Palestyna

Na Bliskim Wschodzie bez zmian. Znowu mamy wojnę. Która to już z kolei? I o co w niej chodzi? Trudno to wszystko ogarnąć. Historia tego rejonu jest bardzo skomplikowana, niemniej jednak warto się chyba z nią zapoznać. Może choć trochę ułatwi to zrozumienie tego, co tam się dzieje.

Teodor Jeske-Choiński w książce Historia Żydów w Polsce (1919) tak pisze o początkach:

„Ziemię obiecaną” zdobył następca Mojżesza, Jozue, syn Nuna, około r. 1450 przed Chr. Nie całe jednak państwo podbił. Niektóre prowincje Palestyny, właściwie Filistyny (Filistynę przerobili Grecy na Palestynę), nie poddały się najeźdźcom i utrudniły im rządy nad całą „ziemią obiecaną”. Ammonici, Moabici, Midianici, Amalekici, Filistyni i Amoryci kąsali nowych władców ze wszystkich strom, szarpiąc bezustannie. Ammonici, Midianici i Filistyni wygarbowali Żydom skórę kilka razy.

W porównaniu z prastarymi mieszkańcami Palestyny, byli koczownicy izraelscy barbarzyńcami. Olśniła ich wysoka kultura Filistynów, Moabitów, Amorytów itd., oślepił ich blask tej kultury babilońsko-asyryjskiej, uczącej ich rzeczy, o których nie mieli pojęcia (rolnictwa, budownictwa, rzemieślnictwa, handlu, literatury). Zlawszy się z prastarymi mieszkańcami zdobytego kraju, przesiąkli Żydzi ich pojęciami i łączyli się z nimi mieszanym małżeństwem i hołdem dla ich bożków.

Dawid jako wojownik pobił: Filistynów, Amalekitów, Edomitów, Moabitów, Ammonitów, Syryjczyków z Damaszku i resztę Amorytów. Jako gospodarz państwa zabrał Amorytom ich gniazdo, gród Syjon, który uczynił stolicą Judei, nazwawszy go nasamprzód miastem Dawida, a potem Jerozolimą – ozdobił Jerozolimę wspaniałym pałacem – stworzył skarb państwowy – zorganizował kult religijny. Niezwykłych zdolności odmówić mu nie można. Udało się nawet rozbitą na kilkanaście części „ziemię obiecaną” złączyć w jednolitą całość. Umarł w roku 993 przed Chr.

Dawid budował państwo żydowskie, a Salomon polerował je kulturą starszych narodów. Zbudował wspaniałą świątynię, której dotąd Żydzi nie posiadali, zbudował nowy pałac królewski, fortecę, magazyny, koszary dla żołnierzy – słowem, cywilizował nieokrzesany naród żydowski. Nie Żydzi pracowali pod jego batutą, lecz mistrzowie sąsiednich państw, głównie Fenicjanie, znakomici kupcy, architekci i cieśle.

Salomon zszedł z tego świata (953 r. przed Chr.), sławny, uwielbiany do dnia dzisiejszego przez Żydów. Chlubą ich był, bo ucywilizował ich, zbogacił i złączył w jedno, dobrze zorganizowane państwo.

Nie długo cieszył się Izrael swoim jednolitym państwem. Zaraz po śmierci Salomona zaczęły się kłótnie pomiędzy Judaitami a Izraelitami. Izraelici, liczniejsi i zdolniejsi od synów pokolenia Judy, twierdzili, że im należy się panowanie nad całym narodem – Judaici, dopiero przez Dawida i Salomona rozsławieni, nie chcieli ustąpić z zajętego stanowiska. Spory skończyły się powtórnym rozłamem „ziemi obiecanej” na dwie części, na królestwa: izraelskie i judajskie.

Tak utalentowanych, wybitnych władców, jakimi byli Saul, Dawid i Salomon, nie wydał już naród żydowski aż do niewoli asyryjskiej i babilońskiej. Gasła powoli siła obu królestw (izraelskiego i judajskiego), a z nią razem Zakon Mojżeszowy. Daremnie nawoływali prorocy (od roku 800 przed Chr. mniej więcej) Żydów do posłuszeństwa dla Jehowy. Lud izraelski i judajski wolał bałwochwalstwo.

Królestwo izraelskie zniszczył asyryjski król, Salmanazar VI, do szczętu (w r. 726 przed Chr.), a judajskie babiloński Nabuchodonozor (586r.). Obaj najeźdźcy zabrali do swoich państw kwiat narodu żydowskiego, zostawiwszy na miejscu tylko ubogi proletariat. Nabuchodonozor zrabował świątynię jerozolimską.

Nieposłuszni Żydzi stracili wolność. Izraelici nie wrócili nigdy do Palestyny. Przewiezieni przez króla asyryjskiego do Medii, zlali się z obcymi ludami – zginęli na zawsze. Ostali się tylko Judaici. Żydzi nazywają się dotąd niesłusznie Izraelem. Potomkami Judy są i dlatego należy się im nazwa: judeus, juif, Jude, Żyd.

Po pięćdziesięcioletniej niewoli babilońskiej wróciło pod komendą Serubabela do Palestyny tylko 42 360 Judaitów. Bogaci kupcy żydowscy zostali w stolicy Nabuchodonozora. Milej im było we wspaniałym, wesołym, rozpustnym Babelu, aniżeli w zniszczonej, smutnej Jerozolimie. „Używali życia” zwyczajem bogaczy. Część ich przeniosła się do nowej stolicy perskiej, do Suzy, gdzie ich król, Artakserkses, gościnnie przyjął.

Wróciwszy do Palestyny, zabrali się Żydzi do odbudowania świątyni jerozolimskiej. Robota ta trwała aż do roku 516. W roku tym poświęcono nową, drugą świątynię Jehowy.

Nowa jednak świątynia Jehowy nie podziałała tak na Judaitów, jak się ich prawowierni lewici spodziewali. Widząc, że się Zakon Mojżeszowy jeszcze chwieje, prosili o pomoc Ezdrasza i Nehemiasza, owych mężów mocnych energicznych rąk, którzy mieszkali w Babilonii. Ezdrasz był potomkiem arcykapłanów, Nehemiasz podczaszym króla Artakserksesa I.

Obaj ci mężowie byli wiernymi sługami Jehowy i szczerymi patriotami żydowskimi. Zrozumieli oni, że obojętność Judaitów dla Jehowy musi ich ostatecznie wymazać z karty żyjących narodów, zepchnąć w przepaść nicości. I postanowili ratować swoich ziomków.

Ezdrasz ruszył 458 r. przed Chr. do Jerozolimy, zabrawszy ze sobą 1600 mężów, razem z żonami i dziećmi. Włosy sobie rwał, gdy zastał w stolicy Judaitów mnóstwo nieposłusznych zakonowi Mojżeszowemu. Nehemiasz mianowany przez króla perskiego na lat dwanaście paszą (gubernatorem) Palestyny, przybył do Jerozolimy i zajął się odbudowaniem zniszczonej stolicy Judaitów.

Jak Ezdrasz, zrozumiał także on, że naród słaby, otoczony zewsząd możnymi wrogami, jeśli nie chce zginąć, roztopić się w potężnej fali obcych żywiołów, powinien się od nich odciąć, zasklepić się w skorupie swoich tradycji, swoich zwyczajów i obyczajów. By odciąć Żydów od możnych sąsiadów, rozkazał Nehemiasz razem z Ezdraszem zerwać wszelkie stosunki z innowiercami, odwrócić się od nich z pogardą, zrzec się żon wziętych z innych narodów i wypędzić je z domu z dziećmi spłodzonymi w małżeństwach mieszanych. Albowiem „Żyd powinien czuć się lepszym, wyższym od swoich chwilowych panów”.

Nie szczędząc wymowy i zapału, przekonali Ezdrasz i Nehemiasz swoich ziomków, że są nasieniem świętym i narodem osobliwym, wybranym, że zawładną całym światem, jeżeli będą posłuszni Staremu Zakonowi. Żydzi uwierzyli w końcu w ich obietnicę i poddali się ich rozkazom. Pozbyli się żon pochodzących z innych ludów, i ich dzieci, nawrócili się do przymierza z Jehową, utworzyli jednolity, zwarty naród, odcięty od bałwochwalców. Działalność proroków nie była już potrzebna. Judaici stali się prawowiernymi wyznawcami Jehowy i służyli Mu gorliwie.

Wróciwszy do Zakonu Mojżeszowego, mieli się Żydzi za najmądrzejszych mędrców świata. Nie wiedzieli, że uczeni kapłani egipscy uprzedzili ich o kilka tysięcy lat, i że genialny Mojżesz kształcił się w tajemnej szkole nadnilowego państwa. Czego ich Mojżesz nie nauczył, to dopełniły ludy mieszkające dawno przed najazdem Jozuego w Palestynie i wysoko kulturalni Babilończycy, Asyryjczycy, Syryjczycy i Fenicjanie. Przyswoili sobie dużo od owych kulturalnych narodów.

xxx

Gdybym więc chciał się posłużyć żydowską retoryką, to pewien ciąg wyglądałby tak:

patriotyzm – nacjonalizm – szowinizm – faszyzm – nazizm – judaizm

Oczywiście w retoryce żydowskiej brakuje tego ostatniego elementu, co świadczy o wyjątkowej obłudzie tego narodu. Ale chociażby z tego względu warto znać historię narodu żydowskiego, ale też i uczyć się od niego.

Od 538 roku Palestyna weszła w skład imperium perskiego. W 332 roku p.n.e. podbił ją Aleksander Wielki. Następnie podlegała macedońskiej dynastii Ptolemeuszów, a później hellenistycznej dynastii Seleucydów. Od 63 roku p.n.e. podległa imperium rzymskiemu, a od 6 roku n.e. – rzymska prowincja. Powstania żydowskie w latach 66-70 i 132-135 (powstanie Bar-Kochby) zakończyły się klęską i częściowym wypędzeniem Żydów z Palestyny. W międzyczasie w 70. roku Tytus, syn Wespazjana, zdobywa Jerozolimę i burzy świątynię, co oznaczało koniec żydowskiej kasty kapłańskiej, a początek – rabinackiej. Od 395 roku Palestyna stała się częścią cesarstwa wschodniorzymskiego. W latach 634-640 została podbita przez Arabów. W latach 1099-1291 istniało w Palestynie, założone przez krzyżowców Królestwo Jerozolimskie, które później zdobyli egipscy mamelucy. W latach 1516-1918 wchodziła ona w skład imperium osmańskiego.

Pod koniec 1917 roku tereny Palestyny zajęły wojska brytyjskie. Po zakończeniu wojny w 1918 roku powstały:

  • Francuski Protektorat (Syria i Liban)
  • Brytyjski Protektorat (Palestyna, Transjordania i Irak)

Jak jednak do tego doszło, to o tym pisze Marian Miszalski w swojej książce Ukryta wojna cicha kapitulacja? (Polityka polska wobec żydowskiego rasizmu) – 2019. Poniżej wybrane fragmenty:

Na przełomie XIX i XX wieku, w światowym ruchu syjonistycznym wytworzyły się dwa odmienne, ale nie wykluczające się kierunki. Pierwszy zmierzał do utworzenia państwa żydowskiego „gdzieś w świecie” (najpierw projektowano w Ugandzie, potem na Madagaskarze, także na polskim Polesiu, nawet w Związku Sowieckim), aż zwyciężył projekt lokalizacji takiego państwa w Palestynie, będącej wówczas pod panowaniem tureckiego Imperium Osmańskiego. Projekt ten wymagał olbrzymich nakładów pieniężnych – na wykup ziemi z rąk tureckich, na korumpowanie europejskich polityków, na sfinansowanie masowej żydowskiej emigracji do Palestyny, w której wówczas „mieszkało zaledwie kilka tysięcy Żydów pogrążonych w najniższym stanie materialnym i umysłowym. Żydzi sefardyjscy mieli tam kilka chederów, a Aszkenazi – nic. Cała ludność wiodła po większej części byt żebraczy, utrzymywała się z pomocy diaspory z innych krajów („chalukka”). Kraj był arabski, rząd turecki, element żydowski w samej Jerozolimie ledwo widoczny, poza Jerozolimą nie liczył się wcale. W 1880 roku dopiero ruch syjonistyczny zaczął zbierać fundusze na wykup ziemi w Palestynie pod żydowskie osadnictwo. Inicjatorem ruchu był Dawid Bear Gordon z Wilna i Zebi Hirsh Kallacher z Leszna. Teodor Herzl pojawi się później: dopiero w 1886 roku wydał w Wiedniu książkę Der Judenstaat”. – F. Koneczny, Cywilizacja żydowska, Kraków 1935.

W maju 1916 roku (gdy trwała jeszcze I wojna światowa) zawarty został tajny pakt między Francją a Wielką Brytanią, nazwany później paktem Sykes-Picot (od nazwisk negocjatorów, ministrów spraw zagranicznych obydwu krajów). Jako że Imperium Osmańskie władające dotąd Bliskim Wschodem zostało w I wojnie światowej pokonane przez Ententę – tym tajnym paktem Francuzi i Brytyjczycy podzielili Bliski Wschód na swoje strefy wpływów w przyszłości (podobnie jak później, w Jałcie, Roosevelt, Churchill i Stalin tajnym porozumieniem podzielili na strefy wpływów Europę). Na mocy tajnego paktu Sykes-Picot, spisku angielsko-francuskiego, ustalona brytyjska strefa wpływów obejmowała Mezopotamię (dzisiejszy Irak), południową część Wielkiej Syrii i Palestynę (dzisiejszy Izrael i Autonomię Palestyńską), a francuska strefa wpływów – pozostałą część Wielkiej Syrii (dzisiejszy Liban i resztę Syrii).

Europejska opinia publiczna nie wiedziała o tym pakcie. Miejscowa ludność arabska nie wiedziała o tym pakcie. Na Bliskim Wschodzie obecne były oddziały wojskowe Francji i Wielkiej Brytanii, walczące tam z sojusznikiem Niemiec – Imperium Osmańskim.

W Imperium Osmańskim niepodległościowe dążenia ludności arabskiej wobec Turków reprezentował emir Fajsal I, wybitny polityk arabski, dążący do utworzenia zjednoczonego państwa arabskiego na terenach dzisiejszej Syrii, Iraku i Palestyny. Pod koniec wojny, w 1916 roku, zorganizował antytureckie powstanie arabskie, wspomagając Anglików i Francuzów. W zamian Anglicy obiecali mu utworzenie jednolitego państwa arabskiego.

W zamian za walkę z Turkami – Anglicy obiecali więc Fajsalowi poparcie dla arabskich dążeń niepodległościowych, dokładnie to samo, co w deklaracji Balfoura z 1917 roku obiecywali Żydom. Tyle że od Żydów nie wymagali walki z Turkami… – za mało było jeszcze Żydów w Palestynie… W 1918 roku Fajsal ogłosił zatem powstanie niepodległego państwa arabskiego i rozpoczął organizowanie jego administracji. Potem stanął na czele delegacji arabskiej na Konferencji Pokojowej w Paryżu. Ale wcześniejszy, tajny pakt Sykes-Picot z 1916 roku, lokował Syrię we francuskiej strefie wpływów, a Irak – w angielskiej… Toteż na Konferencji Wersalskiej w 1919 roku Fajsalowi i delegacji arabskiej stanowczo odmówiono prawa do występowania „w imieniu wszystkich Arabów” – podczas gdy Światowej Organizacji Syjonistycznej przyznano prawo reprezentowania wszystkich Żydów… Konferencja Wersalska odmówiła Arabom prawa do własnego państwa. Gdy później Liga Narodów przyznała oficjalnie mandat powierniczy nad Syrią Francji – wojska francuskie zbrojną interwencją szybko położyły kres polityce Fajsala.

…Zatem pod koniec I wojny światowej Anglicy obiecywali na Bliskim Wschodzie Żydom to samo, co Arabom – własne państwa.

Ludność arabska zdecydowanie dominowała na tych terenach: w 1881 w Palestynie zamieszkiwało zaledwie 25 tysięcy Żydów. W 1922 – wskutek, początkowo dopiero organizowanej emigracji – było ich już 80 tysięcy: nie stanowili jeszcze nawet 10 procent miejscowej ludności arabskiej. Ale z początkiem 1937 roku było ich już ok. 400 tysięcy (z czego prawie połowa przybyła z Polski)! Daje to wyobrażenie o intensywności żydowskiej akcji osiedleńczej i środkach finansowych do niej użytych!

Niepodległościowe dążenie Arabów do utworzenia własnego państwa, skonfrontowało się więc z planami Światowej Organizacji Syjonistycznej, która dążyła do utworzenia w Palestynie państwa żydowskiego, drogą intensywnego, imigracyjnego osadnictwa żydowskiego i działań zbrojnych. Wykorzystując trudną sytuację militarno-finansową Wielkiej Brytanii u schyłku wojny – Światowej Organizacji Syjonistycznej udało się wreszcie, w 1917 roku, pozyskać od Wielkiej Brytanii tzw. Deklarację Balfoura, dość mgliście obiecującą Żydom utworzenie w Palestynie, w przyszłości, państwa żydowskiego.

Słynna potem deklaracja Balfoura nie była żadnym dokumentem międzynarodowym, uzgodnionym z kimkolwiek spośród zwycięzców I wojny światowej!

Była deklaracją złożoną tylko przez Wielką Brytanię i tylko Światowej Organizacji Syjonistycznej, i tylko pośrednio: skierowana była na ręce Waltera Rotschilda, wpływowego żydowskiego bankiera, stojącego wówczas na czele Syjonistycznej Federacji Wielkiej Brytanii i Irlandii. Cała ta deklaracja składała się z kilku zaledwie zdań; oto jej treść:

                                                                                     Ministerstwo Spraw Zagranicznych, 2 XI 1917 roku.

      Drogi Lordzie Rotschild,
      W imieniu Rządu Jej Królewskiej Mości z przyjemnością przekazuję  Panu następującą deklarację sympatii z dążeniami żydowskich syjonistów, jaka została przedstawiona i przyjęta przez Gabinet. Rząd Jej Królewskiej Mości przychylnie zapatruje się na utworzenie w Palestynie narodowego domu dla narodu żydowskiego i dołoży wszelkich starań, aby umożliwić osiągnięcie tego celu, przy czym jest rzeczą zupełnie zrozumiałą, że nie uczyni on nic, co mogłoby zaszkodzić obywatelskim czy religijnym prawom istniejących w Palestynie społeczności nieżydowskich oraz prawom i statusowi politycznemu, z jakich Żydzi korzystają w każdym innym kraju. Byłbym wdzięczny, gdyby zechciał Pan zapoznać  z tą deklaracją Federację Syjonistów.
      Balfour - minister spraw zagranicznych Rządu Jej Królewskiej Mości.

Zatem gdy Fajsal zabiegał o utworzenie na Bliskim Wschodzie państw arabskich i odprawiony został z kwitkiem – Światowa Organizacja Syjonistyczna zabiegała o utworzenie tam państwa żydowskiego i uzyskała deklarację Balfoura. Nie bez znaczenia była finansowa “podszewka” tej angielskiej przychylności, ale to osobny temat…

W 1919 roku podpisany zostaje Traktat Wersalski. Artykuł 22 traktatu stanowi, że zwycięskie kraje Ententy, Francja i Wielka Brytania:

(...) zostały zobowiązane, by objąć zarząd na terytoriach odebranych Turcji na Bliskim Wschodzie, na warunkach, które uniemożliwiają nadużycia, jak handel niewolnikami, bronią i alkoholem, zapewnią wolność sumienia i religii (z tymi tylko ograniczeniami, których może wymagać utrzymanie porządku publicznego dobrych obyczajów), zabronić wznoszenia fortec, tworzenia stacji wojskowych i morskich oraz szkolenia wojskowego tubylców, o ile nie jest to konieczne ze względów policyjnych lub obrony terytorium, wreszcie zapewnić innym członkom Ligi Narodów równe warunki wymiany i handlu.

Nie ma tu ani słowa o tworzeniu tam państwa arabskiego. Przeciwnie – Konferencja Paryska uznaje miejscową ludność arabską za “niedojrzałą do stworzenia państwa”! Wprawdzie nie mówi też wprost i wyraźnie o tworzeniu państwa żydowskiego – ale deklaracja Balfoura nie jest kwestionowana…

Artykuł 22 Traktatu Wersalskiego z 1919 roku konkretyzuje się formalnie w latach następnych: w roku 1920 Liga Narodów powierza oficjalnie Mandat nad Palestyną (dzisiejszy Irak i południowa część dzisiejszej Syrii) Wielkiej Brytanii, a Mandat Nad Wielką Syrią (reszta dzisiejszej Syrii i Liban) powierza Francji. Tajny pakt Sykes-Picot zostaje teraz w pełni usankcjonowany prawnie. W 1922 roku w Palestynie mieszka zaledwie 80 tysięcy Żydów.

Jeszcze przed objęciem swych mandatów przez Anglię i Francję, w 1920 roku (rok po Traktacie Wersalskim), dochodzi do ostrych starć arabsko-żydowskich na terenie Palestyny, w Jerozolimie, w dzielnicy Nebi Musa. Tak wielkiego napływu żydowskich imigrantów trudno było nie zauważyć. W następnym roku mają miejsce potężne protesty ludności arabskiej w Jaffie.

W 1930 roku konflikt nabiera nowego wymiaru. Szejk Izz-ad-Din al-Kassan, w odpowiedzi na gwałtowny wzrost żydowskich imigrantów i ich militaryzację, tworzy militarną organizację arabską „Czarna Ręka”, skierowaną tak przeciw Brytyjczykom, jak i Żydom. Nie dowierza już ani jednym, ani drugim. Po zabójstwie szejka, w 1935 roku, mają miejsce potężne manifestacje w Hajfie i Jerozolimie. Arabowie domagają się: całkowitego zakazu żydowskiej emigracji do Palestyny, zgody na utworzenie parlamentu i rządu arabskiego, arabskiego państwa w Palestynie, Wielkiej Republiki Arabskiej.

W kwietniu 1936 roku mają miejsce potężne rozruchy arabskie, które Anglicy tłumią: zginęło ok. 100 Żydów i ok. tysiąca Arabów; szkody materialne wyceniono na ponad 3,5 miliona funtów.

W 1937 roku w Palestynie jest już ponad 400 tysięcy Żydów! Ściągani są z Europy (głównie Polski), z Egiptu, Bliskiego Wschodu, z północnych krajów afrykańskich. Z Ameryki…

„Wypuściwszy dżina z butelki” deklaracją Balfoura – rząd brytyjski ocenia teraz, że lepiej oprzeć się jednak na miejscowym czynniku arabskim jako, mimo wszystko, liczniejszym i bardziej znaczącym w tym rejonie. Anglicy zaczynają ostro ograniczać żydowski napływ do Palestyny z obawy, że nie utrzymają równowagi – co niebywale rozjątrza syjonistów. Rodzi się żydowski terroryzm antybrytyjski.

Po wojnie Żydzi w Palestynie wznawiają i intensyfikują antybrytyjski i antyarabski terroryzm. To właśnie Żydzi wprowadzają na Bliski Wschód terror jako metodę walki politycznej, którą legitymizują pośród ściąganych tu zewsząd Żydów. Terroryzm Na Bliskim Wschodzie jest wynalazkiem żydowskim.

W 1948 roku Żydzi popełniają słynną zbrodnię ludobójstwa na mieszkańcach arabskiej wioski w Deir Yassin: mordują w masowej egzekucji 254 mieszkańców wioski. Ten akt terroru, wzorowany na ludobójczych egzekucjach hitlerowskich, pomyślany jest jako decydujący detonator dla wypędzenia Arabów, dla arabskiego exodusu z obszaru Palestyny: ma za cel wywołanie paniki wśród rolniczej ludności palestyńskiej i „nakłonienie” jej do masowej emigracji z Palestyny. Jeszcze w tym samym roku dokonują kolejnych zamachów terrorystycznych w Lydd i Jerozolimie (w tym – na hotel „Semiranda”).

Żydzi w Palestynie wprowadzili do terroryzmu nową „jakość”: świadomie mordowali ludzi niewinnych. Czy tylko wzorowali się na bolszewikach i hitlerowcach, czy był to ich własny „wynalazek”, wynikający z ich cywilizacyjnego ukształtowania? Ówczesny terrorysta, Icchak Szamir, jako późniejszy premier Izraela, w pełni usprawiedliwił ten rodzaj terroru… – co nie przeszkadzało mu potępiać antyizraelski terroryzm arabski, wzorowany i skopiowany z żydowskiego, a zmierzający do utworzenia państwa palestyńskiego, w miejsce obecnej autonomii palestyńskiej.

Wskutek żydowskiego terroru, z Palestyny wypędzonych zostaje do 1948 roku ok. 1 miliona Palestyńczyków (podczas, gdy w tym samym czasie ściągnięto do Palestyny ponad 700 tysięcy Żydów!). Przywódcy żydowskich organizacji terrorystycznych – przyszli politycy Izraela (Begin, Szamir i inni) nie ukrywają, że ich celem jest wypędzenie Arabów z terytorium Palestyny, gdzie budować chcą „Wielki Izrael”.

W 1948 roku Żydzi proklamują powstanie państwa Izrael. W ciągu trzech lat – do roku 1951 – ściągnięto do Izraela 685 tysięcy Żydów (w tym 300 tysięcy z Europy); druga fala osadnictwa miała miejsce w latach 1951-1957: ściągnięto 160 tysięcy; w ramach trzeciej fali w latach 1961-1964 – sprowadzono do Izraela 215 tysięcy Żydów. Między tymi trzema falami nie było przerw: napływ osadników trwał; wzrósł znów po wojnie 6-dniowej. Niezależnie od tego w latach 1948-1974 z komunistycznej Rosji wypuszczono ok. 125 tysięcy Żydów, a w ramach operacji „Most”, na przełomie lat 80. i 90. – dalszych 100 tysięcy.

To sztucznie utworzone państwo (na ziemiach wykupionych od Turków i zasiedlonych masową zorganizowaną emigracją Żydów z innych krajów) pilnie „potrzebowało mieszkańców”. W latach 1949-1950, w ramach tajnej operacji „Magic Carpet” (nazwanej później Operacją nadejścia Mesjasza”…), przerzuconych zostaje do Izraela 49 tysięcy Żydów z Jemenu i Arabii saudyjskiej. W latach 1951-1952, w ramach tajnej operacji „Ezra i Nehemias”, przerzuconych zostaje z Iraku ok. 120 tysięcy Żydów. W latach 1961-1964 zorganizowana została, w ramach operacji „Yakhim”, emigracja 97 tysięcy żydów z Maroka do Izraela, przy czym nie obeszło się bez skandalu: premier Izraela – Ben Gurion, umówił się z władcą Maroka – Hassanem II, że Izrael zapłaci za tę emigrację 500 milionów dolarów, plus 100 dolarów za każdego z 50 tysięcy emigrantów, a za każdego następnego – 250 dolarów. Jednak prawie jedna trzecia marokańskich Żydów, zamiast do Izraela – udała się do Francji, Kanady i Stanów Zjednoczonych; Izrael nie chciał za nich zapłacić…

xxx

Miszalski napisał, że Żydzi proklamowali w 1948 roku powstanie państwa Izrael i to wymaga pewnego uzupełnienia. Wikipedia tek m.in. pisze:

W 1947 r. ONZ przedstawił projekt podziału Palestyny na dwie części: żydowską i arabską, zakładający oddanie ponad połowy terytorium Palestyny państwu żydowskiemu (Izraelowi) oraz umiędzynarodowienie Jerozolimy. Doprowadziło to do wybuchu walk między stroną arabską i żydowską w Palestynie, m.in. do Masakry w Dajr Jasin. W przeddzień wygaśnięcia mandatu brytyjskiego (1948) sąsiednie państwa arabskie: Egipt, Transjordania, Irak, Liban i Syria zaatakowały powstające państwo Izrael, poniosły jednak klęskę. Izrael utrzymał całe przeznaczone dla siebie przez ONZ terytorium, a także zajął zachodnią Jerozolimę i znaczną część ziem przewidzianych dla państwa arabskiego, usuwając przy tym, lub nie zezwalając na powrót zbiegłej przed działaniami wojennymi, autochtonicznej ludności arabskiej. Pozostałą część Palestyny podzieliły między siebie Transjordania, która, po zajęciu Zachodniego Brzegu Jordanu przyjęła niedługo potem nazwę Jordanii, oraz Egipt, który sprawował kontrolę nad Strefą Gazy.

Podczas wojny sześciodniowej w 1967 Izrael zajął całe terytorium Zachodniej Palestyny i zajęte wtedy terytorium okupuje do dnia dzisiejszego, mimo protestów społeczności międzynarodowej. Na okupowanych terenach, zasiedlanych niezgodnie z prawem międzynarodowym przez Izraelczyków, wybuchły dwa powstania palestyńskie (tzw. intifady), skierowane przeciwko izraelskiej okupacji.

Wojska Izraela opuściły strefę Gazy we wrześniu 2005 roku. 20 maja 2011 roku, prezydent USA Barack Obama ogłosił, iż jego zdaniem powołanie państwa palestyńskiego w granicach sprzed 1967 roku doprowadziłoby do pokoju w tym rejonie.

Źródło zdjęcia: Wikipedia.

xxx

Czy rzeczywiście powstanie państwa palestyńskiego w granicach sprzed 1967 roku doprowadziłoby do pokoju w tym rejonie? W marcu 1972 roku w Ammanie Oriana Fallaci przeprowadziła wywiad z Jasirem Arafatem przewodniczącym Organizacji Wyzwolenia Palestyny (Oriana Fallaci, Wywiad z historią, Świat Książki, 2016). W 1965 roku, po powstaniu organizacji Al-Fatah, Arafat przyjął imię Abu Ammar, to znaczy Ten, który Buduje, Ojciec Budowniczy. Poniżej fragment tego wywiadu:

Abu Ammar, jak długo to wszystko potrwa? Jak długo będziecie mogli stawiać opór?

