To (pol)exit or not to (pol)exit?

Miesiąc temu na swoim kanale na YouTube Ryszard Legutko przedstawił swoje stanowisko w kwestii ewentualnego wyjścia Polski z unii. Spór polsko-polski ważniejszy niż spór Polski z UE – tak zatytułował swoją wypowiedź. Ryszard Legutko to filozof, publicysta i polityk, autor książek o tematyce społeczno politycznej, tłumacz, komentator dzieł Platona. Do Parlamentu Europejskiego kandydował z listy Prawa i Sprawiedliwości. W PE przystąpił do grupy Europejskich Konserwatystów i Reformatorów. Poniżej zapis jego wypowiedzi.

Czy warto zastanawiać się nad polexitem? Tak, oczywiście. Powinniśmy być otwarci na różne możliwości i różne scenariusze. Pamiętajmy, że unia europejska idzie w tym kierunku, że coraz więcej rzeczy tam się dzieje niezależnie od naszej woli. Podejmowane są decyzje, na które my nie mamy żadnego wpływu. Te decyzje mogą być czasami dla nas korzystne, ale bardzo często korzystne dla nas nie są. Wobec tego jest oczywiste, że trzeba rozważać: wychodzić czy nie wychodzić?, jakie są koszty jednego i drugiego?, warto czy nie warto? Trzeba o tym mówić również z tego powodu, że od samego początku, od momentu, kiedy zarysowała się możliwość naszego wyjścia z unii, to zapanowało wśród Polaków takie cielęce ubóstwienie unii europejskiej. To się na szczęście teraz zmienia. Zmienia się dość wyraźnie, ale jest ciągle jeszcze ogromna grupa Polaków, z pewnością większość Polaków, która nawet nie chce słyszeć o jakiejkolwiek krytyce unii i uważa, że krytykowanie unii jest czymś w rodzaju grzechu, rzeczą nieprzyzwoitą i w żadnym razie nie należy o tym mówić, ani nawet myśleć. Więc, żeby wyzwolić się z tego stanu marazmu i umysłowej bezwładności, trzeba również zastanowić się nad tym czy warto wychodzić z unii, czy nie? Gdzie przebiega ta czerwona linia? Jakie kroki należy podjąć i tym podobne rzeczy. To wszystko mieści się w ramach politycznej racjonalności. Niemówienie o tym, niemyślenie o tym jest w istocie przejawem nieracjonalności.

No dobrze, ale nie o tym chciałem mówić. Mamy jeden kraj, jak dotąd, który wyszedł z unii europejskiej – Wielka Brytania. No i przyjrzyjmy się temu przypadkowi brytyjskiemu. Czy wyjście z unii europejskiej spowodowało przyrost dobra dla Wielkiej Brytanii? Kiedy rozmawiałem z politykami brytyjskimi z partii konserwatywnej, to wszyscy chwalą ten krok. Kiedy rozmawiałem z publicystami konserwatywnymi, to – jakkolwiek chwalą samą decyzję – to wyrażają wielkie rozczarowanie tym, co stało się po brexicie. Istotnie, jeśli Wielka Brytania wyszła z unii europejskiej, to wyzwoliła się od komisji europejskiej, wyzwoliła się od tych europejskich trybunałów, a więc mogła zarządzać swoimi sprawami wedle woli i wedle woli brytyjskiego społeczeństwa. Czy przez to Wielka Brytania stała się krajem o większej wolności, większych swobodach, niż w państwach, gdzie reguły narzucała unia europejska? Nie! Bynajmniej! Wielka Brytania jest w tej chwili jednym z najbardziej zamordystycznych krajów zachodniej Europy czy w ogóle świata zachodniego, gdzie polityczna poprawność jest bardzo mocno egzekwowana, gdzie rząd konserwatywny, rząd, który jest przy władzy od wielu lat, nie tylko nie potrafi ograniczyć imigracji, ale właściwie ją zwiększył. W tej chwili to wszystko zupełnie poza kontrolą, a te próby podejmowane nie przynoszą specjalnych skutków; gdzie szkolnictwo, edukacja nadal jest w szponach politycznej poprawności, no i tym podobne rzeczy. Podobnie ta zielona ideologia. A zatem wyjście z unii europejskiej Wielkiej Brytanii zapewne się jej przysłużyło w jakimś zakresie, ale w dużym zakresie niewiele to zmieniło.

Dlaczego tak się dzieje? Odpowiedź jest prosta. Cały świat zachodni, Europa Zachodnia w szczególności, znajduje się pod rządami lewicy. Dotyczy to również unii europejskiej, niezależnie od tego, jak się te partie nazywają. Czy się nazywają partiami konserwatywnymi, jak w Anglii, czy chrześcijańsko-demokratycznymi, czy ludowymi, czy centrowymi, czy jeszcze inaczej, czy zielonymi, czy socjalistycznymi. Wszędzie właściwie jest ta sama agenda, ten sam program. Dlatego brytyjska partia konserwatywna realizowała program lewicowy.

Czym jest lewica, na czym polega myślenie lewicowe? Z grubsza polega na tym, że lewica uznaje, że świat, w którym żyjemy jest światem złym, niesprawiedliwym, źle rządzonym i trzeba dokonać radykalnej zmiany, radykalnego przemodelowania, zmiany stosunków społecznych, zmiany prawa, zmiany sposobu myślenia. Trzeba dokonać takiego swoistego recyklingu, przenicowania społeczeństwa.

Jeżeli przyjrzymy się polskiej sytuacji, no to dostrzeżemy bardzo łatwo, że to myślenie lewicowe jest w Polsce bardzo silne. Już nie tylko chodzi o to, że orientacja lewicowa jest przy władzy, no bo cały program (nie program ) obecnego rządu, rządu Donalda Tuska, rządu koalicyjnego, jest programem lewicowym, programem, który dąży do radykalnego przebudowania świata i przebudowania Polski, ponieważ ta Polska tradycyjna jest zła i w tym współczesnym świecie się nie mieści.

Jest zastanawiające, jak sposób myślenia tego rządu przypomina sposób myślenia władców komunistycznych, którzy w Polsce rozpoczęli swoje rządy przywiezieni na czołgach sowieckich w 44-tym, 45-tym roku. W jednym i drugim przypadku dąży się do recyklingu, do takiego przenicowania polskiej tożsamości. Trzeba powiedzieć, że lewica współczesna, ta platformersko-hołowniana, osiągnęła całkiem sporo w tym zakresie. Pod pewnymi względami nawet więcej, niż ta lewica komunistyczna, mimo użycia środków bardziej łagodnych.

Atak na polską tożsamość i na polską historię jest analogiczny do tego, jaki był podejmowany po wojnie, a nawet powiedziałbym, że bardziej radykalny. To, co się dzieje z nauczaniem historii. Na przykład te zabiegi, które wykonuje współczesny resort oświaty. To poszło znacznie dalej, niż robili to komuniści.

Atak na chrześcijaństwo. Oczywiście komuna aresztowała, więziła, skazywała na śmierć kler, polskich księży torturowała. Od pewnego momentu złagodniała i w jakimś sensie ten Kościół stał się instytucją w Polsce, z którą zaczęto się liczyć. W tej chwili atak na Kościół jest niezwykle brutalny i zmasowany, jeśli chodzi o stronę językową. Jest jeszcze ostrzejszy, niż był za komuny. Albo weźmy polską tradycję patriotyczną – żołnierze wyklęci. To, co się pisze w tej chwili, co lewica, rząd, organizacje z rządem związane czy z nim się utożsamiające – to, co piszą o żołnierzach wyklętych, to właściwie to samo, co za komuny. Atak na papieża w Polsce, w III RP, jest znacznie ostrzejszy, niż ataki na Karola Wojtyłę w Polsce Ludowej do czasu, kiedy Karol Wojtyła został papieżem.

Wiele z tych rzeczy, które obserwujemy, które ja obserwuję z niepokojem, są rodzimego chowu. One są oczywiście wspierane przez unię. Unia daje im jakiś parasol, rozmaite sposoby podtrzymywania tego rodzaju działalności. Ale tak naprawdę powstały one w Polsce. Są realizowane polskimi siłami i mówienie o polexicie jest oczywiście racjonalne, ale jeśli wyobrażamy sobie, że odbywa się referendum, Polacy decydują, że chcą wyjść z unii, że to zmieni coś zasadniczego w Polsce, że uczyni te praktyki, które obserwujemy dzisiaj niemożliwymi, to my się karmimy złudzeniami. Barbaryzacja polskiej kultury, ogłupianie społeczeństwa przez te eksperymenty edukacyjne czy antyedukacyjne, propaganda antypolska – to wszystko jest zasilane energią ludzi, instytucji żyjących w tym kraju. Więc na pytanie, czy trzeba myśleć o polexicie i trzeba do niego dążyć, odpowiadam warunkowym „tak”. To znaczy trzeba myśleć i trzeba rozważać taki scenariusz. Realizacja tego scenariusza będzie kompletnie bez sensu, jeśli domu polskiego nie uporządkujemy. To znaczy, jeśli nie wzmocnimy tej strony patriotycznej, tej strony, która będzie polską suwerenność podtrzymywała. Bo co z tego, że wyzwalając się od instytucji unijnych, będziemy państwem suwerennym, skoro ta suwerenność będzie wykorzystywana do tych samych celów, do których dąży unia. A więc w istocie spór polsko-polski uważam za ważniejszy od sporu Polski z unią europejską.

x

Wszystkie partie w unii europejskiej są lewicowe – tak twierdzi Legutko i chyba wie, co mówi, bo przecież był parlamentarzystą europejskim. Lewica, według niego, uważa, że świat jest zły, niesprawiedliwy, źle rządzony. Trzeba więc dokonać radykalnej zmiany, polegającej na tym, że zmienia się stosunki społeczne, prawo, sposób myślenia. Trzeba więc zmienić społeczeństwo. – Czy rzeczywiście lewica chce zmiany społeczeństwa? Chce tzw. sprawiedliwości społecznej, tj. sprawiedliwego podziału wypracowanego dochodu. Do tego wystarczy zmiana prawa, do tego nie potrzeba zmiany społeczeństwa i sposobu jego myślenia. Czy zatem jest to lewica i czy tak powinny nazywać się te partie?

Polska lewica nie różni się niczym od tej europejskiej i ma takie same cele – twierdzi Legutko. Atakuje ona polską historię i chrześcijaństwo. Polska tradycja patriotyczna, to żołnierze wyklęci. Mówiąc o ataku na chrześcijaństwo ma on na myśli atak na Kościół katolicki. Dlaczego zawęża pojęcie chrześcijaństwa? Lewica zawsze atakowała Kościół i nigdy nie kryła się z poglądami, że dla niej Kościół katolicki to ciemnota i zabobon. Nigdy jednak nie atakowała w taki, ani w żaden inny sposób, Cerkwi prawosławnej, chociaż jest ona bardziej przywiązana do tradycji, niż Kościół, a więc jest to jeszcze większa ciemnota i zabobon. Ktoś może powiedzieć, że dlatego, że prawosławnych jest zdecydowanie mniej. Nie jest to jednak prawda. Po powstaniu listopadowym Rosjanie usuwali ze wszelkich urzędów i instytucji państwowych Królestwa Polaków i zastępowali ich Rosjanami. Jednocześnie budowali cerkwie i w ten sposób tworzyli wspólnoty prawosławne na ziemiach etnicznie polskich. O tym pisałem w blogu Czyja religia, tego władza. Po II wojnie światowej na ziemie poniemieckie przesiedlano głównie mniejszości kresowe, a więc prawosławnych. Mamy więc w Polsce bardzo dużo wyznawców prawosławia. Propaganda narodowo-socjalistycznego PRL-u zakodowała ludziom w głowach, że Polska jest krajem jednolitym narodowo i katolickim, a takim nie była i nie jest.

Siły, które są przeciwne wartościom chrześcijańskim i patriotycznym, są rodzimego chowu. Jest to więc spór polsko-polski. Jednak Legutko nie precyzuje dokładnie, jakie to są siły. Jak więc walczyć z czymś, co nie jest jasno określone, czego nie można nazwać? To walka z wiatrakami, to jakaś donkiszoteria. Natomiast proponuje on wzmocnienie strony patriotycznej, czyli że druga strona jest niepatriotyczna. A skoro jest niepatriotyczna, to może nie są to Polacy, a spór nie jest sporem polsko-polskim? Wzmocnienie strony własnej, bez właściwego rozpoznania przeciwnika, prowadzi tylko do niekończącego się konfliktu. I zdaje się, że właśnie o to chodzi. Jeśli nie powiemy ludziom z korzeniami białoruskimi, ukraińskimi i innymi, że nie są patriotami, a oni nie powiedzą wprost, dlaczego są tak niechętni Polakom, to nigdy nie dojdziemy do porozumienia. Tylko szczery dialog i jasne deklaracje z obu stron mogą być realną próbą rozwiązania tego konfliktu. Na to jednak politycy wszelkich orientacji nie są gotowi i nie chcą tego. Racją ich bytu jest tworzenie konfliktów, a nie ich rozwiązywanie.

Mamy więc klarowny podział sceny politycznej – dwie dominujące partie: PO i PiS. One mają największy elektorat i najbardziej stabilny. Wiemy też, że zarówno dla zwolenników PO jak i PiS, program polityczny i gospodarczy nie ma znaczenia. Bez względu na to, co zrobią politycy obu partii oni i tak zawsze będą głosować na swoje partie. A skoro tak, to podział musi przebiegać gdzie indziej. Elektorat PiS jest przywiązany do tych idiotycznych haseł typu Bóg, Honor, Ojczyzna. Z tym się utożsamia, a więc Polak-katolik. Tak właśnie przenicowano społeczności na Kresach i zrobiono z nich Polaków. Oni innej tożsamości nie mają i tego się trzymają. Mamy więc podział: cała Polska zachodnia i największe miasta to elektorat PO. Podobnie głosują prawosławni Ukraińcy i Białorusini w południowej części Podlasia, gdzie stanowią zdecydowaną większość. Tak więc zwolennicy PO to w większości prawosławni. Dla nich wszelkie ataki na Kościół katolicki są mile widziane, bo oni nienawidzą go. I dobrze o tym wie Donald Tusk i dlatego może mówić, że polskość to nienormalność.

Legutko na zakończenie stwierdza, że spór polsko-polski jest ważniejszy od sporu Polski z unią. Czy rzeczywiście jest to spór polsko-polski, czy może raczej funkcjonujący podskórnie, wykreowany przez polityków, spór prawosławno-katolicki? PO – prawosławie, PiS – katolicyzm. Wiadomo, że antagonizmy na tle wyznaniowym są trwalsze i nie do usunięcia. To jest niekończący się samograj.

Czy rzeczywiście przenicowanie społeczeństwa to oryginalna lewicowa myśl? Przecież tak było w XIX wieku na Kresach, będących wtedy pod zaborem rosyjskim, gdzie z miejscowych społeczności robiono Polaków. O tym pisałem w blogu Zrozumieć Polskę.

Ten obraz polskiej rzeczywistości, jaki tu nakreśliłem, jest nieco przerysowany, ale tak jak w karykaturze dla uwypuklenia pewnych cech trzeba je uczynić wyrazistymi, tak i w tym wypadku należało tak postąpić. Żeby cokolwiek zrozumieć, trzeba wyrażać się jasno i precyzyjnie, a nie rozmywać obraz, tak jak to czynili impresjoniści i jak to uczynił Legutko. Musi być on jasny i klarowny, tak jak w malarstwie klasycznym.

Po co więc ten polexit i cała ta dyskusja o nim? Jeśli ma być odtworzona I RP, to wyjście z unii jest konieczne. Problem jednak polega na tym, że nikt o tym nie powie, bo jest jeszcze za wcześnie, ale przygotowania już trwają, czego dowodem jest choćby cytowana powyżej wypowiedź Ryszarda Legutko.

Legenda Solidarności

W numerze 26 tygodnika Przegląd z dnia 24-30.06.2024 ukazał się fragment książki Stanisława Sławomira Niciei Kresowa Atlantyda. Historia i mitologia miast kresowych, t. 20, Wydawnictwo MS, Opole 2024. Fragment ten redakcja tego tygodnika zatytułowała Dwie biografie Anny Walentynowicz. Ja poniżej cytuję obszerne fragmenty tego, co wybrała redakcja.

x

Z okolic Równego wywodzi się rodzina Anny Walentynowicz (1929-2010) – suwnicowej w Stoczni Gdańskiej, której usunięcie z pracy 14 sierpnia 1980 r. stało się impulsem do wybuchu strajku w jej macierzystym zakładzie. Strajk ten niespodziewanie uruchomił potężną falę robotniczego buntu, który rozlał się po całej Polsce. W jego następstwie powstał dziesięciomilionowy ruch robotniczy o nazwie Solidarność, który ostatecznie doprowadził do gruntownych zmian politycznych w polskim państwie i upadku PRL. Anna Walentynowicz stała się jedną z ikon tego ruchu i postacią legendarną. Przyznano jej najwyższe polskie odznaczenie państwowe – Order Orła Białego oraz amerykański Medal Wolności Trumana-Reagana. Stała się bohaterką dziesiątków reportaży i kilku obszernych książek. Trafiła do filmografii i otrzymała przydomek „Anna Solidarność”. Jej wspomnienia ukazały się w językach angielskim, niemieckim, czeskim, słowackim, ukraińskim i japońskim.

Po dojściu w 1989 r. Solidarności do władzy ujawniły się wśród jej przywódców potężne kontrowersje i rozpoczęła się bezpardonowa walka personalna, w ogniu której znalazła się również Walentynowicz. Oprócz hagiografów, przypisujących jej wyłączny mit założycielski Solidarności, pojawili się antagoniści i demaskatorzy. Walentynowicz w swoich wypowiedziach atakowała przede wszystkim Lecha Wałęsę – wybranego przywódcą Solidarności, który tym samym zyskiwał światowy rozgłos.

Krąg zwolenników Walentynowicz od początku zwalczał wyidealizowany obraz Wałęsy, głosząc, że nim stanął na czele stoczniowej Solidarności, miał „ciemną przeszłość agenturalną” i wbrew jego twierdzeniom „nie włączył się do strajku w Stoczni Gdańskiej w obronie Walentynowicz, przeskakując przez płot, a został przywieziony do strajkującej załogi esbecką motorówką”. W opinii Walentynowicz i coraz liczniejszego grona jej zwolenników Wałęsa na początku strajku miał wykonywać polecenia swoich mocodawców z SB, którzy dzięki jego informacjom mieli wgląd i mogli od środka kontrolować przebieg robotniczego buntu w stoczni.

Walka dwóch ikon założycielskich Solidarności – Wałęsy i Walentynowicz – ma długą i dramatyczną historię. Jednym z następstw tej wielkiej kontrowersji było poddanie ostrej lustracji życiorysów obojga bohaterów zwycięskiego strajku. Poczęły powstawać na ich temat monografie i filmy hagiograficzne, ale też padały coraz cięższe oskarżenia, przybierające często formę paszkwili. Tylko irracjonalnym pieniactwem można tłumaczyć fakt, że Walentynowicz i Wałęsa potrafili się ze sobą tak brutalnie skłócić i znienawidzić. Potęgująca się polaryzacja polityczna poczęła niszczyć ich autorytety. Badacze wątków rodzinnych Walentynowicz zaczęli w toku tej walki ujawniać, że jej oficjalny życiorys mija się z prawdą. Pojawiały się coraz to nowe dowody, że niewygodne z jej punktu widzenia fakty zostały przemilczane, zatajone lub zmanipulowane.

