Oman

Koniec października obfitował w bardzo intensywne opady deszczu w wielu częściach świata, m.in. w Newadzie, Arizonie, Meksyku, Ekwadorze, Indiach, Australii i w Omanie. Być może dla wielu jest to dowód na zmiany klimatyczne. Owszem klimat zmienia się, ale gwałtowne zjawiska, które obserwujemy na pustyniach i nie tylko, nie są czymś nowym, wręcz przeciwnie, są stare jak świat. A w Europie też niespokojnie, tyle że nie natura obudziła się, ale jakieś podskórne działania nieznanych sił dają o sobie znać. Czy zatem będziemy mogli kiedyś napisać, że rok 2026, podobnie jak kiedyś rok 1647, był to dziwny rok, w którym rozmaite znaki na niebie i ziemi zwiastowały jakoweś klęski i nadzwyczajne zdarzenia?

Źródło: Wikipedia.

Teren Omanu jest w dużej części płaski, w zachodniej części kraju znajduje się pustynia Ar-Rab al-Chali. W północno-wschodniej części kraju znajdują się góry z najwyższym szczytem kraju – Dżabal Szams o wysokości 3018 m n.p.m. W Omanie panuje klimat zwrotnikowy suchy – w styczniu temperatury wynoszą ok. 20 °C, a w lipcu najwyższe temperatury sięgają 50 °C. Opady są niskie, szczególnie w północnej części kraju, gdzie średnie wartości nie przekraczają 100 mm rocznie. Dominują pustynie i półpustynie z dolinami uedów. – Wikipedia.

Układ niskiego ciśnienia przyniósł północnemu Omanowi niemal tydzień burz, gradu oraz wezbrań wadi (okresowych cieków wodnych). Silne gradobicie wystąpiło w Wadi Al Jizzi w mieście Sohar, w Wadi Saqt w Samail doszło do wylania wód, a w rejonach Ibri, Al Rustaq i Musandam wadi wypełniły się wodą. W Al Rustaq w dniach 24–27 października odnotowano 60 mm opadów. Urząd Lotnictwa Cywilnego wydał żółte ostrzeżenia dla wybrzeża Al Batinah. Do 1 listopada 2026 roku w sześciu gubernatorstwach spodziewane są opady deszczu o różnym natężeniu.

x

Jan Lewiński w książce Życie Ziemi Wydawnictwa Geologiczne, Warszawa 1957 (pierwsze wydanie 1935) pisze:

Deszcze nawiedzają pustynie rzadko, ale bywają zwykle ulewne, toteż w każdej pustyni znajdują się wyraźne ślady erozji wodnej. Zwłaszcza silna jest erozja tam, gdzie na powierzchnię występują gliny; powstają wówczas wspomniane bad lands, złe ziemie, pobrużdżone niezliczonymi głęboko wciętymi rynnami odpływowymi, nagie i ponure, zupełnie bezdrożne. Tam, gdzie występują skały twardsze, powstają w nich mniej liczne, ale głębokie i długie doliny – uedy Sahary północnej – normalnie zupełnie suche. Ulewy wypełniają je szybko wodą, która odpływa gwałtownie, unosząc wielkie masy przygotowanego przez wietrzenie gruzu skalnego, który pokrywa dno dolin. Przybór wody jest tak szybki, że zdarzają się paradoksalnie przypadki utonięcia w suchej Saharze; w uedzie Urirlu koło Ghardaia (Sahara północna) utonęło ośmiu strzelców francuskich, zaskoczonych przez nagłą ulewę. Uciec z zalewanego uedu niepodobna, bo te okresowo zalewane doliny pustyni mają zbocza strome, pionowe; nie ma przecież w pustyni tego ciągłego zmywania zboczy przez wody deszczowe ani spełzania po zboczach mas wietrzeniowych, które w klimacie wilgotnym łagodzą spadki i zaokrąglają kształty.

x

W blogu Nepal było m.in. o tym, jak działa erozja w wysokich górach i w zimnym klimacie. Tu mamy do czynienia z klimatem gorącym i suchym. Jednak, bez względu na warunki, cel jest zawsze taki sam. Chodzi o to, by doprowadzić do zrównania wszelkich wyniosłości, by wszędzie było płasko. Jest to możliwe dzięki temu, że czynniki takie jak deszcz, grad, wiatr, mróz, wysoka temperatura prowadzą do rozpadu skał, bo minerały, z których są one zbudowane, nagrzewają się w dzień (na pustyni), a w nocy, gdy jest mróz, kurczą się. W skałach powstają szczeliny, w które dostaje się woda i żłobi w nich. Również wiatr wydmuchuje z nich najdrobniejsze cząstki. To jest działanie mechaniczne. W klimacie umiarkowanym rozpad skał odbywa się bardziej poprzez reakcje chemiczne, czyli rozpuszczanie.

Mamy więc dwie siły, które walczą ze sobą. Jedna – działająca na zewnątrz, czyli klimat – dąży do zrównania powierzchni Ziemi. Druga – działająca od wewnątrz, czyli siły wynoszące masy skalne z głębi Ziemi – dąży do urozmaicenia jej powierzchni. Podobnie jest w polityce: mamy lewicę i prawicę. Tak jest od rewolucji francuskiej. Wcześniej były wojny religijne. Wygląda więc na to, że nieustający konflikt jest nieodłącznym elementem tego świata: czy to tego ożywionego, czy tego nieożywionego. Wypada więc ten stan zaakceptować, ale nie przejmować się sprawami, na które nie ma się wpływu, bo cóż ja mogę zrobić w związku z zamieszaniem wokół Trybunału Konstytucyjnego? – Tyle samo, co w kwestii niszczących ulew w różnych częściach świata. Piękny jest świat. Piękny, ale przemijający. Ile czasu potrzebuje natura, by z Tatr zrobić Góry Świętokrzyskie? – 20 milionów lat, chyba że w międzyczasie jakiś Janosik wyniesie tatrzańskie masy skalne do góry.

Limoges

To, co wydarzyło się w sobotę 17 października w Limoges, to nie żadne protesty, to zwyczajne barbarzyństwo. Kto za tym stoi i komu to służy? Jeśli ktoś protestuje, bo mu poziom życia obniżył się, to niszczenie dorobku pokoleń nie poprawi sytuacji materialnej protestujących, wprost przeciwnie. O co więc w tym wszystkim chodzi? Poniżej tłumaczenie tego, co powiedziano w tym krótkim video: Ratusz w Limoges w płomieniach: co tak naprawdę zdarzyło się. “To odpowiednik katedry Notre-Dame”

Ten płonący budynek to ratusz miasta Limoges. Został on podpalony przez jakichś ludzi pod koniec protestów w dniu 17 października. To stary budynek z XIX wieku. Podpalono go pod wieczór. Denis Carreaux, dziennikarz, mówi: „Kiedy przyjechałem kilka minut później, ogień zajął już dach.” Pomimo interwencji strażaków, dach szybko stanął w płomieniach, a dzwonnica wkrótce potem runęła. „Widząc budynek ratusza w płomieniach, szybko zdałem sobie sprawę, że dzieje się coś poważnego; jako dziennikarz, ale również jako rodowity mieszkaniec Limoges – to moje miasto i dla mnie ten ratusz jest tym, czym dla Paryżan katedra Notre-Dame. Są dwa wyróżniające się budynki w mieście, to dworzec kolejowy i ratusz. Do tego drugiego mieszkańcy miasta są bardzo przywiązani.”

Na chwilę obecną, urząd mera sugeruje atak dokonany z premedytacją, a mer Guillaume Guérin skarży się, że policja miała, wcześniej tego dnia, ustąpić protestującym z powodu braku wyposażenia i środków. Według niego ustąpienie to było tym, co pozwoliło napastnikom dostać się do budynku. „Drzwi zostały otwarte siłą przy użyciu 200 kilogramowego taranu. Nie można przynieść takiego taranu w plecaku. Tak więc byli to ludzie, którzy wcześniej zaplanowali swoją akcję i znali rozkład pomieszczeń. Wiedzieli dokładnie, które drzwi wyłamać, jak poruszać się po wnętrzu budynku i gdzie pójść, będąc już w nim.”

Według mera śluby odbywały się po południu, co oznaczało, że ludzie nadal byli w budynku w momencie wdarcia się protestujących i w trakcie pożaru. „Nie wiem dokładnie, ile było tam osób, ale było ich wiele, chociaż było to w sobotę po południu. Był strażnik, któremu grożono śmiercią, byli radni. Spotkałem osobiście jednego z nich, który był w swoim biurze i kazano mu zamknąć się w nim. Było ryzyko, że zostanie w nim uwięziony, więc wyszedł, zebrał paru ludzi i udało im się wyjść, nie spotykając napastników. Zdawali sobie sprawę, że ich życie jest w niebezpieczeństwie. Grożono im śmiercią, a radnym powiedziano: zabijemy was.”

Następnego ranka ogień opanowano, ale budynek został w dużym stopniu zniszczony, pozostała tylko fasada historycznej jego części i nowsza, tylna część. „Widziałem tego ranka, jak przyjechali pracownicy ratusza i płakali, widząc ten urząd, który od lat był ich miejscem pracy i wiedząc, że już nie wrócą do swoich biur i że ich rzeczy osobiste zostały zniszczone.”

Pozostaje do ustalenia, co dalej i co stanie się z pracownikami, ale też i z mieszkańcami. „Jak to wszystko zorganizować w ciągu najbliższych godzin, dni, tygodni i miesięcy, tak by urząd mógł wykonywać swoje zadania.” Żądania mera, Guillaume Guérin, są bardzo proste. Chce on, by urząd został odbudowany na tych samych zasadach co Notre-Dame de Paris. Zagroził również, że zrezygnuje razem ze wszystkimi pracownikami, jeśli nie zostanie mu przyznane potężne wsparcie finansowe: Żądam specjalnego planu dla Limoges i milionów dla miasta i tyle. W przeciwnym razie nie wiem, co wspólnie zrobimy. Wczoraj państwo pozostawiło oficerów swojej policji na pastwę dzikich hord.

„Są miasta, które są jakoś opuszczone, porzucone; dla mera Limoges to oczywiste, to nie podlega dyskusji i w każdym razie, biorąc pod uwagę skalę ataku, od którego ucierpiało, musi nastąpić mobilizacja państwa wokół Limoges.”

x

Departamanet Haute-Vienne,w któym znajduje się miasto Limoges; autor: TUBS; źródło: Wikipedia.
Ratusz w Limoges w 2006 roku; autor: Aratar, źródło: Wikipedia.

x

Limoges to stare miasto. Za panowania Merowingów i Karolingów jedno z głównych miast Akwitanii i ośrodek sztuki złotniczej. Od XI wieku jeden z największych ośrodków emalierstwa w Europie; sztuka emalierska niemal zanikła podczas wojen religijnych. Dzięki odkryciu kaolinu w pobliżu miasta, powstały w drugiej połowie XVIII wieku manufaktury porcelany i tym sposobem Limoges stało się później słynnym francuskim ośrodkiem jej produkcji.

x

Gdy usłyszałem słowa tego dziennikarza: Tak więc byli to ludzie, którzy wcześniej zaplanowali swoją akcję i znali rozkład pomieszczeń. Wiedzieli dokładnie, które drzwi wyłamać, jak poruszać się po wnętrzu budynku i gdzie pójść, będąc już w nim, to od razu przypomniał mi się fragment z książki Stefana Zweiga Maria Antonina Wydawnictwo „Śląsk”, Katowice 1990. Tak autor opisał wtargnięcie tłumów do Wersalu:

