Znowu rozbiór?

Wielokrotnie od rozpoczęcia wojny na Ukrainie pisałem o tym, że jej konsekwencją będzie m.in. odpadniecie od Polski tzw. Ziem Odzyskanych. Do tego momentu nie spotkałem się z podobną opinią. Dopiero teraz Lucyna Kulińska wypowiedziała się w podobnym tonie na kanale Centrum Edukacyjne Polska: Lucyna Kulińska: Polska w obliczu wojny – bezalternatywna opcja proamerykańska prowadzi do wojny z Rosją. Poniżej wybrane dwa fragmenty z jej wypowiedzi.

„Przypominam, że NATO, to jest pakt, miał być paktem obronnym, defensywnym nie – ofensywnym. Natomiast w tej chwili jest w pełni zaangażowany w tę wojnę. Rosjanie zareagowali na to, że przez lata ostatnie Ukraina była szkolona, nasycana sprzętem i przygotowywana do wojny z Rosją przez NATO. Tak więc pakt ten zmienił swoje przeznaczenie i jest w tej chwili wykorzystywany jako siła ofensywna. Co do położenia Polski, to ja zakładam, że sytuacja przypomina trochę 39-ty rok. Kraje zachodnie trzymają rezerwę do tego wszystkiego, co dzieje się. Jeżeli się na Niemcach czy na Francuzach coś tam wymusi, to oni tam po prostu rzucają, ale tak naprawdę tym pionkiem, o którym mówiłam, do strącenia, jest Polska i, mówię, były kraje tzw. demoludy, to właśnie my. Po nas nikt nie będzie płakał. Nas się po prostu rzuci gdzieś tam pod te ruskie gąsienice na Donbasie i nawet wielu, w tym Niemcy, będą zacierać ręce. Ja zwracam uwagę, że w 39-tym roku nie mieliśmy w ogóle dopracowanych, przygotowanych planów na zachód, tylko mieliśmy pięknie rozpracowane różne plany na wschód. I co się okazało, uderzenie przyszło z zachodu. Jak wyglądała nasza wojna obronna, no to wszyscy wiedzą. W sumie chaos, z jeszcze taką koncepcją wycofywania się na wschód, kiedy już porozumienie pomiędzy Rosją a Niemcami zostało podpisane. Zostaliśmy wzięci w dwa ognie i tak to się skończyło. Dzisiaj też, zakładając, że Polska może zostać włączona w ten konflikt, pomijając aspekt wyniszczenia kraju, w ogóle ludzie nie zdają sobie sprawy, co to jest wojna i jak to dla naszego kraju skończyło by się. Grozi nam jeszcze jedna rzecz. Nie mamy podpisanego z Niemcami układu pokojowego. Nie podpisał go Skubiszewski. Zaangażowanie się Polski w wojnę oznacza dla mnie wkroczenie wojsk niemieckich na dawne tereny Rzeszy, czyli nasze dzisiejsze Ziemie Odzyskane. Tak jest w tej chwili, potwierdza to np. wiele inwestycji, których, już tutaj w głębi kraju, jakieś przedsiębiorstwa zachodnie nie chcą instalować, ale bardzo chętnie Wrocław, Zielona Góra. O! Tam to tak! Na terenie dawnej Rzeszy możemy inwestować. Natomiast już tam, gdzieś w Częstochowie czy Krakowie, o! to już nie! Bo tam, jak to się mówi, niepewne jutro.”

Na zakończenie mówi:

„Teraz musimy odwołać się do jakiegoś poczucia wspólnoty, bo nie ma nas w kraju już tyle, co byśmy myśleli, że nas jest. Przecież w tej chwili razem z tymi 8-oma milionami i 400-tu tysiącami przybyszy zza tamtej granicy plus jeszcze nieokreślonej ilości kosmopolitów i ludzi, dla których Polska to jest zupełnie pusty dźwięk, albo jak pan Tusk mówił: Polska to nienormalność – tych, którzy życzą naszemu krajowi dobrze nie ma aż tak dużo. Ale pomyślcie wtedy, nawet ci, którym Polska nie jest obojętna, że tu jest ich dorobek, że nawet jeżeli takie czy nie inne państwa zostaną, poza tymi nielicznymi najbogatszymi, z niczym. Ci bogaci Ukraińcy, którzy tutaj pierwsi przyjechali i którzy się tutaj po Polsce rozbijają eleganckimi samochodami, siedzą w porządnych knajpach, nawet jak wystąpili o polski pesel, pierwsi opuszczą nasz kraj, pierwsi, to państwu gwarantuję. Gwarantuję, że kiedy dostaną, bo podobno mają dostawać wezwania do tych poborów też, to ich już tutaj nie będzie. Natomiast, gdy zarządzono tutaj brankę, to prawdopodobnie Niemcy granicę dla Polaków zamkną. Ukraińcy przejadą, ale Polacy i ci biedniejsi Ukraińcy, którzy tu są, zostaną tutaj na pastwę losu. Miejcie państwo tego świadomość. Dlatego żadnych swarów politycznych. Tu nie jest czas w tej chwili na żadne przepychanki, czy PiS, czy PO, czy coś. Jeden pieron, jeśli ktoś nas prowadzi po prostu do takich ciężkich potencjalnie zniszczeń i zagłady. Tutaj musi na nowo zostać odbudowana jakaś jedność, nie że ten mi się nie podoba, tamten mi się nie podoba. To nie ma żadnego, w momencie kryzysu tak ostrego, kiedy jest być albo nie być, znaczenia.”

Kulińska przedstawia tu ciekawą analogię do 1939 roku. Gdy Polska przystąpi do wojny na Ukrainie, czyli praktycznie wypowie wojnę Rosji, to ona będzie miała prawo zaatakować cele w Polsce, a wtedy Niemcy zajmą swe utracone po II wojnie światowej ziemie. Jak wiadomo Związek Radziecki, po napadzie Niemiec na Polskę w 1939 roku, zajął wschodnie ziemie, czyli tzw. Kresy, pod pozorem ochrony ludności zamieszkującej tamte tereny. W obecnej sytuacji Niemcy mogą wysunąć argument, że wkraczają, by ochronić tamtejszą ludność i infrastrukturę przed zniszczeniem. A skoro, jak twierdzi Kulińska, nie mamy z Niemcami podpisanego traktatu pokojowego, więc Niemcy będą mieli jeszcze jednego asa w rękawie. Czy tak może się stać? Że to zmierza w tym kierunku, może sugerować fakt zamykania kopalń węgla kamiennego, które, poza rejonem Zagłębia i Lubelszczyzny, znajdują się na ziemiach poniemieckich. Z drugiej strony koncepcja amerykańska, dążąca do odtworzenia na tym terenie w jakimś kształcie I RP, również zakłada oddanie Niemcom tych terenów, bo one nie należały do niej.

Kulińska stwierdza też, że Polska jest państwem wielonarodowym z nieokreślonym odsetkiem kosmopolitów i tych, dla których Polska to zupełnie pusty dźwięk. I chyba tylko ona mówi o tym tak otwarcie. Jeśli tak jest, a ja również to wielokrotnie podkreślałem, to realizacja nakreślonego przez nią scenariusza nie będzie trudna. Ja nie mam najmniejszej wątpliwości, że władze sanacyjne, masońskie zresztą, świadomie wepchnęły Polskę do wojny z Niemcami, wiedząc, że żadnej pomocy nie będzie. O tym pisałem szczegółowo w blogach „1 września” i „17 września”. I tym razem będzie podobnie. Obecnie rządzący tak samo cynicznie wciągną Polskę do wojny, bo tak im każą ich nieznani przełożeni. Tylko, mam takie odczucie, że ludzie w Polsce nie są świadomi tego, jakie będą konsekwencje wejścia Polski do tej wojny. Przecież Polska nie ma silnej armii i jej udział w niej niczego nie zmieni na froncie ukraińsko-rosyjskim. To wejście jest potrzebne tylko po to, by mógł być zrealizowany scenariusz, o którym wspomniała Kulińska. Tak samo, jak konieczne było wejście Polski do wojny z Niemcami w 1939 roku, by mógł być zrealizowany scenariusz napisany wówczas przez wielkich tego świata. Gdyby wtedy Polska nie weszła do niej lub poddała się, to nie mógłby on być zrealizowany. I obawiam się, że obecnie również wszyscy wielcy zmówili się przeciwko Polsce.

Inkwizycja c.d.

W poprzednim blogu „Rozproszenie i asymilacja” wspomniałem o inkwizycji i stwierdziłem, że był to żydowski wynalazek, który miał im ułatwić asymilację w społeczeństwach osiadłych i być jednocześnie rozsadnikiem katolickich społeczności i samego Kościoła. W blogu „Inkwizycja” cytowałem obszerne fragmenty eseju (wydanie z 1929 roku) hrabiego Józefa Tyszkiewicza. W tamtym czasie miałem do tego eseju stosunek bezkrytyczny. Dziś patrzę na to trochę bardziej sceptycznie. Poniżej początkowy fragment, w którym autor przedstawia tło i początki ruchów antykościelnych, reakcję Kościoła i lokalnych władców. Tyszkiewicz pisze:

»Przede wszystkim więc epokę owych Wieków Średnich zupełnie nam mylnie przedstawiono. Te czasy, które dziś jeszcze u olbrzymiej większości ludzi uważanymi są za okres zastoju, nieładu i ciemnoty – to całkiem odwrotnie, przepyszna epoka ludzkości w swej wysokości ideałów, w swej harmonii społecznej i w swoim zjednoczeniu. Jest to epoka, w której cała cywilizowana ludzkość nosiła zaszczytne miano Chrześcijaństwa, gdy wszelka władza i czyn wszelki – tak zbiorowy jak i jednostki, stosował się do praw etyki i moralności: to epoka, w której ludzie szli przez życie w ramach Dekalogu, ku jedynemu celowi każdego człowieka, ku doskonałości i Bogu!

Słusznie też Bierdiajew, Chesterton i tylu innych wielkich dzisiejszych myślicieli powiada, że gdyby okres Wieków Średnich przedłużył się i utrwalił, to ludzkość mogłaby łacno dojść do tego szczytu doskonałości społecznej, o jakim na próżno dziś marzymy.

I oto właśnie w tej epoce Chrześcijaństwo całe poruszone zostaje przez tłumy dziwnych włóczęgów, nadciągających ze wschodu. Są to wygnańcy, walczącego z wrogami zewnętrznymi i wewnętrznymi, Cesarstwa Bizantyjskiego. Prosty lud nazywa ich Bulgrami lub częściej nawet Bugrami – przez zniekształcenie nazwy Bułgar, skąd mienią się pochodzić. Oni sami jednak nazywają się Katharami, co znaczy „czysty”, głoszą jakąś nową religię, propagującą odmienny ustrój społeczny. Historia określa ich pod nazwą Albigensów, od najbardziej głośnej i licznej grupy.

Owa nowa religia – to rodzaj manicheizmu i jest bliźniaczo podobną do dzisiejszej teozofii; ów nowy ustrój – to znów rodzony brat dzisiejszego komunizmu! Analogia jest tak wielką, iż śmiało mówić można o tożsamości i dzisiejsi teozofowie świadomie wprowadzają naiwnych w błąd, twierdząc, że Kościół nigdy ich nie potępił. Siedem wieków temu wszystkie dosłownie tezy teozoficzne, zostały ex cathedra potępione pod nazwą herezji Albigensów! Różnica polegała li tylko na tym, że oprócz zamachu na religię Katharowie jednocześnie podkopywali podstawy ładu społecznego przez szerzenie humanizmu. Tam religia i ustrój społeczny stanowiły całość i tym groźniej, jak ogniska trądu, zarażać poczęły ludność miejscową.

Ale ówczesne społeczeństwo młodym jeszcze było, silnym i zdrowym, nie zarażonym dziedzicznie przez liberalizm, nie obciążone protestantyzmem, więc odruch samoobrony był też potężnym i powszechnym! Ohydne zepsucie, szerzone przez Albigensów pod płaszczem faryzeizmu, oraz straszne ich okrucieństwo i bezwzględność, dzika nienawiść do Kościoła, wywołały gwałtowne i również radykalne odruchy i represje zdrowej ludności. Wszędzie, gdzie się osiedlili, wybuchały krwawe zamieszki, wzajemne rzezie, więc, aby przywrócić spokój, aby ukarać winnych a chronić niewinnych – rządy państw europejskich zmuszone zostały do mianowania specjalnych trybunałów, do organizowania zbrojnych ekspedycji karnych.

Jak to więc było, że Cesarstwo Bizantyjskie poradziło sobie z wrogami zewnętrznymi i wewnętrznymi, a europejscy władcy, szczególnie w północnych Włoszech i w południowej Francji, nie potrafili ich wypędzić? Tego wątku Tyszkiewicz nie porusza, a przecież było to najprostsze rozwiązanie. Skoro nie zastosowano tego najprostszego sposobu, to znaczy, że nie chciano. To nie byli ludzie zasymilowani, byli wszędzie widoczni. A skoro w południowej Francji dostali biskupstwa w Tuluzie i Albi, to znaczy, że Kościół i władcy pomagali tym nowym przybyszom.

Ponieważ jednakże ze sprawą publiczną związana też była sprawa religijna, bo z jednej strony jawnie panoszyła się herezja, a z drugiej nie trzeba opuszczać z uwagi, iż w tych czasach religia była ostoją ustroju socjalnego, więc aby wyjaśnić doktrynę katolicką, by pouczać i nawracać zabłąkanych, by wreszcie oddzielić kozły od owiec, Albigensów od chrześcijan – Kościół również zmuszonym został do wyłonienia specjalnej komisji. Ta ostatnia składała się z doskonałych teologów i apologetów i nosiła nazwę trybunału badawczego, czyli inkwizycyjnego.

Oddzielić kozły od owiec”, czyli trudno było oddzielić obcych od swoich? W tamtych czasach ludzie nie przemieszczali się tak, jak obecnie. Wszyscy wiedzieli, kto jest swój, a kto – obcy, zwłaszcza władcy, którzy wtedy bardziej przypominali feudałów, niż monarchów. Oni, w swoich mniejszych niż królestwa jednostkach terytorialnych, doskonale wiedzieli, co się dzieje na ich terenie.

Takim oto był początek instytucji, zwanej później powszechnie „Trybunałem świętej Inkwizycji”.

Tutaj zaraz spotykamy się z dziwnym na pierwszy rzut oka faktem: oto gdy dzisiejsi mędrkowie napadają na instytucję Inkwizycji, to jakby zmówieni, czy też dziwnym zbiegiem okoliczności powodowani, zawsze mierzą w tzw. inkwizycję hiszpańską. O bardzo ożywionej działalności trybunałów we Francji i Włoszech mówi się i pisze bardzo mało – chociaż działalność ta była wybitnie czynną w przeciągu przeszło stulecia! Cóż to za powód tego „dziwnego trafu”?…

Tyszkiewicz wspomina tu o tzw. inkwizycji biskupiej (1184-1231), chociaż jej tak nie nazywa. „Inkwizycja biskupia okazała się nieskuteczna w walce z herezją. Jedną z głównych przyczyn był niski poziom moralny i intelektualny większości ówczesnych hierarchów kościelnych w Langwedocji. Ponadto skuteczne represje wymagały współpracy władz świeckich, a w południowej Francji i we Włoszech znaczna część miejscowych elit sprzyjała heretykom. Z lat 1184–1231 można przytoczyć bardzo niewiele przykładów działania inkwizycji biskupiej w praktyce.” – Wikipedia.

Zewsząd ściśnięci przez rządy, ścigani przez sądy i rozdrażnioną ludność – owi komuniści i teozofowie Wieków Średnich – zostali wreszcie zgnieceni. Większość zbałamuconej przez nich ludności powróciła na łono Kościoła, z przywódców i cudzoziemców zbiegło wielu poza granice świata chrześcijańskiego – upartych stracono, a niedobitki ukryły się w podziemiach swych bardziej niż kiedykolwiek tajnych lóż lub w gettach żydostwa. Tutaj, nawiasem mówiąc, znajdujemy niezaprzeczone historyczne początki masonerii, która dziś gra już w otwarte niemal karty i przybiera się najbezczelniej w laury obrońców ludzkości.

Działalność Inkwizycji zdawała się być wtedy ostatecznie zakończoną – bo słynny proces Templariuszy w r. 1312 nie był prowadzony przez Inkwizycję, a zaś podły, bo płatny przez Anglię, trybunał w Rouen, który zamordował św. Joannę d’Arc, był samozwańczą jej parodią. Najbardziej nawet zagorzali przeciwnicy Kościoła, zmuszeni są te dwa fakty uznać.

W latach 1307-1312 inkwizytorzy niemal w całej Europie zostali zaangażowani w proces templariuszy. Śledztwo to, zakończone kasatą zakonu templariuszy przez Sobór w Vienne (1312) i straceniem jego przywódców (1314), jest często przywoływane jako przykład wykorzystywania inkwizycji do celów politycznych. – Wikipedia, za: H. Ch. Lea, History of the Inquisition of the Middle Ages.

Nagle jednak, przy końcu XV wieku widzimy Inkwizycję znów działającą; z ogromną energią i konsekwencją czynną jest ona w Hiszpanii, a zwrócona przeciwko Maurom i… żydom!

I oto całkowite wyjaśnienie zagadki! Na próżno gdzie indziej szukać źródeł tej zawziętej, niewytłumaczalnej, anormalnej wprost nienawiści, którą widzimy wszędzie, gdy mowa o Inkwizycji Hiszpańskiej. Trybunał ten skutecznie uraził – wszechpotężne żydostwo!«

Tyszkiewicz nie wdaje się w szczegóły i nie pisze, co było bezpośrednim powodem nawrotu inkwizycji. Ne do końca też wyjaśnia ten powód cytowany przez Wikipedię H. Ch. Lea w swojej pracy History of the Inquisition of the Middle Ages. Pisze on:

»Inkwizycja hiszpańska została utworzona w 1480 przez hiszpańską parę królewską Ferdynanda II i Izabelę I. Przyczyną jej utworzenia były narastające w tym kraju napięcia pomiędzy tzw. „starymi chrześcijanami” (tj. miejscowymi Kastylijczykami i Katalończykami) a chrześcijanami pochodzenia żydowskiego. Ci ostatni, zwani marranami, byli podejrzewani o potajemne wyznawanie judaizmu (stąd nazywano ich też judaizantes). Zarzuty te wynikały po części z faktu, że wielu Żydów zostało ochrzczonych w wyniku pogromów, a nie dobrowolnej decyzji. Z kolei tych, którzy uczynili to dobrowolnie, podejrzewano o interesowność, gdyż chrzest otwierał przed nimi nowe możliwości działania. Marrani szybko przenikali do miejscowych elit politycznych, gospodarczych i kościelnych, budząc zawiść u „starych chrześcijan”. Narastające naciski ze strony tych ostatnich skłoniły w końcu parę królewską do zwrócenia się do papieża o zgodę na utworzenie inkwizycji, która miałaby badać oskarżenia o kryptojudaizm. Zgodę taką uzyskali od papieża Sykstusa IV 1 listopada 1478. W bulli z tego dnia papież nie tylko wyraził zgodę na utworzenie inkwizycji, ale także upoważnił parę królewską do samodzielnego dokonania nominacji. Nowy trybunał został utworzony w 1480 i rozpoczął swą działalność w Sewilli w 1481. W następnych latach utworzono kolejne trybunały, a od 1483 pracami inkwizycji w Hiszpanii kierował spowiednik królowej Tomás de Torquemada (1420–1498), który w latach 1484–1498 wydał szereg Instrukcji regulujących działanie trybunałów inkwizycyjnych.«

Jedynie cytowany przeze mnie w poprzednim blogu Stanisław Didier w książce Rola neofitów w dziejach Polski, napisał, że jakiś neofita obraził parę królewską przez ogłoszenie pisemka, w którym napadał na katolicyzm i ustrój państwa. To zmieniło zasadniczo nastawienie dworu. Ferdynand aragoński postarał się w 1478 roku o breve Sykstusa IV, upoważniające go do utworzenia inkwizycji. Jeśli więc taki fakt miał miejsce, to powodem utworzenia inkwizycji była zwykła prowokacja. Ale o takich sprawach nie trzeba głośno mówić, bo to całkowicie zmieniłoby genezę jej powstania oraz ujawniło niewygodny fakt zastosowania odpowiedzialności zbiorowej. Dlatego tak ważne jest manipulowanie faktami lub wręcz konieczność ich usuwania z podręczników historii. Bez prawdy nigdy niczego nie zrozumiemy, a bez niej całe wnioskowanie, nawet najbardziej poprawne, nie warte funta kłaków. A o tę prawdę coraz trudniej.

Wygląda więc na to, że najwyżsi hierarchowie Kościoła katolickiego współpracowali z Żydami, choć wmawia się nam, że się wzajemnie nienawidzili. Ale czy tylko oni? A władcy, jak choćby Ferdynand aragoński? Henryk Rolicki w książce Zmierzch Izraela (1932) pisze:

»Ruch rewolucyjno-religijny na wielką skalę wybucha pod koniec XII w. w południowej Francji. Jest to sekta waldensów, czyli albigensów. Południowa Francja nie była jeszcze podówczas zespolona z królestwem francuskim, lecz stanowiła dzierżawy kilku drobnych władców, wśród których hrabiowie Tuluzy zajmowali przodujące stanowisko. Granicząc z Hiszpanią, od kilku wieków podlegała najsilniejszym oddziaływaniom żydowskiego ducha. Żydzi w południowej Francji cieszyli się dużym wpływem na ludność i dopuszczani byli nawet do urzędów państwowych, jak i w sąsiednich krajach hiszpańskich. Mieli tam szereg uczelni talmudycznych.

Nauka albigensów przywędrowała ze wschodu, jako sekta manichejczyków, pochodzących z pierwszych wieków chrześcijaństwa i wywodząca się od Manesa z Aleksandrii, który był wedle wszelkich danych pochodzenia żydowskiego. Przez Bułgarię i Włochy dotarła ta nauka do Francji południowej, gdzie rozpanoszyła się na długo i posiadała nawet dwa biskupstwa w Tuluzie i w Albi (stąd nazwa albigensów). Sekta ta miała odcień komunistyczny: „doskonali” żyli na koszt ogółu; niejednokrotnie stosowali albigensi między sobą wspólność kobiet.

Z południowej Francji agitatorzy albigensów rozchodzili się po całej Europie do Francji północnej, Włoch północnych, do Niemiec, a nawet do Czech. Wszystkie gminy kacerskie pozostawały ze sobą w ustawicznym związku za pośrednictwem tajnych wysłańców. Sekta cieszyła się jawnym poparciem władców południowej Francji, w szczególności zaś hrabiów Tuluzy.

Kto popierał albigensów, popierał równocześnie żydów. Wicehrabia Roger z Beziers, przychylny albigensom, miał też starostów żydowskich Mojżesza de Cavarite i Natana. Hrabia Rajmund VI z Tuluzy dopuszczał żydów do urzędów państwowych i opiekował się albigensami. Nic dziwnego, przecież „naznaczeni piętnem kacerstwa albigensi, którzy najenergiczniej występowali przeciw papiestwu, przejęli w części ducha opozycji z obcowania z żydami lub też z książek żydowskich. Znajdowała się między nimi sekta, która bez ogródek twierdziła: prawo żydowskie lepsze jest od chrześcijańskiego”. – Henryk Graetz, Historia żydów.«

Widać więc na tych przykładach, że bez przyzwolenia władz kościelnych nie było by problemu, bo przecież Kościół mógł nie zgodzić się na chrzczenie Żydów. Ale skoro w jego doktrynie było nawracanie wszystkich na chrześcijaństwo, również Żydów, to nie było wyjścia. Tylko, kto tę doktrynę stworzył? Także wszelkie sekty podkopujące Kościół i chrześcijaństwo nie mogłyby istnieć, gdyby nie pomoc finansowa lokalnych władców i ich zgoda na działalność tych sekt na ich terenie. To samo dotyczy Kościoła. Gdyby ci ludzie, nie wiadomo skąd, nie dostali takiego wsparcia w nieznanym i obcym sobie terenie czy państwie, to nie mogliby w nim istnieć. Ktoś im zapewniał wikt i opierunek. To jest dokładnie tak, jak obecnie: gdyby „polski” rząd nie finansował ukraińskiej emigracji do Polski, to by jej tu nie było. A wojna jest doskonałym pretekstem do osiedlenia milionów „uchodźców”, tak jak kiedyś działalność inkwizycji i związane z nią wypędzenia, były doskonałym pretekstem do osiedlania się Żydów w innych krajach, a ich władcy mieli wiarygodne wytłumaczenie, dlaczego się na to godzą.

Rozproszenie i asymilacja

W swoich blogach podkreślałem wielokrotnie, że dwa czynniki, które powodują, że Żydzi dominują w świecie, to rozproszenie i asymilacja. Bez nich, nawet ich dominacja w finansach i wielu innych dziedzinach, nie gwarantowałby im sukcesu, co więcej walka z taką przewagą miałaby sens. Jednak wobec tych dwóch czynników narody osiadłe wydają się być bezsilne. Rozproszenie powoduje, że Żydzi są wszędzie, natomiast asymilacja powoduje to, że wszędzie są niewidoczni. Wnikają w organizm każdego społeczeństwa, w jego tkankę, w każdą komórkę, czyniąc z tego organizmu pożywkę dla siebie. Jednym słowem, działają jak pasożyt. Wszystko jednak ma swoje granice. W końcu tak zainfekowany organizm obumiera, a wraz z nim i pasożyt. Dla organizmów wykorzystywanych małe to pocieszenie. A dla pasożyta?

Stanisław Didier w książce Rola neofitów w dziejach Polski (1934) jej pierwszy rozdział poświęca neofitom żydowskim na zachodzie Europy. Warto więc prześledzić, jak Żydzi stopniowo opanowywali państwa zachodnioeuropejskie i w jaki sposób wnikali w ówczesne społeczności. Czy coś takiego mogło dziać się przypadkowo? Czy może to był plan, który realizowano z żelazną konsekwencją? A jeśli plan, to kto był jego twórcą?

»Od czasów Konstantego (Konstantyn I Wielki, 272-337 – przyp. W.L.), który uczynił kościół chrześcijański dominującym, Żydzi zaczynają porzucać pozornie wiarę swoich przodków, przeważnie na rzecz chrześcijaństwa. Kierownicy Kościoła szli początkowo na rękę usiłowaniom nowochrześcijan. Nie taili oni wprawdzie przed sobą, że pozyskani neofici będą tylko pozornymi chrześcijanami, ale liczyli na ich potomstwo. Papież Grzegorz I zwykł był mawiać: „zjednamy sobie, jeżeli nie ich samych (neofitów), to z pewnością ich dzieci”. Nadzieje wyższego duchowieństwa podzielali władcy świeccy. Król francuski Chilperyk (539-584 – przyp. W.L.), który osobiście trzymał do chrztu Żydów, zadowalał się pozorami nawrócenia i nie miał nic przeciwko temu, że nowochrzczeńcy dalej święcili sobotę i przestrzegali praw judaizmu. Daleko gorzej układały się warunki dla neofitów żydowskich w Hiszpanii. Na rozkaz króla Sisebuta, nakazujący wszystkim Żydom przyjąć w oznaczonym terminie chrzest lub opuścić granice ziem wizygockich, dziesiątki tysięcy Judejczyków dało się ochrzcić. Ów chrzest przymusowy nie podobał się bynajmniej klerowi. Konsylium toledańskie orzekło, że nie należy Żydów nawracać przemocą. Co się tyczy neofitów, duchowieństwo postanowiło, że powinni oni wytrwać w chrześcijaństwie. Nowi chrześcijanie hiszpańscy lgnęli jednak całym sercem do religii swych przodków. Z tęsknotą wyglądali oni lepszych czasów, aby mogli zdjąć maskę i przejść otwarcie na łono judaizmu. Na próżno następcy Sisebuta zmuszali nowochrzczeńców do ślubowania, że wytrwają w religii chrześcijańskiej, zerwą stosunki z Żydami, nie będą nadal zawierać związków małżeńskich z Żydówkami i zachowywać żydowskich świąt. Po dawnemu neofici wypełniali przepisane nakazy wiary ojców, przygotowując w porozumieniu z prącymi naprzód mahometanami upadek państwa Wizygotów. Neofici i Żydzi połączyli się ze zdobywcą muzułmańskim, Tarikiem, który przywiódł z Afryki żądne boju zastępy. Po bitwie pod Xeres (lipiec 711) wtargnęli zwycięscy Arabowie w głąb kraju, popierani wszędzie przez synów Jakuba. W zdobytych grodach pozostawiali dowódcy nieliczne tylko załogi, potrzebując wojsk do dalszych podbojów i poruczali obronę ich Żydom. Gdy Tarik stanął przed stolicą kraju, Toledo, nowochrzczeńcy i Żydzi, otworzywszy bramy arabskiemu zwycięzcy, witali go okrzykami radości, mordując starochrześcijan. Neofici hiszpańscy przeszli z powrotem na judaizm, upodobniając się zewnętrznie do Arabów.

