RAŚ

W czasie niedzielnych marszów w dniu 25 maja, na marszu Trzaskowskiego pojawiły się żółto-niebieskie flagi, co mogło kojarzyć się z flagami Ukrainy, które są niebiesko-żółte. Te pierwsze to barwy Górnego Śląska, na którym działa Ruch Autonomii Śląska (RAŚ). Warto więc sobie przybliżyć ten Ruch, jak i historię tego regionu. Informacje poniższe pochodzą z Wikipedii.

Ruch Autonomii Śląska (RAŚ) – stowarzyszenie utworzone w styczniu 1990 na Górnym Śląsku. Od 27 czerwca 2001 z siedzibą w Katowicach. Głównym celem organizacji jest utworzenie autonomicznego regionu w historycznych granicach Górnego Śląska. Ruch Autonomii Śląska powołuje się na posiadanie autonomii w okresie II Rzeczypospolitej przez województwo śląskie, które działało w ramach Statutu Organicznego, nadanego przez Sejm Ustawodawczy.

Autonomia

Jednym z głównych postulatów RAŚ jest przeprowadzenie szerokiej reformy państwa, polegającej na przekształceniu Rzeczypospolitej Polskiej w państwo regionalne. Celem tego stowarzyszenia jest doprowadzenie do autonomizacji Śląska na skutek takiej reformy państwa. RAŚ odżegnuje się od poglądów separatystycznych – zdaniem tego stowarzyszenia szeroka autonomia w ramach Rzeczypospolitej Polskiej jest najkorzystniejszą formą funkcjonowania dla Śląska.

Według programu RAŚ autonomia miałaby funkcjonować w oparciu o przywrócony Sejm Śląski, regionalny rząd i Skarb Śląski. Regionalny parlament miałby być ciałem jednoizbowym, wybieranym w wyborach większościowych. Sejm Śląski wybierałby ze swego składu rząd, na czele którego stawałby premier. Skarb Śląski zastąpiłby Urzędy Skarbowe, większość zgromadzonych środków pozostawałaby w regionie, a jedynie niewielka ich część byłaby przekazywana do budżetu centralnego. W gestii centralnych władz pozostawałyby m.in. dyplomacja, wojsko i polityka monetarna.

Rejestracja i prawne aspekty działalności

27 czerwca 2001 dokonano wpisu RAŚ do Krajowego Rejestru Sądowego (numer 0000021371). W myśl zapisu RAŚ jest stowarzyszeniem z siedzibą w Katowicach przy ulicy Księdza Norberta Bończyka 9/4. Stowarzyszenie na zewnątrz reprezentuje Zarząd, który także jest upoważniony do zaciągania zobowiązań majątkowych. Zarząd może upoważniać Przewodniczącego i Wiceprzewodniczącego RAŚ większością 2/3 głosów do zaciągania zobowiązań majątkowych.

Narodowy spis powszechny

Najbardziej widocznym sukcesem RAŚ była agitacja przed spisem powszechnym w 2002 roku prowadzona pod hasłem „Masz prawo zadeklarować narodowość śląską”. W spisie powszechnym narodowość śląską zadeklarowało ponad 173 tys. osób. Pełnomocnikiem Spisowym RAŚ był Andrzej Roczniok. Działacze RAŚ twierdzą, że wynik ten nie oddaje całej prawdy, ponieważ rachmistrze spisowi często odmawiali wpisania narodowości śląskiej do formularza.

Współpraca

RAŚ utrzymuje biura w USA, Belgii i Niemczech, jest także od 1993 członkiem Ligi Regionów, organizacji postulującej podział Polski na 12 autonomicznych regionów (jej członkami jest także Unia Wielkopolan, Związek Górnośląski, Związek Podhalan i Zrzeszenie Kaszubsko-Pomorskie). Przez dłuższy czas współpracował z organizacjami niemieckiej mniejszości narodowej w Polsce. RAŚ utrzymuje kontakty z niemieckimi organizacjami Ślązaków oraz regionalistami z krajów Unii Europejskiej.

W 1997 RAŚ wziął udział w konferencji Partii Regionalistów Wolnej Bretanii (obok innych organizacji jak np. Liga Celtycka, Partia Walii, Szkocka Partia Narodowa, czy Flamandzka Unia Narodowa). Dwaj przedstawiciele RAŚ brali też udział w konferencji w Bozen, gdzie omawiano przeprowadzanie akcji zbierania funduszy na szkoły niemieckie na Śląsku. Jednak od kilku lat mniejszość niemiecka zaczęła traktować RAŚ jako konkurencję w walce o głosy wyborców na Śląsku.

Część działaczy RAŚ działa na rzecz Związku Ludności Narodowości Śląskiej, który usiłuje na drodze sądowej zalegalizować w Polsce narodowość śląską (20 grudnia 2001 i 17 lutego 2004 Europejski Trybunał Praw Człowieka w Strasburgu odrzucił wniosek w tej sprawie).

Od 2004 Ruch Autonomii Śląska jest członkiem europejskiej partii politycznej Wolnego Sojuszu Europejskiego, zrzeszającej regionalistów, autonomistów i separatystów z różnych krajów Europy.

Ruch współpracuje też ze stowarzyszeniami działającymi na rzecz autonomii Śląska z innych państw. Do tej pory powstały Initiative für Autonomie Schlesiens e.V. (Niemcy), Silesian Autonomy Movement UK (Wielka Brytania) oraz Bevegelsen for Autonomii Silesia (Norwegia).

Przychylne RAŚ stanowisko zajmował pochodzący ze Śląska znany reżyser i senator Kazimierz Kutz, który przed wyborami samorządowymi w 2006 otwarcie poparł RAŚ. RAŚ wspierają także znani na Śląsku i poza nim: pisarz Henryk Waniek, dramaturg Ingmar Villqist oraz artysta plastyk Andrzej Urbanowicz, gdyż ich zdaniem stowarzyszenie prezentuje zaangażowanie w bieżące sprawy regionu, głównie w kwestiach ochrony i promocji górnośląskiej tożsamości narodowej oraz kultury.

Publikacje historyczne byłych działaczy RAŚ

W niektórych publikacjach byłych działaczy RAŚ (m.in. Dariusza Jerczyńskiego czy Bruno Nieszporka) można było znaleźć twierdzenia, że historia Śląska została zafałszowana przez polskich nacjonalistów, natomiast germanizacja i walka z Polakami organizacji takich jak Hakata i Komisja Kolonizacyjna były formą obrony przed polskim nacjonalizmem oraz że Polska „walnie się przyczyniła” się do wybuchu II wojny światowej.

Nieszporek dokonał rewizji ustaleń historycznych dotyczących przyczyn obu wojen światowych, a zwłaszcza II wojny światowej. Za sprawcę tej ostatniej oprócz Hitlera i Stalina uznał także w dużym stopniu Żydów (zwłaszcza amerykańskich), Polaków i USA. W omawianiu przyczyn pierwszej wojny światowej w dużym stopniu posłużył się obszernymi cytatami z Adolfa Hitlera (Mein Kampf). Jerzy Gorzelik, przewodniczący RAŚ, w artykule stanowiącym komentarz do dyskusji wokół tekstów Nieszporka i Jerczyńskiego, opublikowanym w „Jaskółce Śląskiej”, wyraził jednoznacznie negatywny stosunek do wszelkich prób rehabilitacji systemów totalitarnych.

Stosunek do nazwy Auschwitz-Birkenau

W liście Związku Ludności Narodowości Śląskiej do UNESCO, zgłoszonym przez paru członków RAŚ, będących jednocześnie członkami ZLNŚ, proszono, by nie uwzględniono wniosku polskich i żydowskich władz w sprawie zmiany nazwy obozu koncentracyjnego na „Auschwitz-Birkenau. Niemiecki nazistowski obóz koncentracyjny i zagłady 1940-45”. W uzasadnieniu prośby wskazywano na istnienie w latach 1945–1948 na terenie dawnego obozu nazistowskiego komunistycznego łagru, w którym przetrzymywano m.in. Ślązaków. Działania te wzbudziły protest czołowych postaci świata politycznego, m.in. byłego więźnia Auschwitz Władysława Bartoszewskiego. Ostatecznie Ruch Autonomii Śląska nie poparł wniosku ZLNŚ, który nie został też uwzględniony przez UNESCO. Akcja ta miała na celu zwrócenie uwagi społeczeństwa polskiego na przemilczany i marginalizowany problem powojennych brutalnych obozów pracy, w których przetrzymywano głównie Ślązaków oraz śląskich Niemców bez wyroku, a czasem nawet bez podejrzenia popełnienia przestępstwa.

Kontrowersje wzbudziła także wypowiedź jednego z byłych członków RAŚ, Andrzeja Rocznioka, który stwierdził w 2005, iż po II wojnie światowej istniały „polskie obozy koncentracyjne”. Ta kontrowersyjna opinia po raz kolejny przywróciła debatę nt. odpowiedzialności moralnej za powojenne obozy niewolniczej pracy dla niektórych grup etnicznych (tj. Ślązaków i śląskich Niemców).

Raport Urzędu Ochrony Państwa

W 2000 Urząd Ochrony Państwa w raporcie o bezpieczeństwie państwa ostrzegał, że RAŚ może stanowić „potencjalne zagrożenie dla interesów RP”. RAŚ uznał za nieuprawnione sugestie uznające go za strukturę podległą Związkowi Wypędzonych. Sam katowicki UOP sprawę bagatelizował, ówczesny rzecznik delegatury mjr Zbigniew Nowak w rozmowie z Janem Dziadulem z Polityki mówił: Nie widzimy obecnie żadnych zagrożeń dla polskiej racji stanu na Śląsku, także w działaniach ruchu autonomistów. Zbigniew Nowak stwierdził jednocześnie, w odpowiedzi na sugestie ze strony RAŚ o zagrożeniach wynikających dla kraju z powodu działań UOP w stosunku do legalnych organizacji, iż spośród 30 największych ruchów autonomistycznych i separatystycznych, w większości działających na terenie Unii Europejskiej, wszystkie monitorowane są przez krajowe służby specjalne.

Historia

Górny Śląsk (łac. Silesia Superior; śl. Gōrny Ślōnsk; cz. Horní Slezsko; dś. Aeberschläsing, Oberschläsing; niem. Oberschlesien) – część historycznej krainy Śląska, położona w południowej Polsce oraz w północnej części Czech, w górnym dorzeczu Odry i początkowego biegu Wisły. Wzmiankowana po raz pierwszy w XV w. Pojęcie Górnego Śląska na przestrzeni dziejów używane było jednak w różnym znaczeniu, czasami w odniesieniu do regionu, czasem do konkretnej jednostki administracyjnej. Górny Śląsk można rozważać w kontekście politycznym, kulturowym, gospodarczym oraz etnicznym i trudno jest ściśle wyznaczyć jego granice, które zmieniały się w różnych okresach.

Za rdzeń Górnego Śląska można uznać obszar władzy książąt opolskich. Do niego przyłączyło się morawskie księstwo opawskie (podzielone potem na opawskie i karniowskie) oraz stopniowo kilka mniejszych państw stanowych. Natomiast w XV w. odłączyły się od niego ziemia siewierska oraz księstwa oświęcimskie i zatorskie. Na tej podstawie można przyjąć, że historyczny Górny Śląsk znajduje się na obszarze dzisiejszej Rzeczypospolitej Polskiej i Republiki Czeskiej, na terenie województwa śląskiego, województwa opolskiego i kraju morawsko-śląskiego. Historyczną stolicą Górnego Śląska jest Opole.

Górny Śląsk i inne krainy historyczne na tle współczesnych granic administracyjnych; źródło: Wikipedia (Netzach, praca własna).

Górny Śląsk często utożsamiany jest z województwem śląskim, mimo że prawie połowa jego terytorium to ziemie historycznie małopolskie. Województwo to obejmuje wschodni Górny Śląsk i część Śląska Cieszyńskiego, a poza tym ziemie historycznej Małopolski (m.in. ziemia częstochowska, Zagłębie Dąbrowskie, Żywiecczyzna). Z kolei w województwie opolskim, współcześnie zwykle utożsamianym z terminem Śląsk Opolski, mieści się zachodnia część historycznego Górnego Śląska oraz fragmenty Dolnego Śląska (Brzeg, Namysłów).

Podział na Śląsk pruski i Śląsk Austriacki

W 1526 Śląsk przeszedł pod władzę Habsburgów, a od 1742 (koniec I wojny śląskiej) stał się częścią Prus z wyłączeniem księstw cieszyńskiego i opawskiego, a także części karniowskiego i nyskiego. Śląsk został tym samym podzielony na część pruską i austriacką, i ta międzypaństwowa granica przetrwała do I wojny światowej. W monarchii austriackiej Habsburgów obszarów tych nie nazywano Górnym Śląskiem a Śląskiem Austriackim. Po I wojnie światowej nazwa Śląsk Austriacki wyszła z użycia, natomiast część Śląska, która weszła w skład Czechosłowacji nazwano Śląskiem Czeskim (termin ten ukuto już w XVIII w., odwołując się do ziem Korony Czeskiej). Stosowano tu ponadto nazwy nowych subregionów, m.in. Śląsk Cieszyński (Těšínsko), Śląsk Opawski (Opavsko), a po I wojnie światowej: Kraj Sudetów (Sudetenland), Kraik hulczyński (Hlučínsko) czy Zaolzie. Odrębność kulturowa wytworzona w przeszłości między np. Śląskiem Cieszyńskim a dawnym obszarem Śląska pruskiego utrzymuje się również współcześnie. W polskiej części Śląska Cieszyńskiego mieszkańcy określają siebie jako Cieszyniacy, ewentualnie Ślązacy (czasem dodając cieszyńscy), co ma ich odróżniać od mieszkańców z dawnego Śląska pruskiego – Górnoślązaków, z którymi relacje w przeszłości nie były najlepsze. Rodzima ludność z dawnego Śląska Austriackiego na terenie Czech ma co najwyżej tożsamość śląską w odmianie opawskiej czy cieszyńskiej, ale zwykle nie jest ona dominującym składnikiem tożsamości regionalnej. Termin Górny Śląsk jest tu traktowany raczej jako pojęcie historyczne, używane niechętne ze względu na uwikłanie w dawne spory narodowościowe.

Wschodnia i zachodnia część Górnego Śląska

W 1945 niemal cały historyczny Śląsk znalazł się w granicach państwa polskiego. Wówczas na wschodnim Górnym Śląsku osiedlono stosunkowo niewielu przesiedleńców. Częściowa wymiana ludności dotyczyła przede wszystkim zachodniej i centralnej części Górnego Śląska – lokowano tu ludność z Kresów Wschodnich (głównie z południowo-wschodnich województw II Rzeczypospolitej: lwowskiego, stanisławowskiego i tarnopolskiego); osiedlali się tam też migranci z centralnej i wschodniej Polski Polski, a także z Zagłębia Dąbrowskiego czy polskiej części Galicji oraz Polacy powracający do kraju z Europy Zachodniej. W miastach prawobrzeżnej części Śląska Opolskiego (rozumianego tu jako dawna rejencja opolska) jak Bytom, Zabrze, Gliwice, oraz zwłaszcza w centrach miast takich jak np. Opole, Racibórz, Koźle, Dobrodzień, Pyskowice, Strzelce Opolskie, Krapkowice, Olesno miejsce po częściowo ewangelickiej ludności niemieckiej zajęła napływowa katolicka ludność polska. W efekcie w centrach miast przeważała tam polska ludność napływowa, a ich obrzeża, wioski i niewielkie miasta w dalszym ciągu zamieszkiwała rodzima ludność śląska, której nie objęły wysiedlenia, jednak spora część tej rodzimej ludności wyjechała dobrowolnie do Niemiec w późniejszych powojennych latach w okresie Polski Ludowej. Na Dolnym Śląsku wymiana ludności była praktycznie całkowita. Z czechosłowackiej części Śląska po II wojnie światowej również wysiedlono ludność niemiecką. Współcześnie zmniejsza się liczba osób deklarujących się jako Polacy czy Ślązacy w czeskiej części Śląska Cieszyńskiego.

W następnych powojennych latach, w okresie całego PRL-u i później, na (polskim) Górnym Śląsku masowo w bardzo dużej ilości osiedlała się ludność z całej Polski (tj. ludność napływowa z różnych części Polski) wskutek rozwoju przemysłu i rozbudowy nowych osiedli, a nawet całych miast (np. Tychy), co zdecydowanie zwiększyło liczbę ludności regionu. Ludność ta często osiedlała się na Górnym Śląsku ze względu na podejmowanie się pracy m.in. w przemyśle (kopalnie, huty), jako że przemysł, zwłaszcza górniczy, stanowił bardzo ważną część gospodarki PRL-u. Najwięcej napływowych na Górnym Śląsku pochodziło z okolic Kielc, Krakowa, Częstochowy czy Łodzi, choć faktycznie ludność napływowa pochodziła z całej Polski, także też innych okolic niż wymienione. Podobnie zresztą sytuacja wyglądała w sąsiednim, małopolskim Zagłębiu Dąbrowskim, w którym również osiedlała się ludność napływowa z całej Polski m.in. wskutek rozwoju przemysłu czy budowy nowych osiedli.

W 1945 utworzono województwo śląsko-dąbrowskie obejmujące przedwojenny polski Górny Śląsk, dawną rejencję opolską oraz Zagłębie Dąbrowskie. W 1950 wydzielono osobne województwa katowickie i opolskie. Granica między tymi województwami przypominała do pewnego stopnia granice między „polskim” a „niemieckim” Górnym Śląskiem z 1922. Przesunięto jednak bardziej uprzemysłowione Gliwice, Bytom i Zabrze do przemysłowego województwa katowickiego, natomiast województwo opolskie miało mieć bardziej charakter rolniczy. Jego terytorium powiększono o dolnośląskie powiaty: brzeski i namysłowski. Od tego czasu termin Śląsk Opolski, obok nazwy Opolszczyzna, stosowany jest zwykle w odniesieniu właśnie do województwa opolskiego.

Górny Śląsk a Dolny Śląsk

Na Śląsku ludność słowiańskiego pochodzenia pojawiła się w VII w. Na Dolnym Śląsku napływ ludności niemieckiej doprowadził z czasem do jej germanizacji i już w średniowieczu dominowali tu ekonomicznie i kulturowo Niemcy. Bardzo wcześnie, bo w II poł. XVI w. dominującą religią stał się protestantyzm. Jeszcze w XVIII w. polska strefa językowa obejmowała niektóre dolnośląskie miasta wraz z okolicami takie jak Oława, Trzebnica, Namysłów. Między XVIII a XIX w. polsko-niemiecka granica językowa przebiegała mniej więcej jak ta oddzielająca Górny Śląsk od Dolnego Śląska wyznaczona przez rzeki: Stobrawa, Odra, Nysa Kłodzka.

Na Górnym Śląsku kolonizacja niemiecka nie była tak intensywna, m.in. przez naturalną barierę w postaci rzeki Odry i gęstej puszczy. Ludność wiejska tworzyła społeczności lokalne, zachowując swój sposób życia i język. Kontrreformacja osiągała tu sukcesy i po wojnie trzydziestoletniej znaczna część ludności z protestanckich kolonii niemieckich przeszła na katolicyzm. Za czasów pruskich ta część Śląska była raczej zapomniana i zacofana. Radykalnie zmieniło się to w II poł. XIX w., kiedy silnie rozwinął się tu przemysł. W okresie międzywojennym wschodnia część Górnego Śląska należała do II Rzeczypospolitej, natomiast część zachodnia oraz Dolny Śląsk były częścią Rzeszy.

x

Po 1989 roku powstała Liga Regionów, czyli organizacja, która postulowała podział Polski na 12 regionów. W jej skład wchodziły następujące organizacje: Unia Wielkopolan, Związek Górnośląski, Związek Podhalan i Zrzeszenie Kaszubsko-Pomorskie. Nie jest przypadkiem, że wszystkie te organizacje, poza Związkiem Podhalan, powstały na terenach, które już za czasów piastowskich graniczyły bezpośrednio z niemieckimi księstwami I Rzeszy. I Rzesza to był model państwa czy federacji oparty na regionalizmie. Składała się ona z mnóstwa większych czy mniejszych księstw. Polska Piastów, jak pisałem w blogu 1025, była częścią tej Rzeszy, a Piastowie – wasalami cesarza niemieckiego. Tak więc tereny te stały się miejscem zderzenia się żywiołów niemieckiego i polskiego. Naturalną rzeczą było to, że żywioł niemiecki okazał się silniejszy i bardziej ekspansywny. Skutkiem tego na przestrzeni wieków wytworzyły się nowe społeczności czy narody – kaszubski i śląski, a raczej górnośląski. Również Wielkopolska miała podobne doświadczenia. Natomiast na Podhalu zaznaczyły się wpływy austriackie, czyli też niemieckie.

Po rozpadzie dzielnicowym Łokietek zdołał zjednoczyć (czy może tak zaplanowano?) tylko Wielkopolskę i Małopolskę. Śląsk pozostał poza tym zjednoczonym państwem. Unia personalna z Litwą, która oznaczała w praktyce wyjście zjednoczonego państwa z ówczesnej unii europejskiej, była początkiem unifikacji obu państw, czyli Królestwa Polskiego i Wielkiego Księstwa Litewskiego. W tym czasie (1386-1569) Jagiellonowie intensywnie pracowali nad likwidacją w miarę rozwiniętego za czasów I Rzeszy społeczeństwa polskiego. Zlikwidowali mieszczaństwo, a z chłopów zrobili niewolników. Musiało być tak jak w WKL. I wtedy doszło do unii realnej w 1569 roku.

Nie wszystko jednak udało się Jagiellonom. Żeby więc dobić naród polski, zorganizowano najazd Szwedów, zwany potocznie potopem szwedzkim. W tym czasie zniszczono ziemie byłego Królestwa Polskiego. Natomiast tereny byłego WKL zostały zajęte przez Rosję, która niczego w nim nie zniszczyła. Tak przygotowywano teren pod stworzenie nowego narodu polskiego.

