Byli czy nie byli?

W związku z misją Artemis II powrócił temat pobytu ludzi na Księżycu. Jest tylu wątpiących, co wierzących, że człowiek stanął na Srebrnym Globie. Wydaje się, że z technicznego punktu widzenia jest to możliwe. Problem jednak polega na tym, że nie wiadomo czy człowiek jest w stanie przeżyć taki wypad poza Ziemię i jak długo jest w stanie wytrzymać w tak odmiennych od ziemskich warunkach. Z powodu braku szczegółowych informacji na ten temat trudno jest mi zająć w tej sprawie jednoznaczne stanowisko. Pozostaje mi więc metoda, którą posługuję się na tym blogu, czyli logiczne wnioskowanie, choć zdaję sobie sprawę z tego, że i ono może być niedoskonałe.

To, że historię przedstawia się w sposób zakłamany, to w to wierzy chyba więcej osób, niż w to, że ludzie nie wylądowali na Księżycu. Innymi słowy, ludzie łatwiej dopuszczają do siebie myśl, że historia może być zakłamana, ale nie – teraźniejszość, bo przecież oni są jej świadkami. Trudno to dociera do ludzi, choć mamy tego namacalny dowód w postaci wojny na Ukrainie. Wmawia się nam, że trzeba pomagać „uchodźcom” z Ukrainy, bo tam wojna. Tak, tam wojna, ale ona ma miejsce na 1/5 obszaru tego państwa i to na jego dalekim wschodzie. Reszta państwa jest od niej wolna i to właśnie z tej wolnej części przybywa do „Polski” najwięcej „uchodźców”.

Straszy się nas Rosją, że jak pokona Ukrainę, to ruszy na Polskę i tu najczęściej podpiera się napaścią z 1920 roku. Tylko jakoś nikt z tych straszących nie chce zauważyć, że gdy bolszewicy ruszyli na zachód, to w Rosji nadal trwała wojna domowa i biali jeszcze nie skapitulowali, a zdobycze czerwonych to stosunkowo niewielki obszar wokół Moskwy i Piotrogrodu. I w takiej sytuacji ruszyli na zachód, a biali nie wykorzystali tego; czy dlatego, że byli tacy głupi, czy może dlatego, że mieli taki rozkaz? Bolszewicy podeszli pod Warszawę i tu zdarzył się cud. Nie pierwszy to cud, wcześniej mieliśmy do czynienia z cudem domu brandenburskiego i to nie z jednym, ale z dwoma. W tych cudach chodziło o to, że w pierwszy Rosjanie podeszli pod Berlin i… wycofali się, w drugim – wycofali wojska z frontu. Podobnie było pod Warszawą. Poniższy cytat pochodzi z blogu Niemcy zjednoczone.

Skoro zakłamuje się nam historię i teraźniejszość, to czy nie może być tak w przypadku lądowania człowieka na Księżycu? Być może tak właśnie jest. Skąd taki pęd do podkreślania, że człowiek może podbić Kosmos, że jest wszechpotężny? Czy nie jest to wbrew twierdzeniom średniowiecznych scholastyków? Scholastyka to główny kierunek filozofii chrześcijańskiej, charakteryzujący się dążeniem do rozumowego udowodnienia dogmatów religijnych, abstrakcyjnymi analizami i spekulatywnym dociekaniem bez odwoływania się do doświadczenia. – Tak to definiuje Słownik wyrazów obcych PWN 2002. Ci scholastycy twierdzili (dogmaty), że Ziemia jest wyjątkowa we wszechświecie i człowiek – też. Później przyszedł renesans, który wyniósł na ołtarze doświadczenie, alchemię, astrologię, wróżbitów wróżących z układu gwiazd itp. I to był „postęp” i to trwa do dziś. Człowiek w kosmosie ma być dowodem na jego potęgę, czymś potężniejszym od Boga, ma opanować Kosmos i w sposób pośredni zanegować wszechpotęgę Boga. – Tak to sobie tłumaczę, ten pęd w przestworza. To jest moje subiektywne odczucie. Osobiście wolę jednak sprawy ziemskie, bo tu leży klucz do wszystkiego.

x

Przeczytałem ostatnio dwie książki Marii Kuncewiczowej (1895-1989) Listy do Jerzego Wydawnictwo Lubelskie, Lublin 1997 i Fantomy Wydawnictwo Lubelskie, Lublin 1989. Wybrałem z nich pewne fragmenty, które wydały mi się warte zacytowania. Jerzy to jej mąż, który zmarł w 1984 roku. W Listach do Jerzego pisze:

Ani Renia, dekoratorka życia, ani my, właściciele chatki w kazimierskim sadzie, nie wiedzieliśmy o pałacu w Łańcucie. Słuchy o nim doszły mnie dopiero z książki „Poland, a novel” Jamesa A. Michenera. Polska jako bohaterka powieści? W dodatku nie ascetyczna święta Kinga ani andegaweńska żona litewskiego Jagiełły, ani bohaterska Emilia Plater, ani uczona Maria Skłodowska. Polska Michenera to po prostu pionek zwany Królową na szachownicy dziejów. Jej „fakty i gesty” tak zostały ułożone, żeby cena książki nie przekroczyła ciekawości amerykańskiego czytelnika, dzięki czemu w roku Twojej śmierci romans o Polsce utrzymał się, Jerzy, trzydzieści osiem tygodni na liście bestsellerów „New York Timesa”. Ani Ty, ani ja nie marzyliśmy nigdy o takim sukcesie, chociaż heroinę znaliśmy osobiście.

Michener, owszem, zatroszczył się o ciągłość dziejów. Powieść zaczyna się i kończy w tym samym miejscu Polski. Wprawdzie nie w Łańcucie (raczej w gmachu o zmyślonej nazwie, wyglądającym na Baranów sandomierski), gdzie asystujemy przy wiecznym przetargu poddanych z władzą. Dzisiejszych kmiotków pańszczyźnianych z dzisiejszą szlachtą, czyli partią przez duże P. Fabuła obejmuje całość historii Polski, a jej reprezentacyjną sceną stale pozostaje ten sam pałac, jako symbol chronicznego starcia: sprawa przegrywa dziś, jak przegrywała zawsze, spór ubogich z bogaczami o ziemię. Przy czym aktualny rzecznik interesów chłopskich nosi to samo nazwisko co jego praojciec w tejże wsi przed wiekami.

Skąd Łańcut? Otóż J. A. Michener zadbał także o swój własny pobyt w jakimś historycznym polskim pałacu. W przedmowie dziękuje komu należy za dwukrotne „piękne wakacje” w Łańcucie. Zafascynowany jedną z dawnych dziedziczek, księżną Lubomirską, przyjaciółką Goethego, Franklina i Jeffersona, czy był on świadom, że znalazł się w punkcie, gdzie na szachownicy dziejów królowa, tym razem uosobiona przez Potocką z Radziwiłłów, matkę ostatniego łańcuckiego ordynata, poruszyła się w roku 1939 w stronę teutońskiej wieży? Czy Amerykanin wiedział, że ta pani spędziła dzieciństwo w Berlinie w rezydencji swoich rodziców i że właśnie tam Hitler umieścił później swoją kancelarię? Czy Michener wiedział, że kiedy hitlerowcy zbliżali się od Rzeszowa do Łańcuta, hrabina wyszła naprzeciw z chlebem i solą, a dla rannych kazała ściąć orchidee ze swojej cieplarni? Może wiedział, może nie. Historia ma znacznie więcej ciemnych zaułków niż fikcja literacka. Co znał na pewno, to fakt, że królowa jego romansu była amazonką w wielkim stylu. Dzięki niesamowitemu świstowi skrzydeł swojej husarii zwyciężyła w roku 1683 Turków pod Wiedniem. W roku 1920 po zajęciu Kijowa przez marszałka Piłsudskiego (Ty tam byłeś, Jerzy, jako szwoleżer I pułku), kiedy marszałek Tuchaczewski postanowił zniszczyć Warszawę jako przedpole Europy Zachodniej, przy czym marszałek Budionny na czele swojej kawalerii, startując z Zamościa, miał ująć w kleszcze amię polską, żeby otworzyć Rosji drogę na Berlin – królowa zaszachowała ten plan. Siła zarówno pańskich arabów, jak chłopskich mierzynków przepędziła rosyjskie konie w stepy ukraińskie. „Ocaliła Berlin, Stuttgart, Paryż, a może Londyn. Nad Wisłą stał się cud: jeden polski marszałek zwyciężył dwóch rosyjskich marszałków.”

Jako najbliższe krewne we wspólnocie kulturalnej figurują w Łańcucie Francja, Austria i Anglia, trochę Włochów, trochę Holendrów i Niemców… Dwóch Smuglewiczów, Matejko… Coraz to inne potrzeby i labirynty, inni architekci i malarze. Portrety. Jaśnie wielmożne przemienione na pasterki o sarnich oczach, matki obwieszone klejnotami jak nieprzystępne ikony, dzieci łóż nieprawych, ojcowie ojczyzn prywatnych, kilku bohaterów, filozofów, filantropów, jeden „Diabeł Łańcucki – Stadnicki, oprawca ludzi i niszczyciel dóbr, kryminalista na miarę dzisiejszych dyktatorów. Esteci, politycy, bastardzi historii – Rodzina Człowiecza zastygła w swoich fałszach, wystawiona na bezmyślny wzrok turysty.

W Fantomach pisze:

Odebrana babci, zostałam powierzona dwu konwersacjonalistkom – Fräulein Helene Goertz, z którą chodziłam na spacery niemieckie, i Mlle Suzanne Belletout, z którą spacery były francuskie. Fräulein Goertz prowadziła mnie do ogrodów (Płock przed I wojną św. – przyp. W.L.), Mlle Belletout – do sklepów. Ogrody, położone tarasami nad Wisłą – wstęp za kartą miesięczną – należały jeden do pana Lilenthala, drugi do pana Rosenberga. Fräulein Goertz poinformowała mnie, że Lilenthal znaczy „dolina lilii”, a Rosenberg – „góra różana”, mimo to obaj panowie są Żydami – Juden. Mlle Belletout nie interesowała się florą i przede wszystkm nauczyła mnie słów „bon marché” (tanio – przyp. W.L.), „ruban” (wstążka), „kopeck” (kopiejka), youpin (żydek, żydowski, Żyd).

Idę na rue Galilée, mijając dawny Hȏtel des Champs Elysées, dziś bank, dawniej biura delegacji polskiej do rokowań o traktat wersalski – zabytek mojej drugiej z kolei bytności w Paryżu.

Rok 1918. Oleś (brat Kuncewiczowej – przyp. W.L.) był ekspertem ekonomicznym ze strony MSZ. Ja byłam studentką Uniwersytetu Warszawskiego, tłumaczką w biurze prasowym tegoż ministerstwa. (…) A przy stole: granice i traktaty, Brześć i Wersal, Lenin, mocarstwa centralne i alianci, Dmowski i Piłsudski, hrabia Sforza i pani Jeleńska.

Où sont les neiges d’antan? (Gdzie są te niegdysiejsze śniegi? – przyp. W.L.). Pewnie gdzieś leżą i czekają na odwilż.

