Hymn

26 marca piłkarska reprezentacja Polski, po wygranym meczu barażowym z Walią, awansowała do finałów mistrzostw Europy. Tak więc zapewne, tradycyjnie, będzie mecz otwarcia, mecz o wszystko i mecz o honor. Niemniej jednak będzie to okazja do trzykrotnego odegrania Mazurka Dąbrowskiego. Warto więc może bliżej przyjrzeć się temu hymnowi, okolicznościom jego powstania i głównym postaciom tamtych wydarzeń. Informacje zawarte w tym blogu pochodzą z Wikipedii, która bardzo obszernie o tym pisze. Ja wybrałem tylko niewielkie fragmenty, które skłaniają do pewnych refleksji.

Mazurek Dąbrowskiego – polska pieśń patriotyczna z 1797 roku, od 26 lutego 1927 oficjalny hymn państwowy Rzeczypospolitej Polskiej.

Słowa hymnu – nazywanego Pieśnią Legionów Polskich we Włoszech – zostały napisane przez Józefa Wybickiego. Autor melodii, opartej na motywach ludowego mazurka (właściwie mazura) pozostaje nieznany. Początkowo sądzono, że melodię tę skomponował książę Michał Kleofas Ogiński (twórca poloneza – Pożegnanie ojczyzny), potem materiały archiwalne temu zaprzeczyły i do dziś najczęściej autorzy śpiewników i prac naukowych podają określenie „melodia ludowa” (a niektórzy dodają do tego asekuracyjny znak zapytania).

Pieśń powstała w mieście Reggio nell’Emilia w ówczesnej Republice Cisalpińskiej (obecnie północne Włochy), jednak dokładna data i okoliczności jej napisania oraz pierwszego wykonania nie są pewne, do dziś pozostając przedmiotem sporów wśród historyków. Według Wojciecha Podgórskiego było to:

między 16, a 19 lipca 1797 r. – pod wpływem pierwszego wzruszenia, jakie opanowało Wybickiego na widok polskich mundurów, orłów, sztandarów – powstały strofy żołnierskiego wyznania wiary: Jeszcze Polska nie umarła.

29 sierpnia 1797 gen. Dąbrowski pisał do autora tekstu z Bolonii (powinno być: Dąbrowski pisał z Bolonii do autora tekstu – przyp. W.L.): Żołnierze do Twojej pieśni coraz więcej gustu nabierają. Z początkiem 1798 znana była już we wszystkich zaborach. Tekst ogłoszono po raz pierwszy w Mantui w lutym 1799 w gazetce „Dekada Legionowa”. Śpiewana była podczas triumfalnego wjazdu gen. H. Dąbrowskiego i J. Wybickiego do Poznania 3 listopada 1806 r., podczas powstania listopadowego (1830), styczniowego (1863), przez Polaków na Wielkiej Emigracji, w czasie rewolucji 1905, I i II wojny światowej.

Legiony Polskie we Włoszech.

Legiony Polskie we Włoszech – polskie formacje wojskowe, tworzone na terenie współczesnych Włoch, których celem była walka o niepodległość Polski. Walczące u boku wojsk francuskich i włoskich w latach 1797–1807, utworzone z inicjatywy Jana Henryka Dąbrowskiego przez Francuzów w północnych Włoszech.

Po III rozbiorze nastąpiła emigracja żołnierzy i oficerów z Polski do Włoch i Francji. Dzięki wpływom Napoleona, za pośrednictwem Agencji (polska organizacja emigracyjna założona w Paryżu po upadku powstania kościuszkowskiego w 1794) Jan Henryk Dąbrowski podpisał 9 stycznia 1797 umowę z nowym rządem Republiki Lombardzkiej. Współtwórcami Legionów byli Karol Kniaziewicz, Józef Wybicki i Antoni Amilkar Kosiński.

Oddziały otrzymały nazwę Legionów Polskich. Mundury i sztandary były zbliżone do polskich, język komend i stopnie wojskowe również były polskie. Na szlifach widniał włoski napis Ludzie wolni są braćmi. Kokardy przypięte do mundurów były trójkolorowe w nawiązaniu do rewolucji francuskiej, symbolizujące sojusz i protekcję Republiki. Dąbrowski zagwarantował ochotnikom obywatelstwo lombardzkie z prawem powrotu do kraju, gdy Lombardia będzie już wolna i bezpieczna.

W maju 1797 w szeregach Legionów stanęło około 7 tys. żołnierzy, głównie Polaków przebywających na emigracji oraz polskich jeńców i dezerterów z armii austriackiej generała Dagoberta von Wurmser w Mantui (6 tys. Polaków), wcielonych do niej uprzednio i zmuszanych do walki z Francuzami.

Początkowo Legiony walczyły u boku Napoleona. Pierwszy raz w kwietniu 1797 pod Rimini, Weroną i nad jeziorem Garda, w akcji przeciw zbuntowanemu ludowi włoskiemu. Po zawarciu pokoju z Austrią (w październiku tegoż roku w Campo Formio) przeistoczyły się w Korpus Posiłkowy Republiki Cisalpińskiej. Część legionistów została wysłana do Rzymu, gdzie Francja obaliła wkrótce rządy papieskie. W listopadzie 1798 uczestniczyli oni w obronie Republiki Rzymskiej. Miesiąc później oddziały legionistów pod dowództwem Karola Kniaziewicza przyczyniły się do zwycięstwa Francuzów pod Civita Castellana. Potem brali udział w zwycięskiej ofensywie republikanów na Królestwo Neapolu. Następnie tłumili antyfrancuskie powstanie chłopskie w Republice Patrenopejskiej, utworzonej w południowych Włoszech. Tu sformowano pułk jazdy istniejący potem pod różnymi nazwami, m.in. jako ułani nadwiślańscy.

W 1799 r. polscy legioniści (ok. 8 tys.) wzięli udział w walkach z wojskami II koalicji antyfrancuskiej. W tym okresie legiony poniosły szereg porażek i ciężkie straty, np.: w bitwach pod Weroną, Magnano, w oblężonej Mantui, bitwach nad Trebbią, I bitwie pod Novi i bitwie pod Bosco. Straty pierwszej legii wynosiły 2 tys. zabitych i rannych; w drugiej legii, dowodzonej wówczas przez Dąbrowskiego, pozostało tylko 800 żołnierzy zdolnych do walki. W 1799 r. powstał nad Renem, dowodzony przez gen. Kniaziewicza, legion zwany naddunajskim, a w roku 1800 Dąbrowski odbudował 6-tysięczny legion pod nazwą Pierwsza Polska Legia.

W tym czasie Francuzi odnosili kolejne zwycięstwa nad wojskami koalicji na wielu frontach, m.in.: pod Zurychem (Szwajcaria), Castricum (Holandia) w 1799 oraz pod Marengo (Włochy) i Hohenlinden (Bawaria) w 1800. Rosja poróżniona z Austrią i Wielką Brytanią wycofała się z koalicji antyfrancuskiej, a Austria zawarła pokój z Francją w Lunéville w lutym 1801 r., ale skończona wojna nie przyniosła jednak pozytywnego rozwiązania kwestii polskiej. To powodowało rozprzężenie w armii, zwątpienie, dochodziło do otwartej krytyki polityki Francji. Oficerowie podawali się do dymisji. Niewygodne Napoleonowi legie zostały wysłane na wyspę Hispaniola/San Domingo (obecnie Haiti) do tłumienia antyfrancuskiego powstania niewolników murzyńskich. Do Europy powróciło zaledwie kilkuset legionistów, którzy nie zostali zabici przez tubylców, nie zmarli wskutek chorób tropikalnych i nie osiedlili się w Ameryce. Istnieją także przesłanki, iż znaczna część Legionów Polskich, widząc haitańską walkę wyzwoleńczą, odniosła się do historii swojego narodu i przyłączyła się do walki przeciwko dodatkowym siłom francuskim.

W 1803 legioniści polscy jako wojsko najemne walczyli z Anglikami w Apulii, a w 1805 przyczynili się do zwycięstwa wojsk napoleońskich we Włoszech pod Castelfranco. Następnie w 1806 brali udział w walkach z ekspedycją sił brytyjskich w Kalabrii (południowe Włochy). W 1807 r., gdy armia napoleońska dotarła na Śląsk podczas wojny z Prusami, w Nysie, Prudniku, Korfantowie, Wrocławiu, Brzegu z pozostałości Legionów utworzono Legię Polską (Legion Polski) która, gdy dotarła do Warszawy, została przemianowana na Legię Nadwiślańską. Wielu oficerów Legionów Polskich w latach 1815-31 było podstawą armii Królestwa Polskiego i brało udział w nieudanym Powstaniu listopadowym.

Jan Henryk Dąbrowski

Jan Henryk Dąbrowski, herbu Virgo Violata (ur. 2 sierpnia 1755 w Pierzchowie, zm. 6 czerwca 1818 w Winnej Górze) – polski generał, wolnomularz, uczestnik insurekcji kościuszkowskiej (1794), twórca Legionów Polskich we Włoszech, inicjator powstania wielkopolskiego 1806 roku, naczelny dowódca wojsk polskich w 1813, senator, wojewoda Królestwa Polskiego w 1815, generał jazdy armii Królestwa Polskiego w 1815.

Syn pułkownika Jana Michała Dąbrowskiego i Zofii Marii Dąbrowskiej z domu von Lettow-Vorbek, herbu Lemiesz. Ojciec po zdobyciu Gdańska (1734) wcielony został do wojska saskiego. Matka (ur. 10 stycznia 1724 w Wiatowicach, w Małopolsce) była córką Chrystiana Lucjana von Lettowa, generała Gwardii Konnej Koronnej z rodziny pochodzenia kurlandzkiego, ale zupełnie spolonizowanej, i Ludwiki von Lettow (Allan), Szkotki, córki pułkownika Allana z Regimentu Gwardii Konnej Wlk. Księstwa Litewskiego i siostry gen. Wilhelma Miera, twórcy i dowódcy Regimentu Gwardii Konnej Koronnej.

Jan Henryk opuścił Polskę w 1766. Zamieszkał w domu ojca w Hoyerswerdzie i rozpoczął naukę na kolegium w Kamenz w Saksonii. Służbę rozpoczął w 1771 w stopniu podchorążego w wojsku saskim. W 1773 został podporucznikiem pułku szwoleżerów, a w 1777 przeszedł do gwardii. W 1779 odbył bez wielkich sukcesów kampanię w wojnie zwanej „kartoflaną”. Wojna ta nie obfitowała w większe bitwy, bowiem była to wojna manewrowa, prowadzona w celu osaczenia i odcięcia przeciwnika od magazynów, bez wdawania się w starcia zbrojne. W czasie osiemnastoletniego pobytu na obczyźnie przesiąknął w dużej mierze kulturą niemiecką (m.in. uwielbiał literaturę niemieckojęzyczną), słabo mówił po polsku, ale język ojczysty przypomniały mu obie siostry.

Od 1780, w stopniu porucznika, służył w gwardii elektorskiej w Dreźnie. Tymczasem liczba Polaków wokół Dąbrowskiego malała. Po zerwaniu unii polsko-saskiej, Polacy masowo opuszczali szeregi armii saskiej, a więc siłą rzeczy Dąbrowski wtapiał się w środowisko niemieckojęzyczne. W tym okresie Dąbrowski zdobył przygotowanie jako dowódca średniego szczebla. Wziął udział – za przyzwoleniem króla Fryderyka II – w manewrach armii pruskiej we Wrocławiu latem 1786 i manewrach wojsk rosyjskich w 1788.

W 1792 przeszedł do wojska polskiego, co nie obyło się bez namów najpierw ze strony kapitana Michała Sokolnickiego, potem generałów Krzysztofa Karwickiego, a na koniec samego króla Stanisława Augusta, który osobiście prosił elektora o zwolnienie ze służby cenionego oficera. Przyjęty do Wojska Polskiego w stopniu podpułkownika 28 czerwca, szybko awansował na wicebrygadiera 14 lipca 1792. Służył w 1 Brygadzie Kawalerii Narodowej (1 Wielkopolska), przydzielony do odwodu królewskiego, nie wziął czynnego udziału w walkach w 1792. Niezorientowany jeszcze w stosunkach, złożył przysięgę na wierność konfederacji targowickiej. W lutym 1793 roku stawił opór w Gnieźnie wkraczającym wojskom pruskim, proponował przebijanie się do wojsk francuskich, rozbiorowy sejm grodzieński (1793) wprowadził go do Komisji Wojskowej Koronnej, przygotowującej redukcję armii i przyznał mu 2000 złotych. Uznany został za „kolaboranta” i nie został dopuszczony do konspiracji.

W czasie insurekcji kościuszkowskiej wsławił się obroną Warszawy (zwłaszcza 28 VIII pod Marymontem i Powązkami) i wyprawą do Wielkopolski, gdzie został awansowany na stopień generała-porucznika. Wyprawa ta rozpoczęta została z oddziałami w sile 3 tys. ludzi i 16 dział od przebicia się 13 września pod Kamionem przez kordon pruski, po czym Dąbrowski pomaszerował do Wielkopolski, gdzie pod Słupcą połączył się z 4 tys. powstańców. Następnie zajął Gniezno i Bydgoszcz, a dzięki licznym działaniom pozorowanym wywołał panikę w Poznaniu, Toruniu i Gdańsku. Po klęsce maciejowickiej wycofał się z Wielkopolski. 18 listopada 1794 dostał się do niewoli rosyjskiej pod Radoszycami i został zmuszony (wraz z Kościuszką) do podpisania wyrzeczenia się walki z Rosją i jej sprzymierzeńcami w przyszłości. Nagrodzony złotą obrączką Ojczyzna Obrońcy Swemu.

Po upadku insurekcji nie przyjął propozycji służby w armii pruskiej i rosyjskiej, lecz w poszukiwaniu dróg odbudowy Polski, zawitał najpierw do Berlina, gdzie został przyjęty przez Fryderyka Wilhelma II, a następnie udał się przez Saksonię do Paryża, gdzie dotarł 30 września 1796. Dąbrowski udał się natychmiast do Józefa Wybickiego, z którym łączyła go dawna przyjaźń, a który pertraktował z Dyrektoriatem organizację legionów polskich u boku armii francuskiej. Wkrótce generał złożył na ręce ministrów Delacroix i Pétieta prośbę o przydział do sztabu armii generała Klébera, którego poznał w czasie podróży przez Niemcy, a 10 października wystosował do Dyrektoriatu memoriał postulujący utworzenie legionów polskich przy armiach reńskiej i włoskiej.

Józef Rufin Wybicki

Józef Rufin Wybicki herbu Rogala (ur. 29 września 1747 w Będominie, zm. 10 marca 1822 w Manieczkach) – polski pisarz i polityk, szambelan Stanisława Augusta Poniatowskiego w 1780 roku, wolnomularz, napisał słowa Pieśni Legionów Polskich we Włoszech – późniejszego polskiego hymnu narodowego Mazurka Dąbrowskiego.

Z wykształcenia prawnik, działalność polityczną rozpoczął w wieku 20 lat jako poseł na sejm w I Rzeczypospolitej. Jego protest przeciw wszystkim aktom Sejmu Repninowskiego uznawany jest za jedną z ostatnich prób pozytywnego zastosowania liberum veto. Uczestnik konfederacji barskiej, na polecenie dowództwa konfederacji jeździł z poufnymi misjami do krajów europejskich. Reformator praw w Polsce przedrozbiorowej. Przystąpił do konfederacji targowickiej, potem był uczestnikiem insurekcji kościuszkowskiej. Długoletni współpracownik oraz przyjaciel gen. Jana Henryka Dąbrowskiego, z którym wziął udział w wyprawie na pomoc powstańcom w Wielkopolsce w 1794, a później współdziałał w Legionach Polskich we Włoszech, w których powstanie w 1797 miał znaczący wkład. Podczas wizyty w obozie legionów we Włoszech w 1797 stworzył słowa pieśni, która stała się później polskim hymnem narodowym – Mazurka Dąbrowskiego. Uczestnik wojen napoleońskich, w 1807 roku przyczynił się do utworzenia Księstwa Warszawskiego, którego był jednym z czołowych polityków. Podczas wojny polsko-austriackiej w 1809 organizował obronę Wielkopolski przed wojskami nieprzyjaciela. Po kongresie wiedeńskim współtworzył Królestwo Polskie. Senator-wojewoda Księstwa Warszawskiego od 1807 roku, senator-wojewoda Królestwa Polskiego od 1815, prezes Sądu Najwyższego Królestwa Polskiego w latach 1817–1820.

Józef Wybicki urodził się 29 września 1747 w Będominie koło Kościerzyny jako syn Piotra i Konstancji z Lniskich herbu Ostoja Pruska. Według samego Wybickiego jego ród miał wywodzić się od pochodzącego z Danii wojskowego Wybena, który w 1549 zaciągnął się na służbę u króla Zygmunta Augusta; odtąd jego potomkowie zamieszkiwali na Pomorzu Gdańskim, przyjmując z czasem nazwisko Wybicki; współczesne badania nie potwierdziły jednak tego twierdzenia. Józef Wybicki miał siedem sióstr: Mariannę, Brygidę, Barbarę, Elżbietę, Rozalię, Justynę, Konstancję (cztery wstąpiły do klasztoru), oraz brata Joachima, który został księdzem.

Dwór Józefa Wybickiego w Będominie, obecnie siedziba Muzeum Hymnu Narodowego; Źródło: Wikipedia.

Pierwsze wystąpienie Józefa Wybickiego na szerszym forum publicznym miało miejsce w 1764, kiedy odbyła się elekcja ostatniego władcy Rzeczypospolitej Stanisława Poniatowskiego. Wyjazd na elekcję Wybicki zawdzięczał związanemu z Czartoryskimi wojewodzie pomorskiemu Pawłowi Mostowskiemu, który chciał zabrać z sobą jak najwięcej zwolenników Poniatowskiego. Pobyt w Warszawie wywarł bardzo duże wrażenie na niemającym jeszcze dużo doświadczenia politycznego Wybickim. Głosował za Poniatowskim, nie zdając sobie sprawy, że jego elekcja odbywa się pod naciskiem carycy Katarzyny II. Dopiero po latach w swoim wspomnieniach właściwie ocenił ówczesną sytuację polityczną, pisząc, że elekcja to

obrządek próżny, zapytania szyderskie, bo już wiedziano niecofniętą wyrocznią Petersburga, że Poniatowski będzie królem.

Kontakty z przyszłymi członkami konfederacji barskiej Wybicki zaczął nawiązywać wkrótce po przyjeździe do Warszawy w 1767. Konfederacja w Barze została zawiązana w obronie wiary katolickiej i przeciwko polityce Rosji prawie jednocześnie z wystąpieniem sejmowym Wybickiego – 29 lutego 1768. Zaraz po powzięciu wiadomości o utworzeniu konfederacji poseł postanowił do niej przystąpić, m.in. na skutek wieści o ekscesach wojsk rosyjskich w jego dobrach.

Po klęsce konfederatów w bitwie pod Kcynią, w której wziął udział, Wybicki zbiegł przez Gdańsk i Lubekę do Holandii. 10 października 1770 został studentem prawa, filozofii i nauk przyrodniczych w Lejdzie pod przybranym nazwiskiem Josephus Enkler. Rok później wrócił do kraju i został wysłany z misją dyplomatyczną do Wiednia, gdzie miał nawiązać kontakt z ambasadą francuską. Jeszcze przed wyjazdem 5 sierpnia 1772 otrzymał od władz konfederackich, które rezydowały wówczas w Cieszynie (Cieszyn należał wtedy do monarchii Habsburgów i nie był częścią państwa polskiego), stopień wojskowy pułkownika. W Wiedniu spotkał się z księciem Antonim Barnabą Jabłonowskim (także konfederatem), z którym wiązały go już serdeczne stosunki. Po klęsce polityki barskiej i I rozbiorze Polski Wybicki powrócił do kraju.

