Czy to Polska?

Pojawiła się ostatnio informacja, że Ukraina swój mecz w Lidze Narodów w roli gospodarza rozegra w Krakowie na stadionie Cracovii (https://sport.interia.pl/liga-narodow/news-reprezentacja-ukrainy-znow-zagra-w-polsce-tym-razem-w-krakow,nId,6224414). Poprzednie dwa mecze w tej lidze rozegrała ona w Łodzi na stadionie ŁKS. Ktoś może zapytać: I co z tego? To z tego, że jak ktoś nie zna historii polskiej piłki nożnej, to nic z tego, ale jak ktoś zna, to może zapytać: Przypadek czy świadome działanie? Czy to przypadek, że Ukraińcy wybrali stadiony najstarszych polskich klubów? Najstarsze polskie kluby piłkarskie to: Pogoń Lwów (1904), Cracovia i Wisła (1906), ŁKS (1908), Widzew Łódź (1910), Polonia Warszawa (1911), KS Warta z Poznania (1912), Legia, która powstała na Wołyniu w 1916 roku. I to właśnie na stadionie Legii Szachtar (Górnik) Donieck będzie rozgrywał swoje mecze w Lidze Mistrzów. Podobno nie ma przypadków, są tylko znaki. A skoro tak, to ukrainizacja „Polski” trwa w najlepsze. Piszę słowo Polska w cudzysłowie, bo to nie jest żadna Polska, co postaram się uzasadnić.

Piłka nożna to najbardziej popularny sport na świecie, a zatem również doskonałe narzędzie propagandy. Jak już się ludzie naoglądają, że Ukraina i ukraińskie kluby grają w Polsce, to z czasem pojawi się w ich umysłach skojarzenie, że Polska i Ukraina, to to samo. A skoro tak, to i połączenie obu państw wyda się dla nich rzeczą naturalną. I o to chodzi wielkim tego świata.

Niektórzy komentujący w internecie nie mogą zrozumieć, dlaczego akurat w Polsce Ukraińcy rozgrywają swoje mecze. Inni im tłumaczą, że to wymóg UEFA, by nie rozgrywać meczów w kraju, w którym toczy się wojna. No dobrze, ale dlaczego w Polsce? Równie blisko mają Ukraińcy na Słowację, na Węgry, do Rumunii, z którymi to państwami graniczy Ukraina.

Położenie Ukrainy w Europie; źródło: Wikipedia.

Ekspansja w kierunku południowo-wschdnim zaczęła się wcześnie, bo już za Kazimierza Wielkiego, którego to państwo miało kształt kiszki zorientowanej w kierunku północno-zachodnim i południowo-wschodnim. Za jego panowania przyłączono do jego królestwa Ruś Halicką i Podole. Skąd takie parcie na wschód? Otoczenie króla, a szczególnie Esterka, miało zapewne duży wpływ na jego politykę. Później było już tylko gorzej. Przybycie Bony (1519) otworzyło polski dwór królewski dla tajnych związków humanistycznych i dla Żydów. Zygmunt August, jej syn, odebrał odpowiednie wychowanie i wykształcenie, należał do tajnych związków. I to za jego panowania doszło do unii lubelskiej (1569). Na krótko przed zaprzysiężeniem tej unii (1 lipca), wyszły z kancelarii koronnej przywileje o wcieleniu do Korony Podlasia (5 marca), Wołynia (27 maja) i Kijowszczyzny (6 czerwca). A więc od tego momentu, to, co my dziś nazywamy Ukrainą, zostało włączone do Korony i tworzyło z nią jedno państwo. Natomiast z tak okrojoną Litwą była unia. Była to unia dwóch państw. I prawie od razu zaczęły się w tym wspólnym państwie powstania kozackie (1591-1704). Potem przyszły rzeź humańska i wołyńska. Tak więc wspólne państwo polsko-ukraińskie, to bardzo zły wybór, ale o tym bardzo dobrze wiedzą wiedzą reżyserzy tej hucpy i dlatego znowu do tego dążą.

Można więc bez wielkiej przesady powiedzieć, że Polska jako państwo narodowe skończyła się wraz z unią lubelską i włączeniem do Korony Podlasia, Wołynia i Kijowszczyzny. Natomiast polski chłop, wolny w Królestwie, stawał się powoli, w tej unii i tym wspólnym państwie, niewolnikiem.

Połączenie Korony z Wielkim Księstwem Litewskim, rozczłonkowanym w ostatniej chwili, trzy albo cztery razy większym pod względem obszaru, w którym panował ustrój feudalny, oznaczało praktycznie zdominowanie jej elit przez tych potężnych feudałów. To ci wszyscy Wiśniowieccy, Czartoryscy, Radziwiłłowie, Sapiehowie, Pacowie itp. Oni wszyscy przeszli na katolicyzm i już byli Polakami, wprawdzie tylko z nazwy, ale byli.

Jeremi Wiśniowiecki, „Polak”, pacyfikował w swoim państwie powstanie Chmielnickiego i dziś Ukraińcy nienawidzą za to Polaków. Ktoś to doskonale obmyślił. Stworzył on ustrój zwany demokracją szlachecką, w której to demokracji rządzili wielcy feudałowie, ale nie na tyle wielcy, by być całkowicie niezależnymi. Był jeszcze ktoś nad nimi. I dziś na Ukrainie nadal rządzą tacy feudałowie, zwani obecnie oligarchami.

Powstanie po pierwszej wojnie światowej państwa polskiego, zwanego II Rzeczpospolitą, w takim kształcie, w jakim powstało, było najgorszym z możliwych. To jednak nie był przypadek i wszędzie w Europie, gdzie powstawały nowe państwa, ich kształt i wytyczane granice niemal od razu rodziły niezadowolenie i konflikty. I dokładnie o to chodziło reżyserom tego wersalskiego porządku.

Na stronie „II wojna światowa”, w artykule Ziemie Odzyskane – historie wysiedlonych ( https://warhist.pl/artykul/ziemie-odzyskane-historie-wysiedlonych/) czytamy (wytłuszczenia – W.L.):

»II Rzeczpospolita borykała się z licznymi problemami związanymi z koniecznością pogodzenia silnie zróżnicowanego społeczeństwa. Mniejszości narodowe stanowiły pokaźny odsetek ogółu mieszkańców. Szacuje się, że 14% całości stanowili Ukraińcy. W spisie powszechnym z 1931 roku odnotowano 9-procentowy odsetek Żydów, 3-procentowy Białorusinów i 2-procentowy Niemców. Szczególnie liczna mniejszość ukraińska już wtedy domagała się daleko idącej niezależności, zgłaszając nawet postulaty utworzenia własnego niepodległego państwa. W czasie II wojny światowej ukraińscy nacjonaliści dokonali rzezi Polaków nazwanej później zbrodnią wołyńską. Pod koniec wojny zdawano sobie sprawę, że pokojowa koegzystencja dwóch narodów, zwłaszcza po tak krwawych doświadczeniach, nie będzie możliwa. Hekatomba II wojny światowej doprowadziła do mocnego zaburzenia proporcji liczebności społeczeństwa. W konsekwencji Polsce pozostawiono ziemie rdzennie polskie oraz poniemieckie, gdzie z kolei znajdowała się znaczna ilość zamieszkujących te rejony Niemców. Nowa Rzeczpospolita ponownie stała się państwem wielonarodowym, ale tym razem władze, głównie z polecenia moskiewskich mocodawców, wdrożyły w życie radykalny plan etnicznego ujednolicenia. Zapoczątkował on kolejną fazę przemieszczeń, stając się niezwykle ważnym elementem wspólnej historii Polski i Niemiec.

Największym przedsięwzięciem niemieckich projektantów nowego ładu na wschodzie były wysiedlenia Zamojszczyzny. Operację rozpoczęto pod koniec 1941 roku, jednakże z pełną mocą ruszyła dopiero w drugiej połowie 1942 roku. Wysiedlenia objęły głównie ludność zamieszkującą rejon Zamościa, Biłgoraju i Hrubieszowa. Do połowy 1943 roku Niemcom udało się wysiedlić ponad 110 tys. ludzi, z czego aż 30 tys. dzieci, z których znaczną część odesłano do Rzeszy, by tam poddać przymusowej germanizacji. Polacy trafiali do niemieckich fabryk w Rzeszy lub obozów koncentracyjnych. Przy okazji wysiedleń Niemcy dokonywali pacyfikacji polskich wsi, wdrażając tym samym w życie eksterminacyjną politykę stosowaną na podbitych terytoriach polskich. Historyk Zygmunt Mańkowski określił Zamojszczyznę mianem „poligonu doświadczalnego” dla planów niemieckiego osadnictwa w Europie Środkowej. Jednocześnie skomentował sposób rugowania Polaków: „Tryb wysiedlenia przewidywał następujące czynności: – jednostki Schutzpolizei, żandarmerii i pomocnicze miały otaczać wyznaczone wsie, spędzać ludność na plac i tu dokonywać pierwszej segregacji. Po przejrzeniu dokumentów wyłączyć miano osoby podlegające innym zarządzeniom (np. Ukraińców)” (za: portal Dzieje.pl).«

Tak więc PRL stał się państwem wielonarodowym, bo pojawił się problem Niemców, których na tzw. Ziemiach Odzyskanych mieszkało ok. 7 mln. Trzeba było ich wysiedlić i wysiedlono. Ale czy wszystkich? Nie wszystkich. Większość wyjechała, ale wielu zostało, szczególnie na Śląsku Opolskim. Na miejsce wysiedlonych przesiedlono ludność z Kresów. Wikipedia podaje takie dane – przesiedleni z:

  • Ukraińskiej SRR – 770 tys.
  • Białoruskiej SRR – 270 tys.
  • Litewskiej SRR – 200 tys.
  • Migracja spontaniczna (ucieczka ludności kresowej przed frontem latem 1944 i mobilizacja do armii Berlinga w latach 1944-1945) – 300 tys.
  • Ucieczka ludności kresowej przed ukraińskimi czystkami etnicznymi 1942-1944 – 300 tys.
  • Razem około 1.800 tys.

Zofia Lewartowska w artykule Polskie przesiedlenia – historia nieznana (https://www.lwow.com.pl/przes1.html) pisze:

„W chwili rejestracji, po stwierdzeniu autentyczności obywatelstwa polskiego, delikwent otrzymywał zaświadczenie o złożeniu papierów. Sytuację miał nadal otwartą: istniała jeszcze możliwość zmiany decyzji i pozostania. Tracił ją po odbiorze karty ewakuacyjnej, opiewającej na to, co zabiera ze sobą. Był to arkusik formatu zeszytowego, dwujęzyczny, polsko-ukraiński, zawierający podstawowe wiadomości o właścicielu karty, członkach rodziny, których zabiera i co z sobą przewozi z przedmiotów użytku domowego.”

Ten krótki fragment zawiera bardzo istotnie informacje, a mianowicie to, że przesiedleniu podlegali obywatele polscy, co nie oznacza automatycznie, że to byli Polacy. A jak jeszcze do tego dodamy, że informacje o właścicielu karty spisywano w języku polskim i ukraińskim, to mogło to oznaczać, że taki „Polak” nie znał nawet polskiego, tylko ukraiński. I siłą rzeczy narzuca się następne pytanie: Czy większość tych przesiedleńców to byli Polacy czy „Polacy”? W tym momencie przypomniało mi się, jak jeszcze nie tak dawno temu ktoś argumentował, że Polakiem może być osoba, która nie zna polskiego. Ciekawe. Czy gdybyśmy spotkali osobę, która się uważa za Anglika i nie zna angielskiego, to potraktowalibyśmy ją poważnie? No cóż, w czasie ideologicznego przygotowywania nas do koncepcji wspólnego państwa polsko-ukraińskiego trzeba być przygotowanym i na takie idiotyzmy.

Kto w takim razie mieszka na tzw. Ziemiach Odzyskanych. Prawdopodobnie większość ludzi, którzy tam mieszkają, to przesiedleni z Kresów Ukraińcy, Białorusini, Litwini i oczywiście Żydzi. Bezpośrednio po wojnie Wałbrzych był ich największym skupiskiem. Dowodów bezpośrednich na to nie znajdziemy, ale pośrednie są.

Wystarczy zwrócić uwagę na to jak działają samorządy w takich miastach jak Gdańsk czy Wrocław. Jest to typowe działanie na korzyść Niemców, a tak lubią działać Ukraińcy. Prezydent Gdańska, niejaka Dulkiewicz, pomimo że urodziła się w Polsce, to mówi z wyraźnym akcentem ukraińskim. W jakim więc środowisku wychowywała się? Ktoś, kto się nią opiekował zapewne mówił z takim akcentem, a może i najczęściej w takich środowiskach przebywa. Prezydent Wrocławia jawnie wysyła pieniądze samorządowe na Ukrainę. Marta Czech, rzeczniczka Konfederacji, mówi z wyraźnym akcentem ukraińskim i pochodzi z Wrocławia. Mirosław Czech, działacz ukraiński w Polsce, urodził się w Wałczu. Olga Tokarczuk, ukraińska Żydówka, mieszka we Wrocławiu. Znany pajac i przebieraniec, Wojciech Olszański, Ukrainiec, udający polskiego patriotę, pochodzi z Dolnego Śląska, a jego kolega, Marcin Osadowski – ze Stargardu Szczecińskiego. Takie przykłady można mnożyć bez końca, choć wiem, że to słaby argument, bo wybiórczy. W takim razie wypada odwołać się do prawa wielkich liczb i przeanalizować, jak głosuje „Polska”.

Mieszkam w południowej części województwa podlaskiego, w której prawosławni Białorusini i Ukraińcy stanowią większość. To jest obszar na południe od Białegostoku do Bugu. Polska jest podzielona: jedni głosują na PiS, drudzy na Platformę. Gdy się patrzy na mapę wyborczą Polski, to od razu rzuca się w oczy pewna prawidłowość, która trwa od samego początku III RP. Tzw. Ziemie Odzyskane i kosmopolityczna Warszawa głosują na Platformę, a reszta – na PiS. Nikt nie zauważa, albo udaje, że nie widzi, że ta południowa część Podlasia głosuje tak samo, jak Ziemie Odzyskane. To jest temat tabu. Ilekroć próbowałem wstawić taki komentarz na Interii, to nawet nie wyświetlił się na sekundę. Nadal obowiązuje PRL-owska narracja, że w Polsce Polacy i katolicy to większość, co prawdą nie jest. Być może katolicy tak, ale katolikiem może być każdy, co wcale nie znaczy, że jest Polakiem. Jeśli więc prawosławni Białorusini i Ukraińcy na Podlasiu głosują tak samo, jak ci na Ziemiach Odzyskanych, to znaczy, że ci na tych ziemiach, to w większości potomkowie przesiedlonych z Kresów tzw. mniejszości narodowych.

Jeśli polityk, taki jak Donald Tusk, mówi, że polskość to nienormalność i nie boi się, że straci elektorat, to wie, że temu elektoratowi takie stwierdzenie spodoba się i wie, że takich ludzi jest dużo, ale to nie Polacy. Jeśli grafoman Ziemkiewicz pisze książkę Polactwo i wie, że się sprzeda, to też wie, że bardzo wielu ludziom w Polsce takie sformułowanie spodoba się. Polakom zapewne nie, ale kto tam by się nimi przejmował.

Unia lubelska skutkowała tym, że wschodnie elity zdominowały ten nowy twór, a powojenne przesiedlenia utrzymały wielonarodowy charakter PRL-u, jaki charakteryzował II RP. Ostatnie wydarzenia na Ukrainie spowodowały to, że do Polski napłynęły miliony Ukraińców, ale też napływa mnóstwo Białorusinów, co widać choćby po blogach młodych Białorusinek. Wcześniej były tylko młodych Ukrainek.

Po tym masowym w ostatnich latach napływie Ukraińców do Polski do pracy i po tym, co się wydarzyło po 24-tym lutego tego roku, Polska już jest, albo wkrótce będzie krajem, w którym Polacy będą stanowili mniejszość.

Mamy więc kraj Zulu-Gula, w którym nacja, która jest zmarginalizowana i na nic nie ma wpływu, obarczana jest winą za wszelkie zło w tym kraju. Czyż można sobie wyobrazić lepszy układ dla rządzących i dla tych, którzy ich wspierają. Jak to dobrze wpływa na samopoczucie: to nie my, to Polacy.

15 sierpnia

Czy 15 sierpnia wypada pisać o czymś innym, niż o bitwie warszawskiej? Narosło wokół niej tyle mitów, niedomówień, fałszów i sporów, szczególnie o to, kto był autorem tego „genialnego” manewru, który takim wcale nie był. Gorzej – był zwykłym podręcznikowym manewrem, który rosyjskie dowództwo próbowało wykonać w 1914 roku na tym samym terenie, tyle że w odwróconej sytuacji. Wtedy wojska niemieckie i austriackie zapuściły się daleko na południowy wschód, aż po widły Wisły i Sanu. Rosjanie, którzy obchodzili Warszawę od północnego-zachodu, chcieli zaatakować przeciwnika od tyłu. Jednak dowództwo niemiecko-austriackie dostrzegło zagrożenie i nakazało wycofać wojska pod Kraków.

A czy dowództwo sowieckie popełniło tak szkolny błąd, że pozwoliło na rozjechanie się frontu północno-zachodniego i południowo-zachodniego? I tu sprawa się komplikuje. Wszystko to wyjaśnia Józef Mackiewicz w powieści Lewa wolna. Pisze m.in. tak:

»Józef Piłsudski brał osobiście udział, jesienią 1914 roku, w bitwie na lewym brzegu Wisły, po stronie niemiecko-austriackiej, i wycofał się później z zaczątkiem swoich legionów, na Kraków. Tym bardziej więc, jeżeli interesował się później sztuką wojenną, musiał pamiętać operacyjny przebieg tamtej bitwy. Ale nawet gdyby jej nie pamiętał, nie potrzebowała być ona wzorem dla operacji w sierpniu 1920 roku, gdyż operacja ta narzucała się sama przez się zarówno generałowi Rozwadowskiemu, jak generałowi Weygand, jak innym oficerom sztabu.

To co nastąpiło, było bowiem fatalnym dla sowieckiego dowództwa rozwarciem nożyc pomiędzy „północno-zachodnim frontem” Tuchaczewskiego i „południowo-zachodnim” Jegorowa. W chwili gdy Tuchaczewski zbliżał się do Warszawy, Jegorow zbliżał się do Lwowa. Ale pomiędzy tymi wysuniętymi naprzód klinami frontów powstała w praktyce pustka. A była to właśnie pustka, odsłaniająca lewe skrzydło frontu Tuchaczewskiego. Naczelne dowództwo sowieckie dostrzegło ten błąd 11 sierpnia, i nakazało 1-szej konnej armii Budiennego: „Bez najmniejszej zwłoki…” zawrócić spod Lwowa i ruszyć w kierunku na Zamość – Hrubieszów. Istotnie, uderzenie z tego kierunku Budiennego mogłoby przekreślić manewr polskiej „Grupy Uderzeniowej” od Dęblina na północ. W myśl starej maksymy strategicznej, że „kto okrąża, może być okrążony”. Ale Budienny nie pośpieszył „bez zwłoki” na Zamość – Hrubieszów. A to za sprawą przewodniczącego Rewolucyjnej Rady Wojennej południowo-zachodniego frontu, Józefa Dżugaszwili Stalina. Stalin był pewny rozbicia Polski i palił się do zdobycia Lwowa, i przeniesienia czym prędzej rewolucji światowej w zapowiedzianym bałkańskim kierunku. Decyzja Stalina znaczyła więcej niż decyzja Jegorowa. Budienny nie usłuchał więc od razu rozkazów naczelnego dowództwa. Stoi u bram Lwowa i wdaje się w polemikę, że „dopiero po upadku Lwowa należy przystąpić do wykonania nowego zadania”. A tymczasem drogi czas mija. Tę korespondencję, prowadzoną drogą radiową, przechwytuje i odszyfrowuje pułkownik Jan Kowalewski w sztabie generalnym w Warszawie. Traktuje się ją za jedyną przyczynę opieszałości Budiennego. – Sytuacja dla sztabu polskiego leży jak na dłoni. Lewe skrzydło Tuchaczewskiego stoi wciąż otworem.

To wszakże, o czym sztab polski nie wiedział, a o czym zresztą nie był poinformowany i Tuchaczewski, to osobista ingerencja Lenina, zaniepokojonego nagłym zwrotem na wewnętrznym froncie kontrrewolucyjnym w Rosji. Jeszcze 2 sierpnia depeszował on tajnym szyfrem do Stalina, do którego miał zawsze szczególne zaufanie:

Przed chwilą przeprowadziliśmy w Biurze Politycznym podział frontów, abyście się zajęli wyłącznie Wranglem. W związku z powstaniami, szczególnie na Kubaniu, a następnie również na Syberii, niebezpieczeństwo ze strony Wrangla staje się olbrzymie, i w łonie KC wzmaga się dążenie do niezwłocznego zawarcia pokoju z burżuazyjną Polską. Proszę was, abyście bardzo wnikliwie rozważyli, jaka jest sytuacja z Wranglem i przedstawili waszą opinię. – Lenin.

W odpowiedzi, w depeszy z 4 sierpnia, Stalin aktualizuje sytuacje wytworzoną, według niego, na froncie krymskim, przewiduje konieczność przerzucenia tam części kawalerii. Depesza ta rozminęła się z wysłaną tegoż dnia drugą depeszą Lenina, w której przynagla on Stalina:

Na jutro, szósta wieczór, wyznaczono plenum KC. Postarajcie się przysłać do tego czasu waszą opinię o charakterze trudności u Budiennego i na froncie Wrangla, jak również o naszych perspektywach wojennych na obu tych frontach. Od waszej opinii mogą zależeć doniosłe decyzje polityczne. – Lenin.

A owego 11 sierpnia, w którym naczelne dowództwo nakazuje Budiennemu „bez najmniejszej zwłoki” ruszyć na Zamość – Hrubieszów, Stalin otrzymuje nową depeszę:

Zwycięstwo nasze w Polsce jest wielkie i będzie całkowite, jeżeli dobijemy Wrangla. Podejmujemy tutaj wszelkie środki po temu. Naciśnijcie również i wy, aby w wyniku obecnego uderzenia odebrać za wszelką cenę cały Krym. Od tego zależy teraz wszystko. – Lenin.

Tymczasem Wrangel nie tylko się utrzymał, ale rozpocząwszy jeszcze 25 lipca natarcie w kierunku na Kachowkę, zmusił południowo-zachodni front sowiecki do przerzucenia znacznych sił na front krymski. Nic więc dziwnego, że akurat w tych i następnych dniach Stalin, zaabsorbowany narastającymi wypadkami na południowym odcinku frontu, i w dodatku przykuty uwagą do niego przez tajne napomnienia Lenina, wahał się i nie mógł być zwolennikiem oderwania od południa masy kawalerii, by rzucić ją daleko od Krymu w sukurs Tuchaczewskiemu, który zresztą wydawał się zupełnym zwycięzcą na swym północnym froncie.

Tymczasem lewe skrzydło Tuchaczewskiego wciąż wisi w powietrzu… Rozpoczęty 16-go atak polskiej „Grupy Uderzeniowej” od Dęblina, już 17-go zdobywa Białą Podlaską i Siedlce. Rozpędzając uciekające oddziały bolszewickie, osiąga 18-go Drohiczyn nad Bugiem. Był to dla całego frontu sowieckiego cios, zagrażający zupełnym obejściem i przecięciem odwrotu. Bezprzykładny, zwycięski pochód rewolucji, zaczyna raptownie zarysowywać się jako bezprzykładna klęska.

Tuchaczewski rzuca się od mapy do telefonu, od telefonu do mapy, i znów do telefonu i znów do mapy… A na mapie sytuacja jest taka:

Na południu, pod Lwowem, nie ruszyła wprawdzie, ale istnieje wciąż masa 1-ej konnej armii Budiennego. A na północy, daleko wysunięta na zachód, 4-a armia, pod dowództwem obecnie towarzysza Szuwajewa, wraz z konnym korpusem Gaja… Tymczasem lewe skrzydło obrony Warszawy, to znaczy 5-tej armii polskiej Sikorskiego, uwikłanej w boje z 15-tą armią sowiecką, samo wisi w powietrzu. A praktycznie objęte jest dalekim zagonem Gaja aż po Włocławek i dalej…

I oto w oczach Tuchaczewskiego zamajaczył plan uratowania jeszcze w ostatniej chwili zwycięskiego pochodu rewolucji światowej:

Ściągnąć w kułak 4-tą armię, odwrócić konnicę Gaja frontem z zachodu na wschód, i uderzyć tym kułakiem w tyły 5-tej armii polskiej: na Płońsk – Warszawę!… A jednocześnie konnicą Budiennego w tyły polskiej grupy uderzeniowej, frontem na ukośne przecięcie do Warszawy!… W ten sposób, aby stworzyć olbrzymie obcęgi obejmujące z północnego zachodu i południowego wschodu główne siły polskie, zaangażowane w bojach z 15-ą, 3-ą i 16-ą armiami sowieckimi, zewrzeć je w śmiertelnym zacisku w samej stolicy Polski!

