Riposta

Jest akcja i jest reakcja, jak to mówią. Zareagowali Żydzi i dzięki temu, jak zauważył ktoś z komentujących, Kalisz stał się znany na całym świecie. Ale zareagowali też „mieszkańcy” Kalisza. Informuje o tym Interia w artykule Manifestacja „Kalisz wolny od faszyzmu”. Link tu: https://wydarzenia.interia.pl/wielkopolskie/news-manifestacja-kalisz-wolny-od-faszyzmu,nId,5644698.

»W niedzielę w Kaliszu zorganizowano marsz “Kalisz wolny od faszyzmu”. To odpowiedź na wydarzenia, do których doszło podczas marszu 11 listopada. Grupa osób wznosząc antysemickie hasła, spaliła wówczas tekst Statutu Kaliskiego.

Manifestujący spotkali się w niedzielę o godz. 16 pod pomnikiem poety Adama Asnyka. Organizatorzy w mediach społecznościowych napisali: “W dniu Święta Niepodległości Kalisz został pohańbiony. Hordy przybyłych z różnych miejsc w Polsce faszystów, zwołanych przez Wojciecha Olszańskiego vel Aleksandra Jabłonowskiego, wykrzykiwały na ulicach naszego Miasta obrzydliwe hasło: ‘Śmierć Żydom’. Spalono publicznie, przed gmachem ratusza, najważniejszy dla Kalisza dokument – “Statut kaliski” z 1264.”.

“Pokażmy, że to nie kaliszanie, że nazizm, rasizm i wszelka pogarda dla człowieka są nam obce! Pokażmy, że Kalisz jest wolny od faszyzmu!” – dodano.

Statut Kaliski to jeden z najważniejszych dokumentów w historii Kalisza. Zagwarantował on Żydom istnienie sądów żydowskich i osobnych sądów dla spraw, w których brali udział zarówno Żydzi, jak i chrześcijanie. Dodatkowo zapewniał on wolność osobistą i bezpieczeństwo Żydom, włączając w to swobodę wyznania, podróżowania i handlu.«

Ze zdjęcia, które zamieściła Interia wynika, że w tej „manifestacji” wzięły udział trzy osoby na krzyż. Nie zmienia to jednak faktu, że informacja poszła w świat. Dlaczego jednak protestujący uważają, że przywilej, zwany Statutem kaliskim, jest najważniejszym dla Kalisza dokumentem? Chyba już nie mieszkamy w Polsce tylko w Polin. To jedna strona medalu, a druga to ten Olszański/Jabłonowski, który działa na szkodę Polski i Polaków. Jest tak samo na usługach Żydów jak ci protestujący. Tak się kreuje konflikt. Obie strony są przez nich opłacone. Pieniądze miękczą serca.

W poprzednim blogu cytowałem Jeske-Choińskiego, który starał się zgłębić motywy kierujące postępowaniem Bolesława Pobożnego, ale warto też zacytować Mariana Miszalskiego, który w swojej książce Żydowskie lobby polityczne w Polsce wydanej w 2018 roku też wspomina o tym przywileju. Pisze on tak:

»Znaczący przywilej polityczny nadał Żydom w Polsce książę wielkopolski Bolesław Pobożny w 1264 roku – wspomniany przywilej kaliski (wzorowany na przywileju cesarza Barbarossy), mocą którego Żydzi zyskali prawo do własnego, żydowskiego sądownictwa, sprawowanego przez rabinów. Osłabiło to ich zainteresowanie krajem, w którym żyli, odseparowało od otoczenia. Co więcej – sprawowanie tego odrębnego sądownictwa przez rabinów wprowadziło w państwie polskim istotny element nie tylko niepolskiej państwowości, ale był to w dodatku element obcego państwa wyznaniowego. Tymczasem w państwach należących do cywilizacji łacińskiej, chrześcijańskiej – władza sądownicza była oddzielona była od władzy kościelnej. Te sądy rabinackie mogły wydawać nawet wyroki śmierci, a Żyd, który w sporze z innym Żydem zwróciłby się do sadu polskiego, narażał się na religijną klątwę – herem. Osobne sądownictwo dla Żydów, sprawowane przez rabinów, potężnie utrudniało proces asymilacyjny Żydów już u progu ich osadnictwa w Polsce, utrwalając postawę obcych, zainteresowanych własnymi sprawami, obojętnych na sprawy kraju, w którym żyli, więc gotowych układać się z każdą władzą we własnym, partykularnym, żydowskim interesie. Bolesław Pobożny nazwał Żydów „sługami skarbu królewskiego” (servi camerae regis), bezpośrednio podległymi księciu, co sankcjonowało tylko ich faktyczny już status: najbliższych współpracowników władcy w ustalaniu i ściąganiu podatków, biciu pieniądza i polityce pieniężnej. Szczególnie uprzywilejowany status prawny, nadany Żydom, polegał także na tym, że Żydzi w sporach z chrześcijanami wyłączeni zostali spod jurysdykcji sądów kasztelańskich i miejskich, którym podlegała cała szlachta i mieszczaństwo, a poddani sądom królewskim (książęcym) – wojewodzińskim – przy czym w skład sądu obowiązkowo powoływany był sędzia żydowski (iudex Iudeaorum). Wydaje się, że te sądy nie były surowe dla wspólników i „sług skarbu królewskiego”… W sporze prawnym Żyda z chrześcijaninem sprawę rozpatrywał ów żydowski sędzia, powód chrześcijański musiał nadto przedstawiać koniecznie obok świadków chrześcijańskich także świadków żydowskich. Przywilej zaostrzał także karę za zabicie Żyda. Przywilej kaliski zrównywał Żydów w prawach handlowych z chrześcijanami, ale przyznawał im przywilej pożyczania na procent, zakazany przez Kościół chrześcijanom. Był to nader istotny przywilej! Dawał olbrzymią przewagę ekonomiczną. Stwarzał z Żydów jedyną grupę społeczną uprawnioną do działania jak bank. Powstające kahały szybko doceniły ten przywilej…

Przywilej kaliski przyjęty został w innych księstwach śląskich: wrocławskim, głogowskim i jaworskim.

Przywilej kaliski nie był oryginalnym pomysłem księcia Bolesława Pobożnego i nie wynikał z jego filosemityzmu… Była to kopia przywileju, jakiego udzielił Żydom w 1157 roku cesarz Fryderyk I Barbarossa, będący w pilnej potrzebie finansowej. (…) Fryderyk I po prostu zaoferował niemieckim Żydom transakcję handlową: nadanie przywileju w zamian za pieniądze, których potrzebował. „Będziecie sługami mego skarbu (servi camerae), pożyczając mi i organizując dla mnie pieniądze – w zamian otaczać was będę moją szczególną cesarską opieką” – taka była mniej więcej treść tej politycznej transakcji. Dostrzegając korzyści w takiej umowie – inni władcy powielali ją później, w tym i nasz książę Bolesław Pobożny.

Nawiasem mówiąc – jeszcze przed cesarzem Fryderykiem I niemiecki król Konrad III (1137-1152) za swą opiekę nad Żydami zażądał ekwiwalentu – pisze historyk.

I znów: nie tylko Żydów traktowali w ten sposób wówczas monarchowie. Wszyscy – lennicy władcy, miasta, panowie feudalni, kupcy i rzemieślnicy – płacili władcom „za opiekę” (tak jest do dzisiaj – my też płacimy demokratycznemu państwu podatki „za opiekę”. Niekiedy z demokratycznym państwem konkurują gangi czy mafie; bywa że opiekują się obywatelem lepiej i taniej niż państwo…). Ale bankierzy, organizatorzy pożyczek dla dworów (więc kredytodawcy) i ich poborcy podatkowi wymagali ochrony szczególnej…«

Czasem trafiam na komentarze, że Niedzielski, Morawiecki czy inni politycy nie podlegają polskiemu prawu. Ale przecież tak jest od początku. Miszalski pisał:

Szczególnie uprzywilejowany status prawny, nadany Żydom, polegał także na tym, że Żydzi w sporach z chrześcijanami wyłączeni zostali spod jurysdykcji sądów kasztelańskich i miejskich, którym podlegała cała szlachta i mieszczaństwo, a poddani sądom królewskim (książęcym) – wojewodzińskim – przy czym w skład sądu obowiązkowo powoływany był sędzia żydowski (iudex Iudeaorum). Wydaje się, że te sądy nie były surowe dla wspólników i „sług skarbu królewskiego”… W sporze prawnym Żyda z chrześcijaninem sprawę rozpatrywał ów żydowski sędzia, powód chrześcijański musiał nadto przedstawiać koniecznie obok świadków chrześcijańskich także świadków żydowskich.

Z tego wynika, że skazanie Żyda przed takim sądem było praktycznie niemożliwe. I dziś jest tak samo. Wystarczy przypomnieć sobie sprawę Najsztuba. Portal press.pl w dniu 19.10.2021 pisał:

„Najsztub w październiku 2017 roku potrącił w Konstancinie-Jeziornie przechodzącą przez pasy 77-letnią kobietę, która w wyniku doznanych obrażeń trafiła do szpitala. Dziennikarz był trzeźwy, ale nie miał prawa jazdy, a samochód – polisy OC i ważnego przeglądu technicznego. Prokuratura oskarżyła go o nieumyślne spowodowanie wypadku przez niedostosowanie prędkości do warunków jazdy.

Trzy lata temu Sąd Rejonowy w Piasecznie zasądził od dziennikarza grzywnę, ale po odwołaniu prokuratury, która uznała, że kara jest za niska – uniewinnił Najsztuba. Podobnie jak w listopadzie 2019 roku – sąd drugiej instancji. Od tego – prawomocnego – wyroku Prokuratura Okręgowa w Warszawie wniosła kasację odrzuconą przez Sąd Najwyższy 19 maja 2021 roku.”

Jak to nie jest Polin, to co to jest?

Statut kaliski

W dniu 12 listopada na Interii pojawił się artykuł Antysemickie okrzyki w Kaliszu. Spalono tekst „Statutu Kaliskiego”. Zawiadomiono prokuraturę. Link tu: https://wydarzenia.interia.pl/wielkopolskie/news-antysemickie-okrzyki-w-kaliszu-spalono-tekst-statutu-kaliski,nId,5640717. Można w nim m.in. przeczytać:

»11 listopada w Kaliszu publicznie spalono tekst “Statutu Kaliskiego” – przywileju tolerancyjnego dla Żydów, wydanego przez księcia kaliskiego Bolesława Pobożnego w 1264 r. Uczestnicy wydarzenia wznosili antysemickie okrzyki. “Wstyd, hańba i smutek” – takie komentarze dominowały 11 listopada na portalach społecznościowych kaliszan. Prezydent Kalisza złożył zawiadomienie do prokuratury.

“Kilkaset osób wzięło dziś udział w marszu organizowanym przez grupę nacjonalistów i kontrowersyjnego Aleksandra Jabłonowskiego w Kaliszu” – napisano na portalu kalisznaszemiasto.pl. 

“Jabłonowski wybrał Kalisz jako najstarsze miasto w Polsce do organizowania swojego marszu, bo ten warszawski uznaje za skompromitowany i sprzyjający rządom PiS” – czytamy na stronie faktykaliskie.pl

Uczestnicy wydarzenia, wznosząc antysemickie hasła, przemaszerowali na Główny Rynek, gdzie spalono tekst Statutu Kaliskiego, przywileju tolerancyjnego dla Żydów, wydanego przez księcia kaliskiego Bolesława Pobożnego w 1264 r.

Historyk kaliski Maciej Błachowicz na swojej stronie społecznościowej napisał, że “spalenie statutu można z pełną odpowiedzialnością porównać do palenia książek podczas Nocy kryształowej w Berlinie”.

Jego zdaniem współodpowiedzialność za te zdarzenia ponoszą prezydent Krystian Kinastowski i wydelegowany przezeń na marsz obserwator, którzy nie rozwiązali zgromadzenia oraz policja, która nie zareagowała.

“Przedstawiciel Prezydenta Miasta Kalisza, wspólnie z przedstawicielami Komendy Miejskiej Policji w Kaliszu oraz Komendy Wojewódzkiej Policji w Poznaniu podjęli decyzję o nierozwiązywaniu zgromadzenia z uwagi na bezpieczeństwo i zachowanie porządku publicznego. Rozwiązanie zgromadzenia mogłoby doprowadzić do eskalacji agresji wśród uczestników” – podano.«

Z kolei na stronie https://www.ostrow24.tv/news/154321-kontrowersyjny-marsz-doszlo-do-spalenia.html można m.in. przeczytać:

»Do Kalisza zjechało około 2 tysiące osób z całej Polski. Byli także przedstawiciele Polonii z innych krajów. Skupił ich marsz i wiec prowadzony przez Aleksandra Jabłonowskiego.

Najczęściej wykrzykiwany hasłem przez prowadzących było: „Śmierć wrogom ojczyzny”, zmienione w trakcie na „Śmierć wrogom Polski”, na co tłum odkrzykiwał „śmierć, śmierć śmierć”. Drugim co do popularności hasłem było „Tu jest Polska, a nie Polin”, co jest odniesieniem się do teorii, że Żydzi rządzą Polską.

Najwięcej emocji wśród Kaliszan śledzących przebieg zgromadzenia przez internet, wywołało publiczne podpalenie kopii „Statutu Kaliskiego”.

Jabłonowski mówił ze sceny: „My to unieważniamy, likwidujemy prawa żydowskie na tej ziemi! To jest wola wolnych Polaków! Nie będzie już nigdy Polak Żydowi niewolnikiem!”

Tłum skandował: „Tu jest Polska, a nie Polin”. Statut ciągle płonął, kiedy śpiewano Rotę.«

Drobna uwaga: Interia pisze “kaliszan”, a ostrowska telewizja “Kaliszan”. Słownik poprawnej polszczyzny PWN W-wa 1973 podaje jako poprawną wersję tę Interii.

W Polsce niby oficjalnie nie rządzą Żydzi, ale Interia i telewizja ostrowska piszą czołobitnie „Statut Kaliski” zamiast „Statut kaliski”. Ten słynny z imprezy pijackiej redaktor Mazurek w wywiadzie z Niedzielskim wystąpił w koszulce z nadrukiem menory i hebrajskim napisem. To są właśnie współcześni szabesgoje.

Innymi takimi szabesgojami są Aleksander Jabłonowski i Marcin Osadowski produkujący się na kanale nptv (niezależna polska telewizja). Swego czasu udzielił im gościny Korwin-Mikke i przez jakiś czas od niego nadawali. Nie wiem czy dalej tak jest, ale zależność zapewne pozostała. Nie muszę chyba dodawać, że jest to zależność finansowa. Nawet zorganizowanie takiego marszu jak w Kaliszu jest wielkim wyzwaniem organizacyjnym, logistycznym i finansowym. Skąd mieli na to pieniądze? A kto wpadł na pomysł spalenia kopii statutu? Jabłonowski jest dobrym aktorem, może nawet bardzo dobrym, ale dobrze odegra tylko to, co inni wyreżyserują. Sam na taki pomysł by nie wpadł, a gdyby nawet wpadł, to nie odważyłby się. Nie od dziś wiadomo, że najlepszymi reżyserami filmowymi są Żydzi. I nie tylko filmowymi.

Palenie kopii Statutu kaliskiego jest wyjątkowym kretynizmem. Bo cóż można przez to osiągnąć? Jaki cel? Jest to zwykła prowokacja, podobnie jak ten marsz z pochodniami. To już nawet nie były race jak na Marszu Niepodległości. To skojarzenie jest już jednoznaczne – idą naziści. I to wszystko odbyło się za przyzwoleniem władz i policji. Bardzo to dziwne.

Ja niejednokrotnie pisałem w komentarzach pod moimi blogami, że te niszowe kanały internetowe, które mają po kilkanaście czy kilkadziesiąt tysięcy subskrybentów, należą lub są kontrolowane przez Żydów. I takim kanałem jest nptv.

Jednak ten kretyński marsz i nie mniej kretyńskie palenie kopii Statutu kaliskiego są okazją do przypomnienia czy zapoznania się z pewnymi faktami dotyczącymi tego statutu. Teodor Jeske-Choiński w swojej Historii Żydów w Polsce wydanej po raz pierwszy w 1919 roku pisał:

»Uświadamiał się powoli lud polski, a władcy i wielmoże politykowali na swoją korzyść. Bez denarów żydowskich nie mogli się obyć. Potrzeby państwowe zmuszały ich do pobłażliwości dla bankierów żydowskich, co działo się także w innych państwach. Królowie angielscy, Jan bez Ziemi i Henryk III, kazali lichwiarzom suto opłacać swoją pobłażliwość; cesarz niemiecki, Henryk IV, nadał im pożądany dla nich przywilej, nie mieszający się do ich spraw religijnych, pozwalał ochrzczonym przeciw ich woli wracać do judaizmu; Fryderyk I waleczny (w r. 1244), Ottokar czeski (w r. 1254-1255) i Bela IV węgierski (w r. 1251 i 1256) nadali im także przywileje. Za ich przykładem poszedł nasz Bolesław Pobożny, z tą tylko różnicą, że jego mentorowie zagraniczni nie bronili ludowi rozprawiać się po swojemu z jego pijawkami, a nawet, gdy im się sprzykrzyła zależność od spekulacji Żydów, wypędzić ich ze swojego państwa (np. Jan bez Ziemi), książę polski zaś nie cofał swojego postanowienia – dotrzymał danego słowa.

Rozumny i uczciwy Polak dzisiejszy, który nauczył się już psychologii Żydów, zapyta zdziwiony po przeczytaniu przywileju Bolesława Pobożnego: co spowodowało tego księcia do takiej niezwykłej tolerancji?

Odpowiedź na to prosta:

Bolesław pobożny nie znał duszy żydowskiej i nie miał wyobrażenia o zamiarach i celach wodzów pokolenia Judy, nie wiedział nawet, że tacy wodzowie istnieją i że trzymają swój lud żelazną ręką żelaznej woli. Gdyby był znał duszę żydowską i zamiary wodzów Judy, nie byłby był zrównał wiecznych koczowników ze swoimi poddanymi i bronił ich przeciw słusznemu gniewowi chrześcijan, których rozmyślnie krzywdzili.

By znać duszę żydowską , spaczoną kilku niewolami (egipską, asyryjską, babilońską, rzymską), trzeba zbadać Talmud, który ulepił nowego Żyda po niewoli babilońskiej i stworzył jego wodzów. Tymi wodzami byli i są dotąd „uczeni w piśmie”, kapłani Jehowy, nasamprzód faryzeusze, a potem rabini, tzw. „królowie”. Opętali oni wolę swojego ludu tysiącami nakazów i zakazów, i przepoili jego dusze nieubłaganą nienawiścią do wszelakich innowierców. Dążąc do panowania nad całym światem, nie tylko pozwolili oszukiwać, okradać, niszczyć, zabijać „gojów”, ale nawet wprost nakazywali te zbrodnie, aby przyśpieszyć zgubę „bałwochwalców”. Niepotrzebnie wzywał wojewódzki sąd kaliski Żydów do oczyszczenia się przysięgą w sprawach karnych z chrześcijanami, bo Talmud pozwalał im krzywoprzysięgać, gdy nie mieli ochoty przyznać się do kłamstwa lub jakiego występku. Krzywoprzysięstwo ułatwiali im ich sędziowie żydowscy, tak samo talmudyści, jak oni.

Talmudu nie znał jeszcze w owych czasach świat chrześcijański. Nie mógł go znać także Bolesław Pobożny razem ze swoimi wojewodami. Nie było więc Żydom trudno otumanić go i nadużyć do ich celów.

Oto pierwsza odpowiedź na pytanie, dlaczego książę kaliski otoczył Żydów staranną opieką, szkodząc nierozmyślnie swojemu narodowi.

A druga odpowiedź na pytanie?…

I druga odpowiedź jest prosta…

Bolesław Pobożny był Słowianinem, a w piersi Słowian bije dobre serce, litujące się nad cudzym nieszczęściem. Dużo już klęsk zawdzięcza Słowiańszczyzna swojemu przedobremu sercu i swojej nieopatrzności. Nie hańbi to jej, bo dobroć serca nie hańbi nikogo, owszem zasługuje na dyplom szlachetności. Nie hańbi, ale szkodzi, niestety, ludziom dobrym i uczciwym, a toruje dla chciwych łotrów drogę do dobrobytu.

Jeszcze jedna, trzecia odpowiedź na pytanie…

Bolesław Pobożny miał małe księstewko (kaliskie), a duże, rozległe zamiary. Wojował z Krzyżakami i margrabim brandenburskim, do takiej zaś krwawej roboty potrzeba obfitej mamony. Wojna zjada górę pieniędzy. Tej złotej i srebrnej góry nie było w skarbcu kaliskim, bo sprzątnęła ją chciwość ludokupców i lichwiarzy. Do nich więc trzeba było udawać się po brzęczącą zapomogę.

Żydzi umieli wyzyskać wojenne kłopoty księcia. Nie ukrywali przed nim swoich napęczniałych worków, sypali denarami na zawołanie rządu, przez co zjednali sobie zapewne jego tolerancję. „Złoto miękczy serca”… drwili.

Zdaje się, że na redakcję przywileju Bolesława Pobożnego wpłynęli także Żydzi, na co zwraca uwagę Antoni Marylski. Bowiem w tym przywileju znajdują się paragrafy, na które by się pobożni chrześcijanie nie byli zdobyli.

Jednak nie ludokupcy i lichwiarze podsunęli autorom przywileju to, co im było potrzebne, jeno ich wodzowie, ich rząd. Zdawałoby się, że ich rząd żydowski znikł po zburzeniu Jerozolimy i rozproszeniu Żydów po całym świecie. Myli się, kto tak przypuszcza. Władze żydowskie nie zgasły razem z państwem plemienia Judy, żyły jeszcze długie lata i żyją dotąd.«

8 listopada

W dniu 8 listopada ukazał się na Interii artykuł Janusz Korwin-Mikke ostrzegał: Zobaczycie, co się stanie 8 listopada, w którym autor przypomniał wypowiedź Korwina-Mikke sprzed trzech tygodni. Link do tego artykułu tu: https://wydarzenia.interia.pl/autor/lukasz-szpyrka/news-janusz-korwin-mikke-ostrzegal-zobaczycie-co-sie-stanie-8-lis,nId,5632568

“Zobaczycie, co się stanie 8 listopada” – mówił trzy tygodnie temu o sytuacji na granicy w jednym z programów publicystycznych Janusz Korwin-Mikke. – Miałem na myśli to, co się dzieje w relacjach Rosji z Białorusią – tłumaczy dzisiaj w rozmowie z Interią. Dodaje, że według jego informacji “w najbliższych dniach ma być przerzuconych około 1000 osób naraz”.