Kiedy po fiasku polityki reform i porażkach w wojnie polsko-rosyjskiej król w lipcu 1792 przystąpił do konfederacji targowickiej, Wybicki początkowo poszedł w jego ślady, również zostając członkiem konfederacji, szybko jednak przeszedł na stronę zwolenników dalszej walki z Rosją. W obliczu coraz wyraźniej się zarysowującej perspektywy upadku kraju nastroje powstańcze i spiskowe narastały w Polsce już od dłuższego czasu. Uczestnikiem spisku, zawiązanego na emigracji w Saksonii przez Ignacego Potockiego, Hugona Kołłątaja i Tadeusza Kościuszkę, w kraju został też Wybicki, który należał do prawego skrzydła spiskowców. Po wybuchu insurekcji kościuszkowskiej wszedł do jego władz.

Na okres ten przypada również pierwsze spotkanie Wybickiego z Janem Henrykiem Dąbrowskim, przyszłym twórcą Legionów Polskich we Włoszech. Spotkanie to miało miejsce w dramatycznych okolicznościach. Dąbrowski, który młodość spędził w Saksonii i słabo mówił po polsku, dopiero w 1792 przeszedł z armii saskiej do wojska polskiego. Niezorientowany w miejscowych stosunkach, przystąpił do konfederacji targowickiej, przez co posądzono go o zdradę. Podejrzenia o wrogie knowania doprowadziły w końcu do wytoczenia mu sprawy sądowej na sesji departamentu wojskowego, która odbyła się w Warszawie 1 maja 1794. Dąbrowskiemu groziła nawet kara śmierci, został jednak uniewinniony dzięki mowie, jaką w jego obronie wygłosił Wybicki.

Wybicki był jednym z wielu Polaków, którzy po upadku powstania kościuszkowskiego udali się na emigrację. Większość działaczy znalazła się w Paryżu, gdzie szybko podzielili się na stronnictwa odzwierciedlające niedawne podziały polityczne w kraju. Wybicki należał do konserwatywno-umiarkowanej Agencji, w której działali też Franciszek Barss i Józef Wielhorski, dążącej do odbudowy kraju w oparciu o zasady ustrojowe Konstytucji 3 maja. Początkowo współpracował też z radykalną Deputacją Polską, której celem były kontynuacja działalności spiskowej i ponowne wzniecenie powstania w kraju przy pomocy Francji i Turcji. Wybicki był jednym z 23 emigrantów powołujących Deputację, opracował też Myśli, będące swego rodzaju „aktem wiary” ruchu. Na skutek niesnasek politycznych pomiędzy emigrantami w lutym 1796 od Deputacji oddzielił się bardziej umiarkowany obóz Polscy Uchodźcy, stawiający na pomoc Francji, którego Wybicki, obok Barssa, był jednym z głównych działaczy.

Wybicki cały czas korespondował też z Dąbrowskim, zachęcając go do przyjazdu do Francji. Namowy te wkrótce zakończyły się sukcesem. W lutym 1796, a więc już po III rozbiorze Polski, po otrzymaniu kolejnego listu od Wybickiego, Dąbrowski zdecydował się na emigrację, wkrótce opuścił Polskę i po wielu perypetiach 30 września 1796 dotarł do Paryża.

xxx

Pieśń Legionów powstała w lipcu 1797 roku, a z początkiem 1798 roku znana już była we wszystkich zaborach. Wygląda więc na to, że masoni mieli dobrze zorganizowaną siatkę współpracowników. Śpiewano ją podczas tych wszystkich bezsensownych powstań, które tylko pogarszały sytuację Polaków, zamiast ją poprawiać.

Po III rozbiorze Rzeczypospolitej nastąpiła emigracja oficerów i żołnierzy do Włoch i Francji. To oni wraz z jeńcami i dezerterami z armii austriackiej tworzyli te Legiony. Mamy w tym wypadku sytuację podobną do tej, jaka miała miejsce podczas II wojny światowej. Armia Andersa została utworzona z jeńców Armii Czerwonej i ochotników, którzy do niej wstąpili. I całe to towarzystwo zostało wyprowadzone do Iranu, który był podporządkowany Anglosasom, tak jak Północne Włochy Napoleonowi. Legiony walczyły w całej Europie Zachodniej, podobnie jak wojsko polskie podczas II wojny światowej. To cecha charakterystyczna tej nowej rzeczywistości, jaka powstała po likwidacji państwa polskiego i utworzeniu unii personalnej z Litwą. Piastowie walczyli na swoim terenie i starali się odzyskać wcześniej utracone ziemie. Za Jagiellonów wojsko poszło na wschód, na obce ziemie i tam walczyło w obronie obcych interesów. Obecnie mamy powrót do jagiellońskiej paranoi.

Wacław Gąsiorowski w powieści „Rok 1809” tak pisał:

„Ludności tego państewka wolno było ginąć w Hiszpanii, podziewać się nad Renem, walczyć w cesarskich czworobokach, lecz ludności tej nie wolno było myśleć o wzmacnianiu własnych strażnic granicznych. – Księstwo Warszawskie!”

Zarówno Dąbrowski jak i Wybicki byli masonami, o czym pisze Wikipedia, więc nie jest to żadna tajemnica. Bliższe przyjrzenie się ich życiorysom pozwala na poznanie metod działania masonerii. U Dąbrowskiego można dopatrzyć się korzeni kurlandzkich i może stąd właśnie takie pozytywne nastawienie do wszystkiego, co niemieckie, a u Wybickiego – duńskich. Można powiedzieć, że masoneria, poprzez małżeństwa, przenika do elit politycznych każdego państwa. W ten sposób tworzy się nieformalna, ponadnarodowa organizacja, która realizuje własne cele, a raczej cele tych, którzy ją stworzyli i nie są to cele któregokolwiek z tych państw. Księstwo Warszawskie było modelowym przykładem takiego państwa i modelowym przykładem wykorzystania tych elit. Przykład ze współczesności? Proszę bardzo! Radek Sikorski: żona – amerykańska Żydówka, syn – w armii amerykańskiej.

Dąbrowski był bardziej Niemcem niż Polakiem, podobnie jak Donald Tusk. Wziął udział w manewrach armii pruskiej we Wrocławiu latem 1786 i manewrach wojsk rosyjskich w 1788. Złożył przysięgę na wierność konfederacji targowickiej, a więc poparł Rosję. Później uczestnik insurekcji kościuszkowskiej, tym razem przeciwko Rosji, czyli powstaniu, którego konsekwencją był III rozbiór Rzeczypospolitej. Po jego upadku nie przyjął propozycji służby w armii pruskiej i rosyjskiej. Niby walczył przeciwko zaborcom, a oni składali mu propozycje zatrudnienia w swoich armiach. Nie skorzystał. Rozkazy nakazały udać się do Paryża.

Z kolei Wybicki to też niezłe ziółko. Przystąpił do konfederacji barskiej, której skutkiem był I rozbiór Rzeczypospolitej. Po klęsce konfederatów uciekł do Holandii. Później przystąpił do konfederacji targowickiej. Jednak polecenie służbowe nakazało mu przejść na stronę zwolenników walki z Rosją. W Saksonii zawiązał się spisek, którego uczestnikami byli Ignacy Potocki, Hugon Kołłątaj i Tadeusz Kościuszko. Do nich, w kraju, dołączył Wybicki. Jego owocem była insurekcja kościuszkowska, a jej konsekwencją III rozbiór Rzeczypospolitej. I ci, którzy swoimi długoletnimi działaniami doprowadzili do jej upadku, zaczęli „walczyć” o jej odbudowę. Jeśli to nie jest paranoja, to co to jest? To jest masoneria. Tak działa. I dziś działa dokładnie tak samo.

Dąbrowskiego, z racji przystąpienia do Targowicy, posądzono o zdradę i groziła mu nawet kara śmierci. Uratował go swoją mową obrończą Wybicki. Tak więc targowiczanin wybronił targowiczanina, a obaj uchodzą za wielkich patriotów.

Mamy więc taką sytuację, że nasz hymn narodowy zawdzięczamy dwóm masonom zależnym od swoich francuskich braci i stąd nie dziwi słowo „Bonaparte” w nim zawarte. Ten hymn jest jednym z tych elementów, który ma tworzyć w nas poczucie patriotyzmu i utożsamianie się z wartościami, które są w nim wyśpiewywane. Jest to więc jeden z oficjalnych elementów polskości. Pozostałe to katolicyzm i język. W to każą nam wierzyć masoni czy ich nieznani przełożeni. W ten sposób tworzy się z nas ludzi bez tożsamości. Dlaczego? Najlepiej ujął to Bolesław Prus we wstępie do swojej najlepszej powieści „Faraon”, a moim zdaniem, najlepszej – napisanej w języku polskim. Pisał tak:

„Rodowici Egipcjanie mieli barwę skóry miedzianą, czym chełpili się, gardząc jednocześnie czarnymi Etiopami, żółtymi Semitami i białymi Europejczykami. Ten kolor skóry, pozwalający odróżnić swego od obcego, przyczyniał się do utrzymania jedności narodowej silniej aniżeli religia, którą można przyjąć, albo język, którego można się wyuczyć.

Z biegiem czasu jednak, kiedy państwowy gmach zaczął pękać, do kraju coraz liczniej napływały obce pierwiastki. Osłabiały one spójność, rozsadzały społeczeństwo, a nareszcie zalały i rozpuściły w sobie pierwotnych mieszkańców kraju.”

Żydzi i masoneria wmawiają nam, że istotą polskości jest katolicyzm, no i oczywiście język. A więc są to elementy łatwe do przyjęcia przez obcych. W ten sposób polskość się rozmywa i na tej zasadzie całe Kresy nazywa się Polską. Dla mnie jednak Kresy zawsze były obce, bo nie mam tam korzeni. Również Katyń i rzeź wołyńska nie były udziałem mojej rodziny, natomiast Oświęcim – był. Dlaczego w tym kraju Zulu-Gula nikt nie mówi o tym, że nie byłoby Katynia i Wołynia, gdyby po I wojnie światowej nie przyłączono do ziem polskich Kresów, czyli ziem dawnego Wielkiego Księstwa Litewskiego. Po tych wszystkich negatywnych doświadczeniach, które opisałem w blogu „Ukraińskość”, całkowicie niezrozumiałym wydaje się taki krok. A jednak Żydzi zdecydowali, że tak ma być. Dobrze wiedzieli, do czego dążyli.

Andrzej B. Legocki w artykule O współczesnym rozumieniu polskości pisze m.in.:

„Oczywistym wymogiem tożsamości plemiennej jest pochodzenie od wspólnych przodków. Naród bowiem stanowi wspólnotę żywych i umarłych, od których żyjący się wywodzą.”

No właśnie! Ta tożsamość plemienna. Moje najwcześniejsze wspomnienia z dzieciństwa, które bardzo utkwiły mi w pamięci, związane są z tym, co usłyszałem od mojej matki. Często na określenie czegoś, co jest niewyobrażalnie drogie używała określenia „sumy bajońskie”. Często też, gdy natrętnie zadawałem jakieś pytania typu: kiedy coś zrobimy czy kiedy gdzieś pojedziemy – odpowiadała: kiedy, kiedy! jak szły Szwedy. Mamy więc tu odniesienie do dwóch tragicznych wydarzeń związanych z historią Korony, czyli Polski. Szwedzi złupili Koronę, ale tę polską, bez włączonej do niej po unii lubelskiej części ukraińskiej. Sumy bajońskie również dotyczyły dawnej, polskiej Korony, czyli ziem polskich. Tych doświadczeń ludzie z kresowymi korzeniami nie mają i dlatego są mi obcy. Nie ma to najmniejszego znaczenia, że mówią po polsku i są katolikami: języka można się wyuczyć, wyznanie zmienić. I tak Kresy stały się “polskie”. W ludzie, z którego się wywodzę, pamięć o potopie, po trzystu latach, nadal była żywa. Kiedy więc widzę ludzi, którzy śpiewają ten masoński hymn, wymachują biało-czerwonymi flagami czy przypinają sobie godło narodowe, to nic to dla mnie nie znaczy. Każdy to może zrobić. I tak ta polskość rozrzedza się w tej wielonarodowej zbieraninie. Dokładnie tak samo, jak w dawnym Egipcie. To jest proces, którego nie można zatrzymać, ale może warto wiedzieć, jakie tu mechanizmy uruchomiono i dlaczego, jak Polak, to musi być katolik i dlaczego ma kochać i ginąć za ojczyznę, bliżej zresztą nieokreśloną i o nieustalonych na trwałe granicach.

x

Każdy osąd wynika z doświadczenia, czyli osobistych przeżyć. Mój negatywny stosunek do Kresów, Wschodu i prawosławia nie jest bezpodstawny. Mieszkam w południowej części województwa podlaskiego, która historycznie była częścią Wielkiego Księstwa Litewskiego. Dominującą ludnością na tym terenie są prawosławni Białorusini i Ukraińcy. Mój ojciec, który trafił tu w latach 50-tych na podstawie nakazu pracy, zawsze nazywał te tereny zachodnią Białorusią, bo wtedy białoruscy działacze wysyłali petycje do władz Związku Radzieckiego o przyłączenie Białostocczyzny do Białorusi. Ja z kolei miałem okazję przez 25 lat obracać się w środowisku prawosławnych Białorusinów i Ukraińców. I na własnej skórze doświadczyłem ich wrogiego stosunku do Polaków i katolików. Ja wprawdzie katolikiem jestem tylko z racji chrztu, na to nie miałem wpływu, ale dla nich to nie ma znaczenia. Dla nich każdy, kto nie jest prawosławny, jest obcy. Tego prawosławnego fundamentalizmu nie rozumiałem, ale zrozumiałem, gdy dowiedziałem się, że prawosławni to tak naprawdę arianie. Bliżej im do protestantyzmu, na który często przechodzą. O tym, że prawosławni, to prawdopodobnie arianie, pisałem w blogu “Arianie”. Ci ludzie mają inny system wartości, niż mój, a ich serca są skierowane na wschód. Natomiast moje serce jest skierowane na zachód. Dlatego łatwo mi rozpoznać tożsamość tych, którzy są apologetami słowiańszczyzny i panslawizmu. Dla mnie słowiańszczyzna i panslawizm są obce. Ja tego nie rozumiem.

Ukraińskość

W poprzednim blogu (Kredyt hipoteczny) cytowałem fragment artykułu ze strony internetowej Myśli Polskiej, w którym autor napisał: Jeśli nie dnia, to przynajmniej nie ma tygodnia, w którym nie potwierdzałoby się, że obecne terytorium Polski będzie służyło także narodowi ukraińskiemu. A skoro tak, to wypada sobie zadać podstawowe pytanie: Czym jest ukraińskość i czy ukraińskość to nienormalność?

Zapewne mało osób wie, że wspólne państwo polsko-ukraińskie istniało przez ponad 200 lat. Tak było od unii lubelskiej w 1569 roku do pierwszego rozbioru w 1772 roku. Bezpośrednio przed unią lubelską wydzielono z Wielkiego Księstwa Litewskiego województwo podlaskie, bracławskie, Wołyń i Kijowszczyznę i wcielono je do Korony. To było to wspólne państwo polsko-ukraińskie, które nadal nazywano Koroną. Dlaczego tak się stało, że połączono ze sobą tak odmienne byty? Różniły je poziom życia gospodarczego i społecznego, ustrój i wyznanie. Takie łączenie wody z ogniem musiało od początku rodzić problemy i tak też się stało. I prawdopodobnie pomysłodawcom tego projektu właśnie o to chodziło.

Rzeczpospolita po unii lubelskiej w 1569 roku; źródło: Wikipedia.

Powstania na Ukrainie to był jakby znak firmowy tego kraju. W sumie było ich dziewięć. Od pierwszego powstania Kosińskiego (1591-1593) do ostatniego – Paleja (1702-1704). Najsłynniejsze to oczywiście powstanie Chmielnickiego (1948-1657). I to właśnie powstanie opisuje Sienkiewicz w powieści Ogniem i mieczem. Jest to niewątpliwie najlepsza część całej Trylogii. Sienkiewicz jej genezę tak wyjaśniał: powstała ona „z rozczytywania się w kronikach i pamiętnikach z epoki, którą odczuwałem artystycznie mocniej niż inne okresy dziejów, i z chęci pokrzepienia serc”. Powiedział też, że wszystkie postacie z Trylogii są autentyczne, żadnej sobie nie wymyślił. Można więc po części traktować ją jako dokument epoki. Niektóre opisy wydają się tak wyraziste, że aż trudno uwierzyć, by autor zmyślał. Jak ten poniżej:

Panu Skrzetuskiemu nie było danym widzieć bitwy, gdyż wraz z taborem został w Korsuniu. Zachar umieścił go w rynku, w domu pana Zabokrzyckiego, którego czerń poprzednio powiesiła – i postawił straż z niedobitków Mirhorodzkiego kurzenia, bo tłuszcza ciągle rabowała domy i mordowała każdego, kto się jej wydał Lachem. Przez wybite okna widział pan Skrzetuski gromady pijanych chłopów, krwawych, z pozawijanymi rękawami koszul, włóczących się od domu do domu, od sklepu do sklepu i przeszukujących wszystkie kąty, strychy, poddasza; od czasu do czasu wrzask straszliwy oznajmiał, że znaleziono szlachcica, Żyda, mężczyznę, kobietę lub dziecię. Wyciągano ofiarę na rynek i pastwiono się nad nią w sposób najstraszliwszy. Tłuszcza biła się ze sobą o resztki ciał, obmazywała sobie z rozkoszą krwią twarze i piersi, okręcała szyje dymiącymi jeszcze trzewiami. Chłopi chwytali małe Żydzięta za nogi i rozdzierali wśród szalonego śmiechu tłumów. Rzucano się i na domy otoczone strażą, w których zamknięci byli znakomici jeńcy, zostawieni przy życiu dlatego, że spodziewano się po nich znacznego okupu. Wówczas Zaporożcy lub Tatarzy stojący na straży odpierali tłum, grzmocąc po łbach napastników drzewcami od pik, łukami lub batami z byczej skóry. Tak było przy domu pana Skrzetuskiego. Zachar kazał ćwiczyć chłopstwo bez miłosierdzia, a Mirhorodcy spełniali z rozkoszą rozkaz. Niżowi bowiem przyjmowali chętnie w czasie bitew pomoc czerni, ale pogardzali nią bez porównania więcej od szlachty. Przecie niepróżno zwali się „szlachetnie urodzonymi Kozakami!” Sam Chmielnicki darowywał potem niejednokrotnie znaczną ilość czerni Tatarom, którzy gnali ją do Krymu i stamtąd sprzedawali do Turcji i Azji Mniejszej.

Tłum więc szalał na rynku i dochodził do tak dzikiego opętania, że w końcu począł się wzajemnie mordować. Dzień zapadł. Zapalono całą jedną stronę rynku, cerkiew i dom parocha. Szczęściem wiatr zwiewał ogień ku polu i przeszkadzał szerzeniu się pożaru.(…)

I dalej pisze:

Rozbójniczy ruch Zaporoża i ludowe powstanie ukraińskiej czerni potrzebowały jakichś wyższych haseł niż rzeź i rozbój, niż walka z pańszczyzną i z magnackimi latyfundiami. Zrozumiał to dobrze Chmielnicki i korzystając z tlejących się rozdrażnień, z obopólnych nadużyć i ucisków, jakich nigdy w onych surowych czasach nie brakło, socjalną walkę zamienił w religijną, rozniecił fanatyzm ludowy i zaraz w początkach przepaść między oboma obozami wykopał – przepaść, którą nie pergaminy i układy, ale krew tylko mogła wypełnić.

I pragnąc z duszy układów, siebie tylko i własną potęgę chciał ubezpieczyć – a potem?… Co miało być potem, hetman zaporoski nie myślał, a w przyszłość nie patrzył i nie dbał o nią.

x

Były też trzy powstania kozackie na terenie Rosji. Ostatnie – Pugaczowa (1773-1775). Po nim caryca Katarzyna II zlikwidowała Sicz Zaporoską. Ziemie Zaporoża nadano szlachcie rosyjskiej, wywodzącej się po części z rodzin kozackich.

Kozacy niby zniknęli, ale jakby nie do końca. Pojawili się ich następcy – hajdamacy. Dali o sobie znać w 1734, w 1750 i w 1768 roku jako sprawcy największej i najbardziej krwawej rebelii – koliszczyzny. Później zrywy hajdamaków zdarzały się rzadziej i nie były tak gwałtowne jak wcześniej.

