Pozytywizm

Jak już wcześniej wspomniałem, okres po powstaniu styczniowym, to najważniejszy okres w dziejach narodu polskiego. Ten okres nazywa się pozytywizmem. Sama nazwa pochodzi od łacińskiego positivus – oparty, uzasadniony. Jest to system filozofii pozytywnej. Wikipedia tak o nim pisze:

„Pozytywizm – kierunek w filozofii i literaturze zainicjowany przez Auguste’a Comte’a w drugiej połowie XIX wieku (Kurs filozofii pozytywnej). Został rozwinięty przez J.S. Milla oraz H. Spencera. Podstawowa teza pozytywizmu głosi, że jedyną wiedzą jest wiedza naukowa. Ta może być zdobyta tylko dzięki pozytywnej weryfikacji teorii za pomocą empirycznej metody naukowej. Pozytywizm podkreśla znaczenie wiedzy empirycznej i naukowości, a wzorem są w nim nauki przyrodnicze. Pozytywizm przeważnie odrzuca istniejące religie jako zabobony oparte na fikcjach, choć sam Comte proponował zastąpienie ich przez humanistyczną religię ludzkości. Prekursorem pozytywizmu był brytyjski empirysta i sceptyk David Hume.”

Z kolei w Wielkiej Encyklopedii Powszechnej PWN (1962-69) można przeczytać:

»Pozytywizm Polski, pozytywizm warszawski – prąd umysłowy i społeczny rozwijający się 1864-90 w kręgach inteligencji i liberalnej burżuazji polskiej na gruncie zespolenia pozytywizmu jako koncepcji światopoglądowej z programem społeczno-narodowym, opartym na ideach pracy organicznej i realizmu politycznego, tzn. przejściowego przynajmniej pogodzenia się z utratą samodzielnego bytu państwowego i rozwijania aktywności gospodarczej i kulturalnej. Na czoło ruchu pozytywistycznego wysunęli się i główną rolę w kształtowaniu jego ideologi odegrali wychowankowie Szkoły Głównej, a zwłaszcza A. Świętochowski, B. Prus, P. Chmielowski, J. Ochorowicz oraz K. Kraushar , W. Smoleński i wielu innych.

Skupili się oni wokół „Przeglądu Tygodniowego” (zał. 1866 przez A. Wiślickiego), który stał się organem teoretycznym p.p., reprezentującym jego najbardziej postępowe i radykalne tendencje światopoglądowe i społeczne. Później pojawiły się bardziej umiarkowane pisma pozytywistyczne „Niwa” (1872), „Ateneum” (1876), „Nowiny” (1878), „Prawda” (1881). Pozytywizm polski był nie tyle ruchem filozoficzno-naukowym, ile publicystyczno-literackim i polityczno-społecznym; głównymi jego rzecznikami byli literaci i publicyści.

Pozytywiści głosili odwrót od romantyzmu zarówno w literaturze, jak i w polityce i ideologii; w imię postępu społecznego zwalczali umysłowe, społeczne i ekonomiczne zacofanie kraju; występowali z hasłem „pracy u podstaw” (tj. nad ludem i dla ludu), a zwłaszcza krzewienia wśród ludu oświaty i kultury, niesienia pomocy klasom upośledzonym w mieście i na wsi; walczyli o demokratyzację stosunków społecznych, świecki światopogląd, emancypację kobiet, równouprawnienie Żydów; domagali się reformy wychowania i intensywnego rozwijania „nauk pozytywnych”, zwłaszcza przyrodniczych; uwydatniali zadania spoleczno-wychowacze i możliwości poznawcze literatury; postulowali utylitarystyczną ocenę wszelkiej sztuki.

Od lat 80-tych dynamizm i postępowość społeczna pozytywizmu polskiego zaczęły słabnąć, a akcenty krytyki społecznej zanikać ustępując miejsca solidarystycznemu programowi społeczno-narodowemu.«

Na podstawie powyższych cytatów widać, że na świecie był to prąd filozoficzny, czy filozoficzno-naukowy, bo odnosił się do metodologii nauk, zwłaszcza nauk przyrodniczych. W Polsce natomiast był to prąd umysłowy i społeczny. Interesujące podejście do pozytywizmu polskiego przedstawia w swojej książce Historia Żydów w Polsce (1919) Teodor Jeske-Choiński. Poniżej fragmenty:

»Rok 1863 należy, jak wiadomo, do chwil przełomowych w ewolucji myśli narodu polskiego.

Zwyciężony po raz trzeci naród, oprzytomniawszy po odniesionej klęsce, zaczął szukać nowych dróg w walce o prawo do istnienia, nowych środków do wzmocnienia rozbitego organizmu.

Po roku 1863 zaczęły padać słowa: rozsądek, życie zwyczajne, nauka, specjalne wykształcenie, praktyczność, handel, przemysł, fabryki, technika itd., z których złożyły się powoli nowe hasła, skleił się nowy program myśli narodowej. Program ten wskazał wyraźnie lwowski „Dziennik Literacki”, gdy mówił: „Główną podstawą duchowego rozwoju w narodzie jest bogactwo materialne, powiększywszy bowiem na tej drodze dobrobyt ogólny, będziemy mogli krzewić oświatę itd.”.

Trzeźwość w poglądach była główną treścią nowego programu. Entuzjastyczne wzloty i marzenia romantyczne rozwiały się, jak rozwiewa się mgła poranna, gdy słońce wzejdzie, wyobraźnia usunęła się w cień, ustępując miejsca rozsądkowi. Rozsądek zapanował nad myślą polską.

Rozsądek ten rezonował: Zawiodło nas powstanie kościuszkowskie, nie wróciły nam pełnej swobody wojny napoleońskie, resztki naszej wolności politycznej zdruzgotała rewolucja listopadowa, zmiażdżył nas ostatecznie rok 1863. Więc oto nadszedł teraz czas zerwania z tradycjami Polski szlacheckiej i skierowania całej myśli narodowej w łożysko pracy cichej, spokojnej, praktycznej, tzw. pracy u podstaw, „organicznej”; zamiast pobrzękiwać bezsilną szablą, trzeba jąć się księgi, cyrkla, łokcia, miarki, młota – uczyć się dużo głównie w kierunku praktycznym, który by zapewnił narodowi dobrobyt, mocną podwalinę ekonomiczną, a reszta znajdzie się sama.

Tak rezonowało nowe pokolenie.

By nadać powagi temu rezonowaniu, trzeba było poszukać jakiejś doktryny, jakiejś teorii, na której by się rozsądek mógł oprzeć. Nie potrzeba było jej tworzyć, była już bowiem gotowa, wchodziła sama w ręce szukające.

Wiemy, że w pierwszej połowie XIX w. podniósł głowę stary buntownik nasamprzód we Francji i Anglii (około r. 1840), a następnie w Niemczech, i wiemy, iż ten buntownik kłócił się znów z Objawieniem i z ideami wrodzonymi. Pyszny rozum ludzki sięgnął znów po buławę w krainie ducha. W wieku XVIII nazywał się on we Francji encyklopedyzmem, a później, w całej Europie, pozytywizmem i ewolucjonizmem.

Tego pozytywizmu i ewolucjonizmu uczepiła się popowstaniowa młodzież, popularyzując w Polsce: Comte’a, Darwina, Drapera, Milla itd. Galicja jednak, pchnięta przez swoje warunki w kierunku politycznym, wycofała się rychło z szermierki ideowej. Poznań, zajęty walką o byt powszedni i obronę elementarnych praw narodowych, nie miał ani czasu, ani ochoty do tworzenia nowego światopoglądu. Rola ta przypadła po roku 1863 Warszawie, odciętej od wszelkiej polityki i praktycznej działalności społecznej.

Z dniem 7 stycznia 1866 roku zaczął Adam Wiślicki wydawać w Warszawie tygodnik pt. „Przegląd Tygodniowy”, który stał się głównym organem młodego pokolenia, wstępującego w szranki pracy dziennikarskiej i literackiej.

„Przegląd Tygodniowy” nie zarysował się od razu wyraźnie, bo w szeregach jego współpracowników nie było aż do roku 1870 bojowca ideowego, urodzonego polemisty, który by mógł poprowadzić żądną nowinek młódź w boj „przeciw zwietrzałym przesądom”.

Ten bojowiec ukazał się dopiero przy końcu 1870 roku. Był nim Aleksander Świętochowski. Stanął on na polu walki w pełnym rynsztunku szampiona wprawnej ręki. Bardzo bogato wyposażył go los do rzemiosła polemisty, dał mu bowiem niezwykle cięte, kłujące jak ostrze szpady, kąsające pióro, giętkość słowa, siłę logiki i argumentacji i ową fanatyczną wiarę w swoje przekonania, bez której żaden bojownik ideowy nie oddziaływa na szerokie masy.

Ponieważ wszelka robota reformatorska zaczyna się wszędzie i zawsze od oczyszczenia terenu, od usunięcia gruzów przeszłości i od spychania z zajętych stanowisk tak zwanych powag chwili, ponieważ żwawa młodzież woła: place aux jeunes! (miejsce dla młodych – przyp. W. L.), rzucił się Świętochowski na starszych pisarzów, autorów i publicystów, z rozmachem bojownika, i bezwzględnością. Adam Pług, Edward Lubawski, Wacław Szymanowski, Józef Ignacy Kraszewski, Paulina Wilkońska, Jan Zachariasiewicz, Felicjan Faleński, Józef Kenig, Chęciński, Lewestam, Aleksander Tyszyński, Adam August Jeske i inni, przeszli przez rózgi chłosty krytycznej.

Nowi pisarze, zwący się pozytywistami, dążyli do następujących celów: 1) jako nauczyciele społeczni do powszechnego dobrobytu kraju, wierząc, że bogactwo materialne da narodowi moc odporną, uzbroi go przeciw żarłoczności jego zwycięzców, zalecali handel, przemysł, nauki techniczne i mrówczą, mozolną „pracę u podstaw”; 2) jako naśladowcy ruchu pozytywistycznego Europy Zachodniej wysunęli na pierwszy plan wiedzę, wierząc w jej wszechmoc, a uznając tylko tę wiedzę, która się oparła na doświadczeniu i eksperymencie; głównie nauki ścisłe były ich ulubieńcami; 3) obcięli literaturze pięknej skrzydła fantazji, zakreślili jej ciasne granice użyteczności, zrobili z niej powolną sługę życia praktycznego; 4) wprowadzili do spraw żywotnych kwestię kobiecą, czyli emancypację płci, zwanej słabą.

Zarzucano im swego czasu brak patriotyzmu, był to jednak zarzut niesłuszny, byli oni bowiem dobrymi obywatelami kraju, pragnęli jaśniejszej, lepszej doli nieszczęśliwego narodu, do którego należeli. Życzyli dobrze swojemu narodowi, ale rozkochali się zanadto w wiedzy, usunąwszy ze swojego programu religię, tradycję, charakter rasy słowiańskiej i uczucia. Był czas, kiedy w Warszawie deklamowali wszyscy, chcący uchodzić za bardzo mądrych inteligentów: wiedza, wiedza, ona jedna, tylko ona nas zbawi! Kto ośmielił się nie podzielać tego zachwytu, był zahukany: wstecznik, obskurant, mamut, głupiec, nieuk!

Za bardzo uczonych mieli się młodzi publicyści, chociaż nie byli uczonymi mędrcami, co potwierdził Piotr Chmielowski w swoim „Zarysie literatury polskiej z ostatnich lat dwudziestu”: Chmielowskiemu można wierzyć, bo był sam pozytywistą, należał do sztabu reformatorów. Pisał on: „Powoli, bardzo powoli dowiadywało się nowe pokolenie o świetnych zdobyczach nauki nowożytnej lub o potężnych prądach, nurtujących umysłowość europejską. Z półsłówek, z gazeciarskich nowinek dowiedzieliśmy się o Erneście Renanie, jako autorze „Początków Chrześcijaństwa”, młodzież słyszała coś z boku, domyślała się, ale wiedziała tylko po wierzchu i z nazwiska. O teorii Darwina jej zwolennicy nie mieli z początku dokładnego pojęcia. Gdy się w młodym kółku zgodzono powszechnie na metodę eksperymentalną, znano tylko środek badania, nie zaś jego treść i rezultaty. Było wiele przeczucia, wiele mglistych obrazów, goniło się za wielu majakami, sądząc, że chwyta się kraj szaty, okrywającej prawdę. Wśród takiego położenia zaczęto coraz częściej wspominać o pozytywizmie. Naturalnie, gruntownej znajomości nie było natenczas u nikogo. Znalazło się kilku, co powodowani sumiennością, zajrzeli do źródła, skąd mądrość płynęła, odczytali sobie, jeśli nie samego Comte’a, to Littre’ego i nabrali mniej więcej dokładnego pojęcia o metodzie i całości nauki pozytywistycznej, ale znaczna większość zadowoliła się naprędce gdzieś pochwytanymi frazesami, modelując je według upodobania i według potrzeby”.

Trzeba tupetu młodości, aby się z takim marnym bagażem wiedzy mianować kapłanem wiedzy i nazywać starsze pokolenia mamutem, wstecznikiem, głupcem, osłem itp. Tylko młodość potrafi taką sztukę…

Nie chrześcijańscy autorzy, publicyści, uczeni, kupcy i przemysłowcy korzystali z tego przewrotu, lecz Żydzi. Pozytywizm warszawski włączył do swojego programu doktrynę asymilacji żydowskiej. Prawie wszyscy „postępowcy” owego czasu (po roku 1870) byli filosemitami, bratali się z Żydami, dopuszczali ich do współpracownictwa w swoich pismach. Oni to wyhodowali grupę literatów i dziennikarzy żydowskich, piszących po polsku, których prasa polska nie znała przed rokiem 1863.

Prąd przychylny Żydom znalazł także zastosowanie plastyczne w powieści. Prądem w tym kierunku szła Eliza Orzeszkowa, w pierwszej połowie swojej działalności autorskiej przekonana, gorliwa pozytywistka, krzewicielka tzw. „trzeźwych” poglądów. Już w powieści pt. „Na prowincji” naszkicowała „sympatycznego” karczmarza Szlomę, a w „Panu Grabie” starała się wytłumaczyć drapieżną chciwość lichwiarza Wigdora. Trzy powieści poświeciła typom żydowskim: „Eli Makower”, „Meir Ezofowicz” i „Mirtala”. Oprócz tego napisała w r. 1882 broszurę pt. „O Żydach i kwestii żydowskiej”, w której broniła z adwokacką iście swadą i kazuistyką swoich poglądów.

Tylko trzy wady dostrzegła Orzeszkowa w psychologii żydowskiej: „1) nieuczciwość tak w handlu, jak we wszystkich interesownych stosunkach, nieuczciwość, noszącą trywialną, ogólnie przyjętą nazwę szachrajstwa; 2) pychę, czyli arogancję, która rozśmiesza, a najczęściej drażni, oburza; 3) odrębność, wyrażającą się strojem, mową, fanatyzmem religijnym, organizacją wewnętrzną czyniącą ich w organizmie społecznym ciałem obcym i wielostronnie szkodliwym”.

Na te trzy „przywary” żydowskie znała Orzeszkowa tylko jeden środek – oświatę, wiedzę. Według niej wiedza, to potęga najwyższa; niczym w porównaniu z nią: religia, tradycja rasy, atawizm, patriotyzm, wychowanie. Ona tylko jedna wytrzebi z ludzkości wszystkie wady, przesądy, zawiści, nienawiści, egoizmy, odrębności.

Bardzo słusznie zauważyła Orzeszkowa w swojej broszurze, powołując się na Herberta Spencera, że nie sam tylko handel żydowski plami się nieuczciwością, że handel nowoczesny w ogóle nie ma nic wspólnego z czystością sumienia. Sługą Mamona jest, a Mamon drwi sobie z takich pęt jak uczciwość i honor. Ale zapomniała, albo nie wiedziała, że odnosi się to tylko do handlu nowoczesnego, od połowy wieku XVIII począwszy i że tę ogólną demoralizację handlu spowodowali dopiero Żydzi, wprowadziwszy do niego środki i metodę tzw. „czystego kapitalizmu”, czyli sztukę gromadzenia pieniędzy bez względu na jakość towaru i na sposób zdobywania złota. Dopóki etyka chrześcijańska wpływała na prawodawstwo narodów chrześcijańskich, nie śmiał stan kupiecki posługiwać się dzisiejszymi sztukami i sztuczkami, ciężkie bowiem kary powstrzymywały jego chciwość. Gdy chrystianizm zaczął tracić swoją powagę (w połowie XVIII stulecia) nasamprzód w Anglii, potem we Francji itd. nauczyli się kupcy chrześcijańscy, bezwzględności „wolnego handlu”, „wolnej konkurencji” od Żydów, co wykazał, dowiódł Werner Sombart w swym dziele pt. „Żydzi”.

Sprzyjał także Żydom Aleksander Świętochowski. W jednej z trzech nowel pt. „O życie” (1879 r.) litował się nad Żydówką „Chawą Rubin”, a litował się ze względów szczególnego rodzaju. „Gdy na pola nasze spadnie szarańcza – mówił – bolejemy tylko nad zrządzonym przez nią spustoszeniem lub radujemy się jej zgubą. Nie umiemy jednak odczuć ani jej radości, gdy nas niszczy, ani jej boleści, gdy sama zginie. W podobnym stosunku znajdujemy się często do ludzi. Jeśli jakiś ich gatunek uznamy za obcy i szkodliwy, uwzględniamy w losach tylko nasze uczucia, nie dbając o to, że nasza boleść jest radością tych istot, a nasza radość ich boleścią”.

Tylko doktryna, oderwana od życia, może się zdobyć na tego rodzaju argumentację. Jako szampion pozytywizmu warszawskiego, który chorował na humanitaryzm bez zastrzeżeń, uważał sobie Świętochowski za obowiązek być tolerantem dla wszystkiego i dla wszystkich i doszedł do absurdu. Bo absurdem należy nazwać uwzględnianie radości szarańczy, niszczącej owoce pracy ludzkiej, tygrysa, lwa, szakala, pożerających z rozkoszą niewinną gazelę, żmii, zabijającej inną istotę żyjącą, wyzyskiwacza, oszusta, lichwiarza, niszczącego każdego, kogo omota swoimi bezlitosnymi mackami. Tylko naiwna doktryna mogła nakazać cieszyć się radością wroga cudzego dobra i życia i litować się nad jego bólem, gdy go spotka zasłużona kara.

Przez długi szereg lat był Świętochowski obrońcą Żydów, rzecznikiem asymilacji. Swoim nazwali go Żydzi, tłumnie garnęli się pod sztandar jego tygodnika („Prawda”) publicyści żydowscy, piszący po polsku.

Jak wszyscy pozytywiści warszawscy, wierzył także Prus w niezawodną moc oświaty, wiedzy, idei postępowych, dodawszy do tej recepty ze swojej strony jeszcze pobłażliwość i miłość. Dobre serce miał, wiadomo, naturą prawą był, na wskroś uczciwą. Ale dobrym sercem i uczciwością nie pokonywa się tradycji religijnych i narodowych długiego szeregu pokoleń, zwłaszcza gdy sobie jaki naród nie życzy zmiany starej skóry na nową.

Sprzyjał także Żydom Michał Bałucki, krakowski powieścio- i komediopisarz (ur. 1837 r.), co potwierdza jego powieść pt. „Żydówka”.

Oprócz pisarzów polskich, należących do pozytywizmu, podniecali chrześcijan do asymilacji z Żydami pisarze żydowscy, posługujący się językiem polskim.

Znalazło się w gromadzie warszawskich autorów i publicystów dwóch, którzy podjęli się walki (od roku 1882) z Żydami. Jan Jeleński i Teodor Jeske-Choiński byli zadeklarowanymi antyżydami. Pierwszy, utalentowany i pracowity publicysta był typem antyżyda „instynktowego”. Odczuwał on doskonale Żyda, widział jego szkodliwość społeczną i ekonomiczną, na którą zwracał głównie uwagę. On to, praktyczny, trzeźwy, ruchliwy, jest twórcą sklepów chrześcijańskich, ojcem późniejszego ruchu spółdzielczego, za co należy mu się trwała, wdzięczna pamięć narodu. Drugi dopełniał pierwszego, jako teoretyk kierunku. Za ten antyżydyzm byli obaj przez „oświeconą, postępową Polskę”, obałamuconą przez doktrynę asymilacyjną, bojkotowani lat dwadzieścia kilka i nazwano ich: wstecznikami, obskurantami, głupcami, idiotami, czarną sotnią itp.

Robocie tych dwóch „obskurantów” pomagał później Klemens Junosza Szaniawski (1849-1898), znakomity znawca szarego, pospolitego handlarza żydowskiego (faktora, arendarza, pachciarza, kupca, lichwiarza itd.). Z dwóch źródeł czerpał tę swoją znajomość duszy żydowskiej, 1) z osobistej obserwacji i 2) ze studiów nad literaturą żargonową. Zmuszony swoim położeniem materialnym ocierać się ciągle o lichwiarza żydowskiego, który nie wychodził z jego domu, patrzył bezustannie własnymi oczami na sztuki różnych „pająków”, a upodobawszy sobie jako nowelista i powieściopisarz najwięcej Żyda, nauczył się jego żargonu i zaznajomił się z jego literaturą.

Wszystkie swoje spostrzeżenia, odnoszące się do wyzysku żydowskiego, zebrał i uporządkował Junosza-Szaniawski w dwóch doskonałych powieściach, „Pająkach” (1894 r.) i w „Czarnym Błocie” (1895 r.). W pierwszej odmalował lichwę miejską, w drugiej wiejską. W powieściach tych rusza się, biega, wrzeszczy, kłamie, zaklina się na zdrowie swoje i swoich dzieci, na szczęście żony i rodziców, na zbawienie duszy i uczciwość cała zgraja handlarzy. Każdy z nich zapewnia, przysięga, że ma zamiary najczystsze, a każdy czyha tylko na lekkomyślność, nieopatrzność i nieszczęście „goja”.

Klemens Junosza-Szaniawski znał doskonale sztuki i sztuczki nie tylko „pająków” męskich, ale także żeńskich.

Świeża, nowa inteligencja żydowska wyzyskała dla swoich współplemieńców asymilację i pozytywizm. Gromadnie opuszczała po r. 1863 młodzież żydowska ghetta i chedery, tłocząc się do średnich i wyższych szkół chrześcijańskich. Patenty gimnazjalne, dyplomy uniwersyteckie dawały jej stanowisko społeczne. Zaroiło się po latach dwudziestu Królestwo od żydowskich: lekarzy, adwokatów, techników, dziennikarzy i literatów. Pomógł im nastrój chwili – zlew eksperymentów asymilacyjnych i doktryny pozytywistycznej. Eksperymenty asymilacyjne witały ich życzliwie, a doktryna pozytywistyczna, atakująca pod hasłem wiedzy nowoczesnej wszystkie dawniejsze „wartości”, całą przeszłość: tradycje, zwyczaje i obyczaje narodu, religię, katolicyzm, księży, szlachcica – pozwoliła im w skórze inteligenta zostać sobą.

Tak… sobą… Bo Żyd, wychowaniec Talmudu i handlu, nienawidzi kultury chrześcijańskiej i pozbawiony talentu dodatnio twórczego, lgnie „oświeciwszy” się, do wszelkiej negacji, do wszelkiego wywrotu. Jest on zawsze wszędzie tam, gdzie się w społeczeństwach innowierczych coś rysuje, wali, zapada, czy to będzie zaciekły krytycyzm, czy rewolucja, czy socjalizm albo anarchizm. Budować nie umie.

Europejska doktryna pozytywistyczna, adoptowana przez pokolenie popowstaniowe niewątpliwie w dobrej wierze (jako reakcja przeciw fantazji romantyzmu), pojęta uczciwie, jako „otrzeźwienie” społeczeństwa, grzeszyła nadmiernym krytycyzmem, który roztopił się ostatecznie w bezsilnym pesymizmie.

Grzech nadmiernego krytycyzmu podobał się bardzo oświeconym Żydom. Bo oni, którzy wyszli dopiero wczoraj z żydowskiego ghetta, odciętego chińskim murem tradycji talmudycznych, cofnęli się od świata chrześcijańskiego i tradycji narodów aryjskich.

Obcymi byli tej kulturze, tym tradycjom, a nie tylko obcymi, lecz wprost wrogimi.

Więc rzucili się skwapliwie w objęcia postępu pozytywistycznego, stali się wszyscy gorliwymi postępowcami.

Żydzi postępowcami! Któż nie wzruszy ramionami? Najkonserwatywniejszy, najwsteczniejszy naród na świecie, zastygły, stężały w swoim „wybraństwie” – postępowcem! Jego rzekomy postęp jest wszędzie tylko vendettą i geszeftem. Vendettą, bo usiłuje zburzyć „domy gojów” – geszeftem, bo gdzie się coś wali, rozpada, można dobrze zarobić. Im więcej wiórów „głupi goje” rozrzucą dookoła siebie, tym więcej ich przebiegły Żyd nazbiera łapczywie, czy to będzie gotówka albo jakieś przywileje.

Skrzętnie pomagali Żydzi oświeceni naszemu pozytywizmowi. Czego Polak, mimo swoją postępowość, znieważyć nie chciał, katolicyzmu i patriotyzmu, to oświecony Żyd swoim dwuznacznym uśmiechem, swoim cynicznym dowcipem wydrwiwał, odzierał z błękitnego płaszcza urok, jako „przesąd”, „zabobon”, stęchliznę wsteczną”. Żydowski dziennikarz, piszący po polsku, opluwał katolickiego księdza, polskiego szlachcica, mieszczanina i chłopa, szydził z „zabobonów” chrześcijańskich, ale niech tylko jakiś „goj” ośmielił dotknąć piórem mozaizmu i Talmudu, a choćby tylko rabinatu, zmarszczył natychmiast brwi, nastroszył się, żachnął się on, niby to oświecony, bezprzesądny, postępowy, tolerancyjny i stawał się pospolitym Żydem, krzycząc: nie tykaj mojej świętości, goju! Mnie wszystko wolno, a tobie nic; stul gębę.

Sposobności do obniżania i poniżania naszych „przesądów” było dużo w ostatnim okresie naszego rozwoju w XIX wieku. Pod płaszczykiem „niezawisłej” wiedzy atakowali pozytywiści nasamprzód religię, rozumie się chrześcijańską. Polscy publicyści robili to oględnie, zadowalając się biernym indyferentyzmem religijnym, gazeciarze zaś żydowscy bez ceremonii.

Skutkiem tej roboty był frazes: przyznawanie się do uczuć religijnych jest u człowieka oświeconego świadectwem słabości, ciasnoty jego umysłu. Zdawkowy ten frazes onieśmielił przeciętnego inteligenta, chcącego uchodzić za niezawisłego myśliciela, nauczył go albo ukrywać wstydliwie swoją „słabość”, albo „ciasnotę”, albo przyznawać się jawnie do bezwyznaniowości.

Solą, pieprzem w oku był dla „niezawisłych myślicieli” pochodzenia żydowskiego kler katolicki, bo kler ociera się ciągle, bezpośrednio, najbliżej, o szerokie masy ludu i może „postępowi” dużo zaszkodzić. Kłuł ich także w oczy obywatel ziemski, bo dwór wiejski jest najstarszą, najtrwalszą skarbnicą tradycji historycznych, czyli w pojęciach „postępowców” mchem porosłym mamutem, urodzonym zacofańcem itp.

Przeto trzeba księdza i obywatela ziemskiego zepchnąć z ich stanowiska, odsunąć ich od rządów moralnych społeczeństwa.

Pierwszy lepszy gazeciarz żydowski, mający o wsi i jej warunkach takie wyobrażenie, jakie ma analfabeta o filozofii, uczył księdza i ziemianina gospodarstwa i postępowania z ludem.«

Jeske-Choiński urodził się w 1854 roku w Pleszewie w Wielkopolsce, a więc w momencie wybuchu powstania styczniowego miał 9 lat. I dlatego nie mógł znać kulis wybuchu tego powstania. Przez dwa lata (1880-82) zamieszczał artykuły w „Przeglądzie Tygodniowym”. Później już w innych gazetach. W 1889 roku wyjechał do Paryża, skąd pisał artykuły do warszawskiego pisma „Wędrowiec”. W 1910 roku powrócił do Lwowa. Znał więc osobiście realia okresu lat 80-tych XIX wieku i rozwoju doktryny pozytywizmu.

Niemniej jednak ani on, ani chyba nikt inny nie zadał sobie pytania: kto zaszczepił ten pozytywizm polskiej młodzieży i nie tylko młodzieży? Bo, że po polskiej stronie było wielu entuzjastów tego prądu, to nie ulega wątpliwości i nie ulega też wątpliwości, że w jakiś sposób zostali zbałamuceni przez Żydów. Przecież idea pracy organicznej, „pracy u podstaw” nie była nowa. Nawet Wikipedia pisze, że „już po upadku powstania listopadowego zaczęto głosić, zwłaszcza w Wielkopolsce, potrzebę legalnej dobrze zorganizowanej pracy nad zabezpieczeniem polskiego stanu posiadania oraz rozwoju rodzimej gospodarki, nauki i kultury. Podobne inicjatywy pojawiały się także w Galicji, a w Królestwie Polskim po 1864 dążenia te stały się programem młodego pokolenia”.

Wszystko to prawda poza tym, że w Królestwie tego typu inicjatywy pojawiły się też po powstaniu listopadowym. Taką była przecież inicjatywa Andrzeja Zamoyskiego, jego „Towarzystwa Rolniczego” i ludzi skupionych wokół niego. Jednak Kronenberg zniszczył Zamoyskiego i jego środowisko. Dlaczego więc przed powstaniem styczniowym idea pracy organicznej nie była mile widziana w Królestwie, a po nim już – tak. Jedyne sensowne wytłumaczenie jest takie, że jeśli z inicjatywą wychodzą Polacy i ma to im przynieść korzyść, to wtedy należy to zniszczyć. Gdy natomiast z pomysłem wychodzą Żydzi i to ma im przynieść korzyści, to należy to popierać i rozwijać, wciągając w to niczego nieświadomych Polaków, by im całe to przedsięwzięcie uwiarygodnili.

Cała ta żydowska hucpa zwana pozytywizmem warszawskim trwała około 25 lat, a więc jedno pokolenie. Tyle trzeba było, by po wyjściu z getta stać się nie tylko polską inteligencją, ale też mieszczaństwem i burżuazją. Na początku lat 90-tych XIX wieku hucpa wygasa, bo trzeba było zrobić miejsce kolejnej, zwanej tym razem hucpą narodową. W 1887 roku powstaje w Szwajcarii Liga Polska, która w 1893 zostaje przekształcona w Ligę Narodową, a w 1897 roku działacze Ligi Narodowej utworzyli Stronnictwo Narodow-Demokratyczne. Czołowym ideologiem ruchu narodowego był Zygmunt Balicki, początkowo socjalista. A co! Jak trzeba, to będę narodowcem! Drugim był Jan Ludwik Popławski. Obaj Żydzi. Na dokładkę wzięli Dmowskiego.

Ale wróćmy, jak to mówią Francuzi, do naszych baranów, czyli do głównego wątku. Wielka Encyklopedia Powszechna PWN pisze:

Skupili się oni wokół „Przeglądu Tygodniowego” (zał. 1866 przez A. Wiślickiego), który stał się organem teoretycznym p.p., reprezentującym jego najbardziej postępowe i radykalne tendencje światopoglądowe i społeczne.

