W historii mieliśmy dwóch takich, którzy użyli wojska do realizacji pewnych celów. Pierwszym był Piłsudski, który dokonał zamachu majowego w 1926 roku, drugim Jaruzelski, który wprowadził stan wojenny w 1981 roku. Piłsudski był litewskim Żydem. Jedno z jego zdjęć z młodości zdradzą urodę tej nacji. Czy był nim również Jaruzelski? Odpowiedzi na to pytanie należy szukać w jego życiorysie. Pomocne tu mogą być również informacje o jego przodkach. Wydaje się, że na podstawie informacji zawartych w Wikipedii można pokusić się o pewne wnioski. Wikipedia pisze:
Wywodził się z rodziny szlacheckiej i ziemiańskiej herbu Ślepowron. Ród wywodzi się z pogranicza Mazowsza i Podlasia. Korzeniami sięga przełomu XV i XVI wieku. Gniazdem rodowym przodków był majątek Jaruzele, a później m.in. Ruś Stara – Sokoły wraz z przyległościami.
Dziadek Wojciecha, również Wojciech, brał udział w powstaniu styczniowym, za co został zesłany na Syberię na 8 lat. Po powrocie do Polski, poślubił Helenę z domu Filipkowską, która wniosła mu duży posag. Dzięki temu małżeństwo mogło kształcić liczne potomstwo. Ojciec Wojciecha, Władysław, był siódmym z ośmiorga dzieci Wojciecha i Heleny. Ukończył Akademię Rolniczą w czeskim Taborze. Wziął udział w wojnie polsko-bolszewickiej w 1920. Mimo że należała mu się część dóbr rodzinnych, pracował jako administrator majątków ziemiańskich. Ciesząc się opinią dobrego fachowca, trafił do Kurowa, położonego 17 km na wschód od Puław, gdzie poznał Wandę z Zarembów z pobliskiej Dąbrowy Wielkiej, absolwentkę Szkoły Gospodarstwa Wiejskiego w Puławach. Ich ślub miał miejsce 19 września 1922. Wojciech urodził się 6 lipca 1923 o godz. 21 w Kurowie. Pierwsze imię otrzymał po dziadku – powstańcu. W 1928 małżeństwu urodziła się jeszcze córka Teresa.
7 października 1923 został ochrzczony w kościele Narodzenia Najświętszej Maryi Panny i św. Michała Archanioła w Kurowie. Rodzina była głęboko religijna i patriotyczna. W 1925 rodzina Jaruzelskich opuściła Kurów i zamieszkała w majątku Trzeciny nad rzeką Brok.
Nie uczęszczał do szkoły powszechnej. Już po pierwszym dniu edukacji poprosił rodziców o kontynuowanie nauki w domu. Wkrótce potem został zatrudniony dla niego prywatny nauczyciel. Od 1933 Wojciech Jaruzelski uczęszczał do gimnazjum prowadzonego przez zakon marianów na warszawskich Bielanach, a jego edukacja była sporym obciążeniem dla budżetu domowego. Na etapie wyboru rozpatrywane były także gimnazjum jezuickie w Chyrowie koło Lwowa i gimnazjum w Rydzynie. Szkoła uczyła w duchu endeckim oraz zasad katolickich i poszanowania polskiej tradycji. We wczesnej młodości był bardzo religijnym i dobrze zapowiadającym się uczniem. Dostrzeżono w nim talent do przedmiotów humanistycznych. W klasie przyjaźnił się z Tadeuszem Gajcym. Miał dobry styl pisania i formułowania myśli. W latach 1937–1939 należał do Związku Harcerstwa Polskiego, należał do drużyny im. Stanisława Żółkiewskiego. W tym czasie opublikował artykuł Służba Polsce do szkolnej „Jednodniówki”. Odwoływał się tam do tradycji Orląt Lwowskich i harcerzy, którzy polegli w 1920, walcząc z bolszewikami. W 1939 ukończył IV klasę gimnazjum, uzyskując tzw. „małą maturę” w gimnazjum marianów.
Po wybuchu II wojny światowej rodzina uciekała w kierunku wschodnim. W momencie agresji ZSRR na Polskę, rodzina Jaruzelskich przebywała w jednym z majątków w powiecie lidzkim (województwo nowogrodzkie). Wobec ataku ze wschodu postanowili wrócić do Trzecin. Ostatecznie kierując się w kierunku Litwy, w nocy z 22 na 23 września przekroczyli w okolicach Kopciowa granicę z Litwą. Tam mieszkali w różnych miejscowościach w majątkach polskich rodzin. Po okupacji Litwy przez Armie Czerwoną i aneksji przez ZSRR, rodzina Jaruzelskich postanowiła wrócić na tereny okupacji niemieckiej. Ostatecznie matka, obawiając się, że przy przekroczeniu granicy może dojść do rozdzielenia rodziny, zdecydowała o pozostaniu na Litwie. 14 czerwca 1941 rodzina została deportowana na Syberię. Wojciech zamieszkał wraz z matką i siostrą w osadzie leśnej Turoczaku, gdzie w Górach Ałtajskich (ok. 300 km od Bijska) pracował w tajdze przy wyrębie lasów. Nabawił się tam choroby oczu, ślepoty śnieżnej, która trwale uszkodziła mu wzrok. Ciemne okulary ochronne stały się jego znakiem rozpoznawczym. Był także urzędnikiem w Rajpotriebsojuzie (Rejonowy Związek Spożywców). Ojciec został zesłany do łagrów w Kraju Krasnojarskim. Po podpisaniu umowy Sikorski-Majski, jesienią 1941 Władysław został zwolniony z łagru i udał się do Bijska, gdzie znajdowała się polska delegatura. Według siostry Wojciecha, ojciec zapisał go na ochotnika do formującego się wojska Andersa, lecz Wojciech z rodziną dopiero w styczniu 1942 przybył do Bijska. W międzyczasie w październiku 1941 Wojciech został wezwany przez miejscowe NKWD i poinformowany, że dostał pracę na stanowisku pomocnika magazyniera przy jedynym sklepie w osadzie, oraz większe mieszkanie i większy przydział chleba. W styczniu 1942, bez wiedzy miejscowego NKWD, podjął decyzję o opuszczeniu Turoczaka wraz z matką i siostrą, i udaniu się do Bijska celem dołączenia do ojca. Po przybyciu z matką i siostrą w styczniu 1942 do Bijska, spotkał się z – wówczas już ciężko chorym – ojcem. Jaruzelscy zamieszkali przy ulicy Gorkiego 51. Wojciech podjął pracę przy wyrębie lasu, a potem jako tragarz w piekarni. Aresztowany na 3 tygodnie przez NKWD za odmowę przyjęcia radzieckiego tymczasowego zaświadczenia tożsamości.
Ojciec Wojciecha Jaruzelskiego dostał posadę wozaka w miejscowym przedsiębiorstwie rybnym. Władysław Jaruzelski zmarł 4 czerwca 1942 w Bijsku i został pochowany na miejscowym cmentarzu. 19-letni Wojciech stał się jedynym opiekunem rodziny.
W maju 1943 został wezwany przez radziecką Wojskową Komendę Uzupełnień w Bijsku. Dostrzeżono w nim kandydata na oficera i nakazano czekać. Ponownie został wezwany 19 lipca tegoż roku. Dostał skierowanie do Szkoły Oficerskiej 1 Korpusu Sił Zbrojnych w Riazaniu. Nie był to zaciąg ochotniczy, lecz radziecki pobór do wojska. Został skierowany do I Batalionu Piechoty, dowodzonego przez kapitana nazwiskiem Kostriuko. Przydzielony do karabinów maszynowych (CKM typu Maxim). Nie przejawiał większego zainteresowania przedmiotami wojskowymi. Uzyskiwał przeciętne wyniki. Przysięga wojskowa miała miejsce w dniu 11 listopada, odbierał ją gen. bryg. Zygmunt Berling w obecności m.in. Wandy Wasilewskiej i Gieorgija Żukowa. Promocja miała miejsce 16 grudnia 1943. Promował gen. Berling. Jaruzelski na 296 promowanych zajął miejsce około 100. Według generała Zygmunta Huszczy prymusi (m.in. Florian Siwicki) byli mianowani na stopień podporucznika, a większość została, w tym Jaruzelski, mianowana na stopień chorążego. Po uzyskaniu promocji został skierowany na stanowisko dowódcy plutonu piechoty w składzie 8 Kompanii, III Batalionu, 5 Pułku, 2 Dywizji Piechoty im. Henryka Dąbrowskiego. Od 1943 do 1944 był dowódcą plutonu strzelców, w maju 1944 został przeniesiony do zwiadu, gdzie został dowódcą plutonu zwiadu konnego (dwunastoosobowa drużyna).
W okresie 1967–1968 jako członek ścisłego kierownictwa resortu obrony aktywnie włączył się w organizację czystek syjonistycznych w wojsku (usunięcie z armii i degradacja oficerów pochodzenia żydowskiego, co było częścią antysemickich działań władz państwowych, których kulminacją były tzw. wydarzenia marcowe). Generał Jaruzelski twierdził, że akcję przeprowadzał Główny Zarząd Polityczny WP, a wśród oficerów zwolnionych z wojska „ani jeden (…) nie był pracownikiem Sztabu Generalnego, której to instytucji ja wówczas byłem szefem”. Pomimo tego żałował tego co się wtedy stało, albowiem to „ciemna, brudna karta najnowszej historii”. „Tamten czas ma jednak wiele płaszczyzn i uwarunkowań (…). Na różnych etapach różne były moje – i miejsce, i możliwości. Nie uchylam się jednak od krytycznej oceny tego na co mogłem mieć realny wpływ. Ubolewam z powodu symptomów i faktów, jakie „pełzały” w drugiej połowie lat pięćdziesiątych i w latach sześćdziesiątych. Rok 1967 to było w Wojsku wybuchowe apogeum. Po tzw. wojnie czerwcowej pojawił się w naszych siłach zbrojnych (…) szokujący sygnał strategiczno-profesjonalny. W warunkach antagonistycznie podzielonego wówczas świata nastąpiło obsesyjne wręcz uwrażliwienie na ochronę tajemnicy, problem lojalności oraz zagrożenia zaskakującą napaścią zwłaszcza z powietrza. (…) Powstała w skali kraju swoista psychoza, słynne określenie „piąta kolumna”, pożywka dla podejrzeń, inspiracja i pretekst do oskarżeń oraz różnych, niewątpliwie także preparowanych informacji, wreszcie polityczno-personalnych rozgrywek (…).” – stwierdził Jaruzelski.
24 września 1985 Jaruzelski spotkał się z Davidem Rockefellerem w Nowym Jorku w obecności Zbigniewa Brzezińskiego. Omówione zostały inwestycja Rockefellera w rolnictwo i działalność Fundacji Rockefeller w Polsce.
xxxxxxxx
To wybrane fragmenty życiorysu Jaruzelskiego, które mogą sugerować, że był on Żydem. Wywodził się on ze starej ziemiańskiej i patriotycznej rodziny, no bo przecież jego dziadek brał udział w powstaniu styczniowym, za co został zesłany na Syberię. Gniazdem rodowym był majątek Jaruzele. W opracowaniu Aleksandra Włodarskiego Ród Jaruzelskich Herbu Ślepowron jest informacja, że początkowo majątek nazywał się Jeruzele. Podobne to do angielskiego Jerusalem, Jeruzalem, czyli Jerozolima. Czy zbieżność jest przypadkowa, czy – nie, tego raczej nie dowiemy się. Natomiast dziadek po powrocie z zesłania poślubił Helenę Filipkowską, która wniosła mu duży posag, dzięki temu ośmioro dzieci mogło się kształcić. To bardzo charakterystyczne. Po powstaniu styczniowym spauperyzowana szlachta koligaciła się z Żydami. Dzięki temu Żydzi wnikali do najwyższych warstw polskiego społeczeństwa. Ilość dzieci też sugeruje, że był tu realizowany żydowski scenariusz. Nazwisko „Filipkowska” sugeruje neofickie pochodzenie – od imienia Filip. Czy fakt, że ojciec Jaruzelskiego ukończył Akademię Rolniczą w czeskim Taborze, który był ośrodkiem odłamu husytyzmu – taborytów, miał jakieś znaczenie? Być może.
Ojciec Jaruzelskiego brał udział w wojnie polsko-bolszewickiej, a później pracował jako administrator majątków ziemiańskich. Innymi słowy był faktorem. Faktorami byli Żydzi, którzy zarządzali majątkami ziemiańskimi, bo panowie ziemianie nie mieli czasu a pewnie i głowy do takich zajęć.
Wykształcenie odebrał Jaruzelski jak najbardziej stosowne dla polskiego patrioty. Uczęszczał do gimnazjum prowadzonego przez zakon marianów. Ziemiańskie korzenie i głęboka religijność – to przecież kwintesencja polskości.
14 czerwca 1941 roku rodzina Jaruzelskich została deportowana na Syberię. W październiku 1941 Wojciech został wezwany przez miejscowe NKWD i poinformowany, że dostał pracę na stanowisku pomocnika magazyniera przy jedynym sklepie w osadzie, oraz większe mieszkanie i większy przydział chleba. W styczniu 1942, bez wiedzy miejscowego NKWD, podjął decyzję o opuszczeniu Turoczaka wraz z matką i siostrą, i udaniu się do Bijska celem dołączenia do ojca. Po przybyciu z matką i siostrą w styczniu 1942 do Bijska, spotkał się z – wówczas już ciężko chorym – ojcem. Jaruzelscy zamieszkali przy ulicy Gorkiego 51. Wojciech podjął pracę przy wyrębie lasu, a potem jako tragarz w piekarni. Aresztowany na 3 tygodnie przez NKWD za odmowę przyjęcia radzieckiego tymczasowego zaświadczenia tożsamości.
Z powyższego wynika, że to srogie NKWD obchodziło się z Jaruzelskim wyjątkowo delikatnie, skoro mógł opuścić bez jego wiedzy miejsce zamieszkania i jeszcze odmówić przyjęcia radzieckiego tymczasowego zaświadczenia tożsamości. I w nagrodę za takie postępowanie w maju 1943 został wezwany przez radziecką Wojskową Komendę Uzupełnień w Bijsku. Dostrzeżono w nim kandydata na oficera i nakazano czekać. Kogo tak mogło traktować NKWD? Tylko Żyda.
W okresie 1967–1968 jako członek ścisłego kierownictwa resortu obrony aktywnie włączył się w organizację czystek syjonistycznych w wojsku (usunięcie z armii i degradacja oficerów pochodzenia żydowskiego, co było częścią antysemickich działań władz państwowych, których kulminacją były tzw. wydarzenia marcowe).
Tu już jest wyraźnie kreowany na polskiego patriotę. To będzie jak znalazł w momencie wprowadzania stanu wojennego. No bo przecież jest wielkim polskim patriotą i dobro ojczyzny jest najważniejsze.
24 września 1985 Jaruzelski spotkał się z Davidem Rockefellerem w Nowym Jorku w obecności Zbigniewa Brzezińskiego. Omówione zostały inwestycja Rockefellera w rolnictwo i działalność Fundacji Rockefeller w Polsce.
Rockefeller zrobił dla Jaruzelskiego wyjątek. Zjechał ze swego gabinetu na najwyższym pietrze, by na dole go powitać. Rozmowa, a przynajmniej jej fragmenty, odbywała się w obecności Brzezińskiego, a więc bez tłumacza. I tak sobie trzej Żydzi zdecydowali, co miało się dalej stać z tą Polską.
Z tych informacji zawartych w Wikipedii wynika, że babka Jaruzelskiego była Żydówką. Czy była nią jego matka? Tego nie da się potwierdzić, ani zaprzeczyć. Można więc powiedzieć, że przynajmniej po ojcu był Żydem. Stosunek NKWD do niego zdaje się potwierdzać, że nim był. Również jego udział w czystkach w wojsku w marcu 1968 roku może być na to dowodem. W tym wypadku chodziło prawdopodobnie o uwiarygodnienie go jako Polaka, patrioty i antysemity.
Córka Jaruzelskiego, Monika, ma swój kanał internetowy, na którym przeprowadza wywiady z różnymi osobistościami z polskiej sceny politycznej. Jest to swego rodzaju namaszczanie. Kto nie był u Moniki Jaruzelskiej, ten nie należy do systemu. Trochę to przypomina namaszczanie Lecha Wałęsy z 1989 roku. Zdjęcie z Wałęsą było informacją dla wyborców: to nasz człowiek. Monika Jaruzelska zrobiła nawet wywiad z tym pajacem i przebierańcem – Wojciechem Olszańskim. Z tego można wysnuć wniosek, że on również należy do tego towarzystwa. Na razie siedzi w więzieniu, ale to jest rodzaj kombatanctwa. Dla niektórych jest to niezbędny epizod w karierze politycznej, jak kiedyś internowanie w stanie wojennym.
W dniu 8 marca na kanale RMF 24 pojawił się wywiad z Natalią Panczenko, współorganizatorką Euromajdanu-Warszawa. Na oficjalnej stronie tej organizacji można przeczytać:
„Od 2013 roku Euromaidan-Warszawa, jako inicjatywa obywatelska, działa na rzecz wsparcia Ukrainy w drodze do eurointegracji. Już od ośmiu lat pomagamy i wspieramy społeczeństwo ukraińskie.
W związku z obecną wojną na Ukrainie, łączymy polskie zaufanie oraz ukraińskie organizacje, fundacje, aktywistów i wolontariuszy, którzy działają w zakresie pomocy z dostarczaniem potrzebnego wyposażenia, leków, a także przesyłają Ukrainie pomoc humanitarną.
Jesteśmy w bezpośrednim kontakcie z Ambasadą Ukrainy w Polsce, z oficjalnymi przedstawicielami rządu Ukrainy i Polski oraz z Siłami Zbrojnymi Ukrainy. Dzięki temu wiemy, jaka pomoc i gdzie jest potrzebna.”
W 9:33 prowadzący mówi: pani ma wrażenie, że społeczność ukraińska w Polsce coraz lepiej się organizuje?
Natalia Panczenlo: Tak, jeśli chodzi o organizację, to społeczność ukraińska jest bardzo dobrze zorganizowana.
Prowadzący: A uważa pani, że powoli dojrzewamy do tego, żeby na przykład partia polityczna powstała, jeśli chodzi o Ukraińców w Polsce.
N.P.: Tego nie wiem.
P.: Nie zastanawiała się pani nad tym?
N.P.: Szczerze mówiąc nie. Dobrze by było, żeby ktoś reprezentował nas w sejmie, to na pewno.
P.: No to musi być partia polityczna.
N.P.: Bo skoro jest tak duża społeczność, no to ktoś miałby tę społeczność reprezentować, ale jakoś o tym nie myśleliśmy. Pewnie dlatego, ze większość tych osób i tak ma w tej chwili obywatelstwo ukraińskie. Nie ma obywatelstwa polskiego, nie ma prawa głosu w Polsce.
P.: A chcą mieć też obywatelstwo polskie? Czy to nie jest najważniejsze dla nich?
N.P.: Ja myślę, że osoby, które przyjechały rok temu, raczej nie. Ale pamiętajmy o tym, że przed 24 lutego 2022 roku już 2,5 miliona Ukraińców mieszkało na terenie Polski. To już dość dużo, prawie 10% obywateli i właśnie te osoby, które mieszkały tutaj wcześniej już powoli zaczynają to obywatelstwo dostawać, bo tam chyba po 5 czy 8 latach, tak w zależności od tego, czy ma się pochodzenie polskie, czy nie ma. Różne terminy są, ale generalnie te osoby, które przyjechały z początkiem ruchu bezwizowego, które przyjechały na początku 2014, na początku wojny, to pierwsi uchodźcy ukraińscy, czyli doniecki obwód, ługański obwód, Krym i tak dalej, już mają obywatelstwo.
Być może tego typu fakty mogą kogoś szokować, ale jeśli tak jest, to jest to wynik nieznajomości historii. Ja już wielokrotnie pisałem, że dla mnie Polska, jako państwo, skończyła się wraz z unią lubelską z 1569 roku. Efektem tej unii było połączenie Korony Królestwa Polskiego, czyli oficjalnej nazwy Polski, z Wielkim Księstwem Litewskim. Powstało nowe państwo – Rzeczpospolita. W praktyce była to Rzeczpospolita Obojga Narodów, czyli narodu rusińskiego i litewskiego, ponieważ reprezentowała ona interesy obu tych narodów, wchodzących w skład WKL, które to narody zajmowały ziemie byłej Rusi Kijowskiej. Do tych ziem rościła sobie prawo Moskwa. I ta Rzeczpospolita toczyła wojny z Moskwą w obronie tych ziem. To nie był interes Polski, bo przed unią nie graniczyła ona z Wielkim Księstwem Moskiewskim i nie wysuwało ono żadnych roszczeń terytorialnych wobec Polski. Interesem Polski było odzyskanie Śląska, gdzie ludność polska stanowiła większość.
