Katedra

Zaintrygowała mnie katedra św. Pawła w Londynie. Mieści się ona w samym centrum City of London, a więc w sercu antypapieskiej Anglii. Jednak jej styl architektoniczny to barok, a barok, jak pisze Wikipedia, to styl papieski. Wprawdzie na zewnątrz katedra ta jest bardziej renesansowa, ale wnętrze jest już bez wątpienia barokowe. Dlaczego tak się stało?

Renesans to nawrót do starożytności. Średniowiecze to był okres, w którym w centrum ludzkiego życia był Bóg. Renesans to odwrócenie się od Boga. W centrum zainteresowania znalazł się człowiek, a więc humanizm. W architekturze przejawiało się to tym, że nastąpiło odejście od gotyku. To był styl, w którym porządkiem architektonicznym był pion. Strzeliste wieże kościołów gotyckich symbolizowały ręce złożone do modlitwy. Renesans ,w sensie architektonicznym, to poziom, a więc przyziemny. Gotyk to surowe wnętrza świątyń, a renesans, a zwłaszcza barok, czyli bardziej ozdobna wersja renesansu, to bogato zdobione wnętrza, mnóstwo obrazów, fresków, rzeźb itp. Renesans doprowadził do reformacji. Protestanci, czyli ci, którzy protestowali przeciwko zmianom, zostali przy swoim, a katolicy podążali za tymi zmianami. Ale to protestantów nazwano kacerzami, czyli odstępcami od wiary, podczas gdy oni nadal trwali przy średniowieczu, tylko zamiast samobiczowania wybrali lekturę Biblii. I jedno i drugie, to masochizm, ale chcącemu nie dzieje się krzywda.

Wikipedia tak m.in. pisze o katedrze św. Pawła w Londynie:

Katedra Świętego Pawła (ang. St Paul’s Cathedral) – jeden z najbardziej znanych kościołów anglikańskich w Wielkiej Brytanii i budowli Londynu. Jego budowę ukończono w 1710. Znajduje się w centrum londyńskiej dzielnicy City of London i formalnie pełni funkcję głównej świątyni tej dzielnicy. Pieczę nad nim sprawuje bezpośrednio lord major.

Katedra świętego Pawła była budowana jako symbol odrodzenia Londynu i cechuje ją rozmach i monumentalność, ustępuje ona jednak swoimi rozmiarami watykańskiej bazylice Świętego Piotra. Ma około 158 metrów długości i około 75 metrów szerokości. Wysokość budowli mierzona od posadzki do końca krzyża umieszczonego na kopule wynosi 111 metrów. Budowlę wieńczy kopuła o średnicy 34 metrów, która jest jednym z najbardziej charakterystycznych elementów architektury Londynu.

Katedra ta powstała pierwotnie na gruzach rzymskiej świątyni, wybudowanej niegdyś ku czci cesarza Klaudiusza. Normańska katedra była większa od obecnej i stanowiła największą świątynię ówczesnej Europy. Nie omijały jej pożary. Iglica została zniszczona przez piorun, wnętrze zostało splądrowane, a mury były w złym stanie. Katedra spłonęła ostatecznie podczas wielkiego pożaru Londynu w 1666 r.

Rekonstrukcja wyglądu katedry przed 1561 rokiem; źródło: Wikipedia.

Podjęto decyzję o budowie nowej katedry w stylu klasycyzującego baroku i rozpoczęto ją w roku 1675 pod nadzorem angielskiego architekta, Sir Christophera Wrena. Budowę zakończono po 35 latach, już pod kierunkiem syna Christophera Wrena, w roku 1710, chociaż pierwsze nabożeństwo odprawiono 2 grudnia 1697 roku. W 1852 roku na dziedzińcu katedry odnaleziono runiczny nagrobek.

Katedra była miejscem wielu słynnych pogrzebów (np. admirała Nelsona, księcia Wellingtona, Winstona Churchilla i Margaret Thatcher). Pogrzeby, śluby i inne ceremonie kościelne brytyjska rodzina królewska organizuje zazwyczaj w Westminster Abbey, ale to w katedrze św. Pawła odbył się ślub księcia Walii – Karola Windsora i lady Diany Spencer.

Katedra św. Pawła około 1754 roku, Canaletto; źródło: angielska Wikipedia.
Katedra w 1944 roku; źródło: angielska Wikipedia.

