Maria Stuart cz.1

Stefan Zweig (1881-1942) austriacki pisarz żydowskiego pochodzenia napisał (1935) beletryzowaną biografię Marii Stuart (1542-1587), PIW 1959. Powieść ta należy do najwybitniejszych jego utworów, a może nawet jest najwybitniejszym. Warto więc, jak sądzę, zapoznać się z jej fragmentami, bo Zweig porusza fundamentalne problemy tyczące ludzkiej egzystencji oraz polityki i jej mrocznych zakamarków. Na początek wypada jednak przedstawić podstawowe informacje o rodzie Stuartów i szkockich klanach. W Wikipedii można m.in. przeczytać:

Pierwszym królem Szkocji z tego rodu był Robert II, który zasiadł na tronie w 1371 r. Był synem Waltera, szóstego dziedzicznego Wielkiego Stewarda Szkocji i Marjorie, siostry króla Dawida II, ostatniego z dynastii Bruce. Od nazwy urzędu pełnionego przez jego przodków przyjęła się nazwa dynastii (w wersji angielskiej Stuart). Główna linia męska dynastii wygasła na Jakubie V w 1542 r. Dziedziczką tronu została jego córka Maria (zm. 1587 r.). Panowała do 1567 r. Została pozbawiona tronu na rzecz swego syna – Jakuba VI (zm. 1625 r.). Jego ojcem był Henryk Stuart, lord Darnley (zm. 1567 r.), książę Albany z młodszej linii dynastii Stuart.

Klany szkockie – grupy spokrewnionych ze sobą Szkotów, tworzących jedną z lepiej zachowanych struktur klanowych w Europie. Jako zasadnicza forma organizacji społecznej przetrwały klany w Wyżynnej Szkocji (Highlands) do połowy XVIII wieku. Stanowiły jedną z głównych grup oporu przeciw zjednoczeniu z Anglią i angielskiej dominacji. Stąd wszystkie góralskie klany (z wyjątkiem klanu Campbell) popierały prawowitą szkocką dynastię Stuartów, masowo biorąc udział w szkockich powstaniach m.in. w 1715 i 1745. Polityka angielskich najeźdźców próbujących zniszczyć strukturę klanową przyczyniła się paradoksalnie do jej umocnienia, a renesans szkockiej kultury narodowej na początku XIX wieku pozwolił przetrwać klanom do współczesności.

Mapa szkockich klanów górskich i nizinnych rodów; źródło: Wikipedia, autor: Gsl.

Klany szkockie nie są jednolite. Obok wielkich klanów, grupujących mniejsze klany, rody i rodziny złączone jedynie legendarnym pochodzeniem od wspólnego przodka (Klan Chattan, Klan Alpin, Klan Donald), istnieją mniejsze klany, będące w zasadzie rodami (Colquhoun, Graham, Buchanan).

Społeczność klanowa dzieli się zwykle na trzy grupy – ród naczelnika, członków klanu o tym samym nazwisku co naczelnik, zachowujących tradycje wspólnego, często legendarnego pochodzenia i tzw. ludzi złączonych – dawnych mieszkańców ziem zajętych przez klan, członków dawnych podbitych klanów, noszących różne nazwiska, ale uznawanych za współklanowców. Anglicy próbowali odnieść stosunki klanowe do swoich układów społecznych, traktowali wodzów klanu jak posiadaczy ziemskich, drugą grupę jak dzierżawców, a trzecią jak poddzierżawców. Nie było to ścisłe odniesienie, ponieważ tradycyjnie wódz nie był właścicielem ziemi klanu, lecz tylko jej głównym zarządcą i dyspozytorem.

x

Poniżej cały pierwszy rozdział tej książki zatytułowany Królowa w kolebce 1542-1548.

Sześć dni miała Maria Stuart, gdy została królową Szkocji. Już od zarania spełniało się prawo jej życia: wszystkie dary losu otrzymała zbyt wcześnie, by móc się nimi świadomie radować. W posępny dzień grudniowy roku 1542, kiedy na zamku Linlithgow przyszła na świat Maria Stuart, w sąsiednim zamku Falkland ojciec jej, Jakub V, leżał na łożu śmierci; mimo iż miał dopiero lat trzydzieści jeden, był już złamany życiem, znużony koroną, strudzony walką. Był to człowiek odważny, rycerski, pogodny z natury, namiętny miłośnik sztuki i kobiet, zżyty ze swym ludem; nieraz udawał się w przebraniu na uroczystości wiejskie, tańczył i żartował z wieśniakami i niejedna ze szkockich pieśni i ballad, których był twórcą, długo żyła jeszcze w pamięci jego ludu. Ale ten nieszczęsny potomek nieszczęsnego rodu żył w epoce rozwichrzenia, w kraju buntowniczym, i od urodzenia już był skazany na swój tragiczny los. Silny i bezwzględny sąsiad, Henryk VIII, domaga się, by wprowadził reformację, lecz Jakub V pozostaje wierny Kościołowi; szlachta szkocka, stale gotowa utrudniać życie swemu władcy, od razu wykorzystuje tę waśń i nieustannie podżega spokojnego, pogodnego króla do zamieszek i wojny. Już cztery lata przedtem Jakub V starając się o rękę Marii de Guise szczerze jej wyznaje, jak ciężka jest sytuacja króla otoczonego tym krnąbrnym i zaborczym klanem.

„Madame – pisze w tym wstrząsająco szczerym liście – mam dopiero dwadzieścia siedem lat, lecz już przytłoczony jestem zarówno ciężarem życia, jak i korony… Będąc sierotą od dzieciństwa, stałem się jeńcem ambitnych wielmożów; potężny dom Douglasów długo więził mnie w niewoli, i po dziś dzień nienawidzę tego nazwiska i wspomnień z nim związanych. Archibald hrabia d’Angus, Georg, jego brat, i wszyscy wygnani krewniacy nieustannie podburzają króla Anglii przeciwko nam, nie ma chyba ani jednego szlachcica w mym państwie, którego nie kusiliby obietnicami lub nie przekupywali pieniędzmi. Nic nie gwarantuje bezpieczeństwa mojej osobie,nie istnieje żadna rękojmia, iż moja wola i legalnie przysługujące mi prawa zostaną uszanowane. To przeraża mnie, Madame, spodziewam się, że doda mi Pani siły i dopomoże radą. Bez pieniędzy, zdany jedynie na wsparcie, które otrzymuję od Francji, czy na niewielkie składki zamożnego duchowieństwa, usiłuję przyozdobić me zamki, utrzymać me twierdze i budować okręty. Ale moi baronowie uważają króla, który naprawdę chce być królem, za nieznośnego rywala. Mimo przyjaźni króla Francji, mimo posiłków wojskowych,mimo przywiązania mego narodu obawiam się, że nie odniosę decydującego zwycięstwa nad moimi baronami. Pokonałbym wszelkie przeszkody, aby utorować drogę sprawiedliwości i pokoju dla mego narodu, i byłbym może osiągnął ten cel, gdyby panowie szlachta w moim kraju nie czuli za sobą poparcia. Lecz król Anglii nieustannie sieje niesnaski między nimi a mną, i herezje, które zaszczepił w mym państwie, szerzą się i obejmują swym niszczycielskim wpływem Kościół i naród. A że siła moja i przodków moich opierała się od dawna tylko na mieszczaństwie i na Kościele, muszę zadać sobie pytanie: na jak długo starczy nam tej siły?”

Wszystkie nieszczęścia, jakie król przewidział w tym złowróżbnym liście, spełniły się, a los doświadczył go jeszcze ciężej. Obaj synowie, którymi obdarzyła go Maria de Guise, zmarli w kolebce, i Jakub V, w pełni wieku męskiego, wciąż jeszcze nie miał dziedzica korony, która coraz boleśniej uciskała mu skronie. Wreszcie pchnęli go szkoccy baronowie wbrew jego woli ku wojnie z potężną Anglią, opuszczając zdradziecko w decydującej chwili. Pod Solway Moss Szkocja nie tylko przegrywa bitwę, ale i tarci honor; nim dochodzi do walki, rozbiegają się wojska pozbawione dowódców, opuszczone przez baronów; sam król, mąż tak rycerski, w tej rozstrzygającej chwili walczy nie z wrogami, lecz z własną śmiercią. Trawiony gorączką, wyczerpany, spoczywa na łożu w zamku Falkland, zmęczony bezcelową walką i uciążliwym żywotem.

Wtedy, w ów chmurny dzień zimowy, 9 grudnia roku 1542, gdy mgła przesłania okna, puka do drzwi goniec i oznajmia umierającemu, że przyszła mu na świat córka, następczyni tronu. Lecz Jakub V jest zbyt wyczerpany, by zdobyć się na radość czy nadzieję. Dlaczego nie syn, dlaczego nie następca? Bliski śmierci widzi we wszystkim tylko tragizm i klęskę. Odpowiada zrezygnowany: Od kobiety korona na nas przyszła i wraz z kobietą znijdzie.

Owo ponure proroctwo to zarazem jego ostatnie słowa. Z głębokim westchnieniem odwraca się do ściany i nie odpowiada już na żadne pytanie. W kilka dni później odbył się pogrzeb Jakuba V, a Maria Stuart, nim jeszcze otwarła oczy na świat, już została spadkobierczynią jego królestwa.

Podwójnie ciężkie to dziedzictwo być z rodu Stuartów oraz królową Szkocji, gdyż żadnemu Stuartowi na tym tronie dotychczas nie dopisywało szczęście, ani trwałość. Dwaj królowie, Jakub I i Jakub III, zostali zamordowani, dwaj inni, Jakub II i Jakub IV, polegli na polu bitwy, a dwojgu ich następcom, temu niewinnemu dziecku oraz wnukowi tej samej krwi, Karolowi I, los zgotował koniec jeszcze straszliwszy: szafot. Nikomu z tego rodu Atrydów nie udało się osiągnąć szczytu życia, nad żadnym nie świeciła gwiazda szczęścia. Stuartowie wciąż muszą walczyć z wrogami z zewnątrz, z wrogami w kraju i między sobą, wciąż jest niepokój wokół nich i niepokój w nich samych. Niespokojny jak oni jest ich kraj, a najbardziej niewierni są ci, którzy właśnie winni być najwierniejsi: lordowie i baronowie to chmurne a mocne, dzikie a nieokiełzane, zachłanne a wojownicze, krnąbrne a nieugięte rycerstwo – un pays barbare et une gent brutelle (barbarzyński kraj i brutalny lud), jak skarży się poeta Ronsard, zapędzony w tę mglistą krainę. Panujący niczym królowie na swych włościach i zamkach, ciągną jak bydło na rzeź swoich chłopów i pasterzy na wieczne zagony i wyprawy zbójeckie; wszyscy ci władcy klanów nie znają innej radości życia niż wojna. Waśń jest ich rozkoszą, zawiść bodźcem, żądza władzy ich myślą przewodnią.

„Pieniądze i przywileje – pisze poseł francuski – to jedyne syreny, których głosu słuchają szkoccy lordowie. Głoszenie im kazań o obowiązkach wobec książąt, o honorze i sprawiedliwości, o cnocie i o szlachetności uczynków pobudziłoby ich do śmiechu.”

Stare, potężne klany Gordonów, Hamiltonów, Arransów, Maitlandów, Crawfordów, Lindsayów, Lennoxów i Argyllów w swej amoralnej drapieżności i żądzy bijatyk podobne kondotierom włoskim, tylko jeszcze bardziej brutalne, mniej opanowane w swych instynktach, knują podstępnie i walczą nieustannie o pierwszeństwo. Już to zwalczają się nawzajem w długoletnich feuds (waśniach), już to zaprzysięgają sobie w uroczystych bonds (przymierzach) krótkotrwałą wierność, aby sprzymierzyć się przeciwko trzeciemu, wciąż tworzą koterie i kliki, ale nie łączą ich więzy przyjaźni; choć wszyscy są spokrewnieni lub spowinowaceni, w głębi duszy nienawidzą się i zazdroszczą sobie nawzajem, jeden jest drugiemu nieubłaganym wrogiem. Jakiś pierwiastek pogański i barbarzyński tkwi w tych nieokiełznanych duszach, bez względu na to, czy mienią się protestantami, czy katolikami – zależnie od tego, jak przywilej wymaga – zaprawdę, wszyscy oni są wnukami Makbetów i Makdufów, krwawych tanów (szkocki tytuł szlachecki), jak to wspaniale odmalował Szekspir.

Tylko w jednym wypadku ta nieposkromiona banda zazdrośników staje się od razu zgodna: wtedy, gdy trzeba utrzymać w karbach ich wspólnego pana, ich własnego króla, albowiem posłuszeństwo jest dla nich wszystkich czymś nie do zniesienia, a wierność – pojęciem zgoła nieznanym. Jeśli ta parcel of rascals (banda łajdaków) – Burne, Szkot z krwi i kości, napiętnował ich tym mianem – toleruje jeszcze pozory władzy królewskiej nad swymi zamkami i włościami, to dzieje się tak jedynie na skutek zazdrości jednego klanu o drugi. Gordonowie pozostawiają koronę Stuartom tylko dlatego, żeby nie przypadła Hamiltonom, a Hamiltonowie – ponieważ są zazdrośni o Gordonów. Lecz biada królowi szkockiemu, jeśli ośmieli się być prawdziwym władcą i zażąda ładu i karności w swym kraju, jeżeli w śmiałości młodzieńczej poważy przeciwstawić się pysze i drapieżnej chciwości lordów. Wtedy znów skupia się wroga hałastra w braterskiej łączności, aby pozbawić władzy swego króla, a czego nie dokona miecz, tego dopełni skrytobójczy sztylet.

Ta wyłaniająca się z mórz wyspa na najdalej wysuniętym północnym cyplu Europy to kraj tragiczny, szarpany ponurymi namiętnościami, chmurny i romantyczny jak ballada, a na domiar kraj bardzo ubogi. Wszystkie jego siły wysysa ustawiczna wojna. Nieliczne miasta, które właściwie nawet nie są miastami, lecz skupiskiem kilkudziesięciu nędznych domków przycupniętych pod osłoną twierdzy – nigdy nie mogą osiągnąć bogactwa lub choćby mieszczańskiej zamożności, gdyż raz po raz rabowane są i palone. Zamki wielmożów (do dziś jeszcze zachowane jako posępne a potężne ruiny) nie mają w sobie nic z przepychu; jako niedostępne warownie przeznaczone były na cele wojenne, nie dla dwornej sztuki gościnności. Między tymi nielicznymi wielkimi rodami a ich poddanymi istnieje luka: brak stanu średniego, owej żywotnej siły, na której wspiera się państwo.

Jedyny gęściej zamieszkały teren, znajdujący się pomiędzy Tweed a Firth, leży zbyt blisko granicy angielskiej, niszczą go przeto i trzebią nieustanne napady nieprzyjacielskie. Po północnej stronie godzinami można błądzić nad brzegami odludnych jezior, po pustaci łąk i poprzez ciemne północne bory, nie napotykając nigdzie ani wsi, ani zamku, ani grodu. Nie ma gęstych skupisk miast i miasteczek, tak jak w przepełnionych krajach Europy, szerokich traktów nie ożywia ruch ani handel, z portów nie odbijają okręty, aby z dalekich oceanów przywieźć złoto i korzenie, jak to się dzieje w Holandii, w Hiszpanii i w Anglii; niby za pradawnych czasów wiodą tu ludzie mizerny żywot, pasąc trzody owiec, polując na zwierzęta, łowiąc ryby. Pod względem zasobności i kultury Anglia i Europa wyprzedzają Szkocję o co najmniej sto lat. Wraz z początkiem epoki nowożytnej we wszystkich miastach nadbrzeżnych powstają i rozwijają się banki, giełdy, a tymczasem tutaj, niczym w czasach biblijnych, wciąż jeszcze bogactwo mierzy się ilością posiadanych gruntów i owiec; dziesięć tysięcy owiec posiada Jakub V, ojciec Marii Stuart, to jego cały dobytek. Nie ma ani skarbca koronnego, ani armii, ani gwardii przybocznej dla zabezpieczenia swej władzy, gdyż nie mógłby ich opłacić, a parlament, w którym zasiadają lordowie, nigdy nie przyzna królowi odpowiednich środków na utrzymanie jego władzy. Wszystko, co król posiada ponad swe najpierwotniejsze potrzeby, zostało mu podarowane lub pożyczone przez możnych sprzymierzeńców, Francję lub papieża: każdy kobierzec, każdy gobelin, każdy świecznik w jego komnatach i zamkach kupiony jest za cenę upokorzenia.

Ta ustawiczna nędza to ropiejący wrzód, który wycieńcza Szkocję, pozbawia ją siły politycznej. Wskutek niedołęstwa i zachłanności królów, żołnierzy, lordów ten piękny kraj wciąż jest krwawą piłką w rękach obcych mocarstw.

Kto walczy przeciw królowi, a po stronie protestantów, otrzymuje żołd z Londynu, kto zaś staje po stronie katolicyzmu i Stuartów, ciągnie zyski z Paryża, Madrytu i Rzymu: wszystkie te zagraniczne mocarstwa płacą jak najchętniej za szkocką krew. Wciąż jeszcze waha się szala ostatecznej decyzji między dwiema wielkimi nacjami, między Anglią a Francją, dlatego też owa najbliższa sąsiadka Anglii jest dla Francji tak niezastąpionym partnerem w grze politycznej. Ilekroć wtargną wojska angielskie do Normandii, co prędzej zamierza się Francja tym sztyletem w plecy Anglii; wiecznie gotowi do wojny Szkoci posuwają się śpiesznie poprzez border (granicę), przeciwko swym auld enimies (starym wrogom), a także w czasie pokoju stanowią nieustanne zagrożenie. Jak umocnić Szkocję pod względem militarnym – oto wieczna troska polityki francuskiej, toteż nic dziwnego, że Anglia stara się podważyć tę potęgę przez podburzanie lordów i ustawiczne rebelie. Tak więc ten nieszczęsny kraj staje się krwawym terenem stuletniej wojny i dopiero los tego nieświadomego jeszcze dziecięcia zadecyduje o nim ostatecznie.

Jest w tym wspaniały dramatyczny symbol, iż walka zaczyna się już u kolebki Marii Stuart. Jeszcze to niemowlę nie potrafi ani mówić, ani czuć, ani myśleć, ledwo poruszają się w powijakach jego maleńkie rączyny, a już polityka sięga po to nie rozwinięte ciałko, po tę niewinną duszyczkę. Na tym polega fatum Marii Stuart, że losy jej są wplątane w grę intryg i kalkulacji. Nigdy nie będzie jej dane być sobą, beztrosko kierować się własną wolą, zawsze wikłana w matnię polityki, będzie wciąż obiektem dyplomacji, igraszką cudzej woli, zawsze tylko królową lub pretendentką do tronu, sojuszniczką lub wrogiem.