Hajdamacy (z tur. hajdmak – rabować, grabić, ścigać, pędzić) – uczestnicy zbrojnych napadów rozbójniczych na terytorium Ukrainy Prawobrzeżnej w Rzeczypospolitej Obojga Narodów w XVIII wieku. Wywodzili się ze zbiegłego ukraińskiego chłopstwa, zubożałych mieszczan, Kozaków zaporoskich. Łączyła ich wspólna profesja. Na co dzień działali w luźnych grupach trudniących się rozbojem i napadami. – Wikipedia.

Koliszczyzna – powstanie chłopskie pod przywództwem Maksyma Żeleźniaka i Iwana Gonty skierowane głównie przeciwko szlachcie polskiej oraz ludności żydowskiej i duchowieństwu. Trwało od czerwca do lipca 1768 roku na Ukrainie prawobrzeżnej i przejawiało się masowymi pogromami Polaków, Żydów, duchowieństwa rzymskokatolickiego i unickiego, z których to pogromów największe rozmiary osiągnęła rzeź humańska. Powstanie zostało stłumione przez wojska rosyjskie i polskie. Liczbę ofiar koliszczyzny szacuje się na 100 000 do 200 000 zamordowanych.

Słowo „koliszczyzna” ma różne znaczenie, m.in. pochodzi ono od okrzyku „Koli! Koli!” (Kłuj), który miał być słyszany podczas mordów. Oznaczało też ono na Naddnieprzu rzeźników wyspecjalizowanych w zabijaniu świń. – Wikipedia.

W czerwcu 2018 roku ukazał się w tygodniku Polityka artykuł 250 lat po rzezi humańskiej. Poniżej fragment:

Rankiem 21 czerwca na spotkanie Kozaków wyszli z chlebem i solą najbardziej szanowani obywatele w otoczeniu miejscowych urzędników. Zgromadzeni pod Humaniem chłopi nie czekali jednak na ich zaproszenie. Wdzierając się za mury, dali początek trwającej dwa dni rzezi. Żydom obcinano ręce i uszy, wyciągano ich z piwnic i domów. Polskich szlachciców przywiązywano do pala, bito, kłuto spisami, by na koniec dobić nożem lub wystrzałem z broni palnej. Uczniowie ze szkoły bazylianów byli torturowani. Sceną największych zbrodni stały się miejscowe świątynie. Nie mogąc sforsować drzwi synagogi, Kozacy podciągnęli na miejsce armaty i ostrzelali ją ze wszystkich stron. Wyniesione stamtąd zwoje Tory chłopi rozłożyli na ulicach i jeździli po nich końmi. Uciekające w panice rodziny szlacheckie chowały się po piwnicach, rowach, zaroślach, skąd były wywlekane, pędzone i gromadzone na placu targowym, by tam dokonać żywota.

Przed niesławnym 1768 r. hajdamacy pojawiali się i znikali, ale nie stanowili problemu natury politycznej. Na miano przełomu zasługuje moment przyjęcia przez nich haseł obrony prawosławia i usunięcia polskiej szlachty z tamtych ziem. Stało się tak za sprawą dwóch splecionych ze sobą wydarzeń. Pierwszym była bezpardonowa rywalizacja, jaką na Rusi toczyły Kościoły prawosławny oraz grekokatolicki. Wschodni katolicy, zwani unitami, byli w drugiej połowie XVIII w. prawdziwą potęgą. Pod względem liczby parafii stanowili największą w Rzeczpospolitej wspólnotę wyznaniową, większą nawet od rzymskiego katolicyzmu.

Hasła wzywające do walki z unitami głosiło wielu prawosławnych duchownych. Jednym z najbardziej wpływowych i charyzmatycznych był ihumen monasteru motronińskiego Melchizedek Znaczko-Jaworski, mianowany przez moskiewskiego patriarchę namiestnikiem Cerkwi na Prawobrzeżnej Ukrainie. Jego kazania piętnujące duchowieństwo i wiernych Kościoła unickiego jako zdrajców padły na podatny grunt za sprawą zawiązanej w marcu 1768 r. konfederacji barskiej. Garnąca się pod ich sztandary szlachta katolicka obrała sobie za cel powstańczą walkę przeciwko wpływom Rosji. Opierając się na hasłach obrony Kościoła katolickiego i rozprawy ze zdrajcami ojczyzny, wzbudzili wielki niepokój wśród Rusinów. Po ziemiach ukrainnych lotem błyskawicy rozniosły się pogłoski o okrucieństwach konfederatów i nawracaniu miejscowych siłą, co jeszcze mocniej zaogniło stosunki w kresowym kotle. Wymowna była skarga, jaką na konfederatów wnieśli mieszczanie z Kaniowa: „Po całej Ukrainie czynili różne niepokoje i okrucieństwa, więc takimi nieprzystojnymi uczynkami dali podstawy hajdamactwu”.

x

Czym było to powstanie? Co do tego opinie historyków są podzielone i nie ma jednoznacznej oceny. Wikipedia zamieszcza ich kilka. Najlepsza, według mnie, jest ta:

Tadeusz Korzon zacytował opinię Stanisława Augusta o genezie koliszczyzny, uzupełniając ją:

Fanatyzm grecki i niewolniczy walczy ogniem i mieczem z fanatyzmem katolickim i szlacheckim… To pewna, że bez konfederacyi Barskiej nie byłoby tego nowego nieszczęścia. Poprawiwszy ostatnie zdanie, czyli raczej, dodawszy do niego dwa wyrazy: bez hasła religijnego w konfederacyi Barskiej, otrzymamy najtrafniejszą i z najpoważniejszego źródła pochodząca wskazówkę do zrozumienia stanu umysłów i przyczyn klęski Humańskiej. W szczegółach sprawa ta modyfikuje się o tyle, że wezwanie do krwawego dzieła wyszło zza Dniepru, spoza granicy rosyjskiej, moralnym zaś sprawcą jego był Melchizek-Znaczko Jaworski.

xxx

Konfederacja barska to było dzieło masonów, głównie francuskich. Henryk Rolicki w książce Zmierzch Izraela (1932) pisał: Stwierdzę tylko, że skoro – w myśl utartych poglądów – dziełem wolnomularstwa jest Bar, Konstytucja 3-go Maja i Insurekcja Kościuszkowska, to także jej rachunek obciążają polityczne skutki tych dzieł: Pierwszy Rozbiór, Drugi Rozbiór i Trzeci Rozbiór.

Na podstawie przytoczonych przykładów widać jaką mieszanką wybuchową są antagonizmy wyznaniowe i społeczne. Czy zatem ukraińskość to nienormalność? Obawiam się, że jest to czymś o wiele bardziej niebezpiecznym, bo nieobliczalnym. Ktoś może powiedzieć, że współcześni Ukraińcy są inni. Może są. A jeśli – nie? Już mamy pierwsze oznaki tego, że jednak nie są inni. Tak łatwo ich podburzyć, wzbudzić w nich emocje, te złe emocje. A warto jeszcze pamiętać o tym, że mamy w Polsce prawosławnych, nie tylko rytu kijowskiego, ale i moskiewskiego. Siedzimy na beczce prochu. I mam takie wrażenie, że mało kto zdaje sobie z tego sprawę, że najgorszym, co może nas spotkać to nie wojna, to wojna domowa. To już jest wspólne państwo polsko-ukraińskie z przewagą żywiołu ukraińskiego.

Kredyt hipoteczny

W poprzednim blogu Sumy bajońskie pisałem o tym, jak wykorzystano kredyt hipoteczny do wzbogacenia pewnej grupy ludzi kosztem wszystkich, których obarczono spłatą tego kredytu. Czyżby ten pomysł miałby być ponownie wykorzystany? Na stronie internetowej Myśli Polskiej pojawił się artykuł Nowak: Dlaczego drugi Wołyń jest kwestią czasu. Na wstępie autor wyraża swoje zadowolenie z faktu, że Ukraina przegrywa wojnę i że ją przegra. Nazywa to państwo „bękartem” paktu Ribbentrop-Mołotow. Stwierdza też, że utrata Donbasu to dopiero początek strat terytorialnych tego państwa. Poniżej jego fragment (wytłuszczenie – W.L.):

“Jeśli nie dnia, to przynajmniej nie ma tygodnia, w którym nie potwierdzałoby się, że obecne terytorium Polski będzie służyło także narodowi ukraińskiemu. Póki co, służenie Ukraińcom objawiało się głównie w sferze dyplomacji, na arenie międzynarodowej, na poziomie placówek dyplomatycznych. Dlatego też koszty utrzymywania przy życiu państwowości ukraińskiej nie były łatwe do uchwycenia przez polskich obywateli. Wymierny koszt funkcjonowania Polski jako „adwokata Ukrainy” rozkładał się w taki sposób, że przeciętny Polak nie miał prawa tego zauważyć na co dzień.

I tak, w ostatnim czasie uraczyły nas wieści o tym, że jedynie obcokrajowcy nie będą weryfikowani pod względem dotychczasowego posiadania nieruchomości pod kątem rządowych gwarancji dla kredytów hipotecznych. Polacy zaś, aby taką gwarancję od własnego rządu otrzymać, nie mogą być zawczasu właścicielami żadnej nieruchomości. Proporcja Ukraińców wśród obcokrajowców jest wiedzą powszechnie znaną, więc efekt tego rozwiązania jest dość łatwy do przewidzenia.”

Gwarancje rządowe dla kredytów hipotecznych oznaczają to, że w razie niewypłacalności osoby, która wzięła taki kredyt, obowiązek jego spłaty przejmuje państwo, czyli koszty przerzuca się na wszystkich podatników. Czy takie sytuacje będą mogły się zdarzać? Jeśli ma być drugi Wołyń, to takiej możliwości nie można wykluczyć. W końcowej części autor pisze:

“W międzywojniu sanacja oddała stery rządów nad województwem wołyńskim nieudacznemu prometeiście, wolnomularzowi i byłemu działaczowi państwowemu „Ukraińskiej Republiki Ludowej”, Henrykowi Józewskiemu. Prowadząc politykę „ukrainizacji” mającego odmienne od Galicji Wschodniej doświadczenie historyczne Wołynia, nie ukrywał on, że tworzy z podległego sobie terenu bazę wypadową dla akcji prometejskiej przeciwko Moskwie i uwolnienie spod jej władzy całej Ukrainy. Jednak to właśnie dzięki Moskwie Wołyń znajduje się dziś poza granicami Rzeczypospolitej, ale to nic. Kolejnym „Wołyniem” będzie cała Polska, a konsekwencje tego mogą być wyjątkowo ekscytujące. Radość z wojny przegranej przez „bękarta” nie będzie więc trwała zbyt długo.”

Przedostatnie zdani brzmi przerażająco. Nawet nie dlatego, że kolejnym „Wołyniem” będzie cała Polska, a dlatego, że konsekwencje mogą być wyjątkowo ekscytujące. Użycie takiego określenia w stosunku do „kolejnego Wołynia” wydaje się co najmniej niestosowne. Czy można w tym wypadku mówić o pomyłce? Tak mogłoby się zdarzyć w rozmowie na żywo, ale ktoś, kto pisze tekst, zanim go zamieści w jakimś medium, to sprawdza czy nie ma w nim błędów ortograficznych, literówek itp. Sprawdza też czy w poszczególnych zdaniach użyte zostały właściwe słowa. Nie chce mi się wierzyć, że to pomyłka. A jeśli tak, to co to oznacza?

Jak rozumieć to, że kolejnym Wołyniem będzie cała Polska? Czy to oznacza akcje terrorystyczne na terenie całego kraju? Czy to będzie druga Irlandia Północna? Przecież mamy premiera, który obiecał nam drugą Irlandię, ale nie Północną. Od początku wojny na Ukrainie masowa emigracja na teren Polski wydawała się czymś sztucznym, bo wojna toczy się na jednej piątej czy szóstej części Ukrainy. Od początku też ci „uchodźcy” byli traktowani, nie jak uchodźcy wojenni, tylko lepiej niż obywatele państwa, na którego teren przybywali. To nie dzieje się przypadkiem. Chodzi o skłócenie obu narodów, szczucie ich na siebie. Do tego dochodzi jeszcze żądanie, by Ukraińcy przebywający na terenie Polski przepraszali za rzeź wołyńską. A dlaczego oni mają to robić, skoro ich wtedy jeszcze na świecie nie było? Mogliby oczywiście przeprosić politycy, ale i oni tego nie zrobią. Inna sprawa, że tam prawdopodobnie mordowano ludność ukraińską, bo skoro jest zakaz ekshumacji, to znaczy, że jest coś do ukrycia. A co tam może być do ukrycia? Coś, co jest niezgodne z obowiązującą narracją.

Mamy więc na terenie Polski kilka milionów Ukraińców, z których część jest rytu kijowskiego, a część – rytu moskiewskiego. Mamy też mniejszość białoruską rytu moskiewskiego i ludność polską – katolicką, przynajmniej w części. W takiej sytuacji wywołanie konfliktu nie będzie trudne. A wszelkiego rodzaju niepokoje społeczne, protesty, strajki itp. są doskonałą okazją do odwrócenia uwagi od czegoś, co stwarzający taki stan chce ukryć. Co może chcieć ukryć? W takiej niestabilnej sytuacji cały plan kredytów hipotecznych może się załamać. I wówczas państwo, może nawet nowe państwo, przejmie na siebie ciężar ich spłaty. I wtedy już nikt nie dojdzie, kto brał te kredyty i w jakiej wielkości, bo mogłoby się okazać, że to jednak nie Ukraińcy w największym stopniu byli beneficjentami. I to rzeczywiście może być wyjątkowo ekscytujące.

Skoro raz stworzono w tym celu państwo, czyli Księstwo Warszawskie, które istniało tylko pięć lat, to można to zrobić jeszcze raz. Wojna trwa dopiero dwa lata. Żydzi planują na wiele lat do przodu, są konsekwentni w działaniu i cierpliwi, potrafią długo czekać na najdogodniejszy moment. Dlatego tak trudno rozszyfrować ich zamiary. By wykręcić ten numer z kredytami hipotecznymi, stworzyli nowe państwo. Do poboru rekruta nie było ono potrzebne. Napoleon podbił ten teren i mógł robić, co chciał. Żeby jednak ukryć ten geszeft, to stworzył nowe państwo. I tym razem może być podobnie. Powstanie państwa polsko-ukraińskiego będzie oznaczać likwidację obecnego. Ileż to przekrętów finansowych pójdzie w zapomnienie! I być może na tym całym zamieszaniu skorzysta wielu obywateli Izraela, którzy posiadają również obywatelstwo polskie, ale którzy nie posiadają w Polsce żadnej nieruchomości. I być może ta „Niebiańska Jerozolima” istotnie jest szykowana, ale nie na Ukrainie, tylko w Polsce… jeszcze w Polsce.

Wygląda na to, że szykują nam wojnę domową, bo ani Polacy, ani Ukraińcy, ci nakręcani przez media i ulegający tym nastrojom, nie rozumieją, że są szczuci na siebie przez Żydów. A oni? Tak jak pisał w cytowanym artykule autor, chociaż niby w innym kontekście:

“My tylko napawamy się chwilą w zaciszu swoich domostw, gdy płomienie rytmicznie strzelają w naszych kominkach, świerszcze przyjaźnie wygrywają nocne melodie w przydomowym ogrodzie, a Ukraina właśnie przegrywa wojnę. Towarzyszka wieczoru o imieniu whisky zaprasza na spacer ścieżką prowadzącą do bajkowego nastroju, a gdzieś setki kilometrów dalej Ukraina na zawsze traci Donbas, co jest dopiero początkiem jej przygody ze zmniejszaniem swych rozmiarów.”

A to zaledwie początek. Wojna domowa w Polsce i jej konsekwencje, to dopiero będzie wyjątkowo ekscytujące. Wygląda na to, że to już się dzieje. Jakieś trzy tygodnie temu miał miejsce wypadek na Placu Rodła w Szczecinie. Zostało tam potrąconych dwadzieścia osób. Jedna z nich wymaga kosztownej rehabilitacji. Brak jakichkolwiek informacji na temat sprawcy, co oznacza, że był to Ukrainiec. Od roku ma on obywatelstwo polskie, więc poinformowano, że był to obywatel polski. Nawet nie podano jego imienia i pierwszej litery nazwiska, co jest normą w takich sytuacjach. Podobno też parę razy wjeżdżał na chodnik. Nie był to więc żaden wypadek, tylko akt terroru. W tym samym czasie złapano obywatela Ukrainy, który przygotowywał zamach we Wrocławiu. Taka informacja pojawiła się na Kanale Zero. Planował on podpalenie kilku ważnych obiektów w tym mieście. Ukrainiec został zatrzymany przez ABW. Taką informację podała TVP INFO.

Prawdopodobnie przez najbliższe trzy miesiące będzie spokój, bo zbliżają się wybory do parlamentu europejskiego. Później jednak mogą dziać się dziwne rzeczy.

Sumy bajońskie

W ostatnim odcinku (1794) Maciej Maciak na swoim kanale Musisz to wiedzieć naopowiadał tyle bzdur na temat tzw. sum bajońskich, że wypada to wyprostować. Odcinek ten zatytułował: Francja kiedyś okradła Polskę, a dziś wciąga nas w okradanie Rosji. Cytował też Wikipedię, która opisuje ten temat bardzo nieprecyzyjnie. W poprzednim blogu Varshe Tseytung wspomniałem o tych sumach, ale też nie wyjaśniłem tego właściwie, więc wypada wrócić do tematu i wszystko po kolei wytłumaczyć. Wprawdzie zrobiłem to dogłębnie w blogu Księstwo Warszawskie, ale to było dawno temu i nikt do niego nie wraca, a i tam jednego elementu brakuje. Wypada jednak zacząć od tego, co powiedział Maciak. Do tego tematu odnosi się on w końcowej części. Mniej więcej od 1:11:40, a więc około 10 minut. Poniżej obszerny fragment jego wypowiedzi:

Doszło do rozbiorów i trzeba było podnieść poziom życia społeczeństwa na nowych ziemiach pruskich, wcześniej polskich. Tu kłania się taki przepis, że nie wolno wylewać fekaliów na ulicę. Takie to były kiedyś obyczaje. Zakazano np. hodowania kołtuna polskiego, taka kępa włosów, nieobcinana i niemyta – tam się różne robactwo rozmnażało – bo to przynosiło nieszczęście. To była tradycja Polski do XVI wieku. Zaborcy, oprócz tego, że walczyli z polskością, to też dużo dobrych rzeczy wprowadzili: z tymi fekaliami, z tym kołtunem. No i też chodziło o to, żeby poziom życia się podniósł, być może tylko i wyłącznie z tego względu, żeby to nie zniesmaczało Niemców i Prusaków, że jak przyjadą na nowe, zdobyte tereny, żeby ich ta bieda nie zniesmaczała. No to udzielano kredytów. I te kredyty nie do końca były po to, by zadłużyć i zniewolić, bo kredytów udzielano też tym, na tych samych warunkach, tym obywatelom byłej Rzeczypospolitej, którzy byli też Niemcami, bo tacy byli. Tak samo jedni i drudzy mieli możliwość wzięcia kredytu, żeby doszlusować do poziomu Prus.

