Reportażysta

Wracanie do starych książek, starych artykułów, reportaży ma tę zaletę, że ich odbiór może być zupełnie inny, niż za pierwszym razem. To czas ma tę moc, że wydobywa z nich nowe treści, które wprawdzie tam były, ale jakby niewidoczne i dlatego niedostrzeżone. Tym razem wróciłem do zbioru reportaży Ryszarda Kapuścińskiego Imperium (Czytelnik, 2001). Pierwsze ich wydanie pojawiło się w 1993 roku. Powstały one w wyniku jego podróży w latach 1989-1991 po upadającym Związku Radzieckim. Tchnie z nich słabo skrywana satysfakcja, że „Imperium Zła” upadło i jednocześnie sugestia, że teraz, gdy zła już nie ma, to wszystko będzie inaczej, lepiej. Dziś po latach widzimy, że lepiej nie jest, a zło pozostało. Co więc było jego źródłem? Mówią nam teraz, że jego źródłem jest pozostałość po Imperium, czyli Rosja i że jak się ją rozczłonkuje, to już zła nie będzie. Tak mówią, ale ja jakoś nie za bardzo w to wierzę. Jakąś dziwną moc mają te stare książki, w których zapisane treści w momencie ich ukazania się wydawały się niegroźne. Ale upływający czas to zmienił. Tak! Palenie starych książek ma sens – dla tych oczywiście, którzy chcą kontrolować ludzki umysł.

Ryszard Kapuściński to światowej sławy reportażysta, publicysta. Światowej, bo z nacji światowej, tak jak zdecydowana większość polskich inteligentów. Urodził się w 1932 roku w Pińsku na Polesiu, a więc poniekąd w mateczniku polskiego żydostwa z okresu II RP. Jego ojciec walczył w 1939 roku w SGO Polesie. Po 17 września dostał się do niewoli radzieckiej. Wraz z kilkoma kolegami udało mu się uciec z kolumny prowadzonej na Smoleńsk i po zmianie ubrania na cywilne wrócił do Pińska. W obawie przed deportacją do Kazachstanu wyjechał z rodziną do swoich rodziców mieszkających w Przemyślu, a następnie w głąb niemieckiej strefy okupacyjnej. Pozostałą cześć okupacji Ryszard Kapuściński wraz z rodzicami spędził w Sierakowie w Puszczy Kampinoskiej, koło wsi Palmiry oraz w Świdrze (obecnie w granicach Otwocka). – Tak pisze Wikipedia. A więc „nieporadne” NKWD pozwoliło paru chłopakom uciec z kolumny i nawet nie próbowali ich szukać w miejscu ich zamieszkania. To jest pierwsza rzecz, którą zrobiłoby Gestapo. I później hasa sobie ojciec Kapuścińskiego z całą rodziną po obu stronach, przedzielonej granicą, byłej Polski. Wiadomo dla kogo granice nie istniały i nie istnieją.

Z tego zbioru reportaży wybrałem fragmenty jednego, tego dotyczącego Ukrainy, bo to jest teraz dla nas najważniejsze. Kapuściński pisze:

»W Kijowie mieszkam przy Bulwarze Drużby Narodów, u starszej pani – M. Ż. Mam swój mały i ciepły pokoik, pełen książek, w tym również po hiszpańsku, gdyż gospodyni jest tłumaczką z tego języka. Maleńka ubikacja, jak większość jej podobnych w tym kraju, jest od podłogi do sufitu wypełniona rolkami papieru toaletowego i torebkami proszku do prania. Poczciwa M. Ż. Dba o mnie i nawet kiedy wracam bardzo późno, odgrzewa mi jakąś zupę, w której jest zawsze kawałek mięsa z kością. Właśnie kiedy jem zupę, M. Ż. opowiada mi, jakim cudem zdobyła to mięso z kością, bo, oczywiście, jest to najprawdziwszy cud – M. Ż. i ja wiemy o tym dobrze.

Wspominam M. Ż., ponieważ niedawno musiałem powiedzieć grupie ludzi, co to jest dramat, dramat losu, dramat życia, a także dać jakiś przykład. Dla mnie przykładem jest M. Ż. Dziesięć lat temu mąż M. Ż. wyemigrował do Nowego Jorku. Najpierw biedował, ale potem pomogła mu gmina żydowska i mąż M. Ż., o którym może ona teraz powiedzieć – były mąż, stanął na nogach. Jedyną bliską osobą, która została mojej gospodyni, jest jej wnuczka. Wnuczka ma piętnaście lat. M. Ż. jest już bardzo chora, za dużo waży i ma trudności z chodzeniem. Jednego dnia wracam, a M. Ż. trzyma w ręku list i jest wyraźnie zdenerwowana. To list od jej męża, byłego męża, który pisze – przyślij mi naszą wnuczkę, ja ją tu wykształcę, ja ją rozwinę, dam jej wszystko. M. Ż. dobrze rozumie, że jej mąż, były mąż, ma rację: jaka przyszłość może czekać jej wnuczkę w Kijowie? A to dziecko jest takie zdolne! Ale jeśli wnuczka pojedzie, M. Ż. zostanie sama, zupełnie sama, a, co tu dużo mówić, trzeba się liczyć z okropnymi prawami wieku, trzeba patrzeć życiu w twarz. Z drugiej jednak strony, czy wolno odebrać wnuczce taką złotą szansę? Przecież mogłaby tam i zostać lekarzem, i grać na skrzypcach, i poznać bogatego człowieka.

I co pan o tym wszystkim myśli? Pyta mnie zrozpaczona M. Ż. Patrzę, jak drży jej ciało, jak ciągle czyta zdanie po zdaniu ów radosno-złowieszczy list (którego treść przez cały dzień skrywa przed wnuczką), i czuję, że stanąłem w środku ludzkiego dramatu. Milczę, a potem zaczynam prosić M. Ż. o przebaczenie. Proszę mi wybaczyć, mówię, proszę się nie gniewać, ale ja naprawdę nie wiem, co odpowiedzieć.

I dalej:

Polityka tak tu teraz panuje nad wszystkim, że odruchowo chciałem tę relację zacząć od streszczenia kolejnej uchwały, którą przyjął właśnie parlament Ukrainy, lub od rozmowy z jednym z miejscowych działaczy, ale teraz pomyślałem, że – nie, jednak na początek powiem co innego, a mianowicie pochwalę Kijów jako miasto. Jest to jedyne z wielkich miast w dawnym ZSRR, w którym ulice służą nie do pośpiesznego przemykania się do domu, ale do chodzenia, do spacerowania. Podobnie jest może tylko w Petersburgu, ale tam przeszkadza klimat znacznie chłodniejszy, wietrzny, deszczysty lub mroźny. Natomiast Kijów jest ciepły, zaciszny, wygrzany w słońcu. Po południu w śródmieściu widzi się tłum ludzi, i to tłumy wcale nie polityczne, nie wiecujące, ale zwyczajnie tysiące przechodniów, którzy wyszli z dusznych, ciasnych biur i mieszkań, aby zaczerpnąć świeżego powietrza. Kijów poza tym jest miastem, w którym zachowały się ślady dawnych kawiarń. Można w nich – odstawszy swoje w kolejkach – dostać szklankę herbaty i ciastko, rzecz np. w Moskwie nie do pomyślenia.

Miasto leży na wzgórzach, niektóre ulice są kręte i bardzo strome. Ze szczytów wzgórz widać dolinę Dniepru i sam Dniepr – rzekę rozległą jak Amazonka, jak Nil, spokojną, powolną, o niekończącej się liczbie odnóg, zatok i wysp. Kiedy Ukraińcy staną się zamożni, pełno będzie tu żaglówek i jachtów – na razie jest głucho i pustawo.

Architektura Kijowa to temat na osobną opowieść. Można tu zobaczyć wszystkie epoki i style – od cudem uratowanych średniowiecznych klasztorów i cerkwi po straszliwy, stalinowski socrealizm. A pomiędzy tym i barok, i neoklasycyzm, i przede wszystkim bujna, przebogata secesja. Jakież to musiało być kiedyś piękne miasto! Dewastacja tej architektonicznej perły zaczęła się po roku 1917 i trwa praktycznie do dziś. Któregoś dnia kupiłem sobie wydany ostatnio przez miłośników Starego Kijowa niezwykły dokument – plan miasta i spis celowo zburzonych budynków, kościołów, pałaców, cmentarzy. Spis wymienia 254 obiekty, zrównane przez bolszewików z ziemią, aby zatrzeć ślady kultury Kijowa. 254 obiekty – toż to całe miasto! Na szczęście nieudolność i niewydajność systemu działały tu na korzyść sztuki. Reżym nie był w stanie wszystkiego zniszczyć, zostało jeszcze wiele cerkwi i budynków, które przyciągają naszą uwagę i budzą podziw.

I dalej:

W wielkim uproszczeniu można powiedzieć, że są dwie Ukrainy: zachodnia i wschodnia. Zachodnia (dawna Galicja, tereny, które wchodziły w skład przedwojennej Polski) jest bardziej „ukraińska” niż wschodnia. Jej mieszkańcy mówią po ukraińsku, czują się stuprocentowymi Ukraińcami, są z tego dumni. Tu przetrwał duch narodu, jego osobowość, jego kultura. Inaczej wygląda to na Ukrainie Wschodniej – terytorialnie większej niż Zachodnia. Tu mieszka ponad 13 milionów rdzennych Rosjan i co najmniej drugie tyle pół-Rosjan, tu rusyfikacja była bardziej intensywna i brutalna, tu Stalin wymordował niemal całą inteligencję. W latach1932-33 Stalin zagłodził na śmierć kilka milionów chłopów ukraińskich i kazał rozstrzelać dziesiątki tysięcy ukraińskich inteligentów. Uratowali się ci, którzy uciekli za granicę. Kultura ukraińska przechowała się lepiej w Toronto i Vancouver niż w Doniecku i Charkowie.

Różnice między Ukrainą Zachodnią (zwaną ukraińskim Piemontem) a Wschodnią widoczne były i teraz, w miesiącach walki o niepodległość. Wychodzący w Moskwie miesięcznik „Drużba narodów” (nr 4/90) podaje: w Kijowie, który liczy 3 miliony mieszkańców, na manifestację niepodległościową przyjdzie 40 tys. ludzi, a we Lwowie (stolica zachodniej Ukrainy), który liczy 1 mln mieszkańców, na manifestację przyjdzie 300 tysięcy. W Doniecku, który jest większy niż Lwów, na manifestację przyjdzie 5 tysięcy ludzi.

I dalej:

Przyszłość Ukrainy będzie rozwijać się w dwóch kierunkach. Pierwszy – to stosunki z Rosją, drugi – to stosunki Ukrainy z Europą i ze światem. Jeżeli relacje te będą układały się pomyślnie, szanse Ukrainy są ogromne. Jest to bowiem kraj żyznej ziemi i cennych surowców, obdarzony ciepłym, przychylnym klimatem. Jest to duży, ponad 50-milionowy naród – mocny, prężny i ambitny.

Jesienią 1990 roku Aleksander Sołżenicyn ogłosił swój projekt państwa, jakie jego zdaniem powinno powstać na miejsce ZSRR. Tytuł tej publikacji – „Jak zbudować Rosję?” Sołżenicyn proponuje, aby przyszłe państwo składało się z Rosji, Białorusi, Ukrainy i północnego Kazachstanu. Resztę oddajmy, proponował Sołżenicyn, ponieważ „nie mamy siły na peryferie”.

Ukraińcy odrzucili ten projekt. „Jedynym rozwiązaniem problemu ukraińskiego – napisał ostatnio jeden z ukraińskich dysydentów, Leonid Pluszcz – jest stworzenie własnego państwa, które zorganizuje mechanizmy obronne i odpowiednie środki dla rozwoju kultury”. Ukraińscy intelektualiści, którzy bali się rosyjskich komunistów, teraz śledzą czujnie postawę rosyjskich demokratów. Związanym z tym niepokojom daje wyraz jeden ze świetnych ukraińskich eseistów, Mikołaj Riabczuk, który pisząc o programie rosyjskiego Ruchu Reform Demokratycznych zadaje wręcz pytanie – „Imper-demokraci” zamiast „Imper-komunistów”? W podobnym duchu wypowiedziała się w początkach września wdowa po Sacharowie – Irena Bonner. Boję się tego, powiedziała, co tkwi w Rosjanach, ich „ducha ekspansji i dominacji”.

A stosunki Ukrainy ze światem? Przede wszystkim do roku 1917, a na znaczących obszarach aż do roku 1939, Ukraina to był jeden z najbarwniejszych na świecie kobierców kultur, religii, języków, przebogaty, kolorowy ogród, w który ludzie z Zachodu zagłębiali się ze zdumieniem i fascynacją. Ileż tu ciągle mimo dewastacji i zniszczeń śladów polskich, rosyjskich, żydowskich, węgierskich, włoskich, austriackich, niemieckich, rumuńskich. We wrześniu byłem na polskim cmentarzu w Żytomierzu (150 km od Kijowa na drodze do Lwowa). Grób syna Moniuszki, żony Kraszewskiego, siostry Paderewskiego, rodziny Conrada. Grobowiec rodziny generała Dąbrowskiego, służący do niedawna za przygodny dom publiczny.

Siłą Ukrainy jest jej emigracja. Duża część pszenicy kanadyjskiej rośnie na polach ukraińskich farmerów w Albercie i Ontario. Ukraińcy tworzą wpływowe, ekonomicznie i kulturalnie silne społeczności w Detroit, Nowym Jorku i Los Angeles. Także w Europie Zachodniej. Ci emigranci są bardzo przywiązani do Ukrainy, patriotyzm ukraiński ma chłopską cechę: jest silnie zakorzeniony w ziemi rodzinnej. Już dzisiaj w Kijowie pełno Ukraińców z Kanady i USA. Chcą zakładać banki i przedsiębiorstwa, chcą handlować, otwierać wydawnictwa. Już wkrótce Ukraina będzie miała własne linie lotnicze, własna flotę morską. Własną walutę i armię.

Zapytany o przyszłą Ukrainę, jeden z jej przywódców – Michaiło Horyń, powiedział nam w Kijowie: „Chcemy, aby Ukraina była państwem światłym, dobrym, demokratycznym i humanistycznym”.

Światłym, dobrym, demokratycznym i humanistycznym. Amen.«

W końcowej części książki, w jej podsumowaniu, Kapuściński pisze:

„Upadek komunizmu dokonał się w tym państwie stosunkowo bezkrwawo, a w rdzennej Rosji – zupełnie bezkrwawo. Wielka Ukraina ogłosiła niepodległość bez jednego wystrzału karabinowego. Podobnie – Białoruś.

W istocie, w świecie współczesnym obserwujemy rozszerzające się zjawisko aksamitnych rewolucji, rewolucji bezkrwawych, albo – jak to określił Isaac Deutscher – nie dokończonych.

Ich cechą jest to, że choć stare siły odchodzą, to nie odchodzą zupełnie, a walce nowego ze starym towarzyszą jednocześnie różnorodne procesy adaptacyjne, zachodzące po obu stronach barykady. Dominuje zasada unikania drapieżnych, krwiożerczych konfrontacji.

Ciekawe, że krew leje się dziś tam, gdzie do natarcia rusza zaślepiony nacjonalizm albo religijny fundamentalizm czy zoologiczny rasizm, a więc trzy czarne chmury, które mogą zaćmić niebo XXI wieku. Natomiast tam, gdzie chodzi o zmianę ustroju społecznego i towarzyszące jej różne formy walki klasowej, tam proces transformacji przebiega znacznie łagodniej i właśnie – bezkrwawo.”

Widać więc, że Kapuściński darzył Ukrainę i Ukraińców nieskrywaną sympatią, ale czy rzeczywiście ich, czy może Żydów ukraińskich. Już w pierwszym fragmencie tego cytatu pojawia się Żydówka, tłumaczka z hiszpańskiego. Jej mąż na początku lat 80-tych wyjechał do Ameryki. Kto z przeciętnych ludzi w tamtym okresie mógł wyjeżdżać ze Związku Radzieckiego? Dla tej nacji nigdy nie istniały granice.

Zachwala też on walory krajobrazowe i klimatyczne Ukrainy i wyjątkowość samego Kijowa oraz wieloetniczność i wielokulturowość społeczeństwa zamieszkującego Ukrainę. Jest w tym spory ładunek emocjonalny. Skąd taki u polskiego Żyda? Może odezwały się wspomnienia z dzieciństwa na Polesiu? A poza tym każdy Żyd lepiej czuje się w społeczeństwie multi-kulti i tak naprawdę cały czas dąży do tego, by wymieszać narody osiadłe. Ukraina od początku była takim państwem, ale też była państwem całkowicie zdominowanym przez Żydów. Pod każdym względem: kulturalnym, finansowym, politycznym. Choć to trudno sobie wyobrazić, ale jeszcze bardziej zdominowanym niż Polska.

Opisuje też Kapuściński żydowską diasporę w Kanadzie i USA. Jak podkreśla, szczególnie w Kanadzie jest doskonale zorganizowana i wpływowa. Pisze, że ta emigracja wywodzi się z ukraińskich chłopów i stąd u niej taka tęsknota za ziemią rodzinną. I ci „chłopi” wracali na początku lat 90-tych, by zakładać banki, przedsiębiorstwa, handlować, otwierać wydawnictwa. Koń by się uśmiał! Ci dobrze zorganizowani i wpływowi „chłopi” ukraińscy to po prostu Żydzi ukraińscy i ich potomkowie.

Te lakoniczne wręcz informacje dają do myślenia i wyjaśniają, skąd u tych „Ukraińców”, którym tak pomaga „polski” rząd, taka niewdzięczność? Oba rządy, tj. polski i ukraiński, zdominowane są przez ukraińskich Żydów, którzy realizują własne cele, a Polacy i Ukraińcy to dla nich zwykle śmieci do zutylizowania na wojnie i do skłócania. Temu m.in. służy przesiedlenie milionów Ukraińców do Polski i uprzywilejowanie ich względem Polaków. A Polska podobnie jak Ukraina ma się stać jeszcze bardziej, niż jest, państwem wieloetnicznym i wielokulturowym. I po to też sprowadza się ogromne ilości Białorusinów, o czym się nie mówi.

„Wielka Ukraina ogłosiła niepodległość bez jednego wystrzału karabinowego.” To bardzo znamienne, że Kapuściński użył określenia „Wielka Ukraina”, a nie – „Ukraina”. W ten sposób już całkowicie się zdemaskował. Chyba był ukraińskim Żydem. Wszak Polesie leży na pograniczu Białorusi i Ukrainy. Taka jest ta Polska i mnóstwo takich Polaków w niej żyło i żyje.

Rewolucja goździków

Kiedy tak przyglądam się coraz uważniej tym wszystkim wydarzeniom na świecie, które miały miejsce w dalszej czy bliższej przeszłości, czy obecnie, to coraz bardziej utwierdzam się w przekonaniu, że nic nie dzieje się przypadkiem i spontanicznie, choć media i opracowania historyczne starają się nas przekonać, że tak właśnie jest. Chodzi oczywiście o politykę. Jednym z takich wydarzeń była tzw. rewolucja goździków w Portugalii w 1974 roku. Dawno temu to było, więc większość ludzi może nawet nie wie o niej. Ja ją pamiętam, bo ówczesne media, szczególnie główne wydanie dziennika telewizyjnego, zamieszczało wiele informacji o tym, co wówczas działo się w Portugalii. Trudno się dziwić. Socjalistyczne państwo sympatyzowało z tą rewolucją, a raczej „rewolucją”.

„Rewolucja goździków – wojskowy zamach stanu w Portugalii w 1974 roku. Doprowadziła do obalenia dyktatury Manuela Caetana – następcy Antonia Salazara. W konsekwencjo doszło do przywrócenia swobód obywatelskich i politycznych oraz dekolonizacji portugalskich posiadłości w Afryce i Azji.

Zamach miał miejsce 25 kwietnia 1974 roku. Za jego organizację i przeprowadzenie odpowiedzialni byli lewicowi oficerowie zrzeszeni w Ruchu Sił Zbrojnych (MFA) – organizacja skupiała głównie młodych kapitanów, lecz patronat nad nimi objęli generałowie Francisco da Costa Gomes i Antonio de Spinola. Spiskowcy zajęli sztab generalny, siedzibę rządu, radio i telewizję znajdujące się w Lizbonie i Porto. Premier Marcelo Caetano schronił się w koszarach Gwardii Republikańskiej. Po tym, gdy sam przyznał, „nie spotkał nikogo, kto by chciał walczyć w obronie rządu”, sam oddał się w ręce puczystów. Zamach stanu został przeprowadzony pokojowo, a jedynymi ofiarami była czwórka obywateli zastrzelonych przez funkcjonariuszy policji politycznej podczas oblężenia jej siedziby. Organizatorzy rewolucji zostali masowo poparci przez obywateli, którzy w geście poparcia armii wyszli na ulice.

Sygnałem do rozpoczęcia zamachu było nadanie przez lizbońskie radio pieśni Jose Alfonsa „Grandola, Vila Morena”. Nadało ją 25 minut po północy katolickie Radio Renascenca. Nazwę rewolucji dały białe i czerwone goździki, jakimi Celeste Caeiro (portugalska pacyfistka) obdarowała biorących udział w puczu żołnierzy, za jej przykładem poszli kwiaciarze i inni mieszkańcy Lizbony. Kwiaty wetknięte w lufy karabinów stały się symbolem rewolucji.”

Tak tę rewolucję opisuje Wikipedia. Skoro więc premier Caetano przyznał, że „nie spotkał nikogo, kto by chciał walczyć w obronie rządu”, to czy to była rewolucja? Najwyraźniej trudno było zmobilizować Portugalczyków do protestu i ta Portugalia Salazara, trwająca jeszcze od czasów przedwojennych, najwyraźniej odpowiadała Portugalczykom. Trzeba było więc posłużyć się wojskiem.

„Ruch Sił Zbrojnych (MFA), Ruch Kapitanów – konspiracyjna organizacja w wojsku portugalskim w latach siedemdziesiątych XX wieku, skupiająca głównie młodych oficerów, niezadowolonych z warunków służby wojskowej i ciągłego prowadzenia wojen w koloniach. Członkowie MFA różnili się pomiędzy sobą w poglądach politycznych i społecznych: liberalno-demokratycznych, socjalistycznych, komunistycznych i ultralewicowych, ale wspólne było w nich przekonanie o konieczności demokratyzacji Portugalii i przeprowadzenia dekolonizacji. Od lipca 1974 roku MFA była najważniejszą siłą w rządzie, a przewagę w nim miały grupy lewicowe, w tym komuniści, których przedstawicielem był premier pułkownik Vasco Goncalves. W marcu 1975 roku utworzona została i postawiona na czele państwa Rada Rewolucji. Tymczasem w samym MFA występowały coraz większe tarcia pomiędzy socjalistami, ultralewicą i komunistami. Ultralewica podjęła nieudaną próbę kolejnego zamachu 25 listopada 1975 roku. Od tego czasu prądy umiarkowane zyskały przewagę w MFA. W latach 1976-1982 Rada Rewolucji stanowiła ciało doradcze prezydenta oraz nastąpił rozpad MFA, który tracił znaczenie na rzecz władz cywilnych.” – Wikipedia.

Mamy więc taką sytuację, że wojsko, któremu nie chce się walczyć, czyli wykonywać podstawowej funkcji, do której zostało powołane, to wojsko dokonuje zamachu stanu, czyli obala rząd, którego nie trzeba obalać, bo nikt go nie usiłuje bronić. A wszystko to za sprawą konspiracyjnej, czyli tajnej organizacji w wojsku, której nie ma prawa tam być, bo wojsko to zbrojne ramię rządu, służące do obrony państwa i jego rządu. I ta tajna organizacja dzieli się na partie polityczne i oddaje władzę Radzie Rewolucji, która staje się ciałem doradczym prezydenta. Czy nie mogło tak być, by rządząca dyktatura, która nie była żadną dyktaturą, ustąpiła i nastały rządy demokratyczne? Wygląda na to, że chyba nie mogło tak być.

Tak przy okazji, to przypomina mi się inna rewolucja, opisana w blogu „Kryzys sueski”:

»Rewolucja egipska (gdzie się nie obejrzysz, to tylko rewolucje!) 1952 roku, to rewolucja Wolnych Oficerów, przewrót wojskowy przeprowadzony w Kairze 23 lipca 1952 roku przez tajne ugrupowanie Wolnych Oficerów. To także rewolucja społeczna, jaka po nim nastąpiła.

