Ewakuacja czy ucieczka?

„Obyś żył w ciekawych czasach” – brzmi znane przysłowie, a konkretnie przekleństwo chińskiego pochodzenia. I faktycznie, przyszło nam żyć w przełomowym okresie. Niestety – zgodnie ze wspomnianą mądrością – oznacza to koniec świata, jaki znamy. – Z internetu.

Czy rzeczywiście dochodzimy do tego momentu? W dniu 27 czerwca Leszek Sykulski na swoim kanale komentował artykuł, który ukazał się na łamach Financial Times. Jego tytuł to: Polska przygotowuje plany ewakuacji dzieł sztuki na wypadek inwazji Rosji. Artykuł ten został opublikowany na podstawie wywiadu przeprowadzonego z minister kultury rządu RP Hanną Wróblewską, która powiedziała, że takie planowanie jest konieczne, ponieważ prawie 1000 polskich muzeów nie może działać w oparciu o teoretyczną koncepcję bezpieczeństwa, dopóki Rosja będzie prowadzić wojnę na Ukrainie. Powiedziała ona – kontynuuje Sykulski – że jej ministerstwo prowadzi rozmowy z władzami za granicą na temat przyjęcia ewakuowanych dzieł sztuki z około 160 instytucji zarządzanych przez państwo polskie. Plan ma być gotowy do końca roku i, jak pisze Financial Times, jest to część szerszych działań na rzecz bezpieczeństwa państwa podejmowanych przez rząd Donalda Tuska, które to plany obejmują wzmocnienie ochrony granic i podwojenie liczebności sił zbrojnych RP do pół miliona żołnierzy. Media w Polsce bardzo szybko podchwyciły temat i wczoraj, 26 czerwca, m.in. Portal Samorządowy poinformował, że ta groźba wojny ma przyspieszać konkretne działania i co więcej, że rząd RP ma szykować plan ewakuacji na Zachód nie tylko dzieł sztuki. Na Portalu Samorządowym można przeczytać wprost: Groźba wojny przyspiesza działania. Rząd szykuje plan ewakuacji na Zachód. Nikt jednak nie stawia fundamentalnego pytania: „w czyim interesie miałaby być ta wojna?”. Dlaczego dzieje się to wszystko w takim pośpiechu? Dlaczego wcześniej te plany nie zostały opracowane? Zagrożenie wojną jest realne, widać zagrożenie groźbą prowokacji, która mogłaby uruchomić spiralę wchodzenia na tę drabinę eskalacyjną i to jest bardzo niebezpieczna sytuacja.

x

To tylko fragment jego komentarza, ale jest w nim zawarte to, co najważniejsze. Jaką grę prowadzi rząd i o co w tym wszystkim chodzi? Ucieczka rządu sanacyjnego była ewenementem na skalę światową. Hitler podbił całą Europę kontynentalną, ale takiej spektakularnej ucieczki, w chwili, gdy losy wojny z Niemcami nie były jeszcze ostatecznie przesądzone, nie było. To dało oczywiście pretekst władzom Związku Radzieckiego do zajęcia wschodnich terenów II RP, bo, jak tłumaczyły, Państwo Polskie przestało istnieć. A skoro tak, to musiały one wziąć pod ochronę ludność tego terenu. Gdyby więc władze sanacyjne nie uciekły, zabierając ze sobą złoto, to władze sowieckie nie miałyby pretekstu do zajęcia tych terenów. I cały misterny plan, zakładający przyszły konflikt niemiecko-radziecki, nie mógłby być zrealizowany.

Czy zatem dziś nie mamy do czynienia z „powtórką z rozrywki”? Jaki jest niezbędny warunek, by uznać, że dane państwo przestało istnieć? – Ucieczka rządu. Dlaczego rząd ukraiński nie uciekł, pomimo rosyjskiej agresji, a rząd „polski” już się szykuje do ewakuacji? Jeśli więc dojdzie do sprowokowania Rosji, do czego, jak się wydaje, dążą gorliwie władze „polskie”, to może ona faktycznie wystrzelić kilka rakiet na budynki rządowe czy wojskowe. To oczywiście stanie się doskonałym wytłumaczeniem konieczności ewakuacji rządu. Jeśli rząd ewakuuje się, to państwo to przestanie istnieć i wówczas Niemcy będą mogły zając swoje, utracone w wyniku II wojny światowej, wschodnie ziemie, używając dokładnie tego samego argumentu, którym posłużyli się w 1939 roku bolszewicy. Oczywiście nie wszyscy będą musieli uciekać. Gauleiter von Danzig Donald Tusk raczej nie będzie musiał. On będzie u siebie. To byłoby powtórzenie wariantu z 1939 roku, tylko w odwrotnie: Rosja atakuje, a Niemcy zajmują zachodnią część Polski.