Zaledwie goniec przywiózł do Londynu obie wiadomości, iż Jakub V zakończył życie, a następczynią i królową jest nowo narodzona córka, już postanawia Henryk VIII, król Anglii, starać się jak najśpieszniej o rękę Marii Stuart dla swego syna i następcy, nieletniego Edwarda. Niby towarem kupczą ciałem jeszcze nie ukształtowanym, duszą jeszcze śpiącą. Lecz polityka nie liczy się nigdy z uczuciami, liczy się tylko z koronami, z krajami i z prawami dynastii. Jednostka nie wchodzi w ogóle w rachubę, cóż bowiem znaczy wobec wiadomych, rzeczowych wartości światowych konszachtów! Ale w tym przypadku myśl Henryka VIII o zrękowinach następczyni tronu szkockiego z następcą tronu angielskiego to myśl wcale rozsądna, a nawet ludzka. Ciągnąca się wojna pomiędzy pobratymczymi krajami od dawna już nie ma sensu. Zamieszkałe na tej samej wyspie, nad tym samym morzem, w podobnych warunkach i pokrewnej rasy obydwa narody, angielski i szkocki, niewątpliwie jedno mają tylko zadanie – połączyć się; już sama przyroda wypowiedziała symbolicznie swą wolę. Jedynie zazdrość panująca pomiędzy obydwiema dynastiami, między dynastią Tudorów a Stuartów, stoi na drodze do tego ostatecznego celu; gdyby się jednak udało poprzez małżeństwo zażegnać ów zastarzały konflikt i zbliżyć ku sobie obydwa domy panujące, wspólni potomkowie Stuartów i Tudorów mogliby zostać królami Anglii, a zarazem Szkocji i Irlandii. Wówczas zjednoczona Wielka Brytania mogłaby wystąpić na szersze forum: stanąć do walki o hegemonię nad światem.

Ale fatum nie śpi: jeżeli już czasem w polityce zrodzi się myśl jasna i logiczna, to popsuje ją niemądre wykonanie. Początkowo wszystko jak gdyby układało się jak najbardziej pomyślnie. Lordowie, którym spiesznie wsunięto do kieszeni pieniądze, przystali z radością na projekt małżeństwa. Ale sam pergamin nie wystarczył roztropnemu Henrykowi VIII. Zbyt często doświadczał obłudy i zaborczości tych „mężów honoru”, aby nie wiedział, że tak niepewnych ludzi nie wiąże żadna umowa i że w razie lepszej oferty nie zawahają się przehandlować nieletniej królowej następcy tronu Francji. Dlatego też jako pierwszy warunek stawia szkockim pośrednikom niezwłoczne wydanie dziecka Anglii. Ale jeśli Tudorowie okazują nieufność Stuartom, to i Stuartowie nie mają powodu do zaufania Tudorom; zwłaszcza matka Marii Stuart broni się przed taką umową. Jako pochodząca z rodu Gwizjuszów (francuski – przyp. W.L.), została wychowana w wierze katolickiej, nie chce więc dziecka swego wydawać na łup kacerzom, poza tym wykrywa w tej umowie niebezpieczną pułapkę. Albowiem w jednej z tajnych klauzuli zobowiązali się szkoccy pośrednicy, przekupieni przez Henryka VIII, dotrzymać następującego warunku: w razie przedwczesnego zgonu dziecięcia „cała władza oraz posiadanie królestwa” miałoby przypaść Henrykowi VIII. Ten punkt budzi zastrzeżenia. Po człowieku bowiem, który głowy obydwóch swych żon złożył na szafocie, można się spodziewać, iż zechce przyspieszyć śmierć owego dziecięcia, i to w sposób niezupełnie naturalny, by co prędzej zawładnąć tak ważnym dziedzictwem. Królowa, jako troskliwa matka, nie zgadza się na wydanie dziecka Londynowi. Konkury nieomal przekształcają się w wojnę. Henryk VIII śle wojska, by siłą zawładnąć cennym zastawem; ponure świadectwo nie zamaskowanej brutalności tego stulecia daje rozkaz króla wydany do armii:

„…taka jest wola Jego Królewskiej Mości: wytępić kraj ten ogniem i mieczem. Podpalcie Edynburg i zrównajcie go z ziemią, kiedy wszystko już zrabujecie i splądrujecie… Możecie złupić Holyrood i tyle wsi i miast wokół Edynburga, ile wam się spodoba, rozgrabcie i podpalcie Leith i inne grody, zabijajcie mężczyzn, kobiety i dzieci bez miłosierdzia, gdziekolwiek napotkacie opór.”

Niby gromada Hunów wpadają przez granice zbrojne bandy Henryka VIII. Lecz w ostatniej chwili matka i córka zostają ukryte w bezpiecznym miejscu, na zamku Stirling, a Henryk VIII musi zadowolić się układem, na mocy którego Szkocja zobowiązuje się wydać Anglii Marię Stuart (wciąż traktowana jest jak przedmiot kupna-sprzedaży) w dniu, gdy skończy dziesiąty rok życia.

Wydaje się, że po raz drugi wszystko ułożyło się jak najpomyślniej. Lecz polityka jest jak zawsze nauką sprzeczności: nie w smak jej proste, naturalne, zgodne z rozsądkiem rozwiązania: trudności to jej rozkosz, waśń – to jej żywioł. Teraz partia katolicka rozpoczyna knowania: może by raczej to dziecię, które nauczyło się dopiero gaworzyć, przehandlować francuskiemu królewiczowi zamiast angielskiemu – a po śmierci Henryka VIII nie chcą już dotrzymać zawartej umowy. Wtedy wszakże regent Anglii, Somerset, żąda w imieniu nieletniego króla Edwarda wydania młodziutkiej narzeczonej, a gdy Szkocja stawia opór, każe wkroczyć swej armii, aby lordowie usłyszeli jedyny głos, z którym się liczą: głos przemocy. Dnia 10 września r. 1547 w bitwie – jest to raczej rzeź niż bitwa – pod Pinkie Cleugh zostaje rozbita potęga szkocka, więcej niż dziesięć tysięcy trupów zalega pole walki. Maria Stuart nie skończyła jeszcze pięciu lat, a już z jej powodu leją się potoki krwi ludzkiej.

Bezbronna Szkocja stoi teraz dla Anglii otworem. Lecz w tym splądrowanym kraju niewiele już pozostało do rabowania. Tudorom zależy właściwie na zdobyciu jednego tylko klejnotu: tego dziecięcia, które ucieleśnia koronę i prawa do korony. Lecz ku rozpaczy szpiegów angielskich Maria Stuart znikła bez śladu z zamku Stirling; nikt nawet z grona najbardziej zaufanych nie wie, gdzie ukryła ją królowa-matka. Wynaleziony schron jest niedościgniony: nocą, przy pomocy zaufanej służby, przewieziono dziecko do klasztoru Inchmahome, znajdującego się na małej wysepce nadmorskiej Menteith, dans le pays des sauvages (w kraju dzikusów), jak donosi poseł francuski, i tam je ukryto. Nie ma mostu, który by wiódł do tego romantycznego gniazda; drogocenny ładunek trzeba przeprawić łodzią na brzeg wyspy, a tam już mniszki, które nigdy nie opuszczają klasztoru, obejmują pieczę nad dzieckiem. W całkowitym ukryciu, odcięte od niespokojnego i burzliwego świata, nieświadome niczego dziecko żyje w cieniu wydarzeń, gdy tymczasem dyplomacja poprzez lądy i morza skrzętnie przędzie jego losy. Francja występuje bowiem groźnie, aby przeszkodzić całkowitemu ujarzmieniu Szkocji przez Anglię. Henryk II, syn Franciszka I, wysyła silną flotę i w jego imieniu stara się generał francuskiego korpusu posiłkowego o rękę Marii Stuart dla jego syna i następcy, Franciszka. W ciągu jednej nocy los tego dziecka zmienił się całkowicie dzięki wichrowi zdarzeń politycznych, który ostro i wojowniczo powiał nad Kanałem: miast za królową Anglii mała dziewczynka z rodu Stuartów zostaje naraz upatrzona na królową Francji.

Ledwo zawarto tę nową, korzystniejszą umowę handlową, w dniu 7 sierpnia, cenny obiekt owych szacherek politycznych, Maria Stuart, dziecię liczące lat pięć i osiem miesięcy, zostaje wysłane do Francji i sprzedane na całe życie drugiemu tak samo nie znanemu małżonkowi. Po raz drugi, lecz nie po raz ostatni, cudza wola kształtuje i odmienia jej losy.

Nieświadomość to łaska dzieciństwa. Cóż wie o wojnie i o pokoju, o bitwach i układach dziecko trzyletnie, czteroletnie, pięcioletnie? Cóż znaczą dlań nazwy takie jak Francja i Anglia, imiona Edward i François, cóż znaczy ten szaleńczy zamęt doczesnego świata?

Wysmukła, mała dziewczynka z rozwianymi złotymi lokami biega po ciemnych i jasnych komnatach zamku, bawi się z czterema rówieśnicami. Przydzielono jej bowiem – cóż za śliczny pomysł w tak barbarzyńskiej epoce! – cztery równolatki do towarzystwa, wybrane z najlepszych rodzin szkockich, czterolistną koniczynę złożoną z samych Mary: Mary Fleming, Mary Beaton, Mary Livingstone i Mary Seton. Teraz to jeszcze dzieci, towarzyszki jej dziecięcych igraszek, jutro przybędą razem z nią na obczyznę, by ten nowy kraj nie wydawał się jej tak obcy, później zostaną jej damami dworu i złożą czułe śluby, że nie wyjdą za mąż dopóty, dopóki Maria sama nie pojmie sobie małżonka. Trzy z nich opuszczą ją w nieszczęściu, lecz jedna towarzyszyć jej będzie na wygnanie i aż do śmierci: blask szczęśliwego dzieciństwa będzie świecił nad najczarniejszą godziną jej życia. Ale jakże daleko jeszcze są te ponure i ciemne czasy.

Tymczasem co dzień bawi się wesoło pięć dziewczynek na zamku Holyrood lub Stirling i żadna z nich nie ma pojęcia o majestacie i godności panowania, o jego dumie i niebezpieczeństwach. Aż nagle pewnego wieczoru przenoszą małą Marię Stuart z jej dziecinnego łóżeczka do kołyszącej się na wodzie barki i przeprawiają się razem z nią na wyspę, gdzie będzie jej dobrze i spokojnie; jest to wyspa Inchmahome, gniazdo ciszy. Witają ją obcy mężczyźni, ubrani jakoś inaczej, w szerokie czarne habity. Ale są łagodni i cierpliwi, pięknie śpiewają w wysokiej komnacie z barwnymi oknami i dziecko powoli przyzwyczaja się do nich. Lecz znów wywożą ją pewnego wieczora (zawsze będzie musiała Maria Stuart tak podróżować i uciekać nocą od jednego losu do drugiego) – naraz znajduje się na pokładzie wysokiego statku z trzepocącymi białymi żaglami, w otoczeniu nieznanych wojowników i brodatych marynarzy. Mała Maria nie obawia się – bo i czego? Wszyscy są dla niej dobrzy i łagodni, siedemnastoletni brat przyrodni Jakub – jedno z licznych dzieci nieprawego łoża, spłodzonych przez Jakuba V za jego czasów przedmałżeńskich – gładzi ją po włosach, jest również i ukochana czwórka współtowarzyszek zabawy. Pięć małych dziewczynek bawi się i śmieje się beztrosko wśród dział francuskiego statku wojennego i wśród uzbrojonych marynarzy, wszystkie zachwycone i uszczęśliwione, jak to dzieci, z niespodziewanych zmian.

Na górze, w bocianim gnieździe, stoi majtek na wachcie:wpatruje się w dal niespokojny, gdyż wie, że flota angielska krąży po Kanale, aby w ostatniej chwili porwać narzeczoną angielskiego królewicza, zanim stanie się narzeczoną francuskiego następcy tronu. Ale dziecko spostrzega tylko to, co bliskie – widzi tylko tyle: morze jest błękitne, ludzie życzliwi, a statek, ciężko dysząc jak wielki zwierz, przedziera się przez fale.

Dnia 13 sierpnia przybija wreszcie galion do Roscoff, niewielkiego portu obok Brestu. Szalupy dobijają do brzegu. Dziecinnie uradowana barwną przygodą, pogodna, roześmiana, nie przeczuwająca nic złego, nie mająca jeszcze sześciu lat mała królowa Szkocji wyskakuje na ziemię francuską. I tu kończy się jej dzieciństwo, rozpoczyna się zaś czas doświadczeń i obowiązków.

x

Okres francuski to lata 1548-1561. Pierwszym mężem Marii Stuart był przedwcześnie zmarły Franciszek II (1544-1560). 19 sierpnia 1561 roku powraca do Szkocji. Drugim jej mężem był Henryk Darnley (Stuart) (1546-1567), prawnuk Henryka VII z matki lady Lennox, siostrzenicy Henryka VIII. Trzecim – Jakub Hepburn, hrabia Bothwell (1536–1578), książę Orkney. Jakub VI (1566-1625), syn Marii Stuart i Henryka Darnleya. Po śmierci Marii Stuart (1587) prawowity król Szkocji, po śmierci Elżbiety (1603) król Anglii – Jakub I. Jego panowanie było początkiem unii personalnej Anglii ze Szkocją. O nim Wikipedia tak m.in. pisze:

Syn królowej Marii i lorda Darnleya urodził się 19 czerwca 1566 roku. Zaraz po urodzeniu otrzymał tytuł księcia Rothesay. Na chrzcie otrzymał imiona Karol Jakub. Jego ojcem chrzestnym był król Francji Karol IX Walezjusz. W tym czasie Szkocja była targana zamętem religijnym i waśniami klanów. Możni, w większości protestanci, członkowie zreformowanego przez Johna Knoxa szkockiego Kościoła, stali w opozycji do Marii i Darnleya, którzy byli katolikami. W małżeństwie rodziców Jakuba również nie działo się najlepiej – Darnley miał opinię hulaki i awanturnika, a w czasie, gdy Maria była w ciąży, sprzymierzył się z jej przeciwnikami i brał udział w morderstwie sekretarza żony, Dawida Rizzio.

Darnley, ojciec Jakuba został uduszony w nocy 9/10 lutego 1567 r. Okoliczności zabójstwa pozostają niewyjaśnione. Najczęściej oskarża się Marię o to, że chciała pozbyć się męża. O morderstwo posądzano również Jamesa Hepburna, 4. hrabiego Bothwell, który niedługo po śmierci Darnleya poślubił młodą wdowę, co zostało źle odebrane zarówno przez Szkotów, jak i przez dwory europejskie. Możliwe jest również, że zabójstwa dokonała protestancka opozycja, wiedząc, że odpowie za nie nielubiana królowa. Rzeczywiście, śmierć Darnleya i pośpieszne kolejne małżeństwo Marii przyczyniły się do spadku popularności królowej i wybuchu rebelii. W czerwcu Maria została aresztowana, osadzona w Loch Leven Castle i zmuszona do abdykacji (24 lipca) na rzecz małego syna, który w tym momencie stał się królem Jakubem VI.

x

Na początku napisałem, że powieść ta porusza fundamentalne dla ludzkiej egzystencji problemy. I o tym też pisał Zweig w rozdziale Droga bez wyjścia, obejmującym okres od kwietnia do czerwca 1567 roku. Poniżej jego fragment.

Mimo woli – jest to jakby przymus wewnętrzny – gdy widzimy, jak tragedia Marii Stuart dochodzi do zenitu, coraz bardziej przypominamy sobie Szekspira. Już zewnętrzne podobieństwo sytuacji z tragedią Hamleta jest niezaprzeczalne. I tu, i tam król, podstępnie usunięty z drogi przez kochanka żony, tu i tam nieprzystojny pośpiech, z jakim wdowa spieszy do ołtarza z mordercą męża, tu i tam morderstwo, którego ukrywanie i wypieranie się wymaga większego wysiłku, niż wymagało wykonanie zbrodni. Już samo to podobieństwo jest zaskakujące. Ale jeszcze silniej uderza analogia niektórych scen szkockiej tragedii Szekspira ze scenami historycznymi. Makbet zrodził się, świadomie czy nieświadomie, z atmosfery dramatu Marii Stuart. To, co się działo w zamku Dulsinane w wyobraźni dramaturga, działo się przedtem w zamku Holyrood w rzeczywistości. Tu i tam takie samo poczucie osamotnienia, taki sam przygniatający duszę ciężar po dokonanej zbrodni, takie same budzące budzące grozę uczty, na których nikt nie ośmiela się bawić i z których goście wymykają się jeden za drugim, gdyż czarne kruki nieszczęścia już krążą nad domem. Chwilami trudno rozróżnić: czy to Maria Stuart błąka się po komnatach w bezsenne noce, udręczona wyrzutami sumienia, szukająca śmierci – czy lady Makbet pragnąca zmyć niewidoczną krew ze swych rąk? Czy to Bothwell, czy Makbet staje się coraz bardziej zdecydowany po dokonaniu zbrodni i coraz śmielej, coraz zuchwalej prowokuje wrogość całego kraju, wiedząc wszakże, że odwaga na nic się nie zda i że upiory zawsze będą silniejsze niż żywi. Tu i tam namiętność kobiety działa jako siła napędowa, mężczyzna zaś jest wykonawcą. Ale przede wszystkim przeraźliwie podobna atmosfera, ciężar przytłaczający udręczone dusze, mężczyzna i kobieta przykuci do siebie tą samą zbrodnią, pociągający się nawzajem w tę samą straszliwą przepaść. Nigdzie jeszcze w dziejach świata, nigdzie w literaturze nie znalazła tak wstrząsającego odbicia psychologia zbrodni i tajemniczy wpływ zamordowanego na mordercę, jak w tych dwóch tragediach szkockich, z których jedna była zmyślona, a druga prawdziwa.

To podobieństwo, ta przedziwna analogia – czy to tylko przypadek? Czy nie należałoby raczej przyjąć, iż w utworze Szekspira tragedia Marii Stuart została w pewnej mierze przetworzona, wysublimowana?