I później włączyła się w to krucjata Napoleona na Rosję. W związku z tym powstało Księstwo Warszawskie i stał się również Napoleon wierzycielem tych sum. Przekazał je Księstwu Warszawskiemu, które w zamian miało wypłacić Napoleonowi połowę tej kwoty. Tak jedną połowę długu nam darował. 40 mln franków kredytu wzięliśmy od Prus. Prusy przestały być właścicielem tego kredytu. Stał się Napoleon, a on przekazał Księstwu Warszawskiemu, władcom tego Księstwa, Poniatowski te sprawy. Ale za połowę trzeba było zapłacić. A później, jak Napoleon dostał w dupę i z powrotem przyszła władza pruska, to powiedziała: gdzie jest nasze 40 mln franków? I w związku z tym musieliśmy, również jako obywatele pochodzenia niemieckiego z tych terenów, wszystko oddać. A co z 20 mln franków? Wyjechały do Francji. Na tamte czasy była to gigantyczna kwota. Ja myślę, że przez te dwa ponad wieki należą się od Francji, bo te pieniądze zasiliły gospodarkę francuską, należą się nam bajońskie kwoty odszkodowań. To jest konkret. Po prostu Francuzi wykonali na nas bezczelny numer. Wpuścili nas w maliny, zabrali połowę tej kwoty. My musieliśmy spłacić Napoleona, który zabrał te kwoty pieniędzy. Bajońskie kwoty odszkodowań od Emanuela Macrona.

x

Najlepiej jest to całe zamieszanie z sumami bajońskimi opisane w powieści Huragan. Wszyscy znamy trylogię Sienkiewicza, ale mało kto słyszał o innej trylogii – trylogii z czasów napoleońskich. Jej autorem jest Wacław Gąsiorowski (1869-1939). Akcja pierwszego utworu Huragan toczy się podczas wojen napoleońskich 1806-1809. Wątek historyczny, obejmujący m.in. krytyczną analizę stosunku Napoleona do sprawy polskiej, splata się z wątkiem przygodowym i miłosnym. Zabieg ten zastosował później w swoich powieściach Lewa wolna i Nie trzeba głośno mówić Józef Mackiewicz. Kolejne powieści to Rok 1809 i Szwoleżerowie gwardii. Akcja pierwszej z nich toczy się podczas wojny polsko-austriackiej 1809 roku, drugiej – w okresie kampanii moskiewskiej Napoleona. Warto przytoczyć parę cytatów z pierwszej powieści Huragan:

Nad wszystkim zaś wszechwładnie panował „landrecht” (prawo krajowe – przyp. W.L.), kontrybucjami gnębiąc opornych, co chwila zatrzaskując ciemne wrota ciemnic Magdeburga lub Gdańska, wybierając bez rachuby i porządku rekruta, nie wzbraniając się ani od pożogi, ani miecza. „Landrecht” nadto usiłował spędzić z oblicza Śląska, Wielkopolski i Mazowsza smutek a tęsknotę, gniewał go ponury spokój zaścianków szlacheckich, apatia mieszczan. I naraz sypnął garściami złoto, dozwalając brać każdemu w zamian za ustanowienie hipoteki. Brali wszyscy. Ten synowi na Wołoszczyznę zapomogę słał, ów krewniaka tułającego się na paryskim bruku opatrywał, trzeci pieniądze z grodu wywiózł i ginął, czwarty garnek pieniędzy pod drzewem zakopywał. I znów przygnębienie i cisza, i niechęć, i nieufność, szepty a westchnienia, milczenie i głucha nienawiść.

Jedna Warszawa nie zawiodła. Uczty i bale, zabawy, uciechy, pijatyka a wesele co dnia wstrząsało jej murami. Nikt nie myślał o jutrze, o wojnach, o Napoleonie, o Prusakach. Złoto lało się strugami. Nie pytano z jakiego płynęło źródła. Dość, że było. Najstarsi ludzie, co saskie pamiętali czasy, nie widzieli ani takiej ochoty, ani zapamiętania. Zdawało się, że Warszawa upiła się własnym nieszczęściem a losem i, krom oszołomienia, niczego więcej nie szukała. Stary Köhler, pruski gubernator, pobłażliwie spoglądał na miasto, ramionami wzruszał, a gdy mu dyrektor policji, de Tilly, co dzień „ruhig” (spokój – przyp. W.L.) raportował, uśmiechał się dobrodusznie, powtarzając z przekonaniem: „niech się bawią”. Niekiedy i Köhler, pociągnięty wirem, brał udział w piknikach i polowaniach. Przyjmowano go chętnie. Lubiano powszechnie. W drogę nie wchodził nikomu, w towarzystwie był gładkim, uprzejmym, dobrym kompanem, wyrozumiałym na wybryki młodzieży. Od kielicha nie stronił, śmiać się umiał.

Na karcie Europy leżał trup rozciągnięty, bezwładny, zadławiony zbytkiem własnej pewności, swoich praw, swojej historii, a serce jego dygotało, biło weselem, upojeniem przebrzmiałych, świetnych czasów.

Nieboszczyk mój Michał miał żołd, miał dożywocie, a i to zawierucha wyrwała wdowie… Chociaż nie widzi mi się tylko po coś ty do Warszawy zajechał. Może urzędu chcesz, stopnia – wybij sobie to z głowy! Mało to mój bratanek nadreptał a nakłaniał się Prusakom? Nie wezmą dziś, choćbyś im duszę zaprzedał, aby samych Niemców tysiącami ściągają i starostwa, a po ichniemu amty rozdają!… Ehe! Przyznaj no się, może ty o hipotece przemyślasz? Świeży grosz ci pachnie?!

Tymczasem z łoża Traktatu Tylżyckiego zaczęły się wychylać powoli te korzyści, które i z tego nowo ufundowanego księstewka miały spłynąć na Francję, a które pozory bezinteresownego wstawiennictwa cieniem okryły.

Księstwo było krajem sprzymierzonym, od lat piętnastu składało się wraz z całą ziemią na dobrowolny podatek krwi dla armii Bonapartego, przez pięć miesięcy znosiło bez szemrania ciężary przemarszu i postoju olbrzymiej armii, na pierwsze wezwanie podążyło wspierać francuskie szeregi – więc kontrybucji wojennej płacić nie mogło! Ale, mimo to, pod innymi pozorami miało być pozbawione resztek dobytku.

Ziemie, które ongi, stanowiąc dobra narodowe, przeszły były do Prusaków – teraz znów, mimo niezawisłości Księstwa, dostały się w ręce Francuzów. Dwudziestu siedmiu marszałków i generałów za trudy, za zasługi położone w wojnie z Prusami odebrało nagrody z polskiej ziemi. Davoust za Auerstädt dostał Księstwo Łowickie, Perrin-Victor – Przedecz, Bessières – Kruszwicę, Lannes – Księstwo Siewierskie, Ney – Księstwo Sieluńskie, Berthier, Soult, Bertand, Oudinot niemniej suto obdarowani zostali. Mniejsze folwarki a wsie dostały się generałom dywizji, brygadierom i pułkownikom.

Prawda, Bonaparte nie zapomniał o Polakach i trzem wodzom ofiarował to, co było już ich, jako Polaków, własnością. Zajączek wziął Opatówkę, Dąbrowski Winną Górę, a książę Józef Wieluń.

Lecz nie koniec na tym. Sumy, które rząd pruski rozpożyczył był szlachcie na hipoteki, chcąc ją do szybszego wyzucia z ziemi doprowadzić – Bonaparte uznał za swoją własność i nowemu rządowi Księstwa polecił wynaleźć środki na ich pokrycie.

Było to ciężkie zadanie! Tym cięższe, że odeń uchylić się, bez narażenia się na gniew mocarza, nie było możliwym. A dwadzieścia milinów franków było nie lada ciężarem dla pustego skarbu.

Wprawdzie za drugie dwadzieścia milionów ziemianie, kupcy, mieszczanie a wieśniacy posiadali rewersów francuskich za wybrane zboże, owies, bydło, konie a prowiant rozmaity, ale te po większej części miały pozostać w aktach rodowych, jako smutne wspomnienie o tym, co do ostatecznej ruiny doprowadziło pradziadowską fortunę.

Sumy hipoteczne zaś, wobec nacisku gabinetu francuskiego – objęte w roku następnym układem podpisanym w Bajonnie, w ciągu trzech lat spłacone zostały… Historii do sum neapolitańskich przybyły „bajońskie…”

x

Sumy neapolitańskie to pieniądze, które królowa Bona wywiozła z Polski i pożyczyła Filipowi II hiszpańskiemu, a które już do nas nie wróciły. Takie wyjaśnienie podaje cytowana przeze mnie książka Gąsiorowskiego. Bardziej szczegółowo jest to wyjaśnione w blogu Księstwo Warszawskie.

W podsumowaniu bloga Księstwo Warszawskie tak pisałem:

Czym więc było Księstwo Warszawskie? Chyba bazą wypadową, takim lotniskowcem, z którego miał nastąpić atak na Rosję. Ale powstało ono w wyniku traktatu tylżyckiego, którego stroną był car Rosji. Bez jego zgody pewnie nie powstałoby. Czy nie zdawał on sobie sprawy z tego, że otwiera w ten sposób Napoleonowi drogę na Moskwę i dostarcza mu wiernego sojusznika. Po pokonaniu Prus Napoleon i tak panował na tym terenie. A może to wszystko i tak wcześniej zostało zaplanowane?

Księstwo Warszawskie istniało od 1807 roku do 1812, w którym zostało przekształcone w Królestwo Polskie. A więc tylko 5 lat. W zasadzie bardzo krótki epizod w naszej historii, ale bardzo znaczący. Bardzo wiele się wtedy wydarzyło. Powstało państwo, które po dwóch latach powiększono o znaczne obszary, a po 6 latach, trzy państwa, które 20 lat wcześniej dokonały rozbiorów, ponownie podzieliły między siebie to państwo. Dokonał się więc czwarty rozbiór Polski, bo Księstwo, które sięgało od Krakowa i Poznania po Lublin, tylko z nazwy było Warszawskim. Po co to wszystko było? Najwięcej zyskała Rosja, która klinem wdzierała się pomiędzy Austrię i Prusy i zajmowała tereny, które wcześniej należały do obu tych państw. W wyniku wojny z Austrią w 1809 roku Księstwo zyskuje nowe tereny. Mocarstwo przegrywa wojnę z jakimś księstewkiem? No bo skoro oddaje wcześniej zdobyte tereny, to chyba przegrywa. Czy to cyrk? Czy może rzeczywiście chodziło o to, by nowe państwo dostarczyło jak najwięcej rekruta? W Księstwie od 1808 roku obowiązywał przymusowy pobór do wojska. Państwa, które 12 lat wcześniej dokonały jego rozbiorów, ponownie wskrzeszają je do życia. A niby imperator, zwycięzca, mianuje na księcia tego księstewka przedstawiciela państwa, które pokonał. Czy to nie jest paranoja? Tak to wygląda z zewnątrz, ale najwyraźniej toczyła się jakaś podskórna gra i prawdziwi władcy, ukryci gdzieś głęboko, posługiwali się tylko marionetkami. Prawdziwe cele były zupełnie inne od tych afirmowanych. Napoleon marionetka. I nie tylko on. I car też, nie wspominając o pruskim królu.

Czy po to powstało Księstwo, by służyć Napoleonowi jako baza wyjściowa do ataku na Rosję i jako zagłębie świeżego rekruta? A jeśli tak, to znaczy, że w momencie jego tworzenia wiedziano, że będzie wojna z Rosją i Rosjanie też musieli o tym wiedzieć, skoro zgodzili się na warunki wynegocjowane w Tylży. Czy to oznacza, że na tym świecie nigdy nic nie dzieje się przypadkowo? A jeśli tak, to znaczy, że i ten wirus, który nas gnębi, nie pojawił się przypadkowo. Mówią, że jeśli chcesz zrozumieć teraźniejszość, to ucz się historii. Święta prawda, pod warunkiem, że jest to prawdziwa historia.

xxx

Tak sobie to wtedy tłumaczyłem, chociaż nie do końca spinało mi się to. Czegoś mi tu brakowało. I pojawił się Maciak ze stekiem bzdur, z tym niby polskim kołtunem, chociaż to był ukraiński kołtun i to zniesmaczenie Niemców i Prusaków. A jednak! Powiedział jedną rzecz bardzo ważną, o której nie wiedziałem i o której nie wspomniał Gąsiorowski. Warto było słuchać tych bzdur, bo wśród nich pojawiło się to brakujące ogniwo. To były te kredyty, które brali Niemcy. Skąd oni? O tym wspomniał Gąsiorowski. Mnóstwo ich przybyło po III rozbiorze do Warszawy i na tereny przez nich zajęte. Ale wraz z nimi przybyło, prawdopodobnie jeszcze więcej Żydów, których też pewnie uważano za Niemców, bo przecież mówili po niemiecku. Gdy jednak Księstwo zlikwidowano, to Niemcy wyjechali, przynajmniej większość, a Żydzi niemieccy zostali.

Jak jednak urządzić się w nowym miejscu, w nieznanym otoczeniu? Gdzie mieszkać, co robić? I tu z pomocą przychodzi kredyt hipoteczny. Wielki kredyt, bo przecież trzeba gdzieś mieszkać, rozkręcić jakiś geszeft. Nie mam wątpliwości, że te największe kredyty dostali Żydzi. Żeby jednak ukryć ten proceder, trzeba było rozkręcić masową akcję kredytową wśród pospólstwa. W takim zamieszaniu nikt postronny nie mógł zorientować się, o co w tym wszystkim chodziło. Wielu skorzystało z okazji. Takich opisał Gąsiorowski. Jak dają, to brać!

Kredyt hipoteczny rozłożony jest na wiele lat i stanowi duże obciążenie dla tych, którzy go spłacają. Jak jednak zrobić, by jego raty były znacznie mniejsze, a może nawet wcale nie spłacać go? Tak zrobić, by rozłożyć je na wszystkich, a więc również na tych, którzy żadnych kredytów nie brali. Państwo, które udzieliło tych kredytów, przestało istnieć na danym terenie. W jego miejsce powstało nowe państwo, które raty niespłaconych kredytów hipotecznych rozkłada na wszystkich swoich podatników w postaci wysokich podatków. Jednak tych podatników tego nowego państwa jest trochę mało i nawet wysoki podatek to za mało. Trzeba było więc zwiększyć ich ilość tak, by spłata całego zaciągniętego kredytu była możliwa. Wymyślono więc wojnę z Austrią w 1809 roku, którą to wojnę Austria przegrała i odstąpiła nowemu państwu obszar, który jej przypadł po III rozbiorze Rzeczypospolitej. Tak więc niewielkie państewko, które miało zaledwie dwa lata, pokonało potężną Austrię. Koń by się uśmiał!

Tak powiększone Księstwo Warszawskie było już w stanie spłacić ten kredyt. Trwało to trzy lata. I jakoś tak się przypadkiem złożyło, że wraz z jego spłatą, przestało też ono istnieć. Murzyn zrobił swoje, murzyn mógł odejść. W ten sposób Żydzi, którzy przybyli na tereny drugiego i trzeciego zaboru pruskiego, a później Księstwa, stali się warstwą bogatą i mogli uzyskać przewagę ekonomiczną nad resztą społeczeństwa. Napoleon też odegrał rolę murzyna i krótko potem został zutylizowany. Natomiast pieniądze wróciły z odsetkami do tych, którzy wcześniej tak hojnie udzielali kredytów osobom bez zdolności kredytowej, bo wiedzieli, że ktoś inny spłaci ten dług. Francja była w tym wypadku tylko pośrednikiem.

I tak na koniec rodzi się refleksja: czy te 20 milinów, które Napoleon tak wspaniałomyślnie darował Księstwu, nie były tymi, które zaciągnęli przybyli tam Żydzi?

Czy to jeszcze polskie rolnictwo?

W związku z zeszłotygodniowymi strajkami rolników wypada zadać sobie pytanie: czym tak naprawdę jest polskie rolnictwo, czy ono jest jeszcze polskie? Po 1989 roku w rolnictwie, podobnie jak w całej gospodarce, zaszły diametralne zmiany. W 1990 roku prywatne gospodarstwa, według GUS, użytkowały 14 228 tys. ha ziemi ornej. Gospodarstwa państwowe – 3490 tys. ha. Były one usytuowane przede wszystkim w obecnych województwach: zachodniopomorskim, lubuskim, dolnośląskim, opolskim, pomorskim i warmińsko-mazurskim. Romea Muryń w artykule Modele zawłaszczania ziemi m.in. pisze:

Organem odpowiedzialnym za zarządzanie gruntami państwowymi po 1989 r. została nowo powstała Agencja Własności Rolnej Skarbu Państwa (od 2003 r. ANR – Agencja Nieruchomości Rolnych, a od 2017 r. KOWR – Krajowy Ośrodek Wsparcia Rolnictwa), której głównym celem było zmniejszenie zadłużenia państwa we własności ziemskiej, polegające przede wszystkim na wyprzedaży gruntów. Spowodowane było to niską produktywnością PGR-ów. Agencja przy sprzedaży ziemi nie stosowała specjalnych norm obszarowych. Mimo że ustawa o gospodarowaniu nieruchomościami rolnymi skarbu państwa weszła w życie w 1991 r., to zapisy mówiące o rozwoju gospodarstw rodzinnych i ich priorytetyzacji zostały wprowadzone dopiero w 2003 r. Zgodnie z deklaracjami ANR: „Będzie to następowało przez sprzedaż lub oddanie w dzierżawę nieruchomości rolnych z zasobu w celu powiększenia wielkości (koncentrację ziemi) istniejących i tworzenie nowych gospodarstw rodzinnych”. Do końca istnienia ANR (do 2016 r.) „sprzedała 2703 tys. ha gruntów (57% wszystkich przejętych), w tym 2605 tys. ha ziemi rolnej, a przekazała 653 tys. ha gruntów (14%). Oznacza to, że trwale zagospodarowała 3357 tys. ha gruntów (71%). Należy także nadmienić, że ziemię rolną sprzedawały także inne jednostki państwowe, np. szkoły wyższe czy jednostki badawczo-rozwojowe”.

Osobom prywatnym pracującym w PGR-ze nie zostały przedstawione żadne zniżki bazujące na latach pracy w danych miejscowościach. Rynek został otwarty dla inwestorów. W tych warunkach rolnikom trudno było konkurować. Doprowadziło to do wyprzedaży wielkoobszarowych działek rolnych. Powierzchnia państwowej ziemi rolnej sprzedanej do końca 2018 r. wykazuje tendencję dwóch grup obszarowych wyprzedanych jednocześnie: 5–14,99 ha oraz 100 i więcej ha. Aby ukazać to w skali porównawczej, jeden obszar z grupy – 100 i więcej ha – jest trzykrotnie większy od terenu Pałacu Kultury i tylko o połowę mniejszy od Starego Miasta w Gdańsku. Największa koncentracja grupy obszarowej 100 ha i więcej nastąpiła w regionach o największej liczbie PGR-ów, czyli w województwach zachodniopomorskim, warmińsko-mazurskim i dolnośląskim. Natomiast gospodarstwa rodzinne, zazwyczaj małopowierzchniowe, o obszarze do 1 ha użytków rolnych (grupa szczególnie ważna z punktu widzenia społecznego) skoncentrowane są w województwach wschodnich, gdzie już w czasach PRL rolnicy występowali przeciwko reformie rolnej.

Ważnym aktorem w procesie wykupu ziem Skarbu Państwa jest kapitał zagraniczny. W 2004 r. po wstąpieniu RP do Unii Europejskiej ustanowiono dwunastoletni okres kontroli sprzedaży ziemi, na którą wymagana była zgoda Ministerstwa Spraw Wewnętrznych i Administracji. Miało to na celu zrównoważenie konkurencji pomiędzy rolnikiem pochodzenia polskiego a zagranicznym. Od 1 maja 2016 r., jak wykazuje sprawozdanie MSWiA z 2018 r., obcokrajowcy „z Europejskiego Obszaru Gospodarczego i Konfederacji Szwajcarskiej nie muszą legitymować się zezwoleniem ministra właściwego do spraw wewnętrznych na nabycie jakiejkolwiek nieruchomości, niezależnie od położenia i powierzchni nieruchomości”, jak również mają prawo obejmować udziały lub akcje w spółkach handlowych. Największy skup ziemi przez kapitał zagraniczny miał miejsce w województwie zachodniopomorskim (32% wszystkich przejętych gruntów rolnych i leśnych) i warmińsko-mazurskim (19%). Natomiast zauważalną tendencją jest kontynuacja wykupu ziemi przez obywateli Holandii (35%) i Niemiec (38%), skutkująca przejęciem własności ziemi rolnej w wysokości 73% wszystkich wykupionych gruntów. Warto nadmienić, że największe kombinaty rolnicze w Polsce – Animex oraz Cargill Poland – są własnością zagraniczną spółki z siedzibą w Stanach Zjednoczonych, nieposiadającej jakiejkolwiek więzi społecznej z lokalną ludnością i samorządami, co ‒ w kontekście interesu społecznego ‒ nie różni się od procesu centralizacji z czasów tworzenia Państwowych Gospodarstw Rolnych. W obu przypadkach mamy do czynienia z oderwaniem wspólnoty lokalnej od wpływu na kształtowanie otaczającej ją przestrzeni.

