Dzień dobry, Europo

Wiem, że teraz uwaga świata skupiona jest na Bliskim Wschodzie, na wojnie Ameryki i Izraela z Iranem. O Iranie pisałem w dwóch bogach: Iran i Iran c.d. i nie mam nic do dodania w tym temacie. Natomiast w Polsce pojawiają się coraz częściej głosy o potrzebie wyjścia z unii europejskiej. Są to przeważnie głosy z prawej strony, bo lewica obstaje przy pozostaniu w niej, co w sumie nie dziwi, bo to przecież Leszek Miller wprowadzał tam Polskę. Warto więc może przypomnieć sobie tamte czasy. Entuzjastów wśród polityków było co niemiara, a tylko jeden sceptyczny. Był to głos Jana Olszewskiego:

„To, że UE doda trochę pieniędzy było do przewidzenia. Nie zmienia to samego założenia, że zostaniemy przyjęci na zupełnie innych zasadach niż byli przyjmowani pozostali członkowie. To tworzy wewnątrz Unii podział na członków właściwych, pierwszej kategorii, i nowych – drugiej kategorii. Warunki uzyskane w negocjacjach z UE nie gwarantują, że uzyskamy szansę na wyrównanie poziomu rozwoju gospodarczego z resztą Europy. Raczej odwrotnie – utrwali się podział na dwie strefy. To fatalne dla przyszłości Unii, Polski i Europy. Moim zdaniem żaden z Polaków nie ma prawa zaakceptować takiego układu.

Kiedy byłem premierem, problemem głównym było wyprowadzenie z kraju wojsk rosyjskich i wejście do euroatlantyckiego układu bezpieczeństwa. Od kiedy znaleźliśmy się w NATO, jesteśmy po tamtej stronie. Wchodzenie do struktur europejskich jest sprawą wtórną. Nie jest tak, że musimy wejść do Europy, bo inaczej pozostaniemy poza nią. My jesteśmy w Europie tak samo jak Norwegia, która nie jest członkiem UE.”

Jednak wśród dziennikarzy też zdarzały się głosy bardziej zachowawcze. Jerzy Surdykowski w artykule Europejskie marzenie (Wołanie o sens) we wstępie pisał:

Idziemy do Europy pełnej kłopotów i nierozwiązanych problemów, do Europy przed wielką reformą, choć wciąż nam się zdaje, że tylko wracamy do Europy dawnej, spokojnej, przebogatej i opiekuńczej. Takiej Europy już nie ma.

Dalej pisze:

Tysiącletnia unia

Europę próbowano już nieraz jednoczyć ogniem i mieczem, ale spuśćmy zasłonę na krwawe usiłowania od Karola Wielkiego po Hitlera i Stalina. Pierwszym chyba projektem pokojowego zjednoczenia była krótkotrwała wizja dwóch wielkich i wyprzedzających swój czas mężów stanu: młodego cesarza Ottona III i papieża Sylwestra II, do której wstępem był sławny zjazd gnieźnieński przed z górą tysiącleciem, kiedy Otton III włożyć miał swoją koronę na głowę naszego Bolesława Chrobrego przewidzianego na namiestnika prowincji słowiańskiej, równoprawnej z Italią, Germanią i Frankonią. Niestety, szybko wróciły realia i wyboje: Otton zmarł młodo, wkrótce po nim papież-filozof Sylwester, a Germanie i Słowianie znowu wzięli się za łby. Taki mamy tylko z tego pożytek, że jest się do czego odwoływać po tysiącleciu i warto też pamiętać, iż idea europejska jest prawie tak stara jak europejskie chrześcijaństwo i z nim zrośnięta, choć – aby ją ziścić – musiała Europa usłyszeć w XX wieku kroki Diabła i zobaczyć jego oblicze; obojętnie brunatne czy czerwone.