Czy papież Grzegorz I i król Chilperyk byli tak naiwni, że wierzyli, że z żydowskich dzieci wychowywanych przez Żydów da się zrobić chrześcijan? Raczej trudno w to uwierzyć. Co więc ich skłaniało do takiej postawy? Nie jest tajemnicą, że Żydzi w Rzymie, poprzez swoje pieniądze, mieli duży wpływ na jego władców. Wraz z rozrastaniem się Imperium Rzymskiego również Żydzi pojawiali się na podbitych terenach. Gdy Imperium rozpadło się, to jego poszczególne prowincje stawały się niezależnymi królestwami. Rzym ustąpił, ale Żydzi zostali. I zapewne, tak jak wcześniej wszędzie, tak i w tym wypadku, wspierali poszczególnych władców swoimi pieniędzmi, uzależniając ich tym samym od siebie. I to zapewne od nich wyszła inicjatywa, by władcy zmuszali Żydów do przyjęcia chrztu lub opuszczenia królestwa. Przyjęcie chrztu to była asymilacja, pozorna asymilacja, a więc praktyka stosowana na długo przed drugim Mojżeszem – Mojżeszem Majmunim. A jeśli tak, to czy chrześcijaństwo, żydowski wynalazek, nie było żydowskim narzędziem, umożliwiającym im pozorną asymilację? Żyd, który ochrzcił się, był dla innego chrześcijanina takim samym chrześcijaninem, jak on sam. Ale Kościół miał w swoich księgach zapisane, kogo wychrzcił. Czy Żydzi mogliby pozwolić, by na pozór wroga im instytucja dysponowała taką wiedzą?

Próby nawrócenia Żydów na chrześcijaństwo czynione były też w tym samym czasie w państwie bizantyńskim. Cesarz Bazyli Macedończyk rzucił się z wielkim zapałem do nawracania Judejczyków, urządzając dysputy religijne pomiędzy rabinami a duchowieństwem chrześcijańskim. Jakoż wielu Żydów bizantyńskich zmieniło wówczas wiarę. Uczynili to wszakże tylko dla oka. Zaledwie bowiem umarł Bazyli, neofici zrzucili maskę i powrócili do religii swych przodków. Podobna rzecz odbyła się nieco później w państwie niemieckim, gdzie wielu Żydów przyjęło z różnych względów chrześcijaństwo. Przy najbliższej sposobności powrócili oni do judaizmu, a wsławiony uczonością talmudyczną r. Gerszon zagroził klątwą każdemu, kto by wymawiał im chwilowe odstępstwo. Najwięcej Żydów jednak garnęło się w Niemczech do chrztu w okresie wypraw krzyżowych. W Spirze, Wormacji, Moguncji i wielu innych miastach nadreńskich tysiące Izraelitów szukało w pozornym przyjęciu chrześcijaństwa ocalenia przed wzburzonymi tłumami zrujnowanych lichwą tubylców.

Po co nawracać Żydów na chrześcijaństwo, skoro ich religia była starsza. O wiele łatwiej było przekonać do nowej wiary ludy pogańskie. Brak w tym racjonalnego działania, chyba że była to inicjatywa żydowska. Wówczas miało to sens.

Nowochrzczeńcy w Niemczech nie zdążyli jeszcze ochłonąć z trwogi, gdy wśród Żydów Afryki północnej rozpoczął się analogiczny ruch w kierunku przyjmowania pozornego mahometaństwa. Lubo wielu Izraelitów berberyjskich nawróciło się na wiarę muzułmańską, nader szczupła jeno garstka traktowała islam poważnie. Większość wyznawała go tylko pozornie, nie żądano bowiem od niej niczego więcej, jak żeby uwierzyła w misję proroczą Mahometa i od czasu do czasu odwiedzała meczet. Toteż synowie Jakuba przestrzegali skrycie jak najskrupulatniej przepisów judaizmu, zwłaszcza że kapłanie mahometańscy nie śledzili życia renegatów. Nawet bogobojni rabini decydowali się na ten krok niemiły, uśmierzając wyrzuty sumienia tym, że przecież nie kazano im bić czołem bałwanom, lub wyprzeć się wiary żydowskiej, lecz tylko wymówić formułę, że Mahomet jest prorokiem. Jako pozorni muzułmanie oddawali się uczeni Żydowscy w Afryce gorliwie studiom Talmudu i zbierali w uczelniach żądną wiedzy młodzież, która musiała też uczęszczać na wykłady Koranu. Za przykładem Żydów afrykańskich poszli ich rodacy hiszpańscy. W Kordobie, Toledo i Lucenie większa część Judejczyków przyjęła pozornie islam, zachowując potajemnie ustawy religii żydowskiej. Doszło do tego, że Andaluzja mahometańska nie miała w swych granicach Żydów, wyznających jawnie swą wiarę. Jeżeli pokazał się tam Izraelita, to chyba pod maską wyznawcy islamu. Z Hiszpanii hasło pozornego zrywania z wiarą swych ojców poszło dalej na północ. Dla dóbr doczesnych Żydzi w Paryżu i jego okolicach przyjmowali setkami chrzest.

Znalazł się jednak w tym czasie pewien pobożny pisarz żydowski, który posunął się do twierdzenia, że Żydzi, którzy pozornie nawrócili się na islam i chrześcijaństwo, powinni być traktowani jako odszczepieńcy i bałwochwalcy. To pismo żarliwca wywołało wśród potajemnych Żydów w Afryce i Europie wielkie wzburzenie. Przywódcy Izraela, uczuwszy całą wagę oskarżeń, wytoczonych przeciw pozornemu odszczepieństwu i zaniepokojeni ich szkodliwymi skutkami dla przyszłości wybranego narodu, postanowili usprawiedliwić postępowanie rzekomych chrześcijan i muzułmanów. Z upoważnienia Synhedrionu zabrał głos, cieszący się wielką popularnością wśród mas żydowskich, Mojżesz Majmuni, wyznający pozornie islam. W swym dziele ogłoszonym około r. 1160-1164, wykazał on przede wszystkim, że częściowe wykroczenie przeciw ustawom judaizmu nie stanowi jeszcze bynajmniej odszczepieństwa. Bałwochwalczy Izraelici za czasów rzymskich uważani byli zawsze za członków ludu bożego. My zaś, ciągnie dalej Majmuni, nie hołdujemy zgoła bałwochwalstwu. Niewątpliwie Talmud nakazuje każdemu Żydowi ponieść śmierć męczeńską, gdyby był naglony do trzech grzechów głównych, zwłaszcza do bałwochwalstwa. Wszelako kogo nie stać na męstwo męczennika, ten za swoje uchybienie nie podlega żadnej karze ze strony zakonu, nie może też bynajmniej z punktu widzenia talmudycznego, być uważany za odstępcę i człowieka nie zasługującego na wiarę. Tak sformułowaną odpowiedzią starał się Majmuni o utrzymanie w judaizmie pozornych mahometan i chrześcijan.

Takie postawienie sprawy zjednało mu powszechne uznanie. Zaczęto zwracać się doń z kwestiami religijno-prawnymi.

Majmuni uchodzi za miarodajny autorytet rabiniczny. Obsypywano go najszumniejszymi pochwałami. „Jedyny za naszych czasów”, „sztandar rabinów”, „oświeciciel oczu Izraela”, były ogólnie używanymi tytułami. Imię Majmuniego rozbrzmiewało od Hiszpanii do Indii, od Eufratu i Tygrysu do Arabii południowej i zaćmiło wszystkie wielkie współczesne sławy żydowskie. Najuczeńsi mężowie przyjmowali bez zastrzeżeń i prosili go w pokornych wyrazach o pouczenie. Uznano go za najwyższy autorytet powszechności żydowskiej, która w nim czciła swego najgodniejszego przedstawiciela. Na próżno wpływowy Żyd Abul-Arab Ibn-Moisza, który ocalił niegdyś Majmuniego w Fezie, wystąpił przeciw niemu ze skargą, że był dawniej wyznawcą islamu, a tym samym podlega karze jako odstępca. Najwyższy trybunał żydowski osądził, że pozorna zmiana wiary nie ma żadnego znaczenia i żadnych skutków pociągnąć za sobą nie może. Mało tego, egzylarcha (przywódca diaspory babilońskiej – przyp. W.L.) z Mossulu, Dawid Ben-Daniel, który ród swój wywodził od króla Dawida, z dwunastoma członkami swego kolegium obłożył klątwą tych wszystkich, co się źle wyrażali o Majmunim i jego pismach. Podporządkowały się mu dobrowolnie gminy na Wschodzie i Zachodzie.

Nigdzie idee Majmuniego nie znalazły jednak żyźniejszego gruntu, nigdzie nie doznały gorętszego przyjęcia, jak w gminach żydowskich Francji południowej. Rabini tamtejsi żywili niezmierną cześć dla „szczerze religijnego filozofa i najbogatszego w myśli rabina” (tak nazywa Graetz Majmuniego) i z większą lub mniejszą zręcznością korzystali z jego idei, jako niewątpliwie przydatnych do wzmocnienia religii. Nawet skrajnie ortodoksyjni talmudyści w Prowansji zawsze przemawiali językiem Majmuniego, ilekroć wyłuszczali swe poglądy na wiarę. Rezultatem tego było masowe przyjmowanie pozornego chrześcijaństwa dla określonego z góry celu.

Tak ścisłe zastosowanie się do poleceń „drugiego Mojżesza” (Majmuniego) nasuwa przypuszczenie, że już w owym okresie kierownicze sfery żydowskie zamierzały rozpocząć szerszą akcję polityczną, dla której prowadzenia potrzebna była większa ilość Żydów, upodobnionych zewnętrznie do autochtonów. Rozpoczęto mianowicie akcję szerzenia niedowiarstwa wśród starochrześcijan, przygotowując tym samym podłoże dla bujnego rozrostu sekty Albigensów, która wypowiedziała posłuszeństwo Kościołowi katolickiemu. „Żydzi (czytaj – pozorni odszczepieńcy) i chrześcijanie tamtejsi” – zaznacza Graetz w swojej „Historii Żydów”, t. V, str. 195 – „hołdowali poglądom wolnomyślnym. Wielu z nich należało do sekty Albigensów”.

Inteligencja żydowska Francji północnej i Anglii, zagłębiona w pisma Majmuniego (który, jej zdaniem, umiał pojednać ścisłą religijność z wolnym badaniem) nawet po pozornym porzuceniu wiary swych ojców nie straciła kontaktu z wierzącymi współbraćmi.

Opinia publiczna zarzucała Żydom, że utrzymują z nowymi chrześcijanami przyjacielskie stosunki, zapraszają ich w soboty i święta do synagogi, każą im klękać przed torą (Tora to Pięcioksiąg Mojżesza – przyp. W.L.) itp. Zainteresował się tym papież Honoriusz IV (papież w okresie 1285-1287 – przyp. W.L.) i duchowieństwo krajowe. Doszło do krwawych rozruchów i ogłoszenia banicji wszystkich niechrzczonych Żydów z Francji i Anglii.

A więc ochrzczeni Żydzi pozostali. Kto wymyślał takie parodie i po co? Wygląda na to, że Kościół katolicki był na usługach Żydów i odstawiał tego typu szopki na ich polecenie. Po rewolucji Cromwella (1640-1659) już oficjalnie powrócili Żydzi do Anglii.

Najpoważniejszym terenem zastosowania idei Mojżesza Majmuniego stał się jednak przy końcu średniowiecza Półwysep Iberyjski. Od roku 1391 kościoły katolickie napełniały się co pewien czas tysiącami Izraelitów wszelkiej płci i stanu, żądającymi chrztu. Wśród nowochrzczeńców przeważali ludzie zamożni, właściciele rozległych włości, dzierżawcy królewszczyzn, lichwiarze i handlarze niewolnikami. Stosując się do nakazu drugiego Mojżesza, zrywali oni pozornie z judaizmem. Królowie Kastylii i Aragonii patrzyli na to początkowo przez szpary. Władze nie domyślały się niczego, lub też udawały, że nie widzą obserwowania (przestrzegania – przyp. W.L.) przez neofitów nadal obrządków żydowskich. Inkwizycja nie miała jeszcze podówczas nad nimi żadnej mocy, nie istniała bowiem w Hiszpanii. Z tych to kryptożydów utworzyła się liczna i wpływowa klasa, którą można nazwać judeo-chrześcijańską. „Byli to światowcy, którzy nad wszelką religię przedkładali rozkosze życia, bogactwa i zaszczyty, sceptycy, którzy przyjęli wiarę chrześcijańską (…) bo otwierała przed nimi świat szeroki (…). Klasa ta podszyła się pod płaszczyk chrześcijaństwa, a nawet udawała żarliwą pobożność (…)” pisze Graetz („Historia Żydów” tom VI, str. 4) o nowochrzczeńcach hiszpańskich. Ludność starochrześcijańska spoglądała okiem nieufnym na tych swoich nowych współwyznawców i nadała im przezwisko „marani” (marranos).

Wykształceni neofici, wśród których było wielu uczonych, lekarzy, pisarzy i poetów, dobiwszy się po pozornym przyjęciu katolicyzmu wysokich urzędów i zaszczytów, wiedli rej na zgromadzeniach kortezów, kierowali polityką w rządzie państwa i sprawowali władze na stolicach biskupich. Traktując tubylców butnie i wyniośle, wzbudzili w nich marani niechęć i rozgoryczenie. Toledańczycy dali pierwsi upust swej nienawiści do wychrztów, uchwalając statut, w myśl którego kryptożydzi odsunięci być mieli od sprawowania wszelkich urzędów. Rozległy się ogólne skargi, że liczni marani, tak duchowni jak i świeccy, zakonnicy i zakonnice, przestrzegają potajemnie obyczajów żydowskich, odsuwając się od wiary chrześcijańskiej ku niemałej szkodzie i hańbie kościoła. Zwrócono uwagę na ożywioną działalność literacką licznych nowo chrzczonych pisarzy i poetów, którym nieobca była myśl podtrzymywania swoimi utworami niezadowolenia z chrześcijaństwa u neofitów. Wielu z wychrztów korzystało z każdej okazji, aby się wynieść z kraju cichaczem. Udawali się oni w tym czasie przeważnie do Czech, gdzie rozpoczynał swoją działalność Huss. Tam mogli ci pozorni chrześcijanie rozwinąć swoją działalność, szerząc w myśl idei Majmuniego poglądy wolnomyślne wśród Słowian. Charakterystycznym jest ustęp z dzieła pisarza żydowskiego Geigera pt. „Proben jüdischer Verteidigung” (Próbki żydowskiej obrony), w którym autor, opisując wystąpienie Hussa na widownię reformatorskiej działalności, przypisuje nagły wzrost nauki, przeciwnej dogmatom katolickim, wpływowi nawróconych pozornie na wiarę chrześcijańską Żydów.

Dwór królewski, przepełniony dygnitarzami pochodzenia żydowskiego, starał się początkowo utwierdzić maran drogą łagodności w dogmatach chrześcijańskich. Gdy jednak pewien neofita obraził parę królewską przez ogłoszenie pisemka, w którym napadał na katolicyzm i ustrój państwa, usposobienie dworu zmieniło się zasadniczo. Ferdynand aragoński, ażeby poskromić zuchwałość nowych chrześcijan, którym zaczęto też zarzucać, że wspierają zamachy rewolucyjne podbitych Maurów (Glatman, „Szkice historyczne”, str. 103), postarał się w r. 1478 o breve Sykstusa IV, upoważniające go do utworzenia inkwizycji. Pod jurysdykcją tego pierwszego trybunału znalazła się przede wszystkim Sewilla wraz z okolicą, gdyż okręg ten pozostawał pod bezpośrednią władzą królewską i nie posiadał kortezów, liczących wśród członków swoich nader wielu maranów. Powoli działalność inkwizycji, nie bacząc na stanowczy sprzeciw kortezów, rozszerzyła się w całym państwie. Nowi chrześcijanie postanowili nie poddawać się. Zajmując w kraju wysokie urzędy i wpływowe stanowiska, spokrewnieni z najznakomitszymi rodzinami zakrzątnęli się oni gorliwie koło podsycania antypatii dla nowej instytucji. W Ternelu, Walencji, Leridzie i Barcelonie wybuchły przy wprowadzeniu trybunału gwałtowne rozruchy, zaledwie przelewem krwi uśmierzone. Dokonano zamachu na życie naczelnego inkwizytora Aragonii – Arbuesa, aby terrorem sparaliżować działalność znienawidzonej inkwizycji.

Gdy jednak pewien neofita obraził parę królewską przez ogłoszenie pisemka, w którym napadał na katolicyzm i ustrój państwa, usposobienie dworu zmieniło się zasadniczo.” – klasyczna prowokacja, która stwarzała Ferdynandowi aragońskiemu pretekst do utworzenia inkwizycji. W takim przypadku, za obrazę majestatu, powinno się karać delikwenta stosownie do występku, a nie stosować odpowiedzialność zbiorową, bo tym faktycznie stała się inkwizycja. Żydzi dostali dokładnie to, czego chcieli.

Z pomocą inkwizycji przyszedł edykt królewski (31 marca 1492 r.), nakazujący wszystkim Żydom hiszpańskim opuszczenie kraju. Głosił on, że Judejczycy zostali wypędzeni z kraju głównie za złośliwe odstręczanie nowochrześcijan od wiary katolickiej. Wielce pomocni dla wyznawców Talmudu w tak krytycznych dla nich chwilach byli marani, których liczba niepomiernie wzrosła po ogłoszeniu edyktu. Wyruszającym w świat braciom okazali oni gorliwą pomoc. Wielu z nich przyjęło od wychodźców złoto i srebro bądź w depozyt, bądź też dla odesłania im go przy okazji przez zaufane osoby, lub wystawili w zamian weksle na miasta zagraniczne. Nowi chrześcijanie nie ustawali w gorliwych zabiegach o dobro swych wypędzonych współbraci. Sprawców przymusowej emigracji synów Jakuba prześladowali z nieubłaganą srogością. Mając się bardziej, niż kiedykolwiek na baczności i zyskując sobie niezmierną gorliwością duchowieństwo, oddawali nieprzyjaciół swoich w ręce inkwizycji.

Jaki więc był cel wypędzenia Żydów z Hiszpanii, skoro wielu z nich po ogłoszeniu edyktu stało się pozornymi chrześcijanami? Trudno w to uwierzyć, że hiszpański król był tak naiwny, by wierzyć, że coś w ten sposób osiągnie. Dla Żydów opuszczających Hiszpanię było to doskonałe alibi do osiedlenia się w innych krajach. Przecież to byli tacy współcześni uchodźcy polityczni, którym inne państwa chętnie udzielają azylu. Tacy „azylanci” z taką kupą złota stawali się w nowych krajach znaczącą siłą, mającą wpływ na dwory królewskie i wiele instytucji nowego państwa. Była też dla Żydów inkwizycja doskonałym narzędziem do eliminowania swoich wrogów, czyli zupełnie czymś odwrotnym, niż nam się wmawia. W świetle tego, co pisze autor, wydaje się, że zjawisko zwane inkwizycją jest dowodem na całkowitą podległość duchowieństwa katolickiego, a więc i Kościoła katolickiego Żydom.

Oprócz działalności inkwizycji zatruwała życie maranom nienawiść ludu. Handel na wielką skalę, lichwiarstwo, dzierżawienie dziesięcin kościelnych, podnoszenie cen na artykuły żywnościowe i wywóz ziarna za granicę podczas nieurodzajów wzmagały ku nim antypatię starych chrześcijan. Doprowadziło to do stałej, potajemnej emigracji zamożniejszych wychrztów z Półwyspu Iberyjskiego. Widzimy ich w Niemczech, Holandii, Francji, Anglii, Włoszech, Polsce i Turcji, prowadzących tam systematyczną robotę nad podważaniem Kościoła. W Niemczech wybuchła w tej porze burza, która miała swe ognisko w ograniczonym kole żydowskim. Nie darmo zaznacza Graetz („Historia Żydów”, t. VII, str. 157), że „epokowy, ogólnodziejowego znaczenia noworodek (reformacja), który miał przeobrazić Europę, ujrzał światło dzienne w żłobie żydowskim”. Tę ścisłą łączność synów Izraela z reformacją uwydatnia też Geiger (Proben jüdischer Verteidigung), podkreślając, że „Żydzi, obserwując szerzenie się sekt religijnych w Europie, widzieli bezpośrednie uczestnictwo w nich pozornych chrześcijan”.

Dzierżawienie dziesięcin kościelnych przez maranów – czyż trzeba lepszego dowodu na to, że Kościół katolicki był żydowskim narzędziem do podporządkowywania sobie narodów osiadłych?

Przy rozszerzaniu się zamieszek religijnych we Francji, Holandii i Anglii wielce pomocni byli maranie. Dzięki wykształceniu, otrzymanemu w wyższych szkołach Hiszpanii i Portugalii, zamożności, oraz pompatycznym nazwiskom szlacheckim, które przejmowali ich przodkowie od chrzestnych rodziców, mieli ci pozorni chrześcijanie wstęp swobodny do najwyższych sfer wyżej wspomnianych krajów. Pod maską znakomitych cudzoziemców portugalskich i hiszpańskich szerzyli oni wolnomyślne poglądy wśród tamtejszych mieszkańców. Jako uczeni, lekarze i prawnicy, przestający na równej stopie z najwybitniejszymi znakomitościami naukowymi i politycznymi aryjskich społeczeństw, wywierali marani potężny wpływ na opinię publiczną. Toteż sekty religijne, wspomagane przez tak możnych sprzymierzeńców, szybko się rozszerzały. Czasami jednak wschodni temperament zbyt ponosił nieprzejednanych wrogów kościoła. Wtedy groźba zagłady wisiała nad pozornymi chrześcijanami, którym, jak pisze Graetz („Historia Żydów”, t. VII, str. 75), „nie bardzo zależało na jawnym wyznawaniu wiary żydowskiej i czujących się dobrze w swym dwuznacznym położeniu. Publicznie oskarżani przez starochrześcijan francuskich o apostazję „cudem uniknęli rzezi nocy św. Bartłomieja” (Graetz, „Historia Żydów”, t. VII,str. 47). Tylko ofiarowaniem wielkich skarbów (złoto, nagromadzone w Europie od czasu odkrycia Ameryki, zdaniem historyków żydowskich znajdowało się w większości w rękach maranów) wpływowym osobistościom Francji uniknęli maranie losu hugenotów.

Skoro zdaniem historyków żydowskich złoto napływające do Hiszpanii z Ameryki znajdowało się w rękach maranów, to już jest jasne, dlaczego Hiszpania, jako państwo, nie wzbogaciła się na tym procederze. Nagromadzone w Europie, a więc nie tylko w Hiszpanii. Pewnie w dużej części w Holandii i Anglii, co umożliwiło później zbudowanie potęg morskich obu krajów.

W daleko trudniejszych warunkach przychodziło pracować kryptożydom hiszpańskim nad podważeniem Kościoła na Półwyspie Apenińskim. Wpływ lekarzy żydowskich udostępnił wprawdzie pozornym chrześcijanom przenikanie do północnych Włoch i swobodne obracanie się po kraju. Niemniej jednak inkwizycja rzymska zmuszała ich do ostrożności. Nie mogąc otwarcie szerzyć niedowiarstwa wśród starochrześcijan przystąpili maranie do tworzenia licznych, tajemnych organizacji, kierowanych zazwyczaj przez nich, a mających na celu nieubłaganą walkę z papiestwem. Były to, tzw. „Akademie Nauk Tajemnych”. Na próżno Rzym, niezadowolony z masowego napływu do Włoch pozornych chrześcijan, drogą amnestii pozwalał im na wykonywanie praktyk żydowskich (dekret papieski z dnia 30 maja 1497 r.). Tysiące maranów wolało zachowywać pozory prawdziwych katolików, chrzcić w kościele swe dzieci, brać śluby z rąk księży katolickich i ukradkiem tylko wykonywać przez szereg pokoleń przepisy religii żydowskiej. Umożliwiało to bowiem pozornym chrześcijanom spełnianie nakazów drugiego Mojżesza.

Nic dziwnego, że Żydzi nie chcieli w sposób jawny praktykować swojej religii, bo to by ich całkowicie demaskowało w oczach chrześcijan i uniemożliwiało działanie na własną korzyść.

Rozpoczęli też ci przymusowi wychodźcy zaciętą walkę ze znienawidzoną przez nich Hiszpanią. Wyróżnił się na tym polu Józef Mendes-Nassi, agent sułtana Sulejmana, wspomagany przez rzesze marańskie. Ukrywając starannie przynależność plemienną (występował w Carogrodzie jako „bej frankijski”) starał się Nassi szkodzić wszelkimi sposobami władcom hiszpańskim. Będąc w ścisłych stosunkach z guezami niderlandzkimi, zachęcał ich Józef Nassi do wytrwania w walce z Filipem II. Przyrzekał on im, że wpłynie na sułtana, aby tenże, ujmując się za Maurami, rozstrzelił uwagę Hiszpanów. W oczach maranów, zwalczających z wielką energią swoja dawną ojczyznę, nieudana wyprawa niezwyciężonej Armady Filipa II zaczęła potęgować nadzieję, że z pomocą reformacji uda się wypełnić nakaz drugiego Mojżesza, nawet w najbardziej oddanej Rzymowi Hiszpanii.

O tym, że ta „nieudana wyprawa niezwyciężonej Armady Filipa II” była ustawką, pisałem w blogu „Armada”.

Co się tyczy maranów przebywających na Półwyspie Iberyjskim, pozostali oni pozornie chrześcijanami w ciągu całych stuleci. Zapanowała u nich tradycja, że przynajmniej jeden syn z każdej rodziny winien stać się księdzem. A ponieważ nie brakowało im zdolności i sprytu, dochodzili przeto do najwyższych stanowisk duchowych. Wielu kanoników, sędziów inkwizycji, nawet spowiedników książąt krwi, pochodziło z Żydów. Klasztory męskie i żeńskie były pełne wychrztów. Niejeden był z przekonań Żydem, lecz dla celów doczesnych udawał chrześcijanina. Byli w Hiszpanii biskupi i pobożni zakonnicy, których najbliżsi przebywali za granicą i wyznawali judaizm. Będąc w ścisłym związku ze swymi krewnymi w Holandii, Francji i Anglii pracowali oni stale nad osłabieniem monarchii hiszpańskiej. Pobożni i cisi prałaci i zakonnicy „żywili płomień swego przekonania i podkopywali potężne państwo następców Filipa II” (H. Graetz, „Historia Żydów”, t. VIII, str. 151). W ugrupowaniach monarchistycznych i kościelnych reprezentowany był zawsze żywioł marański w poważnej ilości. Niedawno korespondent dzienników syjonistycznych Eazriel Karlebach pisał w maju 1931 r., że „wśród przywódców księży jest więcej maranów, niż wśród bohaterów rewolucji”.«

Oprócz drugiego Mojżesza, Mojżesza Majmuniego, był jeszcze trzeci Mojżesz. Henryk Rolicki w książce Zmierzch Izraela (1932) tak pisał:

»Mojżesz Mendelssohn (1729-1786), żyd niemiecki, zapoznał się dzięki polskiemu żydowi Izraelowi Lewi Zamość z pismami drugiego Mojżesza, Mojżesza Majmuniego (Majmonidesa), teoretyka i obrońcy metody pozornego przyjmowania innej wiary. Atoli zmienione warunki, rozluźnienie chrześcijaństwa przez wolnomularstwo, umożliwiały już żydom dążenie do wejścia w życie społeczeństw aryjskich bez przyjmowania chrztu, bez maski pozornej religii.