E.H. Gombrich uznawany jest za najwybitniejszego historyka sztuki XX wieku. W swojej książce O sztuce Dom Wydawniczy REBIS 2009 pisał:

Przełom XVII i XVIII w. był okresem szczytowego rozwoju baroku w katolickiej Europie. Kraje protestanckie pozostawały pod wrażeniem tej wszędobylskiej mody, ale faktycznie jej nie przyjęły. Dotyczy to nawet Anglii okresu restauracji, kiedy to dwór Stuartów spoglądał ku Francji, odrzucając ze wstrętem upodobania i poglądy purytanów. Właśnie w tym okresie Anglia wydała najwybitniejszego architekta, Christophera Wrena (1632-1723), któremu powierzono zadanie odbudowy londyńskich kościołów po katastrofalnym pożarze 1666 r. Bardzo interesująco wypada porównanie wzniesionej przez Wrena katedry św. Pawła ze zbudowanym zaledwie dwadzieścia lat wcześniej kościołem w stylu baroku rzymskiego. Widzimy, że Wren pozostawał pod wyraźnym wpływem Borrominiego, choć sam nigdy nie był w Rzymie. Podobnie jak kościół Borrominiego, katedra Wrena, która jest dużo większa, składa się z centralnie umieszczonej kopuły, dwóch wież po obu jej stronach oraz fasady nawiązującej do architektury świątyń starożytnych. Widać nawet wyraźne podobieństwo między barokowymi wieżami Borrominiego oraz wieżami Wrena, zwłaszcza na poziomie drugiego piętra. Mimo to obie fasady wywołują bardzo różne wrażenie ogólne. Fasada katedry św. Pawła nie jest wygięta. Nie ma tu wrażenia ruchu, a raczej siły i stabilności. Sposób, w jaki wykorzystano pary kolumn w celu nadania fasadzie majestatyczności i szlachetności bardziej przypomina Wersal niż barok rzymski. Patrząc na detale, można się zastanawiać, czy styl Wrena należałoby w ogóle nazwać barokowym. W jego dekoracjach nie ma nic wymyślnego ani fantastycznego. Wszystkie formy ściśle ściśle trzymają się najlepszych modeli włoskiego renesansu. Każdą formę i każdą część budynku można widzieć jako oddzielny element mający pewne indywidualne znaczenie. W porównaniu z przepychem Borrominiego czy architekta klasztoru w Melku (Austria – przyp. W.L), Wren robi na nas wrażenie trzeźwe i powściągliwe.

Kontrast między architekturą protestancką a katolicką okaże się jeszcze bardziej uderzający, kiedy zajrzymy do wnętrza kościołów Wrena, na przykład kościoła pod wezwaniem św. Stefana w Walbrook w Londynie. Kościoły tego typu projektowano jako miejsce, gdzie wierni spotykają się na modlitwę. Ich celem nie było przywoływanie wizji innego świata, lecz stworzenie warunków sprzyjających skupieniu. W wielu zaprojektowanych przez siebie kościołach Wren starał się tworzyć coraz to nowe wariacje na temat właśnie wnętrza – pełnego prostoty i godności zarazem.

x

W tym miejscu wypada zamieścić parę zdjęć kościołów, o których wspomina Gombrich.

Francesco Borromini i Carlo Rainaldi, Kościół Sta Agnese, Piazza Navona, Rzym, 1653; źródło: Wikipedia.
Wnętrze kopuły kościoła Sta Agnese; źródło: Wikipedia.
Wnętrze kościoła św. Stefana w Walbrook, Londyn; źródło: angielska Wikipedia.
Kościół św. Stefana w Walbrook, Londyn; źródło: angielska Wikipedia.

Gombrich nie zamieścił w swojej książce zdjęć z wnętrza katedry św. Pawła tylko te powyższe z wnętrza kościoła św. Stefana w Walbrook, więc wypada uzupełnić ten brak.

Wnętrze katedry św. Pawła; źródło: angielska Wikipedia.
Ołtarz katedry św. Pawła od strony chóru; źródło: angielska Wikipedia.

Jeśli teoria nie pasuje do faktów, tym gorzej dla faktów. Skąd my to znamy? – Kontrast między architekturą protestancką a katolicką okaże się jeszcze bardziej uderzający, kiedy zajrzymy do wnętrza kościołów Wrena, na przykład kościoła pod wezwaniem św. Stefana w Walbrook w Londynie. No i dlatego nie mogło być zdjęć z wnętrza katedry św. Pawła. Owszem, ornamentyka ta może różni się nieco od tej w kościołach barokowych, ale jej intensywność jest podobna.

