Hiena Europy

W dniu 14 lutego pojawił się na kanale OSW (Ośrodek Studiów Wschodnich) film, w którym prowadząca, z ukraińskim akcentem, omawia rosyjski dokument o Polsce pt. „Polska hieną Europy”. Autorem tego określenia jest, według twórców tego dokumentu, Churchill. Prowadzący ten program mówi na początku:

„Wiele we współczesnej Europie przypomina, jak zachowywały się te kraje w przeddzień II wojny światowej. Chowając się za plecami innych wypychali państwo faszystowskie na wojnę z sowiecką Rosją. Gdy wojna zaczęła się, to po stronie nazistów znalazła się cała kontynentalna Europa i wszystkie jej zasoby – od kompleksu przemysłowo-zbrojeniowego do całych armii. Tak jak dziś, kluczową rolę grała Polska na czele z marszałkiem Piłsudskim. Polska jako pierwsza podpisała z Hitlerem pakt o nieagresji, do historii przeszedł on jako pakt Piłsudski-Hitler. Piłsudski marzył o sojuszniczych relacjach z Hitlerem i szybko podążał w tym kierunku. Wszystko po to, by naszczuć Niemcy na sowiecką Rosję. Nie liczyli się z całą Europą. Polska z Niemcami u boku to siła. Będziemy dzielić Rosję. Piłsudski nie dożył do realizacji swojego największego marzenia. Umarł na raka wątroby w 1935 roku. Pogrzeb w Krakowie był iście carski. Wiele o tym powiedziano w filmie dokumentalnym Hiena Europy, jak Churchill zwykł określać Polskę.”

Rosyjska propaganda, jak każda, miesza prawdę z kłamstwami. I nie ma się czemu dziwić. Jednak czemuś ona służy. A służy przede wszystkim oczernianiu Polski na arenie międzynarodowej i wśród swoich obywateli. Choć trzeba przyznać, że jest w tym dokumencie wzmianka o tym, że w Polsce wystąpiło w styczniu masowe zwalnianie się żołnierzy zawodowych z wojska i stwierdzenie, że Polacy nie chcą walczyć na Ukrainie. Oznacza to, że dobrze orientują się w nastrojach Polaków.

Skoro już jednak padło to określenie „hiena Europy” i jego autorstwo przypisano Churchillowi, to może warto zapoznać się z tym, jak on pisał o Polsce i o Polakach. W swoim monumentalnym dziele Druga Wojna Światowa, Phantom Press International, Gdańsk 1994 w rozdziale Monachijska zima w podtytule „Polska i Węgry: drapieżne bestie” pisze:

30 września (1938 – przyp. W.L.) Czechosłowacy przyjęli decyzje podjęte w Monachium. „Pragnęli – jak powiadają – zaprotestować w obliczu całego świata przeciwko decyzji, w której podjęciu nie dano im wziąć udziału.” Prezydent Benesz ustąpił, ponieważ „mógł stanowić czynnik utrudniający Czechosłowacji przystosowanie się do nowej sytuacji”. Benesz opuścił Czechosłowację i znalazł schronienie w Anglii. Rozbiór państwa czechosłowackiego postępował zgodnie z zasadami przyjętymi w porozumieniu. Lecz Niemcy nie byli jedynymi szakalami, które zgromadziły się wokół padliny. Jeszcze 30 września, natychmiast po podpisaniu porozumienia w Monachium, rząd polski wysłał Czechom dwudziestoczterogodzinne ultimatum, w którym domagał się bezzwłocznego zwrotu nadgranicznego okręgu Cieszyńskiego.

W tym miejscu dodano uwagę: Autor pomija niezwykle istotny moment – genezę konfliktu polsko-czeskiego o Zaolzie. W styczniu 1919 r. Czesi zajęli Zaolzie, zrywając tym samym lokalną umowę polsko-czeską z 5 listopada 1918 r. Akcja polska w sprawie Zaolzia jesienią 1938 r. miała charakter rewindykacyjny.

W ówczesnej sytuacji rząd w Pradze nie był w stanie przeciwstawić się tym twardym żądaniom.

Choć przyznać trzeba, że Polacy są narodem bohaterskim, to jednak trudno nie zauważyć popełnianych przez nich błędów, które przez stulecia przysparzały im rozlicznych cierpień. Zwycięstwo zachodnich sprzymierzeńców w roku 1919 sprawiło, że po latach rozbiorów i niewoli Polska odżyła jako niezależna republika i jedno z większych państw europejskich. Teraz w roku 1938 w związku ze sprawą tak błahą jak Cieszyn, Polacy oderwali się od wszystkich swoich przyjaciół we Francji, Wielkiej Brytanii i Stanach Zjednoczonych, którzy raz jeszcze umożliwili im powrót do normalnego życia narodowego i których niebawem tak bardzo mieli potrzebować. Oto widzimy ich, jak śpieszą, obserwowani groźnym okiem przez Niemcy, by zagarnąć swoją część plądrowanej i niszczonej Czechosłowacji. W okresie kryzysu wszystkie drzwi były zamknięte dla ambasadorów Wielkiej Brytanii i Francji, których nie dopuszczono nawet do ministra spraw zagranicznych Rzeczpospolitej Polskiej. Zagadką, a zarazem tragedią europejskiej historii jest fakt, ze naród zdolny do bohaterskich wyczynów, obdarzony licznymi przymiotami, składający się z dzielnych i czarujących jednostek, raz za razem popełnia te same błędy i to w sprawach absolutnie najwyższej wagi. Całym sercem jesteśmy z narodem polskim w jego nowym uciemiężeniu i pewni jesteśmy, iż nie na próżno wyglądać będziemy owego odwiecznego porywu, każącego walczyć im z każdą tyranią, a zarazem znosić z podziwu godną wytrwałością wszystkie spadające na nich cierpienia. Z ogromną niecierpliwością wyczekujemy na pierwszy promień jutrzenki.

Także i Węgrzy zainteresowani byli rozmowami w Monachium. Horthy odwiedził Niemcy pod koniec sierpnia 1938 roku, lecz Hitler przyjął go z ogromną rezerwą. Choć jego rozmowa z węgierskim regentem, która odbyła się 23 sierpnia po południu, trwała raczej długo, w czasie jej trwania nie padło ani słowo na temat daty planowanych działań przeciwko Czechosłowacji. „On sam nie znał wówczas daty. Jeżeli jednak ktokolwiek pragnął wziąć udział w uczcie, musiał włączyć się do przygotowań.” Lecz godzina rozpoczęcia uczty nie została jeszcze ogłoszona. Mimo to pojawili się Węgrzy ze swymi żądaniami.

xxxxxxxx

Dalej, w rozdziale Praga, Albania i gwarancje dla Polski, Churchill pisze:

Tak oto dochodzimy do kulminacyjnego punktu owej smutnej historii ludzi zdolnych i pełnych dobrych chęci, którzy tak bardzo mylili się w ocenie wydarzeń. Jednakże bez względu na to, jak wzniosłe kierowały nimi motywy, w oczach historii ponoszą oni odpowiedzialność za wszystko, co się wydarzyło. Wystarczy tylko spojrzeć wstecz i zobaczyć, z czym byliśmy się w stanie pogodzić, a z czego zrezygnowaliśmy: Niemcy rozbrojone na mocy uroczystego Traktatu; Niemcy zmilitaryzowane w wyniku pogwałcenia uroczystego Traktatu; przewaga w powietrzu lub choćby tylko równowaga – zaprzepaszczona; Nadrenia zajęta siłą i wzniesiona i wznoszona Linia Zygfryda; powstanie osi Berlin-Rzym; Austria pożarta i wchłonięta przez Rzeszę; Czechosłowacja opuszczona i zagrożona po porozumieniu monachijskim, linia jej fortec i potężna fabryka Skody produkująca odtąd broń dla potrzeb armii niemieckiej w rękach Niemców; z jednej strony odrzucenie propozycji prezydenta Roosevelta, który w pewien sposób pragnął ustabilizować sytuację w Europie poprzez interwencję Stanów Zjednoczonych, z drugiej zaś ignorowanie niewątpliwie szczerej chęci Rosji Sowieckiej przyłączenia się do państw zachodnich w celu obrony Czechosłowacji, zlekceważenie usług, jakie mogło nam oddać 35 dywizji czechosłowackich na wypadek konfliktu z wciąż jeszcze niegotową armią niemiecką, a to wszystko w sytuacji, kiedy Wielka Brytania była w stanie dostarczyć tylko 2 dywizje dla wzmocnienia frontu we Francji; wszystko przeminęło z wiatrem.

Teraz zaś, gdy owe szanse zostały bezpowrotnie stracone, Wielka Brytania, prowadząc za rękę Francję, decyduje się udzielić gwarancji integralności terytorialnej Polsce – tej samej Polsce, która zaledwie 6 miesięcy wcześniej niczym hiena wzięła udział w zniszczeniu i rozczłonkowaniu państwa czechosłowackiego.

W tym miejscu dodano uwagę: Stwierdzenie autora jest błędne – Wielka Brytania nie gwarantowała „integralności Polsce”. W oświadczeniu premiera Chamberlaina z 31 marca Zjednoczone Królestwo zobowiązywało się do udzielenia wszelkiej natychmiastowej pomocy, gdyby zagrożona została niepodległość Drugiej Rzeczypospolitej, a nie „integralność” jej terytorium. Tak sformułowana gwarancja nie musiałby zobowiązywać rządu brytyjskiego do pomocy Polsce, gdyby Hitler ograniczył agresję np. do tzw. Korytarza i W. M. Gdańska.

W 1938 roku walka o Czechosłowację byłaby czymś jak najbardziej rozsądnym: armia niemiecka mogła wystawić zaledwie pół tuzina wyszkolonych dywizji na froncie zachodnim, podczas gdy Francja ze swoimi niemal 60 czy 70 dywizjami bez trudu mogła przekroczyć Ren i zająć Ruhrę. Lecz posunięcie takie uznano by wówczas za nierozsądne, pochopne i nie licujące z moralnością, jak również z osiągnięciami współczesnej myśli. Teraz jednakże dwa państwa zachodnie ogłosiły swoją gotowość rzucenia na szalę swojego własnego życia w imię ocalenia terytorialnej integralności Polski. Bardzo długo można by przetrząsać archiwa historii, która – jak powiadają – jest rejestrem szaleństw, zbrodni i nieszczęść ludzkości, aby znaleźć coś równie bezprecedensowego, jak owa nagła zmiana kontynuowanej przez 6 lat polityki uspokajania, która niemal w ciągu jednej nocy zmieniła się w gotowość do przyjęcia nieuniknionej wojny w znacznie bardziej niekorzystnych warunkach i na nieporównanie większą skalę.

Ponadto powstaje pytanie, w jaki sposób mogliśmy chronić Polskę i dotrzymać swojej obietnicy. Chyba jedynie poprzez wypowiedzenie wojny Niemcom i uderzenie na Wał Zachodni i armię niemiecką, które były znacznie silniejsze niż te, przed którymi cofnęliśmy się w roku 1938 we wrześniu. Oto ciąg kamieni milowych na drodze do katastrofy, oto katalog ustępstw wobec nieustannie rosnącej potęgi niemieckiej, od czasów, kiedy wszystko było jeszcze stosunkowo proste, aż do chwili, gdy sytuacja ogromnie się skomplikowała. Ale był to przynajmniej koniec brytyjskiej i francuskiej uległości. Oto wreszcie decyzja, podjęta w najgorszym, jaki tylko można sobie wyobrazić, momencie, oparta na chyba najbardziej błędnych założeniach, która niewątpliwie doprowadzi do rzezi – przyczyny śmierci dziesiątek milionów ludzi. Oto słuszna sprawa, z całym rozmysłem i pełnym wyszukania, spaczonym artyzmem zaangażowana w śmiertelne zapasy, po tym jak wszystko to co w owych zmaganiach mogło być jej wsparciem, zostało beztrosko zaprzepaszczone. Jednakże jeżeli nie walczy się o słuszną sprawę w chwili, gdy zwycięstwo jest łatwe i nie wymaga rozlewu krwi, jeżeli nie walczy się, gdy zwycięstwo jest pewne i niezbyt kosztowne, może nadejść taki moment, że trzeba walczyć, mimo iż sytuacja jest bardzo niekorzystna, a szanse na przetrwanie są niewielkie. Możliwe jest nawet gorsze rozwiązanie. Czasem trzeba walczyć w sytuacji, gdy nie ma żadnych szans na zwycięstwo, ponieważ lepiej zginąć, aniżeli pędzić żywot niewolnika.

xxxxxxxx

Nie jest więc tak, jak chcą Rosjanie, że Churchill zwykł nazywać Polskę hieną Europy, tylko napisał „niczym hiena” przy okazji aneksji przez Polskę Zaolzia w momencie, gdy Niemcy zaanektowały Czechy w marcu 1939 roku. Sytuacja ta powtórzyła się 17 września tego roku, gdy Rosjanie zachowali się dokładnie tak, jak rząd sanacyjny pół roku wcześniej. Świadomie piszę Rosjanie, choć wiem, że to byli bolszewicy, ale skoro oni dziś mówią „Polska hieną Europy”, nie chcąc przyznać, że Związek Radziecki 17 września też zachował się jak hiena, to po prostu odpłacam pięknym za nadobne. Nie tędy droga, ale to jest polityka i tu wszelkie chwyty są dozwolone. W dokumencie tym Rosjanie nie wspominają o tym, że pakt o nieagresji pomiędzy Polską a ZSRR został podpisany 25 lipca 1932 roku w Moskwie. Umowę zawarto na 3 lata, a następnie 5 maja 1934 roku przedłużono ją do 31 grudnia 1945 roku, z pozostawieniem zasady automatycznego przedłużania, rozszerzoną na nieograniczoną ilość razy. Natomiast polsko-niemiecka deklaracja o niestosowaniu przemocy, a nie żaden pakt, została podpisana 26 stycznia 1934 roku w Berlinie przez Józefa Lipskiego – ambasadora RP w Niemczech i Konstantina von Neuratha – ministra spraw zagranicznych III Rzeszy.

W blogu „17 września” pisałem: 4 października 1938 roku, po podpisaniu układu monachijskiego, wiceminister spraw zagranicznych ZSRR Władimir Potiomkin powiedział ambasadorowi francuskiemu w Moskwie Robertowi Coulondre: „Nie widzę dla nas innego wyjścia, aniżeli czwarty rozbiór Polski.” Postanowienia układu monachijskiego prowadziły prostą drogą do rozbioru Czechosłowacji, bo czymże była aneksja Czech i Moraw oraz utworzenie podporządkowanej Niemcom Słowacji? Więc Potiomkin mówił francuskiemu ambasadorowi: Skoro zgodziliście się na rozbiór Czechosłowacji, to zgodzicie się też na rozbiór Polski.

Rosjanie oczywiście nie powiedzą, jak się zachowali Anglicy w stosunku do Czechosłowacji i jak wytłumaczyli, dlaczego nie zareagowali, ale Churchill w cytowanym przeze mnie dziele pisał:

12 marca pan Chamberlain powiedział Izbie: „Okupacja Czechosłowacji przez niemieckie siły wojskowe rozpoczęła się dziś o godzinie 6 rano. Rząd czechosłowacki nakazał swemu narodowi całkowitą uległość” (A polski rząd nawoływał polski naród do walki. Oba rządy, polski i czeski, były rządami masońskimi. – przyp. W.L.). Następnie stwierdził, że gwarancje, jakich udzielił Czechosłowacji, już dłużej, jego zdaniem, nie obowiązują. Tuż po porozumieniu monachijskim, pięć miesięcy wcześniej, minister do spraw dominiów, sir Thomas Inskip, w następujący sposób wyraził się na temat owych gwarancji:

„Rząd JKMości czuje się moralnie zobowiązanym wobec Czechosłowacji, aby dotrzymać obiecanych gwarancji (jak gdyby było to technicznie wykonalne). […] Przeto w wypadku jakiejkolwiek niczym nie sprowokowanej agresji na Czechosłowację, rząd JKMości niewątpliwie poczyni wszelkie możliwe kroki mające na celu zachowanie integralności Czechosłowacji”. „Tak właśnie – powiedział premier – sytuacja przedstawiała się do wczoraj. Lecz od momentu, gdy parlament słowacki ogłosił niepodległość swojego kraju, sytuacja uległa zasadniczej zmianie. Owa deklaracja kładzie kres istnieniu państwa, któremu zagwarantowaliśmy nienaruszalność granic. W związku z powyższym rząd JKMości czuje się zwolniony od obowiązku dotrzymania danego słowa”.

To rozstrzygało o wszystkim. „Rzecz jasna – powiedział na zakończenie – z ogromnym żalem obserwuję bieg wydarzeń, lecz jednocześnie nie uważam, iżby był to powód, dla którego mieliśmy zbaczać z przyjętego kursu. Nie wolno nam zapominać, że wszystkie narody świata skupione są tylko na jednym pragnieniu: pragnieniu pokoju”.

xxxxxxxx

Dzieło Churchilla, uhonorowane zresztą literacką Nagrodą Nobla w 1953 roku, jest podszyte fałszem i obłudą. Warto jednak je czytać, tylko należy je odpowiednio interpretować. Gdy pisze on o tym, że popełniono szereg błędów, pozwalając Niemcom na zbrojenia i gwałcenie postanowień traktatu wersalskiego, to należy to rozumieć nie jako błędy, tylko wprost przeciwnie. Cynicznie dążono do wojny, udając, że broni się pokoju. Rozbioru Czechosłowacji dokonano drogą pokojową, a rozbioru II RP dokonano w wyniku wojny. To nie był przypadek. Wszyscy oni chcieli, by Hitler zdobył zakłady Skody i mógł je wykorzystać do produkcji broni. Po to był układ monachijski. Gdyby była wojna i zakłady te zostałyby zniszczone, to nie mogłoby dojść do ich przejęcia i wykorzystania w wojnie na wschodzie. Polska była krajem zacofanym, rolniczym, bez znaczącego przemysłu, więc można było ją zniszczyć. Dlatego właśnie rządy masońskie w Czechach nakazały społeczeństwu czeskiemu poddanie się bez walki, a masońskie rządy II RP deklarowały, że „nie oddamy nawet guzika”. Natomiast masońskie rządy na Słowacji ogłosiły niepodległość, likwidując w ten sposób państwo czechosłowackie, umożliwiając tym samym Anglikom wywiniecie się ze zobowiązań wobec Czechosłowacji. Tak więc nie było tak, że Czesi nie chcieli walczyć, a Polacy chcieli. Jednym zakazano walczyć, a drugim – kazano.

Jak to wyglądało w przypadku Czechosłowacji? O tym też Churchill pisze:

Ostatecznie jednak, jakkolwiek by na to patrzeć, Wielka Brytania nie była zmuszona do obrony Czechosłowacji żadnymi zobowiązaniami traktatowymi ani też żadną nieoficjalną drogą nie była o to proszona. Natomiast Francja wyraźnie miała obowiązek przystąpić do wojny z Niemcami, gdyby te zaatakowały Czechosłowację. Prezydent Benesz był przez ostatnie dwadzieścia lat wiernym sprzymierzeńcem, a nawet wasalem Francji, popierając francuską politykę i francuskie interesy na forum Ligi Narodów i poza nim. W uszach każdego z nas rozbrzmiewały jeszcze deklaracje messieurs Bluma i Daladiera. Niedotrzymanie słowa przez Francję było zapowiedzią katastrofy. Zawsze byłem zdania, że Benesz popełnił błąd, uginając się pod naciskiem. Powinien był bronić swojej linii fortec.

W tym miejscu dodano uwagę: Integralności terytorialnej Czechosłowacji zdecydowana była bronić armia. Takie stanowisko zajmowali m.in. gen. Sergiusz Ingr (jako zwolennik obrony czynnej został aresztowany na polecenie prezydenta Benesza) oraz szef sztabu armii czechosłowackiej gen. Krejfi. Prezydent Benesz przeciwstawiał się jakimkolwiek zamiarom podjęcia zbrojnego oporu. 15 września 1938 r. Benesz z własnej inicjatywy polecił ministrowi opieki społecznej Jaromirowi Nefasowi przekazanie drogą dyplomatyczną rządom W. Brytanii i Francji gotowości odstąpienia Niemcom pogranicznych obszarów (rejon Sudetów) o powierzchni 4-6 tys. km2. Plan ten zatwierdził 20 września 1938 r. rząd Czechosłowacji bez zgody parlamentu. Benesz łudził się, że w ten sposób powstrzyma dalszą ekspansję Hitlera. Dyktator Trzeciej Rzeszy miał własne plany. Jesienią 1938 r. Czechosłowacja zmuszona została do przyjęcia ustaleń układu monachijskiego i tym samym odstąpienia Niemcom obszaru około 29 tys. km2 (czyli ponad jedną piątą obszaru państwa) wraz z zamieszkałą tam ludnością – 3,6 mln, w tym około 0,8 mln Czechów.

Zdawało mi się wtedy, gdyby tylko walki się rozpoczęły, Francuzi ruszyliby w sukurs Beneszowi, a Anglia natychmiast stanęłaby u boku Francji.

Na swoja obronę Francuzi przedstawili następujący argument, który, prawdę mówiąc, niełatwo jest zlekceważyć: gdyby Czechosłowacja się wówczas nie ugięła i gdyby doszło do wybuchu wojny, Francja wypełniłaby swoje zobowiązania, lecz skoro Czesi ulegli wobec nacisków, honor Francji był uratowany. Tutaj ostatecznym sędzią będzie historia.

xxxxxxxx

O tym wszystkim doskonale wiedziały masońskie rządy II RP. Wiedziały, że gwarancje angielskie i francuskie były tylko po to, by Polska przystąpiła do wojny z Niemcami. Wojna z nimi w pojedynkę byłaby szaleństwem i o tym wiedział rząd sanacyjny, a i pewnie społeczeństwo inaczej zareagowałoby. Ale gdy padły takie zapewnienia wsparcia ze strony Anglii i Francji, to całkowicie zmieniało to układ sił. To nadawało tej walce obronnej sens. Taka to perfidia masońska.

Tamta wojenna propaganda II RP i antyniemieckie nastroje bardzo przypominają obecną propagandę wojenną i antyrosyjskie nastroje. Jest to dokładnie takie samo rzucanie się z motyką na Księżyc. A Anglosasi judzą tak samo, jak w 1939 roku. Czy to oznacza, że sytuacja może się powtórzyć? Że III RP może być zniszczona i podzielona, a w najlepszym wypadku tylko podzielona?

Polacy w Brazylii

W poprzednim blogu opisywałem działalność Ligi Morskiej i Kolonialnej w Brazylii. Wybór tego kraju był poniekąd związany z liczną tam emigracją polską z drugiej połowy XIX wieku. To była masowa emigracja chłopska. To jednak nie chłopi byli pierwszymi Polakami, którzy pojawili się w Brazylii. O Polakach w Brazylii pisze dość obszernie Wielka Encyklopedia Powszechna PWN (1963):

Pierwszym znanym Polakiem na terytorium Brazylii był Krzysztof Arciszewski, admirał wojsk holenderskich. Odznaczył się on w walkach wojsk holenderskich toczonych w Ameryce Południowej z wojskami portugalskimi i hiszpańskimi o Brazylię (1629—39). W uznaniu zasług Holendrzy wznieśli mu pomnik w Recife (Pernambuco).

To tyle o nim napisała encyklopedia. Znacznie więcej informacji podaje Wikipedia. Pisze ona m.in.:

Krzysztof Arciszewski herbu Prawdzic (ur. 9 grudnia 1592 w Rogalinie, zm. 7 kwietnia 1656 w Buszkowy) – generał artylerii wojsk holenderskich i wojsk Rzeczypospolitej, poeta i pisarz.

Urodzony w 1592 roku w Rogalinie, w Wielkopolsce, w szlacheckiej rodzinie braci polskich Eliasza Arciszewskiego herbu Prawdzic i Heleny z Zakrzewskich. Rodzina Arciszewskich była bardzo zaangażowana w życie swojego kościoła – jego ojciec był pastorem w Śmiglu, pastorem Braci Polskich był także jego kuzyn Jonasz Szlichtyng.

Edukację odebrał w szkole braci polskich w Śmiglu i później (od roku 1608) we Frankfurcie nad Odrą. W latach 1621–1622 brał udział w wyprawie inflanckiej hetmana polnego litewskiego Krzysztofa Radziwiłła, na którego dworze służył od roku 1619. Za zabójstwo dokonane wraz z bratem Eliaszem Młodszym na Kasprze Jaruzelu Brzeźnickim, (palestrancie, którego rzekome machinacje doprowadziły rodzinę Arciszewskich do ruiny) został skazany na infamię oraz banicję i wygnany z kraju.

