Masoneria c.d.

W blogu „Masoneria” pisałem o masonerii w sposób ogólny, o jej historii, związkach z judaizmem. W tym blogu chciałbym skupić się na tym, czym jest masoneria, jaki ma system wartości, jak działa. To powinno ułatwić zrozumienie naszej obecnej rzeczywistości. Jeśli komuś wydaje się, że nasze władze działają niekonsekwentnie, że w ich postępowaniu jest wiele sprzeczności, że się ośmieszają, podając wykluczające się dane i statystyki z powietrza itp., to ma rację. Jednak one robią to świadomie, konsekwentnie i z pełną premedytacją. To jest element oddziaływania na ludzką psychikę. A ludzie coraz bardziej zmęczeni takim działaniem starają się bronić. Pod jednym z dziennych raportów Ministerstwa Zdrowia o nowych przypadkach koronawirusa czytam taki komentarz: Czwarta fala rozpocznie się 01.10.2021 o godzinie 8:00. Ktoś odpisuje: Pandemia utknęła w korku i trochę się spóźni. Inny komentujący odpowiada: Wg moich obliczeń o 8:15. Jeszcze inny pisze: Co za bzdura! Rozpocznie się o 9.13. Wiem to od horbana i simona. – To dobrze, że poczucie humoru nie opuszcza ludzi, wszak śmiech to zdrowie.

Podstawą moralności i ideologii masońskiej jest materializm i naturalizm, na których opiera się socjalizm i komunizm. Nazwa socjalizm została nadana wszelkim systemom dążącym do przetworzenia społeczeństwa. Co do sposobu dzielą się one (te systemy) na dwa rodzaje: jeden z nich dąży do przeobrażenia rodziny i własności przy pomocy stowarzyszeń, którymi kierowałoby państwo, co jest właściwym socjalizmem; drugi dąży do zniesienia wszelkiej własności osobistej, ustanowienia wspólnoty dóbr (nie będziesz miał nic, będziesz szczęśliwy) i to nazywa się komunizmem. Tak więc ten nowy porządek, nowa normalność, to nic innego, jak realizacja masońskiej wizji społeczeństwa, tej jeszcze sprzed rewolucji francuskiej.

Dobrze to wszystko opisuje Feliksa Eger w swojej książce Historia towarzystw tajnych z 1894 roku. Jej opracowanie stanowi kompilację dzieł badaczy zajmujących się problematyką masonerii. Oparte jest przede wszystkim na rozprawie francuskiego jezuity Nicolasa Deschampsa (1797-1873) Les sociétés secretes et la société ou Philosophie de l’histoire contemporaine, uzupełnionej przez Claudio Janneta, a także na dziełach Saint-Albina, Saint-Andrégo, dra Otto Beurena i innych.

»Masoneria przez długi ciąg swego żywota nie wywieszała wcale sztandaru bezreligijności. Jakkolwiek od dawna już głównym jej zadaniem była walka przeciw Kościołowi, zachowywała jednak do ostatnich jeszcze czasów pozory wiary w Boga. Karta kolońska, najwcześniejszy pisany dokument masoński, wydana jeszcze w r. 1535 zaczynała się od wyrazów: „Na chwałę Wielkiego Budowniczego Świata”. Wyrazy te następnie wypisane były w lożach, od nich zaczynały się wszelkie akta, konstytucje itp., a jakkolwiek pojęcie Boga było fałszywe, pogańskie, gdyż Bóg znaczył to samo, co natura, jednak zachowało się długo i o zniesieniu formułki tej nikt nie pomyślał. Sztandar niewiary wywieszony dawniej byłby odstręczał większość, zdyskredytował masonerię w oczach ogółu. Jeszcze w r. 1854 ułożony na ogólnym konwencie statut zaczynał się od tych wyrazów: „Celem stowarzyszenia wolnomularzy jest dobroczynność, nauka moralności i pełnienie cnót wszelkich. Podstawą jego: wiara w istnienie Boga, nieśmiertelność duszy i miłość ludzkości”. Od czasu tego postęp na drodze niewiary jest tak szybki, że już w r. 1866 Brat Karol de Gageru na zebraniu lóż niemieckich i amerykańskich odezwał się w te słowa: „Jestem mocno przekonany, że w niedługim czasie ateizm będzie pojęciem całej ludzkości, deizm zaś tylko wspomnieniem przeszłości… Powinniśmy stanąć wyżej nie tylko ponad wszelkie religie, ale ponad wszelką wiarę w jakiegokolwiek Boga… Ateusze są tytanami burzącymi, obalającymi niebo; olbrzymi poruszają głową, wołając na świat cały tonem ogłuszającym: Głupcy tylko sami i same umysły słabe mówią i marzą jeszcze o jakimś Bogu i nieśmiertelności”… Brat Renan, gwiazda uniwersytetu, a za nim na nieszczęście i wielu innych powtarza: „Cześć słońca jest jedyną religią rozumną i mającą podstawy naukowe; słońce jest bogiem wyłącznym naszej planety”. Takie i tym podobne pojęcia Boga musiały się już bardzo rozpowszechnić, kiedy kongres masoński w Metz zebrany w r. 1869 żądał zniesienia przytoczonego wyżej artykułu i zastąpienia go wyrazami: „Podstawą masonerii jest solidarność ludzka”. W r. 1877 Wielki Konwent paryski, zniósł orzeczenie o wierze w Boga i nieśmiertelności duszy i zastąpił je słowami: „Zasadą wolnomularstwa jest zupełna wolność sumienia i solidarność ludzka. Nie wyłącza ona nikogo z powodu jego przekonań religijnych”.

Wywieszenie jawnego sztandaru niewiary wpłynęło na rozdwojenie jedności masonów. Loże Anglii i Stanów Zjednoczonych oderwały się od Wielkiego Wschodu Francji. Przejęły się więcej duchem protestantyzmu, a nawet w rytuale swym dały znaczne miejsce zasadom biblijnym. Straciły tym sposobem cechę bezbożności, jaką przeniknięte były. Lecz działalność lóż angielskich i lóż Ameryki Północnej jest zupełnie odrębną; wszystkie inne idą obecnie pod sztandarem Francji. Hiszpania, Włochy, Niemcy, jawną wyznają niewiarę. W wielu lożach niemieckich zastępują biblię księgą zupełnie czystą, niezapisana, na okładkach której stoi nazwa Bóg, co znaczy, że nic nie nakazuje, niczego nie żąda, niczego nie broni, jednym słowem, że i sam jest niczym. Określenie zaś wyrazu religia dał Brat Gambetta w mowie wygłoszonej na konferencji nad wykształceniem bezreligijnym 29 sierpnia 1881 r.

„Wzniosły ten wyraz religia oznacza związek łączący człowieka z człowiekiem, sprawiający to, że człowiek równy temu, którego spotyka, czci swą własną godność w godności drugiego, kładąc za podstawę prawa: wzajemne szanowanie wolności”.

Towarzystwa tajne pracujące nad wygładzeniem z serc i umysłów pojęcia Boga, życia przyszłego, nad obaleniem religii objawionej, znoszą zarazem wszelkie prawo obowiązujące, a z nim wszelką moralność. To jedno byłoby dostatecznym jej określeniem, lecz wyrazy cnota, moralność, tak często w dziełach, prawach i konstytucjach masońskich używane bywają, tak wielka obłuda ich w tym przypadku i chęć osłonięcia płaszczykiem cnoty zupełnego braku zasad, że obowiązkiem naszym jest cokolwiek się nad tym zastanowić. Wiemy, że wolność i równość pierwotna są głównymi podstawami całej budowy masonerii, są celem jej moralnym, prawdziwą i całą moralnością, wyrażoną przez wszystkie stopnie wtajemniczenia, od najniższego do najwyższego. Według Brata Ragona w 1 stopniu jej uczą, w 2 w niej umacniają, w 3 jej dowodzą i uczą z niej korzystać, w 4 w czyn ją wprowadzają, w 5 opierają na pewnych podstawach, w 6 za nią wynagradzają, w 7 ją uświęcają. W istocie w stopniu pierwszym wykładają uczniowi, że libella i cyrkiel są symbolami równości i podstawą prawa natury. W tychże samych zasadach utwierdzają stopnie czeladnika i mistrza. W stopniu 4, czyli wybranego wyrywa się pierwszy okrzyk zemsty: Nekam albo Moabo według martynistów. Klejnotem stopnia tego jest sztylet przeznaczony do wytępienia zabójców Hirama (budowniczy świątyni Salomona według legendy masońskiej – przyp. W.L.). Mistrz Ragon wprawdzie objaśnia uczciwym a łatwowiernym członkom masonerii, że zabójcami są gwiazdy: Waga, Niedźwiadek i Strzelec, zabijające i grzebiące corocznie Boga-Słońce, by go znów powołać do życia w czasie wiosennym, jednakże mówi zarazem, że sztylet w znaczeniu moralnym przypomina wybranym, iż powinni bezustannie pracować nad zwalczaniem przesądów, ciemnoty i zabobonów pojętych tak, jak to już nieraz tłumaczyliśmy, a co w stopniu Kadosz uosabia się w papieżu, królach i wojsku.

Lecz zobaczmy teraz, jakie to są te „pewne podstawy” dane w 5 stopniu masonerii. Podstawami tymi są: trójkąt, czyli Natura dzieląca się na trzy królestwa: minerałów, roślin i zwierząt, stanowiąca Trójcę Pana (bożka), czyli Wielkiego Architekta Świata; w znaczeniu zaś moralnym oznaczająca Równość, według której wolnomularz jest królem, prawodawcą, kapłanem i władcą bezwzględnym.

Na takich podstawach oparta moralność masońska szóstym stopniem (kawalera Wschodu) wchodzi w erę nagród, którymi są: wyzwolenie się spod wszelkiej zwierzchności religijnej i cywilnej i wolność myślenia, czyli według obrządku szkockiego – libertas. Świątynia Salomona, czyli Natury zostaje odbudowana, co znaczy, że człowiek staje się wolnym (jak w początkach swego bytu na ziemi) odnośnie do innych ludzi i do wszystkiego, co istnieje. Na koniec uwieńczeniem całej tej moralności w 7 i ostatnim stopniu masońskim jest zaprzeczenie Bóstwa Jezusowi Chrystusowi, zniesienie wiary chrześcijańskiej, apoteoza ognia, jedynego boga świata, cześć lingamu indyjskiemu (upostaciowanemu przez krzyż i różę), symbolu rozradzania się powszechnego, czyli triumf odniesiony przy pomocy równości panteistycznej i materialistycznej prawdy nad kłamstwem, wolności nad niewolą, światła nad ciemnościami, życia nad śmiercią.

Zaprowadzenie równości i wolności pierwotnej, czyli mniemanego stanu natury, zniesienie wszelkiej władzy duchownej i świeckiej jest podstawą całej moralności masońskiej, jak ją pojmuje Wielki Wschód i jak o niej mówią rytuały: francuski, szkocki, Mizraima, templariuszy i ich tłumacze. Takie zasady szerzyli i szerzą iluminaci, karbonariusze, martyniści, fourierzyści, saint-simoniści i najmłodsza ich córka – międzynarodówka.

Jakiekolwiek dzieło masońskie weźmiemy do ręki, w każdym ujrzymy te słowa: „Ludzie rodzą się i pozostają wolnymi i równymi sobie pod względem praw. Najpierwszymi, najistotniejszymi z praw tych, niewygasłymi prawami natury są: wolność i równość”. – Cours philos. Ragon. Zatem człowiek wzięty tak indywidualnie, jak zbiorowo, nie ma prawa wkładać żadnego obowiązku na równego sobie człowieka. Z tego by jednak wynieść należało, że nie tylko profan, ale i wolnomularz i Wielki Wschód i Najwyższa Rada i wszelka inna władza masońska nie ma również prawa tłumaczenia praw natury i narzucania ich innym ludziom. Brat Ragon potwierdza to mówiąc: „Ktokolwiek zresztą choćby był kapłanem misteriów eleuzyjskich (hierofantem) wkłada słowa w usta bogów wolnomularstwa, jest oszustem, tyranem, przywłaszczycielem praw naturalnych człowieka i obywatela.” Ponieważ człowiek z natury swej jest wolnym i równym wszystkim ludziom, nikt nie może i nie potrzebuje ustępować praw swych na korzyść drugich, umowa zatem dobrowolna, nawet kontrakt nie może mieć żadnego znaczenia. Zasadę tę wyraźnie głoszą martyniści. Według ich pojęć obowiązkiem człowieka obywatela jest nie poddawać się żadnemu prawu, nie przyjmować żadnego zobowiązania, słowem niczego takiego, co by go wiązało lub czyniło zależnym od kogokolwiek. Że zaś zasady moralności są zbiorem praw określających wzajemne stosunki i obowiązki człowieka względem Boga, bliźnich i siebie samego, zatem wolnomularstwo, odrzucając te prawa, nie uznaje żadnych zasad moralności ogólnej. Brak ten określa nazwa moralności niezależnej.

O ile do rozszerzenia tej moralności niezależnej przyczynili się tak zwani filozofowie-encyklopedyści francuscy, posłuchajmy Bazota, sekretarza Wielkiego Wschodu: „Masoni przygotowali już umysły do wielkiej rewolucji moralnej, gdy prace filozofów Helvetiusa, Voltaire’a, J.J. Rousseau, Diderota, D’Alemberta, Condorceta, Cabanisa i innych rozlały żywe i potężne światło, jak słońce łączące się z dniem dla powiększenia blasku… Światło masonów i światło filozofów rozeszło się po wszystkich stronach ziemi. Francja odrodzona nie doszła jeszcze do tego stopnia doskonałości, jaką nakazują nauki masonerii i geniusz filozofów, lecz ruch nadany porywa, książki filozofów i loże jawne i tajemne znajdują się wszędzie… Wielkie dzieło dokonanym zostanie… Tak – loże masońskie są nieustającymi szkołami moralności powszechnej, niezależnej od wpływu klimatu, obyczajów, wyznań, zasad politycznych”.

Przyjrzyjmy się cokolwiek tym zasadom: „Człowiek rozumny, powiada Helvetius, wie, że ludzie są tym, czym być muszą; głupi – płodzi głupstwa, jak dzika roślina wydaje dzikie owoce. Złość ludzka jest owocem potrzebnym w ogólnym ogniwie”.

„Człowiekiem rozumnym, powiada J. J. Rousseau, jest według mnie ten, kto we wszystkich nieszczęściach, jakie go dotkną, widzi tylko ciosy ślepego fatalizmu”.

„Społeczeństwo, powiada Diderot, jest tylko dziwnym automatem, w którym wszystko jest zważone, przewidziane, układ kół, ciężary równoważące, sprężyny, obroty, etc”.

„Gdyby człowiek był filozofem, wiedziałby, mówi Lamétrie, że wola jest ściśle określona, że jeżelim cnotliwy z rana, a występny wieczorem, przyczyna tego w krwi leży, Kartusz musi być Kartuszem, a Pyrrhus – Pyrrliusem; jeden ma kraść i zabijać siłą ukrytą, a drugi – jawną”. W innym miejscu: „Nic nie jest bezwzględnie sprawiedliwym lub niesprawiedliwym, nie ma uczciwości ani wielkości, ani zbrodni rzeczywistych”.

Niepodobna byłoby przytaczać wszystkich zdań encyklopedystów w tej materii wygłoszonych, a szczególnie zaś głowy ich przewodniej, filozofa-masona par excellence – Voltaire’a. Gdy tylko dotknie przedmiotu tego, dowodzi zawsze, że

„wolność woli nie istnieje, że jest to wyraz bez znaczenia, że czyny człowieka nie zależą od niego, że wola nasza nie różni się od woli żadnego zwierzęcia, że świat cały jest maszyną podległą odwiecznym prawom, że wszystko, co jest, jest skutkiem natury rzeczy lub skutkiem rozkazu Wszechwładnego Pana, a w jednym czy drugim przypadku, zawsze jesteśmy tylko kołami machiny świata”.

Zatem, według zasad masonerii i głównych jej adeptów, ludzie są automatami, maszynami, kołami poruszanymi przez Boga-Naturę, jak wiatr lub deszcz. Bez wolnej woli nie może być odpowiedzialności za czyny; zresztą według tego zbrodniarz zabijający uczciwego człowieka nie jest winniejszym od odłamu skały miażdżącej przechodnia; zdrajca zaprzedający kraj, wydający przyjaciela jest równie cnotliwy jak wybawca ratujący go od śmierci kosztem własnego życia. Prawa, instytucje społeczne, sądy są władzami ślepymi, niemającymi racji bytu, wyroki jakie wydają, kary jakie wymierzają – niesprawiedliwością bez podstawy. A jednak środkami tymi posługują się ci, którzy ich nie uznają. Tak to gdy odstąpimy od praw przedwiecznych, krążymy w błędnym kole, z którego wyjść niepodobna. Z jednego absurdum wpadamy w drugie i tak bez końca.

Jak działa masoneria?

Weisshaupt pisał do innych przywódców iluminizmu: „Chcąc zostać zawsze panami słów naszych, musimy dać poznać uczniom, że wolno nam mówić o tej samej rzeczy raz w ten, a drugi raz w inny sposób; że stawiamy nieraz pytanie jedynie dla zbadania opinii uczniów i dania im sposobności wyjawienia zdania swego w tym względzie. Wybieg ten wiele złego naprawić może. Niech wiedzą, że dopiero koniec pokaże, które słowa z powiedzianych przez nas za prawdziwe uważać należy. Trzeba w sposób rozmaity traktować kwestie, chcąc nie wpaść w matnię i nie dać przeniknąć niższym prawdziwej naszej myśli. Zdanie to nasze w ten sposób w przewodniku wyrażone być powinno (zostało 3-cim paragrafem prawa areopagitów). Byłoby lepiej jeszcze, środek ten byłby pewniejszym, gdybyście włożyli obowiązek na starszych iluminatów, zmieniania z powyżej wyrażonych przyczyn, sposobu traktowania o przedmiotach, w rozmowach z członkami niższych stopni”.

W przepisach dla stopnia wyższego, zwanego akademickim, wygłasza Weisshaupt następująca zasadę:

„Pragnę bardzo, powiada, zrobić adeptów wzajemnymi szpiegami i szpiegami innych. Spomiędzy nich wybór stanowić będą ci, co więcej upodobania i zdolności okażą do zachowania tajemnicy. Chcę na koniec żeby pracowali nad zbadaniem i wytępianiem przesądów”.

Głównie jednak w naukach dawnych umiejącym pozyskać jego zaufanie i zaciągnąć innych w szeregi iluminatów, zaleca założyciel sekty obowiązek szpiegowania, skrytość i obłudę.

„Starajcie się o cechę doskonałości zewnętrznej i wewnętrznej, o umiejętność udawania tego, czym nie jesteście, ukrywania się, maskowania dla zbadania drugich, żeby tym sposobem móc wniknąć w ich życie domowe, wewnętrzne”.

Chcąc poznać tych, których iluminat zaciąga w szeregi, powinien mieć każdy notatkę w kształcie dzienniczka (diarium). Śledząc pilnie wszystko, co go otacza, bezustannie badać będzie osoby, z którymi przestaje; przyjaciele, rodzina, nieprzyjaciele, obcy, obojętni mu, wszyscy bez wyjątku będą przedmiotem jego studiów; starać się będzie odkryć ich słabą stronę, poznać ich namiętności, przesądy, stosunki, związki, a głównie ich postępowanie, interesy, majątek, słowem wszystko, co posłużyć może do ich poznania, i zapisze sobie codziennie wszystko, co w tym względzie zauważył. Szpiegostwo, będące obowiązkiem koniecznym każdego iluminata, dwojaką korzyść przyniesie: jedną, ogólną całemu zgromadzeniu i jego zwierzchnikom, drugą jemu samemu. Dwa razy na miesiąc robić ma wyciąg ze swych spostrzeżeń i przedłoży sprawozdanie swe przełożonym, tym sposobem iluminaci wiedzieć będą w każdym mieście lub miasteczku na kogo liczyć, a kogo obawiać się powinni, kogo pozyskać, a kogo usunąć mają.

Posłuchajmy teraz Najwyższej Wenty Włoch przemawiającej do swoich agentów.

„Zgniećcie nieprzyjaciela jakimkolwiek by on był; powalcie go, jeżeli potężny, obmową i oszczerstwem, lecz przede wszystkim zgniećcie go w zarodku. Młodzież to głównie wciągnąć potrzeba, ją wnieść, lecz tak zręcznie, żeby się nie spostrzegła, że należy do towarzystw tajnych. Chcąc iść naprzód krokiem wolnym, ale pewnym, po tej niebezpiecznej drodze, dwa warunki zachować trzeba: należy uchodzić za niewinnych i prostych jak gołębie, ale mieć roztropność wężów. Ojcowie wasi, dzieci, żony nawet znać nie powinny tajemnicy kryjącej się w łonie waszym. Gdybyście uważali za pożyteczne uczęszczanie do spowiedzi, w celu oszukania badawczych spojrzeń, winniście zachować jak najgłębsze o rzeczach tych milczenie…Dajcie pokój ludziom starym i dojrzałego wieku, działajcie na młodzież i dzieci. Nie odzywajcie się do nich nigdy słowem bezbożnym lub rozwiązłym, maxima debetur puero reverentia (dziecku należy się najwyższe poszanowanie [Juvenalis] – przyp. W.L.), nie zapominajcie nigdy tych słów poety, one służyć wam będą za tarczę przeciw rozpuście, od której się koniecznie powstrzymać potrzeba w interesie sprawy. Ażeby posłannictwo wasze wydało owoce pożądane, ażebyście mieli prawo wstępu i zabrania miejsca przy domowym ognisku, zachować musicie pozory ludzi poważnych i moralnych. Skoro sobie wyrobicie opinię w kolegiach, gimnazjach, uniwersytetach i seminariach, pozyskacie zaufanie profesorów i studentów, starajcie się olśnić ich umysł opisem dawnej świetności Romy. W sercu każdego Włocha tkwi żal za dawną republiką rzymską. Pomieszajcie, złączcie w jedno wspomnienia, podniecajcie, zagrzewajcie dusze pełne ognia i patriotycznej dumy. Podsuwajcie im, a zawsze w sekrecie, książki nieszkodliwe, poezje odurzające przesadą patriotyzmu, a tak powoli doprowadźcie tych głupców do pożądanej miary. Kiedy we wszystkich punktach Państwa Kościelnego ta codzienna praca rozleje światło naszych idei, wtedy ocenicie mądrość rad tu podanych”.

Tak więc zasadą lóż masońskich wszelkich odcieni jest fałsz, podziemne knowania, kłamstwo, hipokryzja i potwarz. I to jest właśnie przyczyną, dla której tak w obrzędach, jak stopniach, rytuałach, widzimy same sprzeczności, dwuznaczniki, alegorie, wyjaśnienia zbijające się wzajemnie. Ukrycie prawdy, odurzenie, oszukanie adeptów i profanów, jest celem i środkiem. Jeden z najbardziej uczonych masonów, Brat Delaunay, w Przewodniku 33 stopnia szkockiego, książce potwierdzonej przez Wielki Wschód i sprzedawanej jawnie, tak się wyraża w domówieniu dzieła:

„Wynikiem wszystkich tych obrządków jest, że pojęcia najpotworniejsze, legendy najdziwaczniejsze, najwięcej sprzeciwiające się prawdzie historycznej, systemy najbardziej szalone, były zazwyczaj wprowadzane, ustanawiane w celu olśnienia neofity, wywołania u niego poczucia wielkich tajemnic, odurzenia słabego umysłu nadzieją nadzwyczajnych rezultatów, rzadko zaś, a nawet rzec można nigdy, w celu zaszczepienia jakiejś użytecznej prawdy lub rozszerzenia ważnego odkrycia… Wyjąwszy trzech pierwszych stopni, wszystko zresztą jest chimerą, szaleństwem, głupstwem, kłamstwem itp.”.

Nie tylko otwartość i szczerość jest fikcją, ale i wolność sumienia, poszanowanie każdej religii są również fikcjami. Pierwsza kryje najstraszniejszą niewolę, drugie – zagładę ich wszystkich. Toasty, śpiewy, hasła na cześć panujących i rządów, są osłoną spisku pracującego nad ich obaleniem; apoteozy miłości ojczyzny i narodowości, kryją pragnienie zagłady wszelkiej narodowości; wyrazy cnota, moralność, tak często powtarzane, osłaniają pracę dążącą do wytępienia wszelkich zasad moralności. Pojęcie uczciwości daje nam Helvetius, jeden z największych luminarzy masońskich:

„Uczciwość pojedynczego człowieka jest bez żadnego znaczenia dla ogółu. Żadnej lub prawie żadnej nie odnosi on z niej korzyści. Toteż sądzić należy żyjących, jak potomność sądzi umarłych. Ona nie bada bynajmniej czy Juvenal był złym, Owidiusz – rozpustnym, Lukrecjusz – bezbożnym, Horacjusz – rozwiązłym, August – skrytym, Cezar – żoną wszystkich mężów… Cóż zatem znaczy uczciwość?… Człowiek genialny, choćby był występnym, znaczy zawsze więcej od ciebie. Nic to nie stanowi, że ludzie są występni, byle tylko byli światli”.

Zobaczymy teraz jak pojmują przyjaźń profesorowie masońscy Cousin i Damiron:

„Podstawą wszystkich uczuć jest interes, miłość samego siebie – koniecznością, na niej opiera się wszelkie przywiązanie, jest ona jego początkiem i końcem, określa wszelkie dążenia, pcha do wszystkiego, jest przyczyną wszelkich zjawisk… być przejętym dla istoty obcej, niebędącej mną samym, troskliwością, miłością, to niedorzeczna hipoteza”.

Jakże smutne życie tych, dla których już żadne serdeczniejsze nie istnieje uczucie, jak niski ich upadek. Należy się jednak pocieszyć tym, że takich jest niewielu nawet między wyznającymi najskrytsze teorie, bo i u tych w niejednej chwili życia serce żywiej zabije, i ci poczują się ludźmi, choć wszelkie ludzkie uczucia wyrwać z siebie pragną. Ideolog Destutt de Tracy, także mason-filozof nie znający wcale zasad chrystianizmu, którego podstawowym prawem jest miłość i poświęcenie z niej płynące, tak swoje pojęcia w tej kwestii sformułował:

„Ponieważ nie mogę przyjąć prawa, które sprzeciwia się oczywistości, powiem z całą szczerością, że przykazanie tak zachwalone: będziesz miłował bliźniego twego jak siebie samego, jest dowodem zapomnienia o pierwszych warunkach naszej istoty. Maksyma ta jest dowodem najzupełniejszej nieznajomości natury ludzkiej”.

O sławionej owej wolności i braterstwie masonów przekonuje nas to bezwzględnie wymagane posłuszeństwo, w imię którego każdy mason musi być ślepym narzędziem w ręku tych, którzy nim kierują. Przejrzyjmy kronikę zbrodni politycznych lat ostatnich, a właściwie całego prawie ostatniego wieku, bo początku i rozwoju ich szukać musimy w rewolucji francuskiej, a przekonamy się, że to mniemane stowarzyszenie braterstwa jest najdoskonalszą szkoła zbrodni.

„Jeżeli 100 000 głów stawia zaporę, niech wszystkie spadną, my znamy tylko miłość ludzkości. Jeżeli mieszczaństwo stawia opór, trzeba pozbyć się mieszczaństwa… Chcę się zemścić nad mieszczaństwem pieniężnym i arystokratycznym, któremu zawdzięczamy prawa i nędzę naszą. Ono zginąć musi”.

Czyż słowa te nie malują jasno, czym jest w istocie braterstwo i wolność masońska?

Najlepszym uzupełnieniem rysu moralności masonerii są przysięgi, wkładające na członka obowiązek zachowania tajemnicy niepowierzonej, niewyjawiania wyrazów i symbolów znajdujących się we wszystkich przewodnikach, przysięgi posłuszeństwa ślepego, bez względu na Boga i ludzi, na sumienie, prawa krajowe i obowiązki względem ojczyzny; posłuszeństwa wyrokom osobistości nieznanej sobie, choćby ta wydała polecenie niegodne, niesprawiedliwe; przysięgi, która wyrzeka się własnego ciała i duszy i daje prawo życia i śmierci nad sobą. Przysięgi te ponawiają masoni nie tylko przy przejściu ze stopnia na stopień, ale czasem po kilka razy, pozostając na jednym i tym samym stopniu.

W r. 1857 na radzie kawalerów Kadosz w Saint-Germain-en-Laye, przedstawiono pytanie: Do jakiego stopnia przysięga obowiązuje masonów urzędników względem swych braci masonów? Pytanie to zostało nierozstrzygnięte, czym dano do zrozumienia, jaką byłaby istotna odpowiedź. Gdyby bowiem przysięga złożona przez urzędników była uznana za ważną, byłby Wielki Wschód odpowiedź swą niewątpliwie wyjawił. Że jednak przysięga masońska unieważnia każdą inną przysięgę, zostawiono pytanie nierozstrzygniętym publicznie. Ale odpowiedź niedwuznaczną znajdujemy w tylu ofiarach spomiędzy masonów, którzy życiem przypłacili sprzeniewierzenie się sekcie. Przypomnijmy Nasta i Stromayera, dwóch pierwszych założycieli Młodej Europy; Kotzebuego zasztyletowanego przez Sanda; Napoleona III, którego upadek spowodowało sprzeniewierzenie się karbonariuszom; Rossiego, Ludwika Frapolli, osadzonego w pełni zdrowia w domu dla obłąkanych, Emilianiego, Scuriattiego, Lazzoneschiego, Adrianiego, niechcących zgodzić się na krwawe środki przez Mazziniego wprowadzone i tylu innych.«

Zwieńczeniem masońskiej moralności w 7. i ostatnim stopniu jest apoteoza ognia, jedynego boga świata. – To stwierdzenie jest bardzo wymowne, jeśli zwrócimy uwagę na pożary lasów, które od jakiegoś czasu wybuchają w różnych, odległych od siebie miejscach i w różnym czasie.

Jest nim też cześć lingamu indyjskiemu (upostaciowanemu przez krzyż i różę), symbolu rozradzania się powszechnego. A cóż to takiego?

Shiva Lingam, specjalna odmiana jaspisu (skała krzemionkowa – przyp. W.L.), to jeden z najlepszych kamieni wspomagających medytację. Ze względu na swą potężną moc od wieków wykorzystywany był w rytuałach i magii. Jest źródłem duchowej energii.