Plan był dobry i logiczny – na papierze… Ale czy podciągnie na czas Budienny? Czy 15-ta, 3-cia, a zwłaszcza rozbita już częściowo 16-ta armie, wytrzymają przez ten czas nacisk polski?… Czy przede wszystkim 4-ta armia zdolna będzie do przegrupowania? Czy ściągnie na czas, daleko wyrzucony ku zachodowi III korpus konny, by uderzyć nim na Płońsk?!… Oto pytania.

Płońsk przyciąga wzrok na mapie. Płońsk staje się magicznym punktem, węzłowym punktem wymarzonej operacji. Płońsk na tyłach 5-tej armii generała Sikorskiego, stanowi w tej chwili najsłabszy jej punkt. Ba, groźny punkt dla całego systemu obrony – natarcia, gdyby miał być przebity…«

Ostatecznie Tuchaczewski został rozbity. 88 tysięcy ludzi przeszło granicę pruską, ponad 30 tysięcy zostało zabitych, przeszło 70 tysięcy poddało się do niewoli. Porzucono 235 dział i 1023 karabiny maszynowe, ogromną ilość broni ręcznej, amunicji, koni i różnego sprzętu wojennego.

»Generał baron Wrangel, który w rezultacie klęski Denikina, wewnętrznych intryg sztabowych i zaciekłej gry politycznej, objął główne dowództwo nad pobitą kontrrewolucją rosyjską, zdawało się, podjął się rzeczy beznadziejnej. Wszystko, co się uratowało na Krym, było w stanie opłakanym. I to pod każdym względem: wojskowym, moralnym, politycznym. Ludzie grabili, bo nie było co jeść, oficerowie przepijali, co jeszcze zachowało się w kieszeni, politycy do zachrypnięcia dyskutowali i obrzucali siebie inwektywami. Tak się rzecz przedstawiała wiosną i na początku lata 1920 roku.

Jednakże generał Słaszczew, mimo iż popadał coraz bardziej w nałóg kokainy i pijaństwa, potrafił – rozporządzając siłą 3 tysięcy bagnetów i 2 tysięcy szabel – odeprzeć wszystkie ataki 13-tej armii bolszewickiej na przesmyk Perekopu. I na Krymie przystąpiono z wolna do reorganizacji wojska, porządkowania tyłów. Ponieważ krytykowano bez końca reakcyjną politykę i hasła społeczne – a raczej ich brak – przy starym rządzie Denikina, Wrangel powołał nowych ludzi. Na czele rządu cywilnego postawił byłego współzałożyciela rosyjskiej socjaldemokracji, Piotra Struwe, ongiś towarzysza Lenina, później oponenta, konkurenta, a wreszcie wroga. Opracowany został program reform rolnych i demokratyzacji przyszłego ustroju.

Dnia 7 lipca 1920 roku Francja uznała rosyjski rząd Wrangla de facto, wysuwając szereg warunków, które Wrangel skwapliwie przyjął. Po tym dyplomatycznym sukcesie przyszła francuska pomoc materialna. Broń, amunicja, mundury, obfite wyposażenie, stare czołgi i stare samoloty. A bolszewicy nie mieli żadnych. W ten sposób dobrze uzbrojona i zaopatrzona armia Wrangla osiągnęła siłę 40 tysięcy ludzi; uzupełniana zbiegami z armii czerwonej, przeszła niebawem do akcji zaczepnej.

Do wieczora 22 sierpnia wojska gen. Wrangla dotarły na całej długości swego frontu do lewego brzegu dolnego Dniepru. 23-go rozpoczął się szturm na sowiecki przyczółek mostowy u wsi Kachowka. Atak wszakże został przez bolszewików odparty. Ponawiane wciąż na nowo próby przeistoczyły się w długotrwałą bitwę o sforsowanie Dniepru na odcinku Kachowka – Borysław.

Był to kluczowy punkt koncepcji strategicznej Wrangla. Przewodnia myśl jego kampanii. Jeszcze w końcu 1919 roku, nie zdając sobie dostatecznie sprawy z istotnych zamiarów i postawy politycznej Piłsudskiego, Wrangel złożył Denikinowi memoriał, w którym proponował poniechać szukania głównego oparcia na ziemiach kozackich, a przesunąć ciężar operacyjny na zachód, szukając połączenia z frontem polskim. Do koncepcji tej doszedł na skutek głębokiej niechęci, jaką powziął do budzącego się separatyzmu kozackiego, i nastrojów w oddziałach kozackich, które coraz częściej odmawiały prowadzenia walki poza granicami rodzinnych chutorów. Sądził natomiast, że przy poparciu dyplomatycznym Francji, uda się ustalić dobre stosunki z Polską, usuwając na razie na plan dalszy spór o przyszłe granice. „Główna rzecz” mawiał „rozbić bolszewików. A tam (dalej) zobaczymy…” Gdy więc po ustąpieniu Denikina objął naczelne dowództwo, powrócił do swej przewodniej myśli, i główną oś natarcia kierował na północny zachód dla nawiązania łączności z frontem polskim.

Zwycięstwo wojsk polskich pod Warszawą odciążyło kontrrewolucję. Wrangel, oczyszczając od bolszewików teren na wschód, zajmując Mariupol, zbliżając się do Taganrogu i zagrażając jednocześnie Zagłębiu Donieckiemu, ponawia uderzenie na Kachówkę, a zarazem poleca 1-szej armii gen. Kutiepowa rozbić 13-tą armię sowiecką. W dniach od 1 do 6 września, 13-ta armia czerwona ponosi klęskę i zostaje odrzucona. Kutiepow zajmuje Aleksandrowsk. 2-ga armia generała Dracenko forsuje Dniepr koło Nikopola. Wojska Wrangla podchodzą do Jekaterynosławia, zajmują Sinielnikowo, Sławgorod. Natrafiają jeszcze na uparty opór wojsk czerwonych, ale wobec definitywnej klęski poniesionej na froncie polskim, nie może to już trwać długo. Rzecz wydaje się przesądzona.

Jest już jesień i zimne wiatry wieją nad stepem. W szeleście suchych traw nie słychać już cykania owadów. A ludzie, nie obeznani z tajnikami polityki i wojny, twierdzą, że jako po jesieni następuje zima, jako po pacierzu amen, tak do wiosny nie będzie już bolszewizmu.

Nierzadkie były krótkie dnie, w ciągu których dymiły, i długie noce, w ciągu których łuną na chmurach odbijały płonące stogi siana, składy po stacjach kolejowych i w miasteczkach. Wewnętrzny porządek w państwie rozpadał się tej jesieni od dołu, rozpadał w oczach z braku transportu, przerwanych komunikacji, przeciętych łączności. Ustały dostawy żywności do miast prowincjonalnych, administracja w niektórych nie działała zupełnie. Narastał kompletny chaos.

Od południa napierał, powstrzymywany ostatkiem sił, Wrangel. A przed milionowym wojskiem polskim droga na stolicę rewolucji leżała, praktycznie, otworem.

Z ust do ust podawano sobie nazwy miejscowości, do których naprawdę lub rzekomo mieli już wkroczyć Polacy. Widziano ich podobno tam, widziano ówdzie. Oczekiwano z dnia na dzień, później prawie z godziny na godzinę.

Tymczasem, na rozkaz naczelnego wodza, wojska polskie posuwają się jakoś dziwnie. Dnia 8 października dotarły o 16 wiorst na zachód od Mińska. Władze bolszewickie uciekają z miasta. Mińsk pozostawiony sam sobie, leży przez kilka dni na ziemi niczyjej. A wojska polskie stoją, nie posuwają się naprzód. Po kilku dniach, bolszewicy ostrożnie wracają. Ludność nie wie, co ma o tym myśleć… Jakaś strategiczna tajemnica? Nikt nie pojmuje… Krążą pogłoski o jakichś rokowaniach. – Czy być może?…

Teraz dopiero nadchodzą spóźnione gazety moskiewskie. Jest w nich nowa mowa Lenina, wygłoszona na zjeździe robotników i pracowników przemysłu garbarskiego w Moskwie:

Towarzysze!… Wiedzieliśmy, że do wyzwolenia mas pracujących Polski możemy przyczynić się bynajmniej nie tyle siłą militarną, a przede wszystkim siłą naszej propagandy…

Mieliśmy możność wysłuchania referatu polskiego robotnika, przedstawiciela jednego z wielkich związków zawodowych Polski, który przedarł się z Warszawy i opowiadał o tym, jak robotnicy w Warszawie patrzyli na Armię Czerwoną jako na wybawicielkę, jak oczekiwali Armii Czerwonej, nie uważając jej za swego wroga, lecz przeciwnie, za swego przyjaciela w walce przeciw burżuazyjnym ciemiężcom Polski.

Pokój Wersalski uczynił z Polski państwo buforowe, które ma odgrodzić Niemcy od zetknięcia się z radzieckim komunizmem, i które Ententa traktuje jako oręż przeciwko bolszewikom… Oto dlaczego owa wojna z Polską okazała się w stopniu bardziej bezpośrednim wojną przeciwko Entencie… Rozbijając armię polską rozbijamy Pokój Wersalski…

Gdyby Polska stała się radziecka, gdyby robotnicy warszawscy otrzymali od Rosji Radzieckiej pomoc, na którą czekali i którą z radością witali, Pokój Wersalski zostałby rozbity. Francja nie miałaby wówczas buforu odgradzającego Niemcy od Rosji Radzieckiej… Sprawa wzięła taki obrót, że jeszcze kilka dni zwycięskiej ofensywy Armii Czerwonej, a nie tylko Warszawa zostałby zdobyta – to nie byłoby tak istotne – lecz rozbity zostałby Pokój Wersalski.

Jak wam wiadomo, zabrakło nam tylko odrobiny sił, aby dojść do Warszawy i przekazać władzę robotnikom warszawskim, aby zwołać warszawskie Rady Delegatów Robotniczych i Chłopskich, aby powiedzieć im: „Szliśmy wam na pomoc”. Nastąpiła porażka wojenna.

Teraz cofnęliśmy się bardzo a bardzo daleko na północy. Wrangel zaś w tym czasie raz po raz usiłuje nacierać. Wrangel wziął to, wziął tamto, zagraża Zagłębiu Donieckiemu. Stoimy znowu w obliczu trudnej sytuacji, w obliczu nowej próby imperialistów zdławienia Republiki Radzieckiej dwiema rękami: poprzez ofensywę polską i ofensywę Wrangla.

Wskutek porażki, którą zadano nam pod Warszawą, wskutek ofensywy, która trwa na froncie zachodnim, i na froncie Wrangla, sytuacja nasza jest znów niezwykle ciężka. Musze wobec tego zakończyć swój krótki referat apelem do towarzyszy i wskazaniem na to, że teraz trzeba znów natężyć wszystkie siły, że zwycięstwo nad Wranglem jest obecnie naszym głównym i podstawowym zadaniem!

Towarzysze! Od was zależy, by nadchodząca ofensywa przeciwko Wranglowi, do której przygotowujemy wszystkie siły swoje, została przeprowadzona możliwie jak najpomyślniej i jak najszybciej. Przed nadejściem zimy należy odzyskać Krym! Od waszej pomocy zależy, jak szybko poradzimy sobie ostatecznie z Wranglem i zapewnimy całkowity spokój!

Ludzie czytają, i popatrują po sobie: Co to wszystko ma znaczyć? Mówi o klęsce w wojnie z Polską, a wszystkie siły wzywa przeciwko Wranglowi? Czy nie omyłka jakaś? – Ale nie, powiedział wyraźnie:

„Zwycięstwo nad Wranglem jest obecnie naszym głównym i podstawowym zadaniem”… Co się za tym kryje? Przecież Polska rozporządza siłą dwudziestokrotnie większą niż Wrangel…

Dnia 2 października ukazuje się odezwa:

   „Towarzysze! Carski generał Wrangel wzmaga ofensywę... Popierany przez kapitalistów francuskich posuwa się naprzód.
   Niebezpieczeństwo jest wielkie! 
   Towarzysze! Niechaj wszyscy jak jeden mąż powstaną do obrony przed Wranglem! Niech wszystkie komitety niezamożnych chłopów wytężą swe siły, niech pomogą Armii Czerwonej!
   Wszyscy na pomoc Armii Czerwonej dla pobicia Wrangla! 
   Śmierć obszarnikom-ciemiężcom! - Lenin.”

Znowu tylko o Wranglu?… Znowu ani jednego słowa o „jaśnie panach polskich”?…

Dnia 11 października generał Wrangel udzielił wywiadu prasowego, w którym oświadczył:

Polska winna wejść z nami w porozumienie, i związać na swym froncie największą ilość wojsk bolszewickich. Jeżeli te warunki zostaną spełnione, do przyszłej wiosny 1921 roku nastąpi ostateczny upadek bolszewizmu.

Wywiad opublikowany został z trzydniowym opóźnieniem i ukazał się w czasopiśmie Wola Rossii w numerze z dnia 14 października. O dwa dni za późno…

13 października gruchnęła w Mińsku, w Homlu, w Kijowie… Wszędzie! Wieść, że dnia poprzedniego, 12 października, zawarty został rozejm wojskowy i wstępny traktat pokojowy pomiędzy Polską i bolszewikami!

Towarzysze! – wołał Lenin 15 października, na trzeci dzień po podpisaniu rozejmu z Polską, na naradzie przewodniczących komitetów wykonawczych guberni moskiewskiej. – Towarzysze! Wstępna umowa z Polską został podpisana dopiero co!… pomimo ciężkiej sytuacji, pokój został podpisany na warunkach mniej korzystnych dla Polski, niż je miała przedtem… Kiedy wojska nasze cofały się, Wrangel zaś wzmógł swój napór – zawarliśmy pokój na warunkach korzystniejszych… A zatem zostaliśmy zwycięzcami! Jak to się stać mogło, ze Rosja Radziecka, znękana wojną domową, otoczona wrogami, odcięta od wszelkich źródeł zaopatrzenia, okazała się zwycięzcą? Nad tym właśnie trzeba się zastanowić, aby zrozumieć mechanikę rewolucji. Potwierdza się naocznie, że rewolucja rosyjska jest tylko jednym ogniwem w łańcuchu rewolucji międzynarodowej…

Towarzysze! Pamiętajcie, że praca jednoczy, a kapitał rozdziela… Stało się tak, że kiedy zebrali się przeciwko nam trzej ostatni sojusznicy, to zaczęli od tego, że wzięli się za łby… Obecnie docierają do nas wiadomości, że Wrangel i Francja zgrzytają zębami, rozumieją bowiem, jaki to pokój zawarliśmy z Polską!… Francja, Polska i Wrangel, jeden drugiemu podstawia nogę… Oto dlaczego okazaliśmy się zwycięzcami. Oto dlaczego zrujnowana, słaba, zacofana Rosja Radziecka zwycięża siły bez porównania potężniejsze od niej.

Towarzysze! Przechodząc do naszej obecnej sytuacji wewnętrznej, muszę powiedzieć, że główną wrogą nam siłą jaka pozostała, jest Wrangel… Kiedy walczyliśmy z Polakami, Wrangel gromadził swe siły… W myśl wstępnej umowy z Polską rozejm nastąpi dopiero 18-go. Cała prasa francuska i kapitaliści usiłują wciągnąć Polskę w dalszą wojnę. Wrangel śpieszy wykorzystać wszystkie posiadane stosunki, aby udaremnić zawarcie pokoju, wie bowiem, że bolszewicy przypuszczą atak na niego. Z tego wynika teraz dla nas jedyny wniosek: wszystkie siły przeciwko Wranglowi! Bo Wrangel stanowi główne niebezpieczeństwo… By wstępną umowę z Polską przekształcić w pokój ostateczny, musimy w najkrótszym czasie zmiażdżyć Wrangla… A wtedy rzeczywiście zwyciężymy zarówno na tym froncie, jak na froncie międzynarodowym!

Dnia 12 listopada obrona Perekopu został przełamana. Tegoż dnia wieczorem depeszował Frunze do Lenina:

Ostatnie gniazdo rosyjskiej kontrrewolucji zostało zburzone!

Rozpoczęła się agonia tego, co było ostatnią formą zbrojnej, zorganizowanej akcji antybolszewickiej.

Dnia 16 listopada, po raz trzeci odtworzona 4-ta armia czerwona, pod wodzą tego samego towarzysza Szuwajewa, który uciekał z Ciechnowa, uciekał z Grodna, który uciekał z Kobrynia – wkraczała do Teodozji. 18-go zajęła Jałtę.«

Czy da się to wszystko, co się wtedy działo, jakoś wyjaśnić? Średniowieczny angielski teolog William of Occam sformułował zasadę, że do objaśniania rzeczywistości nie należy używać większej liczby niezależnych bytów, niż jest to absolutnie konieczne. Zasada ta zwie się brzytwą Occama (Ockhama). W pewnym uproszczeniu można powiedzieć, że im prostsze wyjaśnienie, tym bliższe prawdy, co ma zastosowanie nie tylko w naukach, szczególnie przyrodniczych, ale też w polityce.

Podstawowe pytanie brzmi: kto z kim tak naprawdę walczył? Lenin nazywa Wrangla carskim generałem. A jego generałowie to nie byli carscy? Przecież nie wykształcił ich w ciągu trzech lat. Mówi on o kontrrewolucji i tego samego określenia używa Mackiewicz. A przecież to nie była kontrrewolucja! Ale zabieg sprytny, bo zaciemnia interpretację.

27 lutego/12 marca 1917 roku na posiedzeniu Konwentu Seniorów Dumy został powołany Komitet Tymczasowy Dumy – organ wykonawczy Dumy. Był on złożony z przedstawicieli wszystkich partii politycznych. 28 lutego/13 marca przejął praktycznie wykonywanie obowiązków rządu Rosji i wyznaczył swych komisarzy do istniejących ministerstw.

2 marca/15 marca car Mikołaj II uznał, że utrzymanie władzy jest niemożliwe i, na żądanie umiarkowanych polityków i monarchistów, abdykował na rzecz młodszego brata, wielkiego księcia Michała Aleksandrowicza. Wskutek ciężkiej sytuacji w kraju wielki książę nie przyjął korony i zrzekł się jej następnego dnia, przekazując całą władzę Tymczasowemu Komitetowi Dumy.

Kierownictwo rewolucji próbowały objąć dwa ośrodki władzy powstałe 27 lutego/12 marca. Były to powołany przez Dumę i popierany przez centrystów i umiarkowanych – Komitet Tymczasowy Dumy i Piotrogrodzka Rada (Sowiet), zdominowana przez eserów i socjaldemokratów. 2/15 marca Komitet Tymczasowy Dumy, w porozumieniu z Komitetem Wykonawczym Piotrogrodzkiej Rady Delegatów Robotniczych i Żołnierskich, powołał Rząd Tymczasowy Gieorgija Lwowa.

Czy w takim przypadku można mówić o rewolucji, skoro car dobrowolnie zrzekł się władzy? A skoro to nie była rewolucja, to nie można też mówić o kontrrewolucji.

1/14 września Rząd Tymczasowy proklamował ustrój republikański Rosji. 25 września/8 października w wyniku nowych wyborów w sekcji robotniczej Rady Piotrogrodzkiej większość uzyskali bolszewicy na czele z Trockim, który został nowym przewodniczącym Rady.

Październik był klasycznym „coup d’etat”, przechwyceniem władzy państwowej przez znikomą mniejszość, dokonanym – z uwagi na demokratyczne konwencje epoki – przy zachowaniu pozorów uczestnictwa mas, ale bez ich zaangażowania. Do działań rewolucyjnych wprowadzono metody bardziej odpowiednie dla stanu wojny, niż polityki. – Tak pisał Richard Pipes w książce „Rewolucja rosyjska”.

Tak więc to, co działo się w Rosji po abdykacji cara, to nie była kontrrewolucja, tylko walka o władzę pomiędzy bolszewikami, a tymi, których oni od tej władzy odsunęli. Jeśli Wrangel na czele rządu cywilnego stawia Piotra Struwe, współzałożyciela rosyjskiej socjaldemokracji, ongiś towarzysza Lenina, to kto tu z kim walczy? Swoi ze swoimi? A do tego towarzystwa doszedł jeszcze socjalista Piłsudski.

W takim kontekście wyjaśnienie tych „dziwnych” zachowań Piłsudskiego staje się proste. W tej wojnie polsko-bolszewickiej 1920 roku żadnej ze stron nie chodziło o wygranie. Chodziło o to, by była wojna, by ludzie zabijali się, nienawidzili się, by byli ze sobą ciągle skłóceni. Chodziło też o to, by było jak najwięcej strat materialnych, co prowadzi do zubożenia wielu warstw społecznych i gospodarek walczących państw. W takich warunkach tylko jedna nacja zyskuje i dominuje nad pozostałymi. I taki był zawsze i jest nadal cel wszelkich wojen i konfliktów, które ta nacja wywołuje.

Kocioł bałkański

Kocioł bałkański – tym terminem określa się sytuację geopolityczną na Półwyspie Bałkańskim od połowy XIX wieku, szczególnie w jego północno-zachodniej części. Specyfika tego regionu polega na tym, że na stosunkowo małym obszarze mieszkają obok siebie katolicy, prawosławni i muzułmanie. Wywodzą się oni z różnych kultur, o różnych systemach wartości i różnych światopoglądach. Czy to oznacza, że musi to automatycznie rodzić konflikty? A nawet jeśli tak, to czy nie można nad tym zapanować? Historia tego regionu pokazuje, że jednak ktoś świadomie ten kocioł podgrzewał lub wygaszał, jeśli uznał, że tak ma być.

Geneza konfliktu

Przed XIX wiekiem Bałkany podlegały w większości władzy Imperium Osmańskiego. Był to teren przeważnie zamieszkały przez Słowian, których różniło przede wszystkim wyznanie. Ich ówczesna świadomość narodowa była niewielka, co wynikało z natury władzy tureckiej, która nie zmuszała nikogo do wyrzekania się swojej kultury, co nie skłaniało do podejmowania walki narodowowyzwoleńczej.

Serbia w 1815 roku; źródło: Wikipedia.

Jednakże na skutek rozwoju świadomości narodowej, a co za tym idzie, lokalnych nacjonalizmów, sytuacja w tym rejonie stawała się coraz bardziej niestabilna, szczególnie ze względu na zróżnicowanie religijne i wyznaniowe. Katolicy określali się jako Chorwaci, prawosławni jako Serbowie, a muzułmanie jako Bośniacy. Świadomość narodowa pojawiła się też wśród Albańczyków, którzy nie wywodzą się z ludów słowiańskich, a którzy w większości są muzułmanami.

Wiek XIX był wiekiem nacjonalizmów w rejonach skolonizowanych. Tak było w Ameryce Południowej i w Europie wschodniej i południowej, w których kolonizatorami były Niemcy, Austro-Węgry, Rosja i Turcja. I to właśnie w tych rejonach powstawały idiotyczne, zamierzone na skłócenie, idee Wielkiej Albanii, Serbii, Ukrainy, Polski, Bułgarii. Ciekawe, któż to fabrykował tego typu durnoty?

Początek konfliktu

Pierwszym państwem z rejonu Bałkanów, które po dwóch powstaniach (1804-1815) zdobyło niepodległość, była Serbia, wspierana przez Austro-Węgry i Rosję, które liczyły na osłabienie Turcji i zwiększenie swoich wpływów w tym regionie.

W 1876 Serbia ogłosiła zjednoczenie z Bośnią i Czarnogórą, co doprowadziło do wojny z Turcją, do której przystąpiła również Rosja. To spowodowało m.in. ogłoszenie niepodległości przez Rumunię (1877) i Bułgarię.

Stanisławie Piotrowiczu bierz wszystkie pieniądze i jedź ze mną na wojnę turecką do Bułgarii – zachęcał Wokulskiego moskiewski kupiec Suzin w „Lalce” B. Prusa. To na tej wojnie Wokulski dorobił się fortuny, a nie na handlu z Rosją. Wystarczył tylko rok, by wzbogacić się na tyle, by smalić cholewki do zubożałej arystokratki. Nie ma lepszego interesu niż wojny, dlatego nigdy na tym świecie nie będzie pokoju.

Kres wojnie położył traktat z San Stefano z 3 marca 1878 roku, który osłabiał Turcję, a wzmacniał Rosję. W tej sytuacji inne mocarstwa, przede wszystkim Wielka Brytania, doprowadziły do Kongresu w Berlinie, który ograniczał wpływy Rosji, głównie poprzez pomniejszenie Bułgarii. Jednocześnie ograniczone zostały dążenia serbskie, choć niepodległość Serbii i Czarnogóry została zatwierdzona (1878), to Bośnia i Hercegowina znalazły się w strefie wpływów Austro-Węgier.