Kim był Adam Wiślicki, to trudno ustalić. Nazwisko mogło być frankistowskie, bo pochodzi od miasta Wiślica. Ważniejszy jest tu jednak ten „Przegląd Tygodniowy”, taki postępowy i radykalny, czyli, mówiąc wprost – żydowski. Ci, którzy żyli w tamtych czasach nie mogli tego zrozumieć, tak jak my nie rozumiemy tego, co obecnie knują Żydzi. Tamci ludzie nie mogli dożyć do momentu, do którego ja dożyłem. W 1982 roku, a więc krótko po wprowadzeniu stanu wojennego w Polsce, pojawił się tygodnik… „Przegląd Tygodniowy”. Czytałem go i pamiętam, że skojarzyłem go z tym z okresu pozytywizmu. To wiedziałem ze szkoły. Wtedy myślałem, że to nawiązanie do polskiej tradycji. Jakże się myliłem! Owszem, to było nawiązanie do tradycji, ale… żydowskiej. Dziś wiem, że pojawienie się tego tygodnika bezpośrednio po wprowadzeniu stanu wojennego, to sygnał do wybranych i wtajemniczonych: koniec z powstaniami (Solidarnością). Zaczyna się „praca u podstaw”, czyli kolejne przejęcie polskiego majątku, należącego już tym razem nie do szlachty, ale do całego narodu. Wtedy pozytywizm umożliwił im przejęcie kontroli nad całym życiem gospodarczym i kulturalnym kraju, a stan wojenny pozwolił im zlikwidować własność państwową i również całkowicie podporządkować sobie państwo i społeczeństwo.

Przewrót popowstaniowy

W poprzednim blogu napisałem, że powstanie styczniowe było najważniejszym wydarzeniem w dziejach narodu polskiego, bo po nim Żydzi stali się polską inteligencją i zdominowali wszystkie podstawowe dziedziny życia społecznego i gospodarczego. To, co się wtedy stało Dmowski określił mianem przewrotu popowstaniowego. Niejednokrotnie pisałem, że według mnie był on masonem. Że tak było, nie trzeba jakiegoś wymyślnego uzasadnienia. Był przywódcą i głównym ideologiem ruchu nacjonalistycznego, zwanym u nas narodowym. Wszędzie na świecie nacjonalizm był ich dziełem, a najjaskrawszym tego przykładem była Ameryka Południowa. Trudno, by w naszym przypadku było inaczej. To oczywiście nie jest zarzut, to tylko stwierdzenie faktu, a dla mnie wytłumaczenie, dlaczego ta ideologia, jego autorstwa, wydaje mi się sztuczna.

W przypadku Polski pojawił się problem, bo wcześniej narodem była szlachta, tzn. ona uważała się za naród, a chłopi, według niej, narodem nie byli. W związku z tym, gdy doszło do przemian i szlachtę wyrzucono na śmietnik historii, to trzeba było stworzyć naród z chłopów i jeszcze dorobić do tego nową ideologię. Jedynym spoiwem chłopskiej społeczności była wiara. Stąd nie dziwi tytuł jednej z ważniejszych publikacji Dmowskiego – Kościół, naród i państwo z 1927 roku i kolejność: kościół mamy na pierwszym miejscu, Kościół katolicki ma się rozumieć.

Ja, w odróżnieniu od większości endeków i „patriotów”, którzy – jak podejrzewam – nie czytali Dmowskiego, przeczytałem jego Myśli nowoczesnego Polaka, Kościół, naród i państwo oraz Dziedzictwo – powieść napisaną przez Dmowskiego pod pseudonimem Kazimierz Wybranowski. Jednak odniosłem wrażenie, że te publikacje i ta powieść są jakieś sztuczne, że pisał to ktoś, kto dostał zlecenie na stworzenie pewnej ideologii, że brak tam było osobistego zaangażowania, wszystko jakby z musu. No cóż, Dmowski był intelektualistą, nie było więc dla niego problemem pisanie na zlecenie. Ponadto był deistą, co w przypadku masona jest naturalne. Nawrócił się dopiero krótko przed śmiercią. Trudno więc było wymagać od niego, by pisał o wierze z sercem i pasją.

Jakiś czas temu trafiłem na jego publikację, która była zgoła odmienna w stylu od tego, co wcześniej czytałem. Dmowski pisał w niej tak od siebie, jakby go już nic nie krępowało. Może już nie był wtedy masonem? Ta publikacja to Przewrót popowstaniowy.

Myśli nowoczesnego Polaka to seria artykułów Dmowskiego ukazująca się w 1902 roku na łamach „Przeglądu Wszechpolskiego”. Pierwsze wydanie książkowe ukazało się w 1903 roku. Drugie wydanie ukazało się we Lwowie w 1904 roku. Trzecie – w 1907 roku też we Lwowie. Wydanie czwarte ukazało się w Warszawie w 1933 roku. W nim znalazły się dodatkowe publikacje: Podstawy polityki polskiej oraz Przewroty.

Przewroty, to trzyczęściowa rozprawa, na którą składają się: Przewrót popowstaniowy, Odbudowa państwa i Kryzys cywilizacji europejskiej. Pomiędzy trzecim wydaniem lwowskim a czwartym warszawskim minęło 26 lat. Dmowski zmarł w 1939 roku, a więc Przewrót popowstaniowy pisał na 6 lat przed śmiercią. To już był czas, że chyba nie miał złudzeń, co do tego, kto w Polsce rządził i ku czemu to zmierzało.

Całość znajduje się na stronie Cyfrowej Biblioteki Myśli Narodowej. https://cbmn.pl/uploads/ebooks/Roman%20Dmowski%20-%20My%C5%9Bli%20nowoczesnego%20Polaka.pdf. Poniżej tekst Przewrotu popowstaniowego:

„Powstanie 1863/64 roku było pogrzebem kwestii polskiej: od chwili jego upadku wykreślono ją spośród spraw międzynarodowych. Nastąpił czterdziestoletni okres utrwalania się układu Europy, w którym miejsca na Polskę nie było. W tym czasie nic się w polityce międzynarodowej nie działo, co by mogło wskazywać, że to jest tylko okres przejściowy; przeciwnie, powszechnie się zdawało, że kwestia ta raz na zawsze złożona została do archiwów, że Polska to już tylko przeszłość. Politycy europejscy nie tylko przestali się nią interesować, ale zatracili o niej najelementarniejszą wiedzę.

Ten wszakże okres martwoty na zewnątrz, był w wewnętrznych dziejach Polski jednym z najważniejszych. Nie było w całej naszej przeszłości kilku dziesięcioleci, w ciągu których tak głębokie, tak rewolucyjne zmiany zaszłyby w samej budowie społeczeństwa i w jego psychice.

Zaszły one prawie jednocześnie we wszystkich trzech zaborach, w każdym odpowiednio do miejscowych warunków politycznych, społecznych i gospodarczych, nad całością ich wszakże panuje swą potęgą i szybkością przewrót, który się odbył w zaborze rosyjskim, ściślej mówiąc, w Królestwie Kongresowym.

Zabory pruski i austriacki były tylko skrawkami Polski, wprawdzie dużymi, ale nie stanowiącymi geograficznej całości, nie mogącymi nawet wytworzyć jednego ośrodka ku któremu ciążyłaby cała dzielnica. Natomiast Królestwo Kongresowe, główna część Polski, licząca przeszło dwa razy tyle Polaków, co każda z trzech pozostałych dzielnic (zabór pruski, Galicja i Kraj Zabrany), stanowiło geograficzną całość, z jednym wielkim ośrodkiem, Warszawą. Miało ono po rozbiorach bogatsze od innych dzielnic, pełniejsze życie, było po Kongresie Wiedeńskim odrębnym, w pewnej mierze nowoczesnym państwem, żyło na wyższej stopie umysłowej i utrzymywało bliższe stosunki z życiem Zachodu.

W drugiej połowie stulecia dzielnica środkowa, skutkiem należenia do Rosji, w swych instytucjach politycznych o wiele więcej pozostawała w tyle za Europą niż zabory pruski i austriacki. Najważniejsza rzecz – ustrój pańszczyźniany przetrwał w niej aż do upadku ostatniego powstania.

Po uwłaszczeniu włościan, poprzedzonym przez zniesienie granicy celnej między Królestwem a Rosją, następuje w tym kraju gwałtowny przewrót gospodarczy.

Powstaje i rośnie szybko wielki przemysł fabryczny, oparty na węglu Zagłębia Dąbrowskiego i na rynkach z początku rosyjskich, a w dalszym ciągu i azjatyckich, do których wpływy rosyjskie sięgały. Wraz z nim rozwija się handel wschodni. Otwarło się dla kraju nowe, potężne źródło dochodów, wzrasta jego zamożność, a z nią pojemność jego rynku wewnętrznego. Kwitną rzemiosła, handel miejscowy, wreszcie wolne zawody. Rolnictwo, po krótkim, ciężkim okresie przystosowania się do nowoczesnych warunków produkcji, wchodzi na drogę szybkiego postępu i nowej pomyślności, którą zawdzięcza rozszerzającemu się rynkowi krajowemu.

Tym wielkim przemianom gospodarczym towarzyszy rewolucyjna w swej szybkości przebudowa społeczeństwa.

Szybko rośnie w liczbę mieszczaństwo przemysłowe, rzemieślnicze, handlowe, wreszcie pracująca w wolnych zawodach inteligencja. Powstaje liczna warstwa robotników przemysłowych. Jednocześnie zmiana warunków rolnictwa wyrzuca z ziemi znaczną część szlachty, nie mogącą się do tych warunków przystosować, zmienia się w niemałej mierze skład osobowy warstwy większych posiadaczy ziemskich, wreszcie ta większa własność, dominująca do ostatniego powstania w tym kraju, zmniejszona bardzo przez uwłaszczenie, zaczyna w ogromnej części topnieć przez parcelację. Nowy w swym charakterze żywioł, chłop-posiadacz, rośnie zarówno w liczbę, jako w siłę materialną, i, do niedawna ignorowany, zajmuje coraz wydatniejszą pozycję w życiu gospodarczym i społecznym, w końcu zaś skupia na sobie uwagę, jako wielka siła, podstawa narodowego bytu.

W parze z tymi dwoma przewrotami: gospodarczym i społecznym, idzie trzeci, bodaj najgwałtowniejszy -rewolucja myśli polskiej. Była ona nieuniknionym ich skutkiem.

Szybkość, z jaką się odbywał ten przewrót w życiu kraju, ta przebudowa społeczeństwa i jego myśli, miała liczne strony słabe i pociągała za sobą różne niebezpieczeństwa. Fatalną wprost okolicznością było to, że ten przewrót rozpoczął się w chwili bankructwa politycznego sprawy polskiej. Wreszcie, ten postęp gospodarczy i społeczny odbywał się przy braku instytucji publicznych, przy ujęciu całkowitej kontroli życia w ręce rządu, bardzo pierwotnie pojmującego potrzeby tego życia, co musiało stać się źródłem licznych zboczeń.

Kraj nie był przygotowany do tych nagłych przemian, nie posiadał nawet odpowiedniego materiału ludzkiego do tworzenia nowego życia. Jego wielki przemysł i handel tworzyli Niemcy i Żydzi. Polacy musieli się dużo nauczyć, zanim zaczęli z tamtymi współzawodniczyć, a ucząc się od Niemców i Żydów, nie nauczyli się wszystkiego, czego potrzeba przemysłowcowi i kupcowi polskiemu. Po dziś dzień sfera wielkiego przemysłu i handlu, która zresztą nigdzie nie odznacza się cnotami obywatelskimi, w Polsce jest wyjątkowo nieobywatelską. Wzrost jej wpływu, kosztem dawnego wpływu szlachty, nie podnosił wartości społeczeństwa. Tamta miała – przy licznych swoich brakach – tradycje obowiązku obywatelskiego: wyraziły się one i w okresie popowstaniowym w licznym odłamie ziemiaństwa, który z dużym poświęceniem pracował dla przyszłości Polski, i w inteligencji miejskiej pochodzenia szlacheckiego, której dziełem właściwie było odrodzenie aspiracji polskich i polskiej myśli politycznej.

Rosnąca szybko warstwa oświecona, tzw. inteligencja, kształtowała się bardzo niejednolicie. Powstanie potężnie podcięło siłę cywilizacji polskiej na Litwie i Rusi. Skutkiem tego, w tych głównie stronach, zaczęła się zjawiać młodzież polska, zrywająca z tradycją do tego stopnia, że aż głosząca pogardę dla wszystkiego, co polskie. Żyła ona pod urokiem rewolucyjnej umysłowości rosyjskiej. Różnice cywilizacyjne i moralne między Polską zachodnią a wschodnią pogłębiły się, później zaczęły się one znów zacierać, ale nierychło jeszcze czas naprawi to, co te lata popowstaniowe zrobiły.

Znacznie głębsze rozbicie inteligencji polskiej wynikło z tłumnego wtargnięcia w jej szeregi Żydów. Przeprowadzona w przeddzień powstania reforma Wielopolskiego zniosła prawne przegrody między nimi a społeczeństwem polskim. Rzucili się wtedy do szkół średnich i uniwersytetów. Wytworzyli liczną inteligencję, biorącą udział w życiu polskim, wnoszącą w nie swoje tendencje, narzucającą mu swe upodobania i swe nienawiści, a w wypadkach nawet, w których usiłowali być jak najwięcej Polakami, nie mogącą się pozbyć swej odrębnej psychiki, swych instynktów. Ta inteligencja, w miarę, jak liczba jej rosła, stawała się coraz słabiej polska, a coraz mocniej żydowską. Wiele idei i wiele dążeń w tym kraju miałoby inne losy, gdyby nie rola Żydów i ich wpływ na umysłowość polską.

Przed powstaniem psychika polska była starą psychiką społeczeństwa rolniczego. Inteligencja polska wisiała właściwie przy szlachcie. W okresie popowstaniowym wytwarza się z ogromną szybkością nowoczesna psychika komercyjna. Jest to zbyt wielki przewrót duchowy, ażeby w tak krótkim czasie mógł się odbyć gruntownie. Następuje więc przeróbka powierzchowna, tandetna, polegająca w ogromnej mierze na tym, że ludzie pozbywają się dawnych cnót, a nie zdobywają nowych. Z gorliwością prozelitów wyrzekają się oni wierzeń, pojęć, sposobów postępowania, którymi dotychczas żyli, ale czasu nie mają na to, żeby się dobrze wychować w nowych pojęciach, tym bardziej zaś w nowych, pożytecznych nałogach.

Jeszcze przed ostatnim powstaniem psychika inteligencji polskiej była wcale jednolita; w okresie popowstaniowym uległa ona głębokiemu rozbiciu. Wytworzyły się odłamy inteligencji tak mało wspólnego mające między sobą, jakby należały do różnych narodów. Ścierały się między sobą trzy jej typy: zachodni, wyrosły na tradycjach polskich i wpływach europejskich; wschodni, wychowany przez rewolucję rosyjską i jej literaturę; wreszcie żydowsko-polski, reprezentowany przez spolszczonych Żydów i zżydzonych Polaków. Ostatnie dwa w postępowaniu i nawet w ideach często zbliżały się do siebie, ile że w rewolucji rosyjskiej pierwiastek żydowski coraz silniejszą odgrywał rolę. Różnice między tymi trzema typami były o wiele głębsze, niż te, które wytworzył podział narodu pomiędzy trzy państwa. Stwierdzaliśmy to w naszych latach uniwersyteckich, kiedy porozumienie się z młodzieżą Galicji i Poznańskiego przychodziło nam o wiele łatwiej, aniżeli w naszej dzielnicy z młodzieżą typu wschodniego lub żydowsko-polskiego.

Fakt, że ten wielki przewrót w gospodarstwie, w budowie społecznej, wreszcie w myśli polskiej nastąpił w okresie bankructwa kwestii polskiej, jej pogrzebania w Europie i jej zduszenia w kraju, sprawił, że ta nowa myśl organizowała się bez udziału szerszych aspiracji polskich, a w znacznej mierze w duchu wrogim nie tylko tym aspiracjom, ale samej Polsce. Gdy te aspiracje na kilkanaście lat przed końcem stulecia zaczęły się odradzać w młodym pokoleniu, tylko mała część starszego była zdolna je zrozumieć. Co gorsza, podział duchowy na trzy typy sprawił, że znaczna część młodego pokolenia zajęła względem nich stanowisko skrajnie wrogie.

Tworzący się obóz narodowy rósł, organizował swą myśl i swe działanie w zaciętej walce wewnątrz społeczeństwa. Zwalczano go z najróżnorodniejszych stanowisk – w młodym pokoleniu głównie z socjalistycznego. Wprawdzie i wśród socjalistów wytworzył się odłam rzucający hasło niepodległej Polski, program wszakże, który to hasło głosił, tak mało miał wspólnego ze współczesnym położeniem międzynarodowym i z wewnętrznym położeniem Polski, że nie przedstawiał punktów stycznych z ruchem narodowym, ale był mu raczej biegunowo przeciwny.

Wewnętrzny tedy przewrót popowstaniowy na skutek warunków, w których się odbywał, dał w wyniku takie rozbicie polityczne, jakiego nie przedstawiał żaden naród w Europie. Była wprawdzie chwila, kiedy Królestwo Kongresowe sprawiało wrażenie wielkiej politycznej jednolitości, mianowicie w czasie wyborów do świeżo ustanowionej Dumy rosyjskiej, kiedy wszystkie właściwie okręgi znalazły się w rękach jednego stronnictwa -narodowego. Była to wszakże jednolitość w znacznej mierze pozorna, wywołana zachowaniem się obozu narodowego wobec ruchu rewolucyjnego, który się silnie skompromitował; umiejętną organizacją stronnictwa, która skupiła w jego szeregach liczne żywioły, zresztą bardzo różnorodne i mało rozumiejące właściwe dążenia jej kierowników; wreszcie szeroką pracą obozu narodowego wśród ludu, która mu pozwoliła pociągnąć za sobą masy. Rozbicie duchowe i polityczne inteligencji i w owej chwili się nie zmniejszyło.

Tym sposobem kraj był jak najgorzej przygotowany do zbliżającej się chwili dziejowej, w której kwestia polska ponownie wystąpiła na arenie międzynarodowej i zjawiły się warunki odbudowania państwa.”

Pisze więc Dmowski, że wewnętrzny przewrót popowstaniowy na skutek warunków, w których się odbywał, dał w wyniku takie rozbicie polityczne, jakiego nie przedstawiał żaden naród w Europie. I przetrwało ono do dziś. Przemiany społeczne po II wojnie światowej nie tylko utrwaliły to rozbicie, ale je spotęgowały. Tak więc i obecne społeczeństwo dzieli się na te same trzy typy:

  • zachodni
  • wschodni
  • żydowsko-polski

Typ wschodni, to typ, który jest obecny w południowej części województwa podlaskiego, w której mieszkam, to tzw. mniejszość białoruska i ukraińska. Tego typu ludzie mają oczy, serca i dusze zwrócone na wschód. Nad Narwią przy drodze Białystok-Lublin znajduje się zajazd, zbudowany chyba za Gierka. Nazywał się „Zagłoba”. Parę lat temu właściciel sprzedał go, a nowy zmienił nazwę i teraz to jest „Chutor nad Narwią”. Ciągnie wilka do lasu. Widać uznał, że taka nazwa przyciągnie klientów, a to by znaczyło, że takich ludzi, którym taka nazwa się spodoba, jest dużo.

Po wojnie na tzw. Ziemie Odzyskane przesiedlono ludzi z Kresów, na których większość z nich, to tzw. mniejszości narodowe. Z tego właśnie względu prawdopodobnie większość ludzi tam mieszkających to typ wschodni. Nie trzeba daleko szukać. Prezydent Gdańska, niejaka Dulkiewicz, mówi z wyraźnym akcentem ukraińskim, a ona od urodzenia mieszka w Polsce. Jeśli jeszcze dodamy do tego fakt, że mamy obecnie do czynienia ze zmasowaną imigracją Ukraińców i ukraińskich Żydów, a także Białorusinów, o czym się nie mówi, to prawdopodobnie typ wschodni jest obecnie najliczniejszym typem w Polsce.

Mamy też mniejszość żydowską, która może liczyć około 3-4 milionów. Skoro było ich tyle przed wojną, to nie ma podstaw, by sądzić, że obecnie jest ich mniej. Tylko niewielka część z nich zginęła w Oświęcimiu, choćby dlatego, że zwożono tam Żydów z całej Europy. Więc większość z nich to nie byli Żydzi polscy. Na Kresach ich nie brakowało i trafili na te tzw. Ziemie Odzyskane. Bezpośrednio po wojnie Wałbrzych był ich największym skupiskiem. A ilu przywiozła Armia Czerwona? A ilu mamy zżydzonych Polaków, czyli tzw. szabesgojów?

Jest więc obecna Polska podzielona na trzy grupy, czy typy, jak chciał Dmowski. Trzy obce sobie typy, często nawet wrogo do siebie nastawione. Propaganda komunistyczna wmówiła ludziom, że po wojnie Polska stała się krajem jednolitym etnicznie i wyznaniowo, co nie jest i nigdy nie było prawdą. Ale to wygodny argument, bo wtedy można wmawiać, że ten kraj jest taki, bo to Polacy tacy wredni, zawistni, leniwi, prymitywni, dresiarze i co tam jeszcze komu przyjdzie do głowy, słowem – Polactwo.

To rozbicie społeczeństwa polskiego na trzy grupy, to idealne rozwiązanie dla demokracji i polityków, którzy to wykorzystują, by antagonizować i tak już skłóconych. Klasycznym tego przykładem jest organizowanie Marszu Pamięci Żołnierzy Wyklętych w Hajnówce, w której 80% ludności to ludność prawosławna, która, mówiąc bardzo delikatnie, jest uczulona na tego typu obchody.

Konsekwencje powstania styczniowego odczuwamy do dziś, a przejawiają się one tym, że typ zachodni jest marginalizowany, a dwa pozostałe zwiększają swoją liczebność i znaczenie, ale o tym „nie trzeba głośno mówić”.

Powstanie, rewolucja czy prowokacja?

22 stycznia minęła 159 rocznica powstania styczniowego. Minęła niepostrzeżenie, a to najważniejsze wydarzenie w dziejach narodu polskiego. Nie państwa, bo takiego wtedy nie było – narodu. W I RP nie miał on szans na stworzenie własnego mieszczaństwa i inteligencji, bo szlachta i Żydzi robili wszystko, by chłop pozostał tam, gdzie był. Tę szansę naród polski mógł dostać po fali nacjonalizmu, jaka przelała się w XIX wieku przez Europę i nie tylko przez Europę, i która to fala zmyła stary porządek i powstało wiele państw narodowych o republikańskim ustroju, bo tylko taki ustrój mogły one mieć. Mógł dostać, ale nie dostał jej za sprawą tego powstania.

Powstała też Polska jako państwo, ale to nie było to państwo, w którym Polacy rządzili i mogli się rozwijać jako naród i społeczeństwo. Już wtedy to był Polin, a nawet wcześniej, bo już po powstaniu styczniowym. Jeszcze Polski nie było, a Polin już był. Na terenach Królestwa po powstaniu Żydzi opanowali wszystko, co było ważne: handel, przemysł, usługi, kulturę, naukę, prasę itd. Nawet patriotyzm. To oni stworzyli wzorzec polskiego patrioty. To był katolik, który kocha ojczyznę i który jest gotowy za nią oddać życie, bezwarunkowo, bez względu na to, czy to ma sens, czy – nie. To było najważniejsze. Ten wzorzec został wykreowany właśnie bezpośrednio przed powstaniem styczniowym. I to trwa do dziś. Gdy widzę na tzw. Marszu Niepodległości Żyda Bąkiewicza z wysuniętą w nazistowskim geście ręką z krzyżem w dłoni, to od razu przypominają mi się te „patriotyczne demonstracje” przed powstaniem styczniowym. I dziś wielu nabiera się na ten tani, odpustowy patriotyzm. W dużym stopniu zapewne jest za to odpowiedzialny system edukacji i szeroko pojęta propaganda, ale obie te dziedziny kontrolują Żydzi, więc nie może być inaczej.

Lektura tego blogu nie będzie lekka, łatwa i przyjemna, bo cytaty, które zamieściłem są długie i jest ich dużo, ale chciałem, mówiąc językiem „Radziwiłki” (kto zacz, to w poprzednim blogu), oświetlić problem z każdej strony. Chodzi mi o te relacje polsko-żydowskie, polsko-rosyjskie, żydowsko-rosyjskie, polsko-niemieckie, rosyjsko-niemieckie, bo one wszystkie gdzieś tam się materializowały w trakcie tych wydarzeń w okolicach Placu Zamkowego i Starego Miasta. A wszystko, co działo się przed powstaniem, miało tylko jeden cel, sprowokować i tym samym dostarczyć pretekst do wywołania powstania. W tej prowokacji prym wiedli Żydzi i neofici, a pomagali im Rosjanie i zruszczeni Niemcy.

To, co działo się przed powstaniem, jest najważniejsze. Reszta, czyli jego przebieg, bitwy – to wszystko jest bez znaczenia, bo z góry było zaplanowane, że ma ono upaść. Warto jednak zagłębiać się w te wydarzenia sprzed lat i je analizować, bo one pokazują, czym jest prawdziwa polityka. I tak jak kiedyś polscy naiwni patrioci nabierali się na żydowskie gierki, tak dziś też wielu na nie się nabiera i wierzy, że kanadyjski „Konwój wolności”, to tak naprawdę. Nie! Nie naprawdę. Tak jak nie naprawdę była Solidarność i wiele innych rzeczy. Historia jest bardzo ciekawa, prawdziwa historia, bo ona pozwala zrozumieć teraźniejszość. Dlatego wszyscy ją zafałszowują.

Wielka Encyklopedia Powszechna PWN wydana w latach 1962-1969 tak opisuje powstanie styczniowe:

»Powstanie styczniowe – ostatnie powstanie narodowe przeciw Rosji, rozpoczęte 22 I 1863, zakończone późną jesienią 1864, objęło tereny Królestwa Polskiego, Litwy, Białorusi i części Ukrainy.

Klęska poniesiona przez carat w wojnie krymskiej przyspieszyła w Rosji i zaborze rosyjskim kryzys systemu feudalnego, wysuwając – jako kwestię palącą – sprawę likwidacji pańszczyzny oraz uwłaszczenie. Zaostrzająca się walka chłopów o własność ziemi otworzyła patriotom polskim perspektywy porwania ludu do walki przeciw zaborcy. Zjednoczenie Włoch z pomocą Francji budziło nadzieje na dalsze zwycięstwa sprawy narodowej w Europie.. Pierwsze tajne związki studentów i oficerów polskich, powstałe na wyższych uczelniach w Cesarstwie (petersburskie koło oficerskie Z. Sierakowskiego, Związek Trojnicki w Kijowie), przygotowywały powstanie w porozumieniu z rosyjskim ruchem rewolucyjnym. Od 1859 w Warszawie powstawały tajne kółka młodzieżowe, kierowane przez N. Jankowskiego, K. Majewskiego, J. Kurzynę. Ziemiaństwo zrzeszone w Towarzystwie Rolniczym, jak również koła burżuazyjnej inteligencji (tzw. millenerzy) trzymały się programu pracy organicznej.

Od czerwca 1860 (pogrzeb generałowej Sowińskiej) młodzież warszawska dla zmobilizowania szerszych grup społecznych urządzała manifestacje uliczne. W lutym 1861 manifestacje te doprowadziły w Warszawie do starcia z wojskiem (pięciu poległych 27 lutego); po tych wypadkach burżuazja i ziemiaństwo włączyły się do ruchu, aby utrzymać go w granicach wyłącznie „moralnej rewolucji”. Władzę porządkową objęła Delegacja Miejska, w skład której weszli przedstawiciele warszawskiej finansjery, kupiectwa i duchowieństwa. Ułożono adres do cara z ogólnikowymi żądaniami. Rząd rosyjski zapowiedział niektóre koncesje (utworzenia Rady Stanu, rad miejskich i powiatowych). Dla pozyskania konserwatywnego ziemiaństwa na rzecz ugody mianowano A. Wielopolskiego dyrektorem Komisji Wyznań i Oświecenia Publicznego. Wielopolski nie zdołał jednak pozyskać burżuazji warszawskiej ani opanować sytuacji na wsi; wobec zatargów między chłopami a szlachtą na Podlasiu rozwiązał 4 kwietnia Delegację Miejską, a 6 kwietnia Towarzystwo Rolnicze. Jednakże masakra bezbronnego ludu na placu Zamkowym (8 IV 1861) uniemożliwiła ugodę. Kraj ogarnęło wrzenie. Chłopi niemal powszechnie zaprzestali pracy na pańskim, co zmusiło rząd do wydania (16 maja) zarządzenia zmiany pańszczyzny na okup pieniężny. Jednakże za uwolnienie od pańszczyzny mieli chłopi płacić wysoki okup pieniężny, przekraczający ich możliwości finansowe.

Ruch patriotyczny przybierał formy manifestacji kościelnych (nabożeństwa, śpiewy) i żałoby narodowej – ogarniając ogół ludności miast i miasteczek. Władze carskie wprowadziły w Królestwie stan wojenny (14 X 1861); wojsko wtargnęło do dwóch warszawskich kościołów, co spowodowało zatarg z duchowieństwem. W końcu 1861 powstały dwa rywalizujące ze sobą obozy polityczne „Białych” i „Czerwonych”, zakładające tajne organizacje na terenie kraju. W „czerwonym” Komitecie Miejskim (od maja 1862 w Centralnym Komitecie Narodowym) na czoło wysunął się J. Dąbrowski jako naczelnik m. Warszawy, współpracujący ze spiskującymi oficerami polskimi i rosyjskimi. Sytuacja polityczna w Królestwie Polskim stawała się coraz bardziej napięta, rozszerzała się konspiracja; w Warszawie wykryto spisek wśród rosyjskiej załogi wojskowej. Rząd carski starał się opanować sytuację za pomocą ustępstw liberalnych.

W czerwcu car Aleksander II powołał na namiestnika swego brata w. ks. Konstantego Mikołajewicza, a Wielopolskiego mianował naczelnikiem rządu cywilnego. Podjęte przez niego reformy (spolszczenie szkolnictwa, równouprawnienie Żydów, oczynszowanie chłopów) nie zdołały pozyskać „białych”, którzy widząc niepopularność ugody w opinii publicznej zgłaszali pod adresem caratu daleko idące postulaty. Pozostający w ukryciu Centralny Komitet Narodowy ogłosił się jedynie prawowitym, tymczasowym Rządem Narodowym i zawarł formalny sojusz z rosyjską Ziemlą i Wolą dla wspólnej walki z caratem. W celu rozbicia organizacji „czerwonych” zarządzono 14/15 I 1863 z inicjatywy Wielopolskiego brankę. Pod naciskiem kół spiskowych Centralny Komitet Narodowy wyznaczył termin rozpoczęcia powstania na 22 I 1863; walkę zbrojną rozpoczął nocny atak na carskie garnizony.