W 2016 r. weszła w życie ustawa o obrocie ziemią mająca na celu ograniczenie możliwości nabywania i zbywania ziemi rolnej przez obcokrajowców, aby zamrozić obrót ziemią w Polsce. Warto nadmienić, że dotyczyło to jedynie ziem Skarbu Państwa, które zostały przekazane pod dzierżawę. Inaczej ujmując, ziemie wyprzedane do roku 2016 nie mogą zostać objęte ustawą, a stanowią one 91,4% terenów rolnych. Ustawa założyła, że państwowa ziemia powinna zostać w Agencji Nieruchomości Rolnych (aktualnie KOWR), a podstawową formą jej zagospodarowania ma być dzierżawa. Jednakże narzucone wymogi – dzierżawca musi być rolnikiem indywidualnym mającym kwalifikacje rolnicze, prowadzić gospodarstwo rolne do 300 ha i mieszkać w danej gminie co najmniej od 5 lat – doprowadziły do utrudnienia kupna ziemi przez osoby prywatne. Do dnia dzisiejszego ustawa przeszła modyfikację i planowane są dalsze zmiany, które mają na celu upaństwowienie ziemi (czyli jedynie do 8,6% całkowitej powierzchni terenów rolnych). Niestety żadna z ustaw nie odwołuje się do integralnej polityki przestrzennej, zgodnie z którą winna być uwzględniona strategia podwyższania jakości życia na obszarach wiejskich czy też ochrony polskiej ziemi.

Podsumowując, do 1990 r. ponad 76,3% nieruchomości podległych Ministerstwu Rolnictwa i Reform Rolnych znajdowało się pod własnością prywatną, a własność publiczna stanowiła 23,7%. W 2016 r. własność ziemi prywatnej osiągnęła 91,4%, a ziemie Skarbu Państwa stanowiły jedynie 8,6%. Największa koncentracja ziem prywatnych rolnych znajduje się w części centralno-wschodniej Polski – województwo mazowieckie (99,1%) i świętokrzyskie (99,0%). Jedynie w województwie zachodniopomorskim udział prywatnej ziemi był najmniejszy i wynosił 74,85%. W tym przypadku warto skonstatować, że wszystkie ziemie, które znajdowały się we władaniu PGR-ów, a następnie w gestii Agencji Nieruchomości Rolnej, były wyposażone w infrastrukturę gospodarstw rolnych, w tym mieszkaniową i socjalną, sfinansowaną ze środków Skarbu Państwa, a żadna bezpośrednia rekompensata pod względem dochodu gminy czy infrastruktury społecznej nie miała miejsca w skali regionu czy osoby fizycznej będącej poprzednim właścicielem. Kto w takim razie skorzystał z tego wzrostu i transakcji?

x

Jeśli w 1990 roku prywatne gospodarstwa użytkowały 14 228 tys. ha, a państwowe – 3490 tys. ha, to oznacza, że 80% ziemi ornej było w rekach prywatnych, a 20% w rękach państwa. Autorka cytowanego wyżej artykułu skoncentrowała się na tych 20%. Nie wiadomo więc, co działo się z ziemią w rękach prywatnych. Pewne informacje na ten temat jednak podała: …obcokrajowcy „z Europejskiego Obszaru Gospodarczego i Konfederacji Szwajcarskiej nie muszą legitymować się zezwoleniem ministra właściwego do spraw wewnętrznych na nabycie jakiejkolwiek nieruchomości, niezależnie od położenia i powierzchni nieruchomości”… Mogli więc również nabywać ziemie od prywatnych właścicieli. Jak dalej napisała, największy skup ziemi przez kapitał zagraniczny miał miejsce w województwie zachodniopomorskim i warmińsko-mazurskim. Czy słowo „skup” zostało użyte przypadkowo? Dlaczego nie zakup? Skup oznacza wykupywanie większej ilości, liczby czegoś. A więc zaplanowana akcja. W tym wypadku chodziło o ziemię po PGR-ach.

Z artykułu Najwięksi posiadacze gruntów w Polsce i na świecie można się dowiedzieć, że:

„Największe w Polsce gospodarstwo rolne należy do jednego właściciela. To gospodarstwo braci Romanowskich z Bartoszyc w województwie warmińsko-mazurskim: Romana i Bogdana. Początki gospodarstwa sięgają 1978 roku, kiedy z półhektarowego zagonu powierzchnia gruntów zwiększyła się do aż 12 tys. ha (ponad 8 tys. jest ich własnością. Pozostałe 4 tys. dzierżawione od Agencji Nieruchomości Rolnych. Gospodarstwo braci Romanowskich zajmuje się głównie produkcja zbóż, mięsa i mleka.

Kościół katolicki ma około 160 tys. hektarów ziemi. Od stycznia 1992 roku do czerwca 2019 roku Kościół na tzw. Ziemiach Zachodnich otrzymał nieodpłatnie od państwa – reprezentowanego przez wojewodów – 76 244 ha ziemi rolnej.”

Jeszcze ciekawszych rzeczy można dowiedzieć się z artykułu 10 największych gospodarstw rolnych w Polsce. Poniżej jego początek.

„W Polsce rolnictwo od wielu lat pozostaje jedną z najważniejszych gałęzi gospodarki. Produkty rolne, takie jak zboża, owoce czy warzywa trafiają już nie tylko do polskich sklepów, ale są coraz chętniej kupowane przez zagraniczne firmy. Sprzyjają temu ciągły rozwój technologii uprawnych, a także liczne dotacje rządowe. To właśnie dzięki powyższym czynnikom farmy mogą stawać się coraz większe i znacznie zwiększyć swoją produkcję. Warto więc przyjrzeć się 10 największym gospodarstwom rolnym w Polsce.

Nie jest żadną tajemnicą, że w zdecydowanej większości grunty w Polsce znajdują się pod kontrolą spółek. W tej kategorii największe gospodarstwo rolne należy do Agrofirmy Witkowo S.A. Ta zlokalizowana w Wielkopolsce firma zajmuje imponujące połacie ziemi i zajmuje się głównie uprawą zbóż, roślin oleistych oraz strączkowych. Witkowo słynie również z nowoczesnych technologii, dzięki czemu jest jednym z liderów polskiego rolnictwa.”

Te pozostałe spółki to:

  • Grupa Laskopol S.A. z woj. łódzkiego
  • PHZ BWA Sp. z o.o. Warszawa
  • PBG Domaradzice na Opolszczyźnie
  • RSP w Pawłowicach z woj. małopolskiego
  • Zespół Rolniczy Nowiny z woj. podkarpackiego
  • RSP Chodów-Broniszewice z woj. łódzkiego
  • Agro Handel Wiatracznica z woj. mazowieckiego
  • RSP Sieroszowice z Dolnego Śląska

A więc tylko dwie z dziesięciu największych spółek rolnych znajdują się na tzw. Ziemiach Odzyskanych. Trudno oczywiście powiedzieć, kto jest faktycznym właścicielem tych spółek i pozostałych mniejszych. Prawdopodobnie kapitał zagraniczny.

xxx

Likwidacja PGR-ów nastąpiła nie dlatego, że były nierentowne, tylko ze względów ideologicznych. Zrobiono więc z rolnictwem to samo, co z przemysłem. Tak, jak sklepy wielkopowierzchniowe praktycznie zlikwidowały rodzimy, drobny handel, tak wielkie spółki rolne marginalizują stopniowo indywidualne rolnictwo.

A skoro stan faktyczny jest taki, że polscy rolnicy są tylko marginesem w kontekście całego rynku rolnego, to o co chodzi w tych rolniczych strajkach i blokadzie granicy z Ukrainą? Dlaczego ci wszyscy wielcy właściciele nie protestują? Nie boją się konkurencji „ukraińskich” firm? Prawdopodobne dlatego, że nie ma takiego zagrożenia, a jak mówi przysłowie: kruk krukowi oka nie wykole.

Uwzględniając wszystkie powyższe informacje, nie ulega wątpliwości, że rolnictwo indywidualne to margines. No bo skoro grunty w zdecydowanej większości znajdują się pod kontrolą spółek, to inaczej być nie może. Jeśli dodamy do tego fakt, że jest jeszcze jakaś grupa tzw. indywidualnych obszarników, to wyłania się nam prawdziwy obraz struktury własności ziemi w Polsce. Mamy nawet w tej branży rodzimy, tzw. american dream, czyli od pucybuta do milionera. Bo jak to inaczej nazwać, gdy ktoś zaczyna od 0,5 ha, a kończy na 12 000 ha? Wszystko zaczęło się jeszcze w 1978 roku. Czy to oznacza, że proces rozkradania polskiej ziemi rozpoczął się wcześniej, niż likwidacja polskiego przemysłu? Wygląda na to, że tak.

Skoro więc rolnicy indywidualni stanowią margines w polskim rolnictwie, to oznacza to, że ich strajki, czyli blokady dróg, mają inny cel, niż ratowanie polskiego rolnictwa, czyli są ustawką. Podobnie jest z blokadą granicy ukraińskiej. To też jest ustawka, bo zboże wjeżdża na teren Polski koleją. Obok strajkujących rolników przejeżdżają pociągi ze zbożem i oni o tym wiedzą. O co więc chodzi? Rolnicy mają do spełnienia tę samą rolę, jaką mieli robotnicy w latach 1980-1981. Mają dać pretekst do wprowadzenia stanu wojennego lub wyjątkowego, a wówczas wszelkie prawa obywatelskie zostają zawieszone i władza będzie mogła zrobić wszystko, czego zapragnie. Podobnie jest w przypadku blokady granicy. W tym wypadku chodzi o skłócanie Polaków z Ukraińcami i doprowadzenie do wojny domowej w Polsce, czy raczej w UkroPolinie. I to również może być pretekst do wprowadzenia stanu wojennego.

Czy tak się stanie? Scenariuszy może być więcej. To tak, jak przy rozwiązywaniu zadania szachowego. Po każdym ruchu otwiera się szereg nowych kombinacji, w zależności od tego, jaką decyzję podejmie druga strona. Umysł pracuje na wysokich obrotach. I jest dokładnie tak, jak mówił Szlangbaum do Wokulskiego: u Żydów rozum jest cały czas zajęty i dlatego Żydzi mają rozum. Tylko tego – kto nie ma rozumu zajętego, a kto kieruje się emocjami, fałszywie pojętym patriotyzmem – tego można wyprowadzać na ulicę i zajmować go protestami. I jeszcze przekonywać innych przy pomocy wszelkiego rodzaju mediów, że powinni się oni solidaryzować z rolnikami, bo to ich interes. Nie, nie ich, bo rolnicy są na kroplówce, a są na niej, bo są potrzebni do tego typu akcji. Gdy przestaną być potrzebni, to podzielą los robotników. Pewnie wielu będzie musiało zatrudnić się w korporacjach, czyli w tych wielkich spółkach rolnych. Czas najwyższy sobie uświadomić, że rolnicy indywidualni powoli stają się marginesem polskiego rolnictwa, jeśli nie w sensie liczebności, to w sensie możliwości produkcyjnych, a być może również – posiadanej ziemi. A Zielony Ład jeszcze bardziej zmniejszy te możliwości, ale za to unia europejska prowokuje ich tym do strajku.

Varshe Tseytung

Ostatnio wpadła mi w ręce Gazeta Warszawska, tygodnik, nr 10, 8-14 marca 2024. Na początek wypada wyjaśnić, skąd taki tytuł bloga. Varshe Tseytung to tytuł tej gazety w języku jidysz. Początkowo, korzystając z tłumacza Google, wpisałem po stronie języka polskiego nazwę tej gazety po polsku i po stronie jidysz pojawiła się polska nazwa. Dopiero gdy napisałem po niemiecku Warschauer Zeitung po stronie języka niemieckiego, to po stronie jidysz wyświetliła się nazwa w języku jidysz, czyli Varshe Tseytung, choć pisana małymi literami. To oczywiście pro-pisowska gazeta żydowska dla naiwnych Polaków, tak jak Wyborcza, to gazeta żydowska dla nie-Polaków. Na początek, zanim uzasadnię swoje zdanie o tej gazecie, trochę historii z Wikipedii.

Gazeta Warszawska (1774-1939) – została założona po kasacie zakonu jezuitów w 1774 roku, pierwotnie pod tytułem „Wiadomości Warszawskie”, była najstarszym dziennikiem. Pierwszym redaktorem naczelnym i jednocześnie właścicielem gazety był redaktor Kuriera Polskiego (1729-1760) jezuita Stefan Łuskina, który po kasacie zakonu, pozbawiony możliwości wykładania w kolegium jezuickim, zajął się dziennikarstwem.

W 1794 roku gazeta została kupiona przez Antoniego Lesznowskiego. W połowie XIX wieku, pod kierownictwem Antoniego Lesznowskiego juniora, pismo stało się bardzo dochodowym przedsięwzięciem. Po powstaniu styczniowym „Gazeta Warszawska” zaczęła przechodzić kryzys. Coraz bardziej ewoluowała politycznie w kierunku endeckim. Z powodów politycznych tytuł był formalnie zawieszony w latach 1906-1909. Wznowiono go w listopadzie 1909 roku. W 1915 roku został zawieszony na 3 lata. Gazeta zaczęła wychodzić na nowo 16 listopada 1918 roku jako organ Narodowej Demokracji. Pod różnymi tytułami wychodziła do 1939 roku.

Gazeta Warszawska – polityczno-społeczny tygodnik ogólnopolski, wydawany w Warszawie od 2008 roku. Po 2015 roku czasopismo ma nakład 100 tys. egzemplarzy.

To tyle Wikipedia, która pominęła pewien epizod z 1859 roku, gdy Gazeta Warszawska była bardzo opiniotwórcza i dochodowa. Jednak opowiadała się przeciwko asymilacji Żydów. To nie podobało się Kronenbergowi, który postanowił to zmienić. Gazeta Warszawska w owym czasie swoją popularność zawdzięczała głównie temu, że pisał w niej Kraszewski. Kronenberg przeciągnął go do swojej, dopiero co nabytej, „Gazety Codziennej”. W sierpniu 1859 roku Kraszewski objął redakcję tej gazety i przeciągnął do niej czytelników „Gazety Warszawskiej” i stąd jej kryzys.

Na pierwszej stronie Gazety Warszawskiej w lewym górnym rogu zamieszczono zdjęcie Waldemara Łysiaka i tytuł: Urodziny Mistrza – mistrz jest tylko jeden! Nazywa się Waldemar Łysiak. W środku numeru felieton Andrzeja Leji poświęcony 80. rocznicy urodzin Łysiaka. Obok znajduje się artykuł tego samego autora i wymienia on w nim wszystkie książki Łysiaka i prosi o jeszcze.

Kim jest Łysiak? Jest największym w Polsce apologetą Piłsudskiego i Napoleona. O tym, że Piłsudski to największy szkodnik w historii Polski, to pisałem nieraz w swoich blogach. Natomiast, że Napoleon był drugim po Piłsudskim szkodnikiem, to o tym jeszcze nie pisałem i wypada to uzasadnić. Napoleon stworzył Księstwo Warszawskie tylko po to, by zyskać rekruta na wojnę z Rosją. Wojna ta zakończyła się jego klęską. Efektem tego wojska rosyjskie dotarły do Saksonii. Po kongresie wiedeńskim Księstwo Warszawskie prawie w całości, bo tylko bez Wielkopolski, przypadło Rosji i zostało nazwane Królestwem Polskim. I to właśnie wtedy po raz pierwszy Rosjanie zajęli polskie ziemie etniczne. Po powstaniu listopadowym wszelkie stanowiska państwowej administracji zostały obsadzone Rosjanami. Zaczęli też oni na terenie całego Królestwa budować cerkwie, a więc tworzyć prawosławne społeczności na ziemiach etnicznie polskich.

Norman Davies w książce Boże Igrzysko (1999) pisze:

Rzeczywiste cele powołania do istnienia Księstwa uwidoczniły się najlepiej w sferze wojskowości i finansów. Bez względu na wszelkie gesty w kierunku liberté, egalité czy nawet fraternité pozostaje niewiele wątpliwości co do tego, że celem utworzenia Księstwa było zmobilizowanie jak największej liczby żołnierzy i jak największych sum pieniędzy na potrzeby całego cesarstwa napoleońskiego. W 1808 roku wprowadzono powszechny pobór żołnierzy. Wszyscy mężczyźni w wieku od 20 do 28 lat byli powołani do wojska na sześć lat. Wojsko, które stopniowo rozrosło się z 30 000 żołnierzy w 1808 roku do ponad 100 000 w roku 1812, pochłaniało ponad dwie trzecie dochodu państwa. Między dowodzących nim generałów rozdzielono hojnie dary ziemi, podczas gdy tabuny przymusowych robotników trudziły się nad ulepszeniem urządzeń wojskowych. Do prac przy odbudowie fortecy w Modlinie zmobilizowano dwadzieścia tysięcy chłopów. W 1812 roku liczebność oddziałów stacjonujących w Polsce na koszt Księstwa osiągnęła prawie milion żołnierzy. W zamian za swój polski mundur obywatel otrzymywał solidne opodatkowanie na pruską modłę oraz obojętność władz na modłę rosyjską; oczekiwano też od niego, że odda życie za francuskiego cesarza, walcząc pod rozkazami niemieckiego króla.

Najjaskrawszym przykładem wyzysku, jaki Napoleon uprawiał wobec Księstwa Warszawskiego, było szokujące oszustwo w sprawie tak zwanych „sum bajońskich”. Według konwencji podpisanej we francuskim uzdrowisku Bayonne w 1808 roku, rząd francuski zrzekł się prawa do dawnej własności państwa pruskiego, sprzedając ją za sumę 25 milionów franków, płatnych w krótkim okresie czterech lat. W ten sposób polski podatnik musiał poświęcić niemal 10% budżetu na wykupienie hipotek, budynków i wyposażenia, które zaledwie 12 lat wcześniej zabrali mu Prusacy, a które dostały się w ręce Francuzów jako wojenna zdobycz. Hojność nie wchodziła tu więc w grę.

x

Wydaje się, że komentarz jest zbyteczny, a Łysiak jeszcze od czasów PRL-u onanizuje się Napoleonem i wmawia innym, że jest za co go kochać, choć jest dokładnie odwrotnie – jest za co go nienawidzić.

Podejrzewam, że wiele osób nie wie, że od 1795 roku, czyli od III rozbioru Rzeczypospolitej, do 1807 roku zabór pruski sięgał do linii Curzona. Dopiero w wyniku traktatu francusko-pruskiego z 9 lipca 1807 roku Prusy zrzekły się ziem drugiego, trzeciego i części ziem pierwszego rozbioru Rzeczypospolitej, czego skutkiem było utworzenie Księstwa Warszawskiego. A więc Polacy musieli zapłacić drugi raz za to, co było ich, a co im zabrali Prusacy.

Wewnątrz numeru znajduje się artykuł Stanisława Srokowskiego Czy to już kres polskości?! W nim autor m.in. pisze (wytłuszczenia – S.S.):

Środowiska lewackie zmierzają w pierwszym rzędzie do osłabienia pamięci narodowej, a następnie – poprzez likwidację znaków identyfikacyjnych, śladów i symboli związanych z tradycją, religią, obyczajami, wielkimi postaciami historycznymi – do likwidacji polskości.

Jeśli się do tego doda słynne już słowa premiera polskiego rządu Donalda Tuska, że „polskość to nienormalność”, to scenariusz realizowanego planu jest jasny jak słońce: wynarodowić – jak się da i ile się da – Polaków. Wynarodowić do cna, do kości. By nic z polskości nie zostało. Bo skoro polskość jest nienormalna, należy więc tę nienormalność zlikwidować.

Do polskiej pamięci narodowej wliczamy takie podstawowe symbole patriotyzmu jak wielcy bohaterowie: Kościuszko, Rejtan, Sobieski, Piłsudski, Mackiewicz, rotmistrz Pilecki, nasze powstania narodowe, słynne bitwy, etos (ulubione słowo Geremka – przyp. W.L.) Armii Krajowej, Solidarności, znaki i barwy narodowe. Odnosimy się do nich z czcią i powagą. Wystarczy się tego wszystkiego pozbyć, a staniemy się ludźmi bez pamięci. A ku temu się teraz zmierza. Pisałem o tym w poprzednim felietonie. Gdy wrogowie niszczą lub profanują pamięć, mądre narody stają w obronie zagrożonego bytu i gotowe są do poniesienia najwyższej ofiary, byle by tylko ratować poczucie godności i dumy narodowej.