Jedynym warunkiem społeczeństw aryjskich będzie – osądził Mendelssohn – uznanie się za wiernego poddanego danego państwa, za wiernego członka danego narodu. A więc zamiast pozornej religii, pozorna asymilacja. Dzięki wynalezieniu tej metody wprowadzenia w błąd gojów Mendelssohn stał się „wielki” i zjednał sobie wśród żydostwa miano „trzeciego Mojżesza”.«

Na ziemiach polskich żydowska asymilacja przybrała na sile po powstaniu styczniowym, które dla narodu polskiego stało się gwoździem do trumny. Stanisław Didier w cytowanej wyżej książce pisze:

»Młodzież żydowska wstępowała gromadnie po 1863 r. do średnich i wyższych szkół. Zaroiło się w Królestwie od chrzczonych i niechrzczonych żydowskich lekarzy, adwokatów, techników, dziennikarzy i literatów. Zajmowali oni w szybkim tempie miejsca inteligencji polskiej, wyniszczonej podczas powstania, gnijącej w kopalniach Syberii lub pędzącej tułaczy żywot na obczyźnie.

Panujący wszechwładnie po powstaniu styczniowym pozytywizm włączył do swego programu doktrynę asymilacji. Prawie wszyscy pozytywiści owego czasu byli filosemitami, bratali się z Żydami, uważając za wzór cnót obywatelskich bankiera Kronenberga, nagrodzonego przez rząd moskiewski za usługi orderem św. Włodzimierza III klasy (z czym było połączone nadanie dziedzicznego szlachectwa rosyjskiego) i bankiera Blocha, którego testament zaczyna się od słów: „Byłem całe życie Żydem i umieram jako Żyd”.

Pozytywiści wyhodowali grupę literatów i dziennikarzy pochodzenia żydowskiego, która obsadziła tłumnie prasę warszawską. Wśród księgarzy i wydawców najpoważniejszych pism stolicy widzimy: Gluecksberga, Lewentala, Stanisława Kronenberga, braci Orgelbrandów, E. Leo, M. Wołowskiego, Krzywickiego, R. Okręta i innych. Otaczają się ci chrzczeni i niechrzczeni dyktatorzy ówczesnej opinii polskiej współpracownikami też przeważnie żydowskiego pochodzenia, jak to: St. Kramsztyk, B. Rajchman, H. Elzenberg, D. Zgliński, Niedzielski, Niemirowski, Chęciński i inni. Pełno ich było zarówno w pismach zachowawczych („Gazeta Polska”, „Słowo”), jak i postępowych („Przegląd Tygodniowy”, „Niwa”, „Nowiny”).

Przywódcy żydostwa polskiego nie zniechęcali się wstrętami czynionymi wychrztom przez światlejszą część naszego społeczeństwa. Rzucono hasło małżeństw mieszanych. Wynaleziono wielu zubożałych arystokratów pragnących pozłocić swe herby. W krótkim czasie przedstawiciele najstarszej arystokracji polskiej weszli w związki rodzinne z potomkami frankistów, a także z neofitami. Wołowscy, Lascy, Epsteinowie, Kronenbergowie, Blochowie, Rotwandowie Reichmanowie, Halpertowie, Goldfederowie koligacą się z Woronieckimi, Morsztynami, Wielopolskimi, Kościelskimi, Jundziłłami, Wodzyńskimi, Hołyńskimi, Poklewskimi i in. Klasycznym przykładem wychrzty, który, zdawałoby się, że wrósł nieodwołalnie w społeczność polską, był Jan Bloch, herbu Ogończyk. Wpływowy ten bankier, podkreślający swój patriotyzm polski na każdym kroku, czego dowodem miało być skoligacenie się z pięcioma wybitnymi rodami kraju, inaczej przedstawił się potomności w testamencie swoim. Mógł on się śmiało zaliczyć do grona tych Żydów, na których cześć wygłoszone zostało w 1875 r. w kahale lwowskim odpowiednie przemówienie. Mędrzec Syjonu oświadczył m.in., iż „(…) prawdą jest, że niektórzy Żydzi dają się chrzcić, ale fakt ten tylko przyczynia się do wzmocnienia naszej potęgi, gdyż chrzczeni Żydzi zawsze Żydami zostają (…)” (Rudolf Vrba, „Die Revolution in Russland, statistische und sozialpolitische Studien”).

Służyli też często zrujnowani karmazyni polscy za parawan dla nieczystych, podejrzanych spekulacji. Wynajmowali ich żydowscy plutokraci do zarządów swoich przedsiębiorstw, do komitetów, mianując ich członkami rad nadzorczych. Ponieważ utytułowani radcowie mieli takie samo pojęcie o handlu, o metodach „czystego kapitalizmu”, jak chłop o astronomii, przeto rządzili się Żydzi sami bez żadnej kontroli.

Przyszedł 1905 r., o którym pisał zasymilowany Żyd J. Unszlicht („O pogromy ludu polskiego”), że „nastał moment decydujący – rozłamu między polskością i żydostwem”. Potulna, wychowana przez frankistów: Krzywickiego, Matuszewskiego, Wołowskiego, Niemirowskiego i in., neofitów: Kraushara, Posnera, Mendelsohna i in. oraz Żydów: Askenazego, Dicksteina i in., inteligencja polska zobaczyła z przerażeniem obok siebie, zamiast układnych neofitów i asymilatorów, aroganckiego Żabotyńskiego, Radka, Grosnera i in. Spostrzeżono gęstą sieć spisku antypolskiego, ukutego przez Żydów, do którego wciągnięto nieuświadomione masy ludu polskiego. Z krzykiem „precz z białą gęsią” (chodziło o Orła Białego – przyp. W. L.) kroczyli po ulicach Warszawy czarni bundyści, subsydiowani przez ochrzczonego milionera Łazarza Polakowa i… Powszechny Związek Izraelski.

Komitet statystyczny miasta Warszawy wykazał, że wypadki 1905 r. zburzyły i zniszczyły w Królestwie około 2.000 mniejszych zakładów przemysłowych, należących do Polaków. Cofnięty został o dziesiątki lat wstecz swojski, dopiero kiełkujący przemysł. Lud roboczy zubożał. Wielcy kapitaliści żydowscy drwili zaś sobie z tej „pseudo-antykapitalistycznej rewolucji”.«

Warto o tym wszystkim, co wyżej zostało napisane, pamiętać, zwłaszcza w kontekście przyszłorocznych wyborów. Wszystkie te stare partie i nowe ruchy, ugrupowania itp. – wszystko to zostało stworzone przez Żydów i jest od nich zależne. Trwający ponad 150 lat proces wnikania Żydów w polskie społeczeństwo i ich w nim asymilacji, spowodował ich całkowitą dominację. To jest fakt. Jeśli więc ktoś chce zmieniać polską rzeczywistość, to musi ten fakt przyjąć do wiadomości. I dopiero w oparciu o ten fakt zaproponować zmiany. Jeśli natomiast proponuje zmiany, nie widząc słonia w składzie porcelany, to po prostu oszukuje. Inna sprawa, że polityka polega m.in. na oszukiwaniu elektoratu, ale to wyborcy powinni o tym wiedzieć i nie żyć złudzeniami.

Handel

Podobno w przyszłym roku mają być wybory. Czy tak będzie, to będzie zależeć od tego, jak rozwinie się sytuacja na Ukrainie. W każdym razie przygotowania do nich idą pełną parą i pojawił się nowy ruch, czy może zaczątek nowej partii politycznej – Ruch Dobrobytu i Pokoju (RDiP), którego twarzą jest Maciej Maciak z kanału internetowego „Musisz to wiedzieć”. Ruch ten ma już bardzo dobrze rozbudowaną na terenie całej Polski sieć lokalnych przedstawicieli i zwolenników. Trzeba przyznać, że to wszystko rozwinęło się nadzwyczaj szybko, a ostatnio programy Maciaka są przerywane reklamami, a to oznacza, że za nimi idą pieniądze. To oczywiście nie przeszkadza mu narzekać, że YouTube go cenzuruje, usuwa filmy itp.

Jestem pełen podziwu dla scenarzystów i reżyserów, którzy wykreowali ten Ruch. Podstawowe założenie było takie, że jego twarzą ma być ktoś z prowincji, a więc nie związany z żadnym wielkim miastem, gdzie mieszkają wszyscy znani politycy. Nie Warszawa, Kraków, Gdańsk, Wrocław czy Górny Śląsk. Tylko Włocławek – miasto średniej wielkości (ok. 100 tys. mieszkańców), nie zadupie, ale też i nie metropolia. Położone w centrum Polski, stare miasto z historią. Rzec by można, że to kwintesencja Polski, a człowiek kierujący tym Ruchem to jeden z nas.

W swoich programach Maciej Maciak atakuje przede wszystkim Morawieckiego, bo twierdzi, że on, jako szef rządu, jest odpowiedzialny za wszystko i jego odsunięcie od władzy jest najważniejsze. To oczywiście nie wystarczy. Potrzebna jest jeszcze nowa partia, która zdobędzie władzę i zrobi porządek. Obecnie rządzący to durnie, którzy nie mają pojęcia o rządzeniu i o tym, w jaki sposób uzdrowić gospodarkę. – Tak twierdzi Maciak. Jego program to willa z basenem dla każdego. To hasło, które ma sugerować, że interesują go tylko sprawy zwykłych ludzi, a nie jakieś wojny i że przy dobrym zarządzaniu państwem osiągnięcie tego celu jest realne.

Dla Maciaka wszystko jest proste. W jednym ze swoich programów powiedział, że handel jest prostym zajęciem, intuicyjnym niemal i że Polacy też mogą w nim osiągać sukcesy. No bo przecież kupić towar, dodać do ceny zakupu swoją marżę i podatek Vat, to nie jest trudna sprawa. No nie! Nie jest to trudna sprawa. A skoro tak, to dlaczego te drobne sklepiki padają? Bo wypierają je sklepy wielkopowierzchniowe i sieciówki. A dlaczego Polacy po 1989 roku nie potrafili stworzyć własnych sklepów wielkopowierzchniowych i sieciówek? Bo tacy niezaradni i nie maja głowy do interesów? Może są debilami, skoro nie potrafią sobie poradzić z tak prostym zajęciem? To bardzo wygodne tłumaczenie, szczególnie dla Żydów, w których rękach są środki masowego przekazu i również handel.

O sukcesie w handlu decyduje cena zakupu towaru. To jest podstawa, od której nalicza się marżę handlową i podatek. Kto ma niższą cenę zakupu ten rządzi na rynku, bo ma większą marżę, a co za tym idzie i zysk, albo może tak obniżyć cenę sprzedaży, że konkurencja nie będzie w stanie zaoferować takiej samej i mieć jeszcze jakiś zysk. Tak więc jest, że jedni na rynku mają niższą cenę zakupu, a inni – wyższą. Dlaczego tak jest i skąd się to bierze?

Ceny ustala ten, kto rządzi handlem na każdym poziomie dystrybucji: centralnym, regionalnym i lokalnym, czyli tym, który obsługuje klienta końcowego, czyli każdego z nas. Nie jest żadną tajemnicą, że handel jest w rękach Żydów i to od początku. To nie jest wynik jakichś szczególnych predyspozycji, tylko efekt rozproszenia, który powoduje, że Żydzi są wszędzie i wszędzie utrzymują ze sobą kontakty i wymieniają między sobą informacje na temat rynków i ich potrzeb. To nie tak, jak w przypadku Cyganów, którzy chodzili od wsi do wsi i sprzedawali patelnie. Zawsze ktoś się znalazł, kto kupił, ale taką metodą daleko się nie zajedzie i Cyganie daleko nie zajechali.

Taki handel, jaki uprawiają Żydzi od początku, wymagał też powszechnego środka wymiany, czyli pieniądza oraz kredytu, który ten handel napędzał. Jeśli więc kontroluje się dystrybucję towaru od producenta do konsumenta, to kontroluje się też jego cenę na każdym etapie dystrybucji i to, komu sprzedaje się towar w niższej cenie, a komu – w wyższej. Tak to jest, że Żyd Żydowi sprzeda towar po niższej cenie, niż gojowi. I tu jest cała tajemnica tego, że Polacy nie mogli stworzyć własnych sklepów wielkopowierzchniowych i sieciówek. A poza tym drobnym szczegółem, to Maciak ma całkowitą rację – handel jest zajęciem intuicyjnym.

Nikogo więc, po tym, co napisałem, nie powinno już dziwić, że w ustawie o zamówieniach publicznych jedynym kryterium decydującym o wyborze oferty jest cena. Nietrudno też domyślić się, kto za przyjęciem tej ustawy w takim kształcie stał i komu to nadal służy.

Tak działa handel żydowski i to nie od dziś. To było wielokrotnie opisywane w literaturze. Michał Bałucki w swojej powieści z 1885 roku W żydowskich rękach pisał:

„Jeszcze baraku nie rozpoczęto budować, kiedy przemyślny Żyd, w budce naprędce z desek ukleconej założył filię swojej szynkowni, zaopatrzył ją w różne wiktuały i tym sposobem zagarniał cały prawie zarobek robotników do swej kieszeni. Teraz urządził on już porządną kantynę, zasobną we wszystko, czego nie tylko prosty robotnik, ale rękodzielnicy i inżynierowie potrzebować mogli. Rozumie się, że za to Habe kazał sobie dobrze płacić, toteż mu płacono, bo wyboru nie było. Miasteczko było daleko, a w bliskości nikt Habemu konkurencji nie robił. Szynkarz z Zagajowa, katolik, próbował parę razy dowozić do baraku artykuły żywności i wódkę, ale Habe obniżył w tym czasie ceny u siebie, wszystko pchało się do niego, zwłaszcza że dawał na kredyt, a szynkarz zagajowski wracał do domu z niesprzedanym towarem, lamentując nad stratą, jaką poniósł. Dziedzic Zagajowa, gdy się do niego doniosło, robił usiłowania, aby Habemu zabroniono szynkować na jego gruncie, ale odpowiedziano mu z rządu, że nie mają do tego prawa, bo Habe szynkuje na gruncie kolejowym. Na to nie było rady, a Habe zacierał ręce z radości, że mu się udało wcisnąć znowu do wsi, z której go kiedyś tak sromotnie wygnano i na złość Czujce tuż pod jego okiem prowadzić swój handel. Dla nasycenia się tą uciechą często zajeżdżał do kantyny, przesiadywał tam chętnie, to robiąc obrachunki ze swoim szynkarzem, to zamawiając sobie ludzi do roboty; gdyż – jak wiemy – Habe zajmował się dostawą materiałów do budowy.”

Bałucki nie wyjaśnił tu, dlaczego Żyd Habe mógł obniżyć cenę. Ktoś nieznający realiów handlu mógłby sobie pomyśleć, że to jakieś tajemne sztuczki Żydów i ich zmysł do interesu. Jednak prawda jest bardziej prozaiczna, co też oni starają się ukryć i bardzo jest im na rękę, gdy ktoś mówi o nich, że mają smykałkę do handlu i interesów. Po prostu Habe miał niższą cenę zakupu niż szynkarz z Zagajowa.

Kwestię żydowską i złożoność relacji polsko-żydowskich przedstawia Bałucki w szerszym kontekście i porusza mniej znane wątki tych relacji:

„Żyd nie rozumie interesu bez malwersacji. Tam, gdzie nie oszukuje, uważa się za stratnego. To podstawa ich spekulacji. I dlatego też śmieszą mnie nawoływania dziennikarskie, że powinniśmy współzawodniczyć z nimi na polu handlu i przemysłu i zamiast rozpalać się ku nim nienawiścią, uczyć się od nich sposobu robienia interesów. To tyle znaczy, jakby mi kto kazał od złodzieja uczyć się sposobu nabywania majątku. Współzawodnictwo z ludźmi, dla których wszystkie środki są godziwe, jest niemożliwe dla tych, którzy chcą zostać uczciwi. Prawda, że i u nas naliczyłby dosyć takich, co z Żydami mogliby iść w zawody pod względem nieuczciwości, wyzyskiwania ludzi et cetera, ale u nas opinia gardzi takimi, gdy przeciwnie u Żydów opinia składa się z samych takich ludzi; uczciwi w znaczeniu pełnej moralności, należą tam do wyjątków, a Żyda, który by nie oszukał w swoim życiu nikogo, ze świecą trzeba by szukać. Powiadają, że ich religia toleruje podobną niemoralność, a nawet ją usprawiedliwia. Jeżeli tak jest, to czyż podobna nam rywalizować z tym narodem? Tu nie idzie o sam spryt, przebiegłość, ruchliwość których brak nam zarzucają, tu idzie o moralność, z której żaden uczciwy człowiek wyzuć się nie może i oto powód, dla którego w walce z Żydami na polu przemysłu i handlu jesteśmy pobici.”

To prawda, że Żyd, jak kogoś nie oszuka, to jest chory, ale to nie moralność przeszkadza Polakom konkurować z Żydami. Tak jak napisałem, to fakt, że handel jest w ich rękach i to oni decydują o tym, komu pozwolą odnieść sukces, a kogo usuną z rynku.

W innym miejscu czyni Bałucki bardzo trafne uwagi, które do dziś nie straciły na aktualności. Wprost przeciwnie, stały się naszą rzeczywistością.

„Pokazało się, że ten lichy Żyd i jemu podobni są groźniejsi, niebezpieczniejsi niż nam się zdawało. Oni są potężni tą łącznością, która małe i na pozór nic nieznaczące siły wiąże w jedną straszną siłę. Kilkodniowy mój pobyt w Wiedniu przekonał mnie, że potęga ta doszła do rozmiarów, o jakich nie miałem pojęcia. Tu, w Galicji, żydostwo przedstawia się nam jak robactwo ruchliwe, czynne, rodzaj szarańczy społecznej, która nas powoli objada i niszczy, a którą zdawało mi się, że będzie można wytępić. Tymczasem przekonałem się, że to tylko odnogi olbrzymiego polipa, którego główne jądro jest tam – w Wiedniu. U nas Żyd jest pasożytem, który żyje sokami narodu, ale go nie przerósł, nie zaćmił, ani mu nie imponuje, gdy tymczasem w Wiedniu widziałem reprezentantów tego narodu na najwyższych szczeblach hierarchii społecznej, dokąd się wdarli przez równouprawnienie i majątek. W ich ręku znajdują się kolosalne fortuny, wysokie urzędy, przeróżne instytucje, olbrzymie przedsiębiorstwa, fabryki, koleje i wreszcie dziennikarstwo, ta straszna potęga naszego wieku – i wszystkiego tego używają oni głównie dla popierania swoich interesów. Głosy galicyjskich Żydów z licznych miasteczek odzywają się echem w sferach wysokiej arystokracji finansowej i znajdują tam poparcie. W tej spójności maluczkich i wielkich związanych interesem i tradycją w jeden olbrzymi zastęp jest coś przerażająco wzniosłego, coś co mnie przygniotło swoim ogromem. Walka moja z tym przemyślnym narodem wydawała mi się donkiszoterią i śmiesznością. I cóż przeciw takiej sile może zrobić jeden człowiek niepoparty przez nikogo? Szlachta głupia i nieporadna, chłop ciemny i niechętny – a wszyscy siedzą w kieszeniach żydowskich, wszyscy spętani ramionami tego olbrzymiego polipa, co im soki wysysa i o śmierć przyprawia. Nikt ich już nie ocali z rąk żydowskich, to stracona pikieta. Zguba ich tym pewniejsza, że nie widzą niebezpieczeństwa, które im grozi. Ale my, którzy mamy otwarte oczy, czujny umysł, powinniśmy się ratować…”

Michał Bałucki (1837-1901), jak pisze Wikipedia, to polski pisarz, komediopisarz i publicysta okresu pozytywizmu. Pochodził z rodziny mieszczańskiej, ojciec był krawcem, a matka – Eufrozyna, neofitka z Kochmanów – prowadziła kawiarnię. Nie brał udziału w powstaniu styczniowym, jednak aktywnie uczestniczył w organizacjach spiskowych w Galicji, wspierając stronnictwo czerwonych. W latach 70-tych XIX wieku stał się Bałucki w Galicji jednym z głównych propagatorów pozytywizmu. W późniejszej twórczości odszedł od idei promowania pozytywizmu na rzecz krytyki rzeczywistości.

Był więc Bałucki Żydem i dlatego nie napisał o tym, co najważniejsze, czyli o cenie zakupu, a ten polip, co tak się rozrasta, to efekt rozproszenia i asymilacji. To powoduje, że przenikają wszelkie społeczności do szpiku kości. To dwie cechy, których nie posiadają narody osiadłe i które dają Żydom przewagę. Walka z tym, to walka z wiatrakami.

Okres po powstaniu styczniowym, to okres stopniowego wnikania Żydów w polskie społeczeństwo i stawania się jego inteligencją: pisarze, dziennikarze, prawnicy, lekarze itp. Przejawiało się to też w tworzeniu i dominowaniu we wszelkich partiach politycznych, również i w stworzeniu ideologii narodowej. Nic w tym względzie nie zmieniło się w okresie międzywojennym. Nasiliło się w PRL-u i po 1989 roku.

Stworzenie w krótkim czasie, może paru miesięcy, ruchu, który ma swoich przedstawicieli w większości gmin w Polsce wydaje się niemożliwe, bo przeciętny człowiek nie ma takich możliwości, ani tylu znajomych w całym kraju, nawet jeśli latami kierował lokalną telewizją kablową i ma swój kanał w internecie. To jest wielki wysiłek organizacyjny i logistyczny, który wymaga zaangażowania wielu ludzi, poświęcenia wiele czasu i mnóstwa pieniędzy. Ale jeśli zabierze się za to nacja rozproszona i zasymilowana, to jest to do zrobienia szybko i skutecznie. Po raz kolejny pokazuje ona swoją moc.

Perspektywa

W poprzednim blogu zamieściłem obszerny cytat z książki Fatalna fikcja; Nowe oblicze bolszewizmu – stary wzór z 2001 roku, której autorem jest Dariusz Rohnka. Dotyczył on fikcyjnego rozpadu ZSRR w 1991 roku. Autor omawia w niej także relacje Stanów Zjednoczonych z Chinami i kwestię Tajwanu. Największą zaletą informacji zawartych w tej książce jest to, że została ona wydana ponad 20 lat temu, co czytającemu daje komfort perspektywy czasu. I z tej perspektywy czasu możemy dostrzec to, czego nie można dostrzec, gdy obserwuje się bieżące wydarzenia. 20 lat temu straszono nas tym, że spór o Tajwan może doprowadzić do wojny supermocarstw i obecnie różni komentatorzy i geopolitycy znowu straszą nas tym samym. Niezły samograj. Poniżej wybrane fragmenty z tej książki.

»Stany Zjednoczone niemal powszechnie uznawane są dzisiaj za jedyne na świecie supermocarstwo. Liczne przypadki zaangażowania wojskowego i politycznego w konfliktach regionalnych na całym świecie, w tym aktywność samego Clintona, przyczyniły się do budowy wizerunku USA jako globalnego żandarma. O potęgujących się na przestrzeni ostatniej dekady oznakach słabości nie mówi się wcale. Ale stały regres, nawet z bardzo wysokiego pułapu, prowadzi w końcu do upadku.

Jednym z przejawów słabości amerykańskiego mocarstwa są jego porażki wywiadowcze. W 1999 roku ujawniono, że Chińczykom udało się wykraść super tajną technologię W-88, dotyczącą miniaturowych głowic nuklearnych. Zdaniem Jamesa Inhofe’a, który występował w tej sprawie w Senacie USA, jest to być może najbardziej poważny wyłom w narodowym bezpieczeństwie w naszych czasach – bardziej poważny niż sprawa Aldricha Amesa, który zdradził CIA, i być może bardziej poważny niż to, co zrobili Rosenbergowie, dostarczając tajemnice nuklearne Związkowi Sowieckiemu 50 lat temu. – John F. McMamus, From Chinagate to Kosovo. Wywiad z senatorem Jamesem Inhofem, w: The New American, vol. 15, nr 13, 21.06.1999. Szczególnie bulwersujący jest fakt, że administracja waszyngtońska wiedziała o dokonanej kradzieży od kwietnia 1996 i przez niemal 3 lata nie powiadomiła o tym Kongresu. Zamiast tego Clinton składał wielokrotnie uroczyste deklaracje, że po raz pierwszy od dziesięcioleci, żadna rakieta wyposażona w broń atomową nie jest wycelowana w Stany Zjednoczone.

Wkrótce okazało się, że technologia mini głowic nie jest jedyną tajemnicą wykradzioną przez Chińczyków. Długa lista obejmuje: technologię budowy bomby neutronowej, broń elektromagnetyczną (electromagnetic pulse weapons), zbierane przez 50 lat informacje na temat testów atomowych, wszystkie fazy przygotowania broni jądrowej, dane techniczne radarów. Do tej listy należy jeszcze dodać kradzież kodów komputerów, sterujących całym arsenałem jądrowym Stanów Zjednoczonych. Ponadto Chińczycy pozyskali, tym razem w związku z oficjalną współpracą, technologię kosmiczną, pozwalającą na znaczne ulepszenie ich rakiet balistycznych, z których 13 (według danych z 1999) jest wymierzonych w obszar Stanów Zjednoczonych. – Insider Report, w: The New American, vol. 15, nr 12, 7.06.99.

Dopełnieniem obrazu chińskich sukcesów wywiadowczych jest ujawniona przy okazji wielomilionowa dotacja na kampanie wyborcze urzędującego prezydenta w latach 1992 i 1996. W Białym Domu aż zaroiło się od chińskich biznesmenów i tajemniczych osobistości. Odpowiedzialność spada wprost na Clintona. Jak twierdzą autorzy głośnej książki Year of the Rat Edward Timperlake i William C. Triplett w celu zdobycia i utrzymania władzy administracja Clintona działa w sposób lekkomyślny, pozwalając niewłaściwym ludziom na zdobycie dostępu do najważniejszych tajemnic politycznych i gospodarczych. Chińscy handlarze bronią, szpiedzy, handlarze narkotyków, gangsterzy, stręczyciele, współuczestnicy masowych mordów, komunistyczni agenci i inne niepożądane osoby… byli powiązani w ten czy inny sposób z Białym Domem i pieniędzmi. – William Norman Grigg, Red Star Over the White House, The New American, vol. 15, nr 14, 15.02.99.

Mówi się także wprost o powstaniu chińskiego lobby w Kongresie. Amerykańsko-Chińska Rada Biznesu przekazała ponad 55 milionów dolarów na kampanie polityczne w latach 1995 i 1996. Przy tej okazji wymienia się najbardziej znane amerykańskie firmy m.in.: Philip Morris, Boeing Co., Coca-Cola, PepsiCo, McDonald’s, Amway Corp., Procter and Gamble. Efektem tych działań jest nie tylko swobodny dostęp chińskich produktów do amerykańskiego rynku, ale również możliwość zakupu najbardziej zaawansowanej technologii, od superkomputerów po technologię kosmiczną. Jednocześnie Chiny są jedynym krajem, który nie zezwala amerykańskim urzędnikom na kontrolowanie, czy zakupione urządzenia i technologie są wykorzystywane zgodnie z pierwotnym przeznaczeniem. – New Red China Lobby, Cardinal Mindszenty Foundation, 08.1997.