Tymczasowy Rząd Narodowy ogłosił Manifest powstańczy i dekrety o uwłaszczeniu chłopów, które otwierały możliwość przekształcenia powstania w wojnę ludową. „Biali” początkowo sprzeciwiali się ruchowi zbrojnemu, ale po kilku tygodniach przeszli na jego stronę, by utrzymywać nad nim kontrolę, wiążąc losy powstania z interwencją dyplomatyczną mocarstw zachodnich. Zmierzając do opanowania władzy, „biali” przeciwstawili ”czerwonemu” dyktatorowi Ł. Mierosławskiemu własnego dyktatora M. Langiewicza. Po rychłym upadku obu dyktatur władzę zatrzymał tajny Rząd Narodowy.«

Na temat Ziemli i Woli encyklopedia pisze:

„Ziemla i Wola (ziemia i wolność) – tajna rewolucyjna organizacja w Rosji powstała w 1861/62 w wyniku połączenia działalności petersburskiego ośrodka rewolucyjnego (bracia N.A. i Aleksander A. Sierno-Sołowiowiczowie, A.A. Slepcow, Nikołaj N. Obruczew) i londyńskiego (A.I. Hercen, N.P. Ogariow i M.A. Bakunin); przywódcą duchowym Z. i W. był N.G. Czernyszewski; dokumentem programowym Z. i W. stała się napisana przez Ogariowa proklamacja Czto nużno narodu?, w której wysunął żądania ziemi dla chłopów i swobód politycznych; cele te miały być osiągnięte w wyniku rewolucji chłopskiej. Na działalność Z. i W. w dużym stopniu wpłynęło przygotowywane w Polsce powstanie (rozmowy londyńskie z przedstawicielami Centralnego Komitetu Narodowego). Podczas powstania związani z Z. i W. oficerowie rosyjscy w Polsce wystąpili po stronie powstańców.”

W zasadzie to można powiedzieć, że ten encyklopedyczny opis tego, co działo się przed powstaniem jest spójny i przejrzysty. Niby wszystko w nim jest, ale jak zwykle diabeł tkwi w szczegółach. Henryk Rolicki w swojej książce Zmierzch Izraela z 1932 roku pisze:

»„W Polsce dało się zauważyć poważne wrzenie, które udzielało się także żydom.” – Samuel Hirszhorn Historia żydów w Polsce.

Toteż margrabia Wielopolski, zgodnie z biurokratami rosyjskimi upatrywał w reformie żydów „odtrutkę przeciw rewolucji” – Samuel Hirszon Historia żydów w Polsce. Wyjednał dla żydów prawa polityczne, czynne i bierne prawo wyborcze do rady gubernialnej. Aleksander II zatwierdził ten projekt w dn. 24 maja 1861 r. Nie wstrzymało to żydów od ideału rewolucji wszechświatowej, rewolucji mesjańskiej. Toteż „duch rewolucyjny hulał po całym państwie, przy czym rewolucjoniści rosyjscy mieli się połączyć z powstańcami polskimi do walki za naszą i waszą wolność. Propagowana rewolucja miała tedy być ogólnokrajową, ogólnopaństwową lub jak zapewniali niektórzy entuzjastyczni emigranci, omal nie ogólnoludzką”. – Samuel Hirszhorn Historia żydów w Polsce.

Pojawia się w Warszawie krakowski rabin Meisels, który przedtem maczał palce w rewolucji 1848 r.

„Gdy zapytano go, dlaczego on, żyd ortodoksyjny, trzyma z lewicą, a nie z prawicą, odrzekł kalamburem: Die Juden haben keine Rechte (żydzi nie mają praw, a także żydzi nie mają prawicy – przyp. aut.)”. – Samuel Hirszhorn Historia żydów w Polsce.

„W Warszawie ruch rewolucyjny rozpoczął się od niewinnych manifestacji, w których na równi z Polakami brali udział żydzi. Kierownictwo Meiselsa, kaznodziei Lastrowa i przedstawicieli gminy warszawskiej nadawało przy tym wszelkim wystąpieniom piętno reprezentacji ogółu żydowskiego. W manifestacji 25-27 lutego 1861 r., która zakończyła się śmiercią pięciu poległych, wielu żydów ucierpiało od kul… Meisels należał do składu delegacji, która się udała do namiestnika Gorczakowa, celem żądania zadośćuczynienia za przelaną krew. W demonstracyjnym pochodzie pogrzebowym, idącym za trumną poległych, razem z duchowieństwem katolickim znalazło się także duchowieństwo żydowskie z Meiselsem na czele. Wielu żydów uczestniczyło w kościołach na odprawianych mszach zadusznych ze śpiewem i mowami patriotycznymi”. – Samuel Hirszhorn Historia żydów w Polsce.

I znowu podczas pogrzebu sybiraka, Ksawerego Stobnickiego, za trumną „szli zarówno żydzi, jak i chrześcijanie. Po złożeniu trumny w grobie i odprawieniu zwykłych modłów nad zmarłym, orszak pogrzebowy udał się z Powązek na cmentarz żydowski, złączywszy się po drodze z gromadą żydów, śpiewających Boże coś Polskę i dążących na mogiłę Antoniego Eisenbauma, zmarłego dawniej dyrektora szkoły rabinów… Tymczasem na Placu Zamkowym gromadziły się tłumy manifestantów. Wojsko rozpoczęło szarżę i strzelaninę. Wracający z pogrzebu Stobnickiego, słysząc strzały, połączyli się z zebranymi na Placu Zamkowym. Do tłumu śpiewającego Święty Boże wyszedł kapucyn z krzyżem, ale żołnierze powalili go kolbami. Wtedy krzyż z jego rąk pokrwawiony wziął młodzieniec, Karol Nowakowski, a gdy żołnierze porwali go do zamku, krzyż dostał się do rąk żyda Laudego, który wzniósł go ponad głowy klęczącego tłumu, ale po chwili padł pod kulami”. – Samuel Hirszhorn Historia żydów w Polsce.

Agitatorzy żydowscy kręcili się także po wsiach, podburzając do powstania. W r. 1861 pisał emigrancki „Przegląd rzeczy polskich”:

„Mówią, że w wielu okolicach chłopi kosy prostują, że w innych znowu, przez rząd podbechtani, nie dowierzają szlachcie, ale to pewna, że wszędzie po wsiach kręcą się żydkowie z poczciwym słowem i z chętną dla pracy naszej usługą”. – Cytuje Samuel Hirszhorn Historia żydów w Polsce.

Żydzi do tego stopnia zadomowili się w kościołach katolickich Warszawy, że niekiedy „pełnili nawet obowiązki kwestarzy w kościołach, a mianowicie w kościele Bernardynów podczas nabożeństwa żydzi zebrali na powstanie kilka tysięcy złotych”. – Samuel Hirszhorn Historia żydów w Polsce.

Z chwilą wybuchu powstania rabini wydali odezwę do ludności żydowskiej, wzywającą do poparcia powstania i kończącą się znamiennym zwrotem: „kto roztropny, ten pojmie, że tylko tą drogą, a nie inną, dobro kraju osiągnięte być może”.

Apelują więc, jak to czynił Jakub Lejbowicz Frank w swych odezwach, nie do uczuć współwyznawców, lecz do… roztropności.

Komentując tę odezwę pisze historyk żydowski:

„Umiarkowany ton odezwy w porównaniu z bojową proklamacją Rządu Narodowego jest uderzający: ani jednego zdania rewolucyjnego, ani jednego nawet antyrosyjskiego… nie czuli się moralnie upoważnieni do angażowania zbiorowości żydowskiej w zdecydowaną rewolucję i woleli tę sprawę traktować ogólnikowo i mętnie”. – Samuel Hirszhorn Historia żydów Polsce.

Na koniec proste fakty:

„W lipcu 1863 r. Rząd Narodowy w Warszawie skazał pięciu żydów na karę śmierci za szpiegostwo na rzecz Rosjan”. – Samuel Hirszhorn Historia żydów w Polsce.

„Powściągliwy stosunek żydów litewskich do powstania ocalił ich po stłumieniu buntu od krwawych porachunków okrutnego Murawiewa. Również w Królestwie ani powstanie, ani jego stłumienie nie miało dla ogółu żydów zbyt poważnych następstw”. – Samuel Hirszhorn Historia żydów w Polsce.

Na gruzach polskiego powstania podały sobie ręce Rosja i Prusy do ścisłego przymierza, trzymając zbrojną straż nad mogiłą naszej niepodległości.

Za to żydom powodzi się niezgorzej, bo „zrujnowana szlachta musi kołatać do żydów o pożyczki lub posady. Odradzająca się klasa burżuazyjna hołduje poglądom liberalnym i znajduje się w kontakcie z żydami, trzymającymi w handlu i przemyśle prym… antysemityzm nie miałby obecnie w Polsce na czym się opierać”. – Samuel Hirszhorn Historia żydów w Polsce.

I znowu (bo wcześniej Rolicki pisał o powstaniu listopadowym – przyp. W.L.) na przykładzie 1863 r. możemy stwierdzić, że żydzi podżegali Polaków do wybuchu, tym razem już nie tylko poprzez związki węglarskie, lecz nawet bezpośrednio. W swej miłości do Polski posuwali się tak daleko, że nawet przezwyciężyli odwieczną nienawiść do Kościoła katolickiego, nosili krzyże, śpiewali „Boże coś Polskę” w kościołach i podczas nabożeństw zbierali datki na powstanie. Po jego wybuchu wydali „roztropną” odezwę, a potem… nie dał im się we znaki Murawiew i nie ucierpieli też w Królestwie. Za to wiedli prym w handlu i przemyśle, szlachta kołatała do nich o posady, zaś antysemityzm „nie miał się na czym opierać”.«

Stanisław Didier w książce Rola neofitów w dziejach Polski z 1934 roku pisze:

»Nie omieszkano też zaopiekować się młodzieżą polską. Następuje masowe zawiązywanie się rozmaitych kółek organizacyjnych wśród akademików polskich na terenie Petersburga, Kijowa i Warszawy. Początek powstawania tych kółek zbiegł się dziwnie z datą przyjazdu do Polski (1860 r.) jednego z sekretarzy Jakuba Cremieux, krzątającego się wówczas koło zorganizowania „Alliance Israelite Universelle”. Tym wysłannikiem był znany z pobytu Mickiewicza nad Bosforem, neofita Armand Levy, redaktor „Constitutionnel” (głównego organu liberalnego żydostwa paryskiego), propagującego myśl przewrotu społecznego w Rosji.

Działalność tych komórek, złożonych przeważnie z ludzi dobranych zupełnie przypadkowo, w pierwszej swej fazie była bardzo słaba. Trzeba było jak najprędzej dążyć do jej wzmocnienia. Tej roli podjęło się paru młodych i wpływowych działaczy neofickich, cieszących się popularnością wśród studentów i uczniów szkół średnich. Na plan pierwszy wysunął się wśród nich Karol Majewski, sekretarz Leopolda Kronenberga. Był on osobistością niezwykle wpływową w kołach konspiracyjnych, bożyszczem ufającej mu bezgranicznie młodzieży.

W 1860 roku Majewski posiadał największe wpływy wśród studentów, przewodniczył tajnemu „komitetowi akademickiemu” i wszedł do zarządu konspiracyjnego „stowarzyszenia uczniów szkoły sztuk pięknych i młodzieży miejskiej”. Sekundował mu dzielnie Maksymilian Unszlicht, wchodzący w skład komitetu akademickiego (składającego się z trzech osób), działającego wśród akademików i uczniów. Został ponadto utworzony przez Majewskiego rodzaj komitetu ponadpartyjnego (do którego wchodził również Edward Jürgens, syn Żydówki), kierującego wszystkimi kółkami i stowarzyszeniami młodzieży o charakterze politycznym, powstającymi wówczas w Warszawie. Przystąpiono też do pracy nad urobieniem starszego pokolenia. Powołano mianowicie do życia w 1859 r. komitet, w którego skład weszli: Jürgens, zaufany jego Henryk Wohl, Natansonowie, neofita Andrzej Wolf, frankista inż. Stanisław Jarmund i inni. Stał się on z czasem zawiązkiem organizacji Czerwonych, prącej do walki zbrojnej z Rosją. Nie darmo bowiem Leopold Kronenberg pisał w liście z dn. 18 I 1860 r., że „sprawa żydowska nie jest najpierwszą i są inne daleko ważniejsze”. Tą rzeczą ważniejszą dla przywódcy żydostwa polskiego było zapewne rzucenie „gojów” do beznadziejnej walki z zaborcą. Przygotowaniem do tego miały być wielkie manifestacje, których głównymi reżyserami byli mechesi, grupujący się około Jürgensa i Majewskiego.

Program agitatorów (których liczne rzesze włóczyły się w oczekiwaniu wypadków po bruku Warszawy), potępiający politykę dążącą do uzyskania najkorzystniejszych nawet dla kraju reform, napotkał na stanowczy opór Andrzeja Zamoyskiego, prezesa „Towarzystwa Rolniczego”. Uważał on, że drogą spisków nic się nie wywalczy. Dążenie do powstania nazywał zbrodnią, która doprowadzi do ruiny rezultaty pracy cichej, prowadzonej z takim mozołem przez lat trzydzieści. Około Zamoyskiego skupiał się żywioł umiarkowany, który uważał, że trzeba poprzeć „Towarzystwo Rolnicze”, pracować powoli i bez rozgłosu, może długo, ale pewnie, by dojść w końcu do tego, że Polska, jak owoc dojrzały, sama odpadnie od rosyjskiego drzewa. Politycy polscy, grupujący się około Zamoyskiego, uważali, że powstanie, które nie będzie w stanie zwyciężyć, spotęguje tylko w Moskwie nienawiść do Polski. Nawet „Strażnica”, pismo wychodzące tajnie w r. 1861-1863, doradzała poczekać z rozpoczęciem walki zbrojnej. Stanowisko „Strażnicy” popierali: Rafał Krajewski, stracony przez Moskali wraz z Trauguttem, i sybirak A. Giller, wybitny działacz powstańczy, który pisał („Historia powstania narodu polskiego”, t. II, str. 56), że „gdyby z wybuchem powstania czekać umiano, doczekalibyśmy się wkrótce rozstroju i rozkładu Moskwy, który ułatwiłby nam wojnę”. Opinię działaczy polskich podzielał rewolucjonista rosyjski Hercen, w którego odezwie do oficerów armii carskiej (z dn. 15 XI 1862 r.) czytamy, że „przedwczesny wybuch w Polsce nie tylko jej nie oswobodzi, ale was zgubi i niezawodnie zahamuje rozwój naszej sprawy rosyjskiej”.

Nic więc dziwnego, że do działalności „Towarzystwa Rolniczego” odnosił się bardzo nieprzychylnie Leopold Kronenberg. Dzięki niemu przygotowany został artykuł przeciwko „Tow. Roln.”, który miał być umieszczony w „Gazecie Polskiej” ( jej właścicielem był Kronenberg – przyp. W.L. ); w ostatniej chwili jednak wstrzymano drukowanie tego artykułu, zresztą bez wiedzy Kronenberga.

W swojej nienawiści do „Tow. Roln.” dziwnie zgodny był Kronenberg z grupą generałów rosyjskich, przeważnie niemieckiego pochodzenia, na której czele stał Kotzebue. Kamaryla wojskowa zwalczała zacięcie działalność „Tow. Roln.”. Kotzebue zwrócił nawet uwagę namiestnika Gorczakowa na liczne tworzące się komitety i delegacje Towarzystwa i ożywiony udział jego członków w rozmaitych konkursach i próbach rolnych. Gorczakow polecił wysłać odpowiednie zarządzenia do Zamoyskiego, zabraniając działania w poszczególnych komitetach. Członkowie Towarzystwa mogli działać tylko wspólnie. Było to poważnym ciosem dla Zamoyskiego. Prosił on jednak członków Towarzystwa o wytrwanie. Czy wyłącznym źródłem poczynań Niemca Kotzebue’go była przede wszystkim jego rasowa nienawiść do Polaków, nie wiadomo.

Faktem jest, że poszczególni generałowie rosyjscy byli na żołdzie żydowskim, o czym wyraźnie pisze Mikołaj Berg w swojej pracy pt. „Zapiski o powstaniu polskim”, t. II str. 114.

Czułą opieką otoczyli poza tym Żydzi wielkorządców rosyjskich w Warszawie. Gdy po śmierci Paskiewicza mianowany został namiestnikiem Królestwa stary i mało energiczny ks. Gorczakow, wysunął się na czoło kamaryli cywilnej, grupującej się na Zamku Królewskim, Juliusz Enoch.

Znowu, dzięki swemu stanowisku i bogactwu, należał Enoch do tej licznej i wpływowej sfery Żydów chrzczonych w Warszawie, która w wypadkach 1861-1865 r. była pierwszorzędnym czynnikiem na wszystkich polach. Gładki, dowcipny, władający świetnie francuszczyzną, uzyskał Enoch taki wpływ na namiestnika, że powszechnie nazywano go faktorem Gorczakowa. W chwilach specjalnie trudnych dla księcia, Enoch umiał znaleźć się zawsze pod ręką niecierpliwego starca. Kierował nim jakiś szczególniejszy instynkt żydowski i przeczucie, gdyż zjawiał się zawsze, jak na zamówienie. Zawsze wesoły, umiał Enoch od czasu do czasu wcale dowcipnie zażartować i wywołać uśmiech na ustach otaczających osób, i to w chwilach, gdy nikomu śmiać się nie chciało. Toteż stary arystokrata rosyjski, darząc zdolnego i zręcznego neofitę bezgranicznym zaufaniem, zarekomendował go nawet na dworze petersburskim. I tam umiał Enoch tak sprytnie pokierować, że w krótkim czasie stał się człowiekiem, z którym kamaryla dworu carskiego zaczęła się poważnie liczyć. Nie darmo pisze o nim A. Giller („Historia powszechna narodu polskiego”, t. I, str. 24), że „używał Enoch w Petersburgu znaczenia i był bardzo ceniony przez cara”. Doszedłszy do tak wielkiego znaczenia nie zrywał Enoch ze swymi współbraćmi. Pozostawał on w dalszym ciągu w bliskich stosunkach z najwpływowszymi rodzinami pochodzenia żydowskiego.

Wszelkie swoje wpływy rzucił Enoch na szalę w chwili, gdy w sferach rosyjskich powstał projekt uspokojenia wzburzonych umysłów w Królestwie przez powołanie wybitnego Polaka na jeden z naczelnych urzędów w kraju. On to właśnie wprowadził Wielopolskiego do Gorczakowa i przedstawił go jako opatrznościowego człowieka, którzy przy powszechnym rozdrażnieniu zechce przyjąć urząd, ofiarowany mu przez Rosję i doprowadzi do pacyfikacji kraju. Gdy namiestnik upoważnił Enocha do wybadania margrabiego, ten umiał tak wpłynąć na magnata, że zgodził się przyjąć stanowisko dyrektora mającej się utworzyć Komisji wyznań i oświecenia publicznego. Wiele też Enoch dopomógł margrabiemu w Petersburgu, towarzysząc mu w jego podróżach do stolicy Rosji. Zbliżył on poza tym Wielopolskiego do wpływowych semitów, których echem stał się z czasem dumny magnat (Z. L. S., „Historia dwóch lat 1861-1862”, t. II, str. 177).

Powołanie margrabiego Wielopolskiego, człowieka wprawdzie bardzo zdolnego, lecz niebywałej dumy (wskutek której niechętne mu były szerokie warstwy narodu), początkowo na stanowisko dyrektora Komisji wyznań i oświecenia publicznego, a później naczelnika urzędu cywilnego Królestwa, było ciężkim błędem politycznym.

O wiele odpowiedniejszym człowiekiem w tak krytycznej dla kraju chwili byłby Andrzej Zamoyski, cieszący się wielką popularnością wśród ogółu polskiego. Nie miał on jednak poparcia wpływowego żydostwa stolicy, które prowadziło z nim cichą walkę.

Filosemityzm Wielopolskiego nie ustrzegł go jednak od nagonki, jaką rozpoczęli na niego poszczególni neofici. Pisma zagraniczne, informowane odpowiednio przez swoich korespondentów, obrzucały błotem margrabiego. Jednego z takich, Wacława Szymanowskiego, współredaktora „Tygodnika Ilustrowanego”, aresztowano i wysłano na mieszkanie do Białej Podlaskiej. (Obszerniej charakteryzuje to zdarzenie Walery Przyborowski, w pracy swej, wydanej pod pseudonimem Z. L. S., „Historia dwóch lat 1861-1862”, t. III, str. 27). Dwuznaczną politykę prowadziła też w stosunku do Wielopolskiego „Gazeta Polska”. Raz zdawała się popierać margrabiego, zachęcając ludność do czynnej współpracy z nim (powstawała wtedy przeciwko Czerwonym), to znów występowała energicznie przeciwko niemu, starając się poderwać jego autorytet w społeczeństwie.

Taka akcją zaskoczeni byli aryjscy przyjaciele Wielopolskiego, a przede wszystkim on sam. Margrabia spodziewał się bowiem, że Żydzi, obdarowani przez niego szeregiem praw, poprą go niezawodnie. Nie mógł przypuszczać, że rola jego po rozwiązaniu „Towarzystwa Rolniczego” i zgnębieniu Andrzeja Zamoyskiego, w oczach „żydowskich przyjaciół”, była skończoną. Użyty jako taran do rozbicia umiarkowanego obozu polskiego, powinien był odejść po dokonaniu swego dzieła.

W kraju zaś wrzało coraz więcej. Organizacja Czerwonych parła do powstania, do którego wstępem miały być urządzane manifestacje. Znając głęboką religijność ogółu, starali się Czerwoni nadać początkowo manifestacjom charakter obchodów kościelnych. Pierwszym takim obchodem był pogrzeb generałowej Sowińskiej, wdowy po obrońcy Woli w r. 1831. Wzięło w nim udział wiele tysięcy ludzi, pielgrzymując po pogrzebie na dawne szańce Woli. Przy udziale tysięcznych tłumów odbyły się manifestacyjne nabożeństwa w rocznicę wybuchu powstania listopadowego, bitwy grochowskiej itp.

Pierwsze krwawe ofiary padły na ulicach stolicy w lutym 1861 r. Gorczakow, obserwujący w towarzystwie Enocha, który nie odstępował namiestnika w tych burzliwych czasach nawet na chwile, z okien Zamku przebieg manifestacji dał rozkaz wojskom rozpędzenia tłumu. Manifestacja zakończyła się salwami wojsk rosyjskich; od kul poległo pięciu Polaków. W Warszawie nastąpiło nieopisane wzburzenie; rzemieślnicy klękali na ulicach i głośno przysięgali zemstę. Naprężoną sytuację pogorszył fakt rozwiązania wkrótce potem „Towarzystwa Rolniczego”. Wykorzystali to dla przygotowania nowej manifestacji Czerwoni, najzajadlejsi wrogowie żywiołów grupujących się koło Andrzeja Zamoyskiego. W wielkiej manifestacji kwietniowej wzięli liczny udział Żydzi. Skupieni na ul. Mariensztadt zachowywali się specjalnie hałaśliwie, prowokując wojsko rosyjskie. Dwustu zabitych i czterystu rannych zaległo ulice Warszawy. Co się tyczy narodowości poległych, to autor (Z. L. S.) dzieła pt. „Historia dwóch lat 1861-1862” (t. II, str. 344) wymienia zaledwie trzy nazwiska żydowskie. Pozostali byli to Polacy, synowie ludu staromiejskiego.

Stosunkowo łatwo udało się „mechesom” spopularyzowanie idei walki zbrojnej z Rosją wśród przedstawicieli zamożnych sfer polskich. Dzięki staraniom Jürgensa powstała na gruzach „Towarzystwa Rolniczego” organizacja nowa, na wpół tajna, którą dla jej umiarkowania przezwano „Białą”. Na czoło Białych wysunęli się w krótkim czasie: Leopold Kornenberg, którego podejrzewano, nie bez powodu zresztą, iż to on głównie przyczynił się do rozwiązania Tow. Roln., Karol Majewski, Jürgens, Aleksander Kurtz, wielki przyjaciel Enocha i Władysław Zamoyski. Dzięki zaagitowaniu przez Karola Majewskiego dwu zapalonych ziemian: Kołaczkowskiego i Siemieńskiego, do nowo założonej organizacji przystąpiła młodsza generacja ziemiaństwa, zdezorientowana po skasowaniu Tow. Roln. i idąca od tej pory na pasku nienawidzących jej „mechesów”. Mieli też powodzenie Biali wśród bogatego mieszczaństwa warszawskiego, przeważnie pochodzenia żydowskiego. Przywódcy Białych nawiązali ścisły kontakt z tzw. „Biurem Polskim”, które, powstawszy w 1860 r., mieściło się w „Hotelu Lambert”. Należeli do niego m. in. Ludwik Wołowski, Leon Kapliński i Julian Klaczko.

Zaabsorbowawszy uwagę społeczeństwa, grupującego się w poszczególnych organizacjach, przygotowaniami do zbrojnej walki z zaborcą, przystąpili przywódcy neoficcy do dalszej „pracy”. Dążyli oni do jak największego skłócenia najpoważniejszych ugrupowań politycznych w kraju, tj. Czerwonych i Białych. Dokonać tego miał Karol Majewski, stanowiący niejako ogniwo między Czerwonymi i Białymi, do spółki z Leopoldem Kronenbergiem, o którym Z. L. S. pisze („Historia dwóch lat 1861-1862”, t. III, str. 299), że „we wszystkich partiach miał swoich ludzi”. Na zebraniu przywódców Białych, Kronenberg, w którego mieszkaniu odbywało się posiedzenie, zgłosił wniosek, ażeby wydać w ręce Wielopolskiego głównych działaczy Czerwonych. W ten sposób miano dopomóc margrabiemu do pacyfikacji kraju. Po dłuższej dyskusji projekt Kronenberga, gorąco poparty przez Jürgensa, został przyjęty. Miał to uczynić Karol Majewski, orientujący się najlepiej co do składu osobowego kierowników Czerwonych. W pałacu Brühlowskim, gdzie rezydował Wielopolski jako naczelnik rządu cywilnego, toczyły się rozmowy między Majewskim a margrabią w obecności Kronenberga. Pertraktacji powyższych nie doprowadzono do skutku. Doszły one jednak do uszu bacznych na wszystko Czerwonych. Przyczynił się do tego głównie Majewski, który informował ich stale o poczynaniach Białych. Zawrzała słusznym gniewem brać szeregowa Czerwonych, nie orientująca się w prowokatorskich poczynaniach „mechesów”, dążących do rozbicia społeczeństwa polskiego. Od tej pory uważała ona Białych za wrogów bardziej niebezpiecznych niż Moskale i Niemcy.

Do opanowania pozostawała jeszcze masa chłopska, niechętnie na ogół nastrojona względem żydostwa. Zdaniem przywódców neofickich, trzeba było zwrócić uwagę wieśniaków w inną stronę. Bardzo ciekawy w tym względzie jest przegląd Karola Majewskiego, wypowiedziany na jednym z zebrań przyszłych kierowników powstania, że „niech na Białorusi lub gdziekolwiek bądź chłopi zarżną z pięciu szlachciców, a wtedy kwestia ta sama się rozwiąże prędko i stanowczo” (Z. L. S., „Historia dwóch lat 1861-1862”, t. III, str. 482). Powiedzenie tak to się spodobało Jürgensowi, że przy najbliższej sposobności uściskał serdecznie Majewskiego. Opinie ich podzielali liczni działacze Czerwonych, jak to: Löwenhardt, Henryk Wohl, Jarmund, frankista Zwierzchowski, będący zarazem na usługach policji rosyjskiej i inni. Uważali oni, że powstanie należy rozpocząć od krwawego przewrotu społecznego. „Chamski Ereb” miał uderzyć na szlachtę. Zdaniem neofitów naród polski, „chcąc dosłużyć się ojczyzny, wypławić się naprzód musi w krwi własnej potokach” (Z. L. S., „Historia dwóch lat 1861-1862”, t. I, str. 189). Toteż w krótkim czasie rozpoczęła się intensywna agitacja między wieśniakami, skierowana przeciwko szlachcie. W lasach podlaskich, w wielkich borach świętokrzyskich i suchedniowskich, i w wielu innych okolicach Królestwa i Litwy pojawili się tajemniczy emisariusze, o których Giller pisze („Historia powszechna Polski”, t. II, str. 365-367), że byli to „agitatorowie socjalni”, zwani leśnikami, przygotowujący zaburzenia społeczne”. Demagodzy ci, będący wysłańcami Czerwonych, zacietrzewieni wrogowie szlachty, nie oszczędzali tej ostatniej w swych pogawędkach z chłopami, malując ją w kolorach najczarniejszych. Unikali oni jak najstaranniej dworów i ludzi wykształconych, obcując tylko z ludem prostym. W stałym kontakcie z tymi agentami byli Żydzi, mieszkający w miastach w pobliżu tych miejscowości, w których ukrywali się „leśnicy”. Synowie Izraela komunikowali im wszelkie wiadomości i ostrzeżenia, jak to miało miejsce przed rewizją, dokonaną z rozporządzenia władzy lubelskiej. W Warszawie zaś zaczęła krążyć anonimowo sporządzona lista osób „zlej wiary”, tj. złych Polaków, podająca częstokroć nazwiska ludzi najszanowniejszych i najuczciwszych.

Podjudzanie włościan przeciwko szlachcie szło na rękę zamiarom wojskowych rosyjskich, pochodzenia niemieckiego. Agitatorom Czerwonych przychodzili często z pomocą przebrani oficerowie moskiewscy. Tak w ziemi miechowskiej podjudzał chłopów przeciwko dziedzicom major baron von Osten-Sacken, godny towarzysz prowokatorów: Salisa Rozengolda, Władysława Krzyżanowskiego i innych.

Do zaognienia stosunków wewnętrznych w kraju przyczyniała się też bardzo spekulacja żydowska. Istniejący w Królestwie bilon, w ilości trzech milionów rubli, nie mógł uczynić zadość potrzebie zamiennej, zwłaszcza że Żydzi wycofywali go powoli w celach spekulacyjnych. Przyszło do tego, że za zmianę rubla papierowego na srebro lub miedź, synowie Izraela pobierali 70%, a często i więcej, co oczywiście odbijało się głównie na kieszeni ludzi ubogich.«

Marek Topczewski w swojej pracy, wydanej z okazji 150 rocznicy wybuchu powstania, Wybuch powstania styczniowego w świetle „Pamiętników” abpa Zygmunta Szczęsnego Felińskiego, pisze:

»Rewolucja społeczna czy powstanie narodowe?

Wybuch powstania został opisany w Pamiętnikach abpa Felińskiego w sposób lakoniczny: „Jakoż z 22 na 23 stycznia wybuchło ogólne powstanie w kraju; mówię: ogólne co do miejsca, nie zaś co do ludności, gdyż bardzo nieliczna gromadka spiskowych za broń pochwyciła”. Pierwsze walki powstańcy rozpoczęli właściwie bez broni, musieli ją zdobywać na żołnierzach rosyjskich. Zdaniem Felińskiego ta „garstka źle uzbrojonych i nie wprawionych do walki ochotników” nie miała szans ani nadziei na zwycięstwo (patrz powstanie warszawskie – przyp. W.L.).

Oficjalnie walkę zbrojną z wojskami rosyjskimi zapoczątkowało ogłoszenie 22 stycznia 1863 r. Manifestu KCN, który mianował się Tymczasowym Rządem Narodowym, ale według Felińskiego rozpoczęła się ona już „od zamachu na życie Lüdersa i odtąd nie ustawała ani na chwilę, nie śmiejąc tylko wychylić się zza węgła i wystąpić w otwartym polu. Krwawa rękawica rzucona już była rządowi”.

Rankiem 27 czerwca 1862 r. w Ogrodzie Saskim w Warszawie doszło do zamachu na carskiego namiestnika Królestwa Polskiego hrabiego Aleksandra Nikołajewicza von Lüdersa.Zamachowiec, oficer pochodzenia ukraińskiego, Andriej Potebnia wypalił mu w kark z pistoletu i szybko się oddalił. Namiestnik, choć ciężko ranny przeżył.