Nawet nie próbujemy dokonywać takich obliczeń. Jesteśmy dopiero na początku tej wojny. Teraz zaczynamy przygotowywać się do tego, co będzie długą, bardzo długą wojną. Zapewne wojną, która rozciągnie się na pokolenia. Nie jesteśmy pierwszym pokoleniem, które walczy: świat nie wie albo zapomina, że w latach dwudziestych nasi ojcowie już walczyli z syjonistycznym najeźdźcą. Byli wówczas słabi, bo zbyt osamotnieni w obliczu bardzo silnych przeciwników, wspieranych przez Anglików, Amerykanów, imperialistów tego świata. Ale my jesteśmy silni, od stycznia 1965 roku, to znaczy od dnia, kiedy narodził się ruch Al-Fatah, jesteśmy dla Izraela bardzo groźnym przeciwnikiem. Fedaini zdobywają doświadczenie, mnożą ataki i poprawiają partyzantkę, a ich liczba zawrotnie wzrasta. Pyta pani, jak długo będziemy mogli stawiać opór. Pytanie jest błędne. Powinna pani zapytać, jak długo wytrzymają Izraelczycy. Ponieważ nie zatrzymamy się, dopóki nie wrócimy do naszego domu i nie zniszczymy Izraela. Jedność świata arabskiego uczyni to możliwym.

Abu Ammar, powołujecie się zawsze na jedność świata arabskiego. Ale doskonale wiecie, że nie wszystkie państwa arabskie są skłonne przystąpić do wojny o Palestynę i że dla tych, które już w niej uczestniczą, porozumienie pokojowe jest możliwe, a wręcz pożądane. Powiedział to nawet Naser. Jeśli dojdzie do takiego porozumienia, czego życzy sobie również Rosja, co wtedy zrobicie?

Nie zgodzimy się na nie. Nigdy! Będziemy prowadzić wojnę z Izraelem sami, dopóki nie odzyskamy Palestyny. Kres Izraela jest celem naszej walki, a ona nie dopuszcza ani kompromisów, ani mediacji. Punkty tej walki, czy się to podoba naszym przyjaciołom, czy nie, pozostaną zawsze zapisane w zasadach, które wymieniliśmy w 1965 roku wraz z utworzeniem Al-Fatah. Po pierwsze: rewolucyjna przemoc jest jedynym sposobem, by oswobodzić ziemie naszych ojców; po drugie: celem tej przemocy jest likwidacja syjonizmu we wszystkich jego formach politycznych, ekonomicznych, wojskowych i wyrzucenie go na zawsze z Palestyny; po trzecie: nasza akcja rewolucyjna musi być niezależna od wszelkiej kontroli partyjnej czy państwowej; po czwarte: akcja ta będzie długotrwała. Znamy intencje niektórych przywódców arabskich: rozwiązać konflikt przez porozumienie pokojowe. Kiedy to nastąpi, przeciwstawimy się.

Wniosek: wy zupełnie nie chcecie pokoju, którego wszyscy sobie życzą.

Nie! Nie chcemy pokoju. Chcemy wojny, zwycięstwa. Pokój oznacza dla nas zniszczenie Izraela i nic więcej. To, co wy nazywacie pokojem, to pokój dla Izraela i imperialistów. Dla nas to niesprawiedliwość i wstyd. Będziemy walczyć aż do zwycięstwa. Jeśli będzie to konieczne, przez dziesiątki lat, przez pokolenia.

xxx

Czym jest syjonizm? Słownik wyrazów obcych PWN z 1959 roku podaje taką definicję:

Syjonizm – burżuazyjno-nacjonalistyczny kierunek polityczny, który powstał w osiemdziesiątych latach XIX w. wśród burżuazji żydowskiej w Austrii, Niemczech, Rosji i innych krajach, stawiając sobie za zasadniczy cel utworzenie państwa żydowskiego w Palestynie. Ruchem syjonistycznym kierowała od 1897 r. Światowa Organizacja Syjonistyczna (powstała w Bazylei).

Z kolei Słownik wyrazów obcych PWN z 2002 roku tak definiuje to słowo:

Syjonizm – ruch narodowy i towarzysząca mu ideologia, stworzone około 1895 r. przez T. Herzla, głoszące konieczność stworzenia żydowskiego państwa na obszarze Palestyny w celu przetrwania Żydów jako narodu; po powstaniu Izraela (w 1948 r.) – ideologia państwowa. (od Syjon, wzgórze w Jerozolimie)

No to pozostaje jeszcze Wikipedia, która m.in. tak opisuje syjonizm:

Syjonizm (od nazwy wzgórza Syjon w Jerozolimie, na którym stała Świątynia Jerozolimska) – ruch polityczny i społeczny, dążący do odtworzenia żydowskiej siedziby narodowej na terenach starożytnego Izraela, będących w okresie międzywojennym mandatem Wielkiej Brytanii (Brytyjski Mandat Palestyny). Syjonizm doprowadził do powstania państwa Izrael w 1948. Współcześnie jego celem jest także utrzymanie jedności narodu żydowskiego żyjącego w rozproszeniu i jego więzi z Izraelem. Ruch zapoczątkowany pod koniec XIX wieku miał wiele nurtów i postaci, powszechnie utożsamiany z syjonizmem politycznym, interpretowanym w różny sposób: jako patriotyzm żydowski, jako ruch narodowowyzwoleńczy i państwowotwórczy, jako kierunek kulturalny i społeczny, wreszcie jako ruch religijny. Poza syjonizmem politycznym mówiono o syjonizmie duchowym, którego celem była nowa tożsamość żydowska (Ahad ha-Am), odrodzenie języka hebrajskiego (Eliezer ben-Yehuda) i powstanie literatury i kultury w tym języku.

Od I wieku n.e. większość Żydów mieszkała poza Palestyną. Tylko niewielka ich liczba stale przebywała na terenach, które były kiedyś ich państwem. Zgodnie z doktryną judaizmu, Żydzi powrócą do Eretz Israel (Ziemia Izraela) po przyjściu mesjasza. Pomimo tego twierdzenia w XIX wieku pojawił się ruch religijny postulujący wcześniejszy powrót do Ziemi Izraela. Uzyskał on znaczące poparcie. Nawet przed 1882 (gdy wydana została książka Autoemancipation Leo Pinskera), uważanym za datę pojawienia się syjonizmu praktycznego (politycznego), Żydzi imigrowali do Palestyny. Nie były to procesy masowe, ale dochodziło do tzw. presyjonistycznych aliji (żydowska emigracja do Palestyny).

W sierpniu 1897 na I Światowym Kongresie Syjonistycznym w Bazylei (Szwajcaria) powstała Światowa Organizacja Syjonistyczna. Ruch wysunął hasło: Ziemia bez ludu, dla ludu bez ziemi. Oprócz zabiegów o autonomię dla ludności żydowskiej w ramach Imperium Osmańskiego, syjoniści propagowali osadnictwo rolne, przemysł oraz nową kulturę hebrajską. Symbolem przynależności do organizacji było płacenie corocznej składki, tzw. szekla. Syjoniści stworzyli własny bank oraz Żydowski Fundusz Narodowy (Keren Kajemet le-Israel).

Ruch syjonistyczny od początku był podzielony ze względu na założenia ideologiczne i wizję przyszłego państwa oraz na zakres projektu. Tzw. syjoniści-maksymaliści wzywali do kolonizacji całości ziem opisanych w Biblii jako kraj Izraela, podczas gdy tzw. minimaliści byli zwolennikami ograniczonego terytorialnie państwa. Początkowo nie brano pod uwagę dążeń narodowych ludności arabskiej, która dominowała liczebnie na terytorium Palestyny. Poniżej demografia Palestyny w latach 1800-1947.

Rok18001880191519311947
Żydzi6,7 tys.24 tys.87 tys.174 tys.630 tys.
Arabowie268 tys.525 tys.590 tys.837 tys.1,31 mln

xxx

Henryk Rolicki w książce Zmierzch Izraela (1932) pisze:

W r. 1856 Mojżesz Montefiore (Blumenberg) zakłada pod Jaffą plantację pomarańcz. W tym samym czasie powstaje związek mający skupić ogół żydostwa, Alliance Israelite Universelle założony przez Adolfa (Mojżesza Icka) Crémieux.

Założona przez byłego członka rządu francuskiego Alliance Israelite Universelle poszła w ślady Mojżesza Montefiore i ufundowała w r. 1869 w Palestynie szkołę rolniczą hebrajsko-francuską.

I tak wyniki rewolucji francuskiej, nadanie żydom pełni praw, w rezultacie zagroziły ich istnieniu. Nie pomógł i socjalizm. Wyrzekał się wprawdzie ojczyzny, a więc nie wymagał też asymilacji, ale aż do pierwszych lat XX w. żądał wyrzeczenia się narodowości wszelkiej, a więc także i żydowskiej. Toteż żydzi i w międzynarodówce musieli uprawiać fałszywą grę; musieli odżegnywać się od tego, jakoby uważali się za żydów. Tak więc zdobycze rewolucji francuskiej i socjalizm rozprzęgły żydostwo.

„To, co wyszło na dobre indywiduum żydowskiemu, stało się pułapką dla żydostwa”. – S. Bernstein, Der Zionismus, sein Wesen und seine Organisation.

xxx

Powyższe cytaty nie zostały tu zamieszczone przypadkowo. Najważniejsze w nich są daty. Daty to liczby, a liczby – jak mówią – nie kłamią, a skoro liczby nie kłamią, to i daty też. Jak to się stało, że przez prawie 2000 lat żyli Żydzi w diasporze i jakoś nie rozpłynęli się w narodach, pośród których żyli. Owszem wielu żyło w gettach, ale to nie oni decydowali o kondycji żydostwa, zwłaszcza że w zwartych skupiskach żyli przeważnie w Europie Wschodniej, a więc w państwach zacofanych pod każdym względem w stosunku do państw Europy Zachodniej. Gdyby rzeczywiście kryzys dopadł żydostwo, to nie byliby w stanie stworzyć Alliance Isrealite Universelle, ani Światowej Organizacji Syjonistycznej, a to się im udało nadzwyczaj łatwo i szybko.

Co takiego się stało w owym czasie, że Żydzi przypomnieli sobie o tamtym zadupiu? Wiadomo, że nasza cywilizacja czy kultura wywodzi się z rejonu Morzą Śródziemnego. Wszystkich nas, „Europejczyków”, łączą antyczne korzenie. Wiemy, że tam kwitło życie gospodarcze, rozwijał się handel, a więc i kultura i sztuka. Tam, jeszcze w średniowieczu, były potężne republiki – bogate miasta-państwa typu Wenecja, Genua itp. Wszystko to jednak upadło wraz z odkryciem Ameryki. Rejon północnego Atlantyku stał się miejscem intensywnego życia gospodarczego, wymiany handlowej pomiędzy Europą a Ameryką. A tam, gdzie kiedyś Fenicjanie żyli i obsługiwali cały rejon Morza Śródziemnego, nic się nie działo, nudy – jak na polskim filmie.

Co takiego więc stało się, że Żydzi przypomnieli sobie o swojej porzuconej „ziemi obiecanej”? Ano w latach 1859-69 powstał Kanał Sueski. I wkrótce rejon ten stał się jednym z najbardziej, jeśli nie najbardziej, newralgicznym punktem na ziemi. Droga z Azji do Europy uległa skróceniu. To niewątpliwie miało wpływ na rozwój handlu, a co za tym idzie i gospodarki. Ten, kto kontrolował ten rejon, decydował o wielu sprawach i mógł wywoływać światowe kryzysy, kiedy tylko chciał. Czy w tym miejscu mogło zabraknąć Żydów? I trzeba pamiętać, że to Francuzi budowali ten kanał. Decyzję o przekopie podjęto zapewne przynajmniej parę lat wcześniej.

Ponieważ Palestyna była wtedy obszarem słabo zaludnionym, to nie wchodziła w rachubę asymilacja i rozproszenie się wśród miejscowej ludności. W grę wchodziło tylko osadnictwo. I tak to się zaczęło i zaczęto tworzyć ideologię, która usprawiedliwiałby te działania, bo kanał już był, a mesjasz nie nadchodził. Dla Żydów to żaden problem, bo to przecież oni są autorami wszelkich ideologii.

Jeśli jeszcze dodamy do tego, że złoża ropy naftowej w Persji zostały odkryte na początku XX wieku, a na Półwyspie Arabskim w drugiej połowie lat 30-tych, to będziemy mieli prawie pełny obraz tego, co tam się działo. Prawie pełny, bo do tego trzeba jeszcze dodać relacje żydowsko-arabskie. Żydzi, jak wiadomo, wymyślili nie tylko chrześcijaństwo, ale też islam. I tak jak spenetrowali wszelkie instytucje chrześcijańskie, tak samo było w przypadku islamu. Oznacza to, że to oni zarządzają konfliktem arabsko-żydowskim, czego dowodem jest cytowana wyżej wypowiedź Jasira Arafata. I to oni decydują o tym, że nie ma jednego państwa arabskiego, tylko jest ich wiele, i że nie ma wśród nich jedności. Skoro powstały inne państwa arabskie, to dlaczego nie powstało państwo palestyńskie? No właśnie dlatego, by był konflikt. I nie ma czegoś takiego, o czym mówią niektórzy, że Żydzi w Izraelu są otoczeni morzem arabskim i że dni Izraela są policzone. Nadal jest to miejsce newralgiczne w skali świata i każdy kryzys w tym rejonie może być potencjalnie kryzysem światowym. I dopóki tak jest, to Izrael tam będzie trwał.

Książka

W poprzednim blogu cytowałem fragmenty z książki Ministerstwo spraw obcych Krzysztofa Balińskiego. Została ona wydana w 2019 roku przez wydawnictwo Capital sp. z o.o. Poświęcona jest ona stosunkom polsko-żydowskim. Książka liczy sobie 520 stron formatu C5 (162×229), a więc większego niż standardowy format A5 (148×210). Drobny druk i rzadkie akapity nie ułatwiają czytania. Nie wiadomo też w jakim nakładzie została wydana, co obecnie jest normą. Zawiera jednak bardzo dużo informacji o Żydach, metodach ich działania – informacji, których często próżno szukać gdzie indziej. Można wręcz powiedzieć, że informacji demaskujących ich. A jednak została wydana i jak można się domyślać przez samych Żydów.

Wikipedia tak o nim pisze:

Krzysztof Andrzej Baliński (ur. 9 czerwca 1947 w Będzinie) – polski dyplomata i politolog specjalizujący się w problematyce krajów arabskich. Ambasador Polski w Syrii (1991–1994), z akredytacją w Jordanii (1991–1995).

Życiorys

Krzysztof Baliński urodził się w 1947 w Będzinie. Należał do młodzieżowych organizacji okresu PRL: ZMS i ZSP. Od 1970 członek PZPR. W 1971 ukończył studia na Wydziale Filologicznym UJ (kierunek filologia orientalna). Później odbył staż asystencki w Katedrze Orientalistyki UJ i studia podyplomowe w Institut d’Etudes Politiques w Paryżu w latach 1978–1979. Studiował także w Damaszku.

W latach 1973–1975 pracował jako tłumacz w Ambasadzie PRL w Damaszku. W latach 1983–1987 pracował w Ambasadzie PRL w Trypolisie. W latach 1988–1991 był naczelnikiem Wydziału Bliskiego Wschodu i Północnej Afryki w Departamencie II i Departamencie Azji, Afryki, Ameryki Łacińskiej i Oceanii. W latach 1991–1994 był ambasadorem nadzwyczajnym i pełnomocnikiem RP w Syrii i Jordanii. W 2001 uzyskał I stopień służbowy urzędnika Służby Cywilnej. W latach 2009–2012 był naczelnikiem Wydziału w Centrum Operacyjnym.

Krzysztof Baliński jest członkiem Polskiego Towarzystwa Orientalistycznego. Posiadał uprawnienia tłumacza przysięgłego języka arabskiego. Autor publikacji poświęconych problematyce międzynarodowej i polskiej dyplomacji zamieszczanych m.in. w tygodnikach Nasza Polska, Tygodnik Solidarność i Głos. Od 2012 stały współpracownik Warszawskiej Gazety i Polski Niepodległej.

xxx

Poniżej parę wybranych wycinkowo fragmentów z tej książki:

Regułą stało się, że gdy PiS lub raczej prezes partii, natrafia w kontekście afer na przedstawiciela pewnej mniejszości narodowej, jego radykalizm słabnie, a pochodzenie aferzysty staje się okolicznością łagodzącą i usprawiedliwia nawet największe świństwa. Przykładem bariery etnicznej, na którą PiS natrafił przy rozliczaniu afer i aferzystów jest Amber Gold i GetBack. Głowni bohaterowie afery GetBack mają dziwne powiązania z Izraelem. Za akrobacjami finansowymi Amber Gold, a konkretnie OLT, stali Ihor Kołomojski i Wadim Rabinowicz, oligarchowie z Ukrainy (i obywatele Izraela), a przekręt miał być narzędziem służącym do przejęcia LOT-u. Przy czym Kołomojski to wyznawca i główny sponsor sekty Chabad-Lubawicz na Ukrainie, z którą powiązani są prezydent i premier rządu polskiego. Przypomnijmy też, że na liście Macierewicza zabrakło Geremka, że PiS umieścił akta rezydentury SB w Paryżu w zbiorze zastrzeżonym, i że cała akcja lustracyjna była głównie wymierzona w ludzi o poglądach narodowo-katolickich, a Lech Kaczyński we wrześniu 2006 r., podczas wizyty w Tel Awiwie udostępnił archiwa IPN Izraelowi.

À propos KOR – jego pomysłodawcą i patronem był mason Jan Józef Lipski, prezes założonego w 1955 r. Klubu Krzywego Koła, z którego wyrósł KOR. Ale Lipski to także jeden z mentorów i wychowawców braci Kaczyńskich. Bywał częstym gościem w ich domu.

Gdy w 1976 r. powstał KOR, okazało się, że jego członkowie są bliscy ideowo wywodzącej się z Bundu przedwojennej żydowskiej partii socjalistycznej. Adam Michnik pisał: „Marek Edelman powiedział kiedyś, że KOR to to samo, co Bund. Te same ideały, te same wartości. Dla mnie – mówił Marek – Bund i KOR to ciągłość”. Tymczasem Bundowcy żądali autonomii dla Żydów w ramach państwa polskiego.

Matkami chrzestnymi Lecha i Jarosława były siostry bliźniaczki Ludmiła i Zofia Woźnickie, Żydówki uratowane przez Polaków z getta warszawskiego, z racji koligacji z Wandą Wasilewską, i nie tylko, osoby wpływowe. Przyjaźniły się blisko z Jadwigą Kaczyńską, toteż kiedy i ona w 1949 r. powoła bliźniaki, poprosiła siostry Woźnickie, by zostały matkami chrzestnymi chłopców.

Według medialnych doniesień cichym współwłaścicielem „Art-B” był Izraelczyk Meir Bar (członkiem Rady NBP był wówczas były prezes Centralnego Banku Izraela). W rabunku mienia państwowego główną role odgrywali zatem ludzie służb specjalnych Izraela, a sama nazwa przedsięwzięcia to nie skrót od „Artyści Biznesu”, lecz od nazwiska współwłaściciela firmy, agenta Mosadu Artura Birmana.

Stan wojenny nie był niczym innym jak czasem na przygotowanie powrotu stalinowskiej żydokomuny do władzy. Dowód na to stanowi przebieg tzw. „transformacji ustrojowej”, od rozmów SB w ośrodkach internowania poprzez Magdalenkę po „okrągły stół”. Dowodem są także ludzie wyznaczający kierunek „transformacji” w Polsce – w latach 1945-47 decydował o tym „triumwirat” Berman, Minc, Zambrowski (przy wykorzystaniu agenta NKWD Bieruta), w 1989 r. decydował triumwirat Geremek, Kuroń, Michnik (przy wykorzystaniu agenta Sorosa Leszka Balcerowicza). A co Mazowiecki miał na myśli nawołując do „grubej kreski”, jeśli nie odkreślenie przeszłości PRL-owskiej żydokomuny?

Uchwałą Kominternu funkcjonariusze aparatu partyjnego Komunistycznej Partii Polski przerzuceni zostali za granicę. Ich najważniejszym skupiskiem stała się Francja. Jedną z poważnych akcji, przeprowadzoną tam przez komunistów z Polski pod nadzorem NKWD był przerzut materiałów propagandowych i kampanie dążące do skompromitowania w oczach Francuzów środowisk polonijnych, m.in. poprzez zarzucanie im związków z „reakcyjnym antysemickim podziemiem” w kraju. 45 procent bojowców Brygady Międzynarodowej z Polski, która walczyła w Hiszpanii, było Żydami.

Doszło przy tym do innej bezprecedensowej sytuacji. Jeden po drugim ministrem spraw zagranicznych zostaje dwóch potomków funkcjonariuszy KPP (i oficerów zbrodniczej Informacji Wojskowej) – Cimoszewicz i Meller. W jakim innym kraju możliwa byłaby tak żelazna logika postępowania, precyzja w obsadzie kluczowego stanowiska?

Wszystkie ciągnące się od 1917 r. rewolucje, w tym oczywiście rewolucja bolszewicka, miały naturę żydowską. Kolejny przykład to krótkotrwałe rządy bolszewickie ustanowione w 1919 r. w Bawarii i na Węgrzech. W tym czasie ruch komunistyczny w Niemczech kierowany był przez Ligę Spartakusa pod przewodnictwem Róży Luksemburg i Karla Liebknechta. Wojną domową w Hiszpanii sterowali rosyjscy emisariusze, przeważnie żydowskiego pochodzenia.

Bez ideologów, polityków i filozofów pochodzenia żydowskiego trudno jest sobie wyobrazić takie wydarzenia jak rewolucja seksualna 1968 roku. Virginie Linhard, córka lidera francuskich maoistów pisała: „Maj ’68 był stymulowany i kierowany przez Żydów”. Przekonanie, że w awangardzie szkodliwych ideologii, których celem jest zniszczenie zachodniej cywilizacji harcują osoby pochodzenia żydowskiego wzmacnia postać prekursorki gender Judith Butler, amerykańskiej Żydówki z rodzin przybyłych do USA z Rosji i Węgier. Koncepcje Butler dotyczące legalizacji zoofilii, kazirodztwa i pedofilii, promowania zachowań homoseksualnych, traktowania prostytucji jako normalnej działalności gospodarczej oparte są na Szkole Frankfurckiej i psychoanalizie Freuda.

Odsłoną radykalizmu i myślenia wywrotowego był także libertarianizm, czyli tzw. prawicowy rewolucjonizm. W tej kolejnej próbie obalenia cywilizacji łacińskiej, uderzającej we wspólnotowy wymiar życia społecznego, postulującej utopijny ideał życia bez instytucji państwa, rolę zasadniczą odegrały przesycone rewolucyjnym myśleniem publikacje trzech postaci narodowości żydowskiej: Ludwiga von Mises, Ayn Rand, Murraya Rothbarda. I wreszcie współczesny przykład Sorosa, znanego z wielkiej wyrozumiałości dla komunistów.

x

Konstatacja, że wszystkie rewolucje, rewolty i ruchy wywrotowe miały naturę żydowską lub były przeważnie kierowane przez emisariuszy żydowskiego pochodzenia, odnosi się w całości do Afrykańskiego Kongresu Narodowego (ANC) w Południowej Afryce, który zasadniczo był żydowskim tworem. Ludzie tacy jak Lionel Bernstein, Dennis Goldberg, Arthur Goldreich, Hazel Goldreich i James Kantor byli nieodłączną częścią tego wywrotowego ruchu, a Nelson Mandela ich marionetką. ANC działa w ścisłym sojuszu z Południowoafrykańską Partią Komunistyczną, też w dużej mierze tworem żydowskim. Dwóch liderów partii Joe Slovo i jego żona Ruth First prowadzili lub – używając współczesnej terminologii – byli oficerami prowadzącymi młodego Mandeli, wylansowali go na przywódcę ANC, wcześniej brutalnie usuwając z tego stanowiska chrześcijańskiego, umiarkowanego działacza Alberta Luthulę.

Częścią marksistowskiej ideologii wcielanej w życie przez Mandelę był obóz dla więźniów politycznych na terenie Angoli oraz torturowanie i mordowanie oponentów, w praktyce wyłącznie czarnych. ANC wymierzało swoje partyzanckie akcje także w czarnych urzędników państwowych, nauczycieli, prawników i biznesmenów, a nawet prostych chłopów, tj. każdego, kto miał inną niż marksistowska wizję południowej Afryki. Mandelę szkolono w Moskwie, ale nie tylko – partycypował w tym także Mosad.

Znany południowoafrykański sędzia Richard Goldstone pisał: „Żydzi odgrywali znaczącą rolę w jego karierze. Był nim adwokat Lazar Sidelsky, który – wbrew zwyczajom owych czasów – przyjął młodego Mandelę do pracy w swojej kancelarii w Johannesburgu”. Można tu wymienić postacie takie jak Solly Sachs i jego syn, późniejszy minister sprawiedliwości w rządzie Mandeli; Joe Slovo, późniejszy minister budownictwa mieszkaniowego; Gill Marcus, późniejszy gubernator Banku Centralnego i Artur Chaskalson, późniejszy prezes Trybunału Konstytucyjnego. Żydem był również Cyril Harris naczelny rabin RPA, którego Mandela nazywał „mój rabin”, a który w maju 1994 r., podczas uroczystej inauguracji Mandeli na stanowisko prezydenta, wygłosił poruszające orędzie. Amerykański rabin Marc Schneier w kontekście inspirującej roli, jaką Żydzi odegrali zarówno w ruchu na rzecz praw obywatelskich w Stanach Zjednoczonych jak i w walce o obalenie apartheidu w Afryce Południowej pisał: „żadna grupa społeczna nie zapewniła tak wiele i tak konsekwentnego wsparcia Nelsonowi Mandeli, jak amerykańscy i południowoafrykańscy Żydzi”.

x

Finansowana przez Sorosa Helsińska Fundacja Praw Człowieka oraz Rzecznik Praw Obywatelskich Adam Bodnar organizują szkolenia dla sędziowskiej „kasty nadzwyczajnych ludzi” na temat, jak paraliżować polskie sądownictwo. Okazuje się, że warsztaty ze szkodzenia Polsce odbywają się w Muzeum Historii Żydów Polskich-Polin.

A wiedzieć trzeba, że wytrawni gracze polityczni władzy nie oddadzą, że po ’89 dwa razy wymykała się im się z rąk, i dwa razy ją odzyskali. Fenomen ten tłumaczy też koncepcja „kolejnych eszelonów”, sformułowana przez Irenę Lasotę. Zgodnie z nią władza, czyli układ, wyłania własną opozycję oraz własną prawicę, lewicę i centrum, i w razie kryzysu wysyła do walki kolejne „eszelony”. Stracony, czyli skompromitowany eszelon natychmiast zastępowany jest następnym i tak ad infinitum. Dowodem kolejne kryzysy – Październik ’56, Grudzień ’70, Czerwiec ’76, Marzec ’68, Sierpień ’80 oraz szczytowe osiągnięcie tej strategii „transformacja ustrojowa” po ’89. Czy zatem środowiska nie wywodzące się rodzinnie z kręgów stalinowskich nie były organizowane od podstaw przez agentów wpływu lub infiltrowane i zręcznie pociągane nitkami niczym marionetki.

Rasowe podziały w łonie partii już u zarania PRL pogłębiało to, że Sowieci mieli większe zaufanie do przedstawicieli mniejszości narodowych niż do Polaków. W instalowaniu polskiego komunizmu wykorzystywano doświadczenia bolszewickie z okresu rewolucji, kiedy do kierowniczych struktur ogólnorosyjskiego aparatu terroru wprowadzano przedstawicieli mniejszości narodowych w stopniu nieporównywalnym z ich liczebnością w całym społeczeństwie.

Donald Tusk wydał wojewodom tajne zarządzenie, by w trybie administracyjnym pozytywnie załatwiali prośby o przekazanie własności żydowskim spadkobiercom, którzy nie legitymują się żadnymi dokumentami. Oficjalnego potwierdzenia takiego stanu rzeczy nie ma, a służby prasowe Kancelarii Premiera zaprzeczały jego istnieniu. Wystarczy jednak prześledzić przebieg zdarzeń. W tym kontekście zaskakuje, z jaką skutecznością żydowska propaganda rozpuściła w świecie legendę o wszechobecnym bogactwie Żydów przedwojennej Polski. Skupieni wokół „biznesu Holokaustu” cwaniacy nie chcą pamiętać o najliczniejszych ofiarach – żydowskiej biedocie, wymazują z pamięci słowa Ringelbluma o niskim statusie majątkowym i społecznym większości mieszkańców getta, mówią natomiast o majątkach, których nigdy nie było i… żądają za nie odszkodowań. Jeszcze inne kłamstwo: podatki płacone przez Żydów stanowiły 40 procent dochodów budżetowych międzywojennej Polski. W rzeczywistości na trzy miliony polskich Żydów jeden milion uzależniony był od pomocy organizacji dobroczynnych, 50 procent nie było w stanie zapłacić 5 złotych komunalnego podatku, a 75 procent było sklasyfikowanych jako biedota. Będące w powszechnym użyciu określenie „żydowska szkapa” może być dobrą ilustracją tego stanu rzeczy.

