Wielka Ukraina

Ukraina to dla Polaków wielki problem, a „Wielka Ukraina”, to dla nich bardzo wielki problem. Skąd wzięło się to pojęcie? Idea nie jest nowa. Lucyna Kulińska w artykule Nacjonalizm na dzisiejszej Ukrainie poważnym zagrożeniem dla Polski (https://www.nawolyniu.pl/artykuly/nacjonalizm.htm) pisze:

»Nacjonalizm ukraiński miał zawsze charakter antypolski. Tak było przed II wojną światową, w jej trakcie, kiedy przybrał wymiar ludobójczy, tak jest i dzisiaj. Przejawów niechęci, a nawet nienawiści wobec narodu polskiego nie brak ani w deklaracjach ideowych nacjonalistów, ani w wystąpieniach ich liderów. Część z tych oświadczeń ma nawet charakter stricte rewizjonistyczny, nawiązujący do idei “Wielkiej Ukrainy”. Godzi to bezpośrednio w integralność polskiego terytorium. Padają nawet żądania “oddania” 19 powiatów – ziem sięgających po Kraków i Warszawę! Roszczenia terytorialne dotyczące tzw. Zakierzonii pojawiają się też w finansowanym z pieniędzy polskich podatników “Naszym Słowie”, organie Związku Ukraińców w Polsce. ZUwP ma niechlubna kartę związaną ze wspieraniem ukraińskiej ideologii nacjonalistycznej odwołującej się bezpośrednio do banderyzmu. Niestety, zamiast potępienia tego typu zachowań, władze, w osobie prezydenta Bronisława Komorowskiego honorują ludzi takich jak Tyma, Sycz, Syrnyk, Huk, pochwałami i odznaczeniami. Jest to dla każdego zdrowo myślącego Polaka obelga!

Rozszerzanie zasięgu działania nacjonalizmu ukraińskiego nieuchronnie prowadzi do konfliktów z sąsiadami. To państwa graniczące z Ukrainą będą ponosić konsekwencje głoszonych przez szowinistów haseł budowania “Wielkiej Ukrainy”. Aby poznać cele Prawego Sektora, trzeba sięgnąć do programu Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów, skąd zaczerpnięto szereg tez programowych, włącznie z “sobornością” Ukrainy, czyli budową Wielkiej Ukrainy poprzez włączenie do tego państwa wszystkich historycznych ukraińskich ziem etnicznych. W wypadku Polski oznacza to sięgnięcie po kilkanaście wschodnich powiatów. Już teraz rejony pogranicza wypełniają się dziesiątkami tysięcy niechcianych przybyszów, których w osiedlaniu i nabywaniu nieruchomości wspierają przedstawiciele dobrze usadowionej w lokalnych władzach mniejszości ukraińskie. Dozbrojona przez Zachód ogarnięta szowinizmem i antypolonizmem Ukraina może podjąć próbę skompensowania sobie utraty terytoriów na wschodzie, podnoszeniem pretensji terytorialnych do naszego państwa. Jakimi mogłoby to być realizowane metodami – Polacy wiedzą aż za dobrze! Jest to wielce prawdopodobne, a znając historię zarówno Niemcy, jak i Rosja z którą jesteśmy przez kwestię Ukrainy skonfliktowani – odebrałyby taką napaść z satysfakcją.«

Jaka jest więc ta Wielka Ukraina? Podczas wiecu w 2011 roku deputowany do lwowskiej rady obwodowej Rostysław Nowożeniec nawoływał, jak informował portal Fronda.pl, do odebrania od sąsiednich państw terenów, które, jego zdaniem, są etnicznie ukraińskie. Wtórował mu Jurij Szuchewycz, syn komendanta UPA, Romana Szuchewycza. Straciliśmy – mówił – Łemkowszczyznę, Nadsanie, Chełmszczyznę i Podlasie, które weszły w skład Polski oraz ziemię brzeską i Homelszczyznę, które znajdują się na Białorusi. W tym kontekście wymienił także należące do Rosji wschodnią Słobożeńszczyznę i Kubań oraz mołdawskie Naddniestrze i południową Bukowinę, która jest częścią Rumunii.

No więc już wiemy, jak wygląda ta Wielka Ukraina, ale kto to wymyślił? Kurier Wileński z dnia 21.12.1938 w artykule „Wielka Ukraina” Hitlera (http://retropress.pl/kurjer-wilenski/wielka-ukraina-hitlera/) pisze:

»Sprawa t. zw. „Wielkiej Ukrainy” nie schodzi ze szpalt gazet całego świata. W prasie zagranicznej na ten temat codzień można czytać różnego rodzaju sensacje i wprost fantastyczne przepowiednie. Szczególnie prasa II Republiki Czesko – Słowackiej i różnych związków oraz ugrupowań ukraińskich, dostarcza pod tym względem niezmiernie obfitego materiału.

Związane to było z układem monachijskim zawartym na konferencji w Monachium w dniach 29-30 września 1938 roku.

W tych wszystkich relacjach i rewelacjach na temat „Wielkiej Ukrainy” niesposób dzisiaj z całą dokładnością zorientować się. Jedno, co w nich wszystkich już dzisiaj nie ulega wątpliwości, to to, że za sprawą „Wielkiej Ukrainy” stoi Trzecia Rzesza, stoi sam Fuehrer, jako rzecznik tej sprawy. Co prawda ostatnio t j. od chwili wypłynięcia tej sprawy na pierwsze stronice różnych dzienników, Hitler na ten temat nie wypowiedział żadnego słowa i nie sprecyzował swego stanowiska. Ale ta okoliczność jest bez większego znaczenie politycznego.

Wódz Trzeciej Rzeszy w sprawie „Wielkiej Ukrainy” wypowiedział się nie tylko w biblii narodowego socjalizmu „Mein Kampf” ale również w wywiadach udzielanych prasie ukrainskiej już po zdobyciu władzy państwowej. Jeden z takich wywiadów, obecnie w różny sposób komentowanych i wałkowanych w prasie zagranicznej, był udzielony w styczniu 1934 r., czasopismu ukraińskiemu „Nowyj Czas”. Przedstawicielowi tej gazety Hitler między innymi oświadczył: „Niemcy pragnęłyby utworzenia na Wschodzie Europy potężnego państwa ukraińskiego. Jednak takie państwo może powstać tylko wówczas, kiedy będzie postawiona sprawa podziału Rosji”. Przy czym Hitler, powołując się na swoją książkę „Mein Kampf”, wskazywał, że sprawa „podziału Rosji” była tam przezeń dość szczegółowo omówiona i że wcześniej czy później ze sfery rozważań publicystyczno – teoretycznych przejdzie ona w dziedzinę działań praktyczno – politycznych.

Czyli w styczniu 1934 roku Hitler już wiedział, że napadnie na Związek Radziecki.

Powstaje zasadnicze pytanie, czy Hitler, zgodnie ze swymi przepowiedniami sprzed kilku lat, już zdecydował o postawieniu na porządek dzienny sprawy „podziału Rosji” a co za tym idzie i tworzenia „Wielkiej Ukrainy”? Na to pytanie daremnie szukalibyśmy wyczerpującej i bezpośredniej odpowiedzi, w na ogół dość szczerych enuncjacjach imperializmu niemieckiego. Kierownicza prasa niemiecka unika stawiania tego zagadnienia z właściwą sobie szczerością. Przeciwnie można w niej znaleźć wręcz odmienne twierdzenia, zmierzające do zaprzeczenia różnym enuncjacjom zagranicznym. Tego rodzaju postawa oficjalnej prasy hitlerowskiej nie znaczy jednak, by pewne koła niemieckie nie zajmowały się powyższym zagadnieniem.

Wszystkie znaki na niebie i ziemi hitlerowskiej w sposób wyraźny wskazują, że Trzecia Rzesza wykazuje niezmierną aktywność dookoła sprawy „Wielkiej Ukrainy”. Przy czym unikając prawdopodobnie narazie bezpośredniego angażowania się w akcję na rzecz „Wielkiej Ukrainy”, posługuje się dla realizacji tego celu różnego rodzaju organizacjami ukraińskimi, a głównie stworzoną przez się t. zw. „Ukrainą Zakarpacką” i swym nowvm wasalem II Republiką Czesko -Słowacką. Wystarczy spojrzeć na poczynania rządu „ukraińskiego” „Ukrainy Zakarpackiej” i rządu praskiego by przekonać się, z czyjego polecenia i pod czyim kierownictwem rozwijają one dość intensywną akcję na rzecz „Wielkiej Ukrainy”. Akcja ta bowiem jest tak uderzająco podobna do zakreślonych swego czasu przez Hitlera wytycznych, że nie może być żadnej wątpliwości, kto jest jej inspiratorem i kierownikiem.

Nie jest również przypadkiem to, że Trzecia Rzesza stoi za kulisami akcji na rzecz „Wielkiej Ukrainy” nie zaś na jej czele. Wydana bowiem ostatnio mapa „Wielkiej Ukrainy”, wskazuje, że to nowe państwo, które według projektów jej twórców miałoby posiadać przeszło 40 milionów mieszkańców, ma składać się z obszarów nie tylko Rosji Sowieckiej ale Polski, Rumunii, Węgier i dzisiejszej „Ukrainy Zakarpackiej”. Innymi słowy sprawa „Wielkiej Ukrainy” jest wiązana nie tylko z „podziałem Rosji Sowieckiej” ale również z dość znacznym okrojeniem szeregu innych państw. Wysunięcie na porządek dzienny przez Berlin nowego podziału szeregu państw europejskich po tem, jak Hitler w przededniu Monachium uroczyście oświadczył, że sprawa sudecka jest ostatnim postulatem rewizjonistycznym państwa niemieckiego w Europie – bardzo podważyłoby zaufanie całego świata do uroczystych słów Fuehrera i wytworzyłoby taki pierścień izolacji dokoła Trzeciej Rzeszy, że przy jego istnieniu sprawa „Wielkiej Ukrainy” byłaby z góry przesądzona na niekorzyść jej twórcy. Wystarczy wspomnieć deklarację polsko – sowiecką z 26 listopada, oraz bezwzględną likwidację agentury Trzeciej Rzeszy w Rumunii, by stwierdzić że już dzisiaj państwa zainteresowane doskonale zdają sobie sprawę dokąd Hitler zamierza ze swym pupilem Rusią Zakarpacką i że utworzenie kolonii niemieckiej w postaci „Wielkiej Ukrainy” to bynajmniej nie to samo co przyłączenie Austrii lub opanowanie Czecho-Słowacji.«

Teraz już chyba jest bardziej zrozumiałe, skąd u Ukraińców, czy może nazistów ukraińskich, takie zamiłowanie do tej nazistowskiej symboliki i skąd ten kult Hitlera. Wydaje się jednak, że Hitler nie był oryginalny w tym pomyśle, bo przecież uznanie Ukraińskiej Republiki Ludowej przez cesarskie Niemcy i Austro-Węgry zostało zmaterializowane w traktacie brzeskim z 9 lutego 1918 roku. Tak więc Niemcy, bez względu na to, czy cesarskie czy hitlerowskie, popierały Ukrainę kosztem Polski. I prawdopodobnie obecne Niemcy również to robią, choć w sposób bardzo dyskretny.

Tygodnik Ilustrowany z dnia 06.09.1919 w artykule Sojusz habsbursko-ukraiński (http://retropress.pl/tygodnik-illustrowany/sojusz-habsbursko-ukrainski/) pisze:

»Wiadomo, że zamach zbrojny Rusinów na Lwów i Galicyę Wschodnią to dzieło austryacko-pruskie. Z pułków wschodnio-galicyjskich usunięto na jesieni zeszłego roku Polaków, w samym Lwowie umieszczono prawie samych Rusinów, zaopatrzono ich należycie w broń i amunicyę, opracowano im dokładnie organizacyę zamachu. Tajne narady odbywały się u sekretarza Komitetu ruskiego, d-ra Barana, przy ulicy Kraszewskiego; w naradach tych brali udział politycy i oficerowie ruscy z oficerami austryackimi i pruskimi.

Sojusz ten był konsekwencyą planowej polityki zaborczej austryacko-pruskiej. W pochodzie podbojowym na wschód potrzebna im była „Ukraina”, połączona z państwami centralnemi jak najściślejszymi węzłami. Sojusz ten zawiązano także przeciwko Polsce, wygrywając w parlamencie wiedeńskim Rusinów przeciwko Polakom. Słynny traktat brzeski dał tego jawne dowody. Że zaś ten sojusz z Prusakami nie ustał dotąd mimo upadku Prus i Austryi, jest dowodem także niedawny wypadek nieszczęśliwy z wielkim latawcem niemieckim, który spadł z 8 pasażerami w lesie dziergowickim, w powiecie raciborskim, na Górnym Śląsku. Wśród zabitych znajdował się ataman „zachodnio-ukraiński”, Witowskij, i pewien agent niemiecki, którego legitymacya nadpalona dostała się w ręce polskie (red. „Dziennika Cieszyńskiego”), z której wynika, że agent ten był używany do specyalnych misyi niemieckich do Ukraińców. Wśród spalonych szczątków były także ruskie pieniądze – „Karbowańce” i „hrywny”, wiezione z drukarni niemieckiej w Lipsku do Kamieńca Podolskiego, obecnej siedziby rządu „zachodnio-ukraińskiego”.

Udział pruskich i austryackich oficerów w walkach Rusinów przeciwko Polakom został nieraz urzędowo przez komendy polskie stwierdzony.

Walczył po ich stronie także słynny „Wasyl Habsburg”, syn arcyksięcia Stefana z Żywca, b. pretendenta do korony polskiej. Wyższa polityka austryacka przeznaczyła go na regenta „ukraińskiego” w celu opanowania dostępu do Czarnego morza, a tem samem drogi handlowej na Wschód. Wilhelm Habsburg przejął się tą rolą, zmienił imię na Wasyl, nauczył się ruskiego języka i tańców ruskich i nosił dla demonstrancyi koszulę z wyszywankami ruskiemi.

Utrzymywał ścisłe stosunki z metropolitą Szeptyckim, odwiedzał go we Lwowie, ten zaś rewizytował gościa w kwaterze na froncie, i tak sobie cudnie marzyli i gwarzyli nieraz o „wielkiej, złączonej Ukrainie” z królem Wasylem i kardynałem ukraińskim Andrzejem.

Na pamiątkę jednej takiej pogawędki, w której uczestniczył także renegat pułkownik Gużkowski, fotografowali się, przyczem „Wasylko” rozpiął kołnierz munduru, ażeby widoczne były wyszywanki na koszuli, które widać także na mankiecie.«

Od 1916 roku Niemcy, a raczej Żydzi w ich imieniu, planowali już stworzenie państwa polskiego, więc państwo ukraińskie, czy nawet sama idea takiego państwa musiała stać w sprzeczności z polskimi interesami. Ostatecznie Żydzi odtworzyli Polskę w granicach zbliżonych do granic I RP, co musiało skutkować skłóceniem tego państwa ze wszystkimi sąsiadami, a więc i z Ukraińcami. I o to właśnie chodziło! A postanowienia traktatu wersalskiego zostały tak sformułowane, by nikt nie był zadowolony i na skutki tego typu zabiegów nie trzeba było długo czekać.

W końcowej części cytowanego na początku fragmentu artykułu Lucyna Kulińska pisze:

»Ignorowanie “urzędowego banderyzmu” na Ukrainie, zamykanie oczu na zaliczanie członków frakcji banderowskiej OUN do panteonu bohaterów Ukrainy to gorzej niż błąd – to głupota. W opinii znających się na tej problematyce politologów, jest to polityka krótkowzroczna. Jak podkreśla A. Zapałowski “Jak bowiem można prowadzić tego typu politykę w stosunku do państwa, które zamieszkuje kilkanaście milionów Rosjan, kilkadziesiąt milionów ludności ukraińskiej przynależnej jednak do kultury rosyjskiej i zaledwie kilka milionów Ukraińców o orientacji zachodniej, zamieszkującej cztery obwody. Nigdzie na świecie to się nie powiodło. Jak zatem kilka milionów zachodnich Ukraińców może zukrainizować kilkadziesiąt milionów etnicznych Rosjan. De facto taka polityka jest nastawiona na dezintegrację państwa, które jest wewnętrznie rozrywane i podzielone po części na Rosję, a po części na Europę”. Warto dodać, że ta zachodnia część ulega postępującej faszyzacji i systematycznie obraża swojego jedynego promotora.… Spora część politologów twierdzi, że lansowanie przez dzisiejsze ukraińskie władze banderyzmu jest jedynie podstępną taktyką nastawioną na rozbicie ukraińskiego społeczeństwa. Dzisiaj, kto nacjonalistów i banderyzmu nie wspiera, ten wróg Ukrainy i stronnik Rosji. Tak rozbudzony szowinizm ma mobilizować do walki na wschodzie Ukrainy najbardziej patriotyczny element społeczeństwa, który zostanie tam spożytkowany jako mięso armatnie, więc w przyszłości nie będzie się buntował przeciwko rządom oszustów międzynarodowej proweniencji. Oligarchowie dodatkowo dorobią się na handlu bronią a “międzynarodowe organizacje finansowe” wpuszczą Ukraińców, podobnie jak wcześniej Polaków, w pułapkę finansową. Wtedy rozpocznie się krucjata przeciwko nacjonalizmowi, ksenofobii, homofobii oraz antysemityzmowi. Ponieważ Ukraińcy, jak żaden naród, mają tu “nagrabione”, to i kara będzie adekwatna. Być może nawet zagrają rolę dyżurnych antysemitów, wyznaczoną dotąd przez żydowskie organizacje Polakom.

Polska musi zweryfikować swoją politykę wobec Ukrainy. Podstawą stosunków dwustronnych między państwami jest zasada wzajemności. Jeżeli Ukraina, będąc w tragicznej sytuacji, pozwala sobie na upokarzanie przyjaznej Polski, to co będzie po uzyskaniu wewnętrznej stabilizacji. Bardzo prawdopodobne, że wróci do tradycyjnego sojuszu z Niemcami i wykopie Polsce grób.

W rejonie przygranicznym obserwujemy gwałtowny wzrost przestępczości zorganizowanej, napędzanej ubożeniem społeczeństwa ukraińskiego, wzrost niepokojących incydentów (np. blokowanie przejść granicznych itp.), nasilenie się ataków terrorystycznych ze strony bezwzględnie indoktrynowanych młodych ludzi. Dowodzi to postępującej radykalizacji postaw u Ukraińców.

Jeśli do tego dodamy handel i przemyt broni, rajdy oddziałów nacjonalistycznych na teren Polski w razie pościgów, próby ukrywania się terrorystów w Polsce, obraz realnego zagrożenia się dopełnia. Co mogłoby obudzić uśpione i oszukiwane przez media i polityków co do istoty ukraińskiego szowinizmu polskie społeczeństwo? Wydaje się, że pojawienie się (ponowne, bo były na Majdanie) – haseł “odzyskania” kilkunastu powiatów dzisiejszej Polski. Już obecnie trwa za przyzwoleniem władz proces “reukrainizacji” na tzw. Zakerzoniu. Płyną na te ziemie tysiące niechcianych zarobkowych imigrantów ukraińskich. Opanowują stopniowo przedsiębiorstwa min. monopolizując graniczny handel przez eliminację Polaków, wchodzą do samorządów, uczelni wyższych, placówek medycznych, masowo i w sposób niekontrolowany wykupują nieruchomości. Z tym procederem mamy do czynienia na ogromnych przestrzeniach od Lublina po Przemyśl.«

A w podsumowaniu całego artykułu dodaje:

»Jak widać zagrożenie ze strony nacjonalistów ukraińskich u naszych wschodnich rubieży istnieje i potęguje się z każdym miesiącem. Potencjalny konflikt Polski ze zdestabilizowaną Ukrainą, wynikający z gospodarczej zapaści, demoralizacji obywateli i postaw radykalnych i szowinistycznych, a nade wszystko z przeniknięcia do Polski setek tysięcy Ukraińców o agresywnych postawach jest o wiele bardziej prawdopodobny niż jakikolwiek konflikt z Rosją. Już dzisiaj na Zakarpaciu, kilkanaście kilometrów od naszej granicy rozlokował się uzbrojony po zęby (także przez Polaków) oddział Prawego Sektora. Jest to wysoce niepokojące, bo mogą wtargnąć do Polski. Węgry i Słowacja wzmocniły swoje granice. Prawy Sektor to dzisiaj kilka tysięcy bojówkarzy, z których spora część ma wyszkolenie i doświadczenie bojowe. Oznacza to, że mogą skutecznie jako terroryści destabilizować dowolne państwo. Ich ideologia i programy nie pozostawiają złudzeń, że Ukraina posiadająca dziesiątki mniejszości narodowych ma być państwem “tylko dla Ukraińców”. Ideologie tę wyznaje ponad połowa parlamentarzystów ukraińskich. Czy w Polsce ktokolwiek myśli o losie naszej mniejszości na Wschodzie? Mordy, porwania, gwałty czy tortury stosowane przez Prawy Sektor, wszystko to przypomina scenariusz działań OUN-UPA.

Wydaje się, że gdy konflikt ulegnie wyciszeniu, Ukraińcy, zostaną napiętnowani przez Zachód za popieranie banderyzmu, z którym przed “Majdanem” ci z Ukrainy centralnej i wschodniej się nie utożsamiali, mimo intensywnie prowadzonej indoktrynacji. Rykoszetem zostaną uderzeni także Polacy, którzy poparli antysemitów zamiast się od nich odciąć.«

Lucyna Kulińska cytuje również uchwałę ukraińskiego Prowidu OUN:

Uchwała Krajowego Prowidu OUN z 1990 r. nakazywała Ukraińcom i ich sympatykom prowadzić działania zmierzające do odebrania Polsce wielu powiatów na wschodzie i południu kraju i do rozpadu państwa polskiego. W tym celu Ukraina nie zawaha się przed użyciem siły. Zobacz:

http://w.kki.com.pl/piojar/polemiki/rubiez/osad/uchwala.html. Dostęp 10 lipca 2015 : i : http:// narodowikonserwatysci.pl/tag/maria-jazownik/ Dostęp 9 lipca 2015.