Zamach ten zapoczątkował serię ataków na funkcjonariuszy władz carskich, których wykonawcami w większości było tzw. bractwo sztyletników, tajnych egzekutorów działających na zlecenie Komitetu Centralnego Narodowego, który z chwilą wybuchu Powstania Styczniowego przekształcił się w Tymczasowy Rząd Narodowy.(https://historia.org.pl/2013/01/19/sztyletnicy-tajni-likwidatorzy-w-sluzbie-rzadu-narodowego/)

Branka przeprowadzona w Warszawie w nocy z 14 na 15 stycznia była bezpośrednim sygnałem do wybuchu powstania. KCN jeszcze jesienią zobowiązywał się, że do poboru do wojska carskiego nie dopuści, a gdyby nie mógł mu przeszkodzić, powoła naród do walki. Chociaż 15 stycznia policja w Warszawie zabrała z domów 1 800 osób, to większość członków organizacji czerwonych schroniła się już wcześniej w lasach kampinoskich i serockich., tworząc pierwsze oddziały partyzanckie, gdyż KCN poznał odpowiednio wcześniej tajne plany Wielopolskiego dotyczące poboru. Rząd powstańczy natomiast ukrywał się i funkcjonował w Warszawie. Utworzono tu cały aparat tajnej władzy narodowej, która funkcjonowała równolegle do oficjalnych organów władzy zaborczej (skarbowość, łączność, zaopatrzenie wojskowe, policję narodową, wymiar sprawiedliwości) i zyskiwała posłuch większości mieszkańców Królestwa. Nie znalazła ona jednak uznania na arenie międzynarodowej.

Napoleon III do połowy lutego utrzymywał politykę dystansowania się od sprawy polskiej i trwania przy sojuszu z Rosją, argumentując, że powstanie to „dzieło Mazziniego i jego polskich zwolenników”, a więc ruch rewolucyjny bardziej niż narodowy. Zdanie to podzielał według Ottona Beiersdorfa także Pius IX. Natomiast wpływowi rewolucjoniści europejscy zarzucali ruchowi jego narodowo-katolicki charakter.

Kwestia włościańska

Arcybiskup Feliński opisując w Pamiętnikach zmiany, jakie nastąpiły w stosunkach społecznych w zaborze rosyjskim od wojen napoleońskich do powstania styczniowego, określa je mianem przewrotu. Podczas gdy za panowania Aleksandra I cała niemal ziemia była własnością szlachty i tylko jej przysługiwało prawo nabywania gruntów, zaś włościanie, kupcy, mieszczanie i rzemieślnicy nie mogli ani nabywać majątków, ani piastować urzędów, ani synów nawet do wyższych zakładów naukowych oddawać nie mieli prawa, to już po powstaniu listopadowym sytuacja w pewnym sensie odwróciła się: szlachta wydziedziczona i zdegradowana za udział w powstaniu została pozbawiona wielu praw obywatelskich, zaś chłopi i mieszczanie, którzy decydowali się przejść na prawosławie, mieli otwarty dostęp do szkół i kariery w administracji rosyjskiej.

Bronisław Zaleski podaje w swojej Notatce, że szlachta litewska już w 1857 r. zrzekła się swoich praw do włościan i zażądała dla nich równouprawnienia politycznego. Zaleski podkreśla również, że ustawę dotyczącą reformy agrarnej opracowywali w Rosji nie tylko urzędnicy, ale także właściciele ziemscy. Również Towarzystwo Rolnicze pod prezesurą Andrzeja Zamoyskiego od 1859 r. dyskutowało na temat kwestii włościańskiej i w lutym 1861 r. uznało „uwłaszczenie włościan za jedyny i najlepszy środek uregulowania kwestii”.

Kwestia włościańska nie była zatem domeną czerwonych, którzy wykorzystywali ją do celów propagandowych i „sądząc z Warszawy o całej Polsce, wyobrażali, że włościanie byleby im obiecać ziemie na własność, chwycą za broń równie ochoczo jak warszawscy robotnicy, którzy najchętniej garnęli się do organizacji rewolucyjnej”. Niemniej Manifest KCN o powstaniu, ogłoszony 22 stycznia 1863 r., chociaż proklamował dekrety uwłaszczeniowe włościan prawie rok później niż ustawa rządowa, to zarazem szedł dalej niż koncesje ustawy rządowej. Komitet ogłaszając uwłaszczenie, ogłosił także dekret o równouprawnieniu wszystkich stanów i wyznań, zyskując tym samym poparcie niedostatecznie uświadomionych narodowo warstw społecznych, wykluczonych dotychczas z życia społecznego.

Ucisk narodowy i religijny

Po manifestacyjnym pogrzebie abpa Antoniego Melchiora Fijałkowskiego (10 października 1861 r.) namiestnik Karol Lambert ogłosił 14 października 1861 r. stan oblężenia. Odtąd demonstranci mieli być sądzeni przez sądy wojenne i mogli być zesłani w głąb Rosji nawet bez sądu. Do cytadeli można było trafić nie tylko za udział w nabożeństwie patriotycznym, ale także za noszenie stroju narodowego, biżuterii z symbolami narodowymi lub żałoby. Represje podsycały tylko nastroje rewolucyjne. Wrzenie w stolicy osiągnęło punkt kulminacyjny, gdy 12 grudnia 1861 r. wojsko carskie na rozkaz gen. Gerstenzweiga wtargnęło do warszawskich świątyń, a w kościele bernardynów i w katedrze, gdzie były zgromadzone tłumy, zaatakowało ludzi kolbami i bagnetami, dopuszczając się grabieży dobra prywatnego i kościelnego. Warszawski konsystorz nakazał wówczas zamknięcie wszystkich kościołów w mieście, żeby uniknąć dalszych profanacji.«

Czym zatem było powstanie styczniowe? Powstaniem narodowym, rewolucją czy prowokacją? Z przytoczonych cytatów wynika, że przede wszystkim było żydowską prowokacją, do pewnego momentu rewolucją i w najmniejszym stopniu powstaniem narodowym. Co to za powstanie narodowe, w którym uczestniczy znikoma część społeczeństwa i do tego mocno zmanipulowana? Rewolucjoniści rosyjscy może mieli dobre intencje, ale szybko zostali zneutralizowani przez Żydów. Pokazuje to historia nihilizmu. Natomiast istotą tego powstania i jego prawdziwym celem było zlikwidowanie tej resztki szlachty, która zachowała w sobie jeszcze jakieś poczucie polskości w szerszym pojęciu niż tylko własny interes, skonfiskowanie jej majątków za udział w nim i to, by Żydzi stali się polską inteligencją. I stali się nią. Później zaaplikowano nam, że się tak wyrażę współczesnym językiem, dawkę przypominającą w postaci powstania warszawskiego, którego celem było zburzenie Warszawy, by ją odbudować i zasiedlić tymi, którzy przyjechali tu z Armią Czerwoną i utrwalić zdobycze powstania styczniowego.

Ciekawe, że od powstania styczniowego odżegnywali się zarówno europejscy nacjonaliści, jak i europejscy rewolucjoniści. To by chyba świadczyło o tym, że i jedni i drudzy mieli tych samych nieznanych przełożonych.

Kto wywołał to powstanie i w jakim celu, to wystarczy przeanalizować to, co po nim nastąpiło, zgodnie z wielokrotnie sprawdzoną zasadą: is fecit, cui prodest (ten zrobił, komu to przynosi korzyść).

I tak na zakończenie, jako ciekawostka, fragment z blogu „Brazylia”:

Wojna paragwajska (wojna trójprzymierza) – wojna stoczona w latach 1864-1870 pomiędzy Paragwajem a koalicją Brazylii, Argentyny i Urugwaju. Najbardziej krwawy konflikt w historii Ameryki Południowej. W rezultacie wojny 50% mieszkańców Paragwaju zostało pozbawionych życia, w tym 90% męskiej populacji. Głównym powodem ataku na Brazylię była chęć zapewnienia sobie korzystania z ujścia La Platy, czyli dostępu do morza, którego Paragwaj nie ma. Bezpośrednią przyczyną wojny było wkroczenie wojsk brazylijskich do Urugwaju, interweniujących w wojnie domowej w tym kraju po stronie powstańców z partii Colorado, podczas gdy Paragwaj popierał rząd pełniącego obowiązki prezydenta Aguirre z partii „Białych”. Powstańców popierała również Argentyna. Nowy rząd Urugwaju, Brazylia oraz Argentyna zawiązały trójprzymierze. Przymierze tych trzech państw poparła Wielka Brytania, wspierając je finansowo.

Partia Colorado miała czerwony sztandar. Jej oponentką była partia „Białych”. A to ciekawe! W tym samym czasie trwało na ziemiach zaboru rosyjskiego powstanie styczniowe, w którym powstańcy dzielili się na dwie frakcje: białych i czerwonych. Przypadek?

Afera Dreyfusa

W poprzednim blogu „Nazizm” nie napisałem o tym, co było istotą nazizmu i co było w nim najważniejsze, czym on się żywił. To był antysemityzm. Bez niego cała ta ideologia nie miałaby sensu. A skoro tak, to wypada sobie zadać podstawowe pytanie: skąd się wziął antysemityzm? Oficjalna narracja jest taka, że to jacyś mali, podli ludzie odreagowują swoje frustrację i za wszystko zło tego świata obwiniają Żydów. Choć może nie do końca tak jest, że tylko mali i wredni ludzie. Pod koniec 2019 roku ukazał się film Romana Polańskiego „Oficer i szpieg”. W tym filmie powraca Polański do afery Dreyfusa, którą ponad sto lat temu żyła cała Europa. Wysłuchałem recenzji tego filmu autorstwa Tomasza Raczka. Pojawiła się ona na początku roku 2020. W pewnym momencie Raczek robi dygresję i mówi tak:

„I często widzę ludzi dobrze wykształconych, którzy mają w sobie wirus antysemityzmu, ten właśnie odruch szukania winy na hasło „Żyd”. Przypomina mi się sytuacja z mojej szkoły średniej, kiedy uczyła mnie Anna Radziwiłł historii, potem była ministrem edukacji, ale w latach 70-tych była moją nauczycielką historii w liceum Lelewela i pamiętam jak po „Ziemi obiecanej” pisałem recenzję w gazetce szkolnej i tam właśnie napisałem coś takiego, że Żydzi w tej Łodzi mocno namieszali, à propos roli Pszoniaka, no i że Żydzi mieli łatwiej, że Żydzi działali w nieczysty sposób w biznesie, i na korytarzu zgarnęła mnie Radziwiłka, tak mówiliśmy o Annie Radziwiłł, powiedziała – Tomek chodź! Zabrała mnie do pokoju nauczycielskiego, posadziła przed sobą i powiedziała: Tomek wstydź się za to, co napisałeś. To nie jest godne humanisty, a ja chodziłem do klasy humanistycznej i ona uczyła mnie historii w tej klasie humanistycznej. I powiem ci dlaczego. Ja tam siedziałem przed nią i ona mi przez godzinę opowiadała historię Polski, także w kontekście Żydów, może to były dwie godziny. Opowiadała mi o tym, jak antysemityzm, ile razy pojawiał się w polskiej historii, ile razy niszczył i historię i ludzi, i dusze. I powiedziała wreszcie, wiesz, humanista, żeby zasłużyć na to słowo, powinien zawsze umieć wznieść się ponad uprzedzenia i powinien zawsze starać się zobaczyć rzeczy takimi, jakimi one są naprawdę, oświetlić je ze wszystkich stron. I pomyślałem sobie, oglądając dzisiaj „Oficera i szpiega” Polańskiego, że on właśnie to robi, co Radziwiłka radziła, że on działa jak humanista i to jest jego wielka zaleta.”

No i wszystko jasne. I my mamy swego Pico della Mirandolę w osobie Anny Radziwiłł. Tamten, humanista renesansu, ta humanistka XX wieku. I pewnie jedno ich łączy: o Żydach dobrze albo wcale. I tylko taki człowiek może zasługiwać na miano humanisty, a reszta to, jak mawia mój kolega: dzicz, sicz i Zaporoże. I żeby było jasne, tego określenia używa również często na opis naszych realiów.

Afera Dreyfusa to była żydowska intryga perfekcyjnie pomyślana i wykonana. To było, że użyję języka, który oni tak lubią, Weltmeisterschaft, znaczy mistrzostwo świata. To już nie były jakieś lokalne pogromy czy pojedyncze akty antysemityzmu. W tym wypadku wplątano w to struktury państwa, które nadal, pomimo chylenia się ku upadkowi, było jednym z najbardziej liczących się w ówczesnym świecie.

Jak więc to było z tą aferą? Internetowa encyklopedia PWN pisze:

Dreyfusa sprawa, afera Dreyfusa, konflikt wewn. i walka polit. we Francji na przeł. XIX i XX w.;

związana z fałszywym oskarżeniem A. Dreyfusa  o szpiegostwo na rzecz Niemiec, jego degradacją i skazaniem oraz kampanią na rzecz rewizji procesu, uniewinnienia i rehabilitacji oskarżonego. S.D. znacznie wykraczała poza spór o jednostkowy wyrok sądowy, a istotną rolę odgrywało w niej także żydowskie pochodzenie oskarżonego; dotyczyła bowiem postaw moralnych i orientacji polit. społeczeństwa fr. — kształtowania priorytetów i hierarchii ich ważności; spowodowała, że społeczeństwo fr. podzieliło się na wrogie obozy: dreyfusistów (obrońców Dreyfusa) — środowiska lewicowych radykałów, demokratów i część socjalistów (hasła antymilitaryzmu, antyklerykalizmu, obrony praw człowieka i ustroju republikańskiego), oraz antydreyfusistów — sfery wojsk., ultramontańskie, hierarchia kośc. i ugrupowania nacjonalistyczne (obrona honoru armii, obrona kraju przed Niemcami oraz dążenie do zniszczenia rzekomego spisku Żydów, masonów i protestantów). Pomimo ułaskawienia Dreyfusa, a następnie jego rehabilitacji, S.D. całkowicie nie wygasła; w ciągu następnych lat była jeszcze niejednokrotnie powodem kryzysów rządowych; przyczyniła się do zerwania stosunków z Rzymem i spowodowała wzrost tendencji antymilitarystycznych we Francji; wywołując rozłam we fr. opinii publicznej, doprowadziła do ukształtowania się nowych orientacji, w tym skrajnej szowinistycznej prawicy i jej lig (m.in. Action Française). S.D. stanowiła także z jednej strony ważny moment kształtowania się nowoczesnego antysemityzmu, z drugiej zaś miała duży wpływ na rozwój poglądów T. Herzla (syjonizm).

Na stronie HISMAG znajduje się artykuł, który obszernie opisuje tę aferę. Link do oryginalnego tekstu tu: https://histmag.org/Sprawa-Dreyfusa-czyli-ideowy-spor-o-wizje-III-Republiki-6876. Poniżej fragmenty:

»Sprawa Dreyfusa jest do dziś jedną z najgłośniejszych politycznych afer w historii Europy. Jego losy doprowadziły do wybuchu ogromnego skandalu, podziału społeczeństwa, dyskusji nad wizją III Republiki i przetoczenia się przez Francję fali antysemityzmu. Kim był zatem Alfred Dreyfus, aresztowany dokładnie 15 października 1894?

Alfred Dreyfus urodził się w zamożnej żydowskiej rodzinie w Alzacji. Jego ojciec Raphael był producentem tekstyliów, należał więc do nowej burżuazji. Kiedy w wyniku wojny francusko-pruskiej z 1871 roku Alzacja została przyłączona do Rzeszy Niemieckiej, Dreyfusowie opowiedzieli się za obywatelstwem francuskim i przenieśli się do Paryża. W 1882 roku Alfred wstąpił do prestiżowej szkoły wojskowej École Polytechnique w Palaiseau pod Paryżem i postanowił rozpocząć karierę we francuskiej armii.

Siedem lat później zdolny adept awansował do rangi kapitana i został pierwszym Żydem pracującym w sztabie generalnym. Jego obiecująca kariera wojskowa została jednak z dnia na dzień brutalnie przerwana. W 1894 roku kontrwywiad francuski przechwycił notatkę z biura attaché wojskowego Ambasady Niemieckiej w Paryżu, z której wynikało, że jeden z francuskich oficerów zaoferował mu informacje dotyczące nowego uzbrojenia francuskiej armii. W wyniku cichego wewnętrznego śledztwa oskarżenia sformułowano pod adresem Alfreda Dreyfusa. Podstawą do postawienia mu zarzutów była analiza jego charakteru pisma, które było bardzo podobne do tego z przechwyconej notatki.

Kapitan został aresztowany 15 października pod zarzutem zdrady stanu i postawiony przed trybunałem wojskowym. Rozpoczął się proces odbywający się za zamkniętymi drzwiami, w wyniku którego Dreyfus został skazany za sprzedawanie tajemnic wojskowych Niemcom.

Tajny proces rozpoczął się 19 grudnia 1894 roku w więzieniu Cherche-Midi i trwał zaledwie cztery dni. Jedyny dowód, to jest podobieństwo pisma z notatki z pismem kapitana, był podważany przez zewnętrznych specjalistów (np. przez pana Goberta, eksperta Banku Francji), ale jednocześnie potwierdzany przez ekspertów związanych ze Sztabem Wojskowym. Możliwość zakwestionowania takiego dyskusyjnego dowodu przed trybunałem doprowadziła do deklaracji sztabu, że ostateczne świadectwo winy znajduje się w rękach samego ministra, ale jego ujawnienie doprowadziłoby do wybuchu europejskiej wojny. Wobec niestabilnej sytuacji politycznej w Europie takie argumenty okazały się wystarczające.

Decyzją trybunału składającego się z siedmiu oficerów, 22 grudnia 1894 roku Dreyfus został skazany na dożywotni pobyt w owianej złą sławą kolonii karnej na Wyspie Diabelskiej w Gujanie Francuskiej, gdzie trafił 13 kwietnia 1895 roku. Dreyfus próbował odwoływać się od wyroku do wojskowego sądu rewizyjnego, ale wniosek oskarżonego został odrzucony 31 grudnia 1894 roku.

Przez następne dwa lata opinia publiczna zapomniała o sprawie Dreyfusa. Dopiero w roku 1896 sprawa znowu nabrała tempa. Wówczas to Georges Picquart, sprawozdawca w pierwszym procesie Dreyfusa, został awansowany do stopnia podpułkownika i został szefem jednej z sekcji we francuskim wywiadzie wojskowym. W jego ręce dostał się – analogicznie jak w sprawie Dreyfusa – list wykradziony z biura attaché wojskowego Ambasady Niemieckiej w Paryżu, tym razem zaadresowany jednak do majora Ferdinanda Walsina Esterhazy’ego. Picquart porównał jego charakter pisma z notatką przypisywaną dotąd Dreyfusowi i zorientował się, że była ona w rzeczywistości autorstwa Esterhazy’ego. Picquart zaalarmował zwierzchników ze Sztabu Generalnego i Ministerstwa Wojny, ale nie przyjmowali oni do wiadomości, że skazano niewinnego człowieka. Pomimo nacisków, Picquart nadal przyglądał się sprawie i za swoją niesubordynację został przeniesiony do Tunisu, gdzie przydzielono go do 4. Pułku Strzelców w garnizonie w Sousse.

Jednak dzięki Picquart’owi, pomimo prób ukrycia problemu przez wojsko, sprawa ożyła na nowo. Picquart przekazał posiadane informacje na ręce wiceprzewodniczącego Senatu, Auguste’a Scheurera-Kestnera. Za uwolnieniem Dreyfusa zaczęły opowiadać się coraz to nowe osoby. Do walki o jego uniewinnienie przyłączyli się między innymi: dziennikarz Joseph Reinach, przyszły minister i radykalny polityk Georges Clemenceau oraz wspomniany wcześniej senator Scheurer-Kestner.

Znajdująca się pod presją armia postawiła przed sądem Esterhazy’ego, którego oskarżano o zdradę. Próbując uniknąć dyskredytacji, wojsko spreparowało nowy dowód przeciwko Dreyfusowi – wykonawcą tego zadania był oficer kontrwywiadu Hubert-Joseph Henry. Zabieg ten okazał się skuteczny i w 1898 roku sąd wojskowy uniewinnił Esterhazy’ego. Decyzja ta spotkała się z ostrą krytyką ze strony francuskich intelektualistów.

Odważny głos w sprawie zabrał wybitny francuski pisarz Emil Zola, który napisał list otwarty zatytułowany Oskarżam! ([J’accuse…!]), opublikowany 13 stycznia 1898 roku – dzień po uniewinnieniu Esterhazy’ego – w gazecie „Świt” („L’Aurore”), której właścicielem był, notabene, Georges Clemenceau. List został wydrukowany na pierwszej stronie gazety i wywołał poruszenie zarówno we Francji, jak i poza jej granicami.

Swój list zaadresował Zola do ówczesnego prezydenta III Republiki Félixa Faure’a. Krytykował w nim cały wojskowy system sprawiedliwości, oskarżał rząd o antysemityzm, a także wymieniał z nazwiska poszczególnych dowódców wojskowych, pisząc o ich fałszerstwach, sam zaś proces Dreyfusa określił jako „zbrodnię zdrady stanu przeciwko ludzkości”. Pod listem podpisały się rzesze francuskich intelektualistów. Emil Zola został oskarżony o pomówienie i skazany na rok więzienia. Zaraz za nim, za rzekome wymuszanie fałszywych zeznań na Esterhazym, aresztowano George’a Picquarta.

List Zoli ponownie jednak skierował uwagę publiczną na sprawę Dreyfusa, co doprowadziło do podziału Francji na dwa przeciwstawne obozy, a także do wybuchu rozruchów antysemickich.

Rozpętanej histerii nie sposób już było zatrzymać. W sprawie Dreyfusa złożono apelację. W sierpniu 1899 roku rozpoczął się proces rewizyjny i Alfred Dreyfus stanął ponownie przed sądem wojennym w Rennes. Mimo braku dowodów, armia ponownie skazała Dreyfusa na 10 lat więzienia, aby uniknąć kompromitacji. Aby rozwiązać problem i wyciszyć sprawę, w 10 dni po wydaniu wyroku Dreyfus został uwolniony na mocy ułaskawienia przez prezydenta Loubeta, jednak nie został oczyszczony z zarzutów.

Kapitan przyjął ułaskawienie, ale jednocześnie zastrzegł, że zrobi wszystko, co w jego mocy, aby udowodnić swoją niewinność. Co ciekawe, jednym z głównych powodów wyciszenia sprawy w ten sposób była obawa przed bojkotem Wystawy Światowej w Paryżu, która miała mieć miejsce w 1900 roku. Poniekąd wymusiło to na skłóconym społeczeństwie francuskim wypracowanie kompromisu.

Alfred Dreyfus wrócił do pracy w wojsku i cały czas walczył o swoje dobre imię. W kolejnym procesie, w lipcu 1906 roku, kiedy Clemenceau został premierem, cywilny sąd apelacyjny uchylił poprzedni wyrok i zrehabilitował kapitana. 22 lipca kapitan został formalnie przywrócony do poprzedniego stanowiska i otrzymał medal Legii Honorowej.

Po dalszej, stosunkowo krótkiej służbie w armii Dreyfus przeszedł do rezerwy. Wrócił do czynnej służby dopiero w czasie I wojny światowej. Po jej zakończeniu przeszedł na emeryturę. Armia publicznie ogłosiła jego niewinność dopiero w 1995 roku, sto lat od wszczęcia pierwszego procesu.«

Z kolei Wikipedia pisze:

»Sprawa Dreyfusa, afera Dreyfusa – polityczny skandal we Francji pod koniec XIX wieku, który stał się przyczyną kryzysu politycznego i społecznego, pociągając za sobą poważne zmiany w życiu kraju.

W 1894 roku Alfred Dreyfus, francuski oficer artylerii pochodzenia żydowskiego, został na podstawie spreparowanych dowodów oskarżony o zdradę na rzecz Niemiec. Koronnym dowodem w procesie były: rękopis pisma ambasady niemieckiej przypisywany Dreyfusowi i przysięga jednego świadka oskarżenia. Powołano pięciu specjalistów od badania pisma, trzech z nich, w tym Alphonse Bertillon (twórca antropometrii kryminalnej, policjant), stwierdziło, że list jest autorstwa Dreyfusa. Wyrokiem sądu wojskowego Dreyfus skazany został na dożywotni karny obóz na Wyspie Diabelskiej w Gujanie Francuskiej w Ameryce Południowej.

Fałszerstwo zostało ujawnione przez pułkownika wywiadu George’a Picquarta, w wyniku odnalezienia w tym samym koszu co wcześniej rękopisu podziękowania za przekazane informacje dla Esterhazy’ego. Wówczas wyżsi oficerowie armii, w tym podwładny Picquarta, kapitan Hubert-Joseph Henry, usiłowali ukryć swe błędy. Aferę ujawnił na forum publicznym pisarz Émile Zola, publikując 13 stycznia 1898 na łamach gazety L’Aurore („Świt”), słynny list otwarty do prezydenta Republiki Francuskiej Félixa Faure’a, zatytułowany „J’Accuse…!” (Oskarżam!), podpisany również przez setki intelektualistów francuskich. Jednak kolejne procesy rewizyjne utrzymały wyrok skazujący, zaś Émile Zola został skazany na rok więzienia i zmuszony pogróżkami do wyjazdu do Wielkiej Brytanii.

Sprawa Dreyfusa podzieliła Francję na „dreyfusistów” i „antydreyfusistów”. Spór był wyjątkowo gwałtowny, gdyż dotyczył wielu wysoce kontrowersyjnych kwestii w zaognionym klimacie politycznym Francji. Podziały przebiegały do pewnego stopnia między kręgami prawicowymi, monarchistycznymi i klerykalnymi z jednej strony a kręgami republikańskimi, antymonarchistycznymi i silnie antyklerykalnymi z drugiej. Duże znaczenie miały również nastroje antysemickie w wielu grupach społecznych, wzmocnione bankructwem w 1885 Union Générale, instytucji finansowej powiązanej z Kościołem katolickim, która zamierzała wyrugować finansjerę znajdującą się w rękach francuskich Żydów. Nastroje zaogniło również ukazanie się w 1886 książki Édouard Durmonta La France Juive (Żydowska Francja).

W sierpniu 1898 francuski minister wojny Cavaignac ustalił, że dowody zostały spreparowane przez Henry’ego. Kapitan wywiadu popełnił samobójstwo, a we wrześniu tego roku Esterhazy przyznał się do winy.«

Angielska Wikipedia pisze:

»Pochodzenie afery Dreyfusa, choć od lat 60-tych w pełni wyjaśnione, wzbudza wiele kontrowersji od prawie sto lat. Intencje pozostają niejasne. Wielu wybitnych historyków formułuje różne hipotezy na jej temat, ale wszyscy dochodzą do tego samego wniosku: Dreyfus był niewinny jakiegokolwiek przestępstwa lub wykroczenia.

Załoga wojskowego wywiadu pracowała na okrągło, obserwując ambasadę Niemiec w Paryżu. Udało się jej zatrudnić francuską gospodynię o imieniu „Madame Bastian” do pracy w budynku i szpiegowania Niemców. We wrześniu 1894 r. znalazła podartą zapisaną kartkę, którą przekazała swoim pracodawcom z wywiadu wojskowego. Notatka ta później stała się znana jako „bordereau”. Ten kawałek papieru, rozdarty na sześć dużych kawałków, niepodpisany i niedatowany, został zaadresowany do niemieckiego attaché wojskowego stacjonującego w ambasadzie niemieckiej, Maxa von Schwartzkoppena. Informowano w nim, że poufne francuskie dokumenty wojskowe dotyczące nowo opracowanego „hydraulicznego hamulca i sposobu jego działania” mają właśnie zostać wysłane do obcego mocarstwa.

Ta zdobycz wydawała się na tyle ważna dla szefa „Sekcji Statystycznej” Jeana Sandherra, aby poinformować ministra wojny, generała Augusta Merciera. W rzeczywistości podejrzewał on, że od początku 1894 r. istniały przecieki i próbował znaleźć sprawcę. Minister był ostro atakowany w prasie za swoje działania, które zostały uznane za niekompetentne i wydaje się, że szukał okazji do wzmocnienia swojego wizerunku. Natychmiast wszczął dwa tajne śledztwa, jedno administracyjne i jedno sądowe. Aby znaleźć winowajcę, używając prostego, choć prymitywnego rozumowania, krąg poszukiwań został arbitralnie ograniczony do podejrzanych oddelegowanych lub do byłych pracowników Sztabu Generalnego – ostatecznie do oficera stażysty artylerii.

W swojej powieści „W poszukiwaniu straconego czasu” Marcel Proust poświęca wiele uwagi tej aferze. Jednak bardziej koncentruje się na oddaniu nastrojów i podziałów panujących wówczas w społeczeństwie francuskim. W pewnym momencie pisze: Wiecie, czemu nie można zaprodukować dowodów winy Dreyfusa? Zdaje się dlatego, że on jest kochankiem żony ministra wojny. Mówi się o tym po cichu.

Znaleziono idealnego winowajcę: kapitan Alfred Dreyfus, absolwent politechniki i oficer artylerii, wyznania żydowskiego i pochodzenia alzackiego, pochodzący z merytokracji republikańskiej. Na początku śledztwa kładziono nacisk raczej na alzackie pochodzenie Dreyfusa niż na jego religię. Nie było w tym nic nadzwyczajnego, ponieważ oficerowie ci byli faworyzowani przez Francję za znajomość języka i kultury niemieckiej. W biurach Sztabu Generalnego antysemityzm był dość powszechny i szybko stał się centralnym wątkiem sprawy, wypełniając luki w wiarygodności we wstępnym dochodzeniu. Co więcej, Dreyfus był w tym czasie jedynym żydowskim oficerem, który przewinął się przez Sztab Generalny.

W rzeczywistości reputacja Dreyfusa jako postaci zimnej i zamkniętej w sobie, a nawet wyniosłej, a także jego „ciekawość”, działały przeciwko niemu. Te cechy charakteru, niektóre niesłusznie mu przypisywane, inne naturalne, uwiarygodniały zarzuty, czyniąc z najzwyklejszych czynności życia codziennego w służbie dowód szpiegostwa. Od początku tendencyjnie i jednostronnie prowadzone śledztwo doprowadziło do fałszywych wniosków. Tak było przez cały jego czas. Śledztwo, w którym irracjonalność zwyciężyła nad modnym w tamtym okresie pozytywizmem.«

O antysemickich protestach angielska Wikipedia pisze:

»Zamieszki antysemickie wybuchły w 1898 roku w miastach całej metropolitalnej Francji, głównie w styczniu i lutym. Poprzedzały one aferę Dreyfusa i były niemal tradycją na wschodzie, którą „naród alzacki obserwował po wybuchu jakiejkolwiek rewolucji we Francji”. Jednak zamieszki z 1898 roku miały o wiele większy zasięg.

W 55 miejscowościach doszło do trzech fal niepokojów: pierwsza, która zakończyła się 23 stycznia; druga – w następnym tygodniu; i trzecia fala z 23-28 lutego; fale te i inne incydenty wywołały łącznie 69 zamieszek lub niepokojów w całym kraju. Dodatkowo w Algierii w dniach 18-25 stycznia doszło do protestów. Demonstranci podczas nich rzucali kamieniami, skandowali hasła, atakowali własność żydowską, a czasami także ludność żydowską i policję, która próbowała ich powstrzymać. Burmistrzowie nawoływali do spokoju, a oddziały, w tym kawaleria, zostały wezwane w celu stłumienia zamieszek.

J’Accuse Zoli ukazał się 13 stycznia i większość historyków sugeruje, że zamieszki były spontaniczną reakcją na jego publikację i późniejszy proces Zoli. Prasa donosiła, że „niemal codziennie wybuchały burzliwe demonstracje”. Prefekci lub policjanci w różnych miastach odnotowali demonstracje i kojarzyli je z „kampanią podjętą na rzecz byłego kapitana Dreyfusa” lub z „interwencją M. Zoli” lub z samym procesem Zoli, który „wydaje się wzbudził demonstracje antysemickie”. W Paryżu demonstracje wokół procesu Zoli były częste, a czasem gwałtowne. Martin du Gard donosił, że „Osoby o rysach żydowskich były chwytane, otaczane i poszturchiwane przez będącą w amoku młodzież, która tańczyła wokół nich, wymachując płonącymi pochodniami, zrobionymi ze zwiniętych kopii L’Aurore.

