciły go? Co więcej, czuły się sfrustrowane. Chyba tylko mason albo Żyd. Swego czasu, na nieistniejącym już portalu „prawica.net”, gdzie zamieszczał on swoje komentarze, przedstawiłem mu moje wątpliwości, powyżej wyartykułowane, ale nie ustosunkował się do nich.

Tak więc, z pozoru bardzo atrakcyjna idea, przy bliższym przyjrzeniu się jej rozwiązaniom, okazuje się być zupełnie czym innym niż się ją przedstawia. Jak zawsze diabeł tkwi w szczegółach. Odnoszę wrażenie, że podobnie może być w przypadku tzw. demokracji bezpośredniej.

Pod jednym z filmów reklamujących ten wynalazek https://www.youtube.com/watch?v=eRd7rxDweZY, ktoś wstawił taki komentarz:

„Demokracja bezpośrednia w Szwajcarii to fikcja podczas swirusa Nikt nie pytał społeczeństwa jakie restrykcje zastosować wszystkie decyzję podjął parlament.”

Innymi słowy: możecie decydować, ale w sprawach, które my wam poddamy pod głosowanie. Jest weto, inicjatywa obywatelska i nikt w Szwajcarii nie odważył się z tego skorzystać w sprawach tak fundamentalnych, jak prawo do swobodnego przemieszczania się czy prawo do nieingerowania w czyjś organizm (maseczki).

Demokrację bezpośrednią stręczy nam w linkowanym filmie Jan Kubań. Kubań to rzeka w Rosji. Jak dużo jest u nas nazwisk pochodzących od nazw miast, dni tygodnia, miesięcy. Tu jeszcze dochodzi rzeka i to w Rosji, co może sugerować pochodzenie. Szli do Polski z zachodu, wschodu i południa.

Żeby zrozumieć dlaczego w Szwajcarii jest tak, jak jest, to trzeba wiedzieć, że jest to największa na świecie pralnia brudnych pieniędzy. Tak nazwał Szwajcarię w swojej autobiograficznej powieści Wilk z Wall Street Jordan Belfort. Opisał w niej, w jaki sposób przemycał do Szwajcarii pieniądze z nielegalnych operacji na giełdzie amerykańskiej.

Ważne też jest to, jakie międzynarodowe instytucje mają tam swoją siedzibę. Willem Middelkoop w swojej książce WIELKI RESET Walki ze złotem i koniec systemu finansowego, Zysk i S-ka Wydawnictwo s.j., Poznań 2016 pisze (wytłuszczenia moje):

„Najważniejsze międzynarodowe regulacje branży usług bankowych – zwane zasadami bazylejskimi – wciąż ustala się podczas regularnych posiedzeń Banku Rozrachunków Międzynarodowych mającego siedzibę w Bazylei. Bank ten można uważać za matkę banków centralnych. Został ustanowiony podczas międzynarodowych konferencji bankowców zorganizowanych w Baden-Baden w 1929 roku i w Hadze w 1930 roku. Początkowo miał ułatwić spłatę reparacji wojennych narzuconych Niemcom ustaleniami ujętymi w traktacie wersalskim podpisanym po I wojnie światowej, ale po hiperinflacji panującej w Republice Weimarskiej w latach 1921-1924, w 1929 roku opracowano nowy plan uregulowania niemieckich zobowiązań z tytułu reparacji.

W latach 1933-1945 w jego zarządzie zasiadali Walther Funk i Emil Puhl, nazistowscy oficjele wysokich rang, którzy zostali skazani za zbrodnie wojenne podczas procesów norymberskich. Po II wojnie światowej nie było wątpliwości, że Bank Rozrachunków Międzynarodowych, który dla nazistów odgrywał rolę banku obsługującego, pomagał w praniu ukradzionego złota. Pod nadzorem Funka i Puhla nazistowskie Niemcy konfiskowały złoto Żydów trafiających do obozów koncentracyjnych. Złoto przetapiano i odlewano sztaby. W czasie konferencji odbywającej się w Bretton Woods w 1944 roku stawiano nawet zarzut, że bank ten wykonuje polecenia nazistowskich władz Niemiec. Amerykanów to przeraziło i rząd Stanów Zjednoczonych poparł ruch domagający się jego likwidacji. Propozycję poparli inni delegaci europejscy, ale wystąpił przeciwko niej John Maynard Keynes, przewodniczący delegacji brytyjskiej. W kwietniu 1945 roku podjęto decyzję o likwidacji banku, ale Stany Zjednoczone cofnęły ją w roku 1948. Bank Rozrachunków Międzynarodowych przetrwał, ale poważnie ranny. Miał mniejszy wpływ i potrzebował czasu, aby znaleźć sobie odpowiednią nową rolę poza sceną. Nadal pełni funkcję drugiej strony, menedżera aktywów i kredytodawcy dla banków centralnych oraz międzynarodowych instytucji finansowych. Szwajcaria przystała na to, by na jej terenie znalazła się siedziba główna tej instytucji. Wybrano Bazyleę.

W latach siedemdziesiątych poważnie poszerzono zakres funkcji Banku Rozrachunków Międzynarodowych i znacznie powiększono liczbę członków. Obecnie członkami tego banku jest sześćdziesiąt banków centralnych, w tym banki centralne najważniejszych gospodarek uprzemysłowionych. Co ciekawe, amerykański System Rezerwy Federalnej przystąpił do niego dopiero w 1994 roku. Powodem było to, że Amerykanie uważali Bank Rozrachunków Międzynarodowych za rywala „ich” Międzynarodowego Funduszu Walutowego. Na początku lat dziewięćdziesiątych Stany Zjednoczone zdały sobie sprawę, że potrzebują Banku Rozrachunków Międzynarodowych, aby banki centralne krajów europejskich udzieliły im poparcia w wojnie ze złotem i po to, by udaremnić wprowadzanie przepisów regulujących rynek instrumentów pochodnych.

Prezesów Europejskiego Banku Centralnego i Systemu Rezerwy Federalnej nadal mogą rozliczać parlamentarzyści i kongresmeni, ale nie ma żadnej formy demokratycznej kontroli nad procesem decyzyjnym w Banku Rozrachunków Międzynarodowych. Posiedzenia utrzymuje się w tajemnicy przed światem zewnętrznym. Nawet ministrowie finansów muszą się domyślać, jakie decyzje podejmą bankowcy zbierający się w Bazylei. Ci sami bankierzy, którzy doprowadzili nasz światowy system finansowy na skraj rozpadu, decydują – poza sceną i nie odpowiadając przed nikim – o reformach systemu bankowego koniecznych do tego, aby nie dopuścić do kolejnego kryzysu kredytowego. Wygląda na to, że mało się zmieniło od bankructwa banku Lehman Brothers.

Dyrektorzy Banku Rozrachunków Międzynarodowych do tej pory mają status dyplomatów i nie można przeciwko nim prowadzić postępowań karnych nawet po zakończeniu ich urzędowania. W dowolnym momencie mogą się ponadto przenieść z rodzinami do neutralnej Szwajcarii.”

Czymże więc jest ta Szwajcaria? Największą na świecie pralnią brudnych pieniędzy i schroniskiem dla największych finansowych hochsztaplerów? Wygląda na to, że tak. A co to ma wspólnego z demokracją bezpośrednią? – mógłby ktoś zapytać. A ja mógłbym zapytać: A czy możliwe jest, by rząd tego kraju nie wiedział, co się dzieje na jego terytorium? Idąc dalej tym tropem mógłbym zapytać: A czy obywatele tego kraju nie zdają sobie sprawy, z czego bierze się bogactwo ich kraju? Owszem, są pracowici, oszczędni, ale przecież nie tylko to składa się na ich dobrobyt. Pranie brudnych pieniędzy i chronienie hochsztaplerów finansowych nie odbywa się za darmo. Wszyscy złodzieje z całego świata lokują tu swoje pieniądze, kupują nieruchomości. Nawet bankier Kramer z filmu „Vabank” zachowuje się tak samo, będąc przekonanym, że jego brudne pieniądze będą tam bezpieczne. Oznacza to, ni mniej ni więcej, że dla rządu Szwajcarii nie ma znaczenia skąd biorą się pieniądze lokowane w bankach tego kraju i do kogo należą. Ich weiß nichts (Ja nic nie wiem) – jak mówił Czech udający idiotę w filmie „C.K. Dezerterzy”. Tak właśnie zachowuje się rząd szwajcarski (Ich weiß nichts) i zapewne wielu, co bardziej świadomych, obywateli Szwajcarii też udaje, że nic nie wie. Neutralność Szwajcarii nie jest więc przypadkowa. Taki dziwny kraj. Wszystkie znaczące kraje Europy są w unii europejskiej, a Szwajcaria – nie. Zawsze neutralna. Czasy się zmieniają, a Szwajcaria zawsze neutralna. Neutralna – znaczy, że nas nie interesuje, co dzieje się na zewnątrz, ale jak macie kłopoty, to Szwajcaria uchroni wasze złodziejskie pieniądze – Welcome to Switzerland!

Wielu zachwala szwajcarską demokrację i jak tam wszystko dobrze działa, tak dobrze, że ludzie nie wiedzą, kto jest prezydentem Szwajcarii. A niby skąd mają wiedzieć, skoro go nie wybierają? Prezydenta wybiera Zgromadzenie Federalne (parlament) na okres jednego roku. Po tym okresie nie może być wybrany ponownie, również na wiceprezydenta. Nie jest on głową państwa, ma raczej marginalne znaczenie, czysto proceduralne. Jest jednym z członków Rady Federalnej (rządu), którego Zgromadzenie Federalne wybrało na przewodniczącego tego ciała. Trudno się zatem dziwić, że Szwajcarzy go nie znają.

Zgromadzenie Federalne (parlament) to najwyższa władza rządząca Szwajcarii. Nie ma żadnych tzw. „hamulców” – nie można rozwiązać jej izb (Rady Narodowej i Rady Kantonów) przed upływem kadencji. Jedynym wyjątkiem jest całkowita zmiana Konstytucji Federalnej. Zgromadzenie wybiera również członków rządu (Rady Federalnej) i Trybunału Federalnego. Nazywa się to „rządami zgromadzenia” – supremacja parlamentu nad pozostałymi władzami, które sam powołuje i sam nimi kieruje oraz kontroluje. Nie mają one możliwości kierowania jego poczynaniami lub tym bardziej przeciwstawiania się mu. Tak to opisuje Wikipedia i nie przesadza. To wszystko jest zapisane w Konstytucji, która jest dostępna w języku polskim w bibliotece sejmowej. Link do niej znajduje się w Wikipedii pod hasłem “Konstytucja Szwajcarii”.

Tak więc stabilność polityczną tego kraju gwarantuje dyktatura parlamentu, a nie system demokracji bezpośredniej. Tak! Dyktatura parlamentu! Jego kadencja trwa 4 lata i żadna siła, poza jednym wyjątkiem, nie może go odwołać.

Zgromadzenie Federalne składa się z dwóch izb: Rady Narodu (200 członków, tzw. deputowanych Narodu) i Rady Kantonów (46 „deputowanych kantonów”). System dwuizbowości szwajcarskiej ma charakter symetryczny („egalitarny”) – obie izby mają takie same prawa, zgoda obu izb jest konieczna dla uchwalenia czegokolwiek, a postępowanie ustawodawcze może rozpocząć się w każdej z izb.

Zgromadzenie Federalne ma niezwykle szerokie uprawnienia. Jego najważniejsze funkcje to:

  • ustawodawcza (również dokonywanie zmian konstytucyjnych)
  • elekcyjna (wybór rządu – Rady Federalnej, prezydenta, wiceprezydenta, Kanclerza Federalnego, przewodniczącego i wiceprzewodniczącego Trybunału Federalnego, generała (głównodowodzącego armią)
  • kierownicza (wobec rządu)
  • kontrolna – nadzór nad rządem, nad stosunkami z zagranicą, zatwierdzanie sprawozdania finansowego państwa, formowanie parlamentarnych komisji śledczych
  • sądowa – rozstrzyganie sporów kompetencyjnych, orzekanie o ważności inicjatywy ludowej, udzielanie łask osobom skazanym

Na czele każdej izby stoi przewodniczący, wybierany na rok, bez prawa ponownego wyboru. Do pomocy ma on dwóch wiceprzewodniczących. Zajmuje się on kierowaniem pracami izby, a w przypadku równości głosów, ma głos rozstrzygający.

Pomimo że w parlamencie szwajcarskim znajdują się przedstawiciele różnych partii, to jednak nie można mówić w tym przypadku o systemie partyjnym w pełnym tego słowa znaczeniu. Rząd powoływany jest przez parlament, ale nie jest rządem koalicyjnym, ponieważ nie ma w nim przywódców partii politycznych, tylko ci, którzy zostali do niego powołani. Członkami rządu nie mogą zostać parlamentarzyści.