Wrażenia z lat dziecinnych pozostawiają niezatarty ślad w duszy twórców; w zagadkowy sposób geniusz przetwarza bodźce z wczesnych lat w wiecznotrwałą rzeczywistość. Niewątpliwie znane były Szekspirowi wydarzenia w zamku Holyrood. Dzieciństwo jego było zapewne wypełnione opowiadaniami i legendami o romantycznej królowej, która utraciła państwo i koronę na skutek szaleńczej namiętności i za karę musiała przenosić się z jednego zamku angielskiego na drugi. Za swych młodych lat Szekspir był może w Londynie akurat tego dnia – jeszcze niedojrzały wiekiem, ale już dojrzały jako pisarz – gdy dzwony rozkołysane nad miastem obwieściły triumfalnie, że potoczyła się głowa wielkiej przeciwniczki Elżbiety i że Henryk Darnley pociągnął za sobą do grobu niewierną małżonkę. A gdy po pewnym czasie Szekspir znalazł w kronikach Holinsheda ponurą historię króla Szkocji – czy wspomnienie o dramatycznym końcu Marii Stuart nie związało się w tajemniczej alchemii z fantazją w jedną całość? Nikt nie może twierdzić z całą pewnością, ale nikt nie może zaprzeczyć, iż na ukształtowanie się tragedii Szekspira wpłynęła tragedia Marii Stuart. Ale tylko ten, kto przeczytał i odczuł w pełni Szekspirowskiego Makbeta, ten zrozumie, co przeżywała Maria Stuart w owym czasie w Holyrood, zrozumie bezgraniczną mękę silnej duszy, która nie dorosła do swego najsilniejszego czynu.

Najbardziej wstrząsające jest w tych obu tragediach – rzeczywistej i zmyślonej – podobieństwo przemiany wewnętrznej Marii Stuart i lady Makbet po dokonaniu zbrodni. Lady Makbet byłą przedtem kobietą energiczną, kochającą, pełną temperamentu, siły woli, ambicji. Chciała, aby ukochany mężczyzna stał się wielki i jej to ręką mogły być napisane słowa z sonetów Marii Stuart: „Dla niego pragnę zdobyć najwyższe zaszczyty…”

Sprężyną jej działania jest ambicja; lady Makbet działa chytrze i stanowczo, dopóki zbrodnia pozostaje jeszcze zamiarem i planem, dopóki gorąca czerwona krew nie splami jej rąk i nie zbruka duszy. Słowami podobnie przymilnymi, jakimi Maria Stuart zwabiła Darnleya do Kirk o’Field, zwabia Dunkana do sypialni, gdzie czeka go sztylet. Lecz od razu po dokonanej zbrodni następuje w niej przemiana, topnieją siły, opuszcza odwaga. Jak ogień w żywym ciele pali ją sumienie; błąka się po komnatach patrząc przed siebie osłupiałym wzrokiem, straszna dla przyjaciół, straszna dla samej siebie. Jedno jedyne obłąkane pragnienie zatruwa jej udręczony umysł: zapomnieć, nie wiedzieć o niczym,nie myśleć o niczym, umrzeć.

Podobnie dzieje się z Marią Stuart po zamordowaniu Darnleya; tak się nagle przeobraża, nawet rysy jej zmieniają się tak bardzo, że Drury, szpieg Elżbiety, donosi do Londynu: „Nie widziałem jeszcze kobiety, która by, podobnie jak królowa, w krótkim czasie tak bardzo zmieniła się zewnętrznie, nie przeszedłszy ciężkiej choroby.”

Niczym nie przypomina pogodnej, rozmownej, pewnej siebie królowej, jaką była przed kilkoma tygodniami. Zamyka się, chowa, ukrywa przed ludźmi. Może liczy na to, tak jak liczyła lady Makbet, że świat będzie milczał, jeśli ona sama będzie milczeć, że czarna chmura zlituje się i przejdzie bokiem. Ale gdy ludzie zaczynają dopytywać i nalegać, gdy nocą z ulic Edynburga docierają do jej okien nazwiska morderców, gdy Lennox, ojciec zamordowanego, gdy Elżbieta, jej wróg, gdy Beaton, jej przyjaciel, i wszyscy inni domagają się odpowiedzi i wyroku, Marii Stuart zaczyna mącić się w głowie. Wie, że musi coś uczynić, by znaleźć jakieś wytłumaczenie, jakieś usprawiedliwienie zbrodni. Ale brak jej siły do udzielenia przekonywającej odpowiedzi, brak jej słów do zamydlenia oczu. Jak we śnie hipnotycznym słyszy głosy z Londynu, z Paryża, z Madrytu, z Rzymu, upominające i ostrzegawcze, ale nie może podźwignąć się ze swego odrętwienia duchowego, słyszy te głosy, tak jak ktoś żywcem pogrzebany słyszy kroki na ziemi – bezbronna, bezsilna, złamana. Wie, że teraz powinna grać rolę pogrążonej w smutku i szlochać, aby uwierzono w jej niewinność. Lecz oczy jej są suche, nie może mówić, nie umie udawać dłużej. Tak trwa całymi tygodniami, aż w końcu i jej wytrzymałość się kończy. Tak jak łania osaczona ze wszystkich stron z rozpaczliwą odwagą obraca się do prześladowców, tak jak lady Makbet chcąc zapewnić sobie bezpieczeństwo dodaje nowe zbrodnie do poprzednich, tak samo Maria Stuart zbiera siły i dźwiga się wreszcie z nieznośnego odrętwienia. Najzupełniej obojętna stała się na to, co świat o niej myśli i czy postępuje rozsądnie, czy nierozsądnie. Byle tylko nie ta cisza, byle coś robić, byle dalej, szybciej, szybciej, byle uciec od tych głosów ostrzegawczych i grożących. Byle naprzód, byle naprzód, nie zatrzymywać się, gdyż wtedy musiałaby zrozumieć, że żadna mądrość jej już nie uratuje.

Jest to jedna z tajemnic duszy ludzkiej: pośpiech na krótko zagłusza strach; podobnie jak woźnica popędza konie biczem, gdy poczuje, że most pod jego wozem trzeszczy i załamuje się, tak samo z rozpaczliwym pośpiechem popędza Maria Stuart czarnego rumaka swego losu, by przegonić wszelkie skrupuły, stratować wszelkie sprzeciwy. Nie chce myśleć o niczym, słyszeć o niczym, wiedzieć o niczym, byle dalej, dalej i dalej, wprost do obłędu! Lepiej skończyć z tą grozą niż poddawać się jej bez końca! Odwieczne to prawo: kamień tym szybciej spada, im bliżej przepaści. Podobnie zachowuje się człowiek: gdy spostrzega, że nie ma dla niego wyjścia, postępuje coraz nieoględniej i nierozważniej.

x

W rozdziale Detronizacja – Lato 1567 Zweig analizuje problem, który stworzyła Maria Stuart. Poniżej fragment.

Począwszy od owego dnia przełomowego, 17 czerwca, kiedy lordowie zamknęli swoją królową w zamku w Lochleven, Maria Stuart nie przestanie już być przedmiotem niepokoju w całej Europie. W jej osobie bowiem stanął przed epoką nowy, wprost rewolucyjny problem o nie dającym się przewidzieć zasięgu: co się ma stać z monarchą, który ostro przeciwstawił się woli swego narodu i który okazał się niegodny korony? W tym wypadku wina leży bezsprzecznie po stronie władczyni: Maria Stuart na skutek swej lekkomyślności stworzyła sytuację niemożliwą, nie do zniesienia. Wbrew woli magnatów, ludu, duchowieństwa obrała na męża człowieka już żonatego, którego opinia publiczna jednomyślnie uważała za mordercę króla Szkocji. Zlekceważyła prawo i moralność i teraz jeszcze wzbrania się uznać to bezsensowne małżeństwo za nieważne. Nawet najżyczliwsi jej przyjaciele są zgodni w przekonaniu, że z tym mordercą u boku nie może pozostawać nadal władczynią Szkocji.

Lecz jakie istnieją możliwości zmuszenia królowej, by wyrzekła się Bothwella albo odstąpiła koronę synowi? Odpowiedź jest druzgocąca: nie ma żadnych. W owej epoce w stosunku do monarchy nie istnieją normy państwowoprawne, narodowi nie wolno jeszcze wyrażać ani ganić władcy, wszelka jurysprudencja kończy się u stopni tronu. Król nie znajduje się jeszcze w zasięgu prawa cywilnego, lecz poza nim albo ponad nim. Poświęcony Bogu, podobnie jak kapłan, nie może swego urzędu przekazać, ani podarować komukolwiek. Nikt nie ma prawa odebrać pomazańcowi bożemu jego królewskiej godności i – trzymając się absolutystycznego światopoglądu – raczej można pozbawić władcę życia niż korony. Można go zamordować, ale nie można zdetronizować, gdyż zastosowanie wobec niego przymusu równałoby się zburzeniu hierarchicznej struktury kosmosu.

Przed tak nowym problemem postawiła Maria Stuart świat swym występnym małżeństwem. Na jej przykładzie ma się rozstrzygnąć nie tylko ten jeden poszczególny konflikt, lecz zasada o charakterze światopoglądowym.

Dlatego lordowie, choć z charakteru swego bynajmniej nie łagodni, tak gorączkowo szukają polubownego rozwiązania. Po tylu latach widać jeszcze wyraźnie, jak bardzo czuli się nieswojo po dokonaniu czynu tak rewolucyjnego, jak osadzenie pod kluczem swej władczyni, i początkowo Maria Stuart miałaby rzeczywiście ułatwioną drogę do powrotu na tron. Wystarczyłoby, żeby uznała swe małżeństwo z Bothwellem za nieważne i w ten sposób przyznała się do błędu. Mogłaby wówczas, choć jej autorytet i popularność mocno ucierpiały, wrócić do dawnych honorów, mogłaby znów zamieszkać w Holyrood i wybrać sobie nowego, godniejszego małżonka. Ale Marii Stuart jeszcze nie zeszło bielmo z oczu. W urojonym przekonaniu o swej nieomylności dalej nie rozumie, że szybko następujące jeden po drugim skandale z Chastelardem, z Rizziem, z Darnleyem, Z Bothwellem wynikały z winy jej karygodnej lekkomyślności. Nie daje się nakłonić do najmniejszych ustępstw. Przeciwko całemu krajowi, przeciwko całemu światu broni zbrodniarza Bothwella i twierdzi, że nie może się z nim rozejść, gdyż wówczas dziecko, które miała z nim, przyszłoby na świat jako bękart. Wciąż jeszcze buja w obłokach, wciąż jeszcze ta nieuleczalna romantyczka nie chce zrozumieć rzeczywistości. Lecz ten upór, który – zależnie od upodobania – uznać można za bezsensowny lub imponujący, prowokuje wprost do aktów przemocy, jakie zostaną dokonane na jej osobie, powoduje rozstrzygnięcie, którego wpływ rozciągać się będzie na całe stulecia: nie tylko Maria Stuart, ale jeszcze wnuk jej, Karol I, krwią swą zapłaci za te roszczenia do nieograniczonej władzy monarszej.

xxx

Stefan Zweig był nie tylko pisarzem, ale również poetą, dramaturgiem i tłumaczem. Jego Nowela szachowa z 1941 roku to studium psychologiczne dokonane przez pryzmat gry w szachy. Był zatem kimś, kto starał się zgłębić ludzką psychikę i jego sugestia, że inspiracją dla Szekspira mógł być los Marii Stuart, nie jest bezpodstawna.

Ale jej los jest też świadectwem czegoś innego, a mianowicie tego, że monarchowie byli tylko marionetkami w ręku jakichś swoich nieznanych przełożonych. W końcu ci nieznani przełożeni uznali, że takie rozwiązanie, czyli że monarcha jest nietykalny, jest zbyt niewygodne. Rewolucja francuska ostatecznie rozwiązała ten problem. Byli jeszcze ci lordowie, którzy ciągle ze sobą walczyli, ale jak trzeba było osłabić króla czy królową, to jakoś tak dziwnie szybko dochodzili do porozumienia i zgodnie działali. Oczywiście byli też tacy, którzy stawali w obronie królowej, ale w tym momencie waśnie pomiędzy nimi ustawały i dzielili się na dwa przeciwstawne obozy i walczyli o jakąś ideę. Czy to oznacza, że była jeszcze jakaś inna siła stojąca ponad nimi i kierująca ich poczynaniami?

Mam taką książkę Shaggy Dog English, której autorem jest Jerzy Godziszewski, wydaną przez Wiedzę Powszechną w 1969 roku. Jest to zbiór krótkich anegdot czy historyjek w języku angielskim. Shaggy dog w sensie dosłownym oznacza kudłatego psa, ale shaggy dog English jest też zwrotem idiomatycznym oznaczającym, tak mniej więcej, niesamowity, niekonwencjonalny angielski. W jednej z nich autor pisze:

„When I was in Scotland I was very much impressed by the rain and fog, to say nothing of the beautiful scenery, and the old castles one comes across every now and then. One day as I was walking up a windy lane, I could see such a castle right in front of me and thought it looked very romantic. If the gates had opened and a knight had ridden out I would not have been surprised.

I happened to spend the night in that very castle and believe me it was quite a thriling experience. I went to bed all right in an old four-poster that might have been used by Mary Queen of Scots herself.”

Nieraz widziałem na zdjęciach te zamki, istotnie często położone w romantycznej scenerii – na wyspie na jeziorze. I często zastanawiałem się nad tym, kto te zamki budował i jak. Jeśli Szkocja była w średniowieczu krajem dzikim, rzadko zaludnionym, to jakim sposobem one powstawały? A przecież było ich dużo. To nie było tak jak w Wielkim Księstwie Litewskim, w którym wielcy feudałowie mieli tysiące, jeśli nie dziesiątki tysięcy poddanych, ale ich zamki nie były tak liczne jak w Szkocji. Rzymianie nie dotarli do Szkocji, ale chrześcijaństwo – tak. I budowano tam klasztory. W jednym z nich ukrywano przez pewien czas małoletnią Marię Stuart. Klasztor to też zamek, niedostępny, często budowany na odludziu, dużo tam można ukryć, pomimo że wiara nie ma nic wspólnego z życiem doczesnym i sprawy tego świata powinny być z dala od nich, ale to tylko teoria, w praktyce było inaczej. Co zatem było wcześniej – klasztory czy zamki? A może ci, którzy pierwsi stawali się orędownikami nowej wiary na podbijanym terenie, stawali się również uprzywilejowani wobec reszty tubylców? I czy tak właśnie powstały klany szkockie?

Mocarstwo z tektury

Po raz pierwszy zdarzyło mi się trafić na tak mocne określenie tego, czym była I Rzeczpospolita. Autor tego krótkiego video, Kamil Janicki, stwierdza, że państwo to było pozbawione głównych atrybutów państwa, a mimo to nadal nazywa je państwem. Jeszcze nie tak dawno temu jeden z byłych polityków bardziej dosadnie stwierdził, że III RP to „ch.., d… i kamieni kupa”. Można więc powiedzieć, parafrazując Lenina, że idee I RP są wiecznie żywe. Poniżej wybrane fragmenty komentarza Janickiego.

Jak słabym państwem, podkreślam – państwem, była I Rzeczpospolita. Od XIV wieku chłopi płacili poradlne, czyli podatek od uprawianego gruntu, co powinno dawać stałe, coroczne dochody państwowe. To prawda, tyle że wysokość poradlnego, które istniało znacznie wcześniej, ustalono po raz ostatni jeszcze w średniowieczu. Potem zaś nigdy, ani razu, nie została ona zrewaloryzowana. Na początku XVII wieku, po stuleciach inflacji, podatek ten przynosił już tak śmieszną, bliską zera korzyść, że po prostu w ogóle przestano go ściągać, a niczym nie został zastąpiony. W praktyce więc podatki zbierano tylko doraźnie, wtedy gdy zgodził się na to sejm.

Jeśli nie było dochodów, to i działalność państwa musiała być niesamowicie wąska. Z klasycznych badań Romana Rybarskiego wynika, że w XVII wieku od 70 do 95% całego dochodu wydawano tylko i wyłącznie na armię. Poza tym jedyną znaczącą pozycją w budżecie było jeszcze przyjmowanie zagranicznych poselstw i wysyłanie własnych.

Cały budżet państwa szedł na potrzeby wojskowe, a mimo to, na co dzień, kraju, który miał niemal milion kilometrów kwadratowych i ponoć był jednym z najpotężniejszych mocarstw kontynentu, broniło maksymalnie kilka tysięcy mężczyzn. To był oczywiście pozór. To nie mogło działać. W pierwszej połowie XVII wieku, przez kilka dekad, Tatarzy porwali z ziem Rzeczypospolitej ćwierć miliona ludzi i kilkadziesiąt tysięcy zabili. Mocarstwowa Rzeczypospolita nie była zdolna skutecznie wypełniać jedynej funkcji, na którą szły pieniądze. Innych zadań państwa po prostu nie podejmowano. Państwo nie tylko nie działało, ale nie miało struktur, które pozwalałyby działać.

W całej Polsce, w Koronie, w XVII wieku było 300-400 ludzi, których można było, poniekąd na wyrost, uznać za urzędników państwowych. Ten tani, ograniczony, wprost fasadowy kraj, mógł funkcjonować tylko w takim zakresie, na jaki w danym momencie zgodziła się szlachta i to szlachta w rozumieniu tylko lokalnym. Państwo nie miało policji. W razie jakiegoś rozruchu chłopskiego albo jakichś napadów bandyckich, starosta, czyli jeden z tych nielicznych urzędników państwowych, mógł tylko zwołać do pomocy miejscowych herbowników i liczyć, że ci stawią się w wystarczającej sile.

Państwo nie miało też aparatu skarbowego, tylko szlachcice oddolnie wybierali spośród siebie poborców podatkowych i kontrolowali lub nie – ich pracę. Nie istniał też aparat pozwalający egzekwować wyroki sądów albo nawet najsurowsze polecenia władzy. W Warszawie król miał gwardzistów, ale w terenie sami panowie mogli skłonić innych panów do podporządkowania się regułom, o ile oczywiście je akceptowali. Sądów też za bardzo nie było. Gros spraw dotyczących szlachty trafiało przed sądy ziemskie, a więc po prostu towarzyskie, gdzie lokalni szlachcice sądzili innych lokalnych szlachciców. Tak samo własne sądownictwo miały miasta, a już zwłaszcza Kościół. To wszystko działało poza państwem. Niezależnie, jakie wizje snuł król albo nawet, jakie decyzje zapadały na sejmie, niczego nie dało się w Rzeczypospolitej zrealizować, jeśli nie zgodzili się na to szeregowi ziemianie oraz potężni możnowładcy trzęsący poszczególnymi regionami.