Wersja Cenckiewicza

Według ubranej w togę naukowości hagiograficznej wersji Cenckiewicza Walentynowicz urodziła się w Równem, a jej rodzicami byli Aleksandra z Paszkowskich i Jan Lubczykowie. Z aktu urodzenia wystawionego post factum 27 grudnia 1951 r. (a więc miała już 22 lata) przez Romana Matuszewskiego, urzędnika łódzkiego Urzędu Stanu Cywilnego wynikało, że ojciec był ogrodnikiem, a matka krawcową. W odręcznym życiorysie z 4 listopada 1950 r., starając się o pracę w stoczni, Walentynowicz napisała, że rodzice byli właścicielami malej posesji w Równem i przed wybuchem wojny ukończyła cztery klasy szkoły podstawowej w tym mieście.

W wywiadach, których udzieliła dziennikarzom i reporterom (m.in. Hannie Kral, Tomaszowi Jastrunowi i Annie Baszanowskiej), opowiadała, że jej ojciec, zmobilizowany do Wojska Polskiego we wrześniu 1939r., z wojny nie wrócił, że w 1940 r. zmarła jej matka, a jedyny brat Andrzej został wywieziony na Sybir. W tej sytuacji jako kilkunastoletnia dziewczynka trafiła na służbę do niezapamiętanej przez nią z nazwiska polskiej rodziny i z nią wyjechała w 1943 r. w okolice Warszawy. Po wojnie osiadła w Gdańsku, uciekając właściwie od opresyjnych gospodarzy, którzy traktowali ją wręcz jak niewolnicę. Była przez nich bita i poniżana.

W Gdańsku po trzymiesięcznym kursie Walentynowicz uzyskała dyplom spawaczki i podjęła pracę w Stoczni Gdańskiej im. Lenina. Wyróżniała się pracowitością i entuzjazmem, osiągając z czasem pozycję wysoko cenionej i „wzorowej młodej proletariuszki”. Została w stoczni przodownicą pracy (wyrabiała 270% normy). Działała w stoczniowych strukturach Związku Młodzieży Polskiej i Ligi Kobiet. Jako wyróżniającą się przodownicę pracy w nagrodę wysłano ją w 1951 r., by reprezentowała „socjalistyczną młodzież” na Międzynarodowym Festiwalu Młodych Bojowników o Pokój w Berlinie, na którym była wśród setek delegatów wiwatujących w pochodzie przez miasto na cześć Józefa Stalina – „prawdziwego obrońcy pokoju”. Na łamach regionalnej prasy pomorskiej ukazywały się artykuły chwalące jej ideowość i pracowitość.

W późniejszych latach była odznaczana medalami: dwukrotnie brązowym za zasługi, raz srebrnym i raz złotym. W 1984 r., kiedy stała się opozycjonistką, odesłała te medale do Rady Państwa PRL. W 1952 r. urodziła nieślubnego syna, Janusza. Nazwiska ojca nigdy nie ujawniła. W 1964 r. wyszła za mąż za Kazimierza Walentynowicza, również pracownika Stoczni Gdańskiej, zaangażowanego w działalność związkową, który zmarł w 1971 r.

Lustracyjne kontrowersje

Gdy 10 kwietnia 2010 r. Anna Walentynowicz jako członkini delegacji polskiej na uroczystości katyńskiej zginęła w katastrofie lotniczej w Smoleńsku, do mieszkającej w Równem Walentyny Romaniuk, dziennikarki amerykańskiej rozgłośni Radio Swoboda, mającej siedzibę w Pradze czeskiej, zadzwonił kolega z pytaniem, czy wie, że Walentynowicz była Ukrainką. „Początkowo – wspomina Walentyna Romaniuk – nie uwierzyłam. O tym, kim była Walentynowicz, wiedziałam. Ale byłam przekonana, że matka Solidarności była Polką. Kolega jednak nalegał, abym odszukała rodzinę Anny. Jak się okazało, mieszkali oni w sąsiedztwie redakcji. Poszłam do tego mieszkania i przedstawiłam się. Na moje spotkanie wyszła zasmucona starsza kobieta, siostra Anny. Płakała, pokazywała wspólne zdjęcia. Opowiadała mi o losie młodszej siostry. (…) O moim odkryciu zawiadomiłam kierownictwo Radia Swoboda. Początkowo nie uwierzono mi, ale po sprawdzeniu faktów wyrażono zgodę. Audycja radiowa stała się prawdziwą sensacją w obu państwach. Na Ukrainie dziwiono się, a w Polsce nie wierzono i oburzano się. Wówczas pojechałam do rodzinnej wsi Sadowe pod Równem, aby rozwiać wszelkie wątpliwości i poznałam tam wielu krewnych Walentynowicz: braci, bratanków”.

Radio Swoboda, zapowiadając wywiad z Olgą Lubczyk – starszą siostrą Walentynowicz, wyeksponowało zdanie: „W katastrofie lotniczej pod Smoleńskiem zginęła Ukrainka, której życie odmieniło losy Polski”. Media polskie przemilczały tę wiadomość, ale trafiła ona na łamy wychodzącego w Polsce rocznika mniejszości ukraińskiej „Ukrainśkij Almanach”, a 1 września 2010 r. (powołując się na ustalenia regionalistów z Wołynia) opublikował ją na łamach wysokonakładowej „Gazety Wyborczej” Mirosław Czech – działacz mniejszości ukraińskiej w Polsce.

Wersja udokumentowana źródłami

Jaka jest więc ostatecznie prawda o pochodzeniu Anny Walentynowicz? Nad tym zagadnieniem pracowało w latach 2010-2020 wielu dziennikarzy, reporterów i historyków. Najbardziej wiarygodny obraz młodości Anny Walentynowicz stworzyli w swojej reporterskiej książce „Walentynowicz. Anna szuka raju” (2020) Dorota Karaś i Marek Sterlingow. Odbyli oni nie tylko wyprawę w rodzinne strony ikony „Solidarności”, ale wykorzystali też ustalenia ukraińskich dziennikarzy (Walentyny Odarczenko) i historyków regionalistów (Jefrema Hasaja, Mykoły Paszkowecia i Jarosława Plasa), a także parce dokumentacyjne historyka z Uniwersytetu Gdańskiego – Igora Hałagidy.

Sztundyści

Według faktografii zgromadzonej w powyższych opracowaniach Anna Walentynowicz urodziła się we wsi Sienne (obecnie Sadowe, 40 km od Równego). W jej rodzinie pielęgnowano legendę, że ich przodkiem był słynny kozacki ataman Semen Nalewajko (1560-1597), stracony publicznie po buncie wznieconym przeciwko polskim panom. Daleki kuzyn Anny – Mykoła Paszkoweć napisał na ten temat rozprawę naukową.

Rodzicami Anny byli Pryśka z Paszkoweciów i Nazar Lubczykowie, którzy należeli do wyznawców sztundyzmu. Była to na Wołyniu licząca ok. 30 tys. wyznawców wspólnota, sekta, czy też odnoga protestantyzmu, zrzeszająca głównie kolonistów niemieckich oraz pracujących u nich chłopów ukraińskich i polskich, ale też Ormian.

Sztundyści nie chodzili do kościoła. Nazwę swojej wspólnoty wywodzili od niemieckiego słowa eine Stunde (godzina) – tyle bowiem czasu każdego dnia przeznaczali na modlitwę i czytanie Biblii w domach. Wyróżniali się uczciwością, prawdomównością i rzetelnością, nie przeklinali, nie palili machorki ani nie pili alkoholu, dlatego na Wołyniu greccy i rzymscy katolicy oraz Żydzi uważali ich za dziwaków.

Pryśka i Nazar Lubczykowie mieli sześcioro dzieci. Najstarszymi były Olga (rocznik 1926) i Anna (1929), później urodzili się: Petro, Katarina, Nadija i Wasyl. Ich przyrodnim bratem był Iwan Suszczuk – syn Pryśki Lubczykowej z pierwszego małżeństwa. Rodzice wpajali dzieciom surowe zasady wiary: obowiązek codziennej modlitwy i czytania Biblii. Żadne z dzieci nie było chrzczone w kościele, sztundyści bowiem uważali, że sakrament ten należy przyjmować świadomie, w wieku dorosłym. Stąd Anna Walentynowicz ochrzciła się w kościele rzymskokatolickim w Gdańsku dopiero w wieku 35 lat, tuż przed swoim ślubem z Kazimierzem Walentynowiczem. Nie przyznała się do braku tego sakramentu. Twierdziła, że akt chrztu spłonął razem z metryką w Równem.

Matka Anny Walentynowicz zmarła w 1937 r. Trzy lata później jej ojciec Nazar ożenił się po raz drugi, z młodszą od niego o 18 lat Mariją Ozarczuk, z którą miał później pięcioro dzieci. Przeżył z nią 45 lat. Zmarł w 1995 r.

Rodzina Lubczyków była wielodzietna. Gdy Sowieci zabrali im część ziemi, popadli w wielką biedę i zostali zmuszeni do oddania najstarszych, ale jeszcze niepełnoletnich córek – Olgi, a później Anny – na służbę do polskiej rodziny Walentyny i Edmunda Teleśnickich. Teleśnicki był z wykształcenia agronomem, pracownikiem istniejącej od 1913 r. cukrowni w Babinie nieopodal Równego. Teleśnicki pełnił tam obowiązki kontraktora buraków. Jeździł po okolicznych wsiach i podpisywał z chłopami umowy. W październiku 1939 r. przeprowadził się do majątku Pustomyty, leżącego nieopodal wsi Sienne, gdzie mieszkała rodzina Lubczyków. „W tym gospodarstwie – wspomina Olga Lubczyk – Hanusia karmiła świnie, doiła krowy, prała”. Tam pracowała też Julia Płocka – matka przyszłego kosmonauty Mirosława Hermaszewskiego, a jego ojciec był w tej wsi zarządcą mleczarni.

Odyseja Teleśnickich

Gdy 11 lipca 1943 r. doszło na Wołyniu do „krwawej niedzieli”, w czasie której w ciągu jednego dnia wymordowano w sposób sadystyczny kilkadziesiąt tysięcy Polaków, Teleśniccy postanowili za wszelką cenę przedostać się z dziećmi – Angeliną i Romanem – do generalnej Guberni. Po zgromadzeniu żywności, bimbru na łapówki oraz załadowaniu na wozy cenniejszego dobytku, w tym ukrytego w odzieży złota „na czarną godzinę”, postanowili wyruszyć w kierunku Równego – miasta, w którym było stosunkowo bezpiecznie, gdyż stacjonowały tam wojska niemieckie. Cały czas była z nimi Anna Lubczyk.

Po przyjeździe do Równego Walentyna i Edmund Teleśniccy ujrzeli setki koczujących na ulicach spanikowanych Polaków, którzy zbiegli z wiosek palonych przez banderowców. Szczególna ciżba była w pobliżu dworca kolejowego i koszar, gdzie stacjonowali niemieccy żołnierze, gdyż prawem paradoksu dawali oni w tym czasie Polakom poczucie bezpieczeństwa przed zagrażającymi ich życiu banderowcami. Ludzie masowo zgłaszali się na roboty przymusowe w głąb Niemiec – woleli ciężką pracę u niemieckiego bądź austriackiego bauera niż śmierć w torturach. Na ulicach Równego rozgrywały się się wówczas nierzadko sceny apokaliptyczne.

Przedsiębiorczy Edmund Teleśnicki po długich zabiegach przekupił strażników niemieckich eskortujących transport wojskowy jadący w kierunku Generalnej Guberni i pozwolono jego rodzinie jechać z żołnierzami. Anna Lubczyk też była w tym transporcie. Opuszczała rodzinne strony w takim samym stresie jak Teleśniccy, gdyż trwająca kilka dni podróż odbywała się w wielkiej niepewności, co może się w każdej chwili zdarzyć. Zdaniem Olgi Lubczyk Anna była wówczas przekonana przez Teleśnickich, że jej rodzice i całe rodzeństwo zginęło w Siennem, gdy Niemcy spacyfikowali i zdziesiątkowali tę wieś za spalenie przez banderowców w Pustomytach dworu Pruszyńskich i tamtejszej mleczarni. Czy Teleśniccy świadomie, z premedytacją okłamali wówczas Annę? Czy uwierzyła im? – nikt już obecnie tego nie ustali. W każdym razie opuściła wówczas Wołyń w niemieckim transporcie wojskowym. Pojechała w rodzinne strony dopiero po 53 latach w roku 1996.

Podróż do Generalnej Guberni Walentyny i Edmunda Teleśnickich z dziećmi Angeliną i Romanem oraz Anną Lubczyk trwała dwa tygodnie. Dotarli do Tłuszcza pod Warszawą, a stamtąd do Melcowizny, gdzie brat Edmunda Teleśnickiego Leon prowadził małe gospodarstwo i jednocześnie pełnił funkcję gajowego.

„Po przeprowadzce do Gdańska – twierdziła siostra Walentynowicz, Olga Lubczyk – Anna pracowała w fabryce margaryny i wówczas zainteresowała się zawodem operatora suwnicy. Dobrzy ludzie w Gdańsku pomogli jej skończyć kurs i została suwnicową w stoczni”.

Interesująca jest relacja Olgi Lubczyk dotycząca lat 80.,gdy w Polsce toczyła się walka o legalizację Solidarności. „Przychodzili do nas ludzie z KGB – wspominała Olga Lubczyk – i pytali ojca, czy miał taką córkę Annę i gdzie ona jest. A jemu jakby ktoś podpowiedział: »Była taka, ale umarła«. Ojciec miał przekonanie, że Anna żyje w Polsce, ale się z tym nie obnosił. Krajoznawca z Tarnopola Jefrem Hasaj na prośbę ojca już po zwycięstwie w Polsce Solidarności nawiązał z nią kontakt i po kilku miesiącach Anna udała się do Równego, aby spotkać się z rodziną, ale jej ojciec już tego nie dożył. Anna przez 15 lat co roku odwiedzała swoją ojczyznę i rodzinę w Równem. Ostatni raz dzwoniła w kwietniu 2010, by przekazać informację o wyjeździe do Katynia. Mieliśmy się jeszcze spotkać, ale los chciał inaczej”.

W obliczu tych nowych ujawnionych faktów z życia Walentynowicz zaczęto spekulować, dlaczego po 1989 r., po zwycięstwie „Solidarności”, nigdy oficjalnie nie potwierdziła swojego ukraińskiego rodowodu. Nie ujawniła, że miała rodzeństwo mieszkające na Ukrainie, że po 1996 r. wielokrotnie jeździła do siostry Olgi, że gościła ją u siebie w Gdańsku. Trudno uwierzyć, że nie wiedziała, iż jej przyrodni brat Iwan został skazany przez Sowietów na 15 lat łagru za przynależność do Ukraińskiej Powstańczej Armii (banderowców). Dlaczego ukrywała to nawet po upadku Związku Radzieckiego? Można zrozumieć, że wcześniej tego nie czyniła, gdyż nie chciała narazić swoich krewnych na szykany ze strony KGB – ale po powstaniu w 1991 r. niepodległej Ukrainy takiego niebezpieczeństwa już nie było, a także miała wtedy osobisty kontakt z siostrą Olgą.

Bardziej dziwi postawa Sławomira Cenckiewicza, który w książce albumowej wydanej w 2017 r., a więc siedem lat po śmierci Walentynowicz, zamieścił kilkaset fotografii z różnymi ludźmi, ale nie znalazł miejsca na choćby jedno zdjęcie z siostrą Olgą lub kimkolwiek z ukraińskiej rodziny. Wiadomym też było, że syn Walentynowicz Janusz i jej wnuk Piotr gościli w rodzinnych stronach matki i babki. Piotr Walentynowicz pojechał tam z reżyserem filmowym Jerzym Zalewskim szukać śladów przodków. Odnalazł groby wielu członków rodziny, w tym grób rodziców babki – mówił o tym w programie telewizyjnym „Pod prąd”.

Jerzy Borowczak, który był w Stoczni Gdańskiej jednym z inicjatorów strajku w obronie zwolnionej z pracy w sierpniu 1980 r. Anny Walentynowicz, twierdził, że za jej życia nigdy nie słyszał o jej ukraińskiej rodzinie. „To zaskakujące wiadomości – przyznał. – Zawsze mówiła, że nie ma nikogo, że po wojnie została sama jak palec. Czemu nie przyznała się do swoich korzeni? Moim zdaniem z obawy przed wrogością, jaką Polacy darzyli Ukraińców. Pokolenie, które przeżyło wojnę, pamiętało, co się wydarzyło na Wołyniu. Pani Ania mogła obawiać się tych uprzedzeń. Jak to możliwe, że służby, które przez dekady inwigilowały działaczkę Solidarności, nigdy nie wykryły rozbieżności w jej życiorysie?”.

Na podstawie materiałów zgromadzonych przez Walentynę Romaniuk powstał film dokumentalny „Córka Ukrainy – matka Solidarności”, który w 2018 r. otrzymał pierwszą nagrodę na polsko-ukraińskim Festiwalu Radiowo-Telewizyjnym „Kalinowe Mosty”. Ludmiła Pryjmaczuk zacytowała słowa wypowiedziane przez Annę Walentynowicz podczas jej pobytu u rodziny w Równem: „Gdy umrę na Ukrainie, pochowajcie mnie tu”.

Obecnie, po latach kontrowersji wokół biografii, Anna Walentynowicz jest postacią łączącą społeczność polską i ukraińską.

x

Mamy w tym artykule do czynienia z dwiema wersjami życiorysu Anny Walentynowicz. Obie niepełne, ale zawierające informacje, które są bardzo ciekawe, a których nie spodziewałbym się w tym miejscu. Chodzi oczywiście o rzeź wołyńską, w trakcie której Walentynowicz wyjechała z Ukrainy. Jak to było możliwe, że doszło do niej w sytuacji, gdy znajdowały się tam wojska niemieckie, co w praktyce oznaczało, że Niemcy w pełni kontrolowali ten teren. Musiało więc dojść do tej rzezi za ich zgodą i aprobatą. Dlaczego zachowali się biernie, chociaż były wyjątki? Gdy banderowcy spalili dwór Pruszyńskich i mleczarnię, to Niemcy w odwecie spacyfikowali i zdziesiątkowali pobliską wieś. Ludność uciekała ze spalonych wsi i zgłaszała się masowo na roboty do Niemiec. Może to dobry sposób. Zamiast zmuszać ich siłą, zrobili tak, że sami przyszli. Czy możliwa była tego typu perfidia i brak wszelkich skrupułów? W trakcie tamtej wojny działy się rzeczy, o których nam się nie śniło. O większości nigdy się nie dowiemy.

Jak to było możliwe, że Walentynowicz wraz z rodziną Teleśnickich wyjechała do Generalnej Guberni? Bez zgody władz niemieckich nie byłoby to możliwe, a już na pewno nie byłoby to możliwe dla zwykłych ludzi. W tym czasie front niemiecko-radziecki był daleko na wschodzie, a ziemie okupowane przez Niemców były pod ich pełną kontrolą.