Ten kamień pełen mocy występuje tylko w wodach świętej rzeki Narmada, w Indiach. Dla Hindusów jest symbolem szczęścia i pomyślności. Zbierany jedynie w porze suchej przez kilka rodzin, które przekazują sobie wiedzę z pokolenia na pokolenie. Osoby te polerują i wygładzają ręcznie lingamy, następnie oddają je do świątyni na modły, co zwiększa ich pozytywną moc. Każdy okaz jest wyjątkowy, nie znajdziemy dwóch takich samych. Z ich niezwykłością wiążą się również pewne hinduskie wierzenia.

Hindusi wierzą, że miliony lat temu właśnie w tym miejscu meteoryt zderzył się z Ziemią. Na skutek ogromnego ciepła od uderzenia meteoryt stopił się z okolicznymi kamieniami, a woda wypłukała je w owalny kształt. Tak powstał święty kamień boga Shivy, Boskiego Istnienia, najważniejszego bóstwa w Indiach. Jego jajowaty kształt utożsamiany jest z pierwotnym, kosmicznym jajem, które dało początek wszystkiemu, jest więc symbolem pierwotnej energii wszechświata. Shiva Lingam występuję w kilku kolorach – szarym, piaskowym i brązowym. Dodatkowe czerwone zabarwienie to wspomniane ślady meteorytu, który utożsamiany jest z żeńską energią. Stąd kamień ten łączy w sobie boskość, żeńskość i męskość. Nazwę Shiva Lingam tłumaczy się jako słup światła. Występuje w przeróżnych rozmiarach, nawet tak dużych jak dorosły człowiek. Więcej tu: https://akademiaducha.pl/shiva-lingam-indyjski-kamien-duchowej-mocy-i-transformacji/

No cóż? Jedni wierzą w Boga i nieśmiertelną duszę, inni – w moc kamieni i boga-ognia. Każdy może wierzyć w to, co chce – tak sądzę. Jednak niektórzy dostali takiej manii, że uważają, że ich wiara jest lepsza niż inne i te inne należy zwalczać. Tak uważa masoneria. Trudno dziwić się jej. Jest ona żydowskim narzędziem w walce z Kościołem katolickim i pomocnikiem w dążeniu do realizacji ich mesjańskich celów.

Wolność woli nie istnieje, że jest to wyraz bez znaczenia, że czyny człowieka nie zależą od niego, że wola nasza nie różni się od woli żadnego zwierzęcia, że świat cały jest maszyną podległą odwiecznym prawom, że wszystko, co jest, jest skutkiem natury rzeczy lub skutkiem rozkazu Wszechwładnego Pana, a w jednym czy drugim przypadku, zawsze jesteśmy tylko kołami machiny świata.

Ten nowy porządek, o którym nam mówią ci psychopaci, nie został przez nich wymyślony. Nawet nie zdziwiłbym się, gdyby taki Gates czy Schwab nie wiedzieli, że to Voltaire. Być może kazali im tak mówić ich nieznani przełożeni, którzy już dobrze wiedzą, co czynią i skąd czerpią natchnienie.

Zatem, według zasad masonerii i głównych jej adeptów, ludzie są automatami, maszynami, kołami poruszanymi przez Boga-Naturę, jak wiatr lub deszcz. Bez wolnej woli nie może być odpowiedzialności za czyny; zresztą według tego zbrodniarz zabijający uczciwego człowieka nie jest winniejszym od odłamu skały miażdżącej przechodnia; zdrajca zaprzedający kraj, wydający przyjaciela jest równie cnotliwy jak wybawca ratujący go od śmierci kosztem własnego życia. Prawa, instytucje społeczne, sądy są władzami ślepymi, niemającymi racji bytu, wyroki jakie wydają, kary jakie wymierzają – niesprawiedliwością bez podstawy.

Tego w zasadzie nie trzeba komentować. To się dzieje. A sądy obecne, w odróżnieniu od tamtych, nie wydają wyroków, będących niesprawiedliwością bez podstawy. To, że stan sądownictwa jest właśnie taki, jaki jest, jest wynikiem wdrażania w życie ideologii masońskiej. No bo skoro czyny człowieka nie zależą od niego, bo nie ma on wolnej woli, to nie może on za nie odpowiadać. To chyba oczywiste.

Ludwika Frapolli, osadzonego w pełni zdrowia w domu dla obłąkanych

Zapewne większość myśli, że „psychuszki” to radziecki wynalazek. Nie! To Związek Radziecki korzystał z wynalazków masonerii, zdradzając tym samym, skąd mu wyrastały nogi. Tylko kto o tym wie?

Po co to wszystko? Po co ten reset, nowy porządek? Nie można było powiedzieć prawdy. Nie można było powiedzieć, że chodzi o realizację mesjańskich celów Żydów, o ich panowanie nad światem poprzez podporządkowanie sobie wszystkich innych narodów. Wymyślono więc pandemię, która ma niby umożliwić reset finansowy. Tylko że, żeby dokonać resetu finansowego, to do tego nie potrzeba pandemii. Reset finansowy jest stary jak świat i żeby było śmieszniej był on praktykowany przez Żydów. Nazywał się on rokiem jubileuszowym. A Kodeks Hammurabiego nakazywał darowanie długów po odbyciu kary trzech lat więzienia. Jak mówił cesarz Hajle Syllasje w wywiadzie z Orianą Fallaci: „W świecie nigdy nie dzieje się nic nowego”. Świat, wydaje się, od początku opierał się na kredycie i od początku nie radził sobie z jego spłatą.

W Starym Testamencie znany był rok jubileuszowy obchodzony co 50 lat, w którym wyrównywały się społeczne nierówności, a każdy był wyzwalany z długów. Symbolizowało to nadanie ziemi przez Boga jedynie w lenno. Rok jubileuszowy obchodzony był po siedmiu latach szabatowych, które obchodzono co siedem lat (7 x 7). – Tak to opisuje Wikipedia.

Problem zadłużenia można by było rozwiązać inaczej, ale chodziło o coś innego, o to, by ci, którzy nie wierzą w te bajki o pandemii, myśleli, że wprowadza się ją po to, by dokonać resetu finansowego, a nie po to, by realizować chore idee sfiksowanego narodu, a może raczej jego chorych na umyśle elit. I tu aż ciśnie się na usta rosyjskie, bardzo obrazowe, moim zdaniem, przysłowie: każdy durak po swojemu s uma schodit. To znaczy mniej więcej tyle, że każdy dureń wariuje na swój sposób, bo skutków tego, co ci chorzy na umyśle psychopaci chcą wprowadzić w życie, nie da się przewidzieć. Rzucili wyzwanie naturze, tej naturze, którą tak wielbią i do której się odwołują. Bo czymże jest chęć przemienienia człowieka w automat, jak nie wyzwaniem rzuconym naturze. Człowiek jest przecież cząstką natury. I nie chcą się z tym pogodzić, przynajmniej niektórzy, że człowiek, jako część pewnej całości, nie jest w stanie tej całości ogarnąć i zrozumieć.

Kryzys gospodarczy

W swoich blogach często cytowałem fragmenty z książki Henryka Rolickiego Zmierzch Izraela. Wypada więc wyjaśnić skąd taki tytuł? Rolicki pisał tę książkę na przełomie lat 20-tych i 30-tych. Pierwsze wydanie ukazało się w 1932 roku. Później były kolejne. Mój egzemplarz jest prawdopodobnie reprintem drugiego wydania. To był czas wielkiego kryzysu z roku 1929, ale to był przede wszystkim wielki kryzys żydostwa. Tak uważał Rolicki i w tamtym czasie wydawało się mu, że żydostwo tego nie przetrwa. I stąd taki tytuł książki. On sam nie mógł być już świadkiem, jak ono z niego wybrnęło. Na przełomie 1939 i 1940 roku, jako przedstawiciel ONR(Obóz Narodowo-Radykalny), próbował przedostać się do Francji. Niestety w górach na Słowacji odmroził sobie nogi i pomimo operacji w szpitalu w Budapeszcie zmarł na początku 1940 roku.

Rolicki opisał ten kryzys w przedostatnim rozdziale zatytułowanym Kryzys gospodarczy. On zbiegł się również z kryzysem duchowym żydostwa. I temu kryzysowi też poświęcił on oddzielny rozdział. W rozdziale Kryzys gospodarczy cytuje on historyków, ekonomistów i polityków żydowskich. I dlatego to jest takie ważne, bo któż lepiej, niż oni sami, dokona analizy tego kryzysu, ich kryzysu.

Ja ten rozdział zacytuję w całości, bo on, w dobie obecnego kryzysu, staje się bardziej aktualny – jak nigdy wcześniej. I co ważniejsze, wyjaśnia, po co Żydom te ich wymysły typu socjalizm, kapitalizm, liberalizm itp.

»Już socjalizm głosił koncentrację kapitału i upadek małych przedsiębiorstw. Razem z nimi tracił możność egzystencji pośrednik żydowski. Już w połowie XIX w. przewidywali żydzi tę katastrofę, pozbawienie chleba szerokich mas żydowskich i szukali ratunku w dyktaturze proletariatu.

Wojna światowa okazała, że część diagnozy socjalistycznej jest słuszną. Nie upadły wprawdzie małe przedsiębiorstwa, lecz podważony został byt ekonomiczny mas żydowskich, skupionych na wschodzie Europy. Żydostwo wschodnie żyje od lat kilkunastu na koszt żydostwa amerykańskiego i staje się dlań nieznośnym, gniotącym ciężarem.

„Cała poprzednia rola pośredników stała się dziś na wskroś niepewną podstawą bytu” – Ignaz Zollschan Revision des judendischen Nationanlismus.

Cóż ma wobec tego począć żydostwo wschodnie? Ciężaru jego utrzymania nie wytrzyma długo żydowsko-amerykańska finansjera.

„Zostaje więc tylko jedna alternatywa: emigracja w inne kraje – albo przewarstwowienie (o ile to możliwe) w tym samym kraju ze wszystkimi jego skutkami.” – Zewi Parnass Kwestia żydowska w świetle nauki.

Łatwo to powiedzieć. Przewarstwowienie żydów, nadanie im społecznego wyglądu narodu normalnego, aby oprócz handlu i zawodów miejskich, mieli także odpowiednio liczną warstwę rolniczą i robotniczą, wymaga kompletnej reorganizacji żydowskiego życia.

„Żydostwo stoi przed zadaniem swej reorganizacji.” – Ignaz Zollschan Revision des judendischen Nationalismus.

Wojna światowa ujawniła w całej jego grozie kryzys gospodarczy wśród żydostwa wschodniego. Po prostu byt tego ośrodka czystego judaizmu został zagrożony. Bolszewizm mógł uratować sytuację, ale tylko wtedy, gdyby rozpostarł się na całą Europę. Klęska nad Wisłą zepsuła rachuby. Ograniczony do Rosji bolszewizm powiększył tylko nędzę żydostwa wschodniego. W Rosji przestał istnieć drobny handel, a przynajmniej został zredukowany do ciasnych granic. Pozarosyjskie żydostwo wschodnie utraciło możność handlu z Rosją.

„Dzisiejsze położenie żydów wschodu podobne jest do rozpaczliwego położenia żydów w krajach Europy zachodniej przed wojną trzydziestoletnią, w których wówczas przeważająca część żydostwa żyła. Jak wówczas katastrofa światowa stała się ratunkiem dla żydów, powołując ich do odbudowy zniszczonej Europy, tak zdaje się i wojna światowa w swoim łonie ukrywać zbawienie dla żydów dzisiejszych (chodzi tu o Palestynę – przyp. autora).” – Zewi Parnass Kwestia żydowska w świetle nauki.

Celem spieszenia z pomocą żydom wschodnim połączyły się wszystkie kierunki żydowskie. Na posiedzeniu Jointu w dn. 9 października 1926 r. mówił Louis Marshall:

„Ortodoksi i ultraortodoksi; żydzi reformowani, socjaliści i ultrasocjaliści pracowali wspólnie dla jednego celu; nie dać upaść żydostwu”. – „Moment” z dn. 31 października 1926 r., nr 248.

Hasło przewarstwowienia wśród żydów wschodnich, stanowiących rezerwuar żydostwa, zostało uznane za jedyny środek ratunku. Postanowiono złamać przeszło dwudziestowiekowy obyczaj i uczynić z żydów „naród normalny”. Do tak rozpaczliwych zamiarów doprowadziła groza położenia, szczególnie w Polsce.

W lutym 1929 r., prezes światowej organizacji „Ort”, na konferencji przedstawicieli prasy żydowskiej w Warszawie, dr Leo Bramson, „zastanawiał się nad przyczynami kryzysu ekonomicznego żydów w Polsce i wskazał, że główną jego przyczyną nie jest judofobia. Społeczeństwo żydowskie trawi choroba, która wpływa bardzo silnie na sytuację; my posiadamy za dużo kupców, my nie mamy dobrze wyszkolonych rzemieślników, my nie rozporządzamy dostatecznymi kredytami… Przy tym nasuwa się zajmujące zjawisko; różne zdobycze społeczne, każda dobra reforma państwowa, która jest pożyteczna dla innych, złą jest dla żydów.” – „Moment” nr 44 z 1929 r.

Próbowano sobie radzić z kryzysem sztuczkami, w jakie obfitują zakamarki ustroju kapitalistycznego.

„Zagadnienie, jakie mają rozwiązać angielscy właściciele kopalń, jest analogiczne do tego, jakie staje przed żydami polskimi, pracującymi w zawodach, które nie mogą wyżywić ich w większej liczbie. Tak, jak nowe rynki zbytu dla węgla angielskiego mogłyby rozwiązać zagadnienie angielskich właścicieli kopalń, tak samo dostatecznie szeroki rynek zbytu dla produktów drobnego przemysłu i handlu żydowskiego w Polsce mógłby w szerokich wymiarach rozwiązać gospodarcze zagadnienie żydowskie.” – G. Gliksman L’aspect économique de la question juive en Pologne.

Żydostwo widzi dwa wyjścia z sytuacji: rozszerzenie bolszewizmu na Europę, tzw. Weltoktober, albo zlikwidowanie bolszewizmu w Rosji.

Cytowany G. Gliksman jest zwolennikiem Weltoktober. „W świetle naszego studium radykalne rozwiązanie całości tych problemów, które oznacza się nazwą kwestii żydowskiej, nie wydaje się nam możliwe w społeczności kapitalistycznej, opartej na anarchicznej produkcji.” – G. Gliksman L’aspect économique de la question juive en Pologne.

Gliksman zdaje sobie sprawę, że przewrót ten jest ryzykownym zamiarem o charakterze politycznym i szuka wzrokiem sprzymierzeńców poza rzeszami żydowskimi.

„Skoro przeszkody do takiego rozwoju są przede wszystkim natury politycznej, więc w dziedzinę polityczną w pierwszym rzędzie muszą się skierować wysiłki tych wszystkich, którzy chcą się przyczynić do rozwiązania zagadnienia gospodarczego wśród żydów. Spośród wszystkich sił politycznych, działających w obecnej chwili w polskim życiu społecznym, mógłby – jak się zdaje – jedynie ruch socjalistyczny wprowadzić w życie te zasady ustroju ogólnego, na które właśnie wskazałem.” – G. Gliksman L’aspect économique de la question juive en Pologne.

Od chwili, gdy pisano te słowa, sytuacja pogorszyła się znacznie. Ujawnił się gospodarczy kryzys światowy. Narody w obronie własnej poczynają zrywać z dotychczasowymi zasadami swobody handlu międzynarodowego. Przykład daje Anglia, klasyczny kraj liberalizmu.

Zarówno kryzys, jak i jego skutki uderzają coraz silniej w żydowską finansjerę, tę ostoję wschodniego żydostwa. Rozmiary i trwałość kryzysu światowego zmuszają ludzi do myślenia, do szukania przyczyn. Ustala się zdanie, że przyczyny kryzysu leżą w podstawach samego ustroju kapitalistycznego.

Równocześnie chwieje się bolszewizm. System socjalistyczny nie zdał egzaminu.

Ustrój kapitalistyczny został narzucony światu przez żydów i przystosowany do ich potrzeb, do potrzeb nienormalnego narodu. W ich interesie oparł się na liberalizmie, na swobodzie międzynarodowego handlu, na anarchicznej produkcji towarowej, szukającej sztucznie tworzonych rynków zbytu. Wciągnął w pracę miliony maszyn i tworzył nie po to, by zaspokoić rzeczywiste potrzeby, lecz po to, by handlować. Rysy w tym ustroju widać było już z dawna i widzieli je sami żydzi, szukając ratunku dla siebie w przyszłym państwie socjalistycznym, równie beznarodowym i uniwersalnym, jak beznarodowy i uniwersalny był ich handel i przemysł światowy. Tymczasem próba ratunku zwiodła. Rewolucja rosyjska nie stała się uniwersalną, a zamknęła rosyjski rynek zbytu. Ustrój, rysujący się, nie mógł wytrzymać tego wstrząsu. Rewolucja rosyjska, o której od lat marzyły pokolenia żydowskie, runęła im na głowy już dzisiaj.

Śni im się jeszcze, że przez zlikwidowanie bolszewizmu przy pomocy graniczących z Rosją państw i wprowadzenie do niej ustroju liberalnego uda im się załatać dziurę. Ale naiwnych coraz mniej i marzenia takie wydają się równie niedościgłe, jak rozszerzenie rewolucji na zachód, jak Weltoktober. Oba prądy w łonie żydostwa wiodą zaciekłą walkę.

A kryzys postępuje dalej nieuchronnie, bezlitośnie. Żydzi, jako stojący w samym środku ustroju kapitalistycznego, oni, naród pośredników, biorą straszliwe cięgi. Kryzys objął już nawet czteromilionową rzeszę żydowską w Stanach Zjednoczonych. W Polsce sroży się bez pamięci i nie widać zeń wyjścia dla żydowskich mas, odkąd zasiłki żydów amerykańskich, objętych dziś katastrofą, muszą wysychać. Kryzys wśród nieżydów, mimo swego natężenia, jest tylko słabym odbiciem kryzysu wśród żydostwa.

W odezwie do żydów polskich z r. 1932, podpisanej przez wszystkie główne organizacje syjonistyczne, czytamy:

„W obecnym ciężkim czasie, kiedy jesteśmy wypierani ze wszystkich naszych pozycji, kiedy jesteśmy zajęci sprawą suchego chleba, kiedy nie ma jednej żydowskiej izby, która by nie była nawiedzona okropnym kryzysem, grzebiącym coraz więcej nasz byt ekonomiczny – w tym ciężkim okresie przychodzimy do was, towarzysze, z żądaniem przyłączenia się do hebrajskiego związku światowego… Prawda, że mamy jeszcze dość władzy i siły, aby kontynuować naszą narodową walkę na całym froncie, ciągnącym się z jednego końca świata na drugi, z pól i miast Syjonu do każdego zapadłego kącika żydowskiej izby w innym kraju. Naród żydowski jest nieśmiertelny i tak, jak zawsze w poprzednich pokoleniach przetrwaliśmy różne katastrofy i przełomy, tak również w dobie obecnej wyjdziemy zwycięsko z naszej walki starego narodu z najpotężniejszymi i najsilniejszymi tego świata; w końcu wznowimy nasze narodowe życie zarówno w Erec Izrael, jak we wszystkich innych krajach…” – „Hajnt” z dn. 2 marca nr 52.

W lutym 1932 wygłosił Chaim Bialik, uczeń i następca Achad-ha-Ama, po powrocie z Europy odczyt w Tel Awiwie w Palestynie, który streszcza żargonowy „Hajnt” w artykule, zatytułowanym: Bialik przekazuje Erec Izrael (Palestynie – przyp. autora) smutne pozdrowienia z golusu (krajów wygnania – przyp. autora).

„Jak się okazuje, dzięki troskom ostatnich lat doszło się do syjonizmu, który ma sens i wartość nie tylko dla ogółu, lecz również dla jednostki. Albowiem gospodarcze podstawy zostały zachwiane w tej mierze, że prawie każdy żyd czuje, że utracił swoje korzenie. Najgorzej jest z podrastającym pokoleniem. Ono „wisi w powietrzu” bez gruntu pod nogami. Wszędzie, gdzie żyją żydzi, wisi w powietrzu pytanie: co robić z dziećmi? To uczucie narzuca lęk i zwątpienie… Słyszeliście niewątpliwie o położeniu fabrykanta Oszera Kohna (właściciel widzewskiej manufaktury – przyp. autora), który przyobiecał nam duże rzeczy. Spotkałem się z nim i zobrazował mi położenie swoje i podobnych do niego. Człowieka ten obraz przejmuje przerażeniem. Spytałem go, czyżbyście nie mogli uratować części swego majątku, przenosząc go do Erec Izrael tak samo, jak dzisiaj jesteście dumni z tego, że dookoła was znajdują utrzymanie w waszym mieście setki rodzin. Odpowiedź brzmiała: Przy całej mojej woli nie mogę nic już uratować. Jeżeli bym wyrwał część, zapadnie się cała budowla. Jestem związany łańcuchami z układem moich stosunków. Nie mogę ruszyć ani ręką, ani nogą. Jak się okazuje, w takim samym położeniu są inni fabrykanci. Wszystko zależy od cudu, wszystko wisi na pajęczynie, na sztuczkach i kombinacjach, które umożliwiają pozorny byt. Jeżeli wyrwie się z tego jeden kamień, rozleci się wszystko.”

Światowy kryzys gospodarczy zachwiał Izraelem. Odczuwamy go i my, nieżydzi. Dlaczego? Bo daliśmy sobie narzucić ustrój gospodarczy, wymyślony przez żydów i dostosowany do potrzeb narodu chorego, przeżywającego stały kryzys od tysiącleci. Ratunku przeciw niedomaganiom tego ustroju szukaliśmy w ustroju socjalistycznym, wymyślonym znowu przez żydów i znowu dla potrzeb chorego narodu. Ocalić nas może tylko wyrwanie się z ustrojów sztucznych, a poszukiwanie ram, w których mogłyby żyć i rozwijać się narody zdrowe.

Naród, przeżywający wieczny kryzys, gdy narzuca swe myśli, zaraża otoczenie. Twórczość jego w każdej dziedzinie, a więc także w gospodarczej, wlecze za sobą zarodki choroby.«

W ostatnim rozdziale Perspektywy Rolicki pisze:

»Naród żydowski jest narodem chorym. Nie jest to wynikiem jego dziejów, wieki rozproszenia tylko spotęgowały jego chorobę. Istotną przyczyną jego choroby, jego tragicznego położenia jest jego dążenie mesjańskie, chęć narzucenia swej władzy i swego ducha innym narodom świata.

Poczucie choroby nurtuje wśród żydostwa. Wszak w r. 1929 poseł Grunbaum w swoim referacie w Lublinie powiedział wyraźnie:

„Chorego nie można tolerować. Nawet ojciec lub matka, jeżeli są stale chorzy, stają się ciężarem. Narody nie mogą nas znieść. My zarażamy powietrze, jako naród chory…” – „Moment” z r. 1929, nr 272.

Stwierdzenie jest, brak tylko wśród żydostwa należytego rozpoznania choroby. A dzieje jego wskazują, że bywały chwile, gdy przeciw tej chorobliwej manii mesjańskiej, wymagającej wiecznie ofiar z własnego plemienia, jak krwiożerczy Moloch, przeciw temu opętaniu zrywał się bunt wśród żydowskich rzesz. Przecież po niewoli babilońskiej w okresie reform Ezdrasza i Nehemiasza, mających na celu przez ogrodzenie Zakonu uzdolnić Izraela do roli mesjańskiej, ma miejsce secesja Samarytan nie chcących się poddać wymaganiom reformatorów. Jest to bunt przeciw tajnej organizacji, reprezentującej mesjanizm.

Potem znowu w Babilonii, gdy Izraelowi zarzuca się więzy Talmudu, zacieśniając ogrodzenie do ostatecznego stopnia dla tych samych celów co ongiś, zrywa się wśród żydostwa potężny ruch karaitów. I znowu jest to bunt przeciw tajnej organizacji, reprezentującej mesjanizm.

Są to chwile, w których rzesze trzeźwieją i krzyczą głośno, że mają dość bezustannych ofiar w imię chimery.

Dziś żydostwo, jak w końcu XV wieku, znalazło się znowu w położeniu rozpaczliwym. Gmach wzniesiony z takim nakładem starań, kosztem takich ofiar, rysuje się groźnie i znikąd nie widać podpory. We wszystkich narodach budzi się poczucie, że naród chory zaraża powietrze. Ta świadomość rośnie i będzie wzbierać z każdym rokiem. Pora zmyślnych sztuczek już nie wróci. Kryzys światowy likwiduje pomocnicze organizacje Izraela wśród nieżydów. Reszty dokona blask prawdy.

Diaspora żydowska po wiekach jest znowu poważnie zagrożona. Dziś żydzi jeszcze mogą przyczynić się do tego, by rozwiązanie nastąpiło z najmniejszym bólem, na pół dobrowolnie. Gdy świadomość wśród narodów wzrośnie, do czego mogą się jeszcze przyczynić nowe eksperymenty żydostwa, gnanego lękiem, który zaciemnia rozsądek, to nad głowami ludu izraelskiego zbierze się taka burza, że nie powstrzyma jej nic. Wtedy na ratunek, na spokojne rozwiązanie kwestii żydowskiej będzie już za późno.«

Rolicki był w swoim osądzie zbyt optymistyczny. Żydzi znaleźli sposób na wyjście z sytuacji, zdawałoby się bez wyjścia. On tego nie mógł zobaczyć, ale dzięki jego analizie łatwiej nam zrozumieć, co później zaszło. „Lekiem na całe zło” był kryzys 1929 roku, który Żydzi sami wykreowali, a który w efekcie doprowadził do wojny, zmieniającej diametralnie światową rzeczywistość. Po niej zastosowano Weltoktober w ograniczonej formie, tzn. ograniczono się do Europy wschodniej. Teraz już wiadomo dlaczego po II wojnie światowej nastąpił taki podział Europy. Wschodnia Europa stała się socjalistyczna pod dominacją bolszewizmu. Wariant z jego likwidacją nastąpił dopiero po 1989 roku. Instalując socjalizm w Europie wschodniej rozwiązywali Żydzi problem wschodnioeuropejskiej biedoty żydowskiej. W państwie socjalistycznym wszyscy mieli pracę, a ta żydowska biedota znalazła zatrudnienie nie tylko w państwowych zakładach, ale też w administracji, milicji, wojsku, sądach itp. To prawda, że w wyniku wojny część tej żydowskiej biedoty zginęła w obozach koncentracyjnych, ale to była stosunkowo niewielka część z większej całości, a poza tym to był koszt całej operacji. Żydzi nigdy nie mieli problemu ze składaniem ofiar z własnego narodu w celu realizacji swoich chorobliwych idei mesjańskich.

Obozy koncentracyjne na terenie Polski były więc częścią planu mającego na celu rozwiązanie problemu biedoty żydowskiej w Europie wschodniej. Nie było z tym problemu. Wśród nazistów aż się roiło od Żydów. A po wojnie, gdy zaczęli wymierać ci, którzy pamiętali tamte czasy, Żydzi zaczęli odwracać kota ogonem. Do spółki z nazistami, niemieckimi nazistami znaleźli „prawdziwego” winowajcę. I jeszcze domagają się odszkodowań za mienie, które pozostawiła ta biedota. Absurd? Ależ nie! Wystarczy tylko zmienić programy szkolne, wydawać odpowiednie „prace naukowe”, kręcić odpowiednie filmy i mieć w swoich rękach środki masowego przekazu.

Takie przedstawienie przez Rolickiego kryzysu żydostwa przed wojną skłania też do wniosku, że Stalin, Churchill i Roosevelt byli tylko kukiełkami, a Churchill wcale nie sprzedał Polski Stalinowi. I nie ci trzej panowie wyznaczali powojenny podział Europy.

W 1981 roku miałem okazję słuchać wykładu Kuronia. To, co wtedy mnie zaszokowało, to to, że on ciągle powtarzał, że Związek Radziecki musi upaść. Siedziałem, słuchałem i w duchu myślałem sobie: co on pier…! Taka potęga? To niemożliwe! Od kiedy żyłem, Związek Radziecki zawsze był potężny i nikogo się nie bał. A jednak! Kuroń miał rację. Skąd on to wiedział na 10 lat wcześniej? No wiadomo skąd!

Po 1989 roku dwubiegunowy porządek polityczny przestał istnieć. Jego likwidacja była wstępem do tworzenia porządku jednobiegunowego, co w praktyce oznaczało tworzenie rządu światowego. I dziś taki rząd istnieje, wprawdzie nieoficjalnie, ale istnieje. A Chiny jako przeciwwaga dla Ameryki? Chiny, tak samo jak reszta świata, stosuje reżim sanitarny wobec swoich obywateli. Wygląda na to, że zbliżamy się do ostatecznego rozwiązania. Tylko dla kogo będzie ono ostateczne? Czy ci, którzy dążą do niego, nie przeliczą się?

A może wcale nie chodzi o ostateczne rozwiązanie, tylko o znalezienie wyjścia z żydowskiego systemu finansowego, który zawiódł. System, oparty na niczym nieograniczonym kredycie, musiał się kiedyś załamać i załamał się. Załamuje się wszystko: systemy emerytalne, rynki finansowe, handel, produkcja, usługi, finanse państwowe i samorządowe. Żeby sobie z tym poradzić, potrzebne są radykalne posunięcia. Wojna światowa nie wchodzi w grę, bo mamy rząd światowy. Więc kto z kim miałby walczyć? Dlatego wymyślono pandemię. Ona ma zrobić to, co wcześniej robiły wojny. Ma zmienić obowiązujący porządek, którego nie da się już utrzymać. A czy on będzie wyglądał tak, jak nam mówią, że będzie to świat ludzi podłączonych do globalnego systemu informatycznego i całkowicie sterowalnych? Może tak. A może jest to tylko środek do celu, którzy znają ci, którzy to wszystko zaplanowali. Jedno wydaje się pewne, że jest to kolejny kryzys żydowski, z którego Żydzi próbują wyjść obronną ręką.

Asymilacja

Spośród wszystkich atutów jakimi dysponują Żydzi w swoim dążeniu do podporządkowania sobie świata, najważniejszym jest asymilacja. Nie jest to zjawisko nowe. Jakub Lejbowicz Frank nie był pierwszym, który ją wymyślił. Już w starożytnej Grecji Żydzi korzystali z tego atutu. No bo jak rozpoznać Żyda, który od urodzenia mieszka w danym kraju, od urodzenia mówi językiem tego kraju, przesiąka jego kulturą, zna jego historię i jest wyznawcą religii danego kraju? Nie ma takiej możliwości. My nie wiemy, kim on jest, a on wie kim my jesteśmy. Myślimy, że to nasz rodak, przyjmujemy go do naszej organizacji, stowarzyszenia, ruchu czy partii. Może być lekarzem, który zna stan zdrowia swoich pacjentów i ich problemy, może być urzędnikiem, prawnikiem czy informatykiem, który z racji wykonywanego zawodu ma dostęp do danych firm, przedsiębiorstw czy instytucji państwowych. A on jest nadal Żydem i kontaktuje się z innymi Żydami, którzy również zajmują podobne stanowiska. I w ten sposób zdobywają wiedzę o państwie, jako instytucji centralnej i o samorządach . Wiedzą też dużo o ludziach, o ich statusie materialnym, zdolnościach, zainteresowaniach, nałogach itp. To jest o wiele ważniejsze niż to, że rządzą pieniędzmi i gospodarką.