Wolni Oficerowie – nielegalna, konspiracyjna organizacja wojskowa powstała w armii egipskiej w 1949 roku. Jej członkowie zorganizowali rewolucję egipską w 1952 roku i utworzyli po niej w kraju nową elitę władzy. Powstała ona z inicjatywy Gamala Abdela Nasera. W 1951 roku kierownictwo organizacji liczyło dziesięciu wojskowych w stopniu majora lub podpułkownika, urodzonych pomiędzy 1917 a 1922 rokiem, pochodzących, z nielicznymi wyjątkami, ze średnich warstw społecznych. Do 1952 roku grupa Wolnych Oficerów liczyła 327 członków na ogólną liczbę 5500 oficerów egipskich.

Tajna i nielegalna organizacja, a więc nie ma wątpliwości, że masońska, a skoro powstała z inicjatywy Nasera, to znaczy, że i on był masonem, a jego „nieznanymi przełożonymi” byli zapewne Żydzi.

Wolni Oficerowie nie sformułowali konkretnego programu politycznego. Program ogólny sformułowany w 1951 roku zakładał walkę z nierównościami i niesprawiedliwością społeczną, wymianę klasy panującej, zlikwidowanie zależności od Wielkiej Brytanii i podjęcie walki z imperializmem, likwidację feudalizmu, rozwój gospodarki przy ważnej roli inicjatywy prywatnej i równocześnie aktywnym udziale państwa. Członkowie organizacji sympatyzowali z różnymi środowiskami politycznymi. Niektórzy należeli do Stowarzyszenia Braci Muzułmanów. Spora grupa należała w przeszłości do partii Młody Egipt. Niektórzy mieli związek z Komunistycznym demokratycznym Ruchem Wyzwolenia Narodowego. Ali Sabri (generał i polityk tureckiego pochodzenia) kontaktował się z ambasadą Stanów Zjednoczonych. W ten sposób o Wolnych Oficerach wiedziała amerykańska dyplomacja i wywiad, odnosząc się przychylnie do organizacji. W marcu 1952 roku wyższy urzędnik CIA Kermit Roosevelt rozmawiał w Kairze z niektórymi członkami organizacji, po czym w sporządzonej analizie uznał ich organizację za korzystną dla swojego kraju, alternatywną wobec rządów króla egipskiego Faruka, co oznaczało, że USA powinny zaakceptować przeprowadzenie przez nich wojskowego przewrotu.

Członkowie organizacji sympatyzowali z różnymi środowiskami politycznymi. To zupełnie tak samo, jak w Meksyku, gdzie przywódca powstania Miguel Hidalgo y Costilla spotykał się w swoim domu z wieloma osobami i to zarówno Indianami, Metysami, Kreolami i półwyspiarzami. Niektórzy należeli do partii Młody Egipt. W Turcji w XIX wieku istniała masońska organizacja Młoda Turcja. A wszystko i tak pod kontrolą tych, którzy w całym świecie dokonywali przewrotów politycznych w imię „szczytnego” celu, jakim było szerzenie demokracji.

Według wspomnień as-Sadata Wolni Oficerowie rozpoczęli przygotowania do obalenia monarchii w styczniu 1952 roku i planowali prowadzić je przez najbliższe trzy lata. Masowe demonstracje w Kairze w końcu miesiąca miały skłonić przewodniczącego organizacji Gamala Abdela Nasera do przesunięcia terminu na listopad 1952 roku. Natychmiastowe wystąpienie uniemożliwiały niedostateczne wpływy Wolnych Oficerów w kairskim garnizonie. Ostatecznie jednak Naser zdecydował o przeprowadzeniu przewrotu w nocy z 22 na 23 lipca, obawiając się, że organizacja zostanie wykryta i rozbita. Po zwycięskiej rewolucji Wolni Oficerowie utworzyli nowy rząd – Radę Rewolucyjnych Dowódców.«

W maju i we wrześniu 1975 roku włoska dziennikarka, Oriana Fallaci, przeprowadziła dwa wywiady z Mario Soaresem (Oriana Fallaci, Wywiad z historią, Świat Książki, 2016), socjalistą, który stał się pierwszoplanową postacią w życiu politycznym kraju. Został wybrany na prezydenta w 1986 i w 1991 roku. Po zakończeniu w 1996 roku drugiej kadencji, w 1999 roku został wybrany do Parlamentu Europejskiego, gdzie działał do 2004 roku.

We wstępie do tych wywiadów Fallaci zamieszcza swoje uwagi, których fragmenty warto przytoczyć, bo one dobrze opisują ówczesną sytuację i nastroje, jakie wówczas panowały w Portugalii. We wstępie do pierwszego pisze:

»Czterdziestoma procentami głosów wygrała Portugalska Partia Socjalistyczna, to znaczy partia, która walczyła w imię ludzkiego socjalizmu, wolności myśli, pluralizmu, bez którego popada się w dyktaturę. Lecz Partia Socjalistyczna, pomimo zwycięstwa, nic nie znaczyła. Jako druga, z dwudziestoma siedmioma procentami głosów, uplasowała się Ludowa Partia Demokratyczna, której nie można było uznać za naprawdę prawicową, ale która mimo wszystko miała silny głos w kraju. Jednak wszyscy zachowywali się, jakby Ludowa Partia Demokratyczna nie istniała. Z dwunastoma i pół procent głosów, plus czterema procentami swojego wytworu, Ruchu Ludowo-Demokratycznego, przegrała Partia Komunistyczna, to znaczy partia, która zdecydowana była narzucić najbardziej tępy, najbardziej przebrzmiały stalinizm. Jednak to właśnie Partia Komunistyczna wydawała rozkazy, za pośrednictwem prasy, radia i telewizji, gdzie wczorajsi faszystowscy dziennikarze odkryli w sobie nagle skrajnie lewicowych rewolucjonistów. Rozkazywała za pośrednictwem jedynego związku zawodowego, którego przywódcy nie zostali wybrani przez robotników i robili z Pierwszego Maja swoją prywatną własność. Rozkazywała za pośrednictwem zbrojnej milicji kontestatorów, którzy za Ceatana nie śmieli nawet pomyśleć o najmniejszym geście odwagi. Rozkazywała za pośrednictwem wojska, z którym łączył ją tajny sojusz. Jeśli komunistom nie podobała się jakaś gazeta, wojsko tę gazetę zamykało. Jeśli komuniści nie chcieli zgromadzenia ustawodawczego, wojsko deklarowało, że jest skłonne zgromadzenia ustawodawczego nie otwierać. Jak w zerwanym naszyjniku, roztrzaskiwały się jedna za drugą podarowane wolności. Pozostała jedynie wolność słowa, ale ludzie bali się już mówić to, co myśleli. Krytykowano półgłosem, wodząc dookoła podejrzliwym i niespokojnym wzrokiem. Biada, jeśli nie uznali cię za lewicowego albo wystarczająco lewicowego. Było to równoznaczne z okrzyknięciem cię reakcjonistą, kontrrewolucjonistą, faszystą. Tego, kto nie był komunistą, nazywano faszystą. A na wojskowych zgromadzeniach ulubionym hasłem było: „Z nami lub przeciw nam”. Było to również hasło Salazara.

Zrozumieć czego chcieli ci wojskowi, było trudno, przede wszystkim dlatego, że oni sami dobrze tego nie wiedzieli. Ekstremiści, ultraekstremiści, staliniści, maoiści, moderaci, ich zamęt ideologiczny był ogromny. Uformowali się na wzór szkoły partyzantów z Mozambiku i Angoli; możliwe, że nie czytali Marksa i Mao Tse-tunga po portugalsku. Nie mówiąc o tym, że portugalski jest językiem o bardzo ubogim słownictwie. Ruch Sił Zbrojnych nie był, jak utrzymywano, spójny i jednolity, lecz szarpany przez frakcje i okrutną rywalizację. Wielu oficerów, którzy uczestniczyli w przewrocie 25 kwietnia, trafiło do więzień razem ze zbirami Caetana. W więzieniu można było znaleźć również anarchistów, winnych gryzmolenia na murach Lizbony zachwycających napisów. „Słońce zaświeci dla nas wszystkich”, mówiły manifesty Portugalskiej Partii Komunistycznej. A anarchiści dodawali poniżej: „O ile nie będzie padać”. „Dziś będą nas tysiące, jutro będą nas miliony”. A anarchiści: „Bo nie stosujecie pigułki”. „Jeśli nie podoba ci się w Portugalii, wyjedź”. A anarchiści: „Ostatni gasi światło”. Podczas dyktatury więźniów politycznych było trzystu, teraz były ich dwa tysiące. W czasach rewolucji jest to nieuniknione, to prawda, ale czy miała miejsce jakaś rewolucja? I na czym polegała? Na tym, że stolica oferowała przedstawienia moskiewskiego cyrku i kubańskiego baletu? Na znacjonalizowaniu banków i przedsiębiorstw, zanim zdecydowano, kto będzie nimi zarządzał? Za każdym razem, gdy wojskowi przejmują władzę, mówią o rewolucji. Mówił o niej również Papadopulos w Grecji, mówił również Pinochet w Chile. I na pewno ci Portugalscy wojskowi byli szczerzy, naprawdę mieli dobre intencje; jednak demagogia, chaos i samowola stanowiły najbardziej rzucający się w oczy element rzeczywistości. Podczas gdy prawdziwi faszyści, prawdziwi reakcjoniści szczęśliwi zacierali ręce. Podczas gdy na usta cisnęły się gorzkie słowa: nie zawsze rewolucje prowadzą ku demokracji, ku postępowi, ku wolności i nie zawsze to, co określa się manem rewolucji, jest rewolucją. Czyż nawet faszyści nie nazywają dziś siebie rewolucjonistami? We Włoszech wiemy dobrze, że czerwień niekoniecznie bywa czerwienią, a czasem jest przykrywką dla czerni, że nierzadko czerwoni albo tak zwani czerwoni mówią tym samym językiem, co czarni, używają tych samych gestów, popełniają te same występki. Co miało się więc stać z Portugalią? Kraj balansował nad przepaścią. Istniało ryzyko, że wyjdzie z tej sytuacji podzielony na pół lub przynajmniej poobijany w wyniku wielkiej szamotaniny i być może zraniony na zawsze.«

We wstępie do drugiego wywiadu pisze:

„Armia już nie istniała. Nie istniało już nawet państwo. Uchodźcy zajmowali banki, księża organizowali rozruchy, żołnierze odmawiali służby wojskowej. Wykrzykiwali na przykład, że nie pojadą do Angoli, jeśli nie otrzymają pisemnej, poświadczonej przez notariusza gwarancji, że nie doznają tam najmniejszego draśnięcia. Politycy każdego dnia byli coraz bardziej wykluczani z gry. Żeby działać (a działali), musieli posługiwać się wojskowymi, sprzymierzając się z nimi niemal potajemnie. Każdy miał swojego. Cunhal miał Goncalvesa. Soares miał Melo Antunesa. Maoiści mieli Otela. Co do innych, nie wiadomo. Ale wiadomo było, ze najcięższa walka rozegra się między socjalistami a komunistami. O działającym Zgromadzeniu Ustawodawczym, powstałym w wyniku wyborów, nikt nawet nie wspominał. Na co by się to przydało? Kto by je szanował? Jeżeli weźmie się pod uwagę, że Otelo pozwolił uciec z więzienia pewnym ekstremistom po tym, jak ich aresztował, a teraz potajemnie ich odwiedzał, by z nimi studiować marksizm. To było coś nierealnego. Ponad rok wcześniej wydarzyło się w tym kraju coś, co sprawiło, że historia się zagmatwała i stała się nierealna. A może wykombinowała jakiś żart, happening? Nagle ci sami wojskowi, którzy przez czterdzieści lat stanowili kręgosłup faszyzmu, wznieśli sztandar antyfaszyzmu i stali się obrońcami wolności. Jak gdyby źródłem wolności mogła być raptowna zmiana poglądów.”

„Świat jest teatrem, aktorami ludzie, którzy kolejno wchodzą i znikają.” – William Szekspir. Ta słynna sentencja opisuje dokładnie to, co działo się podczas rewolucji goździków w Portugalii. Bardziej trafnie i lakonicznie nie da się chyba tego ująć. Tak działa polityka i ci, których widzimy na scenie, ale to nie są ci, którzy faktycznie rządzą. Ci, których widzimy, działają jak zaklinacze węży. Wyborcy dają się uwodzić i żyć iluzją, że tym razem będzie inaczej. Nie wiem w czym tkwi siła i urok demokracji, ale nie można zaprzeczyć, że ona jest i że ten urok ma magiczną moc.

Grecja

Kiedy czyta się podręczniki historyczne lub książki, to najczęściej opisują one powstanie nowych państw jako wynik powstań czy wojen narodowowyzwoleńczych, które wybuchają spontanicznie. Żadne z nich nie wyjaśniają, skąd się biorą ci powstańcy, skąd mają pieniądze i broń. A przecież bez broni i pieniędzy nie sposób walczyć. Bardzo ciekawym przypadkiem tego zagadnienia jest sposób, w jaki Grecy wywalczyli sobie niepodległość na początku XIX wieku w 1822 roku. Artur Bojarski w książce Navarino 1827 (Bellona, 2007) zamieszcza pewne informacje, które ułatwiają odpowiedzi na postawione pytania. Pisze on m.in.:

„Turcy osmańscy podbili Półwysep Bałkański w XIV wieku, w ciągu dwustu lat stopniowo opanowując tereny byłego cesarstwa bizantyjskiego, z wyjątkiem niewielkich greckich terytoriów pozostających pod władzą Wenecjan. Egipt i północne wybrzeża Afryki zostały przyłączone do państwa otomańskiego już w pierwszej połowie XV wieku. Na tle posiadłości tureckich w Afryce, Bałkany stanowiły prawdziwą mozaikę narodowościową i religijną; zarządzanie tymi terytoriami było prawdziwą zmorą dla centralnych władz w Stambule. W XIX wieku władze ottomańskie nadal rządziły imperium w tradycyjny sposób, właściwy państwom orientalnym. Porta ottomańska (rząd osmański) była przez osobiste układy silnie powiązana z lokalnymi satrapami, takimi jak Ali Pasza w Epirze czy Muhamed Ali w Egipcie, sprawującymi w imieniu sułtana władzę na podbitych terytoriach. Na najniższym szczeblu drabiny społecznej znajdowali się muzułmańscy chłopi i chrześcijańscy poddani, finansowo utrzymujący państwo przez system płaconych przez siebie podatków i haraczy.

Poważny problem dla władzy tureckiej stanowił separatyzm albańskich bejów, rządzących swymi ziemiami pod teoretycznym zwierzchnictwem sułtana. W drugim dziesięcioleciu XIX wieku na terytoriach greckich władzę stopniowo przejmował albański muzulmanin Ali Pasza, zwany Lwem z Janiny, który panował nad greckimi ziemiami do 1822 roku. Rządził posługując się starymi osmańskimi metodami, polegającymi na wyróżnianiu pewnych elit społecznych, które mógł później, niemal jak suwerenny książę, wykorzystywać w swojej niezależnej wobec Stambułu polityce. Ali Pasza opierał się na wielkich posiadaczach ziemskich, greckich przedsiębiorcach handlowych oraz dowódcach oddziałów paramilitarnych, zwanych armatolami.

Skoro opierał się na wielkich posiadaczach ziemskich i przedsiębiorcach handlowych, to znaczy, że był od nich zależny finansowo. A stąd już łatwo wywnioskować, od kogo tak naprawdę był zależny i komu podlegały te oddziały paramilitarne.

Słabość floty osmańskiej i anarchia u greckich wybrzeży sprawiła, że rozwijał się tu na wielką skalę proceder piracki. Wewnątrz lądu, dokąd uciekali chłopi z wybrzeża, źródło anarchii stanowili różnego rodzaju zbiegowie, wyrzutki, awanturnicy i rozbójnicy, zwani kleftami. Ci młodzi ludzie uciekali w góry, by uniknąć aresztowania przez władze tureckie, a ich bandy liczyły do kilkudziesięciu członków. Ali Pasza często udzielał amnestii przywódcom band kleftów – kapitanosom, a następnie werbował ich do swojej służby, by położyli kres rozbojom w górach. Armatolowie stali się za panowania Alego w latach dwudziestych XIX wieku elitą władzy na ziemiach greckich. Istnienie tych paramilitarnych oddziałów, kontrolowanych przez Greków, umożliwiło powstanie greckich oddziałów partyzanckich. Po wybuchu powstania oddziały te stały się podstawą greckich sił zbrojnych walczących przeciw tureckiemu okupantowi.

Mam więc taką sytuację, że teoretycznie podległy sułtanowi albański muzułmanin – Ali Pasza, tworzy oddziały paramilitarne, które podlegają Grekom i które będą walczyć przeciwko władzy sułtana.

Cios zadany ottomańskiej władzy w Grecji został jednak wymierzony z zewnątrz. Pod ideologicznym wpływem rewolucji francuskiej i liberalnych powstań w Hiszpanii i Neapolu wykształceni na zachodzie Europy oraz w Rosji Grecy założyli elitarny ruch na rzecz wyzwolenia Grecji – Filiki Eteria.

Pod ideologicznym wpływem rewolucji francuskiej i liberalnych powstań w Hiszpanii i Neapolu – po nitce do kłębka.

W wyniku wojen rosyjsko-tureckich drugiej połowy XVIII wieku Rosja wyparła Turków osmańskich z Krymu i północnego wybrzeża Morza Czarnego. Rosyjska władczyni Katarzyna II nadała nowo założonym miastom bizantyjskie nazwy (Eupatoria, Sewastopol czy Odessa) oraz zaoferowała przybywającym tam Grekom dużą niezależność finansową i treny do osadnictwa. Wielu Greków skorzystało z tej oferty.

W 1814 roku trzech kupców – Athanasios Tsakalof, Emmanuel Xanthos i Nikolaos Skoufas – założyło w Odessie partię Filiki Eteria (dosłownie: Przyjacielskie Stowarzyszenie). Wiadomość o stowarzyszeniu rozprzestrzeniła się szybko na wszystkich ziemiach greckich i organizacja ta zaczęła zbierać fundusze na ewentualną walkę zbrojną o niepodległość. W tym czasie rosła pozycja bogatych greckich rodów w Konstantynopolu – fanariotów. Wkrótce zdominowali oni polityczną scenę społeczności greckiej w tym mieście i również rozpoczęli przygotowania do przyszłej walki zbrojnej. Najwybitniejszymi przedstawicielami tej partii byli Aleksandros Mawrokordatos i Aleksandros Ipsilantis.”

Natomiast Wikipedia tak opisuje Filiki Eteria:

„Filiki Eteria (dosłownie „Stowarzyszenie Przyjaciół”) – tajne greckie stowarzyszenie działające na początku XIX wieku na rzecz wyzwolenia Greków spod panowania tureckiego. Nieodwracalnie zapoczątkowało proces rozpadu imperium osmańskiego.

Filiki Eteria była jedną z licznie powstających od końca XVIII wieku heterii – tajnych stowarzyszeń. Heteria to nazwa, którą określano w starożytnej Grecji nieformalne stowarzyszenia arystokratyczne, a w Grecji nowożytnej stowarzyszenia naukowe, gospodarcze lub polityczne. Filiki Eteria została powołana w 1814 roku w rosyjskiej wówczas Odessie. Rosję postrzegano jako sojusznika greckich walk wyzwoleńczych, m.in. z uwagi na wspólne wyznanie, częste przenikanie się żywiołów greckiego i rosyjskiego i częste wojny rosyjsko-tureckie. Odessę zasiedlała liczna, dwujęzyczna ludność autochtoniczna greckiego pochodzenia i osiedlała się tu także nowa, grecka imigracja z Imperium Otomańskiego. Grecy zamieszkiwali wtedy większość wybrzeży Morza Czarnego, większą część północno-wschodnich wybrzeży Morza Śródziemnego i niemal wszystkie wyspy. Znaczące w swych krajach greckie społeczności pozostawały w bliskich wzajemnych kontaktach. Filiki Eteria została założona przez trzech średniozamożnych kupców i w pierwszym okresie rozwijała się dzięki atrakcyjności wolnościowej idei, bez przywództwa, gdyż nieujawnianie osób przywódców tłumaczono konspiracją. Przy szybkim wzroście zaprzysiężonych członków, w Rosji na czoło wysunął się Aleksander Ipsilantis (pochodzący z rodziny Greków fanariockich generał carski, syn hospodara Mołdawii Konstantyna Ipsilanti, zmuszonego do emigracji do Rosji). W Grecji najważniejszym animatorem spisku stał się grecko-prawosławny duchowny Grigirios Dikeos, szerzej znany jako Papaflessas. Jako Archimandryta, Papaflessas bez przeszkód, a początkowo także bez wzbudzania podejrzeń podróżował osobiście lub słał licznych duchownych między klasztorami i znaczącymi rezydencjami Peloponezu, synchronizując kolejne centra spisku.

W marcu 1821 roku wybuchło w Grecji powstanie zorganizowane przez Filiki Eterię. W jego początkowym okresie rzeczywiste kierownictwo objął Papaflessas. Wkrótce dostał się do Grecji książę Dimitris Ipsilantis, brat Aleksandrosa, oficer rosyjski wykształcony także na Zachodzie. Ipsilantisowi kilkukrotnie powierzano następnie zwierzchnie dowództwo wojskowe, choć raczej honorowe, niż rzeczywiste. W owym okresie rzeczywiste kierownictwo wojskowe raczej wypływało z narad samodzielnych ekonomicznie dowódców polowych, niż było jednoosobowe.”

Z tego opisu z Wikipedii można wywnioskować, że ci rozproszeni po wybrzeżach i wyspach Grecy, to po prostu greccy Żydzi, podobnie zapewne jak ci kupcy, którzy założyli stowarzyszenie. I nawet ci greccy wojskowi z Rosji nie byli dopuszczani do faktycznego kierowania powstaniem. Bardzo podobnie jak w Polsce, gdzie powstania wywoływali Żydzi.

Walki w Grecji trwały już 6 lat i praktycznie powstanie zakończyło się klęską Greków. Bojarski pisze:

»W czerwcu 1827 roku twierdza poddała się Turkom na korzystnych dla obrońców warunkach. Wojsko greckie mogło wyjść z bronią i innym sprzętem, a ludności cywilnej miasta pozwolono zabrać swoje osobiste rzeczy.

Tak zakończyła się ostatnia wielka epopeja greckiego powstania. Pogrom wojsk greckich i perspektywa klęski powstania sprawiły, że zapadła decyzja o podjęciu przez mocarstwa ofensywy dyplomatycznej. Sumienie europejskich rządów poruszył także fakt, że Ateny – stara kolebka europejskiej cywilizacji – wpadły w ręce tureckich barbarzyńców. Od upadku Akropolu interwencja mocarstw zachodnich i Rosji była tylko kwestią czasu.

6 lipca 1827 roku zostało zawarte w Londynie przymierze angielsko-francusko-rosyjskie tzw. Triplealliance.

Zgodnie z układem Wielka Brytania, Francja i Rosja, proponując swoją mediacje, zażądały od Turcji zawieszenia broni i rozpoczęcia rokowań z Grekami. Oficjalnie artykuły konwencji londyńskiej potwierdzały wolę mocarstw, by Grecja uzyskała autonomię w ramach państwa tureckiego. Grecy mieli otrzymać prawo kupna ziemi tureckiej, ale musieli uznać zwierzchnictwo Porty, której mieli płacić roczną daninę. W konwencji znalazł się także tajny artykuł, zaproponowany przez stronę rosyjską, mówiący o tym, że jeśli Turcy odrzucą żądania sprzymierzonych, to ci „przeprowadzą uspokojenie południowego Bałkanu, w imię ładu i spokoju, uczuć humanitarnych i religijnych oraz narażonych swoich interesów handlowych (korsarstwo i zamykanie cieśnin), siłą zbrojną”. Tajny układ rozumiano jednak jako ostateczność – żaden z sygnatariuszy (szczególnie Anglicy) nie chciał go na serio zastosować. W dniu 16 sierpnia 1827 roku posłowie mocarstw sprzymierzonych przedstawili Turcji ustalenia konwencji londyńskiej. Porta pewna swej siły, nie przyjęła propozycji sprzymierzonych do wiadomości. W dniu 31 sierpnia sułtan jeszcze raz oficjalnie odrzuci deklarację angielsko-rosyjsko-francuską, mówiąc, że Porta nigdy nie zgodzi się na mediację mocarstw na korzyść Greków i będzie broniła swych spraw własnymi siłami. Ambasadorowie mocarstw sprzymierzonych wydali więc kolejną notę, informująca o skutkach tej decyzji. Poinformowali mianowicie, że nie zrywając przyjacielskich stosunków z rządem Turcji, zmuszą wojska otomańskie do zaprzestania wrogich działań w stosunku do Grecji. Odpowiedź była jeszcze bardziej kategoryczna niż poprzednio.