Walentynowicz dotarła do Tłuszcza pod Warszawą. Z artykułu wynika, że tam nadal przebywała z rodziną Teleśnickich. Jak długo? Tu, w „wersji udokumentowanej źródłami” pojawia się luka. Następnie przeprowadza się do Gdańska. Ale skąd? Czy z Melcowizny? Nie wiadomo.

W wersji Cenckiewicza znajduje się informacja, że 27 grudnia 1951 roku urzędnik łódzkiego Urzędu Stanu Cywilnego, Roman Matuszewski, wystawił jej akt urodzenia. Nie ma jednak informacji, na jakie nazwisko został on wystawiony i dlaczego akurat w Łodzi? Przecież mieszkała pod Warszawą od jej wschodniej strony. Czy tak następuje zacieranie śladów? Ponad rok wcześniej, 4 listopada 1950 roku, starając się o pracę w stoczni, dołączyła swój życiorys. Jakim nazwiskiem posługiwała się wtedy? Nie wiadomo więc, jakie nazwisko nosiła do czasu wyjścia za mąż za Kazimierza Walentynowicza. Nie wiadomo też, kto był ojcem jej nieślubnego dziecka. Może ktoś ważny, skoro to taka tajemnica.

Jerzy Borowczak, który był w Stoczni Gdańskiej jednym z inicjatorów strajku w obronie zwolnionej z pracy w sierpniu 1980 roku Anny Walentynowicz, dziwił się, że służby, które przez dekady inwigilowały działaczkę Solidarności, nigdy nie wykryły rozbieżności w jej życiorysie. Może był bardzo naiwny albo takiego udawał. Skoro do rodziny Walentynowicz na Ukrainie przychodzili ludzie z KGB i pytali jej ojca, czy ma córkę Annę, to znaczy, że wiedzieli, że ją ma. Inna sprawa czy o nią pytali, czy raczej dali do zrozumienia, by nie przyznawał się do niej. Czy służby, które inwigilowały, nie miały dostępu do urzędów i wglądu w dokumenty znajdujące się w nich? Dobrze wiedziały, kim ona była i raczej nie inwigilowały jej, tylko ją prowadziły i to zapewne od nich KGB miało informację o tym, skąd ona pochodziła. Było zapewne bardzo dużo takich osób, które służby przygotowywały do różnych ról. Być może na pewnym etapie uznały, że to właśnie ona nadaje się doskonale do odegrania pewnej roli. I tak Ukrainka, której rodzina utrzymuje, że jej dalekim przodkiem był kozacki ataman Semen Nalewajko, stała się ikoną Solidarności i zmieniła bieg historii Polski. – To działa na wyobraźnię ludu, który zaczyna wierzyć w to, że nawet prości ludzie mogą postawić się władzy i odmienić bieg historii.

Życiorys Anny Walentynowicz, to jeden z wielu przypadków tego, jak dokonuje się podmiana jednego narodu drugim. Okres wojny i następujące po niej przesiedlenia były idealnym momentem, by wielu ludziom zmienić tożsamość i narodowość. Ten proces został zapoczątkowany aktem unii horodelskiej z 1413 roku, na mocy którego 47 rodów litewskich i rusińskich bojarów adoptowało 47 herbów szlachty polskiej i oni, a później ich potomkowie stali się „polskimi panami”, z którymi walczył Semen Nalewajko. Anna Walentynowicz – daleka jego krewna, jak utrzymuje jej rodzina – stała się symbolem polskiego patriotyzmu, ikoną Solidarności.

Proces podmiany narodu polskiego narodami ze wschodu trwa nadal i przybiera na sile. Na Interii ukazał się 2 lipca artykuł Coraz więcej Białorusinów mieszka w Polsce. Widać wyraźny wzrost. W ciągu ostatniego półrocza liczba Białorusinów mieszkających w Polsce wzrosła o 10%. Są to głównie mężczyźni w wieku 18-34 lat. I są oni jednocześnie drugą największą grupą cudzoziemców, którzy kupują w Polsce nieruchomości. Jaki to więc reżim na Białorusi, skoro jej obywatele mogą wyjeżdżać za granicę i to jeszcze na dodatek do państwa, które postawiło na granicy z nią płot. Zapewne dlatego tak się dzieje, że są to Żydzi białoruscy, a dla tej nacji granice nie istnieją. Oficjalnie będą jednak Białorusinami i za jakiś czas staną się obywatelami polskimi z prawem wyborczym. To kolejny dowód, moim zdaniem, że wszystko zmierza w kierunku odtworzenia I RP i jej wielonarodowego charakteru.

Sojusz

W swoim podkaście geopolitycznym z dnia 23 czerwca 2024 roku zatytułowanym Wicepremier Ukrainy chce sojuszu z Polską Leszek Sykulski mówi m.in. tak:

Wicepremier Ukrainy Irina Wereszczuk podczas III Forum Odbudowy Ukrainy w Kijowie powiedziała: „Bez sojuszu z Polską nie będziemy w stanie wygrać wojny”. Te słowa wywołały prawdziwą burzę w wielu środowiskach, także tych, które dotychczas nawoływały do wspierania Ukrainy, pomocy finansowej, gospodarczej, a nawet militarnej, ponieważ pokazują w jak trudnej sytuacji jest dzisiaj Ukraina i że bez zaangażowania wojsk Kolektywnego Zachodu trudno mówić o jakimkolwiek zwycięstwie. Dzisiaj państwa tzw. Kolektywnego Zachodu po prostu zwyczajnie nie chcą angażować się bezpośrednio wojskowo, a przynajmniej nie w takiej skali, jak chciałaby pani Irina Wereszczuk.

W związku z tym mamy tutaj do czynienia z pewnym nawiązaniem do planu, dziś już nieco zapomnianego,Stoltenberga-Jermaka. Był taki plan, który polegał na tym, aby zaproponować Ukrainie swego rodzaju „małe NATO”, jak często publicyści, komentatorzy nazywali ten plan, a mianowicie takie dwustronne porozumienia polityczno-wojskowe z Ukrainą i w tymże właśnie planie Jermakowa-Stoltenberga była koncepcja stworzenia takiego sojuszu polityczno-militarnego między Polską a Ukrainą. Miały być takie kręgi sojusznicze, gdzie ten najwęższy krąg to byliby tacy najwierniejsi sojusznicy Ukrainy, gdzie w planie Jermaka-Stoltenberga właśnie miała być również Polska. No i tutaj były rozważane różnego rodzaju koncepcje, łącznie z tym, aby państwa, które wchodzą w takie głębsze relacje sojusznicze z Ukrainą i miały potencjalnie np. wysłać wojsko na Ukrainę, aby te państwa automatycznie traciły możliwość skorzystania z art.5 Traktatu Waszyngtońskiego,Traktatu Północnoatlantyckiego i tego traktatu NATO, który mówi o tym, jeden za wszystkich, wszyscy za jednego, że jedno państwo ma prawo oczekiwać pomocy ze strony państw innych, jeżeli zostanie zaatakowane.

Nie muszę mówić, że tego typu plan, plan Jermaka-Stoltenberga, i koncepcja rzucona przez Irinę Wereszczuk jest skrajnie niekorzystna dla państwa polskiego, w pewien sposób uprzedmiotowia państwo polskie, które staje się tak naprawdę zakładnikiem ukraińskiej racji stanu i nie może być mowy na zgodę na tego typu plany, koncepcje. To nie może być poważnie traktowane. No, ale niestety pani Irina Wereszczuk jest traktowana poważnie przez czynniki decyzyjne państwa polskiego. Tutaj można oczywiście próbować zrozumieć stanowisko wicepremier Ukrainy, która mówi o tym, że bez wsparcia Zachodu Ukraina sobie nie pomoże itd., ale wiemy doskonale, że przyczyna tej wojny na Ukrainie jest znacznie głębsza i ona nie wynika tylko i wyłącznie z jakichś animozji narodowościowych w Donbasie, ale jest tak naprawdę proxy war, to jest wojna zastępcza, toczona między Kolektywnym Zachodem a państwem związkowym Rosji i Białorusi. Trzeba w takich kategoriach geopolitycznych patrzeć na ten konflikt, zwłaszcza że po 25 lutego tego roku, kiedy dziennik New York Times opublikował szokujące informacje, ale którym nikt nie zaprzeczył. Nikt z kręgów decyzyjnych USA nie zaprzeczył rewelacjom, że po 2014 roku na terytorium Ukrainy stworzono dwanaście wielkich baz wywiadowczych przez wywiady brytyjski MI6 i amerykański CIA. To jasno pokazuje, że Ukraina stała się zakładnikiem w rozgrywce potężnych graczy na europejskiej szachownicy.

Dalej Sykulski twierdzi, że Polska nie jest przygotowana do żadnego konfliktu; nie ma ani efektywnego systemu obrony powietrznej, ani efektywnego systemu szkolenia rezerw, ani efektywnej infrastruktury obronnej dla ludności cywilnej, schronów różnego rodzaju, zabezpieczeń na czas wojny. Polska nie ma systemu obrony cywilnej, nie ma niezbędnych do tego zapasów, nie ma systemu reagowania, szkolenia ludności – krótko mówiąc, nie jest gotowa i nie ma żadnego interesu, by uczestniczyć w wojnie. Próba mówienia, że Ukraina powinna wchodzić w jakiekolwiek bilateralne relacje, sojusze polityczno-militarne jest absolutnie sprzeczna z polskim interesem narodowym.

Sykulski twierdzi, że prędzej czy później jakiś reset w stosunkach amerykańsko-rosyjskich nastąpi ze względu na chęć dyplomacji amerykańskiej do pozyskania neutralności Rosji w konflikcie Ameryki z Chinami. W związku z tym widać już wypuszczanie różnych balonów próbnych, takich jak choćby ten niedawny artykuł w NYT, który sugeruje, że zerwanie rosyjsko-ukraińskich rozmów pokojowych w roku 2022 odbyło się z aktywnym udziałem decydentów państwa polskiego, czyli że jest to próba przeniesienia odpowiedzialności, a przynajmniej części odpowiedzialności, za tragedię Ukraińców na Polskę, że to właśnie prezydent Polski, polscy dyplomaci, politycy doprowadzili do zerwania rozmów negocjacyjnych, do fiaska rosyjsko-ukraińskiego traktatu pokojowego w 2022 roku.

Tego typu działania amerykańskie, które mają na celu przeniesienie części odpowiedzialności, nie na Wielką Brytanię, a na Polskę, a przecież to wiemy doskonale, że kluczową destrukcyjną rolę w zerwaniu tych rozmów negocjacyjnych między Ukrainą a Rosją odegrał Boris Johnson ówczesny premier Wielkiej Brytanii, który w roku 2022 kilkukrotnie udawał się z wizytą do Kijowa. To Boris Johnson mocno naciskał na elity Kijowa, by zerwać te negocjacje z Rosją, by kontynuować walkę. Tutaj widzimy próbę przerzucenia tej odpowiedzialności na decydentów polskich. To jest niezwykle niebezpieczne, ponieważ prędzej czy później dojdzie do sytuacji, w której strony konfliktu usiądą przy stoliku rozmów, ale gdzie główne decyzje będą zapadały ponad głowami państw małych i średnich. Waszyngton z Moskwą dogadają się, bo mają takie geopolityczne interesy. Natomiast tym kozłem ofiarnym może stać się Polska i to nie tylko w kontekście tego, co establishment polityczny Ukrainy będzie mówić. Część tego establishmentu, który po przegranej wojnie będzie starał się przerzucić sporą część odpowiedzialności na czynniki zewnętrzne, a nie, np. na oligarchów, ale będzie szukał wroga za granicą i bardzo blisko jest zresztą Polska. Polskę będzie łatwo tutaj oskarżyć ze strony części radykalnych środowisk ukraińskich z uwagi na tradycje polityczne tego narodu i na te kwestie, które dzisiaj wypływają, jeśli chodzi o narrację takich periodyków jak NYT.

Polska prowadzi mało asertywną politykę względem Ukrainy. Jest to polityka serwilizmu, uległości, bezwarunkowego wspierania, która musi się skończyć źle. Ten artykuł w NYT powinien podziałać jak kubeł zimnej, lodowatej wręcz wody, na rozgrzane głowy polskich publicystów, intelektualistów, polityków, decydentów. Powinni zrozumieć, że wojna na Ukrainie, to nie nasza wojna. Polska powinna trzymać się z dala od tego konfliktu i zaprzestać wspierania militarnego Ukrainy, dążyć do tego, aby jak najszybciej ten konflikt wygasić i jak najszybciej znormalizować relacje pomiędzy Polską a Rosją i Polską a Białorusią, bo to także jest konieczny warunek do tego, aby zakończyć kryzys na granicy.

x

Sykulski poruszył w swej wypowiedzi parę wątków, ale ich nie rozwinął. Te wątki to:

  • sojusz z Ukrainą
  • „małe NATO” z wyłączeniem art.5
  • zerwanie rozmów pokojowych pomiędzy Rosją a Ukrainą nastąpiło z udziałem polityków polskich
  • polityka uległości w stosunkach z Ukrainą

Sojusz Polski z Ukrainą nie ma najmniejszego sensu, bo oba państwa są zbyt słabe, by pokonać Rosję. Po co więc taki pomysł? Po to, by wciągnąć Polskę do wojny z Rosją. Jeśli więc Polska przystąpi do tej wojny, to w trakcie rozmów pokojowych zasiądzie na ławie oskarżonych. I o to dokładnie chodzi.

„Małe NATO”, o czym nie powiedział Sykulski, to Polska, Ukraina i kraje bałtyckie. Skoro one chcą walczyć z Rosją, to niech robią to na własny rachunek, my im nie pomożemy, gdy Rosja na nie napadnie. – Tak należy interpretować propozycję Zachodu czy Kolektywnego Zachodu. To też jest nawiązanie do „tradycji” I RP.

Zerwanie rozmów pokojowych pomiędzy Rosją i Ukrainą nastąpiło z winy Polaków. – Tak sugeruje NYT. Pierwsza jaskółka wiosny nie czyni, ale wyraźnie widać kierunek, w którym mogą potoczyć się sprawy. Jeśli mamy winę (zbrodnię), to musi być i kara. To nie może skończyć się tak, że politycy polscy i ukraińscy dostaną po klapsie od Amerykanów i wrócą do piaskownicy. Nie po to rozpętano tę wojnę, by wszyscy pozabierali zabawki i wszystko wróciło do stanu sprzed 24 lutego 2022 roku. Widać coraz wyraźniej, że wszystko kręci się na obszarze byłej I RP, zwanym obecnie Międzymorzem. Kara dla Polski to utrata ziem poniemieckich, a dla Ukrainy – utrata Ukrainy Zadnieprzańskiej.

To, co Sykulski nazywa polityką uległości wobec Ukrainy nie jest nią. Ponad dwieście lat wspólnego państwa polsko-ukraińskiego w ramach Rzeczypospolitej, później w ramach II RP i, po przesiedleniach po II wojnie światowej, w ramach PRL-u, spowodowało, że Ukraińcy razem z Żydami ukraińskimi tworzą w III RP główną siłę polityczną i reprezentują w niej interes amerykański czy może raczej interes amerykańskich Żydów. Jest to oczywiście polityka uległości i serwilizmu, ale nie wobec Ukrainy.

Wszystko zmierza, w mojej ocenie, w kierunku odtworzenia I RP. I tu rodzi się pytanie: po co? Tak, jak traktat wersalski został tak zredagowany, by doszło stosunkowo szybko do nowej wojny – tak odtworzenie I RP będzie źródłem niekończących się konfliktów. To nowe państwo, imitujące I RP, będzie równie śmieszne i żałosne. Trzeba jednak pamiętać, że ledwie powstała Rzeczpospolita, a już zaczęły się powstania na Ukrainie. Było ich wiele, a powstanie Chmielnickiego było ostatnim z nich.

Wbrew temu, co mówi Sykulski, że jest to proxy war, czyli wojna zastępcza Zachodu z Rosją o coś tam, to, moim zdaniem, jest to wojna o odtworzenie I RP. Wszystkie działania wielkich tego świata to sugerują. A te niekończące się konflikty są zawsze w interesie jednej nacji, bo osłabiają narody rdzenne, a ją wzmacniają i przybliżają ją do realizacji jej ostatecznego celu.



City of Moscow

Pewnie każdy słyszał o City of London, ale czy ktoś słyszał o City of Moscow? Owszem określenie to funkcjonuje czasem w znaczeniu „Miasto Moskwa”. Ja jednak używam go węższym znaczeniu, w jakim używa się do Londynu określenia „City of London”. W ten sposób mogę zadać pytanie: co łączy City o London z City of Moscow? – Pożar. Pożar Londynu – 1666, pożar Moskwy – 1812. A co wspólnego mają oba te pożary? Oba wybuchły 2 września i trwały do 6 września. Czy zatem był to przypadek. O pożarze Londynu pisałem w blogu Pożar 1666 roku. Na początek wypada zapoznać się z tym, co pisze o obu pożarach Wikipedia.

Pożar Moskwy

Pożar Moskwy (ros. Московский пожар) – pożar, który trwał od 2 do 6 września (14–18 września) 1812 podczas okupacji Moskwy przez wojska francuskie. Armia Imperium Rosyjskiego opuściła miasto po bitwie pod Borodino. Pożar objął praktycznie cały Biały Gród i Ziemny Gród oraz znaczne obszary na obrzeżu miasta, niszcząc ¾ zabudowy.

Chronologia wydarzeń

  • 31 sierpnia / 12 września – cofająca się armia rosyjska rozbiła obóz w Filach. Trwała ewakuacja oraz żywiołowa ucieczka ludności cywilnej.
  • 1 września / 13 września – rada wojenna w Filach akceptuje decyzję generała feldmarszałka Kutuzowa o opuszczeniu Moskwy bez walki.
  • 2 września / 14 września – armia rosyjska wyruszyła na wschód wraz z tłumami uchodźców. W ślad za nimi do Moskwy wkroczyła awangarda Wielkiej Armii pod dowództwem marszałka Murata, która zajęła Kreml. Wieczorem do miasta wkroczyły główne siły wojsk cesarza Napoleona I. Według źródeł rosyjskich, tego dnia wybuchły pierwsze pożary.
  • 3 września / 15 września – w godzinach porannych Napoleon I przy dźwiękach Marsylianki wkroczył na czele gwardii na Kreml. Pożar ogarnął cały Kitaj-gorod pod murami Kremla.
  • 4 września / 16 września – rano Napoleon I opuścił Kreml i zamieszkał w Pałacu Pietrowskim. Świta Napoleona I przejechała przez płonący Arbat do rzeki Moskwy.
  • 6 września / 18 września – po zniszczeniu trzech czwartych miasta, pożar powoli wygasał. Napoleon I powrócił na Kreml.
  • 12 września / 24 września – z wyroku trybunału francuskiego rozstrzelano pierwszych podpalaczy.
  • 6–7 października / 18–19 października – armia francuska opuściła Moskwę.

Przyczyny pożaru

Istnieje wiele wersji powstania pożaru – celowe podpalenie opuszczonego miasta na rozkaz gubernatora Fiodora Rostopczyna, podpalenie przez rosyjskich dywersantów oraz działania francuskich okupantów. Pożary wybuchały w wielu miejscach, możliwe, że wszystkie wersje były uzasadnione.

Skutki pożaru

Według szacunków, pożar pochłonął:

  • 6496 z 9151 budynków mieszkalnych (w tym 6584 drewnianych i 2567 murowanych),
  • 8251 sklepów, magazynów i tym podobnych,
  • 122 z 329 świątyń (nie uwzględniając rabunków).