Nic więc dziwnego, że te kontakty przekładają się na interesy. Łatwiej żydowskiemu przedsiębiorcy wygrać przetarg w instytucji państwowej, gdy decydentem w niej jest również Żyd. A tam, gdzie nie ma przetargów, skorzystać z usług swojego, bez względu na cenę. Podobnie jest z tymi wszystkimi aferami finansowymi, w przypadku których nigdy nie znajduje się sprawców. Skoro w instytucjach finansowych siedzą Żydzi i w sądach – też, to trudno się dziwić. I później politycy, również Żydzi, krytykują bezradność wymiaru sprawiedliwości i obiecują, że jak oni dojdą do władzy, to wszystko to zmienią. I do tego dochodzą te żydowskie media, które ciągle o tym wszystkim wałkują i nic z tego nie wynika. Tak działa ten teatrzyk dla naiwnych.

To oczywiście wcale nie znaczy, że tylko Żydzi zamieszani są w tego typu machlojki. Nie! Angażują w to również gojów, którzy poprzez taką współpracę stają się szabesgojami. Żydzi mają pieniądze i wykorzystują je do korumpowania innych. Wystarczy jakiejś osobie na eksponowanym stanowisku udzielić kredytu na znaczną kwotę, a później umorzyć w zamian za pewne przysługi. Taka osoba już do końca życia będzie od nich uzależniona i tak będzie tańczyć jak oni zagrają. W ten sposób Żydzi schodzą z pierwszej linii strzału, usuwają się w cień. Na pierwszy ogień wysuwają chciwych figurantów.

O tej asymilacji pisał w swojej książce Zmierzch Izraela z 1932 roku Henryk Rolicki:

»Talmud nadał średniowiecznym skupieniom żydowskim w chrześcijańskiej Europie, a także pod władzą muzułmańską swoiste piętno. Tysięczne, drobiazgowe przepisy religijne, a szczególnie zaś przepisy tyczące tzw. czystości lewickiej, utrudniały masom żydowskim kontakt z ludnością, wśród której żyli. „Odgrodzenie zakonu”, zapoczątkowane przez reformy Ezdrasza i Nehemiasza, poprowadzone dalej przez Faryzeuszów zostało przez talmudystów babilońskich spotęgowane do ostatecznych granic. W końcu duch nienawiści do chrześcijaństwa, jakim przesiąknięty jest Talmud, sprawił, że masy żydowskie w ślepej zaciekłości nieraz nawet wbrew własnym interesom materialnym zdradzały wobec ludności chrześcijańskiej prawdziwy swój do nich stosunek.

W rezultacie Talmud odosobnił żydów, pozbawił ich bezpośredniego wpływu politycznego na ogół państw chrześcijańskich i stworzył faktycznie getto żydowskie na wieki przedtem, zanim powstało ono prawnie.

Odseparowana od żydów cywilizacja chrześcijańska, pozbawiona tak wspaniale fermentujących „drożdży rozkładu”, mogła iść własnymi drogami i zwróciła się przeciw żydostwu, popierającemu islam w Hiszpanii i w Ziemi Świętej. Pochód krzyżowców w Palestynie, Egipcie i na półwyspie iberyjskim poczyna żydostwu zagrażać poważnie. Niepodobna go zahamować, skoro nie posiada się w społecznościach chrześcijańskich dostatecznych wpływów wewnętrznych, skoro brak tego czynnika, którym ongiś w walce z cesarstwem rzymskim było żydostwo hellenistyczne.

Żydzi, odgrodzeni drutem kolczastym Talmudu, byli organicznie niezdolni do wchodzenia w głąb życia społeczeństw innych i do podstępnej działalności rozkładającej wewnątrz nich.

Nawiązanie takiego kontaktu między żydostwem, a cywilizacją chrześcijańską, miała umożliwić filozofia Mojżesza Majmuni, znanego w Europie pod nazwą Majmonidesa.

Majmonides stał się niejako duchowym ojcem reformacji, racjonalizmu, a w końcu żydostwa liberalnego XIX w. „Odegrał on względem żydostwa poniekąd rolę zbawiciela”. – Henryk Graetz Historia żydów.

Urodził się w r. 1135 w Kordobie; przodkowie jego przez osiem pokoleń wstecz byli uczonymi w Talmudzie i członkami kolegium rabinicznego. Przeniósłszy się wraz z ojcem do Fezu w Afryce północnej, przyjął pozornie islam, równocześnie pracował nad komentarzem do Miszny.

„Ciągle wykonywać pozory obcej religii, a przecież w duchu miłować swą własną, do tego zdolny może być tylko silny charakter”. – Henryk Graetz Historia żydów.

Pierwszym dziełem młodego filozofa była apologia tych, którzy pozornie przyjmują inną wiarę. Wywędrowawszy wraz z rodziną do Egiptu, poświęcił się zawodowi lekarza. W Egipcie dokończył swego komentarza do Miszny w języku arabskim.

„A założył sobie ani mniej, ani więcej, jak judaizm, cały judaizm biblijny i talmudyczny ukazać w takim oświetleniu, aby wyznawcy innych religii, a nawet filozofowie mogli przekonać się o jego prawdziwości”. – Henryk Graetz Historia żydów.

Mając lat 40, uchodził już Majmuni za miarodajny autorytet rabiniczny. W 1180 roku ukończył drugie swoje wielkie dzieło: Miszna-Tora, będące czymś w rodzaju kodyfikacji Talmudu.

W żydostwie talmudycznym w pierwszej chwili rozgorzała walka przeciw Majmuniemu tak, jak w starożytności zwalczali się zajadle faryzeusze z hellenistami. Różni rabini nawzajem obkładali się klątwą. Z biegiem lat jednak wielkość Majmuniego uznana została wśród żydów powszechnie i pod jego wpływem pękły bezduszne okowy organizacyjne Talmudu, ustępując miejsca filozofii religii i świadomym poczynaniom mesjańskim wśród pewnej, bardziej ogładzonej części żydostwa.

Gdyż – o dziwo! – ten filozof racjonalista, „obrabiający” po swojemu Arystotelesa w wykładzie, pełnym pozornych sprzeczności, ów wzorowy przedstawiciel powagi „stylu rabinicznego” był zarazem mesjanistą żydowskim.«

W bibliografii do cytowanej powyżej pracy zamieścił również Rolicki takie źródło: B. Z., Czy istnieją czysto polskie rodziny szlacheckie?, zam. w „Naszym Przeglądzie”, Warszawa 1928. Skoro ktoś postawił takie pytanie, to znaczy coś musiało być na rzeczy. A to na rzeczy, choć istniało od dawna, to zostało spotęgowane poprzez „dzieło” Jakuba Franka i jego „katolickiej” sekty. Ci ludzie nie wyparowali. Ich potomkowie dobrze się mają i dominują w Polsce, a wielu z nich zajmuje znaczące stanowiska w Ameryce i w innych krajach.

Asymilacja Żydów nie jest jakimś tematem tabu i oni sami o tym wspominają. Na stronie Gminy Wyznaniowej Żydowskiej w Poznaniu znajduje się artykuł Gaspar da Gama – żydowski podróżnik z Poznania. Wprawdzie jest on bardziej poświęcony odkryciom geograficznym i jego w nich roli, ale wspomina też o asymilacji. Link do oryginalnego tekstu tu: http://poznan.jewish.org.pl/index.php/Zasluzeni/Gaspar-da-Gama-zydowski-podroznik-z-Poznania.html.

»Ważnym czasem w historii świata był Okres Wielkich Odkryć Geograficznych. Szczególną aktywnością w odkrywaniu nowych lądów wykazały się kraje Europy położone nad Oceanem Atlantyckim – Hiszpania, Portugalia, Anglia i Francja. Polska ze swoim położeniem w środku Europy nie miała sprzyjających warunków do uczestniczenia w odkryciach geograficznych.

Od dawna jednak w Polsce istniała psychologiczna potrzeba odnalezienia kogoś z Polski, kto także byłby odkrywcą. I tak pojawiła się postać Jana z Kolna – rzekomego odkrywcy Ameryki. W miastach na Wybrzeżu trafić możemy na ulice imienia Jana z Kolna.

Tylko, że jest to postać legendarna, która najprawdopodobniej nigdy nie istniała. Tymczasem istnieje niekwestionowana postać historyczna, Żyda z Poznania, który był odkrywcą lub współodkrywcą Brazylii.

W XIX wieku, jego życiem interesował się Joachim Lelewel (1786-1861). Niewiele wiemy o początkach życia tego człowieka, którego pełne kontrowersji, barwne życie, mogłoby stanowić scenariusz do przygodowego filmu. Historia odnotowała postać Żyda z Poznania pod nazwiskiem Gaspar da Gama. Inne źródła podają inne nazwiska: Gaspar de Lemos, Gaspar d’Almeida lub Gaspar da India. Wiemy, że urodził się w Poznaniu w 1450 roku.

Nie znamy prawdziwego nazwiska tego człowieka. Istnieją jednak uzasadnione domniemania, że nosił imię Kacper. Portugalskie źródła historyczne określają go: „judeu do Reyno de Polonia de Posna” – Żyd z Królestwa Polski z miasta Poznań. W 1454 roku w Poznaniu wybuchły tumulty antyżydowskie. Starano się zmusić Żydów do konwersji na chrześcijaństwo. Wobec takiego niebezpieczeństwa rodzice Gaspara, wraz z całą rodziną postanowili opuścić Polskę.

Celem podróży miała być Jerozolima. Nie udało się jednak pokonać całej długiej trasy w jednym etapie. Rodzina Gaspara zatrzymała się na pewien czas we Włoszech. Dopiero później dotarła do Jerozolimy. Ciekawość świata nie pozwoliła Gasparowi pozostać na stałe w Jerozolimie. Udał się do Aleksandrii. Tam z nieznanych przyczyn dokonał konwersji na islam.

Kolejnym etapem w życiu Gaspara było Goa w Indiach. Początkowo był tam niewolnikiem, lecz później odzyskał wolność. Wiadomo jest, że w Goa zajmował się handlem a także został szpiegiem na usługach władcy tego kraju. W roku 1498 do Goa przybyła flota portugalskiego odkrywcy Vasco da Gamy, otwierając szlak morski do Indii. Wówczas na statku Vasco da Gamy (1469-1524) pojawił się Gaspar. Powiedział, że jest chrześcijaninem i niewolnikiem bogatego właściciela wyspy Saboia. Vasco da Gama zorientował się, że jest to podstęp. Gaspar miał pod swoim dowództwem czterdzieści okrętów, których zadaniem było zaatakowanie w odpowiednim momencie portugalskiej floty. Po tym zdarzeniu Gaspar został przez Portugalczyków zaaresztowany.

Najprawdopodobniej cała ta przygoda zakończyłaby się dla Gaspara śmiercią. Portugalczycy jednak zorientowali się, że mają do czynienia z postacią nieprzeciętną, wybitnym znawcą Indii. W tej sytuacji zaproponowali mu współpracę. Postawili jednak warunek, że Gaspar musi dokonać konwersji na katolicyzm. Gaspar przystał na tą propozycję. Ojcem chrzestnym Gaspara został sam Vasco da Gama, który również udzielił mu swojego nazwiska. Od tego dnia Gaspar da Gama stał się uczestnikiem rejsów na portugalskich statkach. Pełnił tam funkcje tłumacza i znawcy miejscowych obyczajów. Wiadomo jest, że dotarł do Indochin, na Jawę, na Cejlon i do Wschodniej Afryki.

Szczególnie ceniono sobie pomoc Gaspara da Gamy podczas rejsów dookoła Afryki, nowootwartym szlakiem do Indii. W Portugalii przedstawiono go królowi Don Manuelowi (1469-1521). Został dworzaninem króla uzyskując tytuł „kawalera mojego domu”. Gaspar da Gama brał udział w wyprawie Pedro Álvaresa de Cabrala (1467 lub 1468-1520 lub 1526), podczas której w roku 1500 odkryto Brazylię. Gaspar i Nicolau Coelho byli pierwszymi osobami, które postawiły stopę na Nowym Lądzie. W drodze powrotnej spotkał Amerigo Vespucciego (1454-1512), któremu doradzał w kwestii jego przyszłych podróży.

Do niedawna historycy uważali, że odkrycie Brazylii było dziełem przypadku. Układ prądów morskich na Oceanie Atlantyckim jest taki, że aby dopłynąć do Przylądka Dobrej Nadziei, należało popłynąć na zachód, w stronę wybrzeży Brazylii. Wystarczyło więc popłynąć wystarczająco daleko na zachód, by dotrzeć do Ameryki. Dziś w naukach historycznych taka teza nie jest już zupełnie pewna. Istnieją uzasadnione domniemania, że Gaspar mógł już wcześniej wiedzieć o istnieniu Nowego Lądu i celowo skierować flotę wystarczająco daleko na zachód. Twierdzenie to jest tym bardziej uzasadnione, że jeszcze przed odkryciem Brazylii, dokonano podziału stref wpływów pomiędzy Hiszpanię i Portugalię, znanego jako Traktat z Tordesillas (1494).

Traktat ten przyznaje tereny dzisiejszej Brazylii, właśnie Portugalczykom. Istnieją również przypuszczenia, że już w starożytności odbywano rejsy w stronę Brazylii. Taką nierozwiązaną do dziś zagadką jest znaleziony w pobliżu Rio de Janeiro, kamień pokryty pismem fenickim.

Brazylijczyk Afrânio Peixoto (1876-1947) określa Gaspara da Gamę jako „pierwszego badacza tych ziem”, a niemiecki uczony Alexander von Humboldt (1769-1859) „współodkrywcą Brazylii”. W latach 1502 i 1505 żydowski podróżnik powraca do Indii.

W kronikach portugalskich historia Gaspara da Gamy urywa się w roku 1510. Z kolei według Enciclopedia Judaica (Berlin, 1931), Gaspar zginął w Indiach. Miało to miejsce podczas walk o zdobycie miasta Kalikat (dziś Kozhikode) w stanie Kerala. Zdaniem portugalskich historyków Gaspar umarł w Lizbonie.

Opracował:dr Wojciech Meixner

„W czasie tej wyprawy miał miejsce ciekawy epizod. Na zakotwiczonym w pobliżu półwyspu Angediva okręcie portugalskiego żeglarza zjawił się jakiś człowiek lat około czterdziestu, ubrany w płótno i przystrojony w piękny turban. Pozdrowił Portugalczyków, prosząc po wenecku o pozwolenie wejścia na pokład. Przedstawił się jako wysłannik władcy Goa, który chętnie przyjąłby gości z dalekiej Europy. Podejrzewając podstęp, dowódca wyprawy portugalskiej kazał wziąć go na tortury, aby wyznał, kim jest naprawdę i w jakim celu przybył. Wtedy dziwny nieznajomy zeznał, że jego rodzice byli poddanymi króla polskiego i do 1450 roku mieszkali w pewnym mieście zwanym Posna. Gdy Żydom tam osiedlonym kazano przyjąć chrześcijaństwo, przybyli do Jerozolimy, a stamtąd udali się do Aleksandrii, gdzie on się urodził. 

Gaspar da Gama był pierwszą znaną postacią związaną z Polską pochodzeniem, a z Portugalią działalnością na morzach i oceanach. Ślad po nim w kronikach portugalskich urywa się w 1510 roku. Większość historyków przypuszcza, że zmarł w wieku około 60 lat po powrocie z zamorskich wypraw. Encyclopaedia Judaica, wydana w Berlinie w 1931 roku, podaje, że zginął w Indiach przy zdobywaniu Kalikatu, dzisiejszego miasta Kozhikode w stanie Kerala. Imię chrześniaka Vasco da Gamy przewija się przez niemal wszystkie kroniki dotyczące złotego okresu ekspansji Portugalii na oceanach i dalekich lądach. Pierwotnie brzmiało ono chyba Kasper. Nazwiska rodziców nie udało się ustalić. Opis okoliczności opuszczenia przez nich Polski podaje portugalski historyk XVI wieku João de Barros, w oparciu o relację uczestnika pierwszej wyprawy Vasco da Gamy do Indii, Alvaro Velho. Jego właśnie słowa zacytowałem na wstępie. Polski historyk i geograf, Bolesław Olszewicz, stwierdził, że istotnie tumulty antyżydowskie odnotowane są w kronikach poznańskich w 1454 roku, ale król polski nigdy nie ogłosił w swoim państwie edyktu nakazującego, aby wszyscy Żydzi, którzy tam się znajdowali, stali się chrześcijanami w ciągu 30 dni, albo żeby wyjechali z jego królestwa. Barros tak sobie to wyobrażał przez analogię do wypędzenia Żydów z Hiszpanii i Portugalii.

W Polsce pierwszy zainteresował się jego osobą niestrudzony odkrywca i badacz poloników Joachim Lelewel. W swej pracy Polska. Dzieje i rzeczy jej (Poznań 1858) napisał: Bez Żydka z Poznania po Indji krążącego, a chrztem Gaspard da Gama zwanego, Vasco da Gama 1498 i Kabral 1500 nie mieliby tego powodzenia w swych wyprawach, jakie on im zjednał.”«

Źródło: „Wiedza i Życie” Nr 6/1986, z art. Pod Portugalską Banderą, Ryszarda Badowskiego.

Tak więc Gaspar da Gama nie miał problemu, by przejść na islam, a jak zaszła konieczność, to stać się chrześcijaninem. Tylko czy ci, którzy to proponowali Żydom, byli tak naiwni, że wierzyli, że te konwersje będą autentyczne, czy może – nie. A jeśli nie, to co kierowało tymi, najczęściej, wysoko postawionymi ludźmi? Czy łączyła ich z nimi jakaś szczególna, niewidzialna nić?

Ten cytat świadczy również o tym, jak ważną rolę odegrali Żydzi w odkryciach geograficznych. Nie mogło ich tam zabraknąć, bo nowe lądy i powstające tam kolonie, to wielkie możliwości dla handlu międzynarodowego, globalnego wręcz. A jak handlować bez pieniędzy i kredytu? Jedne potrzeby rodziły drugie i żydowskie macki sięgały wszędzie tam, gdzie rodziły się nowe możliwości handlu, bicia monety i kredytu. Bez tych pionierów, wśród których był również Gaspar da Gama, nie byłoby to możliwe.

Naród cz.2

W poprzednim blogu cytowałem Dmowskiego, który w swojej pracy Myśli nowoczesnego Polaka w rozdziale Naród a Państwo, wyraził pogląd, że naród bez państwa nie może istnieć. Na samym początku pisał:

„Naród jest wytworem życia państwowego. Wszystkie istniejące narody mają swoje własne państwa albo je niegdyś miały i bez państwa żaden naród nie powstał. Fakt istnienia państwa daje początek idei państwowej, która jest jednoznaczną z ideą narodową. Podstawy instynktów i uczuć narodowych mają swój początek w czasach bytu ponadpaństwowego, plemiennego, tam już istnieją przymioty, decydujące o zdolnościach państwowotwórczych szczepu, ale dopiero byt państwowy buduje na nich właściwą psychikę narodową, opartą na podstawie instynktów rodzinnych, rodowych i plemiennych, on ją też rodzi w całości tam, gdzie nawet jej podstaw nie było. To, co działa z początku jako przymus fizyczny, wchodzi w instynkty i staje się w następstwie przymusem moralnym.”

Problem jest jednak chyba trochę bardziej złożony. Jednym z istotnych wyróżników narodu jest kwestia istnienia świadomości narodowej, czyli kwestia postrzegania własnej zbiorowości jako narodu. Jeśli więc jakieś grupy etniczne, spełniające wymogi do bycia narodem, nie uważają siebie za naród, to nie są za taki uważane.

Przyjmuje się, że narody europejskie tworzone były na bazie istniejących państw lub w odniesieniu do państw, które istniały w przeszłości. Natomiast w przypadku narodów azjatyckich przyjmuje się, że na ich wyodrębnienie miały wpływ przede wszystkim odrębność religijna i kulturowa.

Z pojęciem narodu łączy się nacjonalizm, czyli przekonanie, że naród jest najwyższą wartością i najważniejszą formą uspołecznienia, z którego wynika określona postawa polityczna, gospodarcza czy społeczna. Korzenie nacjonalizmu wiążą się z przełomem XV i XVI wieku, kiedy doszło do upadku średniowiecznego uniwersalizmu, a za sprawą reformacji władcy oparli się na rodzimych elitach, reprezentujących poszczególne państwa i narody. Na nacjonalizm miały wpływ: luteranizm oraz kalwinizm i związane z tymi konfesjami tłumaczenia Biblii na język niemiecki, a następnie na języki narodowe. Luterański model polityczny narodu (wspólnota historyczna oraz etniczna ziemi i krwi) realizował się w absolutyzmie, autorytaryzmie i totalitaryzmie. W modelu kalwińskim naród był dobrowolnym, politycznym zrzeszeniem jednostek, którego emanacją stało się państwo liberalne. – Tak to opisuje Wikipedia, cytując: W. Biernacki, Nacjonalizm i J. Bartyzel, Prawica – Nacjonalizm – Monarchizm.

Jak widać trudno jest dokładnie zdefiniować pojęcie narodu. Jest to zapewne wynikiem tego, że procesy prowadzące do jego powstania są długotrwałe i przez to trudne do obserwacji. Jest jednak pewien wyjątek, o którym warto wspomnieć, bo historia tego narodu zaczęła się niewiele ponad 300 lat temu i powstał bez państwa. Pisał o nim Ryszard Kapuściński w książce Wojna futbolowa z 1981 roku. Jest to zbiór relacji z jego podróży po różnych krajach. Ta, której fragmenty chcę zacytować, zatytułowana jest Będziemy pławić konie we krwi. Ten tytuł, to cytat: „Jeżeli nas zaatakują – będziemy się bronić. Będziemy się bronic tak, że nasze konie będą się pławic po nozdrza we krwi. I przysięgam wam tutaj, że nie będzie to tylko nasza krew”. (Z przemówienia ministra obrony Republiki Południowej Afryki, J. Fouche).

»Jest to kraj apartheidu – doktryny, która podniosła do godności prawa i zasady wiary najbardziej mroczny z ludzkich instynktów – wstręt rasowy. W języku afrikaans „apartheid” oznacza „segregację”, „separację”. Ale to jest separacja w imię dominacji.

Apartheid ma dwie wersje – popularną i „naukową”. W obiegowej, popularnej wersji filozofia apartheidu mówi, że każdy niebiały „to nie jest człowiek”. Hiszpańscy najeźdźcy Południowej Ameryki pisali w sprawozdaniach do Madrytu: „Tak tedy mieszkaliśmy na tej wyspie: bydło, tubylcy oraz ludzie”. Pogląd taki utrzymuje się po dziś dzień nie tylko w Południowej Afryce, ale wśród białych osadników na całym kontynencie. I nie tylko białych. Hindus w Nairobi nie powie o Afrykaninie inaczej niż „black monkey”, choćby ten Afrykanin był profesorem uniwersytetu, a Hindus zamiataczem ulic.

W wersji „naukowej”, w tej wersji, w jakiej apartheid prezentuje przed światem Afrykaner, teoria ta wygląda następująco: biali i niebiali to są dwie różne rasy, których współżycie w jednym państwie zawsze stwarza groźbę: dla białych utraty władzy, dla niebiałych – niesprawiedliwości. Z jednej strony biali nie mogą się zgodzić na przyznanie praw politycznych niebiałym, ponieważ spowodowałoby to pochłonięcie cywilizacji zachodniej przez cywilizację tubylczą. Z drugiej strony, skoro tubylec pracuje w przemyśle białych, byłoby niesprawiedliwością odmówić mu praw cywilnych. Ponadto niebiały tak samo jak biały ma prawo rozwijać swój własny język i kulturę. Gdyby Afrykanina uczynić obywatelem państwa europejskiego (a za takie państwo Afrykaner uważa Południową Afrykę), zamiast być prawdziwym Afrykaninem stałby się on imitacją Europejczyka. W państwie europejskim Afrykanin nie może mieć równych praw ani posiadać władzy, co jest oczywiście możliwe w odniesieniu do jego afrykańskiego państwa. Dlatego też Afrykanin musi mieć swój własny kraj (homeland), terytorium, które będzie mógł uważać za swoje, w którym będzie mógł osiągnąć najwyższą pozycję, do jakiej okaże się zdolny. Tą właśnie ziemią ojczystą Afrykanina w państwie europejskim są istniejące rezerwaty, którym jednak należy zmienić nazwę. Jeżeli Afrykanin opuści rezerwat, aby przyjść pracować w gospodarce Europejczyka, będzie traktowany jako czasowy robotnik napływowy nie posiadający obywatelskich ani politycznych praw. Pozwoli mu to zrozumieć i pamiętać, że po wykonaniu swojego kontraktu w europejskiej Południowej Afryce musi wrócić do swojego rezerwatu. Należy podnieść poziom rezerwatów i pamiętać, że przez znaczny czas biali będą sprawować powiernictwo nad rezerwatami, ponieważ Afrykanie nie osiągnęli jeszcze stadium, w którym byliby zdolni rządzić się samodzielnie.

Dominującą postacią po białej stronie barykady jest w tym kraju – Afrykaner. Cały rząd, policja, wojsko, kościół panujący i większość parlamentu – to Afrykanerzy. Afrykanerzy mówią o Południowej Afryce: „Ons Staad – nasze państwo”, a ich hymn zaczyna się od słów: „Ons vir Suid-Afryka! – Żyjemy dla ciebie, Południowa Afryko!” Nacjonalizm Afrykanerów jest fanatyczny, obsesyjny, a ich rasizm graniczy z paranoją.

Afrykanerów nazywano początkowo Voortrekkerami (pionierami), potem Boerami [Frank de Boer (wym. bur) – były piłkarz i trener reprezentacji Holandii – przyp. W.L.] (po polsku również Burami, to znaczy chłopami, wieśniakami), potem Afrykanerdami, ale w całej literaturze używa się obecnie nazwy: Afrykaner. Afrykaner jest człowiekiem białym, ale nie uważa się za Europejczyka. Przeciwnie – Afrykaner ubolewa nad Europejczykiem albo się go wstydzi. Europejczycy bowiem stanowią w jego mniemaniu skompromitowaną część białej rasy, jej najsłabszy punkt, jej oportunistyczny, mięczakowaty odłam. Zdaniem Afrykanera Europejczyk jest liberałem, hańbi białą rasę ustępując w Afryce czarnym, jest zdemoralizowany, gdyż w niedzielę idzie do kina lub restauracji, a co najgorsze – część Europejczyków jest komunistami. Wśród fanatycznych Afrykanerów powiedzenie „jou Europeen! (ty Europejczyku) jest czymś w rodzaju wyzwiska lub wymówki „ty łajzo!”. Afrykaner może znać jakiś język europejski, ale będzie unikał rozmawiania w tym języku. W sądzie zapytany po angielsku, Afrykaner odpowie tylko w swoim języku – afrikaans. Jeżeli odpowie po angielsku, będzie nazwany przez innych Afrykanerów zdrajcą.

Liczba białych w Południowej Afryce wynosiła w końcu 1960 roku 3 067 638 osób, z tego Afrykanerzy stanowili 58 procent, to znaczy około 1,8 miliona. Ogólna liczba mieszkańców w tym kraju wynosiła w tym czasie 15 841 128 osób. Oznacza to, że Afrykanerzy stanowią nie więcej niż 12 procent całej ludności RPA. Mimo tej niewielkiej liczebności Afrykanerzy są ponad wszelką wątpliwość narodem. Mają oni wspólny język, łączy ich wspólnota historyczna i kulturalna, zamieszkują wspólne terytorium i nawet posiadają odrębną religię. Afrykanerzy są etnicznym i społecznym fenomenem Afryki.

Afrykanerzy są jednym z czterech narodów pochodzenia europejskiego, które osiedliły się na obszarach pozaeuropejskich w wyniku wielkich podbojów kolonialnych epoki rodzącego się kapitalizmu. Trzy pozostałe narody to: amerykański, australijski i kanadyjski. Historyczny rodowód tych czterech narodów jest wspólny, ale ich obecna sytuacja – różna. Amerykanie, Australijczycy i Kanadyjczycy wywodzą się z pnia brytyjskiego, Afrykanerzy – z holenderskiego. Ale główna różnica między nimi polega na czymś innym. USA, Kanada i Australia są uznane za kraje białego człowieka i fakt ten nie jest kwestionowany. Nikt nie domaga się, aby oddać władzę w USA ich prawowitym mieszkańcom – Indianom. Również w Kanadzie i Australii „kwestia tubylcza” nie występuje jako palący problem polityczny. W Południowej Afryce jest inaczej. Państwo to jest uważane przez część opinii za kraj Afrykanów, przez inną część opinii – za kraj białego człowieka, a jeszcze przez inną – za kraj mieszany: czarnych i białych, tak zwany multi-racial.

Ta różnica sytuacji między Afrykanerem a na przykład Amerykaninem wynika z faktu, że biali Amerykanie stanowią w USA zdecydowaną większość, natomiast biali Afrykanerzy stanowią w RPA zdecydowaną mniejszość. Przyczyna historyczna leży w tym, że obie kolonizacje: amerykańska i afrykańska (zbieżne w czasie i identyczne w swoich zaborczych treściach), różniły się poważnie stopniem nasilenia i rozmachem ekspansji, a także – co bardzo ważne – stopniem napotkanego oporu.

O tym, że Południowa Afryka nie stała się jak USA krajem białego człowieka i że ten biały człowiek stanowi dziś w Południowej Afryce wyraźną mniejszość, zdecydowały między innymi następujące względy:

Potężny opór rodowitych mieszkańców tego kraju – Afrykanów. W Ameryce, w okresie podboju kolonialnego, plemiona indiańskie znajdowały się w stanie rozkładu, wojen wewnętrznych, wzajemnych eksterminacji. W Południowej Afryce odwrotnie – kolonialiści napotykają plemiona Bantu znajdujące się u szczytu potęgi, wspaniale zorganizowane militarnie, zwarte i nieustępliwe. Zanim Afrykanerzy i Anglicy podbili plemię Ksosa (z niego pochodził Nelson Mandela – przyp. W.L.), musieli z nim stoczyć dziewięć wojen, z Matabela – cztery wojny, z Zulu – trzy wojny itd. Te wojny ciągną się latami ( na przykład z Zulu od 1838 do 1906). Po obu stronach giną dziesiątki tysięcy ludzi. Masowa eksterminacja ludności tubylczej, a więc to, co oczyściło pole i umożliwiło Ameryce Północnej utworzenie kraju białego człowieka, w wypadku Południowej Afryki na skutek zbrojnego oporu jej tradycyjnych mieszkańców okazała się niemożliwa. Biały kolonialista znalazł tyle siły, aby podbić Południową Afrykę, ale okazał się za slaby, aby wejść w jej wyłączne posiadanie.