Duży wkład w rozbudowanie chińskiego potencjału ma również najbliższy sojusznik Stanów Zjednoczonych – Izrael, dzięki któremu Chiny pozyskały tajniki broni laserowej oraz technologię rakiet Patriot. Współpraca obejmuje produkcję nowego samolotu J-10, systemu radarowego, produkcję czołgów i różnego typu rakiet, m.in. najlepszą w swojej klasie rakietę powietrze-powietrze Python-4. – Patrick J. Buchanan, Look who’s arming Beijing, w: American cause, 29.01.99. Przy tym USA wydaje około 2 miliardów dolarów rocznie na pomoc wojskową dla Izraela. W efekcie pomoc ta może być wykorzystana przeciwko samym Stanom Zjednoczonym. – Israel’s Arms Sales to China Alarm US, w: NewsMax.com, 10.04.00.

Zagrożenie Ameryki ze strony Chin ma jeszcze jeden aspekt – Kanał Panamski. Droga wodna, która skraca podróż z wschodniego na zachodnie wybrzeże Stanów Zjednoczonych o całe dwa tygodnie i 8.000 mil, a która pozostawała w amerykańskiej dzierżawie od blisko 100 lat, w grudniu 1999 roku przeszła w praktyce w chińskie ręce. O znaczeniu tego faktu decyduje wartość strategiczna Kanału, którą już w chwili otwarcia, w 1914 roku, szacowano bardzo wysoko. Henry Stimson, sekretarz obrony w rządzie prezydenta Williama Howarda Tafta pisał w 1913: Jeżeli kiedykolwiek będziemy mieli nieszczęście prowadzić wojnę, bądź z pojedynczym wrogiem, dysponującym flotą morską zarówno na Atlantyku jak i na Pacyfiku, bądź z dwoma narodami, jednym na wschodzie i drugim w Europie, odpowiednia polityka wobec Kanału będzie miała żywotne znaczenie. Zamknięcie Kanału dla wrogów pozwoli naszej flocie na poruszanie się po szlakach wodnych wzdłuż naszego wybrzeża i zmusi inne floty do operowania po szlakach zewnętrznych o 8.000 mil dłuższych niż nasze. Może to mieć decydujące znaczenie dla zwycięstwa lub porażki. – Thomas H. Moorer, Save our Canal! w: The New American, 23.09.99.

Dzisiejsze znaczenie strategiczne Kanału nie zmalało. Zdaniem emerytowanego admirała Thomasa Moorera, w przeszłości m.in. Szefa Operacji Morskich USA oraz Przewodniczącego Połączonych Szefów Sztabów (Joint Chiefs of Staff) znaczenie tej drogi morskiej wcale nie maleje, m.in. dlatego, że 95% wsparcia logistycznego amerykańskich sił zbrojnych jest transportowane drogą morską, w przeważającej mierze z wykorzystaniem Kanału, a logistyka ma decydujące znaczenie dla nowoczesnego pola walki. Nie sposób walczyć bez żywności, amunicji, mundurów, paliwa, lekarstw. Szczególnie wielkie znaczenie mają odpowiednie zapasy paliwa, bez którego niektóre typy wojsk, na przykład siły powietrzne, przestają istnieć. Oczywiście zapasy można dostarczyć na wiele innych sposobów, ale w tym przypadku decydują liczby, wielkości sięgające milionów ton. Ani transport kołowy, ani lotniczy nie jest w stanie współzawodniczyć pod tym względem z morskim.

Jakie są podstawy do twierdzenia, że po Amerykanach wchodzą do Panamy Chińczycy? Decydować mają wpływy polityczne i gospodarcze. W 1996, równocześnie z nielegalnym finansowaniem kampanii prezydenckiej Clintona, Chińczycy przeznaczyli ogromne sumy na przekonanie panamskich polityków, że po wycofaniu się Amerykanów ich miejsce powinno zająć Hutchison Whampoa, przedsiębiorstwo z siedzibą w Hongkongu. Już w 1997 chińska firma rozpoczęła działalność w portach w Balboa i Cristobal, odpowiednio po zachodniej i wschodniej stronie Kanału. – Admirals Sound the Alarm. Koneksje polityczne Hutchison Whampoa są jednoznaczne. Właściciel firmy Panama Ports Company należy do China Resources, przedsiębiorstwa reprezentującego chińskie ministerstwo Handlu i Współpracy Gospodarczej. – Thomas H. Moorer, Save Our Canal! Te i wiele innych powiązań wskazują jednoznacznie, że za wzmożoną aktywnością chińską w rejonie Kanału stoją komunistyczne Chiny.

W 1997 roku panamski parlament przegłosował ustawę, nadającą Hutchison Whampoa nadzwyczajne przywileje. Niemniej bulwersujące są kwestie formalno-prawne, związane z przekazaniem Kanału. Okazuje się, że podstawa prawna przekazania, zawarte w 1977 traktaty Carter – Tarrijos nie mają mocy obowiązującej, co więcej, nigdy nie zostały ratyfikowane, co zostało stwierdzone przez ekspertów występujących przed senacką komisja już w roku 1983. Jeden z ekspertów, dr Charles Breecher określił tę sytuację: Po pierwsze, traktaty dotyczące Kanału Panamskiego nigdy nie zostały ratyfikowane w świetle prawa międzynarodowego, stąd nigdy nie nabrały mocy wykonawczej… i nie mają takiej mocy również dzisiaj. Przyczyna jest bardzo prosta… Stany Zjednoczone i Panama nigdy nie zdołały uzgodnić wspólnego tekstu traktatów. – Helen Chenoweth-Hage, Don’t Give Up the Canal, w: The New American, vol. 15, nr 25, 6.12.1999.

Mimo dowodów nielegalności traktatu i braku podstaw prawnych do przekazania Kanału, decyzja pozostała w mocy. Ani urzędujący prezydent, ani kongres nie zrobili nic, aby zachować wpływy amerykańskie w tak ważnym strategicznie regionie. Jedynie Helen Chenoweth-Hage, członkini Kongresu, wystąpiła z rezolucją 77, w której domagała się utrzymania w mocy traktatu z 1903, gwarantującego wpływy amerykańskie. Jej inicjatywa spotkała się z poparciem zaledwie kilkudziesięciu kongresmenów. – Helen Chenoweth-Hage, Don’t Give Up the Canal, w: The New American, vol. 15, nr 25, 6.12.1999.

Nie próbowano nawet zaprzeczać, że Kanał przejdzie bezpośrednio we władanie komunistycznych Chin. Na kilka tygodni przed uroczystością, w której zresztą nie wziął udziału, Bill Clinton wyznał z rozbrajająca szczerością: Myślę, że Chińczycy uczynią wszystko co tylko możliwe, aby zapewnić, że będą administrować Kanałem w sposób kompetentny i uczciwy. Podobnie jak w tym przypadku, jak i w przypadku ich wejścia do Światowej Organizacji Handlu, właśnie tego należy się spodziewać po Chińczykach. Myślę, że będą chcieli zademonstrować reszcie świata, że potrafią być odpowiedzialnym partnerem i byłbym bardzo zaskoczony, gdyby jakieś odmienne konsekwencje wypłynęły z faktu kierowania przez Chińczyków Kanałem. – Gary Benoit, Clinton’s Candor on Chinese Control, w: The John Birch Society.

Czy to freudowski sen? Czy po prostu gafa? Czy Clinton zachował się godnie po raz pierwszy w swoim życiu? – Zapytywał wydawca i felietonista WordNetDaily, Joseph Farah – Clinton stwierdził, że możemy polegać na dobrych intencjach Chińczyków, którzy zdobyli dostęp do Kanału. Czy czujesz się dzięki temu bezpieczny? Chińczycy, którzy więzią dziesiątki tysięcy religijnych dysydentów, grożą atakiem na Tajwan i pracują nieprzerwanie nad rozwojem wojskowej technologii w celu zaatakowania Stanów Zjednoczonych, zasługują na zaufanie w sprawie Kanału, ponieważ jest to dla nich szansa pokazania światu, że są odpowiedzialni. – Joseph Farah, Between the Lines. Clinton’s Panama Canal admission, w: WorldNetDaily, 01.12.00.

Ameryka darowuje, pozwala kupić lub ukraść swoją najnowocześniejszą technologię. Ameryka pozwala na sprzedaż chińskich towarów, które przynoszą 60 miliardów dolarów nadwyżki w rocznym bilansie. Ameryka pozwala Chinom finansować swoją kampanię wyborczą, kompromitując tym samym własnego prezydenta. Ameryka rozbraja się jednostronnie, niwelując swoje możliwości obronne nieomal o połowę. Bez jednego wystrzału, bez żadnych warunków, oddając Chinom w posiadanie jeden z najbardziej newralgicznych punktów na globie. W zamian Chiny wycelowują niemal wszystkie rakiety balistyczne w swojego głównego wroga – Stany Zjednoczone.

Nawet jeśli Chiny nie są w tej chwili w stanie bezpośrednio zagrozić Stanom Zjednoczonym (tak twierdzą praktycznie wszyscy analitycy), nie boją się wyciągać ręki po zdobycze w swoim najbliższym sąsiedztwie. Pierwszy na tej liście jest Tajwan. Chiny są gotowe, takie przynajmniej sprawiają wrażenie, w każdej chwili zadeklarować wojnę. Chiny mogą zniszczyć Tajwan, jeśli nowy prezydent Chen Shui-bian odrzuci koncepcję jednych Chin: Jeśli nie uznają pryncypialnej koncepcji „jednych Chin”, jeśli nie uznają, że Tajwan jest częścią Chin, wówczas nie będzie pokoju, ale katastrofa, nie zgoda ale konflikt, nie życzliwość ale wrogość – powiedział jeden z wysokich pekińskich dyplomatów i wiceprezes stowarzyszenia ds. Stosunków Po Obu Stronach Cieśniny Tajwańskiej, Tang Shubei. Stanowisko to jest potwierdzone w wielu doniesieniach: Pekin jest gotowy do użycia siły, jeśli nowy prezydent będzie zdradzał chęć ogłoszenia niepodległości – powiedział premier Singapuru Goh Chok Tong po spotkaniu z Jang Zemingiem – oni chcą, żeby Chen zaakceptował ich koncepcję jednych Chin. Tu nie ma miejsca na żadną elastyczność. Tak mi wyjaśniono – wyznał: W przypadku, gdyby Tajwan zmienił konstytucję i ogłosił niepodległość, akcja wojskowa zostanie bezzwłoczne podjęta. – We are not Kidding about Taiwan, China Says, w : NewsMax.com, 04.2000.

Zresztą wybory nowego prezydenta to tylko pretekst. Chiny od dawna mają apetyt na Tajwan. To konsekwencja ich polityki zjednoczeniowej. Po zajęciu Hongkongu, Makao, przyszła pora na Tajwan. – Nial Fraser, Stelle Lee, Taiwan next, vows Jiang as Macao returns to China, w: South China Morning Post, 20.12.99.

Stanowisko Tajwanu jest nieugięte, ale jednocześnie wyważone i umiarkowane. Chen nie zgadza się na koncepcję jednych Chin w kształcie proponowanym przez Pekin, ale też nie polemizuje zbyt ostro. Tajwan chce prowadzić rozmowy, ale tylko z Chinami demokratycznymi. Na razie nie ma mowy o zmianie konstytucji i ogłoszeniu niepodległości. – Beijing Threatens „Disaster”, w: NewsMax.com, 28.04.2000. Zamiast tego są zdecydowane deklaracje tajwańskich wojskowych: wyspa jest dobrze przygotowana do obrony; chiński atak okaże się bolesny i kosztowny. Jednocześnie, w ramach zachęty, bądź ugłaskiwania, podkreślają umiar komunistycznych przywódców. – Tajwan „Ready to Defend Islands” Against China, za: UPI, 31.05.2000.

Stany Zjednoczone są najbardziej niezdecydowaną stroną potencjalnego konfliktu. Nie chcą wojennej konfrontacji z Chinami i zastanawiają się usilnie, czy maleńki Tajwan warty jest z ich strony ofiar. Nikt nie może odpowiedzieć na pytanie, jak zachowa się Ameryka. Z jednej strony chce się prowadzić z Chinami interesy, przymykając oko na ich totalitarny reżim i potworne zbrodnie ludobójstwa, z drugiej brutalna aneksja Tajwanu to dla Stanów Zjednoczonych poważne obniżenie prestiżu. Trudno przypuszczać, aby w obecnej chwili grały tu rolę jakieś sentymenty, tym bardziej imponderabilia. W kontekście chińskiej agresji administracja clintonowska mówi o poważnym zaniepokojeniu. – Joseph Farah, Wars and promises of war, w: WorldNetDaily. Com, 09.09.1999. W praktyce, jeśli takie określenie coś oznacza, może to być jedynie chęć ominięcia przeszkody. Takie stanowisko sugerują także inne okoliczności.

Wciąż nie wiadomo czy i w jakiej mierze Waszyngton poprze tajwańską enklawę chińskiej wolności. Jeśli nawet w Kongresie zwolennicy wolnego Tajwanu mają pewną przewagę, clintonowska administracja pragnie nade wszystko utrzymania przyjaznych stosunków z czerwonymi Chinami. Przykładem ostatnich tendencji jest tajna dyrektywa podpisana przez Prokuratora generalnego Janet Reno, która umieściła Tajwan na czarnej liście państw, zaangażowanych we wrogą działalność szpiegowską przeciwko Stanom Zjednoczonym. – Reno Brands Taiwan „Security Threat”, w: NewsMax.com, 24.05.2000. Według dokumentu Reno, pośród najbardziej niebezpiecznych państw dla bezpieczeństwa narodowego znalazły się: Rosja, Chiny, Północna Korea, Republika Jugosławii, kontrolowana przez Serbów Bośnia, Wietnam, Syria, Irak, Iran, Libia, Sudan i Tajwan. Umiejscowienie tego ostatniego państwa na liście, przy jednoczesnym pominięciu takich państw jak Izrael, Indie, Pakistan i Francja wywołało ogromne zdziwienie wśród amerykańskich ekspertów do spraw wywiadu. Zdaniem jednego z nich: Ma to jednoznacznie polityczny charakter. Tajwan nie występuje w tej samej lidze, co inne zagrożenia i jest jedynym krajem na liście, który nie stanowi wielkiego niebezpieczeństwa dla Stanów Zjednoczonych. Nowa kwalifikacja Tajwanu jest wyrazem polityki administracji Clinton-Gore, której celem jest zbliżenie do Pekinu i jednoczesne odsunięcie Taipei.

Strona chińska w zestawieniu z amerykańską jest znacznie bardziej odważna i zdecydowana. Komunistyczne Chiny nie boją się urządzać prowokacyjnych manewrów wojennych, zakupywać najnowocześniejszej broni w Rosji i Izraelu, otwarcie straszyć wybuchem wojny i grozić samym Stanom Zjednoczonym. Gdy w lutym 2000 Amerykanie wysłali jeden ze swoich lotniskowców w rejon Morza Wschodniochińskiego z zamiarem monitorowania sytuacji w Cieśninie Tajwańskiej Chińczycy zareagowali zdecydowanie: Jeżeli Stany Zjednoczone są rzeczywiście zainteresowane w utrzymaniu pokoju i stabilizacji w rejonie Cieśniny Tajwańskiej, powinny zaprzestać wtrącania się w wewnętrzne sprawy Chin. – US Sends Aircraf carrier group to Taiwan strait as tensions mount with China, JVIM.com, 25.02.2000.

Według wydawanej w Hongkongu South China Morning Post, generałowie chińskiej czerwonej armii przekonują swoich politycznych przywódców do natychmiastowego zaatakowania Tajwanu. Coraz liczniej pojawiają się doniesienia na temat możliwości chińskiej blokady Tajwanu. Według australijskiej prasy informacje na ten temat miał zdobyć amerykański wywiad. Blokada miałaby być połączona z desantem na Peskadorach i jednoczesnym atakiem rakietowym. – China Readis For War, w: NewsMax.com, 24.05.2000.

Nie sposób odpowiedzieć na pytanie, jak się ułożą stosunki amerykańsko-chińskie. Z jednej strony widzimy uporczywą wolę stworzenia przyjaznych stosunków politycznych i gospodarczych i daleko idące osłabienie zdolności militarnych, z drugiej zdecydowane pragnienie osiągania ideologicznych celów politycznych oraz intensywne zabiegi nad dorównaniem możliwościom wojskowym potencjalnego wroga. Do tego dochodzi element najważniejszy – możliwość zawierania strategicznych sojuszy.

Najważniejsza i najgroźniejsza jest współpraca polityczna, sojusz chińsko-sowiecki, który jeden z komentatorów przyrównał do paktu Hitler-Stalin. Począwszy od 1998 Rosja i Chiny otwarcie głoszą, że głównym celem ich sojuszu jest zablokowanie amerykańskiej dominacji w świecie. Zawarte wówczas porozumienie doprowadziło do demilitaryzacji chińsko-rosyjskiej granicy, rozciągającej się na przestrzeni 2,5 tysiąca mil. Sojusz wojskowy, złożony z Rosji – największej na świecie potęgi atomowej i Chin – dysponujących najliczniejszą na świecie armią konwencjonalną, oznacza faktyczną utratę przez Stany Zjednoczone wojskowej przewagi. – J.R. Nyquist, Crisis Intensifies: NATO Blunders Exploited by China, Russia, w: WorldNetDaily.com, 10.05.1999. Może to oznaczać przygotowanie obu krajów do konfrontacji ze Stanami Zjednoczonymi, zgodnie z przewidywaną przez Golicyna jedną zaciśniętą pięścią. – Christopher Ruddy, Russia and China Prepare for War, NewsMax.com, 16.03.1999.

Znaczenie sojuszu na arenie międzynarodowej ujawniło się podczas kryzysu kosowskiego, Chiny i Rosja zgodnie potępiły ataki NATO na Serbię i poparły reżim Miloszewicza. – Stanislav Lunev, „Russia-China”, the New World Superpower, NewsMax.com, 19.09.1999. Oba kraje zareagowały niezwykle ostro. Rosja przeprowadziła mobilizację. W Chinach, po zbombardowaniu ambasady w Belgradzie, miały miejsce demonstracje uliczne.. Chiny i Rosja nie odniosły, co prawda, sukcesu dyplomatycznego, ale to samo można powiedzieć o drugiej stronie.«

W sumie ten przydługi cytat można streścić w paru punktach:

  • Stany Zjednoczone pozwoliły Chinom kupić lub wykraść swoją najnowocześniejszą technologię, dotyczącą uzbrojenia, komputerów i oprogramowania,
  • Stany Zjednoczone otworzyły swój rynek dla chińskich towarów, umożliwiając im tym samym osiąganie wielomiliardowych zysków,
  • Stany Zjednoczone pozwalają Chinom finansować kampanię wyborczą swego prezydenta,
  • Stany Zjednoczone rozbrajają się jednostronnie, pozwalając jednocześnie Chinom na unowocześnianie swojej armii,
  • Stany Zjednoczone oddają Chinom kontrolę nad jednym z najbardziej newralgicznych punktów na globie, czyli nad Kanałem Panamskim,
  • Stany Zjednoczone uznają Tajwan za jedno z najbardziej dla nich niebezpiecznych państw na świecie; tak było 20 lat temu, obecnie uznają je za państwo sojusznicze,
  • Stany Zjednoczone doprowadziły swoją polityką do sojuszu rosyjsko-chińskiego.

Trudno to zrozumieć, bo, na pozór, nie ma w tym żadnej logiki i sensu. Ale chyba jakaś logika w tym musi być. W poprzednim blogu „Upadek ZSRR” cytowałem Trockiego i Bernsteina, dla których nie cel jest najważniejszy tylko sam ruch. Ruch, który sprowadza się do wywoływania różnych protestów, powstań, rewolucji, wojen, a więc do działań destrukcyjnych. To wyjaśnia, dlaczego Rosja, prowadząc wojnę z Ukrainą, sprzedaje jej ropę. Bez rosyjskiej ropy ta wojna szybko skończyłaby się, a przecież chodzi o to, by trwała.

Sprawy jednak komplikują się. W blogu „Doktryna” cytowałem Kissingera, który w swojej książce Dyplomacja pisze, że celem Ameryki jest niedopuszczenie, by kontynent euroazjatycki zdominowało jakieś państwo, leżące na jego zachodnim czy wschodnim krańcu. To zupełnie nie pasuje do tego, co zrobiły Stany Zjednoczone, a co zostało opisane w cytowanej powyżej książce. Czy to oznacza, że Kissinger świadomie wprowadzał czytelników w błąd? Z drugiej strony dziwne by było, gdyby on, jako Żyd, pisał prawdę w książce dostępnej dla ogółu.

Czy możliwe jest, że Żydzi chcą zastąpić Amerykę Chinami w roli nowego światowego żandarma? W mojej ocenie już raz tak zrobili, gdy wykreowali Anglię na nowe światowe mocarstwo morskie kosztem Hiszpanii, która do tego momentu rządziła na morzach i oceanach. Jednym z elementów tego przemodelowania była wyreżyserowana klęska hiszpańskiej Armady w starciu z Anglikami. Czy tak może być i tym razem? Jeśli patrzy się na politykę, jaką prowadzą poszczególne państwa, często wbrew własnym interesom, to jedynym racjonalnym wytłumaczeniem jest to, że rządy wszystkich państw są zdominowane przez Żydów i realizują ich cele, których my nie znamy. A że ta polityka jest mocno wyrafinowana i wielowątkowa, to nawet sami Żydzi przyznają. Przywódca syjonistów polskich, rabin poseł Thon (to nie jakiś tam Szymszel, co „stare szmaty, majtuchy skupuje”, to rabin) w żargonowym „Hajncie”, w artykule zatytułowanym „Do historii polityki żydowskiej”, pisze:

„Jest głupio myśleć, że dopiero w naszych czasach narodziła się żydowska polityka i że nasi przodkowie o takich wysokich sztukach nie mieli pojęcia. Czy się nie wie, że już w czasach naszych mędrców, którzy kierowali żydowską polityką przeciw okropnemu Rzymowi, jedną z metod walki była demonstracja ludowa, było wygrywanie różnych sił politycznych w kraju przeciw sobie? Panującego przeciw stanom, kościoła przeciw panującemu itd. Był to niesłychanie powikłany systemat akcji politycznych, o których my dzisiaj nie możemy mieć nawet jasnego pojęcia.” – „Hajnt” z 24 października 1930, za: Henryk Rolicki Zmierzch Izraela.

Skoro wygrywano różne siły polityczne przeciw sobie, to można to równie dobrze robić z państwami, co też czynili i co nadal czynią. Nie jest łatwo odgadnąć żydowskie intencje i zrozumieć politykę, którą uprawiają, bo to „powikłany systemat akcji politycznych”, który czasem nawet dla nich samych jest zagadką. A co dopiero dla reszty?

Upadek ZSRR

W blogu „Retrospekcja” pisałem: „Właściwie to należało by zadać sobie podstawowe pytanie: dlaczego upadł Związek Radziecki? Oficjalnie, to dlatego, że nie wytrzymał wyścigu zbrojeń z Ameryką i zbyt duże wydatki na zbrojenia doprowadziły gospodarkę radziecką do ruiny”. Czy rzeczywiście tak było? W książce Fatalna fikcja; Nowe oblicze bolszewizmu – stary wzór z 2001 roku, jej autor, Dariusz Rohnka, cytując amerykańskich badaczy i publicystów, obszernie opisuje w jaki sposób doszło do upadku ZSRR. Poniżej wybrane fragmenty:

»W 1988 roku jeden z najwybitniejszych komunistycznych planistów, Georgij Arbatow, upublicznił sowiecką strategię zwyciężania bez walki: „wizerunek wroga”, jaki ulega obecnie erozji – pisał Arbatow – był (…) elementem pierwszorzędnej wagi w polityce zagranicznej i militarnej Stanów Zjednoczonych i ich sprzymierzeńców. Niszczenie tego stereotypu (…) jest bronią Gorbaczowa, (…) ani wyścigu zbrojeń, ani polityki mocarstwowej w Trzecim Świecie, ani też bloków militarnych nie da się pomyśleć bez „wroga” oraz bez „zagrożenia sowieckiego”. – Edward Jay Epstein, Podstęp. Niewidzialna wojna pomiędzy KGB a CIA.

Kluczem do zamazania wizerunku wroga stała się projekcja słabości gospodarczej Związku Sowieckiego. Stany Zjednoczone przekonane o ruinie przeciwnika nie mogły go dłużej uważać za poważne zagrożenie. W 1985 roku sam Gorbaczow roztoczył obraz upadającej gospodarki sowieckiej. Liczne dowody pochodziły z oświadczeń sowieckich urzędników państwowych, raportów ekonomicznych podsyłanych zachodnim wywiadom przez źródła kontrolowane, informacji o charakterze prywatnym przekazywanych zachodnim gościom w Moskwie przez pracowników Instytutu Badań nad Stanami Zjednoczonymi Arbatowa oraz członków ekipy Gorbaczowa. Jednym z głównych informatorów był osobisty doradca ekonomiczny Gorbaczowa, Abel Angabegian, który przekazał wstrząsające dane, według których od 1980 roku wskaźnik przyrostu gospodarczego był bliski zeru. Rychło pojawiły się komentarze, że wobec krachu sowieckiej gospodarki i samego Komunizmu Zachód powinien zmienić swoją politykę wobec Związku Sowieckiego. Jak napisano w The Wall Street Journal w 1988 roku, polityka powstrzymywania nie odpowiada już erze, w której Związek Sowiecki zmaga się z rekonstrukcją swej skostniałej gospodarki, komunizm zamiera jako ideologia, a amerykańska opinia publiczna obawia się bardziej ekonomicznej konkurencji ze strony Japonii czy ataków terrorystycznych przeciwko Stanom Zjednoczonym niż konfrontacji supermocarstw. – Edward Jay Epstein, Podstęp.

Czy obraz sowieckiej gospodarki był zgodny z rzeczywistością? Zakładając nawet, że nie wytwarza odpowiedniej, jak na standardy zachodnie, ilości dóbr konsumpcyjnych, czy nie stanowi tym samym zagrożenia pod względem militarnym i politycznym? Jeśli zastosujemy miarę produkcji przemysłowej wówczas sowiecka gospodarka wręcz zyskuje w porównaniu ze Stanami Zjednoczonymi. W 1948 roku wytwarzano w Sowietach zaledwie jedną piątą produkcji USA, za to w 1988 różnica wynosiła już tylko jedną czwartą.

W 1948 roku Związek Sowiecki produkował tylko 500 000 baryłek ropy dziennie, czyli jedną dziesiątą tego, co Stany Zjednoczone. W 1988 roku produkował już 12 milionów baryłek dziennie, czyi 50 procent więcej niż Stany Zjednoczone. W 1948 roku Związek Sowiecki wydobywał mniej niż 8 milionów metrów sześciennych gazu ziemnego, co stanowiło jedynie 2 procent tego, co produkowały Stany Zjednoczone i nie wystarczało do produkcji wyrobów petrochemicznych. Do 1988 roku Związek Sowiecki wytwarzał już prawie 800 mld metrów sześciennych gazu, co równe było prawie dwukrotnej produkcji Stanów Zjednoczonych w tej dziedzinie…

Gospodarka sowiecka prześcignęła także Stany Zjednoczone w produkcji podstawowych materiałów budowlanych. Dla przykładu w 1948 roku wyprodukował on tylko 700 000 ton aluminium – jedną dziesiątą tego, co w Stanach Zjednoczonych. W 1988 roku wyprodukowano tam ponad 3 miliony ton, co było prawie równe produkcji amerykańskiej. Produkowano też więcej cementu, miedzianego drutu oraz tytanu.