W ogniu zginęły 2 tysiące rannych żołnierzy rosyjskich, pozostawionych w mieście przez wycofujące się oddziały. Spłonął Uniwersytet, biblioteka Buturlina, teatry Pietrowski i Arbacki. Liczba ludności Moskwy zmniejszyła się z 270 do 215 tysięcy. Moskwa straciła znaczną część historycznych budowli, zwłaszcza drewnianych. Jednocześnie ruina całych dzielnic pozwoliła na modernizację urbanistyki miasta.

Mapa Moskwy (wydanie 1813) – kolorem czerwonym zaznaczono dzielnice zniszczone przez pożar; źródło: Wikipedia.

Pożar Londynu

Wielki pożar Londynu (ang. Great Fire of London) – pożar w centralnym Londynie trwający od niedzieli 2 września do czwartku 6 września 1666 roku, obejmujący głównie średniowieczną dzielnicę City of London otaczaną przez zbudowany jeszcze w czasach rzymskich mur londyński, a następnie rozprzestrzeniający się na zachód. Oficjalna liczba ofiar katastrofy jest relatywnie nieduża, chociaż część historyków kwestionuje to przekonanie.

Pożar rozpoczął się w niedzielę 2 września niedługo po północy w piekarni na ulicy Pudding Lane, szybko się rozprzestrzeniając. Użycie skutecznych metod przeciwpożarowych w postaci tworzenia pasów przeciwpożarowych poprzez usunięcie struktur stojących na drodze ognia zostało znacząco opóźnione ze względu na niezdecydowanie ówczesnego lorda majora Londynu, sir Thomasa Bloodwortha. Wyburzenie większych budynków zarządzono dopiero w niedzielę w nocy, jednak do tego czasu wiatr zamienił już pożar w burzę ogniową, wobec której zastosowanie takich środków było już nieskuteczne; w poniedziałek pożoga rozprzestrzeniła się na północ, w kierunku centrum City. Szybko pojawiły się podejrzenia, jakoby za podpaleniem stali obcokrajowcy, a ludzie pozbawieni domów swój gniew skupili na Francuzach i Holendrach, z którymi Anglia toczyła wówczas II wojnę angielsko-holenderską; znaczna liczba imigrantów z tych krajów stała się ofiarami ulicznej przemocy. We wtorek pożar opanował niemal całe City, niszcząc katedrę św. Pawła, i przeskoczył na drugą stronę rzeki Fleet, zagrażając dworowi Karola II Stuarta przy Whitehall. Równocześnie prowadzone były skoordynowane działania przeciwpożarowe, jednak za kluczowe czynniki ugaszenia pożaru uznaje się zelżenie silnego wschodniego wiatru oraz użycie przez garnizon z Tower of London prochu czarnego do tworzenia pasów przeciwpożarowych, co powstrzymało rozprzestrzenianie się ognia w kierunku wschodnim.

Po opanowaniu żywiołu Londyn stanął przed olbrzymimi problemami ekonomicznymi i społecznymi. Król Karol II zalecał, żeby opuścić miasto i osiedlić się gdzieś indziej, obawiając się, że niezadowoleni mieszkańcy mogą wzniecić przeciwko niemu powstanie. Zaproponowano różne – niekiedy radykalne – plany odbudowy miasta. Ostatecznie Londyn odbudowano na planie średniowiecznym, a zastosowany wtedy układ ulic przetrwał do XXI wieku.

Środkowy Londyn w 1666 roku. Spalony obszar zaznaczony na różowo. Pudding Lane na niebiesko. Źródło: Wikipedia.

x

Wikipedia szeroko rozpisuje się o pożarze Londynu, a na temat pożaru Moskwy tylko tyle, ile zacytowałem. Również Lew Tołstoj w swojej powieści Wojna i pokój niewiele pisze o tym pożarze. Jednak opisuje dziwne zachowanie Napoleona po wkroczeniu do Moskwy. Może tu jest jakaś wskazówka. Pisze on tak:

Napoleon wkracza do Moskwy po wspaniałym zwycięstwie de la Moskova; zwycięstwo jest niewątpliwe, gdyż pole walki pozostało przy Francuzach. Rosjanie cofają się i oddają stolicę. Moskwa pełna żywności, broni, amunicji i niezliczonych bogactw – w rękach Napoleona. Wojsko rosyjskie, dwa razy słabsze niż francuskie, w ciągu miesiąca nie czyni ani jednej próby natarcia. Położenie Napoleona – najświetniejsze. Do tego, aby z dwukrotnie większymi siłami runąć na resztki rosyjskiej armii i zniszczyć ją; do tego, żeby zawrzeć korzystny pokój albo, na wypadek odmowy, zrobić manewr zagrażający Petersburgowi; do tego, żeby nawet w wypadku niepowodzenia wrócić do Smoleńska albo Wilna lub pozostać w Moskwie; do tego, słowem, żeby utrzymać to wspaniałe położenie, w jakim znajdowało się wówczas wojsko francuskie, wydawałoby się, nie trzeba szczególnego geniuszu. Do tego trzeba było zrobić najprostszą i najłatwiejszą rzecz: nie pozwolić wojsku, aby grabiło, przygotować zimową odzież, której wystarczyłoby w Moskwie dla całej armii, i we właściwy sposób zmagazynować prowiant znajdujący cię w Moskwie, który mógł wystarczyć dłużej niż na pół roku (według danych historyków francuskich) dla całego wojska. Napoleon, ten geniusz nad geniuszami, władca armii, jak twierdzą historycy, nic takiego nie zrobił.

Nie tylko nic takiego nie zrobił, lecz gorzej, użył całej swej władzy na to, aby ze wszystkich znanych mu dróg działania wybrać taką, która była najgłupsza i najbardziej zgubna. Ze wszystkiego, co mógł Napoleon uczynić: zimować w Moskwie, iść na Petersburg, iść na Niżnij Nowgorod, cofać się, iść bardziej na północ albo na południe tą drogą, którą poszedł później Kutuzow, słowem, o jakimkolwiek by wyjściu pomyśleć – nic bardziej głupiego i zgubniejszego niż to, co przedsięwziął Napoleon, tj. pozostać w Moskwie do października, pozwalając wojsku grabić miasto; potem wahając się, zostawić garnizon w Moskwie, wyjść z niej, zbliżyć się do Kutuzowa, nie wydać bitwy, pójść na prawo, dojść do Małojarosławca, znowu nie próbując się przebić, pójść nie tą drogą, którą szedł Kutuzow, lecz wrócić na Możajsk spustoszoną drogą smoleńską – nic głupszego i bardziej zgubnego dla wojska nie można było wymyślić, jak to potwierdziły następstwa. Niech najbardziej umiejętni strategowie – zakładając, że Napoleon chciał zgubić swą armię – pokażą jakąś inną kolejność działania, która by tak niechybnie i niezależnie od wszystkiego, co przedsięwzięły wojska rosyjskie, tak całkowicie zniszczyła całą armię francuską, jak to zrobił Napoleon!

Genialny Napoleon zrobił to. Ale powiedzieć, że Napoleon dlatego zniszczył swą armię, że tego chciał, albo dlatego, że był bardzo głupi, byłoby również tak samo niesłuszne, jak twierdzenie, że Napoleon doprowadził swe wojska pod Moskwę dlatego, że chciał, i dlatego, że był bardzo mądry i genialny.

W pierwszym i drugim wypadku osobiste jego działanie, nie mające większego znaczenia niż osobiste działanie każdego żołnierza, było tylko zgodne z tymi prawami, według których dokonywało się zjawisko.

Zupełnie fałszywie (tylko dlatego, że skutki nie usprawiedliwiły działania Napoleona) przedstawiają nam historycy, że siły Napoleona osłabły w Moskwie. Zupełnie tak samo jak poprzednio, jak później, w roku trzynastym, Napoleon zużył całą swą umiejętność i siły, żeby uczynić wszystko, co mógł najlepszego dla siebie i dla swej armii. Działanie Napoleona w tym czasie jest nie mniej zadziwiające niż w Egipcie, we Włoszech, w Austrii i Prusach. Nie wiemy ściśle, w jakim stopniu geniusz Napoleona przejawił się w Egipcie, gdzie czterdzieści wieków patrzyło na jego wielkość, ponieważ wszystkie te wielkie zwycięstwa przedstawiają nam tylko Francuzi. Nie możemy należycie ocenić jego geniuszu w Austrii i Prusach, gdyż dane o jego tam działaniu musimy czerpać ze źródeł francuskich i niemieckich; a niepojęte przejście do niewoli korpusów bez bitwy i poddawanie się twierdz bez oblężenia musiały skłaniać Niemców do uznania jego geniuszu, jedynego usprawiedliwienia takiej wojny, którą prowadzono w Niemczech. Ale my, chwała Bogu, nie mamy potrzeby uznawania jego geniuszu, aby ukryć swój wstyd. Zapłaciliśmy za to, żeby mieć prawo patrzeć na sprawę prosto i prawdziwie, i nie wyrzekniemy się tego prawa.

Jego działanie w Moskwie jest równie zdumiewające i genialne, jak wszędzie. Rozkazy za rozkazami i plany za planami sypią się od czasu zajęcia Moskwy aż do wyjścia z niej. Nieobecność mieszkańców, brak delegacji i pożar miasta nie zaniepokoiły go. Nie spuszcza z oka ani dobra swej armii, ani działań nieprzyjaciela, ani pomyślności narodów Rosji, ani kierownictwa sprawami Paryża, ani dyplomatycznych rozmyślań o przyszłych warunkach pokoju.

x

Ale powiedzieć, że Napoleon dlatego zniszczył swą armię, że tego chciał, albo dlatego, że był bardzo głupi, byłoby również tak samo niesłuszne, jak twierdzenie, że Napoleon doprowadził swe wojska pod Moskwę dlatego, że chciał, i dlatego, że był bardzo mądry i genialny. W pierwszym i drugim wypadku osobiste jego działanie, nie mające większego znaczenia niż osobiste działanie każdego żołnierza, było tylko zgodne z tymi prawami, według których dokonywało się zjawisko.

Tak więc dla Tołstoja wszystko dokonuje się zgodnie z pewnymi prawami, na które ludzie nie mają wpływu, tylko jakieś fatum decyduje. Pożar w Moskwie wybuchł w momencie wkroczenia do niej Napoleona i nie zrobił on nic, by przeciwdziałać temu. Podobnie biernie zachowały się władze Londynu. To tak, jakby w obu wypadkach czekano, aż pożar ogarnie pożądany obszar. Wiemy, co to jest City of London i kto tam rządzi. Ten stan wytworzył się dzięki temu, że w 1666 roku doszło do pożaru. Wiadomo, że doszczętne zniszczenie centrum miasta będzie wymagało odbudowy. Taki stan całkowicie zmienia stosunki własnościowe i gospodarcze w najważniejszym mieście w państwie, czyli w stolicy, gdzie ma swoją siedzibę rząd. Pożar Londynu miał miejsce w kilkanaście lat po tym jak Cromwell pozwolił Żydom na powrót do Anglii. Londyn najwyraźniej został przeznaczony na stolicę Imperium, które Żydzi już wtedy budowali. Przeciwwagę miała stanowić Moskwa, która miała stać się w przyszłości siedzibą światowego komunizmu. Nie powinno więc dziwić, że była to dziwna wojna, która bardziej zasługuje na miano drôle de guerre, niż ta w wykonaniu Francuzów w 1939 roku.

Jakoś tak dziwnie się składa, że po tej wojnie pojawili się dekabryści. Wikipedia tak o nich pisze:

„Dekabryści – grupa rosyjskich spiskowców/rewolucjonistów ze sfer szlacheckich działająca w latach 20. XIX wieku. Nazwa wywodzi się od daty wybuchu antycarskiego powstania – 26 grudnia 1825 (14 grudnia według kalendarza juliańskiego) – po rosyjsku grudzień to dekabr.

Dekabryści wywodzili się z rodzin arystokratycznych (spośród 289 ukaranych za udział w spisku 22 było synami generałów, 10 synami pułkowników, 13 synami senatorów, 7 − gubernatorów, 2 − ministrów, a jeden synem członka Rady Państwa), uzyskali dobre wykształcenie, służyli w elitarnych pułkach armii rosyjskiej, znali język francuski, a niekiedy także inne języki obce. Wśród uczestników ruchu było wielu wolnomularzy. W większości byli wojskowymi i brali udział w wojnie obronnej z Napoleonem. Część z nich służyła w zachodniej Europie, m.in. stacjonowała w okupowanej Francji. Doświadczenia te i poczynione obserwacje miały wpływ na poglądy i program wielu dekabrystów, którzy byli entuzjastami francuskiego oświecenia i rewolucji francuskiej.”

Pożar Moskwy spełnił tę samą funkcję jak pożar Londynu – oczyścił centrum miasta i zrobił miejsce dla nowych przybyszy, którzy do dziś kontrolują Rosję, podobnie jak kraje anglosaskie. To był pierwszy krok. Drugim było pojawienie się dekabrystów, których zadaniem było osłabianie władzy carskiej. W konsekwencji doszło do rewolucji październikowej. Dawna stolica była już wtedy gotowa, by stać się stolicą światowego komunizmu. Po latach Związek Radziecki rozpadł się, ale Moskwa nic nie straciła na swoim znaczeniu. Rozpadu Rosji nie ma w planie wielkich tego świata, przynajmniej w dającej się przewidzieć perspektywie. Warto o tym pamiętać, zwłaszcza w kontekście wojny na Ukrainie, bo jej celem jest coś innego niż osłabienie Rosji czy jej rozczłonkowanie.

Wszystkie te dziwne zachowania Napoleona, jego pójście, wbrew zdrowemu rozsądkowi, na Moskwę, a nie na Petersburg, również rosyjska taktyka spalonej ziemi i unikanie walki; wszystko to i wiele innych niezrozumiałych decyzji po obu stronach miało służyć tylko jednemu celowi – ukryciu prawdziwego zamiaru, jakim od początku było spalenie Moskwy. Nigdy nikomu nie udało się pokonać Rosji czy Związku Radzieckiego. Napoleon miał dojść do Moskwy i doszedł, ale nie pokonał Rosji, bo tego nie było w scenariuszu. Hitler miał nie dojść do Moskwy i nie doszedł i nie pokonał Związku Radzieckiego, bo taki był scenariusz. I nie był to efekt działania jakiegoś fatum, tylko konkretnych ludzi, których tożsamości nigdy nie poznamy.

Rok 1812 c.d.

W blogu Rok 1812 zastanawiałem się na tym, dlaczego Napoleon skierował się na Moskwę, a nie na Petersburg. Jeśli oficjalnym powodem wojny była chęć pokonania Rosji za to, że złamała blokadę Anglii, to najprościej byłoby dokonać jego blokady. Do Petersburga było bliżej niż do Moskwy, a poza tym wojska napoleońskie mogłyby poruszać się wzdłuż wybrzeża Bałtyku, co znacznie utrudniłoby prowadzenie przez Rosjan wojny partyzanckiej. Blokada Petersburga oznaczałby też ruinę gospodarczą Rosji, bo cała jej wymiana handlowa odbywała się przez ten właśnie port. Pisząc ten blog nie wiedziałem, dlaczego tak się stało. Teraz, wydaje mi się, że już wiem, ale o tym w kolejnym blogu. W tym chciałbym skupić się na tym, jak Tołstoj opisał rok 1812 w swojej powieści Wojna i pokój. Jest to oczywiście powieść wielowątkowa, ale najwięcej miejsca zajmuje w niej wątek wojny 1812 roku. Gdyby nie Wielka wojna ojczyźniana, to zapewne ta wojna zapisałaby się najtrwalej w świadomości Rosjan. Jednak dla świata, według mnie, tamta wojna była ważniejsza. W następnym blogu to uzasadnię.

Wikipedia tak zaczyna opis tej powieści:

W pierwotnym zamyśle Tołstoja powieść miała być szkicem opisującym podłoże powstania dekabrystów. Następnie zdecydował się on ją rozszerzyć i opisać trzy newralgiczne punkty rosyjskiej historii XIX wieku: wojny napoleońskie, powstanie dekabrystów i wojnę krymską. W trakcie pisania jednak pisarz odszedł od właściwego tematu utworu i skupił się jedynie na opisie wojen napoleońskich (w których uczestniczyła większość dekabrystów). Końcowy efekt przyniósł kilka uzupełniających się wątków, będących uzasadnieniem poglądów historiozoficznych Tołstoja.

„Wojna i pokój” to jedno z najobszerniejszych dzieł w literaturze rosyjskiej. Ogromna liczba bohaterów i wątków skutkuje obfitością znaczeń. Nawet pobieżna analiza dzieła wymaga omówienia kilku z nich:

Ukazanie idei fatalizmu historycznego. Tołstoj był przekonany, że historią rządzi fatum, ślepy los, który nie jest zależny od jakichkolwiek ludzkich działań. Wykonawcami owego fatum są nie, jak powszechnie uważano, genialne jednostki (jak np. Napoleon), ale „masy”, czyli narody. Prawdziwie dobrym władcą jest zatem ten, który potrafi zintegrować się ze społeczeństwem i razem z nim wypełnić dziejową misję. Idąc dalej tym tokiem myślowym Tołstoj dochodzi do wniosku, że władca dziedziczny (car) jest wywyższony ponad władcę wybieralnego (Napoleon), gdyż jego władza jest związana z owym fatum, w przeciwieństwie do władcy, którego władza pochodzi z nadania ludzi buntujących się przeciwko zrządzeniom losu.

Pozostałe wątki to według Wikipedii:

  • ukazanie jedności narodu rosyjskiego w chwili zagrożenia, zwłaszcza jedności chłopstwa i szlachty,
  • zwycięstwo idei „Wojny sprawiedliwej” (wojny obronnej z 1812 roku) i klęska w wojnie zaborczej, ekspansywnej (wojna krymska),
  • ukazanie idealnego modelu rosyjskiej rodziny (patriarchatu);

Temu pierwszemu wątkowi Tołstoj poświęcił najwięcej uwagi i wypada tę ideę fatalizmu historycznego według niego przybliżyć. Poniżej wybrane fragmenty:

Przedmiotem historii jest życie narodów i ludzkości. Ująć bezpośrednio i ogarnąć słowami – opisać życie nie tylko ludzkości, ale jednego narodu, wydaje się niemożliwe.

Starożytni historycy używali prostego sposobu, żeby opisać i uchwycić wydające się nieuchwytnym – życie narodu. Opisywali działalność osób rządzących narodem, i ta działalność utożsamiała się dla nich z działalnością całego narodu.

Na pytanie, jakim sposobem jednostki według swej woli zmuszały narody do działania i co kierowało wolą tych jednostek, historycy odpowiadali: na pierwsze pytanie – uznaniem woli bóstwa, podporządkowującego narody woli jednej wybranej jednostki, a na drugie pytanie – uznaniem tegoż bóstwa, które kieruje wolą człowieka wybranego do osiągnięcia wyznaczonego celu.

Starożytni rozwiązywali te zagadnienia wiarą w bezpośredni udział bóstwa w sprawach ludzkości. Historia nowożytna w teorii swej odrzuciła oba te założenia.