W 1623 przybył do Holandii i osiadł w Hadze. Zapewne wtedy przeszedł na kalwinizm, którego wyznawcą został już do końca życia. Dzięki poparciu i pomocy finansowej hetmana Krzysztofa Radziwiłła podjął studia w dziedzinie inżynierii wojskowej i artylerii. Studiował również nawigację na uniwersytecie w Lejdzie. Brał udział w wojnie trzydziestoletniej po obu stronach konfliktu. W końcu 1623, jako ochotnik, walczył w odsieczy Bredy, pod dowództwem księcia Maurycego Orańskiego.

Po kilkumiesięcznym pobycie w Polsce (zima 1625/1626) udał się do Francji i kształcił się w Paryżu w zakresie artylerii. Pełnił funkcję tajnego wysłannika hetmana Radziwiłła na dworze francuskim, czym naraził się królowi Zygmuntowi III Wazie, co ponownie uniemożliwiło Arciszewskiemu powrót do Polski. W roku 1629, pod sztandarem francuskim, w oddziałach kardynała Richelieu, zdobywał protestancką twierdzę La Rochelle.

W listopadzie 1629 zaciągnął się do służby holenderskiej w Kompanii Zachodnioindyjskiej w stopniu kapitana. Dotarł do Brazylii razem z 7-tysięczną ekspedycją wysłaną przeciw Hiszpanii i Portugalii. 13 lutego 1630 wraz z desantem wojsk Kompanii wylądował w Pernambuco. Brał udział w wielu bitwach i potyczkach. Szturmował twierdze Olinda i Recife. Pod jego dowództwem holenderski desant zajął wysepkę Itamaracá. Dzięki odwadze i waleczności, którą wykazywał się w boju, szybko awansował do rangi majora. W 1633 powrócił do Niderlandów, gdzie ponownie zawierzono jego doświadczeniu i po awansowaniu do stopnia pułkownika jeszcze raz wysłano do Brazylii. Był tam zastępcą naczelnego wodza Sigismunda von Schkoppego.

W 1646 powrócił do Polski i przyjął ponowioną przez króla Władysława IV Wazę propozycję objęcia dowództwa artylerii koronnej. Wyznaczony do rady wojennej w 1648 roku.

Pod panowaniem Jana II Kazimierza Wazy uczestniczył w wojnach z kozaczyzną i Tatarami. We wrześniu 1648 podczas powstania Chmielnickiego dowodził obroną Lwowa, brał udział w odsieczy Zbaraża, walczył w bitwach pod Zborowem i Piławcami. Wykorzystując swoje doświadczenia wyniesione ze służby w Brazylii, wprowadził wiele reform i udoskonaleń w dziedzinie artylerii i budowy fortyfikacji.

Ambicja Arciszewskiego po raz kolejny wzięła jednak górę. Na skutek otwartego konfliktu z kanclerzem wielkim koronnym Jerzym Ossolińskim, podówczas mianowanym generalissimusem, w 1650 złożył dymisję z zajmowanych stanowisk i odsunął się w zacisze rodzinne.

Zmarł w 1656 we wsi Buszkowy k. Gdańska i wedle jego życzenia został pochowany w kościele braci czeskich w Lesznie, ale wkrótce po jego śmierci, gdy miasto, w odwecie za pomoc wojskom szwedzkim podczas potopu, zostało podpalone, spłonął również kościół braci czeskich, a wraz z nim trumna z ciałem Arciszewskiego.

xxxxxxxx

Przytoczyłem tutaj dość obszerne fragmenty jego życiorysu, by pokazać, czyim dziełem była w większości poreformacyjna kolonizacja i jacy ludzie brali w niej udział i jakie kariery robili dzięki temu, że wybrali odpowiednie wyznanie. Arciszewski przeszedł w pewnym momencie na kalwinizm, który jest najbliżej judaizmu, co nie przeszkodziło mu w późniejszym zdobywaniu protestanckiej twierdzy La Rochelle a następnie służyć Janowi Kazimierzowi.

W dalszym ciągu Wielka Encyklopedia Powszechna pisze:

Początki polskiej emigracji do Brazylii przypadają na I połowę XIX wieku. W tym czasie przybyli tu pierwsi polscy uchodźcy polityczni, uczestnicy powstania listopadowego, a następnie uczestnicy walk Wiosny Ludów i powstania styczniowego. Emigracja tego okresu, chociaż nieliczna, przyczyniła się do umacniania państwowości (Brazylia zdobyła niepodległość w 1822 roku – przyp. W.L.), rozwoju życia gospodarczego i kulturalnego Brazylii. Pierwsza polska osada powstała w 1853 roku pod Kurytybą. Przybyły w 1839 roku inż. Andrzej Przewodowski zasłużył się jako wybitny architekt i twórca wielu budowli. Florestan Rozwadowski, uczestnik powstania węgierskiego w 1848 roku, później major inżynierii wojska brazylijskiego, opracował pierwszy plan topograficzny niedostępnych puszcz dorzecza Amazonki. Po upadku powstania styczniowego stało się znane nazwisko Tromkowskich, których potomkowie zajmowali wysokie stanowiska w armii brazylijskiej. Inżynierowie Bronisław Rymkiewicz i Brodowski byli konstruktorami linii kolejowej łączącej Sao Paulo z portem Santos. Inż. Henryk Babiński był autorem pierwszej mapy geologicznej Brazylii (a mapy geologiczne Królestwa Polskiego kreślili w tym czasie Niemcy – przyp. W.L.). W 1869 roku przybyła do Brazylii pierwsza partia polskiej emigracji zarobkowej, 16 rodzin z Górnego Śląska, które osiedlono w miejscowości Brusque w stanie Santa Catarina. Losem emigrantów polskich zainteresował się osiadły w 1867 roku w Brazylii geometra Edmund Woś-Saporski, zwany ojcem emigracji polskiej w Paranie. Dzięki jego staraniom uzyskano od władz zgodę na przesiedlenie osadników polskich z Brusque do stanu Parana, gdzie był znośniejszy klimat. Na terenach przydzielonych tu emigrantom powstała pierwsza polska osada w Brazylii, nazwana Pilarzinho (pielgrzymka), drogę bowiem z Brusque do Kurytyby Polacy odbyli pieszo, przedzierając się przez puszczę dziewiczą i góry.

xxxxxxxx

A więc od wieków schemat jest ten sam. Do łatwego przesiedlenia do innego kraju potrzebny był jakiś wiarygodny pretekst. Wcześniej było nim prześladowanie religijne, czego najlepszym przykładem jest „wygnanie” Żydów z Hiszpanii i Portugalii. Później takim „wygnańcem” stawał się uchodźca polityczny. Zanim jednak ci „uchodźcy” trafili, w tym przypadku, do Brazylii, to odbierali staranne wykształcenie na Zachodzie. Przecież na ziemiach polskich nie było wtedy szkół technicznych. Pierwsza tego typu szkoła, która z czasem stała się Politechniką Warszawską, powstała pod koniec XIX wieku. Byli to przeważnie masoni lub neofici. Wskazują na to nazwiska. Przewodowski – czyżby od miejscowości Przewodowo? Rozwadowski, Babiński. Tego typu ludzie zajmowali wysokie stanowiska w państwie brazylijskim. Czy ich obecność, a właściwie obecność ich potomków, w Brazylii nie ułatwiła w pewnym momencie przekrętów LMiK w tym kraju? Wszak oni doskonale znali ówczesne realia brazylijskie.

WEP pisze też o tym, że pierwszych osadników polskich przesiedlono z miejscowości Brusque do Parany ze względu na uciążliwy klimat. Ale miasto to leży w stanie Santa Catarina, który sąsiaduje z stanem Parana i ma taki sam klimat. Tu prawdopodobnie chodziło o to, że miasto to założyli w 1860 roku Niemcy i oni je głównie zamieszkiwali.

Dalej WEP pisze:

Największe nasilenie emigracji polskiej do Brazylii nastąpiło w czasie tzw. gorączki brazylijskiej (1890-94); przybyło wówczas do Brazylii około 63 tysiące Polaków. Ogółem od 1869 do I wojny światowej napłynęło do Brazylii, głównie do stanów południowych, około 105 tysięcy Polaków, przy czym największa fala emigracji przypadła na okres 1911-13. W tym czasie powstała najliczniejsza polska osada rolna w Brazylii, kolonia Erechim w stanie Rio Grande do Sul, licząca około 30 tysięcy osób.

Wikipedia podaje, że miasto Erechim powstało w 1906 roku, a założycielami byli włoscy emigranci. W 1926 roku 90% mieszkańców stanowili Włosi pochodzący z Wenecji. Pozostałe europejskie narodowości w mieście to Niemcy i Polacy.

Z napływem emigracji polskiej do Brazylii rozwijało się życie organizacyjne i społeczne; powstawały szkoły, organizacje i prasa polonijna. Pierwsza polska szkoła w Brazylii powstała w 1876 roku z inicjatywy H. Durskiego, późniejszego nauczyciela tej szkoły, autora polsko-portugalskiego elementarza. Dalszy rozwój szkolnictwa polskiego w Brazylii nastąpił pod koniec XIX wieku i na początku XX wieku. W 1914 roku było około 80 szkół, rozproszonych po wszystkich zamieszkałych przez Polaków stanach Brazylii. Pierwsza organizacja polonijna, Towarzystwo im. Tadeusza Kościuszki, powstała w Paranie w 1890 roku; w tymże roku zorganizowało się w Rio de Janeiro towarzystwo „Zgoda”; w 1914 roku działało już około 90 różnych towarzystw i organizacji polonijnych, przeważnie kulturalno-oświatowych. Prasę polską w Brazylii zapoczątkował K. Szulc wydając w 1892 w Kurytybie „Gazetę Polską w Brazylii”. Do 1914 roku w Paranie, Rio Grande do Sul, Sao Paulo i Rio de Janeiro ukazywało się około 20 pism polonijnych ( przeważnie krótkotrwałe).

Masowa w pewnych okresach emigracja i powstanie licznej społeczności polskiej w Brazylii wywołały w Polsce duże zainteresowanie. Znalazło to swe odbicie, szczególnie przed I wojną światową, w prasie i literaturze polskiej (M. Konopnicka Pan Balcer w Brazylii), w wyprawach badawczych, w podróżach dziennikarzy i literatów. Wrażenia z pobytu w Brazylii publikował A. Dygasiński, J. Siemiradzki, A. Hempel, w późniejszych latach m.in. A. Fiedler i M. Lepecki.

W okresie międzywojennym odbywał się nadal, choć w wolniejszym już tempie, napływ emigracji polskiej do Brazylii; w latach 1919-39 przybyło około 40 tysięcy Polaków. Rozwinęła się wówczas prasa, szkolnictwo i organizacje polonijne; w 1935 roku wychodziło około 11 pism polskich, było przeszło 300 szkół i około 350 organizacji polonijnych. Wszystko to uległo likwidacji po wydanym w 1938 roku przez władze brazylijskie dekrecie o tzw. nacjonalizacji kultury (zmierzającym w zasadzie do ograniczenia działalności organizacji niemieckich w Brazylii).

W czasie II wojny światowej i w pierwszych latach powojennych do Brazylii przybyło około 8 tysięcy Polaków (wielu pisarzy i artystów znalazło tu podczas wojny schronienie, m.in. J. Tuwim tu rozpoczął pisanie Kwiatów polskich, J. Lechoń. M. Choromański, M. Lepecki, R. Malczewski, I. Eichlerówna). Obecnie zamieszkuje Brazylię około 400 tysięcy Polaków. Najwięcej ich zgromadziło się w stanie Parana, Rio Grande do Sul, Santa Catarina oraz w okolicy i mieście Rio de Janeiro. Około 80% Polaków zatrudnionych jest w rolnictwie. Życie organizacyjne Polonii skupia się w około 10 organizacjach. Szkół polskich w Brazylii nie ma, są natomiast kursy języka polskiego (w 1958 roku było ich 50). Z pism polonijnych ukazuje się w Kurytybie dwutygodnik „Lud”. W Kurytybie, Ponta Grosa i Porto Alegre powstały komitety obchodów 1000-lecia państwa polskiego.

Emigracja polska w Brazylii ma charakter emigracji stałej, osiedleńczej. Dzięki rolniczemu charakterowi zajęć ludności proces wynaradawiania przebiega tu wolniej niż w innych krajach.

xxxxxxxx

Z tego końcowego cytatu z WEP wynika, że brazylijska Polonia była doskonale zorganizowana i posiadała mnóstwo instytucji, które ułatwiały jej zachowanie swojej tożsamości. Czy rzeczywiście tak było, że rząd brazylijski, uderzając w Niemców, chciał również zniszczyć instytucje Polonii? Czy gdyby nie prowokacyjne zachowanie LMiK na terenie Brazylii i jej jawne głoszenie chęci utworzenia kolonii, to czy faktycznie ten rząd postąpiłby tak, jak postąpił? Czy zatem ktoś upiekł dwie pieczenie na jednym ogniu? – Nabył setki tysięcy hektarów brazylijskiej ziemi za pieniądze państwa polskiego i jednocześnie osłabił brazylijską Polonię?

W latach 1919-1939 przybyło do Brazylii 40 tysięcy Polaków. W 1935 roku było przeszło 300 szkół i około 350 organizacji polonijnych. Po 1938 roku wszystko uległo likwidacji. Czy z powodu działalności LMiK?

Wydawnictwa ligowe podają, że pod koniec 1937 roku mieszkało w „Morskiej Woli” 113 rodzin zajmujących 149 działek wiejskich i 16 miejskich. A więc w latach 1933-1937 w wyniku działalności LMiK w Brazylii osiedliło się kilkaset osób. Te liczby mówią same za siebie. Komentarz jest chyba zbyteczny.

Brazylijska prowokacja

Żeby lepiej zrozumieć to, co stało się w Liberii, to warto też prześledzić podobną akcję w Brazylii. Podobną, bo tych podobieństw czy analogii można się doszukać. Pierwszym pomysłem już w 1928 roku była Angola. Potem w 1932 roku przyszedł czas na Madagaskar. Z obu nic nie wyszło i pojawiła się Brazylia. Zaczęło się w 1933 roku, podobnie jak w przypadku Liberii. Tadeusz Białas w swojej książce Liga Morska i Kolonialna 1930-1938 (1983) pisze o tym w rozdziale pt. Brazylia. Poniżej wybrane fragmenty:

W momencie rozpoczęcia przez Ligę akcji osadniczej w Brazylii istniały już tam stosunkowo duże skupiska Polaków, w zdecydowanej większości zajmujących się rolnictwem. Początek polskiej emigracji osadniczej w Brazylii, która była przede wszystkim emigracją chłopską, sięga roku 1871. Pod koniec lat dwudziestych i na początku lat trzydziestych XX wieku wychodźstwo polskie w Brazylii liczyło przeszło 200 tys. osób. Polacy byli głównie zgrupowani na południu tego kraju, w stanach: Parana, Santa Catarina i Rio Grande do Sul. W samym stanie Parana, w którym LMiK podjęło akcję osadniczą, mieszkało około 100 tys. Polaków (przy ludności stanu około miliona). A w niektórych municypiach wokół Kurytyby (stolica stanu Parana) Polacy stanowili nawet 30% ogółu mieszkańców. Liczby te – o czym trzeba pamiętać – mają charakter szacunkowy. Dokładne wyliczenia nie są zresztą ważne, ważne jest to, że większość wychodźstwa zaaklimatyzowała się tam dobrze i zdobyła pewną pozycję społeczną, a co najważniejsze nie uległa wynarodowieniu, zachowując poczucie swojej odrębności narodowej. Taka sytuacja polskiej emigracji w Brazylii nie mogła nie wpłynąć na decyzję Ligi o wyborze Parany jako terenu, na którym przeprowadzi się wzorową akcję osadniczą.

Mapa administracyjna Brazylii; źródło: Wikipedia.

Właściwa akcja osadnicza Ligi w Brazylii – poprzedzona kilkuletnią dyskusją oraz analizą polskich przedsięwzięć kolonizacyjnych na tym terenie – rozpoczęła się w 1933 r. W połowie kwietnia tego roku wyjechał do Brazylii przedstawicie ZG LMiK, emerytowany gen. bryg. Stefan Strzemieński. Towarzyszył mu Wolfram Jaroszyński jako specjalista w sprawach rolnych. Głównym celem jego misji było zbadanie możliwości osadniczych, szczególnie w stanie Parana. Po kilkumiesięcznym pobycie w Paranie gen. Strzemieński przedłożył ZG LMiK dwa projekty przeprowadzenia tam akcji osadniczej. Pierwszy, to tak zwany „wielki plan” kolonizacji Parany, połączony z budową kolei. Generał w czasie rekonesansu Parany miał możliwość zapoznania się z przerwaną budową linii kolejowej Riozinho-Guarapuava w środkowej Paranie (138 km). Jej uruchomienie połączyłoby stare polskie osiedla podkurytybskie z terenami przyszłej kolonizacji. Koszty związane z ukończeniem tej budowy obliczano na około 11 mln zł. Delegat Ligi uznał, że warto, aby w tej sytuacji strona polska zrealizowała do końca tę inwestycję i w rozmowach z rządem stanowym wysunął następującą propozycję: w zamian za uruchomienie linii kolejowej rząd przyzna LMiK na cele osadnicze 2 mln ha ziemi oraz prawo do eksploatowania tej linii kolejowej przez okres 60 lat. Rząd stanowy w Paranie tę propozycję zaakceptował.

Drugi projekt – to tzw. „mały plan” – przewidujący przeprowadzenie niewielkiej akcji osadniczej opartej na środkach finansowych posiadanych przez LMiK. W połowie 1933 r. Gen. Strzemieński uzyskał wstępne zapewnienie o przyznaniu LMiK pod kolonizację terenów tzw. rezerwatu indiańskiego, o powierzchni około 7 tys. ha.

LMiK, nie dysponując większymi środkami finansowymi, przystąpiła w rezultacie tylko do realizacji „małego planu”. W dniu 7 czerwca 1934 r. delegat Ligi w Brazylii, gen. S. Strzemieński, sfinalizował ostatecznie umowę z rządem parańskim o zakupie przez Ligę 7 tys.ha ziemi z przeznaczeniem na polską akcję osadniczą, którą miała samodzielnie przeprowadzić organizacja.

A więc mamy tu analogię do sytuacji w Liberii. Tam gen. Orlicz-Dreszer opracował dwuetapowy plan kolonizacji Liberii, a tu były dwa plany: „mały plan” i „wielki plan” gen. Strzemieńskiego.

Zakupione przez Ligę tereny położone były w dorzeczu rzeki Ivai, pomiędzy Apucaraną, Tres Bichos a Candido de Abreu, gdzie znajdowały się zwarte osiedla polskie. Tereny te stanowiły do niedawna część rezerwatu indiańskiego, którego obszar ze względu na zmniejszenie się liczby Indian został przez rząd brazylijski poważnie ograniczony. Część ziemi odebranej Indianom przyznano Lidze. Tworzącą się na tym terenie osadę nazwano „Morska Wola”. Teren ten w latach 1935-1936 został powiększony przez zakupienie sąsiedniego obszaru, wielkości ca 2 tys. ha. Ponadto w tym okresie Liga zakupiła jeszcze drugi teren, także w Paranie (nad rzeką Piquiri na północny zachód od Guarapuavy) o powierzchni około 11 tys. ha, projektując tam założenie osady o nazwie „Orlicz-Dreszer”. Teren ten również powiększono przez dokupienie przylegającego obszaru o wielkości około 10 tys. ha. Pod koniec 1936 r. LMiK posiadała więc w Brazylii blisko 30 tys. ha. Zakup tego drugiego terenu nad rzeką Piquiri i jego kolonizacja miały stanowić etap końcowy bezpośredniej akcji kolonizacyjnej Ligi w Paranie.

Bliższego wyjaśnienia wymaga cel tej akcji, ponieważ ułatwi to ocenę całokształtu działalności Ligi w Brazylii. W intencjach ZG miała ona jedynie na celu „dać inicjatywę do zorganizowania przez powołane czynniki akcji emigracyjno-osadniczej na wielką skalę, która rozmiarami swoimi odpowiadałaby istotnym potrzebom ludnościowym naszego państwa (…) być niejako wstępem, próbą i wzorem dla dalszej systematycznej akcji emigracyjno-osadniczej, do której praktycznego prowadzenia LMiK , jako organizacja społeczna, nie jest powołana”. – Sprawozdanie z działalności LMiK 1 I 1935 – 1 I 1937, Warszawa 1937, s. 34.

Była to więc akcja na skalę eksperymentalną. Upoważniała do takiego stwierdzenia szczególnie wielkość obszaru, jaki zamierzała skolonizować Liga. 30 tys. ha – to niedużo, jak na warunki brazylijskie. Wystarczy wskazać, że np. takie Towarzystwo Kolonizacyjne określane jako „Polskie” lub „Warszawskie”, powstałe w 1928 r., dysponowało 170 tys. ha w stanie Espirito Santo, a w Paranie – 50 tys. ha.

Już jednak w pierwszym okresie gen. Strzemiński popełnił szereg błędów, które w poważnym stopniu zaważyły na ostatecznych rezultatach ligowej akcji osadniczej. Pod koniec 1934 r. MSZ opierając się na raportach Konsula Generalnego RP w Kurytybie, opracowało obszerną notatkę do rozmowy z gen. Orliczem-Dreszerem, zawierającą ocenę dotychczasowej działalności gen. S. Strzemieńskiego. Dopiero wówczas uznano, że przedstawione przez niego plany kolonizacyjne, choć zawierały „śmiałe koncepcje”, nie uwzględniały jednak ani realiów polityczno-spolecznych Parany, a nawet wywołały antypolską kampanię prasową, ani też rzeczywistych możliwości finansowych i organizacyjnych Ligi. Krytycznie także oceniano zakup przez niego terenów osadniczych od rządu parańskiego, przede wszystkim ze względu na ich koncesyjny charakter i położenie z dala od centrów gospodarczych i tras komunikacyjnych, co poważnie utrudni osadnikom zbyt wyprodukowanych towarów. Winą za to MSZ obarczało wyłącznie gen. S. Strzemieńskiego, który wbrew instrukcjom działał zupełnie samodzielnie, nie konsultując swoich poczynań z polskimi pracownikami w Kurytybie. Sugerowano nawet konieczność jego odwołania z Brazylii. MSZ zwróciło się również do Ligi, aby ze względów politycznych nie prowadziła bezpośredniej działalności osadniczej w terenie, ale wykorzystała do tego celu Parańską Spółkę Kolonizacyjną, założoną przez Polaków w Kurytybie.

LMiK nie uwzględniła jednak zaleceń MSZ i w dalszym ciągu akcja osadnicza była prowadzona przez jej przedstawicielstwo w Paranie, którym kierował gen. Strzemieński. Pod koniec 1936 r. cały obszar „Morskiej Woli” został zmierzony i podzielony na dwie części: wiejską i miejską. Część wiejska obejmowała 286 działek 25-hektarowych, część miejska 62 działki 100×60 metrów każda. Postawiono niezbędne zabudowania oraz założono dla przybywających osadników hodowlę trzody chlewnej, ptactwa domowego itp.

Pierwsza grupa osadników, w składzie 5 rodzin, wyjechała z Gdyni do Parany 31 sierpnia 1935 r. Do końca 1936 r. wysłano do „Morskiej Woli” z polski razem 41 rodzin osadniczych, w sumie 184 osoby. Łącznie z osadnikami pochodzącymi z wtórnej kolonizacji mieszkało pod koniec 1936 r. w „Morskiej Woli” 75 rodzin. Przewidywano, że w ciągu 1937 r. kolonizacja „Morskiej Woli” zostanie zakończona i będzie można rozpocząć kolonizację terenu o nazwie „Orlicz-Dreszer”.

Według obliczeń M. Pankiewicza całość wydatków, jakie musiała ponieść trzyosobowa rodzina emigrantów decydująca się na osiedlenie w „Morskiej Woli”, sięgała sumy 3 tys. zł, w tym największą pozycję bo 2/3 stanowiły koszty podróży statkiem. Zdaniem Ligi była to najtańsza, po prowadzonej przez rząd brazylijski, kolonizacja w Paranie.