Dawna władza, a więc królestwo i jego obrońcy – arystokraci, poszła spać – lecz rewolucja jest młoda, ma gorącą nieopanowaną krew, nie potrzebuje spoczynku i niecierpliwie wyczekuje dnia i czynu. Wokół ognisk obozowych, rozpalonych pośrodku ulic, gromadzą się żołnierze paryskiego buntu, którzy nie znaleźli noclegu; nikt nie może wytłumaczyć, czemu właściwie przebywają jeszcze w Wersalu, zamiast leżeć we własnych łóżkach; przecież król posłusznie przyrzekł i obiecał wszystko. Ale niespokojny ten tłum trzymany jest w napięciu czyjąś niewidzialną wolą. Tam i z powrotem od drzwi snują się w ciemnościach postacie, dające potajemne rozkazy, a z rana o piątej, gdy pałac pogrążony jeszcze we śnie i mroku, pod wodzą doświadczonej ręki zakradają się poszczególne gromady okólną drogą przez podwórze kaplicy aż pod okna pałacu. Czego chcą? Kto dowodzi tymi ciemnymi postaciami, kto je popycha do celu na razie trudnego do rozpoznania, ale już bez wątpienia dobrze rozważonego? Podżegacze kryją się w cieniu; książę d’Orléans i brat królewski, hrabia de Provence, wiedzą dobrze, czemu woleli nocy tej nie przebywać w pałacu, u boku prawowitego władcy… I nagle w głębokiej ciszy pada strzał, jeden z owych prowokujących strzałów, potrzebnych zawsze do wywołania uplanowanego starcia. Natychmiast zbiegają się zewsząd setki i tysiące powstańców, uzbrojonych w dzidy, motyki i strzelby, całe pułki kobiet i mężczyzn przebranych za kobiety. Napad ma wyznaczony kierunek prosty: do komnat królowej! Jakim sposobem rybaczki paryskie i przekupki, które nigdy dotąd nie przestąpiły progów Wersalu, znajdują od razu i tak zadziwiająco pewnie właściwe przejścia w niezmierzonym pałacu, wśród mnóstwa schodów i setek pokojów? Z gwałtownym naporem fala kobiet i przebranych mężczyzn płynie schodami wiodącymi do apartamentów Marii Antoniny. Paru gwardzistów stara się zagrodzić wejście; dwaj zostają bestialsko zrzuceni w dół i zamordowani, a brodaty wielki mężczyzna odrąbuje u stóp schodów obydwom trupom głowy, które w kilka minut później, ociekające krwią, kołyszą się na olbrzymich pikach.

x

O co w tym wszystkim chodzi? Po co spalono ratusz w Limoges? Być może dowiemy się o tym po latach, jeśli sami będziemy w stanie skojarzyć pewne fakty i wyciągnąć z tego jakieś wnioski, choć wcale nie musi to być łatwe. Bo czy ktoś w 1980 roku wiedział, po co powstała „Solidarność”? – poza wtajemniczonymi oczywiście. Idea piękna – socjalizm z ludzką twarzą. Ci ludzie, w tamtym czasie, nie chcieli żadnego kapitalizmu i wolnego rynku. Dlaczego? Trzeba cofnąć się do 1945 roku. Powstała wtedy Polska Ludowa. Kraj leżał w gruzach, trzeba było go odbudować. Jak to zrobić, jak wzbudzić w ludziach, umęczonych wojną, motywację? Polska pańska nie mogłaby tego zrobić, ale Polska ludowa jak najbardziej. Przekonano ludzi, że to ich państwo, państwo robotników i chłopów. I ci ludzie uwierzyli w to, pamiętali przecież Polskę sanacyjną, która nie była ich Polską. Oddali wszystkie swoje siły, uwierzyli, że odbudowują kraj dla siebie. I odbudowali. Pracowali za „miskę ryżu”.

Gdy już Polska urosła w siłę, a ludziom żyło się nieco lepiej, w każdym razie pojawiła się jakaś stabilizacja po wojennych przejściach, to komuś zaczęło się nie podobać. Przyszedł czerwiec 1976 i wypadki radomskie. W Radomiu podpalono budynek Komitetu Wojewódzkiego partii, tak jak w Limoges podpalono ratusz. Cztery lata później doszło do ostatecznego rozwiązania, czyli wykorzystania robotników do osiągnięcia zamierzonych celów. W tamtym czasie ludzie nie chcieli kapitalizmu, bo pamiętali Polskę sanacyjną, która była Polską Radziwiłłów i innych ziemian. Jak zatem przekonać ich, że socjalizm jest niereformowalny? Ekstremalne żądania oszołomów z „Solidarności”, którzy byli agentami komunistów, doprowadziły do wprowadzenia stanu wojennego. Stan ten wprowadzono bezprawnie, bo w tamtym czasie obradował sejm i to tylko on mógł go wprowadzić. Jaruzelski złamał obowiązujące prawo.

Co by było, gdyby nie wprowadzono tego stanu? Pewnie Polska, po korektach wypaczonego socjalizmu, rosłaby w siłę a ludziom żyłoby się dostatniej, choć zapewne nie tak jak na Zachodzie, ale nikt wtedy nie marzył o zachodnich standardach. Co zatem należało zrobić, by obrzydzić ludziom socjalizm i zabrać im tę Polskę, którą odbudowali? Trzeba było pozbyć się „Solidarności” – i po to był stan wojenny – i doprowadzić socjalizm metodami administracyjnymi do bankructwa. I tym były lata 80-te i tym zajął się Jaruzelski. Doprowadzono ten socjalizm do bankructwa w całej Europie wschodniej i w Związku Radzieckim, ale jakimś dziwnym trafem ten sam socjalizm w Chinach miał się dobrze.

Lata 80-te, po wprowadzeniu stanu wojennego, tak zniechęciły ludzi do socjalizmu, że w czerwcu 1989 roku zagłosowali za kapitalizmem, a kapitalizm to prywatyzacja, czyli zalegalizowana kradzież. Cały majątek wypracowany przez chłopów i robotników PRL-u przeszedł w ręce nie wiadomo czyje. Gdyby nie stan wojenny, to cała operacja przejęcia majątku wypracowanego przez innych nie mogłaby się udać. A tak ci, którzy sami ten majątek wypracowali, sami strzelili sobie w stopę, jak powiedziałby klasyk. Inna sprawa, że zupełnie byli nieświadomi tego stanu, podobnie jak piszący te słowa. Dopiero po latach, jak spojrzy się na to „z lotu ptaka”, wszystko zaczyna się układać w logiczną całość.

Szlangbaum

Przełom września i października to czas „Lalek”, tej serialowej i tej kinowej. Ukazało się już na YouTube komentarzy co niemiara, ale żadnego z nich nie wysłuchałem. Powód jest bardzo prosty: główny wątek nie interesuje mnie. To, co w „Lalce” interesuje mnie najbardziej, to wątek żydowski, a zwłaszcza to, co mówi Szlangbaum, ale też zastanawia mnie czy wybór takiego nazwiska był przypadkowy, czy nie. Die Schlange to po niemiecku kolejka, wąż; to słownikowe tłumaczenie. Maria Kuncewiczowa w powieści Cudzoziemka cytuje fragment jednej z pieśni Schumanna Ich grolle nicht (Nie gniewam się): Und sah die Schlang’, die dir am Herzen frisst (I widziałam żmiję, która kąsa cię w serce). Mamy tu więc bardziej emocjonalną konotację tego słowa. Czy Prus tłumaczył sobie nazwisko „Szlangbaum” jako żmijowe drzewo i świadomie tak nazwał jedną z postaci swojej powieści?

Ten krótki fragment zawiera informację na temat tego, jak ustawia się licytację. Ale czy nie tak samo odbywa się to w większej skali? Czy organizowanie demonstracji, strajków, zamieszek, burd itp. – czy to nie dzieje się na tej samej zasadzie, czyli na opłaceniu odpowiedniej ilości ludzi, którzy za odpowiednim wynagrodzeniem zrobią wszystko, czego się od nich zażąda? Czy na podobnej zasadzie, tylko na o wiele większą skalę, nie były i nie są organizowane wszelkie rewolucje i wojny? Jedno ze zdań wypowiedziane przez Szlangbauma w tym krótkim dialogu brzmi: To oni zrobią panu takie licytacje, że ten dom może pójść za 150 tysięcy rubli i nikt nie zmiarkuje, jaki jest interes. I to jest właśnie cała kwintesencja żydowskich geszeftów finansowych, politycznych i innych: i nikt nie zmiarkuje, jaki to interes. Niby przypadkowi, obcy sobie ludzie, nie mający ze sobą nic wspólnego, zjawią się na tej licytacji, a wszyscy będą działać pod dyktando anonimowej osoby. Czyż nie tak działa system partyjny, czyż nie tak działa wolny rynek, na którym firmy udają, że konkurują ze sobą?

Mamy więc informację, że główny licytujący dostał 15 rubli, paru Żydków po 5 rubli i dystyngowana dama, której zarobku Szlangbaum nie ujawnił. Jaka była wartość 1 rubla w tamtym czasie? Sztuczna inteligencja pisze:

W czasach akcji „Lalki” Bolesława Prusa (koniec lat 70. XIX wieku, głównie rok 1878) jeden rubel papierowy miał wartość około 370–390 dzisiejszych złotych, jeśli przeliczymy go bezpośrednio na wartość kruszcu (ówczesny rubel odpowiadał ok. 0,7–0,75 grama czystego złota).

Ekonomiści i historycy podkreślają jednak, że proste przeliczenie na współczesną walutę bywa mylące. Aby lepiej zrozumieć rzeczywistą siłę nabywczą jednego rubla, warto zestawić go z ówczesnymi cenami i zarobkami opisanymi w powieści oraz dokumentach z epoki:

Co można było kupić za 1 rubla?

  • Syty posiłek: Śniadanie Ignacego Rzeckiego (śledzie, flaki oraz alkohol – anyżówka i porter) kosztowało mniej niż 1 rubel.
  • Ubrania i tekstylia: Metr surowego jedwabiu na suknię kosztował 1 rubel.
  • Codzienne przedmioty: Portmonetka kosztowała 3 ruble, a porządne kalosze 2,5 rubla.
  • Rozrywka i prestiż: Roczna prenumerata gazety „Kuryer Codzienny” kosztowała kilka rubli, a bilet do teatru w Warszawie od kilkudziesięciu kopiejek do kilku rubli (1 rubel = 100 kopiejek).

x

Można więc powiedzieć, w pewnym uproszczeniu, że wydatek na ustawioną licytację to kilkanaście tysięcy złotych, może ponad dwadzieścia tysięcy. A kim był Szlangbaum? Sztuczna inteligencja pisze:

Stary Szlangbaum to epizodyczny bohater powieści „Lalka” Bolesława Prusa, żydowski tradycjonalista, kupiec, kantorzysta i lichwiarz.

  • Kim był: Ojciec Henryka Szlangbauma, prowadził „Kantor wekslu i loterii” przy ulicy Elektoralnej w Warszawie.
  • Wygląd i charakter: Prus przedstawił go jako stereotypowego, bogatego i religijnego Żyda-tradycjonalistę z siwą brodą.
  • Pasja: Był wielkim entuzjastą i twórcą szarad oraz rebusów (szaradzistą).
  • Stosunek do syna: Miał napięte relacje z synem Henrykiem, ponieważ ten próbował się asymilować, odrzucał tradycję i nie przyznawał się do żydowskości (stary Szlangbaum uważał go za „mechesa”).

x

Wypada jeszcze zapytać sztuczną inteligencję o to, kim był Wokulski. I tak ona pisze na ten temat:

Stanisław Wokulski, główny bohater powieści Lalka Bolesława Prusa, był z pochodzenia Polakiem i wywodził się ze zubożałej rodziny szlacheckiej (jego ojciec Piotr Wokulski nieustannie procesował się o odzyskanie dawnego majątku i szlachectwa).

Oto najważniejsze fakty dotyczące jego korzeni i statusu społecznego:

  • Szlachecki rodowód: Choć rodzina Wokulskich straciła majątek, Stanisław formalnie należał do warstwy szlacheckiej. Z tego powodu w młodości musiał ciężko pracować na swoje utrzymanie i edukację (m.in. jako kelner w winiarni Hopfera).
  • Kontekst narodowy: Wokulski był głęboko zakorzeniony w polskiej tradycji patriotycznej. Jako młody człowiek wziął udział w powstaniu styczniowym (1863 rok), za co został zesłany na Syberię do Irkucka.
  • Pozycja społeczna: Ze względu na swoją działalność handlową, gigantyczny majątek zdobyty w Rosji oraz wejście w świat wielkiego biznesu, w realiach XIX-wiecznej Warszawy Wokulski był traktowany przez arystokrację jako mieszczanin (kupiec). Dla ówczesnych elitarnych sfer jego szlacheckie pochodzenie miało mniejsze znaczenie niż fakt, że „skalał się” pracą i handlem.

x

A sam Aleksander Głowacki? Pseudonim literacki zaczerpnął od nazwy rodowego herbu Prus I, a więc wywodził się z pruskiej szlachty. Jako młody chłopak wziął udział w powstaniu styczniowym. Dostał się do rosyjskiej niewoli. Jednak ze względu na młody wiek oraz dzięki wstawiennictwu ciotki, jak pisze Wikipedia, pozwolono mu wrócić do Lublina. Dzięki wstawiennictwu, czyli dzięki łapówce, ale tego przecież Wikipedia nie mogła napisać.