Nakazy tajnej Uchwały Krajowego Prowidu OUN z 1990 r. nakazują :

  • Bagatelizowanie zbrodni ukraińskich na Polakach, przemilczanie ich i fałszowanie krwawej, przestępczej historii UPA.
  • Pobudzanie proukraińskich sympatii;
  • Blokowanie informacji o ludobójstwie ukraińskim na Polakach;
  • Blokowanie informacji o współczesnym szowinizmie ukraińskim;
  • Wspomaganie separatystycznych ruchów w Polsce;
  • Napuszczanie Rosjan na Polaków i Polaków na Rosjan;
  • Straszenie polskiego społeczeństwa rzekomą zbliżającą się inwazją Rosji by nie dopuścić do niewygodnego dla hitlerowskiej Ukrainy zachodniej a korzystnego dla Polski politycznego i ekonomicznego zbliżenia polsko-rosyjskiego.

Prowid OUN z 1990 r. potwierdzany w rzeczywistości. Zwolennicy banderyzmu są wierni literze “Uchwały”: http://widzianezdaleka.salon24.pl/605988,milosnicy-ukrainy-w-bezpardonowym-ataku.

Jak wynika z cytowanych powyżej artykułów Ukrainę wspierają Stany Zjednoczone, Kanada i Niemcy. I co może wydawać się dziwne, również Rosja. Cel jest widoczny aż nadto – likwidacja państwa polskiego. Narzędziem do tego służącym jest państwo ukraińskie, a w szczególności jego nazistowska i wroga Polsce i Polakom ideologia. I tak jak zauważyła Lucyna Kulińska, jak murzyn, czyli nacjonaliści ukraińscy zrobią swoje, to murzyn będzie musiał odejść.

Żydzi stworzyli I RP, bo im tak pasowało, a jak im przestało pasować, to ją zlikwidowali. Podobnie było z II RP, PRL-em i III RP. Ta ostatnia trwała od 1989 roku do 24 lutego 2022 roku, a więc 33 lata. Czy to przypadek? Czy może, jak chciał Mickiewicz w swoich mesjańskich wizjach, Polska Chrystusem Narodów?

La Pasionaria

W dniu 18 maja na kanale wrealu24 pojawił się wywiad z Piotrem Barełkowskim zatytułowany Skandaliczne zachowanie dziennikarki TVP? Barełkowski ostro o inflacji, mediach i wojnie na Ukrainie. Barełkowski (ur. 1971, Poznań) to, jak pisze Wikipedia, polski dziennikarz, producent filmowy, realizator i menedżer telewizyjny. Wraz z Michałem Nieckarzem uruchomił telewizję TV Regio Ukraine, którą tworzą dziennikarki z Ukrainy. Jej studio i redakcja mieszczą się w Poznaniu.

Prowadzący program pyta: Czy wyobrażał pan sobie, że dożyje takich chwil w Polsce, że dziennikarze mediów publicznych będą krzyczeli Sława Ukrainie i następnie oddawali pokłon prezesowi TVP?

„No rzeczywiście – odpowiada Barełkowski – można powiedzieć, że nic nie stało się prawda, że Eurowizja to po prostu show i rządzi się swoimi prawami, to jest rozrywka, spuśćmy zasłonę milczenia, no ale jednak padły tam mocne słowa, przekaz też związany z tym głosowaniem Ukraińców, czy właściwie brakiem głosowania Ukraińców na Polskę, na polskiego wykonawcę. Ten przekaz, dla nas, tego wydarzenia był dosyć słaby, a nawet bulwersujący (trochę to takie wałęsowskie: jestem za, a nawet przeciw – przyp. W.L.). Rzeczywiście pani Ida taka, jak ją nazwano w niektórych mediach, Dolores Ibarruri, czyli taka heroina. Nie wiem czy pan zna tę historię z czasów wojny domowej w Hiszpanii i tam była taka La Passionata, emocjonalnie wypowiadająca się na wszystkie tematy i krzycząca z trybuny, emocjonalna właśnie mówczyni i kimś takim tutaj się okazała pani Ida Kamińska, prawda?, jeżeli się nie mylę. (Może skojarzyło mu się z Dorotą Kamińską w roli Doroty z filmu Karate po polsku z 1982 roku, którą istotnie trudno zapomnieć w tej roli. – przyp. W.L).

Ida, chyba nie Kamińska – mówi prowadzący.

Ida Nowakowska, przepraszam – kryguje się Barełkowski. Pani Ido serdecznie przepraszam. Proszę wybaczyć te złośliwości. No bo jednak, poza tym stwierdzeniem Sława Ukrainie, które nawiązuje z jednej strony do obecnej batalii, którą bohatersko prowadzi Ukraina przeciwko Rosji, ale z drugiej strony też do okresu banderyzmu i to jest pewien problem dla Polaków. Pani Ida chyba nie wzięła tego pod uwagę w swoim wystąpieniu.”

Omawiane zdarzenie miało miejsce podczas ogłaszania przez Idę Nowakowską wyników głosowania w Polsce i przyznania Ukrainie przez Polskę maksymalnej ilości punktów. Ida Nowakowska nie tylko wykrzyknęła Sława Ukrainie, ale też wykonała ręką nieodłączny w tym wypadku gest tzw. hajlowania, o czym obaj panowie nawet nie zająknęli się. Zresztą inne media również. Tylko Rosjanie na to zwrócili uwagę.

Ale ja nie o tym geście. Napisałem, kim jest Barełkowski, bo takiej osobie nie powinno przydarzyć się takie przejęzyczenie czy wręcz niewiedza. La Passionata, to hiszpański utwór muzyczny, a La Pasionaria, to pseudonim Dolores Ibarruri. Być może większość ludzi nawet nie słyszało o niej, bo i skąd? Ja ją pamiętam z jakiegoś wydania Dziennika Telewizyjnego z połowy lat 70-tych. Przy jej nazwisku dodawano ten pseudonim. Może więc warto go rozszyfrować, bo to nie jest puste słowo. Wypada jednak zacząć od paru informacji o niej, by zrozumieć, a może nie zrozumieć, o co w tym wszystkim chodzi. Pochodzą one z Wikipedii.

Dolores Ibarruri Gomez (1895-1989), znana pod pseudonimem La Pasionaria, hiszpańska polityk baskijskiego pochodzenia, również obywatelka ZSRR, współorganizatorka, długoletnia pierwszy sekretarz Komunistycznej Partii Hiszpanii (PCE). Autorka używanego przez antyfaszystów zawołania No pasaran (nie przejdą).

W dzieciństwie była żarliwą katoliczką i należała do jezuickiej wspólnoty Serca Chrystusowego. W 1916 roku poślubiła działacza, górnika i socjalistę z Asturii, Juliana Ruiza i rok później wraz z nim wzięła udział w strajku generalnym, a wkrótce potem zaczęła pisać w prasie socjalistycznej.

Zrezygnowała z wiary katolickiej, w której była wychowana, na rzecz marksizmu i zapisała się do Komunistycznej Partii Hiszpanii, będąc jednocześnie w gronie jej założycieli. Była zwolennikiem równości praw kobiet i mężczyzn. Przez całe lata 20-te XX wieku wspierała męża w jego działalności i sama zaczęła się w nią angażować. W tym okresie przyjęła również pseudonim, pod którym poznał ją cały świat – La Pasionaria. Moda działaczka podpisywała tak artykuły inspirowane dziełami Karola Marksa.

Cały świat usłyszał o niej w czasie hiszpańskiej wojny domowej. Była zaciekłą obrończynią republiki, wiece z jej udziałem przyciągały tysiące słuchaczy, w dużej mierze kobiet. Właśnie w czasie jednego z takich wieców, w Madrycie, padło hasło No pasaran! – Nie przejdą! A po nim zdanie: Lepiej umierać stojąc, niż żyć na klęczkach. W tym okresie pozostawała w dogmatycznym skrzydle partii, popierała wykluczenie rzekomych kontrrewolucjonistów i nie protestowała przeciwko likwidowaniu lewicowych działaczy przeciwnych bolszewickiemu terrorowi. Jednocześnie nie miała wpływu na politykę PCE w czasie wojny domowej, gdyż decydowali o niej wysłannicy Stalina z Kominternu ( I tu się kończyło równouprawnienie, które było dla gojów. – przyp. W.L.).

Po upadku republiki w 1939 roku przedostała się do ZSRR, gdzie kontynuowała działalność polityczną. Po zawarciu paktu Ribbentrop-Mołotow poparła jego zapisy i współpracę z hitlerowskimi Niemcami. Entuzjastycznie poparła inwazję na Polskę i interwencję na Węgrzech w 1956 roku. Dopiero w 1968 roku skrytykowała interwencję w Czechosłowacji. Łącznie spędziła w ZSRR 35 lat.

W artykule Egzotyczna męczennica (passiflora) na stronie e-ogrody.pl (https://ladnydom.pl/Ogrody/1,113408,13876346,Egzotyczna_meczennica__passiflora_.html) jego autorka pisze:

„Kwiaty passiflory przywołują jeśli nie obraz raju, to wspaniałych tropików. Kojarzone są też z symboliką Męki Pańskiej. To egzotyczne pnącze może nam służyć do ozdoby pokoi i balkonów.

Passiflora kwiat

Wśród niezwykłych roślin, które hiszpańscy konkwistadorzy zastali w Ameryce Środkowej, były pnącza o dziwnych kwiatach, których pylniki i znamiona zdobił wieniec nitkowatego przykoronka. Misjonarze zaczęli doszukiwać się w nich symboli męki Chrystusa. Promienisty przykoronek skojarzyli z koroną cierniową, pręciki – z zadanymi przez oprawców ranami, a znamiona słupka – z gwoździami, którymi Jezusa przybito do krzyża. Podobno dzięki tym analogiom kwiaty pomagały szerzyć nową wiarę wśród Indian. Stopniowo symbolika była rozszerzana i niemal każdemu anatomicznemu szczegółowi rośliny przypisano religijne znaczenie, a jej sława upowszechniła się w całym chrześcijańskim świecie. Pnączu nadano też odpowiednią nazwę łacińską – Passiflora (od łacińskich słów passio – cierpienie i flos – kwiat). Jej polski botaniczny odpowiednik to męczennica. Dawniej znana była również jako kwiat Męki Pańskiej, obecnie częściej spolszcza się łacińską nazwę.”

Jeśli teraz wpiszemy do słownika hiszpańsko-angielskiego słowo pasionaria, to wyskoczy nam angielskie słowo passionflower, a to słowo tłumaczone na polski oznacza passiflora.

Tak więc żarliwa katoliczka, wychowanka jezuitów, staje się nagle żarliwą komunistką, która pisze artykuły inspirowane dziełami Marksa pod pseudonimem, oznaczającym kwiat Męki Pańskiej, a więc z religijnym podtekstem. Staje się żarliwą republikanką, walczącą z faszyzmem do maja 1939 roku, a już we wrześniu 1939 roku żarliwie popiera faszyzm niemiecki, ten z którym pośrednio „walczyła” przez 3 lata. Jak to nie jest schizofrenia, to może to tylko oznaczać, że była Żydówką lub szabesgojką, będącą na usługach Żydów. Nic, dosłownie nic, na tym świecie nie dzieje się przypadkiem. Wszystko z żydowskiej inspiracji, nawet to głosowanie Polski na Ukrainę. Żydówką jest również Ida Nowakowska. Nacja liczna jak szarańcza. Jest wszędzie, gdzie coś się dzieje lub ma się dziać. Obstawia wszelkie kluczowe stanowiska we wszystkich liczących się działach gospodarki, nauki, kultury, mediów i praktycznie tylko ona tworzy różne ugrupowania i partie polityczne. Właśnie teraz przed przyszłorocznymi wyborami wyrastają, jak grzyby po deszczu, liczne inicjatywy „społeczne”, pojawia się wielu z pomysłami na „uzdrowienie” gospodarki i państwa. I wszyscy oni akceptują demokrację, ten żydowski wynalazek, i przekonują naiwnych, że głosowanie na właściwych ludzi, czyli na nich, coś zmieni. A to wszystko, to żydowskie inicjatywy lub przez nich kontrolowane.

Gospodarz

Gotowanie żaby na wolnym ogniu trwa w najlepsze. Na stronie polsatsport.pl pojawiła się informacja, że Ukraina rozegra w Polsce w roli gospodarza dwa mecze: Liga narodów: Dwa mecze reprezentacji Ukrainy w Polsce (https://www.polsatsport.pl/wiadomosc/2022-05-12/liga-narodow-dwa-mecze-reprezentacji-ukrainy-w-polsce/).

„W czerwcu dwa mecze w piłkarskiej Lidze Narodów reprezentacja Ukrainy w roli gospodarza rozegra w Łodzi. Na stadionie miejskim im. Władysława Króla drużyna trenera Ołeksandra Petrakowa zmierzy się z Armenią i Irlandią.

Jak poinformował w czwartek Łódzki Klub Sportowy, mecz Ukraina – Armenia zostanie rozegrany 11 czerwca o godz. 15, a spotkanie Ukrainy z Irlandią zaplanowano na 14 czerwca, godz. 20.45. Będą to mecze 3. i 4. kolejki grupy 1 dywizji B Ligi Narodów.

Spotkania odbędą się na otwartym w kwietniu stadionie im. Władysława Króla, na którym swoje mecze rozgrywa pierwszoligowy ŁKS. Obiekt, który został rozbudowany o trzy brakujące trybuny może pomieścić 18 tys. widzów. Bilety na oba mecze wkrótce mają być dostępne w kasach stadionu.”

Nie ma żadnego racjonalnego uzasadnienia dla takiej decyzji, poza tym, by delikatnie, na razie, sugerować Polakom, kto tak naprawdę jest tu gospodarzem. Wojna na Ukrainie toczy się tylko na 20% powierzchni tego kraju i to tylko w jego wschodniej części, a Ukraina pod względem obszaru jest największym po Rosji państwem w Europie. Ponadto Rosja nie atakuje obiektów cywilnych, chyba że chroni się w nich wojsko, co Ukraińcy często praktykują.

Ukraina po Euro 2012, organizowanym wspólnie z Polską, ma stadiony, na których mogłaby rozgrywać swoje mecze, jak choćby stadion w Kijowie, na którym rozegrano finał Mistrzostw Europy w 2012 roku. Ten stadion został lepiej zaprojektowany niż Stadion Narodowy w Warszawie, chociażby z tego względu, że po ulewnym deszczu Narodowy nie nadawał się do gry przez cały dzień, a po jeszcze bardziej ulewnym deszczu, w trakcie rozgrywania meczu na stadionie w Kijowie, już po godzinie można było dokończyć ten przerwany mecz.

Na portalu ZeroHedge pojawił się artykuł Blinken Announces US Embassy Reopening In Ukraine’s Capital (https://www.zerohedge.com/political/blinken-announces-reopening-us-embassy-ukraines-capital), w którym m.in. czytamy:

»Po 3-miesięcznym zamknięciu, spowodowanym przez rosyjską inwazję na Ukrainę, Stany Zjednoczone ogłosiły w środę formalne ponowne otwarcie ambasady USA w stolicy Ukrainy.

„Dzisiaj oficjalnie wznawiamy operacje w ambasadzie USA w Kijowie” – oświadczył sekretarz stanu USA Antony Blinken.

Ambasada początkowo została zamknięta, a dyplomatom i ich rodzinom powiedziano, by najpóźniej do 14 lutego opuścili kraj, czyli na dziesięć dni przed inwazją Rosji.

Blinken zasygnalizował, że początkowo niewielka grupa dyplomatów powróci do ambasady, ale dodał też, że rutynowa działalność ambasady nie zostanie natychmiast wznowiona w obliczu toczącej się w kraju wojny.

Pomimo okazjonalnych rosyjskich ataków rakietowych, które wciąż trafiają na tereny aż po Lwów, miasta znacznie oddalone od miejsc, w których toczą się walki na wschodzie i południu pozostały stosunkowo bezpieczne i stabilne, zwłaszcza po deklaracji rosyjskiego dowództwa w zeszłym miesiącu, że skupi się ono na wyzwoleniu Donbasu.

Reuters zauważa, że „Wiele krajów zachodnich w ciągu ostatniego miesiąca, w tym Francja, Niemcy i Wielka Brytania, ponownie otworzyło swoje ambasady w Kijowie, po tym, jak wojska rosyjskie wycofały się z północy Ukrainy, aby skoncentrować się na ofensywie na wschodzie kraju”.«

Po co więc takie zabiegi? Ano po to, by pokazać światu, kto tu jest gospodarzem. Kropla drąży skałę. Za parę lat, gdy tych meczów, rozgrywanych przez reprezentację Ukrainy na terenie Polski, będzie więcej, to wytworzy się w świadomości opinii publicznej polskiej i międzynarodowej przekonanie, że właściwie Polska i Ukraina to jedno, a skoro tak, to czemu nie połączyć? Być może zamieszanie wokół Szewczenki jako trenera reprezentacji Polski było pierwszym zwiastunem tego planu.

Może takie wydarzenie jak Konkurs Piosenki Eurowizji jest czymś nieistotnym w obliczu toczącej się wojny na Ukrainie, ale podobno nie ma przypadków, są tylko znaki. W artykule Eurowizja 2022. Nie, ukraińskie jury nie miało obowiązku głosować na Polskę (https://kmag.pl/article/eurowizja-2022-nie-ukrainskie-jury-nie-mialo-obowiazku-glosowac-na-polske) czytamy:

»Wczoraj w Turynie odbył się finał 66. Konkursu Piosenki Eurowizji. Reprezentant Polski, Krystian Ochman, zajął 12. miejsce, a zwyciężył zespół Kalush Orchestra. Największe emocje wzbudziła jednak decyzja ukraińskiego jury, które przyznało Polsce okrągłe 0 punktów.

Ukraiński zespół Kalush Orchestra zajął czwarte miejsce w głosowaniu jury. Zadecydowało jednak głosowanie widzów, dzięki którym którym formacja wspięła się na sam szczyt i tym samym zwyciężyła. Zarówno polskie jury, jak i polscy widzowie przyznali reprezentantom Ukrainy maksymalną liczbę 12 punktów. 

A jak głosowała Ukraina? Choć widzowie dali nam 12 punktów, nie otrzymaliśmy żadnych punktów od jury. Nie spodobało się to wielu internautom, według których Ukraina winna odwdzięczyć się za otrzymaną pomoc. Sęk w tym, że Eurowizja to konkurs muzyczny, a jury oceniało występ polskiego kandydata. Być może po prostu nie spodobała im się piosenka zaprezentowana przez polskiego reprezentanta. Druga rzecz jest taka, że jeśli pomagamy, oczekując czegoś w zamian, to nie ma to nic wspólnego z altruizmem. 

„Odpłacają się za naszą pomoc, można się szybko przekonać jacy z nich przyjaciele, żerują na naszej serdeczności, a zarazem naiwności”, „Trudno oczekiwać wdzięczności od niewdzięczników”, „Ładnie się nam odpłacili ale to było wiadome jak zwykle”, „No to mamy za pomaganie fałszywy naród”, „Nasz kraj dal Ukrainie 12 punktów my od nich 0 to jak dostać plaskacza”, „Pokazali wdzięczność za pomoc…” – to tylko niektóre z komentarzy w sieci.« 

Druga rzecz jest taka, że jeśli pomagamy, oczekując czegoś w zamian, to nie ma to nic wspólnego z altruizmem.

Tyle lat wyśmiewano i zniechęcano nas do tzw. wartości chrześcijańskich, aż tu raptem każą nam do nich wrócić, być miłosiernymi i bezgranicznie oddanymi tzw. uchodźcom, którzy żadnymi uchodźcami nie są. W tym wypadku, jak w poprzednim, znowu mamy do czynienia z pewnym zabiegiem socjotechnicznym, polegającym na podprogowym przekazie sugerującym, że Ukraińcom należy się wszystko, a nam nic i że powinniśmy to uważać za coś naturalnego i nie oczekiwać żadnej wdzięczności, a więc akceptować postawę, która występuje w relacji sługa – pan.

Sugestia typu, że Polak sługa, a Ukrainiec – pan, pojawiła się w ukraińskim filmie Sługa narodu, w którym obecny prezydent Ukrainy wygrał wybory prezydenckie. Jest tam scena, w której jedna z głównych postaci tego filmu ma sługę i tym sługą jest Polak Mariusz. Może to był minister spraw wewnętrznych Mariusz Kamiński? Chyba dobrze sprawdza się w tej roli, sądząc po tym, jak „zadbał” o bezpieczeństwo ambasadora Rosji w dniu 9 maja.

W naszej kulturze jest przyjęte, że jeśli ktoś nam pomaga, to mu dziękujemy i tego samego oczekujemy, gdy my komuś pomagamy. To taki drobny, niby niewiele znaczący gest, ale informuje nas o tym, z kim mamy do czynienia. A kultura składa się m.in. z takich gestów. W tym wypadku mamy do czynienia z obcymi kulturowo osobnikami, jeśli w ogóle o jakiejkolwiek kulturze można mówić w ich przypadku, ale najwyraźniej wielu ludzi nie potrafi lub nie chce tego dostrzec. Przebudzenie może okazać się dla nich bardzo bolesne.

Traktat brzeski

Wojna na Ukrainie trwa i końca nie widać. W moim przekonaniu jest ona sztucznie wywołanym konfliktem, w którym stronami walczącymi są Rosja i Ukraina, a właściwie Rosja i NATO. Jednak obie walczące strony, a właściwie ich przywódcy, są tylko wykonawcami rozkazów swoich nieznanych przełożonych. Pewną wskazówką jest sposób, w jaki toczy się ta wojna i to, że państwo potężniejsze nie wykorzystuje swego całego potencjału, by szybko ją zakończyć. Ja oczywiście wiem, że Blitzkrieg, to nie rosyjski wynalazek, że według niemieckich generałów I wojna światowa miała wyglądać tak, że obiad miał być w Paryżu, a kolacja – w Petersburgu. A jak się skończyło, to wiemy. Jednak wydarzenia tamtej wojny i ich czasowa korelacja skłania do wniosków, że nic wtedy nie działo się przypadkiem, wprost przeciwnie – wszystko było doskonale zsynchronizowanym działaniem. A skoro tak, to czy możemy negować, że obecnie jest inaczej? I jakby tego było mało, wątek ukraiński pojawia się podczas pierwszej wojny, ale też i drugiej.

