Finis Ucrainae

W poprzednim blogu napisałem, że politycy to zwykli gangsterzy i złodzieje, ale nie tylko. Jak pokazują ostatnie wydarzenia, to także mordercy, którzy nie mają żadnych skrupułów, gdy chodzi o realizację chorej ideologii chorego narodu, którego oni są podwykonawcami. Jak nie – wymyślona pandemia, w efekcie której zamknięto ludziom dostęp do opieki medycznej, co skutkowało większą niż normalnie liczbą zgonów – to bezsensowna wojna, w której najbardziej ucierpią cywile. Po co są te ataki na ludność cywilną? Tylko i wyłącznie po to, by stworzyć falę uchodźców. Cieszy się Putin i „polski rząd”, który już nie będzie musiał udawać. Będzie mógł otwarcie, bo ze względów humanitarnych, ściągać masy Ukraińców. Prezydent Duda z trudem powstrzymywał uśmiech we wczorajszym przemówieniu. Mieszkania też czekają, nie tylko na Żydów, na Ukraińców też. O to zadbali developerzy.

Finis Ucrainae oznacza również finis Poloniae, to znaczy koniec Rzeczpospolitej Polskiej i początek Rzeczpospolitej Ukraińskiej. Ta wojna jest po to, by zlikwidować państwo ukraińskie w takiej postaci, w jakiej ono obecnie istnieje i stworzyć nowy porządek w tej części Europy. Słowa Putina nie pozostawiają złudzeń. Stwierdził on, że chce zdemilitaryzować i zdenazyfikować Ukrainę. Denazyfikacja, to nic innego jak debanderyzacja Ukrainy, a to oznacza, że jedyna ideologia spajająca tę obecną ukraińską państwowość nie jest już potrzebna. A skoro tak, to oznacza to po prostu likwidację państwa ukraińskiego w tej postaci. Innymi słowy rozbiór Ukrainy, a następnie rozbiór Polski. Dlaczego Polska nie może, tak jak Czechy, być od tysiąca lat w jednym miejscu? Dlaczego tu ciągle musi się wszystko zmieniać: granice i ludzie?

A to bardzo specyficzna część Europy. To pas ziemi ciągnący się od Bałtyku po Morze Czarne. Jego wyróżnikiem przez wieki było to, że zamieszkiwali go ludzie, którzy mieli problemy z określeniem własnej tożsamości narodowej, określając siebie jako tutejsi i którzy mówili innym językiem niż władza państwa, którego byli mieszkańcami. To również pas ziemi pomiędzy Rosją i Niemcami. Taka sytuacja była doskonałą okazją do ciągłych zmian. Centralne miejsce przez dwa wieki zajmowało państwo, do którego przylgnęła nazwa państwa na kółkach. Lata mijały, a sytuacja nie zmieniała się. Rozpad Związku Radzieckiego i powstanie nowych państw w tym pasie, to nawiązanie do tej wiekowej tradycji. Jakież pole do kombinacji wytworzyło się w takiej przestrzeni!

Gdy się to wszystko zaczęło wczoraj, czyli 24 lutego 2022 roku, to zajrzałem do Wikipedii, która na bieżąco aktualizowała dane o początku ataku. Z niej pochodzą poniższe informacje. Zawsze powtarzałem i będę powtarzał do znudzenia, że nie można zrozumieć teraźniejszości bez poznania tego, co było wcześniej. A pewne fakty skłaniają do wniosku, że tu chodzi bardziej o Polskę niż o Ukrainę, że to jest wstęp do przemodelowania tej części Europy.

Po długotrwałych wojnach z Turcją i Tatarami Chanat Krymski został ostatecznie w 1783 roku zdobyty przez Imperium Rosyjskie, a jego terytorium bezpośrednio wcielone do państwa rosyjskiego. W ramach tego imperium Półwysep Krymski wchodził w skład guberni rosyjskich utworzonych na ziemiach zdobytych w wojnach z Turcją, czyli tzw. Noworosji (południowo-wschodnia Ukraina, Mołdawia, Naddniestrze i południowo-zachodnia Rosja). W różnych okresach czasu należał on do guberni noworosyjskiej, taurydzkiej (historyczny Chanat Krymski) i generałgubernatorstwa noworosyjskiego. Lekceważąc tę tradycję, władze radzieckie przyłączyły w 1921 roku większość Noworosji do Ukraińskiej Socjalistycznej Republiki Radzieckiej. W trakcie II wojny światowej wysiedlono z półwyspu większość ludności niemieckiej, tatarskiej, greckiej, włoskiej, ormiańskiej oraz bułgarskiej. Wysiedlenia te objęły ok. 25% całej ludności Półwyspu Krymskiego i ok 50% ludności nierosyjskiej.

W 1946 roku władze Rosyjskiej Federacyjnej Socjalistycznej Republiki Radzieckiej zlikwidowały Krymską Autonomiczną Socjalistyczną Republikę Radziecką, przekształcając ją w obwód krymski w składzie RFSRR.

W lutym 1954 roku Krym, decyzją Nikity Chruszczowa, został przyłączony do Ukraińskiej Socjalistycznej Republiki Radzieckiej. Odbyło się to z okazji 300-lecia ugody perejasławskiej. Ugoda ta została zawarta 18 stycznia 1654 roku w Perejasławiu (w pobliżu Kijowa) pomiędzy Hetmanatem (Wojsko Zaporoskie) i Bohdanem Chmielnickim a Walerym Buturlinem, występującym jako pełnomocnik cara Rosji Aleksego I, na mocy której Ukraina została poddana jego władzy.

Terytorium Hetmanatu (fiolet), Siczy (sepia) i Ukrainy Słobodzkiej (zieleń); źródło: Wikipedia.

Jeszcze w ramach ZSRR Krym uzyskał ponownie status republiki autonomicznej w 1991 roku. Po uzyskaniu niepodległości przez Ukrainę, prorosyjskie władze Krymu ogłosiły w 1992 roku niezawisłość od Ukrainy na podstawie wyników referendum niepodległościowego. Jednak na skutek nacisków Kijowa, półwysep nadal pozostawał w granicach państwa ukraińskiego. Władze ukraińskie zgodziły się w 1992 roku na autonomię półwyspu, funkcjonującego od tej pory jako Autonomiczna Republika Krymu.

Krym składa się z Republiki Autonomicznej Krymu i wydzielonego miasta Sewastopol. Według ostatniego spisu powszechnego na Ukrainie z 2001 roku pierwszy podmiot zamieszkiwało 58% Rosjan, 24% Ukraińców, 12% Tatarów krymskich i ponad 1% Białorusinów, a w Sewastopolu Rosjanie stanowili 72% populacji, Ukraińcy 22%. Łącznie na Krymie ludność rosyjska stanowiła 60% mieszkańców.

Specyficzny charakter Krymu związany jest także z obecnością na tym terenie rosyjskiej Floty Czarnomorskiej, która ma w Sewastopolu swoją bazę.

Jednym z najważniejszych dokumentów podpisanych w sprawie Krymu było memorandum budapeszteńskie z 1994 roku. Na jego mocy „Ukraina otrzymała od Rosji, Stanów Zjednoczonych i Wielkiej Brytanii gwarancje integralności terytorialnej w zamian za przekazanie Federacji Rosyjskiej arsenału jądrowego z epoki radzieckiej (wówczas trzeciego na świecie pod względem wielkości)”.

Dziś widać ile warte są rosyjskie gwarancje, nie mówiąc o brytyjskich. Parę czy paręnaście dni temu odwiedził Warszawę brytyjski premier i powiedział, że w trudnej sytuacji Polska zawsze może liczyć na Wielką Brytanię. Gdy to przeczytałem, to uśmiałem się prawie do łez. A śmiech to zdrowie, więc jestem bardzo wdzięczny brytyjskiemu premierowi, bo ostatnio mam mało okazji do śmiechu.

Tendencje separatystyczne na wschodzie i południu Ukrainy są następstwem rewolucji z lutego 2014 roku, zwanej Euromajdanem, która odsunęła od władzy prezydenta Wiktora Janukowycza. Przyczyną wybuchu masowych, antyrządowych protestów na Ukrainie, które przerodziły się na ulicach Kijowa w rewolucję, było odłożenie podpisania przez prezydenta umowy stowarzyszeniowej Ukrainy z Unią Europejską. Wobec tego zachodnia i centralna Ukraina zbuntowały się przeciwko władzy prorosyjskiej Partii Regionów.

Nikt już dziś nie ma wątpliwości, że ta rewolucja była dziełem Amerykanów, a przecież wcześniej w trakcie rozmów radziecko-amerykańskich ustalono, że Ukraina to dla Związku Radzieckiego i później dla Rosji, to bliska zagranica i jej strefa wpływów. Na ingerencję Stanów Zjednoczonych w tym rejonie zgody nie było.

W wyniku działań Rosji w okresie luty – marzec 2014 roku została zaanektowana Autonomiczna Republika Krymu wraz z miastem wydzielonym Sewastopol. Na terenie wschodniej Ukrainy, kontrolowanym przez Federację Rosyjską, proklamowano samozwańcze republiki ludowe: charkowską, doniecką oraz ługańską.

Z kryzysem ukraińsko-rosyjskim związane są żądania Rosji, która domaga się gwarancji nierozszerzania NATO i ograniczenia aktywności na jego wschodniej flance.

9 i 10 stycznia 2022 roku odbyły się w Genewie rozmowy USA – Rosja na temat przedstawionych przez Rosję w połowie grudnia 2021 roku żądań w strefie bezpieczeństwa europejskiego.

12 stycznia 2022 roku odbyło się posiedzenie Rady NATO – Rosja z udziałem przedstawicieli członków NATO. Delegacja rosyjska podtrzymywała na nim żądania dotyczące prawnie wiążących „gwarancji bezpieczeństwa” w zakresie nierozszerzania NATO:

  • nierozmieszczania w krajach graniczących z Rosją systemów uderzeniowych mogących zniszczyć cele na jej obszarze,
  • nierozlokowywania w Europie rakiet średniego i pośredniego zasięgu,
  • likwidacji infrastruktury powstałej na terytorium członków, którzy wstąpili do NATO po 1997 roku,
  • wycofania z tych państw sił natowskich.

21 lutego 2022 roku Władimir Putin podpisał deklarację uznającą niepodległość i suwerenność dwóch separatystycznych republik: Donieckiej Republiki Ludowej i Ługańskiej Republiki Ludowej. Tuż przed godziną 6:00 czasu moskiewskiego 24 lutego Władimir Putin ogłosił, że podjął decyzję o rozpoczęciu operacji wojskowej na Ukrainie. W przemówieniu Putin powiedział, że nie ma planów okupacji terytorium Ukrainy, że narody Ukrainy mają prawo do niezależności. Stwierdził, że Rosja zamierza „zdemilitaryzować i zdenazyfikować” Ukrainę i wezwał ukraińskich żołnierzy do złożenia broni.

Putin wysunął pod adresem NATO żądania, na które ono nie może się zgodzić. Wszak to Rosjanie zaakceptowali kiedyś rozszerzenie NATO na kraje Europy środkowej. A teraz im się odmieniło. Putin nie chce okupować Ukrainy, ale chce prawnie wiążących „gwarancji bezpieczeństwa”. Kto jak kto, ale on chyba doskonale zdaje sobie sprawę z tego, ile warte są te prawnie wiążące gwarancje. O co więc tak naprawdę chodzi?

24 lutego 2022 roku o godzinie 5:45 czasu lokalnego (4:45 czasu polskiego) rozpoczęła się inwazja Rosji na Ukrainę. Ataki rakietowe wymierzono w różne części Ukrainy, m.in. w Kijów i Charków. Ukraińska Służba Graniczna potwierdziła, że jej granice z Rosją i Białorusią zostały zaatakowane: „Ataki na oddziały graniczne, posterunki graniczne i punkty kontrolne przeprowadza się z użyciem artylerii, ciężkiego sprzętu i broni strzeleckiej. Odbywa się to w obwodach ługańskim, sumskim, charkowskim, czernihowskim i żytomierskim”.

Informacja Wikipedii o godzinie ataku na Ukrainę została wczoraj, tj. 24 lutego, około południa zmieniona. Obecnie informuje ona, że inwazja rozpoczęła się o godzinie 5:00 czasu lokalnego (4:00 czasu polskiego). Dziś, tj. 25 lutego, pojawił się na portalu salon24 artykuł zatytułowany: „O 4:48 obudził ich dźwięk wybuchów i strzałów. Poruszająca relacja z Ukrainy”. Link: https://www.salon24.pl/newsroom/1207884,o-4-48-obudzil-ich-dzwiek-wybuchow-i-strzalow-poruszajaca-relacja-z-ukrainy

Dlaczego więc Wikipedia zmieniła tak szybko godzinę. Ktoś tam w końcu załapał, że o 4:45 1 września 1939 roku Niemcy napadły na Polskę. Podobno nie ma przypadków, są tylko znaki. Jakby tego było mało, to przypominam, że Polska została zaatakowana z trzech stron: z zachodu, północy i południa. Ukraina została zaatakowana też z trzech stron: ze wschodu, północy i południa. To jest bardo niebezpieczna i czytelna aluzja, że tak naprawdę zaczęło się końcowe odliczanie dla Polski jako państwa w tej postaci i że bardziej w tej wojnie to o nią chodzi.

Cały konflikt został sztucznie wykreowany. Chodzi o to, jak zmienić obecny porządek i wyjść z tego z twarzą. Inwazja to działanie metodą faktów dokonanych. To już się stało, choć nie wiemy, jak długo to potrwa i co jeszcze złego może się wydarzyć. Jednak kiedyś nadejdzie taki moment, że obie strony zasiądą do stołu i „wynegocjują” to, co już dawno zostało ustalone. Obie pewnie pójdą na jakieś ustępstwa. Putin odstąpi od swoich żądań w zamian za wschodnią Ukrainę: taka ugoda perejasławska bis. A Zachód, jak to ma w zwyczaju, poświęci dla dobra sprawy Polskę, która i tak od unii lubelskiej skierowana jest na Wschód i bliżej jej do niego niż do Zachodu. Jeśli wschodnia Ukraina odpadnie, to zachodnia będzie mogła istnieć tylko w połączeniu ze wschodnią Polską, a zachodnia Polska przypadnie Niemcom. I będzie tak jak w bajce: „Wśród serdecznych przyjaciół psy zająca zjadły”.

Prawdziwy cel jest dalekosiężny i chodzi o odtworzenie państwa zwanego I RP, które to państwo było rajem dla Żydów i ma być nim w przyszłości. To ma być prawdziwy Polin. Takie jest moje zdanie, a czy tak się stanie? Czas pokaże, tylko że na to trzeba będzie jeszcze długo czekać. Dla wielu z nas za długo. Może to i lepiej.

Mistyka finansów c.d.

W poprzednim blogu pisałem, że finanse nie są takie trudne do ogarnięcia. Są jednak trudne, gdy nie znamy mechanizmów działania systemu bankowego oraz nie zdajemy sobie sprawy z tego, że wszelkie przekręty dokonują się na styku: państwowy – prywatny. Bez tej wiedzy nie zrozumiemy wszystkich tych afer, które miały miejsce w owym „urodzajnym” roku 1990 i nie mniej “urodzajnym” roku 1991. W pewnym uproszczeniu można powiedzieć, że afera FOZZ to było dzieło odchodzącej już władzy komunistycznej, a afera Art-B, to dzieło tej nowej, demokratycznej.

Ten blog jest kontynuacją poprzedniego, ale w obu tych blogach nie chodzi mi o pokazanie, jak to było naprawdę. To jest tylko środek do celu. Celem jest uzmysłowienie innym, że państwo może i jest formą organizacji społeczeństwa, ale przede wszystkim jest to organizacja przestępcza, a politycy to zwykli złodzieje i gangsterzy. Co innego, gdy tak się powie i na tym zakończy, bo niby każdy to wie, ale czym innym jest pokazanie tego na przykładach, które nie pozostawiają złudzeń, że to naprawdę zwykli gangsterzy i złodzieje, których nazywa się politykami. Tak było ponad 30 lat temu i tak jest dzisiaj i dotyczy to polityków wszystkich partii.

Przygotowania trwały długo, bo przejście od jednej rzeczywistości do drugiej wymagało zmiany przepisów dotyczących działalności gospodarczej, prawa bankowego, prawa pracy i jeszcze wielu innych. Jak w przypadku każdego przełomu, gdy wali się jeden porządek, a drugi jeszcze nie powstał, jest to dobry moment do przeprowadzenia wszelkiego rodzaju malwersacji: w mętnej wodzie dobrze łowi się ryby. Zwykły człowiek był zupełnie zdezorientowany, zagubiony w tym chaosie i przytłoczony pojęciami, których nie znał: wolny rynek, przedsiębiorczość, spółki z o. o., handlowe, biznes, giełda, akcje, inwestycje, rynek kapitałowy itp. I w wielkim tym chaosie wielkich złodziei uważano za ludzi rzutkich, przedsiębiorczych, odważnych. Powstawały listy najbogatszych Polaków, czyli największych złodziei i gangsterów. Takie to były czasy: Once Upon a Time in Poland. – Dla tych młodszych, którzy mogą nie zrozumieć aluzji, podpowiedź: Once Upon a Time in America. Resztę wyjaśni wujek Google.

Podstawowe informacje pochodzą z Wikipedii. Dwa pojęcia wymagają przybliżenia. Art-B kojarzy się przede wszystkim z oscylatorem ekonomicznym, który miał ukryć prawdziwą aferę i z holdingiem, bez którego ta afera nie mogłaby zaistnieć.

Art B (skrót od Artystyczny Biznes) – polska spółka z ograniczoną odpowiedzialnością z siedzibą w Cieszynie, później z siedzibą Biura Krajowego spółki w Warszawie, założona przez Bogusława Bagsika i Andrzeja Gąsiorowskiego, działająca w latach 1989-1991.

Według mediów współwłaścicielem „Art B” był Izraelczyk Meir Bar, co nigdy nie zostało wiarygodnie potwierdzone. Firma zasłynęła za sprawą wykorzystania oscylatora ekonomicznego, dzięki któremu właścicielom udało się kilkadziesiąt razy oprocentować w bankach tę samą wpłatę (tzw. „afera Art B”).

Spółka została założona w 1989 roku w Cieszynie z kapitałem zakładowym 100 tys. PLZ (równowartość ok. 1000 PLN w 2017). W 1990 roku podniosła swój kapitał zakładowy do kwoty 300 mld PLZ (ok. 437 mln PLN w 2017). Zajmowała się handlem praktycznie wszystkimi towarami i dobrami – od kawy i herbaty, przez sprzęt RTV (współpraca z GoldStar – dzisiejsze LG, w tym montownie w Polsce), samochody, aż po dzieła sztuki. Art B w krótkim czasie przekształciła się w holding 3 tysięcy spółek (w innym miejscu Wikipedia pisze o 200 spółkach), zatrudniających około 140 tysięcy osób i obracający bilionami ówczesnych złotych. Jako pierwsza spółka w Polsce otrzymała koncesję na handel bronią.

W nocy z 31 lipca na 1 sierpnia 1991 roku obaj właściciele wyjechali do Izraela, gdzie później Gąsiorowski otrzymał obywatelstwo, natomiast Bagsik został aresztowany w 1994 roku w Szwajcarii, na podstawie wniosku o ekstradycję wydanego w Polsce i skazany w 2000 roku. W 2004 przedterminowo wyszedł na wolność. Przegrał wszystkie odwołania od wyroków przed polskimi sądami, ostatecznie wniósł skargę do Europejskiego Trybunału Praw Człowieka w Strasburgu (do dzisiaj nie rozpoznana). Zarzuty dla Gąsiorowskiego i Bagsika dotyczą oszustw wobec „systemu bankowego” na sumę 4,2 biliona starych złotych, czyli 420 mln PLN.

W 2014 roku Witold Gadowski w tygodniku „w Sieci” w rozmowie z byłym szefem krakowskiej delegatury WSI w artykule pt. „Mundur z niejedną plamą” ujawnił nowe fakty odnośnie tzw. „Afery Art-B”:

„Gdy oni nam wywlekli FOZZ, to przecież nie mogli się spodziewać, że pozostaniemy bierni. Walnęliśmy ich Art-B” – taka wypowiedź ciągle tłucze mi się po głowie, kiedy zastanawiam się nad fenomenem wojskowych służb informacyjnych i ich wpływem na wydarzenia ostatnich 20 lat.

Kronika Art-B:

  • 04.05.1989 – rejestracja spółki „Art-B” (Bogusław Bagsik 40% (później 55%) udziałowcem i prezesem spółki;
  • 1991 – Bogusław Bagsik na 8 miejscu na liście 100 najbogatszych polaków tygodnika „Wprost”;
  • 01.01.1991 – decyzja o finansowaniu przez Art-B tajnej operacji Mosadu w Polsce pod kryptonimem Most;
  • 14.04.1991 – wykupienie rocznej produkcji „Ursusa” ratujące firmę przed bankructwem za 200 mld PLZ (20mln ówczesnych dolarów lub nowych złotych);
  • 20.06.1991 – Art-B przekazało Telegrafowi 57 mld zł (ok. 5,7 mln dolarów);
  • 01.08.1991 – wyjazd Bagsika i Gąsiorowskiego z Polski;
  • 13.08.1991 – wystawiony list gończy za Bogusławem Bagsikiem;
  • 13.08.1991 – wystawiony list gończy za Andrzejem Gąsiorowskim;
  • 14.11.2013 – Sąd rejonowy dla Warszawy-Mokotowa, Wydział XVI Karny uchylił nakaz aresztowania dla Andrzeja Gąsiorowskiego;
  • 03.07.2015 – Sąd Okręgowy w Kaliszu umorzył sprawę Andrzeja Gąsiorowskiego, który był oskarżony o przywłaszczenie na szkodę spółki Art-B ponad 71,7 mln zł. Sprawę umorzono ze względu na jej przedawnienie.

Według tego oskarżenia Andrzej Gąsiorowski – wiceprezes i współwłaściciel spółki Art-B – miał uczestniczyć w nabywaniu za pieniądze spółki 37 mln dolarów, których większość została wytransferowana za granicę. Ponadto miał kupić dla siebie samochód marki BMW o wartości 70 tys. zł, a także dla siebie i żony nieruchomość w Cieszynie. Miał też wraz z innymi osobami przekazać na konto w Zurychu pod pozorem zawartej umowy ponad 35 mln zł jako zapłatę za dostawę nigeryjskiej ropy (umowa ta nie została zrealizowana).

Holding – organizacja grupująca podmioty gospodarcze (np. spółki), samodzielne pod względem prawnym i organizacyjnym, ale pod względem finansowym uzależnione od jednego z nich (podmiotu dominującego). Podmiot dominujący posiada udziały w podmiotach zależnych, dzięki czemu może kontrolować skład zarządu oraz działalność tych podmiotów. Istotą holdingu jest zarządzanie oraz kontrolowanie działalności wielu podmiotów zależnych przez jedną organizację. Odbywa się to dzięki zależnościom kapitałowym lub personalnym. Holding jest zatem formą kumulacji kapitału. Kumulacja może następować poprzez przejmowanie słabszych przedsiębiorstw, najpierw w swoich branżach i pokrewnych, a później także w innych obszarach gospodarki. Innym sposobem jest celowe wyodrębnienie z przedsiębiorstwa „matki” samodzielnych pod względem prawa lecz uzależnionych ekonomicznie przedsiębiorstw „córek” (filii). Zależności matka-córka ogólnie mają charakter drzewiasty i mogą być rozbudowane, np. spółka „matka” posiada większość udziałów w kilku spółkach „córkach”, które z kolei posiadają udziały większościowe w spółkach najniższego piętra zarządzania. Jednak taki model zależności w holdingach nie jest jedyny – występują też bardziej złożone sieci powiązań, w tym kapitałowych.

W Polsce termin ten jest stosowany z umocowaniem prawnym (ustawa: prawo bankowe), tożsame jest pojęcie grupa kapitałowa, z tym że obejmuje ona tylko związki kapitałowe, a nie personalne.

Spółki holdingowe posiadają osobowość prawną niezależnie od tego, czy są spółkami zależnymi (córkami) czy spółkami uzależniającymi (spółkami matkami). Możliwości podejmowania decyzji władczych przez spółki dominujące powoduje, że mamy tu do czynienia z organizacją o względnie trwałych zależnościach i jednoznacznie określonej hierarchii. Holding tworzą co najmniej dwa podmioty prawno-gospodarcze – podmiot kontrolujący i podmiot kontrolowany. Natomiast więź, która te podmioty łączy, stanowi istotę holdingu.

Struktury holdingowe można klasyfikować według wielu kryteriów. Zgodnie z kryteriami sposobu powstawania wyróżnia się holdingi powstałe w wyniku wydzielania przedsiębiorstw, łączenia przedsiębiorstw i powstałe na bazie przedsiębiorstw wielozakładowych. Powstanie przedsiębiorstw na bazie przedsiębiorstw wielozakładowych przebiega następująco:

  • przekształcenie przedsiębiorstwa wielozakładowego w jednoosobową spółkę Skarbu Państwa,
  • utworzenie spółek podporządkowanych na podstawie art. 16 ustawy o prywatyzacji przedsiębiorstw państwowych (ustawa weszła w życie 1.08.1990 roku),
  • utrzymanie spółki „pierwotnej” jako spółki dominującej,
  • prywatyzacja holdingu.

Prywatyzacja holdingów powstałych na bazie przedsiębiorstw wielozakładowych musi przebiegać w sposób umożliwiający utrzymanie układu holdingowego, tzn. takiego, w którym spółka dominująca zachowuje większościowy pakiet akcji lub udziałów w spółkach podporządkowanych.

Nietrudno zauważyć pewne podobieństwo pomiędzy tym, jak jest zorganizowany holding i diaspora żydowska: członkowie jednej organizacji są w drugiej, a drugiej w trzeciej itd. W holdingu każda spółka jest samodzielna pod względem prawnym i organizacyjnym, a więc może zakładać oddzielne konto w banku. Jeśli więc taki holding tworzy kilkaset spółek, to ile operacji bankowych mogą one wykonać? I jak to ogarnąć w krótkim czasie? To jest też ta „mistyka finansów”.

Oscylator ekonomiczny – mechanizm ekonomiczny opracowany w 1989 roku i wykorzystany przez prezesów spółki Art-B do zwielokrotnienia kapitału, zwany później oscylacją ekonomiczną kapitału.

Oscylator ekonomiczny polegał na lokowaniu pieniędzy w bankach, a następnie pobieraniu czeków „potwierdzonych” (tj. gwarantowanych przez bank) na ulokowane kwoty i – w dalszej kolejności – na realizowanie tych czeków w innym banku, gdzie zakładana była kolejna lokata, pobierany kolejny czek gwarantowany itd. W warunkach panującej hiperinflacji i jednoczesnej niedrożności systemu przepływu informacji międzybankowej (była to wymiana informacji off-line, a dokumenty przesyłane były zazwyczaj pocztą, kurierami lub – rzadko – telegraficznie) informacja o tym, że czek został zrealizowany w innym banku docierała nierzadko po kilku dniach lub po tygodniu, a do tego czasu lokata stworzona z tych samych pieniędzy była oprocentowana w kilku bankach równocześnie. Sprawnie działający oscylator w ciągu niespełna dwóch lat uczynił z jego twórców bardzo majętnych ludzi.

Generalny Inspektor Nadzoru Bankowego – Tomasz Świackiewicz – już w grudniu 1990 dostrzegł nieprawidłowości w obrocie kapitału holdingu Art-B, ale zgromadzone przez niego informacje zostały zbagatelizowane przez ówczesnego Prezesa NBP – Władysława Bakę, skutkiem czego dopiero po pół roku prokuratura wszczęła śledztwo w tej sprawie. Ówczesny szef Biura Bezpieczeństwa Narodowego – Maciej Zalewski – ostrzegł Bagsika i Gąsiorowskiego kilkanaście godzin przed szykującym się aresztowaniem (potwierdził to sam Bagsik, Zalewski został za to skazany prawomocnym wyrokiem sądu na karę dwóch i pół roku pozbawienia wolności). W nocy z 31 lipca na 1 sierpnia 1991 roku, dwie godziny przed zamknięciem dla nich granic kraju, obaj właściciele Art-B wyjechali do Izraela.

W internecie jest dostępny raport Świackiewicza z 3.01.1991 roku, w którym szczegółowo opisuje on cały mechanizm działania tego oscylatora. W nim pisze on m. in.:

„W obowiązującym obecnie systemie – okres naliczania odsetek od środków na rachunkach bankowych zamyka się między datą uznania rachunku określoną kwotą, a datą jego obciążenia. Innymi słowy o rozpoczęciu lub zaprzestaniu naliczania odsetek decyduje data księgowania na rachunku środków, a nie data wykonania operacji ze względu na relatywnie długi czas trwania rozliczeń międzybankowych i międzyoddziałowych zwłaszcza realizowanych przy udziale poczty – rozbieżność między tymi datami (operacja – księgowanie) jest na ogół znaczna.”

W dalszym ciągu przedstawia przykłady ilustrujące sposób działania tych rozliczeń i pisze:

„Z przedstawionych wyżej przykładów wynika, że rozliczenie klientów banku za pomocą czeków rozrachunkowych może być dla banku niekorzystne z punktu widzenia płaconych odsetek, a rozliczenie poleceniem przelewu – korzystne.

Biorąc pod uwagę, że zakres rozliczeń za pomocą czeków rozrachunkowych jest – dotychczas – znacznie mniejszy niż rozliczeń poleceniem przelewu (które są nadal główną formą rozliczeń między jednostkami gospodarki uspołecznionej) można naszym zdaniem ocenić, że – w skali globalnej – korzyści osiągane z omawianego tytułu przez banki są wyższe od korzyści uzyskiwanych przez klientów.

Wyrażamy opinię, że wyeliminowanie przedstawionych wyżej nieprawidłowości wynikających z funkcjonującego systemu rozliczania odsetek od środków na rachunkach byłoby możliwe przy wprowadzeniu zasady naliczania odsetek przy przyjęciu za podstawę datę wykonania operacji, a nie – jak obecnie – daty księgowania w banku.

Reasumując powyższe GINB wnioskuje, by zainteresowane departamenty NBP zmodyfikowały obowiązujące przepisy w zakresie rozliczeń pieniężnych oraz naliczania odsetek celem m.in. zabezpieczenia płynności banków oraz ograniczenia obrotu czekami gwarantowanymi (bez pokrycia), dzięki któremu klienci mogą uzyskiwać znaczne środki finansowe nie angażując własnych.”

Z tego raportu wynika, że straty ponoszone przez bank z tytułu rozliczeń za pomocą czeków były znacznie mniejsze niż zyski z rozliczeń za pomocą poleceń przelewów. Więc oscylator był tylko tym, co miało odwrócić uwagę od prawdziwej afery. I żeby było ciekawiej, to wykorzystanie oscylatora nie było sprzeczne z prawem. Takie były procedury w banku i ktoś, kto zatwierdził lub stworzył je, mógł o tym poinformować właścicieli spółki Art-B, czy kogoś, kto faktycznie nią kierował. Bagsik i Gąsiorowski to tylko słupy.

Joanna Solska w „Polityce” 21.07.2011 w artykule Bagsik i Gąsiorowski 20 lat po wielkiej ucieczce pisze:

»Wiosną 1991 r. do Krzysztofa Pietraszkiewicza (dyrektor w Urzędzie Rady Ministrów) zaczęły dochodzić sygnały, że w bankach dzieje się coś złego. Ktoś masowo puszcza do obrotu czeki. Z Art B wypłynęło ich 6,2 tys.

16 czerwca 1991 r., u szczytu powodzenia artystów biznesu, dzwoni do nich Maciej Zalewski, ówczesny szef Biura Bezpieczeństwa Narodowego przy prezydencie Lechu Wałęsie. Zaprasza na rozmowę dwa dni później. Kontakty są bardzo intensywne, Maciej Zalewski bywa w Pęcicach, panowie spotykają się też w znanych restauracjach. Dowiadujemy się o tym prawie rok po ucieczce Bagsika i Gąsiorowskiego z kraju z wywiadu, jakiego Maciej Zalewski, polityk Porozumienia Centrum i były podsekretarz stanu w Kancelarii Prezydenta, udziela „Gazecie Wyborczej” (ukazuje się 17 lipca 1992 r.). W kraju mówi się już o tym, że artyści podczas licznych spotkań z polskimi prokuratorami w Izraelu (dokąd uciekli i obaj są jego obywatelami) wskazują na Macieja Zalewskiego jako tego, który ostrzegł ich przed aresztowaniem. Później sąd uwolni go od tego zarzutu, ale skaże na 2,5 roku wiezienia za wymuszenie od Art B pożyczki dla spółki Telegraf. Miała być medialnym imperium PC.