Czy jednak było tak, że XIX-wieczna, zubożała szlachta gardziła żydowskim mieszczaństwem? Wprost przeciwnie, ochoczo wchodziła z nim w związki. Korzyść była obopólna: jedni chronili się przed bankructwem, drudzy stawali się arystokracją.

W blogu Generał pisałem:

Wywodził się z rodziny szlacheckiej i ziemiańskiej herbu Ślepowron. Ród wywodzi się z pogranicza Mazowsza i Podlasia. Korzeniami sięga przełomu XV i XVI wieku. Gniazdem rodowym przodków był majątek Jaruzele, a później m.in. Ruś Stara – Sokoły wraz z przyległościami.

Dziadek Wojciecha, również Wojciech, brał udział w powstaniu styczniowym, za co został zesłany na Syberię na 8 lat. Po powrocie do Polski, poślubił Helenę z domu Filipkowską, która wniosła mu duży posag. Dzięki temu małżeństwo mogło kształcić liczne potomstwo. Ojciec Wojciecha, Władysław, był siódmym z ośmiorga dzieci Wojciecha i Heleny. Ukończył Akademię Rolniczą w czeskim Taborze. Wziął udział w wojnie polsko-bolszewickiej w 1920. Mimo że należała mu się część dóbr rodzinnych, pracował jako administrator majątków ziemiańskich (faktor – przyp. W.L.). Ciesząc się opinią dobrego fachowca, trafił do Kurowa, położonego 17 km na wschód od Puław, gdzie poznał Wandę z Zarembów z pobliskiej Dąbrowy Wielkiej, absolwentkę Szkoły Gospodarstwa Wiejskiego w Puławach. Ich ślub miał miejsce 19 września 1922. Wojciech urodził się 6 lipca 1923 o godz. 21 w Kurowie. Pierwsze imię otrzymał po dziadku – powstańcu. W 1928 małżeństwu urodziła się jeszcze córka Teresa.

x

Prus brał udział w powstaniu styczniowym, Wokulski również, dziadek Wojciecha Jaruzelskiego także. Mamy więc tu do czynienia ze stuprocentowymi patriotami. Później tacy pojawili się w legionach Piłsudskiego, potem w powstaniu warszawskim, a później w Solidarności. Zawsze na pierwszym miejscu w walce o Polskę. I co z tej walki wynikało? Nic. Bo skoro po pewnym czasie trzeba było znowu walczyć o tę Polskę, to znaczy, że zrywy były nieskuteczne; nieskuteczne dla idei państwa polskiego, ale skuteczne dla uczestników tych zrywów, bo zapewniały one im synekury w nowym układzie politycznym. Wystarczy przyjrzeć się bliżej życiorysom wielu uczestników i uczestniczek powstania warszawskiego, którzy w PRL-u robili kariery i otrzymywali lukratywne stanowiska. Oczywiście nie wszyscy. Byli tacy naiwni patrioci, którzy trafiali do esbeckich więzień i często z nich już nie wychodzili. No, ale jak ktoś się daje nabierać na patriotyzm, nie wiedząc, o co toczy się gra, to sam sobie winien. Monopol na patriotyzm w tym kraju Zulu-Gula mają Żydzi – na patriotyzm, który przynosi wymierne korzyści. Dla reszty jest to idea dla naiwnych, którzy są narzędziem w ręku tych, którzy wiedzą, po co są patriotami.

Wokulski, szlachcic, robił interesy ze Szlangbaumem, tak jak wcześniej każdy szlachcic miał swego faktora, czyli Żyda, który kierował jego majątkiem i jego interesami. A skoro szlachta miała żydowskie korzenie, o czy pisałem w jednym z blogów, to czy Wokulski również? A Prus?

Polsko-żydowski paradoks

Ostatnio pojawił się w niemieckim dzienniku Welt am Sonntag artykuł zatytułowany POLENS JÜDISCHES PARADOX: Warum immer mehr Juden nach Polen ziehen; Juden ziehen nach Polen, Was steckt dahinter? czyli POLSKO-ŻYDOWSKI PARADOKS: Dlaczego coraz więcej Żydów przeprowadza się do Polski; Żydzi przeprowadzają się do Polski. Co się za tym kryje? – Philip Fritz, autor tego artykułu, udzielił krótkiego wywiadu dziennikarzowi WELT-TV News-Channel. W opisie do tego video, które pojawiło się w sieci 13 września, napisano:

Zaskakujące zjawisko: podczas gdy partia o otwarcie antysemickich poglądach zyskuje poparcie w Polsce, to w tym samym czasie Żydzi z Ukrainy, Niemiec, Francji i Izraela przeprowadzają się do Polski. Korespondent WELT w Polsce, Philipp Fritz, wyjaśnia ten „żydowski paradoks”. Wywiad obejmuje incydenty antysemickie w Polsce i Niemczech, unikalną historię relacji żydowsko-polskich oraz pytanie, dlaczego niektórzy Żydzi czują się dziś w Polsce bezpieczniej niż w niektórych częściach Europy Zachodniej. W wywiadzie poruszono również temat polskiego polityka Grzegorza Brauna, którego radykalne i antysemickie poglądy wywołały ogromne kontrowersje.

x

Dziennikarz prowadzący program mówi o tym, że w Europie narasta fala antysemityzmu, nie tylko w Szwecji. W Niemczech nasilają się propalestyńskie nastroje, są też partie antysemickie. W Polsce jest otwarcie antysemicka partia, która uzyskuje w wyborach od 6 do 8 procent, a mimo to Żydzi napływają do Polski. Nie tylko z Ukrainy, ale również z Niemiec, z Francji. I o tym rozmawia z korespondentem Welt am Sonntag w Polsce. Co decyduje? – pyta prowadzący.

Przede wszystkim położenie – mówi Fritz. Jednak pytanie podstawowe brzmi: jak bardzo antysemicki jest ten kraj? I wtedy wszyscy natychmiast odpowiadają – Grzegorz Braun. Jest on czołowym politykiem, szefem partii, która jest otwarcie antysemicka i on wcale tego nie ukrywa; zwolennik teorii spiskowych; kandydował wcześniej na urząd prezydenta i otrzymał 6% poparcie. Jest rzeczywiście zwariowany.

Jesteśmy więc świadkami napływu Żydów do Polski; po pierwsze z Ukrainy, ale też z zachodniej Europy, z Niemiec, z Francji, nawet z Izraela. Tylko w zeszłym roku prawie 11 000 Izraelitów otrzymało polskie obywatelstwo. To bardzo interesujące: dlaczego do Polski? Muszą tam chyba pewniej czuć się lub woleć tam mieszkać, niż w Izraelu. Przede wszystkim relacje polsko-izraelskie czy polsko-żydowskie są szczególne. Z sześciu milionów ofiar połowa była polskimi obywatelami. Tak więc Żydzi mają szczególny stosunek do Polski. Wielu z nich ma tam swoje korzenie. Nie jest też wielkim problemem uzyskanie polskiego obywatelstwa. Z drugiej strony mamy wybuch antysemityzmu w polskiej polityce, ale mimo to w kraju jest relatywnie bezpiecznie. W 2024 roku zanotowano tylko dwa przypadki napaści na Żydów, a w Niemczech około 200 i tysiące ataków werbalnych i pogróżek. W Polsce mamy do czynienia z antysemityzmem w internecie i tu widać wzrost od 2023 roku, ale nie przenosi się to na ulice. Kto zatem wybiera w Polsce te partie i tego pana? Nie jest łatwo powiedzieć, kto go wybiera.

x

To krótki wywiad, którego fragment zacytowałem, trwający niewiele ponad cztery minuty – trudno więc powiedzieć, co zawarł Fritz w artykule w Welt am Sonntag, bo dostęp do niego jest możliwy po opłaceniu abonamentu. Skoro jest on korespondentem w Polsce, to pewnie zna język polski (imię Grzegorz wymawia bardzo dobrze) i pewnie zna, przynajmniej w jakimś stopniu, historię Polski. Czy jednak poruszył w tym artykule wątek 1968 roku? To pytanie pozostanie bez odpowiedzi.

Jak wiemy w 1968 roku pojawiło się w polskiej przestrzeni publicznej hasło: syjoniści do Syjamu! – wymyślone przez samych Żydów, a nie robotników, którzy na różnych wiecach trzymali transparenty z tego typu hasłami.

W 1968 roku Żydzi wyjeżdżali do Izraela i do Europy zachodniej. Czy zatem nie jest tak, że teraz wracają potomkowie tamtych emigrantów? I rodzi się pytanie: dlaczego właśnie oni? Czy nie ma wśród samych Żydów jakichś wewnętrznych podziałów i ci, którzy od wieków mieszkają na zachodzie Europy, patrzą z góry na tych ze wschodniej? Czy ci wschodni nie do końca zasymilowali się z tymi zachodnimi? Wszak na wschodzie Europy zawsze było dużo biedoty żydowskiej i nie asymilowała się ona ze społecznościami, wśród których żyła, w odróżnieniu od Żydów z Europy zachodniej, którzy byli znacznie bogatsi i asymilowali się łatwiej.

Mamy jeszcze Żydów z Ukrainy. Dlaczego oni wyjeżdżają stamtąd do Polski? Przecież to właśnie tam ma podobno powstać ta Niebiańska Jerozolima. Czy robią miejsce rosyjskim Żydom, gdy Rosja już „łyknie” całą Ukrainę zadnieprzańską? Znowu pytania, na które trudno znaleźć jednoznaczną odpowiedź.

Czy w takim razie trwa odbudowa przedrozbiorowej Rzeczypospolitej, w której Żydzi mieli swój własny Sejm Czterech Ziem, o którym sztuczna inteligencja tak pisze:

„Sejm Czterech Ziem (hebr. Waad Arba Aracot) to historyczny, centralny organ samorządu i sądownictwa ludności żydowskiej w dawnej Rzeczypospolitej, który działał w latach 1580–1764.

Czym był Sejm Czterech Ziem?

Wyjątkowy samorząd: Był to jedyny taki organ w dawnej Europie, dający Żydom szeroką autonomię wewnętrzną w ramach państwa polskiego. Pochodzi od czterech prowincji (ziem), które reprezentował: Wielkopolski, Małopolski, Rusi i (początkowo) Litwy. Od 1623 roku Litwa utworzyła własny, osobny sejm (Waad Medinat Lita).”

Czy jest tak, jak powiedział Fritz, że to m.in. ze względu na zlokalizowanie obozu zagłady, w którym zginęło wielu Żydów? To powinno być raczej traumatyczne przeżycie i wydaje się, że to nie tym m.in. kierują się Żydzi wracający do Polski. I RP była żydowskim rajem i to nie tylko ze względu na ten sejm. Mieli tu wyjątkowe prawa i w praktyce własne państwo w państwie zwanym Rzeczpospolitą Obojga Narodów. Nazwa ta odzwierciedlała stan faktyczny. Jednym narodem byli Żydzi, a drugim szlachta, która w zdecydowanej większości miała żydowskie korzenie. Każdy szlachcic powierzał prowadzenie swoich interesów i finansów Żydom, których nazywano faktorami.

Czy ten masowy napływ Żydów z Niemiec, Francji, Izraela i Ukrainy oznacza, że zamiarem wielkich tego świata jest odtworzenie I RP? Wydaje się to prawdopodobne, tyle że te procesy przebiegają powoli i trudno na obecnym etapie rozszyfrować zamiary tych, którzy je uruchomili.

Jest jeszcze jeden niepokojący wątek. Straszą nas ewakuacją na wypadek wojny, innego zdarzenia typu wybuch epidemii czy klęski żywiołowej. W przypadku wojny jest to tylko pretekst, bo rakiety i drony dolecą wszędzie i nie ma przed nimi ratunku. Czasy wjeżdżania czołgami skończyły się wraz z końcem II wojny światowej. W pozostałych przypadkach można zrobić to, czego już doświadczyliśmy, czyli fałszywej pandemii. Przesiedlenia ludności mogą mieć konkretny cel, może chodzić o usunięcie ludności z jakiegoś miejsca, by osiedlić tam innych. Może więc chodzić o stworzenie bantustanów. Kto wie? Ten scenariusz został już przerobiony. Mam jednak nadzieję, że to tylko wytwór mojej chorej wyobraźni.