Od 1959 do 2003 roku cztery największe partie były reprezentowane w parlamencie, co przekładało się na tzw. „magiczną formułę” – stałe proporcje ich reprezentacji w rządzie:

  • 2 stanowiska ministerialne dla Chrześcijańsko-Demokratycznej Partii Ludowej Szwajcarii (CVD/PDC)
  • 2 ministerstwa dla Socjaldemokratycznej Partii Szwajcarii (SPS/PSS)
  • 2 ministerstwa dla Radykalno-Demokratycznej Partii Szwajcarii (FDP/PRD)
  • 1 ministerstwo dla Szwajcarskiej Partii Ludowej (SVP/UDC)

Taka tradycyjna redystrybucja stanowisk ministerialnych nie miała żadnej podstawy prawnej. W efekcie w 2003 roku CVP/PDC straciła jedno miejsce na rzecz SVP/UDC.

Tak to opisuje Wikipedia i stwierdza na końcu, że od 1959 do 2003 roku, a więc przez 44 lata, podział stanowisk ministerialnych nie miał podstawy prawnej! Rząd Szwajcarii jest wyłaniany według jakiejś formuły magicznej! Czy to oznacza, że Szwajcaria nie wyszła jeszcze z epoki renesansu i rządzą nią jakieś tajne związki uprawiające magię?

Formuła magiczna (niem. Zauberformel) – sposób wyłaniania członków szwajcarskiego rządu – Rady Federalnej. Na jej podstawie członkowie siedmioosobowego gabinetu byli wybierani w latach 1959-2003 według następujących zasad:

  • bez względu na wynik wyborów po dwóch członków Rady obsadzają trzy partie: Szwajcarska Partia Ludowa (SVP), Socjaldemokratyczna Partia Szwajcarii (SPS), Radykalno-Demokratyczna Partia Szwajcarii (FDP), a jedno miejsce przysługuje Chrześcijańsko-Demokratycznej Partii Ludowej (CVP)
  • po dwóch reprezentantów przysługuje kantonom włoskojęzycznym i francuskojęzycznym
  • obowiązkowo reprezentowane muszą być kantony Berno, Zurych i Vaud
  • żaden kanton nie może mieć więcej niż jednego kandydata

Obecnie w Radzie Federacji zasiadają przedstawiciele pięciu partii. Trwają negocjacje nad „nową formułą magiczną”.

A więc bez względu na wynik wyborów do rządu Szwajcarii wchodzili przedstawiciele czterech partii, a obecnie – pięciu. To po co te wybory? I tak parlament decyduje o wszystkim, a parlament to kolektyw. Aż trudno nie przywołać hasła z czasów rewolucji październikowej: „Cała władza w ręce Rad!” Jednak kolektyw nie podejmuje decyzji, bo jak może podejmować decyzje 246 osób? Może to czynić tylko bardzo wąska grupa ludzi, której wybierający nie znają i zapewne nie domyślają się, że ona istnieje. Tak działa demokracja w wersji proporcjonalnej, większościowej i bezpośredniej.

W systemie politycznym Szwajcarii zarządza się referenda w licznych przypadkach:

  • w przypadku inicjatywy ludowej w sprawie całkowitej zmiany konstytucji (100 tys. obywateli)
  • inicjatywa ludowa w sprawie częściowej zmiany konstytucji (100 tys. głosów)
  • referendum obligatoryjne – zmiany konstytucji, przystępowanie do organizacji kolektywnego bezpieczeństwa lub do wspólnot ponadnarodowych (np. ONZ), ustawy federalne uchwalane w trybie pilnym i nieopierające się o konstytucję, w przypadku różnego stanowiska izb parlamentarnych – pytanie o konieczność całkowitej zmiany konstytucji, wniosek wstępny z inicjatywy ludowej o zmianę konstytucji, poparcie wniosku wstępnego o częściową zmianę konstytucji – jeśli parlament odrzucił ten wniosek
  • referendum fakultatywne (nieobowiązkowe, na żądanie 50 tys. obywateli lub 8 kantonów) – ustawy federalne, niektóre umowy

Widać więc, że ogólnokrajowe referendum w Szwajcarii można przeprowadzić tylko w ściśle określonych sprawach. I do tego potrzeba 100 tys. podpisów, co samo w sobie jest barierą trudną do przejścia dla zwykłych obywateli. W sumie fikcja, bo bez zaangażowania się w to mediów, a więc pośrednio i władzy, zdobycie poparcia tak dużej liczby wyborców jest bardzo trudne.

Inicjatywa ludowa, która jest wykorzystywana w Szwajcarii, jest również możliwa w Polsce. Wikipedia pisze:

„Obywatelska inicjatywa ustawodawcza (inicjatywa ludowa) – jeden z elementów demokracji bezpośredniej, umożliwiający ściśle określonej przez prawo grupie obywateli, posiadających pełnię praw wyborczych, wystąpić z inicjatywą ustawodawczą do parlamentu. Obowiązuje m.in. w Polsce, gdzie prawo takie przysługuje grupie co najmniej 100 tys. obywateli mających prawo wybierania do Sejmu. Zgodnie z polskim prawem obywatelska inicjatywa ustawodawcza nie dotyczy:

  • projektu ustawy budżetowej oraz ustaw bezpośrednio wyznaczających sytuację finansów publicznych – inicjatywę posiada wyłącznie Rada Ministrów
  • projektu ustawy o zmianie konstytucji – inicjatywa przysługuje grupie obejmującej co najmniej 1/5 ustawowej liczby posłów, senatowi oraz prezydentowi.

W celu wniesienia projektu ustawy do Sejmu tworzy się komitet inicjatywy ustawodawczej składający się z co najmniej 15 osób. Komitet ma osobowość prawną.”

Szerzej na ten temat pisała 5 lat temu redakcja PrawicowyInternet:

Czym są obywatelskie inicjatywy ustawodawcza i inicjatywa referendalna?

Inicjatywa ustawodawcza to jeden z elementów demokracji przedstawicielskiej. W bardzo dużym skrócie: dzięki inicjatywie ustawodawczej możliwe jest współrządzenie państwem przez obywateli, tworzenie przez nich prawa oraz zgłaszanie rządzącym realnych potrzeb i problemów życia publicznego. Obywatele za pomocą podpisów pod projektem ustawy mogą wnieść do Marszałka Sejmu projekt ustawy regulującej kwestie dla nich istotne, jedynym ograniczeniem w tej materii jest Konstytucja, która mówi, że inicjatywa ustawodawcza nie dotyczy projektu ustawy budżetowej i projektu ustawy o zmianie Konstytucji. Śmieszny jest fakt, że naród będący suwerenem nie może we własnym państwie samodzielnie zmienić ustawy zasadniczej…

Drugą inicjatywą jaką mogą podjąć obywatele to inicjatywa w sprawie ogólnokrajowego referendum, które nie ma charakteru bezwzględnie wiążącego. Co oznacza, iż Sejm może nie przychylić się do niego i nie podjąć uchwały o zarządzeniu referendum. Musi go jednak rozpatrzyć, jednak ustawa nie wspomina o tym w jakim terminie musi to uczynić… aby je wnieść należy zebrać minimum pół miliona podpisów obywateli.

Procedura Inicjatywy Ustawodawczej Artykuł 118

Konstytucji mówi nam o tym że inicjatywa ustawodawcza przysługuje grupie co najmniej 100 000 obywateli mających prawo wybierania do Sejmu. Cały tryb postępowania w tej sprawie określa ustawa o wykonywaniu inicjatywy ustawodawczej przez obywateli. Aby od początku do końca przeprowadzić cały ten proces potrzebna jest cała masa pracy i pieniędzy oraz pokonywania kolejnych kłód rzucanych przez państwo (muszą być spełnione ścisłe wymogi formalne, projekt jest całkowicie finansowy przez pomysłodawców i obywateli).

Cała procedura jest szczegółowo opisana w ustawie a nakreślę w bardzo skróconej wersji jak wygląda procedura inicjatywy ustawodawczej:

1. Musimy zebrać 15 osób wchodzących w skład komitetu inicjatywy ustawodawczej;

2. Następnie zbieramy 1000 podpisów i pełnomocnik komitetu zawiadamia marszałka sejmu o jego utworzeniu, który może projekt przyjąć albo odesłać do uzupełnienia braków formalnych;

3. Jeśli marszałek przyjął projekt mamy tylko 3 miesiące na zebranie 100 tysięcy podpisów – jeśli tego nie zrobimy postępowanie się kończy;

4. Jeśli jednak uda nam się zebrać wymagane podpisy a Marszałek nie ma do czego się przyczepić to kieruje projekt do I czytania, które ma mieć miejsce w terminie 3 miesięcy od daty wniesienia projektu. I tutaj najczęściej kończy się obywatelskość Platformy z nazwy Obywatelskiej – która deklarowała się jako partia sprzyjająca rozwojowi społeczeństwa obywatelskiego… Będąc zwykłym człowiekiem, niezwiązanym z żadnymi partiami – musimy przez trzy miesiące (to jest około 90 dni) zebrać podpisy od stu tysięcy osób, chore? bardzo. Warto podkreślić, ze podpis zawiera w sobie między innymi numer PESEL i adres zamieszkania – dane, które ludzie boją się podawać aby nie zostały wykorzystane w nieuczciwych celach. Dużo prostsze i tańsze byłoby np. możliwość złożenia podpisu przez Internet…

Ze strony władz nie mamy przy inicjatywie ustawodawczej żadnej pomocy – ani prawnej – ani finansowej – za to jako zwykli ludzie musimy stworzyć dokument, który będzie rygorystycznie oceniany przez legislatorów w sejmie… jeśli to wszystko przebrniemy co nas czeka? olanie.

Od 1999 roku, czyli od czasu kiedy weszła w życie ustawa o obywatelskiej inicjatywie ustawodawczej utworzono ponad 120 komitetów ale mniej niż połowie udało się wnieść skutecznie swój projekt pod obrady Sejmu a jedynie kilkanaście zgłoszonych przez nie ustaw zostało uchwalonych przez Sejm, z czego większość w innej niż pierwotna formie… aż się chce przytoczyć słowa z piosenki Kazika… „cała Wasza ciężka praca, wszystko było ch*** warte”

Platforma się mieli

Warto przypomnieć w tym momencie inicjatywę Platformy Obywatelskiej z czasów kiedy jeszcze ludzie nie wiedzieli czym jest owa partia… Referendum 4xTAK czyli zniesienie immunitetu posłów, likwidacja senatu, zmniejszenie liczby posłów i wprowadzenie jednomandatowych okręgów wyborczych. Inicjatywa Platformy Obywatelskiej przed wyborami 2005. Zebrano 750 tys. podpisów. Głosy zostały zmielone i spalone. Sprawa nigdy nie weszła na wokandę. Wtedy właśnie do polskiej polityki wkroczył Paweł Kukiz – otworzył stronę pod nazwą Zmieleni.pl. Więcej tu: https://prawicowyinternet.pl/rzady-platformy-1-inicjatywy-obywatelskie-75-miliona-zmielonych-polakow/

A więc od 1999 roku do 2015 roku, w którym Redakcja zamieściła swój wpis utworzono 120 komitetów inicjatywy obywatelskiej. Oznacza to, że średnio rocznie powstawało 7-8 takich komitetów, czyli ponad 1 na dwa miesiące. I co? To Polacy mają uczyć się od Szwajcarów demokracji bezpośredniej? Tam prawdopodobnie te wszystkie inicjatywy wychodzą od władzy, a Szwajcarzy, jak małpy, głosują. Jak inicjatywa wychodzi od obywateli, to g….. z tego wychodzi. Tak działa demokracja bezpośrednia.

Jest wiele hałasu w sprawie amerykańskiej ustawy JUST. Słowo to ma w języku angielskim wiele znaczeń. Jako przymiotnik oznacza: sprawiedliwy, słuszny, uzasadniony. O niej pisałem w komentarzu „Ustawa JUST”, więc nie będę się powtarzał. Dziwne jest jednak to, że nikt nie korzysta z inicjatywy ustawodawczej (ludowej) w sprawie ustawy odrzucającej żydowskie roszczenia. Przecież trudno mi uwierzyć w to, że popularyzujący demokrację bezpośrednią i twórca skrótu „WIR” (weto, inicjatywa, referendum), Jerzy Zięba, nie wie, że rozwiązanie dotyczące inicjatywy ludowej obowiązuje w Polsce od dawna. Tak samo trudno mi w to uwierzyć, że nie wiedzą o tym ci, którzy najgłośniej gardłują o tych roszczeniach, tj. kanały „wRealu24” i „Media Narodowe”.