Jednak żarliwa reakcja na Aferę, a zwłaszcza na proces Zoli, była tylko częściowo spontaniczna. W kilkunastu miastach, w tym w Nantes, Lille i Le Havre, na ulicach pojawiły się antysemickie plakaty, a wkrótce potem nastąpiły zamieszki. W Saint-Etienne plakaty głosiły: „Naśladujcie swoich braci z Paryża, Lyonu, Marsylii, Nantes, Tuluzy… przyłączcie się do nich w demonstracji przeciwko podstępnym atakom dokonywanym na Naród”. W Caen, Marsylii i innych miastach zamieszki następowały po antysemickich przemówieniach lub spotkaniach, takich jak spotkanie zorganizowane przez Komitet Obrony Religijnej i Społecznej w Caen.«

Afera Dreyfusa całkowicie odmieniła Francję pod względem politycznym i społecznym. Ożywiła ona spory pomiędzy konserwatystami a zwolennikami postępu. Jednak zdaniem większości historyków konfrontacja ta sprzyjała porządkowi republikańskiemu. Rzeczywiście nastąpiło wzmocnienie demokracji parlamentarnej i upadek sił monarchistycznych i reakcyjnych. Nadmierna aktywność partii nacjonalistycznych zjednoczyła republikanów w jednolitym froncie, który pokonał zwolenników starego porządku.

Ponadto w 1901 r. narodziła się republikańska, radykalna Partia Socjalistyczna, pierwsza nowoczesna partia polityczna, pomyślana jako machina wyborcza grupy republikańskiej. Miała ona własną organizację i struktury terenowe wypracowane przez dreyfusistów. Równocześnie z aferą powstała francuska Liga Praw Człowieka. Była ona skupiskiem lewicy intelektualnej, bardzo aktywnej na początku wieku i czymś w rodzaju wyroczni dla tej lewicy.

Wcześniej antysemityzm był ograniczony do elity intelektualnej. Afera Dreyfusa rozszerzyła nienawiść do Żydów na wszystkie warstwy społeczeństwa. Od tego momentu był on propagowany w wielu środowiskach, w tym wśród robotników. Kandydaci w wyborach parlamentarnych wykorzystywali antysemityzm jako hasło przewodnie swoich kampanii. Jego apogeum miało miejsce w 1905 roku w okresie rozdziału kościoła od państwa.

Kolejną konsekwencją społeczną była zwiększona rola prasy. Po raz pierwszy wywarła ona istotny wpływ na francuskie życie polityczne. Już można było mówić o czwartej władzy, zwłaszcza że wysoki poziom redakcyjny prasy wynikał głównie z zatrudniania pisarzy i powieściopisarzy, którzy wykorzystywali gazety jako rewolucyjny środek wyrazu.

Były też konsekwencje międzynarodowe. Właściwie to wszystkie źródła podkreślają, że afera przyczyniła się do powstania syjonizmu. Angielska Wikipedia pisze:

»Austro-węgierski dziennikarz Theodor Herzl wydawał się być głęboko poruszony aferą Dreyfusa, która nastąpiła po jego debiucie jako korespondenta Neue Freie Presse w Wiedniu. Był on obecny przy degradacji Dreyfusa w 1895 roku. Afera podziałała na Herzla jak katalizator. Przed falą antysemityzmu, która towarzyszyła degradacji, Herzl był „przekonany o konieczności rozwiązania kwestii żydowskiej”, co stało się dla niego „obsesją”. W Der Judenstaat (Państwo Żydów) uznał, że:

Francja – bastion emancypacji, postępu i powszechnego socjalizmu – może dać się wciągnąć w wir antysemityzmu i pozwolić paryskiemu tłumowi skandować „Zabić Żydów!” Gdzie więc mogą znów być bezpieczni – jeśli nie we własnym kraju? Asymilacja nie rozwiązuje problemu, ponieważ świat gojów na to nie pozwoli, jak to wyraźnie pokazała sprawa Dreyfusa…

Herzl był w szoku, gdyż żyjąc w młodości w Austrii, kraju antysemickim, wybrał życie we Francji ze względu na jej humanistyczny wizerunek, który sprawiał, że wydawała się ona schronieniem przed ekstremistycznymi ekscesami. Pierwotnie był fanatycznym zwolennikiem asymilacji Żydów w europejskich społeczeństwach gojów. Sprawa Dreyfusa wstrząsnęła spojrzeniem Herzla na świat i całkowicie pochłonął go maleńki ruch wzywający do przywrócenia państwa żydowskiego w biblijnej ojczyźnie w Izraelu. Herzl szybko przejął kierownictwo ruchu.

29 sierpnia 1897 roku zorganizował on pierwszy kongres syjonistyczny w Bazylei i jest uważany za „wynalazcę syjonizmu jako prawdziwego ruchu politycznego”. 1 września 1897 roku Theodor Herzl napisał w swoim dzienniku:

Gdybym miał podsumować Kongres Bazylejski jednym słowem – czego nie zrobię publicznie – brzmiałoby to tak: W Bazylei założyłem Państwo Żydowskie. Gdybym powiedział to dzisiaj na głos, odpowiedziałby mi powszechny śmiech. Być może za pięć lat, a na pewno za pięćdziesiąt, wszyscy się o tym przekonają.«

A więc do zbudowania państwa Izrael potrzeba było nie tylko I i II wojny światowej, ale także afery Dreyfusa. Ale to nie ona była przyczyną powstania ruchu syjonistycznego, tylko ten ruch jej potrzebował. Jak wspomniałem w poprzednim blogu „Nazizm”, to Józef Popper-Lynkeus pierwszy twierdził, że powstanie własnego państwa żydowskiego rozwiąże problem antysemityzmu.

Ale po co było Żydom potrzebne państwo Izrael? Henryk Rolicki w swojej książce z 1932 roku Zmierzch Izraela pisze:

»I tak wyniki rewolucji francuskiej, nadanie żydom pełni praw, w rezultacie zagroziły ich istnieniu. Nie pomógł i socjalizm. Wyrzekał się wprawdzie ojczyzny, a więc nie wymagał też asymilacji, ale aż do pierwszych lat XX w. żądał wyrzeczenia się narodowości wszelakiej, a więc także i żydowskiej. Toteż żydzi i w międzynarodówce musieli uprawiać fałszywą grę; musieli odżegnywać się od tego, jakoby uważali się za żydów. Tak więc zdobycze rewolucji francuskiej i socjalizm rozprzęgły żydostwo.

„To, co wyszło na dobre indywiduum żydowskiemu, stało się pułapką dla żydostwa”. – S. Bernstein, Der Zionismus, sein Wesen und seine Organisation.

Podniesienie żydowskiego poczucia zbiorowego stało się koniecznością, jeżeli kierownictwo nie miało zrezygnować z dalszego operowania ludem izraelskim.

W połowie XIX w. kierownicy judaizmu poczęli sobie zdawać sprawę z tego, że socjalizm, beznarodowy i międzynarodowy, ułatwił im położenie, lecz nie rozwiązywał trudności. Usiłowano więc chwycić się środków, które by obudziły wśród żydów zachodnich poczucie przynależności do szczepu i tradycji żydowskich. Najbardziej obiecującym środkiem było zainteresowanie ich Palestyną.«

Skoro więc kierownictwo żydowskie uznało, że ocalenie żydostwa leży w przywróceniu poczucia przynależności do szczepu i tradycji żydowskich i że najlepszym sposobem do osiągnięcia tego celu będzie stworzenia państwa w Palestynie, to jedyne, co pozostało do zrobienia, to skłonienie części Żydów, rozproszonych po całym świecie, do osiedlenia się w Palestynie. A jak to zrobić? Jak ich skłonić do tego? Najprościej poprzez wzbudzanie antysemityzmu wszędzie, gdzie się da. Na pierwszy ogień poszła Francja, ten bastion emancypacji, postępu i powszechnego socjalizmu, jak ją określił Herzl. I tak, trzask prask, raptem przeszła ona metamorfozę i z roku na rok stała się antysemicka. Doprawdy trzeba mieć wielkie talenty i środki, by dokonać takiej przemiany. Ale chyba nie tylko to. To było bardzo skomplikowane przedsięwzięcie. Ilu ludzi na różnych szczeblach hierarchii społecznej trzeba było zaangażować. I to nie tylko w Paryżu, ale w całej Francji i w Algierii.

No właśnie! Jeśli w sprokurowanie tej afery zaangażowano tylu ludzi, to kim oni byli? Jeśli Żydami, to by znaczyło, że jest ich o wiele więcej, niż oni twierdzą, że ich jest. A zdaje się, że to, na czym im najbardziej zależy, to przekonanie nas, że jest ich mało, bardzo mało. Ale afera Dreyfusa pokazuje coś innego. Pokazuje też, że oni traktują innych jak idiotów. No bo jak wytłumaczyć fakt, że notatka, pisana rzekomo przez Dreyfusa, podarta na parę części, znalazła się w koszu ambasady niemieckiej? Podarta tak, by można było ją skleić i odczytać.

Antysemityzm, pomimo powstania państwa Izrael, jest nadal Żydom niezbędny, bo nadal większość Żydów żyje w rozproszeniu po całym świecie. To jest ich najważniejsze spoiwo. Antysemityzm każe im współpracować ze sobą, wspierać się i pomagać sobie w razie potrzeby. Bez antysemityzmu diaspora rozpadnie się. Dlatego Żydzi wszędzie i zawsze są tymi, którzy ten antysemityzm tworzą i oskarżają o niego bezpodstawnie innych. Mogą to czynić, bo to im umożliwia asymilacja, czyli coś, co uniemożliwia innym ich rozpoznanie. I w ten sposób zasymilowany Żyd krzyczy: bij Żyda! I już mamy antysemityzm i wszystkie media, których oni są właścicielami, oznajmiają nam, że to my tak krzyczymy.

O aferze Dreyfusa nie zapomniano we Francji. W angielskiej Wikipedii piszą:

»W październiku 2021 roku prezydent Francji Emmanuel Macron otworzył w Médan na północno-zachodnich przedmieściach Paryża muzeum poświęcone aferze Dreyfusa. Powiedział, że nic nie może naprawić upokorzeń i niesprawiedliwości, których doznał Dreyfus, ale nie powtarzajmy ich.

Wzmianka o ich niepowtarzaniu jest następstwem prób francuskiej skrajnej prawicy kwestionowania niewinności Dreyfusa. W 1994 roku jeden z pułkowników został zwolniony ze służby za opublikowanie artykułu sugerującego, że Dreyfus był winny. Prawicowy polityk Jean-Marie Le Pen twierdził, że zwolnienie Dreyfusa było „sprzeczne z całym znanym orzecznictwem”. Éric Zemmour, skrajnie prawicowy przeciwnik polityczny Macrona, wielokrotnie w 2021 roku powtarzał, że afera Dreyfusa nie została wyjaśniona, a jego niewinność „nie była oczywista”.«

Czyli że francuska prawica jest zażydzona, podobnie jak i polska i każda inna.

Nazizm

Nazizm jest skomplikowaną ideologią, bo łączy w sobie jakby dwie sprzeczne ze sobą ideologie: nacjonalizm i socjalizm. Tak przynajmniej było jeszcze w XIX wieku. Później zaczęło się to zmieniać. Później, to znaczy po I wojnie światowej. Nie udała się rewolucja bolszewicka w Niemczech w listopadzie 1918 roku. A może miała się nie udać? Może miała powstać ideologia wroga socjalizmowi, który z założenia jest międzynarodowy. Jakiż więc socjalizm miałby stawić czoła socjalizmowi międzynarodowemu? Tylko socjalizm narodowy. Oswald Spengler przedstawił swoją doktrynę w 1919 roku. NSDAP, czyli Narodowosocjalistyczna Niemiecka Partia Robotników powstaje w lutym 1920 roku. Mamy więc z jednej strony państwo socjalistyczne, które pragnie szerzyć idee rewolucyjne po całym świecie, a z drugiej – państwo, któremu brakuje przestrzeni życiowej i przekonane o wyjątkowości narodu w obrębie tego państwa. Do konfliktu musiało dojść, zwłaszcza że państwa te, po zlikwidowaniu karykaturalnego tworu zwanego II RP, miały wspólną granicę.

Dla porządku wypada jeszcze dodać, że najlepszy wynik wyborczy NSDAP w wolnych wyborach to 37%. Hitler doszedł do władzy w wyniku politycznych gierek ówczesnych elit partyjnych w Niemczech, a nie dlatego, że wybrał go naród niemiecki.

Encyklopedia PWN tak pisze o nazizmie:

»Nazizm, narodowy socjalizm, hitleryzm, ruch polityczny (od 1919), ideologia, od przejęcia władzy przez A. Hitlera (1933) system państwowy w Niemczech (tzw. III Rzesza).

Nazizm jako ideologia pokonanych, rozczarowanych i spragnionych odwetu był przepełnionym nienawiścią programem negacji powojennego ładu; zwracał się przeciw liberalizmowi, systemowi wielopartyjnemu i parlamentaryzmowi, demokracji, marksizmowi, komunizmowi i pacyfizmowi, które uznawał za inspirowane i wspierane przez Żydów; występował przeciwko chrześcijaństwu i Kościołom, próbując stworzyć własną „religię germańską”. Nazizm głosił skrajny antyindywidualizm, dążąc do zawładnięcia „całym człowiekiem”, wymagał nie tylko lojalności i posłuszeństwa, ale i czynnego wspierania ruchu, m.in. przez doskonalenie „narodowosocjalistycznego instynktu”. 

Nawiązując do ideologii romantyzmu i rasizmu głosił skrajny nacjonalizm, uważając naród za wspólnotę krwi, zdeterminowaną biologicznie i rasowo. Opierając się na darwinizmie społecznym uznawał siłę i i walkę za podstawowe prawo społeczne. Nacjonalizm w nazizmie znajdował wyraz w ideologii wroga, którego należy bezwzględnie zwalczyć; wrogiem był Żyd, komunista, liberał, socjaldemokrata. Wyrazem nacjonalizmu były także teorie „krwi i ziemi”, braku „przestrzeni życiowej” i pochwała wojny. Nazizm demagogicznie łączył ideę nacjonalizmu z elementami socjalizmu, stojąc na stanowisku, że każdy naród ma prawo do własnej wersji socjalizmu.«

Z kolei Wikipedia pisze:

»Po raz pierwszy w historii nazwa narodowy socjalizm pojawiła się we Francji. Użył jej Maurice Barrès w piśmie „Courier de l’Est” (artykuł Que faut-il faire?) z 2 V 1898 roku. Kilka lat potem zwrot ten powtórzył w artykule Socialisme et nationalisme („La Patrie” z 27 II 1903), dzięki czemu został spopularyzowany.

Que faut-il faire?” – znaczy to mniej więcej tyle, co leninowskie „Szto diełat?”(Co robić?).

Maurice Barrès (1862-1923) – francuski powieściopisarz, eseista i teoretyk nacjonalizmu. W wieku 27 lat wszedł do Izby Deputowanych. W tym czasie starał się stworzyć socjalizm narodowy, działając w kręgach lewicowych. Pragnął obrony robotników francuskich przed imigrantami i był przeciwnikiem importu produktów zagranicznych. Afera Dreyfusa wpłynęła na rozejście się drogi Barrèsa z socjalizmem i socjalistami i wykrystalizowaniem się nacjonalizmu, który nie miał charakteru ekspansjonistycznego, a obronny. Chciał odzyskać ziemie, które Francja straciła w 1871 roku. Był wrogo nastawiony do Niemców. Chwalił militaryzm i tradycję, podkreślał rolę przeszłości i jej wpływ na życie narodu.

Narodowy socjalizm, nazizm – to rasistowska, antykomunistyczna, antydemokratyczna i antysemicka ideologia Narodowosocjalistycznej Niemieckiej Partii Robotników (NSDAP). Niemiecka, skrajna odmiana faszyzmu, opierająca się na darwinizmie społecznym, biologicznym rasizmie, w szczególności na antysemityzmie, wyrosła na gruncie militaryzmu pruskiego i niemieckiego szowinizmu, czerpiąca z haseł nacjonalnych, jak i socjalnych.

Nazwę doktryny przypisuje się konserwatywnemu myślicielowi Oswaldowi Spenglerowi, który w eseju Duch pruski a socjalizm (1919) przedstawił własną koncepcję terminu socjalizm, odmienną od powszechnie z nim kojarzonym socjalizmem naukowym lewicy rewolucyjnej. Perspektywa Spenglera przedstawiała wielowiekowe zmagania Niemiec o korzystną pozycję wśród innych narodów i walkę o dominację nad nimi mającą charakter rewolucji narodowej. Tak pojęty socjalizm narodu niemieckiego przeciwstawia parlamentaryzmowi brytyjskiemu, określonemu jako nieskuteczny, a także marksizmowi, który uważa za czynnik konfliktujący elity konserwatywne oraz zwykłych pracowników. Spengler nie był jedynym konserwatystą, z którego dorobku czerpał nazizm. Inni to: Hegel, Schopenhauer oraz Nietzsche.

Nazizm wprowadzał w życie zasady antyliberalnego kolektywizmu, który stał się wizytówką kultury publicznej III Rzeszy i promował etniczny fundamentalizm. Niemiecka odmiana faszyzmu jako skrajnie antyindywidualistyczna promowała zasady etatyzmu i korporacjonizmu. Sporo uwagi interwencjonistycznej gospodarce nazistowskiej poświęcali Luwig von Mises i Friedrich von Hayek. Wspomniani ekonomiści uważali, że pod względem ekonomicznym nazizm promował w istocie centralne planowanie w socjalistycznym wydaniu. Należy przy tym pamiętać, że działalność obu ekonomistów zbudowana była na negacji doktryny socjalistycznej oraz zasadzie przeciwieństw między wartościami wolnego rynku, a ich socjalistycznymi antytezami. Z poglądami Misesa i Hayeka nie zgadzają się przedstawiciele lewicy, definiujący często narodowy socjalizm jako jedną z form kapitalizmu. Zdaniem skrajnej lewicy nazizm stanowi wręcz najwyższe i i najbardziej zdeprawowane stadium kapitalizmu.«

Z przytoczonych powyżej fragmentów widać, że z tym nazizmem jest problem: czy on ma korzenie prawicowe, czy – lewicowe. Z definicji encyklopedii PWN wynika, że nazizm demagogicznie łączył ideę nacjonalizmu z elementami socjalizmu, stojąc na stanowisku, że każdy naród ma prawo do własnej wersji socjalizmu. Co to jednak znaczy „demagogicznie” encyklopedia nie wyjaśnia.

Żeby więc zrozumieć czym jest nazizm, czyli narodowy socjalizm, to trzeba znać definicje socjalizmu i nacjonalizmu. Szukałem definicji socjalizmu w internecie, w słownikach, ale wszystkie one jakieś takie mętne, nieprecyzyjne. Wydaje mi się, że najprościej to tłumaczy Feliksa Eger w swojej książce Historia towarzystw tajnych, wydanej w 1904 roku. Eger pisze:

„Nazwa socjalizmu nadana została wszelkim systemom dążącym do przetworzenia społeczeństwa. Co do sposobu wykonania systemy te dzielą się na dwa rodzaje: jeden z nich dąży do przeobrażenia rodziny i własności przy pomocy stowarzyszeń, którymi by państwo kierowało, co jest właściwym socjalizmem; drugi pragnie znieść wszelką własność osobistą, ustanowić wspólność dóbr, usunąwszy wszelką interwencję rządu; to się nazywa komunizmem. Idee socjalistyczne i komunistyczne są koniecznym wynikiem dogmatu i moralności masońskiej, a tło ich stanowi materializm i naturalizm. Już w XVIII wieku wolnomularze francuscy objawili zasady socjalistyczne i starali się zaprowadzić komunizm.”

Natomiast nacjonalizm tłumaczy Tadeusz Gluziński w książce Odrodzenie idealizmu politycznego z 1935 roku. Pisze on:

„Dopiero następstwa takich historycznych faktów, jak zjednoczenie Włoch i Niemiec, jak bohaterska obrona po pogromie Francji w 1871 r. przejawiając rosnącą samowiedzę u narodów europejskich, dały ponownie pochop do nowych sformułowań. W końcu XIX w. zjawiają się pisarze narodowi we Francji, Włoszech i Niemczech; ci wyraziciele, a poniekąd i twórcy nowych ruchów, wychowani w doktrynach wolnomularskich, sądzą, że prawo do istnienia i widoki na zwycięstwo może mieć tylko taki ruch narodowy, który socjalizmowi, czyli internacjonalizmowi potrafi się przeciwstawić w równie skończonej szacie naukowej, a więc uzbrojony we własną filozofię, historiozofię, a – co w owym czasie uchodziło za najważniejsze – oparty o nauki przyrodnicze. Tak sformułowane systemy, jako przeciwieństwo internacjonału, czyli międzynarodówki socjalistycznej, nazwano nacjonalizmem. Twórcy ich oddychali od dziecka oparami filozofii pozytywistycznej; przyroda była dla nich bóstwem, jej prawda najwyższym przykazaniem, nieubłagana walka o byt koniecznością żelazną, pochłanianie słabszych przez silniejszych codziennym zdarzeniem życia. Naród – mówili – to po prostu organizm wyższego rzędu; jedynym kryterium jego działania winien być jego własny interes, pojęty skrajnie egoistycznie. Teoria egoismo sacro, która dziś jeszcze na wskroś przenika faszyzm, łączy się bezpośrednio z samymi podstawami sformułowań nacjonalizmu.

W Polsce literatura nacjonalistyczna – mimo swych odrębności, wynikłych z ówczesnego położenia Polaków, jako narodu pozbawionego państwa – także nasiąkła wyziewami pozytywizmu. I u nas uznano naród za organizm (bez żadnej przenośni), walczący o byt, podlegający chorobom a nawet zarazom. Ten naród-organizm winien kierować się w swym postępowaniu li tylko skrajnym egoizmem, jaki obserwujemy rzekomo wszędzie w przyrodzie; Zygmunta Balickiego Egoizm narodowy zawierał w sobie przykazania etyczne dla polskiego nacjonalisty.

Dążnością polskich pisarzy narodowych stało się stworzyć system możliwie wykończony i zwarty, możliwie w swym ujęciu naukowy i obiektywny. Chłodne, rozumowe traktowanie zagadnień było naturalnym przykazem, wymogiem owej naukowości, w której pławiła się cała Europa. Doktrynie socjalistycznej usiłowano położyć tamę przez zbudowanie doktryny nacjonalistycznej. Socjalistycznemu światopoglądowi przeciwstawiano światopogląd narodowy.

Taki system nacjonalizmu w Polsce, jak i gdzie indziej, pod grozą utraty swego naukowego charakteru, nie mógł się oczywiście obejść bez definicji naczelnego pojęcia, a więc bez definicji pojęcia narodu; ile na ten temat wyczyniono harców myślowych, by znaleźć potrzebne do definicji słowa, a jak przy tym niekiedy poświęcano zdrowy sens, wystarczy wspomnieć, że przez długi czas czczono, jak fetysza, definicję, mocą której naród był zbiorowością ludzką, osiadłą na pewnym określonym terytorium, posiadającą wspólny język i wspólną historię. Na gruncie tej definicji żydzi, którzy propagowali z początkiem XX w. masowy ruch asymilacyjny swej inteligencji i wchodzili w polskie życie publiczne, twierdzili – przy aplauzie polskich nacjonalistów – że odrębny naród żydowski nie istnieje, nie posiada bowiem ani wspólnego terytorium (Palestyna nie jest takim terytorium, bo mieszka w niej tylko znikoma ilość żydostwa), ani wspólnego języka (ani hebrajski, ani tym bardziej żargony nie są językiem wspólnym dla żydów), ani wreszcie historii (boć historia żydów – to niejako historia rozmaitych narodów, wśród których żydzi żyją). Jest to jaskrawy przykład, jak pogoń za naukowością i wyssany z łona XIX w. doktryneryzm przesłaniał nawet nacjonalistom rzeczywistość i rozbrajał ruch narodowy w stosunku do istotnych niebezpieczeństw.”

Czym jest zatem narodowy socjalizm, czyli nazizm? Czy jest to proste połączenie nacjonalizmu i socjalizmu? Czy miało to być połączenie z natury ekspansywnego socjalizmu z zamkniętym w sobie nacjonalizmem i stworzenie ideologii ekspansywnego nacjonalizmu? I kto na to wpadł? Adolf Nowaczyński w książce Plewy i perły z 1934 roku pisze:

»Że w żydostwie niemieckim, maluczko a także i w światowym zmieniają już ster ku Hitleryzmowi, to znaczy, że zaczynają próbować się łasic, na to przytoczymy jeszcze dwa dowody.

Pierwszy to przypomnienie Niemcom tego, że to jednak starozakonnik był ten, który pierwszy przepowiedział zwycięstwo Hitlera! Wróżbita! Jasnowidz! W r. 1925 wydał swą powieść Artur Landsberger pt. „Berlin bez żydów” wizję przyszłości, z której bardzo wiele przewidywań spełniło się co do joty. Teraz to na gwałt przypominają Hitlerowi i jeszcze dyskretnie, ale już nachalnie triumfują. Landsberger był Johanaanem tego Hamana! Po pierwsze!

Drugie – to udowodnienie czarno na białym, że ten cały Hitler większą połowę swego programu wziął, po prostu zeskamotował także, co tu zatajać jednak, znów żydowi. Co to, tam gadać, co to udawać oryginalnych! Co tam Niemiec potrafi wymyślić? Niedawno przecież pisał „Nasz Przegląd”:

„Cham nie rozumie. Cham nie wie, że genialni żydzi Haber, Bosch, Frank Caro czy Weinberger stworzyli możliwości pracy dla dziesiątków tysięcy nordyckich, germańskich Niemców. Cham nie wie, że dla rozkwitu cywilizacji i kultury niemieckiej 600 000 żydów zrobiło przynajmniej tyle co 65 milionów Niemców”…

„Nasz Przegląd” pisał to miesiąc temu (kiedy jeszcze krew zalewała oczy) w przekonaniu, że o tym żaden Bismarck, żaden Moltke, żaden Hitler nigdy się nie dowie… „Cham” niemiecki nie wynalazł więc i programu Nazi-Sozi. W praskim „Prager-Tageblacie” jeden z mędrców Syjonu udowodnił teraz czarno na białym, że najważniejsza część tej ideologii, tj. „obowiązek służenia w armii pracy” („Arbeitsdienstpflicht”), to „w gruncie rzeczy” tylko realizacja pomysłu wiedeńskiego „mędrca Syjonu” Józefa Poppera. Nie jest to żaden dowód kliniczny pansemickiego superiority complex (G. B. Shaw dixit) nie, to czysta prawda. Według żydowskiej bojowej – „Weltbühne” Popper („Lynkeus”) to był „ostatni humanista Zachodu” (sic), „bezpośredni potomek encyklopedystów francuskich” (sic). Mało kto wie o tym, że taki Popper (nie Pomper) „sam dokonywał wynalazków” (sic). W r. 1878 opublikował „ostatni humanista” Popper swą fundamentalną (sic) pracę: „Prawo do życia, i obowiązek śmierci”. On wynalazł „obowiązek służenia w armii wyżywienia” (sic), a potem to on napisał dzieło „Wojna, służba wojskowa i ustrój państwowy”, gdzie obok „Nahrpflicht” postawił także „Wehrpflicht”. I z tych to dwóch „dzieł” inżyniera Poppera „bezpośredniego potomka encyklopedystów francuskich” (i… szynkarzy galicyjskich) cały swój program po prostu oderżnęli narodowi socjaliści. Nie z żadnego Gobineau ani z H. S. Chamberlaina, nie ze Sorela i z Pareto, nie od Mussoliniego i Papiniego, nie z Chestertona i od Belloca, a przeważnie i jedynie od J. Poppera (Lynkeusa), dodając do tego barbarzyński antysemityzm Tacyta, Cycerona, Dantego, Woltera, Goethego, Bonapartego, Dostojewskiego, Marksa i warszawskich Endeków…

Czy jest atoli szansa, że Hitler realizując genialne dzieła „ostatniego humanisty Zachodu” (p. p. Popper, Wien. Central-Caffe) może jeszcze zmieni się nieco i poprawi, gdy krew przodków w nim się odezwie? Otóż jest. Tak bowiem twierdzi niezawodny bojownik „Naszego Przeglądu” S. H., pisząc:

„Gdyby tedy Hitler naprawdę chciał prowadzić ideę popperowską, nie propagowałby antysemityzmu, który jest antytezą tej idei”. Może zechce?«

O Józefie Popperze (1838-1921) polska Wikipedia nie pisze, odsyła do angielskiej, a w niej można przeczytać:

»Pomysły Poppera-Lynkeusa były jak na jego czasy nowatorskie. W inżynierii myślał o możliwości przesyłania energii elektrycznej, zamiany energii mechanicznej wodospadów i przypływów na energię elektryczną (1862). W fizyce myślał o zależności masa-energia (1883) i idei energii kwantowej (1884), zasadzie nieuniknionego zniekształcenia parametrów badanych obiektów przez przyrządy pomiarowe. W psychologii myślał o interpretacjach snów opartych na analizie konfliktu między społeczną świadomością jednostki a jej zwierzęcymi instynktami (opowiadanie Śniąc jak na jawie, 1889). Kilka lat przed Theodorem Herzlem w dziele Książę Bismarck i antysemityzm (1886) Popper-Lynkeus doszedł do wniosku, że Żydów przed antysemityzmem może uratować tylko własne państwo. Jego stworzenie uważał za pilną potrzebę, a rodzaj ustroju na początku nie miał znaczenia. To nawet mogłaby być monarchia.

Wspomniane opowiadanie zostało włączone do zbioru opowiadań filozoficznych pod wspólnym tytułem Fantazje realisty, który ukazał się w 1899 roku i doczekał się dwudziestu wydań. Od tego czasu Popper-Lynkeus używał pseudonimu Lynkeus – od bystrowidzącego strażnika ze statku Argonautów, występującego także w Fauście Goethego. Trzy z wielu pomysłów, jakie Popper-Lynkeus zasugerował w tym zbiorze to:

  • Wpływ muzyki marszowej na masy;
  • O celowości niektórych kar;
  • Prawo każdej jednostki do istnienia.

Popper-Lynkeus wspomina o wielkiej sile, jaką muzyka ma nad masami. Twierdził, że muzyka marszowa często służy jako wsparcie tyranii, przekształcając masy w plastyczną substancję, którą można formować w dowolny sposób. Ta idea Poppera-Lynkeusa jest podobna do tej Lwa Tołstoja, który powiedział: „Ci, którzy chcą mieć więcej niewolników, powinni komponować więcej muzyki marszowej.”

W wymiarze sprawiedliwości Popper-Lynkeus utrzymywał, że publiczne potępienie powinno być główną karą za popełnione przestępstwa, a do więzienia powinni trafiać tylko recydywiści. Według Poppera-Lynkeusa prawo do istnienia jest podstawowym i naturalnym prawem każdego człowieka i z tego powodu państwo nie powinno wymierzać kary śmierci bez jego zgody. Był zwolennikiem obowiązkowej służby wojskowej, ale pod warunkiem, że na pola bitew będą wysyłani tylko ochotnicy.