Cechą charakterystyczną, odróżniającą kościoły w stylu renesansowym czy barokowym od gotyckich, były kopuły, znane również w starożytności. Emily Cole w książce Architektura – style i detale Wydawnictwo „Arkady” 2008 pisze:

„Kopuła jest rodzajem sklepienia, skonstruowanym na planie koła, elipsy lub wieloboku. Jej forma prawdopodobnie wywodzi się od kolistych szałasów budowanych z zagiętych gałęzi związanych na szczycie i pokrytych strzechą. Z czasem stała się symbolem sklepienia niebieskiego i władzy. Dzięki wynalezieniu przez Rzymian betonu stało się możliwe konstruowanie wielkich kopuł półkolistych. Kopuła stała się jednym z najbardziej charakterystycznych elementów stylu bizantyjskiego, w którym łączyły się wpływy klasyczne ze wschodnimi. O ile Rzymianie przesklepiali kopułami tylko koliste lub wieloboczne pomieszczenia, bizantyjscy budowniczowie nauczyli się umieszczać je nad wnętrzami kwadratowymi lub prostokątnymi dzięki zastosowaniu pendentywów (trójkąty sferyczne rozpięte między łukami). Takie rozwiązanie znane było również w architekturze islamskiej.”

Według AI kopuła katedry św. Pawła została zaprojektowana na wzór rzymskiego Panteonu. Z kolei angielska Wikipedia pisze, że kopuła ta wspiera się na pendentywach. Jej średnica to 34 metry, a średnica kopuły bazyliki św. Piotra w Rzymie to 42 metry. Kopuła Kapitolu w Waszyngtonie to 29 metrów. Natomiast Biały Dom jej nie ma. Jego styl to neoklasycyzm.

Kapitol w Waszyngtonie; źródło: Wikipedia.

Czy jest kopuła nie tylko symbolem władzy, ale też symbolem jej trwałości i ciągłości? A to wszystko, co nam się przedstawia, te wszystkie wojny religijne i nie tylko religijne, te ustroje demokratyczne, autorytarne i wszelkie inne, to wszystko to tylko rodzaj zasłony dymnej, iluzja, którą karmi się nieświadomych poddanych, którym wydaje się, że mają na coś wpływ?

Dzień dobry, Europo

Wiem, że teraz uwaga świata skupiona jest na Bliskim Wschodzie, na wojnie Ameryki i Izraela z Iranem. O Iranie pisałem w dwóch bogach: Iran i Iran c.d. i nie mam nic do dodania w tym temacie. Natomiast w Polsce pojawiają się coraz częściej głosy o potrzebie wyjścia z unii europejskiej. Są to przeważnie głosy z prawej strony, bo lewica obstaje przy pozostaniu w niej, co w sumie nie dziwi, bo to przecież Leszek Miller wprowadzał tam Polskę. Warto więc może przypomnieć sobie tamte czasy. Entuzjastów wśród polityków było co niemiara, a tylko jeden sceptyczny. Był to głos Jana Olszewskiego:

„To, że UE doda trochę pieniędzy było do przewidzenia. Nie zmienia to samego założenia, że zostaniemy przyjęci na zupełnie innych zasadach niż byli przyjmowani pozostali członkowie. To tworzy wewnątrz Unii podział na członków właściwych, pierwszej kategorii, i nowych – drugiej kategorii. Warunki uzyskane w negocjacjach z UE nie gwarantują, że uzyskamy szansę na wyrównanie poziomu rozwoju gospodarczego z resztą Europy. Raczej odwrotnie – utrwali się podział na dwie strefy. To fatalne dla przyszłości Unii, Polski i Europy. Moim zdaniem żaden z Polaków nie ma prawa zaakceptować takiego układu.

Kiedy byłem premierem, problemem głównym było wyprowadzenie z kraju wojsk rosyjskich i wejście do euroatlantyckiego układu bezpieczeństwa. Od kiedy znaleźliśmy się w NATO, jesteśmy po tamtej stronie. Wchodzenie do struktur europejskich jest sprawą wtórną. Nie jest tak, że musimy wejść do Europy, bo inaczej pozostaniemy poza nią. My jesteśmy w Europie tak samo jak Norwegia, która nie jest członkiem UE.”

Jednak wśród dziennikarzy też zdarzały się głosy bardziej zachowawcze. Jerzy Surdykowski w artykule Europejskie marzenie (Wołanie o sens) we wstępie pisał:

Idziemy do Europy pełnej kłopotów i nierozwiązanych problemów, do Europy przed wielką reformą, choć wciąż nam się zdaje, że tylko wracamy do Europy dawnej, spokojnej, przebogatej i opiekuńczej. Takiej Europy już nie ma.