Rosja popierała idee zjednoczenia Słowian na Bałkanach (panslawizm) pod przywództwem prawosławnej Serbii, która stała się sojusznikiem Rosji. Układ rosyjsko-serbski był zagrożeniem dla monarchii Austro-Węgierskiej, zamieszkiwanej przez 7 mln Słowian. W 1908 roku, gdy Austro-Węgry zaanektowały okupowaną od 1878 roku Bośnię i Hercegowinę, na Bałkanach groził wybuch wojny. 13 marca 1912 roku rozpoczął się konflikt zbrojny, tzw. I wojna bałkańska – Grecja, Serbia, Czarnogóra i Bułgaria zaatakowały Turcję, która została pokonana, tracąc niemal wszystkie ziemie w Europie.

Zwycięskie państwa nie doszły do porozumienia i rok później Grecja, Serbia, Czarnogóra i Turcja zaatakowały i pokonały Bułgarię, tzw. II wojna bałkańska. Po tej wojnie wzrosła siła Serbii, ale Rzesza i Austro-Węgry, żeby ograniczyć rozwój Serbii, utworzyły niezawisłą Albanię. Sytuacja w rejonie była niestabilna. Zamach w Sarajewie serbskiego nacjonalisty na Arcyksięcia Austro-Węgier był przyczyną wypowiedzenia wojny Serbii przez Austro-Węgry i powstania szeregu sojuszy, co w konsekwencji doprowadziło do wybuchy I wojny światowej.

Zjednoczenie Słowian południowych

Idea zjednoczenia Słowian południowych pojawiła się prawdopodobnie w XIX wieku w wyniku osłabienia imperium tureckiego i monarchii austro-węgierskiej. W latach 30. XIX wieku pojawiła się idea iliryzmu, a następnie jugosławizmu. Iliryzm to ruch kulturowy i polityczny rozwijający się w latach 30. i 40. XIX wieku, mający na celu zjednoczenie południowych Słowian bez względu na granice państwowe i administracyjne, skupiający głównie działaczy chorwackich, a w mniejszym stopniu również słoweńskich i serbskich. Jugosławizm to ruch kulturalno-polityczny, istniejący od XIX wieku, mający na celu zjednoczenie Słowian południowych.

Panslawizm

Panslawizm – ruch kulturalno-polityczny powstały w Czechach na początku XIX wieku, dążący do wyzwolenia, a następnie zjednoczenia politycznego, gospodarczego i kulturalnego Słowian.

Ideę panslawizmu popierała Rosja, pragnąc w ten sposób zrealizować swoje imperialne plany wobec narodów o słowiańskim pochodzeniu, nieposiadających własnej organizacji państwowej.

Koncepcje polityczne wczesnego ruchu panslawistycznego były oparte na idei stworzenia swego rodzaju federacji wszystkich Słowian, pozostających pod polityczną i kulturalną dominacją i przywództwem Imperium Rosyjskiego, gdzie lokalne słowiańskie tożsamości zostaną zintegrowane w rosyjską, a głównym językiem komunikowania się będzie język rosyjski, główną wykładaną historią historia Rosji, szkolnictwo prowadzone w języku rosyjskim. Pośrednio ugrupowania panslawistyczne wpłynęły na wybuch wojny rosyjsko-tureckiej 1877-1878 oraz zaangażowanie się Rosji na Bałkanach, co pośrednio doprowadziło do wybuchu I wojny światowej.

Tak to opisuje Wikipedia, z której informacji korzystam w tym blogu. Natomiast Feliksa Eger w książce Historia towarzystw tajnych (1904) pisze:

»Niektórzy historycy nie mogą zrozumieć, dlaczego Bakunin opierał się całe życie swoje wprowadzeniu międzynarodówki do Rosji. Wyjaśnienie tego daje nam p. Rudolf Meyer, pisarz niemiecki bardzo znany, mający przez długi czas ścisłe stosunki z Bismarckiem, znienawidzony przez niego w sposób niezwykły. Wiemy, że kwestie pangermanizmu i panslawizmu są szczeblami, po których wolnomularstwo dojść pragnie do zaprowadzenia rzeczpospolitej powszechnej. Otóż Bakunin był panslawistą zapamiętałym.

Marzeniem panslawizmu jest zapanowanie nad Europą i światem; pragnie on, zawładnąwszy szczątkami porządku socjalnego tej części świata, wśród jego ruin ustanowić panowanie socjalizmu rosyjskiego. Podstawą tej organizacji byłby komunizm gruntowy, na którym opierają się wszystkie marzenia panslawistów. Apostołowie jego mówią z pogardą o proletariacie Europy zachodniej, a z dumą o uwłaszczeniu włościan w swoich posiadłościach, co wpłynęło na uwolnienie kraju od takiego proletariatu.

Intrygi rewolucyjne Bakunina, a głównie jego czynny udział w powstaniu drezdeńskim, zmusiły państwa do zaaresztowania go w Chemnitz i skazania na śmierć, lecz Rosja zażądała wydania go. Cesarz Mikołaj szczególnie zajął się jego losem. Zesłano go na Syberię w r. 1856, ale tylko jako zwykłego wygnańca. Gubernator Syberii hr. Murawiew, kuzyn Bakunina, okazywał mu największe względy, pozwalał mu działać swobodnie, a w końcu dał mu jakąś urzędową misję na kraniec państwa do Mikołajewska. Bakunin nie opuścił danej mu sposobności, pojechał do Japonii, stamtąd do Ameryki, aż wreszcie w r. 1861 ukazał się w Londynie, gdzie pomagał Herzenowi w jego misji panslawistycznej. Oświadczył on w manifeście ogłoszonym przez „Kołokoł” (Dzwon), że gotów jest poświęcić życie całe wywalczeniu wolności dla Rosjan, Polaków i Słowian w ogóle. Powiedział, że cesarz na krótki czas przed śmiercią pragnął w tym właśnie celu wytoczyć wojnę Austrii, podburzyć kraje słowiańskie pod władzą Austrii i Turcji zostające, wspólnie z Węgrami i Włochami. Ten, który w r. 1868 przemawiał w imieniu internacjonału, zapalał w r. 1862 wojnę szczepów.

Że Bakunin był wysłańcem panslawizmu, jest to rzeczą pewną; stosunki bezpośrednię agitatora z rządem rosyjskim są mniej dokładnie dowiedzione. Napada on nieraz bardzo gwałtownie na cara i rząd jego; pomimo to jednak rząd rosyjski wyrwał Bakunina z rąk Saksonii i Austrii i ten sam rząd dziwnie osłodził los tego wygnańca politycznego. Wypadki współczesne nie mogą usprawiedliwić rządu rosyjskiego z ciążącego na nim zarzutu. Misja Czerniajewa na innym wprawdzie gruncie i w innej sferze, ale czyż także nie była misją panslawistyczną? Czyż w Serbii nie było również silnej propagandy rewolucyjnej i panslawistycznej zarazem? Czyż Garibaldi nie był stronnikiem tego ruchu? Czy Czerniajew nie usunął się w czasie właściwym, pozyskawszy względy cesarza Aleksandra, czyż nie udał się do Pragi, tego pierwszego teatru działań Bakunina?… Jeżeli nie można mieć zupełnie pewnych dowodów, że Bakunin utrzymywał stosunki z rządem petersburskim, to przynajmniej jest pewne, że miał on ścisłe stosunki z partią panslawistyczną Rosji, cieszącą się względami rządu. Dążenia prawdziwych panslawistów są wstrętne. Siać zepsucie i rozstrój, osłabiać kraje Europy wywoływaniem rewolucji, wprowadzać bezrząd, łudzić proletariat Europy ideą komunizmu gruntowego, oto czym jest panslawizm, system potworny, który wraz z internacjonałem grozi Europie cywilizowanej.«

Królestwo Serbów, Chorwatów i Słoweńców

Upadek Serbii

Jesienią 1915 roku armie niemiecka, austro-węgierska i bułgarska uderzyły na Serbię. Po zdobyciu Belgradu ofensywa nie zwalniała, zmuszając Serbów do wycofania się w kierunku Kosowa. Z pomocą przyszły Anglia i Francja, wysadzając 5 października desant w Salonikach. Jednakże próby uderzenia z południa okazały się spóźnione. W nocy z 13 na 14 października Bułgaria zaatakowała Macedonię, odcinając Serbów od wojsk alianckich i portu w Salonikach – jedynego punktu zaopatrzenia armii serbskiej w broń i amunicję. Trzy armie osaczały Serbów od północy, zachodu i wschodu. Podjęto decyzję o ewakuacji armii, cywilów i władzy przez Albanię i Czarnogórę w kierunku Adriatyku. Szacuje się, że podczas marszu z powodu mrozów, głodu, chorób i albańskich ataków zginęło od 70 do 150 tys. żołnierzy i cywilów serbskich oraz czarnogórskich. Ocalałych przewieziono statkami państw Ententy na wyspę Korfu. W styczniu i lutym 1916 roku kraj opanowały wojska austro-węgierskie.

W 1914 roku przywódcy jugosłowiańscy z Austro-Wegier rozpoczęli na emigracji swoją działalność. We Florencji powstał Komitet Jugosłowiański (formalna data powstania 1 maja 1915). Swoją siedzibę miał w Londynie. W wyniku zróżnicowania narodowościowego i politycznego wśród twórców ruchu, nie było pełnej zgodności poglądów co do modelu i kształtu nowego państwa – Jugosławii. Działacze Chorwaccy opowiadali się za utworzeniem Jugosławii pod przewodnictwem Chorwacji, zaś niektórzy działacze Bośni i Hercegowiny, Wojwodiny i Dalmacji poparli ideę Wielkiej Serbii. Pozostali działacze opowiadali się za zjednoczeniem ziem na zasadach federacji lub szerokiej autonomii.

Deklaracja majowa

Szybko okazało się, że Komitet Jugosłowiański nie reprezentował wszystkich sił politycznych Słowian południowych pod panowaniem habsburskim. Przywódcy południowosłowiańskich partii burżuazyjnych, drobnomieszczańskich i ludowych, działających na terenie Austro-Węgier, upatrywali większych korzyści dla dalszego rozwoju swego kraju w utrzymaniu związku z monarchią, aniżeli w połączeniu ze słabą ekonomicznie i zacofaną Serbią, która kojarzona była z obszarem „barbarzyńskich Bałkanów”. 30 maja 1917 roku w Wiedniu, posłowie jugosłowiańscy (z Istrii, Dalmacji i Słowenii) do austriackiej Rady Państwa zawiązali tzw. Klub Jugosłowiański. Ponad 30 przedstawicieli Klubu, podczas posiedzenia Rady Państwa, ogłosiło tzw. Deklarację majową. Domagano się w niej zjednoczenia wszystkich żyjących w ramach monarchii Słoweńców, Chorwatów i Serbów w formie trzeciej jednostki państwowej, pozostającej w federacji z Austro-Węgrami pod rządami dynastii habsburskiej, w przeciwieństwie do emigracyjnego Komitetu Jugosłowiańskiego, który opowiadał się za całkowitym odłączeniem przyszłego państwa od monarchii Habsburgów. W dokumencie nie wspomniano jeszcze o połączeniu z Królestwem Serbii. Deklaracja majowa została przyjęta krytycznie przez przedstawicieli Komitetu, ponieważ uważano ją za ruch zmniejszający szanse na porozumienie z rządem serbskim i na znalezienie międzynarodowego poparcia dla państwa Słowian południowych.

Deklaracja z Korfu

Rząd serbski, który po zmianach na Korfu, składający się teraz wyłącznie z przedstawicieli Partii Radykalnej, bronił pozycji wielkoserbskiej, a więc centralistycznej. Komitet Jugosłowiański w Londynie składał się z polityków jugosłowiańskich z Austro-Węgier i stał na stanowisku całkowitego równouprawnienia wszystkich narodów jugosłowiańskich. Rząd serbski na uchodźstwie zaprosił na wyspę Korfu, w czerwcu 1917 r., chorwackich przedstawicieli na rozmowy o wizji przyszłego państwa. Mimo świadomości różnic co do tej wizji, Chorwaci zgodzili się w nadziei, że osiągnięte porozumienie Słowian południowych zostanie dostrzeżone przez państwa Ententy. Trudne, trwające miesiąc rozmowy, ze strony Komitetu Jugosłowiańskiego prowadził Ante Trumbić. Kwestią największego sporu pozostawały zasady współuczestniczenia w przyszłym państwie. Rząd serbski, wychodzący z założenia, że to Serbia wyzwalała terytoria słowiańskie, obstawał przy przyłączeniu tych ziem do swojego Królestwa i władzy scentralizowanej w Belgradzie, Chorwaci, obawiający się serbskiej dominacji, opowiadali się za państwem federacyjnym.

20 lipca 1917 roku osiągnięto porozumienie w postaci tzw. Deklaracji z Korfu – jednego z najważniejszych porozumień umożliwiających powstanie państwa Słowian południowych. Deklaracja ta określała, iż wspólnym celem jest zjednoczenie wszystkich Chorwatów, Serbów i Słoweńców w jednym niezależnym państwie pod panowaniem dynastii Karadziordziewiciów. Komitet jugosłowiański uznał dynastię serbską za legalną w nowym państwie, a rząd serbski zgodził się stosować się do zasady samostanowienia narodów, co miało urzeczywistnić się poprzez utworzenie zgromadzenia wszystkich narodów, które miały zdecydować o ostatecznym ustroju państwa, bowiem pozostałe kwestie sporne planowano rozstrzygnąć później. Deklaracja teoretycznie rozwiązywała również problem równouprawnienia narodów jugosłowiańskich, mówiąc o jednym, trójimiennym, serbsko-chorwacko-słoweńskim narodzie. Dokument ten poparł również Czarnogórski Komitet Zjednoczenia Narodowego w Paryżu. Komitet Jugosłowiański przekazał do Zagrzebia, który w tym czasie stał się swego rodzaju centrum działalności politycznej Słowian habsburskich, depesze namawiające do przyjęcia Deklaracji z Korfu.

Z czasem autorzy Deklaracji majowej również coraz śmielej zaczęli opowiadać się za całkowitą niepodległością, omijając w dalszych deklaracjach sformułowania typu „w ramach Austro-Węgier” czy „pod berłem dynastii habsbursko-lotaryńskiej”. Wpływ na to miały wyraźne sukcesy polityczne Komitetu Jugosłowiańskiego (Deklaracja z Korfu), radykalizacja ludności pod wpływem rewolucji lutowej i październikowej oraz sytuacja ludności słowiańskiej w monarchii habsburskiej.

Rada Narodowa i Państwo SHS

Ostatecznie w okresie załamania się zdolności obronnych Austro-Węgier w październiku 1918 roku Słowianie habsburscy porzucili koncepcję „państwa w ramach monarchii Habsburgów” na rzecz ambicji niepodległościowych. 5 października 1918 roku utworzono w Zagrzebiu Radę Narodową Słoweńców, Chorwatów i Serbów jako naczelny organ polityczny Jugosławii w monarchii habsburskiej. 19 października rada ogłosiła się jedynym organem politycznym Słowian habsburskich. 29 października parlament chorwacki ogłosił zerwanie wszelkich formalnoprawnych więzi z Austro-Węgrami, oraz że zjednoczona Chorwacja, Slawonia i Dalmacja z Rijeką tworzą z pozostałymi słowiańskimi ziemiami monarchii niezależne Państwo Słoweńców, Chorwatów i Serbów, uznając Radę Narodową w Zagrzebiu za najwyższą suwerenną władzę w tym państwie.

Znaczenie polityczne i militarne Serbii rosło z dnia na dzień. 1 listopada 1918 roku wojska serbskie i francuskie odbiły Belgrad. W ciągu kolejnych dni dotarły do Zagrzebia i opanowały południowe Węgry. W zagrzebskiej Radzie Narodowej ponownie wyłoniły się dwie frakcje – jedna żądająca natychmiastowego zjednoczenia z Serbią, druga – pragnąca szczegółowego omówienia problemu ustroju przyszłego państwa. Tymczasem wojska włoskie wylądowały na wschodnim wybrzeżu Adriatyku, zajęły Triest, Pulę, Rijekę, Zadar i parły naprzód. Protesty Rady Narodowej ani Komitetu Jugosłowiańskiego nie pomogły, ponieważ nowo utworzone państwo wciąż nie było uznawane przez Aliantów. W wyniku palącego problemu, jakim była inwazja włoska, zdecydowaną przewagę uzyskała opcja natychmiastowego zjednoczenia z Serbią.

Królestwo SHS

24 listopada 1918 r. Rada Narodowa w Zagrzebiu ogłosiła decyzję o zjednoczeniu z Serbią. Powodów, dla których przedstawiciele Państwa SHS tak pośpiesznie zdecydowali się na akt zjednoczeniowy, było kilka. Do przyczyn emocjonalnych należy chęć realizacji, snutych od pokoleń, pragnień o własnym państwie i upadku Austro-Węgier. Do pragmatycznych: przeciwstawienie się ekspansji włoskiej, w której rękach znajdowały się już wszystkie chorwackie wyspy, a nawet przybrzeżna i kontynentalna Dalmacja – kolebka chorwackiej państwowości. Szybkie zjednoczenie z Królestwem Serbii, nawet jeśli na nierównych zasadach, wydawało się jedynym sposobem na powstrzymanie włoskiego irredentyzmu. Nie bez znaczenia również pozostawał fakt, że mocarstwa zachodnie nie uznawały istnienia Państwa SHS, ponieważ w wielu przypadkach popierały wielkoserbskie tendencje w Belgradzie. Ostatecznie sprawę przeważyła najbardziej zagrożona ekspansją włoską Dalmacja, która, wraz z władzami Bośni i Hercegowiny, 16 listopada zadeklarowała gotowość do połączenia się z Serbią i nalegała na przyspieszenie działań politycznych. 24 listopada Rada Narodowa SHS powzięła decyzję o zjednoczeniu z Serbią i Czarnogórą; na 28 członków prezydium rady, aż 27 opowiedziało się za rezolucją o zjednoczeniu. 25 listopada Wielkie Zgromadzenie Narodowe Baczki, Baranii i Banatu, obradujące w Nowym Sadzie w składzie 757 posłów, ogłosiło zerwanie relacji z Węgrami i przyłączenie się do Królestwa Serbskiego.

1 grudnia 1918 roku, w obecności króla Piotra, książę Aleksander proklamował utworzenie Królestwa Serbów, Chorwatów i Słoweńców. Regent Aleksander I i serbskie elity dokonały zjednoczenia w poczuciu serbskiego zwierzchnictwa, co miało niebagatelne znaczenie dla przyszłej polityki wewnętrznej. Po proklamacji wojska serbskie wkroczyły do Chorwacji i Dalmacji, a zjednoczenie stało się faktem.

Królestwo Serbów, Chorwatów i Słoweńców w 1918 roku; źródło: Wikipedia.

Na mocy traktatów pokojowych zawartych w latach 1919-1920 w Saint-Germain-en-Laye, Neuilly-Sur-Seine i Trianon zostały wytyczone granice Królestwa Serbów, Chorwatów i Słoweńców (Królestwo SHS). Królestwo SHS obejmowało swoim zasięgiem Serbię, Czarnogórę. Krajinę (część Chorwacji), część Styrii i Karyntii, Słowenię, Chorwację, Dalmację, Bośnię i Hercegowinę i Wojwodinę. Od samego początku istnienia Królestwa SHS sytuacja w państwie byłą napięta. Obok zróżnicowania narodowościowego, religijnego i kulturalnego ważną rolę odgrywały konflikty pomiędzy działaczami politycznymi, reprezentującymi bardziej swoje regiony niż całe państwo.

Polityczne losy Królestwa SHS naznaczyła walka pomiędzy dwoma koncepcjami: federalizmem państwowym i pluralizmem narodowym, a centralizmem państwowym i unitaryzmem narodowym. Scenę polityczną cechowało rozbicie na obozy narodowe. Do największych ugrupowań serbskich należała Partia Radykalna oraz Partia Demokratyczna. Najbardziej znaczącą opozycję stanowiła Chorwacka Partia Chłopska. Między federalistami a centrystami lawirowała Słoweńska Patria Ludowa oraz Jugosłowiańska Organizacja Muzułmanów z Bośni. W Macedonii postulaty niepodległościowe wysuwała Wewnętrzna Macedońska Organizacja Rewolucyjna. Zyskująca na popularności Komunistyczna Partia Jugosławii została zdelegalizowana w 1921 roku w związku z działalnością wywrotową. Politycznie i społecznie marginalizowani byli Czarnogórcy i Macedończycy uważani za Serbów.

28 marca 1921 roku uchwalono konstytucję Królestwa SHS. Na 419 głosujących 223 deputowanych opowiedziało się za konstytucją. Ustawa zatwierdziła oficjalną nazwę państwa, podkreślając przy tym, że państwo to jest monarchią konstytucyjną, parlamentarną i dziedziczną. Konstytucja głosiła, że „w całym królestwie istnieje tylko jedna narodowość”.

W ciągu 10 lat władza w państwie zmieniała się 24 razy. Permanentny kryzys polityczny osiągnął apogeum 20 czerwca 1928 roku, kiedy to jeden z posłów serbskiej Partii Radykalnej zastrzelił w parlamencie przywódcę federalistów i chorwackiej opozycji – Stjepna Radicia. Wydarzenia te doprowadziły do ostatecznego załamania systemu parlamentarnego. 6 stycznia 1929 roku król Aleksander wprowadził dyktaturę, znosząc konstytucję, wprowadzając cenzurę oraz rozwiązując wszystkie partie. Pod wpływem terroru i aresztowań życie polityczne w kraju zamarło. 3 października 1929 roku Królestwo SHS zostało przemianowane na Królestwo Jugosławii.

We wrześniu 1931 roku uchwalono nową konstytucję, na mocy której ograniczono rolę parlamentu na rzecz króla. 9 października 1934 roku w Marsylii został zamordowany król Aleksander I. Sprawcą był macedoński terrorysta. Władze po nim przejął Paweł Karadziordziewić, w imieniu nieletniego Pawła II Karadziordziewicia. W 1934 roku Królestwo Jugosławii przystąpiło do Ententy Bałkańskiej złożonej, oprócz niej, z Rumunii, Grecji i Turcji. W marcu 1941 roku Królestwo przystąpiło do paktu trzech (Niemcy, Włochy, Japonia). W wyniku protestów społecznych przeciwko przystąpieniu do tego porozumienia, przy niemałym udziale komunistów, obalono dotychczasowy rząd. Nowy rząd zerwał sojusz z Niemcami i zawarł układ o przyjaźni i nieagresji z ZSRR. Układ ze Związkiem Radzieckim został odebrany w III Rzeszy jako akt wrogi i stał się bezpośrednią przyczyną wkroczenia do Jugosławii.

6 kwietnia 1941 roku III Rzesza, Włochy, Węgry i Bułgaria zaatakowały Jugosławię. W wyniku wyraźnej przewagi po stronie agresorów i działalności ustaszy (Chorwacki Ruch Rewolucyjny) na rzecz okupanta, 13 kwietnia wojska niemieckie zajęły Belgrad. 17 kwietnia przedstawiciele naczelnego jugosłowiańskiego dowództwa podpisali akt bezwarunkowej kapitulacji. Król Piotr II i przedstawiciele władz państwowych udali się na emigrację do Wielkiej Brytanii. Powstało też Niezależne Państwo Chorwackie.

Po wojnie

Po wojnie powstaje Socjalistyczna Federacyjna Republika Jugosławii, w której rządzą komuniści i, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, wszelkie konflikty ustają. Przez 40 lat Jugosławia staje się oazą spokoju. Kocioł wygaszono. Jak więc widać, jak komuś pasuje, by było spokojnie, to jest spokojnie, a jak nie pasuje, to nie jest spokojnie.

Socjalistyczna Federacyjna Republika Jugosławii w 1945 roku; źródło: Wikipedia.

Różne rzeczy można robić, nawet zapisać w konstytucji, że w całym królestwie istnieje tylko jedna narodowość albo ogłosić w deklaracji, że istnieje tylko jeden trójimienny serbsko-chorwacko-słoweński naród. Kto wie? Może jeszcze doczekamy się deklaracji, że istnieje jeden ukraińsko-polski naród? Wszystko już było i wszystko może wrócić.

W czasie pierwszej wojny światowej Alianci popierali powstanie Jugosławii pod zarządem Serbii, a ci sami Alianci pod flagą NATO bombardowali w 1999 roku Serbię „w obronie muzułmanów”. Z kolei Niemcy i Austro-Węgry, by ograniczyć rozwój Serbii, ustanowiły w 1913 roku niezawisłą Albanię – państwo, którego flaga narodowa ma barwy charakterystyczne dla ruchów anarchistycznych: czerwony i czarny.