W dalszym ciągu autor pisze:

Janusz Korwin-Mikke gościł w programie “Woronicza 17” w TVP Info 17 października. Dyskusja dotyczyła głównie sytuacji na granicy polsko-białoruskiej, a także relacji Rosji z Białorusią. Na koniec ożywionej rozmowy Korwin-Mikke rzucił: “zobaczycie, co się stanie 8 listopada!”.

Wideo z tamtej rozmowy internauci przypomnieli dzisiaj. Od rana bowiem sytuacja na polsko-białoruskiej granicy jest napięta, a w stronę Kuźnicy przesuwała się znaczna grupa migrantów. Internauci jednocześnie zaczęli zastanawiać się, czy tamta wypowiedź Korwin-Mikkego ma związek z tym, co dzieje się w strefie stanu wyjątkowego.

Jedni zaczęli nazywać polityka “jasnowidzem” lub “prorokiem”, a inni wprost zarzucają mu współpracę z KGB. Co miał na myśli Korwin-Mikke? Zapytaliśmy samego zainteresowanego.

– Miałem na myśli to, co dzieje się w relacjach Rosji z Białorusią. Jeszcze przed manewrami Zapad’21 Putin wziął Łukaszenkę na rozmowy ostatniej szansy i tym razem obiecał mu, że do 8 listopada ZBiR (Związek Białorusi i Rosji – red.) na pewno będzie uruchomiony. I rzeczywiście, kilka dni temu ustalono 28 wspólnych programów integracyjnych, które w praktyce oznaczają ujednolicenie struktury. To wygląda bardzo poważnie – tłumaczy Interii Korwin-Mikke.

– Szturm na naszą granicę ma z tym mały związek, ale gdyby rzeczywiście Putin się wściekł i przejął Białoruś, to oczywiście różnie mogłoby się skończyć. Pytanie, czy Polska miałaby się cieszyć z tego powodu. Ja bym się nie cieszył, bo wolę mieć problem na granicy z Łukaszenką niż wojska rosyjskie na granicy. Rosję bardzo lubię, ale im dalej od Polski, tym bardziej ją lubię – podkreśla.

Korwin-Mikke podaje też, nie powołując się na źródło informacji, że “szykuje się duży przerzut” w najbliższych dniach na naszej wschodniej granicy.

– Dochodzą do mnie informacje, że szykuje się duży przerzut. W najbliższych dniach ma być przerzuconych około 1000 osób naraz. Niestety, rozwścieczyliśmy Aleksandra Łukaszenkę. W zupełnie niesprowokowany sposób zaatakowaliśmy reżim Łukaszenki. Nic dziwnego, że się teraz na nas odgrywa. A swoją drogą jego metody są niedopuszczalne – uważa polityk Konfederacji.

Tak tłumaczył swoje słowa Korwin-Mikke. Pod tym artykułem ukazało się prawie tysiąc komentarzy. Nie sposób je wszystkie przeczytać, ale większość nie warta tego. Z tych kilkudziesięciu, które przejrzałem, tylko dwa wydały mi się sensowne. Ktoś zadał logiczne pytanie:

„Skoro wiedział takie rzeczy Mikke, tzn wiedziały też to służby – pytanie – czemu nie reagowały?”

Ktoś inny napisał:

„Wszystko ukartowane. A niektórzy znają szczegóły. Ot co.”

Ten drugi wpis jest jakby odpowiedzią na pierwszy, ale też wyjaśnia, skąd Korwin, trzy tygodnie wcześniej, wiedział, że będzie to 8 listopada. Nie powiedział „w pierwszej połowie listopada”, czy „na początku listopada”, tylko podał konkretny dzień. Korwin-Mikke jest Żydem i ma dostęp do wielu informacji niedostępnych dla innych. Ale też czasem bywa tak, że niektórzy Żydzi, a jak widać Korwin też, mają taką przypadłość, że chcą innym zaimponować tym, że są dobrze poinformowani, wtajemniczeni. Korwin-Mikke to taki człowiek, który chce, by inni go podziwiali za jego ponadprzeciętną inteligencję i przenikliwość umysłu. On to wykorzystuje i wielu nabiera się na te bzdury, które on wygaduje. No bo jak to! Taki inteligentny nie może przecież się mylić. Taka socjotechnika w jego wykonaniu.

Wszystko zostało wcześniej przygotowane. Nie można zgromadzić takiej ilości ludzi w ciągu jednego dnia. Ktoś musi nimi kierować. Ktoś musi im dostarczać żywność. Gdzieś muszą mieszkać. Raczej trudno uwierzyć w to, że na okrągło stoją na świeżym powietrzu, zwłaszcza, że robi się ono coraz bardziej świeże. Podejrzewam, że ci ludzie przychodzą tam na zmiany, na swoje dyżury. Podobno jest ich około 12-15 tys. Bezpośrednio przy granicy przebywa tylko część z nich.

Przylecieli z Iraku. To państwo musiało zgodzić się na ich wyjazd, a Białoruś – na ich przyjazd. Ktoś pokrywa koszty ich pobytu. Wygląda to na skoordynowaną akcję kilku państw, skierowaną przeciwko Polsce. A kto tym wszystkim kieruje? Zawsze ci sami. Irak – „ruki pa szwam”, Białoruś – też. A Polska? Polska nie musi, bo oni tu rządzą i realizują swój własny interes.

Nie wierzę w to, że ci ludzie rzeczywiście chcą przejść przez granicę. No bo co zrobi taki człowiek? Nawet jak ma pieniądze, to gdzie pójdzie? Nie zna terenu, nie zna języka. Gdzie będzie nocował? Jak przejedzie przez Polskę, jeśli jego celem są Niemcy? Chyba że oni wiedzą, że w Polsce też otrzymają pomoc. Tego nie można wykluczyć. Oni zostali wynajęci do wykonania pewnej roboty i dostają za to wynagrodzenie. A celem tej zadymy jest wywołanie jeszcze większej zadymy, może nawet doprowadzenie do walk z polskim wojskiem i policją.

Po co to wszystko? To jest jeden z elementów planu, którego celem jest kreowanie negatywnego wizerunku Polski w Europie. Pierwszym krokiem było orzeczenie Trybunału Konstytucyjnego, stwierdzające, że polskie prawo stoi ponad unijnym. Gdy już tak wszyscy będą nakręceni, gdy ta Polska będzie wszystkim zawadzać, wtedy wyjście Polski z unii stanie się formalnością. Zresztą, w kraju też podgrzewa się nastroje antyunijne. Jest ono niezbędne, to wyjście z unii, do dokonania kolejnego rozbioru. Nie można tego zrobić, gdy Polska jest częścią większej całości. Widmo krąży po Europie – widmo rozbioru Polski. Teraz już widać, po co była potrzebna „niezależna” Białoruś i po co trzeba było wykreować sztuczny konflikt pomiędzy obu krajami. I „polski” rząd prowadził wobec Białorusi taką politykę, by stworzyć ten konflikt. Robił to i nadal robi to w pełni świadomie, zdając sobie sprawę, do czego to prowadzi. Natomiast białoruski rząd, z polecenia nieznanych przełożonych, też dążył i dąży do konfrontacji. A unia i NATO zachowują się tak, jak Francja i Anglia w 1939 roku.

10 listopada pojawił się na Interii kolejny artykuł, w którym Korwin wyjaśnia, co miał na myśli. I mówi m.in. tak:

„Jeżeli ZBiR obejmie kwestię wojskową, to będziemy mieli wojska rosyjskie na granicy – powiedział i zapowiedział, że Putin – który jego zdaniem też został przez Polskę obrażony – może zażądać korytarza do Królewca w postaci autostrady eksterytorialnej. – Ciekawe jak na to zareagujemy? Przypominam, że jak odmówiliśmy Hitlerowi, to zakończyło się II wojną światową – powiedział.

Dalej tłumaczył, że należało wspierać Łukaszenkę, a nie wpychać go w objęcia Putina, bo Rosja chce “połknąć” Białoruś. – Najśmieszniejsze jest to, że kiedy ja tłumaczę wszystkim, że należy przeciwstawić się połknięciu Białorusi przez Rosję, to się mówi, że ja to mówię jako agent rosyjski. Tak dwóch wrogów przeciwko sobie żeśmy połączyli. To nie jest żadne przewidywanie wzięte z księżyca, ani nie dostałem tajnych informacji od pana Putina, tylko po prostu jest to logiczne rozumowanie. Niestety w Polsce logika nie jest w cenie – zakończył.” 

Putin może zażądać autostrady eksterytorialnej do Królewca – twierdzi Korwin. A po co, skoro ma połączenie przez Litwę, zapewne jeszcze z czasów Związku Radzieckiego? Po co mu drugie połączenie lądowe? W przypadku Hitlera to żądanie miało przynajmniej pozory racjonalności, bo nie było innej możliwości połączenia lądowego Prus z Rzeszą. Jakiś czas temu dokonano korekty granicy pomiędzy województwami podlaskim i warmińsko-mazurskim. Wcześniej miasto Olecko i powiat olecki należały do województwa podlaskiego. Po korekcie miasto i powiat znalazły się w obrębie województwa warmińsko-mazurskiego. I w ten sposób granica województwa warmińsko-mazurskiego biegnie dokładnie po dawnej granicy Prus i na północy, przekraczając granicę polską, łączy się z granicą obwodu kaliningradzkiego. Tak więc wszystko jest już przygotowane do scalenia Prus. Do kogo one trafią?

Na granicy litwesko-białoruskiej stoi solidny płot, a na polsko-białoruskiej prowizoryczny – z drutu kolczastego. Czy to przypadek? Chyba nie! Łatwo sforsować taki „plot” jak się ma nożyce do cięcia metalu. I w nocy z 9 na 10 listopada było parę udanych prób przekroczenia granicy. Cyrk na kółkach. Nic innego nie przychodzi mi do głowy na określenie tego, co tam się dzieje.

I na koniec jeszcze mała uwaga. Dlaczego „pandemia” w Polsce został wstrzymana? Wszędzie dookoła „szaleje”, a u nas, pomimo wzrostu zakażeń z każdym dniem, nie wprowadza się dodatkowych obostrzeń? Jedyne sensowne wytłumaczenie, jakie mi nasuwa się, to to, że znaczne siły policji i wojska zostały rzucone na granicę z Białorusią i w związku z tym nie byłoby komu ich egzekwować.

Szczyt klimatyczny

Cały czas karmi się nas informacjami, że nadmierna emisja dwutlenku węgla i innych gazów cieplarnianych powoduje ocieplenie klimatu i zanieczyszczenie atmosfery. Trzeba więc ograniczyć emisję tych gazów w imię ratowania klimatu. To ograniczenie ma m.in. polegać na zamykaniu kopalni węgla kamiennego i brunatnego oraz ograniczeniu transportu lotniczego. Tylko jakimś dziwnym trafem, ci którzy nam to proponują, sami nie stosują się do swoich zaleceń. Coraz wyraźniejszy jest podział na wąską elitę, która tworzy prawo dla reszty, a sama jest ponad nim.

W dniach 1-12 listopada odbywa się szczyt klimatyczny w Glasgow. Portal Rynek Lotniczy zamieścił artykuł Glasgow: Szczyt klimatyczny w cieniu 400 lądujących prywatnych odrzutowców. Link do oryginalnego tekstu tu: https://www.rynek-lotniczy.pl/wiadomosci/glasgow-szczyt-klimatyczny-w-cieniu-400-ladujacych-prywatnych-odrzutowcow–12894.html

»Przylot aż 400 prywatnych odrzutowców spodziewany jest w najbliższych dniach w porcie lotniczym Glasgow – informują brytyjski “Daily Mail” i stacja “Polsat News”.

Wśród przybywających w ten sposób na szczyt klimatyczny COP26 światowych przywódców i liderów biznesu jest również Jeff Bezos. Prezes Amazona wielokrotnie motywował do walki o ochronę środowiska, ale sam nie daje dobrego przykładu. Przyleciał bowiem do Glasgow wartym 65 mln dolarów Gulfstreamem prosto z imprezy urodzinowej Billa Gatesa, którą miliarder wyprawił na luksusowym jachcie u wybrzeży Turcji.

Tylko minionej niedzieli na lotnisku największego miasta Szkocji wylądowały co najmniej 52 prywatne odrzutowce. W sumie zaproszonych gości przywiezie do Glasgow aż 400 takich samolotów, które według wstępnych szacunków wyemitują 13 tys. ton dwutlenku węgla.

Kompromitację organizatorów szczytu COP26 dodatkowo potęguje fakt, że dla niektórych z prywatnych odrzutowców zabraknie… miejsc postojowych. To wymusi kolejne loty pustych samolotów na pobliskie regionalne lotniska.

Oprócz Bezosa prywatny odrzutowiec wybrali jeszcze książę Monako Albert, a także brytyjski następca tronu książę Karol, który z kolei przemieszczał się do Szkocji ze szczytu G20 w Rzymie. Do Glasgow wyruszyła również grupa aktywistów z Polski. Bedą jednak podróżować wyłącznie pociągiem lub ewentualnie autobusem.

Według raportu grupy Transport & Environment (T&E) emisje dwutlenku węgla z prywatnych odrzutowców w Europie wzrosły w latach 2005–2019 o prawie jedną trzecią (31 proc.), czyli szybciej niż poziom emisji z lotnictwa komercyjnego. Takie loty są średnio 10-krotnie bardziej emisyjne niż samoloty pasażerskie i zanieczyszczają powietrze 50 razy bardziej niż pociągi.

Wyniki raportu pokazują, że czterogodzinny prywatny lot wytwarza tyle samo emisji, co przeciętna osoba przez rok. Siedem z 10 tras prywatnych samolotów w Europie, na których odnotowuje się najwyższe zanieczyszczenie, przebiega na linii Wielka Brytania-Francja-Szwajcaria-Włochy.«

Ci, którzy tak dbają o klimat, nie chcą zauważyć, że na świecie istnieją wulkany, które mają czasem w zwyczaju wybuchać. A jak wybuchają, to wypluwają z siebie takie ilości dwutlenku węgla, tlenku węgla, metanu i innych gazów, które wielokrotnie przewyższają to, co jest dziełem ludzkiej działalności. Ale lepiej udawać, że się ich nie widzi.

Na Wyspach Kanaryjskich uaktywnił się około 19 września wulkan Cumbre Vieja (Stary Szczyt). W ciągu ostatnich siedmiu tygodni wyspa La Palma została zasypana popiołem wulkanicznym. Zniszczeniu uległo ponad 2600 budynków, a tysiące ludzi zostało ewakuowanych. Ucierpiało około 1500 plantacji bananów z 5000 istniejących na wyspie. To bardzo poważny cios dla gospodarki, która opiera się na turystyce i rolnictwie. Poniżej zdjęcia z wyspy. Pochodzą one z portalu ZeroHedge. Link do oryginalnego przekazu tu: https://www.zerohedge.com/weather/canary-islands-volcano-ejects-dangerous-lava-bombs-weighing-half-ton

Zasypane popiołem wulkanicznym domy.
Gdyby to był śnieg!
Wulkan Cumbre Vieja w trakcie erupcji.

Wybuchy wulkanów to zjawisko, które towarzyszy ludzkości od zarania dziejów. Ponad 3500 lat temu wybuchł wulkan Santorin na Morzu Egejskim. Popioły pokryły m.in. Kretę, co spowodowało upadek kultury minojskiej i emigrację ludności do Grecji. Centralna część wulkanu zapadła się w czasie lub po wybuchu. Wybuchowi temu przypisuje się powstanie legendy o potopie i mit o zniknięciu Atlantydy. Ostatni raz Santorin wybuchł w 1866 roku.

Jednym z największych wybuchów w nowszych czasach był wybuch Krakatau (Archipelag Malajski). Potężna eksplozja w 1883 roku zniszczyła większą część wyspy. Fragmenty skalne były wyrzucane na wysokość 25 km, a popioły na wysokość 80 km; okrążyły one całą kulę ziemską. Ilość wyrzuconego materiału szacuje się na 5 km³, a energię wybuchu na 7000 razy większą od energii wybuchu bomby wodorowej. Wybuch utworzył falę tsunami o wysokości ponad 30 m, prawdopodobnie największą w czasach historycznych, która zniszczyła wiele osiedli na sąsiednich wyspach i spowodowała śmierć 36 000 ludzi.

Największą erupcją w czasach historycznych był wybuch wulkanu Tambora na Sumbawie (Indonezja) w 1815 roku, który spowodował śmierć 96 000 ludzi. Grzmoty podziemne wywołane parciem gazów w kanale były słyszalne w promieniu 1600 km. Niemal równie potężnie wybuchł Bezimiennyj na Kamczatce w 1956 roku.

Katastrofalny był wybuch wulkanu Mt. Pelée na Martynice. 1 maja 1902 roku eksplozja rozsadziła krater; 8 maja wydobyła się z niego olbrzymia ilość gazów, które wlokąc bloki i unosząc rozżarzone gazy, stoczyły się jak lawina na miasto St. Pierre, powodując śmierć ponad 26 000 mieszkańców uduszonych gorącym pyłem i gazami.

W czasie ostatniej wielkiej erupcji superwulkanu Yellowstone, która miała miejsce około 640 tys. lat temu, do atmosfery zostało wyrzucone ponad 1000 km³ materiału piroklastycznego (okruchowego). Gdyby obecnie doszło do takiej erupcji, to znaczna część Stanów Zjednoczonych zostałaby zniszczona. Nastąpiłoby też ochłodzenie klimatu ze względu na zapylenie atmosfery. W efekcie około 5 miliardów ludzi umarłoby z głodu.

Wybuch wulkanu odbywa się mniej więcej na tej samej zasadzie, na jakiej „wybuch” butelki szampana przy jej otwieraniu w pozycji pionowej. W butelce występuje równowaga pomiędzy temperaturą cieczy i ciśnieniem. Gdy ta równowaga zostanie zaburzona, to następuje wybuch. Może to nastąpić po odkorkowaniu butelki. Wówczas następuje tzw. odgazowanie cieczy, w tym wypadku szampana. Pojawiają się bąbelki, które kierują się do góry, bo gaz jest lżejszy od cieczy. Gdy butelkę trzymamy w pozycji zbliżonej do poziomej, to bąbelki też będą kierować się ku górze, ale trafią na jej ścianę. Gdybyśmy podgrzali butelkę, nie otwierając jej, to w pewnym momencie wzrastające ciśnienie rozsadziłoby ją. Tak samo działa to w przypadku wulkanów. Przyczyną zaburzenia równowagi może być trzęsienie ziemi, w wyniku którego powstanie jakaś szczelina czy zmiana temperatury. Jeśli komin wulkanu jest zakorkowany, a temperatura wzrośnie, to napierająca od dołu magma wysadzi go. Są to zjawiska, które trudno obserwować i przewidywać.

Wybuchy wulkanów wprowadzają do atmosfery nieporównywalnie większe ilości gazów niż dzieje się to w wyniku działalności człowieka. Jest to jednak wygodny dla elit argument, bo mogą wykorzystywać go politycznie. Różnie to może wyglądać w przypadku różnych państw. Zamknięcie kopalń w przypadku Polski oznacza, że dalej złoża te nie będą eksploatowane. – Na razie. Jeśli dojdzie do rozbioru Polski, to praktycznie wszystkie kopalnie trafią do Niemiec. I być może o to samo chodzi w przypadku sporu o kopalnię Turów, o to, by Polacy nie eksploatowali kolejnego pokładu węgla brunatnego. Czyżby zaczęło się już dzielenie skóry na niedźwiedziu?

Plan

W poprzednim blogu „Złotówka” pisałem m.in. o Planie Balcerowicza i później przypomniałem sobie, jak kulisy jego powstania opisał Krzysztof Baliński, dyplomata i politolog, w swojej książce Ministerstwo spraw obcych. Książkę tę wydało Wydawnictwo Capital w 2019 roku. Odnalazłem ten fragment. Baliński pisze tak:

»W 1988 roku po raz pierwszy przyjechał do Polski George Soros. Celem wizyty było stworzenie w Polsce fundacji, która – jak pisał w swojej książce Undrewriting Democracy – będzie zajmować się „działalnością na rzecz demokracji”. Do pielęgnowania „demokracji” ściągnął jednak do Polski ekonomistę. W swojej książce pisał: „Połączyłem siły z profesorem Jeffreyem Sachsem z Uniwersytetu Harvarda, a sponsorowałem jego pracę przez Fundację Batorego”. Sachs po raz pierwszy przyjechał do Polski 5 kwietnia 1989 roku. Spotkał się z ekonomistami „Solidarności”, a następie pojechał przyjrzeć się końcowym obradom Okrągłego Stołu. Kilka tygodni później Soros poprosił Sachsa o to, aby towarzyszył mu podczas jego wizyty w Polsce. Planował spotkać się z czołowymi działaczami „Solidarności”. Przy czym nie chodziło mu o ludzi kompetentnych w sprawach ekonomicznych, interesowały go wyłącznie rozmowy z Michnikiem, Kuroniem i Geremkiem, czyli osobami nie mającymi zielonego pojęcia o zasadach działania wolnego rynku.

Po wyborach z 4 czerwca Sachs ponownie udał się do Polski, gdzie dziennikarz „Gazety Wyborczej” Grzegorz Lindenberg zorganizował mu i jego asystentowi Davidowi Liptonowi kolejne spotkania. Sachs tak wspomina: „Kiedy wkrótce po wyborach wróciłem do Polski, młody dynamiczny działacz Grzegorz Lindenberg zorganizował nasze, tj. Liptona i moje, trzy kolejne spotkania z głównymi strategami ruchu Solidarności: Bronisławem Geremkiem, Jackiem Kuroniem i Adamem Michnikiem.