x

Polityka nie ma nic wspólnego z uczciwością, a tym bardziej z demokracją. Alan Bullock w swojej książce Hitler – studium tyranii, Czytelnik 1975 pisał:

Hitler miał tylko jedną drogę, która mogła uwieńczyć powodzeniem jego politykę legalności, a okazję do tego dawał mu szczególny system rządów w Niemczech. Po załamaniu się w 1930 roku koalicji, której przewodził Herman Müller, jego następca na fotelu kanclerza, Brüning, i następca Brüninga, Papen, musieli rządzić bez mocnego oparcia w parlamentarnej większości i bez widoków na wygranie wyborów. Wynikające ze stanu wyjątkowego uprawnienia prezydenta, z których korzystali, by rządzić za pomocą dekretów, dawały wielką władzę prezydentowi i jego doradcom. W rezultacie władza polityczna w Niemczech przeszła od narodu w ręce małej grupki ludzi z otoczenia prezydenta. Najważniejszymi osobami w tej grupce byli: generał von Schleicher, Oskar von Hindenburg, Otto Meissner, szef kancelarii prezydenta, Brüning i, potem, gdy wpadł w niełaskę – Papen, jego następca na fotelu kanclerza. Gdyby Hitler zdołał nakłonić tych ludzi, by go uznali za partnera i mianowali kanclerzem z prawem stosowania dekretów prezydenta – co oznaczało rząd prezydencki w przeciwieństwie do parlamentarnego – wówczas mógłby zrezygnować ze zdobycia większości w wyborach, co mu się stale nie udawało, jak również z ryzykownej próby puczu. (…)

Mamy więc wytłumaczenie owych skomplikowanych i wykrętnych posunięć w wewnętrznej polityce Niemiec w okresie jesień 1931-32, styczeń 1933, kiedy gra się udała i Hindenburg legalnie powierzył Hitlerowi urząd kanclerza. Raz po raz wznawiane rozmowy małej grupki ludzi rządzących przy pomocy dekretów prezydenta z przywódcami nazistów stanowią niejako kamienie milowe na drodze nazistów do władzy.

x

Obecne zawirowania wokół ostatnich wyborów, to nic innego jak tylko próby destabilizowania systemu prawnego państwa, jego ośmieszania na arenie międzynarodowej, co w konsekwencji ma prowadzić do sytuacji podobnej do tej sprzed rozbiorów. W tym wypadku jednak nie chodzi o nie, a o stworzenie nowego państwa, które powstanie w wyniku połączenia centralnej i wschodniej Polski z zachodnią Ukrainą.

Taki stan to efekt bycia strefą zgniotu od czasu unii lubelskiej. Trudno zatem, by w takim miejscu mogło kiedykolwiek powstać cokolwiek sensownego. Do tego potrzebna jest stabilizacja, taka jak na zachodzie Europy, gdzie państwa mają niezmienne od setek lat granice.

Natura władzy

W książce Podróże do wielu odległych narodów świata – Wydawnictwo Literackie, Kraków 1982 – Jonathan Swift opisuje w pewnym momencie swój pobyt na Wyspie Czarowników. Zawarte tam uwagi odnoszą się m.in. do natury władzy. Warto więc, jak sądzę, zapoznać się z nimi.