Po cóż więc ta cała hucpa wokół tej tzw. demokracji bezpośredniej? Hucpa to słowo z języka hebrajskiego. Angielska Wikipedia tłumaczy je jako bezczelność, tupet, zuchwałość. Bo jest bezczelnością stręczenie Polakom czegoś, co znają oni od 20-tu lat i na czym się zawiedli, przynajmniej ci, którzy próbowali, ale ci, którzy nie próbowali, powinni przynajmniej dowiedzieć się, czy ktoś przed nimi nie próbował tego rozwiązania. Chyba lepiej uczyć się na cudzych błędach, a raczej, w tym wypadku, doświadczeniach.

Jak już wcześniej pisałem, demokracja to opium dla ludu. Za każdym razem, gdy stare rozwiązanie zawiedzie, proponuje się nowe, które już „na pewno” zda egzamin. Dopóki narkotyk działa, jest dobrze, a jak przestanie, to znowu trzeba pójść do dilera – nowy pomysł na nowe fantastyczne rozwiązanie demokratyczne. Na dilera JOW był lansowany Kukiz, a czy na dilera demokracji bezpośredniej jest lansowany obecnie Zięba? Czas pokaże.

Rewolucja październikowa

Rewolucja (z wczesnośredniowiecznej łaciny revolutio – przewrót) – znacząca zmiana, która zazwyczaj zachodzi w stosunkowo krótkim okresie. – Tak to słowo definiuje Wikipedia. Tyle że ta znacząca zmiana nie bierze się znikąd. Efekt końcowy może i jest gwałtowny, ale wcześniej trwają długie przygotowania, nawet bardzo długie. I tak było, przynajmniej w mojej ocenie, w przypadku rewolucji październikowej, którą poprzedziła rewolucja 1905 roku i rewolucja lutowa z 1917 roku.

Właściwie to należałoby zacząć od zadania sobie pytania: Dlaczego w Rosji? Równie dobrze można zapytać: Dlaczego rewolucja francuska wybuchła we Francji, a nie – w innym kraju? Pewnie dlatego, że w owym czasie Francja była najpotężniejszym państwem w Europie i najludniejszym. To prawda, że Imperium Brytyjskie rosło w siłę, ale głównie za morzami, a poza tym, to z Anglią Żydzi uporali się ponad 100 lat wcześniej podczas rewolucji Cromwella. W czasie rewolucji francuskiej Europa była centrum świata i jej zmiana, a więc i zmiana świata, musiała zacząć się od Francji. Wydaje się, że i obecnie zmiana oblicza świata musi zacząć się od najpotężniejszego państwa. Czy mamy do czynienia z początkiem rewolucji w Ameryce? Tego nie wiemy. Wiedzą natomiast ci, którzy tym wszystkim sterują z ukrycia i anonimowo.

Ale dlaczego Rosja? Był to kraj, w stosunku do Europy Zachodniej, zacofany. Niemniej jednak miał w sobie potencjał. Z jednej strony był to największy pod względem obszaru kraj na świecie, który był spadkobiercą największego imperium w dziejach świata, imperium Czyngis-chana, z nieprzebranymi bogactwami naturalnymi. Na samym tylko Uralu, jak mówią, jest cała tablica Mendelejewa. Z drugiej strony był to kraj białego człowieka. W drugiej połowie XIX wieku ludność Rosji podwajała się co 30 lat. Wszystko wskazywało na to, że w latach 30-tych czy 40-tych XX wieku będzie to najludniejszy kraj białych ludzi. I do tego jeszcze kraj niezbyt przychylny Żydom.

Od początku XX wieku w Rosji następowało uprzemysłowienie na niespotykaną dotychczas skalę. Rozwój przemysłowy napędzany był zagranicznymi kredytami i sprowadzanymi z Zachodniej Europy maszynami i częściami zamiennymi. Rosja w czasach carskich eksportowała niemal wyłącznie surowce, tj. węgiel, drewno, ropę naftową, futra i zboże, które było jej szczególnym towarem. W 1913 roku wyeksportowano 13 mln ton zbóż. Ale była też największym producentem ropy naftowej. W 1901 roku ze złóż w Baku pochodziła ponad połowa światowego wydobycia ropy. To właśnie tam wzbogacił się, „robiąc w nafcie”, ojciec Cezarego Baryki z Przedwiośnia Stefana Żeromskiego.

Czy to nie przypomina do złudzenia polityki Gierka z lat 70-tych? Było dokładnie tak samo. Za zachodnie kredyty i technologię uprzemysławiano kraj. Za granicę wysyłano surowce, głównie węgiel i produkty rolne. I tak samo jak w Rosji pojawiły się strajki i doszło do ich rozpędzenia przy użyciu broni palnej.

Rewolucja 1905 roku nie wybuchła nagle. Kryzys gospodarczy w Rosji w latach 1900-1903 był pretekstem do wywoływania protestów. 1 maja 1900 roku doszło do manifestacji w Charkowie, w 1901 roku wybuchły strajki w Moskwie, Jekaterynosławiu, Petersburgu, Mikołajewie, Batumi, Odessie. W lipcu i sierpniu 1902 roku w strajkach na Ukrainie i Kaukazie wzięło udział około 200 tysięcy pracowników. Wojna z Japonią w 1904 roku tylko pogorszyła sytuację. 26 grudnia 1904 roku wybucha strajk w Baku i Petersburgu.

Momentem przełomowym wydaje się być krwawa niedziela 22 stycznia 1905 roku. Pop Grigorij Gapon (współpracownik Ochrany) zorganizował marsz pod Pałac Zimowy, aby osobiście wręczyć carowi petycję z ponad 135 tysiącami podpisów. Protestujący domagali się 8-godzinnego dnia pracy bez obniżania wynagrodzenia i amnestii dla więźniów politycznych. Manifestacja ta została rozbita przez siły carskie. W demonstracji wzięło udział ponad 100 tysięcy ludzi. Robotnicy nieśli portrety cara i śpiewali pieśni. W pewnym momencie, w kilku punktach miasta, zostali zaatakowani przez uzbrojoną kawalerię. Zabitych i rannych było ponad 1000 osób. Władze przyznały się do 130 zabitych i około 300 rannych. Decyzję o pacyfikacji podjął car.

Strajki do końca stycznia podjęło ponad 400 tysięcy robotników. Rozlały się one na Królestwo Polski i wybrzeże Bałtyku. W lutym do strajku włączył się Kaukaz, a w kwietniu – Ural. W marcu zamknięto wszystkie uczelnie. Wiele oddziałów wojska zbuntowało się i nie wykonywało rozkazów walki z protestującymi. Podpisanie we wrześniu 1905 roku niekorzystnego układu pokojowego z Japonią spowodowało kolejne wystąpienia. W Petersburgu Lew Trocki ogłosił strajk powszechny, a ugrupowania polityczne głosiły hasło „cała władza w ręce Rad”. Przywództwo nad ruchem rewolucyjnym objęły Rady Delegatów Robotniczych. Część żołnierzy poparło protestujących i utworzyło Rady Delegatów Żołnierskich, które przejęły władzę w wielu jednostkach. W październiku strajki sparaliżowały całą Rosję.

Car Mikołaj II został zmuszony do działania. 30 października wydał Manifest konstytucyjny (tzw. manifest październikowy), w którym obiecał obywatelom poszanowanie ich praw, powołanie parlamentu oraz rządu z premierem (Siergiej Witte). Parlament składał się z dwóch izb. Izbę wyższą tworzyła powołana przez cara Rada Państwa, izbę niższą – Duma Państwowa, wyłaniana w wyborach. Pierwsza Duma przetrwała kilka miesięcy, gdyż w lipcu 1906 roku car, niezadowolony z jej składu, przedterminowo rozwiązał ją. Druga Duma została wybrana w 1907 roku. Ze względu na to, że większość w niej mieli radykałowie, car ją rozwiązał. Trzecia Duma, wybrana na podstawie zmienionej ordynacji w tym samym roku, przetrwała 5 lat, bo większość w niej stanowili zwolennicy cara.

W 1906 roku Mikołaj II odwołał Wittego z urzędu premiera. Na jego miejsce został powołany Stołypin, który nie tylko skutecznie stłumił rewolucję, ale też dokonał wielu ważnych reform. Przeprowadził reformę agrarną, znoszącą wspólnoty gminne. Uznał wolność do zrzeszeń. Zreformował szkolnictwo i wojsko. W 1911 roku został zastrzelony.

W wyniku rewolucji 1905 roku powstał pierwszy parlament rosyjski – Duma Państwowa. Zalegalizowano działanie, zakazanych do 1905 roku, partii politycznych i stowarzyszeń. Rosja stała się więc monarchią parlamentarną.

W tym konflikcie, w 1905 roku, stronami byli rewolucjoniści i Imperium Rosyjskie, tak przynajmniej podaje Wikipedia. Dowódcami po stronie rewolucjonistów byli Lew Trocki i Feliks Dzierżyński. A partie, które były zaangażowane w rewolucję, to SDPRR, PSR, PPS, SDKPiL i Bund.

Socjaldemokratyczna Partia Robotnicza Rosji (SDPRR), której sekcjami autonomicznymi były SDKPiL i Bund, podzieliła się w 1903 roku na frakcje bolszewików i mienszewików. Był to wynik sporu pomiędzy Leninem a Julijem Martowem., który uważał, że członkowie partii powinni działać niezależnie od kierownictwa partii. Lenin był zwolennikiem silnego przywództwa. Nazwał on swoją frakcję – bolszewikami, czyli większością, choć w momencie podziału tej większości nie miała ona. Oponentów określił mianem mienszewików, czyli mniejszością. Julij Martow był Żydem, o czym wspomina Wikipedia.

Partia Socjalistów-Rewolucjonistów (PSR), tzw. eserowsy (SR), eserzy, została założona w 1901 roku przez rewolucjonistów wywodzących się z tzw. narodników. Jej celem było przekształcenie Rosji w republikę demokratyczną, w której dominowałaby klasa chłopska. Jednym z twórców i przywódców tej partii był Grigorij Gerszuni (wł. Isaak Gersz). Ważną osobistością w niej był również Jewno Azef. Do tej partii należał także Aleksander Kiereński.

Pozostałe partie to PPS, SDKPiL i Bund. Ich chyba nie trzeba bliżej przedstawiać. – I co z tego wszystkiego wynika? Wynika to, że rewolucja 1905 roku, to nie był to, jak opisuje Wikipedia, ogólnokrajowy spontaniczny zryw o podłożu społecznym i narodowym. Wprost przeciwnie! Protesty i strajki zaczęły się w 1900 roku i stopniowo rozszerzały się na cały kraj. Drugi wniosek jest taki, że wszystkie te, zaangażowane w ruchy rewolucyjne partie, były zdominowane przez Żydów lub miały ich w swoich szeregach na kluczowych stanowiskach. Warto o tym pamiętać, zwłaszcza wtedy, gdy ktoś wątpi w to, że dziś w Polsce jest tak samo, że wszystkie partie są kontrolowane bądź zdominowane przez tę nację. Lenin swoją mniejszościową, w momencie podziału, frakcję nazwał, w celach propagandowych, bolszewikami, czyli większością. Ewidentnie kłamał, tak jak kłamie każdy polityk. I to też się nie zmieniło.

A jak wyglądała ta rewolucja w oczach ludzi, którzy żyli w tamtych czasach i osobiście doświadczali jej? Jednym z jej naocznych świadków był Bolesław Prus, który opisał ją w swojej, chyba ostatniej, prawie nieznanej powieści „Dzieci” (Akant Ltd, Warszawa 2002). Za PRL-u raczej nie mogła była się ukazać ze względu na sposób opisania tej rewolucji. Poniżej próbka:

-Tak, ruch ten zapowiadał się bardzo dobrze – wtrącił Świrski.

-A ciągnie się jak najgorzej – pochwycił sekretarz. – Bardzo prędko przekonaliśmy się, że robotnikom, a raczej menerom, nie chodzi o poprawę stosunków, ale o wywołanie zamętu… My pierwsze warunki robotników przyjęliśmy i gotowi byliśmy je wykonywać, ale oni tylko zaczęli stawiać coraz to nowe, coraz niemożliwsze żądania, ale jeszcze pracowali niedbale, psuli materiały, kradli, zmuszali trzymać w fabrykach takie jednostki, które kwalifikują się w najlepszym razie do wyrzucenia, w najgorszym do kryminału… A gdy oświadczyliśmy, że dalszych ustępstw fabryka nie może robić, skazano nas na śmierć.