Gospodarka sowiecka skorzystała też z przyśpieszonego napływu zachodnich technologii, szczególnie po odprężeniu w 1971 roku, kiedy otrzymała z Zachodu maszyny, suche doki oraz komputery. Modernizacja ta pozwoliła Związkowi Sowieckiemu wyprzedzić Stany Zjednoczone w takich dziedzinach, jak budowa statków, montaż ciągników, starty rakiet kosmicznych i budowa fabryk. Dostarczyła też Związkowi Sowieckiemu największego zakładu produkcji ciężarówek na świecie – kompleksu przemysłowego nad rzeką Kamą.

W 1948 roku siła robocza nie zatrudniona w sowieckim rolnictwie była 20 procent mniejsza niż w Stanach Zjednoczonych. Do 1988 roku była już o 10 procent większa. Pomimo wszelkich innych niewydolności nie odnotowano strat produkcyjnych z powodu strajków, przerw w pracy czy aktów przemysłowego sabotażu. W 1988 roku w Stanach Zjednoczonych było ponad 10 milionów osobodni strat w wyniku strajków. – Edward Jay Epstein, Podstęp.

Jeżeli teraz od produkcji przemysłowej w obu krajach odejmiemy część przeznaczoną wyłącznie na dobra konsumpcyjne, a przewaga Stanów Zjednoczonych w tej dziedzinie ma rozmiary ogromne, wówczas okaże się , że Związek Sowiecki dysponuje nieporównanie większymi środkami na cele strategiczne.

Ale sowiecki krach gospodarczy to zaledwie drobny wycinek w konglomeracie niejasności, otaczających pierestrojkę, czubek wierzchołka góry lodowej. O wiele bardziej zagadkowo wypadają pytania o przyczyny „spontanicznych” wybuchów społecznego niezadowolenia w Związku Sowieckim i innych państwach bloku, których zresztą nikt nigdy nie stawia. A przecież początki procesów demokratycznych w Europie Wschodniej są równie niejasne i mgliste, jak sposób, w jaki wybudowano piramidę Cheopsa w Egipcie.

Nie wszystkich przekonała farsa fałszywej demokratyzacji w Europie Wschodniej. Publicystyczny „koniec historii” nie mógł wystarczyć. Należało wyjść naprzeciw oczekiwaniom społecznym i zakończyć dzieje komunizmu w Związku Radzieckim.

Liczne okoliczności towarzyszące moskiewskiemu puczowi z 18 sierpnia 1991 roku jednoznacznie wskazują na instrumentalny charakter tego epokowego wydarzenia. Zamachowcy nie przejęli władzy, ponieważ najwidoczniej nie takie było ich zadanie. Nie doszło do ataku na rosyjski parlament, ponieważ nie wydano takiego rozkazu. Z drugiej strony obrońcy Jelcyna i parlamentu, w tym 10 czołgów pod dowództwem Jewdokimowa, działali na wyraźny rozkaz przełożonych. Po stronie „sił demokratycznych” działali też liczni i znani obrońcy swobód demokratycznych – oficerowie GRU. Bez najmniejszego problemu Jelcyn i pozostali obrońcy rozsyłali informacje na cały ZSRS. Nawet przez jeden moment los „sił demokratycznych” nie był zagrożony. Tego nie było w scenariuszu. Jedynym efektem tamtych wydarzeń miało być rozwiązanie partii komunistycznej i rozpad Związku Sowieckiego.

Jeden z uczestników wydarzeń, generał Aleksander Lebied, powiedział w trzecią rocznicę puczu: Była to wyśmienicie zaplanowana i przeprowadzona na ogromną skalę, nie mająca precedensu prowokacja, której scenariusz napisano dla mądrych i głupców, a wszyscy świadomie lub nie zagrali swoje role. – General Liebed says „August Coup” was feked, w: Soviet Analyst, vol. 23 nr 1, październik 1994r., s. 20.

Działania zmierzające do przyszłego rozpadu Związku Sowieckiego nie ograniczyły się tylko do samej partii komunistycznej. Dzielona odgórnie KPZS miała dostarczyć kadr pod przyszłe struktury polityczne. Na terenie całego Związku powstawały fronty narodowe, ruchy separatystyczne, partie polityczne. Tendencje takie nie ominęły nawet organizacji komsomolskich. Z inspiracji służb specjalnych wybuchały konflikty o charakterze etnicznym. Jednym z typowych przejawów odgórnego montowania systemu wielopartyjnego jest przypadek Liberalno Demokratycznej Partii Rosji z Władymirem Żyrynowskim na czele, która powstała nazajutrz po zniesieniu w lutym 1990 roku Artykułu 6 sowieckiej konstytucji, zapewniającego partii komunistycznej monopol władzy.

Bez ryzyka popełnienia pomyłki można stwierdzić, że demontaż Związku Sowieckiego oraz rozwiązanie partii komunistycznej zostały przeprowadzone według tego samego szablonu, jakim posłużono się dwa lata wcześniej przy dezintegracji całego Bloku Wschodniego. Sierpniowy pucz moskiewski był tym samym, co „aksamitna rewolucja” w Czechosłowacji, „okrągły stół” w Polsce czy krwawa rozprawa z Ceausescu w Rumunii. Tak jak i w tamtych wydarzeniach nie starano się szczególnie uwiarygodnić dramatycznych wydarzeń. Nie było w tych działaniach nawet cienia niefrasobliwości. Zachód, zdeterminowany złudną nadzieją zwycięskiego dla siebie zakończenia „zimnej wojny”, był gotów przełknąć każde oszustwo i każdy mit. Gdyby było inaczej, gdyby sytuacja wymagała użycia bardziej drastycznych środków nie zawahano by się po nie sięgnąć. System, który gotów jest pogrzebać pod ruinami domów setki własnych obywateli tylko po to, żeby umotywować rozpoczęcie wojny, pod pretekstem walki z terroryzmem, taki system jest w stanie zaprezentować znacznie bardziej dramatyczne widowisko. Szczęśliwie dla mieszkańców Moskwy, a może i całego Związku Sowieckiego, takie działania nie były potrzebne w 1991 roku.«

Z tego, co napisał autor wynika, że upadek Związku Radzieckiego był fikcją, że to była prowokacja, mająca na celu wywołanie fałszywego przekonania, że od tego momentu będzie już inaczej. W dalszej części książki uważa on, że struktura władzy w Rosji jest mafijno-kagebowska i że jest to ekspozytura partii komunistycznej. Jej celem jest destrukcja zachodnich struktur społecznych i politycznych oraz dążenie do wywołania krachu i trwałego kryzysu gospodarczego na świecie, a celem ostatecznym – zwycięstwo komunizmu. A więc cel od początku, od wybuchu rewolucji październikowej, jest zawsze ten sam. Pisze też, że w walkę o hegemonię włączył się trzeci gracz, czyli Chiny.

Przyznam, że nie przemawia do mnie ta argumentacja i jej nie rozumiem. Jedyne, co wydaje się bezsporne, przynajmniej w oparciu o przytoczone dane, to fikcyjny rozpad Związku Radzieckiego. No bo jeśli, jak pisze autor, stan radzieckiej gospodarki nie był taki zły, jak to przedstawiano, to jaki był prawdziwy cel? Jeśli zamiary bolszewików czy komunistów nie zmieniły się, to rozpad tego państwa oddalał cel ostateczny, czyli zwycięstwo komunizmu na całym świecie. A nowy układ sił, jaki pojawił się po krótkiej dominacji jednego państwa, czyli istnienie trzech mocarstw: Stanów Zjednoczonych, Chin i Rosji, czyni realizację podstawowego celu raczej trudniejszym procesem niż łatwiejszym, jeśli cele tych mocarstw są rozbieżne. Jeśli jednak cel tych trzech państw jest ten sam, to po co mają ze sobą rywalizować i o co?

Wszystko to wydaje się takie zagmatwane. Rosjanie powiedzieliby, że bez pół litra nie da się tego zrozumieć. A może się da? Zbigniew Krasnowski (Tadeusz Gluziński) w książce Socjalizm, komunizm, anarchizm (1936) pisze:

»„Komunizm” i „Socjalizm” – są to pojęcia co do swojej treści tożsame, jakkolwiek szeroki ogół dopatruje się zasadniczej w nich różnicy. Takie różniczkowanie ruchu przez szeroki ogół ludności narodów rdzennych jest zjawiskiem dla czynników żydowskich wielce dogodnym. W ten sposób bowiem udaje się im skierować w łożysko akcji wywrotowej, także spośród społeczeństw rdzennych, kategorie ludzi, które w zasadzie są jej przeciwne i nie dałyby się do niej wciągnąć, gdyby zdawały sobie jasno sprawę z tożsamości idei, ukrytej pod różnymi nazwami – „komunizmu”, „bolszewizmu”, „socjalizmu”, „marksizmu” itd.

Są ludzie, którym np. zdaje się, że „socjalizm” jest ruchem niemającym na celu wywrotu społecznego w świecie w ogóle, a w ich kraju w szczególności, a to w przeciwieństwie do „komunizmu” i „bolszewizmu”, i oto – na podstawie tego złudzenia z tych lub innych powodów wstępują do organizacji o nazwie z dodatkiem – „socjalistyczna”, czego by nie uczynili, gdyby ona miała nazwę z dodatkiem „komunistyczna” lub „bolszewicka”.

Układ stosunków na terenie Rosji, który wprowadzono w tym kraju po wywrocie październikowym 1917 roku, oceniono w świecie na ogół jako szkodliwy dla najszerszych warstw tego kraju.

Ale jaką nazwę przyswojono ustrojowi, który zaprowadzono w Rosji? Temu ustrojowi przyswojono nazwę „bolszewicki”, „sowiecki” albo – „komunistyczny”.

Walka między odłamami – „socjalistycznym” i „komunistycznym” – w wielu krajach – istniejąca, jest sprawą „rodzinną” i nie dowodzi bynajmniej odrębności idei, na której odłamy te się opierają. Wszak istnieje również walka w łonie każdego z tych odłamów – z osobna, jak oto na przykład w łonie rosyjskiej partii „komunistycznej” między grupą Leona Bronsteina – „Trockiego” z jednej strony, a grupą Józefa Dżugaszwili – „Stalina”, z drugiej strony. W walce tej obie grupy są jednakowo „bolszewickie” inaczej „komunistyczne”, inaczej „socjalistyczne”. Obie usiłują zniszczyć obecny ustrój społeczny, by zmienić go na komunistyczny.

Nieustająca rewolucja

Zresztą nie chodzi o ostateczne zrealizowanie teorii socjalistycznej, komunistycznej czy innej, chodzi o sam proces tarć i nieporozumień w łonie narodów rdzennych; chodzi o „nieustająca rewolucję”, według wyrażenia Trockiego.

Organ syjonistyczny z powodu 80-letniej rocznicy urodzin przywódcy obozu socjalistycznego na terenie Niemiec, Edwarda Bernsteina, żyda, w styczniu 1930 roku pisał:

Edward Bernstein uronił raz w trakcie gorącej dyskusji słowo, które wywołało największy oddźwięk. Edward Bernstein wyraził się, że dla niego nie cel stanowi istotę rzeczy, ale sam ruch. Ruch jest ważniejszy niż cel ostateczny… – „Hajnt” nr 8, 9 I 1930 r. – „Na jubileusz 80-lecia, Edwarda Bernsteina”.

To nieoględnie uronione zdanie jasno uwydatnia wyłuszczone wyżej zasady polityki żydowskiej.

Na to samo wskazuje również charakterystyka Trockiego na podstawie jego pamiętników, skreślona przez publicystę żydowskiego, A. Riklisa.

W całej książce – pisał ten publicysta w styczniu 1930 roku – nie mówi się o tym, czy rewolucja rosyjska jest w mniemaniu Trockiego rzeczywistym zwycięstwem, czy też porażką. Trocki nie stara się nawet udowodnić, że system komunistyczny uczynił Rosję bądź szczęśliwszą, bądź piękniejszą. Jego nie interesuje pacjent, lecz tylko operacja… – „Hajnt”, nr 27, 31 I 1930 r. – „Trocki i stała rewolucja”, A. Riklis.

Żydów nie interesują pacjenci – narody rdzenne, żydów nie interesują wyniki projektowanej przebudowy świata; żydów interesuje sam proces operacji, sam proces walki w łonie narodów rdzennych i połączonego z nią osłabienia, sam ruch.«

Wydaje się, że to jest właściwa odpowiedź na pytanie: dlaczego nastąpił rozpad Związku Radzieckiego? To stworzyło nowe możliwości ruchu, nieustającej rewolucji. Tak, jak wspomniałem wcześniej, nie byłoby wojny na Ukrainie bez rozpadu ZSRR. Nawet wyreżyserowanie Majdanu nie byłoby możliwe. Skoro jednak nastąpił upadek takiego mocarstwa, pomimo że nie było ku temu żadnych podstaw, zwłaszcza ekonomicznych, to ktoś musiał podjąć taką decyzję i uruchomić cały proces, prowadzący do zmiany rzeczywistości. A kto to mógł zrobić? Tylko ten, kto wcześniej ten Związek Radziecki stworzył i uczynił go potęgą. I ten ktoś każe dziś Rosji walczyć ze Stanami Zjednoczonymi na Ukrainie tak, jak kiedyś kazał Stanom Zjednoczonym i Związkowi Radzieckiemu walczyć ze sobą w Wietnamie czy w Afganistanie. Amerykanie wycofali się z Afganistanu w sierpniu czy wrześniu 2021 roku, bo musieli podjąć nowe wyzwanie na Ukrainie. Ten ktoś musi być bardzo potężny, skoro takie potęgi jak Stany Zjednoczone, Chiny i Rosja bezwzględnie podporządkowują się jego rozkazom.

Doktryna

Amerykański politolog John Mearsheimer opisuje powojenną rzeczywistość w sposób przejrzysty i klarowny. Po II wojnie światowej świat był dwubiegunowy. Były dwa mocarstwa: Stany Zjednoczone i Związek Radziecki. Od 1991 roku do mniej więcej 2017 roku było tylko jedno supermocarstwo – Stany Zjednoczone. Obecnie mamy do czynienia z trzema mocarstwami: Stany Zjednoczone, Chiny i Rosja. Według Mearsheimera taka sytuacja jest bardziej niebezpieczna, niż gdy były tylko dwa supermocarstwa, bo szansa powstania jakiegoś konfliktu jest większa. I tak się dzieje. Mamy wojnę na Ukrainie i napięcia na linii Chiny – Tajwan. Mearsheimer uważa, że wojna na Ukrainie, która jest faktycznie wojną zastępczą, czyli wojną Rosji z NATO, jest błędem Zachodu. Natomiast wspieranie Tajwanu przez Stany Zjednoczone takim błędem nie jest. Ma to według niego zapobiec nadmiernemu wzrostowi siły Chin tak, by pomiędzy tymi trzema mocarstwami została zachowana względna równowaga sił. Pobrzmiewają tu echa pewnej koncepcji czy może nawet doktryny, sformułowanej przez Henry’ego Kissingera w jego książce Dyplomacja z 1994 roku. Wspomina o tym również Kazimierz Dziewanowski w książce Polityka w sercu Europy.

„Zdaniem Kissingera w wieku dwudziestym pierwszym Stany Zjednoczone będą musiały lepiej dostosować się do światowych realiów, mniej ulegać skłonności do idealizmu w polityce, a bardziej kierować się pragmatyzmem i zasadą balance of power. Będą musiały ponownie zdefiniować swój żywotny interes narodowy i stworzyć nową równowagę między wartościami a koniecznościami.

Sam Kissinger tak definiuje interes narodowy USA w wieku XXI:

Geopolitycznie Ameryka jest wyspą u brzegów wielkiego masywu lądowego Eurazji, którego zasoby i zaludnienie wielce przewyższają potencjał Stanów Zjednoczonych. Dominacja jakiegoś państwa nad jednym z dwóch regionów tego masywu i zaludnienie wielce przewyższają potencjał Stanów Zjednoczonych. Dominacja jakiegoś państwa nad jednym z dwóch regionów tego masywu – Europą lub Azją – byłaby tym, co można określić jako zagrożenie strategiczne dla Ameryki, bez względu na to, czy zimna wojna trwa jeszcze, czy nie. Tego bowiem rodzaju ugrupowanie miałoby możność wyprzedzenia Ameryki gospodarczo, a więc w następstwie i militarnie. Należałoby zatem przeciwstawić się temu zagrożeniu, nawet jeśli owa potęga sprawiałaby wrażenie przyjaznej, a to dlatego, że gdyby jej intencje zmieniły się, wtedy Ameryka miałaby zmniejszone już możliwości efektywnego oporu i wpływania na bieg wydarzeń.

I tak znawca i uczeń Metternicha doszedł w końcu do wniosku, że wyznawana przez głównych polityków wieku dziewiętnastego zasada równowagi sił bynajmniej nie straciła aktualności.

Napisał to zresztą expressis verbis: Stany Zjednoczone wkraczają w świat coraz podobniejszy do dziewiętnastowiecznej Europy, tym razem na skale całego globu. Należy mieć nadzieję, że powstanie coś zbliżonego do systemu Metternicha, w którym równowaga sił będzie umocniona wspólnym rozumieniem wartości. W czasach współczesnych owe wartości muszą być demokratyczne.”

A więc mamy tu wyłożoną kawę na ławę. To nie Rosja zagraża Europie swoim imperializmem, tylko Stany Zjednoczone nie chcą, by któreś z państw na jednym końcu Eurazji, czyli w Europie, zagroziło ich interesom w tym regionie. Nie chcą też nadmiernej dominacji Chin po drugiej stronie tego kontynentu. Jednym słowem Stany Zjednoczone zarządziły, że teraz ma być równowaga sił i te siły mają być demokratyczne. A kto nie zechce być demokratyczny, to narazi się Ameryce i będzie miał kłopoty. Oczywiście Ameryka może ingerować na kontynencie euroazjatyckim, ale żadne z państw tego kontynentu nie ma prawa ingerować w sprawy obu Ameryk, co Stany Zjednoczone jednoznacznie dały do zrozumienia reszcie świata poprzez swoją doktrynę Monroego. Wprawdzie jest w niej mowa o tym, że Stany Zjednoczone nie będą ingerować w wewnętrzne sprawy państw europejskich, ale tego zapisu Amerykanie nie przestrzegają. Cóż, silniejszy może więcej.

Tak więc Stany Zjednoczone nie chcą dopuścić do dominacji jakiegoś państwa nad jednym z dwóch regionów Eurazji. I stąd mamy wojnę na Ukrainie. Ta wojna nie tylko wyniszczy Europę, ale też spowoduje, że ani Niemcy, jako siła dominująca w unii europejskiej, ani Rosja – nie zagrożą im. Ta wojna bezpośrednio szkodzi Rosji, a Niemcy zostaną osłabione poprzez rozpad unii bądź jej częściową dezintegrację w wyniku wyjścia z unii Polski i państw bałtyckich, co jest niezbędne, by powstało państwo zbliżone terytorialnie do I RP. To nowe państwo będzie wasalem USA i jednocześnie gwarantem, że jakieś inne państwo nie zdominuje Europy. Teraz jest już chyba jasne, skąd się wziął pomysł Centralnego Portu Komunikacyjnego i jasne też powinno być, dlaczego Polska ma bezpośrednio zaangażować się w wojnę na Ukrainie i skąd się wzięły masowe (200 tys.) powołania na ćwiczenia rezerwy na rok 2023.

Czy tak będzie? Czy powstanie nowe państwo? Wszystko wskazuje, że tak. Pośrednim dowodem na to, że tak może się stać, jest wszechogarniająca korupcja. Wszyscy kradną na potęgę, zadłużanie państwa przyjmuje monstrualne rozmiary. To tak, jakby niektórzy wiedzieli, że coś się kończy. Powstanie nowe państwo i przeszłość zostanie oddzielona grubą kreską. – Reset.

Rząd, który utworzę, nie ponosi odpowiedzialności za hipotekę, którą dziedziczy. Ma ona jednak wpływ na okoliczności, w których przychodzi nam działać. Przeszłość odkreślamy grubą linią. Odpowiadać będziemy jedynie za to, co uczyniliśmy, by wydobyć Polskę z obecnego stanu załamania. – Tadeusz Mazowiecki, exposé w Sejmie, 24 sierpnia 1989. – Wikipedia.

Zapomniał tylko dodać, kto doprowadził do tego stanu załamania. Bo jeśli komunizm, jak oni twierdzą, to dlaczego ten sam komunizm nie doprowadził do stanu załamania w Chinach?

Antony C. Sutton w książce Skull and bones; Tajemna elita Ameryki pisze:

»W 1968 roku ukazała się moja książka Western Technology and Soviet Economic Development, wydana nakładem Instytutu Hoovera z Uniwersytetu Stanforda. Była to obszerna, trzytomowa publikacja, w której szczegółowo opisałem, w jaki sposób Zachód stworzył Związek Radziecki. Z pracy tej wynikało jedno pytanie, na które pozornie nie było odpowiedzi: dlaczego to zrobiliśmy? Dlaczego stworzyliśmy Związek Radziecki, choć jednocześnie przekazywaliśmy technologie hitlerowskim Niemcom? Dlaczego Waszyngton pragnął utrzymać te fakty w tajemnicy? Dlaczego wzmocniliśmy potęgę militarną sowietów, jednocześnie wzmacniając swoją własną?

Podczas II wojny światowej Stany Zjednoczone pomogły chińskim komunistom w zdobyciu władzy. Autorytet w sprawach związanych z Chinami Chin-tung Liang napisał w swojej książce na temat generała Josepha W. Stilwella, w latach 1942-1944 będącego głównym przedstawicielem Stanów Zjednoczonych w Chinach, że: „Z punktu widzenia walki z komunizmem (Stilwell) bardzo źle przysłużył się Chinom”.

Stilwell był jednak jedynie wykonawcą rozkazów wydawanych w Waszyngtonie przez generała George’a C. Marshalla. Admirał Cooke oświadczył Kongresowi: „w 1946 roku generał Marshall użył taktyki przerwy w dostawie amunicji, by w niezauważalny sposób rozbroić chińskie oddziały”.

W przypadku generała Marshalla należy jednak pamiętać, że w Stanach Zjednoczonych to władze cywilne mają ostatnie słowo w sprawach związanych z wojskowością, co prowadzi nas do ówczesnego sekretarza wojny, Henry’ego L. Stimsona – zwierzchnika Marshalla i członka Zakonu (od 1888 roku). Zadziwiającym zbiegiem okoliczności Stimson sprawował funkcję sekretarza wojny także w roku 1911, czyli w czasie rewolucji Sun Jat-sena.

Wojna jest zawsze świadomym aktem twórczym konkretnych jednostek. Rewolucje ukazuje się zawsze jako spontaniczne wydarzenie skierowane przeciwko autokratycznie rządzonemu państwu, wywołane przez ludzi upośledzonych politycznie lub ekonomicznie. W żadnym z zachodnich podręczników nie znajdzie się informacji o tym, że rewolucje potrzebują pieniędzy, a źródłem tych pieniędzy w wielu wypadkach była Wall Street.

W istocie istnieje inna, w znacznej mierze nieudokumentowana wersja dziejów, opowiadająca zupełnie inną historię niż nasze ugrzecznione i okrojone podręczniki. Opowiada ona o świadomym doprowadzaniu do wojny, o celowym finansowaniu rewolucji zmierzającej do zmiany rządu i o wykorzystywaniu konfliktu do zaprowadzenia Nowego Porządku Świata.«

Wojna, jak twierdził grecki filozof Heraklit, jest matką wszystkich rzeczy. Trudno się z nim nie zgodzić. W jednym z blogów pisałem, że kryzysy gospodarcze można wywoływać na różne sposoby, w zależności od potrzeb, ale tylko wojna jest w stanie załatwić dwie rzeczy: masowe przesiedlenia i zmianę granic. I z tym właśnie mamy obecnie do czynienia. Masowe przesiedlenia już mamy i zmianę granic też. Na razie tylko na Ukrainie. Tylko wojna usprawiedliwia tego typu decyzje. Ale nie tylko to można osiągnąć poprzez wywołanie wojny. Jak wiemy po I wojnie światowej powstały nowe państwa. I tak może być po zakończeniu tej wojny. To nowe państwo będzie nawiązywało do tradycji Rzeczypospolitej Obojga Narodów, czyli będzie państwem multi-kulti, czyli zgodnie z obowiązującym trendem – wielokulturowość über alles. Pewnie też będzie spełniało rolę amerykańskiego lotniskowca w Europie.

Europa Środkowo-Wschodnia to specyficzny rejon położony pomiędzy silniejszymi państwami: Niemcami a Rosją. Rejon niestabilny, ze słabymi państwami, które są zbyt słabe, by przeciwstawić się któremuś z potężniejszych sąsiadów. Stąd łatwo w przeszłości padały łupem jednego lub drugiego, a czasem dzieliły one między siebie ten obszar. Brak stabilności i niezmienności, wywoływany ciągłymi wojnami, zmianami granic i przesiedleniami ludności, powodował, że nie mogły one rozwinąć się gospodarczo i nie mogły w nich ukształtować się dojrzałe społeczeństwa o określonym systemie wartości. Powstawały więc nijakie państwa i nijakie społeczeństwa. Szczególnie dotyczy to Polski i Ukrainy. I dlatego tak łatwo przeprowadzać tu eksperymenty: powstania, rewolucje, wojny, przesiedlenia, zmiany granic. I RP była eksperymentem, w trakcie którego testowano działanie ustroju zwanego demokracją szlachecką. To, z czym obecnie mamy do czynienia, nie jest już dziełem silniejszych sąsiadów, tylko światowego żandarma, który postanowił przemalować mapę Europy Środkowo-Wschodniej.

Retrospekcja

W poprzednim blogu cytowałem fragmenty książki Kazimierza Dziewanowskiego Brzemię białego człowieka; Jak zbudowano Imperium Brytyjskie. I tak przypomniało mi się, że mam jeszcze jedną książkę jego autorstwa – Polityka w sercu Europy. Książka ta została wydana w 1995 roku. Autor we wstępie m.in. pisze: Chcę przedstawić pewien pogląd na sens i wagę wydarzeń ostatnich lat dla sprawy polskiej. Chodzi o miejsce naszego kraju w świecie, o kształtujące się na nowo polskie położenie w Europie, o naszą sytuację geopolityczną przy końcu XX wieku i tuż przed nadejściem trzeciego tysiąclecia.

To miejsce w świecie i położenie w Europie, to oczywiście nasze miejsce w unii europejskiej i NATO. Wtedy wszystko było przed nami i dla większości, choć nie dla wszystkich, wydawało się, że jest to jedyne racjonalne rozwiązanie. Warto więc, jak sądzę, wrócić do tamtych nastrojów, emocji, argumentów i porównać je z obecnymi, które coraz częściej sprowadzają się do propozycji wyjścia z unii i budowy nowego układu bezpieczeństwa poza NATO. Ten nowy układ bezpieczeństwa miałby polegać, jak chce doradca prezydenta Ukrainy Arestowicz, na sojuszu z Ukrainą, Białorusią i państwami bałtyckimi. No cóż, sojusz z upadłym państwem gwarantem bezpieczeństwa. Czy może być coś bardziej absurdalnego? Nie musi, jeśli motorem tego wszystkiego są Stany Zjednoczone. Najwyraźniej w tym wszystkim chodzi chyba o zupełnie coś innego niż bezpieczeństwo. Podobnie jak 30 lat wcześniej, jak się dziś przekonujemy, w całej tej hucpie związanej z wchodzeniem państw Europy wschodniej do NATO i unii, wcale nie chodziło o bezpieczeństwo, tylko o coś zupełnie przeciwnego, czyli o wojnę na Ukrainie. Wykreowano oczywiście odpowiednią dramaturgię, że niby to Zachód nie chce w NATO i unii nowych członków. W końcu po długotrwałych negocjacjach zgodził się. Ci wybitni reżyserzy dlatego są wybitni, bo potrafią zadbać o najdrobniejsze detale tak, by ten cyrk sprawiał wrażenie autentyczności.