Dalej pisze:

Tysiącletnia unia

Europę próbowano już nieraz jednoczyć ogniem i mieczem, ale spuśćmy zasłonę na krwawe usiłowania od Karola Wielkiego po Hitlera i Stalina. Pierwszym chyba projektem pokojowego zjednoczenia była krótkotrwała wizja dwóch wielkich i wyprzedzających swój czas mężów stanu: młodego cesarza Ottona III i papieża Sylwestra II, do której wstępem był sławny zjazd gnieźnieński przed z górą tysiącleciem, kiedy Otton III włożyć miał swoją koronę na głowę naszego Bolesława Chrobrego przewidzianego na namiestnika prowincji słowiańskiej, równoprawnej z Italią, Germanią i Frankonią. Niestety, szybko wróciły realia i wyboje: Otton zmarł młodo, wkrótce po nim papież-filozof Sylwester, a Germanie i Słowianie znowu wzięli się za łby. Taki mamy tylko z tego pożytek, że jest się do czego odwoływać po tysiącleciu i warto też pamiętać, iż idea europejska jest prawie tak stara jak europejskie chrześcijaństwo i z nim zrośnięta, choć – aby ją ziścić – musiała Europa usłyszeć w XX wieku kroki Diabła i zobaczyć jego oblicze; obojętnie brunatne czy czerwone.

I dalej:

To jeszcze jest herezja

Zjednoczona Europa nie jest państwem, nie jest nawet federacją państw. Ale jest czymś więcej niż zwykłą organizacją międzynarodową. Europejski super rząd musi więc respektować języki wszystkich państw członkowskich, szanować ich suwerenność, zabiegać o jednomyślność nawet w drobiazgach, co powoduje, że procedury przedłużają się i komplikują ponad potrzeby zdrowego rozsądku, a sprawność maleje. Wszyscy wiedzą, że trzeba coś z tym zrobić, ale mało komu przechodzi przez gardło stwierdzenie, że logicznym etapem byłaby federacja z konstytucją i sprawnym rządem ponadpaństwowym. To jeszcze jest herezja.

Dalej:

Wielki błąd popełniliśmy traktując poszerzenie jako operację techniczną, prawną, a przede wszystkim finansową. W rozmowach o poszerzeniu, w jego propagandzie lub antypropagandzie, w rokowaniach i oficjalnych komunikatach chodzi nade wszystko o to, ile miliardów euro, w jakim czasie i pod jakimi warunkami będziemy mogli dostać.

I kończy:

Żadna historyczna ani ekonomiczna konieczność. Oni naprawdę nie mają w tym wielkiego interesu, by brać sobie już teraz na barki jednocześnie ciężar reform i sporą część kosztów podźwignięcia „gorszej Europy”. Naiwne są bajki o nowym, wielkim rynku zbytu dla europrodukcji. Ten rynek istnieje od dawna i byłby istniał nadal bez poszerzania, tylko trochę biedniejszy i mniej chłonny. A więc jednak solidarność istnieje i przeto istnieje europejska tożsamość moralna, nie tylko finansowa.

Poszerzenie jest wielkim i – jak się wydaje – nieźle, choć nieco ospale zdawanym przez Zachód egzaminem z tej pożądanej europejskiej tożsamości. Ona będzie niebywale potrzebna już jutro, wobec wyzwań, przed którymi Unia stoi. Jeśli ta tożsamość się nie rozwinie, to wielka idea europejska pozostanie nadal przewlekłym sporem o rozdrapywanie gotówki powściąganym nie przez solidarność Europejczyków, ale przez ociężałe procedury brukselskiej biurokracji.

x

Wygląda na to, że Surdykowski wierzył – albo udawał, że wierzy – że istnieje coś takiego jak europejska tożsamość. Tym spoiwem, które miało stworzyć z Europy monolit, z własną tożsamością, było chrześcijaństwo. Szybko jednak okazało się, że jest ono nader podatne na różnego rodzaju eksperymenty. Już w 1054 roku doszło do schizmy wschodniej, czyli podziału na katolicyzm i prawosławie. Później przyszła reformacja (1517), która z katolicyzmu wyłoniła protestantyzm, a unia brzeska (1596) z prawosławia – unitów. Nie było zatem spoiwa, które mogłoby zjednoczyć całą Europę i wszelkie próby typu nazizmu czy komunizmu nie miały szans powodzenia z braku takowego.