Na krótko przed tą unią doszło do czegoś, o czym wielu ludzi w Polsce zapewne nie wie. Wydzielono (pewnie nieznani przełożeni Jagiellona Zygmunta Augusta)) mianowicie z WKL województwo podlaskie, Wołyń, Kijowszczyznę i województwo bracławskie i włączono je do Korony. W ten sposób Korona stała się wielka, przynajmniej pod względem obszaru, a resztka po WKL zajmowała obszar zbliżony do obszaru dzisiejszej Białorusi i Litwy. To, co jednak najistotniejsze, to to, że powstało wspólne państwo polsko-rusińskie (polsko-ukraińskie), które nadal nazywano Koroną, czyli Polską, a przecież to już nie była Polska. Z Litwą natomiast była unia, a nie – wspólne państwo. Taka jest potęga słowa. Dla większości ludzi, jeśli czegoś się nie nazwie, to tego nie ma.
Rzeczpospolita po unii lubelskiej w 1569 roku; źródło: Wikipedia.
W efekcie tej unii powołano wspólny Sejm walny, obradujący w Warszawie, którego izba poselska składała się 77 posłów koronnych i 50 litewskich, a w skład Senatu weszło 113 senatorów koronnych i 27 litewskich. Ilu z tych posłów i senatorów było posłami i senatorami rusińskimi, tego Wikipedia nie podaje. To jednak nie zmienia faktu, że posłowie i senatorowie rusińscy (ukraińscy) w polskim sejmie, to nie jest nic nowego w tej „polskiej” rzeczywistości.
To był bardzo sprytny zabieg, bo dzięki niemu można było odnieść wrażenie, że w tym nowym państwie dominuje żywioł polski, co nie było prawdą. Rusińska i litewska szlachta była daleko potężniejsza od polskiej. Wielcy feudałowie rusińscy (np. Wiśniowiecki) i litewscy (np. Radziwiłłowie) zdominowali w sensie politycznym i gospodarczym to nowe państwo. To oni zasiadali w polskim sejmie i rządzili na Litwie i na Ukrainie, ale również i w Koronie, czyli w Polsce. Taki Wiśniowiecki czy Radziwiłł więcej znaczyli niż król tego śmiesznego tworu zwanego Rzeczpospolitą.
Ten stan utrzymał się do rozbiorów, w wyniku których Rosja odebrała, co jej. Po I wojnie światowej w II RP tzw. mniejszość ukraińska miała swoich posłów w sejmie i specjalizowała się w terroryzmie i morderstwach politycznych. Po II wojnie światowej na tzw. Ziemie Odzyskane przesiedlono mniejszości z Kresów, głównie Ukraińców. I tym sposobem Polska nadal była państwem wieloetnicznym i wielowyznaniowym. I do dziś takim jest. Historia tego regionu, który nazywa się dla niepoznaki Polską, skłania do wniosku, że od unii lubelskiej żywioł wschodni dominuje w społeczeństwie zwanym polskim. To zapewne da o sobie znać, gdy społeczność ukraińska utworzy własną partię i jeszcze wzrośnie w silę ze względu na uprzywilejowaną pozycję, jaką jej zapewnili w tym państwie Żydzi. I ci, którzy jeszcze do niedawna deklarowali, że są Polakami, raptem staną się Ukraińcami. Dopiero wtedy okaże się, że Polacy w tym państwie są mniejszością, a wschodni żywioł zdecydowaną większością. Powoli więc wracamy do rzeczywistości I RP.
I gdyby nie wojna na Ukrainie, to nie byłoby tylu Ukraińców w Polsce, bo nie byłoby “uchodźców”. Tak to pod pretekstem wojny zmienia się “Polskę” w Ukrainę. A czy po tych zmianach nadal ten wspólny obszar, który wytną z terytorium obecnej Polski i Ukrainy, będą nazywać Polską? Ci, którzy dożyją tych czasów, dowiedzą się.
O tym, jak wyglądała II wojna światowa na froncie wschodnim i jak to wszystko tam było ustawione, o tym pisałem w blogu „Wojna niemiecko-radziecka”. A jak było na froncie zachodnim? Było tak samo. Przykładem tego, że tam również była ustawka jest klęska Francji w 1940 roku. Hitler przełamał linię obronną Francuzów w Ardenach i to praktycznie zadecydowało o wyniku całej kampanii we Francji. Opisał to szczegółowo Churchill w swoim dziele Druga wojna światowa (polskie wydanie 1994-96) w rozdziale Bitwa o Francję.
Żeby jednak obraz był czytelny, to wypada na początek przybliżyć geografię tego rejonu. Belgia to część Niderlandów, czyli tzw. Low Countries. Jest to teren nizinny, miejscami depresyjny. Jednak jej południowo-wschodnia część jest górzysta – to Ardeny.
Mapa Belgii; źródło: Wikipedia.
Ten klin, jakim wbija się granica francuska w terytorium Belgii w Ardenach i przez który przepływa Moza, to miejsce przełamania linii obronnej Francuzów. Po jego południowo-wschodniej stronie leży Sedan, a po północno-zachodniej Hirson nad Oise.
Linia Maginota – nazwa stosowana na określenie francuskich fortyfikacji zbudowanych w latach 1929–1934, a następnie wzmacnianych do 1939 na wschodnich granicach państwa. Przeważnie, mówiąc o „Linii Maginota”, ma się na myśli najsłynniejsze umocnienia – na granicach z Niemcami i Luksemburgiem. Tak to opisuje Wikipedia.
Nowe Fronty – nazwa francuskich umocnień na granicy z Belgią. Budowę umocnień podjęto z inicjatywy premiera Francji Edouarda Daladiera w latach 1937-1940 dla zamknięcia linii francuskich fortyfikacji. Całkowita długość linii wynosiła ok. 300 km (od miejscowości Longwy do kanału La Manche). Na jej określenie używana jest też nazwa „linii Daladiera” (przez analogię do Linii Maginota), nie jest to jednak nazwa prawidłowa – pojęcie używane przez propagandę niemiecką. – Wikipedia.
Umocnienia wzdłuż granicy z Belgią; źródło: Wikipedia.
Te Weak fortifications to właśnie te Nowe Fronty. Natomiast Strong fortifications to linia Maginota. Miejscowość Longwy leży w miejscu, gdzie kończy się linia Maginota a zaczynają się Nowe Fronty. Przełamanie frontu w Ardenach, to najkrótsza droga na Paryż.
Z opisu Churchilla można wywnioskować, że robiono wszystko, by Niemcy mogli jak najłatwiej pokonać Francję. Poniżej fragmenty rozdziału Bitwa o Francję. Pisze on:
Armia niemiecka rosła w siłę, dojrzewała w ciągu minionych miesięcy i miała teraz o wiele potężniejsze uzbrojenie. Armia francuska trawiona pobudzonym przez Sowiety komunizmem i studzona długą, ponurą zimą spędzoną na froncie, praktycznie rozpadła się. Rząd belgijski, opierając istnienie swojego kraju na poszanowaniu przez Hitlera prawa międzynarodowego i belgijskiej neutralności, nie przygotował żadnego skutecznego planu. Przeszkody przeciwczołgowe i linia obrony, które miały powstać na froncie Namur-Louvain były nie ukończone i niewystarczające. Armia belgijska, w której szeregi wchodziło wielu odważnych i mądrych ludzi, nie bardzo mogła przygotować się do wojny w obawie pogwałcenia neutralności. Front belgijski został faktycznie przerwany w wielu miejscach przez pierwszą falę niemieckiego ataku, zanim jeszcze generał Gamelin dał sygnał do przeprowadzenia długo przygotowywanego planu. Wszystko na co można było teraz liczyć, to sukces w tej właśnie „otwartej bitwie”, której najwyższe dowództwo francuskie było zdecydowane uniknąć.
Osiem miesięcy wcześniej, w momencie wybuchu wojny, główna siła niemieckiej armii i lotnictwa była skoncentrowana na inwazji i pobiciu Polski. Wzdłuż całego zachodniego frontu – od Aix-la-Chapelle (Akwizgran – przyp.. W.L.) do granicy szwajcarskiej – stały 42 dywizje niemieckie, w tym żadna pancerna. Po mobilizacji Francuzi mogli rozmieścić naprzeciwko nich odpowiednio 70 dywizji. Z powodów, które już zostały wyjaśnione (ze względu na umocnienia Linii Zygfryda, szczegóły w blogu „Kto winien?” – przyp. W.L.), uważano wówczas, że atak na Niemcy jest niemożliwy. Sytuacja 10 maja 1940 roku była diametralnie różna. Wróg, korzystając z ośmiomiesięcznego opóźnienia i zniszczenia Polski, uzbroił, wyposażył i wyszkolił około 155 dywizji, w tym 10 pancernych.
Porozumienie Hitlera ze Stalinem umożliwiło zmniejszenie do minimum sił niemieckich na wschodzie. Przeciwko Rosji, według generała Haldera – niemieckiego szefa sztabu – nie zostało nic poza „siłami osłonowymi, ledwie nadającymi się do pobierania opłat celnych.” Nie przeczuwając własnej przyszłości, rząd sowiecki obserwował niszczenie tego „drugiego frontu” na zachodzie, którego wkrótce zacznie się tak gwałtownie domagać, i na który będzie musiał w męczarniach tak długo czekać. Wobec tego Hitler miał możliwość dokonania ataku na Francję przy pomocy 126 dywizji i siłami pancernymi 10 dywizji czołgów, z prawie trzema tysiącami pojazdów opancerzonych, w tym co najmniej tysiącem czołgów ciężkich.
Ogólna liczba dywizji alianckich postawiona do dyspozycji 10 maja wynosiła 135, czyli praktycznie tyle samo ile – jak teraz wiemy – posiadał przeciwnik. Prawidłowo zorganizowane i wyposażone, dobrze wyszkolone i dowodzone, siły te powinny, według standardów poprzedniej wojny, zatrzymać inwazję nieprzyjaciela.
Jednak Niemcy mieli pełną swobodę w wyborze czasu, kierunku oraz siły ataku. Więcej niż połowa armii francuskiej znajdowała się w południowym i wschodnim sektorze Francji, a 51 francuskich i brytyjskich dywizji z 1 grupy armii generała Billotte’a, z niewielką pomocą nadchodząca od Belgów i Holendrów, musiało stawić czoło nawałnicy ponad siedemdziesięciu wrogich dywizji Bocka i Rundstedta pomiędzy linią Longwy a morzem.
Połączenie ataku odpornych na ogień armatni czołgów z atakami bombowców nurkujących, co w mniejszej skali okazało się tak skuteczne w Polsce, znowu miało tworzyć czołówkę głównego ataku. Grupa pięciu pancernych i trzech zmotoryzowanych dywizji pod dowództwem Kleista, włączona do grupy armii A została skierowana przez Ardeny na Sedan i Montherme.
Poprzedzone zmasowanym atakiem lotniczym na lotniska, linie komunikacyjne, punkty dowodzenia i magazyny, w nocy z 9 na 10 maja, siły niemieckie z grup armii Bocka i Rundstedta natarły na Francję przez granice Belgii, Holandii i Luksemburga. Osiągnięto absolutne zaskoczenie taktyczne w prawie każdym punkcie. Z ciemności wyłoniły się nagle niezliczone oddziały szturmowe, dobrze uzbrojone, nierzadko w lekką artylerię, i na długo przed nastaniem dnia 150 mil frontu stanęło w ogniu.
Holandia i Belgia, zaatakowane bez najmniejszego pretekstu czy ostrzeżenia, zwróciły się o pomoc. Holendrzy zawierzyli swojej linii wodnej; wszystkie śluzy, których wróg nie zdołał opanować lub odkryć, zostały otwarte, a holenderska straż graniczna odpierała najeźdźców ogniem. Belgom udało się zniszczyć mosty na Mozie, ale Niemcy zdobyli te nie zniszczone na Kanale Alberta.
Dla Belgii jedyną szansą obrony granic przed atakiem niemieckim był bliski sojusz z Francją i Wielką Brytanią. Linia Kanału Alberta i innych frontów wodnych była łatwa do obrony. Gdyby armie brytyjskie i francuskie, wspomagane przez armię belgijską, tuż po wypowiedzeniu wojny znalazły się na granicy Belgii we właściwym czasie, można by było z tych pozycji rozpocząć bardzo silną ofensywę przeciwko Niemcom. Ale rząd belgijski uznał, że ich bezpieczeństwo zależy od ścisłej neutralności, a ich jedyna nadzieja opierała się na wierze w dobrą wolę Niemców i poszanowanie przez nich traktatów.
Nawet po przystąpieniu Wielkiej Brytanii i Francji do wojny nie można było przekonać Belgów, aby ponownie przystąpili do starego sojuszu. Twierdzili, że będą bronić swej neutralności do ostatniej kropli krwi i usytuowali 9/10 swoich sił na granicy z Niemcami, jednocześnie zabraniając armii angielsko-francuskiej wejścia do swego kraju w celu skutecznego przygotowania obrony lub wyprzedzenia atakiem. Budowa nowych linii i rowu przeciwlotniczego przez armie brytyjskie zimą 1939 roku, z 1 armią francuską z prawej strony granicy francusko-belgijskiej, była dla nas jedynym dostępnym zabezpieczeniem.
xxxxxxxx
Jeśli więcej niż połowa armii francuskiej znajdowała się tam, gdzie umocnienia były najlepsze, czyli na Linii Maginota, a tam, gdzie były najgorsze, czyli na „Weak fortifications”, znajdowała się mniej niż połowa armii francuskiej, to kto podjął taką decyzję, która, mówiąc wprost, była sabotażem. W dalszej części Churchill sugeruje, że istniał konflikt pomiędzy generałem Gamelinem a generałem Georgesem, co uniemożliwiało sprawne dowodzenie. Jednak Francja nie była dyktaturą wojskową i władza zwierzchnia nad armią należała do władz cywilnych. Kto więc odpowiadał za taki stan? O tym Churchill nie pisze. Niezrozumiały wydaje się też opór Belgów i upieranie się przy neutralności i wiara w to, że Niemcy będą ją respektować. Wygląda na to, że oni również dostawali instrukcje z góry.
W dalszej części Churchill pisze:
Nie można zrozumieć tamtych decyzji bez uświadomienia sobie ogromnego autorytetu, jakim cieszyli się francuscy dowódcy wojskowi, i wiary każdego oficera francuskiego, że Francja rzeczywiście przewodziła i ponosiła główny ciężar strasznych walk lądowych w latach 1914-1918. Straciła milion czterysta tysięcy żołnierzy. Fochowi przyznano najwyższe dowództwo, a wielkie armie brytyjska i imperialna, składające się z 60 do 70 dywizji, zostały postawione, tak jak amerykańskie, bez zastrzeżeń pod jego rozkazy. Teraz jednak Brytyjski Korpus Ekspedycyjny liczył zaledwie 300 do 400 tysięcy żołnierzy, rozmieszczonych od baz w Hawrze i wzdłuż wybrzeża aż do granicy belgijskiej, wobec prawie 100 francuskich dywizji lub inaczej – wobec przeszło dwóch milionów Francuzów faktycznie obstawiających długi front od Belgii do Szwajcarii. Oddanie się pod dowództwo Francuzów i akceptowanie ich poglądów było w tej sytuacji czymś naturalnym. Spodziewano się, że w momencie wypowiedzenia wojny dowodzenie armiami francuską i brytyjską w warunkach polowych przejmie generał Georges, a generał Gamelin przejdzie na stanowisko doradcze we francuskiej Radzie Wojskowej. Jednak generał Gemelin, jako generalissimus, był przeciwny oddaniu władzy. Utrzymał najwyższe stanowisko. Irytujący konflikt władzy między nim a generałem Georgesem wystąpił w czasie ośmiomiesięcznego zastoju. Według mnie, generał Georges nigdy nie miał okazji stworzenia planu strategicznego w całości i na własną odpowiedzialność.
Brytyjski sztab generalny i nasze dowództwo polowe od dawna były niespokojne o tę lukę między północnym końcem linii Maginota a początkiem ufortyfikowanego frontu brytyjskiego wzdłuż granicy francusko-belgijskiej. Pan Hore-Belisha, minister wojny, podnosił tę kwestię kilka razy na forum Gabinetu Wojennego. Sprawa była przedstawiana kanałami wojskowymi. Jednak Gabinet i nasi dowódcy wojskowi czuliby się nieswojo, krytykując tych, których armie były dziesięć razy silniejsze od naszej. Francuzi uważali, że Ardeny są nie do przebycia nawet dla nowoczesnych armii. Marszałek Pétain stwierdził przed Senacką Komisją Armii: Ta strefa nie jest niebezpieczna. Sporo umocnień polowych zbudowano wzdłuż Mozy, ale czegoś takiego, jak mocna linia bunkrów i zapór przeciwczołgowych, które Brytyjczycy wykonali wzdłuż sektora belgijskiego, nie próbowano zbudować. Co więcej, 9 armia francuska generała Corapa składała się głównie z oddziałów poniżej standardu armii francuskiej. Z jej dziewięciu dywizji, dwie – to kawaleria (częściowo zmechanizowana), jedna dywizja forteczna, dwie (61 i 53) były drugorzędnej kategorii, dwie następne (22 18) gorsze od dywizji służby czynnej; jedynie dwie były dywizjami regularnej armii. Tutaj więc, od Sedanu po Hirson nad Oise, wzdłuż frontu o długości pięćdziesięciu mil nie było stałych umocnień i znajdowały się jedynie dwie dywizje zawodowych żołnierzy.
Nie można być silnym wszędzie. Często właściwe i konieczne jest utrzymywanie długich sektorów granicy lekkimi siłami osłonowymi, ale to oczywiście powinno mieć na celu jedynie włączenie większych rezerw do przeciwnatarcia, gdy zostaną rozpoznane punkty uderzenia wroga. Rozciągnięcie czterdziestu trzech dywizji, czyli połowy armii francuskiej, od Longwy do granicy szwajcarskiej – bronionej na całej długości przez forty linii Maginota lub przez szeroki, wartko płynący Ren z własnym systemem umocnień – było rozmieszczeniem rozrzutnym.
Ryzyko, jakie ponosi obrońca jest bardziej dokuczliwe od ryzyka ponoszonego przez najeźdźcę, który z założenia jest silniejszy w chwili ataku. Tam, gdzie mamy do czynienia z bardzo długimi frontami, powinno się je obsadzać silnymi, mobilnymi rezerwami, które mogą szybko wejść do bitwy. Sporo opinii zawiera pogląd, że francuskie rezerwy były niewystarczające oraz źle rozmieszczone. Przecież przełęcz za Ardenami otwierała najkrótszą drogę z Niemiec do Paryża i była przez wieki sławnym polem bitewnym. Jeżeli wróg przeszedłby tędy, armie północne zostałyby pozbawione możliwości manewru i łączność między nimi, jak również stolica byłyby narażone na niebezpieczeństwo.
Patrząc wstecz, możemy zauważyć, ze Gabinet Wojenny pana Chamberlaina, w którym brałem udział, i za którego czyny i niedociągnięcia biorę część odpowiedzialności, nie powinien powstrzymywać się od przedyskutowania spraw z Francuzami jesienią i zimą 1939 roku. Byłaby to wszakże nieprzyjemna i trudna dyskusja, ponieważ Francuzi w każdej chwili mogli powiedzieć: Czemu nie wyślecie więcej waszych oddziałów? Czy przejmiecie szerszy sektor frontu? Jeżeli jest za mało odwodów, prosimy bardzo, dostarczcie je. My zmobilizowaliśmy pięć milionów ludzi.
Popieramy waszą strategię wojny na morzu, podporządkowujemy się planom brytyjskiej Admiralicji – oczekujemy zatem odpowiedniego zaufania do armii francuskiej i do naszej historycznie potwierdzonej biegłości w sztuce wojennej na lądzie.
Pomimo wszystko powinniśmy byli przeprowadzić taką rozmowę.
Hitler i jego generałowie nie mieli większych wątpliwości co do wojskowych poglądów i ogólnych układów swoich przeciwników. Podczas jesieni i zimy niemieckie fabryki masowo produkowały czołgi, a więc linie do ich produkcji musiały być przygotowane już w czasie kryzysu monachijskiego w 1938 roku, by wydać tak obfite owoce w ciągu tych ośmiu miesięcy. Nie powstrzymywały ich wcale fizyczne trudności przejścia Ardenów. Wręcz przeciwnie, wierzyli, że nowoczesny transport mechaniczny i ogromne możliwości zorganizowanego budowania dróg zmienią ten region – do tej pory uważany za nie do przebycia – w najkrótszą, najpewniejszą i najłatwiejszą drogę wejścia do Francji i zniweczenia francuskiego planu kontrataku. Stosownie do tego niemieckie dowództwo naczelne zaplanowało swój olbrzymi najazd przez Ardeny tak, aby odciąć lewe skrzydło sprzymierzonych armii północnych u jego podstawy. Ruch ten, chociaż na dużo większą skalę, przy o innej szybkości i uzbrojeniu, był podobny do ataku Napoleona na płaskowyżu Pratzen w bitwie pod Austerlitz, gdzie odcięto odwrót armii austriacko-rosyjskiej i przełamano jej środek.
Dnia 14 maja zaczęły napływać złe wiadomości. Z początku wszystko było niejasne. O 7 wieczorem przeczytałem Gabinetowi wiadomość od pana Reynauda, stwierdzającą, że Niemcy przedarli się do Sedanu i Francuzi nie są w stanie stawiać oporu połączonym działaniom czołgów i bombowców nurkujących. Prosił o dziesięć dywizjonów samolotów bojowych do odtworzenia linii. Inne wiadomości otrzymywane przez szefów sztabu zawierały podobne informacje, a także i to, że zarówno generał Gamelin, jak i generał Georges, uważają sytuację za poważną, ponadto generał Gamelin jest zdziwiony szybkością posuwania się wroga. Faktycznie, grupa Kleista, z ogromną ilością wozów pancernych ciężkich i lekkich, rozproszyła lub rozbiła oddziały francuskie. Mogła teraz iść do przodu w tempie dotąd na wojnach nie znanym. Wszędzie tam, gdzie się spotykały armie, ciężar i wściekłość niemieckiego ataku były obezwładniające.