Inna różnica między podbojem Ameryki i Południowej Afryki: do lat osiemdziesiątych ubiegłego wieku (odkrycie złota) Południowa Afryka nie jest uważana za kraj wielkich perspektyw gospodarczych. Toteż osadnictwo europejskie nie odbywa się tu na wielką, amerykańską skalę. Południowa Afryka nie kusiła tak bardzo jak Ameryka. W 1865 roku, a więc przeszło sto lat temu, liczba białych w Południowej Afryce wynosi zaledwie 181 tysięcy!

Dalsza różnica: społeczeństwo amerykańskie powstało między innymi z masowej emigracji białej siły roboczej z Europy do Ameryki. Do takiej migracji Anglicy nie dopuścili w Południowej Afryce, ponieważ Anglicy są zawsze przeciwni, aby biały człowiek pracował fizycznie w koloniach (kolonializm brytyjski jest przesiąknięty arystokratyzmem, stąd pogląd, że praca fizyczna obniża godność białej rasy w oczach tubylców). Dlatego też napływ białych do Południowej Afryki podlegał zawsze (i podlega do dziś) ścisłym restrykcjom.

Zanim Południowa Afryka stała się posiadłością brytyjską, była ona przez półtora wieku kolonią Holenderskiej Kompanii Wschodnio-Indyjskiej. W 1652 roku wysłannik tej kompanii, Jan van Riebeeck założył na przylądku Cape osadę – bardziej gospodę niż port – dla statków holenderskich płynących z Europy do Indii Wschodnich i z powrotem. Jest to wiek XVII – złoty wiek Holandii, w tym czasie handlowej i morskiej potęgi europejskiej. Osada rozwija się z latami, a jej zalążek stanowią Holendrzy, Francuzi (głównie hugenoci ukrywający się tu przed prześladowaniami we Francji) oraz Niemcy – element kupiecki z portów nadbałtyckich. Naród Afrykanerów ukształtuje się właśnie z przemieszania tych trzech żywiołów: holenderskiego, francuskiego i niemieckiego (z których dominującym jest żywioł holenderski), a język Afrykanerów – afrikaans – jest mieszaniną holenderskiego, francuskiego i niemieckiego (z dodatkiem angielskiego i języków malajskich).

Kolonializm holenderski w Południowej Afryce znajdował się w rękach inicjatywy prywatnej. Holandia jako państwo przegapiła ten kraj. Osadnicy byli zdani na siebie, każdy osadnik mógł sobie utworzyć własne państwo, zająć jakiś obszar ziemi i ogłosić się królem. Afrykanerzy twierdzą do dziś, że Południowa Afryka jest wyłącznie ich krajem, ponieważ kiedy tu przyszli, była to ziemia niczyja. Jest to stare kłamstwo, głoszone przez kolonialistów od Ameryki po wyspy Oceanii. Natomiast prawdą jest, że Południowa Afryka była krajem o niskim stopniu zaludnienia. Ten stan zachował się nawet dziś, w wieku światowej eksplozji demograficznej. Tak więc ci osadnicy mieli dużo luzu przestrzennego i ideałem Afrykanera było zawsze mieć tyle ziemi, żeby z progu swojego domu nie widzieć dymu unoszącego się z komina domu sąsiada.

Okolice Cape są (obok Natalu) najpiękniejszą częścią Południowej Afryki i może w ogóle całej Afryki. Są to dziś obszary nie kończących się winnic, równie imponujących jak winnice południowej Francji (jest to zresztą ten sam klimat śródziemnomorski). W tych warunkach uwaga osadników zwraca się ku rolnictwu, a także hodowli, ponieważ widzą, że mieszkające tu plemiona afrykańskie hodują wielotysięczne stada bydła. Tak właśnie zaczyna się kolonializm: od walki o dobrą ziemię i od grabieży bydła plemionom tubylczym.

W 1806 roku Anglicy zajmują Cape i kładą kres temu pastersko-anarchicznemu kolonializmowi holenderskich wagabundów. Popularna u nas opinia, że „Niemcy lubią porządek”, powinna się odnosić przede wszystkim do Anglików. Porządek angielski jest jak najbardziej biurokratyczny. Ale nie jest to biurokratyzm bezmyślny, zidiociały, nadęty, ale właśnie biurokratyzm w służbie porządku. Dla Anglików konstytucja, zarządzenie, ustawa, poprawka do ustawy, druga poprawka do tej ustawy, uzupełnienie drugiej poprawki itd. to są teksty święte, urzędnik angielski ma wielką satysfakcję w sporządzaniu i czytaniu takich rzeczy.

Pod naciskiem liberalnej opinii publicznej parlament brytyjski znosi w 1836 roku niewolnictwo. Dla Afrykanera jest to cios straszny, podwójny: godzi w całą podstawę jego gospodarki, opierającej się na pracy niewolników, a zarazem godzi w jego religię, wedle której Bóg stworzył czarnego jako niewolnika. Afrykaner dokonuje więc wyboru. Za plecami ma brytyjskiego administratora, przed sobą niezmierzone obszary Afryki. Zaprzęga w jarzmo woły, wsadza na wóz dobytek i rodzinę, sam siada na konia. Obok wozu idą gromadą czarni niewolnicy, a przodem ciągnie wielkie stado bydła.

Nie mogłem znaleźć w internecie mapy Afryki Południowej z naniesionymi nazwami republik afrykanerskich, więc zrobiłem zdjęcie z mojego starego atlasu z 1958 roku. Wtedy RPA nazywała się jeszcze Związkiem Południowej Afryki. Zdjęcie nie najlepszej jakości ze względu na słabą rozdzielczość, ale nazwy republik są widoczne. I to jest najważniejsze.

Tak odbywa się Wielki Trek (według tłumacza Google słowo „trek” oznacza „ciągnąć” – przyp. W.L.). Wielki Trek, który wyruszył spod Cape i którego czołówki dotarły aż do dzisiejszego Mozambiku i Rodezji zostawiał za sobą krwawy ślad. Trekerzy mordowali dziesiątki tysięcy Afrykańczyków, palili ich wioski i zagarniali stada bydła. W czasie tego treku Afrykanerzy zajęli obszar stanowiący dziś połowę Południowej Afryki i założyli w nim swoje trzy afrykańskie republiki: Natal (1841), który im po roku Anglicy zabrali, oraz wkrótce potem Oranię i Transwal. Te republiki Anglicy też potem zabierają i zamieniają w swoje kolonie.

Był to Nowy Trek, trek wielkiego kapitału brytyjskiego, pierwsza forpoczta nowoczesnego imperializmu zapowiadająca walkę o nowy podział świata. Afrykanerzy, którzy są przecież chłopami, którzy orzą ziemię i doją krowy, szczęśliwi, że mają te swoje republiki, gdzie sami się znowu rządzą i sami znowu ustanawiają swoje prawa – patrzą na ten nowoczesny, przemysłowy ruch w zdumieniu, potem podejrzliwie, wreszcie z nienawiścią. Zaczyna się najpierw wojna podjazdowa. Anglicy chcą wymusić prawo wyłączności na eksploatację złotodajnych terenów. Afrykanerzy odpowiadają na to szykanami, rekwirują transporty żywności dla kopalń brytyjskich w Transwalu, na teren Transwalu żadnemu Anglikowi nie wolno wjechać z bronią. Wreszcie w 1899 roku dochodzi do wojny między Afrykanerami a Anglikami.

Wojna trwa blisko przez trzy lata i w samych tylko brytyjskich obozach koncentracyjnych ginie z głodu i epidemii dwadzieścia sześć tysięcy afrykanerskich kobiet i dzieci, co do dzisiaj Afrykanerzy Anglikom wypominają. Ta wojna, którą nazwano „skandaliczną”, ponieważ poniżała godność białej rasy zmuszając białych do walki przeciw białym na oczach czarnych, kończy się w 1902 roku formalnym zwycięstwem brytyjskim, ale w rzeczywistości – kompromisem. Co więcej, kiedy w 1910 roku powstaje Unia Południowej Afryki, jej pierwszym premierem jest Afrykaner, generał z wojny brytyjsko-afrykanerskiej, farmer, watażka, samorodny talent wojskowy – Louis Botha. W tym rządzie zasiada: sześciu Afrykanerów i czterech Anglików. Tak więc dzisiejszy reżim Południowej Afryki zrodził się z kompromisu dwóch sił – nacjonalizmu Afrykanerów oraz ekonomicznej ekspansji wielkiego kapitału brytyjskiego. Kompromisu, a potem zjednoczenia. Ponad sto lat temu wyruszył Wielki Trek Afrykanerów, aby ogniem i mieczem podbić obszar dzisiejszej Południowej Afryki. Ale okazało się, że jest to nie tylko ziemia uprawna, ale i niezwykle zasobna w bogactwa mineralne, w diamenty i złoto. „Odkrycie diamentów w Kimberley w 1870 roku – pisze Leo Marquard – zmieniło bieg historii tego kraju. Pieniądze i ludzie napłynęli szerokim strumieniem. Stopniowo ludzie tacy jak Cecil Rhodes i Barney Barnato opanowali obszary diamentowe i zrobili fenomenalne fortuny, które pozwoliły następnie rozwinąć górnictwo złota Transwalu i rozszerzyć brytyjskie imperium na północ”.

Trzy czynniki kształtują postawę i poglądy przeciętnego Afrykanera:

  • jego przeszłość i obecna pozycja w kraju;
  • jego kościół;
  • jego partia.

Panujący kościół Afrykanerów, rządząca partia Afrykanerów i kierowane przez Afrykanerów państwo stanowią jedną i nierozłączna całość. Na tym polega ideowo-polityczna istota ustroju Południowej Afryki.

Pierwsza partia Afrykanerów powstała w 1912 roku, władzę państwową zdobywają Afrykanerzy w 1948 roku, ale kościół Afrykanerów istnieje od XVII wieku. Właśnie kościół był tą jedyną instytucją, wokół której przez dziesięciolecia zawiązywała się wspólnota Afrykanerów i formował się afrykanerski duch odrębności narodowej. Afrykanerzy nie mieli dawniej swojego państwa i swoich parlamentów, ale od początki mieli właśnie ten wyłącznie swój kościół. Z tego kościoła, w którym zrodziła się cała ideologia afrykanerska i który spełniał dla Afrykanerów rolę wyroczni i przewodnika, wykształciła się potem – jako drugie skrzydło narodu – partia polityczna. Ta partia następnie opanowała rządy państwem.

Afrykaner jest fanatycznie religijnym człowiekiem, a jego religią jest kalwinizm. Piersi Afrykanerzy ci chłopi i mieszczanie holenderscy, którzy w XVII wieku przyszli do Południowej Afryki, byli właśnie kalwinami.

Dwa dogmaty kalwinizmu szczególnie zaważyły na światopoglądzie Afrykanera.

Pierwszy to dogmat o predestynacji. Jest to pogląd o absolutnym zdeterminowaniu świata: człowiek rodzi się od razu dobrym albo od razu złym. Jeden rodzi się, aby panować, drugi, aby służyć. Tego nie można zmienić – jest to porządek świata ustanowiony przez Boga. Ten, kto chce go zmienić, jest bluźniercą, którego należy ukamienować. Dogmat o predestynacji mówi dalej, że ten, który urodził się w wierze, jest istotą wyższą od tej, która urodziła się w pogaństwie, ponieważ jest bliższy zbawienia, jako że na nim spoczął palec boży. Z tym wierzeniem Afrykanerzy przybyli do Południowej Afryki. Obraz świata zaczerpnięty z dogmatu o predestynacji objawił im się teraz z całą kontrastową wyrazistością. Oni byli ludźmi wiary, a oto wokół nich roztaczał się świat pogaństwa. Człowiek wiary był biały, poganin – czarny. Umiłował sobie białych i skazał na potępienie – czarnych. Czarny nie może zmienić skóry i nie może zrzucić z siebie pogaństwa, ponieważ Bóg raz na zawsze zdecydował o porządku świata. Ale będąc istotą niższą i przez Boga oszpeconą tym niechrześcijańskim kolorem skóry, czarny poganin musi służyć białemu człowiekowi, którego dotknął palec boży i który przez to bliższy jest zbawienia.

Afrykanerzy biorą ze sobą na Wielki Trek i na lata życia w izolacji i otępiającej samotności jedną książkę – Biblię. To są przecież ludzie kontrreformacji, dla których kontakt z Europą kończy się w wieku XVII. A jest to wiek mroków religijnych, jezuickiej kontrofensywy, ludzi palonych na stosach, terroru kościelnego, wiek, w którym nic nie może być liberalne, nic kompromisowe i ludzkie, wiek, w którym umysł człowieka cechuje skrajne sekciarstwo i nieubłagane doktrynerstwo. Biblia jest jedyną książką, jaką przez dziesiątki lat czytają Afrykanerzy, albo po prostu słuchają, bo wielu z nich to przecież analfabeci.

Centralny temat Biblii – temat dobra i zła – jest ukazany w dwóch kolorach symbolach: czarnym i białym. W Biblii poprzez wszystkie jej sugestywne obrazy przewijają się te dwa kolory, dwie tonacje – ciemności i światła, zawsze tak skomponowane, że dobro jest jasne, białe, a zło jest czarne. „Moja skóra jest czarna” – woła w rozpaczy Hiob, aby pokazać jak straszliwie został pokarany za grzechy. „Nie patrz na mnie, ponieważ jestem czarna” – błaga dziewczyna w „Pieśni nad Pieśniami” itd.

W takim klimacie formują się poglądy Afrykanera na problem ras. Rasizm Afrykanera wynika nie tylko z chęci obrony swojej uprzywilejowanej pozycji w społeczeństwie kolonialnym (jak to jest u Anglików). Rasizm jest dla niego dogmatem wiary, a wiara jest w jego świadomości potwierdzeniem istnienia narodu Afrykanerów, to znaczy potwierdzeniem egzystencji samego Afrykanera. Wszelkie namowy do przyznania jakichś ludzkich praw Afrykanom Afrykaner przyjmuje nie tylko jako atak na swoje pozycje społeczne, ale zarazem jako akt prześladowania jego wiary, jako pohańbienie jego kościoła, jako bluźnierstwo. A wszystko to trafia na człowieka, którego poglądy niewiele odbiegają od mentalności jego średniowiecznego przodka, ponieważ naród Afrykanerów kształtował się w warunkach zupełnej izolacji.

Drugim dogmatem kalwińskim, jaki zaważył na umysłowości Afrykanera, jest nauka o wybranym narodzie. Jeden z wybitnych historyków narodu Afrykanerów, dr G.D. Scholtz, pisze: „Religia umożliwiła Afrykanerom przetrwanie wśród czarnych, ponieważ pozwoliła im utożsamić swoją rolę z tą, jaką odegrał biblijny naród Izraela – i tak jak Izraelowi nie wolno się było zmieszać z podbitymi poganami, tak również świętą zasadą Afrykanerów było nie mieszać się z tymi, którzy nie mają białej skóry”.

L.E. Neame rozwija tę myśl w swojej książce „The History of Apartheid”: „Groźby i ostrzeżenia nie mają żadnego wpływu na Afrykanerów. Postronny obserwator nie jest w stanie wyobrazić sobie, z jak niezłomną siłą wewnętrzną traktują Afrykanerzy sprawy rasy i przyszłości swojej ojczyzny. W tej dziedzinie nie ma dla nich żadnych kompromisów. Są to kalwini fanatycznie wierzący, że Bóg skierował ich do Południowej Afryki, że przeprowadził ich przez wiele niebezpieczeństw i są oni gotowi teraz zginąć w obronie swojego losu. Wierzą, że Wszechmogący umieścił ich w Południowej Afryce wyznaczając im bożą misję i że ich obowiązkiem jest obronić ten kraj dla swoich dzieci i wnuków. Zamykają się w swojej warowni, aby przejąć nową walkę z hordami barbarzyńców i jeśli Przeznaczenie otworzy przed nimi grób, wejdą do grobu – walcząc”.

Ten motyw boskiego powołania, narodu wybranego i przeznaczenia przewija się przez całą propagandę i literaturę afrykanerską. Powtarza się on w przemówieniach rządowych i w uchwałach zjazdów partii, jest głoszony z ambon kościelnych i z katedr uniwersyteckich. Duch fanatyzmu religijnego i zdecydowania na wszystko unosi się niezmiennie nad tym, co wychodzi spod pióra Afrykanera: „Jeżeli przyjdzie nam zniknąć z południa Afryki – pisze dr A.B. Dupresz, wielki autorytet teologiczny kościoła Afrykanerów i wpływowa osobistość rządowa – jeśli przyjdzie nam zginąć jako Biały Naród, oświadczamy przed całym światem w pełni swojej świadomości i w imieniu narodu Afrykanerów, że będziemy woleli wówczas zginąć niż popełnić samobójstwo, jakim byłoby wejście na drogę integracji i asymilacji z czarnymi. Jeżeli niebiali wymordują nas i porąbią na kawałki, będzie to nowym triumfem barbarzyństwa, które Bóg tak cudownie powstrzymał nad Rzeką Krwi (bitwa z Zulu w 1883 r. wygrana przez Afrykanerów). Mimo to wierzymy mocno, że Bóg w swojej wspaniałości nadal kieruje przeznaczeniem naszego narodu. Wolimy zginąć posłuszni temu przeznaczeniu, niż połączyć się z czarnymi, zatracić swoją tożsamość i zdradzić nasze boskie powołanie”.«

To są fragmenty z książki z drugiego wydania z roku 1981. Pierwsze ukazało się w 1978 roku. Kapuściński był reporterem i jego reportaże charakteryzują się tym, że opisują wszystko dokładnie, począwszy od wylądowania na lotnisku i jazdy do centrum miasta, poprzez rozmowy z ludźmi, a skończywszy na opisach pokoi hotelowych i klimatu. W tym przypadku tego nie ma. Nie jest to reportaż, raczej esej. Kapuściński nie był w RPA, bo w czasie, gdy on podróżował po Afryce w latach 60-tych i 70-tych, państwo to nie utrzymywało kontaktów dyplomatycznych z krajami socjalistycznymi. Dziennikarz z takiego kraju nie miał szans na wjazd do RPA. Musiał więc to wszystko od kogoś usłyszeć. Być może spotkał gdzieś w Afryce jakiegoś Afrykanera, może kogoś innego, kto znał realia RPA, a może dostał od kogoś jakieś książki czy opracowania.

Ten opis jest dosyć stronniczy i zawiera pewne przekłamania. Być może nie był to zamiar samego autora, ale zapewne miał być on spójny z ówczesną ideologią i oficjalną polityką państw socjalistycznych wobec RPA. Pisze Kapuściński, że nie była to ziemia niczyja. To prawda, że była zamieszkana przez nieliczne plemiona Buszmenów i Hotentotów. Były jednak chyba tak nieliczne, że nie były w stanie dostarczyć odpowiedniej ilości niewolników. Na początku tych niewolników sprowadzano z holenderskich Indii Wschodnich i stąd domieszka języków malajskich w języku afrikaans.

Kapuściński przedstawia Afrykanerów jako prymitywnych, brutalnych kolonizatorów, którzy nie marzyli o niczym innym, jak tylko o wydarciu ziemi Murzynom i zagarnięciu ich bydła. Problem jednak polega na tym, że Wielki Trek i bitwy z plemionami Bantu rozpoczynają się dopiero po 1806 roku, po pojawieniu się tam Anglików. A wcześniej, przez 150 lat, był spokój. Afrykanerzy mieszkali w Kraju Przylądkowym w południowo-zachodniej części Południowej Afryki. W 1836 roku, nie chcąc podlegać pod administrację brytyjską, wyruszają w kierunku pólnocno-wschodnim i dopiero wtedy stykają się z wojowniczymi, dobrze zorganizowanymi plemionami Bantu. Siłą rzeczy musi dochodzić do wojen i dochodzi.

W swojej książce Brzemię białego człowieka z 1996 roku Kazimierz Dziewanowski tak opisuje początek osadnictwa w Afryce Południowej:

„Dopiero w roku 1657 w Zatoce Stołowej wylądował Jan van Riebeeck wraz z dziewięcioma rodzinami osadników. Holenderska Kompania Wschodnioindyjska poleciła im tak przysposobić to miejsce, aby jej okręty mogły się zaopatrywać w wodę i wiktuały. Kompania nie życzyła sobie niczego więcej, a jej dyrektorzy słyszeć nawet nie chcieli o jakimkolwiek dalszym osadnictwie. Na próżno van Riebeeck pisał listy, wskazując, że na Przylądku jest świetny klimat i że są tam duże możliwości dla rolnictwa i hodowli. Dyrektorzy nie życzyli sobie kolonii w tych okolicach. Warunki na Przylądku i okolicznych terenach były wszelako tak zachęcające, że mimo oporów ze strony Kompanii w następnych latach powoli, lecz stale przybywało osadników. Byli to przede wszystkim holenderscy chłopi zwani Burami (Boer), a także niewielkie gromadki francuskich i niemieckich protestantów. Na przykład po słynnym odwołaniu edyktu z Nantes przybyło na Przylądek dwustu francuskich hugonotów.

Odbywało się to powoli i nie przypominało żywiołowej kolonizacji Ameryki, rejonu Karaibów czy Australii. W roku 1700 mieszkało w kolonii zaledwie pięćset rodzin burskich, a sto lat później biała ludność liczyła dwadzieścia dwa tysiące. Mawiano wtedy, że jeśli holenderski farmer widzi na horyzoncie dym z komina swego sąsiada, uważa, że żyje w nieznośnym ścisku i zatłoczeniu. Prócz białych mieszkało w kolonii około dwudziestu pięciu tysięcy niewolników, z których większość importowano z Azji.”

Objaśniając dogmaty kalwinizmu Kapuściński pisze: „Człowiek wiary był biały, poganin – czarny. Umiłował sobie białych i skazał na potępienie – czarnych.” A na początku swojej książki umieszcza takie motto:

Boże! Mimo tylu modlitw do Ciebie ciągle przegrywamy nasze wojny. Jutro znowu będziemy walczyć w bitwie, która jest naprawdę wielka. Ze wszystkich sił potrzebujemy Twojej pomocy i dlatego muszę Ci coś powiedzieć: ta jutrzejsza bitwa to będzie ciężka sprawa. Nie będzie w niej miejsca dla dzieci. Dlatego proszę Cię, nie przysyłaj nam na pomoc Twojego Syna. Przybądź Sam. (Modlitwa Koqa – wodza plemienia Girkuasów przed bitwą z Afrykanerami w 1876 r.)

Jak widać sprawa się trochę komplikuje, bo według kalwinów czarni to poganie, a ten cytat świadczy o tym, że nie! Do tego Kapuściński nie ustosunkowuje się, ale dobrze, że umieścił ten cytat. To dużo.

Najważniejsze w tym wszystkim jest jednak to, że naród afrykanerski nie powstał w oparciu o państwo. Tym, co go ukształtowało i stanowiło trwałe jego spoiwo, była wiara i kościół. A więc inaczej niż zakładał Dmowski. Wiara, świadomość wspólnego losu i celu wytworzyły niezwykle spójną społeczność, monolit. Później powstała partia, która zdobyła władzę w państwie. Wypada jednak zastanowić się: czy to był spontaniczny proces, czy może ktoś to zaplanował? Raczej trudno uwierzyć w to, że prości chłopi byli w stanie wypracować sobie taką doktrynę – budowa społeczeństwa i państwa w oparciu o wiarę i własny kościół.

Warto zastanowić się nad tym, czym była Holandia w trakcie osadnictwa w Afryce Południowej i wcześniej. W blogu „Imperium” pisałem:

»Korzystając z odpadnięcia Niderlandów od Hiszpanii, które tak popierał Józef Nassi, znajdują sobie marrani portugalscy znakomitą siedzibę w Amsterdamie (1593 r.), gdzie pozwalają im powracać bez przeszkód na judaizm. Dzięki majątkom portugalskich żydów wydziera Holandia handel zamorski z rąk Portugalczyków i staje się bogatym krajem.

Katolicki król hiszpański, Filip II „doczekał się jeszcze, że dwa narody, których najbardziej nienawidził i najkrwawiej prześladował: Niderlandczycy i żydzi, podały sobie niejako rękę do zniszczenia jego dzieła”. – Henryk Graetz Historia żydów.

Amsterdam stał się dla żydów nową Jerozolimą. Tu działał Abraham Zacuto Lusitano, zaufany doradca palatyna Fryderyka, który swym królestwem zimowym rozpoczął wojnę trzydziestoletnią. Tu wywierał na bieg wypadków w Europie potężny wpływ Manasse ben Izrael (ur. 1604, zm. 1657 r.), jeden z aktorów rewolucji Cromwellowskiej w Anglii. Tutaj żył, pisał i skupiał koło uczonych chrześcijańskich żydowski filozof, Baruch Spinoza.

Wiemy, że zarządca jeneralny holenderskiej kompanii wschodniej, który jeśli nawet nie był założycielem panowania holenderskiego na Jawie, to na pewno był tym, który panowanie to najbardziej umocnił, nazywał się Cohn (Caen). Przeglądając portrety tych urzędników holenderskiej kompanii wschodnio-indyjskiej, z łatwością możemy się przekonać, że ów Cohn nie był jedynym zarządcą – żydem. Spotykamy żydów również na urzędach dyrektorów kompanji wschodnio-indyjskiej, krótko mówiąc, we wszystkich przedsiębiorstwach kolonialnych…«

Czy byli więc Afrykanerzy i ich państwo dziełem Żydów? Wszystko wskazuje na to, że tak. Już sam fakt, że kalwinizm jest najbliżej judaizmu, a doktryna narodu wybranego, który Bóg skierował do Afryki Południowej, pokrywa się z tą żydowską, skłania do wyciągania takich wniosków. Później ci sami Żydzi, wspierając wszelkie ruchy komunistyczne w Afryce Południowej, rękami Murzynów, zniszczyli to państwo. Pokazali, że mogą dużo, bardzo dużo.

To, żeby mogło powstać państwo w oparciu o naród, musi być jasny podział: zwarta, odróżniająca się od reszty grupa ze ściśle określonym systemem wartości i celem. Podział był klarowny: biały – kalwin, czarny – poganin. Gdy ten warunek nie jest spełniony, to sprawa się komplikuje. W polskim przypadku endecja próbowała stworzyć naród według schematu Polak – katolik, twierdząc, że katolicyzm jest nieodłączną cechą polskości. I stąd mamy dzieło Dmowskiego Kościół, naród i państwo. Doprawdy nieprzypadkowa kolejność. Dokładnie tak, jak działo się to w Afryce Południowej. Nic dziwnego, skoro pierwszymi ideologami endecji byli Żydzi.

Jednak w przypadku katolicyzmu nie mogło to zadziałać, z tego prostego względu, że katolikiem może być każdy, a poza tym w polskich warunkach trudno o jasny, oparty na jednoznacznych kryteriach podział. Zresztą trudno kształtować społeczeństwo, które już jest jakoś uformowane i jest podzielone na grupy mające sprzeczne ze sobą interesy. W swojej powieści Lewa wolna Józef Mackiewicz pisał:

„W nocy z 14 na 15 sierpnia kryzys osiągnął, zdawało się, punkt szczytowy.

Warszawa broniła się na froncie i opancerzała psychicznie. Rozkazy, odezwy, manifesty wyklejały ściany domów. Tysiące ochotników zgłaszało się do wojska. Rada ministrów i Rada Obrony Państwa nie tylko radziły, ale rzetelnie zabrały się do pracy. W kościołach modlono się do Boga, by zechciał zesłać zwycięstwo. Na ulicach odbywały się manifestacje patriotyczne i kroczyły procesje religijne. Po kawiarniach i restauracjach krążyły grupy kobiet, które publicznie wytykały mężczyzn w cywilu i wyganiały ich na front. Na placach miejskich odbywały się wiece, na których wygłaszano podniosłe przemówienia, pełne zapału i pięknych słów.

Do broni! Do broni! Do broni!

Ale tej nocy stolica jakby wyczerpała się w natchnieniu. Dały się odczuć pierwsze objawy zmęczenia. Tymczasem wróg rewolucyjny takoż walczył nie tylko na froncie, ale natężał wszystkie siły na wewnętrznym, psychicznym odcinku wielkiej bitwy.

Już z wieczora poczęły się gromadzić na ulicach Pragi inne tłumy, tłumy milczące, pochmurnych twarzy. Właśnie wracał tamtędy, z oględzin pozycji pod Radzyminem, prezes ministrów Wincenty Witos. Tłum się nie rozstąpił, samochód utknął. Nie było rady, trzeba było wysiąść i przepychać się piechotą. Było się jak nie we własnej, a wrogiej stolicy.”

Tak było przed stu laty i tak jest obecnie. Dlatego twierdzę, że polskie społeczeństwo nie było i nie jest narodem, tylko zlepkiem różnych społeczności. Zresztą, dziś jest to już bez znaczenia. Przez świat przetacza się żydowski walec, który chce wszystko wyrównać. Jeśli mu się to uda, to nie będzie problemu. A jak się nie uda, to stare podziały i problemy powrócą.

Naród cz.1

Jedną z najbardziej rozpoznawalnych formacji na naszej politycznej scenie jest Ruch Narodowy. Odwołuje się on do uczuć patriotycznych i wszystkiego, co jest związane z interesem narodowym. Ma on swoich pięciu posłów w ugrupowaniu zwanym Konfederacją. Jego celem jest skupienie wokół siebie wszystkich tych, dla których interes narodu polskiego jest najważniejszy. Wypada więc sobie zadać pytanie: czym jest naród i czy można mówić o narodzie polskim w takim sensie, w jakim rozumie to Ruch Narodowy?

Naród to, jak pisze Wikipedia, wspólnota ludzi utworzona w procesie dziejowym na podstawie języka, terytorium, życia społecznego i gospodarczego, przejawiająca się w kulturze i świadomości swych członków. Naród wyróżnia się na tle innych zbiorowości wspólną świadomością narodową, czyli poczuciem przynależności do wspólnoty definiowanej aktualnie jako naród.