Wydawałoby się, że odrzuciwszy wiarę starożytnych w zależność ludzi od bóstwa i w określony cel, do którego prowadzone są narody, historia nowożytna powinna by była badać nie przejawy władzy, lecz przyczyny, które ją formowały. Lecz tego nie uczyniła. Odrzuciwszy w teorii poglądy starożytnych, kieruje się nimi w praktyce.

Zamiast ludzi obdarzonych boską władzą, którymi bezpośrednio kieruje wola bóstwa, historia nowożytna wysunęła albo bohaterów obdarzonych niezwykłymi, nadludzkimi zdolnościami, albo po prostu ludzi o najróżnorodniejszych właściwościach, od monarchów do dziennikarzy, kierujących masami. Zamiast dawnych, miłych bóstwu dążeń narodów: żydowskiego, greckiego, rzymskiego, które starożytnym wydawały się celami ruchu ludzkości, historia nowożytna wysunęła swoje cele – szczęście Francuzów, Niemców, Anglików, a w najogólniejszej abstrakcji – dobro cywilizacji całej ludzkości, przez którą rozumie się zwykle narody zajmujące maleńki północno-zachodni kącik wielkiego lądu.

Historia nowożytna odrzuciła dawne wierzenia, nie dając na ich miejsce nowych zasad, a logika dziejów zmusiła historyków, którzy rzekomo odrzucili boską władzę cesarzy i fatum starożytnych, by nową drogą doszli do tego samego: do uznania, że 1) narodami kierują jednostki i 2) że istnieje określony cel, do którego dążą narody i ludzkość.

We wszystkich pracach najnowszych historyków, od Gibbona do Buckle’a, mimo ich pozornych różnic i pozornie nowych poglądów, widać w osnowie te dwie stare, nie do uniknięcia zasady.

Po pierwsze, historyk opisuje działalność jednostek, według jego zdania, kierujących ludzkością: jeden zalicza do nich tylko monarchów, wodzów, ministrów; drugi prócz monarchów – mówców, uczonych, reformatorów, filozofów, poetów. Po drugie, cel, do którego zmierza ludzkość, jest znany historykowi: dla jednego tym celem jest wielkość rzymskiego, hiszpańskiego, francuskiego państwa; dla innego – to wolność, równość, cywilizacja określonego rodzaju w maleńkim zakątku świata, nazywanym Europą.

W roku 1789 w Paryżu zaczyna się ferment; rośnie, rozlewa się i przejawia się w ruchu narodów z Zachodu na Wschód. Kilkakroć ruch ten kieruje się na Wschód, ściera się z ruchem przeciwnym – ze Wschodu na Zachód; w roku 1812 dochodzi do krańcowego punktu – Moskwy, i z symetrią, godną uwagi, następuje ruch przeciwny: ze Wschodu na Zachód, zupełnie jak w pierwszym wypadku, pociągając za sobą narody pośrednie. Przeciwstawny ruch dochodzi do punktu wyjścia na Zachodzie do Paryża – i zanika.

W tym dwudziestoletnim okresie ogromnej liczby pól nie zaorano, domy spalono, handel zmienia kierunek; miliony ludzi ubożeje, wzbogaca się, przesiedla, a miliony ludzi, chrześcijan, uznających miłość bliźniego, zabijają się wzajemnie.

Co to wszystko znaczy? Czym to zostało spowodowane? Co zmusiło tych ludzi, by palili domy i zabijali podobnych sobie? Jakie są przyczyny tych wydarzeń? Jaka siła kazała tym ludziom postępować w taki sposób? Oto mimowolne, prostoduszne i najbardziej uzasadnione pytania, które stawia sobie człowiek natknąwszy się na pomniki i podania o ruchu minionego okresu.

O rozwiązanie tych zagadnień zwracamy się do nauki historii, której celem jest samowiedza narodów i ludzkości.

Gdyby historia kierowała się poglądami starożytnych, powiedziałaby: bóstwo, nagradzając albo karząc swój naród, dało Napoleonowi władzę i kierowało jego wolą, aby osiągnąć swe boskie cele. Odpowiedź byłaby pełna i zrozumiała. Można było wierzyć lub nie w boskie przeznaczenie Napoleona; kto wierzył w niego, ten wszystko by zrozumiał w historii tego okresu i nie mogłoby być żadnej sprzeczności.

Ale historia nowożytna nie może w ten sposób odpowiadać. Nauka nie uznaje poglądów starożytnych o bezpośrednim mieszaniu się bóstwa w sprawy ludzkie i dlatego winna odpowiedzieć inaczej.

Historia nowożytna odpowiadając na te pytania mówi: chcecie wiedzieć, co znaczy ten ruch, skąd wypłynął i jaka siła dokonała tych wydarzeń? Posłuchajcie:

x

Ludwik XIV był człowiekiem bardzo dumnym i pewnym siebie; miał takie a takie kochanki i takich a takich ministrów i głupio rządził Francją. Następcy Ludwika również byli ludźmi słabymi i źle rządzili Francją. I oni mieli takich a takich faworytów i takie a takie kochanki. Prócz tego pewni ludzie pisali w tym czasie książki. W końcu XVIII stulecia Paryż skupił około dwudziestu ludzi, którzy zaczęli mówić, że wszyscy ludzie są równi i wolni. Z tego powodu ludzie w całej Francji zaczęli się wzajemnie wyrzynać i topić (Wandea – przyp. W.L.). Ludzie ci zabili króla i wielu innych. W tym samym czasie był we Francji człowiek genialny – Napoleon, który wszędzie wszystkich zwyciężał, czyli zabijał dużo ludzi, dlatego że był bardzo genialny. Pojechał zabijać dla czegoś tam Afrykańczyków i tak znakomicie ich zabijał, i taki był przebiegły i mądry, że przyjechawszy do Francji nakazał, by mu się wszyscy podporządkowali. I wszyscy uznali w nim władcę. Zrobiwszy się cesarzem, znowu poszedł zabijać ludzi we Włoszech, Austrii i Prusach. I tam dużo pozabijał. A w Rosji był cesarz Aleksander, który postanowił przywrócić porządek w Europie i dlatego wojował z Napoleonem. Ale w roku 1807 nagle zawarł z nim przyjaźń, a w roku 1811 znowu się rozeszli i znowu zaczęli zabijać dużo ludzi. Napoleon przywiódł do Rosji sześćset tysięcy żołnierzy i zawojował Moskwę; a później śpiesznie uciekł z Moskwy i wtedy cesarz Aleksander za radą Steina (minister pruski wypędzony przez Napoleona, w latach 1809-12 przebywał w Rosji – przyp. W.L.) i innych zjednoczył Europę do pospolitego ruszenia przeciw burzycielowi pokoju. Wszyscy sojusznicy Napoleona zrobili się od razu jego wrogami i to pospolite ruszenie poszło przeciw Napoleonowi, który zebrał nowe siły. Sprzymierzeńcy zwyciężyli Napoleona, zajęli Paryż; zmusili Napoleona do zrzeczenia się tronu i zesłali go na wyspę Elbę, nie pozbawiając go tytułu cesarza i okazując mu wszelki szacunek, mimo że przed pięciu laty i w rok później wszyscy uważali go za zbója poza prawem. A panować zaczął Ludwik XVIII, z którego dotychczas i Francuzi, i sprzymierzeńcy śmiali się tylko. Zaś Napoleon, lejąc łzy przed starą gwardią, zrzekł się tronu i pojechał na wygnanie. Potem doświadczeni mężowie stanu i dyplomaci (zwłaszcza Talleyrand, który zdążył wcześniej niż inni zająć miejsce w pewnym fotelu i tym rozszerzył granice Francji) rozmawiali w Wiedniu i uszczęśliwiali albo unieszczęśliwiali tymi rozmowami narody. Wtem dyplomaci i monarchowie omal się nie pokłócili i już gotowi byli rozkazać znowu swym wojskom zabijać się wzajemnie; ale tymczasem Napoleon z batalionem wojska przybył do Francji i Francuzi, nienawidzący go, natychmiast mu się podporządkowali. Ale sprzymierzeni monarchowie rozgniewali się o to i znowu ruszyli wojować z Francuzami. Genialnego Napoleona zwyciężyli i wywieźli na Wyspę Św. Heleny, nagle uznawszy go za zbója. I tam wygnaniec, rozłączony z miłymi sercu ludźmi i z ukochaną przez niego Francją, umierał na skale powolną śmiercią i przekazał swe wielkie czyny potomnym. A w Europie zapanowała reakcja i wszyscy panujący zaczęli znowu krzywdzić swoje ludy.

x

Na próżno byście pomyśleli, że to drwina, karykatura opisów historycznych. Przeciwnie, to najbardziej delikatny wyraz tych sprzecznych odpowiedzi, które nie odpowiadają na pytania, które daje nam cała historia, począwszy od pamiętników i dziejów poszczególnych państw do historii powszechnej i nowego rodzaju historii kultury tego czasu.

Jeżeli celem historii jest opisanie ruchu ludzkości i narodów, to niezbędna jest odpowiedź na pierwsze pytanie: jaka siła porusza narodami, inaczej wszystko inne będzie niezrozumiałe. Na to pytanie historia nowożytna z zakłopotaniem odpowiada albo to, że Napoleon był bardzo genialny, albo to, że Ludwik XIV był bardzo dumny, albo jeszcze to, że tacy to pisarze napisali takie to książki.

Historia jakby sądziła, że siła ta rozumie się sama przez się i wszystkim jest znana. A jednak mimo wszelkie wysiłki, by tę nową siłę przedstawić jako znaną, ten, kto przeczyta wiele dzieł historycznych, mimo woli zwątpi, aby ta nowa siła, tak różnie rozumiana przez samych historyków, była wszystkim znana.

x

W miarę, jak coraz bardziej zagłębiałem się w tę powieść, sposób rozumowania i wnioskowania Tołstoja stawał się on dla mnie coraz mniej zrozumiały. Być może wynikało to z tego, że sam sposób prowadzenia tej wojny przez obie strony był co najmniej dziwny. O bitwie pod Borodinem pisze on tak:

Bitwa pod Borodinem z następującym po niej zajęciu Moskwy i ucieczką Francuzów bez nowych bitew – jest jednym z najbardziej pouczających zjawisk w historii. (…)

Ale nagle w roku 1812 Francuzi odnieśli zwycięstwo pod Moskwą, Moskwę wzięto, po czym, bez nowych bitew, przestała istnieć nie Rosja, lecz – sześciusettysięczna armia, a potem napoleońska Francja. Nie można naciągać faktów do zasad historii i mówić, że pole bitwy pod Borodinem pozostało w ręku Rosjan i że po wzięciu Moskwy były bitwy, które zniszczyły armię Napoleona.

Po zwycięstwie Francuzów pod Borodinem nie było ani jednej bitwy nie tylko generalnej, ale w jakimkolwiek stopniu znacznej, i armia francuska przestała istnieć. Co to znaczy? Gdyby to był przykład z historii Chin, moglibyśmy powiedzieć, że to nie jest zjawisko historyczne (wykręt historyków, gdy jakieś zjawisko nie pasuje do ich zasad); gdyby sprawa dotyczyła niewielkiego starcia, w którym by brały udział małe ilości wojsk, moglibyśmy przyjąć to zjawisko jako wyjątek; ale wydarzenie to działo się na oczach naszych ojców, dla których rozstrzygało się zagadnienie życia lub śmierci ojczyzny i była to wojna największa ze wszystkich znanych wojen…

Okres kampanii 1812 roku od bitwy pod Borodinem do wygnania Francuzów dowiódł, że wygranie bitwy nie tylko nie może być przyczyną podboju, ale nie jest nawet stałym jego objawem; dowiódł też, że siłą decydującą o losie narodów nie są zdobywcy, nawet nie armie i bitwy, lecz coś innego. (…)

Szermierzem, żądającym walki według zasad sztuki szermierczej – byli Francuzi, jego przeciwnikiem, który rzucił szpadę, a chwycił dębczaka, byli Rosjanie; ludźmi, którzy usiłowali wyjaśnić wszystko według zasad fechtunku – historycy, którzy pisali o tym wydarzeniu.

Od chwili spalenia Smoleńska rozpoczęła się wojna niepodobna do żadnej z wojen poprzednich, które znamy z opowiadań. Palenie miast i wsi, cofanie się po bitwach, uderzenie pod Borodinem i znowu wycofanie się, pożar Moskwy, wyłapywanie maruderów, przejmowanie transportów, wojna partyzancka – wszystko to było odstępstwem od zasad.

x

W dalszej części wraca Tołstoj do bitwy pod Borodinem i pisze:

Dlaczego to wojsko rosyjskie, które słabsze liczebnie od Francuzów, wydało bitwę pod Borodinem, dlaczego to wojsko, okrążające Francuzów z trzech stron, aby ich wziąć do niewoli, nie osiągnęło swego celu? Czyżby tak wielką przewagę nad nami mieli Francuzi, że okrążywszy ich przeważającymi siłami, nie mogliśmy ich pobić? Jak się to mogło stać?

Historia (ta, którą nazywa się tym słowem) odpowiadając na te pytania mówi, że stało się to dlatego, iż Kutuzow i Tormasow, i Czyczagow, i tamten, i ów nie wykonali takich a takich manewrów.

Ale dlaczego nie dokonali tych wszystkich manewrów? Dlaczego, jeżeli z ich winy nie osiągnięto zamierzonego celu, nie oddano ich pod sąd i nie stracono? Ale jeżeli nawet przyjąć, że winę za niepowodzenie Rosjan ponosi Kutuzow i Czyczagow itp., to i tak nie można zrozumieć, dlaczego i w tych warunkach, w jakich znajdowały się wojska rosyjskie pod Krasnem i nad Berezyną (w obu wypadkach Rosjanie mieli przewagę sił), nie wzięto do niewoli francuskiego wojska z marszałkami, królami i cesarzem, jeżeli to było celem Rosjan?

Tłumaczenie tego dziwnego zjawiska (jak to czynią rosyjscy historycy wojen) tym, że Kutuzow przeszkodził natarciu, nie ma podstaw, dlatego, że wiemy, iż wola Kutuzowa nie mogła wstrzymać wojsk od ataku pod Wiaźmą i pod Tarutinem.

Dlaczego to rosyjskie wojsko, które będąc słabsze, zwyciężyło pod Borodinem w bitwie z nieprzyjacielem będącym w pełni sił, teraz pod Krasnem i nad Berezyną, mając przewagę, zostało zwyciężone przez zdezorganizowane tłumy Francuzów?

x

W tym fragmencie Tołstoj pisze , że rosyjskie wojsko było słabsze, ale zwyciężyło pod Borodinem, a we wcześniejszym cytacie pisał, że po zwycięstwie Francuzów pod Borodinem nie było żadnej znaczącej bitwy i armia francuska przestała istnieć. Trudno to zrozumieć, jak i jego wywody dotyczące całej kampanii 1812 roku. Coraz trudniej było mi podążać za jego tokiem myślenia. W końcowej części powieści konkluduje:

Siły życia przyrody pozostają poza nami i nie uświadamiamy sobie ich, lecz nazywamy te siły ciążeniem, inercją, elektrycznością, siłą witalną itd., ale siłę życia człowieka uświadamiamy sobie i nazywamy ją wolnością. (…)

Podobnie jak nieokreślona istota siły poruszającej ciała niebieskie, nieokreślona istota siły ciepła, elektryczności albo siły łączenia się pierwiastków czy siły witalnej stanowią treść astronomii, fizyki, chemii, botaniki, zoologii itd. – tak istota siły wolności stanowi treść historii. (…)

(…) Gdy Newton sformułował prawo ciążenia, nie powiedział, że Słońce lub Ziemia posiadają właściwości przyciągania; powiedział, że każde ciało, od największego do najmniejszego, ma jakby właściwości przyciągania się wzajemnego, tj. pozostawiając na boku zagadnienie o przyczynę ruchu ciał, wyraził właściwość wspólną wszystkim ciałom od nieskończenie wielkich do nieskończenie małych. Tak samo czynią nauki przyrodnicze: pozostawiając na uboczu zagadnienie przyczyny, poszukują praw. Historia postępuje tak samo. I jeżeli przedmiotem jej ma być badanie ruchów narodów i ludzkości, a nie opisywanie epizodów z życia ludzi, to powinna, odsunąwszy pojęcie przyczyn, wykrywać prawa wspólne wszystkim równym i nierozerwalnie ze sobą związanym, nieskończenie małym elementom wolności.

xxx

Te nieskończenie małe elementy wolności to poszczególni ludzie. Wychodząc więc z założenia, że te nieskończenie małe elementy wolności mogą mieć wpływ na bieg historii, to faktycznie znalezienie przyczyny, czyli tego, kto podejmuje decyzje jest niemożliwe. To jak szukanie igły w stogu siana. A więc, skoro sprawca nie może być znaleziony, to szukamy praw rządzących historią. Tak chyba można odczytać przekaz Tołstoja.

W blogu Czechosłowacja ’68 pisałem o tym, co tam chciano ukryć: inwazja potężnych sił Układu Warszawskiego, nieproporcjonalna do zagrożenia, którego nie było. Tym odwracano uwagę od prawdziwej operacji. Tołstoj też chciał coś ukryć, odwrócić uwagę czy może ktoś mu kazał, by tak pisał. Te cytaty zamieściłem po to, by pokazać, jak można pominąć to, co było najważniejsze w tej kampanii, po co była wyprawa na Moskwę. Napoleon ze swego zadania wywiązał się znakomicie. Niby o wszystkim jest mowa: o wojnie partyzanckiej, o paleniu miast i wsi i w końcu o spaleniu Moskwy, o dziwnym zachowaniu Napoleona. Tyle że winowajcą u Tołstoja jest to fatum, ślepy los. O tym, kto był faktycznym sprawcą tej wojny i jaki miał w niej interes, to w następnym blogu.

Zrozumieć Polskę

Żeby zrozumieć, czym jest Polska, trzeba poznać historię tego regionu, ale tę prawdziwą. Trzeba sobie uświadomić, co było jego specyfiką. O wielu faktach pisałem w poprzednim blogu. Są jednak zagadnienia, których pominąć nie można. Józef Mackiewicz w swojej powieści Lewa wolna (Kontra, 2018) pisał:

»Bo w Rosji wszystkie rzeczy się przewracały, a winę za ten przewrót, w ogólnej niewiedzy, zwalano na Żydów.