15 maja około godziny 7.30 rano obudzono mnie wiadomością, że dzwoni Reynaud. Mówił po angielsku i był bardzo zdenerwowany. Zostaliśmy pokonani – powiedział. Ponieważ milczałem, powtórzył raz jeszcze: Jesteśmy pokonani. Przegraliśmy bitwę. – Odparłem: – Przecież nie mogło się to stać tak szybko! A on na to: – Front jest przełamany w pobliżu Sedanu, posuwają się naprzód z ogromną ilością czołgów i pojazdów opancerzonych – powiedział coś w tym rodzaju. Wtedy stwierdziłem: – Doświadczenie uczy, że ofensywa po jakimś czasie się zakończy, przypomniałem sobie 21 marca 1918 roku. Po pięciu lub sześciu dniach muszą się zatrzymać, aby uzupełnić zaopatrzenie i wtedy następuje okazja do kontrataku. Tego dowiedziałem się wówczas od od marszałka Focha. Z pewnością było to coś, co widzieliśmy kiedyś w przeszłości i co powinno stać się teraz. Jednak premier francuski odpowiedział zdaniem, od którego zaczął, i które okazało się aż za bardzo prawdziwe: Jesteśmy pokonani: przegraliśmy bitwę. Powiedziałem mu, że jestem skłonny przyjechać i porozmawiać.
Około 3 po południu poleciałem do Paryża flamingiem, jednym z trzech rządowych samolotów pasażerskich. Polecieli ze mną: generał Dill – zastępca szefa sztabu imperialnego oraz Ismay.
To był bardzo dobry samolot latający z prędkością 160 mil na godzinę. Ponieważ nieb był uzbrojony, dostarczono eskortę, ale wlecieliśmy w chmurę deszczową i dotarliśmy na Le Bourget w niewiele ponad godzinę. Z chwilą gdy wysiedliśmy z samolotu, stało się oczywiste, że sytuacja jest nieporównywalnie gorsza od tej, którą sobie wyobrażaliśmy. Oficerowie przyjmujący nas powiedzieli generałowi Ismayowi, ze spodziewano się Niemców w Paryżu najpóźniej w ciągu kilku dni. Po wysłuchaniu informacji o sytuacji w ambasadzie, pojechałem na Quai d’Orsay, przybyłem tam o 5.30 po południu. Zaprowadzono mnie do jednej ze wspaniałych sal. Byli tam Reynaud, Daladier – minister wojny i obrony narodowej – i generał Gamelin. Wszyscy staliśmy. Przez cały czas nie usiedliśmy za stołem. Na wszystkich twarzach malowało się kompletne przygnębienie. Przed Gamelinem, na szkolnych sztalugach, rozwinięta była mapa – mniej więcej dwa jardy kwadratowe – z czarną linią pokazującą front sprzymierzonych. Na tej linii rysowało się małe, ale złowrogie wybrzuszenie pod Sedanem.
Głównodowodzący krótko wyjaśnił, co się stało. Na północy i na południu Sedanu, na linii długości około sześćdziesięciu mil przedarli się Niemcy. Przed nimi znajdowała się rozbita i rozproszona armia francuska. Ciężkie pojazdy opancerzone nacierały z niesłychana prędkością w stronę Amiens i Arras, mając wyraźnie na celu dotarcie do wybrzeża w Abbeville lub okolicach, względnie marsz na Paryż. Za czołgami jechało około 8 lub 10 niemieckich dywizji, wszystkie zmechanizowane, osłaniając swoje flanki przed rozdzielonymi armiami francuskimi. Generał mówił może pięć minut i w tym czasie nikt się nie odezwał ani słowem. Kiedy zamilkł, zapadła głęboka cisza.. Następnie zapytałem: Gdzie znajdują się odwody strategiczne? I powtórzyłem pytanie przechodząc na francuski, którego używałem swobodnie: Où est la masse de manoeuvre? Generał Gamelin zwrócił się w moją stronę, potrząsając głową i wzruszając ramionami, powiedział: – Aucune (Nie ma żadnych – przyp. W.L.).
Nastąpiła kolejna długa przerwa. Na zewnątrz w ogrodzie Quai d’Orsay unosiły się chmury dymu nad dużym ogniskiem. Z okna zobaczyłem urzędników pchających taczki pełne dokumentów. Przygotowywano już więc ewakuację Paryża. Minione doświadczenia, obok korzyści, mają też swoją ujemną stronę; niosą bowiem przekonanie, że historia nigdy się nie powtarza. Przypuszczam, że inaczej życie byłoby zbyt łatwe. Ostatecznie w przeszłości niejednokrotnie przerywano nam front i zawsze byliśmy w stanie wziąć się w garść i wyhamować uderzenie. Ale tu doszły dwa nowe czynniki, w obliczu których nigdy nie spodziewałem się stanąć. Po pierwsze – opanowanie całej okolicy i łączności przez zmasowany najazd pojazdów opancerzonych, nie dający żadnych szans na odparcie. A po drugie – żadnych odwodów strategicznych. Aucune. Odebrało mi mowę. Co mieliśmy teraz sądzić o wielkiej armii francuskiej i jej najwyższych dowódcach? Nigdy nie przyszło mi na myśl, że dowódcy mający bronić pięciusetmilowego frontu mogą nie zadbać o pozostawienie sił w odwodzie. Nikt nie może bezpiecznie bronić tak szerokiego frontu! Ale kiedy nieprzyjaciel decyduje się na główny cios, który przerywa linie, trzeba mieć zgromadzone dywizje, które pomaszerują w szybkim kontrataku natychmiast, gdy furia ofensywy utraci swą siłę.
Po co więc była linia Maginota? Mogła zaoszczędzić oddziały na długiej linii granicy, nie tylko pozwalając na lokalne kontruderzenia, ale również umożliwiając trzymanie w odwodzie dużych sił; tak właśnie powinno to wyglądać. Ale teraz nie było odwodów. Przyznaję, że była to jedna z największych niespodzianek w moim życiu. Dlaczego nie wiedziałem o tym czegoś więcej, nawet jeżeli byłem tak bardzo zajęty w Admiralicji? Dlaczego rząd brytyjski, a przede wszystkim Ministerstwo Wojny nie dowiedziało się nic na ten temat? To, że naczelne dowództwo francuskie, oprócz mglistego zarysu, nie przekazało nam ani lordowi Gortowi swoich rozporządzeń nie było żadnym usprawiedliwieniem. Mieliśmy prawo wiedzieć. Powinniśmy byli się upierać. Obie armie walczyły razem. Podszedłem do okna i do kłębiących się chmur dymu z ogniska trawiącego dokumenty państwowe Republiki Francuskiej. Ciągle jeszcze starsi panowie podjeżdżali taczkami i pracowicie wrzucali ich zawartość w płomienie.
W grupach skupionych wokół głównych postaci wywiązały się ożywione rozmowy, z których pan Reynaud opublikował szczegółowe sprawozdanie. Ja jestem w nim opisany jako ten, który przeciwstawiał się wycofaniu armii północnych i twierdził, że wręcz przeciwnie – powinny one kontratakować. Oczywiście, byłem w takim nastroju. Ale nie miałem żadnej przemyślanej opinii militarnej.
Trzeba pamiętać, że było to pierwsze uświadomienie sobie ogromu klęski, widocznej rozpaczy Francuzów. To nie my kierowaliśmy operacją, a nasza armia, stanowiąca jedną dziesiątą sił, służyła pod dowództwem francuskim. Ja i towarzyszący mi oficerowie brytyjscy byliśmy zdumieni ewidentnym przekonaniem francuskiego głównodowodzącego i najważniejszych ministrów, że już wszystko stracone. We wszystkim co mówiłem, reagowałem gwałtownie przeciwko temu. Jednak nie ma wątpliwości, że mieli całkowitą racje, i że jak najszybsze wycofanie się na południe było konieczne. Wkrótce stało się to jasnym dla wszystkich.
Po jakimś czasie generał Gamelin znowu zaczął mówić. Zastanawiał się, czy teraz powinno się zebrać siły do uderzenia na te „wybrzuszenia” – jak nazywaliśmy potem takie sytuacje. Osiem czy dziewięć dywizji wycofano by ze spokojnych części frontu, linii Maginota. Można by było użyć dwóch albo trzech dywizji pancernych, które nie brały jeszcze udziału w walkach, a osiem lub dziewięć sprowadzić z Afryki. Miałyby przybyć do strefy bitwy w ciągu dwóch lub trzech tygodni. Generał Giraud zostanie mianowany mianowany dowódcą armii francuskiej, na północ od przerwanego frontu. Niemcy będą nacierać odtąd przez korytarz między dwoma frontami, w którym może być prowadzona wojna w stylu lat 1917 i 1918. Może Niemcy nie będą mogli utrzymać tego korytarza z jego ciągle zwiększającymi się osłonami, przy jednoczesnym zaopatrywaniu swojego oddziału pancernego. Taki wydawał się sens tego, co mówił Gamelin, wszystko brzmiało całkiem rozsądnie. Czułem jednak, że nie przekonuje tej małej, lecz wpływowej i odpowiedzialnej grupy. Po chwili zapytałem generała Gamelina, kiedy i gdzie proponuje zaatakować flanki wybrzuszenia. Jego odpowiedź brzmiała: Mniejsza liczebność, słabsze uzbrojenie, gorsza taktyka – i bezradnie wzruszył ramionami. Nie było żadnej dyskusji, bo nie było takiej potrzeby. A w ogóle, to gdzie my, Brytyjczycy, byliśmy z naszym maleńkim udziałem? 10 dywizji po ośmiu miesiącach wojny i ani jednej, nowoczesnej dywizji czołgów w akcji.
Ostatni raz wtedy widziałem generała Gamelina. Był patriotą, osobą o najlepszych intencjach i wysokich kwalifikacjach, i bez wątpienia sam ma na ten temat wiele do opowiedzenia.
Jego książka zatytułowana Servir (Służyć – przyp. W.L.) rzuca jednak niewiele światła na jego własne postępowanie i na bieg wojny w ogóle (przyp. oryg.).
xxxxxxxx
Sytuacja wygadała tak, że Niemcy mieli 126 dywizji i 10 pancernych, Francja -135. A więc siły były mniej więcej wyrównane. 51 dywizji francuskich i brytyjskich z niewielką pomocą Belgów i Holendrów musiało walczyć z ponad 70 dywizjami niemieckimi. Grupa 5 dywizji pancernych i 3 zmotoryzowanych została skierowana przez Ardeny na Sedan i Montherme. A tam od Sedanu po Hirson nad Oise, wzdłuż frontu o długości 50 mil znajdowały się jedynie dwie dywizje regularnej armii francuskiej, a reszta nie przedstawiała pełnej wartości bojowej. I nie było tam odwodów strategicznych. 43 dywizje francuskie z odwodami stały na linii Maginota, a po drugiej stronie było tylko 17 dywizji niemieckich. Niemcy zaatakowali od strony Holandii i Belgii i przez Ardeny.
Sądząc po tym, można by uznać, że francuska kadra oficerska, to dyletanci i amatorzy. To jednak byłby bardzo naiwny osąd. Wszak Francja miała swoją aferę Dreyfusa. Wygląda więc na to, że w 1939 i 1940 roku tych Dreyfusów było więcej. Ci wysocy rangą oficerowie nie wykazywali najmniejszej woli walki i przełamanie frontu w Ardenach uznali za katastrofę a nawet klęskę. A przecież to marszałek Foch mówił, że ofensywa po jakimś czasie się skończy. Po pięciu lub sześciu dniach muszą się zatrzymać, aby uzupełnić zaopatrzenie i wtedy następuje okazja do kontrataku. Trudno sobie wyobrazić, by ci oficerowie o tym nie wiedzieli.
To nie pierwszy raz, gdy linia frontu w pewnym miejscu zostaje pozbawiona odwodów strategicznych. Musiał również o tym wiedzieć generał Weygand. W blogu „Wojna 1920 roku”:
„W dniu 4 lipca 1920 roku północny front polski znajdował się w takiej pozycji:
Na odcinku od Dźwiny do górnej Berezyny stała 1-sza armia generała Zegadłowicza. Odcinek średniej Berezyny zajmowała armia generała Szeptyckiego. Odcinek od Ptycza do Prypeci – Grupa Poleska płk. Sikorskiego. Wojska te były rozciągnięte w cienką linię osłonową. Dywizje zajmowały po kilkadziesiąt kilometrów w linii prostej, bez odwodów, rezerw, i w żadnym punkcie nie były zdolne do stawienia oporu większym siłom, ani tym bardziej do przeciwnatarcia. Na to niebezpieczeństwo próbowali wielokrotnie zwracać uwagę naczelnego dowództwa zarówno wojskowi jak i wpływowe w państwie osoby cywilne. Nie odniosło to jednak skutku, gdyż Piłsudski nie znosił, by ktokolwiek wtrącał się do jego decyzji. Takie ugrupowanie wojsk utrzymywano w dalszym ciągu, pomimo niekorzystnej sytuacji po klęsce Denikina, pomimo niepokojących informacji, że sowiecka koncentracja na północy nadal trwa.
O świcie 4 lipca, Tuchaczewski, dowódca północno-zachodniego frontu, rzucił na cienki polski kordon 4 armie i jedną samodzielną grupę wojsk. Po stronie polskiej były dwie armie i Grupa Poleska. Już po paru godzinach front polski zostaje przełamany jednocześnie w kilku miejscach. Było to możliwe poprzez koncentrację na poszczególnych odcinkach grup uderzeniowych. Wojska polskie zaskoczone tak gwałtownym uderzeniem, nie rozporządzając rezerwami, nie były w stanie wykonać kontrmanewru – rozpoczęły odwrót na całej linii. Miejscami odwrót stawał się odwrotem bezładnym, czasem przeobrażał się w ucieczkę. Rozwój sytuacji zwiastował katastrofę.”
Takie rzeczy nie dzieją się przypadkiem i nie są wynikiem niewiedzy czy dyletanctwa. Wojny toczą się pod dyktando nieznanych przełożonych i to oni decydują, kto ma być zwycięzcą, a kto – pokonanym. Francja miała być pokonana i tak się stało. I oni uznali też, że Hitler nie może pokonać Anglii i dlatego kazali mu ją atakować z powietrza, co było z góry skazane na porażkę. A była inna, bardziej realna szansa jej pokonania. Admirał Raeder z uporem przedstawiał Hitlerowi działania w basenie Morza Śródziemnego i na przyległych terenach Afryki Północnej oraz Bliskiego Wschodu. Tu jest – argumentował Raeder – najbardziej newralgiczny punkt Imperium Brytyjskiego, słabe ogniwo, przeciwko któremu Niemcy powinny skoncentrować wszystkie swoje siły. Chyba nie wiedział on, że Hitler był narzędziem w rękach tych, którzy sprawowali prawdziwą władzę. Było to wyraźnie widać w czasie wojny ze Związkiem Radzieckim. Hitler mógł łatwo ją wygrać, ale nie taki był cel tej wojny, podobnie jak całej wojny. Chodziło o to, by trwała jak najdłużej, by ofiar było jak najwięcej i żeby po niej dokonać rewolucyjnych wręcz zmian, co bez tej wojny nie było by możliwe. I dlatego wojna na Ukrainie musi trwać. The show must go on.
Churchill dobrze opisał bitwę o Francję. Nie napisał tylko tego, co najważniejsze, to znaczy tego, kto był odpowiedzialny za to, co się wtedy wydarzyło. Kto podjął decyzję o takim, a nie innym rozmieszczeniu wojsk francuskich na granicy z Niemcami i Belgią? Kto podejmował decyzje w trakcie bitwy? Brak takiej informacji to też informacja, że jednak istnieje jakaś zwierzchnia, nieznana siła, jacyś ludzie, którzy tym wszystkim kierują.
Wszyscy wiemy, jak zaczęła się II wojna światowa i jak Francja i Anglia „wywiązały się” ze swoich sojuszniczych zobowiązań wobec Polski. Dlaczego tak się stało i kto był winien? To wszystko tłumaczył Winston Churchill w swojej książce Druga wojna światowa (polskie wydanie 1994-96). Warto, jak sądzę, zapoznać się z jego argumentacją, bo w polityce pewne zasady i postępowanie silniejszych wobec słabszych jest niezmienne i wypada o tym pamiętać, zwłaszcza dziś, gdy toczy się wojna na Ukrainie, a Polska występuje tu w roli słabszego, wasala Stanów Zjednoczonych, które, gdy zajdzie taka potrzeba, poświęcą go w imię własnych interesów. Poniżej wybrane fragmenty z dzieła Churchilla z rozdziału Polska pokonana:
Świat nie posiadał się ze zdziwienia, gdy po miażdżącym ataku Hitlera na Polskę i wypowiedzeniu Niemcom wojny przez Francję i Wielką Brytanię zapanowała długa i dręcząca cisza. Pan Chamberlain w prywatnym liście (opublikowanym przez jego biografa) tę fazę określił mianem „Nierealnej Wojny”, a ja – w uznaniu trafności tych słów – przyjąłem je za tytuł tej księgi. Wojska francuskie nie zaatakowały Niemiec. Po przeprowadzeniu mobilizacji trwały one w bezruchu na całej długości frontu. Niemcy nie rozpoczęli żadnych działań powietrznych (z wyjątkiem rozpoznawczych) przeciwko Wielkiej Brytanii; to samo dotyczyło zresztą Francji. Rząd francuski poprosił nas o powstrzymanie się od ataków lotniczych na Niemcy, gdyż mogłoby to, jego zdaniem, sprowokować akcję odwetową przeciwko francuskim fabrykom zbrojeniowym, które nie miały odpowiedniej ochrony. Działania nasze ograniczyły się do zrzucenia ulotek w celu zwrócenia uwagi na etyczno-moralne konsekwencje ich poczynań. Ten etap wojny na morzu i w powietrzu stanowił dla wszystkich prawdziwe zaskoczenie. Francja i Wielka Brytania z niewzruszonym spokojem obserwowały, jak cała potęga niemieckiej maszyny w ciągu kilku tygodni niszczy i podporządkowuje sobie Polskę. Doprawdy Hitler nie miał na co narzekać.
Liczebnością i sprzętem armia polska nie mogła się równać ze swoim przeciwnikiem, na domiar złego przyjęta przez nią taktyka pozostawiała wiele do życzenia. Oddziały polskie zostały rozciągnięte wzdłuż linii granicznej.
Dopisek wydawcy: Wprowadzenie większości sił wojskowych od razu do bitwy granicznej, w razie ataku niemieckiego, miało stanowić dowód uznania przez Polskę zagrożenia jej niepodległości (gwarancje miały obowiązywać, gdyby była zagrożona niepodległość Polski, a nie jej integralność terytorialna w przypadku zajęcia części terytorium państwa, np. Korytarza – przyp. W.L.) i tym samym zmuszenia Wielkiej Brytanii i Francji do natychmiastowego wypełnienia zobowiązań sojuszniczych wobec Rzeczypospolitej. Dopiero niespodziewana, szybka kapitulacja Francji w czerwcu 1940 roku wykazała niesłuszność formułowanych na Zachodzie krytycznych opinii o walce Polaków we wrześniu 1939 przeciwko agresji niemieckiej.
Nie istniała żadna centralna rezerwa, Polacy reagujący dumnie i wyniośle na niemieckie zakusy terytorialne obawiali się jednocześnie, że jeśli zdecydują się na zmobilizowanie swoich sił przeciwko rosnącym masom nieprzyjaciela i uczynią to odpowiednio wcześnie, zostanie im to poczytane za prowokację.
Dopisek wydawcy: Polska ogłosiła mobilizację powszechną 29 sierpnia 1939 (mobilizacja częściowa, imienna już trwała). Niestety, postawa sojuszników – brytyjskiego i francuskiego – opóźniła jej realizację. Wskutek interwencji W. Brytanii i Francji wykonanie dekretu o mobilizacji odroczono do 30 sierpnia (plakaty informujące o mobilizacji już pojawiły się w miejscach publicznych). W Paryżu i Londynie łudzono się, że wojna nie była jeszcze nieunikniona, nie chciano więc „prowokować” Hitlera.
30 dywizji, czyli tylko dwie trzecie ich armii czynnej, byłoby gotowych lub prawie gotowych na przyjęcie pierwszego ciosu. Jednakże tempo wydarzeń, jak również błyskawiczne działania niemieckich sił powietrznych uniemożliwiły reszcie zajęcie pozycji wyjściowych w odpowiednim czasie, tak że w rezultacie wzięły one udział dopiero w końcowych zmaganiach. Tak więc 30 polskich dywizji, nie posiadających żadnego zaplecza, musiało stawić czoło prawie 60 dywizjom wroga rozciągniętym na długiej linii.