Przed koalicjantami stanęła perspektywa zastosowania w praktyce tajnego artykułu konwencji londyńskiej. W Europie wyrażano entuzjazm i ulgę, że w końcu cywilizowane państwa Europy postanowiły nie patrzeć bezczynnie na grecki dramat. Prawie wszystkie gazety europejskie donosiły na pierwszych stronach, że mocarstwa postanowiły zatamować rozlanie krwi greckiej i wyprawią wspólną flotę, która zbierze się na Morzu Śródziemnym. Gazety angielskie dowodziły, że: „Usiłowania sułtana w opieraniu się potężnym mocarstwom będą bezskuteczne…”. Z drugiej jednak strony prasa brytyjska spekulowała, iż „… rząd turecki przychyli się do żądania mocarstw sprzymierzonych”. Akcentowano także pokojowy charakter misji, dowodząc, ze „celem mocarstw sprzymierzonych nie jest prowadzenie wojny, ale owszem jej odwrócenie”. Formalnie droga do interwencji była już otwarta (zgoda rządów) i mocarstwa trójprzymierza rozpoczęły przygotowania do przeprowadzenia operacji pokojowej w celu rozdzielenia walczących stron i zaprowadzenia pokoju na południowym cyplu Półwyspu Bałkańskiego.

W dniu 7 września 1827 roku admirał Codrington otrzymał z Londynu rozkaz, aby nie dopuścić okrętów muzułmańskich do Grecji, na co było już jednak za późno. Olbrzymia flotylla turecko-egipska przecięła spokojnie Morze Śródziemne i zawinęła do zatoki Navarino u południowo-zachodnich wybrzeży Peloponezu, dokąd przybiły również okręty angielskie. Wkrótce do blokujących muzułmańską flotę okrętów wojennych Codringtona dołączyła eskadra francuska De Rigniego i okręty rosyjskie admirała Heldena. Codrington, jako już dowódca połączonych flot, nie miał dobrego zdania o swoich kolegach. Admirał Heiden był według Codringtona „zwyklym oficerem marynarki i robił to, czego od niego wymagano, de Rigny popierał Egipt i nienawidził Greków, a jego postępowanie w dużej mierze było uzależnione od faktu, że wśród kadry oficerskiej we flocie egipskiej służyło wielu francuskich najemników”. Codrington doskonale pamiętał niedawne czasy wojen napoleońskich, wiedział także, że nienawiść między Rosjanami i Francuzami utrzymywała się jeszcze dwanaście lat po wielkich wojnach. Być może dlatego też brytyjski admirał umieścił swoje okręty pośrodku, aby rozdzieliły eskadry rosyjską i francuską. Obawy, że dojdzie między nimi do wymiany ognia, okazały się później na szczęście zupełnie bezpodstawne.

Mapa Zatoki Navarino; źródło: angielska Wikipedia.

Zatoka Navarino to wymarzone miejsce na port i przystań dla statków płynących wzdłuż zachodnich wybrzeży Peloponezu. Ten naturalny port szerokości około pięciu kilometrów osłaniany jest od częstych w tym rejonie sztormów przez dwie wyspy: małą Pylos i dużą Sfakterię. Wejścia do portu broniły potężne forty, pamiętające czasy panowania weneckiego: Stare i Nowe Navarino, usytuowane z obu stron wejścia do zatoki.

To doskonałe miejsce na koncentrację floty było świadkiem jednej z najsłynniejszych bitew starożytności. W czasie wojny peloponezkiej między Atenami a Spartą flota ateńska okrążyła i wzięła do niewolo oddział Spartan obozujących na Sfakterii. To, że świetni, walczący zawsze do końca, żołnierze spartańscy poddali się wrogom, było dla ówczesnych obserwatorów czymś wcześniej niespotykanym. Jak się okazało, wydarzenie na zatoce Navarino, które nastąpiło 2252 lata później, również zaskoczyło świat.«

Cóż tam takiego się stało? Jasno i precyzyjnie opisuje to Mała Encyklopedia Wojskowa, Wydawnictwo Ministerstwa Obrony Narodowej, Warszawa 1970.

„Navarino, obecnie Pilos, zatoka na pd.-zach. wybrzeżu Peloponezu, w Grecji, osłonięta od strony morza wyspą Sfakterią.

20 X 1827 bitwa morska podczas greckiej wojny wyzwoleńczej 1821-29. Flota ang.-franc.-ros.-gr. (12 okrętów liniowych, 11 fregat i 8 mniejszych jednostek z 1275 działami; dca wiceadm. Codrington) miała wykonać demonstrację w celu zmuszenia Turków do zawieszenia broni z powstańcami gr. Podległe Codringtonowi jednostki bez walki wpłynęły do zatoki i zakotwiczyły w środku półksiężyca utworzonego przez jednostki tur.-egip. (3 okręty liniowe, 16 fregat, liczne mniejsze jednostki z 2250 działami). Z niewyjaśnionej przyczyny (zapewne prowokacyjne zabicie franc. parlamentariusza) flota Codringtona rozpoczęła ogień. Flota tur.-egip. poniosła druzgocącą klęskę, straciła 1 okręt liniowy, 12 fregat, 22 korwety, 25 mniejszych jednostek i 4000 ludzi. Straty Codringtona: 182 zabitych i 445 rannych.”

Walki na lądzie toczyły się jeszcze przez dwa lata, ale ta bitwa miała decydujący wpływ na odzyskanie przez Grecję niepodległości. Trudno tak naprawdę zrozumieć jak mogło dojść do tak wielkich strat po stronie turecko-egipskiej i tak małych po stronie mocarstw europejskich. Nie chce mi się wierzyć, że Turcy i Egipcjanie byli tak nieporadni, zwłaszcza, że wśród Egipcjan byli francuscy oficerowie najemnicy. Mieli oni prawie dwa razy więcej dział niż koalicja europejska. Poza tym u wejścia do zatoki, od strony osłaniającej ją wyspy i z drugiej strony, na lądzie, Turcy również mieli działa, których mogli użyć w trakcie walki, czyli zaatakować przeciwnika od tyłu. Jeśli tak się nie stało, to jedyne wytłumaczenie, to zwyczajna ustawka lub sabotaż, że strony dowództwa tureckiego. Z drugiej strony w bitwie pod Synopą w 1853 roku pomiędzy flotą rosyjską a osmańską podczas wojny krymskiej, Turcy ponieśli ogromne straty, a Rosjanie wyszli prawie bez szwanku. Być może flota turecka służyła tylko do przewozu armii lądowej. A jeśli tak, to po co podejmowała walkę z góry skazaną na porażkę?

W końcowej części książki autor pisze:

»W konsekwencji uznano, że konferencja państw w sprawie Grecji odbędzie się w Londynie. Tam też, pod wpływem Brytyjczyków, mocarstwa określiły terytorium nowego państwa greckiego w węższych niż wcześniej projektowano granicach (obawiano się kontroli finansowej Petersburga nad greckim rządem).

Linia graniczna według poprzednich ustaleń międzynarodowych miała przebiegać przez góry od zatoki Wolos na wschodzie do zatoki Arta na zachodzie. Po konferencji granica miała być przesunięta na południe. Na wschodzie zaczynała się w Zeitouni, trochę na północ od Termopili, i biegła przez kraj w kierunku Vrachori aż do rzeki Aspropotamos, aby połączyć się z morzem na zachód od Missolungi. Włączone zostały zatem z państwa greckiego m.in. Akarnania i Tesalia, które Grecy ostatnio zdobyli.

Te istotne ustalenia przeprowadzono w Londynie bez konsultacji ze stroną grecką, a nawet bez porozumienia z nią. Mimo to Zgromadzenie Narodowe Greków wydało dekret godzący się na to rozwiązanie. Pod wpływem ambasadora brytyjskiego „reprezentanci narodu greckiego” postanowili nie przekazywać prezydentowi uprawnień do udziału w negocjacjach; wymuszono także na nim, aby zgodził się na wprowadzenie w życie ustaleń z Londynu. Prezydent grecki Kapodistrias nie został zaproszony do żadnych negocjacji ani nawet nie był poinformowany o przebiegu rozmów w sprawach jego kraju. Grecja walcząca prawie dziesięć lat z okrutnym wrogiem i ciesząca się sympatią całego cywilizowanego świata została utworzona przez mocarstwa jako – cytując „The Annual Register” – „rzecz do przekształcania dla własnej przyjemności”.

Oręż rosyjski, wywalczywszy sobie drogę do Stambułu, okazał się bezradny wobec zdecydowanego sprzeciwu brytyjskiej dyplomacji. Politycy z Downing Street strzegli wpływów angielskich nad Bosforem, ale powrót do status quo na Bałkanach sprzed wojny rosyjsko-tureckiej (1828-1829) nie był już możliwy. Rywalizacja rosyjsko-brytyjska w tym zapalnym rejonie Europy będzie miała swoje apogeum w czasie wojny krymskiej i wojny domowej w Grecji w latach czterdziestych XIX wieku. Proces kształtowania nowożytnego państwa greckiego znajdzie swój epilog w traktacie londyńskim zawartym 3 lutego 1830 roku, kiedy to mocarstwa zgodziły się w końcu przyznać niepodległej Grecji Peloponez, środkową Grecję, cześć Tesalii i kilka wysp archipelagu greckiego.«

Jak widać na przykładzie Grecji,wielkie mocarstwa traktują małe państwa i narody instrumentalnie, nie licząc się zupełnie z ich zdaniem. W XIX wieku wielcy tego świata uznali, że na tym etapie rozwoju potrzebne są im państwa narodowe i zaczęli je tworzyć poprzez dezintegrację niektórych imperiów, jak choćby osmańskiego, austriackiego, czy hiszpańskiego w Ameryce Łacińskiej. Powstanie nowych państw poprzedzały oczywiście powstania narodowe i wojny narodowowyzwoleńcze. Wszystko to niby spontaniczne, ale dlaczego akurat mniej więcej w tym samym czasie? Trend ten jeszcze przeciągnął się na okres po I wojnie światowej, gdy powstała II RP. Oczywiście ona też powstała z woli wielkich mocarstw, a nie dlatego, że Polacy sobie to państwo wywalczyli, jak się nam wmawia. Te państwa powstawały najczęściej tak, by od razu rodzić konflikty i w tym wypadku II RP jest wzorcowym przykładem tego, jak stworzyć państwo, by było w nim jak najwięcej konfliktów narodowościowych. W przypadku Grecji też było chyba nie do końca tak, jakby sobie tego Grecy życzyli, skoro w latach czterdziestych XIX wieku, a więc w zaledwie 10 lat po zdobyciu niepodległości, wybucha tam wojna domowa. Dziś, gdy państwa narodowe spełniły swoją rolę, są one likwidowane poprzez tworzenie państw wielonarodowych.

My obecnie w Polsce doświadczamy na własnej skórze, jak instrumentalnie Amerykanie traktują Polskę. Zrobili sobie z niej zaplecze logistyczne do prowadzenia wojny na Ukrainie, a jak uznają za stosowne, to zmuszą Polaków do walki w nieswojej sprawie.

Znowu rozbiór?

Wielokrotnie od rozpoczęcia wojny na Ukrainie pisałem o tym, że jej konsekwencją będzie m.in. odpadniecie od Polski tzw. Ziem Odzyskanych. Do tego momentu nie spotkałem się z podobną opinią. Dopiero teraz Lucyna Kulińska wypowiedziała się w podobnym tonie na kanale Centrum Edukacyjne Polska: Lucyna Kulińska: Polska w obliczu wojny – bezalternatywna opcja proamerykańska prowadzi do wojny z Rosją. Poniżej wybrane dwa fragmenty z jej wypowiedzi.

„Przypominam, że NATO, to jest pakt, miał być paktem obronnym, defensywnym nie – ofensywnym. Natomiast w tej chwili jest w pełni zaangażowany w tę wojnę. Rosjanie zareagowali na to, że przez lata ostatnie Ukraina była szkolona, nasycana sprzętem i przygotowywana do wojny z Rosją przez NATO. Tak więc pakt ten zmienił swoje przeznaczenie i jest w tej chwili wykorzystywany jako siła ofensywna. Co do położenia Polski, to ja zakładam, że sytuacja przypomina trochę 39-ty rok. Kraje zachodnie trzymają rezerwę do tego wszystkiego, co dzieje się. Jeżeli się na Niemcach czy na Francuzach coś tam wymusi, to oni tam po prostu rzucają, ale tak naprawdę tym pionkiem, o którym mówiłam, do strącenia, jest Polska i, mówię, były kraje tzw. demoludy, to właśnie my. Po nas nikt nie będzie płakał. Nas się po prostu rzuci gdzieś tam pod te ruskie gąsienice na Donbasie i nawet wielu, w tym Niemcy, będą zacierać ręce. Ja zwracam uwagę, że w 39-tym roku nie mieliśmy w ogóle dopracowanych, przygotowanych planów na zachód, tylko mieliśmy pięknie rozpracowane różne plany na wschód. I co się okazało, uderzenie przyszło z zachodu. Jak wyglądała nasza wojna obronna, no to wszyscy wiedzą. W sumie chaos, z jeszcze taką koncepcją wycofywania się na wschód, kiedy już porozumienie pomiędzy Rosją a Niemcami zostało podpisane. Zostaliśmy wzięci w dwa ognie i tak to się skończyło. Dzisiaj też, zakładając, że Polska może zostać włączona w ten konflikt, pomijając aspekt wyniszczenia kraju, w ogóle ludzie nie zdają sobie sprawy, co to jest wojna i jak to dla naszego kraju skończyło by się. Grozi nam jeszcze jedna rzecz. Nie mamy podpisanego z Niemcami układu pokojowego. Nie podpisał go Skubiszewski. Zaangażowanie się Polski w wojnę oznacza dla mnie wkroczenie wojsk niemieckich na dawne tereny Rzeszy, czyli nasze dzisiejsze Ziemie Odzyskane. Tak jest w tej chwili, potwierdza to np. wiele inwestycji, których, już tutaj w głębi kraju, jakieś przedsiębiorstwa zachodnie nie chcą instalować, ale bardzo chętnie Wrocław, Zielona Góra. O! Tam to tak! Na terenie dawnej Rzeszy możemy inwestować. Natomiast już tam, gdzieś w Częstochowie czy Krakowie, o! to już nie! Bo tam, jak to się mówi, niepewne jutro.”

Na zakończenie mówi:

„Teraz musimy odwołać się do jakiegoś poczucia wspólnoty, bo nie ma nas w kraju już tyle, co byśmy myśleli, że nas jest. Przecież w tej chwili razem z tymi 8-oma milionami i 400-tu tysiącami przybyszy zza tamtej granicy plus jeszcze nieokreślonej ilości kosmopolitów i ludzi, dla których Polska to jest zupełnie pusty dźwięk, albo jak pan Tusk mówił: Polska to nienormalność – tych, którzy życzą naszemu krajowi dobrze nie ma aż tak dużo. Ale pomyślcie wtedy, nawet ci, którym Polska nie jest obojętna, że tu jest ich dorobek, że nawet jeżeli takie czy nie inne państwa zostaną, poza tymi nielicznymi najbogatszymi, z niczym. Ci bogaci Ukraińcy, którzy tutaj pierwsi przyjechali i którzy się tutaj po Polsce rozbijają eleganckimi samochodami, siedzą w porządnych knajpach, nawet jak wystąpili o polski pesel, pierwsi opuszczą nasz kraj, pierwsi, to państwu gwarantuję. Gwarantuję, że kiedy dostaną, bo podobno mają dostawać wezwania do tych poborów też, to ich już tutaj nie będzie. Natomiast, gdy zarządzono tutaj brankę, to prawdopodobnie Niemcy granicę dla Polaków zamkną. Ukraińcy przejadą, ale Polacy i ci biedniejsi Ukraińcy, którzy tu są, zostaną tutaj na pastwę losu. Miejcie państwo tego świadomość. Dlatego żadnych swarów politycznych. Tu nie jest czas w tej chwili na żadne przepychanki, czy PiS, czy PO, czy coś. Jeden pieron, jeśli ktoś nas prowadzi po prostu do takich ciężkich potencjalnie zniszczeń i zagłady. Tutaj musi na nowo zostać odbudowana jakaś jedność, nie że ten mi się nie podoba, tamten mi się nie podoba. To nie ma żadnego, w momencie kryzysu tak ostrego, kiedy jest być albo nie być, znaczenia.”

Kulińska przedstawia tu ciekawą analogię do 1939 roku. Gdy Polska przystąpi do wojny na Ukrainie, czyli praktycznie wypowie wojnę Rosji, to ona będzie miała prawo zaatakować cele w Polsce, a wtedy Niemcy zajmą swe utracone po II wojnie światowej ziemie. Jak wiadomo Związek Radziecki, po napadzie Niemiec na Polskę w 1939 roku, zajął wschodnie ziemie, czyli tzw. Kresy, pod pozorem ochrony ludności zamieszkującej tamte tereny. W obecnej sytuacji Niemcy mogą wysunąć argument, że wkraczają, by ochronić tamtejszą ludność i infrastrukturę przed zniszczeniem. A skoro, jak twierdzi Kulińska, nie mamy z Niemcami podpisanego traktatu pokojowego, więc Niemcy będą mieli jeszcze jednego asa w rękawie. Czy tak może się stać? Że to zmierza w tym kierunku, może sugerować fakt zamykania kopalń węgla kamiennego, które, poza rejonem Zagłębia i Lubelszczyzny, znajdują się na ziemiach poniemieckich. Z drugiej strony koncepcja amerykańska, dążąca do odtworzenia na tym terenie w jakimś kształcie I RP, również zakłada oddanie Niemcom tych terenów, bo one nie należały do niej.

Kulińska stwierdza też, że Polska jest państwem wielonarodowym z nieokreślonym odsetkiem kosmopolitów i tych, dla których Polska to zupełnie pusty dźwięk. I chyba tylko ona mówi o tym tak otwarcie. Jeśli tak jest, a ja również to wielokrotnie podkreślałem, to realizacja nakreślonego przez nią scenariusza nie będzie trudna. Ja nie mam najmniejszej wątpliwości, że władze sanacyjne, masońskie zresztą, świadomie wepchnęły Polskę do wojny z Niemcami, wiedząc, że żadnej pomocy nie będzie. O tym pisałem szczegółowo w blogach „1 września” i „17 września”. I tym razem będzie podobnie. Obecnie rządzący tak samo cynicznie wciągną Polskę do wojny, bo tak im każą ich nieznani przełożeni. Tylko, mam takie odczucie, że ludzie w Polsce nie są świadomi tego, jakie będą konsekwencje wejścia Polski do tej wojny. Przecież Polska nie ma silnej armii i jej udział w niej niczego nie zmieni na froncie ukraińsko-rosyjskim. To wejście jest potrzebne tylko po to, by mógł być zrealizowany scenariusz, o którym wspomniała Kulińska. Tak samo, jak konieczne było wejście Polski do wojny z Niemcami w 1939 roku, by mógł być zrealizowany scenariusz napisany wówczas przez wielkich tego świata. Gdyby wtedy Polska nie weszła do niej lub poddała się, to nie mógłby on być zrealizowany. I obawiam się, że obecnie również wszyscy wielcy zmówili się przeciwko Polsce.

Inkwizycja c.d.

W poprzednim blogu „Rozproszenie i asymilacja” wspomniałem o inkwizycji i stwierdziłem, że był to żydowski wynalazek, który miał im ułatwić asymilację w społeczeństwach osiadłych i być jednocześnie rozsadnikiem katolickich społeczności i samego Kościoła. W blogu „Inkwizycja” cytowałem obszerne fragmenty eseju (wydanie z 1929 roku) hrabiego Józefa Tyszkiewicza. W tamtym czasie miałem do tego eseju stosunek bezkrytyczny. Dziś patrzę na to trochę bardziej sceptycznie. Poniżej początkowy fragment, w którym autor przedstawia tło i początki ruchów antykościelnych, reakcję Kościoła i lokalnych władców. Tyszkiewicz pisze:

»Przede wszystkim więc epokę owych Wieków Średnich zupełnie nam mylnie przedstawiono. Te czasy, które dziś jeszcze u olbrzymiej większości ludzi uważanymi są za okres zastoju, nieładu i ciemnoty – to całkiem odwrotnie, przepyszna epoka ludzkości w swej wysokości ideałów, w swej harmonii społecznej i w swoim zjednoczeniu. Jest to epoka, w której cała cywilizowana ludzkość nosiła zaszczytne miano Chrześcijaństwa, gdy wszelka władza i czyn wszelki – tak zbiorowy jak i jednostki, stosował się do praw etyki i moralności: to epoka, w której ludzie szli przez życie w ramach Dekalogu, ku jedynemu celowi każdego człowieka, ku doskonałości i Bogu!

Słusznie też Bierdiajew, Chesterton i tylu innych wielkich dzisiejszych myślicieli powiada, że gdyby okres Wieków Średnich przedłużył się i utrwalił, to ludzkość mogłaby łacno dojść do tego szczytu doskonałości społecznej, o jakim na próżno dziś marzymy.

I oto właśnie w tej epoce Chrześcijaństwo całe poruszone zostaje przez tłumy dziwnych włóczęgów, nadciągających ze wschodu. Są to wygnańcy, walczącego z wrogami zewnętrznymi i wewnętrznymi, Cesarstwa Bizantyjskiego. Prosty lud nazywa ich Bulgrami lub częściej nawet Bugrami – przez zniekształcenie nazwy Bułgar, skąd mienią się pochodzić. Oni sami jednak nazywają się Katharami, co znaczy „czysty”, głoszą jakąś nową religię, propagującą odmienny ustrój społeczny. Historia określa ich pod nazwą Albigensów, od najbardziej głośnej i licznej grupy.

Owa nowa religia – to rodzaj manicheizmu i jest bliźniaczo podobną do dzisiejszej teozofii; ów nowy ustrój – to znów rodzony brat dzisiejszego komunizmu! Analogia jest tak wielką, iż śmiało mówić można o tożsamości i dzisiejsi teozofowie świadomie wprowadzają naiwnych w błąd, twierdząc, że Kościół nigdy ich nie potępił. Siedem wieków temu wszystkie dosłownie tezy teozoficzne, zostały ex cathedra potępione pod nazwą herezji Albigensów! Różnica polegała li tylko na tym, że oprócz zamachu na religię Katharowie jednocześnie podkopywali podstawy ładu społecznego przez szerzenie humanizmu. Tam religia i ustrój społeczny stanowiły całość i tym groźniej, jak ogniska trądu, zarażać poczęły ludność miejscową.

Ale ówczesne społeczeństwo młodym jeszcze było, silnym i zdrowym, nie zarażonym dziedzicznie przez liberalizm, nie obciążone protestantyzmem, więc odruch samoobrony był też potężnym i powszechnym! Ohydne zepsucie, szerzone przez Albigensów pod płaszczem faryzeizmu, oraz straszne ich okrucieństwo i bezwzględność, dzika nienawiść do Kościoła, wywołały gwałtowne i również radykalne odruchy i represje zdrowej ludności. Wszędzie, gdzie się osiedlili, wybuchały krwawe zamieszki, wzajemne rzezie, więc, aby przywrócić spokój, aby ukarać winnych a chronić niewinnych – rządy państw europejskich zmuszone zostały do mianowania specjalnych trybunałów, do organizowania zbrojnych ekspedycji karnych.

Jak to więc było, że Cesarstwo Bizantyjskie poradziło sobie z wrogami zewnętrznymi i wewnętrznymi, a europejscy władcy, szczególnie w północnych Włoszech i w południowej Francji, nie potrafili ich wypędzić? Tego wątku Tyszkiewicz nie porusza, a przecież było to najprostsze rozwiązanie. Skoro nie zastosowano tego najprostszego sposobu, to znaczy, że nie chciano. To nie byli ludzie zasymilowani, byli wszędzie widoczni. A skoro w południowej Francji dostali biskupstwa w Tuluzie i Albi, to znaczy, że Kościół i władcy pomagali tym nowym przybyszom.

Ponieważ jednakże ze sprawą publiczną związana też była sprawa religijna, bo z jednej strony jawnie panoszyła się herezja, a z drugiej nie trzeba opuszczać z uwagi, iż w tych czasach religia była ostoją ustroju socjalnego, więc aby wyjaśnić doktrynę katolicką, by pouczać i nawracać zabłąkanych, by wreszcie oddzielić kozły od owiec, Albigensów od chrześcijan – Kościół również zmuszonym został do wyłonienia specjalnej komisji. Ta ostatnia składała się z doskonałych teologów i apologetów i nosiła nazwę trybunału badawczego, czyli inkwizycyjnego.