-Cóż oni na przykład panu zarzucają?… – spytał Świrski.

-Nigdy pan nie uwierzy!… – zawołał sekretarz. – Mam zginąć za to, że kiedyś cieszyłem się zaufaniem robotników, że zachęcałem ich do uczenia się, do zawiązywania stowarzyszeń… że wreszcie w ostatnich czasach wyjaśniałem robotnikom niepraktyczność ich postępowania… A prawda!… Parę razy odezwałem się, że niepolskie to ręce i niepolskie serca kierują ruchem, który może skończyć się ogólną nędzą i upadkiem naszego narodu na korzyść nie wiadomo czyją…

To zrozumiałe, że w PRL-u taka powieść nie mogła ukazać się. Ale ten PRL był dziwny i miał różne oblicza. W pewnym momencie, około 1956 roku, komuniści postanowili wydać wybór „Kronik Tygodniowych” Prusa. Wyboru miał dokonać Zygmunt Szweykowski, historyk literatury, specjalizujący się w literaturze XIX wieku. Problem polegał na tym, że był to sanacyjny historyk, sanacyjny, bo w takich czasach przyszło mu zaczynać swoje życie zawodowe. Nie ufano mu więc i uważano, że dokona tendencyjnego wyboru. Żeby więc uniknąć tendencyjności komuniści postanowili, że należy wydać „Kroniki” w całości. Lepszego wyboru nie mogli dokonać! Prus zaczął je pisać w 1875 roku i pisał do śmierci w 1912 roku. Mamy w nich obraz Królestwa Polskiego z końca XIX i początku XX wieku. Rzecz bezcenna.

„Kroniki” były wydawane w latach 1956-1970. W sumie było 20 tomów z komentarzami, które czytelnikom z XX wieku wyjaśniały wszystko, co mogło być dla nich niezrozumiałe. Prus pisał dla swoich czytelników, którzy byli mu współcześni. Redakcję powierzono Szwejkowskiemu. Początkowo miał jeszcze nadredaktora. Później zrezygnowano z niego. Pierwsze tomy były wydawane w nakładzie 5000 egzemplarzy. Ostanie – 1500. I w tych ostatnich pisał o rewolucji 1905 roku. Do fabryk przychodziły agitatorki, młode urodziwe Żydówki, zachęcały do strajku. Co bardziej świadomi robotnicy mieli wątpliwości. Zdawali sobie sprawę z tego, że może on doprowadzić do likwidacji zakładu, a więc i ich miejsc pracy. Na takie argumenty Żydówki odpowiadały: nie martwcie się, przyjdzie Żyd i wykupi.

Tak pisał Prus i carska cenzura puszczała to, bo „Kroniki” zostały skompletowane z zachowanej prasy z tamtych czasów. Dziś takie „numery” nie przeszłyby.

Po rewolucji 1905 roku następuje parę lat spokoju do momentu wybuchu I wojny światowej w 1914 roku. Według Wikipedii katalizatorem rewolucji był przede wszystkim udział w niej Imperium. W następnym zdaniu pisze ona, że 1 sierpnia Niemcy wypowiedziały wojnę Rosji, a 6 sierpnia uczyniły to również Austro-Węgry. Jak więc Rosja miała uniknąć wojny, skoro to nie ona ją wypowiedziała? Została postawiona przed faktem dokonanym. 6 sierpnia próbował też Piłsudski wywołać powstanie w zaborze rosyjskim. Na nadzwyczajnym posiedzeniu Dumy poparto zaciągnięcie kredytów wojennych. Wyjątkiem byli socjaliści (trudowicy i socjaldemokraci), którzy jednomyślnie odmówili głosowania w tej sprawie.

Na samym początku wojny w Moskwie i Petersburgu wybuchły antyniemieckie zamieszki, zdemolowano gmach ambasady niemieckiej, napadano na sklepy i przedsiębiorstwa należące do Niemców. Likwidowano wszelkie ślady niemieckości w życiu codziennym. Niemieckojęzyczną nazwę stolicy Petersburg zmieniono na Piotrogród, zamknięto pisma niemieckojęzyczne, wielu mieszkańców Rosji zmieniło swoje nazwiska.

Od początku wojny rząd Niemiec utrzymywał kontakty z bolszewikami mieszkającymi głównie w Szwajcarii. Również wywiad niemiecki już w 1915 roku, za zgodą cesarza Wilhelma II, wdrożył tajny program „rewolucjonizacji i insurekcjonizacji”. Jego realizacją zajmował się wydział III G niemieckiego Sztabu Generalnego. Celem programu było, poprzez aktywne wspieranie działalności bolszewików wymierzonej w carat, wewnętrzne osłabienie Imperium Rosyjskiego i jego armii, a po zwycięskiej rewolucji wyeliminowanie Rosji z wojny, co miało ułatwić zwycięstwo Niemiec na froncie zachodnim. Z kolei przemysł niemiecki miał uzyskać dostęp do bogactw naturalnych Rosji i jej zasobów gospodarczych.

Przebieg wojny i niepowodzenia na froncie osłabiły pozycję cara. W styczniu i w lutym 1917 roku wybuchają w Rosji strajki. Podsycali je, jak pisze Wikipedia, polityczni agitatorzy. Jednak nie informuje skąd się oni wzięli i kim byli. Obecnie też nie wiemy kim są działacze Antify i kto ich wspiera. Za początek rewolucji lutowej uznaje się dzień 23 lutego/8 marca, gdy doszło do strajku Zakładów Putiłowskich – największej pod względem produkcji firmy metalurgiczno-maszynowej w Rosji. Protestujący wystąpili z żądaniami podwyżki wynagrodzeń o 50%. W Piotrogrodzie wybuchły rozruchy, które miały trwać nieprzerwanie do upadku monarchii. W demonstracjach uczestniczyli mienszewicy, eserowcy i bolszewicy. Następnego dnia w manifestacjach wzięło udział 160-200 tysięcy robotników, część strajkowała.

25 lutego/10 marca na ulicach manifestowało około 300 tysięcy osób, z czego najbardziej zorganizowaną grupę stanowili metalowcy. Oprócz fabryk strajkowali tramwajarze i drobni przedsiębiorcy. Po południu do akcji przeciwko strajkującym stanęli żołnierze i funkcjonariusze policji. Później tłum atakował funkcjonariuszy, a policja przestała interweniować. – Czyż nie tak jest obecnie w Ameryce, gdzie policjanci klękają przed czarnymi? Czy nie miał racji cesarz Hajle Syllasje, który w rozmowie z Orianą Fallaci stwierdził, że w świecie nigdy nie dzieje się nic nowego? W nocy z 25 na 26 lutego/11 marca władze utraciły kontrolę nad robotniczymi dzielnicami Piotrogrodu, szczególnie dzielnicą Wyborską, gdzie tłum rozbijał i podpalał komisariaty policji. W niedzielę 26 lutego/11 marca Piotrogród został otoczony przez oddziały wojska. Po południu w kilku dzielnicach otworzyło ono ogień do tłumu. Na Placu Znamieńskim zginęło około 40 osób.

Decydującym dniem protestów był 27 lutego/12 marca. Do protestujących przyłączyli się wojskowi. W nocy z 26/27 lutego żołnierze Pułku Pawłowskiego przegłosowali odmowę posłuszeństwa rozkazom strzelania do ludności cywilnej. Wkrótce dołączyły do nich oba pułki gwardyjskie: Prieobrażenski i Litewski. Rano 27 lutego/12 marca te trzy pułki, uzbrojone, wyszły na miasto. Żołnierze zaatakowali i zdemolowali koszary żandarmerii i usuwali prorządowe posterunki. Wkrótce połączyli się z protestującymi robotnikami. Wypuścili więźniów z Twierdzy Pietropawłowskiej, zdemolowali Ministerstwo Spraw Wewnętrznych, bili i zabijali policjantów w mundurach. Wieczorem tłum zdobył centralę Ochrany, wyrzucając i podpalając akta. Najbardziej aktywnymi byli konfidenci.

27 lutego/12 marca na posiedzeniu Konwentu Seniorów Dumy został powołany Komitet Tymczasowy Dumy – organ wykonawczy Dumy. Był on złożony z przedstawicieli wszystkich partii politycznych. 28 lutego/13 marca przejął praktycznie wykonywanie obowiązków rządu Rosji i wyznaczył swych komisarzy do istniejących ministerstw. Tego samego dnia z inicjatywy mienszewików powstała Piotrogrodzka Rada Delegatów Robotniczych i Żołnierskich, do której fabryki i jednostki wojskowe wybrały delegatów, w przytłaczającej większości umiarkowanych socjalistów (bolszewicy i eserowcy maksymaliści uzyskali łącznie około 10% głosów).

W tym okresie cały czas zmniejszała się liczba wojsk wiernych carowi. Wobec takiego rozwoju wypadków 2 marca/15 marca car Mikołaj II uznał, że utrzymanie władzy jest niemożliwe i, na żądanie umiarkowanych polityków i monarchistów, abdykował na rzecz młodszego brata, wielkiego księcia Michała Aleksandrowicza. Wskutek ciężkiej sytuacji w kraju wielki książę nie przyjął korony i zrzekł się jej następnego dnia, przekazując całą władzę Tymczasowemu Komitetowi Dumy. – I w taki sposób nastąpił kres monarchii w Rosji.

Kierownictwo rewolucji próbowały objąć dwa ośrodki władzy powstałe 27 lutego/12 marca. Były to powołany przez Dumę i popierany przez centrystów i umiarkowanych – Komitet Tymczasowy Dumy i Piotrogrodzka Rada (Sowiet), zdominowana przez eserów i socjaldemokratów. 2/15 marca Komitet Tymczasowy Dumy, w porozumieniu z Komitetem Wykonawczym Piotrogrodzkiej Rady Delegatów Robotniczych i Żołnierskich, powołał Rząd Tymczasowy Gieorgija Lwowa.

W ten sposób powstał system dwuwładzy. Z jednej strony oficjalną władzę sprawował Rząd Tymczasowy, który był praktycznie kontrolowany przez Piotrogrodzką Radę Delegatów Robotniczych i Żołnierskich i jej Komitet Wykonawczy. Rada na własną rękę administrowała i stanowiła prawa, często nie informując o tym rządu.

6/19 marca Rząd Tymczasowy ogłosił swój program: amnestię, demokratyczne wybory do Zgromadzenia Ustawodawczego, które miało określić przyszły ustrój Rosji, wolność prasy i swobodne działanie stowarzyszeń i partii politycznych. Zapowiedziano też kontynuowanie wojny do zwycięskiego końca.

Niemcy bardzo interesowali się tym, co dzieje się w Rosji. Początkowo mieli nadzieję na podpisanie rozejmu, który ułatwiłby im działania na froncie zachodnim. Jednak rząd chciał nadal uczestniczyć w wojnie. W związku z tym Niemcy wsparli jego przeciwników i umożliwili powrót Leninowi do Rosji, aby na miejscu włączył się w działalność rewolucyjną i osłabiał wroga tj. Rosję. 3/16 kwietnia Lenin wraca z emigracji w Szwajcarii i wspiera pacyfistyczną agitację bolszewików. 4/17 kwietnia ogłasza on swoje tezy kwietniowe – referat o konieczności rewolucji socjalistycznej. 30 kwietnia/13 maja bolszewicy utworzyli paramilitarne oddziały Gwardii Czerwonej. 18 maja do Rządu Tymczasowego wchodzą mienszewicy. W czerwcu, na tle sprzeciwu wobec udziału Rosji w wojnie, powstała w partii eserowskiej frakcja lewicowych eserowców, opowiadająca się, podobnie jak bolszewicy, za opozycją wobec Rządu Tymczasowego, w przeciwieństwie do prorządowego stanowiska większości w partii S-R.

Od 3/16 do 7/20 lipca miały miejsce w Piotrogrodzie burzliwe demonstracje robotników, żołnierzy i marynarzy, połączone z blokadą Pałacu Taurydzkiego – siedziby Piotrogrodzkiej Rady Delegatów Robotniczych i Żołnierskich, w której większość mieli popierający rząd mienszewicy i eserowcy. Była to nieudana próba przejęcia władzy przez bolszewików. Po powrocie Aleksandra Kiereńskiego (ministra wojny) z frontu w dniu 6 lipca/19 lipca Rząd Tymczasowy opanował sytuację przy pomocy lojalnych oddziałów garnizonu piotrogrodzkiego i żołnierzy ściągniętych z frontu, ujawniając uprzednio w prasie część zdobytych dokumentów o zagranicznym finansowaniu bolszewików. Rząd zdelegalizował ich partię jako agentów niemieckich. Lenin ukrył się w Finlandii. 8/21 lipca, po dymisji Georgija Lwowa, nowy gabinet skompletował Aleksander Kiereński. Był on przekonany o wyeliminowaniu zagrożenia ze strony bolszewików. Tymczasem sytuacja gospodarcza pogarszała się z dnia na dzień. Postępował paraliż państwa i armii – jedynej siły, która mogłaby powstrzymać bolszewików. 26 lipca/8 sierpnia zjazd bolszewików postanowił rozpocząć przygotowania do przejęcia władzy drogą powstania zbrojnego.