Sachs zobaczył się najpierw z Geremkiem. Oczywiście ten nie miał bladego wyobrażenia o zagadnieniach ekonomicznych. Spotkanie zakończyło się stwierdzeniem Geremka: „Myślę, że ma pan rację”. Następnie Sachs udał się do Kuronia. Prof. Witold Kieżun tak opisuje spotkanie w swej książce Patologia Transformacji: „Kuroń palił papierosa za papierosem i od razu wyciągnął butelkę”. Następnie Sachs zaczął mu opowiadać o „niezbędnych” reformach, jakie czekają Polskę. Kuroń oczywiście nic z tego nie rozumiał, ale co chwila znajdując się w alkoholowo-nikotynowym amoku walił w stół ręką i powtarzał: „Tak, rozumiem”. Ostatecznie podpity Kuroń stwierdził, że brzmi to fascynująco i że trzeba to zapisać. Natychmiast Sachs razem z Liptonem i Lindenbergiem udali się do siedziby „Wyborczej”. Było około godziny 23:30. Od razu przystąpiono do pospiesznego zapisywania programu transformacji ustrojowej. Kuroń chciał, żeby był gotowy już na następny dzień. Potwierdza to Naomi Klein w Doktrynie szoku: „Sachs i Lipton napisali plan polskiej terapii szokowej w ciągu jednej nocy. Miał piętnaście stron i, jak twierdził Sachs, był to, jak sądzę, pierwszy raz, gdy ktoś napisał całościowy plan przejścia z gospodarki socjalistycznej do wolnego rynku”. Po napisaniu planu, który został nazwany „Planem Balcerowicza”, obaj udali się do Michnika.

Tak więc plan polskiej transformacji ustrojowej napisany przez Sachsa z polecenia Sorosa i jego „zaufanych ludzi” powstał w ciągu jednej nocy na życzenie pijanego Kuronia w siedzibie „Wyborczej”. Sachs w swojej książce wspomina, ze rząd amerykański ostrzegał przywódców „Solidarności”, że on i Soros są groźnymi osobami i że mogą jedynie zaszkodzić polskiej transformacji: „Po wydarzeniach tego dnia wielu ludzi w Waszyngtonie próbowało tłumaczyć nowym polskim władzom, że jestem człowiekiem niebezpiecznym. Co najmniej jeden Polak dobrze notowany w Waszyngtonie radził premierowi, żeby mnie wydalił z Polski, zanim naprawdę zaszkodzę reformom”. W takim razie kogo reprezentował Soros, jeśli rząd amerykański ostrzegał przed nim Polaków? Czy aby nie organizacje żydowskie? Jasno więc z powyższego wynika, że Balcerowicz był nie tylko wykonawcą planu, przez który straciliśmy setki fabryk i przedsiębiorstw, ale planu transferu polskiego mienia do Nowego Jorku. I że to Soros jest odpowiedzialny za plan transformacji gospodarczej Polski, który Polskę w dalszym ciągu niszczy.«

Tak to przedstawił Baliński. Czy tak rzeczywiście było? Pewnie tak było, ale to nie znaczy, że plan polskiej transformacji ustrojowej został napisany podczas jednej nocy i zatwierdzony przez pijanego Kuronia. Nie tacy Żydzi rządzą światem. To tylko słupy. Słupami w tym teatrzyku dla naiwnych byli też Soros, Sachs i Lipton. Jednak odegrali tę scenę, by naiwni uwierzyli, że to, co dzieje się na tym świecie, dzieje się spontanicznie, że spontanicznie wybuchają wojny, kryzysy, strajki, zamieszki itp. I później trzeba z takimi plagami walczyć, „naprawiać” gospodarki, czyli opracowywać plany uzdrowienia tego, co ktoś kiedyś uznał za zdrowe.

Skoro od 1987 roku, a może nawet wcześniej, pracowano nad projektami nowych banknotów, to znaczy, że wiedziano, że będą zmiany i wiedziano, jakie to będą zmiany. Wszystko zaczęło się od Polski, od 1980 roku. Żeby dokonywać zmian społecznych, ustrojowych, to trzeba wywoływać kryzysy. A jak się wywołuje takie kryzysy? Na pewno nie odbywa się to na takiej zasadzie, że skrzykuje się paru kolesi i robią zadymę.

Realizację planu, który miał doprowadzić do zmian w Europie wschodniej w 1989 roku zaczęto w 1971 roku. Rząd polski zaciągnął wielkie kredyty na Zachodzie na modernizację kraju. Polska miała się przekształcić z kraju rolniczo-przemysłowego w kraj przemysłowo-rolniczy. Powstawały więc fabryki, które miały sprzedawać swoje produkty na Zachodzie, by za pozyskane dewizy spłacać zaciągnięty dług. Jednak cały ten „misterny plan” zawiódł, bo Zachód nie chciał tych polskich produktów, co najwyżej polską szynkę, ale to było za mało. Szukano więc innych rynków w krajach tzw. Trzeciego Świata. I owszem, coś tam sprzedawano, przeważnie po cenach dumpingowych, co tylko pogarszało sytuację. Do tego doszedł jeszcze wzrost stóp procentowych na rynkach światowych w okolicach 1980 roku. Próby sprzedawania wszystkiego, co się da, przeważnie żywności, by uzyskać dewizy na spłatę zadłużenia, stały się przyczyną niedoboru towarów na rynku krajowym. A stąd droga do kryzysu krótka.

Ci, którzy udzielali kredytów dokładnie znali ten scenariusz, bo oni sami go układali.Wiedzieli, że tak to się musi skończyć, że Polsce zabraknie w pewnym momencie dewiz. Od wieków się tym parają i wiedzą, że jak dadzą pieniądze, to będzie boom, a jak zabiorą, to będzie kryzys. Trenowali to już w Rzymie. Ten sam efekt można osiągnąć manipulując stopami procentowymi. Mark Twain kiedyś powiedział: „Bankier to taki facet, który pożycza ci swój parasol, gdy świeci słońce i chce go z powrotem, gdy zaczyna padać”. Dziś niekoniecznie tak jest. Bankier może nie chcieć twoich pieniędzy, ale w zamian zażąda posłuszeństwa. To przeważnie dotyczy państw, samorządów czy korporacji, choć pewnie też polityków i nie tylko polityków. Dlatego, gdy w Polsce nastał czas przemian, to rząd musiał się zgodzić na warunki bankierów, bo miał dług, którego nie był w stanie spłacić. W wyniku negocjacji doszło do tego, że… zaciągnięto następne kredyty. I to oni, ci bankierzy, decydowali o tym, jak ma przebiegać polska transformacja ustrojowa. Płacę i wymagam – do tego można sprowadzić politykę finansową tych, którzy udzielają kredytów. Nie od dziś wykorzystują oni ten instrument.

Takie są realia i obarczanie polityków różnych partii winą za to, że zgodzili się na likwidację majątku narodowego Polaków, wypracowanego za PRL-u, jest zupełnym niezrozumieniem rzeczywistości. Pieniądz to potęga. Wykorzystując tę potęgę można człowieka wynieść lub go zniszczyć. To samo można zrobić z państwami, samorządami, firmami itp. A politycy, którzy jak Rejtan rozdzieraliby szaty, zostaliby wymienieni na innych. Obecne zadłużenie świata przerasta wszelkie wyobrażenie. Najbardziej zadłużone są oczywiście kraje białego człowieka. Skoro wszystkie kraje są zadłużone, to rodzi się pytanie: u kogo?

„Z prasą załatwimy się w następujący sposób: …okiełzamy ją i będziemy ją krótko trzymać w karbach; podobnie uczynimy z wszystkimi drukarniami – jaki bowiem sens byłby w powstrzymaniu ataków prasy, gdybyśmy mieli być narażeni na pamflety i książki?…” – To cytat z Protokołów Mędrców Syjonu z książki Duoglsa Reeda Kontrowersja Syjonu. On skłania mnie do zadania sobie pytania: Czy te wszystkie mniejsze wydawnictwa, które głoszą, że są niezależne, są rzeczywiście takimi? Czy to, że w ich książkach można przekazać więcej, niż w tych o masowych nakładach, nie jest próbą skierowania uwagi czytelnika na boczne tory?

Baliński cytuje Naomi Klein, która w swojej książce pisze, że Sachs i Lipton napisali plan polskiej terapii szokowej w ciągu jednej nocy i miał on piętnaście stron. Z kolei Sachs pisze, że wielu ludzi w Waszyngtonie próbowało tłumaczyć polskim władzom, że jest on niebezpiecznym człowiekiem. Oboje pisali bajki i może nawet nie wierzyli w nie, ale zapewne tak musieli napisać. Taki przekaz miał pójść w świat, przekaz, który ukrywał rzeczywistych decydentów: „To wszystko wina Sorosa, Sachsa i polskich polityków, którzy nie słuchali mądrych doradców, a jak nie słuchali, to znaczy, że durnie, bo to oni podejmowali decyzje.” I już mamy kozłów ofiarnych, na których można się wyżywać, a prawdziwi sprawcy śmieją się i dalej robią to, co zawsze. – Ale, jak mawiał Józef Mackiewicz, jedynie prawda jest ciekawa. I trudno nie przyznać mu racji.

Złotówka

Ostatnio wpadła mi w ręce jednozłotowa moneta. Złotówka jak złotówka, już chyba nic, albo prawie nic, nie można za nią kupić. Ale odłożyłem ją sobie jako dowód na to, że nic na tym świecie nie dzieje się przypadkowo, że wszystko jest wcześniej planowane. Jej wartość numizmatyczna jest żadna, bo jest zużyta, a numizmatycy cenią monety w stanie menniczym, czyli takie, które zaraz po wybiciu trafiają do kolekcjonerów.

Cóż więc jest w niej takiego szczególnego? Jest nią data bicia tej monety – 1990 rok. Pamięć ludzka jest ulotna i mało kto pamięta, w którym roku miała miejsce w Polsce denominacja złotego. A było to w 1995 roku. Nazywa to się denominacją, ale to była faktycznie wymiana pieniędzy. Dziś nie jest to żadna tajemnica, kiedy bito tę złotówkę, bo pisze o tym Wikipedia. I z niej pochodzą poniższe informacje.

W latach 80-tych z powodu kryzysu gospodarczego i załamania systemu gospodarki planowej w Polsce zaczęło dochodzić do coraz wyższej inflacji. W latach 1989-1990 wystąpiła hiperinflacja, która osiągnęła poziom 1395%. Narodowy Bank Polski pod koniec lat 80-tych rozpoczął przygotowania do denominacji. Warunkiem umożliwiającym jej przeprowadzenie był spadek poziomu inflacji poniżej 10% i gwarancja utrzymania się jej niskiego poziomu przez dłuższy czas. W wyniku realizacji planu Balcerowicza zdołano po 1990 roku zahamować inflację i ustabilizować gospodarkę. Ostatecznie decyzję o przeprowadzeniu denominacji podjęto w 1994 roku.

Wikipedia nie pisze, skąd wziął się ten kryzys gospodarczy. Ale w tej samej Wikipedii można przeczytać, że inflacja w 1980 roku wynosiła 9,4%, w 1981 – 21,2%, w 1982 – 100,8%, w 1983 – 22,1%, w 1984 – 15%. Czyż to nie dziwne, że największa inflacja nastąpiła po wprowadzeniu stanu wojennego. Ktoś coś wtedy sobie załatwił i w kolejnych latach inflacja zmniejszyła się jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki.

Ponowny jej wzrost nastąpił w roku 1988 – 60,2%, w 1989 – 251,1%, w 1990 – 585,8%, w 1991 – 70,3%. I znowu zadziałała czarodziejska różdżka. W ciągu jednego roku udało się zmniejszyć inflację aż ośmiokrotnie. Cud! Cud nad cudy!

Warunkiem przeprowadzenia denominacji był spadek inflacji poniżej 10% – pisze Wikipedia – i ostatecznie decyzję podjęto w 1994 roku. W tym roku inflacja wynosiła 32,2%, w 1995 – 27,8%. A więc warunek nie został spełniony, a mimo to podjęto decyzję o jej wprowadzeniu.

Mennica państwowa w grudniu 1990 roku rozpoczęła bicie monet z myślą o wprowadzeniu ich do obiegu po denominacji. Początkowo były to monety 1, 2, 5, 10, 20, 50 gr i 1 zł, w 1994 roku dodano nominały 2 i 5 zł w miejsce planowanych wcześniej banknotów.

Pierwszy projekt nowych banknotów został sporządzony przez Andrzeja Heidricha w latach 1987-1989 na polecenie NBP. Zostały sporządzone dwie serie, pierwsza przedstawiała pisarzy, a druga polityków. Jednak zrezygnowano z ich produkcji i nie weszły do obiegu.

Kolejna seria banknotów została przygotowana w 1987 roku według projektu Waldemara Andrzejewskiego o nominałach od 1 zł do 500 zł. Zostały podpisane do druku dnia 1 marca 1990 przez prezesa NBP. Ich produkcję rozpoczęto w fabryce Giesecke & Devrient GmbH w Monachium. Produkcja trwała między końcem 1990 roku a lutym 1992. Jednak nie weszły one do obiegu z powodu słabego zabezpieczenia przed fałszowaniem, a także błędów w produkcji w postaci złego kształtu godła Polski, braku napisu „Rzeczpospolita Polska”. Większość produkcji zniszczono, a niewielką część pozostawiono dla kolekcjonerów.

Z tego opisu wynika, że przekręty robiono również na projektach banknotów, a w drugim przypadku nawet na produkcji, a nawet ktoś jeszcze chciał zarobić na sprzedaży kolekcjonerom, świadomie nie do końca zniszczonych, wadliwych banknotów, które, przy takich usterkach i błędach, w ogóle nie powinny były być kupione.

W związku z takim obrotem sprawy na przełomie 1993 i 1994 roku została zaprojektowana kolejna seria banknotów o nazwie „Władcy Polski”, o nominałach 10, 20, 50, 100 i 200 zł., której autorem ponownie był Andrzej Heidrich. Zrezygnowano z banknotów o nominałach 1, 2 i 5 zł, które zostały zastąpione monetami. Zostały podpisane do druku w dniu 25 marca 1994 roku. Pierwsza seria została wydrukowana w londyńskiej wytwórni De La Rue. Seria weszła do obiegu w dniach 1 stycznia (10, 20, 50 zł) i 1 czerwca (100, 200 zł) 1995 roku.

Plan Balcerowicza

Leszek Balcerowicz, minister finansów w rządzie Tadeusza Mazowieckiego, przedstawił założenia swojego planu w październiku 1989 roku. Przewidywał on:

  • reformę finansów państwa w celu odzyskania równowagi budżetowej
  • wprowadzenie do gospodarki mechanizmów rynkowych poprzez uwolnienie cen i wprowadzenie sztywnego kursu złotówki do dolara
  • zmianę struktury własnościowej gospodarki poprzez prywatyzacje i zniesienie ograniczeń w obrocie nieruchomościami

Realizacja tego programu wymagała pozyskania kredytów zagranicznych. Rząd przeprowadził rozmowy z Międzynarodowym Funduszem Walutowym i uzyskał zgodę MFW na proponowany kształt reform. Dzięki temu uruchomiono fundusz stabilizacyjny w wysokości 1 mld dolarów, który miał pomóc w utrzymaniu stałego kursu złotówki do dolara.

Tak więc wprowadzono do gospodarki mechanizmy rynkowe poprzez uwolnienie cen, ale jednej ceny nie uwolniono – ceny dolara w złotówkach. Trochę wybiórczo działał ten „wolny rynek”.

Pakiet 11 ustaw tworzących Plan Balcerowicza trafił pod obrady Sejmu Kontraktowego 17 grudnia 1989 roku. Ustawy były porcedowane w przyspieszonym tempie, by uniknąć wprowadzania poprawek w komisjach sejmowych. W sejmie panowała zgoda wszystkich partii, że plan należy wprowadzić w proponowanej przez rząd postaci.

Sztywny kurs dolara

Sztywny kurs dolara został wprowadzony w Polsce 1 stycznia 1990 roku. Tego dnia nastąpiło też wprowadzenie tzw. wewnętrznej wymienialności złotego przy ustalonym sztywnym kursie wynoszącym 9500 PLZ (0,95 PLN) za 1 USD. Następnie od 17 maja 1990 roku zmieniono system kursu sztywnego na powiązanie złotego w stosunku do koszyka pięciu walut, składającego się z dolara amerykańskiego (udział 45%), marki niemieckiej (35%), funta szterlinga (10%), franka francuskiego (5%) oraz franka szwajcarskiego (5%). Trwało to do 14 października 1991 roku. W tym dniu wprowadzono, w miejsce sztywnego kursu walutowego, system dewaluacji kroczącej o ustalonej miesięcznie stopie dewaluacji rynkowej 1,8%.

Co z tego wynika?

Inflacja w Polsce w 1988 roku wynosiła 60,2%, w 1989 – 251,1%, w 1990 – 585,8%, w 1991 – 70,3%, w 1992 – 43%. Taki nagły skok inflacji w 1989 roku i jeszcze większy w 1990 roku, a już w następnym jej zjazd, o którym nie można powiedzieć, że z górki na pazurki, tylko na łeb na szyję. To jest dokładnie taki sam schemat, jaki opisałem w blogach o hiperinflacji w Republice Weimarskiej i na Węgrzech. I w obu wypadkach nastąpiła szybka wymiana pieniędzy.

W Polsce przekręt polegał na tym, że ustanowiono sztywny kurs złotówki do dolara, ale oprocentowanie wkładów złotówkowych w bankach było adekwatne do inflacji, czy hiperinflacji. Zupełnie odwrotnie niż w 1982 roku, gdy inflacja była wielka, a oprocentowanie wkładów w bankach nie było rewaloryzowane zgodnie z rosnącą inflacją. Wystarczyło więc sprzedać dolary, kupić za nie złotówki, włożyć je na rok do banku, wyjąć 5 razy więcej i kupić za nie dolary. W ten sposób ze 100 dolarów miało się po roku ponad 500. Problem tylko polegał na tym, że nikt poza wtajemniczonymi, nie wiedział, jak długo zostanie utrzymany sztywny kurs. Bo gdyby, przykładowo, po pól roku zrezygnowano z niego, to cała operacja skończyłaby się stratą. Na tym przykładzie widać, że ta hiperinflacja została wykreowana sztucznie i w określonym celu. Nie mogło się to odbyć bez ścisłej współpracy z zachodnimi bankami i MFW.

Ten mechanizm jest dosyć prosty. To, czego nie rozumiałem, to to, skąd rząd miał dolary dla tych, którzy po roku wybierali wkłady złotówkowe i zamieniali je na dolary. I tu z pomocą przyszła mi Wikipedia, która napisała, że rząd przeprowadził rozmowy z Międzynarodowym Funduszem Walutowym i uzyskał jego zgodę na proponowany kształt reform. Dzięki temu uruchomiono fundusz stabilizacyjny w wysokości 1 mld dolarów, który miał pomóc w utrzymaniu stałego kursu złotówki do dolara. I wszystko jasne. MFW dał pieniądze na przekręt. A więc 1 mld dolarów do podziału. Ten 1 mld to 1/20 część ówczesnego polskiego zadłużenia. Te pieniądze miały zupełnie inną wartość niż teraźniejsze dolary. Ile to by było na dziś? Wystarczy podzielić przez 20 obecne zadłużenie Polski i otrzymamy żądaną kwotę.

11.11

Zaczął się listopad, a to oznacza, że zbliża się kolejna rocznica odzyskania niepodległości. Niektórzy twierdzą, że nic tego dnia nie wydarzyło się. Może i nie, ale 11 listopada zapisany cyfrowo – 11.11, skłania do zastanowienia się. Po tym „2020”, to już nie jestem taki pewien, że to zbieg okoliczności. Święto to zostało ustanowione ustawą z dnia 23 kwietna 1937 roku. Dlaczego akurat wtedy, na krótko przed wojną, uznano, że jest to właściwa data? Piłsudski przyjechał do Warszawy 10 listopada. 11 listopada podpisano rozejm kończący wojnę pomiędzy Ententą a Cesarstwem Niemieckim, a Rada Regencyjna przekazała władzę Piłsudskiemu. Nadal jednak wojska niemieckie stały daleko na wschodzie. Nowe państwo czekały jeszcze plebiscyty. Wschodnią granicę ustalono dopiero w 1921 roku. Traktat wersalski, kończący I wojnę światową, został podpisany 28 czerwca 1919 roku. I znowu to „1919”. Tak więc w listopadzie 1918 jeszcze nikt nie myślał w kategoriach odzyskania niepodległości. Wprost przeciwnie! Wśród ludzi, jak pisał Józef Mackiewicz, reakcję na pojawienie się nowego państwa najlepiej streszczało powiedzenie: „Ni z tego, ni z owego, mamy Polskę od pierwszego”.

Tak to wyglądało z punktu widzenia przeciętnego człowieka. Jednak Niemcy budowali to nowe państwo, na ziemiach im podległym, już od 1916 roku. To nowe państwo miało być od nich całkowicie zależne i było takim w listopadzie 1918 roku. Nie ma więc żadnej racjonalnej przesłanki, by tę datę uznawać za dzień odzyskania niepodległości. Dzień 11 listopada był dniem, w którym pojawiło się to państwo i sąsiednie państwa zostały o tym fakcie poinformowane. Od tego momentu rozpoczęła się walka o jego kształt i ustrój, o miejsce, jakie miały w nim zajmować mniejszości narodowe, a w szczególności mniejszość żydowska, która dążyła do stworzenia państwa żydowskiego w państwie polskim i uzyskania szczególnych praw. W sumie więc zaczęła się walka o niepodległość tego państwa, o to, by było ono polskie, a nie żydowskie czy żydowsko-ukraińskie. Ta walka trwała do 1926 roku. W dniach 12-15 maja ta walka została przerwana. Skończyły się marzenia Polaków o niepodległości. Polską zaczęła rządzić masoneria. Może właśnie dlatego wybrano na święto narodowe taką datę. Te środowiska od zawsze były zafascynowane numerologią.