Oddzielić kozły od owiec”, czyli trudno było oddzielić obcych od swoich? W tamtych czasach ludzie nie przemieszczali się tak, jak obecnie. Wszyscy wiedzieli, kto jest swój, a kto – obcy, zwłaszcza władcy, którzy wtedy bardziej przypominali feudałów, niż monarchów. Oni, w swoich mniejszych niż królestwa jednostkach terytorialnych, doskonale wiedzieli, co się dzieje na ich terenie.

Takim oto był początek instytucji, zwanej później powszechnie „Trybunałem świętej Inkwizycji”.

Tutaj zaraz spotykamy się z dziwnym na pierwszy rzut oka faktem: oto gdy dzisiejsi mędrkowie napadają na instytucję Inkwizycji, to jakby zmówieni, czy też dziwnym zbiegiem okoliczności powodowani, zawsze mierzą w tzw. inkwizycję hiszpańską. O bardzo ożywionej działalności trybunałów we Francji i Włoszech mówi się i pisze bardzo mało – chociaż działalność ta była wybitnie czynną w przeciągu przeszło stulecia! Cóż to za powód tego „dziwnego trafu”?…

Tyszkiewicz wspomina tu o tzw. inkwizycji biskupiej (1184-1231), chociaż jej tak nie nazywa. „Inkwizycja biskupia okazała się nieskuteczna w walce z herezją. Jedną z głównych przyczyn był niski poziom moralny i intelektualny większości ówczesnych hierarchów kościelnych w Langwedocji. Ponadto skuteczne represje wymagały współpracy władz świeckich, a w południowej Francji i we Włoszech znaczna część miejscowych elit sprzyjała heretykom. Z lat 1184–1231 można przytoczyć bardzo niewiele przykładów działania inkwizycji biskupiej w praktyce.” – Wikipedia.

Zewsząd ściśnięci przez rządy, ścigani przez sądy i rozdrażnioną ludność – owi komuniści i teozofowie Wieków Średnich – zostali wreszcie zgnieceni. Większość zbałamuconej przez nich ludności powróciła na łono Kościoła, z przywódców i cudzoziemców zbiegło wielu poza granice świata chrześcijańskiego – upartych stracono, a niedobitki ukryły się w podziemiach swych bardziej niż kiedykolwiek tajnych lóż lub w gettach żydostwa. Tutaj, nawiasem mówiąc, znajdujemy niezaprzeczone historyczne początki masonerii, która dziś gra już w otwarte niemal karty i przybiera się najbezczelniej w laury obrońców ludzkości.

Działalność Inkwizycji zdawała się być wtedy ostatecznie zakończoną – bo słynny proces Templariuszy w r. 1312 nie był prowadzony przez Inkwizycję, a zaś podły, bo płatny przez Anglię, trybunał w Rouen, który zamordował św. Joannę d’Arc, był samozwańczą jej parodią. Najbardziej nawet zagorzali przeciwnicy Kościoła, zmuszeni są te dwa fakty uznać.

W latach 1307-1312 inkwizytorzy niemal w całej Europie zostali zaangażowani w proces templariuszy. Śledztwo to, zakończone kasatą zakonu templariuszy przez Sobór w Vienne (1312) i straceniem jego przywódców (1314), jest często przywoływane jako przykład wykorzystywania inkwizycji do celów politycznych. – Wikipedia, za: H. Ch. Lea, History of the Inquisition of the Middle Ages.

Nagle jednak, przy końcu XV wieku widzimy Inkwizycję znów działającą; z ogromną energią i konsekwencją czynną jest ona w Hiszpanii, a zwrócona przeciwko Maurom i… żydom!

I oto całkowite wyjaśnienie zagadki! Na próżno gdzie indziej szukać źródeł tej zawziętej, niewytłumaczalnej, anormalnej wprost nienawiści, którą widzimy wszędzie, gdy mowa o Inkwizycji Hiszpańskiej. Trybunał ten skutecznie uraził – wszechpotężne żydostwo!«

Tyszkiewicz nie wdaje się w szczegóły i nie pisze, co było bezpośrednim powodem nawrotu inkwizycji. Ne do końca też wyjaśnia ten powód cytowany przez Wikipedię H. Ch. Lea w swojej pracy History of the Inquisition of the Middle Ages. Pisze on:

»Inkwizycja hiszpańska została utworzona w 1480 przez hiszpańską parę królewską Ferdynanda II i Izabelę I. Przyczyną jej utworzenia były narastające w tym kraju napięcia pomiędzy tzw. „starymi chrześcijanami” (tj. miejscowymi Kastylijczykami i Katalończykami) a chrześcijanami pochodzenia żydowskiego. Ci ostatni, zwani marranami, byli podejrzewani o potajemne wyznawanie judaizmu (stąd nazywano ich też judaizantes). Zarzuty te wynikały po części z faktu, że wielu Żydów zostało ochrzczonych w wyniku pogromów, a nie dobrowolnej decyzji. Z kolei tych, którzy uczynili to dobrowolnie, podejrzewano o interesowność, gdyż chrzest otwierał przed nimi nowe możliwości działania. Marrani szybko przenikali do miejscowych elit politycznych, gospodarczych i kościelnych, budząc zawiść u „starych chrześcijan”. Narastające naciski ze strony tych ostatnich skłoniły w końcu parę królewską do zwrócenia się do papieża o zgodę na utworzenie inkwizycji, która miałaby badać oskarżenia o kryptojudaizm. Zgodę taką uzyskali od papieża Sykstusa IV 1 listopada 1478. W bulli z tego dnia papież nie tylko wyraził zgodę na utworzenie inkwizycji, ale także upoważnił parę królewską do samodzielnego dokonania nominacji. Nowy trybunał został utworzony w 1480 i rozpoczął swą działalność w Sewilli w 1481. W następnych latach utworzono kolejne trybunały, a od 1483 pracami inkwizycji w Hiszpanii kierował spowiednik królowej Tomás de Torquemada (1420–1498), który w latach 1484–1498 wydał szereg Instrukcji regulujących działanie trybunałów inkwizycyjnych.«

Jedynie cytowany przeze mnie w poprzednim blogu Stanisław Didier w książce Rola neofitów w dziejach Polski, napisał, że jakiś neofita obraził parę królewską przez ogłoszenie pisemka, w którym napadał na katolicyzm i ustrój państwa. To zmieniło zasadniczo nastawienie dworu. Ferdynand aragoński postarał się w 1478 roku o breve Sykstusa IV, upoważniające go do utworzenia inkwizycji. Jeśli więc taki fakt miał miejsce, to powodem utworzenia inkwizycji była zwykła prowokacja. Ale o takich sprawach nie trzeba głośno mówić, bo to całkowicie zmieniłoby genezę jej powstania oraz ujawniło niewygodny fakt zastosowania odpowiedzialności zbiorowej. Dlatego tak ważne jest manipulowanie faktami lub wręcz konieczność ich usuwania z podręczników historii. Bez prawdy nigdy niczego nie zrozumiemy, a bez niej całe wnioskowanie, nawet najbardziej poprawne, nie warte funta kłaków. A o tę prawdę coraz trudniej.

Wygląda więc na to, że najwyżsi hierarchowie Kościoła katolickiego współpracowali z Żydami, choć wmawia się nam, że się wzajemnie nienawidzili. Ale czy tylko oni? A władcy, jak choćby Ferdynand aragoński? Henryk Rolicki w książce Zmierzch Izraela (1932) pisze:

»Ruch rewolucyjno-religijny na wielką skalę wybucha pod koniec XII w. w południowej Francji. Jest to sekta waldensów, czyli albigensów. Południowa Francja nie była jeszcze podówczas zespolona z królestwem francuskim, lecz stanowiła dzierżawy kilku drobnych władców, wśród których hrabiowie Tuluzy zajmowali przodujące stanowisko. Granicząc z Hiszpanią, od kilku wieków podlegała najsilniejszym oddziaływaniom żydowskiego ducha. Żydzi w południowej Francji cieszyli się dużym wpływem na ludność i dopuszczani byli nawet do urzędów państwowych, jak i w sąsiednich krajach hiszpańskich. Mieli tam szereg uczelni talmudycznych.

Nauka albigensów przywędrowała ze wschodu, jako sekta manichejczyków, pochodzących z pierwszych wieków chrześcijaństwa i wywodząca się od Manesa z Aleksandrii, który był wedle wszelkich danych pochodzenia żydowskiego. Przez Bułgarię i Włochy dotarła ta nauka do Francji południowej, gdzie rozpanoszyła się na długo i posiadała nawet dwa biskupstwa w Tuluzie i w Albi (stąd nazwa albigensów). Sekta ta miała odcień komunistyczny: „doskonali” żyli na koszt ogółu; niejednokrotnie stosowali albigensi między sobą wspólność kobiet.

Z południowej Francji agitatorzy albigensów rozchodzili się po całej Europie do Francji północnej, Włoch północnych, do Niemiec, a nawet do Czech. Wszystkie gminy kacerskie pozostawały ze sobą w ustawicznym związku za pośrednictwem tajnych wysłańców. Sekta cieszyła się jawnym poparciem władców południowej Francji, w szczególności zaś hrabiów Tuluzy.

Kto popierał albigensów, popierał równocześnie żydów. Wicehrabia Roger z Beziers, przychylny albigensom, miał też starostów żydowskich Mojżesza de Cavarite i Natana. Hrabia Rajmund VI z Tuluzy dopuszczał żydów do urzędów państwowych i opiekował się albigensami. Nic dziwnego, przecież „naznaczeni piętnem kacerstwa albigensi, którzy najenergiczniej występowali przeciw papiestwu, przejęli w części ducha opozycji z obcowania z żydami lub też z książek żydowskich. Znajdowała się między nimi sekta, która bez ogródek twierdziła: prawo żydowskie lepsze jest od chrześcijańskiego”. – Henryk Graetz, Historia żydów.«

Widać więc na tych przykładach, że bez przyzwolenia władz kościelnych nie było by problemu, bo przecież Kościół mógł nie zgodzić się na chrzczenie Żydów. Ale skoro w jego doktrynie było nawracanie wszystkich na chrześcijaństwo, również Żydów, to nie było wyjścia. Tylko, kto tę doktrynę stworzył? Także wszelkie sekty podkopujące Kościół i chrześcijaństwo nie mogłyby istnieć, gdyby nie pomoc finansowa lokalnych władców i ich zgoda na działalność tych sekt na ich terenie. To samo dotyczy Kościoła. Gdyby ci ludzie, nie wiadomo skąd, nie dostali takiego wsparcia w nieznanym i obcym sobie terenie czy państwie, to nie mogliby w nim istnieć. Ktoś im zapewniał wikt i opierunek. To jest dokładnie tak, jak obecnie: gdyby „polski” rząd nie finansował ukraińskiej emigracji do Polski, to by jej tu nie było. A wojna jest doskonałym pretekstem do osiedlenia milionów „uchodźców”, tak jak kiedyś działalność inkwizycji i związane z nią wypędzenia, były doskonałym pretekstem do osiedlania się Żydów w innych krajach, a ich władcy mieli wiarygodne wytłumaczenie, dlaczego się na to godzą.

Rozproszenie i asymilacja

W swoich blogach podkreślałem wielokrotnie, że dwa czynniki, które powodują, że Żydzi dominują w świecie, to rozproszenie i asymilacja. Bez nich, nawet ich dominacja w finansach i wielu innych dziedzinach, nie gwarantowałby im sukcesu, co więcej walka z taką przewagą miałaby sens. Jednak wobec tych dwóch czynników narody osiadłe wydają się być bezsilne. Rozproszenie powoduje, że Żydzi są wszędzie, natomiast asymilacja powoduje to, że wszędzie są niewidoczni. Wnikają w organizm każdego społeczeństwa, w jego tkankę, w każdą komórkę, czyniąc z tego organizmu pożywkę dla siebie. Jednym słowem, działają jak pasożyt. Wszystko jednak ma swoje granice. W końcu tak zainfekowany organizm obumiera, a wraz z nim i pasożyt. Dla organizmów wykorzystywanych małe to pocieszenie. A dla pasożyta?

Stanisław Didier w książce Rola neofitów w dziejach Polski (1934) jej pierwszy rozdział poświęca neofitom żydowskim na zachodzie Europy. Warto więc prześledzić, jak Żydzi stopniowo opanowywali państwa zachodnioeuropejskie i w jaki sposób wnikali w ówczesne społeczności. Czy coś takiego mogło dziać się przypadkowo? Czy może to był plan, który realizowano z żelazną konsekwencją? A jeśli plan, to kto był jego twórcą?

»Od czasów Konstantego (Konstantyn I Wielki, 272-337 – przyp. W.L.), który uczynił kościół chrześcijański dominującym, Żydzi zaczynają porzucać pozornie wiarę swoich przodków, przeważnie na rzecz chrześcijaństwa. Kierownicy Kościoła szli początkowo na rękę usiłowaniom nowochrześcijan. Nie taili oni wprawdzie przed sobą, że pozyskani neofici będą tylko pozornymi chrześcijanami, ale liczyli na ich potomstwo. Papież Grzegorz I zwykł był mawiać: „zjednamy sobie, jeżeli nie ich samych (neofitów), to z pewnością ich dzieci”. Nadzieje wyższego duchowieństwa podzielali władcy świeccy. Król francuski Chilperyk (539-584 – przyp. W.L.), który osobiście trzymał do chrztu Żydów, zadowalał się pozorami nawrócenia i nie miał nic przeciwko temu, że nowochrzczeńcy dalej święcili sobotę i przestrzegali praw judaizmu. Daleko gorzej układały się warunki dla neofitów żydowskich w Hiszpanii. Na rozkaz króla Sisebuta, nakazujący wszystkim Żydom przyjąć w oznaczonym terminie chrzest lub opuścić granice ziem wizygockich, dziesiątki tysięcy Judejczyków dało się ochrzcić. Ów chrzest przymusowy nie podobał się bynajmniej klerowi. Konsylium toledańskie orzekło, że nie należy Żydów nawracać przemocą. Co się tyczy neofitów, duchowieństwo postanowiło, że powinni oni wytrwać w chrześcijaństwie. Nowi chrześcijanie hiszpańscy lgnęli jednak całym sercem do religii swych przodków. Z tęsknotą wyglądali oni lepszych czasów, aby mogli zdjąć maskę i przejść otwarcie na łono judaizmu. Na próżno następcy Sisebuta zmuszali nowochrzczeńców do ślubowania, że wytrwają w religii chrześcijańskiej, zerwą stosunki z Żydami, nie będą nadal zawierać związków małżeńskich z Żydówkami i zachowywać żydowskich świąt. Po dawnemu neofici wypełniali przepisane nakazy wiary ojców, przygotowując w porozumieniu z prącymi naprzód mahometanami upadek państwa Wizygotów. Neofici i Żydzi połączyli się ze zdobywcą muzułmańskim, Tarikiem, który przywiódł z Afryki żądne boju zastępy. Po bitwie pod Xeres (lipiec 711) wtargnęli zwycięscy Arabowie w głąb kraju, popierani wszędzie przez synów Jakuba. W zdobytych grodach pozostawiali dowódcy nieliczne tylko załogi, potrzebując wojsk do dalszych podbojów i poruczali obronę ich Żydom. Gdy Tarik stanął przed stolicą kraju, Toledo, nowochrzczeńcy i Żydzi, otworzywszy bramy arabskiemu zwycięzcy, witali go okrzykami radości, mordując starochrześcijan. Neofici hiszpańscy przeszli z powrotem na judaizm, upodobniając się zewnętrznie do Arabów.

Czy papież Grzegorz I i król Chilperyk byli tak naiwni, że wierzyli, że z żydowskich dzieci wychowywanych przez Żydów da się zrobić chrześcijan? Raczej trudno w to uwierzyć. Co więc ich skłaniało do takiej postawy? Nie jest tajemnicą, że Żydzi w Rzymie, poprzez swoje pieniądze, mieli duży wpływ na jego władców. Wraz z rozrastaniem się Imperium Rzymskiego również Żydzi pojawiali się na podbitych terenach. Gdy Imperium rozpadło się, to jego poszczególne prowincje stawały się niezależnymi królestwami. Rzym ustąpił, ale Żydzi zostali. I zapewne, tak jak wcześniej wszędzie, tak i w tym wypadku, wspierali poszczególnych władców swoimi pieniędzmi, uzależniając ich tym samym od siebie. I to zapewne od nich wyszła inicjatywa, by władcy zmuszali Żydów do przyjęcia chrztu lub opuszczenia królestwa. Przyjęcie chrztu to była asymilacja, pozorna asymilacja, a więc praktyka stosowana na długo przed drugim Mojżeszem – Mojżeszem Majmunim. A jeśli tak, to czy chrześcijaństwo, żydowski wynalazek, nie było żydowskim narzędziem, umożliwiającym im pozorną asymilację? Żyd, który ochrzcił się, był dla innego chrześcijanina takim samym chrześcijaninem, jak on sam. Ale Kościół miał w swoich księgach zapisane, kogo wychrzcił. Czy Żydzi mogliby pozwolić, by na pozór wroga im instytucja dysponowała taką wiedzą?

Próby nawrócenia Żydów na chrześcijaństwo czynione były też w tym samym czasie w państwie bizantyńskim. Cesarz Bazyli Macedończyk rzucił się z wielkim zapałem do nawracania Judejczyków, urządzając dysputy religijne pomiędzy rabinami a duchowieństwem chrześcijańskim. Jakoż wielu Żydów bizantyńskich zmieniło wówczas wiarę. Uczynili to wszakże tylko dla oka. Zaledwie bowiem umarł Bazyli, neofici zrzucili maskę i powrócili do religii swych przodków. Podobna rzecz odbyła się nieco później w państwie niemieckim, gdzie wielu Żydów przyjęło z różnych względów chrześcijaństwo. Przy najbliższej sposobności powrócili oni do judaizmu, a wsławiony uczonością talmudyczną r. Gerszon zagroził klątwą każdemu, kto by wymawiał im chwilowe odstępstwo. Najwięcej Żydów jednak garnęło się w Niemczech do chrztu w okresie wypraw krzyżowych. W Spirze, Wormacji, Moguncji i wielu innych miastach nadreńskich tysiące Izraelitów szukało w pozornym przyjęciu chrześcijaństwa ocalenia przed wzburzonymi tłumami zrujnowanych lichwą tubylców.

Po co nawracać Żydów na chrześcijaństwo, skoro ich religia była starsza. O wiele łatwiej było przekonać do nowej wiary ludy pogańskie. Brak w tym racjonalnego działania, chyba że była to inicjatywa żydowska. Wówczas miało to sens.

Nowochrzczeńcy w Niemczech nie zdążyli jeszcze ochłonąć z trwogi, gdy wśród Żydów Afryki północnej rozpoczął się analogiczny ruch w kierunku przyjmowania pozornego mahometaństwa. Lubo wielu Izraelitów berberyjskich nawróciło się na wiarę muzułmańską, nader szczupła jeno garstka traktowała islam poważnie. Większość wyznawała go tylko pozornie, nie żądano bowiem od niej niczego więcej, jak żeby uwierzyła w misję proroczą Mahometa i od czasu do czasu odwiedzała meczet. Toteż synowie Jakuba przestrzegali skrycie jak najskrupulatniej przepisów judaizmu, zwłaszcza że kapłanie mahometańscy nie śledzili życia renegatów. Nawet bogobojni rabini decydowali się na ten krok niemiły, uśmierzając wyrzuty sumienia tym, że przecież nie kazano im bić czołem bałwanom, lub wyprzeć się wiary żydowskiej, lecz tylko wymówić formułę, że Mahomet jest prorokiem. Jako pozorni muzułmanie oddawali się uczeni Żydowscy w Afryce gorliwie studiom Talmudu i zbierali w uczelniach żądną wiedzy młodzież, która musiała też uczęszczać na wykłady Koranu. Za przykładem Żydów afrykańskich poszli ich rodacy hiszpańscy. W Kordobie, Toledo i Lucenie większa część Judejczyków przyjęła pozornie islam, zachowując potajemnie ustawy religii żydowskiej. Doszło do tego, że Andaluzja mahometańska nie miała w swych granicach Żydów, wyznających jawnie swą wiarę. Jeżeli pokazał się tam Izraelita, to chyba pod maską wyznawcy islamu. Z Hiszpanii hasło pozornego zrywania z wiarą swych ojców poszło dalej na północ. Dla dóbr doczesnych Żydzi w Paryżu i jego okolicach przyjmowali setkami chrzest.

Znalazł się jednak w tym czasie pewien pobożny pisarz żydowski, który posunął się do twierdzenia, że Żydzi, którzy pozornie nawrócili się na islam i chrześcijaństwo, powinni być traktowani jako odszczepieńcy i bałwochwalcy. To pismo żarliwca wywołało wśród potajemnych Żydów w Afryce i Europie wielkie wzburzenie. Przywódcy Izraela, uczuwszy całą wagę oskarżeń, wytoczonych przeciw pozornemu odszczepieństwu i zaniepokojeni ich szkodliwymi skutkami dla przyszłości wybranego narodu, postanowili usprawiedliwić postępowanie rzekomych chrześcijan i muzułmanów. Z upoważnienia Synhedrionu zabrał głos, cieszący się wielką popularnością wśród mas żydowskich, Mojżesz Majmuni, wyznający pozornie islam. W swym dziele ogłoszonym około r. 1160-1164, wykazał on przede wszystkim, że częściowe wykroczenie przeciw ustawom judaizmu nie stanowi jeszcze bynajmniej odszczepieństwa. Bałwochwalczy Izraelici za czasów rzymskich uważani byli zawsze za członków ludu bożego. My zaś, ciągnie dalej Majmuni, nie hołdujemy zgoła bałwochwalstwu. Niewątpliwie Talmud nakazuje każdemu Żydowi ponieść śmierć męczeńską, gdyby był naglony do trzech grzechów głównych, zwłaszcza do bałwochwalstwa. Wszelako kogo nie stać na męstwo męczennika, ten za swoje uchybienie nie podlega żadnej karze ze strony zakonu, nie może też bynajmniej z punktu widzenia talmudycznego, być uważany za odstępcę i człowieka nie zasługującego na wiarę. Tak sformułowaną odpowiedzią starał się Majmuni o utrzymanie w judaizmie pozornych mahometan i chrześcijan.

Takie postawienie sprawy zjednało mu powszechne uznanie. Zaczęto zwracać się doń z kwestiami religijno-prawnymi.

Majmuni uchodzi za miarodajny autorytet rabiniczny. Obsypywano go najszumniejszymi pochwałami. „Jedyny za naszych czasów”, „sztandar rabinów”, „oświeciciel oczu Izraela”, były ogólnie używanymi tytułami. Imię Majmuniego rozbrzmiewało od Hiszpanii do Indii, od Eufratu i Tygrysu do Arabii południowej i zaćmiło wszystkie wielkie współczesne sławy żydowskie. Najuczeńsi mężowie przyjmowali bez zastrzeżeń i prosili go w pokornych wyrazach o pouczenie. Uznano go za najwyższy autorytet powszechności żydowskiej, która w nim czciła swego najgodniejszego przedstawiciela. Na próżno wpływowy Żyd Abul-Arab Ibn-Moisza, który ocalił niegdyś Majmuniego w Fezie, wystąpił przeciw niemu ze skargą, że był dawniej wyznawcą islamu, a tym samym podlega karze jako odstępca. Najwyższy trybunał żydowski osądził, że pozorna zmiana wiary nie ma żadnego znaczenia i żadnych skutków pociągnąć za sobą nie może. Mało tego, egzylarcha (przywódca diaspory babilońskiej – przyp. W.L.) z Mossulu, Dawid Ben-Daniel, który ród swój wywodził od króla Dawida, z dwunastoma członkami swego kolegium obłożył klątwą tych wszystkich, co się źle wyrażali o Majmunim i jego pismach. Podporządkowały się mu dobrowolnie gminy na Wschodzie i Zachodzie.

Nigdzie idee Majmuniego nie znalazły jednak żyźniejszego gruntu, nigdzie nie doznały gorętszego przyjęcia, jak w gminach żydowskich Francji południowej. Rabini tamtejsi żywili niezmierną cześć dla „szczerze religijnego filozofa i najbogatszego w myśli rabina” (tak nazywa Graetz Majmuniego) i z większą lub mniejszą zręcznością korzystali z jego idei, jako niewątpliwie przydatnych do wzmocnienia religii. Nawet skrajnie ortodoksyjni talmudyści w Prowansji zawsze przemawiali językiem Majmuniego, ilekroć wyłuszczali swe poglądy na wiarę. Rezultatem tego było masowe przyjmowanie pozornego chrześcijaństwa dla określonego z góry celu.