Według Poppera-Lynkeusa społeczeństwo ma obowiązek zapewnić swoim członkom dobra pierwszej potrzeby – żywność, odzież i mieszkanie – a także usługi pierwszej potrzeby – publiczną opiekę zdrowotną, wychowanie i edukację. Jednak każdy zdrowy członek społeczeństwa w ramach służby pracy uczestniczyłby w zajęciach niewymagających wyższego lub średniego wykształcenia specjalistycznego, a związanych z tworzeniem materialnych podstaw gospodarki narodowej (np. górnictwo, leśnictwo, praca w gospodarstwie rolnym, prace budowlane). Zajmowałby się również produkcją towarów i świadczeniem podstawowych usług.

Zdaniem Poppera-Lynkeusa sprawiedliwe społeczeństwo powstałoby nie w wyniku gwałtownego przewrotu społecznego, ale w wyniku procesu perswazji i wspólnego konsensusu. W tym społeczeństwie każda jednostka w ciągu swojego życia przechodziłaby cztery etapy wieku społecznego (trzeci z nich można pominąć): 1) edukacyjny (do 18 roku życia); 2) naturalno-ekonomiczny (mężczyźni do 30 lat, kobiety do 25 lat); 3) finansowo-ekonomiczny; 4) renta. Każdy członek społeczeństwa określiłby granicę między dwoma ostatnimi etapami według własnego uznania.

W drugim z tych etapów wszyscy zdrowi członkowie społeczeństwa biorą udział w służbie pracy i na tej podstawie uzyskują prawo do bezpłatnego zaspokojenia podstawowych potrzeb w ciągu całego swojego życia.

W trzecim etapie ci członkowie społeczeństwa, którzy chcą pracować, mogą prowadzić działalność finansową i gospodarczą w jednym z sektorów państwowych lub prywatnych (w tym ostatnim przypadku albo jako pracownicy najemni, albo jako wolni przedsiębiorcy). Otrzymują zapłatę za swoją pracę, co umożliwia im zakup towarów i dostęp do usług niepodstawowych.

W ostatnich dwóch z wyżej wymienionych etapów wieku społecznego każdy człowiek jest wolny. Nie można tego powiedzieć o dwóch pierwszych etapach, kiedy ludzie zdobywają wolność i dorastają, by być jej w pełni świadomymi. Jak zauważył Popper-Lynkeus, wraz z postępem naukowym i technologicznym czas trwania drugiego etapu będzie się stopniowo zmniejszał. Jednocześnie rozszerzałby się zakres pojęcia towarów i usług pierwszej potrzeby.

Wśród warunków niezbędnych do stworzenia takiego systemu społecznego, zdaniem Poppera-Lynkeusa, jest konieczność pielęgnowania w dorastającym pokoleniu na pierwszym etapie wieku społecznego takich cech, jak miłość i szacunek do innych ludzi, chęć do pracy i negatywny stosunek do fałszywych potrzeb, oraz konieczność wypracowania sobie nawyków racjonalnego wykorzystania wolnego czasu.

Wśród wielbicieli pomysłów Poppera-Lynkeusa byli fizycy Albert Einstein i Ernst Mach, filozofowie Martin Buber i Hugo Bergman, chemik Wilhelm Ostwald, matematyk Richard von Mises, statystyk Karl Ballod (Kārlis Balodis), fizjolog Theodor Baer, psycholog Zygmunt Freud, pisarze Max Brod, Stefan Zweig i Arthur Schnitzler oraz założyciel syjonistycznego ruchu rewizjonistycznego Ze’ev Żabotyński.

Żabotyński zwrócił uwagę na pięć elementów minimalnego programu Poppera-Lynkeusa: żywność, ubrania, mieszkania, usługi zdrowotne i edukację. Nazywając brak któregokolwiek z tych czynników „dziurą”, powiedział: „Społeczeństwo ludzkie jest podobne do przedszkola. W przedszkolu jest pięć dziur, zgodnie z tymi pięcioma elementami. Dzieci bawiące się w przedszkolu są zagrożone wpadnięciem do jednej z nich. Co robi gwardia pruska? Stawia tarcze z napisami: ‘Nie idź w prawo!’ lub ‘Nie idź w lewo!’ Za Popperem-Lynkeusem proponuję zakryć wszystkie te dziury i dać dzieciom możliwość swobodnej zabawy, tak jak chcą”.

W przeddzień 150-tej rocznicy urodzin Josefa Poppera na Uniwersytecie Johanna Wolfganga Goethego we Frankfurcie nad Menem utworzono fundację, której celem jest badanie i propagowanie jego dorobku i idei.«

Wychodzi więc na to, że pewne idee są starsze niż niektórzy próbują nam wmówić. Że marksizm kulturowy nie jest wcale taki oryginalny, że to, co nam obiecują globaliści też nie do końca jest nowatorskie. Wszystko już wcześniej zostało wymyślone, tylko czekało na swój czas. Nawet to owsiakowe „róbta, co chceta”.

Niektórzy stawiają znak równości pomiędzy nazizmem a faszyzmem, a nawet uważają nazizm za skrajną odmianę faszyzmu, co jest nieprawdą. W nazizmie mamy do czynienia z kultem narodu, a w faszyzmie – państwa. Można sobie oczywiście zadać pytanie, czy to ma jakieś znaczenie, skoro te wszystkie ideologie tworzą Żydzi na swój użytek. Może tylko takie, że będziemy wiedzieć, jak bardzo ten naród zdominował nasze życie umysłowe. Podstawiają nam coraz to nowe pomysły na poprawę naszego życia, które ma się zmienić na lepsze po ich zrealizowaniu, a tak naprawdę, to służą do osiągnięcia ich celów.

Gierek

W piątek 21 stycznia wszedł na ekrany kin film „Gierek”. Podobno w czasie weekendu obejrzało go ponad 100 tys. widzów. Dla jego realizatorów i producentów to znak, że ich dzieło podoba się publiczności, a dla wielu – że Polacy ciepło wspominają tamten okres. Oczywiście nie brakuje takich, którzy podchodzą krytycznie do całego PRL-u, a więc i do dekady Gierka. Co człowiek, to ocena. Nie ulega wątpliwości, że było wielu, którzy skorzystali na tych przemianach, ale nie wszyscy. Tak jak zawsze.

Ja dekadę Gierka przeżyłem świadomie, więc pamiętam, jak to było. Gdy dziś patrzę na nią z perspektywy czasu, to widzę wyraźniej to, czego wtedy nie mogłem zauważyć, bo nie miałem porównania, szerszego spojrzenia. Polska otworzyła się wtedy na świat, ale było to otwarcie jednostronne. Znaczy to, że świat do nas przyszedł, ale my do tego świata pójść nie mogliśmy. A jeśli już, to tylko nieliczni. Mogliśmy więc oglądać go poprzez pośredników, którymi były rado i telewizja.

Propaganda gierkowska to było to, co najbardziej się udało w tamtym okresie i co działało. Trudno, by było inaczej, skoro miało się monopol na pokazywanie jak wygląda świat, a konkretnie Zachód, a tylko nieliczni mogli zweryfikować ten obraz. Zachód to było bezrobocie, inflacja i kryzysy, choćby takie jak kryzys naftowy z 1973 roku. U nas natomiast była pełna sielanka. Ja codziennie, idąc do szkoły, mijałem coś, co dzisiaj nazywamy billbordem, a na nim hasło umieszczone na mapie Polski: „Aby Polska rosła w siłę, a ludziom żyło się dostatniej”. To było na samym początku dekady.

W telewizji był Dziennik Telewizyjny, który zaczynał się o 19.30. Pierwsza część, informacyjna, trwała pół godziny. Po niej następne pół godziny, to była propaganda. W tej części informowano nas o tym, jakie to wielkie inwestycje realizuje rząd i jaką to potęgą gospodarczą jesteśmy. A byliśmy, według tej propagandy, 10-tą gospodarką świata. W radiu, w Jedynce, była audycja „Tu mówi Jedynka”, tak chyba się ona nazywała, od 16-tej do 19-tej. A w niej ciągle o tym, jak to na Zachodzie źle, jakie tam bezrobocie, inflacja i kryzysy. To wszystko przerywane muzyką, oczywiście w większości zachodnią. Tego słuchał człowiek codziennie i nie sposób było nie ulec. Wtedy nie było internetu. A dziś jest i robi ludziom wodę z mózgu. Coś się zmieniło?

Jednak propaganda to jedno, a życie to drugie. Trochę tych ludzi wyjeżdżało na Zachód i opowiadali jak tam jest. W końcu człowiek widział, że Zachód to coś lepszego, nie tylko z opowiadań, ale i z tego, że produkty zachodnie były lepsze niż polskie. Dżinsy marki „Odra” były zupełnie innej jakości niż te z Pewex-u, w którym można było kupować za dolary i inne waluty zachodnie. Tylko że tam na zakupy stać było tylko nielicznych.

Cechą charakterystyczną tej dekady, szczególnie jej pierwszej połowy, były tzw. czyny społeczne, czyli wykonywanie jakichś prac nieodpłatnie, często w niedziele lub przy wykorzystywaniu uczniów szkół średnich. Pachnie Koreą Północną? Mogły to być prace przy budowie drogi lokalnej lub sadzenie lasu. Obu tych prac doświadczyłem osobiście. Były też pochody pierwszomajowe, których unikanie, w przypadku uczniów, mogło skończyć się obniżoną oceną z wychowania obywatelskiego, jeśli wychowawca klasy był wredny. Krążył wtedy dowcip, że siła złotówki tkwi w cynie, w cynie społecnym, bo te monety były z cyny.

Problemy braku zbilansowania tej gospodarki pojawiły się szybko i próbowano sobie radzić z nimi nie tylko poprzez czyny społeczne. Jednym ze sposobów było okradanie ludzi z części ich zarobków. Zaczęto klepać monety kolekcjonerskie, przekonując ludzi, że to doskonała inwestycja na przyszłość, dla dzieci lub wnuków. Polegało to na tym, że część pensji można było odebrać w tych monetach. Wielu ludzi dało się na to nabrać, a rząd w ten sposób ściągał z rynku cześć gotówki, więc ludzie ci nie mogli już wydać tych pieniędzy w sklepach. Taką najsłynniejszą była moneta XXX LAT PRL. Jak nietrudno domyślić się, wydano ją w 1974 roku. Jej nominał to 200 zł. Była to moneta wykonana ze srebra próby 625, a więc niskiej. Standardowo tego typu monety, zwane bulionowymi, wykonuje się ze srebra próby 999. Ważyła ona 14,5 grama, podczas gdy monety bulionowe ważą 1 uncję, czyli 31 gramów. Bito ją w milionach egzemplarzy. Dziś jej wartość to około 40 zł.

Gierek chciał zbudować drugą Polskę. Po nim pojawił się pajac, który chciał budować w Polsce drugą Japonię. Później pojawił się klaun, który obiecywał drugą Irlandię. Najgorzej jest wtedy, gdy człowiek to wszystko pamięta.

Gomułka uprzemysławiał Polskę na koszt rolnictwa. Za jego kadencji obowiązywały rolników przymusowe dostawy, co oznaczało w praktyce, że rolnicy musieli dostarczać państwu określoną ilość płodów po cenie wyznaczonej przez to państwo. Nie muszę chyba dodawać, że cena ta była mocno zaniżona. Gierek zniósł te obowiązkowe dostawy, bo on zaczął modernizować Polskę na kredyt. Ta modernizacja polegała na tym, że były pieniądze i trzeba było je na coś wydać. Czasem były to inwestycje jak najbardziej sensowne, ale nie mniej często – bezsensowne. To było marnotrawstwo pieniędzy na niewyobrażalną wcześniej skalę. Budowano fabryki, nie zastanawiając się nad tym, czy ich produkty znajdą zbyt, a jeśli tak, to na jakim rynku i po jakiej cenie. Nie da się w ciągu dekady zrobić z narodu rolniczego, który nie miał tradycji handlowych, a więc swoich rynków zbytu i doświadczenia w produkcji – narodu mieszczańskiego. Dziś, owszem, mamy przykładowo montownię samochodów marki Volkswagen, ale ta firma ma swoje rynki zbytu od dziesiątków lat, od momentu tworzenia się rynku samochodów osobowych. Tylko w takim momencie jest możliwość zajęcia jego części dla siebie.

Problem polegał na tym, że kredyty brano w walutach zachodnich, głównie w dolarach i markach zachodnich, a trzeba było je spłacać w tych samych walutach. Natomiast produkcja fabryk wybudowanych za kredyty szła przeważnie na rynek tzw. demoludów lub krajowy, a z tego „chleba” nie było, tzn. nie było walut zachodnich. I tu jest pies pogrzebany. Problemy zaczęły się już w połowie dekady, gdy wprowadzono kartki na cukier, a nie, jak próbują niektórzy wmawiać, że w momencie, gdy na zachodzie wzrosły stopy procentowe. One wzrosły na początku lat 80-tych.

W tym momencie wypada sobie zadać pytanie: „Któż wymyślił taki misterny plan, by zadłużyć Polskę w sytuacji, gdy była ona w bloku wschodnim i po co?” Ktoś wiedział, że takie kredyty nie zostaną spłacone? Dlaczego? Bo Polska, odcięta od gospodarki światowej, od międzynarodowego rynku walutowego, była skazana na chroniczny niedobór walut, w których zaciągnęła kredyty. Rząd próbował sprzedawać na Zachód wszystko, co się dało kosztem rynku wewnętrznego. To musiało, prędzej czy później, doprowadzić do niezadowolenia społecznego w postaci protestów czy strajków. Te protesty czy strajki były wywoływane sztucznie, ale powód był jak najbardziej prawdziwy, więc i one same sprawiały wrażenie spontanicznych. A protesty to pretekst do wzięcia tego wszystkiego za mordę, czyli stan wojenny. Po nim dekada Jaruzelskiego, w której robiono wszystko, by nie naprawić tej gospodarki. W tym momencie już nietrudno było przekonać niezadowolonych, że socjalizm się nie sprawdził, że był „be”, że „nur Kapitalismus”, że te wszystkie wybudowane za Gierka fabryki nic nie warte i że trzeba je sprzedać za tyle, ile ktoś chce za nie zapłacić. Dziś już wiemy, że Sozialismus w Chinach ma się dobrze, ale ten chiński jest podłączony do światowej gospodarki, a polski nie był i dlatego musiał polec. Dziś też wiemy, że Balcerowicz to zwykły „profesor”, który firmował coś, czego być może sam nie rozumiał, ale ktoś mu powiedział, co ma mówić i stał się twarzą planu Balcerowicza.

Zapewne i Gierek nie wiedział, co było grane. On tylko to wszystko firmował. Ale kto wtedy wiedział? Wiedział ten, który to planował i wiedział, jaki będzie efekt końcowy. A efekt końcowy był taki, że po 1989 roku nowy rząd dostał propozycję nie do odrzucenia: „Kredyty zostaną umorzone, przynajmniej ich część a spłata pozostałych rat odroczona, ale będziecie robić to, co my uznamy za stosowne. A my uznajemy za stosowne zlikwidowanie całego waszego przemysłu, który powstał za nasze pieniądze i uzyskanie nieograniczonego dostępu do waszego rynku. Jak się nie zgodzicie to wynocha. Przyjdą inni.” Rząd oczywiście nie poddał się do dymisji, bo to i tak niczego by nie zmieniło. Na nic rozdzieranie szat. To już raz przerabialiśmy, to nie działa.

I takim to sposobem dotarliśmy do obecnej rzeczywistości. A zaczynało się tak optymistycznie, wychodziliśmy z zaścianka, byliśmy dziesiątą potęgą gospodarczą świata. Niektórzy zresztą do dziś wierzą w te bzdury i w to, że cały ten projekt nie udał się z powodu błędów i niekompetencji niektórych decydentów. Jednym słowem, że pomysł był dobry tylko wykonanie złe. I z tym po części zgadzam się. Pomysł był bardzo dobry i wykonanie było bardzo dobre. Tylko że ja mam na myśli zupełnie coś innego.

Zamach

Sprawa zabójstwa prezydenta Johna F. Kennedy’ego jest co jakiś czas ogrzewana w Ameryce, ale szanse na to, by prawda wyszła na jaw są znikome, a pewnie żadne. Pod koniec ubiegłego roku pojawił się kolejny film dokumentalny, który wraca do tamtych wydarzeń. Na portalu ZeroHedge pojawił się artykuł na ten temat. Tytuł filmu: JFK Revisited: Through the looking glass. Tytuł przetłumaczono jako JFK: Droga do prawdy. Według mnie tytuł JFK: Po tamtej stronie lustra lepiej oddawałby stan tego, co w tej sprawie wiadomo, bo prawdy, to pewnie nigdy nie dowiemy się. Link do artykułu tu: https://www.zerohedge.com/geopolitical/jfk-revisited-through-looking-glass-oliver-stone

Prawdy jak zawsze, moim zdaniem, należy szukać w przeszłości. To jest najlepszy sposób na zrozumienie każdej zagadki. Problem tylko polega na tym, że nie do wszystkiego mamy dostęp. Ale lepsze nawet niepełne informacje, niż opieranie się tylko na dokumentach i dowodach z danego okresu.

W Wikipedii można przeczytać:

»W dniu 22 listopada 1963 roku w Dallas dokonano zamachu na prezydenta Johna F. Kennedy’ego. Trwające 9 miesięcy dochodzenie Komisji Warrena (1963-1964) zakończyło się wnioskiem, że prezydent został zamordowany jedynie przez Lee Harveya Oswalda i że Jack Ruby również działał sam, gdy zastrzelił Oswalda, zanim ten mógł stanąć przed sądem. Amerykańskie media początkowo popierały taki wniosek komisji. Jednak badania prowadzone od 1966 do 2004 roku wykazały, że aż 80% Amerykanów podejrzewa, ze doszło do zorganizowanego zamachu i zatuszowania dowodów.

W 1963 roku Kennedy przygotowywał się do mających odbyć się w następnym roku wyborów prezydenckich. We wrześniu i październiku odwiedził 11 wschodnich stanów i miast, umacniając pozycję w rodzimej Partii Demokratycznej. Następnie pod koniec listopada udał się z wiceprezydentem Johnsonem do Dallas. W trakcie przejazdu z lotniska do hotelu Dealey Plaza, gdy limuzyny około godziny 12.30 przejeżdżały obok magazynu książek, oddano w kierunku prezydenta kilka strzałów. Pierwsza kula trafiła go w szyję, druga – w głowę, rozrywając czaszkę. Po godzinie trzynastej prezydent już nie żył.

Według wniosków Komisji Warrena zabójcą prezydenta był marksista, były żołnierz US Marines Lee Harvey Oswald. Zaraz po ostrzelaniu prezydenckiej limuzyny około 12.33 Oswald opuścił składnicę książek i udał się do domu. Wziął stamtąd rewolwer i około 13.16 zastrzelił usiłującego zatrzymać go policjanta. Niedługo po zabójstwie zauważył go sklepikarz, który zwrócił uwagę na jego podejrzane zachowanie. Poszedł za Oswaldem do kina i nakazał kasjerce wezwać policję. O 13.46 piętnastu policjantów otoczyło kino i aresztowało go. Tego samego dnia rozpoczęło się niemal 12-godzinne przesłuchanie podejrzanego, przeprowadzone w obecności agentów FBI. O godzinie 19.10 został oficjalnie oskarżony o zabójstwo policjanta. Już po północy zamachowcowi umożliwiono udział w konferencji prasowej, na której pojawił się Jack Ruby. O 13.30 wniesiono oskarżenie o zabójstwo prezydenta. Poinformowano też prasę, że w niedzielę 24 listopada Oswald zostanie przewieziony do aresztu powiatowego.

O godzinie 11.20 wyprowadzono skutego, otoczonego przez trzech funkcjonariuszy, zabójcę prezydenta. Niespodziewanie z tłumu dziennikarzy wyskoczył powiązany z mafią Jack Ruby i oddał strzał z rewolweru Colt 38. Kula trafiła Oswalda w brzuch. Stracił przytomność. Natychmiast został przewieziony do szpitala Parkland, lecz lekarzom nie udało się uratować mu życia. Podobnie jak Kennedy, Oswald zmarł w tym samym szpitalu 24 listopada o 13.07, 48 godzin po zabójstwie prezydenta. Ruby, tłumacząc swoje motywy, zeznał, ze chciał zemścić się za śmierć Kennedy’ego i oszczędzić bólu Jacqueline. 14 marca 1964 roku teksański sąd skazał Ruby’ego na karę śmierci lecz nie zdołano jej wykonać, bowiem Ruby zmarł w więzieniu w 1967 roku.

Pierwsza komisja, która miała zająć się zbadaniem zabójstwa, to Komisja Warrena, powołana przez świeżo za przysiężonego prezydenta Lyndona Johnsona 29 listopada 1963 roku. Po dziesięciu miesiącach pracy, 24 września 1964 roku komisja opublikowała ponad 900-stronicowy raport, w którym stwierdziła, że to Lee Harvey Oswald zabił prezydenta i działał sam.

W 1967 roku śledztwo w sprawie zamachu rozpoczął Jim Garrison, prokurator okręgowy Nowego Orleanu. W czasie dochodzenia był ośmieszany w mediach i miał przeciw sobie służby specjalne. Głównym celem dochodzenia Garrisona był wydział operacyjny CIA, charakteryzujący się silną propagandą antykomunistyczną. Według konkluzji prokuratora Komisja Warrena przedstawiła niewłaściwe wnioski, a Kennedy został zamordowany w wyniku spisku politycznego. Garrison uznał, że Oswald był kozłem ofiarnym.

W 1976 roku Izba Reprezentantów powołała drugą komisję. Po dwu i pół letniej pracy, 17 lipca 1979 roku opublikowała swój raport. Uznała ona, że prezydenta zabił Oswald, jednak najprawdopodobniej zamachowców było dwóch. Stwierdziła ona, ze padły cztery strzały, lecz nie udało się zidentyfikować drugiego strzelca. Komisja orzekła także, że istniał spisek na życie Kennedy’ego. W 1984 roku raport komisji został uzupełniony i opublikowany. Zawarto w nim konkluzję, jakoby w zamachu na życie prezydenta brała udział amerykańska mafia.

Na temat śmierci Kennedy’ego powstało wiele teorii, nierzadko o charakterze spiskowym. Ich popularność może wynikać z faktu, że Amerykanom trudno było uwierzyć, jakoby ich prezydent mógł zginąć z ręki pojedynczego człowieka, który mógł okazać się potężniejszy niż niż cały aparat bezpieczeństwa USA. Wielokrotnie tez wskazywano na różne uchybienia popełnione podczas śledztwa. Najczęściej przedstawia się następujące hipotezy:

  • udział w spisku wiceprezydenta Lyndona Johnsona, jako największego beneficjenta.
  • udział w spisku CIA, FBI i Pentagonu.
  • udział w spisku finansistów związanych z Systemem Rezerwy Federalnej USA z powodu wydania przez prezydenta rozporządzenia wykonawczego 11110 z 4 czerwca 1963 roku, przywracającego parytet kruszcu i prawo emisji pieniądza przez rząd amerykański. W związku z zamachem rozporządzenie to nigdy nie weszło w życie.
  • udział w spisku pewnych kręgów politycznych oraz ludzi związanych z przemysłem wojskowym z powodu chęci ograniczenia przez rząd działań wojennych w Wietnamie.
  • udział w spisku amerykańskiej mafii, której prezydent Kennedy wraz z bratem Robertem, prokuratorem generalnym, wydał wojnę.
  • udział w spisku służb specjalnych ZSRR i Kuby w związku ze zdecydowaną postawą prezydenta podczas kryzysu kubańskiego.
  • udział w spiski Ku Klux Klanu za to, że popierał dążenia ciemnoskórej ludności do zniesienia segregacji rasowej.
  • bogaci biznesmeni mogli obawiać się liberalnego prezydenta, który zlikwidował ulgi podatkowe dla przedsiębiorstw naftowych, a także mógł nie dopuścić do wyboru Teksańczyka Lyndona Johnsona.

Są także teorie dotyczące istnienia konspiracji, usiłującej ukryć szczegóły dotyczące zabójstwa Kennedy’ego. Za tą tezą przemawia między innymi brak stenogramów z przesłuchania Oswalda i konfiskata przez władze amatorskich nagrań wykonanych podczas zamachu. Oprócz tego często zarzuca się CIA I FBI, ze nie przekazała Komisji Warrena wszystkich dokumentów, a także, że nie przeprowadzono sekcji zwłok w Dallas, jak nakazuje prawo stanowe. Ponadto przedstawia się argument, że Ruby i Oswald zostali zabici w celu zapewnienia milczenia kluczowych świadków. Stawiane jest także pytanie, dlaczego akta dotyczące zabójstwa Kennedy’ego zostały utajnione do 2029 i 2039 roku.

Zwolennicy teorii spiskowych często podnoszą także argument, ze w ciągu kilku lat od 1963 roku zginęło kilkanaście osób, w mniejszym lub większym stopniu, powiązanych z wydarzeniami z dnia śmierci Kennedy’ego.

W 1991 roku Oliver Stone nakręcił film JFK, w którym przedstawił kulisy śledztwa przeprowadzonego przez prokuratora okręgowego Jima Garrisona w sprawie zabójstwa Kennedy’ego, rezultatem którego jest ustalenie innej wersji wydarzeń niż podała Komisja Warrena. Zamach opisany został również w powieści Stephena Kinga Dallas ’63 z 2011 roku. W 2016 roku został wyprodukowany miniserial 22.11.63 na motywach powieści Kinga.

Lee Harvey Oswald urodził się w 1939 roku w Nowym Orleanie. Edukację ukończył w wieku 16 lat. Wtedy zainteresował się marksizmem. Mimo lewicowych poglądów został przyjęty do US Marines w 1956 roku. Został przeszkolony jako operator radaru i wysłany do bazy w Irvine w Kalifornii, a potem na lotnisko Atsugi w Japonii. W 1959 roku wyjechał do Związku Radzieckiego. Wyjazd był wcześniej zaplanowany, ponieważ Oswald uczył się rosyjskiego i wziął 1500 dolarów, uprzednio zwalniając się z wojska.

Gdy pojechał do ZSRR, oświadczył, że nie myśli o powrocie do USA, a rząd radziecki uważa za swój. Demonstracyjnie oddał swój paszport w ambasadzie USA. Rosjanie początkowo byli zadowoleni z jego przyjazdu. Szybko jednak zorientowali się, że Oswald nie ma im nic do zaoferowania. Mimo sprzeciwu KGB, pozwolono mu zostać w ZSRR. Chciał zostać w Moskwie, ale wysłano go do Mińska. Tam zatrudniono go w fabryce produkującej artykuły elektroniczne. Przez cały czas pobytu był pod obserwacją KGB.

Na początku 1961 roku poznał Marinę Prusakową, dziewiętnastoletnią studentkę z Leningradu. W 1961 roku wzięli ślub. Po czterech miesiącach starań Prusakowej o wyjazd i rozmowach w ambasadzie USA w Moskwie, 1 czerwca 1962 roku Oswald razem z rodziną opuścił ZSRR. Do USA przybyli 13 czerwca.

We wrześniu 1963 roku Oswald pojechał do Meksyku i udał się do ambasady kubańskiej w celu uzyskania wizy, bo chciał przed powrotem do ZSRR pojechać na Kubę. Wizę kubańską otrzymał w połowie października. Wcześniej jednak, z początkiem października, wrócił do USA. Jego przyjaciółka Ruth Paine znalazła mu pracę w Teksańskiej Składnicy Podręczników w Dallas. Tam wynajmował mieszkanie, a weekendy spędzał z żoną w Irving w domu należącym do Paine. Cały czas był obserwowany przez FBI, a agenci federalni dwukrotnie odwiedzali Paine w jej domu, licząc na uzyskanie informacji o żonie Oswalda podejrzewanej o bycie radzieckim szpiegiem.

Jack Ruby, właściwie Jacob Leon Rubenstein, urodzony prawdopodobnie 25 marca 1911 roku w Chicago, zmarły 3 stycznia 1967 roku w Dallas – amerykański gangster, właściciel klubu nocnego w Dallas. Był synem Josepha Rubensteina (1871-1958) i Fannie Turek Rutkowski (Rokowsky), ortodoksyjnych Żydów, żyjących na obszarze dzisiejszej Polski. Joseph Rubenstein urodził się w Sokołowie Podlaskim, który leżał na terenie Imperium Rosyjskiego, podobnie jak ojciec był cieślą. Joseph wstąpił w 1839 roku do wojska. Ożenił się podczas pełnienia służby wojskowej. W 1903 roku Rubensteinowie zamieszkiwali w USA. Data urodzin Ruby’ego nie jest dokładnie znana. W grudniu 1947 roku zmienił nazwisko z Jacob Rubenstein na Jack Leon Ruby.

W młodości Ruby pracował dla Ala Capone. W 1943 roku został przydzielony do służby w siłach USA jako mechanik. Po zwolnieniu ze służby w 1946 roku powrócił do Chicago. W 1947 roku przeprowadził się do Dallas, gdzie wraz z bratem zmienił nazwisko, ponieważ część klientów nie chciała robić interesów z Żydami.

W 1959 pojechał na Kubę na spotkanie z wpływowym gangsterem i hazardzistą Lewisem McWilliem, który był krótko więziony przez Fidela Castro. McWillie miał kontakty z wpływowymi gangsterami takimi jak Meyer Lansky (Meier Suchowlański z Grodna), Carlos Marcello i Santo Trafficante Jr. Jack Ruby znał Sama i Joego Campisich od 1947 roku. Bracia Campisi byli czołowymi figurami przestępczego podziemia w Dallas. Mieli kontakty z Carlosem Marcello, bossem mafii, która spiskowała w celu zabójstwa JFK. Dzień przed zabójstwem prezydenta Ruby poszedł do restauracji Joe Campisiego.

Ruby był widziany z bronią 22 listopada 1963 roku. W nocy tego samego dnia widziano go na posterunku policji. Jednak przyczyny, dla których pojawił się tam, nie są znane.

Kiedy Ruby został aresztowany po zabiciu Oswalda, powiedział kilku zgromadzonym świadkom, że to zabójstwo miało pokazać światu, że Żydzi są odważni. Wyjaśnił także, że pomógł „zrehabilitować się” Dallas oraz że chciał oszczędzić Jacqueline Kennedy zeznawania na procesie Oswalda.«

Tak to opisuje Wikipedia. Natomiast Marian Miszalski w swojej książce z 2019 roku Ukryta wojna cicha kapitulacja? (Polityka polska wobec żydowskiego rasizmu) pisze:

»John Kennedy – który w 1960 roku minimalnie wygrał wybory z republikaninem, Richardem Nixonem (różnicą ledwie 100 tysięcy głosów) – był katolikiem, co nie przysporzyło mu żydowskich głosów w kampanii prezydenckiej. Syjoniści w Ameryce straszyli nawet współziomków i protestantów, że jak wygra katolik Kennedy – to podporządkuje Amerykę… papieżowi! Młody Kennedy, którego ambicje polityczne przerastały chyba kwalifikacje polityczne, wyciągnął taki wniosek z tej lekcji, ze trzeba – myśląc o ponownej prezydenturze – zjednać sobie środowiska żydowskie i pozyskać na kampanię żydowskie pieniądze. I właśnie od czasów prezydentury Kennedy’ego datuje się wzrost znaczenia lobby politycznego w Ameryce. Zatrudnił więc w swym otoczeniu kilku doradców żydowskich, a w rządzie – żydowskiego ministra; w 1963 roku pozwolił na sprzedaż Izraelowi najnowocześniejszych rakiet przeciwlotniczych „Hawk” (co zapoczątkowało serię kolejnych transakcji nowoczesnym sprzętem wojskowym), tłumacząc amerykańskiej opinii, że w ten sposób chce „powściągnąć nuklearne ambicje Izraela”. Chodziło mu jednak przede wszystkim o poparcie polityczne i finansowe amerykańskich Żydów w kolejnych wyborach. Został straszliwie „wystrychnięty na dudka”: Izrael, przy pomocy Francji, zbudował w tajemnicy, na pustyni Negew, reaktor atomowy, zapewniając Kennedy’ego, że to fabryka nawozów sztucznych… Gdy CIA zasugerowała, że są tam prawdopodobnie reaktory atomowe, Kennedy zarządził dwie kontrole tego obiektu, ale amerykańscy kontrolerzy zostali oszukani przez Żydów, którzy zamurowali wejścia do szeregu podziemnych kondygnacji fabryki. Oszustwo to – gdy się rychło wydało – bardzo zdenerwowało Kennedy’ego. Odgrażał się, ze nie daruje tego władzom Izraela, ale w listopadzie 1963 roku został zastrzelony w Dallas…

Potężny spisek zawiązany dla tego zabójstwa osłonięto tzw. raportem Komisji Warrena, który był – i nadal jest, gdyż jego wersja obowiązuje kolejne władze amerykańskie… – urągowiskiem faktom. Prezydent Trump zobowiązał się w kampanii wyborczej ujawnić kulisy tego zamachu, ale – nie wiedzieć czemu – tego nie zrobił… Widać siła rażenia prawdy nadal pozostaje komuś bardzo, ale to bardzo niewygodna, nawet po ponad 50 latach od zamachu! Powinno to dawać wiele do myślenia przeciwnikom „spiskowej historii dziejów”.