W posłowiu Juliusz Kydryński m.in. pisze:

„Nie znam drugiej książki, która w podobnie bezlitosny sposób rozprawiałaby się z całą ludzkością, z samą jej naturą i wszystkimi stworzonymi przez nią instytucjami. (…)

I dziwne, że dopiero w 1976 r., a więc w dwieście pięćdziesiąt lat od chwili ukazania się pierwszego wydania Podróży, Collin McKelvie z uniwersytetu w Dublinie podjął się wydania arcydzieła Swifta, uwzględniającego pełną korektę autorską. Wydanie to, opublikowane przez Appletree Press Ltd. w Belfaście, stało się rewelacją nawet dla czytelnika angielskiego. Otóż autor obecnego polskiego przekładu Podróży dysponował także tym wydaniem. Czytelnik polski otrzymuje zatem po raz pierwszy pełny i najbardziej autentyczny tekst Podróży Gulivera. Przekład Macieja Słomczyńskiego wypełnia dotkliwą i zawstydzającą lukę w naszej literaturze translatorskiej.”

x

Glubbdubdrib oznacza w najdokładniejszym tłumaczeniu, jakie umiem sporządzić, Wyspę Czarowników lub Magów. Jest mniej więcej trzykrotnie mniejsza niż wyspa Wight i niezwykle żyzna; a rządzi nią głowa pewnego plemienia składającego się wyłącznie z magów. (…)

Gubernator i jego rodzina obsługiwani są przez służbę domową dość osobliwego rodzaju. Dzięki swej zręczności w nekromancji ma on moc wywoływania kogo zechce spośród zmarłych i żądania od niego usług przez dwadzieścia cztery godziny, lecz nie dłużej; nie może także wywoływać tej samej osoby częściej niż raz na trzy miesiące, jeśli nie zajdą nadzwyczajne okoliczności. (…)

Zapragnąwszy ujrzeć tych starożytnych, których rozum i uczoność zyskały największa sławę, poświeciłem cały dzień na to przedsięwzięcie. Wyraziłem życzenie, aby Homer i Arystoteles pojawili się na czele wszystkich swych komentatorów; (…)

Spędziłem pięć dni na rozmowach z wielu innymi starożytnymi mędrcami. Widziałem też większość rzymskich cesarzy. Nakłoniłem Gubernatora do przywołania kucharzy Heliogabala, by przyrządzili nam obiad, lecz nie mogli okazać nazbyt wielu umiejętności, gdyż nie mieli z czego robić. Helota Agesilausa przyrządził nam garnek polewki spartańskiej, lecz nie byłem w stanie przełknąć nawet drugiej łyżki.

Sprawy osobiste zmuszały obu panów, którzy przywiedli mnie na wyspę, do opuszczenia jej po upływie następnych trzech dni. Spędziłem je na oglądaniu współczesnych zmarłych, którzy najbardziej wsławili się podczas ostatnich dwustu czy trzystu lat u nas lub w innych krajach europejskich; a będąc zagorzałym wielbicielem starych, dostojnych rodów, poprosiłem, aby Gubernator przywołał tuzin lub dwa tuziny królów wraz z ośmioma lub dziewięcioma pokoleniami ich przodków. Spotkało mnie bolesne i niespodziane rozczarowanie. Gdyż miast długiego orszaków diademów ujrzałem w pewnym rodzie dwóch skrzypków, trzech wymuskanych dworzan i włoskiego prałata; a w innych: cyrulika, opata i dwóch kardynałów. Mam nazbyt wiele uwielbienia do głów koronowanych, aby zatrzymywać się zbyt długo przy tak kruchym przedmiocie. Lecz jeśli mowa o hrabiach, markizach, książętach, lordach i im podobnych, nie miałem tylu skrupułów. I muszę wyznać, że nie bez zadowolenia odnajdywałem źródła pewnych rysów charakterystycznych dla niektórych rodów. Jasno mogłem stwierdzić, skąd wziął się w jednej rodzinie wydłużony podbródek i czemu druga tak obfitowała w łotrów podczas dwu pokoleń, a podczas dwu następnych – w głupców; czemu trzeci ród ma wodogłowie, a czwarty wydaje samych szalbierzy. Pojąłem wówczas, czemu Polydore Virgil1 powiada o pewnym wielkim domu: Nec vir fortis, nec faemina casta (Ani odważny mężczyzna, ani czysta kobieta – przyp. W.L.); a także czemu okrucieństwo, fałsz i tchórzostwo urosły jako cechy, którymi niektóre rody wyróżniają się podobnie jak tarczą herbową. Pojąłem, kto pierwszy wniósł francę w szlachetny dom, którą potomność kolejno dziedziczyła w postaci skrofulicznych wrzodów. A trudno było mi się dziwić temu wszystkiemu, widząc przecięcie linii dziedzictwa przez paziów, lokajów, służących, stangretów, kosterów, muzykantów, utracjuszy, żołdaków i rzezimieszków.