Tak naprawdę działania nabierają tempa w 1917 roku, w którym dochodzi w Rosji do rewolucji lutowej, czyli abdykacji cara. I to była prawdziwa rewolucja. Rewolucja październikowa była zwykłym zamachem stanu, ale nazwano go rewolucją i tak zostało. Po prostu bardziej to przemawia do wyobraźni i ułatwia kultywowanie legendy, czyli bajkopisarstwa.

Od początku wojny rząd Niemiec utrzymywał kontakty z bolszewikami mieszkającymi głównie w Szwajcarii. Również wywiad niemiecki już w 1915 roku, za zgodą cesarza Wilhelma II, wdrożył tajny program „rewolucjonizacji i insurekcjonizacji”. Jego realizacją zajmował się wydział III G niemieckiego Sztabu Generalnego.

Richard Pipes w jednej ze swoich książek pisze, że trasa podróży pociągu z emigrantami rosyjskimi w słynnym tzw. „zaplombowanym wagonie” wiodła ze Szwajcarii przez Berlin, dalej statkiem do neutralnej Szwecji, pociągiem do granicy należącej wówczas do Rosji Finlandii i wreszcie pociągiem z Finlandii dotarli do Piotrogrodu. Przepuszczenie przez terytorium państwa wojującego na zasadzie eksterytorialnego tranzytu obywateli państwa, z którym Niemcy prowadziły wojnę, było wówczas i pozostaje do dziś wydarzeniem bez precedensu w prawie i stosunkach międzynarodowych.

Powrót 16 kwietnia z emigracji w Szwajcarii Włodzimierza Lenina pociągiem specjalnym przez okupowane przez Niemcy tereny oraz przyłączenie się grupki niezależnych socjalistów pod wodzą Lwa Trockiego, który również powrócił swobodnie do Rosji z emigracji w Stanach Zjednoczonych w maju 1917 roku, ożywiły bolszewików, którzy, w przeciwieństwie do mieńszewików i eserowców, opowiadali się za natychmiastowym przerwaniem działań wojennych. Propaganda i działalność bolszewików, w tym m.in. podróż Lenina i innych przywódców bolszewickich ze Szwajcarii do Rosji, a zwłaszcza wydawanie prasy i druków ulotnych w masowych nakładach (w tym organu bolszewików, dziennika „Prawda” i jego mutacji), była w znacznej mierze finansowana przez sztab niemieckiej armii i skarb Cesarstwa Niemieckiego. Celem programu było, poprzez aktywne wspieranie działalności bolszewików, wymierzonej w carat, wewnętrzne osłabienie Imperium Rosyjskiego i jego armii, a po zwycięskiej rewolucji wyeliminowanie Rosji z wojny, co miało ułatwić zwycięstwo Niemiec na froncie zachodnim. Z kolei przemysł niemiecki miał zyskać dostęp do jej bogactw naturalnych i jej zasobów gospodarczych.

To wyeliminowanie z wojny miało odbyć się poprzez zawarcie traktatu pokojowego z Rosją, do którego dążyli bolszewicy.

Traktat brzeski – 9 lutego 1918 roku

Traktat brzeski – traktat pokojowy podpisany w Brześciu 9 lutego 1918 roku pomiędzy Cesarstwem Niemieckim , Austro-Węgrami i ich sojusznikami – Cesarstwem Bułgarii i Imperium Osmańskim a Ukraińską Republiką Ludową.

Inicjatywa tego odrębnego traktatu wyszła ze strony Niemiec, które widziały w poparciu niezależnej Ukrainy korzyści ekonomiczne (import zboża i innych surowców) i polityczne: kontrolowanie „samostijnej” Ukrainy, która stanowiłaby przeciwwagę dla Rosji i przyszłego państwa polskiego.

Na podstawie traktatu Niemcy i Austro-Węgry odstępowały proklamowanej 22 stycznia 1918 roku Ukraińskiej Republice Ludowej Chełmszczyznę z miastem Chełm i część Podlasia, a w tajnej klauzuli tego dokumentu Austro-Węgry zobowiązały się do wyodrębnienia Galicji Wschodniej wraz ze Lwowem i Przemyślem jako osobnego (autonomicznego) kraju koronnego monarchii. Poza tym traktat zawierał obietnicę pomocy militarnej dla Ukraińskiej Republiki Ludowej w zamian za milion ton zboża, które Ukraińcy zobowiązali się dostarczyć Niemcom i Austro-Węgrom do końca czerwca 1918 roku.

Traktat ten oznaczał uznanie państwa ukraińskiego przez państwa centralne. Wywołał on oburzenie wśród polskiej opinii publicznej, gdyż odstępował URL ziemie, do których, ze względów etnicznych i historycznych, rościli pretensje Polacy, jednak delegacja Królestwa Polskiego nie została dopuszczona do rokowań. Spowodowało to w konsekwencji poddanie się do dymisji Jana Kucharzewskiego wraz z rządem. Określona w powyższym traktacie granica miała przebiegać na północ od istniejącej granicy pomiędzy Austro-Węgrami a Ukrainą, zaczynając od Tarnogrodu, wzdłuż linii Biłgoraj, Szczebrzeszyn, Krasnystaw, Puchaczów, Radzyń, Międzyrzec, Sarnaki i Mielnik. Traktat ten nie został ratyfikowany przez Niemcy i Austro-Węgry, a tereny na wschód od inii wyznaczonej w traktacie z Ukrainą nie zostały przekazane temu państwu.

W negocjacjach pokojowych w Brześciu uczestniczyła równolegle delegacja RFSRR, z którą Niemcy wynegocjowały osobny, bardziej zanany traktat.

Traktat brzeski – 3 marca 1918 roku

Traktat brzeski – traktat pokojowy podpisany w Brześciu 3 marca 1918 roku pomiędzy Cesarstwem Niemieckim i Austro-Węgrami i ich sojusznikami – Cesarstwem Bułgarii i Imperium Osmańskim a Rosją Sowiecką.

Jednym ze sztandarowych postulatów bolszewików, przed zbrojnym przejęciem władzy w wyniku rewolucji październikowej, było podpisanie separatystycznego pokoju i wycofanie Rosji z I wojny światowej wbrew zobowiązaniom wobec Ententy. Po objęciu władzy Lenin zdecydował o wycofaniu Rosji z wojny. W listopadzie rozpoczęto negocjacje. Obie strony zgodziły się na jedenaście dni zawieszenia broni, a po ich upływie przedłużyły je aż do stycznia. Nie obyło się bez sporów pomiędzy Rosją a państwami centralnymi. Niemcy żądali, aby Rosja uznała ich wojenne zdobycze obejmujące Polskę, Litwę i Kurlandię. Bolszewicy upierali się, że aneksja tych terenów przez Niemców jest naruszeniem prawa do samostanowienia narodów i że pokój może być osiągnięty bez aneksji terytorialnych. Przedłużali oni rozmowy tak, aby dać szansę na rozlanie się rewolucji proletariackiej na cały kontynent. 8 stycznia Lenin wezwał do przyjęcia propozycji Niemiec, ale większość bolszewików odrzuciła to stanowisko w nadziei na kontynuowanie przedłużonego rozejmu.

10 lutego Niemcy i państwa centralne ogłosiły drugie ultimatum. Komitet Centralny ponownie je odrzucił. 18 lutego armia niemiecka wznowiła ofensywę, zbliżając się coraz bardziej do Piotrogrodu. Lenin ponownie wezwał KC swojej partii do zaakceptowania żądań państw centralnych. Tym razem poskutkowało. 23 lutego państwa centralne ogłosiły nowe ultimatum, w którym zażądały od Rosji uznania kontroli niemieckiej nie tylko nad Polską, Finlandią, Estonią, Łotwą i Litwą, ale także by Rosja uznała niepodległość Ukrainy. W przypadku odmowy zagrozili inwazją na samą Rosję. 3 marca delegacja bolszewicka podpisała traktat pokojowy, znany jako traktat brzeski.

Linia frontu w grudniu 1917 roku i obszar okupowany przez państwa centralne po traktacie brzeskim; źródło zdjęcia: Wikipedia.

Postanowienia traktatu:

  • traktat stanowił wycofanie się Rosji z wojny i zerwanie sojuszu z Ententą
  • władze Rosji Sowieckiej zgodziły się na okupację przez armię niemiecką terenów na zachód od ustalonej traktatem linii granicznej
  • oznaczało to utratę przez Rosję terenów Królestwa Polskiego, Liwy, Łotwy, Estonii, zachodniej Białorusi, Finlandii i Wysp Alandzkich, okręgów Karsu, Ardahanu i Batumi na Zakaukaziu
  • Rosja zobowiązywała się do zdemobilizowania całej armii i zawarcia pokoju z Ukrainą
  • rząd sowiecki zobowiązywał się, że rozbroi i nie dopuści do formowania nowych oddziałów polskich w Rosji
  • Rosja zgodziła się też na zapłacenie Niemcom reparacji wojennych w wysokości 6 mld marek (dzisiejsze 200 mld dolarów), z których 10 i 30 września przekazali Niemcom 662,5 mln marek

Traktat ten miał dla Niemców ogromne znaczenie, pozwalając przerzucić na zachód 44 dywizje. Po tym, jak traktat został podpisany, rząd sowiecki koncentrował swoją uwagę na próbie wzniecenia rewolucji proletariackiej w Niemczech. Wydano szereg antywojennych i antyrządowych publikacji, które były rozpowszechniane wśród wojsk niemieckich. Wkrótce po tej akcji propagandowej cesarz Wilhelm II abdykował, a nowy rząd niemiecki 11 listopada podpisał w Compiegne rozejm z Ententą. Rozejm ten i traktat wersalski uznawały pokój brzeski wraz ze wszystkimi dodatkami za niebyły, nakazując Rzeszy rezygnację ze wszystkich korzyści z niego uzyskanych. Również rząd bolszewicki uznał postanowienia traktatu za nieistniejące.

Józef Mackiewicz w swojej powieści Lewa wolna tak opisuje tamten czas:

„Ale za falochronem niemieckim, w szerokim pasie od Oceanu Lodowatego po Morze Czarne, pod zewnętrzną powłoką reprezentacyjnych deklaracji, nie układało się ani łatwo, ani zgodnie. Był to pas jedyny w swoim rodzaju, a tym różniący się od reszty Europy, że w żadnym z jego krajów, od Finlandii po Ukrainę, warstwa wyższa, szlachecka, dotychczas panująca, nie mówiła tym samym językiem co warstwa niższa, chłopska. Stąd mnożyły się trudności i powikłania haseł. Każdy na zielonym suknie hucznych stołów dyskusyjnych starał się zagarnąć palcami tyle mapy, iż nie mógł nie potrącić przy tym sąsiada. Jedni wychodzili z założenia: cuius regio eius natio; inni: „pędzić won tych, którzy nami dotychczas rządzili!”

Każdy będzie pisał później historię wypadków o tych targach i przetargach, o których miliony nie pytanych ludzi nie wiedziało nic zgoła, a często i wiedzieć nie chciało. Stąd historie te wzajemnie się pokrzyżują i zniekształcą. Tylko bolszewicy pisali historię prostolinijną. Nie było bowiem pomiędzy nimi sporów ani o ziemię, ani o język, ani o narodowość, ani o religię. Nie kryli się z tym, że im chodzi wyłącznie o – rewolucję. I jeżeli spierali się między sobą, to tylko o najlepszą taktykę, która do zwycięstwa tej rewolucji prowadzi.

Dlatego ludzie nieświatli mówili: „Zaraza”. Na tej podstawie, że podobnie jak nie rozeznać gołym okiem bakcyla choroby, tak nie rozeznać było na oko bakcyla rewolucji, który zarażał człowieka, niezależnie od jego narodowości, stanu, wyznania i wykształcenia. Ludzie mówili, że bakcyl tej zarazy przewieziony został do Rosji w zaplombowanym wagonie przez tych samych Niemców, którzy teraz zmuszeni są utrzymywać przed nią kordon sanitarny. Ludzie, nawet poniektórzy światli, dochodzili do przekonania, że wzruszenie ramion lub stuknięcie palcem w czoło lepiej tłumaczyć może to, co się dzieje, niż artykuły polityczne w gazetach.”

Na pozór wyglądały te działania na działania bez sensu, ale wszystko tak wygląda, gdy nie wiemy, kto tak naprawdę rządzi i jakie ma intencje.

6 kwietnia 1917 roku Stany Zjednoczone wypowiedziały wojnę Niemcom. Po zatopieniu w 1915 roku transatlantyku „Lusitania”, na którym znajdowało się wielu obywateli amerykańskich, Niemcy wstrzymali swoją strategię nieograniczonej wojny podwodnej na Atlantyku właśnie z uwagi na to, że mogło by to spowodować wciągnięcie USA do wojny. Teraz, wraz z rosnącym niezadowoleniem niemieckiej opinii publicznej, w lutym 1917 sztab postanowił wznowić ataki na wszystkie statki zmierzające do portów alianckich. Myślano, że dzięki temu uda się zmusić Anglię do co najmniej 6-miesięcznej przerwy w wojnie, podczas gdy siły amerykańskie potrzebowałyby co najmniej roku na stanie się znaczącą siłą na froncie zachodnim. Początkowo okręty podwodne zbierały ogromne żniwo wśród statków handlowych, później jednak, ze względu na wprowadzenie przez aliantów systemu konwojowego, straty zostały wyraźnie zmniejszone. Tak to opisuje Wikipedia.

Jakoś jednak tak się dziwnie to zbiega z powrotem do Rosji Lenina 16 kwietnia i Trockiego z emigracji ze Sanów Zjednoczonych w maju 1917 roku, a Niemcy w lutym tego roku postanowi dać Ameryce powód do przystąpienia do wojny. W listopadzie Lenin proponuje Niemcom zawarcie pokoju i oni się na to godzą, pomimo że w Rosji trwa wojna domowa i Niemcy mogliby bez trudu zająć Piotrogród i dyktować warunki. Jednak zgodzili się na rokowania pokojowe.

Tłumaczenie, że ten pokój z marca 1918 roku dawał im możliwość przerzucenia 44 dywizji na zachód jest, według mnie, bez sensu, bo przecież Stany Zjednoczone już 6 kwietnia 1917 roku przystąpiły do wojny, o czym przecież Niemcy wiedzieli, co więcej sami dali im do tego pretekst, poprzez wznowienie ataków na statki, które to ataki wcześniej wstrzymali, by nie prowokować Ameryki. Jak to nie jest dom wariatów, to co to jest? Mija 8 miesięcy i wojska niemieckie znajdują się w odległości kilkudziesięciu kilometrów od Paryża i… podpisują akt kapitulacji 11 listopada 1918 roku. Ja rozumiem, że można podpisać akt kapitulacji, gdy wojska wroga są kilkadziesiąt kilometrów od Berlina, ale na ziemi niemieckiej nie było obcych wojsk. I jeszcze nazywają ten akt kapitulacji rozejmem. Dla opinii publicznej w Niemczech to był szok i ten szok wykorzystał później po mistrzowsku Hitler. Nie było więc przypadku w takim właśnie sposobie potraktowania Niemców i zakończenia tej wojny. Na dodatek delegacje składały podpisy o 5-tej rano w wagonie kolejowym. O 5-tej rano w listopadzie to jest jeszcze ciemna noc.

Traktat brzeski zostaje zostaje anulowany. 9 listopada wybucha rewolucja bolszewicka w Niemczech. Ci sami bolszewicy, którzy dzięki wsparciu Niemiec wywołują rewolucję w Rosji, teraz robią to samo w Niemczech. Unieważniają również postanowienia traktatu brzeskiego i ruszają na podbój Europy, bo w wyniku rewolucji w Niemczech front wschodni, który decyzją aliantów miał nadal oddzielać Europę od rewolucji, zaczął się sypać, żołnierze dezerterowali i wracali do Niemiec. W miejsce ustępujących wojsk niemieckich, na mocy rozkazu Przewodniczącego Rady Wojennej Sprzymierzonych, marszałka Ferdynanda Focha, wchodzą nowo powstające jednostki wojska polskiego. Do pierwszych potyczek z bolszewikami dochodzi już w lutym 1919 roku. I tak powstaje front polsko-bolszewicki, zaczątek przyszłej wojny, w której niezrozumiałe decyzje Piłsudskiego są jakby tylko dalszym ciągiem tych niezrozumiałych decyzji z czasu I wojny światowej.

Kto więc tym wszystkim rządził i rządzi? Dlaczego postanowienia traktatu wersalskiego zostały tak sformułowane, by nikt nie był zadowolony z rozwiązań tam przyjętych. W przypadku Polski oznaczało to praktycznie skłócenie jej ze wszystkimi sąsiadami i w konsekwencji doprowadziło do Katynia i Wołynia.

Antony C. Sutton w książce Skull and bones; Tajemna elita Ameryki pisze, że wojna jest zawsze świadomym aktem twórczym konkretnych jednostek, że rewolucję ukazuje się zawsze jako spontaniczne wydarzenie skierowane przeciwko autokratycznie rządzonemu państwu, ale w żadnym z zachodnich podręczników nie znajdzie się informacji o tym, że rewolucje potrzebują pieniędzy, a źródłem tych pieniędzy w wielu wypadkach była Wall Street. Stwierdza, że oficjalna historia jest zniekształcona i ocenzurowana, ale że istnieje też inna, w znacznej mierze nieudokumentowana wersja dziejów, opowiadająca o świadomym doprowadzaniu do wojny, o celowym finansowaniu rewolucji zmierzającej do zmiany rządu i o wykorzystaniu konfliktu do zaprowadzenia Nowego Porządku Świata.

Trudno się z tym nie zgodzić. Cóż więc nam pozostaje? Jedynie na podstawie tego, co dostępne, próbować wyciągać wnioski. Przecież nie wszystko można ukryć i zafałszować. Pewne daty i fakty trzeba podać, a to może stanowić podstawę do właściwej interpretacji dziejów, do tego, że ten Nowy Porządek Świata to nic innego, jak tylko końcowy etap dążenia Żydów do realizacji ich celu ostatecznego, polegającego na uczynieniu z reszty ludzkości ich niewolników i przejęciu wszelkiej ich własności.

Więzień

A więc stało się! Słynny, przynajmniej w niektórych środowiskach, więzień Wojciech Olszański został zwolniony z aresztu, albo, jakby powiedział Duńczyk z filmu „Vabank” – na powietrzu. To ten, który stał się sławny na całą Polskę, po tym, jak spalił w Kaliszu kopię Statutu kaliskiego w dniu 11 listopada 2021 roku. Bodajże w styczniu został oskarżony o grożenie śmiercią dwóm posłom, jeśli nie zagłosują w jakiejś sprawie zgodnie z jego życzeniem. Nie wiem, czy jest to powód do uwięzienia, bo groźba nie jest jeszcze przestępstwem, ale jest to dobra okazja do budowania legendy kombatanta i patrioty oraz doskonała odskocznia do przyszłej kariery politycznej.

Więzienie jest warunkiem koniecznym. 26 lipca 1953 roku Fidel Castro zaatakował koszary Moncada w Santiago de Cuba, po czym został aresztowany. Wyszedł na wolność po amnestii w 1955 roku. Po to są właśnie amnestie, by przyszli bojownicy nie siedzieli za długo w więzieniu. Następnie wyjechał do Meksyku, by tam przygotowywać kolejną hucpę. W grudniu 1956 roku wylądował z kilkunastoma innymi bojownikami w okolicach Santiago de Cuba, w pobliżu amerykańskiej bazy Guantanamo, i schronił się w górach Sierra Maestra. I tam siedzieli przez dwa lata i pewnie byli szkoleni i dozbrajani przez Amerykanów. We wrześniu 1958 roku, dowodzeni przez Che Guewarę, zeszli z gór i ruszyli w kierunku Hawany. W połowie drogi, w mieście Santa Clara, Che Guewara został zastrzelony. Tylko przez kogo? Przez żołnierzy Batisty czy może kogoś innego? Dwóch bohaterów i dwie żyjące legendy to chyba za dużo na czas pokoju i nowej władzy. Pozostała jedna żyjąca legenda – Fidel Castro.

Lata 1980-1981 to „festiwal Solidarności”, a może raczej festiwal kolejnych „kombatantów” i „bohaterów”, którym trzeba było dopisać właściwy epizod w życiorysie. Solidarność była organizacją anarchistyczną, która socjalne hasła ubrała w patriotyczne szatki i okrasiła je Żydem Wojtyłą. Jesień i początek zimy 1981 roku to parcie do konfrontacji za wszelką cenę, nie zważając na żadne propozycje rządu. Tak miało być, bo tak życzyli sobie nieznani przełożeni przywódców Solidarności. W końcu przyszedł stan wojenny, wprowadzony niezgodnie z prawem, bo w tym czasie obradował sejm i to do niego należała decyzja o wprowadzeniu stanu wojennego, bądź – nie. Taka to była demokracja. Przywódcy Solidarności zostali internowani i styropianowcy zaliczyli etap kombatanctwa, bez którego dalsza kariera polityczna w nowej rzeczywistości nie byłaby możliwa.

Pod koniec kwietnia Robert Lewandowski powiedział dla Wirtualnej Polski:

„Napastnik reprezentacji Polski nawiązał też do słów wielkiego światowego lidera, laureata Pokojowej Nagrody Nobla.

Sport zawodowy to wielka pasja i radość, ale nie tylko zabawa. Wraz z sukcesami przychodzi odpowiedzialność. Nelson Mandela powiedział: “Sport ma moc zmieniania świata” – pamiętajmy i głośno powtarzajmy to przesłanie, szczególnie teraz, kiedy na Ukrainie giną niewinni ludzie. Nie ma sportu bez pokoju – dodał Lewandowski.”