Leżą, a Paryż kwitnie, jak kwitły moje suknie, kiedy tu przyjechałam mężatką. Wituś (syn Kuncewiczowej – przyp. W.L.) miał dwa lata i został przy Olesiowej rodzinie. Działacz na urlopie nie zaprzestał działania. Wyprostowany, sprężystym drobnym krokiem biegał z prawego brzegu Sekwany na lewy1, jeżeli nie bezpośrednio za sprawą polską, to przynajmniej w jej sferze. Do tej sfery należał inżynier dróg i mostów, Adrien Godin, prawnuk faceta, który w 1863 z grupą studentów wybrał się z Paryża piechotą przez Niemcy „pomagać Polsce”. Nie pomógł, ale potomkom zalecił pomaganie „młodszej siostrze” Francji. Działacz nie byłby Działaczem, gdyby z kolei nie pomógł Adrienowi w 1921 roku w uzyskaniu autoryzacji polskich władz na wykonanie planów portu w Gdyni, co też Adrien uczynił za cenę dziękczynnego listu warszawskiego ministra.

U nas drewno i słoma, tam kamień, cegła i dachówka; u nas kulawy „pałac” z bagnistym gumnem z tyłu i zachwaszczonym „gazonem” z frontu, tam zamek i park, a przynajmniej dom stary otoczony czystością; u nas chałupy w skos, w przód i plecami do drogi – tam plan jednolity, niewzruszony od Karola Wielkiego.

Forest Hill, czyli Leśnie Wzgórze, czyli przedmieście Londynu na południowy zachód od Tamizy. Na początku stulecia odpłynęła stamtąd zamożność, szanowność, wypłacalność – słodkie wody wiktoriańskiego dosytu. Wille bankierów i garsoniery przemysłowców dostały się elementom podejrzanym. Po drugiej wojnie światowej Londyn, koszmarnie rozległy i mało romantyczny, niecały leżał w gruzach i kto chciał, mógł sobie za tanie pieniądze nabyć uszkodzoną przez podmuch ruderę. Ten ktoś wcale nie musiał być Brytyjczykiem, wystarczała „chęć szczera” zamieszkania w pękniętych ścianach, a już rząd troszczył się o rekonstrukcję.

x

Nie spodziewałem się, że znajdę w tych książkach takie ciekawe fragmenty. Kupiłem je w Kazimierzu Dolnym w 1997 roku i przeleżały tak prawie 30 lat. Warto więc czasem wracać do starych książek, bo często można z nich dowiedzieć się więcej, niż z tego wszechogarniającego obecnie szumu internetowego.

  1. Sur la rive gauche on pense et sur la rive droite on dépense. – Na lewym brzegu myśli się, a na prawym brzegu wydaje. Gra słów w języku francuskim: on pense – myśli się, on dépense – wydaje się, w domyśle – pieniądze. Wszystkie uczelnie, instytuty znajdują się na lewym brzegu Sekwany, podczas gdy domy towarowe, teatry itp. znajdują się na prawym brzegu. ↩︎

Dzień dobry, Europo

Wiem, że teraz uwaga świata skupiona jest na Bliskim Wschodzie, na wojnie Ameryki i Izraela z Iranem. O Iranie pisałem w dwóch bogach: Iran i Iran c.d. i nie mam nic do dodania w tym temacie. Natomiast w Polsce pojawiają się coraz częściej głosy o potrzebie wyjścia z unii europejskiej. Są to przeważnie głosy z prawej strony, bo lewica obstaje przy pozostaniu w niej, co w sumie nie dziwi, bo to przecież Leszek Miller wprowadzał tam Polskę. Warto więc może przypomnieć sobie tamte czasy. Entuzjastów wśród polityków było co niemiara, a tylko jeden sceptyczny. Był to głos Jana Olszewskiego:

„To, że UE doda trochę pieniędzy było do przewidzenia. Nie zmienia to samego założenia, że zostaniemy przyjęci na zupełnie innych zasadach niż byli przyjmowani pozostali członkowie. To tworzy wewnątrz Unii podział na członków właściwych, pierwszej kategorii, i nowych – drugiej kategorii. Warunki uzyskane w negocjacjach z UE nie gwarantują, że uzyskamy szansę na wyrównanie poziomu rozwoju gospodarczego z resztą Europy. Raczej odwrotnie – utrwali się podział na dwie strefy. To fatalne dla przyszłości Unii, Polski i Europy. Moim zdaniem żaden z Polaków nie ma prawa zaakceptować takiego układu.

Kiedy byłem premierem, problemem głównym było wyprowadzenie z kraju wojsk rosyjskich i wejście do euroatlantyckiego układu bezpieczeństwa. Od kiedy znaleźliśmy się w NATO, jesteśmy po tamtej stronie. Wchodzenie do struktur europejskich jest sprawą wtórną. Nie jest tak, że musimy wejść do Europy, bo inaczej pozostaniemy poza nią. My jesteśmy w Europie tak samo jak Norwegia, która nie jest członkiem UE.”

Jednak wśród dziennikarzy też zdarzały się głosy bardziej zachowawcze. Jerzy Surdykowski w artykule Europejskie marzenie (Wołanie o sens) we wstępie pisał:

Idziemy do Europy pełnej kłopotów i nierozwiązanych problemów, do Europy przed wielką reformą, choć wciąż nam się zdaje, że tylko wracamy do Europy dawnej, spokojnej, przebogatej i opiekuńczej. Takiej Europy już nie ma.

Dalej pisze:

Tysiącletnia unia

Europę próbowano już nieraz jednoczyć ogniem i mieczem, ale spuśćmy zasłonę na krwawe usiłowania od Karola Wielkiego po Hitlera i Stalina. Pierwszym chyba projektem pokojowego zjednoczenia była krótkotrwała wizja dwóch wielkich i wyprzedzających swój czas mężów stanu: młodego cesarza Ottona III i papieża Sylwestra II, do której wstępem był sławny zjazd gnieźnieński przed z górą tysiącleciem, kiedy Otton III włożyć miał swoją koronę na głowę naszego Bolesława Chrobrego przewidzianego na namiestnika prowincji słowiańskiej, równoprawnej z Italią, Germanią i Frankonią. Niestety, szybko wróciły realia i wyboje: Otton zmarł młodo, wkrótce po nim papież-filozof Sylwester, a Germanie i Słowianie znowu wzięli się za łby. Taki mamy tylko z tego pożytek, że jest się do czego odwoływać po tysiącleciu i warto też pamiętać, iż idea europejska jest prawie tak stara jak europejskie chrześcijaństwo i z nim zrośnięta, choć – aby ją ziścić – musiała Europa usłyszeć w XX wieku kroki Diabła i zobaczyć jego oblicze; obojętnie brunatne czy czerwone.

I dalej:

To jeszcze jest herezja

Zjednoczona Europa nie jest państwem, nie jest nawet federacją państw. Ale jest czymś więcej niż zwykłą organizacją międzynarodową. Europejski super rząd musi więc respektować języki wszystkich państw członkowskich, szanować ich suwerenność, zabiegać o jednomyślność nawet w drobiazgach, co powoduje, że procedury przedłużają się i komplikują ponad potrzeby zdrowego rozsądku, a sprawność maleje. Wszyscy wiedzą, że trzeba coś z tym zrobić, ale mało komu przechodzi przez gardło stwierdzenie, że logicznym etapem byłaby federacja z konstytucją i sprawnym rządem ponadpaństwowym. To jeszcze jest herezja.

Dalej:

Wielki błąd popełniliśmy traktując poszerzenie jako operację techniczną, prawną, a przede wszystkim finansową. W rozmowach o poszerzeniu, w jego propagandzie lub antypropagandzie, w rokowaniach i oficjalnych komunikatach chodzi nade wszystko o to, ile miliardów euro, w jakim czasie i pod jakimi warunkami będziemy mogli dostać.

I kończy:

Żadna historyczna ani ekonomiczna konieczność. Oni naprawdę nie mają w tym wielkiego interesu, by brać sobie już teraz na barki jednocześnie ciężar reform i sporą część kosztów podźwignięcia „gorszej Europy”. Naiwne są bajki o nowym, wielkim rynku zbytu dla europrodukcji. Ten rynek istnieje od dawna i byłby istniał nadal bez poszerzania, tylko trochę biedniejszy i mniej chłonny. A więc jednak solidarność istnieje i przeto istnieje europejska tożsamość moralna, nie tylko finansowa.

Poszerzenie jest wielkim i – jak się wydaje – nieźle, choć nieco ospale zdawanym przez Zachód egzaminem z tej pożądanej europejskiej tożsamości. Ona będzie niebywale potrzebna już jutro, wobec wyzwań, przed którymi Unia stoi. Jeśli ta tożsamość się nie rozwinie, to wielka idea europejska pozostanie nadal przewlekłym sporem o rozdrapywanie gotówki powściąganym nie przez solidarność Europejczyków, ale przez ociężałe procedury brukselskiej biurokracji.

x

Wygląda na to, że Surdykowski wierzył – albo udawał, że wierzy – że istnieje coś takiego jak europejska tożsamość. Tym spoiwem, które miało stworzyć z Europy monolit, z własną tożsamością, było chrześcijaństwo. Szybko jednak okazało się, że jest ono nader podatne na różnego rodzaju eksperymenty. Już w 1054 roku doszło do schizmy wschodniej, czyli podziału na katolicyzm i prawosławie. Później przyszła reformacja (1517), która z katolicyzmu wyłoniła protestantyzm, a unia brzeska (1596) z prawosławia – unitów. Nie było zatem spoiwa, które mogłoby zjednoczyć całą Europę i wszelkie próby typu nazizmu czy komunizmu nie miały szans powodzenia z braku takowego.

Po co zatem rozszerzono w tamtym czasie unię o Polskę, Czechy, Słowację i Węgry? Gdyby do tego nie doszło, to nie byłoby majdanu w Kijowie, bo tam chodziło o to, że unici chcieli do unii europejskiej, a prawosławni – do Rosji. Ten postulat unitów nie byłby możliwy do wysunięcia, gdyby nie przyłączono do unii wyżej wymienionych państw, a zwłaszcza Polski. W efekcie doszło do wojny rosyjsko-ukraińskiej. A jak wojna, to doskonały pretekst do dokonywania zmian, które nie byłyby możliwe bez niej, czyli do masowych przesiedleń ludności i zmiany granic. Przesiedlenia ludności z Ukrainy już mamy, a będzie ich jeszcze więcej, a i na zmiany granic przyjdzie jeszcze czas.

Żeby to wszystko dokonało się niezbędne jest wyjście Polski z unii, tak jak to się stało, gdy Królestwo Polskie połączyło się z Wielkim Księstwem Litewskim (1569). To był moment, gdy Królestwo to opuściło I Rzeszę, czyli ówczesną unię europejską. Co to w praktyce będzie oznaczać dziś? Wyjście z unii będzie oznaczać, że skończą się unijne dotacje. Ktoś powie, że to i tak było z naszych podatków. Czy aby na pewno? Przecież nikt nie wie, ile państwo zbiera z tych podatków, a skoro tak, to nie ma sensu wdawać się w takie dywagacje, ale jeśli ktoś, tak jak ja, pamięta czasy PRL-u i porówna je z czasami III RP, to widać, że to dwa różne byty. PRL w porównaniu z III RP był siermiężny i prymitywny. Oczywiście III. RP od Zachodu dzieli przepaść, ale to i tak znacznie lepiej niż za PRL-u. Skończą się pieniądze, tak jak skończyły się gierkowskie kredyty i zaczęła się jaruzelska mizeria. Było więc tak, że najpierw, za Gierka, ktoś dał pieniądze, a później, za Jaruzelskiego, zakręcił kurek, a do tego jeszcze w sposób wyrafinowany rozkręcił inflację. Ludzie mieli dużo pieniędzy, ale nie było na rynku towarów, więc pieniądz był bezwartościowy. W przypadku wyjścia Polski z unii ten scenariusz powtórzy się, ale prawdopodobnie w inny sposób.