Teraz przyszła kolej na Sowietów. Do głosu doszło to, co teraz nazywają oni „demokracją”. 17 września rosyjskie wojska przelały się przez wschodnią granicę Polski, praktycznie nie bronioną i ruszyły na zachód szerokim frontem. 18 września zajęły Wilno, a następnie spotkały się ze swymi niemieckimi wspólnikami w Brześciu Litewskim. Tutaj, w czasie poprzedniej wojny, bolszewicy – łamiąc wszystkie najuroczystsze porozumienia z zachodnimi aliantami – podpisali separatystyczny pokój z cesarskimi Niemcami, uginając się pod ich surowymi warunkami.
Wojska sowieckie kontynuowały ofensywę aż do linii ustalonej z Hitlerem, a 29 września nastąpiło oficjalne podpisanie traktatu rosyjsko-niemieckiego, który sankcjonował rozbiór Polski. W dalszym ciągu wierzyłem niezachwianie w istnienie głębokiej, nieprzejednanej sprzeczności między Rosją a Niemcami i cały czas chwytałem się nadziei, ze bieg wydarzeń sprawi, iż Sowieci przejdą na naszą stronę. W związku z tym postanowiłem nie dawać wyrazu oburzeniu wywołanemu bezwzględną, brutalną polityką Sowietów; oburzeniu, które dało się wyczuć w całym Gabinecie Wojennym. Nigdy nie miałem w stosunku do nich żadnych złudzeń. Wiedziałem, że nie uznają żadnych zasad moralnych i myślą wyłącznie o własnych interesach. Lecz przynajmniej niczego nie byli nam winni. W czasie śmiertelnych zmagań uczucia takie jak gniew należy opanować i podporządkować je nadrzędnemu celowi, którym jest pokonanie głównego nieprzyjaciela. Postanowiłem znaleźć najlepsze wytłumaczenie dla ich odrażającego zachowania. W związku z tym w piśmie sporządzonym dla Gabinetu Wojennego w dniu 25 września, użyłem niezwykle spokojnych i wyważonych słów.
xxxxxxxx
W rozdziale Front we Francji Churchill pisze:
Trudno wprost ocenić przewagę, jaką rząd nie skrępowany żadnymi traktatami ani zobowiązaniami posiada nad państwami, które rozpoczynają działania wojenne w momencie, gdy zbrodniarz wymierza pierwszy cios i dopiero wówczas zaczynają opracowywać plany działania. Jest ona doprawdy ogromna. Z drugiej jednak strony, jeżeli agresor nie odniesie całkowitego i ostatecznego zwycięstwa, musi brać pod uwagę to, że pewnego dnia dojdzie do rozliczenia. Hitler, którego nic nie było w stanie powstrzymać (z wyjątkiem przeważających sił przeciwnika), mógł uderzyć w dowolnym miejscu i o dowolnym czasie; w przeciwieństwie do niego obydwa państwa zachodnie nie mogły pogwałcić neutralności Belgii. Pozostawało im tylko czekać, aż Belgowie sami poproszą o pomoc, a było niemal pewnym, że uczynią to, gdy będzie już za późno. Oczywiście, gdyby polityka Wielkiej Brytanii i Francji w ciągu ostatnich pięciu lat poprzedzających wybuch wojny była odważna, zdecydowana, zgodna z ustaleniami traktatowymi i zatwierdzona przez Ligę Narodów, niewykluczone, że Belgia przyłączyłaby się do swoich dawnych sprzymierzeńców i pozwoliłaby na stworzenie wspólnego frontu. Odbyłoby się to z korzyścią dla wspólnego bezpieczeństwa i być może pozwoliłoby uniknąć wielu katastrof, które nas czekały.
W okresie niepewności i ugłaskiwania agresora Belgia zdecydowała się na neutralność, dumnie utwierdzając się w przekonaniu, że zdoła utrzymać niemieckiego najeźdźcę na swej ufortyfikowanej granicy do czasu, aż wojska brytyjskie i francuskie przyjdą jej w sukurs.
Mapa Belgii; źródło: Wikipedia.
Żadnej innej granicy nie poświęcono nigdy tyle uwagi, co granicy biegnącej przez Niderlandy, pomiędzy Francją a Niemcami. Wszyscy generałowie i wszystkie akademie wojskowe badają niestrudzenie, w świetle ostatniej kampanii, każdy skrawek gruntu w tym rejonie, każde wzniesienie i każdą drogę wodną. W tym okresie istniały dwie linie, do których sprzymierzeni mogli się zbliżyć, gdyby Belgia została zaatakowana przez Niemcy, a oni zdecydowali się przyjść jej z pomocą, lub które mogli zająć zgodnie ze szczegółowo opracowanym i ściśle tajnym planem (rzecz jasna tylko i wyłącznie na prośbę Belgów). Pierwszą z tych linii była tzw. linia Scheldt (linia Skaldy – przyp. W.L.). Można ją było osiągnąć po niedługim marszu od granicy francuskiej i nie wiązało się to z żadnym większym ryzykiem. W najgorszym wypadku moglibyśmy ją utrzymać jako „fałszywy front”. W najlepszym – rozbudowalibyśmy ją, gdyby wymagał tego rozwój wydarzeń. Druga linia była znacznie ambitniejsza. Biegła wzdłuż Mozy przez Givet, Dinant, Namur i Louvain do Antwerpii. Gdyby aliantom udało się zająć tę linię i utrzymać ją w ciężkich walkach, zablokowałoby to w dużym stopniu prawy cios atakującego nieprzyjaciela, a gdyby jego wojsko okazało się słabsze, starcie stałoby się doskonałym wstępem do wkroczenia na terytorium Niemiec i opanowania kluczowego ośrodka niemieckiej produkcji zbrojeniowej w Zagłębiu Ruhry.
Ponieważ ofensywa przez terytorium Belgii bez zgody Belgii była wykluczona ze względu na zasady międzynarodowej moralności, pozostawała jedynie droga od granicy francusko-niemieckiej. Atak, który zgodnie z planem miał pójść na wschód wzdłuż Renu oraz na północ i południe do Strasburga, skierował się w stronę Szwarcwaldu, który, podobnie jak Ardeny, uważany był w owym czasie za nie najlepsze miejsce do działań ofensywnych. Jednakże istniał jeszcze problem ofensywy z frontu Strasburg-Metz, na północny wschód w kierunku Palatynatu. W wyniku takiej ofensywy, której prawe skrzydło biegłoby wzdłuż Renu, udałoby się prawdopodobnie zdobyć kontrolę nad tą rzeką, aż do najdalej na północ wysuniętych punktów jak Koblencja czy Kolonia. Tym samym wkroczylibyśmy na obszar nadający się do prowadzenia działań bojowych. Wszystkie te możliwości wraz z ich rozlicznymi wariantami, były od wielu lat częścią gier wojennych na uczelniach sztabowych Europy Zachodniej. Tutaj jednak pojawiła się linia Zygfryda z jej potężnymi betonowymi bunkrami wspierającymi się wzajemnie i otoczonymi ogromną ilością drutu kolczastego – przeszkoda, której we wrześniu 1939 bynajmniej nie można było lekceważyć. Najwcześniejszą datą, gdy Francuzi mogliby przypuścić poważny atak był koniec trzeciego tygodnia września. Lecz do tej pory kampania polska dobiegła końca. W połowie października na froncie zachodnim Niemcy posiadali 70 dywizji. Krótkotrwała przewaga liczebna Francuzów stawała się przeszłością. Francuska ofensywa z granicy wschodniej ogołociłaby znacznie dla nich istotniejszy front północny. Nawet gdyby wojska francuskie odniosły początkowo sukces, mniej więcej po miesiącu miałyby ogromne trudności z utrzymaniem owoców swoich podbojów na wschodzie i byłyby całkowicie wystawione na niemieckie kontruderzenie na północy.
Oto właśnie odpowiedź na pytanie: „Dlaczego pozostawaliśmy biernymi obserwatorami do czasu, aż Polska została zniszczona?” Ta bitwa została przegrana kilka lat wcześniej. Szansa zwycięstwa istniała w r. 1938, kiedy Czechosłowacja była państwem niepodległym. W r. 1936 nie natrafilibyśmy na żaden poważniejszy opór. A w r. 1933 zwykły reskrypt z Genewy wystarczyłby, żeby Niemcy zastosowały się do przedstawionych im żądań. Nie można obwiniać tylko generała Gamelina, że w r. 1939 nie przyjął ryzyka, które niepomiernie wzrosło od czasu ostatniego kryzysu, kiedy to ani rząd francuski, ani brytyjski nie zdecydowały się na przedsięwzięcie konkretnych kroków.
xxxxxxxx
Tak więc wszystkiemu była winna Belgia, która upierała się przy swojej neutralności, a Francja i Wielka Brytania nie mogły pogwałcić tej neutralności i nie zamierzały zaatakować Niemiec od strony Belgii i Holandii i to w sytuacji, gdy większość niemieckich dywizji znajdowała się na froncie wschodnim.
Trudno wprost ocenić przewagę, jaką rząd nie skrępowany żadnymi traktatami ani zobowiązaniami posiada nad państwami, które rozpoczynają działania wojenne w momencie, gdy zbrodniarz wymierza pierwszy cios i dopiero wówczas zaczynają opracowywać plany działania. – pisze Churchill. Neutralność Belgii to oczywiście te traktaty i zobowiązania, ale gwarancje dla Polski to już nie były traktaty i zobowiązania. Trudno chyba sobie wyobrazić większą obłudę. Ale to tylko pokazuje, że dla Zachodu państwa Europy środkowej i wschodniej to państwa niższej kategorii, które można wykorzystywać instrumentalnie i poświęcać je bez skrupułów, jeśli zajdzie taka potrzeba. Francja poprosiła Wielką Brytanię, by ta nie bombardowała celów w Niemczech w obawie odwetu. A Polska? A co tam Polska! Niech ginie! Inna sprawa, że ta neutralność Belgii to był tylko pretekst, by nic nie robić. Przecież po napaści Hitlera na Polskę tylko ktoś bardzo naiwny mógł wierzyć, że Hitler będzie respektował jakieś traktaty czy umowy międzynarodowe.
Tutaj jednak pojawiła się linia Zygfryda z jej potężnymi betonowymi bunkrami wspierającymi się wzajemnie i otoczonymi ogromną ilością drutu kolczastego – przeszkoda, której we wrześniu 1939 bynajmniej nie można było lekceważyć. – Skoro były trudności nie do pokonania, to rodzi się pytanie: to po co były te gwarancje? Takiego pytania Churchill sobie nie zadał, a więc tym bardziej nie mógł na nie odpowiedzieć. W końcu stwierdził, że Francja mogła ruszyć dopiero w trzecim tygodniu września, ale w tym czasie Polska była już pokonana. No była, ale gdyby nie agresja Związku Radzieckiego 17 września, to jeszcze nie byłaby pokonana. Więc jego cały wywód, to jedna wielka obłuda i zakłamanie. Churchill to była wyjątkowa kanalia.
Jest rzeczą oczywistą, że gdyby Francja, mająca przewagę nad Niemcami w wojskach lądowych, a Anglia ze swoim lotnictwem, skoordynowały swoje działania i zaatakowały Niemcy zaraz po wypowiedzeniu im wojny 3 września, to ta wojna skończyłaby się szybciej, niż zaczęła. Ale tak nie mogło być, a nasze oskarżenia wobec tych krajów i ich polityków są niesłuszne. Taka postawa świadczyła tylko o tym, że te państwa i ich politycy wykonywali polecenia swoich nieznanych przełożonych. Przecież ci ludzie nie byli idiotami i doskonale zdawali sobie sprawę z tego, co należało czynić. Podobnie Hitler. On też wiedział, że może zaatakować Polskę i że nikt jej nie pomoże. II wojna światowa, tak jak wszelkie wojny i konflikty, była od początku do końca wyreżyserowana. To samo zresztą dzieje się obecnie na Ukrainie. Ta wojna również toczy się według ściśle określonego planu, którego my oczywiście nie znamy.
Nie można obwiniać tylko generała Gamelina , że w r. 1939 nie przyjął ryzyka, które niepomiernie wzrosło od czasu ostatniego kryzysu, kiedy to ani rząd francuski, ani brytyjski nie zdecydowały się na przedsięwzięcie konkretnych kroków. – A więc nie było winnego. Generał Gamelin nie podjął zdecydowanych kroków, bo nie podjął ich rząd francuski, do którego należała władza zwierzchnia nad armią, bo chyba Francja nie była wtedy dyktaturą wojskową. Rząd belgijski twardo obstawał, wbrew zdrowemu rozsądkowi, za neutralnością. Biernym pozostał też rząd angielski. Nie było więc nikogo, kto miałby odmienne zdanie i głośno je artykułował. Wszyscy, jak na komendę, postępowali zgodnie z interesem Hitlera. Najwyraźniej instrukcje płynęły z góry.
Dziś znowu sytuacja się powtarza i Anglosasi, żydowska pałka do dyscyplinowania pozostałych narodów, świadomie wpychają Polskę do wojny i znowu traktują ją jak instrument, narzędzie, które po wykorzystaniu nadaje się tylko do wyrzucenia. Takie wnioski płyną z historii i dlatego tak się ją zniekształca, zakłamuje, a naszych dawnych i obecnych „sojuszników” i ich postawę wobec Polski w czasie II wojny światowej – wybiela.
Propaganda to jeden z najważniejszych, jeśli nie najważniejszy instrument, który wykorzystuje państwo prowadzące wojnę lub przygotowujące się do uczestnictwa w niej. Wiele wskazuje na to, że Polska, jako państwo, przygotowuje się do udziału w wojnie na Ukrainie. I w związku z tym rząd „polski” wmawia Polakom, że Rosja szykuje się do napaści na Polskę i że mamy obowiązek pomagać Ukrainie, bo tak naprawdę to jest to pomoc w obronie własnej. W tej propagandzie polskim mediom pomagają media brytyjskie. Jak wiadomo Wielka Brytania jest od dawna naszym „wypróbowanym” przyjacielem, a były jej premier, Boris Johnson, podczas swojej wizyty w Warszawie parę miesięcy temu powiedział nawet, że Polska w trudnych sytuacjach zawsze może liczyć na Wielką Brytanię. Zawsze – to może liczyć na brytyjskie media „polski” rząd i jego propaganda.
Polska, w odpowiedzi na zagrożenie ze strony Rosji, kupuje nowoczesny sprzęt wojskowy – pisze w sobotę “Daily Telegraph”. W ten sposób, jak zwraca uwagę brytyjski dziennik, realizuje ona projekt stworzenia najsilniejszej armii w Europie.
Jako oficer artylerii jestem podekscytowany nowym sprzętem. Mieliśmy dużo starej artylerii, ale teraz mamy bardzo nowoczesną broń – mówi gazecie kapitan Marek Adamiak z 11. Mazurskiego Pułku Artylerii, który w połowie grudnia otrzymał 24 samobieżne haubice K9 produkcji południowokoreańskiej o zasięgu ponad 50 km, co znacznie zwiększa możliwości na polu walki.
Ale jak zaznacza “Daily Telegraph”, 24 haubice “to tylko wierzchołek ogromnego programu wydatków obronnych Polski”, bo w związku z toczącą się w Ukrainie wojną i obawami, że Polska sama może pewnego dnia znaleźć się na celowniku Kremla, polski rząd jest zdeterminowany, by zbroić kraj – i to szybko. Zwraca uwagę, że w tym roku wydatki Polski na obronność sięgną 4 proc. PKB, co oznacza poziom dwukrotnie wyższy niż wymagane przez NATO minimum i najwięcej w przeliczeniu na osobę z całego Sojuszu.
“Daily Telegraph”: Polska była świadoma zagrożenia jeszcze przed wojną w Ukrainie
Dziennik wskazuje, że niektóre z umów na nowy sprzęt pochodzą sprzed wojny w Ukrainie, kiedy to Polska, świadoma już rosyjskiego zagrożenia, rozpoczęła reorganizację swoich sił zbrojnych wyposażonych w sprzęt wojskowy z czasów sowieckich. Inwazja Władimira Putina na Ukrainę przyspieszyła i zintensyfikowała ten proces.
“Nikt nie może wątpić w ambicje Polski” – podkreśla “Daily Telegraph”, wyliczając, że złożyła zamówienia na 1000 czołgów podstawowych K2 z Korei Południowej i 250 czołgów M1A2 SEPv3 Abrams z USA, dzięki czemu będzie miała najwięcej czołgów w Europie; artylerię wzmocni 600 K9, 18 wyrzutni HIMARS z 9000 rakiet oraz 288 systemów K239 Chunmoo MRL z Korei Południowej. Ponad 1000 wyprodukowanych w Polsce bojowych wozów piechoty Borsuk będzie do dyspozycji polskich żołnierzy, a ich osłonę powietrzną zapewni 96 śmigłowców AH-64E Apache kupionych od USA oraz 48 samolotów bojowych FA-50 zamówionych obecnie w Korei Południowej. Do tego dochodzi jeszcze plan podniesienia liczebności sił zbrojnych do 300 tys. osób, co uczyniłoby je największymi w Europie na zachód od Ukrainy, odnotowuje “Daily Telegraph”.
Wymieniamy nasz sprzęt bardzo, bardzo szybko. To naprawdę jest rewolucja, a nie ewolucja – mówi kapitan Adamiak.
“Tegoroczny budżet obronny Polski będzie rekordowy”
Ale jak zauważa “Daily Telegraph”, mimo tego, iż Polska cieszyła się przez lata wzrostem gospodarczym i przewiduje się, że w tym roku PKB nadal będzie rósł, pomimo gospodarczych konsekwencji wojny w Ukrainie, to koszt wydatków na obronę będzie znaczny. Wskazuje, że tegoroczny budżet obronny Polski wyniesie rekordowe 97 mld złotych, a do 2035 r. planuje wydać na uzbrojenie 458 mld złotych.
Dziennik przypomina, że Komisja Europejska nadal odmawia Polsce pieniędzy z unijnego funduszu odbudowy po pandemii ze względu na trwający spór o praworządność, za to w zeszłym roku amerykański Kongres, aby pomóc Polsce, zatwierdził przeznaczenie 288,6 mln dolarów na “odstraszanie i obronę” przed zwiększonym zagrożeniem ze strony Rosji. Ale gazeta wskazuje, ze przy inflacji wynoszącej 17 proc. budżet obronny może stać się trudny do zrealizowania.
Obawiam się, że wszystkie te wydatki mogą wydrenować budżet, jeśli nie będą odpowiednio zarządzane. Społeczeństwo może nie być świadome, że być może będą musiały nastąpić cięcia w pewnych projektach cywilnych – powiedziała Magdalena Jakubowska, ekspertka ds. obronności i wiceprezes Visegrad Insight, ośrodka zajmującego się polityką Europy Środkowej. Ale jak dodaje, “w obliczu wojny, która być może jest tuż za rogiem, Polacy zdają sobie sprawę, że trzeba poświęcić się, by zadbać o interes narodowy”.
“Daily Telegraph” dodaje, że pomimo głębokich i często gorzkich podziałów politycznych w Polsce widać, iż w sprawie zwiększenia wydatków na obronność utrzymuje się ponadpartyjna zgoda. Dodaje, że obronność i to, kto najlepiej potrafi bronić kraju, będzie jednym z głównych tematów w kampanii przed jesiennymi wyborami do parlamentu.
xxxxxxxx
Mamy więc do czynienia z bardzo niebezpieczną sytuacją i militaryzowaniem Polski na potęgę. Daily Telegraph zwraca uwagę, że w tym roku wydatki Polski na obronność sięgną 4 proc. PKB, co oznacza poziom dwukrotnie wyższy niż wymagane przez NATO minimum i najwięcej w przeliczeniu na osobę z całego Sojuszu.
Dziennik wskazuje, że niektóre z umów na nowy sprzęt pochodzą sprzed wojny w Ukrainie, kiedy to Polska, świadoma już rosyjskiego zagrożenia, rozpoczęła reorganizację swoich sił zbrojnych wyposażonych w sprzęt wojskowy z czasów sowieckich. – Czyli że wojnę tę zaplanowano znacznie wcześniej niż nam się wydaje.
Do tego dochodzi jeszcze plan podniesienia liczebności sił zbrojnych do 300 tys. osób, co uczyniłoby je największymi w Europie na zachód od Ukrainy, odnotowuje “Daily Telegraph”. – To już nawet nie wymaga komentarza. Planują zrobić z Polaków mięso armatnie. Chyba większość ludzi w Polsce nie zdaje sobie sprawy, co to oznacza.
Daily Telegraph wskazuje, że tegoroczny budżet obronny Polski wyniesie rekordowe 97 mld złotych, a do 2035 r. planuje wydać na uzbrojenie 458 mld złotych.
Natomiast prezydent 2 lutego podpisał ustawę budżetową na 2023 r. Zaplanowane dochody budżetu państwa wyniosą 604,5 mld zł, wydatki – 672,5 mld zł, a deficyt około 68 mld zł. 16% budżetu państwa na zbrojenia? To jakiś koszmar.
Obawiam się, że wszystkie te wydatki mogą wydrenować budżet, jeśli nie będą odpowiednio zarządzane. Społeczeństwo może nie być świadome, że być może będą musiały nastąpić cięcia w pewnych projektach cywilnych – powiedziała Magdalena Jakubowska, ekspertka ds. obronności i wiceprezes Visegrad Insight, ośrodka zajmującego się polityką Europy Środkowej. Ale jak dodaje, “w obliczu wojny, która być może jest tuż za rogiem, Polacy zdają sobie sprawę, że trzeba poświęcić się, by zadbać o interes narodowy”. – A jak będą odpowiednio zarządzane, to nie wydrenują? I Polacy mają się poświęcić, by zadbać o interes narodowy. Tylko którego narodu?