Kiedyś mówili „nie ma wolności bez Solidarności”, ale czasy się zmieniają. Skąd Lewandowski mógł wiedzieć o tym, jaki stosunek do sportu miał Mandela? Ktoś mu pewnie musiał podpowiedzieć, co ma mówić. Mndela to najsłynniejszy więzień polityczny świata. Przesiedział w więzieniu, czy raczej w więzieniach, 26 lat. Od 1964 do 1990 roku. Zaczął od więzienia na wyspie Robben Island, położonej kilka mil na południowy-zachód od Kapsztadu. Początkowo trochę ich, to znaczy jego i innych więźniów, przymuszano do pracy w kamieniołomie i innych zajęć na terenie więzienia. Od 1977 roku zwolniono ich od wszelkich prac manualnych. Jak więc wyglądało ich życie? Mandela tak to opisuje w swojej autobiografii Long walk to freedom (Długa droga do wolności), z której wybrałem fragmenty:

„Koniec prac manualnych był wyzwoleniem. Teraz mogłem spędzać czas na czytaniu, pisaniu listów, dyskutowaniu z moimi towarzyszami i interpretowaniu aktów prawnych. Wolny czas poświęcałem moim ulubionym hobby, czyli ogrodnictwu i tenisowi. Zrazu władze więzienne odnosiły się niechętnie do próśb o pozwolenie wydzielenia fragmentu więziennego dziedzińca na ogród, ale w końcu zgodziły się. Zaopatrzyły mnie w nasiona. Początkowo sadziłem pomidory, chili i cebulę. Zbiory były słabe, ale z czasem i to zmieniło się. Władze więzienne nie żałowały, że pozwoliły mi na ogródek, bo wkrótce zaczął on przynosić obfite plony. Często zaopatrywałem strażników w moje najlepsze pomidory i cebulę.

Od samego początku, gdy tylko zacząłem spotykać się z przedstawicielami Międzynarodowego Czerwonego Krzyża, podkreślałem jak ważne jest posiadanie odpowiedniego sprzętu i warunków do uprawiania sportu. Jednak dopiero w połowie lat 70-tych, dzięki staraniom Międzynarodowego Czerwonego Krzyża, dostarczano nam wyposażenie do piłki siatkowej i stół do ping-ponga.

Mniej więcej w tym samym czasie, gdy skończyliśmy pracować w kamieniołomie, jeden ze strażników wpadł na pomysł, by nasz więzienny dziedziniec przekształcić w kort tenisowy. Więźniowie z sekcji ogólnej pomalowali cementową powierzchnię na zielono, a następnie namalowali białe linie. Kilka dni później umocowano siatkę i w ten sposób mieliśmy nasz własny Wimbledon przy naszym ogródku.

Wimbledon, ten w Londynie, ma korty trawiaste, w odróżnieniu od kortów US Open i Australian Open, które mają twardą nawierzchnię, a korty French Open mają nawierzchnię z mączki ceglanej. To są cztery turnieje tzw. Wielkiego Szlema, z których Wimbledon jest najstarszym (1877) i najbardziej prestiżowym.

Miałem już pewne doświadczenie w tenisie, gdy przebywałem w Fort Hare, ale w żadnym razie nie byłem ekspertem w tej grze. Mój forhend był całkiem dobry, ale bekhend – tragiczny. Ja jednak uprawiałem sport nie dla stylu, tylko dla ćwiczeń. To była jedyna i najlepsza odmiana od codziennych marszów do i z kamieniołomu. (Z tego wynika, że nie przemęczali się w tym kamieniołomie, skoro chciało się im jeszcze grać w tenisa.) Byłem jednym z pierwszych w naszej sekcji, którzy grali regularnie. Lubiłem grać z głębi kortu, a do siatki podchodziłem tylko wtedy, gdy miałem szansę na kończące uderzenie.

Latem 1979 roku grałem w tenisa na naszym korcie. W pewnym momencie mój partner uderzył piłkę po krosie (po przekątnej kortu – przyp. W.L.), do której próbowałem dojść. Poczułem ból w prawej pięcie, tak intensywny, że musiałem przerwać grę. Przez następnych parę dni mocno utykałem. Zbadał mnie więzienny lekarz i stwierdził, że powinienem udać się do specjalisty do Kapsztadu. Więzienne władze okazały się nader troskliwe, bo bały się, że jak któryś z więźniów umrze, to będzie wielki wrzask wśród międzynarodowej społeczności.

Zbadał mnie młody chirurg, który zapytał mnie, czy kiedykolwiek wcześniej miałem uraz pięty. Faktycznie miałem, gdy mieszkałem w Fort Hare. Pewnego ranka, gdy grałem w piłkę nożną, próbowałem przystopować piłkę i poczułem piekący ból w pięcie. Chirurg z Kapsztadu zrobił zdjęcie rentgenowskie i wykrył fragmenty kości, które tkwiły w niej od czasów pobytu w Fort Hare. Stwierdził, że może po znieczuleniu pięty usunąć je. Zgodziłem się natychmiast. Zabieg udał się, a chirurg poinstruował mnie, jak o nią dbać. Musiałem pozostać na noc w szpitalu. Pielęgniarki nadskakiwały mi przez cały czas. Rano powiedziały mi, że mogę zabrać piżamę i szlafrok, które dostałem.

Ta wycieczka do szpitala okazała się dla mnie bardzo pouczająca. Dostrzegłem pewną poprawę w stosunkach pomiędzy czarnymi i białymi. Lekarze i pielęgniarki traktowali mnie naturalnie, tak jakby całe życie uważali czarnych za równych sobie. To było dla mnie coś nowego i napawało optymizmem. Upewniłem się w moim, od dawna trwającym przekonaniu, że wykształcenie jest wrogiem uprzedzenia. To byli ludzie nauki, a w nauce nie ma miejsca na rasizm.”

To tylko wybrane, bardzo okrojone, fragmenty, ale Mandela dokładnie opisuje, jak to wyglądało. W tym kamieniołomie to oni udawali, że pracują, a strażnicy udawali, że ich nadzorują. Praktycznie to Mandela nimi kierował i oni wykonywali jego polecenia. Z więzienia rządził on całym ANC, czyli Afrykańskim Kongresem Narodowym. Gdy go uwięziono, to nie był zbyt bogatym człowiekiem, ale po uwolnieniu widać go na zdjęciach, razem z bardzo liczną rodziną, zamieszczonych w tej autobiografii, na tle imponującego, raczej nie domu, ale pałacyku. Jak się dorobić takiego pałacyku, siedząc przez 26 lat w pierdlu? Ja wiem. To jego żona Winnie Mandela, zamieszana w wiele afer. Ale gdyby nie była jego żoną, to nie miałaby takich możliwości. Tak więc bycie kombatantem i bojownikiem to niezły biznes.

I w tym momencie wypada wrócić z tego wielkiego świata na nasze, chciałoby się powiedzieć, polskie zadupie, gdyby nie to, że to już jest ukraińskie zadupie. Wyszedł z więzienia Wojciech Olszański, niespełniony aktor, którego wykreował Korwin-Mikke. Teraz będzie odgrywał rolę swojego życia. Stał się twarzą środowiska zwanego Kamratami. On, do spółki z Marcinem Osadowskim, wykreował to środowisko pod czujnym nadzorem Korwina-Mikke. Ich symbolika to wilcze zawycie „auuu”. Olszański często, w sposób bardzo ekspresyjny, powtarzał: Śmierć wrogom ojczyzny! Śmierć! Śmierć! Śmierć! To jest odwoływanie się do symboliki Nestora Machno, nadal żywej tradycji na Ukrainie.

Coraz częściej pojawiają się informacje o tym, że ma powstać Stronnictwo Kamrackie. Jeśli tak się stanie, to jego przywódcą zostanie przebieraniec i pajac Wojciech Olszański – Ukrainiec, jak często czytam w różnego rodzaju komentarzach w internecie. A jeśli tak, jeśli pociągnie on za sobą to stado wyjców, świadomych bądź nie, to będzie to oznaczać, że dojdzie w Polsce do drugiego Majdanu. To będzie też oznaczać, że Polska będzie krajem niestabilnym, niespełniającym wymogów bycia państwem cywilizowanym, europejskim, czyli niespełniającym warunków do bycia członkiem unii europejskiej. I o to właśnie chodzi tym, którzy sprowadzają do Polski tę zaporoską dzicz, która wraz z “polską” zaporoską dziczą, będą się tu nawzajem zwalczały.

Afera

Konfederacja dwoi się i troi, by utrzymać swój elektorat i na swoich konferencjach prasowych informuje o różnych patologiach w życiu publicznym. Na jednej z nich poinformowała o nadużyciach przy wypłatach covidowych w polskich szpitalach. Najwyższa Izba Kontroli zbadała wypłacanie dodatków covidowych dla medyków i w wyniku kontroli w czterech placówkach na terenie województwa zachodniopomorskiego ujawniono szereg drastycznych nieprawidłowości. Dodatki covidowe były wypłacane wielokrotnie jednej osobie w danym miesiącu i przekraczały limit, czyli 15 tys. złotych. Rekordziści otrzymywali ponad 40 tys. złotych. Zdarzały się przypadki wypłaty dodatków covidowych w wysokości 15 tys. złotych za 30 minut pracy w skali miesiąca. Jeden z kontrolowanych szpitali otrzymał na dodatek kwotę 71 milionów złotych, zapewniając od 63 do 88 łóżek covidowych. A inny, który zapewniał od 78 do 127, dostał tylko 7 milionów. Nikt nad tym bałaganem nie panował. – Tak to podsumował jeden z posłów Konfederacji.

Otóż myli się pan poseł. Panował, jak najbardziej! Ktoś przecież podjął decyzję o takim, a nie innym rozdziale pieniędzy przeznaczonych na dodatki covidowe. A wcześniej ktoś w ministerstwie finansów podjął decyzję o takim, a nie innym rozdziale tych środków dla poszczególnych szpitali. A jeszcze wcześniej ktoś w tym samym ministerstwie podjął decyzję o dodrukowaniu tych pieniędzy, bo na tym opiera się polska i nie tylko polska gospodarka. Jeśli ktoś wierzy, że to z jego podatków, to jest wyjątkowo naiwny. Te wszystkie osoby, to nie są jakieś abstrakcyjne byty, tylko ludzie z krwi i kości. Jeśli NIK ujawnił takie nieprawidłowości, to dlaczego nie ujawnił, kto podejmował decyzje? Najwyraźniej takie osoby są nietykalne.

Afer ci u nas dostatek, zwłaszcza afer finansowych, ale żadna z nich, od czasów powstania III RP, nie zakończyła się ukaraniem winnych, bo jakoś tak się dziwnie składało, że żadne kontrole i dochodzenia nie wykrywały sprawców, co najwyżej kozłów ofiarnych. Dlaczego tak się dzieje? Kim są te osoby, że tak trudno je pociągnąć do odpowiedzialności? Być może felieton Adolfa Nowaczyńskiego Afera lady Parnes…, zamieszczony w książce Perły i plewy (1934), wyjaśni co nieco.

»W pierwszym zeszycie monumentalnego, a raczej „momentalnie” (aluzja do żydowskiego przedwojennego dziennika „Der Moment” – przyp. W.L.) monumentalnego wydawnictwa: „Żydzi w Polsce odrodzonej” (redakcja: dr Schiper, dr Tartakower, radca Hafftka) znajdujemy na samym wstępie występ prezesa dr. Ozjasza Thona. Ponieważ dzieło poświęcone jest „społecznej, gospodarczej, kulturalnej i oświatowej działalności Żydów w Polsce” i „drukowane na pięknym bezdrzewnym papierze”, a zapowiada się jako „standard work” żydostwa polskiego, to poseł dr O. Thon kończy swoje przedsłowie takim akordem:

Żydzi polscy już nieraz nadawali ton w żydostwie świata. Była chwila, kiedy geniusz narodu żydowskiego doszedł właśnie do pełni rozkwitu w dziedzinie swej specyficznej nauki w Polsce. Mam wrażenie, że rozwój wypadków idzie teraz w tym kierunku, że w Polsce powstanie jeden z głównych duchowych ośrodków ducha żydowskiego”.

Może to nie powiedziane ze zniewalającą skromnością, ale duży procent prawdy w tym jednak jest. Trzeba atoli bardzo uważać na zespół tych, którzy wedle rebbe Thona ton mają nadawać w żydostwie świata. Niektórzy bowiem prawdopodobnie najstanowczej do tego nadawania tonu się nie nadają, przynajmniej obecnie, to jest w teraźniejszej teraźniejszości. Może będą nadawali się w przyszłości, w tej przyszłości fantastycznej, o której dr Greszon Lewin mówi, że „gdy narody przekują miecze na lemiesze, będzie mieszkał wilk z baranem, a lampart z koźlęciem będzie leżał, w te oto błogosławione czasy zniesione będą wszelkie święta z wyjątkiem Hamana, święta zwyciężenia, gdy nawet Hamanów wtedy nawet nie zabraknie”…

Otóż i Hamanów mogłoby w tej utopijnej, idyllicznej, szczęsnej przyszłości nawet zabraknąć (wbrew wróżbie dr. G. Lewina), gdyby właśnie nie ci liczni Lewinowie i synowie z pokolenia Lewi, którzy w zbyt dużym procencie tak moralnością, jak i mentalnością swoją właśnie nie nadają się do nadawania w żydostwie świata tego tonu, o którym mówi rabbi Thon.

Teraz świeżutko o dwóch takich Lewinach było dużo detali w prasie zagranicznej, swojskiej. Jeden to ten doktor (praw?), Izaak Lewin, zbiegły bankier berliński, który klientów ocyganił na 5 milionów marek, po czym zbiegł do… Rio de Janeiro, a potem wypłynął jako profesor ekonomii pod nazwiskiem Norman na katedrze uniwersyteckiej w Cambridge pod Bostonem; przedtem oczywiście sfałszował dokumenty i dyplomy i to… katolickiego uniwersytetu we Fryburgu. Dzielny Lewi został aresztowany podczas wykładu o… sytuacji gospodarczej w państwach południowej Ameryki.

Dość dużo gadania i pisaniny bywało ostatnio o innym Lewinie, naszym swojskim, rodzimym Mojżeszu, pochodzącym z Mińska. Ten znowu zrobił majątek szybko, po czym zajął się organizowaniem grupy sanatorów, którzy mieli sanować interesy „pana Pless”, jak pisują żydki w „Poranniaku”.

Stanowczo nie nadawał się „do nadawania tonu” w Gdańsku obywatel Aron Noiman, który wraz z Mendlą Merin zdołał, jak dotychczas ustalono, sześć dziewcząt z Piotrkowskiego wywieść do lupanarów w Buenos Aires, za co świeżo aresztowan. Jeszcze mniej młody p. Chaskiel Lindenbaum, który rodzonej rodzicielce swojej Rywce Lindenbaum, zwanej seniorką stręczycielek, pomagał w procederze zbierania żywego towaru ludzkiego do salonów przy ulicach Piwnej i Wołyńskiej. Oczywiście tego Lindenbauma nie należy mieszać z innym Lindenbaumem, który zwiał „nagle śmiercią”, zostawiając moc wierzycieli, przedtem pracował kilka lat w branży filmowej, a był do tego stopnia członkiem żydowskiej loży wolnomularskiej „Bnai Brith”, że ta loża objęła na siebie misję mediatorską z wierzycielami…

Nie nadawałaby się do nadawania tonu Europie duża banda, dla której zboczony malarz Czarnecki fałszował artystycznie legitymacje, a to obligacje premiowej pożyczki budowlanej, losy loterii państwowej itp., a których to falsyfikatów kolportażem zajmowali się pp. Abram Leipzygier, Leiba Rabinowicz, Szlama Chumek, Spajzman, Mordka Rapp i ich familie, obecnie wszyscy za kratą. Za fałszywą legitymacją radcy ministerialnego M. Librowicza aresztowano znów sleepingowego „międzynarodowego” działacza p. Rosenbauma.

Również dalej nie nadje się do nadawania tonu w Europie duża organizacja szmuglerów niemieckich haftów i koronek z Drezna i Bremy z panami Szmulem Pryncem (sic), Prendkiem, Blochem, Kottem na czele, którą sąd okręgowy w Kaliszu skazał nie w pełnym komplecie na dwa lata kryminału, po czym sąd apelacyjny na razie uniewinnił, aż do wznowienia dalszych szmuglerskich poczynań i wyczynów.

Czyż dalej nadają się do nadawania tonu żydostwu światowemu panowie Henoch Stajn et Comp. oraz bracia Silberman, właściciele firm Soplica (sic), i „Polonia”, i Polonez (sic) przy ul. Senatorskiej, którzy jako rzetelny Vermouth Cinzano z Turynu sprzedawali przez długie czasy jakieś świństwo z jabłek i cukru, podrabiając etykiety?…

Z dziennikarskiego świata znów nie nadawałby się na nadawanie tonu w Europie „kolega” Cederbaum z Wilna, który „nawiązywał” stosunki z młodymi dziewczynami, dawał im dobrze płatne posady w Gdańsku, aresztowany został jako pozostający w kontakcie z handlarzami żywym towarem w Gdańsku. Nie bardzo to się tak znowu spisał „kolega” Machonbaum, pseudonim Machon (dlaczego nie Mac-Mahon?), założyciel pierwszej mocarstwowej szkoły reporterów w „Palais Wertheim” (Aleje Ujazdowskie), w której wedle nakreślonego planu 700 kandydatów, płacąc rocznie 700 złotych miało po 700 dniach z gotowymi dyplomami zając wszystkie 700 miejsc wolnych w prasie, zarabiając 700 złotych, gdyby nie fatalna interwencja władz, które położyły ciężką dłoń na ramieniu lekkiego Machonbauma.

Jak widzimy z tego krótkiego przeglądu jednego tygodnia styczniowego w Polsce r. 1932, wszyscy ci współobywatele to byli ludzie, którzy zbyt przejęli się talmudyczną wspominaną wielokrotnie w dziele Nachalnika maksymą brzmiącą: Gazet kusy muter, co znaczy: grabić gojim jest dozwolone. (Urke Nachalnik, „Życiorys własny przestępcy”, z przedmową prof. uniwersytetu pozn. dr. Stef. Błazowskiego. Patronat opieki nad więzieniem, Poznań 1933.) Natomiast całkiem zlekceważyli sobie ci panowie rodacy „Zasady religijne” pana Kopelmana (nauczyciela szkół handlowych w Warszawie, gdzie wyraźnie przecież w komentarzu do 8 przykazania czytamy:

„Ósme przykazanie zakazuje nam przywłaszczania sobie cudzej własności jakimkolwiek bądź sposobem. Powinniśmy też wstrzymywać się od oszustwa, podstępu, łudzenia, kłamstwa, lichwy, fałszywej wagi i miary”.

A więc jednak: wstrzymywać się!

Tymczasem nie zdołała się wstrzymać od tego pewna dama polska, której nazwisko zdradziła wiedeńska „Arbeiter Zeitung” z 20.12.1932 r., a o której cały artykuł pt. „Habe die Ehre” (uszanowanie pani – przyp. W.L.), nie wymieniając nazwiska (wyznania i rasy), dał w żydowskiej „Weltbühne” berliński p. Paul Elbogen, pisząc tylko stale: „die Frau des polnischen Attaches”…

Lady Marianna Parnes, jadąc z Wiednia do Czechosłowacji szmuglowała na sobie: 198 szylingów austriackich, 2800 franków szwajcarskich, 680 dolarów, 700 guldenów holenderskich, 14 dolarów kanadyjskich, 14 funtów angielskich etc. Lady Marianna Parnes starała się na stacji granicznej Gmund przy rewizji przekupić urzędniczkę-gojkę sumą 10 000 szylingów austriackich. Lady Parnes została aresztowana. Mąż lady Parnes, długoletni szef wydziału prasowego przy polskim poselstwie w Wiedniu został wydalony ze służby.

Paul Elbogen poświęca cały artykuł cnocie i hartowi urzędniczki proletariuszki z urzędu celnego w Gmund.

Mąż lady Parnes tempore belli (czas wojny – przyp. W.L.) był najzajadlejszym oszczercą narodowego obozu i Komitetu w Szwajcarii. W nagrodę za to nędzny skryba został podporą poselstwa przy Siehmanie („Szarotka”) i przy Baderze (kreacja Radziwiłłów).

Czy rabbi dr Ozjasz Thon obstaje nadal przy swojej tezie o „nadawaniu żydostwu światowemu”?…«

Zapewne niewiele się od tamtych czasów zmieniło, w tym sensie, że to ta sama nacja zawsze jest uwikłana we wszelkiego rodzaju afery, szczególnie finansowe. Dziś już mają inne imiona i nazwiska, przeważnie polskie. Natomiast zasada Gazet kusy muter, czyli grabić gojim jest dozwolone, jest może bardziej aktualna niż przed wojną i bardziej powszechna. Obecnie praktycznie cała grabież sprowadza się do wykorzystania pustego pieniądza, wykreowanego z niczego. Te pieniądze trafiają do nielicznych. W przypadku opisywanej przez Konfederację ukraińską afery trafiły one zapewne do żydowskich lekarzy i może jeszcze do ich pomocników, czyli szabesgojów. W ministerstwie finansów na decyzyjnych stanowiskach siedzą również oni. I zapewne podobnie jest w sądach i w urzędach skarbowych. To oni tworzą przepisy, które zawierają luki prawne, o których wiedzą tylko nieliczni i tylko oni je wykorzystują. Przy takim opanowaniu kluczowych urzędów wszelkie próby dotarcia do sprawców afer kończą się niepowodzeniem.

Tak właśnie odbywa się transfer bogactwa, bo puste pieniądze pozwalają jednak na zakup całkiem „niepustych” nieruchomości, ziemi, firm, zakładów przemysłowych, wszelkiego rodzaju mediów itp. To oni wygrywają lukratywne przetargi rządowe (patrz Szumowski) i samorządowe, bo i tam ich nie brakuje. I w ten sposób dążą Żydzi do osiągnięcia swoich celów ostatecznych, czyli do przejęcia wszelkiego ziemskiego bogactwa.