Tu zresztą jest też wytłumaczenie tego mitycznego liberum veto, które rzekomo, według podręczników, zgubiło Polskę. Wciąż powtarza się do znudzenia, że zasada jednomyślności doprowadziła do katastrofy. Tak naprawdę jednak ta zasada była tylko odpryskiem, efektem ogólnego sposobu funkcjonowania państwa. Jeśli Rzeczpospolita nie miała żadnej egzekutywy, żadnych środków nacisku, to żadne reformy czy przedsięwzięcia nie mogły dojść do skutku, jeśli każdy lokalny pan z własnej woli nie zaangażował się w ich realizację. Dla powszechnej zgody nie było jakby alternatywy. Potem zresztą nawet, gdy zgodę wyrażono i jeszcze głośno porozprawiano o tym, jak ważne jest dobro ojczyzny, często żadne zmiany i tak nie dochodziły do skutku, bo przecież na poziomie lokalnym państwo nie miało żadnych wpływów.

x

Skoro w tym „państwie” nie działały żadne jego instytucje, to nazywanie takiego tworu państwem jest nieporozumieniem. Państwem można było nazwać zjednoczone Królestwo Polskie (1320-1386), bo miało ono silną władzę królewską, zrównoważony skarb, co oznaczało, że system podatkowy też działał. Było to też państwo ze znaczącym mieszczaństwem i wolnymi chłopami, którzy płacili podatki, czyli te poradlne, o którym wspomniał Janicki. To, że później zaniechano jego poboru wynikało z tego, że chłopi stali się w I RP niewolnikami. Natomiast Wielkie Księstwo Litewskie było księstwem, a nie królestwem, co oznaczało, że składało się z księstw, które były feudalnymi państewkami a ich władcy prowadzili własną politykę, co w przyszłości zaowocowało tym, że powstały stronnictwa ruskie, pruskie i francuskie. Ten typ uprawiania polityki, jak możemy przekonać się naocznie, przetrwał do dziś. Okres unii personalnej (1386-1569) był czasem dostosowywania Królestwa Polskiego do standardów WKL, czyli doprowadzeniem do feudalnej organizacji na terenie Królestwa Polskiego. To był okres panowania dynastii jagiellońskiej, a więc okres, w którym nastąpiło zdominowanie Korony przez WKL. W ten sposób zlikwidowano państwo piastowskie, które było częścią I Rzeszy. Można więc powiedzieć, że poprzez unię z WKL Korona wyszła z ówczesnej unii europejskiej.

Powstał więc twór będący zlepkiem niezależnych księstw feudalnych, którymi rządzili wielcy feudałowie. Mieli oni swoje potężne zamki-twierdze, swoje wojsko i policję, swoich poddanych itp. Jest zatem rzeczą zrozumiałą, że to niby państwo ich zupełnie nie interesowało. Wydaje się, że jedyną organizacją spajającą cały ten potężny obszar był żydowski Sejm Czterech Ziem: Wielkopolski, Małopolski, Litwy i Rusi. Był to organ centralny samorządu Żydów istniejący w latach 1580-1764.

Była zatem I RP swego rodzaju federacją, ale federacją bez silnej władzy centralnej, w odróżnieniu od Federacji Rosyjskiej, w której, obecnie i w przeszłości, władza centralna była bardzo silna i bezwzględna wobec wszelkiego oporu. Nie przypadkiem mamy więc powiedzenie: musi to na Rusi, a w Polsce – jak kto chce. Oczywiście pod pojęciem „Rusi” rozumie się w tym wypadku Rosję. Wprawdzie mieszkańcy WKL nie mieli nic wspólnego z mieszkańcami Korony, ale pojęcie „Polski” rozszerzono na całe WKL i ich mieszkańców, których zaczęto nazywać Polakami. I w ten sposób pojęcie „Polak” i „Polska” stały się pojęciami abstrakcyjnymi i rozciągłymi, bo nie można dokładnie powiedzieć, kto to jest Polak i gdzie tak naprawdę jest Polska: we Lwowie i Wilnie czy w Poznaniu i Krakowie? Zupełnie inaczej jest w przypadku Czech. Od tysiąca lat leżą one w tym samym miejscu i tam mieszkają Czesi. Może i są po części zniemczeni i zdominowani przez Niemców, ale cały czas żyją w tym samym miejscu. A poza tym, być zdominowanym przez Niemców i ulegać ich wpływom kulturowym, jest zupełnie czymś innym, niż być zdominowanym przez Wschód i podlegać jego wpływom. Do takiego wniosku można dojść porównując oba państwa.

Zastanawia mnie, skąd taka zmiana narracji w kwestii postrzegania I RP? Czyżbyśmy mieli do czynienia z procesem przygotowywania społeczeństwa do zmian, które za jakiś czas mają nastąpić? Czy przypadkiem pojawił się w sieci short z nekrologiem Państwa Polskiego (966-2025)?

Język ukraiński

Parę dni temu Tomasz Piekielnik na swoim kanale poinformował, że od roku szkolnego 2025/26 język ukraiński będzie językiem maturalnym. W polskich szkołach uczy się ponad 200 tys. uczniów z Ukrainy, z czego 152 tys. to uchodźcy wojenni, a 51 tys. to migranci sprzed 2022 roku. Czy to rozwiązanie dla ukraińskich uczniów, czy cicha zmiana systemu oświaty pod hasłem integracji? – zapytuje Piekielnik.

Język ten wprowadza się na podstawie Rozporządzenia Ministra Edukacji i Nauki z dnia 23 lutego 2023 roku, zmieniającego rozporządzenie w sprawie szczegółowych warunków i sposobów przeprowadzania egzaminu maturalnego. Paragraf 31. tego rozporządzenia brzmi:

Do egzaminu maturalnego z języka obcego nowożytnego absolwent może przystąpić z następujących języków: angielskiego, francuskiego, hiszpańskiego, niemieckiego, rosyjskiego, ukraińskiego i włoskiego.

Rozporządzenie podpisał Minister Edukacji i Nauki Przemysław Czarnek. W uzasadnieniu podano, że wzrosło zainteresowanie Ukrainą, ukraińską kulturą, historią.

Ile uczynił PiS, by dołożyć się do ukrainizacji Polski. W tym kontekście wypada zadać jeszcze jedno pytanie: jaki wpływ mają korzenie ukraińskie u czołowych polityków w Polsce? I Piekielnik cytuje serwisy informacyjne sprzed lat. Money.pl z 12 kwietnia 2010 roku: Na pogrzebie prezydenta Kaczyńskiego będą jego kuzyni z Ukrainy. Interia z 17 kwietnia z 2010 roku: Kuzyni prezydenta Kaczyńskiego w drodze z Ukrainy. Również z Ukrainy jedzie na pogrzeb swojej siostry Anny Walentynowicz Olga Lubczyk. Rzeczpospolita z 16 kwietnia 2010 roku: Nad Dnieprem mieszka czterech kuzynów Lecha i Jarosława Kaczyńskich. Dwóch w Odessie, dwóch w Połtawie.

To jest tragedia naszych czasów i polskości, że mamy postępującą ukrainizację Polski, ale ukrainizacja sfer politycznych w Polsce jest niestety bardziej zaawansowana niż w innych warstwach, no ale właśnie – może to jeszcze przed nami. Oby nie!

x

A więc ukraiński staje się jednym z języków, który maturzysta może sobie wybrać. Rozporządzenie regulujące tę kwestię weszło w życie 23 lutego 2023 roku, czyli w rok po rozpoczęciu wojny na Ukrainie. Zatem już wtedy przygotowywano się do czegoś większego, niż tylko zapewnienie „uchodźcom” schronienia przed wojną. Od samego początku tej wojny ZUS miał wersję ukraińską, a dziś już chyba wszystkie strony rządowe taką posiadają. Tworzenie nowego, dwujęzycznego państwa trwa w najlepsze. W dłuższej perspektywie będzie to, jak sądzę, etap przejściowy. Gdy ukraińskie dzieci dorosną, będą już znały język polski. Tak jak to się stało po przesiedleniach po II wojnie światowej. Później te dzieci już jako dorosłe osoby, często ze zmienionymi nazwiskami, stawały się m.in. polskimi piosenkarkami, ikonami bigbitu, które w latach 60-tych zdobyły wielką popularność. Katarzyna Sobczyk (1945-2010) w wieku trzech lat przeniosła się z rodzicami z Podkarpacia do Sianowa, a później do pobliskiego Koszalina. Helena Majdaniec (1941-2002). Urodziła się w Mylsku na Wołyniu, od 1946 roku w Szczecinie. Oczywiście nie tylko Ukraina. Rodowicz to Wilno, Niemen to jakaś mieścina na Białorusi. Te wschodnie korzenie dotyczą ludzi z wszelkich dziedzin życia, nie tylko rozrywki. To tylko ilustracja mająca na celu pokazanie, że mamy do czynienia z pewnym procesem, na którego efekty trzeba będzie poczekać przynajmniej kilkanaście lat.

Wcześniej Piekielnik, Sykulski chyba też, oburzał się na to, że wprowadzono przepisy umożliwiające osobom z podwójnym obywatelstwem pracę w dyplomacji. Teraz szokuje go fakt, że sędziowie z takim obywatelstwem również będą mogli pracować w polskim systemie sprawiedliwości. A jakie to ma znaczenie, skoro ministrem sprawiedliwości i prokuratorem generalnym mógł być człowiek z ukraińskimi korzeniami i tylko z polskim obywatelstwem? Tego typu rozwiązania są szykowane pod obywateli Ukrainy.

To, co się obecnie dzieje, to proces tworzenia w Polsce nowego państwa i nowego społeczeństwa. Jaki ono ostatecznie przybierze kształt, tego nie wiadomo. Ale po to właśnie wywołano wojnę na Ukrainie. Bez niej nie byłoby to możliwe. Problem jednak polega na tym, że po jej zakończeniu naziści ukraińscy zamieszkają w tym nowym państwie, a to będzie oznaczać, że ono nadal będzie wrogo nastawione do Rosji.

Trwa proces podmiany społeczeństwa. Polskie, chyba tylko z nazwy, zastępuje się ukraińskim. Za jakiś czas może okazać się, że praca w administracji państwowej będzie tylko dla tych, którzy znają język polski i ukraiński. I wymóg ten nie tylko tam będzie obowiązujący. Państwo szykuje masowy pobór do wojska z zamiarem wysłania go na front na Ukrainie i to w sytuacji, gdy rząd ukraiński zezwolił mężczyznom w wieku 18-25 na wyjazd z kraju. Wielu takich przebywa już w Polsce, ale oni na front nie pójdą.

Czy to jest normalne państwo? Nie! I nigdy takim nie było, bo zostało stworzone jako strefa buforowa pomiędzy Niemcami a Rosją, powstałe z połączenia wschodniej części I Rzeszy i zachodniej części ziem byłej Rusi Kijowskiej. W takiej strefie nic nie może być trwałe, ani terytorium, ani społeczeństwo. I nie może być normalnie. Od początku wojny na Ukrainie państwo polskie jest traktowane jak część państwa ukraińskiego, no bo skoro wszystko na pomoc Ukrainie oddaje za darmo, to znaczy, że tak jest. Również swobodny przepływ ludności z Ukrainy i prawa, jakie ma ona w Polsce na to wskazuje. Takie operacje można przeprowadzać tylko w obrębie jednego państwa. Inne państwa nie zachowują się w ten sposób, bo nie są częścią Ukrainy. Ale skoro po unii z Litwą Korona, czyli część niemiecka, została zdominowana przez Wielkie Księstwo Litewskie i stan ten trwa do dziś, bo przecież bracia Kaczyńscy… i nie tylko oni, to nie może być inaczej.

x

Zastanawia mnie czy dobór tła, na którym pojawiają się tytuły głównych wątków komentarzy Piekielnika, jest przypadkowy? Czarny, biały, czerwony – czy to nawiązanie do flagi Cesarstwa Niemieckiego? Sehr merkwürdig.

Biało-czerwona

Parę dni temu wskoczyło mi na YouTube krótkie video z kanału History Matters, w którym przedstawiono animowaną historię utworzenia państwa polskiego przez Niemców w czasie I wojny światowej. To krótka, zaledwie trzyminutowa prezentacja. Ale, jak mówią Chińczycy, jeden obraz jest więcej wart niż 1000 słów. I wystarczy obejrzeć tę kreskówkę, nawet nie trzeba się wsłuchiwać w angielski, by dowiedzieć się czegoś ciekawego. Jednak poniżej, dla porządku, zamieszczam treść tego video. Ten jeden obraz, ten widoczny poniżej – flaga Cesarstwa Niemieckiego była czarno-biało-czerwona. Czy to przypadek, że polska flaga jest biało-czerwona? I komu tę flagę zawdzięczamy?

Niemcy i Austria nie były przyjaciółmi Polski i jej mieszkańców i wraz z Rosją doprowadziły do jej rozbiorów. Jednak w czasie I wojny światowej oba rządy dążyły do odbudowy Polski, co zmusza do zadania pytania: dlaczego? Dlaczego chciały tego, skoro ponad 100 lat wcześniej przyczyniły się do jej rozbiorów? Wiązało się to z niemieckimi planami wojennymi. Chcieli oni uniknąć kolejnego rosyjskiego zagrożenia. Ówczesna granica Niemiec i Rosji była bardzo długa, co wymagało zaangażowania licznego wojska do jej obrony. I to Niemcy chcieli zmienić. Były dwa wyjścia. Zaanektować te ziemie, by skrócić tę granicę. To wiązało się z włączeniem miejscowej ludności do Niemiec. Jednak ludność tych terenów nie chciała tego. Drugim wyjściem było utworzenie państw buforowych, co stawiało Niemców w rzędzie tych, którzy dążyli do odbudowy niepodległej Polski, wolnej od rosyjskiego imperializmu. Oznaczało to wyrwanie Rosji ziem byłego Królestwa Polskiego. Nowe państwo powstało ze strefy okupacyjnej niemieckiej i austriackiej. Oficjalnie proklamowano je na początku 1917 roku. Niemcy chcieli Polski z wielu powodów. Pierwszy to, by działało ono, wraz z Litwą i Kurlandią, jako strefa buforowa, by zapobiec agresji Rosji. Drugi to chęć przesiedlenia z Niemiec do Polski elementu niepewnego, który zagrażał bezpieczeństwu państwa. Trzeci powód to chęć uczynienia z Niemiec przodującego w Europie narodu. Taka Polska byłaby niemiecką kukiełką, której linie kolejowe i gospodarka byłyby całkowicie pod kontrolą rządu niemieckiego. To służyłoby również osłabieniu Austro-Węgier. Wydawało się, że idea niepodległego państwa spodoba się Polakom. Tak się nie stało, bo państwa Ententy również wystąpiły z taką propozycją, tyle że państwa większego i z dostępem do morza. Jednak Niemcy stworzyli to państwo, w którym rząd polski domagał się większej autonomii, co zostało odrzucone. Rząd polski nie był z tego zadowolony, tym bardziej, że Rosja wycofała się z wojny, a Niemcy postępowali coraz bardziej kategorycznie. Doszło do buntu w polskim wojsku (kryzys przysięgowy – przyp. W.L.), co doprowadziło do zastąpienia rządu polskiego Radą Regencyjną, która rządziła do czasu, gdy Niemcy zaczęły przegrywać wojnę. I w tym momencie ogłosiła ona niepodległość i utworzenie prawdziwie niepodległej Polski. Dzięki niemieckim i austriackim wysiłkom państwo to miało infrastrukturę umożliwiającą rządzenie nim i całym nowym terytorium, które zajęło ono po wojnie.

x

Wikipedia o barwach narodowych pisze m.in. tak:

Pierwotnie polską barwą narodową był karmazyn, stanowiący symbol dostojeństwa i bogactwa, a zarazem uważany za najszlachetniejszy z kolorów. Z uwagi na cenę barwnika – koszenili uzyskiwanej z larw czerwca polskiego, mało kto mógł sobie na niego pozwolić, dlatego też był on wykorzystywany jedynie przez najbogatszą szlachtę i dostojników państwowych. Na pierwszych flagach i sztandarach reprezentujących Królestwo Polskie widniał biały orzeł w koronie na czerwonym tle. Jan Długosz opisując przygotowania do bitwy pod Grunwaldem pisze o „chorągwi wielkiej, na której wyszyty był misternie orzeł biały z rozciągnionemi skrzydły, dziobem rozwartym i z koroną na głowie, jako herb i godło całego Królestwa Polskiego”.

Barwami królewskimi Rzeczypospolitej Obojga Narodów był sztandar złożony z trzech pasów: dwóch czerwonych umieszczonych w dole i na górze oraz oddzielającym je pasie białym, na których umieszczano zwykle czterodzielny Herb Rzeczypospolitej Obojga Narodów o czerwonym tle zawierający dwa pola przedstawiające białego orła w koronie, czyli symbol Korony i dwa z wizerunkiem Pogoni – herbu Litwy. Na tarczy sercowej znajdował się najczęściej herb rodowy aktualnie panującego monarchy.

Barwy biała i czerwona zostały uznane za narodowe po raz pierwszy 3 maja 1792. Podczas obchodów pierwszej rocznicy uchwalenia Ustawy Rządowej damy wystąpiły wówczas w białych sukniach przepasanych czerwoną wstęgą, a panowie nałożyli na siebie szarfy biało-czerwone. Nawiązano tą manifestacją do heraldyki Królestwa Polskiego – białego orła na czerwonej tarczy herbowej.

Po raz pierwszy polskie barwy zostały uregulowane w uchwale Sejmu Królestwa Polskiego z 7 lutego 1831 na wniosek posła Walentego Zwierkowskiego, wiceprezesa Towarzystwa Patriotycznego, jako propozycja kompromisowa pomiędzy barwą białą – nadaną przez Augusta II Mocnego i proponowaną przez konserwatystów i trójbarwną – biało-czerwono-szafirową – barwami konfederacji barskiej proponowanymi przez Towarzystwo Patriotyczne.

Po odzyskaniu niepodległości barwy i kształt flagi uchwalił Sejm Ustawodawczy odrodzonej Polski 1 sierpnia 1919. W ustawie podano: „Za barwy Rzeczypospolitej Polskiej uznaje się kolor biały i czerwony w podłużnych pasach równoległych, z których górny – biały, dolny zaś – czerwony.” Dwa lata później Ministerstwo Spraw Wojskowych wydało broszurę, w której sprecyzowano odcień czerwieni definiując ją jako karmazyn, ale w 1927 odcień koloru czerwonego został zmieniony na cynober, ten sam kolor został użyty w definicji flagi w ustawie z 1955.