W XIX wieku w Wielkopolsce prowadzono intensywną germanizację, a w Królestwie Polskim – rusyfikację. W tym samym czasie, pod zaborem rosyjskim, jezuici – po tym jak caryca Katarzyna II nie zgodziła się na kasację ich zakonu, co uczyniono w całej Europie – wraz z tamtejszą arystokracją, którą już wcześniej spolszczono, intensywnie uczyli miejscową ludność języka polskiego. Bardzo możliwe, że równocześnie nadawano edukowanej młodzieży polskie nazwiska. Skoro wcześniej 47 rodów bojarów rusińskich i litewskich zaadoptowało 47 herbów szlachty polskiej, stając się w ten sposób polskimi szlachcicami, to dlaczego by nie powtórzyć tego z masami, nadając im już nie herby tylko nazwiska?

W ten sposób stworzono na wschodzie nowy naród polski, który ze starym narodem polskim, już wtedy zmarginalizowanym, nie miał nic wspólnego. I ten nowy naród zdominował odrodzoną II RP. W PRL-u nic nie zmieniło się. Po powojennych przesiedleniach społeczeństwo polskie stało się jeszcze bardziej wschodnie w mentalności i sposobie myślenia. Konająca III RP zaprosiła miliony Ukraińców, utrwalając tym samym wschodni charakter społeczności ją zamieszkujących.

Nowy naród polski, ukształtowany na wschodzie, składał się ze społeczności byłego WKL. Nie były one w pełni wykształcone w sensie językowym i narodowościowym i dlatego było to możliwe. Jednak trzeba było stworzyć mu jakąś podstawę ideologiczną, jakiś system wartości. I tak narodził się Polak-katolik. Odwoływano się w tym przypadku do jakiejś mętnej idei polskości i katolicyzmu, który odróżniał ich od pozostałej ludności prawosławnej tych terenów.

W przypadku Ślązaków mamy do czynienia z zupełnie odmiennym procesem. Przede wszystkim jest to społeczność czy naród, który odróżnia się od nowego narodu polskiego tym, że od pokoleń mieszkają na tym samym terenie i ma własną gwarę czy język, jak oni utrzymują. I ten język i to niezmienne trwanie na tym samym terenie stało się podstawą do wytworzenia pewnych tradycji i systemu wartości. Ich patriotyzm to ich język – ich i nikogo innego, krajobraz i tradycja. To są konkrety. W przypadku Polaka-katolika mamy do czynienia z czymś nieokreślonym, bo przecież każdy, kto mówi po polsku i jest katolikiem, bez względu na to czy mieszka w Polsce, na Białorusi czy na Ukrainie – może uważać się za Polaka i za takiego jest uważany w Polsce. Wszak dla Srokowskiego z Gazety Warszawskiej Polska to przede wszystkim Lwów i Kresy. A dla mnie Kresy to nie Polska. I kto tu jest Polakiem? – On czy ja?

Oczywiście w przypadku Ślązaków nie jest to tak jednoznacznie jak wyżej napisałem. Są zapewne tacy, którym bliżej do Niemców, inni może nie odżegnują się od związków z Polską, a może są też tacy, którzy akceptują związki z jednymi i drugimi. Mamy też na Śląsku do czynienia z mniejszością niemiecką i ludnością napływową. Nie można też wykluczyć działania służb specjalnych, które te środowiska rozbijają i skłócają. Wszystko to jednak nie zmienia faktu, że RAŚ ma jasno sprecyzowany cel: uznanie gwary śląskiej za język i zdobycie możliwie jak najszerszego zakresu autonomii.

Przedstawiciele RAŚ pojawili się na marszu Trzaskowskiego, bo on im obiecuje, że uzna gwarę śląską za język. Czy środowiska PiS-u i Nawrocki odmawiają im tego? Bardzo możliwe, bo ich elektorat to w dużym stopniu przedstawiciele nowego narodu polskiego, dla którego nie bardzo wiadomo, co jest najważniejsze. Czy to, żeby Polska była Polską, co nic nie znaczy? Czy to, żeby Ukraińcy przeprosili za Wołyń? Czy może jeszcze coś innego, równie nieprecyzyjnego?

Jeśli Trzaskowski wywiąże się ze swojej obietnicy wobec RAŚ, co wcale nie jest takie pewne, to będzie to w jakimś stopniu pozytywny gest w stosunku do dawnej Polski i starych Polaków, którzy, może w niewielkim stopniu, ale jednak, byli tym elementem, którzy złożył się na powstanie śląskiej społeczności lub narodu śląskiego, jak chcą Ślązacy.

Belgia c.d.

Tak się złożyło, że przez tydzień, od drugiego do dziewiątego maja, byłem w Belgii. Zaprosiła mnie koleżanka. Mieszkałem u niej w mieście Verviers, liczącym około 50 tys. mieszkańców, położonym w Walonii we wschodniej Belgii. Była to dzielnica domów jednorodzinnych. Mieszkałem więc w walońskim domu, w którym było dużo książek po francusku. Wszystkie te domy były zbudowane w podobnym stylu i tonacji. Jedne większe, inne mniejsze. Ściany tych domów mogły być budowane z różnych materiałów, ale wszystkie były od zewnątrz wyłożone cegłą w mniej więcej tym samym kolorze. Dachy pokryte blachą też w mniej więcej tym samym kolorze, takim ciemnobrązowym czy czymś zbliżonym do tego. Za ogrodzenie służą żywopłoty i nie ma bram, czyli nie ma czegoś takiego jak w Polsce, gdzie ludzie odgradzają się solidnymi płotami i bramami. Jak patrzyłem na te domy, trochę jakby stylizowane na średniowieczne, to miałem wrażenie, jakby czas tam się zatrzymał. To, że te domy były podobne do siebie i w podobnej kolorystyce, stwarzało wrażenie harmonii, porządku, trwałości i niezmienności. Nie ukrywam, że bardzo przyjemnie było przebywać w takim otoczeniu. Gdy więc wylądowałem w Modlinie i jechałem w kierunku Białegostoku i patrzyłem na te podwarszawskie miejscowości, to miałem wrażenie, jakby wielka bomba uderzyła w nie i wszystko bezładnie rozproszyło się. Wszystko przypadkowe, jeden dom taki, drugi inny, jeden nowy, drugi wali się ze starości; jeden wielki chaos. Owszem, są już w Polsce miejsca, które przypominają Zachód, ale są to enklawy, a pomiędzy nimi – syf. Ja oczywiście nie musiałem jechać na Zachód, żeby to dostrzec, ale co innego wiedzieć, a co innego widzieć to na własne oczy.

Mapa Belgii; źródło: Wikipedia.

W blogu Belgia pisałem o historii i współczesności tego państwa, więc tu będzie o tym, co ja widziałem. W sensie geograficznym można podzielić Belgię na trzy części: wschodnia i południowo-wschodnia – górzysta, środkowa – równinna, północna – niziny nadmorskie. Mieszkałem w części górzystej. Na początek wybraliśmy się do miejscowości Spa, czyli do tego słynnego uzdrowiska. To skrót od łacińskiego Sanus per Aquam, czyli zdrowy przez wodę. Tam domy poza centrum są podobne do tych w Verviers i tak samo są nieogrodzone. Ludzie z Verviers często wynajmują tam domy lub mieszkania. Jest to miejscowość typowo górska, to Ardeny.

Następnego dnia pojechałem z koleżanką na przegląd techniczny jej samochodu do niemieckiej części Belgii, do miejscowości Lonzen, jakieś 15-20 km od Verviers. Było tam sześć stanowisk obsługi. Na każdym stanowisku po dwóch pracowników. Przed wjazdem na stanowisko kontroli pracownik pytał o język: francuski czy niemiecki? Wszystkie informacje na stacji obsługi były w obu językach. Również pracownik przy kasie pytał o język.

Wyjazd do Brugii, to praktycznie przejazd przez całą Belgię ze wschodu na zachód. Belgia ma najgęstszą sieć połączeń kolejowych na świecie. Jadąc pociągiem linie kolejowe ciągle się schodzą, rozchodzą, krzyżują. Pociągi te nie są najnowsze, ale są wygodne. Nie ma tam miejscówek, można jechać do wybranej miejscowości drogą okrężną i wysiadać w trakcie podróży, a później wsiadać do innego pociągu. Pociągi często kursują, więc podróżowanie nimi jest bardzo wygodne.

Gdy wsiada się do pociągu w Verviers, to komunikaty głosowe i na monitorze są po francusku. Gdy pociąg wjeżdża do Flandrii, to język zmienia się na flamandzki. Gdy pociąg dociera do Brukseli, to komunikaty są w języku francuskim i flamandzkim, a w Brugii tylko flamandzki. W wagonach na ścianach umieszczone są krótkie rymowanki typu: La regle d’or, Courtois d’abord – co można przetłumaczyć jako Uprzejmość przede wszystkim, to podstawa. To samo oczywiście po flamandzku, ale nawet nie próbowałem tego zapamiętać.

Do Antwerpii dotarłem przez Brukselę, w której najważniejsza jest wizyta na rynku, który po francusku nazywa się Grand-Place, a po flamandzku Grote Markt. W rzeczywistości robi większe wrażenie niż na zdjęciach. W Antwerpii – przede wszystkim wielki, trój-poziomowy dworzec i „diamentowa” ulica tuż obok dworca oraz rynek, obok którego znajduje się największa w Belgii katedra gotycka. Na jednej z witryn sklepowych zobaczyłem ogłoszenie; szukano sprzedawcy, warunek: znajomość francuskiego, flamandzkiego i angielskiego. Wracając przesiadałem się w Leuven, to Flandria. Pociąg zapowiadano po flamandzku i po niemiecku, bo jechał on do niemieckiej części Belgii i tak jest w każdym przypadku, gdy pociąg tam jedzie. A w pociągu jakaś porypana baba z mnóstwem kolczyków w uszach robiła komuś przez smartfon wykład po angielsku. Obok jakiś młody Hiszpan podrywał młodą i urodziwą blondynkę, Walonkę, z którą rozmawiał po francusku, a czasem po hiszpańsku, bo ona znała trochę ten język. Byli jeszcze jacyś Rosjanie z wrzeszczącym dzieciakiem. Komunikaty po flamandzku. Do pełni szczęścia brakowało mi tylko niemieckiego, ale ten pojawił się następnego dnia.

Tak się złożyło, że 9 maja, gdy w Moskwie obchodzono 80-tą rocznicę zwycięstwa nad faszyzmem, ja, po raz pierwszy w życiu, stanąłem na niemieckiej ziemi, niejako od zakrystii, bo od zachodniej strony. Gdy wyjeżdżałem do Belgii, to wiedziałem, że muszę tam pojechać. Tam, to znaczy do Akwizgranu. Pociąg z Verviers jedzie tam tylko pół godziny. Wsiadłem do pierwszego wagonu od lokomotywy, więc gdy wysiadałem, od razu trafiłem na trzech policjantów, którzy stali przy schodach, którymi schodziło się do tunelu prowadzącego do miasta, ale zupełnie mnie olali. Nie było żadnego halt!, ani hände hoch! Poczułem się jak w domu. Po tym flamandzkim, to niemiecki wydawał się całkiem przyjaznym językiem, bo coś rozumiałem.

Akwizgran, czyli Aachen, a po francusku Aix-la-Chapelle. La chapelle to po francusku kaplica. I o nią właśnie mi chodziło. Karol Wielki (742-814), król Franków (768-814), cesarz rzymski (800-814), władca imperium Karolingów, wybrał Akwizgran na swoją siedzibę. W 936 roku Otton I koronował się w katedrze akwizgrańskiej. Od tego momentu aż do roku 1531 koronowało się tam 31 królów niemieckich. Karol Wielki stworzył pierwsze europejskie imperium od czasu upadku cesarstwa zachodniorzymskiego. Od jego imienia pochodzi w języku polskim słowo król. Karol Wielki zmarł 28 stycznia 814 roku i został pochowany w katedrze w Akwizgranie.

Imperium Franków; źródło: Wikipedia.

Na dworze Karola Wielkiego, który uważał się za spadkobiercę cesarzy rzymskich, pracowano z zapałem nad odnową tradycji rzymskiego rzemiosła. Kaplica, którą Karol Wielki wzniósł ok. 800 r. w swym pałacu w Akwizgranie, jest wierną kopią słynnego kościoła wybudowanego w Rawennie około trzech wieków wcześniej. – E.H. Gombrich O sztuce Dom Wydawniczy REBIS 2009.

Można więc powiedzieć, że Akwizgran to historyczna stolica pierwszej unii europejskiej, a obecną jej stolicą jest Bruksela. W sumie można by powiedzieć, że niedaleko pada jabłko od jabłoni, a mnie udało się odwiedzić obie te stolice.

10 maja nad ranem jechałem autostradą z Verviers do Charleroi. To trzypasmowa autostrada do Paryża. Po bokach obsadzona gęsto drzewami. Jadąc nią miało się wrażenie, że jedzie się w tunelu z drzew. Na całej tej długości była oświetlona.

x

Stolicą Flandrii jest Bruksela i tam mieści się parlament Flandrii. Również w niej mieści się parlament regionu Brukseli i, o czym wszyscy wiedzą, parlament europejski. Stolicą Walonii jest Namur i tam mieści się parlament waloński. Czy Niemcy w swojej części mają swój parlament, tego nie wiem. Flamandowie mówią po flamandzku, a Walonowie po francusku. Językami urzędowymi są flamandzki, francuski i niemiecki. Wszyscy mieszkają na swoich miejscach historycznych. Każdy mówi w swoim języku i wiadomo, kto kim jest. Jedni i drudzy mają swoje parlamenty i mogą zabiegać o swoje interesy. Są jeszcze Murzyni i Arabowie, ale ich łatwo poznać po kolorze skóry. I to podoba mi się w Belgii: wiadomo kto kim jest. Natomiast w Polsce mamy zupełnie odmienną sytuację. Nie wiadomo, kto kim jest. Wszyscy są Polakami, ale mają różne interesy, które są realizowane nieformalnie. Mieliśmy i mamy przesiedlenia, co nigdy nie sprzyja stabilizacji, a wręcz przeciwnie. Mamy mniejszości narodowe rozporoszone są po całym państwie. Mniejszości, które mają przywileje, których nie mają Polacy, czyli ci, których nie zalicza się do mniejszości narodowych, a więc są dyskryminowani we własnym niby państwie, choć prawdopodobnie stanowią w nim mniejszość. I to jest właśnie kraj Zulu-Gula. Już od dłuższego czasu nie utożsamiam się z tym państwem i ludźmi w nim mieszkającymi, ale po krótkim pobycie w Belgii, całkowicie wyzbyłem się jakichkolwiek złudzeń. To, czy taki czy inny pawian zostanie pawianem numer jeden, nie ma dla mnie najmniejszego znaczenia. To dla mnie jakiś cyrk ta kampania prezydencka i inne wybory zresztą też. Nie spodziewałem się, że ten krótki wyjazd okaże się taką cezurą w moim życiu. Ale mleko już się rozlało.

Gotyk

Średniowiecze to okres, który jest dziś powszechnie uznawany za okres ciemnoty i zabobonu. Tak oczywiście nie było. Dowodem na to są choćby kościoły gotyckie, które swoimi rozmiarami i konstrukcją dowodziły tego, że ich budowniczowie dysponowali ogromną wiedzą w zakresie budownictwa i techniki, co w świecie ciemnoty i zabobonu raczej nie byłoby możliwe. Jednak architektoniczny styl gotycki jest dość zagadkowy, bo inspiracją dla jego twórców była idea Niebieskiej Jerozolimy. W związku z tym pożar katedry Notre-Dame w Paryżu w 2019 roku wydaje się być jeszcze bardziej zagadkowy. Co więcej, w tamtym czasie podpalano we Francji również inne kościoły gotyckie. Nigdzie indziej tego nie robiono. Może więc warto przybliżyć sobie ten styl. Wikipedia m.in. tak pisze:

Gotyk – styl w architekturze i innych dziedzinach sztuk plastycznych (rzeźbie, malarstwie i sztuce sepulkralnej), który powstał przed połową XII wieku we Francji i szybko rozprzestrzenił się w Anglii, następnie w wielu innych państwach Europy.

Powstanie gotyku związane jest z rozwijającymi się pod koniec średniowiecza kulturami dworską, rycerską i mieszczańską.

Nazywanie stylu gotyckim zaczęło się w epoce odrodzenia i znaczyło to wówczas tyle, co barbarzyński. Goci – germańscy barbarzyńcy – od V wieku zalewali cesarstwo rzymskie, dlatego tę „barbarzyńską” sztukę nazwano gotykiem.

Architektura gotycka

Architektura gotycka (gotyk) – styl w architekturze europejskiej okresu późnego średniowiecza, od XII do początku XVI wieku. Za wzorcowy przykład budynku gotyckiego na ogół uważa się gotycką katedrę, choć w rzeczywistości był to również okres rozwoju architektury świeckiej (mieszczańskiej i rezydencjonalnej). Architektura gotycka w zamierzeniu jej twórców miała w doskonały sposób odzwierciedlać boską naturę i wielbić Boga. Strzelista, ogromna bryła kościoła stała się symbolem czasów, w których religijność charakteryzowała się wielkim pragnieniem wzniesienia się ku Bogu. W bryle dominują kierunki pionowe. Ich powtarzalność w bliskim sąsiedztwie, rozczłonkowanie bryły, delikatna dekoracja tworzą budowle ekspresyjne i lekkie. Barwne światło przenikające do wnętrza przez wysokie witraże stwarza wrażenie uduchowienia, a powtarzające się we wnętrzu wertykalne linie i znaczna odległość do sklepienia kierują wzrok ku górze.

Historia powstania

Za początek gotyku umownie uważa się rok 1144, kiedy za sprawą opata Sugeriusza przebudowano chór w opactwie Saint Denis, które było wtedy nekropolią (miejscem pochówku królów Francji). Przebudowa ta była wiązana z odnalezieniem pism neoplatońskich Pseudo-Dionizego Areopagity. Następnie był stopniowo przejmowany przez pozostałe państwa Europy (najwcześniej, ok. 1175 przez Anglię, po 1200 roku przez Niemcy). Pierwszym obiektem uznanym jako gotycki jest Bazylika św. Dionizego w Saint-Denis, związana z osobą opata Sugeriusza. Miejscem narodzin gotyku był region Ile-de-France, jednak pewne rozwiązania konstrukcyjne umożliwiające jego powstanie (np. sklepienie krzyżowo-żebrowe) zaczęły pojawiać się już na przełomie XI i XII wieku w Normandii (Évreux, Jumièges, Lessay), północnych Włoszech (kościoły w Rivolta d’Adda i w Mediolanie) i Anglii (katedra w Durham, lata budowy 1093–1128). Łuk ostry pojawia się np. w Burgundii, m.in. w sklepieniu kościoła benedyktynów w Cluny z przełomu XI i XII wieku. Etapy bezpośrednio poprzedzające ukształtowanie się stylu mogą ilustrować kościoły klasztorne w Saint-Germer-de-Fly (dep. Oise) i Saint Martin-des-Champs (Paryż).

Wnętrze kościoła mariackiego w Stargardzie; źródło: Wikipedia (Kapitel – praca własna).

Ideą Sugera było stworzenie ziemskiego odpowiednika Niebieskiej Jerozolimy, budynku o wysokim stopniu linearności i przenikniętego światłem, inspirowanego pismami Pseudo-Dionizego Areopagity. Cienkie kolumny, okna z witrażami i ogólne wrażenie wertykalizmu i lekkości złożyły się na architekturę, której elementy ulegną nasileniu w ciągu dalszego rozwoju stylu gotyckiego.

Budownictwo sakralne

Wznoszone kościoły często odznaczały się ogromnymi rozmiarami. Wysokość wież często przekracza 100 m (np. Katedra w Salisbury – 123,0 m, w Ulm – 161,5 m) a sklepienia nawy głównej wznoszą się średnio 20–30 m nad poziomem posadzki. Rozmach wiąże się nie tylko z rozwojem sztuki budowlanej, ale także z rosnącą pozycją mieszczaństwa, które w wielu przypadkach było fundatorem budowli stawianych w poszczególnych miastach. Skromniejsze kościoły powstawały przy ośrodkach zakonnych hołdujących regule ubóstwa. Cechami najbardziej charakterystycznymi dla gotyckich kościołów są ich ogrom i strzelistość. Gotyckie kościoły były budowane niejednokrotnie przez dziesiątki lat. Zmieniająca się niekiedy sytuacja materialna fundatorów powodowała przerywanie budowy niedokończonych wież (stąd w wielu gotyckich kościołach wieże mają różną wysokość) i wystroju elewacji. Dzieła kończono czasem po latach, w innej epoce i w innym stylu.

x

W Wielkiej Encyklopedii Powszechnej PWN 1962-70 można m.in. przeczytać:

Gotyk od początku swego istnienia kształtował się jako styl sakralny, związany z doktryną kościoła, dlatego sztuka religijna wysunęła się w okresie jego trwania na pierwsze miejsce, przewyższając swym znaczeniem sztukę świecką. Za najwyższe artystyczne osiągnięcie gotyku uznać należy francuską katedrę, związaną z domeną królewską, urzeczywistniającą ideał „Jeruzalem Niebieskiego”, podobnie jak starochrześcijańska bazylika urzeczywistniała ideał pałacu cesarskiego, a masywna budowla romańska – feudalnego zamku. W warunkach wzmożonej pobożności, obudzonej wyprawami krzyżowymi, powstawały katedry gotyckie w wyniku zbiorowego wysiłku ekonomicznego, społecznego i duchowego, niejednokrotnie w ciągu wielu lat i pokoleń, pod kierunkiem architekta, „magistra operis”.