Ale i za falochronem niemieckim, w szerokim pasie od Oceanu Lodowatego po Morze Czarne, pod zewnętrzną powłoką reprezentacyjnych deklaracji, nie układało się ani łatwo, ani zgodnie. Był to pas jedyny w swoim rodzaju, a tym różniący się od reszty Europy, że w żadnym z jego krajów, od Finlandii po Ukrainę, warstwa wyższa, szlachecka, dotychczas panująca, nie mówiła tym samym językiem co warstwa niższa, chłopska. Stąd mnożyły się trudności i powikłania haseł. Każdy na zielonym suknie hucznych stołów dyskusyjnych starał się zagarnąć palcami tyle mapy, iż nie mógł nie potrącić sąsiada. Jedni wychodzili z założenia: cuius regio eius natio (czyja religia tego naród – przyp. W.L.); inni: „pędzić won tych, którzy nami dotychczas rządzili!”«

Finlandia była przez wiele lat pod szwedzkim zaborem, a Finowie to naród chłopski. To oni stanowili większość szwedzkiego wojska, które najechało Koronę w czasie potopu szwedzkiego. Jednak mieli swój własny język i tożsamość. Tego brakowało pozostałym w tym pasie, czyli w Wielkim Księstwie Litewskim. Te języki to raczej dialekty, ludność określała siebie najczęściej mianem tutejszych. I ta nieuformowana do końca masa stała się przedmiotem pewnego eksperymentu, polegającego na zrobieniu z niej Polaków. Ten eksperyment to unia polsko-litewska. Zaczęło się od elity, czyli od tego, że 47 rodów litewskich i rusińskich bojarów adoptowało herby 47 rodów polskiej szlachty. Bojarzy to zbiorowa nazwa przedstawicieli klasy panującej na Rusi Kijowskiej, zajmującej drugą, po książętach, dominującą pozycję w rządzie. To wyższa szlachta, magnaci i wielcy właściciele ziemscy. W ten sposób oni, ich rodziny i potomkowie stawali się „Polakami”. Stopniowo przechodzili na język polski i katolicyzm. Ekspansja na wschód nie polegała na tym, że osiedlała się tam ludność polska, tylko na tym, że miejscową ludność poddawano działaniu odmiennej kultury i wyznania. I była to głównie zasługa jezuitów. W 1579 roku Batory przeznaczył środki na przekształcenie Kolegium Jezuitów w Wilnie w Akademię i Uniwersytet Wileński Towarzystwa Jezusowego. Językiem wykładowym była łacina, a wykładowcami uczeni pochodzący z różnych części Europy. W XVIII wieku dzięki polskim jezuitom, jak pisze Wikipedia, na uczelni tej opracowano zasady gramatyki i ortografii języka litewskiego i rozpoczęto wydawanie pierwszych książek po litewsku. W XIX wieku na bazie tego uniwersytetu powstało w Wilnie i okolicach szkolnictwo polskie i na masową skalę produkowano „Polaków”.

W pozostałej części tego pasa było podobnie. Członkowie elity szybko przeszli na katolicyzm i na język polski, bo bez tego nie mogliby zostać posłami i senatorami Rzeczypospolitej. Zapewne za sprawą jezuitów część ludności prawosławnej przeszła na katolicyzm. Tak więc ktoś, kto mówił po polsku i był katolikiem, stawał się z automatu „Polakiem”. Jeremi Wiśniowiecki – Młot na Kozaków – kształcił się w kolegium jezuitów we Lwowie. W tym samym kolegium kształcił się Chmielnicki. W lutym 1648 roku król Rzeczypospolitej Władysław IV, Szwed, nadaje Wiśniowieckiemu ziemie, na których znajdowała się główna siedziba Kozaków. I w lutym tego roku Chmielnicki rozpoczyna powstanie. A więc dwaj Rusini walczą ze sobą. Jeden broni Rzeczypospolitej, a właściwie swoich ziem, a drugi broni rusińską czerń przed Polakami, czyli Rusinem Wiśniowieckim.

W 1772 roku zakon jezuitów został skasowany w całej Europie. Jedynie caryca Katarzyna II pozwoliła jezuitom pozostać na terenach pozyskanych po I rozbiorze Rzeczypospolitej. Ośrodkiem działania zakonu był Połock na Białorusi. Po jego odbiciu w 1579 roku Batory założył w nim kolegium jezuitów. Połock, którego ludność wyznawała prawosławie, stał się najważniejszym w rejonie ośrodkiem misji katolickiej. W okresie kasaty Towarzystwa Jezusowego (1773-1814) na terenie Europy i kolonii zagranicznych Katarzyna II obroniła szkolnictwo i działalność Jezuitów w Rosji. Połock stał się centrum odrodzenia i rozwoju zgromadzenia. A więc nie przypadkiem w XIX wieku szkolnictwo polskie pod zaborem rosyjskim kwitło. Proces produkcji „Polaków” na wschodzie miał trwać.

W momencie ekspansji na wschód w XVI wieku Polacy byli już chłopami pańszczyźnianymi, czyli niewolnikami przykutymi do ziemi. Nie mogli więc jej opuścić. Podobnie szlachta. Ona też nie mogła emigrować na wschód. Zresztą szlachta uważała się za odrębny naród, za Sarmatów. To, co tam się działo było więc dziełem jezuitów, a więc potężnego zakonu, który miał niezbędne środki i wiedzę do tego, by podbijać nowe ziemie. Jezuita to według definicji słownikowej członek zakonu Towarzystwa Jezusowego. W potocznym znaczeniu to człowiek skryty, chytry, obłudny, przebiegły, intrygant. Chyba nieprzypadkowo zasłużyli oni sobie na takie określenie.

Ich zadaniem było przeciągnięcie na katolicyzm prawosławnych Białorusinów i Ukraińców, a w przypadku Litwinów nauczenie ich języka polskiego. Wyprodukowali więc jezuici na wschodzie „Polaków”. I to pewnie ich dziełem była zbitka: Polak-katolik. A być może i również hasło: Bóg, Honor, Ojczyzna. Taką nową ideologię trzeba było stworzyć tym nowym Polakom, bo przecież nie można było odwoływać się do tradycji piastowskiej, z którą oni nie mieli nic wspólnego. Od tego momentu punkt ciężkości przesunął się na wschód, a priorytetem w polityce był interes Kościoła katolickiego, a nie Polski, zwanej wówczas Koroną. Dla niej był to proces zabójczy, a Koroniarze stawali się powoli Polakami drugiej kategorii. Ten interes Kościoła był zbieżny z interesem tych nowych Polaków. Pomiędzy nimi a ludnością prawosławną rodziła się nienawiść. Ci ostatni postrzegali tych nowych Polaków jako zdrajców, a oni, z kolei, obawiali się nie tylko tej ludności, ale również Moskwy. I tak narodzili się „Polacy”, który nienawidzą Rosjan.

Podobna nienawiść i wrogość zrodziła się na Litwie. W tym wypadku na tle językowym. To, co dziś wyprawiają Litwini, ta ich walka z językiem polskim, to tak naprawdę ich nienawiść do tych Litwinów, którzy przeszli na język polski, a którzy uważają się za Polaków. Do tego dochodzi jeszcze fakt, że ich język, jego gramatykę i ortografię, uporządkowali jezuici. Być może byli to polscy jezuici. Wygląda więc na to, że Litwin to stan umysłu.

Jednak język i wiara czy wyznanie nie czyni jeszcze Polakiem. Narodowość to coś więcej. To też wspólna historia i tradycja. Korona i ten pas, czyli Wielkie Księstwo Litewskie, nie mają wspólnej historii i tradycji. WKL nie doświadczyło potopu szwedzkiego, który głęboko wrył się w pamięć ludu polskiego. Nie doświadczyło też tzw. sum bajońskich, o których pisałem w blogu Sumy bajońskie. Gdy patrzę na stare zdjęcia i na stroje ludowe mojej matki i ciotki, to są one zupełnie inne niż ludowe stroje białoruskie i ukraińskie, a które dziś podsuwa się nam jako polskie.

To nie jest tak, że z tej nieukształtowanej masy z WKL można było zrobić Polaków, ucząc ich polskiego i przeciągając niektórych z nich na katolicyzm. I ci ludzie mają zapewne tego świadomość. Zostawali „Polakami” dla korzyści materialnych lub innych. Nie powinno więc dziwić, że w I RP były stronnictwa ruskie, pruskie i francuskie. Dla kresowego królika wspólny interes zwany Rzeczpospolitą był abstrakcją, bo pojęcie państwa było dla niego abstrakcją. Jego interesowało tylko jego własne księstewko. Takie państwo nie mogło przetrwać. Później nie było lepiej. II RP to tylko okrojona kopia I RP, a jej elity wywodziły się z Kresów. Naczelnikiem został litewski Żyd. W sumie więc nie różniły się one mentalnie od tamtych zapijaczonych Branickich czy Sapiehów. Sanacja uczyniła z tego państwa swoje prywatne poletko. We wrześniu 1939 roku wciągnęła je do wojny a rząd uciekł za granicę. Taka mentalność.

PRL był kontynuacją tego cyrku, bo wbrew temu, co głosiła jego propaganda, było to również państwo wielonarodowe. Ustrój PRL-u to narodowy socjalizm: jedno państwo, jeden przywódca (partia), jeden naród. Na poniemieckie tereny przesiedlono w większości tzw. mniejszości kresowe, czyli Białorusinów, Ukraińców, Litwinów itp. I dlatego III RP niczym nie różni się od tej I i II-ej. Większość ludzi ją zamieszkujących ma korzenie kresowe. Bo jak inaczej wytłumaczyć fakt, że premier tego kraju Zulu-Gula mówi, że polskość to nienormalność, a połowa głosujących nadal na niego głosuje. Widać ich to nie obraża, a on wie, że może tak powiedzieć. Pewnie w ten sposób leczą swoje kompleksy, bo jako ludzie z korzeniami z tego pasa, na którym nie wykształciły się w pełni narody i języki, mogą sobie powiedzieć: nie tylko my nie jesteśmy normalni, Polacy również. Czy można sobie wyobrazić sytuację, że prezydent Francji czy kanclerz Niemiec powiedzą tak do swoich wyborców? A może prezydent Ameryki powie Amerykanom, że amerykańskość to nienormalność? Nikt nigdzie tak nie powie, a w Polsce spływa to po wszystkich, jak po kaczce?

W państwie, w którym jest tak dużo mniejszości, trzeba im jakoś wytłumaczyć, że są Polakami. Dla wielu fakt mówienia po polsku i bycie katolikiem wystarcza, ale są jeszcze prawosławni, mówiący po polsku. I tu jest problem, bo prawosławie ciąży ku Rosji, która rości sobie prawo do władzy nad wszystkimi prawosławnymi, również tymi mieszkającymi w innych krajach. Wprawdzie Cerkiew oficjalnie głosi, że jest autokefaliczna, czyli niezależna od Moskwy, ale nikt rozsądny nie wierzy w te bajki. Jak ci prawosławni godzą w sobie fakt bycia obywatelami polskimi, a jednocześnie mają świadomość, że prawosławie wymaga od nich podporządkowania się Moskwie, czyli lojalności wobec niej? Oczywiście nie dotyczy to tych, którzy są rytu kijowskiego.

Czym jest zatem dzisiejsza Polska i co to jest polskość? Czy można ją zdefiniować? Adam Szostkiewicz w Polityce z dnia 17 lipca 2010 roku w artykule Co to znaczy być Polakiem pisał:

„Bo polskość to rzecz szersza niż romantyzm, katolicyzm, bohaterstwo wojenne, Bóg, honor i ojczyzna. Coś więcej niż tylko rytuały polskości. Polskość to dziś przede wszystkim pewna, jak by to powiedział nieodżałowany ks. Tischner, propozycja etyczna. Nie musimy jej przyjmować, ale możemy. Obejmuje język i kulturę, historię i pamięć, ale także cywilizację, obyczaj, kulturę masową, dostępną dla wszystkich, w tym polską kuchnię – a jakże, najlepszą na świecie.

Bo polskość to także interakcja ze światem, dialog z kulturą powszechną. Nie tylko z Europą i Ameryką, także z nowymi aktorami na globalnej scenie, jak Indie, krąg muzułmański, nowa Afryka czy Chiny. Dlatego rzecznikami polskości są też tłumacze, dosłownie i w przenośni. Ci, którzy przyswajają nam dzieła obcych autorów, tłumacze zagraniczni przyswajający obcym literaturom i kulturom dzieła naszych autorów, wreszcie wszyscy ci, którzy starają się wyjaśnić nam i innym bez uprzedzeń i zacietrzewienia, co to jest ta polskość, jakie są jej meandry, zalety i wady.

To dzieło przekładania polskości na użytek nasz i świata ma znaczenie głębsze i trwalsze niż manifestowanie polskości. Tak rozumiana polskość – dzieło w ciągłym ruchu, w ustawicznym odważnym tworzeniu, nigdy niedomkniętym do końca, niezafiksowanym na tym czy innym temacie – jest może dla duchowej przyszłości Polski najważniejsza.”

A więc polskość to pewna propozycja etyczna, albo jeszcze lepiej – dzieło w ciągłym ruchu. To przykład pseudointelektualnego bełkotu księdza Tischnera i Szostkiewicza. W tym kontekście, to Donald Tusk miał rację, mówiąc, że polskość to nienormalność. Taka polskość to faktycznie nienormalność. Nie wolno jednak mówić, że Polacy to rdzenna ludność Korony, czyli Polski przed unią z Litwą, a właściwie z Wielkim Księstwem Litewskim. Nie może być tak, jak w Wielkiej Brytanii, gdzie Szkot to Szkot, Irlandczyk to Irlandczyk, a Walijczyk to Walijczyk. Tam tak może być, bo Anglicy dominują zdecydowanie pod względem liczby ludności nad pozostałymi i pod względem obszaru. Gdyby w Polsce Ukraińcy nazywali się Ukraińcami, a nie – Polakami, podobnie Białorusini i Litwini oraz ludzie z tymi korzeniami, to okazałoby się, że stanowią oni zdecydowaną większość w tym państwie. I jeszcze ci zasymilowani Żydzi. Ale tak nie może być, bo to przecież Polacy mają być tymi warchołami, buntownikami, nawiedzonymi, tymi, na których w razie czego można będzie zrzucić winę za wszelkie nieszczęścia w Europie. A że będą to przeważnie ludzie z ukraińskimi, białoruskimi, litewskimi czy żydowskimi korzeniami, to nikt o tym w szerokim świecie nie wie. Przecież to nie Polak wdeptuje Putina w ziemię, tylko Ukrainiec Hołownia. Robi to bez skrupułów, bo robi to na konto Polaków.

Czy taka Polska, mozaika różnych narodów, wyznań – może być normalnym państwem? Nie może i nie jest. Jest to bezkształtna masa, z której można wszystko ulepić i pokierować w pożądanym dla siebie kierunku. I tym zapewne kierowali się ci, którzy przed wiekami doprowadzili do unii polsko-litewskiej. To był ich wielki eksperyment, być może pierwszy taki w historii. Polegał on na podmianie jednego narodu drugim, a właściwie społecznościami nie do końca ukształtowanymi, bez tożsamości narodowej, tutejszymi – i dlatego było to możliwe. Przekonali się oni, jak łatwo rządzić w takim państwie, z nowym, sztucznie wykreowanym, zakompleksionym narodem, skłóconym na tle wyznaniowym ze swoimi jeszcze do niedawna ziomkami, jak łatwo było wywoływać tu powstania i wojny. Dziś, w obliczu wojny na Ukrainie, znowu zaczynamy odczuwać skutki tego eksperymentu.



Marksizm kulturowy

Termin marksizm kulturowy nie jest precyzyjnie zdefiniowany i na różnych stronach internetowych pojawiają się jego niejednoznaczne definicje. Wikipedia pisze, że w latach 90. XX wieku w kręgu skrajnej prawicy w USA pojęcie „marksizmu kulturowego” zaczęło funkcjonować jako rodzaj teorii spiskowej, w myśl której członkowie szkoły frankfurckiej dokonali przełożenia marksizmu z pola ekonomii na pole kultury i stworzyli rzekomo „totalitarną” ideologię „poprawności politycznej”.

Na stronie wypracowania 24.pl można przeczytać, że:

„Marksizm kulturowy nie jest do końca zdefiniowanym pojęciem. Pod postacią marksizmu kulturowego rozumie się pewną odmianę, modyfikację marksizmu sensu stricto. Marksizm kulturowy dotyczy przełożenia zagadnień ekonomicznych na zagadnienia kulturowe.

Podstawowym założeniem marksizmu kulturowego jest więc przekształcenie społeczeństwa tak, aby mogło chłonąć idee kulturowej rewolucji. Marksizm kulturowy ostro zaatakował ideę konserwatyzmu, sprzeciwiał się pewnym starym, utartym wzorcom i moralności opartej na religii. Szczególny atak przeprowadzono na religię chrześcijańską, rozpoczęła się promocja ateizmu i nurtu racjonalistycznego.

Marksizm kulturowy rozwijany był przez takich myślicieli jak Theodore Adorno, Antonio Gramsci, Gyorgy Lukacs, Herbert Marcuse czy Erich Fromm. Wykształcił się w społeczeństwach zachodnich, głównie za sprawą tzw. szkoły frankfurckiej, która rozpoczęła rewolucję moralną i społeczną w Europie zachodniej. Marksizm kulturowy atakował tradycyjne pojęcia – rodzinę, wiarę, patriotyzm i kulturową tożsamość. Marksizm kulturowy odrzucił i całkowicie zmienił pierwotną wersję marksizmu, proletariat został zastąpiony społeczeństwem klasy średniej, które należało zmienić od podstaw. Marksiści kulturowi rozwijali ideę feminizmu, równości, ateizmu, równouprawnienia kobiet i mężczyzn, propagowali wolność do aborcji, promowali odmienność seksualną. Duży wkład w rewolucję kulturalną miała szkoła frankfurcka, skupiająca intelektualistów i myślicieli marksistowskich z zachodnich państw.”

Na stronie krytykapolityczna.pl Maciej Gdula pisze:

„A teraz szybko o tym, czym naprawdę jest marksizm kulturowy. To analiza i krytyka społeczeństwa, porzucająca optymistyczny obraz dziejów, który możemy znaleźć u Marksa. U niego szybciej lub wolniej, ale sprawy idą jednoznacznie w dobrym kierunku. Postęp sił wytwórczych niszczy panowanie kapitalistów wyzyskujących robotników. Zaprowadzony zostaje w końcu rozumny porządek społeczny, w którym potrzeby wszystkich ludzi zostają zaspokojone i jednocześnie mogą oni rozwijać indywidualny potencjał.

Marksiści kulturowi na swojej skórze doświadczyli narodzin faszyzmu, drugiej wojny światowej i bomby atomowej. Część z nich – zwłaszcza Herbert Marcuse – nie porzucali nadziei, ale prosty optymizm nie był dla nich. Przede wszystkim uznali, że społeczeństwo to coś więcej niż gmach zbudowany na bazie środków produkcji. Społeczeństwo to są oczywiście siły wytwórcze, ale także pragnienia, stosunki w rodzinie i sposoby samorealizacji.”

Wydaje się, że najbardziej precyzyjnie wyraził swój stosunek do tego terminu Adam Wielomski na stronie konserwatyzm.pl. W krótkim komentarzu Marksizm i marksizm kulturowy napisał on:

„Marksizm to ideologia, wedle której ukoronowaniem materialistycznie pojmowanych dziejów, rozumianych jako walka klas o własność, będzie społeczeństwo bez własności prywatnej.