Po ’89 kanonu polskiego interesu narodowego nie sformułowano nie tylko dlatego, że zabrakło woli podjęcia takiego wysiłku, ale dlatego, że nie było komu tego zrobić. Dyplomację przejęli bowiem ludzie wywodzący się z najbardziej antypolskich struktur agenturalnych Stalina, „specjaliści” od zwalczania polskiego nacjonalizmu, ludzie gruntownie pozbawieni poczucia lojalności wobec kraju, w którym żyją, formacja której związek z polskością sprowadzał się do miejsca zamieszkania, a nawet gorzej – V kolumna świadomie wchodząca w układ z obcymi na szkodę interesu Rzeczypospolitej, ludzie którzy gwarantowali nie tyle obronę polskich interesów, co bezwzględną z nimi walkę. Skutki tego odczuwamy do dzisiaj. Nie funkcjonujemy w świecie w sposób autonomiczny; nie rozróżniamy, co służy Polsce, a co zagranicy; nie wypracowaliśmy uczciwej diagnozy swego międzynarodowego otoczenia, opartej o przemyślany zespół interesów; nie uświadamiamy sobie, iż członkostwo w UE czy NATO nie jest celem samym w sobie, lecz instrumentem realizowania interesów narodowych. Nie zdaliśmy sobie też sprawy, że dotychczasową diagnozę wypracowali inni, i inne niż polskie przyświecały im cele. Pierwszym warunkiem podjęcia zadania samodzielnego zdefiniowania interesu narodowego jest suwerenność intelektualna, i to ona nakazuje, aby nie podejmować działań służących innym. Podejście charakterystyczne dla cywilizacji, którą Feliks Koneczny nazwał łacińską, postuluje, by wszelka strategia polityczna (i społeczna) oparta była o dokładne rozpoznanie rzeczywistości i w oparciu o to rozpoznanie, formułowane były cele działań.

Człowiekiem, który wyzwanie zdefiniowania polskiej racji stanu starał się podjąć był Lech Kaczyński. (…) Jego wykładnia interesu narodowego była następująca: Jest tylko jedno globalne mocarstwo; przemożny wpływ na amerykańską politykę mają Żydzi; jeśli Polska ułoży się z Żydami, zwiąże ich z Polską, to bezpieczeństwo Polski stanie się interesem żydowskim i uda się wyzwolić nasz kraj z geopolitycznego przekleństwa. Innymi słowy – im więcej Żydów i ich interesów w Polsce, tym większe bezpieczeństwo kraju. Rozumowanie egzotyczne, bo Żydzi układają się bezpośrednio z naszymi oponentami, mają w Moskwie i Berlinie silne avoiry oraz wyrobiony i skuteczny nawyk układania się wyłącznie z silniejszymi. Tego rodzaju infantylne postawy obecne są i dzisiaj w środowiskach prawicy laickiej – Polska powinna stać u boku jakiegoś państwa, niezależnie od tego, czy jej się to opłaca, czy nie.

Gdy dziś słyszy się prezydenta RP, który mówi, że stosunki z Ukrainą są bezalternatywne, niezależnie od tego, czy Polsce się to opłaca, a członek gabinetu politycznego ministra spraw zagranicznych w odpowiedzi na zarzut, że Ukraina nigdy nie zwróci nam kredytu, mówi: „Powstrzymywanie Rosji musi kosztować. Odda, nie odda – warto zainwestować” – to trzeba poważnie rozważyć, czy nie chodzi tu o jakąś chorobę psychiczną. A chodziło o udzielony w grudniu 2015 r. kredyt w wysokości 4 miliardów złotych.

Polacy weszli w II wojnę z powszechnym wyobrażeniem polskich Żydów jako narodu zdrajców polskiej sprawy – Judaszów. Powszechne wśród nich stereotypy – postrzegania Polaków, zwłaszcza katolickiego kleru, jako Hamanów – wrogów narodu żydowskiego i nieznajomość języka polskiego powodowały, że żyli wprawdzie w tym samym kraju, lecz w innym niż reszta mieszkańców Polski świecie. Był to świat odizolowany od świata polskich „gojów” przez setki lat tak szczelnie, że nie wszyscy mieli świadomość tego, że mieszkają w Polsce. Zdecydowana ich większość wybuch II wojny sklasyfikowała tak jak wszystkie toczone na ziemiach Polski wojny, czyli jako tylko i wyłącznie „polską sprawę”.

Prezes warszawskiego Judenratu senator Adam Czerniaków podjął negocjacje i współpracę z niemieckim okupantem, co Polacy odczytali jednoznacznie jako zdradę Polski. Jak wynika z jego zapisków, codziennie w siedzibie SS negocjował z niemieckimi władzami warunki współpracy, po czym natychmiast, z jak największą skrupulatnością wprowadzał je w życie. Gdy przyszła wojna, gdy wiadomo było, że państwo polskie nie ma szans, aby wyjść z niej zwycięsko, niepomny senatorskiej przysięgi, przyjął postawę cudzoziemską. Uznał, że wojna nie jest „żydowską sprawą”, i że szkoda czasu na zachowanie chociażby pozorów lojalności wobec przedstawicieli upadającej Polski. Niemców uznał za władzę legalną. W pierwszych miesiącach, a nawet latach okupacji Żydzi żyli w symbiozie z okupantem. Z zapisków Czerniakowa wynika, że zbudowanie sieci żydowskich gett nie było realizacją niemieckich planów zagłady, lecz realizacją planów żydowskich dotyczących zbudowania w Polsce żydowskich terytorialnych autonomii. Henryk Makower w swym Pamiętniku z getta warszawskiego pisał: „mieliśmy więc właściwie powód do radości, bo nam dali takie duże i ładne getto w śródmieściu”. Innymi słowy – pod niemiecką kuratelą Żydzi wcielali w życie rzuconą w Sejmie 20 lat wcześniej ideę Izaaka Grünbauma o żydowskich autonomicznych prowincjach jako formy żydowskiej państwowości. W tym samym czasie Warszawiacy to ludność zaszczuta niemieckimi łapankami, egzekucjami i wywózkami do obozów koncentracyjnych. Sam Ringelblum pisał: „opowiadają, że chrześcijanie założyli żydowskie opaski, aby chronić się przed aresztowaniem”. W ciągu trzech pierwszych lat wojny, gdy Niemcy byli skoncentrowani na mordowaniu Polaków, zaś polscy Żydzi żyli w miarę bezpiecznie za wzniesionymi przez siebie murami autonomii terytorialnej, Polakom nie towarzyszyło współczucie i pomoc polskich Żydów.

xxx

W ostatnim rozdziale zatytułowanym Oko za oko, ząb za ząb autor zastanawia się jak bronić Polski, jak bronić jej wizerunku i proponuje:

Może publikując rodowody prawdziwych beneficjentów zwycięstwa katolickiej i narodowej „Solidarności”? Może przypominając, kto nami rządzi?

Może uświadamiając Polakom, że dla wychowanków Kominternu każda prawdziwa Polska będzie „faszystowska”?

A może rozgłaszać wszem i wobec, że czołowi stalinowcy, którym w Polsce robiło się coraz ciaśniej, przewerbowali się z agentów Kominternu na agentów nowojorskich organizacji żydowskich, z nadzieją na likwidację znienawidzonej polskiej państwowości?

A może dać przyzwolenie na głoszenie tezy, że stworzone po wojnie ubeckie katownie to były „żydowskie katownie”? A może zastosować logikę strony żydowskiej i w miejscu każdej katowni UB wmurować tablice z nazwiskami zbrodniarzy, którzy torturowali i mordowali najwspanialszych polskich patriotów?

Broniąc zatem Polski i jej wizerunku, odpłacajmy pięknym za nadobne, przypominając nieprzerwanie judenraty, żydowskich kapo, żydowskich szmalcowników oraz zbrodnie żydowskiej policji w warszawskim getcie, a także, że Niemcy założyli organizację „Żagiew”, w której służyli Żydzi specjalnie przeszkoleni do wyłapywania swoich ziomków, nie tylko w Warszawie, ale w całym dystrykcie warszawskim, że na tym polu świadczyli Niemcom nieocenione usługi, bo nikt lepiej nie potrafi rozpoznać Żyda wśród Polaków, niż właśnie oni, że w ręce Niemców wydali 50 000 Żydów, 6 000 Polaków, którzy ukrywali Żydów, i ponad 1 500 księży, którzy Żydom pomagali.

Batalię medialną z Żydami wygrać można tylko wtedy, gdy Polska powstanie z kolan. Wystarczy głosić prawdę. Mamy źródła, które ujawnią, co Żydzi ukrywają – haniebny udział w zagładzie własnego narodu, tysiące żydowskich policjantów Hitlera i ich zbrodnie w warszawskim getcie, i to że Mordechaja Anielewicza zdradzili ziomkowie, a pierwsze strzały w getcie oddali Żydzi do Żydów za współpracę z Niemcami, że największymi wspólnikami Niemców w dziele wymordowania Narodu żydowskiego byli sami Żydzi.

Władze RP powinny wspierać publikacje i badania naukowe na temat bierności amerykańskich środowisk żydowskich wobec Zagłady podczas II wojny.

Bronić polski i jej wizerunku można, nękając Izrael za podejście do Palestyńczyków, dwulicową politykę w sprawie imigrantów, i za to że w Izraelu żyją prawdziwi faszyści, rasiści i nacjonaliści.

I czas najwyższy przygotować się solidnie nie tyle do obrony, co do kontrataku i ofensywy. Gdy przypominać będziemy światu dzień po dniu, kto, jak i w jakim celu zaprowadził komunizm w Polsce, sami się zreflektują, że lepiej Polski nie atakować, bo straty mogą dla nich być większe niż korzyści. Co do ofensywy – im więcej będziemy mówić na temat reparacji wojennych od Niemców, tym mniej Niemcy będą mówić o „polskich obozach”.

xxx

Cała książka jest utrzymana w takiej tonacji, jak wybrane powyżej fragmenty. Po jej lekturze pozostaje wrażenie, że Żydzi zdominowali świat. Wszystkie kluczowe dziedziny życia pozostają pod ich kontrolą. Czy można się temu w jakiś sposób przeciwstawić, walczyć z tym? Autor podaje przykłady, co należy robić, tylko nie mówi – jak? Jak można nagłaśniać jakiekolwiek żydowskie zbrodnie, oszustwa, wszczynanie wojen czy rewolucji, jeśli wszelkie środki masowego przekazu są przez nich kontrolowane? Jak powiadomić świat o tym, co wyprawiają w Polsce, skoro MSZ jest w ich rękach i kontrolują oni wszelkie organizacje polonijne? Jak zmienić rządy na drodze demokratycznej, skoro wszystkie partie, od skrajnie prawicowych poprzez centrum do skrajnie lewicowych, są ich dziełem i są przez nich kontrolowane? Jak wmurować tablice pamiątkowe w miejscach katowni UB, skoro pozwolenie na to będzie zależało od Żydów ulokowanych we wszelkich urzędach?

Pisze Baliński, że Pierwszym warunkiem podjęcia zadania samodzielnego zdefiniowania interesu narodowego jest suwerenność intelektualna, i to ona nakazuje, aby nie podejmować działań służących innym. Podejście charakterystyczne dla cywilizacji, którą Feliks Koneczny nazwał łacińską, postuluje, by wszelka strategia polityczna (i społeczna) oparta była o dokładne rozpoznanie rzeczywistości i w oparciu o to rozpoznanie, formułowane były cele działań, ale nie próbuje sam zdefiniować, na czym polega ten interes i czym on jest.

Z pojęciem interesu narodowego łączy się pojęcie narodu. „Naród, historycznie wytworzona, trwała wspólnota ludzi ukształtowana na gruncie wspólnych losów dziejowych, kultury, języka, terytorium i życia ekonomicznego, przejawiająca się w świadomości narodowej jej członków.” – Wielka Encyklopedia Powszechna PWN (1962-1970). Jeśli więc trzymać się tej definicji, to interes narodowy polega na ochronie tej wspólnoty, jej kultury, języka i życia ekonomicznego. To dało by się zastosować do Polski piastowskiej. Natomiast w przypadku I RP, II RP, PRL-u i III RP ta definicja narodu i interesu narodowego nie mogła być zastosowana ze względu na wielonarodowy charakter tych państw. Dlatego Żydzi wszędzie dążą do tworzenia państw wielonarodowych, bo w nich dokładne określenie interesu narodowego nie jest możliwe, a oni w takich społecznościach czują się jak w ryba w wodzie.

To dokładne rozpoznanie rzeczywistości, o którym wspomina Koneczny, stało się udziałem obecnie rządzących i stąd trudność w zdefiniowaniu tego interesu narodowego, bo trzeba by powiedzieć – którego narodu? Kaczyński ma z tym najwyraźniej problem, bo przecież I RP to był Paradis Judaeorum (raj dla Żydów), nie tylko ze względu na przywileje, ale i ze względu na największe ich skupisko w Europie. A jednak zdecydowali się na likwidację tego państwa. Łatwo się likwiduje państwa nijakie, czyli wielonarodowe, takie jak I RP, bo nikt się z nimi nie identyfikuje, nie czuje wspólnoty i nikt nie protestuje, gdy się je kasuje. Czy m.in. nie po to ściągnięto do Polski miliony Ukraińców i kolorowych?

Żydzi dokonali rozbioru I RP rękami zaborców. Ta Rzeczpospolita zawadzała. Gdyby jej nie rozebrano, to był by pewien problem. Napoleon podbił całą Europę kontynentalną i w państwach podbitych wprowadzał ustrój republikański. Gdyby nie rozbiory Rzeczypospolitej, to Napoleon musiałby ją podbić, a właściwie zająć, bo tam nie było czego podbijać. W takim jednak wypadku trudno było by skłonić ludność tego państwa do udziału w wyprawie na Moskwę. A tak, atakując Rosję pod pozorem obalenia monarchii, zyskał wiernego sojusznika, bo dał mu państwo, ale jednocześnie skonfliktował go na trwałe z Rosją. Podobnie było również w przypadku IV-tego rozbioru Rzeczypospolitej 17 września 1939 roku. II RP stała na drodze do bezpośredniej konfrontacji nazizmu z komunizmem. Hitler podbił prawie całą kontynentalną Europę i w tym wypadku ustrój komunistyczny Związku Radzieckiego był pretekstem do ataku na to państwo. A przecież II RP to też Paradis Judaeorum.

Obecnie wydaje się, że Żydzi postanowili odbudować dawną Rzeczpospolitą. Światowe centrum przenoszą do Chin, co siłą rzeczy marginalizuje, przynajmniej po części, Amerykę, Europę Zachodnią i Rosję. Jeśli ten dziwaczny twór zostanie odtworzony, to nastąpi osłabienie unii europejskiej, ale być może wzmocnienie Niemiec, jeśli odzyskają utracone na rzecz Polski ziemie. Trudno jednak odgadnąć, jaki scenariusz napisali ci niewątpliwie wybitni scenarzyści.

Skoro więc Baliński dokładnie opisuje działania Żydów i ich dominację w niemal każdej dziedzinie życia i proponuje pewne działania, ale nie mówi, jak to zrobić, jak np. przełamać monopol informacyjny Żydów, to rodzi się podejrzenie, że jest to zwykła podpucha. Próba skierowania energii ludzi na jałowe działania może tylko prowadzić do frustracji i zniechęcenia lub też do jakichś gwałtownych, niekontrolowanych wybuchów niezadowolenia. Nie tędy droga. Kim zatem jest Krzysztof Baliński, angażujący się po prawej stronie polskiej sceny politycznej? Sam pisze, że MSZ zdominowali Żydzi. Wypada więc zadać sobie pytanie: jakim cudem on tam trafił?

To dokładne rozpoznanie rzeczywistości w naszym wypadu polega przede wszystkim na poznaniu czy uświadomieniu sobie, czym jest w istocie judaizm? Jego istotą jest rozproszenie i asymilacja. Oznacza to, że Żydzi są wszędzie i wszędzie wnikają w tkankę narodów, wśród których mieszkają, asymilują się, czyli upodobniają się do rdzennych mieszkańców danego terenu. W ten sposób stają się dla nich nierozpoznawalni, a oni się rozpoznają między sobą i dzięki temu mogą tworzyć związki nieformalne i wykorzystywać wszelkie instytucje i organizacje danego państwa dla własnej korzyści.

Jak to działa w praktyce? Bolesław Prus w powieści Emancypantki wkłada w usta jednej z głównych jej postaci takie słowa:

„Niech pani wyobrazi sobie, że mój pryncypał, dzięki stosunkom z zagranicą, no i telegramom, na kilkanaście albo i na kilkadziesiąt godzin wcześniej niźli reszta śmiertelników wie o spadaniu lub wnoszeniu się rozmaitych wartości pieniężnych. To pozwala mu kupować z zyskiem jedne papiery i sprzedawać z zyskiem, a przynajmniej bez straty, inne rozmaitym biedakom czy naiwnym, którzy nie otrzymują depesz z zagranicy.

Niech pani doda, że w specjalnej kancelarii mego pryncypała roją się jak muchy w jatce: lichwiarze, kupcy zbożowi, leśni, okowiciani, cukrowi i mnóstwo niewyraźnych figur, między którymi nie brak nawet pana Zgierskiego. Wszyscy ci ludzie działający niby to samoistnie i na własny rachunek są tylko agentami naszego banku. Tam dostają instrukcje, według których kupują i sprzedają zboże, wełnę, domy, place, sumy spadkowe – wszystko, co pani chce. Nie zdziwiłbym się, gdyby w naszym biurze sprzedawano nawet kobiety do tureckich haremów albo niewolników południowo-amerykańskim plantatorom.”

Co w takiej sytuacji można zrobić? O tym częściowo w zakładce „Dlaczego blog”. A poza tym, to wypada uczyć się od Żydów, pomagać sobie wzajemnie, szczególnie rodzinie, przyjaciołom i sprawdzonym znajomym. To jest jakby początek budowania pewnej wspólnoty, czyli tworzenie czegoś od podstaw, od dołu, czyli na obszarze, do którego nie docierają wpływy żydowskie. Wszelkie próby działania od góry spalą na panewce, bo tam wszędzie rządzą Żydzi. A do tego namawiają nas oni i nazywają taką postawę patriotyzmem. W państwie wielonarodowym nie ma miejsca na patriotyzm, bo nie ma w nim wspólnego interesu, a przynajmniej tak jest w przypadku III RP i dlatego wmawia się nam, że naszym interesem jest obrona przed Rosją, czyli pomaganie Ukrainie. To jest jednak interes żydowski, a nie – polski.

Wybory

Kampania wyborcza w pełni, obiecankom cacankom nie ma końca, ale o najważniejszej sprawie żadna partia nie mówi. A tą najważniejszą sprawą jest to, czy rząd wyśle wojsko na Ukrainę, bo jeśli to zrobi, to konsekwencje tego dla polskiego społeczeństwa będą poważne. Jedynie Leszek Sykulski, coś tam przebąkuje, ale jego głos jest raczej mało słyszalny, podobnie jak Ruchu Dobrobytu i Pokoju. Natomiast partie głównego nurtu przekonują, że musimy pomagać Ukrainie, bo jak nie, to Rosja na nas napadnie, bo Rosja ma imperializm w genach. Problem polega na tym, że Rosja nigdy na Polskę nie napadła. Nie napadł też na Polskę Związek Radziecki. Związek Radziecki napadał na Kresy II RP, czyli ziemie dawnej Rusi Kijowskiej, a później – Wielkiego Księstwa Litewskiego. Etnicznie polskie ziemie zajęła Rosja po kongresie wiedeńskim, ale na to wyraziły zgodę Prusy, Austria i Anglia. Wtedy Zachód sprzedał Polskę, czyli Księstwo Warszawskie, carowi. Jedynie Wielkopolska miała więcej szczęścia, bo została w strefie oddziaływania Zachodu. Później ten sam Zachód sprzedał Polskę Stalinowi. W obu przypadkach potrzebna była zgoda tegoż Zachodu. Z której więc strony grozi nam większe niebezpieczeństwo? Z jednej strony, ze strony Zachodu, a z drugiej strony, ze strony tych, których korzenie tkwią w obszarze byłego Wielkiego Księstwa Litewskiego, a którzy dziś deklarują, że są Polakami. Oczywiście Rosja, jeśli nadarzy się jej okazja, też nie będzie miała skrupułów. I będzie tak, jak w bajce Krasickiego: Wśród serdecznych przyjaciół, psy zająca zjadły.

Problem jednak polega na tym, że rząd polski bardziej dba o interesy Ukrainy, niż Polski? Ja wielokrotnie w swoich blogach podkreślałem, że to państwo jest tylko z nazwy polskie, a obywatele tego państwa to nie tylko Polacy, a może nawet przede wszystkim nie tylko Polacy. Krzysztof Baliński – dyplomata i politolog, specjalizujący się w problematyce krajów arabskich, ambasador Polski w Syrii (1991-1994) i Jordanii (1991-1995) – w swojej książce Ministerstwo spraw obcych (2019) pisze:

Odbierając Polsce Kresy żydokomuna głosiła: będziecie państwem narodowościowo jednolitym. Tyle że poza granicami pozostawiła miliony Polaków, a w obecne granice przesiedliła z Kresów prawie wszystkich Żydów i setki tysięcy Ukraińców. Repatriacja oznacza powrót do Ojczyzny, ale wśród tzw. repatriantów było 65 procent osób pochodzenia żydowskiego. Pochodzili z obszaru całego ZSRR, z miejsc tak egzotycznych jak Gruzja i Armenia, często nie mieli z Polską nic wspólnego, często po polsku nie mówili. U zarania III RP wydawało się, że Polska przypomni sobie o rodakach w Kazachstanie, że sprowadzi ich do Macierzy. Stało się inaczej. Nastawienie do Polaków na Wschodzie się pogorszyło. Kto ponosi za to winę? Wszystkie rządy w jednakowym stopniu. I wszyscy, których zainstalował tu Stalin, Beria, generał Sierow i Berman. Nie ma znaczenia, kto jest u władzy.

Rządy się zmieniały, nie zmieniała się stała ekipa w MSW i MSZ, która zajmuje się repatriacją. To oni stworzyli „genialny” system repatriacji, który repatriację zablokował. To na ich zdecydowany opór napotkały starania potomków zesłańców o powrót do Ojczyzny. To oni jednoznacznie wykazali – repatriacji „etnicznych Polaków” nie będzie. Możliwe, że rację mają ci, którzy twierdzą, że wielu spośród tych, co rządzą dziś Polską, zdaje sobie sprawę, że Polacy w Kazachstanie są bardziej Polakami niż oni sami. I że wyznają oraz wprowadzają w życie doktrynę – Polacy mają z Polski uciekać, a nie do niej wracać.

Miejsce potomków zesłańców w Kazachstanie jest tutaj, w Ojczyźnie. Oni wszyscy już dawno powinni tu być. Zaniechania w tym względzie to jedna z największych hańb III RP, która nic nie zrobiła dla rozwiązania tej bolesnej narodowej sprawy, nie spełniła moralnej i historycznej powinności. (…)

Wbrew pozorom narodowość (w tym żony) ma znaczenie. I trzeba o niej mówić, bo jest podstawą wiarygodności polityka, bo prędzej czy później może podważyć poczucie lojalności wobec państwa. I przedstawiciela mniejszości narodowej należy pytać: Czy można od niego oczekiwać obrony polskiego interesu narodowego? Czy nie dojdzie u niego do konfliktu lojalności? Czy borykając się z kryzysem tożsamości etnicznej, daje gwarancję pokazywania Polski dumnej, a nie takiej, której mamy się wstydzić? Czy zadanie kreowania obrazu Polski za granicą powinno spoczywać na barkach potomków ludzi wywodzących się z najbardziej antypolskich struktur? Czy Żyd powinien zajmować się stosunkami z Izraelem, Niemiec działać na odcinku niemieckim, na czeskim – Czech, na rosyjskim – Rosjanin, na chińskim – Chińczyk? Czy Ukrainiec musi pracować w komórce wschodniej Agencji Wywiadu? I wreszcie, czy nad stosunkami z Polonią amerykańską pieczę musi sprawować obcoplemieniec, a nad repatriacją Polaków z Kazachstanu ukraiński Żyd?

Temat drążyć można innymi pytaniami: Czy z podejściem PiS do Majdanu nie ma nic wspólnego wiceprezes tej partii, Ukrainiec z Przemyśla, który w 2004 roku osobiście woził do Kijowa bele pomarańczowego płótna, bo zabrakło go na Ukrainie? Czy powodem tego – że pion śledczy IPN nie osądził ani jednego zbrodniarza UPA, a nawet wszystkich skazanych rezunów zrehabilitował i zaliczył w poczet osób „represjonowanych przez PRL ze względów politycznych” – nie jest to, że wiele stanowisk w IPN obsadzono Ukraińcami?

Czy tak „ospałe” badanie akt katyńskich i nieśmiałe rozliczanie komunistycznych zbrodniarzy, nie ma związku z tym, że wiele stanowisk w IPN przejęli potomkowie owych zbrodniarzy? Pytania takie prowokują do snucia teorii spiskowych – łatwo nakłonić obywatela naszego państwa do działania na korzyść innego państwa i szkodzenia krajowi, w którym mieszka. Prowokują też do ocen – polscy Żydzi są „polscy” tylko dlatego, że tu mieszkają, a w istocie stanowią mniejszość nie bez powodu nazwaną przez Stefana Żeromskiego „krajowymi cudzoziemcami”.

Uderza, że nikt z wypowiadających się w mediach na temat kadr MSZ, czy to ze strony szczeropolskiej (licencja ks. prof. Czesława S. Bartnika), czy to obozu kosmopolitów nie wymienia czynnika narodowościowego. Mówi się i pisze niemal o wszystkim, o wykształceniu, o przeszłości partyjnej, preferencjach seksualnych, współpracy z SB, ale nie ma słowa o narodowości ocenianego dyplomaty. Anna Fotyga wspominała: „gdy byłam ministrem, i wspominam niektóre konkretne sytuacje, to dostrzegam, że były osoby czy grupy osób, które próbowały sterować wydarzeniami. Przyjdzie czas, że ktoś pewnie będzie musiał oczyścić ministerstwo z takich grup”. O jakich grupach mówiła? Wyraźnie widać lobby niemieckie i rosyjskie, mocna jest grupa związana ze służbami – spekulowano. Ale nikomu na myśl nie przyszła etniczna jaczejka Schnepfa.

W starych demokracjach uznaje się za oczywiste, że opinia publiczna zna przeszłość ludzi, którzy rządzą, którzy w jakikolwiek sposób decydują o losach obywateli. Prześwietla się każdego, nie wyłączając prezydenta, ministra i jego kierowcy. W demokracjach tak – w Polsce niekoniecznie. Tu dla ludzi, którzy swymi mackami opanowali państwo, wszelkie pytania o narodowość, pochodzenie etniczne są ohydnym „grzebaniem w życiorysach”. A prawda o tym, kto w Polsce rządzi wprost poraża. W ostatnim ćwierćwieczu, mimo twierdzeń, że stosunki polsko-żydowskie są na najwyższym poziomie, nigdy nie były one normalne, lecz wciąż zafałszowane. Dlaczego? Bo po stronie polskiej określali je ludzie pochodzenia żydowskiego. Jeśli na temat tych stosunków odbywają się jakieś dyskusje, to biorą w nich udział prawie zawsze te same osoby, o podobnym pochodzeniu, o podobnych poglądach, zazwyczaj proponowane przez stronę żydowską. Rozmawiają zawsze na tematy też zazwyczaj proponowane przez stronę żydowską. Przyglądając się uczestnikom tych dyskusji, można odnieść wrażenie, że w 40-milionowym narodzie nie ma nawet kilku osób, które mają coś do powiedzenia w tej sprawie. Stosunki te opanowali całkowicie związani z formacją „Wyborczej” politycy, dziennikarze, naukowcy, pisarze, a tzw. dialog polsko-żydowski, uwzględniwszy skład narodowościowy biorących w nim po obu stronach udział, stał się jawnie dialogiem żydowsko-żydowskim.

Pierwszy po ’89 przykład – panel dyskusyjny między „Żydami i Polakami” zwołany w budynku francuskiego Senatu. Stronę polską reprezentowali Adam Michnik i Dawid Warszawski, co nie tylko Żydom przypominało najlepszy humor Horacego Safrina i jego Przy szabasowych świecach. Korporacja ta uporczywie broni przy tym zawzięcie swej wyłączności i monopolu na kontakty z zagranicą. I tu pytanie: Czy gdyby w świecie reprezentowali nas Polacy kierowani poczuciem narodowej dumy, ludzie inni niż mentalni spadkobiercy kominternowskich funkcjonariuszy propagandy, V kolumna świadomie wchodząca w układ z antypolskimi kręgami na szkodę Rzeczypospolitej, byłoby naszym wrogom tak łatwo sięgać po amunicję antypolonizmu? (…)

2 marca 1946 roku Centralny Komitet Żydów informował ministra administracji o jednym z kontyngentów repatriacyjnych, który przybył do Polski. Obejmował 220 tysięcy osób. Było w nim 65 proc. (tj. 140 tysięcy) osób pochodzenia żydowskiego. Pochodzili z obszaru całego ZSRR, z miejsc tak egzotycznych jak Gruzja i Armenia, zwykle nie mieli z Polską nic wspólnego, najczęściej po polsku nie mówili. Dokument podaje, że 28 tysięcy z nich trafiło do Szczecina i okolic, a prawie 90 tysięcy na Dolny Śląsk. Wojewódzki komisarz do spraw produktywizacji ludności żydowskiej pisał: 90 proc. pracuje w Wojsku Polskim, MO oraz UB, „często pod zmienionymi nazwiskami”. (Aktem służącym zmianie nazwisk był Dekret Krajowej Rady Narodowej z 10 listopada 1945 roku.) Tylko 50 osób trudni się rzemiosłem. Na dużą skale zmieniano również nazwiska w wojsku. Jedno ze źródeł podaje, iż „w ramach przyjmowania obywatelstwa polskiego, w oparciu o służbę w LWP, tylko w jednym rzucie wystąpiła grupa 650 oficerów Armii Radzieckiej pochodzenia żydowskiego”.