1/14 września Rząd Tymczasowy proklamował ustrój republikański Rosji. 25 września/8 października w wyniku nowych wyborów w sekcji robotniczej Rady Piotrogrodzkiej większość uzyskali bolszewicy na czele z Trockim, który został nowym przewodniczącym Rady. Pomiędzy 3/16 października a 10/23 października Lenin potajemnie wraca do Piotrogrodu. Do 24 października/6 listopada pozostaje w ukryciu. 10/23 października Komitet Centralny bolszewików przyjął rezolucję o powstaniu zbrojnym i stworzył pierwsze Biuro Polityczne. 12/25 października Rada Piotrogrodzka utworzyła Komitet Wojskowo-Rewolucyjny, oficjalnie dla obrony stolicy przed Niemcami – w rzeczywistości jako sztab przygotowujący przewrót.

17 /30 października sprzeciwiający się tej decyzji członek KC Lew Kamieniew (wraz z Grigorijem Zinowjewem), zwolennik idei „jednolitego rządu socjalistycznego” w koalicji z eserowcami i mienszewikami – w wywiadzie dla gazety Nowaja Żyzn, podał do publicznej wiadomości swój (i Zinowiewa) sprzeciw wobec planu zbrojnego obalenia Rządu Tymczasowego. W skład rządu wchodzili bowiem przedstawiciele partii demokratycznych – dwóch partii socjalistycznych (eserowców i mienszewików) i będącej w mniejszości liberalnej partii kadetów (KD – konstytucyjno-demokratyczna). Ogólnorosyjskie wybory parlamentarne miały się odbyć za niespełna trzy tygodnie 12 listopada/25 listopada 1917 roku.

24 października/6 listopada Rząd Tymczasowy zadecydował o zamknięciu bolszewickich gazet oraz o wymianie oddziałów garnizonu stolicy, ale to tylko przyspieszyło wybuch powstania. O jego dacie przesądził ostatecznie termin II Wszechzwiązkowego Zjazdu Rad, który miał rozpocząć obrady 25 października/7 listopada i który Lenin chciał postawić przed faktem dokonanym przejęcia władzy przez bolszewików.

24 października/6 listopada oddziały porządkowe bolszewickiej Organizacji Wojskowej, na rozkaz Komitetu Wojskowo-Rewolucyjnego Rady Piotrogrodzkiej, bez oporu zajęły strategiczne punkty stolicy Rosji, zaczynając od centrali telefonicznych (w stanie wojennym w Polsce w 1981 roku odłączono telefony), budynku Poczty Głównej i telegrafu oraz mostów na Newie. Odbywało się to najczęściej przez prostą zmianę posterunków. Gwardia Czerwona zajmowała lokalne posterunki policji i przejmowała jej funkcje. Wieczorem 24 października/6 listopada do siedziby komitetu Wojskowo-Rewolucyjnego Rady Piotrogrodzkiej dotarł Lenin, który do tej pory ukrywał się w mieszkaniu konspiracyjnym.

25 października/7 listopada cały Piotrogród, oprócz siedziby rządu – Pałacu Zimowego, był w rękach bolszewików. Przewrót odbył się prawie niepostrzeżenie – toczyło się normalne życie miasta – jeździły tramwaje, czynne były kina, restauracje, odbywały się koncerty i występy baletowe. Pałac Zimowy został zdobyty dopiero 26 października/8 listopada 1917 roku o godz. 2.10 w nocy.

27 października/9 listopada obradujący od poprzedniego dnia II Zjazd Rad Delegatów Robotniczych i Żołnierskich ogłosił, po przemówieniu Lenina, przejęcie władzy przez „Rząd Tymczasowy Robotników i Chłopów – Radę Komisarzy Ludowych”, składającą się wyłącznie z działaczy bolszewickich, której przewodniczącym został przywódca bolszewików – Lenin. Oznaczało to faktyczne zakończenie okresu dwuwładzy w Rosji i przejęcie pełni władzy przez partię bolszewików za fasadą władzy rad.

Bolszewicy nie zdecydowali się na odwołanie wyborów do Zgromadzenia Ustawodawczego (Konstytuanty), które Rząd Tymczasowy Aleksandra Kiereńskiego rozpisał na 12/25 listopada. Publicznie bowiem deklarowanym przez bolszewików (na II Zjeździe Rad) powodem zbrojnego przejęcia przez nich władzy była ochrona wolnych wyborów do Zgromadzenia Konstytucyjnego przed „zamachem reakcji”. Wolne wybory wygrała partia eserowców (socjalistów-rewolucjonistów) (58% głosów, 410 mandatów) dzięki powszechnemu poparciu na wsi. Bolszewicy uzyskali 25% głosów i 125 mandatów – jednak wygrali w Piotrogrodzie, Moskwie, oddziałach Frontu Zachodniego i Północnego, ale parlament zebrał się tylko jeden raz 18 stycznia 1918 roku, po czym został rozpędzony przez bolszewików. Masową manifestację w obronie Konstytuanty w Piotrogrodzie rozpędzono z użyciem broni palnej przez oddane bolszewikom oddziały strzelców łotewskich.

Fakty powyższe, dotyczące przebiegu rewolucji, zaczerpnąłem z Wikipedii, która korzystała z wielu źródeł, m.in. z prac Richarda Pipes’a. W swojej książce Rewolucja rosyjska, której fragment cytuje Wikipedia, pisze on:

Wydarzenia, które doprowadziły do obalenia Rządu Tymczasowego, nie miały charakteru żywiołowego: były wynikiem spisku zawiązanego przez ściśle zakonspirowaną organizację. Dopiero po trzech latach wojny domowej i nieprzebierającego w środkach terroru spiskowcy zdołali podporządkować swemu panowaniu większość ludności. Październik był klasycznym „coup d’etat”, przechwyceniem władzy państwowej przez znikomą mniejszość, dokonanym – z uwagi na demokratyczne konwencje epoki – przy zachowaniu pozorów uczestnictwa mas, ale bez ich zaangażowania. Do działań rewolucyjnych wprowadzono metody bardziej odpowiednie dla stanu wojny, niż polityki. Zamach bolszewicki przebiegał w dwóch fazach. W pierwszej, trwającej od kwietnia do lipca, Lenin usiłował przechwycić władzę w Piotrogrodzie za pomocą demonstracji ulicznych wspieranych siłą zbrojną. Na wzór rozruchów lutowych zamierzał nasilać te demonstracje, aż zamienią się w pełną rewoltę, w wyniku której władza zostanie przekazana najpierw radom, a zaraz potem jego partii. Strategia ta zawiodła: w lipcu trzecia próba niemal doprowadziła partię bolszewików do zguby. Do sierpnia bolszewicy odzyskali siły na tyle, aby ponownie sięgnąć po władzę, ale tym razem posłużyli się inną strategią. Trocki, który przejął przywództwo, kiedy Lenin ukrywał się przed policją w Finlandii, unikał demonstracji ulicznych, a przygotowania do bolszewickiego zamachu ukrywał za kulisami sfałszowanego i bezprawnego zjazdu rad, jednocześnie wprowadzając do akcji specjalne oddziały szturmowe, które miały zająć najważniejsze placówki rządowe. „De nomine” przejęcie władzy miało być tymczasowe i prowadzone w imieniu rad; „de facto” jednak było trwałe i służyło partii bolszewickiej.

Pipes, jak podaje Wikipedia, to amerykański historyk i sowietolog pochodzenia polsko-żydowskiego. Twierdzi on, że wydarzenia, które doprowadziły do obalenia Rządu Tymczasowego nie miały charakteru żywiołowego, ale były wynikiem spisku zawiązanego przez ściśle zakonspirowaną organizację. A więc tajne związki, związki, które towarzyszą ludzkości od najdawniejszych czasów. Znamy je z czasów reformacji i wcześniejszych, ale też i późniejszych. Ich cel jest zawsze ten sam: wywoływanie zamieszek, rozruchów, rewolucji. A któż za tym stoi – chciałoby się zapytać. Trocki, z tego co pisze Pipes, dysponował specjalnymi oddziałami szturmowymi. A skąd one się wzięły? Kto je wyszkolił? Kto je finansował? – Są pytania, na które żadni historycy nie chcą odpowiadać, no, może nie wszyscy!

Antony C. Sutton (1925-2002) angielski ekonomista, historyk i pisarz, autor m.in. książki Wall Street i rewolucja bolszewicka, w innej swojej pracy Skull and bones Tajemna elita Ameryki (1983) pisze:

W latach 1917-1921 Sowieci przejęli kontrolę nie tylko nad Rosją, ale i nad Syberią i Kaukazem. Stany Zjednoczone podjęły interwencję na Syberii, wzdłuż trasy Kolei Transsyberyjskiej. Ze sporządzonych przez George’a Kennana oraz historyków radzieckich opisów tej amerykańskiej interwencji wynika, że była to operacja wymierzona przeciwko władzom rewolucyjnym. W rzeczywistości było zupełnie inaczej. Powodem, dla którego Stany Zjednoczone rozlokowały swoje oddziały na trasie Kolei Transsyberyjskiej, było powstrzymanie Japończyków, nie Sowietów. Gdy Amerykanie opuszczali Władywostok władze radzieckie zgotowały im huczne pożegnanie. Jest to kolejna nieopowiedziana historia, o której milczą podręczniki.

Nie sposób tego wszystkiego zrozumieć, tych wszystkich rewolucji, wojen, przewrotów, jeśli nie znamy filozofii ludzi, którzy tym wszystkim kierują. I to też wyjaśnia Sutton w cytowanej wyżej książce:

Na przestrzeni ostatnich dwustu lat, od czasu gdy w niemieckiej filozofii rozbłysła gwiazda Kanta, można wyróżnić dwa sprzeczne ze sobą systemy filozoficzne oraz przeciwstawne idee państwa, społeczeństwa i kultury. W Stanach Zjednoczonych, na terenie Brytyjskiej Wspólnoty Narodów i we Francji podstawą filozofii jest jednostka oraz prawa jednostki. Tymczasem w Niemczech, od czasów Kanta, przez Fichtego i Hegla aż do roku 1945, filozofia opierała się na powszechnym braterstwie, odrzuceniu indywidualizmu i ogólnym sprzeciwie wobec klasycznej zachodniej myśli liberalnej w niemal wszystkich jej aspektach. Niemiecki idealizm, jak już zauważyliśmy w poprzednich częściach, stanowił podstawy filozoficzne prac zarówno Karla Marksa i lewicowych heglistów, jak i Bismarcka, Hitlera i heglistów prawicowych. Na tym właśnie polega paradoks: Hegel zapewnił podstawy teoretyczne nie tylko najbardziej konserwatywnym ruchom niemieckim, ale i najbardziej rewolucyjnym ruchom XIX wieku. Korzenie filozofii zarówno Marksa, jak i Hitlera tkwią w heglizmie.

Z systemu filozoficznego Hegla wywodzi się dialektyka historyczna, czyli przekonanie, że wszystkie wydarzenia historyczne są skutkiem konfliktu pomiędzy przeciwstawnymi siłami. Te powstające wydarzenia są czymś innym od wydarzeń konfliktowych i od nich wyższym. Każdą ideę lub realizację idei można uznać za „tezę”. Teza ta będzie zachętą do pojawienia się sił jej przeciwnych, czyli „antytezy”. Ostatecznym rezultatem nie będzie natomiast ani teza, ani antyteza, lecz synteza tych dwóch skonfliktowanych sił.

W innym miejscu Sutton pisze: Nasz dwupartyjny, republikańsko-demokratyczny system (w istocie tworzy go jedna heglowska partia, a nikt inny nie jest ani mile widziany, ani w ogóle do niego dopuszczony) stanowi odbicie nowego heglizmu. Niewielka grupa – bardzo niewielka grupa – jest w stanie z jego pomocą manipulować i do pewnego stopnia kontrolować społeczeństwo, wykorzystując je do swoich własnych celów. – Czy POPiS jest taką jedną partią heglowską? Na to pytanie niech już każdy sam sobie odpowie.