Może powtórzyć się scenariusz, który opisałem w blogu Sumy bajońskie, choć może nie co do joty. Jeśli jednak strumień napływającego pieniądza zostanie zmniejszony, to może odbić się to na wynagrodzeniach, mogą też wzrosnąć podatki, np. podatek katastralny. W praktyce więc ludzie, którzy mają kredyty hipoteczne, znajdą się w trudnym położeniu, a inni, którzy mają inne zobowiązania finansowe, również. Ale nawet ci, którzy nie mają tego typu obciążeń, będą mogli to odczuć poprzez podwyższone w znaczący sposób zwykłe podatki.

Tymczasem trwa gotowanie żaby na wolnym ogniu, czyli przygotowywanie społeczeństwa do głosowania w referendum za wyjściem z unii. Ćwierć wieku temu urabiano ludzi, by głosowali za wejściem do niej, a obecnie – za wyjściem. Ja wtedy, będąc pod wpływem poglądów Korwina-Mikke, głosowałem przeciw wejściu Polski do unii. Dziś jestem zdania, że wyjście z niej jest złym rozwiązaniem, bo skończy się kasa. Że co? Że jesteśmy niewolnikami unii? No jesteśmy! Ale co? Bycie wolnymi dziadami jest lepsze? Nie! Nie będziemy wolnymi dziadami. Wpadniemy w objęcia Rosji, bo tu, w takim położeniu, możemy być tylko częścią Niemiec lub Rosji (kurica nie ptica, Polsza nie zagranica). Ale może też być tak, że pozornie będzie to niepodległe państwo, ale faktyczną władzę będą sprawować stronnictwa ruskie, pruskie i amerykańskie.

To, co dziś dzieje się, przypomina trochę sytuację sprzed unii lubelskiej. Wtedy Królestwo Polskie, wydzielone z I Rzeszy, stanowiło łakomy kąsek dla oligarchów ze wschodu, którzy rozkradli wszystko, co się dało. Prym w tym wiódł największy złodziej I RP, czyli Zamoyski. Obecnie III RP, dzięki dotacjom unijnym, z siermiężnego PRL-u, przekształciła się w całkiem atrakcyjny kąsek dla ukraińskich oligarchów. Warto jednak pamiętać, że ci oligarchowie pochodzą z tej samej nacji, co ci unijni komisarze, którzy decydowali o przyznawaniu dotacji unijnych III. RP. A 47 rodów szlachty polskiej, które tak hojnie podzieliły się swymi herbami z 47. rodami litewskich i rusińskich bojarów na mocy unii horodelskiej z 1413 roku, też nie dzieliło się nimi z obcymi.

Wenezuela

3 stycznia 2026 roku Stany Zjednoczone zaatakowały Wenezuelę. W blogu Peru pisałem o historii Ameryki Południowej, m.in. również Wenezueli. Kolonie hiszpańskie to było Wicekrólestwo Peru, a Brazylia była kolonią portugalską. Okres wojen napoleońskich to w Ameryce Południowej okres „wybijania się” na niepodległość poszczególnych prowincji, które stawały się niezależne od Hiszpanii. W praktyce oznaczało to tylko zmianę suwerena. Te wszystkie „niezależne” państwa były całkowicie podległe Stanom Zjednoczonym. Stało się to w niecałe czterdzieści lat po ich powstaniu. Czy zatem jakieś państwo, w tym wypadu Wenezuela, mogło wybić się na niepodległość? Nie ma takiej opcji. Co więc dzieje się w Wenezueli? Na swoim kanale Leszek Sykulski skomentował to wydarzenie. Poniżej fragment jego wypowiedzi.

O co w tym wszystkim chodzi? Tu nie chodzi o wspieranie demokracji ani o terroryzm czy narkotyki. O co chodzi? Chodzi o system petrodolara, który przez dziesiątki lat utrzymywał dominująca pozycję Stanów Zjednoczonych na arenie międzynarodowej. Tu jest istota rzeczy. Wenezuela posiada potwierdzone, największe na świecie rezerwy ropy naftowej, większe niż Arabia Saudyjska. I tu Wenezuela zagroziła systemowi petrodolara. W jaki sposób?

  • w 2018 roku władze Wenezueli ogłosiły, że chcą odejść od rozliczeń w amerykańskim dolarze, jeżeli chodzi o sprzedaż ropy naftowej
  • zaczęły rozliczać się w juanach, akceptować euro i rosyjskiego rubla
  • złożyły wniosek o przystąpienie do grupy BRICS plus
  • Wenezuela ma tyle ropy, że może sfinansować dedolaryzację, co wywróciłoby cały system finansowy na świecie

15 sierpnia podczas spotkania w Anchorage na Alasce pomiędzy Trumpem a Putinem mogło dojść nie tylko do rozmów na temat Ukrainy, ale także nowego podziału stref wpływów. Aktualne jest zatem pytanie czy Donald Trump nie odpuścił Ukrainy i Europy Wschodniej w zamian za wolną rękę w zachodniej hemisferze?

Co to tak naprawdę oznacza dla bezpieczeństwa państwa polskiego? Bo jeżeli rzeczywiście doszło do porozumienia mocarstw ponad głowami państw małych i średnich, jeżeli dochodzi do nowego podziału stref wpływów – to jest pytanie: po której stronie znajdzie się państwo polskie? Czy dziś Stany Zjednoczone byłyby tym krajem – który np. w sytuacji rozszerzenia się wojny na Ukrainie, rozszerzenia o inne państwa – chciałyby interweniować? Krótko mówiąc, bezpośrednio używać własnych żołnierzy do tego, by ginęli za Tallin, za Rygę, za Wilno czy inne stolice państw regionu. Wiele wskazuje na to, że Amerykanie ograniczają swą obecność w Europie. Widać, że obok zachodniej hemisfery, dla Stanów Zjednoczonych kluczowy jest Indo-Pacyfik oraz interesy Izraela. No i to jest moim zdaniem klucz do zrozumienia sytuacji Polski.

Establishment III RP nie ma żadnego planu B, poza tym, że powiesił bezpieczeństwo państwa polskiego na klamce w Waszyngtonie, że włożył wszystkie jajka do jednego koszyka, który został umieszczony nad Potomakiem. I to jest poważny problem dla państwa polskiego, skłóconego z sąsiadami, państwa mającego zdewastowane relacje z Federacją Rosyjską i Republika Białoruś, a to niestety jest zalążek problemów na przyszłość. To czas by w Polsce powstała realna odpowiedź w postaci dokumentów doktrynalnych na zmieniający się system bezpieczeństwa globalnego czy też niebezpieczeństwa globalnego, no i warto jak najszybciej zaimplementować zasadę strategii wielowektorowej, bo w przeciwnym razie, niestety, państwu polskiemu grożą potężne turbulencje geostrategiczne i to mówię bez cienia przesady.

x

Tereny Wenezueli oddał augsburskim bankierom w 1529 roku, jako spłatę długów, Karol V Habsburg. Z kolei w XIX wieku rząd Portugalii zrzekł się swoich praw do kolonii i sprzedał Wielkiej Brytanii Brazylię za dwa miliony funtów. Do kogo więc należała Wenezuela i nadal należy? Była przecież własnością augsburskich bankierów. To tam, w Caracas, urodził się w 1783 roku Simon Bolivar. W 1811 roku został oficerem wojsk powstańczych walczących o niepodległość Wenezueli. I tak zaczęło się wyzwalanie poszczególnych prowincji, zwanych audiencjami, co doprowadziło do ich uniezależnienia się od Hiszpanii. Powstała „niepodległa” Wenezuela, która była własnością bankierów i prawdopodobnie nadal nią jest. A Brazylia i nie tylko ona?

Na trenie Wenezueli zalegają największe na świecie złoża ropy naftowej. Większość światowych złóż mineralnych została odkryta jeszcze przed końcem XIX wieku. To był okres największego rozkwitu państw kolonialnych. Zatem to one dokonały tych odkryć, a raczej przedsiębiorstwa, które te państwa zaangażowały w ten proces. O ile same odkrycie złóż nie wymaga wielkiego kapitału, poza niezbędną do tego wiedzą, czyli wskazaniem miejsca, gdzie należy wiercić, to już same wiercenia są niezwykle kosztowne i wymagają bardzo specjalistycznego i drogiego sprzętu. Dlatego ta wiedza jest tak bardzo ważna, by do minimum ograniczyć wiercenia poza miejscami prawdopodobnego występowania złóż. Wygląda więc na to, że niezbędną wiedzą i technologią, by wyszukiwać i wydobywać bogactwa naturalne, dysponują tylko nieliczne państwa. W praktyce sprowadza się to do Stanów Zjednoczonych, Wielkiej Brytanii, Francji i Niemiec, bo tylko w tych państwach rozwinęła się w XVIII i XIX wieku nauka zwana geologią, która dała teoretyczne podstawy pod praktyczne poszukiwania bogactw naturalnych. Na ziemiach polskich mapy geologiczne XIX wieku były dziełem Niemców i to oni budowali kopalnie węgla kamiennego, które wszystkie, poza Lubelskim Zagłębiem Węglowym, znajdują się na ziemiach poniemieckich. Te lubelskie złoża zostały odkryte w połowie lat 30-tych, co było ewenementem na skalę światową. Odkrył je Jan Samsonowicz, który pracował wówczas na Uniwersytecie Lwowskim.

Z racji tego, że poszukiwania i eksploatacja złóż naturalnych są bardzo drogie, to tylko nieliczne państwa stać na to. Z tych wyżej wymienionych dominacja zapewne należy do Stanów Zjednoczonych i Wielkiej Brytanii, a raczej firm z tych państw, które to firmy są własnością międzynarodowego kapitału. Jeśli więc któraś z tych firm zajmuje się eksploatacją złóż ropy, powiedzmy w Arabii Saudyjskiej czy Iranie, to kto tu od kogo zależy? Oba te państwa, tak jak większość państw na świecie, nie dysponuje takim kapitałem, technologią i wiedzą, by móc samodzielnie eksploatować te bogactwa i wykorzystywać je z korzyścią dla siebie. Owszem, te firmy podzielą się zyskiem, ale wtedy to rząd takiego państwa jest w kieszeni tych firm, a nie odwrotnie. – I to by było na tyle w kwestii czy Stany Zjednoczone zaatakowały Wenezuelę, bo chcą położyć łapę na jej złożach ropy. Te złoża od dawna mają swego właściciela i nie jest nim Wenezuela.

W ostatnim zdaniu swojego komentarza Leszek Sykulski powiedział: …no i warto jak najszybciej zaimplementować zasadę strategii wielowektorowej, bo w przeciwnym razie, niestety, państwu polskiemu grożą potężne turbulencje geostrategiczne i to mówię bez cienia przesady.

Z kolei Tomasz Piekielnik w dzisiejszym komentarzu USA przejmują Wenezuelę i jej ropę. Szczegóły atakui konferencja Trumpa w Mar a Lago! powiedział:

„Pokusa powstaje, by upiec wiele pieczeni przy jednym ogniu. Przy jednym ogniu upiec tyle, co się da i przedstawiać różne argumenty, okoliczności jako zasłonę dymną, a zagarniać, co swoje. Widzimy, że świat dzieli się na strefy, a raczej jest dzielony i to bezpardonowo, bez miękkiej gry i bez znieczulenia. Dlatego jest też ważne, abyśmy rozumieli, że w Polsce sprawy mogą przybrać bieg taki, którego się nie spodziewamy – rozbiory na przykład. To, co robią Stany Zjednoczone, to zielone światło dla Berlina, dla Moskwy, dla Tel Awiwu, dla Pekinu, że koniec już miękkiej gry i uważam, że kolejne konflikty przed nami.”

