W swoim podkaście geopolitycznym z dnia 23 czerwca 2024 roku zatytułowanym Wicepremier Ukrainy chce sojuszu z Polską Leszek Sykulski mówi m.in. tak:
Wicepremier Ukrainy Irina Wereszczuk podczas III Forum Odbudowy Ukrainy w Kijowie powiedziała: „Bez sojuszu z Polską nie będziemy w stanie wygrać wojny”. Te słowa wywołały prawdziwą burzę w wielu środowiskach, także tych, które dotychczas nawoływały do wspierania Ukrainy, pomocy finansowej, gospodarczej, a nawet militarnej, ponieważ pokazują w jak trudnej sytuacji jest dzisiaj Ukraina i że bez zaangażowania wojsk Kolektywnego Zachodu trudno mówić o jakimkolwiek zwycięstwie. Dzisiaj państwa tzw. Kolektywnego Zachodu po prostu zwyczajnie nie chcą angażować się bezpośrednio wojskowo, a przynajmniej nie w takiej skali, jak chciałaby pani Irina Wereszczuk.
W związku z tym mamy tutaj do czynienia z pewnym nawiązaniem do planu, dziś już nieco zapomnianego,Stoltenberga-Jermaka. Był taki plan, który polegał na tym, aby zaproponować Ukrainie swego rodzaju „małe NATO”, jak często publicyści, komentatorzy nazywali ten plan, a mianowicie takie dwustronne porozumienia polityczno-wojskowe z Ukrainą i w tymże właśnie planie Jermakowa-Stoltenberga była koncepcja stworzenia takiego sojuszu polityczno-militarnego między Polską a Ukrainą. Miały być takie kręgi sojusznicze, gdzie ten najwęższy krąg to byliby tacy najwierniejsi sojusznicy Ukrainy, gdzie w planie Jermaka-Stoltenberga właśnie miała być również Polska. No i tutaj były rozważane różnego rodzaju koncepcje, łącznie z tym, aby państwa, które wchodzą w takie głębsze relacje sojusznicze z Ukrainą i miały potencjalnie np. wysłać wojsko na Ukrainę, aby te państwa automatycznie traciły możliwość skorzystania z art.5 Traktatu Waszyngtońskiego,Traktatu Północnoatlantyckiego i tego traktatu NATO, który mówi o tym, jeden za wszystkich, wszyscy za jednego, że jedno państwo ma prawo oczekiwać pomocy ze strony państw innych, jeżeli zostanie zaatakowane.
Nie muszę mówić, że tego typu plan, plan Jermaka-Stoltenberga, i koncepcja rzucona przez Irinę Wereszczuk jest skrajnie niekorzystna dla państwa polskiego, w pewien sposób uprzedmiotowia państwo polskie, które staje się tak naprawdę zakładnikiem ukraińskiej racji stanu i nie może być mowy na zgodę na tego typu plany, koncepcje. To nie może być poważnie traktowane. No, ale niestety pani Irina Wereszczuk jest traktowana poważnie przez czynniki decyzyjne państwa polskiego. Tutaj można oczywiście próbować zrozumieć stanowisko wicepremier Ukrainy, która mówi o tym, że bez wsparcia Zachodu Ukraina sobie nie pomoże itd., ale wiemy doskonale, że przyczyna tej wojny na Ukrainie jest znacznie głębsza i ona nie wynika tylko i wyłącznie z jakichś animozji narodowościowych w Donbasie, ale jest tak naprawdę proxy war, to jest wojna zastępcza, toczona między Kolektywnym Zachodem a państwem związkowym Rosji i Białorusi. Trzeba w takich kategoriach geopolitycznych patrzeć na ten konflikt, zwłaszcza że po 25 lutego tego roku, kiedy dziennik New York Times opublikował szokujące informacje, ale którym nikt nie zaprzeczył. Nikt z kręgów decyzyjnych USA nie zaprzeczył rewelacjom, że po 2014 roku na terytorium Ukrainy stworzono dwanaście wielkich baz wywiadowczych przez wywiady brytyjski MI6 i amerykański CIA. To jasno pokazuje, że Ukraina stała się zakładnikiem w rozgrywce potężnych graczy na europejskiej szachownicy.