Jednym z istotnych wyróżników narodu jest kwestia istnienia świadomości narodowej, czyli kwestia postrzegania własnej zbiorowości jako narodu. Przykładowo grupy etniczne spełniające obiektywne warunki zaistnienia narodu: wspólna kultura, język, religia, historia czy pochodzenie etniczne, których członkowie nie postrzegają siebie jako naród, nie są uznawane za narody, np. tubylcze plemiona afrykańskie. Amerykanie mają różne pochodzenie etniczne, ale łączy ich historia i styl życia. Chińczycy posługują się różnymi językami, ale łączy ich to samo pismo.

Przyjmuje się, że narody europejskie tworzone były na bazie istniejących państw lub w odniesieniu do państw, które istniały w przeszłości. Natomiast w przypadku narodów azjatyckich przyjmuje się, że na ich wyodrębnienie miały wpływ przede wszystkim odrębność religijna i kulturowa.

Tak to opisuje Wikipedia, natomiast Norman Davies w książce Boże igrzysko (1999) pisze:

»Poczucie narodowe jest bowiem w gruncie rzeczy kwestią wiary – głębokim przekonaniem dotyczącym tożsamości danej jednostki. Nie jest to cecha wrodzona gatunkowi ludzkiemu i w życiu Europy trudno je odnaleźć, rozpatrując jakikolwiek okres poprzedzający nadejście rewolucji francuskiej. W wiekach XIX i XX rozwinęło się do nieznanych uprzednio rozmiarów, a w niektórych miejscach świata – jak na przykład we wschodniej Europie – stało się dominantą wszelkich aspektów życia politycznego i społecznego. Niestety – jeśli uwierzyć cynikom, jest to przekonanie oparte na błędnych kryteriach. Jak kiedyś zauważył Ernest Renan, „naród jest to społeczność złączona wspólnym błędnym przekonaniem na temat własnych początków oraz wspólną awersją do sąsiadów”. W każdym razie nowożytny Naród można skutecznie zdefiniować jedynie jak grupę społeczną, której poszczególni członkowie, słusznie czy też niesłusznie przekonani o wspólnym pochodzeniu i wspólnym przeznaczeniu, połączeni są wspólnym poczuciem tożsamości. Świadomość narodowa określa stopień świadomości przynależenia do danego narodu. W konsekwencji Nacjonalizm jest doktryną wspólną wszystkim ruchom społecznym, które dążą do stworzenia narodu poprzez rozbudzanie świadomości narodowej ludzi oraz do zmobilizowania ich uczuć, tak aby stały się narzędziem działań politycznych.

To ostatnie zdanie, a w szczególności jego końcówka – do zmobilizowania ich uczuć, tak aby stały się narzędziem działań politycznych – trafnie charakteryzuje istotę i cel Ruchu Narodowego.

Czytelników anglosaskich należy ostrzec, uświadamiając im złożoność, w jaką uwikłana jest terminologia związana z tym tematem. Pomijając już fakt, że wielu autorów używa wymiennie takich terminów, jak: „naród”, „narodowość”, „lud”, „rasa” i „państwo”, nie zastanawiając się nad ich dokładnym znaczeniem, trzeba sobie zdawać sprawę ze znacznych rozbieżności w ich użyciu. Zarówno Brytyjczycy jak i Amerykanie należą do społeczności politycznych, w których rozwojowi narodu w pojęciu nowożytnym patronowały władze rządzące państwem i gdzie w wyniku tego faktu pojęcie „narodowość” myli się systematycznie z pojęciem „obywatelstwa”. Zwłaszcza Amerykanie mają skłonność do używania słowa „naród” jako synonimu takich określeń, jak „obywatele”, „mieszkańcy kraju”, „ludność” czy nawet „terytorium” państwa. W języku angielskim słowo nationality odnosi się nie tyle do prywatnych przekonań jednostki, ile do przeprowadzonej przez administrację oceny przydatności tejże jednostki do nadania jej prawnego statusu obywatela. Jest to coś, do czego dochodzi się nie poprzez refleksję nad własnymi przekonaniami, lecz składając podanie w Home Office lub Wydziale Imigracji. W tym sensie, jeśli się o kimś mówi, że „jest narodowości brytyjskiej”, znaczy to tyle samo, co powiedzieć o nim, że jest „poddanym Jej Królewskiej Mości” czy „obywatelem Zjednoczonego Królestwa i Kolonii”, pojęcie „narodowości amerykańskiej” zaś odnosi się do każdego, kto ma prawny status obywatela Stanów Zjednoczonych Ameryki Północnej.

Polacy natomiast należą do społeczności, która rozumianą w sensie nowożytnym narodowość uzyskała na drodze czynnej opozycji wobec polityki państw, na terenie których żyła. Narodowość polska to przekonanie, które w różnych okresach administracja mocarstw rozbiorowych starała się usilnie zdławić. Naród polski rekrutuje się z ludzi, którzy godząc się z faktem, że są rosyjskimi, pruskimi lub austriackimi obywatelami, jednocześnie uparcie odmawiali przyznania, jakoby byli „Rosjanami”, „Prusakami” czy „Austriakami”. W takich okolicznościach Nacjonalizm polski propagowali w dużej mierze działacze, którzy starali się wykorzystywać świadomość narodową dla celów politycznych do gruntu sprzecznymi z dążeniami władz państwowych. Pod tym względem udziałem Polaków był taki sam los, jakiego doświadczało wiele narodów Europy pozbawionych państwowości – od Bułgarów i Basków po Walonów, Łużyczan czy Walijczyków. (Warto w tym miejscu zauważyć, jak bardzo precyzyjna jest terminologia przyjęta w dzisiejszej Europie Wschodniej, gdzie zawsze przestrzegano rozróżnienia między „narodowością” a „obywatelstwem”. W dokumentach radzieckich, na przykład, wszystkich mieszkańców Związku Radzieckiego nazywa się „obywatelami radzieckimi”, pozostawiając im swobodę określenia własnej narodowości – „rosyjskiej”, „białoruskiej”, „gruzińskiej”, „żydowskiej”, „uzbeckiej”, „jakuckiej” itd. Niestety, w języku angielskim istnieje zwyczaj nazywania wszystkich obywateli radzieckich „Rosjanami”, bez względu na ich narodowość, przez co ulega zatarciu jedna z najbardziej istotnych cech charakteryzujących rzeczywistość wschodniej Europy).

Przypadek polski jest szczególnie złożony ze względu na to, że państwowości polskiej, mimo iż nie trwała nieprzerwanie, nie można całkowicie odmówić istnienia. W dawnej Rzeczypospolitej sprzed 1795 r. narodowość polską można było rzeczywiście zdefiniować według kryterium lojalności wobec państwa. Termin „naród polski” był na ogół zarezerwowany dla tych mieszkańców kraju, którzy cieszyli się pełnią praw obywatelskich i politycznych, a więc wyłącznie dla szlachty. Nie odnosił się on ani do ojczystego języka człowieka, ani też do jego wyznania czy pochodzenia etnicznego. Stąd było wielu „Polaków”, którym według współczesnych kategorii nie można by nadać tego miana; istniały też rzesze mówiących po polsku mieszkańców kraju, członków warstwy chłopskiej czy burżuazji, którzy nie uważali się za Polaków. W sytuacjach krańcowych – tak jak miało to np. miejsce w przypadku pewnego siedemnastowiecznego kleryka – można było spotkać takie określenia jak: canonicus cracoviensis, natione Polonus, gente Ruthenus, origine Judaeus (kanonik krakowski, narodowości polskiej, z urodzenia Rusin, z pochodzenia Żyd). Jednak gdy Rzeczpospolita została unicestwiona, dawne nazwy stopniowo utraciły znaczenie. Stare słowa nabrały nowego sensu i zaczęto ich używać na różne sposoby i dla różnych celów. Słowo „naród” utraciło dawne polityczne konotacje i w coraz większym stopniu zaczęło nabierać współczesnych podtekstów kulturowych i etnicznych. Terminu „Polak” przestano używać w odniesieniu do tych spośród ludów dawnej Rzeczypospolitej, które wytwarzały sobie teraz własną narodową tożsamość – Niemców, Żydów, Ukraińców, Białorusinów czy Litwinów; jednocześnie zaś zazwyczaj rozszerzano je na wszystkich, którzy umieli mówić po polsku.

Mimo to pozostawało wiele niejednoznaczności. Każda z administracji mocarstw rozbiorowych stosowała w dziedzinie terminologii własne konwencje. W oficjalnym języku Rosjan każdego, kto mieszkał na lewym brzegu Bugu, można było nazywać „Polakiem”, ponieważ był obywatelem Królestwa Kongresowego; jego sąsiad z prawego brzegu rzeki, nawet gdyby był jego rodzonym bratem, był „Rosjaninem”. Po r. 1874, gdy Królestwo Kongresowe zostało zlikwidowane, wszystkich zaliczono do „Rosjan”, bez względu na to, czy to się komuś podobało, czy nie. Nawet wśród samych Polaków panowało znaczne zróżnicowanie. Ludzie, którzy wyglądali restauracji państwa podobnego do dawnej Rzeczypospolitej, nadal myśleli o polskości w kategoriach nienarodowościowych. Mickiewicz na przykład, nie widział żadnego powodu, dla którego nie miałby być jednocześnie „Polakiem” i „Litwinem” (Davies „zapomniał” dodać: i „Żydem” – przyp. W.L.). Ten apostoł polskiej kultury rozpoczął swój najsłynniejszy poemat inwokacją nie do „Polski”, lecz do „Litwy”: „Litwo! Ojczyzno moja! Ty jesteś jak zdrowie”. Nieco później Józef Piłsudski dał wyraz takim samym uczuciom. Inni – których aspiracje całkowicie odbiegały od wszystkich historycznych precedensów – zaczęli traktować polskość jako cechę zarezerwowaną wyłącznie dla polskich katolików.

Tak więc i tu także potrzebna jest wielka ostrożność. Nacjonaliści – w nie mniejszym stopniu niż urzędnicy państwowi – mają silną skłonność do narzucania terminom swoich własnych znaczeń. Po pierwsze, ponieważ termin „nacjonalista” w oficjalnym użyciu szybko nabiera odcienia pejoratywnego, stając się synonimem słów „separatysta” czy „podżegacz”, wolą określać się mianem „patriotów” lub „aktywistów”. Po drugie, przyjmują swoje własne kryteria, aby podnieść pojęcie narodu do rangi ekskluzywnej społeczności, odnosząc współczesne normy spójności narodowej do przeszłości, pomijając różnice stopnia identyfikacji różnych jednostek, ignorując złożoną sieć sprzecznych lojalności, w które wszyscy są uwikłani. Tak więc, według nacjonalistycznej argumentacji, mówiący po polsku chłop czy ktoś o brzmiącym z polska nazwisku będzie często uważany za „Polaka” bez względu na to, czy ma jakiekolwiek poczucie przynależności do narodu polskiego, czy też nie; ktoś, kto jest „prawdziwym Polakiem”, nie może być jednocześnie lojalnym sługą „obcego” państwa; naród polski uważany jest za ściśle zespoloną wspólnotę, dzielnie broniącą się przeciwko „wrogom”, „cudzoziemcom”, obcym ciemiężcom” i „okupantom”. W nacjonalistycznych umysłach myśl, że pruski sierżant, rosyjski urzędnik czy austriacki hrabia mógłby być Polakiem w tym samym stopniu, co ludzie, których rzekomo dręczy, jest całkowicie nie do przyjęcia. Rzeczywistość była oczywiście nieco inna. Wiele jednostek utożsamia się z więcej niż z jednym narodem i żaden naród nie może rościć sobie uzasadnionych pretensji do jednomyślnego posłuszeństwa i wierności wszystkich swoich członków. Jest rzeczą istotną, aby mówiąc o „Polakach”, pamiętać, że używa się w ten sposób pewnego skrótu na określenie wspólnego mianownika dla zróżnicowanego zbioru jednostek ludzkich, które z osobna trefniej byłoby określić jako „potencjalnych Polaków, „możliwych Polaków”, „proto-Polaków”, „częściowych Polaków”, „pół-Polaków”, „hiper-Polaków”, „super-Polaków”, „nie-Polaków”, „pro-Polaków”, „anty-Polaków”, „krypto-Polaków”, „pseudo-Polaków”, „ex-Polaków”, „dobrych-Polaków, „złych-Polaków”, „Austro-Polaków”, „Ruso-Polaków”, „Pruso-Polaków” czy też – w sensie najbardziej historycznym – „polskich Austriaków”, „polskich Rosjan” lub „polskich Prusaków”.

Faktem jest, że naród polski jest produktem końcowym nowożytnego polskiego Nacjonalizmu. Jego rozwój przebiegał w sposób kapryśny i nierówny przez blisko dwa wieki, a ostateczny sukces był rzeczą bardzo niepewną przez większość okresu najnowszej historii. Ustalenie dokładnego momentu, w którym zaczął odgrywać istotną rolę w sprawach dotyczących ziem polskich, jest kwestią dyskusyjną. Niektórzy historycy utożsamiają go z decydującą datą 1864, kiedy to pewien stopień emancypacji społecznej towarzyszył narodowej manifestacji powstania styczniowego. Inni są skłonni odsunąć go do czasu odrodzenia się Państwa Polskiego w r. 1919. Najbardziej rygorystyczni obserwatorzy wysuwają argument, że proces rozwoju narodu można uznać za zakończony, dopiero poczynając od momentu, gdy jednolicie polska ludność, zgodnie świadoma własnej tożsamości narodowej, objęła niepodzielnie panowanie na swoim własnym narodowym terytorium. A moment ten nadszedł dopiero w r. 1945.«

Ostatnie zdanie – że jednolicie polska ludność, zgodnie świadoma własnej tożsamości narodowej, objęła niepodzielnie panowanie na swoim własnym narodowym terytorium – jest kompletną bzdurą. Davies sam sobie tego nie wymyślił. On tylko cytował polskich historyków z epoki PRL-u, w którym lansowano pogląd, że ten PRL to państwo jednolite narodowo i katolickie. Nic bardziej błędnego. Nie była to jednolicie polska ludność, bo przesiedlono ze wschodu mnóstwo ludności białoruskiej i ukraińskiej, która nie utożsamiała się z narodowością polską i nie była katolicka. Do tego doszli jeszcze Żydzi oraz mniejszość niemiecka na Śląsku Opolskim i na Górnym Śląsku, a tzw. Ziemie Odzyskane nie były własnym terytorium narodowym. Brzemię Rzeczypospolitej Obojga Narodów nadal ciążyło w PRL-owskiej rzeczywistości. I niestety ciąży do dziś.

Ruch Narodowy odwołuje się do tradycji II RP, do endecji, do Dmowskiego. Jego historia zaczyna się w 1887 roku. Powstają wtedy dwie organizacje: Liga Polska – założona w Szwajcarii przez weterana powstania styczniowego Zygmunta Miłkowskiego i Związek Młodzieży Polskiej „Zet” założony w Krakowie przez Zygmunta Balickiego. Około 1892 roku ujawniły się istotne różnice programowe pomiędzy starszą generacją działaczy, przeważnie emigracyjnych, a młodą generacją, wywodzącą się z „Zetu” i skupioną wokół Zygmunta Balickiego, Romana Dmowskiego, Teofila Waligórskiego, Karola Raczkowskiego oraz Jana Ludwika Popławskiego. Ci ostatni w większym stopniu odwoływali się do ideologii rodzącego się nacjonalizmu niż do demokratycznych i liberalnych ideałów założycieli organizacji. Ponieważ sprawowali kontrolę na działalnością krajową Ligi, wypowiedzieli posłuszeństwo emigracyjnej Centralizacji i przejęli władzę w organizacji, jednocześnie zmieniając jej nazwę na Ligę Narodową. Zostało to ostatecznie zaakceptowane przez działaczy emigracyjnych na zjeździe w Genewie w czerwcu 1895 r. Formalnie Zygmunt Miłkowski rozwiązał Ligę Polską rok wcześniej w 1894.

1 kwietnia 1893 roku powstaje Liga Narodowa i staje się ona podstawą funkcjonowania nowego obozu politycznego – Narodowej Demokracji. W 1897 roku działacze Ligi Narodowej utworzyli Stronnictwo Narodowo-Demokratyczne, które działało na terenie wszystkich zaborów, początkowo jako tajna organizacja, później jako jawnie działająca partia polityczna. Dokładna data rozwiązania Ligi nie jest znana. Według wspomnień Stanisława Kozickiego, bliskiego współpracownika Dmowskiego, miało to miejsce w 1927 roku, według relacji Romana Dmowskiego w kwietniu 1928 roku. Rozwiązana organizacja została zastąpiona nowym tajnym stowarzyszeniem o nazwie „Straż”.

Czołowymi ideologami Narodowej Demokracji byli Zygmunt Balicki i Jan Ludwik Popławski. Wikipedia tego nie napisze, ale ich zdjęcia zdradzają ich żydowskie korzenie. Później wysunięto na czoło Dmowskiego. Byli oni twórcami polskiego nacjonalizmu. Druga połowa XIX wieku to okres tworzenia się nacjonalizmów w całej Europie. Oczywiście one same się nie tworzyły. Jak zawsze i wszędzie twórcami wszelkich ideologii, służących do siania fermentu, byli Żydzi.

Żeby zrozumieć ideologię endecji, to trzeba sobie przybliżyć poglądy Dmowskiego i jak on rozumiał ideę państwa i narodu. Wykłada to w swojej pracy Myśli nowoczesnego Polaka (pierwsze wydanie 1903) w rozdziale Naród a Państwo:

»Naród jest wytworem życia państwowego. Wszystkie istniejące narody mają swoje własne państwa albo je niegdyś miały i bez państwa żaden naród nie powstał. Fakt istnienia państwa daje początek idei państwowej, która jest jednoznaczną z ideą narodową. Podstawy instynktów i uczuć narodowych mają swój początek w czasach bytu ponadpaństwowego, plemiennego, tam już istnieją przymioty, decydujące o zdolnościach państwowotwórczych szczepu, ale dopiero byt państwowy buduje na nich właściwą psychikę narodową, opartą na podstawie instynktów rodzinnych, rodowych i plemiennych, on ją też rodzi w całości tam, gdzie nawet jej podstaw nie było. To, co działa z początku jako przymus fizyczny, wchodzi w instynkty i staje się w następstwie przymusem moralnym.

Jeżeli dziś dość powszechnie uważa się posiadanie języka kulturalnego i własnej literatury za główny i wystarczający tytuł do miana narodu, to trzeba pamiętać, że wszystkie języki kulturalne są wytworem życia państwowego, a wśród literatur świata, na te miana zasługujących, nie ma ani jednej, która by powstała i rozkwitła wśród szczepu nie posiadającego własnego państwa lub dość żywej jego tradycji.

Wprawdzie w w. XIX pod wpływem ogólnego zwrotu do mas ludowych, pod wpływem demokratyzmu z jednej strony, a romantyzmu z drugiej, gdy synowie ludu z niego pochodzący i na nim budujący swą egzystencję, zaczęli występować na szerszą widownię i wywierać wpływ na sprawy polityczne – zrodziło się pojęcie narodu, a raczej narodowości, opartej wyłącznie na odrębności językowej i zaczął się trwający przez całe stulecie silny ruch, tzw. narodowościowy, mający za skutek szereg tzw. odrodzeń narodowościowych. Ruch ten atoli rozwinął się pomyślniej tylko tam, gdzie dany szczep posiadał choćby bardzo odległą tradycję bytu narodowo-państwowego, gdzie państwo, przez które później był politycznie zasymilowany, upadło lub zaczęło się rozkładać, gdzie wreszcie rządy obce, zainteresowane w rozkładzie danego narodu lub państwa, budziły sztucznymi środkami separatyzm wśród składających je szczepów. W najwyżej cywilizowanej Europie Zachodniej, gdzie istniały silne, ustalone w swych granicach państwowości, jak francuska i angielska, ruch ten nawet się nie narodził. To, co dziś nazywamy „odrodzeniem celtyckim”, jest właściwie ruchem umysłowym, bez charakteru politycznego, bez dążności do tworzenia odrębnego narodu. Pominąć tu trzeba, ma się rozumieć, Irlandię, która prowadzi bez przerwy walkę narodową od czasu utraty własnego państwa i w której odrodzenie celtyckie nie przeciwstawia się istniejącemu narodowi, ale zjawia się jako ruch dopełniający jego walkę polityczną.

Ruchy narodowościowe wystąpiły silniej tylko w państwie austriackim oraz na ziemiach polskich, przeważnie przy zachęcie i pomocy zewnętrznej. Najklasyczniejszy przykład takiego odrodzenia przedstawiają Czechy, które były przez długi czas państwem, a później jako odrębna całość polityczna wchodziły w skład cesarstwa niemieckiego, których ludność zatem nie może być uważana w zupełności za szczep, pozbawiony narodowo-politycznej tradycji. Ruch czeski wystąpił na widownię w państwie rozkładającym się, nie reprezentującym żadnej idei narodowej, na skutek tego, że reprezentację idei niemieckiej wzięły Prusy, w państwie z ideą wyłącznie dynastyczną – nie miał więc do zwalczenia tak potężnej siły moralnej, jaką przedstawia idea narodowopaństwowa i skutkiem tego tak wielkie poczynił postępy. Drugiego przykładu podobnie pomyślnego odrodzenia narodowego historia stulecia nie przyniosła.

Jeżeli ruchy narodowościowe na ziemiach polskich, jak ruski w zaborze austriackim i litewski w rosyjskim, stosunkowo się rozrosły, to główną przyczyną ich rozrostu, a może nawet narodzin, jest upadek państwa polskiego: czynnik narodowo jednoczący ustąpił z widowni, a wystąpiły czynniki świadomie rozbijające naród polski, w postaci obcych rządów, w których interesie leżało hodowanie na gruncie polskim wszelkich możliwych separatyzmów, o ile nie można było przystąpić do bezpośredniego asymilowania bliższych szczepów, jak to czyniła Rosja z Mało- i Białorusinami. Gdyby państwo polskie nie było upadło, ruch narodowościowy w Europie w znaczeniu ruchu szczepów niepaństwowych niezawodnie inną zupełnie, bez porównania skromniejszą, miałby historię.

Utożsamianie lub nawet stawianie na równi sprawy polskiej z tego rodzaju kwestiami narodowościowymi wynika z bardzo powierzchownego pojmowania rzeczy. Sprawa polska nie jest sprawą odrodzenia zasymilowanego politycznie i pozbawionego wyższej kultury duchowej szczepu – to sprawa narodu, który miał niedawno własne państwo, który nie przestał być jego tradycją, który utrzymywał i rozwija ciągle wyższe formy życia duchowego, na równi z narodami własne państwo posiadającymi. Ruchy narodowościowe, tak, jak je w. XIX wyprowadził na widownię, były i są wrogami idei narodowej, jako idei narodowo-państwowej, a nie jej sprzymierzeńcami. Wprawdzie na Śląsku oraz w Prusach ruch kulturalno-narodowościowy dał dotychczas i obiecuje na przyszłość Polsce poważne zdobycze, przez odrodzenie, czyli przywiązanie do idei narodowej polskiej wynarodowionych od dawna politycznie, a w części i kulturalnie odłamów polskiego szczepu, ale zdobycze te nie mogą iść w porównanie ze stratami, jakie przyniósł sprawie polskiej popierany przez obce rządy, a nienawiścią ku Polsce napojony separatyzm ruski i litewski.

Sprawa polska nie zrodziła się z idei narodowościowej XIX stulecia i losów jej niezawodnie dzielić nie będzie. Bo ruchy narodowościowe, po przeminięciu okresu największego napięcia, nacechowanego fanatyzmem i naiwnymi złudzeniami co do tego, że ludowi bez państwa własny język czy narzecze i okruchy jakichś zamierzchłych tradycji wystarczają do przeciwstawienia się narodom politycznym, uspokoją się niezawodnie, wrócą powoli do właściwego łożyska, zadowolą się pewnymi prawami językowymi i pogodzą się z tą lub inną ideą narodowo-państwową. Wtedy owe nie państwowe „narody”, jak je nazywamy, pozostaną nadal szczepami podrzędnymi, wprawdzie znacznie mniej upośledzonymi, mającymi uznaną odrębność w pewnym zakresie, lecz stopniowo, stale asymilowanymi przez państwo, nie tylko politycznie, ale i kulturalnie.

Bo państwo, jeżeli tylko jest zdrowe i na silnych oparte podstawach, zawsze asymiluje obce szczepy polityczne i kulturalne, czy to gwałtem, gdy mu się gwałtem jak Prusom śpieszy i gdy napotyka opór, czy też bez jego użycia, gdzie tego oporu nie ma. Zacząwszy, by nie sięgać dalej w przeszłość, od państwa rzymskiego, które zniszczyło odrębność językową całej południowo-zachodniej Europy, a kończąc na Stanach Zjednoczonych Ameryki Północnej, które, przy całym liberalizmie i tolerancji, z niesłychaną energią i szybkością eksterminują obce języki milionowych grup ludności, współżyjącą tam z rasą anglosaską – państwo zawsze i wszędzie, mniej lub więcej świadomie, dążyło do wytworzenia kulturalnej jedności. Istnieje, co prawda, Szwajcaria, ale ta jest właściwie związkiem gmin. W granicach poszczególnych kantonów lub przynajmniej gmin posuwa się ujednostajnienie językowe, nie mówiąc o tym, że tu i ówdzie istnieje silne dążenie do zapewnienia przewagi danemu wyznaniu. Nie możemy zaś zapewniać, że to samo nie nastąpiłoby w Szwajcarii, jako całości, gdyby potrzeba poprowadzenia czynniejszej polityki zewnętrznej zrobiła ją więcej państwem, zmusiła do silniejszego scentralizowania władzy.

Dziś dość często dzielimy państwa na narodowe, jak Niemcy, Francja itd., i nienarodowe, jak Austria lub Stany Zjednoczone Ameryki Północnej. Tymczasem państwo i naród są właściwie pojęciami nierozdzielnymi. Państwo jest narodowym, bo przez samo swoje istnienie wytwarza naród. Żadne państwo nie powstało z jednolitego materiału plemiennego, ale trwając długo, z tego różnorodnego materiału wytworzyło jeden naród. Jeżeli są państwa, które dziś zasługują na miano nienarodowych, to tylko takie, które trwają zbyt krótko, jak Stany Zjednoczone, by zdołały już wytworzyć naród w całym tego słowa znaczeniu, ale wytwarzają go z ogromną szybkością, albo, jak Austria, mają za słaby żywioł organizatorski i panujący, skutkiem czego rozkładają się z równą szybkością.

Tego uczy dotychczasowa historia ludzkości. Kto twierdzi z góry, że od dnia dzisiejszego pójdzie ona innymi tory, i chce, żeby mu wierzono, żąda dla siebie umysłowego kredytu, którego mu nikt poważny i mający poczucie odpowiedzialności dać nie może.

Procesy historyczne są najbardziej skomplikowanymi ze zjawisk, z jakimi umysł ludzki ma do czynienia: przewidywać przyszłość w tej dziedzinie można tylko przez analogię ze znanymi nam procesami przeszłości, budować zaś przyszłość z nowych pierwiastków, układać z nich nowe kombinacje, jakich dzieje nie widziały, i z arogancją twierdzić, że to się urzeczywistni, mogą tylko umysły płytkie i niesumienne.

Naród jest niezbędną treścią moralną państwa, państwo zaś jest niezbędną formą polityczną narodu. Naród może utracić państwo i nie przestaje być narodem, jeżeli nie zerwał nici moralnego związku z tradycją państwową, jeżeli nie zatracił idei narodowopaństwowej, a z nią zarówno świadomego jak nieświadomego, żywiołowego dążenia do odzyskania politycznie samoistnego bytu. Te dążenia odpowiednio do warunków, rozmaite mogą przybierać postacie, w rozmaitych wyrażać się bliskich celach, ale istnieć muszą. Inaczej naród schodzi na poziom szczepu, cofa się niejako do tego, czym był przed rozpoczęciem państwowego życia, przed uformowaniem swej zbiorowej indywidualności, abdykuje z dziejowej roli, a co dalej idzie, musi wejść nie tylko formalnie, lecz moralnie w skład obcego państwa, zespolić się z innym narodem politycznie, by ulegać w następstwie coraz silniejszemu jego wpływowi kulturalnemu, by w końcu zostać przezeń całkowicie zasymilowanym. Bo państwo jest nie tylko organizacją polityczną, ale narodową i kulturalną.

Idea narodowa, wyzuta z pierwiastków państwowych, jest absurdem. Można pozwolić na pielęgnowanie jej artystom zamykającym się w sferze twórczości indywidualnej, można nie dziwić się, gdy o niej świergocą próbujące u nas tak często swych sił w politycznych dyskusjach dzieci, ale polityk mówiący o niej – bredzi lub dopuszcza się oszustwa w celu zaprowadzenia ludzi tam, gdzie iść nie chcą. W narodzie naszym, doznającym przez kilka już pokoleń krzywd od państwa i stąd zmuszonym istniejące, realne państwo nienawidzić, słabsze lub politycznie zdemoralizowane umysły zapominają częstokroć, że to państwo jest im nienawistne dlatego, że jest obcym, i zdaje im się, że źródło zła w samej państwowości leży. We wszystkich zaś narodach, zwłaszcza tych, których lud nie jest wykształcony w samorządzie, pod wpływem wysuwania się na widownię żywiołów umysłowo ruchliwych a pozbawionych politycznej kultury, zdarzają się często ludzie, którzy, korzystając z dobrodziejstw państwowego bytu, nie rozumieją ich źródła, nie zdają sobie sprawy z tego, że to, co oni przeciwstawiają państwu, temuż państwu zawdzięczają swe istnienie i bez niego uległoby prędkiej zagładzie. Złorzeczą więc państwu i idei narodowej, a towarzyszą im chętnie żywioły obce, które ze swego stanowiska pragną rozkładu państwa i narodu, bo nie mają z nimi nic wspólnego. Narody posiadające własne państwo, mogą takie poglądy i takie żywioły do czasu lekceważyć, bo rozporządzają przymusem fizycznym na tych, którzy by chcieli się uchylać od służby dla całości. Ale tam, gdzie tego przymusu nie ma, gdzie istnieje tylko przymus na rzecz obcego państwa, zbytnia tolerancja dla poglądów i dążności rozkładowych jest narodowym samobójstwem.«

Widać więc, że Dmowski przywiązywał dużą wagę do roli państwa jako czynnika narodowotwórczego. Stąd wiara, że nowe państwo, powstałe po I wojnie światowej, będzie w stanie zasymilować liczne mniejszości narodowe, jeśli w całej pełni wykorzysta swój aparat administracyjny i inne instytucje państwowe, służące do wywierania presji i posłuszeństwa na swoich obywatelach. Czy rzeczywiście w to wierzył, czy tylko udawał, że wierzy. W czwartym wydaniu Myśli nowoczesnego Polaka z 1933 roku w dodatku Przewrót popowstaniowy pisał:

»Po uwłaszczeniu włościan, poprzedzonym przez zniesienie granicy celnej między Królestwem a Rosją, następuje w tym kraju gwałtowny przewrót gospodarczy.