Obrzydła mi przy tym całkowicie historia nowożytna. Gdyż przebadawszy dokładnie wszystkie osobistości, które w ciągu ostatnich lat uzyskały największy rozgłos na dworach władców, odkryłem, że świat został gruntownie wprowadzony w błąd przez sprzedajnych pisarzy, którzy przypisali tchórzom największe czyny wojenne, głupcom najlepsze rady, pochlebcom prawość, rzymską cnotę zdrajcom ojczyzny, pobożność niewierzącym, skromność sodomitom, prawdomówność donosicielom. Pojąłem, jak wielu niewinnych i znakomitych ludzi zostało skazanych na śmierć lub wygnanie dzięki wpływowi ministrów na przekupnych sędziów; a także, jak wielu nicponiów wyniesionych zostało na najwyższe, najbardziej odpowiedzialne stanowiska, dające największą moc, godność i zysk; jak wielki udział w działaniach i wypadkach na dworach, w rodach i senatach mają rajfurzy, kurwy, stręczyciele, pieniacze i trefnisie. Jak niskiego mniemania nabrałem o ludzkim rozumie i uczciwości, gdy dowiedziałem się prawdy o sprężynach i przyczynach wielkich przedsięwzięć i przemian w świecie, a także o godnych wzgardy wydarzeniach, którym zawdzięczają one rozgłos.

Odkryłem przy tym łotrostwo i nieuctwo tych, którzy udają, że piszą anegdoty, czyli historie sekretne i z pomocą zatrutych pucharów wysyłają zastępy królów do grobu; odtwarzają rozmowę pomiędzy Królem i Pierwszym Ministrem, choć nie było przy niej żadnego świadka; mają klucz do otwierania umysłów i szaf ambasadorów i sekretarzy stanu; a także cierpią nieustannie, gdyż słowa ich pojęto opacznie. Odkryłem tam prawdziwe przyczyny wielu wydarzeń, które zdumiały świat, jak to kurwa może rządzić dzięki intrydze, jak intryga rządzi radą, a rada senatem. Pewien generał wyznał przede mną, że odniósł zwycięstwo jedynie dzięki tchórzostwu i nikczemnemu postępowaniu, a pewien admirał, że jedynie brak rozpoznania pomógł mu w rozbiciu nieprzyjaciela, któremu pragnął zaprzedać swą flotę. Trzej królowie oświadczyli mi, że w ciągu całego swego panowania nigdy nie obdarzyli urzędem człowieka zasłużonego, chyba że przez omyłkę lub dzięki podstępowi ministra, któremu powierzyli ów wybór; a nie uczyniliby tego także, gdyby dano im żyć ponownie; dowodzili przy tym z wielką mocą, że tron monarszy musiałby runąć nie podtrzymywany przez zepsucie, albowiem ów stanowczy, śmiały, niespokojny duch, jakim cnota umie natchnąć człowieka, jest wiekuistą przeszkodą w uszczęśliwianiu człowieka.

Ciekawość pchnęła mnie do dokładnego wypytywania o to, w jaki sposób tak wielu ludzi zdobyło wysokie godności i tytuły, a także ogromne majątki; ograniczyłem przy tym me pytania do niedawnych czasów, nie obstając jednak przy dniu dzisiejszym, gdyż nie chciałem urazić nawet cudzoziemców (a mam nadzieję, że nie muszę przekonywać Czytelnika, jakobym mówiąc o tych sprawach mógł choćby w najmniejszym stopniu mieć na myśli mój kraj rodzinny). Przywołano wielką liczbę ludzi, o których była mowa powyżej; i po wielce pobieżnym wybadaniu ich odsłonił mi się obraz tak haniebny, że nie mogę wspominać o nim bez przygnębienia. Wiarołomstwo, ucisk, przekupywanie świadków, oszustwo, stręczycielstwo i podobne słabostki znajdowały się pośród najbardziej godnych wybaczenia rzemiosł, o których wspomnieli, więc ze zrozumiałych względów wybaczyłem im to. Lecz gdy wyznali, że zawdzięczają swą wielkość lub bogactwo pederastii lub kazirodztwu, a inni – prostytuowaniu swych żon i córek; a jeszcze inni – zdradzie ojczyzny lub władcy; albo trucicielstwu połączonemu z przenicowaniem sprawiedliwości tak, aby skazano niewinnego; odkrycia te ostudziły me głębokie, wrodzone uwielbienie dla osób wysokiego stanu, co, mam nadzieję, zostanie mi wybaczone, choć winne one być traktowane przez nas, stojących niżej, z należytym ich wysokiej godności najgłębszym szacunkiem.