Dalej Sykulski twierdzi, że Polska nie jest przygotowana do żadnego konfliktu; nie ma ani efektywnego systemu obrony powietrznej, ani efektywnego systemu szkolenia rezerw, ani efektywnej infrastruktury obronnej dla ludności cywilnej, schronów różnego rodzaju, zabezpieczeń na czas wojny. Polska nie ma systemu obrony cywilnej, nie ma niezbędnych do tego zapasów, nie ma systemu reagowania, szkolenia ludności – krótko mówiąc, nie jest gotowa i nie ma żadnego interesu, by uczestniczyć w wojnie. Próba mówienia, że Ukraina powinna wchodzić w jakiekolwiek bilateralne relacje, sojusze polityczno-militarne jest absolutnie sprzeczna z polskim interesem narodowym.
Sykulski twierdzi, że prędzej czy później jakiś reset w stosunkach amerykańsko-rosyjskich nastąpi ze względu na chęć dyplomacji amerykańskiej do pozyskania neutralności Rosji w konflikcie Ameryki z Chinami. W związku z tym widać już wypuszczanie różnych balonów próbnych, takich jak choćby ten niedawny artykuł w NYT, który sugeruje, że zerwanie rosyjsko-ukraińskich rozmów pokojowych w roku 2022 odbyło się z aktywnym udziałem decydentów państwa polskiego, czyli że jest to próba przeniesienia odpowiedzialności, a przynajmniej części odpowiedzialności, za tragedię Ukraińców na Polskę, że to właśnie prezydent Polski, polscy dyplomaci, politycy doprowadzili do zerwania rozmów negocjacyjnych, do fiaska rosyjsko-ukraińskiego traktatu pokojowego w 2022 roku.
Tego typu działania amerykańskie, które mają na celu przeniesienie części odpowiedzialności, nie na Wielką Brytanię, a na Polskę, a przecież to wiemy doskonale, że kluczową destrukcyjną rolę w zerwaniu tych rozmów negocjacyjnych między Ukrainą a Rosją odegrał Boris Johnson ówczesny premier Wielkiej Brytanii, który w roku 2022 kilkukrotnie udawał się z wizytą do Kijowa. To Boris Johnson mocno naciskał na elity Kijowa, by zerwać te negocjacje z Rosją, by kontynuować walkę. Tutaj widzimy próbę przerzucenia tej odpowiedzialności na decydentów polskich. To jest niezwykle niebezpieczne, ponieważ prędzej czy później dojdzie do sytuacji, w której strony konfliktu usiądą przy stoliku rozmów, ale gdzie główne decyzje będą zapadały ponad głowami państw małych i średnich. Waszyngton z Moskwą dogadają się, bo mają takie geopolityczne interesy. Natomiast tym kozłem ofiarnym może stać się Polska i to nie tylko w kontekście tego, co establishment polityczny Ukrainy będzie mówić. Część tego establishmentu, który po przegranej wojnie będzie starał się przerzucić sporą część odpowiedzialności na czynniki zewnętrzne, a nie, np. na oligarchów, ale będzie szukał wroga za granicą i bardzo blisko jest zresztą Polska. Polskę będzie łatwo tutaj oskarżyć ze strony części radykalnych środowisk ukraińskich z uwagi na tradycje polityczne tego narodu i na te kwestie, które dzisiaj wypływają, jeśli chodzi o narrację takich periodyków jak NYT.