Dlaczego jednak dzieje się tak, jak się dzieje? Naród, który opanował świat, wykorzystując do tego pozorną asymilację, czyli wnikając w tkankę narodów czy raczej społeczności rdzennych, boryka się z czymś, co można nazwać kwadraturą koła. Pozorna asymilacja jest uciążliwa, bo ciągle trzeba udawać i mieć się na baczności, by nie zdradzić się. Po jakimś czasie pojawia się chęć prawdziwej asymilacji, która oznacza koniec narodu wybranego i dlatego jego kierownicy ciągle aplikują mu jakieś pogromy i wojny, które mają wybić im z głowy tę prawdziwą asymilację i stąd mamy antysemityzm wzniecany przez kierowników żydostwa, by wybić Żydom z głowy jakąkolwiek autentyczną asymilację. Terapia szokowa działa, ale tylko do pewnego momentu; Żydzi znowu zaczynają myśleć o autentycznej asymilacji, a ich kierownictwo, po pewnym czasie, dochodzi do wniosku, że nadszedł czas na kolejne radykalne rozwiązanie, czyli ostateczne rozwiązanie kwestii żydowskiej, czyli Endlösung der Judenfrage. I tak to trwa: od ściany do ściany czy może raczej po żydowsku – od Annasza do Kajfasza.

Ceuta

Ostatnie wydarzenia w Ceucie są okazją do tego, by przybliżyć sobie historię tego miasta i regionu. I być może po części wyjaśnić czy zrozumieć to, o co w tym wszystkim chodzi. Wypada zacząć, jak zwykle, od Wikipedii. Pisze ona:

Ceuta (wym. [‘θewta], hiszp. Ciudad Autónoma de Ceuta) – hiszpańska jednostka administracyjna − miasto i twierdza położone na afrykańskim cyplu tworzącym Cieśninę Gibraltarską, niemal naprzeciw Gibraltaru. Jest eksklawą na terytorium Maroka. Powierzchnia około 19,7 km². Liczba mieszkańców: 84 959 (2017). Pod względem administracyjnym Ceuta jest miastem autonomicznym, poprzednio należała do hiszpańskiej prowincji Kadyks. W Ceucie znajduje się najbliższy Europie port afrykański i baza marynarki wojennej. Podobnie jak Melilla, tworzy jednomandatowy okręg wyborczy do hiszpańskiego Kongresu Deputowanych, jednej z dwóch izb parlamentu (Kortezów Generalnych).

Strefa Ceuty, autor: Aotearoa; źródło: Wikipedia.

Ceuta posiada autonomię. Od wybrzeża Hiszpanii dzieli ją 12 mil (~22 km). Dwie główne grupy religijne to chrześcijanie i muzułmanie. W 2012 roku część ludności Ceuty, która utożsamiała się z wiarą rzymskokatolicką, wynosiła 68,0%, podczas gdy muzułmańska wynosiła 28,3%.

Ceuta założona została ok. 500 lat p.n.e. przez kupców fenickich z niedalekiej Kartaginy. Położona prawie na granicy znanego wówczas świata, była jednak punktem strategicznym, gdzie stykało się wiele kultur i rozwijał się handel. Początkowo w V wieku p.n.e. istniała tu miejscowość zwana przez Kartagińczyków Abyla lub Abila. Przybywający tu Grecy nazywali ją Heptadelfos – od siedmiu wzgórz wznoszących się nad miastem. Po upadku Kartaginy region ten znalazł się w sferze wpływów rzymskich. Od 45 r. istniała tu kolonia rzymska o nazwie Ad Septem Fratres (Siedmiu Braci), z czego po pewnym czasie zostało tylko Septem.

W 429 r. Wandalowie pod wodzą Genzeryka wypędzili Rzymian z miasta i przejęli nad nim kontrolę. Od 534 r. Ceutą władał cesarz bizantyński Justynian I, a około roku 616 została ona przyłączona do południowohiszpańskiego Królestwa Wizygotów.

Gdy w 710 roku armie Arabów dotarły do miasta, jego wizygocki namiestnik Julian nakłonił agresorów do opuszczenia tych terenów i inwazji na Półwysep Iberyjski (chodziło tu o prywatne porachunki wizygockiego króla Roderyka). Wkrótce Ceuta stała się głównym miejscem przerzutu wojsk do atakowanej Europy.

Po śmierci Juliana Arabowie przejęli całkowitą kontrolę nad miastem. Nazwali je po arabsku Sebtah, co przekształcono później w obecną Ceutę. Władał nim kalif Kordoby. Atakowane było ono często przez plemiona berberyjskie, najbardziej podczas buntu charydżytów. Po tej rewolcie dowodzonej przez Maysarę al-Haqira miasto zostało opuszczone. Zostało odbudowane w IX wieku przez Majakasa i jego plemię. Tak została zapoczątkowana dynastia Banu Isam. Po rozpadzie kordowiańskiego kalifatu w 1031 r. istniało tu jedno z niewielkich państw, zwanych taifa.

W 1309 r. Ceuta została zdobyta przez Fez z pomocą Aragończyków. W XII–XIV w. swe faktorie handlowe miały tu wszystkie ówczesne potęgi Morza Śródziemnego: Genua, Piza, Wenecja, Katalonia, Marsylia. 22 sierpnia 1415 miasto zostało zdobyte przez Portugalczyków pod wodzą Henryka Żeglarza. Sukces ten został okupiony stratą zaledwie 8 zabitych. Głównymi celami władcy Portugalii Jana I były przywrócenie chrześcijaństwa, zdobycie saharyjskiego złota, stworzenie szlaków handlowych dla niewolników i kości słoniowej.

W 1580 r. Ceutę zajęli Hiszpanie. Pozostawała w ich władaniu aż do roku 1640, kiedy to w czasie wojny miasto zdobyła Portugalia. O przynależności Ceuty do Hiszpanii zadecydował ostatecznie traktat lizboński. 1 stycznia 1688 król Alfons VI Zwycięski oficjalnie oddał Ceutę Karolowi II. Pomimo to w herbie Ceuty nadal widnieje herb portugalski.

W czasie wojny hiszpańsko-marokańskiej w l. 1859-1860 przez Ceutę szły wojska hiszpańskie do Maroka. Tu również w 1920 r. powstała Hiszpańska Legia Cudzoziemska. 17 lipca 1936 r. Ceuta była jednym z pierwszych ośrodków frankistowskiego puczu, będącego początkiem hiszpańskiej wojny domowej.

Gdy w 1956 Hiszpania uznała niepodległość Maroka, Ceuta została przyłączona do Hiszpanii jako integralna część jej terytorium.

x

Wikipedia tak zagmatwała historię Ceuty, że trudno coś z tego zrozumieć. Prościej ujęła to PRL-owska Wielka Encyklopedia Powszechna (1962-70):

CEUTA, Sabta, miasto w północnej Afryce, naprzeciw Gibraltaru; 73,2 tys. mieszkańców (1960); port morski i rybacki; budowa statków rybackich; hiszpańska wojenna baza morska.

Historia. W starożytności kolonia kartagińska Abyla, później rzymska Ad Septem Fratres (nazwa od siedmiu wzgórz miasta), przechodziła kolejno pod władzę Wandalów, Bizancjum, Wizygotów i ok. 711 Arabów, którzy nadali miastu nazwę Sebtah; w XVI-XVIII wieku Ceuta była ważnym ośrodkiem handlu (m.in. niewolnikami, złotem i sprowadzanym z Chin papierem); powstała tu wówczas, zapewne pierwsza na Zachodzie, fabryka papieru, założona przez Araba przybyłego z Chin. W 1415 Ceuta została przyłączona do Portugalii i wraz z nią przeszła 1580 pod panowanie Hiszpanii.

x

Do pełnego obrazu wypada jeszcze dodać historię Gibraltaru. WEP pisze:

Autor: Eric Gaba (Sting); źródło: Wikipedia.

W starożytności Skała Gibraltarska była uważana za jeden ze Słupów Herkulesa (drugi – to Abyle przy Ceucie); Rzymianie założyli tu kolonię Julia Calpe; 711 Gibraltar zdobył wódz arabski Tarik (skąd nazwa Dżebel Tarik, „góra Tarika”), który zbudował tu twierdzę – punkt wypadowy przeciw Hiszpanii; 1462 twierdza została opanowana przez Hiszpanów. W XVII wieku Gibraltar stanowił ważny port w handlu niewolnikami murzyńskimi; podczas wojny o sukcesję hiszpańską Gibraltar został 1704 opanowany przez siły angielsko-holenderskie; 1704-05 był bezskutecznie oblegany przez Ludwika XIV i ostatecznie 1714 pokojem w Utrechcie przyznany Wielkiej Brytanii, która zamieniła go w potężną twierdzę i port wojenny kontrolujący wejście do basenu Morza Śródziemnego. Ogromne znaczenie strategiczne Gibraltaru uwidoczniło się w czasie wojen napoleońskich. Podczas II wojny światowej Gibraltar był bombardowany siłami lotniczymi włoskimi i niemieckimi; przejściowo był główną kwaterą gen. Eisenhowera. Gibraltar dotąd jest przedmiotem sporu pomiędzy Wielką Brytanią a Hiszpanią.

x

AI – „Wyrokiem z 8 lipca 2026 roku hiszpański Sąd Najwyższy orzekł, że natychmiastowe zawracanie migrantów na granicy (tzw. devolución en caliente czyli push-backi) nie może być automatycznie stosowane wobec osób, które przedostają się do hiszpańskich eksklaw w Afryce Północnej – Ceuty i Melilli – drogą morską, w tym wpław. Rozstrzygnięcie sądu stało się jednym z czynników, które pod koniec lipca 2026 roku wywołały masowy napływ tysięcy migrantów próbujących sforsować granicy morską i falochrony w Ceucie.”

Od wieków migracja ludności pomiędzy północną Afryką a południową Europą odbywała się pomiędzy Ceutą i Gibraltarem. Przez cieśninę gibraltarską przepływają bardzo silne prądy: powierzchniowy – z Atlantyku na Morze Śródziemne i głębinowy – w odwrotnym kierunku i prawdopodobnie dlatego nie wybudowano mostu pomiędzy obu kontynentami. Oba półwyspy mają zatoki, gdzie spokojne wody umożliwiają bezpieczne dotarcie do lądu.

Najprostszym i najtańszym sposobem przetransportowania do Hiszpanii tłumów, gromadzących się w Ceucie, byłoby wykorzystanie promów dopływających do Gibraltaru. To niewiele ponad 60 km. Problem jednak polega na tym, że Gibraltar należy do Wielkiej Brytanii, a ta nie należy do unii europejskiej. Czy zatem cała akcja została niestarannie przygotowana? Nie! Wikipedia pisze:

„31 grudnia 2020 roku Hiszpania i Wielka Brytania osiągnęły porozumienie w sprawie umieszczenia Gibraltaru w bezgranicznej strefie Schengen. 15 lipca 2026 roku zlikwidowano fizyczną granicę z Hiszpanią, od tego czasu na granicy obowiązują zasady bezgranicznej strefy Schengen.”

8 lipca i 15 lipca 2026 roku – trudno to uznać za przypadkową zbieżność, choć przygotowania do włączenia Gibraltaru do strefy Schengen trwały od dawna. W polityce nie ma miejsca na spontaniczne działania. Wszystko jest wcześniej starannie przygotowywane. Państwa to zalegalizowane mafie, działające w majestacie prawa, które same tworzą. Wydaje się, że czas unii europejskiej powoli kończy się i to, co dzieje się w Ceucie, jest tylko kolejnym krokiem przybliżającym koniec tego projektu. Wygląda na to, że mamy powtórkę z 710 czy 711 roku, choć oczywiście historia nigdy nie powtarza się dokładnie tak samo. Jedno wydaje się być pewnym, że to, co tam widzimy, nie jest działaniem spontanicznym, tylko dobrze zaplanowaną akcją.



Eskalacja konfliktu?