Tak ścisłe zastosowanie się do poleceń „drugiego Mojżesza” (Majmuniego) nasuwa przypuszczenie, że już w owym okresie kierownicze sfery żydowskie zamierzały rozpocząć szerszą akcję polityczną, dla której prowadzenia potrzebna była większa ilość Żydów, upodobnionych zewnętrznie do autochtonów. Rozpoczęto mianowicie akcję szerzenia niedowiarstwa wśród starochrześcijan, przygotowując tym samym podłoże dla bujnego rozrostu sekty Albigensów, która wypowiedziała posłuszeństwo Kościołowi katolickiemu. „Żydzi (czytaj – pozorni odszczepieńcy) i chrześcijanie tamtejsi” – zaznacza Graetz w swojej „Historii Żydów”, t. V, str. 195 – „hołdowali poglądom wolnomyślnym. Wielu z nich należało do sekty Albigensów”.

Inteligencja żydowska Francji północnej i Anglii, zagłębiona w pisma Majmuniego (który, jej zdaniem, umiał pojednać ścisłą religijność z wolnym badaniem) nawet po pozornym porzuceniu wiary swych ojców nie straciła kontaktu z wierzącymi współbraćmi.

Opinia publiczna zarzucała Żydom, że utrzymują z nowymi chrześcijanami przyjacielskie stosunki, zapraszają ich w soboty i święta do synagogi, każą im klękać przed torą (Tora to Pięcioksiąg Mojżesza – przyp. W.L.) itp. Zainteresował się tym papież Honoriusz IV (papież w okresie 1285-1287 – przyp. W.L.) i duchowieństwo krajowe. Doszło do krwawych rozruchów i ogłoszenia banicji wszystkich niechrzczonych Żydów z Francji i Anglii.

A więc ochrzczeni Żydzi pozostali. Kto wymyślał takie parodie i po co? Wygląda na to, że Kościół katolicki był na usługach Żydów i odstawiał tego typu szopki na ich polecenie. Po rewolucji Cromwella (1640-1659) już oficjalnie powrócili Żydzi do Anglii.

Najpoważniejszym terenem zastosowania idei Mojżesza Majmuniego stał się jednak przy końcu średniowiecza Półwysep Iberyjski. Od roku 1391 kościoły katolickie napełniały się co pewien czas tysiącami Izraelitów wszelkiej płci i stanu, żądającymi chrztu. Wśród nowochrzczeńców przeważali ludzie zamożni, właściciele rozległych włości, dzierżawcy królewszczyzn, lichwiarze i handlarze niewolnikami. Stosując się do nakazu drugiego Mojżesza, zrywali oni pozornie z judaizmem. Królowie Kastylii i Aragonii patrzyli na to początkowo przez szpary. Władze nie domyślały się niczego, lub też udawały, że nie widzą obserwowania (przestrzegania – przyp. W.L.) przez neofitów nadal obrządków żydowskich. Inkwizycja nie miała jeszcze podówczas nad nimi żadnej mocy, nie istniała bowiem w Hiszpanii. Z tych to kryptożydów utworzyła się liczna i wpływowa klasa, którą można nazwać judeo-chrześcijańską. „Byli to światowcy, którzy nad wszelką religię przedkładali rozkosze życia, bogactwa i zaszczyty, sceptycy, którzy przyjęli wiarę chrześcijańską (…) bo otwierała przed nimi świat szeroki (…). Klasa ta podszyła się pod płaszczyk chrześcijaństwa, a nawet udawała żarliwą pobożność (…)” pisze Graetz („Historia Żydów” tom VI, str. 4) o nowochrzczeńcach hiszpańskich. Ludność starochrześcijańska spoglądała okiem nieufnym na tych swoich nowych współwyznawców i nadała im przezwisko „marani” (marranos).

Wykształceni neofici, wśród których było wielu uczonych, lekarzy, pisarzy i poetów, dobiwszy się po pozornym przyjęciu katolicyzmu wysokich urzędów i zaszczytów, wiedli rej na zgromadzeniach kortezów, kierowali polityką w rządzie państwa i sprawowali władze na stolicach biskupich. Traktując tubylców butnie i wyniośle, wzbudzili w nich marani niechęć i rozgoryczenie. Toledańczycy dali pierwsi upust swej nienawiści do wychrztów, uchwalając statut, w myśl którego kryptożydzi odsunięci być mieli od sprawowania wszelkich urzędów. Rozległy się ogólne skargi, że liczni marani, tak duchowni jak i świeccy, zakonnicy i zakonnice, przestrzegają potajemnie obyczajów żydowskich, odsuwając się od wiary chrześcijańskiej ku niemałej szkodzie i hańbie kościoła. Zwrócono uwagę na ożywioną działalność literacką licznych nowo chrzczonych pisarzy i poetów, którym nieobca była myśl podtrzymywania swoimi utworami niezadowolenia z chrześcijaństwa u neofitów. Wielu z wychrztów korzystało z każdej okazji, aby się wynieść z kraju cichaczem. Udawali się oni w tym czasie przeważnie do Czech, gdzie rozpoczynał swoją działalność Huss. Tam mogli ci pozorni chrześcijanie rozwinąć swoją działalność, szerząc w myśl idei Majmuniego poglądy wolnomyślne wśród Słowian. Charakterystycznym jest ustęp z dzieła pisarza żydowskiego Geigera pt. „Proben jüdischer Verteidigung” (Próbki żydowskiej obrony), w którym autor, opisując wystąpienie Hussa na widownię reformatorskiej działalności, przypisuje nagły wzrost nauki, przeciwnej dogmatom katolickim, wpływowi nawróconych pozornie na wiarę chrześcijańską Żydów.

Dwór królewski, przepełniony dygnitarzami pochodzenia żydowskiego, starał się początkowo utwierdzić maran drogą łagodności w dogmatach chrześcijańskich. Gdy jednak pewien neofita obraził parę królewską przez ogłoszenie pisemka, w którym napadał na katolicyzm i ustrój państwa, usposobienie dworu zmieniło się zasadniczo. Ferdynand aragoński, ażeby poskromić zuchwałość nowych chrześcijan, którym zaczęto też zarzucać, że wspierają zamachy rewolucyjne podbitych Maurów (Glatman, „Szkice historyczne”, str. 103), postarał się w r. 1478 o breve Sykstusa IV, upoważniające go do utworzenia inkwizycji. Pod jurysdykcją tego pierwszego trybunału znalazła się przede wszystkim Sewilla wraz z okolicą, gdyż okręg ten pozostawał pod bezpośrednią władzą królewską i nie posiadał kortezów, liczących wśród członków swoich nader wielu maranów. Powoli działalność inkwizycji, nie bacząc na stanowczy sprzeciw kortezów, rozszerzyła się w całym państwie. Nowi chrześcijanie postanowili nie poddawać się. Zajmując w kraju wysokie urzędy i wpływowe stanowiska, spokrewnieni z najznakomitszymi rodzinami zakrzątnęli się oni gorliwie koło podsycania antypatii dla nowej instytucji. W Ternelu, Walencji, Leridzie i Barcelonie wybuchły przy wprowadzeniu trybunału gwałtowne rozruchy, zaledwie przelewem krwi uśmierzone. Dokonano zamachu na życie naczelnego inkwizytora Aragonii – Arbuesa, aby terrorem sparaliżować działalność znienawidzonej inkwizycji.

Gdy jednak pewien neofita obraził parę królewską przez ogłoszenie pisemka, w którym napadał na katolicyzm i ustrój państwa, usposobienie dworu zmieniło się zasadniczo.” – klasyczna prowokacja, która stwarzała Ferdynandowi aragońskiemu pretekst do utworzenia inkwizycji. W takim przypadku, za obrazę majestatu, powinno się karać delikwenta stosownie do występku, a nie stosować odpowiedzialność zbiorową, bo tym faktycznie stała się inkwizycja. Żydzi dostali dokładnie to, czego chcieli.

Z pomocą inkwizycji przyszedł edykt królewski (31 marca 1492 r.), nakazujący wszystkim Żydom hiszpańskim opuszczenie kraju. Głosił on, że Judejczycy zostali wypędzeni z kraju głównie za złośliwe odstręczanie nowochrześcijan od wiary katolickiej. Wielce pomocni dla wyznawców Talmudu w tak krytycznych dla nich chwilach byli marani, których liczba niepomiernie wzrosła po ogłoszeniu edyktu. Wyruszającym w świat braciom okazali oni gorliwą pomoc. Wielu z nich przyjęło od wychodźców złoto i srebro bądź w depozyt, bądź też dla odesłania im go przy okazji przez zaufane osoby, lub wystawili w zamian weksle na miasta zagraniczne. Nowi chrześcijanie nie ustawali w gorliwych zabiegach o dobro swych wypędzonych współbraci. Sprawców przymusowej emigracji synów Jakuba prześladowali z nieubłaganą srogością. Mając się bardziej, niż kiedykolwiek na baczności i zyskując sobie niezmierną gorliwością duchowieństwo, oddawali nieprzyjaciół swoich w ręce inkwizycji.

Jaki więc był cel wypędzenia Żydów z Hiszpanii, skoro wielu z nich po ogłoszeniu edyktu stało się pozornymi chrześcijanami? Trudno w to uwierzyć, że hiszpański król był tak naiwny, by wierzyć, że coś w ten sposób osiągnie. Dla Żydów opuszczających Hiszpanię było to doskonałe alibi do osiedlenia się w innych krajach. Przecież to byli tacy współcześni uchodźcy polityczni, którym inne państwa chętnie udzielają azylu. Tacy „azylanci” z taką kupą złota stawali się w nowych krajach znaczącą siłą, mającą wpływ na dwory królewskie i wiele instytucji nowego państwa. Była też dla Żydów inkwizycja doskonałym narzędziem do eliminowania swoich wrogów, czyli zupełnie czymś odwrotnym, niż nam się wmawia. W świetle tego, co pisze autor, wydaje się, że zjawisko zwane inkwizycją jest dowodem na całkowitą podległość duchowieństwa katolickiego, a więc i Kościoła katolickiego Żydom.

Oprócz działalności inkwizycji zatruwała życie maranom nienawiść ludu. Handel na wielką skalę, lichwiarstwo, dzierżawienie dziesięcin kościelnych, podnoszenie cen na artykuły żywnościowe i wywóz ziarna za granicę podczas nieurodzajów wzmagały ku nim antypatię starych chrześcijan. Doprowadziło to do stałej, potajemnej emigracji zamożniejszych wychrztów z Półwyspu Iberyjskiego. Widzimy ich w Niemczech, Holandii, Francji, Anglii, Włoszech, Polsce i Turcji, prowadzących tam systematyczną robotę nad podważaniem Kościoła. W Niemczech wybuchła w tej porze burza, która miała swe ognisko w ograniczonym kole żydowskim. Nie darmo zaznacza Graetz („Historia Żydów”, t. VII, str. 157), że „epokowy, ogólnodziejowego znaczenia noworodek (reformacja), który miał przeobrazić Europę, ujrzał światło dzienne w żłobie żydowskim”. Tę ścisłą łączność synów Izraela z reformacją uwydatnia też Geiger (Proben jüdischer Verteidigung), podkreślając, że „Żydzi, obserwując szerzenie się sekt religijnych w Europie, widzieli bezpośrednie uczestnictwo w nich pozornych chrześcijan”.

Dzierżawienie dziesięcin kościelnych przez maranów – czyż trzeba lepszego dowodu na to, że Kościół katolicki był żydowskim narzędziem do podporządkowywania sobie narodów osiadłych?

Przy rozszerzaniu się zamieszek religijnych we Francji, Holandii i Anglii wielce pomocni byli maranie. Dzięki wykształceniu, otrzymanemu w wyższych szkołach Hiszpanii i Portugalii, zamożności, oraz pompatycznym nazwiskom szlacheckim, które przejmowali ich przodkowie od chrzestnych rodziców, mieli ci pozorni chrześcijanie wstęp swobodny do najwyższych sfer wyżej wspomnianych krajów. Pod maską znakomitych cudzoziemców portugalskich i hiszpańskich szerzyli oni wolnomyślne poglądy wśród tamtejszych mieszkańców. Jako uczeni, lekarze i prawnicy, przestający na równej stopie z najwybitniejszymi znakomitościami naukowymi i politycznymi aryjskich społeczeństw, wywierali marani potężny wpływ na opinię publiczną. Toteż sekty religijne, wspomagane przez tak możnych sprzymierzeńców, szybko się rozszerzały. Czasami jednak wschodni temperament zbyt ponosił nieprzejednanych wrogów kościoła. Wtedy groźba zagłady wisiała nad pozornymi chrześcijanami, którym, jak pisze Graetz („Historia Żydów”, t. VII, str. 75), „nie bardzo zależało na jawnym wyznawaniu wiary żydowskiej i czujących się dobrze w swym dwuznacznym położeniu. Publicznie oskarżani przez starochrześcijan francuskich o apostazję „cudem uniknęli rzezi nocy św. Bartłomieja” (Graetz, „Historia Żydów”, t. VII,str. 47). Tylko ofiarowaniem wielkich skarbów (złoto, nagromadzone w Europie od czasu odkrycia Ameryki, zdaniem historyków żydowskich znajdowało się w większości w rękach maranów) wpływowym osobistościom Francji uniknęli maranie losu hugenotów.

Skoro zdaniem historyków żydowskich złoto napływające do Hiszpanii z Ameryki znajdowało się w rękach maranów, to już jest jasne, dlaczego Hiszpania, jako państwo, nie wzbogaciła się na tym procederze. Nagromadzone w Europie, a więc nie tylko w Hiszpanii. Pewnie w dużej części w Holandii i Anglii, co umożliwiło później zbudowanie potęg morskich obu krajów.

W daleko trudniejszych warunkach przychodziło pracować kryptożydom hiszpańskim nad podważeniem Kościoła na Półwyspie Apenińskim. Wpływ lekarzy żydowskich udostępnił wprawdzie pozornym chrześcijanom przenikanie do północnych Włoch i swobodne obracanie się po kraju. Niemniej jednak inkwizycja rzymska zmuszała ich do ostrożności. Nie mogąc otwarcie szerzyć niedowiarstwa wśród starochrześcijan przystąpili maranie do tworzenia licznych, tajemnych organizacji, kierowanych zazwyczaj przez nich, a mających na celu nieubłaganą walkę z papiestwem. Były to, tzw. „Akademie Nauk Tajemnych”. Na próżno Rzym, niezadowolony z masowego napływu do Włoch pozornych chrześcijan, drogą amnestii pozwalał im na wykonywanie praktyk żydowskich (dekret papieski z dnia 30 maja 1497 r.). Tysiące maranów wolało zachowywać pozory prawdziwych katolików, chrzcić w kościele swe dzieci, brać śluby z rąk księży katolickich i ukradkiem tylko wykonywać przez szereg pokoleń przepisy religii żydowskiej. Umożliwiało to bowiem pozornym chrześcijanom spełnianie nakazów drugiego Mojżesza.

Nic dziwnego, że Żydzi nie chcieli w sposób jawny praktykować swojej religii, bo to by ich całkowicie demaskowało w oczach chrześcijan i uniemożliwiało działanie na własną korzyść.

Rozpoczęli też ci przymusowi wychodźcy zaciętą walkę ze znienawidzoną przez nich Hiszpanią. Wyróżnił się na tym polu Józef Mendes-Nassi, agent sułtana Sulejmana, wspomagany przez rzesze marańskie. Ukrywając starannie przynależność plemienną (występował w Carogrodzie jako „bej frankijski”) starał się Nassi szkodzić wszelkimi sposobami władcom hiszpańskim. Będąc w ścisłych stosunkach z guezami niderlandzkimi, zachęcał ich Józef Nassi do wytrwania w walce z Filipem II. Przyrzekał on im, że wpłynie na sułtana, aby tenże, ujmując się za Maurami, rozstrzelił uwagę Hiszpanów. W oczach maranów, zwalczających z wielką energią swoja dawną ojczyznę, nieudana wyprawa niezwyciężonej Armady Filipa II zaczęła potęgować nadzieję, że z pomocą reformacji uda się wypełnić nakaz drugiego Mojżesza, nawet w najbardziej oddanej Rzymowi Hiszpanii.

O tym, że ta „nieudana wyprawa niezwyciężonej Armady Filipa II” była ustawką, pisałem w blogu „Armada”.

Co się tyczy maranów przebywających na Półwyspie Iberyjskim, pozostali oni pozornie chrześcijanami w ciągu całych stuleci. Zapanowała u nich tradycja, że przynajmniej jeden syn z każdej rodziny winien stać się księdzem. A ponieważ nie brakowało im zdolności i sprytu, dochodzili przeto do najwyższych stanowisk duchowych. Wielu kanoników, sędziów inkwizycji, nawet spowiedników książąt krwi, pochodziło z Żydów. Klasztory męskie i żeńskie były pełne wychrztów. Niejeden był z przekonań Żydem, lecz dla celów doczesnych udawał chrześcijanina. Byli w Hiszpanii biskupi i pobożni zakonnicy, których najbliżsi przebywali za granicą i wyznawali judaizm. Będąc w ścisłym związku ze swymi krewnymi w Holandii, Francji i Anglii pracowali oni stale nad osłabieniem monarchii hiszpańskiej. Pobożni i cisi prałaci i zakonnicy „żywili płomień swego przekonania i podkopywali potężne państwo następców Filipa II” (H. Graetz, „Historia Żydów”, t. VIII, str. 151). W ugrupowaniach monarchistycznych i kościelnych reprezentowany był zawsze żywioł marański w poważnej ilości. Niedawno korespondent dzienników syjonistycznych Eazriel Karlebach pisał w maju 1931 r., że „wśród przywódców księży jest więcej maranów, niż wśród bohaterów rewolucji”.«

Oprócz drugiego Mojżesza, Mojżesza Majmuniego, był jeszcze trzeci Mojżesz. Henryk Rolicki w książce Zmierzch Izraela (1932) tak pisał:

»Mojżesz Mendelssohn (1729-1786), żyd niemiecki, zapoznał się dzięki polskiemu żydowi Izraelowi Lewi Zamość z pismami drugiego Mojżesza, Mojżesza Majmuniego (Majmonidesa), teoretyka i obrońcy metody pozornego przyjmowania innej wiary. Atoli zmienione warunki, rozluźnienie chrześcijaństwa przez wolnomularstwo, umożliwiały już żydom dążenie do wejścia w życie społeczeństw aryjskich bez przyjmowania chrztu, bez maski pozornej religii.

Jedynym warunkiem społeczeństw aryjskich będzie – osądził Mendelssohn – uznanie się za wiernego poddanego danego państwa, za wiernego członka danego narodu. A więc zamiast pozornej religii, pozorna asymilacja. Dzięki wynalezieniu tej metody wprowadzenia w błąd gojów Mendelssohn stał się „wielki” i zjednał sobie wśród żydostwa miano „trzeciego Mojżesza”.«

Na ziemiach polskich żydowska asymilacja przybrała na sile po powstaniu styczniowym, które dla narodu polskiego stało się gwoździem do trumny. Stanisław Didier w cytowanej wyżej książce pisze:

»Młodzież żydowska wstępowała gromadnie po 1863 r. do średnich i wyższych szkół. Zaroiło się w Królestwie od chrzczonych i niechrzczonych żydowskich lekarzy, adwokatów, techników, dziennikarzy i literatów. Zajmowali oni w szybkim tempie miejsca inteligencji polskiej, wyniszczonej podczas powstania, gnijącej w kopalniach Syberii lub pędzącej tułaczy żywot na obczyźnie.

Panujący wszechwładnie po powstaniu styczniowym pozytywizm włączył do swego programu doktrynę asymilacji. Prawie wszyscy pozytywiści owego czasu byli filosemitami, bratali się z Żydami, uważając za wzór cnót obywatelskich bankiera Kronenberga, nagrodzonego przez rząd moskiewski za usługi orderem św. Włodzimierza III klasy (z czym było połączone nadanie dziedzicznego szlachectwa rosyjskiego) i bankiera Blocha, którego testament zaczyna się od słów: „Byłem całe życie Żydem i umieram jako Żyd”.

Pozytywiści wyhodowali grupę literatów i dziennikarzy pochodzenia żydowskiego, która obsadziła tłumnie prasę warszawską. Wśród księgarzy i wydawców najpoważniejszych pism stolicy widzimy: Gluecksberga, Lewentala, Stanisława Kronenberga, braci Orgelbrandów, E. Leo, M. Wołowskiego, Krzywickiego, R. Okręta i innych. Otaczają się ci chrzczeni i niechrzczeni dyktatorzy ówczesnej opinii polskiej współpracownikami też przeważnie żydowskiego pochodzenia, jak to: St. Kramsztyk, B. Rajchman, H. Elzenberg, D. Zgliński, Niedzielski, Niemirowski, Chęciński i inni. Pełno ich było zarówno w pismach zachowawczych („Gazeta Polska”, „Słowo”), jak i postępowych („Przegląd Tygodniowy”, „Niwa”, „Nowiny”).

Przywódcy żydostwa polskiego nie zniechęcali się wstrętami czynionymi wychrztom przez światlejszą część naszego społeczeństwa. Rzucono hasło małżeństw mieszanych. Wynaleziono wielu zubożałych arystokratów pragnących pozłocić swe herby. W krótkim czasie przedstawiciele najstarszej arystokracji polskiej weszli w związki rodzinne z potomkami frankistów, a także z neofitami. Wołowscy, Lascy, Epsteinowie, Kronenbergowie, Blochowie, Rotwandowie Reichmanowie, Halpertowie, Goldfederowie koligacą się z Woronieckimi, Morsztynami, Wielopolskimi, Kościelskimi, Jundziłłami, Wodzyńskimi, Hołyńskimi, Poklewskimi i in. Klasycznym przykładem wychrzty, który, zdawałoby się, że wrósł nieodwołalnie w społeczność polską, był Jan Bloch, herbu Ogończyk. Wpływowy ten bankier, podkreślający swój patriotyzm polski na każdym kroku, czego dowodem miało być skoligacenie się z pięcioma wybitnymi rodami kraju, inaczej przedstawił się potomności w testamencie swoim. Mógł on się śmiało zaliczyć do grona tych Żydów, na których cześć wygłoszone zostało w 1875 r. w kahale lwowskim odpowiednie przemówienie. Mędrzec Syjonu oświadczył m.in., iż „(…) prawdą jest, że niektórzy Żydzi dają się chrzcić, ale fakt ten tylko przyczynia się do wzmocnienia naszej potęgi, gdyż chrzczeni Żydzi zawsze Żydami zostają (…)” (Rudolf Vrba, „Die Revolution in Russland, statistische und sozialpolitische Studien”).

Służyli też często zrujnowani karmazyni polscy za parawan dla nieczystych, podejrzanych spekulacji. Wynajmowali ich żydowscy plutokraci do zarządów swoich przedsiębiorstw, do komitetów, mianując ich członkami rad nadzorczych. Ponieważ utytułowani radcowie mieli takie samo pojęcie o handlu, o metodach „czystego kapitalizmu”, jak chłop o astronomii, przeto rządzili się Żydzi sami bez żadnej kontroli.

Przyszedł 1905 r., o którym pisał zasymilowany Żyd J. Unszlicht („O pogromy ludu polskiego”), że „nastał moment decydujący – rozłamu między polskością i żydostwem”. Potulna, wychowana przez frankistów: Krzywickiego, Matuszewskiego, Wołowskiego, Niemirowskiego i in., neofitów: Kraushara, Posnera, Mendelsohna i in. oraz Żydów: Askenazego, Dicksteina i in., inteligencja polska zobaczyła z przerażeniem obok siebie, zamiast układnych neofitów i asymilatorów, aroganckiego Żabotyńskiego, Radka, Grosnera i in. Spostrzeżono gęstą sieć spisku antypolskiego, ukutego przez Żydów, do którego wciągnięto nieuświadomione masy ludu polskiego. Z krzykiem „precz z białą gęsią” (chodziło o Orła Białego – przyp. W. L.) kroczyli po ulicach Warszawy czarni bundyści, subsydiowani przez ochrzczonego milionera Łazarza Polakowa i… Powszechny Związek Izraelski.

Komitet statystyczny miasta Warszawy wykazał, że wypadki 1905 r. zburzyły i zniszczyły w Królestwie około 2.000 mniejszych zakładów przemysłowych, należących do Polaków. Cofnięty został o dziesiątki lat wstecz swojski, dopiero kiełkujący przemysł. Lud roboczy zubożał. Wielcy kapitaliści żydowscy drwili zaś sobie z tej „pseudo-antykapitalistycznej rewolucji”.«

Warto o tym wszystkim, co wyżej zostało napisane, pamiętać, zwłaszcza w kontekście przyszłorocznych wyborów. Wszystkie te stare partie i nowe ruchy, ugrupowania itp. – wszystko to zostało stworzone przez Żydów i jest od nich zależne. Trwający ponad 150 lat proces wnikania Żydów w polskie społeczeństwo i ich w nim asymilacji, spowodował ich całkowitą dominację. To jest fakt. Jeśli więc ktoś chce zmieniać polską rzeczywistość, to musi ten fakt przyjąć do wiadomości. I dopiero w oparciu o ten fakt zaproponować zmiany. Jeśli natomiast proponuje zmiany, nie widząc słonia w składzie porcelany, to po prostu oszukuje. Inna sprawa, że polityka polega m.in. na oszukiwaniu elektoratu, ale to wyborcy powinni o tym wiedzieć i nie żyć złudzeniami.