Dlatego pojęcie „marksizmu kulturowego” jest wewnętrzną sprzecznością, gdyż tzw. marksiści kulturowi (pod pojęciem tym rozumie się w Polsce feministki, LGBT, postmodernistów, etc) dążą do rewolucjonizowania świata idei, odrzucenia naszej tradycji i religii, ale nie podważają istnienia własności prywatnej. Ten, kto uznaje własność prywatną nie jest i nie może być marksistą, cokolwiek by nie wygadywał na temat Boga, religii, płci, tolerancji, etc. Pojęcie „marksizmu kulturowego” jest wewnętrzną sprzecznością także z powodu logiki samego marksizmu, ponieważ Marks uczy, że „baza” (własność) determinuje „nadbudowę” (świat idei). Jak więc świat idei mógłby być marksistowski przy zachowaniu własności prywatnej i kapitalistycznego systemu produkcji? – Czy dla polskiej prawicy naprawdę jest to tak trudne do zrozumienia?”

x

Przy takim rozumowaniu, jak w przypadku Wielomskiego, pojęcie marksizmu kulturowego wydaje się błędne. Gdy jednak odwrócimy kolejność, tzn. wnioskowanie zaczniemy nie od marksizmu kulturowego do marksizmu, tylko od marksizmu do marksizmu kulturowego, to wówczas termin marksizmu kulturowego może mieć sens. Jeśli marksizm to społeczeństwo bez własności prywatnej, to marksizm kulturowy to społeczeństwo bez myśli prywatnej, czyli składające się z jednostek, które nie potrafią samodzielnie myśleć. Być może słowo „kulturowy” nie za bardzo pasuje do tej marksowskiej nadbudowy, czyli świata idei, ale przy takim założeniu nie będzie sprzeczności pomiędzy marksizmem a marksizmem kulturowym. W jednym i drugim przypadku chodzi tak naprawdę o podporządkowanie sobie człowieka, tyle że każdy na swój sposób. W marksizmie kulturowym chodzi o wyhodowanie człowieka bez tożsamości.

Czy człowiek, który nie ma nic, może myśleć samodzielnie? Chyba może. A człowiek, który ma dużo, jest bogaty, czy on może myśleć niesamodzielnie? Wydaje się, że jest to możliwe, zwłaszcza gdy swoje bogactwo zawdzięcza swoim nieznanym przełożonym. W takiej sytuacji nie będzie on nawet zainteresowany samodzielnym myśleniem, tylko takim, które narzucili mu ci, którzy dali mu to bogactwo. Tak więc byt kształtuje świadomość, ale w taki sposób, że im ktoś więcej ma i zawdzięcza to układom i swoim nieznanym przełożonym, tym bardziej jest zależny od nich a tym samym również i od ich myśli. Wygląda więc na to, że sfera idei, myśli jest o wiele ważniejsza niż sfera materialna, bo prawdziwe podporządkowanie człowieka sprowadza się do podporządkowania jego myśli. Nie przypadkiem więc filozof Leibnitz, wybitny różokrzyżowiec mawiał: Dajcie mi na przeciąg wieku wychowanie publiczne, a zmienię świat. I temu służyło wypędzenie jezuitów i kasata zakonu. Po tym mogła nastąpić w krajach katolickich sekularyzacja dóbr zakonnych i szkolnictwa.

x

Historia Polski jest od początku do końca zafałszowana. Pisałem o tym w wielu poprzednich blogach, ale nie sposób do tego nie wracać. Klasycznym przykładem jest unia lubelska, której praktycznym efektem było zdominowanie Korony przez Wielkie Księstwo Litewskie i jego elity, ale przedstawia się to odwrotnie, że to właśnie Korona zdominowała i spolszczyła WKL. Czy nie jest to manipulacja wzięta bezpośrednio z ideologii marksizmu kulturowego?

Królestwo Polskie i Wielkie Księstwo Litewskie w 1561 roku. Źródło: Wikipedia.
Rzeczpospolita po unii lubelskiej w 1569 roku. Źródło: Wikipedia.

Na krótko przed unią lubelską wyłączono z WKL województwa podlaskie, wołyńskie, kijowskie, bracławskie i włączono je do Korony. Było to wiec w praktyce wspólne państwo polsko-rusińskie, czyli polsko-ukraińskie. W taki sposób sugerowano, że to Korona, czyli Polacy zdominowali nowe państwo, czyli Rzeczpospolitą, podczas gdy było dokładnie odwrotnie. Koronę zamieszkiwało około 4,5 mln ludności, Ukrainę około 5 mln i Litwę około miliona. Pod względem obszaru WKL przed unią było znacznie większe.

Obszar Rzeczypospolitej po unii lubelskiej na tle granic państw współczesnych. 1 – Korona, 2 – Prusy (lenno Korony), 3 – Wielkie Księstwo Litewskie, 4 – Inflanty, 5 – Kurlandia (lenno Korony i Litwy). Źródło: Wikipedia.

Tak więc przez cały okres istnienia Rzeczypospolitej istniało wspólne państwo polsko-rusińskie (ukraińskie), które nazywano Koroną. Natomiast unia, zwana polsko-litewską, była w praktyce unią wspólnego państwa polsko-ukraińskiego z Litwą, czyli okrojonym o połowę Wielkim Księstwem Litewskim, które już takim wielkim nie było. Ale liczy się słowo, a słowo to potęga. Powołano wspólny Sejm walny, obradujący w Warszawie, którego izba poselska składała się z 77 posłów koronnych i 50 litewskich, a w skład Senatu weszło 113 senatorów koronnych i 27 litewskich. A więc dominują posłowie i senatorowie koronni. Brak tylko informacji, ilu z tych koronnych posłów i senatorów było Rusinami. Nie przypadkiem chyba, no bo gdyby wyszczególniono tych posłów i senatorów, to mogłoby się okazać, że posłowie i senatorowie rusińscy i litewscy dominowali w sejmie i senacie Rzeczypospolitej i że to warcholstwo i pieniactwo było przeważnie udziałem tych przybyszy ze wschodu. Ale to przecież drobiazg. Kto przejmowałby się takimi bzdetami. Korona zdominowała WKL i tyle. I ten przekaz został utrwalony w świadomości społeczeństwa I i II RP, PRL-u i III RP.

Jak wyglądała u schyłku swego istnienia parodia państwa zwanego I RP? O tym pisał Karol Zbyszewski w książce Niemcewicz od przodu i tyłu (Zysk i S-ka Wydawnictwo, 2013). Poniżej parę fragmentów:

Duszą tych pyskówek i całego życia mózgowego w Puławach był książę Adam. Trochę oczytany – o każdej sprawie mówił jak wyrocznia. Znał osobiście większość sław cudzoziemskich – nawet do Rousseau podreptał z pielgrzymką, choć twierdził, że to tłumok. Z Wielandem i Herderem wymieniał listy pełne komplementów. Mając iście papuzią łatwość do języków – nauczył się ich, nie wiadomo po co, kilkunastu; do pewnego lorda pisywał po hindusku, ogromnie kontent, że nikt tego nie rozumie, co prawda nie wiadomo, czy i lord rozumiał. Ortografia we wszystkich językach na poziomie polskiej, tj. jak na członka Komisji Edukacyjnej przystało – ile słów, tyle błędów.

Sesje zaczynały się o 9-11 rano, albo o czwartej po południu. Spóźniający się tylko o godzinę uchodzili za bardzo punktualnych. Na rannych sesjach zawsze było kilku posłów, co po przepitej nocy jeszcze nie wytrzeźwieli, na popołudniowych tacy, co już przy obiedzie zalali się w sztok. Marszałek Kazimierz Sapieha często przychodził pijany, rwał się wtedy do głosu i – mówił lepiej i sensowniej niż na trzeźwo. Ranne sesje trwały krócej, gdyż koło trzeciej król zmorzony głodem, solwował je nieubłaganie. – Tremo droższy ci niż ojczyzna! – wołano. Stanisław August pędził do jadalni ciekaw, jak mu też tam dziś genialny kucharz Tremo ulubioną baraninę przyrządził.

Dotychczasowy podział – za Rosją i przeciw niej, stał się nieaktualny; sejm rozpadł się na dwa nowe stronnictwa: zwolenników starego bałaganu i wyznawców reformy. Wciąż dotąd pijany Ksawery Branicki wylazł spod stołu, stanął na czele zacofańców, wylękniony Stanisław August zbliżył się do postępowców.

x

Nie mogło być zdominowania WKL przez Polaków, bo Polacy, w swojej masie, byli chłopami pańszczyźnianymi, czyli niewolnikami. Szlachta, która była ich właścicielami, również była przywiązana do ziemi. W takiej sytuacji nie było odpływu ludności polskiej na wschód. Trzeba więc było stworzyć Polaków na miejscu. Pierwszym krokiem w tym kierunku była unia horodelska (1413), w wyniku której 47 rodów bojarskich adoptowało 47 herbów szlachty polskiej i w ten sposób stali się bojarzy litewscy i rusińscy Polakami. Za Batorego powstała, założona przez jezuitów, Akademia wileńska, przekształcona w późniejszym okresie w uniwersytet. Na jego bazie w XIX wieku Litwin Czartoryski założył w Wilnie i okolicach szereg szkół, w których, podobnie jak na uniwersytecie, uczono w języku polskim. I w ten sposób, na masową skalę, zrobiono z Litwinów Polaków. W tym samym czasie powstało na Wołyniu Liceum Krzemienieckie. Szkolnictwo polskie na Kresach, pod rosyjskim zaborem kwitło, natomiast w Wielkopolsce zniemczano Polaków, a w Królestwie – rusyfikowano. Tak przenoszono ośrodek polskości z ziem etnicznie polskich na wschód. I dziś już można wciskać ciemnotę, że polskie Kresy, to ostoja polskości. Był to proces podmiany narodu polskiego narodami ze wschodu. Przesiedlenia po II wojnie światowej pogłębiły go, a tym przysłowiowym gwoździem do trumny stały się przesiedlenia Ukraińców do Polski po 24 lutego 2022 roku.

Pierwszy rozbiór Rzeczypospolitej dokonał się po wojnach szwedzkich, zwanych potopem szwedzkim. Wtedy utraciła ona Inflanty, Prusy uzyskały niezależność, część Ukrainy przypadła Rosji. Był to klasyczny rozbiór, ale nikt tego tak nie nazywa, więc nie funkcjonuje on w powszechnej świadomości jako rozbiór. Korona, ale tylko jej polska część, została zniszczona i ograbiona. I w ten sposób utrwaliła się przewaga Rusi i Litwy nad Koroną, czyli Polską. Zniszczone zamki nie zostały już odbudowane, ludność zdziesiątkowana i zubożała. Czy nie po to właśnie Szwedzi zniszczyli Koronę? W Polsce nic nie zyskali. Zyskali Inflanty, których nie spustoszyli.

x

Czy uczenie historii Polski w wersji całkowicie sprzecznej z przedstawioną powyżej mieści się w kategoriach marksizmu kulturowego? Jeśli jego celem jest m.in. zmiana tożsamości narodowej, pojmowania patriotyzmu, wpływ na sposób postrzegania rzeczywistości, która jest wynikiem historii – to chyba mieści się ono w tych kategoriach. W każdym razie jest to zjawisko podstępne i niezwykle groźne, bo w sposób niezauważalny, bo powoli, zmienia ludzką psychikę i sposób postrzegania rzeczywistości. A to chyba ważniejsze od dóbr materialnych.

Gdy tak patrzy się na granice Rzeczypospolitej na tle granic współczesnych państw, to trudno oprzeć się wrażeniu, że obecnie do tego towarzystwa wzajemnej adoracji brakuje tylko Białorusi. Gdy zostanie ona wyrwana z objęć Rosji, to droga do odtworzenia I RP będzie otwarta. Mamy już wspólne państwo polsko-ukraińskie, choć jeszcze nie oficjalnie, ale w praktyce ono już jest. Wydaje się, że poznanie prawdziwej historii od czasów unii personalnej z Litwą w 1385 roku ułatwia zrozumienie tego, co dzieje się obecnie w polityce polskiej i w tym tzw. Międzymorzu, bo przecież o tym, że pokrywa się ono terytorialnie z WKL i co gorsza… z Rusią Kijowską, nie wspomina się.

Praca

Kto nie pracuje, ten nie je – powiedział Włodzimierz Lenin, wprowadzając nakaz pracy w Związku Radzieckim. W PRL-u wprowadzono go w 1950 roku. Pomysł nie był jednak oryginalny. Drugi List Św. Pawła do Tesaloniczan, 3.10 Bo gdy byliśmy u was, nakazaliśmy wam: Kto nie chce pracować, niechaj też nie je. Mamy więc pewien problem z pracą. W powieści Wojna i pokój Lwa Tołstoja natknąłem się na taki fragment:

„Podanie biblijne głosi, że nieistnienie pracy – próżniactwo, było warunkiem szczęśliwości pierwszego człowieka przed jego upadkiem. Umiłowanie próżniactwa pozostało to samo również po upadku człowieka, ale przekleństwo wciąż ciąży nad człowiekiem i to nie tylko dlatego, że musimy w pocie czoła zdobywać chleb, ale dlatego, że ze względu na swe cechy moralne nie możemy być bezczynni i spokojni. Tajemniczy głos podpowiada nam, że musimy ponosić winę za próżnowanie. Gdyby człowiek mógł odkryć taki stan rzeczy, w którym, pozostając w próżniactwie, czułby jednak, że jest pożyteczny i że spełnia swój obowiązek, to już odkryłby jedną stronę pierwotnej szczęśliwości. Z takiej sytuacji obowiązkowego a nienagannego próżnowania korzysta cały stan – stan wojskowy. Na tym właśnie obowiązkowym a nienagannym próżnowaniu polega i będzie polegać główny urok służby w wojsku.”

Dalej tego wątku Tołstoj nie rozwijał. Problem próżniactwa poruszał Krzysztof Karoń w swojej książce Historia antykultury (2018) i w swoim cyklicznym programie na kanale wRealu24. Utrzymywał, że transakcja, w której jedna ze stron nie otrzymuje dobra ekwiwalentnego, zawsze musi być pewną formą kradzieży. Natomiast pasożytnictwo, to osiąganie korzyści i życie kosztem społeczeństw produkujących dobra, bez ponoszenia wysiłku niezbędnego do ich produkcji. Szczególnie „chłostał” drobnych inwestorów giełdowych, których uważał za modelowych pasożytów. Jako przykład do naśladowania podawał często Chińczyków pracujących przy taśmach produkcyjnych.

Wydaje mi się jednak, że problem jest bardziej złożony. O ile w czasach wczesnego chrześcijaństwa takie podejście być może miało swoje uzasadnienie, to obecnie warunki są zupełnie inne. Postęp technologiczny i automatyzacja wszelkich procesów produkcyjnych wyeliminowała większość ludzi nie tylko z produkcji dóbr materialnych, ale również z handlu i wielu usług. Czy zatem ludzi niepracujących można nazwać pasożytami? Być może tak, ale co w takim razie z ludźmi, którzy pracują, a nie wnoszą żadnych wartości materialnych i niematerialnych do ogólnego dorobku społeczeństwa?

Karoń krytykował drobnych inwestorów giełdowych za to, że nie wytwarzają żadnych wartości, ale co z całym sektorem bankowym, który żyje z pożyczania pieniędzy na kredyt? Przecież drobni inwestorzy giełdowi też pożyczają pieniądze firmom, kupując ich akcje. A banki? Czy one – przyjmując pieniądze od ludzi i oferując im oprocentowanie niższe, niż inflacja w okresie dysponowania nimi – nie oszukują ludzi? Czy taką pracę można nazwać pożyteczną? Taka praca, według Karonia, jest pewną formą kradzieży. Ale on na temat banków nawet nie zająknął się.

Jeśli stan wojskowy, jak pisał Tołstoj, jest stanem próżniactwa, to czymże jest cały sektor zbrojeniowy? Człowiek, który nie pracuje, czyli próżnuje, niczego nie niszczy. Natomiast cały sektor zbrojeniowy i wojsko służą destrukcji tego, co inni ludzie wypracowali. Jak zatem ich nazwać? W sektorze tym często pracują ludzie bardzo uzdolnieni i dobrze opłacani. Jednak z ich pracy społeczeństwo nie ma żadnych korzyści. Niektórzy twierdzą, że dzięki zbrojeniom i nowym broniom dokonuje się postęp w innych dziedzinach techniki, że dzięki temu mamy m.in. internet. Problem jednak polega na tym, że rozwój w innych dziedzinach i tak miałby miejsce. Jeśli technologie wojskowe rozwijają się najszybciej, to tylko dlatego, że tam jest skierowany główny strumień pieniędzy. Tam płacą tym zdolnym ludziom, by konstruowali coraz to wymyślniejsze rodzaje broni. Gdyby jednak ten strumień pieniędzy skierować do sektora cywilnego, to ci ludzie z sektora zbrojeniowego robiliby w nim to samo, ale dla celów pokojowych. Nic tak nie motywuje ludzi i nie wyzwala w nich dodatkowej energii, jak wysokie wynagrodzenie. Jak więc nazwać tych ludzi, których cały wysiłek zmierza do niszczenia tego, co inni wypracowali i do zabijania ich? Nie podpadają oni pod kategorię próżniaków i tzw. pasożytów społecznych, bo pracują.

A czy może być jeszcze gorsza kategoria ludzi od tych, zatrudnionych w sektorze zbrojeniowym i wojennym? Może! To są politycy. To przecież od nich zależy, gdzie zostanie skierowany największy strumień pieniędzy. Ile już kredytów zaciągnęło państwo, zwanie polskim, na broń dla Ukrainy? Ci ludzie nie robią niczego pożytecznego. Pierdzą w stołki w swoich biurach, udzielają wywiadów, z których nic nie wynika, kłócą się między sobą w mediach głównego i nie tylko głównego nurtu. To ma być praca? A Lenin? Czy on kiedyś pracował?

Wygląda na to, że w każdym społeczeństwie są ludzie, którzy nic do niego nie wnoszą, a często żyją bardzo dostatnio i nie są oni nazywani próżniakami. Skąd więc są dla nich pieniądze? Jak to jest, że w państwie, zwanym polskim, na wiele rzeczy nie ma pieniędzy i od dawna ich nie było, ale dla milinów Ukraińców znalazły się, a dla obywateli polskich nadal ich nie ma. Nie ma na służbę zdrowia, na emerytury i na wiele innych rzeczy, ale na pomoc dla Ukrainy są bez ograniczeń. Czym zatem jest pieniądz? Czy tylko środkiem wymiany? Wyglądana na to, że nie tylko. Jest czymś więcej, jest prawdziwym narzędziem władzy. I ten, kto ma monopol na jego emisję, ten ma fatyczną władzę nad innymi.

Zacząłem od cytatu z Tołstoja, to i wypada nim zakończyć. To moment, w którym Napoleon przekroczył już granice Rosji i jest rok 1812.

„Tymczasem tłum rozstąpił się przed hrabią Rostopczynem, który wszedł szybkimi krokami – w generalskim mundurze, ze wstęgą przez ramię, z wysuniętym podbródkiem, z bystrymi oczyma. – Jego cesarska mość zaraz przybędzie – oświadczył Rostopczyn – właśnie wracam stamtąd. Sądzę, że w położeniu, w jakim się znajdujemy, nie ma co wiele rozważać. Monarcha raczył zebrać nas i kupiectwo – rzekł hrabia Rostopczyn. – Stamtąd popłyną miliony (wskazał na salę kupców), naszą zaś rzeczą jest wystawić pospolite ruszenie i nie szczędzić siebie… Tyle przynajmniej możemy zrobić.”

Czy coś się zmieniło? Polski rząd to taka rosyjska arystokracja i ma on wystawić pospolite ruszenie, czyli przywrócić obowiązkową służbę wojskową, a pieniądze płyną z tego samego źródła. I z tego samego źródła miał pieniądze Napoleon. A próżniacy? Obyśmy tylko takie problemy mieli!