Wybrałem z tej książki parę fragmentów, które pokazują, jak bardzo obecna narracja jest daleka od tamtej sprzed ponad 25 lat. Śródtytuły są mojego autorstwa. Dziewanowski pisze:

»Nie ma lepszej metody zapobieżenia przyszłym groźbom dla pokoju w Europie, a co za tym idzie – na świecie, niż rozszerzenie granic Unii Europejskiej tak, by objęła w pierwszej kolejności państwa Grupy Wyszehradzkiej i by zostało to dokonane pod patronatem NATO.

Co jest polskim głównym celem narodowym? Jest nim zmiana sensu polskiego położenia geograficznego, likwidacja zagrożeń, które się z nim dotąd wiązały, stworzenie sytuacji, w której ani ponowny rozbiór Polski, ani powtórka roku 1939 nie będą już możliwe.

Aby to osiągnąć, Polska musi stać się pełnoprawnym członkiem Unii Europejskiej i jej instytucji. Powinna też stać się pełnym członkiem NATO. Jeżeli tego nie osiągniemy i pozostaniem w szarej strefie, strefie nieustabilizowanej, pozbawionej poczucia bezpieczeństwa, wystawionej na nieskrępowane i niczym nie ograniczone działanie sił potężniejszych niż nasze własne – historia nieuchronnie znów się powtórzy.

Mamy największą od 200-300 lat szansę zapewnienia Polsce trwałego bezpieczeństwa. Wymaga to cierpliwości i konsekwentnego działania, nie wolno nam obrażać się ani ulegać nastrojom ksenofobicznym. Przede wszystkim nie należy opuszczać rąk. Jeszcze dwa albo trzy lata temu o wstąpieniu do NATO nie można było niemal marzyć.

Rosja

W latach 1987-1991 była gorbomania. Później przyszło uwielbienie Jelcyna, które nie uzyskało jednak własnej nazwy. I nadal jeszcze wielu ludzi zakłada a priori, że politycy rosyjscy są przepełnieni dobrymi chęciami. Żadni politycy z żadnego innego kraju, a zwłaszcza z krajów demokratycznych, nie mają automatycznie tak wielkiego kredytu zaufania.

Tak więc nadal nie brak ludzi, którzy z uporem i zaciekłością występują przeciw rozszerzeniu NATO, którzy biorą rosyjskie obietnice za rzeczywistość i w każdej sytuacji przyznają rację Rosji. Kampania, jaką toczy w tej sprawie tak szacowny, mający wielkie tradycje i autorytet dziennik jak „New York Times”,wskazuje, że nadal dla wielu opinia najwybitniejszych polityków USA czy Niemiec, nie mówiąc już o politykach krajów Europy Środkowej i Wschodniej, liczy się mniej niż pogróżki Żyrinowskiego czy Graczowa.

Tak bywało dawniej i tak bywa teraz. Ale historia historia ostatnich pięćdziesięciu lat dowodzi, że choć Rosja ma na zachodzie – i zawsze miała – wielu oddanych, nawet fanatycznych kibiców, to jej polityka tworzy więcej przeciwników niż przyjaciół.

Choć czasem trudno się oprzeć zwątpieniu, to jednak faktem pozostaje, że na świecie jest więcej trzeźwych ludzi, niż to się z pozoru wydaje.

Powiedzmy szczerze: ekipa Billa Clintona była z początku skłonna zaakceptować Rosję z dorobkiem inwentarza i przyjąć za dobrą monetę wszystko, co Moskwa mówiła. Można by to nazwać postawieniem wszystkiego na jedną kartę lub raczej, jak mówią Anglosasi, wkładaniem wszystkich jajek do jednego koszyka. Tak to wyglądało od początku kadencji aż do konferencji na szczycie, która miała miejsce w Vancouverze. Jednak wrażenie, jakie wywarł na świecie jej przebieg i składane przez amerykańską delegację deklaracje wywołały tak duże zaniepokojenie w byłych republikach radzieckich,a zwłaszcza na Ukrainie, w krajach Europy Środkowej i Wschodniej i wreszcie w Niemczech, że konieczna okazała się poprawka. Pospieszono zapewnić zaniepokojonych, że taka interpretacja stanowiska amerykańskiego nie jest słuszna. Szczególnie starano się uspokoić Ukrainę. Odtąd datuje się powolna, ale stała ewolucja stosunku USA do Ukrainy.

Ukraina

Po czterech latach, w czasie których w światowej polityce (i wśród polityków) utarł się pogląd, że Ukraina jest przykładem nieudanych reform demokratycznych i gospodarczych, nastąpiła zmiana. Dziś coraz częstsze są głosy wskazujące, że Ukrainie udało się przeprowadzić kilka trudnych operacji politycznych, w rezultacie których jej pozycja uległa wzmocnieniu.

Amerykanie niejednokrotnie już oświadczali, że Ukraina staje się ich „strategicznym partnerem”. W tym sensie wypowiadał się prezydent Bill Clinton na spotkaniu w Pradze, mówił sekretarz obrony Richard Perry, wspomniał też o tym Strobe Talbott. Pozycja Ukrainy uległa poprawie i wzmocnieniu w Europie Zachodniej, a szczególnie w Niemczech. Jak do tego doszło?

Po pierwsze: Ukraina mądrze rozegrała sprawę rakiet i układu o nierozpowszechnianiu broni masowego rażenia.

Gdyby uparła się i postanowiła zachować broń – a niemało było tych, którzy jej to doradzali – straciłaby poparcie państw zachodnich, a na dłuższą metę nie uzyskałaby żadnych korzyści wojskowych, choćby ze względu na koszta i trudności z utrzymaniem broni w stanie operacyjnym. Rosja miałaby okazję rozpętać wielką kampanię antyukraińską, zyskałaby poparcie dla swych żądań przywrócenia kontroli nad republikami byłego ZSRR, umocniłaby też swą pozycję jedynego wiarygodnego rozmówcy Ameryki i Unii Europejskiej.

Gdyby natomiast Ukraina oddała broń bez oporu i przetargów – oczywiście również nie uzyskałaby niczego. Tak to jest w życiu i polityce, że upór nie zawsze popłaca, ale zbytnia ustępliwość tym bardziej nie przynosi korzyści. Wykazując elastyczność, lecz broniąc twardo swych interesów, Ukraina osiągnęła maksimum i stała się ważnym partnerem Zachodu.

Najzręczniej, jak było można, Ukraina rozegrała też trudną sprawę Krymu, zmuszając tym Rosję do niechętnej, ale koniecznej powściągliwości. Ostrożny i inteligentny sposób postępowania dał Ukrainie inicjatywę, a nawet przewagę. Umocniło to jej pozycję z Zachodem.

Tak doszło do zmiany postawy USA. Rosja przestała być dla administracji Clintona jedynym partnerem. Ukraina stała się partnerem drugim, a chwilami równorzędnym. Prezydent Clinton i czołowi przedstawiciele administracji mówią dziś, że niepodległość Ukrainy leży w strategicznym interesie Ameryki.

To wszystko nie byłoby jednak wystarczające, gdyby polityka prezydenta Leonida Kuczmy nie zaczęła przynosić pozytywnych zmian w gospodarce. Ale i tu rysują się budzące nadzieję perspektywy.

Dla Polski tworzy to doskonałą, wymarzoną przez pokolenia sytuację. Na zachodniej granicy demokratyczne Niemcy, których przywództwo mówi dziś o Polsce jak o faktycznym sojuszniku. Na dużej części granicy wschodniej – przyjazna Ukraina, która umacnia dobre stosunki z demokratyczną Europą i Stanami Zjednoczonymi.

Polska musi dostosować do tego swą politykę. Powinniśmy wychodzić Ukrainie jak najdalej naprzeciw, być aktywni, udowadniać nasze przyjazne nastawienie. Powinniśmy to zawsze robić delikatnie i z wyczuciem, by nie wzbudzać podejrzeń, że zmierzamy do jakichś dalszych, ukrytych celów. Nie mamy, nie możemy i nie powinniśmy mieć innych celów niż sąsiedztwo niezależnej i prozachodniej Ukrainy. Będzie to dla nas niezwykle ważna gwarancja bezpieczeństwa i wielkie umocnienie naszej własnej pozycji.

Myślę, że taka konfiguracja polityczna otwiera też dalszą, korzystną perspektywę ułożenia w przyszłości równorzędnych i przyjaznych stosunków z Rosją. Sądzę, że istnienie niezawisłej i pomyślnie się rozwijającej Ukrainy jest warunkiem ułożenia w przyszłości dobrosąsiedzkich stosunków w całym regionie. Nie będzie on wtedy przypominał wagi obciążonej na jednej szali żelaznym, wielotonowym blokiem, a na drugiej – koszem wypełnionym różnymi drobiazgami.

Sposób, w jaki Rosja ułoży swe stosunki z Ukrainą zdecyduje o charakterze przyszłego państwa rosyjskiego.

Nieswojo to powiedzieć, ale powstający układ zaczyna przypominać marzenie Józefa Piłsudskiego, by Polska znalazła w Europie miejsce, w którym mogłaby się poczuć bezpieczna. Marzenie, którego nie mógł zrealizować. Dlatego słusznie publicysta „Rzeczpospolitej” Jan Skórzyński przypomniał okrzyk Piłsudskiego: Niech żyje wolna Ukraina! – Jan Skórzyński, Kijów-Warszawa, co może zrobić Polska, „Rzeczpospolita”, 24 sierpnia 1995. Wystąpienie Piłsudskiego miało miejsce w Winnicy, 17 maja 1920 roku.«

Wnioski

Dziś, z perspektywy czasu, widać, że to była pusta retoryka, która miała na celu przekonać elektorat do właściwego głosowania w trakcie referendum akcesyjnego. Coś, co miało nam dać trwały pokój, okazało się iluzją. Obecnie nikt już nie pamięta, wielu nie może pamiętać z racji wieku, jak to wtedy było, jaka była atmosfera. Gdy więc słyszymy polityków, którzy zapewniają nas, że teraz to będzie lepiej, to warto pamiętać o tym, co było wcześniej i co z tego zostało. A nie zostało nic. W sensie gospodarczym trochę się poprawiło, ale dystans do Europy nie zmniejszył się. W sensie bezpieczeństwa pogorszyło się i to bardzo. I wcale nie dlatego, że Rosja nam zagraża, bo nie zagraża. Jeśli ludzie boją się czegoś, to Ukraińców, wśród których jest wielu wojujących nacjonalistów i co gorsza, wielu z nich ma broń. Ale największe niebezpieczeństwo grozi nam ze strony Ameryki, bo to ona decyduje o wszystkim, co dzieje się w tym rejonie. Oczywiście nie należy zapominać o tym, kto rządzi Ameryką.

Właściwie to należało by zadać sobie podstawowe pytanie: dlaczego upadł Związek Radziecki? Oficjalnie, to dlatego, że nie wytrzymał wyścigu zbrojeń z Ameryką i zbyt duże wydatki na zbrojenia doprowadziły gospodarkę radziecką do ruiny. Tylko po co Związek Radziecki ścigał się z Ameryką? Przecież miał broń atomową i przyparty do muru mógł jej użyć, ale nie użył. No właśnie! Obecnie straszą nas tym, że jeśli Rosja przegra wojnę konwencjonalną na Ukrainie, to w desperacji swojej zdecyduje się na użycie ultima ratio regum (napis umieszczany na działach francuskich za panowania Ludwika XIV), czyli ostatniego argumentu królów, czyli w przypadku Rosji broni atomowej. Tak to tłumaczy znany amerykański politolog John Mearsheimer, który twierdzi, że podrażniona rosyjska duma nie pozwoli Rosjanom na pogodzenie się z porażką. Rosja nie użyje tej broni, bo wie, że walczy z NATO, a nie z jakąś parodią państwa, które nazywa się Ukrainą. A poza tym, to w tej wojnie chodzi o odtworzenie I RP.

Dlaczego więc upadł Związek Radziecki? Dlatego, że pewna opcja wyczerpała się i trzeba było poszukać nowej, by wykreować nowy konflikt. Bez rozpadu Związku Radzieckiego nie mogło by dojść do wojny na Ukrainie, a ponadto nie było by argumentu, że Rosja chce odbudować imperium, czyli powrócić do terytorium z czasów ZSRR.

Już w latach 90-tych Amerykanie uznali, że ich strategicznym partnerem w Europie wschodniej będzie Ukraina, a to oznacza, że Polska zostanie zmarginalizowana i jej interes zostanie podporządkowany interesom Ameryki. W praktyce to już się dzieje. W Polsce dokonuje się wymiana społeczeństwa. Polskie społeczeństwo jest wymieniane na ukraińskie. Dzieje się to na dwa sposoby. Pierwszy to przesiedlenia ludności ukraińskiej na teren całej Polski. Drugi to fizyczne wyniszczanie Polaków, szczególnie starszych, poprzez ograniczanie im dostępu do służby zdrowia. Kulminacja nastąpiła w czasie tzw. pandemii. W żadnym innym kraju w Europie nie było tylu zgonów. Było to przygotowanie do przyjęcia pierwszej fali przesiedleńców. ZUS-owskie oszczędności z tytułu nadmiernych zgonów Polaków można było przeznaczyć dla obywateli Ukrainy.

„Nieswojo to powiedzieć, ale powstający układ zaczyna przypominać marzenie Józefa Piłsudskiego, by Polska znalazła w Europie miejsce, w którym mogłaby się poczuć bezpieczna.” Dlaczego było nieswojo to powiedzieć? Bo wcześniej Dziewanowski napisał:

„Piłsudski pragnął zapobiec niszczeniu Polski przez swary partyjne i prywatę (nazwał nawet Polaków narodem idiotów), ale sam nie zdołał ani skutecznie zreformować ustroju, ani go uzdrowić. Sanacja władzy i kraju z choroby prywaty nie powiodła się, bo to wszak nigdy nie jest w pełni możliwe.”

W blogu „Kryzys przysięgowy” pisałem o tym, że w Wielkiej Encyklopedii Powszechnej PWN (1962-1970) jest informacja o tym, że to sam Piłsudski kreował te swary partyjne i prywatę. Cóż, najwyraźniej to bydle uważało, że to Ukraińcy są mądrzy i nieskazitelni, ale oni, stanowiący najliczniejszą mniejszość narodową w Polsce międzywojennej, nie byli niczemu winni, podobnie jak inne mniejszości, tylko Polacy. To bydle szczerze nienawidziło Polski i Polaków i cały czas dążyło do jej zniszczenia.

24 sierpnia 1995 roku ukazał się w „Rzeczpospolitej” artykuł Jana Skórzewskiego Kijów-Warszawa, co może zrobić Polska. Czy Polak tak zatytułowałby ten artykuł? Raczej napisałby Warszawa-Kijów, co może zrobić Polska. Bo taka jest perspektywa Polaka. Wygląda na to, że autor tego artykułu jest (był) Ukraińcem. Niby drobiazg, ale tak m.in. poznaje się Ukraińców. Ukrainizacja Polski trwa od lat, jeszcze przedwojennych i wcześniejszych. Na sile przybrała po powojennych przesiedleniach na ziemie poniemieckie, a po 24 lutego mamy już do czynienia z końcowym odliczaniem.

Armada

W Blogu „Belgia” wspomniałem o najsłynniejszej chyba bitwie morskiej, w której Anglicy w 1588 roku pokonali niezwyciężoną hiszpańską Armadę. Bitwa ta zapoczątkowała angielską dominację na morzach i umożliwiła rozwój brytyjskiego imperium kolonialnego. Jest to więc jedna z najważniejszych dat w dziejach świata. Jej genezę i przebieg opisał Kazimierz Dziewanowski w swojej książce Brzemię białego człowieka; Jak zbudowano Imperium Brytyjskie, wydanej początkowo w dwóch tomach. Pierwszy ukazał się w 1981, drugi w 1989 roku. W 1996 roku książka ta ukazała się w jednym tomie, bogato ilustrowana i w atrakcyjnej szacie graficznej.

Gottfried Wilhelm Leibniz (1646-1716) – filozof, wybitny różokrzyżowiec, przedstawił publicznie program podziału wszystkich innych kontynentów pomiędzy państwa europejskie. Uważał ten program za sprawiedliwy, gdyż dzicy nie potrafią się rządzić sami, wymagają więc europejskiej opieki i za pokojowy, bo likwidujący wojny pomiędzy państwami europejskimi, co oczywiście nie było prawdą, bo wojny nadal były prowadzone.

Na twierdzeniu, że dzicy nie potrafią się rządzić, zostało sformułowane przez lorda Frederica Lugarda (1858-1945) powiedzenie o „brzemieniu białego człowieka”: posłannictwem Europejczyka jest oświecenie i ucywilizowanie dzikich. I to jest właśnie to brzemię. Jednak lord Lugard użył tego zwrotu w końcu XIX wieku, powtarzając tak właśnie brzmiący tytuł jednego z wierszy Rudgarda Kiplinga The White Mans Burden.

Kazimierz Dziewanowski (1930-1998) to pisarz, dziennikarz, reportażysta, dyplomata (ambasador w USA w latach 1990-1993), potomek, jak sam podkreślał, Jana Dziewanowskiego, oficera napoleońskiego, szwoleżera spod Somosierry, autor tekstu słynnego przemówienia Lecha Wałęsy w Kongresie USA w listopadzie 1989 roku. Książka ta opisuje dzieje Imperium Brytyjskiego. I właśnie na samym początku powstawania tego imperium miała miejsce wspomniana bitwa. Poniżej fragmenty opisu tej bitwy dokonane przez Dziewanowskiego, który korzystał z angielskich źródeł:

x

Hakluyt (autorytet naukowy w dziedzinie geografii, żeglugi, handlu zamorskiego i kolonizacji – przyp. W. L.) nazwał flotę murem obronnym wyspy. Jak słuszne były to słowa, okazało się, gdy nad Anglią zawisło śmiertelne niebezpieczeństwo – jedno z trzech największych niebezpieczeństw, jakie jej zagroziły w czasach nowożytnych, obok nieudanej wyprawy Napoleona i niedoszłej inwazji Hitlera. Mowa o wyprawie Niezwyciężonej Armady.

Przez wiele lat królowa Elżbieta zwlekała i prowadziła ostrożną politykę, nie ryzykując otwartej wojny z Hiszpanią. Siły wydawały się nierówne. Anglia wciąż jeszcze była nader prymitywnym i dzikim krajem, leżącym na peryferiach Europy, wprawdzie takim krajem, w którym rodziły się już nowe siły, myśli i możliwości, ale nie wszyscy jeszcze byli o tym przekonani. Nie brakowało takich, co sądzili, że porywanie się na niezmierzoną potęgę Hiszpanii jest niebezpiecznym wyzywaniem Boga.

W całej Europie Hiszpania miała renomę ogromną. Uważano jej armie lądowe za niezwyciężone. Wiedziano, że król hiszpański dysponuje nieprzebranymi bogactwami dostarczanymi mu z dalekich ziem, na których rządzili jego gubernatorzy. Hiszpańscy żeglarze pojawili się na oceanach wcześniej niż angielscy. Morze Śródziemne, ten punkt centralny, wokół którego przez tyle wieków skupiała się uwaga Europy – było poddane władzy hiszpańskiej, dzielonej wprawdzie do pewnego stopnia z Wenecją i Turcją, ale Turcja zaznała już potęgi hiszpańskiego oręża i nie potrafiła stawić mu czoła. Za Hiszpanią stał również autorytet papiestwa. Dzieje toczyły się w taki sposób, że wydawało się, iż królowie Hiszpanii niezawodnie staną na czele całej katolickiej Europy.

A jednak stopniowo stawało się coraz bardziej oczywiste, że musi dojść do starcia. Oba państwa stały sobie na drodze i jedno z nich musiało ustąpić. Bez walki obejść się nie mogło. Drogi Anglików i Hiszpanów krzyżowały się w wielu miejscach i w różny sposób. Widzieliśmy już, że tak było na wielkich przestrzeniach oceanicznych i u wybrzeży Ameryki Południowej. Krzyżowały się też w Niderlandach. Hiszpania miała tam ambicje, które uznawano w Anglii za bezpośrednią groźbę. Do tego dołączyły się potężne racje ideologiczne, a ściślej: religijne. Hiszpańskie ambicje przywództwa nad katolicką Europą były narażone na szwank przez angielską herezję. Tocząca się wojna w Niderlandach miała, prócz narodowego, podłoże religijne. Wszystko to sprawiało, że – jak to nieraz można było zaobserwować w dziejach – sprzeczność interesów gospodarczych i imperialnych przybrała w oczach obywateli obu konkurencyjnych państw zabarwienie religijne, ideowe, nadziemskie. W rezultacie rozpalała się między nimi coraz większa nienawiść.

Najważniejszą bez wątpienia przyczyną wzajemnej wrogości było to, że rosnąca siła morska protestanckiej wyspy, która ośmieliła się wysyłać swoich żeglarzy tam, gdzie dotąd niepodzielnie panowali Hiszpanie – groziła skruszeniem fundamentów hiszpańskiej potęgi. Najpierw Anglicy starali się przełamać iberyjski monopol handlowy. Później przystąpili do odbierania Hiszpanom ich bogactw. Wreszcie zagrozili łączności między hiszpańskimi posiadłościami w Ameryce Południowej a metropolią.

Doszła do tego bezpośrednia przyczyna ideologiczna: po długim wahaniu i rozterce Elżbieta wydała wyrok śmierci na Marię Stuart, groźną konkurentkę do tronu, nadzieję Madrytu i Rzymu na przywrócenie katolicyzmu w Brytanii. Napisano już o tym dramacie tomy i niejedną sztukę teatralną. Nie będę go więc omawiać, zwłaszcza że od początku przyjąłem założenie, że będziemy się zajmowali ludźmi, którzy zbudowali imperium, a nie problemami angielskiej polityki wewnętrznej. Trzeba jednak podkreślić, ze śmierć Marii Stuart wywarła wpływ na wybuch wojny między Anglią a Hiszpanią.

W roku 1587 lord Walsingham przekonał królową, że sprawa już dojrzała. Nakłonił ją do zawarcia porozumienia z walczącymi z Hiszpanią Holendrami. Wpływ Walsinghama, który dążył do walki, przeważył nad wpływem drugiego doradcy królowej, Roberta Cecila. George M. Trevelyan napisał: „Gdyby Elżbieta zawsze słuchała rad Walsinghama, byłaby pewno zrujnowana. Gdyby ich nigdy nie słuchała, byłaby również zrujnowana. Na ogół umiała wybrać z rad dwóch wielkich ministrów to, co było najlepsze” – George M. Trevelyan, Historia Anglii, Warszawa 1963.

Król Filip hiszpański natychmiast odpowiedział na to wyzwanie. Nakazał sekwestrację statków angielskich, jakie w tym czasie znajdowały się w portach hiszpańskich. Było ich tam sporo, zwłaszcza w rejonie Zatoki Biskajskiej. Angielskie załogi przemienione w niewolników zostały osadzone na galerach, które Filip począł gromadzić, by zaatakować Anglię. Ale to nie było łatwe.

W roku 1585 królowa dała Drake’owi przyzwolenie, aby zaatakował Hiszpanów już nie jako samotny korsarz, lecz jako dowódca poważnej floty, tyle że wciąż jeszcze nie w Europie i bez wypowiedzenia wojny. Sir Francis popłynął do Indii Zachodnich i od razu przystąpił do działań. Najpierw uderzył na San Domingo. Była to silna forteca, potężnie umocniona przeciwko każdemu atakowi ze strony morza. Ale Drake uderzył od tyłu, przeprowadzając swych ludzi przez kamienne zbocze, leżące poza ostrzałem hiszpańskich baterii. Postąpił więc w podobny sposób, jak w wiele wieków później Japończycy, gdy zdobili Singapur. Ale to już inna historia.

Następnie uderzył na Cartagenę. Załoga twierdzy wiedziała o upadku San Domingo, nie można więc było jej zaskoczyć, ale imię Drake’a działało paraliżująco. Gdy Anglicy przypuścili nagły nocny szturm na miasto – Cartagena padła.

Zwycięstwa Drake’a w Indiach Zachodnich wstrząsnęły Hiszpanią. Utraciła dwieście czterdzieści dział, co było w owym czasie trudne do powetowania, co zaś ważniejsze – osłabła jej wiara we własne siły. Król hiszpański musiał teraz poświęcić znaczną część środków, jakimi rozporządzał, dla umocnienia obrony swych zamorskich posiadłości; to zaś osłabiło go w Europie. Ale królowa nadal nie pozwalała swemu admirałowi zachować dla Anglii zdobytych miast. Wciąż nie chciała wojny. Wolała zadowolić się taktyką, którą Drake nazwał „oskubywaniem brody hiszpańskiego króla”.

Po dwóch latach sytuacja zmieniła się. Filip podjął zakrojone na wielką skalę przygotowania do wojny i do inwazji na Wyspy Brytyjskie. Teraz Elżbieta dała admirałowi wolną rękę.

Wypłynął z Plymouth, by zaatakować Filipa już nie w Indiach Zachodnich czy na wybrzeżu Peru i Panamy, ale w sercu jego potężnego państwa.

Flota hiszpańska skoncentrowała się w dwóch portach: w Lizbonie i Kadyksie. Atak na Lizbonę, której port odznaczał się wąskim, gęsto obsadzonym przez artylerię przejściem, był zbyt ryzykowny – nawet dla Drake’a. Wydaje się zresztą, że królowa i tym razem nie pozwoliła mu jeszcze na atakowanie drugiej stolicy Hiszpanii.

Pozostawał więc Kadyks. Tu również zadanie było nadzwyczaj trudne i większość płynących z Drakiem oficerów uważała, że trzeba zaczekać na Hiszpanów na morzu, zablokować port, przechwycić powracające statki oraz – jeśli tylko możliwe – wywabić wrogą flotę z ukrycia i uderzyć na nią. Ale Drake postanowił inaczej.

Wprowadził eskadrę do środka silnie bronionego portu. Nie było chyba w ówczesnym świecie drugiego dowódcy, który by się na to odważył. Ale Drake wiedział, co robi. Zaskoczenie było tak wielkie, że zgromadzona w Kadyksie flotylla hiszpańska została zdruzgotana ogniem bijących z bliska dział angielskich, zatopiona albo spalona. Zniszczono trzydzieści trzy okręty różnej wielkości, wśród nich dwa ogromne liniowce, jeden liczący tysiąc dwieście ton wyporności i drugi, tysiąc pięćset ton, będący okrętem flagowym Hiszpanów.

Podział administracyjny Hiszpanii; źródło Wikipedia.

Kadyks jest portem, który leży praktycznie u wejścia do Cieśniny Gibraltarskiej, a więc miejscem, z którego Hiszpanie kontrolowali cały ruch na Morzu Śródziemnym. Trudno sobie wyobrazić sytuację, w której można by było ich zaskoczyć, a tym bardziej wpłynąć do dobrze strzeżonego portu bez ich wiedzy i zgody, chyba że założymy, że byli kompletnymi kretynami. Trudno jednak przyjąć takie założenie w stosunku do ludzi, którzy dokonali podbojów kolonialnych w obu Amerykach, jeszcze zanim pojawili się tam Anglicy.

Brawurowy atak na Kadyks zajął w dziejach brytyjskiej marynarki wojennej miejsce podobne do tego, jakie później zajęły bitwy pod Abukirem i Trafalgarem. Uczestniczyła w nim, prócz Drake’a, plejada innych znakomitych dowódców: Essex, Raleigh, lordowie Charles i Thomas Howardowie. Ich wyprawa zniweczyła tegoroczne plany hiszpańskiego króla, odsunęła termin inwazji. Opóźnienie wyprawy o rok miało i inny skutek. Dotychczasowy jej dowódca, naznaczony przez Filipa znakomity żeglarz, Santa Cruz, zmarł, a jego miejsce zajął książę Medina-Sidonia, który na lądzie był dobrym i zasłużonym żołnierzem, ale nie znał się na sprawach morza. Sam to zresztą rozumiał i usilnie prosił króla, aby zwolnił go od tego obowiązku. Filip był jednak nieprzejednany. Miało to wywrzeć poważny wpływ na dalszy rozwój wypadków.