Handel

Podobno w przyszłym roku mają być wybory. Czy tak będzie, to będzie zależeć od tego, jak rozwinie się sytuacja na Ukrainie. W każdym razie przygotowania do nich idą pełną parą i pojawił się nowy ruch, czy może zaczątek nowej partii politycznej – Ruch Dobrobytu i Pokoju (RDiP), którego twarzą jest Maciej Maciak z kanału internetowego „Musisz to wiedzieć”. Ruch ten ma już bardzo dobrze rozbudowaną na terenie całej Polski sieć lokalnych przedstawicieli i zwolenników. Trzeba przyznać, że to wszystko rozwinęło się nadzwyczaj szybko, a ostatnio programy Maciaka są przerywane reklamami, a to oznacza, że za nimi idą pieniądze. To oczywiście nie przeszkadza mu narzekać, że YouTube go cenzuruje, usuwa filmy itp.

Jestem pełen podziwu dla scenarzystów i reżyserów, którzy wykreowali ten Ruch. Podstawowe założenie było takie, że jego twarzą ma być ktoś z prowincji, a więc nie związany z żadnym wielkim miastem, gdzie mieszkają wszyscy znani politycy. Nie Warszawa, Kraków, Gdańsk, Wrocław czy Górny Śląsk. Tylko Włocławek – miasto średniej wielkości (ok. 100 tys. mieszkańców), nie zadupie, ale też i nie metropolia. Położone w centrum Polski, stare miasto z historią. Rzec by można, że to kwintesencja Polski, a człowiek kierujący tym Ruchem to jeden z nas.

W swoich programach Maciej Maciak atakuje przede wszystkim Morawieckiego, bo twierdzi, że on, jako szef rządu, jest odpowiedzialny za wszystko i jego odsunięcie od władzy jest najważniejsze. To oczywiście nie wystarczy. Potrzebna jest jeszcze nowa partia, która zdobędzie władzę i zrobi porządek. Obecnie rządzący to durnie, którzy nie mają pojęcia o rządzeniu i o tym, w jaki sposób uzdrowić gospodarkę. – Tak twierdzi Maciak. Jego program to willa z basenem dla każdego. To hasło, które ma sugerować, że interesują go tylko sprawy zwykłych ludzi, a nie jakieś wojny i że przy dobrym zarządzaniu państwem osiągnięcie tego celu jest realne.

Dla Maciaka wszystko jest proste. W jednym ze swoich programów powiedział, że handel jest prostym zajęciem, intuicyjnym niemal i że Polacy też mogą w nim osiągać sukcesy. No bo przecież kupić towar, dodać do ceny zakupu swoją marżę i podatek Vat, to nie jest trudna sprawa. No nie! Nie jest to trudna sprawa. A skoro tak, to dlaczego te drobne sklepiki padają? Bo wypierają je sklepy wielkopowierzchniowe i sieciówki. A dlaczego Polacy po 1989 roku nie potrafili stworzyć własnych sklepów wielkopowierzchniowych i sieciówek? Bo tacy niezaradni i nie maja głowy do interesów? Może są debilami, skoro nie potrafią sobie poradzić z tak prostym zajęciem? To bardzo wygodne tłumaczenie, szczególnie dla Żydów, w których rękach są środki masowego przekazu i również handel.

O sukcesie w handlu decyduje cena zakupu towaru. To jest podstawa, od której nalicza się marżę handlową i podatek. Kto ma niższą cenę zakupu ten rządzi na rynku, bo ma większą marżę, a co za tym idzie i zysk, albo może tak obniżyć cenę sprzedaży, że konkurencja nie będzie w stanie zaoferować takiej samej i mieć jeszcze jakiś zysk. Tak więc jest, że jedni na rynku mają niższą cenę zakupu, a inni – wyższą. Dlaczego tak jest i skąd się to bierze?

Ceny ustala ten, kto rządzi handlem na każdym poziomie dystrybucji: centralnym, regionalnym i lokalnym, czyli tym, który obsługuje klienta końcowego, czyli każdego z nas. Nie jest żadną tajemnicą, że handel jest w rękach Żydów i to od początku. To nie jest wynik jakichś szczególnych predyspozycji, tylko efekt rozproszenia, który powoduje, że Żydzi są wszędzie i wszędzie utrzymują ze sobą kontakty i wymieniają między sobą informacje na temat rynków i ich potrzeb. To nie tak, jak w przypadku Cyganów, którzy chodzili od wsi do wsi i sprzedawali patelnie. Zawsze ktoś się znalazł, kto kupił, ale taką metodą daleko się nie zajedzie i Cyganie daleko nie zajechali.

Taki handel, jaki uprawiają Żydzi od początku, wymagał też powszechnego środka wymiany, czyli pieniądza oraz kredytu, który ten handel napędzał. Jeśli więc kontroluje się dystrybucję towaru od producenta do konsumenta, to kontroluje się też jego cenę na każdym etapie dystrybucji i to, komu sprzedaje się towar w niższej cenie, a komu – w wyższej. Tak to jest, że Żyd Żydowi sprzeda towar po niższej cenie, niż gojowi. I tu jest cała tajemnica tego, że Polacy nie mogli stworzyć własnych sklepów wielkopowierzchniowych i sieciówek. A poza tym drobnym szczegółem, to Maciak ma całkowitą rację – handel jest zajęciem intuicyjnym.

Nikogo więc, po tym, co napisałem, nie powinno już dziwić, że w ustawie o zamówieniach publicznych jedynym kryterium decydującym o wyborze oferty jest cena. Nietrudno też domyślić się, kto za przyjęciem tej ustawy w takim kształcie stał i komu to nadal służy.

Tak działa handel żydowski i to nie od dziś. To było wielokrotnie opisywane w literaturze. Michał Bałucki w swojej powieści z 1885 roku W żydowskich rękach pisał:

„Jeszcze baraku nie rozpoczęto budować, kiedy przemyślny Żyd, w budce naprędce z desek ukleconej założył filię swojej szynkowni, zaopatrzył ją w różne wiktuały i tym sposobem zagarniał cały prawie zarobek robotników do swej kieszeni. Teraz urządził on już porządną kantynę, zasobną we wszystko, czego nie tylko prosty robotnik, ale rękodzielnicy i inżynierowie potrzebować mogli. Rozumie się, że za to Habe kazał sobie dobrze płacić, toteż mu płacono, bo wyboru nie było. Miasteczko było daleko, a w bliskości nikt Habemu konkurencji nie robił. Szynkarz z Zagajowa, katolik, próbował parę razy dowozić do baraku artykuły żywności i wódkę, ale Habe obniżył w tym czasie ceny u siebie, wszystko pchało się do niego, zwłaszcza że dawał na kredyt, a szynkarz zagajowski wracał do domu z niesprzedanym towarem, lamentując nad stratą, jaką poniósł. Dziedzic Zagajowa, gdy się do niego doniosło, robił usiłowania, aby Habemu zabroniono szynkować na jego gruncie, ale odpowiedziano mu z rządu, że nie mają do tego prawa, bo Habe szynkuje na gruncie kolejowym. Na to nie było rady, a Habe zacierał ręce z radości, że mu się udało wcisnąć znowu do wsi, z której go kiedyś tak sromotnie wygnano i na złość Czujce tuż pod jego okiem prowadzić swój handel. Dla nasycenia się tą uciechą często zajeżdżał do kantyny, przesiadywał tam chętnie, to robiąc obrachunki ze swoim szynkarzem, to zamawiając sobie ludzi do roboty; gdyż – jak wiemy – Habe zajmował się dostawą materiałów do budowy.”

Bałucki nie wyjaśnił tu, dlaczego Żyd Habe mógł obniżyć cenę. Ktoś nieznający realiów handlu mógłby sobie pomyśleć, że to jakieś tajemne sztuczki Żydów i ich zmysł do interesu. Jednak prawda jest bardziej prozaiczna, co też oni starają się ukryć i bardzo jest im na rękę, gdy ktoś mówi o nich, że mają smykałkę do handlu i interesów. Po prostu Habe miał niższą cenę zakupu niż szynkarz z Zagajowa.

Kwestię żydowską i złożoność relacji polsko-żydowskich przedstawia Bałucki w szerszym kontekście i porusza mniej znane wątki tych relacji:

„Żyd nie rozumie interesu bez malwersacji. Tam, gdzie nie oszukuje, uważa się za stratnego. To podstawa ich spekulacji. I dlatego też śmieszą mnie nawoływania dziennikarskie, że powinniśmy współzawodniczyć z nimi na polu handlu i przemysłu i zamiast rozpalać się ku nim nienawiścią, uczyć się od nich sposobu robienia interesów. To tyle znaczy, jakby mi kto kazał od złodzieja uczyć się sposobu nabywania majątku. Współzawodnictwo z ludźmi, dla których wszystkie środki są godziwe, jest niemożliwe dla tych, którzy chcą zostać uczciwi. Prawda, że i u nas naliczyłby dosyć takich, co z Żydami mogliby iść w zawody pod względem nieuczciwości, wyzyskiwania ludzi et cetera, ale u nas opinia gardzi takimi, gdy przeciwnie u Żydów opinia składa się z samych takich ludzi; uczciwi w znaczeniu pełnej moralności, należą tam do wyjątków, a Żyda, który by nie oszukał w swoim życiu nikogo, ze świecą trzeba by szukać. Powiadają, że ich religia toleruje podobną niemoralność, a nawet ją usprawiedliwia. Jeżeli tak jest, to czyż podobna nam rywalizować z tym narodem? Tu nie idzie o sam spryt, przebiegłość, ruchliwość których brak nam zarzucają, tu idzie o moralność, z której żaden uczciwy człowiek wyzuć się nie może i oto powód, dla którego w walce z Żydami na polu przemysłu i handlu jesteśmy pobici.”

To prawda, że Żyd, jak kogoś nie oszuka, to jest chory, ale to nie moralność przeszkadza Polakom konkurować z Żydami. Tak jak napisałem, to fakt, że handel jest w ich rękach i to oni decydują o tym, komu pozwolą odnieść sukces, a kogo usuną z rynku.

W innym miejscu czyni Bałucki bardzo trafne uwagi, które do dziś nie straciły na aktualności. Wprost przeciwnie, stały się naszą rzeczywistością.

„Pokazało się, że ten lichy Żyd i jemu podobni są groźniejsi, niebezpieczniejsi niż nam się zdawało. Oni są potężni tą łącznością, która małe i na pozór nic nieznaczące siły wiąże w jedną straszną siłę. Kilkodniowy mój pobyt w Wiedniu przekonał mnie, że potęga ta doszła do rozmiarów, o jakich nie miałem pojęcia. Tu, w Galicji, żydostwo przedstawia się nam jak robactwo ruchliwe, czynne, rodzaj szarańczy społecznej, która nas powoli objada i niszczy, a którą zdawało mi się, że będzie można wytępić. Tymczasem przekonałem się, że to tylko odnogi olbrzymiego polipa, którego główne jądro jest tam – w Wiedniu. U nas Żyd jest pasożytem, który żyje sokami narodu, ale go nie przerósł, nie zaćmił, ani mu nie imponuje, gdy tymczasem w Wiedniu widziałem reprezentantów tego narodu na najwyższych szczeblach hierarchii społecznej, dokąd się wdarli przez równouprawnienie i majątek. W ich ręku znajdują się kolosalne fortuny, wysokie urzędy, przeróżne instytucje, olbrzymie przedsiębiorstwa, fabryki, koleje i wreszcie dziennikarstwo, ta straszna potęga naszego wieku – i wszystkiego tego używają oni głównie dla popierania swoich interesów. Głosy galicyjskich Żydów z licznych miasteczek odzywają się echem w sferach wysokiej arystokracji finansowej i znajdują tam poparcie. W tej spójności maluczkich i wielkich związanych interesem i tradycją w jeden olbrzymi zastęp jest coś przerażająco wzniosłego, coś co mnie przygniotło swoim ogromem. Walka moja z tym przemyślnym narodem wydawała mi się donkiszoterią i śmiesznością. I cóż przeciw takiej sile może zrobić jeden człowiek niepoparty przez nikogo? Szlachta głupia i nieporadna, chłop ciemny i niechętny – a wszyscy siedzą w kieszeniach żydowskich, wszyscy spętani ramionami tego olbrzymiego polipa, co im soki wysysa i o śmierć przyprawia. Nikt ich już nie ocali z rąk żydowskich, to stracona pikieta. Zguba ich tym pewniejsza, że nie widzą niebezpieczeństwa, które im grozi. Ale my, którzy mamy otwarte oczy, czujny umysł, powinniśmy się ratować…”

Michał Bałucki (1837-1901), jak pisze Wikipedia, to polski pisarz, komediopisarz i publicysta okresu pozytywizmu. Pochodził z rodziny mieszczańskiej, ojciec był krawcem, a matka – Eufrozyna, neofitka z Kochmanów – prowadziła kawiarnię. Nie brał udziału w powstaniu styczniowym, jednak aktywnie uczestniczył w organizacjach spiskowych w Galicji, wspierając stronnictwo czerwonych. W latach 70-tych XIX wieku stał się Bałucki w Galicji jednym z głównych propagatorów pozytywizmu. W późniejszej twórczości odszedł od idei promowania pozytywizmu na rzecz krytyki rzeczywistości.

Był więc Bałucki Żydem i dlatego nie napisał o tym, co najważniejsze, czyli o cenie zakupu, a ten polip, co tak się rozrasta, to efekt rozproszenia i asymilacji. To powoduje, że przenikają wszelkie społeczności do szpiku kości. To dwie cechy, których nie posiadają narody osiadłe i które dają Żydom przewagę. Walka z tym, to walka z wiatrakami.

Okres po powstaniu styczniowym, to okres stopniowego wnikania Żydów w polskie społeczeństwo i stawania się jego inteligencją: pisarze, dziennikarze, prawnicy, lekarze itp. Przejawiało się to też w tworzeniu i dominowaniu we wszelkich partiach politycznych, również i w stworzeniu ideologii narodowej. Nic w tym względzie nie zmieniło się w okresie międzywojennym. Nasiliło się w PRL-u i po 1989 roku.

Stworzenie w krótkim czasie, może paru miesięcy, ruchu, który ma swoich przedstawicieli w większości gmin w Polsce wydaje się niemożliwe, bo przeciętny człowiek nie ma takich możliwości, ani tylu znajomych w całym kraju, nawet jeśli latami kierował lokalną telewizją kablową i ma swój kanał w internecie. To jest wielki wysiłek organizacyjny i logistyczny, który wymaga zaangażowania wielu ludzi, poświęcenia wiele czasu i mnóstwa pieniędzy. Ale jeśli zabierze się za to nacja rozproszona i zasymilowana, to jest to do zrobienia szybko i skutecznie. Po raz kolejny pokazuje ona swoją moc.

Perspektywa

W poprzednim blogu zamieściłem obszerny cytat z książki Fatalna fikcja; Nowe oblicze bolszewizmu – stary wzór z 2001 roku, której autorem jest Dariusz Rohnka. Dotyczył on fikcyjnego rozpadu ZSRR w 1991 roku. Autor omawia w niej także relacje Stanów Zjednoczonych z Chinami i kwestię Tajwanu. Największą zaletą informacji zawartych w tej książce jest to, że została ona wydana ponad 20 lat temu, co czytającemu daje komfort perspektywy czasu. I z tej perspektywy czasu możemy dostrzec to, czego nie można dostrzec, gdy obserwuje się bieżące wydarzenia. 20 lat temu straszono nas tym, że spór o Tajwan może doprowadzić do wojny supermocarstw i obecnie różni komentatorzy i geopolitycy znowu straszą nas tym samym. Niezły samograj. Poniżej wybrane fragmenty z tej książki.

»Stany Zjednoczone niemal powszechnie uznawane są dzisiaj za jedyne na świecie supermocarstwo. Liczne przypadki zaangażowania wojskowego i politycznego w konfliktach regionalnych na całym świecie, w tym aktywność samego Clintona, przyczyniły się do budowy wizerunku USA jako globalnego żandarma. O potęgujących się na przestrzeni ostatniej dekady oznakach słabości nie mówi się wcale. Ale stały regres, nawet z bardzo wysokiego pułapu, prowadzi w końcu do upadku.

Jednym z przejawów słabości amerykańskiego mocarstwa są jego porażki wywiadowcze. W 1999 roku ujawniono, że Chińczykom udało się wykraść super tajną technologię W-88, dotyczącą miniaturowych głowic nuklearnych. Zdaniem Jamesa Inhofe’a, który występował w tej sprawie w Senacie USA, jest to być może najbardziej poważny wyłom w narodowym bezpieczeństwie w naszych czasach – bardziej poważny niż sprawa Aldricha Amesa, który zdradził CIA, i być może bardziej poważny niż to, co zrobili Rosenbergowie, dostarczając tajemnice nuklearne Związkowi Sowieckiemu 50 lat temu. – John F. McMamus, From Chinagate to Kosovo. Wywiad z senatorem Jamesem Inhofem, w: The New American, vol. 15, nr 13, 21.06.1999. Szczególnie bulwersujący jest fakt, że administracja waszyngtońska wiedziała o dokonanej kradzieży od kwietnia 1996 i przez niemal 3 lata nie powiadomiła o tym Kongresu. Zamiast tego Clinton składał wielokrotnie uroczyste deklaracje, że po raz pierwszy od dziesięcioleci, żadna rakieta wyposażona w broń atomową nie jest wycelowana w Stany Zjednoczone.

Wkrótce okazało się, że technologia mini głowic nie jest jedyną tajemnicą wykradzioną przez Chińczyków. Długa lista obejmuje: technologię budowy bomby neutronowej, broń elektromagnetyczną (electromagnetic pulse weapons), zbierane przez 50 lat informacje na temat testów atomowych, wszystkie fazy przygotowania broni jądrowej, dane techniczne radarów. Do tej listy należy jeszcze dodać kradzież kodów komputerów, sterujących całym arsenałem jądrowym Stanów Zjednoczonych. Ponadto Chińczycy pozyskali, tym razem w związku z oficjalną współpracą, technologię kosmiczną, pozwalającą na znaczne ulepszenie ich rakiet balistycznych, z których 13 (według danych z 1999) jest wymierzonych w obszar Stanów Zjednoczonych. – Insider Report, w: The New American, vol. 15, nr 12, 7.06.99.

Dopełnieniem obrazu chińskich sukcesów wywiadowczych jest ujawniona przy okazji wielomilionowa dotacja na kampanie wyborcze urzędującego prezydenta w latach 1992 i 1996. W Białym Domu aż zaroiło się od chińskich biznesmenów i tajemniczych osobistości. Odpowiedzialność spada wprost na Clintona. Jak twierdzą autorzy głośnej książki Year of the Rat Edward Timperlake i William C. Triplett w celu zdobycia i utrzymania władzy administracja Clintona działa w sposób lekkomyślny, pozwalając niewłaściwym ludziom na zdobycie dostępu do najważniejszych tajemnic politycznych i gospodarczych. Chińscy handlarze bronią, szpiedzy, handlarze narkotyków, gangsterzy, stręczyciele, współuczestnicy masowych mordów, komunistyczni agenci i inne niepożądane osoby… byli powiązani w ten czy inny sposób z Białym Domem i pieniędzmi. – William Norman Grigg, Red Star Over the White House, The New American, vol. 15, nr 14, 15.02.99.

Mówi się także wprost o powstaniu chińskiego lobby w Kongresie. Amerykańsko-Chińska Rada Biznesu przekazała ponad 55 milionów dolarów na kampanie polityczne w latach 1995 i 1996. Przy tej okazji wymienia się najbardziej znane amerykańskie firmy m.in.: Philip Morris, Boeing Co., Coca-Cola, PepsiCo, McDonald’s, Amway Corp., Procter and Gamble. Efektem tych działań jest nie tylko swobodny dostęp chińskich produktów do amerykańskiego rynku, ale również możliwość zakupu najbardziej zaawansowanej technologii, od superkomputerów po technologię kosmiczną. Jednocześnie Chiny są jedynym krajem, który nie zezwala amerykańskim urzędnikom na kontrolowanie, czy zakupione urządzenia i technologie są wykorzystywane zgodnie z pierwotnym przeznaczeniem. – New Red China Lobby, Cardinal Mindszenty Foundation, 08.1997.

Duży wkład w rozbudowanie chińskiego potencjału ma również najbliższy sojusznik Stanów Zjednoczonych – Izrael, dzięki któremu Chiny pozyskały tajniki broni laserowej oraz technologię rakiet Patriot. Współpraca obejmuje produkcję nowego samolotu J-10, systemu radarowego, produkcję czołgów i różnego typu rakiet, m.in. najlepszą w swojej klasie rakietę powietrze-powietrze Python-4. – Patrick J. Buchanan, Look who’s arming Beijing, w: American cause, 29.01.99. Przy tym USA wydaje około 2 miliardów dolarów rocznie na pomoc wojskową dla Izraela. W efekcie pomoc ta może być wykorzystana przeciwko samym Stanom Zjednoczonym. – Israel’s Arms Sales to China Alarm US, w: NewsMax.com, 10.04.00.

Zagrożenie Ameryki ze strony Chin ma jeszcze jeden aspekt – Kanał Panamski. Droga wodna, która skraca podróż z wschodniego na zachodnie wybrzeże Stanów Zjednoczonych o całe dwa tygodnie i 8.000 mil, a która pozostawała w amerykańskiej dzierżawie od blisko 100 lat, w grudniu 1999 roku przeszła w praktyce w chińskie ręce. O znaczeniu tego faktu decyduje wartość strategiczna Kanału, którą już w chwili otwarcia, w 1914 roku, szacowano bardzo wysoko. Henry Stimson, sekretarz obrony w rządzie prezydenta Williama Howarda Tafta pisał w 1913: Jeżeli kiedykolwiek będziemy mieli nieszczęście prowadzić wojnę, bądź z pojedynczym wrogiem, dysponującym flotą morską zarówno na Atlantyku jak i na Pacyfiku, bądź z dwoma narodami, jednym na wschodzie i drugim w Europie, odpowiednia polityka wobec Kanału będzie miała żywotne znaczenie. Zamknięcie Kanału dla wrogów pozwoli naszej flocie na poruszanie się po szlakach wodnych wzdłuż naszego wybrzeża i zmusi inne floty do operowania po szlakach zewnętrznych o 8.000 mil dłuższych niż nasze. Może to mieć decydujące znaczenie dla zwycięstwa lub porażki. – Thomas H. Moorer, Save our Canal! w: The New American, 23.09.99.

Dzisiejsze znaczenie strategiczne Kanału nie zmalało. Zdaniem emerytowanego admirała Thomasa Moorera, w przeszłości m.in. Szefa Operacji Morskich USA oraz Przewodniczącego Połączonych Szefów Sztabów (Joint Chiefs of Staff) znaczenie tej drogi morskiej wcale nie maleje, m.in. dlatego, że 95% wsparcia logistycznego amerykańskich sił zbrojnych jest transportowane drogą morską, w przeważającej mierze z wykorzystaniem Kanału, a logistyka ma decydujące znaczenie dla nowoczesnego pola walki. Nie sposób walczyć bez żywności, amunicji, mundurów, paliwa, lekarstw. Szczególnie wielkie znaczenie mają odpowiednie zapasy paliwa, bez którego niektóre typy wojsk, na przykład siły powietrzne, przestają istnieć. Oczywiście zapasy można dostarczyć na wiele innych sposobów, ale w tym przypadku decydują liczby, wielkości sięgające milionów ton. Ani transport kołowy, ani lotniczy nie jest w stanie współzawodniczyć pod tym względem z morskim.

Jakie są podstawy do twierdzenia, że po Amerykanach wchodzą do Panamy Chińczycy? Decydować mają wpływy polityczne i gospodarcze. W 1996, równocześnie z nielegalnym finansowaniem kampanii prezydenckiej Clintona, Chińczycy przeznaczyli ogromne sumy na przekonanie panamskich polityków, że po wycofaniu się Amerykanów ich miejsce powinno zająć Hutchison Whampoa, przedsiębiorstwo z siedzibą w Hongkongu. Już w 1997 chińska firma rozpoczęła działalność w portach w Balboa i Cristobal, odpowiednio po zachodniej i wschodniej stronie Kanału. – Admirals Sound the Alarm. Koneksje polityczne Hutchison Whampoa są jednoznaczne. Właściciel firmy Panama Ports Company należy do China Resources, przedsiębiorstwa reprezentującego chińskie ministerstwo Handlu i Współpracy Gospodarczej. – Thomas H. Moorer, Save Our Canal! Te i wiele innych powiązań wskazują jednoznacznie, że za wzmożoną aktywnością chińską w rejonie Kanału stoją komunistyczne Chiny.