Prawdopodobnie najtrudniejszym zadaniem stojącym przed autorem tej książki będzie przekazanie czytelnikowi w istocie trywialnej informacji: celem Zakonu (ta tajemna siła Ameryki – przyp. mój) nie jest „lewica” ani „prawica”. „Lewica” i „prawica” są sztucznie wykreowanymi narzędziami mającymi posłużyć wprowadzeniu zmiany, a ich skrajne odłamy stanowią istotne elementy w procesie kontrolowanej zmiany.

Filozofią heglowską można zatem dużo wyjaśnić: przyczyny rewolucji, konfliktów, wojen itp. Ale można też wyjaśnić i to, z czym mamy obecnie do czynienia. Pod pozorem pandemii państwa zaczynają odbierać ludziom ich podstawowe prawa. I to Sutton wyjaśnia:

W systemie heglowskim konflikt ma kluczowe znaczenie. Co więcej, w opinii Hegla i systemów opierających się na jego filozofii państwo jest absolutem. Państwo wymaga od każdego obywatela całkowitego posłuszeństwa. W tak zwanym systemie organicznym jednostka nie istnieje sama dla siebie, ale jej celem jest wypelnianie zadania przewidzianego dla niej przez państwo. Wolność można znaleźć jedynie w posłuszeństwie wobec państwa. W hitlerowskich Niemczech wolność nie istniała, wolności nie przewiduje marksizm, nie będzie jej także wtedy, gdy zapanuje Nowy Porządek Świata. I jeśli przypomina to orwellowski Rok 1984, to tak właśnie ma być.

Mówiąc krótko, państwo jest najważniejsze, a konflikt jest narzędziem umożliwiającym zaprowadzenie idealnego społeczeństwa. Wolność jednostki kryje się w jej posłuszeństwie wobec rządzących.

Czym jest więc państwo? Jest nim rzecz jasna samozwańcza elita. Co ciekawe, Fichte, który zaprezentował te idee jeszcze przed Heglem, był masonem, niemal na pewno należał także do iluminatów, a z całą pewnością był ich protegowanym. Johann Wolfgang Goethe (wśród iluminatów znany jako Abaris) zapewnił Fichtemu stanowisko na Uniwersytecie w Jenie.

Co więcej, wyznawana przez iluminatów zasada, że cel uświęca środki – zasada, którą Quigley uznał za niemoralną, a stosowana zarówno przez Grupę (angielski odpowiednik Zakonu – przyp. mój), jak i Zakon – wywodzi się z filozofii heglowskiej.

Ten ostatni cytat wyjaśnia obecną sytuację. Pod pretekstem pandemii dąży się do wprowadzenia przymusowych szczepień, których celem nie jest ochrona zdrowia, tylko podporządkowanie jednostek państwu, poprzez wszczepianie czipów i wstrzykiwanie do organizmu nieznanych substancji. Tak ma wyglądać Nowy Porządek Świata, w którym państwo będzie absolutem. Będzie to jedno ogólnoświatowe państwo.

W tym wszystkim jest, przynajmniej dla mnie, uderzające podobieństwo w mentalności dwóch narodów: Żydów i Niemców. W obu dominuje podporządkowanie się jednostki ogółowi. U Żydów datuje się to od czasów reform Ezdrasza i Nehemiasza w V wieku p.n.e. Nie dziwi więc to, że filozofia heglowska narodziła się w Niemczech. Józef Ignacy Kraszewski w swojej powieści ŻYD Obrazy współczesne, która ukazała się w 1866 roku, wkłada w usta jednej z jej postaci takie słowa:

Otóż, najukochańsi Niemcy – kończył Duńczyk – wierzcie mi, że nie mówię tego przez zazdrość o posiadanie Szlezwiku i Holsztynu, bo wcale mi te księstwa nie smakują… wy się mylicie grubo, utrzymując, iż Schiller, Goethe, Kant, Hegel byli Niemcami…

Jeśli więc Hegel nie był Niemcem, a Hitler, jak pisał cytowany przeze mnie Sutton, z niego czerpał, to robi się ciekawie…

Państwo w państwie

Każdy uważny obserwator życia politycznego w Polsce nie ma już chyba wątpliwości, że Żydzi w państwie polskim tworzą własne państwo i nawet się z tym nie kryją. Nie jest to zresztą dla nich nic nowego, raczej kontynuacja pewnego procesu. Mieli swoje własne państwo w Polsce przedrozbiorowej, a i wcześniej tego typu twory nie były im obce.

Królestwo izraelskie zniszczył asyryjski król, Salmanazar VI w 726 roku p.n.e., a judajskie – babiloński Nabuchodonozor w 586 roku p.n.e. Izraelici nigdy nie wrócili do Palestyny. Przewiezieni przez asyryjskiego króla do Medii, zlali się z obcymi ludami i ślad po nich zaginął. Judaici ocalili się. W Babilonii kolonia żydowska była państwem w państwie. Utworzyli własny rząd i rządzili się jak we własnym domu. Odprowadzali do skarbu królewskiego niewielki podatek pogłówny i ziemski. Na czele tej kolonii stał egzylarcha – najwyższy sędzia i kapłan wszystkich Żydów w Babilonii. Był on księciem panującym, patriarchą (nassi). Później władzę podzielono na dwie części. Egzylarcha został kierownikiem spraw politycznych i cywilnych. Drugą część – część wyznaniową powierzono dygnitarzowi, którego nazwano gaonem. Taki podział przetrwał do II w. n.e. Rządy te objęły panowanie nad wszystkimi koloniami żydowskimi rozproszonymi po świecie.

Bitwa pod Jeres de la Frontera (711 r. n.e.) rozstrzygnęła o losach chrześcijaństwa na Półwyspie Iberyjskim. Po tym zwycięstwie Arabowie wtargnęli w głąb kraju, wszędzie wspierani przez Żydów. Umocnienie się islamu w Hiszpanii pozwoliło im na coraz liczniejsze osadnictwo. Około X wieku dochodzi do przeniesienia się tam kierownictwa Izraela. Wysoka Rada (Sanhedryn) pozostaje tajna, podobnie jak w Babilonii. Hiszpania staje się największym skupiskiem żydostwa, a Toledo – ich hiszpańską Jerozolimą.

Jeszcze w okresie powstania inkwizycji hiszpańskiej, żydostwo, zanim zmuszone zostało do opuszczenia swojej bazy, zainteresowało się państwem polskim jako terenem mogącym w przyszłości zastąpić Hiszpanię. Żydzi, zaprawieni w politycznych intrygach, mogli, w kraju na kresach ówczesnej Europy, łatwo uzyskać kierowniczą rolę i zabezpieczyć się od przykrych niespodzianek. Sprzyjała temu gościnność i otwartość Słowian. Wybór Polski na przyszłe skupisko żydostwa dokonany został już w XV wieku.

Teodor Jeske-Choiński w książce Historia Żydów w Polsce pisze:

»Na razie nie sklecili Żydzi polscy ze swoich wszystkich kolonii jednej ogólnej całości, zadowalając się organizacją poszczególnych gmin. Z czasem jednak złączyli te gminy w jednolite ciało, budując w ten sposób „państwo w państwie”. Podstawą tego państwa w państwie nie była tylko lichwa i wszelkiego rodzaju chciwość, lecz głównie cele religijno-polityczne, posłuszne programowi Ezdrasza, Nehemii i Talmudowi.

Chodziło budowniczym żydowskim owego status in statu o utrzymanie swoich współwyznawców na obroży teokratycznej, aby obietnice Talmudu nie spełzły na niczym. Lud żydowski powinien według jego mniemań być Żydem niezmiennym – Żydem z czasów przedchrześcijańskich, nieubłaganym wrogiem wszystkich „gojów” i „akumów”, jeżeli chce panować kiedyś nad całym światem, co mu Talmud obiecuje. Do tej roboty potrzeba narodowi, niezdolnemu do rozprawy orężnej, fury złota, bo czego słaby miecz nie dokona, to załatwi pieniądz. Przeto wolno „świętemu” ludowi Jehowy łupić goja bez litości, oszukiwać go, okradać itd.

Mamon, zjednawszy sobie przychylność władców i wielmożów, pomógł Żydom – oddawał powoli w ich ręce sprawy polityczne, religijne, administracyjne, sądowe, handlarskie – słowem, pełną autonomię. Autonomia ta chwiała się jeszcze jakiś czas to w prawo to w lewo, nadawana i kasowana, co zależało od przekonań i potrzeb takiego lub innego króla i jego doradców. Ustaliła się dopiero za Zygmunta Augusta.

Zanim się pełna autonomia żydowska sformowała i ustaliła, rządziły gminami tylko kahały pod komendą tzw. „starszych”. Ci „starsi” zajmujący się głównie polityką, administracją i sądami, nie różnili się niczym od „tyranów” miast greckich lub kacyków murzyńskich. Będąc nie tylko rządcami gminy, ale równocześnie jej policją i sądem, rzucili do stóp swoich za pomocą małej i wielkiej klątwy (cherem) wszystkich talmudystów.

Uzyskawszy pełną autonomię za Zygmunta Augusta, utworzyli Żydzi zjazdy (synody) prowincjonalne i ogólne. Podzielili Polskę na „cztery kraje”, na: Wielkopolskę, Małopolskę, Ruś Czerwoną z Podolem, Wołyń z Ukrainą i Lublinem. Na synody te zjeżdżali się delegaci z Krakowa, Poznania, Lublina, Lwowa i sześciu delegatów powołanych przez rabinów.

Synody te były najwyższą władzą Żydów polskich, ich rządem. A rządem tak energicznym, iż żaden prawowierny talmudysta nie śmiał oprzeć się jego rozkazom. Żaden Żyd, choćby najwięcej pokrzywdzony przez kahał lub zjazd delegatów, nie odważyłby się udać po sprawiedliwość do sądów chrześcijańskich. Ukamienowaliby go jego współwiercy, zdeptaliby jak robaka. Jedyną ucieczką przed tyranią kahałów i synodów było przejście na łono chrystianizmu, ale i ten środek nie skutkował zawsze. Rząd żydowski umiał chwytać swoich odstępców i uczynić ich potajemnie nieszkodliwymi. Tym się tłumaczy, że neofici wybierali sobie zwykle na rodziców chrzestnych panów możnych, którzy by ich w razie potrzeby mogli zasłonić przed fanatyzmem talmudystów. W całej historii Żydów polskich odważyli się na bunt jawny jedni tylko frankiści, ale i oni, nie chcąc zgnić w więzieniach kahalnych, lub dać gardło, byli zmuszeni schronić się pod opiekuńcze skrzydła krzyża.

Rząd żydowski był naprawdę rządem. Uchwalał podatki, kontrolował handel i przemysł, dyktował praktyki kultu, zakładał szkoły, mianował nauczycieli, sędziów, rozstrzygał w ostatniej instancji bez apelacji wszelkie spory między rabinami, kahałami a stronami prywatnymi, ustanawiał miarę i wagi – słowem porządkował całokształt życia swoich współwierców, broniąc ich odrębność narodową, czyli program Talmudu.

Zawsze obłudni, przebiegli notablowie żydowscy starali się otumanić „gojów”, odgrywali kłamliwie rolę obywateli, posłusznych rządowi polskiemu. Na zjeździe na przykład „czterech ziem” w r. 1581 w Lublinie zabronili Żydom dzierżawić mennicę, żupy solne i pobór czopowego i zagrozili im, gdyby nie byli posłuszni rozkazowi synodu, klątwą: „Będzie wyklęty i wykluczony z obu światów, będzie odłączony od wszelkich świętości Izraela; jego chleb będzie uważany za chleb poganina, jego wino za sprofanowane, jego mięso jako mięso nieżyda, jego związki małżeńskie za cudzołóstwo, pochowany będzie jak „osieł” itp. – Kłamali głosem piorunującym. Kłamali tak podstępnie, aby zamydlić „gojom” oczy, aby odwrócić ich uwagę od działalności rządu żydowskiego.

Notablowie Judy przeklinali niby, potępiali swoich poddanych, a cieszyli się, gdy się dowiadywali, że się ich „wyklęci” bogacili. Bowiem celem ich obrad było osłabić Polaków, a wzmacniać Żydów. Polska miała być przecież jedną z tych ziem, które Talmud obiecał narodowi „wybranemu”.

Notablowie żydowscy przestraszali kupców, lichwiarzy, spekulantów, poborców, celników wielką klątwą, a oni owi wyklęci, nie pozbawiali się swojego rzemiosła, wiedząc, że ich władcy okpiwają „gojów”. By nie narazić swoich władców na podejrzliwość antyżydów polskich, odgrywali także szachraje rolę niewiniątek. Przyznaje pisarz żydowski, M. Schorr, że „zamożni dzierżawcy (Żydzi) brali dzierżawę pod cudzą, chrześcijańską firmą, lub przez pozyskanie wojewody lub króla potrafili uchylić się od tych zakazów i przy swych źródłach dochodowych utrzymać. Właśnie w tych czasach spotykamy Żydów jako bogatych dzierżawców żup i podatków”.