Powstaje i rośnie szybko wielki przemysł fabryczny, oparty na węglu Zagłębia Dąbrowskiego i na rynkach z początku rosyjskich, a w dalszym ciągu i azjatyckich, do których wpływy rosyjskie sięgały. Wraz z nim rozwija się handel wschodni. Otwarło się dla kraju nowe, potężne źródło dochodów, wzrasta jego zamożność, a z nią pojemność jego rynku wewnętrznego. Kwitną rzemiosła, handel miejscowy, wreszcie wolne zawody. Rolnictwo, po krótkim, ciężkim okresie przystosowania się do nowoczesnych warunków produkcji, wchodzi na drogę szybkiego postępu i nowej pomyślności, którą zawdzięcza rozszerzającemu się rynkowi krajowemu.

Tym wielkim przemianom gospodarczym towarzyszy rewolucyjna w swej szybkości przebudowa społeczeństwa.

Szybko rośnie w liczbę mieszczaństwo przemysłowe, rzemieślnicze, handlowe, wreszcie pracująca w wolnych zawodach inteligencja. Powstaje liczna warstwa robotników przemysłowych. Jednocześnie zmiana warunków rolnictwa wyrzuca z ziemi znaczną część szlachty, nie mogącą się do tych warunków przystosować, zmienia się w niemałej mierze skład osobowy warstwy większych posiadaczy ziemskich, wreszcie ta większa własność, dominująca do ostatniego powstania w tym kraju, zmniejszona bardzo przez uwłaszczenie, zaczyna w ogromnej części topnieć przez parcelację. Nowy w swym charakterze żywioł, chłop-posiadacz, rośnie zarówno w liczbę, jako w siłę materialną, i, do niedawna ignorowany, zajmuje coraz wydatniejszą pozycję w życiu gospodarczym i społecznym, w końcu zaś skupia na sobie uwagę, jako wielka siła, podstawa narodowego bytu.

W parze z tymi dwoma przewrotami: gospodarczym i społecznym, idzie trzeci, bodaj najgwałtowniejszy – rewolucja myśli polskiej. Była ona nieuniknionym ich skutkiem.

Szybkość, z jaką się odbywał ten przewrót w życiu kraju, ta przebudowa społeczeństwa i jego myśli, miała liczne strony słabe i pociągała za sobą różne niebezpieczeństwa. Fatalną wprost okolicznością było to, że ten przewrót rozpoczął się w chwili bankructwa politycznego sprawy polskiej. Wreszcie, ten postęp gospodarczy i społeczny odbywał się przy braku instytucji publicznych, przy ujęciu całkowitej kontroli życia w ręce rządu, bardzo pierwotnie pojmującego potrzeby tego życia, co musiało stać się źródłem licznych zboczeń.

Kraj nie był przygotowany do tych nagłych przemian, nie posiadał nawet odpowiedniego materiału ludzkiego do tworzenia nowego życia. Jego wielki przemysł i handel tworzyli Niemcy i Żydzi. Polacy musieli się dużo nauczyć, zanim zaczęli z tamtymi współzawodniczyć, a ucząc się od Niemców i Żydów, nie nauczyli się wszystkiego, czego potrzeba przemysłowcowi i kupcowi polskiemu. Po dziś dzień sfera wielkiego przemysłu i handlu, która zresztą nigdzie nie odznacza się cnotami obywatelskimi, w Polsce jest wyjątkowo nieobywatelską. Wzrost jej wpływu, kosztem dawnego wpływu szlachty, nie podnosił wartości społeczeństwa. Tamta miała – przy licznych swoich brakach – tradycje obowiązku obywatelskiego: wyraziły się one i w okresie popowstaniowym w licznym odłamie ziemiaństwa, który z dużym poświęceniem pracował dla przyszłości Polski, i w inteligencji miejskiej pochodzenia szlacheckiego, której dziełem właściwie było odrodzenie aspiracji polskich i polskiej myśli politycznej.

Rosnąca szybko warstwa oświecona, tzw. inteligencja, kształtowała się bardzo niejednolicie. Powstanie potężnie podcięło siłę cywilizacji polskiej na Litwie i Rusi. Skutkiem tego, w tych głównie stronach, zaczęła się zjawiać młodzież polska, zrywająca z tradycją do tego stopnia, że aż głosząca pogardę dla wszystkiego, co polskie. Żyła ona pod urokiem rewolucyjnej umysłowości rosyjskiej. Różnice cywilizacyjne i moralne między Polską zachodnią a wschodnią pogłębiły się, później zaczęły się one znów zacierać, ale nierychło jeszcze czas naprawi to, co te lata popowstaniowe zrobiły.

Znacznie głębsze rozbicie inteligencji polskiej wynikło z tłumnego wtargnięcia w jej szeregi Żydów. Przeprowadzona w przeddzień powstania reforma Wielopolskiego zniosła prawne przegrody między nimi a społeczeństwem polskim. Rzucili się wtedy do szkół średnich i uniwersytetów. Wytworzyli liczną inteligencję, biorącą udział w życiu polskim, wnoszącą w nie swoje tendencje, narzucającą mu swe upodobania i swe nienawiści, a w wypadkach nawet, w których usiłowali być jak najwięcej Polakami, nie mogącą się pozbyć swej odrębnej psychiki, swych instynktów. Ta inteligencja, w miarę, jak liczba jej rosła, stawała się coraz słabiej polska, a coraz mocniej żydowską. Wiele idei i wiele dążeń w tym kraju miałoby inne losy, gdyby nie rola Żydów i ich wpływ na umysłowość polską (wytłuszczenie -W.L.).

Przed powstaniem psychika polska była starą psychiką społeczeństwa rolniczego. Inteligencja polska wisiała właściwie przy szlachcie. W okresie popowstaniowym wytwarza się z ogromną szybkością nowoczesna psychika komercyjna. Jest to zbyt wielki przewrót duchowy, ażeby w tak krótkim czasie mógł się odbyć gruntownie. Następuje więc przeróbka powierzchowna, tandetna, polegająca w ogromnej mierze na tym, że ludzie pozbywają się dawnych cnót, a nie zdobywają nowych. Z gorliwością prozelitów wyrzekają się oni wierzeń, pojęć, sposobów postępowania, którymi dotychczas żyli, ale czasu nie mają na to, żeby się dobrze wychować w nowych pojęciach, tym bardziej zaś w nowych, pożytecznych nałogach.

Jeszcze przed ostatnim powstaniem psychika inteligencji polskiej była wcale jednolita; w okresie popowstaniowym uległa ona głębokiemu rozbiciu. Wytworzyły się odłamy inteligencji tak mało wspólnego mające między sobą, jakby należały do różnych narodów. Ścierały się między sobą trzy jej typy: zachodni, wyrosły na tradycjach polskich i wpływach europejskich; wschodni, wychowany przez rewolucję rosyjską i jej literaturę; wreszcie żydowsko-polski, reprezentowany przez spolszczonych Żydów i zżydzonych Polaków. Ostatnie dwa w postępowaniu i nawet w ideach często zbliżały się do siebie, ile że w rewolucji rosyjskiej pierwiastek żydowski coraz silniejszą odgrywał rolę. Różnice między tymi trzema typami były o wiele głębsze, niż te, które wytworzył podział narodu pomiędzy trzy państwa. Stwierdzaliśmy to w naszych latach uniwersyteckich, kiedy porozumienie się z młodzieżą Galicji i Poznańskiego przychodziło nam o wiele łatwiej, aniżeli w naszej dzielnicy z młodzieżą typu wschodniego lub żydowsko-polskiego.

Fakt, że ten wielki przewrót w gospodarstwie, w budowie społecznej, wreszcie w myśli polskiej nastąpił w okresie bankructwa kwestii polskiej, jej pogrzebania w Europie i jej zduszenia w kraju, sprawił, że ta nowa myśl organizowała się bez udziału szerszych aspiracji polskich, a w znacznej mierze w duchu wrogim nie tylko tym aspiracjom, ale samej Polsce. Gdy te aspiracje na kilkanaście lat przed końcem stulecia zaczęły się odradzać w młodym pokoleniu, tylko mała część starszego była zdolna je zrozumieć. Co gorsza, podział duchowy na trzy typy sprawił, że znaczna część młodego pokolenia zajęła względem nich stanowisko skrajnie wrogie.

Tworzący się obóz narodowy rósł, organizował swą myśl i swe działanie w zaciętej walce wewnątrz społeczeństwa. Zwalczano go z najróżnorodniejszych stanowisk – w młodym pokoleniu głównie z socjalistycznego. Wprawdzie i wśród socjalistów wytworzył się odłam rzucający hasło niepodległej Polski, program wszakże, który to hasło głosił, tak mało miał wspólnego ze współczesnym położeniem międzynarodowym i z wewnętrznym położeniem Polski, że nie przedstawiał punktów stycznych z ruchem narodowym, ale był mu raczej biegunowo przeciwny.

Wewnętrzny tedy przewrót popowstaniowy na skutek warunków, w których się odbywał, dał w wyniku takie rozbicie polityczne, jakiego nie przedstawiał żaden naród w Europie. Była wprawdzie chwila, kiedy Królestwo Kongresowe sprawiało wrażenie wielkiej politycznej jednolitości, mianowicie w czasie wyborów do świeżo ustanowionej Dumy rosyjskiej, kiedy wszystkie właściwie okręgi znalazły się w rękach jednego stronnictwa – narodowego. Była to wszakże jednolitość w znacznej mierze pozorna, wywołana zachowaniem się obozu narodowego wobec ruchu rewolucyjnego, który się silnie skompromitował; umiejętną organizacją stronnictwa, która skupiła w jego szeregach liczne żywioły, zresztą bardzo różnorodne i mało rozumiejące właściwe dążenia jej kierowników; wreszcie szeroką pracą obozu narodowego wśród ludu, która mu pozwoliła pociągnąć za sobą masy. Rozbicie duchowe i polityczne inteligencji i w owej chwili się nie zmniejszyło.

Tym sposobem kraj był jak najgorzej przygotowany do zbliżającej się chwili dziejowej, w której kwestia polska ponownie wystąpiła na arenie międzynarodowej i zjawiły się warunki odbudowania państwa.«

Ten powyższy cytat wskazuje, że po powstaniu styczniowym ukształtowało się bardzo zróżnicowane społeczeństwo, które raczej trudno było nazwać narodem. Jeśli ktoś jeszcze się łudził, to zamach majowy rozwiał wszelkie wątpliwości. Ludność Warszawy popierała uzurpatora, który wystąpił przeciwko legalnemu rządowi. II RP nie wytworzyła warunków sprzyjających do krystalizowania się społeczeństwa, które przekształci się w naród, a i czasu było za mało. PRL tylko utrwalił ten stan. Dlatego propaganda PRL-u wmówiła ludziom, że polskie społeczeństwo jest jednolite etnicznie i katolickie. A tak nie było. Tzw. Ziemie Odzyskane zamieszkiwała też ludność prawosławna, podobnie jak tzw. ścianę wschodnią. Była i jest mniejszość niemiecka na Śląsku Opolskim i na Górnym Śląsku. Prawdopodobnie mieszka też w Polsce około 3 milionów Żydów, którzy w większości są zasymilowani i udają katolików, prawosławnych, protestantów itp. Dlaczego tylu Żydów? Bo przed wojną mieszkało ich w Polsce ponad 3 miliony. Owszem, jakaś część zginęła w czasie wojny, ale nie wiemy jaka. Mnóstwo Żydów napłynęło do Polski z Armią Czerwoną. Ilu? Nigdy się nie dowiemy, tak jak nie dowiemy się ilu ich napłynęło po 1989 roku, gdy wyjeżdżali z upadającego Związku Radzieckiego do Izraela, a ich ewakuacja odbywała się przez Polskę (operacja Most).

Tak więc III RP pogłębiła stan utrwalony w PRL-u. Jeśli Polska to stan umysłu, jak chcą niektórzy, czy polskość to nienormalność, jak chcą inni, to zapewne taki stan jest wynikiem zróżnicowania polskiego społeczeństwa, w którym istnieją głębokie podziały sięgające czasów po powstaniu styczniowym. To, co po nim nastąpiło, uniemożliwiło powstanie normalnego narodu polskiego. Jak pisał Dmowski – wytworzyły się trzy odłamy inteligencji:

  • zachodni, wyrosły na tradycjach polskich i wpływach europejskich
  • wschodni, wychowany przez rewolucję rosyjską i jej literaturę
  • żydowsko-polski, reprezentowany przez spolszczonych Żydów i zżydzonych Polaków

Różnice między tymi trzema typami były o wiele głębsze, niż te, które wytworzył podział narodu pomiędzy trzy państwa. Stwierdzaliśmy to w naszych latach uniwersyteckich, kiedy porozumienie się z młodzieżą Galicji i Poznańskiego przychodziło nam o wiele łatwiej, aniżeli w naszej dzielnicy z młodzieżą typu wschodniego lub żydowsko-polskiego.

Odnoszę wrażenie, że ten podział nadal trwa. Może nie jest dokładnie taki sam, jak powyżej, ale trwa. Jeśli więc przyjmiemy definicję z Wikipedii za wzór, że naród, to wspólnota ludzi utworzona w procesie dziejowym na podstawie języka, terytorium, życia społecznego i gospodarczego, przejawiająca się w kulturze i świadomości swych członków, to społeczeństwo polskie nie jest narodem. A może właśnie w tych różnicach i podziałach tkwi przyczyna tego, że Polska w sportach zespołowych prezentuje się tragicznie, nawet na tle narodów małych, takich jak Czesi, Chorwaci, Serbowie. W pozostałych jest niewiele lepiej.

6 sierpnia

Obecna sytuacja związana z „pandemią” dowodzi, że mamy do czynienia z eksperymentem medycznym. Masowo aplikuje się ludziom na całym świecie nieprzetestowaną „szczepionkę”, której skutki działania, w większości przypadków, znane będą za 3-4 lata. Czy to pierwszy raz, gdy rządy dokonują eksperymentów na swoich obywatelach? Niestety nie. Właściwie to wszystkie wojny, sztucznie wywoływane, stawały się okazją do ich wykonywania. I mam tu na myśli nie tylko nazistowskie eksperymenty w obozach koncentracyjnych. Takim eksperymentem było też zrzucenie bomb atomowych na Hiroszimę i Nagasaki.

W Wikipedii możemy przeczytać, że były to jedyne w historii dwa przypadki użycia broni atomowej do działań zbrojnych. Ataku dokonały Stany Zjednoczone. W dniu 6 sierpnia 1945 roku zrzuciły bombę na Hiroszimę, a 9 sierpnia – na Nagasaki.

Od czerwca 1944 roku, po zdobyciu Marianów, dowództwo USAAF-u wysyłało superfortece B-29 nad japońskie miasta. To te same Mariany, które przed I wojną światową należały do Niemiec, a po jej zakończeniu, przyznano Japonii. Pomimo licznych nalotów Japonia nie zgadzała się na kapitulację. Jej stanowiska nie zmienił nawet potężny nalot dywanowy na Tokio z 9/10 marca 1945 roku. Był to najbardziej niszczycielski, przeprowadzony z użyciem bomb zapalających, atak powietrzny w historii. Wobec tego dowództwo amerykańskie planowało operacje, która zakładała desant 777 tys. żołnierzy amerykańskich na wybrzeżu Kiusiu. To najbardziej wysunięta na południowy-zachód wyspa archipelagu japońskiego. Pozostałe to Hokkaido (północ, zimowe igrzyska olimpijskie w Sapporo w 1972 roku), Honsiu (największa) i Sikoku.

Do desantu jednak nie doszło. Zdecydowano się na zrzucenie bomb atomowych. Pierwszy próbny wybuch bomby miał miejsce 16 lipca 1945 roku na poligonie wojskowym w stanie Nowy Meksyk. Jej siła rażenia zaskoczyła wszystkich naukowców i obserwatorów.

Na konferencji poczdamskiej (17 lipca – 2 sierpnia 1945 roku) sekretarz wojny Henry Stimson poinformował prezydenta Trumana, że prace nad bombą zostały ukończone i w przeciągu trzech tygodni może zostać ona zrzucona na jedno z japońskich miast. 26 lipca Truman ogłosił tzw. deklarację poczdamską, w której określił sposób zakończenia wojny – bezwarunkowa kapitulacja cesarstwa. Tego też dnia na wyspę Tinian (Mariany) przybył ciężki krążownik USS „Indianapolis”, przywożąc elementy bomby atomowej o nazwie „Little Boy”. Przez dwa dni rząd japoński obradował nad deklaracją. W końcu zdecydował, że Japonia nie zgadza się na postawione warunki. A te warunki to m.in. całkowita demilitaryzacja Japonii i ustanowienie obcych baz wojskowych na jej terenie.

W dniu 31 lipca został zakończony montaż „Little Boy”. Następnego dnia bomba była gotowa do użycia. Do realizacji zadania wyznaczono siedem superfortec B-29. Pierwsze trzy miały rozpoznać pogodę nad wyznaczonymi celami – Hiroszimą, Kokurą i Nagasaki. Bombę załadowano do B-29 o nazwie „Enola Gay”. Kolejny znajdował się na wyspie Iwo Jima (połowa drogi pomiędzy wyspą Tinian a wyspami japońskimi) w stałym pogotowiu, na wypadek kłopotów technicznych. Razem z „Enola Gay” leciał kolejny B-29 „The Great Artiste”, wyposażony w aparaturę kontrolno-pomiarową przeznaczoną do udokumentowania efektów wybuchu oraz samolot z numerem 911, z obsadą naukowców wyposażonych w kamery i sprzęt do fotografowania.

Źródło: Wikipedia

„Little Boy” wybuchł o 8:16 (czasu Hiroszima), 43 sekundy po zrzuceniu z „Enola Gay”, 580 metrów nad dziedzińcem szpitala Shima, 240 metrów na południowy wschód od mostu Aioi, w który celował bombardier Thomas Ferebee. Pilotem bombowca był Paul Tibbets. Wybuch miał siłę około 16 kiloton TNT. Nad centrum miasta zaczął formować się gigantyczny słup dymu, przybierający kształt grzyba. Jego wysokość sięgała kilkunastu kilometrów. Szacuje się, że zginęło około 30% populacji miasta (70-90 tys. mieszkańców), a liczba ta do dziś jest sporna. Z 76 tys. budynków, 70 tys. zostało zburzonych lub uszkodzonych, w tym 48 tys. całkowicie.

Zrzucenie bomby na Hiroszimę nie doprowadziło do bezwarunkowej kapitulacji Japonii. Wojskowi przekonywali cesarza, że Amerykanie dysponowali tylko jedną bombą. Wobec tego Amerykanie podjęli decyzję o zrzuceniu kolejnej bomby. Dodatkowym motywem do szybkiego zakończenia wojny z Japonią były szybkie postępy ofensywy radzieckiej w Mandżurii.

9 sierpnia Amerykanie wykonali kolejny nalot. O wiele bardziej złożona implozyjna bomba plutonowa „Fat Man” spadła na Nagasaki. Pierwotnie celem miała być Kokura, jednak zbyt duża pokrywa chmur uniemożliwiająca celowanie optyczne oraz coraz bardziej aktywna japońska obrona przeciwlotnicza nad miastem, spowodowała zmianę obiektu ataku. Bomba wybuchła o 11:02 czasu lokalnego z siłą ocenianą później na 22 kiloton TNT i 3 km od planowanego celu.

Ponieważ otaczające dzielnicę wzgórza osłabiły siłę fali uderzeniowej, „Fat Man”, pomimo że blisko dwukrotnie silniejszy niż „Little Boy” zrzucony na Hiroszimę, spowodował mniejsze szkody w ludziach i zabudowaniach. Niemniej jednak miasto zostało całkowicie zniszczone w promieniu ok. 1,6 km od miejsca wybuchu, a do sporych zniszczeń w dalszych jego częściach doprowadziły liczne pożary. Szacuje się, że eksplozja bomby „Fat Man” zabiła 40–70 tys. osób (do końca roku 1945 zmarło 70 tys. ludzi), w tym nieznaną liczbę uchodźców z Hiroszimy.

Ataki atomowe nadal nie przekonywały japońskich władz do kapitulacji. Kręgi wojskowe były zdecydowane dalej prowadzić wojnę. Dopiero 10 sierpnia cesarz Hirohito rozkazał przyjąć propozycję Amerykanów i to jego autorytet, niezaprzeczalny dla każdego ówczesnego Japończyka, w dużym stopniu zadecydował o kapitulacji kraju. Jedynym warunkiem japońskiej propozycji przekazanej Amerykanom za pośrednictwem Szwajcarii było, aby Hirohito zachował tytuł i pozycję cesarza. Tego samego dnia wieczorem prezydent Truman przyjął kapitulację Japonii i nazajutrz rozkazał wstrzymanie wszelkich operacji wojskowych (kolejny nalot atomowy z użyciem bomby „Fat Man II” był przygotowywany na 17-18 sierpnia). 15 sierpnia cesarz wygłosił orędzie, w którym ogłosił zawieszenie broni. 2 września na pokładzie USS „Missouri” Japonia podpisała akt „bezwarunkowej kapitulacji”.

Oceny długoterminowych skutków ataków jądrowych na Hiroszimę i Nagasaki nie są jednoznaczne. Według części szacunków w ciągu kolejnych 6 lat na chorobę popromienną umarło jeszcze 60 tysięcy ludzi.

Oszacowanie rzeczywistych strat (zabici i zmarli w ciągu pierwszego dnia po wybuchu) jest niemożliwe. Oficjalne szacunki amerykańskie w 1945 roku mówiły o 70 tys. śmiertelnych ofiar w Hiroszimie. Jezuici mający swoją misję w Hiroszimie podawali liczbę co najmniej 100 tys. zabitych. Później liczba ta stopniowo rosła, co należy przypisać chorobie popromiennej i skażeniu radioaktywnemu.

Tak to przedstawia Wikipedia. Fakty są bezdyskusyjne, natomiast pewne próby interpretacji motywów, jakimi kierowały się obie strony, mogą budzić pewne zastrzeżenia. Pomijając jednak te próby interpretacji motywów obu stron, fakty nieodparcie skłaniają do wniosku, że był to eksperyment. Eksperyment, na który zgodziły się obie strony, czy może raczej oba rządy. Jedni nie mieli skrupułów, by zrzucić bomby na bezbronną ludność cywilną, na miasta. Drudzy zgodzili się na to, by to ich obywatele zostali poddani temu eksperymentowi. Dlaczego zrzucono bomby na bezbronną ludność, a nie na wojsko? Przecież to wojsko japońskie walczyło z wojskiem amerykańskim. Zwykli ludzie nie mieli nic do tego, może nawet byli przeciwni wojnie, bo na wojnie giną żołnierze, którzy wywodzą się z tych zwykłych ludzi. Na wojnie nie giną politycy i generałowie, chociaż to oni powinni ponosić konsekwencje swoich decyzji.

Wszystko wskazuje na to, że sam konflikt pomiędzy USA i Japonią, zapoczątkowany atakiem na amerykańską bazę Pearl Harbor, został wywołany sztucznie. Japończycy tak zaatakowali bazę, by zniszczeń było jak najmniej. W wyniku ataku zginęło 2335 amerykańskich żołnierzy i marynarzy oraz 68 cywilów. Amerykanie stracili pięć pancerników, z których trzy udało się wyremontować i nadal wykorzystywać. Ponadto stracili 2 niszczyciele i jeden stary pancernik, służący jak okręt pomocniczy. Dwa główne cele Japończyków, czyli lotniskowce USS Lexington i USS Enterprise wypłynęły wcześniej w morze. Pierwszy wypłynął z portu 5 grudnia z zadaniem dostarczenia grupy samolotów na wyspę Midway, a drugi – 28 listopada z podobnym zadaniem dostarczenia grupy samolotów na wyspę Wake.

Podczas ataku infrastruktura bazy w Pearl Harbor odniosła tylko nieznaczne szkody. Japończycy nie zniszczyli również ogromnych i łatwo widocznych zbiorników z olejem napędowym, niezbędnych do dalszych działań floty (zgromadzonych było 4,5 mln baryłek ropy). Chodziło więc o pretekst do rozpoczęcia wojny, a nie o zniszczenie bazy na Hawajach. Gdyby ją zniszczono, to amerykańskie działania na Pacyfiku byłyby bardzo ograniczone.

Ciekawe informacje można znaleźć w artykule Adama Szostkiewicza Hiroszima i Nagasaki. Trauma Japonii, Polityka nr 31/2005. Jeszcze wczoraj link do tego artykułu działał. Dziś już – nie. Poniżej wybrane przeze mnie fragmenty.

Ranek 6 sierpnia 1945 r. był pogodny. Amerykańskie bombowce typu B-29 nadlatywały na dużej wysokości nad wybrzeże południowej Japonii. Wychwycił je japoński radar w Hiroszimie, ale operator uznał, że to akcja zwiadowcza i nie ogłosił alarmu. Kapitan marynarki wojennej William Parsons uzbroił bombę dopiero podczas lotu. Chłopczyk – tak przezwano bombę – naszpikowany był 60 kg uranu. Kwadrans po ósmej lokalnego czasu dowódca bombowca płk Paul Tibbets zrzucił bombę na miasto.

Wydaje się mało prawdopodobne, żeby operator mógł podjąć taką decyzję samodzielnie. W wojsku nie ma miejsca na samowolne interpretowanie tego, czy coś jest powodem do ogłaszania alarmu, czy nie jest. W takim wypadku operator zapewne poinformował swoich zwierzchników, a oni uznali, że nie ma powodu, by go ogłaszać. Tylko czy dlatego, że zignorowali zagrożenie, czy zrobili to świadomie, być może na czyjeś polecenie. Podobnie zachowali się Amerykanie w Pearl Harbor, gdy „uznali” nadlatujące japońskie samoloty za ich własne.

Dalej w tym artykule można przeczytać:

Cesarz, rząd i naczelne dowództwo w Tokio wiedziały już, że w Hiroszimie stało się coś, co przyspieszy klęskę Japonii, ale dopiero szesnaście godzin po ataku nabrały pewności, że jest ona nieuchronna. W specjalnym oświadczeniu prezydent Harry Truman poinformował świat, że lotnictwo amerykańskie zrzuciło jedną bombę o sile ponad 20 tys. ton trotylu: „Japończycy zaczęli wojnę atakiem z powietrza na Pearl Harbor. Odpłaciliśmy im teraz po wielekroć. Ale koniec jeszcze nie nadszedł. Tą bombą powiększyliśmy dramatycznie nasze możliwości niszczenia”. Komunikat był jasny: Stany Zjednoczone posiadają broń atomową i są gotowe użyć jej przeciwko Japonii.

Mamy więc odwołanie do ataku na Pearl Harbor i teraz spotkała Japończyków zasłużona kara. Jest to klasyczne kreowanie konfliktów: akcja i reakcja. A że Amerykanie wiedzieli o tym ataku, że prawdopodobnie było współdziałanie obu stron, by do tego ataku doszło, to o tym prezydent nie może oczywiście wspomnieć.

Czy da się tę hekatombę usprawiedliwić? Spór o to do dziś dzieli historyków. Koronny argument zwolenników użycia bomby jest ten, że ataki na Hiroszimę i Nagasaki przyspieszyły kapitulację Japonii, a przez to oszczędziły życie nie tylko setek tysięcy żołnierzy amerykańskich, którzy nie musieli już dokonywać inwazji Wysp Japońskich, ale także jeszcze większej liczby potencjalnych ofiar po stronie japońskiej.

Przeciwnicy ataku atomowego twierdzą, że Japonia była już na kolanach – kilku ówczesnych amerykańskich naczelnych dowódców wojskowych, m.in. generałowie Eisenhower i MacArthur, admirałowie Leahy i Nimitz, odradzało atak jako militarnie nieuzasadniony. Niektórzy dowódcy japońscy twierdzili, że to nie bomby atomowe Amerykanów, ale przystąpienie Sowietów do wojny przesądziło o kapitulacji Cesarstwa 15 sierpnia 1945 r. A już na pewno – dowodzili – niepotrzebne było zniszczenie Nagasaki.

Skoro najwyżsi rangą amerykańscy dowódcy wojskowi uznali atak za militarnie nieuzasadniony, to chyba wiedzieli, co mówili i chyba nikt bardziej niż oni nie znał faktycznej sytuacji na froncie walki z Japonią. Podjęto inną decyzję, a więc nie czynniki militarne decydowały, tylko polityczne. Bombę zrzucono po to, by później innym pokazać skutki jej działania i w ten sposób zastraszyć. Jak to zrobić, gdy zrzuca się ją na poligonie? Bez ofiar, spalonych czy napromieniowanych ciał? To nie zadziała na ludzką wyobraźnię. Perfidia doskonała!

Opinia amerykańska poznała makabryczne szczegóły ataków dopiero w rok później. Tygodnik „The New Yorker” prawie cały numer datowany 31 sierpnia 1946 r. wypełnił opowieścią Johna Herseya o skutkach zrzucenia bomby atomowej na Hiroszimę. Tekst ten przeszedł do historii prasy światowej: „To być może najsłynniejszy materiał kiedykolwiek opublikowany w tygodniku”, napisał „New Yorker” w nekrologu Herseya (zmarł w 1993 r.).

Relację tłumaczono na wiele języków i drukowano w formie książkowej w milionach egzemplarzy. Tylko w powojennej Japonii amerykańskie władze okupacyjne ociągały się z wyrażeniem zgody na edycję japońską (ostatecznie „Hiroszima” ukazała się tam w 1949 r.). Stylem zbliżonym do „Medalionów” Nałkowskiej autor opowiada o losach sześciorga ocalałych z wybuchu mieszkańców miasta, w tym niemieckiego misjonarza i japońskiego pastora. Jeden z naukowców amerykańskich pracujących nad bombą atomową napisał: „Płakałem, czytając opowieść Herseya o tym, co spotkało tę szóstkę, która szczęśliwie ocalała. Wstydzę się na wspomnienie, że piliśmy szampana na wieść o ataku na Hiroszimę, kiedy tam mieszkańcy miasta przeżywali niewysłowione cierpienia”.

Albert Einstein zamówił tysiąc egzemplarzy numeru z „Hiroszimą” Herseya: genialny fizyk należał do grupy uczonych, którzy skrytykowali użycie bomby atomowej przeciwko cywilom. Leo Szilard, inny naukowiec, który pracował nad amerykańską bombą i także uważał, że Ameryka nie powinna była użyć jej pierwsza, zauważył, że gdyby Niemcy użyli bomby atomowej do ataku na miasta, zostałoby to uznane za zbrodnię wojenną, a sprawców skazano by w Norymberdze na karę śmierci i powieszono. Istniała możliwość zademonstrowania potęgi bomby atomowej bez zabijania ludzi.