W 1997 roku panamski parlament przegłosował ustawę, nadającą Hutchison Whampoa nadzwyczajne przywileje. Niemniej bulwersujące są kwestie formalno-prawne, związane z przekazaniem Kanału. Okazuje się, że podstawa prawna przekazania, zawarte w 1977 traktaty Carter – Tarrijos nie mają mocy obowiązującej, co więcej, nigdy nie zostały ratyfikowane, co zostało stwierdzone przez ekspertów występujących przed senacką komisja już w roku 1983. Jeden z ekspertów, dr Charles Breecher określił tę sytuację: Po pierwsze, traktaty dotyczące Kanału Panamskiego nigdy nie zostały ratyfikowane w świetle prawa międzynarodowego, stąd nigdy nie nabrały mocy wykonawczej… i nie mają takiej mocy również dzisiaj. Przyczyna jest bardzo prosta… Stany Zjednoczone i Panama nigdy nie zdołały uzgodnić wspólnego tekstu traktatów. – Helen Chenoweth-Hage, Don’t Give Up the Canal, w: The New American, vol. 15, nr 25, 6.12.1999.

Mimo dowodów nielegalności traktatu i braku podstaw prawnych do przekazania Kanału, decyzja pozostała w mocy. Ani urzędujący prezydent, ani kongres nie zrobili nic, aby zachować wpływy amerykańskie w tak ważnym strategicznie regionie. Jedynie Helen Chenoweth-Hage, członkini Kongresu, wystąpiła z rezolucją 77, w której domagała się utrzymania w mocy traktatu z 1903, gwarantującego wpływy amerykańskie. Jej inicjatywa spotkała się z poparciem zaledwie kilkudziesięciu kongresmenów. – Helen Chenoweth-Hage, Don’t Give Up the Canal, w: The New American, vol. 15, nr 25, 6.12.1999.

Nie próbowano nawet zaprzeczać, że Kanał przejdzie bezpośrednio we władanie komunistycznych Chin. Na kilka tygodni przed uroczystością, w której zresztą nie wziął udziału, Bill Clinton wyznał z rozbrajająca szczerością: Myślę, że Chińczycy uczynią wszystko co tylko możliwe, aby zapewnić, że będą administrować Kanałem w sposób kompetentny i uczciwy. Podobnie jak w tym przypadku, jak i w przypadku ich wejścia do Światowej Organizacji Handlu, właśnie tego należy się spodziewać po Chińczykach. Myślę, że będą chcieli zademonstrować reszcie świata, że potrafią być odpowiedzialnym partnerem i byłbym bardzo zaskoczony, gdyby jakieś odmienne konsekwencje wypłynęły z faktu kierowania przez Chińczyków Kanałem. – Gary Benoit, Clinton’s Candor on Chinese Control, w: The John Birch Society.

Czy to freudowski sen? Czy po prostu gafa? Czy Clinton zachował się godnie po raz pierwszy w swoim życiu? – Zapytywał wydawca i felietonista WordNetDaily, Joseph Farah – Clinton stwierdził, że możemy polegać na dobrych intencjach Chińczyków, którzy zdobyli dostęp do Kanału. Czy czujesz się dzięki temu bezpieczny? Chińczycy, którzy więzią dziesiątki tysięcy religijnych dysydentów, grożą atakiem na Tajwan i pracują nieprzerwanie nad rozwojem wojskowej technologii w celu zaatakowania Stanów Zjednoczonych, zasługują na zaufanie w sprawie Kanału, ponieważ jest to dla nich szansa pokazania światu, że są odpowiedzialni. – Joseph Farah, Between the Lines. Clinton’s Panama Canal admission, w: WorldNetDaily, 01.12.00.

Ameryka darowuje, pozwala kupić lub ukraść swoją najnowocześniejszą technologię. Ameryka pozwala na sprzedaż chińskich towarów, które przynoszą 60 miliardów dolarów nadwyżki w rocznym bilansie. Ameryka pozwala Chinom finansować swoją kampanię wyborczą, kompromitując tym samym własnego prezydenta. Ameryka rozbraja się jednostronnie, niwelując swoje możliwości obronne nieomal o połowę. Bez jednego wystrzału, bez żadnych warunków, oddając Chinom w posiadanie jeden z najbardziej newralgicznych punktów na globie. W zamian Chiny wycelowują niemal wszystkie rakiety balistyczne w swojego głównego wroga – Stany Zjednoczone.

Nawet jeśli Chiny nie są w tej chwili w stanie bezpośrednio zagrozić Stanom Zjednoczonym (tak twierdzą praktycznie wszyscy analitycy), nie boją się wyciągać ręki po zdobycze w swoim najbliższym sąsiedztwie. Pierwszy na tej liście jest Tajwan. Chiny są gotowe, takie przynajmniej sprawiają wrażenie, w każdej chwili zadeklarować wojnę. Chiny mogą zniszczyć Tajwan, jeśli nowy prezydent Chen Shui-bian odrzuci koncepcję jednych Chin: Jeśli nie uznają pryncypialnej koncepcji „jednych Chin”, jeśli nie uznają, że Tajwan jest częścią Chin, wówczas nie będzie pokoju, ale katastrofa, nie zgoda ale konflikt, nie życzliwość ale wrogość – powiedział jeden z wysokich pekińskich dyplomatów i wiceprezes stowarzyszenia ds. Stosunków Po Obu Stronach Cieśniny Tajwańskiej, Tang Shubei. Stanowisko to jest potwierdzone w wielu doniesieniach: Pekin jest gotowy do użycia siły, jeśli nowy prezydent będzie zdradzał chęć ogłoszenia niepodległości – powiedział premier Singapuru Goh Chok Tong po spotkaniu z Jang Zemingiem – oni chcą, żeby Chen zaakceptował ich koncepcję jednych Chin. Tu nie ma miejsca na żadną elastyczność. Tak mi wyjaśniono – wyznał: W przypadku, gdyby Tajwan zmienił konstytucję i ogłosił niepodległość, akcja wojskowa zostanie bezzwłoczne podjęta. – We are not Kidding about Taiwan, China Says, w : NewsMax.com, 04.2000.

Zresztą wybory nowego prezydenta to tylko pretekst. Chiny od dawna mają apetyt na Tajwan. To konsekwencja ich polityki zjednoczeniowej. Po zajęciu Hongkongu, Makao, przyszła pora na Tajwan. – Nial Fraser, Stelle Lee, Taiwan next, vows Jiang as Macao returns to China, w: South China Morning Post, 20.12.99.

Stanowisko Tajwanu jest nieugięte, ale jednocześnie wyważone i umiarkowane. Chen nie zgadza się na koncepcję jednych Chin w kształcie proponowanym przez Pekin, ale też nie polemizuje zbyt ostro. Tajwan chce prowadzić rozmowy, ale tylko z Chinami demokratycznymi. Na razie nie ma mowy o zmianie konstytucji i ogłoszeniu niepodległości. – Beijing Threatens „Disaster”, w: NewsMax.com, 28.04.2000. Zamiast tego są zdecydowane deklaracje tajwańskich wojskowych: wyspa jest dobrze przygotowana do obrony; chiński atak okaże się bolesny i kosztowny. Jednocześnie, w ramach zachęty, bądź ugłaskiwania, podkreślają umiar komunistycznych przywódców. – Tajwan „Ready to Defend Islands” Against China, za: UPI, 31.05.2000.

Stany Zjednoczone są najbardziej niezdecydowaną stroną potencjalnego konfliktu. Nie chcą wojennej konfrontacji z Chinami i zastanawiają się usilnie, czy maleńki Tajwan warty jest z ich strony ofiar. Nikt nie może odpowiedzieć na pytanie, jak zachowa się Ameryka. Z jednej strony chce się prowadzić z Chinami interesy, przymykając oko na ich totalitarny reżim i potworne zbrodnie ludobójstwa, z drugiej brutalna aneksja Tajwanu to dla Stanów Zjednoczonych poważne obniżenie prestiżu. Trudno przypuszczać, aby w obecnej chwili grały tu rolę jakieś sentymenty, tym bardziej imponderabilia. W kontekście chińskiej agresji administracja clintonowska mówi o poważnym zaniepokojeniu. – Joseph Farah, Wars and promises of war, w: WorldNetDaily. Com, 09.09.1999. W praktyce, jeśli takie określenie coś oznacza, może to być jedynie chęć ominięcia przeszkody. Takie stanowisko sugerują także inne okoliczności.

Wciąż nie wiadomo czy i w jakiej mierze Waszyngton poprze tajwańską enklawę chińskiej wolności. Jeśli nawet w Kongresie zwolennicy wolnego Tajwanu mają pewną przewagę, clintonowska administracja pragnie nade wszystko utrzymania przyjaznych stosunków z czerwonymi Chinami. Przykładem ostatnich tendencji jest tajna dyrektywa podpisana przez Prokuratora generalnego Janet Reno, która umieściła Tajwan na czarnej liście państw, zaangażowanych we wrogą działalność szpiegowską przeciwko Stanom Zjednoczonym. – Reno Brands Taiwan „Security Threat”, w: NewsMax.com, 24.05.2000. Według dokumentu Reno, pośród najbardziej niebezpiecznych państw dla bezpieczeństwa narodowego znalazły się: Rosja, Chiny, Północna Korea, Republika Jugosławii, kontrolowana przez Serbów Bośnia, Wietnam, Syria, Irak, Iran, Libia, Sudan i Tajwan. Umiejscowienie tego ostatniego państwa na liście, przy jednoczesnym pominięciu takich państw jak Izrael, Indie, Pakistan i Francja wywołało ogromne zdziwienie wśród amerykańskich ekspertów do spraw wywiadu. Zdaniem jednego z nich: Ma to jednoznacznie polityczny charakter. Tajwan nie występuje w tej samej lidze, co inne zagrożenia i jest jedynym krajem na liście, który nie stanowi wielkiego niebezpieczeństwa dla Stanów Zjednoczonych. Nowa kwalifikacja Tajwanu jest wyrazem polityki administracji Clinton-Gore, której celem jest zbliżenie do Pekinu i jednoczesne odsunięcie Taipei.

Strona chińska w zestawieniu z amerykańską jest znacznie bardziej odważna i zdecydowana. Komunistyczne Chiny nie boją się urządzać prowokacyjnych manewrów wojennych, zakupywać najnowocześniejszej broni w Rosji i Izraelu, otwarcie straszyć wybuchem wojny i grozić samym Stanom Zjednoczonym. Gdy w lutym 2000 Amerykanie wysłali jeden ze swoich lotniskowców w rejon Morza Wschodniochińskiego z zamiarem monitorowania sytuacji w Cieśninie Tajwańskiej Chińczycy zareagowali zdecydowanie: Jeżeli Stany Zjednoczone są rzeczywiście zainteresowane w utrzymaniu pokoju i stabilizacji w rejonie Cieśniny Tajwańskiej, powinny zaprzestać wtrącania się w wewnętrzne sprawy Chin. – US Sends Aircraf carrier group to Taiwan strait as tensions mount with China, JVIM.com, 25.02.2000.

Według wydawanej w Hongkongu South China Morning Post, generałowie chińskiej czerwonej armii przekonują swoich politycznych przywódców do natychmiastowego zaatakowania Tajwanu. Coraz liczniej pojawiają się doniesienia na temat możliwości chińskiej blokady Tajwanu. Według australijskiej prasy informacje na ten temat miał zdobyć amerykański wywiad. Blokada miałaby być połączona z desantem na Peskadorach i jednoczesnym atakiem rakietowym. – China Readis For War, w: NewsMax.com, 24.05.2000.

Nie sposób odpowiedzieć na pytanie, jak się ułożą stosunki amerykańsko-chińskie. Z jednej strony widzimy uporczywą wolę stworzenia przyjaznych stosunków politycznych i gospodarczych i daleko idące osłabienie zdolności militarnych, z drugiej zdecydowane pragnienie osiągania ideologicznych celów politycznych oraz intensywne zabiegi nad dorównaniem możliwościom wojskowym potencjalnego wroga. Do tego dochodzi element najważniejszy – możliwość zawierania strategicznych sojuszy.

Najważniejsza i najgroźniejsza jest współpraca polityczna, sojusz chińsko-sowiecki, który jeden z komentatorów przyrównał do paktu Hitler-Stalin. Począwszy od 1998 Rosja i Chiny otwarcie głoszą, że głównym celem ich sojuszu jest zablokowanie amerykańskiej dominacji w świecie. Zawarte wówczas porozumienie doprowadziło do demilitaryzacji chińsko-rosyjskiej granicy, rozciągającej się na przestrzeni 2,5 tysiąca mil. Sojusz wojskowy, złożony z Rosji – największej na świecie potęgi atomowej i Chin – dysponujących najliczniejszą na świecie armią konwencjonalną, oznacza faktyczną utratę przez Stany Zjednoczone wojskowej przewagi. – J.R. Nyquist, Crisis Intensifies: NATO Blunders Exploited by China, Russia, w: WorldNetDaily.com, 10.05.1999. Może to oznaczać przygotowanie obu krajów do konfrontacji ze Stanami Zjednoczonymi, zgodnie z przewidywaną przez Golicyna jedną zaciśniętą pięścią. – Christopher Ruddy, Russia and China Prepare for War, NewsMax.com, 16.03.1999.

Znaczenie sojuszu na arenie międzynarodowej ujawniło się podczas kryzysu kosowskiego, Chiny i Rosja zgodnie potępiły ataki NATO na Serbię i poparły reżim Miloszewicza. – Stanislav Lunev, „Russia-China”, the New World Superpower, NewsMax.com, 19.09.1999. Oba kraje zareagowały niezwykle ostro. Rosja przeprowadziła mobilizację. W Chinach, po zbombardowaniu ambasady w Belgradzie, miały miejsce demonstracje uliczne.. Chiny i Rosja nie odniosły, co prawda, sukcesu dyplomatycznego, ale to samo można powiedzieć o drugiej stronie.«

W sumie ten przydługi cytat można streścić w paru punktach:

  • Stany Zjednoczone pozwoliły Chinom kupić lub wykraść swoją najnowocześniejszą technologię, dotyczącą uzbrojenia, komputerów i oprogramowania,
  • Stany Zjednoczone otworzyły swój rynek dla chińskich towarów, umożliwiając im tym samym osiąganie wielomiliardowych zysków,
  • Stany Zjednoczone pozwalają Chinom finansować kampanię wyborczą swego prezydenta,
  • Stany Zjednoczone rozbrajają się jednostronnie, pozwalając jednocześnie Chinom na unowocześnianie swojej armii,
  • Stany Zjednoczone oddają Chinom kontrolę nad jednym z najbardziej newralgicznych punktów na globie, czyli nad Kanałem Panamskim,
  • Stany Zjednoczone uznają Tajwan za jedno z najbardziej dla nich niebezpiecznych państw na świecie; tak było 20 lat temu, obecnie uznają je za państwo sojusznicze,
  • Stany Zjednoczone doprowadziły swoją polityką do sojuszu rosyjsko-chińskiego.

Trudno to zrozumieć, bo, na pozór, nie ma w tym żadnej logiki i sensu. Ale chyba jakaś logika w tym musi być. W poprzednim blogu „Upadek ZSRR” cytowałem Trockiego i Bernsteina, dla których nie cel jest najważniejszy tylko sam ruch. Ruch, który sprowadza się do wywoływania różnych protestów, powstań, rewolucji, wojen, a więc do działań destrukcyjnych. To wyjaśnia, dlaczego Rosja, prowadząc wojnę z Ukrainą, sprzedaje jej ropę. Bez rosyjskiej ropy ta wojna szybko skończyłaby się, a przecież chodzi o to, by trwała.

Sprawy jednak komplikują się. W blogu „Doktryna” cytowałem Kissingera, który w swojej książce Dyplomacja pisze, że celem Ameryki jest niedopuszczenie, by kontynent euroazjatycki zdominowało jakieś państwo, leżące na jego zachodnim czy wschodnim krańcu. To zupełnie nie pasuje do tego, co zrobiły Stany Zjednoczone, a co zostało opisane w cytowanej powyżej książce. Czy to oznacza, że Kissinger świadomie wprowadzał czytelników w błąd? Z drugiej strony dziwne by było, gdyby on, jako Żyd, pisał prawdę w książce dostępnej dla ogółu.

Czy możliwe jest, że Żydzi chcą zastąpić Amerykę Chinami w roli nowego światowego żandarma? W mojej ocenie już raz tak zrobili, gdy wykreowali Anglię na nowe światowe mocarstwo morskie kosztem Hiszpanii, która do tego momentu rządziła na morzach i oceanach. Jednym z elementów tego przemodelowania była wyreżyserowana klęska hiszpańskiej Armady w starciu z Anglikami. Czy tak może być i tym razem? Jeśli patrzy się na politykę, jaką prowadzą poszczególne państwa, często wbrew własnym interesom, to jedynym racjonalnym wytłumaczeniem jest to, że rządy wszystkich państw są zdominowane przez Żydów i realizują ich cele, których my nie znamy. A że ta polityka jest mocno wyrafinowana i wielowątkowa, to nawet sami Żydzi przyznają. Przywódca syjonistów polskich, rabin poseł Thon (to nie jakiś tam Szymszel, co „stare szmaty, majtuchy skupuje”, to rabin) w żargonowym „Hajncie”, w artykule zatytułowanym „Do historii polityki żydowskiej”, pisze:

„Jest głupio myśleć, że dopiero w naszych czasach narodziła się żydowska polityka i że nasi przodkowie o takich wysokich sztukach nie mieli pojęcia. Czy się nie wie, że już w czasach naszych mędrców, którzy kierowali żydowską polityką przeciw okropnemu Rzymowi, jedną z metod walki była demonstracja ludowa, było wygrywanie różnych sił politycznych w kraju przeciw sobie? Panującego przeciw stanom, kościoła przeciw panującemu itd. Był to niesłychanie powikłany systemat akcji politycznych, o których my dzisiaj nie możemy mieć nawet jasnego pojęcia.” – „Hajnt” z 24 października 1930, za: Henryk Rolicki Zmierzch Izraela.

Skoro wygrywano różne siły polityczne przeciw sobie, to można to równie dobrze robić z państwami, co też czynili i co nadal czynią. Nie jest łatwo odgadnąć żydowskie intencje i zrozumieć politykę, którą uprawiają, bo to „powikłany systemat akcji politycznych”, który czasem nawet dla nich samych jest zagadką. A co dopiero dla reszty?

Upadek ZSRR

W blogu „Retrospekcja” pisałem: „Właściwie to należało by zadać sobie podstawowe pytanie: dlaczego upadł Związek Radziecki? Oficjalnie, to dlatego, że nie wytrzymał wyścigu zbrojeń z Ameryką i zbyt duże wydatki na zbrojenia doprowadziły gospodarkę radziecką do ruiny”. Czy rzeczywiście tak było? W książce Fatalna fikcja; Nowe oblicze bolszewizmu – stary wzór z 2001 roku, jej autor, Dariusz Rohnka, cytując amerykańskich badaczy i publicystów, obszernie opisuje w jaki sposób doszło do upadku ZSRR. Poniżej wybrane fragmenty:

»W 1988 roku jeden z najwybitniejszych komunistycznych planistów, Georgij Arbatow, upublicznił sowiecką strategię zwyciężania bez walki: „wizerunek wroga”, jaki ulega obecnie erozji – pisał Arbatow – był (…) elementem pierwszorzędnej wagi w polityce zagranicznej i militarnej Stanów Zjednoczonych i ich sprzymierzeńców. Niszczenie tego stereotypu (…) jest bronią Gorbaczowa, (…) ani wyścigu zbrojeń, ani polityki mocarstwowej w Trzecim Świecie, ani też bloków militarnych nie da się pomyśleć bez „wroga” oraz bez „zagrożenia sowieckiego”. – Edward Jay Epstein, Podstęp. Niewidzialna wojna pomiędzy KGB a CIA.

Kluczem do zamazania wizerunku wroga stała się projekcja słabości gospodarczej Związku Sowieckiego. Stany Zjednoczone przekonane o ruinie przeciwnika nie mogły go dłużej uważać za poważne zagrożenie. W 1985 roku sam Gorbaczow roztoczył obraz upadającej gospodarki sowieckiej. Liczne dowody pochodziły z oświadczeń sowieckich urzędników państwowych, raportów ekonomicznych podsyłanych zachodnim wywiadom przez źródła kontrolowane, informacji o charakterze prywatnym przekazywanych zachodnim gościom w Moskwie przez pracowników Instytutu Badań nad Stanami Zjednoczonymi Arbatowa oraz członków ekipy Gorbaczowa. Jednym z głównych informatorów był osobisty doradca ekonomiczny Gorbaczowa, Abel Angabegian, który przekazał wstrząsające dane, według których od 1980 roku wskaźnik przyrostu gospodarczego był bliski zeru. Rychło pojawiły się komentarze, że wobec krachu sowieckiej gospodarki i samego Komunizmu Zachód powinien zmienić swoją politykę wobec Związku Sowieckiego. Jak napisano w The Wall Street Journal w 1988 roku, polityka powstrzymywania nie odpowiada już erze, w której Związek Sowiecki zmaga się z rekonstrukcją swej skostniałej gospodarki, komunizm zamiera jako ideologia, a amerykańska opinia publiczna obawia się bardziej ekonomicznej konkurencji ze strony Japonii czy ataków terrorystycznych przeciwko Stanom Zjednoczonym niż konfrontacji supermocarstw. – Edward Jay Epstein, Podstęp.

Czy obraz sowieckiej gospodarki był zgodny z rzeczywistością? Zakładając nawet, że nie wytwarza odpowiedniej, jak na standardy zachodnie, ilości dóbr konsumpcyjnych, czy nie stanowi tym samym zagrożenia pod względem militarnym i politycznym? Jeśli zastosujemy miarę produkcji przemysłowej wówczas sowiecka gospodarka wręcz zyskuje w porównaniu ze Stanami Zjednoczonymi. W 1948 roku wytwarzano w Sowietach zaledwie jedną piątą produkcji USA, za to w 1988 różnica wynosiła już tylko jedną czwartą.

W 1948 roku Związek Sowiecki produkował tylko 500 000 baryłek ropy dziennie, czyli jedną dziesiątą tego, co Stany Zjednoczone. W 1988 roku produkował już 12 milionów baryłek dziennie, czyi 50 procent więcej niż Stany Zjednoczone. W 1948 roku Związek Sowiecki wydobywał mniej niż 8 milionów metrów sześciennych gazu ziemnego, co stanowiło jedynie 2 procent tego, co produkowały Stany Zjednoczone i nie wystarczało do produkcji wyrobów petrochemicznych. Do 1988 roku Związek Sowiecki wytwarzał już prawie 800 mld metrów sześciennych gazu, co równe było prawie dwukrotnej produkcji Stanów Zjednoczonych w tej dziedzinie…

Gospodarka sowiecka prześcignęła także Stany Zjednoczone w produkcji podstawowych materiałów budowlanych. Dla przykładu w 1948 roku wyprodukował on tylko 700 000 ton aluminium – jedną dziesiątą tego, co w Stanach Zjednoczonych. W 1988 roku wyprodukowano tam ponad 3 miliony ton, co było prawie równe produkcji amerykańskiej. Produkowano też więcej cementu, miedzianego drutu oraz tytanu.

Gospodarka sowiecka skorzystała też z przyśpieszonego napływu zachodnich technologii, szczególnie po odprężeniu w 1971 roku, kiedy otrzymała z Zachodu maszyny, suche doki oraz komputery. Modernizacja ta pozwoliła Związkowi Sowieckiemu wyprzedzić Stany Zjednoczone w takich dziedzinach, jak budowa statków, montaż ciągników, starty rakiet kosmicznych i budowa fabryk. Dostarczyła też Związkowi Sowieckiemu największego zakładu produkcji ciężarówek na świecie – kompleksu przemysłowego nad rzeką Kamą.

W 1948 roku siła robocza nie zatrudniona w sowieckim rolnictwie była 20 procent mniejsza niż w Stanach Zjednoczonych. Do 1988 roku była już o 10 procent większa. Pomimo wszelkich innych niewydolności nie odnotowano strat produkcyjnych z powodu strajków, przerw w pracy czy aktów przemysłowego sabotażu. W 1988 roku w Stanach Zjednoczonych było ponad 10 milionów osobodni strat w wyniku strajków. – Edward Jay Epstein, Podstęp.