Historia Bałkanów pokazuje, jak potężne siły miały wpływ na to, co tam się działo i dzieje, zresztą nie tylko tam. Jak chciały, to tworzyły różne komitety czy kluby, a później niezliczoną ilość partii, by paraliżować pracę parlamentu. Podobnie było w Polsce do zamachu majowego. Dużo jest tych podobieństw, co skłania do wniosku, że wszędzie są to te same tajemne siły.

Raport AI

No i stało się! Ktoś wreszcie powiedział prawdę o praktykach Ukraińców podczas tej wojny. Amnesty International ogłosiła raport, w którym oskarża wojska ukraińskie o wykorzystywanie ludności cywilnej do tworzenia tzw. żywych tarcz. Na portalu ZeroHedge pojawił się 5 sierpnia artykuł Anger From Ukraine’s Backers After Damning Amnesty Report Spotlights ‘Human Shields’ – Rozdrażnienie w proukraińskich środowiskach po tym jak AI potępiła praktyki wykorzystywania ludzi jako żywe tarcze.(https://www.zerohedge.com/geopolitical/anger-ukraines-backers-after-damning-amnesty-report-spotlights-human-shields). Poniżej jego treść:

»Amnesty International, w nowym raporcie opublikowanym w czwartek, skrytykowała Ukrainę za nieprzestrzeganie praw człowieka. To natychmiast wywołało burzę krytyki, ponieważ zarówno zachodni eksperci, jak i sami kijowscy urzędnicy potępili odkrycia jako „niesprawiedliwe”.

Raport Amnesty mówi, że śledczy „znaleźli dowody na to, że siły ukraińskie rozpoczynają ataki na zaludnionych obszarach miejskich, a także bronią się w budynkach cywilnych. Raport dotyczy okresu od kwietnia do lipca i obejmuje 19 miast i wsi” w trzech rozdartych wojną regionach kraju.

Raport podkreślił, że szkoły i szpitale, a także prywatne domy zostały uszkodzone, sugerując taktykę typu „ludzkich tarcz” stosowaną przez ukraińskie wojsko.

„Takie praktyki naruszają międzynarodowe prawo humanitarne i zagrażają cywilom, ponieważ zamieniają obiekty cywilne w cele wojskowe. Kolejne rosyjskie ataki na zaludnionych obszarach zabiły cywilów i zniszczyły infrastrukturę cywilną” – kontynuowała Amnesty, mówiąc, że takie zachowanie spowodowało rosyjskie ataki na tę cywilną infrastrukturę.

Raport wyszczególnił dalej, że w 22 z 29 szkół wizytowanych przez zespół Amnesty między kwietniem a lipcem śledczy znaleźli dowody wcześniejszej działalności wojskowej. Dodatkowo udokumentowano pięć przypadków wykorzystania szpitali przez wojska ukraińskie jako baz. Raport posunął się nawet do podkreślenia, że Amnesty „nie doszukała się” przypadków, w których wojska ukraińskie najpierw próbowały ewakuować ludność cywilną z tych miejsc.

Pomimo nacisków, by powstrzymać się od śledztwa po stronie ukraińskiej i nie krytykować jej za łamanie praw człowieka, Sekretarz Generalna Amnesty International Agnès Callamard powiedziała, publikując raport:

Trwanie w pozycji obronnej nie zwalnia ukraińskiego wojska od przestrzegania międzynarodowego prawa humanitarnego”.

Naturalnie, że tak szanowana czołowa organizacja praw człowieka z siedzibą na Zachodzie potępiła te praktyki ukraińskiej armii, spowodowało reakcję ze strony przywódców Kijowa, a także niektórych zachodnich ekspertów, którzy zagalopowali się w swoich ocenach, twierdząc, że takie postępowanie wzmacnia tylko rosyjską propagandę.

Minister spraw zagranicznych Ukrainy Dmitrij Kuleba szybko skrytykował raport Amnesty, mówiąc: „Rozumiem, że Amnesty odpowie na krytykę, mówiąc, że krytykują obie strony konfliktu. Ale takie zachowanie ze strony Amnesty nie polega na szukaniu prawdy i przedstawianiu jej światu, ale na tworzeniu fałszywej równowagi między przestępcą a jego ofiarą”.

Inni komentatorzy stwierdzili, że jest to równoznaczne z „obwinianiem ofiar”…

Tymczasem Kreml oświadczył, że raport potwierdza to, co Rosja mówi od dawna. Rzeczniczka Maria Zacharowa powiedziała: „Ciągle o tym rozmawiamy, nazywając działania ukraińskich sił zbrojnych taktyką wykorzystywania cywilów jako »ludzkich tarcz«”.«

Informacja o raporcie pojawiła się oczywiście we wszystkich mediach światowych, również i w polskich, tyle że w polskich nadal obowiązuje narracja: dobrzy Ukraińcy, źli Rosjanie. AI to nie jest jakaś taka sobie organizacja, tym bardziej nie jest to niezależna organizacja. Skoro więc publikuje taki raport, to znaczy, że wielcy tego świata postanowili, że oblicze tej wojny trzeba przedstawiać w sposób bardziej zrównoważony, co Ukrainie i Ukraińcom nie wróży dobrze i może się jeszcze za jakiś czas okazać, że to oni będą wszystkiemu winni i… Polacy, którzy im najwięcej pomagają, a o Stanach Zjednoczonych i Anglii nikt oczywiście nie odważy się wspomnieć.

Parę dni temu wiele serwisów informacyjnych podało informację o tym, że prezydent Łukaszenka uprości procedurę nadawania obywatelstwa mieszkańcom krajów z unii europejskiej. „Wprost” pisze: Aleksandr Łukaszenka ma propozycję dla Polaków. „Drzwi są otwarte” (https://www.wprost.pl/swiat/10806100/aleksandr-lukaszenka-ma-propozycje-dla-polakow-drzwi-sa-otwarte.html). Poniżej fragmenty:

»Białoruś uprości procedurę nadawania obywatelstwa mieszkańcom krajów z Unii Europejskiej – podała agencja BelTA. – Najważniejsze, żeby nasi sąsiedzi zobaczyli, że obok nich mieszkają normalni ludzie. Ludzie tutaj wyglądają jak Polacy – przekonywał Aleksandr Łukaszenka

Alaksandr Łukaszenka odpowiedział na pytanie dziennikarzy dotyczące planów przyznawania w przyspieszonym trybie obywatelstwa mieszkańcom Litwy, Łotwy i Polski. – Białoruś nadaje obywatelstwo migrantom z Ukrainy i ten proces jest dość szybki i szybszy być nie może. W rzeczywistości w naszym kraju obywatelstwo może nadać prezydent. Kiedy dostaję aplikacje, nie odkładam jej na półkę. Tak samo będzie z Litwinami, Łotyszami i Polakami – zapewnił.

Specjaliści, którzy chcą tu mieszkać i pracować, mogą ubiegać się o obywatelstwo białoruskie. Chyba nigdzie indziej na świecie nie ma takiego mechanizmu. Jesteśmy gotowi i zrobimy wszystko, aby do naszej białoruskiej rodziny przyjąć naszych najprzyzwoitszych i życzliwych sąsiadów. I nie tylko sąsiadów. Kto chce tu pracować, żyć po białorusku, proszę bardzo, drzwi są otwarte – podkreślił Alaksandr Łukaszenka.

Najważniejsze, żeby nasi sąsiedzi zobaczyli, że obok nich mieszkają normalni ludzie. Ludzie tutaj wyglądają jak Polacy, nie są agresywni, są gotowi pomóc w potrzebie. Kiedy nasi sąsiedzi to zobaczą, nie będą przeciwko nam wojować. To ważne – podkreślił prezydent Republiki Białorusi.«

Dziwna to sytuacja. Z jednej strony mamy płot na polsko-białoruskiej granicy, a z drugiej strony ułatwienia dla Polaków w wyjazdach na Białoruś, a teraz jeszcze uproszczona procedura w nabywaniu białoruskiego obywatelstwa przez Polaków Łotyszy i Litwinów. Przeciętny obywatel Polski raczej z tego nie skorzysta, ale taki, który jest bogaty i ustosunkowany – może. Taki może tam pojechać, kupować nieruchomości, firmy, robić jakieś interesy i do tego obywatelstwo jest jak najbardziej potrzebne. Takim jest również potrzebne ich zrównanie w prawach z obywatelami Ukrainy. Widać więc wyraźnie, że odtwarzanie I RP idzie pełną parą. W tym kontekście zrozumiałe jest masowe, od jakiegoś czasu, nadawanie polskiego obywatelstwa Żydom z Izraela. A gdy doda się do tego fakt, że wielu tzw. „polskich patriotów” występuje na różnych kanałach internetowych na tle mapy I RP, to mam coraz mniej wątpliwości, w którym to kierunku zmierza. Jakoś łatwo ci „polscy patrioci” pozbywają się tzw. Ziem Odzyskanych. Ale to świadczy o tym, że korzenie tych „polskich patriotów” są na wschodzie i nie są oni żadnymi Polakami, bo Polakom ziemie centralne i zachodnie obecnej Polski powinny być bliższe niż Kresy. Historia pokazała, że pchanie się na wschód było dla Polaków zabójcze. Ale jak widać wyrok na nich i na ziemie zachodnie już został podpisany. Ten „Drang nach Osten” trwa od kiedy reformacja praktycznie zlikwidowała Zakon Krzyżacki i jego rolę, rolę nawracania na katolicyzm, czyli skłócania katolików z prawosławnymi, przypisano nowemu tworowi zwanemu I RP. A czyj to był pomysł? Tego chyba już nie muszę dodawać. O to dokładnie chodziło, a nie o żadną Polskę od morza do morza. I oni dziś, nazywając się „polskimi patriotami”, dążą do odtworzenia tego tworu.

Straszą nas też różne media zaostrzającym się konfliktem chińsko-tajwańskim, podsycanym przez Stany Zjednoczone. A to wszystko jest takie sztuczne. W blogu „Chiny” pisałem:

»Z powodu konfliktu w Kantonie z krajami zachodnimi na początku lat 20-tych XX wieku, nastąpiło zbliżenie ideologiczne i polityczne Chin i Związku Radzieckiego. Państwa kolonialne określiły działania rządu chińskiego jako „czerwoną rewolucję”.

Wielu działaczy powiązanych z Kuomintangiem zostało przeszkolonych na moskiewskim Uniwersytecie im. Sun Jat-sena. Ze względu na powiązania z rządem radzieckim, na Zachodzie Czang Kaj-szek określany był na ogół jako „czerwony”. W czasie radzieckich pochodów pierwszomajowych portrety Czanga „maszerowały” razem z portretami Marksa, Lenina i Stalina, a Czang był często postacią kronik filmowych. Doradcy radzieccy wspomagali budowę republikańskiej armii chińskiej, a wojsko chińskie było dozbrajane dzięki pomocy finansowej Sowietów. Nawet gdy Kuomintang zerwał z ZSRR w 1926 roku i rozpoczął zbrojne walki z komunistami, to kontynuował politykę antykapitalistyczną oraz promowanie myśli rewolucyjnej. Wbrew późniejszym opiniom komunistów, dotyczących prokapitalistycznych poglądów Czanga, Czang Kaj-szek potępiał kapitalizm i rządy kapitalistów, nawet w okresie zbrojnych walk z Komunistyczną Partią Chin.

Po kapitulacji Japonii 2 września 1945 roku doszło wskutek mediacji amerykańskiego generała George’a Marshalla do porozumienia KPCh z Kuomintangiem w sprawie utworzenia rządu koalicyjnego w październiku 1945 roku. Jednak Czang Kaj-szek podjął działania zbrojne przeciwko siłom komunistycznym, co zapoczątkowało III rewolucyjną wojnę domową (1946-1949). Początkowo wojska Kuomintangu odnosiły sukcesy, ale w lipcu 1947 komuniści przeszli do zwycięskiej ofensywy. W zajętym Pekinie Mao Zedong proklamował 1 października 1949 roku utworzenie Chińskiej Republiki Ludowej. Do końca 1949 roku Chiny zostały opanowane przez siły komunistyczne. Czang Kaj-szek i rząd Kuomintangu znaleźli schronienie na wyspie Formozie (Tajwan) i tam przetrwała Republika Chińska.

Podczas II wojny światowej Stany Zjednoczone pomogły chińskim komunistom w zdobyciu władzy. Autorytet w sprawach związanych z Chinami Chin-tung Liang napisał w swojej książce na temat generała Josepha W. Stilwella, w latach 1942-1944 będącego głównym przedstawicielem Stanów Zjednoczonych w Chinach, że: „Z punktu widzenia walki z komunizmem [Stilwell] bardzo źle przysłużył się Chinom”.

Stilwell był jednak jedynie wykonawcą rozkazów wydawanych w Waszyngtonie przez generała George’a C. Marshalla. Admirał Cooke oświadczył Kongresowi: „w 1946 roku generał Marshall użył taktyki przerwy w dostawie amunicji, by w niezauważalny sposób rozbroić chińskie oddziały”.

W przypadku generała Marshalla należy jednak pamiętać, że w Stanach Zjednoczonych to władze cywilne mają ostatnie słowo w sprawach związanych z wojskowością, co prowadzi do nas do ówczesnego sekretarza wojny Henry’ego L. Stimsona – zwierzchnika Marshalla i członka Zakonu (od 1888 roku). Zadziwiającym zbiegiem okoliczności Stimson sprawował funkcję sekretarza wojny także w roku 1911, czyli w czasie rewolucji Sun Jat-sena.«

A więc cyrk w stosunkach chińsko-tajwańskich, z wcześniejszym udziałem Związku Radzieckiego i Stanów Zjednoczonych, a obecnie – Rosji i Stanów Zjednoczonych, trwa w najlepsze. W sumie można to podsumować jednym zdaniem, wypowiedzianym przez Dostojewskiego w 1880 roku: Wszystkie mocarstwa polityczne to złudzenie – jedynie Żydzi i ich banki są panami Europy i świata, rządzą nauką, kulturą, cywilizacją, socjalizmem, wszystkim.

Kosowo

Ostatnio znowu zrobiło się głośno o Kosowie w związku z próbą narzucenia kosowskim Serbom obowiązku umieszczania na swoich samochodach kosowskich tablic rejestracyjnych zamiast serbskich. Mocno to wzburzyło Serbów i doszło do wielu incydentów, co według wielu komentatorów może być zarzewiem nowego konfliktu. Póki co wycofano się z tego zamiaru i podjęcie decyzji ma nastąpić dopiero za miesiąc.

To już 23 lata (marzec 1999) od czasu, gdy NATO zaatakowało Serbię i pewnie mało kto pamięta ten konflikt. Gdyby jednak ktoś chciał wrócić do tamtych czasów i przypomnieć sobie, jak to było, to ze zdumieniem stwierdziłby, że przypomina on do złudzenia ten na Ukrainie. W obu przypadkach mamy do czynienia z secesją, czyli odłączeniem się części terytorium od państwa. W jednym przypadku, czyli w przypadku odłączenia Kosowa od Serbii, uznano to za słuszne. W drugim, czyli w przypadku odłączenia republik donieckiej i ługańskiej od Ukrainy, uznano to za niesłuszne. Żeby było śmieszniej, to jeszcze do niedawna kilkudziesięciu ukraińskich żołnierzy było obecnych w Kosowie w ramach sił NATO i strzegli tam porządku, z którym ich koledzy na Ukrainie walczą. Ktoś jednak zrozumiał absurd tej sytuacji i wycofał ukraińskich żołnierzy z Kosowa. W tamtym czasie wszystko, co złe, to Serbowie, obecnie – Rosjanie. I dzisiaj komentujący obecną sytuację w Kosowie negatywnie oceniają Serbów, bo to sojusznik Rosji. Totalna paranoja. Ale cóż, w takich czasach przyszło nam żyć i nic na to nie poradzimy.

Kiedyś pisałem o tym, że książki mają tę przewagę nad internetem, że raz napisane nie zmieniają się, nie można ich skasować jednym kliknięciem myszki. Owszem, można je spalić, ale spalić wszystkie jest trudno ze względu na rozproszenie właścicieli. A jeśli jeszcze dodamy do tego fakt, że książki często zmieniają właścicieli i często pożyczane nie są oddawane, to spalenie wszystkich książek nie jest możliwe.

W roku 2000 pojawiła się książka Stulecie kłamców Waldemara Łysiaka. Jedną z jej części „aNATOmia kłamstwa” poświęcił autor wojnie w Jugosławii, a konkretnie konfliktowi o Kosowo. Czytając dziś te fragmenty ma się wrażenie „powtórki z rozrywki”. Tak wiele analogii i podobieństw do wojny na Ukrainie, że nie sposób odnieść wrażenia, że to te same tajemne siły, które mieszały w bałkańskim kotle, mieszają teraz w ukraińskim kotle. Poniżej fragmenty z tej części:

Socjalistyczna Federacyjna Republika Jugosławii w 1945 roku; źródło: Wikipedia.

»O „Albańskim Kosowie”

Państwo serbskie powstało w IX wieku, a więc słowiańska Serbia jest rówieśniczką słowiańskiej Polski – ma około 1000 lat. Na terenie Kosowa Słowianie osiedlali się już VII wieku, stąd – mimo dzisiejszej muzułmanizacji tego regionu – 98% nazw geograficznych Kosowa ma źródłosłów słowiański. Kosowo w XII wieku stało się integralną częścią, a dwa wieki później centralną częścią państwa serbskiego, pełną miast, wsi, zamków tudzież chrześcijańskich monastyrów i kościołów. Od tamtej pory Serbowie nigdy nie przestali mówić, że ziemia kosowska jest „kolebką narodu serbskiego”. Jej utrata staje się dla nich tym samym, czym dla Polaków byłaby utrata ziemi krakowskiej lub gnieźnieńskiej.

Jest Kosowo dla Serbów również ziemią świętą – głównie terenem narodowej i religijnej martyrologii. Tam Serbowie próbowali zatrzymać muzułmański „potop”. 28 czerwca 1389 roku 40 tysięcy serbskich witezi przyjęło przedśmiertną komunię świętą wokół kościoła Samodrerza i stanęło na Kosowym Polu przeciwko 120 tysiącom Turków. Nie mieli żadnych szans i nie mieli złudzeń – wiedzieli, że zginą. Lecz mieli świadomość konieczności swej ofiary dla obrony krzyża i państwa. Zginęli co do jednego, a Kosowe Pole zostało ich ciałami uświęcone jako serbskie Termopile. W kwietniu roku 1982 serbski kler ogłosił (tekstem o serbskich sanktuariach), że „dla narodu serbskiego nie ma droższego słowa niż Kosowo, ani cenniejszej rzeczywistości niż Kosowo, ani wspanialszego sanktuarium niż Kosowo święte”.

Napływ muzułmańskich Albańczyków do Kosowa zaczął się po klęsce antytureckiego buntu Serbów (1689) i wzmógł w stuleciu XIX, bo wtedy Serbia toczyła szczególnie ciężkie walki o wyzwolenie, więc Turcy chcieli tu mieć sprzymierzeńców. Zgodnie z planem Stambułu – imigranci (kosowscy Albańczycy) chętnie brali udział w zwalczaniu narodowo-wyzwoleńczej walki Serbów; chętnie i okrutnie – już wtedy okrucieństwo Albańczyków było ich cechą przysłowiową.

Serbia odzyskała niepodległość w roku 1878, lecz bez Kosowa, dlatego przez następne dekady Turcy dalej masowo zaludniali Albańczykami „kolebkę serbskiego narodu”. Gdy armia serbska wyzwoliła wreszcie Kosowo (1912) i gdy wróciło ono do serbskiej macierzy (1913) – nie stało się areną zemsty zwycięzców; muzułmanom dano pełną swobodę religii i kultury. Odwdzięczyli się po swojemu trzy dekady później, kiedy Kosowo zostało zajęte przez wojska Hitlera i Mussoliniego. Nigdzie w Europie naziści i faszyści nie znaleźli równie chętnych sprzymierzeńców, co wśród bałkańskich muzułmanów (Albańczyków i Bośniaków). Notabene Europejczycy nie pamietają już o tym, że Hitler był idolem całego świata muzułmańskiego właśnie za to, że masakrował chrześcijańsko-żydowską Europę (a Polacy nie pamiętają o tym, że wrześniowa klęska i kapitulacja państwa polskiego była w stolicach muzułmańskich fetowana jak święto narodowe – wybuchem entuzjazmu!).

Włączone przez hitlerowców i faszystów do „Wielkiej Albanii” – Kosowo stało się muzułmańską rzeźnią eksterminującą Serbów. Komanda albańskich oprawców zwanych „ballistami” (oddziały Balli Combetar), jak również muzułmańskie dywizje Waffen SS (bośniackie Hanczar i Kama, albańska Skanderbeg) wymordowały kilkanaście tysięcy Serbów (nigdy nie policzono dokładnie ofiar), a ponad 100 tysięcy Serbów zdołało uciec z Kosowa. Na ich miejsce Hitler i Mussolini sprowadzili tyle samo (ponad 100 tysięcy) Albańczyków z Albanii, co stało się fundamentem późniejszej (powojennej) silnej przewagi etnicznej Albańczyków w Kosowie.

Bohatersko walczący z Hitlerem Serbowie zbudowali po wojnie nową Jugosławię, znowu nie mszcząc się na Albańczykach, tylko dając Kosowu – mocą konstytucji – bardzo szeroką autonomię, obejmującą m.in. sądownictwo i struktury władzy wykonawczej. Przedstawiciele Kosowa zasiadali we władzach Federacji i mogli podejmować samodzielne decyzje bez zgody rządu Republiki Serbii. Muzułmanie zaś mogli nie tylko bez przeszkód krzewić swoją kulturę i wyznawać swój kult, ale i regularnie zwiększać na swoją korzyść dysproporcję liczbową między nimi a kosowskimi Serbami. Zwiększali dubeltowo – metodą szybszej rozrodczości i metodą stałego nacisku na swych serbskich sąsiadów. Tylko w latach 1968-1988, przy cichym wsparciu lokalnych albańskich urzędników, zmuszono do opuszczenia Kosowa aż 220 tysięcy Serbów, dzięki czemu liczba muzułmanów wzrosła aż do 74% wszystkich mieszkańców Kosowa (jak podaje „Mała Encyklopedia PWN” 1995). Kolejne fale emigracji Serbów zostaną spowodowane zbrojnym terrorem albańskim, co da muzułmanom przewagę 80:20 (80%, choć propaganda NATO mówiła aż o 90%). „New York Times”, potępiający Serbów i piętnujący rzekome czystki etniczne Miloševicia, zapomniał już, że 18 lat temu (1982) piętnował kosowskich Albańczyków, którzy „wypędzają Serbów z ich domów”.

Serbski socjolog, A. Djilas, zadał na łamach „Die Zeit” pytanie: „Dlaczego Albańczycy nie chcieli korzystać z demokratycznych praw, jakie oferowała im autonomia? Mogli z niej korzystać pełnymi garściami. Dlaczego im to nie odpowiadało?”. Autonomia, chociaż tak szczodra, że trudno znaleźć gdzie indziej podobną – nie odpowiadała kosowskim muzułmanom, bo rozzuchwalił ich właśnie jej zakres. Zgodnie z „regułą Tocqueville’a” – bunty wybuchają nie tam, gdzie panuje terror, lecz tam, gdzie panuje liberalizm, a zwiększenie obszaru wolności zwiększa potencjalną groźbę buntu. Duża autonomia dla będącej w Kosowie większością populacji albańskiej pchnęła tę „mniejszość etniczną” ku idei oderwania Kosowa – zabrania Kosowa Serbom i przyłączenia go do Albanii. Na to Serbowie nie chcieli się godzić, tak jak Polacy przez dziesiątki lat nie zgadzali się oddać Niemcom ziemi wielkopolskiej.

O przyczynach konfliktu

Dla tragedii Kosowa kluczowym (źródłowym) kłamstwem była rozpowszechniana przez NATO niby dogmat fałszywa wersja przyczyn konfliktu. Brali w tym udział zachodni politycy najwyższego szczebla, choćby premier Wielkiej Brytanii, rasowy lewak T. Blair, dla którego zawsze było jasne, że dobrzy są kosowscy muzułmanie, a źli są Serbowie. Kilka miesięcy po wojnie (październik 1999) J. Laughland wyartykułuje cierpko na łamach „Spectatora”: „Prymitywny manicheizm stosowany przez Blaira w czasie tej wojny odbiegał bardzo daleko od rzeczywistego stanu”.