Dalsze jednak losy akcji kolonizacyjnej LMiK – mimo tak optymistycznych prognoz prowadzonej przez nią propagandy – potoczyły się już znacznie mniej pomyślnie. W październiku 1930 r., w drodze zamachu stanu, władzę w Brazylii przejął Getulio Vargas i sprawował ją nieprzerwanie do 1945 r. Głównym jego hasłem politycznym było dążenie do modernizacji i unifikacji kraju. Czynnikiem, który miał skonsolidować rozpolitykowany i rozbity wewnętrznie naród wokół programu modernizacji Brazylii, stał się dla Vargasa nacjonalizm. Siłą rzeczy jego ostrze zostało wymierzone przeciwko dobrze zorganizowanym skupiskom imigracji włoskiej, niemieckiej, a także i polskiej, które okazały się wyjątkowo odporne na procesy asymilacyjne, a nawet manifestacyjnie kultywowały swoją odrębność.

Akcja nacjonalizacyjna, jak ją wówczas nazywano, uderzyła w Polaków rykoszetem. Jej ostrze skierowane było głównie przeciw Niemcom, którzy podjudzani przez Berlin, od 1933 r. zachowywali się coraz butniej, podkreślając swoje związki z hitlerowską Rzeszą. Podnosiły się coraz silniejsze głosy domagające się uznania ich za mniejszość narodową. Akcja ta uderzyła jednak bardzo dotkliwie, a niesprawiedliwie również Polaków, dalekich od jakichkolwiek wrogich tendencji politycznych i zachowujących w stosunku do państwa niezmienną lojalność.

Jest to jednak tylko część prawdy, strona polska bowiem nie była bez winy. Hałaśliwa propaganda mocarstwowo-kolonialna, nieukrywane poczucie wyższości kulturalnej w stosunku do Brazylijczyków, organizowanie i prowadzenie działalności kulturalno-społecznej wśród Polonii przez specjalnie delegowanych z kraju instruktorów, z których część była oficerami rezerwy, a nawet pracownikami MSZ itp. musiało w konsekwencji wytworzyć sytuację, w której – jak wyraził się poseł RP w Rio de Janeiro Tadeusz Skowroński – „powstało w Brazylii podejrzenie, że wraz z Niemcami i Włochami Polska również dąży do wykrojenia sobie z terytorium brazylijskiego posiadłości kolonialnej”.

Do połowy 1938 r. w dokumentach ligowych nie znajduje odbicia zmieniająca się sytuacja polityczna w Brazylii. Dopiero w połowie 1938 r., kiedy na dobre trwała już akcja nacjonalistyczna, Liga w pełni uświadomiła sobie niebezpieczeństwa, jakie wynikają z niej dla polskiej działalności w Paranie.

MSZ nie podjęło jednak żadnych poważniejszych działań w obronie interesów polskich w Brazylii i to przede wszystkim dlatego, że w gruncie rzeczy zdawało sobie sprawę z niewłaściwości poczynań zarówno swoich, jak i „Światpolu” i LMiK w tym kraju.

W notatce ”pro domo” z 18 czerwca 1938 r., którą sporządził pracownik MSZ Romuald Nowicki – zdecydowanie negatywnie oceniono dotychczasową działalność LMiK w Brazylii. Nowicki proponował przede wszystkim przystąpienie do likwidacji działalności LMiK na terenie Brazylii, ponieważ działalność ta jest „niepożądana i może wywołać słuszne obawy u Brazylijczyków. Liga jest instytucją głoszącą hasło: kolonie dla Polski! Hasło to jest zapewne znane czynnikom brazylijskim, które, rzecz zrozumiała, muszą się przeciwstawić budowie imperium kolonialnego na ich terenie państwowym”. Zdaniem Nowickiego, Lenartowicz (delegat LMiK w Paranie – przyp. W.L.) powinien zostać likwidatorem akcji LMiK w Paranie , przekazując interesy LMiK spółce parańskiej lub miejscowej organizacji polskiej, która w ten sposób straciłaby charakter stowarzyszenia społecznego, przeciwko któremu kierują się postanowienia dekretu o cudzoziemcach. Niepożądane natomiast byłoby przekazanie kierownictwa w Paranie konsulowi polskiemu – „Trudno bowiem, by konsul RP na terenie państwa obcego kierował akcją Ligi kolonialnej”.

W połowie czerwca 1939 r. LMiK, za pośrednictwem MSZ przesłała do konsula Józefa Gieburowskiego w Kurytybie instrukcję w sprawie likwidacji akcji osadniczej. Proszono przede wszystkim konsula o rozwiązanie stosunku służbowego z dotychczasowym administratorem „Morskiej Woli” i okresowe zatrudnienie na to miejsce pracownika , którego głównym zadaniem byłaby likwidacja majątku LMiK w kolonii.

Był to już finał kilkuletniej działalności LMiK w Brazylii. Jakie więc były jej efekty? Wydawnictwa ligowe podają, że pod koniec 1937 r. mieszkało w „Morskiej Woli” 113 rodzin zajmujących 149 działek wiejskich i 16 miejskich. Przyjmując za punkt wyjścia liczbę 286 działek wiejskich i 62 miejskich, na jakie w 1936 r. podzielony został teren „Morskiej Woli”, można z dużą dozą prawdopodobieństwa powiedzieć, że na przełomie1937/1938 r. została ona skolonizowana w około 50%. Na akcję osadniczą w latach 1933-1938 Liga wydała około 493 tys. zł, a dochody wyniosły niecałe 47 tys. zł (spłaty kolonistów).

Akcji osadniczej Ligi nie można jednak oceniać tylko w kategoriach finansowych. Ewentualne zyski nie były tym czynnikiem, który zadecydował o jej rozpoczęciu. Zasadniczą bowiem przyczyną, która skłoniła organizację do realizacji takiego przedsięwzięcia, było istnienie w Polsce masowej emigracji za chlebem, wynikającej z obiektywnej sytuacji społeczno-gospodarczej kraju. Działacze ligowi, kierując się interesem narodowym (ochrona jego substancji biologicznej), próbują temu zjawisku nadać charakter zorganizowany i wykorzystać je z pożytkiem dla kraju. Wzorcowa kolonizacja terenu o nazwie „Morska Wola”, a później także „Orlicz-Dreszer” miała stanowić jedynie zaczątek znacznie szerszej akcji osadniczej, opartej już na kapitale prywatnym i państwowym. Skoncentrowanie wychodźstwa polskiego tylko w niektórych krajach, w tym przypadku w Brazylii, miało być pierwszym etapem do realizacji dalszych koncepcji Ligi. Wychodźstwo polskie, przy czym zakładano a priori, że musi ono posiadać szeroką autonomię jeśli chodzi o rozwój życia narodowego i gospodarczego – miało utrzymywać ścisłe kontakty kulturalno-oświatowe, a zwłaszcza – tak jak to widział gen. Orlicz-Dreszer – być czynnikiem stymulującym rozwój polskiego handlu zamorskiego i producentem potrzebnych krajowi surowców.

Tak rozumiana przez działaczy ligowych akcja osadnicza w Paranie nie spełniła żadnego ze stawianych przed nią celów, przede wszystkim dlatego, iż już w swych założeniach miała charakter utopijny. Utopijność tych koncepcji wynikała nie tylko z braku w kraju znacznych kapitałów na ich realizację, ale głównie tkwiła w błędnym przekonaniu działaczy ligowych, iż na terenie suwerennego państwa, którego większość obywateli posiadało poczucie swojej odrębności narodowej, może powstać enklawa polska, której mieszkańcy będą utrzymywali ścisłe kontakty z Macierzą. Koncepcje takie, mające z natury rzeczy aspekt polityczny, musiały budzić słuszne obawy Brazylijczyków o integralność swojego państwa, zwłaszcza iż zbiegły się one z tendencjami separatystycznymi wśród nieporównywalnie silniejszego ekonomicznie wychodźstwa niemieckiego i włoskiego. Z tej racji wydaje się być zrozumiałe stosowanie przez władze brazylijskie (z ich punktu widzenia) dekretów nacjonalistycznych także przeciwko wychodźstwu polskiemu, które ostatecznie zadecydowały o fiasku akcji osadniczej Ligi w Paranie i związanych z nią koncepcji.

xxxxxxxx

Pierwsza, z pozoru absurdalna decyzja, to zamiar kolonizowania państw, które były niepodległe. Brazylia od ponad 100 lat nie była już portugalską kolonią, a Liberia nigdy nie była kolonią, tylko krajem zależnym od Stanów Zjednoczonych. Jeśli tak, to dlaczego oba państwa i ich rządy pozwoliły na działalność, a nawet sprzedały lub wydzierżawiły ziemię, organizacji, która miała w swojej nazwie wyraz „Kolonialna”. Co więcej, Liga nigdy nie kryła się ze swoimi zamiarami. Najprostsze wytłumaczenie jest więc takie, że rządy tych krajów świadomie uczestniczyły w tej hucpie.

W obu przypadkach akcja rozpoczęła się w 1933 roku. Czy to przypadek? W styczniu 1933 roku Hitler doszedł do władzy. A więc w tym momencie niektórzy wiedzieli, że będzie wojna. Nie wiedzieli jeszcze, kiedy ona się zacznie. Ale w momencie likwidowania obu prowokacji w drugiej połowie 1938 roku czy na przełomie 1938 i 1939 roku już wiedzieli, że w 1939 roku będzie wojna.

W obu przypadkach mamy świadome i prowokacyjne działanie przedstawicieli Ligi na terenie obu państw i podsycanie nastrojów mocarstwowo-kolonialnych przez prasę krajową, co wywołuje nagonkę prasową i antypolskie nastroje. W konsekwencji prowadzi to wycofania się Ligi z obu państw. No właśnie! Liga się wycofuje, ale zakupiona ziemia zostaje. Co się z nią dzieje? Ani Tadeusz Białas, ani Marek Arpad Kowalski nie wspomnieli o tym w swoich książkach.

W 1936 roku powstała spółka akcyjna Międzynarodowe Towarzystwo Osadnicze (MTO), które w chwili założenia dysponowało kapitałem 500 tys. zł, wpłaconych przez Państwowy Bank Rolny (250 tys. zł) i MSZ (250 tys. zł). W połowie 1938 roku MTO posiadało 51 tys. ha w argentyńskim stanie Misiones oraz 63 tys. ha w stanie Parana. Pod koniec 1936 roku LMiK posiadała w Brazylii około 30 tys. ha. Towarzystwo Kolonizacyjne określane jako „Polskie” lub „Warszawskie”, powstałe w 1928 roku dysponowało 170 tys. ha w stanie Espirito Santo, a w Paranie – 50 tys. ha. W sumie więc mamy:

  • MTO – 51 + 63 = 114
  • LMiK – 30
  • Towarzystwo Kolonizacyjne – 170 + 50 = 220
  • Razem – 364

A więc 364 tys. ha w Brazylii i Argentynie. Towarzystwo Kolonizacyjne powstało w 1928 roku, a więc w tym samym, w którym zmieniono statut Ligi Morskiej i Rzecznej. Nowy statut określał bowiem, że LMiR ma na celu nie tylko propagowanie wśród społeczeństwa „idei morskiej oraz korzyści wynikających z eksploatacji morza, popieranie rozwoju polskich dróg wodnych, portów, polskiej żeglugi, budowy okrętów polskiej floty handlowej, rozwoju rybactwa morskiego i handlu zamorskiego, współdziałanie w tworzeniu siły zbrojnej na morzach i rzekach” – co było powtórzeniem założeń programowych z 1924 r. – ale dąży również „do pozyskania kolonii dla Polski, względnie terenów dla nieskrępowanej ekspansji narodu polskiego”.

„Pod koniec 1936 r. cały obszar „Morskiej Woli” został zmierzony i podzielony na dwie części: wiejską i miejską. Część wiejska obejmowała 286 działek 25-hektarowych, część miejska 62 działki 100×60 metrów każda.”

„Był to już finał kilkuletniej działalności LMiK w Brazylii. Jakie więc były jej efekty? Wydawnictwa ligowe podają, że pod koniec 1937 r. mieszkało w „Morskiej Woli” 113 rodzin zajmujących 149 działek wiejskich i 16 miejskich.”

286 działek 25-hektarowych i 62 działki 100×60 metrów każda i 364 tys. ha. Niezła hucpa. MTO było spółką akcyjną. A jaki status miało Towarzystwo Kolonizacyjne? Bardzo możliwe, że też było spółką akcyjną i prawdopodobnie z udziałem firm państwowych, tak jak MTO. Czy pojawili się tam później prywatni akcjonariusze z symbolicznym wkładem? Możliwe, że tak. A jakie treści zawierały statuty tych spółek? Co się z nimi działo, gdy większościowy właściciel, czyli państwo, przestał istnieć np. wskutek wojny? – Na te pytania nigdy nie znajdziemy odpowiedzi, ale ja jakoś tak dziwnie domyślam się, jakie mogłyby być te odpowiedzi.

Lata 30-te to wielki kryzys zapoczątkowany w 1929 roku. Brazylia, jak większość państw, również odczuła go bardzo boleśnie. Brazylijski polityk i dyplomata Osvaldo Aranha tak scharakteryzował ten okres:

„Kraj był bez pieniędzy, bez wymiany, faktycznie i prawnie z moratorium, z obietnicami pomocy z zagranicy, z których nic nie wyszło; płynny dług federalny, stanowy i lokalny, którego dokładnej wielkości nie znano; kawa w trzech kryzysach: cen, nadprodukcji i dużych zapasów w magazynach; brazylijska gospodarka, przemysł i praca w ruinie; i kryzys bezrobocia.”

Skoro kraj był bez pieniędzy, to zapewne władze chwytały się wszelkich środków, by je zdobyć i może nawet skłonne były do sprzedaży ziemi po atrakcyjnych cenach, żeby tylko załagodzić kryzys.

Wygląda na to, że liberyjska hucpa była tylko po to, by odwrócić uwagę od faktycznej akcji, czyli zakupu ogromnych połaci ziemi w Brazylii za państwowe pieniądze i przejąć te grunty w odpowiednim momencie tj. w momencie wybuchu wojny. Po to też było potrzebne przejęcie Ligi Morskiej i Rzecznej i zmiana jej nazwy na Ligę Morską i Kolonialną, by pod pozorem zakupu ziemi dla emigrantów i tworzenia kolonii skupować ziemię w bardzo atrakcyjnych lokalizacjach. Żeby to robić po cichu i skutecznie, wymyślono hasło o mocarstwowej Polsce z koloniami. Każdy więc zakup ziemi w Brazylii był usprawiedliwiony, że to na cele kolonialne. Również usprawiedliwione było tworzenie spółek, które zajmowały się zakupem ziemi w Brazylii. A dlaczego Brazylia? No bo tam już było duże skupisko ludności polskiej. Żeby jednak w pewnym momencie wygasić tę akcję, potrzebne były te prowokacje albo ustawki. Ci, którzy to robili, wiedzieli, że będzie wojna, a po niej pojawi się potężna fala emigrantów, że powstaną jakieś programy rządowe, inwestycje i cena ziemi wzrośnie. Ale nawet nie to było istotne. Ważne było to, że ktoś inny zapłacił, a oni stali się właścicielami.

Prawdopodobnie była to największa afera finansowa II RP. Problem tylko polega na tym, że nikt o niej nie wie. Wojna zatarła wszelkie ślady. Pozostało tylko przekonanie, że to z jakichś irracjonalnych powodów Polacy zapragnęli mieć kolonie i mocarstwową Polskę. Zrzucono to na karb polskiego romantyzmu i nieliczenia się z realiami. A że było zupełnie inaczej… Któż to wie? I szczytna idea przybliżenia Polakom problemów morza i gospodarki morskiej i wykorzystania jej dla wspólnego dobra została wykorzystana przeciwko nim, a oni sami ośmieszeni.

Liberyjska prowokacja

Wątek liberyjski w historii Polski wydaje się dosyć zagadkowy i zmuszający do snucia pewnych spekulacji. Jak to było możliwe, że państwo bez tradycji morskich i kolonialnych „zapragnęło” mieć kolonię w Liberii, w państwie, które zostało stworzone przez Stany Zjednoczone i całkowicie od niego zależne? I dlaczego te Stany Zjednoczone do pewnego momentu zachowywały się tak, jakby nie widziały, że jakieś inne państwo szarogęsi się na ich terenie? I czy to było możliwe, by rząd liberyjski prowadził rozmowy i zawierał umowy z jakąś Ligą Morską i Kolonialną bez wiedzy i zgody swego suwerena, czyli Stanów Zjednoczonych? – To są właśnie te pytania, które skłaniają do podejrzeń, że była to akcja nie tyle kolonialna, co raczej rodzaj prowokacji czy awantury, mającej na celu skompromitowanie II RP na arenie międzynarodowej, a przynajmniej w krajach, w których tę akcję podjęto. Tylko jaki był powód? Dla samego skompromitowania? Raczej dla odwrócenia uwagi od prawdziwego celu tej hucpy.

Tadeusz Białas w książce Liga Morska i Kolonialna 1930-1939 (1983) poświęca temu wątkowi jeden rozdział pt. Liberia. Poniżej jego fragmenty:

Na jesieni 1933 r. przyjechał do Warszawy nieoficjalny przedstawiciel Liberii, dr Leo Sajous, który zwrócił się do LMiK z propozycją nawiązania bezpośrednich stosunków gospodarczych i kulturalnych pomiędzy Polską a niepodległymi państwami murzyńskimi: Liberią i Haiti. Propozycja ta została przez Ligę potraktowana przychylnie i po szeregu konferencji z przedstawicielami „czynników zainteresowanych” (jedna z nich odbyła się w lutym 1934 r. pod przewodnictwem ministra przemysłu i handlu Ferdynanda Zarzyckiego) podjęto decyzję o wysłaniu do Liberii specjalnej delegacji.

Delegacja LMiK, której przewodniczył znany pisarz i podróżnik Janusz Makarczyk, wypłynęła 3 kwietnia 1934 r. z Bordeaux statkiem holenderskim „Amstelkerk” i w trakcie tej podróży zwiedziła kolejno: Sierra Leone, Gwineę Francuską, Liberię, Wybrzeże Złote, Togo, i Dahomej. Do Warszawy delegacja wróciła w końcu czerwca tego roku.

Głównym rezultatem rekonesansowej podróży delegacji było zawarcie 28 kwietnia 1934 r. umowy gospodarczej między rządem liberyjskim a LMiK. Wokół tej właśnie umowy – zwracał uwagę J. Makarczyk już w 1936 r. – „krążyły i po dziś dzień krążą pogłoski fantastyczne”. Umowa – twierdził autor – została zawarta pomiędzy pełnomocnikami prezydenta Liberii i prezesa ZG LMiK na zasadzie równości stron i była ratyfikowana przez parlament liberyjski. Wynika z tego, że rząd polski miał wobec niej całkowicie wolną rękę i ograniczył swój wpływ do rozciągania opieki konsularnej nad poczynaniami kupców i plantatorów polskich.

Taka ocena tej umowy, akcentująca désintéressement rządu polskiego wobec poczynań Ligi, uległa u J. Makarczyka w miarę upływu lat zasadniczej zmianie. Makarczyk we wspomnieniach pt. Widziałem i słyszałem, wydanych w 1957 r., stwierdzał jednoznacznie, że rządowi polskiemu nie chodziło wcale o nawiązanie stosunków gospodarczych z Liberią, lecz o jej przekształcenie w swoją kolonię.

Liberia – zdaniem J. Makarczyka – wystąpiła z inicjatywą nawiązania rozmów z Polską, znajdując się w trudnej sytuacji politycznej i finansowej. Groziło jej ograniczenie suwerenności na rzecz Ligi Narodów. Wtedy dr Leon Sajous, reprezentujący ideę współpracy pomiędzy państwami murzyńskimi, podsunął rządowi Liberii myśl zaproszenia poza Ligą Narodów rzeczoznawców europejskich, których zadaniem byłaby sanacja gospodarki kraju. W tym celu dr L. Sajous przyjechał do Warszawy w przekonaniu, że Polska musi prowadzić politykę surowcową, co nie znaczyło, żeby przez to chciała lub miała warunki anektowania Liberii. L. Sajous nie wiedział wtedy jednak nic (ale wiedział Makarczyk), że kilka stolic europejskich namawiało polskie MSZ do „zaanektowania Liberii, która przez sam fakt swego istnienia przeszkadzała i przeszkadzała państwom prowadzącym politykę kolonialną”.

Nasuwa się pytanie, dlaczego Liberia zwróciła się o pomoc do Polski. Wyjaśnienie J. Makarczyka, że dlatego, iż L. Sajous nie posądzał Polski o ambicje kolonialne, jest nieco naiwne. Przecież Sajous prowadził rozmowy z organizacją, która w swojej nazwie miała przymiotnik „kolonialna” i nie kryła wcale, że jednym z jej celów było uzyskanie kolonii dla Polski. Być może, że Liberia pierwsze kontakty z Polską nawiązała na gruncie genewskim, choćby z tej racji, że Polska była sprawozdawcą spraw liberyjskich w Radzie Ligi Narodów i jej życzliwe nastawienie było szczególnie cenne. Polskie MSZ nie chciało jednak oficjalnie angażować się w żadne rozmowy z przedstawicielami Liberii i ich prowadzenie przekazało LMiK.

Zachowana kopia umowy między LMiK a Liberią składała się z czterech rozdziałów i nie zwierała żadnych tajnych klauzul, które według J. Makarczyka miały precyzować zagadnienie „sklepów wymiennych” i współpracy wojskowej.

W rozdziale pierwszym szczegółowo sprecyzowano warunki przyszłego „Traktatu Przyjaźni” między Polską a Liberią. Nie wnikając w jego szczegółowe postanowienia, należy stwierdzić, że nie przyznawał on stronie polskiej żadnych daleko idących uprzywilejowań, które w jakimś stopniu naruszyłyby suwerenność Liberii. Projektowany traktat przyznawał Polsce tylko klauzulę największego uprzywilejowania oraz klauzulę narodową.

Rozdziały II-IV dotyczyły już bezpośrednio umowy, jaką LMiK podpisała z rządem liberyjskim. Zwrócę uwagę tylko na jej zasadnicze postanowienia. Liberia zobowiązała się do wydzierżawienia na okres 50 lat 50 polskim plantatorom minimum 150 akrów ziemi każdemu z domen publicznych. Obszar plantacji mógł być zwiększony na podstawie dodatkowej umowy. Plantacje miały być wykorzystane do uprawy kauczuku, bawełny, kawy, ryżu, koli i kakao. Przyznano LMiK prawo do utworzenia specjalnego towarzystwa do eksploatowania bogactw naturalnych oraz gwarantowano handlowi i przemysłowi polskiemu klauzulę największego uprzywilejowania. LMiK ze swej strony zobowiązała się do wysłania rzeczoznawców polskich według zapotrzebowania zgłoszonego przez rząd liberyjski i na jego koszt. Ponadto Liga miała zapewnić zawodowe wykształcenie 20 młodym Liberyjczykom.

ZG LMiK prawie natychmiast po powrocie delegacji z Afryki Zachodniej, prawdopodobnie nie konsultując szerzej swoich projektów z MSZ, zdecydował się na samodzielną realizację akcji liberyjskiej. Już w lipcu 1934 r. wyjechali do Liberii z ramienia Ligi pierwsi Polacy: inż. Tadeusz Brudziński, w charakterze rzeczoznawcy rządu liberyjskiego do spraw ekonomicznych (funkcję tę pełnił do końca 1936r.) i płk lekarz Jerzy Babecki – rzeczoznawca do spraw higieny (od września 1935 r. funkcję tę pełnił dr Ludwik Anigstein). W sierpniu z kolei – pięciu kandydatów na plantatorów: Zygmunt Brudziński (brat Tadeusza), Kamil Giżycki (późniejszy pisarz), K. Armin, L. Kopytyński i Stanisław Szabłowski, a w grudniu – trzech dalszych: Jerzy Chmielewski, Edward Januszewicz i S. Golewski.

Gen. G. Orlicz-Dreszer – jak się można zorientować z fragmentarycznych informacji – nakreślił bardzo ambitny i szeroki program gospodarczej penetracji Liberii podzielony na dwa etapy: pierwszy etap miał być realizowany w zasadzie w oparciu o środki finansowe Ligi i przewidywał założenie kilku plantacji, na których miały powstać faktorie handlowe prowadzone przez samych plantatorów. Nieco później planowano utworzenie dalszych faktorii handlowych zlokalizowanych już w różnych częściach Liberii i prowadzonych niezależnie od gospodarki plantacyjnej. Faktorie miały się zajmować skupem od tubylców artykułów rolnych (kawa, olej palmowy, ziarno kakaowe itp.) oraz sprzedażą artykułów polskiej produkcji. W pierwszym etapie całością poczynań gospodarczych miał kierować Syndykat Handlowy, który miał również uruchomić pierwsze małe zakłady przemysłowe (tartak, łuszczarnia kawy). W drugim etapie przewidywano realizację szeregu dużych inwestycji, jak budowa dróg, kolei, portu, kopalni oraz uruchomienie linii żeglugowej Gdynia-Monrovia. Ten etap miał być urzeczywistniony już przez polski kapitał prywatny i państwowy.