Przyszedł rok 1588.

Ku brzegom Anglii wyruszyła z Hiszpanii flota, jakiej świat dotąd nie widział. Mimo licznych przeszkód, mimo ataku na Kadyks, król Hiszpanii i jego wodzowie zgromadzili siłę morską, która swą liczebnością przewyższała flotę Anglików. Na pokładzie jej okrętów płynęli zaprawieni w bojach żołnierze hiszpańskiej piechoty w takiej sile, że gdyby wylądowali w Anglii, nie byłoby dla nich przeciwnika. Siły Armady zamierzano zresztą połączyć z nadciągającymi z Niderlandów oddziałami pod wodzą księcia Parmy i dopiero te dwie armie miały wylądować na angielskim brzegu.

Armada liczyła sto trzydzieści okrętów, ponad dziewiętnaście tysięcy żołnierzy, osiem tysięcy trzystu pięćdziesięciu marynarzy, dwa tysiące osiemdziesięciu galerników, dwa tysiące sześćset trzydzieści armat. Do tego trzeba dołączyć armię księcia Parmy w sile szesnastu tysięcy żołnierzy, która miała też pewną liczbę statków transportowych, ale nie miała okrętów wojennych.

Siły angielskie były nieporównanie mniej liczne: zaledwie trzydzieści cztery okręty wojenne Jej królewskiej Mości, do tego spora liczba uzbrojonych okrętów handlowych (wśród nich, trzeba o tym pamiętać, było niemało okrętów kaperskich, wypróbowanych w bojach, o mniejszej jednak sile i gorszym uzbrojeniu niż okręty regularnej floty królewskiej).

Nie byłoby jednak całkiem rzetelne, gdybyśmy zestawiali liczby nie mówiąc o tym, co się za nimi kryje.

Za liczbami dotyczącymi floty angielskiej krył się John Hawkins. To nie ma być dowcip, był to fakt o doniosłym znaczeniu. Ten były handlarz niewolnikami, który skupywał „heban” na zachodnim wybrzeżu Afryki, a sprzedawał w hiszpańskich koloniach po drugiej stronie oceanu, został w roku 1573 mianowany Skarbnikiem i Nadzorcą Floty. Wykazał na tym stanowisku ogromne talenty. Na żegludze znał się jak mało kto, znał się też na walkach z Hiszpanami. Zbadał ich okręty wojenne i taktykę w boju. Wiedział, co trzeba robić i jaki mieć okręt, gdy przyjdzie stawić czoło przeważającym siłom. Nie darmo przedsiębrał wyprawy kaperskie.

Hawkins zapoczątkował budowę okrętów wojennych nowego typu. Obniżono wysokie nadbudówki, które górowały nad pokładami galeonów. Kadłuby wyposażono w miecz pozwalający ostrzej żeglować pod wiatr. Najważniejsza zaś była zmiana kształtu kadłuba. Statki średniowieczne, używane w tym czasie na całym Morzu Śródziemnym, a więc również we flocie hiszpańskiej, były bardzo szerokie. Stosunek długości do szerokości wynosił średnio dwa do jednego. Charakteryzowały się mniejszym zanurzeniem, ale były zarazem mniej zwrotne, wolniejsze i źle manewrowały przy niesprzyjającym wietrze. Podejmując wyprawy odkrywcze i handlowe, Anglicy również posługiwali się takimi żaglowcami, ponieważ były stateczne i mogły żeglować po płytkich wodach. Natomiast od czasów Hawkinsa angielskie okręty wojenne przybrały inny kształt: wydłużyły się, a ich zanurzenie wzrosło. Stosunek długości do szerokości kształtował się teraz jak trzy, a nawet cztery do jednego. Mniej się więc nadawały do żeglugi po płytkich i nieznanych wodach (zobaczymy, że dwieście lat później kapitan Cook ponownie wybierze szeroką i płytko siedzącą w wodzie jednostkę). Były za to nieporównanie szybsze i świetnie manewrowały przy każdym niemal wietrze.

Podstawowym, a właściwie jedynym orężem floty angielskiej zbudowanej przez Hawkinsa była artyleria. Armaty ukryto pod pokładem na specjalnych stanowiskach, wycinając w kadłubie strzelnice. Wprowadzono też ciężkie armaty o większym zasięgu. Odtąd żaglowy okręt wojenny zadawał ciosy, nie zbliżając się do przeciwnika. Manewrował tak, aby ustawić się do wroga bokiem i odpalić salwę całą burtą. W Royal Navy nazywało to się broadside (burta) i stało się głównym narzędziem walki morskiej do czasów pierwszej, a nawet drugiej wojny światowej.

Do czasów Hawkinsa było inaczej. Admirałowie wszystkich flot starali się rozstrzygać wszystkie bitwy morskie, jakby to były bitwy lądowe, tyle że toczone na drewnianych pokładach. Dążono do staranowania okrętu przeciwnika i dostosowywano do tego konstrukcję własnej jednostki. Podstawowym celem był abordaż, wtargnięcie na obcy pokład i uzyskanie zwycięstwa w walce wręcz: na miecze, szpady, topory albo noże. Dlatego właśnie potrzebne były wysokie nadbudówki, by łucznicy i arkebuzerzy mogli z wysoka razić wroga i aby łatwiej było przeskoczyć na nieprzyjacielski pokład.

Tak właśnie przedstawiała się w roku 1588 taktyka Hiszpanów. Mieli oni na pokładach doborowe i liczne oddziały wojskowe. Dowodził nimi książę, który odznaczył się w walkach na lądzie, ale nigdy nie walczył na morzu. Można sobie wyobrazić, że mając na pokładach armię, która – jak sądzili – była w stanie podbić Anglię, i rozumiejąc walkę na morzu jako starcie na białą broń, Hiszpanie byli pewni zwycięstwa. Umieli nadzwyczaj dobrze posługiwać się szpadami, toporami, halabardami…

W niedzielę, 21 lipca, niezwyciężona flota księcia Mediny-Sidonii pojawiła się na redzie portu Plymouth. Przedtem jednak admirał Howard opuścił port i wypłynął w morze. Wiał południowo-zachodni wiatr, sprzyjający Armadzie, a niekorzystny dla Anglików. Te pierwsze godziny wielkiego starcia były dla hiszpańskiego dowódcy pierwszą i niepowtarzalną okazją, w której mógł za jednym zamachem osiągnąć zwycięstwo. Anglicy manewrowali pod wiatr, Armada miała zatem okazje przycisnąć ich do lądu i zapędzić do portu. Gdyby zaś do tego doszło, wtedy nikt nie zdołałby oprzeć się nawale lądujących Hiszpanów – w Plymouth nie było angielskich wojsk lądowych. Flota królowej zostałby niechybnie zniszczona. Niektórzy oficerowie hiszpańscy zorientowali się w sytuacji, ale ich dowódca twardo trzymał się instrukcji, która przewidywała, że ma przepłynąć kanał i połączyć siły z księciem Parmą.

Stało się tak, jak pisał Drake: „Okazja raz stracona, stracona jest na zawsze”. Howard, umiejętnie halsując i wykorzystując lepsze właściwości nawigacyjne swych okrętów, wydostał się na nawietrzną – na zachód od Armady. Teraz panował nad sytuacją. Niebawem dołączyły do niego dalsze jednostki wiozące zaopatrzenie. Hiszpanie przyglądali się temu bezradnie. Książę Medina-Sidonia napisał w raporcie: „Wróg, posiadając okręty tak zwinne i tak doskonale sterowane, że mógł uczynić z nimi wszystko, czego zapragnął, chwycił wiatr”. Jednakże jego raporty wysyłane do Madrytu wskazują, że nie spostrzegł, iż miał zwycięstwo w zasięgu ręki.

Doszło do pierwszych potyczek. W ciągu kilku następnych dni okręty angielskie wielokrotnie ostrzeliwały Armadę, zadając jej straty w ludziach, a nie doznając niemal żadnych szkód. Zatopiono wielki galeon „Santa Ana”, będący flagowym okrętem jednego z hiszpańskich admirałów – Recaldego.

Wreszcie flota hiszpańska zakotwiczyła w pobliżu Calais. Miała tam oczekiwać na przybycie transportowców księcia Parmy. Medina-Sidonia słał do niego listy przynaglające. Tymczasem do floty angielskiej dołączyła eskadra admirała Seymoura, która dotąd zajmowała pozycję u wschodniego wejścia do kanału La Manche (zwanego przez Anglików Kanałem Angielskim) i tam osłaniała Anglię przed niespodziewaną inwazją Parmy. Teraz wszystkie siły angielskie były już skoncentrowane.

W nocy z niedzieli na poniedziałek, z 28 na 29 lipca, na pokładzie „Ark Royal” – okrętu flagowego Howarda – odbyła się narada wojenna. Postanowiono atakować. Hiszpanie zobaczyli wkrótce, że w mroku zbliżają się do nich dziwne jednostki, nieduże i płaskie, przypominające raczej barki niż okręty wojenne. Były to brandery, które piszący o tej bitwie niemal cztery wieki później, były Pierwszy Lord Admiralicji, Winston Churchill nazwał „torpedami tamtych czasów”. Ciszą nocną wstrząsały eksplozje. Osiem branderów stanęło w płomieniach. Wiatr znosił je prosto na miejsce zakotwiczenia Armady.

Wśród Hiszpanów wybuchła panika. Kapitanowie przecinali liny i w ciemnościach usiłowali wydostać się na morze jak najdalej od ziejących ogniem branderów. Jeden z największych okrętów, „San Lorenzo”, stracił w zderzeniu ster i zdryfował na brzeg, gdzie załoga została rozbrojona i internowana przez Francuzów. Było wiele innych zderzeń. Rano Armada z trudem pozbierała się w pobliżu Dunkierki i wyruszyła w kierunku Gravelines. Tam doszło do całodziennej bitwy, w której Anglicy atakowali i podchodzili na bliską odległość, ale w dalszym ciągu nie dawali Hiszpanom okazji do abordażu. I znów ich artyleria okazała się lepsza. Hiszpanie odgryzali się ogniem, ale nie mogli wyrządzić angielskim okrętom większych szkód. Sami natomiast ponosili coraz większe straty. Większość ich jednostek została uszkodzona, niektóre poważnie, trzy zatopiono, a kilka dalszych wpędzono na mielizny, po czym następnego dnia wzięto ich załogi do niewoli.

Książę Parma nie pojawił się. Stało się tak nie z powodu opieszałości, tchórzostwa czy złej woli, ale z przyczyny wiatru. Niezgrabne, ociężałe transportowce Parmy nie były w stanie pokonać wiatru wiejącego z przeciwka.

Bitwa zakończyła się w chwili, gdy Anglikom zbrakło amunicji. To uratowało Armadę, ale jej siła była złamana. Hiszpanie wiedzieli, że są pokonani, ale nie wiedzieli, że wróg nie ma czym strzelać. Natomiast Anglicy wiedzieli, że ich armaty stały się już tylko straszakiem; nie wiedzieli, że Hiszpanom też się kończy amunicja, całkiem zaś skończyła się ich wola walki. Dlatego Howard, pisząc tego dnia do Londynu, oceniał sytuację z powściągliwością: „Ich moc jest nadzwyczaj wielka i wspaniała, ale po troszeczku wyskubujemy im piórka”. Nie wiedział, że Armada straciła już skrzydła.

Książę Medina-Sidonia podjął brzemienną w fatalne skutki decyzję, ale wydawało się, że nie ma wyboru. Ponieważ wiatr spychał go na mielizny Flandrii, więc zamiast lądować w obozie Parmy, postanowił wrócić do domu opływając Anglię. Początkowo droga przebiegała pomyślnie. Flota angielska trzymała się z tyłu, obserwując ruchy wroga, ale nie przeszkadzała mu (jak wiemy, nie bardzo miała czym). Kiedy jednak dzielni, lecz niefortunni Hiszpanie znaleźli się już po drugiej stronie wyspy, u wybrzeży Irlandii – przyszła katastrofa. Tym razem przyczyną nie był Howard ani Drake, tylko potężne burze jesienne, które nadciągnęły tego roku wcześniej niż zazwyczaj. Źródła podają różne liczby, jedne mówią o siedemnastu zatopionych okrętach hiszpańskich, inne o dziewiętnastu. Straty w ludziach oceniano na 4-7 tysięcy. Jedno było pewne: żywioł zadał Armadzie większą klęskę niż Anglicy. Ale to Anglicy sprawili, że zamiast obozować pod Londynem, Medina-Sidonia musiał stawić czoło sztormom u wybrzeży Irlandii. Tak czy inaczej – Anglicy wygrali tę wojnę. Do Hiszpanii wróciła zaledwie połowa Armady.

George Trevelyan napisał:

„Dla sir Francisa Drake’a okręt wojenny był pływającą baterią; dla księcia Mediny-Sidonii była to platforma służąca do wprowadzania do akcji szermierzy i muszkieterów… Nie żołnierz pokładowy, tylko ogień całą burtą uczynił Anglię panią mórz”.

I jeszcze coś, co wiadome jest dopiero teraz, a czego wówczas nikt nie mógł przeniknąć. Było to mianowicie starcie nie tylko dwóch sposobów pojmowania Boga i religii, dwóch sprzecznych interesów ekonomicznych, dwóch konkurujących ze sobą imperializmów. Była to także bitwa różnych organizacji życia społecznego, różnego pojmowania stosunku między władzą a obywatelem, odmiennego widzenia roli jednostki i dwóch różnych mentalności. Rozmaicie też można na to patrzeć. Można powiedzieć, że było to starcie feudalnej, średniowiecznej jeszcze Hiszpanii z nowoczesną, zwiastującą już epokę kapitalizmu, banków, handlu i przemysłu Anglią. A można też powiedzieć, że była to walka dumnych, wiernych zasadom rycerskiego honoru grandów hiszpańskich z kupczykami korzennymi, z lichwiarzami i rozbójnikami morskimi. Jakkolwiek byśmy to nazwali, jedno jest pewne: starły się orężnie dwa różne społeczeństwa, dwie niezgodne formacje umysłowe i psychologiczne.

Wróćmy jeszcze raz do Trevelyana, pod którego piórem rzeczy skomplikowane stają się jasne i przejrzyste:

„Hiszpanie mieli na swych galerach niewolników do wioseł oraz wspaniałych żołnierzy do walki z okrętów, ale nie mieli licznej i energicznej rzeszy prywatnych kupców i żeglarzy, która by dostarczała im niezbędnych marynarzy, takiej, jaka stanowiła bogactwo i dumę Anglii. Bowiem różnice techniczne w obsadzie i taktyce między okrętem hiszpańskim a angielskim świadczyły jeszcze o czymś więcej – o różnicy charakteru społecznego Hiszpanii i nowej Anglii. Przedsiębiorczość prywatna, inicjatywa indywidualna i dobroduszna równość klas wzrastały w odfeudalizowanej Anglii Renesansu i Reformacji, a uwydatniały się najsilniej wśród ludności kupieckiej i żeglarskiej. Najenergiczniejsze jednostki spośród drobnej szlachty oraz klas średnich i niższych w szorstkiej camaraderie wyruszały razem na morze w celach wojennych i handlowych. W Hiszpanii pojęcia i obyczaje społeczeństwa były wciąż jeszcze feudalne, chociaż w polityce król stał się monarchą absolutnym. Drake wiedział doskonale, że na pokładzie okrętu potrzebna jest dyscyplina, a nie feudalizm i duma klasowa. Hierarchia morska nie jest tym samym, co hierarchia lądowa. Hiszpanie u szczytu swej potęgi byli wielkimi żołnierzami i kolonistami, gorszymi żeglarzami, mało przedsiębiorczymi kupcami, fatalnymi politykami i władcami… Jeżeli kiedykolwiek duch społecznej i umysłowej wolności odniósł zwycięstwo, to było nim morskie zwycięstwo Anglii i Holandii nad Hiszpanią”.

x

Te cytaty Trevelyana i komentarz Dziewanowskiego umieściłem na końcu, choć w oryginalnym tekście znajdują się one w środku opisu bitwy. To jest bardzo charakterystyczna narracja. Sprowadza się ona do wtłoczenia czytelnikowi do głowy schematu: zacofana feudalna ciemnota katolicka i postępowa i oświecona społeczność protestancka. I to waśnie dlatego Hiszpania przegrała tę bitwę. To typowa masońska argumentacja. Wspomniałem na początku, że przodek Dziewanowskiego, który był oficerem napoleońskim, brał udział w szarży pod Somosierrą. Praktycznie wszyscy napoleońscy oficerowie, a również niektórzy szeregowi żołnierze, byli masonami. O tym napomknął w swojej powieści Huragan Wacław Gąsiorowski. I pewnie Kazimierz Dziewanowski nim był. Jak mówi przysłowie: niedaleko pada jabłko od jabłoni.

Pisząc o Hakluycie, robi on w pewnym momencie osobistą uwagę: (…) nawiązał też kontakt z największymi autorytetami geograficznymi ówczesnego świata, zwłaszcza ze słynnym Orteliuszem, największym ówczesnym wydawcą map działającym w Niderlandach. Dziś, siedząc w moim pokoju i patrząc na wiszącą na ścianie jedną z map wydanych przez Orteliusza, widząc jej piękno, barwny druk, a zarazem dużą jeszcze dowolność, z jaką wybitny Flamand zaznaczał łańcuchy górskie, bieg rzek i wybrzeży, czuję daleki odblask emocji, z jaką młody duchowny z Oxfordu oglądał taką samą mapę i czekał na listy uczonego korespondenta.

No cóż? Można zapytać, jakim to sposobem pisarz i dziennikarz z PRL-u wszedł w posiadanie mapy, która na Zachodzie była wyjątkowym rarytasem, a co za tym idzie również bardzo droga. Inna sprawa, że taka mapa najprawdopodobniej nie została zakupiona w jakimś antykwariacie, dostępnym dla każdego, tylko została sprzedana, a może nawet podarowana przez innego masona. Takie mapy nie mogą przecież dostawać się w przypadkowe ręce. To nie okazały dom czy luksusowy samochód, których utrzymanie kosztuje, tylko wyjątkowo rzadka mapa, która wisi na ścianie i tylko zyskuje na wartości, bez kosztów ubocznych, no i oczywiście cieszy oczy.

Na początku pisze Dziewanowski: Morze Śródziemne, ten punkt centralny, wokół którego przez tyle wieków skupiała się uwaga Europy – było poddane władzy hiszpańskiej, dzielonej wprawdzie do pewnego stopnia z Wenecją i Turcją, ale Turcja zaznała już potęgi hiszpańskiego oręża i nie potrafiła stawić mu czoła.

Pisze więc o bitwie morskiej pod Lepanto z 1571 roku, ale nie mówi o niej wprost, bo wówczas cała jego fałszywa narracja zostałaby obnażona. Zgodnie z zasadą, że jeśli fakty nie pasują do teorii, to tym gorzej dla faktów. A w Wikipedii można przeczytać:

„Bitwa pod Lepanto – bitwa morska stoczona 7 października 1571 na południowy zachód od Lepanto pomiędzy Imperium Osmańskim a Ligą Świętą, zakończona zwycięstwem chrześcijan. Bój pod Lepanto był jedną z najkrwawszych bitew morskich w dziejach świata. Liga Święta: Hiszpania, Republika Wenecka, Państwo Kościelne, Republika Genui, Królestwo Sabaudii-Piemontu, Zakon Maltański.

Chrześcijańska armada wyruszyła, by napotkać osmańską. Pod Lepanto po stronie Ligi walczyło około 200 okrętów, w tym 6 silnie uzbrojonych w artylerię galeasów; Turcy mieli około 250 okrętów. Siłami chrześcijańskimi dowodził książę Juan de Austria, wódz i admirał hiszpański, zaś muzułmańskimi admirał Ali Pasza.

Starcie rozpoczęła flota turecka, próbując oskrzydlić flotę chrześcijan, ale potężne galeasy weneckie miały wielką przewagę ogniową, która pozwalała im łatwo zniszczyć osmańskie galery. W tej sytuacji Turkom pozostał jedynie abordaż. Tymczasem okręty chrześcijańskie, szybsze od galer tureckich, nie przyjęły taktyki przeciwnika, lecz starały się ustawiać doń burtami, wykorzystując całą siłę swych dział. Walczono z ogromną determinacją, ale z wolna jęła się zarysowywać przewaga po stronie floty europejskiej. W rezultacie flota osmańska poniosła druzgocącą klęskę – większość okrętów wchodzących w jej skład zostało zdobytych lub zatopionych przez siły Ligi Świętej.”

Jak więc po takiej informacji z Wikipedii brzmi cytat z Trevelyana: „Dla sir Francisa Drake’a okręt wojenny był pływającą baterią; dla księcia Mediny-Sidonii była to platforma służąca do wprowadzania do akcji szermierzy i muszkieterów… Nie żołnierz pokładowy, tylko ogień całą burtą uczynił Anglię panią mórz”.

A więc ogień pokładowy – którą to taktykę wykorzystał Hiszpan dowodzący siłami chrześcijańskimi pod Lepanto w 1571, czyli 17 lat wcześniej – uczynił Anglię panią mórz. A dlaczego nie Hiszpanię? Czyżby Hiszpanie zapomnieli o tej taktyce? A Anglicy? Sami ją wymyślili?

„Za liczbami dotyczącymi floty angielskiej krył się John Hawkins. Na żegludze znał się jak mało kto, znał się też na walkach z Hiszpanami. Zbadał ich okręty wojenne i taktykę w boju. Wiedział, co trzeba robić i jaki mieć okręt, gdy przyjdzie stawić czoło przeważającym siłom. Nie darmo przedsiębrał wyprawy kaperskie.”

Skoro był takim znawcą, to zapewne wiedział wszystko o bitwie pod Lepanto i o taktyce Hiszpanów, która pozwoliła im na zwycięstwo. Ile więc z tego było oryginalną myślą angielską, a ile skopiowano od Hiszpanów? Tego pewnie nigdy się nie dowiemy. Przedstawiają nam historię taką, jaką chcą byśmy znali, a nie tę prawdziwą.

Hiszpański król Filip wyznaczył na dowódcę Armady człowieka, który był specjalistą od prowadzenia walk na lądzie, a nie – na morzu. Skoro jednak celem było podbicie Anglii i desant wojsk na wyspę, to może decyzja taka nie była głupia. W takim przypadku celem jest jak najszybsze dotarcie na ląd. Jeśli tak, to po co książę Madina-Sidonia wdawał się w bitwę morską, skoro nie miał doświadczenia i wiedzy w tej dziedzinie? Miał rozkaz, by czekać na połączenie z wojskami księcia Parmy. I czekał na niego na morzu, a Anglicy, krążąc wokół, wybijali Hiszpanów jak kaczki. Dlaczego więc w takiej sytuacji nie skierował się do portu, skoro wszystkie angielskie okręty były na morzu, skoro jego celem był desant, a w Plymouth nie było wojsk lądowych.W końcu flota hiszpańska zakotwiczyła w pobliżu Calais i tam została zaatakowana przez brandery. Hiszpanie wpadli w panikę, przecinali liny i chcieli wydostać się na morze. Tak to opisuje autor. Skoro chcieli się wydostać na morze, to gdzie znajdowała się ta flota. Na morzu czy w porcie? Calais to port francuski, więc nie mogli w nim zakotwiczyć, ani w innym francuskim porcie. A później jeszcze Medina-Sidnia podjął decyzję, by opłynąć Anglię od wschodu i północy i skierować się na południe. I to wszystko, podobno tymi słabo sterowalnymi okrętami, częściowo napędzanymi żaglami a częściowo wiosłami. W takiej sytuacji wybiera się najkrótszą drogę do domu, zwłaszcza że po opłynięciu Anglii, po drugiej stronie mogła czekać na dobicie Armady angielska flota.

To wszystko nie trzyma się kupy, ale to wszystko można wytłumaczyć tym, że te błędy były wynikiem braku doświadczenia głównodowodzącego i stąd takie decyzje. Skoro jednak król podjął decyzję, by Armadą dowodził człowiek bez doświadczenia w prowadzeniu walk na morzu, to albo był idiotą, w co raczej trudno uwierzyć, albo został przez kogoś zmuszony do podjęcia takiej decyzji i nie miał wyboru. A kiedy monarchowie nie mieli wyboru i byli zmuszani do podejmowania decyzji wbrew interesowi własnego narodu? Tylko w jednym wypadku – zadłużenia.

Nadszedł taki moment, że wielcy tego świata uznali, że trzeba wykreować nową potęgę morską, a starą – zdegradować. Tą nową, niezwyciężoną miała zostać Anglia. Jej zwycięstwo miało wzbudzić strach i respekt. To wszystko zostało jeszcze spotęgowane przez fakt, że zwycięstwo nad niezwyciężoną Armadą miało się dokonać przy użyciu daleko mniejszych sił tak, by doszedł do tego jeszcze czynnik niewytłumaczalny, tajemny. No bo jak to możliwe, by dysponując daleko mniejszymi siłami, pokonać taką potęgę? I w ten sposób pojawił się podziw, obezwładniający strach i respekt w odniesieniu do angielskiej floty, umiejętności jej marynarzy i przekonanie, że od tego momentu to Anglicy będą władać morzami. I o to chodziło, bo przecież po przegranej bitwie Hiszpania nie straciła swoich kolonii na rzecz Anglii. Straciła je dopiero po wojnach napoleońskich na rzecz Stanów Zjednoczonych.

Wszystko więc zostało doskonale wyreżyserowane przez najlepszych reżyserów, którzy się tym zajmują od początku. Przygotowanie do konfliktu zaczęło się wiele lat wcześniej, gdy Francis Drake, jeszcze jako pirat, czyli taki współczesny mafioso, za cichym przyzwoleniem królowej, rabował hiszpańskie galeony obładowane złotem, srebrem i drogimi kamieniami i później dzielił się z nią. Dziewanowski pisze, że najcenniejszą zdobyczą Drake’a był hiszpański okręt-skarbiec, noszący groźną nazwę „Cacafuego”, czyli „Plujący ogniem”. Drake zanotował w dzienniku, że zdobyty okręt powinien raczej nazywać się „Plujący srebrem”. Zawierał on oprócz licznych klejnotów i drogich kamieni, trzynaście skrzyń hiszpańskich monet – reali, które wówczas pełniły taką funkcję, jak obecnie dolar. Było tam jeszcze osiemdziesiąt funtów złota i dwadzieścia sześć ton srebra. Funt to prawie pół kilograma, a więc około 40 kilogramów złota było na tym okręcie.

Kiedyś, z ciekawości, sprawdziłem na angielskiej Wikipedii, jak oni przetłumaczyli to „Cacafuego”, bo internetowe słowniki hiszpańsko-polskie nie znają takiego słowa. A więc wyszło, że to nie żaden „Plujący ogniem”, tylko… „Srający ogniem”. Wygląda na to, że ówcześni marynarze niczym się od nas nie różnili. Mieli podobne poczucie humoru.

Kolonia

W blogu „Belgia” skupiłem się na europejskiej historii Belgii i pominąłem jej kolonialny epizod, który jest warty przybliżenia, bo zawiera wiele wątków pobocznych, które rzucają światło na to, jak ten świat jest zorganizowany, jak doszło do powstania tej kolonii. Jest to wstydliwa karta w historii Belgii, choć oczywiście nie tylko Belgowie są odpowiedzialni za to, co tam się działo, w tym „jądrze ciemności”. Kto wie czy nie dlatego Agatha Christi uczyniła bohaterem większości swoich powieści belgijskiego detektywa, Herkulesa Poirot, niewątpliwie sympatycznego, by złagodzić niekorzystny wizerunek Belgów w oczach opinii publicznej tamtych czasów. Patrząc na jej zdjęcie z okresu młodości, to trudno oprzeć się wrażeniu, że jej uroda jest typowo żydowska. Być może jej motywacja do wyboru takiej, a nie innej narodowości dla słynnego detektywa, była inna. Może moje skojarzenie jest bezpodstawne. Na końcu bloga postaram się je uzasadnić. Informacje poniższe pochodzą z angielskiej Wikipedii.