Czy grożą nam rozbiory – jak powiedział Piekielnik, czy potężne turbulencje geostrategiczne – jak powiedział Sykulski? W sumie oznacza to to samo, ale takie wyraźne, bez owijania w bawełnę, stwierdzenie jest nowością. A ja od początku wojny na Ukrainie twierdzę, że w przypadku III RP chodzi o odtworzenie I RP, czyli połączenie z zachodnią Ukrainą, czyli Galicją Wschodnią, a później o przyłączenie zachodniej Białorusi i Litwy. Sytuacja bardzo przypomina tę sprzed II wojny światowej. Wtedy rząd II RP robił wszystko, by skłócić to państwo z sąsiadami i przystąpić do wojny z Niemcami, co w praktyce oznaczało jego likwidację. Obecnie jest podobnie; III RP ma złe stosunki dyplomatyczne z sąsiadami i dąży do wysłania wojska na Ukrainę. Skończy się tak, jak po wojnie – powstanie zupełnie inne państwo.

Królewiec

Nie widać końca wojny na Ukrainie, nic szczególnego nie dzieje się tam, ale coraz częściej pojawia się wątek Królewca. Jeden z polskich generałów powiedział ostatnio, że jeżeli Rosja w jakiś sposób zaatakuje terytorium Polski, to wszystko w tym okręgu zostanie zrównane z ziemią w promieniu 300 km. Jeśli tak, to oznacza to również, że Warszawa wróci do stanu ze stycznia 1945 roku. Trudno oczywiście poważnie traktować wypowiedzi pajaców, ale fakt, że o Królewcu wcześniej nie mówiono, odkrywa niejako kolejną kartę, jakby kartę przetargową. Królewiec to rosyjska eksklawa, a więc terytorium, które nie jest połączone z Rosją. W Wikipedii można m.in. przeczytać:

Mapa obwodu królewieckiego; źródło: Wikipedia.

Królewiec (ros. Калининград, Kaliningrad; dawn. niem. Königsberg) – miasto w Rosji, przy ujściu Pregoły do Zalewu Wiślanego, stolica obwodu królewieckiego. Ważny morski port handlowy i wojenny, połączony torem wodnym z otwartym Morzem Bałtyckim i awanportem Bałtyjsk, a także ośrodek przemysłu środków transportu, maszynowego, celulozowo-papierniczego i rybnego. Węzeł kolejowy, miasto obsługiwane jest przez port lotniczy w pobliskim Chrabrowie. Liczne szkoły wyższe (m.in. uniwersytet i uniwersytet techniczny). W 2021 liczyło 493,2 tys. mieszkańców.

Królewiec leży na Półwyspie Sambijskim u ujścia Pregoły do Morza Bałtyckiego, 35 km od granicy polskiej, 70 km od granicy litewskiej i 1289 km od Moskwy. Historycznie leży na terenie Prus Dolnych i Sambii.

Pierwotnie pruska osada nosiła do XIII w. nazwę Tuwangste. W 1255 na miejscu zdobytej osady Krzyżacy wybudowali zamek znany jako Mons Regius lub Regiomontium. Łacińska nazwa oznaczała „królewską górę”, którą zgodnie z tradycją nadano na cześć Przemysła Ottokara II, króla Czech. Odpowiednikiem łacińskiej nazwy jest niemiecka forma Königsberg.

Miasto zostało założone w 1255 przez Zakon krzyżacki na miejscu pruskiej osady Tuwangste. Krzyżacy postawili tam zamek, a w 1256 nazywano go zamek Królewska Góra w Sambii (castrum de Coningsberg in Zambia), po łacinie – Mons Regius (później Regiomontium). Nazwa ta utrwaliła się jako Królewiec (niem. Königsberg), co upamiętnia czeskiego króla Przemysła Ottokara II, który stanął na czele wyprawy krzyżowej przeciwko Prusom. Wizerunek króla czeskiego i jego korona znajdowały się też w herbie miasta.

Od czasów II pokoju toruńskiego, w latach 1466–1525, miasto było stolicą zależnych od Korony Królestwa Polskiego Prus Zakonnych. W czasie wojny polsko-krzyżackiej 1519–1521 oblegane było w maju 1520 przez polskie wojska zaciężne pod wodzą hetmana wielkiego koronnego Mikołaja Firleja.

Po sekularyzacji zakonu krzyżackiego i hołdzie pruskim złożonym w 1525 przez wielkiego mistrza królowi Zygmuntowi Staremu miasto zostało stolicą Prus Książęcych, zależnych od króla polskiego jako lenno. Na znak zależności czarny pruski orzeł otrzymał koronę królewską na szyi i literę „S” od łacińskiego imienia króla Sigismundus (Zygmunt). Wkrótce rozpoczęła się w Prusach wojna religijna, w wyniku której religią panującą w państwie został luteranizm.

Królewiec był obok Wrocławia i Krakowa jednym z pionierskich ośrodków drukarstwa polskiego, a w latach 1543–1552 w Królewcu i w Ełku wydano więcej książek w języku polskim niż w całej Rzeczypospolitej. W 1552 w mieście gościł król Polski Zygmunt II August.

x

Ostatni akapit potwierdza to, co wcześniej pisałem o tym, że język polski został stworzony w czasie reformacji. Zapewne posłużono się ludowym językiem lokalnym, „podrasowano” go wzorując się częściowo na języku niemieckim. W ten sposób powstał literacki język polski, w sytuacji, gdy nie było jeszcze narodu polskiego. I rozpowszechnienie go zawdzięczamy niemieckim drukarniom. W latach 1543-1552 nie było Rzeczypospolitej, która powstała w 1569 roku. Wówczas istniało jeszcze Królestwo Polskie, czyli Korona.

Powoli zmienia się narracja i wątek Królewca staje się coraz bardziej wyrazisty. Słychać pomysły jego blokady. Rodzi się zatem pytanie: po co to? Czy nie chodzi o to, by dać Rosji pretekst do opuszczenia tej eksklawy? Czy w zamian za ustępstwa na rzecz Rosji na Ukrainie nie zgodziłaby się ona na takie rozwiązanie? Zapewne dla Rosji Ukraina jest więcej warta niż okręg kaliningradzki. A więc Rosja bierze na Ukrainie wszystko poza Galicją Wschodnią, a w zamian rezygnuje z Kaliningradu. W ten sposób Niemcy odzyskują całe Prusy Wschodnie i tworzą własną eksklawę. A jeśli tak, to, prędzej czy później, musi pojawić się problem Korytarza, czyli Prus Królewskich, bo Prusy Wschodnie to Prusy Książęce. I to jest dialektyka, czyli rozwój oparty na konflikcie przeciwieństw, który prowadzi do nowej, wyższej syntezy, czyli nowej rzeczywistości. I ta heglowska dialektyka stoi w sprzeczności z tym, co głoszą globaliści, bo jeden światowy rząd to zastój, czyli brak wojen, konfliktów, kryzysów, powstań, buntów itp. A przecież nie może być tak, że Hegel i Marks mylili się. W Polsce to dopiero zacznie się “sajgon”, gdy państwo ukraińskie tu zadomowi się.

W jednym ze swoich komentarzy Tomasz Piekielnik powiedział, że Kosiniak-Kamysz, minister obrony narodowej, chwalił się parę tygodni temu tym, że podpisał trzy porozumienia – same w sobie tajne, pytanie: dlaczego? – które mają sprowadzić ukraiński przemysł zbrojeniowy do Polski.

Zatem sytuacja powoli klaruje się. Rosja oddaje Niemcom okręg kaliningradzki w zamian za ustępstwa na Ukrainie, czyli oddanie jej całej Ukrainy poza Galicją Wschodnią. W ten sposób staje się jasne, dlaczego przesiedla się z Ukrainy ludność z trenów nie objętych wojną i dlaczego przenosi się do Polski ukraiński przemysł zbrojeniowy i pewnie nie tylko zbrojeniowy. Jednocześnie zutylizowano polski sprzęt wojskowy na froncie ukraińsko-rosyjskim, pozwolono młodym mężczyznom w wieku 18-24 lat wyjechać z Ukrainy, a w Polsce szykuje się masowa mobilizacja. Jest to zatem przenoszenie państwa i narodu ukraińskiego do Polski i jednoczesne likwidowanie państwa polskiego i marginalizowanie jego obywateli – proces coraz bardziej widoczny, ale rozłożony w czasie i dlatego dla wielu niedostrzegalny.

Dementi

Ostatnio głośno zrobiło się po zabójstwie jedenastolatki przez dwunastolatkę w Jeleniej Górze. Po kraju rozeszła się informacja, że ta dziewczynka jest Ukrainką. W związku z tym MSWiA w swoim oświadczeniu zdementowało tę plotkę. Na Interii pojawił się artykuł “Stop dezinformacji”. Minister dementuje plotkę ws. zabójstwa 11-latki.

„12-latka zatrzymana w związku z zabójstwem 11-latki z Jeleniej Góry nie jest Ukrainką – potwierdziło MSWiA. To reakcja resortu na plotki pojawiające się w przestrzeni publicznej. Rzeczniczka resortu nazwała rozpowszechnianie tej wersji “świadomą dezinformacją, która żeruje na tragedii” i podsyca wrogie nastawienie między narodami.”

Co to jest dementi? Sztuczna inteligencja tak je definiuje:

Swego czasu Stanisław Michalkiewicz często cytował sentencję: „Nie wierzę w niezdementowane informacje”. Jej autorem był rosyjski polityk, książę Aleksander Gorczakow (1798-1883), minister spraw zagranicznych Imperium Rosyjskiego (1856-1882), ambasador Imperium Rosyjskiego w Cesarstwie Austriackim (1854-1855).

Jeśli zatem informacja ta została zdementowana, to znaczy, że dwunastolatka jest Ukrainką. A czy przypadkiem zamordowana 11-latka nie miała ukraińskich korzeni, czy może raczej kresowych? Czy nie zaczyna się tu wojna ukraińsko-polska? Wszak Jelenia Góra to tzw. Ziemie Odzyskane, na które przesiedlano głównie ludność z Kresów. W większości były to zapewne mniejszości kresowe i Polacy stamtąd. Nie jest dla nikogo tajemnicą, że Szczecin jest największym ośrodkiem kultury ukraińskiej w Polsce, a o Wrocławiu to nawet nie warto wspominać.

Źródło: Wikipedia.

Historia zaczyna się powoli powtarzać. Gdy na krótko przed unią lubelską włączono do Korony, czyli do Królestwa Polskiego, południową część Wielkiego Księstwa Litewskiego, czyli województwo podlaskie, wołyńskie, bracławskie i Kijowszczyznę, co w praktyce oznaczało powstanie wspólnego państwa polsko-ukraińskiego, to, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, zaczęły wybuchać tam antypolskie powstania. Obecnie również już mamy, choć nieoficjalnie i jeszcze nie nazwane, wspólne państwo polsko-ukraińskie, w którym dominują Ukraińcy, nadzorowani przez ukraińskich Żydów.