Często czytywałem o wielkich usługach oddawanych władcom i państwom, zapragnąłem więc ujrzeć ludzi, którzy owe usługi oddali. Gdy zapytałem o nich, odpowiedziano mi, że w żadnym ze spisów nie można ich odszukać, z wyjątkiem kilku osób, które historia ukazuje nam jako najdzikszych łotrów i zdrajców. Jeśli mowa o pozostałych, nie usłyszałem już o nich więcej. Ci pierwsi natomiast ukazali mi się wszyscy ze smutnym wejrzeniem i w najuboższych szatach. Większa ich część wyznała mi, że zmarli w nędzy i niesławie, a pozostali na szafocie lub szubienicy.

Wśród innych był tam jeden, którego dzieje wydawały mi się dość osobliwe. U boku jego stał młodzieniec liczący około osiemnastu lat. Wyznał mi, że przez wiele lat był dowódcą okrętu, a podczas bitwy morskiej pod Actium sprzyjający los pozwolił mu przebić się przez szyk nieprzyjacielski, zatopić trzy wielkie okręty wroga i pojmać czwarty, co stało się jedyną przyczyną ucieczki Antoniusza i wynikłego z niej zwycięstwa; a ów młodzieniec u jego boku, to jego jedyny syn, który zginął tam w boju. Dodał, że ufny w swe zasługi wyruszył po zakończeniu wojny do Rzymu, by prosić na dworze Augusta o przydzielenie mu większego okrętu, którego dowódca zginął. Nie bacząc jednak na jego zasługi okręt ów powierzono chłopcu, który nigdy dotąd nie widział morza, synowi wyzwoliciela, służącego jednej z kochanek królewskich. Po powrocie na własny okręt został oskarżony o zaniedbanie obowiązków i okręt ów powierzono ulubionemu paziowi Vice-Admirała Publicoli. Wówczas udał się na wieś, do ubogiej zagrody z dla od Rzymu i tam zakończył życie. Tak bardzo zaciekawiła mnie ta historia, że pragnąc poznać całą prawdę poprosiłem by wezwano Agrippę, który był admirałem podczas owej bitwy. Ukazał się on i potwierdził prawdziwość całego opowiadania, lecz z dodatkami zaszczytnymi dla kapitana, który przez skromność umniejszył lub przemilczał największą część swych zasług.

Zdziwił mnie obraz zepsucia rozrastającego się tak wysoko i tak szybko w owym cesarstwie, za sprawą tak próżno osiągniętego zbytku, co kazało mi osądzać z mniejszym zdumieniem podobne wydarzenia w innych krajach, gdzie występki wszelkiego rodzaju królowały znacznie dłużej, a cała sława wraz z łupami zagarniana była przez naczelnych wodzów, którzy, być może, mieli najmniejsze prawo do obu.

Ponieważ wszystkie wezwane osoby pojawiały się w takiej dokładnie postaci, w jakiej przebywały one na tym świecie, dało mi to przyczynę do melancholijnych rozmyślań nad tym, jak bardzo rodzaj ludzki zmarniał podczas ostatnich stu lat. Jak franca wraz z wszystkimi swymi następstwami i pod wszystkimi nazwami odmieniła każdy rys angielskiego oblicza, skróciła wzrost naszych ciał, stargała nam nerwy, doprowadziła do zwiotczenia ścięgna i mięśnie, pokryła ziemistą barwą lica i dała nam zjełczałe i obwisłe ciała.

W poniżeniu tym zapragnąłem, aby pojawili się przede wszystkim dawni wolni chłopi angielscy, tak sławni ongi z prostoty obyczajów, jadła i szat, z prawości postępowania, ducha prawdziwej wolności, męstwa i miłości do ojczyzny. Po porównaniu żywych z umarłymi nie mogłem ukryć wzruszenia na myśl, jak owe czyste, narodowe cnoty zostały za sztukę złota przełajdaczone przez ich wnuków, którzy sprzedając swe głosy i biorąc udział w oszustwach wyborczych, poznali wszystkie występki i całe zepsucie, jakiego można nauczyć się u dworu.