Kolory flagi zostały ponownie zmienione ustawą z 31 stycznia 1980, ustawę opracował zespół ekspertów w skład którego wchodzili Szymon Kobyliński, Maria Szypowska, Kazimierz Sikorski oraz Nikodem Sobczak.

x

Tak więc barwy narodowe, czyli biel i czerwień, przewijają się od najdawniejszych czasów. Natomiast flaga narodowa w kolorach białym i czerwonym w postaci dwóch poziomych o równej szerokości pasów pojawiła się dopiero po odzyskaniu niepodległości. Flaga Wielkiego Księstwa Poznańskiego w latach 1815-1848 to dwa równej szerokości poziome pasy: czerwony u góry i biały u dołu. Takiej samej flagi używało Królestwo Galicji i Lodomerii w latach 1890-1918. Flagi Księstwa Warszawskiego i Królestwa Polskiego nie nawiązywały do tonacji biało-czerwonej czy odwrotnej. Trudno w takiej sytuacji zaprzeczyć, że obecna flaga narodowa Polski została, mówiąc delikatnie, zasugerowana przez Niemców, co miało prawdopodobnie sygnalizować pewną od nich zależność.

W tym krótkim video jest również mowa o tym, że Niemcy i Austriacy podjęli pewien wysiłek, by zbudować to państwo, jego infrastrukturę, co później ułatwiło przyłączenie Kresów. Oczywistą rzeczą jest to, że bez takiego państwa byłoby to niemożliwe. Nie negując wkładu Niemców i Austriaków, trzeba pamiętać, że nie da się w ciągu dwóch lat zbudować państwa od podstaw. Skorzystali oni z tego, co pozostawili Rosjanie, a przede wszystkim – z administracji, która jest jego podstawą. I to właśnie z tej administracji utworzono zręby przyszłej administracji II RP. Mówiąc wprost – Rosjanie wyszli, ale tak jakby nie do końca.

Czy o tym wszystkim wiedzą ci, którzy 11 listopada będą wymachiwać tymi flagami? Obawiam się, że nie. Ale to tylko pokazuje, jak potężna jest propaganda, która przez dekady tak zakodowała w ludzkich umysłach fałsz, że ci ludzie uważają to za oczywistą prawdę.

x

Aktualizacja z dnia 29 października 2025:

W blogu 1025 pisałem o tym, że Polska Piastów była częścią I Rzeszy. Zatem Zjednoczone Królestwo Polskie Łokietka nie mogło powstać bez zgodny cesarza niemieckiego. Później stworzono unię polsko-litewską, początkowo personalną, a później realną. Żeby więc do tego mogło dojść, musiało powstać państwo polskie, wasalne wobec tego cesarza. Podobny proces miał miejsce w XX wieku, gdy Niemcy stworzyły w 1916 roku Królestwo Polskie. Dopiero po jego powstaniu i wstępnym okrzepnięciu, mogło dojść do ponownej unii, czyli przyłączenia ziem byłego Wielkiego Księstwa Litewskiego i stworzenia II RP. Wygląda więc na to, że państwo polskie może istnieć tylko i wyłącznie w symbiozie ze Wschodem, bo przecież PRL, z racji powojennych przesiedleń, również nią był.

Ponary

W dniu 18 października 2025 na YouTube pojawiło się video kanału Okupowana Polska. Było ono poświęcone zbrodni w Ponarach i zatytułowane: Jak Litwini mordowali Polaków? Kulisy zbrodni w Ponarach. Poniżej fragment komentarza narratora.

Zanim Ponary stały się symbolem masowych mordów, na ich terenie znajdowało się niepozorne osiedle przeznaczone dla robotników PKP. Miejsce to posiadało wysoki standard oraz było całkiem dobrze skomunikowane z większymi ośrodkami. Na jego terenie znajdowała się stacja kolejowa, z której można było dotrzeć do Wilna, Grodna czy Kowna.

Charakter tego miejsca, radykalnie choć jeszcze nie dramatycznie, zmienił się wraz z wybuchem wojny i nastaniem tzw. drugiej okupacji sowieckiej. W jej trakcie sowieci wybudowali podziemny skład paliw, który stanowił zaopatrzenie dla znajdującego się nieopodal lotniska polowego w Chazbijewiczach. Tempo prac prowadzonych przez sowietów było naprawdę imponujące. Przerwało je dopiero rozpoczęcie operacji Barbarossa, a co za tym idzie, zajęcie Wileńszczyzny przez Wehrmacht. W pierwszej kolejności Niemcy dokładnie zbadali teren dawnej sowieckiej bazy, a następnie wyłączyli ją z użytku i zakazali zbliżać się do niej. Aby uchronić ten teren przed obecnością postronnych, otoczono go drutem kolczastym oraz minami, a następnie przeznaczono na miejsce masowej kaźni.

Jeśli chodzi o topografię terenu i najbliższą okolicę, to Ponary wprost idealnie odpowiadały Niemcom do uczynienia z niej miejsca masowej egzekucji. Z jednej strony znajdowały się w sporej odległości od większych skupisk, a z drugiej posiadały z nimi nowoczesne połączenie kolejowe, które można było wykorzystać do deportacji więźniów.

Dawna baza sowiecka była również nie zniszczona, ogrodzona i zabezpieczona. Oddelegowanym do likwidowania wrogów politycznych oddziałom Einsatzgruppen nie pozostawało nic innego, jak przystąpić w tym miejscu do realizowania swego zbrodniczego rzemiosła. Niemcy zajęli Ponary pod koniec czerwca, a pierwsze egzekucje przeprowadzili już w drugim tygodniu lipca 1941 roku. Z przerwami przeprowadzano je do lata 1944 roku.

x

W Wikipedii można przeczytać:

Zbrodnia w Ponarach – zbiorowe egzekucje przeprowadzane przez okupantów niemieckich i ich litewskich kolaborantów, w czasie II wojny światowej, w latach 1941–1944, nieopodal miejscowości Ponary pod Wilnem.

W okresie pierwszej okupacji sowieckiej w Ponarach rozpoczęto budowę podziemnych magazynów paliwa lotniczego. Gdy w czerwcu 1941 roku Wileńszczyzna została opanowana przez wojska niemieckie, nowy okupant wybrał niedokończone magazyny na miejsce masowych egzekucji. Rozstrzeliwano tam Żydów z Wilna i innych miejscowości, a obok nich także przedstawicieli polskiej inteligencji i członków polskiego ruchu oporu, sowieckich jeńców wojennych, działaczy komunistycznych, Romów. Wykonawcami egzekucji byli przede wszystkim członkowie litewskiej formacji kolaboracyjnej Ypatingasis būrys.

Masowe egzekucje w Ponarach były największą zbrodnią popełnioną w okresie okupacji niemieckiej na Kresach Północno-Wschodnich II Rzeczypospolitej. Dokładna liczba ofiar pozostaje trudna do ustalenia ze względu na fakt, że w ostatnim okresie wojny Niemcy ekshumowali masowe groby i spalili większość zwłok. W literaturze przedmiotu szacowano ją zwykle na około 100 tys. osób. Monika Tomkiewicz, autorka wydanej przez Instytut Pamięci Narodowej monografii na temat zbrodni ponarskiej, ocenia natomiast, że liczba zamordowanych sięgnęła 80 tys. osób, w tym 72 tys. Żydów i 1,5–2 tys. Polaków.

Modus operandi

Przed II wojną światową Ponary (lit. Paneriai, jid. Ponar) były niewielkim osiedlem wypoczynkowym przeznaczonym dla pracowników Polskich Kolei Państwowych. Swą nazwę wzięło od pobliskiej stacji kolejowej, położonej przy linii Grodno – Wilno – Kowno. Leżały na południe od Wilna, od miasta dzieliła je odległość około 10 kilometrów. W pobliżu Ponar, prostopadle do wspomnianej linii kolejowej, przebiegała droga na Grodno, zwana potocznie „grodzieńką”.

W drugiej połowie 1940 roku, w odległości około trzech kilometrów na północny wschód od stacji Ponary, okupacyjne władze sowieckie rozpoczęły budowę podziemnych magazynów paliwa lotniczego. Docelowo miały one zaopatrywać lotnisko wojskowe w pobliskich Chazbijewiczach. Sowieci otoczyli teren budowy dwumetrowym płotem z drutu kolczastego oraz wysiedlili mieszkańców najbliżej położonych domów. Na terenie „bazy”, jak ochrzciła ją okoliczna ludność, zbudowano także kilka drewnianych szop. Prac budowlanych nie zdołano jednak ukończyć przed wybuchem wojny sowiecko-niemieckiej. Po niedokończonych magazynach pozostało sześć wykopanych dołów. Największy miał średnicę około 40 metrów i głębokość około 5–6 metrów, pozostałe średnicę 8 metrów i głębokość 5 metrów. Doły były połączone rowami o średnicy 1 × 1 metr, w których docelowo miały się znaleźć rurociągi.

Latem 1941 roku nowi okupanci wybrali ponarską „bazę” na miejsce masowych egzekucji. Za decyzją tą przemawiało kilka czynników. Ponary leżały w niewielkiej odległości od Wilna, a przebiegające w pobliżu droga i linia kolejowa umożliwiały szybki i łatwy transport ofiar. Fakt, iż teren „bazy” był ogrodzony i otoczony lasami, ułatwiał zachowanie zbrodni w tajemnicy. Wreszcie wykopane przez Sowietów doły bez trudu można było przekształcić w masowe groby. Niemcy wykonali w „bazie” i w jej okolicach pewne dodatkowe prace budowlane. Teren wokół miejsca straceń otoczono czterometrową siatką zwieńczoną drutem kolczastym i częściowo zaminowano. W ogrodzeniu wybudowano dwie bramy. Większa, dwuskrzydłowa, znajdowała się przy szosie „grodzieńce”, nieopodal przejazdu kolejowego. Mniejsza, od strony wsi Nowosiołki, przeznaczona była dla samochodów ciężarowych. Biegnący przed nią odcinek leśnej drogi częściowo wzmocniono drewnianymi podkładami. Na drzewach wokół „bazy” rozwieszono tablice ostrzegające przed minami. Miejscową ludność ostrzeżono, że zbliżanie się do ogrodzonego terenu będzie karane rozstrzelaniem na miejscu. Z relacji świadków wynika, że zginęło co najmniej kilka osób, które złamały ten zakaz. Na terenie bazy stale przebywało około 10–12 członków Ypatingasis būrys, którzy pełnili służbę wartowniczą.

x

Józef Mackiewicz w powieści Nie trzeba głośno mówić Wydawnictwo Kontra, Londyn 2017, pisze:

W roku 1940 bolszewicy założyli w Ponarach, na spiłowanym kawałku lasu i odebranych od ludności terenach, jakieś przedsiębiorstwo państwowe, wielkie place otaczając mocnym płotem i drutem kolczastym. Z tak zniwelowanego terenu skorzystali Niemcy w roku 1941 i użyli pod miejsce kaźni Żydów. Do Ponar podwożono ciężarówkami, a później całymi transportami kolejowymi, Żydów i tu ich zabijano.

Dalekim echem spływały z tych wzgórz, het, w wielokilometrowy krąg, pojedyncze strzały, krótkie, urywane, trwające nieraz wiele godzin, albo na przemian terkoczące seriami broni maszynowej. Nieraz kilka takich dni z rzędu, przeważnie ku wieczorowi, lub rankiem. Bywały tygodnie, a nawet miesiące przerwy, a później znów, zależnie od kierunku i siły wiatru, od pory roku, mgły czy słońca, rozchodziły się mniej lub bardziej wyraźne postukiwania strzałów.

(…) Wiadomo, że mordowano tam żydowskich mieszkańców Wilna, co mogło stanowić kilkadziesiąt tysięcy. Poza tym zwożono Żydów transportami z pobliskich miasteczek Ostlandu. Rodzinami z getta, bądź też z robót sezonowych, po zakończeniu których nie wracali. Nikt nie był o tym uprzedzony, ani nie wiedział, czy po ostatniej masowej egzekucji nastąpi jeszcze jedna, czy też dłuższa przerwa.

x

Cała ta historyjka o budowie podziemnych magazynów paliwa lotniczego jest zmyślona, by odwrócić uwagę od faktu, że bolszewicy przygotowali nazistom teren pod miejsce kaźni Żydów. Jeśli miałyby to być magazyny paliwa lotniczego, to dlaczego nie próbowano ich budować w pobliżu czy na lotnisku, jak to zazwyczaj czyni się? I dla jakiego lotniska? Polowego? Wojskowego? Na zadupiu zwanym Chazbijewiczami? Jakie tam mogło być lotnisko? Jeśli już, to jakaś łąka, na której mogły lądować awionetki czy inne lekkie samoloty. A poza tym nie buduje się lotnisk, a tym bardziej magazynów paliw, przy samej granicy, bo lotnictwo sąsiada może je łatwo zbombardować. Ale nie to jest ważne. Gdy Japończycy zaatakowali Pearl Harbor, to zniszczyli parę zdezelowanych okrętów, bo te sprawne wyszły odpowiednio wcześniej w morze. Nie zbombardowali też bazy paliw, która tam się znajdowała, bo nie było takiego rozkazu, bo nie mogło go być. W przypadku takiego zbombardowania dominacja Stanów Zjednoczonych na Pacyfiku skończyłaby się, ale nie to było w planie.

I nie było w planie zbudowanie w Ponarach magazynów paliwa lotniczego. Bolszewicy ogrodzili ten teren wysokim płotem i dodatkowo drutem kolczastym, czyli budowali obóz koncentracyjny, by nikt nie mógł stamtąd uciec. Wykopali 6 dołów. Jeden o średnicy 40 metrów i głębokości 5-6 metrów, pozostałe o średnicy 8 metrów i głębokości 5 metrów. Prace rozpoczęto, jak informuje Wikipedia, w 1940 roku, o czym też wspomina Mackiewicz. A więc zajęło to około roku, może 6 do 9 miesięcy. I tym czasie tylko tyle? Dziwnie ospałe było to tempo, jak na państwo, które wcześniej budowało potężne fabryki, huty, zapory wodne, linie kolejowe, drogi itp. Najwyraźniej tylko tyle mieli zrobić.

W przypadku masowych mordów są dwie metody pozbywania się zwłok: krematoria lub wielkie doły. Tak właśnie było w Ponarach. Gdy morduje się kilkadziesiąt tysięcy osób, nawet w odstępach czasowych, to nie sposób wykopać tyle grobów, bo kto miałby to zrobić i gdzie. W warunkach pokojowych jest czas na grzebanie zwłok, czas na przygotowanie nowych cmentarzy i wystarcza do tego stosunkowo niewielka ilość grabarzy, bo nic tu nie dzieje się nagle.

A co się stanie, gdy wymorduje się kilkanaście tysięcy osób w ciągu jednego dnia w sytuacji, gdy ludność ta nie jest stłoczona w obozie koncentracyjnym, tylko rozproszona po wioskach i osadach? Kto miałby wykopać tyle grobów? Skoro ludność ta była rozproszona, to nie można było wykopać jednego wielkiego dołu, bo kto miałby do niego zwieźć te zwłoki i czym? A poza tym, kto miałby ten wieki dół wykopać i czym? – Siekierami? W takiej sytuacji pozostaje tylko jedna metoda: wymordować wszystkich, by nie było świadków, a ciała spalić wraz z wszelkimi zabudowaniami, tak by nie pozostał żaden ślad. Całą operację rozpoczęto w niedzielę o trzeciej nad ranem, by nie doszło do sytuacji, że ktoś poszedł w pole, no bo raczej w niedzielę rano w pole nie poszedł, a jeśli już to – do kościoła.

To wszystko działo się w sytuacji, gdy front był daleko na wschodzie. I jak to się stało, że państwo, które kierowało się zasadą Ordnung muss sein, pozwoliło na działania obcych sił paramilitarnych na terenie mu podległym?

Język

Ostatnio wyświetlił mi się kanał internetowy Suwerenny PL, na którym komentujący zwrócił uwagę na stronę rządową gov.pl, na której znajduje się również wersja w języku ukraińskim. Swój komentarz zatytułował Coś dziwnego dzieje się z Polską. Są na tej stronie informacje, jak uzyskać PESEL czy gdzie można złożyć wniosek, by go uzyskać. I to go bardzo zbulwersowało. Ten komentarz po trzech dnia ma 75 tys. wyświetleń i 1377 komentarzy, więc jego zasięg oddziaływania jest bardzo duży. A takich kanałów, na których podgrzewa się antyukraińskie nastroje jest więcej.

Komentujący uważa, że jest to nienormalna sytuacja, że na rządowej stronie jest wersja ukraińska i podaje przykład Francji i Niemiec. Na francuskiej stronie rządowej jest tylko wersja francuska, a na niemieckiej jest również angielska, co autor komentarza tłumaczy tym, że angielski jest językiem międzynarodowym, więc to nie dziwi. Podał przykład Francji, bo tam jest mnóstwo imigrantów, jak choćby Arabów, a wersji arabskiej nie ma. Nie ma jej, ani żadnej innej. Francja jest pod tym względem krajem specyficznym, jak sądzę. Ryszard Kapuściński kiedyś pisał:

„Francja jest nie tylko krajem europejskim, ale także wspólnotą wszystkich ludów kultury i języka francuskiego, że, słowem, Francja to także globalna przestrzeń kulturalno-językowa: Francophonie. Filozofia ta przełożona na uproszczony język geopolityki mówi, że jeśli ktoś gdzieś na świecie atakuje kraj francuskojęzyczny, to niemal tak, jakby uderzył w samą Francję.”

Tak starał się on wytłumaczyć interwencję Francji w czasie konfliktu i ludobójstwa w Rwandzie w 1994 roku. Jest to jedna strona medalu. I być może dlatego na francuskiej stronie rządowej nie ma innych wersji językowych, bo większość z tych migrantów prawdopodobnie zna francuski.

Wielu, jak sądzę, nie rozumie skąd u Francuzów taki emocjonalny stosunek do własnego języka i poniekąd niechęć do języka angielskiego, który wyparł francuski nie tylko z dyplomacji, ale również z innych dziedzin współczesnego życia. Obecnie chyba więcej osób uczy się hiszpańskiego niż francuskiego, a być może dotyczy to również niemieckiego.