„Kluczem do rozumienia każdej firmy jest pytanie, skąd wziął się pierwszy milion – czytamy w wywiadzie. – W przypadku Art B krążyło wiele wersji: czy to pieniądze byłej PZPR, czy zachodniego kapitału, a może finansował ich obcy wywiad? Czy trudno sobie wyobrazić, że jako urzędnik odpowiadający za bezpieczeństwo państwa, próbuję dowiedzieć się czegoś na własną rękę, kiedy nie udaje mi się uzyskać żadnych informacji?”. Z dalszej części rozmowy dowiadujemy się, że nie chodziło tylko o bezpieczeństwo państwa, ważna też była obawa o dalsze losy partii, PC. „Pierwszy pean na cześć Art B ukazał się u was, w »Gazecie«. Mogłem się obawiać, że jest to firma kapitałowa związana z wami i że ona będzie jedną z waszych lokomotyw. Że to wasza firma. Rany Boskie, kupią Ursus, sprzedadzą chłopom ciągniki i Unia [Demokratyczna – przyp. red.] zdobędzie 25 proc. głosów więcej. Poleciałem do Leszka Kaczyńskiego: Leć do prezydenta, bo jeszcze zaraz zaczną nas załatwiać od strony chłopów. Taka sprawa mogła zaburzyć równowagę polityczną w kraju” – obawiał się Maciej Zalewski.

Były polityk, zaprzyjaźniony z artystami biznesu, uważa dziś, że Bagsik i Gąsiorowski finansowali wszystkie liczące się wtedy partie. Wspomogli też finansowo kampanię prezydencką. – Ich ewentualne aresztowanie nikomu nie byłoby na rękę. Po ich ucieczce odetchnęli wszyscy.

Andrzej Gąsiorowski cały czas z tą samą żoną i dwojgiem dzieci mieszka w Izraelu, Bogusław Bagsik w Szwajcarii, często jednak bywa w Polsce. Dzieci są poza krajem, nie mówią po polsku. Przed kilkoma laty „Dziennik” twierdził, że obaj panowie zerwali ze sobą kontakty, gdyż Gąsiorowski wyraził jakoby gotowość wskazania likwidatorowi Art B majątku spółki, ukrytego jakoby przez Bagsika. Żaden z nich nie chce o tym mówić, ale obaj przyznają, że nic ich już nie łączy. Wielu do dziś zastanawia się, gdzie podziały się ich wielkie pieniądze? Po wybuchu afery media podawały, że wytransferowali do Izraela od kilkudziesięciu do 120 mln dol. I dlaczego dwaj tak utalentowani do biznesu ludzie nie pokazali światu, że naprawdę potrafią zarabiać?«

Poniżej fragment rozmowy dziennikarki (N) “Wprost” z prokuratorem Andrzejem Radomskim (R) w obecności prokuratora Sławomira Luksa w dniu 10 grudnia 1991 roku:

R:   Tak. Tak tę sprawę trzeba zrozumieć.
N:   To jest podstawa zarzutu. Został postawiony zarzut zagarnięcia kwoty o wielkiej wartości. 
R:    Krótko mówiąc, ponad 4 biliony złotych (= 400 mill USD)
N:    Co to są te 4 biliony złotych i skąd się one wzięły?
R:    To pieniądze, które - mówiąc w skrócie, zostały wyprowadzone że Skarbu Państwa na rzecz Spółki Art-B w wyniku działania pana Bagsika i Gąsiorowskiego. Mówiąc dokładniej, spółka Art-B miała kilkadziesiąt rachunków w różnych bankach w Polsce. W okresie lipca 1991 na zlecenie Bagsika i Gąsiorowskiego wystawione zostały ogromne ilości czeków z rachunków na których nie było środków własnych. Wystawione czeki sprawiły, że inne banki, do których te czeki trafiły, uznały je za prawidłowe i przekazały środki. Zaliczyły je na dobro Art-B.
N:    Mówimy o  oscylatorze?
R:    Nie, o operacjach czekowych. Oscylator jest marginesem sprawy. Jest ujęty w zarzutach, ale sam sobie zdaję sprawę z faktu, że to jest rzecz wątpliwa. Tu nie ma 100 procentowej pewności zagarnięcia mienia. Ja sam nie mam takiej pewności. Natomiast uznaję, że to było naganne i moim zdaniem sąd powinien rozstrzygnąć, czy to należy traktować jako zagarnięcie mienia społecznego, czy też jako działanie nie naruszające  prawa.
N:     Kto jest poszkodowanym, jakie banki, bo ciągle się mówi: banki, a brak konkretów.
R:     Poszkodowanym jest przede wszystkim NBP.
N:     na 4 biliony złotych?
R:     Na całe 4 biliony złotych!!
N:     jak to jest możliwe, skąd takie obliczenia?
R:     To jest możliwe z 2 przyczyn: z racji określonego w Polsce systemu bankowego i decyzji podejmowanych przez kierownictwo NBP, pana Topińskiego.
N:      To znaczy, że NBP zdecydował o wypłaceniu Bagsikowi i Gąsiorowskiemu 4 bilionów złotych na czeki bez pokrycia?
R:       Nie tak. Ja wystawiam czeki bez pokrycia. Są z książeczki czekowej wystawionej przez Bank Śląski. Ulokowane są przykładowo w Banku Gospodarki Żywnościowej w Legnicy. Po ich złożeniu w BGZ w Legnicy są one zarachowane i wracają do Banku Ślaskiego celem wykupienia. W momencie księgowania BGZ wykazuje te czeki na przychody. Ponieważ każdy z banków ma swoje konto w NBP, to NBP niejako refinansuje, gwarantuje, zapewnia wypłacalność czeków. Zabezpiecza przepływy środków. Mimo że czeki przesłane są do Banku Śląskiego, gdzie ja nie mam środków, to BGZ już ma pokrycie z NBP na te czeki.
N:     A więc mówiąc językiem nieekonomicznym: czy to znaczy że NBP nie może mieć roszczeń finansowych wobec Banku Śląskiego, skoro tam się odbywa operacja?
R:     Właśnie tak jest. Czeki pochodzą z BHK w Katowicach, który jest spółką prywatną. Ale brak w tym banku został pokryty dotacją NBP. Czyli BHK nie ma już niedoboru. Niedobór został przeniesiony do NBP.
N:    czy NBP nie może mieć roszczeń wobec BHK?
R:    Ma!
N:    Rozumiem, że BHK jako wierzyciel Art-B powinien dokonać oceny majątku Art-B i pokryć te stratę.
R:    Tak powinno być, tylko że BHK jest niewypłacalny.
N:    Dlaczego, przecież ma jednak.....
R:    BHK nie jest w stanie zapłacić 4 bilionów złotych bo nie ma takiego kapitału zakładowego, ani też nie ma pokrycia w majątku Art-B. Czy pani się orientuje, jaki jest majątek Art-B?

Fragment pisma Prokuratury Wojewódzkiej w Warszawie wysłanego do Prezesa NBP Andrzeja Topińskiego dnia 19.09.1991 roku:

W toku przeprowadzonego śledztwa w sprawie przeciwko Wojciechowi Prokopowi i innym stwierdzono, że w następstwie operacji czekowych dokonywanych przez pracowników spółki Art-B za wiedzą i aprobatą  odpowiedzialnych i zajmujących kierownicze stanowiska pracowników różnych banków powstał debet w kwocie przekraczającej 4 bln złotych. Debet ten rozumiemy jako spowodowanie rzeczywistego uszczerbku majątkowego w banku prywatnym został wyrównany środkami finansowymi, stanowiącymi własność NBP. Stan ten istnieje od połowy lipca bieżącego roku i nie ma żadnych racjonalnych przesłanek pozwalających na uznanie że BHK SA w Katowicach będzie w stanie zwrócić NBP środki wyłożone na pokrycie tak ogromnego debetu i ewentualnych odsetek. W tych warunkach proszę o udzielenie odpowiedzi czy i  jakie kroki podjęto w NBP w celu zabezpieczenia roszczeń NBP w wysokości odpowiadającej debetowi od dłużnika systemu bankowego tzn. spółki Art-B. 

Fragment odpowiedzi Andrzeja Topińskiego do prokuratora Kazimierza Radomskiego:

Ponieważ ewentualne bankructwo BHK SA spowodowało by zagrożenie dla depozytów pieniężnych ludności złożonych w tym banku na sumę około 50 miliardów złotych, pismem z dnia 21 sierpnia br zwróciłem się do Premiera  Krzysztofa Bieleckiego o decyzje co do celowości wszczęcia postępowania likwidacyjnego wobec tego banku.

Na spotkaniu u premiera z udziałem ministra finansów uznano, że krok taki byłby niecelowy. W tej sytuacji istotne znaczenie będzie miał wynik sporu  cywilno prawnego między BKO SA I PKO BP, który przesądzi o tym w czyim majątku zostanie umiejscowiona szkoda. Zgodnie z zasadami prawa cywilnego powinna być ona umiejscowiona w majątku tych banków, które wdały się w ryzykowne operacje i wskutek tego poniosły straty.  Inną sprawą jest kwestia ściągalności udzielonych kredytów. Przy podejmowaniu przez NBP ewentualnej decyzji w sprawie ewentualnego wdrożenia postępowania likwidacyjnego muszą być brane pod uwagę zarówno interesy wkładów deponentów jak  poziom strat  poniesionych przez banki państwowe.

N:    Ale Topiński to nie są żadne układy z Bagsikiem i Gąsiorowskim , on tylko przedstawia pewną sytuację a także i fakt, iż nie jest w interesie społecznym doprowadzenie do bankructwa BHK w Katowicach .
P:     To jest mylne pojęcie. Czyje depozyty ma BHK? Jakiego kręgu ludzi? Czy to jest bank typu PKO, drobnych ciułaczy, którzy ulokowali swoje oszczędności, czy BHK to jest spółka, w której jest 17 czy 15 osób, biznesmenów którzy mają określone układy ....?
N:     I mieliby ponieść odpowiedzialność za tę sytuację ? Pan uważa że nie byłoby straty społecznej gdyby jednak doprowadzić do bankructwa BHK?
P:     Oczywiście, prawo powinno być jednakowe dla wszystkich.
N:     To dlaczego premier to widzi inaczej?
P:     To trzeba się spytać premiera Z tym rezonansem społecznym to proszę wziąć pod uwagę, że BHK posiada aktywa i pasywa i z informacji które posiadamy zresztą od pana Topińskiego wynika, że w momencie ogłoszenia upadku tego banku pasywa zostałyby pokryte aktywami. Bank wyszedłby na zero, wśród klientów nie byłoby osób poszkodowanych przez upadek banku.

Pełny zapis tej rozmowy i pełna treść cytowanych pism tu: http://anga-artb.blogspot.com/2012/08/10-grudnia-1991-rozmowa-nn-n.html

Jak wspomniałem wyżej, „biznes” wtedy się kręci, gdy działa na styku państwowy – prywatny. W tamtym czasie zaczęto wszystko prywatyzować: banki, firmy ubezpieczeniowe, przedsiębiorstwa itp. Ale firmy z branży finansowej, by zachęcać klientów, zawsze podkreślały, że mają gwarancje Skarbu Państwa. Jak wynika z powyższego wywiadu z prokuratorem, NBP stał ponad wszystkimi bankami i je wszystkie kontrolował, łącznie z przepływem gotówki pomiędzy nimi i pokrywał ich straty, co oznacza, że jego władze to też gangsterzy i złodzieje. Ale co się dziwić, skoro gangsterem i złodziejem był Mieczysław F. Rakowski i Jan Krzysztof Bielecki, to dlaczego nie miałby nim być prezes NBP? To, że kradzież odbywa się w białych rękawiczkach i w sposób nader wyszukany, nie oznacza, że nie należy tego nazywać po imieniu. To tylko wyższa forma kradzieży, a złodziej jest złodziejem, nawet jeśli jest premierem czy prezesem banku.

Można sobie oczywiście zadać podstawowe pytanie: dlaczego do zakładania kont posługiwano się czekami, a nie tak, jak to zwykle bywa, że klient przychodzi do banku, zakłada konto i na to konto przelewa pieniądze z innego konta lub kieruje na nie płatności za swoje usługi i towary sprzedawane innym klientom czy firmom. Natomiast czeki służyły kiedyś do tego, by nie wozić ze sobą większej gotówki w obawie przed kradzieżą. Były one bardzo przydatne w podróżach zagranicznych, zwłaszcza do krajów, w których nie brakowało różnych kieszonkowców. Szło się wtedy do banku okazywało czek, bank go zabierał i dawał gotówkę. Klasyczne działanie czeku zostało przedstawione w filmie Vabank II, gdy Kramer w pijanym widzie podpisuje czeki, a Kwinto i Duńczyk realizują je w szwajcarskim banku i dostają walizkę pieniędzy. Czekiem można też było płacić za wiele innych rzeczy, np. za rachunek w restauracji czy za hotel, ale to raczej było powszechne w Ameryce. Był to odpowiednik obecnej karty kredytowej.

Tak więc karta kredytowa nie jest niczym nowym, podobnie jak czek nie był żadnym nowym wynalazkiem. Kiedyś, gdy ludziom nie chciało się nosić ze sobą złota, bo za ciężkie i też można było je łatwo stracić, to deponowali je u złotnika i dostawali od niego noty bankowe zaświadczające, że ich posiadacz może wymienić je na złoto u niego zdeponowane albo u innego złotnika w innym mieście. Te noty bankowe, to po prostu banknoty. Po 1971 roku, jak Nixon zawiesił wymienialność dolara na złoto, już u żadnego „złotnika” noty bankowej na złoto nie można było wymienić. Od tego momentu można było drukować dolary bez ograniczeń.

Z wypowiedzi prokuratora Radomskiego wynika, żespółka Art-B miała kilkadziesiąt rachunków w różnych bankach w Polsce. W okresie lipca 1991 na zlecenie Bagsika i Gąsiorowskiego wystawione zostały ogromne ilości czeków z rachunków na których nie było środków własnych. Wystawione czeki sprawiły, że inne banki, do których te czeki trafiły, uznały je za prawidłowe i przekazały środki. Zaliczyły je na dobro Art-B. Z tego wynika, że wypadku tej afery zmieniono funkcję czeku. Nie służył on do dokonania jakiejś płatności czy pobrania pieniędzy tylko do przelania ich z jednego konta na drugie, do czego normalnie służy przelew bankowy. Problem polegał na tym, że przelewu można dokonać z konta, na którym są pieniądze, a czekiem można było „przelać” pieniądze, których nie było na koncie i mieć je realnie na drugim koncie, z którego można było je pobrać lub przelać na konto w Szwajcarii jako płatność za nigeryjską ropę.

Z wypowiedzi prokuratora Radomskiego wynika też, że akcję przeprowadzono bardzo szybko, bo wszystko działo się w lipcu 1991 roku, a w nocy z 31 lipca na 1 sierpnia obaj finansowi „geniusze” uciekają za granicę. I wszystko gra. Jest kradzież, są winowajcy, ale poza zasięgiem polskich organów ścigania, tylko pieniędzy brak. To nie amatorzy jej dokonali, a cała akcja była starannie przygotowywana od dłuższego czasu.

To nie było tak, że ktoś wykorzystał luki w prawie bankowym, bo to prawo bankowe zostało tak zapisane, by można było je wykorzystać, ale o tym wiedzieli tylko nieliczni, pod których to prawo tworzono. § 16 Zarządzenia Prezesa NBP z dnia 11 sierpnia 1989 r. – MP Nr 27 poz. 218 mówi o możliwości posiadania przez klientów nieograniczonej liczby rachunków bieżących. Spółka Art-B została założona 4 maja 1989 roku. Prawo bankowe było najwyraźniej tworzone było pod tę spółkę. Podobnie było w przypadku przekształceń własnościowych. Wielką firmę państwową przekształcało się w jednoosobową spółkę Skarbu Państwa, a w kolejnych etapach dochodziło się w końcu do holdingu. Tak to wtedy wyglądało. Wszystko co państwowe było złe, ale gwarancje państwowego banku już takimi nie były i sam bank też nie był zły. Taka pokrętna ideologia to była.

Czym jest zatem państwo? Jest formą organizacji społeczeństwa, ale jest też, a może nawet bardziej, strukturą mafijną, opanowaną przez różne mafie, które podzieliły między siebie strefy wpływu i jak trzeba, to ich bezwzględnie bronią, czego dowodzi zamach na prezydenta Kennedy’ego. U nas niektórzy próbują nazywać te mafie wojskowymi służbami informacyjnymi, co nie zmienia faktu, że są to mafie. Jeśli nazwę kurę osłem, to nadal to będzie kura.

Kto stracił na tych przekrętach? Skarb Państwa? To jest pojęcie abstrakcyjne, bo co z tego, że NBP starci? Zaksięguje sobie jakoś tę stratę i dodrukuje sobie nowe pieniądze. I znowu będzie gotowe na pokrywanie strat kolejnych prywatnych banków i tuszowanie kolejnych afer. Tracą zwykli ludzie, dla których nowe pieniądze, niedostępne dla nich, oznaczają ich zubożenie i ograniczenie dostępu do niektórych towarów i rynków.

Mistyka finansów

Operacje finansowe, wbrew pozorom, to wcale nie są jakieś skomplikowane działania, choć wymagają doskonałej organizacji i współpracy wielu ludzi, co samo w sobie jest swego rodzaju sztuką. III RP rodziła się w cieniu wielu afer, o których my dowiadywaliśmy się później, a nawet jak już coś wiedzieliśmy, to i tak nic z tego nie rozumieliśmy, bo niby skąd, zamknięci w siermiężnej rzeczywistości PRL-u, mielibyśmy rozumieć? Jedną z takich afer była afera FOZZ, do dziś niewyjaśniona i zamieciona pod dywan, tak jak wiele innych. Ale obecnie mamy dostęp do wielu informacji, które wcześniej były niedostępne. Ja ograniczyłem się do Wikipedii, to jednak w zupełności wystarcza, by zrozumieć mechanizm tej afery i tę „mistykę finansów”, która nie jest żadną mistyką, tylko zasłoną dymną, mającą na celu ukrycie prawdziwych sprawców afer. A sprawcy zawsze są ci sami, bo to oni rządzą finansami, co w praktyce oznacza obsadzanie wszystkich stanowisk we wszelkich instytucjach finansowych swoimi ludźmi.

31 grudnia 1970 roku zadłużenie Polski wobec krajów kapitalistycznych wynosiło 1,1 mld USD (6,4 mld USD w 2011). Relacja zadłużenia dewizowego do wpływów dewizowych z eksportu towarów i usług wynosiła wtedy 86%, tzn. eksport był wyższy niż dług. W 1973 roku stan zadłużenia w walutach wymienialnych przekraczał ówczesny poziom rocznych wpływów z eksportu w tych walutach. W 1976 roku relacja zadłużenia krótkoterminowego do wpływu z eksportu wynosiła ponad 46%, a całkowite zadłużenie – 8,4 mld USD.

W 1980 roku zadłużenie osiągnęło 24,1 mld USD (66,3 w USD z 2011 roku), a wymagane płatności z tytułu obsługi zadłużenia na rok 1981 wynosiły 10,9 mld, podczas gdy wartość całego eksportu do krajów kapitalistycznych miała wynieść 8,5 mld. A więc brakowało 2,4 mld dolarów.

Według szacunkowych danych tylko 20% otrzymywanych w latach 70-tych kredytów przeznaczono na finansowanie inwestycji i wzrost mocy wytwórczych. Główną ich część (ok. 65%) wykorzystano na import surowców i materiałów do produkcji. Resztę (ok. 15%) przeznaczono na zakup artykułów konsumpcyjnych, przede wszystkim produktów rolnych, gdyż krajowa produkcja żywności nie nadążała za wzrostem konsumpcji. Ktoś musiał podjąć taką decyzję, że kredyty będą wykorzystywane w takich, a nie innych proporcjach. A to oznaczało tylko jedno – katastrofę, pomijając już fakt, że branie kredytów w walutach wymienialnych w sytuacji, gdy złotówka taką walutą nie była, z założenia nie mogło dobrze się skończyć.

W 1981 roku rząd gen. Jaruzelskiego poinformował Klub Paryski o wstrzymaniu spłat zadłużenia zagranicznego w wysokości 25,5 mld dolarów (ok. 65 mld w 2012 roku) z powodu niewypłacalności.

PaństwoKwota mln USDUdział %
Francja4874,2218,17
Brazylia3731,4113,91
Austria3536,8613,19
RFN3401,0512,68
Kanada2708,8310,1
Japonia1681,266,27
Włochy1647,36,14
USA1590,775,93
Wielka Brytania1441,195,37
Szwajcaria514,41,92
Holandia390,281,46
Szwecja347,251,29
Belgia325,111,21
Norwegia269,811,01
Dania190,620,71
Hiszpania92,260,34
Finlandia75,660,28
RAZEM26818,28100
Dług Polski wobec członków Klubu Paryskiego na koniec 1994 roku; źródło: Wikipedia.

Klub Paryski – nieformalna grupa wysokich urzędników do spraw finansów z 19 najbogatszych krajów świata, która zajmuje się usługami finansowymi, jak restrukturalizacja i umarzanie długów krajów. Dłużnicy są zwykle rekomendowani przez Międzynarodowy Fundusz Walutowy, gdy zawiodą inne metody oddłużenia. Tak pisze Wikipedia, jeśli więc ta informacja jest prawdziwa, to jest to towarzystwo wzajemnej adoracji – urzędnicy państwowi, którzy wykorzystują państwowe pieniądze do realizacji podejrzanych operacji finansowych, polegających na udzielaniu kredytów państwom, które ich nie będą w stanie spłacić. Tak, jak stało się to w przypadku Polski.

MFW to międzynarodowa organizacja w ramach ONZ, która zajmuje się kwestiami stabilizacji ekonomicznej na świecie. Zapewnia pomoc finansową zadłużonym krajom członkowskim, które w zamian zobowiązane są do dokonywania reform ekonomicznych i innych działań stabilizujących. Czyli że, jak będziecie tańczyć tak, jak my zagramy, to wam odroczymy spłatę długów lub nawet je umorzymy. Do MFW należą wszystkie kraje świata poza Saharą Zachodnią, Tajwanem i Koreą Północną.

Klub Londyński – nieformalne stowarzyszenie ok. 500 banków komercyjnych, powstałe w 1976 roku w celu restrukturyzacji zadłużenia poszczególnych państw-dłużników. W odróżnieniu od Klubu Paryskiego zrzesza wierzycieli prywatnych.

199019911992199319941999
Ogółem48474,7848411,9347044,3347246,34217431300
Klub Paryski32778,3631525,8229558,9328666,692681822800
Gwarantowane poza KP530,65443,76358,1276,41224
Klub Londyński11163,7811733,4712163,1212695,9279885300
b. ZSRR i b. RWPG2407,942572,482591,242711,1123950
Zmiany zadłużenia PRL-u (w mln USD) w latach 90-tych; źródło: Wikipedia.

31 marca 2009 Polska ostatecznie spłaciła wszystkie swoje zobowiązania wobec Klubu Paryskiego (z wyjątkiem 118 mln USD zobowiązań wobec Japonii, które będą spłacane zgodnie z harmonogramem do roku 2014). 29 października 2012 roku poinformowano o spłacie całego długu z tzw. „czasów Gierka”. Skoro spłacono cały dług Gierka, to skąd obecne zadłużenie. Czyżby nastąpiła restrukturyzacja, polegająca na spłaceniu jednego długu drugim? I skąd ten Klub Londyński, który powstał w 1976 roku i w jego skład wchodziły prywatne banki? I to jest właśnie ta cała mistyka finansów!

W latach 1981-1989 średnie oprocentowanie zadłużenia sięgało 10%. Z kwoty około 27 mld dolarów odsetek spłacono nieco ponad 12 mld, zaś 15 mld powiększyło stan zadłużenia. W 1985 roku zadłużenie zagraniczne wynosiło 53,1% dochodu narodowego wytworzonego. W końcu 1989 roku całkowity dług zagraniczny wynosił 42,3 mld dolarów (77,4 mld USD z 2011 roku).

Kredyty zagraniczne PRL-u, mające przyczynić się do zmniejszenia dysproporcji gospodarczych pomiędzy Polską a krajami Zachodu, okazały się w rzeczywistości istotną barierą rozwoju (całkowity wzrost PKB w latach 1979-1989 wyniósł +1,1%). W 1989 roku powstał Fundusz Obsługi Zadłużenia Zagranicznego, którego zadaniem miało być skupowanie polskiego długu poniżej ceny nominalnej.

Fundusz Obsługi Zadłużenia Zagranicznego (FOZZ) – fundusz celowy powołany na mocy ustawy z 15 lutego 1989 roku przez Sejm PRL IX kadencji, jako jeden z państwowych funduszy celowych, którego oficjalnym celem była spłata polskiego zadłużenia zagranicznego oraz gromadzenie i gospodarowanie środkami finansowymi przeznaczonymi na ten cel. Rzeczywistym zadaniem funduszu było skupowanie na wtórnym rynku zagranicznych długów PRL-u po znacznie obniżonych cenach, wynikających z niskich notowań długu.

Ekonomiczny sens istnienia funduszu polegał na znacznym obniżeniu wielkości długu wobec zagranicznych wierzycieli, którzy de facto zgadzali się na utratę dużej części swoich wierzytelności w zamian za szybkie odzyskanie stosunkowo niewielkiej jej części na wtórnym rynku. Wykup długów odbywał się przez „podstawione” często stworzone w tym celu spółki. Operacja ta była niezgodna z obowiązującym prawem międzynarodowym, stąd przeprowadzona była w tajemnicy.

Działalność FOZZ doprowadziła do jednej z największych w historii III RP defraudacji środków publicznych oraz kilkunastoletniego procesu sądowego. Do końca 2014 roku FOZZ funkcjonował jako instytucja „w likwidacji”, której utrzymanie kosztowało około 1 mln zł rocznie.

Przy powołaniu funduszu ani w trakcie jego działania nie zostały zatwierdzone plany finansowe, plany kont, ani dokumenty sprawozdawcze, nie został także sporządzony bilans otwarcia, w szczególności nie zostały rozliczone wzajemne zobowiązania pomiędzy Funduszem a Bankiem Handlowym, który pośredniczył w spłacie zadłużenia we wcześniejszych latach. Fundusz powołany w 1989 roku był w rzeczywistości drugim, tzw. „pierwszy FOZZ” działał w latach 1986-1988.

Ustawa powołująca do życia Fundusz dawała jego dyrektorowi znaczne uprawnienia do zaciągania zobowiązań w imieniu Skarbu Państwa. Według Janusza Sawickiego (przewodniczący Rady Nadzorczej) „działania kontrolne ograniczał Statut FOZZ, nadany przez rząd Mieczysława Rakowskiego, który umożliwił dyrektorowi Funduszu prowadzenie niektórych operacji w ścisłej tajemnicy, nawet przed Radą Nadzorczą”.

Poza działalnością statutową Fundusz angażował się w przekazywanie środków licznym podmiotom prywatnym w kraju i za granicą. W lutym 1990 roku Fundusz powierzył 60 miliardów starych złotych (6 mln PLN) Bankowi Inicjatyw Gospodarczych. 21 grudnia 1990 roku, z polecenia Janusza Sawickiego, FOZZ wystawił na rzecz Banku Handlowego weksle na kwotę 3,5 biliona starych złotych (350 milionów PLN).

Weksel to rodzaj papieru wartościowego, który może być używany jako środek płatniczy (kredyty), zabezpieczający lub obiegowy. Płatnicza funkcja weksla oznacza możliwość wzięcia za jego pośrednictwem kredytu lub pożyczki. Weksel zdecydowanie ułatwia egzekucję sądową, jednak może okazać się bezwartościowy, jeśli dłużnik okaże się niewypłacalny.

W okresie od marca 1989 roku do grudnia 1990 roku, Fundusz zawarł 16 umów, na podstawie których kredytował m.in. firmy Impexmetal, Universal, Awalo, Seko oraz poręczył weksle firmom Konsultex, Interpegro i Altex. Część kredytów udzielonych przez FOZZ nie była zabezpieczona, a Fundusz nie egzekwował spłat. Środki FOZZ były również transferowane za granicę, m.in. za pośrednictwem Banku Handlowego oraz Banku Rozwoju Eksportu – np. płatność zatytułowaną „za dostawę kleju i nici” dla zakładu Polsport w Wałbrzychu realizowano za pomocą luksemburskiego funduszu inwestycyjnego GFV. FOZZ kredytował także kampanię wyborczą Dariusza Przywieczerskiego jako kandydata na senatora oraz należącą do Stronnictwa Demokratycznego spółkę „Epoka” (kwotą około 500 tys. dolarów).

W lipcu 1990 roku kierownictwo FOZZ (Grzegorz Żemek i Janina Chim) zostało zawieszone. Równocześnie Grzegorz Żemek, Janina Chim i Dariusz Przywieczerski założyli firmę Trading Assets Company z kapitałem założycielskim 5 mld starych złotych (500 tys. PLN).

Na mocy ustawy z 14 grudnia 1990 roku o zniesieniu i likwidacji niektórych funduszy, FOZZ przeszedł w stan likwidacji, w którym pozostawał do końca 2014 roku. Kontrola Najwyższej Izby Kontroli, przeprowadzona na początku lat 90-tych, wykazała liczne nieprawidłowości (zawłaszczenie wielomilionowych sum i niegospodarność. Śledztwo w tej sprawie rozpoczęło się 7 maja 1991 roku na podstawie doniesienia obywatela Niemiec Josepha Tkaczika.

Ustalono, że w latach1989-1990 FOZZ otrzymał na swoje zadania 9,9 bln starych złotych (ok. 1,7 mld USD), za które mógł wykupić długi o wartości 7,6 mld USD przy rynkowej cenie polskiego zadłużenia wynoszącej 22 centy za 1 dolara wartości nominalnej długu. Miało to doprowadzić do zmniejszenia wartości zagranicznego zadłużenia Polski o tę kwotę w 1990 roku. W rzeczywistości FOZZ na cele statutowe wydał jedynie 69 mln dolarów, nabywając dług o nominalnej wartości 272 mln dolarów.

W tym momencie wypada zadać sobie pytanie: kto ustala rynkową cenę długu państwa, zaciągniętego przez to państwo w innym państwie? Dlaczego te dwa państwa nie dogadują się między sobą w sprawie warunków jego spłaty? Okazuje się, że Polska zaciągnęła dług w 17 państwach Klubu Paryskiego (obecnie jest ich 19; doszła Rosja i Australia) i nie rozmawia z poszczególnymi krajami w sprawie renegocjacji jego spłaty, tylko rząd Jaruzelskiego oznajmia w 1981 roku jakiemuś Klubowi Paryskiemu, że wstrzymuje spłatę zadłużenia zagranicznego, a w 1985 roku tenże Jaruzelski spotyka się w Nowym Jorku z Davidem Rockefellerem. Ciekawe o czym oni rozmawiali?

Jest gdzieś jakiś wolny rynek, lecz nie wiadomo gdzie. Nie wiadomo też, na jakiej podstawie ktoś ustalił wartość polskiego długu, który należał do 17-tu państw. Jednym słowem, 17 państw udzieliło Polsce kredytu, ale to nie one decydowały o tym, co dalej z jego spłatą. Ktoś był gotowy dać 22 centy za 1 dolara wartości nominalnej długu, lecz nie wiadomo kto. Skoro dług był nieściągalny, to kto był gotowy zapłacić piątą część, bez gwarancji, że uda mu się te pieniądze odzyskać? Tylko ten, któremu wcale nie zależy na odzyskiwaniu tych pieniędzy, bo on je sam drukuje, tylko zależy mu na zadłużaniu innych i tym samym uzależnianiu ich od siebie.

Mechanizm wykupu niespłacalnego długu po obniżonej cenie jest bardzo prosty. Z jednej strony mamy Klub Paryski, a z drugiej – Klub Londyński. Klub Paryski zrzesza państwa, a Klub Londyński prywatne banki. Kredyt udzielony przez państwo jest kredytem państwowym, czyli tak naprawdę niczyim, bo żaden podatnik danego państwa, będący faktycznie właścicielem tego kredytu, nie ma wpływu na to, jak on jest spłacany i co się z nim dzieje. O tym decydują ministrowie finansów lub wysocy urzędnicy ministerstw finansów tych państw, a są nimi przeważnie Żydzi. W Klubie Londyńskim są już tylko Żydzi. Nie ma więc problemu, by sprzedać niespłacalny dług za piątą część jego nominalnej wartości. Kupujący, czyli prywatny bank, za piątą część wartości ma prawo do całkowitej nominalnej wartości tego długu. Po to przecież go wykupił. I tym sposobem wierzycielem państwowego długu staje się prywatny bank. Ten mechanizm w przypadku Polski nie został w praktyce wykorzystany, bo nie o to chodziło w aferze FOZZ, by zmniejszyć polskie zadłużenie, co nie znaczy, że ten mechanizm nie jest wykorzystywany gdzie indziej. Nie po to przecież powstały te kluby wzajemnej adoracji, by nie korzystać z niego.

Nadużycie zarządu FOZZ objęte aktem oskarżenia polegało na tym, że około 100 mln dolarów zostało wytransferowane na konta różnych podmiotów ulokowanych w rajach podatkowych lub spółek w 9 krajach europejskich oraz USA, które wkrótce potem przestały być wypłacalne.

Według aktu oskarżenia Skarb Państwa stracił z powodu afery FOZZ 334 mln nowych złotych po kursie z 31 grudnia 1995 roku – 2,46 PLN za 1 USD.

Działalności FOZZ przypisywano znacznie szersze znaczenie, niż zostało to ujęte w akcie oskarżenia.