Początki

Belgia, monarchia konstytucyjna, uzyskała niepodległość w 1830 roku po odłączeniu się od Zjednoczonego Królestwa Niderlandów. Zanim została ona powszechnie uznana w 1839 roku, większość mocarstw europejskich miała już swoje kolonie i protektoraty poza Europą i zaczęła tworzyć własne strefy wpływów.

W latach czterdziestych i pięćdziesiątych XIX wieku król Leopold I wstępnie poparł kilka propozycji zdobycia terytoriów zamorskich. W 1843 roku podpisał kontrakt z Ladd & Co. na skolonizowanie Królestwa Hawajów, ale umowa została unieważniona, gdy rezydująca na Hawajach firma Ladd & Co. wpadła w kłopoty finansowe. Belgijscy kupcy próbowali też swoich sił w Afryce Zachodniej, ale to również nie udało się po incydencie w Rio Nuñez w 1849 roku i z powodu rosnącej rywalizacji angielsko-francuskiej w regionie.

Do czasu koronacji drugiego króla Belgii, Leopolda II (1865), belgijski entuzjazm dla kolonializmu osłabł. Kolejne rządy postrzegały ekspansję kolonialną jako ekonomicznie i politycznie ryzykowną i zasadniczo nieopłacalną i uważały, że nieformalne imperium, wykorzystujące rozkwit belgijskiego handlu przemysłowego w Ameryce Południowej i Rosji, jest znacznie bardziej obiecujące. W rezultacie Leopold realizował swoje kolonialne ambicje bez wsparcia rządu belgijskiego. Z archiwów belgijskiego Ministerstwa Spraw Zagranicznych i Handlu wynika, że Leopold badał potencjalne kolonie na dziesiątkach terytoriów.

Międzynarodowe Stowarzyszenie Afrykańskie

Międzynarodowe Stowarzyszenie Afrykańskie (w pełnym brzmieniu „Międzynarodowe Stowarzyszenie Badań i Cywilizowania Afryki Środkowej”) było frontową organizacją założoną przez uczestników Brukselskiej Konferencji Geograficznej w 1876 roku, której gospodarzem był król Belgii Leopold II. Stowarzyszenie było podobno wykorzystywane przez króla Leopolda do wspierania jego rzekomo altruistycznych i humanitarnych projektów na obszarze Afryki Środkowej, obszaru, który miał stać się kontrolowanym przez Leopolda Wolnym Państwem Kongo. Król Leopold zaproponował Brukselę na siedzibę Międzynarodowego Stowarzyszenia Afrykańskiego, a we wszystkich uczestniczących krajach miały powstać komitety narodowe stowarzyszenia, a także komitet międzynarodowy. Leopold został wybrany przez aklamację na pierwszego przewodniczącego komitetu międzynarodowego, ale powiedział, że będzie pełnić tę funkcję tylko przez rok, aby przewodnictwo mogło rotować wśród ludzi z różnych krajów.

Nowa organizacja została przyjęta z zadowoleniem w całej Europie (datki przesłali Rothschildowie i wicehrabia Ferdynand de Lesseps), a komitety narodowe miały być kierowane przez wielkich książąt (grand dukes), książąt (princes) i innych członków rodziny królewskiej, jednak większość z nich nigdy nie powstała. Międzynarodowa komisja zebrała się tylko raz – w następnym roku i ponownie wybrała Leopolda na przewodniczącego, pomimo jego wcześniejszej deklaracji, że nie będzie kandydować w kolejnych latach, a następnie rozpadła się. Niemniej jednak, dzięki Stowarzyszeniu, Leopold osiągnął swój cel, jakim było przekonanie Belgów i głównych mocarstw Europy, że jego zainteresowanie Afryką było czysto altruistyczne i humanitarne. Następcą Stowarzyszenia został krótko działający Komitet Badań nad Górnym Kongiem oraz Międzynarodowe Stowarzyszenie Konga, które ostatecznie rozwiązało się, gdy Leopold zmienił nazwę tego obszaru na Wolne Państwo Kongo.

W 1879 roku powstało Międzynarodowe Stowarzyszenie Konga, mające bardziej cele gospodarcze, ale wciąż ściśle związane z dawnym stowarzyszeniem. Leopold potajemnie przekupił zagranicznych inwestorów w Towarzystwie Konga, którego cele miały charakter imperialny, przy czym Stowarzyszenie służyło głównie jako filantropijny parawan. W ten sposób Leopold przekształcił „ideologię” organizacji z międzynarodowego stowarzyszenia filantropijnego w prywatne przedsiębiorstwo handlowe… i później przeszedł od planu komercyjnego do rzeczywistości politycznej – do Wolnego Państwa Konga.

Organizacje frontowe

Organizacja frontowa (organizacja-przykrywka) to każdy podmiot utworzony i kontrolowany przez inne organizacje, takie jak agencje wywiadowcze, zorganizowane grupy przestępcze, organizacje terrorystyczne, tajne stowarzyszenia, zakazane organizacje, grupy religijne lub polityczne, grupy adwokackie lub korporacje. Organizacje-przykrywki mogą działać na rzecz grupy macierzystej bez przypisywania działań grupie macierzystej, co pozwala im w ten sposób ukryć pewne działania przed władzami lub opinią publiczną.

Organizacje frontowe, które wydają się być niezależnymi stowarzyszeniami wolontariackimi lub organizacjami charytatywnymi, nazywane są grupami frontowymi. W świecie biznesu organizacje-przykrywki, takie jak firmy-przykrywki lub korporacje fasadowe, są wykorzystywane do ochrony firmy macierzystej przed odpowiedzialnością prawną. W stosunkach międzynarodowych państwo marionetkowe to państwo, które działa jak przykrywka (lub surogat) dla innego państwa (Wygląda na to, że takim państwem-przykrywką dla USA jest Polska – przyp. W. L.).

Konferencja berlińska (1884-1885)

Przed konferencją europejscy dyplomaci robili podchody do rządzących w Afryce w taki sam sposób, jak robili to wcześniej na półkuli zachodniej, nawiązując kontakty z lokalnymi sieciami handlowymi. Na początku XIX wieku europejski popyt na kość słoniową, która była wówczas często wykorzystywana do produkcji dóbr luksusowych, ściągnął wielu europejskich kupców na wewnętrzne rynki Afryki. Europejskie strefy wpływów były w tym czasie ograniczone do przybrzeżnej części tego kontynentu, ponieważ Europejczycy do tego momentu zakładali tylko faktorie handlowe (chronione przez kanonierki).

W 1876 roku belgijski król Leopold II, który w tym samym roku założył i kontrolował Międzynarodowe Stowarzyszenie Afrykańskie, zaprosił Henry’ego Mortona Stanleya, aby dołączył do niego w badaniach i „cywilizowaniu” kontynentu. W 1878 roku powstało również Międzynarodowe Towarzystwo Kongo, które miało bardziej ekonomiczne cele, ale nadal było blisko związane z poprzednim stowarzyszeniem. Leopold potajemnie przekupił zagranicznych inwestorów w Towarzystwie Konga, które miało cele imperialne, a „Towarzystwo Afrykańskie” służyło głównie jako filantropijny parawan.

Od 1878 do 1885 roku Stanley przebywał w Kongo, nie jako reporter, ale jako agent Leopolda, z tajną misją zorganizowania czegoś, co wkrótce po zamknięciu konferencji berlińskiej w sierpniu 1885 roku stało się znane jako Wolne Państwo Kongo. Francuscy agenci odkryli plany Leopolda, a w odpowiedzi Francja wysłała własnych eksploratorów do Afryki. W 1881 roku francuski oficer marynarki wojennej Pierre de Brazza został wysłany do Afryki Środkowej. Udał się do zachodniej części basenu Konga i podniósł francuską flagę nad nowo założonym Brazzaville na terenach dzisiejszej Republiki Konga. Także Portugalia, która zrezygnowała z rozszerzania swego imperium kolonialnego na tym obszarze, również zajęła ten obszar na podstawie starych traktatów z Hiszpanią z czasów Restauracji i z Kościołem katolickim. Szybko zawarła 26 lutego 1884 roku traktat ze swoim byłym sojusznikiem, Wielką Brytanią, w celu zablokowania dostępu Towarzystwa Konga do Atlantyku.

Na początku lat osiemdziesiątych XIX wieku wiele czynników, w tym sukcesy dyplomatyczne, większa europejska wiedza o tamtym rejonie oraz zapotrzebowanie na zasoby, takie jak złoto, drewno i kauczuk, spowodowało gwałtowny wzrost zaangażowania Europy na kontynencie afrykańskim. Sporządzona przez Stanleya mapa dorzecza Kongo (1874–1877) usunęła ostatnią terra incognita z europejskich map kontynentu, wyznaczając obszary kontroli brytyjskiej, portugalskiej, francuskiej i belgijskiej. Te narody rywalizowały ze sobą, by zaanektować terytorium, które mogłoby zostać zajęte przez rywali.

Europejski wyścig kolonialny spowodował, że Niemcy zaczęły organizować własne wyprawy, co niepokoiło zarówno brytyjskich, jak i francuskich mężów stanu. Mając nadzieję na szybkie złagodzenie rodzącego się konfliktu, belgijski król Leopold II przekonał Francję i Niemcy, że wspólny handel w Afryce leży w najlepszym interesie wszystkich trzech krajów. Przy poparciu Brytyjczyków i z inicjatywy Portugalii kanclerz Niemiec Otto von Bismarck wezwał przedstawicieli 13 narodów Europy oraz Stanów Zjednoczonych do udziału w konferencji berlińskiej w 1884 roku w celu wypracowania wspólnej polityki wobec kontynentu afrykańskiego.

Rysunek satyryczny obrazujący Leopolda II i inne imperialne potęgi podczas konferencji berlińskiej z 1884 roku; źródło: angielska Wikipedia.

Konferencja została otwarta 15 listopada 1884 roku i trwała do jej zamknięcia 26 lutego 1885 roku. Liczba pełnomocników różniła się w zależności od kraju, ale te 14 krajów wysłało swoich przedstawicieli na konferencję berlińską i to oni złożyli podpisy pod aktem berlińskim. Te państwa to Niemcy, Austro-Węgry, Belgia, Hiszpania, Dania, Stany Zjednoczone, Francja, Zjednoczone Królestwo, Włochy, Holandia, Portugalia, Rosja, Szwecja-Norwegia, Imperium Otomańskie.

Wolne Państwo Kongo (1885-1908)

Kolonizacja Konga rozpoczęła się pod koniec XIX wieku. Belgijski król Leopold II, sfrustrowany brakiem międzynarodowej potęgi i prestiżu swojego narodu, próbował przekonać belgijski rząd do wsparcia ekspansji kolonialnej wokół, wówczas w dużej mierze, niezbadanego basenu Konga. Jego odmowa doprowadziła Leopolda do stworzenia państwa pod jego osobistymi rządami. Przy wsparciu wielu krajów zachodnich, które postrzegały Leopolda jako użyteczny bufor między rywalizującymi mocarstwami kolonialnymi, Leopold zdobył międzynarodowe uznanie dla Wolnego Państwa Kongo w 1885 roku.

Wolne Państwo Kongo, znane również jako Niezależne Państwo Kongo, było od 1885 do 1908 roku dużym państwem i monarchią absolutną w Afryce Środkowej. Było ono własnością prywatną i było w unii personalnej z Leopoldem II królem Belgii; nie było częścią ani nie należało do Królestwa Belgii, którego był on monarchą konstytucyjnym. Leopold był w stanie przejąć region, przekonując inne państwa europejskie na berlińskiej konferencji w sprawie Afryki, że jest zaangażowany w działalność humanitarną i filantropijną i nie opodatkuje handlu. Za pośrednictwem Międzynarodowego Stowarzyszenia Konga mógł pretendować do większości dorzecza Konga. 29 maja 1885 roku, po zamknięciu konferencji berlińskiej, król ogłosił, że planuje nazwać swoje posiadłości „Wolnym Państwem Kongo”, nazwą, której jeszcze nie używano na konferencji berlińskiej i która oficjalnie zastąpiła „Międzynarodowe Stowarzyszenie Kongo”. Od dnia 1 sierpnia 1885 roku Wolne Państwo Kongo działało jako odrębne od Belgii państwo, w unii personalnej ze swoim królem. Prywatnie kontrolował je Leopold II, chociaż nigdy osobiście go nie odwiedził.

Panowanie Leopolda w Kongu ostatecznie przyniosło niesławę z powodu okrucieństw popełnianych na miejscowej ludności. Wolne Państwo Leopolda II pozyskiwało kość słoniową, kauczuk i minerały w dorzeczu górnego Konga w celu sprzedaży na rynku światowym za pośrednictwem szeregu międzynarodowych koncesjonowanych firm, mimo że rzekomym jego celem było podniesienie poziomu życia miejscowej ludności i rozwój ekonomiczny regionu. Pod rządami Leopolda II Wolne Państwo Kongo stało się jednym z największych międzynarodowych skandali początku XX wieku. Raport brytyjskiego konsula Rogera Casementa doprowadził do aresztowania i ukarania urzędników odpowiedzialnych za zabójstwa podczas wyprawy zbierającej kauczuk w 1903 roku.

Okaleczone kongijskie dzieci; źródło: angielska Wikipedia.

Za nieprzestrzeganie limitów zbiórki kauczuku groziła kara śmierci. W międzyczasie Force Publique było zobowiązane do przedstawienia ręki swoich ofiar jako dowodu, gdy kogoś zastrzelili, ponieważ wierzono, że w przeciwnym razie użyliby amunicji (importowanej z Europy po znacznych kosztach) do polowania. W rezultacie kwoty kauczuku zostały częściowo spłacone w odciętych rękach. Czasami ręce zbierali żołnierze Force Publique, czasami same wioski. Były nawet małe wojny, w których wioski atakowały sąsiednie wioski, aby zebrać ręce, ponieważ ich limity kauczuku były zbyt nierealne, aby je wypełnić.

Teoretycznie każda prawa ręka oznaczała zabójstwo. W praktyce, aby oszczędzić amunicję, żołnierze czasami „oszukiwali”, po prostu odcinając rękę i pozostawiając ofiarę na pastwę losu. Wielu ocalałych mówiło później, że przeżyli masakrę, udając martwych, nie ruszając się nawet po odcięciu rąk i czekając, aż żołnierze odejdą, zanim poproszą o pomoc. W niektórych przypadkach żołnierz mógł skrócić okres służby, przynosząc więcej rąk niż inni żołnierze, co prowadziło do powszechnych okaleczeń i rozczłonkowania.

Zbrodnie i okrucieństwa zainspirowały literaturę i wywołały międzynarodowe oburzenie. Powieść Josepha Conrada Jądro ciemności miała w tym swój udział. Trwała debata na temat wysokiej śmiertelności w tym okresie. Najwyższe szacunki mówią, że powszechne stosowanie pracy przymusowej, tortur i morderstw, doprowadziło bezpośrednio i pośrednio do śmierci 50 % populacji. Brak dokładnych zapisów utrudniał ilościowe określenie liczby zgonów spowodowanych eksploatacją i brakiem odporności na nowe choroby wprowadzone przez kontakt z europejskimi kolonistami. Podczas wojny propagandowej dotyczącej Wolnego Państwa Kongo europejscy i amerykańscy reformatorzy ujawnili opinii publicznej okrucieństwa za pośrednictwem Stowarzyszenia Reform Kongo, założonego przez brytyjskiego konsula Rogera Casementa oraz dziennikarza, autora i polityka E. D. Morela. Aktywny w ujawnianiu działalności Wolnego Państwa Kongo był również pisarz Arthur Conan Doyle, którego książka Zbrodnia Konga była bardzo poczytna na początku XX wieku.

Leopold II zaproponował zreformowanie swojego reżimu w Wolnym Państwie Kongo, ale opinia międzynarodowa poparła jego usunięcie, a żaden naród nie był skłonny do przejęcia schedy. Belgia wydawała się być naturalnym kandydatem do aneksji tego państwa. Przez dwa lata debatowano nad tą kwestią i przeprowadzono w tej sprawie nowe wybory.

Ulegając presji międzynarodowej, parlament Belgii zaanektował Wolne Państwo Kongo i 15 listopada 1908 roku przejął jego administrację, tworząc kolonię Kongo Belgijskie. Zarządzanie nią zostało określone w Karcie Kolonialnej z 1908 roku. Pomimo skutecznego odsunięcia od władzy, międzynarodowa komisja nie pociągnęła do odpowiedzialności ani Leopolda II, który zmarł w Brukseli 17 grudnia 1909 roku, ani koncesjonowanych firm handlowych w Kongu.

Chociaż Wolne Państwo Kongo nie było kolonią belgijską, to Belgia była jego głównym beneficjentem w zakresie handlu i zatrudnienia swoich obywateli. Leopold II osobiście wzbogacił się na eksporcie kauczuku i kości słoniowej. Znaczną część zysku z tego eksportu wydano na budynki użyteczności publicznej w Brukseli, Ostendzie i Antwerpii.

Masoński twór?

Przyznam, że historia Belgii okazała się dla mnie o wiele bardziej interesująca, niż myślałem, że będzie, gdy zacząłem pisać pierwszy blog o tym państwie. Moją uwagę zwrócił obszar zwany Księże-Biskupstwo Liège. Praktycznie przez całe średniowiecze, aż do powstania państwa belgijskiego było ono niezależnym obszarem, w odróżnieniu od sąsiednich. Dlaczego tak się stało i co zadecydowało o jego wyjątkowym statusie? Feliksa Eger w książce Historia towarzystw tajnych (1904) pisze:

»Pierwsze loże masońskie powstały w Belgi w XVIII wieku. Kraj ten zostający wówczas pod panowaniem austriackim, cieszył się autonomią bardzo rozległą i wolnością opartą na katolicyzmie. Pod panowaniem Francuzów w epoce rozwoju masonerii powiększyła się liczba lóż w Belgii. Głównym ogniskiem propagandy było miasto Liège. W 1756 roku jeden z pisarzy encyklopedystów Piotr Rousseau założył w mieście tym dziennik masoński pt. „Journal Encyclopédique”. Był on w istocie odbiciem ducha encyklopedii, z tą różnicą, że traktowany w tonie spokojnym i poważnym, cel swój i zamiary otaczał grubą osłoną fałszywej pobożności. Dwaj bracia Horion piastujący w mieście Liège wysokie stanowiska, otoczyli go swą opieką; wyłączyli dziennik ten spod cenzury duchownej, wyjednali dla niego zmniejszenie opłaty pocztowej; Voltaire i przyjaciele jego popierali go całą siłą. Duchowieństwo w Liège odznaczające się nauką i cnotą, żądało zamknięcia dziennika. Po długich usiłowaniach udało mu się dokazać tego. Wtedy Rousseau postanowił wydawać podobny dziennik w Brukseli, ale Maria-Teresa nie zezwoliła na to, stosując się do rady nuncjusza i duchowieństwa w Louvain. Osiadł zatem Rousseau w Ardenach, które z kolei stały się ogniskiem propagandy. Stamtąd jak poprzednio z Liège rozchodziło się to mnóstwo dzieł bezbożnych i niemoralnych, których autorów nikt nigdy nie poznał, wydawanych niby to w Rzymie, Frankfurcie, Londynie. Liège jednak nie przestało być ogniskiem masonerii. Pod patronatem Henryka de Velbruck rozwinęło się słynne Société d’émulation (Stowarzyszenie współzawodnictwa), mające rzekomo za zadanie budzić zamiłowanie do literatury, nauk i sztuk, lecz zostając pod opieką masonerii, było raczej propagandą idei filozofów-encyklopedystów. Nic więc dziwnego, że i w Liège wytworzyła się silna partia rewolucyjna tym bardziej, że wiele lóż tego miasta złączonych było z Wielkim Wschodem Francji, jak też i masonami templariuszami Paryża.

P. Amand Neut w znakomitym zbiorze dokumentów masońskich skreślił historię Saint-Martina, księdza apostaty, któremu Napoleon powierzył niejedną misję do spełnienia w Niderlandach. Nędznik ten osiadł w Liège po roku 1815, gdzie wraz z Testem, drugim agentem Napoleona I, a następnie ministrem przedajnym Ludwika-Filipa, przetworzyli całą masonerię belgijską, która przybrała nazwę Partii Liberalnej Belgijskiej. Partia Liberalna, a przynajmniej ci, którzy byli zarazem wolnomularzami, nie chcieli bynajmniej wyrwania Belgii spod władzy Holendrów; woleli bowiem zostawać pod władzą księcia protestanckiego. Kościół katolicki doznawał też wtedy już wielkiego ucisku.

Rewolucja w roku 1830 pociągnęła większość liberalną. Katolicy, mający wielką przewagę liczebną, podlegając wpływom ducha czasu, rządzeni szlachetnością nieprzypuszczającą złej wiary w przeciwnikach, dopisali do konstytucji artykuły zapewniające nieograniczoną swobodę rozprzestrzeniania wszelkich doktryn. Lojalna tolerancja była konieczną w owej epoce, w warunkach w jakich się znajdowało społeczeństwo belgijskie, lecz nieszczęściem tolerancja ta przeszła możliwe granice, bo w konstytucji z roku 1831 nadano równe prawa prawdzie i błędom, zasiewając tym sposobem indyferentyzm religijny. Jednakże liberaliści wolnomularze nie byli z tego jeszcze zadowoleni. „Wolność dla wszystkich i we wszystkim nie jest naszą dewizą. Społeczeństwo religijne jest potężne w Belgii, obowiązkiem więc naszym jest wglądać w jego działalność i przeszkadzać jego zaborom” – Independant. Loża „Wolnomyślicieli” w Verviers postanowiła nie dopuszczać żadnego profana, który by nie dawał jawnych dowodów swej niezależności i stałości, jako też żądać od członków obietnicy niezawierania związków małżeńskich podług przepisów Kościoła. W roku 1837 otwarcie nowej loży w Gandawie zmusiło biskupów belgijskich do wydania listu pasterskiego z ostrzeżeniem i dowodami, że należący do lóż przestają być dziećmi Kościoła. Skutkiem tego listu liczba lóż się zmniejszyła, lecz pozostali członkowie wolnomularstwa większą jeszcze nienawiść powzięli do Kościoła i jawną mu już wypowiedzieli wojnę. Prezydentem Izby kasacyjnej był pan Defacqz, mistrz masonerii narodowej; nic więc dziwnego, że pousuwano z zarządu gorliwszych katolików, i na gruzach Kościoła postanowiono zaprowadzić wszechwładztwo dogmatyczne państwa, co z następstwem czasu doprowadziło do socjalizmu. Defacqz, Verhaegen, Defre, przywódcy masonerii i partii liberalnej znaleźli pomoc w Leopoldzie Sasko-Koburg-Gtajskim, który w roku 1833 został z woli monarchów europejskich królem belgijskim. Należał on do rodziny, której Weisshaupt (haupt: stojący na czele, głowa rodziny – przyp. W. L.) zapewnił poparcie towarzystw tajnych jako wynagrodzenie za dany mu przytułek. Król Leopold był sam wolnomularzem wyższych stopni, kawalerem Kadosz.«

Wygląda więc na to, że Księże-Biskupstwo Liège miało jakiś szczególny status, jeszcze zanim powstała masoneria. Skoro to jednak było biskupstwo, a więc obszar podległy Kościołowi katolickiemu, to jakim sposobem zachował autonomię wobec takich potęg jak choćby arcykatolicka Austria, której podlegały całe Niderlandy. Niby, według powyższego cytatu, duchowieństwu tego biskupstwa udało się zamknąć dziennik „Journal Encyclopédique”, ale Rousseau postanowił wydawać podobny w Brukseli, „ale Maria-Teresa nie zezwoliła na to, stosując się do rady nuncjusza i duchowieństwa w Louvain. Osiadł zatem Rousseau w Ardenach, które z kolei stały się ogniskiem propagandy”. Tylko, gdzie w Ardenach? Leżą w nich dwa większe belgijskie miasta: Namur i Verviers. Namur leży w Walonii, a Verviers w odległości 30 km na południowy-wschód od Liège, czyli w Księże-Biskupstwie Liège, z którego to niby duchowieństwo wyrzuciło Rousseau. Taka zabawa w kotka i myszkę, bo w cytacie jest mowa o Verviers jako miejscu loży masońskiej, więc zapewne tam osiadł Rousseau. Kościół niby zwalczał masonerię, ale tak, by jej krzywdy nie zrobić. Przypomina to trochę dzisiejsze zabawy, w których państwo skazuje „opozycjonistów” na kary więzienia, a później szybko ich zwalnia.

W listopadzie 1830 r. konferencja londyńska 1830 roku, czyli „kongres belgijski” (składający się z delegatów z Wielkiej Brytanii, Francji, Rosji, Prus i Austrii) zarządziła 4 listopada zawieszenie broni. Pod koniec listopada Wielka Brytania i Francja wystąpiły z propozycją: żadnej interwencji wojskowej i ustanowienie niezależnego królestwa Belgii, co zostało zaakceptowane przez pozostałych trzech bardziej konserwatywnych uczestników, którzy opowiadali się za interwencją wojskową w celu przywrócenia absolutystycznego reżimu Wilhelma I.

Wychodzi więc na to, że powstanie listopadowe wcale nie wybuchło po to, by belgijska rewolucja odniosła zwycięstwo, bo Anglia i Francja zadbały o to, by Rosja, Prusy i Austria nie użyły siły i tym samym, by belgijska rewolucja odniosła zwycięstwo. I belgijska rewolucja odniosła zwycięstwo i powstało niepodległe państwo Belgia, które niemal od razu zapragnęło być potęgą kolonialną.

I na kongresie berlińskim wszystkie europejskie monarchie zgodziły się na to, by to nie one, ale dopiero co powstałe państwo objęło w posiadanie ostanie nieskolonizowane terytoria, choć był to łakomy kąsek ze względu na kauczuk i kość słoniową, na które było w owym czasie wielkie zapotrzebowanie. Jak widać był ktoś jeszcze ponad tymi monarchiami, ktoś kto chciał, by to właśnie belgijski król stał się właścicielem obszaru, dla którego sam później wybrał nazwę. A belgijski król, jak jego ojciec, był zapewne masonem.

Okrucieństwa, jakich dopuścili się kolonizatorzy, wzburzyły ówczesną europejską opinię publiczną i całe przedsięwzięcie, które było wynikiem masońskich zabiegów, stało się dla niej niewygodne i postanowiono wyciszyć całą aferę poprzez scedowanie kolonii na państwo belgijskie. Jak wiadomo w takim przypadku winnego nie ma, w odróżnieniu od sytuacji, gdy to belgijski król był właścicielem państwa. W sumie całe odium spadło na Belgów, którzy tylko po części uczestniczyli w tym procederze, a już na pewno nie przeciętny Belg. Ale stereotyp drapieżnego i okrutnego Belga pozostał. Może to właśnie ten stereotyp chciała złagodzić Agatha Christi i stąd taki sympatyczny detektyw. A czy tak rzeczywiście było?

Dziś Belgia i Belgowie już tak się nie kojarzą, ale jest to państwo całkowicie zdominowane przez masonerię, bo to ona je stworzyła. Już w czasie Wiosny Ludów była Bruksela centrum wszelkich demokratycznych i niepodległościowych ruchów w Europie. Nie było więc dogodniejszego miejsca, by uczynić z Brukseli siedzibę władz unijnych.