Polityka i pieniądze

Średniowiecze chrześcijańskie przejrzało immanentny kapitalizm świeckiego państwa. „Pieniądz będzie cesarzem” – to proroctwo z XI wieku. – Tak pisze Tomasz Mann w powieści „Czarodziejska góra”. I to proroctwo sprawdziło się. Pieniądze rządzą światem. Dziś już nikt chyba nie ma wątpliwości. A skoro tak, to znaczy, że wszystko, co w naszym życiu istotne, musi opierać się na pieniądzu. Wszyscy znamy to powiedzenie: Gdy nie wiemy, o co chodzi, to chodzi o pieniądze. Nie inaczej jest w polityce. Czy ktoś zastanawia się nad tym, skąd nowe partie, powstające z dnia na dzień, mają pieniądze? Przecież wszystko kosztuje: organizacja spotkań, wynajem lokali, wynagrodzenia dla pracowników zatrudnianych przez partię, materiały reklamowe i wiele innych wydatków. A nowa partia, która jeszcze nie brała udziału w wyborach i nie przekroczyła 3% progu, nie ma pieniędzy z budżetu. Więc skąd je ma?

Nie można demonizować pieniądza, ale też nie można go nie doceniać. Są sytuacje, w których pieniądz nie zawsze jest wszechmocny. Tak było po pierwszej wojnie światowej, w wyniku której, po rozpadzie Austro-Węgier i osłabieniu pozostałych zaborców Polski, czyli Niemiec i Rosji, powstała próżnia, którą wypełniły nowo powstające państwa. Pojawiły się państwa bałtyckie, Jugosławia, Czechosłowacja i Polska.

Polska rodziła się w bólach. Walczyć trzeba było o wszystko. O Wielkopolskę, o granice wschodnie, o Górny Śląsk, o Mazury, o Gdańsk. Wszyscy byli przeciwko nam. Ale któż to był – ci wszyscy? Gdy skończyła się wojna i stary porządek upadł, trzeba było budować nowy. Ale jego budowanie wymagało pieniędzy i odpowiednich ludzi, którzy byliby w stanie pokierować państwem. Niestety silne państwo polskie kolidowało z interesami lobby żydowskiego w Ameryce, w Anglii i w Niemczech. To ono wywierało naciski na polityków biorących udział w Konferencji w Wersalu.

Hipolit Korwin-Milewski w „Wileńskim Dzienniku” w 1919 roku pisał:

Trzecią zaś przyczyną naszej obecnej „złej marki” jest to systematyczna walka ze wszystkimi naszemi postulatami tego arcypotężnego czynnika polityki wszechświatowej, jakim jest.., Izrael! I tu nie ma niespodzianki. W pierwszych dniach listopada 1918 r., kiedy jeszcze skład osobisty Kongresu nie był ustanowiony, bawiący w Paryżu jeden z Polaków, członków byłego parlamentu rosyjskiego, otrzymał wizytę pewnego członka najbardziej znanej na całym świecie „dynastji” żydowskiej; ten go uroczyście, stanowczo uprzedził, że kiedy na Kongresie będzie figurował jako przedstawiciel Polski p. Roman Dmowski, to cały Izrael upatrzy w tem wymierzony mu w twarz policzek i wystąpi jednolicie (jak w sprawie Drejfusa) przeciw wszelkim polskim dezyderatom.

Przykład sprawy Dreyfusa pokazuje jak działają Żydzi. Opisał to w książce „Historia Żydów w Polsce” Teodor Jeske-Choiński:

Kiedy wojenne sądy Franci wzięły za kołnierz Dreyfusa, płynęły do Paryża z całej kuli ziemskiej potoki złota. Ratować kazali wodzowie Judy zagrożonego hańbą współwyznawcę, hańba bowiem jego mogłaby zaszkodzić politykom żydowskim we Francji. Najuboższy sklepikarz płacił bez oporu narzucony mu przez kahał haracz. Jakiś handlarz wyszogrodzki przyznał mi się w owym czasie, że płaci miesięcznie trzy ruble na jakiegoś Dreyfusa, pytając, co to za jeden ten Dreyfus i co on takiego zrobił, iż potrzeba aż tyle pieniędzy, żeby go wydostać z rąk „gojów”. Nie wiedział biedaczysko nawet, o co właściwie chodzi, a mimo to był posłusznym bez rezonowania.

W „Mocarstwie anonimowym” Adolfa Nowaczyńskiego z 1921 roku czytamy:

Grupa Jacóba Schiffa i F. Frankfurtera skłoniła Wilsona w końcu maja 1919 r., aby przystał na ustępstwa dotyczące pięciu artykułów: Rijeki, Gdańska, Saary, Górnego Śląska i odszkodowań, tych samych artykułów, od których znowu zapali się wojna w Europie.

Można powiedzieć, że tych kilkudziesięciu Jehudas (chodzi o bankierów) rządzą obecnie i Stanami i światem. Jakób H. Schiff, głowa bezsprzecznie genialna, reżyserował wojnę rosyjsko-japońską, pomógł walnie w obaleniu i Wilhelma, i caratu i on również nakazał usunięcie R. Dmowskiego z widowni politycznej. Skoro Schiff nakazał usunięcie Wilhelma, a kiedy Niemcy zastosowały się do tego ściśle, stanął oficjalnie po stronie republikańskich Niemiec, przesyłając raz po raz swoje ultima konferencji pokojowej. Najważniejszym ultimatum był cablogram do Wilsona, podpisany Schiff, Cohen-Blumenthal, Frankfurter, domagający się plebiscytu na Górnym Śląsku. Na mas-meetingu w sprawie pogromów w Polsce dnia 9 stycznia 1919 roku (Clark speaker meetingu) oświadczył kategorycznie, że nie życzy sobie, aby R. Dmowski kiedykolwiek w jakiejkolwiek formie objął oficjalne stanowisko w Polsce.

Kiedy monarchia w Rosji, w Niemczech w Austrii padła i kiedy rozpoczynała się już konferencja pokojowa, Jehudas amerykańscy byli od razu z powrotem progerman, wszyscy z wyjątkiem kilku lekkoduchów, jak Mortimer Schiff, król mody, lub Otto Kahn, współwłaściciel Metrop. Oper. House. Wszyscy inni Jehudas postanowili wytężyć siły, aby nie dopuścić interwencji zbrojnej Japonii, skierowanej do obalenia żydowskich władców w Kremlu. Trocki miał wyrobione w Ameryce stosunki prasowe podczas wojny. Martens był łącznikiem między Smolnym Instytutem a „Jehudas”. Woodrow Wilson z czasów konferencji pokojowej, stał się li tylko marjonetką w rekach Jehudas nowojorskich i londyńskich. Obaj sekretarze Wilsona, dawny Tumulty, a późniejszy George Grell byli całkowicie oddani interesom Jehudas. Jeżeli w Ameryce kursuje wieść, że to Jehudas doradzili Wilsonowi, aby punkt słynnej deklaracji tyczący się Polski był 13-tym, to może być żartem, nie jest atoli żartem, że rozstrzygnięcie w sprawach gdańskiej, górnośląskiej, wileńskiej, wschodno-galicyjskiej, fatalne plebiscyty, niedojście zagranicznej pożyczki polskiej do skutku, początek upadku waluty itp. tylko tym Jehudas amerykańskim zawdzięczamy. A wśród tych Jehudas jeszcze najspecjalniej staremu Schiffowi i domowi Wahrburgów nowojorskiemu i hamburskiemu, specjalnie protegującemu syjonizm.

Tak więc już u progu niepodległości żydowskie lobby wpływało na życie polityczne w II RP, na jej kształt terytorialny i gospodarkę. Nie wszystko się wtedy im udawało. Nie udało się przeforsować w 1919 roku w Sejmie żydowskiemu nacjonaliście i posłowi Izaakowi Grunbaumowi wniosku o utworzenie państwa polsko-żydowskiego, co w praktyce oznaczałoby utworzenie państwa w państwie. W okresie międzywojennym Polska, jako państwo, w dużym stopniu utrzymała suwerenność. Nie trwało to jednak długo, bo tylko 21 lat. II wojna światowa była dla polskiego społeczeństwa niezwykle brzemienna w skutki. Utrata znacznej części polskiej inteligencji, przy jednoczesnym zachowaniu się tej warstwy po stronie żydowskiej, zasilonej dodatkowo nadciągającymi wraz ze Stalinem Litwakami, spowodowało że mniejszość żydowska zajęła jej miejsce.

Od 1948 do1956 roku dominacja ta była absolutna. Ktoś może zapytać: A dlaczego nie od 1945 roku? W 1948 roku nastąpiło połączenie PPS i PPR i powstała PZPR. PPS była partią socjalistyczną, ale z tzw. odchyleniem nacjonalistycznym. Posiadała ona swoje zaplecze finansowe w postaci PSS-ów (Powszechna Spółdzielnia Spożywców). To był polski handel. To nie były małe sklepiki, to, przy zachowaniu wszelkich proporcji, były odpowiedniki sieci handlowych. Ta tak zwana „bitwa o handel” polegała na przejęciu tej sieci i pozbawieniu PPS-u zaplecza finansowego, a tym samym znaczenia politycznego. Bez pieniędzy polityki uprawiać się nie da. Po 1956 roku do 1976 roku, w którym powstał KOR, ta żydowska dominacja słabnie. Ale wraz z jego powstaniem, który zdaniem Marka Edelmana, był kontynuacją przedwojennego Bund-u, następuje stopniowe odzyskiwanie przez Żydów utraconego wcześniej pola.

Po roku 1989 było jeszcze gorzej, choć wszystkim się wydawało, że będzie lepiej. To prawda, zmieniła się rzeczywistość. W sklepach pojawiało się coraz więcej towarów, coraz więcej ludzi mogło sobie na nie pozwolić. Pensje rosły, ale też stopniowo następowało coraz większe zróżnicowanie płac. Tak więc jednym było lepiej, innym gorzej, a niektórym nic się nie zmieniło. W tej kwestii będzie tyle opinii, ilu ludzi.

Społeczeństwo to jedno, a państwo to drugie. Coś, co początkowo wydawało się zaniedbaniem, stało się z czasem największym zagrożeniem dla Polaków. Nieuchwalenie na początku lat 90-tych ustawy reprywatyzacyjnej, stało się podstawą do wysuwania roszczeń przez stronę żydowską. Lobby żydowskie od początku wiedziało, ze za wszelką cenę nie może dopuścić do uchwalenia tej ustawy, bo uniemożliwiłaby ona to, co już obecnie stało się faktem, czyli żądaniem od strony polskiej rekompensat za mienie bezdziedziczne. Gdyby taka ustawa powstała, to musiałaby również i tę sprawę uregulować. A skoro nie jest ona uregulowana, to strona żydowska reguluję ją teraz tak jak chce. I znowu chodzi o pieniądze. Te pieniądze spowodują, że Żydzi zdobędą w Polsce władzę absolutną. Będą warstwą uprzywilejowaną. Tak jak kiedyś szlachta w Polsce. Nikt poza nią nie mógł kupować ziemi. A ten, kto miał ziemię, był bogaty. A co szlachta robiła z tym bogactwem?

Stanisław Staszic był jednym z najwybitniejszych umysłów, jakie wydała polska ziemia, ale był mieszczaninem, a więc nie mógł nabywać ziemi. W 1801 roku nabył starostwo Hrubieszowskie, ale nominalnymi nabywcami tych dóbr byli Aleksander ks. Sapieha i jego żona Anna z domu Zamoyska. Dopiero po przyłączeniu Hrubieszowa do księstwa Warszawskiego, w którym kodeks napoleoński wprowadził równość cywilną, księżna Sapieżyna, wówczas wdowa,, aktem urzędowym z dnia 19 sierpnia 1811 roku odstąpiła swe nominalne prawa posiadania Staszicowi. Można więc powiedzieć, że Napoleon zniósł na ziemiach polskich średniowiecze, które na nich tkwiło do początku XIX wieku. Ostatecznie rozprawił się z nim, ze średniowieczem, car, który uwłaszczył chłopów po powstaniu styczniowym.