NATO-wska wersja przyczyn, dla których pakt „musiał” wszcząć wojnę, brzmiała tak: w 1990 roku źli Serbowie ni stąd ni zowąd skasowali autonomię Kosowa i zaczęli okrutnie prześladować kosowskich Albańczyków, co pchnęło tych biednych muzułmanów do walki o życie i godność, a wówczas gang Miloševicia wszczął ludobójcze „czystki etniczne”, więc NATO musiało spuścić ze smyczy miotających bomby i rakiety lotników. Kropka. Tymczasem prawda jest zupełnie inna: wojnę – mile widzianą przez państwa pragnące „spożyć” swoje stare zapasy broni i amunicji, testować swoje nowe maszynki militarne i pichcić swoje nowe polityczne zupki w „bałkańskim kotle” (głównie USA i Niemcy) – zdetonowali albańscy dywersanci i kosowscy muzułmańscy secesjoniści, lekceważąc autonomię i wprowadzając krwawy antyserbski terror obliczony właśnie na wywołanie międzynarodowego konfliktu. Jego długofalowym celem była od samego początku secesja Kosowa i przyłączenie go do Albanii.

Pierwsze symptomy można było obserwować w 1981 roku. Kosowscy Albańczycy demonstrowali wówczas, żądając, by status okręgu autonomicznego zamieniono na status republiki. Kilka lat później status federacyjnej republiki przestał być ich marzeniem – coraz głośniej zaczęli się domagać niepodległości („wyzwolenia od Serbów”). W 1989 jeden z radykalnych muzułmańskich przywódców, zwany „albańskim Mandelą” A. Demaci, ogłosił, że Albańczycy utworzą powstańcze wojsko, które zabierze Serbom Kosowo, odrywając prowincję od Federacji Jugosłowiańskiej. Tego było już Belgradowi za wiele. 5 lipca 1990 parlament Serbii nie tyle likwiduje, ile ogranicza autonomię Kosowa i rozwiązuje kosowską izbę reprezentantów, jednak zostawia Albańczykom dużo swobód. Lecz Albańczycy nie chcą już swobód, chcą tylko jednej swobody – swobody oderwania od Kosowa.

Rezygnacja muzułmanów z ich wcześniejszych praw autonomicznych, a później oficjalna dewaluacja autonomii przez Serbię, spowodowały najpierw „wojnę wyborczą”, a dopiero potem ogniową. Konstytucja jugosłowiańska gwarantowała muzułmanom z autonomicznego Kosowa 30 miejsc (na 250) w parlamencie Serbii, 12 miejsc (na 178) w parlamencie Federacji, i 80% miejsc w lokalnym (kosowskim) zgromadzeniu. Osłabiwszy niekochaną autonomię muzułmanie zorganizowali sobie nielegalne własne wybory (1991), własny (nielegalny) parlament, a I. Rugovę wybrali na prezydenta niezależnego albańskiego państwa pt. Republika Kosowo. Równocześnie zaczął się totalny bojkot Belgradu – przestali płacić podatki, uznawać serbski za język urzędowy, zgłaszać się do wojska, chodzić do szkół. Zaczęli organizować własne szkolnictwo i myśleć o utworzeniu własnego wojska. „Serbia nie mogła tolerować takiego sabotażu” – pisze V. Stamenković. Żadne normalne państwo nie mogłoby tolerować takiego sabotażu uprawianego przez „narodową mniejszość”.

Wszechstronnemu sabotażowi towarzyszyły coraz bardziej intensywne i coraz bardziej zbrodnicze działania terrorystyczne. O ie w roku 1991 kosowscy terroryści muzułmańscy dokonali 11 bandyckich ataków na serbskie urzędy, na policję serbską i na serbskich mieszkańców Kosowa – o tyle w latach 1996 i 1997 odnotowano już powyżej 30 zamachów rocznie. Było to zresztą jedynie preludium. W roku 1998 Albańczycy kosowscy wzniecają wojnę totalną – ich Armia Wyzwolenia Kosowa (UÇK) dokonuje aż 1885 aktów terroru (ponad 5 zamachów dziennie)! Kosowo spływa serbską krwią, przelewaną czysto prowokacyjnie – chodzi o wzbudzenie serbskich represji i w efekcie kontrrepresji ze strony Zachodu. Nie będą tego negować nawet przychylni Albańczykom komentatorzy. Wróg Serbów, zwolennik akcji NATO, F. Schlosser, przyznał na łamach „Le Nouvel Observateur”: „Zbrojne grupy, które zachód jeszcze pół roku temu zwał «terrorystycznymi», zaczęły dokonywać śmiertelnych zamachów na serbskich policjantów i urzędników, prowokując przez cały 1998 rok represje”.

Muzułmański bandytyzm wymierzony przeciw serbskim oficjałom, lecz najwięcej strachu wzbudzający wśród kosowskich cywilnych Serbów (serbscy mieszkańcy Kosowa znowu zaczęli exodus do Republiki Serbskiej) – jakoś niezbyt interesował zachodnią opinię publiczną. Może dlatego, iż zachodnie media nie poświęcały mu większej uwagi. Natomiast serbskie akcje odwetowe wzbudziły furię Zachodu. Może dlatego, iż zachodnie media potrafiły wybornie tę pacyfikację demonizować. Niewiele liczących się zachodnich głów umiało ocenić sytuacje tak trzeźwo, jak to zrobił francuski generał P. Font: „Ograniczenie autonomii Kosowa i represje wobec separatystów były desperackim odruchem, mającym powstrzymać dalszą dezintegrację tego, co zostało z Jugosławii”.

„Desperacki odruch” Serbów pragnących chronić „kolebkę serbskiego narodu” przed secesją – został ukarany gradem NATO-wskich bomb. Robert, student Wydziału Nauk Politycznych Uniwersytetu Warszawskiego, zadał na łamach studenckiego pisma „Redakcja – Tygodnik Myśli” bardzo celne pytanie: „Dlaczego każde państwo członkowskie NATO może bronić swojego kraju przed żądaniami separatystycznymi, a Serbom się tego odmawia?”. I dodał: „Państwa uczestniczące w agresji na Jugosławię stały się sojusznikami albańskich terrorystów-separatystów”.

O prawomocności agresji

Supermocarstwa czasami potrzebują alibi. Dla stworzenia pozorów legalności swego postępowania NATO zawezwało Serbię i albańskich separatystów do stołu „rokowań pokojowych” w Rambouillet (styczeń 1999), gdzie Serbom przedstawiono warunki z góry obliczone na sprzeciw. Traktat, jaki kazano im podpisać, nie tylko groził secesją Kosowa już za trzy lata (mocą kosowskiego referendum), lecz i… obsadzeniem całej Jugosławii wojskami NATO. Była to tak piramidalna hucpa, że wzbudziła później ostrą krytykę znanych dyplomatów i komentatorów politycznych całego globu, również w krajach NATO-wskich. H. Kissinger dla „Newsweeka”: „Dyplomatyczne rozwiązania proponowane przez kraje demokracji winny mieć ręce i nogi. Rambouillet nie spełniało tego wymogu”. M. Dobbs dla „The Washington Post”: „Rambouillet planowało co najmniej trzyletnią okupację NATO-wską całej Jugosławii!”. Notabene – „bandyckie paragrafy Rambouillet” ujawniła dopiero 18 kwietnia włoska deputowana Parlamentu Europejskiego, L. Castellina (wcześniej były one skrywane przed zachodnioeuropejską i amerykańską opinią publiczną!). Serbowie nie mogli – rzecz prosta – przyjąć takiego dyktatu i (zgodnie z premedytacją „dyktatorów”) traktatu nie sygnowali. Plan się powiódł – NATO miało wolne ręce do „słusznej interwencji”. I bomby oraz rakiety runęły na całą Jugosławię.

Niewiele brakowało, by „sztuczka z Rambouillet” przestała być dobrym alibi, gdyż mimo nacisków Albańczycy… też nie chcieli podpisać NATO-wskiego dokumentu! Zrobili to dopiero 18 marca w Paryżu. „Madeleine Albright dosłownie uklękła przed przywódcami UÇK, to był poniżający widok – wspomina jeden z obecnych. – Paliła się do bombardowań, a bez podpisu Albańczyków nie było to możliwe, bo nie dawało ustawić bariery między ‘miłymi’ Albańczykami i ‘piekielnymi’ Serbami”. („Der Spiegel”).

Bezprawna (bez zgody Rady Bezpieczeństwa ONZ) agresja NATO przeciwko Jugosławii była zarazem agresją przeciwko wszelkim konwencjom międzynarodowym (choćby przeciwko artykułowi 52 Konwencji Wiedeńskiej), co musiało spowodować gniew światowych autorytetów i komentatorów. Były premier Australii, M. Fraser (dla „IHT”): „NATO wszczęło tę wojnę nie tylko bez zgody ONZ-u, ale gwałcąc i swoje własne przepisy – Kartę NATO! Według standardów międzynarodowych jest to działanie całkowicie nielegalne. Czy łamanie prawa ma się zwać praworządnością, gdy robi to silniejszy?”. Dzięki szpaltom hiszpańskiego „El Pais” zabrało głos wielu ekspertów, m.in. światowej renomy prawnik R. Falk („USA stały się torturującym oprawcą – grają rolę bezmyślnego zbira”), znany eseista E. Said („Clinton, nawet według praw amerykańskich, pogwałcił konstytucję rozpoczynając wojnę bez zgody Kongresu”) czy I. Sotelo („Jugosławia ma całkowitą rację. Za tym rugowaniem prawa przez rzekomą sprawiedliwość kryją się ciemne interesy agresorów”).

Ciemne interesy agresorów” znalazły wszakże znaczących adwokatów. Głośny polityk, Z. Brzeziński, szybko uznał, że „suwerenność państwowa nie może być najwyższym nakazem” wobec „prymatu praw ludzkich”. Dyrektor sztokholmskiego Międzynarodowego Instytutu Badania Problemów Pokoju, A. D. Rotfeld, stwierdził: „Integralność nie może już mieć najwyższego priorytetu (…) Zasada nieingerencji w sprawy wewnętrzne również wymaga korekty na rzecz praw człowieka”. Etc., etc. Jakby chcąc zaprzeczyć opinii pisma „The Nation”, że wojnie Paktu przeciw Jugosławii „brakuje nie tylko prawnego, ale i moralnego uzasadnienia” – wodzowie agresji (Clinton, Blair, Chirac, Schröder, Solana, Prodi e tutti quanti) bez ustanku machali imperatywem moralnym pt. prawa człowieka nade wszystko!

Bezprawność antyserbskiej wojny NATO to już tylko fakt historyczny. Czymś gorszym jest stworzenie bandyckiego precedensu w stosunkach międzynarodowych przez dowolne interpretowanie paragrafów konwencyjnych i kanonów etycznych, vulgo: przez zastosowanie tak modnego wśród lewaków relatywizmu moralnego do polityki międzynarodowej. Jeszcze raz cytuję dyrektora Rotfelda (tego od Badania Problemów Pokoju) udzielającego wywiadu „Niezawisimoj Gazietie”: „Realia życia międzynarodowego wymagają rozszerzonej interpretacji zasady samookreślenia…”. Bardzo dowcipne. „Realia życia międzynarodowego” mogą co raz to skłaniać silniejszych, aby – bez zgody ONZ-u – napadali słabszych wskutek własnej interpretacji pojęć takich jak „prawa człowieka”, „suwerenność” czy „integralność”. „Prawa człowieka” są tu najporęczniejsze. O plastyczności (rozciągliwości) tego terminu pisał już w roku 1790 wybitny konserwatywny filozof angielski, E. Burke. Któż może wiedzieć, kiedy kłopoty wewnętrzne jego kraju staną się przyczyną agresji z zewnątrz prowadzonej pod wzniosłym sztandarem „praw człowieka”?

O wiarygodności informacji

Główny rzecznik prasowy NATO, J. Shea, stał się gwiazdorem mediów, gdyż codziennie dawał dziennikarzom świeże informacje „z frontu”. Prawie wszystkie kłamliwe. Shea miałby dużo szans w konkursie na „barona Münchhausena” wieku XX. Były sekretarz obrony w konserwatywnym rządzie pani Thatcher, A. Clark, podczas tej wojny stwierdził nie bez racji, że propaganda militarna NATO oraz media wszystkich krajów NATO oszukują własne społeczeństwa prezentując wypaczony obraz konfliktu przeinaczając fakty, zafałszowując rzeczywistość bez żadnych skrupułów.

Profesor nowojorskiego Columbia University, E. Said, dla „El Pais”: „Chorobliwość sytuacji zwiększał fakt, że dziennikarze opowiedzieli się po stronie NATO, miast wypełniać swój święty obowiązek – bezstronnie informować. Stali się więc subiektywnymi kibicami nonsensów i okrucieństw tej wojny. W ciągu 79 dni wysłuchałem 30 konferencji prasowych NATO, podczas których dziennikarze zadali ledwie 5 czy 6 pytań kwestionujących głupoty, jakie opowiadali Shea, Robertson i najgorszy z nich wszystkich, Solana, eks-socjalista, który stał się marionetką NATO (…) Nikt nie rzucił pytania, czy Trybunał Międzynarodowy, zwący Miloševicia zbrodniarzem, zastosuje te same kryteria wobec Clintona, Blaira, Albright, Clarka i wszystkich pozostałych, u których zbrodniczy cel wziął górę nad wszelkimi zasadami przyzwoitości i prawami wojny (…) Co gorsza – media bardzo skąpo lub wcale nie informowały o niepopularności tej wojny w wielu krajach, m.in. w USA, Włoszech, Niemczech i Grecji”.

O „ludobójstwie dokonanym przez Serbów”

Wśród wszystkich kłamstw „urabiających opinię publiczną” świata – najpotworniejszym była (szerzona przez NATO, przez wielu zachodnich „mężów stanu” i przez media globu) teza o ludobójstwie: Serbowie stosują „czystki etniczne”, masowo mordując kosowskich Albańczyków. Z łamów i głośników płynęła nieustająca fala zapewnień o serbskich zbrodniach – o istnym holocauście muzułmanów kosowskich.

Już 25 kwietnia francuskie pismo „Marianne” poinformowało rodaków, że pewien francuski instytut wywołał wściekłość rządu socjalisty Jospina, ponieważ rezultaty badań tej placówki nie wtórowały „zamówieniu” na antyserbskość. „Od tendencyjnych informacji do tendencyjnych pytań sondażowych – wszystko służy bezdowodowemu demonizowaniu Serbów” – konkludowało „Marianne”. Ale gdy telewizja codziennie ukazywała domy „spalone przez Serbów”, płaczące matki i dzieci „wygnane przez Serbów”, tudzież wywiady z Albańczykami opowiadającymi o tych wszystkich „serbskich zbrodniach” – Francuz zaczynał w to wierzyć. Cytuję kawałek relacji A. Gwiazdy goszczącego wówczas w Paryżu (tygodnik studencki „Reakcja”): „Telewizja napycha się do przesytu widokiem uchodźców i niezidentyfikowanych obiektów leżących obficie polanych sosem pomidorowym. Racji strony serbskiej – po prostu się nie przedstawia”.

Kiedy już NATO opanowało Kosowo zaczęły się mnożyć „dowody serbskiego ludobójstwa” – odkopywane po całym Kosowie „groby zbiorowe”, na czele z dwoma rekordowymi: koło miejscowości Ljubenic i w szybach kopalni Trepča. Telewizje ukazywały jakieś indywidualne szczątki, podając równocześnie przypuszczalne bilanse ofiar takim tonem, jakby podawały sprawdzone liczby (Ljubenic – „350 ciał”, Trepča – „około 700 ciał”, itd.). Jednak – dziwna rzecz – nigdy później nie wracano z kamerami do owych „największych masowych grobów”, by ukazać stosy ekshumowanych trupów zamiast wcześniejszych pojedynczych „niezidentyfikowanych obiektów leżących”, mimo że Kosowo zostało zalane i przez rozliczne telewizje świata, i przez międzynarodowe komisje złożone z ekspertów medycyny sądowej pracujących dla Trybunału ds. Zbrodni w byłej Jugosławii.

Wszystkie „masowe groby Albańczyków” okazały się łgarstwem NATO-wskiej propagandy. W Ljubenic znaleziono kilka ciał, w Trepičy – żadnego! Jesienią 1999, gdy kończono przeczesywanie Kosowa, pracujący tam hiszpański ekspert policyjny, J. L. Palafox, resumował „urobek”: „Mieliśmy znaleźć dziesiątki tysięcy trupów. Łącznie znaleźliśmy 187 trupów różnych narodowości i wracamy do domu. Wszystko to jest, delikatnie mówiąc, niepoważne”. Rozeźleni dziennikarze rzucili się więc do wzmiankowanego Trybunału (notabene często krytykowanego za tendencyjną antyserbskość), by spytać o mistyfikacje ze „zbiorowymi grobami Albańczyków mordowanych przez Serbów”. Rzecznik głównego prokuratora Trybunału, P. Risley, musiał przyznać, wstydząc się: „Cóż… no… liczba mogił nie była taka duża… nie znaleziono zbyt wielu ciał…”. Teksaski Ośrodek Analityczny Stratfor ustalił, że na terenie Kosowa znaleziono po wojnie ledwie kilkaset trupów, a spora ich część to były serbskie ciała, ofiary zbrodni Albańczyków. Jeśli chodzi o tak mocno nagłaśniane wcześniej przez media „serbskie zbrodnie” i „masowe groby muzułmanów” – to 25 października „The Spectator” zbilansował definitywnie: „Eksperci różnych branż potwierdzili, że te dramatyczne informacje były czystą fantazją”.

O „partyzantce wyzwoleńczej”

W Kosowie były trzy strony konfliktu: Serbowie jako ci „z definicji” źli (eks-premier Australii, M. Fraser, dla „ITH”: „Podczas całej tej tragedii niesprawiedliwie demonizowano Serbów, zwalając na nich odpowiedzialność za całe bałkańskie zło”) oraz ci „z definicji” dobrzy: NATO (jako antyserbska żandarmeria międzynarodowa) i UÇK (jako „albańscy bojownicy o wolność” vel „kosowscy partyzanci muzułmańscy przeciwstawiający się antyalbańskim represjom Serbów”). Przyjrzyjmy się tym „bojownikom” bez serwowanych całemu światu kłamstw NATO.

UÇK jest dzieckiem albańskiej mafii narkotykowej, której matecznik to właśnie Kosowo, a ojcowie-założyciele to starszyzna klanu Jashari. W ostatniej dekadzie XX wieku mafia ta opanowała całą Europę (od Skandynawii po Włochy), stając się największym przestępczym klanem kontynentu – gangiem, przy którym włoska „ośmiornica” uległa degradacji do drugiej ligi (według Observatoire Geopolitique des Drogues – Albańczycy kontrolują 60% europejskiego rynku narkotykowego). Tej paneuropejskiej dominacji „kosowskich Albańczyków” „Der Spiegel” poświęcił ostatnio (1999) parukolumnowy tekst, uwypuklając ich wielobranżowość (od lokali rozrywkowych po prostytucję i narkotyki), ich zwyrodniałe okrucieństwo (ucinanie głów wrogom i nie swoim czyli – jak mówi albańska przyśpiewka – „nie ludziom”) oraz masowe eksploatowanie przez nich dzieci: „W Szwajcarii albańskie dzieci transportują narkotyki za pomocą szkolnych tornistrów (…) We Włoszech czy Grecji perwersyjny seks oferują małe albańskie dziewczynki, tak długo brutalnie gwałcone przez rodaków, aż posłusznie robią co im się każe”. „Der Spiegel” nie omieszkał też stwierdzić, że „albańska mafia narkotykowa finansuje UÇK”.

Zanim mafia Albańczyków stała się sponsorem muzułmańskich terrorystów-secesjonistów chcących wyrwać Serbom Kosowo – musiała utworzyć tę „partyzantkę”. Miało to miejsce w roku 1996 – ekstremiści kosowscy (głównie z klanu Krasniqi) powołali UÇK czyli Wojsko Wyzwolenia Kosowa vel Wyzwoleńczą Armię Kosowa. Radykalne „wyzwalanie” zaczęło się od eksterminacji gangsterskiego odłamu klanu Jashari przez policję serbską na początku 1998 roku (takie właśnie rozprawy z narkotykowymi gangsterami lewackie media globu i rzecznicy NATO przedstawiali później jako „serbskie represje” i „dręczenie Albańczyków”).

Od samego początku działalność UÇK zdominowały dwa bliźniacze rodzaje aktywności – terroryzm i narkobiznes. Terroryzm nie tylko wobec Serbów (mordowanie urzędników, policjantów, żołnierzy, lekarzy, nauczycieli itd. – co detonowało serbski odwet, zwany później „represjami” i „czystkami etnicznymi”), lecz i wobec współbraci nie chcących uprawiać bandytyzmu.

O szkoleniach terrorystycznych wewnątrz baz i poligonów sąsiedniej Albanii, i o dużym procentowo udziale w UÇK muzułmańskich kondotierów z Azji i Bliskiego Wschodu – również było cicho. Waszyngtonowi – zawsze tak ostro piętnującemu terroryzm libijski, syryjski czy palestyński – jakoś nie przeszkadzało, że „UÇK jest powiązane z głośnym międzynarodowym terrorystą muzułmańskim, Osamą bin Ladenem” (co ustalił wywiad izraelski, a rozkolportowała Associated Press), mimo że bin Laden zamordował już tylu Jankesów! Polityczny „klucz bałkański” jest ważniejszy i od terroryzmu, i od narkobiznesu.

O „zwycięstwie sprawiedliwości”

Gdy już bombowce NATO zniwelowały Serbię „równo z trawą” (od prawie wszystkich mostów do dużej liczby szpitali) – Serbia padła. Rzecznicy NATO, politycy i dziennikarze ogłosili triumf sprawiedliwości. Kosowo zobaczyło NATO-wskie „wojska pokojowe” (KFOR), wypędzeni przez bombardowania uchodźcy albańscy wrócili, a UÇK poczuła się w Kosowie władzą absolutną i zaczęła masowo rżnąc kosowskich Serbów, ci zaś panicznie emigrować. Przeciwdziałanie KFOR-u było śmiechu warte – UÇK bezkarnie mordowała serbskie niedobitki. Co widząc – proalbańskie media globu poczuły się „z ręką w nocniku”. Wtedy bowiem zrozumiały, kto tu naprawdę robi „czystki etniczne” – w Kosowie wielu Serbów wymordowano, a jeszcze większą liczbę wypędzono. I ruszyła lawina prasowych złorzeczeń:

Odkąd wojna się skończyła, UÇK i jej «zorganizowana przestępczość»zawładnęły Kosowem bez reszty. Datowany 11 sierpnia raport nowojorskiej organizacji Human Rights Watch mówi, iż od chwili wkroczenia do Kosowa wojsk NATO (połowa czerwca 1999) wypędzono stamtąd 164 tysiące Serbów (!) i zamordowano 800 Serbów. Później International Crisis Group oszacowała liczbę morderstw popełnianych przez Albańczyków na średnio 30 tygodniowo (…) Czy więc NATO, które wcześniej potępiało Serbię bez dowodów – mając teraz dowody potępi samo siebie? A jeśli tak – to kto miałby ukarać NATO za cały ten dramat?” („International Herald Tribune”).

Wyzwolone” Kosowo miało być według Albańczyków wyzwolone całkowicie, czyli secesjonistycznie. Nie o żadne ludzkie prawa tam chodziło, tylko o granice i o zabranie Serbom ich pradawnego sanktuarium. Hasło: „Kosova – sobstvenna derżawa” stanowiło preludium dla hasła „Wielka Albania”, głoszonego najpierw za okupacji włosko-niemieckiej (1941-1944, kiedy Albańczycy tworzyli dywizje SS, będąc sprzymierzeńcami okupantów); później w latach 80-ych przez LPK (goszystowską bojówkę kosowskich Albańczyków, którą finansował głośny stalinowski dyktator Albanii E. Hodża); jeszcze później przez UÇK. Dla wodzów UÇK (H. Thaci i jego zastępca S. Shali) „Wielka Albania” to dzisiejsza Albania plus część dzisiejszej Czarnogóry, część dzisiejszej Serbii i część dzisiejszej Macedonii, plus Kosowo.

Powstanie „Wielkiej Albanii” ukoronuje rozpad Jugosławii, który dokonał się ze schyłkiem stulecia. Wersja oficjalna głosi, że się dokonał wskutek działania naturalnych sił odśrodkowych, stymulowanych przez konflikty międzyplemienne (międzynarodowe) i religijne (Katolicyzm-Prawosławie-Islam). Wersja nieoficjalna mówi o polityce niemieckiej, która – uzyskawszy wsparcie Waszyngtonu – czyniła wszystko, by region został zdestabilizowany, a Jugosławia rozczłonkowana. Mając do dyspozycji informacje francuskiego wywiadu, generał P. Font, były szef planowania strategicznego we francuskim sztabie generalnym, stwierdził (na łamach „Le Figaro”), że Niemcy, przy wsparciu Stanów Zjednoczonych, „dokonali siłą rozbioru Jugosławii, czego ukoronowaniem była dla Amerykanów secesja bośniacka, a dla Niemców chorwacka i zwłaszcza słoweńska”.