Sądzić bowiem należy, że generał liczył na możliwość zaangażowania w tę sprawę kapitału prywatnego lub też na uzyskanie specjalnej subwencji państwowej. Być może otrzymał nawet w tym zakresie wstępne deklaracje od kompetentnych czynników. Kiedy te rachuby już w połowie 1935 r. okazały się nierealne, Liga próbowała realizować część tych projektów w oparciu o własne środki finansowe, które okazały się daleko niewystarczające dla prowadzenia nawet ograniczonej działalności plantacyjnej i handlowej.

Podjęta przez LMiK próba penetracji gospodarczo-handlowej Liberii załamała się już po kilku miesiącach z powodu braku nawet minimalnych funduszów na jej prowadzenie. A przecież istniały pewne możliwości zwiększenia polskiego eksportu do Liberii. Świadczy o tym najlepiej fakt, że na rynku liberyjskim znajdowały się w sprzedaży niewielkie ilości towarów pochodzenia polskiego (szynka w puszkach, smalec, meble, naczynia emaliowane i blaszane, artykuły galanteryjne) sprowadzane przez centrale europejskich domów towarowych, posiadających oddziały w Liberii.

Analizując przyczyny załamania się akcji liberyjskiej LMiK, nie można jednak zapominać, że zdecydowały o tym nie tylko czynniki organizacyjne i finansowe, ale w równym stopniu także rozwój sytuacji politycznej w tym kraju.

Już z pierwszych raportów T. Brudzińskiego skierowanych do ZG LMiK i MSZ wyraźnie wynikało, że podpisanie przez Liberię umowy z LMiK wywołało poważne zaniepokojenie wśród państw zaangażowanych politycznie i gospodarczo w tym kraju, które podejrzewały, iż za Ligą kryje się rząd polski. Państwa te rozpoczęły zakulisową działalność, zamierzając skompromitować w oczach rządu liberyjskiego akcję Ligi.

Pierwszym tego symptomem była nota dyplomatyczna złożona przez rząd liberyjski konsulowi RP w Monrovii w sprawie artykułu w „IKC” (nr 34 z 8 lutego 1935 r.) informującego o odczycie M. Pankiewicza na Uniwersytecie Jagiellońskim w Krakowie pt. Czy Polska może zdobyć kolonie? Inkryminowany artykuł nie powinien jednak – moim zdaniem – spowodować tak ostrej reakcji rządu liberyjskiego, gdyż M. Pankiewicz, mówiąc o koloniach dla Polski, wymienił Togo i Kamerun. Liberię M. Pankiewicz wymienił tylko jako przykład istniejących możliwości dla zwiększenia polskiej ekspansji kolonialnej. Sądzę dlatego, że artykuł ten był tylko pretekstem do wykazania nielojalności LMiK, która dąży do przekształcenia Liberii w kolonię, zwłaszcza że został on udostępniony rządowi liberyjskiemu przez któregoś z przedstawicieli „życzliwych” Polsce państw.

Dotychczasowy przyjazny rozwój stosunków polsko-liberyjskich (pomijając incydent z „IKC”) został gwałtownie przerwany antypolską kampanią prasową w Liberii, którą zapoczątkował artykuł w „The Weekly Mirror” z 28 sierpnia 1936 r., będący przedrukiem z gazety „African Morning Post” wychodzący w Akrze. Autor tego artykułu, Nn-Amdi Azikiwe, m.in. napisał: „I teraz ta Polska, która do 1914 r. była kolonialnym terytorium trzech różnych krajów i której zostało zezwolone wykonanie prawa Wilsona o samostanowieniu, potrzebuje kolonii, nie w Europie, lecz w Afryce. To jest jeden z intrygujących okresów studiów nad międzynarodową polityką. Poprzedni sługa cesarzowej Austrii, Marii Teresy, cesarzowej Rosji Katarzyny II i Fryderyka Wielkiego w Prusach, teraz chce być panem w afrykańskim kraju”.

Gdyby ukazał się tylko jeden artykuł tej treści, można by sądzić, że była to jedynie jakaś odosobniona opinia działacza panmurzyńskiego, jakim był Azikiwe. Jednak artykuł ten zapoczątkował kampanię antypolską w prasie liberyjskiej, co świadczyło wyraźnie, że było to posunięcie mające na celu zdyskredytowanie akcji LMiK w Liberii. Tym bardziej, że kampania odbywała się niewątpliwie za aprobatą rządu liberyjskiego.

W pierwszej połowie października 1936 r. poseł liberyjski w Paryżu Othon de Bogaerde złożył wizytę w Ambasadzie RP w Paryżu i oświadczył Wieruszowi Kowalskiemu, sekretarzowi ambasady, że „opinia publiczna liberyjska zaniepokojona jest rzekomymi zamiarami zajęcia Liberii przez Polskę i zrobienia z niej swojej kolonii, że sfery rządowe nie mają obaw pod tym względem uważając, iż nic się nie zmieniło w dziedzinie przyjaznych stosunków politycznych polsko-liberyjskich, że byłoby jednak pożądane, by kompetentne czynniki polskie oficjalnie zdementowały podobne pogłoski”.

Rząd polski nie zamierzał jednak dementować tych pogłosek, uważając je za niepoważne. Za to radca Ambasady RP w Paryżu z polecenia MSZ złożył 3 listopada 1936 r. démarche posłowi liberyjskiemu, kategorycznie domagając się przerwania antypolskiej kampanii prasowej i grożąc, że w przeciwnym razie polski rząd wyciągnie konsekwencje „choćby na terenie Ligi Narodów, gdzie Liberia ma dużo spraw”.

W końcu grudnia 1936 r. rząd liberyjski za pośrednictwem swego posła w Paryżu wyraził „ubolewanie z powodu incydentu”, ale – jak wyjaśniono – „nie może zadość uczynić żądaniom rządu polskiego przez odpowiednie dementi, gdyż dziennik, w którym ukazały się napaści na Polskę, jest pismem nie rządowym, odzwierciedlającym opinie prywatne, w Liberii zaś panuje wolność słowa”. Ambasador J. Łukasiewicz uznał to wyjaśnienie za niewystarczające.

Wydaje się jednak, iż było ono wystarczające, jeśli się zważy równie nieodpowiedzialne opinie niektórych polskich publikacji prasowych o Liberii.

Sprawa się jednak na tym nie skończyła i miała dalsze, znacznie już poważniejsze reperkusje. W ciągu 1937 r. Departament Stanu USA kilkakrotnie podejmował z Ambasadą RP w Waszyngtonie rozmowy na temat charakteru działalności LMiK w Liberii, podkreślając przy tym, że rząd Stanów Zjednoczonych jest zainteresowany w swobodnym rozwoju i niezależności tego kraju. W gazecie „Pittsburg Courier” ukazał się 15 lipca 1937 r. artykuł pt. Liberia może być pochłonięta przez żarłoczną Polskę, w którym sugerowano, że delegat Polski w Lidze Narodów wystąpił z propozycją przekształcenia Liberii w teren mandatowy Ligi Narodów, aby Polska mogła uzyskać dostęp do surowców.

Rząd polski zmuszony był złożyć w Departamencie Stanu USA wyjaśnienia w tej sprawie, m.in. zwracając uwagę, że delegat Polski w Genewie nie poruszał w ogóle sprawy Liberii. Gazeta „Pittsburg Courier” opierając się na wyjaśnieniach konsula RP zamieściła odpowiednie sprostowanie.

Zaniepokojenie rządu USA działalnością LMiK w Liberii było jednak przejawem hipokryzji, ponieważ to właśnie Stany Zjednoczone dążyły do przekształcenia tego kraju w strefę swoich wyłącznych wpływów, zresztą już wkrótce ten zamiar realizując (w 1938 r. Liberia po podpisaniu szeregu traktatów z USA przekształciła się w faktyczną kolonię USA). Konsekwencją tego zamiaru było dążenie USA do wyeliminowania z Liberii interesów innych państw. Co więcej, konsul RP w Monrovii S. Paprzycki był przekonany, że to właśnie Amerykanie związani z koncernem Firestone’a byli inspiratorami różnych plotek mających skompromitować akcję LMiK.

Szczególny rozgłos, jaki uzyskała w 1937 r. akcja LMiK w Liberii, przyspieszył niewątpliwie podjęcie przez MSZ decyzji o jej ostatecznym zakończeniu. Formalne uchwały w tej sprawie zapadły na zebraniu połączonych prezydiów ZG i Rady Głównej LMiK, które odbyło się w grudniu 1937 r. W ciągu 1938 r. zlikwidowano delegaturę LMiK w Monrovii oraz stopniowo rozwiązywano stosunki z plantatorami. Uzgodniono, że Liga przekaże swoje plantacje Międzynarodowemu Towarzystwu Osadniczemu. Dla sfinalizowania akcji wyjechał w sierpniu 1938 r. do Liberii specjalny przedstawiciel ZG LMiK inż. M. Świrski.

Wyrazem wzrastającego zainteresowania czynników rządzących problemem planowej emigracji osadniczej z Polski, jako jednego ze sposobów rozładowania napięć społecznych, było założenie 30 kwietnia 1936 r. spółki akcyjnej pod nazwą Międzynarodowe Towarzystwo Osadnicze (MTO), której zadaniem było „zdobycie odpowiednich terenów dla osadnictwa rolniczego polskiej emigracji w Południowej Ameryce”. W chwili założenia MTO dysponowało kapitałem w wysokości 500 tys. zł wpłaconych przez Państwowy Bank Rolny (250 tys. zł) i MSZ (250 tys. zł). W połowie 1938 r. MTO posiadało przeszło 51 tys. ha w argentyńskim stanie Misiones oraz 63 tys. ha w stanie Parana (Brazylia) i próbowało na tych terenach prowadzić – z różnym zresztą skutkiem – akcję osadniczą.

W listopadzie1938 r. Józef Zieliński, kierownik referatu kolonialnego w MSZ, przygotował projekt oświadczenia, które Liga miała wręczyć prezydentowi Liberii w celu „wyjścia z twarzą”. W oświadczeniu obciążono wyłączną winą stronę liberyjską za niezrealizowanie umowy z LMiK, argumentując, że od dłuższego już czasu prowadzona jest na terenie Liberii nieprzebierająca w środkach ostra kampania przeciwko działalności gospodarczej LMiK, którą toleruje rząd liberyjski.

Powyższe oświadczenie nie zostało nigdy złożone rządowi liberyjskiemu, ponieważ już pod koniec 1938 r. zaczęły wychodzić na jaw różne nadużycia popełnione przez plantatorów. Okazało się zwłaszcza, że plantatorzy sprzedali lub rozdali tubylcom kilkanaście sztuk broni myśliwskiej, wbrew kategorycznym zakazom władz liberyjskich. Wszczęte w tej sprawie dochodzenie doprowadziło do aresztowania nabywców broni – Murzynów spośród służby i robotników plantacyjnych. Po rozprawie sądowej, która odbyła się w lutym 1939 r. zwolniono co prawda aresztowanych, ograniczając się jedynie do konfiskaty broni, ale zapowiedziano wszczęcie dochodzenia przeciwko plantatorom, przebywającym zresztą już w Polsce.

Biorąc pod uwagę niewielką ilość broni myśliwskiej, sprzedanej czy darowanej tubylcom z interioru, należy tę sprawę traktować jako kolejny pretekst dla kapitału amerykańskiego do pozbycia się niewygodnego konkurenta. Był to jednak pretekst wystarczający, aby uniemożliwić Lidze „wyjście z twarzą” z Liberii.

Kolejna więc akcja LMiK, tym razem zmierzająca do uzyskania dla Polski bezpośredniego dostępu do surowców kolonialnych, zakończyła się znowu całkowitą porażką. Liberia nie stała się – jak planowano – punktem wyjścia dla polskiej ekspansji gospodarczej w Afryce. Zdecydowały o tym zarówno przyczyny organizacyjno-finansowe, jak i zdecydowane stanowisko USA, które nie zamierzały tolerować w swojej strefie wpływów jeszcze jednego konkurenta, zwłaszcza o ambicjach kolonialnych.

xxxxxxxx

Książka Liga Morska i Kolonialna 1930-1939 powstała na podstawie rozprawy doktorskiej obronionej w grudniu 1976 roku w Instytucie Historii Uniwersytetu Gdańskiego. Jest to więc poważne opracowanie. To, co zwróciło moją uwagę i zarazem zdziwienie, to to, że nie ma w niej nic na temat skali tego przedsięwzięcia. Chodzi mi konkretnie o to, ilu ludzi było w to zaangażowanych i co tam konkretnie zrobiono, ile ziemi wykupiono itd. Z książki możemy się dowiedzieć, że LMiK podpisała umowę z rządem liberyjskim na wydzierżawienie na okres 50 lat 50 polskim plantatorom 150 akrów ziemi każdemu z nich. 150 akrów to 60 ha. A więc wydzierżawiono, a nie – sprzedano! Wiemy też, że w pierwszym rzucie wyjechało… 5 plantatorów, a w drugim – 3. No to ja się pytam: to ma być kolonizacja?! To jakaś kpina. W przypadku akcji osadniczej w Brazylii, o czym może w następnym blogu, autor podaje konkretne liczby. Jeśli więc było 8 plantatorów, bo o tym, by było ich więcej autor nie wspomina, to już sam ten fakt skłania do podejrzeń, że coś tu śmierdzi. A jeszcze do tego ci „plantatorzy” to jacyś inteligenci, a nie ludzie związani z rolnictwem. I nic nie wspomina o wcześniejszej historii Liberii, bo to nie pasowało by do koncepcji, że to Stany Zjednoczone wypchnęły Polskę z Liberii i same uczyniły z niej swoją kolonię. Owszem, uczyniły z niej swoją kolonię, ale ponad 100 lat wcześniej.

Ciekawą postacią jest dr Leo Sajous. Wikipedia pisze o nim tak:

Léo Sajous – haitański lekarz z tytułem doktora, pisarz, dyplomata. Jako lekarz pracował w Paryżu. Tamże współpracował przy tworzeniu periodyku „Le Cri des nègres”, w 1930 założył Uniwersalny Komitet Instytutu Czarnego, a następnie był twórcą i od 1931 do 1932 prowadził wielojęzykowe czasopismo o charakterze panafrykańskim pt. „La Revue du Monde Noir”.

W drugiej połowie 1933 przybył do Warszawy składając Lidze Morskiej i Kolonialnej ofertę podjęcia relacji o charakterze gospodarczo-kulturalnych pomiędzy Liberią a Polską. W kwietniu 1935 uzyskał exequatur (zgoda państwa przyjmującego na wykonywanie przez określoną osobę funkcji kierownika urzędu konsularnego państwa wysyłającego) jako konsul generalny Republiki Liberyjskiej na obszar RP z siedzibą w Warszawie (pod koniec tego miesiąca konsulat został otwarty w stolicy Polski).

Jeżeli dopiero w 1935 roku stał się konsulem Republiki Liberyjskiej na obszar RP, to jako kto występował wcześniej, gdy w drugiej połowie 1933 przybył do Warszawy?

Nie mniej ciekawą jest również Janusz Makarczyk (1901-1960). O nim Wikipedia m.in. pisze:

We wrześniu 1923 rozpoczął pracę jako urzędnik Konsulatu Rzeczypospolitej Polskiej w Chicago (a więc w wieku 22 lat – przyp. W.L.), jednocześnie podjął studia na Wydziale Filozofii na Sorbonie w Paryżu. Był równocześnie korespondentem „Kuriera Warszawskiego”, a także prasy polonijnej („Rekord Codzienny” w Detroit oraz „Nowiny Polskie” w Milwaukee). W 1924 zdał egzamin dyplomatyczno-konsularny, na wiosnę 1926 natomiast – egzaminy na Sorbonie.

Od maja 1926 był urzędnikiem Konsulatu Rzeczypospolitej Polskiej w Jerozolimie. W tym czasie rozpoczął również badania historyczne nad epoką Harun al-Raszyda i dziejami powstania Sandżów, zwiedzając m.in. zwiedził Turcję, Syrię i Arabię Saudyjską.

W styczniu 1927 powrócił do kraju, pracował jako urzędnik Ministerstwa Spraw Zagranicznych. Był sekretarzem Sekcji Badań Tropikalnych Ligi Morskiej i Rzecznej, a od 1934 – wiceprzewodniczącym Wydziału Morskiego Ligi Morskiej i Kolonialnej oraz sekretarzem generalnym Polskiego Komitetu „Pro Palestina”. W latach 1927-1928 brał udział w międzynarodowych zjazdach i kongresach poświęconych problemom ekonomicznym emigracji zarobkowej, uczestniczył jako sekretarz delegacji polskiej w komisjach emigracyjnych w Rio de Janeiro, Paryżu, Brukseli i Berlinie.

W czerwcu 1945 został oficerem łącznikowym Misji Wojskowej Wojska Polskiego w Paryżu kierowanej przez gen. bryg. Mariana Naszkowskiego; działał m.in. we Frankfurcie nad Menem. W sierpniu 1945 został oddelegowany do służby w Ministerstwie Spraw Zagranicznych na stanowisko radcy. Od stycznia do lipca 1946 był chargé d’affaires Poselstwa Polskiego w Kairze, gdzie zapadł na paratyfus. Po powrocie ze szpitala powierzono mu funkcję naczelnika Wydziału Wschodniego Ministerstwa Spraw Zagranicznych w Warszawie. Odznaczenia: Złoty Krzyż Zasługi (1937), Krzyż Kawalerski Orderu Odrodzenia Polski (1946).

xxxxxxxx

Mamy więc do czynienia z człowiekiem, który doskonale sobie radził za rządów sanacyjnych i w PRL-u, co nie pozostawia złudzeń co do jego pochodzenia. Ludzie z takim pochodzeniem, którzy zajmowali wysokie stanowiska w II RP, zajmowali je również w PRL-u i wielu z nich często ostro krytykowało rządy sanacyjne.

Autor książki Tadeusz Białas ze szczególną atencją odnosi się do Orlicz-Dreszera. Gdy o nim pisze, to zawsze: „gen. Orlicz-Dreszer”, „gen, Gustaw Orlicz-Dreszer”, „gen. Dreszer” albo „generał”. Może to zdradzać szczególną do niego sympatię lub też pośrednio do rządów sanacyjnych. Jego ocena tej liberyjskiej prowokacji jest łagodna i jakby unikająca drążenia tematu w obawie przed napisaniem czegoś, co by poddało w wątpliwość jego oficjalną narrację. Czyżby więc autocenzura, a może cenzura PRL-owska? Czy zatem PRL, niby antysanacyjny, to jednak dbał o to, by pewne brudne sprawy II RP nie ujrzały światła dziennego? A więc dalej ci sami ludzie? A może raczej ta sama nacja? – Dużo się zmieniło, by nic się nie zmieniło.

Marek Arpad Kowalski w książce Kolonie Rzeczypospolitej (2005) pisze:

„Dokładna treść umowy nie jest znana. (…) Możemy jedynie zastanawiać się nad brzmieniem umowy, bo jej treść nigdy nie została w pełni ogłoszona! Pytanie dlaczego? – zostawmy na boku, by nie gmatwać się w spekulacje. Wiadomo o niej, że była to umowa handlowa.”

Wygląda na to, że autor coś jednak wiedział, ale nie chciał powiedzieć. Nic dziwnego! On z tej samej nacji co Makarczyk i prawdopodobnie dobrze wiedział, o co w tym wszystkim chodziło. W dalszej części pisze:

„Była jednak podobno i tajna część umowy. Oto Polska miała zmodernizować liberyjskie wojska graniczne. W razie zaś konfliktu w Europie Polska miała prawo przeprowadzić w Liberii rekrutację 100 tysięcy ludzi do swojej armii pomocniczej!”

Kolejna ściema, czyli odwrócenie uwagi od prawdziwego celu tej hucpy. W tekście tym wyszczególniłem kursywą informację na temat Międzynarodowego Towarzystwa Osadniczego (MTO), któremu Liga przekazała swoje plantacje. Tak napisał Tadeusz Białas. Czyli co? Darowizna? Rodzina? MTO posiadało plantacje w argentyńskim stanie Misiones oraz w brazylijskim stanie Parana. A więc trop prowadzi do Ameryki Południowej i tam należy szukać „ostatecznego rozwiązania” tej kolonialnej zagadki.

W poprzednim blogu napisałem, że w tym wyjaśnię dlaczego uważam próbę skolonizowania Liberii za próbę skompromitowania II RP na arenie międzynarodowej i nie wyjaśniłem, bo już w międzyczasie zacząłem pisać blog o akcji kolonizacyjnej w Brazylii i wygląda na to, że skompromitowanie II RP było tylko środkiem do celu, próbą ukrycia prawdziwych zamiarów. Zresztą cała ta hucpa z koloniami dla Polski była taką próbą. I o tym, będzie w następnym blogu i wszystko się wyjaśni.

Liga Morska i Kolonialna

Jak wiadomo, przynajmniej niektórym, rządy sanacyjne miały ambicję stworzenia z państwa, którym rządziły, potęgi morskiej i kolonialnej. Czy rzeczywiście takie były intencje, czy tylko chodziło o skompromitowanie tego państwa, jego ośmieszenie na arenie międzynarodowej? Tego pewnie nigdy nie dowiemy się. Jednak sposób w jaki to robiono, szczególnie w przypadku Liberii, skłania do takich podejrzeń. Liga Morska i Kolonialna była tą instytucją, którą Sanacja posłużyła się do realizacji swoich planów. Tadeusz Białas w swojej książce Liga Morska i Kolonialna 1930-1939 (1983) szczegółowo opisuje genezę tej Ligi i jej ewolucję w kierunku instytucji kolonialnej. Poniżej wybrane fragmenty:

Stowarzyszenie Pracowników na Polu Rozwoju Żeglugi „Bandera Polska” 1918-1919

Na krótko przed odzyskaniem niepodległości przez Polskę, wskutek rozwoju wydarzeń wojennych, zaczęli przybywać do Warszawy Polacy, którzy służyli poprzednio we flotach państw zaborczych. W sierpniu 1918 r. przyjechał do Warszawy kontradmirał byłej floty rosyjskiej Kazimierz Porębski – „wybitna osobowość o szerokim horyzoncie myślenia i zdolnościach organizacyjnych”, i wokół niego zaczęli się skupiać marynarze oraz niektórzy pracownicy żeglugi wiślanej.

W końcu września 1918 r. z inicjatywy K. Porębskiego odbyło się spotkanie jego byłych podkomendnych, znajomych inżynierów i pracowników żeglugi. Tematem spotkania było „szerzenie idei morskiej w społeczeństwie”. Odtąd spotkania takie odbywały się co tydzień. Na jednym z nich zrodził się projekt utworzenia stowarzyszenia skupiającego ludzi znających problematykę morską i żeglugi śródlądowej. Miało ono także wydawać własne pismo poświęcone popularyzacji tych zagadnień.

Dnia 1 października 1918 r. w lokalu Warszawskiego Towarzystwa Handlu i Żeglugi na Wiśle odbyło się pod przewodnictwem K. Porębskiego pierwsze zebranie organizacyjne, na którym ustalono nazwę organizacji: Stowarzyszenie Pracowników na Polu Rozwoju Żeglugi „Bandera Polska” oraz określono główne kierunki działalności Stowarzyszenia.

Stowarzyszenie zamierzało uwzględnić w swojej działalności następujące problemy: opracowanie zasad organizacji żeglugi i portów, kierunków rozwoju żeglugi śródlądowej, prowadzenie szkolenia zawodowego wśród pracowników żeglugi, ustalenie polskiej terminologii morskiej, opracowanie danych statystycznych dotyczących transportu wodnego oraz popularyzacja idei żeglugi i sportów wodnych.

Przewodniczącym Stowarzyszenia został Kazimierz Porębski, a pierwszymi członkami byli m.in.: Edmund Krzyżanowski – dyplomowany oficer marynarki handlowej, Tadeusz Wenda – inżynier komunikacji, Antoni Garnuszewski – inżynier morski, Tadeusz Maliszewski – kapitan żeglugi rzecznej, Aleksander de Luhe – inżynier mechanik marynarki wojennej, Witold Hubert – inżynier morski, kontradmirał Michał Borowski, Bogusław Nowotny – pułkownik marynarki wojennej, Ludgard Krzycki – kapitan żeglugi wielkiej, inżynier Kazimierz Piotrowski.