Staszic był bardzo bogatym człowiekiem, nawet nieprzyzwoicie bogatym. Mało kto wie, że budynek PAN-u u zbiegu Krakowskiego Przedmieścia i Nowego Światu w Warszawie został przez niego sfinansowany. W Wikipedii możemy przeczytać, że był on inicjatorem jego powstania. Ale kto go sfinansował? O tym Wikipedia milczy! A przecież to jest najważniejsze! Najważniejsze, kto finansuje i w jakim celu. I pomnik Kopernika przed tym, jak go dziś nazywamy, Pałacem Staszica, również on sfinansował. A on sam mieszkał w oficynie na Krakowskim Przedmieściu w dwupokojowym mieszkaniu. Dziś już nie ma takich bogaczy! Pieniądz to potęga. Można go używać na różne sposoby.

Pieniądz rządzi światem, co było do udowodnienia. Tylko komu ja chcę to udowodnić, skoro każdy o tym wie? Tyle że, jak przychodzi do głosowania, to nikt nie pyta, skąd Konfederacja ma pieniądze. Skąd poszczególni jej politycy mają pieniądze? Z czego się utrzymują? No dobrze! Ktoś powie: Jakubiak ma sieć browarów regionalnych. No dobrze! – odpowiem, ale przypadkowy człowiek nie dostaje licencji na takie browary. A Roman Kluska? Stworzył największą firmę komputerową w Polsce i co? I został zniszczony przez aparat państwa, którego był obywatelem. Jednych popieramy, innych – niszczymy. Dlaczego?

Warto zadawać sobie pytania. Nawet jak nie znajdziemy na nie odpowiedzi, to może pojawić się jakaś refleksja. To dużo! Kiedyś, już dawno temu, jadąc samochodem, na jednym z przystanków autobusowych, takim jeszcze pamiętającym czasy PRL-u, zobaczyłem wymalowany sprejem, napis: Wyłącz telewizję, włącz myślenie. Bardzo mi się to spodobało! Ale jak wyłączymy telewizję, to możemy wziąć do ręki książkę, dobrą książkę. Ona zawsze skłoni nas do zadumy i refleksji. A poza tym, książka raz napisana nie zmienia się, a internet, ten substytut telewizji, jest dynamiczny – ciągle w ruchu i w ciągłej zmianie. Warto szukać tego, co stałe i niezmienne. Inaczej zupełnie pogubimy się.

Ustawa reprywatyzacyjna

W latach 1989-91 Czechosłowacja, Węgry i Litwa uchwaliły ustawy reprywatyzacyjne, które uregulowały sprawy własności, ustaliły zasady odzyskiwania mienia zagrabionego przez rządy komunistyczne. A więc na samym początku, po upadku komunizmu, uregulowano sprawy, które wydawały się być najważniejszymi dla państwa i obywateli. I nowe otwarcie odbyło się w atmosferze zaufania i poczucia sprawiedliwości.

W Polsce, pomimo upływu 30 lat, sprawa ta nadal nie jest uregulowana. Rodzi się więc pytanie: dlaczego w tamtych krajach udało się to zrobić szybko i sprawnie, a w Polsce – nie? Można oczywiście podawać różne powody, że nie było woli większości sejmowej, że sprzeczne interesy różnych partii itp. Przez 30 lat przewinęło się przez Sejm tyle partii, tyle koalicji, tyle posłów i nie udało się. Można było mieć wątpliwości i uznać, że jesteśmy tak skłóconym narodem, że nawet w sprawach fundamentalnych nie potrafimy zjednoczyć się ponad podziałami. Jednak w momencie, gdy Żydzi oficjalnie głosili swoje roszczenia w kwocie 65 a później 300 miliardów dolarów, to sprawa stała się jasna. Od 1989 roku do dziś Żydzi decydują o tym, co w „polskim” Sejmie zostanie uchwalone, a co – nie. Jakkolwiek to przykre i przygnębiające, to musimy przyjąć do wiadomości, że Państwo Polskie to atrapa.

Krzysztof Baliński w książce „Ministerstwo spraw obcych” pisze:

… Przy okazji senatorowie wyrazili poparcie dla organizacji kierowanej przez Ronalda Laudera, która jeszcze w październiku 2017 r. skrytykowała przedstawiony przez wiceministra sprawiedliwości Patryka Jakiego projekt ustawy reprywatyzacyjnej. Wśród „wad” projektu senatorzy wymieniają to, że prawo do dziedziczenia roszczeń będą mieli tylko najbliżsi krewni pierwotnych właścicieli w linii prostej. Nie wiemy co odpowiedział premier, ale sam Jaki z projektu wycofał się chybcikiem. Jak widać, im bardziej słabnie „ortodoksja” rządu w – jak się dotąd wydawało – fundamentalnych sprawach, tym bardziej rośnie apetyt żydowskich organizacji. Wycofanie się z projektu ustawy pod dyktando Izraela to nawet nie skandal, to zdrada. „To była decyzja premiera Morawieckiego, który był przeciwny uchwalaniu ustawy w takim kształcie. Projekt miał trafić do kosza” – z satysfakcją wyjaśnił portalowi Wirtualna Polska Jacek Czaputowicz.

Wielu ludzi uważa, że żydowskie roszczenia są bezpodstawne, bo opierają się na dziedziczeniu plemiennym, sprzecznym z naszym prawem, które opiera się na dziedziczeniu przez osoby spokrewnione. Poddają również w wątpliwość skuteczność amerykańskiej ustawy JUST 447, która nie obowiązuje na terytorium Polski. Jest to prawda. Nie zmienia to jednak faktu, że celem tej ustawy jest wywieranie wpływu na „polskich” polityków, by uchwalili kompleksowe ustawodawstwo dotyczące mienia po ofiarach holokaustu. Co to w praktyce oznacza? Oznacza to, że posłowie mają opracować i zatwierdzić uchwały, które usankcjonują żydowskie roszczenia. Skoro w ustawie sejmowej będzie zapis, że mienie bezdziedziczne należy się innym osobom i organizacjom żydowskim, to będzie to już zgodne z polskim prawem.

Prawo żydowskie jest inne. W 1921 roku Adolf Nowaczyński zebrał wiele tekstów dotyczących roli i znaczenia środowisk żydowskich w dziejach zarówno Europy, jak i całego świata. Jeden z nich to „Prawo Hazaka”, w którym czytamy:

Ogół ludzi mniema, że żydzi są wyznania mojżeszowego. Tak jednak nie jest. Ściśle biorąc, żydzi są wyznania talmudycznego, gdyż za najważniejszą księgę świętą, regulującą całe życie, uważają Talmud i tylko się nim kierują.

Talmud powstał z końcem IV w. po Ch. w ten sposób, że uczeni żydowscy objaśniali Thorę i wydawali poszczególne przepisy, odnoszące się do samej Thory, a później do poszczególnych zagadnień życia. Z biegiem czasu te objaśnienia ustne nabrały równorzędnego znaczenia z prawem pisanem zawartem w Thorze. Do zburzenia Jerozolimy, objaśnień uczonych nie wolno było spisywać, uczyniono to dopiero po rozproszeniu żydów, aby nie zginęły. Pierwszy zbiór praw ustnych uczynił rabbi Akiba, po nim r. Meir, lecz zbiorów tych nie uznano. Ogólnie przyjęto dopiero zbiór praw ustnych, pochodzący, od rabbi Jehudy ha-Nassi około roku 180 po Chr. i nazwano go „Miszną”. Później uczeni opracowywali dalej i komentowali „Misznę”, i w ten sposób powstała „Gemara”, która jest właściwie komentarzem „Miszny”. Komentarz ten gubi się w dyskusjach i kazuistycznych dociekaniach, w sporach rabinów i ich zapatrywaniach. Żydzi obecnie uznają przedewszystkiem „Gemarę” w myśl słów: Thora to woda, Miszna wino, a Gemara wino aromatyczne.

Dla nas ważny jest talmud dlatego, gdyż reguluje stosunek żyda do nieżyda, czyli gojma (poganin, nieczysty). Talmud przepełniony jest nienawiścią do chrześcijan, którym odmawia człowieczeństwa i uważa ich za równych ze zwierzętami. Tylko dusza żydowska jest pochodzenia boskiego, natomiast dusze gojów nie powstały z emanacji ducha bożego (Zohar).

Nie sposób w tym miejscu nie przerwać tego cytatu i powrócić do współczesności, by zamieścić wypowiedź Barbary Engelking z 18.05.2018 roku:

Prof. Engelking-Boni powiedziała w programie Moniki Olejnik: „Dla Polaków śmierć to była kwestia biologiczna, naturalna, śmierć jak śmierć. Dla Żydów to była tragedia, dramatyczne doświadczenie, metafizyka”.

Nie powiedziała tego wprost, ale dla niej, zgodnie z Talmudem, Polacy to zwierzęta: śmierć jak śmierć, naturalna, biologiczna – jak u zwierząt. Czyż trzeba lepszego dowodu na to, że Talmud obowiązuje, i że Żydzi nadal są mu wierni. Wróćmy jednak do naszego cytatu:

Jeżeli chcemy wiedzieć, do czego żydzi dążą i jakie mają wobec nas zamiary, musimy poznać przynajmniej najważniejsze wyjątki ich świętej księgi.

A rabbi Kulun mówi, że mienie gojów i ich osoby uważane są przez żydów jakoby jakieś „wolne jezioro, w którem każdy żyd może zapuszczać sieci, byle na to pozwolenie od kahału posiadł”. Do zajęcia posiadłości chrześcijanina, według nauki talmudu, wystarczy czyn symboliczny: jeżeli żyd wetknął rydel w ziemię goja, już stał się panem całości (Baba Baura 55 a); nie wystarczy to jednak według pojęć prawnych narodów, wśród których mieszkają żydzi. Teraz musi żyd użyć swego sprytu, aby goja wyzuć z jego majętności.

I tu znowu czas na dygresję: Użyć swego sprytu. No właśnie! Zmusić Amerykanów do przyjęcia ustawy 447. Wracamy do cytatu:

Znają jednak żydzi zachłanność swoich współwyznawców i wiedzą, że w pogoni za majątkiem mogliby sobie nawzajem przeszkadzać. Aby temu zapobiec, wprowadza talmud prawo hazaka i meropje.

Na podstawie prawa hazaka żyd kupuje od kahału majętność gojowską, którą możę później bez konkurencji ze strony innego zagarnąć wszelkiemi możliwemi środkami. Po opłaceniu się kahałowi żyd nabył prawo hazaka (władzę czyli prawo) na majątek chrześcijanina. Nabywca ma prawo nająć majętność, być faktorem tak właściciela, jakoteż i lokatorów. Słowem, on ma tylko prawo eksploatowania wszystkich chrześcijan, którzy wraz z właścicielem są jego ofiarami, o czem eksploatowani nie wiedzą, a nawet się nie domyślają.

W książce „Historia Żydów w Polsce” Teodor Jeske-Choiński pisze:

Czym był i jest dotąd kahał, dowiedzieliśmy się dopiero od Jakuba Brafmana, Żyda wileńskiego, ochrzczonego w 34 roku życia. Napisał on po rosyjsku dzieło pt. „Książka o kahale” („Kniga kagała”, 1869r.), której ważniejsze wyjątki przetłumaczył na język polski lwowski anonim, K.W.

„Kniga kagała” potwierdza, że kahały polskie i litewskie trzymały się ściśle nakazów i zakazów Talmudu. Co im Talmud przepisał, wykonywali bez namysłu i oporu. A Talmud rozkazał, jak wiadomo, pomiędzy innymi, łupić bez litości, chytrze i przebiegle, wszelkiego gatunku innowierców, zniszczyć ich tak gruntownie, aby Juda mógł zapanować jak najprędzej nad całym światem i skopać zwyciężonych gojów.