W 2013 roku do dolnośląskiego urzędu wojewódzkiego wpłynęło za pośrednictwem polskiego konsulatu w Tel Awiwie 1800 wniosków Izraelczyków, którzy chcą uzyskać potwierdzenie polskiego obywatelstwa. Aplikujący jako ostatni adres zamieszkania podali Dolny Śląsk. Problem w tym, że załączane do wniosków dokumenty są często fałszywe. Tu o patologie nietrudno. Aplikujący mogą wejść w nieprawdziwą tożsamość albo, co częstsze, zmienić nazwisko lub jego część. W Izraelu funkcjonuje portal internetowy, na którym można sobie wybrać rodzinę. Petent wchodzi na stronę, dopasowuje życiorys, zmienia nazwisko lub jego człon, po czym składa wniosek o odzyskanie obywatelstwa (no i niejako przy okazji wniosek do sądu o odzyskanie nieruchomości). Skala fałszowania dokumentów jest masowa. (…)

Starając się zyskać poparcie światowego lobby, Jaruzelski w swych kontaktach na Zachodzie oskarżał Polaków o „antysemityzm”, występował jako przyjaciel Żydów, który rozgromił pierwszą „Solidarność”, gdyż była „antysemicka” i „nacjonalistyczna”. Kreowaniu takiego obrazu sprzyjała komitywa z „Adasiem” Michnikiem. Są tego przykłady. Podaje je Aleksander Smolar na łamach podziemnego „Aneksu” z 1986 roku (nr 41-42). Potwierdza to żydowski publicysta Michael Kaufman w wydanej w 1989 r. książce Mad dreams saving grace, Poland: A Nation in Conspiracy. Według Kaufmana podczas wizyty w Polsce prezesa Światowego Kongresu Żydów Edgara Bronfmana rządowi oficjele wciąż powtarzali oskarżenia, że Solidarność wyrażała antysemickie poglądy i postawy. Kaufman potwierdził, że w zniszczeniu pierwszej „Solidarności” Jaruzelski i Kiszczak sprzęgli swoje wysiłki z nurtem żydowskim w „S”, reprezentowanym przez „bandę czworga” – Kuronia, Geremka, Mazowieckiego, Michnika.

Podejście gen. Jaruzelskiego do antysemityzmu potwierdza to, że w stanie wojennym twarzą jego rządów był Jerzy Urban i inni propagandyści narodowości żydowskiej, tacy jak płk Górnicki. Gen. Jaruzelski był architektem „okrągłego stołu”, przy którym, po obu jego stronach, główne role grały osoby narodowości żydowskiej. Jak oceniał mecenas Siła-Nowicki, „przy okrągłym stole 80 procent uczestników nie miało pochodzenia polskiego”. Można się tylko domyślać, że miały pochodzenie żydowskie (i w mniejszym stopniu ukraińskie). W czasach rządów gen. Jaruzelskiego krążył po Warszawie kawał, niby o modzie: Co dzisiaj nosi się w Warszawie? Żydów na rękach! Z całą zatem odpowiedzialnością można określić zachowanie Jaruzelskiego jako skrajnie filosemickie, a nawet rzucić tezę, że: Jaruzelski w Magdalence przekazał władzę Żydom.

Powiedzenie o „noszeniu Żydów na rękach” potwierdzają mocne zabiegi Jaruzelskiego o poparcie środowisk żydowskich za granicą w formule „jak bida, to do pana Żyda”, i że poparcie to dostawał. O tym, że antysemitą nie był najdobitniej świadczy to, że w chwili rozpadu Związku Sowieckiego i montowania przez Kiszczaka tzw. transformacji, Jaruzelski proces ten dopinał lub ustalał w Nowym Jorku z Davidem Rockefellerem. Jedynymi świadkami zawarcia 25 września 1985 r. „Paktu Jaruzelski-Rockefeller” były dwie osoby: szefowa sekretariatu Davida Rockefellera Patricia Smalley oraz polski tłumacz, wicedyrektor jednego z departamentów MSZ, Jerzy Sokalski. (…)

Można zatem domniemywać, że Jaruzelski ustalił zasady tzw. transformacji gospodarczej zgodnie z życzeniami Rockefellera i w zamian otrzymał „certyfikat na nietykalność własną” i swoich towarzyszy. Bez wątpienia spotkanie stanowiło punkt zwrotny w dziejach najnowszych Polski. Doprowadziło ostatecznie do tego, co na użytek gawiedzi nazwano „transformacją ustrojową”, a co ambasador USA w Warszawie John R. Davis Junior nazwał wprost „układem Jaruzelski-Geremek” (patrz: jego odtajnione depesze z 1989 r.) i do tego, że Jaruzelski został pierwszym prezydentem III RP. W maju 1988 r. Jaruzelski spotkał się, także w Nowym Jorku, z Georgem Sorosem. Obecny system polityczny w Polsce, którego istota polega na tym, że jeden działacz fundacji Sorosa, czyli Fundacji Batorego decyduje, kto może być prezydentem i kto będzie premierem, a także kto znajdzie się na listach wyborczych, jest kwintesencją tamtego paktu.

xxx

„A prawda o tym, kto w Polsce rządzi wprost poraża. W ostatnim ćwierćwieczu, mimo twierdzeń, że stosunki polsko-żydowskie są na najwyższym poziomie, nigdy nie były one normalne, lecz wciąż zafałszowane. Dlaczego? Bo po stronie polskiej określali je ludzie pochodzenia żydowskiego.” – No właśnie! Dlaczego więc Baliński nie chce przyznać, że Jaruzelski też miał żydowskie korzenie? O tym pisałem w blogu „Generał”. Cytuje też on Siłę-Nowickiego, że przy „okrągłym stole” 80% uczestników nie miało polskiego pochodzenia. A sam Siła-Nowicki (1913-1994)? Wikipedia jego życiorys zaczyna od 1935 roku, gdy został absolwentem Wydziału Prawa Uniwersytetu Warszawskiego. Dalej jednak można przeczytać:

Swą działalność w AK kontynuował w Zrzeszeniu „Wolność i Niezawisłość” w Lublinie, gdzie w latach 1945–1946 był także wiceprezesem zarządu wojewódzkiego Stronnictwa Pracy. Został aresztowany wraz z podkomendnymi 16 września 1947 w Nysie podczas próby ucieczki na Zachód. W czasie śledztwa był torturowany. Podczas niejawnej rozprawy 3 listopada 1948 w Wojskowym Sądzie Rejonowym w Warszawie, oprócz Władysława Siły-Nowickiego i mjr. Hieronima Dekutowskiego, na ławie oskarżonych zasiedli ich podkomendni: kpt. Stanisław Łukasik ps. „Ryś”, por. Jerzy Miatkowski ps. „Zawada” – adiutant, por. Roman Groński ps. „Żbik”, por. Edmund Tudruj ps. „Mundek”, por. Tadeusz Pelak ps. „Junak”, por. Arkadiusz Wasilewski ps. „Biały”. Wszystkich oskarżonych, w celu propagandowym i osobistego ich poniżenia, odziano w mundury Wehrmachtu. Zostali skazani na karę śmierci przez Wojskowy Sąd Rejonowy w Warszawie.

Trafił do celi dla „kaesowców” (skazanych na karę śmierci – przyp. W.L), gdzie przebywało wówczas ponad sto osób. Na przełomie stycznia i lutego 1949 podjęli oni próbę ucieczki – postanowili wywiercić dziurę w suficie i przez strych dostać się na dach jednopiętrowych zabudowań gospodarczych, a stamtąd zjechać na powiązanych prześcieradłach i zeskoczyć na chodnik przy ulicy Rakowieckiej. Kiedy do zrealizowania planu zostało ledwie kilkanaście dni, jeden z więźniów kryminalnych uznał, że akcja jest zbyt ryzykowna i wsypał uciekinierów, licząc na złagodzenie wyroku. Władysław Siła-Nowicki i Hieronim Dekutowski trafili na kilka dni do karceru, gdzie siedzieli nago, skuci w kajdany. Bolesław Bierut dzięki wstawiennictwu spowinowaconej z rodziną Nowickich Aldony Dzierżyńskiej, siostry Feliksa Dzierżyńskiego (dwaj bracia Dzierżyńskiego ożenili się z dwiema siostrami ojca Władysława Siły-Nowickiego), zamienił mu wyrok na dożywocie. Na pozostałych współoskarżonych w sprawie wykonano w dniu 7 marca 1949 karę śmierci w warszawskim więzieniu mokotowskim. Wyrok dożywocia odbywał w Warszawie, Rawiczu, Wronkach i Strzelcach Opolskich. Z więzienia wyszedł w wyniku amnestii 1 grudnia 1956. Został zrehabilitowany w 1957.

Po wyjściu z więzienia był obrońcą w procesach rehabilitacyjnych żołnierzy AK i WiN. Od 1961 działał w warszawskim Klubie Inteligencji Katolickiej. Był doradcą prawnym Episkopatu Polski. Był jednym z sygnatariuszy Listu 59.

xxx

Jak widać walka o Polskę i patriotyzm to niebezpieczne zajęcie. Jednym się „udawało” i unikali kary śmierci, zostawali zrehabilitowani, a inni, niczego nieświadomi, ginęli. Były więc jakby dwie kategorie tych patriotów. Warto o tym wiedzieć, zanim komuś przyjdzie do głowy walczyć o Polskę. Trzeba pamiętać o tych, którzy w odróżnieniu od Siły-Nowickiego, zostali zamordowani, a on żył sobie w PRL-u jak pączek w maśle i jeszcze załapał się na III RP. Czy m.in. nie po to był Październik ’56, by niektórzy, których wcześniej nie zamordowano, mogli wyjść z więzień z piękną kombatancką kartą jako nieposzlakowani Polacy i wielcy patrioci?

To nie jest tak, jak pisze Baliński, że Jaruzelski przekazał w Magdalence władzę Żydom. Oni ją mieli od 1945 roku formalnie, a nieformalnie – od bardzo dawna. W Magdalence dokonała się tylko wymiana ekip żydowskich i zapoczątkowanie przemian ustrojowych. Wymyślono Solidarność, by przekonać opinię publiczną, że tu wszystko dzieje się spontanicznie, a nie, że to wszystko jest zaplanowane, bo wówczas pojawiło by się pytanie: kto zaplanował?

„Obecny system polityczny w Polsce, którego istota polega na tym, że jeden działacz fundacji Sorosa, czyli Fundacji Batorego decyduje, kto może być prezydentem i kto będzie premierem, a także kto znajdzie się na listach wyborczych, jest kwintesencją tamtego paktu.” – I takie też będą obecne wybory.

Kurier

Swego czasu stwierdzenie prezydenta Andrzeja Dudy, że „tu jest Polin”, wywołało oburzenie wśród wielu ludzi. Na to zareagowali od razu inni Żydzi, którzy zaczęli skandować „tu jest Polska, a nie Polin”. Jakkolwiek wypowiedź Andrzeja Dudy mogła być bulwersująca, to jednak powiedział on prawdę. Nie na tym to polega, by się obrażać, tylko przyjąć ten fakt do wiadomości i starać się znaleźć swoje miejsce w tej rzeczywistości, jeśli ktoś oczywiście nie zamierza stąd wyjechać. Tym punktem zwrotnym, po którym Żydzi stopniowo stawali się elitą tego kraju, jego inteligencją, było powstanie styczniowe. Stopniowo też zaczęli przejmować monopol nad tym, co można nazwać postawą patriotyczną. I to oni wmawiali reszcie społeczeństwa, co jest patriotyzmem, a co nim nie jest. Oni pisali historię Polski i dokonywali ocen tego, co było w niej złe, a co dobre. Oni decydowali o tym, co należy przemilczeć, a o czym trzeba głośno mówić. Tak więc większość z tych, których określa się dziś mianem patriotów, bohaterów walczących o Polskę, to Żydzi. Jednym z nich jest Jan Nowak-Jeziorański, słynny kurier. Wikipedia tak o nim pisze:

Jan Nowak-Jeziorański, właśc. Zdzisław Antoni Jeziorański pseud. „Janek”, „Jan Nowak”, „Jan Zych” (ur. 2 października 1914 w Berlinie, zm. 20 stycznia 2005 w Warszawie) – polski polityk, politolog, działacz społeczny, dziennikarz, podporucznik Wojska Polskiego, kurier i emisariusz Komendy Głównej Armii Krajowej i Rządu RP w Londynie, cichociemny, wieloletni dyrektor Rozgłośni Polskiej Radia Wolna Europa. Kawaler Orderu Orła Białego.

Dzieciństwo i wczesna młodość

Urodził się w nocy z 2 na 3 października 1914 w Berlinie (w piśmiennictwie znaleźć można błędną informację podającą jako jego miejsce urodzenia Warszawę). Był synem Wacława (1869–1918), urzędnika Towarzystwa Ubezpieczeniowego „Przezorność”, i Elżbiety z Piotrowskich (1880–1975). Jego przodek Józef Jeziorański z Buska wraz z żoną Ewą Orłowską byli żydowskimi frankistami (wyznawcami sekty Jakuba Franka) i zostali ochrzczeni w 1759 we Lwowie. Syn Józefa, Ignacy Jeziorański (1746–1846), ożenił się Marianną Lanckorońską (1768–1846) i miał z nią syna Jana Aleksandra (1796–1862; żonatego z Joanną Aleksandrą Teresą Wołowską), który był pradziadkiem Jana Nowaka.

Zdzisław Jeziorański największe zasługi i sławę zdobył jako „Jan Nowak”. Pod tym okupacyjnym pseudonimem prowadził wojenną działalność kurierską, a w latach późniejszych używał go także przed mikrofonami Radia Wolna Europa.

Lata przed II wojną światową

Uczęszczał do Gimnazjum Państwowego im. Adama Mickiewicza w Warszawie (był w jednej klasie z Janem Kottem i Ryszardem Matuszewskim). Był harcerzem 3 Warszawskiej Drużyny Harcerzy im. ks. Józefa Poniatowskiego. Po ukończeniu studiów ekonomicznych w 1936 był starszym asystentem w katedrze ekonomiki Uniwersytetu w Poznaniu. 29 czerwca 1937 ukończył Szkołę Podchorążych Rezerwy Artylerii im. Marcina Kątskiego i został skierowany do odbycia dalszej służby wojskowej w 2. Dywizjonie Artylerii Konnej im. gen. Józefa Sowińskiego. Jako bombardier podchorąży artylerii, w 1939 został wzięty do niewoli przez Niemców na Wołyniu.

Okres wojny

Po ucieczce z niewoli od 1940 działał w podziemiu, od 1941 w ZWZ (przemianowanym w 1942 na Armię Krajową). Brał udział w Akcji „N” – zakonspirowanej komórce rozprowadzającej materiały propagandowe, których celem było obniżenie morale żołnierzy niemieckich. Od 1940 lub 1941 pracował także z polecenia ZWZ w administracji niemieckiej, aby uzyskać dokumenty okupanta pomocne polskim organizacjom konspiracyjnym. W 1940 zadebiutował jako publicysta polityczny, drukując w podziemnym wydawnictwie „Znak” esej o Konstytucji 3 maja.

W 1943 zgłosił się, jako ochotnik, na funkcję kuriera AK do władz polskich poza krajem. Pod przybranym nazwiskiem Jan Kwiatkowski został wysłany do Poselstwa Polskiego w Sztokholmie. Po przekazaniu poczty wrócił do kraju. Po sukcesie tej wyprawy powierzono mu znacznie poważniejszą funkcję, ponieważ jako emisariusz miał dotrzeć do rządu RP w Londynie. To właśnie na potrzeby tej misji przybrał pseudonim Jan Nowak. Wyruszył w 1943. W Anglii odbył rozmowy zarówno z przedstawicielami rządu polskiego, jak i władz angielskich, również z premierem Winstonem Churchillem (marzec 1944).

Z Anglii został przetransportowany do Włoch. W nocy z 25 na 26 lipca 1944 leciał na pokładzie samolotu, który wyruszył z bazy lotniczej w Brindisi, i wylądował w pobliżu Tarnowa (ten sam samolot zabrał na pokład szczątki rakiety V-2 i kilku polskich polityków – akcja Most III), a następnie dotarł do Warszawy jako ostatni emisariusz przed wybuchem powstania warszawskiego. W przeddzień kapitulacji, działając z rozkazu komendanta AK gen. Tadeusza Bora-Komorowskiego, wyruszył do Londynu. Wywiózł setki dokumentów i zdjęć. Jako emisariusz Armii Krajowej zyskał przydomek Kurier z Warszawy. Używał wówczas fałszywych dokumentów, w których występowało nazwisko Jan Nowak oraz data urodzenia 15 maja 1913, później często błędnie podawana jako faktyczna data urodzin Zdzisława Jeziorańskiego.

Okres emigracji po 1945

Po wojnie pozostał na Zachodzie. Mieszkał w Londynie, Monachium i Waszyngtonie. W latach 1948–1951 pracował w redakcji polskiej brytyjskiej rozgłośni BBC. Jego działalność w Wielkiej Brytanii pomogła w uświadomieniu zachodniej opinii publicznej o skali zbrodni hitlerowskich na terenie Polski. Pracował wówczas dla BBC w Sekcji Polskiej.

Radio Wolna Europa

Pod koniec 1951 podjął się kierowania Rozgłośnią Polską Radia Wolna Europa. Organizował ją przez kilka miesięcy, tworząc przede wszystkim zespół pracowników. Pierwsza audycja została nadana do kraju 3 maja 1952. Rozgłośnią Polską RWE kierował nieprzerwanie do 1 stycznia 1976, kiedy to zastąpił go Zygmunt Michałowski.

Kongres Polonii Amerykańskiej

Po odejściu z RWE przez 20 lat działał w Kongresie Polonii Amerykańskiej (dyrektor krajowy 1980–1996), był też konsultantem Narodowej Rady Bezpieczeństwa USA. Przez wiele lat był aktywny na forach polonijnych, a dzięki znaczącym wpływom w elitach władzy USA odegrał istotną rolę w przyjęciu Polski do NATO. Członek Polskiego Towarzystwa Naukowego na Obczyźnie (od 1985).

Ostatnie lata życia w Polsce

Po raz pierwszy po wojnie przyjechał do Polski w sierpniu 1989 na zaproszenie Lecha Wałęsy. Potem już regularnie odwiedzał kraj, aż do stałego zamieszkania w Polsce w 2002. Przez cały okres pobytu w Polsce, podobnie jak na emigracji, był zaangażowany aktywnie w działalność polityczną.

W wyborach prezydenckich w 1995 Nowak-Jeziorański poparł Lecha Wałęsę, uważając go za gwarancję kontynuacji prozachodniej polityki zagranicznej Polski. Został przez niego zaproszony do debaty telewizyjnej z Aleksandrem Kwaśniewskim, któremu wspólnie z Jerzym Markiem Nowakowskim zadawał pytania.

W czasie kampanii wyborczej w 2000 nie popierał ponownej elekcji Aleksandra Kwaśniewskiego. Ostatecznie poparł kandydaturę Andrzeja Olechowskiego.

Zwycięstwo Sojuszu Lewicy Demokratycznej w wyborach parlamentarnych w 2001 uznał za ważny krok w kierunku integracji z Unią Europejską i, mimo swego sceptycznego podejścia do lewicy postkomunistycznej, w wywiadzie dla polskiego radia powiedział: Ja mogę nie lubić tego rządu, ale on został wyłoniony w wolnych wyborach i jest moim rządem, bo jest rządem polskim.

xxx

Jest w tym życiorysie parę faktów, które budzą zdziwienie i zastanawiają. Ale przede wszystkim Wikipedia nie ukrywa, że Nowak-Jeziorański był Żydem. Po ucieczce z niewoli niemieckiej w 1940 roku pracował w administracji niemieckiej, aby uzyskać dokumenty okupanta pomocne polskim organizacjom konspiracyjnym. Dziwni byli ci Niemcy, zupełnie nie zdawali sobie sprawy z tego, kogo zatrudnili. A może wiedzieli, może tak miało być. Szybko stał się bardzo ważną osobą, bo jako emisariusz prowadził w Anglii rozmowy z przedstawicielami rządu polskiego, a nawet z samym Winstonem Churchillem.

Po wojnie działał w tzw. propagandzie, a później w Kongresie Polonii Amerykańskiej, co wydaje się naturalne, bo Żydzi kontrolują Polonię na całym świecie. Jednak najistotniejszą informacją w całym jego życiorysie jest to, że wywiózł steki dokumentów i zdjęć. Wywiózł zapewne do Anglii, czego Wikipedia nie dodaje. Co to były za dokumenty i zdjęcia, tego nie wiemy, ale możemy się domyślać, że chodziło o ludzi, którzy byli zaangażowani w politykę. I w ten sposób Londyn miał wpływ na to, co działo się w Polsce, jeśli nawet nie za PRL-u, to po 1989 roku. Zajęcia czy zawody przechodzą z ojca na syna i wnuka. Był więc Nowak-Jeziorański angielskim agentem i takim pewnie pozostał do końca życia.

Czy wobec faktu, że ktoś wywiózł z Polski setki dokumentów i zdjęć do innego państwa, można tego kogoś nazywać Polakiem i patriotą?

Szpieg

W 1966 roku pojawił się na ekranach kin czeski film Pociągi pod specjalnym nadzorem. Parafrazując ten tytuł, mógłbym napisać: ludzie pod specjalnym nadzorem. Tak! Jest taka kategoria ludzi i do nich niewątpliwie zalicza się Ryszard Kukliński. Warto prześledzić jego życiorys, zwłaszcza okres młodości i początek kariery w Wojsku Polskim, bo wygląda na to, że już od najmłodszych ktoś rozpiął nad nim parasol ochronny. Wikipedia tak pisze o tym okresie:

Ryszard Jerzy Kukliński, ps. „Jack Strong”, „Mewa” (ur. 13 czerwca 1930 w Warszawie, zm. 11 lutego 2004 w Tampie) – pułkownik ludowego Wojska Polskiego, zastępca szefa Zarządu Operacyjnego Sztabu Generalnego Wojska Polskiego, od 1970 agent wywiadu amerykańskiej Centralnej Agencji Wywiadowczej (CIA), na krótko przed wprowadzeniem stanu wojennego (1981) ewakuowany przez CIA do Berlina Zachodniego, pośmiertnie awansowany do stopnia generała brygady Wojska Polskiego.

W latach 1971–1981 Kukliński przekazał na Zachód ponad 40 tys. stron dokumentów dotyczących PRL, ZSRR i Układu Warszawskiego. Dokumenty te dotyczyły sowieckich planów inwazji na kraje Europy Zachodniej w okresie zimnej wojny, a także m.in. planów użycia przez ZSRR broni nuklearnej, danych technicznych najnowszych sowieckich broni m.in. czołgu T-72 i rakiet Strzała-2, rozmieszczenia radzieckich jednostek przeciwlotniczych na terenach Polski i NRD, metod stosowanych przez Armię Radziecką w celu uniknięcia namierzenia jej obiektów przez satelity szpiegowskie oraz planów wprowadzenia stanu wojennego w Polsce.

Doradca ds. bezpieczeństwa narodowego Stanów Zjednoczonych Zbigniew Brzeziński określił go mianem pierwszego polskiego oficera w NATO.

Młodość

Urodził się 13 czerwca 1930 w Warszawie jako jedyne dziecko Stanisława Wincentego Kuklińskiego (1901–1943) i Anny z domu Kotaniec (1900–1963). Sam Kukliński we wczesnej młodości posługiwał się jednak jeszcze dwiema innymi datami urodzenia. Jego ojciec podczas II wojny światowej handlował drewnem. Został 13 maja 1943 aresztowany za działalność konspiracyjną, zginął w obozie koncentracyjnym w Sachsenhausen. Informacje te ujawnił sam Kukliński w 1987 w wywiadzie dla paryskiej „Kultury”. Twierdził także, że jego ojciec był członkiem PPS-u. Po aresztowaniu ojca Kukliński wyjechał do stryja mieszkającego na wsi pod Radomiem. Jak sam twierdził, należał do Armii Krajowej i walczył w powstaniu warszawskim, innym razem przypisywał sobie przynależność do grupy „Miecz i Pług”, natomiast kolejnym do organizacji „Młot i Sierp”. Z zeznań świadków i jego własnych zeznań przed komisją partyjną wynika jednak, że nie należał do żadnej organizacji podziemnej w okresie okupacji. 6 sierpnia 1944 ponoć wywieziono go do Niemiec. Raz utrzymywał, że wywieziono go pociągiem wraz z grupą Żydówek i przebywał na Dolnym Śląsku, według innej swojej relacji miał przebywać w obozie koncentracyjnym za pobicie niemieckich nastolatków. W konspiracji używać miał pseudonimu „Bil”. Pisał nawet, że trzy tygodnie walczył na froncie. Wydaje się najbardziej prawdopodobne, że Kuklińskiego jako młodocianego wywieziono na teren Rzeszy wraz z matką.

Po zakończeniu wojny Kukliński zamieszkał we Wrocławiu przy ul. Blaszanej 15. Początkowo usiłował uczyć się zawodu ślusarza w Zakładach Wodociągowo-Kanalizacyjnych, ale 17 września 1945 został przyjęty do Miejskiej Straży Ochrony Obiektów. Najpierw powierzono mu rolę gońca, następnie został strażnikiem w fabryce mydła. 6 stycznia 1946 wstąpił do PPR (legitymacja numer 0655929). Od 7 marca do 13 kwietnia tego roku był aresztowany jako podejrzany o napad rabunkowy, ale został zwolniony. Przyczyna zwolnienia nie jest znana, w 1992 dokumenty dotyczące tego okresu usunięto z akt sądowych. Na temat życia Kuklińskiego w tym okresie nie ma wielu konkretnych informacji. Miał on także przez pewien czas należeć do Ochotniczej Rezerwy Milicji Obywatelskiej i jako członek tej formacji wziąć udział w referendum ludowym, przeprowadzonym przez Krajową Radę Narodową w czerwcu 1946.

Pierwsze lata służby w Wojsku Polskim

1 października 1947 został przyjęty do Oficerskiej Szkoły Piechoty nr 1 we Wrocławiu. W 1950 został oskarżony o przynależność do AK, „Miecza i Pługa” oraz „Sierpa i Młota”. Decyzją szefa Sztabu Generalnego z 27 lipca 1950 został wydalony z uczelni i na początku sierpnia skierowany do odbycia zasadniczej służby wojskowej bez zaliczenia trzech lat pobytu w szkole do okresu służby. Po 2 tygodniach, 10 sierpnia, po interwencji gen. Stanisława Popławskiego został przywrócony do szkoły, którą ukończył we wrześniu 1950 roku, uzyskując stopień chorążego. Promocja na pierwszy stopień oficerski (chorążego) odbyła się 3 września 1950 roku. Po ukończeniu szkoły został rozkazem ministra obrony narodowej z 23 września 1950 r. skierowany do dyspozycji Departamentu Personalnego MON zamiast działu kadr jednego z okręgów wojskowych i po dwóch miesiącach skierowany do 9 Pułku Piechoty w Pile na stanowisko dowódcy plutonu. W 1951 roku otrzymał awans na podporucznika. W latach od 1951 do 1952 roku odbywał kurs metodyczno-strzelecki przy Wyższej Szkole Piechoty w Rembertowie, po jego ukończeniu został dowódcą kompanii w 9 Pułku Zmechanizowanym. W październiku 1952 wziął ślub z Joanną.

W maju 1953 roku został szefem sztabu 15 batalionu przeciwdesantowego w 3 Brygadzie Przeciwdesantowej w Kołobrzegu. W 1954 roku został dowódcą 18 batalionu przeciwdesantowego (skadrowanego) w 3 Brygadzie Przeciwdesantowej. W 1956 roku służył w 5 Kołobrzeskim Pułku Piechoty.

1 listopada 1956 roku został skierowany na roczny Kurs Doskonalenia Oficerów Piechoty w Wesołej przy Akademii Sztabu Generalnego WP w Rembertowie, który ukończył 25 sierpnia 1957 roku. Po kursie dalej służył w 5 Kołobrzeskim Pułku Piechoty na stanowisku pomocnika szefa sztabu ds. operacyjnych. Pod koniec października 1957 roku został przeniesiony na własną prośbę do 3 Brygady Obrony Wybrzeża w Kołobrzegu, a po jej przeformowaniu w 1958 roku był w 82 Pułku Zmechanizowanym, gdzie służbę pełnił do 30 września 1961 roku. W Kołobrzegu Kukliński działał w klubie jachtowym, który powstał w 1956 roku jako Klub Morski Kołobrzeg LPŻ.

W latach od 1958 do 1960 roku uczył się w I Liceum Kołobrzeskim (Liceum Ogólnokształcące im. Mikołaja Kopernika) dla pracujących, gdzie zdał maturę. W 1961 roku rozpoczął studia w Akademii Sztabu Generalnego WP.

Podjęcie współpracy z kontrwywiadem wojskowym

W 1964 roku jako współpracownik polskiego kontrwywiadu i wywiadu wojskowego, będąc studentem ASG WP, maskował zadania wykonywane przez oficera polskiego kontrwywiadu wojskowego mjr Kominka, pływając z Kołobrzegu do Szwecji swoim prywatnym jachtem. W tym samym roku ukończył studia na ASG i został awansowany do stopnia majora, a następnie przeniesiony do Warszawy, gdzie służył jako oficer sztabowy, m.in. przygotowując plany inwazji wojsk Układu Warszawskiego na Czechosłowację.

Przynajmniej od 1962 roku Kukliński współpracował z kontrwywiadem wojskowym – Zarządem II Szefostwa Wojskowej Służby Wewnętrznej. Zdaniem niektórych badaczy od końca lat 40. współpracował z Informacją Wojskową, a w czasie przed wstąpieniem do szkoły oficerskiej ze Służbą Bezpieczeństwa.

Po studiach w ASG WP służył w Oddziale Szkolenia Operacyjnego Sztabu Generalnego (SG WP), następnie był szefem Oddziału Planowania Ogólnego w Zarządzie Operacyjnym i ostatecznie szefem Oddziału I – zastępcą szefa Zarządu I Operacyjnego SG WP. Na początku służby w Sztabie Generalnym rozpoczął działalność w wojskowym klubie żeglarskim „Atol”, którego został prezesem.

W 1965 roku brał udział w grze wojennej na północy Polski (Czersk koło Bornego Sulinowa), gdzie marszałek Andriej Grieczko pokazał kilkudziesięciu najwyższym rangą oficerom LWP mobilne wyrzutnie rakiet z głowicami jądrowymi. Na przełomie lat 1965–1966 był współautorem ćwiczenia egzaminacyjnego dla wyższej kadry dowódczej w Żaganiu.