Incydent

Nie sądziłem, że to, o czym wspomniałem w poprzednim blogu tak szybko stanie się naszą rzeczywistością. A pisałem: Anarchizm powoli wlewa się do „Polski”, w której Ukraińcy są ponad prawem. Mogą robić, co chcą, a i tak nic złego im się nie stanie. Chodzi mi oczywiście o incydent z rosyjskim ambasadorem w Polsce, który został oblany farbą przez jakąś Ukrainkę podczas próby złożenia kwiatów na grobie radzieckich żołnierzy poległych w czasie II wojny światowej. Do zajścia doszło 9 maja, w dniu, w którym Rosja obchodzi Dzień Zwycięstwa, czyli pokonanie Niemiec w II wojnie światowej i jej zakończenie w Europie.

Zawsze w takich wypadkach należy spróbować ustalić fakty. Jak doszło do tego zdarzenia? Na kanale Centru Edukacyjne Polska prowadzący program powiedział:

„W Warszawie obchody na cmentarzu żołnierzy radzieckich zostały odwołane, ale ambasador Rosji postanowił jednak prywatnie podjechać i złożyć kwiaty. Zrobił to trochę niefortunnie, bo mimo że zrobił to prywatnie, to jednak ogłosił to i o godzinie 12-tej na cmentarzu czekała go grupa kilkuset, zdaje się dwustu albo trzystu obywateli Ukrainy ze swoimi państwowymi flagami, no i chyba niespecjalnie dobrze musiał się tam czuć, a potem już przy skandalicznej bierności policji został oblany farbą.”

Swoje stanowisko przedstawiła w tej sprawie również Konfederacja, w której coraz więcej osób z ukraińskim akcentem i jakąś dziwną składnią, obcą językowi polskiemu. Jej rzecznik prasowy, odnosząc się do tego zajścia, oświadczył:

„Z tego tytułu zostały złamane pewne artykuły prawne. Art. 136 kodeksu karnego, mówiący o czynnej napaści, znieważeniu przedstawiciela obcego państwa: Kto na terytorium Rzeczypospolitej Polskiej dopuszcza się czynnej napaści na głowę obcego państwa czy też na, w tym wypadku, osobę należącą do personelu dyplomatycznego, przedstawicielstwa obcego państwa albo urzędnika konsularnego obcego państwa, w związku z pełnieniem przez nich obowiązków służbowych, podlega karze pozbawienia wolności do lat trzech.

Została też złamana konwencja wiedeńska, która zakłada, że ambasador znajduje się pod szczególną ochroną prawną, że jest on nietykany, a polskie służby mają obowiązek zapewnić mu ochronę. Tego obowiązku polskie służby nie dopełniły.”

Następnie zabrał głos Robert Winnicki, który powiedział:

„Komu to służy, a komu przynosi szkodę? Wbrew pozorom nie przynosi to szkody Federacji Rosyjskiej. Federacja Rosyjska ma dobrze ugruntowaną w świecie zachodnim opinię państwa agresywnego, państwa, które dokonuje bandyckich rajdów na swoich sąsiadów, państwa napastniczego i wizerunku Federacji Rosyjskiej w tej przestrzeni już raczej nic nie jest w stanie zepsuć.

W moim przekonaniu ambasador doskonale wiedział, że szykuje się tam awantura, tym bardziej nagłaśniali to, że będzie składał tam kwiaty, żeby do tej awantury doszło, właśnie po to, aby wykorzystać to jako element antypolskiej propagandy w ramach samej Federacji Rosyjskiej. Jestem również przekonany, że nie był to żaden przypadek. Już wczoraj wiedzieliśmy, że osobą, która dokonała tego jest aktywistka ukraińska, lewicowa, skrajnie lewicowa, która już miała różne epizody na terenie państwa polskiego, aktywności szkodzącej państwu polskiemu. I ona również doskonale wiedziała, co robi, wbrew temu, co mówił Mariusz Kamiński, to nie był żaden odruch spontanicznego gniewu ukraińskich kobiet. To była dokładnie zaplanowana akcja polityczna, która jest w interesie Ukrainy, żeby teraz eskalować jeszcze sytuację pomiędzy Polską a Rosją w kontekście tego konfliktu, który się teraz dzieje.

Więc to wydarzenie można traktować jako swego rodzaju rosyjsko-ukraińską ustawkę na polskiej ziemi, do której niestety, nie tylko ze dopuścił Mariusz Kamiński, bo jego należy wskazać jako głównego winowajcę i nadzorcę. Ale tą ustawką, która naraża na szwank polskie bezpieczeństwo, która naraża na szwank, wystawia na niebezpieczeństwo dyplomatów, chociażby polskich w Federacji Rosyjskiej, czy interesy Polaków. Kilkadziesiąt tysięcy Polaków mieszka na terenie Federacji Rosyjskiej. To jest bardzo głupia i zła rzecz i niestety ta nieudolność zaplanowana lub niezaplanowana, ale służb nadzorowanych przez Mariusza Kamińskiego, została jeszcze okraszona w jego przypadku skandalicznym wpisem w mediach społecznościowych, który w żaden sposób nie powinien wyjść spod klawiatury ministra spraw wewnętrznych w Polsce. I dlatego Konfederacja żąda dymisji Mariusza Kamińskiego, dlatego że nie możemy dopuścić, żeby na polskiej ziemi dochodziło do rosyjsko-ukraińskich ustawek.”

Trudno nie zgodzić się z Winnickim. (Czy to nazwisko pochodzi od miasta Winnica na Ukrainie?) Wygląda na to, że była to ustawka. Według niego zyskała na niej Rosja, bo będzie mogła ją wykorzystać jako element antypolskiej propagandy, a starci Polska, bo narazi na niebezpieczeństwo polskich dyplomatów i Polaków mieszkających w Rosji. I jakby na potwierdzenie jego słów dziś tj. 11 maja mamy odpowiedź. Polska ambasada w Moskwie została oblana czerwoną farbą. Ale czy rzeczywiście o to chodzi? O te wzajemne kuksańce? A po co Rosji antypolska propaganda? I czy tylko Rosji potrzebna jest antypolska propaganda?

Ten incydent pokazał światu, że Polska jest niepoważnym państwem, bo nie tylko nie potrafi zapewnić ambasadorowi obcego państwa bezpieczeństwa, ale też łamie własne przepisy, własnego kodeksu karnego i postanowienia konwencji wiedeńskiej. Taka narracja wpisuje się w postępowanie unii europejskiej wobec Polski, której zarzuca ona brak praworządności. Chodzi więc o uzmysłowienie opinii europejskiej, że Polska to niepoważne państwo, a skoro niepoważne, to nie można wykluczyć tego, że zostanie zlikwidowane albo wykluczone z unii europejskiej. Wyjście Polski z unii oznaczało by prawdopodobnie rozpad unii, a wówczas mogło by nastąpić połączenie Polski z Ukrainą i zdominowanie Europy przez Niemcy.

W Berlinie w dniu 9 maja miały miejsce obchody Dnia Zwycięstwa. Ukraińcy próbowali je zakłócić, rozkładając długą ukraińską flagę. Jednak policja niemiecka szybko ją zwinęła i usunęła intruzów. Jakoś dziwnie nie byli tak agresywni jak w Warszawie. Widocznie dobrze wiedzieli, że tam nie mogą podskoczyć i Kozaki podwinęli pod siebie ogony i rozeszli się. Tacy to dumni Kozacy.

Niemcy nie angażują się w wojnę na Ukrainie i chyba nie przypadkiem. Wprawdzie jeden z amerykańskich generałów stwierdził, że ta wojna potrwa jeszcze długo, ale kiedyś się skończy, bo przecież nic nie trwa wiecznie. A wtedy delegacje zasiądą do stołu i zaczną obradować. Zapewne nie będą to Amerykanie, bo skoro ich prezydent nazwał prezydenta Rosji bandytą, to trudno, by Rosjanie się na to zgodzili. Amerykanie zresztą zrobili to celowo, by mieć pretekst do nieangażowania się w sprawy europejskie. Nie będą to też Anglicy, którzy otwarcie popierają Ukrainę. Zrobili to z tych samych powodów, co Amerykanie. Jedynym partnerem do rozmów z Rosją będą więc Niemcy. I razem będą rysować nową mapę Europy.

Ukraiński anarchizm i terroryzm zostanie pewnie jeszcze nieraz wykorzystany do destabilizacji sytuacji w Polsce lub kompromitacji jej organów państwowych. Taki to obraz państwa polskiego ułatwi jego połączenie z Ukrainą, czego pewnie będzie domagać się mniejszość, czyli większość ukraińska w Polsce. Rosja zabierze wschodnią część Ukrainy, Niemcy zabiorą nasze tzw. Ziemie Odzyskane, a resztę połączą i powstanie nowe państwo. Ale to już nie będzie Polska. I o to chodzi!

W całym tym procederze bierze udział polska elita polityczna, czyli rządzący. Przecież Mariusz Kamiński nie działa według własnego widzi mi się, tylko wykonuje polecenia nieznanych przełożonych. Podobnie postępuje ambasador Rosji, który jest słabym aktorem i widać było wyraźnie, że się męczył przy odstawianiu tej farsy, ale pan każe, sługa musi. Tu nic nie dzieje się przypadkiem. Swoje role odgrywają też Duda i Morawiecki. Nie będą mieli najmniejszych skrupułów, by poświęcić to państwo, gdy ich panowie każą im to zrobić. To nie nowość w Polsce. W końcu rozbiór I RP zatwierdził sejm. Nie stać było ówczesnych posłów na protest. Pewnie byli bardzo zadłużeni. Podejrzewam, że nic od tamtego czasu nie zmieniło się.

Jeśli ten incydent był rosyjsko-ukraińską ustawką, jak twierdzi Winnicki, to oznacza to, że Rosja współpracuje z Ukrainą. A skoro tak, to znaczy, że cała ta wojna jest ustawką, a nazywając to bardziej subtelnie – teatrem. Ale czy tylko ta wojna? „Świat jest teatrem, aktorami ludzie, którzy kolejno wchodzą i znikają” – Szekspir.

Hiszpańska wojna domowa

Tak mi zależało na tym, żeby tym razem nie było nic o Ukrainie, bo ciągle o niej piszę, więc chciałem się oderwać od tej rzeczywistości, żeby było inaczej, tak jak kiedyś śpiewał Jerzy Połomski: Gdzieś Hiszpania za górami, A tu zima, karnawał jest z nami, Raz się żyje, zakręćmy walczyka ten raz, Hiszpański walczyk w sam raz. Hiszpański walczyk był krwawy. Nie zawsze musi on takim być, ale często bywa bardzo nieprzyjemny, o czym przekonali się piłkarze Manchester City, gdy w niewiele ponad minutę, na parę minut przed końcem meczu, Real zniwelował ich dwubramkową przewagę, a później, w dogrywce, strzelił jeszcze trzecią i tym samym awansował do finału Ligi Mistrzów.

Analogia z Ukrainą polega nie tylko na tym, że w Hiszpanii walczył Związek Radziecki z III Rzeszą, a na Ukrainie walczy Rosja z NATO i nie na tym, że Hiszpania, jakby na uboczu Europy, podobnie jak Ukraina, ale też na tym, że motywem przewodnim w obu wypadkach był i jest anarchizm. Wikipedia cytuje m.in. rosyjskiego autora: Александр Шубин – Анархистский социальный эксперимент. Украина и Испания 1917-1939 гг., Moskwa 1998, rozdz. IX, par. 3. – Aleksander Szubin – Anarchistyczny eksperyment społeczny. Ukraina i Hiszpania 1917-1939, Moskwa 1998, rozdz. IX ust. 3.

Ukraińska Republika Ludowa to lata 1917-1921. Nestor Machno był anarchistą i terrorystą, podobnie jak „nasz batko Bandera”. I ci sami, którzy stworzyli hiszpański anarchizm i wykorzystali go w tej sztucznie wyreżyserowanej wojnie, ci sami stworzyli kozacki anarchizm i wykorzystują go w trwającej obecnie na Ukrainie wojnie.

Hiszpańska wojna domowa, jak pisze Wikipedia, to wojna pomiędzy rządem Republiki Hiszpańskiej powstałym w wyniku koalicji Frontu Ludowego i wspierającymi go liberałami, republikanami, socjalistami, Baskami, Katalończykami, komunistami i anarchistami, a prawicową opozycją nacjonalistów, faszystów, monarchistów i konserwatystów. Toczyła się ona w latach 1936-1939. Mocarstwa europejskie traktowały ją jako poligon do testowania nowych rodzajów broni w warunkach bojowych.

Obie strony miały wsparcie z zagranicy. Nacjonalistom pomagały oddziały wojskowe z Włoch i Niemiec, siłom rządowym – ochotnicy z Brygad Międzynarodowych, zorganizowanych przez Komintern, Brazylia, Francja, ZSRR i Meksyk. W 1939 roku wojna ta zakończyła się zwycięstwem nacjonalistów. W jej wyniku zginęło około 500 tys. osób, a około 300 tys. wyemigrowało.

Tło konfliktu

W roku 1873 powstała Pierwsza Republika Hiszpańska. Jednak już rok później doszło do restauracji monarchii. 29 grudnia 1874 roku monarchista, generał Arsenito Martines Campos, opowiedział się za przywróceniem na tron monarchii Burbonów w osobie Alfonsa Burbona, syna królowej Izabeli II. Rząd Sagasty nie sprzeciwiał się temu. Dlaczego poszło tak łatwo? Benito Perez Galdos, jeden z najwybitniejszych pisarzy hiszpańskich, tak opisywał klimat parlamentu Pierwszej Republiki:

„Posiedzenia Kortezów bardzo mnie interesowały i większość wieczorów spędzałem na trybunie prasowej, rozbawiony spektaklem niemożliwego do opisania zamieszania, które wywoływali ojcowie Ojczyzny. Niepohamowany indywidualizm, przypływ i odpływ opinii, od najbardziej rozsądnych do najbardziej ekstrawaganckich, zgubna spontaniczność tylu mówców doprowadzała widza do szaleństwa i uniemożliwiała konkretne działania. Dnie i noce mijały, a Kortezy nadal nie zdecydowały, jak powinno się mianować ministrów: czy ministrowie powinni być wybierani pojedynczo, głosami poszczególnych deputowanych, czy też byłoby bardziej słusznie upoważnić Figuerasa lub Pi do przedstawienia składu nowego rządu. Proponowano i odrzucano wszelkie propozycje. To była dziecinada, która bawiłaby nas, gdyby nie to, że nas wielce smuciła.”

Podstawą rządów restauracji stał się kompromis pomiędzy bogatym mieszczaństwem a posiadaczami ziemskimi, który zapewnił Hiszpanii na półwiecze względny spokój. Powstały pierwsze partie polityczne, w tym Hiszpańska Socjalistyczna Partia Robotnicza (PSOE). Początek XX wieku to okres, w którym ścierali się ze sobą konserwatyści i liberałowie. Receptą miały być rządy silnej ręki i dyktatorskie. W 1923 roku doszło do wojskowego przewrotu, w wyniku którego władzę przejął Miguel Primo de Rivera, który utworzył juntę wojskową. Władzę w jego imieniu sprawowała Hiszpańska Unia Patriotyczna. Jego rządy były stosunkowo liberalne i zyskały poparcie partii lewicowych. Jednak w miarę upływu czasu poparcie to malało. De Rivera zrezygnował z urzędu w styczniu 1930 roku i zastąpił go generał Damaso Berenguer, a następnie admirał Juan Bautista Aznar-Cabañas. Rządzili oni za pomocą dekretów. Ze względu na małe poparcie monarchii, król Alfons XIII Burbon ustąpił ze stanowiska i ustanowił w kraju system republikański. W kwietniu 1931 roku odbyły się wybory samorządowe, które wygrali socjaliści i liberalni republikanie. Zwycięstwo sił republikańskich doprowadziło do wyjazdu z kraju Alfonsa XIII i dymisji junty Aznara. To dało początek Drugiej Republice Hiszpańskiej.

II Republika

Monarchę zastąpił prezydent Niceto Alcala-Zamora z Partii Liberalnej. Przeprowadził on reformy dotyczące polityki rolnej, sekularyzację państwa (prawo do rozwodu). To nie podobało się radykalnej prawicy, która domagała się powrotu monarchii. Doszło do nieudanego zamachu stanu generała Jose Sanjurjo w 1932 roku. Pomimo prób torpedowania reform poparcie dla ugrupowań republikańskich rosło. W wyborach z czerwca 1931 roku zdecydowaną większość zdobyli republikanie i socjaliści. W tym samym roku wprowadzono nową liberalną i demokratyczną konstytucję. Na względną stabilizację tego okresu nie wpłynął nawet Wielki Kryzys. Rząd wykorzystał ten czas do wdrożenia reformy wprowadzającej m.in. ośmiogodzinny dzień pracy i do dofinansowania rolnictwa.

Stopniowe reformy nie spodobały się Iberyjskiej Federacji Anarchistycznej (CNT), która organizowała strajki tłumione przez policję i Gwardię Cywilną, działające na rozkaz rządu centrolewicowego. W październiku 1931 roku premierem rządu mniejszościowego został Manuel Azaña. Wybory parlamentarne w 1933 roku wygrała z niewielką przewagą Hiszpańska Konfederacja Prawicy Autonomicznej (CEDA), jednak koalicję utworzyły mające zdecydowaną większość ugrupowania centrum i centrolewicy. Wysoki wynik prawicy był dla rządu o tyle niepokojący, iż konfederacja deklarowała wprost zamiar zniesienia ustroju republikańskiego i budowy w jego miejsce – totalitarnego.

Rok później miała miejsce rewolucja w Asturii 1934, której powodem był sprzeciw wobec wejścia prawicy z CEDA do rządu centrolewicy. Już wcześniej doszło do radykalizacji grup politycznych, szczególnie tych prawicowych. Rok przed wydarzeniami w Asturii powstała Falange Española, która w 1934 roku połączyła się z niewielką radykalną partią – Junta Ofensywy Narodowo-Syndykalistycznej i przyjęła jej program: opowiadała się za stosowaniem przemocy jako narzędzia walki politycznej i jawnie okazywała sympatię dla Mussoliniego i Hitlera, a nawet – ZSRR, ze względu na totalitaryzm, który promował. Była ona finansowana przez rząd Włoch. Bojówki falangi ścierały się z organizacjami lewicy i organizowały ataki na społeczność żydowską.

16 lutego 1936 roku odbyła się pierwsza tura wyborów (druga – 1 marca), w których Front Ludowy (koalicja wyborcza – socjaliści, komuniści, republikanie) zdobył większość 34,3% poparcia przy 71,4% frekwencji. Nowy rząd postanowił prowadzić politykę reform. Głównymi postulatami była amnestia dla więźniów politycznych, ulga podatkowa na prowincji, zwiększenie ilości przyznawanych kredytów rolnych, reforma rolnictwa oraz rozwój robót publicznych. Jednak naczelnym celem powstania Frontu był sprzeciw wobec polityki prawicy, która od 1933 roku stała się bardziej radykalna i coraz bardziej skłaniała się ku faszyzmowi i totalitaryzmowi. Głównym rywalem Frontu była prawicowa partia CEDA.

Na skutek obowiązującej w Hiszpanii skomplikowanej procedury wyborczej liczba głosów, a szczególnie proporcjonalny podział miejsc w Kortezach, był przedmiotem sporów. Ostatecznie po drugiej turze wyborów Front Ludowy uzyskał 278 miejsc, partie centrowe (w czasie wojny część z nich poparła rząd republikański, część nacjonalistów) 55 miejsc, prawica 194 miejsca. Powołany przez większość parlamentarną rząd rozpoczął funkcjonowanie 10 maja. W jego skład weszli niemal wyłącznie umiarkowani działacze Lewicy republikańskiej Manuela Azañi. Ministrem spraw wewnętrznych został liberał, ale socjaliści i komuniści kontrolowali policję i żandarmerię republikańską.

Już następnego dnia po wyborach lewicowi rewolucjoniści zaczęli otwierać więzienia i uwalniać swoich współtowarzyszy. Również skrajna prawica zaczęła stosować terror w stosunku do swoich przeciwników politycznych. Doszło do starć pomiędzy anarchistami a falangistami. 13 kwietnia działacze prawicowej falangi zabili sędziego, który skazał na 30 lat więzienia działacza falangi oskarżonego o zabójstwo sprzedawcy gazet o profilu socjalistycznym. To wydarzenie przyjmuje się za początek „zemst” ze strony organizacji lewicowych i prawicowych. W okresie do wybuchu wojny domowej w atakach z przyczyn politycznych zginęło 330 osób a 1511 zostało rannych. 16 czerwca, podczas ostatniego przed wakacyjną przerwą posiedzenia parlamentu, liderzy prawicowej opozycji parlamentarnej, monarchiści Calvo Sotelo i Gil Robles (CEDA), gwałtownie zaatakowali rząd republikański, zarzucając mu brak kontroli nad sytuacją w kraju. Gil Robles odczytał listę:

„160 spalonych kościołów, 269 (głównie) politycznych morderstw, 1287 napadów, 69 zniszczonych lokali partii politycznych, 113 „strajków generalnych”, 228 „strajków częściowych”, 10 splądrowanych redakcji gazet. W konkluzji stwierdził: Kraj może istnieć jako monarchia, czy republika, w systemie prezydenckim czy parlamentarnym, w komunizmie lub faszyzmie, lecz nie może istnieć w anarchii.”

Domagali się zaprowadzenia porządku. Według rządu za sytuację odpowiedzialna była prawica, która uciekała się do przemocy na ulicach. Jak się później okazało, było to ostatnie posiedzenie parlamentu przed wybuchem wojny domowej.