O „antyserbskiej solidarności świata”

Świat nigdy nie był masowo zwrócony ku kosowskim Albańczykom (może niezbyt wierzył w te „prześladowania” nagłaśniane za pomocą mediów), więc nie musiał się specjalnie odwracać. Nigdy – wbrew twierdzeniom prominentów i propagandzistów NATO – nie istniała antyserbska solidarność społeczeństw europejskich. I nie znalazłoby się zbyt dużo tej solidarności także u Polaków, chociaż dzisiejsza Polska jest karmiona propagandą antyserbską, a to, co nas z Serbami łączy, jest przemilczane. Kto dzisiaj w Polsce pamięta, że dwa narody, które najmocniej powstrzymywały agresję muzułmańskiego półksiężyca na Europę chrześcijańską – to Serbowie i Polacy? Kto pamięta, że Serbowie zawsze byli gorącymi przyjaciółmi Polski udręczonej gehenną, niewolnej, katowanej? Kto pamięta, że XIX wiek był stuleciem polskich i serbskich zrywów narodowo-wyzwoleńczych, a okrwawieni emigranci znad Wisły zawsze znajdowali w serbskim domu gościnę, opiekę i refleksję współczującą? Kto pamięta, że Serbowie uczynili hymnem Jugosławii hymn Polaków – tak, „Mazurek Dąbrowskiego”! – dodając tej melodii swój własny, serbski tekst (dzieje świata nie znają podobnego przypadku!)? Kto pamięta, że podczas II Wojny Światowej dwie najsilniejsze partyzantki stworzyli Serbowie i Polacy? Wreszcie kto pamięta, że Albańczycy wraz z całym islamem świętowali zdobycie Polski przez III Rzeszę, i później tworzyli dywizje SS dla wspomagania Niemców?

A propos Niemców – cytowany już generał P. Font, lansując (na łamach „Le Figaro”) tezę o Niemcach i Amerykanach jako głównych architektach rozbioru Jugosławii, tak tłumaczył motywacje Niemców: „Inspirowana przez Niemcy polityka budowania Europy federacyjnej, regionalistycznej, przy równoczesnym osłabianiu roli państw, nakręca spiralę secesjonizmu, czego zalążki są aż nadto widoczne. Jeśli ten plan się powiedzie – wiek XXI będzie stuleciem dezintegracji”. Konkludując Font rzucił pytanie: „Komu to otwarcie puszki Pandory przyniesie największy zysk?”. Odpowiedź zna przede wszystkim Polska, której tzw. „Ziemie Zachodnie” (tudzież Śląsk i część tzw. „Prus Wschodnich”) budzą permanentny, choć formalnie tajony rewizjonizm Niemców. Polacy mają prawo obawiać się, że cała niemiecka polityka dezintegrowania Bałkanów, towarzysząca integrowaniu Europy „regionów gospodarczych” ważniejszych niż państwa (ojczyzny) – buduje fundament przyszłego kolejnego rozbioru Polski (rozbioru w ramach „powrotu do niemieckiej macierzy” kilku ziem, które są dzisiaj częściami Rzeczypospolitej).

Polskiemu MSZ-owi: panowie „europejczycy” – nie łudźcie się, że zbudujecie antyserbską solidarność Polaków. Służąca secesji ziem opanowanych przez mniejszości narodowe antyserbskość światowych „liberalnych” elit politycznych może bowiem kiedyś – jeżeli Font i Łysiak mają rację – przełożyć się na antypolskość.«

Czy zatem Polacy mają bliżej do Serbów, czy do Ukraińców? A czy Ukraińcy mają bliżej do Polaków, czy do Albańczyków? Tu nie ma złudzeń! A czy to oznacza, że za jakiś czas Polacy podzielą los Serbów? Bardzo niebezpiecznie dla nas bawią się panowie Żydzi.

Pytanie

Zbliża się kolejna rocznica wybuchu powstania warszawskiego i jak co roku ma miejsce dyskusja na temat przyczyn jego wybuchu. Według wielu bezpośrednią przyczyną miała być próba wywarcia presji na aliantach, by odstąpili od decyzji uznania Polski i całej Europy Wschodniej za radziecką strefę wpływu. Tak postanowiono na konferencji w Teheranie na przełomie listopada i grudnia 1943 roku. I w tym momencie powinno paść pytanie, które nigdy nie padło, a przynajmniej ja nie słyszałem, by je ktoś zadał. To pytanie to: dlaczego postanowiono, że Europa wschodnia, w tym Polska, ma się znaleźć w radzieckiej strefie wpływu? I kto tak naprawdę podjął taką decyzję? Na czym polegała specyfika tej części Europy? Zapóźniona pod względem kulturowym i cywilizacyjnym, zacofana pod względem rozwoju gospodarczego i technicznego, ze słabo rozwiniętą siecią dróg i linii kolejowych. – Czy rzeczywiście Stalinowi zależało na tej części Europy? A może komu innemu na tym zależało, by znalazła się ona w strefie wpływu Związku Radzieckiego. Ale komu?

Wydaje się, że odpowiedź na to pytanie znajduje się w książce Henryka Rolickiego Zmierzch Izraela z 1932 roku. Pisze on m.in. tak:

»Już socjalizm głosił koncentrację kapitału i upadek małych przedsiębiorstw. Razem z nimi tracił możność egzystencji pośrednik żydowski. Już w połowie XIX w. przewidywali Żydzi tę katastrofę, pozbawienie chleba szerokich mas żydowskich i szukali ratunku w dyktaturze proletariatu.

Wojna światowa okazała, że część diagnozy socjalistycznej jest słuszną. Nie upadły wprawdzie małe przedsiębiorstwa, lecz podważony został byt ekonomiczny mas żydowskich, skupionych na wschodzie Europy. Żydostwo wschodnie żyje od kilkunastu lat na koszt żydostwa amerykańskiego i staje się dlań nieznośnym, gniotącym ciężarem.

Cała poprzednia rola pośredników stała się dziś na wskroś niepewną podstawą bytu – Ignaz Zollschan, Revision des judendischen Nationalismus.

Cóż ma wobec tego począć żydostwo wschodnie? Ciężaru jego utrzymania nie wytrzyma długo żydowsko-amerykańska finansjera.

Zostaje więc tylko jedna alternatywa: emigracja w inne kraje – albo przewarstwowienie (o ile to możliwe) w tym samym kraju ze wszystkimi jego skutkami – Zewi Parnass, Kwestia żydowska w świetle nauki.

Żydostwo stoi przed zadaniem swej reorganizacji – Ignaz Zollschan, Revision des judendischen Nationalismus.

Wojna światowa ujawniła w całej jego grozie kryzys gospodarczy wśród żydostwa wschodniego. Po prostu byt tego ośrodka czystego judaizmu został zagrożony. Bolszewizm mógł uratować sytuację, ale tylko wtedy, gdyby się rozpostarł na całą Europę. Klęska nad Wisłą zepsuła rachuby. Ograniczony do Rosji bolszewizm powiększył tylko nędzę żydostwa wschodniego. W Rosji przestał istnieć drobny handel, a przynajmniej został zredukowany do ciasnych granic. Pozarosyjskie żydostwo wschodnie utraciło możność handlu z Rosją.

Dzisiejsze położenie Żydów wschodu podobne jest do rozpaczliwego położenia żydów w krajach Europy zachodniej przed wojną trzydziestoletnią, w których wówczas przeważająca część żydostwa żyła. Jak wówczas katastrofa światowa stała się ratunkiem dla żydów, powołując ich do odbudowy zniszczonej Europy, tak zdaje się i wojna światowa w swoim łonie ukrywać zbawienie i dla żydów dzisiejszych (chodzi tu o Palestynę – przyp. autora) – Dr Zewi Parnass, Kwestia żydowska w świetle nauki.

Celem spieszenia z pomocą żydom wschodnim połączyły się wszystkie kierunki żydowskie. Na posiedzeniu Jointu w dn. 9 października 1926r. mówił Louis Marshall:

Ortodoksi i ultraortodoksi; żydzi reformowani, socjalisci i ultrasocjaliści pracowali wspólnie dla jednego celu: nie dać upaść żydostwu – „Moment” z dn. 31 października 1926 r.

Hasło przewarstwowienia wśród żydów wschodnich, stanowiących rezerwuar żydostwa, zostało uznane za jedyny środek ratunku. Postanowiono złamać przeszło dwudziestowiekowy obyczaj i uczynić z żydów „naród normalny”. Do tak rozpaczliwych zamiarów doprowadziła groza położenia, szczególnie w Polsce.

W lutym 1929 r. prezes światowej organizacji „Ort”, na konferencji przedstawicieli żydowskiej prasy w Warszawie, dr Leo Bramson zastanawiał się nad przyczynami kryzysu ekonomicznego żydów w Polsce i wskazał, że główną tego przyczyną nie jest judofobia. Społeczeństwo żydowskie trawi choroba, która wpływa bardzo silnie na sytuację; my posiadamy za dużo kupców, nie mamy dobrze wyszkolonych rzemieślników, my nie rozporządzamy dostatecznymi kredytami… Przy tym nasuwa się zajmujące zjawisko: różne zdobycze społeczne, każda dobra reforma państwowa, która jest pożyteczną dla innych obywateli, złą jest dla żydów – „Moment” nr 44 z 1929 r.

Próbowano sobie radzić z kryzysem sztuczkami, w jakie obfitują zakamarki ustroju kapitalistycznego.

Zagadnienie jakie mają rozwiązać angielscy właściciele kopalń, jest analogiczne do tego, jakie staje przed żydami polskimi, pracującymi w zawodach, które nie mogą wyżywić ich w większej liczbie. Tak, jak nowe rynki zbytu dla węgla angielskiego mogłyby rozwiązać zagadnienie angielskich właścicieli kopalń, tak samo dostatecznie szeroki rynek zbytu dla produktów drobnego przemysłu i handlu żydowskiego w Polsce mógłby w szerokich wymiarach rozwiązać gospodarcze zagadnienie żydowskie – G. Gliksman, L’aspect economique de la question juive en Pologne.

Żydostwo widzi dwa wyjścia z sytuacji: rozszerzenie bolszewizmu na Europę, tzw. Weltoktober, albo zlikwidowanie bolszewizmu w Rosji.

Cytowany G. Gliksman jest zwolennikiem Weltoktober. W świetle naszego studium radykalne rozwiązanie całości tych problemów, które oznacza się nazwą kwestii żydowskiej, nie wydaje nam się możliwe w społeczności kapitalistycznej, opartej na archaicznej produkcji.

Ustrój kapitalistyczny narzucony został światu przez żydów i przystosowany jest do ich potrzeb, do potrzeb nienormalnego narodu. W ich interesie oparł się na liberalizmie, na swobodzie międzynarodowego handlu, na anarchicznej produkcji towarowej, szukającej sztucznie tworzonych rynków zbytu. Wciągnął w pracę miliony maszyn i tworzył nie po to, by zaspokoić rzeczywiste potrzeby, lecz po to, by handlować. Rysy w tym ustroju widać było już z dawna i widzieli je sami żydzi, szukając ratunku dla siebie w przyszłym państwie socjalistycznym, równie beznarodowym i uniwersalnym, jak beznarodowy i uniwersalny był ich handel i przemysł światowy. Tymczasem próba ratunku zawiodła. Rewolucja rosyjska nie stała się uniwersalna, a zamknęła rosyjski rynek zbytu. Ustrój, rysujący się, nie mógł wytrzymać tego wstrząsu. Rewolucja rosyjska, o której od lat marzyły pokolenia żydowskie, runęła im na głowy już dzisiaj.

Śni im się jeszcze, że przez zlikwidowanie bolszewizmu przy pomocy graniczących z Rosją państw i wprowadzenie do niej ustroju liberalnego uda im się załatać dziurę. Ale naiwnych coraz mniej i marzenia takie wydają się równie niedościgłe, jak rozszerzenie rewolucji na zachód, jak Weltoktober. Oba prądy w łonie żydostwa wiodą zaciekłą walkę.

A kryzys postępuje dalej nieuchronnie, bezlitośnie. Żydzi, jako stojący w samym środku ustroju kapitalistycznego, oni, naród pośredników, biorą straszliwe cięgi. Kryzys objął już nawet czteromilionową rzeszę żydowską w Stanach Zjednoczonych. W Polsce sroży się bez pamięci i nie widać zeń wyjścia dla żydowskich mas, odkąd zasiłki żydów amerykańskich, objętych dziś katastrofą, muszą wysychać. Kryzys wśród nieżydów, mimo swego natężenia, jest tylko słabym odbiciem kryzysu wśród żydostwa.«

Rolicki zmarł na początku 1940 roku nie mógł więc widzieć, w jaki sposób Żydzi rozwiązali problem, który on bardzo dobrze zdiagnozował (wierzył, że ten kryzys pogrąży Żydów i stąd taki tytuł książki). Istotą jego była bardzo liczna wschodnioeuropejska żydowska biedota, która stanowiła obciążenie dla żydowskiej finansjery w Ameryce. Po zwycięstwie rewolucji w Rosji sytuacja finansowa Żydów w Europie wschodniej, szczególnie w Polsce, stała się wręcz katastrofalna. Problem rozwiązano na dwa sposoby:

  • holokaust
  • wprowadzenie w Europie wschodniej dyktatury proletariatu

Pierwsze rozwiązanie było rozwiązaniem, które nie wymagało potem żadnych zabiegów. Po prostu eliminowano fizycznie ludność, którą uznano za zbędną. W drugim przypadku ta biedna ludność żydowska znajdowała zatrudnienie w nowym państwie jako urzędnicy, policjanci, wojskowi, robotnicy czy kadra kierownicza w zakładach przemysłowych, w różnego rodzaju spółdzielniach, słowem we wszystkich instytucjach państwowych.

I to właśnie dlatego Polska, a wraz z nią cała Europa wschodnia, musiała znaleźć się w strefie wpływów Związku Radzieckiego. Nie było tak, że pochód bolszewików w 1920 roku na zachód został zatrzymany nad Wisłą. Tak po prostu zaplanowano, że się tam zatrzyma. Gdyby ten pochód udał się, to cała Europa stałaby się bolszewicka, ale wtedy nie mogło by dojść do wybuchu II wojny światowej, do wojny niemiecko-radzieckiej, do holokaustu i w konsekwencji do podziału Europy na dwie części. Bez tego podziału nie mógłby zadziałać tzw. proces dialektyczny, czyli rozwój poprzez sprzeczności i nie mogło by dojść do upadku komunizmu w Europie wschodniej, który to upadek również zapanowano, gdy uznano, że komunizm spełnił swoje zadanie, a potomkowie żydowskiej biedoty dobrze umocowali się w społeczeństwie PRL-u i byli przygotowani na nową rzeczywistość. A w Chinach komunizm nie upadł. Ciekawe, nieprawdaż?

Tak więc w Teheranie Roosevelt, Churchill i Stalin wykonali polecenia swoich nieznanych przełożonych i podzielili Europę na dwie części, z których jedna przyjęła radziecki model gospodarczy, niezbędny do ocalenia żydowskiej biedoty w Europie wschodniej, szczególnie w Polsce. I dzięki temu, że duża część przedwojennej społeczności żydowskiej w Polsce przetrwała, to obecnie prezydent Polski może mówić o Polin.

Nowe cele

Sposób, w jaki jest prowadzona w naszych mediach polityka informacyjna na temat wojny na Ukrainie, przekracza wszelkie granice przyzwoitości. Takiej ilości kłamstw, niedomówień i zamilczania niewygodnych faktów nie było chyba nigdy w naszej rzeczywistości. Ale tak się dzieje nie tylko u nas, ale w całej unii i w Ameryce.

W niedzielę 24 lipca na portalu ZeroHedge ukazał się artykuł: Były członek CIA Ray McGovern: Media pomijają najistotniejsze posunięcia na rosyjsko-ukraińskim froncie (https://www.zerohedge.com/geopolitical/ex-cia-ray-mcgovern-media-miss-major-moves-russia-ukraine). Poniżej jego treść:

»Media korporacyjne ignorują bezwzględne uwarunkowania deklarowanego przez Rosję zamiaru przejęcia kontroli nad większym terytorium Ukrainy niż tylko Donieck i Ługańsk. Omówiłem to wczoraj w The Critical Hour i uzupełniłem te wnioski w poniższych akapitach.

W środę rosyjski minister spraw zagranicznych Siergiej Ławrow ogłosił rozszerzone cele Moskwy, wyjaśniając: „Teraz geografia jest inna. To nie tylko Doniecka i Ługańska Republika Ludowa, ale także obwody chersońskie i zaporoskie oraz szereg innych terytoriów”.

W swoim wywiadzie Ławrow wskazał konkretnie HIMARS (High Mobility Artillery Rocket Systems, produkowany przez Lockheed-Martin) jako rodzaj „broni, która będzie stanowiła bezpośrednie zagrożenie dla naszego terytorium i terytoriów tych republik, które ogłosiły swoją niepodległość (Donieck i Ługańsk).” HIMARS dostarczane na Ukrainę mają zasięg 50 mil, co sprawia, że również łatwo dostępne są cele na Krymie – który, jak twierdzą Kijów (i USA), jest legalnie nadal częścią Ukrainy. Wszystko zależy od „geografii”.

Obstawiam i przebijam

Zaledwie kilka godzin po ogłoszeniu wywiadu z Ławrowem sekretarz obrony USA Lloyd Austin ogłosił, że USA dadzą Ukrainie jeszcze cztery HIMARS-y, co w sumie da razem 16. Austin przechwalał się, że HIMARS już „zrobił różnicę na polu bitwy”.

Ale na którym polu bitwy? Ławrow i rosyjski prezydent Putin nie mogą mieć złudzeń, że szersze, strategiczne „pole bitwy” obejmuje Rosję. Rzeczywiście, to ten sam ograniczony Lloyd Austin, który ujawnił te informacje już trzy miesiące temu:

Jednym z celów USA na Ukrainie jest ujrzenie osłabionej Rosji… Stany Zjednoczone są gotowe poruszyć niebo i ziemię, aby pomóc Ukrainie wygrać wojnę z Rosją”.

Czy Blinken i Biden obudzą się?

Wydaje się pewne, że doradcy Bidena przewidują zaangażowanie się w wojnę zastępczą na Ukrainie przynajmniej do listopada tego roku, kiedy odbędą się wybory uzupełniające w USA. Do tego czasu Demokraci z pewnością nie będą chcieli wyglądać na próżniaków w konfrontacji z Rosją w tej ryzykownej przepychance (którą, prawdę mówiąc, sami sobie stworzyli).

Rzeczywistość jest oczywiście taka, że decydenci amerykańscy idą beztrosko, wzbogacając MICIMATT (i powiększając kasę kampanii), dając Ukrainie zaawansowaną broń – i wymieniając ją w razie potrzeby. To bardzo dobre dla wieloaspektowego biznesu spekulacyjnego. To, co jest naprawdę kłopotliwe, to fakt, że wydaje się, że brakuje zrozumienia tego, że gra toczy się o wysoką stawkę; niewielkie zrozumienie tego, co to znaczy, że Rosja uważa zachowanie USA/NATO na Ukrainie za zagrożenie egzystencjalne – takie, które Rosja jest zdeterminowana usunąć i może to zrobić.

MICIMATT – The Military-Industrial-Counter-Intelligence-Media-Academia-Think Tank Complex – termin stworzony przez politycznego aktywistę, byłego oficera CIA Ray’a McGovern – przyp. W.L.

Im bliżej jesieni i przybywa coraz więcej rakiet HIMARS, ich 50-milowy zasięg i (jak próbował wyjaśnić Ławrow) wymóg „geografii”, może prowadzić do znacznie głębszej rosyjskiej ofensywy daleko poza Donbas. Perspektywy wojskowe dla pełnomocników Waszyngtonu na Ukrainie są już słabe i prawdopodobnie będą się pogarszać w miarę pojawiania się rakiet średniego zasięgu. Zrozumiałe więc, że Putin będzie reagował na działania Stanów Zjednoczonych i ich ryzykowną grę.

Polityka wewnętrzna

Prezydentowi Putinowi nie jest obca rzeczywistość, że prezydenci USA są ograniczani przez wewnętrzne naciski polityczne. W czerwcu 2021 r. przyznał to dobitnie w przemówieniu inauguracyjnym na Międzynarodowym Forum Ekonomicznym w Petersburgu:

Jestem pewien, że na to [polityka USA wobec Rosji] wpływają przede wszystkim wewnętrzne procesy polityczne. Stosunki rosyjsko-amerykańskie stały się w pewnym stopniu zakładnikami wewnętrznych procesów politycznych, które mają miejsce w Stanach Zjednoczonych”.

Moim zdaniem daje to Kremlowi znaczną zachętę do pokonania tego, co pozostało z armii ukraińskiej, i ruszenia na zachód, przejmując kontrolę nad Odessą i zmierzając w odpowiednim czasie w kierunku Mołdawii. Putin zapewne spodziewa się, że administracja Bidena podniesie w pewnym momencie stawkę. Tak więc do października sprawy mogą dość szybko pójść w bardzo złym kierunku.

Konsumenci mediów czekają na szok?

Biorąc pod uwagę doniesienia w stylu Waltera-Mitty’ego o tym, jak dobrze radzą sobie wojska Kijowa i ogólny brak wyważonych relacji i komentarzy w mediach establishmentu, to przyszłe postępy rosyjskiej armii poza Donbas mogą być szokiem. To wynik 6-letniej indoktrynacji/prania mózgów na temat rosyjskiej „ingerencji” w wybory i jej innych rzekomych występków typu Russia-gate. Wystarczyły ciągłe jednostronne raporty, a konsumenci mediów w USA są prawdopodobnie wystarczająco urobieni, aby zaakceptować dostarczenie Ukrainie systemów uzbrojenia i/lub samolotów o dalekim zasięgu.

W tym tygodniu New York Times nie połączył faktów, że Ławrow wspomniał o „geografii” i HIMARS skłaniających Rosję do głębszego wniknięcia w terytorium Ukrainy i zobowiązania Austina, że cztery kolejne HIMARS-y dokonają „zmiany na polu bitwy”.

Zamiast tego, czytelnicy NYT w piątek dostali na pierwszej stronie, u góry strony, bzdury typu „on powiedział, ona powiedziała” od Andrew E. Kramera z Kijowa; jego artykuł nosi tytuł Do sojuszników, Ukraina wskazuje na nowe cele.

Kramer pisze:

Przekaz Ukraińców dla świata się nie zmienił. Możemy wygrać. Nasza strategia działa, choć powoli. Po prostu przysyłajcie dalej broń”.

Wśród sukcesów, o których Ukraińcy opowiadali Kramerowi, jest uderzenie w rosyjski skład amunicji, jak się domyślacie, HIMARS-em. Kramer, w oparciu o niesprawdzone informacje, donosi, że szef brytyjskiego MI6 (brytyjskiego odpowiednika CIA) uważa, że rosyjskie siły „niedługo wyczerpią się… dając Ukraińcom możliwość kontrataku”. Dla przypomnienia (ponieważ Kramer zapomniał), MI6 ma zasłużoną reputację „kreowania informacji wywiadowczych i faktów dotyczących polityki”, jak pokazują oficjalne brytyjskie dokumenty przed atakiem USA/Wielkiej Brytanii na Irak w marcu 2003 roku.

Co tak naprawdę liczy się

Trzeba przejrzeć pół artykułu Kramera z 38 akapitami, aby znaleźć jakiś sensowny, dotyczący tego, co naprawdę ma znaczenie. W końcu udało się:

„Kwestia, czy broń dalekiego zasięgu, która jest obecnie dostarczana na Ukrainę, może rzeczywiście powstrzymać rosyjską armię – stała się kluczową niewiadomą w tej wojnie”.

Zgadzam się: odpowiedzi na to pytanie z całą pewnością nie znamy. Ale ryzyko, że eskalacja typu wet za wet wymknie się spod kontroli już tej jesieni, jest duże. Szkoda, że czytelnicy NY Times nie są o tym informowani.«

Tak więc z wypowiedzi Ławrowa wynika jasno, że Rosja zajmie znacznie większą część Ukrainy niż ma to miejsce obecnie. I nie zrobi tego tak sama z siebie, tylko z powodu działań Amerykanów, którzy dostarczają Ukraińcom rakiet o większym zasięgu. W takim wypadku ochrona własnego terytorium sprowadza się do głębszego wniknięcia w teren Ukrainy. Doskonały pretekst do zajęcia terenów, co do których nie można użyć argumentu, że zajmuje się je w celu ochrony własnej ludności.

Wygląda na to, że Amerykanie i Rosjanie ściśle ze sobą współpracują w celu likwidacji ukraińskiego państwa w obecnym kształcie terytorialnym. Obszar, który przypadnie Rosji będzie znacznie większy niż obecnie.