Towarzystwo „Liga Żeglugi Polskiej” 1919-1924

W końcu maja 1919 r. Stowarzyszenie „Bandera Polska”, liczące w tym okresie około 100 członków, przekształca się w Towarzystwo „Liga Żeglugi Polskiej”. Przyjęcie nowej nazwy i jednoczesne zmiany w założeniach organizacyjno-programowych wynikały z konieczności dostosowania dotychczasowej działalności Stowarzyszenia „Bandera Polska” do nowych warunków stworzonych przez bliską perspektywę objęcia przez Polskę wybrzeża morskiego. Zarówno Zarząd Stowarzyszenia, jak i zwołanie w terminie późniejszym walne zebranie, uznały za konieczne skoncentrowanie się w tej sytuacji „przede wszystkim na propagandzie wśród społeczeństwa konieczności stworzenia własnej marynarki handlowej i wojennej oraz na zwracaniu sferom rządzącym i prawodawczym uwagi na konieczność większego niż dotychczas zainteresowania sprawami morskimi”.

Liga Morska i Rzeczna 1924-1930

Statut LMiR zatwierdzony przez ministerstwo Spraw Wewnętrznych 19 sierpnia 1924 r. stwierdzał, że „Towarzystwo ma na celu popieranie rozwoju dróg wodnych, portów i polskiej żeglugi” – co było powtórzeniem założeń statutowych LŻP – oraz „współdziałanie w tworzeniu siły zbrojnej na morzu i rzekach”. Działalność Towarzystwa miała obejmować nie tylko „ziemie polskie”, jak to było w statucie LŻP, ale i „wychodźstwo polskie”. Są to zasadnicze różnice między statutem LMiR a statutem LŻP. Pozostałe postanowienia statutu LMiR, dotyczące sposobów działania Towarzystwa i jego struktury organizacyjnej, są prawie takie same jak w statucie LŻP.

I Walny Zjazd Delegatów LMiR odbył się w dniach 20-21 października 1928 r. w Katowicach. Dokonał on najistotniejszych zmian głównie w założeniach programowych Ligi. Nowy statut określał bowiem, że LMiR ma na celu nie tylko propagowanie wśród społeczeństwa „idei morskiej oraz korzyści wynikających z eksploatacji morza, popieranie rozwoju polskich dróg wodnych, portów, polskiej żeglugi, budowy okrętów polskiej floty handlowej, rozwoju rybactwa morskiego i handlu zamorskiego, współdziałanie w tworzeniu siły zbrojnej na morzach i rzekach” – co było powtórzeniem założeń programowych z 1924 r. – ale dąży również „do pozyskania kolonii dla Polski, względnie terenów dla nieskrępowanej ekspansji narodu polskiego”.

To właśnie uzupełnienie decyduje o przełomowym charakterze tego zjazdu dla dalszej działalności Ligi. Nowy statut wprowadzając zagadnienia emigracyjno-kolonialne do programu Ligi, w sposób zasadniczy rozszerzył przedmiot jej dotychczasowych zainteresowań. Można nawet postawić tezę, że rozszerzenie celów Ligi o zagadnienia kolonialne, zakończyło w zasadzie proces kształtowania się jej programu, który nie uległ zmianie w głównych założeniach do 1939 r. Kolejne zjazdy Ligi ograniczały się jedynie do modyfikacji, czy raczej rozszerzenia tego programu o zagadnienia, których uwzględnienia wymagał rozwój organizacyjno-programowy Stowarzyszenia. Mieściły się one jednak w założeniach programowych, uchwalonych na zjeździe katowickim.

Utworzenie Ligi Morskiej i Kolonialnej

III Walny Zjazd Delegatów LMiR obradował w dniach 25-27 października 1930 r. ze względów propagandowych w Gdyni, ponieważ „rozbujała wówczas akcja rewizjonistyczna wrogich Polsce sąsiadów przeciw tzw. korytarzowi pomorskiemu wywołała konieczność szybkiego mobilizowania całego społeczeństwa dla obrony zagrożonej pozycji na wybrzeżu, oraz gromadzenia wszelkich środków dla tej obrony”.

Najistotniejszym rezultatem zjazdu gdyńskiego było uchwalenie nowego statutu, który jednocześnie zmieniał nazwę Stowarzyszenia na Liga Morska i Kolonialna. Wydawnictwa Ligowe omawiając przyczyny, które doprowadziły do zmiany nazwy organizacji, ograniczają się do stwierdzenia, że była to tylko konsekwencja zmian, jakie dokonały się w statucie jeszcze w 1928 r. lub ich formalne zaakcentowanie. Natomiast Bronisław Miazgowski, działacz LMiK w latach późniejszych, twierdzi, że Liga Morska i Rzeczna została „w roku 1930 pod naciskiem sanacyjnych sfer rządowych przekształcona w Ligę Morską i Kolonialną”. Nowa nazwa niewątpliwie odpowiadała mocarstwowym ambicjom panującym w niektórych kołach związanych z obozem rządzącym, ale ambicje te nie miały zasadniczego wpływu w tym przypadku, jak twierdzą inicjatorzy rozszerzenia zainteresowań Ligi.

Na inną przyczynę zmiany nazwy zwraca uwagę Witold Bublewski, który był członkiem Rady Głównej LMiK i w prywatnej rozmowie z gen. Dreszerem miał okazję zapytać go o „prawdziwe, nie opublikowane powody tej decyzji”. Gen. Dreszer wyjaśnił, iż „jest to sprawa polityczna wielkiej wagi. Polska nie będzie uprawiała kolonializmu, natomiast nie może zgodzić się z tym, aby Niemcy otrzymali swe tereny sprzed I wojny światowej, które na mocy traktatu wersalskiego utracili. Nazwa kolonialna i różnego rodzaju związane z tym deklaracje są manewrem politycznym, pozwalającym odpowiednim czynnikom na torpedowanie ekspansywnych roszczeń rodzącego się hitleryzmu. Przez zgłaszanie pretensji Polski do byłych kolonii niemieckich LMiK bardzo utrudnia działalność na polu międzynarodowym Niemieckiego Związku Kolonialnego.”

12 maja 1926, marszałek Józef Piłsudski przed spotkaniem z prezydentem RP Stanisławem Wojciechowskim na moście Poniatowskiego; trzeci od lewej Gustaw Orlicz-Dreszer. Źródło: Wikipedia.

Drugim ważnym wydarzeniem na zjeździe w Gdyni był wybór gen. Orlicz-Dreszera, jednego z prominentów obozu piłsudczykowskiego, na prezesa Zarządu Głównego Ligi.

Prezes ZG LMiK i jej główny ideolog gen. Orlicz-Dreszer, dając w „Programie LMiK” z 1931 r. oficjalną wykładnię założeń statutowych organizacji stwierdził, że jej celem strategicznym będzie dążenie „do wielkiego rozwoju mocarstwowego Polski, która dzisiaj przekracza znacznie ramy własnego państwa i posiada prawo dzięki wielomilionowej ekspansji ludnościowej i jej pracy na terenach innych państw i kolonii do przetworzenia się z państwa europejskiego w państwo światowe – wzorem innych wielkich narodów”.

Warto pamiętać, że gen. Orlicz-Dreszer to nie tylko gorący patriota, ale i nacjonalista – rzecznik mocarstwowej wizji Polski, współdecydującej o sytuacji politycznej w Europie Środkowej. To on właśnie z racji silnej indywidualności potrafił wzbudzić w działaczach Ligi entuzjazm dla ideologii mocarstwowej, która w Lidze przybrała charakter morsko-kolonialny. Ideologia ta była w jego przekonaniu jedynym programem pozwalającym rozwiązać problemy społeczno-gospodarcze, z jakimi borykała się II Rzeczpospolita, miała być programem dla jutra, dla przyszłych pokoleń Polaków.

Program ten wyrastał nie tylko z oceny ówczesnej trudnej sytuacji społeczno-politycznej Polski – której gen. Orlicz-Dreszer był w pełni świadomy – ale także z poczucia politycznego osamotnienia Polski w Europie. Realizacja tych idei miała zagwarantować Polsce uzyskanie statusu państwa, będącego w pełni uprawnionym podmiotem w układzie sił europejskich.

Poglądy gen. G. Orlicz-Dreszera – dotyczące zwłaszcza w przekroju dziejowym stosunków polsko-niemiecko-rosyjskich i w tym kontekście twierdzenie, że jedynym rozwiązaniem politycznym dla Polski jest „splendid isolation” – były typowe dla większości piłsudczyków. Trafnie charakteryzował ich ukryty sens Andrzej Micewski – były one „wyrazem woli – a nie siły. Największa wola, nie wyposażona w odpowiednią siłę, ma znaczenie iluzoryczne. Naprzeciw sanacyjnej koncepcji mocarstwowej stały realne, wielkie siły”.

Zjazd gdyński – formułując w ten sposób w nowym statucie podstawowe cele Stowarzyszenia oraz zmieniając jego nazwę – zakończył ostatecznie proces kształtowania się programu Ligi, którego zasadnicze kierunki zostały już wcześniej określone na zjeździe w Katowicach. Organizacja wkroczyła jednocześnie w 1930 r. w nową fazę działalności, której przyświecała wizja mocarstwowej Polski.

xxxxxxxx

W 1930 roku Dreszer mówił: Polska nie będzie uprawiała kolonializmu… (…) Nazwa kolonialna i różnego rodzaju związane z tym deklaracje są manewrem politycznym, pozwalającym odpowiednim czynnikom na torpedowanie ekspansywnych roszczeń rodzącego się hitleryzmu.

A w 1931 roku powiedział: …jej celem (Ligi) strategicznym będzie dążenie „do wielkiego rozwoju mocarstwowego Polski, która dzisiaj przekracza znacznie ramy własnego państwa i posiada prawo dzięki wielomilionowej ekspansji ludnościowej i jej pracy na terenach innych państw i kolonii do przetworzenia się z państwa europejskiego w państwo światowe – wzorem innych wielkich narodów”.

Wygląda na to, że rządy sanacyjne przejęły podstępnie Ligę Morską i Rzeczną i uczyniły z niej instrument do realizacji swojej polityki, polegającej na skompromitowaniu Polski na arenie międzynarodowej. Ktoś powie, że to niemożliwe. Dlaczego? Obecny „polski” rząd robi to samo. Już dziś na Zachodzie Polska jest często postrzegana, poprzez swoje zaangażowanie w wojnie na Ukrainie, jako państwo awanturnicze, a Polacy – podobnie. To, że nie ma to nic wspólnego z prawdziwym nastawieniem Polaków do tej wojny, to nie ma znaczenia. Przeciętny człowiek na Zachodzie tego nie wie. Nie wie, że to rząd, a nie – Polacy. Jeśli jednak ta opinia państwa awanturniczego utrwali się, to później łatwiej opinia publiczna na Zachodzie zaakceptuje wszystko, co zechcą zrobić z tym państwem ci, którzy zadecydują o zakończeniu tej wojny.

Wmawianie, że jak Polska będzie miała kolonie, to będzie mocarstwem, z którym inne państwa będą musiały się liczyć było totalną bzdurą. Portugalia miała kolonie i żadne mocarstwo nie liczyło się z nią, a jej samej nie uznawano za mocarstwo. W mniejszym stopniu dotyczyło to Hiszpanii, ale ona również nie liczyła się i nie postrzegano jej jako mocarstwo. A Belgia? – Mocarstwo? Do bycia mocarstwem kolonie to za mało, a poza tym, to mocarstwem można być bez nich.

Tworzenie kolonii w takiej formie, w jakiej to robiono, czyli zakup działek i transport ludzi z kraju, to kosztowne przedsięwzięcie, na które nie było stać państwa, któremu ciągle brakowało kapitału. Zamiast takich zabiegów prościej było wdrożyć reformę rolną i prowadzić inną politykę finansową, która zlikwidowałaby problem braku kapitałów i umożliwiła rozwój przemysłu. O tym pisałem w poprzednim blogu. Jeśli jednak tego nie zrobiono, to znaczy, że ktoś z góry zadecydował, że to państwo było przeznaczone do kasacji, a najlepiej wykonają to zadanie masońskie rządy sanacyjne i to wszelkimi dostępnymi środkami.

Ten blog jeszcze nie wyjaśnia, dlaczego próbę skolonizowania Liberii uważam raczej za próbę, chyba udaną, skompromitowania II RP na arenie międzynarodowej, niż jej faktyczne kolonizowanie. W nim chodziło o pokazanie, jak Sanacja przejęła Ligę. O tym, co działo się w Liberii w następnym blogu.

Lekcja

W przedostatnim blogu pisałem o Liberii jako państwie stworzonym przez Stany Zjednoczone. Jest to państwo, w którym miała powstać polska kolonia. Żeby jednak wyjaśnić, jak do tego doszło, to potrzebny jest wcześniej jeszcze jeden blog o Lidze Morskiej i Kolonialnej, który wyjaśni, przynajmniej po części, skąd wzięła się w takim kraju, bez żadnych tradycji morskich i kolonialnych, chęć posiadania kolonii. Ale żeby to wyjaśnić, to trzeba poznać realia gospodarcze II RP. Pewne informacje na ten temat pojawiły się w dyskusji na kanale Wszechnica FWW, która miała miejsce w końcu stycznia. Jej tytuł to: II Rzeczpospolita – lekcja dla współczesnych elit. Jerzy Marek Nowakowski i Jerzy Szczepański z Wszechnicy i Fundacji Wspierania Wsi zaprosili profesora Włodzimierza Mędrzeckiego. Dyskusja trwała 1,5 godziny. Ja wybrałem parę fragmentów, które ułatwią zrozumienie problematyki kolejnych blogów.

Marek Nowakowski: Na jedną rzecz chciałem zwrócić uwagę, bo pan profesor w pewnym momencie stwierdza, że byliśmy w sytuacji fatalnej z powodu braku polskiego kapitału i być może to jest coś, co nas do dzisiaj boli, a ja przyznam, że ja cały czas mam w pamięci taki fragment z opus magnum Fernanda Braudela (Civilisation matérielle, économie et capitalisme, XVe-XVIIIe siecle, 1979 – przyp. W.L.), który pisze o Polsce Złotego Wieku w XVI stuleciu, pisał o tej Polsce jako kraju peryferyjnym, bo był to kraj uzależniony od bankierów z Amsterdamu, nie był traktowany jako podmiot gospodarczy. Czy to w ogóle nie jest jeden z kluczy naszych różnych słabości, ten brak skumulowanego polskiego kapitału i możliwości swobodnego manewru w gospodarce?

Włodzimierz Mędrzecki: Zdecydowanie tak, przy czym znów jednym z bardzo ważnych powodów takiego stanu są zabory i niemożność funkcjonowania państwa polskiego jako czynnika ułatwiającego kumulowanie kapitału i inwestycje o znaczeniu ogólnospołecznym przez cały wiek XIX-ty.

M.N. Ale my mieliśmy Wokulskiego i „Kornenbergów”, Bóg wie kogo jeszcze, no mieliśmy potężny polski kapitał, mieliśmy Polaków, którzy tak naprawdę byli budowniczymi czy współbudowniczymi prosperity Syberii rosyjskiej. Więc, co się z nim stało?

W.M. Pierwsza wojna światowa doprowadziła do zniszczenia systemu ekonomicznego i finansowego na terenie Królestwa Polskiego, a w niemałym stopniu także Galicji. Jednym z takich głównych tematów dyskusji ekonomicznych pierwszych lat II Rzeczypospolitej, to jest przypominanie, że o ile w 1913 roku polskie kapitały i sporo przedsiębiorstw polskich i banków prywatnych, ziemiańskich z kapitałem mieszanym, funkcjonowało całkiem nieźle, to w 1918 roku po całkowitej katastrofie Rosji i rosyjskiego systemu finansowego – te pieniądze po prostu wyparowały. Nie było nawet tego, nawet „Wokulscy” stracili w I wojnie światowej swoje fortuny. W związku z tym od początku państwowa kasa zaczęła drukować polskie marki praktycznie rzecz biorąc bez pokrycia, bo naprawdę skarb był pusty.

M.N. Zgoda. Czy nie potrafiliśmy, czy po prostu nie dało się włączyć mechanizmów ekonomicznych, które by pozwoliły na stworzenie polskiej warstwy właścicieli? Bo tak naprawdę zbiedniałe ziemiaństwo, potwornie zbiedniałe, te pałace były, najczęściej miały trzy sale w dobrym stanie, a resztę zapuszczoną i nieogrzewaną z oszczędności, prawie nie było kapitału. Z kolei to się przełożyło na coś, co jest chyba chorobą naszego myślenia społecznego teraz, czyli na taki etatyzm, wymuszony po części, a do dzisiaj przecież, po fali etatyzmu międzywojennego, po całym okresie komunistycznym, ja mam wrażenie, że do dzisiaj jest takie wrażenie, że państwo jest lepsze.

W.M. W to wierzono po części dlatego, że polski ruch narodowy i polska inteligencja bardzo starała się przekonać nie w pełni oddanych idei niepodległości chłopów i robotników, że kiedy nastanie Niepodległa, to uda się rozwiązać wszystkie problemy, które są udziałem ziem polskich, polskich biednych chłopów, robotników i mit „szklanych domów”, to nie tylko Żeromski, on był powielany w różnych wariantach, w różnych środowiskach. Stąd w 18-tym, 19-tym, a zwłaszcza w 20-tym roku, po pokonaniu bolszewików, po prostu taka głęboka wiara, że damy radę i że znajdą się pieniądze na wszystko. Natomiast ekonomia w okresie międzywojennym była zdecydowanie inną ekonomią niż współcześnie. Nikt wtedy nie pomyślałby o tym, że można kreować pieniądz tak, jak obecnie, budowanie podstawy do kredytowania na wielokrotny kredyt i zakładanie dźwigni finansowych, tylko było jasne, że jak nie ma pokrycia w złocie dla pieniądza, to tego pieniądza nie można drukować, poza krótkim okresem powojennym. Stąd reforma walutowa Grabskiego uzdrowiła polskie finanse i stworzyła podstawy pod solidną ekonomię, ale nie oznaczało, że pieniędzy przybyło. Ich było tyle, ile wypracowano w danym momencie. I kiedy nie przekroczymy tego progu, jesteśmy skazani na to, że każda złotówka na inwestycje musi być wypracowana przez społeczeństwo.

M.N. Ja pamiętam, że Eugeniusz Kwiatkowski na starość mówił, że jakby on wiedział, że wybuchnie wojna, to on by poszedł na kontrolowaną inflację i bylibyśmy lepiej uzbrojeni we wrześniu 1939 roku.

W.M. Ponieważ Polska nie miała zbyt dobrej prasy na arenie międzynarodowej, także jako gospodarka, nie byliśmy w stanie znaleźć dogodnych pożyczek inwestycyjnych, które pozwoliłyby na samoczynny rozwój ekonomiczny.

W dalszej części:

M.N. Tutaj pada pytanie kluczowe dla II Rzeczypospolitej: czy nie była to wina braku reformy rolnej? Ja spędziłem kilka lat jako ambasador na Łotwie. Łotysze po 1918 roku wprowadzili brutalną reformę rolną, dokładnie według takich standardów jak w PRL-u i stworzyli potężne, nowoczesne rolnictwo, gdzie nasi chłopi jeździli na saksy.

W.M. To prawda, to była dużo lepsza reforma niż w PRL-u, ponieważ przyjęła założenie, że podstawowym gospodarstwem jest duże gospodarstwo. Tam wielka własność była niemiecka, bądź rosyjska.

Piotr Szczepański: W Polsce byli ziemianie, mieli swoją reprezentację polityczną. Taka brutalna reforma polityczna, jak na Łotwie, nie była możliwa.

W tym miejscu profesor zrobił unik i nie podjął tematu kluczowego wręcz dla bytu II RP, czyli reformy rolnej, tylko zaczął mówić o tym, że chłopskie gospodarstwa były tak uprawiane, że miały dołki i górki i że w latach mokrych w dołkach stała woda i połowa areału była wyłączona spod uprawy. Natomiast ziemianie orali równo.

Wszelkie kłopoty II RP sprowadzały się więc do dwóch rzeczy: braku kapitału i braku reformy rolnej, która rozwiązałby problem bezrobocia i przeludnienia wsi. Temu tematowi oraz relacjom chłopsko-ziemiańskim poświęciła swoje Rozdroże; Studium na temat zagadnień wiejskich Maria Dąbrowska. Co ciekawe w PRL-u ukazało się ono dopiero w 1987 roku. Wcześniej, jakbyśmy to dziś powiedzieli, było banowane. I wygląda na to, że obecnie również nie trzeba o tym głośno mówić.

Jeśli chodzi o kapitał, a właściwie jego brak, to też to wyglądało trochę inaczej niż mówił profesor. Ekonomia była taka sama przed wojną i po wojnie w tym sensie, że przed wojną też drukowano bez opamiętania. O hiperinflacji w Niemczech w 1923 roku pisałem w blogu „Hiperinflacja”, a o tym, co odstawiono na Węgrzech w 1946 roku – w blogu „Hiperinflacja c.d.”. Ta niemiecka hiperinflacja odbiła się rykoszetem i w Polsce, i tak jak w Niemczech, tak i w Polsce szybko przywrócono stabilną walutę. Profesor wspomina o tym, że nie można było drukować pieniądza bez ograniczeń, bo złotówka miała pokrycie w złocie. – Jak więc było z tą złotówką? Wikipedia pisze:

Standard złota, jako sztywny kurs walutowy, utrudnia buforowanie zmian konkurencyjności krajów. Standard złota przedłużył i pogłębił wielki kryzys. Kraje, które odeszły od standardu złota i zdewaluowały swoje waluty w 1931, miały wyraźnie wyższą produkcję przemysłową w 1934 niż w 1929 – w ostatnim roku przed kryzysem. Kraje złotego bloku miały produkcję przemysłową niższą o 22% niż przed kryzysem. W 1936 różnica ta wynosiła 41 punktów procentowych odpowiednio 127% poziomu z 1929 w krajach po dewaluacji w 1931 i 86% w krajach złotego bloku. Kraje, które porzuciły wymienialność na złoto mogły prowadzić ekspansywną politykę monetarną i fiskalną, w sytuacji kryzysu bez niebezpieczeństwa inflacji, zwiększający popyt krajowy uruchamiający niewykorzystywane w kryzysie moce produkcyjne.

Złoty blok – utworzony w 1933 roku skupiał Belgię, Francję, Holandię, Luksemburg, Polskę, Szwajcarię i Włochy. Jego uczestnicy zobowiązali się do przestrzegania zasad stabilizacji monetarnej, utrzymywania wymiany pieniędzy krajowych na złoto oraz swobody międzynarodowego przepływu kapitałów. Powstanie złotego bloku miało na celu obronę liberalnej polityki pieniężnej i zasad nią rządzących sprzed wielkiego kryzysu. W przypadku państw wierzycielskich taka polityka była uzasadniona, gdyż umożliwiała im wycofywanie lokat kapitałowych z innych państw. Złoty blok stanowił przeciwwagę dla powstałego dwa lata wcześniej bloku szterlingowego, w którym doszło do odejścia wymiany walut na złoto, a główną walutą został funt szterling zdewaluowany w 1931 roku o 39%. Kraje, które odeszły od dotychczasowych zasad polityki pieniężnej, uznały, że prymat w polityce gospodarczej powinien mieć nie pieniądz, lecz produkcja, wymiana i konsumpcja. W związku z tym polityka pieniężna powinna być używana w celu realizacji tych zadań. Złoty blok przetrwał do 1936 roku, kiedy to został oficjalnie zdewaluowany frank francuski przez wybrany w kwietniu rząd Frontu Ludowego.

W okresie wielkiego kryzysu państwo polskie dążyło za wszelką cenę do utrzymania parytetu złotego, a to wymagało prowadzenia polityki deflacyjnej. W ówczesnym czasie za prowadzenie polityki gospodarczej odpowiadało trzech wojskowych, których przygotowanie do prowadzenia tej roli pozostawiało wiele do życzenia. Byli to kierownik Ministerstwa Skarbu – płk Ignacy Matuszewski, wiceminister skarbu – płk Adam Koc oraz szef Biura Ekonomicznego Prezesa Rady Ministrów – płk Tadeusz Lechnicki. Chociaż w ówczesnej Polsce zdawano sobie sprawę z dyskusyjności prowadzonej polityki gospodarczej, to jej przeciwnicy znajdowali się w mniejszości. Podkreślali oni, że polityka deflacyjna wpływa ujemnie na aktywność procesów konsumpcji, że brak dewaluacji złotego odbija się negatywnie na konkurencyjności polskiego eksportu (utrzymywanie przedkryzysowego parytetu złotego, podczas gdy inne kraje dokonały dewaluacji swych walut powodowało, że polskie towary na zagranicznych rynkach stawały się relatywnie droższe), że brak ograniczeń dewizowych powodował niekontrolowany odpływ kapitału z kraju. Jednakże wszelkim eksperymentom pieniężnym sprzeciwiał się marszałek Józef Piłsudski i jego zdanie było decydujące.