Po co zatem rozszerzono w tamtym czasie unię o Polskę, Czechy, Słowację i Węgry? Gdyby do tego nie doszło, to nie byłoby majdanu w Kijowie, bo tam chodziło o to, że unici chcieli do unii europejskiej, a prawosławni – do Rosji. Ten postulat unitów nie byłby możliwy do wysunięcia, gdyby nie przyłączono do unii wyżej wymienionych państw, a zwłaszcza Polski. W efekcie doszło do wojny rosyjsko-ukraińskiej. A jak wojna, to doskonały pretekst do dokonywania zmian, które nie byłyby możliwe bez niej, czyli do masowych przesiedleń ludności i zmiany granic. Przesiedlenia ludności z Ukrainy już mamy, a będzie ich jeszcze więcej, a i na zmiany granic przyjdzie jeszcze czas.

Żeby to wszystko dokonało się niezbędne jest wyjście Polski z unii, tak jak to się stało, gdy Królestwo Polskie połączyło się z Wielkim Księstwem Litewskim (1569). To był moment, gdy Królestwo to opuściło I Rzeszę, czyli ówczesną unię europejską. Co to w praktyce będzie oznaczać dziś? Wyjście z unii będzie oznaczać, że skończą się unijne dotacje. Ktoś powie, że to i tak było z naszych podatków. Czy aby na pewno? Przecież nikt nie wie, ile państwo zbiera z tych podatków, a skoro tak, to nie ma sensu wdawać się w takie dywagacje, ale jeśli ktoś, tak jak ja, pamięta czasy PRL-u i porówna je z czasami III RP, to widać, że to dwa różne byty. PRL w porównaniu z III RP był siermiężny i prymitywny. Oczywiście III. RP od Zachodu dzieli przepaść, ale to i tak znacznie lepiej niż za PRL-u. Skończą się pieniądze, tak jak skończyły się gierkowskie kredyty i zaczęła się jaruzelska mizeria. Było więc tak, że najpierw, za Gierka, ktoś dał pieniądze, a później, za Jaruzelskiego, zakręcił kurek, a do tego jeszcze w sposób wyrafinowany rozkręcił inflację. Ludzie mieli dużo pieniędzy, ale nie było na rynku towarów, więc pieniądz był bezwartościowy. W przypadku wyjścia Polski z unii ten scenariusz powtórzy się, ale prawdopodobnie w inny sposób.

Może powtórzyć się scenariusz, który opisałem w blogu Sumy bajońskie, choć może nie co do joty. Jeśli jednak strumień napływającego pieniądza zostanie zmniejszony, to może odbić się to na wynagrodzeniach, mogą też wzrosnąć podatki, np. podatek katastralny. W praktyce więc ludzie, którzy mają kredyty hipoteczne, znajdą się w trudnym położeniu, a inni, którzy mają inne zobowiązania finansowe, również. Ale nawet ci, którzy nie mają tego typu obciążeń, będą mogli to odczuć poprzez podwyższone w znaczący sposób zwykłe podatki.

Tymczasem trwa gotowanie żaby na wolnym ogniu, czyli przygotowywanie społeczeństwa do głosowania w referendum za wyjściem z unii. Ćwierć wieku temu urabiano ludzi, by głosowali za wejściem do niej, a obecnie – za wyjściem. Ja wtedy, będąc pod wpływem poglądów Korwina-Mikke, głosowałem przeciw wejściu Polski do unii. Dziś jestem zdania, że wyjście z niej jest złym rozwiązaniem, bo skończy się kasa. Że co? Że jesteśmy niewolnikami unii? No jesteśmy! Ale co? Bycie wolnymi dziadami jest lepsze? Nie! Nie będziemy wolnymi dziadami. Wpadniemy w objęcia Rosji, bo tu, w takim położeniu, możemy być tylko częścią Niemiec lub Rosji (kurica nie ptica, Polsza nie zagranica). Ale może też być tak, że pozornie będzie to niepodległe państwo, ale faktyczną władzę będą sprawować stronnictwa ruskie, pruskie i amerykańskie.

To, co dziś dzieje się, przypomina trochę sytuację sprzed unii lubelskiej. Wtedy Królestwo Polskie, wydzielone z I Rzeszy, stanowiło łakomy kąsek dla oligarchów ze wschodu, którzy rozkradli wszystko, co się dało. Prym w tym wiódł największy złodziej I RP, czyli Zamoyski. Obecnie III RP, dzięki dotacjom unijnym, z siermiężnego PRL-u, przekształciła się w całkiem atrakcyjny kąsek dla ukraińskich oligarchów. Warto jednak pamiętać, że ci oligarchowie pochodzą z tej samej nacji, co ci unijni komisarze, którzy decydowali o przyznawaniu dotacji unijnych III. RP. A 47 rodów szlachty polskiej, które tak hojnie podzieliły się swymi herbami z 47. rodami litewskich i rusińskich bojarów na mocy unii horodelskiej z 1413 roku, też nie dzieliło się nimi z obcymi.