Ale jest jeszcze ta druga strona medalu. Tak się składa, że uczyłem się w szkole średniej francuskiego. Zapamiętałem fragment eseju Kartezjusza na temat tego języka, który zamieszczono w podręczniku szkolnym do klasy maturalnej. Napisał on, że język francuski jest najbardziej precyzyjnym i najbardziej logicznym ze wszystkich języków. Trudno oczywiście dojść do takiej konstatacji, jeśli nie ma się porównania z innym językiem, a takim nie mógł być, w moim przypadku, rosyjski. Dopiero później, gdy zacząłem uczyć się angielskiego, to zrozumiałem, co miał na myśli Kartezjusz.

Raz jeden w życiu, dawno temu, zdarzyło mi się zetknąć z Francuzami i oni powtórzyli dokładnie to, o czym on pisał. Od nich dowiedziałem się też, że językiem, którego pisownia jest najbliższa wymowie, jest niemiecki. Tak więc francuski stracił wiele ze swego międzynarodowego znaczenia, ale niezmienne pozostaje tym najbardziej precyzyjnym i logicznym językiem i z tego względu jest „wart mszy”.

Ale wróćmy do naszych baranów, jak mówią Francuzi, czyli do głównego tematu, czyli do języka ukraińskiego na rządowej stronie. Tylko ktoś naiwny lub bardzo wyrafinowany może oburzać się albo „oburzać się” na ten fakt. Budowa wspólnego państwa polsko-ukraińskiego czy może raczej ukraińskiego w Polsce trwa od lat. Pierwszym widocznym objawem tego procesu były wspólnie zorganizowane mistrzostwa Europy w piłce nożnej EURO 2012. Dziś już nikt myślący nie ma najmniejszych wątpliwości, że tak się dzieje. Jeśli natomiast ktoś próbuje wywołać wśród ludzi falę oburzenia tym faktem i grać na patriotycznej nucie, to po prostu dąży do sprowokowania niepokojów społecznych na tle narodowościowym, bo tu jest Polska, bo Polacy są dyskryminowani itp.

Żeby o coś walczyć, to trzeba wiedzieć, o co, z kim i przeciwko komu. Jak zdefiniować Polaka, Polskę i polskość? Naród polski został stworzony w XIX wieku na terenach byłego Wielkiego Księstwa Litewskiego. Czy zatem ludność, która zamieszkiwała tereny tzw. Polski piastowskiej miała coś wspólnego z tymi Polakami? Czy miała wspólną historię? – Nie miała. A czy Ślązacy to Polacy? A ludność niemiecka Śląska Opolskiego? A prawosławna ludność tzw. ściany wschodniej, której emocjonalnie bliżej do Rosji? A Ukraińcy, którzy przybyli do Polski po 24 lutego 2022 roku? A Polska z ciągle zmieniającymi się granicami, ciągłymi przesiedlaniami i roszczeniami terytorialnymi wszystkich sąsiadów? Jest zatem rzeczą naturalną, że zdefiniowanie polskości jest w takich warunkach niemożliwe i wszelkie próby muszą skończyć się błazenadą.

Adam Szostkiewicz w lipcu 2010 roku w „Polityce” pisał:

„Polskość to dziś przede wszystkim pewna, jak by to powiedział nieodżałowany ks. Tischner, propozycja etyczna. Nie musimy jej przyjmować, ale możemy. Obejmuje język i kulturę, historię i pamięć, ale także cywilizację, obyczaj, kulturę masową, dostępną dla wszystkich, w tym polską kuchnię – a jakże, najlepszą na świecie. A czy można na serio rozprawiać o polskości bez dyskusji o tym, czemu polskość, dawniej i dziś, traci atrakcyjność i czy jej porzucenie, wybór jakiejś innej „-ości”, na przykład europejskości, mamy od razu potępiać jako akt narodowej zdrady? Bo do polskości się dorasta i wchodzi, ale też się od niej odchodzi. Rzadko do końca i finalnie, ale jednak. Dlaczego? Bez odpowiedzi na to pytanie nie ogarniemy polskości.

W XIX w. odchodziło się na przykład dla chleba i kariery w państwach zaborczych. Ale też dlatego, że nie wszyscy byli gotowi do zrywów kończących się klęską. Albo dlatego, że należało się do elity społecznej, w której uczestnictwo w kulturze europejskiej było do pogodzenia z polskością. Mamy na to wspaniałe powojenne przykłady choćby w kręgu paryskiej „Kultury” Jerzego Giedroycia. Bo polskość to także interakcja ze światem, dialog z kulturą powszechną. Nie tylko z Europą i Ameryką, także z nowymi aktorami na globalnej scenie, jak Indie, krąg muzułmański, nowa Afryka czy Chiny. Dlatego rzecznikami polskości są też tłumacze, dosłownie i w przenośni. Ci, którzy przyswajają nam dzieła obcych autorów, tłumacze zagraniczni przyswajający obcym literaturom i kulturom dzieła naszych autorów, wreszcie wszyscy ci, którzy starają się wyjaśnić nam i innym bez uprzedzeń i zacietrzewienia, co to jest ta polskość, jakie są jej meandry, zalety i wady.”

Mamy tu do czynienia z typowym bełkotem intelektualnym. Jeśli nie można zdefiniować osobnika narodowości polskiej, czyli Polaka; jeśli nie potrafimy precyzyjnie wytyczyć granic Polski tak, by do tego terytorium nikt nie rościł sobie praw; jeśli nie potrafimy zdefiniować polskości, czyli własnej tożsamości – to jak mamy sprecyzować, co ma być naszym celem, o co mamy walczyć, z kim i przeciwko komu? I tu jest właśnie miejsce dla wszelkiej maści demagogów, agitatorów i prowokatorów, bo PRL-owska komuna wmówiła ludziom, że Polska jest państwem jednonarodowym i katolickim. Oczywista bzdura, ale powtórzona 1000 razy, zgodnie z gebelsowską propagandą, nadal pokutuje w świadomości ludzi, nawet tych, którzy PRL znają tylko z historii.

Mecz w Kownie

W niedzielę 12 października 2025 roku piłkarska reprezentacja Polski rozegrała w Kownie mecz z reprezentacją Litwy. Mecz był oczywiście na słabym poziomie, bo spotkały się drużyny z trzeciej i czwartej ligi europejskiej. Nie to w nim jednak było ważne, tylko obecność na trybunach premiera Donalda Tuska i zachowanie się wobec niego kibiców, którzy zresztą sami siebie nazywają kibolami. Jeszcze tego samego dnia o godzinie 22:28 pojawił się na Interii komentarz zatytułowany: Kibice uderzyli w Tuska na jego oczach. Wulgarne okrzyki, a potem taki transparent. Poniżej jego fragment.

Premier RP Donald Tusk był jednym z gości honorowych w loży VIP przy okazji meczu Litwa – Polska na Stadion Dariusa i Girenasa. Mimo szybko zdobytej przez “Biało-Czerwonych” bramki wizyta na trybunach nie była dla niego – mówiąc delikatnie – miłym doświadczeniem. Kibice uderzyli bowiem w szefa polskiego rządu, wywieszając przy tym wywołujący spore poruszenie transparent.

Fani wzięli sobie na celownik premiera RP Donalda Tuska, który zgodnie z wcześniejszymi zapowiedziami zasiadł w loży honorowej w towarzystwie między innymi prezesa Polskiego Związku Piłki Nożnej – Cezarego Kuleszy. Donald, matole! Twój rząd obalą kibole – krzyczał sektor gości w początkowej fazie spotkania.

Później nie zabrakło także wulgarnych przyśpiewek, które nie sposób cytować publicznie. Jednoznacznie uderzały one jednak w Donalda Tuska, zajętego wówczas rozmową z premier Litwy – Ingą Ruginiene. Na koniec polscy kibice wywiesili jeszcze transparent, który wywołał ogromne poruszenie. Nie jesteś, nie byłeś, nie będziesz kibicem reprezentacji Polski – głosił napis na banerze.

x

Można sobie zadać pytanie, dlaczego to właśnie na Tuska tak uwzięli się kibole. Gdy na meczach reprezentacji pojawiał się prezydent Duda czy inny polityk, ich zachowanie było inne. Cała akcja była oczywiście wyreżyserowana. To prawda, że informacja o tym, że premier Tusk pojedzie na mecz, nie była tajna. I zapewne Tusk wiedział, co się wydarzy, ale przecież on, tak jak ci kibole, musiał spełnić swój obowiązek. Ktoś musiał ustalić treść napisu na banerze, który pojawił się nad banerem o napisie „Gdańsk”, co również nie było przypadkowe. Ktoś musiał ustalić treść przyśpiewek i ktoś tym dyrygował, czyli informował, kiedy i co należy robić.

Dlaczego ta fala nienawiści skupia się na Tusku? Przecież polityka jego rządu w najważniejszych dla państwa sprawach niczym nie różni się od tej PiS-u. Kibole odmówili Tuskowi prawa do bycia kibicem reprezentacji Polski, a więc w pewnym sensie do okazywania uczuć patriotycznych. Czy nagłośnienie swego czasu faktu, że matka Tuska powiedziała, że nie czuje się Polką miało na to wpływ? A niby dlaczego miałaby się nią czuć? Gdańsk od wieków był niemiecki i od wieków mieszkali tam Niemcy. Tusk też nie jest Polakiem. Jest Niemcem, który od dziecka mówi po niemiecku i po polsku. Tam, w Gdańsku, mają swoje korzenie. A ci, których tam osiedlono po wojnie? Czy oni, a właściwie ich potomkowie, są Polakami? Kto to jest Polak? Ten, który wymachuje flagą biało-czerwoną i wykrzykuje patriotyczne hasła? Każdy tak może zrobić. Jak zdefiniować Polaka? Czy ten, który mówi po polsku, to Polak? Tusk mówi po polsku, a jest Niemcem. Zarzuca mu się, że prowadzi proniemiecką politykę. No, a jaką ma prowadzić, skoro jest Niemcem? A ci, którzy prowadzą politykę proukraińską? Czy oni są Polakami? Czy tego kibole nie widzą?

Ja to się stało, że niby wysiedlono wszystkich Niemców, a tylu ich pozostało i to nie tylko na Śląsku Opolskim, ale i w innych miejscach? Czy oni mają tu w przyszłości stanowić centra, wokół których będzie się odradzać niemiecki żywioł? Z drugiej strony przesiedlono na ziemie poniemieckie, i nie tylko tam, ludność ze wschodu, która po części składała się z mniejszości kresowych, a po części z Polaków, których wykreowano uprzednio z miejscowej ludności. Czy nie jest zatem tak, że neofici są najgorliwszymi patriotami, czyli tymi, na których emocjach grają ci, którzy ten naród, tam na wschodzie, stworzyli? Natomiast Niemcy, którzy zostali w Polsce powojennej są bardziej u siebie, niż ci, których tu przeniesiono ze wschodu.

Ziemie poniemieckie to elektorat Tuska i PO, bo przeważają tam potomkowie ludności ukraińskiej przesiedlonej po wojnie ze wschodniej części II RP. Ci zapewne są pozytywnie nastawieni do Tuska. Wiadomo przecież nie od dziś, że największym szczęściem dla Ukraińca jest zrobienie laski Niemcowi. Jeśli więc ewentualnie dojdzie do przyłączenia tych ziem do Niemiec, to Niemcy będą mieli mnóstwo lojalnych wobec siebie nowych obywateli. Inaczej natomiast przedstawia się sytuacja na pozostałym obszarze III RP. Tu raczej dominuje ludność z rosyjskimi i białoruskimi korzeniami, która sympatyzuje z Rosją. To właśnie spośród takiej ludności mogą rekrutować się ci kibole.

Tożsamość narodu rosyjskiego ukształtowała się w trakcie wojen napoleońskich, a dzieło Tołstoja Wojna i pokój stało się rosyjską epopeją narodową. I tak powstało pojęcie Wojny Ojczyźnianej, zwanej też czasem Wielką Wojną Ojczyźnianą. Jednak po agresji Hitlera na Związek Radziecki to okres od 22 czerwca 1941 roku do 9 maja 1645 roku nazywa się w Rosji, a wcześniej w Związku Radzieckim, Wielką Wojną Ojczyźnianą. Nigdy tak naprawdę wcześniej nie zdawałem sobie sprawy z tego, czym dla zwykłego Rosjanina była ta wojna i jak nadał głęboko zwycięstwo nad Niemcami wryło się w jego świadomość. Kiedy wczesną wiosną tego roku młoda rosyjska tenisistka wygrała parę prestiżowych turniejów i znacząco awansowała w rankingu, to w pewnym wywiadzie powiedziała, że chciałaby na koniec roku zostać numerem 5 w ogólnej klasyfikacji. Pod tym wywiadem ktoś napisał: bądź numerem 5 na Dzień Zwycięstwa.

A zatem etos (ulubione słowo Bronisława Geremka) Rosjanina ukształtował się w walce z faszyzmem, a etos Ukraińca – wprost przeciwnie. Dla III RP, na terenie której mieszkają ludzie o tych wrogich sobie etosach, nie wróży to niczego dobrego.

Jest jednak w Polsce grupa ludzi, całkiem zresztą pokaźna, którzy stoją z boku, co przejawia się tym, że nie chodzą na wybory. Kim oni są? Prawdopodobnie są to, przynajmniej w części, ludzie, którzy mają korzenie niemieckie bądź jest to ludność miejscowa, która, po najazdach mongolskich i intensywnym niemieckim osadnictwie oraz po unii z Litwą, z wolnych chłopów stała się chłopami pańszczyźnianymi. Można więc – w pewnym uproszczeniu, pomijając migrantów – powiedzieć, że ludność Polski ma korzenie wschodniosłowiańskie: ukraińskie, rosyjskie, białoruskie; i ma też korzenie niemieckie oraz miejscowej ludności. O tej nacji, która zawiaduje tą menażerią, nie wspominam. Nie byłoby z tym problemu, gdyby nastąpiła jakaś forma integracji czy wzajemnej akceptacji. Do tego jednak nie doszło, a taki stan jest idealny dla polityków, którzy wykorzystują te antagonizmy, by realizować cele, które im narzucają ich nieznani przełożeni.

Naród cz.3

My naród – to pierwsze słowa, które wypowiedział Lech Wałęsa 15 listopada 1989 roku w Kongresie Stanów Zjednoczonych w swoim słynnym przemówieniu. To oczywiście cytat z preambuły amerykańskiej konstytucji. Naród to pojęcie sztuczne, które trudno zdefiniować. Swoje powstanie zawdzięcza rewolucji francuskiej, która była początkiem nowej epoki w dziejach ludzkości. Temu zagadnieniu przygląda się Stefan Zweig w biografii Maria Antonina Wydawnictwo „Śląsk”, Katowice 1990. Pisze on:

Po czyjej stronie stoi królowa uczuciowo podczas tej wojny? Czy bliższa jej jest obecna czy też dawna ojczyzna? Czy życzy zwycięstwa francuskim czy zagranicznym armiom? Przysięgli rojaliści, jej obrońcy i wielbiciele, bojaźliwie omijają to pytanie, a w pamiętnikach i listach sfałszowali nawet całe ustępy, aby zaciemnić jasny i jednoznaczny fakt, że Maria Antonina całą duszą pragnęła triumfu sprzymierzonych armii, a francuskiej klęski. Stanowczo jest to wyraźne i oczywiste; kto tę okoliczność zamilcza, ten fałszuje fakty, a kto jej zaprzecza – ten kłamie. Przekonania Marii Antoniny idą nawet jeszcze dalej: czuje się ona przede wszystkim królową, a potem dopiero królową Francji i jest nie tylko wrogo usposobiona do tych, którzy ograniczyli jej władzę królewską, a życzliwie do tych, którzy chcą wesprzeć dynastię, lecz czyni wszystko dozwolone i niedozwolone, aby porażkę Francji przyspieszyć i dopomóc zwycięstwu zagranicy. „Niech Bóg sprawi, aby pomszczono kiedyś wszystkie niegodziwości, których doświadczyliśmy w tym kraju”, pisze do Fersena (szwedzki rojalista i jej kochanek – przyp. W.L.), a chociaż od dawna zapomniała ojczystego języka i niemieckie listy musi dawać do tłumaczenia, dodaje: „nigdy nie byłam bardziej niż teraz dumna, że urodziłam się Niemką”. Na cztery dni przed wypowiedzeniem wojny przesyła austriackiemu posłowi (a raczej zdradza) plan wiadomych jej operacyj wojennych. Nastawienie jej jest zupełnie jednoznaczne: austriackie i pruskie chorągwie – to proporce przyjaciół, a francuskie trójkolorowe sztandary – to oznaki wrogów.

A więc jest to otwarta zdrada stanu (wyraz ten po prostu ciśnie się na usta) i sądy każdego kraju nazwałyby dziś zbrodnią takie postępowanie. Nie należy jednak zapominać, że pojęcie nacjonalizmu i narodowości nie istniało jeszcze w XVIII wieku; dopiero francuska rewolucja stworzyła je dla całej Europy. Stulecie, w którego poglądach wyrosła Maria Antonina i które jej wpajano, nie ma jeszcze innych zapatrywań niż czysto dynastyczny punkt widzenia, że kraj należy do króla: gdzie król – tam też prawo, kto walczy za króla i królewską władzę, ten popiera bezsprzecznie rzecz sprawiedliwą; kto się zaś jej przeciwstawia – ten jest powstańcem i buntownikiem, nawet w wypadku gdyby bronił własnego państwa. Zupełne nieuformowanie się patriotycznej myśli daje niespodziewanie w tej wojnie całkiem niepatriotyczne nastawienie uczuciowe po przeciwnej stronie: najlepsi Niemcy, jak Klopstock, Schiller, Fichte i Hölderlin, marzą dla zwycięstwa idei wolnościowej o porażce wojsk niemieckich, nie będących jeszcze armią narodową, lecz armią despotycznych władców. Odstępowanie pruskich wojsk napełnia ich radością, we Francji zaś król i królowa witają klęskę własnych żołnierzy jako osobistą korzyść. I po tej i po tamtej stronie granicy wojna prowadzona jest nie w interesach państwa, lecz dla idei, dla utrzymania lub zniszczenia suwerenności i stłumienia lub zwycięstwa wolności. Dziwaczne to położenie oraz walkę na przełomie dwóch wieków ilustruje najlepiej fakt, iż wódz zjednoczonych wojsk niemieckich, książę Brunszwiku, poważnie rozmyślał jeszcze na miesiąc przed wybuchem wojny, czy nie należałoby raczej objąć dowództwa nad armią francuską przeciwko niemieckiej. Widoczne z tego, że pojęcia „ojczyzna” i „narodowość” nie wryły się jeszcze w roku 1791 zupełnie wyraźnie i jasno w dusze współczesnych. Dopiero wojna, stworzywszy armie narodowe i poczucie narodowe, a tym samym doprowadziwszy do straszliwej bratobójczej walki między całymi narodami, zrodzi ideę patriotyczną i przekaże ją następnemu stuleciu.

x

Po przeczytaniu tego cytatu nasuwa się pytanie: czy dziś nie jest tak samo? Czy obecne władze Polski nie zachowują się podobnie? A władze sanacyjne? Czyż one nie postąpiły cynicznie wciągając słabe, zacofane państwo do wojny z potężnym przeciwnikiem? Czyj interes realizowały? A czy rządy innych państw nie zachowują się podobnie, oczywiście przy zachowaniu odpowiednich proporcji, które tu, na wschodzie Europy, są poza wszelkimi europejskimi standardami.