FOZZ nigdy nie był instytucją do cichego wykupu polskiego długu zagranicznego, lecz przykrywka, zasłoną dymna służącą wyprowadzaniu dewiz z Polski. Udowodniła to na podstawie oficjalnych danych moja koleżanka Janina Kraus w wystąpieniu 16 grudnia ubiegłego roku (…) Po drugie, Michał Falzmann ustalił, że afera FOZZ to tylko mniejszy fragment większej całości. Ta większa całość, według jego ustaleń, a potwierdza to również w protokole kontroli NIK Banku Handlowego pani Halina Ładomirska, to są operacje dewizowe Banku Handlowego, to z kolei mniejszy fragment o wiele większej całości, czyli ukryty transfer dewiz z Polski, co sam Falzmann nazwał zorganizowanym rabunkiem finansów publicznych. Chodziło o wykorzystanie głównie sztywnego kursu dolara, który umożliwił wytransferowanie ogromnych sum dzięki różnicy kursów w bankach zagranicznych i lokat złotówkowych w Polsce. – wystąpienie posła Wojciecha Błasiaka 17 marca 1995.

Znaczna część operacji walutowych była prowadzona za pośrednictwem Banku Handlowego. Podczas kontroli przeprowadzonej w banku przez NIK w latach 1991-1992 ujawniono liczne nieprawidłowości zawarte w protokole pokontrolnym Działalność dewizowa Banku Handlowego. W raporcie wykazano, że w okresie kontroli bank prowadził działalność dewizową na szkodę gospodarki polskiej i oszacowano straty w ciągu tych dwóch lat na 5-10 mld dolarów.

Kontrola wykazuje sfałszowanie bilansu banku, fałszowanie dokumentów bankowych, nielegalne operacje finansowe etc. Sama kontrolująca szacuje straty poniesione przez polską gospodarkę w wyniku operacji dewizowych Banku Handlowego na 5 do 10 mld dolarów w latach 1991-1992. Skala strat i stosowane mechanizmy wyraźnie wskazują na ścisły związek z odkrytymi przez świętej pamięci Michała Falzmanna zjawiskami rabunkowego transferu dewiz z Polski. – wystąpienie Wojciecha Błasiaka, 5 lutego 1997.

W aferze FOZZ skazano następujące osoby:

  • Grzegorz Żemek – 9 lat pozbawienia wolności – za defraudację mienia publicznego
  • Janina Chim – 6 lat pozbawienia wolności
  • Zbigniew Oława
  • Dariusz Przywieczerski – 2,5 roku pozbawienia wolności (zaocznie)
  • Irene Ebbinghaus
  • Krzysztof Komornicki

Funduszem kierował Zarząd w składzie:

  • Grzegorz Żemek
  • Janina Chim

Rada Nadzorcza – powołana przez ministra finansów Andrzeja Wróblewskiego w marcu 1989 roku:

  • Janusz Sawicki – przewodniczący (od 14 marca 1989 do 31 grudnia 1990) – był jednocześnie wiceministrem finansów odpowiedzialnym za obsługę polskiego zadłużenia zagranicznego i nadzór nad działalnością FOZZ,
  • Jan Boniuk – dyrektor Departamentu Zagranicznego Ministerstwa Finansów i sekretarz Rady Nadzorczej FOZZ,
  • Grzegorz Wójtowicz (ekonomista) – dyrektor Departamentu Zagranicznego Narodowego Banku Polskiego,
  • Dariusz Rosati,
  • Zdzisław Sadowski,
  • Jan Wołoszyn,
  • Sławomir Marczuk – od maja 1989,
  • Wojciech Misiąg – od października 1989.

Z tego zestawienia wynika, że nikt z członków Rady Nadzorczej nie został ukarany. Ukarani zostali tylko członkowie Zarządu i Dariusz Przywieczerski, który nie wiadomo skąd tam się wziął.

Dariusz Przywieczerski ukończył Szkołę Główną Planowania i Statystyki (SGPiS) w Warszawie. Po studiach pracował w Centrali Handlu Zagranicznego Paged, w której był zastępcą dyrektora. Od 1974 roku pracował w Komitecie Centralnym PZPR. W 1980 roku został radcą handlowym ambasady PRL-u w Nairobi. Zarabiał pieniądze na dostawach kawy i herbaty do sąsiedniej Ugandy. Po powrocie do kraju w 1985 roku został dyrektorem firmy Universal, eksportera sprzętu AGD. Firma Universal powstała w wyniku prywatyzacji dawnej Centrali Handlu Zagranicznego (CHZ) „Universal”.

Radca handlowy ambasady PRL-u zarabia na handlu kawą i herbatą pomiędzy Kenią i Ugandą. Zapewne wykorzystuje fakt, że jest dyplomatą i może przekraczać granicę bez kontroli celnej. Ale do tego, by uprawiać taki proceder, potrzebne są jeszcze dwie strony. Ta, która po stronie kenijskiej skupuje tę kawę i druga po stronie ugandyjskiej, która ją kupuje i zapewne ma sieć dystrybucji, by ją sprzedać. Nietrudno domyślić się, któż to może być, ale też nietrudno domyślić się, kogo obie strony mogą dopuścić do tak lukratywnego interesu. Żydzi są wszędzie i wszędzie kontrolują obrót towarem.

Afera FOZZ była tylko przykrywką. Miała jedynie ukryć proceder wyprowadzania z Polski dewiz, a głównie dolara. FOZZ funkcjonował od 15 lutego 1989 roku do 14 grudnia 1990 roku. Natomiast sztywny kurs dolara został wprowadzony 1 stycznia 1990 roku. Tego dnia nastąpiło wprowadzenie tzw. wewnętrznej wymienialności złotego (obowiązującej jedynie w przypadku transakcji rachunku obrotów bieżących) przy ustalonym sztywnym kursie wynoszącym 9500 PLZ (0,95 PLN) za 1 USD. Eksporterzy byli także zobligowani do odsprzedaży w NBP walut obcych uzyskanych z transakcji międzynarodowych. Trwało to do 14 października 1991 roku.

FOZZ zalegalizowano na mocy ustawy z dnia 15 lutego 1989 roku, a więc za zgodą posłów. Ustawa powołująca do życia Fundusz dawała jego dyrektorowi znaczne uprawnienia do zaciągania zobowiązań w imieniu Skarbu Państwa. Według Janusza Sawickiego (przewodniczący Rady Nadzorczej) „działania kontrolne ograniczał Statut FOZZ, nadany przez rząd Mieczysława Rakowskiego, który umożliwił dyrektorowi Funduszu prowadzenie niektórych operacji w ścisłej tajemnicy, nawet przed Radą Nadzorczą”.

A więc mamy winowajców: posłowie i rząd Rakowskiego, czyli Rakowski, bo to on, jako szef rządu odpowiadał za jego działania. Gdyby ustawa ta nie została uchwalona, a statut FOZZ nie przybrałby takiej formy, jaką nadał mu rząd Rakowskiego, to cała ta afera nie mogłaby zaistnieć. Ale to jeszcze nie koniec. Jeszcze potrzebny był pewien plan, najważniejsze ogniwo całej tej operacji, bez którego wszystkie te wysiłki spaliłyby na panewce.

Plan Balcerowicza – program reform społeczno-ustrojowych, mających na celu odejście od gospodarki scentralizowanej i przejście do gospodarki rynkowej, którego realizacja rozpoczęła się 1 stycznia 1990 roku. Nazwę utworzono od nazwiska głównego realizatora tych reform, Leszka Balcerowicza, ówczesnego wicepremiera i ministra finansów w rządzie Tadeusza Mazowieckiego.

Grupa ekspertów, którą tworzyli wraz z Balcerowiczem m.in. dr Stanisław Gomułka, dr Stefan Kawalec oraz dr Wojciech Misiąg, we wrześniu 1989 roku stworzyła plan reform, oparty na wcześniejszym zamyśle prof. Jeffreya Sachsa, a 6 października zarys tego planu został przedstawiony publicznie przez Balcerowicza na konferencji transmitowanej przez TVP.

W 1989 roku Polska znajdowała się w kryzysie gospodarczym. Na skutek działań rządu Mieczysława Rakowskiego, zwłaszcza urynkowienia cen żywności i indeksacji płac, wystąpiło zjawisko hiperinflacji. A więc już wiemy, jaki jest jeden ze sposobów wywoływania hiperinflacji: podwyższenie cen pod pozorem ich urynkowienia, indeksacja, czyli podwyższanie płac. Na skutek tego ponowne podwyższenie cen i związana z nią kolejna indeksacja płac i tak wkoło Macieju.

W październiku 1989 roku Balcerowicz przedstawił swój plan. Przewidywał on:

  • reformę finansów państwa w celu odzyskania równowagi budżetowej,
  • wprowadzenie mechanizmów rynkowych poprzez uwolnienie cen i wprowadzenie sztywnego kursu złotówki do dolara,
  • zmianę struktury własnościowej gospodarki poprzez prywatyzację i zniesienie ograniczeń w obrocie nieruchomościami.

Realizacja programu wymagała pozyskania kredytów zagranicznych. Rząd przeprowadził rozmowy z Międzynarodowym Funduszem Walutowym i uzyskał zgodę MFW na proponowany kształt reform. Dzięki temu ustanowiono fundusz stabilizacyjny w wysokości 1 mld dolarów, który miał pomóc w utrzymaniu stałego kursu złotówki do dolara. Ten fundusz zapewne utworzono po to, by nie zabrakło dolarów, na które wymieniano złotówki z rocznych lokat wraz z dopisanymi odsetkami. Istotnie był to fundusz stabilizacyjny. O niczym nie zapomniano.

Pakiet 11 ustaw tworzących plan Balcerowicza trafił pod obrady Sejmu kontraktowego (35% strona opozycyjna, reszta rządowa) 17 grudnia 1989 roku. Nad ustawami obradowano w przyspieszonym tempie, by uniknąć wprowadzania poprawek w komisjach sejmowych. W parlamencie panowała zgoda wszystkich partii, że plan należy wprowadzić w proponowanej przez rząd postaci. Zadziwiające! Wszyscy zgodni, rzecz niebywała w sejmie, ale tak było. To chyba jeden z dowodów na to, że demokracja jest fikcją, że ci wszyscy „wybrańcy narodu” są od kogoś zależni finansowo.

Inflacja czy hiperinflacja, to nie jest zjawisko, które powstaje przypadkowo. Wprost przeciwnie. Wszystko jest zaplanowane. Na początku lat 80-tych wyglądało to tak:

  • 1981 – 21,2%
  • 1982 – 100,8%
  • 1983 – 22,1%

Największa inflacja przypadła nie na okres strajków solidarnościowych, tylko w pierwszym roku stanu wojennego, gdy ich już nie było i nie było żadnych żądań płacowych. Wszystko siedziało cicho, jak mysz pod miotłą, więc rząd wykorzystał ten stan do pierwszego etapu uwłaszczenia nomenklatury partyjnej. Wcześniej zaciągnięte kredyty, wobec niezmiennego oprocentowania kredytów i wkładów oszczędnościowych, wzbogaciły tych, którzy wzięli te kredyty, a zubożyły tych, którzy mieli oszczędności. Innymi słowy, ci którzy oszczędzali sfinansowali spłatę kredytów tym, którzy je zaciągnęli.

Pod koniec tej dekady wyglądało to tak:

  • 1988 – 60,2%
  • 1989 – 251,1%
  • 1990 – 585,8%
  • 1991 – 70,3%

A więc mamy tu ten kluczowy rok 1990, do którego praktyczne przygotowania trwały już od początku 1989 roku, począwszy od przyjęcia przez sejm ustawy o FOZZ. Później, we wrześniu, pojawia się Plan Balcerowicza. Do pełni szczęścia potrzeba tylko jednego – wielkiej inflacji czy hiperinflacji. Bez tego te polskie afery tamtego roku nie miałyby sensu. O roku ów! kto ciebie widział w naszym kraju! Ciebie aferzysta dotąd zowie rokiem urodzaju… I nie chodzi tu bynajmniej o rok 1812, jak chciał poeta, tylko o rok 1990. Już w roku 1989 zaczęto przyzwyczajać społeczeństwo, serwując mu bardzo wysoką inflację, do tego, że tylko radykalne zmiany mogą dać pożądany skutek i że jedynie „geniusz” Balcerowicza jest w stanie powstrzymać szalejącą inflację.

Istotą afery było wywołanie potężnej inflacji przy jednoczesnym stałym kursie złotówki do dolara oraz zmiennym oprocentowaniu wkładów i kredytów złotówkowych. Oznaczało to, że lokata jednoroczna była oprocentowana na 585%. Po roku tak pomnożone złotówki zamieniano na dolary i lokowano na kontach w Szwajcarii – tej największej na świecie pralni brudnych pieniędzy oraz w innych krajach i pewnie w jakichś rajach podatkowych, czyli również bezpiecznych miejscach dla wszelkiego rodzaju złodziei i aferzystów.

Ta afera to nie tylko straty dla skarbu państwa. To był, jak to się mówi, mały pikuś. Tragedią było co innego. To był gwóźdź do trumny rodzącej się polskiej przedsiębiorczości. Wiele firm produkcyjnych i usługowych, które zaczynały w tamtym okresie swoją działalność od kredytu, zbankrutowało, a wielu z tych ludzi popełniło samobójstwo, bo nie byli w stanie go spłacać przy takim oprocentowaniu. Również wielu rolników, którzy odważyli się na modernizację swoich gospodarstw, spotkał podobny los.

Druga połowa lat 80-tych to już mocno rozwijający się kryzys i państwo szukało różnych sposobów na jego przezwyciężenie. To właśnie wtedy zaczęto zachęcać ludzi do większej aktywności, głównie poprzez udzielanie im korzystnych kredytów długoterminowych na inwestycje i działalność gospodarczą. A to był już okres po rozmowach Jaruzelskiego, tego wyjątkowo nijakiego człowieka, z Rockefellerem, w trakcie których pisano scenariusz dla Polski. – Perfidia. Nie pierwszy to raz, gdy Żydzi niszczyli polskie przedsiębiorstwa. Wcześniej zrobili to w Królestwie podczas rewolucji 1905 roku.

Wszystko to miało miejsce w okresie działania Sejmu kontraktowego, który wyłonił się po wyborach 4 czerwca 1989 roku. Rozmowy Okrągłego Stołu rozpoczęły się w lutym 1989 roku i w trakcie nich ustalono, że nowy sejm będzie składał się w 35% z posłów strony opozycyjnej i w 65% ze strony rządowej. Sejm kontraktowy, jakimś dziwnym trafem, dokonał samorozwiązania z dniem przypadającym przed dniem pierwszego posiedzenia nowo wybranego sejmu. Przedterminowe wybory zarządzono na dzień 27 października 1991 roku. Jakoś dziwnie to koresponduje z likwidacją sztywnego kursu złotówki do dolara, która nastąpiła 14 października 1991 roku. A jeszcze wcześniej, bo na mocy ustawy z 14 grudnia 1990 roku, przeniesiono FOZZ w stan likwidacji. Wszystko, do czego zobowiązał się komunistyczny rząd w Polsce wobec Żydów, zostało spełnione, a i nowi „wybrańcy” narodu okazali wobec nich lojalność, więc można już było tworzyć nowy sejm, czyli lokalny Muppet Show.

Rok 1990 należy, obok roku 1863 i 1905, do najważniejszych i przełomowych w historii narodu polskiego, nie państwa polskiego, tylko narodu. Wydaje mi się, że właśnie w tym momencie doszło do ostatecznego rozwiązania. Nie powstała polska klasa przedsiębiorców i handlowców, czyli ludzi aktywnie uczestniczących w życiu gospodarczym i tym samym niezależnych finansowo. Obecnie następuje już totalna podmiana społeczeństwa. Masowo sprowadzani są Ukraińcy i Białorusini, którzy są zatrudniani w różnych firmach jako pracownicy najemni. Będą posłuszni, lojalni i wdzięczni za to, że ktoś im dal szansę na lepsze życie. I o to chodzi: ma być warstwa panów i niewolników i nic pomiędzy.

Kim oni są?

W blogu „Pozytywizm” cytowałem Jeske-Choińskiego, który opisywał realia tamtego okresu. W pewnym momencie pisze on:

Żydowski dziennikarz, piszący po polsku, opluwał katolickiego księdza, polskiego szlachcica, mieszczanina i chłopa, szydził z „zabobonów” chrześcijańskich, ale niech tylko jakiś „goj” ośmielił dotknąć piórem mozaizmu i Talmudu, a choćby tylko rabinatu, zmarszczył natychmiast brwi, nastroszył się, żachnął się on, niby to oświecony, bezprzesądny, postępowy, tolerancyjny i stawał się pospolitym Żydem, krzycząc: nie tykaj mojej świętości, goju! Mnie wszystko wolno, a tobie nic; stul gębę.

Takie opluwanie wszystkiego, co polskie trwa nadal i jest powszechne w naszej obecnej rzeczywistości. 29 grudnia 2021 roku na portalu „salon24” bloger „echo24” w swoim blogu „I znów muszę się wstydzić, że jestem Polakiem” (https://www.salon24.pl/u/salonowcy/1193090,i-znowu-sie-musze-wstydzic-ze-jestem-polakiem) pisze:

»Pytacie Państwo, dlaczego znów się za Polskę wstydzę?

Zaraz to wyjaśnię, ale najpierw Państwu przypomnę fragment z mojej powieści autobiograficznej pt. „Magia namiętności”, którą nota bene opublikowałem w odcinkach na Salonie24, – cytuję:

Był Październik roku 1967. Polski transatlantyk MS Batory przybił do nabrzeża portu w Montrealu.

Krzysztof już z trapu zoczył szokującą scenę. Kanadyjscy celnicy odbierali siłą schodzącym ze statku Polakom przedmioty niespełniające lokalnych wymogów sanitarnych. Gdy się uważniej przyjrzał niezmiernie się zdumiał, z kim podróżował na kultowym statku. Byli to bowiem podróżujący na najniższym pokładzie ziomkowie jadący do Ameryki na stałe. Słowem – emigranci, a dokładniej rozwrzeszczane hordy rodaków z Pokarpacia i tak zwanej Ściany Wschodniej.

Jezu! A cóż to za buractwo! – jęknął. Nie miałem bladego pojęcia, że takie okazy mieszkają w moim kraju – pomyślał przerażony tym, co zobaczył.

Z niedowierzaniem patrzył, jak prostacki ludek walczy z celnikami o swoje. Nasi rodacy wieźli ze sobą za wodę pożółkłe pierzyny, dziurawe poduszki, szafliki, miednice, żeliwne nocniki, sznury suszonych grzybów i opasłe pęta zzieleniałej kiełbasy domowej roboty. Urosła tego całkiem spora sterta, a Krzysztof po raz pierwszy na amerykańskiej ziemi zawstydził się, że pochodzi znad Wisły.

Ta odrażająca scena zbulwersowała go do szpiku kości. Bezradna gawiedź, nie znająca żadnego obcego języka biegała bez ładu i składu z zawieszonymi na szyi na  sznurku tekturkami z nazwiskiem i celem podróży. No, no, nieźle się zaczyna, –  pomyślał.

Wtedy podstawiono autokary, które miały to bractwo przewieźć na dworzec kolejowy, skąd się mieli rozjechać, do różnych miast Kanady i Stanów Zjednoczonych. I tu się zaczęła prawdziwa masakra. Bowiem brać polska ruszyła kupą na podjeżdżające autobusy. Pośród wrzasków, jęków, przekleństw i złorzeczeń, taszcząc bagaże, jeden przez drugiego, tratując się wzajemnie parli do przodu jak stado baranów tarasując przejście. Ktoś wrzeszczał: – Dzieci! Dzieci! Ludzie! Stratujecie dzieci!

Kurwa! Co tu się dzieje? – pomyślał.  Przecież to bezrozumne stado na śmierć się zadepcze! Odwrócił się nie chcąc dalej oglądać tej żałosnej sceny. Upychanie rodaków trwało prawie dwie godziny. A gdy wrzawa ucichła, bez problemu wsiadł do autokaru.

Ruszyli w kierunku kolejowego dworca. Z rozdziawionymi ustami przyglądał się rozłożystym limuzynom sunącym po wielopasmowych drogach. Patrząc na płynące po gładkich jak stół autostradach eleganckie fordy, szykowne chevrolety, dystyngowane cadillaki i sportowe mustangi z zawstydzeniem myślał o polskich dziurawych drożynach, gdzie straszyły toporne warszawy, pokraczne syreny i śmieszne trabanty.

Gdy wsiadał do ekspresu Montreal – Chicago, rozegrała się równie żenująca scena. Polacy zajęli wagony pierwszej klasy, a kiedy ich poproszono o wyjście towarzystwo zawyło, że chyba po ich trupie. W efekcie pociąg odjechał z dużym opóźnieniem, a zawstydzony Krzysztof zrozumiał, dlaczego tak trudno o wizę do Stanów…”, koniec cytatu.

Od tamtego czasu minęły 54 lata.

I co?

W międzyczasie przeżyliśmy komunę, która jak pokazało życie nie do końca upadła.

Dlaczego?

Bo po wygranych wyborach 2015 Jarosław Kaczyński zrezygnował z inteligencji i przy pomocy Jacka Kurskiego i jego tandetnej oraz dotkliwie kaleczącej intelekt telewizji publicznej postanowił postawić na tłuszczę.«

Na końcu swojego bloga autor zamieścił zdjęcie, które całkowicie przeczy jego opisowi.

M/S Batory – stalowy król, okno na świat

Zdjęcie powyższe zostało zrobione w 1966 roku i przedstawia dwie rodziny z Podhala, wyjeżdżające do Ameryki. Nie wyglądają na ludzi, którzy wieźli ze sobą za wodę pożółkłe pierzyny, dziurawe poduszki, szafliki, miednice, żeliwne nocniki, sznury suszonych grzybów i opasłe pęta zzieleniałej kiełbasy domowej roboty, a więc typu opisanego przez autora bloga. Są skromnie ubrani, ale schludnie. Tak ubierała się wtedy większość ludzi, nie tylko na wsi, ale i w miastach. Owszem, była grupa młodzieży, zwanej bananową, która odbiegała wyglądem od reszty. To były przeważnie dzieci komunistycznych dyplomatów lub wysoko postawionych aparatczyków partyjnych. Zjawisko dotyczyło głównie Warszawy. Nie trudno chyba domyślić się, że większość tej młodzieży, to młodzież żydowska, bo tylko przedstawiciele tej nacji pracowali w dyplomacji lub stali najwyżej w hierarchii partyjnej.

W tamtych latach trwała jeszcze tzw. akcja łączenia rodzin. W ramach jej komuniści zezwalali niektórym rodzinom na wyjazd do Ameryki, gdzie już mieszkali ich bliscy. Ale bardzo nieliczni mogli wyjeżdżać na zachód i wracać. A jak komuś udało się pojechać na urlop do Bułgarii, to już było coś. Większości nie było stać nawet na takie luksusy.

Szkoda więc, że autor bloga nie napisał, w jaki to sposób udało mu się dostać wizę amerykańską, skoro było o nią tak trudno, a jeszcze bardziej szkoda, że nie napisał, w jaki sposób udało mu się dostać paszport i pozwolenie na wyjazd na „zgniły zachód”, co było jeszcze trudniejsze. Na takie wyróżnienie w latach 60-tych mogli liczyć tylko nieliczni. I jeszcze do tego wyjazd na saksy. Niektórzy, bardziej majętni, mogli pojechać na zachód na wycieczkę z biurem podróży, ale to nie to samo, co wyjazd w celach zarobkowych.

Ktoś, kto dostąpił takiego wyróżnienia, jak wyjazd do pracy, był po powrocie ustawiony do końca życia. Mógł sobie kupić mieszkanie czy wybudować dom i jeszcze mu sporo zostawało. Zapewne można było sobie za to kupić jakieś grunta w dobrych miejscach lub założyć jakąś firmę, co w tamtym czasie też nie było łatwe i nie każdy, kto chciał mógł tak zrobić. Ale jak już założył, to z braku konkurencji szybko się bogacił. Wygląda więc na to, że polityka paszportowa komunistycznych władz nie była przypadkowa, że tylko nieliczni, żeby nie powiedzieć wybrani, jakkolwiek dwuznacznie by to zabrzmiało, dostępowali tego zaszczytu i mogli zobaczyć inny świat, a po powrocie zasilić szeregi tych najbogatszych.

Szkoda więc, że autor bloga nie opowiedział o tym wszystkim, tylko skupił się na opisie zachowań ludzi, których w tamtych czasach w tamtym miejscu być nie mogło, a jak byli, to tacy, jak na zamieszczonym przez niego zdjęciu. Ale i tak się zdemaskował. Zdemaskował się swoją pogarda, nienawiścią do tego wszystkiego, co uważa za polskie. Tylko o inteligencji pisze dobrze. Przypadek? Pewnie wie kim są, w swojej masie, ci inteligenci. Nic się nie zmieniło od czasów pozytywizmu warszawskiego.

Ja oczywiście nie twierdzę, że nie ma w Polsce ludzi prostackich i prymitywnych. Są, tak jak w każdym innym społeczeństwie czy narodzie. Jest to jednak tylko fragment pewnej całości, części polskiego społeczeństwa. Uogólnianie tego zjawiska i pisanie, że się wstydzi tego, że jest się Polakiem, jest zabiegiem, który ma na celu wywołanie wrażenia, że Polacy to jakiś naród upośledzony, gorszy od innych narodów. Kim są więc ludzie, którzy tak piszą? Oni twierdzą, że też są Polakami, ale takimi lepszymi. Takie można odnieść wrażenie, sądząc po ich wywodach. Czyli że jesteśmy narodem podzielonym, skleconym z dwóch a może i z trzech wrogo do siebie nastawionych społeczności. A skoro tak, to czy my w ogóle jesteśmy narodem?

Pozytywizm

Jak już wcześniej wspomniałem, okres po powstaniu styczniowym, to najważniejszy okres w dziejach narodu polskiego. Ten okres nazywa się pozytywizmem. Sama nazwa pochodzi od łacińskiego positivus – oparty, uzasadniony. Jest to system filozofii pozytywnej. Wikipedia tak o nim pisze:

„Pozytywizm – kierunek w filozofii i literaturze zainicjowany przez Auguste’a Comte’a w drugiej połowie XIX wieku (Kurs filozofii pozytywnej). Został rozwinięty przez J.S. Milla oraz H. Spencera. Podstawowa teza pozytywizmu głosi, że jedyną wiedzą jest wiedza naukowa. Ta może być zdobyta tylko dzięki pozytywnej weryfikacji teorii za pomocą empirycznej metody naukowej. Pozytywizm podkreśla znaczenie wiedzy empirycznej i naukowości, a wzorem są w nim nauki przyrodnicze. Pozytywizm przeważnie odrzuca istniejące religie jako zabobony oparte na fikcjach, choć sam Comte proponował zastąpienie ich przez humanistyczną religię ludzkości. Prekursorem pozytywizmu był brytyjski empirysta i sceptyk David Hume.”

Z kolei w Wielkiej Encyklopedii Powszechnej PWN (1962-69) można przeczytać:

»Pozytywizm Polski, pozytywizm warszawski – prąd umysłowy i społeczny rozwijający się 1864-90 w kręgach inteligencji i liberalnej burżuazji polskiej na gruncie zespolenia pozytywizmu jako koncepcji światopoglądowej z programem społeczno-narodowym, opartym na ideach pracy organicznej i realizmu politycznego, tzn. przejściowego przynajmniej pogodzenia się z utratą samodzielnego bytu państwowego i rozwijania aktywności gospodarczej i kulturalnej. Na czoło ruchu pozytywistycznego wysunęli się i główną rolę w kształtowaniu jego ideologi odegrali wychowankowie Szkoły Głównej, a zwłaszcza A. Świętochowski, B. Prus, P. Chmielowski, J. Ochorowicz oraz K. Kraushar , W. Smoleński i wielu innych.

Skupili się oni wokół „Przeglądu Tygodniowego” (zał. 1866 przez A. Wiślickiego), który stał się organem teoretycznym p.p., reprezentującym jego najbardziej postępowe i radykalne tendencje światopoglądowe i społeczne. Później pojawiły się bardziej umiarkowane pisma pozytywistyczne „Niwa” (1872), „Ateneum” (1876), „Nowiny” (1878), „Prawda” (1881). Pozytywizm polski był nie tyle ruchem filozoficzno-naukowym, ile publicystyczno-literackim i polityczno-społecznym; głównymi jego rzecznikami byli literaci i publicyści.

Pozytywiści głosili odwrót od romantyzmu zarówno w literaturze, jak i w polityce i ideologii; w imię postępu społecznego zwalczali umysłowe, społeczne i ekonomiczne zacofanie kraju; występowali z hasłem „pracy u podstaw” (tj. nad ludem i dla ludu), a zwłaszcza krzewienia wśród ludu oświaty i kultury, niesienia pomocy klasom upośledzonym w mieście i na wsi; walczyli o demokratyzację stosunków społecznych, świecki światopogląd, emancypację kobiet, równouprawnienie Żydów; domagali się reformy wychowania i intensywnego rozwijania „nauk pozytywnych”, zwłaszcza przyrodniczych; uwydatniali zadania spoleczno-wychowacze i możliwości poznawcze literatury; postulowali utylitarystyczną ocenę wszelkiej sztuki.

Od lat 80-tych dynamizm i postępowość społeczna pozytywizmu polskiego zaczęły słabnąć, a akcenty krytyki społecznej zanikać ustępując miejsca solidarystycznemu programowi społeczno-narodowemu.«

Na podstawie powyższych cytatów widać, że na świecie był to prąd filozoficzny, czy filozoficzno-naukowy, bo odnosił się do metodologii nauk, zwłaszcza nauk przyrodniczych. W Polsce natomiast był to prąd umysłowy i społeczny. Interesujące podejście do pozytywizmu polskiego przedstawia w swojej książce Historia Żydów w Polsce (1919) Teodor Jeske-Choiński. Poniżej fragmenty:

»Rok 1863 należy, jak wiadomo, do chwil przełomowych w ewolucji myśli narodu polskiego.

Zwyciężony po raz trzeci naród, oprzytomniawszy po odniesionej klęsce, zaczął szukać nowych dróg w walce o prawo do istnienia, nowych środków do wzmocnienia rozbitego organizmu.

Po roku 1863 zaczęły padać słowa: rozsądek, życie zwyczajne, nauka, specjalne wykształcenie, praktyczność, handel, przemysł, fabryki, technika itd., z których złożyły się powoli nowe hasła, skleił się nowy program myśli narodowej. Program ten wskazał wyraźnie lwowski „Dziennik Literacki”, gdy mówił: „Główną podstawą duchowego rozwoju w narodzie jest bogactwo materialne, powiększywszy bowiem na tej drodze dobrobyt ogólny, będziemy mogli krzewić oświatę itd.”.

Trzeźwość w poglądach była główną treścią nowego programu. Entuzjastyczne wzloty i marzenia romantyczne rozwiały się, jak rozwiewa się mgła poranna, gdy słońce wzejdzie, wyobraźnia usunęła się w cień, ustępując miejsca rozsądkowi. Rozsądek zapanował nad myślą polską.

Rozsądek ten rezonował: Zawiodło nas powstanie kościuszkowskie, nie wróciły nam pełnej swobody wojny napoleońskie, resztki naszej wolności politycznej zdruzgotała rewolucja listopadowa, zmiażdżył nas ostatecznie rok 1863. Więc oto nadszedł teraz czas zerwania z tradycjami Polski szlacheckiej i skierowania całej myśli narodowej w łożysko pracy cichej, spokojnej, praktycznej, tzw. pracy u podstaw, „organicznej”; zamiast pobrzękiwać bezsilną szablą, trzeba jąć się księgi, cyrkla, łokcia, miarki, młota – uczyć się dużo głównie w kierunku praktycznym, który by zapewnił narodowi dobrobyt, mocną podwalinę ekonomiczną, a reszta znajdzie się sama.

Tak rezonowało nowe pokolenie.

By nadać powagi temu rezonowaniu, trzeba było poszukać jakiejś doktryny, jakiejś teorii, na której by się rozsądek mógł oprzeć. Nie potrzeba było jej tworzyć, była już bowiem gotowa, wchodziła sama w ręce szukające.

Wiemy, że w pierwszej połowie XIX w. podniósł głowę stary buntownik nasamprzód we Francji i Anglii (około r. 1840), a następnie w Niemczech, i wiemy, iż ten buntownik kłócił się znów z Objawieniem i z ideami wrodzonymi. Pyszny rozum ludzki sięgnął znów po buławę w krainie ducha. W wieku XVIII nazywał się on we Francji encyklopedyzmem, a później, w całej Europie, pozytywizmem i ewolucjonizmem.

Tego pozytywizmu i ewolucjonizmu uczepiła się popowstaniowa młodzież, popularyzując w Polsce: Comte’a, Darwina, Drapera, Milla itd. Galicja jednak, pchnięta przez swoje warunki w kierunku politycznym, wycofała się rychło z szermierki ideowej. Poznań, zajęty walką o byt powszedni i obronę elementarnych praw narodowych, nie miał ani czasu, ani ochoty do tworzenia nowego światopoglądu. Rola ta przypadła po roku 1863 Warszawie, odciętej od wszelkiej polityki i praktycznej działalności społecznej.