Polska prowadzi mało asertywną politykę względem Ukrainy. Jest to polityka serwilizmu, uległości, bezwarunkowego wspierania, która musi się skończyć źle. Ten artykuł w NYT powinien podziałać jak kubeł zimnej, lodowatej wręcz wody, na rozgrzane głowy polskich publicystów, intelektualistów, polityków, decydentów. Powinni zrozumieć, że wojna na Ukrainie, to nie nasza wojna. Polska powinna trzymać się z dala od tego konfliktu i zaprzestać wspierania militarnego Ukrainy, dążyć do tego, aby jak najszybciej ten konflikt wygasić i jak najszybciej znormalizować relacje pomiędzy Polską a Rosją i Polską a Białorusią, bo to także jest konieczny warunek do tego, aby zakończyć kryzys na granicy.
x
Sykulski poruszył w swej wypowiedzi parę wątków, ale ich nie rozwinął. Te wątki to:
- sojusz z Ukrainą
- „małe NATO” z wyłączeniem art.5
- zerwanie rozmów pokojowych pomiędzy Rosją a Ukrainą nastąpiło z udziałem polityków polskich
- polityka uległości w stosunkach z Ukrainą
Sojusz Polski z Ukrainą nie ma najmniejszego sensu, bo oba państwa są zbyt słabe, by pokonać Rosję. Po co więc taki pomysł? Po to, by wciągnąć Polskę do wojny z Rosją. Jeśli więc Polska przystąpi do tej wojny, to w trakcie rozmów pokojowych zasiądzie na ławie oskarżonych. I o to dokładnie chodzi.
„Małe NATO”, o czym nie powiedział Sykulski, to Polska, Ukraina i kraje bałtyckie. Skoro one chcą walczyć z Rosją, to niech robią to na własny rachunek, my im nie pomożemy, gdy Rosja na nie napadnie. – Tak należy interpretować propozycję Zachodu czy Kolektywnego Zachodu. To też jest nawiązanie do „tradycji” I RP.
Zerwanie rozmów pokojowych pomiędzy Rosją i Ukrainą nastąpiło z winy Polaków. – Tak sugeruje NYT. Pierwsza jaskółka wiosny nie czyni, ale wyraźnie widać kierunek, w którym mogą potoczyć się sprawy. Jeśli mamy winę (zbrodnię), to musi być i kara. To nie może skończyć się tak, że politycy polscy i ukraińscy dostaną po klapsie od Amerykanów i wrócą do piaskownicy. Nie po to rozpętano tę wojnę, by wszyscy pozabierali zabawki i wszystko wróciło do stanu sprzed 24 lutego 2022 roku. Widać coraz wyraźniej, że wszystko kręci się na obszarze byłej I RP, zwanym obecnie Międzymorzem. Kara dla Polski to utrata ziem poniemieckich, a dla Ukrainy – utrata Ukrainy Zadnieprzańskiej.
To, co Sykulski nazywa polityką uległości wobec Ukrainy nie jest nią. Ponad dwieście lat wspólnego państwa polsko-ukraińskiego w ramach Rzeczypospolitej, później w ramach II RP i, po przesiedleniach po II wojnie światowej, w ramach PRL-u, spowodowało, że Ukraińcy razem z Żydami ukraińskimi tworzą w III RP główną siłę polityczną i reprezentują w niej interes amerykański czy może raczej interes amerykańskich Żydów. Jest to oczywiście polityka uległości i serwilizmu, ale nie wobec Ukrainy.
Wszystko zmierza, w mojej ocenie, w kierunku odtworzenia I RP. I tu rodzi się pytanie: po co? Tak, jak traktat wersalski został tak zredagowany, by doszło stosunkowo szybko do nowej wojny – tak odtworzenie I RP będzie źródłem niekończących się konfliktów. To nowe państwo, imitujące I RP, będzie równie śmieszne i żałosne. Trzeba jednak pamiętać, że ledwie powstała Rzeczpospolita, a już zaczęły się powstania na Ukrainie. Było ich wiele, a powstanie Chmielnickiego było ostatnim z nich.
Wbrew temu, co mówi Sykulski, że jest to proxy war, czyli wojna zastępcza Zachodu z Rosją o coś tam, to, moim zdaniem, jest to wojna o odtworzenie I RP. Wszystkie działania wielkich tego świata to sugerują. A te niekończące się konflikty są zawsze w interesie jednej nacji, bo osłabiają narody rdzenne, a ją wzmacniają i przybliżają ją do realizacji jej ostatecznego celu.