Czytamy w księdze Brafmana: „Na ogólnym zgromadzeniu wszystkich starszych przywódców i reprezentantów naszego miasta, za wspólną zgodą bez wszelkiego wahania się, albo jakich krętactwach w kahalnej izbie wobec pełnej liczby członków postanowiono: sprzedać rabi Izaakowi, synowi Gerszona, prawo posiadania (eksploatowania) placu i szpitala, należącego do kleru Rekitskiego, położonych przy końcu ulicy Kajdanowskiej; przy tym sprzedaje się prawo eksploatacji niezabudowanego placu tutejszej gminy (mieszczaństwa), przyległego do wyżej wymienionych: placu i szpitala. Prawo to eksploatacji własności chrześcijańskich sprzedaje się Izaakowi, jego potomkom lub innym pełnomocnikom, wskazanym w sukcesji, od centrum ziemi, aż do wysokości niebios bez wszelkiego ograniczenia, za co rabi Izaak wniósł do kasy kahału wyznaczoną należytość w całości. To prawo od tej chwili jest mu przyznane jako wieczyste i nieruszone, on zaś (Izaak) może go odsprzedać w zastaw lub darować według swej woli… Wkłada się na każdy kahał obowiązek bronienia praw wyżej wymienionego Izaaka i jego następców lub pełnomocników w sposób, aby też prawa pozostały przy nich i utrzymywały ich w cichości i spokoju. Każdy kahał i każdy Bet-Din powinien stanąć w obronie praw Izaaka przeciw każdemu, który by chciał się wdzierać w granice tych ustąpionych przez kahał posiadłości i chciał zrobić uszczerbek prawom, jakie nabył rabi Izaak, syn Gerszona. Każdy kahał i każdy Bet-Din powinien prześladować takiego człowieka, zgiąć go w łęk, przygnieść i kazać mu wrócić wszystkie straty i koszta, jakie mogły wyniknąć z jakiejkolwiek szkody, wyrządzonej Izaakowi”.

Czytając tego rodzaju dziwaczne kontrakty, zdawałoby się, że je skomponował jakiś dowcipniś. Bowiem śmiesznym jest sprzedawać cudzy majątek bez wiedzy i pozwolenia jego właściciela. A jednak to nie humorystyka, lecz prawda.

Wiadomo, że Talmud mianował Żydów panami całego świata i pozwolił im zabierać bez skrupułu mienie innowierców, o ile się tylko dało. Jakimś „wolnym terytorium”, albo jakimś „wolnym jeziorem” nazywał majątek „gojów”. Posłuszne mu kahały wymyśliły dwa sposoby do wyzyskania tego terytorium albo jeziora. Łupienie zamożnych chrześcijan nazwały „hazaką” (władzą, prawem), a wysysanie ubogich chrześcijan nieposiadających żadnego majątku, „meropią”. Obowiązkiem hazaki było wydrzeć z rąk innowiercy jego własność „jakimkolwiek bądź sposobami”, meropii zaś „zaćmienie biednego chrześcijanina”. Żyd, który „kupił” w kahale jakiegoś chudopachołka „zaćmiewał” swój „towar” w taki sposób, iż wypożyczał mu pieniądze na lichwę, nasyłał mu swoich kompanów szachrajskich, bezczelnych oszustów, aby mu przyspieszyli zniszczenie „klienta”. Ta obława kończyła się zwykle nędzą, ruiną ofiary kahału.

Widać więc wyraźnie na podstawie przytoczonych cytatów, że te 300 miliardów dolarów, to prawo hazaka, które mówi, że cała własność gojów, w tym wypadku Polaków, należy do Żydów. Jest to kwota wzięta z sufitu. Równie dobrze mogliby powiedzieć – 500 miliardów. Nawet jeśli uznamy, że jest w Polsce jakieś mienie bezdziedziczne, pozostawione po ofiarach holokaustu, to chyba wypadałoby dokonać jakiejś jego inwentaryzacji. Niczego takiego nie zrobiono i nikt tego nie zaproponował. Nikt nawet nie zapytał Żydów, na jakiej podstawie dokonali takiego oszacowania. Polskie miasta były po wojnie zniszczone, a więc i żydowskie mienie uległo zniszczeniu. Ale przecież to nie Polacy zniszczyli swoje miasta. Nawet jeśli wywołali powstanie w Warszawie, to nie oni ją zniszczyli. Któż więc powinien wypłacać odszkodowania? Ten, który niszczył, już je Żydom wypłacił. Pozostaje więc to, co ocalało, ale czy ktoś próbował to oszacować? Nie próbował i nie będzie próbował, bo może okazałoby się, że to tylko drobny ułamek tego, czego domagają się Żydzi. Zupełnie tak, jak z tą stodołą w Jedwabnem.

W październiku 1973 roku polska reprezentacja narodowa w piłce nożnej zremisowała 1:1 z Anglią w słynnym meczu na Wembley. Ten remis okrzyknięto zwycięskim remisem, bo dawał on reprezentacji polskiej awans do finałów Mistrzostw Świata w piłce nożnej w 1974 roku, pierwszy powojenny. W tamtej reprezentacji grali piłkarze, którzy byli bardzo dobrymi piłkarzami, ale był jeden problem. Oni nie byli zbyt elokwentni i dziennikarze, którzy przeprowadzali z nimi wywiady musieli się mocno gimnastykować. Jedynie Jan Tomaszewski i Lesław Ćmikiewicz byli wygadani. Również Lubański, ale on, na skutek kontuzji odniesionej w meczu z Anglią w Chorzowie w czerwcu, nie mógł później grać w tej reprezentacji. Strzelcem tej zwycięskiej bramki był Jan Domarski. Kiedy więc dziennikarz zapytał go o to, jak było z tą bramką, Domarski odpowiedział: przyszła, najszła, zejszła, wejszła. To jest kwintesencja lakoniczności i przyznam, że jestem pełen podziwu. Dla tych, którzy nie grali w piłkę nożną i nie interesują się nią, to może być niezrozumiałe. A więc: przyszła – dostałem podanie, najszła – dokładnie na nogę, zejszła – strzeliłem, ale nie tam, gdzie zamierzałem, wejszła – ale pomimo tego piłka trafiła do bramki. Bardziej lakonicznie i precyzyjnie nie dało się tego ująć.

Gdybym ja chciał w jednym zdaniu zawrzeć to, co tak rozwlekle opisałem powyżej, to mógłbym powiedzieć tak: Żydzi uważają, że Polska i wszystko to, co posiadają Polacy, należy do nich. O to tak naprawdę chodzi w tych roszczeniach. Jak się temu przeciwstawić? Rząd jest filosemicki, premier jest Żydem, Sejm odrzuca propozycję ustawy, która pociągałaby do odpowiedzialności wszystkich tych, którzy chcieliby te roszczenia realizować. Quo vadis Polonia? In absolutum Cohndominium.

Marsz Równości w Białymstoku

W dniu 20 lipca odbył się w Białymstoku tzw. Marsz Równości. Pierwszy tego typu marsz w tym mieście. Spotkał się z gwałtownym sprzeciwem jego mieszkańców. Wydarzenie to odbiło się szerokim echem nie tylko w Polsce, ale i za granicą. Na protestujących wylała się fala krytyki. W sumie więc impreza udała się. Organizatorzy osiągnęli to, co chcieli, czyli konflikt.

We wtorek 16 lipca byłem w Białymstoku i widziałem samochód z plandeką, na której informowano jaki to homoseksualizm jest zły i jakie zagrożenia się z nim wiążą. To samo tylko szerzej docierało do przechodniów przez megafon. Samochód był na warszawskich rejestracjach. Bardzo się tym zdziwiłem, że komuś chciało się jechać z Warszawy.

Dopiero w sobotę, gdy zobaczyłem ten marsz, to zrozumiałem. Prawdopodobnie samochód ten jeździł od początku tygodnia. Klasyczna “padgatowka”. Poinformowanie mieszkańców Białegostoku, że coś takiego będzie miało miejsce z jednoczesnym negatywnym przekazem dotyczącym homoseksualizmu i innych dewiacji. Jakby specjalnie chciano ich zmotywować do protestu. I mieszkańcy nie zawiedli. Stawili się tłumnie, robili zdjęcia, kręcili filmy, inni protestowali. Czyli wszystko odbyło się zgodnie z planem. Nawet pojawili się kibice Jagiellonii. Ciekawe czy sami się zwołali, czy ktoś ich zorganizował. Druga strona nie zawiodła. Prowokowali, rzucali kamieniami, jajkami. Ciekawe skąd je mieli w centrum miasta? Szli ulicą wyasfaltowaną, a nie żwirówką. A jajka też tam nie leżały. Wygląda na to, że jedna i ta sama siła zorganizowała i sfinansowała tę szopkę. Przekaz medialny był diametralnie odmienny.

„Przypomnijmy, że w sobotę po raz pierwszy przez Białystok przeszedł Marsz Równości. Manifestację kilkakrotnie próbowali zablokować przeciwnicy. W stronę uczestników marszu poleciały kamienie, petardy, jajka i butelki oraz wyzwiska. Policja zatrzymała 25 agresywnie zachowujących się kontrmanifestantów.” – pisała w poniedziałek Interia.

Z drugiej strony można zapytać skąd się wzięli tacy gorliwi protestujący, którzy kilkakrotnie próbowali powstrzymać marsz. Wielu z nich zostało aresztowanych. Czy zwykły, przeciętny człowiek zaryzykowałby taki akt desperacji? Na zdrowy rozum: bezbronny człowiek, a przed nim kordon uzbrojonej po zęby policji. Przecież to jest rzucanie się z motyką na Księżyc. Protest bez sensu, chyba że można na tym trochę zarobić. A to inna sprawa! Oglądając ten Marsz na kanale Mediów Narodowych, miałem okazję wysłuchać kilku wywiadów z protestującymi, którzy poza kilkoma wulgarnymi hasłami nie potrafili przedstawić swoich argumentów. Podobnie było w przypadku wywiadów z osobami tylko przyglądającymi się. Z jednej strony opłaceni „protestujący”, z drugiej – ciekawscy mieszkańcy Białegostoku, którzy, kto wie! może czuli się dowartościowani, że w końcu „postęp” dotarł na Podlasie.

Pogrążyć taki marsz można by bardzo prosto. Wystarczyło zbojkotować go. Jak wyglądałby marsz, który idzie pustą ulicą, na której nie ma żywego ducha? Jak żenująco wyglądaliby ci ludzie? Kogo by prowokowali? Jeszcze bardziej żenująco wyglądałaby ta, pożal się Boże, policja. Uzbrojona, opancerzona ochraniałaby, no właśnie! Przed kim ochraniałaby, skoro nikogo by nie było? Do takiego scenariusza finansujący obie strony nie mogli dopuścić. Przecież przedstawienie musi trwać!

Można by więc zapytać: po co tego typu zadymy? Zorganizowanie takiego przedstawienia i opisanie go w mediach światowych służy tworzeniu negatywnego obrazu Polski za granicą, tak by w razie likwidacji Polski nikt nie protestował, a raczej odetchnął z ulgą, że taki niepoprawny politycznie i ideowo kraj zostaje zlikwidowany albo, w najlepszym wypadku, spacyfikowany. Jednak jest to cel uboczny, podobnie jak demonstracja siły: Patrzcie! Uzbrojona policja, opancerzone samochody, armatka wodna, helikopter kontrolujący wszystko z góry. Jakby chcieli nam powiedzieć: Nie macie szans! Jedyne co możecie zrobić, to wykrzyczeć się.

Główny cel jest zgoła innej natury, szerszy, ogólnoświatowy. To jest konflikt. Korzenie zjawiska sięgają filozofii Hegla. Szczegółowo i w sposób starannie udokumentowany opisuje to Antony C. Sutton w książce „Skull and bones, Tajemna siła Ameryki”. Poniżej parę cytatów z tej pracy:

W heglowskim państwie postęp polega na wymuszonym konflikcie, wynikającym ze starcia przeciwieństw. Jeśli jesteś w stanie kontrolować te przeciwieństwa, panujesz też nad rezultatem ich zderzenia.