Jeżeli teraz od produkcji przemysłowej w obu krajach odejmiemy część przeznaczoną wyłącznie na dobra konsumpcyjne, a przewaga Stanów Zjednoczonych w tej dziedzinie ma rozmiary ogromne, wówczas okaże się , że Związek Sowiecki dysponuje nieporównanie większymi środkami na cele strategiczne.

Ale sowiecki krach gospodarczy to zaledwie drobny wycinek w konglomeracie niejasności, otaczających pierestrojkę, czubek wierzchołka góry lodowej. O wiele bardziej zagadkowo wypadają pytania o przyczyny „spontanicznych” wybuchów społecznego niezadowolenia w Związku Sowieckim i innych państwach bloku, których zresztą nikt nigdy nie stawia. A przecież początki procesów demokratycznych w Europie Wschodniej są równie niejasne i mgliste, jak sposób, w jaki wybudowano piramidę Cheopsa w Egipcie.

Nie wszystkich przekonała farsa fałszywej demokratyzacji w Europie Wschodniej. Publicystyczny „koniec historii” nie mógł wystarczyć. Należało wyjść naprzeciw oczekiwaniom społecznym i zakończyć dzieje komunizmu w Związku Radzieckim.

Liczne okoliczności towarzyszące moskiewskiemu puczowi z 18 sierpnia 1991 roku jednoznacznie wskazują na instrumentalny charakter tego epokowego wydarzenia. Zamachowcy nie przejęli władzy, ponieważ najwidoczniej nie takie było ich zadanie. Nie doszło do ataku na rosyjski parlament, ponieważ nie wydano takiego rozkazu. Z drugiej strony obrońcy Jelcyna i parlamentu, w tym 10 czołgów pod dowództwem Jewdokimowa, działali na wyraźny rozkaz przełożonych. Po stronie „sił demokratycznych” działali też liczni i znani obrońcy swobód demokratycznych – oficerowie GRU. Bez najmniejszego problemu Jelcyn i pozostali obrońcy rozsyłali informacje na cały ZSRS. Nawet przez jeden moment los „sił demokratycznych” nie był zagrożony. Tego nie było w scenariuszu. Jedynym efektem tamtych wydarzeń miało być rozwiązanie partii komunistycznej i rozpad Związku Sowieckiego.

Jeden z uczestników wydarzeń, generał Aleksander Lebied, powiedział w trzecią rocznicę puczu: Była to wyśmienicie zaplanowana i przeprowadzona na ogromną skalę, nie mająca precedensu prowokacja, której scenariusz napisano dla mądrych i głupców, a wszyscy świadomie lub nie zagrali swoje role. – General Liebed says „August Coup” was feked, w: Soviet Analyst, vol. 23 nr 1, październik 1994r., s. 20.

Działania zmierzające do przyszłego rozpadu Związku Sowieckiego nie ograniczyły się tylko do samej partii komunistycznej. Dzielona odgórnie KPZS miała dostarczyć kadr pod przyszłe struktury polityczne. Na terenie całego Związku powstawały fronty narodowe, ruchy separatystyczne, partie polityczne. Tendencje takie nie ominęły nawet organizacji komsomolskich. Z inspiracji służb specjalnych wybuchały konflikty o charakterze etnicznym. Jednym z typowych przejawów odgórnego montowania systemu wielopartyjnego jest przypadek Liberalno Demokratycznej Partii Rosji z Władymirem Żyrynowskim na czele, która powstała nazajutrz po zniesieniu w lutym 1990 roku Artykułu 6 sowieckiej konstytucji, zapewniającego partii komunistycznej monopol władzy.

Bez ryzyka popełnienia pomyłki można stwierdzić, że demontaż Związku Sowieckiego oraz rozwiązanie partii komunistycznej zostały przeprowadzone według tego samego szablonu, jakim posłużono się dwa lata wcześniej przy dezintegracji całego Bloku Wschodniego. Sierpniowy pucz moskiewski był tym samym, co „aksamitna rewolucja” w Czechosłowacji, „okrągły stół” w Polsce czy krwawa rozprawa z Ceausescu w Rumunii. Tak jak i w tamtych wydarzeniach nie starano się szczególnie uwiarygodnić dramatycznych wydarzeń. Nie było w tych działaniach nawet cienia niefrasobliwości. Zachód, zdeterminowany złudną nadzieją zwycięskiego dla siebie zakończenia „zimnej wojny”, był gotów przełknąć każde oszustwo i każdy mit. Gdyby było inaczej, gdyby sytuacja wymagała użycia bardziej drastycznych środków nie zawahano by się po nie sięgnąć. System, który gotów jest pogrzebać pod ruinami domów setki własnych obywateli tylko po to, żeby umotywować rozpoczęcie wojny, pod pretekstem walki z terroryzmem, taki system jest w stanie zaprezentować znacznie bardziej dramatyczne widowisko. Szczęśliwie dla mieszkańców Moskwy, a może i całego Związku Sowieckiego, takie działania nie były potrzebne w 1991 roku.«

Z tego, co napisał autor wynika, że upadek Związku Radzieckiego był fikcją, że to była prowokacja, mająca na celu wywołanie fałszywego przekonania, że od tego momentu będzie już inaczej. W dalszej części książki uważa on, że struktura władzy w Rosji jest mafijno-kagebowska i że jest to ekspozytura partii komunistycznej. Jej celem jest destrukcja zachodnich struktur społecznych i politycznych oraz dążenie do wywołania krachu i trwałego kryzysu gospodarczego na świecie, a celem ostatecznym – zwycięstwo komunizmu. A więc cel od początku, od wybuchu rewolucji październikowej, jest zawsze ten sam. Pisze też, że w walkę o hegemonię włączył się trzeci gracz, czyli Chiny.

Przyznam, że nie przemawia do mnie ta argumentacja i jej nie rozumiem. Jedyne, co wydaje się bezsporne, przynajmniej w oparciu o przytoczone dane, to fikcyjny rozpad Związku Radzieckiego. No bo jeśli, jak pisze autor, stan radzieckiej gospodarki nie był taki zły, jak to przedstawiano, to jaki był prawdziwy cel? Jeśli zamiary bolszewików czy komunistów nie zmieniły się, to rozpad tego państwa oddalał cel ostateczny, czyli zwycięstwo komunizmu na całym świecie. A nowy układ sił, jaki pojawił się po krótkiej dominacji jednego państwa, czyli istnienie trzech mocarstw: Stanów Zjednoczonych, Chin i Rosji, czyni realizację podstawowego celu raczej trudniejszym procesem niż łatwiejszym, jeśli cele tych mocarstw są rozbieżne. Jeśli jednak cel tych trzech państw jest ten sam, to po co mają ze sobą rywalizować i o co?

Wszystko to wydaje się takie zagmatwane. Rosjanie powiedzieliby, że bez pół litra nie da się tego zrozumieć. A może się da? Zbigniew Krasnowski (Tadeusz Gluziński) w książce Socjalizm, komunizm, anarchizm (1936) pisze:

»„Komunizm” i „Socjalizm” – są to pojęcia co do swojej treści tożsame, jakkolwiek szeroki ogół dopatruje się zasadniczej w nich różnicy. Takie różniczkowanie ruchu przez szeroki ogół ludności narodów rdzennych jest zjawiskiem dla czynników żydowskich wielce dogodnym. W ten sposób bowiem udaje się im skierować w łożysko akcji wywrotowej, także spośród społeczeństw rdzennych, kategorie ludzi, które w zasadzie są jej przeciwne i nie dałyby się do niej wciągnąć, gdyby zdawały sobie jasno sprawę z tożsamości idei, ukrytej pod różnymi nazwami – „komunizmu”, „bolszewizmu”, „socjalizmu”, „marksizmu” itd.

Są ludzie, którym np. zdaje się, że „socjalizm” jest ruchem niemającym na celu wywrotu społecznego w świecie w ogóle, a w ich kraju w szczególności, a to w przeciwieństwie do „komunizmu” i „bolszewizmu”, i oto – na podstawie tego złudzenia z tych lub innych powodów wstępują do organizacji o nazwie z dodatkiem – „socjalistyczna”, czego by nie uczynili, gdyby ona miała nazwę z dodatkiem „komunistyczna” lub „bolszewicka”.

Układ stosunków na terenie Rosji, który wprowadzono w tym kraju po wywrocie październikowym 1917 roku, oceniono w świecie na ogół jako szkodliwy dla najszerszych warstw tego kraju.

Ale jaką nazwę przyswojono ustrojowi, który zaprowadzono w Rosji? Temu ustrojowi przyswojono nazwę „bolszewicki”, „sowiecki” albo – „komunistyczny”.

Walka między odłamami – „socjalistycznym” i „komunistycznym” – w wielu krajach – istniejąca, jest sprawą „rodzinną” i nie dowodzi bynajmniej odrębności idei, na której odłamy te się opierają. Wszak istnieje również walka w łonie każdego z tych odłamów – z osobna, jak oto na przykład w łonie rosyjskiej partii „komunistycznej” między grupą Leona Bronsteina – „Trockiego” z jednej strony, a grupą Józefa Dżugaszwili – „Stalina”, z drugiej strony. W walce tej obie grupy są jednakowo „bolszewickie” inaczej „komunistyczne”, inaczej „socjalistyczne”. Obie usiłują zniszczyć obecny ustrój społeczny, by zmienić go na komunistyczny.

Nieustająca rewolucja

Zresztą nie chodzi o ostateczne zrealizowanie teorii socjalistycznej, komunistycznej czy innej, chodzi o sam proces tarć i nieporozumień w łonie narodów rdzennych; chodzi o „nieustająca rewolucję”, według wyrażenia Trockiego.

Organ syjonistyczny z powodu 80-letniej rocznicy urodzin przywódcy obozu socjalistycznego na terenie Niemiec, Edwarda Bernsteina, żyda, w styczniu 1930 roku pisał:

Edward Bernstein uronił raz w trakcie gorącej dyskusji słowo, które wywołało największy oddźwięk. Edward Bernstein wyraził się, że dla niego nie cel stanowi istotę rzeczy, ale sam ruch. Ruch jest ważniejszy niż cel ostateczny… – „Hajnt” nr 8, 9 I 1930 r. – „Na jubileusz 80-lecia, Edwarda Bernsteina”.

To nieoględnie uronione zdanie jasno uwydatnia wyłuszczone wyżej zasady polityki żydowskiej.

Na to samo wskazuje również charakterystyka Trockiego na podstawie jego pamiętników, skreślona przez publicystę żydowskiego, A. Riklisa.

W całej książce – pisał ten publicysta w styczniu 1930 roku – nie mówi się o tym, czy rewolucja rosyjska jest w mniemaniu Trockiego rzeczywistym zwycięstwem, czy też porażką. Trocki nie stara się nawet udowodnić, że system komunistyczny uczynił Rosję bądź szczęśliwszą, bądź piękniejszą. Jego nie interesuje pacjent, lecz tylko operacja… – „Hajnt”, nr 27, 31 I 1930 r. – „Trocki i stała rewolucja”, A. Riklis.

Żydów nie interesują pacjenci – narody rdzenne, żydów nie interesują wyniki projektowanej przebudowy świata; żydów interesuje sam proces operacji, sam proces walki w łonie narodów rdzennych i połączonego z nią osłabienia, sam ruch.«

Wydaje się, że to jest właściwa odpowiedź na pytanie: dlaczego nastąpił rozpad Związku Radzieckiego? To stworzyło nowe możliwości ruchu, nieustającej rewolucji. Tak, jak wspomniałem wcześniej, nie byłoby wojny na Ukrainie bez rozpadu ZSRR. Nawet wyreżyserowanie Majdanu nie byłoby możliwe. Skoro jednak nastąpił upadek takiego mocarstwa, pomimo że nie było ku temu żadnych podstaw, zwłaszcza ekonomicznych, to ktoś musiał podjąć taką decyzję i uruchomić cały proces, prowadzący do zmiany rzeczywistości. A kto to mógł zrobić? Tylko ten, kto wcześniej ten Związek Radziecki stworzył i uczynił go potęgą. I ten ktoś każe dziś Rosji walczyć ze Stanami Zjednoczonymi na Ukrainie tak, jak kiedyś kazał Stanom Zjednoczonym i Związkowi Radzieckiemu walczyć ze sobą w Wietnamie czy w Afganistanie. Amerykanie wycofali się z Afganistanu w sierpniu czy wrześniu 2021 roku, bo musieli podjąć nowe wyzwanie na Ukrainie. Ten ktoś musi być bardzo potężny, skoro takie potęgi jak Stany Zjednoczone, Chiny i Rosja bezwzględnie podporządkowują się jego rozkazom.

Doktryna

Amerykański politolog John Mearsheimer opisuje powojenną rzeczywistość w sposób przejrzysty i klarowny. Po II wojnie światowej świat był dwubiegunowy. Były dwa mocarstwa: Stany Zjednoczone i Związek Radziecki. Od 1991 roku do mniej więcej 2017 roku było tylko jedno supermocarstwo – Stany Zjednoczone. Obecnie mamy do czynienia z trzema mocarstwami: Stany Zjednoczone, Chiny i Rosja. Według Mearsheimera taka sytuacja jest bardziej niebezpieczna, niż gdy były tylko dwa supermocarstwa, bo szansa powstania jakiegoś konfliktu jest większa. I tak się dzieje. Mamy wojnę na Ukrainie i napięcia na linii Chiny – Tajwan. Mearsheimer uważa, że wojna na Ukrainie, która jest faktycznie wojną zastępczą, czyli wojną Rosji z NATO, jest błędem Zachodu. Natomiast wspieranie Tajwanu przez Stany Zjednoczone takim błędem nie jest. Ma to według niego zapobiec nadmiernemu wzrostowi siły Chin tak, by pomiędzy tymi trzema mocarstwami została zachowana względna równowaga sił. Pobrzmiewają tu echa pewnej koncepcji czy może nawet doktryny, sformułowanej przez Henry’ego Kissingera w jego książce Dyplomacja z 1994 roku. Wspomina o tym również Kazimierz Dziewanowski w książce Polityka w sercu Europy.

„Zdaniem Kissingera w wieku dwudziestym pierwszym Stany Zjednoczone będą musiały lepiej dostosować się do światowych realiów, mniej ulegać skłonności do idealizmu w polityce, a bardziej kierować się pragmatyzmem i zasadą balance of power. Będą musiały ponownie zdefiniować swój żywotny interes narodowy i stworzyć nową równowagę między wartościami a koniecznościami.

Sam Kissinger tak definiuje interes narodowy USA w wieku XXI:

Geopolitycznie Ameryka jest wyspą u brzegów wielkiego masywu lądowego Eurazji, którego zasoby i zaludnienie wielce przewyższają potencjał Stanów Zjednoczonych. Dominacja jakiegoś państwa nad jednym z dwóch regionów tego masywu i zaludnienie wielce przewyższają potencjał Stanów Zjednoczonych. Dominacja jakiegoś państwa nad jednym z dwóch regionów tego masywu – Europą lub Azją – byłaby tym, co można określić jako zagrożenie strategiczne dla Ameryki, bez względu na to, czy zimna wojna trwa jeszcze, czy nie. Tego bowiem rodzaju ugrupowanie miałoby możność wyprzedzenia Ameryki gospodarczo, a więc w następstwie i militarnie. Należałoby zatem przeciwstawić się temu zagrożeniu, nawet jeśli owa potęga sprawiałaby wrażenie przyjaznej, a to dlatego, że gdyby jej intencje zmieniły się, wtedy Ameryka miałaby zmniejszone już możliwości efektywnego oporu i wpływania na bieg wydarzeń.

I tak znawca i uczeń Metternicha doszedł w końcu do wniosku, że wyznawana przez głównych polityków wieku dziewiętnastego zasada równowagi sił bynajmniej nie straciła aktualności.

Napisał to zresztą expressis verbis: Stany Zjednoczone wkraczają w świat coraz podobniejszy do dziewiętnastowiecznej Europy, tym razem na skale całego globu. Należy mieć nadzieję, że powstanie coś zbliżonego do systemu Metternicha, w którym równowaga sił będzie umocniona wspólnym rozumieniem wartości. W czasach współczesnych owe wartości muszą być demokratyczne.”

A więc mamy tu wyłożoną kawę na ławę. To nie Rosja zagraża Europie swoim imperializmem, tylko Stany Zjednoczone nie chcą, by któreś z państw na jednym końcu Eurazji, czyli w Europie, zagroziło ich interesom w tym regionie. Nie chcą też nadmiernej dominacji Chin po drugiej stronie tego kontynentu. Jednym słowem Stany Zjednoczone zarządziły, że teraz ma być równowaga sił i te siły mają być demokratyczne. A kto nie zechce być demokratyczny, to narazi się Ameryce i będzie miał kłopoty. Oczywiście Ameryka może ingerować na kontynencie euroazjatyckim, ale żadne z państw tego kontynentu nie ma prawa ingerować w sprawy obu Ameryk, co Stany Zjednoczone jednoznacznie dały do zrozumienia reszcie świata poprzez swoją doktrynę Monroego. Wprawdzie jest w niej mowa o tym, że Stany Zjednoczone nie będą ingerować w wewnętrzne sprawy państw europejskich, ale tego zapisu Amerykanie nie przestrzegają. Cóż, silniejszy może więcej.

Tak więc Stany Zjednoczone nie chcą dopuścić do dominacji jakiegoś państwa nad jednym z dwóch regionów Eurazji. I stąd mamy wojnę na Ukrainie. Ta wojna nie tylko wyniszczy Europę, ale też spowoduje, że ani Niemcy, jako siła dominująca w unii europejskiej, ani Rosja – nie zagrożą im. Ta wojna bezpośrednio szkodzi Rosji, a Niemcy zostaną osłabione poprzez rozpad unii bądź jej częściową dezintegrację w wyniku wyjścia z unii Polski i państw bałtyckich, co jest niezbędne, by powstało państwo zbliżone terytorialnie do I RP. To nowe państwo będzie wasalem USA i jednocześnie gwarantem, że jakieś inne państwo nie zdominuje Europy. Teraz jest już chyba jasne, skąd się wziął pomysł Centralnego Portu Komunikacyjnego i jasne też powinno być, dlaczego Polska ma bezpośrednio zaangażować się w wojnę na Ukrainie i skąd się wzięły masowe (200 tys.) powołania na ćwiczenia rezerwy na rok 2023.

Czy tak będzie? Czy powstanie nowe państwo? Wszystko wskazuje, że tak. Pośrednim dowodem na to, że tak może się stać, jest wszechogarniająca korupcja. Wszyscy kradną na potęgę, zadłużanie państwa przyjmuje monstrualne rozmiary. To tak, jakby niektórzy wiedzieli, że coś się kończy. Powstanie nowe państwo i przeszłość zostanie oddzielona grubą kreską. – Reset.

Rząd, który utworzę, nie ponosi odpowiedzialności za hipotekę, którą dziedziczy. Ma ona jednak wpływ na okoliczności, w których przychodzi nam działać. Przeszłość odkreślamy grubą linią. Odpowiadać będziemy jedynie za to, co uczyniliśmy, by wydobyć Polskę z obecnego stanu załamania. – Tadeusz Mazowiecki, exposé w Sejmie, 24 sierpnia 1989. – Wikipedia.

Zapomniał tylko dodać, kto doprowadził do tego stanu załamania. Bo jeśli komunizm, jak oni twierdzą, to dlaczego ten sam komunizm nie doprowadził do stanu załamania w Chinach?

Antony C. Sutton w książce Skull and bones; Tajemna elita Ameryki pisze:

»W 1968 roku ukazała się moja książka Western Technology and Soviet Economic Development, wydana nakładem Instytutu Hoovera z Uniwersytetu Stanforda. Była to obszerna, trzytomowa publikacja, w której szczegółowo opisałem, w jaki sposób Zachód stworzył Związek Radziecki. Z pracy tej wynikało jedno pytanie, na które pozornie nie było odpowiedzi: dlaczego to zrobiliśmy? Dlaczego stworzyliśmy Związek Radziecki, choć jednocześnie przekazywaliśmy technologie hitlerowskim Niemcom? Dlaczego Waszyngton pragnął utrzymać te fakty w tajemnicy? Dlaczego wzmocniliśmy potęgę militarną sowietów, jednocześnie wzmacniając swoją własną?

Podczas II wojny światowej Stany Zjednoczone pomogły chińskim komunistom w zdobyciu władzy. Autorytet w sprawach związanych z Chinami Chin-tung Liang napisał w swojej książce na temat generała Josepha W. Stilwella, w latach 1942-1944 będącego głównym przedstawicielem Stanów Zjednoczonych w Chinach, że: „Z punktu widzenia walki z komunizmem (Stilwell) bardzo źle przysłużył się Chinom”.

Stilwell był jednak jedynie wykonawcą rozkazów wydawanych w Waszyngtonie przez generała George’a C. Marshalla. Admirał Cooke oświadczył Kongresowi: „w 1946 roku generał Marshall użył taktyki przerwy w dostawie amunicji, by w niezauważalny sposób rozbroić chińskie oddziały”.

W przypadku generała Marshalla należy jednak pamiętać, że w Stanach Zjednoczonych to władze cywilne mają ostatnie słowo w sprawach związanych z wojskowością, co prowadzi nas do ówczesnego sekretarza wojny, Henry’ego L. Stimsona – zwierzchnika Marshalla i członka Zakonu (od 1888 roku). Zadziwiającym zbiegiem okoliczności Stimson sprawował funkcję sekretarza wojny także w roku 1911, czyli w czasie rewolucji Sun Jat-sena.

Wojna jest zawsze świadomym aktem twórczym konkretnych jednostek. Rewolucje ukazuje się zawsze jako spontaniczne wydarzenie skierowane przeciwko autokratycznie rządzonemu państwu, wywołane przez ludzi upośledzonych politycznie lub ekonomicznie. W żadnym z zachodnich podręczników nie znajdzie się informacji o tym, że rewolucje potrzebują pieniędzy, a źródłem tych pieniędzy w wielu wypadkach była Wall Street.

W istocie istnieje inna, w znacznej mierze nieudokumentowana wersja dziejów, opowiadająca zupełnie inną historię niż nasze ugrzecznione i okrojone podręczniki. Opowiada ona o świadomym doprowadzaniu do wojny, o celowym finansowaniu rewolucji zmierzającej do zmiany rządu i o wykorzystywaniu konfliktu do zaprowadzenia Nowego Porządku Świata.«

Wojna, jak twierdził grecki filozof Heraklit, jest matką wszystkich rzeczy. Trudno się z nim nie zgodzić. W jednym z blogów pisałem, że kryzysy gospodarcze można wywoływać na różne sposoby, w zależności od potrzeb, ale tylko wojna jest w stanie załatwić dwie rzeczy: masowe przesiedlenia i zmianę granic. I z tym właśnie mamy obecnie do czynienia. Masowe przesiedlenia już mamy i zmianę granic też. Na razie tylko na Ukrainie. Tylko wojna usprawiedliwia tego typu decyzje. Ale nie tylko to można osiągnąć poprzez wywołanie wojny. Jak wiemy po I wojnie światowej powstały nowe państwa. I tak może być po zakończeniu tej wojny. To nowe państwo będzie nawiązywało do tradycji Rzeczypospolitej Obojga Narodów, czyli będzie państwem multi-kulti, czyli zgodnie z obowiązującym trendem – wielokulturowość über alles. Pewnie też będzie spełniało rolę amerykańskiego lotniskowca w Europie.

Europa Środkowo-Wschodnia to specyficzny rejon położony pomiędzy silniejszymi państwami: Niemcami a Rosją. Rejon niestabilny, ze słabymi państwami, które są zbyt słabe, by przeciwstawić się któremuś z potężniejszych sąsiadów. Stąd łatwo w przeszłości padały łupem jednego lub drugiego, a czasem dzieliły one między siebie ten obszar. Brak stabilności i niezmienności, wywoływany ciągłymi wojnami, zmianami granic i przesiedleniami ludności, powodował, że nie mogły one rozwinąć się gospodarczo i nie mogły w nich ukształtować się dojrzałe społeczeństwa o określonym systemie wartości. Powstawały więc nijakie państwa i nijakie społeczeństwa. Szczególnie dotyczy to Polski i Ukrainy. I dlatego tak łatwo przeprowadzać tu eksperymenty: powstania, rewolucje, wojny, przesiedlenia, zmiany granic. I RP była eksperymentem, w trakcie którego testowano działanie ustroju zwanego demokracją szlachecką. To, z czym obecnie mamy do czynienia, nie jest już dziełem silniejszych sąsiadów, tylko światowego żandarma, który postanowił przemalować mapę Europy Środkowo-Wschodniej.