W lutym 1967 roku uczestniczył w delegacji MON, której przewodniczył gen. Bolesław Chocha – w rozmowie osobistej z Kuklińskim wyraził on swoje wątpliwości w sprawie zagrożeń wynikających dla Polski ze strategii wojennej ze strony ZSRR w stosunku do NATO, z którą została zapoznana polska delegacja. W 1967 odbył szkolenie w ośrodku szkolenia wywiadowczego.

xxx

To jest tylko fragment obszernej informacji, jaką zamieszcza o Kuklińskim Wikipedia. Jednak ten pierwszy okres jego życia wydaje się najciekawszym, bo najbardziej zagadkowym. Jest w nim wiele luk, niedomówień i niejasności. Tygodnik Przegląd zamieścił 14 kwietnia 2014 roku artykuł Mity, legendy i celowe kłamstwa – część I (https://www.tygodnikprzeglad.pl/mity-legendy-i-celowe-klamstwa-czesc-1/), który jest fragmentem książki Franciszka Puchały Szpieg CIA w polskim sztabie generalnym. O Ryszardzie Kuklińskim bliżej prawdy (Bellona, Warszawa 2014). Poniżej fragmenty tego artykułu:

Białe i czarne plamy w życiorysie

W opracowaniach na temat Kuklińskiego mamy do czynienia z jego fałszowanym życiorysem, zwłaszcza z lat wojny i powojennego pobytu we Wrocławiu. Pomija się jego służbę w Międzynarodowej Komisji Nadzoru i Kontroli (MKNiK) w Wietnamie, a eksponuje rzekome nawiązanie kontaktu z agentami CIA dopiero w 1972 r. Zasadne jest pytanie, dlaczego. (…)

Rodzice Ryszarda nie mieli żadnego konkretnego zawodu. Ojciec podejmował się różnych prac fizycznych, pracował w fabryce pilników, był woźnym, a w okresie okupacji handlował drewnem opałowym. 13 maja 1943 r. Stanisław Kukliński został aresztowany przez gestapo i wszelki ślad po nim zaginął. Pojawia się tu wiele wątpliwości. Nie wiadomo, dlaczego dopiero w 1987 r., kiedy Ryszard Kukliński już sześć lat mieszkał w USA, w wywiadzie zamieszczonym w paryskiej „Kulturze” podał, że ojciec przebywał w al. Szucha, a następnie na Pawiaku i w obozie koncentracyjnym Oranienburg-Sachsenhausen, gdzie zginął tuż przed jego wyzwoleniem. Ujawnił też, że ojciec był członkiem Polskiej Partii Socjalistycznej. 20 marca 1950 r., odpowiadając na wiele szczegółowych pytań zadawanych mu podczas przesłuchań na zebraniu partyjnym POP przy 1. Batalionie OSP nr 1 we Wrocławiu (towarzysze: Bernat, Czabański, Dyniewicz, Jabłoński, Kowalski, Kowalczyk, Kubisz, Miszka, Rapacz, Ruda, Rutkowski i inni), nie wspominał o tym.

PO ARESZTOWANIU OJCA Ryszard Kukliński wyjechał z Warszawy i zamieszkał u wuja Walentego Kuklińskiego w miejscowości Stara Wieś, gmina Stromiec, powiat Radom. Tu powstają kolejne wątpliwości, bo młodociany Kukliński, jako 14-letnie dziecko, należał rzekomo do Armii Krajowej (AK) i walczył w powstaniu warszawskim. Chętnie o tym piszą jego apologeci. Czy było to realne? Czy tak było naprawdę? Kukliński podawał, że w szóstym dniu powstania został wywieziony do Niemiec. W międzyczasie przebywał na wsi. W szkole oficerskiej raz powiadał, że należał do organizacji „Miecz i Pług”, innym razem, że do organizacji „Młot i Sierp”. Używał pseudonimu Bil. Pisał nawet, że trzy tygodnie walczył na froncie. Z tego powodu zaczęły się wspomniane już jego kłopoty w OSP nr 1.

Z opinii uzyskanej w Związku Powstańców Warszawskich (ul. Długa 18 w Warszawie) wynikało, że jeśli Kukliński nie poda swojego kryptonimu i nazwy swojej drużyny (oddziału) oraz kryptonimu dowódcy, to jego uczestnictwa w powstaniu nie da się potwierdzić. Związek nie ma odpowiedniej ewidencji, a weryfikacja jest prowadzona na podstawie relacji świadków. W okresie od 17 do 25 sierpnia 1950 r. na polecenie Komisji Partyjnej Kukliński zebrał oświadczenia od: matki – Anny Kuklińskiej, Stefana Kurka, Aleksandra Rembiszewskiego, Antoniego Wierzbickiego, Walentego Wieteski, Walentego Kuklińskiego, Władysława Górskiego i Jadwigi Płońskiej, poświadczone urzędowo przez różne instytucje.

Ze wszystkich oświadczeń jednoznacznie wynikało, że w okresie okupacji nie należał on do żadnej organizacji podziemnej. Także w zeznaniach przed Okręgową Komisją Partyjną sam Kukliński stwierdził, że do żadnej organizacji nie należał, mimo że chciał. Na dowód tego opowiedział, jak kolega Stanisław Olka zaprowadził go do kapitana straży pożarnej przy ul. Długiej w Warszawie. Kapitan obejrzał go i powiedział, że jest za mały (miał wtedy 11 lat) i że kiedy zajdzie potrzeba, to go powiadomią i przyjmą do organizacji „Miecz i Pług”. Z kolei starszy kolega, Stanisław Kumiński, mieszkający przy ul. Przejazd, obiecał mu, że zapisze go do organizacji „Młot i Sierp”, ale tu też go nie przyjęto. Musiał się zadowolić pomaganiem Kumińskiemu w rozklejaniu ulotek. Warto dodać, że jednym z organizatorów konspiracyjnej organizacji komunistycznej pod tą nazwą w 1940 r. był późniejszy gen. Teodor Kufel. W 1942 r. organizacja ta weszła w skład Polskiej Partii Robotniczej. Po wybuchu powstania warszawskiego walczył w batalionie Czwartaków (dowódca 2. kompanii na Starym Mieście i na Żoliborzu). Po wojnie gen. Kufel był m.in. szefem WSW.

Zastanawiające jest, dlaczego Informacja Wojskowa rzekomą przynależnością Kuklińskiego do organizacji podziemnych zainteresowała się dopiero pod koniec jego nauki w szkole oficerskiej, w 1950 r. Dobrze tam przecież wiedziano, że przywódcy organizacji „Miecz i Pług” kolaborowali z Niemcami.

Jak Kukliński znalazł się po wojnie na terenie Dolnego Śląska? Raz twierdził, że z pl. Mirowskiego w Warszawie, przez Wrocław został wywieziony do Berlina (Alexanderplatz). W Niemczech przebywał w Bettlern, Halbau i Leubus (Bielany, Iłowa i Lubiąż – przyp. red.). Wraz z grupą kobiet żydowskich miał być załadowany do pociągu i wieziony nie wiadomo dokąd. (…) Innym razem twierdził, że trafił do obozu koncentracyjnego, bo pobił niemieckich chłopców. Po zwolnieniu przez Armię Radziecką miał rzekomo wrócić do Warszawy. Ponieważ nie było tam warunków do życia, wyjechał do Wroc­ławia znanego mu z okresu wywózki. Czy tak było? Nie wiadomo.

Wydaje się bardziej prawdopodobne, że Kuklińskiego jako młodocianego wywieziono na teren ówczesnych Niemiec wraz z matką. 15-letni Kukliński zamieszkał we Wrocławiu przy ul. Blaszanej 15. Czy sam? Nie wiadomo. Początkowo usiłował się uczyć zawodu ślusarza. Starał się o to w Zakładach Wodociągowo-Kanalizacyjnych i jako datę urodzenia podał 13 czerwca 1927 r. Prawdziwą datę urodzenia, zgodną z metryką (1930 r. – przyp. red.), podał dopiero w życiorysie złożonym w Oficerskiej Szkole Piechoty nr 1. W napisanym oświadczeniu unieważnił poprzednio pisane życiorysy, gdzie jako datę urodzenia podawał 13 czerwca 1927, innym razem 1928 r.

Faktycznie do formacji zmilitaryzowanej, jaką wówczas była Miejska Straż Ochrony Obiektów, został przyjęty jako 15-latek, 17 września 1945 r. Najpierw powierzono mu rolę gońca. Następnie został strażnikiem, wyposażono go w mundur i broń. Warto dodać, że w okresie, kiedy Kukliński służył w Straży Ochrony Obiektów, pracował tam także Paweł Christ. Służył on wcześniej w Wehrmachcie. Jego żona Elżbieta z domu Moris nigdy nie nauczyła się języka polskiego i na co dzień posługiwała się niemieckim. (…)

Różne okoliczności wskazują na to, że w tym czasie, gdy Kukliński pracował w Straży Ochrony Obiektów we Wrocławiu, Służba Bezpieczeństwa i Informacja Wojskowa pozyskiwały tam współpracowników. Nad obiema służbami pieczę sprawowali oficerowie radzieckich służb specjalnych. Od 7 marca do 13 kwietnia 1946 r. Kukliński przebywał w areszcie śledczym we Wrocławiu podejrzany o napad rabunkowy z bronią w ręku. Czy był winny? Do końca nie wiadomo. Niezależnie od tego prawdopodobnie wtedy został zwerbowany przez funkcjonariuszy Urzędu Bezpieczeństwa. Wiadomo, że w takich okolicznościach Służba Bezpieczeństwa często pozyskiwała informatorów. 1 października 1947 r., mając formalnie 19 lat i kilka miesięcy, a faktycznie nieco ponad 17 lat, Ryszard Kukliński znalazł się w Oficerskiej Szkole Piechoty nr 1 (OSP nr 1) we Wroc­ławiu. Wtedy przypuszczalnie Służba Bezpieczeństwa przekazała go Informacji Wojskowej. Warto zauważyć, że do 22 listopada 1947 r. dowódcą OW IV i przewodniczącym Wojewódzkiego Komitetu Bezpieczeństwa we Wrocławiu był radziecki generał polskiego pochodzenia Stanisław Popławski, późniejszy dowódca Wojsk Lądowych i II wiceminister obrony narodowej. (…)

Kukliński znalazł się w szkole po zwolnieniu z aresztu śledczego. Jak już wspomniano, w 1950 r. został oskarżony o przynależność do AK oraz organizacji „Miecz i Pług”, a także „Sierp i Młot”. Decyzją ówczesnego szefa Sztabu Generalnego WP gen. broni Władysława Korczyca 27 lipca 1950 r., a więc niemal po trzech latach nauki został wydalony z uczelni. Nie zaliczono mu trzech lat pobytu w szkole i na początku sierpnia tegoż roku skierowano go do odbycia zasadniczej służby wojskowej w Okręgu Wojskowym IV. Wówczas to nastąpiło wydarzenie bezprecedensowe: jeszcze przed upływem dwóch tygodni od pierwszej decyzji ze Sztabu Generalnego WP do komendanta szkoły przyszło pismo o przywróceniu Kuklińskiego do szkoły. 10 sierpnia tegoż roku został z powrotem przyjęty na zaopatrzenie w szkole. Benjaminowi Weiserowi opowiadał, że był „zesłany” do jednostki wojskowej w Pile na trzy miesiące. Jeżeli tak było, to nie powinien być promowany we wrześniu 1950 r. Powstaje jednak pytanie, jak wydalony ze szkoły oficerskiej został oficerem i skąd nabrał niezwykłych umiejętności systemowego gromadzenia informacji szpiegowskich. Niełatwo na nie odpowiedzieć.

Przetrzebioną teczkę Kuklińskiego odtwarzano w 1958 r., gdy nie istniała już Informacja Wojskowa, a Wojskowa Służba Wewnętrzna (WSW) z Zarządem Kontrwywiadu Wojskowego w jej strukturze organizacyjnej. Zachowały się akta personalne z okresu pracy Kuklińskiego w Straży Ochrony Obiektów we Wrocławiu. Natomiast nie odnaleziono jego podania o przyjęcie do Oficerskiej Szkoły Piechoty nr 1. Nie wiadomo, na czyje polecenie jeszcze w 1992 r. usunięto z akt sądowych dokumenty śledztwa prowadzonego przeciwko niemu z okresu, gdy pracował we wspomnianej Straży Ochrony Obiektów. Na temat tej pracy też nie ma jasności. Kukliński twierdził, że po wojnie zapisał się do Ochotniczej Rezerwy Milicji Obywatelskiej (ORMO) i jako członek tej formacji w wieku 16 lat brał udział w referendum ludowym („3 razy tak”), przeprowadzonym przez Krajową Radę Narodową w czerwcu 1946 r. Wtedy to ekipa radzieckich służb specjalnych pod kierownictwem płk. Arona Pałkina, naczelnika wydziału „D” Komitetu (Ministerstwa) Bezpieczeństwa Państwowego ZSRR, zainstalowana w Warszawie, nadzorowała operację fałszowania wyników referendum.

W wyjaśnieniach dla Komisji Kontroli Partyjnej w 1950 r. Kukliński zeznał, że świadomie kłamał, podając, że urodził się w 1927 r. Do Polskiej Partii Robotniczej wstąpił dobrowolnie 6 stycznia 1946 r. (nr legitymacji 0655929), a nie pod przymusem. Miał wtedy formalnie skończone 18, a praktycznie 16 lat. Wydalenie z PZPR wiązało się wtedy z usunięciem ze szkoły oficerskiej. Do akt jego sprawy kierowanej do szefa SG WP były dołączone dokumenty Informacji Wojskowej. Powrót pchor. Kuklińskiego do szkoły nastąpił zanim Komisja Kontroli Partyjnej przy Okręgu Wojskowym IV, pracująca od 17 sierpnia, podjęła decyzję w jego sprawie (26 sierpnia 1950 r.). Chociaż ukarano go naganą partyjną, ponownie został członkiem PZPR.

Powrotem Kuklińskiego do szkoły oficerskiej zajmował się też dowódca Wojsk Lądowych, II wiceminister ON, wspomniany już gen. Stanisław Popławski. Otrzymał on stosowne pismo w tej sprawie. Przewodniczący Państwowej Komisji Egzaminacyjnej płk Pawluczenkow, podlegający gen. Popławskiemu, dopuścił Kuklińskiego do egzaminów. Zaliczył on wówczas kilka przedmiotów, pozostałe zaś zaliczono mu na podstawie ocen okresowych z III roku nauki. W porozumieniu z płk. Pawluczenkowem komendant szkoły wystąpił z wnioskiem o mianowanie Kuklińskiego na stopień chorążego, tj. pierwszy wówczas stopień oficerski. (…)

Promocja na pierwszy stopień oficerski odbyła się 3 września 1950 r., ale Ryszard Kukliński w niej nie uczestniczył. W Zarządzeniu Prezydenta RP Bolesława Bieruta z 1 września 1950 r. został wymieniony na przedostatnim miejscu, niezgodnie ani z kolejnością alfabetyczną, ani też z lokatą uzyskaną według otrzymanych ocen. Po promocji chor. Kukliński nie został skierowany do dyspozycji oddziału kadr jednego z okręgów wojskowych, jak to było zazwyczaj praktykowane. Rozkazem ówczesnego ministra obrony narodowej marsz. Konstantego Rokossowskiego z 23 września 1950 r. został skierowany do dyspozycji samej centrali – Departamentu Personalnego MON. Stanowisko dowódcy plutonu w 49. pułku piechoty 14. DP w Pile objął dopiero po upływie około dwóch miesięcy. Trudno było ustalić, co Kukliński przez ten czas robił. Według znawców szpiegowskiego rzemiosła wystarczyło to do odbycia krótkiego szkolenia specjalnego w Szkole Informacji Wojskowej w Wesołej koło Warszawy. Zadziwiające jest, że sprawą Kuklińskiego, jednego z wielu podchorążych OSP nr 1, zajmowali się generałowie Korczyc i Popławski, oficerowie wysoko usytuowani w hierarchii służbowej, oddelegowani do Wojska Polskiego z Armii Radzieckiej, bliscy współpracownicy ministra obrony narodowej marsz. Konstantego Rokossowskiego. (…)

Będąc młodszym oficerem, Ryszard Kukliński ubiegał się o zatarcie kary nagany partyjnej nałożonej mu przez Komisję Partyjną OW IV we Wrocławiu w sierpniu 1950 r. 4 lutego 1954 r. poparła go Komisja Partyjna JW 3985. Komisja Partyjna przy Zarządzie Politycznym POW (majorowie: Muniak – przewodniczący, Furmanek, Niedzielski, Kawa – członkowie) również wystąpiła o zatarcie kary do Komisji Partyjnej Wojska Polskiego. Kara została zatarta. Jednak już 7 października w tym samym roku Kukliński znowu został pociągnięty do odpowiedzialności przez egzekutywę POP JW 3985 za nadużywanie alkoholu, zagubienie legitymacji partyjnej i wystawianie dokumentów nienależnych danym osobom. Komisja Partyjna Pomorskiego Okręgu Wojskowego 5 listopada 1954 r. ukarała go naganą partyjną z ostrzeżeniem, po czym wydano mu nowy dokument. We wszystkich opiniach podkreślano jednak jego właściwą postawę polityczną i duże zaangażowanie w pracy partyjnej. Jej uhonorowaniem było wybranie go w skład Komitetu Partyjnego IC MON, gdzie pracował m.in. w komisji ideologicznej.

Sławomir Cenckiewicz przypisuje Ryszardowi Kuklińskiemu przyjaźń z gen. Czesławem Kiszczakiem. W nawiązaniu do ucieczki Kuklińskiego płk Stanisław Radaj twierdził, że był on poza podejrzeniami, bo był na „ty” z gen. Kiszczakiem. Warto zauważyć, że Kiszczak w latach 1957-1965 był szefem kontrwywiadu Marynarki Wojennej. W 1967 r. został zastępcą szefa WSW gen. Teodora Kufla i odpowiadał za kontrwywiad wojskowy. Kiedy Kukliński kontynuował podróże jachtowe na Zachód, gen. Kiszczak był szefem Zarządu II – Wywiadu SG WP (1972-1978), a potem szefem WSW (1979-1981). Szefem tej służby w latach 1957-1964 był gen. Aleksander Kokoszyn. Będąc absolwentem kursów NKWD w Smoleńsku, po wojnie służył w organach Informacji Wojskowej. Od grudnia 1948 r. był m.in. szefem Wydziału I Głównego Zarządu tej służby odpowiedzialnego za ochronę kontrwywiadowczą Instytucji Centralnych MON. W 1964 r. zastąpił go gen. Teodor Kufel. Później, w latach 1979-1981, był szefem Polskiej Misji Wojskowej w Berlinie. (…)

Sekwencja zdarzeń, zestawienie różnych faktów z jego życiorysu z dużym prawdopodobieństwem może świadczyć o tym, że zanim rozpoczął współpracę z CIA i BND, był współpracownikiem służb specjalnych PRL. Po dezercji Kuklińskiego nikt z jego przełożonych nie został ukarany. Powtórzmy – w systemie, w którym istniała niemal powszechna podejrzliwość, a czujność była doprowadzona do absurdu, niezrozumiałe jest niewykrycie przez co najmniej 10 lat działalności szpiegowskiej oficera. W innych wypadkach byłoby to nie do pomyślenia. (…)

xxx

1 października 2016 roku Tygodnik Przegląd zamieścił artykuł Roberta Walenciaka Pompowanie szpiega (https://www.tygodnikprzeglad.pl/pompowanie-szpiega/). Poniżej fragmenty:

Nasuwa się pytanie, jak to możliwe, że w Sztabie Generalnym, miejscu szczególnie chronionym, mógł działać agent, w dodatku taki, który specjalnie nie krył się z tym, że ma zbyt wiele pieniędzy.

Pisze o tym m.in. gen. Franciszek Puchała w książce „Szpieg CIA w polskim Sztabie Generalnym”. Cytuje opowieść ppłk. Józefa Putka, który w latach 70. odpowiadał za ochronę kontrwywiadowczą Sztabu Generalnego. Putek regularnie rozmawiał z Kuklińskim i pytał go: „Rysiu, skąd masz tyle pieniędzy? Ja jestem podpułkownikiem, ty jesteś podpułkownikiem. Ja pracuję w Sztabie Generalnym, ty pracujesz w Sztabie Generalnym. Ja mam dwoje dzieci, ty masz dwoje dzieci. Ja mam pracującą żonę, ty masz pracującą żonę. Ale ja nie mam takiego domu, zachodniego samochodu, jachtu. Rysiu, skąd masz na to pieniądze?”. Mówił, że oszczędził w Wietnamie. Ale za te oszczędności kupił samochód… Nie mógł więc się rozliczyć. Oficer obiektowy napisał o tym raport do swojego zwierzchnika. Był nim płk Gendera, szef oddziału, który odpowiadał za Sztab Generalny.

Ciąg dalszy opisuje w książce „Nogi Pana Boga” Marek Barański:

„– Zawsze gdy namawiałem Gonderę, żebyśmy ostrzej wzięli się za Kuklińskiego, gdy zwracałem mu uwagę na nietypowe zachowanie tego oficera, Gondera nakazywał zostawić go w spokoju. »To porządny człowiek«, mówił, »zostaw go« i »nie czepiaj się«, »nie zapominaj, że to kolega Kiszczaka«…
– Godził się pan z tym, tak po prostu?
– A co miałem robić? Ja spełniałem swój obowiązek, meldowałem. To przełożeni nie reagowali, nie ja.
– Nie reagowali?
– Często odnosiłem wrażenie, że go kryli. (…) Tak, Kukliński był pod jakimś szczególnym parasolem. Wkrótce miałem się o tym przekonać (…). Był ostatni kwartał 1978 r. (…) Mimo że była już mniej więcej dziewiętnasta, byłem ciągle w pracy. Miałem zwyczaj wchodzić do pokojów, w których pracowali oficerowie Sztabu, bez pukania. (…) Tego wieczoru wparowałem tak do pokoju Kuklińskiego. Był już wtedy zastępcą szefa Zarządu I, czyli operacyjnego. Tu zapadały najważniejsze decyzje. Kukliński miał gabinet na pierwszym piętrze. Okna, które wychodziły na więzienie na Rakowieckiej, były zasłonięte roletami. Cześć, wołam od progu, jak to ja… A on stoi przy biurku z aparatem fotograficznym, lampa na biurku jest zapalona. W tej samej sekundzie, gdy ja wchodzę, Kukliński upuszcza aparat do przygotowanej, odsuniętej szuflady i jednocześnie nogą zatrzaskuje drzwi sejfu, który ma za plecami. On wiedział, że widziałem, a ja wiem, co zobaczyłem. Nie interweniowałem ze strachu – nie miałem przy sobie broni, ale on mógł mieć. Obaj zgodnie zagadaliśmy sytuację jakimiś banałami. Wróciłem do siebie i napisałem raport: że zastałem go na fotografowaniu dokumentów, że to działanie bez wątpienia wrogie itd. 
– Był jakiś odzew?
– Owszem. Po kilku tygodniach (…) dostałem rozkaz wyjazdu do Kudowy na kurs przygotowujący do służby za granicą. Po pół roku wyjechałem na drugie pół do Ismailii, jako żołnierz XII Zmiany Polskiej Jednostki Specjalnej. Po powrocie skierowano mnie na inne stanowisko. Do pracy w Sztabie Generalnym już nie wróciłem. Po zniknięciu Kuklińskiego mój nowy szef zaprosił mnie na obiad. Po drodze powiedział mi, że Kukliński przepadł, że nie ma go od kilku dni. Pytał, co ja o tym sądzę. »Spieprzyliście sprawę – powiedziałem. – Uciekł wam. Mieliście przecież moje raporty…«. Wtedy dowiedziałem się, że teczka Kuklińskiego była pusta. Moje raporty zniknęły jak kamfora. 

Pytanie brzmi: dlaczego nie uciekł pod koniec 1978 r., kiedy był na widelcu? Został przecież złapany na fotografowaniu dokumentów, nie był w stanie rozliczyć się ze swojego majątku. Wtedy się nie bał, a przeląkł się w listopadzie 1981 r., kiedy nic mu nie groziło?”.

Wniosek jest oczywisty – ktoś trzymał nad Kuklińskim parasol ochronny. Kto? Odpowiedź może być dwojaka: albo jeszcze ważniejszy agent CIA, wyżej umocowany, albo służby radzieckie.

Pierwsza ewentualność jest mało prawdopodobna – ryzyko dekonspiracji takiego agenta byłoby zbyt wielkie. Nie ma zresztą sensu poświęcać kogoś ważniejszego dla stojącego niżej w hierarchii. Zostają więc radzieccy…

xxx

Z powyższych cytatów wyłania się obraz osoby zagadkowej, która miała dużo do ukrycia. Jest wiele niewiadomych, jeśli chodzi o początkowy okres życia Kuklińskiego. Przede wszystkim prawie nic nie wiadomo o jego rodzicach. Portal Historykon.pl podaje, że urodził się w rodzinie robotniczej o tradycjach katolickich i związanych z PPS. Ojciec był żołnierzem „Miecza i Pługa”. Z kolei na portalu Histmag w artykule Ryszard Kukliński: Musiałem wybrać – służyć narodowi czy Czerwonemu Imperium jego autorka Anna Szczykutowicz pisze, że „dzieciństwo przerywa mu wojna, w czasie której pomaga kolegom zamkniętym w żydowskim getcie. Jego ojciec, żołnierz AK, zostaje aresztowany przez gestapo”.

W czasie okupacji, 6 sierpnia 1944 roku, a więc w trakcie powstania warszawskiego, wywieziono go do Niemiec. Ale kto i jak? Tego nie wiadomo. 6 stycznia 1946 roku wstąpił do PPR-u. Od 7 marca do 13 kwietnia aresztowany jako podejrzany o napad rabunkowy, ale został zwolniony. Przyczyna zwolnienia nie jest znana. W 1992 roku dokumenty dotyczące tego okresu usunięto z akt sądowych.

W 1950 roku oskarżony o przynależność do AK, „Miecza i Pługa” i „Sierpa i Młota”. Decyzją szefa Sztabu Generalnego z 27 lipca 1950 roku został wydalony z uczelni – Oficerskiej Szkoły Piechoty. Po dwóch tygodniach, 10 sierpnia, po interwencji radzieckiego generała polskiego pochodzenia, Stanisława Popławskiego, został przywrócony do szkoły. 23 września 1950 roku skierowany do dyspozycji Departamentu Personalnego MON, zamiast do działu kadr jednego z okręgów wojskowych.

To tyko niektóre fakty z życiorysu Kuklińskiego, które nie pozostawiają wątpliwości, że był on osobą pod szczególnym nadzorem. Tylko pod czyim? Robert Walenciak w artykule Pompowanie szpiega skłania się do wniosku, że był to parasol radziecki. Do prawdy w tym wypadu zapewne nie dojdziemy, bo wywiady to szpiedzy, często podwójni, potrójni czy może jeszcze jacyś inni. Wszystko tam jest ściśle tajne i zagmatwane. Dostępu do żadnych archiwów nigdy mieć nie będziemy, co często niczego nie załatwia, bo dokumenty są z nich usuwane. Pozostają więc tylko domysły, a te każdy może podważyć, bo brak dowodów.

Co w takim razie pozostaje? Metoda pośrednia, czyli wnioskowanie. W przypadku wywiadów wszystko jest tajne, ale w przypadku wojen wszystko jest jawne, bo wojny dzieją się na naszych oczach, czy oczach tych, którzy wcześniej żyli. Mamy więc do czynienia z faktami, których nikt nie podważa. Z tych faktów można wyciągnąć wnioski. Ja wielokrotnie w swoich blogach udowadniałem, na podstawie tych faktów, że wszystkie te wojny to ustawki. Tak było w przypadku wojny 1920 roku, wojny niemiecko-radzieckiej czy ataku na Pearl Harbor w grudniu 1941 roku, o czym pisałem w blogu „7 grudnia”. Jeśli więc te wojny są ustawkami, to znaczy, że zostały wyreżyserowane, tj. prowadzone według wcześniej napisanego scenariusza. A jeśli tak, to znaczy, że z góry było wiadomo, kto ma być zwycięzcą w takiej wojnie, a kto – przegranym. A to oznacza, że te wszystkie wywiady, ci szpiedzy, podwójni, potrójni, do n-tej potęgi, to jedna wielka ściema, zasłona dymna. Wszystko to tylko po to, by wmówić naiwnym, że konflikt jest autentyczny, że oni walczą ze sobą tak na poważnie, że wykradają sobie jakieś tajemnice wojskowe, projekty nowych broni itp. Jedyne, co w tych wojnach jest prawdziwe, to to, że giną niewinni, niczego nieświadomi ludzie. I to jest prawdziwa tragedia.

Na takie dictum ktoś może powiedzieć, że ja zupełnie sfiksowałem, naćpałem się czegoś i teraz bredzę. Ale był, jakieś 500 lat temu poeta, któremu przypisuje się sentencję: Świat jest teatrem, aktorami ludzie, którzy kolejno wchodzą i znikają.

Oczywiście nie jest tak, że ta zabawa w wywiad jest beztroska. By to wszystko było wiarygodne, to muszą być ofiary i są. Nie przypadkiem więc obaj synowie Kuklińskiego zginęli w nie do końca wyjaśnionych okolicznościach.

Dom wariatów c.d.