W piątek 3 lipca 2026 doszło w Poznaniu do obywatelskiej kontroli w jednej z firm prowadzonej przez obywatelkę Ukrainy, jak to określił reporter TVP3 Poznań. Dwaj mężczyźni, którzy tego dokonali, związani byli wcześniej z Konfederacją, a obecnie – z partią Korwin. Obywatelka Ukrainy zajmuje się sprowadzaniem migrantów do Polski.

x

W dniu 7 lipca 2026 doszło w Poznaniu do podpalenia kilku samochodów. Sprawcami okazali się małoletni chłopcy, w wieku 8-12 lat, obywatele Ukrainy. Ten wybryk tłumaczono w TVP3 Poznań tym, że chcieli oni podpalić jeden samochód, a od jego ognia zapaliły się jeszcze inne.

Czy łatwo podpalić samochód? Czy tacy chłopcy, sami z siebie, mogliby go podpalić? Czy wiedzieli, jak to zrobić? Jaki mieliby motyw? A skoro to zrobili, to pewnie wiedzieli, że nic im nie grozi, bo są małoletni, a do tego są obywatelami Ukrainy. Mamy tu do czynienia z niebezpiecznym precedensem. Bardzo możliwe, że jeszcze nie raz dzieci będą wykorzystywane do tego typu prowokacji czy odwetów. W Przeglądzie Pożarniczym można przeczytać:

Sposoby podpaleń

W praktyce biegłego najczęściej spotykam się z trzema rodzajami sposobów działania sprawców podpaleń pojazdów: podpaleniami dokonywanymi wewnątrz przedziału osobowego, podpaleniami na zewnętrznej powierzchni karoserii oraz podpaleniami opon na kołach pojazdu.

Podpalenie wnętrza pojazdu

Aby podpalić przedział osobowy, sprawca najczęściej wybija szybę, zazwyczaj tylną bądź boczną. Najczęściej są to szyby hartowane, więc ich wybicie powoduje rozbicie ich na drobne kawałki, które wpadają także do wnętrza przedziału osobowego. Po wybiciu szyby sprawcy zazwyczaj albo wlewają do wnętrza kabiny płyn łatwopalny, albo wrzucają nasiąkniętą takim płynem i zapaloną tkaninę. Ostatnio częste są przypadki użycia przez podpalaczy butelki z tworzywa sztucznego z płynem łatwopalnym i z zaczopowanym zwitkiem tkaniny lub papieru stanowiącym lont, który zostaje podpalony i umieszczony wewnątrz pojazdu. Nierzadko pozostałość niespalonej butelki z charakterystyczną wonią cieczy palnej można ujawnić w pogorzelisku. Zdarza się, że sprawcy podpaleń podpalają papiery – przygotowane przez nich lub znajdujące się już wewnątrz pojazdu, na siedzisku fotela lub kanapy.

Podpalenie karoserii pojazdu

Sprawcy podpaleń często wzniecają ogień, polewając karoserię łatwopalnym płynem lub kładąc na nią nasączoną takim płynem tkaninę. Ogień podłożony w ten sposób sprawia, że zapala się powłoka lakiernicza pojazdu. Pożar nie zawsze powoduje wówczas zniszczenia termiczne wnętrza pojazdu, często ogień niszczy zewnętrzną powłokę karoserii oraz elementy pojazdu wykonane z tworzyw sztucznych. W przypadku polania dachu płynem łatwopalnym charakterystyczne będą ślady odbarwienia w formie pionowych zacieków po palącej się i spływającej po poszyciu karoserii cieczy. Największe uszkodzenia termiczne materiałów palnych znajdujących się wewnątrz przedziału osobowego będą zlokalizowane bliżej dachu (np. na tylnych zagłówkach, podsufitce, górnych uszczelkach drzwi). Co ważne, taki pożar może zostać łatwo zauważony już w pierwszej fazie rozwoju, ogień pojawia się natychmiast na zewnętrznej bryle pojazdu.

Sprawcy dokonują także podpaleń zewnętrznej karoserii, umieszczając przyspieszacz pożaru na podszybiu pojazdu, wykonanym z tworzywa sztucznego. Wtedy pożar ma dobre warunki do rozwoju i rozprzestrzenienia się do wnętrza komory silnika. Najczęściej powoduje uszkodzenie przedniej szyby, tworząc warunki do rozprzestrzenia się ognia w przedziale osobowym.

Podpalenie opony

Podpalacze najczęściej polewają oponę płynem łatwopalnym albo podkładają tkaninę nasiąkniętą takim płynem, a następnie ją zapalają. Paląca się ciecz wytwarza wysoką temperaturę, która powoduje zapalenie się zewnętrznej, gumowej części koła. W takim przypadku silne ślady korozyjne najczęściej są widoczne na stalowych blachach błotnika pojazdu.

Ostatnio spotyka się przypadki używania do podpalenia opon kostek podpałki do grilla, kominków i pieców. Sprawca układa taką tabliczkę pod oponą lub na górnej jej części na kole, a następnie podpala. Po czasie powstaje na tyle wysoka temperatura palącego się paliwa stałego, że następuje zapalenie się opony. Jak wykazały moje badania, użycie tego typu podpałki daje sprawcy dość dużo czasu na opuszczenie miejsca przestępstwa przed rozprzestrzenieniem się pożaru, gdyż proces zapalenia opony może trwać od kilkunastu do kilkudziesięciu minut.

x

Dwa zdarzenia, następujące po sobie w krótkim odstępie czasu, a do tego w tym samym mieście. Czy to przypadek, czy starannie wyreżyserowane zdarzenia, będące częścią większego planu, czyli kreowania wielkiego konfliktu polsko-ukraińskiego? Czy nie wpisuje się w ten plan demonstracja Żydówki Zajączkowskiej-Hernik, która w Parlamencie Europejskim podarła czerwono-czarną flagę UPA? – A kto stworzył UPA? Podstawą do powstania tej organizacji był tzw. eksperyment wołyński (1928-38). Wtedy organizowano na Wołyniu m.in. oddziały paramilitarne, tworzone przez rządy sanacyjne, czyli przez Piłsudskiego, szkolono ludzi, wyposażano ich w broń. To miało niby przygotowywać ich do akcji na terenie Związku Radzieckiego, czyli idea prometejska – rozczłonkowanie tegoż ZSRR na mniejsze niezależne państwa. Nic z tego nie wyszło, bo nie mogło i to był tylko pretekst. Struktura przetrwała i w grudniu 1942 roku w Wiedniu powstała UPA. W latach 1937 i 1938 rząd II RP przeprowadził akcję konwertowania ludności prawosławnej Wołynia na katolicyzm. I tym sposobem kilkanaście tysięcy, a może i więcej, prawosławnych Ukraińców stało się Polakami, bo katolik na wschodzie to Polak. I w ten sposób można było ich wymordować jako Polaków, i w ten sposób wykreowano, a może raczej rewitalizowano, choć nie wiem czy jest to właściwe słowo, dawny konflikt polsko-ukraiński z czasów I RP.

Eksperyment wołyński można w uproszczeniu określić jako: wszystko dla Ukraińców. To była próba stworzenia w obrębie II RP zaczątku niepodległej Ukrainy, wrogiej Związkowi Radzieckiemu. Dziś mamy do czynienia z eksperymentem wołyńskim bis, również wrogim Rosji – no bo jeśli Ukraińcy w „Polsce” mają większe prawa, niż obywatele tego kraju Zulu-Gula, to chyba takie sformułowanie jest zasadne. Jeśli Ukrainka ma biuro w Poznaniu, które zajmuje się sprowadzaniem do „Polski” migrantów, to co to jest? To jest działalność, w każdym normalnym państwie, zarezerwowana dla rządu danego państwa, a skoro robi to Ukrainka, to znaczy, że ten kraj Zulu-Gula jest Ukrainą, którą nazywa się jeszcze dla niepoznaki Polską.

Czy ten eksperyment wołyński bis ma szanse powodzenia, czyli osłabienie Rosji i jej rozczłonkowanie? Czy Ukraina w unii europejskiej, to krok w tym kierunku? A może jednak I RP bis, czyli taki bufor pomiędzy Niemcami a Rosją? – No właśnie! Co tam wielcy tego świata planują?

Morskie Oko

W miniony weekend obiegła Polskę informacja, że jakiś Ukrainiec wjechał samochodem nad brzeg Morskiego Oka. Praktycznie wszystkie media o tym pisały, oburzeniu nie było końca. Tylko niektóre stacje podają dwa najważniejsze fakty, że zdarzenie miało miejsce w piątek 22 maja 2026 roku i że szlaban zagradzający wjazd był podniesiony lub zdemontowany ze względu na remont drogi. Poniżej krótkie video (ok. 2,5 minuty) na ten temat.

Ukraiński influencer wjechał sportową Corvettą nad Morskie Oko, pokonując ponad 8 km trasy objętej zakazem ruchu w Tatrzańskim Parku Narodowym. Policja ukarała go mandatem 100 zł i ośmioma punktami karnymi, choć taryfikator za takie wykroczenie przewiduje karę do 5 tys. zł. Jak podała policja, mężczyzna miał wprowadzić funkcjonariuszy w błąd, twierdząc, że jedynie wjechał za szlaban i zawrócił. Policjanci dali mu wiarę i zastosowali niższy mandat. Szlaban zagradzający wjazd na trakt jest obecnie zdemontowany, ponieważ trwa remont drogi. – kraków.tvp.

W piątek 22 maja Andriy Gavryliv opublikował na Instagramie fotografie znad Morskiego Oka. Mężczyzna stoi wraz z dziewczyną na tle Morskiego Oka, a za nimi – sportowy Chevrolet Corvette, którym Gavryliv dojechał na miejsce. Kierowca złamał zakaz panujący na terenie Tatrzańskiego Parku Narodowego. Służby rozpoczęły szukanie sprawcy.

Ukrainiec pojechał autem nad Morskie Oko. Otrzymał 100 zł mandatu

Ukraiński influencer przejechał około 8 km trasy objętej zakazem ruchu w Tatrzańskim Parku Narodowym. Policja ukarała go jedynie mandatem 100 zł i ośmioma punktami karnymi, choć taryfikator za takie wykroczenie przewiduje karę do 5 tys. zł. Funkcjonariusze usłyszeli od niego, że jedynie wjechał za szlaban i zawrócił. Szlaban zagradzający wjazd na trakt jest obecnie zdemontowany, ponieważ trwa remont drogi. – money.pl.

x

Dzień 22 maja był dniem roboczym, a szlaban był poniesiony, bo rzekomo trwa remont drogi. No ale skoro trwa remont drogi, to jak ukraiński siurek mógł wjechać? Było późno, więc może robotników już nie było. A skoro tak, to dlaczego szlaban był podniesiony (polsatnews.pl) czy zdemontowany? Czy opuszczenie szlabanu – po skończeniu robót, jeśli takie były – to taka skomplikowana operacja? A jeśli zdemontowany, to czy ustawienie zwykłych barierek jest takie trudne? Wygląda to na dobrze zorganizowaną prowokację, w której organizację musiały być zaangażowane różnego rodzaju służby państwowe. To mi przypomina ten cyrk, jaki miał miejsce w Moskwie 28 maja 1987 roku, gdy niemiecki pilot Mathias Rust wylądował w pobliżu Placu Czerwonego. O tym pisałem w blogu Scenariusze. Tu tylko fragment z tego blogu:

„Na niebezpiecznie niskiej wysokości Rust wykonał trzy kręgi nad Placem Czerwonym i Kremlem. Właśnie tam pilot miał zamiar wylądować, jednak ze względu na dużą liczbę ludzi na placu (około 300 osób – turystów i moskwian), zdecydował się na lądowanie na moście „Bolszoj Moskworieckij”. Poprzedniego dnia w celu konserwacji zdjęto przewody elektryczne, biegnące wzdłuż mostu, a które uniemożliwiłyby lądowanie. Samolot po kilkudziesięciometrowym dobiegu, o 19.30 zatrzymał się u szczytu schodzącego ku rzece Moskwie placu pod nazwą Wasilewskij Spusk, który służył wówczas za parking dla autokarów wycieczkowych. Miejsce to zlokalizowane jest tuż obok cerkwi św. Bazylego, niecałe 100 metrów od Placu Czerwonego.”