Więc było Żydom w Polsce, jak u „Pana Boga za piecem”. Nie czuli wcale niewoli, wygnania, braku „świątyni”. Mieli po całym kraju mnóstwo synagog. Jak za dawnych, dobrych czasów egzylarchatu babilońskiego, komentowali ich „uczeni” i dopełniali Talmud, wydawali egzegezy, komentarze, suplementy, traktaty rabiniczne, zasypując nimi całą Europę.

Władza polska nie przeszkadzała im w zakładaniu szkół, w których chowali swoje dzieci. W najniższych szkołach uczyły się dzieci czytania i pisania, w wyższych wtajemniczano je w egzegezę ksiąg świętych.

Pozwoliła także władza polska Żydom zakładać hebrajskie drukarnie. Sprowadzili oni (w r. 1530) drukarzy włoskich do swoich drukarń w Krakowie, Lublinie i innych większych miastach. Z oficyny Pawła Helicza (około r. 1540) rozbiegły się po całym kraju setki egzemplarzy Talmudu.

Talmud był głównym źródłem uczoności rabinów polskich. Tylko w nim siedzieli po uszy, czerpiąc z niego mądrość. Pogrążeni w kazuistyce i metafizyce „Księgi Ksiąg” wpadli w dziwactwa kabalistyczne.

W ciasnym kółku kazuistyki i kabalistyki obracała się „nauka” Żydów polskich. Zwróciło na to uwagę dzieło hiszpańskiego Żyda, Palkeiry, drukowane w Krakowie (1545 r.). Palkeira radził swoim współwiercom zająć się także wiedzą świecką.

Zrozumieli to notablowie żydowscy i, porozumiawszy się na synodzie, rozesłali po całym kraju następującą odezwę: „Jehowa brzmi w urywku, ta odezwa ma liczne Sefiroty, Adam miał różne doskonałości wypływy. Izraelita tedy na jednej tylko nauce przestawać nie powinien. Pierwsza jest święta nauka, ale czyż dlatego mniej smacznego nie mamy jeść jabłka! Wszystkie nauki nasi wynaleźli ojcowie i kto nie jest bezbożny, znajdzie początek wszystkich umiejętności w księgach Mojżesza. Co było waszą chwałą dawniej, wstydem teraz być może. Byli Żydzi u królów na dworze, Mardochei był uczony, Ester byłą mądrą, Nehemiasz był radcą perskim i lud wybawili z niewoli. Uczcie się, bądźcie użytecznymi królowi i panom, a będą was szanować. Ile gwiazd na niebie, ile piasku w morzu, tyle jest Żydów na świecie, jako gwiazdy, a każdy nas depce jak piasek. Król nasz jest tak mądry jak Salomon, tak święty jak Dawid, ma przy sobie Samucha, drugiego prawie proroka. Patrzy on na wszystkich ludzi jak na las ogromny. Rzuca wiatr różne nasiona drzew i nikt się nie pyta, skąd najpiękniejsze drzewo ma swój pochód. Czemuż i z nas cedr libański wśród tarniny powstać nie ma?” (odezwa powtórzona z „Historii Żydów w Polsce” Aleksandra Kraushara).

Nawet w takiej odezwie nie umieli się notablowie żydowscy pozbyć megalomanii i kłamliwego pochlebstwa. Chełpili się, że ich ojcowie (przodkowie) wynaleźli wszystkie nauki, a wiadomo, że ci „ojcowie” paśli jako koczownicy trzody, jeszcze wówczas, kiedy kaplani egipscy utorowali już drogę do tajemnic wiedzy. Króla polskiego nazywali „mądrym jak Salomon”, bo potrzebowali jego łaski, a po cichu pluli zapewne na niego, na „goja”. Potrzebując także opieki ówczesnego kanclerza, Samuela Maciejowskiego, łaskotali jego ambicję tytułem „drugiego proroka”.

Skoro tak uwielbiali królów i wielmożów polskich, mogli się byli nauczyć języka polskiego. Mieli dosyć czasu, bo aż 500 lat. A mimo swoją „lojalność” nie przestali używać zepsutego języka niemieckiego (żargonu).

Uczeni żydowscy XVI wieku pisali swoje dzieła albo po hebrajsku, albo po łacinie i niemiecku. Nie uważali za potrzebne uczyć się w swoim państwie języka „mądrego jak Salomon króla” i „drugiego proroka”.

Dobrze im było w tym „swoim państwie”, tak dobrze, iż poeci hebrajscy sklecali rymy na cześć Polski. Jeden z nich zaczął swój poemat słowami: „Polsko, królewska ziemio, w której od wieków żyliśmy szczęśliwie”…

Żyli wyznawcy Mojżesza szczęśliwie, ale tylko dla siebie, bo im ich wiara nie pozwalała służyć „gojom”. Oprócz nich mieszkali w Polsce jeszcze inni innowiercy, np. mahometanie, którzy przywykłszy do swojej nowej ojczyzny pokochali ją szczerze i stali się jej wiernymi synami, za co ich sejm lubelski (1569 r.) wyniósł do godności obywateli polskich.

Pobłażliwą, łagodną, tolerancyjną była Polska dla wszystkich obcych gości, przygarniała ich do swojego łona, nie mieszając się do ich spraw religijnych.

Słusznie pisał Lelewel („Polska, dzieje rzeczy jej”): W czasie Unii Lubelskiej, wskutek której mahometanie prawo obywatelskie otrzymali, gdyby Żydzi podobnego zapragnęli, nie mogliż do niego, choć cząstkowie, choć chwilowo trafić? Talmud stał na zawadzie”.

Talmud stał w istocie, jak wiadomo, potężnym murem między Żydami a innowiercami, spętawszy ich niezłomną odrębnością.«

Taki stan rzeczy trwał do czasu rozbiorów. Wykształciła się też w tym czasie grupa Żydów zwanych sztadlanami, których zadaniem było korumpowanie posłów, zabieganie o to, by instrukcje poselskie nie szkodziły Żydom. O tym pisałem w blogu „Sztadlani”.

Czasy się zmieniały. Rewolucja francuska dała Żydom równouprawnienie i rozprowadziła tę ideę za sprawą wojsk napoleońskich po całej Europie. W Polsce jej echem była insurekcja kościuszkowska. Chyba nie osiągnęła zamierzonego przez jej inicjatorów celu, bo po trzydziestu latach wybucha powstanie listopadowe. Po nim ma miejsce tzw. Wielka Emigracja. Elity opuszczają kraj. W mojej ocenie był to kluczowy moment, który zadecydował o tym, że w Polsce nastąpiła podmiana elit. Bernhard Struck w książce Nie Zachód, nie Wschód – Francja i Polska w oczach niemieckich podróżnych 1750-1850 opisuje to tak:

Ostatni rozbiór Polski i pierwsza fala emigracji polskich elit politycznych i kulturalnych po 1795 r. wpłynęła na zmniejszenie się liczby ewentualnych rozmówców czy partnerów. Ostatecznie stosunki te uległy zerwaniu po fali Wielkiej Emigracji, która nastąpiła po upadku powstania listopadowego. Bez elit towarzyskich i kulturalnych, wystarczy przypomnieć opisywaną ponurą atmosferę w Warszawie po 1830 r., wzajemna wymiana i splot kultur były na poziomie podróżujących, kulturalnych i literackich elit trudne do zrealizowania. Tym samym w odniesieniu do Polski sytuacja wzajemnego dialogu zmieniła się fundamentalnie. Aby posłużyć się językiem kolonialnego dyskursu, po 1831 r. nie rozmawiano już z mieszkańcami odwiedzanego kraju, lecz jedynie relacjonowano o nim samym. Polska – podobnie jak z punktu widzenia kolonizatora – przedstawiana była od zewnątrz, nie będąc już prezentowana z perspektywy kontaktów, jakie mogliby nawiązać zagraniczni goście.

Początkowo zwolennikiem asymilacji Żydów był Bolesław Prus, który miał świadomość, że Polsce brakuje elit, że najprościej byłoby skorzystać z żydowskich i uczynić ich Polakami wyznania mojżeszowego. Później jednak przejrzał na oczy i zmienił swój stosunek do nich. Przeciwnicy i zwolennicy asymilacji byli po obu stronach. Jeske-Choiński w cytowanej wyżej książce pisze:

»Prawowierni Żydzi, zaślepieni w tradycjach kilku tysięcy lat, nie chcieli się ruszyć z drogi, wskazanej im przez Ezdrasza, Nehemię i autorów Talmudu do osiągnięcia panowania nad całym światem. Słyszeć nie chcieli o jakiejkolwiek reformie. Mumią byli, nie mieli ochoty przedzierzgnąć się w ludzi żywych, posuwających się ciągle naprzód.

Żydom postępowym, dążącym do asymilacji, podał rękę ruch ekonomiczny, rozwijający się bardzo silnie w Królestwie Polskim około roku 1840. Rosło w tym czasie rolnictwo, powstawały liczne fabryki, poparte żeglugą parową na Wiśle i koleją żelazną na linii warszawsko-wiedeńskiej. Ruch ten ułatwił Żydom zbliżenie się do wszystkich sfer polskich.

Żyd, od lat dwóch tysięcy kupiec, wekslarz, bankier i spekulant, rzucił się łapczywie na przemysł. Łapać umiał znaczne zyski, bogacił się prędko. Ten, który pozbył się żargonu, chałatu, a ubrał się w strój europejski i liznął trochę kultury chrześcijańskiej, odczepił się od talmudystów i chasydów i stukał do drzwi zamożnych domów polskich. Ochrzczonemu bankierowi, fabrykantowi, spekulantowi (tzw. mechesowi) nie było trudno wywindować się na wysokie szczeble drabiny towarzyskiej. Książę, hrabia, szlachcic, potrzebujący często jego rad i pieniędzy, nie zamykał mu swoich drzwi. Bywało nawet, że zbankrutowany „karmazyn”, pozbawiony środków do wygodnego życia, ożenił się z ochrzczoną co dopiero Żydówką, albo córkę swoją związał węzłem małżeńskim z jakimś bogatym „mechesem”. Oprócz tego rodzaju niedobranych małżeństw, poparła braterstwo chrześcijan z Żydami liczna gromada urzędników wyznania Chrystusowego, służących fabrykantom, bankom i przedsiębiorstwom „mechesów”. Urzędnicy „mechesów”, nie chcąc stracić chleba, nie mogli poddać jawnej krytyce działalności swoich chlebodawców. Droga do asymilacji polsko-żydowskiej była otwarta…«

J.I. Kraszewski, mieszkając jako redaktor kronenbergowskiej „Gazety Codziennej” kilka lat w Warszawie i ocierając się o asymilatorów żydowskich, poznał ich z bliska. Był uważnym obserwatorem i znakomitym psychologiem. Co widział wokół siebie, to opisał w swej powieści „Żyd” z 1866 roku. Zbierało się na powstanie, a finansiści Kraszewskiego byli zgodni:

„W powietrzu czuć proch, ale dla nas to nic złego. Naturalnie, ofiary będą, ale trzeba się będzie wyślizgiwać, aby nas koła tej wielkiej machiny, druzgocącej wszystko, nie pochwyciły. Ostatecznie jednak dla nas wygrana, ktokolwiek z nich wygra. Albo jeden, albo drugi da nam po skończonej awanturze równouprawnienie. Choćby potrzeba było z naszej strony jakichś ofiar pieniężnych, my się zawsze najmniej zrujnujemy, ocalejemy majątkowo, bo nasze kapitały ukryte dobrze, są mniej dostępne od mienia szlacheckiego, od ziemi, widocznej dla każdego. Byliśmy długo w pogardzie i poniewierce; korzystajmy z dobrej okazji. Zamiast bawić się w patriotyzm, asymilację itp. mrzonki, myślmy przede wszystkim o sobie. Chłop polski nie lubi nas, wiemy o tym, ale chłop jest głupi – nie boimy się go. O szlachtę nam głównie idzie. Wmiesza się ona przez sam punkt honoru w awanturę, pójdzie do lasu, na krwawe pola, za co ją rząd ukarze, zniszczy, wytępi, wydusi, wywłaszczy, a wówczas dla nas droga otwarta.”

„A wówczas dla nas droga otwarta.” – Jaka droga?