W innej biografii – Maria Stuart PIW 1959 – Zweig pisał:

„Nie poprzez wojny, lecz poprzez związki małżeńskie zostały w czasie absolutyzmu rozbudowane państwa sukcesyjne: zjednoczona Francja, światowa potęga Hiszpanii, możny dwór Habsburgów. Lecz kuszą jeszcze ostatnie, najcenniejsze klejnoty koron europejskich. Elżbieta czy Maria Stuart, Anglia czy Szkocja. Kto zdobędzie jeden lub drugi kraj poprzez matrimonium, wygrał w światowej grze, a równocześnie z wyścigiem narodowym rozstrzygnie się i drugi wyścig – wojna duchowo-duchowna. Jeśli poprzez małżeństwo z jedną z tych władczyń wyspa brytyjska przypadnie królowi katolickiemu, języczek u wagi w walce między katolicyzmem a protestantyzmem przechyli się ostatecznie na stronę Rzymu. Ecclesia universalis (Kościół powszechny) znów okaże się okaże zwycięski na ziemi. Dlatego też owe zacięte łowy małżeńskie mają o wiele większe znaczenie niż tylko sprawa familijna: zawarte są w nich rozstrzygnięcia światowej wagi.”

Monarchia charakteryzowała się tym, że władzę, przynajmniej oficjalnie, sprawował monarcha i że ta władza pochodziła od Boga, a więc lud jej nie kwestionował i utożsamiał się z nią. Jeśli monarchia prowadziła wojny, to przy pomocy wojsk najemnych. Rewolucja francuska wywróciła wszystko do góry nogami. Obalając monarchię musiała stworzyć inny system władzy. To była republika, czyli demokracja ludowa. Poddani stali się obywatelami i uzyskali prawa wyborcze, czyli wybierali władze. W ten sposób lud, zamiast utożsamiać się z monarchą, utożsamiał się z państwem. By bardziej przywiązać obywateli do państwa, stworzono narody w obrębie tych państw. I w ten sposób pojawiło się zjawisko patriotyzmu, który czasem przyjmował formy skrajne w postaci nacjonalizmu czy wręcz szowinizmu.

„Szowinizm (fr. chauvinisme) – forma skrajnego nacjonalizmu w postaci bezkrytycznego uwielbienia własnego narodu, wiary w jego wyższość połączonego z wrogością względem innych nacji. W szerszym znaczeniu analogiczne przeświadczenie pewnych grup ludzi względem innych (nie zawężające się do narodów).

Szowinizm rozszerzył swoje pierwotne znaczenie o fanatyczne oddanie i nadmierną stronniczość w stosunku do każdej grupy lub sprawy, do jakiej się należy, zwłaszcza gdy obejmuje to uprzedzenia lub wrogość wobec osób z zewnątrz, lub grup rywalizujących, i utrzymuje się nawet w obliczu przeważającego oporu. Szowinista postrzega własnych ludzi jako niepowtarzalnych i wyjątkowych, podczas gdy reszta ludzi jest uważana przez niego za słabych lub podrzędnych. To francuskie pojęcie funkcjonuje analogicznie do brytyjskiego terminu jingoizm, który zachował swoje znaczenie jako szowinizm ściśle w swoim pierwotnym rozumieniu, to znaczy jako postawa agresywnego nacjonalizmu.

Wyrażenie pochodzi od Nicolasa Chauvin, legendarnego żołnierza napoleońskiego znanego z komedii Le soldat laboureur Eugene’a Scribe’a. Bohater tej opowieści, rolnik, był fanatycznie i naiwnie oddany Napoleonowi.” – Wikipedia.

Nicolas Chauvin to postać fikcyjna. Nazwisko to kojarzy się z francuskim słowem „chauve” (czyt. szow), czyli łysy; „chauvin” (czyt. szowę) to szowinista. W internetowym słowniku diki przykład zastosowania słowa „chauve”, to: L’homme qui m’a attaqué, était chauve. (Mężczyzna, który mnie zaatakował, był łysy.)

Pojęcie narodu i narodowości kształtowało się w XIX wieku. Nie jest też chyba przypadkiem to, że idea wskrzeszenia igrzysk olimpijskich zrodziła się pod koniec XIX wieku. Rywalizacja sportowa miała wzmacniać poczucie przynależności narodowej. Nie przypadkiem więc sport zaczął odgrywać tak ważną rolę w życiu społecznym w XX wieku. Pod wpływem tych zmian, pojawienia się republik, również istniejące jeszcze monarchie musiały dostosować się do zmieniających czasów i przed wybuchem I wojny światowej pobór powszechny stał się w nich faktem. Doskonale to opisał Jaroslav Hašek w powieści Przygody dobrego wojaka Szwejka podczas wojny światowej. Czesi nie chcieli umierać za Najjaśniejszego Pana i na wszelkie sposoby symulowali różne choroby. W skrajnych przypadkach posuwali się nawet do samookaleczenia.

Demokracja nadała ludowi prawa, ale też i obowiązki. Oprócz podatków jednym z najważniejszych, jeśli nie najważniejszym, był obowiązek obrony ojczyzny. Monarchiczne armie najemne przekształciły się w armie tworzone w wyniku poboru powszechnego. Czym innym jest zatem udział najemnika w wojnach, który świadomie, z własnego wyboru i za pieniądze walczy w interesie jakiegoś monarchy, narażając przy tym swoje życie, a czym innym jest przymus republikański. Jednak państwo demokratyczne ma argument: to lud wybrał władzę i to lud jest odpowiedzialny za państwo, a więc i za jego obronę. Innymi słowy: jak trzeba, to musi walczyć w obronie ojczyzny, czyli w obronie interesów władzy, ukrytej obecnie pod nazwą deep state, której nie wybierał i jak trzeba, to musi za nią ginąć, czyli nadal żyje w stanie niewolnictwa, tylko o tym nie wie. Czyż to nie jest ustrój idealny dla władzy, tej ukrytej, a więc i faktycznej?

Czy zatem demokracja nie jest bardziej tyrańską formą władzy niż monarchia? Warto się nad tym zastanowić, zwłaszcza obecnie, gdy grozi nam wciągnięcie do wojny na Ukrainie i związany z tym masowy pobór. Watro też zastanowić się nad tym, kto nam serwuje ten odpustowy patriotyzm.

x

Wiek XXI zaczął się od masowych migracji. Wydaje się więc, że przyszłe konflikty będą przebiegały bardziej na tle religijno-wyznaniowym niż narodowym. Być może właśnie to w największym stopniu przyczyni się do całkowitego zmarginalizowania Europy i białego człowieka.

Kozioł ofiarny

A więc zaczyna się. Zaczyna się szukanie kozła ofiarnego i jak zwykle będzie nim Polska. Rzeczpospolita była zła, wszystkim przeszkadzała i dlatego trzeba było ją zlikwidować. Ale skoro była taka zła, to po co było ją reaktywować po I wojnie światowej? Chyba tylko po to, by Hitler mógł nią podzielić się do ze Stalinem, bo przecież państwo, które miało złe stosunki ze wszystkimi sąsiadami, na nic innego nie zasługiwało. Ale po co w takim razie po II wojnie światowej odtworzono je ponownie, choć w zupełnie zmienionym terytorialnie kształcie? Gdyby je raz na zawsze zlikwidowano, to byłoby po kłopocie. No, ale właśnie chodzi o to, by były te „kłopoty”. I znowu mamy Polskę, która ma złe stosunki ze wszystkimi sąsiadami, a tylko dobre z Ameryką, co datuje się od czasów Kościuszki i Puławskiego. I znowu Polska jest wszystkiemu winna, o czym wspomniała w swoim wywiadzie Angela Merkel. O tym mówi na swoim kanale Leszek Sykulski. Poniżej fragmenty jego komentarza.

5 października 2025 roku niemiecki dziennik Bild poinformował opinię publiczną, nie tylko w Niemczech, ale i w Europie, o wywiadzie, którego udzieliła była kanclerz Niemiec Angela Merkel. Ten wywiad został udzielony węgierskiemu kanałowi na YouTube o nazwie Partizan. Bez tego nagłośnienia ten wywiad nie zostałby „odkryty”. Natomiast sam wywiad jest niezwykle ciekawy i sporo mediów w Europie zaczęło go tłumaczyć i przyglądać się temu, co tak naprawdę powiedziała Angela Merkel, a to, co kluczowe, to zarzuty pod adresem Polski i władz państwa polskiego. Krótko mówiąc, była kanclerz Niemiec obwinia Polskę o współodpowiedzialność za wojnę na Ukrainie.

Angela Merkel odniosła się do wynegocjowanego w 2015 roku drugiego porozumienia mińskiego. Argumentuje ona, że w tamtym czasie Rosjanie mieli zatrzymać ofensywę i to miało uratować życie 6 tys. ukraińskich żołnierzy, którzy znaleźli się w kotle na obszarze Donbasu. W efekcie doszło do wynegocjowania porozumienia Mińsk II, które miało, jej zdaniem, przeciwdziałać dalszej eskalacji tego konfliktu. Natomiast sama Merkel przyznaje, że te porozumienia mińskie nie były idealne i nie były respektowane przez Federację Rosyjską, ale pozwoliły na pewne uspokojenie sytuacji. I, jak to ona argumentuje, w latach 2015-2021, dzięki jej zaangażowaniu w proces negocjacyjny, Ukraina miała się wzmocnić i skutecznie bronić swojego terytorium. Twierdziła, że porozumienia mińskie były właściwym krokiem i należało pójść nieco dalej.

Co to oznacza? Z tej rozmowy wynika, że w czerwcu 2021 roku Angela Merkel miała takie poczucie, że Władymir Putin niezbyt poważnie traktuje te porozumienia, czyli Mińsk I i Mińsk II. Dlatego chciała zainicjować nowy format rozmów bezpośrednich z UE, czyli UE z FR, tak by wprowadzić nową jakość, jeżeli chodzi o kwestie bezpieczeństwa. Natomiast, i tutaj dotykamy istoty rzeczy, tego pomysłu niemieckiej kanclerz miały nie poprzeć niektóre państwa. I wymienia tutaj przede wszystkim kraje bałtyckie oraz Polskę. Ten brak poparcia ze strony tych krajów, jak twierdzi Merkel, dla jej pomysłów, miał wynikać z obaw braku wspólnej polityki europejskiej wobec Rosji. Merkel wyraźnie powiedziała tutaj, że wina, jeżeli chodzi o eskalację wojny na Ukrainie spada na Polskę i kraje bałtyckie i wina za zerwanie stosunków dyplomatycznych pomiędzy Rosją a UE. No i to miało doprowadzić do rozpoczęcia tej drugiej fazy 24 lutego 2022 roku. Według Merkel odmowa Polski poparcia porozumień mińskich miała ośmielić Putina do przeprowadzenia inwazji w 2022 roku. Merkel podkreśla, że jej zdaniem potrzebna była wspólna polityka wobec Rosji, ale do tego nie doszło.

Ta wstawka o Polsce i krajach bałtyckich nie jest żadnym przypadkiem. To jest próba przeniesienia odpowiedzialności na państwa mniejsze i słabsze gospodarczo. I tutaj widać niebezpieczny trend przeniesienia odpowiedzialności za wojnę na Ukrainie na Polskę i państwa bałtyckie, co jest absurdem. Niemcy dążą do przygotowania gruntu pod przyszłą normalizację stosunków z Rosją. Niemcy próbują przerzucić na Polskę część odpowiedzialności za to, co złego dzieje się w tej części Europy. I jest to bardzo niebezpieczna gra. Gdyby doszło do zaangażowania koalicji chętnych w wojnę na Ukrainie i gdyby doszło do wejścia w kontakt ogniowy z FR, gdyby doszło do jakiegoś odwetu rosyjskiego na terytorium Polski jako na hub logistyczny dla działań koalicji chętnych – to wówczas Niemcy będą mogły „umyć ręce” od ewentualnej pomocy dla Polski, zwracając uwagę na to, że Polska jest „współodpowiedzialna” za to, co się dzieje. To jest niebezpieczna gra, bo pokazuje, że ponad głowami polskich polityków w Warszawie, tworzy się partnerstwo strategiczne niemiecko-ukraińskie, ale także następuje bardzo silne zbliżenie niemiecko-rosyjskie. To jest na rękę Putinowi, ale także pokazuje, że w Niemczech odradzają się nastroje antypolskie. Nie tylko w kręgach związanych z AfD, ale także wśród polityków CDU i CSU.

Wejście Polski do koalicji chętnych skończyłoby się dla Polski fatalnie. Gdyby doszło do zaognienia relacji Polski z Rosją i Białorusią, to główna część ewentualnej pomocy krajów zachodnich musiałaby iść przez Niemcy i to od dobrej lub złej woli Niemiec zależałoby, jaka pomoc do Polski trafi. Warto to mieć na uwadze.

Antypolskie wypowiedzi polityków w Niemczech nasilają się. Ożywiła się Erika Steinbach. Wtóruje jej Markus Krall, który nie należy do AfD, ale często jest przedstawiany jako jej sympatyk. Powiedział on, że Polska w 70% leży na terytorium byłych Niemiec. Każdy, kto wzywa do debaty na temat reparacji, stąpa po cienkim lodzie. Tutaj ewidentnie jest sugestia, że jeżeli Polska będzie poruszała temat reparacji, wówczas pojawi się kwestia polskich ziem północnych i zachodnich i kwestia ich przynależności do państwa polskiego.

I pytanie, co by się działo, gdyby doszło do wepchnięcia Polski do wojny na wschodzie. Polska osłabiona, zdewastowana, zniszczona gospodarczo niewątpliwie byłaby łakomym kąskiem dla niemieckiego kapitału czy dla niemieckich żądań politycznych.

x

Wszystko zatem wskazuje na to, że mamy do czynienia z „powtórką z rozrywki”. Przed II wojną światową wciągnięto Polskę do bezsensownej wojny z Niemcami. Obecnie czyni się to samo, tylko w odwrotnym kierunku. I skończyć to musi się tak samo, to znaczy będą jakieś zmiany terytorialne i powstanie nowe państwo, chyba że jest rozważany wariant przedrozbiorowy, czyli Niemcy dochodzą do obecnej wschodniej granicy Polski. Tak początkowo było. Dopiero na skutek wojen napoleońskich z Księstwa Warszawskiego, podległego Napoleonowi, powstało Królestwo Polskie podległe Rosji.

Co powiedział Markus Krall? Poniżej jego słowa:

Polen besteht zu 70% aus ehemals deutschen Gebieten. Wer da eine Debatte über Reparationen fordert begibt sich auf dünnes Eis.

Tłumacz Google tak to przetłumaczył:

Tak też powiedział Sykulski. Posiłkując się słownikiem internetowym, przetłumaczyłem to tak:

Oczywiście sens wypowiedzi pozostaje ten sam, ale nie jest tu dokładnie sprecyzowane, o jakie ziemie chodzi. Jeśli jednak Krall mówi o 70%, to nie chodzi mu o nasze tzw. Ziemie Odzyskane, które zajmują obszar 101.100 km², co stanowi blisko 1/3 powierzchni Polski. Gdyby mu o to chodziło, to może mógłby się pomylić o 10 %, ale nie o 40%.

Jeśli chodzi o obszar Polski w obecnych granicach, to gdy poprowadzimy po nim granicę Rusi Kijowskiej, to cała tzw. ściana wschodnia, czyli województwa podlaskie lubelskie i podkarpackie, znajdzie się w jej obrębie. I nie jest przypadkiem, że Ukraińcy uważają te ziemie za swoje i roszczą do nich pretensje. Natomiast pozostała część Polski to obszar, który należał do I Rzeszy, a co my nazywamy Polską Piastów. I to jest te 70%. Krall dobrze wiedział, co powiedział. Czy zatem rozważany jest również wariat sprzed pierwszego rozbioru Rzeczypospolitej? A może tylko do Wisły?

Wydzielono z I Rzeszy pewien obszar, który nazwano Królestwem Polskim, z byłej Rusi Kijowskiej wydzielono obszar, który nazwano Wielkim Księstwem Litewskim i oba połączono i tak powstała strefa zgniotu, w której Rosja z Niemcami spierają się ze sobą. Czasem dochodzi do jej likwidacji, co w następstwie prowadzi do wojny pomiędzy tymi państwami. W końcu, jak na ringu, przychodzi jakiś sędzia i rozdziela sklinczowanych bokserów. Wtedy znowu tworzą pomiędzy nimi jakiś bufor, który nazywają Polską.

Przewarstwienie społeczne

Stefan Zweig (1881-1942) austriacki pisarz żydowskiego pochodzenia w swojej autobiografii, Świat wczorajszy; Wspomnienia pewnego Europejczyka PIW 2025, wspomina okres swojej młodości, okres, w którym kształtował się w Austrii nowy system polityczny. Jak sam przyznał, to co wówczas się działo, miało decydujące znaczenie dla przyszłości nie tylko Austrii, ale również Europy, a nawet całego świata. Jednak ani on, ani inni nie potrafili dostrzec powagi tych wydarzeń, a tym bardziej ich skutków. Dopiero po wielu latach przyszła refleksja. My dziś, tu w Polsce, jesteśmy w podobnej sytuacji, bo dzieją się tu brzemienne w skutkach zdarzenia, których konsekwencje całkowicie zmienią naszą rzeczywistość. Żyjemy już w zupełnie innym państwie, niż przed 24 lutego 2022. To jest już wspólne państwo polsko-ukraińskie, choć jeszcze bez wytyczonych granic. Skoro jednak prezydent Ukrainy domaga się, by Polska zaciągała kredyty na zakup broni dla tego państwa, to już chyba lepszego dowodu na to nie trzeba. Warto więc, jak sądzę, zapoznać się z refleksjami Zweiga, bo może ułatwi to nam zrozumienie tego, co tu się dzieje i co może nas czekać w przyszłości.

x

Wiedzieliśmy, że w sztuce gotuje się coś nowego, bardziej żywiołowego, problematycznego, kuszącego niż to, co zadowalało naszych rodziców i całe otoczenie. Lecz zapatrzeni w ten jeden wycinek życia, dla nas najważniejszy, nie dostrzegaliśmy, że przewrót w dziedzinie estetyki był tylko zwiastunem o wiele głębiej sięgających przemian, które miały podważyć świat naszych ojców, świat pewności i bezpieczeństwa, a w końcu całkiem go zniszczyć. Zaczęło się zanosić na jakieś dziwne przewarstwienie społeczne w naszej starej Austrii. Masy, które w milczeniu i posłusznie latami całymi pozostawiały władzę liberalnemu mieszczaństwu, naraz zaczęły się burzyć, zorganizowały się i zażądały dla siebie praw. W tym właśnie ostatnim dziesięcioleciu ubiegłego wieku polityka wtargnęła ostrym, gwałtownym podmuchem w bezwietrzną ciszę spokojnego, wygodnego życia. Nowe stulecie żądało nowego ładu, nowych czasów.