To, z czym obecnie mamy do czynienia, to proces palestynizacji Polski. Jeszcze nie tak dawno temu tożsamość ukraińskich przestępców była starannie ukrywana, a ich „wybryki” tuszowano. Obecnie jest odwrotnie – wyczyny takie, jak tu opisany – nagłaśnia się, podkreślając narodowość sprawców i akcentując ich bezkarność czy wręcz ich uprzywilejowanie w stosunku do miejscowej ludności. To musi wywoływać negatywne, a może nawet gwałtowne reakcje. I o to chodzi. Reszty dopełnią różnego rodzaju politycy, komentatorzy, blogerzy itp. Tak steruje się ludzkimi uczuciami i poniekąd wpływa na przyszłe decyzje wyborcze wielu ludzi, co w efekcie będzie prowadzić do polaryzacji sceny politycznej i niemożności sformułowania rządu większościowego. Tym właśnie charakteryzowała się Republika Weimarska, co skończyło się wyborem Hitlera na kanclerza, dokonanym przez elity polityczne, a nie w wyniku powszechnego głosowania. Czy taki scenariusz jest możliwy w Polsce? Trudno powiedzieć, historia nigdy nie powtarza się dokładnie w ten sam sposób, ale sprawy idą w bardzo złym kierunku. Niewielkie ziarenko w postaci “wyczynu” ukraińskiego śmiecia zostało zasiane.

Byli czy nie byli?

W związku z misją Artemis II powrócił temat pobytu ludzi na Księżycu. Jest tylu wątpiących, co wierzących, że człowiek stanął na Srebrnym Globie. Wydaje się, że z technicznego punktu widzenia jest to możliwe. Problem jednak polega na tym, że nie wiadomo czy człowiek jest w stanie przeżyć taki wypad poza Ziemię i jak długo jest w stanie wytrzymać w tak odmiennych od ziemskich warunkach. Z powodu braku szczegółowych informacji na ten temat trudno jest mi zająć w tej sprawie jednoznaczne stanowisko. Pozostaje mi więc metoda, którą posługuję się na tym blogu, czyli logiczne wnioskowanie, choć zdaję sobie sprawę z tego, że i ono może być niedoskonałe.

To, że historię przedstawia się w sposób zakłamany, to w to wierzy chyba więcej osób, niż w to, że ludzie nie wylądowali na Księżycu. Innymi słowy, ludzie łatwiej dopuszczają do siebie myśl, że historia może być zakłamana, ale nie – teraźniejszość, bo przecież oni są jej świadkami. Trudno to dociera do ludzi, choć mamy tego namacalny dowód w postaci wojny na Ukrainie. Wmawia się nam, że trzeba pomagać „uchodźcom” z Ukrainy, bo tam wojna. Tak, tam wojna, ale ona ma miejsce na 1/5 obszaru tego państwa i to na jego dalekim wschodzie. Reszta państwa jest od niej wolna i to właśnie z tej wolnej części przybywa do „Polski” najwięcej „uchodźców”.

Straszy się nas Rosją, że jak pokona Ukrainę, to ruszy na Polskę i tu najczęściej podpiera się napaścią z 1920 roku. Tylko jakoś nikt z tych straszących nie chce zauważyć, że gdy bolszewicy ruszyli na zachód, to w Rosji nadal trwała wojna domowa i biali jeszcze nie skapitulowali, a zdobycze czerwonych to stosunkowo niewielki obszar wokół Moskwy i Piotrogrodu. I w takiej sytuacji ruszyli na zachód, a biali nie wykorzystali tego; czy dlatego, że byli tacy głupi, czy może dlatego, że mieli taki rozkaz? Bolszewicy podeszli pod Warszawę i tu zdarzył się cud. Nie pierwszy to cud, wcześniej mieliśmy do czynienia z cudem domu brandenburskiego i to nie z jednym, ale z dwoma. W tych cudach chodziło o to, że w pierwszy Rosjanie podeszli pod Berlin i… wycofali się, w drugim – wycofali wojska z frontu. Podobnie było pod Warszawą. Poniższy cytat pochodzi z blogu Niemcy zjednoczone.

Skoro zakłamuje się nam historię i teraźniejszość, to czy nie może być tak w przypadku lądowania człowieka na Księżycu? Być może tak właśnie jest. Skąd taki pęd do podkreślania, że człowiek może podbić Kosmos, że jest wszechpotężny? Czy nie jest to wbrew twierdzeniom średniowiecznych scholastyków? Scholastyka to główny kierunek filozofii chrześcijańskiej, charakteryzujący się dążeniem do rozumowego udowodnienia dogmatów religijnych, abstrakcyjnymi analizami i spekulatywnym dociekaniem bez odwoływania się do doświadczenia. – Tak to definiuje Słownik wyrazów obcych PWN 2002. Ci scholastycy twierdzili (dogmaty), że Ziemia jest wyjątkowa we wszechświecie i człowiek – też. Później przyszedł renesans, który wyniósł na ołtarze doświadczenie, alchemię, astrologię, wróżbitów wróżących z układu gwiazd itp. I to był „postęp” i to trwa do dziś. Człowiek w kosmosie ma być dowodem na jego potęgę, czymś potężniejszym od Boga, ma opanować Kosmos i w sposób pośredni zanegować wszechpotęgę Boga. – Tak to sobie tłumaczę, ten pęd w przestworza. To jest moje subiektywne odczucie. Osobiście wolę jednak sprawy ziemskie, bo tu leży klucz do wszystkiego.

x

Przeczytałem ostatnio dwie książki Marii Kuncewiczowej (1895-1989) Listy do Jerzego Wydawnictwo Lubelskie, Lublin 1997 i Fantomy Wydawnictwo Lubelskie, Lublin 1989. Wybrałem z nich pewne fragmenty, które wydały mi się warte zacytowania. Jerzy to jej mąż, który zmarł w 1984 roku. W Listach do Jerzego pisze:

Ani Renia, dekoratorka życia, ani my, właściciele chatki w kazimierskim sadzie, nie wiedzieliśmy o pałacu w Łańcucie. Słuchy o nim doszły mnie dopiero z książki „Poland, a novel” Jamesa A. Michenera. Polska jako bohaterka powieści? W dodatku nie ascetyczna święta Kinga ani andegaweńska żona litewskiego Jagiełły, ani bohaterska Emilia Plater, ani uczona Maria Skłodowska. Polska Michenera to po prostu pionek zwany Królową na szachownicy dziejów. Jej „fakty i gesty” tak zostały ułożone, żeby cena książki nie przekroczyła ciekawości amerykańskiego czytelnika, dzięki czemu w roku Twojej śmierci romans o Polsce utrzymał się, Jerzy, trzydzieści osiem tygodni na liście bestsellerów „New York Timesa”. Ani Ty, ani ja nie marzyliśmy nigdy o takim sukcesie, chociaż heroinę znaliśmy osobiście.

Michener, owszem, zatroszczył się o ciągłość dziejów. Powieść zaczyna się i kończy w tym samym miejscu Polski. Wprawdzie nie w Łańcucie (raczej w gmachu o zmyślonej nazwie, wyglądającym na Baranów sandomierski), gdzie asystujemy przy wiecznym przetargu poddanych z władzą. Dzisiejszych kmiotków pańszczyźnianych z dzisiejszą szlachtą, czyli partią przez duże P. Fabuła obejmuje całość historii Polski, a jej reprezentacyjną sceną stale pozostaje ten sam pałac, jako symbol chronicznego starcia: sprawa przegrywa dziś, jak przegrywała zawsze, spór ubogich z bogaczami o ziemię. Przy czym aktualny rzecznik interesów chłopskich nosi to samo nazwisko co jego praojciec w tejże wsi przed wiekami.

Skąd Łańcut? Otóż J. A. Michener zadbał także o swój własny pobyt w jakimś historycznym polskim pałacu. W przedmowie dziękuje komu należy za dwukrotne „piękne wakacje” w Łańcucie. Zafascynowany jedną z dawnych dziedziczek, księżną Lubomirską, przyjaciółką Goethego, Franklina i Jeffersona, czy był on świadom, że znalazł się w punkcie, gdzie na szachownicy dziejów królowa, tym razem uosobiona przez Potocką z Radziwiłłów, matkę ostatniego łańcuckiego ordynata, poruszyła się w roku 1939 w stronę teutońskiej wieży? Czy Amerykanin wiedział, że ta pani spędziła dzieciństwo w Berlinie w rezydencji swoich rodziców i że właśnie tam Hitler umieścił później swoją kancelarię? Czy Michener wiedział, że kiedy hitlerowcy zbliżali się od Rzeszowa do Łańcuta, hrabina wyszła naprzeciw z chlebem i solą, a dla rannych kazała ściąć orchidee ze swojej cieplarni? Może wiedział, może nie. Historia ma znacznie więcej ciemnych zaułków niż fikcja literacka. Co znał na pewno, to fakt, że królowa jego romansu była amazonką w wielkim stylu. Dzięki niesamowitemu świstowi skrzydeł swojej husarii zwyciężyła w roku 1683 Turków pod Wiedniem. W roku 1920 po zajęciu Kijowa przez marszałka Piłsudskiego (Ty tam byłeś, Jerzy, jako szwoleżer I pułku), kiedy marszałek Tuchaczewski postanowił zniszczyć Warszawę jako przedpole Europy Zachodniej, przy czym marszałek Budionny na czele swojej kawalerii, startując z Zamościa, miał ująć w kleszcze amię polską, żeby otworzyć Rosji drogę na Berlin – królowa zaszachowała ten plan. Siła zarówno pańskich arabów, jak chłopskich mierzynków przepędziła rosyjskie konie w stepy ukraińskie. „Ocaliła Berlin, Stuttgart, Paryż, a może Londyn. Nad Wisłą stał się cud: jeden polski marszałek zwyciężył dwóch rosyjskich marszałków.”

—

Jako najbliższe krewne we wspólnocie kulturalnej figurują w Łańcucie Francja, Austria i Anglia, trochę Włochów, trochę Holendrów i Niemców… Dwóch Smuglewiczów, Matejko… Coraz to inne potrzeby i labirynty, inni architekci i malarze. Portrety. Jaśnie wielmożne przemienione na pasterki o sarnich oczach, matki obwieszone klejnotami jak nieprzystępne ikony, dzieci łóż nieprawych, ojcowie ojczyzn prywatnych, kilku bohaterów, filozofów, filantropów, jeden „Diabeł Łańcucki – Stadnicki, oprawca ludzi i niszczyciel dóbr, kryminalista na miarę dzisiejszych dyktatorów. Esteci, politycy, bastardzi historii – Rodzina Człowiecza zastygła w swoich fałszach, wystawiona na bezmyślny wzrok turysty.

W Fantomach pisze:

Odebrana babci, zostałam powierzona dwu konwersacjonalistkom – Fräulein Helene Goertz, z którą chodziłam na spacery niemieckie, i Mlle Suzanne Belletout, z którą spacery były francuskie. Fräulein Goertz prowadziła mnie do ogrodów (Płock przed I wojną św. – przyp. W.L.), Mlle Belletout – do sklepów. Ogrody, położone tarasami nad Wisłą – wstęp za kartą miesięczną – należały jeden do pana Lilenthala, drugi do pana Rosenberga. Fräulein Goertz poinformowała mnie, że Lilenthal znaczy „dolina lilii”, a Rosenberg – „góra różana”, mimo to obaj panowie są Żydami – Juden. Mlle Belletout nie interesowała się florą i przede wszystkm nauczyła mnie słów „bon marché” (tanio – przyp. W.L.), „ruban” (wstążka), „kopeck” (kopiejka), youpin (żydek, żydowski, Żyd).

—

Idę na rue Galilée, mijając dawny Hȏtel des Champs Elysées, dziś bank, dawniej biura delegacji polskiej do rokowań o traktat wersalski – zabytek mojej drugiej z kolei bytności w Paryżu.

Rok 1918. Oleś (brat Kuncewiczowej – przyp. W.L.) był ekspertem ekonomicznym ze strony MSZ. Ja byłam studentką Uniwersytetu Warszawskiego, tłumaczką w biurze prasowym tegoż ministerstwa. (…) A przy stole: granice i traktaty, Brześć i Wersal, Lenin, mocarstwa centralne i alianci, Dmowski i Piłsudski, hrabia Sforza i pani Jeleńska.

Où sont les neiges d’antan? (Gdzie są te niegdysiejsze śniegi? – przyp. W.L.). Pewnie gdzieś leżą i czekają na odwilż.