„W każdym narodzie musi się wyrobić – rezonowali dalej bogacze żydowscy – ponad masy jakaś inteligencja i rodzaj arystokracji. My jesteśmy materiałem gotowym, my zawładniemy krajem, a panujemy już przez giełdy i przez wielką część prasy nad połową Europy. Ale naszym właściwym królestwem, naszą stolicą, naszym Jeruzalem będzie Polska. My będziemy jej arystokracją, my tu rządzić będziemy. Kraj ten należy do nas, jest nasz”…

Insurekcja kościuszkowska i powstanie listopadowe pozbawiło Polskę elit. Powstanie styczniowe umożliwiło Żydom zajęcie ich miejsca. Po nim nastał okres czterdziestu lat spokoju – pracy organicznej. Rewolucja 1905 roku zniszczyła rodzący się polski przemysł i przedsiębiorczość. Za każdym razem stroną przegraną była strona polska, wygraną – żydowska. Od 1905 roku do 1914, a więc do wybuchu I wojny światowej, było tylko 9 lat. Co można zrobić w 9 lat? Czy odrodzona Polska miała jakiekolwiek szanse na bycie sprawnym, dobrze zarządzanym państwem? Czy elity II RP były polskimi elitami? Sądząc po tym, jaką prowadziły politykę, to chyba nie. Jedyne co się udało, to oddolny ruch spółdzielczy, który rozwijał się bardzo dynamicznie i wypierał drobny handel żydowski. Niestety I wojna przerwała ten proces.

W 1919 roku przedstawiciele Żydów złożyli Tymczasowemu Naczelnikowi Państwa, Józefowi Piłsudskiemu, projekt, wedle którego podstawą ich funkcjonowania byłyby gminy (kahały), a ich władza wybierana na podstawie pięcioprzymiotnikowego prawa wyborczego. Miał być również powołany Żydowski Zjazd Narodowy, który miał uchwalić Konstytucję Żydów w Polsce.

W 1920 roku poseł Izak Grunbaum ze Związku Polaków Narodowości Żydowskiej zgłosił projekt artykułu 113 przygotowywanej Konstytucji II RP. Głosił on:

Ziemie Rzeczypospolitej, zamieszkałe w przeważającej większości przez narodowości niepolskie, stanowić będą autonomiczne prowincje, które otrzymają osobne przedstawicielstwo ustawodawcze, wybierane na podstawie wyborów powszechnych, bezpośrednich, równych, tajnych i stosunkowych. Osobne ustawy określą kompetencje tych ciał ustawodawczych oraz stosunek prowincji autonomicznych do państwa.

Projekt ten został odrzucony. Jego przyjęcie oznaczałoby nie tylko stworzenie państwa w państwie, ale dawałby autonomicznym prowincjom możliwość decydowania o oderwaniu się od państwa, co w praktyce prowadziłoby do jego rozpadu.

Żydzi mieli w okresie międzywojennym swoje partie: Bund – współpracujący z komunistami, Kombund – komunistyczny odłam Bundu, Niezależni Socjaliści – taki żydowski PPS. Stronnictwa syjonistyczne dążyły do odzyskania Palesyny. Były to Poalej Syjon – współpracujący z komunistami, Cejre Syjon – propagujący komunizm w przyszłej Palestynie i Hitachduth – dążący do odbudowy Palestyny na zasadach socjalistycznych.

Bund, Kombund, Partia Niezależnych Socjalistów i Poalej Syjon domagały się wspólnego państwa polsko-żydowskiego. Jidysz miał być drugim językiem urzędowym, nie tylko w urzędach, ale i w szkołach, a instytucje kultury, finansowane przez państwo ( m.in. teatry, wydawnictwa, biblioteki), miałyby mieć dwa programy: dla Żydów w jidysz, dla Polaków – po polsku.

Wszystkie partie żydowskie dążyły do uzyskania maksymalnej autonomii poprzez żydowskie gminy (kahały) i zabiegały o utworzenie przy rządzie polskim Sekretariatu Stanu do Spraw Żydowskich. Jak mówi przysłowie: co się odwlecze, to nie uciecze. Obecnie mamy urząd pełnomocnika prezydenta RP ds. kontaktów z diasporą żydowską, urząd pełnomocnika rządu RP ds. kontaktów z diasporą żydowską i urząd przedstawiciela ministra spraw zagranicznych ds. kontaktów z diasporą żydowską. A więc prezydent, rząd i ministerstwo spraw zagranicznych pod kontrolą.

W Polsce międzywojennej mieszkało ponad 3 miliony Żydów. Większość z nich nie znała języka polskiego lub znała go bardzo słabo. Jedynie 10-15% zasymilowanej ludności, która utrzymywała kontakty zawodowe lub towarzyskie, mogła pochwalić się jego znajomością. Dotyczyło to przeważnie ludzi z dużych miast. Zgoła odmienna sytuacja panowała w małych miasteczkach i na wsiach. Marian Miszalski w swojej książce Żydowskie lobby polityczne w Polsce cytuje Żyda spod Lwowa Leona Weliczkera:

Nasze małe miasteczko Stojanów liczyło około tysiąca Żydów i podobną ilość Polaków i Ukraińców (…). Polacy i Ukraińcy byli w większości rolnikami (…). My nie byliśmy ani bogatymi właścicielami miejskimi, ani drobnymi, biednymi rolnikami. Gardziliśmy drobnymi chłopami, których nazywaliśmy chamami (…), co dla nas oznaczało prostaczków. Żyliśmy w stworzonym przez siebie getcie bez ścian. Religia żydowska powodowała, że przebywaliśmy razem, co oddzielało nas od nie-Żydów. Kobiety, aby uzyskać koszerne jedzenie, kupowały w sklepach żydowskich (…). Religijne przepisy powodowały, że Żydzi mieszkali w przypominających getta społecznościach (…). Właściwie nie mieliśmy kontaktu ze światem zewnętrznym; na pewno nie mieliśmy żadnych kontaktów towarzyskich, ponieważ nasze zainteresowania były kompletnie inne od zainteresowań gojów (…). Od wczesnego dzieciństwa dzieci chłopów zajmowały się pracą w gospodarstwie (…), gdzie były konie, krowy, psy, koty, podczas gdy my byliśmy całkowicie odcięci od świata zwierzęcego. Nasza religia zabraniała nam posiadać zwierzęta w naszych domach. Tak więc nawet w dziecięcych zabawach różniliśmy się od chrześcijan. My, mali żydowscy chłopcy, nie uczestniczyliśmy w żadnych zawodach ponieważ to uznawane było za gojskie (…). My Żydzi staraliśmy się unikać przechodzenia przy kościele katolickim, a jeśli to było niemożliwe, mruczeliśmy pod nosem odpowiednie przekleństwo, gdy przemykaliśmy koło niego (…). Wynosiliśmy się ponad innych, ponieważ byliśmy „ludem wybranym” przez samego Boga. Powtarzaliśmy to nawet w naszych modlitwach (…). Byliśmy obcymi dla otaczających nas gojów z powodu naszej religii, języka, zachowania, ubioru oraz codziennych wartości. Polska była jedynym krajem, gdzie naród żydowski żył wewnątrz innego narodu (…). Żyliśmy w stworzonym przez nas samych getcie i to odpowiadało naszym wymogom i życzeniom (…). Nigdy nie mówiliśmy w domu po polsku.

II wojna światowa zniszczyła ten świat, ten żydowski świat małych miast i miasteczek, których atmosferę tak barwnie odtworzył w filmie „Sanatorium pod klepsydrą” Jerzy Has. Ten sam, który wyreżyserował „Pamiętnik znaleziony w Saragossie”. Tematyka żydowska i masońska najwyraźniej bardzo go interesowała. Pewnie nie przypadkiem. A on już należał do tej powojennej elity.

Żydzi, uwolnieni od tej żydowskiej biedoty, w nowej Polsce zmieniają nazwiska na polskie, mówią po polsku i zajmują najważniejsze stanowiska we wszystkich działach gospodarki, w nauce, kulturze, prasie, radiu i telewizji oraz w kluczowych organach państwa. W latach 1944-56 było to praktycznie ich państwo. Po roku 1956 słabną, a po roku 1968 – jeszcze bardziej. Choć czy rzeczywiście tak było? Sami często otwarcie mówili, i to w latach 70-tych, że są polską głową, a Polacy to korpus. Stają się polską elitą i ta małomiasteczkowa żydowska biedota nie kala obrazu narodu wybranego.

W latach 80-tych następuje świadome niszczenie gospodarki, by doprowadzić do kryzysu i zmienić realia polityczno-gospodarcze. Następuje likwidacja polskiego przemysłu i handlu. W to miejsce wchodzą stopniowo, po 1989 roku, zachodnie sieci handlowe, będące w rękach Żydów i zachodni przemysł, który korzysta z taniej siły roboczej. Przełomowym momentem jest zatwierdzenie przez Sejm w 1997 roku ustawy o stosunku Państwa do gmin wyznaniowych żydowskich w Rzeczpospolitej Polskiej. Temu zagadnieniu poświęciłem odrębny blog – „Ustawa”, w którym szczegółowo opisuję problem i zagrożenie jakie ona niesie. Dzięki niej gminy żydowskie pozostają poza kontrolą państwa a ich Związek stanowi ich rząd. Mamy więc w jednym państwie drugie państwo. Ich chciałoby się powiedzieć, że mamy państwo w państwie, gdyby nie to, że oba państwa są żydowskie.

Dlaczego żadna z wielkich afer III RP nie została wyjaśniona, a winni ukarani? Może dlatego, że uprawnienia organów państwa w jakimś momencie kończą się i pewnych granic nie mogą przekroczyć.

„Art. 8. Odpowiedzialność za zobowiązania wyznaniowych osób prawnych

Osoby prawne, o których mowa w art. 5 ust. 1, nie odpowiadają za zobowiązania innych osób prawnych.

Czyli, jeśli zarząd Związku Gmin zechce nadać osobowość prawną jakiejś jednostce organizacyjnej, to wnioskuje do właściwego ministra do spraw wyznań religijnych i ten taką osobowość nadaje. Gdy jednak taka jednostka organizacyjna coś nabroi, to ani gminy, ani Związek Gmin za to nie odpowiadają. Taką „jednostką organizacyjną” może być jakaś firma czy fundacja, która dokona jakichś nielegalnych operacji finansowych, handlowych i gospodarczych. I winnych nie będzie, i nikt nie będzie odpowiadał za tego typu działania. Bardzo możliwe, że część afer, jakie miały i mają miejsce w naszym kraju, ma właśnie takie podłoże.”

To cytat z blogu „Ustawa”. To jest prawdziwe zagrożenie. Ta ustawa już od lat jest wykorzystywana przez Żydów do umacniania swojej pozycji finansowej w Polsce. Nie potrzebują żadnej „JUST”. To zwykła ściema, mająca odwracać uwagę i straszyć. Po co Żydom wsparcie Ameryki, skoro rządzą w Polsce wszystkim? A w razie potrzeby, to mają tu wojska amerykańskie. Czegóż więcej trzeba?

A co zostawili Polakom? Ulice i wybory. No właśnie! Wybory! Gdy piszę te słowa jest godzina 20:49 i już zbierają się przed telewizorami, wchodzą na kanały internetowe i czekają na wynik: czy mój kandydat wygrał? Zaraz zaczną się niekończące się debaty o sprawach nieistotnych, bo te najważniejsze pozostają w ukryciu. Marks powiedział, że religia to opium dla ludu. Nie miał racji, to demokracja to opium dla ludu. Człowiek wierzący w Boga wierzy, że po śmierci jest inne, lepsze życie i ta wiara towarzyszy mu przez całe jego życie. Nie potrzebuje do tego dodatkowych bodźców. W przypadku demokracji człowiek wierzy, że obietnice wyborcze zostaną dotrzymane, co nie jest prawdą i następuje rozczarowanie. I w tym momencie pojawia się ktoś nowy, kto znowu obiecuje. Innymi słowy, dla wierzących w demokrację potrzebna jest co jakiś czas dawka, dawka wyborcza, tak jak dla narkomana – narkotyk. Dopóki działa, jest dobrze, ale za jakiś czas potrzeba nowej. Narkoman wyborczy, tak jak zwykły narkoman, potrzebuje iluzji. W przypadku pierwszego chodzi o przekonanie, że ma na coś wpływ. W przypadku drugiego, że przenosi się w inną rzeczywistość.

Wybitny ekonomista Milton Friedman, żydowskiego pochodzenia (czy wybitny ekonomista może być innego pochodzenia?), powiedział: „Demokracja wcale nie jest władzą większości, ale doskonale zorganizowanych mniejszości”. Nic dodać, nic ująć! Demokracja to żydowski wynalazek, służący im i tylko im. Szkoda, że tak mało ludzi zdaje sobie z tego sprawę.