Z dniem 7 stycznia 1866 roku zaczął Adam Wiślicki wydawać w Warszawie tygodnik pt. „Przegląd Tygodniowy”, który stał się głównym organem młodego pokolenia, wstępującego w szranki pracy dziennikarskiej i literackiej.

„Przegląd Tygodniowy” nie zarysował się od razu wyraźnie, bo w szeregach jego współpracowników nie było aż do roku 1870 bojowca ideowego, urodzonego polemisty, który by mógł poprowadzić żądną nowinek młódź w boj „przeciw zwietrzałym przesądom”.

Ten bojowiec ukazał się dopiero przy końcu 1870 roku. Był nim Aleksander Świętochowski. Stanął on na polu walki w pełnym rynsztunku szampiona wprawnej ręki. Bardzo bogato wyposażył go los do rzemiosła polemisty, dał mu bowiem niezwykle cięte, kłujące jak ostrze szpady, kąsające pióro, giętkość słowa, siłę logiki i argumentacji i ową fanatyczną wiarę w swoje przekonania, bez której żaden bojownik ideowy nie oddziaływa na szerokie masy.

Ponieważ wszelka robota reformatorska zaczyna się wszędzie i zawsze od oczyszczenia terenu, od usunięcia gruzów przeszłości i od spychania z zajętych stanowisk tak zwanych powag chwili, ponieważ żwawa młodzież woła: place aux jeunes! (miejsce dla młodych – przyp. W. L.), rzucił się Świętochowski na starszych pisarzów, autorów i publicystów, z rozmachem bojownika, i bezwzględnością. Adam Pług, Edward Lubawski, Wacław Szymanowski, Józef Ignacy Kraszewski, Paulina Wilkońska, Jan Zachariasiewicz, Felicjan Faleński, Józef Kenig, Chęciński, Lewestam, Aleksander Tyszyński, Adam August Jeske i inni, przeszli przez rózgi chłosty krytycznej.

Nowi pisarze, zwący się pozytywistami, dążyli do następujących celów: 1) jako nauczyciele społeczni do powszechnego dobrobytu kraju, wierząc, że bogactwo materialne da narodowi moc odporną, uzbroi go przeciw żarłoczności jego zwycięzców, zalecali handel, przemysł, nauki techniczne i mrówczą, mozolną „pracę u podstaw”; 2) jako naśladowcy ruchu pozytywistycznego Europy Zachodniej wysunęli na pierwszy plan wiedzę, wierząc w jej wszechmoc, a uznając tylko tę wiedzę, która się oparła na doświadczeniu i eksperymencie; głównie nauki ścisłe były ich ulubieńcami; 3) obcięli literaturze pięknej skrzydła fantazji, zakreślili jej ciasne granice użyteczności, zrobili z niej powolną sługę życia praktycznego; 4) wprowadzili do spraw żywotnych kwestię kobiecą, czyli emancypację płci, zwanej słabą.

Zarzucano im swego czasu brak patriotyzmu, był to jednak zarzut niesłuszny, byli oni bowiem dobrymi obywatelami kraju, pragnęli jaśniejszej, lepszej doli nieszczęśliwego narodu, do którego należeli. Życzyli dobrze swojemu narodowi, ale rozkochali się zanadto w wiedzy, usunąwszy ze swojego programu religię, tradycję, charakter rasy słowiańskiej i uczucia. Był czas, kiedy w Warszawie deklamowali wszyscy, chcący uchodzić za bardzo mądrych inteligentów: wiedza, wiedza, ona jedna, tylko ona nas zbawi! Kto ośmielił się nie podzielać tego zachwytu, był zahukany: wstecznik, obskurant, mamut, głupiec, nieuk!

Za bardzo uczonych mieli się młodzi publicyści, chociaż nie byli uczonymi mędrcami, co potwierdził Piotr Chmielowski w swoim „Zarysie literatury polskiej z ostatnich lat dwudziestu”: Chmielowskiemu można wierzyć, bo był sam pozytywistą, należał do sztabu reformatorów. Pisał on: „Powoli, bardzo powoli dowiadywało się nowe pokolenie o świetnych zdobyczach nauki nowożytnej lub o potężnych prądach, nurtujących umysłowość europejską. Z półsłówek, z gazeciarskich nowinek dowiedzieliśmy się o Erneście Renanie, jako autorze „Początków Chrześcijaństwa”, młodzież słyszała coś z boku, domyślała się, ale wiedziała tylko po wierzchu i z nazwiska. O teorii Darwina jej zwolennicy nie mieli z początku dokładnego pojęcia. Gdy się w młodym kółku zgodzono powszechnie na metodę eksperymentalną, znano tylko środek badania, nie zaś jego treść i rezultaty. Było wiele przeczucia, wiele mglistych obrazów, goniło się za wielu majakami, sądząc, że chwyta się kraj szaty, okrywającej prawdę. Wśród takiego położenia zaczęto coraz częściej wspominać o pozytywizmie. Naturalnie, gruntownej znajomości nie było natenczas u nikogo. Znalazło się kilku, co powodowani sumiennością, zajrzeli do źródła, skąd mądrość płynęła, odczytali sobie, jeśli nie samego Comte’a, to Littre’ego i nabrali mniej więcej dokładnego pojęcia o metodzie i całości nauki pozytywistycznej, ale znaczna większość zadowoliła się naprędce gdzieś pochwytanymi frazesami, modelując je według upodobania i według potrzeby”.

Trzeba tupetu młodości, aby się z takim marnym bagażem wiedzy mianować kapłanem wiedzy i nazywać starsze pokolenia mamutem, wstecznikiem, głupcem, osłem itp. Tylko młodość potrafi taką sztukę…

Nie chrześcijańscy autorzy, publicyści, uczeni, kupcy i przemysłowcy korzystali z tego przewrotu, lecz Żydzi. Pozytywizm warszawski włączył do swojego programu doktrynę asymilacji żydowskiej. Prawie wszyscy „postępowcy” owego czasu (po roku 1870) byli filosemitami, bratali się z Żydami, dopuszczali ich do współpracownictwa w swoich pismach. Oni to wyhodowali grupę literatów i dziennikarzy żydowskich, piszących po polsku, których prasa polska nie znała przed rokiem 1863.

Prąd przychylny Żydom znalazł także zastosowanie plastyczne w powieści. Prądem w tym kierunku szła Eliza Orzeszkowa, w pierwszej połowie swojej działalności autorskiej przekonana, gorliwa pozytywistka, krzewicielka tzw. „trzeźwych” poglądów. Już w powieści pt. „Na prowincji” naszkicowała „sympatycznego” karczmarza Szlomę, a w „Panu Grabie” starała się wytłumaczyć drapieżną chciwość lichwiarza Wigdora. Trzy powieści poświeciła typom żydowskim: „Eli Makower”, „Meir Ezofowicz” i „Mirtala”. Oprócz tego napisała w r. 1882 broszurę pt. „O Żydach i kwestii żydowskiej”, w której broniła z adwokacką iście swadą i kazuistyką swoich poglądów.

Tylko trzy wady dostrzegła Orzeszkowa w psychologii żydowskiej: „1) nieuczciwość tak w handlu, jak we wszystkich interesownych stosunkach, nieuczciwość, noszącą trywialną, ogólnie przyjętą nazwę szachrajstwa; 2) pychę, czyli arogancję, która rozśmiesza, a najczęściej drażni, oburza; 3) odrębność, wyrażającą się strojem, mową, fanatyzmem religijnym, organizacją wewnętrzną czyniącą ich w organizmie społecznym ciałem obcym i wielostronnie szkodliwym”.

Na te trzy „przywary” żydowskie znała Orzeszkowa tylko jeden środek – oświatę, wiedzę. Według niej wiedza, to potęga najwyższa; niczym w porównaniu z nią: religia, tradycja rasy, atawizm, patriotyzm, wychowanie. Ona tylko jedna wytrzebi z ludzkości wszystkie wady, przesądy, zawiści, nienawiści, egoizmy, odrębności.

Bardzo słusznie zauważyła Orzeszkowa w swojej broszurze, powołując się na Herberta Spencera, że nie sam tylko handel żydowski plami się nieuczciwością, że handel nowoczesny w ogóle nie ma nic wspólnego z czystością sumienia. Sługą Mamona jest, a Mamon drwi sobie z takich pęt jak uczciwość i honor. Ale zapomniała, albo nie wiedziała, że odnosi się to tylko do handlu nowoczesnego, od połowy wieku XVIII począwszy i że tę ogólną demoralizację handlu spowodowali dopiero Żydzi, wprowadziwszy do niego środki i metodę tzw. „czystego kapitalizmu”, czyli sztukę gromadzenia pieniędzy bez względu na jakość towaru i na sposób zdobywania złota. Dopóki etyka chrześcijańska wpływała na prawodawstwo narodów chrześcijańskich, nie śmiał stan kupiecki posługiwać się dzisiejszymi sztukami i sztuczkami, ciężkie bowiem kary powstrzymywały jego chciwość. Gdy chrystianizm zaczął tracić swoją powagę (w połowie XVIII stulecia) nasamprzód w Anglii, potem we Francji itd. nauczyli się kupcy chrześcijańscy, bezwzględności „wolnego handlu”, „wolnej konkurencji” od Żydów, co wykazał, dowiódł Werner Sombart w swym dziele pt. „Żydzi”.

Sprzyjał także Żydom Aleksander Świętochowski. W jednej z trzech nowel pt. „O życie” (1879 r.) litował się nad Żydówką „Chawą Rubin”, a litował się ze względów szczególnego rodzaju. „Gdy na pola nasze spadnie szarańcza – mówił – bolejemy tylko nad zrządzonym przez nią spustoszeniem lub radujemy się jej zgubą. Nie umiemy jednak odczuć ani jej radości, gdy nas niszczy, ani jej boleści, gdy sama zginie. W podobnym stosunku znajdujemy się często do ludzi. Jeśli jakiś ich gatunek uznamy za obcy i szkodliwy, uwzględniamy w losach tylko nasze uczucia, nie dbając o to, że nasza boleść jest radością tych istot, a nasza radość ich boleścią”.

Tylko doktryna, oderwana od życia, może się zdobyć na tego rodzaju argumentację. Jako szampion pozytywizmu warszawskiego, który chorował na humanitaryzm bez zastrzeżeń, uważał sobie Świętochowski za obowiązek być tolerantem dla wszystkiego i dla wszystkich i doszedł do absurdu. Bo absurdem należy nazwać uwzględnianie radości szarańczy, niszczącej owoce pracy ludzkiej, tygrysa, lwa, szakala, pożerających z rozkoszą niewinną gazelę, żmii, zabijającej inną istotę żyjącą, wyzyskiwacza, oszusta, lichwiarza, niszczącego każdego, kogo omota swoimi bezlitosnymi mackami. Tylko naiwna doktryna mogła nakazać cieszyć się radością wroga cudzego dobra i życia i litować się nad jego bólem, gdy go spotka zasłużona kara.

Przez długi szereg lat był Świętochowski obrońcą Żydów, rzecznikiem asymilacji. Swoim nazwali go Żydzi, tłumnie garnęli się pod sztandar jego tygodnika („Prawda”) publicyści żydowscy, piszący po polsku.

Jak wszyscy pozytywiści warszawscy, wierzył także Prus w niezawodną moc oświaty, wiedzy, idei postępowych, dodawszy do tej recepty ze swojej strony jeszcze pobłażliwość i miłość. Dobre serce miał, wiadomo, naturą prawą był, na wskroś uczciwą. Ale dobrym sercem i uczciwością nie pokonywa się tradycji religijnych i narodowych długiego szeregu pokoleń, zwłaszcza gdy sobie jaki naród nie życzy zmiany starej skóry na nową.

Sprzyjał także Żydom Michał Bałucki, krakowski powieścio- i komediopisarz (ur. 1837 r.), co potwierdza jego powieść pt. „Żydówka”.

Oprócz pisarzów polskich, należących do pozytywizmu, podniecali chrześcijan do asymilacji z Żydami pisarze żydowscy, posługujący się językiem polskim.

Znalazło się w gromadzie warszawskich autorów i publicystów dwóch, którzy podjęli się walki (od roku 1882) z Żydami. Jan Jeleński i Teodor Jeske-Choiński byli zadeklarowanymi antyżydami. Pierwszy, utalentowany i pracowity publicysta był typem antyżyda „instynktowego”. Odczuwał on doskonale Żyda, widział jego szkodliwość społeczną i ekonomiczną, na którą zwracał głównie uwagę. On to, praktyczny, trzeźwy, ruchliwy, jest twórcą sklepów chrześcijańskich, ojcem późniejszego ruchu spółdzielczego, za co należy mu się trwała, wdzięczna pamięć narodu. Drugi dopełniał pierwszego, jako teoretyk kierunku. Za ten antyżydyzm byli obaj przez „oświeconą, postępową Polskę”, obałamuconą przez doktrynę asymilacyjną, bojkotowani lat dwadzieścia kilka i nazwano ich: wstecznikami, obskurantami, głupcami, idiotami, czarną sotnią itp.

Robocie tych dwóch „obskurantów” pomagał później Klemens Junosza Szaniawski (1849-1898), znakomity znawca szarego, pospolitego handlarza żydowskiego (faktora, arendarza, pachciarza, kupca, lichwiarza itd.). Z dwóch źródeł czerpał tę swoją znajomość duszy żydowskiej, 1) z osobistej obserwacji i 2) ze studiów nad literaturą żargonową. Zmuszony swoim położeniem materialnym ocierać się ciągle o lichwiarza żydowskiego, który nie wychodził z jego domu, patrzył bezustannie własnymi oczami na sztuki różnych „pająków”, a upodobawszy sobie jako nowelista i powieściopisarz najwięcej Żyda, nauczył się jego żargonu i zaznajomił się z jego literaturą.

Wszystkie swoje spostrzeżenia, odnoszące się do wyzysku żydowskiego, zebrał i uporządkował Junosza-Szaniawski w dwóch doskonałych powieściach, „Pająkach” (1894 r.) i w „Czarnym Błocie” (1895 r.). W pierwszej odmalował lichwę miejską, w drugiej wiejską. W powieściach tych rusza się, biega, wrzeszczy, kłamie, zaklina się na zdrowie swoje i swoich dzieci, na szczęście żony i rodziców, na zbawienie duszy i uczciwość cała zgraja handlarzy. Każdy z nich zapewnia, przysięga, że ma zamiary najczystsze, a każdy czyha tylko na lekkomyślność, nieopatrzność i nieszczęście „goja”.

Klemens Junosza-Szaniawski znał doskonale sztuki i sztuczki nie tylko „pająków” męskich, ale także żeńskich.

Świeża, nowa inteligencja żydowska wyzyskała dla swoich współplemieńców asymilację i pozytywizm. Gromadnie opuszczała po r. 1863 młodzież żydowska ghetta i chedery, tłocząc się do średnich i wyższych szkół chrześcijańskich. Patenty gimnazjalne, dyplomy uniwersyteckie dawały jej stanowisko społeczne. Zaroiło się po latach dwudziestu Królestwo od żydowskich: lekarzy, adwokatów, techników, dziennikarzy i literatów. Pomógł im nastrój chwili – zlew eksperymentów asymilacyjnych i doktryny pozytywistycznej. Eksperymenty asymilacyjne witały ich życzliwie, a doktryna pozytywistyczna, atakująca pod hasłem wiedzy nowoczesnej wszystkie dawniejsze „wartości”, całą przeszłość: tradycje, zwyczaje i obyczaje narodu, religię, katolicyzm, księży, szlachcica – pozwoliła im w skórze inteligenta zostać sobą.

Tak… sobą… Bo Żyd, wychowaniec Talmudu i handlu, nienawidzi kultury chrześcijańskiej i pozbawiony talentu dodatnio twórczego, lgnie „oświeciwszy” się, do wszelkiej negacji, do wszelkiego wywrotu. Jest on zawsze wszędzie tam, gdzie się w społeczeństwach innowierczych coś rysuje, wali, zapada, czy to będzie zaciekły krytycyzm, czy rewolucja, czy socjalizm albo anarchizm. Budować nie umie.

Europejska doktryna pozytywistyczna, adoptowana przez pokolenie popowstaniowe niewątpliwie w dobrej wierze (jako reakcja przeciw fantazji romantyzmu), pojęta uczciwie, jako „otrzeźwienie” społeczeństwa, grzeszyła nadmiernym krytycyzmem, który roztopił się ostatecznie w bezsilnym pesymizmie.

Grzech nadmiernego krytycyzmu podobał się bardzo oświeconym Żydom. Bo oni, którzy wyszli dopiero wczoraj z żydowskiego ghetta, odciętego chińskim murem tradycji talmudycznych, cofnęli się od świata chrześcijańskiego i tradycji narodów aryjskich.

Obcymi byli tej kulturze, tym tradycjom, a nie tylko obcymi, lecz wprost wrogimi.

Więc rzucili się skwapliwie w objęcia postępu pozytywistycznego, stali się wszyscy gorliwymi postępowcami.

Żydzi postępowcami! Któż nie wzruszy ramionami? Najkonserwatywniejszy, najwsteczniejszy naród na świecie, zastygły, stężały w swoim „wybraństwie” – postępowcem! Jego rzekomy postęp jest wszędzie tylko vendettą i geszeftem. Vendettą, bo usiłuje zburzyć „domy gojów” – geszeftem, bo gdzie się coś wali, rozpada, można dobrze zarobić. Im więcej wiórów „głupi goje” rozrzucą dookoła siebie, tym więcej ich przebiegły Żyd nazbiera łapczywie, czy to będzie gotówka albo jakieś przywileje.

Skrzętnie pomagali Żydzi oświeceni naszemu pozytywizmowi. Czego Polak, mimo swoją postępowość, znieważyć nie chciał, katolicyzmu i patriotyzmu, to oświecony Żyd swoim dwuznacznym uśmiechem, swoim cynicznym dowcipem wydrwiwał, odzierał z błękitnego płaszcza urok, jako „przesąd”, „zabobon”, stęchliznę wsteczną”. Żydowski dziennikarz, piszący po polsku, opluwał katolickiego księdza, polskiego szlachcica, mieszczanina i chłopa, szydził z „zabobonów” chrześcijańskich, ale niech tylko jakiś „goj” ośmielił dotknąć piórem mozaizmu i Talmudu, a choćby tylko rabinatu, zmarszczył natychmiast brwi, nastroszył się, żachnął się on, niby to oświecony, bezprzesądny, postępowy, tolerancyjny i stawał się pospolitym Żydem, krzycząc: nie tykaj mojej świętości, goju! Mnie wszystko wolno, a tobie nic; stul gębę.

Sposobności do obniżania i poniżania naszych „przesądów” było dużo w ostatnim okresie naszego rozwoju w XIX wieku. Pod płaszczykiem „niezawisłej” wiedzy atakowali pozytywiści nasamprzód religię, rozumie się chrześcijańską. Polscy publicyści robili to oględnie, zadowalając się biernym indyferentyzmem religijnym, gazeciarze zaś żydowscy bez ceremonii.

Skutkiem tej roboty był frazes: przyznawanie się do uczuć religijnych jest u człowieka oświeconego świadectwem słabości, ciasnoty jego umysłu. Zdawkowy ten frazes onieśmielił przeciętnego inteligenta, chcącego uchodzić za niezawisłego myśliciela, nauczył go albo ukrywać wstydliwie swoją „słabość”, albo „ciasnotę”, albo przyznawać się jawnie do bezwyznaniowości.

Solą, pieprzem w oku był dla „niezawisłych myślicieli” pochodzenia żydowskiego kler katolicki, bo kler ociera się ciągle, bezpośrednio, najbliżej, o szerokie masy ludu i może „postępowi” dużo zaszkodzić. Kłuł ich także w oczy obywatel ziemski, bo dwór wiejski jest najstarszą, najtrwalszą skarbnicą tradycji historycznych, czyli w pojęciach „postępowców” mchem porosłym mamutem, urodzonym zacofańcem itp.

Przeto trzeba księdza i obywatela ziemskiego zepchnąć z ich stanowiska, odsunąć ich od rządów moralnych społeczeństwa.

Pierwszy lepszy gazeciarz żydowski, mający o wsi i jej warunkach takie wyobrażenie, jakie ma analfabeta o filozofii, uczył księdza i ziemianina gospodarstwa i postępowania z ludem.«

Jeske-Choiński urodził się w 1854 roku w Pleszewie w Wielkopolsce, a więc w momencie wybuchu powstania styczniowego miał 9 lat. I dlatego nie mógł znać kulis wybuchu tego powstania. Przez dwa lata (1880-82) zamieszczał artykuły w „Przeglądzie Tygodniowym”. Później już w innych gazetach. W 1889 roku wyjechał do Paryża, skąd pisał artykuły do warszawskiego pisma „Wędrowiec”. W 1910 roku powrócił do Lwowa. Znał więc osobiście realia okresu lat 80-tych XIX wieku i rozwoju doktryny pozytywizmu.

Niemniej jednak ani on, ani chyba nikt inny nie zadał sobie pytania: kto zaszczepił ten pozytywizm polskiej młodzieży i nie tylko młodzieży? Bo, że po polskiej stronie było wielu entuzjastów tego prądu, to nie ulega wątpliwości i nie ulega też wątpliwości, że w jakiś sposób zostali zbałamuceni przez Żydów. Przecież idea pracy organicznej, „pracy u podstaw” nie była nowa. Nawet Wikipedia pisze, że „już po upadku powstania listopadowego zaczęto głosić, zwłaszcza w Wielkopolsce, potrzebę legalnej dobrze zorganizowanej pracy nad zabezpieczeniem polskiego stanu posiadania oraz rozwoju rodzimej gospodarki, nauki i kultury. Podobne inicjatywy pojawiały się także w Galicji, a w Królestwie Polskim po 1864 dążenia te stały się programem młodego pokolenia”.

Wszystko to prawda poza tym, że w Królestwie tego typu inicjatywy pojawiły się też po powstaniu listopadowym. Taką była przecież inicjatywa Andrzeja Zamoyskiego, jego „Towarzystwa Rolniczego” i ludzi skupionych wokół niego. Jednak Kronenberg zniszczył Zamoyskiego i jego środowisko. Dlaczego więc przed powstaniem styczniowym idea pracy organicznej nie była mile widziana w Królestwie, a po nim już – tak. Jedyne sensowne wytłumaczenie jest takie, że jeśli z inicjatywą wychodzą Polacy i ma to im przynieść korzyść, to wtedy należy to zniszczyć. Gdy natomiast z pomysłem wychodzą Żydzi i to ma im przynieść korzyści, to należy to popierać i rozwijać, wciągając w to niczego nieświadomych Polaków, by im całe to przedsięwzięcie uwiarygodnili.

Cała ta żydowska hucpa zwana pozytywizmem warszawskim trwała około 25 lat, a więc jedno pokolenie. Tyle trzeba było, by po wyjściu z getta stać się nie tylko polską inteligencją, ale też mieszczaństwem i burżuazją. Na początku lat 90-tych XIX wieku hucpa wygasa, bo trzeba było zrobić miejsce kolejnej, zwanej tym razem hucpą narodową. W 1887 roku powstaje w Szwajcarii Liga Polska, która w 1893 zostaje przekształcona w Ligę Narodową, a w 1897 roku działacze Ligi Narodowej utworzyli Stronnictwo Narodow-Demokratyczne. Czołowym ideologiem ruchu narodowego był Zygmunt Balicki, początkowo socjalista. A co! Jak trzeba, to będę narodowcem! Drugim był Jan Ludwik Popławski. Obaj Żydzi. Na dokładkę wzięli Dmowskiego.

Ale wróćmy, jak to mówią Francuzi, do naszych baranów, czyli do głównego wątku. Wielka Encyklopedia Powszechna PWN pisze:

Skupili się oni wokół „Przeglądu Tygodniowego” (zał. 1866 przez A. Wiślickiego), który stał się organem teoretycznym p.p., reprezentującym jego najbardziej postępowe i radykalne tendencje światopoglądowe i społeczne.

Kim był Adam Wiślicki, to trudno ustalić. Nazwisko mogło być frankistowskie, bo pochodzi od miasta Wiślica. Ważniejszy jest tu jednak ten „Przegląd Tygodniowy”, taki postępowy i radykalny, czyli, mówiąc wprost – żydowski. Ci, którzy żyli w tamtych czasach nie mogli tego zrozumieć, tak jak my nie rozumiemy tego, co obecnie knują Żydzi. Tamci ludzie nie mogli dożyć do momentu, do którego ja dożyłem. W 1982 roku, a więc krótko po wprowadzeniu stanu wojennego w Polsce, pojawił się tygodnik… „Przegląd Tygodniowy”. Czytałem go i pamiętam, że skojarzyłem go z tym z okresu pozytywizmu. To wiedziałem ze szkoły. Wtedy myślałem, że to nawiązanie do polskiej tradycji. Jakże się myliłem! Owszem, to było nawiązanie do tradycji, ale… żydowskiej. Dziś wiem, że pojawienie się tego tygodnika bezpośrednio po wprowadzeniu stanu wojennego, to sygnał do wybranych i wtajemniczonych: koniec z powstaniami (Solidarnością). Zaczyna się „praca u podstaw”, czyli kolejne przejęcie polskiego majątku, należącego już tym razem nie do szlachty, ale do całego narodu. Wtedy pozytywizm umożliwił im przejęcie kontroli nad całym życiem gospodarczym i kulturalnym kraju, a stan wojenny pozwolił im zlikwidować własność państwową i również całkowicie podporządkować sobie państwo i społeczeństwo.

Przewrót popowstaniowy

W poprzednim blogu napisałem, że powstanie styczniowe było najważniejszym wydarzeniem w dziejach narodu polskiego, bo po nim Żydzi stali się polską inteligencją i zdominowali wszystkie podstawowe dziedziny życia społecznego i gospodarczego. To, co się wtedy stało Dmowski określił mianem przewrotu popowstaniowego. Niejednokrotnie pisałem, że według mnie był on masonem. Że tak było, nie trzeba jakiegoś wymyślnego uzasadnienia. Był przywódcą i głównym ideologiem ruchu nacjonalistycznego, zwanym u nas narodowym. Wszędzie na świecie nacjonalizm był ich dziełem, a najjaskrawszym tego przykładem była Ameryka Południowa. Trudno, by w naszym przypadku było inaczej. To oczywiście nie jest zarzut, to tylko stwierdzenie faktu, a dla mnie wytłumaczenie, dlaczego ta ideologia, jego autorstwa, wydaje mi się sztuczna.

W przypadku Polski pojawił się problem, bo wcześniej narodem była szlachta, tzn. ona uważała się za naród, a chłopi, według niej, narodem nie byli. W związku z tym, gdy doszło do przemian i szlachtę wyrzucono na śmietnik historii, to trzeba było stworzyć naród z chłopów i jeszcze dorobić do tego nową ideologię. Jedynym spoiwem chłopskiej społeczności była wiara. Stąd nie dziwi tytuł jednej z ważniejszych publikacji Dmowskiego – Kościół, naród i państwo z 1927 roku i kolejność: kościół mamy na pierwszym miejscu, Kościół katolicki ma się rozumieć.

Ja, w odróżnieniu od większości endeków i „patriotów”, którzy – jak podejrzewam – nie czytali Dmowskiego, przeczytałem jego Myśli nowoczesnego Polaka, Kościół, naród i państwo oraz Dziedzictwo – powieść napisaną przez Dmowskiego pod pseudonimem Kazimierz Wybranowski. Jednak odniosłem wrażenie, że te publikacje i ta powieść są jakieś sztuczne, że pisał to ktoś, kto dostał zlecenie na stworzenie pewnej ideologii, że brak tam było osobistego zaangażowania, wszystko jakby z musu. No cóż, Dmowski był intelektualistą, nie było więc dla niego problemem pisanie na zlecenie. Ponadto był deistą, co w przypadku masona jest naturalne. Nawrócił się dopiero krótko przed śmiercią. Trudno więc było wymagać od niego, by pisał o wierze z sercem i pasją.

Jakiś czas temu trafiłem na jego publikację, która była zgoła odmienna w stylu od tego, co wcześniej czytałem. Dmowski pisał w niej tak od siebie, jakby go już nic nie krępowało. Może już nie był wtedy masonem? Ta publikacja to Przewrót popowstaniowy.

Myśli nowoczesnego Polaka to seria artykułów Dmowskiego ukazująca się w 1902 roku na łamach „Przeglądu Wszechpolskiego”. Pierwsze wydanie książkowe ukazało się w 1903 roku. Drugie wydanie ukazało się we Lwowie w 1904 roku. Trzecie – w 1907 roku też we Lwowie. Wydanie czwarte ukazało się w Warszawie w 1933 roku. W nim znalazły się dodatkowe publikacje: Podstawy polityki polskiej oraz Przewroty.

Przewroty, to trzyczęściowa rozprawa, na którą składają się: Przewrót popowstaniowy, Odbudowa państwa i Kryzys cywilizacji europejskiej. Pomiędzy trzecim wydaniem lwowskim a czwartym warszawskim minęło 26 lat. Dmowski zmarł w 1939 roku, a więc Przewrót popowstaniowy pisał na 6 lat przed śmiercią. To już był czas, że chyba nie miał złudzeń, co do tego, kto w Polsce rządził i ku czemu to zmierzało.

Całość znajduje się na stronie Cyfrowej Biblioteki Myśli Narodowej. https://cbmn.pl/uploads/ebooks/Roman%20Dmowski%20-%20My%C5%9Bli%20nowoczesnego%20Polaka.pdf. Poniżej tekst Przewrotu popowstaniowego:

„Powstanie 1863/64 roku było pogrzebem kwestii polskiej: od chwili jego upadku wykreślono ją spośród spraw międzynarodowych. Nastąpił czterdziestoletni okres utrwalania się układu Europy, w którym miejsca na Polskę nie było. W tym czasie nic się w polityce międzynarodowej nie działo, co by mogło wskazywać, że to jest tylko okres przejściowy; przeciwnie, powszechnie się zdawało, że kwestia ta raz na zawsze złożona została do archiwów, że Polska to już tylko przeszłość. Politycy europejscy nie tylko przestali się nią interesować, ale zatracili o niej najelementarniejszą wiedzę.

Ten wszakże okres martwoty na zewnątrz, był w wewnętrznych dziejach Polski jednym z najważniejszych. Nie było w całej naszej przeszłości kilku dziesięcioleci, w ciągu których tak głębokie, tak rewolucyjne zmiany zaszłyby w samej budowie społeczeństwa i w jego psychice.

Zaszły one prawie jednocześnie we wszystkich trzech zaborach, w każdym odpowiednio do miejscowych warunków politycznych, społecznych i gospodarczych, nad całością ich wszakże panuje swą potęgą i szybkością przewrót, który się odbył w zaborze rosyjskim, ściślej mówiąc, w Królestwie Kongresowym.

Zabory pruski i austriacki były tylko skrawkami Polski, wprawdzie dużymi, ale nie stanowiącymi geograficznej całości, nie mogącymi nawet wytworzyć jednego ośrodka ku któremu ciążyłaby cała dzielnica. Natomiast Królestwo Kongresowe, główna część Polski, licząca przeszło dwa razy tyle Polaków, co każda z trzech pozostałych dzielnic (zabór pruski, Galicja i Kraj Zabrany), stanowiło geograficzną całość, z jednym wielkim ośrodkiem, Warszawą. Miało ono po rozbiorach bogatsze od innych dzielnic, pełniejsze życie, było po Kongresie Wiedeńskim odrębnym, w pewnej mierze nowoczesnym państwem, żyło na wyższej stopie umysłowej i utrzymywało bliższe stosunki z życiem Zachodu.

W drugiej połowie stulecia dzielnica środkowa, skutkiem należenia do Rosji, w swych instytucjach politycznych o wiele więcej pozostawała w tyle za Europą niż zabory pruski i austriacki. Najważniejsza rzecz – ustrój pańszczyźniany przetrwał w niej aż do upadku ostatniego powstania.

Po uwłaszczeniu włościan, poprzedzonym przez zniesienie granicy celnej między Królestwem a Rosją, następuje w tym kraju gwałtowny przewrót gospodarczy.

Powstaje i rośnie szybko wielki przemysł fabryczny, oparty na węglu Zagłębia Dąbrowskiego i na rynkach z początku rosyjskich, a w dalszym ciągu i azjatyckich, do których wpływy rosyjskie sięgały. Wraz z nim rozwija się handel wschodni. Otwarło się dla kraju nowe, potężne źródło dochodów, wzrasta jego zamożność, a z nią pojemność jego rynku wewnętrznego. Kwitną rzemiosła, handel miejscowy, wreszcie wolne zawody. Rolnictwo, po krótkim, ciężkim okresie przystosowania się do nowoczesnych warunków produkcji, wchodzi na drogę szybkiego postępu i nowej pomyślności, którą zawdzięcza rozszerzającemu się rynkowi krajowemu.

Tym wielkim przemianom gospodarczym towarzyszy rewolucyjna w swej szybkości przebudowa społeczeństwa.