Problem polega na tym, że nazwanie kogoś Ukraińcem, kto czuje się Polakiem, może, w odczuciu wielu ludzi z kresowymi korzeniami, być krzywdzące. Kim zatem są Polacy? Polacy, jako naród, zostali stworzeni na Kresach w XIX wieku i tam też powstało coś, co w większości nazywamy literaturą polską, bo ona została właśnie stworzona na potrzeby tych ludzi. Wcześniej nie było narodu polskiego. Była szlachta, która wywodziła swoje pochodzenie od jakichś tam Sarmatów. Natomiast chłopi z terenów dawnej piastowskiej Polski byli niewolnikami, nie tworzyli wiec żadnego narodu. Mamy zatem ciekawy przypadek. Nie było narodu polskiego, ale był język polski. Język, który w okresie reformacji, jako język ludowy, został udoskonalony i awansował do rangi języka literackiego, a co Mikołaj Rej ogłosił Urbi et Orbi, że Polacy nie gęsi i swój język mają. Dlaczego tak późno, czyli w XVI wieku, skoro, według niektórych, Polska istnieje od tysiąca lat? To jaki język dominował przez pierwsze 500 lat istnienia państwa polskiego?

Tworzenie narodu polskiego na Kresach musiało wiązać się z jakimiś preferencjami dla tych ludzi, którzy już od pokoleń byli katolikami, a teraz trzeba było ich nauczyć języka polskiego. Jakoś należało ich zachęcić. Przywileje dla jednych oznaczały dyskryminację dla drugich. Do tego dochodziły podziały na tle wyznaniowym. I to, jak sądzę, jest przyczyną tych wszystkich antagonizmów czy wręcz nienawiści. I to jest beczka prochu, na której siedzi to niby państwo, zwane jeszcze III RP.

Kraj na kółkach

W przedmowie do swojej książki, Boże igrzysko Wydawnictwo Znak Kraków 1999, Norman Davies pisał:

Mamy tu do czynienia z frazesami, które niczego nie wyjaśniają, bo jakaż to wspólnota kulturowa o głębokich i trwałych tradycjach. Co miała wspólnego Wielkopolska z Kresami? Polska znajduje się bez przerwy na krawędzi upadku, ale jakimś sposobem udaje się jej stanąć na nogi. Ale jakim to sposobem? Mocarstwa raz likwidują ją, a później wskrzeszają. Gdzie tu sens i logika? Żeby to zrozumieć i wyjaśnić sobie, co tu się tak naprawdę dzieje, trzeba odwołać się do pewnej metody wnioskowania.

Jerzy Dzik, w książce Dzieje życia na Ziemi Wydawnictwo Naukowe PWN Warszawa 2011, pisał:

Te byty to po prostu twierdzenia naukowe, które, gdy pojawiają się w nadmiernej ilości, niczego nie wyjaśniają, wprost przeciwnie – gmatwają obraz rzeczywistości. Tę zasadę można stosować również w polityce czy w historii. Antony Sutton w książce, Skull and bones; Tajemna elita Ameryki Wektory Wrocław 2018, pisał:

Jak zatem wyjaśnić fakt, że Polska Piastów była państwem z silną władzą królewską, zrównoważonymi stanami, czyli z silnym mieszczaństwem i wolnymi chłopami? Jak wyjaśnić fakt, że to mieszczaństwo było niemieckie; Poznań, Wrocław i Kraków były miastami niemieckimi; miasta zakładano na prawie magdeburskim, a najwybitniejsza rzeźba to ołtarz Wita Stwosza z Norymbergi? Jak wyjaśnić fakt, że Wielkie Księstwo Litewskie było zacofane, feudalne? I jak wyjaśnić fakt, że maleńka Litwa zdominowała obszar od Bałtyku po Morze Czarne? Jak wyjaśnić fakt, że mocarstwa, które dokonały rozbioru Rzeczypospolitej, po 123 latach powołały ją ponownie do życia. Jak wyjaśnić fakt rozbioru w 1939 roku? Nie tak dawno jeden z polityków AfD, odnosząc się do żądań wysuwanych przez stronę polską, dotyczących odszkodowań za mienie zniszczone przez Niemców w czasie II wojny światowej, powiedział, że w przeszłości trzy czwarte obecnego obszaru Polski należało do Niemiec. Trzy czwarte obecnego obszaru Polski to ziemie bez tzw. ściany wschodniej, czyli województw podlaskiego, lubelskiego i rzeszowskiego. Do tych ziem roszczą pretensje Ukraińcy, którzy czują się spadkobiercami Rusi Kijowskiej.

Najprostsze wyjaśnienie tego wszystkiego, o czym już pisałem w poprzednich blogach, jest takie, że to, co my nazywamy Polską Piastów, to była I Rzesza. Natomiast WKL to ziemie byłej Rusi Kijowskiej. Gdy spadkobiercy Cesarstwa Zachodniorzymskiego, czyli I Rzesza, zetknęli się ze spadkobiercami Cesarstwa Wschodniorzymskiego, a raczej Konstantynopola, czyli z Rusią Kijowską, to postanowiono w tym miejscu stworzyć strefę buforową, którą będzie można modelować w zależności od potrzeb. Z I Rzeszy wydzielono księstwa, które my nazywamy Polską Piastów. Z Rusi Kijowskiej, po jej rozpadzie dzielnicowym, wydzielono WKL. I tak połączono wodę z ogniem. Z takiego mariażu nic normalnego nie mogło powstać i nie powstało. Takie wyjaśnienie dziejów tej strefy buforowej najlepiej tłumaczy wiele z tego, co tu się działo i dzieje. Mieliśmy prezydentów Ukraińców: Kwaśniewski, Komorowski, Duda i, jak sądzę, obecny również ma te korzenie. Premier jest Niemcem. Mówienie więc o jakiejś Polsce – o której, patrząc z perspektywy dziejów, trudno powiedzieć, gdzie ona była i jest – jest nieporozumieniem. I RP nie była Polską, tylko unią Polski i WKL. II RP również była taką unią, PRL – także, ze względu na powojenne przesiedlenia ludności z terenów byłego WKL. Obecna III RP jest już w praktyce państwem ukraińskim, które nadal nazywa się Polską, a zdecydowana większość ludzi nadal wierzy, że żyje w Polsce. A więc totalny odlot.

Pozostaje jeszcze kwestia języka polskiego. W blogu Polacy nie gęsi pisałem:

Pierwszym drukiem wydanym w Polsce, w Krakowie, jest łaciński „Kalendarz na rok bieżący” (1474), pierwszy druk w języku polskim, zawierający teksty trzech podstawowych modlitw, ukazał się w 1475 r. we Wrocławiu, w łacińskich „Statutach synodalnych”, a pierwszym drukiem w języku polskim wydanym w Polsce, w Krakowie, jest tekst „Bogurodzicy” w łacińskich „Statutach Łaskiego” (1506). Wreszcie pierwszym świeckim utworem literackim w języku polskim drukowanym w Polsce jest opowieść Jana z Koszyczek pt. „Rozmowy, które miał król Salomon z Marchołtem grubym a sprośnym” (Kraków) 1521).

Wygląda więc na to, że przez 500 lat „istnienia” Polski nie było na tym obszarze języka narodowego. Był to raczej język ludowy z regionalnymi gwarami, czyli że sytuacja przypominała tę w Wielkim Księstwie Litewskim, które zamieszkiwały społeczności nie w pełni wykształcone w sensie świadomości narodowej i językowej. Jeśli tak, to znaczy, że tereny ówczesnej Polski były częścią I Rzeszy. Kraków przez długi czas był miastem niemieckim, do którego przyjechał Wit Stwosz, by wyrzeźbić piękny ołtarz. Piastowie byli niemieckimi wasalami. Czy mówili po niemiecku, czy po łacinie, jak większość elit zamieszkujących ten teren? Jeśli dzieło Modrzewskiego zostało przetłumaczone na polski przez Bazylika, to znaczy, że on sam nie znał tego języka.

Zatem polski język literacki to dzieło reformacji. Dlaczego dopiero wtedy zaczęto go rozwijać? Czy nie dlatego, że w planach była unia realna z WKL? Z jednej strony zrównano w standardach ekonomicznych ziemie polskie z ziemiami WKL, z drugiej – postanowiono, że to „Polacy” mają zdominować nowe państwo pod względem kulturowym, a pierwszym i podstawowym wyznacznikiem każdej kultury jest język. Ówczesne elity „polskie” przeszły gruntowne przeszkolenie na Zachodzie i stamtąd zapewne wyszedł pomysł unowocześnienia języka polskiego. Przygotowano gramatyków i lingwistów. Oni zapewne posiłkowali się językiem niemieckim przy wzbogacaniu słownictwa polskiego. Każdy, kto choć trochę uczył się języka niemieckiego wie, że jest w nim całkiem sporo słów, które są podobne do polskich.

x

Czy znowu zbliżamy się do kolejnego etapu, w którym znowu nastąpi zmiana granic państwa, a więc jego przesunięcie? Białoruś zwalnia 123 więźniów politycznych z różnych państw w ramach umowy z USA. Polski resort spraw zagranicznych poinformował, że wśród zwolnionych nie ma Andrzeja Poczobuta. Tomasz Piekielnik w swoim dzisiejszym komentarzu od 12.50 mówi:

Z jakichś powodów Andrzej Poczobut odmówił tak naprawdę uwolnienia. Dlaczego odmówił napisania prośby do Aleksandra Łukaszenki? Być może propozycja uwolnienia konkretnych osób była wcześniej wystosowana przez ministra, była wcześniej konsultowana pomiędzy, no właśnie, władzami Białorusi i odpowiednich państw, których obywatele zostali zwolnieni. Być może w ślad za tym idą jakieś, jak to w polityce, jakieś wzajemne ustępstwa, jakieś „targi”. I coś mi podpowiada, że Polska otrzymała wyznaczoną rolę przez Usrael, przez żydostwo, które chce tutaj zorganizować, jak już widzimy czas jakiś, co najmniej Polin, a tak naprawdę Ukropolin. Te wytyczne wyznaczone dla Polski, według mojej opinii, polegają na utrzymaniu kursu kolizyjnego. I to napawa mnie, muszę powiedzieć, obawami o przyszłość Polski w obszarze zarówno uwikłania Polski w wojnę, w obszarze zarówno rozwarstwienia narodowego w Polsce, czyli rozbioru Rzeczypospolitej, ale zanim dojdzie do rozbioru poprzez przesuwanie granic, być może dojdzie do tego, co ktoś nazwie rozwiązaniem dwupaństwowym, a może trójpaństwowym na obszarze Polski. Może to się będzie inaczej odbywać.

x

Piekielnik sugeruje więc, że może dojść nie tylko do połączenia z zachodnią częścią Ukrainy, ale również z zachodnią częścią Białorusi, co w praktyce będzie oznaczać odtworzenie I RP. Pisałem o tym już od początku wojny na Ukrainie w lutym 2022 roku w blogu Finis Ucrainae. O tym wszystkim decydować będą Niemcy i Rosja. A tęsknota Żydów za rajem, jakim była dla nich I RP, nie jest tu bez znaczenia.

Koalicja chętnych

A więc mamy koalicję chętnych. Czy rzeczywiście Anglia, Francja i Niemcy są tak chętne do walki z Rosją? I czy te państwa mają obecnie jakiś powód, by ją atakować? Zagrożenie rosyjskie jest mocno przesadzone. Wojna toczy się od prawie czterech lat na dalekim wschodzie Ukrainy i praktycznie cały czas w tym samym miejscu. Cztery lata trwała pierwsza wojna światowa. Czy mamy zatem do czynienia z tym co Francuzi nazwali „Drȏle de guerre”, czyli dziwną wojną? Bardziej adekwatną nazwą tej wojny jest niemieckie określenie „Sitzkrieg”, czyli wojna na siedząco. Natomiast po angielsku to „Phoney War”, czyli fałszywa, sztuczna wojna.