Pierwszym z wielkich ruchów masowych w Austrii był ruch socjalistyczny. Dotychczas prawo głosowania, niesłusznie zwane „powszechnym”, było przyznawane tylko klasom posiadającym, mogącym wykazać się płaceniem odpowiednio wysokich podatków. Wybrani przez tę klasę adwokaci i właściciele ziemscy wierzyli szczerze i uczciwie, że są w parlamencie rzecznikami i przedstawicielami „ludu”.

Byli bardzo dumni, że są ludźmi uczonymi, nawet z wyższym wykształceniem; pełni poczucia godności własnej, przykładali wielką wagę do nienagannego zachowania i dobrej dykcji. Sesje parlamentu przypominały wieczory dyskusyjne w eleganckim klubie. W swej liberalistycznej wierze, iż tolerancja i rozsądek przyczynia się niezawodnie do postępu świata, ci mieszczańscy demokraci byli szczerze przekonani, że godząc się na drobne koncesje i stopniowe ulepszenia, przyśpieszają dobrobyt wszystkich poddanych monarchii austriackiej. Ale zapominali o tym, że reprezentują tylko pięćdziesiąt czy sto tysięcy dobrze usytuowanych obywateli dużych miast, a nie setki tysięcy i miliony mieszkańców całego kraju.

Tymczasem nowo wprowadzone maszyny dokonywały swego dzieła – rozproszeni dotąd robotnicy skupili się w przemyśle. Pod kierownictwem wybitnego człowieka, doktora Victora Adlera, powstała w Austrii partia socjalistyczna. Postawiła sobie za cel realizację żądań proletariatu i domagała się powszechnego i naprawdę równego prawa wyborczego. Gdy prawo to zostało przyznane (a raczej wymuszone), wyszło na jaw, jaką cieniutką, chociaż wysoce cenną warstewkę stanowił liberalizm. Wraz z nim znikła z życia politycznego ugodowość, interesy jednych ścierały się ostro z interesami innych, rozpoczęła się ostra walka.

Przypominam sobie z mego najwcześniejszego dzieciństwa dzień, który przyniósł decydujący zwrot w rozwoju socjalistycznej partii w Austrii. Robotnicy, pragnąc po raz pierwszy wykazać swą siłę i liczebność, rzucili hasło, by dzień 1 maja ogłosić świętem ludu pracującego, i postanowili w zwartych szeregach przemaszerować przez piękną, szeroką aleję kasztanową na Praterze, którą zwykle jeździły tylko powozy i inne pojazdy arystokracji i bogatej burżuazji. Zapowiedź ta wywołała przerażenie wśród liberalnego mieszczaństwa. Socjaliści! W owych czasach słowo to miało w Austrii i w Niemczech posmak krwi i terroru, tak jak przedtem nazwa „jakobini”, a później – „bolszewicy”. Panowało powszechne przekonanie, że ta „czerwona hołota” z przedmieścia będzie w czasie przemarszu podpalała domy, plądrowała sklepy i dokonywała wszelkich możliwych gwałtów. Wybuchła panika. Ściągnięto policję z całego miasta i okolic, ustawiono posterunki na drodze do Prateru. Kupcy zapuścili żelazne żaluzje na sklepach, a rodzice surowo zakazali dzieciom wychodzić na ulicę w tym straszliwym dniu, w którym Wiedeń miał stanąć w płomieniach. Ale nic się nie stało. Robotnicy maszerowali razem z żonami i dziećmi w zwartych szeregach, czwórkami, utrzymując wzorową dyscyplinę, a każdy z nich nosił przypięty do bluzy czerwony goździk, symbol partii. Maszerując śpiewali Międzynarodówkę, a dzieci, gdy znalazły się po raz pierwszy w życiu wśród zieleni tej „arystokratycznej” alei, zaintonowały niewinne piosenki szkolne. Nikogo nie znieważono, nikogo nie pobito, nie zaciskano nawet pięści. Policjanci i żołnierze uśmiechali się do maszerujących przyjaźnie. Wobec tak nienagannego zachowania robotników burżuazja nie mogła już piętnować ich mianem „rewolucyjnej bandy”, doszło więc – jak zawsze w starej i mądrej Austrii – do wzajemnych koncesji. Dzisiejszy system ucisku i tępienia nie został jeszcze wynaleziony, ideały ludzkości (chociaż już blednące) były jeszcze żywe nawet u przywódców partyjnych.

Ledwo czerwony goździk stał się symbolem partyjnym, już ukazał się w klapach marynarek inny kwiat – biały goździk – jako symbol partii chrześcijańsko-społecznej. (Czyż to nie wzruszające, że w owych czasach obierano jeszcze kwiatki jako symbole partyjne, a nie buty z cholewami, sztylety i trupie czaszki?). Partia chrześcijańsko-społeczna, jako na wskroś drobnomieszczańska, stanowiła właściwie tylko organiczną przeciwwagę dla proletariatu i tak samo jak tamta partia była wytworem zwycięstwa maszyny nad rękodziełem. Maszyna bowiem, skupiając masy w fabrykach, stwarzała wielką potęgę i dawała robotnikom możliwość awansu społecznego, jednocześnie zaś zagrażała drobnym rękodzielnikom. Wielkie domy towarowe i produkcja masowa doprowadziły do ruiny stan średni i drobnych przedsiębiorców, opierających się na rzemiośle. Z tych trosk i niezadowolenia skorzystał zręczny i popularny lider, dr Karl Lueger, i rzuciwszy slogan: „Trzeba pomóc szaremu człowiekowi”, porwał za sobą całe drobnomieszczaństwo i rozjątrzony stan średni, których lęk przed stoczeniem się do proletariatu był o wiele większy niż zazdrość wobec klas posiadających.

Była to dokładnie ta sama wystraszona warstwa społeczna, którą później skupił wokół siebie Adolf Hitler jako zaczątek szerokich mas. Pod jeszcze jednym względem Karl Lueger był prototypem Hitlera: nauczył go użyteczności haseł antysemickich, które niezadowolonemu drobnomieszczaństwu wskazują palcem przeciwnika i ku niemu kierują nienawiść, odwracając ją niepostrzeżenie od obszarników i feudalnych bogaczy w zupełnie inną stronę. Lecz zwulgaryzowanie i brutalność dzisiejszej polityki, przerażający upadek naszego stulecia wychodzą na jaw dopiero w zestawieniu tych dwóch postaci. Karl Lueger, o imponującej powierzchowności, z miękką blond brodą – „piękny Karol”, jak go nazywał wiedeński lud – miał wyższe wykształcenie i nie na darmo pobierał nauki w czasach, które stawiały kulturę na najwyższym piedestale. Potrafił przemawiać dostępnie i popularnie. Był dowcipny i energiczny, ale w przemówieniach najbardziej nawet gwałtownych (czy też takich, jakie w owych czasach uważano za gwałtowne) nigdy nie przekraczał granic przyzwoitości. Swojego Streichera, mechanika nazwiskiem Schneider, który operował bajdami o mordach rytualnych i podobnie wulgarnymi wymysłami, trzymał dobrze w ryzach. W życiu osobistym był skromny i nieposzlakowany, przeciwników traktował z pewną dżentelmenerią; nawet głoszony oficjalnie antysemityzm nie przeszkadzał mu utrzymywać nadal dobrych, życzliwych stosunków z dawnymi przyjaciółmi Żydami. Gdy propagowany przez niego ruch opanował w końcu magistrat i Luger został burmistrzem Wiednia (po dwukrotnej odmowie podpisania jego nominacji, gdyż Franciszek Józef nie tolerował antysemityzmu), rządy jego okazały się nie tylko jak najbardziej sprawiedliwe, ale wzorowo demokratyczne. Żydzi, którzy drżeli na myśl o triumfie ugrupowania antysemickiego, nie utracili ani swych praw, ani powszechnego szacunku. Jad nienawiści i żądza wzajemnego bezlitosnego wytępienia nie wsączyły się jeszcze do krwiobiegu epoki.

Ale już rozkwitł trzeci kwiat, modry chaber, ulubiony kwiatek Bismarcka i emblemat partii niemieckonarodowej. Wówczas nie zdawano sobie jeszcze sprawy, że była to partia świadomie rewolucyjna, która z brutalną siłą dążyła do zniszczenia monarchii austriackiej i stworzenia Wielkich Niemiec pod kierownictwem Prusaków i protestantów – tak jak później wymarzył sobie Hitler. Podczas gdy partia chrześcijańsko-społeczna zakorzeniła się w Wiedniu i w całym kraju, a socjalistyczna w ośrodkach przemysłowych, partia niemieckonarodowa pozyskała sobie zwolenników na terenach pogranicznych, czeskich i podalpejskich. Słaba liczebnie, rekompensowała to gwałtowną agresywnością i niepohamowaną brutalnością. Kilku jej przedstawicieli stało się synonimem terroru (w dawnym znaczeniu tego słowa) i hańby dla parlamenty austriackiego. Z ich idei, z ich techniki wywodził się Hitler, pochodzący również z terenów pogranicznych. Od Georga Schönerera przejął hasło: „Oderwać się od Rzymu”, za którym poszły wówczas tysiące niemieckich nacjonalistów; z niemiecką karnością przechodzili z katolicyzmu na protestantyzm, na złość cesarzowi i duchowieństwu. Od niego przejął Hitler antysemicką teorię rasistowską. „W tej rasie kryją się największe świństwa” – głosił jego znakomity poprzednik, który świecił mu przykładem; od niego przede wszystkim nauczył się taktyki rzucania grup szturmowych, bijących na oślep, gdzie popadnie, i zasady terrorystycznego zastraszania przez małą grupkę przeważającej liczebnie, lecz bardziej biernej i bardziej humanitarnej większości. To samo, co robili SA-mani dla hitleryzmu, a więc rozpędzanie pałkami gumowymi, napadanie na przeciwników politycznych w nocy i powalanie obezwładnionych na ziemię, robili studenci korporanci dla partii niemieckonarodowej. Korzystając z akademickiej nietykalności, stosowali terror pałkarski z niesłychaną brutalnością, a przy każdej akcji politycznej zbiegali się na znak gwizdka, zorganizowani po wojskowemu. Zgrupowani w korporacjach, z pokiereszowanymi gębami, pijani, brutalni, opanowywali aulę, gdyż w przeciwieństwie do innych studentów nosili nie tylko czapki i szarfy, ale byli uzbrojeni w twarde, ciężkie kije. Wywoływali stale awantury, napadali na studentów Żydów, Słowian, Włochów i wyrzucali bezbronnych z gmachu. Przy każdym „bummlu” (taką nazwę nosiły owe sobotnie „igraszki”) lała się krew.

W związku z dawnym przywilejem nadanym uniwersytetom policja nie miała prawa przestąpić progu auli – musiała więc przyglądać się bezczynnie, jak ci tchórzliwi awanturnicy szaleją, i ograniczać się do podnoszenia poturbowanych, broczących krwią studentów, których ci bandyci-nacjonaliści zrzucali ze schodów na ulicę.

Gdy znikoma, ale rozwrzeszczana partia niemieckonarodowa chciała w Austrii coś przeforsować, wysyłała przede wszystkim jako czołówkę swoich studentów. Gdy hrabia Badeni za zgodą cesarza i parlamentu wydał ustawę językową, mającą na celu pogodzenie skłóconych grup narodowościowych, która prawdopodobnie przedłużyłaby istnienie monarchii o dobrych kilkadziesiąt lat, garstka młodych, rozjuszonych burszów okupowała Ringstrasse. Trzeba było wysłać na nich konnicę, która rozpędziła ich, płazując szablami i strzelając.

Ale w owej tragicznie słabej i wzruszająco humanistycznej erze liberalizmu wstręt i niechęć do gwałtów, awantur i rozlewu krwi były tak wielkie, że rząd ustąpił pod terrorem niemieckich nacjonalistów. Premier podał się do dymisji, a na wskroś lojalna ustawa została zniesiona. Wtargnięcie brutalności do polityki mogło święcić swój pierwszy sukces. Wszystkie te podziemne rysy i pęknięcia pomiędzy rasami i klasami społecznymi, tak żmudnie zalepiane w epoce ugodowości, otwarły się od nowa, rozszerzając się w rozpadliny i przepaście. Właściwie już w ostatnich dziesięciu latach poprzedzających nowe stulecie rozpoczęła się w Austrii wojna wszystkich przeciw wszystkim.

Lecz my, młodzi, zaprzątnięci całkowicie ambicjami literackimi, prawie nie spostrzegliśmy tych niebezpiecznych zmian w naszej ojczyźnie. Nie widzieliśmy nic poza książkami i obrazami, nie żywiliśmy najmniejszych zainteresowań dla problemów politycznych i społecznych. Jakie znaczenie miały te głośne kłótnie dla naszego życia? Miasto było zaabsorbowane wyborami, a myśmy chodzili do biblioteki. Masy burzyły się, a myśmy pisali wiersze i prowadzili dyskusje. Nie spostrzegaliśmy ognistych znaków na ścianie. Jak ongi król Baltazar, ucztowaliśmy beztrosko przy stole zastawionym kosztownymi daniami sztuki, nie wybiegaliśmy trwożnie w przyszłość. Dopiero gdy w dwadzieścia lat później zwalił się dach nad naszymi głowami i runęły na nas mury, zrozumieliśmy, ze fundamenty były już dawno podminowane i że wraz z nowym stuleciem rozpoczął się upadek wolności osobistej w Europie.

x

To, co zwróciło moją uwagę, to to, jak Zweig definiuje ustrój liberalny. Pisał: W swej liberalistycznej wierze, iż tolerancja i rozsądek przyczynia się niezawodnie do postępu świata, ci mieszczańscy demokraci byli szczerze przekonani, że godząc się na drobne koncesje i stopniowe ulepszenia, przyśpieszają dobrobyt wszystkich poddanych monarchii austriackiej. W zasadzie tak powinno być i to wydaje się najlepszym rozwiązaniem, że pewna grupa ludzi stara się pogodzić interesy różnych grup społecznych. System partyjny, czyli demokracja, polega na tym, że interesy poszczególnych klas są sprzeczne, bo przecież interesy robotników były sprzeczne z interesami drobnych przedsiębiorców. Dla robotników istnienie fabryk i wielkich domów towarowych sprzedających ich produkcję było korzystne, bo fabryki dawały im pracę, ale zabierały ją drobnym przedsiębiorcom. Sprzeczność nie do pogodzenia. Taki stan zapewnia ciągły ferment, ale nigdy nie doprowadzi do konstruktywnych rozwiązań. Do tego dochodzi jeszcze partia narodowa, która reprezentuje interesy narodu, czyli wszystkich, czyli nikogo. Żeby było śmieszniej, to w przypadku Austrii (ale czy tylko Austrii?) partia narodowa reprezentowała interesy wszystkich, tylko nie Austriaków, bo skupiała ludzi z terenów przygranicznych, czyli takich, którzy pochodzili z rodzin mieszanych lub wręcz byli innej narodowości.

Masy, które posłusznie – pisze Zweig – i w milczeniu latami całymi pozostawiały władzę liberalnemu mieszczaństwu, naraz zaczęły się burzyć, zorganizowały się i zażądały dla siebie praw. Ale jak to się stało? Czy one tak same z siebie? Drobni przedsiębiorcy są niezależni i rozproszeni i dlatego trudno ich zjednoczyć i kierować nimi. W przypadku robotników w fabrykach jest to możliwe, bo są skupieni w jednym miejscu i są zależni od swego pracodawcy, czyli fabrykanta. Zatem twórcami partii socjalistycznej musieli być sami fabrykanci. I to pewnie oni zmuszali robotników do pochodów., bo jak nie, to wynocha z fabryki. A kto zorganizował rozproszonych drobnych przedsiębiorców? Czy partia chrześcijańsko-społeczna mogła odwrócić bieg historii? Czy mogła zlikwidować fabryki albo przynajmniej ograniczyć ich ekspansję na rynku? Nie mogła, ale była niezbędna, by mogła powstać demokracja.

A partia narodowa? Ta wszystkim obiecywała, wszystkim, którzy utożsamiali się z narodem. Im miało być lepiej, gdy nastąpi zmarginalizowanie obcych i Żydów. To oni byli źródłem ich niepowodzeń. Tak więc system partyjny polega na tym, by antagonizować wszystkich ze wszystkimi. A zatem stara zasada: dziel i rządź.

To wszystko było możliwe w sytuacji, gdy istniał wyraźny podział na grupy społeczne. Gdy produkcja uległa całkowitemu zautomatyzowaniu, to robotnicy przestali być potrzebni. Postępująca cyfryzacja i automatyzacja wszelkich czynności powoduje, że większość ludzi może zostać wyeliminowana z twórczego procesu, a zatem sprowadzona do stanu niewolnictwa, choć może w nieco innej formie niż poprzednio. Takie zrównanie powoduje, że w jednorodnym społeczeństwie trudno o konflikt. Trzeba więc przenieść go z poziomu społecznego na poziom międzynarodowy i również rasowy. I stąd te wszystkie migracje i mieszanie narodów, jak to ma miejsce w przypadku Polski. Już widać gołym okiem, jak szykowany jest konflikt polsko-ukraiński. Ta wojna, a raczej zaangażowanie się w nią Polski, może przynieść opłakane skutki, ale dopiero to, co może stać się później, będzie naprawdę niebezpieczne.