Jak widać w polityce nie ma miejsca na przypadki i jakieś nieprzewidziane scenariusze. Wszystko zostało wcześniej ustalone i jest konsekwentnie realizowane. Wojna ta, podobnie jak wszystkie inne wojny i konflikty, została sztucznie wywołana i jest tak prowadzona, by osiągnąć z góry założony cel, a walczące strony ściśle ze sobą współpracują. Na taki scenariusz wskazuje też duża ilość w Polsce przesiedleńców z terenów nieobjętych wojną, z których część może nią być wkrótce objęta. Prawdopodobnie było to oczyszczenie terenu z elementu antyrosyjskiego.

Jeśli Rosja zacznie zajmować nowe tereny, to może to oznaczać wejście Polski do wojny, co jest najgorszym ze scenariuszy. Trudno jednak w tej chwili wyrokować, czy tak się stanie.

Komunizm

Jakiś czas temu przeglądałem swoje stare notatki i natknąłem się na taką charakterystykę komunizmu, która, jak sądzę, najlepiej oddaje jego istotę:

Jeśli ktoś zrozumie, że komunizm nie ma na celu podzielenia bogactwa, ale jest w rzeczywistości metodą na konsolidację i kontrolę bogactwa, wtedy pojawiający się paradoks z bogaczami finansującymi socjalizm nie staje się w ogóle paradoksem. Staje się logiczne, że jest perfekcyjnym narzędziem dla poszukujących władzy megalomanów. Komunizm, a bardziej dokładnie socjalizm, nie jest ruchem uciskanych mas, a ekonomicznej elity. – Gary Allen.

Dla porównania, definicja komunizmu w Encyklopedii PWN:

Komunizm [łac. communis ‘wspólny’, ‘powszechny’], ideologia postulująca równość i wspólnotę w organizacji życia społecznego oraz racjonalność w kierowaniu życiem gospodarczym, głosząca nieuchronność upadku kapitalizmu i potrzebę działań dla osiągnięcia tego celu; w teorii marksistowskiej najwyższa, bezklasowa forma organizacji społecznej, następująca po kapitalizmie;

Skoro Gary Allen tak trafnie opisał istotę komunizmu, to wypada przybliżyć sobie jego osobę. Angielska Wikipedia m.in. tak go charakteryzuje:

»Frederick Gary Allen (2 sierpnia 1936 – 29 listopada 1986) był amerykańskim konserwatywnym pisarzem i teoretykiem spiskowym. Allen promował pogląd, że międzynarodowa bankowość i politycy podejmują kluczowe decyzje w poszczególnych krajach, a nie ci – wyselekcjonowani w oficjalnych wyborach.

Jako student, Allen studiował historię na Uniwersytecie Stanforda w Palo Alto w Kalifornii i studiował również na Uniwersytecie Stanu Kalifornia w Long Beach. Był wybitnym członkiem Towarzystwa Johna Bircha Roberta W. Welcha Jr., którego był rzecznikiem. Od 1964 roku współpracował z czasopismami takimi jak Conservative Digest i American Opinion. Był także autorem przemówień dla George’a Wallace’a, byłego gubernatora Alabamy, podczas jego wewnątrzpartyjnej kampanii w wyborach prezydenckich w USA w 1968 roku przeciwko Richardowi M. Nixonowi i Hubertowi H. Humphreyowi. Był doradcą konserwatywnego milionera z Teksasu Nelsona Bunkera Hunta.

Allen wraz z Larry Abrahamem wydali w 1971 roku książkę None Dare Call It Conspiracy (Nikt nie ma odwagi nazwać tego spiskiem). Przedmowę napisał John G. Schmitz z 35. okręgu wyborczego w Kalifornii, kandydat Amerykańskiej Partii Niezależnej w wyborach prezydenckich w USA w 1972 r. Sprzedała się ona w ponad czterech milionach egzemplarzy podczas kampanii prezydenckiej w 1972 roku.

W książce tej Allen i Abraham twierdzą, że nowoczesne systemy polityczne i gospodarcze w większości rozwiniętych krajów są wynikiem powszechnego spisku elity władzy, establishmentu, dla którego również używa terminu Wtajemniczeni (Insiders). Według autorów, wtajemniczeni wykorzystują elementy Manifestu Komunistycznego Karola Marksa, aby wprowadzać swój socjalistyczno-komunistyczny program:

  • Ustanowić system podatku dochodowego jako środek wyłudzania pieniędzy od zwykłego człowieka;
  • Ustanowić bank centralny, celowo tak nazwany, aby ludzie myśleli, że jest częścią rządu;
  • Uczynić ten bank posiadaczem długu publicznego;
  • Doprowadzić dług narodowy i odsetki od niego, powstałe w wyniku wojen (lub wszelkiego rodzaju wydatków budżetowych), począwszy od I wojny światowej, do stanu, w którym ich spłacenie stanie się niemożliwe.

Cytuje on stwierdzenie Rady ds. Stosunków Zagranicznych w swojej analizie nr 7 z 1959 r., wykonanej na zlecenie Senatu Stanów Zjednoczonych: „USA muszą dążyć do: A. Zbudowania nowego ładu międzynarodowego”.

W lutym 1980 r. Allen rozpoczął współpracę z asystentem badawczym Samem Wellsem, z którym współpracował aż do śmierci. Wells kontynuował jego pracę, pomagając wdowie Allena w wydawaniu biuletynu zawierającego jego analizy polityczne i ekonomiczne.

Allen napisał także książki o Radzie Stosunków Zagranicznych i Komisji Trójstronnej, twierdząc, że termin „Nowy Porządek Świata” jest używany przez tajemniczą elitę, dążącą do zniszczenia suwerenności narodowej. Ostatnia książka Allena, Powiedz „Nie!” dla nowego porządku świata, została opublikowana pośmiertnie w styczniu 1987 r.«

Oczywiście Allen, tak jak wszyscy poruszający tego typu tematy, nie mógł napisać wprost o kogo chodzi, więc pisał o „poszukujących władzy megalomanach”, „międzynarodowej bankowości i politykach”, „elicie władzy”.

Już w książce z 1971 roku pisał on o tym, co dziś już jest faktem, czyli doprowadzenie do niemożności spłacenia długu przez jakiekolwiek państwo. Wojna na Ukrainie jest tego namacalnym dowodem. Przecież ani Stany Zjednoczone, ani Anglia, ani Polska nie mają własnych banków. By wspomagać Ukrainę muszą te państwa pożyczać pieniądze w swoich bankach centralnych lub w międzynarodowych, co na jedno wychodzi, bo ich właścicielami są ci sami ludzie.

Tak więc Allen wytłumaczył nam przyczynę wszelkich wojen i konfliktów, począwszy od I wojny światowej. A dlaczego od I wojny światowej? Ano pewnie dlatego, że w 1913 powstał Fed, czyli System Rezerwy Federalnej, czyli bank centralny Stanów Zjednoczonych. Na efekty nie trzeba było długo czekać – tylko jeden rok.

Willem Middelkoop w książce Wielki reset pisze:

„Na początku pierwszego dziesięciolecia XX wieku najsłynniejszym i najpotężniejszym bankierem amerykańskim był John Pierpont Morgan. Gdy został zmuszony do wykorzystania prywatnego majątku, aby uporać się z paniką bankową w 1907 roku, uznał, że czas opracować nową architekturę systemu finansowego. Wkrótce nowojorscy bankierzy przedstawili wspaniały pomysł. Koncepcja polegała na tym, aby ustanowić nowy bank centralny, którym kierowaliby jego właściciele – nowojorscy bankierzy.

W listopadzie 1910 roku republikański senator Nelson W. Aldrich dołączył do grupy najpotężniejszych bankierów z Wall Street, którzy zebrali się na potajemnie zorganizowanej dziesięciodniowej konferencji na Jekyll Island, wyspie należącej do Morgana. W programie tego spotkania znalazła się tylko jedna sprawa, mianowicie ustanowienie nowego banku centralnego.

Ustalono, że ten bank musi uzyskać monopolistyczną wyłączność na druk dolarów i powinien stać się prywatną organizacją należącą do założycieli, czyli bankierów z Wall Street. Nie zostanie nazwany bankiem centralnym i będzie działać tak, jakby kierował nim rząd.

Sto lat po ustanowieniu Systemu Rezerwy Federalnej nadal nie wiadomo, kto dokładnie ma w nim udziały i za ile je nabył. Doskonale jednak wiadomo, że udziałowcami są przede wszystkim banki z Wall Street.”

Może właśnie dlatego ten świat wygląda, tak jak wygląda, bo rządzą nim ludzie anonimowi, a co za tym idzie, nie ponoszący żadnej odpowiedzialności za podejmowane przez siebie decyzje.

Marsz Powstania Warszawskiego

Zbliża się kolejna rocznica powstania warszawskiego i Robert Bąkiewicz przysłał mi maila. Oczywiście nie tylko mnie, ale pewnie dziesiątkom tysięcy innych osób, które kiedyś udostępniły mu swoje adresy pocztowe. W swoim mailu Pamiętamy o Bohaterach! pisze on m.in.:

»Szanowni Pastwo,

z nieustającym podziwem wspominam męstwo konspiratorów Polskiego Państwa Podziemnego, którzy 1 sierpnia 1944 r. karnie stanęli na wezwanie swoich zwierzchników i przez kolejne przeszło dwa miesiące toczyli nierówny, ale zacięty bój o wyzwolenie stolicy. Sama decyzja Komendy Głównej budziła od początku kontrowersje i nadal jest przedmiotem sporów historyków. Nie umniejsza to jednak w żaden sposób przykładnej dyscypliny żołnierzy AK, jak również i tych organizacji, które wskazywały na konieczność stosowania „ekonomii krwi”.

Chylimy czoła, wspominając ich bohaterstwo

Tak jak to zwykle bywało w naszej historii, przeważającą część powstańców stanowili ludzie młodzi, pełni życia. Wchodzili w dorosłość i kształtowali swoje charaktery w horrorze okupacyjnej rzeczywistości, w której każdego dnia groziła im śmierć. Niezliczone tysiące, niekończące się szeregi młodych Polaków celująco zdały egzamin z miłości do Ojczyzny, stając się wzorami do naśladowania dla kolejnych pokoleń. Dzięki twórczości tzw. pokolenia Kolumbów – twórców literackich, którzy wchodzili w dorosłość podczas II wojny światowej i wtedy na ogół debiutowali, możemy zajrzeć w umysły naszych bohaterów i poznać ich rozterki, marzenia, cele.

Pamiętamy też o cierpieniach cywilnej ludności Warszawy, która złożyła wyjątkowo dużą daninę krwi – nie tylko wskutek bezpośrednich działań bojowych, ale także przeprowadzanych przez Niemców z premedytacją masakr.

Żołnierzom i mieszkańcom stolicy składamy hołd

Roty Marszu Niepodległości, przy wsparciu Straży Narodowej i Stowarzyszenia Marsz Niepodległości, po raz kolejny przygotowują największe społeczne obchody upamiętniające sierpniowy zryw. Z całego serca zapraszam Państwa 1 sierpnia o godz. 17.00. Tradycyjnie zbierzemy się na Rondzie Dmowskiego, by przejść potem w Marszu Powstania Warszawskiego przez Aleje Jerozolimskie i Nowy Świat na Plac Krasińskich. Nasze zgromadzenie zakończy wystąpienie słowno-muzyczne w wykonaniu Norberta „Smoły” Smolińskiego. Zachęcam do przynoszenia na wydarzenie biało-czerwonych flag!

Każdy z nas współtworzy Marsz Powstania Warszawskiego

Nie mam najmniejszych wątpliwości, że jak w poprzednich latach odpowiedzą Państwo pozytywnie na zaproszenie. Po Marszu Niepodległości jest to drugie najliczniejsze z naszych wydarzeń. Tworzymy je oddolnie, z własnej inicjatywy i polegając na życzliwości patriotów, którzy nie tylko dołączają do obchodów, lecz także pomagają nam od strony materialnej. Przemarsz – wbrew pozorom – nakłada na nas konieczność wydatkowania sporych sum, które przeznaczamy na: nagłośnienie, wóz organizacyjny, druk plakatów, ulotek oraz banerów, zabezpieczenie logistyczne oraz ochronę. Ufam, że i tym razem postanowią Państwo partycypować w kosztach przygotowania Marszu Powstania Warszawskiego. Każda wpłata jest dla nas bezcenną pomocą, ale i widomym znakiem, że czują się Państwo współgospodarzami i współorganizatorami rozumiejącymi potrzebę działania razem na rzecz kultywowania pamięci o naszych bohaterach. Uprzejmie dziękując za datki, z niecierpliwością oczekuję spotkania 1 sierpnia na Rondzie Dmowskiego!«

Jak widać Żydzi konsekwentnie postępują zgodnie ze swoją maksymą: wasze ulice, nasze kamienice. Najpierw były procesje, potem doszły pochody pierwszomajowe, a teraz mamy marsze: A ty maszeruj, maszeruj, głośno krzycz – niech żyje nam Wołodia Iljicz. Nie wiem, czym się kierują ci, którzy uczestniczą w Marszu Powstania Warszawskiego i w Marszu Niepodległości? Pewnie część przychodzi tam służbowo, ale większość chyba – nie. Co chcą w ten sposób zyskać? Przecież taki marsz nie ma mocy sprawczej, niczego w ten sposób nie można osiągnąć. Jedyne sensowne wytłumaczenie jego organizowania, to utrwalanie w społeczeństwie pewnej postawy, rzekomo patriotycznej, którą Bąkiewicz tak definiuje:

„Niezliczone tysiące, niekończące się szeregi młodych Polaków celująco zdały egzamin z miłości do Ojczyzny, stając się wzorami do naśladowania dla kolejnych pokoleń.”

A więc miłość do Ojczyzny polega na tym, żeby z gołymi rękami rzucić się na doskonale uzbrojonego wroga i zginąć. I to ma być wzór do naśladowania dla kolejnych pokoleń. Żadnego wyrachowania, pragmatyzmu, tylko fałszywie rozbudzone emocje i bezmyślność. I taki ma być patriotyzm. Żadnej refleksji, żadnego wyciągania wniosków, no bo jak ktoś zacznie analizować, drążyć temat, to może dotrzeć do niewygodnych faktów i zmienić swój pogląd na to powstanie. A jak będzie maszerował albo oglądał przekazy z takiego marszu, to nie będzie czytał czy szukał w internecie wiedzy, która mogłaby zmienić jego stosunek do niego.

Drugie, co uderza w tym przekazie, to te „niezliczone tysiące, niekończące się szeregi młodych Polaków”. Generał Jerzy Kirchmayer, jak podaje Wikipedia, ocenił, że stan liczebny jednostek AK w Warszawie wynosił około 50 tys. zaprzysiężonych (mężczyzn i kobiet). Zaprzysiężonych, co nie znaczy, że wszyscy oni wzięli udział w powstaniu. Takie to były te niezliczone tysiące, niekończące się szeregi młodych Polaków.

I ten Bąkiewicz każe nam wspominać i czcić „bohaterów” tego kretyńskiego powstania warszawskiego i nie zająknie się nawet nad tym, że państwo polskie od 24 lutego przestało już praktycznie istnieć, bo jeśli to państwo za główny cel postawiło sobie pomoc dla Ukrainy i jej obywateli, to znaczy, że nie jest to już państwo polskie i że Polacy stali się obywatelami drugiej, a może nawet i trzeciej kategorii, a wszystko jest dla obywateli obcego państwa. Tego nie widzi i wcale go to nie martwi. Taki to jego „patriotyzm”, żydowski patriotyzm.

Dowództwu AK i ówczesnym politykom mniej chodziło o Polskę, a bardziej o pobicie Niemców, jak pisał o tym Mackiewicz, a obecnemu „polskiemu” rządowi znowu chodzi mniej o Polskę, a bardziej o pobicie Rosji. Cóż za zadziwiająca analogia! Kto za tym stoi i komu to służy? – że się posłużę tym starym, wyświechtanym komunistycznym zapytaniem z czasów PRL-u.

A wspomniany wyżej Kirchmayer? Wikipedia tak o nim m.in. pisze:

»Jerzy Maria Józef Kirchmayer ps. Andrzej, Adam (ur. 1895 w Krakowie, zm. 1959 w Otwocku) – oficer dyplomowany Wojska Polskiego w II RP, generał brygady Ludowego Wojska Polskiego, współautor planu akcji zbrojnej AK „Burza”, historyk wojskowości, pisarz, publicysta, szef Oddziału Historycznego Sztabu Generalnego Wojska Polskiego, zastępca profesora w Instytucie Historii Polskiej Akademii Nauk.

Syn Kazimierza, adwokata i Wandy z domu Mataczyńskiej. Szkołę powszechną ukończył we Lwowie, a w 1914 roku gimnazjum – Zakład Naukowo-Wychowawczy Ojców Jezuitów w Chyrowie k. Przemyśla (obecnie Ukraina).«

Jakoś tak jest, że jezuici dziwnie mi się kojarzą. W blogu „Peru” pisałem:

„Tupac Amaru II (Jose Gabriel Condorcanqui y Noguera) 1741-1781 – przywódca zakończonego klęską indiańskiego powstania przeciwko Hiszpanom w 1780 roku w Peru. Potomek inkaskiego przywódcy Tupaca Amaru urodził się w Tincie w prowincji Cuzco. Otrzymał jezuickie wychowanie w szkole w San Francisco de Borja. Studiował na uniwersytecie w Limie. Tutaj też kontynuował studia u jezuitów, co znacząco wpłynęło na jego wiarę. Był bogatym plantatorem koki, przedsiębiorcą przewozowym, właścicielem kopalni kruszców i licznych stad bydła. Swoje interesy prowadził w Limie i Buenos Aires.

W tym miejscu można by zapytać, co skłoniło człowieka bogatego, wykształconego i o ustalonej pozycji społecznej do podjęcia takich działań? Czyżby wychowanie jezuickie? A może tę pozycję osiągnął właśnie dzięki jezuitom i w pewnym momencie dostał propozycję nie do odrzucenia? A może po prostu chodziło o budowanie legendy powstań antyhiszpańskich, po to, by Indianie poparli w przyszłości kogoś, kto wystąpi przeciwko Hiszpanom, choć nie będzie Indianinem?”

Dalej Wikipedia pisze:

„Po agresji III Rzeszy na Polskę był zastępcą szefa Oddziału III (Operacyjnego) sztabu Armii „Pomorze”, został ciężko ranny w Puszczy Kampinoskiej. W okresie okupacji niemieckiej w szeregach Związku Walki Zbrojnej (przemianowanej następnie na Armię Krajową), był szefem sztabu Okręgu Warszawa Województwo i oficerem Oddziału III Komendy Głównej. W konspiracji stracił nogę.

W lipcu 1944 zgłosił się do Ludowego Wojska Polskiego. Początkowo organizował służbę historyczną. Był najpierw kierownikiem Wojskowego Biura Historycznego w Wojskowym Instytucie Naukowo-Wydawniczym, a następnie szefem Oddziału Historycznego Sztabu Generalnego WP. Następnie był oficerem do specjalnych poruczeń szefa Sztabu Generalnego (1947). Po wypełnieniu misji specjalnej, skierowany do Akademii Sztabu Generalnego, gdzie był dyrektorem nauk, a następnie wykładowcą.

W 1948 został usunięty z wojska. W 1950 aresztowany przez funkcjonariuszy Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego pod fałszywymi zarzutami, rok później skazany na karę dożywotniego więzienia. W październiku 1955 zwolniony, w kwietniu 1956 zrehabilitowany. Pracował następnie w Instytucie Historii Polskiej Akademii nauk na stanowisku zastępcy profesora. Zmarł 11 kwietnia 1959 roku.”

A więc oficer dyplomowany Wojska Polskiego w II RP, generał brygady Ludowego Wojska Polskiego, współautor planu akcji zbrojnej AK „Burza”, w lipcu 1944 roku zgłosił się do Ludowego Wojska Polskiego. Później, dla uwiarygodnienia, skazany na karę dożywotniego więzienia, a następnie zwolniony, zrehabilitowany i zatrudniony w PAN na ciepłej posadce.

Jeśli jeszcze do tego dodamy to, o czym pisał Józef Mackiewicz:

„W ostatniej chwili szef BIP-u AK pułkownik Rzepecki-”Rejent”, wystawiał masowo legitymacje AK członkom komunistycznych i prokomunistycznych formacji „Armii Ludowej”, „Polskiej Armii Ludowej”, „Korpusowi Bezpieczeństwa” podziemnych władz cywilnych, członkom PPR-u i innym, którzy walczyli razem w powstaniu warszawskim ramię przy ramieniu.”

Ilu z tych jeszcze żyjących, trzęsących się na wózkach inwalidzkich, „bohaterów”, to komuniści i prokomuniści? Czy można jeszcze bardziej zakłamać historię powstania warszawskiego? Ewidentni zdrajcy, agenci wrogich państw, płatne pachołki Anglii i Związku Radzieckiego są czczeni jako bohaterowie i patrioci.

AK była organizacją zbrodniczą, której celem było wymordowanie polskich patriotów i zburzenie Warszawy. Bez tego nie mógłby powstać PRL w kształcie, w jakim powstał, czyli państwo, którego społeczeństwo składałoby się z ludzi niewyrobionych politycznie, wielonarodowe na skutek akcji przesiedleńczej i z żydowską elitą i inteligencją. Ta elita i inteligencja nie zaistniałyby, gdyby nie zburzono Warszawy i po odbudowie nie zasiedlono jej nowymi ludźmi. A Żydzi odwracają kota ogonem i ze zdrajców robią bohaterów.

W tym procederze burzenia miasta brali udział wszyscy: AK, Anglosasi, Sowieci i Niemcy. To przecież Niemcy zburzyli Warszawę, a czy musieli? Nic na tym nie zyskali, ale zrobili to. Powód dało im AK, a oni to skwapliwie wykorzystali, wykonując zapewne polecenia swoich nieznanych przełożonych.

Że tak było świadczą afery i nieuregulowanie kwestii gruntów warszawskich, bo zburzyć można, ale grunt pozostaje. Większość przedwojennych właścicieli nigdy ich nie odzyskała, chyba że byli Żydami.

Akcja “Burza”

Już za parę dni, za dni parę zacznie się kolejne świętowanie rocznicy powstania warszawskiego, z którym nieodłącznie wiąże się tzw. akcja „Burza”. I po raz kolejny ci, którzy powinni być uznani za zdrajców i skazani na wieczne potępienie, będą wspominani w glorii chwały. To jest majstersztyk żydowskiej polityki historycznej. Tak to jest, gdy ma się monopol na interpretację przeszłości. O ile o powstaniu warszawskim słyszeli chyba wszyscy, to o akcji „Burza” raczej niewielu. Wypada więc temat przybliżyć, zwłaszcza że łączy się on z samym powstaniem.

»Akcja „Burza” – operacja wojskowa zorganizowana i podjęta przez oddziały Armii Krajowej przeciw wojskom niemieckim w końcowej fazie okupacji niemieckiej, bezpośrednio przed wkroczeniem Armii Czerwonej, prowadzona w granicach II Rzeczypospolitej. Trwała od 4 stycznia 1944, kiedy Armia Czerwona przekroczyła na Wołyniu ustaloną w traktacie ryskim granicę polsko-radziecką, do stycznia 1945. Rozkaz jej rozpoczęcia wydał w listopadzie 1943 Komendant Główny Armii Krajowej gen. Tadeusz Komorowski. Do akcji „Burza” zmobilizowano łącznie ok. 100 tys. żołnierzy i oficerów Armii Krajowej.

Po przekroczeniu przez Armię Czerwoną wschodniej granicy II Rzeczypospolitej i odrzuceniu wysuniętej przez władze RP oferty współdziałania wojskowego z ZSRR, 12 stycznia 1944 Komendant Główny Armii Krajowej wydał rozkaz nr 126, zapowiadający wsparcie Armii Czerwonej w walce z Niemcami w miarę naszych sił i interesów państwowych. 26 października 1944 jego następca gen. Leopold Okulicki wydał rozkaz zakończenia akcji.

Stosunek władz polskich do ZSRR

Generał Władysław Sikorski stał na stanowisku, że Sowietów należy witać jako sprzymierzeńców, ale jeśli stosunek Rosjan do nas stanie się jawnie wrogi, należy ujawnić tylko administrację cywilną, a oddziały AK wycofać w głąb kraju, by ocalić je przed całkowitym zniszczeniem. Komendant Główny Armii Krajowej gen. Stefan Grot-Rowecki był przekonany o wrogiej postawie Sowietów i chciał zgody na podjęcie przygotowań do stawienia oporu ich armiom.