Dziś, gdy decyzją Trybunału Konstytucyjnego uruchomiono procedurę wychodzenia Polski z unii w celu dokonania jej kolejnego rozbioru, organizowanie Marszu Niepodległości zakrawa na kpinę. I jeszcze ten szum medialny, jeden Żyd – Trzaskowski, spiera się z drugim Żydem – Bąkiewiczem, twarzą Marszu, no bo przecież „przedstawienie musi trwać”.

Tak więc Żydzi nam mówią, co to znaczy być patriotą, że patriotą jest ten, kto idzie w Marszu i wymachuje flagą i krzyczy, że kocha Polskę. Tylko czy to cokolwiek zmieni? Na bieg wydarzeń nie ma to najmniejszego znaczenia, tylko czy aby na pewno? Przekaz pójdzie na cały świat za sprawą żydowskich mediów. To, że w tym Marszu będą spokojnie szły rodziny z dziećmi nie będzie miało najmniejszego znaczenia. Marsz jest uznawany za faszystowski i słusznie, bo jego symbolika jest faszystowska, a ściślej ujmując – nazistowska. I nie ma to najmniejszego znaczenia, że faszyzm nie jest niczym gorszym od innych propozycji ustrojowych, o czym pisałem w blogu „Faszyzm”. Marsze z pochodniami o zmroku czy wieczorem kojarzą się z marszami nazistowskimi z okresu III Rzeszy. I nie ma to najmniejszego znaczenia, że race czy tym podobne wynalazki, to nie pochodnie. Odbiór tego obrazu będzie budził podobne skojarzenia. I o to chodzi.

Uczestnicy marszu narodowców odpalają race.
Autor: Aleksander Świeszewski/Polityka

I taki przekaz pójdzie w świat i trwa to od wielu lat. Ten obraz Polski i polskiego społeczeństwa jest konsekwentnie utrwalany. Kiedy więc będą decydować się losy Polski w unii europejskiej, to społeczeństwa europejskie będą już miały wyrobione zdanie, bo już od lat ten przekaz do nich dociera. Celem „Marszu Niepodległości” jest więc przyklejanie polskiemu społeczeństwu łatki faszystów, nazistów, nacjonalistów i wszystkiego tego, co najgorsze. Łatwiej będzie takie „brzydkie kaczątko” wypchnąć z unii i wymazać z mapy Europy.

Tak się zastanawiam, czy ci ludzie, którzy uważają się za patriotów i będą iść w Marszu, wiedzą coś na temat naszej flagi narodowej, skąd jej barwy, i naszego godła? Wikipedia pisze:

„Barwy flagi, złożone są z dwóch poziomych pasów: białego oraz czerwonego, są odwzorowaniem godła państwowego, którym jest orzeł biały na czerwonym polu. Zgodnie z zasadami heraldyki pas górny reprezentuje białego orła, a dolny czerwone pole tarczy herbowej. Kolory te według symboliki używanej w heraldyce mają następujące znaczenie:

  • koloru białego używa się jako reprezentację srebra; oznacza on także wodę, a w zakresie wartości duchowych czystość i niepokalanie.
  • kolor czerwony jest symbolem ognia i krwi, a z cnót oznacza odwagę i waleczność.

Barwy biała i czerwona zostały uznane za narodowe po raz pierwszy 3 maja 1792 roku. Podczas obchodów pierwszej rocznicy uchwalenia Ustawy Rządowej damy wystąpiły wówczas w białych sukniach przepasanych czerwoną wstęgą, a panowie nałożyli na siebie szarfy biało-czerwone. Nawiązano tą manifestacją do heraldyki Królestwa Polskiego – białego orła na czerwonej tarczy herbowej.”

Z kolei na stronie orzełbiały.org można przeczytać:

„W 1295 roku, gdy Przemysław II koronował się na króla, jego osobisty znak – Orzeł Biały stał się godłem Królestwa Polskiego: Orzeł Biały na czerwonym polu, ze złotą koroną na głowie i złotymi szponami oraz dziobem.

W bitwie pod Grunwaldem w 1410 roku rycerstwu polskiemu przewodziła Wielka Chorągiew Królestwa Polskiego, mająca w herbie Orła Białego. Jan Długosz tak ją opisywał: na czerwonym tle wyszyty był misternie Orzeł Biały z rozciągniętymi skrzydłami, dziobem rozwartym i koroną na głowie, jako herb i godło całego Królestwa Polskiego.

W XIX wieku obok haseł niepodległościowych działacze różnych organizacji politycznych wysuwali programy reform ustrojowych i społecznych. Koronę orła kojarzyli z monarchią i przywilejami stanów, dlatego domagali się jej usunięcia. Jednak odrodzone w 1918 roku państwo polskie przyjęło za swe godło orła w koronie. Korona ta miała symbolizować niepodległy naród, a nie – monarchię (była to korona z krzyżem – przyp. W.L.).”

Natomiast Sandra Janikowska w artykule „GODŁO POLSKI. Jak powstało? Co się na nim znajduje? Czego symbolem jest polskie godło państwowe?”, zamieszczonym w Dzienniku Bałtyckim z dnia 29 kwietnia 2020, m.in. pisze:

„Po przewrocie majowym rząd Mościckiego usunął z korony na głowie orła krzyż i dodał na skrzydłach orła pięcioramienne gwiazdy. Konkretne i potwierdzone powody tej zmiany nie są znane. Istnieją opinie wskazujące na powiązania ówczesnej władzy ze środowiskiem masońskim, których rozpoznawalnym symbolem była właśnie gwiazda, symbolizująca światłość, wiedzę i doskonałość. Pogłoski te jednak nie znalazły dotychczas potwierdzenia.”

Ilustracja
Źródło: Wikipedia

Po wojnie, za PRL-u, orzeł stracił koronę, czyli mówiąc wprost – swoje dostojeństwo, ale zachował gwiazdki. Po 1989 roku przywrócono mu koronę i pozostawiono gwiazdki. No i wszystko jasne! Towarzysz Ziuk umieścił gwiazdki na skrzydłach orła i tak zostało do dziś. Nic się nie zmieniło. Nie było, nie ma i nie będzie prawdziwej niepodległości.

Chiny

„Cóż tam, panie, w polityce? Chińcyki trzymają się mocno!?” – Pytał ponad 100 lat temu Stanisław Wyspiański w pierwszej scenie “Wesela”, ustami Czepca, bawiącego na zabawie dziennikarza. To, że Wyspiański wybitnym poetą był – to wie każdy. Ale że był też prorokiem? Dzisiaj trudno pojawić się na jakimkolwiek “salonie”, by natychmiast nie spotkać się z bliźniaczym w zasadzie pytaniem – co najwyżej są “Chińczyki” zamiast oryginalnych “Chińcyków”. Ale wiadomo, o kogo chodzi. – Tak pisał w artykule wstępnym, w marcu 2010 roku, dziennikarz Forbes’a. Wyspiański nawiązywał do tzw. powstania bokserów z przełomu XIX i XX wieku i związanej z nim interwencji mocarstw europejskich, Japonii i USA.

No właśnie! Czy Wyspiański był prorokiem? Nie był. Powstanie to było skierowane przeciw panującej dynastii i dopiero po zajęciu przez powstańców dzielnicy misji dyplomatycznych nastąpiła interwencja Zachodu. A jeśli jeszcze dodamy, że ci „bokserzy” wywodzili się z tajnego stowarzyszenia, to to wszystko już tak prosto nie wygląda. Bo skoro tajne stowarzyszenie, to cel mógł być zupełnie inny niż oficjalny i daleko bardziej wybiegający w przyszłość.

Problem tak naprawdę sprowadza się do tego, czy obecne Chiny są mocarstwem działającym niezależnie i realizującym własną politykę i dbającym o własne interesy, czy są raczej narzędziem w ręku tych, którzy nazywają siebie narodem wybranym? Co do tego, że ten naród uzależnił od siebie Amerykę, to nikt już tego nie neguje. Może jeszcze nie do wszystkich dociera fakt, że Rosja też jest całkowicie od niego zależna. A skoro tak, to czy możliwe jest, że ten naród nie dostrzegł potencjału, przede wszystkim demograficznego, jaki tkwi w tym wielkim, zdyscyplinowanym i pracowitym narodzie, jakim są Chińczycy?

Chiny są, według mnie, przede wszystkim państwem komunistycznym i narzędziem mającym narzucić ten komunizm reszcie świata. Wykorzystują do tego swój potencjał demograficzny i ekonomiczny. Amerykański kapitał wiadomego pochodzenia zbudował potęgę Związku Radzieckiego, a później Chin. Czy Chiny, jak to się mówi, mogą urwać się z łańcucha? A czy te wszystkie potężne i zaawansowane technologicznie firmy chińskie są własnością Chińczyków, czy tylko oni tam pracują?

Niczego nie jesteśmy w stanie zrozumieć, jeśli próbujemy interpretować rzeczywistość w oderwaniu od przeszłości, czyli od historii. Żeby zrozumieć albo przynajmniej próbować zrozumieć, czym są obecne Chiny, to wypada jednak zacząć od początku. Wszystkie poniższe informacje pochodzą z Wikipedii. Nie będę jednak ukrywać, że historię Chin potraktowałem wybiórczo. Wiedziałem czego szukałem i znalazłem. To, czego szukałem, to tajne stowarzyszenia, maskujące się często jako związki religijne. Zupełnie tak jak w Europie. I tak samo jak w Europie, tak i tam, wywoływały one powstania ludowe, chłopskie.

Chińska tradycja historyczna dotycząca najwcześniejszego okresu dziejów kraju ukształtowała się za panowania wschodniej dynastii Zhou (770-265 p.n.e.) i została ostatecznie zredagowana w epoce Han (206 p.n.e. – 220 n.e). Zgodnie z tą tradycją Chiny od początku swych dziejów stanowiły jedność i były rządzone przez autokratycznych jedynowładców, najpierw w postaci Trzech Dostojnych i Pięciu Cesarzy (2850-2205 p.n.e.), następnie zaś panujących dzięki swojej cnocie królów-mędrców z dynastii Xia (2205-1766 p.n.e.) i dynastii Shang (1766-1122 p.n.e.). Nie ulega wątpliwości, że tradycja ta ma swoje źródło w ukształtowanym w drugiej połowie epoki Zhou ideale jedności Chin i ideologii imperialnej z epoki Han, a także konfucjańskiej koncepcji władzy jako mędrca rządzącego dzięki Mandatowi Niebios. – A w naszej kulturze mamy rządzącego z Bożej łaski. W sumie więc na to samo wychodzi.

Pierwsza dynastia Shang (1766-1122 p.n.e.) została obalona przez najeźdźców z zachodu, przez zachodnią dynastię Zhou. Ta zmiana wiązała się ze spektakularnym zjawiskiem astronomicznym, jakim była koniunkcja pięciu planet i istnieją solidne podstawy do przypuszczenia, że to właśnie wydarzenie stało się podstawą do wiary Zhou w Mandat Niebios, mający przysługiwać królowi Wen (1099-1050 p.n.e.), który przyjął swój tytuł.

Mandat Niebios to tradycyjna teoria filozoficzna w Chinach, według której władca musi mieć poparcie Niebios, by rządzić. Mandat zyskują władcy sprawiedliwi, postępujący moralnie i obyczajnie, którzy dbają o lud. Jeżeli na tronie zasiada despota, Niebiosa mogą wycofać swój mandat, co sygnalizują poprzez np. zaćmienia, pojawienie się komety, klęski głodu, powodzie, trzęsienia ziemi, wojny itd. W takiej sytuacji sprawiedliwe jest wszcząć bunt przeciw władzy. To jest też konfucjańska koncepcja władzy. Mandat mógł dotyczyć zarówno pojedynczego władcy, jak i całej dynastii. Nie miał ograniczeń czasowych, ani klasowych, gdyż zakładał ciągłość instytucji cesarstwa bez względu na zmianę rodziny panującej. Dwa razy w historii Chin zdarzyło się, że założycielami dynastii były osoby wywodzące się z ludu (Han i Ming). Do tej koncepcji musieli odwoływać się rządzący Chinami cudzoziemcy, Mongołowie z dynastii Yuan czy Mandżurowie z dynastii Qing.

Wschodnia dynastia Zhou (770-256 p.n.e.)

W tym czasie rozpoczęła się w Chinach epoka żelaza, co zaowocowało rozwojem rolnictwa, wyposażonego w nowe narzędzia, jak i techniki wojskowej. Rosła liczba ludności, postępowała urbanizacja, rozwijało się rzemiosło i handel, co prowadziło do wzrostu znaczenia nowej klasy mieszczan i kupców. Znaczenie dawnej arystokracji systematycznie spadało, co wiązało się także z faktem, iż wojska oparte na rydwanach zastąpiły masowe armie złożone z piechoty i kawalerii. Synowie podupadłych arystokratów szukali szczęścia na dworach rywalizujących ze sobą władców, proponując im swoje usługi jako doradcy i żołnierze. W tym intelektualnym klimacie ciągłych zmian, rywalizacji i konieczności innowacji, rozkwitły liczne szkoły filozoficzne, z którego to powodu w chińskiej tradycji ta epoka jest znana jako okres Stu Szkół.

Najsłynniejszym z działających wówczas mistrzów miał się okazać Konfucjusz (551-479 p.n.e.), uważany za twórcę konfucjanizmu, systemu filozoficzno-religijnego, który głosi, że zbudowanie idealnego społeczeństwa i osiągnięcie pokoju na świecie jest możliwe pod warunkiem przestrzegania obowiązków wynikających z hierarchii społecznej oraz zachowania tradycji, czystości, ładu i porządku. Konfucjanizm rozpowszechnił się w Chinach i Korei a także w Wietnamie i Japonii, stając się doktryną państwowo-religijną tych krajów, kształtującą ich politykę i obyczaje do czasów współczesnych. Duch konfucjanizmu jest w wielu krajach Dalekiego Wschodu wciąż żywy i głęboko zakorzeniony w świadomości wielu ludzi, spełniając podobną rolę kulturową jak wartości chrześcijańskie w krajach Zachodu.

Drugim tradycyjnym chińskim systemem filozoficznym i religijnym, obok konfucjanizmu, był taoizm. Przyjęto, że twórcą taoizmu był Laozi, żyjący w VI w. p.n.e. Był więc współczesny Konfucjuszowi. System ten powstał w II i III wieku n.e. Ideałem taoistów było proste życie zgodne z naturą. Próba zmiany naturalnego porządku, to źródło wszelkiego zła. Podstawowa zasada taoizmu mówiła, że należy pozwolić rzeczom istnieć zgodnie z naturą, a zdarzenia mają biec, jak mają, bez wszelkiej ingerencji i narzucania czegokolwiek. Taoizm, w przeciwieństwie do konfucjanizmu, był otwarty na zapożyczenia z innych wierzeń. W różnych okresach otwierał się na elementy konfucjanizmu, szamanizmu, buddyzmu, chrześcijaństwa i manicheizmu.

Dynastia Han (206 p.n.e. – 220 n.e.)

W 124 roku p.n.e. cesarz Wu utworzył Uniwersytet Cesarski, na którym miano uczyć konfucjańskiego pięcioksięgu. To tych dzieł dotyczył edykt o spaleniu ksiąg.

Palenie ksiąg i grzebanie uczonych, to okres w historii Chin pomiędzy 213 a 206 rokiem p.n.e., w którym prowadzono politykę niszczenia klasycznych ksiąg chińskich i prześladowania konfucjańskich uczonych. Politykę tę realizowano za pierwszego cesarza dynastii Qin (221-207 p.n.e.), który został do niej przekonany przez swego kanclerza Li Si. Li Si był reprezentantem legizmu i podjął próbę zlikwidowania konkurencyjnych szkół filozoficznych, nakazując zniszczenie ich tekstów kanonicznych. Wyjątkiem miały być jedynie teksty legistyczne, a także poświęcone kwestiom praktycznym, jak m.in. medycyna, rolnictwo, wróżbiarstwo. Legiści głosili pragmatyczną zasadę przestrzegania wszystkich jasno napisanych i ogłoszonych publicznie praw wydanych przez prawowitego władcę, niezależnie od ich moralnego znaczenia. W obliczu prawa wszyscy powinni być równi.

Od tej pory, tj. od 124 roku p.n.e., żyjący do niedawna na marginesie konfucjaniści zaczęli korzystać z cesarskiego patronatu i ich nauczanie zdominowało dziedzictwo pozostałych Stu Szkół. To wszystko miało jednak swoją cenę. Gdy w cesarstwie wykrystalizowała się ideologiczna ortodoksja, swoboda myślenia, charakterystyczna dla Stu Szkół, odeszła do przeszłości. W przeciwieństwie do cesarstwa Qin, Han nie sprawowało ideologicznej kontroli poprzez prześladowania inaczej myślących, chociaż okazjonalnie także i one się zdarzały, ale raczej poprzez hojne wspieranie cesarskich uczonych, w taki sposób, że myśliciele nie związani z dworem znajdowali się na politycznym i intelektualnym marginesie.

Pięcioksiąg konfucjański to zestaw pięciu ksiąg klasycznych w Chinach. Ich autorstwo tradycja przypisuje Konfucjuszowi, jednak z ustaleń sinologów wynika, że pierwsze trzy księgi powstały jeszcze przed Konfucjuszem. Pierwotnie istniała jeszcze szósta księga, która zaginęła pod koniec panowania dynastii Zhou. Księgi Pięcioksięgu konfucjańskiego wraz z Czteroksięgiem konfucjańskim odgrywają w Chinach rolę podobną do Biblii w społeczeństwach zachodnich. Stanowią podstawę etyki i filozofii. Oryginalne teksty Pięcioksięgu zostały spalone w III w. p.n.e. z rozkazu cesarza Shi Huangdi. Odtworzono je w okresie dynastii Han na podstawie przekazów ustnych i zachowanych fragmentów.

Czteroksiąg konfucjański to zbiór czterech najważniejszych ksiąg stanowiących wykładnię filozofii konfucjańskiej. Zostały one zebrane przez filozofa Zhu Xi (1130-1200) jako uzupełnienie Pięcioksięgu konfucjańskiego.

Pojawia się tu uderzające podobieństwo. Mamy Pięcioksiąg Mojżesza, czyli Torę. Jej uzupełnieniem, tłumaczeniem, interpretacją jest Talmud, który składa się z dwóch części: Miszny (wykład, powtórzenie) i Gemary (zakończenie, zamknięcie). Uporządkowanie tej drugiej połowy zakończono około 500 r. n.e. Nie wiem czy jest to zbieżność przypadkowa, czy – nie, ale jest. Pięcioksiąg Mojżesza – Pięcioksiąg konfucjański. Talmud – Czteroksiąg konfucjański.

Dynastia Sui (589-619)

Za panowania dynastii Sui buddyzm stał się religią państwową. Zbudowano wiele świątyń, wzniesiono dziesiątki tysięcy posągów. Szkoły i świątynie konfucjańskie zamykano. Podejmowano gigantyczne roboty publiczne, jak rozbudowa Wielkiego Muru i budowa Wielkiego Kanału. Ciągłe wojny, a także prowadzone na wielką skalę roboty publiczne, znacznie osłabiły cesarstwo. Wywołało to falę powstań, które doprowadziły do upadku tej dynastii.

Dynastia Tang (619-907)

Za panowania dynastii Tang nastąpiło zjednoczenie ziem chińskich, rozwój ekonomiczny i kulturalny. Stworzone wówczas wzorce zostały przejęte przez kraje ościenne (Korea i Japonia). Kontrolowano ziemie obecnego Afganistanu. Zwierzchność Chin uznały Czampa (środkowy i południowy Wietnam) i Kambodża. Szerokie kontakty z zagranicą oraz korzystna sytuacja polityczna i gospodarcza stworzyły dogodne warunki do rozwoju nauki i kultury; rozwinęła się astronomia, matematyka, kartografia. W VIII w. rozpowszechnił się druk ksylograficzny; słynne chińskie wynalazki: papier, porcelana i sztuka drukarska zaczęły przenikać do innych państw; do Chin dotarły zoroastryzm, manicheizm, islam i chrześcijaństwo nestoriańskie (doktryna, według której Jezus Chrystus był zwykłym człowiekiem).

Dynastia Yuan (1279-1368)

W latach 1351-1368 wybuchło ludowe powstanie Czerwonych Turbanów przeciwko tej mongolskiej dynastii. Bezpośrednią przyczyną jego wybuchu była działalność mesjanistycznej sekty religijnej Białego Lotosu. W latach 40-tych XIV wieku rząd mongolski skierował 150 tysięcy chłopów do naprawy uszkodzonych wałów nad rzeką Huang He. Wyznawcy Białego Lotosu rozpoczęli akcję agitacyjną wśród chłopów. Nazwa Czerwone Turbany powstała od charakterystycznych czerwonych nakryć głowy noszonych przez chłopów powstańczej armii.

Stowarzyszenie Białego Lotosu to nazwa chińskich stowarzyszeń o charakterze religijnym i religijno-politycznym. Pierwsze stowarzyszenie pod tą nazwą powstało w 402 roku, gdy Huiyuan (wczesny buddysta chiński) zgromadził grupę 123 (przypadkowa liczba?) wyznawców kultu przed posągiem buddy Amitabhny, gdzie ślubował odrodzić się w Zachodnim Raju buddy Amiabhy-Sukhawati. Była to pierwsza znana organizacja Czystej Krainy, tzw. Stowarzyszenia Białego Lotosu. Cele organizacji były wyłącznie religijne: wspólne kontynuowanie praktyk Szkoły Czystej Krainy oraz propagowanie kultu buddy Amitabhy. Amitabha – Nieskończone Światło, czyli także Amitajus – Nieskończone Życie.