Szybko rośnie w liczbę mieszczaństwo przemysłowe, rzemieślnicze, handlowe, wreszcie pracująca w wolnych zawodach inteligencja. Powstaje liczna warstwa robotników przemysłowych. Jednocześnie zmiana warunków rolnictwa wyrzuca z ziemi znaczną część szlachty, nie mogącą się do tych warunków przystosować, zmienia się w niemałej mierze skład osobowy warstwy większych posiadaczy ziemskich, wreszcie ta większa własność, dominująca do ostatniego powstania w tym kraju, zmniejszona bardzo przez uwłaszczenie, zaczyna w ogromnej części topnieć przez parcelację. Nowy w swym charakterze żywioł, chłop-posiadacz, rośnie zarówno w liczbę, jako w siłę materialną, i, do niedawna ignorowany, zajmuje coraz wydatniejszą pozycję w życiu gospodarczym i społecznym, w końcu zaś skupia na sobie uwagę, jako wielka siła, podstawa narodowego bytu.

W parze z tymi dwoma przewrotami: gospodarczym i społecznym, idzie trzeci, bodaj najgwałtowniejszy -rewolucja myśli polskiej. Była ona nieuniknionym ich skutkiem.

Szybkość, z jaką się odbywał ten przewrót w życiu kraju, ta przebudowa społeczeństwa i jego myśli, miała liczne strony słabe i pociągała za sobą różne niebezpieczeństwa. Fatalną wprost okolicznością było to, że ten przewrót rozpoczął się w chwili bankructwa politycznego sprawy polskiej. Wreszcie, ten postęp gospodarczy i społeczny odbywał się przy braku instytucji publicznych, przy ujęciu całkowitej kontroli życia w ręce rządu, bardzo pierwotnie pojmującego potrzeby tego życia, co musiało stać się źródłem licznych zboczeń.

Kraj nie był przygotowany do tych nagłych przemian, nie posiadał nawet odpowiedniego materiału ludzkiego do tworzenia nowego życia. Jego wielki przemysł i handel tworzyli Niemcy i Żydzi. Polacy musieli się dużo nauczyć, zanim zaczęli z tamtymi współzawodniczyć, a ucząc się od Niemców i Żydów, nie nauczyli się wszystkiego, czego potrzeba przemysłowcowi i kupcowi polskiemu. Po dziś dzień sfera wielkiego przemysłu i handlu, która zresztą nigdzie nie odznacza się cnotami obywatelskimi, w Polsce jest wyjątkowo nieobywatelską. Wzrost jej wpływu, kosztem dawnego wpływu szlachty, nie podnosił wartości społeczeństwa. Tamta miała – przy licznych swoich brakach – tradycje obowiązku obywatelskiego: wyraziły się one i w okresie popowstaniowym w licznym odłamie ziemiaństwa, który z dużym poświęceniem pracował dla przyszłości Polski, i w inteligencji miejskiej pochodzenia szlacheckiego, której dziełem właściwie było odrodzenie aspiracji polskich i polskiej myśli politycznej.

Rosnąca szybko warstwa oświecona, tzw. inteligencja, kształtowała się bardzo niejednolicie. Powstanie potężnie podcięło siłę cywilizacji polskiej na Litwie i Rusi. Skutkiem tego, w tych głównie stronach, zaczęła się zjawiać młodzież polska, zrywająca z tradycją do tego stopnia, że aż głosząca pogardę dla wszystkiego, co polskie. Żyła ona pod urokiem rewolucyjnej umysłowości rosyjskiej. Różnice cywilizacyjne i moralne między Polską zachodnią a wschodnią pogłębiły się, później zaczęły się one znów zacierać, ale nierychło jeszcze czas naprawi to, co te lata popowstaniowe zrobiły.

Znacznie głębsze rozbicie inteligencji polskiej wynikło z tłumnego wtargnięcia w jej szeregi Żydów. Przeprowadzona w przeddzień powstania reforma Wielopolskiego zniosła prawne przegrody między nimi a społeczeństwem polskim. Rzucili się wtedy do szkół średnich i uniwersytetów. Wytworzyli liczną inteligencję, biorącą udział w życiu polskim, wnoszącą w nie swoje tendencje, narzucającą mu swe upodobania i swe nienawiści, a w wypadkach nawet, w których usiłowali być jak najwięcej Polakami, nie mogącą się pozbyć swej odrębnej psychiki, swych instynktów. Ta inteligencja, w miarę, jak liczba jej rosła, stawała się coraz słabiej polska, a coraz mocniej żydowską. Wiele idei i wiele dążeń w tym kraju miałoby inne losy, gdyby nie rola Żydów i ich wpływ na umysłowość polską.

Przed powstaniem psychika polska była starą psychiką społeczeństwa rolniczego. Inteligencja polska wisiała właściwie przy szlachcie. W okresie popowstaniowym wytwarza się z ogromną szybkością nowoczesna psychika komercyjna. Jest to zbyt wielki przewrót duchowy, ażeby w tak krótkim czasie mógł się odbyć gruntownie. Następuje więc przeróbka powierzchowna, tandetna, polegająca w ogromnej mierze na tym, że ludzie pozbywają się dawnych cnót, a nie zdobywają nowych. Z gorliwością prozelitów wyrzekają się oni wierzeń, pojęć, sposobów postępowania, którymi dotychczas żyli, ale czasu nie mają na to, żeby się dobrze wychować w nowych pojęciach, tym bardziej zaś w nowych, pożytecznych nałogach.

Jeszcze przed ostatnim powstaniem psychika inteligencji polskiej była wcale jednolita; w okresie popowstaniowym uległa ona głębokiemu rozbiciu. Wytworzyły się odłamy inteligencji tak mało wspólnego mające między sobą, jakby należały do różnych narodów. Ścierały się między sobą trzy jej typy: zachodni, wyrosły na tradycjach polskich i wpływach europejskich; wschodni, wychowany przez rewolucję rosyjską i jej literaturę; wreszcie żydowsko-polski, reprezentowany przez spolszczonych Żydów i zżydzonych Polaków. Ostatnie dwa w postępowaniu i nawet w ideach często zbliżały się do siebie, ile że w rewolucji rosyjskiej pierwiastek żydowski coraz silniejszą odgrywał rolę. Różnice między tymi trzema typami były o wiele głębsze, niż te, które wytworzył podział narodu pomiędzy trzy państwa. Stwierdzaliśmy to w naszych latach uniwersyteckich, kiedy porozumienie się z młodzieżą Galicji i Poznańskiego przychodziło nam o wiele łatwiej, aniżeli w naszej dzielnicy z młodzieżą typu wschodniego lub żydowsko-polskiego.

Fakt, że ten wielki przewrót w gospodarstwie, w budowie społecznej, wreszcie w myśli polskiej nastąpił w okresie bankructwa kwestii polskiej, jej pogrzebania w Europie i jej zduszenia w kraju, sprawił, że ta nowa myśl organizowała się bez udziału szerszych aspiracji polskich, a w znacznej mierze w duchu wrogim nie tylko tym aspiracjom, ale samej Polsce. Gdy te aspiracje na kilkanaście lat przed końcem stulecia zaczęły się odradzać w młodym pokoleniu, tylko mała część starszego była zdolna je zrozumieć. Co gorsza, podział duchowy na trzy typy sprawił, że znaczna część młodego pokolenia zajęła względem nich stanowisko skrajnie wrogie.

Tworzący się obóz narodowy rósł, organizował swą myśl i swe działanie w zaciętej walce wewnątrz społeczeństwa. Zwalczano go z najróżnorodniejszych stanowisk – w młodym pokoleniu głównie z socjalistycznego. Wprawdzie i wśród socjalistów wytworzył się odłam rzucający hasło niepodległej Polski, program wszakże, który to hasło głosił, tak mało miał wspólnego ze współczesnym położeniem międzynarodowym i z wewnętrznym położeniem Polski, że nie przedstawiał punktów stycznych z ruchem narodowym, ale był mu raczej biegunowo przeciwny.

Wewnętrzny tedy przewrót popowstaniowy na skutek warunków, w których się odbywał, dał w wyniku takie rozbicie polityczne, jakiego nie przedstawiał żaden naród w Europie. Była wprawdzie chwila, kiedy Królestwo Kongresowe sprawiało wrażenie wielkiej politycznej jednolitości, mianowicie w czasie wyborów do świeżo ustanowionej Dumy rosyjskiej, kiedy wszystkie właściwie okręgi znalazły się w rękach jednego stronnictwa -narodowego. Była to wszakże jednolitość w znacznej mierze pozorna, wywołana zachowaniem się obozu narodowego wobec ruchu rewolucyjnego, który się silnie skompromitował; umiejętną organizacją stronnictwa, która skupiła w jego szeregach liczne żywioły, zresztą bardzo różnorodne i mało rozumiejące właściwe dążenia jej kierowników; wreszcie szeroką pracą obozu narodowego wśród ludu, która mu pozwoliła pociągnąć za sobą masy. Rozbicie duchowe i polityczne inteligencji i w owej chwili się nie zmniejszyło.

Tym sposobem kraj był jak najgorzej przygotowany do zbliżającej się chwili dziejowej, w której kwestia polska ponownie wystąpiła na arenie międzynarodowej i zjawiły się warunki odbudowania państwa.”

Pisze więc Dmowski, że wewnętrzny przewrót popowstaniowy na skutek warunków, w których się odbywał, dał w wyniku takie rozbicie polityczne, jakiego nie przedstawiał żaden naród w Europie. I przetrwało ono do dziś. Przemiany społeczne po II wojnie światowej nie tylko utrwaliły to rozbicie, ale je spotęgowały. Tak więc i obecne społeczeństwo dzieli się na te same trzy typy:

  • zachodni
  • wschodni
  • żydowsko-polski

Typ wschodni, to typ, który jest obecny w południowej części województwa podlaskiego, w której mieszkam, to tzw. mniejszość białoruska i ukraińska. Tego typu ludzie mają oczy, serca i dusze zwrócone na wschód. Nad Narwią przy drodze Białystok-Lublin znajduje się zajazd, zbudowany chyba za Gierka. Nazywał się „Zagłoba”. Parę lat temu właściciel sprzedał go, a nowy zmienił nazwę i teraz to jest „Chutor nad Narwią”. Ciągnie wilka do lasu. Widać uznał, że taka nazwa przyciągnie klientów, a to by znaczyło, że takich ludzi, którym taka nazwa się spodoba, jest dużo.

Po wojnie na tzw. Ziemie Odzyskane przesiedlono ludzi z Kresów, na których większość z nich, to tzw. mniejszości narodowe. Z tego właśnie względu prawdopodobnie większość ludzi tam mieszkających to typ wschodni. Nie trzeba daleko szukać. Prezydent Gdańska, niejaka Dulkiewicz, mówi z wyraźnym akcentem ukraińskim, a ona od urodzenia mieszka w Polsce. Jeśli jeszcze dodamy do tego fakt, że mamy obecnie do czynienia ze zmasowaną imigracją Ukraińców i ukraińskich Żydów, a także Białorusinów, o czym się nie mówi, to prawdopodobnie typ wschodni jest obecnie najliczniejszym typem w Polsce.

Mamy też mniejszość żydowską, która może liczyć około 3-4 milionów. Skoro było ich tyle przed wojną, to nie ma podstaw, by sądzić, że obecnie jest ich mniej. Tylko niewielka część z nich zginęła w Oświęcimiu, choćby dlatego, że zwożono tam Żydów z całej Europy. Więc większość z nich to nie byli Żydzi polscy. Na Kresach ich nie brakowało i trafili na te tzw. Ziemie Odzyskane. Bezpośrednio po wojnie Wałbrzych był ich największym skupiskiem. A ilu przywiozła Armia Czerwona? A ilu mamy zżydzonych Polaków, czyli tzw. szabesgojów?

Jest więc obecna Polska podzielona na trzy grupy, czy typy, jak chciał Dmowski. Trzy obce sobie typy, często nawet wrogo do siebie nastawione. Propaganda komunistyczna wmówiła ludziom, że po wojnie Polska stała się krajem jednolitym etnicznie i wyznaniowo, co nie jest i nigdy nie było prawdą. Ale to wygodny argument, bo wtedy można wmawiać, że ten kraj jest taki, bo to Polacy tacy wredni, zawistni, leniwi, prymitywni, dresiarze i co tam jeszcze komu przyjdzie do głowy, słowem – Polactwo.

To rozbicie społeczeństwa polskiego na trzy grupy, to idealne rozwiązanie dla demokracji i polityków, którzy to wykorzystują, by antagonizować i tak już skłóconych. Klasycznym tego przykładem jest organizowanie Marszu Pamięci Żołnierzy Wyklętych w Hajnówce, w której 80% ludności to ludność prawosławna, która, mówiąc bardzo delikatnie, jest uczulona na tego typu obchody.

Konsekwencje powstania styczniowego odczuwamy do dziś, a przejawiają się one tym, że typ zachodni jest marginalizowany, a dwa pozostałe zwiększają swoją liczebność i znaczenie, ale o tym „nie trzeba głośno mówić”.

Powstanie, rewolucja czy prowokacja?

22 stycznia minęła 159 rocznica powstania styczniowego. Minęła niepostrzeżenie, a to najważniejsze wydarzenie w dziejach narodu polskiego. Nie państwa, bo takiego wtedy nie było – narodu. W I RP nie miał on szans na stworzenie własnego mieszczaństwa i inteligencji, bo szlachta i Żydzi robili wszystko, by chłop pozostał tam, gdzie był. Tę szansę naród polski mógł dostać po fali nacjonalizmu, jaka przelała się w XIX wieku przez Europę i nie tylko przez Europę, i która to fala zmyła stary porządek i powstało wiele państw narodowych o republikańskim ustroju, bo tylko taki ustrój mogły one mieć. Mógł dostać, ale nie dostał jej za sprawą tego powstania.

Powstała też Polska jako państwo, ale to nie było to państwo, w którym Polacy rządzili i mogli się rozwijać jako naród i społeczeństwo. Już wtedy to był Polin, a nawet wcześniej, bo już po powstaniu styczniowym. Jeszcze Polski nie było, a Polin już był. Na terenach Królestwa po powstaniu Żydzi opanowali wszystko, co było ważne: handel, przemysł, usługi, kulturę, naukę, prasę itd. Nawet patriotyzm. To oni stworzyli wzorzec polskiego patrioty. To był katolik, który kocha ojczyznę i który jest gotowy za nią oddać życie, bezwarunkowo, bez względu na to, czy to ma sens, czy – nie. To było najważniejsze. Ten wzorzec został wykreowany właśnie bezpośrednio przed powstaniem styczniowym. I to trwa do dziś. Gdy widzę na tzw. Marszu Niepodległości Żyda Bąkiewicza z wysuniętą w nazistowskim geście ręką z krzyżem w dłoni, to od razu przypominają mi się te „patriotyczne demonstracje” przed powstaniem styczniowym. I dziś wielu nabiera się na ten tani, odpustowy patriotyzm. W dużym stopniu zapewne jest za to odpowiedzialny system edukacji i szeroko pojęta propaganda, ale obie te dziedziny kontrolują Żydzi, więc nie może być inaczej.

Lektura tego blogu nie będzie lekka, łatwa i przyjemna, bo cytaty, które zamieściłem są długie i jest ich dużo, ale chciałem, mówiąc językiem „Radziwiłki” (kto zacz, to w poprzednim blogu), oświetlić problem z każdej strony. Chodzi mi o te relacje polsko-żydowskie, polsko-rosyjskie, żydowsko-rosyjskie, polsko-niemieckie, rosyjsko-niemieckie, bo one wszystkie gdzieś tam się materializowały w trakcie tych wydarzeń w okolicach Placu Zamkowego i Starego Miasta. A wszystko, co działo się przed powstaniem, miało tylko jeden cel, sprowokować i tym samym dostarczyć pretekst do wywołania powstania. W tej prowokacji prym wiedli Żydzi i neofici, a pomagali im Rosjanie i zruszczeni Niemcy.

To, co działo się przed powstaniem, jest najważniejsze. Reszta, czyli jego przebieg, bitwy – to wszystko jest bez znaczenia, bo z góry było zaplanowane, że ma ono upaść. Warto jednak zagłębiać się w te wydarzenia sprzed lat i je analizować, bo one pokazują, czym jest prawdziwa polityka. I tak jak kiedyś polscy naiwni patrioci nabierali się na żydowskie gierki, tak dziś też wielu na nie się nabiera i wierzy, że kanadyjski „Konwój wolności”, to tak naprawdę. Nie! Nie naprawdę. Tak jak nie naprawdę była Solidarność i wiele innych rzeczy. Historia jest bardzo ciekawa, prawdziwa historia, bo ona pozwala zrozumieć teraźniejszość. Dlatego wszyscy ją zafałszowują.

Wielka Encyklopedia Powszechna PWN wydana w latach 1962-1969 tak opisuje powstanie styczniowe:

»Powstanie styczniowe – ostatnie powstanie narodowe przeciw Rosji, rozpoczęte 22 I 1863, zakończone późną jesienią 1864, objęło tereny Królestwa Polskiego, Litwy, Białorusi i części Ukrainy.

Klęska poniesiona przez carat w wojnie krymskiej przyspieszyła w Rosji i zaborze rosyjskim kryzys systemu feudalnego, wysuwając – jako kwestię palącą – sprawę likwidacji pańszczyzny oraz uwłaszczenie. Zaostrzająca się walka chłopów o własność ziemi otworzyła patriotom polskim perspektywy porwania ludu do walki przeciw zaborcy. Zjednoczenie Włoch z pomocą Francji budziło nadzieje na dalsze zwycięstwa sprawy narodowej w Europie.. Pierwsze tajne związki studentów i oficerów polskich, powstałe na wyższych uczelniach w Cesarstwie (petersburskie koło oficerskie Z. Sierakowskiego, Związek Trojnicki w Kijowie), przygotowywały powstanie w porozumieniu z rosyjskim ruchem rewolucyjnym. Od 1859 w Warszawie powstawały tajne kółka młodzieżowe, kierowane przez N. Jankowskiego, K. Majewskiego, J. Kurzynę. Ziemiaństwo zrzeszone w Towarzystwie Rolniczym, jak również koła burżuazyjnej inteligencji (tzw. millenerzy) trzymały się programu pracy organicznej.

Od czerwca 1860 (pogrzeb generałowej Sowińskiej) młodzież warszawska dla zmobilizowania szerszych grup społecznych urządzała manifestacje uliczne. W lutym 1861 manifestacje te doprowadziły w Warszawie do starcia z wojskiem (pięciu poległych 27 lutego); po tych wypadkach burżuazja i ziemiaństwo włączyły się do ruchu, aby utrzymać go w granicach wyłącznie „moralnej rewolucji”. Władzę porządkową objęła Delegacja Miejska, w skład której weszli przedstawiciele warszawskiej finansjery, kupiectwa i duchowieństwa. Ułożono adres do cara z ogólnikowymi żądaniami. Rząd rosyjski zapowiedział niektóre koncesje (utworzenia Rady Stanu, rad miejskich i powiatowych). Dla pozyskania konserwatywnego ziemiaństwa na rzecz ugody mianowano A. Wielopolskiego dyrektorem Komisji Wyznań i Oświecenia Publicznego. Wielopolski nie zdołał jednak pozyskać burżuazji warszawskiej ani opanować sytuacji na wsi; wobec zatargów między chłopami a szlachtą na Podlasiu rozwiązał 4 kwietnia Delegację Miejską, a 6 kwietnia Towarzystwo Rolnicze. Jednakże masakra bezbronnego ludu na placu Zamkowym (8 IV 1861) uniemożliwiła ugodę. Kraj ogarnęło wrzenie. Chłopi niemal powszechnie zaprzestali pracy na pańskim, co zmusiło rząd do wydania (16 maja) zarządzenia zmiany pańszczyzny na okup pieniężny. Jednakże za uwolnienie od pańszczyzny mieli chłopi płacić wysoki okup pieniężny, przekraczający ich możliwości finansowe.

Ruch patriotyczny przybierał formy manifestacji kościelnych (nabożeństwa, śpiewy) i żałoby narodowej – ogarniając ogół ludności miast i miasteczek. Władze carskie wprowadziły w Królestwie stan wojenny (14 X 1861); wojsko wtargnęło do dwóch warszawskich kościołów, co spowodowało zatarg z duchowieństwem. W końcu 1861 powstały dwa rywalizujące ze sobą obozy polityczne „Białych” i „Czerwonych”, zakładające tajne organizacje na terenie kraju. W „czerwonym” Komitecie Miejskim (od maja 1862 w Centralnym Komitecie Narodowym) na czoło wysunął się J. Dąbrowski jako naczelnik m. Warszawy, współpracujący ze spiskującymi oficerami polskimi i rosyjskimi. Sytuacja polityczna w Królestwie Polskim stawała się coraz bardziej napięta, rozszerzała się konspiracja; w Warszawie wykryto spisek wśród rosyjskiej załogi wojskowej. Rząd carski starał się opanować sytuację za pomocą ustępstw liberalnych.

W czerwcu car Aleksander II powołał na namiestnika swego brata w. ks. Konstantego Mikołajewicza, a Wielopolskiego mianował naczelnikiem rządu cywilnego. Podjęte przez niego reformy (spolszczenie szkolnictwa, równouprawnienie Żydów, oczynszowanie chłopów) nie zdołały pozyskać „białych”, którzy widząc niepopularność ugody w opinii publicznej zgłaszali pod adresem caratu daleko idące postulaty. Pozostający w ukryciu Centralny Komitet Narodowy ogłosił się jedynie prawowitym, tymczasowym Rządem Narodowym i zawarł formalny sojusz z rosyjską Ziemlą i Wolą dla wspólnej walki z caratem. W celu rozbicia organizacji „czerwonych” zarządzono 14/15 I 1863 z inicjatywy Wielopolskiego brankę. Pod naciskiem kół spiskowych Centralny Komitet Narodowy wyznaczył termin rozpoczęcia powstania na 22 I 1863; walkę zbrojną rozpoczął nocny atak na carskie garnizony.

Tymczasowy Rząd Narodowy ogłosił Manifest powstańczy i dekrety o uwłaszczeniu chłopów, które otwierały możliwość przekształcenia powstania w wojnę ludową. „Biali” początkowo sprzeciwiali się ruchowi zbrojnemu, ale po kilku tygodniach przeszli na jego stronę, by utrzymywać nad nim kontrolę, wiążąc losy powstania z interwencją dyplomatyczną mocarstw zachodnich. Zmierzając do opanowania władzy, „biali” przeciwstawili ”czerwonemu” dyktatorowi Ł. Mierosławskiemu własnego dyktatora M. Langiewicza. Po rychłym upadku obu dyktatur władzę zatrzymał tajny Rząd Narodowy.«

Na temat Ziemli i Woli encyklopedia pisze:

„Ziemla i Wola (ziemia i wolność) – tajna rewolucyjna organizacja w Rosji powstała w 1861/62 w wyniku połączenia działalności petersburskiego ośrodka rewolucyjnego (bracia N.A. i Aleksander A. Sierno-Sołowiowiczowie, A.A. Slepcow, Nikołaj N. Obruczew) i londyńskiego (A.I. Hercen, N.P. Ogariow i M.A. Bakunin); przywódcą duchowym Z. i W. był N.G. Czernyszewski; dokumentem programowym Z. i W. stała się napisana przez Ogariowa proklamacja Czto nużno narodu?, w której wysunął żądania ziemi dla chłopów i swobód politycznych; cele te miały być osiągnięte w wyniku rewolucji chłopskiej. Na działalność Z. i W. w dużym stopniu wpłynęło przygotowywane w Polsce powstanie (rozmowy londyńskie z przedstawicielami Centralnego Komitetu Narodowego). Podczas powstania związani z Z. i W. oficerowie rosyjscy w Polsce wystąpili po stronie powstańców.”

W zasadzie to można powiedzieć, że ten encyklopedyczny opis tego, co działo się przed powstaniem jest spójny i przejrzysty. Niby wszystko w nim jest, ale jak zwykle diabeł tkwi w szczegółach. Henryk Rolicki w swojej książce Zmierzch Izraela z 1932 roku pisze:

»„W Polsce dało się zauważyć poważne wrzenie, które udzielało się także żydom.” – Samuel Hirszhorn Historia żydów w Polsce.

Toteż margrabia Wielopolski, zgodnie z biurokratami rosyjskimi upatrywał w reformie żydów „odtrutkę przeciw rewolucji” – Samuel Hirszon Historia żydów w Polsce. Wyjednał dla żydów prawa polityczne, czynne i bierne prawo wyborcze do rady gubernialnej. Aleksander II zatwierdził ten projekt w dn. 24 maja 1861 r. Nie wstrzymało to żydów od ideału rewolucji wszechświatowej, rewolucji mesjańskiej. Toteż „duch rewolucyjny hulał po całym państwie, przy czym rewolucjoniści rosyjscy mieli się połączyć z powstańcami polskimi do walki za naszą i waszą wolność. Propagowana rewolucja miała tedy być ogólnokrajową, ogólnopaństwową lub jak zapewniali niektórzy entuzjastyczni emigranci, omal nie ogólnoludzką”. – Samuel Hirszhorn Historia żydów w Polsce.

Pojawia się w Warszawie krakowski rabin Meisels, który przedtem maczał palce w rewolucji 1848 r.

„Gdy zapytano go, dlaczego on, żyd ortodoksyjny, trzyma z lewicą, a nie z prawicą, odrzekł kalamburem: Die Juden haben keine Rechte (żydzi nie mają praw, a także żydzi nie mają prawicy – przyp. aut.)”. – Samuel Hirszhorn Historia żydów w Polsce.

„W Warszawie ruch rewolucyjny rozpoczął się od niewinnych manifestacji, w których na równi z Polakami brali udział żydzi. Kierownictwo Meiselsa, kaznodziei Lastrowa i przedstawicieli gminy warszawskiej nadawało przy tym wszelkim wystąpieniom piętno reprezentacji ogółu żydowskiego. W manifestacji 25-27 lutego 1861 r., która zakończyła się śmiercią pięciu poległych, wielu żydów ucierpiało od kul… Meisels należał do składu delegacji, która się udała do namiestnika Gorczakowa, celem żądania zadośćuczynienia za przelaną krew. W demonstracyjnym pochodzie pogrzebowym, idącym za trumną poległych, razem z duchowieństwem katolickim znalazło się także duchowieństwo żydowskie z Meiselsem na czele. Wielu żydów uczestniczyło w kościołach na odprawianych mszach zadusznych ze śpiewem i mowami patriotycznymi”. – Samuel Hirszhorn Historia żydów w Polsce.

I znowu podczas pogrzebu sybiraka, Ksawerego Stobnickiego, za trumną „szli zarówno żydzi, jak i chrześcijanie. Po złożeniu trumny w grobie i odprawieniu zwykłych modłów nad zmarłym, orszak pogrzebowy udał się z Powązek na cmentarz żydowski, złączywszy się po drodze z gromadą żydów, śpiewających Boże coś Polskę i dążących na mogiłę Antoniego Eisenbauma, zmarłego dawniej dyrektora szkoły rabinów… Tymczasem na Placu Zamkowym gromadziły się tłumy manifestantów. Wojsko rozpoczęło szarżę i strzelaninę. Wracający z pogrzebu Stobnickiego, słysząc strzały, połączyli się z zebranymi na Placu Zamkowym. Do tłumu śpiewającego Święty Boże wyszedł kapucyn z krzyżem, ale żołnierze powalili go kolbami. Wtedy krzyż z jego rąk pokrwawiony wziął młodzieniec, Karol Nowakowski, a gdy żołnierze porwali go do zamku, krzyż dostał się do rąk żyda Laudego, który wzniósł go ponad głowy klęczącego tłumu, ale po chwili padł pod kulami”. – Samuel Hirszhorn Historia żydów w Polsce.

Agitatorzy żydowscy kręcili się także po wsiach, podburzając do powstania. W r. 1861 pisał emigrancki „Przegląd rzeczy polskich”:

„Mówią, że w wielu okolicach chłopi kosy prostują, że w innych znowu, przez rząd podbechtani, nie dowierzają szlachcie, ale to pewna, że wszędzie po wsiach kręcą się żydkowie z poczciwym słowem i z chętną dla pracy naszej usługą”. – Cytuje Samuel Hirszhorn Historia żydów w Polsce.

Żydzi do tego stopnia zadomowili się w kościołach katolickich Warszawy, że niekiedy „pełnili nawet obowiązki kwestarzy w kościołach, a mianowicie w kościele Bernardynów podczas nabożeństwa żydzi zebrali na powstanie kilka tysięcy złotych”. – Samuel Hirszhorn Historia żydów w Polsce.

Z chwilą wybuchu powstania rabini wydali odezwę do ludności żydowskiej, wzywającą do poparcia powstania i kończącą się znamiennym zwrotem: „kto roztropny, ten pojmie, że tylko tą drogą, a nie inną, dobro kraju osiągnięte być może”.

Apelują więc, jak to czynił Jakub Lejbowicz Frank w swych odezwach, nie do uczuć współwyznawców, lecz do… roztropności.

Komentując tę odezwę pisze historyk żydowski:

„Umiarkowany ton odezwy w porównaniu z bojową proklamacją Rządu Narodowego jest uderzający: ani jednego zdania rewolucyjnego, ani jednego nawet antyrosyjskiego… nie czuli się moralnie upoważnieni do angażowania zbiorowości żydowskiej w zdecydowaną rewolucję i woleli tę sprawę traktować ogólnikowo i mętnie”. – Samuel Hirszhorn Historia żydów Polsce.

Na koniec proste fakty:

„W lipcu 1863 r. Rząd Narodowy w Warszawie skazał pięciu żydów na karę śmierci za szpiegostwo na rzecz Rosjan”. – Samuel Hirszhorn Historia żydów w Polsce.

„Powściągliwy stosunek żydów litewskich do powstania ocalił ich po stłumieniu buntu od krwawych porachunków okrutnego Murawiewa. Również w Królestwie ani powstanie, ani jego stłumienie nie miało dla ogółu żydów zbyt poważnych następstw”. – Samuel Hirszhorn Historia żydów w Polsce.

Na gruzach polskiego powstania podały sobie ręce Rosja i Prusy do ścisłego przymierza, trzymając zbrojną straż nad mogiłą naszej niepodległości.

Za to żydom powodzi się niezgorzej, bo „zrujnowana szlachta musi kołatać do żydów o pożyczki lub posady. Odradzająca się klasa burżuazyjna hołduje poglądom liberalnym i znajduje się w kontakcie z żydami, trzymającymi w handlu i przemyśle prym… antysemityzm nie miałby obecnie w Polsce na czym się opierać”. – Samuel Hirszhorn Historia żydów w Polsce.

I znowu (bo wcześniej Rolicki pisał o powstaniu listopadowym – przyp. W.L.) na przykładzie 1863 r. możemy stwierdzić, że żydzi podżegali Polaków do wybuchu, tym razem już nie tylko poprzez związki węglarskie, lecz nawet bezpośrednio. W swej miłości do Polski posuwali się tak daleko, że nawet przezwyciężyli odwieczną nienawiść do Kościoła katolickiego, nosili krzyże, śpiewali „Boże coś Polskę” w kościołach i podczas nabożeństw zbierali datki na powstanie. Po jego wybuchu wydali „roztropną” odezwę, a potem… nie dał im się we znaki Murawiew i nie ucierpieli też w Królestwie. Za to wiedli prym w handlu i przemyśle, szlachta kołatała do nich o posady, zaś antysemityzm „nie miał się na czym opierać”.«

Stanisław Didier w książce Rola neofitów w dziejach Polski z 1934 roku pisze:

»Nie omieszkano też zaopiekować się młodzieżą polską. Następuje masowe zawiązywanie się rozmaitych kółek organizacyjnych wśród akademików polskich na terenie Petersburga, Kijowa i Warszawy. Początek powstawania tych kółek zbiegł się dziwnie z datą przyjazdu do Polski (1860 r.) jednego z sekretarzy Jakuba Cremieux, krzątającego się wówczas koło zorganizowania „Alliance Israelite Universelle”. Tym wysłannikiem był znany z pobytu Mickiewicza nad Bosforem, neofita Armand Levy, redaktor „Constitutionnel” (głównego organu liberalnego żydostwa paryskiego), propagującego myśl przewrotu społecznego w Rosji.

Działalność tych komórek, złożonych przeważnie z ludzi dobranych zupełnie przypadkowo, w pierwszej swej fazie była bardzo słaba. Trzeba było jak najprędzej dążyć do jej wzmocnienia. Tej roli podjęło się paru młodych i wpływowych działaczy neofickich, cieszących się popularnością wśród studentów i uczniów szkół średnich. Na plan pierwszy wysunął się wśród nich Karol Majewski, sekretarz Leopolda Kronenberga. Był on osobistością niezwykle wpływową w kołach konspiracyjnych, bożyszczem ufającej mu bezgranicznie młodzieży.

W 1860 roku Majewski posiadał największe wpływy wśród studentów, przewodniczył tajnemu „komitetowi akademickiemu” i wszedł do zarządu konspiracyjnego „stowarzyszenia uczniów szkoły sztuk pięknych i młodzieży miejskiej”. Sekundował mu dzielnie Maksymilian Unszlicht, wchodzący w skład komitetu akademickiego (składającego się z trzech osób), działającego wśród akademików i uczniów. Został ponadto utworzony przez Majewskiego rodzaj komitetu ponadpartyjnego (do którego wchodził również Edward Jürgens, syn Żydówki), kierującego wszystkimi kółkami i stowarzyszeniami młodzieży o charakterze politycznym, powstającymi wówczas w Warszawie. Przystąpiono też do pracy nad urobieniem starszego pokolenia. Powołano mianowicie do życia w 1859 r. komitet, w którego skład weszli: Jürgens, zaufany jego Henryk Wohl, Natansonowie, neofita Andrzej Wolf, frankista inż. Stanisław Jarmund i inni. Stał się on z czasem zawiązkiem organizacji Czerwonych, prącej do walki zbrojnej z Rosją. Nie darmo bowiem Leopold Kronenberg pisał w liście z dn. 18 I 1860 r., że „sprawa żydowska nie jest najpierwszą i są inne daleko ważniejsze”. Tą rzeczą ważniejszą dla przywódcy żydostwa polskiego było zapewne rzucenie „gojów” do beznadziejnej walki z zaborcą. Przygotowaniem do tego miały być wielkie manifestacje, których głównymi reżyserami byli mechesi, grupujący się około Jürgensa i Majewskiego.