Czy możliwe jest istnienie wspólnego celu, skoro członkowie Zakonu (Zakonem nazywa Sutton tę tajemną siłę Ameryki) stoją w opozycji do siebie i podejmują sprzeczne działania?

Prawdopodobnie najtrudniejszym zdaniem stojącym przed autorem tej książki będzie przekazanie czytelnikowi w istocie trywialnej informacji: celem Zakonu nie jest „lewica” ani „prawica”. „Lewica” i „prawica” są sztucznie wykreowanymi narzędziami mającymi posłużyć wprowadzeniu zmiany, a ich skrajne odłamy stanowią istotne elementy w procesie kontrolowanej zmiany.

Odpowiedź na tę pozorną polityczną zagadkę kryje się w heglowskiej logice. Nie można zapominać, że zarówno Marks jak i Hitler, stanowiący uosobienie skrajnej „lewicy” i „prawicy”, przedstawiani jako podręcznikowi wręcz przeciwnicy, wyewoluowali z tego samego systemu politycznego: heglizmu. Stwierdzenie to wywołuje grymas intelektualnej udręki na twarzach marksistów i nazistów, ale jest oczywiste dla każdego studenta politologii.

Wbrew twierdzeniom marksistów idea historycznego procesu dialektycznego nie wywodzi się od Marksa, lecz od Fichtego i Hegla żyjących w Niemczech w drugiej połowie XVIII i na początku XIX wieku. W procesie dialektycznym zderzenie przeciwieństw prowadzi do syntezy. Na przykład w wyniku konfliktu politycznej lewicy z prawicą powstaje nowy system polityczny – nie lewicowy czy prawicowy, ale będący ich syntezą. Konflikt przeciwieństw jest niezbędny do wprowadzenia zmian. Prawidłowość tę można dzisiaj prześledzić w literaturze wydawanej przez Komisję Trójstronną, gdzie popiera się zmianę, a środki prowadzące do jej wprowadzenia określa się mianem „zarządzania konfliktem”.

W systemie heglowskim konflikt ma kluczowe znaczenie. Co więcej, w opinii Hegla i systemów opierających się na jego filozofii państwo jest absolutem. Państwo wymaga od każdego obywatela całkowitego posłuszeństwa. W tak zwanym systemie organicznym jednostka nie istnieje sama dla siebie, ale jej celem jest wypełnienie zadania przewidzianego dla niej przez państwo. Wolność można znaleźć jedynie w posłuszeństwie wobec państwa. W hitlerowskich Niemczech wolność nie istniała, wolności jednostki nie przewiduje marksizm, nie będzie też jej wtedy, gdy zapanuje Nowy Porządek Świata. I jeśli przypomina to orwellowski Rok 1984, to tak właśnie ma być.

Mówiąc krótko, państwo jest najważniejsze, a konflikt jest narzędziem umożliwiającym zaprowadzenie idealnego społeczeństwa. Wolność jednostki kryje się w jej posłuszeństwie wobec rządzących.

Czym jest państwo? Jest nim rzecz jasna samozwańcza elita. Co ciekawe, Fichte, który zaprezentował te idee jeszcze przed Heglem, był masonem, niemal na pewno należał też do iluminatów, a z całą pewnością był ich protegowanym. Johann Wolfgang Goethe (wśród iluminatów znany jako Abaris) zapewnił Fichtemu stanowisko na Uniwersytecie w Jenie.

Co więcej, wyznawana przez iluminatów zasada, że cel uświęca środki – zasada, którą Quigley uznał za niemoralną, a stosowana zarówno przez Grupę (angielski odpowiednik Zakonu), jak i przez Zakon – wywodzi się z filozofii heglowskiej.

Wspólnym mianownikiem pozornie całkowicie odmiennych poglądów prezentowanych przez członków Zakonu jest fakt, że przyświeca im nadrzędny cel, dla realizacji którego kluczowe znaczenie ma konflikt idei. Dopóki przedmiotem dyskusji nie stają się prawa jednostki, zderzenie poglądów generuje konflikt niezbędny do wprowadzenia zmiany. Ponieważ celem jest także globalna kontrola, kładzie się nacisk na globalne myślenie, czyli internacjonalizm. Odbywa się to za pośrednictwem światowych organizacji i światowego prawa.

Na przestrzeni ostatnich dwustu lat, od czasu gdy w niemieckiej filozofii rozbłysła gwiazda Kanta, można wyróżnić dwa sprzeczne ze sobą systemy filozoficzne oraz przeciwstawne idee państwa, społeczeństwa i kultury. W Stanach Zjednoczonych, na terenie Brytyjskiej Wspólnoty Narodów i we Francji podstawą filozofii jest jednostka oraz prawa jednostki. Tymczasem w Niemczech od czasów Kanta, przez Fichtego I Hegla aż do roku 1945, filozofia opierała się na powszechnym braterstwie, odrzuceniu indywidualizmu i ogólnym sprzeciwie wobec klasycznej zachodniej myśli liberalnej niemal we wszystkich jej aspektach.

Z systemu filozoficznego Hegla wywodzi się dialektyka historyczna, czyli przekonanie, że wszystkie wydarzenia historyczne są skutkiem konfliktu pomiędzy przeciwstawnymi siłami. Te powstające wydarzenia są czymś innym od wydarzeń konfliktowych i od nich wyższym. Każdą idee lub realizację idei można uznać za tezę. Teza ta będzie zachętą do pojawienia się sił jej przeciwnych, czyli antytezy. Ostatecznym rezultatem nie będzie natomiast ani teza, ani antyteza, lecz synteza tych dwóch skonfliktowanych sił.

Jaką rolę w opinii heglistów pełni więc parlament lub kongres? Celem istnienia tych instytucji jest jedynie zapewnienie jednostkom poczucia, że ich opinie mają jakieś znaczenie i danie rządowi możliwości skorzystania z ewentualnej mądrości, którą „prostacy” mogą przypadkowo się wykazać. Hegel ujął to następująco: „Dzięki temu uczestnictwu, subiektywnej wolności i swojej pysze, [jednostki] wyrażające ogólne opinie mogą w wyraźny sposób okazać się skuteczne, i cieszyć się satysfakcjonującym poczuciem, że coś znaczą”.

Doktryna heglowska głosi przede wszystkim boskie prawo państwa, a nie boskie prawo królów. W opinii Hegla i jego propagatorów państwo jest bogiem na Ziemi: „Istnienie państwa to pochód Boga w świecie, jego podstawą jest siła Rozumu, urzeczywistniająca się pod postacią woli. Każde państwo, czym by nie było, ma udział w boskiej naturze. Państwo nie jest dziełem człowieka, stworzyć je może jedynie Rozum” (Zasady filozofii prawa).

Dla Hegla jednostka jest niczym, jednostka nie ma praw, a moralność polega jedynie na podążaniu za przywódcą. Jednostka ambitna powinna natomiast stosować się do zasady senatora Mansfielda i tańczyć, jak jej zagrają.

Rewolucję ukazuje się zawsze jako spontaniczne wydarzenie skierowane przeciwko autokratycznie rządzonemu państwu, wywołane przez ludzi upośledzonych politycznie lub ekonomicznie. W żadnym z zachodnich podręczników nie znajdzie się informacji o tym, że rewolucje potrzebują pieniędzy, a źródłem tych pieniędzy w wielu wypadkach była Wall Street.

Dużo tych cytatów, ale chyba warte były przytoczenia. Dodam tylko, że Sutton napisał tę książkę w 1983 roku. I żeby skończyć z tymi cytatami, to już ostatni. Tym razem z powieści Józefa Ignacego Kraszewskiego „ŻYD Obrazy współczesne” napisanej w 1866 roku:

„Otóż, najukochańsi Niemcy – kończył Duńczyk – wierzcie mi, że nie mówię tego przez zazdrość o posiadanie Szlezwiku i Holsztynu, bo wcale mi te księstwa nie smakują… wy się mylicie grubo, utrzymując, iż Schiller, Goethe, Kant, Hegel byli Niemcami…”

Ale wróćmy, jak mówią Francuzi, do naszych baranów, czyli do Marszu Równości. To wszystko, o czym pisze Sutton, jest realizowane zarówno w skali makro jak i mikro. To mikro to właśnie ten Marsz w Białymstoku. Klasyczne zarządzanie konfliktem i kontrolowanie go. Tą heglowską tezą był Marsz i reprezentujące go środowiska LGBT, a antytezą protestujący przeciw niemu. Takie pojedyncze działania, same w sobie, jeszcze nie dokonują przełomu, ale jest ich wiele, a rozłożone w czasie i przestrzeni, działają jak kropla, która drąży skałę. To trochę tak jak z Polakami, którzy w 1918 roku zostali zaskoczeni tym, że powstało państwo polskie i ukuli powiedzenie: „Ni z tego, ni z owego, mamy Polskę od pierwszego.” Nie wiedzieli, że już od 1916 roku Niemcy projektowali jego utworzenie. Wkrótce później i Rosjanie wystąpili z podobnym pomysłem. Przeciętny Polak nie mógł mieć o tym pojęcia, bo i skąd?

Dziś możemy mieć do czynienia z odwrotną sytuacją: „Ni z tego, ni z owego, nie mamy Polski od pierwszego”. Właściwie to już jej nie mamy. Rząd, który jest rzecznikiem żydowskich interesów w Polsce, który bardziej wspiera kulturę żydowską niż polską, który bardziej dba o interesy Ukraińców niż Polaków, który dofinansowuje firmy i banki zagraniczne a polakom serwuje wysokie podatki, to taki rząd nie jest polskim rządem. A skoro rząd ten nie jest polski, to i to państwo nie jest polskie. Skoro Jonny Daniels otwarcie mówi o wydzieleniu z terytorium Polski obozu zagłady w Oświęcimiu i stworzeniu tam strefy eksterytorialnej, to kto tu rządzi? Czyż trzeba lepszych przykładów? Proszę bardzo!

Brak ustawy reprywatyzacyjnej. Czechosłowacja uporała się z tym problemem na przełomie lat 80-tych i 90-tych. Węgry w 1991 roku. Mniej więcej w tym samym czasie Litwa. Dlaczego było tak trudno? Dziś już wiemy o co chodzi. Od czasu, gdy żydzi wystąpili z roszczeniami, początkowo na 65 a później na 300 miliardów dolarów, to już wiemy kto rządzi Polską i to nie od czasu pojawienia się Jonny Danielsa, tylko od 1989 roku. Zresztą wcześniej też rządzili, tylko bardziej dyskretnie.

Spojrzenie na otaczającą nas rzeczywistość poprzez pryzmat filozofii heglowskiej dużo nam wyjaśnia. Dążenie do zmiany istniejącej sytuacji jest realizowane na trzy sposoby:

  • informację, czyli wykorzystanie środków masowego przekazu. Białostocki Marsz został nagłośniony na cały świat. I czego dowiedział się ten świat? Ano tego, że w Polsce biją mniejszości seksualne. Również edukacja został podporządkowana temu celowi. Nie będzie nowej rzeczywistości, jeśli nie będzie nowych ludzi. A tych trzeba ukształtować. Takie marsze jak w Białymstoku mają oswajać, zainteresować, informować.
  • drugim sposobem jest finansowanie skonfliktowanych stron. Zarówno Hitler jak i Stalin byli wspierani przez Wall Street.
  • trzecim – jest kredyt. Zadłużanie państw, samorządów i ludzi prowadzi do ich uzależnienia, a co za tym idzie do podporządkowania a więc i niewolnictwa.

Autorytety

Według definicji słownikowej autorytet to: 1. «ogólnie uznana czyjaś powaga, wpływ, znaczenie, przewaga; mir»: Mieć, zdobyć, utrzymać a. Podważać czyjś a. Tracić a. Cieszyć się autorytetem. 2. «o człowieku, instytucji itp. mających ogólnie uznaną powagę, wpływ, znaczenie: Był dla swych dzieci autorytetem. Najwyższe a-y naukowe orzekły. (nm. z łc.) To w nawiasie oznacza, że wyraz pochodzi z języka niemieckiego i ma łacińskie korzenie.