I dalej:

To jeszcze jest herezja

Zjednoczona Europa nie jest państwem, nie jest nawet federacją państw. Ale jest czymś więcej niż zwykłą organizacją międzynarodową. Europejski super rząd musi więc respektować języki wszystkich państw członkowskich, szanować ich suwerenność, zabiegać o jednomyślność nawet w drobiazgach, co powoduje, że procedury przedłużają się i komplikują ponad potrzeby zdrowego rozsądku, a sprawność maleje. Wszyscy wiedzą, że trzeba coś z tym zrobić, ale mało komu przechodzi przez gardło stwierdzenie, że logicznym etapem byłaby federacja z konstytucją i sprawnym rządem ponadpaństwowym. To jeszcze jest herezja.

Dalej:

Wielki błąd popełniliśmy traktując poszerzenie jako operację techniczną, prawną, a przede wszystkim finansową. W rozmowach o poszerzeniu, w jego propagandzie lub antypropagandzie, w rokowaniach i oficjalnych komunikatach chodzi nade wszystko o to, ile miliardów euro, w jakim czasie i pod jakimi warunkami będziemy mogli dostać.

I kończy:

Żadna historyczna ani ekonomiczna konieczność. Oni naprawdę nie mają w tym wielkiego interesu, by brać sobie już teraz na barki jednocześnie ciężar reform i sporą część kosztów podźwignięcia „gorszej Europy”. Naiwne są bajki o nowym, wielkim rynku zbytu dla europrodukcji. Ten rynek istnieje od dawna i byłby istniał nadal bez poszerzania, tylko trochę biedniejszy i mniej chłonny. A więc jednak solidarność istnieje i przeto istnieje europejska tożsamość moralna, nie tylko finansowa.

Poszerzenie jest wielkim i – jak się wydaje – nieźle, choć nieco ospale zdawanym przez Zachód egzaminem z tej pożądanej europejskiej tożsamości. Ona będzie niebywale potrzebna już jutro, wobec wyzwań, przed którymi Unia stoi. Jeśli ta tożsamość się nie rozwinie, to wielka idea europejska pozostanie nadal przewlekłym sporem o rozdrapywanie gotówki powściąganym nie przez solidarność Europejczyków, ale przez ociężałe procedury brukselskiej biurokracji.

x

Wygląda na to, że Surdykowski wierzył – albo udawał, że wierzy – że istnieje coś takiego jak europejska tożsamość. Tym spoiwem, które miało stworzyć z Europy monolit, z własną tożsamością, było chrześcijaństwo. Szybko jednak okazało się, że jest ono nader podatne na różnego rodzaju eksperymenty. Już w 1054 roku doszło do schizmy wschodniej, czyli podziału na katolicyzm i prawosławie. Później przyszła reformacja (1517), która z katolicyzmu wyłoniła protestantyzm, a unia brzeska (1596) z prawosławia – unitów. Nie było zatem spoiwa, które mogłoby zjednoczyć całą Europę i wszelkie próby typu nazizmu czy komunizmu nie miały szans powodzenia z braku takowego.

Po co zatem rozszerzono w tamtym czasie unię o Polskę, Czechy, Słowację i Węgry? Gdyby do tego nie doszło, to nie byłoby majdanu w Kijowie, bo tam chodziło o to, że unici chcieli do unii europejskiej, a prawosławni – do Rosji. Ten postulat unitów nie byłby możliwy do wysunięcia, gdyby nie przyłączono do unii wyżej wymienionych państw, a zwłaszcza Polski. W efekcie doszło do wojny rosyjsko-ukraińskiej. A jak wojna, to doskonały pretekst do dokonywania zmian, które nie byłyby możliwe bez niej, czyli do masowych przesiedleń ludności i zmiany granic. Przesiedlenia ludności z Ukrainy już mamy, a będzie ich jeszcze więcej, a i na zmiany granic przyjdzie jeszcze czas.