Związek gotyku ze sztuką religijną miał charakter tak organiczny, a możliwości rozwojowe wydawały się tak niewyczerpane, że styl gotycki trwał w niektórych krajach, np. w Anglii, Belgii i Niemczech, do XVIII wieku, przeciwstawiając się głównie w dziedzinie architektury, częściowo i złotnictwa, renesansowi i barokowi; w innych zaś krajach od czasu do czasu zaznaczał się echem, jak w sztuce 2 połowy quattrocenta, w manieryzmie włoskim, a nawet w sztuce baroku i rokoka. W XVIII wieku nastąpiło odrodzenie sztuki gotyckiej w Anglii (Gothic Revival), co ostatecznie doprowadziło do ukształtowania się neogotyku, którego tradycje w wielu krajach i środowiskach przetrwały niemal do dnia dzisiejszego.

x

Na ciekawą informację natrafiłem w książce „Architektura Style i detale” Wydawnictwo „Arkady”, 2008. To praca zbiorowa pod redakcją Emily Cole. O gotyku w Europie Północnej i Środkowej można przeczytać:

„W średniowieczu większa część Europy Północnej i Środkowej leżała w granicach Świętego Cesarstwa Rzymskiego lub (jak Niderlandy) pozostawała pod kontrolą niemieckiego arcybiskupstwa w Kolonii. Początkowo na terenach tych gotyk nie spotkał się z entuzjastycznym przyjęciem i pierwsze budowle gotyckie powstały dopiero w połowie XIII wieku, kiedy styl ten panował już na dobre we Francji, Anglii i Hiszpanii. Później jednak, szybko zdobył uznanie i rozwijał się, wprowadzając indywidualne rozwiązania, które zaowocowały jednymi z najpiękniejszych dzieł późnego gotyku w Europie.”

Jest tu więc potwierdzenie tego, o czym pisałem w blogu 1025, że Polska Piastów nie była państwem niepodległym tylko częścią Świętego Cesarstwa Rzymskiego, czyli I Rzeszy.

x

Z kolei E.H. Gombrich w książce O sztuce Dom Wydawniczy REBIS 2009 pisze:

Zachodnia Europa zawsze różniła się od Wschodu, gdzie style artystyczne utrzymywały się przez tysiące lat i wydawało się, że nie ma powodu, by kiedykolwiek miały ulec zmianie. Zachodu nigdy nie cechowała taka bezwładność. Był zawsze pełen niepokoju, po omacku poszukiwał nowych rozwiązań i idei. Styl romański nie przetrwał nawet dwunastego stulecia. Ledwie artyści zdołali przesklepić kościoły i oryginalnie zakomponować majestatyczne rzeźby, a już nowe koncepcje spowodowały, że normańskie i romańskie kościoły zaczęły sprawiać wrażenie niekształtnych i przestarzałych. Nowatorskie pomysły pojawiły się w północnej Francji, tworząc zręby stylu gotyckiego. Na pierwszy rzut oka można by je traktować głównie w kategoriach wynalazku technicznego, lecz po przyjrzeniu się im z bliska okazuje się, że wniosły one dużo więcej.

Ideałem architektów stało się wznoszenie kościołów w sposób, który przypomina nam konstrukcję współczesnych oranżerii. Tyle że oni nie znali stalowych konstrukcji i żelaznych dźwigarów – musieli wykonać je z kamienia, co wymagało bardzo wielu skomplikowanych obliczeń. Pod warunkiem wykonania ich prawidłowo możliwe stało się zbudowanie kościoła całkiem nowego rodzaju: budowli z kamienia i szkła, jakiej świat dotychczas nie widział. Do tego sprowadza się podstawowa idea gotyckich katedr, którą rozwinięto w północnej Francji w drugiej połowie XII w.


Błędem byłoby jednak postrzeganie tych kościołów wyłącznie w kategoriach zdobyczy inżynieryjnych. To talent artysty sprawił, że zauważamy i podziwiamy śmiałość zastosowanych rozwiązań. Przyglądając się świątyni doryckiej , uzmysławiamy sobie funkcję, jaką pełni szereg kolumn dźwigających ciężar płaskiego dachu. Stojąc w gotyckim wnętrzu, zaczynamy pojmować zasady skomplikowanej gry sił naporu i przyciągania, które podtrzymują strzeliste sklepienie. Nie dostrzegamy masywnych filarów i pozbawionych podziałów ścian. Cale wnętrze wydaje się utkane z cienkich łuków i żeber; ich sieć pokrywa sklepienie i spływa po murach nawy, zbiegając się na filarach, które przeobraziły się w wiązki kamiennych prętów. Nawet okna wypełnia dekoracja z przeplatających się linii zwana maswerkiem. – Katedra Kolońska; źródło: Wikipedia (Mkill – praca własna).

Wielkie katedry – kościoły biskupie – projektowano pod koniec XII i na początku XIII w. z takim rozmachem, ze niewiele spośród nich zostało ukończonych w zaplanowanym kształcie. Mimo to i mimo wielu przekształceń, jakim je z czasem poddawano, wejście do tych ogromnych przestrzeni, których rozmiary wydają się gigantyczne w porównaniu z ludzką skalą, pozostaje niezapomnianym przeżyciem. Z trudem możemy sobie wyobrazić, jakie wrażenie budowle te wywierały na tych, którzy znali jedynie masywne i ponure konstrukcje romańskie. Stare kościoły przez swą moc i potęgę przekazywały treści związane z Kościołem Wojującym, dającym schronienie przed naporem zła. Nowe katedry pozwalały wiernym wejrzeć w inną rzeczywistość. Musiały im się jawić jako Jeruzalem niebiańskie, gdy w kazaniach i hymnach słuchali o jego bramach z pereł, fundamentach zdobnych bezcennymi kamieniami i ulicach z czystego złota, przezroczystego jak szkło (Apokalipsa św. Jana 21). Teraz wizja ta zstąpiła z niebios na ziemię. Mury kościołów nie były już zimne i posępne. Były uformowane z witraży, które migotały wszystkimi barwami na podobieństwo rubinów i szmaragdów. Filary, żebra i maswerki połyskiwały złotem. Wszystko, co było ciężkie, przyziemne i monotonne, zostało wyeliminowane. Wierni, którzy oddawali się kontemplacji tego piękna, czuli, iż zbliżają się do zrozumienia tajemnic pozazmysłowej rzeczywistości.

Te cudowne budowle, oglądane nawet z daleka, zdawały się głosić chwałę niebios. Fasada katedry Notre-Dame w Paryżu jest chyba najdoskonalszą realizacją stylu gotyckiego. Tak klarowny i wyrazisty jest układ portali i okien, tak giętkie i wdzięczne są linie maswerków galerii, że zapominamy o realnym ciężarze masy kamieni i cała konstrukcja zdaje się wyrastać przed nami jak miraż.


Podobne wrażenie lekkości i nieważkości wywierają rzeźby, które zapełniają portale na podobieństwo niebiańskich gospodarzy. Podczas gdy romański mistrz z Arles nadał figurom świętych formę solidnych filarów, dobrze osadzonych w architektonicznej ramie, mistrz, który wyrzeźbił północny portal gotyckiej katedry w Chartres, ożywił każdy z posagów. Wydaje się, że figury poruszają się, wpatrują w siebie nawzajem z powagą, a spowijające je fałdy szat sugestywnie oddają kształt ludzkiego ciała. Posągi są wyraźnie oznaczone atrybutami, tak by były rozpoznawalne dla każdego, kto zna Stary Testament. Nie mamy problemu z rozpoznaniem Abrahama, starca trzymającego przed sobą syna Izaaka, którego ma złożyć w ofierze. Możemy z łatwością wskazać Mojżesza z tablicami Dziesięciu Przykazań oraz palem z wężem miedzianym, który uratował Izraelitów od zagłady. – Katedra Kolońska; źródło: Wikipedia (Erika Mlejova – praca własna).

x

Portal powyżej jest bardzo podobny do tego opisanego przez Gombricha w katedrze w Chartres.
Czym zatem były te gotyckie katedry? Kto je budował i w jaki sposób? Ich budowa wymagała zapewne zaawansowanej wiedzy technicznej i matematycznej. Jednak nie mniej ciekawym wątkiem jest idea, jaka przyświecała ich twórcom. Była to idea Niebieskiej Jerozolimy. Czym więc są one dla Żydów? Czy wyprawy krzyżowe miały wpływ na miejsce ich powstawania? Wszak rycerstwo Francji, Anglii i Świętego Cesarstwa Rzymskiego miało chyba największy udział w krucjatach i tam powstało ich najwięcej i największych. Renesans, również w architekturze, był w opozycji do średniowiecza, które we Włoszech określano jako coś pośredniego pomiędzy starożytnością a odrodzeniem. Czy określenie rzymski katolicyzm powstało w opozycji do kościołów narodowych czy może raczej do katolicyzmu wielkich katedr, który można by nazwać katolicyzmem jerozolimskim ze względu na wyprawy krzyżowe, po których to właśnie zaczęły powstawać te katedry? Czy fakt, że papieże w czasie wielkiej schizmy obrali sobie za siedzibę Awinion – będący eksklawą państwa papieskiego, ale na terenie Francji – mógł być związany z walkami, jakbyśmy to dziś powiedzieli, frakcyjnymi pomiędzy katolicyzmem rzymskim i jerozolimskim? Różne pytania nasuwają się, a odpowiedzi brak. Tym bardziej zagadkowy był pożar katedry Notre-Dame. Czy to był jakiś znak?

Wielka Schizma

Śmierć papieża i zbliżający się wybór nowego, to okazja do zastanowienia się nad tym, czym był i jest Kościół katolicki. W powieści Mario Puzo The Family Arrow Books 2003, w prologu, jest bardzo zwięzły opis okresu zwanego renesansem, zdarzeń, jakie poprzedzały go i jaki był wówczas stan Kościoła katolickiego. Są to uwagi bardzo ogólne, ale może właśnie dlatego pozwalają na szersze spojrzenie na tamte czasy i na ludzką naturę, a także na prawdziwe pochodzenie władzy i jej charakter. Poniżej ten prolog, a jego wersja oryginalna – na końcu bloga.

x

Gdy czarna śmierć przetoczyła się przez Europę, uśmiercając połowę populacji, wielu obywateli w desperacji odwróciło się od Niebios ku Ziemi. Tu, aby zrozumieć świat materialny, bardziej filozoficznie nastawieni próbowali zgłębić sens istnienia i rozwikłać wielką tajemnicę Życia, podczas gdy biedni mieli jedynie nadzieję na ulżenie swoim cierpieniom.

I tak Bóg zszedł na Ziemię jako Człowiek, a surowa doktryna religijna średniowiecza straciła swoją moc i została zastąpiona studiowaniem wielkich starożytnych cywilizacji Rzymu, Grecji i Egiptu. Gdy dążenie do nowych krucjat osłabło, starożytni bohaterowie odrodzili się, a starożytne wojny toczono na nowo. Człowiek oddalił się od Boga, a Rozum triumfował.

Był to czas wielkich osiągnięć w filozofii, sztuce, medycynie i muzyce. Kultura rozkwitała z wielką pompą i ceremonią. Ale nie obyło się bez kosztów. Starych praw zaniechano zanim powstały nowe. Odejście od Boga i wiary w wieczne zbawienie oraz przejście do kultu Człowieka i nagrody w życiu doczesnym, co nazwano humanizmem, było, w istocie, trudną przemianą.

Wtedy Rzym nie był Świętym Miastem; był miejscem bezprawia. Na ulicach rabowano obywateli, plądrowano domy, szerzyła się prostytucja, a setki ludzi mordowano każdego tygodnia.

Ponadto kraj, który znamy obecnie jako Włochy, jeszcze nie istniał. Zamiast tego istniało pięć wielkich potęg: Wenecja, Mediolan, Florencja, Neapol i Rzym. W granicach „buta” znajdowało się wiele niezależnych miast-państw rządzonych przez stare rodziny pod wodzą lokalnych królów, feudałów, książąt lub biskupów. Wewnątrz kraju sąsiedzi walczyli z sąsiadami o terytorium. A ci, którzy podbijali, zawsze byli czujni – ponieważ kolejny konkurent mógł się niebawem pojawić.

Z zewnątrz groziła interwencja obcych mocarstw, które chciały rozszerzyć swoje imperia. Władcy Francji i Hiszpanii rywalizowali o terytorium, a „barbarzyńscy” Turcy, którzy nie byli chrześcijanami, wkraczali na terytorium Państwa Kościelnego.

Kościół i państwo walczyły o suwerenność. Po parodii Wielkiej Schizmy – kiedy było dwóch papieży w dwóch miastach z podzieloną władzą i zmniejszonymi dochodami – utworzenie nowej siedziby tronu w Rzymie, z jednym tylko papieżem, dało książętom kościoła nową nadzieję. Stając się jeszcze silniejszymi niż wcześniej, duchowi przywódcy kościoła musieli jedynie walczyć z doczesną władzą królów, królowych i książąt małych miast i lenn.

Mimo to Kościół Rzymskokatolicki pogrążył się w chaosie, gdyż bezprawie nie ograniczało się tylko do obywateli. Kardynałowie wysyłali na ulice swoje sługi uzbrojone w kamienie i kusze, by walczyli z rzymską młodzieżą. Mężczyźni na wysokich stanowiskach w kościele – którym nie wolno było się żenić – odwiedzali kurtyzany i utrzymywali wiele kochanek. Oferowano i przyjmowano łapówki. Oficjalne duchowieństwo na najwyższym szczeblu było gotowe przyjąć pieniądze za odpuszczenie grzechów i zredagować ponownie święte papieskie bulle, aby unieważnić najstraszniejsze zbrodnie.

Wielu rozczarowanych obywateli mówiło, że wszystko w Rzymie jest na sprzedaż. Za odpowiednią sumę można kupić kościoły, księży, odpusty, a nawet przebaczenie Boga.

Z niewieloma wyjątkami mężczyźni, którzy zostawali księżmi, wstępowali do kościoła, ponieważ byli drugimi synami – od urodzenia przygotowywanymi do zawodów kościelnych. Nie mieli prawdziwego powołania religijnego, ale ponieważ Kościół nadal miał władzę, aby ogłosić króla królem i obdarzyć wielkimi dobrami ziemskimi, każda włoska rodzina arystokratyczna oferowała prezenty i łapówki, aby synowie zostali mianowani do kolegium kardynalskiego.

Był to renesans, czasy kardynała Rodriga Borgii i jego rodziny.

x

Średniowiecze to wiara w Boga, renesans to wiara w człowieka. Średniowiecze to poznanie poprzez wiarę, renesans – poprzez rozum, czyli doświadczenie i obserwację.

Niezależne miasta-państwa rządzone były przez stare rody pod wodzą lokalnych królów, feudałów, książąt lub biskupów, czyli że te stare rody to to, co dziś określamy mianem deep state. Wygląda więc na to, że prawdziwa władza zawsze była ukryta, a to, co nam przedstawia się jako władzę, to tylko kukiełki, którymi kierują nieznani przełożeni.

Każda włoska rodzina arystokratyczna oferowała prezenty i łapówki, aby ich synowie zostali mianowani do kolegium kardynalskiego. Tak więc prawdziwa władza miała swoich ludzi wszędzie i na każdym szczeblu. Kolegium kardynalskie to kolegium, które kształciło kardynałów, a więc tych, którzy wybierali papieża.

„Po parodii Wielkiej Schizmy…” – Czym zatem była ta Wielka Schizma? Wikipedia tak m.in. pisze:

Wielka schizma zachodnia (także schizma zachodnia, schizma papieska lub wielka schizma; samo określenie wielka schizma może być jednak używane także w odniesieniu do wielkiej schizmy wschodniej) – okres trwający od 1378 do 1417 roku, kiedy to brak zgody kardynałów, kierujących się głównie pobudkami politycznymi, powodował, że do tytułu głowy Kościoła katolickiego rościło sobie pretensje dwóch, a nawet trzech papieży jednocześnie.

Geneza Wielkiej Schizmy

W roku 1309 papież Klemens V przeniósł siedzibę Kurii Rzymskiej do Awinionu na terenie hrabstwa Venaissin w Prowansji rozpoczynając okres tzw. niewoli awiniońskiej papieży. Jego kolejni następcy (Jan XXII, Benedykt XII, Klemens VI, Innocenty VI i Urban V) rezydowali do roku 1376 w Awinionie, jedynie Urban V w latach 1367–1370 na krótko powrócił do Rzymu. Wszyscy oni byli Francuzami popieranymi i uzależnionymi politycznie od monarchii francuskiej. Kuria Rzymska została zdominowana przez Francuzów, a w gronie kolegium kardynalskiego nasilały się spory pomiędzy frakcjami narodowymi (głównie francuską i włoską). Urząd papieski był wykorzystywany politycznie przez królów Francji, a w Kościele szerzyły się symonia, nepotyzm, rozwiązłość i brak dyscypliny. Skutkowało to stopniowym upadkiem autorytetu papiestwa. Dopiero Grzegorz XI powrócił w 1377 roku do Rzymu za namową Katarzyny ze Sieny (później ogłoszonej świętą).

Początek schizmy

27 marca zmarł w Rzymie papież Grzegorz XI. Zwołano tam pierwsze konklawe 1378 roku, które wybrało Bartolomea Prignano, arcybiskupa Bari. Wstąpił on na tron papieski jako Urban VI. Wątpliwe okoliczności wyboru oraz kontrowersyjne rządy Urbana VI spowodowały bunt większości kardynałów. Przeciwnicy Urbana VI zgromadzili się na zwołanym przez niego konsystorzu w Anagni, gdzie miało dojść do pojednania zwaśnionych stronnictw. Niezadowoleni buntownicy wobec braku ustępstw ze strony papieża przenieśli się do Fondi, gdzie 2 sierpnia wydali odezwę w której stwierdzali nieważność wyboru Urbana VI, jako dokonanego pod przymusem. 9 sierpnia wezwali papieża do ustąpienia, ale dalszy sprzeciw z jego strony doprowadził do tego, iż zbuntowani kardynałowie potwierdzili złożenie go z urzędu i odbyli drugie konklawe 1378 roku. 20 września wybrano a 21 września ogłoszono wybór kardynała Roberta z Genewy, byłego arcybiskupa Cambrai, który przybrał imię Klemens VII. Datę tę można uznać za początek wielkiej schizmy zachodniej.

Klemens VII ekskomunikował Urbana VI, ale nie udało mu się uzyskać powszechnego uznania ani też zdobyć zbrojnie Rzymu, mimo poparcia wielu krajów europejskich i Kurii Rzymskiej. W końcu musiał osiąść w Awinionie. W ten sposób Kościół katolicki podzielił się na dwie obediencje: rzymską i awiniońską, a poszczególne kraje deklarowały poparcie w stosunku do papieży rezydujących w Rzymie lub w Awinionie.

Mapa pokazująca kraje przyjmujące obediencję Awinionu (czerwony) i Rzymu (fioletowy) w czasie schizmy zachodniej; źródło: Wikipedia.

Rzymskich papieży uznawała Anglia, Dania, Flandria, Irlandia, Litwa (wprowadzająca od 1386 roku chrześcijaństwo), Norwegia, Polska, Szwecja, Święte Cesarstwo Rzymskie (w większości), Węgry, północne Włochy i zakon krzyżacki, a awiniońskich papieży uznawały Aragonia, Burgundia, Cypr, Francja, Kastylia i León, Nawarra, Sabaudia, Szkocja, Zakon Joannitów.

Niektóre z księstw Świętego Cesarstwa Rzymskiego w przeciwieństwie do samego cesarza deklarowały poparcie dla papieża awiniońskiego. Niektóre z nich w trakcie trwania wielkiej schizmy zmieniały popierane strony. Portugalia generalnie popierała Rzym, ale w trakcie kryzysu z lat 1383–1385 (tzw. portugalskie interregnum) pretendenci do tronu popierali przeciwne strony. Królestwo Neapolu początkowo popierało papieży awiniońskich, a później rzymskich.

Papieże i antypapieże wielkiej schizmy zachodniej; źródło: Wikipedia.

Sobór w Pizie

Sytuacja zmieniła się znacząco w 1408, gdy większość kardynałów z obydwu obediencji wypowiedziało posłuszeństwo swoim papieżom (Benedyktowi XIII i Grzegorzowi XII). 23 kardynałów zwołało wspólnie sobór do Pizy na dzień 25 marca 1409 roku na którym zebrało się reprezentatywne grono ponad 300 biskupów, przedstawicieli kapituł katedralnych i uniwersytetów. Inicjatywa przezwyciężenia panującej w Kościele katolickim schizmy uzyskała wsparcie znacznej części świata katolickiego, zmęczonego przedłużającą się schizmą i brakiem dobrej woli ze strony obydwu pretendentów do tronu papieskiego.

Sobór zdetronizował niemogących się porozumieć papieży – Grzegorza XII i Benedykta XIII – uznając ich za heretyków. Równocześnie na konklawe zwołanym podczas soboru wybrano Pietro Philargiego na papieża (urzędującego pod imieniem Aleksander V). W efekcie powstała trzecia obediencja – pizańska. Aleksandra V i jego następcę – Jana XXIII – poparły: Anglia, Francja, Litwa, Polska, Portugalia, Skandynawia (państwa unii kalmarskiej: Dania, Norwegia, Szwecja), Święte Cesarstwo Rzymskie, Węgry, północne Włochy, Zakon Krzyżacki oraz łacińskie posiadłości w Grecji i na Cyprze, a nieco później także królestwo Neapolu. Wybór Aleksandra V, jak i jego następcy nie został uznany przez papieży rzymskiego i awiniońskiego. Aleksander V zmarł 3 maja 1410 roku w Bolonii, gdzie 14 maja rozpoczęło się konklawe 1410 roku, które 17 maja wybrało na papieża Neapolitańczyka – kardynała-diakona Baldassare Cossę. Wstąpił on na tron jako Jan XXIII. Sprawował formalnie swój urząd do 29 maja 1415 roku, kiedy to sobór w Konstancji pozbawił go stanowiska.