W rezultacie prowadzonej polityki gospodarczej Polska przyłączyła się do złotego bloku jako kraj dłużniczy. Pozostali członkowie należeli do państw wierzycielskich, które to kraje dążyły do zachowania zasad liberalnej polityki pieniężnej w celu bezproblemowego wycofywania kapitału oraz spłacania długów w niezdewaluowanych walutach.

xxxxxxxx

I wszystko jasne. Uczestnictwo Polski w złotym bloku trwało trzy lata od 1933 do 1936 roku. Zaszkodził on polskiej gospodarce, ale nie aż tak bardzo ze względu na krótkotrwałość istnienia. Więcej szkody uczynił jej największy szkodnik w historii Polski – Józef Piłsudski i jego masońskie rządy. I to on faworyzował ziemiaństwo, to kresowe ziemiaństwo, bo to przecież tam znajdowała się większość ich majątków, należących do spolszczonych magnatów litewskich i rusińskich. I znowu Kresy, jak wcześniej i później w polskiej historii, bywały przyczyną polskich nieszczęść i problemów.

I w takiej sytuacji, przy zabójczej polityce finansowej i niezgodzie na reformę rolną, sanacyjni „geniusze” wymyślili sobie, że bezrobocie i przeludnienie na wsi można zlikwidować poprzez stworzenie kolonii i wysłanie tam ludzi, z którymi oni nie wiedzieli, co zrobić. A więc Polska miała stać się potęgą kolonialną i dorobili do tego ideologię, wykorzystując organizację zwaną Ligą Morską i Kolonialną. II RP – „potęga” kolonialna. PRL – 10-ta „potęga” gospodarcza świata. III RP plus Ukraina to 80 mln ludności i największe pod względem obszaru państwo w Europie. To „potęga”, z którą każdy będzie się liczył – tak nas przekonują Ukraińcy, udający Polaków. Przecież ta II RP, PRL i III RP to domy wariatów-megalomanów. Czy to się kiedyś skończy?

Nowy ruch

A więc mamy nowy ruch – Polski Ruch Antywojenny (PRA). Jego inauguracja miała miejsce 3 lutego 2023 roku o godzinie 18:00 w Częstochowie przy ulicy Królewskiej 30a, w siedzibie wydawnictwa 3DOM. Jego inicjatorami są Leszek Sykulski i Sebastian Pitoń. To drugi ruch, obok Ruchu Dobrobytu i Pokoju (RDiP) Macieja Maciaka, którego naczelnym hasłem jest sprzeciw wobec wojny. Oba więc ruchy mają podobny program. W przypadku PRA jest tylko jeden postulat, w przypadku RDiP – dwa. Będą więc walczyć o tego samego wyborcę. PRA ma już swoją stronę internetową (https://www.polskiruchantywojenny.pl).W krótkim nagraniu Leszek Sykulski informuje o powstaniu Ruchu, jego celach i metodach działania. Poniżej fragment jego wypowiedzi:

Celem Ruchu jest pokazanie, że w Polsce nie ma przyzwolenia sporej części społeczeństwa na angażowanie nas w wojnę na Ukrainie. Jesteśmy przeciwni bezwarunkowemu militarnemu wspieraniu Ukrainy. Jesteśmy przeciwni jakimkolwiek zakusom na to, aby wojsko polskie miało wziąć udział w tej wojnie. Jesteśmy przeciwni zaostrzaniu, antagonizowaniu, wzrastaniu napięcia w relacjach z Rosją i Białorusią. Uważamy, że Polska nie jest przygotowana do żadnej wojny, do udziału w żadnym konflikcie zbrojnym, a dalsze, bezwarunkowe wspieranie Ukrainy przybliża nas do ewentualnego odwetu ze strony Rosji i Białorusi.

Szanowni Państwo! Chcemy podjąć działalność informacyjną, edukacyjną na rzecz pokazania społeczeństwu polskiemu, narodowi polskiemu, że ta wojna, z całą swoją genezą, tak naprawdę nie wygląda tak, jak przedstawia to oficjalna narracja, oficjalna propaganda. Sprzeciwiamy się próbie cenzurowania mediów, cenzurowania intelektualistów, sprzeciwiamy się ograniczaniu wolności słowa, sprzeciwiamy się próbie dyskredytowania wszystkich tych osób, które nie podzielają wizji obecnej władzy. Uważamy, że jest to nie tylko łamanie Konstytucji, ale jest to działalność głęboko szkodliwa dla polskiej racji stanu i dla polskiego interesu narodowego. Mówimy jasno: to nie nasza wojna, to nie jest nasza wojna, nie idźmy na tę wojnę.

Chcemy, Szanowni Państwo, podjąć także działania edukacyjne w zakresie zarówno publikacji książkowych, e-booków, kampanii w mediach społecznościowych, różnego rodzaju raportach, analizach. Stąd też właśnie spotykamy się w siedzibie wydawnictwa, ale także chcemy podjąć działalność wychodząc na zewnątrz. Chcemy podjąć taką kampanię informacyjną, billboardową, kampanię plakatową, wklejkową, bannerową – generalnie obliczoną właśnie na szeroką kampanię informacyjną. Uważamy, że mamy do tego nie tylko prawo, ale nawet obowiązek, aby zaprezentować inny sposób spojrzenia na ten konflikt, na rolę Polski właśnie w całej tej geopolitycznej układance. Uważamy, że artykuł 54 Konstytucji mówiący o wolności słowa, jest nie tylko przywilejem, jest nie tylko prawem, ale jest także obowiązkiem, aby stosować pluralizm poglądów w życiu publicznym. Mamy szereg planów związanych z rozwojem Ruchu Antywojennego, Polskiego Ruchu Antywojennego w Polsce, od działalności edukacyjnej, informacyjnej, na działaniach związanych chociażby z organizacją – wynikających z Konstytucji, do której Konstytucja daje nam prawo – legalnych marszów antywojennych, marszów propokojowych, różnego rodzaju tego typu inicjatyw.

xxxxxxxx

Z wypowiedzi Leszka Sykulskiego wynika, że pod względem organizacyjnym i logistycznym, będzie to bardzo trudne i wymagające zaangażowania wielu ludzi przedsięwzięcie. A skoro tak, to i wymagające dużych pieniędzy, bo przecież nikt nie będzie pracował za darmo. Chyba nikt rozsądny nie uwierzy w to, że wsparcie finansowe, o które już proszą, wystarczy. Od kogo dostaną te pieniądze?

Jedni są przeciwko wojnie i zaangażowaniu Polski na Ukrainie, inni domagają się od Ukraińców przeprosin za Wołyń. I to wszystko ma być w państwie, w którym mieszka około 10 mln Ukraińców, którzy od 2014 roku napływają do Polski, a po 24 lutego 2022 roku to już można mówić o potopie ukraińskim. Jeśli doda się do tego tych Ukraińców, którzy są potomkami przesiedlonych po II wojnie światowej, a którzy nie zasymilowali się, to tzw. mniejszość ukraińska w Polsce może już nie jest mniejszością. W takiej sytuacji tego typu inicjatywy i żądania mogą prowadzić do poważnych niepokojów społecznych, zwłaszcza że Sykulski chce organizować marsze, czyli wyprowadzać ludzi na ulice.

Czy taki scenariusz wypichcili nam najlepsi scenarzyści, a najlepsi reżyserzy zrealizują go w praktyce? Czas pokaże. W każdym razie wygląda to bardzo źle, bo nic nierobienie nie poprawi tej niewygodnej sytuacji, ale tego typu propozycje, jak Sykulskiego, niosą ryzyko niepokojów społecznych, a rząd i tak będzie robił swoje.

Problem polega na tym, o czym już wcześniej wspominałem, że Polska jako państwo, w którym realizowano interesy tego państwa, skończyło się wraz z objęciem tronu polskiego przez Litwina, a już szczególnie – od unii lubelskiej. Od tego momentu Rzeczpospolita Obojga Narodów realizowała interesy obu tych narodów, czyli Litwinów i Rusinów, czyli wojny z Moskwą, a nie – Polaków, czyli dążenie do odzyskania Śląska, na którym ludność polska stanowiła większość. Po odzyskaniu niepodległości w 1918 roku sytuacja powtórzyła się. Bolszewicy, którzy nie mieli szans, by opanować Europę, bo jeszcze nie pokonali białych, podeszli pod Warszawę po to tylko, by wojska polskie miały pretekst do zajęcia Kresów – bo dalej nie posunęły się, chociaż droga na Moskwę była wolna a bolszewicy rozbici – i przyłączenia ich do ziem polskich. To nie było w interesie Polski. Ktoś jednak tak zadecydował, że Polacy mają mieszkać w jednym kraju z Ukraińcami, Białorusinami, Litwinami itp. Musiał to być ktoś bardzo potężny. I teraz ten ktoś też zadecydował, że Polacy mają mieszkać wspólnie z Ukraińcami, Białorusinami i pomagać Ukrainie w wojnie z Moskwą. To jest „never ending story”. I o tym ktoś, kto chce podjąć jakąkolwiek akcję powinien wiedzieć. Powinien wiedzieć, że zderzy się z jakąś potężną, niewidzialną siłą.

Liberyjski przekręt

Liberia to mało znany kraj. Nawet jeśli ktoś wie, że jest taki kraj, to pewnie nic o nim nie wie, może tylko niektórzy wiedzą, że wiele statków pływało pod liberyjską banderą, może też jeszcze pamiętają przebój Michaela Jacksona Liberian Girl z 1987 roku. Państwo to ma ciekawą historię, w której w pewnym momencie pojawia się wątek polski. Ale o tym, to może w następnym blogu. I taka ciekawostka o religii w Liberii: protestantyzm – 76%, islam – 12%, katolicyzm – 7%, reszta – inne. Można więc powiedzieć, że jest to kraj protestancki. Dlaczego więc nie należy do najbogatszych krajów na świecie, jak pozostałe kraje protestanckie? Przykład Liberii przeczy twierdzeniom tych, którzy uważają, że kraje protestancie są bogatsze od katolickich dlatego, że są protestanckie. Ja natomiast twierdzę, że kraje protestanckie są bogatsze od pozostałych dlatego, że Żydzi traktują je przychylniej ze względu na duże podobieństwo protestantyzmu i kalwinizmu do judaizmu. Wikipedia o Liberii pisze m.in. tak:

Liberia (Republika Liberii – Republic of Liberia) – państwo położone w Afryce Zachodniej. Sąsiaduje z Gwineą, Wybrzeżem Kości Słoniowej oraz Sierra Leone. Pod koniec lat 80. XX wieku sytuacja gospodarcza i polityczna tego kraju stała się niestabilna, co było skutkiem przewrotów wojskowych i dwóch wojen domowych (1989–1996 i 1999–2003). Członek Unii Afrykańskiej i ECOWAS.

Mapa Liberii; źródło: Wikipedia.

Jest to najstarsza republika w Afryce. Powstała w wyniku umowy między Amerykańskim Towarzystwem Kolonizacyjnym a autochtonami, podpisanej w 1821 roku. Dzięki niej wyzwoleni niewolnicy ze Stanów Zjednoczonych mieli osiedlić się w tej części kontynentu, na wykupionych przez Towarzystwo terenach, i żyć w zgodzie z 18 plemionami tubylczymi. Początkowo Liberia była zależna od Stanów Zjednoczonych. 26 lipca 1847 roku Amerykano-Liberyjczycy uchwalili konstytucję, jednocześnie deklarując własną niepodległość. Nazwa kraju pochodzi od łacińskiego słowa liber – „wolny”.

Historia Liberii zdominowana była przez konflikty pomiędzy kolonią wyzwolonych niewolników, a rdzenną ludnością (zapoczątkowane rozszerzaniem terytorium kolonii poza wykupione wcześniej ziemie) oraz przez spory terytorialne z sąsiadującymi koloniami europejskimi. Do 1945 rdzenna ludność nie posiadała reprezentacji w parlamencie. Prawo do głosowania – ograniczone cenzusem majątkowym – uzyskała w 1947 roku, za rządów prezydenta Williama Tubmana, który dążył do zmniejszenia nierówności społecznej między potomkami wyzwoleńców, a rdzenną ludnością. Dominacja Amerykano-Liberyjczyków zakończyła się w 1980 roku.

W 1980 Samuel K. Doe przeprowadził przewrót wojskowy, w którym zabito urzędującego prezydenta Williama Tolberta, a władzę przejęła Ludowa Rada Ocalenia (pod przywództwem S.K. Doe). Pogłębiający się kryzys gospodarczy doprowadził do wybuchu wojny domowej w 1989, podczas której S.K. Doe poniósł śmierć. W 1997 Charles Taylor, jeden z przeciwników Doe’a, został wybrany na prezydenta Liberii. W czasie jego rządów Liberia z jednego z najzamożniejszych krajów afrykańskich stała się krajem biednym. W 1999 roku wybuchła druga wojna domowa. Na Liberię pod rządami Taylora zostały nałożone międzynarodowe sankcje, a sam dyktator został oskarżony przez Sąd Specjalny dla Sierra Leone o handel bronią i podsycanie wojny domowej w sąsiednich krajach. W 2003 roku pod naciskiem społeczności międzynarodowej i pokojowego ruchu kobiet (Masowa Akcja Kobiet Liberii na rzecz Pokoju wspierana przez organizację Women in Peacebuilding Network Africa) Taylor zdecydował się na rozmowy pokojowe z pozostałymi stronami konfliktu i jeszcze przed ich zakończeniem zrzekł się władzy. Udał się do Nigerii, gdzie otrzymał azyl polityczny (cofnięty w 2006 roku). Pokój kończący krwawą wojnę domową w Liberii został zawarty 18 sierpnia 2003 roku w stolicy Ghany Akrze.

Między sierpniem a październikiem 2003 prezydentem był Moses Blah. 14 października 2003 sformowano rząd przejściowy pod przewodnictwem Gyude Bryanta. W wyborach prezydenckich na jesieni 2005 zwyciężyła Ellen Johnson-Sirleaf, pokonując w drugiej turze znanego piłkarza George’a Weah. W 2011 Johnson-Sirleaf została wybrana na kolejną, 6-letnią kadencję. 22 stycznia 2018 prezydentem został George Weah – liberyjski piłkarz, działacz humanitarny i polityk.

xxxxxxxx

Ryszard Kapuściński w swoim zbiorze reportaży o Afryce Heban (1998) pisze m.in.:

W 1821 roku do miejsca, które znajduje się niedaleko mojego hotelu (Monrowia leży nad Atlantykiem, na półwyspie o kształcie podobnym do Helu), dopłynął statek, którym przybył z Ameryki agent American Colonisation Society, Robert Stockton. Stockton, przykładając miejscowe wodzowi plemiennemu, królowi Peterowi, pistolet do skroni, wymusił na nim sprzedaż – za sześć muszkietów i skrzynkę paciorków – ziemi, na której owo towarzystwo amerykańskie zamierzało osiedlić tych niewolników z plantacji bawełny (głównie ze stanów Wirginia, Georgia, Maryland), którzy uzyskali status wolnych ludzi. Towarzystwo Stocktona miało charakter liberalny i charytatywny. Jego działacze sądzili, że najlepszym zadośćuczynieniem, za krzywdy niewolnictwa będzie odesłanie byłych niewolników do ziemi, skąd pochodzili ich przodkowie – do Afryki.

Od tego czasu, co roku, statki przywoziły z USA grupy kolejnych wyzwolonych niewolników, którzy zaczęli osiedlać się w rejonie dzisiejszej Monrowii. Nie stanowili dużej społeczności. Kiedy w 1847 roku ogłosili utworzenie Republiki Liberii, było ich sześć tysięcy. Możliwe, że liczba ich nigdy nie przekroczyła kilkunastu tysięcy: mniej niż jeden procent ludności kraju.

Pasjonujące są losy i zachowanie tych osadników (nazywali oni siebie Americo-Liberians, Amerykano-Liberyjczykami). Jeszcze wczoraj byli czarnymi pariasami, wyzutymi z prawa niewolnikami z plantacji w południowych stanach Ameryki. W większości nie umieli czytać ni pisać, nie mieli też żadnego zawodu. Ich ojcowie zostali przed laty porwani w Afryce, przewiezieni w kajdanach do Ameryki i sprzedani na targach niewolniczych. A teraz oni, potomkowie tamtych nieszczęśników, sami do niedawna czarni niewolnicy, znaleźli się znowu w Afryce, na ziemi przodków, w ich świecie, wśród pobratymców o wspólnych korzeniach i tym samym kolorze skóry. Z woli liberalnych białych Amerykanów zostali tu teraz przywiezieni i zdani na siebie, pozostawieni własnemu losowi. Jak się teraz zachowają? Co zrobią? Otóż wbrew oczekiwaniu swoich dobroczyńców przybysze nie całują odzyskanej ziemi i nie rzucają się w ramiona mieszających tu Afrykańczyków.

Ci Amerykano-Liberyjczycy znają z własnego doświadczenia tylko jeden typ społeczeństwa – niewolniczy, bo takie istniało wówczas w południowych stanach Ameryki. Toteż po przybyciu ich pierwszym posunięciem na nowej ziemi stanie się odtworzenie podobnego społeczeństwa, z tym, że panami będą teraz oni – wczorajsi niewolnicy, a niewolnikami miejscowe, zastane tu społeczności, które oni podbiją i będą nad nimi panować.

Liberia – to przedłużenie porządku niewolniczego z woli samych niewolników, którzy nie chcą burzyć niesprawiedliwego systemu, lecz pragną go zachować, rozwinąć i wykorzystać we własnym interesie. Najwyraźniej umysł zniewolony, skażony doświadczeniem niewolnictwa, umysł „urodzony w niewoli, okuty w powiciu” nie umie pomyśleć, wyobrazić sobie wolnego świata, w którym wszyscy byliby wolni.

Znaczną część obszaru Liberii pokrywa dżungla. Gęsta, tropikalna, wilgotna, malaryczna. Mieszkają w niej niewielkie, biedne i słabo zorganizowane plemiona (ludy potężne, o silnych strukturach militarnych i państwowych, żyły najczęściej na szerokich, otwartych przestrzeniach sawanny. Ciężkie warunki zdrowotne i komunikacyjne dżungli afrykańskiej sprawiały, że takie organizmy nie mogły tam powstać). Teraz na te tereny, zajmowane tradycyjnie przez miejscową, rodzimą ludność, zaczynają się wprowadzać przybysze zza oceanu. Stosunki od początku układają się fatalnie, wrogo. Przede wszystkim Amerykano-Liberyjczycy ogłaszają, że tylko oni są obywatelami kraju. Reszcie – to jest dziewięćdziesięciu dziewięciu procentom ludności – odmawiają tego statutu, tego prawa. Według przyjętych ustaw ta reszta to tylko tribesmen (członkowie plemion), ludzie bez kultury, dzikusi i poganie.

Najczęściej zresztą dwie społeczności żyją z dala od siebie, mając rzadki, sporadyczny kontakt. Nowi panowie trzymają się brzegu morskiego i osad, które tam zbudowali (największą jest Monrowia)). Dopiero w sto lat od powstania Liberii jej prezydent (był nim wówczas William Tubman) wyjechał po raz pierwszy w głąb kraju. Przybysze z Ameryki, nie mogąc odróżnić się od miejscowych kolorem skóry i typem fizycznym, starają się w jakiś inny sposób podkreślić swoją inność i wyższość. W straszliwie upalnym i parnym klimacie, jaki panuje w Liberii, mężczyźni, nawet w zwykły dzień, chodzą we frakach i spencerach, noszą meloniki i zakładają białe rękawiczki. Panie na ogół przebywają w domach, ale jeżeli wychodzą na ulicę (do polowy XX wieku w Monrowii nie ma asfaltu ani chodników), to w sztywnych krynolinach, gęstych perukach i zdobnych sztucznymi kwiatami kapeluszach. Całe to wyższe, ekskluzywne towarzystwo mieszka w domach, które są wierną kopia dworków i pałacyków, jakie budowali sobie biali właściciele plantacji na południu Ameryki. Amerykano-Liberyjczycy zamykają się również we własnym świecie religijnym niedostępnym dla dla miejscowych Afrykańczyków. Ci przybysze to gorliwi baptyści i metodyści. Na nowej ziemi budują swoje proste kościoły. Spędzają w nich cały wolny czas na śpiewaniu nabożnych hymnów i słuchaniu okolicznościowych kazań. Z czasem świątynie te staną się także miejscem spotkań towarzyskich, rodzajem zamkniętych klubów.

Na długo przed tym, nim biali Afrykanerzy wprowadzili apartheid (tj. system segregacji w imię dominacji) w południowej Afryce, system ten już w połowie XIX wieku wymyślili i wcielili w życie potomkowie czarnych niewolników – władcy Liberii. Już sama przyroda i gęstwina dżungli sprawiały, że między tubylcami a przybyszami istniała naturalna, oddzielająca ich, sprzyjająca segregacji granica, nie zamieszkana, niczyja przestrzeń. Ale to nie wystarczy. W małym, bigoteryjnym światku Monrowii rządzi zakaz bliskich kontaktów z miejscową ludnością, przede wszystkim zakaz małżeństw. Robi się wszystko, aby „dzikusi znali swoje miejsce”. W tym celu rząd w Monrowii wyznacza każdemu z plemion (jest ich szesnaście) terytorium, na którym wolno mu przebywać – typowe homelands utworzone dla Afrykańczyków dopiero kilkadziesiąt lat później przez białych rasistów z Pretorii. Wszyscy, którzy przeciw temu występują, są surowo karani. Do miejsc rebelii i oporu Monrowia wysyła wojskowe i policyjne ekspedycje karne. Szefowie niepokornych ludów są ścinani na miejscu, zbuntowana ludność mordowana lub więziona, jej wioski niszczone, a zbiory puszczane z dymem. Starym światowym zwyczajem i tu te ekspedycje, wyprawy i wojny lokalne służą jednemu celowi: chwytaniu niewolników. Bo Amerykano-Liberyjczycy potrzebują rąk do pracy. I rzeczywiście, już w drugiej połowie XIX weku zaczną w swoich gospodarstwach i warsztatach zatrudniać własnych niewolników. A także sprzedawać ich do innych kolonii, przede wszystkim do Fernando Po i Gujany. W końcu lat dwudziestych XX wieku prasa światowa ujawnia ten proceder uprawiany oficjalnie przez rząd Liberii. Interweniuje Liga Narodów. Pod jej naciskiem ówczesny prezydent Charles King musi ustąpić. Ale praktyka, tyle że już po cichu, będzie trwać nadal.

Od pierwszych dni swojego osiedlenia w Liberii czarni przybysze z Ameryki myśleli, jak zachować i umocnić swoją dominującą pozycję w nowym kraju. Najpierw nie dopuścili jego rodowitych mieszkańców do udziału w rządach, odmawiając im praw obywatelskich. Pozwalali im żyć, ale tylko na wyznaczonych terenach plemiennych. Potem poszli dalej – wymyślili jednopartyjny system władzy. Na rok przed urodzeniem Lenina , a mianowicie w 1869 roku powstała w Monrowii True Whig Party, która będzie miała w Liberii monopol władzy przez sto jedenaście lat, to jest do 1980 roku. Kierownictwo tej partii, jej biuro polityczne – A National Executive – od początku decyduje o wszystkim: kto będzie prezydentem, kto zasiądzie w rządzie, jaką ten rząd będzie prowadzić politykę, jaka firma zagraniczna dostanie koncesję, kogo mianują szefem policji, kogo naczelnikiem poczty itd. – drobiazgowo, do najniższych szczebli. Szefowie tej partii byli prezydentami republiki albo odwrotnie – bo te stanowiska traktowano wymiennie. Tylko będąc w tej partii, można było coś osiągnąć. Jej przeciwnicy przebywali albo w więzieniu, albo na emigracji.

xxxxxxxx

O tym, jakie były początki tego państwa i dlaczego ono powstało, pisze też w swojej książce Kolonie Rzeczypospolitej (2005) Marek Arpad Kowalski:

Długo utrzymujący się proceder handlu niewolnikami zaczął być likwidowany od początku XIX wieku. Wielka Brytania w 1807 roku pierwsza ogłosiła oficjalnie zniesienie niewolnictwa i handlu niewolnikami (acz we własnych koloniach zlikwidowała niewolnictwo dopiero w 1833 roku). W Stanach Zjednoczonych w tym samym 1807 roku zakazano dowozu niewolników. Kongres wiedeński w 1815 roku potępił niewolnictwo (mimo że to potępienie miało deklaratywny charakter, ważne jednak, że nastąpiło). Ruch abolicjonistyczny z biegiem czasu obejmował inne państwa i do końca XIX wieku niewolnictwo i handel niewolnikami zostały zniesione, chociaż jeszcze 25 listopada 1926 roku trzeba było zawrzeć w tej sprawie konwencję z inicjatywy Ligi Narodów.