W okresie panowania mongolskiej dynastii Yuan zostało ono oficjalnie uznane dwoma dekretami z 1281 i 1308 roku. Jednak w 1313 stowarzyszenie otrzymało zakaz propagowania swoich nauk. W 1322 roku jego działalność znów została zakazana. I w tym czasie nastąpiła zmiana. Zaczęło ono czcić także bóstwa niebuddyjskie. Było to już tajne stowarzyszenie. Pod względem religijnym jego członkowie już wtedy wyznawali synkretyczne połączenie buddyzmu i taoizmu, głosząc nadejście buddy Maitrei. Ze względu na to, że budda Maitreja ma ustanowić nowy ład, kult ten łączył się często z rewolucyjnymi ruchami, najczęściej chłopskimi. Sekty związane z tym kultem stawały na czele powstań i buntów. Tajne stowarzyszenia kultu Maitrei istniały jeszcze w XX wieku. Jego historia nadała impet mesjanistycznym ruchom w Chinach. Często przywódcy tych ruchów byli uważani za proroków lub nawet inkarnacje Maitrei.

Stowarzyszenie Białego Lotosu prowadziło silną agitację wśród chłopów, doprowadzając do wybuchu w 1351 roku antymongolskiego powstania Czerwonych Turbanów pod wodzą Hana Shantonga. Hasłem jego powstania był slogan „Kraj jest w wielkim pomieszaniu i Maitreja schodzi, aby się odrodzić”. Powstanie zostało stłumione przez Mongołów w 1363 roku. Otworzyło jednak drogę do zwycięstwa powstaniu chłopskiemu Zhu Yuanzhanga (byłego członka Czerwonych Turbanów), który założył dynastię Ming (1368-1644). Po objęciu tronu Zhu Yuanzhang zwrócił się przeciwko Stowarzyszeniu Białego Lotosu. Jego członkowie wywołali powstanie, które zostało stłumione, a przywódcy ugrupowania zostali straceni.

Stowarzyszenie Białego Lotosu uaktywniło się na nowo w XVIII wieku, działając przeciwko mandżurskiej dynastii Qing (1644-1911) i wszczynając dwa powstania w Shandongu w roku 1774 (powstanie Wang Luna) i na pograniczu Syczuanu, Shaanxi i Hubei w latach 1796-1805. Pomimo stłumienia powstania w 1804 roku nie udało się zniszczyć stowarzyszenia, które dało początek kilku niezależnym organizacjom, które także wywoływały powstania, m.in. Stowarzyszenie Ośmiu Trygramów, Stowarzyszenie Niebiańskiego Porządku, czy Pięść w Imię Sprawiedliwości (bokserzy).

Dynastia Ming (1368-1644)

Po wypędzeniu Mongołów władze w Chinach objęła dynastia Ming. W pierwszym okresie jej panowania, do połowy XV wieku, nastąpiła konsolidacja cesarstwa i towarzysząca jej ekspansja terytorialna. Następnie podupadło ono nieco. A po 1520 roku przeżyło tzw. drugi renesans, zwłaszcza w dziedzinie kultury. Do Chin przybyli drogą morską pierwsi Europejczycy. Portugalczycy w 1557 założyli enklawę kolonialną w Makau, Holendrzy w 1624 osiedlili się na Tajwanie, a w 1637 roku w Kantonie pojawili się Anglicy. Zintensyfikowali swą działalność misjonarze, zwłaszcza jezuici.

W tym okresie wystąpiły istotne zmiany w Mandżurii. W 1608 roku Nurhaczi zjednoczył plemiona mandżurskie. W 1617 Mandżurowie zajęli ziemie do linii Wielkiego Muru, a w 1620 roku podbili Koreę. W cesarstwie w 1628 roku wybuchło kolejne powstanie chłopskie pod wodzą Li Zichenga (chiński chłop). W 1644 powstańcy wkroczyli do Pekinu. Ostatni cesarz Mingów popełnił samobójstwo. Jeden z dowódców wojsk cesarskich, gen. Wu Sangui, na wiadomość o śmierci władcy wezwał na pomoc Mandżurów, którzy zajęli Pekin, zmuszając powstańców i ich przywódcę do ucieczki. Na tronie chińskim osadzili potomka Nurhaczego, a swoją dynastię nazwali Qing.

Dynastia mandżurska Qing (1644-1911)

Władzę w podbitych Chinach oparli Mandżurowie na bezwzględnej dominacji elementu mandżurskiego. Chińczycy zostali zmuszeni do noszenia warkoczy jako oznaki poddaństwa wobec Mandżurów. Zdobywcy zachowali swą wojskowo-plemienną strukturę społeczną (podział ludności na Osiem Chorągwi), przejęli jednak bez zmian chiński system administracyjny. Językiem urzędowym, oprócz chińskiego, stał się także mandżurski. Nowa dynastia doceniła korzyści płynące ze społecznej teorii konfucjanizmu. Imperium Qingów bywa określane mianem „cesarstwa konfucjańskiego”. Feudalizm biurokratyczny przeżył wówczas szczyt rozwoju, a nieodłącznym elementem życia społecznego stało się przekupstwo.

Jedną z charakterystycznych cech dynastii Qing był szybki wzrost ludności Chin, od ok. 300 mln w 1787 do ok. 430 mln przed 1850. Czynnik demograficzny zaczął odtąd odgrywać istotną rolę w dalszym rozwoju tego kraju. Szybki przyrost ludności stał się przyczyną chińskiej emigracji do państw Azji Południowo-Wschodniej.

Wpływy kolonialne w Chinach

W XVII wieku do Chin zaczęły przybywać liczne misje handlowe i polityczne z Rosji, Holandii, Wielkiej Brytanii, Portugalii i Francji. W 1757 roku, chcąc bronić się przed wpływami zagranicy i importem towarów, rząd mandżurski zamknął dla cudzoziemskich statków wszystkie porty oprócz Kantonu. Wielkie zapotrzebowanie na herbatę, jedwab i porcelanę zmusiło kraje europejskie, a przede wszystkim Wielką Brytanię, do poszukiwania sposobów zbilansowania ujemnego salda w handlu z Chinami. Do cesarstwa zaczęto przywozić opium. W krótkim czasie narkomania w społeczeństwie chińskim przybrała tak duże rozmiary, że urzędnicy zaczęli przypisywać jej nadmierny odpływ srebra za granicę. W 1839 roku w Kantonie dokonano zniszczenia zapasów opium należących do kupców brytyjskich.

W latach 1839-1841 miał miejsce zbrojny konflikt pomiędzy Chinami a Wielką Brytanią, zwany I wojną opiumową. Na skutek wojny, zwycięska Wielka Brytania na mocy traktatu nankińskiego, zawartego 29 sierpnia 1842 roku, zmusiła Chiny do otwarcia niektórych portów w Kantonie, Fuzhou, Xiamen, Ningbo i Szanghaju dla statków europejskich, odstąpienia Brytyjczykom Hongkongu oraz opłacenia wysokiej kontrybucji. Podobne traktaty podpisały Chiny w 1844 roku ze Stanami Zjednoczonymi i Francją. Ich skutkiem było powstanie eksterytorialnych dzielnic europejskich, tzw. koncesji, w większych portach i miastach.

Sytuacja po pierwszej wojnie opiumowej sprzyjała aktywizacji tajnych stowarzyszeń o charakterze antymandżurskim i antyfeudalnym, takich jak Stowarzyszenie Białego Lotosu, Związek Triady, Związek Starszych Braci. W 1850 roku doszło w południowo-wschodniej części kraju do wybuchu jednego z największych w dziejach Chin chłopskiego powstania tajpingów (1851-1864), w którym zginęło co najmniej 20 milionów ludzi. W tym samym czasie w północnej części miało miejsce powstanie Nian (1853-1868), niewiele mniej niszczycielskie i muzułmańskie powstanie w południowo-zachodnich (1855-1873) i północno-zachodnich (1862-1877) Chinach.

Przywódcą powstania tajpingów był charyzmatyczny mistyk Hong Xiuquan. Kierując się ideą powszechnej równości i braterstwa proklamował on w sierpniu 1851 roku utworzenie Niebiańskiego Królestwa Wielkiego Pokoju, od którego chińskiej nazwy pochodzi nazwa powstania. Sam siebie obwołał władcą. Ogłosił też nową religię, będącą mieszanką chrześcijaństwa i konfucjanizmu. Wprowadzała ona purytańskie zasady moralne, wspólną własność majątkową, równy podział ziemi, równość kobiet i mężczyzn, mandarynów i chłopów itp., surową dyscyplinę i wojskową organizację. Znakiem tajpingów była żółta przepaska na głowie i długie włosy bez warkoczyka. Tak pisze o nowej religii Wikipedia, ale tak naprawdę ta nowa religia, to stary, żydowski komunizm, propagowany przez nich od czasów antycznych. Główną przyczyną upadku powstania w 1864 roku była interwencja mocarstw zachodnich: Wielkiej Brytanii i Francji.

W latach 1856-1860 nastąpił dalszy etap agresji mocarstw europejskich przeciwko Chinom, tzw. II i III wojna opiumowa. W efekcie nastąpiły dalsze ustępstwa Chin. Po śmierci cesarza Tongzhi (z dynastii Qing) w 1861 roku, w wyniku przewrotu pałacowego, rządy przejęła cesarzowa-wdowa Cixi, która po uzyskaniu zbrojnego poparcia Wielkiej Brytanii i Francji stłumiła powstanie tajpingów. Nadal jednak wybuchały lokalne powstania antymandżurskie, inspirowane najczęściej przez tajne organizacje, związane z Białym Lotosem. Wojna japońsko-chińska (1894-1895) zapoczątkowała faktyczny podział Chin na strefy wpływów obcych mocarstw i praktycznie nieograniczoną penetrację obcego kapitału w cesarstwie Qingów.

Pod koniec XIX wieku zaczęły powstawać pierwsze chińskie przedsiębiorstwa kapitalistyczne. Ich rozwój nie był chroniony przez rząd qingowski przed zagraniczną konkurencją. W kołach młodej burżuazji, właścicieli ziemskich i inteligencji pojawiały się tendencje reformatorskie, przede wszystkim dotyczące systemu oświaty, organizacji armii, rozwoju przemysłu i rolnictwa. Przywódcą środowisk zwolenników reform był Kang Youwei, który zdobył zaufanie cesarza Guangxu (1875-1908) i pod jego auspicjami rozpoczął realizację reform. Po stu dniach (1898) cesarzowa Cixi położyła kres przemianom. Cesarz został internowany, część reformatorów ujęta i stracona.

Rewolucja chińska

Napięcia społeczne w cesarstwie Qingów narastały. Nadal działały różne tajne stowarzyszenia. W 1898 roku w północno-wschodnich Chinach wybuchło powstanie bokserów (1898-1901), zorganizowane przez stowarzyszenie Yihequan (Pięść w imię sprawiedliwości i pokoju). Tak potocznie określa się członków tajnego stowarzyszenia. „Pięść” była jedną z grup wywodzących się z antymandżurskiego Stowarzyszenia Białego Lotosu. Słowo „pięść” (i w dalszej kolejności „bokserzy”) pochodzi od sztuki walk ćwiczonych przez członków ruchu. Bokserzy praktykowali także rozmaite techniki szamańskie, wprowadzając się przed walką w mistyczny trans.

Dwa lata później, w 1900 roku, powstańcy wkroczyli do Pekinu i zablokowali dzielnicę misji dyplomatycznych. Interwencja (1900-1901) Niemiec, Stanów Zjednoczonych, Wielkiej Brytanii, Francji, Japonii, Rosji, Austro-Węgier i Włoch zakończyła się podpisaniem tzw. protokołu końcowego, w myśl którego Chiny miały w ciągu 39 lat spłacić kontrybucję 450 mln taeli. Ochronę ambasad w Pekinie miały sprawować obce wojska. Powstanie bokserów upadło.

W ostatnich latach XIX wieku Chiny nawiedził szereg klęsk żywiołowych, m.in. wystąpienie z brzegów Żółtej Rzeki i dwuletnia susza. Prorocy różnych buddyjskich i taoistycznych sekt winą za te wydarzenia obarczali cudzoziemców, którzy zakłócili istniejącą harmonię natury, budując koleje żelazne i otwierając kopalnie. Klęska żywiołowa spowodowała wzrost przestępczości na niespotykaną dotąd skalę. W obawie przed rabusiami napadającymi na wioski chłopi powierzali swoją ochronę tajnym stowarzyszeniom.

W 1905 roku walkę o wyzwolenie Chin podjęła Liga Związkowa (brzmi to podobnie jak Liga Polska, poprzedniczka Ligi Narodowej) założona w 1905 roku przez Sun Jat-sena. W 1907 roku sformułował on program Ligi w postaci 3 zasad:

  • nacjonalizmu (obalenie dynastii Qing)
  • demokracji (ustanowienie republiki)
  • dobrobytu ludu (zrównanie w prawach do ziemi)

W 1911 roku z inspiracji Ligi Związkowej wybuchło powstanie w Wuchangu, które zapoczątkowało rewolucję Xinhai. 29 grudnia 1911 roku w Nankinie zgromadzenie przedstawicieli zrewolucjonizowanych prowincji proklamowało Republikę Chińską i wybrało Sun Jat-sena na tymczasowego prezydenta. 12 lutego 1912 opublikowano edykt o detronizacji dynastii Qing.

Wuhan

Miasto Wuhan powstało przez połączenie trzech miast: Hankou, Hanyangu i Wuchangu. Na mocy zwartego miedzy Chinami, Francją i Imperium Brytyjskim traktatu tiencińskiego, kończącego II wojnę opiumową, otwarto Hankou dla handlu zagranicznego, co dało dodatkowy impuls do rozwoju gospodarczego trzech sąsiadujących ze sobą miast. W latach 1861-1896 przyznano w Hankou koncesje Brytyjczykom, Francuzom, Niemcom, Japończykom oraz Rosjanom, dzięki czemu powstało w tym mieście wiele zagranicznych przedsiębiorstw zajmujących się handlem i spedycją.

Hankou, Wuchang i Hanyang odegrały ważną rolę w XX-wiecznej historii Chin. W 1911 roku wybuchło powstanie w Wuchangu, które dało początek rewolucji Xinhai, w wyniku której doszło do obalenia dynastii Qing i proklamowania Republiki Chińskiej. Obszar dzisiejszego Wuhanu był główną areną walk pomiędzy siłami cesarskimi a rewolucjonistami, których nadrzędnym celem było zdobycie arsenału w Hanyangu. Obecne miasto Wuhan powstało w 1949 roku z połączenia trzech wspomnianych miast. W latach 50-tych XX wieku nastąpił szybki rozwój przemysłu, głównie ciężkiego i tekstylnego. W 1958 roku w mieście utworzono Wuhański Instytut Wirusologii, którego częścią jest otwarte w 2017 roku Narodowe Laboratorium Bezpieczeństwa Biologicznego, gdzie bada się niebezpieczne patogeny m.in. SARS i wirusa Ebola.

Sun Jat-sen

Sun Jat-sen urodził się w 1866 roku w rodzinie biednych chłopów. W 1879 został ściągnięty na Hawaje przez swojego starszego brata. Po ukończeniu szkoły podstawowej rozpoczął naukę w college’u „lolani School”, w którym uczył się języka angielskiego, historii Wielkiej Brytanii, matematyki, przyrody i religii chrześcijańskiej. W 1884 lub 1885 roku w czasie studiów medycznych w Hongkongu został ochrzczony przez amerykańskiego misjonarza. Uczęszczał do kościoła Tsai, założonego w 1888 roku przez brytyjską organizację misyjną London Missionary Society. Sun widział w rewolucji zjawisko podobne do misji zbawienia w kościołach chrześcijańskich, a jego nawrócenie na chrześcijaństwo wpłynęło na jego rewolucyjne idee.

Republika Chińska (1911-1949)

Brak przygotowania działaczy demokratycznych do przejęcia władzy po upadku dynastii Qing zmusił ich do kompromisu. 21 grudnia 1911 roku Sun przyjechał do Szanghaju, a następnie w trakcie spotkania w Nankinie został wybrany tymczasowo na prezydenta. W lutym 1912 roku zrzekł się prezydentury na rzecz generała Yuan Shikaia, będącego cesarskim ministrem. W ten sposób doszło do podziału władzy pomiędzy rewolucjonistów a dawnych zwolenników cesarza. W marcu 1912 uchwalono w Nankinie tymczasową konstytucję republiki. W sierpniu Sun Jat-sen założył partię polityczną Kuomintang, w której skład weszła Liga Związkowa i inne liberalne ugrupowania. Wybory w 1912 okazały się dla Kuomintangu wielkim sukcesem. Partia zdobyła 296 z 596 mandatów w izbie niższej i 123 z 274 w wyższej. W listopadzie 1912 roku Yuan Shikai zdelegalizował Kuomintang, rozwiązał parlament i wprowadził dyktaturę. To doprowadziło do walki pomiędzy Sunem a Yuanem. W kraju doszło do drugiej rewolucji, w trakcie której Sun i wojska wierne Kuomintangowi próbowały obalić reżim Yuana.

W 1915 roku Yuan ogłosił przywrócenie w Chinach monarchii, a sam koronował się na cesarza. To wszystko z pomocą Japończyków, którzy wykorzystując dążenia Yuana do władzy, w styczniu 1915 roku wysunęli 21 żądań warunkujących udzielenie pomocy. Domagali się oni m.in. udziału Japonii w kierowaniu polityką, finansami i wojskiem. Yuan przyjął te warunki i w grudniu ogłosił się cesarzem i wkrótce zmarł w 1916 roku. Władzę w Pekinie przejął po nim rząd Duana Qirui.

Walki wewnętrzne zapoczątkowały w Chinach tzw. erę militarystów, w trakcie której rzeczywistą władzę w wielu rejonach przejęli lokalni watażkowie. W rezultacie tych walk południowe Chiny pozostawały pod silnymi wpływami Kuomintangu, natomiast na północy faktyczną władzą podzieliło się kilku generałów. W latach 1912-1927 w południowych Chinach działały trzy rządy: Tymczasowy Rząd Nankiński (1912), wojskowy rząd w Kantonie (1921-1925) i Rząd w Kantonie, a następnie w Wuhanie (1925-1927). Rządy w południowych Chinach działały w opozycji do rządu pekińskiego na północy. Tam Kuomintang został zdelegalizowany przez Yuana, a tymczasowym zamiennikiem partii była Chińska Partia Rewolucyjna.

W trakcie I wojny światowej nastąpiło osłabienie nacisku politycznego i gospodarczego ze strony Wielkiej Brytanii, Francji, Niemiec i Rosji, zajętych wojną w Europie. Wzmocniły się natomiast wpływy Japonii i Stanów Zjednoczonych. Odrzucenie na paryskiej konferencji pokojowej w 1919 roku żądań chińskich w sprawie unieważnienia przywilejów i praw obcych mocarstw na ich terytorium, a także zwrotu poniemieckiego terytorium koncesyjnego w Shandongu (Szantung – prowincja na wschodnim wybrzeżu) wywołało masowe demonstracje, zwane jako Ruch 4 maja. Ten ruch to był zalążek KPCh.

Kuomintang został restaurowany 10 października 1919 roku, gdy Sun utworzył nowe ugrupowanie legitymujące się tą nazwą. Sam mianował się generalissimusem nowych władz. Po bezskutecznych próbach uzyskania pomocy od mocarstw zachodnich, jak i od Japonii, zwrócił się do ZSRR. Radziecki dyplomata Adolf Joffe odwiedził go w Szanghaju w 1922 i 1923 roku. Umowa pomiędzy rządem Suna a ZSRR została spisana w Manifeście Sun-Joffe ze stycznia 1923 roku. W kraju zaczęły organizować się kółka marksistowskie, z których w 1921 roku powstała Komunistyczna Partia Chin. W październiku 1923 roku Michaił Borodin, przedstawiciel Kominternu, przyjechał do Szanghaju i zdobył zaufanie Sun Jat-sena. Na początku 1924 roku Sunowi udało się zreorganizować i scalić Kuomintang w hierarchiczną strukturę, wzorowaną na partii bolszewickiej. Na mocy jego polecenia delegaci Kuomintangu wybrali do jego komitetu wykonawczego trzech przedstawicieli komunistów i zgodzili się na powołanie akademii wojskowej, na czele której stanął Czang Kaj-szek.

W 1924 komuniści nawiązali współpracę z Kuomintangiem, przekształconym w partię narodowo-rewolucyjną. Ta współpraca doprowadziła m.in. do utworzenia Armii Narodowo-Rewolucyjnej, podległej rządowi w Kantonie. Odegrała ona znaczną rolę w wojnie domowej lat 1924-1927. W celu doprowadzenia do zwołania ogólnokrajowego Zgromadzenia Narodowego Sun Jat-sen w imieniu rządu w Kantonie udał się na rokowania z rządem pekińskim, lecz jego śmierć w 12 marca 1925 roku przerwała jego misję. Chiny ogarnęła fala strajków, przeciw którym rząd w Pekinie zastosował ostre represje, co z kolei wywołało wspólne wspólne wystąpienia robotników, studentów a także kupców. Demonstracje te, znane jako Ruch 30 maja, sprzyjały podjęciu akcji wojennej przeciwko generałom sprawującym władzę na północy Chin. – A protesty na placu Niebiańskiego Spokoju w 1989 roku nazywa się w Chinach kontynentalnych incydentem z 4 czerwca.