Od początku wojny na Ukrainie wmawia się nam, że to nasza wojna i że musimy bronić Ukrainy, bo jeśli nie, to czeka nas ten sam los. Skąd takie pomysły i dlaczego nas tak straszą? I czy oni wierzą w to, co mówią? To są echa pewnego artykułu Juliusza Mieroszewskiego, zamieszczonego w paryskiej „Kulturze” w 1974 roku. Wikipedia tak m.in. o nim pisze:

Jeśli chodzi o stosunek do ZSRR, początkowo był zwolennikiem walki przeciwko niemu „na wszystkich dostępnych nam polach i w każdej dostępnej nam formie”, jednakże w latach późniejszych uznał stosowanie metod siłowych za bezcelowe, nieskuteczne. Dawał wyraz przekonaniu, iż zmiany zachodzące w imperium sowieckim w konsekwencji muszą doprowadzić do jego rozpadu. Zauważał jednak, że problem rosyjski w dalszym ciągu będzie dla Polski aktualny i wymagający rozwiązania. Proponował „demokratyzację” ZSRR, swoisty „eksport europejskości”, co miałoby neutralizować zgubne skutki mechanizmów komunizmu, zarówno wewnątrz imperium, jak i w państwach satelickich. Tego zadania miała się podjąć Polska jako państwo najbardziej zbliżone do Zachodu – zarówno pod względem geograficznym, jak i kulturowym.

W 1974 na łamach „Kultury” sformułował, wraz z Jerzym Giedroyciem, fundamentalną dla polskiej myśli politycznej koncepcję, iż suwerenność Ukrainy, Litwy i Białorusi (ULB) jest czynnikiem sprzyjającym niepodległości Rzeczypospolitej, natomiast zdominowanie tych krajów przez Rosję otwiera drogę do zniewolenia także Polski.

xxx

Ten tekst Juliusza Mieroszewskiego jest uznawany za kamień milowy polskiej myśli politycznej dotyczącej polityki wschodniej. Dziw bierze, że do tej pory nie jest ogólnodostępny w sieci – publicyści z kręgu paryskiej „Kultury” dążyli do upowszechniania ich myśli szerszemu ogółowi. Dziś argumenty Juliusza Mieroszewskiego znalazłyby wielu oponentów – docenić należy odwagę autora piszącego ten tekst w 1974 roku. Artykuł Mieroszewskiego pt. Rosyjski „kompleks Polski” i obszar ULB, pojawił się w numerze 9 (324) paryskiej „Kultury” w 1974 roku. – Tak piszą administratorzy strony, na której został umieszczony ten tekst. Tu link do całego tekstu, który pojawił się na linkowanej stronie 15 maja 2011 roku. https://web.archive.org/web/20110515115116/http://lubczasopismo.salon24.pl/nieuczesane/post/305065,j-mieroszewski-rosyjski-kompleks-polski-i-obszar-ulb

Poniżej wybrane fragmenty:

Jeżeli dla uproszczenia obszar obejmujący Ukrainę, Litwę i Białoruś określimy literami ULB – to należy stwierdzić, że w przeszłości – a poniekąd i dziś – obszar ULB był czymś więcej niż „kością niezgody” pomiędzy Polską a Rosją. Obszar ULB determinował formę stosunków polsko-rosyjskich, skazując nas albo na imperializm, albo na satelictwo.

Jest szaleństwem przypuszczać, że poprzez uznanie problemów ULB za wewnątrzpaństwową sprawę rosyjską – Polska może wyprostować swoje stosunki z Rosją. Rywalizacja pomiędzy Polską a Rosją na tych obszarach miała zawsze na celu ustalenie przewagi, a nie dobrosąsiedzkich stosunków polsko-rosyjskich.

Z punktu widzenia rosyjskiego, wcielenie obszarów ULB do imperium rosyjskiego jest niezbędnym warunkiem umożliwiającym zredukowanie Polski do statusu satelickiego. W perspektywie Moskwy Polska musi być satelicka w takiej czy innej formie. Historia uczy Rosjan, że Polska prawdziwie niepodległa sięgała zawsze po Wilno i Kijów i usiłowała ustalić swoją przewagę na obszarach ULB. Gdyby powyższe dążenia historyczne Polaków zostały uwieńczone powodzeniem – byłoby to równoznaczne z likwidacją pozycji imperialnej Rosji w Europie. Innymi słowy, Polska nie może być prawdziwie niepodległa, jeżeli Rosja ma zachować status imperialny w Europie.

Ja również nie wierzę w system „albo my, albo oni” – nie wierzę, byśmy byli kiedykolwiek w możności odepchnąć Rosję z rogatek Przemyśla pod Smoleńsk. Uważam również, że system powyższy – choć głęboko historycznie zakorzeniony – jest dziś anachronizmem, barbarzyńskim anachronizmem. Ukraińcy, Litwini i Białorusini w dwudziestym wieku nie mogą być pionkami w historycznej grze polsko-rosyjskiej.

Pragnąłem wykazać, że system „my albo oni” – choć czerpie swą moc z wielowiekowej tradycji – jest w gruncie rzeczy zatrutym źródłem. Musimy szukać kontaktów i porozumienia z Rosjanami gotowymi przyznać pełne prawo do samostanowienia Ukraińcom, Litwinom i Białorusinom i, co również ważne, musimy sami zrezygnować raz i na zawsze z Wilna, Lwowa i z jakiejkolwiek polityki czy planów, które by zmierzały do ustanowienia w sprzyjającej koniunkturze naszej przewagi na Wschodzie kosztem cytowanych wyżej narodów. Tak Polacy, jak i Rosjanie muszą zrozumieć, że tylko nieimperialistyczna Rosja i nieimperialistyczna Polska miałyby szansę ułożenia i uporządkowania swych wzajemnych stosunków. Musimy zrozumieć, że każdy imperializm jest zły, zarówno polski, jak rosyjski – zarówno zrealizowany, jak i potencjalny, czekający na koniunkturę.

xxx

To są fragmenty, ale zachęcam do przeczytania całości, choćby pobieżnie. Jeśli ten tekst jest uznawany za kamień milowy polskiej myśli politycznej dotyczącej polityki wschodniej, to ręce opadają. Przede wszystkim, jeśli już, to myśli politycznej tych, którzy utożsamiają się z byłym Wielkim Księstwem Litewskim. Do nich należy zapewne Giedroyć i Mieroszewski, choć ten ostatni był prawdopodobnie krakowskim Żydem. Ten tekst to jakieś grafomaństwo. Autor nie wspomina o tym, skąd się wzięło WKL. A przecież jest to podstawa, by zrozumieć stosunek Rosji do tych ziem, które on nazywa ULB.

To ziemie byłej Rusi Kijowskiej. W wyniku jej rozbicia dzielnicowego i mongolskich najazdów stała się ona łatwym łupem dla Litwinów. Państwo litewskie było słabym państwem i nie miało szans, by samodzielnie utrzymać na dłuższą metę kontrolę nad tak ogromnym obszarem i obronić je przed zakusami rosnącej w siłę Moskwy. Taki był interes WKL czy ULB, jak zawał, tak zwał. Nigdy to nie był interes Polski. Po unii lubelskiej, która się dokonała za rządów Jagiellona – Zygmunta Augusta, a więc nie Polaka, Korona została całkowicie zdominowana przez WKL i jej interes był ważniejszy, niż interes Korony. Interesem Korony było odzyskanie ziem utraconych na zachodzie, a interes WKL koncentrował się na wschodzie. Polegał on na utrzymaniu ziem byłej Rusi Kijowskiej oraz dążeniu do odzyskania tego, co wcześniej ono straciło na rzecz Moskwy. I takie zadanie miał też Batory, który nie mówił po polsku. Pacta conventa zawierały punkt, mówiący o tym, że każdy król elekcyjny będzie dążył do odzyskania ziem utraconych przez WKL. O tym autor nie wspomina i nawet nie wyjaśnia, dlaczego to Polska miałaby się tam angażować.

Cały konflikt autor rozpatruje w kategoriach skrajnych: albo imperializm, abo satelictwo. A więc interes WKL czy ULB nazywa polskim imperializmem, czyli że to Polacy dążyli do zdominowania WKL, by Rosja nie podporządkowała go sobie. A przecież było dokładnie odwrotnie. To Litwini chcieli zachować swoje zdobycze imperialne i nie dopuścić do ich utraty na rzecz Moskwy. To był konflikt elit WKL z Moskwą. I ten stan trwa do dziś. Obecna Polska jest również zdominowana przez wschodnie elity, a emigracja „polska” też, bo paryska „Kultura”, to Giedroyć, a Giedroyć to Litwa. I te wschodnie elity są antyrosyjskie i to one straszą rosyjskim imperializmem. Czasem mam wrażenie, że na tym wschodzie był tylko jeden normalny człowiek – Józef Mackiewicz. On pisał po polsku, ale nie uważał się za Polaka. Utożsamiał się z tym, co kiedyś było Wielkim Księstwem Litewskim i często podkreślał w swojej twórczości różnice pomiędzy Polską a ziemiami byłego WKL. Niestety reszta uważa się za Polaków i według własnych kryteriów definiuje interes Polski, który tak naprawdę jest interesem byłego WKL.

Państwa we władaniu dynastii Jagiellonów pod koniec XV wieku; źródło: Wikipedia. Na tej mapie widać wyraźnie jak daleko na wschód sięgało WKL.
Korona Królestwa Polskiego i Wielkie Księstwo Litewskie przed unią lubelską (1561); źródło: Wikipedia. Tu widać ziemie utracone przez WKL na rzecz Moskwy. I to do ich odzyskania zobowiązywali się królowie elekcyjni.
Wielkie Księstwo Litewskie (ciemny czerwony) w ramach Rzeczypospolitej ok. 1635; źródło: Wikipedia. Widać na tej mapie, że nie doszło do odzyskania na wschodzie wszystkich ziem, będących we władaniu Jagiellonów pod koniec XV wieku. Gdzie zatem ten polski imperializm? Włączenie do Korony południowej części WKL dokonało się za życia ostatniego Jagiellona – Zygmunta Augusta.

O co tak naprawdę chodzi w tym dziejowym konflikcie, w którym Rosję oskarża się o imperializm? Jest to konflikt prawosławia kijowskiego z prawosławiem moskiewskim. Jako że prawosławie kijowskie od początku było słabsze od moskiewskiego, to od początku szukało pomocy na zewnątrz, a że Polska była najbliżej, to ona właśnie jako pierwsza została wciągnięta w tę hucpę. To słowo nie zostało tu użyte przypadkowo. I dziś jest tak samo. Ukraina szuka pomocy na zewnątrz.

Dla Rosji podstawą jej polityki jest podporządkowanie wszystkich państw, w których dominuje prawosławie. Ziemie byłej Rusi Kijowskiej to prawosławie, a więc zgodnie z rosyjską doktryną, muszą podlegać Rosji. I wedle tych wschodnich elit, zainstalowanych w Polsce, jest to imperializm rosyjski. A Rosja te ziemie definiuje jako bliską zagranicę i nie zamierza tolerować nikogo, kto będzie chciał ten stan zmienić. Mamy więc tu do czynienia nie z imperializmem, tylko z wojną religijną, choć być może jest to wyższa forma imperializmu. O tym jednak nikt nie wspomina, bo to oznaczało by przeniesienie go na zupełnie inną płaszczyznę.

Czy Polsce coś grozi ze strony Rosji? Czy Rosja może zaatakować Polskę? Jeśli Polska sprowokuje, to różnie może być. Jednak Rosja nie musi atakować Polski, bo Polska jest już, w pewnym sensie, podbita przez Rosję. Rosja podbija Polskę prawosławiem od czasu, gdy po kongresie wiedeńskim „łyknęła” lwią część byłego Księstwa Warszawskiego. Na ziemiach Królestwa Polskiego zainstalowała swoją administrację, w której dominowali prawosławni Rosjanie. Napłynęło więc do Królestwa mnóstwo prawosławnych, którzy rozproszyli się po całym jego obszarze. A że potrzebne były im cerkwie, to i je zbudowano. Po upadku caratu ci ludzie nie wrócili do Rosji bolszewickiej, bo nie mieli do czego wracać. To było już trzecie czy czwarte pokolenie, ludzie zasymilowani, zajmujący często wysokie stanowiska, pewnie od urodzenia mówiący po polsku. Zostali w Polsce. Po II wojnie światowej z Kresów przesiedlano głównie mniejszości kresowe, czyli prawosławnych. Po 24 lutego 2022 – wyłącznie prawosławnych. Bardzo możliwe, że już obecnie prawosławni mieszkańcy Polski stanowią większość. Wprawdzie część z nich może być prawosławnymi kijowskimi, ale gdy wojna skończy się, a skończy się zwycięstwem Rosji, to oni wrócą do cerkwi moskiewskiej. Prawosławni zawsze będą bardziej lojalni wobec Rosji niż Polski. I na tym polega ten podbój.

Ci przybysze ze wschodu, poprzez swoje antyrosyjskie fobie, wciągają Polskę w wojnę z Rosją, wmawiając, że jest to polski interes. A przecież tak nie jest i tak nie było. Jan Długosz (1415-1480) pisał:

„… I ja, piszący te Kroniki, czuję niemałą pociechę z ukończenia wojny pruskiej [trzynastoletniej], odzyskania krajów z dawna od Królestwa Polskiego odpadłych i przyłączenia Prus do Polski (…) Byłbym jeszcze szczęśliwszy, gdybym doczekał się odzyskania (…) i zjednoczenia z Polską Śląska, ziemi lubuskiej i słupskiej (…) Z radością zstępowałbym do grobu i słodszy miałbym w nim odpoczynek”.

Jak obcy i niezrozumiały wydźwięk ma dla mnie to, co napisał Juliusz Mieroszewski i jak bardzo to kontrastuje z tym, o czym pisał Długosz. Od unii lubelskiej nie ma już Polski. Jest coś innego. Jest kraj Zulu-Gula, który jeszcze nazywają Polską.

Polactwo

Jeden z komentujących pod blogiem „Polskość” wspomniał o książce Ziemkiewicza Polactwo. Ukazała się ona w 2004 roku. Tematycznie wiąże się ona z zagadnieniem polskości, więc wypada, chociaż trochę, przybliżyć sobie sposób, w jaki autor podchodzi do tego zagadnienia. Nie czytałem tej książki, bo mnie do niej zniechęcił jej tytuł. Znalazłem jednak w internecie dostępne za darmo jej fragmenty. Z nich wybrałem perę akapitów, by je tu przytoczyć. W moim przekonaniu wystarczy to, by zorientować się, w jakim stylu pisze Ziemkiewicz i poznać sposób jego argumentacji. Zanim jednak do nich przejdę, to parę podstawowych faktów o tej książce. Wikipedia m.in. pisze:

Zdaniem autora tytuł książki oznacza pewien stan umysłu charakteryzujący się mentalnością postpańszczyźnianą i postpeerelowską. W przypadku mas mentalność ta ma się objawiać cwaniactwem i brakiem pojęcia dobra wspólnego, w przypadku elit zwracaniem się przeciwko własnemu narodowi i narzucania mu cywilizacji importowanej. W zamyśle autora nie miało to być więc pogardliwe określenie Polaków.

Polactwo okazało się bestsellerem i wywołało ożywioną dyskusję w telewizji i na forach internetowych. Wydawanie książki było kilkakrotnie wznawiane, między innymi w latach 2007, 2008, 2012 i 2020. Książka była wielokrotnie cytowana w publikacjach naukowych. Zainteresowanie książką utrzymywało się dość długo – przykładowo, Magazyn Literacki „Książki” wymienił ją na liście bestsellerów października 2012.

Po latach krytyce podlegała jednak zawarta w książce Ziemkiewicza drwina z rzekomej roszczeniowości społeczeństwa polskiego, wyrażona przezeń następującymi słowy: „Każdego dnia polactwo, doprowadzone do totalnego skołowania, sfrustrowane, skundlone, oduczone troski o jakiekolwiek wspólne dobro, wymusza na swoich elitach taką właśnie politykę. Aby pod siebie. Aby do jutra”. Jakub Majmurek ironizował: „Wyobraźmy sobie reakcję środowisk, w których dziś czytuje się Ziemkiewicza, gdyby ktoś tak napisał o beneficjentach 500 plus”.

Teresa Bochwic upatrywała w tytułowym neologizmie „odrażającej nazwy, kojarzącej się w oczywisty sposób z robactwem”. Wojciech Chlebda pisał, iż termin „polactwo” został przez Ziemkiewicza utrwalony jako określenie „biernej, niechętnej zmianom i wstecznej części polskiego społeczeństwa postpeerelowskiego”.

xxx

W tygodniku Do Rzeczy, z okazji kolejnego wydania książki, ukazał się 27 sierpnia 2020 roku artykuł „Polactwo”. Wznowienie kultowej publicystyki Rafała Ziemkiewicza (https://dorzeczy.pl/kraj/151652/polactwo-wznowienie-kultowej-publicystyki-rafala-ziemkiewicza.html). A w nim opinie czytelników:

  • Świetny styl i wnikliwa analiza polityczna. Można się nie zgadzać, ale znać warto.
  • Wspaniała polszczyzna. Cięty humor. Wnikliwe obserwacje. Kurs historii najnowszej.
  • Gorzkie, szczere, skłaniające do myślenia 
i otwierające oczy.

  • Warta polecenia, jeżeli ktoś ma nerwy ze stali.
  • Kawał bardzo dobrej publicystyki pod prąd.

  • Ta książka to gorzka pigułka do przełknięcia. Autor brutalnie obnaża nie tylko świat wokół nas, ale i nas samych. Polecam gorąco!
  • Polecam ją każdej osobie, której troska o wspólnotę jaką tworzymy, nie jest obca.
  • Uwielbiam. Polactwo powinno obowiązywać 
w szkołach w temacie historii najnowszej.
  • Nie zawiodłem się…, ale wstrząsnąć – wstrząsnęło.

Trudno się dziwić takim komentarzom, bo przecież w tym tygodniku pisuje Ziemkiewicz. W internecie można przeczytać fragment tej książki (https://www.google.pl/books/edition/Polactwo/ZQ9NDgAAQBAJ?hl=pl&gbpv=1&pg=PT3&printsec=frontcover) i z niego wybrałem poniższe cytaty.

O I-wszej Rzeczypospolitej

To nie jest książka o historii, ale zacznijmy od niej. Bo Polacy mają w swej historii doświadczenie szczególne, obce większości narodów. Polacy mieli kiedyś państwo, które stanowiło jedną z największych potęg ówczesnego świata, górujące pod każdym względem nad sąsiadami, rozległe, obfitujące we wszystkie możliwe bogactwa – i w ciągu kilku zaledwie pokoleń doprowadzili je do zagłady. Ich państwo rozleciało się jak domek z kart, nie dlatego, że najechała je potęga, której nie było w stanie się przeciwstawić, nie wskutek jakichś kataklizmów, epidemii, trzęsień ziemi, powodzi, ale dlatego, że po prostu do imentu (od weg. iment – oznacza „całkowicie, do cna, gruntownie” i znane jest głównie z gwary – przyp. W.L.) przegniło. Nie miało ani władzy, ani egzekucji praw, ani sprawnej gospodarki, ani aparatu sprawiedliwości, ani armii, ani obywateli, którzy byliby gotowi, w imię wspólnego dobra, wyrzec się choć drobnej części swoich stanowych przywilejów. Zabił je nie żadem historyczny determinizm, tylko głupota jego własnych mieszkańców, ich zamiłowanie do powszechnego bałaganu, który zwykł utożsamiać z wolnością, nieodpowiedzialność, intelektualna i moralna degrengolada, a wreszcie kompletny brak elit politycznych, które byłyby w stanie zdefiniować narodowe interesy i kierować nimi.

Osobliwość naszego narodu polega jednak na tym, że ma w swych dziejach taką katastrofę – ale na tym, że od kilkuset lat żyjąc w jej cieniu, wypracował niepowtarzalną umiejętność nieprzyjmowania tego, co się stało do wiadomości i co za tym idzie – niewyciągania ze swojej historii jakichkolwiek wniosków.

Do dziś w dawnej, upadłej Rzeczypospolitej nie chcemy widzieć kraju, o którym ojciec ekonomii Adam Smith w swoim opisaniu świata odnotował zwięźle, że o ile mu wiadomo, nie produkuje się tu niczego prócz najprostszych rzeczy, niezbędnych do domowego użytku.

O gwarancjach

Gdyby ta obrona trwała dwa czy trzy miesiące, Anglia z Francją też nie zaatakowałyby w tym czasie Niemiec, bo po prostu nie miały czym! Potencjał zbrojny naszych sojuszników nie był, sprawdziłem w źródłach z epoki, nieznany. Mówi się, że podpisując owe sławne gwarancje, Francja i Anglia doskonale zdawały sobie sprawę, iż pomocy nam nie udzielą. Więc dlaczego je podpisały? To akurat proste jak w pysk dał: żeby zyskać na czasie. Zdając sobie sprawę ze swego nieprzygotowania do zbrojnej konfrontacji, postanowiły skierować pierwsze uderzenie Niemiec na wschód, na Polaków, aby przez te kilka miesięcy wzmocnić swoją obronę.

Cóż za cynizm, przyjęło się to komentować. Cynizm? Polityka międzynarodowa nie zna takiego pojęcia. Przywódcy Wielkiej Brytanii i Francji mieli obowiązek kierować się interesem swoich krajów, a nie Polski. Zamiast zżymać się na nich, zapytajmy: a co nasi mężowie stanu? Czy oni tego wszystkiego nie widzieli, nie rozumieli? Jeśli nie zadali sobie trudu sprawdzić, jaki jest rzeczywisty militarny potencjał mocarstw, które nam swoje gwarancje obiecały, zastanowić się, na ile perspektywa ich pomocy jest realna, przemyśleć ich grę, jeśli wierzyli, że Niemcy dadzą się gwarancjami naszych bezsilnych sojuszników zastraszyć, nagle zatrzymają rozpędzone już przygotowania do wojny – to wypada stwierdzić, że byli idiotami. Jeśli zaś o wszystkim wiedzieli i mimo to podpisali układ, który oznaczał dla bezbronnego kraju nieuchronną klęskę i rzeź to byli idiotami tym bardziej! Dlaczego uparcie od pół wieku nie chcemy tego przyznać, tylko nosimy w sobie pretensję do zachodnich aliantów o graniczącą ze zbrodnią głupotę naszych własnych przywódców.

O Balcerowiczu

Nic tej chorobliwej sytuacji nie obrazuje bardziej dobitnie niż nienawiść, jaką żywi polactwo do człowieka uważanego za symbol polskich przemian. Leszek Balcerowicz jest jednym z nielicznych Polaków, których nazwisko jest dziś rozpoznawalne na świecie.

U nas tymczasem, w Polsce, wychodzi ot, taki sobie naiwny cwaniaczek, wykształcenie rolnicze zawodowe i publicznie nazywa profesora Balcerowicza idiotą. „Ekonomicznym” idiotą, uściśla, i dodaje do tego jeszcze bandytę, łobuza tudzież szereg innych kwiecistych epitetów. Ale te na razie zostawmy, skupmy się tylko na tym drobnym fakcie, że oto ekonomiczną wiedzę człowieka wysoko cenionego przez największych w tej dziedzinie fachowców na świecie u nas weryfikuje negatywnie osobnik, który skończył przysłowiowe trzy klasy i czwarty korytarz. A polactwo, które tego słucha, zamiast parsknąć śmiechem i posłać głąba gdzie jego miejsce, do kopania buraków – bije mu brawo. Prawie jedna trzecia zgłasza gotowość wybrania go premierem bądź prezydentem Rzeczypospolitej, a pięćdziesiąt parę procent deklaruje w badaniach, że ufa właśnie jemu, nie Balcerowiczowi.

Dodajmy, że pięćdziesiąt parę lub nawet więcej procent ankietowanych twardo podpisuje się w naszym kraju pod stwierdzeniem tego rodzaju, że za materialny poziom życia każdego odpowiada państwo, że rząd ma obowiązek zapewnić miejsca pracy, że państwo powinno przeznaczać pieniądze w pierwszym rzędzie na dotowanie deficytowych przedsiębiorstw i utrzymanie w nich zatrudnienia, a dopiero kiedy ewentualnie coś mu zostanie – na inwestycje w przyszły rozwój gospodarczy (tak! Było takie badanie!). Zapamiętajmy te pięćdziesiąt parę procent i wszystkie te sondaże, bo jasno pokazują, jaką część mieszkańców Polski stanowi polactwo.

xxx

Pisze Ziemkiewicz, że Polacy mieli państwo, które stanowiło jedną z największych potęg ówczesnego świata. Tylko że nie uzasadnił tego. Na czym niby ta potęga miała się opierać? Przede wszystkim nie było to państwo polskie, tylko unia. Potężne pod względem obszaru państwo zostało połączone z Koroną. Wcześniej przez ponad 180 lat Jagiellonowie niszczyli Koronę w sensie gospodarczym, politycznym, społecznym, dostosowując ją w ten sposób do „standardów” dzikiego, feudalnego Wielkiego Księstwa Litewskiego, powstałego wskutek litewskich podbojów. Wykorzystali oni moment rozpadu dzielnicowego Rusi Kijowskiej i mongolskie najazdy na te tereny i podporządkowali sobie potężny obszar. Obszar, na którym siedzieli wielcy feudałowie litewscy i ruscy. W Koronie tak potężnych feudałów nie było, więc szybko została ona podporządkowana interesom WKL. A w nim dominowało litwactwo, białoruteniactwo i i rusiniactwo (ukrainiactwo).

Pisze też, że brakowało elit politycznych, które mogłyby zdefiniować narodowe interesy. Elitami politycznymi tego dziwacznego tworu byli wielcy feudałowie, których interesem była chęć utrzymania swoich małych państewek i tylko to ich interesowało. A do tego trzeba jeszcze dodać, że Jagiellonowie nie byli Polakami, podobnie jak Wazowie i Sasi.

Cytując Adama Smitha przeczy Ziemkiewicz swemu twierdzeniu, że to była jedna z największych potęg ówczesnego świata. Skoro niczego tam nie produkowano, to nic nie mogło się rozwijać, ani handel, ani usługi, ani kultura, nauka i oświata.

x

W przypadku francuskich i angielskich gwarancji Ziemkiewicz całkowicie rozgrzesza polityków obu nacji, bo przecież w polityce międzynarodowej nie ma takiego pojęcia jak cynizm i całą winę zrzuca na polskich mężów stanu, nazywając ich idiotami. W sumie dobre to tłumaczenie, ale dla… idiotów. Nie wątpię w to, że większość entuzjastów jego twórczości właśnie do tej kategorii należy.

Polscy mężowie stanu, jak ich nazywa Ziemkiewicz, nie byli idiotami, wręcz przeciwnie, byli bardzo inteligentni. Niestety nie reprezentowali interesów państwa polskiego, tylko interesy masońskie i tych, którzy za nimi stali. Bez względu na to, czy byłyby te gwarancje, czy – nie, jedyną sensowną decyzją było by poddanie się bez walki. Niemcy mieli druzgocącą przewagę pod każdym względem i mogli zaatakować z trzech stron. To są fakty, które były znane i widoczne wszystkim ówczesnym politykom i wojskowym. Jeśli jednak podjęto walkę zbrojną, to znaczy, że ktoś potężniejszy kazał im tak postąpić. Gwarancje były tylko i wyłącznie po to, by usprawiedliwić ich decyzje, bo bez nich trudno chyba było by zmobilizować wojsko i społeczeństwo do podjęcia oporu. Bo, co by było, gdyby II RP poddała się? Wtedy Niemcy musieliby zająć całe państwo. Nie mogliby się zatrzymać tam, gdzie się zatrzymali, bo wyglądało by to dziwnie: wypowiedzieli wojnę, przeciwnik poddał się, a oni zajęli tylko połowę państwa. Dlatego Polacy musieli walczyć w bezsensownej wojnie, by mogło dojść do zrealizowania paktu Ribbentrop-Mołotow. No, ale dla czytelników Ziemkiewicza jest to chyba zbyt wyrafinowana interpretacja.

A tak na marginesie, odroczenie napadu na Francję o parę miesięcy nie pomogło. Niemcy mieli 126 dywizji i 10 pancernych, Francja – 135. A więc siły były mniej więcej wyrównane. 51 dywizji francuskich i brytyjskich z niewielką pomocą Belgów i Holendrów musiało walczyć z ponad 70 dywizjami niemieckimi. Grupa 5 dywizji pancernych i 3 zmotoryzowanych została skierowana przez Ardeny na Sedan i Montherme. A tam od Sedanu po Hirson nad Oise, wzdłuż frontu o długości 50 mil znajdowały się jedynie dwie dywizje regularnej armii, a reszta nie przedstawiała pełnej gotowości bojowej. I nie było tam odwodów strategicznych. 43 dywizje francuskie z odwodami stały na linii Maginota, a po drugiej stronie było tylko 17 dywizji niemieckich. Niemcy zaatakowali od strony Holandii i Belgii i przez Ardeny. Te informacje pochodzą z monumentalnej pracy W. Churchilla II wojna światowa. Wygląda więc na to, że Francuzi byli idiotami, bo w Ardenach zostawili otwartą furtkę. Co więcej, stamtąd wiodła najkrótsza droga do Paryża, a więc byli idiotami tym bardziej! Tak pewnie skonstatowałby Ziemkiewicz. Otóż idiotami nie byli. Widocznie tak, jak w przypadku Polaków, rozkaz przyszedł z góry i trzeba było go wykonać.

x

Gloryfikuje Ziemkiewicz Balcerowicza, prawie uważa go za świętość i skarb narodowy, bo przecież to jeden z nielicznych Polaków, o których świat usłyszał. A prawda jest taka, że udzielił on tylko temu projektowi swego nazwiska. Nawet nie Jeffrey Sachs – o którym Wikipedia pisze, że był ekonomicznym doradcą rządów w Ameryce Łacińskiej, Europie Wschodniej, krajach byłego ZSRR, Azji i Afryce – był autorem tego planu. No proszę, w jakim to doborowym towarzystwie przyszło nam się znaleźć. Doradzał stosowanie tzw. terapii szokowej, zgodnie z którą reformy gospodarcze powinny być wprowadzane w możliwie szybki sposób. Przykładami terapii szokowej w Europie Środkowej i Wschodniej są plan Balcerowicza i Reforma Gajdara. Po raz pierwszy terapię szokową zastosowano w Chile po zamachu stanu generała Augusto Pinocheta w 1973 roku, co określano później jako chilijski cud. W 1973 roku Jeffrey Sachs miał 19 lat.