Gdy spojrzymy na to zagadnienie w szerszym, historycznym kontekście, to okaże się, że w poprzednich wojnach zawsze chodziło o coś innego, niż głosiła oficjalna propaganda. I tak jest w przypadku wojny na Ukrainie. Francja i Niemcy napadały na Rosję, natomiast Anglia w obu tych przypadkach popierała ją. Napoleon, jak wiadomo, zaatakował Moskwę, chociaż wówczas to Sankt Petersburg był stolicą Rosji, jej najważniejszym portem handlowym i wojennym. Dotarcie do niego było też o wiele łatwiejsze i bezpieczniejsze, bo droga wiodła wzdłuż wybrzeża Bałtyku, a więc przez tereny, które zamieszkiwała ludność nierosyjska. Blokada Sankt Petersburga, jako największego i najważniejszego w sensie gospodarczym miasta Rosji, szybo doprowadziłaby Rosję do ruiny gospodarczej, a co za tym idzie i do klęski. Jednak plan był inny, bo wcale nie chodziło o pokonanie Rosji, którą niby Napoleon chciał ukarać za wymianę handlową z Anglią. Chodziło raczej o zaszczepienie tam idei rewolucji francuskiej, co sto lat później doprowadziło do rewolucji październikowej.

Napoleon stworzył Księstwo Warszawskie z ziem drugiego i trzeciego zaboru pruskiego w celu pozyskania rekruta na wojnę z Rosją. Po kongresie wiedeńskim z ziem tych, z wyjątkiem Wielkopolski i Krakowa, utworzono marionetkowe Królestwo Polskie podległe Rosji. Dla Rzeszy była to strefa wolnocłowa, stworzona do handlu z Rosją. Łódź była całkowicie uzależniona od rynku rosyjskiego. W 1916 roku ziemie tego królestwa, zajęte przez Niemców, stały się podstawą do stworzenia nowego państwa, czyli II RP. Bez zaangażowania Niemiec i Austrii nie byłoby II RP.

Nazistowskie Niemcy zaatakowały Związek Radziecki 22 czerwca 1941 roku, a pod koniec lipca Armia Czerwona była już w rozsypce, droga na Moskwę wolna, ale Hitler doszedł w tym momencie do wniosku, że złoża na Ukrainie są ważniejsze i wojska spod Moskwy skierował na Ukrainę. Gdy później powrócił, pod koniec września, to było za późno. Najpierw zaczęły się w październiku potężne ulewy, które trwały nieprzerwanie ponad miesiąc, co uniemożliwiło ofensywę. Zresztą podobne ulewy były przyczyną przegranej husarii Rzeczypospolitej pod Żółtymi Wodami, czy gdzieś tam. Natomiast później zaczęły się siarczyste mrozy. Niemcy w czasie blokady Leningradu nie oszczędzali nikogo i niczego, z jednym wszakże wyjątkiem, nie bombardowali Ermitażu. Zwykłych ludzi można było mordować, a dzieł sztuki już nie.

Zanim Hitler zaatakował Związek Radziecki, to uderzył na Wielką Brytanię. Admirał Erich Raeder nie był w stanie przekonać go, że żeby pokonać Imperium Brytyjskie, to trzeba uderzyć w jego najsłabszy punkt, a była nim strefa Kanału Sueskiego. Nie było tam wtedy wojsk angielskich. Później, gdy już się zdecydował, to była to przysłowiowa musztarda po obiedzie, bo już pojawiły się tam wojska imperialne. Czy zatem Hitler był taki głupi? Nie! Po prostu wykonywał polecenia swoich nieznanych przełożonych, podobnie jak wcześniej Napoleon.

W 1939 roku mamy do czynienia z pierwszą koalicją chętnych, czyli z koalicją Francji i Anglii, które wyraziły gotowość przyjścia Rzeczypospolitej z pomocą, gdy zostanie zaatakowana przez Niemcy. Po co to było? Gdyby nie było deklaracji z ich strony, to trudno byłoby przekonać społeczeństwo o konieczności podjęcia walki z daleko potężniejszym wrogiem. Rozsądek nakazywał poddanie się. Natomiast w sytuacji, gdy są gwarancje francuskie i brytyjskie, co oznacza, że przyjdą z pomocą i uderzą od zachodu, to zupełnie to zmienia postać rzeczy. Niemcy muszą część swojego wojska przerzucić na zachód i obrona Rzeczypospolitej nabiera sensu. Problem jednak polegał na tym, żeby wciągnąć wojsko polskie do walki z Niemcami. Anglia i Francja od początku nie zamierzały wywiązywać się ze swoich obietnic. I o tym dobrze wiedzieli sanacyjni wojskowi, którzy również robili wszystko, by ponieść klęskę w kampanii wrześniowej. W bitwie nad Bzurą zabrakło w pewnym momencie wojskom niemieckim amunicji i zdecydowana postawa dowództwa doprowadziłaby do odparcia tych wojsk do granicy, a może nawet dalej. Ten moment jednak nie został wykorzystany, nie dlatego, że zabrakło mu odwagi, tylko dlatego, że takie były rozkazy jego nieznanych przełożonych: robić wszystko, by przegrać tę kampanię.

Bo co by się stało, gdyby wojsko polskie nie podjęło walki obronnej. Niemcy, atakując Rzeczpospolitą, musiałyby, z braku oporu, zająć ją w całości, czyli dojść do granicy ze Związkiem Radzieckim. Doszłoby zatem do jej aneksji, tak jak w przypadku Czech. Wojska niemieckie zaatakowałyby Związek Radziecki z pozycji wysuniętej o 300 km dalej na wschód. Stało się inaczej. Doszło do rozbioru Rzeczypospolitej. Po wojnie przesunięto granice, ludność przesiedlono. W Warszawie wywołano powstanie, miasto zostało zburzone, później odbudowane, ale zasiedlone już w większości nową ludnością.

Wojna na Ukrainie stała się doskonałym pretekstem do budowy państwa ukraińskiego w III RP. Przesiedlono do niej mnóstwo „uchodźców”, nadano im większe prawa, niż ludności miejscowej, język ukraiński staje się powoli drugim językiem urzędowym, a wschodni akcent wszędzie słychać (m.in. reklamy), nawet u tych, którzy mówią bezbłędnie po polsku. Co jednak zrobić, by dokonać zmian terytorialnych, wytyczyć nowe granice, innymi słowy stworzyć nowe państwo, tak jak to zrobiono po II wojnie światowej? Trzeba zrobić dokładnie to, co zrobiono w 1939 roku, czyli wciągnąć wojsko polskie do wojny na Ukrainie. Koalicja chętnych już o to zadba, a później umyje ręce. Prezydent „pokoju”, Donald Trump, wycofuje Amerykę z wojny na Ukrainie i powoli oddaje inicjatywę w ręce Niemiec i Rosji. A jak Rosja i Niemcy robią porządki w Europie, to wiadomo, że odbędzie się to kosztem III RP, co wcale nie dziwi, bo jest to strefa buforowa, stworzona w momencie zetknięcia się spadkobierców Zachodniego Cesarstwa Rzymskiego, czyli I Rzeszy z jego wschodnim odpowiednikiem, czyli z Rusią Kijowską. Z I Rzeszy wydzielono Królestwo Polskie, a z Rusi Kijowskiej – Wielkie Księstwo Litewskie.

Już powoli wyłania się pewien obraz. Rosja weźmie więcej Ukrainy niż obecnie zajmują jej wojska, a Niemcy odzyskają swoje ziemie wschodnie. Z reszty powstanie nowe państwo, które nadal będą nazywać Polską, tak jak nazywali I Rzeczpospolitą, choć to nie była Polska, tylko unia Polski i WKL, unia zdominowana przez WKL. Żeby jednak do tego doszło, to trzeba wciągnąć polskie wojsko do wojny na Ukrainie, tak jak je wciągnięto w 1939 roku, a później powstało nowe, pod względem terytorialnym państwo, choć z niezmienioną, dzięki przesiedleniom, etnicznie ludnością.

Mocarstwo z tektury

Po raz pierwszy zdarzyło mi się trafić na tak mocne określenie tego, czym była I Rzeczpospolita. Autor tego krótkiego video, Kamil Janicki, stwierdza, że państwo to było pozbawione głównych atrybutów państwa, a mimo to nadal nazywa je państwem. Jeszcze nie tak dawno temu jeden z byłych polityków bardziej dosadnie stwierdził, że III RP to „ch.., d… i kamieni kupa”. Można więc powiedzieć, parafrazując Lenina, że idee I RP są wiecznie żywe. Poniżej wybrane fragmenty komentarza Janickiego.

Jak słabym państwem, podkreślam – państwem, była I Rzeczpospolita. Od XIV wieku chłopi płacili poradlne, czyli podatek od uprawianego gruntu, co powinno dawać stałe, coroczne dochody państwowe. To prawda, tyle że wysokość poradlnego, które istniało znacznie wcześniej, ustalono po raz ostatni jeszcze w średniowieczu. Potem zaś nigdy, ani razu, nie została ona zrewaloryzowana. Na początku XVII wieku, po stuleciach inflacji, podatek ten przynosił już tak śmieszną, bliską zera korzyść, że po prostu w ogóle przestano go ściągać, a niczym nie został zastąpiony. W praktyce więc podatki zbierano tylko doraźnie, wtedy gdy zgodził się na to sejm.

Jeśli nie było dochodów, to i działalność państwa musiała być niesamowicie wąska. Z klasycznych badań Romana Rybarskiego wynika, że w XVII wieku od 70 do 95% całego dochodu wydawano tylko i wyłącznie na armię. Poza tym jedyną znaczącą pozycją w budżecie było jeszcze przyjmowanie zagranicznych poselstw i wysyłanie własnych.

Cały budżet państwa szedł na potrzeby wojskowe, a mimo to, na co dzień, kraju, który miał niemal milion kilometrów kwadratowych i ponoć był jednym z najpotężniejszych mocarstw kontynentu, broniło maksymalnie kilka tysięcy mężczyzn. To był oczywiście pozór. To nie mogło działać. W pierwszej połowie XVII wieku, przez kilka dekad, Tatarzy porwali z ziem Rzeczypospolitej ćwierć miliona ludzi i kilkadziesiąt tysięcy zabili. Mocarstwowa Rzeczypospolita nie była zdolna skutecznie wypełniać jedynej funkcji, na którą szły pieniądze. Innych zadań państwa po prostu nie podejmowano. Państwo nie tylko nie działało, ale nie miało struktur, które pozwalałyby działać.

W całej Polsce, w Koronie, w XVII wieku było 300-400 ludzi, których można było, poniekąd na wyrost, uznać za urzędników państwowych. Ten tani, ograniczony, wprost fasadowy kraj, mógł funkcjonować tylko w takim zakresie, na jaki w danym momencie zgodziła się szlachta i to szlachta w rozumieniu tylko lokalnym. Państwo nie miało policji. W razie jakiegoś rozruchu chłopskiego albo jakichś napadów bandyckich, starosta, czyli jeden z tych nielicznych urzędników państwowych, mógł tylko zwołać do pomocy miejscowych herbowników i liczyć, że ci stawią się w wystarczającej sile.