Program agitatorów (których liczne rzesze włóczyły się w oczekiwaniu wypadków po bruku Warszawy), potępiający politykę dążącą do uzyskania najkorzystniejszych nawet dla kraju reform, napotkał na stanowczy opór Andrzeja Zamoyskiego, prezesa „Towarzystwa Rolniczego”. Uważał on, że drogą spisków nic się nie wywalczy. Dążenie do powstania nazywał zbrodnią, która doprowadzi do ruiny rezultaty pracy cichej, prowadzonej z takim mozołem przez lat trzydzieści. Około Zamoyskiego skupiał się żywioł umiarkowany, który uważał, że trzeba poprzeć „Towarzystwo Rolnicze”, pracować powoli i bez rozgłosu, może długo, ale pewnie, by dojść w końcu do tego, że Polska, jak owoc dojrzały, sama odpadnie od rosyjskiego drzewa. Politycy polscy, grupujący się około Zamoyskiego, uważali, że powstanie, które nie będzie w stanie zwyciężyć, spotęguje tylko w Moskwie nienawiść do Polski. Nawet „Strażnica”, pismo wychodzące tajnie w r. 1861-1863, doradzała poczekać z rozpoczęciem walki zbrojnej. Stanowisko „Strażnicy” popierali: Rafał Krajewski, stracony przez Moskali wraz z Trauguttem, i sybirak A. Giller, wybitny działacz powstańczy, który pisał („Historia powstania narodu polskiego”, t. II, str. 56), że „gdyby z wybuchem powstania czekać umiano, doczekalibyśmy się wkrótce rozstroju i rozkładu Moskwy, który ułatwiłby nam wojnę”. Opinię działaczy polskich podzielał rewolucjonista rosyjski Hercen, w którego odezwie do oficerów armii carskiej (z dn. 15 XI 1862 r.) czytamy, że „przedwczesny wybuch w Polsce nie tylko jej nie oswobodzi, ale was zgubi i niezawodnie zahamuje rozwój naszej sprawy rosyjskiej”.

Nic więc dziwnego, że do działalności „Towarzystwa Rolniczego” odnosił się bardzo nieprzychylnie Leopold Kronenberg. Dzięki niemu przygotowany został artykuł przeciwko „Tow. Roln.”, który miał być umieszczony w „Gazecie Polskiej” ( jej właścicielem był Kronenberg – przyp. W.L. ); w ostatniej chwili jednak wstrzymano drukowanie tego artykułu, zresztą bez wiedzy Kronenberga.

W swojej nienawiści do „Tow. Roln.” dziwnie zgodny był Kronenberg z grupą generałów rosyjskich, przeważnie niemieckiego pochodzenia, na której czele stał Kotzebue. Kamaryla wojskowa zwalczała zacięcie działalność „Tow. Roln.”. Kotzebue zwrócił nawet uwagę namiestnika Gorczakowa na liczne tworzące się komitety i delegacje Towarzystwa i ożywiony udział jego członków w rozmaitych konkursach i próbach rolnych. Gorczakow polecił wysłać odpowiednie zarządzenia do Zamoyskiego, zabraniając działania w poszczególnych komitetach. Członkowie Towarzystwa mogli działać tylko wspólnie. Było to poważnym ciosem dla Zamoyskiego. Prosił on jednak członków Towarzystwa o wytrwanie. Czy wyłącznym źródłem poczynań Niemca Kotzebue’go była przede wszystkim jego rasowa nienawiść do Polaków, nie wiadomo.

Faktem jest, że poszczególni generałowie rosyjscy byli na żołdzie żydowskim, o czym wyraźnie pisze Mikołaj Berg w swojej pracy pt. „Zapiski o powstaniu polskim”, t. II str. 114.

Czułą opieką otoczyli poza tym Żydzi wielkorządców rosyjskich w Warszawie. Gdy po śmierci Paskiewicza mianowany został namiestnikiem Królestwa stary i mało energiczny ks. Gorczakow, wysunął się na czoło kamaryli cywilnej, grupującej się na Zamku Królewskim, Juliusz Enoch.

Znowu, dzięki swemu stanowisku i bogactwu, należał Enoch do tej licznej i wpływowej sfery Żydów chrzczonych w Warszawie, która w wypadkach 1861-1865 r. była pierwszorzędnym czynnikiem na wszystkich polach. Gładki, dowcipny, władający świetnie francuszczyzną, uzyskał Enoch taki wpływ na namiestnika, że powszechnie nazywano go faktorem Gorczakowa. W chwilach specjalnie trudnych dla księcia, Enoch umiał znaleźć się zawsze pod ręką niecierpliwego starca. Kierował nim jakiś szczególniejszy instynkt żydowski i przeczucie, gdyż zjawiał się zawsze, jak na zamówienie. Zawsze wesoły, umiał Enoch od czasu do czasu wcale dowcipnie zażartować i wywołać uśmiech na ustach otaczających osób, i to w chwilach, gdy nikomu śmiać się nie chciało. Toteż stary arystokrata rosyjski, darząc zdolnego i zręcznego neofitę bezgranicznym zaufaniem, zarekomendował go nawet na dworze petersburskim. I tam umiał Enoch tak sprytnie pokierować, że w krótkim czasie stał się człowiekiem, z którym kamaryla dworu carskiego zaczęła się poważnie liczyć. Nie darmo pisze o nim A. Giller („Historia powszechna narodu polskiego”, t. I, str. 24), że „używał Enoch w Petersburgu znaczenia i był bardzo ceniony przez cara”. Doszedłszy do tak wielkiego znaczenia nie zrywał Enoch ze swymi współbraćmi. Pozostawał on w dalszym ciągu w bliskich stosunkach z najwpływowszymi rodzinami pochodzenia żydowskiego.

Wszelkie swoje wpływy rzucił Enoch na szalę w chwili, gdy w sferach rosyjskich powstał projekt uspokojenia wzburzonych umysłów w Królestwie przez powołanie wybitnego Polaka na jeden z naczelnych urzędów w kraju. On to właśnie wprowadził Wielopolskiego do Gorczakowa i przedstawił go jako opatrznościowego człowieka, którzy przy powszechnym rozdrażnieniu zechce przyjąć urząd, ofiarowany mu przez Rosję i doprowadzi do pacyfikacji kraju. Gdy namiestnik upoważnił Enocha do wybadania margrabiego, ten umiał tak wpłynąć na magnata, że zgodził się przyjąć stanowisko dyrektora mającej się utworzyć Komisji wyznań i oświecenia publicznego. Wiele też Enoch dopomógł margrabiemu w Petersburgu, towarzysząc mu w jego podróżach do stolicy Rosji. Zbliżył on poza tym Wielopolskiego do wpływowych semitów, których echem stał się z czasem dumny magnat (Z. L. S., „Historia dwóch lat 1861-1862”, t. II, str. 177).

Powołanie margrabiego Wielopolskiego, człowieka wprawdzie bardzo zdolnego, lecz niebywałej dumy (wskutek której niechętne mu były szerokie warstwy narodu), początkowo na stanowisko dyrektora Komisji wyznań i oświecenia publicznego, a później naczelnika urzędu cywilnego Królestwa, było ciężkim błędem politycznym.

O wiele odpowiedniejszym człowiekiem w tak krytycznej dla kraju chwili byłby Andrzej Zamoyski, cieszący się wielką popularnością wśród ogółu polskiego. Nie miał on jednak poparcia wpływowego żydostwa stolicy, które prowadziło z nim cichą walkę.

Filosemityzm Wielopolskiego nie ustrzegł go jednak od nagonki, jaką rozpoczęli na niego poszczególni neofici. Pisma zagraniczne, informowane odpowiednio przez swoich korespondentów, obrzucały błotem margrabiego. Jednego z takich, Wacława Szymanowskiego, współredaktora „Tygodnika Ilustrowanego”, aresztowano i wysłano na mieszkanie do Białej Podlaskiej. (Obszerniej charakteryzuje to zdarzenie Walery Przyborowski, w pracy swej, wydanej pod pseudonimem Z. L. S., „Historia dwóch lat 1861-1862”, t. III, str. 27). Dwuznaczną politykę prowadziła też w stosunku do Wielopolskiego „Gazeta Polska”. Raz zdawała się popierać margrabiego, zachęcając ludność do czynnej współpracy z nim (powstawała wtedy przeciwko Czerwonym), to znów występowała energicznie przeciwko niemu, starając się poderwać jego autorytet w społeczeństwie.

Taka akcją zaskoczeni byli aryjscy przyjaciele Wielopolskiego, a przede wszystkim on sam. Margrabia spodziewał się bowiem, że Żydzi, obdarowani przez niego szeregiem praw, poprą go niezawodnie. Nie mógł przypuszczać, że rola jego po rozwiązaniu „Towarzystwa Rolniczego” i zgnębieniu Andrzeja Zamoyskiego, w oczach „żydowskich przyjaciół”, była skończoną. Użyty jako taran do rozbicia umiarkowanego obozu polskiego, powinien był odejść po dokonaniu swego dzieła.

W kraju zaś wrzało coraz więcej. Organizacja Czerwonych parła do powstania, do którego wstępem miały być urządzane manifestacje. Znając głęboką religijność ogółu, starali się Czerwoni nadać początkowo manifestacjom charakter obchodów kościelnych. Pierwszym takim obchodem był pogrzeb generałowej Sowińskiej, wdowy po obrońcy Woli w r. 1831. Wzięło w nim udział wiele tysięcy ludzi, pielgrzymując po pogrzebie na dawne szańce Woli. Przy udziale tysięcznych tłumów odbyły się manifestacyjne nabożeństwa w rocznicę wybuchu powstania listopadowego, bitwy grochowskiej itp.

Pierwsze krwawe ofiary padły na ulicach stolicy w lutym 1861 r. Gorczakow, obserwujący w towarzystwie Enocha, który nie odstępował namiestnika w tych burzliwych czasach nawet na chwile, z okien Zamku przebieg manifestacji dał rozkaz wojskom rozpędzenia tłumu. Manifestacja zakończyła się salwami wojsk rosyjskich; od kul poległo pięciu Polaków. W Warszawie nastąpiło nieopisane wzburzenie; rzemieślnicy klękali na ulicach i głośno przysięgali zemstę. Naprężoną sytuację pogorszył fakt rozwiązania wkrótce potem „Towarzystwa Rolniczego”. Wykorzystali to dla przygotowania nowej manifestacji Czerwoni, najzajadlejsi wrogowie żywiołów grupujących się koło Andrzeja Zamoyskiego. W wielkiej manifestacji kwietniowej wzięli liczny udział Żydzi. Skupieni na ul. Mariensztadt zachowywali się specjalnie hałaśliwie, prowokując wojsko rosyjskie. Dwustu zabitych i czterystu rannych zaległo ulice Warszawy. Co się tyczy narodowości poległych, to autor (Z. L. S.) dzieła pt. „Historia dwóch lat 1861-1862” (t. II, str. 344) wymienia zaledwie trzy nazwiska żydowskie. Pozostali byli to Polacy, synowie ludu staromiejskiego.

Stosunkowo łatwo udało się „mechesom” spopularyzowanie idei walki zbrojnej z Rosją wśród przedstawicieli zamożnych sfer polskich. Dzięki staraniom Jürgensa powstała na gruzach „Towarzystwa Rolniczego” organizacja nowa, na wpół tajna, którą dla jej umiarkowania przezwano „Białą”. Na czoło Białych wysunęli się w krótkim czasie: Leopold Kornenberg, którego podejrzewano, nie bez powodu zresztą, iż to on głównie przyczynił się do rozwiązania Tow. Roln., Karol Majewski, Jürgens, Aleksander Kurtz, wielki przyjaciel Enocha i Władysław Zamoyski. Dzięki zaagitowaniu przez Karola Majewskiego dwu zapalonych ziemian: Kołaczkowskiego i Siemieńskiego, do nowo założonej organizacji przystąpiła młodsza generacja ziemiaństwa, zdezorientowana po skasowaniu Tow. Roln. i idąca od tej pory na pasku nienawidzących jej „mechesów”. Mieli też powodzenie Biali wśród bogatego mieszczaństwa warszawskiego, przeważnie pochodzenia żydowskiego. Przywódcy Białych nawiązali ścisły kontakt z tzw. „Biurem Polskim”, które, powstawszy w 1860 r., mieściło się w „Hotelu Lambert”. Należeli do niego m. in. Ludwik Wołowski, Leon Kapliński i Julian Klaczko.

Zaabsorbowawszy uwagę społeczeństwa, grupującego się w poszczególnych organizacjach, przygotowaniami do zbrojnej walki z zaborcą, przystąpili przywódcy neoficcy do dalszej „pracy”. Dążyli oni do jak największego skłócenia najpoważniejszych ugrupowań politycznych w kraju, tj. Czerwonych i Białych. Dokonać tego miał Karol Majewski, stanowiący niejako ogniwo między Czerwonymi i Białymi, do spółki z Leopoldem Kronenbergiem, o którym Z. L. S. pisze („Historia dwóch lat 1861-1862”, t. III, str. 299), że „we wszystkich partiach miał swoich ludzi”. Na zebraniu przywódców Białych, Kronenberg, w którego mieszkaniu odbywało się posiedzenie, zgłosił wniosek, ażeby wydać w ręce Wielopolskiego głównych działaczy Czerwonych. W ten sposób miano dopomóc margrabiemu do pacyfikacji kraju. Po dłuższej dyskusji projekt Kronenberga, gorąco poparty przez Jürgensa, został przyjęty. Miał to uczynić Karol Majewski, orientujący się najlepiej co do składu osobowego kierowników Czerwonych. W pałacu Brühlowskim, gdzie rezydował Wielopolski jako naczelnik rządu cywilnego, toczyły się rozmowy między Majewskim a margrabią w obecności Kronenberga. Pertraktacji powyższych nie doprowadzono do skutku. Doszły one jednak do uszu bacznych na wszystko Czerwonych. Przyczynił się do tego głównie Majewski, który informował ich stale o poczynaniach Białych. Zawrzała słusznym gniewem brać szeregowa Czerwonych, nie orientująca się w prowokatorskich poczynaniach „mechesów”, dążących do rozbicia społeczeństwa polskiego. Od tej pory uważała ona Białych za wrogów bardziej niebezpiecznych niż Moskale i Niemcy.

Do opanowania pozostawała jeszcze masa chłopska, niechętnie na ogół nastrojona względem żydostwa. Zdaniem przywódców neofickich, trzeba było zwrócić uwagę wieśniaków w inną stronę. Bardzo ciekawy w tym względzie jest przegląd Karola Majewskiego, wypowiedziany na jednym z zebrań przyszłych kierowników powstania, że „niech na Białorusi lub gdziekolwiek bądź chłopi zarżną z pięciu szlachciców, a wtedy kwestia ta sama się rozwiąże prędko i stanowczo” (Z. L. S., „Historia dwóch lat 1861-1862”, t. III, str. 482). Powiedzenie tak to się spodobało Jürgensowi, że przy najbliższej sposobności uściskał serdecznie Majewskiego. Opinie ich podzielali liczni działacze Czerwonych, jak to: Löwenhardt, Henryk Wohl, Jarmund, frankista Zwierzchowski, będący zarazem na usługach policji rosyjskiej i inni. Uważali oni, że powstanie należy rozpocząć od krwawego przewrotu społecznego. „Chamski Ereb” miał uderzyć na szlachtę. Zdaniem neofitów naród polski, „chcąc dosłużyć się ojczyzny, wypławić się naprzód musi w krwi własnej potokach” (Z. L. S., „Historia dwóch lat 1861-1862”, t. I, str. 189). Toteż w krótkim czasie rozpoczęła się intensywna agitacja między wieśniakami, skierowana przeciwko szlachcie. W lasach podlaskich, w wielkich borach świętokrzyskich i suchedniowskich, i w wielu innych okolicach Królestwa i Litwy pojawili się tajemniczy emisariusze, o których Giller pisze („Historia powszechna Polski”, t. II, str. 365-367), że byli to „agitatorowie socjalni”, zwani leśnikami, przygotowujący zaburzenia społeczne”. Demagodzy ci, będący wysłańcami Czerwonych, zacietrzewieni wrogowie szlachty, nie oszczędzali tej ostatniej w swych pogawędkach z chłopami, malując ją w kolorach najczarniejszych. Unikali oni jak najstaranniej dworów i ludzi wykształconych, obcując tylko z ludem prostym. W stałym kontakcie z tymi agentami byli Żydzi, mieszkający w miastach w pobliżu tych miejscowości, w których ukrywali się „leśnicy”. Synowie Izraela komunikowali im wszelkie wiadomości i ostrzeżenia, jak to miało miejsce przed rewizją, dokonaną z rozporządzenia władzy lubelskiej. W Warszawie zaś zaczęła krążyć anonimowo sporządzona lista osób „zlej wiary”, tj. złych Polaków, podająca częstokroć nazwiska ludzi najszanowniejszych i najuczciwszych.

Podjudzanie włościan przeciwko szlachcie szło na rękę zamiarom wojskowych rosyjskich, pochodzenia niemieckiego. Agitatorom Czerwonych przychodzili często z pomocą przebrani oficerowie moskiewscy. Tak w ziemi miechowskiej podjudzał chłopów przeciwko dziedzicom major baron von Osten-Sacken, godny towarzysz prowokatorów: Salisa Rozengolda, Władysława Krzyżanowskiego i innych.

Do zaognienia stosunków wewnętrznych w kraju przyczyniała się też bardzo spekulacja żydowska. Istniejący w Królestwie bilon, w ilości trzech milionów rubli, nie mógł uczynić zadość potrzebie zamiennej, zwłaszcza że Żydzi wycofywali go powoli w celach spekulacyjnych. Przyszło do tego, że za zmianę rubla papierowego na srebro lub miedź, synowie Izraela pobierali 70%, a często i więcej, co oczywiście odbijało się głównie na kieszeni ludzi ubogich.«

Marek Topczewski w swojej pracy, wydanej z okazji 150 rocznicy wybuchu powstania, Wybuch powstania styczniowego w świetle „Pamiętników” abpa Zygmunta Szczęsnego Felińskiego, pisze:

»Rewolucja społeczna czy powstanie narodowe?

Wybuch powstania został opisany w Pamiętnikach abpa Felińskiego w sposób lakoniczny: „Jakoż z 22 na 23 stycznia wybuchło ogólne powstanie w kraju; mówię: ogólne co do miejsca, nie zaś co do ludności, gdyż bardzo nieliczna gromadka spiskowych za broń pochwyciła”. Pierwsze walki powstańcy rozpoczęli właściwie bez broni, musieli ją zdobywać na żołnierzach rosyjskich. Zdaniem Felińskiego ta „garstka źle uzbrojonych i nie wprawionych do walki ochotników” nie miała szans ani nadziei na zwycięstwo (patrz powstanie warszawskie – przyp. W.L.).

Oficjalnie walkę zbrojną z wojskami rosyjskimi zapoczątkowało ogłoszenie 22 stycznia 1863 r. Manifestu KCN, który mianował się Tymczasowym Rządem Narodowym, ale według Felińskiego rozpoczęła się ona już „od zamachu na życie Lüdersa i odtąd nie ustawała ani na chwilę, nie śmiejąc tylko wychylić się zza węgła i wystąpić w otwartym polu. Krwawa rękawica rzucona już była rządowi”.

Rankiem 27 czerwca 1862 r. w Ogrodzie Saskim w Warszawie doszło do zamachu na carskiego namiestnika Królestwa Polskiego hrabiego Aleksandra Nikołajewicza von Lüdersa.Zamachowiec, oficer pochodzenia ukraińskiego, Andriej Potebnia wypalił mu w kark z pistoletu i szybko się oddalił. Namiestnik, choć ciężko ranny przeżył.

Zamach ten zapoczątkował serię ataków na funkcjonariuszy władz carskich, których wykonawcami w większości było tzw. bractwo sztyletników, tajnych egzekutorów działających na zlecenie Komitetu Centralnego Narodowego, który z chwilą wybuchu Powstania Styczniowego przekształcił się w Tymczasowy Rząd Narodowy.(https://historia.org.pl/2013/01/19/sztyletnicy-tajni-likwidatorzy-w-sluzbie-rzadu-narodowego/)

Branka przeprowadzona w Warszawie w nocy z 14 na 15 stycznia była bezpośrednim sygnałem do wybuchu powstania. KCN jeszcze jesienią zobowiązywał się, że do poboru do wojska carskiego nie dopuści, a gdyby nie mógł mu przeszkodzić, powoła naród do walki. Chociaż 15 stycznia policja w Warszawie zabrała z domów 1 800 osób, to większość członków organizacji czerwonych schroniła się już wcześniej w lasach kampinoskich i serockich., tworząc pierwsze oddziały partyzanckie, gdyż KCN poznał odpowiednio wcześniej tajne plany Wielopolskiego dotyczące poboru. Rząd powstańczy natomiast ukrywał się i funkcjonował w Warszawie. Utworzono tu cały aparat tajnej władzy narodowej, która funkcjonowała równolegle do oficjalnych organów władzy zaborczej (skarbowość, łączność, zaopatrzenie wojskowe, policję narodową, wymiar sprawiedliwości) i zyskiwała posłuch większości mieszkańców Królestwa. Nie znalazła ona jednak uznania na arenie międzynarodowej.

Napoleon III do połowy lutego utrzymywał politykę dystansowania się od sprawy polskiej i trwania przy sojuszu z Rosją, argumentując, że powstanie to „dzieło Mazziniego i jego polskich zwolenników”, a więc ruch rewolucyjny bardziej niż narodowy. Zdanie to podzielał według Ottona Beiersdorfa także Pius IX. Natomiast wpływowi rewolucjoniści europejscy zarzucali ruchowi jego narodowo-katolicki charakter.

Kwestia włościańska

Arcybiskup Feliński opisując w Pamiętnikach zmiany, jakie nastąpiły w stosunkach społecznych w zaborze rosyjskim od wojen napoleońskich do powstania styczniowego, określa je mianem przewrotu. Podczas gdy za panowania Aleksandra I cała niemal ziemia była własnością szlachty i tylko jej przysługiwało prawo nabywania gruntów, zaś włościanie, kupcy, mieszczanie i rzemieślnicy nie mogli ani nabywać majątków, ani piastować urzędów, ani synów nawet do wyższych zakładów naukowych oddawać nie mieli prawa, to już po powstaniu listopadowym sytuacja w pewnym sensie odwróciła się: szlachta wydziedziczona i zdegradowana za udział w powstaniu została pozbawiona wielu praw obywatelskich, zaś chłopi i mieszczanie, którzy decydowali się przejść na prawosławie, mieli otwarty dostęp do szkół i kariery w administracji rosyjskiej.

Bronisław Zaleski podaje w swojej Notatce, że szlachta litewska już w 1857 r. zrzekła się swoich praw do włościan i zażądała dla nich równouprawnienia politycznego. Zaleski podkreśla również, że ustawę dotyczącą reformy agrarnej opracowywali w Rosji nie tylko urzędnicy, ale także właściciele ziemscy. Również Towarzystwo Rolnicze pod prezesurą Andrzeja Zamoyskiego od 1859 r. dyskutowało na temat kwestii włościańskiej i w lutym 1861 r. uznało „uwłaszczenie włościan za jedyny i najlepszy środek uregulowania kwestii”.

Kwestia włościańska nie była zatem domeną czerwonych, którzy wykorzystywali ją do celów propagandowych i „sądząc z Warszawy o całej Polsce, wyobrażali, że włościanie byleby im obiecać ziemie na własność, chwycą za broń równie ochoczo jak warszawscy robotnicy, którzy najchętniej garnęli się do organizacji rewolucyjnej”. Niemniej Manifest KCN o powstaniu, ogłoszony 22 stycznia 1863 r., chociaż proklamował dekrety uwłaszczeniowe włościan prawie rok później niż ustawa rządowa, to zarazem szedł dalej niż koncesje ustawy rządowej. Komitet ogłaszając uwłaszczenie, ogłosił także dekret o równouprawnieniu wszystkich stanów i wyznań, zyskując tym samym poparcie niedostatecznie uświadomionych narodowo warstw społecznych, wykluczonych dotychczas z życia społecznego.

Ucisk narodowy i religijny

Po manifestacyjnym pogrzebie abpa Antoniego Melchiora Fijałkowskiego (10 października 1861 r.) namiestnik Karol Lambert ogłosił 14 października 1861 r. stan oblężenia. Odtąd demonstranci mieli być sądzeni przez sądy wojenne i mogli być zesłani w głąb Rosji nawet bez sądu. Do cytadeli można było trafić nie tylko za udział w nabożeństwie patriotycznym, ale także za noszenie stroju narodowego, biżuterii z symbolami narodowymi lub żałoby. Represje podsycały tylko nastroje rewolucyjne. Wrzenie w stolicy osiągnęło punkt kulminacyjny, gdy 12 grudnia 1861 r. wojsko carskie na rozkaz gen. Gerstenzweiga wtargnęło do warszawskich świątyń, a w kościele bernardynów i w katedrze, gdzie były zgromadzone tłumy, zaatakowało ludzi kolbami i bagnetami, dopuszczając się grabieży dobra prywatnego i kościelnego. Warszawski konsystorz nakazał wówczas zamknięcie wszystkich kościołów w mieście, żeby uniknąć dalszych profanacji.«

Czym zatem było powstanie styczniowe? Powstaniem narodowym, rewolucją czy prowokacją? Z przytoczonych cytatów wynika, że przede wszystkim było żydowską prowokacją, do pewnego momentu rewolucją i w najmniejszym stopniu powstaniem narodowym. Co to za powstanie narodowe, w którym uczestniczy znikoma część społeczeństwa i do tego mocno zmanipulowana? Rewolucjoniści rosyjscy może mieli dobre intencje, ale szybko zostali zneutralizowani przez Żydów. Pokazuje to historia nihilizmu. Natomiast istotą tego powstania i jego prawdziwym celem było zlikwidowanie tej resztki szlachty, która zachowała w sobie jeszcze jakieś poczucie polskości w szerszym pojęciu niż tylko własny interes, skonfiskowanie jej majątków za udział w nim i to, by Żydzi stali się polską inteligencją. I stali się nią. Później zaaplikowano nam, że się tak wyrażę współczesnym językiem, dawkę przypominającą w postaci powstania warszawskiego, którego celem było zburzenie Warszawy, by ją odbudować i zasiedlić tymi, którzy przyjechali tu z Armią Czerwoną i utrwalić zdobycze powstania styczniowego.

Ciekawe, że od powstania styczniowego odżegnywali się zarówno europejscy nacjonaliści, jak i europejscy rewolucjoniści. To by chyba świadczyło o tym, że i jedni i drudzy mieli tych samych nieznanych przełożonych.

Kto wywołał to powstanie i w jakim celu, to wystarczy przeanalizować to, co po nim nastąpiło, zgodnie z wielokrotnie sprawdzoną zasadą: is fecit, cui prodest (ten zrobił, komu to przynosi korzyść).

I tak na zakończenie, jako ciekawostka, fragment z blogu „Brazylia”:

Wojna paragwajska (wojna trójprzymierza) – wojna stoczona w latach 1864-1870 pomiędzy Paragwajem a koalicją Brazylii, Argentyny i Urugwaju. Najbardziej krwawy konflikt w historii Ameryki Południowej. W rezultacie wojny 50% mieszkańców Paragwaju zostało pozbawionych życia, w tym 90% męskiej populacji. Głównym powodem ataku na Brazylię była chęć zapewnienia sobie korzystania z ujścia La Platy, czyli dostępu do morza, którego Paragwaj nie ma. Bezpośrednią przyczyną wojny było wkroczenie wojsk brazylijskich do Urugwaju, interweniujących w wojnie domowej w tym kraju po stronie powstańców z partii Colorado, podczas gdy Paragwaj popierał rząd pełniącego obowiązki prezydenta Aguirre z partii „Białych”. Powstańców popierała również Argentyna. Nowy rząd Urugwaju, Brazylia oraz Argentyna zawiązały trójprzymierze. Przymierze tych trzech państw poparła Wielka Brytania, wspierając je finansowo.

Partia Colorado miała czerwony sztandar. Jej oponentką była partia „Białych”. A to ciekawe! W tym samym czasie trwało na ziemiach zaboru rosyjskiego powstanie styczniowe, w którym powstańcy dzielili się na dwie frakcje: białych i czerwonych. Przypadek?

Afera Dreyfusa

W poprzednim blogu „Nazizm” nie napisałem o tym, co było istotą nazizmu i co było w nim najważniejsze, czym on się żywił. To był antysemityzm. Bez niego cała ta ideologia nie miałaby sensu. A skoro tak, to wypada sobie zadać podstawowe pytanie: skąd się wziął antysemityzm? Oficjalna narracja jest taka, że to jacyś mali, podli ludzie odreagowują swoje frustrację i za wszystko zło tego świata obwiniają Żydów. Choć może nie do końca tak jest, że tylko mali i wredni ludzie. Pod koniec 2019 roku ukazał się film Romana Polańskiego „Oficer i szpieg”. W tym filmie powraca Polański do afery Dreyfusa, którą ponad sto lat temu żyła cała Europa. Wysłuchałem recenzji tego filmu autorstwa Tomasza Raczka. Pojawiła się ona na początku roku 2020. W pewnym momencie Raczek robi dygresję i mówi tak:

„I często widzę ludzi dobrze wykształconych, którzy mają w sobie wirus antysemityzmu, ten właśnie odruch szukania winy na hasło „Żyd”. Przypomina mi się sytuacja z mojej szkoły średniej, kiedy uczyła mnie Anna Radziwiłł historii, potem była ministrem edukacji, ale w latach 70-tych była moją nauczycielką historii w liceum Lelewela i pamiętam jak po „Ziemi obiecanej” pisałem recenzję w gazetce szkolnej i tam właśnie napisałem coś takiego, że Żydzi w tej Łodzi mocno namieszali, à propos roli Pszoniaka, no i że Żydzi mieli łatwiej, że Żydzi działali w nieczysty sposób w biznesie, i na korytarzu zgarnęła mnie Radziwiłka, tak mówiliśmy o Annie Radziwiłł, powiedziała – Tomek chodź! Zabrała mnie do pokoju nauczycielskiego, posadziła przed sobą i powiedziała: Tomek wstydź się za to, co napisałeś. To nie jest godne humanisty, a ja chodziłem do klasy humanistycznej i ona uczyła mnie historii w tej klasie humanistycznej. I powiem ci dlaczego. Ja tam siedziałem przed nią i ona mi przez godzinę opowiadała historię Polski, także w kontekście Żydów, może to były dwie godziny. Opowiadała mi o tym, jak antysemityzm, ile razy pojawiał się w polskiej historii, ile razy niszczył i historię i ludzi, i dusze. I powiedziała wreszcie, wiesz, humanista, żeby zasłużyć na to słowo, powinien zawsze umieć wznieść się ponad uprzedzenia i powinien zawsze starać się zobaczyć rzeczy takimi, jakimi one są naprawdę, oświetlić je ze wszystkich stron. I pomyślałem sobie, oglądając dzisiaj „Oficera i szpiega” Polańskiego, że on właśnie to robi, co Radziwiłka radziła, że on działa jak humanista i to jest jego wielka zaleta.”

No i wszystko jasne. I my mamy swego Pico della Mirandolę w osobie Anny Radziwiłł. Tamten, humanista renesansu, ta humanistka XX wieku. I pewnie jedno ich łączy: o Żydach dobrze albo wcale. I tylko taki człowiek może zasługiwać na miano humanisty, a reszta to, jak mawia mój kolega: dzicz, sicz i Zaporoże. I żeby było jasne, tego określenia używa również często na opis naszych realiów.

Afera Dreyfusa to była żydowska intryga perfekcyjnie pomyślana i wykonana. To było, że użyję języka, który oni tak lubią, Weltmeisterschaft, znaczy mistrzostwo świata. To już nie były jakieś lokalne pogromy czy pojedyncze akty antysemityzmu. W tym wypadku wplątano w to struktury państwa, które nadal, pomimo chylenia się ku upadkowi, było jednym z najbardziej liczących się w ówczesnym świecie.