Podstawą planu Balcerowicza była ideologia liberalizmu gospodarczego, czyli wolnego rynku. Sprowadzało się to do tego, że wszystkie nierentowne zakłady i przedsiębiorstwa należało zlikwidować, a rentowne – sprywatyzować. Nikt nie wnikał w szczegóły, jak to się stało, że tak wiele przedsiębiorstw stało się deficytowymi. Stało się tak, bo przez całą dekadę lat 80-tych pracowano nad tym, bo już wtedy wiedziano, jakie są plany wielkich tego świata. Wciskano ludziom ciemnotę, że ustrój komunistyczny jest niewydolny i trzeba dokonać zmian. I tak się stało. Jak na komendę na przełomie lat 80-tych i 90-tych komunizm w krajach Europy Wschodniej i w Związku Radzieckim zbankrutował. Ale jakimś dziwnym trafem w Chinach miał się dobrze, a obecnie ma się nawet lepiej. Tyle że w tamtym czasie nikt nie zwracał uwagi na Chiny i nie było wiadomo, czy tam będzie tak samo, jak w Europie. Wszyscy byli zajęci tym, co się działo na ich własnym podwórku.

Dobrze pamiętam tamten czas i dobrze pamiętam, że jeden fakt zwrócił moją uwagę. Wszystko, co było ich zdaniem nierentowne, wszystko to likwidowano, ale był jeden wyjątek. Banki! Banki były tak samo zadłużone, jak inne przedsiębiorstwa, co w ich wypadku oznaczało posiadanie złych kredytów, tj. niespłacalnych. To było oczywiste, bo skoro doprowadzano świadomie przedsiębiorstwa do upadku, to siłą rzeczy banki, które udzielały im kredytów, również musiały podzielić ich los. Tu jednak nastąpił wyjątek. Banków nie zlikwidowano. Najpierw je oddłużono na koszt skarbu państwa, a dopiero później sprzedano. Co oznaczało, że ten liberalizm i wolny rynek, to ściema. Cała więc operacja polegała na tym, by zlikwidować polskie przedsiębiorstwa, państwową sieć handlową i tym samym zrobić miejsce na rynku dla międzynarodowych korporacji. Czy zatem Andrzej Lepper tak bardzo się mylił, gdy nazwał Balcerowicza ekonomicznym idiotą? Oczywiście nie był on nim, ale oficjalnie przyjął na siebie rolę orędownika tego przekrętu, więc Lepper oficjalnie nazywał go ekonomicznym idiotą, choć zapewne zdawał sobie sprawę z tego, że Balcerowicz był figurantem.

„Dodajmy, że pięćdziesiąt parę lub nawet więcej procent ankietowanych twardo podpisuje się w naszym kraju pod stwierdzeniem tego rodzaju, (…) że państwo powinno przeznaczać pieniądze w pierwszym rzędzie na dotowanie deficytowych przedsiębiorstw i utrzymanie w nich zatrudnienia, a dopiero kiedy ewentualnie coś mu zostanie – na inwestycje w przyszły rozwój gospodarczy (tak! było takie badanie!). Zapamiętajmy te pięćdziesiąt parę procent i wszystkie te sondaże, bo jasno pokazują, jaką część mieszkańców Polski stanowi polactwo.”

A więc według Ziemkiewicza ludzie, którzy domagali się, by ich zakłady pracy potraktować tak samo, jak banki, to polactwo. Jak wiele pogardy jest w tym człowieku dla innych, szczególnie dla tych mniej wykształconych i wykonujących prace fizyczne. Pogarda dla tego typu ludzi to PRL-owski wynalazek ówczesnych elit, które były zdominowane przez Żydów.

x

„Chamuś w gumofilcach, podkoszulku i beretce, jak z satyrycznych rysunków Krauzego, stał się polskim bożkiem i wyrocznią. To on mówi elitom, czego chce naród. To pod jego kątem układa polityczne programy, to na jego rozum przykrawają świat media.”

W tym cytacie nie ma krzty prawdy. Tak nie wyglądał przeciętny robotnik w PRL-u, ani później również. A czy elity słuchają go i pod niego układają programy polityczne? Być może tak, ale jeszcze nigdy ich nie zrealizowały w praktyce, więc wpływ tego „chamusia” na rzeczywistość był i jest zerowy. Pogarda dla zwykłego człowieka, to cecha pewnych ludzi. O nich pisałem w blogu „Kim oni są?” Do nich również należy Ziemkiewicz.

Teresa Bochwic upatrywała w tytułowym neologizmie „odrażającej nazwy, kojarzącej się w oczywisty sposób z robactwem”. W moim odczuciu bardziej chodziło o słowo „buractwo”. Nie ulega wątpliwości, że krytyczne spojrzenie na naszą rzeczywistość jest jak najbardziej wskazane, ale wypada, by było ono bezstronne. Jeśli już chce Ziemkiewicz używać tego określenia, to niech będzie konsekwentny. W tak wymieszanym społeczeństwie mieszka nie tylko polactwo, ale również litwactwo, białorutniactwo, ukrainiactwo i żydłactwo.

Jedni „intelektualiści” piszą, że polskość to wielokulturowość i wieloetniczność, a inni, że – nienormalność, a jeszcze inni, że – polactwo, udając, że nie wiedzą, że I RP była właśnie wielokulturowa i wieloetniczna i że konsekwencje tego stanu trwają do dziś. Każdy pisze tak, jak mu wygodniej, albo jak mu zlecono.

Polskość c.d.

W blogu „Polskość” ustosunkowałem się do stwierdzenia Donalda Tuska, że „polskość to nienormalność”. I teraz postaram się uzasadnić, że on miał rację. Tylko najpierw trzeba tę „polskość” zdefiniować. A więc trzeba zacząć od tego, co inni na ten temat pisali. Ale może na początek definicja słownikowa. Mały Słownik języka polskiego PWN 1968 tak definiuje to słowo: polskość – zespól cech polskich, polski charakter czego; przynależność do narodu polskiego. Internetowy Wielki słownik języka polskiego definiuje polskość jako zespół cech charakterystycznych dla Polaków – ich kultury, tradycji, wartości.

Tygodnik Przegląd zamieścił 6 września 2021 artykuł Czym jest polskość, który jest fragmentem książki Andrzeja Romanowskiego Pamięć gromadzi prochy. Szkice historyczne i osobiste (https://www.tygodnikprzeglad.pl/czym-jest-polskosc-2/). Poniżej wybrane fragmenty:

To się zmieniło po I wojnie – nie tyle jednak po roku 1918, ile po roku 1921, który ostatecznie ustalił kształt nowego państwa. A państwo to powstało jako twór całkowicie nowy: po raz pierwszy od Kazimierza Wielkiego obyło się bez Rusi, po raz pierwszy od Jagiełły – bez Litwy. To znaczy: w obrębie II RP pozostały wprawdzie takie ruskie i litewskie miasta, jak Lwów i Wilno, jednak nie były one nośnikami własnych idei państwowych: służyły Polsce. Co jednak pozostało z dawnej polskości? Oprócz pamięci zbiorowej, oprócz utworów z literatury pięknej i pomników historiografii byli to przede wszystkim egzulanci. Zjawisko to pojawiło się jeszcze w XVII w., gdy Rzeczpospolita utraciła ziemie naddnieprzańskie, a ich mieszkańcy przenieśli się w jej granice. W dwudziestoleciu w granice II RP przenieśli się ludzie z Litwy oraz z sowieckiej Białorusi i sowieckiej Ukrainy: był wśród nich Jarosław Iwaszkiewicz. A przecież do grona egzulantów należy zaliczyć także Jerzego Giedroycia, Czesława Miłosza i Stanisława Stommę. Ostatnie relikty I Rzeczypospolitej odeszły bowiem na naszych oczach, a „Znak”, którego Stomma był pierwszym redaktorem, do dziś dotyka szczególnego nerwu polskości.

A więc tym szczególnym nerwem polskości byli tzw. egzulanci, tacy m.in. jak Ukrainiec Iwaszkiewicz, czy Litwini: Giedroyć, Miłosz i Stomma. I byli jeszcze Białorusini, niewymienieni tu z nazwiska.

Czy więc dziś, definiując polskość, potrafimy odejść od uwarunkowań ideologicznych? Czy pamiętamy o wielkości terytorium, na którym się ona rozwijała? Czy zdajemy sobie sprawę z zasadniczej różnicy, jaka Polaka dzisiejszego dzieli od jego przodków? Czy przyjmujemy do wiadomości, że polskość jest zawsze (niemal zawsze?) pojęciem szerszym niż aktualne polskie twory państwowe? Czy nasze dziedzictwo obejmuje także polski komunizm, Polonię sowiecką i państwo, które nazywało się PRL? Czym jest polskość?

Według autora polskość jest zawsze pojęciem szerszym niż aktualne polskie twory państwowe. Innymi słowy czymś rozmytym, nieprecyzyjnym, a może nawet mistycznym. Trąca to trochę psychiatrykiem.

To państwo – choć jeszcze pod tradycyjną nazwą Rzeczypospolitej Polskiej – pojawiło się w roku 1945. Pojawiło się na trupie Rzeczypospolitej Niepodległej. A powstanie tego państwa to było już coś znacznie więcej niż obycie się Polski bez Rusi i Litwy. Teraz – pierwszy raz od średniowiecza – Polacy znaleźli się sami. Żydzi zostali wymordowani, Niemcy wygnani, Ukraińcy przesiedleni. Życie bez Innego – to była nasza nowa sytuacja egzystencjalna. Tymczasem – zauważał we wspomnianej ankiecie Józef Czapski – to „Polska wielonarodowa jest Polską, a nie Polska czystej krwi”.

Nie ma więc w Polsce Żydów i Ukraińców? Nie było przesiedleń mniejszości kresowych na tzw. Ziemie Odzyskane? No i mamy już bardzo precyzyjną definicję polskości według Józefa Czapskiego. Jeśli Polska czystej krwi, w domyśle piastowska, nie była Polską, to czym była?

Czym więc jest polskość dziś? Jakie treści nadają temu pojęciu szkoła, Kościół, media? A cokolwiek powiemy o różnicy między Polakiem historycznym a Polakiem dzisiejszym – w jakim stopniu potrafimy żyć tradycją dawnego, wielonarodowego i wielokulturowego państwa?

Stopienie uroczystości państwowych z kościelnymi, w połączeniu z etniczną homogenicznością społeczeństwa, zdaje się świadczyć, że prawdziwy Polak to Polak katolik. Równanie takie niosło jednak zawsze treść dla polskości zawężającą. Czy dziś, w tej naszej nowej sytuacji egzystencjalnej, trafi ono na grunt podatny? Byłoby to po raz kolejny wbrew tradycji. Wszak był i taki czas, że w Sejmie Rzeczypospolitej katolicy stanowili mniejszość. A cóż mówić o wkładzie w polską kulturę protestantyzmu, poczynając od Mikołaja Reja? Cóż mówić o takich nurtach polskości, jak postawy antyklerykalne (nieraz widoczne u przedrozbiorowej szlachty), jak tendencje laickie, wolnomyślicielskie, kosmopolityczne? A Rusini piszący w XVII wieku po polsku? A polsko-czesko-niemieccy Ślązacy? A wszelkie inne zjawiska pogranicza etnicznego i kulturowego, które tak nieraz trudno zakwalifikować do piśmiennictwa jednego narodu, a które również wzbogacają wielobarwną paletę polskości?

Czyli nasza tradycja, to państwo wielonarodowe i wielokulturowe. A wcześniej według Romanowskiego niczego nie było.

xxx

Adam Szostkiewicz pojęciu polskości poświęca swój artykuł w „Polityce” Co to znaczy być Polakiem?, który ukazał się 17 lipca 2010 roku. Oryginalny tytuł tekstu to „Polskość i inne ości” (https://www.polityka.pl/tygodnikpolityka/kraj/1507074,1,co-to-znaczy-byc-polakiem.read). Poniżej wybrane fragmenty:

Bo tak jak nie ma jedynej definicji patriotyzmu, nie ma też jedynego rozumienia polskości. Ta wielość jest przejawem bogactwa naszej historii i kultury.

Świeżym przykładem tych dzisiejszych trudności z polskością była akcja polskiego księdza (zresztą o korzeniach ormiańskich) Tadeusza Isakowicza-Zaleskiego przeciwko organizatorom sesji naukowej ku pamięci grekokatolickiego metropolity Andrzeja Szeptyckiego, nieżyjącego od ponad 60 lat. Dla polskiego kapłana Szeptycki jest zapiekłym ukraińskim nacjonalistą, dla ukraińskich unitów i patriotów – bohaterem sprawy wolnej Ukrainy. Rodzony brat metropolity Stanisław Szeptycki walczył tymczasem o niepodległą Polskę w Legionach Piłsudskiego, dowodził w wojnie polsko-bolszewickiej 1920 r., był ministrem obrony w II RP, a po 1945 r. szefem Polskiego Czerwonego Krzyża. Jeden brat wybrał ukraińskość, drugi polskość. Mieli do tego takie samo prawo. Prawo wolnych ludzi do wyboru własnej tożsamości. Tak samo było z wywodzącymi się z Litwy braćmi Narutowiczami. Gabriel, pierwszy prezydent odrodzonej po 1918 r. Polski, został zamordowany przez polskiego nacjonalistę. Brat Gabriela, Stanisław, został niepodległościowym działaczem litewskim.

Czym ona jest od wielkiego dzwonu, to mniej więcej wiemy. Nie ma chyba wybitnego polskiego pisarza, myśliciela, reżysera, aktora, malarza, artysty, historyka, socjologa, psychologa, działacza, kapłana, który by nam tego nie tłumaczył. Czasem aż do zmęczenia i przesytu wywołującego w nas odruch buntu: „a wiosną, niechaj wiosnę, nie Polskę, zobaczę”. Odruch zdrowy, rodzaj narodowej psychoterapii. Takiej, która pomogłaby nieco zintegrować „Polaka rozłamanego”. Określenia tego użył ponad 20 lat temu Donald Tusk. W ankiecie o polskości rozpisanej przez katolicki miesięcznik „Znak” Tusk pisał: „Co pozostanie z polskości, gdy odejmiemy od niej cały ten wzniosło-ponuro-śmieszny teatr niespełnionych marzeń i nieuzasadnionych rojeń. Jest jakiś tragiczny rozziew w polskości – między wyobrażeniem a spełnieniem, planem a realizacją. I szarpię się między goryczą i wzruszeniem, dumą i zażenowaniem”. W tej samej ankiecie prof. Jerzy Jedlicki zwracał uwagę, że po raz pierwszy w dziejach dorasta w Polsce pokolenie, dla którego przywiązanie do kraju ojczystego nie jest rzeczą oczywistą, lecz kwestią wyboru (właśnie tak jak dla cytowanego przed chwilą młodego Tuska). „Dzięki łatwości podróżowania, dzięki nowoczesnej technice znają – i to w masie – świat lepiej niż jakiekolwiek poprzednie generacje. I porównują. I zadają rodzicom bardzo kłopotliwe pytania: z czego właściwie mam być dumny(a)? Nie zaspokoicie ich bitwą pod Grunwaldem ani obroną Jasnej Góry”.

Polskość – etyczna propozycja

Bo polskość to rzecz szersza niż romantyzm, katolicyzm, bohaterstwo wojenne, Bóg, honor i ojczyzna. Coś więcej niż tylko rytuały polskości. Polskość to dziś przede wszystkim pewna, jak by to powiedział nieodżałowany ks. Tischner, propozycja etyczna. Nie musimy jej przyjmować, ale możemy. Obejmuje język i kulturę, historię i pamięć, ale także cywilizację, obyczaj, kulturę masową, dostępną dla wszystkich, w tym polską kuchnię – a jakże, najlepszą na świecie. A czy można na serio rozprawiać o polskości bez dyskusji o tym, czemu polskość, dawniej i dziś, traci atrakcyjność i czy jej porzucenie, wybór jakiejś innej „-ości”, na przykład europejskości, mamy od razu potępiać jako akt narodowej zdrady? Bo do polskości się dorasta i wchodzi, ale też się od niej odchodzi. Rzadko do końca i finalnie, ale jednak. Dlaczego? Bez odpowiedzi na to pytanie nie ogarniemy polskości.

Polskość to propozycja etyczna, która obejmuje język, kulturę, historię, pamięć itd. I nic o gospodarce, o Wielkopolsce, nic o pragmatyzmie.

W XIX w. odchodziło się na przykład dla chleba i kariery w państwach zaborczych. Ale też dlatego, że nie wszyscy byli gotowi do zrywów kończących się klęską. Albo dlatego, że należało się do elity społecznej, w której uczestnictwo w kulturze europejskiej było do pogodzenia z polskością. Mamy na to wspaniałe powojenne przykłady choćby w kręgu paryskiej „Kultury” Jerzego Giedroycia. Bo polskość to także interakcja ze światem, dialog z kulturą powszechną. Nie tylko z Europą i Ameryką, także z nowymi aktorami na globalnej scenie, jak Indie, krąg muzułmański, nowa Afryka czy Chiny. Dlatego rzecznikami polskości są też tłumacze, dosłownie i w przenośni. Ci, którzy przyswajają nam dzieła obcych autorów, tłumacze zagraniczni przyswajający obcym literaturom i kulturom dzieła naszych autorów, wreszcie wszyscy ci, którzy starają się wyjaśnić nam i innym bez uprzedzeń i zacietrzewienia, co to jest ta polskość, jakie są jej meandry, zalety i wady.

To dzieło przekładania polskości na użytek nasz i świata ma znaczenie głębsze i trwalsze niż manifestowanie polskości. Tak rozumiana polskość – dzieło w ciągłym ruchu, w ustawicznym odważnym tworzeniu, nigdy niedomkniętym do końca, niezafiksowanym na tym czy innym temacie – jest może dla duchowej przyszłości Polski najważniejsza.

Dla Szostkiewicza polskość to dzieło w ciągłym ruchu, w ustawicznym odważnym tworzeniu, nigdy niedomkniętym do końca, niezafiksowanym na tym czy innym temacie, czyli znowu coś ezoterycznego, mistycznego. – Dom wariatów.

xxx

Z kolei Andrzej B. Legocki w artykule O współczesnym rozumieniu polskości (https://info.put.poznan.pl/sites/default/files/Wyk%C5%82ad%20prof.%20A.Legockiego.pdf) m.in. pisze:

Niezwykle ważnym kryterium polskości jest zamieszkiwane terytorium, krajobraz ojczysty, ziemia-żywicielka. Naszą ziemią plemienną i kolebką państwowości jest Wielkopolska. Później ojczyzna stała się ogromna. Od zdobytych kresów wschodnich poprzez wieki zapomniane i odzyskane później, kresy zachodnie.

A więc mamy konkret: terytorium, krajobraz, ziemia żywicielka i kolebka państwowości. Dalej jest już poprawność polityczna.

„Nie rzucim ziemi skąd nasz ród, nie damy pogrześć mowy” – w tej triadzie ziemia jest ostoją trwania, ród – dziedziczną plemiennością, a język polski – międzyludzkim spoiwem. Oczywistym wymogiem tożsamości plemiennej jest pochodzenie od wspólnych przodków. Naród bowiem stanowi wspólnotę żywych i umarłych, od których żyjący się wywodzą. Szczególnie istotnym wyznacznikiem definiującym polską świadomość jest rodzimy język. Jest wielkim skarbem Polaków i niezastąpionym przewodnikiem dziejowym. Umożliwia nie tylko wyrażanie codziennych myśli, ale także przysparza wielkiego bogactwa naszej kulturze, nieomylnie ukazując busole polskości. Wszyscy, którzy przyczynili się do rozwoju języka polskiego – od pierwszej zachowanej sentencji w XIII-wiecznej księdze henrykowskiej, od Mikołaja Reja, Jana Kochanowskiego, z Jakubem Wujkiem, autorem sławnego przekładu Biblii, po wieszczów epoki romantyzmu i mistrzów słowa polskiego czasów nowożytnych – wszyscy oni znaleźli trwałe miejsce w panteonie narodowej kultury. W miarę upowszechniania edukacji nastąpiło połączenie języka potocznego i intelektualnego w jeden język ogólnopolski.

Ogromnie ważnym elementem dla uformowania polskości było przyjęcie chrześcijaństwa. Oznaczało ono formalne przypisanie państwa do Europy łacińskiej, zachodniej. Zespolenie tradycji chrześcijańskiej z kulturą narodową stworzyło ostoję polskości. W trudnych dla narodu latach i w czasach przełomów Kościół był niezawodnym azylem dla „żywej polskości”. Dla wielu ludzi, zwłaszcza tych których losy rzuciły na obczyznę, oznaczała ona dostęp do polskiej kultury, zaś u ludzi religijnych – wierność wierze Ojców i kult Bogurodzicy, czym zawsze wyróżniał się polski katolicyzm.

Przez wieki całe polskość oznaczała wzajemne przenikanie się kultur wielu narodów. Jakże znamienny był ów narodowościowy tygiel ludzki na kresach wschodnich, skąd wyszło na świat tylu wielkich Polaków i zasłużonych twórców narodowej kultury!

I znowu poprawność polityczna!

Wiele przetrwałych przez stulecia cech polskości ukształtowała szeroka otwartość oraz ujmującą gościnność naszego narodu. Polska była otwarta na oścież dla ludzi spoza naszego plemienia. Oskar Kolberg, Aleksander Brückner, Samuel Linde czy Artur Grottger wpisani zostali w szczytny rejestr wybitnych twórców polskiej kultury. Przynależność do naszego społeczeństwa często też była atrakcyjna dla ruskich bojarów i litewskich kniaziów.

Wiek XIX przyniósł dwie często przeciwstawiane sobie tradycje postaw patriotycznych: podjęcie czynu zbrojnego dla zrzucenia jarzma niewoli, albo rozpoczęcie walki o Ojczyznę inną drogą; poprzez wytrwałe kształcenie społeczeństwa i kult pracy od podstaw. Ciekawe, że pamięć o zrywach wolnościowych była w naszej tradycji zawsze stawiana wyżej od kultu pracy organicznej. W polskiej historiografii wykształcił się swoisty kult wojen, nawet tych przegranych.

Pozytywistyczny wzorzec umiłowania Ojczyzny w oparciu o wytrwałą pracę tworzył się w Wielkopolsce. Ten model polskości opierał się na szerokich działaniach społecznikowskich i zakładał obywatelską współodpowiedzialność. Tutaj też pojawiły się wzorce pragmatycznego myślenia, bez kompleksów wobec silniejszego zaborcy, od którego nawet potrafiliśmy się niejednego nauczyć. Wielkopolscy organicznicy dobrze wiedzieli, że droga do restytucji niepodległej Rzeczypospolitej będzie długa, pełna poświęceń i wypełniona niestrudzoną pracą. Umacnianie pierwiastków narodowych w gospodarce i oświacie ceniono tutaj wyżej niż uprawianie, jak gdzie indziej, mało skutecznej polityki. Dla takich ludzi jak: Hipolit Cegielski, Karol Marcinkowski, August Cieszkowski, Dezydery Chłapowski, Karol Libelt, ks. Piotr Wawrzyniak, ks. Augustyn Szamarzewski i Maksymilian Jackowski polskość oznaczała służbę społeczeństwu poprzez własny przykład i rozważne inicjatywy gospodarcze.

I znowu konkret: służba społeczeństwu i rozważne inicjatywy gospodarcze. Pojęcia całkowicie abstrakcyjne dla ludzi ze wschodnimi korzeniami.

Sądzę, że zapoczątkowany w Wielkopolsce „najdłuższy etos nowoczesnej Europy” w jakimś stopniu przetrwał tutaj do dziś. Odnaleźć go można choćby w konstruktywnym współdziałaniu poznańskich uczelni, czego symbolicznym lecz przecież wymownym znakiem jest nasza dzisiejsza uroczystość. Cennymi przykładami tych tendencji są również tworzone tutaj zintegrowane centra badawczo-wdrożeniowe poświęcone nowym materiałom i nowym technologiom. Przy tej okazji warto wspomnieć, że pierwsza w Polsce środowiskowa instytucja uczelniana powstała właśnie w Poznaniu, w roku 1973, z inicjatywy ówczesnej Akademii Rolniczej. Był to Międzyuczelniany Instytut Biochemii.

Podsumowując, tu autor już inaczej rozkłada akcenty, choć wspomina o przenikaniu się wielu kultur i narodów na wschodzie, to skupia się bardziej na Wielkopolsce. Kontrast pomiędzy nim a cytowanymi powyżej autorami jest wyraźny.

xxx

„Krytyka Polityczna” w artykule z 13 listopada 2020 Polskość to nienormalność Wojciecha Czusza ( https://krytykapolityczna.pl/kraj/polskosc-to-nienormalnosc-list/) m.in. pisze:

Polska jest nienormalna. Polacy od dawna są Inni – i ci Inni, ci nienormalni, najlepiej ducha polskości wyrażają.

Polskość to rasowa i religijna różnorodność, polskość to homoseksualizm i transpłciowość, polskość to przecięcie kultur, wieczny dialog, wieczne wrzenie i wieczne narodziny czegoś nowego. Kto domaga się prawd raz ustalonych, prymatu tradycji i świętości autorytetów, ten o polskiej historii nie ma pojęcia i polskości przeczy.

Polskość to także bieda, samotność, bezsilność i depresja. Bardziej niż szklane elewacje warszawskich i krakowskich biurowców, bardziej niż piękne mieszkania bohaterów popularnych seriali. Polakiem w pierwszym rzędzie nie jest ten, kto mieści się w normach widzialności wyznaczanych przez media głównego nurtu.

Jak widać pojęcie polskości jest bardzo rozciągłe i każdy może stworzyć swoją własną jej definicję. Tylko, że z takiego pisania nic nie wynika, bo im jakaś definicja jest bardziej pojemna, tym jest mniej precyzyjna i przeradza się w bełkot.

xxx

Historię Polski przedrozbiorowej można podzielić na trzy okresy: Polskę piastowską (966-1385), okres panowania dynastii jagiellońskiej (1386-1569), czyli unię personalną Polski i Litwy i Rzeczpospolitą (1569-1795), czyli unię realną Korony Królestwa Polskiego i Wielkiego Księstwa Litewskiego. Polska piastowska trwała 419 lat, unia personalna – 183 lata, Rzeczpospolita – 226 lat. A więc okresowi, który trwał najdłużej poświęca się najmniej uwagi albo w ogóle go się nie zauważa.

Polska piastowska była państwem o w miarę zrównoważonych stanach, silnej władzy królewskiej i zasobnym skarbie królewskim. Nie było w niej niewolnictwa chłopów i rozwijały się miasta i mieszczaństwo. Okres panowania Jagiellonów, to był okres dostosowywania Korony do standardów Wielkiego Księstwa Litewskiego. Był to też okres rozkradania tego, co dziś nazywamy majątkiem skarbu państwa. Nowe państwo, czyli Rzeczpospolita miało już gotowy ustrój, którego cechami charakterystycznymi była słaba władza królewska, skarb państwa świecący pustkami i dominacja jednego stanu, czyli szlachty, a w praktyce dominacja potężnych feudałów ruskich i litewskich. W ten sposób nowe państwo zostało zdominowane przez elity WKL.

Czy zatem ten nowy twór powinno nazywać się Polską? Nie powinno, bo powstało nowe państwo, które już Polską nie było. Korona została zdominowana przez WKL i odtąd wschodni element, który zaadoptował język polski, zaczął nazywać się Polakami, a cały obszar Rzeczypospolitej nazywano też Polską. I to ci „Polacy” tworzyli później polską literaturę, bardzo hermetyczną, której problematyka nie mogła zainteresować czytelników szerokiego świata. Tylko dwa dzieła mogły zwrócić uwagę świata. To Quo vadis Sienkiewicza i Faraon Prusa. Sienkiewicz dostał Nobla, bo usunął z powieści wątki antysemickie, a Prus nie dostał, bo, chociaż początkowo był wielkim zwolennikiem asymilacji Żydów i z tego tytułu zyskał nawet przydomek Icek Glocwaker, to później przejrzał na oczy i zaczął pisać o nich obiektywnie i dlatego Nobla nie dostał.

Takie wielkie państwo, od morza do morza, a nie wydało z siebie nic, żadnych wybitnych w skali światowej pisarzy, malarzy, muzyków (Chopin był synem Francuza i frankistki), rzeźbiarzy, żadnych architektów, inżynierów, uczonych. Totalna pustynia. Czy zatem miał rację Tusk, gdy mówił, że polskość to nienormalność? Józef Czapski powiedział, że to Polska wielonarodowa jest Polską, a nie Polska czystej krwi. Nie wymienił jednak tych narodów. A przecież nietrudno je wyliczyć: Litwini, Białorusini, Ukraińcy, Żydzi. Można więc ułożyć sobie pewne równanie:

litewskość + białoruskość + ukraińskość + żydowskość = polskość

Jeśli więc polskość, to nienormalność, jak chce Tusk, to znaczy to, że litewskość, białoruskość, ukraińskość i żydowskość, to też nienormalność. Jednym słowem strzelił sobie w stopę, jakby powiedział były prezydent.

Internetowy słownik języka polskiego definiuje polskość jako zespół cech charakterystycznych dla Polaków – ich kultury, tradycji, wartości. A skoro tak, to wypada odwołać się do tradycji, do tej najstarszej, czyli do początków polskiej państwowości. Jej kolebką była Wielkopolska. Mamy więc pewne terytorium, ziemię, wspólnych przodków, język, chrzest, pierwszych władców.

„Pozytywistyczny wzorzec umiłowania Ojczyzny w oparciu o wytrwałą pracę tworzył się w Wielkopolsce. Ten model polskości opierał się na szerokich działaniach społecznikowskich i zakładał obywatelską współodpowiedzialność.” – Nie był to żaden model polskości, tylko polskość. Wielkopolska wyglądała inaczej prawdopodobnie dlatego, że była najdalej na zachód wysuniętą częścią Polski i stąd wpływy wschodnie najsłabsze. Obywatelska współodpowiedzialność to była abstrakcja na wschodzie.