“Daily Telegraph” dodaje, że pomimo głębokich i często gorzkich podziałów politycznych w Polsce widać, iż w sprawie zwiększenia wydatków na obronność utrzymuje się ponadpartyjna zgoda. – Oznacza to, że wszystkie partie i jej liderzy mają tego samego suwerena i w podskokach wykonują jego polecenia. Ci, którzy krzyczą, że to nie nasza wojna, lub że tylko dobrobyt i pokój, też mają tego samego nieznanego przełożonego.
xxxxxxxx
Propaganda dotyczy nie tylko spraw bieżących, ale również historii, którą próbuje się przedstawić w świetle korzystnym dla naszych „sprawdzonych” sojuszników. Na kanale Powojnie pojawił się film zatytułowany Tajny plan ataku zachodnich aliantów na Związek Radziecki. Churchill chce uwolnić Polskę.
W opisie do tego odcinka prowadzący pisze:
Hej, w tym odcinku serii Powojnie wracam do 1945 roku i planu, który opracowali brytyjscy analitycy w związku z prośbą Winstona Churchilla. Premier Wielkiej Brytanii chciał tuż po pokonaniu III Rzeszy przystąpić do ataku na Związek Radziecki. W ten sposób uratowana zostałaby Polska, która po ustaleniach w Jałcie weszła do strefy wpływów ZSRR.
Brytyjczycy opracowali kilka możliwych wersji wydarzeń i nakreślili scenariusz przyszłego konfliktu. Dokumenty związane z operacją “Nie do pomyślenia” zostały odtajnione dopiero w 1998 roku.
W pewnym momencie prowadzący mówi:
Do pierwszego uderzenia miało dojść w okolicach Drezna. Celem operacji „Nie do pomyślenia” było narzucenie ZSRR woli USA oraz Wielkiej Brytanii w kwestii Polski, która miałaby w ten sposób być wyrwana z sowieckiej strefy wpływów. Analitycy zakładali dwa warianty: długotrwałego konfliktu i szybkiego pokazu siły, który zmusi Sowietów do podpisania rozejmu zgodnego oczekiwaniami Zachodu. W przypadku tego drugiego, czyli optymistycznego wariantu, brytyjscy wojskowi zakładali, że kampania zbrojna zakończy się jeszcze przed nadejściem zimy. Z analiz wykonanych przez Brytyjczyków wynikało, że front miałby powstać na linii Szczecin-Piła-Bydgoszcz i Lipsk-Cottbus-Poznań-Wrocław. Kluczowe miało być starcie pancerne na linii Odra-Nysa Łużycka w rejonie między Szczecinem a Bydgoszczą. Bitwa, która rozegrałaby się w tamtym momencie, mogłaby mieć większy zasięg niż ta toczona na Łuku Kurskim. Zwycięstwo w niej wojsk zachodnich pozwoliłoby na stabilizację frontu na linii biegnącej od Gdańska do Wrocławia.
xxxxxxxx
W 8:41 prowadzący prezentuje mapkę, na której wyraźnie widać, że ten plan „wyzwolenia” Polski, to plan ustalenia granicy wschodniej Niemiec zgodnej z tą z 1937 roku. Zresztą sam mówi: Zwycięstwo w niej wojsk zachodnich pozwoliłoby na stabilizację frontu na linii biegnącej od Gdańska do Wrocławia. Stabilizacji, a więc zatrzymania go na tej linii.
Ta operacja, to chyba nie do końca była taka tajna, skoro w tamtym czasie w Polsce panowało dość powszechne przekonanie, że wkrótce wybuchnie nowa wojna: Andziu, Andziu, wyjdź przed sień! Anders wróci lada dzień. I pewnie też z tego powodu antykomunistyczne podziemie było nadal aktywne. Zachodni alianci wcale nie mieli zamiaru walczyć ze Związkiem Radzieckim, bo podział Niemiec na strefy okupacyjne został już ustalony w Quebecu we wrześniu 1944 i potwierdzony w Jałcie w lutym 1945 roku. Gdyby nie chcieli oni oddać Związkowi Radzieckiemu części Niemiec, to nie pomagaliby Stalinowi albo w pewnym momencie przerwali tę pomoc. Po co więc ten plan? No może właśnie po to, by Polacy dalej się wykrwawiali, podszczypywali Stalina. A dziś, jak widać, można go ponownie wykorzystać, by wciskać kit naiwnym Polakom, że Wielka Brytania i Stany Zjednoczone są sojusznikami Polski.
Kanał Powojnie ma 198 tys. subskrybentów, a jego filmy mają ponad 100, 200 a nawet ponad 300 tys. wyświetleń. Jego siła oddziaływania jest więc bardzo duża i to, co przekazuje, dociera do masowego odbiorcy. W tym wypadku kanał ten podjął się wybielania naszych „sojuszników” z okresu II wojny światowej. Chyba nie przypadkiem, bo dziś to Stany Zjednoczone i Wielka Brytania wciągają Polskę do wojny na Ukrainie. I prawdopodobnie po części finansują zbrojenia Polski.
Sytuacja prawie do złudzenia przypomina tę z 1939 roku. Wtedy Wielka Brytania i Francja, poprzez swoje gwarancje, wepchnęły Polskę do wojny z Niemcami. Gdyby nie te gwarancje, to masoński rząd sanacyjny, współpracujący oczywiście z Zachodem, nie miałby usprawiedliwienia dla podjęcia decyzji o zbrojnym oporze. Zadanie swoje wykonał i uciekł na Zachód. Zachód kazał Polakom walczyć z Niemcami, ale zakazał walki ze Związkiem Radzieckim, który też napadł na Polskę. Dziś jest odwrotnie – każe walczyć Polakom ze Związkiem Radzieckim, czyli z Rosją, która Polsce nie zagraża. A więc przed wojną wrogiem byli Niemcy, a dziś Rosjanie. No bo to Rosja chce niby napaść na Polskę – tak nam tłumaczą.
Miejsce rządu sanacyjnego zajął po wojnie rząd komunistyczny. Obecnie też masońsko-żydowski rząd III RP wciąga Polskę do wojny na Ukrainie i pewnie też ucieknie za granicę, o czym często wspomina Maciej Maciak na swoim kanale Musisz to wiedzieć. Skąd on to wie? Już widać, że nowy rząd jest szykowany. Po wojnie, bez względu na to kiedy ona się skończy, pojawi się ten nowy rząd. Już są organizowane dwie nowe partie, które obecnie są ruchami, czyli Ruch Dobrobytu i Pokoju oraz Polski Ruch Antywojenny. RDiP jest, póki co, półtajną organizacją, bo jedynie jego lider jest powszechnie znany. Pozostali pozostają w ukryciu i są znani tylko innym członkom Ruchu. Wprawdzie o PRA wiemy niewiele więcej, ale ten ruch jest nowy, podczas gdy RDiP działa już chyba około pół roku. Jak zapewnia jego lider, RDiP jest ruchem otwartym dla wszystkich, więc pewnie i dla wielu z różnych partii, które po wojnie znikną ze sceny politycznej.
Skutki wojny dla Polski będą opłakane, więc PiS i PO staną się bankrutami politycznymi. Będą musieli przyjść nowi ludzie. Najlepiej jak będą to ci, którzy od początku byli przeciw tej wojnie. Tylko oni i ich otoczenie będzie mogło liczyć na akceptację wymęczonych i sfrustrowanych ludzi, a także na akceptację nowej społeczności, która do tego czasu zapewne uzyska już prawa wyborcze. Leszek Sykulski prezydentem, a Maciej Maciak premierem? „Wasz prezydent, nasz premier.” Wszystko to bardzo możliwe, bo skoro Maciej Maciak często powtarza, że jak on będzie premierem, to będzie inaczej. Niektórzy uważają, że jest to przejaw megalomanii, ale on dobrze wie, co mówi. Ktoś go na to stanowisko przygotowuje, kreuje jego wizerunek. I za jakiś czas może się okazać, że – ni z tego, ni z owego – mamy już premiera nowego.
Jak zawsze, jestem pełen podziwu i uznania dla tych najlepszych na świecie scenarzystów i reżyserów, którzy dbają o to, żebyśmy się tutaj nie nudzili. Ale ja osobiście wolałbym się nudzić i żyć w kraju, w którym nic się nie dzieje. Niestety, to miejsce, pomiędzy Rosją a Niemcami, nigdy nie było stabilne. Tu jest gorzej niż na Bałkanach. Tam się tłuką, ale przynajmniej wszyscy siedzą na swoim miejscu: Serbia to Serbia, Chorwacja to Chorwacja, Słowenia to Słowenia. A tu to nie wiadomo co: czy Polska to Polska, czy Polska to Ukraina?
O Angoli przypomniałem sobie, gdy natrafiłem w internecie na krótki filmik o Luandzie. Jego autor filmuje to miasto z samochodu i uważa, że jest to jedno z najładniejszych miast w Afryce, a może nawet nie tylko w Afryce. Trudno to ocenić na podstawie tak krótkiego filmu. Miasto wzbogaciło się na ropie, więc po części jego architektura przypomina tę z Półwyspu Arabskiego. Jednak w Luandzie zachowała się jeszcze architektura kolonialna, co niewątpliwie dodaje uroku temu miastu i, jak sądzę, tworzy jego niepowtarzalną atmosferę.
Angola to pierwszy pomysł na polską kolonię. Tadeusz Białas w swojej książce Liga morska i kolonialna 1930-1939 (1983) pisze:
Najwcześniej, bo już w roku 1928, Liga ( a ściślej mówiąc Związek Pionierów Kolonialnych), przystępując do realizacji programu kolonialnego, zwróciła uwagę na kolonię portugalską Angolę, którą uznano za jeden z najbardziej odpowiednich w Afryce terenów dla polskiej akcji osadniczej.
22 kwietnia 1928 r. prezes ZPK K. Głuchowski wyjechał do Lizbony z ramienia Syndykatu Kolonizacyjnego Polsko-Amerykańskiego i Polskiego Towarzystwa Kolonizacyjnego. Celem tej podróży – jak informowało „Morze” – było podjęcie pertraktacji z rządem portugalskim, ewentualnie z kompaniami kolonialnymi w Angoli, w sprawie uzyskania tam terenów dla polskiej ekspansji kolonialnej.
K. Gołuchowski powrócił z Lizbony 14 maja 1928 r. Rezultaty były optymistyczne: „Angola nadaje się do kolonizacji rolnej i osadnictwa polskiego”, a czynniki miejscowe „są skłonne do całego szeregu ułatwień dla akcji polskiej”.
Z tą też chwilą rozpoczęto w kraju popularyzację Angoli, jako terenu dogodnego dla dla działalności kolonizacyjnej. Oprócz artykułów na łamach prasy ukazało się też kilka broszur poświęconych zagadnieniom środowiska geograficznego oraz warunków działalności gospodarczej w tej portugalskiej kolonii, w których bardzo pozytywnie oceniano istniejące tam możliwości dla polskiej „ekspansji gospodarczej”.
W rezultacie tak pozytywnych prognoz 14 grudnia 1928 r. wyjechała do Angoli specjalna ekspedycja zorganizowana przez LMiR, Naukowy Instytut Emigracyjny i Kolonialny i Polską Stację Badań Tropikalnych. Kierownikiem ekspedycji był Franciszek Łyp, a uczestnikami: Jerzy Chmielewski – plenipotent spółki terenowej, którą w ostatnich tygodniach zorganizował oraz Bronisław Noiszewski. Jej celem było zbadanie warunków dla ewentualnej przyszłej polskiej akcji osadniczej.
Pierwsze wrażenia i spostrzeżenia ekspedycji były początkowo publikowane na łamach „Morza” w formie korespondencji, którą F. Łyp systematycznie przesyłał do redakcji tego miesięcznika, a następnie jej rezultaty zostały zebrane w trzech publikacjach książkowych, z których jedną wydała Liga.
Punktem kulminacyjnym „szumu propagandowego” wokół Angoli była jednak plotka o rzekomym zamiarze kupienia przez Polskę Angoli, jaką w grudniu 1930 r. puścił „jakiś nieodpowiedzialny dziennikarz wileński” i którą następnie powtórzyło jedno z pism krakowskich. Plotka ta wywołała zarówno w Polsce, jaki i poza granicami duże zamieszanie.
Strona najbardziej zainteresowana sprawą osadnictwa w Angoli, a mianowicie rząd portugalski, zareagował na ten szum propagandowy wokół jego kolonii bardzo jednoznacznie i zdecydowanie. Jak stwierdza J. Beck, „rząd portugalski zajął natychmiast wrogą postawę wobec naszej polityki, a nasze poczynania zrodziły w pewnych poważnych kołach angielskich zaniepokojenie aspiracjami Polski”. Jednocześnie rząd portugalski, aby zmniejszyć do minimum niebezpieczeństwo wynikające z dużego napływu do kolonii obcokrajowców, wprowadził szereg utrudnień wobec osób przyjeżdżających na tereny osadnicze oraz zmusił rząd polski do zrezygnowania z poufnej klauzuli osiedleńczej zawartej w konwencji handlowej w 1929 r.
I na tym w zasadzie zakończyła się pierwsza akcja kolonialna Ligi, podjęta w odniesieniu do Angoli. W okresie lat 1932-1937 ani w dokumentach programowych, ani w publicystyce ligowej nie powracano już do koncepcji angolańskiej.
xxxxxxxx
Ta prasowa prowokacja z kupnem kolonii powtórzyła się później również w przypadku Liberii i Brazylii. Cały ten szum kolonialny był tylko pretekstem do zrealizowania największego przekrętu finansowego w okresie II RP, który polegał na tym, by, pod pozorem kolonizacji, za pieniądze państwowych spółek wykupić setki tysięcy hektarów ziemi w Brazylii i po wybuchu wojny przejąć je, bo prawowity właściciel, czyli II RP, przestała istnieć. O tym w szczegółach w blogu „Brazylijska prowokacja”.
Europejska historia Angoli sięga końca XV wieku. Wielka Encyklopedia Powszechna PWN (1962) tak pisze:
W 1482 Portugalczycy odkryli ujście rzeki Kongo, ale dopiero w 1529 roku przybyli tam pierwsi portugalscy osadnicy; misjonarze nawrócili władcę murzyńskiego państwa Kongo i ten uznał zwierzchność Portugalii; w 1574 roku układ został odnowiony z tamtejszym władcą N’gola, od którego imienia pochodzi obecna nazwa Angoli. W XVII wieku wybrzeża Angoli opanowali przejściowo Holendrzy (1640-48); rządy obcych doprowadziły stopniowo do upadku tubylcze ośrodki polityczne i kulturalne. Angola stała się w XVII wieku obok Gwinei największym ośrodkiem handlu niewolnikami; Portugalczycy rozbudowali kilka portów, nie starając się przeniknąć do wnętrza kraju; dopiero zniesienie handlu niewolnikami zmusiło ich do zajęcia się eksploatacją bogactw naturalnych kraju i zbadania jego wnętrza. W 1884-85 na konferencji berlińskiej w sprawie Konga zostały wytyczone granice Angoli z sąsiadującymi państwami. W 1955 roku rząd portugalski ogłosił dotychczasową kolonię Angolę prowincją Portugalii, stanowiącą jej integralną część. Ucisk i wyzysk ludności afrykańskiej, które w przeszłości wywoływały zbrojny opór, spowodowały w końcu 1960 roku ogólne powstanie pod hasłem niepodległości kraju; dyktatorski reakcyjny rząd portugalski, zastosował wobec powstańców krwawe represje mimo rezolucji Zgromadzenia Ogólnego ONZ z 1961 roku, wzywającej Portugalię do niezwłocznego udzielenia niepodległości Angoli, oraz uchwały Rady Bezpieczeństwa z tegoż roku, domagającej się zaprzestania represji wobec ludności Angoli.
xxxxxxxx
Tu WEP kończy z racji tego, że tom opisujący tę historię został wydany w 1962 roku. Natomiast dalszą część zaczerpnąłem z Wikipedii.
W 1954 roku utworzony został Związek Ludności Angoli (UPA), na czele którego stanął Holden Roberto. Organizacja skupiała członków plemienia Kongo i miała prozachodni oraz konserwatywny charakter. Związek został przekształcony w 1964 roku w Narodowy Front Wyzwolenia Angoli (FNLA). W 1956 z kolei powstał Ludowy Ruch Wyzwolenia Angoli (MPLA) z Agostinho Neto jako liderem. MPLA głosił hasła niepodległościowe i lewicowe, choć grupował wszystkie grupy etniczne to większość jego członków wywodziło się z plemienia Mbundu. W 1960 roku Związek Ludności Angoli i MPLA zawarły porozumienie o współpracy. W 1961 roku MPLA przeprowadziła pierwszą antyportugalską akcję zbrojną, w 1962 roku natomiast wybuchło antykolonialne powstanie Związku Ludności Angoli w północnej Angoli. Pokonani powstańcy ze Związku Ludności Angoli wycofali się na teren Zairu. W 1962 roku utworzyli w Kinszasie Rewolucyjny Rząd Angoli na Wygnaniu z Holdenem Roberto jako premierem. Rząd na uchodźstwie uzyskał poparcie Organizacji Jedności Afrykańskiej. W 1964 roku MPLA wznowił działania zbrojne w Angoli. Wydarzenia te uważane są za początek wojny o niepodległość. W 1965 roku powstał Front Wyzwolenia Enklawy Kabindy (FLEC), na jego czele stanął Luis Ranque Franque. Grupa ta domagała się oderwania bogatej w ropę naftową Kabindy od reszty Angoli. W 1966 roku Organizacja Narodów Zjednoczonych uznała politykę Portugalii w Angoli jako „zbrodnię przeciwko ludzkości”. W tym samym roku doszło do rozłamu w FNLA – z Frontu wyłamał się Jonas Savimbi, który powołał Narodowy Związek na rzecz Całkowitego Wyzwolenia Angoli (UNITA) reprezentujący Mbundu.
Mapa Angoli; źródło: Wikipedia.
Wszystkie grupy dążące do niepodległości zaczęły ze sobą rywalizować. W 1968 roku OJA wycofała swoje poparcie dla dotychczasowego rządu na uchodźstwie, w 1972 roku wymusiła na MPLA i FNLA utworzenie wspólnej Rady Wyzwolenia Angoli z Holdenem Roberto na czele. Krok ten nie załagodził wzajemnych animozji w ruchu antykolonialnym. Dekolonizacja Angoli została zapoczątkowana wraz z rewolucją goździków w Portugalii. Proces ten we wrześniu 1974 roku próbował zahamować Zjednoczony Opór Angoli, skupiający osadników portugalskich. Próba zamachu stanu przeprowadzonego przez osadników nie udała się, a w styczniu 1975 roku powołano rząd tymczasowy z udziałem MPLA, UNITA i FNLA. Od lutego rozgorzał konflikt wewnętrzny, który w lipcu przerodził się w wojnę domową. W sierpniu niepodległość Kabindy ogłosił FLEC, zostało to uznane przez kilka państw. W listopadzie tego samego roku przewodniczący MPLA, Neto proklamował utworzenie Ludowej Republiki Angoli, której prezydentem został. Tego samego dnia połączone siły FNLA i UNITA proklamowały Ludowo-Demokratyczną Republikę Angoli, prezydentem kraju został Holden Roberto, premierem Savimbi. Wsparcia rebeliantom z UNITA i FNLA udzieliły wojska zairskie i południowoafrykańskie. Kampania rebeliancka nie powiodła się, a do stycznia-marca 1976 roku siły republiki ludowej opanowały większość kraju, zmuszając przy tym siły RPA i Zairu do wycofania się z kraju. W tym samym roku republika ludowa została przyjęta do ONZ i OJA.
Konstytucja z 1975 roku wprowadzała jednopartyjny system polityczny, w którym to pełnia władzy należała do MPLA. Angola tym samym zbliżyła się politycznie do państw socjalistycznych i tzw. państw frontowych Afryki Południowej. Od 1977 roku doszło do wznowienia działalności opozycji skupionej: UNITA, FNLA, FLEC oraz nowo powstałego Ruchu na rzecz Wyzwolenia Kabindy (MOLICA). Celem rebeliantów było obalenie rządu lub rozczłonkowanie Angoli na kilka odrębnych państw. Od 1978 miejsce mają stałe ataki armii południowoafrykańskiej na Angolę w odwecie za popieranie przez rząd w Luandzie ruchu wyzwoleńczego z Namibii (SWAPO). Po śmierci Neto w 1979 roku, nowym prezydentem i przewodniczącym monopartii został José Eduardo dos Santos. W latach 80. doszło do poszerzenia wpływów UNITA na południu kraju.