Jak więc to było z tą aferą? Internetowa encyklopedia PWN pisze:

Dreyfusa sprawa, afera Dreyfusa, konflikt wewn. i walka polit. we Francji na przeł. XIX i XX w.;

związana z fałszywym oskarżeniem A. Dreyfusa  o szpiegostwo na rzecz Niemiec, jego degradacją i skazaniem oraz kampanią na rzecz rewizji procesu, uniewinnienia i rehabilitacji oskarżonego. S.D. znacznie wykraczała poza spór o jednostkowy wyrok sądowy, a istotną rolę odgrywało w niej także żydowskie pochodzenie oskarżonego; dotyczyła bowiem postaw moralnych i orientacji polit. społeczeństwa fr. — kształtowania priorytetów i hierarchii ich ważności; spowodowała, że społeczeństwo fr. podzieliło się na wrogie obozy: dreyfusistów (obrońców Dreyfusa) — środowiska lewicowych radykałów, demokratów i część socjalistów (hasła antymilitaryzmu, antyklerykalizmu, obrony praw człowieka i ustroju republikańskiego), oraz antydreyfusistów — sfery wojsk., ultramontańskie, hierarchia kośc. i ugrupowania nacjonalistyczne (obrona honoru armii, obrona kraju przed Niemcami oraz dążenie do zniszczenia rzekomego spisku Żydów, masonów i protestantów). Pomimo ułaskawienia Dreyfusa, a następnie jego rehabilitacji, S.D. całkowicie nie wygasła; w ciągu następnych lat była jeszcze niejednokrotnie powodem kryzysów rządowych; przyczyniła się do zerwania stosunków z Rzymem i spowodowała wzrost tendencji antymilitarystycznych we Francji; wywołując rozłam we fr. opinii publicznej, doprowadziła do ukształtowania się nowych orientacji, w tym skrajnej szowinistycznej prawicy i jej lig (m.in. Action Française). S.D. stanowiła także z jednej strony ważny moment kształtowania się nowoczesnego antysemityzmu, z drugiej zaś miała duży wpływ na rozwój poglądów T. Herzla (syjonizm).

Na stronie HISMAG znajduje się artykuł, który obszernie opisuje tę aferę. Link do oryginalnego tekstu tu: https://histmag.org/Sprawa-Dreyfusa-czyli-ideowy-spor-o-wizje-III-Republiki-6876. Poniżej fragmenty:

»Sprawa Dreyfusa jest do dziś jedną z najgłośniejszych politycznych afer w historii Europy. Jego losy doprowadziły do wybuchu ogromnego skandalu, podziału społeczeństwa, dyskusji nad wizją III Republiki i przetoczenia się przez Francję fali antysemityzmu. Kim był zatem Alfred Dreyfus, aresztowany dokładnie 15 października 1894?

Alfred Dreyfus urodził się w zamożnej żydowskiej rodzinie w Alzacji. Jego ojciec Raphael był producentem tekstyliów, należał więc do nowej burżuazji. Kiedy w wyniku wojny francusko-pruskiej z 1871 roku Alzacja została przyłączona do Rzeszy Niemieckiej, Dreyfusowie opowiedzieli się za obywatelstwem francuskim i przenieśli się do Paryża. W 1882 roku Alfred wstąpił do prestiżowej szkoły wojskowej École Polytechnique w Palaiseau pod Paryżem i postanowił rozpocząć karierę we francuskiej armii.

Siedem lat później zdolny adept awansował do rangi kapitana i został pierwszym Żydem pracującym w sztabie generalnym. Jego obiecująca kariera wojskowa została jednak z dnia na dzień brutalnie przerwana. W 1894 roku kontrwywiad francuski przechwycił notatkę z biura attaché wojskowego Ambasady Niemieckiej w Paryżu, z której wynikało, że jeden z francuskich oficerów zaoferował mu informacje dotyczące nowego uzbrojenia francuskiej armii. W wyniku cichego wewnętrznego śledztwa oskarżenia sformułowano pod adresem Alfreda Dreyfusa. Podstawą do postawienia mu zarzutów była analiza jego charakteru pisma, które było bardzo podobne do tego z przechwyconej notatki.

Kapitan został aresztowany 15 października pod zarzutem zdrady stanu i postawiony przed trybunałem wojskowym. Rozpoczął się proces odbywający się za zamkniętymi drzwiami, w wyniku którego Dreyfus został skazany za sprzedawanie tajemnic wojskowych Niemcom.

Tajny proces rozpoczął się 19 grudnia 1894 roku w więzieniu Cherche-Midi i trwał zaledwie cztery dni. Jedyny dowód, to jest podobieństwo pisma z notatki z pismem kapitana, był podważany przez zewnętrznych specjalistów (np. przez pana Goberta, eksperta Banku Francji), ale jednocześnie potwierdzany przez ekspertów związanych ze Sztabem Wojskowym. Możliwość zakwestionowania takiego dyskusyjnego dowodu przed trybunałem doprowadziła do deklaracji sztabu, że ostateczne świadectwo winy znajduje się w rękach samego ministra, ale jego ujawnienie doprowadziłoby do wybuchu europejskiej wojny. Wobec niestabilnej sytuacji politycznej w Europie takie argumenty okazały się wystarczające.

Decyzją trybunału składającego się z siedmiu oficerów, 22 grudnia 1894 roku Dreyfus został skazany na dożywotni pobyt w owianej złą sławą kolonii karnej na Wyspie Diabelskiej w Gujanie Francuskiej, gdzie trafił 13 kwietnia 1895 roku. Dreyfus próbował odwoływać się od wyroku do wojskowego sądu rewizyjnego, ale wniosek oskarżonego został odrzucony 31 grudnia 1894 roku.

Przez następne dwa lata opinia publiczna zapomniała o sprawie Dreyfusa. Dopiero w roku 1896 sprawa znowu nabrała tempa. Wówczas to Georges Picquart, sprawozdawca w pierwszym procesie Dreyfusa, został awansowany do stopnia podpułkownika i został szefem jednej z sekcji we francuskim wywiadzie wojskowym. W jego ręce dostał się – analogicznie jak w sprawie Dreyfusa – list wykradziony z biura attaché wojskowego Ambasady Niemieckiej w Paryżu, tym razem zaadresowany jednak do majora Ferdinanda Walsina Esterhazy’ego. Picquart porównał jego charakter pisma z notatką przypisywaną dotąd Dreyfusowi i zorientował się, że była ona w rzeczywistości autorstwa Esterhazy’ego. Picquart zaalarmował zwierzchników ze Sztabu Generalnego i Ministerstwa Wojny, ale nie przyjmowali oni do wiadomości, że skazano niewinnego człowieka. Pomimo nacisków, Picquart nadal przyglądał się sprawie i za swoją niesubordynację został przeniesiony do Tunisu, gdzie przydzielono go do 4. Pułku Strzelców w garnizonie w Sousse.

Jednak dzięki Picquart’owi, pomimo prób ukrycia problemu przez wojsko, sprawa ożyła na nowo. Picquart przekazał posiadane informacje na ręce wiceprzewodniczącego Senatu, Auguste’a Scheurera-Kestnera. Za uwolnieniem Dreyfusa zaczęły opowiadać się coraz to nowe osoby. Do walki o jego uniewinnienie przyłączyli się między innymi: dziennikarz Joseph Reinach, przyszły minister i radykalny polityk Georges Clemenceau oraz wspomniany wcześniej senator Scheurer-Kestner.

Znajdująca się pod presją armia postawiła przed sądem Esterhazy’ego, którego oskarżano o zdradę. Próbując uniknąć dyskredytacji, wojsko spreparowało nowy dowód przeciwko Dreyfusowi – wykonawcą tego zadania był oficer kontrwywiadu Hubert-Joseph Henry. Zabieg ten okazał się skuteczny i w 1898 roku sąd wojskowy uniewinnił Esterhazy’ego. Decyzja ta spotkała się z ostrą krytyką ze strony francuskich intelektualistów.

Odważny głos w sprawie zabrał wybitny francuski pisarz Emil Zola, który napisał list otwarty zatytułowany Oskarżam! ([J’accuse…!]), opublikowany 13 stycznia 1898 roku – dzień po uniewinnieniu Esterhazy’ego – w gazecie „Świt” („L’Aurore”), której właścicielem był, notabene, Georges Clemenceau. List został wydrukowany na pierwszej stronie gazety i wywołał poruszenie zarówno we Francji, jak i poza jej granicami.

Swój list zaadresował Zola do ówczesnego prezydenta III Republiki Félixa Faure’a. Krytykował w nim cały wojskowy system sprawiedliwości, oskarżał rząd o antysemityzm, a także wymieniał z nazwiska poszczególnych dowódców wojskowych, pisząc o ich fałszerstwach, sam zaś proces Dreyfusa określił jako „zbrodnię zdrady stanu przeciwko ludzkości”. Pod listem podpisały się rzesze francuskich intelektualistów. Emil Zola został oskarżony o pomówienie i skazany na rok więzienia. Zaraz za nim, za rzekome wymuszanie fałszywych zeznań na Esterhazym, aresztowano George’a Picquarta.

List Zoli ponownie jednak skierował uwagę publiczną na sprawę Dreyfusa, co doprowadziło do podziału Francji na dwa przeciwstawne obozy, a także do wybuchu rozruchów antysemickich.

Rozpętanej histerii nie sposób już było zatrzymać. W sprawie Dreyfusa złożono apelację. W sierpniu 1899 roku rozpoczął się proces rewizyjny i Alfred Dreyfus stanął ponownie przed sądem wojennym w Rennes. Mimo braku dowodów, armia ponownie skazała Dreyfusa na 10 lat więzienia, aby uniknąć kompromitacji. Aby rozwiązać problem i wyciszyć sprawę, w 10 dni po wydaniu wyroku Dreyfus został uwolniony na mocy ułaskawienia przez prezydenta Loubeta, jednak nie został oczyszczony z zarzutów.

Kapitan przyjął ułaskawienie, ale jednocześnie zastrzegł, że zrobi wszystko, co w jego mocy, aby udowodnić swoją niewinność. Co ciekawe, jednym z głównych powodów wyciszenia sprawy w ten sposób była obawa przed bojkotem Wystawy Światowej w Paryżu, która miała mieć miejsce w 1900 roku. Poniekąd wymusiło to na skłóconym społeczeństwie francuskim wypracowanie kompromisu.

Alfred Dreyfus wrócił do pracy w wojsku i cały czas walczył o swoje dobre imię. W kolejnym procesie, w lipcu 1906 roku, kiedy Clemenceau został premierem, cywilny sąd apelacyjny uchylił poprzedni wyrok i zrehabilitował kapitana. 22 lipca kapitan został formalnie przywrócony do poprzedniego stanowiska i otrzymał medal Legii Honorowej.

Po dalszej, stosunkowo krótkiej służbie w armii Dreyfus przeszedł do rezerwy. Wrócił do czynnej służby dopiero w czasie I wojny światowej. Po jej zakończeniu przeszedł na emeryturę. Armia publicznie ogłosiła jego niewinność dopiero w 1995 roku, sto lat od wszczęcia pierwszego procesu.«

Z kolei Wikipedia pisze:

»Sprawa Dreyfusa, afera Dreyfusa – polityczny skandal we Francji pod koniec XIX wieku, który stał się przyczyną kryzysu politycznego i społecznego, pociągając za sobą poważne zmiany w życiu kraju.

W 1894 roku Alfred Dreyfus, francuski oficer artylerii pochodzenia żydowskiego, został na podstawie spreparowanych dowodów oskarżony o zdradę na rzecz Niemiec. Koronnym dowodem w procesie były: rękopis pisma ambasady niemieckiej przypisywany Dreyfusowi i przysięga jednego świadka oskarżenia. Powołano pięciu specjalistów od badania pisma, trzech z nich, w tym Alphonse Bertillon (twórca antropometrii kryminalnej, policjant), stwierdziło, że list jest autorstwa Dreyfusa. Wyrokiem sądu wojskowego Dreyfus skazany został na dożywotni karny obóz na Wyspie Diabelskiej w Gujanie Francuskiej w Ameryce Południowej.

Fałszerstwo zostało ujawnione przez pułkownika wywiadu George’a Picquarta, w wyniku odnalezienia w tym samym koszu co wcześniej rękopisu podziękowania za przekazane informacje dla Esterhazy’ego. Wówczas wyżsi oficerowie armii, w tym podwładny Picquarta, kapitan Hubert-Joseph Henry, usiłowali ukryć swe błędy. Aferę ujawnił na forum publicznym pisarz Émile Zola, publikując 13 stycznia 1898 na łamach gazety L’Aurore („Świt”), słynny list otwarty do prezydenta Republiki Francuskiej Félixa Faure’a, zatytułowany „J’Accuse…!” (Oskarżam!), podpisany również przez setki intelektualistów francuskich. Jednak kolejne procesy rewizyjne utrzymały wyrok skazujący, zaś Émile Zola został skazany na rok więzienia i zmuszony pogróżkami do wyjazdu do Wielkiej Brytanii.

Sprawa Dreyfusa podzieliła Francję na „dreyfusistów” i „antydreyfusistów”. Spór był wyjątkowo gwałtowny, gdyż dotyczył wielu wysoce kontrowersyjnych kwestii w zaognionym klimacie politycznym Francji. Podziały przebiegały do pewnego stopnia między kręgami prawicowymi, monarchistycznymi i klerykalnymi z jednej strony a kręgami republikańskimi, antymonarchistycznymi i silnie antyklerykalnymi z drugiej. Duże znaczenie miały również nastroje antysemickie w wielu grupach społecznych, wzmocnione bankructwem w 1885 Union Générale, instytucji finansowej powiązanej z Kościołem katolickim, która zamierzała wyrugować finansjerę znajdującą się w rękach francuskich Żydów. Nastroje zaogniło również ukazanie się w 1886 książki Édouard Durmonta La France Juive (Żydowska Francja).

W sierpniu 1898 francuski minister wojny Cavaignac ustalił, że dowody zostały spreparowane przez Henry’ego. Kapitan wywiadu popełnił samobójstwo, a we wrześniu tego roku Esterhazy przyznał się do winy.«

Angielska Wikipedia pisze:

»Pochodzenie afery Dreyfusa, choć od lat 60-tych w pełni wyjaśnione, wzbudza wiele kontrowersji od prawie sto lat. Intencje pozostają niejasne. Wielu wybitnych historyków formułuje różne hipotezy na jej temat, ale wszyscy dochodzą do tego samego wniosku: Dreyfus był niewinny jakiegokolwiek przestępstwa lub wykroczenia.

Załoga wojskowego wywiadu pracowała na okrągło, obserwując ambasadę Niemiec w Paryżu. Udało się jej zatrudnić francuską gospodynię o imieniu „Madame Bastian” do pracy w budynku i szpiegowania Niemców. We wrześniu 1894 r. znalazła podartą zapisaną kartkę, którą przekazała swoim pracodawcom z wywiadu wojskowego. Notatka ta później stała się znana jako „bordereau”. Ten kawałek papieru, rozdarty na sześć dużych kawałków, niepodpisany i niedatowany, został zaadresowany do niemieckiego attaché wojskowego stacjonującego w ambasadzie niemieckiej, Maxa von Schwartzkoppena. Informowano w nim, że poufne francuskie dokumenty wojskowe dotyczące nowo opracowanego „hydraulicznego hamulca i sposobu jego działania” mają właśnie zostać wysłane do obcego mocarstwa.

Ta zdobycz wydawała się na tyle ważna dla szefa „Sekcji Statystycznej” Jeana Sandherra, aby poinformować ministra wojny, generała Augusta Merciera. W rzeczywistości podejrzewał on, że od początku 1894 r. istniały przecieki i próbował znaleźć sprawcę. Minister był ostro atakowany w prasie za swoje działania, które zostały uznane za niekompetentne i wydaje się, że szukał okazji do wzmocnienia swojego wizerunku. Natychmiast wszczął dwa tajne śledztwa, jedno administracyjne i jedno sądowe. Aby znaleźć winowajcę, używając prostego, choć prymitywnego rozumowania, krąg poszukiwań został arbitralnie ograniczony do podejrzanych oddelegowanych lub do byłych pracowników Sztabu Generalnego – ostatecznie do oficera stażysty artylerii.

W swojej powieści „W poszukiwaniu straconego czasu” Marcel Proust poświęca wiele uwagi tej aferze. Jednak bardziej koncentruje się na oddaniu nastrojów i podziałów panujących wówczas w społeczeństwie francuskim. W pewnym momencie pisze: Wiecie, czemu nie można zaprodukować dowodów winy Dreyfusa? Zdaje się dlatego, że on jest kochankiem żony ministra wojny. Mówi się o tym po cichu.

Znaleziono idealnego winowajcę: kapitan Alfred Dreyfus, absolwent politechniki i oficer artylerii, wyznania żydowskiego i pochodzenia alzackiego, pochodzący z merytokracji republikańskiej. Na początku śledztwa kładziono nacisk raczej na alzackie pochodzenie Dreyfusa niż na jego religię. Nie było w tym nic nadzwyczajnego, ponieważ oficerowie ci byli faworyzowani przez Francję za znajomość języka i kultury niemieckiej. W biurach Sztabu Generalnego antysemityzm był dość powszechny i szybko stał się centralnym wątkiem sprawy, wypełniając luki w wiarygodności we wstępnym dochodzeniu. Co więcej, Dreyfus był w tym czasie jedynym żydowskim oficerem, który przewinął się przez Sztab Generalny.

W rzeczywistości reputacja Dreyfusa jako postaci zimnej i zamkniętej w sobie, a nawet wyniosłej, a także jego „ciekawość”, działały przeciwko niemu. Te cechy charakteru, niektóre niesłusznie mu przypisywane, inne naturalne, uwiarygodniały zarzuty, czyniąc z najzwyklejszych czynności życia codziennego w służbie dowód szpiegostwa. Od początku tendencyjnie i jednostronnie prowadzone śledztwo doprowadziło do fałszywych wniosków. Tak było przez cały jego czas. Śledztwo, w którym irracjonalność zwyciężyła nad modnym w tamtym okresie pozytywizmem.«

O antysemickich protestach angielska Wikipedia pisze:

»Zamieszki antysemickie wybuchły w 1898 roku w miastach całej metropolitalnej Francji, głównie w styczniu i lutym. Poprzedzały one aferę Dreyfusa i były niemal tradycją na wschodzie, którą „naród alzacki obserwował po wybuchu jakiejkolwiek rewolucji we Francji”. Jednak zamieszki z 1898 roku miały o wiele większy zasięg.

W 55 miejscowościach doszło do trzech fal niepokojów: pierwsza, która zakończyła się 23 stycznia; druga – w następnym tygodniu; i trzecia fala z 23-28 lutego; fale te i inne incydenty wywołały łącznie 69 zamieszek lub niepokojów w całym kraju. Dodatkowo w Algierii w dniach 18-25 stycznia doszło do protestów. Demonstranci podczas nich rzucali kamieniami, skandowali hasła, atakowali własność żydowską, a czasami także ludność żydowską i policję, która próbowała ich powstrzymać. Burmistrzowie nawoływali do spokoju, a oddziały, w tym kawaleria, zostały wezwane w celu stłumienia zamieszek.

J’Accuse Zoli ukazał się 13 stycznia i większość historyków sugeruje, że zamieszki były spontaniczną reakcją na jego publikację i późniejszy proces Zoli. Prasa donosiła, że „niemal codziennie wybuchały burzliwe demonstracje”. Prefekci lub policjanci w różnych miastach odnotowali demonstracje i kojarzyli je z „kampanią podjętą na rzecz byłego kapitana Dreyfusa” lub z „interwencją M. Zoli” lub z samym procesem Zoli, który „wydaje się wzbudził demonstracje antysemickie”. W Paryżu demonstracje wokół procesu Zoli były częste, a czasem gwałtowne. Martin du Gard donosił, że „Osoby o rysach żydowskich były chwytane, otaczane i poszturchiwane przez będącą w amoku młodzież, która tańczyła wokół nich, wymachując płonącymi pochodniami, zrobionymi ze zwiniętych kopii L’Aurore.

Jednak żarliwa reakcja na Aferę, a zwłaszcza na proces Zoli, była tylko częściowo spontaniczna. W kilkunastu miastach, w tym w Nantes, Lille i Le Havre, na ulicach pojawiły się antysemickie plakaty, a wkrótce potem nastąpiły zamieszki. W Saint-Etienne plakaty głosiły: „Naśladujcie swoich braci z Paryża, Lyonu, Marsylii, Nantes, Tuluzy… przyłączcie się do nich w demonstracji przeciwko podstępnym atakom dokonywanym na Naród”. W Caen, Marsylii i innych miastach zamieszki następowały po antysemickich przemówieniach lub spotkaniach, takich jak spotkanie zorganizowane przez Komitet Obrony Religijnej i Społecznej w Caen.«

Afera Dreyfusa całkowicie odmieniła Francję pod względem politycznym i społecznym. Ożywiła ona spory pomiędzy konserwatystami a zwolennikami postępu. Jednak zdaniem większości historyków konfrontacja ta sprzyjała porządkowi republikańskiemu. Rzeczywiście nastąpiło wzmocnienie demokracji parlamentarnej i upadek sił monarchistycznych i reakcyjnych. Nadmierna aktywność partii nacjonalistycznych zjednoczyła republikanów w jednolitym froncie, który pokonał zwolenników starego porządku.

Ponadto w 1901 r. narodziła się republikańska, radykalna Partia Socjalistyczna, pierwsza nowoczesna partia polityczna, pomyślana jako machina wyborcza grupy republikańskiej. Miała ona własną organizację i struktury terenowe wypracowane przez dreyfusistów. Równocześnie z aferą powstała francuska Liga Praw Człowieka. Była ona skupiskiem lewicy intelektualnej, bardzo aktywnej na początku wieku i czymś w rodzaju wyroczni dla tej lewicy.

Wcześniej antysemityzm był ograniczony do elity intelektualnej. Afera Dreyfusa rozszerzyła nienawiść do Żydów na wszystkie warstwy społeczeństwa. Od tego momentu był on propagowany w wielu środowiskach, w tym wśród robotników. Kandydaci w wyborach parlamentarnych wykorzystywali antysemityzm jako hasło przewodnie swoich kampanii. Jego apogeum miało miejsce w 1905 roku w okresie rozdziału kościoła od państwa.

Kolejną konsekwencją społeczną była zwiększona rola prasy. Po raz pierwszy wywarła ona istotny wpływ na francuskie życie polityczne. Już można było mówić o czwartej władzy, zwłaszcza że wysoki poziom redakcyjny prasy wynikał głównie z zatrudniania pisarzy i powieściopisarzy, którzy wykorzystywali gazety jako rewolucyjny środek wyrazu.

Były też konsekwencje międzynarodowe. Właściwie to wszystkie źródła podkreślają, że afera przyczyniła się do powstania syjonizmu. Angielska Wikipedia pisze:

»Austro-węgierski dziennikarz Theodor Herzl wydawał się być głęboko poruszony aferą Dreyfusa, która nastąpiła po jego debiucie jako korespondenta Neue Freie Presse w Wiedniu. Był on obecny przy degradacji Dreyfusa w 1895 roku. Afera podziałała na Herzla jak katalizator. Przed falą antysemityzmu, która towarzyszyła degradacji, Herzl był „przekonany o konieczności rozwiązania kwestii żydowskiej”, co stało się dla niego „obsesją”. W Der Judenstaat (Państwo Żydów) uznał, że:

Francja – bastion emancypacji, postępu i powszechnego socjalizmu – może dać się wciągnąć w wir antysemityzmu i pozwolić paryskiemu tłumowi skandować „Zabić Żydów!” Gdzie więc mogą znów być bezpieczni – jeśli nie we własnym kraju? Asymilacja nie rozwiązuje problemu, ponieważ świat gojów na to nie pozwoli, jak to wyraźnie pokazała sprawa Dreyfusa…

Herzl był w szoku, gdyż żyjąc w młodości w Austrii, kraju antysemickim, wybrał życie we Francji ze względu na jej humanistyczny wizerunek, który sprawiał, że wydawała się ona schronieniem przed ekstremistycznymi ekscesami. Pierwotnie był fanatycznym zwolennikiem asymilacji Żydów w europejskich społeczeństwach gojów. Sprawa Dreyfusa wstrząsnęła spojrzeniem Herzla na świat i całkowicie pochłonął go maleńki ruch wzywający do przywrócenia państwa żydowskiego w biblijnej ojczyźnie w Izraelu. Herzl szybko przejął kierownictwo ruchu.

29 sierpnia 1897 roku zorganizował on pierwszy kongres syjonistyczny w Bazylei i jest uważany za „wynalazcę syjonizmu jako prawdziwego ruchu politycznego”. 1 września 1897 roku Theodor Herzl napisał w swoim dzienniku:

Gdybym miał podsumować Kongres Bazylejski jednym słowem – czego nie zrobię publicznie – brzmiałoby to tak: W Bazylei założyłem Państwo Żydowskie. Gdybym powiedział to dzisiaj na głos, odpowiedziałby mi powszechny śmiech. Być może za pięć lat, a na pewno za pięćdziesiąt, wszyscy się o tym przekonają.«

A więc do zbudowania państwa Izrael potrzeba było nie tylko I i II wojny światowej, ale także afery Dreyfusa. Ale to nie ona była przyczyną powstania ruchu syjonistycznego, tylko ten ruch jej potrzebował. Jak wspomniałem w poprzednim blogu „Nazizm”, to Józef Popper-Lynkeus pierwszy twierdził, że powstanie własnego państwa żydowskiego rozwiąże problem antysemityzmu.

Ale po co było Żydom potrzebne państwo Izrael? Henryk Rolicki w swojej książce z 1932 roku Zmierzch Izraela pisze:

»I tak wyniki rewolucji francuskiej, nadanie żydom pełni praw, w rezultacie zagroziły ich istnieniu. Nie pomógł i socjalizm. Wyrzekał się wprawdzie ojczyzny, a więc nie wymagał też asymilacji, ale aż do pierwszych lat XX w. żądał wyrzeczenia się narodowości wszelakiej, a więc także i żydowskiej. Toteż żydzi i w międzynarodówce musieli uprawiać fałszywą grę; musieli odżegnywać się od tego, jakoby uważali się za żydów. Tak więc zdobycze rewolucji francuskiej i socjalizm rozprzęgły żydostwo.

„To, co wyszło na dobre indywiduum żydowskiemu, stało się pułapką dla żydostwa”. – S. Bernstein, Der Zionismus, sein Wesen und seine Organisation.

Podniesienie żydowskiego poczucia zbiorowego stało się koniecznością, jeżeli kierownictwo nie miało zrezygnować z dalszego operowania ludem izraelskim.

W połowie XIX w. kierownicy judaizmu poczęli sobie zdawać sprawę z tego, że socjalizm, beznarodowy i międzynarodowy, ułatwił im położenie, lecz nie rozwiązywał trudności. Usiłowano więc chwycić się środków, które by obudziły wśród żydów zachodnich poczucie przynależności do szczepu i tradycji żydowskich. Najbardziej obiecującym środkiem było zainteresowanie ich Palestyną.«

Skoro więc kierownictwo żydowskie uznało, że ocalenie żydostwa leży w przywróceniu poczucia przynależności do szczepu i tradycji żydowskich i że najlepszym sposobem do osiągnięcia tego celu będzie stworzenia państwa w Palestynie, to jedyne, co pozostało do zrobienia, to skłonienie części Żydów, rozproszonych po całym świecie, do osiedlenia się w Palestynie. A jak to zrobić? Jak ich skłonić do tego? Najprościej poprzez wzbudzanie antysemityzmu wszędzie, gdzie się da. Na pierwszy ogień poszła Francja, ten bastion emancypacji, postępu i powszechnego socjalizmu, jak ją określił Herzl. I tak, trzask prask, raptem przeszła ona metamorfozę i z roku na rok stała się antysemicka. Doprawdy trzeba mieć wielkie talenty i środki, by dokonać takiej przemiany. Ale chyba nie tylko to. To było bardzo skomplikowane przedsięwzięcie. Ilu ludzi na różnych szczeblach hierarchii społecznej trzeba było zaangażować. I to nie tylko w Paryżu, ale w całej Francji i w Algierii.

No właśnie! Jeśli w sprokurowanie tej afery zaangażowano tylu ludzi, to kim oni byli? Jeśli Żydami, to by znaczyło, że jest ich o wiele więcej, niż oni twierdzą, że ich jest. A zdaje się, że to, na czym im najbardziej zależy, to przekonanie nas, że jest ich mało, bardzo mało. Ale afera Dreyfusa pokazuje coś innego. Pokazuje też, że oni traktują innych jak idiotów. No bo jak wytłumaczyć fakt, że notatka, pisana rzekomo przez Dreyfusa, podarta na parę części, znalazła się w koszu ambasady niemieckiej? Podarta tak, by można było ją skleić i odczytać.

Antysemityzm, pomimo powstania państwa Izrael, jest nadal Żydom niezbędny, bo nadal większość Żydów żyje w rozproszeniu po całym świecie. To jest ich najważniejsze spoiwo. Antysemityzm każe im współpracować ze sobą, wspierać się i pomagać sobie w razie potrzeby. Bez antysemityzmu diaspora rozpadnie się. Dlatego Żydzi wszędzie i zawsze są tymi, którzy ten antysemityzm tworzą i oskarżają o niego bezpodstawnie innych. Mogą to czynić, bo to im umożliwia asymilacja, czyli coś, co uniemożliwia innym ich rozpoznanie. I w ten sposób zasymilowany Żyd krzyczy: bij Żyda! I już mamy antysemityzm i wszystkie media, których oni są właścicielami, oznajmiają nam, że to my tak krzyczymy.

O aferze Dreyfusa nie zapomniano we Francji. W angielskiej Wikipedii piszą:

»W październiku 2021 roku prezydent Francji Emmanuel Macron otworzył w Médan na północno-zachodnich przedmieściach Paryża muzeum poświęcone aferze Dreyfusa. Powiedział, że nic nie może naprawić upokorzeń i niesprawiedliwości, których doznał Dreyfus, ale nie powtarzajmy ich.

Wzmianka o ich niepowtarzaniu jest następstwem prób francuskiej skrajnej prawicy kwestionowania niewinności Dreyfusa. W 1994 roku jeden z pułkowników został zwolniony ze służby za opublikowanie artykułu sugerującego, że Dreyfus był winny. Prawicowy polityk Jean-Marie Le Pen twierdził, że zwolnienie Dreyfusa było „sprzeczne z całym znanym orzecznictwem”. Éric Zemmour, skrajnie prawicowy przeciwnik polityczny Macrona, wielokrotnie w 2021 roku powtarzał, że afera Dreyfusa nie została wyjaśniona, a jego niewinność „nie była oczywista”.«

Czyli że francuska prawica jest zażydzona, podobnie jak i polska i każda inna.

Nazizm

Nazizm jest skomplikowaną ideologią, bo łączy w sobie jakby dwie sprzeczne ze sobą ideologie: nacjonalizm i socjalizm. Tak przynajmniej było jeszcze w XIX wieku. Później zaczęło się to zmieniać. Później, to znaczy po I wojnie światowej. Nie udała się rewolucja bolszewicka w Niemczech w listopadzie 1918 roku. A może miała się nie udać? Może miała powstać ideologia wroga socjalizmowi, który z założenia jest międzynarodowy. Jakiż więc socjalizm miałby stawić czoła socjalizmowi międzynarodowemu? Tylko socjalizm narodowy. Oswald Spengler przedstawił swoją doktrynę w 1919 roku. NSDAP, czyli Narodowosocjalistyczna Niemiecka Partia Robotników powstaje w lutym 1920 roku. Mamy więc z jednej strony państwo socjalistyczne, które pragnie szerzyć idee rewolucyjne po całym świecie, a z drugiej – państwo, któremu brakuje przestrzeni życiowej i przekonane o wyjątkowości narodu w obrębie tego państwa. Do konfliktu musiało dojść, zwłaszcza że państwa te, po zlikwidowaniu karykaturalnego tworu zwanego II RP, miały wspólną granicę.

Dla porządku wypada jeszcze dodać, że najlepszy wynik wyborczy NSDAP w wolnych wyborach to 37%. Hitler doszedł do władzy w wyniku politycznych gierek ówczesnych elit partyjnych w Niemczech, a nie dlatego, że wybrał go naród niemiecki.

Encyklopedia PWN tak pisze o nazizmie:

»Nazizm, narodowy socjalizm, hitleryzm, ruch polityczny (od 1919), ideologia, od przejęcia władzy przez A. Hitlera (1933) system państwowy w Niemczech (tzw. III Rzesza).

Nazizm jako ideologia pokonanych, rozczarowanych i spragnionych odwetu był przepełnionym nienawiścią programem negacji powojennego ładu; zwracał się przeciw liberalizmowi, systemowi wielopartyjnemu i parlamentaryzmowi, demokracji, marksizmowi, komunizmowi i pacyfizmowi, które uznawał za inspirowane i wspierane przez Żydów; występował przeciwko chrześcijaństwu i Kościołom, próbując stworzyć własną „religię germańską”. Nazizm głosił skrajny antyindywidualizm, dążąc do zawładnięcia „całym człowiekiem”, wymagał nie tylko lojalności i posłuszeństwa, ale i czynnego wspierania ruchu, m.in. przez doskonalenie „narodowosocjalistycznego instynktu”. 