W cytowanych powyżej czterech fragmentach mamy w trzech przypadkach bełkot, jakieś nieprecyzyjne określenie polskości i jeden przykład konkretnego określenia, czym jest polskość. I jest to przykład z Wielkopolski. A więc nawet jeszcze dziś, gdy cała Polska zasypana jest Ukraińcami, tam zachowało się jeszcze jakieś polskie myślenie.

„Polskość to nienormalność – takie skojarzenie narzuca mi się z bolesną uporczywością, kiedy tylko dotykam tego niechcianego tematu. Polskość wywołuje u mnie niezmiennie odruch buntu: historia, geografia, pech dziejowy i Bóg wie co jeszcze wrzuciły na moje bark brzemię, którego nie mam specjalnej ochoty dźwigać, a zrzucić nie potrafię (nie chcę mimo wszystko?), wypaliły znamię; i każą je z dumą obnosić. Więc staję się nienormalny, wypełniony do granic polskością, i tam, gdzie inni mówią człowiek, ja mówię Polak; gdzie inni mówią kultura, cywilizacja i pieniądz, ja krzyczę; Bóg, Honor i Ojczyzna (wszystko koniecznie dużą literą); kiedy inni budują, kochają się i umierają, my walczymy, powstajemy i giniemy. I tylko w krótkich chwilach przerwy rozważamy nasz narodowy etos odrobinę krytyczniej, czytamy Brzozowskiego i Gombrowicza, stajemy się normalniejsi.”

To fragment artykułu Tuska Polak rozłamany z 1987 roku. Ani w tym fragmencie, ani w całym artykule nie próbował on zdefiniować, czym jest polskość. To taki sam bełkot, jak w przypadku innych. Nawet nie zająknął się o Wielkopolsce, która odróżniała się od innych dzielnic nie tylko w sensie gospodarczym, mentalnym, ale też miała bardziej liczne i rozwinięte mieszczaństwo, a chłopi wcześniej przestali tam być niewolnikami. Choć to ostatnie, to raczej wynik polityki zaborczej Niemców.

Na 6 lat przed śmiercią w eseju Przewrót popowstaniowy Dmowski pisze już normalnie, od siebie, a nie, jak wcześniej, na zamówienie:

„Jeszcze przed ostatnim powstaniem psychika inteligencji polskiej była wcale jednolita; w okresie popowstaniowym uległa ona głębokiemu rozbiciu. Wytworzyły się odłamy inteligencji tak mało wspólnego mające między sobą, jakby należały do różnych narodów. Ścierały się między sobą trzy jej typy: zachodni, wyrosły na tradycjach polskich i wpływach europejskich; wschodni, wychowany przez rewolucję rosyjską i jej literaturę; wreszcie żydowsko-polski, reprezentowany przez spolszczonych Żydów i zżydzonych Polaków.

Wewnętrzny tedy przewrót popowstaniowy na skutek warunków, w których się odbywał, dał w wyniku takie rozbicie polityczne, jakiego nie przedstawiał żaden naród w Europie.

Tym sposobem kraj był jak najgorzej przygotowany do zbliżającej się chwili dziejowej, w której kwestia polska ponownie wystąpiła na arenie międzynarodowej i zjawiły się warunki odbudowania państwa.”

Jeśli poza Wielkopolską, w której podział był klarowny: Polacy – Niemcy, trudno było zdefiniować pojęcie polskości, to dlatego, że ludność była tam mocno wymieszana, wielonarodowa, wielowyznaniowa. I w tym sensie była i jest to nienormalność, bo dzisiejsze społeczeństwo polskie również takim jest, a wszystkie działania obecnych rządów prowadzą ku temu, by było jeszcze bardziej wymieszane i jeszcze bardziej nienormalne.

Z drugiej strony można zadać sobie pytanie, czy oni rzeczywiście tak myślą o polskości? Czy może jest to fragment szerszego planu? Artykuł Tuska ukazał się w 1987 roku, a więc u progu przemian ustrojowych i gospodarczych. Skoro w tym planie była przebudowa polskiego społeczeństwa, to należało zacząć od zmiany postrzegania przez nie siebie i swojej historii. Gdy komuś obrzydzi się jego własny naród i państwo, to łatwiej będzie mu zaakceptować nowych przybyszy i być może też likwidację jego państwa. Podkreślanie wielokulturowego i wielonarodowego charakteru Rzeczypospolitej temu właśnie służy. Bo trudno w to uwierzyć, że bełkot, który tu zacytowałem jest wynikiem ich niemocy intelektualnej.

Dom wariatów

W związku z tym, że Roman Giertych – niby narodowiec, bo podobno odcina się od spuścizny dziadka – ma kandydować w wyborach do Sejmu z list KO (Komitet Obywatelski), czyli Platformy Obywatelskiej, to może warto bliżej przyjrzeć się tej rodzinie. Informacje o niej zaczerpnąłem z Wikipedii.

Jędrzej Giertych (1903-1992) – jeden z przywódców Stronnictwa Narodowego powstałego w 1928 roku. Studiował prawo na UW (1921-26) i w Szkole Nauk Politycznych w Warszawie. W 1926 roku podczas zamachu majowego zgłosił się do wojska w obronie legalnego rządu. W latach 1927-1932 był pracownikiem Ministerstwa Spraw Zagranicznych. W 1932 roku usunięty z MSZ, rozpoczął działalność w Obozie Wielkiej Polski i Stronnictwie Narodowym od 1935 roku. W kampanii wrześniowej brał udział w obronie Helu. Został wzięty do niewoli i w latach 1939-45 przebywał w niemieckich obozach jenieckich. Po II wojnie światowej wrócił do Polski i wywiózł swoją żonę i sześcioro dzieci. Do końca życia przebywał na emigracji w Wielkiej Brytanii. W PRL-u informacje na temat Jędrzeja Giertycha podlegały cenzurze. Jego nazwisko znalazło się na specjalnej liście osób z całkowitym zakazem publikacji.

Z tej krótkiej informacji wynika, że najpierw walczył z sanacją, a zaraz potem zatrudniła go ta sanacja w swoim MSZ. Później zapewne został oddelegowany do pracy jako Polak-katolik i wielki patriota. Wojnę przesiedział bezpiecznie w obozie jenieckim. I w 1945 roku wjechał tak sobie na chwilę do PRL-u, by zabrać rodzinę na Zachód. Musiał być kimś wyjątkowym, bo w tamtym czasie wyjazd w tamtym kierunku był niemożliwy dla przeciętnego człowieka. Wyjechał do Wielkiej Brytanii, a więc został zapewne angielskim agentem.

Maciej Giertych (1936) – w 1945 roku jego ojciec przyjechał do Polski, po czym cała jego rodzina wyjechała do brytyjskiej strefy okupacyjnej Niemiec, a stamtąd wyemigrowała do Wielkiej Brytanii. W latach 1954-1958 studia z nauk biologicznych na Uniwersytecie w Oksfordzie. W 1962 roku powrócił do kraju. Pracował w Instytucie Dendrologii PAN w Kórniku pod Poznaniem. W 1989 został profesorem zwyczajnym w zakresie nauk leśnych. Członek Rady Konsultacyjnej przy Przewodniczącym Rady Państwa (1986-1989), którym był wtedy Jaruzelski. Członek i wiceprzewodniczący Prymasowskiej Rady Społecznej (1986-1989), poseł na Sejm IV kadencji (2001-2004), deputowany do Parlamentu Europejskiego V i VI kadencji (2004-2009). W 2005 roku był kandydatem Ligi Polskich Rodzin w wyborach prezydenckich. Głosi poglądy kreacjonistyczne i jest zwolennikiem teorii młodej Ziemi. W 2006 roku zorganizował konferencję w Parlamencie Europejskim, na której przekonywał, że nie ma dowodów prawdziwości teorii ewolucji biologicznej i nie powinna ona być wykładana w szkołach. Również w 2006 roku podczas jednego z wykładów wskazywał, że podania o smokach, występujące w wielu kulturach z różnych części świata, są poszlaką wskazująca, że dinozaury miały styczność z ludźmi.

W tym wypadku mamy do czynienia z wyszkolonym agentem angielskim, który w 1962 roku wraca do PRL-u, w którym jego ojciec jest na cenzurowanym, a on dostaje pracę w instytucie PAN-u i robi karierę naukową. Później ściśle współpracuje z komunistami i z klerem katolickim, a jeszcze później wraca do przedwojennych korzeni ojca i staje się narodowcem, Polakiem-katolikiem i wielkim patriotą. W krótkim wywiadzie, jakiego Maciej Giertych udzielił ostatnio Rafałowi Mossakowskiemu z Centrum Edukacyjnego, powtarza on, że „Kościół katolicki nie jest dodatkiem do polskości, ale stanowi jego istotę”. – Takie bzdury wypowiada profesor Giertych. Catholicus to po łacinie ogólny, dotyczący całości, to Kościół w swojej całości. Jeśli więc jest tak, że Kościół katolicki jest istotą polskości, to znaczy, że polskość jest pojęciem rozmytym, że właściwie to każdy, kto jest katolikiem, może być Polakiem. A skoro tak, to ideologia narodowa, ideologia endecji jest antypolska. Jeśli jeszcze do tego dodamy powiedzenie generała zakonu jezuitów w latach 1652-1664 Goswina Nickela, że miłość ojczyzny jest „zarazą i najpewniejszą śmiercią miłości chrześcijańskiej”, to wychodzi na to, że cała ideologia narodowa, to stek bzdur. Warto przy tym pamiętać, że czołowy ideolog endecji, Roman Dmowski, był całe życie deistą. Dopiero na krótko przed śmiercią ochrzcił się. Deizm to kierunek filozoficzny, także stanowisko światopoglądowe, powstały w okresie oświecenia, uznający Boga za stwórcę i prawodawcę, ale odrzucający wiarę w bezpośrednie kierowanie światem przez Boga, wiarę w cuda i objawienie. A więc deizm, to w zasadzie judeizm. Główne dzieło tego deisty to Kościół, naród i państwo. – Dom wariatów! Ale czy aby na pewno? Gdyby tymi „narodowcami” byli Polacy, to tak, ale skoro są nimi głównie Żydzi, to zmienia to postać rzeczy.

Pozostaje jeszcze synek Roman, nazwany tak pewnie po Dmowskim. Tradycja musi być zachowana. I ten synek staruje teraz z list PO, czyli partii o całkowicie odmiennej ideologii. Wykształcenie prawnicze, jak na naród prawniczy przystało. Oskarżony o udział w aferze finansowej. Radio RMF 24 pisze:

„Prokuratura Regionalna w Lublinie zamierza przedstawić nowe zarzuty Romanowi Giertychowi w związku ze śledztwem dotyczącym wyprowadzenia i przywłaszczenia łącznie ok. 92 mln zł z giełdowej spółki deweloperskiej Polnord – poinformował rzecznik tej prokuratury Andrzej Jeżyński. Giertych ma kandydować do Sejmu z list KO.”

We wszelkie afery finansowe zawsze i wszędzie są zamieszani Żydzi, bo tylko oni dysponują odpowiednią wiedzą, dominują we wszelkich instytucjach finansowych rządowych i prywatnych, urzędach, kancelariach prawnych, korporacjach itp. A ostatecznie, jak coś nie wyjdzie, to zawsze mogą uciec za granicę, bo oni wszędzie są u siebie. Adolf Nowaczyński w zbiorze swoich felietonów Plewy i Perły (1934) w jednym z nich Afera lady Parnes… pisał:

„Izaak Lewin, zbiegły bankier berliński, który klientów swoich ocyganił na 5 milionów marek, po czym zbiegł do… Rio de Janeiro, a potem wypłynął jako profesor ekonomii pod nazwiskiem Norman na katedrze uniwersyteckiej w Cambridge pod Bostonem; przedtem oczywiście sfałszował dokumenty i dyplomy i to… katolickiego uniwersytetu we Fryburgu. Dzielny Lewi został aresztowany podczas wykładu o… sytuacji gospodarczej w państwach południowej Ameryki.”

Roman Giertych uciekł do Włoch. Podobno siedzi gdzieś w Toskanii. Nie ma więc chyba złudzeń co do tego, że rodzina Giertychów jest żydowskiego pochodzenia, a cały ten ruch narodowy jest całkowicie zdominowany przez Żydów, podobnie jak wszelkie inne partie czy ugrupowania polityczne. Fałszywy patriotyzm jaki stręczą Polakom, udziela się zapewne wielu z nich. A przecież dzisiejsza Polska jest krajem wielonarodowym, w którym Polacy stanowią już chyba mniejszość. A skoro tak, to taka ideologia nie ma racji bytu w takim państwie. Może jedynie służyć do jątrzenia.

Wypadało by jeszcze, dla porządku, zdefiniować pojęcie polskości, ale nie jest to takie proste. Jednak bez tego cała ideologia endecji jest jakby zawieszona w próżni, bo oni nie precyzują, co oni rozumieją pod tym pojęciem. W blogu „Polskość” próbowałem zmierzyć się z tym zagadnieniem, ale nie udało mi się zdefiniować w sposób jasny i klarowny, czym jest polskość. W następnym blogu spróbuję ponownie.

Plebiscyty

Wybory coraz bliżej, kampania staje się coraz intensywniejsza, aktywność kandydatów coraz większa i pomysłowość też. Ruch Dobrobytu i Pokoju (RDiP) zarejestrował swoje listy w 10. okręgach wyborczych do sejmu. Łącznie jest ich 41. Na swoim kanale „Musisz to wiedzieć” (1711) w 41:20 Maciak mówi:

„Oczywiście my jako RDiP nie będziemy głosować, gdzie nie ma wyboru. Tam, gdzie nie ma DiP, nie ma wyboru. Tam ja nie zagłosuję. Zagłosuję tam, gdzie jest DiP. Ja akurat wtedy będę w podróży, więc zagłosuję tam, gdzie będzie kandydat DiP-u, gdzie będzie lista DiP-u. To jest bardzo ważne. Okazuje się, że jest taka procedura, którą możecie Państwo odbyć w urzędzie gminy. I tam, w urzędzie gminy, w ciągu… uwaga! – trzech, a jak będzie wielki problem, to może i pięciu minut (piękna żydowska fraza – przyp. W.L.), otrzymacie państwo zaświadczenie, o tym, że możecie głosować poza Państwa gminą w dniu wyborów. Do 12. października takie zaświadczenie się wydaje, ale lepiej zacząć już dziś. Pojedziecie wtedy, wolno wam, takie jest prawo, pojedziecie wtedy za miedzę do okręgu obok. Tam zagłosujecie na ludzi z RDiP. Więc będzie na kogo głosować.

I to samo dotyczy okręgów senackich (100 – przyp. W.L.). Zaraz Państwu pokażę dlaczego powinniśmy mieć senatora. I na przykładzie okręgu 30. Tu będzie warto zagłosować na kandydata RDiP. Wokół okręgu nr 30 jest kilkanaście innych okręgów senackich. I tam nie będzie kandydata do senatu z RDiP. Więc wypad za miedzę parę kilometrów i zagłosowanie na tego kandydata da nam mandat. Bo inni tego nie zrobią. Wybory do senatu, to wybory pomiędzy kandydatem PiS-u i tego paktu senackiego, czyli Platformy. Oni nie przekierują wyborców do innych okręgów, bo im ci wyborcy są potrzebni w tych okręgach. A my możemy to zrobić. W 30. okręgu kandydat DiP-u może zostać senatorem. Senat to jest inna kategoria. Tam nie obowiązuje 5% próg.”

Jak widać demokracja stwarza nieograniczone możliwości do różnego rodzaju fałszerstw. A kto lepiej zna jej wszelkie niuanse, niż jej twórcy? I tak to mi się skojarzyło z plebiscytami na ziemiach polskich po I wojnie światowej. Czy nie stamtąd przypadkiem szła inspiracja? Wtedy też dowożono ludzi z zewnątrz. I czy nie ci sami kombinowali przy tych plebiscytach?

Adolf Nowaczyński w książce Mocarstwo anonimowe (1921) cytuje A.S. Lesyna (Dwa listy z Ameryki z lipca r. 1921, w Naszym Kurjerze nr 196):

„Jeżeli w Ameryce kursuje wieść, że to Jehudas doradzili Wilsonowi, aby punkt słynnej deklaracji tyczący się Polski był 13-tym, to może być żartem, nie jest atoli żartem, że rozstrzygnięcie w sprawach gdańskiej, górnośląskiej, wileńskiej, wschodnio-galicyjskiej, fatalne plebiscyty, niedojście zagranicznej pożyczki polskiej do skutku, początek upadku waluty itp. tylko tym Jehudas amerykańskim zawdzięczamy. A wśród tych Jehudas jeszcze najspecjalniej staremu Schiffowi i domowi Wahrburgów nowojorskiemu i hamburskiemu, specjalnie protegującemu syjonizm.”

O plebiscytach tak m.in. pisze Wikipedia:

Plebiscyt na Warmii, Mazurach i Powiślu

Plebiscyt na Warmii, Mazurach i Powiślu, Plebiscyt w regionie Prus (niem. Volksabstimmung in Teilen historischen Preußens) – jeden z dwóch plebiscytów dotyczących Polski, wyznaczonych w 1919 r. w wersalskim traktacie pokojowym, kończącym I wojnę światową. Plebiscyt został przeprowadzony 11 lipca 1920 na obszarze Warmii, Mazur i Powiśla.

W plebiscycie ludność zamieszkująca Warmię, Mazury i Powiśle miała zdecydować o przyłączeniu tych ziem do nowo powstałego państwa polskiego lub o pozostawieniu ich w granicach Prus Wschodnich i Prus Zachodnich. Nad przebiegiem głosowania czuwały komisje międzysojusznicze powołane przez Ligę Narodów.

Przyczyny niepowodzenia opcji polskiej

Na niekorzystny dla Polski wynik złożyło się szereg przyczyn. Po pierwsze strona niemiecka dysponowała olbrzymią przewagą materialną, organizacyjną i propagandową. Wpływ na przebieg kampanii plebiscytowej miała terrorystyczna działalność niemieckich bojówek, a także stronnicza nieraz postawa Komisji Międzysojuszniczej (głównie jej włosko-brytyjskiej części, francuska była nastawiona bardziej propolsko).

Poza tym na kartach wyborczych zamiast słowa Niemcy wydrukowane były słowa Prusy Wschodnie. Mazurzy i Warmiacy mieli zatem wybierać między doskonale im znanymi Prusami Wschodnimi a odrodzonym państwem polskim, z którym stracili łączność w 1772 roku (Warmiacy i Powiślacy) albo nie posiadali jej nigdy wcześniej (Mazurzy).

Ponadto plebiscyt odbył się w bardzo trudnym dla Polski momencie, w czasie rozpoczętej 4 lipca 1920 generalnej ofensywy Armii Czerwonej w trakcie wojny polsko-bolszewickiej. W przeddzień plebiscytu – 9 lipca 1920 premier RP Władysław Grabski na konferencji w Spa oficjalnie poprosił państwa Ententy o pomoc wobec agresji bolszewickiej. Sytuacja na froncie polsko-sowieckim dawała niemieckiej propagandzie pretekst do określania Polski mianem państwa sezonowego i wykorzystania obaw uczestników plebiscytu przed zagrożeniem terrorem Czeki (o którym donosiła prasa) i narzuceniem siłą ustroju sowieckiego. Były to przesłanki skłaniające do głosowania za utrzymaniem status quo.

Kolejną ważną przyczyną był fakt przywiezienia na ten teren przez władze niemieckie około 100 000 osób, przeważnie emigrantów z Zagłębia Ruhry, jako urodzonych na terenie Mazur przed 1905 i mających powyżej 20 lat (analogicznie do plebiscytu górnośląskiego, gdzie strona polska poprosiła emigrantów o udział w głosowaniu, którzy jednak głosowali głównie za Niemcami). Te osoby stanowiły 30% do 40% głosujących w mazurskich powiatach i w ponad 95% głosowały za pozostaniem w Prusach Wschodnich.

Ostatecznie niemal cały obszar plebiscytowy pozostał w granicach Niemiec, Polsce przyznano jedynie 8 gmin (5 na Powiślu i 3 na Mazurach), a granica między Polską a Niemcami biegła odtąd wzdłuż wschodniego brzegu Wisły.

Plebiscyt na Górnym Śląsku

Plebiscyt na Górnym Śląsku (niem. Volksabstimmung in Oberschlesien) – jeden z dwóch plebiscytów dotyczących etnicznego pogranicza polsko-niemieckiego, które wyznaczono w 1919 r. w wersalskim traktacie pokojowym, kończącym I wojnę światową. Plebiscyt został przeprowadzony 20 marca 1921 r. i poprzedzony był dwoma powstaniami części ludności Górnego Śląska domagającej się przyłączenia regionu do Polski (powstania śląskie).

Wyniki głosowania

W wyniku podliczenia głosów w sposób globalny za Polską opowiedziało się 40,4%, a za Niemcami 59,5% uprawnionych do głosowania.

Podczas przeprowadzania plebiscytu został złamany zapis (korzystniejszy dla strony polskiej) wynikający z traktatu wersalskiego (widniejący w załączniku do art. 88 do tego dokumentu), według którego głosowanie miało być obliczane gminami. Niekorzystny dla Polski podział obszaru plebiscytowego, według większości w powiatach, był jedną z przyczyn wybuchu III powstania śląskiego. Według poszczególnych gmin w których przeprowadzono plebiscyt, oraz wyników jakie w nich uzyskano – 693 gminy (to jest 45,1%) głosowały za przynależnością do Polski (według innych danych 674, a za Niemcami 624). Ogólnie niemal wszystkie miasta głosowały za Niemcami, natomiast obwody głosowania na terenach wiejskich we wschodniej części obszaru plebiscytowego najczęściej głosowały za Polską. Im dalej w kierunku zachodnim, tym wyniki głosowania na obszarach wiejskich były korzystniejsze dla Niemiec, ale zawsze liczba głosów za Polską była tam większa niż w miastach.

Czynniki mające wpływ na wynik (niektóre z tych, które wylicza Wikipedia)

Sprowadzenie na Górny Śląsk tzw. emigrantów plebiscytowych, czyli osób urodzonych na tym obszarze, ale go nie zamieszkujących (zgodnie z traktatem wersalskim posiadających prawo do udziału w plebiscycie; wniosek o dopuszczenie emigrantów górnośląskich do głosowania zgłosiła strona polska), co stało się bezpośrednią przyczyną znacznego wzrostu procentowego Niemców w niektórych powiatach. Celowo sprowadzeni przez władze niemieckie emigranci oddali w niektórych zachodnich i północnych powiatach obszaru plebiscytowego ponad 40% głosów w stosunku do ogólnej liczby głosujących, choć były obwody głosowania, gdzie emigranci stanowili większość wyborców, najwięcej w tej części powiatu namysłowskiego, którą objął plebiscyt – 50% oraz w powiecie kluczborskim – 40,5% (tylko tutaj przybyło spoza Górnego Śląska ponad 18 tysięcy osób; 36 osób oddało głosy za Polską, a wśród głosów stałych mieszkańców za Niemcami opowiedziało się 93,5%). Gdyby jednak wziąć pod uwagę tylko głosy stałych mieszkańców (bez emigrantów) to w północnych i zachodnich powiatach i tak wygrała opcja niemiecka. Emigranci przeważyli natomiast wynik na korzyść Niemiec w powiecie Zabrze i Lubliniec. Wniosek o dopuszczenie emigrantów zgłosiła strona polska (konkretnie Eugeniusz Romer), po czym później nastąpiła zmiana polskiego stanowiska i próbowano się z tego rozwiązania wycofać, ale bezskutecznie.

Plebiscyt na Śląsku odbywał się w obrębie państwa niemieckiego i przy pełnym współistnieniu administracji niemieckiej. O ile pod wpływem wojny mogła się ona nieco zdestabilizować, to jednak każdy kolejny dzień odsuwający termin plebiscytu ją umacniał. Plebiscyty odbywające się na Zachodzie, przegrane i wygrane (np. w II strefie /Środkowy Szlezwik, 14 marca 1921 r. 80,2% głosów za Niemcami; obszar pozostał w granicach Niemiec), odbywały się w odmiennych warunkach.

Cała administracja niemiecka zaangażowała się w wyszukiwanie emigrantów śląskich, którzy mogliby pojechać w rodzinne strony i głosować na Niemcy. Dostawali oni potrzebne dokumenty, urlop od pracy, pieniądze na podróż, podczas gdy chcący głosować za Polską zazwyczaj musieli porzucać pracę i podróżować na własny koszt.

Nasilono propagandę proniemiecką, przy okazji łagodząc jawną antypolską politykę – pozwolono na msze w języku polskim i używanie polskiego języka w szkole. Nocna działalność bojówek mogła być skierowana przeciw nielicznym polskim radykałom. Nielicznym, gdyż Polacy w pierwszej kolejności byli wysyłani na front, po dwóch powstaniach wielu zginęło, było aresztowanych lub musiało opuścić Śląsk w obawie przed aresztowaniem. W okresie 1895–1919 na Śląsk przybyło ok. 355 tys. niemieckich urzędników wraz z rodzinami, co w połączeniu z wyżej wymienionymi zjawiskami znacznie wpłynęło na stosunki narodowościowe na Śląsku.

Głosujący dostawali po dwie kartki czerwoną (Niemcy) i białą (Polska). Jedną należało wrzucić do urny drugą wyrzucić do kosza. Zazwyczaj zamiast do kosza kartkę wyrzucano przed lokalem, co miało formę ostentacji (dzięki kolorom z daleka było widać, kto jak głosował).

Plebiscyt na Śląsku Cieszyńskim, Spiszu i Orawie

Plebiscyt na Śląsku Cieszyńskim, Spiszu i Orawie − planowany plebiscyt na terytoriach spornych pomiędzy Polską i Czechosłowacją, który nie został przeprowadzony.

Rezygnacja z plebiscytu

Latem 1920 roku podczas ofensywy Tuchaczewskiego w wojnie polsko-bolszewickiej na Warszawę sytuacja Polski znacznie pogorszyła się. 10 lipca Polska podpisała na konferencji w Spa deklarację o podporządkowaniu się decyzjom arbitrażu międzynarodowego. Wykorzystał to czechosłowacki minister spraw zagranicznych Edvard Beneš i przeforsował niekorzystny dla Polski podział Śląska Cieszyńskiego przez mocarstwa bez przeprowadzania plebiscytu, na co zgodził się Prezes Rady Ministrów Władysław Grabski, licząc na pomoc mocarstw w obliczu inwazji bolszewickiej na Polskę.

Podział arbitralny

28 lipca 1920 Rada Ambasadorów podjęła decyzję o podziale spornych terenów. Czechosłowacja otrzymała 1269 km² (56% terenu) Śląska Cieszyńskiego, zamieszkanego, według spisu powszechnego z 1910 roku przez 295 161 osób (68% całej populacji; 139 tys. ludności polskojęzycznej, 113 tys. czeskojęzycznej, 34 tys. niemieckojęzycznej), w tym tereny uprzednio administrowane przez polską Radę Narodową Księstwa Cieszyńskiego z 179 tys. mieszkańców (123 tys. polskojęzycznych, 32 tys. czeskojęzycznych, 22 tys. niemieckojęzycznych). Polsce przyznano 1002 km² (44% terenu) o pow. 1002 km² ze 139 630 mieszkańcami (94 tysięcy deklarujących język polski, 2 tysiące czeski oraz 43 tysiące niemiecki; dane z 1910). Czechosłowacja przejęła linię kolei koszycko-bogumińskiej oraz okręg przemysłowo-górniczy Karwiny, zaś Polska otrzymała obszary głównie rolnicze. Na Orawie i Spiszu Polska przejęła część regionów zamieszkanych przez ludność polską.

xxx

Decyzję o zorganizowaniu plebiscytów na Warmii, Mazurach i Powiślu oraz na Górnym Śląsku podjęto w Wersalu w 1919 roku, gdy już trwała wojna polsko-bolszewicka. Jest to więc, w moim odczuciu, nie do końca uczciwe, że robi się to w sytuacji, gdy jedna ze stron prowadzi wojnę obronną. Nie to jest jednak w tym wypadku najważniejsze. Jeśli trwa wojna i strona atakująca ogłasza, że wyrusza na podbój świata, a przynajmniej Europy, to przeprowadzanie plebiscytów nie ma sensu, bo nie wiadomo, jak się ona zakończy i czy tereny objęte plebiscytami nie zostaną zajęte przez bolszewików, a wtedy „cały misterny plan w piz..”. Zaangażowanie tak dużych sił i środków po stronie niemieckiej każe przypuszczać, że doskonale wiedziano, jak zakończy się ta wojna. A skoro wiedziano, to znaczy, że była ona ustawką, o czym już niejednokrotnie na tym blogu pisałem, dowodząc tego na innych przykładach. Skoro plebiscyt na Warmii, Mazurach i Powiślu przeprowadzono 11 lipca 1920 roku, a bolszewicka kontrofensywa znad Niemna ruszyła 4 lipca 1920 roku, to komentarz wydaje się zbyteczny.

Samo przeprowadzenie plebiscytu w takich warunkach z założenia faworyzowało jedną ze stron, bo prawdopodobnie wielu Polaków głosowało za przyłączeniem do Niemiec, nie mając pewności, czy państwo polskie przetrwa, a perspektywa dostania się pod sowiecki but skłaniała do wybrania opcji niemieckiej. Kto wie, czy wojna ta nie była decydującym czynnikiem, który sprawił, że plebiscyty zakończyły się takim wynikiem. I może właśnie dlatego zdecydowano się na nie w tym momencie.

Ta wojna miała wpływ na wiele z tego, co wtedy działo się w Europie wschodniej i dużo zmieniła. I podobnie jest z obecnie trwającą wojną na Ukrainie. Ona też będzie przyczyną diametralnych zmian w tej części Europy, ale tego dowiemy się dopiero za jakiś czas. Warto jednak wiedzieć, po co są wojny. One są po to, by dokonać zmian, których przeprowadzenie w warunkach pokojowych nie było by możliwe.