Często pod pojęciem autorytetu rozumiemy ludzi o nieprzeciętnych zdolnościach w jakiejś dziedzinie, rozległej wiedzy, wysokiej kulturze osobistej i nienagannej postawie moralnej. I takim ludziom skłonni jesteśmy ufać, traktować ich wypowiedzi i opinie jako obiektywny opis rzeczywistości. Ale zapominamy o tym, że nawet najwięksi geniusze, to tylko ludzie, z ich emocjami i wadami.

Jednym z takich niekwestionowanych autorytetów jest Waldemar Łysiak. To znakomity pisarz, publicysta, kolekcjoner i znawca malarstwa, to człowiek wielu talentów, ale to, jak większość ludzi, człowiek kierujący się emocjami i w tych emocjach nieobiektywny. To zwolennik PiS-u, tego PiS-u, który prowadzi nas wprost do Judeopolonii. To też bezkrytyczny wyznawca kultu Marszałka. W książce “Rzeczpospolita Kłamców Salon”, Warszawa 2004, pisze tak:

“Nasuwa się analogia z bolszewikami Lenina i Stalina, którzy nie przetrwaliby do roku 1920, gdyby nie skuteczna pomoc wojsk anarchisty N. Machno. Armia Czerwona byłaby rozbita (i to kilkakrotnie) przez armie białogwardyjskie, lecz Machno ‘trzy razy zawierał tajne porozumienia z władzą sowiecką’ (O. Gierczikow) i kolejno sparaliżował białą armię Krasnowa (1918, 1919), białą armię Denikina (1919) oraz białą armię Wrangla (1920). Jedynie dzięki sprytowi i militarnym zabiegom tego człowieka, skutecznie wspomagającego sypiącą się Armię Czerwoną, bolszewizm nie został zmieciony.”

Czytałem ten fragment i przecierałem oczy ze zdumienia. A gdzie Piłsudski! A gdzie prawie milionowa armia polska, która raptem, ni stąd ni zowąd, zatrzymała się jakby zamieniła się w słup soli? Jak to było i jakie tajne rozmowy prowadził z bolszewikami w 1919 roku Piłsudski, choć nie osobiście, tylko przez wysłanników, to o tym pisał Józef Mackiewicz w swojej powieści “Lewa wolna”. Ale wyznawca kultu Marszałka nie mógł o tym napisać! Mackiewicz, uczestnik tej wojny, gdyby przeczytał wyżej cytowany fragment, w grobie by się przewracał.

To, że ktoś w jakiejś dziedzinie jest wybitny, to nie oznacza, że nie może przemilczać pewnych, niewygodnych faktów. A w tym akurat momencie Łysiak tak postąpił. Aż trudno w to uwierzyć, ale tak jest.

Ostatnio ucierpiał trochę autorytet Stanisława Michalkiewicza. To również wybitny publicysta, pisarz, komentator życia politycznego, erudyta, równie biegle władający słowem pisanym jak i mówionym. Krasomówca – jak wielu go określa. Szczególną popularnością cieszą się jego komentarze na YouTube. Jednak ostatnio autorytet ten ucierpiał nieco, a to za sprawą jego apelu do swoich czytelników i słuchaczy. Poprosił ich o pomoc w wykupieniu mieszkania, do którego to wykupu został zmuszony w trybie nagłym. Dodał, że nie stać go na tak duży wysiłek finansowy w tak krótkim czasie. I tyle można było dowiedzieć się od niego samego. Michalkiewicz nie przedstawił żadnego dokumentu, który uwiarygadniałby jego prośbę. Nie wiadomo więc kto był właścicielem i administratorem budynku, na jaką kwotę oszacowano wartość mieszkania i kto dokonał tej wyceny. On sam nie sprecyzował o jaką kwotę chodzi, ile pieniędzy brakuje mu do wykupienia lokalu.

Odzew na apel był natychmiastowy, a chętnych do pomocy wielu, bo już chyba po miesiącu Michalkiewicz oświadczył, że mieszkanie zostało wykupione. Czy zebrał tych pieniędzy więcej, czy mniej niż było niezbędne do wykupienia mieszkania, tego nie powiedział. Ktoś mógłby zapytać: A co to nas obchodzi, jak kto wydaje swoje pieniądze? Jeśli ktoś dobrowolnie wspomógł Michalkiewicza, to jego prywatna sprawa. I pewnie miałby dużo racji. Jednak w tym przypadku jest trochę inaczej. Michalkiewicz jest, z racji wykonywania zawodu, osobą publiczną, medialną, której wpływ na kształtowanie opinii publicznej jest duży, przynajmniej po tej tzw. prawej stronie.

Znany jest on od lat jako piewca tzw. wolnego rynku, minimum państwa a więc i minimum opieki społecznej. Uważa, że ludzie powinni brać odpowiedzialność za swoje postępowanie, decyzje. Jednym słowem brać swój los we własne ręce. To także zwolennik niskich podatków, bo uważa, że ludzie sami lepiej rozporządzą swoimi pieniędzmi niż państwo. Aż tu nagle taka katastrofa! Ludzie pomóżcie! Przez całe życie nie potrafiłem zadbać o swoje sprawy, nie potrafiłem zarządzać moimi pieniędzmi i teraz ich nie mam. „Pomożecie towarzysze?! – Pomożemy!” Skąd my to znamy?

Człowiek, który postępuje wbrew zasadom, które głosi jest niewiarygodny. Nie ulega wątpliwości, że Michalkiewicz poprzez taki apel stracił autorytet u wielu swoich wcześniejszych czytelników i słuchaczy. Nie u wszystkich. Wielu pozostało przy nim.

Ten przypadek skłania jednak do pewnej refleksji. Czy my jesteśmy aż tak głupim i naiwnym narodem i społeczeństwem by wierzyć w to, że jeden z najbardziej popularnych polskich publicystów i pisarzy, sprzedający swoje książki w nakładach idących w dziesiątki tysięcy, mający od lat stronę internetową, którą wspiera wiele osób z kraju i z zagranicy – że ten człowiek nie zdołał zabezpieczyć się finansowo i że jest tak głupi, że nie sprawdził jaki jest stan prawny mieszkania, w którym mieszka? Tak liczny i szybki odzew na apel Michalkiewicza wskazuje, że – tak!

A teraz puśćmy sobie wodze fantazji. Czy rzeczywiście tak było, że Michalkiewicz nie miał pieniędzy. Jeśli założymy, że nie miał, to musimy pójść krok dalej i stwierdzić, że jest życiowym nieudacznikiem i ofermą. Temu jednak przeczy jego intelekt i pozycja, jaką zajmuje. A więc założenie takie jest bez sensu i wypada je odrzucić. Czyli pozostaje druga opcja – pieniądze miał. A skoro tak, to jaki był motyw jego postępowania? I czy zrobił to dobrowolnie? Musiał zdawać sobie sprawę z tego, że tym apelem ośmiesza się w oczach wielu ludzi, że podważa, nieskalany dotychczas autorytet, że naraża się na spadek sprzedaży swoich książek, oglądalności itp. Jeśli miał pieniądze, to po co miałby decydować się na taki krok? Pozostaje więc druga opcja. Został do tego zmuszony. I znowu rodzi się pytanie – przez kogo? I co ten ktoś chciał przez to osiągnąć?

Puszczając nadal wodze swojej fantazji, zastanawiam się, czy nie był to pewien test? Test sprawdzający, jaką niedorzeczność można wmówić ludziom. Jak daleko można się posunąć? Chodzi oczywiście o sprawdzenie tej części polskiego społeczeństwa, która zachowała jeszcze jakieś patriotyczne uczucia. I test wypadł pozytywnie. Dla osoby, która jawi się nam jako szczery patriota, któremu polskie sprawy leżą na sercu, jesteśmy w stanie dużo zrobić i co ważniejsze – zaufać. Kto wie czy tacy ludzie nie będą potrzebni w pewnym krytycznym momencie, by swym kwiecistym językiem zapewniać nas, że nic się nie stało. Pytania i pytania, i wątpliwości.

Jostein Gaarder w książce „Świat Zofii” pisze:

„Filozof więc to ktoś taki, kto przyznaje, że jest cała masa spraw, których nie rozumie. I bardzo mu to przeszkadza. Tym samym i tak jest mądrzejszy od wszystkich, którzy chwalą się, że znają się na rzeczach, o których nie mają pojęcia. Najmądrzejszy jest ten, który wie, czego nie wie. Sam Sokrates twierdził, że wie tylko jedno – a mianowicie, że nic nie wie. Największe zagrożenie stanowią zawsze ci, którzy pytają. Odpowiadanie na pytania już nie jest tak niebezpieczne. W jednym pytaniu zawierać się może więcej prochu niż w tysiącu odpowiedzi.

Michalkiewicz znany jest z tego, że od lat ostrzega nas przed żydowskimi roszczeniami i można powiedzieć, że do pewnego momentu miał na to monopol. Nikt inny w Polsce o tym nie mówił i nie dostrzegał tych zagrożeń. Taki geniusz!? A może widział, tylko nie miał gdzie tego obwieścić – „Urbi et orbi”. Kiedyś Józef Mackiewicz nazwał Stefana Kisielewskiego licencjonowanym opozycjonistą, bo jako opozycjonista rozjeżdżał się w latach 60-tych po Europie, podczas gdy, jak to on pisał, prawdziwi opozycjoniści w PRL-u siedzieli w więzieniach. Tym, którzy nie wiedzą, to informuję, że „ojcem założycielem” UPR-u był nie kto inny, jak właśnie Kisielewski. Z UPR-u wyrastają nogi Michalkiewicza i Korwin-Mikke. Mamy więc kolejne pokolenie, prawdopodobnie, licencjonowanych, już tym razem nie tyle opozycjonistów, co patriotów, prawicowców, liberałów, antysemitów i czego tam jeszcze!

Cóż tak naprawdę wynika z tego, że ostrzega się nas przed żydowskimi roszczeniami? Mnóstwo artykułów na ten temat napisano. Nie tylko Michalkiewicz. Mnóstwo książek wydano. Z jednej strony można powiedzieć, że z tych artykułów i z tych książek emanuje troska o losy ojczyzny. Można jednak na to spojrzeć inaczej. A może jest to takie „gotowanie żaby na wolnym ogniu”, czyli psychiczne przygotowanie do mającego nastąpić przejęcia państwa przez mniejszość żydowską. Zresztą ta mniejszość poczyna sobie już coraz śmielej.

W tych publikacjach nie ma niestety, poza opisem, pomysłu na to, co w takiej sytuacji czynić należy. Jedynie Marian Miszalski proponuje akcentowanie żydowskiego rasizmu na forum ONZ i innych organizacji oraz wywieranie nacisku na rząd amerykański: coś nam się należy od Amerykanów za udostępnienie naszego terytorium w ich rozgrywce z Rosją. Uważa też, że rząd powinien zająć w tej sprawie zdecydowane stanowisko i publicznie oświadczyć, że roszczenia bezdziedziczne są bezpodstawne. Ale z kolei Krzysztof Baliński w swojej książce „Ministerstwo spraw obcych” stwierdza, że polski MSZ jest całkowicie zdominowany przez Żydów. Któż więc, jak chce Miszalski, miałby występować w obronie polskiego interesu narodowego? Podobnie jest z polskim rządem, który jest dyspozycyjny wobec lobby żydowskiego. Dominacja mniejszości żydowskiej w naszym życiu politycznym i nie tylko politycznym, jest przerażająca, tyle że jeszcze mało kto zdaje sobie z tego sprawę. Autorytety wypowiadają się, piszą książki, biorą udział w konferencjach itp., a Żydzi robią swoje. Na razie po cichu, ale coraz bardziej zdecydowanie.