Nawiązując do ideologii romantyzmu i rasizmu głosił skrajny nacjonalizm, uważając naród za wspólnotę krwi, zdeterminowaną biologicznie i rasowo. Opierając się na darwinizmie społecznym uznawał siłę i i walkę za podstawowe prawo społeczne. Nacjonalizm w nazizmie znajdował wyraz w ideologii wroga, którego należy bezwzględnie zwalczyć; wrogiem był Żyd, komunista, liberał, socjaldemokrata. Wyrazem nacjonalizmu były także teorie „krwi i ziemi”, braku „przestrzeni życiowej” i pochwała wojny. Nazizm demagogicznie łączył ideę nacjonalizmu z elementami socjalizmu, stojąc na stanowisku, że każdy naród ma prawo do własnej wersji socjalizmu.«

Z kolei Wikipedia pisze:

»Po raz pierwszy w historii nazwa narodowy socjalizm pojawiła się we Francji. Użył jej Maurice Barrès w piśmie „Courier de l’Est” (artykuł Que faut-il faire?) z 2 V 1898 roku. Kilka lat potem zwrot ten powtórzył w artykule Socialisme et nationalisme („La Patrie” z 27 II 1903), dzięki czemu został spopularyzowany.

Que faut-il faire?” – znaczy to mniej więcej tyle, co leninowskie „Szto diełat?”(Co robić?).

Maurice Barrès (1862-1923) – francuski powieściopisarz, eseista i teoretyk nacjonalizmu. W wieku 27 lat wszedł do Izby Deputowanych. W tym czasie starał się stworzyć socjalizm narodowy, działając w kręgach lewicowych. Pragnął obrony robotników francuskich przed imigrantami i był przeciwnikiem importu produktów zagranicznych. Afera Dreyfusa wpłynęła na rozejście się drogi Barrèsa z socjalizmem i socjalistami i wykrystalizowaniem się nacjonalizmu, który nie miał charakteru ekspansjonistycznego, a obronny. Chciał odzyskać ziemie, które Francja straciła w 1871 roku. Był wrogo nastawiony do Niemców. Chwalił militaryzm i tradycję, podkreślał rolę przeszłości i jej wpływ na życie narodu.

Narodowy socjalizm, nazizm – to rasistowska, antykomunistyczna, antydemokratyczna i antysemicka ideologia Narodowosocjalistycznej Niemieckiej Partii Robotników (NSDAP). Niemiecka, skrajna odmiana faszyzmu, opierająca się na darwinizmie społecznym, biologicznym rasizmie, w szczególności na antysemityzmie, wyrosła na gruncie militaryzmu pruskiego i niemieckiego szowinizmu, czerpiąca z haseł nacjonalnych, jak i socjalnych.

Nazwę doktryny przypisuje się konserwatywnemu myślicielowi Oswaldowi Spenglerowi, który w eseju Duch pruski a socjalizm (1919) przedstawił własną koncepcję terminu socjalizm, odmienną od powszechnie z nim kojarzonym socjalizmem naukowym lewicy rewolucyjnej. Perspektywa Spenglera przedstawiała wielowiekowe zmagania Niemiec o korzystną pozycję wśród innych narodów i walkę o dominację nad nimi mającą charakter rewolucji narodowej. Tak pojęty socjalizm narodu niemieckiego przeciwstawia parlamentaryzmowi brytyjskiemu, określonemu jako nieskuteczny, a także marksizmowi, który uważa za czynnik konfliktujący elity konserwatywne oraz zwykłych pracowników. Spengler nie był jedynym konserwatystą, z którego dorobku czerpał nazizm. Inni to: Hegel, Schopenhauer oraz Nietzsche.

Nazizm wprowadzał w życie zasady antyliberalnego kolektywizmu, który stał się wizytówką kultury publicznej III Rzeszy i promował etniczny fundamentalizm. Niemiecka odmiana faszyzmu jako skrajnie antyindywidualistyczna promowała zasady etatyzmu i korporacjonizmu. Sporo uwagi interwencjonistycznej gospodarce nazistowskiej poświęcali Luwig von Mises i Friedrich von Hayek. Wspomniani ekonomiści uważali, że pod względem ekonomicznym nazizm promował w istocie centralne planowanie w socjalistycznym wydaniu. Należy przy tym pamiętać, że działalność obu ekonomistów zbudowana była na negacji doktryny socjalistycznej oraz zasadzie przeciwieństw między wartościami wolnego rynku, a ich socjalistycznymi antytezami. Z poglądami Misesa i Hayeka nie zgadzają się przedstawiciele lewicy, definiujący często narodowy socjalizm jako jedną z form kapitalizmu. Zdaniem skrajnej lewicy nazizm stanowi wręcz najwyższe i i najbardziej zdeprawowane stadium kapitalizmu.«

Z przytoczonych powyżej fragmentów widać, że z tym nazizmem jest problem: czy on ma korzenie prawicowe, czy – lewicowe. Z definicji encyklopedii PWN wynika, że nazizm demagogicznie łączył ideę nacjonalizmu z elementami socjalizmu, stojąc na stanowisku, że każdy naród ma prawo do własnej wersji socjalizmu. Co to jednak znaczy „demagogicznie” encyklopedia nie wyjaśnia.

Żeby więc zrozumieć czym jest nazizm, czyli narodowy socjalizm, to trzeba znać definicje socjalizmu i nacjonalizmu. Szukałem definicji socjalizmu w internecie, w słownikach, ale wszystkie one jakieś takie mętne, nieprecyzyjne. Wydaje mi się, że najprościej to tłumaczy Feliksa Eger w swojej książce Historia towarzystw tajnych, wydanej w 1904 roku. Eger pisze:

„Nazwa socjalizmu nadana została wszelkim systemom dążącym do przetworzenia społeczeństwa. Co do sposobu wykonania systemy te dzielą się na dwa rodzaje: jeden z nich dąży do przeobrażenia rodziny i własności przy pomocy stowarzyszeń, którymi by państwo kierowało, co jest właściwym socjalizmem; drugi pragnie znieść wszelką własność osobistą, ustanowić wspólność dóbr, usunąwszy wszelką interwencję rządu; to się nazywa komunizmem. Idee socjalistyczne i komunistyczne są koniecznym wynikiem dogmatu i moralności masońskiej, a tło ich stanowi materializm i naturalizm. Już w XVIII wieku wolnomularze francuscy objawili zasady socjalistyczne i starali się zaprowadzić komunizm.”

Natomiast nacjonalizm tłumaczy Tadeusz Gluziński w książce Odrodzenie idealizmu politycznego z 1935 roku. Pisze on:

„Dopiero następstwa takich historycznych faktów, jak zjednoczenie Włoch i Niemiec, jak bohaterska obrona po pogromie Francji w 1871 r. przejawiając rosnącą samowiedzę u narodów europejskich, dały ponownie pochop do nowych sformułowań. W końcu XIX w. zjawiają się pisarze narodowi we Francji, Włoszech i Niemczech; ci wyraziciele, a poniekąd i twórcy nowych ruchów, wychowani w doktrynach wolnomularskich, sądzą, że prawo do istnienia i widoki na zwycięstwo może mieć tylko taki ruch narodowy, który socjalizmowi, czyli internacjonalizmowi potrafi się przeciwstawić w równie skończonej szacie naukowej, a więc uzbrojony we własną filozofię, historiozofię, a – co w owym czasie uchodziło za najważniejsze – oparty o nauki przyrodnicze. Tak sformułowane systemy, jako przeciwieństwo internacjonału, czyli międzynarodówki socjalistycznej, nazwano nacjonalizmem. Twórcy ich oddychali od dziecka oparami filozofii pozytywistycznej; przyroda była dla nich bóstwem, jej prawda najwyższym przykazaniem, nieubłagana walka o byt koniecznością żelazną, pochłanianie słabszych przez silniejszych codziennym zdarzeniem życia. Naród – mówili – to po prostu organizm wyższego rzędu; jedynym kryterium jego działania winien być jego własny interes, pojęty skrajnie egoistycznie. Teoria egoismo sacro, która dziś jeszcze na wskroś przenika faszyzm, łączy się bezpośrednio z samymi podstawami sformułowań nacjonalizmu.

W Polsce literatura nacjonalistyczna – mimo swych odrębności, wynikłych z ówczesnego położenia Polaków, jako narodu pozbawionego państwa – także nasiąkła wyziewami pozytywizmu. I u nas uznano naród za organizm (bez żadnej przenośni), walczący o byt, podlegający chorobom a nawet zarazom. Ten naród-organizm winien kierować się w swym postępowaniu li tylko skrajnym egoizmem, jaki obserwujemy rzekomo wszędzie w przyrodzie; Zygmunta Balickiego Egoizm narodowy zawierał w sobie przykazania etyczne dla polskiego nacjonalisty.

Dążnością polskich pisarzy narodowych stało się stworzyć system możliwie wykończony i zwarty, możliwie w swym ujęciu naukowy i obiektywny. Chłodne, rozumowe traktowanie zagadnień było naturalnym przykazem, wymogiem owej naukowości, w której pławiła się cała Europa. Doktrynie socjalistycznej usiłowano położyć tamę przez zbudowanie doktryny nacjonalistycznej. Socjalistycznemu światopoglądowi przeciwstawiano światopogląd narodowy.

Taki system nacjonalizmu w Polsce, jak i gdzie indziej, pod grozą utraty swego naukowego charakteru, nie mógł się oczywiście obejść bez definicji naczelnego pojęcia, a więc bez definicji pojęcia narodu; ile na ten temat wyczyniono harców myślowych, by znaleźć potrzebne do definicji słowa, a jak przy tym niekiedy poświęcano zdrowy sens, wystarczy wspomnieć, że przez długi czas czczono, jak fetysza, definicję, mocą której naród był zbiorowością ludzką, osiadłą na pewnym określonym terytorium, posiadającą wspólny język i wspólną historię. Na gruncie tej definicji żydzi, którzy propagowali z początkiem XX w. masowy ruch asymilacyjny swej inteligencji i wchodzili w polskie życie publiczne, twierdzili – przy aplauzie polskich nacjonalistów – że odrębny naród żydowski nie istnieje, nie posiada bowiem ani wspólnego terytorium (Palestyna nie jest takim terytorium, bo mieszka w niej tylko znikoma ilość żydostwa), ani wspólnego języka (ani hebrajski, ani tym bardziej żargony nie są językiem wspólnym dla żydów), ani wreszcie historii (boć historia żydów – to niejako historia rozmaitych narodów, wśród których żydzi żyją). Jest to jaskrawy przykład, jak pogoń za naukowością i wyssany z łona XIX w. doktryneryzm przesłaniał nawet nacjonalistom rzeczywistość i rozbrajał ruch narodowy w stosunku do istotnych niebezpieczeństw.”

Czym jest zatem narodowy socjalizm, czyli nazizm? Czy jest to proste połączenie nacjonalizmu i socjalizmu? Czy miało to być połączenie z natury ekspansywnego socjalizmu z zamkniętym w sobie nacjonalizmem i stworzenie ideologii ekspansywnego nacjonalizmu? I kto na to wpadł? Adolf Nowaczyński w książce Plewy i perły z 1934 roku pisze:

»Że w żydostwie niemieckim, maluczko a także i w światowym zmieniają już ster ku Hitleryzmowi, to znaczy, że zaczynają próbować się łasic, na to przytoczymy jeszcze dwa dowody.

Pierwszy to przypomnienie Niemcom tego, że to jednak starozakonnik był ten, który pierwszy przepowiedział zwycięstwo Hitlera! Wróżbita! Jasnowidz! W r. 1925 wydał swą powieść Artur Landsberger pt. „Berlin bez żydów” wizję przyszłości, z której bardzo wiele przewidywań spełniło się co do joty. Teraz to na gwałt przypominają Hitlerowi i jeszcze dyskretnie, ale już nachalnie triumfują. Landsberger był Johanaanem tego Hamana! Po pierwsze!

Drugie – to udowodnienie czarno na białym, że ten cały Hitler większą połowę swego programu wziął, po prostu zeskamotował także, co tu zatajać jednak, znów żydowi. Co to, tam gadać, co to udawać oryginalnych! Co tam Niemiec potrafi wymyślić? Niedawno przecież pisał „Nasz Przegląd”:

„Cham nie rozumie. Cham nie wie, że genialni żydzi Haber, Bosch, Frank Caro czy Weinberger stworzyli możliwości pracy dla dziesiątków tysięcy nordyckich, germańskich Niemców. Cham nie wie, że dla rozkwitu cywilizacji i kultury niemieckiej 600 000 żydów zrobiło przynajmniej tyle co 65 milionów Niemców”…

„Nasz Przegląd” pisał to miesiąc temu (kiedy jeszcze krew zalewała oczy) w przekonaniu, że o tym żaden Bismarck, żaden Moltke, żaden Hitler nigdy się nie dowie… „Cham” niemiecki nie wynalazł więc i programu Nazi-Sozi. W praskim „Prager-Tageblacie” jeden z mędrców Syjonu udowodnił teraz czarno na białym, że najważniejsza część tej ideologii, tj. „obowiązek służenia w armii pracy” („Arbeitsdienstpflicht”), to „w gruncie rzeczy” tylko realizacja pomysłu wiedeńskiego „mędrca Syjonu” Józefa Poppera. Nie jest to żaden dowód kliniczny pansemickiego superiority complex (G. B. Shaw dixit) nie, to czysta prawda. Według żydowskiej bojowej – „Weltbühne” Popper („Lynkeus”) to był „ostatni humanista Zachodu” (sic), „bezpośredni potomek encyklopedystów francuskich” (sic). Mało kto wie o tym, że taki Popper (nie Pomper) „sam dokonywał wynalazków” (sic). W r. 1878 opublikował „ostatni humanista” Popper swą fundamentalną (sic) pracę: „Prawo do życia, i obowiązek śmierci”. On wynalazł „obowiązek służenia w armii wyżywienia” (sic), a potem to on napisał dzieło „Wojna, służba wojskowa i ustrój państwowy”, gdzie obok „Nahrpflicht” postawił także „Wehrpflicht”. I z tych to dwóch „dzieł” inżyniera Poppera „bezpośredniego potomka encyklopedystów francuskich” (i… szynkarzy galicyjskich) cały swój program po prostu oderżnęli narodowi socjaliści. Nie z żadnego Gobineau ani z H. S. Chamberlaina, nie ze Sorela i z Pareto, nie od Mussoliniego i Papiniego, nie z Chestertona i od Belloca, a przeważnie i jedynie od J. Poppera (Lynkeusa), dodając do tego barbarzyński antysemityzm Tacyta, Cycerona, Dantego, Woltera, Goethego, Bonapartego, Dostojewskiego, Marksa i warszawskich Endeków…

Czy jest atoli szansa, że Hitler realizując genialne dzieła „ostatniego humanisty Zachodu” (p. p. Popper, Wien. Central-Caffe) może jeszcze zmieni się nieco i poprawi, gdy krew przodków w nim się odezwie? Otóż jest. Tak bowiem twierdzi niezawodny bojownik „Naszego Przeglądu” S. H., pisząc:

„Gdyby tedy Hitler naprawdę chciał prowadzić ideę popperowską, nie propagowałby antysemityzmu, który jest antytezą tej idei”. Może zechce?«

O Józefie Popperze (1838-1921) polska Wikipedia nie pisze, odsyła do angielskiej, a w niej można przeczytać:

»Pomysły Poppera-Lynkeusa były jak na jego czasy nowatorskie. W inżynierii myślał o możliwości przesyłania energii elektrycznej, zamiany energii mechanicznej wodospadów i przypływów na energię elektryczną (1862). W fizyce myślał o zależności masa-energia (1883) i idei energii kwantowej (1884), zasadzie nieuniknionego zniekształcenia parametrów badanych obiektów przez przyrządy pomiarowe. W psychologii myślał o interpretacjach snów opartych na analizie konfliktu między społeczną świadomością jednostki a jej zwierzęcymi instynktami (opowiadanie Śniąc jak na jawie, 1889). Kilka lat przed Theodorem Herzlem w dziele Książę Bismarck i antysemityzm (1886) Popper-Lynkeus doszedł do wniosku, że Żydów przed antysemityzmem może uratować tylko własne państwo. Jego stworzenie uważał za pilną potrzebę, a rodzaj ustroju na początku nie miał znaczenia. To nawet mogłaby być monarchia.

Wspomniane opowiadanie zostało włączone do zbioru opowiadań filozoficznych pod wspólnym tytułem Fantazje realisty, który ukazał się w 1899 roku i doczekał się dwudziestu wydań. Od tego czasu Popper-Lynkeus używał pseudonimu Lynkeus – od bystrowidzącego strażnika ze statku Argonautów, występującego także w Fauście Goethego. Trzy z wielu pomysłów, jakie Popper-Lynkeus zasugerował w tym zbiorze to:

  • Wpływ muzyki marszowej na masy;
  • O celowości niektórych kar;
  • Prawo każdej jednostki do istnienia.

Popper-Lynkeus wspomina o wielkiej sile, jaką muzyka ma nad masami. Twierdził, że muzyka marszowa często służy jako wsparcie tyranii, przekształcając masy w plastyczną substancję, którą można formować w dowolny sposób. Ta idea Poppera-Lynkeusa jest podobna do tej Lwa Tołstoja, który powiedział: „Ci, którzy chcą mieć więcej niewolników, powinni komponować więcej muzyki marszowej.”

W wymiarze sprawiedliwości Popper-Lynkeus utrzymywał, że publiczne potępienie powinno być główną karą za popełnione przestępstwa, a do więzienia powinni trafiać tylko recydywiści. Według Poppera-Lynkeusa prawo do istnienia jest podstawowym i naturalnym prawem każdego człowieka i z tego powodu państwo nie powinno wymierzać kary śmierci bez jego zgody. Był zwolennikiem obowiązkowej służby wojskowej, ale pod warunkiem, że na pola bitew będą wysyłani tylko ochotnicy.

Według Poppera-Lynkeusa społeczeństwo ma obowiązek zapewnić swoim członkom dobra pierwszej potrzeby – żywność, odzież i mieszkanie – a także usługi pierwszej potrzeby – publiczną opiekę zdrowotną, wychowanie i edukację. Jednak każdy zdrowy członek społeczeństwa w ramach służby pracy uczestniczyłby w zajęciach niewymagających wyższego lub średniego wykształcenia specjalistycznego, a związanych z tworzeniem materialnych podstaw gospodarki narodowej (np. górnictwo, leśnictwo, praca w gospodarstwie rolnym, prace budowlane). Zajmowałby się również produkcją towarów i świadczeniem podstawowych usług.

Zdaniem Poppera-Lynkeusa sprawiedliwe społeczeństwo powstałoby nie w wyniku gwałtownego przewrotu społecznego, ale w wyniku procesu perswazji i wspólnego konsensusu. W tym społeczeństwie każda jednostka w ciągu swojego życia przechodziłaby cztery etapy wieku społecznego (trzeci z nich można pominąć): 1) edukacyjny (do 18 roku życia); 2) naturalno-ekonomiczny (mężczyźni do 30 lat, kobiety do 25 lat); 3) finansowo-ekonomiczny; 4) renta. Każdy członek społeczeństwa określiłby granicę między dwoma ostatnimi etapami według własnego uznania.

W drugim z tych etapów wszyscy zdrowi członkowie społeczeństwa biorą udział w służbie pracy i na tej podstawie uzyskują prawo do bezpłatnego zaspokojenia podstawowych potrzeb w ciągu całego swojego życia.

W trzecim etapie ci członkowie społeczeństwa, którzy chcą pracować, mogą prowadzić działalność finansową i gospodarczą w jednym z sektorów państwowych lub prywatnych (w tym ostatnim przypadku albo jako pracownicy najemni, albo jako wolni przedsiębiorcy). Otrzymują zapłatę za swoją pracę, co umożliwia im zakup towarów i dostęp do usług niepodstawowych.

W ostatnich dwóch z wyżej wymienionych etapów wieku społecznego każdy człowiek jest wolny. Nie można tego powiedzieć o dwóch pierwszych etapach, kiedy ludzie zdobywają wolność i dorastają, by być jej w pełni świadomymi. Jak zauważył Popper-Lynkeus, wraz z postępem naukowym i technologicznym czas trwania drugiego etapu będzie się stopniowo zmniejszał. Jednocześnie rozszerzałby się zakres pojęcia towarów i usług pierwszej potrzeby.

Wśród warunków niezbędnych do stworzenia takiego systemu społecznego, zdaniem Poppera-Lynkeusa, jest konieczność pielęgnowania w dorastającym pokoleniu na pierwszym etapie wieku społecznego takich cech, jak miłość i szacunek do innych ludzi, chęć do pracy i negatywny stosunek do fałszywych potrzeb, oraz konieczność wypracowania sobie nawyków racjonalnego wykorzystania wolnego czasu.

Wśród wielbicieli pomysłów Poppera-Lynkeusa byli fizycy Albert Einstein i Ernst Mach, filozofowie Martin Buber i Hugo Bergman, chemik Wilhelm Ostwald, matematyk Richard von Mises, statystyk Karl Ballod (Kārlis Balodis), fizjolog Theodor Baer, psycholog Zygmunt Freud, pisarze Max Brod, Stefan Zweig i Arthur Schnitzler oraz założyciel syjonistycznego ruchu rewizjonistycznego Ze’ev Żabotyński.

Żabotyński zwrócił uwagę na pięć elementów minimalnego programu Poppera-Lynkeusa: żywność, ubrania, mieszkania, usługi zdrowotne i edukację. Nazywając brak któregokolwiek z tych czynników „dziurą”, powiedział: „Społeczeństwo ludzkie jest podobne do przedszkola. W przedszkolu jest pięć dziur, zgodnie z tymi pięcioma elementami. Dzieci bawiące się w przedszkolu są zagrożone wpadnięciem do jednej z nich. Co robi gwardia pruska? Stawia tarcze z napisami: ‘Nie idź w prawo!’ lub ‘Nie idź w lewo!’ Za Popperem-Lynkeusem proponuję zakryć wszystkie te dziury i dać dzieciom możliwość swobodnej zabawy, tak jak chcą”.

W przeddzień 150-tej rocznicy urodzin Josefa Poppera na Uniwersytecie Johanna Wolfganga Goethego we Frankfurcie nad Menem utworzono fundację, której celem jest badanie i propagowanie jego dorobku i idei.«

Wychodzi więc na to, że pewne idee są starsze niż niektórzy próbują nam wmówić. Że marksizm kulturowy nie jest wcale taki oryginalny, że to, co nam obiecują globaliści też nie do końca jest nowatorskie. Wszystko już wcześniej zostało wymyślone, tylko czekało na swój czas. Nawet to owsiakowe „róbta, co chceta”.

Niektórzy stawiają znak równości pomiędzy nazizmem a faszyzmem, a nawet uważają nazizm za skrajną odmianę faszyzmu, co jest nieprawdą. W nazizmie mamy do czynienia z kultem narodu, a w faszyzmie – państwa. Można sobie oczywiście zadać pytanie, czy to ma jakieś znaczenie, skoro te wszystkie ideologie tworzą Żydzi na swój użytek. Może tylko takie, że będziemy wiedzieć, jak bardzo ten naród zdominował nasze życie umysłowe. Podstawiają nam coraz to nowe pomysły na poprawę naszego życia, które ma się zmienić na lepsze po ich zrealizowaniu, a tak naprawdę, to służą do osiągnięcia ich celów.

Gierek

W piątek 21 stycznia wszedł na ekrany kin film „Gierek”. Podobno w czasie weekendu obejrzało go ponad 100 tys. widzów. Dla jego realizatorów i producentów to znak, że ich dzieło podoba się publiczności, a dla wielu – że Polacy ciepło wspominają tamten okres. Oczywiście nie brakuje takich, którzy podchodzą krytycznie do całego PRL-u, a więc i do dekady Gierka. Co człowiek, to ocena. Nie ulega wątpliwości, że było wielu, którzy skorzystali na tych przemianach, ale nie wszyscy. Tak jak zawsze.

Ja dekadę Gierka przeżyłem świadomie, więc pamiętam, jak to było. Gdy dziś patrzę na nią z perspektywy czasu, to widzę wyraźniej to, czego wtedy nie mogłem zauważyć, bo nie miałem porównania, szerszego spojrzenia. Polska otworzyła się wtedy na świat, ale było to otwarcie jednostronne. Znaczy to, że świat do nas przyszedł, ale my do tego świata pójść nie mogliśmy. A jeśli już, to tylko nieliczni. Mogliśmy więc oglądać go poprzez pośredników, którymi były rado i telewizja.

Propaganda gierkowska to było to, co najbardziej się udało w tamtym okresie i co działało. Trudno, by było inaczej, skoro miało się monopol na pokazywanie jak wygląda świat, a konkretnie Zachód, a tylko nieliczni mogli zweryfikować ten obraz. Zachód to było bezrobocie, inflacja i kryzysy, choćby takie jak kryzys naftowy z 1973 roku. U nas natomiast była pełna sielanka. Ja codziennie, idąc do szkoły, mijałem coś, co dzisiaj nazywamy billbordem, a na nim hasło umieszczone na mapie Polski: „Aby Polska rosła w siłę, a ludziom żyło się dostatniej”. To było na samym początku dekady.

W telewizji był Dziennik Telewizyjny, który zaczynał się o 19.30. Pierwsza część, informacyjna, trwała pół godziny. Po niej następne pół godziny, to była propaganda. W tej części informowano nas o tym, jakie to wielkie inwestycje realizuje rząd i jaką to potęgą gospodarczą jesteśmy. A byliśmy, według tej propagandy, 10-tą gospodarką świata. W radiu, w Jedynce, była audycja „Tu mówi Jedynka”, tak chyba się ona nazywała, od 16-tej do 19-tej. A w niej ciągle o tym, jak to na Zachodzie źle, jakie tam bezrobocie, inflacja i kryzysy. To wszystko przerywane muzyką, oczywiście w większości zachodnią. Tego słuchał człowiek codziennie i nie sposób było nie ulec. Wtedy nie było internetu. A dziś jest i robi ludziom wodę z mózgu. Coś się zmieniło?

Jednak propaganda to jedno, a życie to drugie. Trochę tych ludzi wyjeżdżało na Zachód i opowiadali jak tam jest. W końcu człowiek widział, że Zachód to coś lepszego, nie tylko z opowiadań, ale i z tego, że produkty zachodnie były lepsze niż polskie. Dżinsy marki „Odra” były zupełnie innej jakości niż te z Pewex-u, w którym można było kupować za dolary i inne waluty zachodnie. Tylko że tam na zakupy stać było tylko nielicznych.

Cechą charakterystyczną tej dekady, szczególnie jej pierwszej połowy, były tzw. czyny społeczne, czyli wykonywanie jakichś prac nieodpłatnie, często w niedziele lub przy wykorzystywaniu uczniów szkół średnich. Pachnie Koreą Północną? Mogły to być prace przy budowie drogi lokalnej lub sadzenie lasu. Obu tych prac doświadczyłem osobiście. Były też pochody pierwszomajowe, których unikanie, w przypadku uczniów, mogło skończyć się obniżoną oceną z wychowania obywatelskiego, jeśli wychowawca klasy był wredny. Krążył wtedy dowcip, że siła złotówki tkwi w cynie, w cynie społecnym, bo te monety były z cyny.

Problemy braku zbilansowania tej gospodarki pojawiły się szybko i próbowano sobie radzić z nimi nie tylko poprzez czyny społeczne. Jednym ze sposobów było okradanie ludzi z części ich zarobków. Zaczęto klepać monety kolekcjonerskie, przekonując ludzi, że to doskonała inwestycja na przyszłość, dla dzieci lub wnuków. Polegało to na tym, że część pensji można było odebrać w tych monetach. Wielu ludzi dało się na to nabrać, a rząd w ten sposób ściągał z rynku cześć gotówki, więc ludzie ci nie mogli już wydać tych pieniędzy w sklepach. Taką najsłynniejszą była moneta XXX LAT PRL. Jak nietrudno domyślić się, wydano ją w 1974 roku. Jej nominał to 200 zł. Była to moneta wykonana ze srebra próby 625, a więc niskiej. Standardowo tego typu monety, zwane bulionowymi, wykonuje się ze srebra próby 999. Ważyła ona 14,5 grama, podczas gdy monety bulionowe ważą 1 uncję, czyli 31 gramów. Bito ją w milionach egzemplarzy. Dziś jej wartość to około 40 zł.

Gierek chciał zbudować drugą Polskę. Po nim pojawił się pajac, który chciał budować w Polsce drugą Japonię. Później pojawił się klaun, który obiecywał drugą Irlandię. Najgorzej jest wtedy, gdy człowiek to wszystko pamięta.

Gomułka uprzemysławiał Polskę na koszt rolnictwa. Za jego kadencji obowiązywały rolników przymusowe dostawy, co oznaczało w praktyce, że rolnicy musieli dostarczać państwu określoną ilość płodów po cenie wyznaczonej przez to państwo. Nie muszę chyba dodawać, że cena ta była mocno zaniżona. Gierek zniósł te obowiązkowe dostawy, bo on zaczął modernizować Polskę na kredyt. Ta modernizacja polegała na tym, że były pieniądze i trzeba było je na coś wydać. Czasem były to inwestycje jak najbardziej sensowne, ale nie mniej często – bezsensowne. To było marnotrawstwo pieniędzy na niewyobrażalną wcześniej skalę. Budowano fabryki, nie zastanawiając się nad tym, czy ich produkty znajdą zbyt, a jeśli tak, to na jakim rynku i po jakiej cenie. Nie da się w ciągu dekady zrobić z narodu rolniczego, który nie miał tradycji handlowych, a więc swoich rynków zbytu i doświadczenia w produkcji – narodu mieszczańskiego. Dziś, owszem, mamy przykładowo montownię samochodów marki Volkswagen, ale ta firma ma swoje rynki zbytu od dziesiątków lat, od momentu tworzenia się rynku samochodów osobowych. Tylko w takim momencie jest możliwość zajęcia jego części dla siebie.

Problem polegał na tym, że kredyty brano w walutach zachodnich, głównie w dolarach i markach zachodnich, a trzeba było je spłacać w tych samych walutach. Natomiast produkcja fabryk wybudowanych za kredyty szła przeważnie na rynek tzw. demoludów lub krajowy, a z tego „chleba” nie było, tzn. nie było walut zachodnich. I tu jest pies pogrzebany. Problemy zaczęły się już w połowie dekady, gdy wprowadzono kartki na cukier, a nie, jak próbują niektórzy wmawiać, że w momencie, gdy na zachodzie wzrosły stopy procentowe. One wzrosły na początku lat 80-tych.

W tym momencie wypada sobie zadać pytanie: „Któż wymyślił taki misterny plan, by zadłużyć Polskę w sytuacji, gdy była ona w bloku wschodnim i po co?” Ktoś wiedział, że takie kredyty nie zostaną spłacone? Dlaczego? Bo Polska, odcięta od gospodarki światowej, od międzynarodowego rynku walutowego, była skazana na chroniczny niedobór walut, w których zaciągnęła kredyty. Rząd próbował sprzedawać na Zachód wszystko, co się dało kosztem rynku wewnętrznego. To musiało, prędzej czy później, doprowadzić do niezadowolenia społecznego w postaci protestów czy strajków. Te protesty czy strajki były wywoływane sztucznie, ale powód był jak najbardziej prawdziwy, więc i one same sprawiały wrażenie spontanicznych. A protesty to pretekst do wzięcia tego wszystkiego za mordę, czyli stan wojenny. Po nim dekada Jaruzelskiego, w której robiono wszystko, by nie naprawić tej gospodarki. W tym momencie już nietrudno było przekonać niezadowolonych, że socjalizm się nie sprawdził, że był „be”, że „nur Kapitalismus”, że te wszystkie wybudowane za Gierka fabryki nic nie warte i że trzeba je sprzedać za tyle, ile ktoś chce za nie zapłacić. Dziś już wiemy, że Sozialismus w Chinach ma się dobrze, ale ten chiński jest podłączony do światowej gospodarki, a polski nie był i dlatego musiał polec. Dziś też wiemy, że Balcerowicz to zwykły „profesor”, który firmował coś, czego być może sam nie rozumiał, ale ktoś mu powiedział, co ma mówić i stał się twarzą planu Balcerowicza.

Zapewne i Gierek nie wiedział, co było grane. On tylko to wszystko firmował. Ale kto wtedy wiedział? Wiedział ten, który to planował i wiedział, jaki będzie efekt końcowy. A efekt końcowy był taki, że po 1989 roku nowy rząd dostał propozycję nie do odrzucenia: „Kredyty zostaną umorzone, przynajmniej ich część a spłata pozostałych rat odroczona, ale będziecie robić to, co my uznamy za stosowne. A my uznajemy za stosowne zlikwidowanie całego waszego przemysłu, który powstał za nasze pieniądze i uzyskanie nieograniczonego dostępu do waszego rynku. Jak się nie zgodzicie to wynocha. Przyjdą inni.” Rząd oczywiście nie poddał się do dymisji, bo to i tak niczego by nie zmieniło. Na nic rozdzieranie szat. To już raz przerabialiśmy, to nie działa.

I takim to sposobem dotarliśmy do obecnej rzeczywistości. A zaczynało się tak optymistycznie, wychodziliśmy z zaścianka, byliśmy dziesiątą potęgą gospodarczą świata. Niektórzy zresztą do dziś wierzą w te bzdury i w to, że cały ten projekt nie udał się z powodu błędów i niekompetencji niektórych decydentów. Jednym słowem, że pomysł był dobry tylko wykonanie złe. I z tym po części zgadzam się. Pomysł był bardzo dobry i wykonanie było bardzo dobre. Tylko że ja mam na myśli zupełnie coś innego.