6 lipca aresztowano przywódce Falangi Jose Antonio Primo de Rivera, którego później skazano na śmierć. Było to związane z oskarżeniami o zamachy dokonywane przez członków jego ugrupowania. 12 lipca Jose Catillo, porucznik Gwardii Szturmowej, członek Partii Socjalistycznej, został zamordowany w Madrycie przez bojówkę falangi. Dzień później, w nocy z 12 na 13 lipca, przywódca monarchistów Calvo Sotelo został uprowadzony i zamordowany strzałem w tył głowy przez grupę policjantów Gwardii Szturmowej i cywilnych bojówkarzy, którymi dowodził kapitan Gwardii Cywilnej Fernando Condes, przy braku reakcji przydzielonej ochrony policyjnej. Szef opozycji parlamentarnej Gil Robles, nieobecny w domu, uniknął równoległego skrytobójstwa. Następnego dnia oskarżył on publicznie rząd o inspirowanie mordu. Zabójstwo lidera prawicowej opozycji było iskrą przyspieszająca wybuch buntu żołnierzy z hiszpańskiego garnizonu w Melilli (północne Maroko) i trzyletniej wojny domowej. Na czele powstania stali gen. dywizji Francisco Franco – komendant wojskowy Wysp Kanaryjskich, gen. Emilio Mola – dowódca brygady w Nawarze i przebywający na emigracji w Portugalii po nieudanej próbie zamachu stanu w 1932 roku gen. Jose Sanjurjo. To wydarzenie miało dla strony nacjonalistycznej także znaczenie propagandowe. Zamordowanie przez służby mundurowe Calvo Sotelo zmieniło nastawienie wielu ludzi do ugrupowań nacjonalistycznych.

W połowie lipca 1936 roku gen. Mola rozesłał zaszyfrowany telegram do zaufanych oficerów (spiskowców), w którym zawarł zasadniczy plan rebelii. W protektoracie marokańskim Legia Cudzoziemska i Regulares (jednostki sformowane z miejscowej ludności i hiszpańskich oficerów), wchodzący w skład tzw. „Armii Afrykańskiej”, mieli zbuntować się 18 lipca o piątej rano. Następnego dnia miały się zbuntować garnizony na kontynencie. Różnica dnia miała pozwolić na opanowanie protektoratu i przerzucenie sił „Armii Afrykańskiej” do kontynentalnej Hiszpanii. Miejsce rebelii nie było przypadkowe. Maroko od zwycięstwa Hiszpanii w wojnie z Rifenami (plemiona berberyjskie zamieszkujące góry Rif w Maroku) i zagarnięciu terytorium Rifu w 1926 roku znajdowało się pod jurysdykcją wojskową. Przed południem 17 lipca w marokańskim mieście Melilla został odkryty plan rebelii przewidzianej na następny dzień, jednak dowodzący miastem gen. Romarales, lojalny wobec republiki, nie potrafił zdecydować się na żadne działania. Spiskowcy na czele z pułkownikiem Segui’nem zareagowali błyskawicznie. W mieście pojawiły się oddziały Legii i Regulares, zbuntowała się również Gwardia Szturmowa. Miasto zostało zdobyte, a pułkownik natychmiast przesłał telegram do dowódców pozostałych miast garnizonowych w protektoracie. Wszystkie tamtejsze oddziały również przystąpiły do buntu. Sukces był błyskawiczny. W Ceucie pułkownik Yagüe zgniótł opór robotników i milicji robotniczej w zaledwie dwie godziny.

Powstańcy szybko opanowali Maroko, gdzie na czele zbuntowanych wojsk (115 tys. żołnierzy zgrupowanych w 8 dywizjach) stanął gen. Franco, a także większość północy kraju z wyjątkiem Kraju Basków i Asturii. Początkowo rząd republikański odmówił wydania broni organizacjom robotniczym i związkom zawodowym, które się tego domagały. 18 lipca odbyła się w Madrycie wielotysięczna demonstracja domagająca się od rządu zdecydowanych działań przeciwko buntowi. 19 lipca rząd wydał decyzję o otworzeniu arsenałów i wydaniu broni. W początkowym okresie udało się rządowi utrzymać pod kontrolą większość terytorium kraju, gdzie próby puczu, jak w Madrycie, Barcelonie, Walencji czy Maladze zostały szybko stłumione. Niemal natychmiast po przeprowadzeniu wojskowego puczu doszło do wybuchu rewolucji. Zrewoltowani mieszkańcy przystąpili do samoorganizacji i zbrojnej walki z puczystami.

Tak to opisuje Wikipedia. Jednak dziwnie to wygląda: dowodzący miastem gen. Romarales, lojalny wobec republiki, nie potrafił zdecydować się na żadne działania. Nie potrafił, czy może miał takie instrukcje. Przecież nie o to chodziło, by zdusić rebelię w zarodku, tylko o to, by doszło do wojny, by polała się krew i w konsekwencji, by wojna ta doprowadziła do wielkich strat materialnych. To jest podstawowy cel tych, którzy to wszystko reżyserują. Nie przypadkiem więc to właśnie spośród nich wywodzą się najlepsi reżyserzy filmowi.

18 lipca odbyła się w Madrycie wielotysięczna demonstracja domagająca się od rządu zdecydowanych działań przeciwko buntowi. Rebelia miała wybuchnąć 18 lipca w Maroku, a już tego samego dnia w Madrycie wiedziano o niej i zorganizowano wielotysięczną manifestację. Tacy byli zdolni.

19 lipca rząd wydał decyzję o otworzeniu arsenałów i wydaniu broni. Trochę inaczej przedstawia to angielska Wikipedia w artykule o hiszpańskim anarchizmie:

»Rząd republikański zareagował na groźbę powstania wojskowego z niezwykłą nieśmiałością i bezczynnością. CNT ostrzegło Madryt przed powstaniem w Maroku kilka miesięcy wcześniej, a nawet podało dokładną datę i godzinę: o 5-tej rano 19 lipca, o której dowiedziało się dzięki imponującemu aparatowi szpiegowskiemu. Jednak Front Ludowy nic nie zrobił i odmówił wydania broni CNT. Zmęczeni błaganiem o broń i odmową, bojownicy CNT napadli na arsenał i rozdali związkom broń. Bojówki postawiono w stan pogotowia na kilka dni przed planowanym powstaniem.

Powstanie zostało faktycznie przesunięte o dwa dni, na 17 lipca, i zostało stłumione na obszarach silnie bronionych przez bojowników anarchistycznych, takich jak Barcelona. Niektóre anarchistyczne twierdze, takie jak Saragossa, upadły, ku wielkiemu rozczarowaniu mieszkańców Katalonii; było to prawdopodobnie spowodowane faktem, że powiedziano im, że według Madrytu „nie ma powodu do paniki”, a zatem nie przygotowali się. Rząd nadal upierał się przy swoim, twierdząc nawet, że siły „nacjonalistyczne” zostały zmiażdżone w miejscach, w których ich nie było. To w dużej mierze dzięki waleczności ze strony związków, zarówno anarchistycznych jak i komunistycznych, siły rebelianckie nie od razu wygrały tę wojnę.

Anarchistyczne bojówki były same w sobie niezwykle libertariańskie, szczególnie na początku wojny, zanim zostały częściowo wchłonięte przez regularną armię. Nie mieli systemu rang, hierarchii, salutów, a ci, zwani „dowódcami”, byli wybierani przez żołnierzy.«

Skąd się wziął anarchizm w Hiszpanii? To samo źródło pisze:

„Najwcześniejszą udaną próbę spopularyzowania anarchizmu wśród hiszpańskich mas podjął włoski rewolucjonista, Giuseppe Fanelli. Zwolennik ruchu Młode Włochy, podczas rewolucji włoskiej porzucił karierę, by wziąć udział w Risorgimento (zjednoczenie Włoch – przyp. W.L.) pod dowództwem Giuseppe Garibaldiego i Giuseppe Mazziniego. Po powstaniu zjednoczonego Królestwa Włoch w 1861, Fanelli, zanim spotkał Bakunina i został anarchistą, został wybrany do włoskiego parlamentu jako członek skrajnie lewicowej koalicji Mazziniego.

Po Chwalebnej Rewolucji (1868, obalenie królowej Izabeli II – przyp. W.L.) i rozpoczęciu Sexenio Democrático (okres 6 lat od 1868 do 1874 roku – przyp. W.L.) w 1868 roku, nowy Rząd Tymczasowy ogłosił prawo do wolności zrzeszania się, pozwalając hiszpańskim robotnikom legalnie organizować się. Bakunin wykorzystał to jako okazję do sponsorowania Fanelli’ego, który udał się do Hiszpanii w celu rekrutacji członków Międzynarodowego Stowarzyszenia Robotników (IWA), międzynarodowej organizacji ( I Międzynarodówka – przyp. W.L.), która miała na celu zjednoczenie grup pracujących na rzecz klasy robotniczej. Przybywając do Barcelony ze skromnym budżetem, Fanelli spotkał się i pożyczył pieniądze od Élie Reclusa (francuski anarchista – przyp. W.L.), aby sfinansować podróż do Madrytu, gdzie spotkał się z właścicielem federalnej gazety republikańskiej La Igualdad i skontaktował się z grupą radykalnych robotników.

24 stycznia 1869 r. Fanelli po raz ostatni spotkał się z robotnikami-anarchistami z Madrytu, którzy zadeklarowali utworzenie madryckiej sekcji IWA. Fanelli powiedział, że opuszcza Hiszpanię, aby tamtejsi anarchiści mogli rozwijać się samodzielnie i tworzyć organizację „w oparciu o własny system wartości”, aby zachować spontaniczność, pluralizm i indywidualność w ruchu robotniczym. Anarchiści sekcji madryckiej zaczęli następnie rozpowszechniać swoje idee, organizując spotkania, wygłaszając przemówienia i publikując swoją gazetę La Solidaridad (Solidarność – przyp. W.L.). Do 1870 r. madrycki oddział Międzynarodówki zyskał około 2000 członków.

Anarchizm wkrótce zakorzenił się w całej Hiszpanii, we wsiach i miastach oraz w dziesiątkach niezależnych organizacji. Wiele wiejskich pueblo miało już anarchistyczną strukturę, zanim idee „anarchistyczne” rozpowszechniły się. W lutym 1870 roku madrycka sekcja IWA opublikowała w La Solidaridad wezwanie do wszystkich sekcji hiszpańskich o zwołanie ogólnokrajowego kongresu robotniczego, który ostatecznie miał się odbyć w Barcelonie.”

Zbigniew Krasnowski (Tadeusz Gluziński) w książce Socjalizm, komunizm, anarchizm (1936) w rozdziale Anarchizm, jako konieczny wyraz walki żydostwa z pozostałą rodziną narodów pisze:

„Walcząc z każdą władzą narodów rdzennych, czyli walcząc z przymusowym regulatorem życia społecznego, żydostwo musi rozszerzyć propagandę idei wolności do granic ostatecznych, które wyrażają się w negacji wszelkiej władzy, czyli w anarchizmie.

Anarchizm jest zatem dla żywiołu żydowskiego koniecznym wyrazem jego walki z pozostałą rodziną narodów.

Anarchizm w życiu społeczeństwa żydowskiego jest prądem umysłowym zupełnie naturalnym, bo sprzyjającym rozwojowi żywiołu żydowskiego w warunkach rozproszenia. Tym się tłumaczy, że wśród żydostwa anarchista jest takim samym zasłużonym działaczem jak każdy inny, np. syjonista.”

W przypadku Hiszpanii CNT (Iberyjska Federacja Anarchistyczna), czyli lewica i Falanga Hiszpańska, czyli prawica – obie były organizacjami anarchistycznymi, których flagi miały te same czerwono-czarne barwy. Podobnie jest w przypadku ukraińskich nacjonalistów. Anarchizm powoli wlewa się do „Polski”, w której Ukraińcy są ponad prawem. Mogą robić, co chcą, a i tak nic złego im się nie stanie.

Iberyjska Federacja Anarchistyczna (FAI) i Krajowa Konfederacja Pracy (CNT). FAI prowadziła walkę zbrojną, napadała na banki, skąd brała fundusze na działalność. Źródło zdjęcia: Wikipedia.

Manifest Falangi głosił doktrynę mocarstwowej Hiszpanii, planował wprowadzenie totalitarnego państwa. Falanga opowiadała się za stosowaniem przemocy w walce politycznej. Źródło zdjęcia: Wikipedia.

Kim więc był generał Francisco Franco i komu służył? Czy tym samym, którym służyli hiszpańscy anarchiści i hiszpańska lewica? Czy hiszpańska wojna domowa była zemstą Żydów za ich wygnanie z Hiszpanii w 1492 roku?

Demokracja to szatański wymysł. Wykorzystując ten instrument ustrojowy, można zrobić wszystko i być bezkarnym. Można destabilizować państwa, ich gospodarki, całkowicie zaburzyć ludziom ich systemy wartości. Rządzący w takim systemie mogą zrobić wszystko i nie ma nawet możliwości przeciwstawienia się temu. W Polsce podmieniają społeczeństwo, sprowadzają miliony obcych ludzi, państwo polskie zmieniają na ukraińskie i nikt nawet nie mówi, że tego nie było w programie wyborczym obecnie rządzących. I co? Za karę wybiorą innych? I co z tego? Mleko się rozlało i nie ma możliwości powrotu do sytuacji sprzed 24 lutego. W Hiszpanii skłócili naród, zginęło niepotrzebnie mnóstwo ludzi i zniszczony kraj, ale długo pracowali nad tym, by rozpowszechnić anarchizm wśród ludu. Tak działa demokracja.

Rzeź humańska

Dziś 3 maja. To nasze, hucznie obchodzone po 1989 roku święto, a tu jakoś cicho. Na Interii nic, na Wirtualnej Polsce nic, na Onet też nic. Dalej nie szukałem. Znaczy to, że już żyjemy na zachodniej Ukrainie, choć z drugiej strony, pojawiły się na ulicach biało-czerwone flagi. Jakoś tak się dziwnie składa, że ten zestaw barw bardziej mi odpowiada niż niebiesko-żółty. To wszystko nie zmienia jednak faktu, że przed Ukrainą, w naszej rzeczywistości, nie da się uciec, a poznawanie wroga to podstawa przetrwania dla tych, którzy chcą przetrwać.

Rzeź humańska jest raczej mało znanym epizodem w historii Polski i być może nie warto by było do niej wracać, gdyby nie fakt, że jej główni sprawcy są bohaterami na Ukrainie i stawia się im pomniki. Wobec faktu przebywania na terenie Polski kilku milionów Ukraińców, wypada przybliżyć sobie tamte wypadki. Może dzięki ich znajomości łatwiej będzie zrozumieć to, co stało się na Wołyniu, bo okrucieństwo w obu wypadkach było podobne.

Zaporoże znajdowało się pomiędzy południowo-wschodnimi kresami Wielkiego Księstwa Litewskiego a granicą Kaganatu Krymskiego Tatarów, wywodzących się z Azji. Byli oni największymi wrogami Kozaków. Do Europy dotarli wraz Mongołami. Batu-chan, wnuk Czyngis-chana, podbija około 1236 roku Ruś Kijowską i powstaje Złota Orda – niezależne królestwo Tatarów. Jego następcy rządzili tym państwem do połowy XV wieku. Po tym okresie następuje jego rozpad na na trzy różne kaganaty: krymski, astrachański i kazański. Natomiast wschodnio-słowiański ośrodek władzy przesuwa się stopniowo z Kijowa do Moskwy. I tak powstaje Wielkie Księstwo Moskiewskie, kończące mongolską dominację na tym terenie. Ponieważ natura nie znosi próżni, gdy jedno państwo chyliło się ku upadkowi, a drugie dopiero rosło w siłę, na ziemi, w pewnym sensie, niczyjej powstała społeczność kozacka, która nie podlegała żadnej władzy zwierzchniej. Tak się ukształtowała i taką pozostała do dziś.

W XVI wieku Rzeczpospolita i Kozacy mieli ten sam cel. I jedni i drudzy chcieli podbić Tatarów krymskich. Szlachta wynajmowała Kozaków do obrony jej południowo-wschodnich granic. Byli to tzw. Kozacy rejestrowi i byli opłacani jako wojsko najemne. Ale było też sporo Kozaków nierejestrowych, którzy zdobywali środki do życia w sposób niekontrolowany. Od czasu do czasu najeżdżali Tatarów krymskich, co zakłócało relacje Rzeczpospolitej z Imperium Osmańskim. Szlachta chciała z nich zrobić chłopów, a Kozacy nie chcieli nimi być. Ten opór stawał się często przyczyną powstań kozackich. W sumie było ich dziewięć. Od pierwszego powstania Kosińskiego (1591-1593) do ostatniego – Paleja (1702-1704).

Były też trzy powstania kozackie na terenie Rosji. Ostatnie – Pugaczowa (1773-1775). Po nim caryca Katarzyna II zlikwidowała Sicz Zaporoską. Ziemie Zaporoża nadano szlachcie rosyjskiej, wywodzącej się po części z rodzin kozackich.

Kozacy niby zniknęli, ale jakby nie do końca. Pojawili się ich następcy – hajdamacy. Dali o sobie znać w 1734, w 1750 i w 1768 roku jako sprawcy największej i najbardziej krwawej rebelii – koliszczyzny. Później zrywy hajdamaków zdarzały się rzadziej i nie były tak gwałtowne jak wcześniej.

Kim byli hajdamacy i co to takiego koliszczyzna, Wikipedia opisuje to tak:

Hajdamacy

Hajdamacy (z tur. hajdmak – rabować, grabić, ścigać, pędzić) – uczestnicy zbrojnych napadów rozbójniczych na terytorium Ukrainy Prawobrzeżnej w Rzeczypospolitej Obojga Narodów w XVIII wieku. Wywodzili się ze zbiegłego ukraińskiego chłopstwa, zubożałych mieszczan, Kozaków zaporoskich. Łączyła ich wspólna profesja. Na co dzień działali w luźnych grupach trudniących się rozbojem i napadami.

Tworzyli niezorganizowane grupy (na czele większych „oddziałów” rozbójników stał ataman), które napadały w celach rabunkowych na miasteczka, dwory i klasztory, posiadłości dzierżawców i bogatych chłopów, w wielu wypadkach mordując polską szlachtę, księży rzymskokatolickich i unickich, żydowskich karczmarzy i lichwiarzy. Hajdamacy mieli dobre stosunki z chłopami, a to że ich nie atakowali przysparzało im popularności. To powodowało, że chłopi często z nimi współpracowali dostarczając im schronienia i informacji. Hajdamacy dokonywali swoich wypraw łupieżczych organizując się głównie na Zaporożu, skąd przechodzili na Kijowszczyznę i tutaj pozyskiwali miejscową czerń. Taktyka napadów opierała się na wypracowanych przez wieki metodach stepowego rozbójnictwa. W bezpiecznym miejscu Kozacy zakładali tzw. „kosz” (obóz), skąd wypuszczano zagony w celach rabunkowych. Po zakończeniu grabieży wycofywano się zazwyczaj w rozproszeniu, wykorzystując znakomitą znajomość terenu, co pozwalało unikać ewentualnych walk na otwartym polu.

Przyjmuje się, że ofiarą ich padło w czasie koliszczyzny (1768) ponad 100 tys. osób. Nieliczne oddziały polskie na Naddniestrzu oraz prywatne armie magnatów nie dawały sobie rady, tak że wzywano parę razy na pomoc armię Imperium Rosyjskiego. Po zwycięstwach nad hajdamakami byli oni surowo karani za swoją działalność, często okaleczani lub skazywani na na karę śmierci.

Koliszczyzna

Koliszczyzna – powstanie chłopskie pod przywództwem Maksyma Żeleźniaka i Iwana Gonty skierowane głównie przeciwko szlachcie polskiej oraz ludności żydowskiej i duchowieństwu. Trwało od czerwca do lipca 1768 roku na Ukrainie prawobrzeżnej i przejawiało się masowymi pogromami Polaków, Żydów, duchowieństwa rzymskokatolickiego i unickiego, z których to pogromów największe rozmiary osiągnęła rzeź humańska. Powstanie zostało stłumione przez wojska rosyjskie i polskie. Liczbę ofiar koliszczyzny szacuje się na 100 000 do 200 000 zamordowanych.

Słowo „koliszczyzna” ma różne znaczenie, m.in. pochodzi ono od okrzyku „Koli! Koli!” (Kłuj), który miał być słyszany podczas mordów. Oznaczało też ono na Naddnieprzu rzeźników wyspecjalizowanych w zabijaniu świń.

Bezpośrednim inicjatorem buntu był Maksym Żeleźniak, poddany rosyjski, który wzywał do antypolskich wystąpień, powołując się przy tym na fikcyjny ukaz Katarzyny II, tzw. Złotą Hramotę, w którym caryca miała nakazywać wypędzenie z Ukrainy prawobrzeżnej polskiej szlachty, Żydów oraz kapłanów unickich. Żeleźniak sformował swój pierwszy większy oddział w Chłodnym Jarze w pobliżu Monasteru Motronińskiego, którego przełożonym był Melchizedek (Znaczko-Jaworski). Wkrótce zaczęli dołączać do niego inni przybywający z Siczy Kozacy zaporoscy, a następnie, już po wyruszeniu z obozu, miejscowi chłopi ruscy.

Co działo się w Humaniu? Dobrze jest to ujęte w artykule Zanim zapłonął Wołyń… Rzeź humańska, czyli bestialski mord Polaków i Żydów na Ukrainie (https://historia.wprost.pl/10229186/3/zanim-doszlo-do-rzezi-wolynskiej-czym-byla-rzez-humanska-na-ukrainie.html). Artykuł pochodzi ze strony Historia Wprost.pl. Poniżej fragment:

„Pod koniec czerwca 1768 roku zbrojne watahy dotarły pod leżące nad rzeką Umanką miasto Humań, należące do Franciszka Salezego Potockiego, wojewody kijowskiego. Miejscowość była dobrze ufortyfikowana, wzmocniona nową palisadą i trzema bastionami. Obronny charakter miasta wiązał się przede wszystkim z jego rolą centrum handlowego. Przywileje dla mieszczan i okolicznych chłopów czyniły z niego ważny ośrodek gospodarczy, skłaniający do osiedlania się i zapewniający trwały rozwój. Autorzy „Słownika geograficznego Królestwa Polskiego…” pisali później, że o ile jeszcze w XVII wieku Humań przynosił około 30 000 zł dochodu, o tyle w XVIII wieku były to już miliony. Żyła złota w dobrach Potockiego wymagała jednak silnej obrony. Zapewniać ją miał ponad 100 osobowy garnizon wzmocniony pułkiem milicji kozackiej złożonym z blisko 2 tys. żołnierzy. Do dyspozycji obrońców miało być również ponad 30 armat. Nie można się więc dziwić, że uciekając przed koliszczyzną, miejscowa szlachta i Żydzi chroniła się mieście nad Umanką. Wszyscy byli pewni, że Humań da odpór oddziałom hajdamackim. Zapomniano przy tym o przysłowiu, że walczyć Kozakami przeciw Kozakom, to jak orać wilkiem.