W polskiej tradycji ogromną rolę odgrywały i nadal odgrywają symbole chrześcijaństwa i znaki graficzne, które stały u fundamentów polskiego państwa, takie jak krzyż, ryba, ale też metaforyka i cały system odniesień i tropów literackich zapisanych w Biblii i innych księgach Ojców Kościoła.

Drugi nurt to walka z postaciami Kościoła i instytucjami kościelnymi i zakonnymi. Stąd nieustanne napaści na kapłanów, zakonników, na wiarę, religię oraz jej stare i nowe symbole. A te ciągłe, nagminne żądania, by Kościół był nowoczesny, czym są, jeśli nie próbą odebrania Kościołowi znaków tożsamościowych?

Kolejnym i bardzo konsekwentnym działaniem mającym na celu likwidację polskości jest stosunek oficjalnych władz państwowych do polskich Kresów. W zasadzie likwiduje się już nawet ostatnie odrobiny wiedzy o Kresach, a więc o I i II Rzeczypospolitej. A to oznacza, że w świetle jupiterów odcina się korzenie własnej tożsamości. I zatraca się więź pokoleń. I co na to Naród? Nic. Milczy jak zaklęty, zamiast wyjść na ulice i protestować. Bo protestować trzeba. Trzeba krzyczeć. Trzeba wołać głośno.

Trzeba wskazywać złoczyńców po imieniu. I nie bać się. Na Boga! Nie bać się! Bo naród, który się boi, jest nic niewarty. Jest tchórzliwy. Sam sobie szykuje pętlę na szyję. Sam siebie okalecza i zabija. Czyż nie czujecie tego? Nie widzicie? Nie rozumiecie? A przecież byliśmy godnym i dumnym Narodem. Byliśmy silni moralnie. I mocni intelektualnie. Wydaliśmy, jako Naród, wielu wspaniałych twórców, badaczy, uczonych, kapłanów, żołnierzy. Mamy więc w sobie potencjał. Mamy ukrytą w głębi moc ducha. Tylko to wszystko blokuje nam strach i niewiara. Opadają nam ręce. I powiadamy: „Nic nie możemy zrobić”. A ktoś, kto tak mówi, już przegrał.

Kresowianie – a więc ta część Narodu, która obecnie liczy wraz z potomkami ok. 6 milionów obywateli – wydali na świat tak wielkie postaci jak: Adam Mickiewicz, Juliusz Słowacki, Aleksander Fredro, Kornel Makuszyński, Józef Korzeniowski (Joseph Conrad), Zbigniew Herbert, Karol Szymanowski, by wymienić tylko niektórych.

x

Według Srokowskiego likwidacja znaków identyfikacyjnych (jakich?), śladów i symboli związanych z tradycją (jakich?), religią, obyczajami, wielkimi postaciami historycznymi – to likwidacja polskości. Polskość według niego to religia, a szczególnie katolicyzm i kler katolicki oraz wielkie postacie historyczne, takie jak m.in. Kościuszko, który swoim powstaniem z 1794 roku dał pretekst do trzeciego rozbioru Rzeczypospolitej w 1795 roku; Piłsudski – szkoda słów; powstania narodowe, Armia Krajowa, Solidarność, no i oczywiście Kresy, czyli I i II RP. Te Kresy i I i II RP to korzenie polskiej tożsamości. Może w takim wypadku należałoby raczej mówić o kresowości. W sumie więc, jeśli tak zdefiniujemy polskość (kresowość), to jest to nienormalność. I o takiej nienormalności pisał Tusk w swoim artykule Polak rozłamany z listopada 1987 roku. Pisał m.in. tak:

„Polskość to nienormalność – takie skojarzenie narzuca mi się z bolesną uporczywością, kiedy tylko dotykam tego niechcianego tematu. Polskość wywołuje u mnie niezmiennie odruch buntu: historia, geografia, pech dziejowy i Bóg wie co jeszcze wrzuciły na moje barki brzemię, którego nie mam specjalnej ochoty dźwigać, a zrzucić nie potrafię (nie chcę mimo wszystko?), wypaliły znamię; i każą je z dumą obnosić. Więc staję się nienormalny, wypełniony do granic polskością, i tam, gdzie inni mówią człowiek, ja mówię Polak; gdzie inni mówią kultura, cywilizacja i pieniądz, ja krzyczę; Bóg, Honor i Ojczyzna (wszystko koniecznie dużą literą); kiedy inni budują, kochają się i umierają, my walczymy, powstajemy i giniemy. I tylko w krótkich chwilach przerwy rozważamy nasz narodowy etos odrobinę krytyczniej, czytamy Brzozowskiego i Gombrowicza, stajemy się normalniejsi.”

I Tusk ma rację! Tak zdefiniowana polskość to nienormalność. Jeśli jednak nadal krytykuję go za te słowa, to nie za to, co powiedział, tylko za to, czego nie powiedział. To – czego nie powiedział Tusk, a o czym nie zająknął się nawet Srokowski – zostało wyraźnie zaakcentowane w artykule O współczesnym rozumieniu polskości Andrzeja B. Legockiego:

„Nie rzucim ziemi skąd nasz ród, nie damy pogrześć mowy” – w tej triadzie ziemia jest ostoją trwania, ród – dziedziczną plemiennością, a język polski – międzyludzkim spoiwem. Oczywistym wymogiem tożsamości plemiennej jest pochodzenie od wspólnych przodków. Naród bowiem stanowi wspólnotę żywych i umarłych, od których żyjący się wywodzą. Szczególnie istotnym wyznacznikiem definiującym polską świadomość jest rodzimy język. Jest wielkim skarbem Polaków i niezastąpionym przewodnikiem dziejowym.

Tu jest zawarta istota polskości, tak niewygodna dla Tuska i Srokowskiego. Nie mogli o tym wspomnieć, bo wszelkie ich pseudointelektualne wygibasy, na tle tak pojętej polskości, ośmieszyłyby ich. Trudno więc dziwić się, że szukają innej, bardziej pojemnej definicji, rozmywającej pojęcie polskości. Do tego idealnie pasuje katolicyzm, bo przecież katolikiem może być każdy. I każdy obcy w I RP, który zmienił wyznanie czy wiarę oraz manifestował swój patriotyzm stawał się Polakiem.

Z tej triady: ziemia, ród, język – jedynie język można było wykorzystać. Ziemi i ludzi, czyli rodu nie dało się zaadoptować, ale język – jak najbardziej. I tak się stało. Język i religia były wyznacznikiem Polaka w nowym państwie zwanym Rzeczpospolitą. I w ten sposób Wielkie Księstwo Litewskie, a ściślej mówiąc jego elity, stały się polskie i te Mickiewicze, Słowackie, Fredry, Makuszyńskie, Herberty, Szymanowskie e tutti quanti, to wszystko byli Polacy. Ci, którzy rządzą edukacją, a wiadomo, kto rządzi, ci uznali, że poematem narodowym ma być utwór, który zaczyna się od frazy: Litwo, Ojczyzno moja! W tym momencie logicznie myślący człowiek powinien sobie zadać pytanie: to gdzie jest moja ojczyzna?

Dlaczego w tym kraju Zulu-Gula nie może być tak, jak w Wielkiej Brytanii, w której Szkot jest Szkotem, pomimo że mówi od urodzenia po angielsku, podobnie jak Walijczyk czy Irlandczyk. Dlaczego Irlandczyk James Joyce, piszący po angielsku, nadal jest Irlandczykiem, a piszący po polsku Mickiewicz nie jest Litwinem, tylko Polakiem? Mickiewicz był synem Mikołaja Mickiewicza herbu Poraj. Poraj był jednym z 47 polskich herbów szlacheckich adoptowanych przez bojarów litewskich na mocy unii horodelskiej z 1413 roku.

Do naszej pamięci narodowej, pisze Srokowski, wliczamy takie symbole patriotyzmu jak powstania narodowe, słynne bitwy, etos Armii Krajowej, Solidarności. Najlepiej oczywiście z Matką Boską w klapie lub chrześcijańskim, rzymskiego pochodzenia, symbolem kotwicy, zaadoptowanym na Znak Polski Walczącej. I dalej pisze: I co na to Naród? Nic. Milczy jak zaklęty, zamiast wyjść na ulice i protestować. Bo protestować trzeba. Trzeba krzyczeć. Trzeba wołać głośno. To łączenie patriotyzmu z katolicyzmem i wciąganie Polaków w burdy uliczne trwa od czasów powstania styczniowego. Henryk Rolicki w książce Zmierzch Izraela (1932) pisał:

I znowu na przykładzie 1863 r. możemy stwierdzić, że żydzi podżegali Polaków do wybuchu, tym razem już nie tylko przez związki węglarskie, lecz nawet przezwyciężali odwieczną nienawiść do Kościoła katolickiego, nosili krzyże, śpiewali „Boże coś Polskę” w kościołach i podczas nabożeństw zbierali datki na powstanie. Po jego wybuchu wydali „roztropną” odezwę, a potem… nie dał im się we znaki Murawiew i nie ucierpieli też w Królestwie. Za to wiedli prym w handlu i przemyśle, szlachta kołatała do nich o posady, zaś antysemityzm „nie miał się na czym opierać”.

Nic się nie zmieniło od czasów powstania styczniowego. Ten ich model patriotyzmu i polskości, polegający na łączeniu wiary i katolicyzmu z manifestacjami ulicznymi, powstaniami, strajkami – ten model jest tak prymitywny i nachalny, że aż niesmaczny. Na zeszłotygodniowym strajku rolników jacyś przemawiający nie mogli się powstrzymać od wstawek typu „Szczęść Boże i „Bóg zapłać”. Model patriotyzmu, który reprezentuje Gazeta Warszawska nie pozostawia wątpliwości, że to Żydzi w niej piszą, mącą w głowach czytelnikom i dlatego nazwałem ją Varshe Tseytung.

Aktualizacja z dnia 18 marca 2024 roku:

A więc Polacy musieli zapłacić drugi raz za to, co było ich, a co im zabrali Prusacy. – To nie tak było. Pełne wyjaśnienie znajduje się w blogu Sumy bajońskie. Wszyscy Polacy musieli spłacić w formie wysokich podatków niespłacone kredyty hipoteczne, zaciągnięte przez część obywateli Księstwa.













Strajki

Trwają strajki rolnicze w Polsce i w całej Europie. Jak to się dzieje, że dochodzi do takiej skoordynowanej akcji na tak wielkim obszarze i w tym samym czasie? Jest to przecież bardzo skomplikowane pod względem organizacyjnym przedsięwzięcie. To wymaga współpracy wielu ludzi z różnych krajów. Czy taką akcję może przeprowadzić ktoś inny poza narodem rozproszonym? I jaki jest cel tych strajków? Może być on zupełnie inny niż wielu się wydaje. Tego zapewne nie dowiemy się, ale możemy dowiedzieć się czegoś z przeszłości. Zbigniew Krasnowski (Tadeusz Gluziński) w książce Socjalizm, komunizm, anarchizm (1936), w jednym z rozdziałów, opisał strajk górników w Anglii w 1926 roku. Poniżej fragmenty:

Ja u was wywołam taki ruch robotniczy, który was wszystkich zmiażdży z całą waszą siłą… – Lasal – Powiązanie polityki z gospodarką („Najer Hajnt”, nr 87, 14 IV 1925 r.).

Jak zaznaczyliśmy, strajki są wyrazem silniejszego napięcia walki klas w łonie narodów rdzennych. Dla przykładu zanalizujemy strajk górników w Anglii, którego znaczenie jest tuszowane, a który, dla uważnego obserwatora, był błyskawicą ujawniająca działające w mroku siły żydowskie i kierunek ich działania. Jest usilnie ukrywany fakt, że strajk górników w Anglii w maju 1926 r. był przygotowaniem do wywołania rewolucji światowej („wełt-oktober”).

Potrzeba wywołania zamętu w Anglii

Rozpatrując kryzys węglowy w Anglii, dr I. Gotlib w końcu kwietnia 1926 r. pisał:

Nad Anglią wisi ciężka, ciemna chmura. Cały kraj oczekuje z biciem serca dnia 30 kwietnia, kiedy to kończy się obowiązująca obecnie umowa między właścicielami kopalń węgla a robotnikami… Może jednak zdarzyć się, że do żadnego porozumienia nie dojdzie. Wówczas wybuchnie ogólny strajk robotników węglowych, który pociągnie za sobą unieruchomienie całego przemysłu angielskiego… – „Hajnt”, nr 93, 23 IV 1926 r. – „Kryzys węglowy w Anglii”, Ben-Nun (dr Jechojusze Gotlib, przyp. tł.).

Pragnąc zdać sobie sprawę ze znaczenia dla żydostwa strajku węglowego w Anglii, należy uprzytomnić sobie rolę, jaką Anglia w XX wieku odgrywa wobec zadań światowego żydostwa przede wszystkim w zakresie odbudowy państwowości żydowskiej na terenie Erec Israel, tego fundamentu polityki żydowskiej.

W myśl szeregu aktów międzynarodowego znaczenia, zapoczątkowanych tak zwaną deklaracją Balfoura z dn. 2 XI 1917 r., Anglia wzięła na siebie wobec żydostwa obowiązek pomocy w odbudowie jego państwowości w historycznym kraju żydowskim Erec Israel. Dla światowego żydostwa zdaje się przeto koniecznością, aby u steru rządów w Anglii stały czynniki najbardziej skłonne do ulegania wpływom polityki żydowskiej. Do tej kategorii czynników w Anglii należą grupy skupione w tym kraju pod znakami „liberalizmu” i „socjalizmu”.

Żydowska racja stanu wymaga przeto, aby właśnie ludzie spośród tych dwóch grup mieli rozstrzygający wpływ na bieg życia publicznego na terenie Imperium Brytyjskiego, a żadną miarą nie żywioły narodowe, zwane w Anglii „konserwatystami”. Te ostatnie bowiem, jako względnie mniej zakażone obcym duchem, w swym postępowaniu w zakresie życia społecznego pragną powodować się interesem przede wszystkim narodu angielskiego, a ten fakt musi, rzecz naturalna, wywoływać aż nazbyt często kolizje z interesami żydostwa, jako żywiołu pasożytującego na każdym społeczeństwie rdzennym.

W 1924 r. ster rządu w Anglii objął gabinet narodowy, czyli konserwatywny, z Baldwinem na czele, a więc był to wyraziciel linii politycznej tej części społeczeństwa angielskiego, której rządy nie są pożądane z punktu widzenia interesów polityki żydowskiej. Polityka żydowska w Erec Israel natrafia na przeszkody.

Opozycyjne stanowisko światowego żydostwa wzmogło się w 1925 r. z chwilą, gdy na miejsce sir Herberta Samuela, jako pierwszego „wysokiego komisarza” Palestyny, przy tym żyda narodowego, został powołany jako jego następca lord Plumer, admirał, Anglik. W dodatku nominacja ta nastąpiła bez poprzedniego porozumienia z miarodajnymi czynnikami syjonistycznymi. Dr Chaim Weizman, prezes Światowej Organizacji Syjonistycznej, oświadczył na przykład, że dowiedział się o tym z gazet.

To posunięcie rządu angielskiego nie było w zgodzie z treścią mandatu palestyńskiego. Już sam fakt takiego trybu nominacji świadczył, że czynniki żydowskie nie mogły się spodziewać od ówczesnego rządu Baldwina sprzyjania rozwojowi państwowości żydowskiej w Erec Israel w tej mierze, jak to było i jest konieczne z punktu widzenia interesów żydostwa.

Dlaczego rząd angielski zajął wówczas takie niepożądane dla żydostwa stanowisko w tak zasadniczej dla niego sprawie? Widocznie uważał, że kroczenie po linii pożądanej dla żydostwa grozi żywotnym interesom Imperium Brytyjskiego. Ale dlaczego ówczesny rząd angielski z Baldwinem na czele mógł zdobyć się na takie niebezpieczne dla interesów światowego żydostwa stanowisko? Bo uważał, że ma oparcie w szerokiej opinii angielskiej: w parlamencie miał podówczas większość absolutną – na ogólną liczbę 615 mandatów obóz narodowy, czyli konserwatywny, w wyniku wyborów z 1924 r., zdobył 420 miejsc. Obóz narodowy w Anglii – z punktu widzenia interesów polityki żydowskiej – był zbyt silny, a taki stan jest niedopuszczalny.

Społeczeństwu angielskiemu musiało, widocznie, powodzić się za dobrze, jeżeli grupa „socjalistów”, tzw. „labour party” uzyskała w 1924 r. zaledwie 150 mandatów. Należało stworzyć warunki dla większej liczby tych mandatów… Ale jak? Przez „zradykalizowanie” szerokich mas społecznych, czyli przez pogorszenie sytuacji materialnej społeczeństwa angielskiego; wówczas ono mniej będzie skłonne myśleć o angielskim interesie narodowym, bo będzie musiało myśleć o… żołądku.

Znikną w Anglii perspektywy rządów konserwatywnych, co jest tym więcej konieczne, że Anglia przeznaczona została do różnych misji żydowskich nie tylko w zakresie odbudowy państwowości żydowskiej w Erec Israel. Czy mogło być np. cierpiane – z punktu widzenia interesów światowego żydostwa – niechętne stanowisko rządu konserwatywnego w Anglii do ustroju panującego w Rosji, to jest w kraju, gdzie, jak stwierdził Szalom Asz podczas swej mowy w Warszawie w dniu 10 października 1928 r., młodzież żydowska jest przeniknięta uczuciem, że ona posiada ojczyznę… ona czuje się w Rosji jak u siebie…

A przecie to ideał dla narodu żydowskiego czuć się w diasporze „jak u siebie”… Czy można nie dążyć do wytworzenia takich samych warunków dla bytu żydowskiego również w pozostałych krajach i nie zacząć również w nich budować „ustroju socjalistycznego”, nie wyłączając samej Anglii?

Teren całej Europy musiał wchodzić w rachubę żydowską tym bardziej, że po wojnie światowej właśnie w Europie wśród narodów rdzennych poczęły nurtować prądy ideowe, które nie zapowiadały układu stosunków pożądanych dla żydostwa: wzrost religijności, zwłaszcza wśród młodzieży; krytycyzm szerokich mas pod adresem „rewolucji społecznej”, w wyniku doświadczenia na przykładzie Rosji; załamanie się – nawet w kołach pracowników fizycznych – poprzedniej wiary w możliwość rządów szerokich mas; upadek powagi parlamentaryzmu; tęsknota szerokich mas do silnej władzy; odżycie w szerokich kołach idei monarchizmu itd. Wszystko to były i są objawy dla żydostwa wielce niebezpieczne. Tym niebezpiecznym objawom wzrostu tężyzny i samoodporności u narodów rdzennych na terenie Europy żydostwo musiało przeciwdziałać.

Należało zatem obalić gabinet narodowy w Anglii, a już co najmniej – poderwać jego autorytet, a w tym celu należało pogorszyć sytuację materialną społeczeństwa angielskiego w ogóle, czyli „zradykalizować” szeroką opinię angielską.

Należało wreszcie uczynić próbę złamania rosnących w Europie prądów „reakcyjnych” i wywołać zamęt rewolucyjny. Strajk węglowy w Anglii miał być początkiem.

Korzyści dla żydostwa ze strajku w Anglii

Korzyści gospodarcze

Strajk węglowy tak podziałał na rząd angielski, że ten zmiękł i począł ustępować nawet w sprawach znaczenia zasadniczego. Korespondent palestyński w końcu maja 1926 r. pisał:

To, co tutaj doniosę jest sprawą bardzo ważną, która będzie miała duże znaczenie dla odbudowy żydowskiego Erec Israel…

W tym tygodniu szef departamentu celnego Erec Israel, Stead, oświadczył oficjalnie w imieniu rządu palestyńskiego, co następuje: od 15 czerwca r.b. będzie zniesione cło wwozowe do Palestyny na następujące surowce: bawełnę, przędzę, jedwab, cukier dla wyrobu czekolady i cukierków, wszelkie narzędzia niezbędne do osuszania błot. Stead dodał, że wkrótce zniesie cło na wiele innych jeszcze surowców.