Wojna Kuomintangu z komunistami

Armia Narodowo-Rewolucyjna rozpoczęła 9 lipca 1926 działania znane jako „ekspedycja północna”. Była to wielka kampania militarna przeprowadzona przez siły Kuomintangu w latach 1926-1928. Jej efektem było pokonanie rządzących na północy Chin militarystów i zjednoczenie kraju. Dowodzący tą armią Czang Kaj-szek, następca Sun Jat-sena, 12 kwietnia 1927 roku zerwał współpracę z komunistami, dokonał masakry ich zwolenników i utworzył nowy rząd w Nankinie. 1 sierpnia 1927 w Nanchangu wybuchło powstanie kierowane przez KPCh pod wodzą m.in. Zhou Enlaia. Tego samego roku w prowincji Hunan i częściowo w prowincjach Jiangxi i Guangdong wybuchło, pod przywództwem Mao Zedonga (za mojej młodości wymawiało się Mao Ce-tung), „powstanie jesiennych zbiorów” – jaka piękna nazwa! Oba te powstania uważa się za początek II rewolucyjnej wojny domowej (1927-1937). Powstanie w Nanchangu uznaje się za początek formowania Chińskiej Armii Ludowo-Wyzwoleńczej. W następstwie tych powstań w środkowych i południowych prowincjach prowincjach Chin powstały liczne tereny pod wyłączną kontrolą KPCH. Stały się one bazami rewolucyjnymi. Wojska kuomintangowskie na rozkaz Czang Kaj-szeka próbowały je zlikwidować podczas tzw. kampanii okrążających w latach 1930-1934. Cztery pierwsze zostały odparte, ale w czasie piątej przewaga wojsk Kuomintangu była tak znaczna, że komuniści zdecydowali opuścić swoje bazy. W czasie Wielkiego Marszu przedarli się oni do prowincji Shaanxi (na północy), gdzie utworzyli nową bazę w okolicy miasta Yan’an.

Mandżuria

18 września 1931 roku japońska Armia Kwantuńska wysadziła w powietrze odcinek należącej do Japonii Kolei Południowomandżurskiej i oskarżyła o sabotaż Chiny. W ten sposób rozpoczęły się działania zbrojne w Mandżurii. 9 marca 1932 roku Japończycy proklamowali utworzenie marionetkowego Państwa Mandżurskiego (Madżuko). Po opanowaniu Mandżurii uderzyli 7 lipca 1937 roku na Chiny właściwe. I tak rozpoczęła się wojna chińsko-japońska (1937-1945). Jej wybuch doprowadził do porozumienia komunistów z Kuomintangiem i utworzenia wspólnego frontu antyjapońskiego. W latach 1937-1945 Japończycy opanowali znaczne obszary Chin z Pekinem, Szanghajem, Nankinem, Kantonem, Wuhanem. Wojska chińskie kontrolowały obszar środkowych i zachodnich Chin.

Wojna na Pacyfiku

Rozpoczęcie przez Japończyków 7 grudnia 1941 roku wojny przeciw Stanom Zjednoczonym na Pacyfiku odciągnęło część sił japońskich z terenu Chin. O klęsce Japonii przesądziło zrzucenie przez Amerykanów bomb atomowych na Hiroszimę i Nagasaki w dniach 6 i 9 sierpnia 1945 roku oraz wojna wypowiedziana 9 sierpnia przez ZSRR Japonii. Armia Czerwona zajęła Mandżurię.

Po kapitulacji Japonii 2 września 1945 roku doszło wskutek mediacji amerykańskiego generała George’a Marshalla do porozumienia KPCh z Kuomintangiem w sprawie utworzenia rządu koalicyjnego w październiku 1945 roku. Jednak Czang Kaj-szek podjął działania zbrojne przeciwko siłom komunistycznym, co zapoczątkowało III rewolucyjną wojnę domową (1946-1949). Początkowo wojska Kuomintangu odnosiły sukcesy, ale w lipcu 1947 komuniści przeszli do zwycięskiej ofensywy. W zajętym Pekinie Mao Zedong proklamował 1 października 1949 roku utworzenie Chińskiej Republiki Ludowej. Do końca 1949 roku Chiny zostały opanowane przez siły komunistyczne. Czang Kaj-szek i rząd Kuomintangu znaleźli schronienie na wyspie Formozie (Tajwan) i tam przetrwała Republika Chińska.

Rok 1972

To był rok przełomowy. Chiny nawiązały stosunki dyplomatyczne z USA. Antony Sutton w swojej książce Skull and bones; Tajemna elita Ameryki pisze:

»W 1971 roku Nixon mianował George’a „Poppy” (poppy – mak, opium; zapewne aluzja do tego, że rodzina Bushów była zamieszana w handel narkotykami – przyp. W.L.) Busha (wtajemniczony w roku 1948) ambasadorem Stanów Zjednoczonych przy Organizacji Narodów Zjednoczonych, nie biorąc pod uwagę faktu, że Bush nie miał żadnego doświadczenia w dyplomacji. Jako główny delegat Stanów Zjednoczonych był odpowiedzialny za obronę będącej pierwotnym, wolnorynkowym członkiem Organizacji Narodów Zjednoczonych Republiki Chińskiej przed atakiem komunistycznych Chin. Mając do dyspozycji ogromną potęgę Stanów Zjednoczonych, Bush poniósł sromotną klęskę. Republika została usunięta z Organizacji Narodów Zjednoczonych, a jej miejsce zajęły komunistyczne Chiny. Niedługo po tej porażce Bush odszedł z Organizacji Narodów Zjednoczonych i objął funkcję przewodniczącego Krajowego Komitetu Partii Republikańskiej.

Nie jest to miejsce na opowiadanie całej historii amerykańskiego zaangażowania w Chinach. Zaczęło się ono od ingerencji Wall Street w rewolucję Sun Jat-sena w 1911 roku, który to epizod nie zapisał się jeszcze w świadomości opinii publicznej.

Podczas II wojny światowej Stany Zjednoczone pomogły chińskim komunistom w zdobyciu władzy. Autorytet w sprawach związanych z Chinami Chin-tung Liang napisał w swojej książce na temat generała Josepha W. Stilwella, w latach 1942-1944 będącego głównym przedstawicielem Stanów Zjednoczonych w Chinach, że: „Z punktu widzenia walki z komunizmem [Stilwell] bardzo źle przysłużył się Chinom”.

Stilwell był jednak jedynie wykonawcą rozkazów wydawanych w Waszyngtonie przez generała George’a C. Marshalla. Admirał Cooke oświadczył Kongresowi: „w 1946 roku generał Marshall użył taktyki przerwy w dostawie amunicji, by w niezauważalny sposób rozbroić chińskie oddziały”.

W przypadku generała Marshalla należy jednak pamiętać, że w Stanach Zjednoczonych to władze cywilne mają ostatnie słowo w sprawach związanych z wojskowością, co prowadzi nas do ówczesnego sekretarza wojny Henry’ego L. Stimsona – zwierzchnika Marshalla i członka zakonu (od 1888 roku). Zadziwiającym zbiegiem okoliczności Stimson sprawował funkcję sekretarza wojny także w roku 1911, czyli w czasie rewolucji Sun Jat-sena.

Historia zdradzenia Chin i roli, jaką odegrał w tym Zakon ukaże się dopiero w kolejnym tomie. Tymczasem pragniemy jedynie zwrócić uwagę na decyzję o budowie komunistycznych Chin jako nowego ramienia dialektyki. Decyzja ta podjęta za rządów prezydenta Richarda Nixona, a w czyn wprowadził ją Henry Kissinger (Chase Manhattan Bank) i George „Poppy” Bush (Zakon).

W chwili, gdy książka ta zostanie oddana do druku (początek 1984 roku) Bechtel Coropration zakłada nową firmę, Bechtel China Inc., zajmującą się realizacją kontraktów inżynieryjnych i budowlanych dla chińskiego rządu. Nowym prezesem Bechtel China Inc. Został Sydney B. Ford, były kierownik do spraw marketingu Bechtel Civil & Minerals Inc. Obecnie Bechtel pracuje nad studiami dla China National Coal Development Corporation i China National Offshore Oil Coropration – obie są rzecz jasna chińskimi organizacjami komunistycznymi.

Wygląda na to, że Bechtel pełni obecnie podobną funkcję, jaka swego czasu przypadła mającej siedzibę w Detroit Albert Kahn Inc. – firmie, która w 1928 roku zajęła się wstępnymi studiami i planowaniem pierwszego radzieckiego planu pięcioletniego.

Około roku 2000 komunistyczne Chiny będą „supermocarstwem” zbudowanym dzięki amerykańskiej technologii i amerykańskim umiejętnościom. Celem Zakonu jest prawdopodobnie doprowadzenie do konfliktu pomiędzy tą potęgą a Związkiem Radzieckim.

Nie ulega wątpliwości, że Betchel wykona swoje zadanie. Dla firmy tej pracuje były dyrektor CIA, Richard Helms, a także sekretarz stanu George Schultz i sekretarz obrony Caspar Weinberg. Gdyby jakiś waszyngtoński planista zajmujący się bezpieczeństwem narodowym wychylił się na tyle, by zaprotestować, będzie miał do czynienia z potężna i wpływową grupą.«

Uwagi końcowe

Informacje podawane przez Wikipedię są prezentowane w sposób chaotyczny i niespójny. Czasem nawet jedne przeczą drugim. To jest szczególnie widoczne, gdy korzysta się z linków w tekście podstawowym. Stąd też i mój przekaz może być trudny i męczący w odbiorze. Na pocieszenie mogę tylko powiedzieć, że ja też się męczyłem, gdy próbowałem zrozumieć, o co w tym wszystkim chodziło, a może chodzi, bo przecież to nadal trwa. Niemniej jednak i w tym chaosie można wyłowić fakty, które skłaniają do refleksji. To, co mnie uderzyło, tak jakbym dostał obuchem w głowę, to to, gdy zobaczyłem flagę Kuomintangu. Jej masońskie konotacje nie pozostawiają złudzeń – nawet tam dotarli.

Ilustracja

Sam Kuomintang to partia, która pierwotnie reprezentowała tak zwany chiński socjalizm, a dopiero z czasem przeszła na pozycje prawicowe. Tak pisze Wikipedia i ma na myśli współczesny Kuomintang. Ale czy rzeczywiście tak jest? Ten chiński socjalizm, to jedna z trzech zasad ludowych Kuomintangu. Wikipedia nie pisze, która to zasada. A były trzy: nacjonalizm, demokracja i dobrobyt ludu. Pisze tylko, że została zdefiniowana przez Sun Jat-sena jako socjalistyczna. Polegała na podziale środków do życia na: transport, mieszkanie, jedzenie i odzież. Można to też rozumieć jako pomoc społeczną, gospodarkę przemysłową i równowagę w podziale gruntów. Skąd my to znamy? Nie będziesz miał nic, będziesz szczęśliwy.

Z powodu konfliktu w Kantonie z krajami zachodnimi na początku lat 20-tych XX wieku, nastąpiło zbliżenie ideologiczne i polityczne Chin i Związku Radzieckiego. Państwa kolonialne określiły działania rządu chińskiego jako „czerwoną rewolucję”.

Wielu działaczy powiązanych z Kuomintangiem zostało przeszkolonych na moskiewskim Uniwersytecie im. Sun Jat-sena. Ze względu na powiązania z rządem radzieckim, na Zachodzie Czang Kaj-szek określany był na ogół jako „czerwony”. W czasie radzieckich pochodów pierwszomajowych portrety Czanga „maszerowały” razem z portretami Marksa, Lenina i Stalina, a Czang był często postacią kronik filmowych. Doradcy radzieccy wspomagali budowę republikańskiej armii chińskiej, a wojsko chińskie było dozbrajane dzięki pomocy finansowej Sowietów. Nawet gdy Kuomintang zerwał z ZSRR w 1926 roku i rozpoczął zbrojne walki z komunistami, to kontynuował politykę antykapitalistyczną oraz promowanie myśli rewolucyjnej. Wbrew późniejszym opiniom komunistów, dotyczących prokapitalistycznych poglądów Czanga, Czang Kaj-szek potępiał kapitalizm i rządy kapitalistów, nawet w okresie zbrojnych walk z Komunistyczną Partią Chin.

Tak to opisuje Wikipedia. Skoro więc komuniści walczyli z komunistami, to, o co w tym wszystkim chodziło? Może o to, by bez względu na wynik, nasze było na wierzchu. A zatem, czy to Chińczyki trzymają się mocno, czy może Żydzi trzymają się mocno? Ale na to pytanie, to już każdy sam sobie musi odpowiedzieć.

Przed rewolucją

Kiedy pisałem blog o rewolucji październikowej, to wydało mi się, że jeśli cofnę się do rewolucji 1905 roku, albo jeszcze parę lat wcześniej, do powstania Socjaldemokratycznej Partii Robotniczej Rosji i Partii Socjalistów-Rewolucjonistów tzw. eserowców (SR), eserów, wywodzących się z tzw. narodników – to będzie to dobry moment do wyjaśnienia przyczyn wybuchu rewolucji. Przytaczałem tam różne fakty z tamtego okresu i wydawało mi się, że gdzieś wśród nich leży przyczyna jej wybuchu. Gdy teraz to czytam, to czytam to z pewnym zażenowaniem, że byłem tak naiwny. Cóż, człowiek uczy się całe życie i im więcej wie, tym bardziej zdaje sobie sprawę z tego, że mniej wie. Zupełnie jak w tym dowcipie o alkoholiku: Im więcej piję, tym mniej piję, bo coraz bardziej trzęsie mi się ręka i coraz więcej wylewam, gdy podnoszę kieliszek do ust.

Przeczytałem ostatnio książkę Wacława Gąsiorowskiego Królobójcy. Ukazała się ona po raz pierwszy w 1906 roku i pierwsze wydanie zostało rozkupione w przeciągu trzech miesięcy i jeszcze w tym samym roku pojawiło się drugie. Przetłumaczono ją na francuski i angielski w 1908 roku i na niemiecki w 1917 roku. Dopiero po jej przeczytaniu uświadomiłem sobie, że żeby zrozumieć to, co stało się w Rosji w 1917 roku, trzeba cofnąć się do wojen napoleońskich, które były efektem rewolucji francuskiej. Jeśli jeszcze będziemy pamiętać, że czas rewolucji francuskiej, to też czas powstania Stanów Zjednoczonych Ameryki Północnej, to dopiero wtedy zrozumiemy jak daleko w przyszłość wybiegali Żydzi w swoich działaniach.

Mnie uczono, że Rosji nie można pokonać. Połamał sobie na niej zęby Napoleon i Hitler. Tylko czy aby na pewno o to chodziło w tych wojnach? Rosja została pokonana, tak jak Ameryka, i oba kraje są całkowicie zależne od Żydów. Prawdziwe wojny wygrywa się tak, jak robi to ta nacja. W wyprawie Napoleona na Moskwę wcale nie chodziło o pokonanie Rosji, tylko o kontynuację rewolucji francuskiej. Chodziło o to, by dwa najpotężniejsze kraje były zależne od narodu „wybranego”. I tak też się stało. Idee rewolucji francuskiej niesione przez wojsko napoleońskie, padły na podatny grunt wśród wojsk rosyjskich i rosyjskiej arystokracji, przynajmniej części z niej.

Napoleon podbił całą Europę i zaprowadził w niej swoje, a raczej swoich mocodawców, porządki. Rosji nie podbił i nie zaprowadził tam swoich porządków, ale zasiał ziarno, które wydało obfity plon w postaci rewolucji październikowej. I może tym należy tłumaczyć fakt, że nie było rewolucji marksistowskiej w Europie zachodniej, bo ona była tam wcześniej, więc już nie było takiej potrzeby. Natomiast taka potrzeba była w Rosji.

Wacław Gąsiorowski jest raczej pisarzem zapomnianym, ale warto wracać do jego książek, przynajmniej niektórych. Wikipedia podaje informację o jego życiorysie i twórczości. To, co zwróciło moją uwagę, to to, że jego życiorys zaczyna się od 15-tego roku życia i nie ma w nim nic na temat jego rodziców, poza tym, że wcześnie zmarli i w tym wieku zaczął pracować, by zarabiać na życie. Sposób, w jaki pisał o tajnych związkach w Rosji, skłania mnie do podejrzeń, że był masonem. To oczywiście nie zmienia faktu, że książka jego zmusza mnie do zrewidowania poglądów na temat przyczyn wybuchu rewolucji w Rosji, a przede wszystkim do tego, że nie zaczęło się to w 1917 czy 1905 roku. Żydzi pracowali cały wiek XIX, by w końcu na początku wieku XX dopiąć swego. Oni potrafią działać konsekwentnie i realizować dalekosiężne cele, które są dla nas zupełnie niewidoczne.

Gąsiorowski pisze więc tak:

»„Dekabryści” – nazwa powtarzana często, nazwa wywrotowców, stawianych obok nihilistów, a granicząca prawie z anarchistami, nazwa groźna, ponura, jawiąca się niby widmo narodzin krwawej Rosji. Rosji mściwej, podstępnej, zgangrenowanej niezdrowymi ideami, Rosji przerażającej cichego zachodnioeuropejczyka!

„Dekabryści”, więc po prostu „grudniowcy”… więc kwiat inteligencji, zacności i szlachetności ponapoleońskiej Rosji, więc lilie wyrosłe na cmentarzysku ludzi i myśli, więc głos potężny a smętny, dźwięczny a rozmydlony, dumny a nieśmiały – głos męczeński, wołający: wszystko dla ziemi mojej, a nie dla mnie!

Dekabryści poczęli się, jak się poczyna fala morska, jak się poczyna wicher, jak się poczyna odpływ po przypływie… Tu wzbiera morze, pieni się, na najwyższy szczyt rzuca swe białe bryzgi, a tam, w niedosięgłym dla oka ludzkiego zamęcie, już odpływ gra, już zmagać się zaczyna, już zwalcza opór przypływu.

Gdy czytałem ten powyższy fragment, to od razu przypomniał mi się obraz „Narodziny Wenus” Sandro Botticelli’ego. Według greckiego poety Hezjoda bogini miłości Wenus powstała z piany morskiej, wynurzyła się z fal i skierowała się w stronę brzegu jednej z greckich wysp – Cypru lub Cytery. Mity greckie są piękne i zapewne bez nich bylibyśmy ubożsi kulturowo, ale mam jakieś takie dziwne przekonanie, że dekabryści narodzili się w sposób daleko bardziej prozaiczny – po prostu wyszli z synagogi.

Pod gradem kul bonapartowych, pod uderzeniami napoleońskich bagnetów, w piekle okrzyków: „Vive l’empereur!”, w świetle łun pożarów Smoleńska, Moskwy i Lipska, w bohaterskiej ciszy zamilkłego pola Waterloo… były narodziny dekabrystów, a raczej ludzi idei, ludzi nie wiedzących, że się dekabrystami staną, że dekabrystami zwać ich będą.

Na biwakach armii rosyjskiej, u ogni obozowych gawędzin, wypominano dawne czasy, mówiono o ledwie co minionych, przyglądano się z bliska ocknietej kulturze Zachodu, rozprawiano, ścierano się, kształcono wzajem.

I żołnierz rosyjski, wychowany w półbarbarzyńskim rygorze mody Fryderyka, okuty dyscypliną knuta, batożony często, a policzkowany za lada niehumorem, trzymany na poziomie uczuć brytana nocnego, ten żołnierz, drwiący z całą głupotą z wariactwa Polaków, mrących za jakąś konstytucję, ten żołnierz zagadał.

Zagadał o Dantonie i Maracie, o Lafayecie i Waszyngtonie, o Palafoxie i o Moreau, o Robespierze, o Ludwikach, o Wellingtonie i Blücherze, o 18 brumaire’a i o Trzecim Maja, o Kościuszce, o śmierci Pawła, o Tugenbundzie i o Andreasie Hofferze, o „Gwieździe Wielkiego Wschodu” i o „Świątyni Słońca”, o 14 lipca, o angielskiej Charta Magna, o Napoleonie, o Cambronnie… o Carnocie.

I oto w głównej kwaterze drugiej armii rosyjskiej, tuż pod namiotem feldmarszałka Wittgensteina, dwaj bracia Murawjow, dwaj sztabowcy, gwardziści, pankowie, rzucają pierwszą myśl związku tajnego, związku dobra, związku miłości ojczyzny i miłości ludu.

Murawjowom dość było wokół się rozejrzeć, dość było rzec słowo, aby cały zastęp towarzyszów znaleźć. Nikt tu nikogo nie namawiał, nikt nikogo nie pouczał, nikt nic nie apostołował. Nowy sojusznik przychodził, łączył się i łącząc się, już jeno własne słyszał poglądy, własnych ideałów dźwięki, echa głosu własnej wiary.

Armia rosyjska wracała po latach wojen, a gdy wodzom jej zdawało się, że dźwiga jeno zrabowane złoto i kosztowności, gdy wodzowie ci słusznie aż wstydzić się musieli rabusiostwa swych „bohaterów”, wodzowie ci ani sobie wyobrażali, że ci sami żołnierze dźwigają nadto zdobycz, której po wiek wieków już żadna rewizja tornistrów im nie odbierze, żadna moc nie wydrze… Armia rosyjska niosła wnukom swej ojczyzny pochodnię, niosła sztandar na całej tej ojczyzny życie.

W Petersburgu głową i sercem stowarzyszenia został adiutant księcia Wittgensteina, Pestel, syn jednego z najsroższych generał-gubernatorów Sybiru, syn półdzikiego despoty, którego pięść zgasiła setki istnień…

Pestel był wychowankiem korpusu paziów, Pestel był dumą sztabu, był bogatym, przystojnym oficerem gwardzistą, był już pułkownikiem i był republikaninem! Za Pestelem przystąpił książę Trubeckoj, a dalej Bestużew, Kachowski, książęta Oboleński, Wołkoński i Golicyn, Szachowskij, kniaź Bariatiński i Rylejew. A za nimi wszystko, co się mieniło przyszłością Rosji, co było jej chlubą, jej jutrem, rzuciło się do Pestela, Murawjowów, Rylejewa, Bestużewa i Trubeckiego. Skromne stowarzyszenie „Pomyślność”, które powstało ze związku „Ocalenie”, rozrosło się na potężną organizację „Południową” i „Północną” i na „Zjednoczenie Słowian”. Co najciekawsze i najgodniejsze uwagi, że stowarzyszenia te nie miały w swoich szeregach wydziedziczonych inteligentów, bo tacy nie byli jeszcze w Rosji znani, nie mieli nic ani z proletariatu, ani nikogo z wrogów Aleksandra I, ani żadnego z przeciwników dynastii. Stowarzyszenia te ani myślały o terrorze, ani dyskutowały o zamachu, ani nie sądziły, by cele szczytne, wielkie dały się osiągnąć środkami niegodnymi. I na koniec stowarzyszenia te marzyły o przewrocie drogą woli uświadomionych milionów, drogą uzdrowienia zgangrenowanych arterii państwowych, drogą obudzenia nawet w zeschniętej piersi ostatniego z czynowników uczuć obywatelskich, ludzkich…

„Zjednoczeni Słowianie” szli już dalej, sięgali pewniej, logiczniej. Bo programem ich było sfederowanie w jedną wolną Rzeczpospolitą wszystkich szczepów słowiańskich, a to począwszy od Rosjan i Polaków, a skończywszy na Serbach i Bułgarach. Krom tych trzech wybitnych stowarzyszeń nie brakło i drobnych, prowincjonalnych klubów, w rodzaju związku dążącego do niepodległości Małorosji, ale te ulegały i milkły wobec haseł stowarzyszeń macierzystych.