Wybory ’89

4 czerwca 1989 roku, a więc 35 lat temu, odbyły się, na zasadach uzgodnionych w trakcie Okrągłego Stołu, wybory do Sejmu Kontraktowego. Wybrano 460 posłów do Sejmu oraz 100 senatorów do Senatu. Władze komunistyczne zagwarantowały sobie 299 (65%) miejsc w Sejmie. Pozostałe mandaty w liczbie 161 (35%) przeznaczono dla kandydatów bezpartyjnych. Walka o te 161 mandatów i mandaty senatorskie miała charakter otwarty i demokratyczny. Kandydaci wspierani przez Komitet Obywatelski przy Lechu Wałęsie zdobyli wszystkie mandaty przeznaczone dla bezpartyjnych, czyli 161, a także 99 na 100 miejsc w Senacie. Podział mandatów poselskich wyglądał następująco:

Koalicja (PZPR, ZSL, SD i inni264
Lista krajowa 35
Razem299 (65%)
Bezpartyjni161 (35%)

Prawo zgłaszania kandydatów na posłów przyznano naczelnym i wojewódzkim władzom organizacji wchodzących w skład koalicji, czyli sygnatariuszom Patriotycznego Ruchu Odrodzenia Narodowego (przedstawicielom Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej, Zjednoczonego Stronnictwa Ludowego, Stronnictwa Demokratycznego, Stowarzyszenia „Pax”, Unii Chrześcijańsko-Społecznej i Polskiego Związku Katolicko-Społecznego).Uprawnienia takie otrzymały także naczelne i wojewódzkie władze organizacji społecznych i zawodowych o zasięgu ogólnopolskim, potwierdzające zgłoszenie co najmniej 3 tys. podpisów wyborców, a także grupy co najmniej 3 tys. wyborców z danego okręgu. Ustawowa konstrukcja budziła wątpliwości co do możliwości wystawiania kandydatów przez organizacje spółdzielcze. PKW w głosowaniu odrzuciła taką możliwość już w trakcie procesu rejestracji, co doprowadziło do licznych protestów wyborczych.

Rada Państwa ustaliła, że z krajowej listy wyborczej będzie wybranych 35 posłów. Prawo do zgłoszenia krajowej listy wyborczej przyznano wyłącznie porozumieniu naczelnych władz PZPR, ZSL, SD, „Pax”, UChS i PRON. Była to więc lista rządowa. Ułożono ją na szczeblu centralnym.

Prawo zgłaszania kandydatów na senatorów we wszystkich okręgach przyznano naczelnym i wojewódzkim władzom ogólnopolskich organizacji politycznych, społecznych i zawodowych, które potwierdziły zgłoszenie podpisami co najmniej 3 tys. wyborców, a także grupie co najmniej 3 tys. wyborców z danego okręgu.

Komitet Obywatelski „Solidarność” (pierwotnie Komitet Obywatelski przy Przewodniczącym NSZZ „Solidarność” Lechu Wałęsie) to organizacja zawiązana 18 grudnia 1988. Po zakończeniu obrad Okrągłego Stołu i zatwierdzeniu decyzji o wyborach parlamentarnych na 4 czerwca 1989 Komitet przekształcił się w spontaniczny ogólnopolski ruch zwolenników zmian ustrojowych w Polsce. Trybuną tego ruchu stały się utworzona specjalnie w tym celu „Gazeta Wyborcza” pod redakcją Adama Michnika, której pierwszy numer ukazał się 8 maja, oraz reaktywowany „Tygodnik Solidarność” pod redakcją Tadeusza Mazowieckiego.

7 kwietnia 1989 KKW „Solidarności” zadecydowała o powierzeniu prowadzenia kampanii wyborczej Komitetowi Obywatelskiemu, a także o rozbudowaniu jego formuły poprzez tworzenie komitetów regionalnych. Podstawowym zadaniem KO, korzystającego m.in. z rezerwy finansowej i logo związku, stało się przygotowanie listy kandydatów do Senatu oraz na wolne mandaty poselskie. Na posiedzeniu 8 kwietnia podjęto decyzję o nierozpraszaniu głosów i wystawieniu tylko po jednym kandydacie na każdy dostępny mandat.

Kandydaci popierani przez „Solidarność” zyskali miano „Drużyny Wałęsy”. Wśród nich znaleźli się działacze „Solidarności” i „Solidarności” Rolników Indywidualnych, członkowie Komitetu Obywatelskiego, uczestnicy obrad Okrągłego Stołu, „Dziekanii” Ruchu Wolność i Pokój, Kongresu Liberałów, Polskiej Partii Socjalistycznej, pojedynczy przedstawiciele UPR i SP czy RMP (Ruch Młodej Polski). Reprezentowane były środowiska profesorskie (np. rektor UW Grzegorz Białkowski), adwokackie (np. Maciej Bednarkiewicz), kombatanckie (np. Stefan Bembiński), twórcze (m.in. Gustaw Holoubek i Andrzej Wajda), a także katolickie, w szczególności Kluby Inteligencji Katolickiej.

Przedstawiciele KO w pierwszej turze zdobyli 160 na 161 mandatów poselskich przeznaczonych dla kandydatów bezpartyjnych. W Senacie kandydaci KO zdobyli 92 mandaty. Władza poniosła druzgocącą porażkę. Z listy krajowej tylko dwie osoby przekroczyły próg 50% głosów ważnych. Koalicja rządowa nie uzyskała żadnego mandatu w Senacie. W wyborach do Sejmu tylko trzy osoby uzyskały powyżej 50% głosów.

6 czerwca doszło do rozmów przedstawicieli „Solidarności” (Bronisław Geremek, Tadeusz Mazowiecki), duchowieństwa (Bronisław Dąbrowski, Alojzy Orszulik) i strony rządowej (Stanisław Ciosek, Andrzej Gdula, Czesław Kiszczak), w trakcie których opozycja nie zanegowała uprzednio ustalonego podziału mandatów. 8 czerwca zorganizowano spotkanie dwustronnej Komisji Porozumiewawczej, na którym Czesław Kiszczak zaatakował Lecha Wałęsę, zarzucając mu kampanię nawoływania do skreślania kandydatów strony koalicyjnej, co uznał za przejaw nieprzestrzegania uzgodnień Okrągłego Stołu. Pojawiła się wówczas propozycja unieważnienia głosowania na krajową listę wyborczą i powtórnego głosowania na nią w drugiej turze, przeciwko czemu ostro zaoponował Adam Michnik. Kwestia ta pozostawała kluczowa, ze względu na porażkę 33 osób z listy krajowej, powstała bowiem prawna niemożliwość obsadzenia tych mandatów, skoro ordynacja wyborcza nie przewidziała w tym zakresie dalszego sposobu postępowania. Strona solidarnościowa nie sprzeciwiła się zmianie ordynacji wyborczej i przeniesieniu tych mandatów na okręgi wyborcze przeznaczone wyłącznie dla kandydatów strony koalicyjnej. Decyzję w tej mierze powierzono Radzie Państwa, która 12 czerwca 1989 wydała dekret zmieniający ordynację wyborczą oraz uchwałę tworzącą 33 nowe mandaty w okręgach wyborczych (numerowane od 426 do 458 z przeznaczeniem wyłącznie dla kandydatów sześciu współtworzących PRON organizacji). Rozwiązanie to pozostawało kontrowersyjne, bo doszło do zmiany zasad wyborów w trakcie ich trwania, co traktowano jako groźny precedens. Zwolennicy kompromisu w ramach „Solidarności” podkreślali jednak potrzebę okazania drugiej stronie dobrej woli, wskazywano też, że upór w tej mierze mógłby dać komunistom pretekst do unieważnienia wyborów. O każdy z nowych mandatów ubiegało się po dwóch przedstawicieli danego ugrupowania, któremu miejsce to było przeznaczone. Na start nie zdecydował się żaden z przegranych kandydatów z listy krajowej.

Ponowne głosowanie odbyło się zgodnie z kalendarzem wyborczym 18 czerwca 1989. W trakcie drugiej tury wybrano 295 posłów i ośmiu senatorów. Głosowanie w drugiej turze nie cieszyło się większym zainteresowaniem obywateli. Frekwencja w niej wyniosła 25% (spośród ponad 27 milionów uprawnionych do głosowania). W zależności od okręgu wahała się od 14% (Kraśnik) do 35% (Warszawa-Śródmieście). Relatywnie wyższa była w okręgach, w których startowali kandydaci KO lub otwarcie wspierani przez komitety obywatelskie przedstawiciele koalicji.

x


Powyższe informacje pochodzą z Wikipedii, która często pomija pewne fakty, a może raczej źródła, z których korzysta, pomijają je. Ale o tym w dalszej części. 4 czerwca 1989 roku aktorka, Joanna Szczepkowska, oświadczyła w telewizji, że właśnie tego dnia skończył się w Polsce komunizm. Czy rzeczywiście skończył się? I czy komunizm jest z założenia zły? W tym samym czasie władze komunistyczne w Chinach rozprawiły się z „demokracją” na placu Tian’anmen w Pekinie. Dziś w internecie na różnego rodzaju kanałach coraz więcej zachwytów nad chińskim modelem gospodarki, choć nadal jest to model komunistyczny. A kiedyś tow. Lenin powiedział: Po co dyskutować z tow. Kautsky’m, lepiej go od razu zignorować. I miał rację, bo nie dyskutuje się, gdy różnice w poglądach są na poziomie aksjomatów. Tym aksjomatem dla Lenina było to, że komuniści mogą zdobyć władzę tylko stosując terror i przemoc. Natomiast Kautsky uważał, że komuniści mogą zdobyć władzę na drodze demokratycznych wyborów. Zbliżone poglądy reprezentował we Włoszech Antonio Gramsci (czyt. Gramszi). Nie przypadkiem więc, gdy Aldo Moro chciał osiągnąć historyczny kompromis, czyli stworzyć wspólny rząd z komunistami, to zginął. Więcej o tym w bogach Aldo Moro i Kompromis historyczny. Nie mogło przecież tak być, jak głosiła amerykańska propaganda, że Związek Radziecki, rządzony przez komunistów, to imperium zła, a tu we Włoszech okazuje się, że nie wszędzie są oni tacy źli. Wychodzi więc na to, że mogą być różne komunizmy, ale to było nie do przyjęcia przez rządzących. Ludzie musieli mieć jasny przekaz, by odpowiednio głosować. Odpowiednio to znaczy tak, jak chce władza. Bez takiego przekazu nie można by było dokonać tego przekrętu z 1989 roku.

PRL, podobnie jak I i II RP, było to państwo z licznymi mniejszościami narodowymi. Komuniści w PRL-u faworyzowali te mniejszości i im w drugiej kolejności należały się wszelkie ważniejsze stanowiska w tym państwie. Komu w pierwszej kolejności, to chyba nie muszę mówić. I w III RP nic się nie zmieniło pod tym względem. Najważniejszą osobą w każdym państwie jest minister spraw wewnętrznych. Wtedy był nim prawosławny Czesław Kiszczak. Został pochowany na prawosławnym cmentarzu. Te mniejszości były świadome poparcia ze strony rządu, były więc wobec niego lojalne. Pojawił się więc problem. Co zrobić, żeby w wyborach wyszło na to, że Polacy są gremialnie przeciw komunizmowi? Rząd zdawał sobie sprawę z tego, że te mniejszości będą głosować na rządowych kandydatów i może się okazać, że wyborcy wcale nie chcą upadku komunizmu. Nie mógł im powiedzieć, żeby nie głosowali na rządowych kandydatów. Zrobiono więc prosty numer. Na początku napisałem, że Wikipedia pomija pewne fakty. Napisała, że Na posiedzeniu 8 kwietnia podjęto decyzję o nierozpraszaniu głosów i wystawieniu tylko po jednym kandydacie na każdy dostępny mandat. No właśnie! A komuniści wystawili wielu kandydatów na każdy mandat i w ten sposób głosy, lojalnych wobec rządu mniejszości, uległy rozproszeniu. Po części były to zapewne też głosy niektórych Polaków, którzy nie byli zwolennikami Solidarności. I tak komuniści ponieśli „druzgocącą” porażkę.

Nie przypadkiem wymyślono też listę krajową, na której umieszczono prominentnych polityków PRL-u. W tym wypadku głosy Polaków skreślających i mniejszości popierających tych polityków równoważyły się i powstał typowy pat. Podobnie było w przypadku głosowania do sejmu na mandaty rządowe. Czy były to pomysły „ruskich szachistów”? Czego, jak czego, ale wspaniałych scenarzystów i reżyserów w PRL-u nie brakowało. Dobrze wiedzieli, jaki będzie efekt stworzenia tej listy. Miała ona tak naprawdę odwracać uwagę od prawdziwego przekrętu, który powyżej opisałem. A że pacta sunt servanda, czyli że umów należy dotrzymywać – jak lubił powtarzać Bronisław Geremek, czy jak on tam się nazywał – to strona solidarnościowa z umowy okrągłostołowej wywiązała się.

Całe to zamieszanie z tymi wyborami miało jednak zupełnie inny cel. Miało przekonać wyborców, że ich głos to rzecz święta, że wszyscy traktują je poważnie i że każdej stronie zależy na jak najlepszym wyniku, że stronie rządowej również. Nieważne, kto głosuje, ważne, kto liczy głosy. Tak mówił Stalin. Na tej podstawie uważa się, że wynik referendum z 1946 roku został sfałszowany. Ale czy rzeczywiście tak było? Czy ludzie przesiedleni na ziemie poniemieckie mogli głosować przeciwko granicy na Odrze i Nysie?

Referenda wymagają odpowiednio sformułowanych pytań. Natomiast w przypadku wyborów problem sprowadza się do tego, kto zgłasza kandydatów na listy wyborcze i dlatego wybrałem te fragmenty z Wikipedii, w których jest o tym mowa. Wszędzie tam jest napisane, że dokonują tego jakieś organizacje czy komitety, czyli tak naprawdę nie wiemy, kto wybiera tych kandydatów. A skoro tak, to nie ma to najmniejszego znaczenia, kto wygra i kto jak głosuje, bo i tak wszędzie są wystawieni odpowiedni kandydaci. Nie ma takiej możliwości, by człowiek z ulicy mógł zgłosić swoją kandydaturę, albo żeby paru ludzi mogło zgłosić kogoś, kogo by chcieli wybrać. Ten problem nagłaśniali ludzie skupieni wokół Ruchu JOW, czyli Ruchu na Rzecz Jednomandatowych Okręgów Wyborczych, ale o tym i o innych pomysłach pisałem w blogu Pomysły.

Szachy

W swoich blogach nieraz już cytowałem fragment z Lalki B. Prusa, w którym Szlangbaum tak mówi do Wokulskiego:

„U nas, panie, niby u Żydów, jak się młodzi zejdą, to oni nie zajmują się, jak u państwo, tańcami, komplementami, ubiorami, głupstwami, ale oni albo robią rachunki, albo oglądają uczone książki, jeden przed drugim zdaje egzamin albo rozwiązują sobie szarady, rebusy, szachowe zadanie. U nas ciągle jest zajęty rozum i dlatego Żydzi mają rozum, i dlatego, niech się pan nie obrazi, oni cały świat zawojują. U państwa wszystko robi się przez te sercowe gorączke i przez wojne, a u nas tylko przez mądrość i cierpliwość.”

No właśnie! Szachowe zadanie. Nie bez powodu więc chyba szachy uważane są za grę królewską i wyniki, jakie osiągają na olimpiadach szachowych reprezentacje poszczególnych państw, są bardzo prestiżowe. Może więc warto pokrótce przyjrzeć się ich historii.

Olimpiady szachowe są rozgrywane co dwa lata. Pierwszą rozegrano w 1927 roku w Londynie. Nie grała w niej reprezentacja Polski. Na kolejnych osiągnęła takie wyniki:

  • 1928 – 3
  • 1930 – 1
  • 1931 – 2
  • 1933 – 4
  • 1935 – 3
  • 1936 – 2 (Monachium – nie zaliczona jako olimpiada)
  • 1937 – 3
  • 1939 – 2

Ta ostatnia odbyła się w sierpniu 1939 roku w Buenos Aires. Po wojnie pierwszą olimpiadę zorganizowano w 1950 roku. Polska nie brała w niej udziału. Później reprezentacja Polski na ogół plasowała się poza pierwszą 10-ką. W 1978 roku zajęła 8 miejsce, w 1980 – 7, 1982 – 7, 2016 – 7, 2018 – 4, 2022 – 9. Tak więc tylko raz, w 2018 roku na olimpiadzie w Baku, polska reprezentacja osiągnęła najlepszy wynik w swojej powojennej historii, który był najgorszym wynikiem przedwojennej reprezentacji.

I jakoś tak się dziwnie złożyło, że bezpośrednio po wojnie wyrosła nowa potęga szachowa – Argentyna. Jej wyniki to:

  • 1950 – 2
  • 1952 – 2
  • 1954 – 2
  • 1958 – 3
  • 1962 – 3

I w tym 1962 roku skończyła się Argentyna jako potęga szachowa. Sąd to się wzięło? Do sukcesów przedwojennej polskiej reprezentacji w największym stopniu przyczynili się Akiba Rubinstein, Mieczysław Najdorf, Ksawery Tartakower, Paulin Frydman. To byli Żydzi. Dwóch z nich, Najdorf i Frydman, zostało w Argentynie i grali w jej reprezentacji.

Akiba Rubinstein był uważany w okresie międzywojennym za jednego z trzech najlepszych szachistów na świecie. Podobno przyszedł pewnego razu do urzędu Artur Rubinstein (pianista), by złożyć podanie o paszport i poprosił urzędnika o przyśpieszenie procedury jego wydania. Na co urzędnik powiedział: Oczywiście! Przecież taki wielki szachista nie może czekać!

Bardzo silne reprezentacje po wojnie miały takie państwa jak Węgry i Jugosławia. Również Czechosłowacja i Bułgaria grały lepiej niż reprezentacja PRL-u. Od 1952 do 1974 roku Związek Radziecki zajmował pierwsze miejsce. W 1976 (Trypolis) pierwsze miejsce zajął Salwador i w tym samym roku w Hajfie – USA. Olimpiadę w Hajfie, z przyczyn politycznych, zbojkotował Związek Radziecki i zorganizował dla swoich satelitów olimpiadę w Trypolisie. W 1978 – Węgry. 1980-1990 – Związek Radziecki, 1992-2002 – Rosja, 2004 – Ukraina, 2006-2008 – Armenia, 2010 – Ukraina, 2012 – Armenia, 2014 – Chiny, 2016 – USA, 2018 – Chiny, 2022 – Uzbekistan. A więc dominacja państw poradzieckich została zachowana.

Nie da się ukryć, że wielu z tych szachistów w reprezentacjach liczących się państw, to Żydzi. Tak też było w przedwojennej reprezentacji Polski. Po wojnie, ze zrozumiałych względów, tych Żydów zabrakło. Wyjechali i zostali za granicą. Ale przecież ze Stalinem do nowej Polski najechało mnóstwo Żydów ze Związku Radzieckiego. Ale nie byli to „ruscy szachiści”, jak ma w zwyczaju mawiać Stanisław Michalkiewicz. Był to najzwyczajniej w świecie jakiś żydowski szajs, żydowski najgorszy element. Czy tak musi być, że ze wschodu to zawsze ciągnie tu jakiś gorszy element ludzki? Czy dlatego to państwo właśnie jest takie, jakie jest? Czy to państwo jest traktowane przez wielkich tego świata jak ściek? No bo jak inaczej to wytłumaczyć?