Państwo nie miało też aparatu skarbowego, tylko szlachcice oddolnie wybierali spośród siebie poborców podatkowych i kontrolowali lub nie – ich pracę. Nie istniał też aparat pozwalający egzekwować wyroki sądów albo nawet najsurowsze polecenia władzy. W Warszawie król miał gwardzistów, ale w terenie sami panowie mogli skłonić innych panów do podporządkowania się regułom, o ile oczywiście je akceptowali. Sądów też za bardzo nie było. Gros spraw dotyczących szlachty trafiało przed sądy ziemskie, a więc po prostu towarzyskie, gdzie lokalni szlachcice sądzili innych lokalnych szlachciców. Tak samo własne sądownictwo miały miasta, a już zwłaszcza Kościół. To wszystko działało poza państwem. Niezależnie, jakie wizje snuł król albo nawet, jakie decyzje zapadały na sejmie, niczego nie dało się w Rzeczypospolitej zrealizować, jeśli nie zgodzili się na to szeregowi ziemianie oraz potężni możnowładcy trzęsący poszczególnymi regionami.

Tu zresztą jest też wytłumaczenie tego mitycznego liberum veto, które rzekomo, według podręczników, zgubiło Polskę. Wciąż powtarza się do znudzenia, że zasada jednomyślności doprowadziła do katastrofy. Tak naprawdę jednak ta zasada była tylko odpryskiem, efektem ogólnego sposobu funkcjonowania państwa. Jeśli Rzeczpospolita nie miała żadnej egzekutywy, żadnych środków nacisku, to żadne reformy czy przedsięwzięcia nie mogły dojść do skutku, jeśli każdy lokalny pan z własnej woli nie zaangażował się w ich realizację. Dla powszechnej zgody nie było jakby alternatywy. Potem zresztą nawet, gdy zgodę wyrażono i jeszcze głośno porozprawiano o tym, jak ważne jest dobro ojczyzny, często żadne zmiany i tak nie dochodziły do skutku, bo przecież na poziomie lokalnym państwo nie miało żadnych wpływów.

x

Skoro w tym „państwie” nie działały żadne jego instytucje, to nazywanie takiego tworu państwem jest nieporozumieniem. Państwem można było nazwać zjednoczone Królestwo Polskie (1320-1386), bo miało ono silną władzę królewską, zrównoważony skarb, co oznaczało, że system podatkowy też działał. Było to też państwo ze znaczącym mieszczaństwem i wolnymi chłopami, którzy płacili podatki, czyli te poradlne, o którym wspomniał Janicki. To, że później zaniechano jego poboru wynikało z tego, że chłopi stali się w I RP niewolnikami. Natomiast Wielkie Księstwo Litewskie było księstwem, a nie królestwem, co oznaczało, że składało się z księstw, które były feudalnymi państewkami a ich władcy prowadzili własną politykę, co w przyszłości zaowocowało tym, że powstały stronnictwa ruskie, pruskie i francuskie. Ten typ uprawiania polityki, jak możemy przekonać się naocznie, przetrwał do dziś. Okres unii personalnej (1386-1569) był czasem dostosowywania Królestwa Polskiego do standardów WKL, czyli doprowadzeniem do feudalnej organizacji na terenie Królestwa Polskiego. To był okres panowania dynastii jagiellońskiej, a więc okres, w którym nastąpiło zdominowanie Korony przez WKL. W ten sposób zlikwidowano państwo piastowskie, które było częścią I Rzeszy. Można więc powiedzieć, że poprzez unię z WKL Korona wyszła z ówczesnej unii europejskiej.

Powstał więc twór będący zlepkiem niezależnych księstw feudalnych, którymi rządzili wielcy feudałowie. Mieli oni swoje potężne zamki-twierdze, swoje wojsko i policję, swoich poddanych itp. Jest zatem rzeczą zrozumiałą, że to niby państwo ich zupełnie nie interesowało. Wydaje się, że jedyną organizacją spajającą cały ten potężny obszar był żydowski Sejm Czterech Ziem: Wielkopolski, Małopolski, Litwy i Rusi. Był to organ centralny samorządu Żydów istniejący w latach 1580-1764.

Była zatem I RP swego rodzaju federacją, ale federacją bez silnej władzy centralnej, w odróżnieniu od Federacji Rosyjskiej, w której, obecnie i w przeszłości, władza centralna była bardzo silna i bezwzględna wobec wszelkiego oporu. Nie przypadkiem mamy więc powiedzenie: musi to na Rusi, a w Polsce – jak kto chce. Oczywiście pod pojęciem „Rusi” rozumie się w tym wypadku Rosję. Wprawdzie mieszkańcy WKL nie mieli nic wspólnego z mieszkańcami Korony, ale pojęcie „Polski” rozszerzono na całe WKL i ich mieszkańców, których zaczęto nazywać Polakami. I w ten sposób pojęcie „Polak” i „Polska” stały się pojęciami abstrakcyjnymi i rozciągłymi, bo nie można dokładnie powiedzieć, kto to jest Polak i gdzie tak naprawdę jest Polska: we Lwowie i Wilnie czy w Poznaniu i Krakowie? Zupełnie inaczej jest w przypadku Czech. Od tysiąca lat leżą one w tym samym miejscu i tam mieszkają Czesi. Może i są po części zniemczeni i zdominowani przez Niemców, ale cały czas żyją w tym samym miejscu. A poza tym, być zdominowanym przez Niemców i ulegać ich wpływom kulturowym, jest zupełnie czymś innym, niż być zdominowanym przez Wschód i podlegać jego wpływom. Do takiego wniosku można dojść porównując oba państwa.

Zastanawia mnie, skąd taka zmiana narracji w kwestii postrzegania I RP? Czyżbyśmy mieli do czynienia z procesem przygotowywania społeczeństwa do zmian, które za jakiś czas mają nastąpić? Czy przypadkiem pojawił się w sieci short z nekrologiem Państwa Polskiego (966-2025)?

Język ukraiński

Parę dni temu Tomasz Piekielnik na swoim kanale poinformował, że od roku szkolnego 2025/26 język ukraiński będzie językiem maturalnym. W polskich szkołach uczy się ponad 200 tys. uczniów z Ukrainy, z czego 152 tys. to uchodźcy wojenni, a 51 tys. to migranci sprzed 2022 roku. Czy to rozwiązanie dla ukraińskich uczniów, czy cicha zmiana systemu oświaty pod hasłem integracji? – zapytuje Piekielnik.

Język ten wprowadza się na podstawie Rozporządzenia Ministra Edukacji i Nauki z dnia 23 lutego 2023 roku, zmieniającego rozporządzenie w sprawie szczegółowych warunków i sposobów przeprowadzania egzaminu maturalnego. Paragraf 31. tego rozporządzenia brzmi:

Do egzaminu maturalnego z języka obcego nowożytnego absolwent może przystąpić z następujących języków: angielskiego, francuskiego, hiszpańskiego, niemieckiego, rosyjskiego, ukraińskiego i włoskiego.

Rozporządzenie podpisał Minister Edukacji i Nauki Przemysław Czarnek. W uzasadnieniu podano, że wzrosło zainteresowanie Ukrainą, ukraińską kulturą, historią.

Ile uczynił PiS, by dołożyć się do ukrainizacji Polski. W tym kontekście wypada zadać jeszcze jedno pytanie: jaki wpływ mają korzenie ukraińskie u czołowych polityków w Polsce? I Piekielnik cytuje serwisy informacyjne sprzed lat. Money.pl z 12 kwietnia 2010 roku: Na pogrzebie prezydenta Kaczyńskiego będą jego kuzyni z Ukrainy. Interia z 17 kwietnia z 2010 roku: Kuzyni prezydenta Kaczyńskiego w drodze z Ukrainy. Również z Ukrainy jedzie na pogrzeb swojej siostry Anny Walentynowicz Olga Lubczyk. Rzeczpospolita z 16 kwietnia 2010 roku: Nad Dnieprem mieszka czterech kuzynów Lecha i Jarosława Kaczyńskich. Dwóch w Odessie, dwóch w Połtawie.

To jest tragedia naszych czasów i polskości, że mamy postępującą ukrainizację Polski, ale ukrainizacja sfer politycznych w Polsce jest niestety bardziej zaawansowana niż w innych warstwach, no ale właśnie – może to jeszcze przed nami. Oby nie!

x

A więc ukraiński staje się jednym z języków, który maturzysta może sobie wybrać. Rozporządzenie regulujące tę kwestię weszło w życie 23 lutego 2023 roku, czyli w rok po rozpoczęciu wojny na Ukrainie. Zatem już wtedy przygotowywano się do czegoś większego, niż tylko zapewnienie „uchodźcom” schronienia przed wojną. Od samego początku tej wojny ZUS miał wersję ukraińską, a dziś już chyba wszystkie strony rządowe taką posiadają. Tworzenie nowego, dwujęzycznego państwa trwa w najlepsze. W dłuższej perspektywie będzie to, jak sądzę, etap przejściowy. Gdy ukraińskie dzieci dorosną, będą już znały język polski. Tak jak to się stało po przesiedleniach po II wojnie światowej. Później te dzieci już jako dorosłe osoby, często ze zmienionymi nazwiskami, stawały się m.in. polskimi piosenkarkami, ikonami bigbitu, które w latach 60-tych zdobyły wielką popularność. Katarzyna Sobczyk (1945-2010) w wieku trzech lat przeniosła się z rodzicami z Podkarpacia do Sianowa, a później do pobliskiego Koszalina. Helena Majdaniec (1941-2002). Urodziła się w Mylsku na Wołyniu, od 1946 roku w Szczecinie. Oczywiście nie tylko Ukraina. Rodowicz to Wilno, Niemen to jakaś mieścina na Białorusi. Te wschodnie korzenie dotyczą ludzi z wszelkich dziedzin życia, nie tylko rozrywki. To tylko ilustracja mająca na celu pokazanie, że mamy do czynienia z pewnym procesem, na którego efekty trzeba będzie poczekać przynajmniej kilkanaście lat.

Wcześniej Piekielnik, Sykulski chyba też, oburzał się na to, że wprowadzono przepisy umożliwiające osobom z podwójnym obywatelstwem pracę w dyplomacji. Teraz szokuje go fakt, że sędziowie z takim obywatelstwem również będą mogli pracować w polskim systemie sprawiedliwości. A jakie to ma znaczenie, skoro ministrem sprawiedliwości i prokuratorem generalnym mógł być człowiek z ukraińskimi korzeniami i tylko z polskim obywatelstwem? Tego typu rozwiązania są szykowane pod obywateli Ukrainy.

To, co się obecnie dzieje, to proces tworzenia w Polsce nowego państwa i nowego społeczeństwa. Jaki ono ostatecznie przybierze kształt, tego nie wiadomo. Ale po to właśnie wywołano wojnę na Ukrainie. Bez niej nie byłoby to możliwe. Problem jednak polega na tym, że po jej zakończeniu naziści ukraińscy zamieszkają w tym nowym państwie, a to będzie oznaczać, że ono nadal będzie wrogo nastawione do Rosji.

Trwa proces podmiany społeczeństwa. Polskie, chyba tylko z nazwy, zastępuje się ukraińskim. Za jakiś czas może okazać się, że praca w administracji państwowej będzie tylko dla tych, którzy znają język polski i ukraiński. I wymóg ten nie tylko tam będzie obowiązujący. Państwo szykuje masowy pobór do wojska z zamiarem wysłania go na front na Ukrainie i to w sytuacji, gdy rząd ukraiński zezwolił mężczyznom w wieku 18-25 na wyjazd z kraju. Wielu takich przebywa już w Polsce, ale oni na front nie pójdą.