Zakończenie schizmy na soborze w Konstancji

16 listopada 1414 roku rozpoczął się sobór powszechny w Konstancji zwołany przez Jana XXIII (pizańskiego następcę Aleksandra V), który w tym czasie cieszył się największym poparciem. Jednym z głównych zadań soboru było zakończenie wielkiej schizmy. Sobór sugerował wszystkim trzem urzędującym papieżom abdykację i wybór nowego. 2 marca 1415 roku sobór nakłonił Jana XXIII do wygłoszenia obietnicy dobrowolnego zrzeczenia się tronu, którą powtórzył w bulli wydanej 8 marca. 20 marca uciekł on jednak z Konstancji w obawie przed wysuniętymi przeciwko niemu oskarżeniami. Został jednak wkrótce schwytany i uwięziony a 29 maja sobór pozbawił go formalnie urzędu, czemu się podporządkował.

4 lipca 1415 roku pełnomocnicy rzymskiego papieża Grzegorza XII przeczytali zgromadzonym dokument zwołujący sobór. Papież rzymski – Grzegorz XII – nie chciał uznać soboru, którego sam nie zwołał, jednakże wybrał rozwiązanie kompromisowe i dla siebie zarazem honorowe – „zwołał” sobór, który już od dobrych kilku miesięcy obradował i zatwierdził z mocą wsteczną podjęte na nim decyzje. Uznanie tego dokumentu przez zgromadzonych było ukłonem w jego stronę. Od tego momentu decyzje soboru uznawane są oficjalnie przez Kościół katolicki. Uczestnicy po potwierdzeniu dokumentu zagłosowali za przyjęciem abdykacji Grzegorza XII. Sobór uznał także wszystkie dokumenty wydane przez Grzegorza. Po uzyskaniu jego oświadczenia, że nie będzie ubiegał się o tron papieski ustanowił go kardynałem-biskupem i legatem w Ankonie przyznając mu w Kościele pierwsze miejsce po przyszłym papieżu.

Pomimo podporządkowania się pizańskiego Jana XXIII i rzymskiego Grzegorza XII soborowym decyzjom o złożeniu ich z urzędu, awinioński Benedykt XIII odmawiał zrzeczenia się tytułu. Rezydował on wówczas w Peñíscola a poparcia udzielały mu Aragonia, Kastylia i León, Nawarra, Szkocja i hrabstwo Armagnac. Na przełomie lat 1416/1417 Aragonia, Kastylia i León oraz Nawarra przychyliła się do stanowiska soboru i 27 lipca 1417 roku sobór w Konstancji uznał Benedykta XIII za schizmatyka i ekskomunikował, pozbawiając go tym samym tytułu. Opuścili go też wszyscy popierający go kardynałowie. Szkocja trwała w swoim poparciu tylko do roku 1418. De facto i de iure pozbawiony władzy nie uznał swojej detronizacji aż do śmierci. Nie miało to jednak większego znaczenia praktycznego.

8 listopada podczas soboru w Konstancji rozpoczęło się dość wyjątkowe, ze względu na sposób głosowania, konklawe 1417 roku. Już po 3 dniach – 11 listopada – wybrano kardynała-diakona Oddone Colonnę, który wstąpił na tron Piotrowy jako Marcin V. Inauguracja jego pontyfikatu 21 listopada 1417 roku w Konstancji zakończyła formalnie okres wielkiej schizmy zachodniej.

Konklawe 1417 roku

Konklawe 8-11 listopada 1417 – konklawe, które odbyło się na Soborze w Konstancji i formalnie zakończyło wielką schizmę zachodnią. W jego wyniku papieżem został Marcin V. Było to jedyne w historii konklawe, które odbyło się na terenie Niemiec i jedyne, w którym dopuszczono jako elektorów duchownych spoza Kolegium Kardynalskiego. Było także pierwszym, w którym uczestniczył Polak – arcybiskup gnieźnieński Mikołaj Trąba.

Konsekwencje wielkiej schizmy

Wielka schizma zachodnia i związane z nią negatywne zjawiska doprowadziły do ujawnienia się licznych głosów krytyki pod adresem Kościoła katolickiego i papiestwa. Była niewątpliwym katalizatorem reformacji i okazją do szerzenia swoich tez przez jej prekursorów: Johna Wycliffe’a i Jana Husa. Schizma doprowadziła też do ustalenia Rzymu jako faktycznej, a nie tylko tytularnej, siedziby papieży.

Wśród historyków i teologów, a także znawców prawa kanonicznego nie ma zgody co do tego, którzy z panujących podczas wielkiej schizmy papieży mieli legalne prawo do posługiwania się tym tytułem. Kościół katolicki za prawowitych uznaje papieży obediencji rzymskiej (Urbana VI, Bonifacego IX, Innocentego VII, Grzegorza XII), papieży awiniońskich uznając za uzurpatorów. Wydaje się, że obecnie także papieże pizańscy nie są uznawani przez Watykan, jednakże aż do XX w. Annuario Pontificio ich wymieniało. Także wybrany w 1492 na papieża Rodrigo de Borgia y Borja przybrał imię Aleksander VI uznając niejako prawo do tytułu Aleksandra V. Sytuacja uznania dla papieży pizańskich staje się problematyczna, gdy na tron Piotrowy w 1958 roku wstąpił Angelo Giuseppe Roncalli i przybrał imię Jan XXIII co z kolei świadczy o nieuznawaniu obediencji pizańskiej za legalną przez Kościół katolicki.

Papieże obediencji awiniońskiej i pizańskiej są tradycyjnie nazywani antypapieżami.

x

Mamy więc tu do czynienia z bardzo skomplikowaną i zawiłą materią. Wyboru Urbana VI dokonano pod przymusem. Jednak Wikipedia nie informuje pod jakim przymusem. Jakie to były siły? Zbuntowani kardynałowie na oddzielnym konklawe wybrali swojego papieża Klemensa VII, który nie zdołał pokonać Urbana VI, papieża rzymskiego, i ostatecznie osiadł w Awinionie, który był eksklawą państwa papieskiego, czyli obszarem położonym poza tym państwem, ale należącym do niego. Eksklawą było też Westerplatte. Niektóre księstwa Świętego Cesarstwa Rzymskiego (I Rzesza), w przeciwieństwie do cesarza, deklarowały poparcie dla papieża awiniońskiego. Niektóre w trakcie trwania schizmy zmieniały popierane strony. Portugalia raz tak, raz siak. Podobnie Królestwo Neapolu. Jakaś zawiła gra tam się toczyła.

Później pojawia się trzeci papież, pizański. Poparła go praktycznie cała katolicka Europa, nie został jedynie uznany przez papieża rzymskiego i papieża awiniońskiego. Następnie Jan XXIII, a więc papież pizański, zwołał sobór powszechny w Konstancji, który to sobór pozbawił go tronu. Decyzjom soboru podporządkował się też, czyli ustąpił, papież rzymski Grzegorz XII, natomiast awinioński Benedykt XIII – nie. Ostatecznie sobór uznał go za schizmatyka i w lipcu 1417 ekskomunikował, pozbawiając go tym samym tytułu. W listopadzie 1417 roku, na wyjątkowym konklawe, papieżem został Marcin V. Było to wyjątkowe konklawe, bo niezgodne z dotychczasową procedurą. Czy zatem wszyscy jego następcy, aż do chwili obecnej, byli antypapieżami? A ten, którego wkrótce wybiorą?

Czym była wielka schizma zachodnia? Kłótnią wielkich rodzin arystokratycznych, które faktycznie sprawowały władzę? A może chodziło tylko o podważenie autorytetu Kościoła, czyli przygotowanie gruntu pod reformację? A może była jeszcze jakaś inna przyczyna? W każdym razie dotarcie do istoty władzy wydaje się niemożliwe z pozycji przeciętnego człowieka. Jedno wszakże wydaje się pewne, jeśli uwzględnimy wszystko, co wiązało się z tą schizmą, że władza papieska nie pochodziła od Boga.

xxx

As the black death swept through Europe, devastating half the population, many citizens in desperation turned their eyes from the Heavens to Earth. There, in order to master the physical world, the more philosophically inclined tried to uncover the secrets of existence and unravel Life’s great mysteries, while the poor hoped only to overcome their suffering.

And so it was that God fell to Earth as Man, and the rigid religious doctrine of the Middle Ages lost its power and was replaced by the study of great ancient civilizations of Rome, Greece, and Egypt. As the thirst for the Crusades began to fade, Olympian heroes were reborn and Olympian battles were fought anew. Man pitted his mind against the heart of God, and Reason reigned.

This was the time of great accomplishments in philosophy, the arts, medicine, and music. Culture flourished with great pomp and ceremony. But not without cost. Old laws were broken before new ones were created. The shift from the strict adherence to the world of God and the belief in eternal salvation to the honor of Man and reward in the material world called humanism was, in truth, a difficult transition.

Then, Rome was not the Holy City; it was a lawless place. In the streets, citizens were robbed, house were plundered, prostitution was rampant, and hundreds of people were murdered each week.

Moreover, the country we now know as Italy did not yet exist. Instead, there were five great powers: Venice, Milan, Florence, Naples, and Rome. Within the boundaries of the “boot”, there were many independent city-states ruled by old families led by local kings, feudal lords, dukes, or bishops. Inside the country, neighbor fought neighbor for territory. And those who conquered were always on guard – for the next conquest was close at hand.

From outside the country, there came the threat of invasion by foreign powers who wished to expand their empires. The rulers of France and Spain vied for territory, and the “barbarian” Turks, who were not Christians, were moving in on the Papal States.

Church and state wrestled for sovereignty. After the travesty of the Great Schism – when there were two Popes in two cities with divided power and reduced revenue – the formation of the new seat of the throne in Rome, with only one Pope, gave the princes of the church new hope. Emerging even stronger than before, the spiritual leaders of the church had only to fight the temporal power of the kings, queens, and dukes of the small cities and fiefdoms.

Still, the Holy Roman Catholic Church was in turmoil, for the lawless behavior was not limited to citizens only. Cardinals sent their servants armed in stones and crossbows into the streets to fight with Roman youths; men of high position in the church – forbiden to marry – visited courtesans and kept many mistresses; bribes were offered and taken; and official clergy at the highest levels were ready to accept money to deliver dispensations from the laws and write up sacred papal bulls to pardon the most terrible crimes.

It was said by many a disillusioned citizens that everything in Rome was for sale. Enough money could buy churches, priests, pardons, and even the forgiveness of God.

With very few exceptions, men who became priests entered the church because they were second sons – trained from birth for professions in the church. They had no true religious calling, but because the church still held the power to declare a king a king, and to bestow great blessings on earth, every aristocratic Italian family offered gifts and bribes to get sons named to the college of cardinals.

This was the Renaissance; the time of cardinal Rodrigo Borgia and his family.

Anglia w satyrze

Pisałem już wcześniej, że wielka literatura tym różni się od zaściankowej, że porusza tematy fundamentalne dla ludzkiej egzystencji. Do niej niewątpliwie zalicza się powieść Jonathana Swifta Podróże Guliwera. Pewnie dla wielu znana jest jej wersja dla dzieci. Wikipedia tak o niej pisze:

Podróże Guliwera (ang. Gulliver’s Travels) – popularny skrót tytułu powieści Jonathana Swifta napisanej w 1726 roku, stanowiącej połączenie satyry na ludzką naturę z parodią popularnych w tamtym okresie „powieści podróżniczych”. Powieść ta stanowi najbardziej znaną pracę Swifta, jest jednocześnie zaliczana do klasyki literatury angielskiej. Pełny tytuł to “Travels into Several Remote Nations of the World. In Four parts. By Lemuel Gulliver, First a Surgeon, and then a Captain of Several Ships”, czyli “Podróże do wielu odległych narodów świata, w 4 częściach, opisane przez Lemuela Guliwera, najpierw lekarza okrętowego, później kapitana kilku statków”.

Książka zdobyła ogromną popularność już wkrótce po wydaniu (John Gay stwierdził, że stanowi lekturę uniwersalną, czytaną przez wszystkie warstwy społeczne), ukazuje się drukiem praktycznie nieprzerwanie od roku pierwszej publikacji.

Współcześni czytelnicy Swifta postrzegali Podróże Guliwera jako powieść z kluczem, starając się rozszyfrować aluzje do działających na scenie politycznej stronnictw, a nawet konkretnych postaci. W kolejnych częściach książki Swift poddał krytyce obyczajowość brytyjską początku XVIII wieku (kompromitacja polityki, sądownictwa, ustroju parlamentarnego, nauki, filozofii), atakował nietolerancję, pychę, głupotę, donosicielstwo, intrygi.

George Orwell powiedział, że gdyby miał wybrać sześć książek, które miałyby ocaleć, podczas gdy wszystkie inne uległyby zniszczeniu, Podróże Guliwera z pewnością znalazłyby się wśród nich.

Książka przedstawia się jako zwykła powieść podróżnicza, której narratorem jest „Lemuel Guliwer, początkowo lekarz pokładowy, później kapitan kilku statków”. Z uwagi na drastyczne często fragmenty, książka doczekała się szeregu wariantów dostosowanych do różnych czytelników. Oryginalna książka jest ostrą, brutalną satyrą. Jej opublikowanie świadczy o znacznej wolności słowa w ówczesnej Wielkiej Brytanii.

x

W powieści tej opisane są cztery podróże Guliwera. Pierwsza prowadzi do krainy Liliputów, w drugiej bohater trafia do krainy gigantów, gdzie sam gra rolę liliputa. Trzecia podróż wiedzie go na wyspę Laputa do królestwa muzyków i matematyków, czwarta – do kraju rządzonego nie przez ludzi, którzy zachowują się tam jak dzikie i trudne do poskromienia zwierzęta, lecz przez mądre konie Houyhnhnmy. Podróże Guliwera uważane są za pierwszą w historii krytykę czasów nowożytnych, arcydzieło satyry społecznej i politycznej poddające krytyce obyczajowość społeczeństwa, którego jedynym drogowskazem stała się chytrość i pogoń za zyskiem. – Tak charakteryzował tę powieść wydawca, czyli Wydawnictwo Siedmioróg Wrocław 2022. Z tego wydania pochodzą wybrane przeze mnie cytaty. Niestety przekład jest zły i może stąd brak nazwiska tłumacza. Dziwna to praktyka, z którą spotykam się po raz pierwszy. Choć, z drugiej strony, czy w kraju Zulu-Gula może jeszcze coś dziwić? A może to Ukrainiec i dlatego nie ma nazwiska?

x

W Lilipucie:

Jakkolwiek państwo nasze w oczach cudzoziemca zdaje się być kwitnące, musimy jednak z dwiema plagami walczyć: z buntem wewnętrznym i najazdem z zewnątrz, którym nam grozi potężny nieprzyjaciel. Co do pierwszego, to trzeba ci wiedzieć, że od siedemdziesięciu księżyców były w tym państwie dwie partie sobie przeciwne pod nazwami Tramecksan i Slamecksan, tak nazwane od wysokich i niskich klocków, czyli obcasów u trzewików, którymi się różnili.

Wiadomo wszystkim, że wysokie klocki bardziej się zgadzają z naszą starą konstytucją. A choć tak się ma sprawa, cesarz postanowił używać tylko niskich klocków, tak w sprawowaniu rządu, jako też we wszystkich od woli monarszej zależnych urzędach. Mogłeś nawet zauważyć, że klocki Jego Cesarskiej Mości są przynajmniej o durr niższe niż któregokolwiek z dworzan (durr to ich czternasta część ciała).

Niechęci dwóch partii – mówił dalej – w takim wysokim są stopniu, że ani nie jedzą, ani nie piją ze sobą, ani do siebie nie mówią. Rozumiemy, że tramecksani, czyli wysokie klocki, przeważają nas liczbą, ale w naszych rękach jest władza. Niestety! Lękamy się, żeby syn cesarski, następca tronu, nie miał skłonności do klocków wysokich, zwłaszcza, jak łatwo dostrzec, że jeden jego klocek wyższy jest od drugiego, dlatego idąc, trochę kuleje. Otóż wśród wewnętrznego zamieszania grozi nam najazdem wyspa Blefusku, która jest drugim wielkim cesarstwem świata, tak prawie obszernym i mocnym jak nasze państwo. Bo co się tyczy opowiadań twoich, jakoby znajdowały się na świecie inne państwa, stany, zamieszkane przez ludzi tak wielkich i tak ogromnych jak ty jesteś, filozofowie nasi bardzo w to wątpią i wolą raczej twierdzić, żeś spadł z księżyca lub z jakiejś innej gwiazdy, ponieważ stu ludzi twojej wielkości w krótkim czasie wyjadłoby w państwie naszego cesarza wszystkie owoce, wszystkie bydlęta i całą żywność.

Ponadto nasi dziejopisarze od sześciu tysięcy księżyców o żadnych innych krajach, prócz państw Liliputu i Blefusku, wzmianki nie czynią. Te dwa straszne mocarstwa, jak ci nadmieniłem, przez trzydzieści sześć księżyców toczyły ze sobą uporczywą wojnę, której powód był następujący: wszyscy się na to zgadzają, że początkowo zawsze tłuczono jaja przed jedzeniem z grubszego końca, ale dziad cesarza miłościwie nam panującego, gdy jeszcze był dzieckiem, mając jeść jajo i nadłamawszy je zgodnie ze starożytnym zwyczajem, nieszczęśliwym jakimś przypadkiem skaleczył sobie palec, skąd się wzięło, że cesarz, ojciec jego, pod surowymi karami wydał prawo, żeby od owego czasu jaja z cieńszego końca tłuczono. Lud tą ustawą był tak oburzony, że dziejopisarze nasi wspominają o sześciu z tego powodu rozruchach, w których jeden cesarz utracił życie, a drugi koronę. To zamieszanie i niezgody wewnętrzne wzniecali zawsze królowie Blefusku (Putin – przyp. W.L.), a kiedy bunty poskramiano, winowajcy uciekali do ich kraju. Szacuje się, że jedenaście tysięcy ludzi na przestrzeni tego czasu wolało ponieść śmierć niż poddać się prawu tłuczenia jaj z cieńszego końca. Napisano kilkaset wielkich tomów o tym zdarzeniu i udostępniono ludowi, ale księgi Grubo-Końców zakazane są od dawna, a ich partia uznana za niegodną posiadania urzędów. W czasie tych ustawicznych zamieszek królowie Blefusku często przez posłów swoich oskarżali nas o zbrodnie, jakobyśmy kardynalnie gwałcili przykazania naszego wielkiego proroka Lustroga, objawione w pięćdziesiątym czwartym rozdziale Brundrecalu (to jest ich Alkoranu), co jednak, myślę, jest tylko przekręceniem tekstu, który brzmi: Wszyscy wierni tłuc będą jaja z końca wygodniejszego”.

Według mnie, każdy powinien sam rozstrzygać, który koniec do tłuczenia jest wygodniejszy, a przynajmniej ustanowienie tego należy zostawić Najwyższemu Sędziemu. Grubo-Końce tyle względów u króla Blefusku, tyle tajnej pomocy i wsparcia w swoim własnym kraju znaleźli, że z tego powodu między dwoma państwami już przez trzydzieści sześć księżyców panuje krwawa wojna z odmiennym szczęściem dla stron walczących. W tej wojnie straciliśmy czterdzieści okrętów liniowych i wiele pomniejszych statków, i trzydzieści tysięcy najlepszych naszych majtków i żołnierzy. Uważa się, że nieprzyjaciel nieco większą poniósł stratę. Jakkolwiek jest, teraz szykują (Putin – przyp. W.L.) wielką flotę w celu wkroczenia do naszego kraju.

x

W krainie gigantów:

Zacząłem od opowiadania, że nasze stany złożone są z dwóch wysp zawierających trzy potężne królestwa pod jednym monarchą, nie licząc stanów, które mamy w Ameryce. Rozwodziłem się dużo nad urodzajem naszej ziemi i umiarkowanego powietrza. Opisałem potem ustanowienie naszego Parlamentu, złożonego po części ze znakomitego ciała, nazwanego Izbą Lordów, osób krwi najszlachetniejszej, dawnych dziedziców i panów najpiękniejszych majętności w kraju. Opowiadałem, jak im najtroskliwszą dają edukację, tak w naukach, jak i sztuce wojennej, aby mogli być urodzonymi króla i królestwa konsyliarzami, prawodawcami państwa, członkami Najwyższej Izby Sprawiedliwości, od której nie ma apelacji, i gorliwymi obrońcami monarchy i ojczyzny przez swoje męstwo, postępki i wierność; że ci panowie są ozdobą i bezpieczeństwem królestwa, godnymi następcami swoich sławnych przodków, których dostojeństwa były nagrodą znakomitej cnoty i których potomstwa wyrodnego nie widziano. Razem z nimi zasiada w tej Izbie wielu świętych mężów, tytułowanych biskupami, których szczególną powinnością jest czuwać nad religią i tymi, co ją opowiadają, że na to wysokie dostojeństwo król i najmądrzejsi jego doradcy wybierają spośród duchowieństwa ludzi świątobliwych i uczonych i że ci biskupi są duchownymi ojcami kleru i narodu.

Dodałem, że drugą część tego Parlamentu stanowi zacne zgromadzenie, nazwane Izbą Gmin, złożone z osób szlachetnych, wybranych w głosowaniu powszechnym przez obywateli z powodu ich rozumu i miłości do ojczyzny, żeby wyrażali mądrość całego narodu. Powiedziałem, że te dwa ciała czynią najzacniejsze w Europie zgromadzenie, któremu wraz z królem przekazane jest prawodawstwo.