To ciekawe, że ci wszyscy naukowcy, którzy przyczynili się do powstania bomby atomowej, okazali się tacy „naiwni” i „wierzyli”, że nie zostanie ona użyta przeciw cywilom. Taka bomba nie mogła działać wybiórczo, niszczyła wszystko, co spotkała na swojej drodze. Wiedzieli, jak działa reakcja łańcuchowa. Oni nie mogli powiedzieć, że tylko wykonywali rozkazy, ale dobrze płatna posada jest nie do pogardzenia, szczególnie dla emigrantów, a takimi byli Einstein i Leo Szilard, węgierski Żyd.

Po stronie zachodniej nie brakuje więc wyrzutów sumienia. A po japońskiej? Hiroszima to dla Japończyków słowo niemal święte – wyjaśnia brytyjski pisarz, miłośnik i znawca Japonii Ian Buruma – symbol narodowego męczeństwa i absolutnego zła, tak jak w Europie Auschwitz; w znakomitej książce o japońskim rachunku sumienia Buruma cytuje japońskiego uczonego, profesora Saika: „Atak atomowy na Hiroszimę był największym grzechem XX w.”.

Japończycy utożsamiają się więc z ofiarami Hiroszimy, ale tego, jaka droga zaprowadziła Japonię ku tej tragedii, wolą nie rozpamiętywać. Kiedy wyrwie się tragedię miast z kontekstu wojny rozpętanej przez Cesarstwo w Azji Wschodniej, odpowiedzialność zaczyna się rozmywać. Naród agresorów zamienia się w naród męczenników.

Atak atomowy na Hiroszimę był największym grzechem XX w.”. Dziś już wiemy, że obowiązuje inna narracja. Największym grzechem XX wieku był holocaust. Tak nam się wmawia już od wielu lat i nic nie wskazuje na to, by coś zmieniło się w tej materii w dającej przewidzieć się przyszłości.

W ostatnim akapicie autor, Adam Szostkiewicz, pisze, że kiedy wyrwie się tragedię miast z kontekstu wojny rozpętanej przez Cesarstwo w Azji Wschodniej, to odpowiedzialność zaczyna się rozmywać i naród agresorów zmienia się w naród męczenników. Czy rzeczywiście tak było, że Cesarstwo rozpętało wojnę?

Na mocy traktatu pokojowego, po I wojnie światowej, Japonia otrzymała prawa poniemieckie w Szantungu (prowincja na wschodnim wybrzeżu Chin) oraz Wyspy Marshalla, Mariany i Karoliny. Te wyspy leżą w południowo-zachodniej części Pacyfiku na wschód od Filipin i na północ od Australii.

Po upadku Francji marionetkowy rząd Vichy podpisał z Japończykami porozumienie, na mocy którego północna część Indochin Francuskich przeszła pod kontrolę Japonii. W lipcu 1941 roku, korzystając ze sprzyjających okoliczności, Japończycy zajęli także południową część Półwyspu Indochińskiego, co spotkało się z gwałtowną reakcją Waszyngtonu zaniepokojonego niekontrolowaną ekspansją mocarstwa.

Marionetkowy rząd Vichy podpisał porozumienie, jakie podyktowali mu Niemcy, których sojusznikiem podczas II wojny światowej była Japonia. Tak więc Japonia stała się mocarstwem na zasadzie – jak dają to bierzemy. Kto by nie wziął! Jednak nie wszystko jest takie proste. W blogu „7 grudnia” pisałem:

„Na początku okresu Edo (1600-1868) Japończycy prowadzili handel z państwami Azji oraz Europejczykami przebywającymi w Japonii (Portugalczycy, Hiszpanie, od 1609 roku Holendrzy, od 1613 Anglicy). Po jakimś czasie Japończycy stracili zaufanie do Europejczyków i nastąpił okres izolacji. Na przełomie XVIII i XIX wieku ponownie wzrosło ich zainteresowanie Japonią. Byli to głównie Rosjanie, Brytyjczycy i Amerykanie. W 1854 roku na skutek działań komandora M.C. Perry’ego, dowódcy eskadry amerykańskich okrętów, Japonia zaczęła otwierać swoje granice. Podpisała traktat o przyjaźni z USA (m.in. otworzyła porty), następnie z Wielką Brytanią, Rosją (1855), Holandią (1856), W 1858 zawarła traktaty handlowe z USA (m.in. prawo eksterytorialności), Wielką Brytanią, Rosją, Holandią, Francją, Portugalią (1860), Prusami (1861).

Tak to opisuje Wikipedia. Nie precyzuje jednak, jakie to były działania komandora Perry’ego. Długo pertraktował on z Japończykami, ale ci byli nieustępliwi. Dopiero gdy użył decydującego argumentu, którym były armaty, poddali się. Kilka salw w ich kierunku uzmysłowiło im, że przeciwnik jest nie do pokonania. Oni ich nie mieli. Ten ostateczny, decydujący argument, to ultima ratio regum – ostateczny argument królów. Ten łaciński napis umieszczany był z rozkazu Ludwika XIV i Fryderyka II Pruskiego na działach z brązu.

Skoro komandor Perry użył tego ostatecznego argumentu, to chyba nie tylko po to, by przekonać Japończyków do swoich racji, ale również po to, by ich podporządkować Ameryce. Ta zależność nie zniknęła i zapewne trwa do dziś. Była więc również w okresie II wojny światowej. Czy zatem Amerykanie wydali Japończykom rozkaz ataku na Pearl Harbor? Nie wiem i nigdy się nie dowiem, ale wcale nie zdziwiłbym się, gdyby tak było.”

Jaki więc był ten imperializm japoński i skąd on się wziął? Państwa europejskie i Ameryka wykreowały go dla własnych celów. Trzeba jednak dodać, że konferencję w Wersalu finansował Rotszyld. Bez tego faktu zrozumienie czegokolwiek w polityce międzywojnia i II wojny światowej będzie trudne. Ktoś, kto finansował taką konferencję, miał zapewne wpływ na jej skład, a zatem i wpływ na to, co miało się dziać w najbliższej przyszłości i tej dalszej.

Jeśli ktoś przeprowadza eksperyment, powiedzmy w laboratorium, to obserwuje jego przebieg, notuje to, co zauważył, robi uwagi, może nawet fotografuje pewne zjawiska. Tworzy więc jego pełną dokumentację.

A jak to było w Hiroszimie? Razem z „Enola Gay” leciał kolejny B-29 „The Great Artiste”, wyposażony w aparaturę kontrolno-pomiarową przeznaczoną do udokumentowania efektów wybuchu oraz samolot z numerem 911, z obsadą naukowców wyposażonych w kamery i sprzęt do fotografowania.

Już same nazwy tych samolotów wskazują, że ci, którzy je tak ochrzcili, musieli mieć coś nie tak z głową. „Enola Gay” – „gay”, to chyba w tym wypadku jakiś „wesołek”, czy coś podobnego. „The Great Artiste” – „Wielki Artysta”. Czy ci, którzy skompletowali taką aparaturę pomiarową i naukowców wyposażonych w kamery i sprzęt do fotografowania nie wiedzieli, że bomba spadnie na niewinną ludność? Czy ci naukowcy nie wiedzieli o tym? A później płakali. Że co? Że żołnierze japońscy byli często wyjątkowo okrutni wobec swoich przeciwników i ludności cywilnej podbitych krajów? Byli! Ale to ich i ich dowódców należało karać, a nie bezbronną i niewinną ludność, którą potraktowano jak zwierzęta, na których przeprowadza się eksperymenty. A okrutni byli nie tylko żołnierze japońscy. W Europie nie było lepiej. Ale i w Europie i w Azji cierpieli niewinni ludzie.

Z tego, co wydarzyło się w Hiroszimie i Nagasaki płynie jeden wniosek: wszystkie rządy traktują swoich obywateli jak podludzi; mogą zrobić z nimi wszystko i nie będą miały najmniejszych skrupułów, by zrobić to, co uznają za konieczne z ich punktu widzenia. Do swych celów angażują pomocników, najczęściej naukowców z różnych dziedzin. W przypadku bomby atomowej byli to fizycy jądrowi. Obecnie wykorzystują biotechnologów, wirusologów, biologów, personel medyczny różnych stopni. I oni, dobrze opłaceni, również nie mają najmniejszych skrupułów, by służyć tym rządom. Doskonale wiedzą, że ta „szczepionka” służy do zabijania ludzi. Tylko, że tym razem działa ona w sposób niewidoczny i nie od razu. I to im nie przeszkadza, podobnie jak kiedyś fizykom nie przeszkadzało to, że bomba atomowa, z racji swej natury, bardziej będzie groźna dla ludzi niż dla wojska. Wygląda więc na to, że za pieniądze można z człowiekiem zrobić wszystko, a ten eksperyment, któremu jesteśmy obecnie poddawani, w swoich skutkach, będzie o wiele groźniejszy niż wszystko, czego ludzkość dotychczas doświadczyła. Jeśli więc są jeszcze ludzie, którzy wierzą w to, że rząd wszystko robi w trosce o nasze bezpieczeństwo i zdrowie, to ich przebudzenie będzie bardzo bolesne.

Szczepienia

Żyjemy w czasach ostatecznych, choć trudno w to uwierzyć. Jednak obserwacja tego, co działo się od początku tej „pandemii” i zachowanie rządu, wymyślanie kolejnych fal i wariantów wirusa, bezsensowne obostrzenia – nie pozostawia już chyba najmniejszych złudzeń, co intencji tego rządu i rządów w innych krajach. Wszelkie protesty nie mają sensu. Rządy nie przejmują się nimi, a ich uzbrojone policje rozpędzają je jak stada baranów. To już nie jest żadna demokracja. Pozostaje jedynie niewyrażanie zgody na szczepienie i nadzieja, że ci którzy mają broń, zrobią z niej właściwy użytek. Jedyne społeczeństwo na świecie, które posiada broń, to społeczeństwo amerykańskie. Ameryka jako państwo uczyniło światu wiele zła i przekonało się, że walka na obcym terenie z dobrze zorganizowaną partyzantką jest bardzo trudna. To jest lekcja, którą przerobili Amerykanie jako państwo i jako społeczeństwo. I teraz to społeczeństwo, uzbrojone społeczeństwo, wyciąga wnioski z tamtych porażek. Na portalu ZeroHedge ukazał się ciekawy artykuł Why are globalists and governments so desperate for 100% vaccination rates?, warty, moim zdaniem, przybliżenia. Jego autorem jest Brandon Smith. Link do oryginalnego tekstu tu: https://www.zerohedge.com/geopolitical/brandon-smith-why-are-globalists-and-governments-so-desperate-100-vaccination-rates.

Nie sądzę, że jestem jedyną osobą, która zauważyła, że w ciągu ostatniego miesiąca nastąpił nagły wzrost propagandy szczepień i propagandy paszportów szczepionkowych, większy, jak sądzę, niż widzieliśmy to od początku tego roku. Mówię w szczególności o Stanach Zjednoczonych, ale ważne jest podkreślenia to, że w Stanach Zjednoczonych establishment wciąż desperacko domaga się znacznie wyższego wskaźnika szczepień. W miejscach takich jak Europa, Wielka Brytania i Australia wskaźniki szczepień są wyższe, a rządy przeszły do fazy paszportu szczepionkowego, będącego kolejnym etapem wprowadzania nowego porządku.

Niektórzy mogą się dziwić, że większość państw postępuje podobnie w kwestiach dotyczących ograniczeń związanych z koronawirusem. Jak to możliwe, że prawie wszystkie rządy na świecie zgadzają się w sprawie totalitaryzmu medycznego? Cóż, dość łatwo to zrozumieć, gdy zdamy sobie sprawę z tego, że większość z nich jest połączona ze sobą za pośrednictwem globalistycznych instytucji, takich jak Światowe Forum Ekonomiczne (WEF), które wielokrotnie nazywało pandemię „doskonałą okazją” do przeforsowania swoich planów „Wielkiego resetu”.

„Wielki reset” to ideologia, której celem jest ograniczenie wolności jednostki i likwidacja gospodarki wolnorynkowej oraz narzucenie globalnej dyktatury socjalistyczno-komunistycznej. Globaliści nie mówią tego wprost, ale w gruncie rzeczy „Reset” dotyczy końca wolności, jaką znamy. To nie przesada, to jest rzeczywistość; to jest to, czego ci ludzie pragną przede wszystkim. Ale jak osiągnąć taki cel?

Cóż, co ciekawe, WEF i Fundacja Billa i Melindy Gatesów dokładnie opisali, jak planowali go osiągnąć, podczas „symulacji”, którą zorganizowali w październiku 2019 roku pod nazwą „Event 201”. Wyobrażali sobie potężną pandemię koronawirusa, rzekomo przenoszącego się ze zwierząt na ludzi, co ułatwiłoby konieczność wprowadzenia wszechobecnych ograniczeń dotyczących wolności jednostki, gospodarek narodowych, a także internetu i mediów społecznościowych. Jestem pewien, że to zwykły przypadek, ale dokładnie ten sam scenariusz, który globaliści z WEF przedstawili podczas Eventu 201, wydarzył się w prawdziwym świecie zaledwie dwa miesiące później.

W każdym razie sama pandemia była dobrodziejstwem dla globalistów. Od czasu powstania narodowych socjalistów w Europie i rozprzestrzenienia się komunizmu w Rosji i Chinach prawie sto lat temu, nie widzieliśmy tak daleko sięgającej władzy rządowej i władzy korporacji. W rzeczywistości powiedziałbym, że to, przed czym stoi dziś ludzkość jako całość, jest znacznie gorsze niż to, co te nędzne imperia mogły kiedykolwiek osiągnąć.

Nie ma wątpliwości; globalistyczne instytucje i ich rządowi „partnerzy” są największymi beneficjentami kryzysu wywołanego przez koronawirusa. Jeśli ich plan wykorzystania pandemii się powiedzie, mogą uzyskać pełnię władzy społecznej i politycznej.

W ich planie jest kilka słabych punktów i dlatego uważam, że w ostatnich tygodniach mamy do czynienia z nasileniem agresywnej propagandy. I tak, jak przedstawiłem z obszernymi dowodami w moim artykule „Biden’s Vaccine Strike Force Plan Stinks Of Desperation”, wydaje się, że wskaźnik szczepień, zwłaszcza w Stanach Zjednoczonych, nie jest tak wysoki, jak by sobie tego życzyły elity.

Podczas gdy administracja Bidena i CDC twierdzą, że ogólny wskaźnik szczepień wynosi 67%, wiele innych statystyk, w tym dane Mayo Clinics, wskazują, że tylko cztery stany w USA mają faktycznie wskaźnik szczepień powyżej 65% (dla jednej dawki lub więcej). a większość stanów ma wskaźnik około 50% lub mniej. Nawet stany z dużym odsetkiem emigrantów, takie jak Kalifornia i Nowy Jork, nie przekraczają granicy 65% i szczerze mówiąc, te dane o niczym nie świadczą, ponieważ wskaźnik szczepień drastycznie spada.

Jeśli ktoś nie zgłosił się do tej pory, w warunkach zerowego czasu oczekiwania i wszędzie z dostateczną ilością dawek, to prawdopodobnie nigdy nie zostanie zaszczepiony.

Sprzeczne statystyki sugerują, że Biden i CDC zawyżają liczbę szczepień, aby stworzyć iluzję, że większość Amerykanów je popiera. A jeśli tak jest, to wyjaśnia, dlaczego Biden, Fauci i media głównego nurtu na siłę karmią opinię publiczną reklamą szczepionkową, która stoi w sprzeczności z prawdziwą nauką. Nie zadziałało zastraszanie, na które liczyli.

Ale dlaczego chcą 100% szczepień? Dlaczego są tak zdesperowani, aby każda osoba na świecie dostała szczepionkę mRNA?

Przecież średni wskaźnik zgonów z powodu koronawirusa to zaledwie 0,26% zarażonych (jest to statystyka, której media konsekwentnie i celowo odmawiają podawania opinii publicznej). Oznacza to, że 99,7% społeczeństwa NIE jest zagrożone tym wirusem, niezależnie od tego, czy ktoś jest zaszczepiony, czy nie.

Czy szczepionki zapewniają większe bezpieczeństwo? Cóż, według ostatnich statystyk z Massachusetts niekoniecznie, bo mówią o ponad 5100 zakażeniach i 80 zgonach w pełni zaszczepionych pacjentów. Media ciągle nam mówią, że umierają tylko niezaszczepieni, ale to jest kłamstwo, jak wiele innych kłamstw, które nam sprzedawali we wszelkich sprawach dotyczących koronwirusa. Jaki jest więc sens przyjmowania eksperymentalnej szczepionki, jeśli śmiertelność wirusa jest tak niska, a szczepienie i tak niekoniecznie zapewnia ochronę?

Nie ma sensu. Nauka i statystyki tego nie potwierdzają. Szczepionkom nie można nawet przypisać spadku liczby infekcji i zgonów w tym roku; w styczniu nastąpił spadek – do lutego zaszczepiono tylko 5% populacji. Jedynym wyjaśnieniem tego jest fakt, że populacja osiągnęła odporność stadną wiele miesięcy temu. Warto pamiętać o tym, jak rządy mówiły, że potrzebują 70% odporności stada lub szczepień, aby powstrzymać obostrzenia? Granice przesuwano kilka razy, a rządowa „nauka” zmienia się co miesiąc. Teraz twierdzą, że odporność stada nie ma znaczenia i domagają się 100% szczepień.

Musimy ponownie zadać pytanie – dlaczego nieustępliwy rząd naciska na całkowite nasycenie szczepionkami? Nie ratują one życia, a nakazy i ograniczenia pozostają, więc dlaczego?

Mogę jedynie wysuwać teorie na podstawie dostępnych dowodów, ale myślę, że dla większości z nas jest jasne, że szczepionki NIE dotyczą zdrowia publicznego ani nie chodzi o ratowanie życia. Chodzi oczywiście o coś innego…

W ostatnim roku wielu ekspertów w dziedzinie wirusologii i szczepionek ostrzegało, że istnieje duże ryzyko szkodliwych skutków ubocznych dla zdrowia, jeśli chodzi o eksperymentalną technologię mRNA. Nawet jeden z twórców szczepionek mRNA zasugerował, że wprowadzanie, bez dalszych testów, tych koktajli manipulujących genami, wiąże się z niebezpieczeństwem. Na uwagę zasługują obawy dotyczące długotrwałych zaburzeń, takich jak zaburzenia autoimmunologiczne i niepłodność.

Media głównego nurtu i globaliści będą argumentować, że „nie ma dowodów”, że szczepionki mRNA spowodują śmiertelne skutki uboczne lub bezpłodność. Odparłbym, że NIE MA ŻADNYCH DOWODÓW, że są bezpieczne. Większość szczepionek jest testowana przez 10-15 lat, zanim zostaną dopuszczone do użytku publicznego. Szczepionki przeciw COVID-19 zostały wypuszczone na rynek w ciągu kilku miesięcy. Szczerze mówiąc, nie mam zamiaru stać się królikiem doświadczalnym dla nieprzetestowanej szczepionki.

Ale co, jeśli elity dokładnie wiedzą, jakie będą skutki uboczne? A co, jeśli szczepionki są kluczową częścią ich „Wielkiego Resetu”?

Kwestia niepłodności szczególnie irytuje osoby z establishmentu, i chciałbym zwrócić uwagę na wyjątkowo podstępną narrację zaszczepianą w mediach. Ilekroć ludzie poruszają problem bezpłodności spowodowanej szczepionkami, biurokraci i gadające głowy mediów przystępują do ataku, a następnie mówią: „Nie ma dowodów na to, że szczepionki powodują bezpłodność, ale Covid-19 może to spowodować…”. Wystarczy obejrzeć to ostatnie przemówienie gubernatora Arkansas, gdzie on i jego medyczny sługus omal nie zostali usunięci z podium przez rozgniewaną publiczność za rozpowszechnianie tej samej propagandy.

I tu tkwi istota problemu. Moim zdaniem, scena jest już przygotowywana na pojawienie się masowej bezpłodności, ale zamiast eksperymentalnych szczepionek będzie obwiniany covid. Dlatego rząd potrzebuje 100% szczepień; niezaszczepione osoby byłyby dowodem ich zbrodni. Niech wyjaśnię…

Obawiam się, że program resetu Klausa Schwaba jest niemożliwy do wyegzekwowania w sposób trwały, chyba że populacja ludzka zostanie znacznie zmniejszona w krótkim okresie czasu (pokolenie lub dwa). Globaliści nieustannie mówią o kontroli i redukcji populacji. Słyną z tego elity takie jak Bill Gates. Czy można się dziwić, że opracowali plan jej wprowadzenia?

A co jeśli, jak sugerowało wielu ekspertów, skutki uboczne szczepionek doprowadzą do zmniejszania się populacji? A jeśli te szczepionki są do tego przeznaczone? Przez kilka lat nie będziemy mieć pewności, ponieważ zaburzenia autoimmunologiczne i niepłodność potrzebują czasu, aby stać się widoczne w populacji. Średni czas na faktyczne zdiagnozowanie choroby autoimmunologicznej wynosi 4,5 roku. Zdiagnozowanie niepłodności może zająć od sześciu miesięcy do roku.

Jeśli duża populacja wielu milionów ludzi nie zostanie zaszczepiona, to po kilku następnych latach będą stanowić sporą i niekwestionowaną grupę kontrolną. Grupa kontrolna to grupa osób, które działają jak czysta próbka niezainfekowana eksperymentalnym lekiem lub szczepionką. Jeśli zaszczepiona grupa zachoruje lub umrze na określone schorzenia, a grupa kontrolna nie będzie miała tych samych schorzeń, to będzie to całkiem dobry dowód na to, że ta szczepionka lub lek są trucizną.

50% Amerykanów i mniejsza część populacji w innych krajach stanowią grupę kontrolną dla eksperymentalnych szczepionek. Jeśli coś pójdzie nie tak ze szczepionkami, to będziemy dowodem. Podejrzewam, że tego właśnie boją się elity.

Nas również muszą zmusić do zaszczepienia – nas WSZYSTKICH, aby nie było grupy kontrolnej, a tym samym dowodów na to, co zrobili. Będą mogli po prostu zrzucić winę na masowe zaburzenia zdrowia z powodu samego covida lub na inną fałszywą przyczynę.

Jeśli szczepionki staną się koniem trojańskim, który spowoduje powszechną chorobę lub bezpłodność, to globaliści zostaną złapani na gorącym uczynku, ponieważ istnieje grupa kontrolna i będzie to oznaczać otwarty bunt wraz z wieszaniem ich na przydrożnych latarniach. Ich „Wielki Reset” nie uda się im.

Z pewnością może tak się stać. Paszporty szczepionkowe są dla większości ludzi nie do zaakceptowania. Widzimy masowe protesty i zamieszki z powodu drakońskiego programu paszportowego w takich krajach jak Włochy, Francja, Wielka Brytania i Australia. Jednak, moim zdaniem, Stany Zjednoczone to miejsce, w którym dojdzie do największego sprzeciwu. Mamy uzbrojoną populację, miliony wyszkolonych weteranów bojowych i cywilów, wojsko składające się z około 70% konserwatystów i niezależnych oraz historyczne rozumienie wojny asymetrycznej. Jak widzieliśmy w miejscach takich jak Afganistan, czołgi, odrzutowce, pociski i drony nie są gwarancją zwycięstwa nad siłami partyzanckimi.

Paszporty szczepionkowe tutaj nie przejdą. Po prostu nie pozwolimy na to.

Globaliści postawili wszystko na jedną kartę – dla nas może to być gra ostateczna, ale dla nich też może to być gra ostateczna. Czasu nie mają zbyt wiele. W ciągu najbliższych kilku lat lub wcześniej muszą uzyskać prawie 100% szczepień. Muszą wprowadzić paszporty szczepionkowe w ciągu najbliższych kilku lat lub nawet wcześniej. I muszą w najbliższym czasie ustalić trwałe warunki zamknięcia, aby stłumić rosnący sprzeciw. Jesteśmy teraz w trakcie swego rodzaju wyścigu, w którym globaliści muszą realizować swój program tak szybko, jak to możliwe, podczas gdy my musimy wytrzymać i powstrzymywać ich, aż prawda stanie się oczywista dla mas; prawda, że blokady, mandaty i szczepionki nigdy nie dotyczyły bezpieczeństwa, a zawsze dotyczyły kontroli – od kontroli społecznej po kontrolę populacji.

Powstanie warszawskie c.d.

Kiedyś, nie wiedząc jeszcze kim są ludzie ze Stowarzyszenia Marszu Niepodległości i jaki mają cel, poparłem mailowo ich sprzeciw wobec ustawy 447 i od tego momentu dostaje od nich maile. 27 lipca przyszedł kolejny. Biuletyn Stowarzyszenia Marszu Niepodległości przysłał poniższą informację.

Nadchodzi Marsz Powstania Warszawskiego

1 sierpnia o godz. 17.00, jak zawsze tego dnia, zgromadzimy się w centrum stolicy, by uczcić bohaterstwo warszawskich powstańców i ofiarę cywilnych mieszkańców. Jubileuszowy, dziesiąty Marsz Powstania Warszawskiego – organizowany przez Roty Niepodległości, Stowarzyszenie Marsz Niepodległości i Straż Narodową – przejdzie z Ronda Dmowskiego na Plac Krasińskich, gdzie znajduje się  monumentalny pomnik ku czci bohaterów wiekopomnego zrywu. Na koniec zgromadzeni będą mogli podziwiać wystąpienie słowno-muzyczne Norberta “Smoły” Smolińskiego.

Na początku 1944 r. nacierająca na Niemców Armia Czerwona przekroczyła granicę Rzeczypospolitej. Po odrzuceniu wysuniętej przez władze RP oferty współdziałania wojskowego z Sowietami, 12 stycznia komendant główny Armii Krajowej  gen. Tadeusz Komorowski wydał rozkaz nr 126, zapowiadający wsparcie Armii Czerwonej w walce z Niemcami, “w miarę naszych sił i interesów państwowych”. Tak rozpoczęła się akcja “Burza”, która miała na celu m.in. uświadomienie władzom sowieckim, że na wyzwolonych z okupacji niemieckiej terenach Polski, w granicach sprzed 1939, gospodarzami są Polacy, uznający władzę Rządu Rzeczypospolitej Polskiej na uchodźstwie, który był jedynym reprezentantem państwa polskiego. Zanegowany został aliancki podział na strefy operacyjne, w myśl którego Polska znajdowała się w sowieckiej strefie operacyjnej.

Początkowo plan „Burzy” nie przewidywał powstania w stolicy, jednak 31 lipca 1944 r., po rozmowach między komendantem AK gen. Tadeuszem Komorowskim-Borem i delegatem rządu na kraj Janem S. Jankowskim, ustalono na dzień 1 sierpnia 1944 r. godz. 17 (godzina W) termin wybuchu powstania w Warszawie. Podjęta decyzja była spowodowana obawą przed przejęciem władzy w stolicy przez proradziecką Armię Ludową i Armię Czerwoną.

Powstańcy stanęli do walki mając w swoich szeregach 36 tys. żołnierzy Armii Krajowej, Narodowych Sił Zbrojnych i mniejszych formacji, dysponując małą ilością sprzętu i słabym uzbrojeniem. Przeciwko nim stanęły doborowe oddziały niemieckie, wyposażone w bardzo dobry sprzęt (broń pancerna, artyleria, lotnictwo). Pomimo rażącej dysproporcji, powstańcy opierali się przez 63 dni, dając wyjątkowe świadectwo odwagi. Zginęły tysiące warszawiaków, a niemiecki okupant po ustaniu działań zbrojnych, niemal całkowicie zrównał z ziemią lewobrzeżną część miasta.

Niezłomny duch żołnierzy powstania jest odtąd inspiracją dla kolejnych pokoleń Polaków, nie tylko mieszkających w Warszawie. Są wzorem również dla nas. Dlatego w rocznicę wybuchu sierpniowej insurekcji oddajemy hołd ich męstwu i chylimy głowy przed cieniami poległych i pomordowanych.

Szanowni Państwo, organizacja Marszu Powstania Warszawskiego pociąga za sobą niezbędne wydatki. Zwracamy się z uprzejmym apelem o wsparcie finansowe i dołożenie swojej cegiełki do organizacji tegorocznej edycji marszu. Fundusze są nam potrzebne m.in. na nagłośnienie, wóz organizacyjny, druk plakatów, banerów i ulotek. Za każdy, najmniejszy nawet datek, serdecznie dziękujemy.

Robert Bąkiewicz Prezes Zarządu

Ten mail zawiera ciekawe informacje, które warto przeanalizować. W drugim akapicie czytamy:

Na początku 1944 r. nacierająca na Niemców Armia Czerwona przekroczyła granicę Rzeczypospolitej. Po odrzuceniu wysuniętej przez władze RP oferty współdziałania wojskowego z Sowietami, 12 stycznia komendant główny Armii Krajowej  gen. Tadeusz Komorowski wydał rozkaz nr 126, zapowiadający wsparcie Armii Czerwonej w walce z Niemcami, “w miarę naszych sił i interesów państwowych”.

Tak więc Sowiety odrzuciły ofertę współdziałania wojskowego wysuniętą przez władze RP, a mimo to komendant główny Armii Krajowej deklaruje wsparcie Armii Czerwonej w walce z Niemcami. Czyli, wy nie chcecie, ale my i tak wam pomożemy.

Tak rozpoczęła się akcja “Burza”, która miała na celu m.in. uświadomienie władzom sowieckim, że na wyzwolonych z okupacji niemieckiej terenach Polski, w granicach sprzed 1939, gospodarzami są Polacy, uznający władzę Rządu Rzeczypospolitej Polskiej na uchodźstwie, który był jedynym reprezentantem państwa polskiego. Zanegowany został aliancki podział na strefy operacyjne, w myśl którego Polska znajdowała się w sowieckiej strefie operacyjnej.

Akcja miała uświadomić władzom sowieckim, że na wyzwolonych terenach gospodarzami są Polacy. Nawet jeśli władze RP nie wiedziały o postanowieniach konferencji w Teheranie w dniach od 28 listopada do 1 grudnia 1943 roku, to wiedziały o śmierci Sikorskiego, który w ostateczności godził się na linię Curzona i utratę Kresów. Dla utrzymania niepodległości gotów był zapłacić wiele. Właściwie godził się na wszystko, czego żądali Stalin i Churchill. Jednak ani jeden, ani drugi nie chciał się przyznać do tego, że jeden przehandlował polską niepodległość, a drugi, że jest tak bezwzględny wobec Polaków. Sikorski był więc bardzo niewygodny i uniemożliwiał sfinalizowanie tego handlu i dlatego najprostszym rozwiązaniem była jego likwidacja. Jego śmierć oznaczała, że na wyzwolonych terenach gospodarzami nie będą Polacy. I taki sygnał dla każdego rozgarniętego polityka powinien był być czytelny, chyba że dał się przekupić, co w przypadku przywódców AK było powszechne.