Czy to jest normalne państwo? Nie! I nigdy takim nie było, bo zostało stworzone jako strefa buforowa pomiędzy Niemcami a Rosją, powstałe z połączenia wschodniej części I Rzeszy i zachodniej części ziem byłej Rusi Kijowskiej. W takiej strefie nic nie może być trwałe, ani terytorium, ani społeczeństwo. I nie może być normalnie. Od początku wojny na Ukrainie państwo polskie jest traktowane jak część państwa ukraińskiego, no bo skoro wszystko na pomoc Ukrainie oddaje za darmo, to znaczy, że tak jest. Również swobodny przepływ ludności z Ukrainy i prawa, jakie ma ona w Polsce na to wskazuje. Takie operacje można przeprowadzać tylko w obrębie jednego państwa. Inne państwa nie zachowują się w ten sposób, bo nie są częścią Ukrainy. Ale skoro po unii z Litwą Korona, czyli część niemiecka, została zdominowana przez Wielkie Księstwo Litewskie i stan ten trwa do dziś, bo przecież bracia Kaczyńscy… i nie tylko oni, to nie może być inaczej.

x

Zastanawia mnie czy dobór tła, na którym pojawiają się tytuły głównych wątków komentarzy Piekielnika, jest przypadkowy? Czarny, biały, czerwony – czy to nawiązanie do flagi Cesarstwa Niemieckiego? Sehr merkwürdig.

Biało-czerwona

Parę dni temu wskoczyło mi na YouTube krótkie video z kanału History Matters, w którym przedstawiono animowaną historię utworzenia państwa polskiego przez Niemców w czasie I wojny światowej. To krótka, zaledwie trzyminutowa prezentacja. Ale, jak mówią Chińczycy, jeden obraz jest więcej wart niż 1000 słów. I wystarczy obejrzeć tę kreskówkę, nawet nie trzeba się wsłuchiwać w angielski, by dowiedzieć się czegoś ciekawego. Jednak poniżej, dla porządku, zamieszczam treść tego video. Ten jeden obraz, ten widoczny poniżej – flaga Cesarstwa Niemieckiego była czarno-biało-czerwona. Czy to przypadek, że polska flaga jest biało-czerwona? I komu tę flagę zawdzięczamy?

Niemcy i Austria nie były przyjaciółmi Polski i jej mieszkańców i wraz z Rosją doprowadziły do jej rozbiorów. Jednak w czasie I wojny światowej oba rządy dążyły do odbudowy Polski, co zmusza do zadania pytania: dlaczego? Dlaczego chciały tego, skoro ponad 100 lat wcześniej przyczyniły się do jej rozbiorów? Wiązało się to z niemieckimi planami wojennymi. Chcieli oni uniknąć kolejnego rosyjskiego zagrożenia. Ówczesna granica Niemiec i Rosji była bardzo długa, co wymagało zaangażowania licznego wojska do jej obrony. I to Niemcy chcieli zmienić. Były dwa wyjścia. Zaanektować te ziemie, by skrócić tę granicę. To wiązało się z włączeniem miejscowej ludności do Niemiec. Jednak ludność tych terenów nie chciała tego. Drugim wyjściem było utworzenie państw buforowych, co stawiało Niemców w rzędzie tych, którzy dążyli do odbudowy niepodległej Polski, wolnej od rosyjskiego imperializmu. Oznaczało to wyrwanie Rosji ziem byłego Królestwa Polskiego. Nowe państwo powstało ze strefy okupacyjnej niemieckiej i austriackiej. Oficjalnie proklamowano je na początku 1917 roku. Niemcy chcieli Polski z wielu powodów. Pierwszy to, by działało ono, wraz z Litwą i Kurlandią, jako strefa buforowa, by zapobiec agresji Rosji. Drugi to chęć przesiedlenia z Niemiec do Polski elementu niepewnego, który zagrażał bezpieczeństwu państwa. Trzeci powód to chęć uczynienia z Niemiec przodującego w Europie narodu. Taka Polska byłaby niemiecką kukiełką, której linie kolejowe i gospodarka byłyby całkowicie pod kontrolą rządu niemieckiego. To służyłoby również osłabieniu Austro-Węgier. Wydawało się, że idea niepodległego państwa spodoba się Polakom. Tak się nie stało, bo państwa Ententy również wystąpiły z taką propozycją, tyle że państwa większego i z dostępem do morza. Jednak Niemcy stworzyli to państwo, w którym rząd polski domagał się większej autonomii, co zostało odrzucone. Rząd polski nie był z tego zadowolony, tym bardziej, że Rosja wycofała się z wojny, a Niemcy postępowali coraz bardziej kategorycznie. Doszło do buntu w polskim wojsku (kryzys przysięgowy – przyp. W.L.), co doprowadziło do zastąpienia rządu polskiego Radą Regencyjną, która rządziła do czasu, gdy Niemcy zaczęły przegrywać wojnę. I w tym momencie ogłosiła ona niepodległość i utworzenie prawdziwie niepodległej Polski. Dzięki niemieckim i austriackim wysiłkom państwo to miało infrastrukturę umożliwiającą rządzenie nim i całym nowym terytorium, które zajęło ono po wojnie.

x

Wikipedia o barwach narodowych pisze m.in. tak:

Pierwotnie polską barwą narodową był karmazyn, stanowiący symbol dostojeństwa i bogactwa, a zarazem uważany za najszlachetniejszy z kolorów. Z uwagi na cenę barwnika – koszenili uzyskiwanej z larw czerwca polskiego, mało kto mógł sobie na niego pozwolić, dlatego też był on wykorzystywany jedynie przez najbogatszą szlachtę i dostojników państwowych. Na pierwszych flagach i sztandarach reprezentujących Królestwo Polskie widniał biały orzeł w koronie na czerwonym tle. Jan Długosz opisując przygotowania do bitwy pod Grunwaldem pisze o „chorągwi wielkiej, na której wyszyty był misternie orzeł biały z rozciągnionemi skrzydły, dziobem rozwartym i z koroną na głowie, jako herb i godło całego Królestwa Polskiego”.

Barwami królewskimi Rzeczypospolitej Obojga Narodów był sztandar złożony z trzech pasów: dwóch czerwonych umieszczonych w dole i na górze oraz oddzielającym je pasie białym, na których umieszczano zwykle czterodzielny Herb Rzeczypospolitej Obojga Narodów o czerwonym tle zawierający dwa pola przedstawiające białego orła w koronie, czyli symbol Korony i dwa z wizerunkiem Pogoni – herbu Litwy. Na tarczy sercowej znajdował się najczęściej herb rodowy aktualnie panującego monarchy.

Barwy biała i czerwona zostały uznane za narodowe po raz pierwszy 3 maja 1792. Podczas obchodów pierwszej rocznicy uchwalenia Ustawy Rządowej damy wystąpiły wówczas w białych sukniach przepasanych czerwoną wstęgą, a panowie nałożyli na siebie szarfy biało-czerwone. Nawiązano tą manifestacją do heraldyki Królestwa Polskiego – białego orła na czerwonej tarczy herbowej.

Po raz pierwszy polskie barwy zostały uregulowane w uchwale Sejmu Królestwa Polskiego z 7 lutego 1831 na wniosek posła Walentego Zwierkowskiego, wiceprezesa Towarzystwa Patriotycznego, jako propozycja kompromisowa pomiędzy barwą białą – nadaną przez Augusta II Mocnego i proponowaną przez konserwatystów i trójbarwną – biało-czerwono-szafirową – barwami konfederacji barskiej proponowanymi przez Towarzystwo Patriotyczne.

Po odzyskaniu niepodległości barwy i kształt flagi uchwalił Sejm Ustawodawczy odrodzonej Polski 1 sierpnia 1919. W ustawie podano: „Za barwy Rzeczypospolitej Polskiej uznaje się kolor biały i czerwony w podłużnych pasach równoległych, z których górny – biały, dolny zaś – czerwony.” Dwa lata później Ministerstwo Spraw Wojskowych wydało broszurę, w której sprecyzowano odcień czerwieni definiując ją jako karmazyn, ale w 1927 odcień koloru czerwonego został zmieniony na cynober, ten sam kolor został użyty w definicji flagi w ustawie z 1955.

Kolory flagi zostały ponownie zmienione ustawą z 31 stycznia 1980, ustawę opracował zespół ekspertów w skład którego wchodzili Szymon Kobyliński, Maria Szypowska, Kazimierz Sikorski oraz Nikodem Sobczak.

x

Tak więc barwy narodowe, czyli biel i czerwień, przewijają się od najdawniejszych czasów. Natomiast flaga narodowa w kolorach białym i czerwonym w postaci dwóch poziomych o równej szerokości pasów pojawiła się dopiero po odzyskaniu niepodległości. Flaga Wielkiego Księstwa Poznańskiego w latach 1815-1848 to dwa równej szerokości poziome pasy: czerwony u góry i biały u dołu. Takiej samej flagi używało Królestwo Galicji i Lodomerii w latach 1890-1918. Flagi Księstwa Warszawskiego i Królestwa Polskiego nie nawiązywały do tonacji biało-czerwonej czy odwrotnej. Trudno w takiej sytuacji zaprzeczyć, że obecna flaga narodowa Polski została, mówiąc delikatnie, zasugerowana przez Niemców, co miało prawdopodobnie sygnalizować pewną od nich zależność.

W tym krótkim video jest również mowa o tym, że Niemcy i Austriacy podjęli pewien wysiłek, by zbudować to państwo, jego infrastrukturę, co później ułatwiło przyłączenie Kresów. Oczywistą rzeczą jest to, że bez takiego państwa byłoby to niemożliwe. Nie negując wkładu Niemców i Austriaków, trzeba pamiętać, że nie da się w ciągu dwóch lat zbudować państwa od podstaw. Skorzystali oni z tego, co pozostawili Rosjanie, a przede wszystkim – z administracji, która jest jego podstawą. I to właśnie z tej administracji utworzono zręby przyszłej administracji II RP. Mówiąc wprost – Rosjanie wyszli, ale tak jakby nie do końca.

Czy o tym wszystkim wiedzą ci, którzy 11 listopada będą wymachiwać tymi flagami? Obawiam się, że nie. Ale to tylko pokazuje, jak potężna jest propaganda, która przez dekady tak zakodowała w ludzkich umysłach fałsz, że ci ludzie uważają to za oczywistą prawdę.

x

Aktualizacja z dnia 29 października 2025:

W blogu 1025 pisałem o tym, że Polska Piastów była częścią I Rzeszy. Zatem Zjednoczone Królestwo Polskie Łokietka nie mogło powstać bez zgodny cesarza niemieckiego. Później stworzono unię polsko-litewską, początkowo personalną, a później realną. Żeby więc do tego mogło dojść, musiało powstać państwo polskie, wasalne wobec tego cesarza. Podobny proces miał miejsce w XX wieku, gdy Niemcy stworzyły w 1916 roku Królestwo Polskie. Dopiero po jego powstaniu i wstępnym okrzepnięciu, mogło dojść do ponownej unii, czyli przyłączenia ziem byłego Wielkiego Księstwa Litewskiego i stworzenia II RP. Wygląda więc na to, że państwo polskie może istnieć tylko i wyłącznie w symbiozie ze Wschodem, bo przecież PRL, z racji powojennych przesiedleń, również nią był.