Jest to niezwykle ważne wydarzenie i pragnę tutaj wyjaśnić dlaczego: ekonomiści dotąd twierdzili, że w Erec Israel nie będzie mogła osiedlić się znaczna ilość ludności żydowskiej. Zaznaczali oni, że praca na roli w tym kraju nie może wykarmić wielu mieszkańców i jeżeli spodziewamy się, że dużo żydów może zamieszkać w Erec Israel, musimy starać się, aby żydzi stawiali tutaj duże fabryki. Lecz Anglia, twierdzili dalej ci ekonomiści, nie dopuści, aby w Erec Israel budowano duże fabryki. Anglia – mówili oni – nie dopuści do tego, gdyż chce, aby jej własne fabryki mogły sprzedawać tutaj, w Erec Israel, wyroby angielskie. Anglia postępuje w ten sposób we wszystkich swoich koloniach. Nie dopuszcza nigdzie do fabrykacji i nie dopuści również do tego w Erec Israel.

Tak twierdzili ekonomiści i do tego czasu, niestety, mieli słuszność. Myśmy tutaj w Erec Israel byli z tego powodu zrozpaczeni. Anglia dotąd prowadziła w Erec Israel taką politykę celną, że śmieszne było mówić o tworzeniu w Erec Israel poważnych dużych fabryk…

Mało było nadziei, aby pod tym względem zaszły jakieś zmiany. Wiedzieliśmy bowiem, że tu jest kamień węgielny polityki kolonialnej Anglii, aby w jej koloniach nie dopuszczać do żadnej fabrykacji. Prawda, prowadziliśmy tutaj niezwykłą walkę o to. Kto nie jest obznajmiony z „kulisami” tej walki, nie może wiedzieć, jaką olbrzymią energię i jakie wysiłki zastosowano tutaj względem władzy angielskiej. Walka musiała być prowadzona bardzo ostrożnie, aby nie dotarły o tym przedwcześnie wiadomości do gazet. Doszło do tego, że angielscy fabrykanci włókienniczy z Lankshire, dowiedziawszy się o tym, zwrócili się do rządu z memoriałem…

Anglia postanowiła zmienić swoją politykę celną i pomóc żydom rozwinąć fabrykację w Erec Israel. Najważniejszy krok już uczyniła. Zniesienie cła na bawełnę, wełny i jedwabie, jest najlepszą oznaka, że Anglia zamierza poważnie i prawdziwie budować żydowską siedzibę narodową. Bowiem właśnie gałąź manufaktury jest najważniejszą dziedziną angielskiego przemysłu i jeżeli Anglia tutaj ustąpiła, to jest to wydarzeniem najważniejszym… – „Hajnt” nr 134, 13 VI 1926 – „Anglia zniosła cło na bawełnę, przędzę… i inne surowce w Erec Israel”, S. Pietruszka, Tel Awiw, 30 maja 1926 r.

Korzyści polityczne

Ale korzyści, które zyskali żydzi, nie ograniczyły się tylko do ustępstw gospodarczych. Podczas wyborów w dniu 30 maja 1929 r. partia narodowa, czyli konserwatywna uzyskała już tylko 252 mandaty. Wiekszość, mianowicie 287 mandatów, zdobyła partia pracy fizycznej, tak zwana „labour party”, a raczej „party of fisical labour”.

Kierownictwo rządu w Anglii w czerwcu 1929 r. objął już Ramsay MacDonald, o którym organ syjonistyczny w Warszawie znacznie wcześniej, bo w grudniu 1923 r., doniósł:

Żydzi mają w MacDonaldzie takiego samego gorącego przyjaciela jak w Lloyd Georgeu. Jest on tak samo obrońcą narodowej siedziby żydowskiej. Sam był w Palestynie i w mistrzowski sposób opisał swe wrażenia, broniąc żydów i polityki syjonistycznej. – „Nasz Przegląd”, nr 258, 14 XII 1923 r. – „Ramsay MacDonald”.

A właśnie partia pracy fizycznej z partią liberalną, której jednym z widomych przywódców jest Dawid Lloyd George, tworzyły w wyniku wyborów w maju 1929 r. większość w parlamencie angielskim. Słowem, strajk węglowy z 1926 r., nawet bez ponowienia go w roku następnym, uwolnił czynniki żydowskie od upioru rządów konserwatywnych w Anglii.

Przyjaźń Ramsaya MacDonalda i to jego żydowskie nastawienie umysłowe nie były widocznie dla czynników żydowskich dostateczne. Organ syjonistyczny w czerwcu 1929 r. doniósł:

Miss Rosenberg jest już z górą sześć lat sekretarką prywatną Ramsaya MacDonalda… Miss Rosenberg jest żydówką z Brok-Line. Jej rodzice jeszcze mieszkają w tej okolicy… W 1918 r. wzięto ją do sztabu partii robotniczej. Odznaczyła się w swojej pracy i w 1919 r. przyjęto ją do ogólnego sztabu parlamentarnej partii robotniczej. Kiedy MacDonald w 1923 r. stał się przywódca opozycji w parlamencie, gdyż robotnicy wówczas mieli już więcej posłów niż liberałowie, mianował ją swoją prywatną sekretarką. MacDonald jest, widocznie, bardzo zadowolony z jej pracy.

Miss Rosenberg oświadczyła w wywiadzie, że praca parlamentarna ją zachwyca i jest bardzo zadowolona, że znów może pracować przy ulicy Downing Street nr 10… – „Hajnt”, nr 136, 19 VI 1929 r. – „Miss Roza Rosenberg – żydowska sekretarka angielskiego premiera ministrów”.

Donosząc o dojściu do władzy gabinetu Ramsaya MacDonalda i zaznaczając, że gabinet ten nie posiada zbyt wielkiej liczby żydów, korespondent londyński syjonistycznego dziennika w Warszawie pisał:

Ważniejszym od bezpośredniego udziału w rządzie jest intelektualny wpływ kilku żydów w polityce partii robotniczej. Jedną z najpotężniejszych i najwpływowszych sił, bez wątpienia, jest Laski, profesor ekonomii politycznej, ostry mózg, który jest jedną z intelektualnych głów partii robotniczej. Jest on synem znanego działacza żydowskiego, Natana Laskiego,z Manchester – szwagra dr. Gastera… – „Hajnt”, nr 139, 23 VI 1929 r. – „Nowy rząd angielski i jego stosunek do spraw żydowskich”, Jakub Mertel, Londyn.

Dr Mojżesz Gaster – w jego mieszkaniu w Londynie w dniu 9 lutego 1917 r. odbyła się konferencja wodzów światowego żydostwa w sprawie podstaw późniejszej – z dnia 2 listopada 1917 r. – deklaracji Balfoura.

Końcowa uwaga

Strajk węglowy w Anglii i stosunek do niego czynników żydowskich przytoczono tutaj jako przykład. A z reguły dzieje się tak samo z każdym innym strajkiem w każdym innym kraju…

xxx

O co więc chodzi w tym strajku rolników i nie tylko ich, bo zaczynają ich popierać inne grupy zawodowe? Pojawia się też groźba strajku powszechnego. Nie mam wątpliwości, czyja to jest robota, ale niczego nie można udowodnić. Pozostaje więc powrót do przeszłości, do czasu pierwszej Solidarności z lat 1980-1981. Tamte strajki wywołali ci sami, którzy robią to dziś. Jesienią 1981 roku nastąpiło ich zintensyfikowanie i radykalizacja żądań. W końcowej części działacze Solidarności, a raczej prowokatorzy, nie chcieli już rozmawiać z władzą, tylko dążyli do strajku generalnego. To oczywiście dało pretekst Jaruzelskiemu do wprowadzenia stanu wojennego. Tłumaczono to nie tylko groźbą sparaliżowania państwa, ale również koniecznością uniknięcia radzieckiej interwencji, co mogło doprowadzić do poważnego konfliktu z Zachodem. „Wejdą, nie wejdą?” – to pytanie było wtedy na porządku dziennym. Nikt wówczas nie zwrócił uwagi – z tych, którzy bali się tego – że oni wcale nie musieli wchodzić, bo byli tu od 1945 roku i mieli dostateczną ilość wojska, by rozpędzić cały ten solidarnościowy burdel. Mam tu oczywiście na myśli tych prowokatorów, a nie naiwnych ludzi, do których również się zaliczałem. Chodziło jednak o to, by po wprowadzeniu stanu wojennego móc w spokoju, bez przeszkód przygotowywać się do zmiany ustroju.

W wywiadzie (Oriana Fallaci Wywiad z władzą, Świat Książki 2016), który przeprowadziła Oriana Fallaci z Mieczysławem Rakowskim w marcu 1982 roku mówi on:

(…) Najgorętsze głowy należały do regionu Mazowsze, na peryferiach Warszawy. Kompletnie im odbiło. Dwudziestego ósmego listopada, kiedy Jaruzelski poprosił przywódców „Solidarności” o przerwanie strajków, bo w przeciwnym razie wprowadzi ustawę antystrajkową, odpowiedzieli mu śmiechem. Powiedzieli mu: „Skoro rząd chce ogłosić ustawę antystrajkową, będzie strajk”. Wyznaczyli go na 17 grudnia. Nie mam żadnych wątpliwości, że 17 grudnia doszłoby do walki zapowiedzianej w Radomiu. Do walki i wzajemnej masakry. Wojny domowej. Tak więc jedynym wyjściem, poza wprowadzeniem stanu wojennego, było poddać się i pozwolić, by wszystko zniszczono. Wszystko. Podstawy państwa. Niech mi pani wierzy.

Nie, nie wierzę panu, ponieważ to niemożliwe, żeby tak skomplikowana i trudna operacja, jaką było zdławienie rewolucji, została przygotowana w niecałe dwa tygodnie.

Nawet mniej, czy pani wierzy, czy nie. Musi pani wziąć pod uwagę, że plan wprowadzenia stanu wojennego leżał zamknięty w sejfie od lipca 1944 roku, czyli od powstania naszego państwa. Był stale odnawiany, ponieważ nasza konstytucja nie przewidywała niestety stanu wyjątkowego. Właśnie dlatego wszystko było gotowe, kiedy 11 grudnia po południu Jaruzelski wezwał mnie do swojego biura.

x

Pojawia się więc pytanie, czy ten scenariusz nie jest powoli ponownie wprowadzany? Jakieś mam takie przeczucie, że ci najlepsi scenarzyści i reżyserzy są już trochę zmęczeni i nie chce się im wymyślać niczego nowego. Bo i po co? Skoro plan wprowadzenia stanu wojennego leżał zamknięty w sejfie od 1944 roku, to czy on nadal tam nie leży i nie jest na bieżąco aktualizowany? Jak dokonać masowego poboru do wojska pod pozorem konieczności wysłania go na Ukrainę? Stan wojenny czy wyjątkowy zawiesza wszelkie prawa. Wystarczy, że strajk rolników zacznie się rozprzestrzeniać i radykalizować, a jednocześnie ruszy rosyjska ofensywa na Ukrainie, to pretekst do wprowadzenia takiego stanu gotowy. A Putin jest przecież na smyczy tych, którzy naprawdę rządzą. Wtedy trwało to rok i cztery miesiące. Podejrzewam, że jeszcze nie są w pełni przygotowani i nie tak od razu do tego dojdzie. Wszystko jednak, w moim odczuciu, zmierza w tym kierunku. Wojna za wschodnią granicą i masowe strajki w Polsce to prosta droga do realizacji scenariusza z 1981 roku.

Oprócz stanu wojennego mieliśmy też zamach majowy w 1926 roku. Pretekstem do jego dokonania była anarchia sejmowa i niemożność utworzenia stabilnego rządu. No i znalazł się „mąż opatrznościowy” i zrobił porządek. A jak to było z tą anarchią sejmową? O tym pisałem w blogu „Kryzys przysięgowy”:

ORGANIZACJA A, utworzona w połowie 1917 roku tajna grupa skupiająca działaczy mających duże wpływy w PPS, PSL- „Wyzwolenie”, PSL – „Piast”, Stronnictwie Niezawisłości Narodowej i Zjednoczeniu Stronnictw Demokratycznych i realizujących linię polityczną J. Piłsudskiego; odpowiednikiem wśród prawicy miała być Organizacja B. Na czele O.A. stał Konwent; działalnością O.A. kierował, po aresztowaniu Piłsudskiego, J. Moraczewski (przewodniczący), E. Rydz-Śmigły (sprawy wojskowe) i L. Wasilewski (sekretarz); Konwent dysponował POW; 1919 O.A. znana była jako Związek Wolności.

Tu już nic nie trzeba dodawać. Tu jest po prostu opis tajnej organizacji, ale też można z tego faktu wyciągnąć wniosek, że skoro Piłsudski, za pośrednictwem swoich tajnych współpracowników, miał pod kontrolą partie polityczne, to i on był odpowiedzialny za to szerzenie się partyjniactwa i anarchię sejmową, z którymi to zjawiskami „walczył” i w tym celu dokonał zamachu stanu.

Polska Organizacja Wojskowa (POW), tajna organizacja powstała z inicjatywy J. Piłsudskiego w sierpniu 1914 w Warszawie, wkrótce po wybuchu I wojny światowej, ze zjednoczenia oddziałów wojskowych Związku Strzeleckiego i Polskich Drużyn Strzeleckich; działała w Królestwie Polskim, potem również w Galicji, na Ukrainie i w Rosji. W dniu 17 I 1917 POW podporządkowała się Tymczasowej Radzie Stanu, lecz w czerwcu tegoż roku odmówiła jej dalszego poparcia, motywując to faktem, iż TRS ogłosiła werbunek do wojska nie wyłoniwszy uprzednio rządu; organizowany w lipcu tzw. kryzys przysięgowy w Legionach Polskich doprowadził do ich rozbicia, a POW przeszła ponownie do działalności konspiracyjnej, podporządkowana faktycznie kierownictwu Organizacji A.

W lutym 1918 została utworzona w Poznaniu przez Wincentego Wierzejewskiego odrębna POW zaboru pruskiego, na którą oddziaływała również Narodowa Demokracja; POW zaboru pruskiego wysunęła hasło oderwania Wielkopolski od Niemiec, a jej członkowie wzięli udział w powstaniu wielkopolskim.

19 II 1919 została utworzona POW Górnego Śląska; stanowiła ona główną siłę zbrojną podczas powstań śląskich.

x

Informacje o Organizacji A i POW pochodzą z Wielkiej Encyklopedii Powszechnej PWN (1962-1970). Piłsudski poprzez te organizacje miał władzę nieograniczoną. Tak więc powstanie wielkopolskie i powstania śląskie nie były jakąś oddolną inicjatywą czy spontanicznym wybuchem, tylko znacznie wcześniej zaplanowanymi działaniami. Gdy jeszcze do tego doda się fakt, że legionowi kombatanci zajmowali w tym „odrodzonym” państwie szereg ważnych stanowisk, to już będziemy mieli pełny obraz, czym była Sanacja.

Jeśli więc fala strajków, która przelała się ostatnio przez Polskę, będzie powracać, zataczać coraz szersze kręgi i nastąpi eskalacja żądań, to będzie to oznaczać, że władza szykuje się do podjęcia radykalnych kroków, co będzie oznaczać wprowadzenie stanu wojennego czy wyjątkowego.

Odpowiedzialność

Ostatnio Paweł Kowal (PO), pełnomocnik rządu ds. odbudowy Ukrainy, w wywiadzie dla „Rzeczpospolitej” powiedział, że Ukraińcy nie ponoszą odpowiedzialności za rzeź wołyńską, ponieważ nie było takiego państwa jak Ukraina. Były to tereny II RP i to była wojna pomiędzy jednymi obywatelami tego państwa a drugimi, którzy mieli różne pochodzenie etniczne. To była wewnętrzna sprawa II RP. Tak to komentował na kanale „Jarosław szuka kłopotów” Jarosław, który tworzy ten kanał. Przeprowadził on sondę uliczną i poprosił o krótki komentarz Macieja Maciaka z kanału „Musisz to wiedzieć”.

Maciak stwierdził, że były to spory narodowościowe podsycane z zewnątrz, ale nie sprecyzował, kto podsycał. Powiedział też, że Kowal nie jest w stanie zamazać tego, co stało się na Wołyniu. Chociaż różnie bywa, np. zbrodnia ponarska, gdzie Litwini wymordowali 100 tys. obywateli polskich, cywili – ta zbrodnia została wytarta ze świadomości Polaków i o niej z premedytacją nie mówi się. Więc być może Kowal nie jest na przegranej pozycji. I być może uda się im kłamstwo wołyńskie przeforsować.

Tu mamy, odbiegając na chwilę od głównego wątku, przykład klasycznej dezinformacji w wykonaniu Maciaka, choć prawdą jest, że ta zbrodnia nie funkcjonuje w świadomości Polaków. Dlaczego tak się stało? Dlaczego ta zbrodnia jest zamilczana? Ponary to podwileński, położony na wzgórzach, przystanek kolejowy. Józef Mackiewicz w swojej powieści Nie trzeba głośno mówić pisze:

W roku 1940 bolszewicy założyli w Ponarach, na spiłowanym kawałku lasu i odebranych od ludności terenach, jakieś przedsiębiorstwo państwowe, wielkie place otaczając mocnym płotem i drutem kolczastym. Z tak zniwelowanego terenu skorzystali Niemcy w roku 1941 i użyli pod miejsce kaźni Żydów. Do Ponar podwożono ciężarówkami, a później całymi transportami kolejowymi, Żydów i tu ich zabijano.

Dalekim echem spływały z tych wzgórz, het, w wielokilometrowy krąg, pojedyncze strzały, krótkie, urywane, trwające nieraz wiele godzin, albo na przemian terkocząc seriami broni maszynowej. Nieraz kilka takich dni z rzędu, przeważnie ku wieczorowi, lub rankiem. Bywały tygodnie, a nawet miesiące przerwy, a później znów, zależnie od kierunku i siły wiatru, od pory roku, mgły czy słońca, rozchodziły się mniej lub więcej wyraźne postukiwania strzałów.

Początkowo w kraju, tak nasyconym wojną i wojną, nie zwracano zbyt wielkiej uwagi na strzały, które bez względu na kierunek skąd pochodziły, wplątały się już były w normalny poszum lasu, nieomal jak rytm znajomy deszczu, bijący jesienią o szybę.

Niektórzy twierdzili, że w Ponarach wymordowano tylko 80 tysięcy Żydów. Inni, że 200 tysięcy do 300 tysięcy! Naturalnie ustalić nie można było. Wiadomo, że mordowano tam żydowskich mieszkańców miasta Wilna, co mogło stanowić kilkadziesiąt tysięcy. Poza tym zwożono Żydów transportami z pobliskich miasteczek Ostlandu. Rodzinami z getta, bądź też z robót sezonowych, po zakończeniu których nie wracali. Nikt nie był o tym uprzedzony, ani nie wiedział, czy po ostatniej masowej egzekucji nastąpi jeszcze jedna, czy też dłuższa przerwa.

x

No i mamy odpowiedź na pytanie, dlaczego o tej zbrodni tak cicho. W 1940 roku powstało bolszewickie „przedsiębiorstwo”, które otoczono mocnym płotem i drutem kolczastym. Czyli nie żadne przedsiębiorstwo tylko obóz zagłady, zlokalizowany w pobliżu linii kolejowej. I ten obóz zagłady wybudowali bolszewicy, czyli Związek Radziecki nazistom, czyli III Rzeszy. No proszę! Jaka piękna współpraca! Tak samo jak obecnie na Ukrainie Rosja współpracuje z NATO, czyli z Zachodem.

Wracajmy na Wołyń. Co tam się tak naprawdę stało? Na końcu tego filmiku prowadzący pyta: Czy jest jakieś państwo, które odpowiada za rzeź wołyńską? Czy jest to właśnie Ukraina i powinna przeprosić? Czy jest to Generalne Gubernatorstwo i nieżyjący już Hans Frank? Czy może Polska, a może Putin?

Odpowiedź jest prosta. Państwa polskiego wtedy nie było. Na tym terenie rządzili Niemcy i to oni pozwolili na to, by do tej zbrodni doszło. Dlaczego pozwolili? Prawdopodobnie otrzymali taki rozkaz. Od kogo?