Leżą, a Paryż kwitnie, jak kwitły moje suknie, kiedy tu przyjechałam mężatką. Wituś (syn Kuncewiczowej – przyp. W.L.) miał dwa lata i został przy Olesiowej rodzinie. Działacz na urlopie nie zaprzestał działania. Wyprostowany, sprężystym drobnym krokiem biegał z prawego brzegu Sekwany na lewy1, jeżeli nie bezpośrednio za sprawą polską, to przynajmniej w jej sferze. Do tej sfery należał inżynier dróg i mostów, Adrien Godin, prawnuk faceta, który w 1863 z grupą studentów wybrał się z Paryża piechotą przez Niemcy „pomagać Polsce”. Nie pomógł, ale potomkom zalecił pomaganie „młodszej siostrze” Francji. Działacz nie byłby Działaczem, gdyby z kolei nie pomógł Adrienowi w 1921 roku w uzyskaniu autoryzacji polskich władz na wykonanie planów portu w Gdyni, co też Adrien uczynił za cenę dziękczynnego listu warszawskiego ministra.

—

U nas drewno i słoma, tam kamień, cegła i dachówka; u nas kulawy „pałac” z bagnistym gumnem z tyłu i zachwaszczonym „gazonem” z frontu, tam zamek i park, a przynajmniej dom stary otoczony czystością; u nas chałupy w skos, w przód i plecami do drogi – tam plan jednolity, niewzruszony od Karola Wielkiego.

—

Forest Hill, czyli Leśnie Wzgórze, czyli przedmieście Londynu na południowy zachód od Tamizy. Na początku stulecia odpłynęła stamtąd zamożność, szanowność, wypłacalność – słodkie wody wiktoriańskiego dosytu. Wille bankierów i garsoniery przemysłowców dostały się elementom podejrzanym. Po drugiej wojnie światowej Londyn, koszmarnie rozległy i mało romantyczny, niecały leżał w gruzach i kto chciał, mógł sobie za tanie pieniądze nabyć uszkodzoną przez podmuch ruderę. Ten ktoś wcale nie musiał być Brytyjczykiem, wystarczała „chęć szczera” zamieszkania w pękniętych ścianach, a już rząd troszczył się o rekonstrukcję.

x

Nie spodziewałem się, że znajdę w tych książkach takie ciekawe fragmenty. Kupiłem je w Kazimierzu Dolnym w 1997 roku i przeleżały tak prawie 30 lat. Warto więc czasem wracać do starych książek, bo często można z nich dowiedzieć się więcej, niż z tego wszechogarniającego obecnie szumu internetowego.

  1. Sur la rive gauche on pense et sur la rive droite on dépense. – Na lewym brzegu myśli się, a na prawym brzegu wydaje. Gra słów w języku francuskim: on pense – myśli się, on dépense – wydaje się, w domyśle – pieniądze. Wszystkie uczelnie, instytuty znajdują się na lewym brzegu Sekwany, podczas gdy domy towarowe, teatry itp. znajdują się na prawym brzegu. ↩︎

Dzień dobry, Europo

Wiem, że teraz uwaga świata skupiona jest na Bliskim Wschodzie, na wojnie Ameryki i Izraela z Iranem. O Iranie pisałem w dwóch bogach: Iran i Iran c.d. i nie mam nic do dodania w tym temacie. Natomiast w Polsce pojawiają się coraz częściej głosy o potrzebie wyjścia z unii europejskiej. Są to przeważnie głosy z prawej strony, bo lewica obstaje przy pozostaniu w niej, co w sumie nie dziwi, bo to przecież Leszek Miller wprowadzał tam Polskę. Warto więc może przypomnieć sobie tamte czasy. Entuzjastów wśród polityków było co niemiara, a tylko jeden sceptyczny. Był to głos Jana Olszewskiego:

„To, że UE doda trochę pieniędzy było do przewidzenia. Nie zmienia to samego założenia, że zostaniemy przyjęci na zupełnie innych zasadach niż byli przyjmowani pozostali członkowie. To tworzy wewnątrz Unii podział na członków właściwych, pierwszej kategorii, i nowych – drugiej kategorii. Warunki uzyskane w negocjacjach z UE nie gwarantują, że uzyskamy szansę na wyrównanie poziomu rozwoju gospodarczego z resztą Europy. Raczej odwrotnie – utrwali się podział na dwie strefy. To fatalne dla przyszłości Unii, Polski i Europy. Moim zdaniem żaden z Polaków nie ma prawa zaakceptować takiego układu.

Kiedy byłem premierem, problemem głównym było wyprowadzenie z kraju wojsk rosyjskich i wejście do euroatlantyckiego układu bezpieczeństwa. Od kiedy znaleźliśmy się w NATO, jesteśmy po tamtej stronie. Wchodzenie do struktur europejskich jest sprawą wtórną. Nie jest tak, że musimy wejść do Europy, bo inaczej pozostaniemy poza nią. My jesteśmy w Europie tak samo jak Norwegia, która nie jest członkiem UE.”

Jednak wśród dziennikarzy też zdarzały się głosy bardziej zachowawcze. Jerzy Surdykowski w artykule Europejskie marzenie (Wołanie o sens) we wstępie pisał:

Idziemy do Europy pełnej kłopotów i nierozwiązanych problemów, do Europy przed wielką reformą, choć wciąż nam się zdaje, że tylko wracamy do Europy dawnej, spokojnej, przebogatej i opiekuńczej. Takiej Europy już nie ma.

Dalej pisze:

Tysiącletnia unia

Europę próbowano już nieraz jednoczyć ogniem i mieczem, ale spuśćmy zasłonę na krwawe usiłowania od Karola Wielkiego po Hitlera i Stalina. Pierwszym chyba projektem pokojowego zjednoczenia była krótkotrwała wizja dwóch wielkich i wyprzedzających swój czas mężów stanu: młodego cesarza Ottona III i papieża Sylwestra II, do której wstępem był sławny zjazd gnieźnieński przed z górą tysiącleciem, kiedy Otton III włożyć miał swoją koronę na głowę naszego Bolesława Chrobrego przewidzianego na namiestnika prowincji słowiańskiej, równoprawnej z Italią, Germanią i Frankonią. Niestety, szybko wróciły realia i wyboje: Otton zmarł młodo, wkrótce po nim papież-filozof Sylwester, a Germanie i Słowianie znowu wzięli się za łby. Taki mamy tylko z tego pożytek, że jest się do czego odwoływać po tysiącleciu i warto też pamiętać, iż idea europejska jest prawie tak stara jak europejskie chrześcijaństwo i z nim zrośnięta, choć – aby ją ziścić – musiała Europa usłyszeć w XX wieku kroki Diabła i zobaczyć jego oblicze; obojętnie brunatne czy czerwone.

I dalej:

To jeszcze jest herezja

Zjednoczona Europa nie jest państwem, nie jest nawet federacją państw. Ale jest czymś więcej niż zwykłą organizacją międzynarodową. Europejski super rząd musi więc respektować języki wszystkich państw członkowskich, szanować ich suwerenność, zabiegać o jednomyślność nawet w drobiazgach, co powoduje, że procedury przedłużają się i komplikują ponad potrzeby zdrowego rozsądku, a sprawność maleje. Wszyscy wiedzą, że trzeba coś z tym zrobić, ale mało komu przechodzi przez gardło stwierdzenie, że logicznym etapem byłaby federacja z konstytucją i sprawnym rządem ponadpaństwowym. To jeszcze jest herezja.

Dalej:

Wielki błąd popełniliśmy traktując poszerzenie jako operację techniczną, prawną, a przede wszystkim finansową. W rozmowach o poszerzeniu, w jego propagandzie lub antypropagandzie, w rokowaniach i oficjalnych komunikatach chodzi nade wszystko o to, ile miliardów euro, w jakim czasie i pod jakimi warunkami będziemy mogli dostać.

I kończy:

Żadna historyczna ani ekonomiczna konieczność. Oni naprawdę nie mają w tym wielkiego interesu, by brać sobie już teraz na barki jednocześnie ciężar reform i sporą część kosztów podźwignięcia „gorszej Europy”. Naiwne są bajki o nowym, wielkim rynku zbytu dla europrodukcji. Ten rynek istnieje od dawna i byłby istniał nadal bez poszerzania, tylko trochę biedniejszy i mniej chłonny. A więc jednak solidarność istnieje i przeto istnieje europejska tożsamość moralna, nie tylko finansowa.

Poszerzenie jest wielkim i – jak się wydaje – nieźle, choć nieco ospale zdawanym przez Zachód egzaminem z tej pożądanej europejskiej tożsamości. Ona będzie niebywale potrzebna już jutro, wobec wyzwań, przed którymi Unia stoi. Jeśli ta tożsamość się nie rozwinie, to wielka idea europejska pozostanie nadal przewlekłym sporem o rozdrapywanie gotówki powściąganym nie przez solidarność Europejczyków, ale przez ociężałe procedury brukselskiej biurokracji.

x

Wygląda na to, że Surdykowski wierzył – albo udawał, że wierzy – że istnieje coś takiego jak europejska tożsamość. Tym spoiwem, które miało stworzyć z Europy monolit, z własną tożsamością, było chrześcijaństwo. Szybko jednak okazało się, że jest ono nader podatne na różnego rodzaju eksperymenty. Już w 1054 roku doszło do schizmy wschodniej, czyli podziału na katolicyzm i prawosławie. Później przyszła reformacja (1517), która z katolicyzmu wyłoniła protestantyzm, a unia brzeska (1596) z prawosławia – unitów. Nie było zatem spoiwa, które mogłoby zjednoczyć całą Europę i wszelkie próby typu nazizmu czy komunizmu nie miały szans powodzenia z braku takowego.

Po co zatem rozszerzono w tamtym czasie unię o Polskę, Czechy, Słowację i Węgry? Gdyby do tego nie doszło, to nie byłoby majdanu w Kijowie, bo tam chodziło o to, że unici chcieli do unii europejskiej, a prawosławni – do Rosji. Ten postulat unitów nie byłby możliwy do wysunięcia, gdyby nie przyłączono do unii wyżej wymienionych państw, a zwłaszcza Polski. W efekcie doszło do wojny rosyjsko-ukraińskiej. A jak wojna, to doskonały pretekst do dokonywania zmian, które nie byłyby możliwe bez niej, czyli do masowych przesiedleń ludności i zmiany granic. Przesiedlenia ludności z Ukrainy już mamy, a będzie ich jeszcze więcej, a i na zmiany granic przyjdzie jeszcze czas.

Żeby to wszystko dokonało się niezbędne jest wyjście Polski z unii, tak jak to się stało, gdy Królestwo Polskie połączyło się z Wielkim Księstwem Litewskim (1569). To był moment, gdy Królestwo to opuściło I Rzeszę, czyli ówczesną unię europejską. Co to w praktyce będzie oznaczać dziś? Wyjście z unii będzie oznaczać, że skończą się unijne dotacje. Ktoś powie, że to i tak było z naszych podatków. Czy aby na pewno? Przecież nikt nie wie, ile państwo zbiera z tych podatków, a skoro tak, to nie ma sensu wdawać się w takie dywagacje, ale jeśli ktoś, tak jak ja, pamięta czasy PRL-u i porówna je z czasami III RP, to widać, że to dwa różne byty. PRL w porównaniu z III RP był siermiężny i prymitywny. Oczywiście III. RP od Zachodu dzieli przepaść, ale to i tak znacznie lepiej niż za PRL-u. Skończą się pieniądze, tak jak skończyły się gierkowskie kredyty i zaczęła się jaruzelska mizeria. Było więc tak, że najpierw, za Gierka, ktoś dał pieniądze, a później, za Jaruzelskiego, zakręcił kurek, a do tego jeszcze w sposób wyrafinowany rozkręcił inflację. Ludzie mieli dużo pieniędzy, ale nie było na rynku towarów, więc pieniądz był bezwartościowy. W przypadku wyjścia Polski z unii ten scenariusz powtórzy się, ale prawdopodobnie w inny sposób.

Może powtórzyć się scenariusz, który opisałem w blogu Sumy bajońskie, choć może nie co do joty. Jeśli jednak strumień napływającego pieniądza zostanie zmniejszony, to może odbić się to na wynagrodzeniach, mogą też wzrosnąć podatki, np. podatek katastralny. W praktyce więc ludzie, którzy mają kredyty hipoteczne, znajdą się w trudnym położeniu, a inni, którzy mają inne zobowiązania finansowe, również. Ale nawet ci, którzy nie mają tego typu obciążeń, będą mogli to odczuć poprzez podwyższone w znaczący sposób zwykłe podatki.