Co zaś już nie tylko jest ciekawe, ale wprost niesłychane, oto wszystkie tajne związki miału oczy zwrócone na cesarza Aleksandra, wszystkie odeń spodziewały się urzeczywistnienia swych rojeń i wszystkie propagandę swoją zwracały ku temu, aby urzędnik nie kradł i na złe nie obracał danej mu władzy, aby pan nie gnębił poddanych mu włościan, aby oficer szanował w szeregowcu człowieka, aby sądy przestały być sługami możnych, aby religia nie była narzędziem polityki, aby oświata coraz szersze zakreślała kręgi.

Na otwarciu sejmu polskiego car z wysokości tronu nie tylko Plaków do serca cisnął, ale kategorycznie oświadczył, że „da konstytucję i swoim rosyjskim poddanym, gdy ci ocenią jej wartość…”

Stowarzyszenia tajne miały zatem zadania proste – uświadomić współbraci o wartości konstytucji, a… resztę dokona wola cesarza…

Stowarzyszenia nie przypuszczały, że jeszcze w osiemdziesiąt lat po nich… obywatele państwa rosyjskiego będą uznani za niezdolnych do rządzenia się konstytucją, że nawet zachód Europy poczyta żądania ich za wygórowane, że ten Zachód, który wykształcenie swoje konstytucjom zawdzięcza… będzie szeroko rozprawiał nad „możliwością” konstytucji w Rosji. Jakby konstytucja była czymś innym niż alfabetem ustroju państwowego, jakby ktoś mógł się nauczyć czytać bez znajomości alfabetu!…

Wykrętne to czy błędne mniemanie nawet nie chce pamiętać, że taż sama ciemna, surowa Rosja do połowy XVI stulecia rządziła się wolą ludu, że taż sama Rosja miała Rzeczpospolitą Nowogrodzką i Pskowską, które istniały i kwitły przez siedem stuleci! Że Rosja przez zamach stanu Piotra I, od wieców, narad bojarskich i woli ludu stoczyła się na dno samodzierżawia, że ta Rosja, biorąc przykład z wolnej, sąsiedniej Polski, jeszcze umiała Iwana Groźnego zmusić do składania przysięgi „w ręce ludu” na placu radnym w Moskwie, że ta Rosja autonomię miała wówczas, gdy Zachodowi o tym się nie śniło!

Europa woli o tym nie wiedzieć, zachwyca się posłannictwem Piotra I i co najmniej dziwi się jego oryginalności!… Oto przykład: Piotr I zesłał na Sybir i kazał skatować knutami nawet dwa dzwony wiecowe!… Dzwony te do dnia dzisiejszego są na zesłaniu w Tobolsku…

A niegodziwość tych dzwonów na tym polegała, że uderzały na trwogę zagrożonych swobód, że wzywać chciały do buntu przeciw tyranowi.

Niewątpliwie tajne stowarzyszenia wiedziały i o dzwonach zesłanych, i o dacie powstania samowładztwa rosyjskiego, ale wierzyły Aleksandrowi I i czekały.

Cesarz Aleksander I umarł w Taganrogu dnia 1 grudnia 1825 roku, umarł, mimo powieści o febrze, „nagle”… umarł w pełni męskiego wieku, bo licząc zaledwie 48 lat!«

W dalszej części Gąsiorowski szczegółowo opisuje przebieg wydarzeń, których nie mogę dosłownie cytować, bo blog rozrósłby się znacznie, a i tak jest długi. Problem sprowadzał się do tego, że spiskowcy chcieli na tronie Konstantego i… „jego żonę”… Konstytucję. To prawda, że jemu należał się tron z racji starszeństwa, ale zrzekł się on go na rzecz młodszego brata Mikołaja. Konstanty był wodzem wojsk polskich i mieszkał w Warszawie i na dodatek zakochał się w pięknej szlachciance Joannie Grudzińskiej (jej nazwisko chyba jednoznacznie sugeruje jej pochodzenie). Żądał od brata nie tylko zezwolenia na rozwód ze znienawidzoną żoną, ale też na zaślubienie Grudzińskiej. Ślub miał miejsce w 1820 roku, a w roku 1822 prawa do tronu przeszły na księcia Mikołaja. Grudzińskiej cesarz nadał tytuł księżnej łowickiej.

Po śmierci Aleksandra I 1 grudnia 1825 roku powstał problem wyboru następcy. Spiskowcy opowiadali się za Konstantym. W dniu 26 grudnia miała odbyć się w koszarach poszczególnych pułków przysięga na wierność cesarzowi Mikołajowi. Nie wszystkie to zrobiły. Część z nich spiskowcy wyprowadzili na plac przed senatem. Za zrewoltowanymi pułkami stanęły masy ludu. Było słychać okrzyki „Niech żyje… Konstanty!”. Naprzeciw zaczęły się ustawiać pułki utrzymane w karności. Ponieważ książę Trubeckoj, w sprzysiężeniu „dyktator”, nie zjawiał się, nikt inny nie potrafił podjąć decyzji, nikt nie chciał brać odpowiedzialności. Mikołaj I, który przybył na plac, szybko zorientował się w zaistniałej sytuacji i podjął natychmiastową decyzję. Odpalił armaty i zrobił ze zgromadzonych spiskowców miazgę i w ten sposób rozprawił się z dekabrystami.

Wojna krymska (1853-56), a właściwie porażki Rosji i hańbiące warunki pokoju, były ponad siły i tak już znerwicowanego cara, który otruł się. Mikołaj I zmarł 2 marca 1855 roku. W tym samym dniu wstąpił na tron jego syn Aleksander II.

Dla pełnego zrozumienia tego, co działo się w Rosji przed rewolucją, wypada też wiedzieć, co wydarzyło się w tym czasie w Europie, bo wygląda na to, że te działania były skoordynowane i miały jeden cel – obalić monarchie. Gąsiorowski tak pisze:

»Rok 1855, rok wstąpienia na tron Aleksandra II, w dziejach królobójstwa i mordów politycznych był zwrotem i bodaj nie tylko dla samej Rosji, ale i dla całej Europy.

Do roku 1855 wiek dziewiętnasty, rozpoczęty zabójstwem Pawła I, przynosi zamach na Napoleona I (1809), mord księcia Berry (1820), mord Kapodistriasa, znienawidzonego despoty greckiego w usługach Mikołaja I (1832), a dalej zamach na Ludwika Filipa (1835) i piekielną maszynę, zgotowaną przez Feschiego, Pepina i Moreya.

Ta piekielna maszyna to broń z wieloma lufami jednostrzałowymi, które wystrzeliwują pociski w ogniu salwowym, jednocześnie lub kolejno.

Lecz dopiero drugi zamach na tego ostatniego króla, wykonany przez Ludwika Alibaud (1836), może być poczytany za pierwszy czyn tak zwanego „anarchizmu”. Alibaud bowiem rzucił z szafotu harde słowa: „Umieram za wolność, za lud, za zniweczenie monarchii.” Choć słowa te przez współczesnych uważane były raczej za credo republikanina niż za hasło „anarchisty”.

Rok 1844 przynosi zamach Tschechta na króla pruskiego, Fryderyka Wilhelma IV, a rok 1850 znów temuż królowi gotuje ponowny Sefelogego. W dwa lata potem fanatyczny ksiądz Marcin Marino usiłuje zabić Izabelę hiszpańską, a w cztery – Karol III, okrutny despota parmeński, pada raniony śmiertelnie na ulicy i umiera.

I oto cały plon królobójstwa do roku 1855. Oczywiście zamachów nieudanych było, krom powyższych, jeszcze ilość wielka, boć takie lata krytyczne dla ustrojów państwowych, jak 1830, 1831, 1848, 1849, i 1851 musiały niejednokrotnie ku głowom ukoronowanym zwracać oręż spiskowych, ten atoli zawodził mocno, dawał się wykrywać zawczasu i nie miał dla siebie jeszcze wielu takich desperatów jak Alibaud. A zresztą fazy przekształceń państwowych następowały po sobie tak szybko, iż brakło czasu na wytworzenie bodaj dłuższej opozycji. Idealistyczne dzieła Anglika Williama Godwina, ojca anarchizmu, wpajały wszak dopiero przekonanie, że ludzkość drogą prostego uświadomienia dojdzie do zniesienia państw. Nadto Godwin raczej przepowiadał, niż apostołował, był tylko prorokiem czy wróżbitą, ale nie agitatorem i był twórcą teorii, której nawet nie nazwał, która dopiero w następstwie miała być postawiona na czele anarchizmu.

Dopiero od połowy XIX wieku ruch królobójstwa wzmaga się, a wzmaga się równolegle do potężnego ruchu umysłowego Europy. Rozwój nauk socjalnych, gruntowne zastanowienie się nad dziejami rewolucji francuskiej, rzut oka wstecz na szalony skok, uczyniony przez ludzkość na dystansie od roku 1780-1850, musiał podniecić pożądanie równie szybkiego postępu w ludach zapóźnionych, musiał nie tylko spotęgować dążność do osiągnięcia przez jednostkę największej sumy swobód, ale musiał skłonić ją do zwalczania tam i zapór.

Ruch ten stał się tak potężny, tak wszechstronny i żywiołowy, iż zniewolił wielu monarchów do pójścia za nim, iż zniewolił ich do zgodzenia się na role ludzi ponoszonych przez rozszalały prąd, iż porwał ich ku prawu, stanowiącemu nie to, co władca może ludowi dać, lecz co może od ludu, jako pierwszy jego urzędnik, uzyskać.

Ruch ten sprawił, że każdy rok nieomal zwiększa przywileje poddanej jednostki, rozdrabnia władzę, skraca płaszcze gronostajów.

Jakiż ruchu tego kres lub jak się zwać ma pierwsza ruchu tego stacja? Na to pytanie usiłuje odpowiedzieć i socjalizm, i anarchizm.

Pierwszy terrorem zdobył sobie już obywatelstwo i z rewolucji urósł na „wielką zdobycz myśli i etyki ludzkiej”, drugi dotąd skazany jest na błąkanie się w szatach wyrodnego syna, półszaleńca. Pierwszy wszedł w krew Europy, drugi jest ciągle pianą tej krwi. Pierwszy stał się chlebem powszednim ładu i poczucia sprawiedliwości, drugi ciągle jest równie potępiany, jak i nie zbadany i nie ujęty w karby zwartych postulatów. Ale bo pierwszy nade wszystko ku najżywotniejszym i najbliższym zwrócił się sprawom, drugi zaś poszybował we mgły przyszłości. Pierwszy nie tylko od razu stanął do walki na śmierć i życie, ale i umiał zwyciężyć, drugi do dnia dzisiejszego miewa nie bojowników, ale tylko zapaleńców zrozpaczonych, oszołomionych ogromem idei, fanatyków.

Po Godwinie przyszedł Proudhon, a choć ten anarchizm już anarchizmem nazwał, choć pognębić swą teorią chciał Babeufa, St. Simona i Fouriera, lecz ledwie zaznaczył potrzebę propagandy dla osiągnięcia ideałów anarchizmu. Aż dopiero Maks Stirner, a dalej Bakunin i książę Kropotkin oświadczyli się za potrzebą rewolucji i terroru.

I w tym miejscu nasuwa się pytanie, skąd naród rosyjski, skąd czasy Mikołaja I mogły wydać Bakunina, skąd w kraju, gdzie wyraz „konstytucja” wiódł na katorgę, mógł się począć książę Kropotkin, potępiający każdy i najliberalniejszy ustrój państwowy, skąd na ziemi tak niedostępnej nawet dla codziennych zawołań zachodu Europy mógł narodzić się duch tak gwałtownie rwący naprzód! I skąd nareszcie w monarchii, do której lada świstek zadrukowany śmielszymi dezyderatami nie ma wstępu, do której wszelki „import” płodów ducha ludzkiego skazany jest na wapno i karbol kwarantanny samowładztwa – mógł się począć tak silny „eksport” kierunków tak skrajnych?!

Bo że Anglia wydała Godwina, Francja Proudhona, Niemcy Stirnera (lewicowy heglista – przyp. W.L.), tego za nadzwyczajność poczytać nie można, bo kraje te tłumaczą się postępowością swych zabiegów reformatorskich. Ale jak Rosja posiadła Bakunina i Kropotkina? Wszak tu nie talent ani dar szczególny, przypadkowy rozstrzygał, a jedynie stopniowanie cywilizacyjne. Skąd ludzie z ziemi uprawianej przez chłopów-niewolników, ludzie spod knuta mieli dość siły, aby nawet humanitarnej a wolnej Europie rzucić rękawicę?!

Odpowiedź na to zawiłe pytanie jest prosta. Anarchizm jest tak czymś gwałtownym, tak skrajnym, że trzeba dopiero takiej świadomości niedoli Kropotkina, aby ku niemu się skłonić i za nim pójść, i pójść z dynamitem w ręku…

Dekabryści zostali wytępieni, bo na rewolucje iść chcieli z rękoma skrzyżowanymi na piersiach – potomkowie dekabrystów uciekli się do drugiej ostateczności, do mordów. Żandarmeria Mikołaja I nie rozumiała słowa ludzkość, gdy szło o przekonania polityczne. Żandarmeria Mikołaja zgasiła tysiące dusz – ale za to te, których nie dosięgła, rozpaliły się na łuny.

Rok 1855 w dziejach Rosji jest nade wszystko uważany za rok narodzenia się „nihilizmu” i… „nihilistów”. Co to jest lub czym był nihilizm?!

Nihilizm – według prostej odpowiedzi encyklopedycznej – jest zasadą filozoficzną, odrzucającą wszelki wyższy, moralny porządek polityczny i społeczny, zasadą uznająca jedynie wieczność materii i nieomylność badań doświadczalnych. Nihilizm jest zaprzeczeniem nie tylko prawa, władzy, państwa, ale i bóstwa.

Nihilizm zaznaczył się tym, że dotąd nigdy żadną zwartą gromadą ludzi nie rządził, że był raczej chorobliwym i bezwiednym następstwem materialistycznego pesymizmu jednostki niż ugruntowaną logicznie teorią stowarzyszenia.

Skądże nihilizm wziął się w Rosji?!

Otóż tu następuje niespodziewana odpowiedź: „Nihilizmu” w Rosji nie było nigdy, a „nihiliści” rosyjscy nie mają żadnego związku i nie mieli żadnego związku z teoriami nihilistycznymi. Po prostu żandarmeria rosyjska, chcąc zarówno w Europie, jak i Rosji całej obrzydzić prąd domagający się reform państwowych, i to reform nade wszystko dawno w ościennych mocarstwach uprawnionych, nazwała go „nihilizmem”, a zwolenników tego prądu „nihilistami”… w czym uciekła się do konceptu Turgieniewa, który w jednym ze swoich utworów „nihilistami” nazwał socjalistów, a raczej proletariuszów inteligentnych.

Nazwa „nihiliści”, pochwycona przez prasę francuską jako mot du jour (dosł. „słowo dnia”, a raczej „słowo epoki”, „słowo tamtych czasów” – przyp. W.L.), została rozgłoszona i zjednała sobie prawo obywatelstwa. Podczas gdy ci „nihiliści” w programie swoim… domagali się konstytucji, a nawet tylko zwołania przedstawicieli narodu do przeprowadzenia nieodzownych reform!…

Jeżeli „nihilizm” ten w uczonych wywodach publicystyki europejskiej o „utopii filozoficznej” mógł niejednemu mieszczuchowi zatruć sen, to już niewątpliwie spokojnemu obywatelowi państwa rosyjskiego stał się straszydłem o cechach zdeklarowanych i namacalnych…

Oto w roku 1865 policja rosyjska nareszcie zdefiniowała, urzędownie nawet, jak wygląda „nihilista”. A więc: „o ile” jest kobietą – nie nosi krynoliny, strzyże włosy i chodzi w czapce futrzanej; „o ile” zaś jest mężczyzną, więc nie strzyże włosów i chodzi w niebieskich okularach…

Kimże byli naprawdę ci tak zwani „nihiliści” rosyjscy?! Nade wszystko nawet nie rewolucjonistami, nawet nie spiskowcami, dopiero w lat kilka przeistoczyli się w socjalistów, a w lat kilkanaście, z desperacji, uzbroili się w terror i rozwinęli w socjalrewolucjonizm.

„Nihiliści” poczęli się z czasu, więc i z „dekabrystów”, i z bezprawia samowolnej policji, i z prześladowań religijnych, i z Hegla, i z Marksa, i z Milla, i z St. Simona, i z roku 1848, i z mroków zaściełających Rosję, i ze światła bijącego z Zachodu.

Nihiliści ani myśleli iść za Bakuninem, ten był im za daleko odsadzony. Ojcem duchowym nihilistów stał się Hercen, syn moskiewskiego milionera. Hercen odebrał bardzo staranne i gruntowne wykształcenie, które wraz z podróżami otworzyło oczy myślącej duszy na niewolę współbraci i skłoniło do pracy nad ich wyzwoleniem. Śmierć ojca i osiągnięcie wielkiej fortuny były dla Hercena decydującym momentem. Hercen zrealizował majątek i osiadł w Londynie w 1852 r. W roku 1855 zaczął pisać, w dwa lata później ukazał się pierwszy numer „Kołokoła” (Dzwon), w którym Hercen wzywał naród rosyjski do walki z absolutyzmem. „Kołokoł” pomimo czujności policji wszystkimi porami dostawał się do Rosji, budził uśpione myśli, skupiał, łączył.

A to ciekawe! Kołokoł” pomimo czujności policji wszystkimi porami dostawał się do Rosji… A wcześniej pisze: I skąd nareszcie w monarchii, do której lada świstek zadrukowany śmielszymi dezyderatami nie ma wstępu, do której wszelki „import” płodów ducha ludzkiego skazany jest na wapno i karbol kwarantanny samowładztwa…

I Hercen swą ognistą broszurą Kto winien? Targnął trzewiami Rosji. Czernyszewski odpowiedział na to pytanie, pytaniem realnym, trzeźwym Co czynić? (później podobne pytanie zadał Lenin: Co robić? – przyp. W.L.)- a Bakunin zaciskał pięści i wskazywał na piekielne maszyny.

Dzień 14 kwietnia 1865 był dniem mordu prezydenta Stanów Zjednoczonych Lincolna przez Boothę – a dzień 16 kwietnia roku 1866 był dniem pierwszego zamachu na Aleksandra II, pierwszym w Rosji usiłowaniem królobójstwa pod hasłem niesamolubnym. Zamachu dokonał student, Dymitr Karakozow. Zamach ten nie był skomplikowany, gdyż w roku 1865 osoba cesarza, choć strzeżona już pilnie, nie była jeszcze zawsze otaczana murem bagnetów.

Zamach Karakozowa wywołał gwałtowną i nierozważną reakcję. Obostrzenia cenzuralne, powiększenie etatów policji i żandarmerii, dalej, dymisja ministra oświaty i spraw wewnętrznych i osadzenie na tych stanowiskach ludzi równie dzikich, jak i nie ukształconych odpowiednio, miały zadać cios wywrotowi. Pościg trwał ciągle, prześladowanie spadało na każdego inteligenta nie odzianego w mundur.

A tymczasem te masowe aresztowania, te nieustanne śledztwa nie dosięgały tych, co istotnie rośli na siłę nie lada, co istotnie coraz więcej zdecydowany obierali kierunek. Nie zdołały wykryć ani bodaj przypuścić, że w granicach Rosji już istniało stowarzyszenie „Ziemia i Wola”, że organizowało kadry rewolucyjne, że wychowało całe pokolenie królobójców.

A tymczasem te masowe aresztowania, te nieustanne śledztwa nie dosięgały tych, co istotnie rośli na siłę nie lada, co istotnie coraz więcej zdecydowany obierali kierunek.” – To znaczy tylko tyle, że te nieustanne śledztwa nie chciały ich dosięgnąć. Machina państwa jest na tyle potężna i rozbudowana, że nic nie umknie jej uwagi, chyba że sama chce, by coś umknęło.

Stowarzyszenie „Ziemia i Wola” urosło na wielką partię, a raczej na dziesiątki partii. Katorga, tortury, śledztwa, szubienica budziły odwagę, chęć poniesienia życia za sprawę. Ideowcy, marzyciele coraz częściej brali pod uwagę kwestię wyrzeczenia się skrupułów.

Aż w roku 1876 jedna z gromad spiskowych odsunęła się i postawiła sobie za zadanie silniejszą propagandę. Jakoż w okamgnieniu na Rosję spadł deszcz broszur rewolucyjnych, odzew, a tuż za nim nastąpiły demonstracje czynne. Ale gdy rok 1877 sprowadził aż dziesięć procesów, a w nich słynny proces 193, gdy żandarmeria pochwyciła nici związku robotników – pośród gromady działającej rozległo się stanowcze hasło odpowiedzenia terrorem na terror i z nim powstała partia „Narodnoj Woli”.

Narodnaja Wola nie czekała i nie myślała czekać! Krwawą listę terroru rozpoczęto mordem najdokuczliwszych szpiegów (Tawlejewa w Oessie, Szaraszkina i Finogenowa w Petersburgu i Nikonowa w Rostowie).