Jeszcze generał Dwight Eisenhower wygrywał dwa razy z rzędu wybory prezydenckie bez żydowskich pieniędzy i bez żydowskiej propagandy. Po Kennedy’m stawało się to coraz trudniejsze…

(Czy nie od tego zaczynały się i wpływy żydowskie w… państwie Piastów: od finansowych potrzeb władców, zaspakajanych przez Żydów i od przywilejów udzielonych Żydom w zamian?…)«

Na stronie wiekdwudziesty.pl można przeczytać o początkach powstawania fortuny Kennedych. Link do oryginalnego tekstu tu: https://wiekdwudziesty.pl/rodzina-kennedych/. Fragmenty poniżej:

»Twórca przyszłej fortuny Kennedych (ojciec prezydenta – przyp. W.L.) uważał zdolność zarabiania pieniędzy za rozwijanie talentu danego mu przez Boga i ćwiczenie własnego charakteru.

W czasie I wojny światowej Joseph Kennedy pracował na kierowniczym stanowisku w zakładach stoczniowych w Bostonie. W latach dwudziestych rozpoczął działalność na giełdzie. Oprócz tego, mimo przyjęcia w styczniu 1919 roku XVIII Poprawki do Konstytucji Stanów Zjednoczonych, która wprowadzała prohibicję, zajmował się dystrybucją napojów alkoholowych. Sprzeczny z uchwalonym przez Kongres USA zakazem handel alkoholem powiększył majątek Kennedych. Pewni przedstawiciele świata przestępczego zgodnie twierdzili, że Kennedy był jednym z najbardziej czynnych nielegalnych dostawców alkoholu przez cały okres prohibicji. W drugiej połowie lat dwudziestych Joseph Kennedy rozpoczął działalność w przemyśle filmowym. Został właścicielem jednej z mniejszych wytwórni, Film Booking Office. Produkcje Kennedy’ego nie były arcydziełami sztuki filmowej, jednak cieszyły się sporą popularnością wśród mniej wyrafinowanych miłośników kina na Środkowym Zachodzie, przynosząc FBO niemałe zyski. Kennedy był też jednym z pierwszych dystrybutorów niemych filmów animowanych Walta Disneya, który był jeszcze wówczas mało znanym twórcą animacji.

W 1929 roku, wcześniej niż większość inwestorów, Kennedy zaczął zdawać sobie sprawę, że Stany Zjednoczone wkraczają w okres poważnego kryzysu ekonomicznego. W przeciwieństwie do wielu Amerykanów, entuzjastycznie lokujących swoje oszczędności na giełdzie, Joseph dążył jedynie do utrzymania swojego stanu posiadania. Nie chciał już grać na giełdzie i spekulować akcjami. W połowie września nastąpiła fala wyprzedaży akcji, co wywołało panikę, w wyniku której w „Czarny Czwartek” 29 października ceny akcji spadały z niespotykaną dotąd szybkością. Krach giełdowy na Wall Street doprowadził do bankructwa wielu małych i dużych inwestorów. Upadały instytucje bankowe, spadały ceny płodów rolnych, zniknęła wiara w przedsiębiorczość.

W wyniku kryzysu gospodarczego Kennedy zaangażował się w politykę i zaczął popierać gubernatora stanu Nowy Jork, Franklina Delano Roosevelta, który został kandydatem Partii Demokratycznej na prezydenta. Za finansowy wkład oraz aktywny udział i zasługi w zwycięskiej kampanii Roosevelta Kennedy otrzymał nominację na prezesa utworzonej w 1934 roku i istniejącej do dziś Komisji Papierów Wartościowych i Giełd. Jej misją było przywrócenie zaufania do inwestorów poprzez udzielanie rynkom i przedsiębiorcom pewnych i wiarygodnych informacji, a także przekazywanie jasnych zasad obrotu akcjami. Komisja Papierów Wartościowych i Giełd szybko zyskała opinię jednej z najbardziej prestiżowych instytucji rządowych działających w czasie pierwszej kadencji Roosevelta. Chcieli w niej pracować najbardziej utalentowani młodzi prawnicy w Waszyngtonie, a wśród jej doradców znajdowali się profesorowie z najlepszych amerykańskich uczelni. Niezliczone zarządzenia Josepha Kennedy’ego i przepisy, które do dziś są aktualne, ustabilizowały rynek i chroniły inwestorów przed oszustwami i korupcją. Kennedy zaangażował się także w drugą kampanię wyborczą Roosevelta. W 1936 roku napisał książkę „I’m for Roosevelt” („Jestem za Rooseveltem”). W publikacji, zawierającej liczne tabele i dane statystyczne, porównany został stan gospodarki Stanów Zjednoczonych w 1936 roku z sytuacją z roku 1932. Zwrócona została uwaga na znaczące uzdrowienie ekonomiczne, a wniosek był jasny: należy dziękować za to prezydentowi.«

Na stronie finanse.wp.pl można przeczytać m.in. o decyzjach ekonomicznych JFK. Link do tekstu tu: https://finanse.wp.pl/john-fitzgerald-kennedy-prezydent-ktory-rzucil-wyzwanie-bankierom-6115786602444417g/3. Poniżej fragmenty:

»Historia uznaje prezydenturę Kennedy’ego za – delikatnie mówiąc – przeciętną. Wypomina mu się pierwsze porażki na arenie międzynarodowej, między innymi tę najbardziej spektakularną w Zatoce Świń. Inni biorą go w obronę, przypominając, że pełnił urząd niecałe trzy lata i miał ręce pełne roboty. Trzeba było odnaleźć się w zimnowojennych realiach, mieć na oku komunistów, uporządkować nabierający rozpędu wyścig zbrojeń między światowymi supermocarstwami, a w końcu zadbać o podbój kosmosu. To Kennedy rozpoczął program lotów kosmicznych, dzięki któremu Amerykanie mieli jako pierwsi stanąć na Księżycu. Doprowadził też do podpisania międzynarodowej konwencji o zakazie prób broni atomowej na lądzie, w powietrzu lub pod wodą. Mimo to wydawał miliardy na zbrojenia. W 1962 roku nakazał zakup 600 rakiet międzykontynentalnych. W następnym roku miało być ich już 1000. To wówczas zażądał uchwalenia najwyższego w historii USA budżetu wojskowego opiewającego na 50 miliardów dolarów. Powiedział: “Dopiero wówczas, gdy nasza broń będzie ponad wszelką wątpliwość wystarczająca, możemy być ponad wszelką wątpliwość pewni, że nigdy nie zostanie użyta”.

4 czerwca 1963 roku, zaledwie pięć miesięcy przed zamachem i śmiercią, JFK wydał “Rozporządzenie wykonawcze 11110”. Na jego mocy rząd federalny miał przejąć jedyne prawo do emisji pieniądza mającego pokrycie w srebrze posiadanym przez rząd. W praktyce odebrało ono dotychczasowe uprawnienia do emisji pieniądza “pustego”, tzn. nieposiadającego żadnej realnej wartości przez Rezerwę Federalną. Pierwszy raz od 50 lat pojawiło się na rynku 4,3 miliarda mających pokrycie w srebrze dolarów w postaci banknotów dwu i pięciodolarowych. Jedna z teorii spiskowych mówi o tym, że tworząc nowy system pieniężny ukracający władzę bankierów z FED, prezydent “podpisał na siebie wyrok”. Faktem jest, że “Executive Order 11110” to jedyny rozkaz wykonawczy Kennedy’ego, który nie został wprowadzony w życie. Tuż po zabójstwie prezydenta banknoty Departamentu Skarbu wycofano z użycia, a w marcu 1964 roku zawieszono wymianę certyfikatów na srebro na srebrne dolary. Od tamtej pory amerykańskie władze nie podjęły tak zdecydowanej próby przywrócenia dolarom pokrycia w kruszcu.

Ekonomiczna wojna na sankcje nie jest niczym nowym. Choć w latach 60. raczej preferowano bezpośrednie środki. Co prawda do aneksji Kuby nie doszło, ale USA nałożyły na Hawanę całkowitą blokadę gospodarczą. Jej skutki działają do dziś. Koszt embarga nałożonego w 1962 roku przez Johna F. Kennedy’ego wyniósł ponad 116 miliardów dolarów – czytamy w raporcie kubańskiego rządu, przygotowanym dla ONZ. Mało kto wie, że zanim Kennedy podpisał sankcje, na dzień przed wprowadzeniem zakazu importu towarów z Kuby zażyczył sobie kupienia 1000 kubańskich cygar najwyższej jakości. Delikatną misję powierzył sekretarzowi prasowemu Białego Domu Pierre’owi Salingerowi. Salinger odwiedził niemal wszystkie sklepy z kubańskimi cygarami i przyniósł prezydentowi 1200 cygar Petit H. Upmann, ulubionej marki Kennedy’ego. JFK liczył, że ten zapas absolutnie wystarczy na czas, kiedy Fidel Castro ugnie się przez wielką Ameryką. Przeliczył się. Pomimo upływu ponad 50 lat embargo ciągle obowiązuje, komplikując w USA życie miłośnikom kubańskich cygar.«

Fortuna Kennedych, jak większość, a może nawet wszystkie wielkie fortuny, nie powstała w wyniku uczciwej pracy. Prohibicja pewnie dlatego została wprowadzona, by ktoś mógł się dorobić. Bo co innego, gdy alkohol można kupić w każdym sklepie, a co innego, gdy tylko nieliczni mogą go sprzedawać i to po cenie znacznie wyższej, niż gdyby był on dostępny powszechnie. Nie ulega też wątpliwości, że Joseph Kennedy musiał, działając w tym biznesie, współpracować z mafią. Później zaczął inwestować w szulerni zwanej giełdą i zapewne pomnożył tam pieniądze zarobione w okresie prohibicji. I jeszcze wiedział, kiedy wycofać się z giełdy. A poza tym ta przygoda z wytwórnią filmową. Takich „sukcesów” nie odnoszą przypadkowi ludzie i do tego w takich branżach.

Rodzina Kennedych ma irlandzko-katolickie korzenie. Nie udało mi się znaleźć żadnych informacji na temat żony Josepha Kennedy’ego Rose Fitzgerald, to znaczy takich, które usprawiedliwiałyby twierdzenie, że była ona Żydówką, ani też na temat jego matki Niemniej jednak kariera Josepha Kennedy’ego sugeruje, że tak mogło być. I jeszcze ta jego nominacja przez Roosevelta na prezesa Komisji Papierów Wartościowych i Giełd. Później już była pełna kultura. Został ambasadorem w Wielkiej Brytanii. Synowie już nie musieli angażować się w podejrzane interesy. Przeciwnie! Jeden jako prezydent, a drugi jako prokurator generalny, zwalczali mafię. Pewnie dlatego, że było w niej wielu ludzi, którzy pamiętali jeszcze machlojki ich ojca.

Nie wiem oczywiście, czy Jacqueline Kennedy była Żydówką, ale jak patrzę na jej niektóre zdjęcia z okresu późnego dzieciństwa czy wczesnej młodości, to tak jakoś mi się wydaje. John F. Kennedy, jak pisze Miszalski, był pierwszym, który korzystał z finansowej pomocy Żydów w kampanii prezydenckiej i niektórym z nich oferował państwowe stanowiska.

Jest jeden wspólny wątek, który łączy zabójstwo Lincolna (15 kwietnia 1865 roku) z zabójstwem Kennedy’ego. Obaj chcieli drukować pieniądze samodzielnie i w obu przypadkach ich zabójcy zostali szybko zgładzeni. Lincoln zniósł niewolnictwo w północnych stanach, a jego zabójca był zwolennikiem jego utrzymania. Kennedy opowiadał się za zniesieniem segregacji rasowej. Ale tak naprawdę, to w obu przypadkach przyczyną zabójstwa nie było niewolnictwo czy faktyczne zniesienie dyskryminacji rasowej. To był fałszywy trop. W blogu „Dawno temu w Ameryce” pisałem:

»Międzynarodowi bankierzy w pełni zrozumieli skalę czynu dokonanego przez Lincolna, a poniższe uwagi zostały opublikowane przez London Times (jako wyciąg z Journal of Finance) w marcu 1863 r.: „Jeśli polityka finansowa zapoczątkowana przez rząd w Waszyngtonie zostanie utrwalona, rząd będzie dostarczał swoich własnych pieniędzy bez żadnego kosztu, spłaci swój dług publiczny i nigdy więcej już go nie będzie posiadał. Będzie miał całą niezbędną do prowadzenia handlu walutę. Osiągnie dobrobyt bez precedensu w historii cywilizacji ludzkiej. Mózgi i bogactwo świata będą płynąc do Ameryki. Musimy zniszczyć ten rząd, zanim zniszczy on monarchię”.

Potem, 15 kwietnia, Louise zbudziła Anastasię, podając jej w milczeniu dziennik z czarną obwódką, obwieszczający wielkimi literami: LINCOLN ASSASINATED. Te dwa słowa zapełniały całą stronicę, w miejsce artykułu zaś widniała tylko krótka notka: „Oddajemy numer do druku i nie czujemy się na siłach skomentować wiadomości ani nie dysponujemy bliższymi szczegółami”. Następnego dnia pojawiły się jednak dokładne informacje i tam do licha! Lincolna zabił John Wilkes Booth, brat Juniusa i Edwina! Zrobił to w Ford’s Theater w Waszyngtonie, w loży prezydenckiej wychodzącej na samą sceną. Dzięki swej zawodowej sławie zdołał tam wejść niezatrzymywany przez nikogo, strzeliwszy prezydentowi w potylicę, skoczył pomiędzy aktorów sparaliżowanych w szoku, złamał sobie nogę, ale pomimo to zdążył krzyknąć sic-sempre-tirannis! i zbiec. Teraz polowano na niego w Wirginii, gdzie widziano go przejeżdżającego konno, a jednocześnie szukano jego wspólników.

W ostatnim tygodniu kwietnia zginął John Wilkes Booth, odszukany w spichlerzu w Wirginii i zastrzelony w tajemniczych okolicznościach przez sierżanta Thomasa „Bostona” Corbetta z 16 Regimentu Kawalerii. W maju i w czerwcu proces ośmiu wspólników Bootha.«

Wydaje się, że prawdziwym powodem zabójstwa Johna F. Kennedy’ego była decyzja o niezależnym od FED-u drukowaniu pieniędzy. Tylko czy to Żydzi z Żydami kłócili się o to, kto ma wyłączne prawo do druku pieniądza? Czy może było inaczej? W grę mogły jeszcze wchodzić te zadawnione porachunki mafijne, ale to mogło być tylko przy okazji tego najważniejszego powodu. Na pewno nie lobby zbrojeniowe. Wydatki na zbrojenia za jego kadencji były największe, a mówił o pokoju. Wiem, wiem! Zapewne znał on rzymskie przysłowie: jeśli chcesz pokoju, szykuj się do wojny.

Kennedy narzucił Kubie blokadę ekonomiczną, ale z kubańskich cygar nie potrafił zrezygnować. Z drugiej strony Cuba Libre, to ulubiony drink Fidela Castro. Jego podstawowymi składnikami są rum i coca-cola. Zawsze tak samo: to inni mają cierpieć z takich, czy innych powodów.

Zapewne nigdy nie dowiemy się prawdy. Ale czy to jest takie istotne? To były ich mafijne porachunki. To zabójstwo i to, co się wokół niego działo, pokazuje coś innego, coś bardzo brutalnego – jak bardzo przenikają się te dwie sfery życia publicznego: świat polityki i świat przestępczy. Państwo, w pewnym sensie, jest też organizacją mafijną. Ludzie, którzy je reprezentują, wykorzystują jego instancje do realizacji własnych celów. Jest tylko jeden sposób na zmianę tego stanu, to znaczy na odejście od demokracji, czyli mafijnego ustroju – totalne zbojkotowanie wyborów. Jedyna rzecz, której boi się demokracja, to 0% frekwencja wyborcza. Tylko czy to coś zmieni? Nie, nie zmieni, ale przynajmniej pozbędziemy się złudzeń.

I tak na koniec pełna definicja demokracji:

“Demokracja jest najgorszym z ustrojów, bo przed wyborami trzeba płaszczyć się przed motłochem, ale nikt nie wymyślił lepszego ustroju, żeby wybrani nie odpowiadali za swe czyny. W ten sposób w demokracji mamy władzę zbliżoną do boskiej. Tylko Bóg nie odpowiada przed nikim za swoje czyny”. – Winston Churchill.

Sport i polityka

Ukraine über alles – tak w trzech słowach można scharakteryzować żydowską politykę wobec Polski. Inaczej tego, co się teraz dzieje nie można nazwać. Już chyba tylko ślepy i głuchy nie widzi i nie słyszy. Gdy się wchodzi na YouTube, to nie sposób nie trafić na jakiś kanał, na którym lektorzy, na różne sposoby, starają się ukryć swój akcent. Słuchanie tego jest męczące i irytujące. Tak jak kiedyś Żydzi hiszpańscy zalewali Turcję, tak dziś Żydzi ukraińscy – Polskę. To pompowanie Ukrainy i Ukraińców staje się powoli groteską, a to za sprawą wyboru trenera reprezentacji narodowej w piłce nożnej. Jego nazwisko miało być znane 17 stycznia, ale ostatecznie ma to nastąpić 31 stycznia. Skąd takie zamieszanie i o co w tym wszystkim chodzi?

Na Interii pojawiła się w niedzielę wieczorem, 23 stycznia, informacja, że trenerem polskiej reprezentacji w piłce nożnej zostanie Ukrainiec Andrzej Szewczenko. Link do oryginalnego tekstu tu: https://sport.interia.pl/raporty/raport-eliminacje-ms-2022/polacy/news-wyciekla-tajemnica-kuleszy-oto-nowy-selekcjoner,nId,5787437.

Interia pisze:

»Wiarygodne ukraińskie media poinformowały, że Andrij Szewczenko zawarł porozumienie z PZPN-em w sprawie objęcia stanowiska selekcjonera reprezentacji Polski. Jedyną przeszkodą jest rozwiązanie kontraktu z Genoą.

PZPN z Szewczenką porozumieli się zarówno co do okresu współpracy (dwa lata), jak i wysokości zarobków. Ukrainiec ma zarabiać 2,5 mln euro rocznie, z czego cześć zapłaci PZPN, a część sponsorzy. Te szczegółowe dane podał kanał vZbirna, należący do byłego rzecznika Szewczenki, a więc osoby dość wiarygodnej.

Szewczenko z dobrym skutkiem prowadził Ukrainę, osiągnął z nią ćwierćfinał na Euro 2020, ale jego przygoda z Genoą była nieudana. Został zwolniony po dziewięciu meczach w Serie A i dwóch w Coppa Italia, ale jego kontrakt obowiązuje do 2023 r. Rozwiązanie go z włoskim klubem powinno to być jednak formalnością. Właściciele Genoi nie mają żadnego interesu w opłacaniu drogiego trenera, który jest im najzwyczajniej niepotrzebny.

Jeśli porozumienie z Genoą uda się zawrzeć, “Szewa” będzie najdroższym selekcjonerem w historii reprezentacji Polski. Do tej pory palmę pierwszeństwa dzierżył Leo Beenhakker, który w ostatnim okresie zarabiał 80 tys. euro miesięcznie, czyli 960 tys. euro rocznie. 

Szewczenko i jego Ukraina mieli kupę szczęścia na ubiegłorocznym Euro 2020. Udało im się wyjść z grupy pomimo dwóch porażek (2-3 z Holandią i 0-1 z Austrią). “Zbirna” wygrała 2-1  Macedonią Północną i to było jej kluczem do awansu. W 1/8 finału pokonała Szwecję 2-1.  W ćwierćfinale, na Stadio Olimpico w Rzymie, Ukraińcy zostali rozbici 0-4 przez Anglię.

Jego Ukraina grała siermiężny, defensywny futbol. Zdarzały jej się kompromitujące porażki, jak 1-7 w towarzyskim meczu z Francją, czy 0-4 w Lidze Narodów z Hiszpanią. Z drugiej strony, na ME pokonał Szwedów, z którymi nie poradziła sobie Polska Paula Sousy.

Wtajemniczeni twierdzą, że zarówno w reprezentacji Ukrainy, jak i w Genoi “Szewa” był twarzą projektu. Pracę trenerską wykonywał za niego Mauro Tassotti – były piłkarze wielkiego Milanu, w którym rozegrał 17 lat (1980-1997).

Warto zaznaczyć, że doświadczenie trenerskie Szewczenki jest niewielkie. Przez pięć lat, z czego jeden sparaliżował COVID-19, prowadził Ukrainę, a Genoę ledwie przez trzy miesiące.

13 stycznia Cezary Kulesza spotkał się z Adamem Nawałką i choć obaj panowie uzgodnili warunki brzegowe współpracy, do podpisania umowy nie doszło. Kulesza ma innego faworyta, teraz okazuje się, że jest nim Szewczenko.«

Tekst przytoczyłem dosłownie, a więc z błędami. Komentujący na Interii często z tego powodu krytykują jej redaktorów. I zachodzą w głowę, kogo oni tam zatrudniają. A często zatrudniają Ukraińców czy może raczej ukraińskich Żydów. Widać to po błędach w składni albo po niewłaściwie dobranych wyrazach. Ot choćby to: „mieli kupę szczęścia”. Nie – mieli dużo szczęścia. Języki bardzo podobne do siebie, a takimi są polski i ukraiński, tak jak i w przypadkach innych do siebie podobnych języków, zawierają pułapki językowe, które z angielska nazywa się „false friends” (fałszywi przyjaciele), to znaczy, że w obu językach brzmią i piszą się tak samo lub bardzo podobnie, a znaczą zupełnie coś innego. A więc nie ma róży bez kolców.

To jednak tylko dygresja, choć przyznam, że i mnie irytuje takie lekceważące podejście do języka i czytających. Choć może jest to zamierzone. Im bardziej niechlujny język, tym bardziej niechlujne myślenie.

Niektórzy komentujący pod cytowanym tekstem twierdzą, że jest to fałszywa informacja, czyli tzw. fake news. Czy tak jest? Przekonamy się o tym za tydzień. Ten tekst, przy wszystkich jego wadach językowych, zawiera jednak ciekawe informacje, które nie pozostawiają cienia wątpliwości, że wielki sport nie jest wolny od polityki, albo raczej, że polityka wykorzystuje go do swych celów.

Z informacji w tym tekście wynika, że Szewczenko będzie najdroższym selekcjonerem w historii reprezentacji Polski. Ma on zarabiać 2,5 mln euro rocznie. Dla PZPN-u górna granica to 1 mln rocznie. Część wynagrodzenia ma zapłacić PZPN, a część sponsorzy. I jakby tego było mało, to wychodzi na to, że z Szewczenki żaden trener, bo reprezentację Ukrainy i klub Genoa trenował Mauro Tassotti. Kontrakt z Genoa ma podpisany do 2023 roku.

No to mamy niezłą układankę!

Polska przegrała swój ostatni mecz w eliminacjach. Mecz, który dla Węgrów był meczem o pietruszkę, a dla Polski meczem o to, czy będzie rozstawiona w barażach, czy będzie dolosowana do drużyn rozstawionych. W przypadku wygranej Polski, byłaby ona rozstawiona. Polska przegrała, wiec została dolosowana i padło na Rosję. Do tego najważniejszego w tych eliminacjach meczu Polska wystawiła skład rezerwowy. Czy to był przypadek? 26 listopada odbywa się losowanie baraży do mistrzostw w Katarze. I od tego momentu wiadomo, że Polska zagra z Rosją. W drugi dzień Świąt, 26 grudnia, Paulo Sousa informuje, że już nie chce trenować reprezentacji Polski. Rozstanie następuje szybko i obie strony wydają się być zadowolone, z tym, że u nas podnosi się wielkie larum. Oburzeni są wszyscy: działacze, dziennikarze, kibice. Tylko czy aby u wszystkich to oburzenie jest autentyczne? A Sousa, trener przecież nie jakiś wyjątkowy, szybko zostaje zatrudniony przez jeden z najsłynniejszych brazylijskich klubów.

Zaczynają się poszukiwania nowego trenera. Z początku kandydatów było wielu, ale jak się okazuje, żaden z nich nie śmiał zagrać przy Jankielu, znaczy przy Szewczence. Tak więc wątek żydowski mamy nie tylko w Panu Tadeuszu, ale i w PZPN-nie. Zresztą, gdzie ich nie ma? Wszystkie działania musiały być skoordynowane: PZPN-nu, włoskiego klubu Genoa i brazylijskiego – Flamengo. Któż mógł utkać taką misterną, międzynarodową intrygę: od Polski poprzez Włochy do Brazylii? Przecież nie prezes Kulesza, bądźmy poważni! Zrobią z niego kozła ofiarnego, a były prezes Boniek powie tak, jak ten udający idiotę Czech z filmu C.K. Dezerterzy, który za każdym razem, gdy go o coś pytano, odpowiadał: Ich weiß nichts (Ja nic nie wiem).

A któż może być sponsorem i zechce wyłożyć takie pieniądze na trenera reprezentacji, której realne szanse na awans do finałów mistrzostw świata są znikome bądź żadne? Przecież sponsor to ktoś, kto inwestuje pieniądze, by mieć jakiś zysk. Niekoniecznie musi to być zysk finansowy. Może to być zysk wizerunkowy, ale w tym wypadku taka reprezentacja musi być widoczna na największych imprezach i odnosić na nich sukcesy, a nie kompromitować się, co jest normą w przypadku polskiej reprezentacji. Któż więc może wyłożyć takie pieniądze? Ten, kto ma ich dużo i nie musi martwić się tym, że mu ich zabraknie, gdy „sponsoring” nie wyjdzie.

O co więc chodzi? Chodzi o ten jedyny mecz. Mecz Polski z Rosją w Moskwie. O to, by tę reprezentację prowadził Ukrainiec. Wszyscy w tym środowisku wiedzą, że to żaden trener i ktoś inny wykona za niego robotę. Nie to jest ważne. Konflikt rosyjsko-ukraiński jest coraz bardziej podgrzewany. Tylko że osiągnięto już tam pewien pułap. Wojny nie będzie, ale jakoś trzeba go eskalować, by móc realizować swoje dalekosiężne cele. I to się obecnie dzieje. Ale gra ukraińskim trenerem nie dotyczy tego konfliktu.

Mecze Polski z Rosją zawsze miały jakiś polityczny podtekst. Tak było na mistrzostwach w Hiszpanii w 1982 roku, zaledwie pół roku po wprowadzeniu w Polsce stanu wojennego. Wtedy piłkarze radzieccy dostali wyraźny rozkaz, bo to słowo jest tu chyba najbardziej odpowiednie, że z Polską nie mogą przegrać. I nie przegrali – zremisowali. Rosjanie byli wtedy słabszą drużyną od Polski. Jednak tamci polscy piłkarze mówili, że bardzo trudno było grać z przeciwnikiem tak specyficznie zmotywowanym. I tak będzie i w tym zbliżającym się (24 marca) meczu. Nie dość, że Rosjanie będą grać z Polakami, to jeszcze Polacy będą mieć ukraińskiego trenera.

Tam wszystko może się zdarzyć. Nic w ludziach nie wyzwala tylu emocji, co sport, a szczególnie piłka nożna. A jeśli jeszcze dojdą do tego różne animozje narodowe i polityczne pomiędzy tymi trzema narodami, to różnie to może być. Czy żeby to osiągnąć, można sobie wyobrazić lepszy scenariusz niż ten, który wypichcili nam najlepsi reżyserzy, nie tylko zresztą filmowi.

Gdyby tam coś się stało, jakieś zamieszki, bijatyki, akty wandalizmu, co mogłoby prowadzić do przerwania czy unieważnienia meczu, to cała wina mogłaby spaść na PZPN, a ogólnie na Polaków, za wybranie takiego trenera i prowokowanie Rosjan. Wpisywałoby się to w ogólną narrację, którą lansują żydowskie polskojęzyczne i nie tylko polskojęzyczne media, że wszystkiemu winni są Polacy. A stąd już tylko mały krok do konkluzji, że najlepszym rozwiązaniem będzie zlikwidowanie ich państwa.

Bądźmy szczerzy, gdyby to Polacy decydowali o wyborze trenera, to nigdy nie wybraliby Ukraińca, a nawet nie braliby pod uwagę takiej kandydatury, choćby ze względu na historię. A to, że z tym Wołyniem było trochę inaczej, niż nam się wmawia, to już inna para kaloszy.

Pozostał jeszcze tydzień. Mam nadzieję, że ten scenariusz, który powyżej nakreśliłem, nie ziści się. Chciałbym bardzo się mylić, ale, jak na razie, wszystko wskazuje na to, że jest on najbardziej realny.

Turcja

W blogu o Kazachstanie cytowałem artykuł Pepe Escobara, który zwracał w nim uwagę m.in. na rolę Turcji w tym rejonie i jej aspiracje polityczne. Trudno się dziwić Turkom, że nawiązują do swojej historii, wszak czyni to każdy naród. Pierwsze państwo Turków to tzw. Pierwszy Kaganat Turecki (552-604), ciągnący się od Morza Czarnego po Mongolię i część Chin. Państwo Wielkich Seldżuków obejmowało w XI wieku część Anatolii, Persję, Irak i Syrię. Jego stolicą był Isfahan w Persji. Imperium Osmańskie (1453-1922) obejmowało większość Bliskiego Wschodu, Afryki Północnej i południowo-wschodniej Europy.

Położenie Imperium Osmańskiego
Położenie Imperium Osmańskiego; źródło: Wikipedia.

Jest więc, w przypadku Turcji, do czego odwoływać się. Czy zatem może tak być, że za jakiś czas powstanie potężne państwo tureckie, które będzie stanowić przeciwwagę dla Chin, gdy Stany Zjednoczone i Rosja nie będą już w stanie pełnić tej funkcji? I kto może przyczynić się do powstania takiego mocarstwa? Czy nie przypadkiem moja „ulubiona” nacja?