W grudniu 1990 roku rządząca partia odeszła od marksizmu i zapowiedziała dążenie do demokracji i gospodarki rynkowej. W 1991 roku wprowadzono system wielopartyjny i podpisano porozumienie kończące wojnę domową. W 1992 roku odbyły się wybory parlamentarne i prezydenckie. Wybory przeprowadzono w obecności obserwatorów ONZ. Okazały się one zwycięstwem rządzącej partii i dotychczasowego prezydenta. UNITA zakwestionowała wynik wyborów i zerwała porozumienie z 1991 roku. Działania wojenne zakończono w 1994 podpisaniem porozumienia pokojowego w Lusace. Już cztery lata później walki wybuchły z nową siłą. 22 lutego 2002 zginął Jonas Savimbi – przywódca UNITA, co doprowadziło do kolejnego zawieszenia broni. Pierwsze od 1992 roku wybory odbyły się w 2008. Rezultaty wskazały na wielkie zwycięstwo rządzącej partii MPLA, która uzyskała 82% oddanych głosów. Główna partia opozycji, UNITA, otrzymała poparcie zaledwie 10% wyborców. Ostatnie wybory odbyły się w 2012 roku, również i one okazały się sukcesem rządzącej MPLA.
xxxxxxxx
Warto zwrócić uwagę na ten fragment: ...w styczniu 1975 roku powołano rząd tymczasowy z udziałem MPLA, UNITA i FNLA. Od lutego rozgorzał konflikt wewnętrzny, który w lipcu przerodził się w wojnę domową. W sierpniu niepodległość Kabindy ogłosił FLEC, zostało to uznane przez kilka państw. W listopadzie tego samego roku przewodniczący MPLA, Neto proklamował utworzenie Ludowej Republiki Angoli, której prezydentem został. Tego samego dnia połączone siły FNLA i UNITA proklamowały Ludowo-Demokratyczną Republikę Angoli, prezydentem kraju został Holden Roberto, premierem Savimbi. Wsparcia rebeliantom z UNITA i FNLA udzieliły wojska zairskie i południowoafrykańskie. Kampania rebeliancka nie powiodła się, a do stycznia-marca 1976 roku siły republiki ludowej opanowały większość kraju, zmuszając przy tym siły RPA i Zairu do wycofania się z kraju. W tym samym roku republika ludowa została przyjęta do ONZ i OJA.
A więc, jak pisze Wikipedia, kampania rebeliancka nie powidła się i siły RPA i Zairu zostały zmuszone do wycofania się z kraju. Niby prawda, ale nie do końca. Antony C. Sutton w książce Sull and bones; Tajemna elita Ameryki (1983) w rozdziale Zakon tworzy marksistowską Angolę pisze:
Angola, była portugalska prowincja położona na południowo-zachodnim wybrzeżu Afryki, jest współczesnym przykładem nieustannego tworzenia marksistowskiego ramienia procesu dialektycznego, choć tym razem jest to robione w nieco ostrożniejszy sposób.
Oficjalne, prezentowane przez establishment stanowisko jest takie, że Angola była portugalską kolonią i że to opresyjne rządy Portugalczyków doprowadziły do powstania ruchu niepodległościowego, w którym marksiści odnieśli zwycięstwo nad siłami „demokratycznymi”.
Nie ma żadnych dowodów na poparcie tej tezy. Jeśli Portugalczycy byli w Angoli kolonistami, to byli nimi także bostońscy bramini w Massachusetts. Luanda, główne miasto Angoli, została założona przez Portugalczyków w roku 1575, czyli pięćdziesiąt lat przed tym, jak Pielgrzymi zeszli na ląd w Massachusetts. W 1575 roku populacja miejscowej ludności Angoli była mniejsza niż populacja Indian w Massachusetts. W przeciwieństwie do tego, jak wyglądały na terenie Afryki kolonialne rządy Brytyjczyków, Francuzów i Belgów, Portugalia przez trzysta lat traktowała Angolę bardziej jak prowincję niż kolonię. Jeśli więc Angola należała do nieistniejącej populacji rdzennych tubylców, Massachusetts, logicznie rzecz biorąc, należy do amerykańskich Indian.
Na początku lat sześćdziesiątych Stany Zjednoczone czynnie wspomagały marksistowską sprawę w Angoli. Wynika to jasno z wypowiedzi byłego sekretarza stanu, Deana Achesona. Zamieszczone niżej cytaty pochodzą z notatki dotyczącej rozmowy pomiędzy Deanem Achesonem (Scroll and Key), McGeorgem Bundym (wtajemniczony w roku 1940) i prezydentem Kennedym, datowanej na 2 kwietnia 1962 roku:
Następnie (Kennedy) zajął się negocjacjami z Portugalią dotyczącymi bazy na Azorach. Powiedział, że niewiele chyba dzieje się w tej sprawie i że byłby wdzięczny, gdybym się nią zajął i sprawdził, czy można coś zrobić w tek kwestii. Poprosiłem go o zgodę na poświęcenie tej sytuacji kilku minut i powiedziałem: „Portugalczycy byli głęboko urażeni tym, co uznali za opuszczenie ich przez Stany Zjednoczone, jeśli nie za faktyczny sojusz Stanów Zjednoczonych z ich wrogami. Moim zdaniem problemem są nie tyle negocjacje z Portugalczykami, co ustalenie polityki Stanów Zjednoczonych. Bitwa rozegra się w Waszyngtonie, nie w Lizbonie”.
Następnie Dean Acheson odniósł się do faktu, że Stany Zjednoczone wspierały ruchy rewolucyjne w Angoli, która to sprawa była najwyraźniej znana prezydentowi Kennedy’emu:
Prezydent zapytał mnie następnie, dlaczego jestem tak pewny, że w obecnych warunkach nie ma miejsca na negocjacje. Odpowiedziałem, że jak pewnie wie, faktycznie dotowaliśmy wrogów Portugalii i że Portugalczycy są o tym niemal przekonani, choć nie mogą tego udowodnić. Powiedział, że naszym celem była próba utrzymania angolskiego ruchu narodowego z dala od komunistów z Ghany i doprowadzenie do tego, by dowodziły nim możliwie umiarkowane siły. Odpowiedziałem, że całkowicie to rozumiem, ale w żaden sposób nie będzie to dla Portugalczyków łatwiejsze do przełknięcia. Angażowaliśmy się również w przerzucanie Angolczyków z Angoli i kształcenie ich w Lincoln College na przedmieściach Filadelfii, gdzie wpajano im najbardziej ekstremalne i nacjonalistyczne poglądy. Co więcej zwierzchnik tej uczelni potajemnie i nielegalnie wybrał się do Angoli, a po powrocie zaangażował się w brutalną akcję propagandową wymierzoną w Portugalczyków. Na forum Organizacji Narodów Zjednoczonych głosowaliśmy za przyjęciem rezolucji „potępiającej” Portugalię za utrzymywanie porządku na terytorium pozostającym bezsprzecznie pod zwierzchnictwem Portugalii. Zwróciłem uwagę, że Portugalczycy są dumnym narodem, a przy tym szczególnie wrażliwym, ponieważ, mając tak chwalebną historię, podupadli i stali się bezsilni. Woleliby raczej w godny sposób pogodzić się z rozpadem swojego imperium, jak to zrobili na Goa (obecnie nadmorski stan w Indiach około 600 km na południe od Bombaju, do 1963 roku portugalska kolonia, to tam po raz pierwszy dotarł do Indii Vasco da Gama – przyp. W.L.), niż dać się kupić lub nakłonić do wzięcia udziału w niszczeniu własnego państwa.
Z wypowiedzi prezydenta Kennedy’ego wynika rzecz niezwykle ważna, choć pozornie pozbawiona znaczenia. Prezydent sądził najwyraźniej, że Stany Zjednoczone finansują nacjonalistów, nie marksistów, choć tak naprawdę Ameryka wspomagała właśnie marksistów, podobnie jak czyniła to później w Republice Południowej Afryki, powielając schemat datujący się od czasów rewolucji bolszewickiej w Rosji w 1917 roku. Warto prześledzić tę sprawę w aktach Kennedy’ego i ustalić, na ile prezydent był świadomy poczynań pozostających pod kontrolą Zakonu, CIA i Departamentu Stanu.
Marksiści z Ludowego Ruchu Wyzwolenia Angoli Neto przejęli kontrolę nad Angolą. Zakon, posiadający potężnych sojuszników w międzynarodowych korporacjach, wywierał nacisk na kolejne administracje, by nie odbierać Angoli roli kubańsko-radzieckiej bazy w południowej Afryce.
W 1975 roku Stany Zjednoczone, wspólnie z Republiką Południowej Afryki, rzeczywiście wykonały wojskowy rajd na terytorium Angoli. W kluczowym momencie, gdy siły południowoafrykańskie mogły dotrzeć do Luandy, Stany Zjednoczone wycofały swoją pomoc. Republika Południowej Afryki nie miała wyboru i musiała się wycofać. Kraj ten przekonał się w bolesny sposób, że Stany Zjednoczone są antymarksistowskie jedynie w teorii. W praktyce Ameryka zrobiła Republice Południowej Afryki to, co zrobiła już w przeszłości wielokrotnie – elita zdradziła swoich antymarksistowskich sojuszników.
Na początku lat osiemdziesiątych pochodzący z różnych krajów przyjaciele Zakonu wyszli z ukrycia, starannie uzgadniając swoje publiczne działania z wiceprezydentem Bushem (wtajemniczony w roku 1948). Na przykład, 27 marca 1981 roku „The Wall Street Journal” opublikował wiele mówiący artykuł, w którym znalazły się okruchy prawdy przemieszane z oficjalną linią establishmentu. Ten zamieszczony na pierwszej stronie tekst zatytułowany Przyjazny wróg: firmy wzywają USA do trzymania się z dala od Angoli i odmówienia udzielenia pomocy rebeliantom (rebeliantami tymi były antymarksistowskie oddziały UNITA Savimbiego, wspomagane przez Republikę Południowej Afryki) stanowił odzwierciedlenie międzynarodowego wsparcia udzielanego angolskim marksistom.
Przywódcą promarksistowskich sił korporacyjnych w Stanach Zjednoczonych jest Melvin J. Hill, prezes Gulf Oil Exploration & Production Company, oddziału Gulf Oil zarządzającego Gulf Cabinda, czyli zespołu angolskich rafinerii chronionego przed prozachodnimi rebeliantami Savimbiego przez marksistowskie oddziały z Kuby i Angoli. Hill powiedział „The Wall Street Journal”: „Angola jest znającym się na rzeczy, rozsądnym i wiarygodnym partnerem w interesach”. Hill nie tylko wystąpił przed Kongresem prezentując swoje promarksistowskie poglądy, ale przynajmniej kilkukrotnie spotkał się z ówczesnym wiceprezydentem Bushem.
PWJ Wood z Cities Servive dodał coś jeszcze do mitologii Gulf Oil. Powiedział: „Angolczycy są w coraz większym stopniu nastawieni na rozwój. Nie są zainteresowani upolitycznianiem Afryki środkowej w interesie Kubańczyków lub Związku Radzieckiego. Nasi ludzie nie są w Angoli persona non grata”.
Rzecz jasna Hiil i Wood zajmują się jedynie kształtowaniem wizerunku marksistowskiej Angoli na forum publicznym, choć zakładamy, że nie zostali zarejestrowani przez Departament Sprawiedliwości jako obcy agenci. Angola jest w dużym stopniu kubańsko-radziecką bazą przygotowaną do zajęcia Republiki Południowej Afryki, a jednak na jej terenie działa siedemnaście zachodnich firm, w tym Gulf, Texaco, Patrofina, Mobil, Cities Servive, Marathon Oil i Union Texas Petroleum oraz Allied Chemical, Boeing, General Electric i Bechtel. Należy pamiętać, że zarówno sekretarz stanu Schultz, jak i sekretarz obrony Weinberger zostali wypożyczeni z Bechtel Corporation.
Gulf Oil Corporation pozostaje pod kontrolą banku Mellon, będącego największym pojedynczym udziałowcem tej firmy. Przedstawicielem Banku Mellon w zarządzie Gulf Oil jest James Higgins, który (na ile udało się nam ustalić) choć ukończył Yale, nie należy jednak do Zakonu.
Drugim co do wielkości udziałowcem jest rodzina Mellonów, obejmująca Fundację Andrew W. Mellona, Fundację Richarda Kinga oraz Fundację Sarah Scaife. Grupa ta, uważająca się za „konserwatywną”, posiada około siedem procent wyemitowanych akcji. Morgan Guaranty Trust, na którą to firmę natknęliśmy się już na łamach tej książki, ma milion osiemset tysięcy akcji, czyli około jeden procent wszystkich udziałów.
Wszystkie te korporacje, których interesy są związane z Angolą, wystawiły się na ogromne ryzyko. Zaskakuje na przykład fakt, że Republika Południowej Afryki nie podjęła żadnych działań wymierzonych w firmy mające siedziby w Angoli, szczególnie w General Electric, Boeinga, Morgan Guaranty Trust, Gulf Oil i Cities Servive. Na skutek potężnego wsparcia udzielanego angolskim marksistom Republika Południowej Afryki w sposób bezpośredni traci swoich ludzi.
Akcja odwetowa wymierzona w korporacje, a nie w Kubańczyków i Angolczyków pochłonęłaby mniej ofiar ze strony Republiki Południowej Afryki. Po tym, jak w 1975 roku Stany Zjednoczone zdradziły Republikę Południowej Afryki, której oddziały mogły dotrzeć do Luandy, fakt, że nie sięgnęła ona po ten, wydawałoby się, oczywisty środek, świadczy o godnej podziwu powściągliwości tego państwa. Chirurgiczne uderzenie w Kabindę usunęłoby przecież zgrabnie największe angolskie źródło obcej waluty i dałoby do myślenia marksistom z różnych krajów. Nie zalecamy, rzecz jasna, podjęcia takich działań, ale Republika Południowej Afryki zawsze może skorzystać z takiego rozwiązania. Jak zareagowałyby na to Stany Zjednoczone? Cóż, lepiej żeby Departament Stanu i CIA miały gotowe wytłumaczenie dla samolotu amerykańskiej ambasady przyłapanego na fotografowaniu południowoafrykańskich instalacji wojskowych. Przytaczamy te informacje jedynie po to, by zaprezentować niebezpieczny charakter stosowanych przez Zakon scenariuszy zarządzania konfliktem.
xxxxxxxx
To, o czym nie informuje Wikipedia, pisze o tym Sutton. Siły południowoafrykańskie musiały się wycofać nie tylko ze względu na zdradę Stanów Zjednoczonych, ale również ze względu na obecność w Angoli wojsk kubańskich i radzieckich. Jednak problem jest o wiele bardziej skomplikowany, o czym Sutton nie napisał, a być może nie mógł. Chodzi tu o rolę korporacji międzynarodowych, które są jednak narodowe, tyle że należą do narodu rozproszonego i zasymilowanego. W takiej sytuacji, jak w Angoli, ale przecież tak jest wszędzie, w której miały swoje siedziby korporacje, które były również obecne w RPA, oznaczało to, że ludzie, którzy nimi zarządzali, byli doskonale zorientowani w sytuacji gospodarczej i politycznej obu krajów. Co więcej, oni również finansowali rządy obu krajów, a więc w praktyce mieli wpływ na decyzje tych rządów. To tłumaczyło by pasywne zachowanie rządu RPA wobec tych korporacji. Gdyby rząd RPA był niezależnym, zakazałby tym wszystkim korporacjom, mającym siedziby w obu państwach, działalności na swoim terenie. Tak się nie stało, więc wniosek jest prosty: był on od nich zależny.
Angażowaliśmy się również w przerzucanie Angolczyków z Angoli i kształcenie ich w Lincoln College na przedmieściach Filadelfii, gdzie wpajano im najbardziej ekstremalne i nacjonalistyczne poglądy.
Wygląda na to, że już wiemy, skąd biorą się skrajnie ekstremalne i nacjonalistyczne poglądy i kto pozwala na szerzenie kultu Bandery i posługiwanie się nazistowską symboliką na Ukrainie i dlaczego tego typu zachowania nie są karane.
Na forum Organizacji Narodów Zjednoczonych głosowaliśmy za przyjęciem rezolucji „potępiającej” Portugalię za utrzymywanie porządku na terytorium pozostającym bezsprzecznie pod zwierzchnictwem Portugalii.
Wiemy już też do czego służy Organizacja Narodów Zjednoczonych. Ktoś, kto nią rządzi, zmusza inne kraje członkowskie do głosowania zgodnie z jego wolą. Czy wobec tego trudno sobie wyobrazić sytuację, że za jakiś czas w tej organizacji przyjmie się rezolucję potępiającą Polskę za wywołanie wojny na Ukrainie. Skoro już są polskie obozy koncentracyjne, to wszystko jest możliwe.
Należy pamiętać, że zarówno sekretarz stanu Schultz, jak i sekretarz obrony Weinberger zostali wypożyczeni z Bechtel Corporation.
Czyli z korporacji na wysokie stanowiska w państwie. Od kogo więc byli oni bardziej zależni i czyje interesy reprezentowali? Tak więc opinie, że państwa to tylko korporacje, nie są pozbawione sensu, choć ja bardziej skłaniałbym się ku temu, że są one narzędziem korporacji i służą do realizacji ich celów, a ściślej rzecz ujmując, do realizacji celów właścicieli tych korporacji. Tak jak w przypadku jednostek mamy do czynienia z rozproszeniem i asymilacją, czyli z ludźmi, którzy asymilują się i udają kogoś, kim nie są, tak w przypadku korporacji mamy dokładnie do czynienia z tym samym procesem. Oficjalnie korporacje są amerykańskie, angielskie, niemieckie, francuskie itp., a w praktyce należą do jednej nacji i reprezentują jej interesy. Można więc powiedzieć, że proces rozproszenia i asymilacji odbywa się nie tylko na szczeblu jednostek, ale również organizacji.
Kreowanie konfliktu to nie jest akt jednorazowy, to proces ciągły, któremu towarzyszy szereg drobnych spięć, incydentów, które mają na celu jego stopniową eskalację. Zanim wybuchło powstanie styczniowe w 1863 roku, do pierwszych manifestacji doszło dwa lata wcześniej w lutym 1861 roku. Obecnie mamy w Polsce wielomilionową rzeszę przesiedleńców z Ukrainy, co samo w sobie jest już niebezpieczne, biorąc pod uwagę trudne relacje polsko-ukraińskie na przestrzeni wieków. Ktoś, kto zaplanował te przesiedlenia i uprzywilejował przesiedleńców względem ludności miejscowej, dobrze wiedział, czym to grozi. I mam takie wrażenie, że już zaczynają się pierwsze prowokacje. Prowokacje, w których emocje zdominują zdrowy rozsądek.
Spotkanie z Oksaną Zabużko, które we wtorek odbyło się w Poznaniu, musiało być przerwane. Wszystko przez osoby o prawicowych i narodowych poglądach, które wtargnęły do Biblioteki Raczyńskich, wykrzykując obelgi pod adresem pisarki. Jak podaje “Gazeta Wyborcza”, na miejscu musiała interweniować policja.
Do zdarzenia doszło we wtorek, 7 marca. Oksana Zabużko miała promować w Poznaniu swoją najnowszą książkę pt. “Najdłuższa podróż”. Niestety, nim spotkanie z czytelnikami rozpoczęło się na dobre, musiało zostać przerwane. Na sali pojawiły się bowiem osoby, które nie przyszły tam słuchać o literaturze, a atakować ukraińską pisarkę.
Wśród awanturników znalazły się zarówno młode, jak i starsze osoby. “Niektórych poznajemy po twarzach — uczestniczyli w demonstracjach antyszczepionkowców, organizowali marsz niepodległości w Poznaniu, a jeden z mężczyzn Piotr Pijanowski został prawomocnie skazany za grożenie śmiercią poznańskim politykom” — podaje “Gazeta Wyborcza”.
Osoby, które wtargnęły do biblioteki, miały ze sobą m.in. transparent z napisem “Historii nie znacie, nazistów wspieracie”. Z ich ust można również było usłyszeć takie okrzyki, jak choćby “Wołyń, Wołyń! Pamiętamy!” czy też “Polska to my, a nie Bandera i jego psy”. “GW” podaje, że jeden ze starszych mężczyzn w koszulce z napisem “Wołyń” powiedział: “Oblałbym ją moczem, ale mój mocz jest zbyt cenny i tego nie zrobię”.
Organizatorzy spotkania wezwali na miejsce policję. Jednak ta była bezradna. Awanturnicy przekonywali bowiem, że przyszli na spotkanie z autorką, które było otwarte dla wszystkich. Co więcej, lider tej grupy sam chciał złożyć zawiadomienie na policji. “Chcieliśmy zgłosić przestępstwo głoszenia nienawiści pod płaszczykiem kulturalnego spotkania, tak jak robili faszyści” — przekonywał mężczyzna.
Policja wylegitymowała osoby, które wywołały zamieszki i odjechała. – Gdy organizatorzy chcieli rozpocząć spotkanie, grupa ok. 20 osób zaczęła krzyczeć. Trwało to kilkadziesiąt minut. Wylegitymowaliśmy te osoby, spodziewamy się, że w środę dyrekcja biblioteki złoży zawiadomienie. Będziemy prowadzić sprawę pod kątem zakłócenia porządku — powiedział Andrzej Borowiak, rzecznik wielkopolskiej policji.
Organizatorzy spotkania zdecydowali, że zostanie ono przerwane. Nie wszyscy byli zadowoleni z takiego rozwiązania. Fani pisarki uznali, że w ten sposób pozwala się wygrać osobom siejącym nienawiść. Spotkanie z Oksaną Zabużko ostatecznie odbyło się online.