Na tej właśnie fali w 1816 roku w Stanach Zjednoczonych powstało w Amerykańskie Towarzystwo Kolonizacyjne, by oswobodzonych niewolników amerykańskich przewozić z powrotem do Afryki. Mieli się tam osiedlać i rozpoczynać nowe życie.

Po kilku latach starań Towarzystwo nabyło w końcu 1822 roku na Wybrzeżu Pieprzowym nieco ponad 400 kilometrów kwadratowych ziemi na przylądku Mesurado. Kraj ten nazwano Liberią, a wybudowana nad morzem osada (niebawem stolica kraju) zyskała nazwę Monrovia, na cześć ówczesnego prezydenta USA Jamesa Monroe, który swój urząd sprawował w latach 1817-1825. Ziemię tę od miejscowych plemion zakupiono – jak pisze John Gunther w książce Afryka od wewnątrz (Książka i Wiedza, Warszawa 1958) – za sześć strzelb, jedną skrzynkę paciorków, dwie beczki tytoniu, jedną baryłkę prochu, sześć sztab żelaza, sześć sztuk niebieskiej tkaniny bawełnianej, trzy pary butów, jedną skrzynkę mydła, tuzin noży, widelców i łyżek, dziesięć żelaznych garnków.

Nie bardzo wiadomo, ile w tym prawdy. Pisał to przecież reporter. Reporterzy, jak i pisarze, miewają tendencje do usensacyjniania i udziwniania spraw („dziennikarz, to i musi naplątać”). Dosyć, że powstało państwo o nazwie Liberia. Początkowo jako protektorat Stanów Zjednoczonych. Ale w 1847 roku USA zniosły protektorat i Liberia ogłosiła się niepodległą republiką. Przez wiele lat było to jedyne, obok Etiopii zwanej wtedy Abisynią, niepodległe państwo afrykańskie, a na pewno jedyne „czarne” państwo Afryki. Paradoksem jest to, że Liberia była „wewnętrzną kolonią”. Władze w niej sprawowali osadzeni tam czarnoskórzy przybysze ze Stanów Zjednoczonych i ich potomkowie, traktujący rdzennych mieszkańców Liberii jako swoich poddanych nie posiadających praw politycznych. Tak, jakby byli mieszkańcami kolonii – kolonii osiadłych tu Murzynów amerykańskich.

xxxxxxxx

Wikipedia pisze, że początkowo Liberia była uzależniona od Stanów Zjednoczonych, a Kowalski, że była protektoratem tego kraju, co w sumie na jedno wychodzi. Natomiast nie wspomina o tym Kapuściński. Pisze on:

»Ci Amerykano-Liberyjczycy znają z własnego doświadczenia tylko jeden typ społeczeństwa – niewolniczy, bo takie istniało wówczas w południowych stanach Ameryki. Toteż po przybyciu ich pierwszym posunięciem na nowej ziemi stanie się odtworzenie podobnego społeczeństwa, z tym, że panami będą teraz oni – wczorajsi niewolnicy, a niewolnikami miejscowe, zastane tu społeczności, które oni podbiją i będą nad nimi panować.

Liberia – to przedłużenie porządku niewolniczego z woli samych niewolników, którzy nie chcą burzyć niesprawiedliwego systemu, lecz pragną go zachować, rozwinąć i wykorzystać we własnym interesie. Najwyraźniej umysł zniewolony, skażony doświadczeniem niewolnictwa, umysł „urodzony w niewoli, okuty w powiciu” nie umie pomyśleć, wyobrazić sobie wolnego świata, w którym wszyscy byliby wolni.«

A więc według niego to wszystko wina Murzynów i ich mentalności, bo tak być może kazali mu pisać jego nieznani przełożeni. On, podobnie jak Kowalski i Wikipedia, nie wspomina o pewnym fakcie, który całkowicie zburzyłby tę narrację, zapewne bardzo niewygodnym dla tych, którzy kreują obraz świata wedle własnego uznania. Chociaż trzeba oddać sprawiedliwość Kowalskiemu, że wspomniał o tym, że prezydentem Stanów Zjednoczonych był James Monroe i to na jego cześć stolicę Liberii nazwano Monrowią. A stąd już blisko do… doktryny Monroe, która głosiła, że kontynent amerykański nie może podlegać dalszej kolonizacji ani ekspansji politycznej ze strony Europy, w zamian zaś zapowiadała, że Stany Zjednoczone nie będą ingerowały w sprawy państw europejskich i ich kolonii. Doktryna ta stała się fundamentem amerykańskiej polityki izolacjonizmu (hasło „Ameryka dla Amerykanów”).

Można więc powiedzieć, że Stany Zjednoczone postąpiły zgodnie z wyartykułowaną wiele lat później zasadą pewnego polityka, który powiedział, że jest za, a nawet przeciw. Stany Zjednoczone odizolowały się od reszty świata, ale tak nie do końca, bo Liberia leży w Afryce, a nie w Ameryce Północnej czy Południowej. Nie mogli więc Amerykanie w sposób oficjalny wkroczyć do Afryki. Zrobili to drogą okrężną. Wymyślili sobie jakieś towarzystwo kolonizacyjne i dorobili do tego idiotyczną ideologię, że niby w ramach rekompensaty ci wolni, już byli niewolnicy, mogą wrócić do Afryki. Idiotyczne, bo doskonale wiedzieli, że nie da się przenieść wszystkich Murzynów, bo niby gdzie? A poza tym, dla tych, którzy żyli w Ameryce od pokoleń, Afryka była obcym kontynentem.

Cele tego zabiegu były dwa. Po pierwsze Liberia stała się ich bazą w Afryce, z której z bliska mogli przypatrywać się temu, co się działo w pozostałej części kontynentu. Ponadto dokonali pewnego eksperymentu socjotechnicznego, który polegał na uczynieniu niewielkiej grupy obcych warstwą uprzywilejowaną i dominującą nad tubylcami. Mogli w ten sposób obserwować zachowania obu grup i co z tego wyniknie. Przez pierwsze 20 lat robili to bezpośrednio, a kiedy już wychowali sobie następców, to usunęli się w cień, by dalej rządzić z tylnego siedzenia. Grupa, którą uprzywilejowali, wiernie im służyła, co jest chyba naturalne.

Liberię, jako państwo, stworzyli Amerykanie. Od podstaw je tworzyli. Trudno sobie wyobrazić, że mogli to zrobić, jak pisał Kapuściński, ludzie niepiśmienni i bez zawodu, ludzie, którzy dopiero co stali się wolnymi, a wcześniej byli niewolnikami. Tym, których wybrali do rządzenia dali wszystko: zorganizowali im państwo, system partyjny, stworzyli całą infrastrukturę i dali pieniądze. Trudno zatem się dziwić, że wywołało to niezadowolenie wśród tubylców i prowadziło często do gwałtownych starć, bo ci tubylcy nie mieli żadnych praw i stali się praktycznie niewolnikami tych, których ściągnęli Amerykanie. Ściągnęli ich, by zrekompensować im krzywdy doznane w Ameryce w czasach niewolnictwa. Tak im rekompensowali te krzywdy, że tubylców, którzy byli wolnymi, uczynili niewolnikami.. Ale w świat poszła informacja, że to Murzyni Murzynów niewolą.

Trudno zrozumieć, dlaczego w Afryce tak się działo i dzieje. Wydaje się, że odpowiedź na to daje angielski historyk, którego cytuje Kapuściński:

„W czasach przedkolonialnych – a więc nie tak dawno – w Afryce istniało ponad dziesięć tysięcy państewek, królestw, związków etnicznych, federacji. Historyk z Uniwersytetu Londyńskiego Ronald Oliver w swojej książce The African Experience (Nowy Jork 1991) zwraca uwagę na upowszechniony paradoks: przyjęło się bowiem mówić, że koloniści europejscy dokonali podziału Afryki. – Podziału? – zdumiewa się Oliver. – To było brutalne, ogniem i mieczem przeprowadzone zjednoczenie! Liczba dziesięciu tysięcy została zredukowana do pięćdziesięciu.”

Czy była zatem Afryka wielkim masońskim eksperymentem? Wszak to na masońskiej konferencji w Berlinie (1884-85) dokonano podziałów terytorialnych przyszłych aneksji terytorialnych w Afryce. Państwa europejskie podzieliły pomiędzy siebie Afrykę, ale w obrębie własnych terytoriów dokonywały zjednoczenia. I to zapewne miał na myśli angielski historyk. Jaki jest skutek tego jednoczenia w Afryce, to widzimy. Czy o to samo chodzi w jednoczeniu Europy?

Republika Nowogrodzka

W średniowieczu istniała w Republice Nowogrodzkiej forma demokracji zwana demokracją feudalną lub bojarską, jak to określają Rosjanie. Istniała przez ponad 300 lat, a więc dłużej niż Rzeczpospolita Obojga Narodów. Obojga, czyli Rusinów i Litwinów, bo to ich interesy próbowała realizować. Trwała ona od 1569 do 1795 roku, czyli 226 lat. Republika Nowogrodzka trwała 342 lata, a więc o 116 lat dłużej. Można powiedzieć, że ustroje obu tworów miały ze sobą coś wspólnego, bo RON też była demokracją feudalną, ale zwano ją dla niepoznaki demokracją szlachecką. To ma bardziej pozytywny wydźwięk. Może więc warto bliżej przyjrzeć się Republice Nowogrodzkiej Może więc warto bliżej przyjrzeć się Republice Nowogrodzkiej – państwu, które trwało dłużej niż RON i było od niej większe pod względem obszaru. Wikipedia pisze:

Republika Nowogrodzka, Rzeczpospolita Nowogrodzka – średniowieczne państwo ruskie istniejące w latach 1136–1478, położone pomiędzy Morzem Bałtyckim a Syberią. Powstało na skutek usamodzielnienia się Księstwa Nowogrodzkiego w czasie rozbicia dzielnicowego Rusi. W państwie o ustroju feudalnym rozwinęła się z czasem specyficzna forma demokracji.

Położenie Republiki Nowogrodzkiej; źródło: Wikipedia.

W wyniku rozdrobnienia Rusi Kijowskiej zapoczątkowanego śmiercią Jarosława Mądrego (1054), północna jej część – Księstwo Nowogrodzkie, uzyskało niezawisłość. Stolicą księstwa był największy ruski gród – Nowogród Wielki, z którym powiązane są początki państwowości ruskiej. W państwie tym szybko rozwinęła się specyficzna demokracja: zgromadzenie obywateli miasta (wiec), kupców i bojarów, wybierało najemnego władcę – księcia (mogło go też usunąć). Stąd też państwo to jest nazywane potocznie przez Rosjan Republiką Bojarską. Bojarzy i kupcy mieli znaczący wpływ na decyzje wiecu. Wybuchały też okresowo bunty spowodowane konfliktami społecznymi (1136, 1207, 1215, 1228).

Rządy Aleksandra Newskiego

Po klęsce sił rusko-połowieckich w bitwie nad Kałką (1223) Batu-chan podbił wszystkie państwa ruskie z wyjątkiem księstw połockiego, pińskiego oraz Republiki Nowogrodzkiej, która jednak zmuszona była uznać zwierzchność Mongołów i opłacać aż do końca swego istnienia trybut. Tatarzy nie przejęli bezpośrednich rządów w podbitych księstwach, zadowolili się każdorazowym zatwierdzaniem kandydata do tronu w każdym z nich.

W okresie panowania mongolskiego wodzem dużej rangi i zręcznym politykiem okazał się książę nowogrodzki Aleksander Newski z rodu Rurykowiczów. W 1236 został wybrany na księcia Nowogrodu. W tym czasie na zachodzie coraz większe zagrożenie stwarzał Zakon kawalerów mieczowych, a z północy zaczęli zagrażać Szwedzi. Aleksander Newski pokonał Szwedów w bitwie nad Newą (1240), stąd wziął się jego przydomek. W 1242 r. na zamarzniętym jeziorze Pejpus zwyciężył wojska Zakonu kawalerów mieczowych i zdobył Psków, co zapobiegło ekspansji Zakonu na ziemie ruskie. Następnie pokonał najeżdżające Nowogród wojska litewskie.

Będąc doskonałym dyplomatą, jednocześnie zawierał z Tatarami okresowe porozumienia. W 1249 r. otrzymał jarłyk na tytuł księcia kijowskiego, a w 1252 r. – wielkiego księcia włodzimierskiego. W 1257 r. odbył wraz z Tatarami ekspedycję karną do Nowogrodu, powstrzymującego się z wypłatą danin. Począwszy od 1259 r. Republika Nowogrodzka stała się częścią tzw. „iga mongolsko-tatarskiego”, systemu feudalnych zobowiązań i zależności ziem ruskich względem siebie oraz Złotej Ordy.

Tak to opisuje Wikipedia. Inaczej rozkłada akcenty Ryszard Kapuściński w swoim zbiorze reportaży Imperium (2001):

„Nowogród był w średniowieczu słynnym miastem, czymś w rodzaju Florencji czy Amsterdamu północy – dynamicznym skupiskiem handlu i rzemiosł, kwitnącym wiekami ośrodkiem wszelkich sztuk, zwłaszcza architektury sakralnej i malarstwa ikon. Istniał tu unikalny ustrój polityczny. Przez 400 lat (XI-XV wiek) Nowogród był rodzajem niezależnej samorządnej republiki feudalnej, w której najwyższą władzą był wiec ludności miejskiej i okolicznego wolnego chłopstwa. Ludność wybierała księcia, który sprawował w jej imieniu rządy i mógł być w każdej chwili odwołany. Jak na te czasy i na tę część świata były to zwyczaje niebywałe. Symbolem wolności i samodzielności tego miasta-państwa był wielki dzwon, którym zwoływano mieszkańców na wiec. Toteż kiedy Iwan III moskiewski podbił ostatecznie Nowogród w 1478 roku i nakazał ów dzwon usunąć, oznaczało to, że miasto utraciło swoją niezależność. Są historycy, którzy uważają, że był to jeden z tych dziejowych momentów, które rozstrzygnęły o kierunku, w jakim poszła Moskwa i Rosja. Nowogród był miastem demokratycznym, ludowładczym, otwartym na świat, utrzymującym kontakty z całą Europą. Moskwa była ekspansywna, przesiąknięta wpływami mongolskimi, wroga wobec Europy, wchodząca już z wolna w mroczną epokę Iwana Groźnego. Gdyby więc Rosja poszła drogą nowogrodzką, mogłaby stać się innym państwem niż to, na którego czele stanęła Moskwa. Ale stało się inaczej.”

Wielka Encyklopedia Powszechna PWN (1966) pod hasłem „Nowogród Wielki”, opierając się na radzieckich opracowaniach z lat 50-tych i 60-tych, opisuje dosyć obszernie zjawisko, jakim była Republika Nowogrodzka. Poniżej fragmenty:

Położony po obu stronach rzeki Wołchow, połączony mostem, na którym odbywały się wiece, z rozległym zespołem miejskim z kremlem arcybiskupim w centrum, grodem-rezydencją książęcą oraz kilkoma klasztorami poza obrębem murów, z licznymi przystaniami i faktoriami kupców cudzoziemskich, liczył już na początku XI wieku ok. 15 tysięcy mieszkańców, ich liczba w XIV-XV wieku sięgała 70-80 tysięcy. Nowogród Wielki stanowił ośrodek miejski o wyjątkowej koncentracji właścicieli ziemskich, którzy stąd zarządzali swymi dobrami, pośrednio lub bezpośrednio uczestnicząc w handlu, przede wszystkim produktami swych włości; kilkadziesiąt rodzin bojarskich skupiało w swoim ręku ponad połowę zagospodarowanej ziemi. Ważną rolę odgrywało kupiectwo, nastawione na handel dalekosiężny, pośredniczące w wymianie towarowej pomiędzy Europą Wschodnią a Północno-Zachodnią. Było ono ściśle powiązane z miastami hanzeatyckimi, skąd sprowadzano sukna, sól, metale i broń, ałun, konie, wina, śledzie, itp. Znaczną rolę odgrywali drobni handlarze, głównie wędrowni kramarze, skupujący i sprowadzający z odległych terenów towary eksportowe (futra, skóry, wosk, len, konopie). Wyraźnie rysował się też proces przenikania zamożnego mieszczaństwa do klasy feudalnych właścicieli ziemi. Liczna ludność rzemieślnicza produkowała na chłonny rynek miejski, zaspokajała potrzeby wsi nowogrodzkiej, pracowała też na eksport do krajów Europy Zachodniej (garbarstwo, wyprawianie futer i wstępna obróbka surowców – lnu, konopi, wosku i in.), zaopatrywała myśliwskie ludy Północy w różne wyroby żelazne. Pokaźną warstwę ludności miejskiej N.W. tworzyli różnego autoramentu luźni ludzie, stanowiący klientelę bojarów i kupców nowogrodzkich. Im głównie zawdzięczał N.W. skolonizowanie olbrzymiego terytorium. Supremacja polityczna w stosunku do rozległego zaplecza, ekspansja kolonizatorska realizowana przez możnych, ale angażująca zastępy szeregowych Nowogrodzian, wpływała na układ sił i specyfikę ustrojową N.W.

Ustrój tego miasta stanowił swoistą formę demokracji feudalnej. Najwyższym organem władzy był wiec – zgromadzenie całej wolnej ludności miejskiej i wiejskiej, na którym reprezentowana też była ludność innych ośrodków miejskich ziemi nowogrodzkiej. W praktyce władza republiki należała do bojarskiej rady panów pod przewodnictwem wybieranego przez wiec arcybiskupa. Wiec również zapraszał księcia i mógł go, co się często zdarzało, usunąć. Rola książąt sprowadzała się do funkcji naczelnego dowódcy (przy czym jego drużyna nie miała prawa przebywać w mieście) i niektórych kompetencji sądowych. Politykę księcia kontrolował wiec i wybrany przezeń posadnik. Prawa i obowiązki księcia określała za każdym razem zawierana z nim umowa (najstarsza zachowana z księciem twerskim Jarosławem z 1264 roku). Rywalizacja między książętami ruskimi o tron nowogrodzki, tradycyjne związki N.W. z innymi ziemiami Rusi rosnącą więzią gospodarczą, znajdowały odbicie w walce różnych orientacji politycznych w łonie klasy panującej N.W. o udział w rządach i podział zysków. Odwoływały się one w tej walce do szerokich rzesz społeczeństwa nowogrodzkiego w pewnym stopniu mających udział w korzyściach z eksploatacji terenów podbitych. Niekiedy, jak np. w 1418 roku, ścieranie się orientacji politycznych przeradzało się w walki o charakterze klasowym, które w latach 1421 i 1446-47 przybrały postać powstań ludowych.

Rozmach życia politycznego i gospodarczego sprzyjał rozkwitowi kultury (bogate dziejopisarstwo od XI w., architektura, rzeźba, malarstwo).

Samodzielność polityczna N.W. była możliwa w warunkach rozdrobnienia feudalnego, zaczęła jednak maleć w miarę jego przezwyciężania. W XIII wieku w N.W. zarysowała się przewaga wpływów książąt suzdalskich (potem włodzimierskich) na politykę wewnętrzną. Próby zachowania pewnej równowagi przez zapraszanie książąt z innych dzielnic częstokroć zawodziły. Przez presję gospodarczą w postaci odcięcia dowozu zboża książęta włodzimierscy zapewniali przewagę w rządach swojemu stronnictwu; między innymi przez dłuższy czas księciem nowogrodzkim był Aleksander Newski, kilkakrotnie zapraszany i usuwany. Za jego czasów udało się N.W. zwycięsko odeprzeć ekspansję szwedzką (nad rzeką Newą w 1240 roku) i krzyżacką (na Lodowym Pobojowisku w 1242 roku), co umocniło handlową i polityczną rolę N.W. wobec sąsiadów.

W XIV wieku trzy ośrodki aspirujące do roli jednoczyciela ziem ruskich (Moskwa, Twer i Wilno) konkurowały o wpływy w N.W. Utrzymywał on jednak względną niezależność dzięki okupom i zmianom orientacji. Gdy przewaga Księstwa Moskiewskiego okazała się oczywista, warstwa rządząca podjęła próbę ratowania samodzielności N.W. przez zawarcie traktatu z Kazimierzem Jagiellończykiem 1470, który respektując tradycyjny układ sił w N.W., miał mu zapewnić ochronę przed Księstwem Moskiewskim. Trwale jednak związki gospodarcze, religijne i narodowościowe, których wyrazicielem stała się opozycja promoskiewska, oraz klęska zadana oddziałom nowogrodzkim w 1471 roku przez wojska moskiewskie przesądziły sprawę. W 1478 roku Iwan III położył kres niezawisłości N.W., a dla zapobieżenia dalszym próbom separatystycznym uwięził i zmusił do rezygnacji arcybiskupa, ściął 150 przywódców i w latach osiemdziesiątych wysiedlił ponad 10 tysięcy rodzin gł. bojarskich i kupieckich, sprowadzając na ich miejsce ludność z Rusi Zaleskiej. N.W. i wszystkie należące doń ziemie weszły w skład państwa moskiewskiego. N.W. zachował swoje znaczenie gospodarcze w XVI w., do czasów zniszczenia w 1570 roku przez opriczników Iwana Groźnego, upatrującego w N.W. jednego z głównych wrogów swej władzy.

xxxxxxxx

Przedstawiłem trzy opisy Republiki Nowogrodzkiej: Wikipedii, Kapuścińskiego i Wielkiej Encyklopedii Powszechnej. Kapuścińskiego jest bardzo ogólnikowy, co wynika z natury reportażu. Tu nie ma miejsca na jakąś drobiazgową analizę. Niemniej jednak wspomina o rozwoju kultury i sztuki w republice, jako czynniku wyróżniającym ją na tle pozostałych księstw feudalnych. Wikipedia natomiast informuje o obecności Mongołów, o czym nie wspomina Wielka Encyklopedia Powszechna, której opis jest najpełniejszy i pozwala na wyobrażenie sobie, czym była ta republika.

WEP używa określenia „handel dalekosiężny”, nie chcąc użyć określenia „handel międzynarodowy”, co niemal od razu kojarzy się z Żydami. A to wskazuje, że ta warstwa kupiecka w tej republice, to byli właśnie Żydzi. Zresztą wszędzie tak było. Wspomina ona też o innej warstwie w tej republice: „Pokaźną warstwę ludności miejskiej N.W. tworzyli różnego autoramentu luźni ludzie, stanowiący klientelę bojarów i kupców nowogrodzkich. Im głównie zawdzięczał N.W. skolonizowanie olbrzymiego terytorium”. A więc byli to ludzie, którzy pełnili w Republice Nowogrodzkiej funkcję zbliżoną do tej, która przypadła w udziale konkwistadorom hiszpańskim. I pewnie tak jak ci konkwistadorzy, tak i on byli w większości Żydami. I to oni zapoczątkowali podbój Syberii.

„Supremacja polityczna w stosunku do rozległego zaplecza, ekspansja kolonizatorska realizowana przez możnych, ale angażująca zastępy szeregowych Nowogrodzian, wpływała na układ sił i specyfikę ustrojową N.W.” – Tak to ładnie zostało ujęte, ale w praktyce oznaczało to niewolnictwo dla pozostałej części ludności.

„Ustrój tego miasta stanowił swoistą formę demokracji feudalnej. Najwyższym organem władzy był wiec – zgromadzenie całej wolnej ludności miejskiej i wiejskiej, na którym reprezentowana też była ludność innych ośrodków miejskich ziemi nowogrodzkiej. W praktyce władza republiki należała do bojarskiej rady panów pod przewodnictwem wybieranego przez wiec arcybiskupa.” – Czyli zupełnie tak samo, jak obecnie w „Polsce”. Można by więc naszą obecną demokrację nazwać feudalną. Zamiast wiecu mamy wybory, zamiast rady bojarskiej – rząd, zamiast arcybiskupa – prezydenta.

Aleksander Newski był kimś w rodzaju dzisiejszego kontraktora. Podpisywał umowy i zobowiązywał się do wykonania zadania. „Będąc doskonałym dyplomatą, jednocześnie zawierał z Tatarami okresowe porozumienia. W 1249 r. otrzymał jarłyk na tytuł księcia kijowskiego, a w 1252 r. – wielkiego księcia włodzimierskiego. W 1257 r. odbył wraz z Tatarami ekspedycję karną do Nowogrodu, powstrzymującego się z wypłatą danin.” A więc do tego Nowogrodu, dla którego wcześniej pokonał Szwedów (1240) i wojska Zakonu (1242).