Kiedy hajdamacy zbliżyli się do Sokołówki – wsi położonej o kilka kilometrów od Humania – Kozacy stacjonujący w mieście rozpoczęli przygotowania do obrony. Na ich cele stał Iwan Gonta – syn ruskiego chłopa – zaufany żołnierz Potockiego. Jeszcze w trakcie przygotowań do dowódcy kozackiego doszły plotki, że komendant miasta – Rafał Despot Mładanowicz – ukrył przed nim listy Franciszka Salezego, w których właściciel obiecał Goncie dwie wioski w zamian za skuteczną obronę miasta. Iwan potraktował to jako osobistą zniewagę. Nie zważając na dotychczasowe zaufanie Potockiego rozpoczął negocjacje z Żeleźniakiem sugerując możliwość przejścia Kozaków na stronę buntowników. 21 czerwca dobito targu – Gonta wraz z całym pułkiem przeszedł na stronę hajdamacką kierując armaty przeciw bezbronnemu miastu.

Mładanowicz próbował dać opór, zdawał sobie jednak sprawę z beznadziejnego położenia obrońców. Rozpoczęto rozmowy pokojowe. W zamian za oddanie miasta buntownikom obrońcy i mieszkańcy mieli odejść wolno. Komendant zgodził się na warunki otwierając przez hajdamakami bramy. Żeleźniak i Gonta nie zamierzali respektować umowy. Zbrojne bandy wpadły do miasta rozpoczynając krwawą rzeź przerażonych mieszkańców i chroniącej się w Humaniu szlachty. Zbombardowano także tutejszą synagogę, w której zgromadzili się lokalni Żydzi. Tysiące zginęło pod jej gruzami. Jak pisali świadkowie, krew wylewać się miała przez próg świątyni. Tych którzy uniknęli śmierci łapano i obcinano uszy i ręce. Wymordowano także księży katolickich i unickich. W pień wycięto także kilkuset uczniów szkoły bazyliańskiej. Brutalna masakra trwała cały dzień.

Według późniejszych szacunków w Humaniu zamordować miano nawet 20 tys. ludzi. Sam Żeleźniak twierdził w czasie przesłuchania, że było ich nie więcej jak 2 tys. Być może w swoich szacunkach nie uwzględnił ludności żydowskiej, której liczebność szacować można na 5-7 tys. Z pewnością ofiarą okrutnej rzezi padło więc około 10 tys. ludzi.”

26 czerwca 2018 roku w tygodniku Polityka ukazał się artykuł 250 lat po rzezi w Humaniu (https://www.polityka.pl/tygodnikpolityka/historia/1753490,1,250-lat-po-rzezi-w-humaniu.read). Poniżej fragmenty:

»Latem 1768 r. Humań na Ukrainie był samotną wyspą pośród powstańczego morza. W ostatnich dniach czerwca należące do rodziny Potockich miasto przypominało twierdzę i przytulisko zarazem. Schronili się tam uciekinierzy przed falą buntu wywołaną w południowo-wschodnich województwach Rzeczpospolitej przez Maksyma Żeleźniaka. Humań miał stosunkowo liczną załogę złożoną głównie z kozaków dworskich, ale Żeleźniak zdołał przeciągnąć na swoją stronę ich dowódcę Iwana Gontę. Wraz z tą zdradą prysła ostatnia nadzieja obrońców. Miasto postanowiło skapitulować.

Rankiem 21 czerwca na spotkanie Kozaków wyszli z chlebem i solą najbardziej szanowani obywatele w otoczeniu miejscowych urzędników. Zgromadzeni pod Humaniem chłopi nie czekali jednak na ich zaproszenie. Wdzierając się za mury, dali początek trwającej dwa dni rzezi. Żydom obcinano ręce i uszy, wyciągano ich z piwnic i domów. Polskich szlachciców przywiązywano do pala, bito, kłuto spisami, by na koniec dobić nożem lub wystrzałem z broni palnej. Uczniowie ze szkoły bazylianów byli torturowani. Sceną największych zbrodni stały się miejscowe świątynie. Nie mogąc sforsować drzwi synagogi, Kozacy podciągnęli na miejsce armaty i ostrzelali ją ze wszystkich stron. Wyniesione stamtąd zwoje Tory chłopi rozłożyli na ulicach i jeździli po nich końmi. Uciekające w panice rodziny szlacheckie chowały się po piwnicach, rowach, zaroślach, skąd były wywlekane, pędzone i gromadzone na placu targowym, by tam dokonać żywota.

Przed niesławnym 1768 r. hajdamacy pojawiali się i znikali, ale nie stanowili problemu natury politycznej. Na miano przełomu zasługuje moment przyjęcia przez nich haseł obrony prawosławia i usunięcia polskiej szlachty z tamtych ziem. Stało się tak za sprawą dwóch splecionych ze sobą wydarzeń. Pierwszym była bezpardonowa rywalizacja, jaką na Rusi toczyły Kościoły prawosławny oraz grekokatolicki. Wschodni katolicy, zwani unitami, byli w drugiej połowie XVIII w. prawdziwą potęgą. Pod względem liczby parafii stanowili największą w Rzeczpospolitej wspólnotę wyznaniową, większą nawet od rzymskiego katolicyzmu. Bez wątpienia byli czynnikiem modernizującym: budowali nowe szkoły, publikowali wiele książek. Ich sukces oznaczał dla prawosławia śmiertelne zagrożenie. Unici reprezentowali nie tylko międzyreligijny kompromis, ale również szansę na wyrwanie się poza granice ruskiego miru. Występowali tym samym w imieniu nowej, prężnej kultury ruskiej, stanowiącej alternatywną wobec Moskwy drogę ratunku przed polonizacją.

Hasła wzywające do walki z unitami głosiło wielu prawosławnych duchownych. Jednym z najbardziej wpływowych i charyzmatycznych był ihumen monasteru motronińskiego Melchizedek Znaczko-Jaworski, mianowany przez moskiewskiego patriarchę namiestnikiem Cerkwi na Prawobrzeżnej Ukrainie. Jego kazania piętnujące duchowieństwo i wiernych Kościoła unickiego jako zdrajców padły na podatny grunt za sprawą zawiązanej w marcu 1768 r. konfederacji barskiej. Garnąca się pod ich sztandary szlachta katolicka obrała sobie za cel powstańczą walkę przeciwko wpływom Rosji. Opierając się na hasłach obrony Kościoła katolickiego i rozprawy ze zdrajcami ojczyzny, wzbudzili wielki niepokój wśród Rusinów. Po ziemiach ukrainnych lotem błyskawicy rozniosły się pogłoski o okrucieństwach konfederatów i nawracaniu miejscowych siłą, co jeszcze mocniej zaogniło stosunki w kresowym kotle. Wymowna była skarga, jaką na konfederatów wnieśli mieszczanie z Kaniowa: „Po całej Ukrainie czynili różne niepokoje i okrucieństwa, więc takimi nieprzystojnymi uczynkami dali podstawy hajdamactwu”.

W tej właśnie atmosferze wiosną 1768 r., na czele licznej partii hajdamaków, Maksym Żeleźniak, były mnich monasteru motronińskiego, przeprawił się z „rosyjskiej” na „polską” stronę Dniepru. Jego marsz znaczyły krwawe rozprawy z Polakami i Żydami. Podlegli mu ludzie mieli odczytywać chłopom „Złotą Hramotę”, czyli pismo przysłane im rzekomo przez carycę Katarzynę II, w którym nakazywała im „wyczyszczenie pszenicy z kąkolu”, czyli oczyszczenie ziem ukraińskich z Lachów, Żydów i duchowieństwa unickiego. W rzeczywistości kancelaria imperatorowej żadnego dokumentu nie wystawiła, ale powtarzające się w relacjach świadków i literaturze wzmianki o tym dokumencie pozwalają sądzić, że jakieś pismo – najpewniej sfałszowane – rzeczywiście w rękach Żeleźniaka się znalazło.

Wszędzie tam, gdzie pojawiał się Żeleźniak, chłopi porzucali pracę, zbroili się w spisy, siekiery i noże, ruszając na dwory i karczmy. Wyrąbywano też dworskie lasy. Czerkasy zostały zdobyte i ograbione. Następnie Żeleźniak pomaszerował ze swym oddziałem na Korsuń i Bohusław. Powoli posuwał się w kierunku Humania, pod którego murami stanął 20 czerwca 1768 r. Kilka dni po masakrze w mieście proklamowano Hetmanat, co było nawiązaniem do powstania Chmielnickiego i żądania autonomicznej władzy Kozaków nad ziemiami naddnieprzańskimi. Żeleźniak został hetmanem, a Gonta głównodowodzącym wojsk. Skasowano pańszczyznę oraz stan szlachecki, ogłoszono powszechną równość.

Rzeź humańska spowodowała w Rzeczpospolitej prawdziwy wstrząs. Szok nie był jednak efektem wielkiej liczby ofiar czy szczególnego okrucieństwa sprawców. Przerażenie spowodowały wieści o szlachcicach zmasakrowanych rękami chłopów. Strach przed żywiołem rewolucji społecznej potęgował fakt, że należąca do Rzeczpospolitej prawobrzeżna Ukraina była w zasadzie bezbronna. Podstawową siłą zbrojną, jaką dysponowali tamtejsi magnaci, byli nadworni Kozacy, ale ci, idąc za przykładem Gonty, masowo przechodzili na stronę buntowników. Nie mogąc liczyć na regularne wojska, które zajęte były utarczkami z konfederatami barskimi, szlachta pokładała swe nadzieje w… wojsku rosyjskim.

Powstała tym samym paradoksalna sytuacja; na polsko-rosyjskim pograniczu funkcjonowały dwa rebelianckie ośrodki – konfederacja barska oraz hajdamaczyzna – które, choć cele miały inne, to Warszawa i Petersburg zwalczały je solidarnie „ponad podziałami”. W tamtych wydarzeniach można także dostrzec zapowiedź zjawiska, jakie prof. Daniel Beauvois nazwał trójkątem ukraińskim, w którym już po upadku Rzeczpospolitej szlachta kresowa współpracowała z caratem ze strachu przez miejscowym ludem.

Z punktu widzenia polskiej świadomości historycznej hajdamaczyzna stała się słowem kluczem, które przywodzi wyobrażenia o dzikim buncie jeszcze bardziej dzikiego ludu. Wymienianie Humania w tym samym zdaniu co zbrodni wołyńskiej czyni z hajdamaczyzny poprzedniczkę UPA. Pojęciowa zbitka „ukraińskie okrucieństwo” weszła do powszechnego użycia, budząc ten sam ciąg skojarzeń, co np. „islamski terroryzm”. Hajdamaczyzna odgrywa także istotną rolę w tworzeniu specyficznie polskiego, romantycznego obrazu Kresów. Zlała się ona w jedno ze stworzonym przez Henryka Sienkiewicza mitem Ukrainy jako ziemi przeklętej, leżącej poza granicami normalnego świata, obszaru bezpardonowej walki dobra ze złem. Tak rozumiane Kresy były ziemią nadmiaru – zbyt wielkich obszarów, zbyt szalonych namiętności i czynów zbyt okrutnych, by objąć je rozumem. Budowane na bazie literatury legendy sprawiły, że Polacy zaczęli utożsamiać Ukrainę z krajem żądnej krwi czerni i pozbawionych ludzkich cech rezunów.«

Powstanie zostało stłumione przy zgodnej współpracy wojsk koronnych i rosyjskich. Gontę i innych zamieszkujących Prawobrzeże wydano Branickiemu. Gonta po torturach został stracony. Żeleźniaka i głównie Kozaków zaporoskich z Lewobrzeża (poddanych rosyjskich) Rosjanie pozostawili własnemu sądownictwu. Żeleźniak został zesłany na Syberię do Nerczyńska.

Czym było to powstanie? Co do tego opinie historyków są podzielone i nie ma jednoznacznej oceny. Wikipedia przytacza opinie wielu z nich.

Józef Szujski podkreślał ruskiego fanatyzmu religijnego i inspirację rosyjską. Franciszek Rawita-Gawroński podkreślał historyczne uprzedzenia i wrogość chłopów ruskich do Polaków i katolicyzmu, które zostały sztucznie stworzone w czasach kozackich, głównie w XVII wieku. To twierdzenie popiera współcześnie Karol Mazur.

Tadeusz Korzon zacytował opinie Stanisława Augusta o genezie koliszczyzny, uzupełniając ją:

Fanatyzm grecki i niewolniczy walczy ogniem i mieczem z fanatyzmem katolickim i szlacheckim… To pewna, że bez konfederacyi Barskiej nie byłoby tego nowego nieszczęścia. Poprawiwszy ostatnie zdanie, czyli raczej, dodawszy do niego dwa wyrazy: bez hasła religijnego w konfederacyi Barskiej, otrzymamy najtrafniejszą i z najpoważniejszego źródła pochodząca wskazówkę do zrozumienia stanu umysłów i przyczyn klęski Humańskiej. W szczegółach sprawa ta modyfikuje się o tyle, że wezwanie do krwawego dzieła wyszło zza Dniepru, spoza granicy rosyjskiej, moralnym zaś sprawcą jego był Melchizek-Znaczko Jaworski.

Władysław Konopczyński w swojej pracy Konfederacja barska pisze:

Cel bojowy został osiągnięty: potęga humańska Franciszka Salezego Potockiego, miasta i włości Jabłonowskich, Lubomirskich, Mniszcha legły w perzynie, tak iż konfederaci żadnego z nich zasiłku w pieniądzach ani w ludziach nie dostaną.

Władysław Serczyk w swojej monografii koliszczyzny (wyd. 1968) uważał, że starsza historiografia polska w jednostronny sposób ujmowała to wydarzenie. Jego zdaniem do prób reinterpretacji tego wydarzenia doszło w historiografii dwudziestowiecznej, w której uznano koliszczyznę za powstanie chłopskie o podłożu narodowym, społecznym i wyznaniowym.

W mojej ocenie najtrafniejszą genezę koliszczyzny przedstawił Tadeusz Korzon w poprawionej przez siebie opinii Stanisława Augusta: Fanatyzm grecki i niewolniczy walczy ogniem i mieczem z fanatyzmem katolickim i szlacheckim… To pewna, że bez hasła religijnego w konfederacji Barskiej nie byłoby tego nowego nieszczęścia.

Nie wiem dlaczego nikt nie chciał tego nazwać wprost. Przecież to była wojna religijna. Nic nie wywołuje takich emocji, takiej nienawiści, jak antagonizmy wyznaniowe. Tylko w ten sposób można było pobudzić prostych ludzi, zasiać w nich nienawiść, wyzwolić nadzwyczajną energię. A że stanowiła ona tylko narzędzie do likwidacji konfederacji barskiej, a może bardziej narzędzie do zniszczenia tych, którzy mogli jej znacząco pomóc, to inna para kaloszy. Ci ludzie zostali wykorzystani i nawet nie domyślali się w jakim celu. Ironią losu jest to, że dziś w tym samym miejscu, potomkowie tamtych rezunów, też są wykorzystywani do celów, których nawet nie domyślają się. I nie domyślają się, że też podzielą losy Gonty i Żeleźniaka. Do takich wniosków te wytatuowane w nazistowskie symbole kreatury nie są w stanie dojść.

A dlaczego konfederaci zachowywali się tak, jak się zachowywali i szermowali hasłami, które jawnie prowokowały miejscową ludność? Bo kierowali nimi masoni. W polityce nigdy nic nie dzieje się przypadkiem. Tak było kiedyś i tak jest obecnie. I zawsze rządzą ci sami. I zawsze we wszystkich konfliktach chodzi o to samo, o niszczenie i osłabianie narodów rdzennych, bo tylko wtedy można nad nimi dominować. To oni wywoływali powstania chłopskie w średniowiecznej Europie i to samo zrobili 300 lat później na Ukrainie. I teraz też oni wywołali tę wojnę na Ukrainie.

Unia lubelska

To, co się obecnie dzieje, czyli wielomilionowa emigracja Ukraińców do Polski, nie byłaby możliwa, gdyby nie unia lubelska. A skoro jej skutki są tak dalekosiężne, to wypada zastanowić się, jak do niej doszło. Jak to się stało, że potężne państwo, zwące się Wielkim Księstwem Litewskim, sięgającym niemalże od morza do morza, uległo i zaakceptowało związek z Koroną, państwem chyba ze trzy razy mniejszym pod względem obszaru, i przyjęło jego ustrój państwowy, czyli demokrację szlachecką? Przede wszystkim trzeba pamiętać, że czas tworzenia się unii polsko-litewskiej, to czas reformacji. Koniec XIV i początek XV wieku, to czas Jana Husa i skrajnych sekt panoszących się po Europie. Spalono go na stosie 6 lipca 1415 roku podczas soboru w Konstancji. 100 lat później, w 1517 roku, objawił się Marcin Luter. Polskie elity polityczne, odpowiedzialne za powstanie unii, były wyznania kalwińskiego, a więc tego najbliższego judaizmowi.

W 1370 roku umiera bezpotomnie Kazimierz Wielki. Sukcesję po nim przejmuje Ludwik Węgierski. Jego ojcem był Karol Robert z rodu Andegawenów (Francja) a matką Elżbieta Łokietkówna, córka Władysława Łokietka i siostra Kazimierza Wielkiego. Ludwik Węgierski był królem Węgier w latach 1342-1382 i królem Polski w latach 1370-1382. W latach 1370-1382 Polska i Węgry złączone były unią personalną, tak jak później z Litwą za Władysława Jagiełły. Kłopot polegał na tym, że Ludwik Węgierski nie miał synów tylko córki. Na Węgrzech nie było to problemem, ale w Polsce – tak. W zamian za zgodę na sukcesję swoich córek do tronu polskiego w dniu 17 września 1374 roku wydał on dla szlachty polskiej przywilej koszycki, który zawiera wiele korzystnych dla niej praw. Dzięki niemu uzyskuje również ona wpływ na wybór następcy tronu. I już wkrótce korzysta z tego prawa. Gdy córka Ludwika – Jadwiga obejmuje tron polski, jej kandydatem na męża jest Wilhelm Habsburg. Jego kandydaturę popiera książę opolski Władysław Opolczyk, jednak krakowscy panowie są innego zdania. Chcą związać Polskę z Litwą i wybierają Jagiełłę.

Ludwik Węgierski wytyczył pewien szlak: w zamian za sukcesję swojej córki do polskiego tronu nadał przywileje szlachcie. Podobnie postąpił Jagiełło, który chciał zapewnić sukcesję swojemu synowi. I nie był on ostatnim z polskich królów, którzy w zamian za własne, doraźne korzyści wzmacniali wpływy magnaterii, kryjącej się pod ogólnym pojęciem szlachty.

Droga do unii lubelskiej była długa i kręta:

  • unia w Krewie z 1385 roku; na mocy tego aktu wielki książę litewski Jagiełło zobowiązał się po ślubie z Jadwigą i objęciu tronu polskiego wprowadzić na Litwie chrześcijaństwo w obrządku łacińskim oraz przyłączyć ziemie Wielkiego Księstwa Litewskiego do Polski. Zasada inkorporacji napotkała zdecydowany opór Litwinów i dynastii jagiellońskiej.
  • unia wileńsko-radomska z 1401 roku; oddała ona rządy na Litwie Witoldowi jako samodzielnemu władcy, przy czym pozostawał on wobec Jagiełły w stosunku zbliżonym do lennego. Witold zobowiązał się do niezawierania żadnych układów z Zakonem Krzyżackim bez zgody Jagiełły. Stan ten miał trwać do śmierci Witolda, po czym władza na Litwie miała wrócić do Jagiełły jak najwyższego księcia Litwy.
  • unia horodelska z 1413 roku; wprowadziła ona instytucję odrębnego wielkiego księcia na Litwie, wspólne sejmy i zjazdy polsko-litewskie. W celu powiązania feudałów litewskich z polskimi, 47 rodzin możnowładców i szlachty polskiej przyjęło do swych herbów 47 rodzin panów i bojarów litewskich. Jednocześnie unia horodelska miała charakter przywileju ziemskiego dla panów i bojarów litewskich, którzy uzyskali prawa dziedziczenia dóbr ojczystych i dysponowania nimi. Wprowadzono również na wzór polski urzędy wojewodów i kasztelanów. Po 1422 roku tj. po zlikwidowaniu niebezpieczeństwa krzyżackiego unia zachwiała się.
  • unia grodzieńska z 1432 roku; potwierdzona w 1434 roku. Przywracała ona konieczność zatwierdzania wyboru wielkiego księcia Litwy przez króla i panów polskich. Po okresie całkowitego zerwania unii (1440-1447) związek Polski z Litwą przekształcił się w unię personalną: jedyną więzią stała się osoba panującego.
  • unia wileńska z 1499 roku; po śmierci Kazimierza Jagiellończyka (1492) ponownie zerwana została unia personalna, a trony polski i litewski objęli dwaj bracia Jan Olbracht i Aleksander. Nowy akt unii mający charakter sojuszu obu państw zawarto w Wilnie w 1499 roku. Polacy i Litwini zobowiązali się wybierać panujących za obopólną zgodą i służyć sobie pomocą i radą.
  • unia mielnicka z 1501 roku; Akt został zatwierdzony przez Aleksandra w 1501 roku w Mielniku, nie wszedł jednak w życie, gdyż nie został zaakceptowany przez litewską radę hospodarską. Postarali się o to Jagiellonowie, gdyż ograniczał ich prawa dziedziczne do Wielkiego Księstwa Litewskiego.