Potem opisałem nasze sądy, gdzie zasiadają wielebni mędrcy, rzetelni tłumacze prawa, którzy wyrokami swymi rozstrzygają kłótnie prywatnych osób, którzy karzą zbrodnie, a niewinności bronią. Nie zaniedbałem powiedzieć o mądrej ekonomii naszych dochodów, o waleczności i doskonałej dyscyplinie naszych wojsk lądowych i morskich. Wymieniłem liczbę ludu, podając, ile milionów liczy każda sekta religijna i partia polityczna. Nie opuściłem ani naszych zabaw, ani widowisk publicznych, ani żadnych szczegółów, które mogły czynić zaszczyt mojej ojczyźnie. Zakończyłem krótkim opisaniem wypadków i zdarzeń w ciągu ostatnich stu lat w Anglii.

Ta rozmowa ciągnęła się przez pięć audiencji, a każda audiencja trwała po kilka godzin. Król Jegomość słuchał wszystkiego z wielką pilnością, notując krótko, co mówiłem, i pytania, które mi chciał zadawać. Gdy zakończyłem moje długie mowy, Król Jegomość na szóstej audiencji, przejrzawszy, co sobie z nich zapisał, miał wiele wątpliwości, pytań i zarzutów względem każdego artykułu. Spytał mnie najpierw, jaką otrzymuje edukację młodzież szlacheckiego urodzenia dla wykształcenia ciała i duszy i czym się najwięcej zajmuje w latach do nauki najzdatniejszych. Co się robi, by zapewnić wakujące miejsce w Izbie Lordów, kiedy zgaśnie jakiś dom szlachetny, co musi czasem się przytrafić? Jakie przymioty potrzebne są tym, których na nowych wynoszą lordów? Czy widzimisię monarchy albo suma wręczona jakiejś damie lub pierwszemu ministrowi, albo też chęć wzmocnienia partii nieprzyjaznej obywatelom nie bywają powodem do takich promocji? Jaką znajomość praw krajowych posiadają lordowie i w jaki sposób stają się zdolni do ostatecznego rozsądzania praw swych współobywateli? Czy od chciwości, stronniczości i popędów są wolni, tak że przekupstwo lub inne niegodne względy nie mają do nich dostępu? Czy ci święci biskupi, o których mówiłem, do godności swojej zawsze przychodzą przez umiejętności teologiczne i pobożność? Czy nie czynią czasem podłości? Albo czy nie wchodzą w intrygi, będąc jeszcze prostymi kapłanami? Czy nigdy taki święty lord nie był zaprzedany jakiemuś możnemu panu, za którego staraniem doszedł do biskupstwa i czy w takim razie nie idzie potem zawsze ślepo za zdaniem swego dobrodzieja na zgromadzeniach Izby Lordów?

Chciał wiedzieć, jak lud obiera tych, których do Izby Gmin wysyła dla wyrażenia mądrości narodu. Czy ktoś nieznany, lecz z pełnym workiem złota nie może za pomocą przekupstwa zyskać większości głosów i zostać wyniesiony nad panów i najzacniejszą w okolicy szlachtę? Dlaczego z taką gwałtownością ubiegają się o to, aby być wybranymi na zgromadzenie Parlamentu, gdy ten wybór wielkie ze sobą niesie troski i wydatki, a żadnego nie przynosi zysku, często pociągając za sobą zubożenie całego rodu? Ponieważ twierdziłem, że brak wynagrodzenia dla członków Parlamentu jest próbą najwyższej cnoty i ducha obywatelskiego, Król Jegomość wątpił, by to zawsze było szczere. Pytał, czy te osoby są zupełnie bezinteresowne i czynią to jedynie z wielkiej miłości do ojczyzny, czy też spodziewają się koszty swoje odebrać z lichwą od słabego i złego monarchy i sprzedajnych ministrów, poświęcając dobro publiczne? Król Jegomość tyle mi pytań zadawał, tyle zarzutów czynił, iż roztropność nie pozwala mi ich wszystkich powtarzać.

Co do sądów, chciał także, żebym mu wyjaśnił kilka kwestii, co uczyniłem z wielką dokładnością, bo sam zostałem niegdyś prawie zniszczony przez długie prowadzenie sprawy, mimo że ją w końcu ze zwrotem kosztów wygrałem. Spytał mnie, ile przeważnie kosztuje praca prawnika, czy nie za wiele? Czy adwokaci mają wolność bronienia spraw niesprawiedliwych? Czy religia lub polityka odgrywają jakąś rolę w wymiarze sprawiedliwości? Czy adwokaci znają gruntownie ogólne podstawowe zasady sprawiedliwości, czy też poprzestają na mniemaniach o prawie i zwyczajach danego kraju? Czy adwokaci i sędziowie mają moc ustanawiania tych praw, które tłumaczą, jak im się wydaje i podoba? Cy ci prawnicy nigdy nie występują jako obrońcy i oskarżyciele tego samego przestępstwa i nie cytują swoich poprzednich opinii, zmieniając je wedle potrzeb? Czy stan ten jest bogaty, czy ubogi? Czy za obronę lub konsultację biorą zapłatę i czy mogą być wybierani do Izby Gmin?

Potem zaczął mówić o ekonomii i powiedział mi, że jego zdaniem pomyliłem się w tym temacie, ponieważ podałem, że podatki przynoszą tylko pięć lub sześć milinów na rok, a tymczasem rozchód nierównie sięga dalej i dwukrotnie przewyższa dochody. Bardzo dokładnie sobie zanotował to, co mówiłem, sądząc, że się z naszej ekonomii może czegoś nauczyć. Nie mogę pojąć – mówił – jak królestwo śmie czynić większe wydatki nad intraty i zjadać dobra swoje, jak jakiś prywatny człowiek.

Pytał mnie, kim są nasi wierzyciele i skąd bierzemy pieniądze, aby im zapłacić. Mocno dziwił się, że podejmujemy tak kosztowne i wyczerpujące wojny. Zapewne – mówił – że albo jesteście narodem niespokojnym i kłótliwym, albo też macie bardzo złych sąsiadów, a wasi generałowie muszą być bogatsi od waszych królów. Co wy macie za sprawę do innych państw oprócz wysp waszych, cóż macie z nimi za interesy oprócz handlu i traktatów, czyż musicie myśleć o ich podboju, czyż nie dosyć jest pilnować portów i brzegów swoich?

A najbardziej temu się dziwił, żeśmy utrzymywali najemne wojska w czasie pokoju i wolności narodu. Mówił mi, że jeżeli nami rządzą wybrani przez nas członkowie Parlamentu, nie może pojąć, kogo się mamy obawiać i przeciw komu wojnę toczyć. Pytał się mnie, czy dom prywatnego człowieka nie lepiej bywa strzeżony przez niego samego, przez jego dzieci i sługi domowe niż przez hultajów przypadkowo najętych, bardzo mizernie płatnych, którzy zarzynając nas, sto razy więcej mogliby zyskać.

Śmiał się bardzo z mojej dziwacznej (jak mu się podobało nazywać) arytmetyki, gdy mu wyliczyłem, ile nas jest, a uczyniłem to, porównując wiele stronnictw religijnych i politycznych. Czemu – powiedział – zmusza się ludzi mających przekonania przeciwne publicznemu dobru, aby je zmieniali, zamiast zmuszać ich, aby je ukrywali? Pierwsze jest tyranią, niewykonanie drugiego słabością. Nie można nikomu zabronić, aby trzymał truciznę w swoim domu, ale koniecznie należy zakazać jej publicznej sprzedaży.

Uczynił mi uwagę, że między zabawami naszej szlachty wspomniałem o grze hazardowej. Chciał wiedzieć, od jakiego wieku powszechnie na tę zabawę sobie pozwalają. Wiele na nią czasu tracą? Czy niekiedy przez nią majątków swoich nie trwonią? Czy ludzie podli i nikczemni nie mogą czasem przez swoją w tym rzemiośle sprawność zgromadzić wielkich bogactw, trzymać lordów naszych w uległości, przyzwyczajać ich do złego towarzystwa, odrywać ich zupełnie od doskonalenia rozumu i staranności w interesach domowych, a przez straty, które mogą ponosić, nauczać ich, żeby tej samej używali bezecnej sprawności, przez którą sami zostali zrujnowani?

Dziwiła go niewypowiedzianie historia naszego ostatniego stulecia. Był to według niego tylko okropny łańcuch sprzysiężeń, buntów, zabójstw, rzezi, rewolucji, wygnań i najszkaradniejszych skutków, które chciwość, partyjniactwo, hipokryzja, zdrada, okrucieństwo, zajadłość, szaleństwo, nienawiść, zazdrość, żądza, złość i ambicja mogły wydać.

Podczas drugiej audiencji Jego Królewska Mość powtórzył znowu wszystko, co mu powiedziałem. Porównał swoje pytania z odpowiedziami, które mu dawałem, a potem wziąwszy mnie na swoje ręce i łagodnie głaszcząc, wyraził się w tych słowach, których nigdy nie zapomnę, jak i tonu, którym je wymówił:

– Mój malutki przyjacielu, Grildrigu, uczyniłeś nadzwyczajną pochwałę swego kraju. Dowiodłeś, że niewiedza, lenistwo i występek są właściwymi przymiotami do ubiegania się o miano prawodawcy, że prawa bywają wyjaśniane, tłumaczone i stosowane przez osoby, których interes i umiejętności skłaniają do zepsucia, zawikłania i omijania praw. Pierwotne zasady instytucji waszego rządu mogłyby jeszcze uchodzić, ale widzę odmieniły je występki. Z tego nawet, coś mi powiadał, nie widzę, żeby jedna przynajmniej cnota była potrzebna dla dostąpienia urzędu. Nie widzę, żeby ludzie zaliczani byli do szlachty przez swoje cnoty, żeby kapłani wynoszeni byli na dostojeństwa przez świątobliwość i wiedzę, żołnierze przez męstwo, sędziowie przez nieposzlakowaną opinię, senatorowie przez miłość do ojczyzny, ministrowie przez mądrość. Lecz co do ciebie – kończył król – któryś większą część swego życia spędził w podróżach, chce wierzyć, iż występkami swego kraju nie całkiem jesteś zarażony. Ale z tego wszystkiego, coś mi opowiadał i z odpowiedzi, jakie z największym trudem od ciebie wydobyłem, sądzę, iż większa część twoich rodaków jest najszkodliwszym rodzajem robaków, jakiemu natura na powierzchni ziemi czołgać się pozwoliła.

xxx

Powieść ta składa się z czterech części. Wybrałem fragmenty z części pierwszej i drugiej, bo dotyczą one polityki. Opis walczących ze sobą mocarstw, to metafora stosunków pomiędzy Anglią i Francją w XVIII wieku. W trzeciej części akcja toczy się na latającej wyspie Laputa. To królestwo muzyków i matematyków, którzy całkowicie oddają się nauce i sztuce, ale nie potrafią zastosować tej wiedzy w praktyce. To satyra na Royal Society, czyli brytyjską akademię nauk. W czwartej części autor opisuje krainę rządzoną przez konie, w której ludzie są zdegradowani do roli dzikich i trudnych do okiełznania zwierząt.

x

Czytając te dwa zacytowane fragmenty, nie sposób odnieść wrażenia, że to wszystko jest nadal aktualne, pomimo że Swift pisał to w 1726 roku, a więc trzysta lat temu. Mamy więc tam cesarza, który popiera „klocki niższe”, a jego syn, następca tronu, skłania się ku „klockom wyższym”. My mieliśmy prezydenta, „prawicowego”, który wspierał „lewą nogę”. Po roku 1989 z czasem ukształtował się u nas system dwupartyjny. I my też mamy swoje klocki niższe i wyższe. Wiadomo więc skąd to przyszło.

Opis relacji dwóch państw, czyli Liliputu i Blefusku, pasuje jak ulał do wojny na Ukrainie. Obecne zawirowania na linii Rosja – Stany Zjednoczone obrazują, jak doskonałym systemem rządzenia jest system dwupartyjny. Pozwala on na stworzenie klarownego podziału: jeden jest za wojną na Ukrainie (Biden), drugi – przeciw (Trump). Gdyby rządził monarcha, to taka jego zmiana stanowiska stawiałaby go w bardzo negatywnym świetle. Oznaczało by to, że władca jest niepoważny i jak pijany odbija się raz od jednej, raz od drugiej ściany. Również system trójpartyjny nie byłby wskazany, bo uniemożliwiałby klarowny podział. Ten system, stworzony w Anglii, narzuca ona lub jej zbrojne ramię, czyli Stany Zjednoczone, państwom Trzeciego Świata, a więc również Rzeczypospolitej Ukraińskiej.

Anglia jest monarchią, ale nie ma własnego parlamentu, ma go Wielka Brytania. Jej parlament jest dwuizbowy. Składa się z Izby Lordów i Izby Gmin. Nie bardzo wiadomo w jaki sposób wybierani są członkowie Izby Lordów, która do XIX wieku odgrywała główną rolę w Parlamencie. Obecnie Izba Gmin decyduje o wszystkim. W jej skład wchodzi 650 deputowanych wybieranych w wyborach powszechnych, w jednomandatowych okręgach wyborczych. O ich specyfice pisałem w blogu Pomysły.

O systemie prawnym Wielkiej Brytanii Wikipedia tak pisze:

„System prawny Anglii znacznie różni się od systemów prawnych państw kontynentalnych. Różnice te wynikają przede wszystkim z faktu, że w odróżnieniu od całościowo oraz licznie skodyfikowanych i uregulowanych ustawowo dziedzin prawa w państwach na kontynencie europejskim w Anglii (jak i w pozostałych częściach Wielkiej Brytanii) system prawa stanowionego dotyka tylko niektórych gałęzi prawa, przy czym cała reszta opiera się na prawie precedensowym.

System prawny Anglii charakteryzuje się występowaniem obok siebie zarówno prawa ustawowego (statutory law), jak i prawa precedensowego (case albo common law). Pierwsze składa się z szeregu różnych aktów prawa stanowionego, w szczególności ustaw (statutes). W Anglii nie ma konstytucji w sensie formalnym, nie istnieje szczególny akt prawny o randze ponad ustawowej, co jest typowe dla krajów Europy kontynentalnej i USA. Z kolei angielskie prawo common law jest tworzone na podstawie rozstrzygnięć uprzednio przyjętych we wcześniej wydanych wyrokach sądowych, które noszą miano precedensów.”

Z kolei Swift tak m.in. pisze:

„Maksyma sędziów brzmi, że cokolwiek osądzono przedtem, osądzono dobrze. Dlatego z wielką starannością chowają wszystkie dawniejsze dekrety, nawet te, które dyktowała niewiedza i które są przeciwne słuszności i zdrowemu rozumowi. Nazywają je precedensami, czyli zbiorem zasad prawnych. Przywodzi się je jako mające powagę dla uzasadnienia niesprawiedliwych wyroków i sędziowie zawsze się do nich stosują i sądzą według tych przykładów.”

Powyższy cytat wyjaśnia, dlaczego Wielka Brytania nie ma konstytucji. Wprawdzie rządzący we wszystkich państwach, gdzie ona obowiązuje, jej nie przestrzegają, ale dzięki niej możemy przynajmniej dokonać oceny ich działań. I dlatego wiemy, że stan wojenny w Polsce został wprowadzony niezgodnie z konstytucją, czyli nielegalnie, bo w czasie jego wprowadzania obradował Sejm i tylko on mógł podjąć taką decyzję. Również dzięki temu wiemy, że Zełeński sprawuje swój urząd nielegalnie. Co z taką wiedzą może zrobić przeciętny obywatel? Ano tylko tyle, że wie, że władza jest niepoważna i nie przestrzega prawa, które sama ustanawia. A to oznacza, że legitymizowanie takiej władzy poprzez udział w wyborach nie ma sensu. Jednak ta prosta prawda nie dociera do zdecydowanej większości obywateli. W Anglii natomiast wypracowano taki system prawny, w którym udowodnienie władzy, że łamie prawo jest prawie niemożliwe, co więcej, można w nim usprawiedliwić każdą, nawet największą zbrodnię, powołując się na wcześniejsze precedensy. Iście szatański wynalazek.

Nie mogę pojąć – mówił – jak królestwo śmie czynić większe wydatki nad intraty i zjadać dobra swoje, jak jakiś prywatny człowiek. Pytał mnie, kim są nasi wierzyciele i skąd bierzemy pieniądze, aby im zapłacić.

To są te dwa fundamentalne zagadnienia, pytania, które wyjaśniają wszystko. Państwa mogą się zadłużać, bo mają od kogo pożyczać pieniądze. A kim są ci, którzy pożyczają je i skąd oni je biorą? Reszta, czyli wszelkiego rodzaju teorie geopolityczne i ekonomiczne, to zwykłe robienie ludziom wody z mózgu.

Czas

W blogu Epopeja narodowa pisałem o tym, że dla mnie Pan Tadeusz to kicz i grafomaństwo. Oczywiście chodzi mi o treść, a nie o formę, której piękna nie można zaprzeczyć, ale była to zabawa słowami, wydobywanie z języka jego najsubtelniejszych odcieni. Literatura wybitna musi poruszać fundamentalne dla egzystencji człowieka zagadnienia, a to jest treść. Wtedy jest uniwersalna i wzbudza zainteresowanie ludzi pod każdą szerokością geograficzną. Takim dziełem jest bez wątpienia Czarodziejska góra Tomasza Manna, Czytelnik 1965. W pewnym momencie porusza on zagadnienie skończoności czy nieskończoności świata w czasie i przestrzeni. Poniżej ten fragment:

Czym jest czas? Tajemnicą – bo jest nierealny a wszechobecny. Jest warunkiem zjawiskowego świata, jest ruchem zespolonym i przemieszanym z istnieniem realnych ciał w przestrzeni i z ich ruchem. A czy nie byłoby czasu, gdyby nie było ruchu? I ruchu, gdyby nie było czasu? Pytania i pytania! Czy czas jest funkcją przestrzeni? Czy też odwrotnie? Czy raczej są ze sobą identyczne? Za wiele już pytań! Czas jest czynny, ma takie właściwości jak czasowniki. Ma „poczesny” udział w tworzeniu. Ale czego? Zmiany! Co jest teraz, nie było wówczas, co jest tu, nie jest tam, bo między nimi leży ruch. Ale skoro ruch, którym się mierzy czas, jest okrężny, w sobie samym zamknięty, to można by i czas, i wszelką zmianę równie dobrze nazwać spokojem i bezruchem – to bowiem, co było wówczas, powtarza się nieustannie w tym, co jest teraz, a to, co jest tam – w tym, co jest tu. A że ponadto skończonego czasu i ograniczonej przestrzeni niepodobna sobie wyobrazić – nie pomogą najbardziej rozpaczliwe wysiłki – więc ostatecznie zaczęto sobie przedstawiać czas i przestrzeń jako wieczne i nieskończone, zapewne w przekonaniu, że jeśli i w ten sposób nie można ich sobie wyobrazić dobrze, to przynajmniej można nieco lepiej. Czy jednakże uznanie wieczności i nieskończoności nie jest unicestwieniem przez logikę i rachunek wszystkiego, co ograniczone, skończone, względne, czy nie jest sprowadzeniem tego do zera? Czy rzeczy mogłyby w wieczności następować jedne po drugich, a w nieskończoności występować jedne obok drugich? Z tymi założeniami, że istnieje wieczność i nieskończoność, założeniami przyjmowanymi z musu, jakże da się pogodzić istnienie we wszechświecie odległości, ruchu, zmiany lub choćby tylko ograniczonych ciał? To pytania, których mimo wszystko nie da się uniknąć.

x

Wydaje się to bardzo skomplikowane, ale nie tak bardzo, gdy posłużymy się pewnym przykładem. Łatwiej to będzie sobie wyobrazić w przypadku przestrzeni niż czasu. Jeden metr do tysiąca metrów, to 1/1000, jeden metr do tysiąca kilometrów, to 1/1 000 000. Oznacza to, że im dłuższy odcinek, tym wartość ułamka jest coraz mniejsza, czyli 1/∞ musi oznaczać, że wartość tego ułamka jest równa zeru, czyli że w nieskończoności każda odległość musi równać się zeru. W przypadku czasu jest podobnie. Czy będzie to godzina w porównaniu z tysiącem godzin, czy z milionem, to w stosunku do wieczności musi to być zero. To wynika z logiki. I stąd pytanie Manna: Czy jednakże uznanie wieczności i nieskończoności nie jest unicestwieniem przez logikę i rachunek wszystkiego, co ograniczone, skończone, względne, czy nie jest sprowadzeniem tego do zera? Ale dla nas jest to trudne do zaakceptowania czy może raczej do wyobrażenia.

Jest jednak i druga strona medalu, o której Mann nie wspomniał, a mianowicie świat mikro. Jeśli patrzymy na minerały czy komórki jakiejś tkanki pod mikroskopem o powiększeniu 300x czy 400x, to widzimy zupełnie coś innego niż w skali makro. I rodzi się pytanie: czy w tym wypadku możemy tak powiększać obraz w nieskończoność, czyli docierać do krańców świata mikro? Czy w skali mikro jest gdzieś granica? Bo skoro są mikroskopy elektronowe, które sięgają głębiej w świat mikro, to czy nie mogą sięgać jeszcze głębiej? Czy istnieje zatem jakaś granica w świecie makro i mikro? A jeśli istnieje, to co poza nią? Pytania i pytania, jakby powiedział Mann.

Czy zadawanie takich pytań ma sens, skoro i tak nie uzyskamy na nie odpowiedzi? Nie uzyskamy, ale może przez to lepiej zrozumiemy ludzką naturę i ucieczkę ludzi w religię, w wiarę w Boga. Problem można oczywiście spłycić, jak to zrobił Marks, który stwierdził, że religia to opium ludu, a myśl tę rozwinął Lenin. Cytat pochodzi z Wikipedii:

„Religia jest jedną z odmian ucisku duchowego, który wszędzie dławi masy ludowe, przytłoczone wieczną pracą na innych, biedą i osamotnieniem. Bezsilność klas wyzyskiwanych w walce z wyzyskiwaczami równie nieuchronnie rodzi wiarę w lepsze życie pozagrobowe, jak bezsilność dzikusa w walce z przyrodą rodzi wiarę w bogów, diabły, cuda itp. Tego, kto przez całe życie pracuje i cierpi nędzę, religia uczy pokory i cierpliwości w życiu ziemskim, pocieszając nadzieją nagrody w niebie. Tych zaś, którzy żyją z cudzej pracy, religia uczy dobroczynności w życiu ziemskim, oferując im bardzo tanie usprawiedliwienie ich całej egzystencji wyzyskiwaczy i sprzedając po przystępnej cenie bilety wstępu do szczęśliwości niebieskiej. Religia to opium ludu. Religia to rodzaj duchowej gorzałki, w której niewolnicy kapitału topią swe ludzkie oblicze, swoje roszczenia do choćby trochę godnego ludzkiego życia.”