Cele

  • Uświadomienie władzom ZSRR, że na wyzwolonych z okupacji niemieckiej terenach Polski w granicach sprzed 1939 gospodarzami są Polacy, uznający władzę Rządu Rzeczypospolitej Polskiej na uchodźstwie, który był jedynym reprezentantem państwa polskiego.
  • Zanegowanie alianckiego podziału na strefy operacyjne, w myśl którego Polska znajdowała się w radzieckiej strefie operacyjnej i wojska aliantów zachodnich ani oddziały im podporządkowane tu nie operowały.
  • Skłonienie ZSRR do uznania władzy Rządu RP w Londynie (reprezentowanego przez Delegaturę Rządu na Kraj) w Polsce i granicy wschodniej sprzed 1939 roku (którą ZSRR uznał postanowieniami traktatu ryskiego w 1921) i praw Polski do jej terenów wschodnich, bezprawnie zagarniętych na mocy postanowień paktu Ribbentrop-Mołotow po agresji ZSRR na Polskę w dniu17 września 1939 roku.
  • Spowodowanie przybycia do Polski sił aliantów zachodnich i jednostek Polskich Sił Zbrojnych na zachodzie, a w pierwszej kolejności 1 Samodzielnej Brygady Spadochronowej.

Konsekwencje

Z politycznego punktu widzenia nie osiągnięto jednak pozytywnych rezultatów. Alianci zachodni, informowani przez wywiad AK o przeprowadzanych przez NKWD masowych aresztowaniach żołnierzy podziemia, dowódców AK i przedstawicieli Delegatury Rządu na Kraj, nie zareagowali w stopniu umożliwiającym zmianę polityki sowieckiej wobec Polski i jej obywateli.

Ogółem na skutek działań sowieckich służb bezpieczeństwa, głównie NKWD, w więzieniach i obozach zamknięto 50 tys. żołnierzy AK, uczestniczących w akcji „Burza”, głównie za odmowę wstąpienia do kontrolowanej przez ZSRR armii Berlinga. Konsekwencją działań NKWD był terror wobec Polaków zamieszkujących tereny wschodnie. Regularnie urządzano obławy na członków Armii Krajowej, np. na Lubelszczyźnie jesienią 1944, oraz na przełomie 1944 i 1945 na Wileńszczyźnie i Nowogródczyźnie. Z samego Wilna deportowano 35 tys. Polaków, wymuszając oświadczenia, iż wyjeżdżają oni z własnej woli; w miejsce wywiezionych osiedlano Rosjan.«

Tak to opisuje Wikipedia i co do tych faktów, to chyba raczej trudno mieć zastrzeżenia, choć widać pewne niedopowiedzenia, ale mniej więcej tak było. A dlaczego tak było? Odpowiedź na to pytanie zawsze będzie interpretacją, a ta, z założenia, jest subiektywna, ale czy to oznacza, że musi mijać się z prawdą?

Co wiedziano w tamtym czasie, na przełomie 1943 i 1944 roku? Na konferencji w Teheranie w dniach 28 listopada – 1 grudnia 1943 roku postanowiono m.in.:

  • Ustalono nową granicę wschodnią Polski i ZSRR na tak zwanej linii Curzona.
  • Dokonano podziału krajów Europy na alianckie strefy operacyjne – na mocy międzyalianckich uzgodnień Polska znalazła się w strefie operacyjnej Armii Czerwonej.
  • Ustalono, iż Niemcy zostaną podzielone na strefy okupacyjne, zaś radziecka strefa okupacyjna Niemiec przylegać będzie do Polski, przez którą przebiegały linie komunikacyjne do tej strefy, co de facto przesądzało losy Polski. Ze względu na odbywające się jesienią 1944 roku w USA wybory prezydenckie, na prośbę prezydenta Roosevelta liczącego na głosy Polonii amerykańskiej utajniono postanowienia wielkiej trójki w kwestii polskiej.

Józef Mackiewicz w swojej powieści, po części fabularnej po części dokumentalnej, Nie trzeba głośno mówić, pisał:

W tym czasie w Polsce, powstałe już dawno państwo podziemne rozrasta się coraz bardziej. Działający dotychczas „Związek Walki Zbrojnej” (ZWZ), przyjmuje z początkiem 1942 roku nazwę: Armia Krajowa, na czele której staje generał Stefan Rowecki, używający pseudonimów: „Rakoń”, „Kalina”, „Jan”, „Tur”, głównie jednak „Grot”, którym podpisuje dokumenty publikowane w podziemiu. Akcja podziemna w Polsce wspierana jest wydatnie przez, mniej lub więcej regularne, loty i zrzuty z Anglii; z mniejszym lub większym ryzykiem lotników i skoczków. Do Polski przybywa w ten sposób materiał wybuchowy, broń i amunicja, a przede wszystkim dolary papierowe, dolary złote, funty papierowe i suwereny, marki niemieckie i okupacyjne „młynarki”; łącznicy, emisariusze, instruktorzy.

Generał Rowecki był również zdecydowanym zwolennikiem kolaboracji polsko-sowieckiej i on to, z chwilą wybuchu wojny niemiecko-sowieckiej, położył duży nacisk na powiększenie obszaru dywersji na niemieckich tyłach w kierunku wschodnim, oraz w myśl wskazań gen. Sikorskiego powołał w tym celu organizację wywiadowczą pod kryptonimem „Wachlarz”. Wysłał do Mińska majora Sokołowskiego dla podjęcia na Białorusi wspólnej z partyzantką sowiecką walki przeciwko Niemcom. Wkrótce potem, 14 lutego 1942, depeszował do naczelnego wodza w Londynie:

„Organizacja Wachlarz jest już mocno ustawiona w terenie. Operację przerwania wszystkich linii kolejowych mógłbym powtórzyć kilkakrotnie w różnych odstępach czasu i w chwili najbardziej dotkliwej dla transportu niemieckiego, jeżeli otrzymam wydatnie zwiększoną ilość lotów. Dla wydatnego przeprowadzenia operacji konieczne jest zwiększenie zasięgu lotów do rejonu Wilno i rejonu Lwów, co motywowałem w meldunku nr 146.”

Dalej Mackiewicz pisze:

Konferencja w Teheranie zakończyła się 1 grudnia. Rząd polski w Londynie nie był powiadomiony o zapadłych na tej konferencji decyzjach. Ale to, o czym dowiadywał się z różnych źródeł nieurzędowych, nie mogło zostawić wątpliwości, że zarówno w Ameryce, jak i Anglii dojrzała już ostateczna decyzja oddania Sowietom całej Europy środkowowschodniej. Poprzednio, w końcu października, połączony sztab zachodnich aliantów, „Cossak”, definitywnie wyłączył Polskę, Czechosłowację i inne kraje wschodniej Europy z planów inwazji kontynentalnej. Przyjęta została zasada, że kraje te wchodzą w strefę działania armii czerwonej i stanowią przedmiot politycznego zainteresowania Sowietów. Decyzje powzięte w Teheranie były tylko konsekwencją logiczną poprzednich postanowień i ich przypieczętowaniem. – W stosunku do Polski z tym szczególnym wyjątkiem, że miała być ona oddana Sowietom przy udziale jej własnego rządu i przy udziale podległych temu rządowi agend w kraju. Od tej chwili nastąpiły naciski ze strony angielskiej o usunięcie pewnych członków rządu polskiego, których uważano za przeszkodę, jak też zwielokrotniona w porównaniu do lat ubiegłych presja, aby w Polsce usunięte zostały resztki antysowieckich animozji i nastąpiło pełne podporządkowanie wymogom Stalina.

W tym czasie Sowiety szczególnie domagały się wyłączenia z rządu polskiego generała Sosnkowskiego, który po tajemniczej śmierci gen. Sikorskiego 5 lipca w Gibraltarze, mianowany został na jego miejsce wodzem naczelnym. Do ataków na gen. Sosnkowskiego przyłączyły se pewne wpływowe czynniki polskie. Chodziło o rzecz ważną.

W obliczu zbliżających się wojsk czerwonych do granic Polski, odbyły się w Londynie długotrwałe narady rządu polskiego. Wódz Naczelny, gen. Sosnkowski, zdołał na posiedzeniu 25 października, przeforsować uchwałę, którą następnie w formie tajnej instrukcji, datowanej 27 tegoż miesiąca, przesłał 1 listopada do Warszawy, zawiadamiając Komendanta Głównego AK, że „Kraj z Sowietami współpracować nie będzie”. Na wypadek wkroczenia Sowietów na terytorium Polski:

„... 
B.II. Władze krajowe i Siły Zbrojne w kraju pozostają nadal w konspiracji i oczekują dalszych decyzji Rządu Polskiego.”

Wszelako dowódca Armii Krajowej, generał Bór-Komorowski (używający w korespondencji z Londynem pseudonimu „Lawina”), odmówił wykonania instrukcji Naczelnego Wodza. W depeszy datowanej 26. XI. 1943, do gen. Sosnkowskiego, donosił:

„Na podstawie przesłanej przez P. Generała za L. 5989 instrukcji Rządu dla kraju, wydałem do obszarów i okręgów rozkaz, który przedstawiam. Jak z treści jego wynika, nakazałem ujawnienie się wobec wkraczających Rosjan dowódcom i oddziałom, które wezmą udział w zwalczaniu uchodzących Niemców. Zadaniem ich w tym momencie będzie dokumentować swym wystąpieniem istnienie Rzeczypospolitej. - W tym punkcie rozkaz mój jest niezgodny z instrukcją Rządu...”

Generał Bór zdawał sobie sprawę z wytworzonego stanu faktycznego. W tym czasie AK, a zwłaszcza „Kierownictwo Walki Cywilnej” i prawie wszystkie podległe mu agendy, były w znacznym stopniu zinfiltrowane przez agentów sowieckich, czynniki komunistyczne bądź prokomunistyczne. Zwrócił na to uwagę szef II Oddziału w Londynie już w sierpniu 1942, notując ten fakt z niepokojem. „Lawina” nie ukrywa tego stanu rzeczy i otwarcie donosi o nim w punkcie drugim depeszy:

„2. Przygotowuję w największej tajemnicy, na wypadek drugiej okupacji sowieckiej, zawiązkową sieć dowódczą nowej organizacji... Będzie to odrębna sieć, nie związana z szeroką organizacją AK, rozszyfrowanej w dużej mierze przez czynniki pozostające na służbie sowieckiej...”

Jednakże w załączniku nr 1 do 2100 PZP i 1300/III, z dnia 20.XI. 43, dodaje:

„Wszystkie nasze przygotowania wojenne zmierzają do działań zbrojnych przeciwko Niemcom. W żadnym wypadku nie może dojść do działań zbrojnych przeciwko Rosjanom wkraczającym na ziemie nasze w ślad za Niemcami...”

W dalszym ciągu swej depeszy, dowódca AK przedstawia własne dyspozycje, zawarte w jego rozkazie na wypadek wkroczenia wojsk sowieckich:

„V. Stosunek do Rosjan: 1) Znajdującym się na ziemiach naszych sowieckim oddziałom partyzanckim nie należy w żadnym wypadku utrudniać prowadzenia walki z Niemcami. Unikać obecnie zatargów z oddziałami sowieckimi. Te nasze oddziały, które już miały tego rodzaju zatargi... powinny być przesunięte na inny teren. Z naszej strony dopuszczalna jest tylko akcja samoobrony. 2) Należy przeciwdziałać tendencji ludności terenów wschodnich do ucieczki na zachód przed niebezpieczeństwem rosyjskim... 3) Miejscowy dowódca polski winien się zgłosić wraz z mającym się ujawnić przedstawicielem władzy cywilnej u dowódcy oddziałów sowieckich i stosować się do jego życzeń...”

Depesza dowódcy AK, który odmawia podporządkowania się instrukcji naczelnego wodza i dobrowolnie odwraca jego rozkazy, datowana w Warszawie 26 listopada 1943, idzie w sposób zagadkowy niezmiernie długo… Dociera do rąk naczelnego wodza w Londynie dopiero po miesiącu i pięciu dniach, 1 stycznia 1944 roku. – Na trzy dni przed przekroczeniem wschodniej granicy Rzeczypospolitej przez armie czerwone.

W innym miejscu Mackiewicz pisze:

Jeśli szefem takiego BIP-u, czyli biura informacji i propagandy, czyli dyktatorem prasy i polityki AK, weryfikacji patriotycznej, cenzorem publicystyki i literatury, czystości linii, słowem, kontrolerem ducha narodowego, jest jakiś podpułkowniczek, nie wiem czy dyplomowany, który poza tym lewą nogą jest po tamtej stronie. Jeżeli weźmiesz, że członkiem Komendy Głównej jest taki Kirchmayer, znam go dobrze, który nie ukrywa, że jest duszą po sowieckiej stronie… A zastępca szefa sztabu, już jawny prosowietczyk, Tatar. Jeżeli weźmiesz, że w cywilnych władzach jest jeszcze gorzej pod tym względem…

I dalej:

W Warszawie, w okolicy i na terenie bezpośredniego frontu na wschód od Wisły i zapleczu, znajduje się duża ilość antybolszewickich oddziałów „wschodnich”. Jako to: kozackich, czysto rosyjskich, muzułmańskich, ukraińskich, turkmeńskich, wołgo-tatarskich, litewskich i in. Poza tym w licznych niemieckich oddziałach Waffen-SS, SS, i policji, są całe grupy lub oddzielne kompanie złożone z tych ludzi.

We wszystkich tych formacjach, bez różnicy narodowości, panuje jednostronny nastrój antypolski. Niezależnie od propagandy niemieckiej, wywołany jest rozpowszechnionym przekonaniem, jakoby na podstawie stwierdzonych faktów, że polska AK nie bierze do niewoli, lecz rozstrzeliwuje na miejscu i bez sądu, każdego b. obywatela sowieckiego ujętego z bronią lub bez broni, w mundurze niemieckim. Przy tym niezależnie od indywidualnej winy grabieży lub gwałtu, popełnionego na ludności cywilnej, lecz rzekomo z zasady, jako „zdrajcę ojczyzny”. Ponieważ w tym wypadku „zdrada ojczyzny” zachodzi nie w stosunku do Polski, lecz do Sowietów, zaś ogólnie biorąc ustroju bolszewickiego, o wyzwolenie z którego ci ludzie właśnie walczą – przeto ustaliło się wśród nich jednolite nastawienie, że polska AK jest nie tylko stroną walczącą z Niemcami, lecz czynnym wykonawcą sojuszu z bolszewizmem. – Przykład: porucznik Ter-Zade-Bek z 1-go batalionu azerbejdżańskiego (111 „Bergmann”) oświadczył mi: „Dla mnie osobiście, polska AK jest przedłużeniem sowieckiego NKWD. Tyle że NKWD rozstrzela mnie po przesłuchaniu, zaś AK bez przesłuchania.”

W dalszej części pisze:

13 lipca na baszcie, na szczycie góry Zamkowej, wysoko nad miastem załopotał sztandar czerwony ze znakami sierpa i młota.

Depesza d-cy Okręgu-Wilno AK Ldz. 13199/tjn. 13. VII. 44 brzmiała:

„W zależności od Sowietów zamierzam: 1) Pozostać w rej. Wilna, częścią wspierać armię sowiecką w jej walce z Niemcami. Chcę wywalczyć uznanie nas przez Sowiety jako AK.”

Od 16 lipca żołnierze AK zaczęli znikać z ulic miasta. Tego dnia dowódca „Wilk”-Krzyżanowski zarządził koncentrację w rejonie Taboryszki-Turgiele, a sam ze sztabem udał się na rozmowy z generałem Iwanem Czerniachowskim, dowódcą sowieckiego 3-go Białoruskiego Frontu. Tam został aresztowany. Ogółem aresztowano i zesłano do Kaługi około 50 oficerów AK, głównie pod zarzutem kolaboracji z Niemcami. Część żołnierzy zesłano również. Część się rozproszyła, lub próbowała przedzierać lasami do Polski. Poważna część wlała się dobrowolnie w szeregi tworzącego się komunistycznego wojska polskiego. Tych skierowano głównie w rejon Lublina.

I dalej:

W Chełmie utworzony został przez rząd sowiecki: Polski Komitet Wyzwolenia Narodowego (PKWN), który 22 lipca ogłosił manifest do narodu. Ale i po ogłoszeniu tego „Manifestu Lipcowego”, ani rząd polski na emigracji w Londynie, ani jego podziemne agendy w kraju, ani dowództwo Armii Krajowej, w niczym nie zmieniło uprzednio wytyczonej linii politycznej. Zwłaszcza w najistotniejszym dla chwili bieżącej punkcie instrukcji, mianowicie współdziałania i współpracy z Armią Czerwoną.

W nocy na 31 lipca, 2-gi pułk piechoty AK stoczył na kierunku sandomierskim zaciętą bitwę z Niemcami. Szef sztabu pułku donosząc o tym Komendzie Głównej wskazywał, że osłonił przy tym prawe skrzydło nacierających wojsk sowieckich, ułatwiając im przez to posuwanie się na zachód w celu utworzenia ważnego przyczółka na Wiśle.

I na koniec:

… W dwa miesiące po tamtym, najstraszniejszym 5 sierpnia, nastąpił 5 października wymarsz oddziałów AK do niewoli (niemieckiej – przyp. W.L.). (…) W ostatniej chwili szef BIP-u AK pułkownik Rzepecki-”Rejent”, wystawiał masowo legitymacje AK członkom komunistycznych i prokomunistycznych formacji „Armii Ludowej”, „Polskiej Armii Ludowej”, „Korpusowi Bezpieczeństwa” podziemnych władz cywilnych, członkom PPR-u i innym, którzy walczyli razem w powstaniu warszawskim ramię przy ramieniu.

Mam nadzieję, że te długie cytaty nie zmęczyły czytających, ale one były niezbędne do zrozumienia, czym była AK i jej „bohaterowie”. Mackiewicz w swojej powieści przedstawiał fakty, by uświadomić innym, jak było. On ich nie interpretował i nie oceniał. To pozostawił czytelnikowi. Ja już mogę dokonywać ich interpretacji, a czytający mogą, bez względu na moją ocenę, wyrobić sobie własne zdanie, właśnie w oparciu o te fakty.

Argumenty wysuwane przez propagandę AK, że akcja „Burza” i łączące się z nią powstanie warszawskie, miały zademonstrować Sowietom, że AK powita ich w roli gospodarza, były z gatunku tych kretyńskich. Bo niby dlaczego Sowieci mieliby ich uznać za gospodarzy? Armia Czerwona, solidnie dozbrojona przez Anglosasów, była wówczas najpotężniejszą armią lądową na świecie. I ta armia miałaby „przestraszyć się” stu tysięcy partyzantów rozproszonych na okupowanym przez Niemców terytorium? No, ale kłamstwo i niedorzeczności powtarzane od zakończenia wojny do dziś robią swoje. Kropla drąży skałę. Choć trudno w to uwierzyć, ale nawet najtwardsza skała poddaje się erozji wodnej. To tylko kwestia czasu. Skoro we wszystkich publikacjach i programach szkolnych uznawane jest to za dogmat wiary, to po pewnym czasie już nikt się nie zastanawia, czy tego typu uzasadnienie ma sens, chociażby z czysto logicznego punktu widzenia.

Żeby zrozumieć postawę przywódców AK i ich pokrętną argumentację, to do tego nie potrzeba być doktorem czy profesorem i produkować opasłe tomy, w których dzieli się włos na czworo. Wystarczy chłopski rozum, taki jak mój, bo ja należę do plebsu i wszelkie „naukowe” wywody meczą mnie. Otóż sprawa jest bardzo prosta: AK i cały ten ruch oporu był finansowany przez Anglosasów. A kto płaci ten wymaga.

Jak wiadomo Anglosasi współpracowali ze Stalinem. I na konferencji w Teheranie zgodzono się, że Polska będzie w radzieckiej strefie wpływów. To przesądzało o wszystkim. Po co więc była ta cała akcja „Burza” i powstanie warszawskie, skoro przywódcy AK doskonale wiedzieli, co postanowiono na tej konferencji? Ano po to, by wyeliminować tę patriotycznie nastawioną część polskiego społeczeństwa. Tych nieświadomych, prostolinijnych ludzi, myślących bardziej sercem niż rozumem, że jak ojczyzna w potrzebie, to trzeba ją ratować. Od początku wojny Niemcy i Rosjanie, czy raczej naziści i bolszewicy, mordowali polską inteligencję, a akcja „Burza” i powstanie warszawskie rozprawiło się z tymi, którzy zachowali jeszcze jakieś patriotyczne uczucia.

Wikipedia pisze:

Regularnie urządzano obławy na członków Armii Krajowej, np. na Lubelszczyźnie jesienią 1944, oraz na przełomie 1944 i 1945 na Wileńszczyźnie i Nowogródczyźnie. Z samego Wilna deportowano 35 tys. Polaków, wymuszając oświadczenia, iż wyjeżdżają oni z własnej woli; w miejsce wywiezionych osiedlano Rosjan.

Deportowano dokąd? Na przełomie 1944 i 1945 roku? Przecież nie na ziemie zachodnie, bo w styczniu 1945 roku „wyzwolono” dopiero Warszawę. Czyli do obozów. A Bór-Komorowski w swoim rozkazie pisał: „Należy przeciwdziałać tendencji ludności terenów wschodnich do ucieczki na zachód przed niebezpieczeństwem rosyjskim…” I ta kanalia została ewakuowana do Anglii i spokojnie dożyła tam do 1966 roku, pobierając pewnie wysoką emeryturę. Czy trzeba lepszego dowodu na to, że był angielskim agentem?

Sikorski chciał, by wojsko polskie szło do Polski najkrótszą drogą, wspólnie z Armią Czerwoną, ale niezależne od niej. Na to nie mógł zgodzić się Stalin i Anglosasi, bo oni ustalili, że Polska będzie w radzieckiej strefie wpływów. Natomiast niezależne od Stalina wojsko polskie na terenie Polski byłoby gwarantem jej niezależności od niego. Na to ani on, ani Anglosasi zgodzić się nie mogli i stąd wyprowadzenie wojska polskiego na Bliski Wschód. Do Polski najkrótszą drogą mogło iść tylko wojsko polskie całkowicie podległe Stalinowi. Pozostała jeszcze kwestia skłonienia dowództwa AK do współpracy z Sowietami, czyli do przeprowadzenia akcji “Burza”. Na to Sikorski prawdopodobnie nie godził się i stąd ta „katastrofa” w Gibraltarze 4 lipca 1943 roku. Czyj to był pomysł, tego pewnie nigdy się nie dowiemy, ale wykonawcami byli Anglicy, bo to na ich terenie działał rząd londyński. I bez dostępu do utajnionych angielskich archiwów poznajemy sprawcę, zgodnie ze starą zasadą: is fecit, cui prodest (ten zrobił, komu to przynosi korzyść).

Powojenna Polska miała być państwem, w którym elitą będą Żydzi i oni będą rządzić w tym państwie. By tak się stało, należało wyeliminować polską inteligencję, i tak nieliczną, i tę część polskiej ludności, która zachowała w sobie jakąś dozę patriotyzmu. O ile wyeliminowanie inteligencji nie stanowiło problemu, bo kto do niej należał, decydował status społeczny, o tyle patriotów można było wyeliminować, angażując ich w walkę z okupantem. I po to była Akcja „Burza”.

Powstanie warszawskie było po to, by zburzyć miasto, tak by nowe, odbudowane miasto zasiedlić odpowiednimi ludźmi. W ten sposób pozbywano się z Warszawy niewygodnej dla nowej władzy warstwy ludzi, zasiedziałej, z utrwalonym systemem wartości. W latach 80-tych miałem okazję rozmawiać z warszawianką, która przeżyła powstanie. Ona powiedziała, że większość ówczesnych mieszkańców Warszawy przeklinała tych powstańców. Trudno się im dziwić. Oni już przeczuwali, że dla wielu z nich będzie oznaczać to utratę ich dorobku, często dorobku wielu pokoleń.

Tak więc Anglosasi współpracowali ze Związkiem Radzieckim, by zlikwidować w Polsce polską inteligencję i patriotyczne społeczeństwo, by stworzyć PRL, czyli państwo, w którym elitą będą Żydzi, a resztę tego społeczeństwa będą stanowić polscy chłopi i mniejszości narodowe ze wschodu, przesiedlone do nowej Polski i na tzw. Ziemie Odzyskane, czyli Ukraińcy, Białorusini, Litwini. – Taka nijaka mieszanka, która w żaden sposób nie będzie w stanie zagrozić żydowskiej dominacji w tym kraju.

I na koniec taka zagadka. Jeśli Anglosasi współpracowali ze Związkiem Radzieckim, oczywiście na polecenie swoich nieznanych przełożonych, by wyeliminować polską inteligencję i polskich patriotów, wysługując się przy tym sowicie opłacanymi osobnikami z dowództwa AK, to czy ci Anglosasi, sowicie opłacający osobników z ukraińskiego rządu, współpracują z Rosją, by wyeliminować ukraińskich patriotów, kimkolwiek by oni byli? – Oto jest pytanie!