Polacy, zamiast wsłuchiwać się w głosy autorytetów, prawdziwych czy fałszywych, powinni zdać sobie sprawę z tego, że Polska, praktycznie od początku swoich dziejów, nie była państwem jednolitym etnicznie. Od unii polsko-litewskiej stała się państwem, jakbyśmy to dziś powiedzieli, multi-kulti. Z tego wynikają pewne konsekwencje. Nawet dzisiaj, pomijając obecną imigrację, jesteśmy państwem z mniejszościami, których interesy rozbiegają się z polskimi. A to są obywatele polscy, mówiący po polsku i często deklarujący się jako żarliwi patrioci i gorliwi katolicy.

Cytowany wcześniej Baliński pisze:

Premier Mateusz Morawiecki nawołuje: „Czas odrzucić te zabójcze podziały. Jesteśmy biało-czerwoni. Wszyscy Polacy jesteśmy biało-czerwoną drużyną”. Mieniący się narodową reprezentacją nawołują do „zgody narodowej”, każą ”zapominać”, „wybaczać”, „budować wspólnotę”. Kłamią, mówiąc o „podziałach między Polakami”, fałszują genezę wielowiekowego konfliktu. To nie Polacy są podzieleni i nie poglądy polityczne ich różnią. Różnią się z tymi, którzy z polskością nie chcą mieć nic wspólnego. Czas powiedzieć bez ogródek: nie ma żadnej biało-czerwonej drużyny; są patrioci i jest Targowica; Polakom nie zależy na „zasypywaniu podziałów”; interesuje ich tylko, aby w tej wojnie wygrało ich plemię, po zwycięstwie wykluczyło zaprzańców z polskiej wspólnoty narodowej i odebrało możliwość wpływania na losy kraju. Spór jest bowiem sporem nie o kształt Polski, lecz o samo jej istnienie – albo Polska będzie Polską, albo Polski nie będzie. Zamiast naiwnych apeli do potomków Bermana, przypomnieć trzeba myśl księcia Adama Czartoryskiego: „Istnieją tylko dwie partie w Polsce: partia polska i partia antypolska”, i apel Romana Dmowskiego: „Istnieją Polacy i pół-Polacy, a rasa pół-Polaków musi zginąć”.

Cóż więc radzi Krzysztof Baliński? I jak sam pisze, odpowiedź jest krótka: piętnować zdrajców i sprzedawczyków – publicznie i imiennie. Główne zagrożenie idzie bowiem od wewnątrz, bo operujący zza granicy, bez swych agentów na miejscu niewiele by zdziałali.

A więc nic prostszego! Ale tak, jak kara śmieci została zniesiona nieprzypadkowo, tak nieprzypadkowo wprowadzono ustawę o ochronie danych osobowych. W niej wcale nie chodzi o ochronę danych zwykłego obywatela, tylko o zabezpieczenie się przed tym o czym pisze Baliński.

Tak więc różne autorytety podsuwają nam różne interpretacje historii, różne interpretacje rzeczywistości i różne interpretacje rozwiązania problemów, które nas dręczą, ale i tak na końcu my sami musimy odwołać się do naszego rozumu, a przynajmniej nauczyć się zadawać pytania, zgodnie z tym, co zostało napisane powyżej: W jednym pytaniu zawierać się może więcej prochu niż w tysiącu odpowiedzi.

Naród bez głowy

Polska przez wieki była największym skupiskiem diaspory żydowskiej na świecie. I jak nigdzie indziej uzyskała ona tu największe przywileje i żyła w otoczeniu niezwykle tolerancyjnego i łagodnego narodu. Wyrzuceni z całej Europy Zachodniej znaleźli tu Żydzi swoje miejsce odpoczynku, swoje Polin. Konsekwencje tego, my Polacy, odczuwamy dziś w sposób wyjątkowo bolesny, ale najgorsze jeszcze przed nami. Nie da się napisać historii Polski bez uwzględnienia w niej roli Żydów, co więcej, nie można zrozumieć naszej rzeczywistości, udając, że ich w niej nie ma. Oni są!

Druga wojna światowa była tragedią. Była tragedią dla narodu polskiego i taką była dla narodu żydowskiego. Dla narodu polskiego była to tragedia większa niż dla narodu żydowskiego. Naród polski stracił w niej swoją inteligencję, a właściwie jej zaczątek budowany w okresie II RP. Masy, jako takie, przetrwały, chociaż one też cierpiały i ich danina krwi była większa. W przypadku Żydów było odwrotnie. Inteligencja przetrwała, a masy, w odróżnieniu od polskich, zostały całkowicie unicestwione.

W kategoriach jednostki wartościowanie czyjegoś życia na podstawie przynależności do takiej czy innej warstwy czy klasy społecznej byłoby niemoralne i naganne. Tu chodzi o ludzką godność. W Deklaracji Niepodległości Stanów Zjednoczonych brzmi to tak: We hold these truths to be self-evident: that all men are created equal and endowed by their Creator with certain inalienable rights, that amnog these are life, liberty and the pursuit of happiness. To można przetłumaczyć mniej więcej tak: Te prawdy uważamy za oczywiste: że wszyscy ludzie zostali stworzeni równymi i obdarzeni przez Stwórcę pewnymi niezbywalnymi prawami, wśród których są życie, wolność i dążenie do szczęścia.

Jednak w przypadku narodów jest trochę inaczej. Tak zwane elity odpowiadają za losy danego narodu czy państwa. Jeśli ulegną likwidacji, to ich odbudowa wymaga czasu. Masy odbudowują się już w następnym pokoleniu.

Nie ulega wątpliwości, że elity wywodzą się z mas. Jest to jednak proces długotrwały. One nie powstają z pokolenia na pokolenie. W II RP był już zaczątek tych elit, ale druga wojna światowa przerwała ich odradzanie się. Natomiast elity żydowskie przetrwały wojnę i wzmocnione zasięgiem przybyłym wraz z Armią Czerwoną zdominowały życie PRL-u. Trudno więc zgodzić się z tym, że tzw. plan Balcerowicza był próbą uzdrowienia polskiej gospodarki, raczej był zamiarem jej zlikwidowania i to się udało. To kolejny etap na drodze do tworzenia Judeopolonii.

Krzysztof Baliński w swojej książce „Ministerstwo Spraw Obcych czyli polskie sprawy w cudze ręce?” pisze:

»Po wyborach z 4 czerwca Sachs ponownie udał się do Polski, gdzie dziennikarz „Gazety Wyborczej” Grzegorz Lindenberg zorganizował mu i jego asystentowi Davidowi Liptonowi kolejne spotkania. Sachs tak wspomina: „Kiedy wkrótce po wyborach wróciłem do Polski, młody dynamiczny działacz Grzegorz Lindenberg zorganizował nasze, tj. Liptona i moje, trzy kolejne spotkania z głównymi strategami ruchu «Solidarności»: Bronisławem Geremkiem, Jackiem Kuroniem i Adamem Michnikiem”.

Sachs zobaczył się najpierw z Geremkiem. Oczywiście ten nie miał bladego wyobrażenia o zagadnieniach ekonomicznych. Spotkanie zakończyło się stwierdzeniem Geremka: „Myślę że ma pan rację”. Następnie Sachs udał się do Kuronia. Prof. Witold Kieżun tak opisuje spotkanie w swej książce Patologia Transformacji: „Kuroń palił papierosa za papierosem i od razu wyciągnął butelkę”. Następnie Sachs zaczął mu opowiadać o „niezbędnych” reformach, jakie czekają Polskę. Kuroń oczywiście nic z tego nie zrozumiał, ale co chwila znajdując się w alkoholowo-nikotynowym amoku walił ręką w stół i powtarzał: „Tak , rozumiem”. Ostatecznie podpity Kuroń stwierdził, że brzmi to fascynująco i że trzeba to zapisać. Natychmiast Sachs z razem z Liptonem i Lindenbergiem udali się do siedziby „Wyborczej”. Było około 23:30. Od razu przystąpiono do pospiesznego zapisywania programu transformacji ustrojowej. Kuroń chciał, żeby był gotowy już na następny dzień. Potwierdza to Naomi Klein w Doktrynie szoku: „Sachs i Lipton napisali plan polskiej terapii szokowej w ciągu jednej nocy. Miał piętnaście stron i, jak twierdził Sachs, był to, jak sądzę, pierwszy raz, gdy ktoś napisał całościowy plan przejścia z gospodarki socjalistycznej do wolnego rynku”. Po napisaniu planu, który zostanie nazwany „Planem Balcerowicza”, oboje udali się do Michnika.

Tak więc plan polskiej transformacji ustrojowej napisany przez Sachsa z polecenia Sorosa i jego „zaufanych ludzi” powstał w ciągu jednej nocy na życzenie pijanego Kuronia i w siedzibie „Wyborczej”. Sachs w swojej książce wspomina, że rząd amerykański ostrzegał przywódców „Solidarności”, że on i Soros są groźnymi osobami i że mogą jedynie zaszkodzić polskiej transformacji: „Po wydarzeniach tego dnia wielu ludzi w Waszyngtonie próbowało tłumaczyć nowym polskim władzom, że jestem człowiekiem niebezpiecznym. Co najmniej jeden Polak dobrze notowany w Waszyngtonie radził premierowi, żeby mnie wydalił z Polski, zanim naprawdę zaszkodzę polskim reformom”.

W takim razie kogo reprezentował Soros, jeśli rząd amerykański ostrzegał przed nim Polaków? Czy aby nie organizacje żydowskie? Jasno więc z powyższego wynika, że Balcerowicz był nie tylko wykonawcą planu, przez który straciliśmy setki fabryk i przedsiębiorstw, ale planu transferu polskiego mienia do Nowego Jorku. I że to Soros jest odpowiedzialny za plan transformacji gospodarczej Polski, który Polskę w dalszym ciągu niszczy.«

Polska po rozbiorach i powstaniu listopadowym doświadczyła czegoś, co opisano jako Wielką Emigrację. Po prostu polskie elity wyemigrowały do Paryża. I od tego momentu Polacy stali się narodem bez głowy.

Bernhard Struck w książce „Nie Zachód, nie Wschód; Francja i Polska w oczach niemieckich podróżnych w latach 1750-1850”, Wydawnictwo Neriton, Muzeum Historii Polski, Warszawa 2012, pisze tak:

»Epokę reform w drugiej połowie XVIII w. aż po trzeci rozbiór Polski można w oparciu o pojęcia Bitterliego określić jako okres intensywnych stosunków i wymiany kulturalnej, a nawet jako splot kultur. Podróżni tacy jak Johann Bernoulli, Joachim Schulz, Johann Philipp von Carosi, Therese Hubner i inni utrzymywali kontakty osobiste i naukowe, i opisywali je. Prowadzili dialog z polskimi uczonymi, naukowcami, literatami, politykami, światłymi przedstawicielami szlachty, a w niektórych przypadkach z samym królem. Ich relacje i przekaz wiedzy o Polsce był wkładem w polsko-niemiecki transfer kulturalny. Taka forma stosunków kulturalnych w obrębie europejskiej republiki uczonych nie różniła się w istotny sposób aż do ok. 1800 r., pomijając kilka wyjątków, od sytuacji wielu podróżnych udających się w tym samym czasie do Paryża.