To nie pierwszy raz, kiedy ukraińska pisarka musiała zmierzyć się w Polsce z taką sytuacją. Do podobnego incydentu doszło bowiem w Krakowie w listopadzie 2022 r. Wtedy to Oksana Zabużko odbierała Nagrodę Rady Miasta Krakowa im. Stanisława Vincenza. Niestety, uroczystość została przerwana przez podobną grupę awanturników.
xxxxxxxx
Takie incydenty, to typowe prowokacje, dobrze zaplanowane z wykorzystaniem doświadczonych prowokatorów, którzy doskonale wiedzą, jak podgrzać atmosferę i wzbudzić nienawiść strony atakowanej. Odzywki typu “Polska to my, a nie Bandera i jego psy” czy “Oblałbym ją moczem, ale mój mocz jest zbyt cenny i tego nie zrobię” świadczą o tym, że tu nie chodzi o jakikolwiek dialog tylko o sianie nienawiści. A z drugiej strony, skoro taki incydent miał już wcześniej miejsce, to dlaczego organizatorzy nie zdecydowali się na spotkanie online? Czy dlatego, że wtedy trudno było by o prowokację?
Ukraińcy, których tu ściągnięto, mogą mieć różne poglądy. Jedni mogą być banderowcami, inni – nie. Domaganie się od nich, by przeprosili za Wołyń jest równie bezsensowne, jak domaganie się od Polaków, by przepraszali za holocaust. Przede wszystkim tych, którzy dziś żyją, nie było wtedy na świecie i nie oni dokonali tych zbrodni, więc dlaczego mają przepraszać? Takie podejście do tych spraw budzi tylko niechęć a nawet agresję, ale o to właśnie chodzi tym, którzy kreują ten konflikt. A oni nigdy nie zgodzą się na wyjawienie prawdy, bo wtedy mogłoby się okazać, że tych zbrodni dokonali nie Ukraińcy i nie Polacy tam ginęli, a jeśli nawet, to stanowili tam mniejszość. Już sam fakt, że uderzono jednocześnie o tej samej godzinie na 99 wsi i miejscowości, skłania do wniosku, że akcja była przeprowadzona profesjonalnie, z dużym rozmachem i była wcześniej przygotowana. Czegoś takiego nie mogli zrobić zwykli chłopi z siekierami, widłami, piłami itp. Tym, którzy ze strony „polskiej” będą domagać się przeprosin, wcale nie zależy na dochodzeniu do prawdy. Im tylko zależy na tym, by jeszcze bardziej szczuć na siebie i tak już niechętnych sobie Polaków i Ukraińców.
Ludność wymordowano, domy spalono, wszystko zrównano z ziemią. Postępowano tak, by zatrzeć wszelkie ślady, dowody. Ukraińcy nie zgadzają się na ekshumację, podobnie jak Żydzi w Jedwabnem. Ciekawa zbieżność. Ale, pomimo tych wszystkich zabiegów, dojście do prawdy jest możliwe. II RP jaka była, taka była, ale miała swoją administrację na całym obszarze tego państwa, a więc i na Wołyniu, czyli w województwie wołyńskim. Administracja musi wiedzieć wszystko, a więc m.in. i to, kto zamieszkiwał na danym terenie, w tych wioskach, które zrównano z ziemią a ludność wymordowano. Jaka to była ludność, z podziałem na wyznanie, to zapewne było jej znane. Co się stało z tą dokumentacją? Czy zabrali ją ze sobą wycofujący się Niemcy, czy może wpadła w ręce nadciągającej Armii Czerwonej? Osobiście obstawiałbym, że skoro „Ordnung muss sein”, to Niemcy, ale pewności nie mam. W każdym razie ta dokumentacja gdzieś jest i jest pilnie strzeżona, bo nikomu z wielkich tego świata nie zależy na jej ujawnieniu. A skoro nie zależy na tym, to znaczy, że oficjalna wersja wydarzeń jest sprzeczna z tym, co zawiera ta dokumentacja. Ale dzięki temu można skłócać ze sobą ludzi, którym nawet przez myśl nie przejdzie, że może było inaczej. Tak działa propaganda – lata wtłaczania jedynie słusznej wersji wydarzeń spowodowały, że tę oficjalną wersję przyjmuje się jak aksjomat.
W blogu „Eksperyment wołyński” pisałem:
Województwo wołyńskie liczyło w 1931 roku około 2 mln ludności. Z tego 70% to Ukraińcy, 15 % – Polacy, 10% – Żydzi, 2,3% – Niemcy. Resztę stanowiły inne narodowości. Około 1/3 ludności polskiej zamieszkiwała w miastach. Jan Kęsik w swojej pracy z 2008 roku Województwo wołyńskie pod rządami Henryka Józewskiego pisze:
»Ludność polską na Wołyniu w latach międzywojennych można podzielić na cztery zasadnicze, wyraźnie wyodrębniające się grupy: element autochtoniczny, osadnicy wojskowi i cywilni, ziemiaństwo wraz z duchowieństwem rzymskokatolickim oraz administracja państwowa. Pierwszą z nich tworzyli głównie chłopi i szlachta zagrodowa. Pod względem wyznaniowym wśród Polaków – autochtonów wyodrębnić można dwie kategorie: katolików i prawosławnych, przy czym ci ostatni, zresztą zdecydowanie przeważający liczebnie, to ludność silnie zrutenizowana bądź zrusyfikowana. Szlachta zagrodowa wyznania prawosławnego niejednokrotnie nie posiadała wyraźnie określonego poczucia przynależności narodowej, wielu z nich potrafiło określić się tylko jako „tutejszy”, „prawosławny”.«
Jeśli więc ludność autochtoniczna była w większości zrutenizowana i prawosławna – a ludność napływową w dużym stopniu, jak wynika z artykułu Lucyny Kulińskiej, stanowili Ukraińcy z Galicji – to, o co tak naprawdę chodziło w rzezi wołyńskiej, dokonanej na terenie całkowicie zdominowanym przez Ukraińców? Spośród czterech województw południowo-wschodnich II RP, tj. stanisławowskiego, tarnopolskiego, lwowskiego i wołyńskiego, to właśnie województwo wołyńskie miało najmniejszy odsetek ludności polskiej.
Kampania wyborcza rozkręca się. Dwa żydowskie twory: Ruch Dobrobytu i Pokoju (RDiP) i Polski Ruch Antywojenny (PRA) – są coraz aktywniejsze i rosną w siłę. Szczególnie ten drugi zaczyna działać z rozmachem i na szeroką skalę. RDiP działa bez rozgłosu, ale chyba nie mniej skutecznie. Żeby tak działać, trzeba mieć duże pieniądze. A skąd one? Międzynarodowe korporacje nie po to przejmują rynki we wszystkich krajach, by zyski płynęły tylko do tych korporacji. Część z nich jest wykorzystywana m.in. na tworzenie takich ruchów, jak te dwa wyżej wymienione, czyli baza bazą, a nadbudowa jest nie mniej ważna. Twarzami ruchu PRA są Leszek Sykulski i Sebastian Pitoń.
W ostatnim odcinku Antywojennych Polaków Rozmów z dnia 6 marca Leszek Sykulski w pewnym momencie mówi:
PRA chce stworzyć nową doktrynę i temu m.in. będą służyć dwa kongresy, które odbędą się w kwietniu 2023 roku. Pierwszy to kongres pokoju organizowany przez Stowarzyszenia Patria w Warszawie. Natomiast drugi kongres, to będzie kongres antywojenny ruchu PRA. Odbędzie się na południu Polski. Miejsce nie jest jeszcze znane. Będzie to kongres ideowy, mający na celu pracę ideotwórczą – stworzenie nowej doktryny dla Rzeczypospolitej Polskiej. Tutaj chcemy skupić ludzi, jakby powiedział klasyk, pasjonarnych, ludzi pasjonarnych, ludzi, którzy wiedzą, że bez dobrych podstaw ideowych, koncepcyjnych, doktrynalnych daleko, tak naprawdę, nie zajedzie się.
Leszek Sykulski, gdy mówił „jakby powiedział klasyk, pasjonarnych”, to twarz mu się rozjaśniła, oczy nabrały blasku, a wszystko to ledwie dostrzegalne. Nie wspomniał oczywiście, co to za klasyk, a więc przekaz był jakby dla wtajemniczonych. Ale od czego jest internet? Wystarczy mieć dostęp do niego, sprawną myszkę i sprawny palec wskazujący prawej ręki. Doktryna nie jest nowa. Trop prowadzi do Lwa Gumiłowa i Aleksandra Dugina:
Pasjonariusze, czyli twórcy ruskiego etnosu
Wspominany już Władimir Bondarienko w swej pracy Пламенные реакционеры (Płomienni reakcjoniści – przyp. W.L.) dokonał autorskiego podziału rosyjskiego ruchu patriotycznego, grupując go w trzech podstawowych nurtach: „czerwonym” – prostalinowskim, „białym” – procarskim oraz ksenofobicznym i, jego zdaniem, najbardziej niejednorodnym patriotyzmie „ruskim”, który nader chętnie nawiązuje do bogatego dziedzictwa dawnej Rusi i Rusi Moskiewskiej. Nie powinno dziwić, że w rejestrze Bondarienki wśród „ruskich” patriotów można odnaleźć również postać Lwa Gumilowa, który w swych historycznych szkicach poświęcił wiele miejsca na objaśnienie historii Rosji, interpretowanej przez pryzmat jego autorskiej teorii etnosu. Zakreślone przez niego, głównie w rozprawie Od Rusi do Rosji, dzieje, począwszy od ruskiej starożytności aż po pierwsze dekady XVIII wieku, stanowią tu sekwencję różnorodnych wydarzeń i zjawisk, prezentowanych poprzez portrety pasjonariuszy – wielkich osobowości, które – zdaniem Gumilowa – miały istotny wpływ na rosyjską, imperialną etnogenezę:
Pasjonariusze dążą do zmiany otoczenia i są do tego zdolni. To oni organizują dalekie wyprawy, z których powracają tylko nieliczni. To oni walczą o podporządkowanie sobie ludów, otaczających ich własny etnos, albo, przeciwnie, odpierając najeźdźców.
A wszystkie te często nieracjonalne zachowania mogą się realizować dzięki energetycznej nadwyżce:
Wykorzystując nadwyżkę swej energii do organizowania i kierowania współplemieńcami na wszystkich szczeblach hierarchii społecznej, pasjonariusze, choć z trudem, wypracowują nowe stereotypy zachowań, narzucają je wszystkim innym i tworzą w ten sposób nowy system etniczny, nowy etnos, który rejestruje historia.
Dzięki teorii pasjonarności Gumilow w łatwy sposób mógł uzasadnić kwestie, których objaśnienie w sposób racjonalny jest do dziś ostatecznie niemożliwe, przede wszystkim ze względu na czas, który upłynął od tych wydarzeń, zacierając sensy i znaczenia istotne w przeszłości. Ponadto pasjonarność – według Lwa Gumilowa – jest cechą zarówno osobniczą, jak i społeczną, wszelkie zatem działania „ruskich” pasjonariuszy stanowią znakomitą przestrzeń, która umożliwia potwierdzenie lub uwypuklenie ich znaczenia dla rosyjskiej tradycji i kultury. W tym autorskim ujęciu znalazło się miejsce dla historycznych liderów rosyjskiej etnogenezy, począwszy od zwycięzcy Chazarów, legendarnego Światosława, skończywszy na Piotrze Wielkim. Jednakże wszyscy znaczni w pojęciu Gumilowa pasjonariusze nie w każdym przypadku zyskują poklask badacza i pełną akceptację ich zaprzeszłych dokonań. Warto w tym miejscu rozpatrzyć swoistą intencjonalność interpretacji historycznej, zaproponowaną przez autora Od Rusi do Rosji, która została przekazana czytelnikom poprzez liczne szkice pasjonarnych figur rosyjskiej historii.
Postępując zgodnie z osią chronologii czasowej podręcznika Od Rusi do Rosji, pierwszą pasjonarną postacią, jaką wyróżnił Gumilow, był pogański książę Światosław (Świętosław wg M. Hellera), syn wielkiej księżnej Olgi, pogromca Chazarskiego Kaganatu. Wyprawa księcia, rozpoczęta w 964 roku, zwieńczona została zdobyciem chazarskiej stolicy Itilu i drugiej ważnej twierdzy Sarkel. Jak podkreślił autor, główną zdobyczą tej wyprawy był fakt odzyskania niezależności przez Ruś Kijowską i podniesienie jej autorytetu w oczach Bizancjum.
A więc mamy już dwóch rodzimych pasjonariuszów, zwolenników rosyjskiego mistycyzmu. Sądząc po dynamice z jaką wchodzą na polski rynek polityczny, będzie ich więcej. Jak wykorzystają oni nadwyżkę swej energii do organizowania i kierowania współplemieńcami? Jaki będzie ten nowy system etniczny? Sądząc po ilości nowego elementu etnicznego w „Polsce”, czyli Ukraińców, mogą liczyć na spore poparcie. Powoli, powoli staje się ta „Polska” krajem wschodnioeuropejskim. Niektórzy chcą zamienić dominację amerykańską na rosyjską, ale dominacja jest zawsze dominacją. Od tego lepiej nie będzie, co najwyżej – inaczej.
Co trzeba zrobić, by wywołać ruch antywojenny? Najpierw trzeba wywołać wojnę, a tę już mamy od roku. Mamy więc tezę. A jak już jest wojna, to trzeba stworzyć ruch antywojenny, czyli antytezę. I tak powstaje konflikt, czyli heglowski proces dialektyczny, który prowadzi do powstania syntezy, czyli nowej jakości. Być może jest to początek rewolucji na polskiej scenie politycznej, która doprowadzi do powstania dwóch nowych partii. Skoro powstanie nowe państwo, a wiele wskazuje na to, że tak może być, to pewnie będą też potrzebne nowe partie polityczne, bo, po masowych przesiedleniach, mamy już nowe społeczeństwo. Czy tak rzeczywiście będzie? Trudno powiedzieć. Na razie są to tylko spekulacje, ale już teraz widać, że najlepsi scenarzyści i reżyserzy intensywnie pracują.
Zjednoczenie Niemiec doprowadziło do dwóch wojen światowych. Im bliżej było końca II wojny światowej, tym częściej zastanawiano się nad tym, jak ma wyglądać świat powojenny, a w nim – Niemcy. O tym pisał również w swoim dziele Druga wojna światowa Winston S. Churchill. Poniżej wybrane fragmenty:
Problem okupacji Niemiec przez głównych aliantów rozpatrywano od dawna. Latem 1943 roku utworzony przeze mnie komitet rządowy, kierowany przez pana Attlee, po konsultacji z szefami sztabu, zalecił okupację całego obszaru Niemiec, jeśli chcemy doprowadzić do efektywnego ich rozbrojenia. Zalecił również podział kraju na trzy mniej więcej równe części, z Brytyjczykami na północnym zachodzie, Amerykanami na południu i południowym zachodzie oraz Rosjanami na wschodzie. Berlin miał być oddzielną wspólną strefą, okupowaną przez wszystkich sojuszników. Te zalecenia zostały zatwierdzone i przekazane Europejskiej Komisji Doradczej, w skład której wchodzili wówczas ambasador rosyjski Gusiew, ambasador amerykański pan Winant i z naszej strony sir Wiliam Strang z Foreign Office.
Tak więc najpierw Niemców solidnie dozbroili Amerykanie i Anglicy, o czym w blogu „Zwycięzcy tracą rozsądek”, a teraz ci sami Amerykanie i Anglicy zastanawiali się nad ich skutecznym rozbrojeniem. I komitet rządowy, utworzony przez Churchilla i kierowany przez Attlee, składu którego nie znamy, po konsultacji z szefami sztabu, zalecił okupację całego obszaru Niemiec. Zalecenia zostały zatwierdzone (przez kogo?) i przekazane Europejskiej Komisji Doradczej. Innymi słowy, prawdziwi decydenci byli ukryci.
W tym czasie przedmiot rozważań wydawał się być czysto teoretycznym. Nikt nie potrafił przewidzieć, kiedy i jak nastąpi koniec wojny. Armie niemieckie nadal okupowały olbrzymie obszary europejskiej części Związku Radzieckiego. Jeszcze rok dzielił nas od momentu postawienia przez brytyjskich i amerykańskich żołnierzy stopy w zachodniej Europie i blisko dwa lata od wkroczenia do Niemiec. Propozycja Europejskiej Komisji Doradczej (a więc to już była propozycja EKD – przyp. W.L.) nie wydawała się na tyle pilną, aby dyskutować ją w Gabinecie Wojennym. Jak wiele podobnych godnych pochwały planów na przyszłość, opracowanych z ogromnym wysiłkiem, spoczęła na półce, podczas gdy wojna toczyła się swoim torem. W tych czasach panowała powszechna opinia, że Rosjanie nie zechcą kontynuować wojny po odzyskaniu swego terytorium i że naówczas zachodni sojusznicy będą musieli dołożyć wielkich starań, aby przekonać ją do utrzymania wysiłku wojennego na stałym poziomie. Dlatego też kwestia sowieckiej strefy okupacyjnej w Niemczech nie była dla nas zagadnieniem priorytetowym i nie stanowiła przedmiotu dyskusji angielsko-amerykańskich. Nie podejmowano też jej podczas konferencji w Teheranie.
Kiedy spotkaliśmy się w Kairze w listopadzie 1943 r. w drodze powrotnej z Teheranu, amerykańscy szefowie sztabu poruszyli ten temat, ale z własnej inicjatywy, a nie na żądanie Rosjan. Strefa okupacyjna pozostała więc kwestią czysto akademicką, traktowaną jako coś, co było zbyt dobre, by mogło być prawdziwe. Powiedziano mi jednak, że prezydent Roosevelt chciałby zamienić strefy brytyjską i amerykańską. Wynikało to z chęci zapewnienia siłom amerykańskim bezpośredniego kontaktu z portami morskimi, aby ich linie komunikacyjne biegły bezpośrednio do morza i nie musiały przechodzić przez Francję. To zagadnienie wiązało się z mnóstwem problemów technicznych i miało wpływ na wiele szczegółowych planów, z operacją „Overlord” (operacja związana m.in. z lądowaniem wojsk w Normandii 6 czerwca 1944 roku – przyp. W.L.) włącznie. W Kairze nie powzięto żadnych decyzji, ale później zagadnienie to stało się przedmiotem długiej korespondencji między mną a Prezydentem. Sztab brytyjski uważał pierwotny plan za lepszy, a poza tym wprowadzenie tej zmiany wiązałoby się z wieloma komplikacjami. Odniosłem również wrażenie, że amerykańscy koledzy naszych szefów sztabu raczej podzielają ich poglądy na tę sprawę. Na konferencji w Quebecu we wrześniu 1944 roku osiągnęliśmy ostateczne porozumienie odnośnie podziału stref.
W książce zamieszczono mapkę stref okupacyjnych uzgodnionych w Quebecu we wrześniu 1944 roku. Strefa amerykańska i brytyjska obejmowały obszar byłego RFN-u. Przy czym obszar w okolicy Bremy z dostępem do morza należał do strefy amerykańskiej. Strefa radziecka obejmowała obszar byłej NRD i dalej na wschód do granicy niemiecko-polskiej z 1937 roku.
Strefy okupacyjne. Po środku, na różowo, zaznaczony obszar, z którego Anglicy i Amerykanie wycofali się w lipcu 1945 roku. Tzw. Ziemie Odzyskane stanowiły pierwotnie część radzieckiej strefy okupacyjnej. Źródło: Wikipedia.
Prezydent, najwidoczniej przekonany przez swych wojskowych, siadywał z wielką mapą rozłożoną na kolanach. Pewnego popołudnia w obecności większości sztabowców, uzgodnił ustnie ze mną, że dotychczasowy układ zostaje utrzymany, pod warunkiem, iż Stany Zjednoczone otrzymają bezpośredni dostęp do morza w strefie brytyjskiej. Brema i przyległe do niej Bremerhaven wydawały się wystarczające na potrzeby amerykańskie i zgodziliśmy się, że przejdą one pod ich kontrolę. Podjęte decyzje ilustruje załączona mapa. Uważaliśmy, że jest zbyt wcześnie, aby rozmawiać o francuskiej strefie w Niemczech, a nikt nie wspominał o strefie rosyjskiej.
W Jałcie, w lutym 1945 roku, plan z Quebecu został przyjęty bez większych dyskusji jako robocza wersja do niezakończonych negocjacji odnośnie przyszłej wschodniej granicy Niemiec. Odłożono go do czasu rokowań nad traktatem pokojowym. Armie sowieckie w tym dokładnie momencie przekraczały swoje przedwojenne granice i życzyliśmy im wszelkich sukcesów. Zaproponowaliśmy natomiast porozumienie odnośnie stref okupacyjnych w Austrii. Stalin, po pewnych perswazjach, zgodził się na moją propozycję, aby wydzielić Francuzom część ze strefy brytyjskiej i amerykańskiej, co wiązało się również z miejscem dla nich w Sojuszniczej Komisji Kontrolnej. Wszyscy rozumieli, że uzgodnienia dotyczące stref okupacyjnych nie mogą zakłócać operacji wojskowych. Berlin, Pragę i Wiedeń mógł zdobyć ten, kto doszedłby do nich pierwszy. Żegnaliśmy się na Krymie nie tylko jako sojusznicy, ale i przyjaciele, stojący w obliczu wciąż jeszcze potężnego wroga, z którym nasze armie prowadziły zaciekłe i nieustanne walki.