W Wielkiej Encyklopedii Powszechnej PWN 1962-70 można przeczytać:

„Zacieśnienie związku państwowego między Polską a Litwą następowało w XVI wieku głównie dzięki przejmowaniu przez Litwę instytucji ustrojowych polskich i powstaniu na Litwie stanu szlacheckiego dążącego do uzyskania praw szlachty polskiej. Od połowy XVI wieku ze strony polskiej coraz bardziej stanowczo w programie ruchu egzekucyjnego wysuwano żądanie zawarcia unii z Litwą. Na Litwie unii przeciwne było możnowładztwo litewskie. Napotkało ono jednak opozycję szlachty domagającej się unii, która miała jej przynieść zrównanie ze szlachtą polską. Niebezpieczeństwo rozpadnięcia się unii po wygaśnięciu Jagiellonów, obawa przed utratą ziem ruskich i wspólnie z Polską prowadzona walka o Inflanty wpłynęła na osłabienie opozycji wielkich feudałów litewskich, którzy zaczęli szukać oparcia w Polsce przeciw wrogom zewnętrznym.

Na sejmie w 1564 roku Zygmunt August przelał swe prawa dziedziczne do Litwy na Koronę. Do zawarcia unii doszło dopiero na sejmie w 1569 roku w Lublinie (unia lubelska). Opór możnowładców, którzy opuścili nawet Lublin, został złamany przez akt inkorporacji do Polski Wołynia, Ukrainy Kijowskiej, Podola Bracławskiego i Podlasia. Uszczuplone Wielkie Księstwo Litewskie nie mogło egzystować bez oparcia o Polskę i panowie litewscy zgodzili się na unię. Aktem z 1 lipca 1569 roku Wielkie Księstwo Litewskie połączone z Polską unią realną na zasadzie równości, przy zachowaniu odrębnych urzędów centralnych, skarbu i wojska. W powstałym państwie polsko-litewskim wspólna była osoba monarchy i sejm. Moneta była bita osobno na Litwie i w Koronie. Polacy i Litwini mogli nabywać od siebie nawzajem dobra ziemskie i swobodnie przesiedlać się na terenie całego państwa. Wielkie Księstwo Litewskie zachowało odrębność prawa sądowego. Odrębność prawno-państwową Litwy i Korony zniosła Konstytucja 3 maja 1791 roku, łącząca je w jeden organizm państwowy.”

Z kolei Władysław Konopczyński w pracy Dzieje Polski nowożytnej pisze:

»Nowy statut przyjęty na długim sejmie wileńskim w 1565-1566 r. określił władzę sejmu litewskiego w duchu polskiego nihil novi. 30 grudnia 1565 r. wprowadzono sejmiki gospodarskie i poselskie; na podstawie powiatów zaprowadzono sądownictwo ziemskie, grodzkie i podkomorskie, któremu nadal podlegali także senatorowie i urzędnicy. Przez utworzenie nowych województw i kasztelanii upodobniono radę do senatu koronnego. Odtąd już i na Litwie, jeżeli pominąć osobną kategorię bojarów służebnych tudzież niejednakowe obowiązki w pospolitym ruszeniu, stał się szlachcic na zagrodzie równym wojewodzie.

Rokowania

Najgorętszym pragnieniem polskich unionistów było wspólne z Litwinami sejmowanie, dlatego już od 1542 r. delegacja polska z udziałem Reja naciskała Starego Zygmunta, by litewskich panów rady i posłów ziemskich sprowadził na sejm koronny; później w 1544 r. liczne grono dostojników jeździło z biskupem Maciejowskim do Brześcia, inni delegaci w 1551 r. do Wilna, dlatego też odbyto szereg sejmików nie w Piotrkowie, ale bliżej Wielkiego Księstwa: 1554 r. w Lublinie, 1556 i 1563/64 w Warszawie, 1564 w Parczewie, 1566 znów w Lublinie. Wszelkie jednak wzmianki o powrocie do pierwotnej koncepcji, tj. do inkorporacji Litwy w jedno państwo, odrzucał senat litewski a limine (od razu, z miejsca – przyp. W.L.). Żądano za dużo i zbyt jawnie wyciągano ręce po puste przestrzenie na Rusi, które wielmoże tamtejsi uważali za swój teren ekspansji. Aż tu we wrześniu 1562 r. stało się przeczuwane przez Radziwiłłów nieszczęście: „Spokojny dotychczas, cierpliwy, znoszący ciężary wojny gmin szlachecki szał jakiś ogarnął”. Grożono panom gwałtem fizycznym. Sejm obozowy pod Witebskiem w imieniu szlachty litewskiej wystosował do Zygmunta petycję, streszczającą cały późniejszy program zespolenia: wspólna elekcja, choćby za życia króla, wspólny sejm, jednakowe urządzenia, wspólna obrona – przy zachowaniu jednak odrębności państwowej Litwy. Sam król, zaskoczony tą manifestacją i pogróżkami gminu, zachował się odpornie, a posłów rycerstwa litewskiego przybyłych na sejm egzekucyjny nie dopuścił do obrad.

Dopiero pod wrażeniem upadku Połocka Litwini urzędownie wysłali na sejm warszawski delegację z 28 obywateli różnych stanów, nie wyłączając mieszczan. Teraz Zygmunt podzielał stanowisko polskie i przez swych emisariuszy agitował po powiatach za unią, tylko chciał, aby przedstawiciele stron „w zgodzie i miłości rozmawiali”. Nie znając pewnie dawniejszych aktów, wzięto za podstawę unię mielnicką, którą jednak rozmaicie tłumaczono. Padniewski, Marcin Zborowski, Ossoliński, Siennicki wywodzili z niej wspólność sejmu i ministeriów, Litwini, przez usta Radziwiłła Czarnego (bo inni mówić nie śmieli), pragnęli unii jak najluźniejszej. Król przelał na Koronę dziedziczne prawa Jagiellonów do Litwy, ale i to poświęcenie zatarło się w pamięci, gdy wieść o zwycięstwie nad Ułą dodała animuszu Radziwiłłom. Spisano w recesie (13 marca 1564 roku) punkty uzgodnione, jednak i od nich zaczęła znów odstępować Litwa. Trzeba było zaczynać znów od sejmu litewskiego, jako od tego czynnika, w którym głos rycerstwa musiał prędzej czy póxniej zagłuszyć nieustępliwe veto panów. Otóż na ten skutek wypadało jeszcze czekać 4 lata. Daremnie w Bielsku spisano w obecności koroniarzy kompromisowe punkta „ku dokończeniu unii”: nie zatwierdził ich sejm parczewski, obesłany tylko przez 4 pańskich delegatów. I śmierć kanclerza Radziwiłła (28 maja 1565 r.) nie od razu podziałała, skoro jego miejsce na czele oligarchów separatystów zajął Rudy hetman. Nie zrażając się jednak „niewdzięcznością” Litwy, żołnierz polski niósł dalej krew na obronę Inflant i Witebszczyzny (ogółem 300 rot kosztem 2 000 000 złotych w ciągu 7 lat), co widząc, także żołnierz-pospolitak litewski zanosił dalej z obozów prośby o sejm wspólny z Koroną polską w czym przodowało zwłaszcza rycerstwo podlaskie i wołyńskie. Dodawała uporu jednym i drugim uchwalona w Koronie egzekucja; onieśmielała separatystów fatalnie zmarnowana, bo bez dostatecznej pomocy polskiej podjęta wyprawa radoszkowicka, która się obróciła w sejm obozowy. Zaś poza świadomością polityków działały na rzecz Polski wszystkie te urządzenia i zasady, których recepcję zanotowaliśmy wyżej w okresie od 1564 do 1568 r.

Sejm lubelski 1568/1569

Gdy już nie można było w żaden sposób odmówić wspólnych obrad z Koroną bez narażenia się na niełaskę króla, oligarchowie litewscy postanowili z przygotowawczego zjazdu w Wołyniu przybyć do Lublina całym sejmem, ale na czele karnego zastępu klientów. Z Radziwiłłem ramię w ramię szli teraz: jego dawny rywal Jan Chodkiewicz, starosta żmudzki, Ostafi Wołłowicz, podkanclerzy i Mikołaj Naruszewicz, podskarbi. Brakło chorego biskupa Waleriana Protaszewicza. Przez styczeń i luty 1569 r. spierały się delegacje w obliczu posłów, którym magnaci unię jak mogli „ganili, odwodzili, mierzili”. Zaniechano dla dogodzenia Litwie dawnych „spisów”, zaczęto od projektów nowych. Biskup Padniewski posuwał się w ustępstwach aż do pozostawienia Litwie osobnego rządu i osobnego sejmu, tylko nad obroną i elekcją miałyby narody radzić społem. Skorygowali ten wniosek posłowie koronni w duchu petycji witebskiej, dodając z taktycznych względów zastrzeżenie, że egzekucja nie będzie rozciągnięta na Litwę. Strona przeciwna, zamiast wdzięcznie przyjąć ten punkt, uparła się przy pierwotnym wniosku Padniewskiego: „związek wzajemny miał się ograniczyć do unii personalnej i przymierza przeciw zewnętrznym wrogom”. Na to jednym głosem ozwały się ławy polskie: egzekwować dawne spisy! Król, dogadzając unionistom, kazał Litwie zasiąść wśród Polaków w jednej sali. Tu, nagle, w nocy na 1 marca cały sejm Wielkiego Księstwa odjechał do Wilna; tylko Wołłowicz i Naruszewicz zostali w Lublinie w roli obserwatorów. Zaobserwowali wkrótce rzeczy niepokojące.

W ciągu wiosny wyszły z kancelarii koronnej przywileje o wcieleniu do Korony najpierw Podlasia (5 marca), potem Wołynia (27 maja) i Kijowszczyzny (6 czerwca). Każdej z tych dzielnic zawarowano żądane odrębności, prerogatywy, swobody językowe. Co najwięcej zabolało magnatów litewskich, to gotowość, z jaką posłowie tych dzielnic zajęli miejsca wśród koroniarzy. Jednostki sarkały; kilku dygnitarzom odebrano urzędy, za to ogół radował się zupełnym wreszcie równouprawnieniem z wolną Polską i masowo przysięgał na wierność królowi. Tak postawiwszy na swoim, unioniści, w imię dalszej harmonii, uchwalili nowy projekt unii z pozostałą Litwą, gdzie zostawiono jej odrębność państwową. Upadły serca w Wilnie; wszak państwo najżyźniejszych krain nie mogłoby się bez Polski utrzymać. Większość przysłała Chodkiewicza na ostateczne pertraktacje. Jeszcze zaapelowano do litewskich wyborców, po czym senat z nowym doborem posłów zjechał na powrót do Lublina. Spisano pakt dwustronny z nawiązaniem do skryptu Aleksandra, król bowiem uczył, że „wielkich rzeczy, które na wieki trwać mają” nie godzi się przeprowadzać siłą; 28 czerwca pod auspicjami króla, dostrajając się do jego przepięknej mowy, stwierdzili Padniewski i Chodkiewicz obustronną dobrowolną zgodę na nowy wiecznotrwały związek „wolnych z wolnymi, równych z równymi”. W dzień św. Piotra i Pawła Zygmunt August, dźwignąwszy się radością z ciężkiej choroby, sam śpiewał w kościele zamkowym Te Deum. 1 lipca zaprzysiężono unię lubelską.«

O co więc tak naprawdę chodziło w tej unii? O obronę przed wspólnym wrogiem? Jeśli prześledzi się te wszystkie unie, to nie ma w nich nic, co zwiększało by bezpieczeństwo przed wrogiem zewnętrznym. Jest natomiast wiele o dążeniach do stworzenia jednego organizmu państwowego, stworzenia takich samych instytucji państwowych i ujednolicenia prawa.

Norman Davies w książce Boże igrzysko pisze:

„Strategiczne bezpieczeństwo kraju nie było zbyt poważnie zagrożone. Na północy trzy królestwa Skandynawii na zmianę rzucały się sobie w ramiona, to wiodły ze sobą zajadłe spory. Na wschodzie imperium mongolskie rozpadło się na poszczególne ordy. Nowogród był pokojowo nastawioną republiką handlową. Księstwa rosyjskie – pskowskie, twerskie, moskiewskie, riazańskie i wiackie – były małe, a ponadto nie żyły ze sobą w zgodzie. Na południu Luksemburgowie w Czechach stanowili skuteczną przeciwwagę dla ambicji swoich węgierskich kolegów. Turków całkowicie absorbowały wydarzenia na Bałkanach. Nawet po upadku Konstantynopola w 1453 roku nie zdradzali oni żadnych zamiarów przekroczenia Dniestru. Na zachodzie cesarstwo chyliło się ku upadkowi, padłszy ofiarą swych własnych księstw składowych. Francja i Anglia toczyły wojnę stuletnią. Hiszpania wciąż jeszcze była zajęta walką o odzyskanie utraconych terytoriów. Włochy wprawdzie wspaniale się rozwijały, ale osłabiało je rozbicie. Była to epoka, w której nie istniały wielkie mocarstwa. Aż do czasu rozwoju potęgi Moskwy, Habsburgów i państwa otomańskiego pod koniec XV wieku, Europa Środkowa żyła w stanie ciągłego zamętu, nie istniały tu jednak żadne ośrodki poważnego zagrożenia.

Jedynym naprawdę uciążliwym i przewlekłym problemem był Zakon Krzyżacki. Spory trwały bez końca – o prawo składu miast leżących nad Wisłą, o warunki prawne osadnictwa, o kolonistów na ziemiach litewskich. W 1398 roku wielski mistrz odebrał Gotlandię jej pirackim władcom, w 1402 roku zajął brandenburską Nową Marchię, w roku 1404 zaś – Żmudź. Nadszedł czas porachunków. Po roku 1386 przyjęcie przez Litwę chrześcijaństwa pozbawiło Zakon Krzyżacki jego podstawowej raison d’être (racji bytu – przyp. W.L.). Nie miał on jednak najmniejszego zamiaru zwijać interesu. Mimo że Krzyżacy zostali pozbawieni dopływu sił z nowo połączonego państwa Polski i Litwy, dysponowali oni wielkimi rezerwami wojskowymi, umiejętnościami technicznymi oraz poparciem dyplomatycznym z zewnątrz. Bronili swych zdobyczy z zajadłą determinacją. Dwie poważne wojny – wielka wojna w latach 1409-22 oraz wojna trzynastoletnia w latach 1454-66 – nieco tylko poskromiły pychę Zakonu i ograniczyły zajmowane przez niego terytoria. W latach trzydziestych XV wieku w ramach koalicji polskich możnowładców z czeskimi taborytami zorganizowano szereg wypraw, które dotarły do wybrzeży Morza Bałtyckiego. Wreszcie w latach 1519-21 sprawy przybrały taki obrót, że wydawało się, iż kolejna poważniejsza wojna doprowadzi do ostatecznego starcia na śmierć i życie; wtedy, w roku 1525, Zakon został nagle zsekularyzowany i rozwiązany. Jednym pociągnięciem reformacja osiągnęła to, czego Polska i Litwa nie zdołały osiągnąć przez ponad półtora wieku.

Na przestrzeni zaledwie kilku miesięcy oddziały katolickiego Zakonu Krzyżackiego zostały zdziesiątkowane wskutek masowego przechodzenia rycerstwa na luteranizm. Armia wielkiego mistrza stopniała. Aby zachować środki egzystencji, ubłagał on w 1525 roku Zygmunta, by obrócił Prusy w zeświecczone ziemie lenne Królestwa Polskiego i przyjął jego kandydaturę jako ich dziedzicznego księcia. Pierwszy akt hołdu pruskiego odbył się 10 kwietnia 1525 roku na rynku krakowskim. Odtąd Albrecht von Hohenzollern miał pozostać lojalnym poddanym Polski oraz aktywnym uczestnikiem życia politycznego w kraju.

Mimo kłopotów z Zakonem Krzyżackim, państwa Jagiellonów kontynuowały ekspansję w innych kierunkach. Litwini nadal posuwali się na południe i na wschód. Mimo porażki poniesionej w bitwie nad Worsklą, Witold dotarł do ujścia Dniepru. W 1403 roku przejął panowanie nad wschodnią częścią Podola. Polacy natomiast wkroczyli na Podole od zachodu, w 1430 roku zakładając w Kamieńcu województwo podolskie. Tak więc wiek XV był świadkiem nie tylko cichej ekspansji Polski i Litwy, ale konkurencji między obydwoma krajami, ponieważ ekspansja odbywała się w tym samym kierunku.

W tym okresie państwo Jagiellonów przejęło misjonarską rolę Zakonu Krzyżackiego. W 1387 roku prosto z uroczystości ślubnych w Krakowie, Władysław Jagiełło udał się do Wilna, gdzie ogłosił zniesienie kultu pogańskich bogów. Wycięto święte gaje dębowe, zagaszono wieczny ogień, powywracano posągi Perkuna. Vilnius przemianowano na Wilno. Założono biskupstwo wileńskie, które uzyskało liczne przywileje. Tym spośród litewskich bojarów, którzy przyjęli nową wiarę, zaoferowano wolność osobistą. W 1415 roku, podczas soboru w Konstancji, gdzie szczegółowo omówiono spór między Polską a Zakonem Krzyżackim, dotyczący metod działalności misjonarskiej, zadanie nawrócenia Litwy na katolicyzm oficjalnie powierzono metropolii polskiej.”

Jaki więc był prawdziwy cel unii polso-litewskiej? Dlaczego panowie krakowscy chcieli związać Polskę z Litwą, a nie z Habsburgami? Polscy możnowładcy, jak pisze Davies, w ramach koalicji z czeskimi taborytami, zorganizowali w latach 30-tych XV wieku szereg wypraw, które dotarły do Morza Bałtyckiego. Po co one tam dotarły? Tego Davies nie wyjaśnia. Chyba nie po to, by wylegiwać się na bałtyckich plażach. Może chodziło o Zakon Krzyżacki. W każdym razie była to ciekawa koalicja, bo taboryci byli jedną z najskrajniejszych sekt. Głosili, że sam Bóg ma panować nad ludźmi, a ludowi należy oddać władzę na ziemi. Domagali się zburzenia kościołów i zniesienia władzy monarchicznej, ceł i podatków i na prawie cztery wieki przed rewolucją francuską głosili hasła równości. Znieśli u siebie również własność prywatną i wprowadzili wspólność kobiet, proklamując likwidację rodziny. Była to sekta jawnie komunistyczna.

„Sejm obozowy pod Witebskiem w imieniu szlachty litewskiej wystosował do Zygmunta petycję, streszczającą cały późniejszy program zespolenia: wspólna elekcja, choćby za życia króla, wspólny sejm, jednakowe urządzenia, wspólna obrona – przy zachowaniu jednak odrębności państwowej Litwy.”

W 1562 roku jakiś sejm obozowy wysmażył petycję, w której była mowa o elekcji króla. Skąd taki pomysł w warunkach polowych, które nie sprzyjają raczej rodzeniu się twórczej myśli, pomijając już fakt, że o elekcji króla nikt wtedy nie słyszał. Takie rzeczy zdarzały się w przeszłości, ale to było w dawnych czasach w wizygockiej Hiszpanii. A skąd mógł wiedzieć o takim sposobie wybierania króla litewski szlachcic? Tylko od tych, którzy wtedy tam byli i o tym decydowali.

Litwini nie chcieli unii z Polską, bo, jak pisze Davies, miał miejsce konflikt interesów, czyli zainteresowanie tym samym obszarem, czyli południowo-wschodnimi kresami WKL, które obejmowało obszar wcześniejszej Rusi Kijowskiej. Siły stojące ponad Polakami i Litwinami zdecydowały, że to Koronie przypadnie w udziale ten rejon.

„Jednym pociągnięciem reformacja osiągnęła to, czego Polska i Litwa nie zdołały osiągnąć przez ponad półtora wieku.”

No właśnie! Takie wielkie zwycięstwo pod Grunwaldem, a Zakon nie padł. Jagiełło oblegał Malbork i oblegał i nic z tego nie wyszło. Widocznie „wieki zwycięzca” miał inne wytyczne od swoich nieznanych przełożonych. A później rycerstwo zaczęło przechodzić na luteranizm i Zakon padł. Tak samo z siebie zaczęło przechodzić na luteranizm? A dzisiaj „wielki” geopolityk Sykulski, wykreowany przez nieznanych przełożonych, przeprowadza wywiad z ambasadorem rosyjskim w Warszawie i wygłasza tezy, będące w sprzeczności z dotychczas obowiązującą narracją. Tak sam z siebie?

„Mimo kłopotów z Zakonem Krzyżackim, państwa Jagiellonów kontynuowały ekspansję w innych kierunkach.”

Wydaje się to nielogiczne, ale tylko wtedy, gdy założymy, że rządzą ci, którzy są na świeczniku. Nic bardziej mylnego. Jagiellonowie realizowali zupełnie inną politykę i inne cele przyświecały tym działaniom niż interes podległych im państw. Zetknięcie katolicyzmu z prawosławiem, ludami tatarskimi i tureckimi, to niekończący się konflikt. I po to była cała ta ekspansja na wschód. A kto zyskuje na wszelkiego rodzaju wojnach, powstaniach i zamieszkach?

„W tym okresie państwo Jagiellonów przejęło misjonarską rolę Zakonu Krzyżackiego.”

Murzyn zrobił swoje, murzyn może odejść. A nam się wmawia, że hołd pruski to takie ważne wydarzenie w dziejach Polski, potwierdzające jej mocarstwowość. Nic bardziej mylnego, ale ten, kto pisze historię, ten rządzi teraźniejszością i stanem umysłów. Prawda zawsze była i jest ciekawa, ale jakże niewygodna dla rządzących. Tak było zawsze i tak jest obecnie.