Narodnaja Wola w r. 1880 miała w swym składzie dwanaście grup, rozrzuconych w rozmaitych częściach Rosji, i ogniskowała z górą pięciuset ludzi, a tych dopiero otaczały tysiące „niewtajemniczonych”. Ale błędem byłoby mniemać, że i tych 500 wyborowych członków istotnie wiedziało coś o „robocie” komitetu wykonawczego! Do „wyroków” komitet miał tak zwane gromadki bojowe, liczące nie więcej nad dziesięciu ludzi dobranych przez „atamana” i zharmonizowanych ze sobą. Taka gromadka bojowa otrzymywała jedynie wskazówkę od komitetu, „co” ma robić, ale komitet nie mieszał się do „jak” przedsięwzięcie ma być wykonane. A choć współdziałał w robocie, lecz pozostawiał bojowej gromadce swobodę ruchów. Gromadki takie rządziły się same, rozstrzygając kwestie większością głosów – a jedynie na czas walki obranemu atamanowi nadawały władze dyktatorską. Członkiem takiej gromadki mógł być tylko wybrany i wypróbowany przez komitet wykonawczy towarzysz lub towarzyszka, i tylko ten, kto pod karą śmierci zobowiązał się dla osiągnięcia celu własne życie poświęcić…

Gromadki bojowe więc składały się ludzi idących zawsze prawie na śmierć niezawodną. Kto raz do gromadki przystał, ten nade wszystko wyrok podpisał na siebie. Za uchylenie się, za brak odwagi czekał takiego sztylet kolegi (masoński sposób karania za zdradę – przyp. W.L.) – za zbytnią odwagę mścił się często królobójczy dynamit, a odwaga najdzielniejsza i nawet pewna ilość szczęścia nie starczyły jeszcze, aby w końcu nie wpaść w ręce policji, a więc skonać na torturze lub w katordze, czy zawisnąć na pętlicy między niebem a ziemią.

Niewielu też z tych gromadek bojowych ocalało, a mniej jeszcze naprawdę myślało o ocaleniu. Rewolucjoniści rosyjscy często dobrowolnie oskarżali się, często solidaryzowali się z najciężej oskarżonymi, aby z nimi razem zginąć. Mieli taką wolę męczeństwa, takim płonęli samozaparciem, że gotowi byli na układy pójść i za każdą literę konstytucji setkami istnień swych zapłacić.

Samowładztwo dyszało pragnieniem, aby za wszelką cenę, za cenę najgorszych skutków dla prawnuków, dla potomności, system na dziś jeszcze utrzymać – chociażby nazajutrz miał potop zalać monarchię. Rewolucjonizm rosyjski godził się z góry na własną zagładę, byle tym zimnym, obojętnym, słabym i ciemnym nowe, lepsze życie usłać.

Do wyjątków ocalałych z gromadek terroru należy słynny Hartman, twórca zamachu na kolej pod Moskwą (1879). Hartman bowiem zdołał zatrzeć za sobą ślady i uciec do Paryża. Tu jednak wykryła go policja rosyjska i zażądała aresztowania go. Hartman był pochwycony na spacerze na Polach Elizejskich (w dniu17 lutego 1880r.) i osadzony w więzieniu. Rosja domagała się wydania niebezpiecznego królobójcy. Ambasada rosyjska poruszała niebo i ziemię, byle Hartmana dostać – ale tu zwyciężyła opinia i sympatia ludu francuskiego, który ze swej strony nie dopuścił pogwałcenia praw gościnności, nie zezwolił, aby wydawano na śmierć politycznego przestępcę, który tak głęboko zaufał konstytucji trzeciej Rzeczypospolitej – Hartmana uwolniono.«

Przypadek Hartmana porusza też Feliksa Eger w swojej książce z 1894 roku Historia towarzystw tajnych. I w jej przypadku interpretacja tego faktu jest całkowicie odmienna.

„Gdy Żyd nihilista, Hartman czy Meyer, sprawca zamachu dokonanego w Moskwie z grudnia 1879 r., został zatrzymany przez policję francuską w Paryżu 16 lutego 1880 r., natychmiast deputowani francuscy należący do partii radykałów pracowali nad wypuszczeniem go na wolność; prezydujący w trzech grupach lewicy, starali się w ministerium o uwolnienie go. Ze swej strony ambasador rosyjski żądał wydania Hartmana. Rząd francuski wahał się, nie wiedział co uczynić, wszyscy międzynarodowcy i wolnomularze z całą namiętnością bronili zabójcy. Jeżeli Hartman zostanie wydany, Francja się zhańbi, wolnomularze nie będą już podtrzymywali ministerium. Dzienniki ich mówią to samo; puszczają w obieg i zalecają prośbę do Izb przeszkadzającą wydaniu nihilisty. Jednym słowem rząd masoński kierujący Francją, nie mogąc odważyć się na wydanie na śmierć brata, a szczególnie Żyda, lękając się następstw tego kroku, odmawia wydania go i wysyła Hartmana do Anglii.”

W dalszej części Gąsiorowski pisze:

»Trzeba pamiętać, że w latach osiemdziesiątych ubiegłego stulecia ruch socjalistyczny rozpalał na całym obszarze Europy swe pochodnie. Europa różnie z nim postępowała i rozmaitymi środkami usiłowała go zniszczyć, aż jeno starał się go umiejscowić, sprowadzić do ekonomicznego zatargu robotnika z fabrykantem. Socjalizm więc, choć tamowany, szedł i iść musiał, bo niósł sztandar wyzyskiwanych milionów. Jakoż powoli i strajk, i zmowa robotnicza, i interesy klas pracujących z idei przewrotu, z idei rewolucyjnych, grożących państwom – zdobywały stanowisko polityczne w parlamentach, osiągały należne im prawo głosu, prawo otwartego ścierania się z kapitałem. Rządy europejskie odtąd usiłowały jedynie stanąć poza terenem walki, dowieść, iż trwają poza myślą popierania którejkolwiek ze stron walczących, i przechylały się z zasady, choć bez sympatii, na stronę robotników… byle ci nie powodowali zamieszek, rozruchów i tym podobnych. Słowem cały zachód Europy zaczynał nie na żarty szukać oparcia dla modus vivendi z socjalistami.

Ciasny jednak i krótkowidzący rząd rosyjski miast czym prędzej na wzór Zachodu otworzyć klapę bezpieczeństwa dla agitacji socjalistycznej, miast tym samym postawić ją poza rewolucjonizm, jął z całą zawziętością tępić i ścigać wszelkie ruchy robotnicze, słuszne skargi i utyskiwania pracujących karać szubienicą, katorgą i knutem, i w ten sposób wytwarzać setki całe mścicieli i malkontentów.

Mikołaj II wstąpił na tron w roku 1894, więc zasiadł w gronostajach w 310 lat po śmierci Iwana Groźnego, jako dwudziesty szósty cesarz, jako dziewiętnasty po pierwszym Romanowie, jako trzynasty samowładca (pierwszym autokratą był Piotr I), jako ósmy monarcha nazwiska Holstein-Gottorp, jako piąty z potomków Pawła I. Założycielem linii Holstein-Gottorp był Piotr III (1761).

Inne państwa rozbrzmiewały zamachami, spiskami i mordami politycznymi, w Rosji jakby zabrakło „nihilistów”… (No właśnie! Byli, a raptem zniknęli. A może nie zniknęli, tylko przepoczwarzyli się? – przyp. W.L.).

Dzieje notowały kolejno: zabicie prezydenta Carnota przez Caseria (24 czerwca 1894), mord szacha perskiego Nassr-Eddina (1896), mord Canovasa del Castillo, premiera hiszpańskiego (8 sierpnia 1897), zamach na Moraesa, prezydenta Brazylii (5 listopada 1897), wykrycie spisku na Ferdynanda bułgarskiego (listopad 1893), zabójstwo Elżbiety austriackiej (1898), zamach awanturniczy na prezydenta Loubeta (1899), zamach na Wilhelma II (1900), zabójstwo prezydenta Stanów Zjednoczonych, Mac Kinleya (1901) – i dzieje z miesiąca na miesiąc wykrywały spiski, piekielne machiny i narzędzia mordercze, gotowane przedstawicielom najwyższej władzy, podczas gdy wrzącą niedawno rewolucjonizmem Rosję ciągle jeszcze zalegała głusza.

Pierwsze cztery lata panowania zeszły na nadziejach i zakończyły się ledwie wrzeniem młodzieży uniwersyteckiej. Wrzenie to stłumiono, ale nie ugaszono. Cesarz istoty wrzenia albo nie znał, albo nie rozumiał, gdy więc nastała znów cisza chwilowa, pozwolił dalej unosić się autokratyzmowi i zabrał się do tak zwanych „testamentów”, to jest do pracy nad dokończeniem planów Piotra I, Katarzyny II, Mikołaja I itd. Testamenty te polegają na zrusyfikowaniu i sprawosławieniu wszystkich poddanych berłu rosyjskiemu ludów, czyli na zniewoleniu ich do oddawania czci prawosławnemu Bogu w niebie i prawosławnemu cesarzowi na ziemi.

Dnia 15 kwietnia 1902 roku przed gmach mieszczący salę posiedzeń komitetu ministrów zajechał powóz z wyświeżonym adiutantem placu. Adiutant zameldował się do ministra Sipiagina, który właśnie znajdował się na posiedzeniu. Zjawienie się adiutanta i objaśnienie, że ma doręczyć ministrowi do rąk ważne depesze od wielkiego księcia Sergiusza, nie zdziwiły nikogo, bo misje takie bywały chlebem powszednim. Po małej chwili Sipiagin wyszedł do adiutanta, a choć uderzyło go, iż ma przed sobą nie znanego mu zgoła oficera, odebrał podaną mu kopertę… Gdy minister rozrywał kopertę – padł strzał śmiertelny…

Pod czas ministrem spraw wewnętrznych został von Plehwe, jeden z plejady wynaturzonych Niemców, którzy od wieków są strażnikami Holstein-Gottorpów.

28 lipca 1904 roku wybuch bomb dynamitowych rozszarpał na miazgę ministra spraw wewnętrznych von Plehwego. Zabójstwo filara żandarmerii, najznakomitszego sługi reakcji – osłupiło stolicę… Grobowa cisza zaległa sfery dworskie, sfery rządzące. Nikt nie śmiał manifestować sympatii dla ofiary, nikt się nie ważył odezwać ze słowami współczucia dla wdowy po ministrze.

Twórcę zabójstwa, Sazonowa, pochwycono i już podobno nie próbowano szukać jego wspólników – boć moralnymi wspólnikami byli wszyscy poddani Holstein-Gottorpów. I Sazonowa już nie ośmielono się wieszać, już nie chciano mieć w nim męczennika, który własnym życiem okupił zgon ciemiężcy.«

W przypisach do tej książki jest wyjaśnienie, że E. Sazonow był eserem. No to już wiadomo, gdzie podziali się nihiliści. Partia Socjalistów-Rewolucjonistów inaczej eserowcy, eserzy, została założona w 1901 roku przez rewolucjonistów wywodzących się z tzw. narodników, w skład których wchodziła też Narodnaja Wola, która była, mówiąc wprost, organizacją terrorystyczną. W 1895 roku powstał Związek Walki o Wyzwolenie Klasy Robotniczej z inicjatywy Włodzimierza Uljanowa (Lenina). Był to zalążek Socjaldemokratycznej Partii Robotniczej Rosji, założonej w 1898 roku w Mińsku. W 1903 roku następuje jej podział na frakcje bolszewików i mienszewików.

Ilustracja
Źródło: Wikipedia

Partia Socjalistów-Rewolucjonistów miała takie logo, które nie pozostawia najmniejszych wątpliwości, że jej korzenie były masońskie. Przytoczona powyżej definicja nihilizmu, według starej encyklopedii, nie pozostawia też wątpliwości, że i on miał masońskie korzenie. Obecne definicje nihilizmu są już zmienione i trudniej w nich doszukać się związku z wolnomularstwem.

Można więc pokusić się o pewien ciąg: rewolucja francuska → kampania rosyjska Napoleona → dekabryści → nihiliści → Narodnaja Wola → Związek Walki o Wyzwolenie Klasy Robotniczej → Socjaldemokratyczna Partia Robotniczej Rosji → Partia Socjalistów-Rewolucjonistów → bolszewicy i mienszewicy → rewolucja 1905 roku → rewolucja październikowa.

Mam nadzieję, że ten ciąg w zupełności wystarcza do wyjaśnienia, dlaczego w Polsce rządzą wnuki komunistów z przedwojennej KPP. Ale też wystarcza on do wyjaśnienia, skąd taki krótszy ciąg: ROAD → Unia Demokratyczna → Unia Wolności → Platforma Obywatelska.

To jest cecha charakterystyczna dla działalności Żydów przez wieki, od początku. Czy to sekty religijne, czy partie polityczne – podstawą jest ciągłe dzielenie, tworzenie coraz to nowych sekt czy partii o nowych nazwach. A wszystko to po to, by stworzyć wrażenie, że coś się zmienia, że są nowe cele, nowe wartości, a chodzi o to, by nic się nie zmieniło. Jak mówią: dużo musi się zmienić, by nic się nie zmieniło. Tak to działa od wieków.

Od 1761 roku do rewolucji rządzili w Rosji carowie z linii Holstein-Gottorp, a więc Niemcy. I wielu ich współpracowników to też Niemcy. Czy to mogło mieć wpływ na ich postawę, na takie ich trwanie przy starym porządku? To zaostrzało konflikt i było źródłem wielu niepotrzebnych ofiar. A może właśnie o to chodziło, o to, by znaleźć usprawiedliwienie dla gwałtownych rozwiązań, dla rewolucji. W jej wyniku powstało zupełnie nowe państwo, o ustroju całkowicie odmiennym od tego na zachodzie Europy. Siłą rzeczy musiało dojść do kolejnego konfliktu. Zgodnie ze starą heglowską zasadą: „Postęp może odbywać się tylko poprzez zderzenie dwóch przeciwstawnych stron, czyli tezy i antytezy. W wyniku tego tworzy się synteza – nowa rzeczywistość.” Gdyby nie było rewolucji w Rosji, to nie byłoby II wojny światowej. I dlatego rewolucja marksistowska nie mogła wybuchnąć na Zachodzie i w Rosji, bo gdyby tak się stało, to nie byłoby konfliktu sprzeczności. A przecież tak nie może być.

Gąsiorowski wspomina w pewnym momencie, że Turgieniew w jednym ze swoich utworów nazwał socjalistów nihilistami. Terminu tego, tj. nihilizm, użył on w powieści Ojcowie i dzieci. Iwan Turgieniew spędził trzy lata w Berlinie, od 1838 do 1841, na studiowaniu filozofii Hegla i w dużym stopniu przyczynił się do spopularyzowania idei przewrotu w Rosji. Na tym uniwersytecie studiowali też członkowie Zakonu, czyli tajnego stowarzyszenia na Uniwersytecie Yale. Oni studiowali w latach 50-tych XIX wieku. Uniwersytet Berliński był wtedy zdominowany przez filozofię Hegla. Wygląda więc na to, że idee tam wykładane, z powodzeniem zostały przeniesione na grunt amerykański i rosyjski i to mniej więcej w tym samym czasie.

Rocznica

Dzisiaj, tj. 16 października, przeczytałem w kalendarium Interii taką informację:

„14 października 1978 roku za 111 kardynałami zamknęły się drzwi Kaplicy Sykstyńskiej. Rozpoczęło się konklawe, które miało wyłonić następcę pochowanego 10 dni wcześniej Jana Pawła I. Dwa dni później o 18:18 z komina kaplicy ukazał się biały dym. Habemus Papam!”

A więc 111 kardynałów, o 18:18, 16.10.1978, powiadomiło świat o wyborze nowego papieża, którym został Karol Wojtyła – Jan Paweł II. Kiedyś nie zwracałem uwagi na liczby, ale od czasu bliższego zainteresowania się tajnymi związkami, patrzę na to inaczej. W pewnych środowiskach numerologia już od najdawniejszych czasów zajmowała poczesne miejsce. A więc – 111, 18:18 i 1+6+1+0+1+9+7+8=33. Czy 1818 coś znaczy? A 33? A – 2020? Przypadek? Nie wiem, czy te liczby mają jakąś moc, ale zapewne niosą jakiś przekaz dla wtajemniczonych. Bo przecież 111 kardynałów, to pewnie tak nie przypadkiem i ta 18:18 i jeszcze to, że kardynałowie siedzieli zamknięci dwa dni od 14-tego do 16-tego października. Te liczby niosły przekaz dla wszystkich wtajemniczonych na całym świecie: Nasz człowiek w Watykanie!

Dal osób, które interesują się tematem, nie jest tajemnicą, że do wyboru Wojtyły na papieża znacznie przyczynił się Zbigniew Brzeziński. Bardzo ładne imię (ja też mam na drugie – Zbigniew, ale ładne nie dlatego) i nazwisko. Tak ładnie, po polsku, często nazywają się frankiści i z takiej rodziny pochodził Brzeziński.

W blogu „III powstanie śląskie” pisałem:

W 1810 roku wydano zakaz używania języka polskiego w nabożeństwach odprawianych w kościołach ewangelickich. Z tego faktu można wysnuć wniosek, że spora część ludności polskiej była wyznania protestanckiego, bo gdyby to było zjawisko marginalne, to nie odprawiano by tych nabożeństw w języku polskim. Dążono więc do schematu: Polak – katolik, Niemiec – protestant. Tylko czy to był interes Niemiec jako państwa? Łatwiej przecież było zgermanizować poprzez wiarę niż język. A skoro zrezygnowano z tego, to może nie był to element polityki niemieckiej, tylko tej stojącej ponad nią. Polak – katolik, to wróg, ale Polak – protestant, to już jest problem. Czyj więc to był zamysł? A fundamentalne założenie endeckiego systemu wartości? – Polska musi być katolicka, albo wcale jej nie będzie. Cóż takiego stałoby się Polakowi, gdyby był protestantem? Czy rzeczywiście to był interes narodu polskiego, by być katolicką wyspą pośród wrogich wyznań? Łatwiej wtedy wzniecać nienawiść, prowokować konflikty i wojny. Walka z Kościołem katolickim to była walka z Polakami.

Z kolei w blogu „Endecja” pisałem:

W pierwszych latach działalności Dmowski długo był krytyczny wobec chrześcijaństwa, którego normy moralne uważał za sprzeczne z założeniami i potrzebami „zdrowego, narodowego egoizmu”, skłaniał się raczej do podporządkowania go interesom państwa lub narodu na wzór protestantyzmu w wydaniu niemieckim lub angielskim. Później, w publikacji Kościół, naród i państwo (1928) zmienił poglądy i podkreślił znaczącą rolę, jaką odgrywa dla narodu polskiego wiara katolicka i Kościół – „Katolicyzm nie jest dodatkiem do polskości, zabarwieniem jej na pewien sposób, ale tkwi w jej istocie, w znacznym stopniu stanowi jej istotę. Usiłowanie oddzielenia u nas katolicyzmu od polskości, oderwania narodu od religii i Kościoła, jest niszczeniem samej istoty narodu”. Z jego publikacji wywodzi się idea Polski jako „wielkiego państwa katolickiego narodu polskiego”.

Cóż zatem było przyczyną tak diametralnej zmiany? Sam przecież swoich poglądów nie zmienił. Był deistą. Przez całe życie był obojętny religijnie. Dopiero na krótko przed śmiercią nawrócił się. Czy można traktować poważnie kogoś, kto się wypowiada na temat wiary katolickiej i jej związku z narodem, będąc samemu deistą?

Henryk Rolicki w swojej książce Zmierzch Izraela pisze:

»Żydom robi się coraz ciaśniej, a wśród ludu wrzenie przeciw nim coraz silniej występuje na jaw. W 1391 roku miał miejsce wielki pogrom żydów w Sewilli i spalenie synagog, a zaraz potem fala rozruchów rozlała się po całej Hiszpanii. Żydzi, zastraszeni nastrojem tłumów, wypróbowanym obyczajem postanowili wdziać maskę i tłumnie jęli przyjmować chrzest. Więcej niż połowa żydów hiszpańskich przyjęła pozornie chrześcijaństwo. Ci pozorni chrześcijanie, uprawiający skrycie judaizm, otrzymali później w historii nazwę marranów („przeklęci”).

„W ciągu dwudziestu lat dziesiątki tysięcy żydów przyjęło chrzest, całe gminy przeszły na łono Kościoła, bożnice zamieniły się w kościoły, miejsce rodałów zajęły ołtarze, miejsce gwiazdy Dawidowej, krzyże. Rabini zmienili się w nader krótkim czasie w księży, zdolniejsi zajęli krzesła biskupie, bogatsi posiedli berła komturskie w zakonach rycerskich Alkantara i Kalatrawa; kobiety żydowskie lub ich córki stały się przeoryszami klasztorów, a również wśród urzędników świeckich zajęli marrani pierwsze miejsca. Bogaci koligowali się z arystokracją rodową i złocili swym majątkiem zblakłe herby podupadłej szlachty. Wydostawszy się raz z getta, pobudowali marrani pałace i zajęli najpiękniejsze dzielnice miast.” – Majer Bałaban, Historia i literatura żydowska.«

Bawaria to najbardziej katolicki land Niemiec. To tu powstał zakon Iluminatów i tu rodziły się tajne związki. W Bawarii kiełkował też nazizm i wschodziła gwiazda Hitlera. Pokrewny nazizmowi faszyzm rozbłysnął we Włoszech.

„I ciągle zadaję sobie pytanie, czy to jest miłość, czy – kochanie?” – Tak śpiewał Marek Grechuta. A ja, parafrazując, ciągle zadaję sobie pytanie, czy to jest Kościół katolicki, czy – żydowski?

Pamiętam dobrze tamten dzień i atmosferę towarzyszącą tamtemu wydarzeniu. Czy „polski” papież mógłby mieć taki wpływ, gdyby w Polsce połowa albo chociaż jedna trzecia ludności była protestantami? – Katolicka wyspa pomiędzy protestantami i prawosławnymi. Czy można sobie wyobrazić lepsze rozwiązanie dla siania nienawiści i konfliktów na tle religijnym i nie tylko religijnym? Kto za tym stoi i komu to służy?

Takie refleksje naszły mnie z okazji tej rocznicy.