Dwa miesiące, które minęły od tego czasu, przyniosły gwałtowne zmiany sięgające aż do korzeni wszystkich zjawisk. Niemcy Hitlera były pogrążone, a on sam stał na krawędzi zguby.
Rosjanie walczyli już w Berlinie. Wiedeń i większość Austrii znalazły się w ich rekach. Cały kontekst stosunków między zachodnimi sojusznikami a Rosją stał się płynny. Wszystkie problemy przyszłości stały się nie rozstrzygnięte. Triumfujący Kreml zdążył już złamać i odsunąć na bok porozumienia zawarte między nami w Jałcie. Nowe niebezpieczeństwa, przypuszczalnie tak samo straszne, jak te, które właśnie udało się pokonać, wyrastały przed podzielonym i umęczonym światem.
A więc zakończenie jednego konfliktu musi zrodzić nowy konflikt, gdyż bez niego, zgodnie z dialektyką heglowską, nie ma rozwoju i postępu. Muszą być ścierające się ze sobą „teza” i „antyteza”, dwie przeciwstawne idee, które w trakcie tego starcia tworzą nową jakość, czyli „syntezę”. W okresie międzywojennym świat był wielobiegunowy, po II wojnie światowej stał się dwubiegunowy: USA – ZSRR. Po 1989 roku stał się jednobiegunowy: USA. Po kryzysie z 2007 roku w Ameryce staje się znów wielobiegunowy, choć z powoli zaznaczającą się przewagą Chin. Czyli nic nowego. Wszystko już było.
Moje zaniepokojenie tym wiele mówiącym rozwojem wypadków było widoczne już przed śmiercią Prezydenta. On sam, jak można wnioskować z wymienionej korespondencji, był pełen obaw i zdenerwowania, o czym świadczy chociażby opisana w jednym z poprzednich rozdziałów wymiana depesz z Mołotowem, dotycząca incydentu w Bernie. Pomimo zwycięskiego marszu armii Eisenhowera, prezydent Truman w drugiej połowie kwietnia stanął w obliczu groźnego kryzysu. Od pewnego czasu ze wszystkich sił starałem się uzmysłowić rządowi Stanów Zjednoczonych, jak wielkie zmiany zachodzą w sferach politycznej i wojskowej. Nasze zachodnie armie wkrótce znajdą się poza granicami stref okupacyjnych, ściskając Niemców między nami a zbliżającymi się ze wschodu Rosjanami.
12 czerwca prezydent odpowiedział na moją depeszę z 4 czerwca stwierdzając, że trójstronne porozumienie o okupacji Niemiec zostało zatwierdzone przez prezydenta Roosevelta „po długich rozważaniach i szczegółowych dyskusjach” ze mną i w związku z tym nie jest możliwe odwlekanie wycofywania wojsk amerykańskich ze strefy sowieckiej w celu wywarcia nacisku na osiągnięcie porozumienia w innych sprawach. Sojusznicza Komisja Kontrolna nie może rozpocząć działalności, zanim te wojska nie zostaną wycofane. Również zarząd wojskowy, pełniony przez naczelnego dowódcę wojsk sojuszniczych, winien być zakończony i bez zwłoki podzielony między między Eisenhowera i Montgomery’ego. Pisał dalej, że zdaniem jego doradców opóźnienie wycofywania wojsk aż do naszego spotkania w lipcu spowoduje pogorszenie się stosunków z Sowietami i wobec tego proponował wysłanie depeszy do Stalina.
1 lipca armie Stanów Zjednoczonych i Wielkiej Brytanii rozpoczęły wycofywanie się do przeznaczonych dla nich stref. Towarzyszyły im tłumy uciekinierów. Rosja Sowiecka usadowiła się w sercu Europy. Rozpoczął się etap groźny w skutkach dla całej ludzkości.
Do sprawy Polski powróciliśmy na piątym posiedzeniu, 21 lipca. Delegacja sowiecka chciała, aby zachodnia granica Polski biegła na zachód od Świnoujścia do Odry, z pozostawieniem Szczecina po polskiej stronie, następnie Odrą do ujścia Nysy Zachodniej (Łużyckiej – przyp. W.L.) i wzdłuż niej do granicy z Czechosłowacją.
Truman przypomniał, że zgodziliśmy się podzielić Niemcy na cztery strefy okupacyjne, bazując na granicach z 1937 roku. Brytyjczycy i Amerykanie cofnęli swoje wojska do nowych stref, ale jak widać rząd sowiecki przydzielił Polakom własną strefę, nie konsultując tego z nami. Strefę tę należy jednak przyjmować za część Niemiec, gdyż inaczej nie można będzie policzyć reparacji i rozstrzygnąć innych kwestii niemieckich. Stalin sprzeciwił się tezie, że dał Polakom ich własną strefę okupacyjną. Stwierdził, że rząd sowiecki nie mógł ich powstrzymać. Niemiecka ludność wycofała się na zachód razem ze swoim wojskiem. Pozostali tylko Polacy. Armia sowiecka potrzebowała ludzi do administrowania terenami na tyłach. Nie jest przygotowana do jednoczesnego prowadzenia walk, oczyszczania terytorium i tworzenia własnej administracji. Zdecydowano więc, aby to zadanie powierzyć Polakom.
- Powinniśmy trzymać się stref, które uzgodniliśmy w Jałcie - powiedział prezydent. - Jeśli odstąpimy od tego, reparacje i inne kwestie będą bardzo trudne do załatwienia.
- Nie martwmy się o reparacje - odrzekł Stalin.
- Stany Zjednoczone nie zamierzają ich brać - stwierdził Truman - ale chciałyby jednak uniknąć konieczności dopłacania jakichkolwiek sum.
- W Jałcie nie ustaliliśmy niczego definitywnego w kwestii zachodniej granicy Polski - kontynuował Stalin. - Nikt z nas nie ma więc żadnych zobowiązań.
Zgodziliśmy się, że nowa Polska ma przesunąć swoją zachodnią granicę do linii Odry. Różnica pomiędzy mną a Stalinem polegała tylko na tym, jak daleko ta linia ma sięgać. Słowa „linia Odry” zostały użyte w Teheranie. Nie było to precyzyjnie określone, ale delegacja brytyjska wytyczyła linię, którą mogliby rozpatrzyć szczegółowo ministrowie spraw zagranicznych. Wskazałem, że użyłem słów „linia Odry” jako generalną wytyczną i że nie może być ona sprecyzowana bez mapy.
xxxxxxxx
Kończąc swoje dzieło, Churchill napisał:
Nie biorę odpowiedzialności – poza tym, co zostało tu opisane – za wyniki osiągnięte w Poczdamie. W czasie trwania konferencji zdecydowałem, aby rozbieżności, których nie dało się usunąć przy okrągłym stole ani na codziennych zebraniach ministrów spraw zagranicznych, pozostawić nie załatwione. W konsekwencji ogromny zestaw spraw, co do których brak było porozumienia, spiętrzył się na półkach. Zamierzałem, jeśli zostałbym wybrany, tak jak się wszyscy spodziewali, prowadzić spór z rządem sowieckim na temat tych wszystkich kwestii. Na przykład, zarówno ja, jak i pan Eden nigdy nie zgodzilibyśmy się, aby polsko-niemiecka granica biegła wzdłuż Nysy Zachodniej. Linia Odry i Nysy Wschodniej (Kłodzkiej – przyp. W.L.) została już uznana jako rekompensata dla Polski za ziemie utracone za linią Curzona, ale zagrabienie przez rosyjskie armie terytoriów do, a nawet poza Zachodnią Nysę, nigdy nie było i nigdy nie zostałoby zaakceptowane przez rząd, na którego czele bym stał. Uważałem to nie tylko za punkt honoru, ale i potężny czynnik praktyczny, kształtujący życie dodatkowych 3 milionów przesiedleńców. Pozostało jeszcze wiele innych punktów, w których należało przeciwstawić się rządowi sowieckiemu, a także i Polakom, którzy połknąwszy olbrzymi szmat niemieckiego terytorium, stali się, w sposób oczywisty, marionetkami Rosji. Wszystkie te negocjacje zostały przerwane w połowie i doprowadzone do przedwczesnego zakończenia wskutek wyniku wyborów powszechnych. Mówiąc to nie zamierzam obciążać ministrów nowego rządu, zmuszonych podejmować decyzje bez żadnego poważniejszego przygotowania, którzy oczywiście nie znali mojego zamysłu doprowadzenia do konfrontacji pod koniec konferencji i – gdyby okazało się to niezbędne – prędzej do publicznego zerwania aliansów niż wyrażenia zgody na przekazanie Polakom obszarów za Odrą i Nysą.
Naprawdę trudno uwierzyć w to, że Churchill tak na poważnie traktował spór pomiędzy nim a Stalinem o to, czy granica Polski będzie przebiegała wzdłuż linii Odry i Nysy Kłodzkiej, czy wzdłuż linii Odry i Nysy Łużyckiej. Gdyby przebiegała wzdłuż linii Odry i Nysy Kłodzkiej, to nawet cały Dolny Śląsk nie znalazłby się w obrębie Niemiec. A reszta? Ziemie północno-zachodnie i Prusy Wschodnie pozostawałyby w Polsce. I jeszcze to, że Polacy sami sobie wzięli część radzieckiej strefy okupacyjnej i Stalin czuł się bezradny. Wszystko to był teatr, który miał przygotować opinię publiczną na to, że tworzy się nowy konflikt, że dotychczasowa koalicja rozpada się, że wszystkiemu są winni źli Sowieci.
Trzeba jednak zauważyć, że właściwym momentem do działania w tych sprawach był czas, tak jak to wyjaśniłem we wcześniejszych rozdziałach, kiedy wojska potężnych sojuszników stały naprzeciw siebie w polu, zanim Amerykanie i w mniejszym zakresie Brytyjczycy dokonali odwrotu, na obszarze o długości 400 mil i szerokości sięgającej w niektórych miejscach 120 mil. W ten sposób oddaliśmy Rosjanom samo serce i wielki obszar Niemiec. W tamtym okresie chciałem rozstrzygnąć sprawy, zanim dokonamy tego odwrotu na wielką skalę i kiedy jeszcze sojusznicy zachodni mieli w polu wielkie armie. Zdaniem Amerykanów byliśmy zobowiązani do powrotu na ustaloną granice stref, podczas gdy ja usilnie utrzymywałem, że ta granica może być potwierdzona tylko wtedy, kiedy zyskamy pewność, że cały front od północy do południa jest ustalony zgodnie z wytycznymi i w duchu naszych poprzednich uzgodnień. Niestety nie mogłem zdobyć poparcia Amerykanów dla tego pomysłu i Rosjanie, popychając przed sobą Polaków, posunęli się naprzód, wypierając Niemców i zagarniając jednocześnie źródła żywności tam leżące. Przypuszczalnie dałoby się to jeszcze naprawić w Poczdamie, ale rozpad brytyjskiego rządu narodowego i moje zejście ze sceny w chwili, gdy miałem jeszcze wiele wpływów i władzy, przesądziło o niemożności osiągnięcia zadowalających rozwiązań.
xxxxxxxx
Właściwie to nie bardzo wiadomo, z jakiego powodu nastąpiło takie oziębienie stosunków pomiędzy aliantami. Dlaczego Rosjanie zaczęli okazywać wrogość wobec aliantów zachodnich, a ci stali się jakby spolegliwi? Chyba nie ideologia? Jeśli już, to powinno być odwrotnie. To przecież Amerykanie stworzyli Związek Radziecki, a później, w czasie wojny, wysyłali tam konwoje z bronią. Bez tej pomocy Związek Radziecki nie byłby w stanie oprzeć się Hitlerowi, którego III Rzesza zaistniała tylko i wyłącznie dzięki pomocy finansowej Ameryki. W pewnym momencie Churchill napisał, że gwarancją skutecznego rozbrojenia Niemiec jest stworzenie stref okupacyjnych. A może lepszą gwarancją byłoby ich niedozbrajanie w okresie międzywojennym?
Strefy okupacyjne niczego nie zagwarantowały. Więcej! Umożliwiły powstanie dwóch wrogich sobie bloków, którym przewodziły z jednej strony Stany Zjednoczone, a z drugiej – Związek Radziecki. I zamiast prawdziwego pokoju mieliśmy zimną wojnę, a później wyścig zbrojeń. Stany Zjednoczone i Związek Radziecki, nie mogąc walczyć bezpośrednio ze sobą ze względu na posiadanie broni atomowej, prowadziły ze sobą wojny na terenie innych państw, jak choćby w Wietnamie czy Afganistanie. Później „Imperium Zła” upadło i Europa Środkowa znalazła się w strefie wpływów Stanów Zjednoczonych. I wydawało się, że już będzie bezpiecznie, aż tu nagle Ukraina zapragnęła być w unii i w NATO. I tak doszło do wojny na Ukrainie i Stany Zjednoczone dozbrajają teraz Ukrainę. Ciągle tylko Stany Zjednoczone dozbrajają różne państwa. Któż jest więc tym „Imperium Zła”? Któż tak wywija tymi Stanami Zjednoczonymi, że tak terroryzują one cały świat? Czy na kolejnym etapie rozwoju będzie tak, że terroryzowanie zbrojeniami zostanie zastąpione terroryzowaniem gospodarczym? I czy ten ktoś zacznie w przyszłości wywijać Chinami tak, jak teraz wywija Stanami Zjednoczonymi? Potęga militarna Stanów Zjednoczonych była i jest większa niż kilku innych największych państw łącznie. Czy fabryka świata, jaką stają się powoli Chiny, będzie mogła być użyta do szantażu czy terroru gospodarczego? Czas pokaże.
Nie tylko Niemcy zostały podzielone na strefy okupacyjne, Austria również. I podobnie jak w przypadku Niemiec były 4 strefy okupacyjne.
Podział Austrii na 4 strefy okupacyjne w latach 1945-1955; źródło: Wikipedia.
I dopiero teraz staje się jasne, dlaczego powstanie w Budapeszcie wybuchło w 1956 roku. 15 maja 1955 roku został podpisany Traktat państwowy w sprawie odbudowy niezawisłej demokratycznej Austrii przez ministrów spraw zagranicznych ZSRR, Wielkiej Brytanii, USA, Francji i Austrii. To spowodowało neutralność tego państwa. Armia Radziecka wycofała się z terytorium Austrii. Węgrzy, podpuszczani przez propagandę z radia Głos Ameryki czy Wolna Europa, liczyli na to, że i oni mogą wyrwać się spod radzieckiej okupacji i stać się krajem neutralnym.
12 września 1990 roku w Moskwie został podpisany Traktat o ostatecznym uregulowaniu w odniesieniu do Niemiec, zwany także Traktatem dwa plus cztery. Punkt drugi tego Traktatu brzmi: Obecne granice są ostateczne, tzn. Niemcy zrzekają się roszczeń wobec innych państw, a granica na Odrze i Nysie Łużyckiej zostanie potwierdzona przez zjednoczone Niemcy w wiążącym prawnie traktacie z Polską.
14 listopada 1990 roku podpisano Polsko-Niemiecki traktat graniczny. Jest to umowa pomiędzy Rzeczpospolitą Polską a Republiką Federalną Niemiec dotycząca uznania granicy na Odrze i Nysie Łużyckiej. Polska ratyfikowała ją 26 listopada 1991 roku, zaś Niemcy 16 grudnia 1991 roku.
Artykuł 2 tego Traktatu brzmi: Umawiające się strony oświadczają, że istniejąca między nimi granica jest nienaruszalna teraz i w przyszłości, oraz zobowiązują się wzajemnie do bezwzględnego poszanowania ich suwerenności i integralności terytorialnej.
Artykuł 3 brzmi: Umawiające się strony oświadczają, że nie mają wobec siebie żadnych roszczeń terytorialnych i że roszczeń takich nie będą wysuwać również w przyszłości.
Traktaty i umowy są dobre, ale obowiązują one tylko stronę słabszą. Strona silniejsza czy mocarstwo, jak chce to przestrzega postanowień takich umów, a jak nie chce, to nie przestrzega. Postanowień traktatu wersalskiego o demilitaryzacji Niemiec nie przestrzegały Stany Zjednoczone. I nikt im nie podskoczył. Wojna na Ukrainie kiedyś się skończy i wtedy mocarstwa zrobią to, co zechcą. Polska za swoje zaangażowanie na Ukrainie może zostać uznana za głównego winowajcę, no bo przecież udostępniła Amerykanom swoje terytorium do przerzutu broni na Ukrainę, co spowodowało wydłużenie konfliktu i ogromne straty ludzkie i materialne. Brzmi idiotycznie? A jak Stalin powiedział, że to Polacy wzięli sobie część radzieckiej strefy okupacyjnej i on nic na to nie mógł poradzić, to nie brzmiało to idiotycznie? I za takie działanie, za karę, może zostać ona pozbawiona swoich ziem zachodnich, czyli poniemieckich. W międzynarodowej prasie zostanie to odpowiednio naświetlone i wszyscy uznają, że tak rzeczywiście było.
Emerytowany amerykański żołnierz piechoty morskiej walczący na Ukrainie powiedział ABC News, że linia frontu to „maszynka do mięsa”, na której żołnierze przeżywają średnio „cztery godziny”.
Troy Offenbecker walczy u boku sił ukraińskich w rejonie Donbasu. Od kilku miesięcy Moskwa i Kijów toczą walki wokół Bachmutu, a w tym czasie wojska rosyjskie powoli zdobywają teren wokół miasta.
W styczniu Niemcy oszacowały, że Kijów codziennie w tej walce traci „trzycyfrową liczbę” żołnierzy. Biały Dom uważał wówczas, że prezydent Wołodymyr Zełenski poświęca zbyt wiele istnień ludzkich i zasobów, aby bronić miasta.
Komentarz Offenbeckera sugeruje, że sytuacja ukraińskich żołnierzy może się pogarszać. „Na froncie było bardzo źle. Wiele ofiar”. Ocenił, że „przewidywana długość życia na linii frontu wynosi około czterech godzin”.
Powiedział, że rosyjski atak na miasto nie słabnie i zamienił się w „maszynkę do mięsa”. „Artyleria działa bez przerwy”. Offenbecker wyjaśnił, że wojska rosyjskie walczą przez całą dobę. „Rosjanom być może zaczyna brakować pocisków, ale w ciągu ostatnich kilku tygodni był to ciągły atak. Cały dzień i całą noc” – powiedział ABC.
Tymczasem zachodni sojusznicy Kijowa powiedzieli ostatnio Zełenskiemu, że kraje NATO szukają pocisków artyleryjskich do wysłania na Ukrainę. Sekretarz obrony Lloyd Austin powiedział, że Stany Zjednoczone będą szkolić siły ukraińskie w zakresie metod walki wykorzystujących mniej amunicji.
Kreml ogłosił z zeszłym roku mobilizację 300 tys. żołnierzy. Zachodni przywódcy przewidywali, że tej zimy Moskwa zarządzi ofensywę. Ukraińscy urzędnicy twierdzą, że rosyjska ofensywa jest już w toku, a Offenbecker się z tym zgadza. „Sadząc po intensywności ostrzału i ilości sprzętu, który przywieźli, myślę, że to się zaczęło” – wyjaśnił ABC.
Ze względu na ścisłą kontrolę Moskwy i Kijowa nad prasą w obu krajach, nie jest jasne, jak duża jest liczba ofiar śmiertelnych w każdym z nich. Od początku wojny Zełenski znacjonalizował ukraińskie media, zdelegalizował swoją opozycję polityczną i uwięził obywateli, którzy sprzeciwiali się jego administracji.
Komentując stan dziennikarstwa na Ukrainie, lider związku prasowego Serhij Guz wyjaśnił: „Nigdy nie wiemy, co jest podstawą tych oskarżeń, jaki jest prorosyjski związek… Zaczyna to wyglądać raczej na oskarżenie polityczne niż na prawdziwe przestępstwo”. „Wielu dziennikarzy dokonuje teraz autocenzury” – dodał.
xxxxxxxx
Widać wyraźnie, że w tej wojnie chodzi o to, by zginęło jak najwięcej żołnierzy. Nikt tu nie próbuje prowadzić jakichkolwiek negocjacji. Nikt nie jest skłonny do ustępstw. Tylko że ci „twardziele” nie są na froncie, tylko gdzieś daleko w ciepłych biurach. Natomiast „polski” rząd usilnie dąży do tego, by również polski żołnierz ginął co 4 godziny na froncie ukraińsko-rosyjskim, przekonując naiwnych, że to nasza wojna i że Rosja zaatakuje Polskę, jeśli nie pomożemy Ukrainie. Przekaz w polskich mediach jest zapewne podobny do tego w tych ukraińskich. Z nich możemy się dowiedzieć, że Rosja cały czas ponosi straty i lada moment przegra tę wojnę, a Ukraińcy cały czas odnoszą sukcesy i nie mają żadnych strat. Ja już pamiętam taki podobny, jednostronny przekaz. Propaganda gierkowska może była nawet lepsza od tej obecnej. Wtedy żyliśmy w kraju, który nieustannie rozwijał się, był 10-tą potęgą gospodarczą świata, a na zgniłym Zachodzie recesja i bezrobocie. Wtedy można było wcisnąć ten kit, bo nie było internetu i przytłaczająca większość ludzi nie miała szans, by przekonać się na własnej skórze, jak zgniły był ten Zachód.