Jeśli tak twierdzę, to wypada to jakoś uzasadnić. Posłużę się cytatem z książki Henryka Rolickiego Zmierzch Izraela. Po raz pierwszy została ona wydana w 1932 roku. Następnie dodam cytaty z Wikipedii, które po części dotyczą opisywanego przez Rolickiego okresu, a po części tego, jak Turcja została zniszczona, jak to on ujął, wypróbowanymi sposobami. W Wikipedii oczywiście nie będzie ani słowa o Żydach. Tam będą tylko chrześcijanie, którzy zajmują się handlem, dyplomacją i szpiegostwem. Dla porządku dodam tylko, że marrani to hiszpańscy i portugalscy Żydzi, którzy pozornie przyjęli chrzest.

»Znaczna część wygnanych z Hiszpanii żydów i uciekających marranów zatrzymała się we Włoszech, szczególnie zaś w królestwie Neapolu. Osiadła tam przede wszystkim przodująca żydostwu rodzina Abarbanelów.

Niebawem jednak, dzięki okrzepnięciu Kościoła katolickiego, rozpoczęła się tzw. przeciwreformacja. Dwie szczególnie potężne postacie dźwignęły Kościół z klęsk: Giovanni Pietro Caraffa, późniejszy papież Paweł IV i Ignacy Loyola, założyciel zakonu jezuitów.

„Zmurszałe papiestwo, o którym wówczas sądzono, że samo przez się runie wśród śmiechu i drwin przeciwników i na które nawet przyjaciele wzruszali jeno ramionami, podnieśli ci dwaj działacze do większej jeszcze potęgi niż za rządów Innocentego III i jego następców, gdyż oparło się ono nie na chwiejnej podpórce rozmarzonej wiary, lecz na mocnym fundamencie niezłomnego przekonania i nie oglądającej się na nie konsekwencji”. – Henryk Graetz, Historia żydów.

Wskutek podniesienia się powagi Kościoła, urosła także i powaga moralna inkwizycji przeciw marranom; skoro zaś żydzi pomagali pozornym chrześcijanom w oszukiwaniu władz kościelnych i opinii katolickiej, poczęły w nich trafiać represje nawet i na terenie państw włoskich, szczególnie zaś w rzeczypospolitej weneckiej, w królestwie Neapolu i w państwie papieskim. W rezultacie utracili we Włoszech możność swobodnego działania, w końcu zaś w r. 1540 zakazano im pobytu w królestwie Neapolu.

W rezultacie w pierwszej połowie XVI w. żydzi nie mogą już uważać Włoch za swoją bazę i zmuszeni są przenieść swoje centra organizacyjne do Turcji, gdzie podążyły przedtem tłumy żydów i marranów hiszpańskich.

Przybysze ci, tak w Turcji jak i wszędzie indziej, gdziekolwiek dotarli, dzięki swej pozycji w organizacjach żydostwa, objęli kierownictwo nad żydowskim życiem.

„W wieku szesnastym widzimy tych wygnańców niemal wyłącznie wyobrazicielami zdarzeń dziejowych; wszędzie rozbrzmiewają imiona ich prowodyrów; dostarczają oni rabinów, pisarzy, filozofów i nauczycieli. We wszystkich krajach, wyjąwszy Niemcy i Polskę, gdzie nie dotarli nigdy większymi grupami, dzierżą batutę żydzi sefardyjscy”. – Henryk Graetz, Historia żydów.

I w Turcji żydzi sefardyjscy odtąd nadają ton, a dawniej tu osiadli żydzi poddają się od razu pod ich komendę.

Oparci o zaborczą potęgę turecką mogli marzyć o opanowaniu świata. Omotanie wpływami sułtanów samowładców wydawało się dostateczną rękojmią, że władztwo Izraela nad innymi narodami może stać się rzeczywistością. Ta nadzieja, wraz z rozbiciem Europy przez reformację i niepohamowanym najazdem tureckim mogła podyktować Abarbanelowi przepowiednię okresu mesjańskiego w r. 1531, potem innym kabalistom na r. 1540. Nadzieje te nie spełniają się i ciągle są odraczane przez nowych wróżbitów kabalistycznych.

W połowie XVI w. kilka osób z pierwszorzędnych żydowskich rodów hiszpańskich dochodzi na dworze sułtańskim do decydującego wpływu politycznego. Około r. 1553 zjawia się w Konstantynopolu zbiegła z Portugalii marranka hiszpańska Gracia Mendesia, żona bankiera. Po śmierci męża, należącego do rodu Nassich (patriarchów), prowadziła w Europie rozgałęzione interesy bankowe, pożyczając królom i możnym. Uciekłszy z Portugalii przed inkwizycją, osiadła wśród innych marranów w Antwerpii, potem w Wenecji i Ferrarze, aż powiodło się jej dostać do Konstantynopola, gdzie przeszła otwarcie na judaizm. Wkrótce potem przybył do stolicy tureckiej jej bratanek i zięć Joao Miques, który przeszedł także na judaizm i nazwał się Józef Nassi (patriarcha).

„Nie sam atoli przybył do stolicy tureckiej, lecz w wielkim orszaku pięciuset hiszpańskich (portugalskich) i włoskich żydów. Zaprezentował się tam od razu, jakby jaki książę”. – Henryk Graetz, Historia żydów.

Tych dwoje wywiera przez lat szereg przemożny wpływ na politykę sułtana Sulejmana. W odpowiedzi na represje papieża Pawła IV skierowane przeciw marranom w Rzymie, żąda sułtan (1556 r.), za podszeptem tych dwojga, zwolnienia marranów, którzy przybyli do Rzymu z Turcji dla celów handlowych, a papież czyni zadość temu żądaniu. Marranów rzymskich nie udało się Nassiemu i jego teściowej obronić przed sądami duchownymi, więc przynajmniej pragnęli wziąć pomstę na papieżu przez zorganizowanie w Turcji i we Włoszech bojkotu gospodarczego państwa papieskiego i jego portu w Ankonie.

„Zainteresowani najbardziej w tej sprawie żydzi pescareńscy i dawni marrani w państwie tureckim nie szczędzili naturalnie zabiegów, aby przeforsować wspólną uchwałę, rzucająca klątwę na port papieski”. – Henryk Graetz, Historia żydów.

Atoli część żydów sprzeciwiała się ostro temu ze względu na własny interes handlowy i rabinat Safetu (siedziba Sanhedrynu) odmówił rzucenia tej klątwy.

Józef Nassi wkradł się w łaski sułtana dzięki temu, że utrzymywał za pośrednictwem żydów i marranów całą siec szpiegowską w Europie i zbierał dla sułtana wiadomości. Miał daleko sięgające zamiary polityczne, „chciał bowiem rozpocząć z Hiszpanami taniec wojenny i mahometanom z wybrzeży afrykańskich posłać pomoc przeciw podżegaczom stosów”. – Henryk Graetz, Historia żydów.

Wpływy Nassiego wzmagały się i „ze zgrzytem zębów widzieli nieprzyjaźni żydom mocarze chrześcijańscy, że ich plany krzyżuje tu i ówdzie ręka żydowska, a ich kłopoty wewnętrzne rosną coraz bardziej”. – Henryk Graetz, Historia żydów.

Sułtan podarował szmat ziemi Józefowi w Palestynie, celem odbudowy Tyberiady (dawnej siedziby Sanhedrynu) z tym, że tylko żydzi mieli tam zamieszkać. Ponadto mianował go „księciem wyspy Naksos” i darował mu tę wyspę i 12 wysp cykladzkich.

W planach Nassiego leżało jeszcze owładnięcie Cyprem, gdzie za czasów rzymskich żydzi wyrżnęli ćwierć miliona Greków. „Marzył o koronie Cypru, którą mu przyrzekł sułtan. Być może, że przeobraziłby wyspę Bogini piękności w państwo żydowskie”. – Henryk Graetz, Historia żydów.

Nie zapominajmy, że Cypr należał wówczas do Rzeczypospolitej Weneckiej, która wprowadziła niedawno przymusowe getto dla swoich żydów.

Ta przynależność Cypru nie była dla Nassiego przeszkodą. „Na wieść, że arsenał wenecki wskutek wybuchu prochu wyleciał w powietrze (co za dziwny zbieg okoliczności! – przyp. aut.) kazał sułtan, idąc za radą Józefa, wyruszyć flocie do natychmiastowego na tę wyspę ataku”. – Henryk Graetz, Historia żydów.

W ten sposób rozpoczęła się wojna, która była jedną z najgroźniejszych dla chrześcijaństwa wojen z Turcją. Wyspa Cypr została zdobyta i cała załoga i część ludności wyrżnięta w pień. Na szczęście udało się papieżowi Piusowi V w obronie chrześcijaństwa doprowadzić do skutku koalicję państw chrześcijańskich. W olbrzymiej bitwie morskiej pod Lepanto (1571 r.) zjednoczone floty chrześcijańskie pokonały flotę turecką, lecz Cypr pozostał odtąd przy Turcji. Po bitwie senat wenecki postanowił wysiedlić żydów z Wenecji, jako uczestników spisku Nassiego.

Józef Nassi wspomagał też kacerskie Niderlandy w walce z katolicką Hiszpanią.

„W tym uścisku zwrócili się powstańcy niderlandzcy do Józefa z Naksosu… książę Wilhelm Orański, bohaterska dusza powstania, posłał umyślnego gońca do Józefa z prośbą, aby nakłonił sułtana do wypowiedzenia wojny Hiszpanii, co by spowodować musiało wycofanie z Flandrii wojsk hiszpańskich”. – Henryk Graetz, Historia żydów.

Następnym żydem, który kierował w wielu wypadkach polityką turecką, był Salomon ben Natan Askenazy, żyd wenecki, były króla polskiego, Zygmunta Augusta, lekarz nadworny. Opuściwszy polski dwór królewski udał się do Turcji, gdzie stanął przy boku wielkiego wezyra Sokollego.

Askenazy po klęsce pod Lepanto wziął w rękę pośrednictwo pokojowe między Turcją, a rzeczpospolitą wenecką. Gdy w r. 1572 umarł Zygmunt August, żyd wenecko-turecki rzucił w czasie elekcji nowego króla polskiego potęgę wpływów tureckich na rzecz Henryka Walezego i zdecydował jego wybór. I tak „decyzja w sprawie elekcji polskiej leżała w ręku stojącego na dalszym planie żyda”. – Henryk Graetz, Historia żydów.

Po wielu latach po ucieczce Henryka z Polski Askenazy tak pisał doń, jako do króla francuskiego Henryka III: „Najwięcej ja przysłużyłem się Waszej Królewskiej Mości do otrzymania korony polskiej”. – Majer Bałaban, Historia i literatura żydowska.

Wkrótce po elekcji polskiej Askenazy pojawia się w Wenecji, jako poseł sułtański i zawiera pokój w imieniu Turcji.

I tak „gabinety chrześcijańskie ani się domyślały, że biegiem wypadków, które je zmuszały przybrać tę lub inną podstawę, kieruje ręka żydowska”. – Henryk Graetz, Historia żydów.

Turcja stała się na długo ostoją dla żydów w walce z chrześcijańską Europą. Gdy zaś uznali, że jest im już zbyteczna, czy też nie na rękę nawet, poczęli niszczyć jej siłę wypróbowanymi sposobami.

Leży przede mną książeczka napisana po wojnie światowej przez Merlan Zade Rifaat beja, dostojnika dworskiego byłego sułtana Abdul Hamida, w dwóch językach: tureckim i francuskim. Wydano ją w Constanzy w r. 1923, zaś autor opatrzył ją znamiennym tytułem „L’empire ottoman et les sionistes. Les juifs qui ont ruiné la Turquie”. (Cesarstwo otomańskie a syjoniści. To żydzi zniszczyli Turcję).

Z książki tej dowiemy się nie tylko o machinacjach żydowskich w okresie rewolucji młodotureckiej, w czasie wojny światowej i za rządów Kemala Paszy, lecz także o pewnych fragmentach z dalekiej przeszłości.

„Nie ma wątpliwości, że ci, którzy badają wypadki za panowania sułtanów Azisa i Murada i starają się zgłębić tajemnice i powody następujących po sobie detronizacji obu tych sułtanów, wiedzą, że w tych wypadkach także był palec żydowski i że Nessim Zedler, Nichon i Horonazzi, dzięki wmieszaniu się sułtani – matki Bezmi Alem oraz pani Elizy, zwanej „pięknością wiedeńską”, którą zdołali pozyskać dla swej sprawy, odegrali rolę szatańską”. – Merlan Zade Rifaat bej, L’empire ottoman et les sionistes.

W wieku XVI i XVII Turcja była żydom jeszcze potrzebna, jak widzieliśmy – wyzyskiwali ją bezceremonialnie dla swoich celów, dawała im pośrednio wpływ na politykę państw chrześcijańskich i – rzecz nieoceniona – swobodę wewnętrznego rozwoju.

Swobodny rozwój żydostwa w Turcji i opanowanie tureckiej polityki nie mogły żydom wystarczyć, gdy chodziło o zamierzenia mesjańskie. Dzieło reformacji umożliwiało im próby ponownego usadowienia się w zachodniej Europie.

Korzystając z odpadnięcia Niderlandów od Hiszpanii, które tak popierał Józef Nassi, znajdują sobie marrani portugalscy znakomitą siedzibę w Amsterdamie (1593 r.), gdzie pozwalają im powracać bez przeszkód na judaizm. Dzięki majątkom portugalskich żydów wydziera Holandia handel zamorski z rąk Portugalczyków i staje się bogatym krajem.

Katolicki król hiszpański, Filip II „doczekał się jeszcze, że dwa narody, których najbardziej nienawidził i najkrwawiej prześladował: Niderlandczycy i żydzi, podały sobie niejako rękę do zniszczenia jego dzieła”. – Henryk Graetz, Historia żydów.

Amsterdam stał się dla żydów nową Jerozolimą. Tu działał Abraham Zacuto Lusitano, zaufany doradca palatyna Fryderyka, który swym królestwem zimowym rozpoczął wojnę trzydziestoletnią. Tu wywierał na bieg wypadków w Europie potężny wpływ Manasse ben Izrael (1604-1657), jeden z aktorów rewolucji Cromwellowskiej w Anglii. Tutaj żył, pisał i skupiał koło siebie uczonych chrześcijańskich żydowski filozof Baruch Spinoza.«

A co pisze Wikipedia?

„Zasady handlu pomiędzy Europejczykami a imperium regulowały tzw. kapitulacje, w ramach których Osmanowie przyznali obcym kupcom liczne przywileje, dążąc przede wszystkim do zaopatrzenia rynku w odpowiednią ilość towarów. W rezultacie stopniowo Europejczycy zaczęli obsługiwać także coraz większą część wewnętrznego handlu imperium, a wielu jego poddanych starało się uzyskać prawdziwe lub fikcyjne zatrudnienie w europejskich placówkach dyplomatycznych, co gwarantowało dostęp do podatkowych i handlowych przywilejów. Szczególną rolę odegrali tutaj osmańscy chrześcijanie, którzy w XVII wieku zaczęli odgrywać coraz większą rolę w handlu imperium, korzystając ze swoich powiązań z europejskimi kupcami. W Stambule powstała nowa grecka arystokracja, nazywana fanariotami, która miała liczne powiązania z elitą rządzącą Osmanów oraz chrześcijańskich księstw naddunajskich. Chociaż fanarioci zawdzięczali swoje wpływy przede wszystkim pośrednictwu w handlu chrześcijańskich mocarstw z imperium, to zaalarmowani agresywnymi działaniami katolickich misjonarzy byli jednocześnie antypapiescy. W uformowaniu nowej antykatolickiej ortodoksji szczególną rolę odegrał patriarcha Cyryl Lukaris (zm. 1638) i to ostateczne zerwanie prawosławnych z Rzymem pośrednio wzmocniło imperium.

Fanarioci – potomkowie greckiej arystokracji, pozostałej w imperium osmańskim po podboju Konstantynopola przez Turków w 1453 roku.

Zamieszkiwali głównie w konstantynopolitańskiej dzielnicy Fanarion. Trudnili się handlem dalekosiężnym (a przy tym często szpiegostwem), dochodząc w XVII wieku do wielkiego znaczenia gospodarczego i politycznego. Znali po kilka europejskich języków, byli więc tłumaczami w służbach sułtanów, gdzie mogli wykazać swoje kwalifikacje i lojalność. Jako chrześcijanie często pełnili funkcje ambasadorów Porty Osmańskiej przy dworach europejskich oraz dragomanów (tłumaczy) lub podejmowali się specjalnych misji dyplomatycznych. Zajmowali też wysokie stanowiska w patriarchacie Konstantynopola, niejednokrotnie wpływając na wybór nowego patriarchy.

Konsekwencją wielkich odkryć geograficznych był napływ gigantycznych ilości srebra z hiszpańskiej Ameryki, co doprowadziło do dramatycznego obniżenia wartości osmańskiej srebrnej monety akce. W 1534 roku dochód centralnego skarbca osiągnął pięć milionów złotych dukatów, lecz w 1591 suma ta była warta jedynie połowę swojej dawnej wartości, ponieważ podatki w większości były pobierane w akce. Wartość wynagrodzeń żołnierzy i państwowych urzędników systematycznie spadała, zaś w rezultacie w miejsce dawnej dyscypliny i oddania rozpowszechniła się wśród nich coraz większa niechęć do państwowej służby oraz szerzyło się łapownictwo i sprzeniewierzenia. Chcą jakoś zaradzić sytuacji rząd uciekał się do drastycznych środków, takich jak psucie monety, co jednak pogarszało sytuację. Pomimo kilku reform monetarnych ostatecznie w XVII i XVIII wieku akce zdewaluowało się do tego stopnia, że znikło z rynku i pozostało jedynie monetą rachunkową.

Stopniowo powszechną praktyką stała się również dzierżawa podatków. Dzierżawca podatkowy zobowiązywał się zapłacić określoną sumę pieniędzy z góry w zamian za prawo do ściągania podatków z określonego źródła. Każda suma, którą ściągnął powyżej zapłaconej państwu kwoty, była jego zyskiem. Z punktu widzenia skarbu państwa ten system miał tę zaletę, że gwarantował natychmiastowy dostęp do gotówki. Na dłuższą metę jego oczywistą wadą był jednak fakt, że dzierżawca podatkowy, posiadający krótkoterminową umowę (zazwyczaj na okres trzech lat), nie był zainteresowany utrzymaniem produktywności powierzonego mu źródła podatków, a znaczna część nałożonych obciążeń z założenia nigdy nie docierała do skarbu. Rosnące obciążenia podatkowe stworzyły podatny grunt dla lokalnych rebelii, zaś seria złych zbiorów około 1600 roku jeszcze pogorszyła sytuację. W rezultacie na przełomie XVI i XVII wieku Anatolia stała się ogniskiem działań zbrojnych band, z którymi nie mogły poradzić sobie siły rządowe.”

Mamy więc w tym opisie fanariotów, „chrześcijan”, którzy zajmowali się handlem dalekosiężnym. Co za piękne sformułowanie! Handel międzynarodowy kojarzy się jednoznacznie, więc mamy handel dalekosiężny. Ci „chrześcijanie”, zaalarmowani agresywnymi działaniami katolickich misjonarzy byli jednocześnie antypapiescy. Tacy to byli chrześcijanie, którym przeszkadzała działalność misjonarzy. Nie trzeba też chyba dodawać, jaka nacja miała monopol na dzierżawę podatków.

W 1865 roku powstaje Ruch Młodoosmański, który czerpie inspirację z rewolucji francuskiej, Monteskiusza i Rousseau. Działacze tego ruchu głosili hasła liberalne i postępowe, żądali wprowadzenia konstytucji. Program Młodych Osmanów zawierał wprowadzenie konstytucji i systemu parlamentarnego. Lojalność i patriotyzm opierałyby się na wierze w konstytucję i demokrację, a nie na przynależności do określonej grupy etnicznej, językowej czy wyznaniowej. W 1876 roku w wyniku demonstracji w Stambule doszli do władzy. Ogłoszono konstytucję. (Mnie już do śmierci konstytucja będzie kojarzyć się tylko z jednym człowiekiem – przyp. W.L.). Po przegranej wonie z Rosją i kongresie berlińskim w 1878 roku Turcja powróciła do rządów absolutystycznych. Porażka polityki Młodych Osmanów spowodowała powstanie innych ruchów, m.in. ruchu młodotureckiego. – Jak nie z tej mańki, to z drugiej. I tak aż do osiągnięcia celu.

Powstanie bułgarskie w 1876 roku doprowadziło do nowej wojny turecko-rosyjskiej w 1877-1878 roku. To właśnie na tej wojnie dorobił się fortuny Wokulski. Moskiewski kupiec Suzin powiedział do niego: „Stanisławie Piotrowiczu! bierz wszystkie pieniądze i jedź ze mną na wojnę turecką do Bułgarii”. To właśnie te pieniądze, a nie te ze sklepu Mincla, w który się wżenił, spowodowały, że smalił cholewki do zubożałej arystokratki. Bo z takimi pieniędzmi, to już można. Nie dorobił się ich na handlu z Rosją, jak chcą różnej maści rusofile, odwołujący się do tej niby tradycji. Na tym handlu dorabiali się fabrykanci żydowscy i niemieccy, bo mogli sprzedawać swoje produkty na rynek rosyjski bez cła, bo Królestwo było częścią Imperium Rosyjskiego.

Szczególną rolę w rozbudzeniu aspiracji niepodległościowych Bułgarów odegrał Wasyl Lewski. To rewolucjonista i jeden z bohaterów narodowych Bułgarii. W końcu lat 60-tych XIX wieku rozwinął teorię rewolucyjną, która zakładała zbrojne powstanie Bułgarów przeciw Turcji. Przygotowaniem i prowadzeniem powstania miała zająć się specjalna organizacja, obejmująca zasięgiem cały kraj i mająca przedstawicielstwa w każdym regionie. Plan zakładał przystąpienie do walki bez wsparcia zagranicznego. Lewski poddał krytyce plany Rakowskiego, który wyobrażał sobie, że jest możliwe wywołanie zrywu jedynie wskutek wkroczenia zbrojnych oddziałów z terytorium państw sąsiednich, względnie wywołanie powstania przez ugrupowania emigracyjne.

Lewski opracował również kształt ustroju państwa po ewentualnym sukcesie powstania. Miałoby być ono republiką demokratyczną, opierającą się na ideałach Deklaracji Praw Człowieka i Obywatela z czasów rewolucji francuskiej, gwarantującą podstawowe wolności obywatelskie. Wychodzi więc na to, że Lewski był masonem. Jego imię nosi najbardziej utytułowany bułgarski klub Lewski Sofia założony w 1914 roku.

Wojna turecko-rosyjska, której przyczyną było rozpoczęcie walk narodowo-wyzwoleńczych na Bałkanach, doprowadziła do dalszego osłabienia Imperium Osmańskiego. Na mocy postanowień kongresu berlińskiego w 1878 roku Osmanowie utracili prawie wszystkie posiadłości na Bałkanach oraz w Tunisie i w Egipcie.

W 1908 roku młodoturcy, czyli bojowe ugrupowanie nacjonalistów, w wyniku rewolucji doszło do władzy, którą utrzymało do 1918 roku. Włochy wykorzystały kryzys imperium, aby zająć w latach 1911-1912 Libię i Trypolitanię. Kraje bałkańskie usunęły Osmanów z Albanii i Macedonii w latach 1912-1913. W 1914 roku imperium przystąpiło do I wojny po stronie państw centralnych. W jej wyniku utraciło ono Syrię, Mezopotamię i nominalnie zwierzchnictwo nad Egiptem i Kuwejtem.

Młodoturcy – nacjonalistyczny i modernistyczny ruch istniejący w Turcji na przełomie XIX i XX wieku, dążący do obalenia monarchii osmańskiej i reorganizacji państwa.

Młodoturcy wywodzili się z tajnych stowarzyszeń kadetów szkól wojskowych i studentów, które powstawały od 1878 roku po anulowaniu (wprowadzonej pod naciskiem polityków młodoosmańskich) konstytucji przez sułtana Abdul Hamida II. Biorąc przykład z podobnych organizacji europejskich, stowarzyszenia te tworzyły głęboko zakonspirowaną sieć komórek, które łączyły pojedyncze osoby.

     Terytorium Turcji Tereny oddane:      Armenii      Grecji      Francji      Wielkiej Brytanii      Włoch      Region autonomiczny, Izmir (Smyrna )
Podział Turcji w wyniku traktatu w Sevres; źródło: Wikipedia.

10 sierpnia 1920 roku w Sevres pod Paryżem wielki wezyr Damad Ferid Pasza podpisał w imieniu Imperium Osmańskiego traktat, dokonujący faktycznie jego rozbioru, praktycznie likwidujący osmańską armię i pozbawiający Osmanów suwerenności na pozostawionym im terytorium. Ustanowiony w tym czasie przez tureckich nacjonalistów w Anatolii rząd Kemala i Wielkie Zgromadzenie Narodowe Turcji odrzuciły traktat i uznały akceptujących jego postanowienia za zdrajców stanu. Kontrola nad pozostałościami dawnego Imperium Osmańskiego została przejęta przez nacjonalistów, którzy w trakcie wojny grecko-tureckiej (1919-1922) obronili terytorium nowo powstałego państwa tureckiego, co uznał traktat w Lozannie z 24 lipca 1923 roku. 1 listopada 1922 roku nacjonaliści, rządzący teraz również w Stambule, ogłosili zniesienie sułtanatu, co oznaczało koniec Imperium Osmańskiego. Jego ostatnie pozostałości zniknęły, gdy 2 marca 1924 roku zniesiono także kalifat.

Granice Turcji ustalone traktatem w Lozannie; źródło: Wikipedia.

Tak więc w sytuacji, gdy trwa monarchia, to Żydzi decydują o tym, że Turcja pozostaje rozczłonkowana, a gdy do władzy dochodzą nacjonaliści i powstaje republika, to już inna para kaloszy, już można Turcji przywrócić pełną “niepodległość”. A tak naprawdę, to rządził ten, który tych “nacjonalistów” wykreował.

Wiek XIX był wiekiem nacjonalizmów. Nacjonalizm był dobry, gdy służył do zniszczenia ustroju zwanego monarchią i zastąpienia go republiką. Inspiratorem i organizatorem tych wszystkich nacjonalizmów byli Żydzi, bo to im konkretnie chodziło o zastąpienie monarchii republiką. Gdyby nacjonalizm był autentycznym ruchem w jakimś narodzie, to dążyłby on do niepodległości, ale niekoniecznie do zmiany ustroju za wszelką cenę. Tak było w Brazylii. Brazylijczykom monarchia nie przeszkadzała, ale ją tam zastąpiono republiką. Znaczy to, że ktoś lepiej wiedział, co dla tego narodu jest lepsze. Dziś, jak wiemy, nacjonalizm jest „be”. Murzyn zrobił swoje murzyn może odejść. Dziś mamy inny etap.

Jak widać na przykładzie Turcji, Żydzi mogą zrobić z każdym imperium, to co uznają za stosowne i co w danym momencie dziejowym jest dla nich korzystne. Być może doszli do wniosku, że na tym etapie Turcja może im się przydać i może zechcą odbudować jej potęgę.

Co się dzieje?

Coś się dzieje! Na razie dzieje się w siedzibie premiera Anglii na Downing Street 10, ale skoro tam, to pewnie i u nas zacznie się coś dziać. Na portalu ZeroHedge ukazał się 20 stycznia artykuł, który informuje o tych zmianach: Anglia znosi wszelkie ograniczenia dotyczące paszportów COVID-owych, masek i pracy. Link do oryginalnego tekstu tu: https://www.zerohedge.com/markets/england-ends-all-covid-passports-mask-mandates-work-restrictions.

»Premier Wielkiej Brytanii Boris Johnson ogłosił w środę, że ograniczenia, w tym przepustki na COVID-19, zalecenia dotyczące noszenia masek i wymogi dotyczące pracy zdalnej, zostaną zniesione w Anglii. Johnson zasugerował również, że zasady kwarantanny mogą zostać zniesione pod koniec marca, gdy pandemia wirusa KPCh (Komunistyczna Partia Chin) stanie się endemiczna.

Od chwili ogłoszenia tej decyzji rząd Wielkiej Brytanii przestaje zmuszać ludzi do pracy zdalnej. Obowiązek posiadania przepustki COVID do klubów nocnych i na masowe imprez nie zostanie odnowiony po jego wygaśnięciu z dniem 26 stycznia. A od czwartku nigdzie w Anglii noszenie masek w pomieszczeniach nie będzie już obowiązkowe.

Wymóg noszenia masek przez uczniów szkół średnich podczas zajęć i w pomieszczeniach ogólnodostępnych również zostanie usunięty z krajowych wytycznych Departamentu Edukacji. W Izbie Gmin słychać było okrzyki aplauzu po tym jak Johnson ogłosił decyzję w tej sprawie.

Osoby, które uzyskały pozytywny wynik testu na COVID-19 oraz te niezaszczepione, które miały z nimi kontakt, nadal muszą się izolować, ale Johnson powiedział, że on „spodziewa się, że te wymogi nie ulegną przedłużeniu”, gdy odpowiednie przepisy wygasną 24 marca.

„Ponieważ COVID staje się endemiczny, będziemy musieli zastąpić wymogi prawne poradami i wskazówkami, wzywając ludzi zarażonych wirusem do ostrożności i troski o innych” – powiedział premier.

Pytany o usunięcie zasad testowania dla zaszczepionych podróżnych udających się do Wielkiej Brytanii, Johnson powiedział, że rząd dokonuje przeglądu ustaleń dotyczących testowania podróżnych i że w nadchodzących dniach można spodziewać się decyzji w tej sprawie.

Odmówił jednak ponownego rozważenia obowiązku szczepień dla pracowników opieki zdrowotnej pierwszego kontaktu, twierdząc, że „dowody są bezsprzeczne, że pracownicy służby zdrowia powinni się szczepić”.

Johnson powiedział parlamentarzystom, że w środę rano rząd zdecydował się usunąć tak zwane środki „Planu B”, ponieważ dane sugerują, że fala Omicron osiągnęła szczyt w całym kraju, i przypisał stabilizację liczby przyjęć do szpitala „niezwykłej kampanii promującej dawki przypominające” i powszechnemu respektowaniu przez społeczeństwo ograniczeń.

Usunięcie środków „Planu B” przeciwko wirusowi KPCh nastąpiło, gdy premier walczył z rosnącą presją wzywającą go do rezygnacji z powodu rzekomego nieprzestrzegania podczas pandemii ograniczeń w trakcie imprez organizowanych na Downing Street 10 – oficjalnej rezydencji premiera.

Nastąpiło ono również po tym, jak pod Numer 10 wpłynęła w poniedziałek petycja podpisana przez ponad 200 000 osób, wzywająca do zniesienia paszportów szczepionkowych i podobnych certyfikatów COVID-owych.

Oddzielna petycja wzywająca do uchylenia mandatów na szczepionki dla pracowników służby zdrowia, która również została dostarczona w poniedziałek pod Numer 10, zawierała około 160 000 podpisów.

Rządy Szkocji i Walii również także ogłosiły usunięcie ograniczeń dotyczących wirusa Omicron, ale obowiązek noszenia masek w pomieszczeniach zamkniętych i przepustki COVID-owe zostaną utrzymane.«

U nas jakby wszyscy jeszcze straszą, choć może nie wszyscy. Prof. Gut oświadczył na Interii: Nie spodziewam się Armagedonu. W tym momencie liczba zajętych szpitalnych łóżek przeznaczonych do leczenia COVID-19 spada i to dość dynamicznie. Zgonów też jest sporo mniej niż w grudniu. Respiratory są wolne w znacznej większości. Lepiej jednak dziś powiedzieć, że jest ogromne zagrożenie, a potem, że kogoś uratowaliśmy niż przesadzić w drugą stronę – wskazał doświadczony wirusolog.

Czy to oznacza zmianę na lepsze, czy tylko, jakby powiedzieli Rosjanie, pieriedyszkę? – Czas pokaże.