Co my wiemy o Wołyniu?

  • województwo wołyńskie liczyło w 1931 roku 2 mln ludzi: 70% – Ukraińcy, 15% – Polacy, 10% – Żydzi, 2,3% – Niemcy; około 1/3 ludności polskiej mieszkała w miastach
  • ludność Wołynia była w większości zrutenizowana i prawosławna, a ludność napływowa to Ukraińcy z Galicji
  • spośród czterech województw południowo-wschodnich województwo wołyńskie miało najmniejszy odsetek ludności polskiej
  • rząd sanacyjny wspierał i sponsorował paramilitarne szkolenie młodzieży ukraińskiej, głównie w masowych organizacjach „Łuh” i „Sokił”; tylko w legalnej organizacji „Łuh” przeszkolono wojskowo co najmniej 50 tysięcy młodych Ukraińców
  • oficjalnie Towarzystwo Gimnastyczno-Pożarnicze „Łuh”, działając głównie na terenach Polski południowo-wschodniej, posiadało w 1927 roku 627 oddziałów terenowych
  • w Małopolsce Wschodniej wyszkolono więc za polskie pieniądze armię partyzancką zdolną do przekształcenia się w armię regularną i złożoną zarówno z emigrantów, jak i z młodzieży ukraińskiej
  • 11 lipca 1943 roku około godziny 3.00 oddziały UPA dokonały skoordynowanego ataku na 99 polskich miejscowości, głównie w powiatach horochowskim i włodzimierskim, które leżały obok siebie w południowo-zachodniej części województwa i graniczyły z województwem lubelskim;
  • była to akcja przygotowana i zaplanowana; przykładowo akcję w powiecie włodzimierskim poprzedziła koncentracja oddziałów UPA w lasach zawidowskich; na cztery dni przed rozpoczęciem akcji we wsiach ukraińskich odbyły się spotkania, na których uświadamiano miejscową ludność o konieczności wymordowania wszystkich Polaków
  • UPA to formacja zbrojna Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów, utworzona przez frakcję banderowską tej organizacji pod koniec 1942 roku. Oznacza to, że nie mogła ona w tak krótkim czasie, czyli około pół roku, stworzyć tak licznej i sprawnej formacji, by przeprowadzić taką skomplikowaną pod względem logistycznym i wojskowym operację. Taka formacja była już gotowa. Dzięki eksperymentowi wołyńskiemu wyszkolono i wyposażono formacje paramilitarne, które przekształcono później w UPA.

Dziwnie to wygląda. Na cztery dni przed akcją rozgłoszono o zamiarze wymordowania Polaków. To tak, jakby ktoś celowo chciał nagłośnić ten zamiar. Trudno sobie wyobrazić, by taka informacja nie dotarła do zainteresowanych, a mimo to wydawali się być zaskoczeni. A może atak nastąpił tam, gdzie mówiono o tym otwarcie i dlatego ludzie byli zaskoczeni, bo sądzili, że będzie dotyczył kogoś innego.

Eksperyment wołyński przeprowadzono w latach 1928-38. O co w nim chodziło? Najbardziej lapidarnie można to ująć tak: wszystko dla Ukraińców, nic dla Polaków. Więcej o tym w blogu „Eksperyment wołyński”. Czy to się komu podoba, czy nie twórcą UPA był Piłsudski, bo po 1926 roku nic w tym sanacyjnym syfie nie działo się bez jego zgody. Czy mordowano ludność polską? Po części pewnie tak, ale prawdopodobnie więcej wymordowano ludności ukraińskiej, bo na krótko przed wojną przeprowadzono na Wołyniu akcję zachęcającą ludność prawosławną do przechodzenia na katolicyzm. Czy to właśnie nie dlatego jest taki opór władz ukraińskich przed ekshumacją? No bo może okazałoby się, że mordowana była w większości ludność prawosławna.

Konflikt i wrogość jest tylko wtedy, gdy obowiązuje narracja, że źli Ukraińcy mordowali Polaków i to jeszcze bestialsko. Dlaczego? Przecież mieli broń? Może właśnie po to, by ta nienawiść między narodami była jeszcze większa. A na czym najłatwiej budować konflikt? Na emocjach. I jakoś tak się dziwnie składa, że ludobójstwo w Rwandzie w 1994 roku przebiegało podobnie. Tam też, pomimo że strona mordująca miała broń, to używano maczet i podobnych narzędzi. O tym w blogu „Ludobójstwo”. W jego zakończeniu pisałem:

Nic się nie dzieje przypadkiem. Jak widać są pewne siły, które piszą scenariusze i reżyserują pewne wydarzenia, a właściwie to chyba wszystkie. I zatrudniają tabuny różnych dziennikarzy, komentatorów, ideologów i kogo tam jeszcze, by urabiali opinię społeczną w wygodny dla siebie sposób i tłumaczyli im świat tak, jak oni sobie tego życzą. …ale głównym źródłem propagandy, a także rozkazów dla niepiśmiennego przecież w większości społeczeństwa jest Radio Mille Collines, które później, w czasie rzezi, nadawać będzie kilka razy dziennie apel: „Śmierć!, Śmierć! Groby z ciałami Tutsi są wypełnione dopiero do połowy. Śpieszcie się, aby zapełnić je do końca!”. U nas mamy takiego przebierańca, Ukraińca, udającego polskiego patriotę, którego wykreował stary, obleśny, jąkający się Żyd. Temu pajacowi nie schodzi z ust okrzyk: Śmierć wrogom ojczyzny! Śmierć! Śmierć! Śmierć! To bardzo niebezpieczne. Widać jednak, że ktoś szykuje konflikt. Mamy już w „Polsce” wielomilionową rzeszę Ukraińców, których obdarowano przywilejami i tym samym sprowadzono Polaków do roli obywateli trzeciej kategorii, bo przecież nad tymi Ukraińcami jest jeszcze kategoria ludzi wybranych. Polacy mają być Hutu, Ukraińcy – Tutsi, a skłócać ich będą „Belgowie”.

Rozum

W 2005 roku na jakiejś amerykańskiej stronie natrafiłem na pewną refleksję, która utkwiła mi w pamięci, nie tylko ze względu na myśl w niej zawartą, ale również dlatego, że została ona trafnie zobrazowana. Poniżej jej treść:

Reason is man's means of survival.
Reason is man's only means of knowing reality, upon which his survival in reality depends.
Whether man is alone on a desert island, scurrying around with a pack of savages, or living in a city of billions: man must think – and then act on his thinking, if life is his goal.
Źródło: Wikipedia.

To obraz „Geograf” Jana Vermeera, ukończony w 1669 roku. Wikipedia tak m.in. pisze:

Portrety naukowców były częstym motywem XVII-wiecznego holenderskiego malarstwa. Jako pierwszy uczonego wśród naukowych przyrządów namalował ok. 1630 Rembrandt. Później temat ten był podejmowany przez jego uczniów oraz innych malarzy, którzy go spopularyzowali. Vermeer wpisywał się w ten trend, portretując astronoma i geografa. Obraz Astronom jest bardzo zbliżony do Geografa i wielokrotnie oba płótna były sprzedawane razem. Oba przedstawiają mężczyznę o kręconych włosach i ubranego w długą, obfitą szatę, być może Antonie van Leeuwenhoeka. Badacze wskazują na widoczne podobieństwo między ryciną Rembrandta, przedstawiającą Fausta a Geografem.

x

Kiedy więc zobaczyłem po raz pierwszy ten obraz, to od razu pomyślałem sobie, że niemożliwe okazało się możliwe, czyli namalowanie myślenia, a więc pośrednio rozumu. O tym, że rozum, a raczej jego wykorzystanie, jest podstawą ludzkiego działania, dobrze wiedzą Żydzi. Zbigniew Krasnowski (Tadeusz Gluziński) w książce Światowa polityka żydowska (1934) w rozdziale Judaizm, czyli systemat „kawałów żydowskich” pisał:

Żydostwo – w dążeniu do urzeczywistnienia swoich podstawowych zadań – nie może obyć się bez pomocy narodów rdzennych, a ta pomoc z ich strony jest trudna do uzyskania, bo polega na naruszeniu ich najżywotniejszych interesów.

Pomocy tej nie może przeto żydostwo uzyskać drogą prostą, ale tylko okólną – przez rzucanie haseł i idei zawierających w sobie treść dwuznaczną, obliczoną na wprowadzenie w błąd otoczenia, które, idąc na ich lep, musi żydostwu ulegać i działać na jego korzyść wbrew własnym interesom.

Te hasła i idee, korzystne dla żydostwa w jego dotychczasowym bycie i szkodliwe dla reszty narodów, stanowią treść judaizmu, czyli inaczej – „kawałów żydowskich”.

Sami żydzi, rzecz naturalna, w publikacjach przeznaczonych na użytek wewnętrzny, nie negują istnienia takiego systematu, jakkolwiek nie dają mu właściwej nazwy – nazwy judaizmu.

Rozpatrując znaczenie dwóch największych, jak stwierdza autor (dr J. Thon – przyp. W.L.), zdobyczy w historii żydowskiej w ciągu ostatnich 2 tysięcy lat – tzw. deklaracji Balfoura i tzw. traktatu o mniejszościach – i wskazując, że żydom udało się wyzyskać formułkę oficjalną Woodrowa Wilsona o „samostanowieniu narodów”, pomimo że właściwie żydów, jako narodu rozproszonego, bezterytorialnego, ta formułka nie powinna była dotyczyć, dr Jehoszua Thon w końcu 1928 r. tak pisał:

Otóż w tej właśnie sprawie żydom wypadło, ma się rozumieć, tylko instynktownie, zupełnie nieświadomie – uczynić „kawał żydowski”.

Kawałów żydowskich” było na świecie bardzo, bardzo dużo, poczynając od X przykazań naszego nauczyciela Mojżesza, a kończąc kawałami czasów naszych. Utrzymuję tylko, że wszystkie te kawały pracowały najmniej dla nas. One były w istocie zupełnie kosmopolityczne, rzekłbym nawet: „kosmiczne”. Inne narody, silne, bardzo często „kawał żydowski” wykorzystywały, ale nam one mało korzyści przynosiły. Tym razem jednak ten kawał żydowski, przynajmniej teoretycznie, był akurat na naszą korzyść. Myśmy – jak mam to rzec? – podpowiedzieli światu interpretację, która była bardziej odpowiednia dla naszych potrzeb. Myśmy wnieśli różnicę między „narodem” a „państwem”, prawie żeśmy niejako te dwa pojęcia sobie przeciwstawili i „wszechwładzę” państwa ograniczyli na rzecz narodu… – „Hajnt”, Warszawa, nr 274, 23 XI 1928 r. – „10 lat historii żydowskiej”, dr Jehoszua Thon.

Autor, rzecz naturalna ze względów zrozumiałych, uważa za wskazane podkreślić na wszelki wypadek, że te kawały „pracowały jak najmniej” dla… żydów, a więcej przynosiły korzyści narodom rdzennym…

O tych „korzyściach” chyba najlepiej sądzić mogą narody rdzenne, które odczuwają na sobie ich skutki…

Czy choćby judofobia, która towarzyszy żydostwu we wszystkich krajach od zarania historii żydowskiej, nie jest dowodem, jaką „korzyść” wyciągają narody rdzenne z „kawałów żydowskich”?

Na istnienie tych „kawałów” i na posiłkowanie się nimi przez żydostwo wskazują również – prócz wyżej przytoczonego – także inne świadectwa działaczy żydowskich, jakkolwiek nie wyrażają się one tak otwarcie, tak jasno, jak uczynił to dr Jehoszua Thon.

My idziemy bez żołnierzy i bez armatpisał w 1927 r. Apolinary Hartglas, działacz żydowski z terenu Polski, gdy omawiał walkę żydowską o urzeczywistnienie ideałów syjonistycznych nie posiadamy żadnych wyspecjalizowanych oficerów, nie bijemy i nie zabijamy, nie idziemy siłą pięści, lecz siłą duszy i ludzkiego rozumu, aby zdobyć nasz kraj.

I jeszcze jeden środek materialny, poza materiałem ludzkim, posiadamy, a tym jest pieniądz– „Hajnt”, Warszawa, nr 78, 1 IV 1927 r. – „Pieniędzy, pieniędzy i jeszcze raz pieniędzy”. A. Hartglas, część I.

Ale wszak ideał syjonistyczny nie ogranicza się do zdobycia Erec Israel.

Erec Israel – pisał tenże autor dalej – jest dla nas tylko metropolią światowego żydostwa, jest tylko historycznym i jedynym krajem, gdzie żydzi będą mogli tworzyć większość ludności o silnej warstwie pracowników na roli i włościan, gdzie żydzi będą mogli rozwijać się samodzielnie, tworząc własne formy polityczne i kulturalne. Ze zdrowego i samodzielnego Erec Israel będzie się rozwijała kultura żydowska we wszystkich krajach golusa, gdzie jeszcze pozostali – lecz całe żydostwo z całego świata będzie nadal tworzyło jeden naród. I my twierdzimy, że bez silnego ekonomicznie żydowskiego rozproszenia nie możemy mieć ekonomicznie silnej kolonizacji żydowskiej w Erec Israel… – „Hajnt”, Warszawa, nr 79, 3 IV 1927 r. – „Pieniędzy, pieniędzy i jeszcze raz pieniędzy”, A. Hartglas, część II.

Już z przytoczonych wyżej wywodów Apolinarego Hartglasa – wywodów, ma się rozumieć, ogólnikowych – wynika, że środki walki żydostwa o urzeczywistnienie ideałów żydowskich polegają przede wszystkim na sile rozumu, a więc na różnych koncepcjach myśli żydowskiej, które ułatwiają poddanie otoczenia wpływom żydowskim.

Czyż koncepcje o rzekomym „wybraństwie” żydostwa, o jego „misji” wśród tych narodów, o jego „pokojowości” itp. „kawały żydowskie” nie są wyrazem sprytu i rozumu żydowskiego?

Prócz tego środkiem walki – w myśl wywodów Apolinarego Hartglasa – jest umiejętne stosowanie wobec swego otoczenia czynnika ekonomicznego, stanowiącego również „kawał żydowski” i polegającego na podsunięciu narodom rdzennym obecnie istniejącej budowy gospodarczej, która umożliwia żydostwu ograbienie ich z pieniądza.

Nieco konkretniej o charakterze tych środków walki, stosowanych przez czynniki żydowskie w zwalczaniu napotykanych przez siebie przeciwności, wypowiedział się prezes Organizacji Syjonistycznej w Stanach Zjednoczonych, Louis Lipski, na XIV Kongresie Syjonistycznym w Wiedniu (sierpień 1925 r.), gdy brał w obronę kierownictwo Światowej Organizacji Syjonistycznej z dr. Chaimem Weizmanem na czele przed niesłusznymi zarzutami ze strony opozycji, jakoby odbudowa żydowskiej siedziby narodowej w Palestynie nienależycie posuwała się naprzód.

Absurdem jest – mówił na posiedzeniu owego kongresu w dniu 20 sierpnia 1925 r. – obciążać kierownictwo małostkową krytyką, skoro zewnętrzne trudności polityczne krzyżują jego działalność. Są sprawy na koncie długu kierownictwa, ale ileż to ich należałoby przenieść na konto ociągań biurokratycznych, ociężałości działalności rządowej, w wyniku walki interesów politycznych oraz ciemnych wpływów wrogich sił. Wyliczenie błędów jest częstokroć wyliczeniem zewnętrznych trudności, które przez nas muszą być przezwyciężane, głównie za pomocą siły ekonomicznej i społecznej… – „Kongresszeitung”, Wien, Organ des XIV Zionisten-Kongresses, nr 4, 23 VIII 1925 r., na str. 3, w języku niemieckim, wydanie dla Polski.

Autor użył wyrażenia – „siły ekonomicznej i społecznej”…

Jak należy rozumieć to wyrażenie – „trudności, które przez nas muszą być przezwyciężone głównie za pomocą siły ekonomicznej i społecznej”?

Chyba w tym sensie, że koncepcje i idee, wytworzone przez żydostwo w dziedzinach – politycznej, gospodarczej i kulturalnej, silniej w danym momencie puszczone w ruch przez czynniki żydowskie w łonie narodów rdzennych, działają na te narody tak osłabiająco, że tracą one wreszcie zdolność do oporu wobec wymagań żydowskich.

Hasła „wolności” i „równości” – w razie silniejszego ich zastosowania – doprowadzają do upadku rządów. Oto dziedzina polityczna.

Strajki ekonomiczne, zastosowane przez przywódców żydowskich wśród rdzennych warstw robotniczych na tle idei – „walki klas” i „wspólnoty” wszystkich dóbr na świecie – decydują w większości wypadków o takim lub innym postępowaniu rządów, tym więcej, że giełdy będące wszędzie w posiadaniu żydowskim, odpowiednio reagują. Oto znowu dziedzina ekonomiczna i polityczna.

Takie lub inne oświetlenie przejawów życia w prasie, broszurach, literaturze itd., a więc w dziedzinie kulturalnej, wpływa na poglądy i na nastroje szerokich mas, a tym samym na zachowanie się rządów.

Tu kryją się właśnie te „siły”, o których mówił Louis Lipski. Oparte na koncepcjach myśli żydowskiej, na „kawałach żydowskich”, stanowią istotę judaizmu.

x

Można powiedzieć, że autor „wyłożył kawę na ławę”, ale nie do końca. W pewnym momencie zadaje pytanie:

Czyż koncepcje o rzekomym „wybraństwie” żydostwa, o jego „misji” wśród tych narodów, o jego „pokojowości” itp. „kawały żydowskie” nie są wyrazem sprytu i rozumu żydowskiego?

No, ale w tym momencie wypadałoby zadać sobie pytanie, skąd bierze się ten spryt, a przede wszystkim rozum żydowski? Czy są to jakieś moce nadprzyrodzone? Odpowiedź na to dał Bolesław Prus w swojej powieści „Lalka”. W pewnym momencie Szlangbaum mówi do Wokulskiego:

„U nas, panie, niby u Żydów, jak się młodzi zejdą, to oni nie zajmują się, jak u państwo, tańcami, komplementami, ubiorami, głupstwami, ale oni albo robią rachunki, albo oglądają uczone książki, jeden przed drugim zdaje egzamin albo rozwiązują sobie szarady, rebusy, szachowe zadanie. U nas ciągle jest zajęty rozum i dlatego Żydzi mają rozum, i dlatego, niech się pan nie obrazi, oni cały świat zawojują. U państwa wszystko robi się przez te sercowe gorączke i przez wojne, a u nas tylko przez mądrość i cierpliwość.”

Można oczywiście strajkować, jak ostatnio rolnicy, ale strajkując, rozum nie jest zajęty. U Żydów wszystko przez mądrość i cierpliwość. Wszelkie strajki to żydowska pułapka. Oni robią wszystko, by mieszać ludziom w głowach. Od tego mają media, te wielkie i te mniejsze typu Myśl Polska czy Klub Inteligencji Polskiej, czy wiele innych. Edukacja wszelkich szczebli jest przez nich kontrolowana, gospodarka, administracja państwowa, sądy, kultura – wszystko. A więc jest to nasza rzeczywistość, nasza dżungla, w której, jeśli chcemy przetrwać, musimy używać naszego rozumu, jeśli zależy nam pełniejszym, bardziej świadomym życiu.

I warto jeszcze pamiętać o aforyzmie Blaise Pascal’a: „Le cœur a ses raisons que la raison ne connaît point”, czyli „Serce ma swoje racje, których rozum nie zna (nie rozumie). W języku francuskim jest to gra słów, bo te „raisons”, czyli racje, wymawia się tak samo jak „raison” czyli rozum. Musimy sobie zdawać sprawę z tego, że Żydzi grają na naszych emocjach i robią wszystko byśmy nie odwoływali się do rozumu. I to według mnie jest początek. Droga długa, wymagająca cierpliwości i mądrości, ale to można w sobie wypracować. Jak ktoś chodzi na siłownię, to rozwija mięśnie, jak ktoś ma rozum zajęty, to go rozwija. Więc to nie jest tak, że tylko Żydzi mogą mieć rozum.