Żeby to uporządkować, to wypada przytoczyć fragment z książki Jerzego Dzika Dzieje życia na Ziemi Wydawnictwo Naukowe PWN 2011:

„Magazynem idei jest cała kultura ludzka, zawarta w religii, sztuce, nauce i technice. Jedynie od twierdzeń z dziedziny nauk przyrodniczych (scientia) oczekujemy równocześnie prostoty, spójności logicznej i łatwo sprawdzalnej zgodności z rzeczywistością. Tym, co wyróżnia naukę od innych dziedzin poznania, jest bowiem metoda. O przynależności twierdzenia do nauki nie stanowi jego zawartość, lecz sposób sformułowania i zasady umożliwiające jego obalenie. Niesłusznie więc byłoby wywyższanie nauki ponad religię i sztukę na podstawie treści. Wręcz przeciwnie. Zagadnień najistotniejszych dla naszej egzystencji nie potrafimy rozwiązać posługując się metodą naukową. Nie potrafimy też, rzecz jasna, za pomocą rozumowań naukowych ocenić wartości odpowiedzi dawanych przez religię i sztukę. Z drugiej strony, rozsądne jest nieodwoływanie się do innych dziedzin tam, gdzie solidnie podbudowanej odpowiedzi dostarczyć może przyrodoznawstwo.”

Można zatem powiedzieć, że religia daje odpowiedzi na pytania, z którymi nie radzi sobie nauka. I wszystko byłoby w porządku, gdyby nie fakt, że nie ma jednej religii wspólnej dla wszystkich ludzi, a jest ich wiele i wiele wyznań, co powoduje, że różnice na tym tle są źródłem wzajemnej wrogości, nienawiści, antagonizmów, kłótni i wojen.

Holokaust

Naród żydowski jest czymś bardzo skomplikowanym i niezrozumiałym dla narodów rdzennych. Być może wielu sądzi, że jest to monolit, solidarna grupa społeczna, która kieruje się swoimi prawami i w ten sposób wyraźnie odróżnia się od reszty. Specyfiką tego narodu jest jego cel, czyli podporządkowanie sobie innych narodów. Jest to cel religijny, a więc taki, który motywuje ludzi jak żaden inny, a cel uświęca środki. Czy zatem w dążeniu do jego realizacji można również poświęcać swój naród, a przynajmniej jego część? Czy tym właśnie był Holokaust? W Wikipedii można przeczytać:

Zagłada Żydów, również Holocaust lub Holokaust (gr. ὁλόκαυστος holokaustos – całopalenie, ofiara całopalna), Szoa, Churbn Ejrope (jid. חורבן אײראָפּע – zagłada Europy, destrukcja Europy, zniszczenie Europy), Churbn Letland (jid. חורבן לעטלאנד – zagłada Łotwy) – ludobójstwo około 6 milionów europejskich Żydów dokonane w czasie II wojny światowej przez niemiecką III Rzeszę i wspierane w różnym stopniu przez uzależnione od niej państwa sojusznicze.

Zagłada Żydów w większości przeprowadzona została na okupowanych przez niemiecką III Rzeszę ziemiach polskich. Stanowiła, łącznie z zagładą Romów, bezprecedensową próbę wymordowania całych narodów przy użyciu metod przemysłowych, która nigdy wcześniej i później nie była przeprowadzona w takiej skali. Stanowiła systematyczny i realizowany przez aparat państwowy proces likwidacji całego narodu.

Partia nazistowska i jej przywódca Adolf Hitler po dojściu do władzy w 1933 rozpoczęli realizację programu rasistowskiego i antysemickiego, przewidującego izolację ludności żydowskiej i stopniowe pozbawienie jej wszelkich praw obywatelskich oraz cywilnych. Wspierano także emigrację Żydów z Niemiec. W wyniku tych działań do lata 1938 z III Rzeszy uciekło 150 tys. Żydów, którzy skierowali się do Wielkiej Brytanii (52 tys. osób), Francji (30 tys.), Polski (25 tys.), Belgii (12 tys.), Szwajcarii (10 tys.) i krajów skandynawskich (5 tys.).

Początkowo władze niemieckie rozważały wysiedlenie europejskich Żydów (np. za Ural bądź na Madagaskar), projekt ten został jednak oceniony jako niemożliwy do przeprowadzenia w warunkach wojny. W związku z tym, jesienią 1941 roku podjęto decyzję o tzw. „ostatecznym rozwiązaniu kwestii żydowskiej” (Endlösung der Judenfrage), co było sformułowaniem oznaczającym w praktyce politykę zagłady wszystkich Żydów w Europie. Szczegóły akcji dopracowano formalnie podczas konferencji w Wannsee, 20 stycznia 1942 r., a przeprowadzenie operacji powierzono SS.

x

Już nawet z tych pobieżnych informacji wynika, że to nie trzyma się kupy. Odnosi się wrażenie, że ci, którzy chcieli dokonać zagłady Żydów nie wiedzieli, jak się do tego zabrać. Nie! Oni dokładnie wiedzieli, o co im chodziło. Niemożliwa była zagłada narodu rozproszonego po całym świecie i do tego zasymilowanego w dużej części. Zamiar ten, którego realizację przypisano nazistom, zapoczątkowano w Niemczech wcześniej. Erich Maria Remarque w swojej powieści Na ziemi obiecanej Bellona 2011 pisze:

„Tannebaum urodził się w Niemczech i tam mieszkał, ale nie ufał w pełni ani Niemcom, ani jakimkolwiek Europejczykom. Przeżył niemiecką inflację z lat 1918-1923 i wyszedł z niej bankrutem.

Był gorącym patriotą, jak wielu Żydów w Niemczech czasów Wilhelma II, gdy antysemityzm jeszcze uważany był za coś wulgarnego, a Żydzi mogli awansować do sfery arystokracji. Swój majątek inwestował również w pożyczki wojenne. Gdy pod koniec inflacji w roku 1923 jeden bilion marek ustabilizował się na poziomie 4 marek (chodzi tu zapewne o nowe marki – przyp. W.L.), zmuszony był ogłosić upadłość. Nie zapomniał tego nigdy i później wszystkie oszczędności lokował w Ameryce. Obserwując uważnie francuską i austriacką inflację, skutecznie je ominął. Gdy dwa lata przed nazistowskim przewrotem niemiecka marka została nagle zablokowana, Tannenbaum większość majątku ulokował już za granicą. Mimo to zachował w Niemczech swoje przedsiębiorstwo. Blokada marki nigdy nie została zniesiona. Była to klęska dla wielu tysięcy Żydów, którzy – nie mogąc już transferować swoich pieniędzy za granicę – musieli pozostać w Niemczech. Straszliwa ironia losu polegała na tym, że chwiejący się bank, który wywołał blokadę, był bankiem żydowskim, i że blokada została ustanowiona przez demokratyczny rząd. Z tej przyczyny Żydzi w Niemczech stracili możliwość ucieczki, stając się później ofiarami obozów koncentracyjnych. W wyższych kręgach narodowosocjalistycznych uważano to za jeden z najlepszych kawałów światowej historii.”

Komentarz w tym wypadku wydaje się zbyteczny. Cytowany fragment jest aż nadto wymowny. Po co więc cała ta ideologia nazistowska i przez kogo została ona wymyślona? Syjonizm, czyli ruch dążący do utworzenia w Palestynie państwa żydowskiego, pojawił się jeszcze w XIX wieku. Problem jednak polegał na tym, że idea państwa żydowskiego nie znalazła zbyt wielu entuzjastów wśród Żydów, którym dobrze wiodło się w krajach rozproszenia i nie chcieli ich opuszczać. Trzeba było ich jakoś do tego przekonać. Dla kierowników żydostwa problemem było to, że Żydzi w diasporze ulegali często asymilacji faktycznej, co dla żydostwa było bardzo niebezpieczne, bo groziło jego rozwodnieniem w narodach rdzennych oraz to, że następował rozdźwięk pomiędzy żydostwem zachodu i wschodu. Henryk Rolicki w książce Zmierzch Izraela z 1935 roku cytuje „Hajnt” z dn. 3 kwietnia 1927 r. nr 79:

„Erec Izrael (Palestyna – przyp. autora) jest dla nas tylko metropolią światowego żydostwa, jest tylko historycznym i jedynym krajem, gdzie żydzi będą mogli rozwijać się samodzielnie i zdrowo, tworząc własne formy polityczne i kulturalne. Ze zdrowego i samodzielnego Erec Izrael będzie rozwijała się kultura żydowska we wszystkich krajach wygnania, gdzie jeszcze pozostali żydzi, lecz całe żydostwo z całego świata będzie nadal tworzyło jeden naród. I my twierdzimy, że bez silnego ekonomicznie żydostwa rozproszenia nie możemy mieć ekonomicznie silnej kolonizacji żydowskiej w Erec Izrael.”

Zatem ci wszyscy, którzy, jak mantrę, powtarzają za Kissingerem, że „za dziesięć lat nie będzie Izraela”, nie mają racji. Być może powstanie „Niebiańska Jerozolima” na Ukrainie, zapewne zostanie odtworzona I RP – żydowski raj, ale Izrael pozostanie, bo jest warunkiem koniecznym przetrwania Żydów w diasporze jako Żydów pozornie zasymilowanych, a nie – faktycznie.

Przez 800 lat I Rzesza była luźnym związkiem księstw i księstewek. Czy zjednoczenie Niemiec i powstanie II Rzeszy było już działaniem planowym? Dlaczego padło na Niemcy? Ze względu na położenie – w środku Europy, liczbę ludności – najludniejszy wówczas naród, potencjał gospodarczy, społeczeństwo – karne i zdyscyplinowane. Remarque w cytowanej powieści pisał, że Niemcom nie udała się żadna rewolucja, nawet zwyczajny bunt. Ich bożyszczem jest rozkaz i posłuszeństwo, a nie sumienie. Nie bez znaczenia był fakt, w jaki sposób doszło do kapitulacji Niemiec po I wojnie światowej. W jej momencie wojska niemieckie stały kilkadziesiąt kilometrów od Paryża, na froncie wschodnim również nie były pokonane. Trudno było dziwić się, że w społeczeństwie niemieckim, a przynajmniej w jego części, narastała frustracja, spotęgowana również kryzysem gospodarczym i hiperinflacją. W takiej sytuacji nietrudno wzbudzić w społeczeństwie falę niezadowolenia. W powieści Czarny Obelisk REBIS 2021, której akcja rozgrywa się w 1923 roku, Remarque pisał:

„Dzień jest błękitny i bardzo piękny. Niebo rozpina się nad miastem jak olbrzymi jedwabny namiot. Wilgotny chłód poranka wisi jeszcze w koronach drzew. Ptaki ćwierkają, jakby na świecie istniało tylko rozpoczynające się lato, gniazda i młode życie. Nic ich nie obchodzi, że dolar jak brzydki gąbczasty grzyb spuchł do pięćdziesięciu tysięcy. Ani to, że poranna gazeta donosi o trzech samobójstwach – wszystkie byłych drobnych ciułaczy, wszystkie popełnione w ulubiony sposób ubogich: za pomocą otwartego kurka od gazu. Żyjącą z oszczędności panią Kubalke znaleziono z głową w piecyku gazowej kuchenki; emerytowany rachmistrz Hopf, gładko wygolony, w nieskazitelnie wyszczotkowanym, mocno łatanym garniturze, trzymał w ręku cztery ostemplowane na czerwono banknoty tysiąc markowe, niby bilety wstępu do nieba; wdowa Class leżała na podłodze w swojej kuchni, a książeczkę oszczędnościową z wkładem pięćdziesięciu tysięcy marek znaleziono obok niej podartą na strzępy. Czerwono ostemplowane tysiącmarkówki Hopfa były ostatnią chorągwią nadziei; od dawna wierzono, że kiedyś zostaną skonwertowane. Skąd poszła ta pogłoska, nikt nie wie. Nigdzie nie jest na nich napisane, że można je wymieniać na złoto, a gdyby nawet tak było – państwo, ten nietykalny oszust, który sam kradnie biliony, ale zamyka każdego, kto sprzeniewierzy choćby pięć marek, znalazłoby jakąś sztuczkę, żeby wykręcić się sianem. Dopiero przedwczoraj zamieszczono w gazecie wyjaśnienie, ze stemplowane banknoty nie będą traktowane w sposób uprzywilejowany. Dlatego też dziś jest w gazecie nekrolog Hopfa.”

Tak więc społeczeństwo niemieckie przygotowywano bardzo starannie do tego, by popadło ono w głęboką frustrację, ale i to nie pomogło. Alan Bullock w książce Hitler – studium tyranii Czytelnik 1975 pisze:

Schröder należał do grupy przemysłowców i bankierów, którzy w listopadzie 1932 roku we wspólnym piśmie do Hindenburga domagali się, aby powierzył Hitlerowi utworzenie rządu opartego na nadzwyczajnych pełnomocnictwach prezydenta. Podpisy pod tym żądaniem zbierał także dr Schacht, a wśród podpisanych było wielu czołowych przemysłowców z zachodnich Niemiec.

Przed dojściem do władzy Hitler nigdy nie zdobył w wolnych wyborach więcej niż 37 proc. głosów. Gdyby pozostali wyborcy – 63 proc. byli jednomyślni w swojej opozycji, nie mógłby liczyć na to, że zostanie kanclerzem w sposób legalny; musiałby wybrać między ryzykiem zdobycia władzy siłą a stopniowym rezygnowaniem ze swoich ambicji. Dwa czynniki uratowały go przed tym wyborem: nieudolność i rozłam wewnętrzny przeciwników i gotowość prawicy do przyjęcia go jako partnera w rządzie.

Już w 1930 roku, kiedy Brüning nie zdołał stworzyć stałej większości ani w Reichstagu, ani przy wyborach, na polityce niemieckiej fatalnie zaciążył fakt, że partie polityczne nie potrafiły połączyć się i poprzeć Republiki.

Ale największa odpowiedzialność spadła na niemiecką prawicę, która nie tylko nie potrafiła porozumieć się z innymi partiami dla obrony Republiki, ale uczyniła z Hitlera swojego partnera w rządzie koalicyjnym. Stara klasa rządząca cesarstwem niemieckim nigdy nie pogodziła się z przegraną wojną i obaleniem monarchii w 1918 roku. Rządy republikańskie, które potem nadeszły traktowały ją wyjątkowo dobrze. Wielu z jej członków pozostało u władzy i utrzymało wpływy; nie ruszano ani ich własności, ani majątków; generałowie zachowali niezależną pozycję; przemysłowcy i kapitaliści robili wielkie interesy i ciągnęli olbrzymie zyski przy słabym i ustępliwym rządzie, a pomoc udzielana junkrom, obszarnikom, urosła do rozmiarów finansowego skandalu stulecia. Ale nie budziło w nich to wdzięczności ani nie skłaniało do lojalności. Niezależnie od tego, co się mówiło o jednostkach, ludzie ci jako klasa społeczna pozostali nieprzejednani i wrogo usposobieni do ustroju, z którego ciągnęli korzyści. Słowo „nacjonalista”, duma największej partii prawicy, stało się synonimem nielojalności wobec Republiki.

Natomiast Remarque w cytowanej wyżej powieści Czarny Obelisk tak pisze o niemieckiej rewolucji:

To prawda, że rewolucja niemiecka z roku 1918 była najmniej krwawa na świecie. Rewolucjoniści tak się przestraszyli samych siebie, że natychmiast przywołali na pomoc dygnitarzy i generałów starego rządu, dla obrony przed ich własnym napadem odwagi. Czym też tamci wielkodusznie się zajęli. Pewną liczbę rewolucjonistów zamordowano, książęta i oficerowie otrzymali wspaniałe emerytury, żeby mogli spokojnie przygotowywać pucze, urzędnicy dostali nowe tytuły, starsi nauczyciele zostali radcami studiów, inspektorzy radcami szkolnymi, kelnerzy otrzymali prawo do tytułu oberkelnerów, dawniejsi sekretarze partii zostali ekscelencjami, socjaldemokratyczny minister Reichswehry mógł pełen błogości rządzić prawdziwymi generałami w swoim ministerstwie, a niemiecka rewolucja utonęła w czerwonym pluszu, wygodach, przy stolikach restauracyjnych, w tęsknocie za mundurami i komendami.

x

Mamy zatem taką sytuację, że w cesarskich Niemczech nie było antysemityzmu, a Żydzi stawali się arystokratami. I tak, po zakończeniu wojny, antysemityzm pojawia się nagle jak jakaś zaraza. Dzięki nadzwyczajnym zaletom ustroju zwanego demokracją, w której do władzy można wynieść nawet osła, jeśli zajdzie taka potrzeba, możliwe było zjawisko zwane Hitlerem. I po to była potrzebna ta niemiecka rewolucja, bo bez niej nie byłoby republiki i dojście Hitlera do władzy byłoby niemożliwe. Demokracja stwarza też taki stan, w którym partie polityczne nie potrafią się dogadać, czyli polityczny pat. W takiej sytuacji faktyczna władza należy do elit. I tak, jak w przypadku Niemiec, elity wyniosły do władzy Hitlera, a winą obarczono społeczeństwo niemieckie. To ci źli Niemcy, ci naziści. I dzisiaj jest wielu takich, którzy uważają, że nie należy dzielić Niemców na nazistów i Niemców. Po prostu wszystkiemu winni byli Niemcy i kropka. A to Żydzi, czy może raczej ich nieznani kierownicy, którzy działali w wyższym celu, czyli w celu zachowania narodu żydowskiego jako odrębnego narodu. Dlatego byli gotowi poświęcić jego część, tę „gorszą”, głównie biedotę żydowską z Europy wschodniej, choć nie tylko. Jednak ich śmierć nie poszła na marne, choć dla nich to niewielkie pocieszenie. Powstało zjawisko zwane przemysłem Holokaust. I obecnie Żydzi za mienie tej biedoty domagają się niebotycznych sum.

Żydzi dominują nad pozostałymi narodami. Zajmują oni kluczowe stanowiska we wszystkich liczących się dziedzinach życia politycznego, gospodarczego, finansowego, naukowego, kulturalnego we wszystkich państwach. To jest ta dobra strona przynależności do tej nacji, ale jest też ta zła. Nie wiadomo czy nie zdarzy się tak jeszcze, że ci ukryci kierownicy żydostwa nie zechcą kiedyś poświęcić jego części na rzecz przetrwania reszty, gdyby zaszła taka potrzeba, tak jak to było w czasie II wojny światowej. Zresztą, pogromy żydowskie wydają się stałym elementem życia tego narodu. I nie są one bynajmniej dziełem narodów rdzennych.

Zmowa


Rozproszenie i asymilacja, pozorna asymilacja, są niezbędne do podporządkowywania sobie narodów rdzennych, ale by to mogło działać musi też być pomiędzy Żydami ściślejszy związek w postaci solidarności. To jest to spoiwo, które powoduje, że działają oni zgodnie w imię wspólnego i dalekosiężnego celu, jakim jest całkowite zdominowanie narodów rdzennych. Dobrze to opisał Władysław Reymont w powieści Ziemia obiecana. Poniżej wybrane fragmenty.

Grosglik zaczął spacerować po gabinecie i mówił nieco przyciszonym, przyjacielskim głosem:
- Bo tak mówiąc pomiędzy nami, po przyjacielsku, panie Maurycy, po co panu spółki z Borowieckim? Czy pan nie możesz sam otworzyć fabryki?
- Nie mam pieniędzy! - rzucił krótko i słuchał uważnie.
- To nie przyczyna, bo pieniądze maja ludzie, a pan masz wielkie zaufanie i wielkie zdolności. Dlaczego ja z panem robię interesy? Dlaczego na jedno słowo daję panu teraz trzydzieści tysięcy marek? bo ja pana znam dobrze i wiem, że na tej ufności zarobię z dziesięć procent.
- Siedem i pół! - poprawił Morys skwapliwie.
- Mówię tylko dla przykładu. Każdy z panem zechce robić interes i pan możesz prędko stanąć na mur, więc po co panu ryzykować z Borowieckim? On jest mądry, bardzo mądry kolorysta, ale on nie jest macher. Po co on gada po Łodzi, że trzeba uszlachetniać i podnieść produkcję łódzką! To jest bardzo niemądre gadanie! Co to jest uszlachetnić produkcję? Co to jest "czas kończyć z tandetą łódzką!" - to jego własne słowa, bardzo głupie słowa! - zawołał mocniej ze złością. - Żeby on myślał, jak taniej produkować, gdzie nowe rynki otworzyć dla zbytu, jak podnieść stopę procentową, to byłoby mądre, ale jemu się chce reformować przemysł łódzki! On go nie zreformuje, a może łatwo kark skręcić. Żeby to nie szkodziło nikomu, nikt by i słowa nie powiedział. Chcesz ryzykować - ryzykuj! Włazisz na dach - złam sobie ząb. Po co jemu fabryka!