Jednak inaczej niż w przypadku Francji i wielorakich kontaktów niemieckich podróżnych z uczonymi, artystami i politykami w Paryżu, których opisy przewijają się w całym badanym okresie, podobnie jak zresztą i w innych epokach, stosunki kulturalne i dialog niemiecko-polski sukcesywnie zanikały. Ostatni rozbiór Polski i pierwsza fala emigracji polskich elit politycznych i kulturalnych po 1795 r. wpłynęła na zmniejszenie się liczby ewentualnych rozmówców czy partnerów. Ostatecznie stosunki te uległy zerwaniu po fali Wielkiej Emigracji, która nastąpiła po upadku powstania listopadowego. Bez elit towarzyskich i kulturalnych, wystarczy przypomnieć opisywaną ponurą atmosferę w Warszawie po 1830 r., wzajemna wymiana i splot kultur były na poziomie podróżujących, kulturalnych i literackich elit trudne do zrealizowania. Tym samym w odniesieniu do Polski sytuacja wzajemnego dialogu zmieniła się fundamentalnie. Aby posłużyć się językiem kolonialnego dyskursu, po 1831 r. nie rozmawiano już z mieszkańcami odwiedzanego kraju, lecz jedynie relacjonowano o nim samym. Polska – podobnie jak z punktu widzenia kolonizatora – przedstawiana była od zewnątrz, nie będąc już prezentowana z perspektywy kontaktów, jakie mogliby nawiązać zagraniczni goście. Znamienne jest, że ci spośród odwiedzających, którzy posługiwali się w latach 30. i 40. negatywną retoryką wobec Polski i polskiej kultury, nie wspominali w swych relacjach o żadnych partnerach dialogu, społecznych czy naukowych środowiskach w Polsce. Zamiast tego dominował podział na „my” i „oni”, który sprawiał, że w narracji brak było indywidualizacji charakteryzującej opisy sprzed 1800 r. Ten podstawowy wzorzec jednostronnie prowadzonego dyskursu, a zatem hegemonicznego dyskursu kulturalnego i spojrzenia wręcz kolonialnego, można odnieść do kontekstu wewnątrzeuropejskiego, a mianowicie do relacji niemiecko-polskich i relacji podróżniczych o Polsce. Dopiero połączenie narodowego i hegemoniczno-kolonialnego dyskursu umożliwiło, inaczej niż w odniesieniu do Francji, posługiwanie się przez podróżnych od połowy lat 30. negatywną i deprecjonującą retoryką.«

Żydzi szybko dostrzegli tę lukę tj. brak polskich elit. Ale była jeszcze polska szlachta, która ze swoim majątkiem i ziemią mogła stanowić pewną przeszkodę w realizacji ich celów. J.I. Kraszewski, jako redaktor kronenbergowskiej “Gazety Codziennej” miał okazję poznać ich. I opisał to w swojej powieści “Żyd”, której fragment cytuje Teodor Jeske-Choiński w książce „Historia Żydów w Polsce”:

»W powietrzu czuć proch (chodzi o powstanie styczniowe), ale dla nas to nic złego. Naturalnie ofiary będą, ale trzeba się będzie wyślizgiwać, aby nas koła tej wielkiej machiny, druzgocącej wszystko, nie pochwyciły. Ostatecznie jednak dla nas wygrana, ktokolwiek z nich wygra. Albo jeden, albo drugi da nam po skończonej awanturze równouprawnienie. Choćby potrzeba było z naszej strony jakichś ofiar pieniężnych, my się zawsze najmniej zrujnujemy, ocalejemy majątkowo, bo nasze kapitały ukryte dobrze, są mniej dostępne od mienia szlacheckiego, od ziemi, widocznej dla każdego. Byliśmy długo w pogardzie i poniewierce; korzystajmy z okazji. Zamiast bawić się w patriotyzm, asymilację itp. mrzonki, myślmy przede wszystkim o sobie. Chłop polski nas nie lubi, wiemy o tym, ale chłop jest głupi – nie boimy się go. O szlachtę nam głównie idzie. Wmiesza się ona przez sam punkt honoru w awanturę, pójdzie do lasu, na krwawe pola, za co ją rząd ukarze, zniszczy, wytępi, wydusi, wywłaszczy, a wówczas dla nas droga otwarta.

“A wówczas dla nas droga otwarta”… Jaka droga?…

„W każdym narodzie musi się wyrobić – rezonowali dalej bogacze żydowscy – ponad masy jakaś inteligencja i rodzaj arystokracji. My jesteśmy materiałem gotowym, my zawładniemy krajem, a panujemy już przez giełdy i przez wielką część prasy nad polową Europy. Ale naszym właściwym królestwem, naszą stolicą, naszym Jeruzalem będzie Polska. My będziemy jej arystokracją, my tu rządzić będziemy. Kraj ten należy do nas, jest nasz…”

Oto jaką drogę widzieli przed sobą, do jakiego celu dążyli żydowscy asymilatorzy już około r. 1862. Zaledwie zdążyli wyjść z ghetta, zdjąć z siebie chałat, oświecić się po wierzchu, dorobić się wielkiej mamony, a już zachciało się im być inteligencją i arystokracją polską, już nazywali Warszawę swoją Jerozolimą, a ziemię polską swoją własnością. Parobkami, helotami mieli być u nich Polacy. Kultura europejska nie wytrzebiła z ich mózgu megalomanii talmudyzmu. Żydami, wrogami innowierców zostali.«

Kraszewski napisał powieść “Żyd” w1866 roku. Można więc śmiało powiedzieć, że świadomość żydowska po powstaniu styczniowym już dojrzała do podjęcia kroków do stworzenia w Królestwie Polskim Judeopolonii. A może to była pierwsza próba? Marian Miszalski w książce „Ukryta wojna cicha kapitulacja? (Polityka polska wobec żydowskiego rasizmu)” wymienia 5 prób stworzenia Judeopolonii:

-pierwsza, to projekt niemiecko-żydowski z 1914 roku.

-druga, to projekt Grunbauma z 1919 roku, polegający na próbie utworzenia państwa polsko-żydowskiego. Projekt ten poległ w Sejmie Ustawodawczym. Była to próba żydowska.

-trzecia próba, ta karykaturalna z 1945 roku (niesuwerenne państwo żydowsko-polskie w sowieckiej Polsce). Był to pomysł sowiecko-żydowski.

-czwarta próba, to również próba sowiecko-żydowska: spisek „okrągłego stołu”. Jaruzelski – eksponent sowieckiej racji stanu, „strona społeczna, to agentura bezpieczniacka ulokowana w „Solidarności” i żydowscy pupile Geremka i Michnika.

-piąta próba za 65 czy 300 miliardów dolarów. To jest próba wyłącznie żydowska, która jest realizowana przy pomocy rządu Izraela, lobby żydowskiego w Ameryce i „piątej kolumny” w Polsce.

Tak to widzi Marian Miszalski. Jeśli więc uznanie powstania styczniowego za taką próbę jest przedwczesne, to uznanie rewolucji 1905 roku już chyba nie! Cytowany wcześniej Jeske-Choiński pisze również:

Dokąd Żydzi zdążali podczas rewolucji, niech opowie Julian Unszlicht, który jako polski pisarz żydowskiego pochodzenia, zna lepiej od „gojów” tajemnice swoich współplemieńców. Pisze on pomiędzy innymi: „Ubiegła rewolucja w Królestwie była rewolucją żydowską, mającą na celu utrwalić hegemonię Izraela nad Polską i zrealizować utopijny ideał »Judeo-Polski«, Syjon na gruzach Polski. – Wiekami całymi żydostwo ze wszech stron spływało w granice Rzeczypospolitej na oścież dla obcych otwarte. Rzeczpospolita nie umiała wzbudzić dla siebie poszanowania ze strony żydostwa, które, biorąc jej tolerancyjność za oznakę słabości, nauczyło się Polskę lekceważyć, nie chcąc nawet jej języka uznać za swój. Żargon niemiecki, jak obecnie żargon rosyjski litwactwa – to żywe dokumenty stwierdzające przywiązanie żydostwa do tych państw, które nie tylko Polskę ciemiężą, ale i samo żydostwo sposobami wytępić usiłowały. Polska ujarzmiona stała się ojczyzną żydostwa całego świata, drugą Palestyną, w której nie miało ono potrzeby liczyć się z interesami ludności rdzennej. W warunkach wyjątkowych Polski przy rosnącym ucisku obcym i pozornym zmiażdżeniu przezeń aspiracji politycznych narodu polskiego, proces odpadania żydostwa od polskości mógł się tylko potęgować, prowadząc w prostej linii do fantastycznej idei Judeo-Polski, odrodzenia »narodowego« żydostwa w ujarzmionej Polsce pod egidą państwowości rosyjskiej. – Pierwszy etap został przebieżony: żydostwo powstaje jako zwarta masa przeciwko narodowi, który w ciągu tylu wieków udzielał mu gościny i przytułku, sądząc, że w zamian za to zdobędzie względy gromiącej go Rosji. Lecz w tej sytuacji walka żydostwa z polskością, mimo poparcia rządu rosyjskiego zakończyłaby się rychło klęską żydostwa, gdyby ono dla swych dążeń nie znalazło punktu oparcia w samym społeczeństwie polskim. Warunkiem nieodzownym istnienia w Polsce jako odrębnej całości tak osobliwej grupy jak żydostwo, było rozerwanie przezeń społeczeństwa polskiego na dwie wrogie części i przykucie jednej z nich – polskiego ludu pracującego – do swego dziejowego rydwanu, toczącego się ku nieznanym losom Izraela po »trupie Polski«.

Siła proletariatu polskiego miała zarazem służyć do wywarcia presji na rząd, by zdobyć na nim ustępstwa, których koszta poniesie Polska, a korzyści zagarnie żydostwo. Do tak niesłychanego eksperymentu dał się użyć socjalizm w Polsce. – Socjalizm polski nie umiał stawić czoła parciu nacjonalizmu żydowskiego, gdyż element żydowski, który się w nim licznie zagnieździł, nie dopuszczał do żadnej krytyki działalności politycznej żydostwa, natomiast zmuszał go ustawicznie do walki z reakcją polską, nie za jej ugodowość, bo to odpowiadało dążeniom centralistycznym nacjonalizmu żydowskiego, lecz za jej antysemityzm, któremu żer obfity dawały wybryki antypolskie socjal-litwactwa. W tych warunkach nastąpił wybuch szalonego, nieokiełznanego niczym antagonizmu. – Izrael stał się nieubłaganym, bezlitosnym sędzią wszystkich prawdziwych czy urojonych przewinień Polski, z lubością opluwał jej przeszłość, jej męczeństwo, jej prawo do wolnego życia. – Żydostwo stało się panem sytuacji w rewolucji. Coraz natarczywiej żądało od socjalistów polskich, by się wyparli swej narodowości, swych ideałów, a z proletariatu polskiego uczynili hołotę nacjonalizmu żydowskiego”.

Najmniej znana powieść Henryka Sienkiewicza to „Wiry”. Jej akcja toczy się w okresie rewolucji 1905 roku. Jest to romans i po części powieść polityczna, choć realistyczny obraz 1905 roku jest w niej skromny. Nie mniej jednak niektóre fragmenty brzmią nad wyraz aktualnie:

Nasi socjaliści zabrali się do przebudowy nowego domu, zapomniawszy, że żyjemy stłoczeni tylko w kilku izbach, a w innych mieszkają obcy, którzy na to nie pozwolą. A raczej owszem! Te kilka izb pozwolą zwalić, ale nie dadzą ich odbudować.

-To lepiej cały dom wysadzić dynamitem – wtrącił Świdwicki.

Ale uwagę tę pominięto milczeniem, po czym Groński rzekł:

-Jedna rzecz mnie wprost zdumiewa, a mianowicie to, że konserwatyści zwracają się z największą zaciekłością nie przeciw rewolucjonistom, ale przeciw patriotom narodowym, którzy rewolucji nie chcą i którzy jedynie mają dość siły, by do niej nie dopuścić. Rozumiem, że to robi obca biurokracja, ale dlaczego wtórują jej w tym nasi patres conscripti?

Również Bolesław Prus napisał powieść „Dzieci” poświęconą rewolucji 1905 roku i również mało znaną. Obie chyba za PRL-u nie były wydawane, co zrozumiałe. Bo czyż można było wydrukować coś takiego:

„-Mamy wrażenie, że poza naszymi warchołami i ewentualnymi zabójcami stoi ktoś inny, komu bardzo zależy na tym, ażeby w kraju upadł przemysł, rolnictwo, wszelki dobrobyt i ażeby stan wojenny trwał Bóg wie jak długo.