„Toteż kiedy Iwan III moskiewski podbił ostatecznie Nowogród w 1478 roku i nakazał ów dzwon usunąć, oznaczało to, że miasto utraciło swoją niezależność. Są historycy, którzy uważają, że był to jeden z tych dziejowych momentów, które rozstrzygnęły o kierunku, w jakim poszła Moskwa i Rosja. Nowogród był miastem demokratycznym, ludowładczym, otwartym na świat, utrzymującym kontakty z całą Europą. Moskwa była ekspansywna, przesiąknięta wpływami mongolskimi, wroga wobec Europy, wchodząca już z wolna w mroczną epokę Iwana Groźnego.”

Tak to interpretuje Kapuściński, ale nie chciał on zauważyć, że podbicie Nowogrodu nastąpiło dopiero w momencie wycofania się Mongołów. Wprawdzie Wikipedia pisze, że Republika Nowogrodzka zachowała niezależność, „jednak zmuszona była uznać zwierzchność Mongołów i opłacać aż do końca swego istnienia trybut”. Innymi słowy musiała płacić Mongołom podatki, co w praktyce oznacza zależność. Mongołowie nie ingerowali w sprawy podbitych państw. Ograniczali się do wyznaczenia księcia i pobierali podatki. W 1257 Aleksander newski odbył wraz z Tatarami ekspedycję karną do Nowogrodu, powstrzymującego się z wypłatą danin. Począwszy od 1259 r. Republika Nowogrodzka stała się częścią tzw. „iga mongolsko-tatarskiego”, systemu feudalnych zobowiązań i zależności ziem ruskich względem siebie oraz Złotej Ordy. Nie ingerowali oni w sprawy ustrojowe danego państwa, co widać na przykładzie Republiki Nowogrodzkiej. Zrobił to dopiero Iwan III po wycofaniu się Mongołów. Czy można zatem mówić, że Moskwa była przesiąknięta wpływami mongolskimi? Przecież Mongołowie od 1223 roku do 1478 roku, czyli przez 255 lat pozwalali na istnienie tej republiki. To dłużej niż istniała RON.

„W 1478 roku Iwan III położył kres niezawisłości N.W., a dla zapobieżenia dalszym próbom separatystycznym uwięził i zmusił do rezygnacji arcybiskupa, ściął 150 przywódców i w latach osiemdziesiątych wysiedlił ponad 10 tysięcy rodzin gł. bojarskich i kupieckich, sprowadzając na ich miejsce ludność z Rusi Zaleskiej.”

Jak widać na powyższym przykładzie wysiedlenia i przesiedlenia, to nie XX-wieczny wynalazek. Jest to skuteczny sposób na podporządkowanie sobie podbitego państwa i zneutralizowanie lokalnego społeczeństwa poprzez zastrzyk obcej ludności. Doskonale zdawał sobie z tego sprawę Stalin, przesiedlając na ziemie poniemieckie mniejszości kresowe, co dla nich oznaczało przesiedlenie na Zachód. I w tym też celu przesiedlono po 24 lutego 2022 roku miliony Ukraińców do Polski. W ten sposób zmarginalizowano ludność, której władza nie jest pewna. Nowi przybysze, których uprzywilejowano w stosunku do ludności miejscowej, będą jej całkowicie posłuszni. Wiedział o tym nie tylko Stalin, również Iwan III.

Podsumowując, można powiedzieć, że demokracja bojarska niczym się nie różniła od naszej obecnej demokracji: „W praktyce władza republiki należała do bojarskiej rady panów pod przewodnictwem wybieranego przez wiec arcybiskupa”. Czyli wiecujący mogli tylko wybrać władzę i na tym kończyła się ich rola. Dokładnie tak samo jest obecnie.

Chiński cud gospodarczy

Od jakiegoś czasu pojawiają się różnego rodzaju komentatorzy, blogerzy, dziennikarze, geopolitycy, naukowcy, którzy zachwycają się chińskim modelem gospodarczym i dają delikatnie do zrozumienia, że Polska również powinna skorzystać z doświadczenia Chin i sukcesu gospodarczego tego państwa. Jakkolwiek nikt tego tak nie sformułował, ale oni wszyscy mówią o „drugich Chinach”. Cóż, ja już miałem okazję obserwować budowę „drugiej Polski” za Gierka, „drugiej Japonii” za Wałęsy, „drugiej Irlandii” za Tuska. Nic z tego nie wyszło. Czy są zatem szanse na przeszczepienie chińskich rozwiązań w Polsce? Przede wszystkim warto sobie zadać pytanie, jak do tego doszło, że Chiny stały się taką potęgą? Poniższe informacje zaczerpnąłem z angielskiej Wikipedii. Śródtytuły są mojego autorstwa.

Początek reform

Na trzecim plenum Komitetu Centralnego XI Kongresu Partii Narodowej Deng wytyczył Chinom drogę „reform i otwarcia”, polityki, która rozpoczęła się od dekolektywizacji wsi, po której nastąpiły reformy mające na celu decentralizację w sektorze przemysłowym. W 1979 roku Deng sformułował cel „czterech modernizacji”, a następnie zaproponował ideę „xiaokang”, czyli „społeczeństwa umiarkowanie zamożnego”. Położył on nacisk na przemysł lekki jako odskocznię do rozwoju przemysłu ciężkiego. Osiągnięcia Lee Kuan Yew w stworzeniu supermocarstwa gospodarczego w Singapurze (w Singapurze 80% populacji to Chińczycy – przyp. W.L.) wywarły głęboki wpływ na komunistyczne przywództwo w Chinach. Podjęło ono poważne wyzwanie, zwłaszcza pod rządami Deng Xiaopinga, aby wzorować się na jego polityce wzrostu gospodarczego, rozwoju przedsiębiorczości i subtelnego tłumienia sprzeciwu. Ponad 22 000 chińskich urzędników zostało wysłanych do Singapuru w celu zbadania jego metod działania.

Singapur

Jednym z najpilniejszych zadań Lee po uzyskaniu niepodległości przez Singapur było rozwiązanie problemu wysokiego bezrobocia. Wraz ze swoim doradcą ekonomicznym, przewodniczącym Rady ds. Rozwoju Gospodarczego Hon Sui Senem, w porozumieniu z holenderskim ekonomistą Albertem Winsemiusem, Lee zbudował fabryki i początkowo skupił się na produkcji. Zanim Brytyjczycy całkowicie wycofali się z Singapuru w 1971 roku, Lee przekonał ich również, aby nie niszczyli swoich doków, i kazał później przekształcić stocznię brytyjskiej marynarki wojennej tak, by nadawała się do użytku cywilnego.

Ostatecznie Lee i jego gabinet zdecydowali, że najlepszym sposobem ożywienia gospodarki Singapuru będzie przyciągnięcie zagranicznych inwestycji z międzynarodowych korporacji (MNC). Modernizując infrastrukturę zgodnie z zachodnimi standardami, nowe państwo przyciągnęło amerykańskich, japońskich i europejskich przedsiębiorców i wysoko wykwalifikowany personel. Na początku lat siedemdziesiątych pojawienie się korporacji międzynarodowych, takich jak Texas Instruments, Hewlett-Packard i General Electric, zmieniło w następnej dekadzie Singapur w eksportera. Pracownicy byli często przekwalifikowywani, aby zapoznać się z systemami pracy i kulturą firm zagranicznych. Rząd uruchomił również kilka nowych gałęzi przemysłu, takich jak huty stali w ramach „National Iron and Steel Mills”, branże usługowe, takie jak Neptune Orient Lines i Singapore Airlines.

Lee i jego gabinet pracowali również nad przekształceniem Singapuru w międzynarodowe centrum finansowe. Zagranicznych bankierów zapewniono o wysokim standardzie warunków socjalnych Singapuru, z najwyższej klasy infrastrukturą i wykwalifikowanymi specjalistami, a inwestorom dano do zrozumienia, że rząd Singapuru będzie prowadził rozsądną politykę makroekonomiczną, z nadwyżkami budżetowymi, prowadzącymi do stabilnej wartości dolara singapurskiego.

Przez całą swoją kadencję Lee przywiązywał dużą wagę do rozwoju gospodarki, a jego dbałość o szczegóły w tym aspekcie posunęła się nawet do kojarzenia jej z innymi zaletami Singapuru, w tym z rozległą i skrupulatną pielęgnacją jego międzynarodowego wizerunku jako „miasta-ogrodu”, czegoś, co przetrwało do dziś.

Chińskie reformy

Przed reformami chińska gospodarka była zdominowana przez własność państwową i centralne planowanie. Od 1950 do 1973 roku chiński realny PKB na mieszkańca rósł średnio w tempie 2,9% rocznie, aczkolwiek z dużymi wahaniami wynikającymi z Wielkiego Skoku i Rewolucji Kulturalnej. Począwszy od 1970 roku gospodarka weszła w okres stagnacji, a po śmierci Mao Zedonga kierownictwo partii komunistycznej postanowiło porzucić maoizm i zwrócić się ku reformom rynkowym, aby przezwyciężyć stagnację gospodarczą.

Władze partii komunistycznej przeprowadziły reformy rynkowe w dwóch etapach. Pierwszy etap, na przełomie lat 70. i 80., polegał na dekolektywizacji rolnictwa, otwarciu kraju na inwestycje zagraniczne i zezwoleniu przedsiębiorcom na zakładanie działalności gospodarczej. Jednak duży procent przemysłu pozostał własnością państwa. Drugi etap reformy, pod koniec lat 80. i 90., obejmował prywatyzację znacznej części przemysłu państwowego. Zniesienie kontroli cen w 1985 roku było wielką reformą, a wkrótce potem nastąpiło zniesienie protekcjonistycznej polityki i przepisów, chociaż monopole państwowe na szczytach gospodarki, takich jak bankowość i ropa naftowa, pozostały.

W 2001 roku Chiny przystąpiły do Światowej Organizacji Handlu (WTO). Niedługo potem sektor prywatny znacznie się rozwinął, wytwarzając do 2005 roku aż 70 procent produktu krajowego brutto (PKB) Chin. Od 1978 do 2013 roku nastąpił bezprecedensowy wzrost, a gospodarka rosła o 9,5% rocznie.

Powodzenie chińskiej polityki gospodarczej i sposób jej realizacji spowodowały ogromne zmiany w chińskim społeczeństwie w ciągu ostatnich 40 lat, w tym znaczne zmniejszenie ubóstwa przy jednoczesnym wzroście zarówno średnich dochodów, jak i wzroście różnicy pomiędzy największymi i najmniejszymi wynagrodzeniami, co doprowadziło do ostrej reakcji Nowej Lewicy. Na scenie akademickiej uczeni debatowali nad przyczynami sukcesu chińskiej „dwutorowej” gospodarki i porównywali ją z próbami zreformowania socjalizmu w bloku wschodnim i Związku Radzieckim, jak również do wzrostu innych gospodarek rozwijających się. Dodatkowo, ta seria reform doprowadziła do przekształcenia się Chin w wielkie mocarstwo i przesunięcia międzynarodowych interesów geopolitycznych w kierunku tego państwa. Niemniej jednak sprawy takie jak korupcja, zanieczyszczenie i szybko starzejące się społeczeństwo pozostają poważnymi problemami, z którymi chiński rząd musi się uporać. Niektórzy analitycy dodali również, że era reform została znacznie ograniczona za przywództwa obecnego sekretarza generalnego KPCh Xi Jinpinga, argumentując to tym, że Xi odzyskał kontrolę państwa nad różnymi dziedzinami życia społecznego oraz gospodarką.

xxxxxxxx

Tak to przedstawiła angielska Wikipedia. Jednak wypada jeszcze wspomnieć o wizycie Henry Kissingera w Chinach w lipcu 1971 roku i wizycie prezydenta Nixona w dniach 21-28 lutego 1972 roku. Od powstania Chińskiej Republiki Ludowej w 1949 roku oba państwa nie utrzymywały stosunków dyplomatycznych. Wszystko wskazuje, że był to przełomowy moment w dziejach świata, że postanowiono wtedy o tym, co nastąpiło parę lat później, czyli o chińskich reformach. Bez tego międzynarodowego kapitału nie byłoby tych reform i ta gospodarka nie rozwinęłaby się.

A więc wszedł do Chin międzynarodowy kapitał z najnowocześniejszymi technologiami i uprzemysłowił je, jak 50 lat wcześniej, po rewolucji październikowej, uprzemysłowił Związek Radziecki, a później Niemcy Hitlera. Samo uprzemysłowienie w przypadku Chin, to było jeszcze za mało. To przedsięwzięcie było czymś o znacznie większej skali niż w obu wspomnianych przypadkach. To było budowanie fabryki świata. To było możliwe ze względu na liczbę ludności. Ale żeby „fabryka” miała zbyt, to ten międzynarodowy kapitał udostępnił jej światowe rynki zbytu, czyli rynki we wszystkich państwach, bo przecież Chińczycy nie mieli własnych kanałów dystrybucji. One należą do nacji rozproszonej i każdy, kto spróbuje naruszyć ten monopol zostanie szybko ukarany. Tak to niestety działa. Produkcją rządzi ten, kto rządzi handlem. Przenoszono więc ją z bardziej i mniej uprzemysłowionych krajów do Chin, bo takie były wytyczne. Gdyby jakiś producent nie chciał jej tam przenieść, to za karę nigdzie nie sprzedałby swoich towarów.

Jak wyglądały w przeszłości relacje Stanów Zjednoczonych z Chinami, opisuje Antony C. Sutton w swojej książce Skull and bones; Tajemna elita Ameryki (1983):

»W 1971 roku Nixon mianował George’a „Poppy” Busha (wtajemniczony w roku 1948) ambasadorem Stanów Zjednoczonych przy Organizacji Narodów Zjednoczonych, nie biorąc pod uwagę faktu, że Bush nie miał żadnego doświadczenia w dyplomacji. Jako główny delegat Stanów Zjednoczonych był odpowiedzialny za obronę będącej pierwotnym, wolnorynkowym członkiem Organizacji Narodów Zjednoczonych Republiki Chińskiej przed atakiem komunistycznych Chin. Mając do dyspozycji ogromną potęgę Stanów Zjednoczonych, Bush poniósł sromotną klęskę: republika została usunięta z Organizacji Narodów Zjednoczonych, a jej miejsce zajęły komunistyczne Chiny. Niedługo po tej porażce Bush odszedł z Organizacji Narodów Zjednoczonych i objął funkcję przewodniczącego Krajowego Komitetu Partii Republikańskiej.

Nie jest to miejsce na opowiadanie całej historii amerykańskiego zaangażowania w Chinach. Zaczęło się ono od ingerencji Wall Street w rewolucję Sun Jat-sena w 1911 roku, który to epizod nie zapisał się jeszcze w świadomości opinii publicznej.

Podczas II wojny światowej Stany Zjednoczone pomogły chińskim komunistom w zdobyciu władzy. Autorytet w sprawach związanych z Chinami Chin-tung Liang napisał w swojej książce na temat generała Josepha W. Stilwella, w latach 1942-1944 będącego głównym przedstawicielem Stanów Zjednoczonych w Chinach, że: „Z punktu widzenia walki z komunizmem (Stilwell) bardzo źle przysłużył się Chinom”.

Stilwell był jednak jedynie wykonawcą rozkazów wydawanych w Waszyngtonie przez generała George’a C. Marshalla. Admirał Cooke oświadczył Kongresowi: „w 1946 roku generał Marshall użył taktyki przerwy w dostawie amunicji, by w niezauważalny sposób rozbroić chińskie oddziały”.

W przypadku generała Marshalla należy jednak pamiętać, że w Stanach Zjednoczonych to władze cywilne mają ostatnie słowo w sprawach związanych z wojskowością, co prowadzi nas do ówczesnego sekretarza wojny, Henry’ego L. Stimsona – zwierzchnika Marshalla i członka Zakonu (od 1888 roku). Zadziwiającym zbiegiem okoliczności Stimson sprawował funkcję sekretarza wojny także w roku 1911, czyli w czasie rewolucji Sun Jat-sena.

Historia zdradzenia Chin i roli, jaką odegrał w tym Zakon ukaże się dopiero w kolejnym tomie. Tymczasem pragniemy jedynie zwrócić uwagę na decyzję o budowie komunistycznych Chin jako nowego ramienia dialektyki. Decyzja ta została podjęta za rządów prezydenta Richarda Nixona, a w czyn wprowadził ją Henry Kissinger (Chase Manhattan Bank) i George „Poppy” Bush (Zakon).

W chwili, gdy książka ta zostanie oddana do druku (początek 1984 roku), Bechtel Corporation zakłada nową firmę, Bechtel China Inc., zajmującą się realizacją kontraktów inżynieryjnych i budowlanych dla chińskiego rządu. Nowym prezesem Bechtel China Inc. został Sydney B. Ford, były kierownik do spraw marketingu Bechtel Civil & Minerals Inc. Obecnie Bechtel pracuje nad studiami dla China National Coal Development Corporation i China National Offshore Oil Corporation – obie są rzecz jasna chińskimi organizacjami komunistycznymi.

Wygląda na to, że Bechtel pełni obecnie podobną funkcję, jaka swego czasu przypadła mającej siedzibę w Detroit Albert Kahn Inc. – firmie, która w 1928 roku zajęła się wstępnymi studiami i planowaniem pierwszego radzieckiego planu pięcioletniego.

Około roku 2000 komunistyczne Chiny będą „supermocarstwem” zbudowanym dzięki amerykańskiej technologii i amerykańskim umiejętnościom. Celem Zakonu jest prawdopodobnie doprowadzenie do konfliktu pomiędzy tą potęgą a Związkiem Radzieckim.

Nie ulega wątpliwości, że Bechtel wykona swoje zadanie. Dla firmy tej pracuje były dyrektor CIA, Richard Helms, a także sekretarz stanu George Schultz i sekretarz obrony Caspar Weinberg. Gdyby jakiś waszyngtoński planista zajmujący się bezpieczeństwem narodowym wychylił się na tyle, by zaprotestować, będzie miał do czynienia z potężną i wpływową grupą.«

Sutton wspomina o tym, że Stimson pełnił funkcję sekretarza wojny podczas rewolucji Sun Jat-sena w 1911 roku a także w 1946 roku w czasie walk komunistów chińskich z Kuomintangiem. Rewolucja Sun Jat-sena polegała na obaleniu monarchii i utworzeniu republiki, a w 1946 roku komuniści walczyli z tą republiką. W 1911 roku Stimson pomagał w obaleniu monarchii, a w 1946 roku pomagał chińskim komunistom w pokonaniu Kuomintangu, czyli partii, którą założył w 1912 roku Sun Jat-sen, czyli Republiki Chińskiej, do której powstania przyczynił się Stimson w 1911 roku.

Kim był Sun Jat-sen?

Sun Jat-sen urodził się w 1866 roku w rodzinie biednych chłopów. W 1879 został ściągnięty na Hawaje przez swojego starszego brata. Po ukończeniu szkoły podstawowej rozpoczął naukę w college’u „lolani School”, w którym uczył się języka angielskiego, historii Wielkiej Brytanii, matematyki, przyrody i religii chrześcijańskiej. W 1884 lub 1885 roku w czasie studiów medycznych w Hongkongu został ochrzczony przez amerykańskiego misjonarza. Uczęszczał do kościoła Tsai, założonego w 1888 roku przez brytyjską organizację misyjną London Missionary Society. Sun widział w rewolucji zjawisko podobne do misji zbawienia w kościołach chrześcijańskich, a jego nawrócenie na chrześcijaństwo wpłynęło na jego rewolucyjne idee.

Na początku 1924 roku Sunowi udało się zreorganizować i scalić Kuomintang w hierarchiczną strukturę, wzorowaną na partii bolszewickiej. Na mocy jego polecenia delegaci Kuomintangu wybrali do jego komitetu wykonawczego trzech przedstawicieli komunistów i zgodzili się na powołanie akademii wojskowej, na czele której stanął Czang Kaj-szek.

Kuomintang

Sam Kuomintang to partia, która pierwotnie reprezentowała tak zwany chiński socjalizm, a dopiero z czasem przeszła na pozycje prawicowe. Tak pisze Wikipedia i ma na myśli współczesny Kuomintang. Ale czy rzeczywiście tak jest? Ten chiński socjalizm, to jedna z trzech zasad ludowych Kuomintangu. Wikipedia nie pisze, która to zasada. A były trzy: nacjonalizm, demokracja i dobrobyt ludu. Pisze tylko, że została zdefiniowana przez Sun Jat-sena jako socjalistyczna. Polegała na podziale środków do życia na: transport, mieszkanie, jedzenie i odzież. Można to też rozumieć jako pomoc społeczną, gospodarkę przemysłową i równowagę w podziale gruntów.

Z powodu konfliktu w Kantonie z krajami zachodnimi na początku lat 20-tych XX wieku, nastąpiło zbliżenie ideologiczne i polityczne Chin i Związku Radzieckiego. Państwa kolonialne określiły działania rządu chińskiego jako „czerwoną rewolucję”.

Wielu działaczy powiązanych z Kuomintangiem zostało przeszkolonych na moskiewskim Uniwersytecie im. Sun Jat-sena. Ze względu na powiązania z rządem radzieckim, na Zachodzie Czang Kaj-szek określany był na ogół jako „czerwony”. W czasie radzieckich pochodów pierwszomajowych portrety Czanga „maszerowały” razem z portretami Marksa, Lenina i Stalina, a Czang był często postacią kronik filmowych. Doradcy radzieccy wspomagali budowę republikańskiej armii chińskiej, a wojsko chińskie było dozbrajane dzięki pomocy finansowej Sowietów. Nawet gdy Kuomintang zerwał z ZSRR w 1926 roku i rozpoczął zbrojne walki z komunistami, to kontynuował politykę antykapitalistyczną oraz promowanie myśli rewolucyjnej. Wbrew późniejszym opiniom komunistów, dotyczących prokapitalistycznych poglądów Czanga, Czang Kaj-szek potępiał kapitalizm i rządy kapitalistów, nawet w okresie zbrojnych walk z Komunistyczną Partią Chin.

Powstanie Chińskiej Republiki Ludowej

Po kapitulacji Japonii 2 września 1945 roku doszło wskutek mediacji amerykańskiego generała George’a Marshalla do porozumienia KPCh z Kuomintangiem w sprawie utworzenia rządu koalicyjnego w październiku 1945 roku. Jednak Czang Kaj-szek podjął działania zbrojne przeciwko siłom komunistycznym, co zapoczątkowało III rewolucyjną wojnę domową (1946-1949). Początkowo wojska Kuomintangu odnosiły sukcesy, ale w lipcu 1947 komuniści przeszli do zwycięskiej ofensywy. W zajętym Pekinie Mao Zedong proklamował 1 października 1949 roku utworzenie Chińskiej Republiki Ludowej. Do końca 1949 roku Chiny zostały opanowane przez siły komunistyczne. Czang Kaj-szek i rząd Kuomintangu znaleźli schronienie na wyspie Formozie (Tajwan) i tam przetrwała Republika Chińska.

xxxxxxxx

Mamy więc cyrk na kółkach. Komunista Czang Kaj-szek walczył z komunistą Mao. I mamy wieczny konflikt „kapitalistycznego” Tajwanu z „socjalistyczną” Chińską Republiką Ludową. Konflikt, którym od ponad 70 lat sterują Stany Zjednoczone. W tym wszystkim nie chodzi o jego zakończenie, chodzi o sam proces tarć i nieporozumień w łonie narodów rdzennych, chodzi o „nieustającą rewolucję”, jak to określił Trocki. Dokładnie w ten sam sposób jest prowadzona wojna na Ukrainie. Dziś już wyraźnie widać, że chodzi o to, by trwała ona jak najdłużej.

Skoro Stany Zjednoczone kontrolują chińską politykę, to również dotyczy to gospodarki. W mojej ocenie to, co teraz dzieje się, ta rosnąca potęga gospodarcza Chin, to proces zmiany światowego hegemona. Tak jak kiedyś Żydzi stworzyli potęgę morską Portugalii i Hiszpanii, tak później zabrali pieniądze z obu tych państw i przenieśli je do Anglii i Holandii, które uczynili nowymi potęgami morskimi, a tamte zmarginalizowali. Później uczynili światowym hegemonem Stany Zjednoczone, a teraz dokonuje się zmiana i miejsce Stanów Zjednoczonych mają zająć Chiny. To są procesy długotrwałe i dlatego są niewidoczne. Decyzja o zmianie hegemona musiała być podjęta jeszcze przed wizytą Kissingera w Chinach w 1971 roku.