- Ja panu dobrze życzę, powiedziałem to, co myślę, co myśli cała nasza Łódź. Pan sam powiedz, po co im fabryki! Nie mogą oni siedzieć na wsi, trzymać wyścigowe konie, jeździć za granicę, polować, romansować z cudzymi żonami, robić politykę i wielki szyk po świecie! Im się zachciało fabryk i "uszlachetniania produkcji", im się zdaje, że to angielski koń, co jemu można dać prostą chamską kobyłę za żonę, a ona zaraz mu urodzi samego lorda! - wołał z politowaniem i zgrozą.
- Żeby oni mogli siedzieć na wsi i bawić się, toby z pewnością nie było w Łodzi ani jednego Polaka.
- Niech przychodzą! jest tyle miejsc... stróżów, woźnych, stangretów, oni takie rzeczy dobrze robią, oni są od tego specjaliści, ale po co im się brać do nie swoich rzeczy, dlaczego oni nam mają psuć interesy?
- Do widzenia, dziękuję prezesowi za zwrócenie uwagi.
- Ja myślę, panie Maurycy, bo te wszystkie nasze bidło, parchy, oni tylko patrzą, żeby dzisiaj zrobić geszeft, a w sobotę zjeść dobrą kolację i wyspać się pod pierzyną! Co pan zrobisz?
- Zobaczę. Wiec Borowiecki nie ma ani grosza kredytu u pana?
- Ja nie mogłem stracić wszystkich naszych fabrykantów dla niego!
- Zmowa! - szepnął bezwiednie Moryc.
- Jaka zmowa? co pan gadasz, to tylko obrona! Żeby to był kto inny, nie Borowiecki, toby się jego przydeptało nieznacznie i zdechłby prędko, ale pan wiesz, jak on podparł Bucholca, pan wiesz, co to jest za kolorysta! no i pan wiesz, że w niego wierzą, że on ma stosunki, że on jest znany na rynkach.
- To wszystko prawda, ale jemu może pójść! - zakończył Moryc i wyszedł.

Spoglądał na miasto, na długie sznury domów, na setki kominów, co niby pnie sosen czerwieniły się w rozsłonecznionym upalnym powietrzu i wielkimi słupami dymów biły w górę, wsłuchiwał się w gwar miasta, w przygłuszony a nieustanny szum fabryk pracujących, w turkot ciężkich platform pełnych towarów, krzyżujących się we wszystkich kierunkach.
Rzucał badawcze spojrzenia na szyldy sklepów niezliczonych, na tablice domów, na tysiące nazwisk powypisywanych na balkonach, ścianach i oknach domów.
"Motel Lipa, Chaskiel Cokolwiek, Ita Aronsohn, Józef Reinberg" itd., itd., same nazwiska żydowskie, poprzetykane gdzieniegdzie nazwiskami niemieckimi.
- Sami nasi! - szepnął jakby z pewną ulgą i lekceważący uśmiech przewijał mu się po jego ustach i bił z oczów, gdy spostrzegł polskie nazwisko na szyldziku jakiego szewca lub ślusarza.
- Grosglik ma bzika! - myślał ogarniając spojrzeniem to morze domów, sklepów i fabryk żydowskich. - On ma ładny kawałek choroby - dodał wesoło prawie i już nie myślał o jego obawach spolszczenia Łodzi, bo czuł w tej chwili, patrząc na żydowską potęgę miasta, że jej nic i nikt złamać nie potrafi. - A szczególniej Polacy! - myślał oddając ukłon Kozłowskiemu, który w jasnych jedwabiach, w żółtych lakierkach i z gałką laski przy lśniącym cylindrze, który spychał na tył głowy, spacerował po drugiej stronie ulicy i zaglądał w oczy przechodzącym kobietom.
Nie, już nie myślał o obawach bankiera, ale ta zmowa na Borowieckiego skłopotała go mocno.
Był zaangażowany w tym interesie, tylko z tej strony go obchodziła ich fabryka, bo czy Karol straci, nic go to nie obchodziło, ale sam nie lubił nawet ryzykować, a teraz czuł, że jeśli się zmówili na niego, to go ogryzą do ostatniej kosteczki.
- To jest kein geszeft! - myślał i teraz dopiero zobaczył jasno przyczyny najrozmaitszych przeszkód, jakie ich spotkały.
Zrozumiał, dlaczego przedsiębiorca, który miał im prowadzić roboty mularskie - cofnął się. Oni mu zabronili robić.
Kwestionowano im plany i zwlekano z ich zatwierdzeniem. Ich robota!
Komisja budowlana przerywała im robotę i zmusiła do zgrubienia ścian. Ich denuncjacje!
Niemieckie nadreńskie firmy odmówiły im kredytu na maszyny. To również oni zrobili!
A te wieści fałszywe, złe, głupie, jakie krążyły o Borowieckim po Łodzi, a które źle musiały oddziaływać na ich przyszły kredyt. Któż je rozpuszczał? Ludzie Grosglika, Szai i Zukera.
- To jest sto razy kein geszeft! Oni go zjedzą! - myślał coraz posępniej, ale wchodząc w ulicę, na której była ich fabryka, zaczynał już pracować nad sposobami wycofania się z tego interesu.
Szukał przyzwoitych pozorów, bo zrywać zupełnie z Borowieckim nie chciał.

Cytat pochodzi z książki wydanej przez Wydawnictwo Łódzkie w 1987 roku. Zawiera ona obszerne posłowie autorstwa Bogdana Mazana. Warto, jak sądzę, przytoczyć z niego wybrane fragmenty:

Najbardziej znamienna dla „ziemi obiecanej” postawa została odzwierciedlona w typie lodzermensza („człowieka łódzkiego”), pokazanym w różnych odmianach, zależnych od rasy i środowiska. Pierwotnie nazywano tak tylko przybyszów z Niemiec. Dłuższe przebywanie w Łodzi osłabiło ich patriotyzm niemiecki, ale nie przyciągnęło do polskości. (Dopiero mniej więcej na przełomie wieków stali się najbardziej podatni na tendencje asymilacyjne). Byt, stanowisko i duchową ojczyznę, ale już nie zasady polityczne, znaleźli w Łodzi. Dlatego zapominając o rdzennej nacji, a nie pragnąc nowej, nazywali się „lodzermenszami”. Z czasem tym mianem zaczęto również określać brutalnego przedsiębiorczego arywistę, wyznającego swoją etykę użytkową, często zaś pozbawionego zasad etycznych. Już w 1875 r. korespondent łódzki jednego z tygodników warszawskich zauważył, że charakter miejscowej ludności, ujawniający się w częstym stosowaniu zasady „dojścia do celu bez względu na środki”, pozostawia wiele do życzenia. Dużo się mówi w powieści na temat moralności przemysłowo handlowej, daleko odbiegającej od szlachetnych zasad zalecanych w XIX w. przez filozofa angielskiego Herberta Spencera (w szkicu Moralność handlowa z 1859 r.), które jako ostatni z wielkich bohaterów literackich wcielał Rzecki w Lalce, zmuszony w końcu do ustąpienia pod naciskiem nowych stosunków i ludzi, tak świetnie zobrazowanych właśnie w Ziemi obiecanej. (…) Reymont zdemaskował lodzermensza, czyniąc stopień oddalenia się od tego typu świadectwem prawdziwego człowieczeństwa i pokazując w karykaturalnym świetle współczesnych naśladowców pionierów łódzkiego przemysłu. Nie ma zadatków na lodzermensza Horn, kierujący się „logiką zwykłej etyki uczciwego człowieka”, ani posiadający cechy lekarza dusz lekarz ubogich Wysocki, o którym Róża mówi: „[…] to taki inny, zupełnie nie łódzki człowiek”. Dobrym okazem typu są natomiast Moryc Welt i Stach Wilczek, liczący się tylko „z kodeksem, z policją”. „Największym” człowiekiem tego pokroju jest zdaniem Welta Borowiecki: „On ma ostre pazury, on jest zupełnie człowiek łódzki, on lepszy macher niż ja […] on jest Lodzermensch”.

Borowiecki jest prawdziwy jako typ ilustrujący proces przekształcania się części szlachty polskiej w burżuazję. Również z innych względów mógł być postacią skopiowaną fragmentarycznie z rzeczywistości. Jego kariera jest nieco podobna do awansu znanego wtedy w Łodzi Aleksandra Skrudzińskiego, eks-urzędnika, ożenionego z Niemką, który prowadził przy ul. Piotrkowskiej 214 farbiarnię i wykończalnię. W 1896 r. przy ul. Wschodniej 14, a więc niedaleko od siedziby Reymonta, realizował swoje plany budowlane niejaki Moszek Borowiecki.

Na przykładzie losów Borowieckiego Reymont pokazał nieczęsto dostrzegany paradoks życiowy, polegający na tym, że z chwilą ustalenia się czynników, które uważamy za warunek szczęścia, poczucie szczęścia zanika. Bohater zdobywa fabrykę, majątek, by stwierdzić z rozpaczą, ze stracił szczęście. Ziemskie szczęście ma zwykle, a w przypadku ludzi czynu i szerokich horyzontów jak Borowiecki na pewno, naturę plazmatyczną i jest procesem – rodzajem zadowolenia z dążenia do celu, który wymyka się – niż błogostanem. Borowiecki pojmuje to, gdy zamierza podjąć trud na nowo, by stworzyć szczęście „dla innych”.

x

Skąd się wzięła Łódź? Wszystko zaczęło się po powstaniu listopadowym, gdy w Królestwie zaczął działać Drucki-Lubecki, taki ówczesny odpowiednik Balcerowicza. Zaczął wtedy masowo napływać obcy kapitał, bo nałożono cła na pruskie towary. Kapitał, który działał na terenie Królestwa mógł sprzedawać swoje towary na rynek rosyjski i dalekowschodni bez cła. I tak powstała Łódź i łódzka tandeta. Więcej o Lubeckim w blogu Minister.

Zacytowany na początku fragment z Ziemi obiecanej w sposób bardzo obrazowy opisuje, czym jest rozproszenie, pozorna asymilacja i żydowska solidarność. To jest coś, czego nie da się wyeliminować. Można to zrobić ze wszystkimi żydowskimi firmami czy organizacjami, działającymi oficjalnie – przynajmniej teoretycznie jest to możliwe. Natomiast w przypadku asymilacji pozornej nie ma takiej opcji. Są oni we wszystkich instytucjach. I tak przykładowo, jeśli są w urzędach skarbowych, a są, to mogą niszczyć drobną czy większą przedsiębiorczość nieżydowską. Po to są tworzone nieprecyzyjne przepisy, by można było łatwo wyeliminować niewygodną konkurencję. Tak samo może być w innych instytucjach, w których na eksponowanych stanowiskach zatrudnieni są Żydzi. Ale można też niszczyć konkurencję na masową skalę. O tym w blogu Rewolucja 1905.

W Łodzi, jak w soczewce, zogniskowały się w krótkim czasie te procesy, które miały miejsce na ziemiach polskich po unii polsko-litewskiej. A więc napływ obcej ludności ze wszystkich stron i sprowadzenie miejscowej ludności do roli niewolników. Po dwustu latach niewoli wolny chłop niewiele mógł i stąd na jego własnej ziemi były dla niego dostępne tylko stanowiska robotnicze, najprostsza praca. Reszta była dla obcych. Ci ludzie, którzy tu osiedlali się, asymilowali się z trudnością, bo tak naprawdę, to nie było z czym asymilować się. Nie było narodu o wielowiekowej tradycji i systemie wartości, a więc czynników o wiele ważniejszych niż język i katolicyzm, który z założenia jest uniwersalny, powszechny. I stąd dzisiejsze społeczeństwo polskie jest czymś w rodzaju bezkształtnej masy, a nie litą skałą, wyrzeźbioną przez wielowiekową tradycję i zwyczaje.

Reymont piętnuje w swojej powieści bezwzględne, pozbawione skrupułów dochodzenie do celu, czyli do bogactwa. Taka postawa jest wśród ludności chrześcijańskiej nie do przyjęcia i prędzej czy później kończy się jakimiś wyrzutami sumienia, niepokojem moralnym i konstatacją, że pieniądze szczęścia nie dają, bo po osiągnięciu wielkiego bogactwa powstaje pustka moralna. Natomiast Żydzi nie mają takich dylematów. Dla chrześcijan jest to powód do oburzania się na nich. Istotnie, takie dążenie do bogactwa musi skończyć się dla chrześcijan kacem, mówiąc delikatnie. Ale to jest żydowska pułapka, bo to oni udzielają im kredytów i wytwarzają w nich przekonanie, że człowiek, który ma dużo pieniędzy jest lepszy od innych, że tylko kasa się liczy. Kasa nie może być celem samym w sobie i nie jest nim dla Żydów. Dla Żyda bogacenie się oznacza, że, im on będzie miał więcej pieniędzy, im więcej będzie miał firm różnego rodzaju, kamienic, gruntów, ziemi uprawnej, lasów itp., tym mniej będzie miał tego wszystkiego goj. To jest jego cel. A celem ostatecznym jest dla Żyda zawładnięcie wszelkim bogactwem na Ziemi. To jest cel religijny, tak jak dla chrześcijanina celem religijnym jest życie wieczne, a co w życiu doczesnym, to tylko tymczasowe. U Żyda jest odwrotnie. Żyd nie ma dylematów moralnych, gdy brutalnie obchodzi się z narodami rdzennymi, bo dla niego postępowanie moralne, w rozumieniu chrześcijan, ogranicza się tylko do Żydów, podczas gdy chrześcijanie swoje zasady moralne stosują do wszystkich. Po to właśnie Żydzi wymyślili chrześcijaństwo i zaaplikowali je narodom rdzennym, by ich w ten sposób osłabiać, by nie mogli być wobec Żydów tak brutalni, jak są oni wobec chrześcijan.

Mamy więc u Reymonta przekaz, że pieniądze szczęścia nie dają, że szczytnym celem jest bezinteresowne pomaganie innym. Literatura piękna, w dużym stopniu tworzona przez Żydów, pełna jest tego typu przykładów. A sam Reymont? W Wikipedii można przeczytać:

„13 lipca 1900 Reymont uległ wypadkowi kolejowemu. Trafił do szpitala z dwoma złamanymi żebrami, jednak w raporcie lekarskim napisano, że pisarz ma 12 złamanych żeber oraz inne kontuzje ciała i nie wiadomo, czy będzie nadal zdolny do pracy umysłowej. Notatkę szpitalną sfałszował dr Jan Roch Raum. Wysokie odszkodowanie w wysokości 38 500 rubli pomogło mu zdobyć niezależność finansową.”

No tak, pieniądze szczęścia nie dają, ale bez pieniędzy bieda, zwłaszcza jak się chce pisać powieść we Francji, bo tam, gdzieś pod Paryżem, napisał Reymont Ziemię obiecaną. Czy zatem Reymont był Żydem, czy Żydem był lekarz, który sfałszował szpitalną notatkę i czy urzędnik carskich kolei, który podjął decyzję o wypłacie tak wysokiego odszkodowania, również był Żydem? Myślę, że zacytowany na początku fragment z powieści Reymonta, daje odpowiedź, a przynajmniej skłania do refleksji.

Zmiany klimatyczne

Mijający rok obfitował w ekstremalne zjawiska pogodowe, co jak zwykle w takich sytuacjach jest dla niektórych powodem do twierdzeń, że klimat zmienia się i że wszystkiemu winien jest człowiek i jego działalność gospodarcza. Inni z kolei twierdzą, że te ekstremalne zjawiska pogodowe mogą być wynikiem ingerencji człowieka w klimat. Czy tak rzeczywiście może być? Czy człowiek jest taki wszechmocny? Osobiście wątpię. Wprawdzie nie znam się na klimacie, choć o El Niño słyszałem, ale mamy demokrację i każdy ma prawo głosu, więc i ja z tego prawa korzystam. Dla porządku, Wikipedia tak pisze:

First things first, jak mówią Anglicy, czyli najpierw rzeczy podstawowe. A więc Ziemia jest okrągła, takie przyjmuję założenie, bo wiem, że są zwolennicy płaskiej Ziemi i dla nich cały mój wywód nie będzie warty funta kłaków. Na tym polega różnica na poziomie aksjomatów. Jednak uściślając, Ziemia jest kulą, a konkretnie elipsoidą obrotową, co może brzmi poważnie i naukowo, ale nie taki diabeł straszny. Dlatego jest elipsoidą obrotową, bo jest nieco spłaszczona na biegunach. Tego oczywiście nie widać gołym okiem.

To, że Ziemia może być elipsoidą obrotową, wnioskował w XVII wieku Newton na podstawie ustalonych przez siebie praw ciążenia. Ponieważ Cassini twierdził, że jest odwrotnie, że Ziemia ma kształt jajowaty, więc w latach 1735-1736 Akademia Francuska, aby rozstrzygnąć definitywnie ten problem, wysłała dwie ekspedycje w celu dokonania pomiarów, jedną do Peru, drugą do Laponii. Okazało się, że Newton miał rację. W 1798 roku przyjęto dla spłaszczenia Ziemi wartość 1/334, a dla biegunowego obwodu Ziemi 20 522 960 tauzów (sążni francuskich). Jedną czterdziestomilionową część tej wartości nazwano metrem. I stąd wzór metra znajduje się w Sèvres pod Paryżem, a nie w Kobyłce pod Warszawą. To była epoka saska, a za Sasa – jedz, pij i popuszczaj pasa.

Długość równika to 40 075 km, a południków – 40 008 km, spłaszczenie – 0,335 promila. Możemy więc przyjąć, że Ziemia jest kulą. Obraca się wokół własnej osi i wokół Słońca. Oś ziemska jest odchylona od pionu o 23 stopnie i dzięki temu mamy pory roku oraz długi dzień latem i krótki zimą. To skutkuje też tym, że w żadnym punkcie Ziemi promienie słoneczne nie padają cały czas po tym samym kątem. Z racji tego, że promienie słoneczne padają na Ziemię pod różnym kątem, co wynika z jej kulistości, to – ziemia, powietrze i wody – bardziej nagrzewają się w strefie równikowej a słabiej w strefie podbiegunowej. Te różnice powodują ruch powietrza i wody. Powstają prądy oceaniczne i powietrzne i to jest właśnie klimat.

Nie trzeba zbytniej spostrzegawczości, by zauważyć, że gwałtowne zjawiska pogodowe mają miejsce przeważnie w górach i rejonach podgórskich. Tak było w przypadku ostatniej powodzi na Dolnym Śląsku w Kotlinie Kłodzkiej. Podobnie może być tam, gdzie morze styka się ze stromym lądem, wybrzeżem klifowym itp. W takich warunkach działalność erozyjna wody i wiatru jest najbardziej intensywna. A co by było, gdyby powierzchnia lądów była idealnie płaska? Ruchy powietrza zapewne byłyby, ale nie tak gwałtowne, jak to się zdarza przy zetknięciu z terenem wypiętrzonym, górzystym.

Ścierają się więc na Ziemi dwa rodzaje sił, które „rzeźbią” ziemski krajobraz. Jedne to siły egzogeniczne, czyli działające z zewnątrz, zwane też solarnymi, a drugie – to endogeniczne, czyli wewnętrzne, działające od środka Ziemi. Jedne dążą do całkowitego zrównania jej powierzchni, a drugie – wprost przeciwnie. Gdyby nie było działania tych wewnętrznych, to po pewnym czasie Ziemia miałaby idealnie płaską powierzchnię. Nie byłoby gdzie jeździć na narty. Nie byłoby tych wszystkich pięknych miejsc, które są tak atrakcyjne turystycznie. Nie byłoby niczego, jakby powiedział niedoszły kiedyś prezydent Kononowicz. No, ale nie ma róży bez kolców, albo piękne widoki, będące często wytworem tych gwałtownych zjawisk, albo płasko jak na stole. Tak jak jest od linii Łeba-Tomaszów Lubelski do Uralu. To formacja zwana Platformą Wschodnioeuropejską. Wszystkie warstwy osadów ułożone są na niej poziomo i jest to teren bardzo stabilny w sensie geologicznym. Nie przypadkiem więc słowo „platforma” zostało wykorzystane w nazwie partii politycznej. Symbolizuje ono niewzruszoność, niezmienność, stałość.

Procesy zewnętrzne są albo niszczące, albo twórcze. Pod wpływem tych pierwszych skały tworzące skorupę ziemską ulegają rozkruszeniu i częściowemu rozpuszczeniu, a produkty tych przeobrażeń zostają usunięte z jednych obszarów powierzchni i przeniesione w inne. Do tych procesów niszczących należy wietrzenie, erozja i powierzchniowe ruchy masowe. Łącznie określa się je mianem denudacji. Dzięki niej góry i wyżyny są stopniowo rozcinane i obniżane. Procesem odwrotnym, twórczym, jest transportowanie produktów denudacji z miejsc wyższych do niższych. I ten proces nazywa się sedymentacją, czyli osadzaniem. W wyniku tych procesów powstają skały osadowe. Denudacja i sedymentacja składają się łącznie na wielki proces geologiczny – zrównania, czyli gradacji. Tak więc wszystkie procesy zewnętrzne dążą do zrównania powierzchni Ziemi.

Przeciwne tej tendencji są procesy zachodzące w skorupie ziemskiej lub we wnętrzu Ziemi. Tu głównym czynnikiem jest diastrofizm, dzięki któremu skorupa ziemska ulega deformacjom, przemieszczeniom i ruchom podnoszącym lub obniżającym, to ruchy górotwórcze. Z diastrofizmem łączy się plutonizm, polegający na tworzeniu w głębi skorupy ziemskiej stopów ognisto-płynnych i ich krzepnięciu wewnątrz skorupy i wulkanizm, polegający na ich wydobywaniu się na powierzchnię.

Tak to wszystko wygląda w teorii, a jak jest w praktyce? Chińczycy mówią, że jeden rysunek jest więcej wart, niż 1000 słów. Zatem trzeba przejść do rysunków, czyli do zdjęć. I może wypadałoby zacząć od pustyni, bo w tym roku padało na pustyni, co dla niektórych było dowodem na zmiany klimatyczne, no bo przecież na pustyni nigdy nie pada. Tak jak to leci w piosence: it never rains in Southern California, choć później leci: it pours, man, it pours.

Dolina Wadu Rum w południowej Jordanii; źródło: angielska Wikipedia.
Monument Valley, Utah; źródło: Wikipedia.