Tymczasem trwa gotowanie żaby na wolnym ogniu, czyli przygotowywanie społeczeństwa do głosowania w referendum za wyjściem z unii. Ćwierć wieku temu urabiano ludzi, by głosowali za wejściem do niej, a obecnie – za wyjściem. Ja wtedy, będąc pod wpływem poglądów Korwina-Mikke, głosowałem przeciw wejściu Polski do unii. Dziś jestem zdania, że wyjście z niej jest złym rozwiązaniem, bo skończy się kasa. Że co? Że jesteśmy niewolnikami unii? No jesteśmy! Ale co? Bycie wolnymi dziadami jest lepsze? Nie! Nie będziemy wolnymi dziadami. Wpadniemy w objęcia Rosji, bo tu, w takim położeniu, możemy być tylko częścią Niemiec lub Rosji (kurica nie ptica, Polsza nie zagranica). Ale może też być tak, że pozornie będzie to niepodległe państwo, ale faktyczną władzę będą sprawować stronnictwa ruskie, pruskie i amerykańskie.

To, co dziś dzieje się, przypomina trochę sytuację sprzed unii lubelskiej. Wtedy Królestwo Polskie, wydzielone z I Rzeszy, stanowiło łakomy kąsek dla oligarchów ze wschodu, którzy rozkradli wszystko, co się dało. Prym w tym wiódł największy złodziej I RP, czyli Zamoyski. Obecnie III RP, dzięki dotacjom unijnym, z siermiężnego PRL-u, przekształciła się w całkiem atrakcyjny kąsek dla ukraińskich oligarchów. Warto jednak pamiętać, że ci oligarchowie pochodzą z tej samej nacji, co ci unijni komisarze, którzy decydowali o przyznawaniu dotacji unijnych III. RP. A 47 rodów szlachty polskiej, które tak hojnie podzieliły się swymi herbami z 47. rodami litewskich i rusińskich bojarów na mocy unii horodelskiej z 1413 roku, też nie dzieliło się nimi z obcymi.

Wenezuela

3 stycznia 2026 roku Stany Zjednoczone zaatakowały Wenezuelę. W blogu Peru pisałem o historii Ameryki Południowej, m.in. również Wenezueli. Kolonie hiszpańskie to było Wicekrólestwo Peru, a Brazylia była kolonią portugalską. Okres wojen napoleońskich to w Ameryce Południowej okres „wybijania się” na niepodległość poszczególnych prowincji, które stawały się niezależne od Hiszpanii. W praktyce oznaczało to tylko zmianę suwerena. Te wszystkie „niezależne” państwa były całkowicie podległe Stanom Zjednoczonym. Stało się to w niecałe czterdzieści lat po ich powstaniu. Czy zatem jakieś państwo, w tym wypadu Wenezuela, mogło wybić się na niepodległość? Nie ma takiej opcji. Co więc dzieje się w Wenezueli? Na swoim kanale Leszek Sykulski skomentował to wydarzenie. Poniżej fragment jego wypowiedzi.

O co w tym wszystkim chodzi? Tu nie chodzi o wspieranie demokracji ani o terroryzm czy narkotyki. O co chodzi? Chodzi o system petrodolara, który przez dziesiątki lat utrzymywał dominująca pozycję Stanów Zjednoczonych na arenie międzynarodowej. Tu jest istota rzeczy. Wenezuela posiada potwierdzone, największe na świecie rezerwy ropy naftowej, większe niż Arabia Saudyjska. I tu Wenezuela zagroziła systemowi petrodolara. W jaki sposób?

  • w 2018 roku władze Wenezueli ogłosiły, że chcą odejść od rozliczeń w amerykańskim dolarze, jeżeli chodzi o sprzedaż ropy naftowej
  • zaczęły rozliczać się w juanach, akceptować euro i rosyjskiego rubla
  • złożyły wniosek o przystąpienie do grupy BRICS plus
  • Wenezuela ma tyle ropy, że może sfinansować dedolaryzację, co wywróciłoby cały system finansowy na świecie

15 sierpnia podczas spotkania w Anchorage na Alasce pomiędzy Trumpem a Putinem mogło dojść nie tylko do rozmów na temat Ukrainy, ale także nowego podziału stref wpływów. Aktualne jest zatem pytanie czy Donald Trump nie odpuścił Ukrainy i Europy Wschodniej w zamian za wolną rękę w zachodniej hemisferze?

Co to tak naprawdę oznacza dla bezpieczeństwa państwa polskiego? Bo jeżeli rzeczywiście doszło do porozumienia mocarstw ponad głowami państw małych i średnich, jeżeli dochodzi do nowego podziału stref wpływów – to jest pytanie: po której stronie znajdzie się państwo polskie? Czy dziś Stany Zjednoczone byłyby tym krajem – który np. w sytuacji rozszerzenia się wojny na Ukrainie, rozszerzenia o inne państwa – chciałyby interweniować? Krótko mówiąc, bezpośrednio używać własnych żołnierzy do tego, by ginęli za Tallin, za Rygę, za Wilno czy inne stolice państw regionu. Wiele wskazuje na to, że Amerykanie ograniczają swą obecność w Europie. Widać, że obok zachodniej hemisfery, dla Stanów Zjednoczonych kluczowy jest Indo-Pacyfik oraz interesy Izraela. No i to jest moim zdaniem klucz do zrozumienia sytuacji Polski.

Establishment III RP nie ma żadnego planu B, poza tym, że powiesił bezpieczeństwo państwa polskiego na klamce w Waszyngtonie, że włożył wszystkie jajka do jednego koszyka, który został umieszczony nad Potomakiem. I to jest poważny problem dla państwa polskiego, skłóconego z sąsiadami, państwa mającego zdewastowane relacje z Federacją Rosyjską i Republika Białoruś, a to niestety jest zalążek problemów na przyszłość. To czas by w Polsce powstała realna odpowiedź w postaci dokumentów doktrynalnych na zmieniający się system bezpieczeństwa globalnego czy też niebezpieczeństwa globalnego, no i warto jak najszybciej zaimplementować zasadę strategii wielowektorowej, bo w przeciwnym razie, niestety, państwu polskiemu grożą potężne turbulencje geostrategiczne i to mówię bez cienia przesady.

x

Tereny Wenezueli oddał augsburskim bankierom w 1529 roku, jako spłatę długów, Karol V Habsburg. Z kolei w XIX wieku rząd Portugalii zrzekł się swoich praw do kolonii i sprzedał Wielkiej Brytanii Brazylię za dwa miliony funtów. Do kogo więc należała Wenezuela i nadal należy? Była przecież własnością augsburskich bankierów. To tam, w Caracas, urodził się w 1783 roku Simon Bolivar. W 1811 roku został oficerem wojsk powstańczych walczących o niepodległość Wenezueli. I tak zaczęło się wyzwalanie poszczególnych prowincji, zwanych audiencjami, co doprowadziło do ich uniezależnienia się od Hiszpanii. Powstała „niepodległa” Wenezuela, która była własnością bankierów i prawdopodobnie nadal nią jest. A Brazylia i nie tylko ona?

Na trenie Wenezueli zalegają największe na świecie złoża ropy naftowej. Większość światowych złóż mineralnych została odkryta jeszcze przed końcem XIX wieku. To był okres największego rozkwitu państw kolonialnych. Zatem to one dokonały tych odkryć, a raczej przedsiębiorstwa, które te państwa zaangażowały w ten proces. O ile same odkrycie złóż nie wymaga wielkiego kapitału, poza niezbędną do tego wiedzą, czyli wskazaniem miejsca, gdzie należy wiercić, to już same wiercenia są niezwykle kosztowne i wymagają bardzo specjalistycznego i drogiego sprzętu. Dlatego ta wiedza jest tak bardzo ważna, by do minimum ograniczyć wiercenia poza miejscami prawdopodobnego występowania złóż. Wygląda więc na to, że niezbędną wiedzą i technologią, by wyszukiwać i wydobywać bogactwa naturalne, dysponują tylko nieliczne państwa. W praktyce sprowadza się to do Stanów Zjednoczonych, Wielkiej Brytanii, Francji i Niemiec, bo tylko w tych państwach rozwinęła się w XVIII i XIX wieku nauka zwana geologią, która dała teoretyczne podstawy pod praktyczne poszukiwania bogactw naturalnych. Na ziemiach polskich mapy geologiczne XIX wieku były dziełem Niemców i to oni budowali kopalnie węgla kamiennego, które wszystkie, poza Lubelskim Zagłębiem Węglowym, znajdują się na ziemiach poniemieckich. Te lubelskie złoża zostały odkryte w połowie lat 30-tych, co było ewenementem na skalę światową. Odkrył je Jan Samsonowicz, który pracował wówczas na Uniwersytecie Lwowskim.

Z racji tego, że poszukiwania i eksploatacja złóż naturalnych są bardzo drogie, to tylko nieliczne państwa stać na to. Z tych wyżej wymienionych dominacja zapewne należy do Stanów Zjednoczonych i Wielkiej Brytanii, a raczej firm z tych państw, które to firmy są własnością międzynarodowego kapitału. Jeśli więc któraś z tych firm zajmuje się eksploatacją złóż ropy, powiedzmy w Arabii Saudyjskiej czy Iranie, to kto tu od kogo zależy? Oba te państwa, tak jak większość państw na świecie, nie dysponuje takim kapitałem, technologią i wiedzą, by móc samodzielnie eksploatować te bogactwa i wykorzystywać je z korzyścią dla siebie. Owszem, te firmy podzielą się zyskiem, ale wtedy to rząd takiego państwa jest w kieszeni tych firm, a nie odwrotnie. – I to by było na tyle w kwestii czy Stany Zjednoczone zaatakowały Wenezuelę, bo chcą położyć łapę na jej złożach ropy. Te złoża od dawna mają swego właściciela i nie jest nim Wenezuela.

W ostatnim zdaniu swojego komentarza Leszek Sykulski powiedział: …no i warto jak najszybciej zaimplementować zasadę strategii wielowektorowej, bo w przeciwnym razie, niestety, państwu polskiemu grożą potężne turbulencje geostrategiczne i to mówię bez cienia przesady.

Z kolei Tomasz Piekielnik w dzisiejszym komentarzu USA przejmują Wenezuelę i jej ropę. Szczegóły atakui konferencja Trumpa w Mar a Lago! powiedział:

„Pokusa powstaje, by upiec wiele pieczeni przy jednym ogniu. Przy jednym ogniu upiec tyle, co się da i przedstawiać różne argumenty, okoliczności jako zasłonę dymną, a zagarniać, co swoje. Widzimy, że świat dzieli się na strefy, a raczej jest dzielony i to bezpardonowo, bez miękkiej gry i bez znieczulenia. Dlatego jest też ważne, abyśmy rozumieli, że w Polsce sprawy mogą przybrać bieg taki, którego się nie spodziewamy – rozbiory na przykład. To, co robią Stany Zjednoczone, to zielone światło dla Berlina, dla Moskwy, dla Tel Awiwu, dla Pekinu, że koniec już miękkiej gry i uważam, że kolejne konflikty przed nami.”

Czy grożą nam rozbiory – jak powiedział Piekielnik, czy potężne turbulencje geostrategiczne – jak powiedział Sykulski? W sumie oznacza to to samo, ale takie wyraźne, bez owijania w bawełnę, stwierdzenie jest nowością. A ja od początku wojny na Ukrainie twierdzę, że w przypadku III RP chodzi o odtworzenie I RP, czyli połączenie z zachodnią Ukrainą, czyli Galicją Wschodnią, a później o przyłączenie zachodniej Białorusi i Litwy. Sytuacja bardzo przypomina tę sprzed II wojny światowej. Wtedy rząd II RP robił wszystko, by skłócić to państwo z sąsiadami i przystąpić do wojny z Niemcami, co w praktyce oznaczało jego likwidację. Obecnie jest podobnie; III RP ma złe stosunki dyplomatyczne z sąsiadami i dąży do wysłania wojska na Ukrainę. Skończy się tak, jak po wojnie – powstanie zupełnie inne państwo.