W Teheranie ustalono m.in. nową granice Polski i ZSRR na tzw. linii Curzona oraz podział krajów Europy na alianckie strefy operacyjne – na mocy międzyalianckich uzgodnień Polska znalazła się w strefie operacyjnej Armii Czerwonej.

Zanegowanie więc tego podziału oznaczało, że postanowienia z Teheranu znane były władzom RP i dowództwu AK. A skoro były znane, to wywoływanie jakiegoś powstania nie miało sensu. Z jednej strony było, podległe Stalinowi, wojsko polskie, z drugiej strony było wojsko polskie walczące na zachodzie o nie swoje sprawy i daleko od kraju. W takich warunkach podejmowanie jakiejkolwiek walki nie miało żadnego sensu, bo nie było siły, która mogłaby postawić się Armii Czerwonej. Zanim ta armia dotarła do Warszawy, AK wszędzie z nią współpracowała w walce z Niemcami. A teraz, gdy ona dociera do Warszawy, to AK chce jej pokazać, kto tu rządzi. Czy dowództwo AK to dom wariatów? Gorzej! To dom agentów! Tylko nie wiadomo, których więcej: angielskich czy sowieckich?

Początkowo plan „Burzy” nie przewidywał powstania w stolicy, jednak 31 lipca 1944 r., po rozmowach między komendantem AK gen. Tadeuszem Komorowskim-Borem i delegatem rządu na kraj Janem S. Jankowskim, ustalono na dzień 1 sierpnia 1944 r. godz. 17 (godzina W) termin wybuchu powstania w Warszawie. Podjęta decyzja była spowodowana obawą przed przejęciem władzy w stolicy przez proradziecką Armię Ludową i Armię Czerwoną.

Tak więc rozmawiał Komorowski-Bór z delegatem rządu na kraj Jankowskim i ustalono termin wybuchu powstania. „Ustalono” – kto ustalił? Ktoś ustalił, ale nie wiadomo kto. Pewnie nieznani przełożeni. Natomiast Naczelny Wódz nie miał nic do powiedzenia. Nawet o nim nie wspomniano. Decyzja ta była spowodowana obawą przed przejęciem władzy w stolicy przez Armię Ludową i Armię Czerwoną. Czy ktoś o zdrowych zmysłach jest w stanie wyobrazić sobie sytuację, w której nieuzbrojeni, nieliczni powstańcy, jakimś cudem wypędzają Niemców, a Armia Czerwona wkracza do Warszawy i jej dowództwo stwierdza: no tak, wy tu jesteście gospodarzami, a my tylko idziemy bić Niemca, rządźcie tu długo i szczęśliwie. Poziom absurdu sięga granic, ale takie „intelektualne” wygibasy słyszymy co roku. Jak to było? Kłamstwo powtórzone 1000 razy staje się prawdą. No to czemu bezsens powtórzony 1000 razy nie ma stać się sensem?

Taka jest narracja żydowskiego Biuletynu Stowarzyszenia Marszu Niepodległości i podobna jest narracja oficjalna rządzących. Mamy więc Marsz Niepodległości i Marsz Powstania Warszawskiego. A mnie w takich sytuacjach przypomina się fraza: A ty maszeruj, maszeruj, głośno krzycz, niech żyje nam Wołodia Iljicz!

Co roku z okazji rocznicy wybuchu powstania warszawskiego można zobaczyć jeszcze żyjących, nielicznych powstańców, którzy opowiadają młodszym pokoleniom różne bajki. W swojej powieści Nie trzeba głośno mówić Józef Mackiewicz pisał:

»W ostatniej chwili (chodzi o ostatnie dni powstania – przyp. W.L.) szef BIP-u AK, pułkownik Rzepecki – „Rejent”, wystawiał masowo legitymacje AK członkom komunistycznych i prokomunistycznych formacji „Armii Ludowej”, „Polskiej Armii Ludowej”, Korpusowi Bezpieczeństwa” podziemnych władz cywilnych, członkom PPR-u i innym, którzy walczyli razem w powstaniu warszawskim ramię przy ramieniu.«

Po co więc było to powstanie i zniszczenie miasta? Po to, by obudzić sumienie świata, jak tłumaczył jeden kretyn, a raczej angielski agent. Po zburzeniu Warszawy były jeszcze gorsze rzeczy: naloty dywanowe na Drezno i Tokio oraz zrzucenie bomb atomowych na Hiroszimę i Nagasaki. I świat wcale się tym nie wzruszył, nie mówiąc już o obudzeniu jego sumienia. Dziś już nikt o tym nie pamięta. Jest tylko holokaust. Inne narody nie cierpiały.

Powstanie warszawskie było po to, by zburzyć miasto i odbudować je na nowo. Tylko w taki sposób można było pozbyć się dotychczasowych jego mieszkańców i zasiedlić je nowymi, pozbyć się tych resztek polskiej inteligencji, które jakimś cudem uchowały się jeszcze. Zniszczono nie tylko tkankę społeczną miasta, ale też jego infrastrukturę kulturalną: muzea, teatry, kina, biblioteki, archiwa, zbiory, kolekcje itp. Wiele rodzin straciło dorobek, na który pracowały pokolenia. Powstało nowe miasto, nijakie, potworek urbanistyczny. Zasiedlili je nowi ludzie – Żydzi i ich posłuszni wykonawcy i razem dobijali tych, którym jakimś cudem udało się przetrwać. Tak! Powstanie warszawskie w pełni zrealizowało cel, który wyznaczyli mu Żydzi. Chcieli opanować Warszawę i rządzić nową Polską i to się im w pełni udało. I chyba nie przypadkiem walczyli w tym powstaniu komuniści, o czym pisał Mackiewicz, ale o tym nie trzeba głośno mówić. Zbyt niewygodny fakt, zupełnie niepasujący do oficjalnej narracji. To prawda, że prawda jest ciekawa, ale jakże niewygodna!

Czy to już dyktatura?

Po I wojnie światowej, zaraz po tym jak Polska odzyskała niepodległość, pojawiło się przysłowie: „Ni z tego, ni z owego mamy Polskę od pierwszego”. Świadczy to o tym, że Polacy nie bardzo wierzyli w odzyskanie niepodległości. Większość nie dostrzegała też zmian, które zwiastowały jej nadejście. Obecnie mamy trochę podobną sytuację, podobną w tym sensie, że większość Polaków, jak sądzę, też nie zauważa, że żyje już w zupełnie innej rzeczywistości. Parafrazując to przysłowie, możemy powiedzieć: „Ni z tego, ni z owego mamy dyktaturę od pierwszego”.

Jak zwykle wypada zacząć od definicji. Wikipedia pisze: „Dyktatura (łac. dictare – dyktować) – dawniej termin używany w starożytnym Rzymie, gdzie władzę na wypadek zagrożenia ze strony wroga obejmowała jednostka (dyktator), z czasem określenie stało się synonimem władzy opartej na przemocy.

Dyktatura to władza jednostki lub wąskiej grupy. Dyktatorzy nie wyłaniają przedstawicieli społeczeństwa w wolnych wyborach i pozostają poza faktyczną kontrolą społeczeństwa. Cechami charakterystycznymi dla dyktatury są: używanie siły wobec przeciwników politycznych, brak szacunku wobec praw obywatelskich, czy dowolność stanowienia systemu prawnego. Źródłem takiego modelu władzy może być m.in. pochodzenie czy przewaga wojskowa. Dyktatorzy na ogół starają się kontrolować nie tylko politykę kraju lecz całe życie społeczeństwa, co było szczególnie zauważalne w reżimach stosujących totalitaryzm. W dyktaturze może lecz nie musi występować system jednopartyjny. Dyktatura jest współcześnie obok demokracji konstytucyjnej najbardziej popularnym systemem sprawowania władzy.”

Według definicji Małego Słownika Języka Polskiego PWN, 1968, dyktatura to niczym nie ograniczona pełnia władzy, skupiona w rekach jednostki, grupy lub klasy.

Obecnie mamy do czynienia z taką sytuacją, że całe życie społeczeństwa, pod pozorem pandemii, jest kontrolowane przez rząd, który wydaje rozporządzenia. Sejm został prawie całkowicie wyłączony z procesu legislacyjnego i tym samym posłowie nie mają żadnego wpływu na działania rządu i pozbawieni są możliwości jego kontroli. A rząd robi, co chce: wprowadza ograniczenia lub je luzuje, ogłasza kolejną falę pandemii, a później ją wygasza, karze nosić maski lub łaskawie pozwala je zdjąć, decyduje o tym ilu ludzi może przebywać w pomieszczeniach zamkniętych, a ile osób może bezpośrednio oglądać zawody sportowe. Decyduje też o tym, które grupy zawodowe mają być objęte przymusem szczepień, a które nie, gdzie mogą wchodzić ludzie niezaszczepieni, a gdzie – nie, jakie uprawnienia będą mieli ludzie z tzw. paszportami szczepionkowymi itp.

Rząd łamie podstawową zasadę państwa demokratycznego, w którym wszyscy obywatele są równi wobec prawa, a dyskryminacja jakiejkolwiek grupy jest niezgodna z nim. Gdyby to jeszcze była demokracja, ich demokracja, to wszelkie ograniczenia wymagałyby zgody parlamentu albo przeprowadzenia referendum. Nie ma więc wątpliwości, że ta demokracja jest fikcją, tak jak fikcją była demokracja socjalistyczna, bo stan wojenny w Polsce został wprowadzony bezprawnie, niezgodnie z konstytucją, bo w momencie jego wprowadzania obradował sejm i tylko on mógł podjąć taką decyzję, a nie WRON (Wojskowa Rada Ocalenia Narodowego), zwany popularnie WRON-ą. Tak więc demokracja jest dobra, ale tylko wtedy, gdy władza tak chce, gdy nie chce, to mamy dokładnie to, co mamy. Władza doskonale sobie zdaje sprawę z tego, że nie ma w społeczeństwie zgody na jej eksperymenty, dlatego, pod pretekstem wyższej konieczności, wprowadza dyktaturę, nie nazywając jej tak i zwodzi społeczeństwo argumentami, że to wszystko dla jego dobra i ochrony życia. I dla ochrony tego życia pozamykała szpitale i pozbawiła wielu ludzi podstawowej opieki medycznej. Tak się morduje ludzi w białych rękawiczkach.

Wszystkie partie i reprezentujący je politycy nie mają najmniejszego wpływu na to, co dzieje się w kraju. Ich rozgrywki, partyjne przetasowania i inne tego typu gierki, to tylko taki listek figowy, mający na celu ukryć prawdziwy stan, czyli coraz bardziej panoszącą się dyktaturę i terror. Najśmieszniejsze, a właściwie to najtragiczniejsze w tym jest to, że rząd też nie ma na nic wpływu. Jest tylko zwykłym pasem transmisyjnym, wykonawcą decyzji, które zapadają gdzie indziej. Wszystko niby zależy od WHO, czyli Światowej Organizacji Zdrowia, ale i ona wykonuje czyjeś polecenia, legitymizuje je. Wszystkie rządy na świecie, nie tylko polski, zachowują się podobnie, mają te same zalecenia i tak samo na nie reagują. A skoro tak, to wniosek może być tylko jeden – mamy rząd światowy. Wprawdzie nie wiemy, gdzie on ma swoją siedzibę i kto wchodzi w jego skład, ale on jest.

Rząd ma duże możliwości. Przekupił średni i wyższy personel medyczny, „naukowców”, celebrytów itp. Podlegają mu media, wszelkie służby typu policja, wojsko, administracja centralna i terenowa, samorządy. Dysponuje więc takimi możliwościami wpływania na społeczeństwo, że skruszenie jego oporu wydaje się tylko kwestią czasu. Mimo wszystko byłoby to o wiele trudniejsze, gdyby nie miał do pomocy części tego społeczeństwa, które udało mu się przekonać do swoich racji. I ta właśnie część, a nie rząd, będzie najgroźniejsza dla pozostałej, tej opornej, niezależnie myślącej, niepoddającej się rządowej propagandzie. Ci ludzie są najbliżej i mogą presją i groźbami wywierać wpływ na niepokornych. To są często znajomi, członkowie rodziny. A może to też być zwykła złośliwość: Jak to? Nie zaszczepiłeś się? Chcesz mnie zarazić? Jesteś nieodpowiedzialny!

Kiedyś filozof i matematyk Gottfried Wilhelm Leibniz powiedział: „Dajcie mi edukację na 100 lat, a zmienię społeczeństwo.” I dziś już mamy nowe, zmienione społeczeństwo. Może nie do końca jest ono zmienione, ale chyba już w znacznej części. Dlatego rządom na całym świecie łatwiej będzie realizować swoje cele, a właściwie cele rządu światowego. Czy to się uda, czy może zdarzy się jakiś cud i do tego nie dojdzie?

Jeśli ktoś jednak chciałby pokładać nadzieje w demokracji, to może się srogo zawieść. Nie tylko obecna demokracja jest fikcją. Była nią też demokracja socjalistyczna. Również demokracja szlachecka nie odbiegała od tych standardów. Poniżej fragment z Wikipedii o tym jak zalegalizowano I rozbiór Polski:

„Sejm Rozbiorowy – sejm skonfederowany działający w latach 1773–1775, powołany przez trzy ościenne mocarstwa zaborcze: Rosję, Prusy, Austrię w celu zatwierdzenia cesji terytorium Rzeczypospolitej w czasie I rozbioru Polski.

Po dokonaniu rozbioru Polski zaborcy zażądali, aby król Stanisław i Sejm zalegalizowali ich działania. Król zaapelował do narodów Europy zachodniej o pomoc i zwlekał z powołaniem sejmu. Europejskie mocarstwa zareagowały na rozbiór Polski z obojętnością, z wyjątkiem protestu króla Hiszpanii. Podniosło się jedynie kilka głosów sprzeciwu, jak np. Edmunda Burke, który widział w rozbiorze Polski początek rewolucyjnych zmian w europejskiej równowadze sił.

Podczas gdy król August oraz senat debatowali nad kursem działania, cierpliwość zaborców zaczęła się wyczerpywać. W rezultacie jeden z czołowych przeciwników zgody na zagraniczne roszczenia, biskup Adam Stanisław Krasiński został porwany przez Kozaków i przewieziony do Warszawy, gdzie ambasadorzy zaborców zażądali aby król i senat zwołali sejm walny w celu ratyfikacji rozbiorów. Kolejnym dowodem ich wpływu jest fakt, że senatorzy z anektowanych terytoriów (włączając diecezję inflancką, województwo ruskie oraz województwo witebskie) odmówili udziału w kolejnych obradach senatu. Podczas gdy znikąd nie nadchodziła pomoc, a sprzymierzeni zaborcy okupowali Warszawę, aby siłą oręża wymusić zwołanie sejmu, nie było innej możliwości niż podporządkowanie się ich woli. Warszawa stała się de facto garnizonem zagranicznych mocarstw. 19 kwietnia senat zgodził się zwołać sejm walny.

Sejm ten został zwołany na 19 kwietnia 1773 na wcześniejsze żądanie rosyjskiego posła nadzwyczajnego i ministra Otto Magnusa von Stackelberga, posła pruskiego Gedeona Benoit i austriackiego Karla Reviczkyego, którzy zamierzali przeprowadzić legalizację rozbiorów przez sejm. Jednocześnie mocarstwa utworzyły wspólny fundusz korupcyjny, z kasy którego miano opłacać przychylność posłów i senatorów.

Już 16 kwietnia, 60 przekupionych posłów i 9 senatorów zawiązało konfederację, aby nie dopuścić do zerwania sejmu poprzez zastosowanie zasady liberum veto (uchwały konfederacji stanowione były większością głosów). Marszałkiem konfederacji koronnej został całkowicie oddany Rosji Adam Poniński. Jako marszałka konfederacji Wielkiego Księstwa Litewskiego wyznaczono Michała Hieronima Radziwiłła. Marszałkami sejmu byli Adam Poniński i Michał Hieronim Radziwiłł. Obradom sejmu przewodniczył Poniński, który jako jurgieltnik otrzymywał z ambasady rosyjskiej stałą roczną pensję w wysokości 24 000 dukatów.

Obradujący na Zamku Królewskim w Warszawie otoczeni zostali asystą wojska rosyjskiego. Posłowie Tadeusz Reytan i Samuel Korsak stanęli na czele opozycji przeciwko sejmowi pod węzłem konfederacji i marszałkowi Ponińskiemu. Wsparli ich posłowie: Franciszek Jerzmanowski, Stanisław Kożuchowski, Rupert Dunin, Jan Tymowski, Józef Zaremba, Michał Radoszewski, Ignacy Suchecki, Tadeusz Wołodkowicz, Stanisław Bohuszewicz. Na nic zdało się wykradzenie przez Reytana laski marszałkowskiej, co miało uniemożliwić rozpoczęcie obrad. Nikły opór ostatecznie złamały egzekucje wojskowe w domach oponentów, groźba rozszerzenia rozbiorów o centralne ziemie Polski i spalenia Warszawy w przypadku jego kontynuacji. Część senatorów została aresztowana i zesłana na Syberię.

Znanymi zwolennikami przeprowadzenia rozbioru byli: Adam Poniński, Michał Hieronim Radziwiłł, biskupi Andrzej Młodziejowski oraz Ignacy Jakub Massalski a także prymas Polski Antoni Kazimierz Ostrowski.

Sejm wyłonił ze swojego grona 99-osobową delegację, składającą się z całkowicie zaufanych i kontrolowanych przez zaborców posłów i senatorów, której zadaniem było podpisanie traktatów secesyjnych. 18 września 1773 delegacja podpisała traktaty podziałowe z przedstawicielami mocarstw. 30 września sejm zatwierdził traktat podziałowy.”

Gdzie więc szukać ratunku? Dyktatura zła, demokracja – też. Przede wszystkim świadomy opór przeciw szczepieniom jak największej ilości ludzi. Do tego potrzebna jest wiedza o naturze tych szczepionek i prawdziwych intencjach rządów na całym świecie. Dostarcza jej Michael Yeadon były wiceprezes i główny naukowiec firmy Pfizer przez ponad 16 lat: https://www.cda.pl/video/7517644fb.

Konfederacja

Konfederacja to partia, która wśród części Polaków wzbudza pewne nadzieje. Uważają oni, że to właśnie ona może coś zmienić na polskiej scenie politycznej. Może więc warto bliżej przyjrzeć się tej partii. Wypadałoby jednak zacząć od definicji słowa „konfederacja”, bo nazwa nie została wybrana przypadkowo.

Mały Słownik Języka Polskiego PWN, 1968 podaje taką definicję: konfederacja 1. związek państw suwerennych utworzony dla realizacji pewnych wspólnych celów politycznych; przymierze, sojusz, liga 2. w dawnej Polsce związek (szlachty, rycerstwa) utworzony pod przewodnictwem marszałka i regimentarzy dla ochrony kraju lub dla realizacji postulatów politycznych.

Słownik Wyrazów Obcych PWN, 2002: konfederacja 1. związek, stowarzyszenie, zjednoczenie obywateli lub organizacji. 2. polit. związek państw powołany w celu realizacji określonych zamierzeń (zwykle forma przejściowa przy tworzeniu federacji). 3. hist. w dawnej Polsce: związek szlachty, duchowieństwa lub miast, zwierany dla osiągnięcia doraźnych celów. (łac. confoederatus ‘sprzymierzenie’).

Słownik Wyrazów Obcych PWN, 1959: konfederacja [od łac. confoederatio związek] 1. związek, stowarzyszenie, zjednoczenie obywateli lub organizacji. 2. związek państw, w którym zachowują one niezależny (suwerenny) byt, ale posiadają określone w umowie ustanawiającej konfederację wspólne instytucje i organy; 3. hist. w dawnej Polsce – związek organizowany na krótki okres celem realizacji ważnych celów politycznych i sprawujący część lub całość władzy państwowej. Konfederacje miały często opozycyjny charakter wobec rządu, np. k. barska. Na sejmach, które w pewnych wypadkach uchwalały akt konfederacji, decyzje zapadały zwykłą większością głosów.

Ostatnia definicja dostarcza nam pewnej informacji na temat ustroju Rzeczypospolitej Obojga Narodów, stworzonego zapewne przez Żydów, bo któż inny mógł wymyślić coś takiego, by niepodzielnie rządzić z tylnego siedzenia. Jak trzeba było anarchii, to obowiązywała jednomyślność i liberum veto utrącało każdą inicjatywę. Jak trzeba było podjąć szybką decyzję, to zawiązywano konfederację lub zwoływano sejm skonfederowany i wtedy decyzje zapadały większością głosów. To nie była żadna anarchia, jak próbują nam wmawiać. Doskonale zaprojektowany ustrój, który mógł utrzymać to państwo lub je skasować niemalże od ręki. Co też się stało.

Wikipedia o Konfederacji pisze tak: Konfederacja – koalicja o charakterze prawicowym i eurosceptycznym, zawiązana przed wyborami do Parlamentu Europejskiego w 2019 roku (formalnie była zarejestrowana w nich jako komitet wyborczy wyborców Konfederacja KORWIN Braun Liroy Narodowcy), następnie kontynuowana. Od lipca 2019 zarejestrowana jako federacyjna partia polityczna pod nazwą Konfederacja Wolność i Niepodległość (Konfederacja Wolnościowcy i Narodowcy).

Ugrupowania wchodzące w skład Konfederacji reprezentują poglądy należące do różnych prawicowych nurtów (głównie narodowy konserwatyzm i konserwatywny liberalizm). Ideą twórców jest skupienie środowisk deklarujących poglądy wolnościowe, narodowe, konserwatywne i proobywatelskie. Spoiwem koalicji są postulaty eurosceptyczne. Przedstawiciele Konfederacji określają swe ugrupowanie „eurosceptycznym”, co ma na celu podkreślenie sceptycznego podejścia do Unii Europejskiej, a nie do Europy. Opowiadają się za demontażem UE, jednocześnie chcąc pozostawienia strefy Schengen i EOG (Europejski Obszar Gospodarczy).

W skład Konfederacji wchodzą następujące partie: KORWIN, Ruch Narodowy, Konfederacja Korony Polskiej, Partia Kierowców, Konfederacja Rolniczo-Konsumencka, Zjednoczeni. Mamy więc w Konfederacji jeszcze dwie Konfederacje. Cóż to za menażeria?!

Partia KORWIN jest zarejestrowana nieprawomocnie. Jej ideologia to konserwatywny liberalizm i leseferyzm. Jej lider to Janusz Korwin-Mikke. Partia ma 5 posłów.

Ruch Narodowy to nacjonalizm i narodowy katolicyzm, lider – Robert Winnicki, 5 posłów.

Konfederacja Korony Polskiej, reakcjonizm, monarchizm, Grzegorz Braun, 1 poseł.

Partia Kierowców, liberalizm, antybiurokracja, Lech Kędzierski.

Konfederacja Rolniczo-Konsumencka (nieformalna organizacja), agraryzm, Krzysztof Tołwiński.

Zjednoczeni (partia w fazie rejestracji), konserwatywny liberalizm, walka z przymusem szczepień, Paweł Skutecki.

Jeśli ktoś tym cyrkiem rządzi, to zapewne jest to Janusz Korwin-Mikke. Jest w tym gronie najstarszy i ma największe doświadczenie polityczne. Jest to niewątpliwie człowiek bardzo inteligentny i zdolny. Jednak nieznani przełożeni wyznaczyli mu rolę destruktora wszelkich inicjatyw po prawej stronie sceny politycznej oraz rolę błazna. I w obu rolach spełnia się doskonale.

Skoro jest to najbardziej wyrazista postać w Konfederacji, to wypada przybliżyć sobie istotę liberalizmu, którego jest on zwolennikiem. Tadeusz Gluziński w swojej pracy Odrodzenie idealizmu politycznego (1935) pisze:

»Nie tak dawno liberalizm i socjalizm święciły triumfy wśród narodów europejskich. Kto nie był liberałem, temu wolno jeszcze było być socjalistą; kto nie mieścił w ramach tych dwóch prądów swego poglądu na życie publiczne, ten w państwach monarchicznych mógł jeszcze bronić resztek przeszłości i zaliczać się do konserwatystów; wszystko inne uchodziło już bezapelacyjnie za zwykłe barbarzyństwo bez obsłonek.

Liberał wierzył w pierwotną dobroć natury ludzkiej i prawo do wolności uważał za przyrodzone uprawnienie człowieka; stąd każdy ustrój społeczny, w szczególności zaś ustrój państwowy, był dlań tylko złem koniecznym, z którym należało się pogodzić, które jednak w głębi duszy potępiało się zawsze i przyjmowało z niechęcią. Usiłował więc ograniczyć państwo do jak najskromniejszego zakresu działania, aby pozostawić jednostce jak najwięcej wolności; przede wszystkim zaś w życiu gospodarczym uznawał bezkompromisowo zasadę zupełnej swobody jednostki.

Zwyrodnienie życia gospodarczego pod panowaniem liberalizm ujawniło się już w kilkadziesiąt lat po sformułowaniu jego zasadniczych tez; z zasad liberalnych i z rzeczywistości liberalnego świata wywiódł swoje rozumowanie socjalizm, aby stać się w ten sposób odwrotną stroną medalu. Dyktatura proletariatu nie była wcale czymś sprzecznym z założeniami liberalnymi; była właśnie posunięciem wolności ludzkiej do najdalszych granic. Skoro bowiem nie ma w zasadzie żadnych więzów dla wolności ludzkiej, w szczególności zaś hamulców natury etycznej, to cóż ma wzbraniać najliczniejszej klasie społecznej zmówić się i zorganizować, by potem chwycić za gardło wszystkie inne? Bolszewizm, który w pierwszych latach swej władzy urzeczywistnił zasady Marksa, mógł słusznie uchodzić za prawe dziecko liberalizmu tak samo, jak był nim terror Wielkiej Rewolucji Francuskiej.

Tak oto toczyła się na przestrzeni XIX w. walka dwóch „światopoglądów”, pozornie ze sobą sprzecznych i wyłączających się wzajemnie, w istocie jednak wyrosłych ze wspólnego korzenia. Ta wspólność pochodzenia myślowego i wspólność ukrytych sprężyn sprawiła nie tylko, że walka między nimi nie ujawniła żadnej zaciekłości, ale dopuściła nadto wzajemne przenikanie się doktryn; socjaliści stali się po trochu liberałami, zaś liberałowie socjalistami. Razem toczyli wojnę z resztkami monarchicznych ustrojów i przeciw obozom konserwatystów chodzili w zwartym przymierzu.

Przed zjednoczonym atakiem krok za krokiem cofały się szeregi konserwatystów. Zdesperowani obrońcy powalonego na obie łopatki ancien régime’u, owych Okopów Świętej Trójcy, żyli wyłącznie tęsknotą za powrotem dawnych, dobrych czasów, których przeżytków bronili w beznadziejnej walce. Pogotowie ich miało charakter czysto obronny, motorem ich działania był lęk o przyszłość. Gdy tylko zawodziła ich wiara we własne siły, szli do kompromisów z wrogiem, byle choć na krótki czas okupić spokojne ich pozostawienie na pozycji. Ustępowali przeciwnikom w sprawach istotnych w tej nadziei, że w ten kosztowny sposób zdołają pohamować ich rozpęd zdobywczy. To paktowanie z wrogiem nazwali „hamowaniem z góry”. Od tej pory ośrodki konserwatywne stanęły otworem dla wpływów wolnomularstwa; gdzież bowiem jak nie w lożach, można było „hamować” najdogodniej, najmniej dostrzegalnie? I tak loże poczęły nęcić przywódców ruchu, nowoczesnych hrabiów Henryków. Zapewniały tolerancję ze strony wroga, a nawet… karierę. W ślad za swymi wodzami zmienił twarz i konserwatyzm i stał się… liberalny.

Wszystkie narody europejskie zostały oderwane od rzeczywistości i zarażone doktrynami. Legitymacją do życia, w szczególności zaś do brania udziału w życiu publicznym, stało się posiadanie określonego „światopoglądu”. Trzeba było koniecznie wyznawać jakiś system, jakąś generalną receptę na wyleczenie wszystkich chorób, wszystkich bolączek społecznych. Myśl okuto w pancerz obowiązujących doktryn, byle ją jak najdalej uprowadzić z krainy rzeczywistości, w której z przyrodzenia króluje zdrowy rozsądek. Aby jeszcze bardziej umocnić niewzruszalność tych doktryn, twórcy i głosiciele ich dołożyli wszelkich starań, by w tym okresie uwielbienia wszelkiej nauki swój „światopogląd” przystroić w poważne „naukowe” szaty. Pojawiła się literatura pozornie naukowa kierunku liberalnego, socjalistycznego, a nawet konserwatywnego, narodziły się nowe gałęzie „wiedzy”, jak socjologia, religiologia, ekonomia społeczna itp.«

Partia KORWIN ma 5 posłów, podobnie jak Ruch Narodowy, którego ideologią jest nacjonalizm i narodowy katolicyzm. Narodowy katolicyzm, jak pisze Wikipedia, to doktryna polityczna łącząca nacjonalizm z przyznaniem religii katolickiej statusu wyznania państwowego, na którym oparty będzie ustrój państwa. W Polsce idee narodowo-katolickie pojawiły się na przełomie lat 20-tych i 30-tych XX wieku. Idea ta wzbudza zastrzeżenia pod kątem wewnętrznej spójności logicznej: nacjonalizm jest siłą rzeczy pojęciem ekskluzywnym, wykluczającym, a katolicyzm (etymologicznie powszechny) jest pojęciem inkluzywnym.

O pozostałych partiach czy nieformalnych organizacjach nie ma sensu wspominać. W sumie wszyscy oni, to chłopcy do podawania piłek Korwin-Mikkemu, a on jest Żydem, co widać. Po cóż więc Samuela Górska, prawdopodobnie Żydówka, tak zachwalała Konfederację, podkreślając, że ma dość żydostwa? Kolejna próba, bardzo prymitywna, prowokacji, próba pokazania, że Polacy to antysemici. Prymitywizm polegał na tym, że Konfederacja to folklor, partia, która nie ma szans na realne wpływanie na polską politykę i partia, którą kieruje Żyd. Czy może być coś bardziej absurdalnego, jak zachwalanie Konfederacji, jako antidotum na żydostwo? Cel jednak został osiągnięty – antysemityzm wśród Polaków nadal nie jest rzadkością. Sygnał poszedł w świat. I o to chodzi.