-Proszę pana – ciągnął – zarząd fabryki nie tylko u nas dba o interesy akcjonariuszów, to samo jest wszędzie… Bywało źle… działy się niegodziwości… temu nie będę przeczył… Ale kiedy robotnicy pierwszy raz urządzili strajk, kiedy postawili żądania, aby im powiększyć płacę, zmniejszyć liczbę godzin pracy, urządzić łaźnię i ochronkę, opiekę na wypadek choroby, grzecznie traktować ich i tak dalej, i tak dalej, wszyscy począwszy od dyrektora, skończywszy na obecnym tu słudze pańskim – przyznaliśmy im rację i poparliśmy ich w radzie zarządzającej… Więcej panu powiem; w sekrecie zacieraliśmy ręce i szeptaliśmy między sobą: chwała Bogu, że nareszcie i w fabrykach skończą się obrzydliwe, pańszczyźniane stosunki.

-Tak, ruch ten zapowiadał się bardzo dobrze – wtrącił Świrski.

-A ciągnie się jak najgorzej – pochwycił sekretarz. – Bardzo prędko przekonaliśmy się, że robotnikom, a raczej menerom, nie chodzi o poprawę stosunków, ale o wywołanie zamętu… My pierwsze warunki robotników przyjęliśmy i gotowi byliśmy je wykonywać, ale oni tylko zaczęli stawiać coraz to nowe, coraz niemożliwsze żądania, ale jeszcze pracowali niedbale, psuli materiały, kradli, zmuszali trzymać w fabrykach takie jednostki, które kwalifikują się w najlepszym razie do wyrzucenia, w najgorszym do kryminału… A gdy oświadczyliśmy, że dalszych ustępstw fabryka nie może robić, skazano nas na śmierć.

-Cóż oni na przykład panu zarzucają?… – spytał Świrski.

-Nigdy pan nie uwierzy!… – zawołał sekretarz. – Mam zginąć za to, że kiedyś cieszyłem się zaufaniem robotników, że zachęcałem ich do uczenia się, do zawiązywania stowarzyszeń… że wreszcie w ostatnich czasach wyjaśniałem robotnikom niepraktyczność ich postępowania… A prawda!… Parę razy odezwałem się, że niepolskie to ręce i niepolskie serca kierują ruchem, który może skończyć się ogólną nędzą i upadkiem naszego narodu na korzyść nie wiadomo czyją…”

To, co może nie do końca udało się podczas rewolucji 1905 roku, udało się po 1989 roku. Soros zaaplikował nam „Plan Balcerowicza”, a następnie zaczął realizować ideę społeczeństwa otwartego, czyli wszelkie możliwe zboczenia i internacjonalistyczne społeczeństwo.

„Kuroń chciał, żeby był gotowy już na następny dzień. Potwierdza to Naomi Klein w Doktrynie szoku: „Sachs i Lipton napisali plan polskiej terapii szokowej w ciągu jednej nocy. Miał piętnaście stron i, jak twierdził Sachs, był to, jak sądzę, pierwszy raz, gdy ktoś napisał całościowy plan przejścia z gospodarki socjalistycznej do wolnego rynku”.

Tyle tylko, że nie był to plan przejścia z gospodarki socjalistycznej do wolnego rynku, tylko plan zlikwidowania gospodarki polskiej. Na piętnastu stronach to można napisać plan destrukcji. Destrukcja wymaga znacznie mniejszego wysiłku niż konstrukcja. Żeby napisać plan przejścia polskiej gospodarki od socjalizmu do wolnego rynku, to trzeba by było dokonać inwentaryzacji tj. opisania tego, co jest rentowne i warte zachowania i tego, co jest nieopłacalne i niewarte zachowania. W PRL-u były przedsiębiorstwa warte zachowania i takie, które były nierentowne, i które należało zlikwidować. Jednak tego typu inwentaryzacja trwałaby co najmniej kilka miesięcy, jeśli nie lat i byłaby opisana na kilkuset stronach, jeśli nie na tysiącach.

Roty Niepodległości

Środowiska narodowe powołały ruch o nazwie Roty Niepodległości. To ruch, którego celem jest sprzeciw wobec amerykańskiej ustawy 447. Ma on wyrażać się w formie protestów ulicznych, działalności edukacyjnej, tworzeniu czegoś, co po angielsku nazywa się think tank, a które to wyrażenie nie ma polskiego odpowiednika, ale które można chyba streścić tak: zanim zaczniesz działać – pomyśl.

Słowo rota ma w języku polskim dwa znaczenia. Pierwsze – formuła przyrzeczenia, przysięgi, przysięga: Rota sądowa. I drugie – w dawnym wojsku polskim: jednostka odpowiadająca dzisiejszej kompanii lub szwadronowi; w liczbie mnogiej: wojsko. A więc Roty Niepodległości to wojsko. I cóż to „wojsko” może zrobić?

Podczas konferencji bliskowschodniej w sprawie Iranu, która odbyła się w Warszawie na Zamku Królewskim w połowie lutego 2019 roku sekretarz stanu USA Mike Pompeo powiedział: …wzywam moich polskich kolegów, aby poczynili postępy w zakresie kompleksowego ustawodawstwa dotyczącego restytucji mienia prywatnego dla osób, które utraciły nieruchomości w dobie Holokaustu. To oczywiście nawiązanie do amerykańskiej ustawy 447.

Protesty wobec tej ustawy nie mają sensu. Jest to amerykańska ustawa i my nie mamy wpływu na to, co robią Amerykanie. Protesty powinny wywierać presję na „polskich” polityków, aby nie „czynili postępów w zakresie kompleksowego ustawodawstwa”. Bo cóż to w praktyce oznacza? W praktyce oznacza to opracowanie i zatwierdzenie ustaw, które sankcjonowałyby żydowskie roszczenia. Innymi słowy, te roszczenia miałyby podstawę prawną w postaci ustaw polskiego sejmu. I wówczas nikt nie mógłby nic zarzucić Żydom. Oni mogliby powiedzieć: Czego chcecie! Przecież sami Polacy na to się zgodzili! I to nic nowego!

„Sejm Rozbiorowy – sejm skonfederowany działający w latach 1773–1775, powołany przez trzy ościenne mocarstwa zaborcze: Rosję, Prusy, Austrię w celu zatwierdzenia cesji terytorium Rzeczypospolitej w czasie I rozbioru Polski.

Po dokonaniu rozbioru Polski zaborcy zażądali, aby król Stanisław i Sejm zalegalizowali ich działania. Król zaapelował do narodów Europy zachodniej o pomoc i zwlekał z powołaniem sejmu. Europejskie mocarstwa zareagowały na rozbiór Polski z obojętnością, z wyjątkiem protestu króla Hiszpanii. Podniosło się jedynie kilka głosów sprzeciwu, jak np. Edmunda Burke, który widział w rozbiorze Polski początek rewolucyjnych zmian w europejskiej równowadze sił.

Podczas gdy król August oraz senat debatowali nad kursem działania, cierpliwość zaborców zaczęła się wyczerpywać. W rezultacie jeden z czołowych przeciwników zgody na zagraniczne roszczenia, biskup Adam Stanisław Krasiński został porwany przez Kozaków i przewieziony do Warszawy, gdzie ambasadorzy zaborców zażądali aby król i senat zwołali sejm walny w celu ratyfikacji rozbiorów. Kolejnym dowodem ich wpływu jest fakt, że senatorzy z anektowanych terytoriów (włączając diecezję inflancką, województwo ruskie oraz województwo witebskie) odmówili udziału w kolejnych obradach senatu. Podczas gdy znikąd nie nadchodziła pomoc, a sprzymierzeni zaborcy okupowali Warszawę, aby siłą oręża wymusić zwołanie sejmu, nie było innej możliwości niż podporządkowanie się ich woli. Warszawa stała się de facto garnizonem zagranicznych mocarstw. 19 kwietnia senat zgodził się zwołać sejm walny.

Sejm ten został zwołany na 19 kwietnia 1773 na wcześniejsze żądanie rosyjskiego posła nadzwyczajnego i ministra Otto Magnusa von Stackelberga, posła pruskiego Gedeona Benoit i austriackiego Karla Reviczkyego, którzy zamierzali przeprowadzić legalizację rozbiorów przez sejm. Jednocześnie mocarstwa utworzyły wspólny fundusz korupcyjny, z kasy którego miano opłacać przychylność posłów i senatorów.

Już 16 kwietnia, 60 przekupionych posłów i 9 senatorów zawiązało konfederację, aby nie dopuścić do zerwania sejmu poprzez zastosowanie zasady liberum veto (uchwały konfederacji stanowione były większością głosów). Marszałkiem konfederacji koronnej został całkowicie oddany Rosji Adam Poniński. Jako marszałka konfederacji Wielkiego Księstwa Litewskiego wyznaczono Michała Hieronima Radziwiłła. Marszałkami sejmu byli Adam Poniński i Michał Hieronim Radziwiłł. Obradom sejmu przewodniczył Poniński, który jako jurgieltnik otrzymywał z ambasady rosyjskiej stałą roczną pensję w wysokości 24 000 dukatów.

Obradujący na Zamku Królewskim w Warszawie otoczeni zostali asystą wojska rosyjskiego. Posłowie Tadeusz Reytan i Samuel Korsak stanęli na czele opozycji przeciwko sejmowi pod węzłem konfederacji i marszałkowi Ponińskiemu. Wsparli ich posłowie: Franciszek Jerzmanowski, Stanisław Kożuchowski, Rupert Dunin, Jan Tymowski, Józef Zaremba, Michał Radoszewski, Ignacy Suchecki, Tadeusz Wołodkowicz, Stanisław Bohuszewicz. Na nic zdało się wykradzenie przez Reytana laski marszałkowskiej, co miało uniemożliwić rozpoczęcie obrad. Nikły opór ostatecznie złamały egzekucje wojskowe w domach oponentów, groźba rozszerzenia rozbiorów o centralne ziemie Polski i spalenia Warszawy w przypadku jego kontynuacji. Część senatorów została aresztowana i zesłana na Syberię.

Znanymi zwolennikami przeprowadzenia rozbioru byli: Adam Poniński, Michał Hieronim Radziwiłł, biskupi Andrzej Młodziejowski oraz Ignacy Jakub Massalski a także prymas Polski Antoni Kazimierz Ostrowski.

Sejm wyłonił ze swojego grona 99-osobową delegację, składającą się z całkowicie zaufanych i kontrolowanych przez zaborców posłów i senatorów, której zadaniem było podpisanie traktatów secesyjnych. 18 września 1773 delegacja podpisała traktaty podziałowe z przedstawicielami mocarstw. 30 września sejm zatwierdził traktat podziałowy.” – Wikipedia.

I taki właśnie scenariusz rysuje się przed Polską. Mamy naciski ze strony amerykańskiej w sprawie ustawodawstwa, mamy wojska amerykańskie w Polsce i mamy żydowskie lobby, które już praktycznie rządzi Polską i tak naprawdę to już nie jest Polska tylko Polin. A więc nic nowego, wszystko już było.

Cóż można zrobić w takiej sytuacji? Można protestować: wasze ulice, nasze kamienice. To już przerabialiśmy. To nie działa! Poruszamy się w obrębie demokracji. Możemy nie pójść na wybory. Wówczas rządzący nie będą mieli naszego poparcia. Nawet jeśli zalegalizują żydowskie roszczenia, to i oni, i Żydzi, i reszta świata będzie miała świadomość, że stało się to wbrew woli narodu. A jak pokazuje historia, z jakiegoś powodu, pewne pozory przyzwoitości panom tego świata są potrzebne.

I cóż to jest, jak nie chichot historii!? Sejm Rozbiorowy obradował na Zamku Królewskim i konferencja bliskowschodnia również tam obradowała. Ten świat jest tak do znudzenia powtarzalny i nudny, że tylko te nowoczesne zabawki zwodzą nas i usiłują nam wmówić, że dzieje się coś nowego. A ten “nowy wspaniały świat”, to nic innego, jak odgrzewane kotlety.