Żeby to wszystko dokonało się niezbędne jest wyjście Polski z unii, tak jak to się stało, gdy Królestwo Polskie połączyło się z Wielkim Księstwem Litewskim (1569). To był moment, gdy Królestwo to opuściło I Rzeszę, czyli ówczesną unię europejską. Co to w praktyce będzie oznaczać dziś? Wyjście z unii będzie oznaczać, że skończą się unijne dotacje. Ktoś powie, że to i tak było z naszych podatków. Czy aby na pewno? Przecież nikt nie wie, ile państwo zbiera z tych podatków, a skoro tak, to nie ma sensu wdawać się w takie dywagacje, ale jeśli ktoś, tak jak ja, pamięta czasy PRL-u i porówna je z czasami III RP, to widać, że to dwa różne byty. PRL w porównaniu z III RP był siermiężny i prymitywny. Oczywiście III. RP od Zachodu dzieli przepaść, ale to i tak znacznie lepiej niż za PRL-u. Skończą się pieniądze, tak jak skończyły się gierkowskie kredyty i zaczęła się jaruzelska mizeria. Było więc tak, że najpierw, za Gierka, ktoś dał pieniądze, a później, za Jaruzelskiego, zakręcił kurek, a do tego jeszcze w sposób wyrafinowany rozkręcił inflację. Ludzie mieli dużo pieniędzy, ale nie było na rynku towarów, więc pieniądz był bezwartościowy. W przypadku wyjścia Polski z unii ten scenariusz powtórzy się, ale prawdopodobnie w inny sposób.

Może powtórzyć się scenariusz, który opisałem w blogu Sumy bajońskie, choć może nie co do joty. Jeśli jednak strumień napływającego pieniądza zostanie zmniejszony, to może odbić się to na wynagrodzeniach, mogą też wzrosnąć podatki, np. podatek katastralny. W praktyce więc ludzie, którzy mają kredyty hipoteczne, znajdą się w trudnym położeniu, a inni, którzy mają inne zobowiązania finansowe, również. Ale nawet ci, którzy nie mają tego typu obciążeń, będą mogli to odczuć poprzez podwyższone w znaczący sposób zwykłe podatki.

Tymczasem trwa gotowanie żaby na wolnym ogniu, czyli przygotowywanie społeczeństwa do głosowania w referendum za wyjściem z unii. Ćwierć wieku temu urabiano ludzi, by głosowali za wejściem do niej, a obecnie – za wyjściem. Ja wtedy, będąc pod wpływem poglądów Korwina-Mikke, głosowałem przeciw wejściu Polski do unii. Dziś jestem zdania, że wyjście z niej jest złym rozwiązaniem, bo skończy się kasa. Że co? Że jesteśmy niewolnikami unii? No jesteśmy! Ale co? Bycie wolnymi dziadami jest lepsze? Nie! Nie będziemy wolnymi dziadami. Wpadniemy w objęcia Rosji, bo tu, w takim położeniu, możemy być tylko częścią Niemiec lub Rosji (kurica nie ptica, Polsza nie zagranica). Ale może też być tak, że pozornie będzie to niepodległe państwo, ale faktyczną władzę będą sprawować stronnictwa ruskie, pruskie i amerykańskie.

To, co dziś dzieje się, przypomina trochę sytuację sprzed unii lubelskiej. Wtedy Królestwo Polskie, wydzielone z I Rzeszy, stanowiło łakomy kąsek dla oligarchów ze wschodu, którzy rozkradli wszystko, co się dało. Prym w tym wiódł największy złodziej I RP, czyli Zamoyski. Obecnie III RP, dzięki dotacjom unijnym, z siermiężnego PRL-u, przekształciła się w całkiem atrakcyjny kąsek dla ukraińskich oligarchów. Warto jednak pamiętać, że ci oligarchowie pochodzą z tej samej nacji, co ci unijni komisarze, którzy decydowali o przyznawaniu dotacji unijnych III. RP. A 47 rodów szlachty polskiej, które tak hojnie podzieliły się swymi herbami z 47. rodami litewskich i rusińskich bojarów na mocy unii horodelskiej z 1413 roku, też nie dzieliło się nimi z obcymi.

Leave a comment