Takie krajobrazy powstają, gdy pewna partia terenu, stanowiąca zwarty blok zostaje wypiętrzona. Następuje jego pękanie. Powstają szczeliny, niektóre partie zapadają się, inne pozostają wyniesione. Zaczyna działać wietrzenie. Padają bardzo rzadkie, ale ulewne deszcze. Woda dostaje się we wszelkie szczeliny. W trakcie mroźnych nocy tworzy się lód, który rozsadza skały. W trakcie dnia, gdy panują wysokie temperatury, skały nagrzewają się, a w nocy, gdy jest mróz, kurczą się i w ten sposób kruszą się. Tak rozdrobniony materiał jest roznoszony w dolne partie przez wodę i wiatr. Bardziej odporne fragmenty skał opierają się temu procesowi. I tak powstaje widoczny powyżej krajobraz. To nie byłoby możliwe bez bardzo gwałtownych zjawisk atmosferycznych, jakimi są rzadkie, ale bardzo intensywne opady. W czasie ich trwania może spaść w ciągu godziny około 10 cm wody na metr kwadratowy. Podobne zjawiska zachodzą na wszystkich innych pustyniach. Jeśli krajobraz jest nieco inny, to wynika to z innego rodzaju skał, które podlegają erozji.

Joshua Tree National Park, Południowa Kalifornia; źródło: angielska Wikipedia.

Na tym zdjęciu widać skały, które pierwotnie miały kanciaste kształty, które uległy wygładzeniu dzięki działaniu wód podziemnych, które, podsiąkając stopniowo w szczeliny, poszerzały je, oraz dzięki działaniu rzadkich, ale ulewnych deszczów, które podobno nigdy nie padają w Południowej Kalifornii. Po środku widać to drzewo Joshuy.

Uluru (Ayers Rock) na pierwszym planie i Kata Tjuta w tle; źródło: angielska Wikipedia.

Ayers Rock leży niemal w centrum Australii, w pobliżu miasteczka Alice Springs, jeśli ponad 330 km na południowy zachód można tak nazwać. Na tym zdjęciu widać, że Ayers Rock jest monolitem, a Kata Tjuta rozpada się na bloki. Jest to związane z różnym rodzajem skał, z jakich zbudowane są obie formacje. Geneza powstania jest podobna, jak w poprzednich przypadkach. Wszystko, co było dookoła, zostało zrównane z ziemią.

Lake Manly, Dolina Śmierci, Kalifornia, źródło: angielska Wikipedia.

To zdjęcie wykonano w grudniu 2023 roku w kilka miesięcy po powodzi wywołanej huraganem Hilary. Jest to jezioro okresowe, które po pewnym czasie wysycha.

Royal Natal National Park, Kwa-Zulu Natal, południowa Afryka; źródło angielska Wikipedia.

W klimacie bardziej wilgotnym są zupełnie inne warunki, niż na pustyni, nie są tak ekstremalne, opady są równomierniej rozłożone w czasie. W związku z tym pojawia się roślinność, która utrudnia działanie mechaniczne wody i wiatru. Przeważa działanie chemiczne wody, które polega na powolnym rozpuszczaniu skał.

Cathedral Cove w 2019 roku, Wyspa Północna, Nowa Zelandia; źródło: angielska Wikipedia.

Nie zawsze wszystko odbywa się w sposób gwałtowny. Często dzieje się to bardzo wolno. Tak jest, gdy mamy do czynienia z wietrzeniem chemicznym, czyli wtedy, gdy woda rozpuszcza skały przez które przepływa. Tak się dzieje w przypadku spękanych skał wapiennych. Woda wnika w szczeliny, rozpuszcza skały, tworząc podziemne potoki, kanały, pieczary. Ogólnie nazywa się ten proces krasem czy wietrzeniem krasowym. Efekty są takie, jak choćby na powyższym zdjęciu. Ale nie ma róży bez kolców. W lutym 2023 roku dojście do tej zatoczki zostało zniszczone przez cyklon Gabrielle. Tak więc teraz plażę i grotę można podziwiać z łódki, a dostęp do samej plaży jest ograniczony.

Mogot w zatoce Phang Nga w Tajlandii; źródło: Wikipedia.

Inną formą wietrzenia krasowego są mogoty, takie jak widoczny na powyższym zdjęciu. Występują one w Chinach, w Azji Południowo-Wschodniej, na Filipinach, na Kubie, w Puerto Rico i w innych miejscach.
„Polacy nie gęsi” i swoje mogoty też mają.

Maczuga Herkulesa, Ojcowski Park Narodowy; źródło: Wikipedia.
Skała Biała Ręka, Ojcowski Park Narodowy; źródło: Wikipedia.

Cała Wyżyna Krakowsko-Częstochowska, zwana też Jurą Krakowsko-Częstochowską, to taka kopalna rafa koralowa, taka jak Wielka Rafa Koralowa rozciągająca się wzdłuż północno-wschodnich wybrzeży Australii. To skłania do wniosku, że kiedyś ten obszar znajdował się w strefie podzwrotnikowej, a później przesunął się w kierunku północnym. Taki wniosek wynika z tego, że strefy klimatyczne są niezmienne, bo Ziemia jest cały czas odchylona od pionu pod tym samym kątem. Gdy jednak ktoś zaneguje takie założenie, to według niego wniosek też będzie błędny. Jedno wszakże nie ulega wątpliwości, że Jura Krakowsko-Częstochowska jest jednym z najpiękniejszych rejonów w Polsce.

Pieniński Przełom Dunajca; źródło: Wikipedia.

Gdy zdarzy się tak, że przez jakiś teren, który ulega powolnemu wypiętrzaniu, przepływa rzeka, której siła erozyjna jest na tyle duża, by zrównoważyć to wypiętrzanie, to wżyna się ona w podłoże i rzeźbi w nim. Podobne zjawisko, tyle że na większą skalę ma miejsce w Wielkim Kanionie Kolorado. To samo, ale na mniejszą skalę, niż w Pieninach, można zaobserwować w Kazimierzu Dolnym nad Wisłą. Tak więc rzeki mają swój udział w procesie denudacji. Przenoszą rozdrobniony materiał z gór w doliny.

Milford Sound, Wyspa Południowa, Nowa Zelandia; źródło: angielska Wikipedia.
Milford Sound z innego ujęcia; źródło: angielska Wikipedia.

W okresie zlodowaceń lodowce pokryły znaczne obszary na obu półkulach. Rzeźbiły one w górskim podłożu doliny. Gdy nastąpiło ocieplenie, lodowce stopiły się, poziom mórz podniósł się i doliny te zostały zalane i tak powstały fiordy. Zamieściłem zdjęcia z Nowej Zelandii, bo o norweskich fiordach to pewnie każdy słyszał, a o nowozelandzkich, to już niekoniecznie.

Cuernos del Paine, widok z Lago di Toro; źródło: angielska Wikipedia.

Słowo „cuernos” oznacza w jakimś lokalnym języku „rogi”, a słowo „paine” – „niebieski”. To jest chilijska Patagonia. Tu jest kolejny przykład działania lodowca, ale przede wszystkim jest to przykład diastrofizmu, czyli sił działających z wnętrza Ziemi. Powstał tam lakkolit, czyli forma z dołu płaska i wybrzuszona z góry, tak jak bochenek chleba. Na skutek wypiętrzania został on wyniesiony na powierzchnię. Osady, które były nad nim zostały usunięte, ale nie do końca. Widać wyraźnie u góry czarne (niebieskie?) partie, które są pozostałością po sedymentacji jeziornej, bogatej w związki organiczne i zawierającej dużo węgla i stąd ich barwa.

Irlandia i Wielka Brytania; źródło: angielska Wikipedia.

Na tym zdjęciu widać, jak na dłoni, działalność erozyjną morza i przewagę zachodnich wiatrów. Zachodnie wybrzeże Irlandii i Szkocji jest takie… poszarpane, nieregularne, podczas gdy wschodnie wybrzeże Anglii, Szkocji i Irlandii jest regularne, podobnie jak zachodnie wybrzeże Anglii, osłaniane przez Irlandię. Widać też, że wcześniej Irlandia i Brytania były jedną wyspą, ale Irlandczykom coś nie pasowało i postanowili rozstać się z Anglikami.

Oprócz diastrofizmu siłą działającą z wnętrza Ziemi jest wulkanizm. Są dwa rodzaje erupcji wulkanicznych: centralne i linijne. W trakcie tych ostatnich lawa wylewa się szczelinami, które czasem mogą być długie na kilka i więcej kilometrów. Taki typ erupcji występuje m.in. na Islandii. Na końcu blogu Teorie zamieściłem krótkie video z takiej erupcji, która miała miejsce w grudniu 2023 roku.

Wulkan Augustine na Alasce; źródło: angielska Wikipedia.
Erupcje szczelinowe na Islandii; źródło: angielska Wikipedia.
Rodzaje gazów i aerozoli, które są wydzielane do atmosfery w trakcie erupcji wulkanicznych; źródło: angielska Wikipedia.

Erupcje wulkanów wprowadzają do atmosfery niewyobrażalne dla nas ilości różnego rodzaju gazów, a nam wmawiają, że pierdzenie krów jest szkodliwe dla klimatu. Jeszcze nie tak dawno straszono nas dziurą ozonową. Wszystko to jest jakąś podstawioną rzeczywistością.

Są tacy, którzy twierdzą, że działalność człowieka wpływa niekorzystnie na klimat i z tego powodu ociepla się on. Inni podejrzewają, że ekstremalne zjawiska pogodowe są wynikiem ingerencji człowieka, czyli że człowiek może sterować pogodą. Na Ziemi działają dwie potężne siły, które ścierają się ze sobą. Jedna z nich jest natury zewnętrznej, druga – wewnętrznej. Ta zewnętrzna czerpie swoją energię ze Słońca – i to dzięki niemu istnieją prądy morskie i powietrzne – oraz z powszechnego ciążenia. Swoje trzy grosze dorzuca jeszcze Księżyc, dzięki któremu powstają pływy morskie. Tak więc o tym, jaka jest cyrkulacja tych prądów, decyduje generalnie Słońce. Może tak oczywiście być, że czasem pewną rolę mogą odgrywać czynniki kosmiczne. Jeśli Ziemia wraz z układem słonecznym przechodziłaby przez jakąś przestrzeń o zagęszczonej materii międzygwiezdnej, to klimat na Ziemi mógłby ulec ochłodzeniu. Jednak w obecnych warunkach, w naszej rzeczywistości, wypada skupić się na Słońcu. Jeśli więc ktoś twierdzi, że człowiek wpływa na zmianę klimatu poprzez swoją działalność czy ingerencję w mechanizm jego działania, to musi przyznać, że jest on w stanie pokonać wpływ Słońca na klimat. Wydaje się, że jest to niemożliwe, chociaż…

…ale w hebrajskim każda litera jest liczbą, każdy wyraz przemądrą kombinacją, każde zdanie straszliwą formułą, która, gdy ją kto potrafi wymówić z potrzebnym przydechem i akcentami, z łatwością może poruszać góry i osuszać rzeki. – Jan Potocki Rękopis znaleziony w Saragossie Vesper, 2007.

Mamy zatem tutaj do czynienia z działaniem dwóch przeciwstawnych żywiołów. Gdyby tak bliżej przyjrzeć się różnym filozofiom czy ideologiom, to często można w nich dostrzec wątek walki dwóch sił: dobra ze złem, światła z ciemnością, czy tak jak w przypadku ideologii marksistowskiej – tezy i antytezy. Czy nie jest to ogólne prawo tego świata? Czy wojny nie są więc czymś naturalnym, bo przecież ludzie są częścią tego świata, tej natury? A czy byłyby te wojny, gdyby nie było narodu rozproszonego, który, jak wiatr wiejący po całym świecie, tak i on rozsiewa wojny i konflikty wszędzie, gdzie tyko dotrze?

Funt szterling

Donald Trump obiecał, że jak zostanie prezydentem, to zakończy wojnę na Ukrainie w ciągu godziny. Natomiast, gdybym ja został prezydentem Stanów Zjednoczonych, to w ciągu godziny uszczęśliwiłbym całą ludzkość, czyli zakończyłbym wszystkie wojny na świecie poprzez zakaz kreowania pieniądza bez pokrycia. Niestety, nie zostanę nim, w związku z czym świat nadal będzie musiał męczyć się z tymi dwiema żydowskimi plagami. Inna sprawa, że nawet gdybym nim został, to nie poradziłbym sobie z nimi. Są one nie do usunięcia, a to znaczy, że wszelkie inne pomysły na uczynienie ludzi szczęśliwymi są tylko mrzonką. I żadne wybory niczego tu nie zmienią. Wojny istnieją tylko dlatego, że światowe mocarstwo może kreować pieniądz bez pokrycia i w ten sposób finansować je, dobrze wynagradzać żołnierzy i najemników. Bez tego żadna wojna nie byłaby możliwa. Wcześniej też były wojny, ale nigdy na taką skalę i nigdy światowe. Wtedy fałszowano złote monety i z tej samej ilości złota bito więcej monet o mniejszej jego zawartości, wciskając je ludziom jako pełnowartościowe. Ktoś może oczywiście powiedzieć, że oderwałem się od rzeczywistości, mówiąc delikatnie. Ale to już było…, jak śpiewała Maryla Rodowicz.

Ale to już było i nie wróci więcej
I choć tyle się zdarzyło
To do przodu wciąż wyrywa głupie serce
Ale to już było znikło gdzieś za nami
Choć w papierach lat przybyło
To naprawdę wciąż jesteśmy tacy sami

Cały czas jesteśmy tacy sami i wierzymy w demokrację, w to, że w końcu ktoś zrobi z tym wszystkim porządek. Ale jak dotychczas – „Na Zachodzie bez zmian”. A co już było? Po części o tym w blogu Pieniądze i wojny. A było to, że nie kreowano pieniądza bez pokrycia i świat się nie zawalił. Wprost przeciwnie, nie było wielkich wojen, a gospodarka kwitła. To była tzw. epoka wiktoriańska – czas funta szterlinga i Anglii jako fabryki świata. I choć tyle się zdarzyło, to już znikło gdzieś za nami. A w Wikipedii można przeczytać:

Pochodzenie słowa

Funt szterling jest często oznaczany symbolem £ (rzadko L). Symbol jest pisaną w starym stylu wielką literą L, przekreśloną poziomo dla podkreślenia, że jest to skrót. Skrót pochodzi od łacińskiego słowa libra oznaczającego zarówno wagę, jak i jednostkę masy – funt. Z tej przyczyny nazwa waluty jest często tłumaczona na języki obce i szczególnie w językach romańskich może to powodować nieporozumienia, np. w hiszpańskim i portugalskim libra, rumuńskim lira, francuskim livre.

W celu odróżnienia jednostki pieniężnej od jednostki wagi dodano słowo „szterling”, co w przypadku srebra można przetłumaczyć z angielskiego jako „najwyższej próby”. Pierwotnie szterlingiem nazywano srebrną monetę jednopensową ważącą 1,555 grama, co stanowiło 1/240 funta trojańskiego (aptekarskiego). Z czasem, gdy z utratą siły nabywczej waluty pens był wypierany w powszechnym użyciu przez funta, nazwa ta zaczęła oznaczać funta.

Podział

Funt szterling dzieli się na 100 pensów, którego symbolem jest „p” i tak często jest określany w mowie potocznej w języku angielskim. Do 15 lutego 1971 funt dzielił się na 240 pensów (skrótowo zapisywanych „d” od słowa denar), bądź na 20 szylingów („l”, bądź „s” od solid). Pens po przejściu na system dziesiątkowy w 1971 z racji różnicy wartości był początkowo nazywany nowym pensem.

Historia

Szterling został wprowadzony do obiegu przez angielskiego króla Henryka II w 1158 i był wymienialny na srebro. W 1816 zmieniono wymienialność funta ze srebra na złoto i utrzymywano ją do 1914. W tym czasie kurs funta utrzymywał się na poziomie około $4,9 za £1. W roku 1926 powrócono do wymienialności na złoto, jednak w tym czasie w obiegu nie były już używane złote monety, a banknoty, które można było wymieniać na sztaby złota. System waluty sztabowo-złotej został ostatecznie porzucony 21 września 1931 podczas wielkiego kryzysu. Po wycofaniu się z systemu waluty złotej funt został zdewaluowany o 20%. Funt stał się całkowicie wymienialny w 1946, co było warunkiem udzielenia 3,75 miliarda dolarów pożyczki przez Stany Zjednoczone. Po wycofaniu się z powiązania funta ze złotem próbowano ustabilizować kurs waluty poprzez związanie wartości funta z innymi walutami począwszy od amerykańskiego dolara. Jednak próby były nieudane, co pociągnęło za sobą 30% dewaluację w 1949.

W połowie lat 60. wystąpiła kolejna presja na obniżenie wartości waluty. W 1966 w obliczu spadającego kursu waluty rząd brytyjski wprowadził restrykcyjne ograniczenia dewizowe. Jednym z nich był zakaz wywozu przez turystów z kraju więcej niż 50 funtów (zniesiony w 1970). W tym czasie, w listopadzie 1967, funt został zdewaluowany o 14,3% do poziomu 2,41 dolara. W 1976 nastąpił kolejny kryzys. Kurs funta spadł w stosunku do dolara do poziomu 1,57 i Wielka Brytania była zmuszona zaciągnąć pożyczkę w MFW w wysokości 2,3 miliarda funtów. Najniższy historyczny kurs funt osiągnął w lutym 1985, gdy za funta można było otrzymać jedynie 1,05 dolara.

W 1988 rząd Margaret Thatcher zdecydował się związać funta z marką niemiecką, a w 1990 włączono go do systemu ERM (mechanizm stabilizacji kursów walut państw EWG) z kursem do niemieckiej marki na poziomie około 2,90 marki za funt. Już w 1992 funt został zmuszony do opuszczenia systemu po tzw. Czarnej Środzie (16 września), kiedy to grupa spekulantów z George’em Sorosem na czele przeprowadziła spekulacyjny atak na funta, który Sorosowi przyniósł zysk przeszło miliarda dolarów, a funtowi spadek wartości o 25% w ciągu kilku dni.

x

Mamy więc taką sytuację, że od 1816 roku do 1914 roku, a więc przez 100 lat, kurs funta do dolara utrzymywał się na poziomie 1:5. Później wszystko zmieniło się. W 1913 roku powstał Fed, czyli bank centralny Stanów Zjednoczonych, co w zasadzie wszystko wyjaśnia. Co się dzieje, gdy pieniądz nie jest kreowany z niczego? W blogu Pieniądze pisałem:

„Nic więc nie stoi na przeszkodzie, by waluta, która zyskuje na wartości ze względu na wzrastającą ilość dóbr i usług, była dzielona na mniejsze jednostki. Wówczas zyskują wszyscy ci, którzy oszczędzają, a ci, którzy pożyczają muszą spłacać w walucie, która jest już znacznie więcej warta niż wówczas, gdy w niej pożyczali i w tym są ukryte odsetki od pożyczonego kapitału. Koszt kredytu jest tylko po stronie kredytobiorcy, zupełnie tak jak obecnie, ale zyskują nie finansowi macherzy, tylko ci, którzy oszczędzają.”

A Wikipedia pisze:

Od XVIII wieku walutą Wielkiej Brytanii jest funt szterling (pound sterling), który od 15 lutego 1971 jest równy 100 pensom (pence). Wcześniej jeden funt był równy 20 szylingom, zaś jeden szyling (shilling) – 12 pensom (pence). Jeszcze wcześniej 1 pens dzielił się na dwie półpensówki (halfpenny) lub na 4 ćwiartki (farthings).

Funt oznaczany był symbolem “£”, szyling literą “s.”, pens “d.” Obecnie, dla rozróżnienia między “starym” pensem a nowym, stosuje się oznaczenie tego ostatniego “p.”; szyling wyszedł z użycia, a oznaczenie funta symbolem “£” pozostało bez zmian. Przykładowo zapis £2 5s. 3d. lub analogicznie “2/5/3” oznaczał: “2 funty, 5 szylingów, 3 pensy”. Jeżeli podano tylko dwie cyfry, oznaczało to szylingi i pensy, np. “5/3” oznacza to samo, co “5s. 3d.”, czyli 5 szylingów i 3 pensy.

Wartość 5 szylingów (1/4 funta) odpowiadała koronie (crown), zaś pół korony stanowiły dwa szylingi i sześć pensów (2s. 6d.). Ceny artykułów wysokiej jakości oraz honoraria przedstawicieli wolnych zawodów (lekarzy, adwokatów itp.) liczone były w gwineach. 1 gwinea (guinea, gn.) stanowiła funta i szyling, czyli 1gn. = £1 1s = 21s.

x

Być może komuś ten system monetarny wydaje się zawiły, ale nie ma innego sposobu, by zachować wartość pieniądza w czasie, a tym samym wartość pracy w czasie. Dzieje funta szterlinga są na to dowodem. Przez sto lat zachowywał swoją wartość, a właściwie ją zwiększał. I po to były potrzebne te szylingi, pensy, półpensówki i ćwiartki – po to, by móc dokonywać drobnych zakupów. W 1931 roku, po wycofaniu się z systemu waluty złotej, funt został zdewaluowany o 20%, w 1949 – o 30%, w 1967 roku – o 14,3%. W 1976 roku kurs funta spadł do poziomu 1,57 za dolara. W 1985 roku spadł do najniższego w historii poziomu 1,05 za dolara. I to wszystko w ciągu 54 lat.

Zwykli ludzie zyskują tylko tylko w takim systemie, jaki panował w Wielkiej Brytanii w latach 1816-1914. Nawet gdyby odkładali na swoje emerytury jakieś grosze, to im dłużej by żyli, tym więcej by mieli. Jak w bajce, nieprawdaż? Czy któraś z partii, czy któryś z polityków czy kandydatów na prezydenta – czy one i oni proponują takie rozwiązanie problemów społecznych?