x

By to wszystko zrozumieć, wypada jeszcze przybliżyć epokę, w której żył Swift i osobę samego autora. W cytowanym na początku posłowiu jego autor m.in. pisze:

Przyznana w Anglii oficjalnie (za panowania królowej Anny, 1702-1714) wolność prasy przyczyniła się wprawdzie do rozwoju dziennikarstwa i publicystyki, posługującej się przeważnie pamfletem, wśród ludzi piszących świeżo jednak trwała pamięć represji, spotykających zresztą wciąż jeszcze co zuchwalszych autorów. Pamiętano, jak łatwo było narazić się na karę pręgierza (co przytrafiło się Danielowi Defoe), a nawet na obcięcie uszu i napiętnowanie (co za Karola II spotkało Williama Prynne). Nic więc dziwnego, że czcigodny dziekan katedry św. Patryka w Dublinie, Jonathan Swift, który sam wyznał Alexandrowi Pope, że pisze „to vex the world rather than divert it” („by raczej oburzać świat niż go bawić”), wolał swą znakomitą, a zagadkową książkę wydać anonimowo. I chociaż Podróże do wielu odległych narodów świata, przez Lemuela Gullivera, początkowo lekarza okrętowego, a następnie kapitana licznych okrętów stały się z miejsca wielkim sukcesem wydawniczym i czytali je wszyscy „od członków gabinetu do mieszkańców pokoju dziecinnego”, chociaż zacny abbé Desfontaines przełożył je niemal natychmiast na francuski (co prawda znacznie łagodząc oryginalny tekst), Swift wolał na razie pozostać tajemniczym „Richardem Sympsonem”, bo pod tym nazwiskiem nadesłał rękopis zdumionemu wydawcy. Nie znaczy to, żeby jego autorstwa nie rozszyfrowano i żeby pisarz nie stał się adresatem tyluż wyrazów uznania i zachwytu, ilu napaści i inwektyw. No cóż, sam ostatecznie chciał „oburzać”, co mu się w znacznej mierze udało.

Zagadkowość utworu Swifta, który obok wcześniejszego Robinsona Crusoe Defoe miał stać się najwybitniejszą powieścią angielskiego Oświecenia i jednym z największych osiągnięć literatury światowej, łączy się z tajemnicą psychiki jego twórcy. „Niełatwo pogodzić jego pogardę dla ludzkości z afektem, jakim darzył przyjaciół i jakim oni go darzyli, ani jego gorzką niechęć do kobiet z miłością, jaką wzbudził. Trudno też, biorąc pod uwagę jego życie, przyzwoite i nie obrażające panujących zasad obyczajowych, i jego prawdziwą, jeśli nawet formalną religijność, wyjaśnić napastliwość niektórych jego utworów. Zwykłe fizjologiczne zjawiska życia, napełniały go, jak się zdaje, niewytłumaczalnym przerażeniem. Wczesne lata ubóstwa pozostawiły na nim niezatarte piętno, stał się człowiekiem dumnym i zgorzkniałym. Gdyby się urodził w bogactwie i pochodził z dobrego rodu, zająłby zapewne przodujące, być może nawet decydujące stanowisko w zawiłym życiu politycznym swej epoki” (George Sampson).

Istotnie, życie polityczne epoki było zawiłe i skomplikowane, a nie mniej skomplikowane było życie samego Swifta. Pełne smutków i rozczarowań, stawiało go często wobec sytuacji przymusowych, w których przyrodzona wrażliwość młodego Jonathana była wystawiana na ciężkie próby. Anglik, urodzony w Irlandii, której początkowo nie znosił, stał się w późniejszym w życiu jej gorliwym patriotą. Satyryk i humorysta, okazał się chyba pierwszym na świecie przedstawicielem – jakbyśmy dziś powiedzieli – „czarnego” humoru, o czym świadczą – obok samych Podróży Gullivera – liczne jego wiersze i pamflety, a zwłaszcza makabryczna Skromna propozycja (A modest Proposal). Intelektualista i polityk, z pewnością powołany – jak słusznie twierdzi Sampson – do zajmowania najwybitniejszych stanowisk, z konieczności niemal wstępuje do stanu duchownego, a w nim dochodzi do godności dziekana dublińskiej katedry św. Patryka, co było zaszczytem wprawdzie, niemniej – właściwie wygnaniem. Życie towarzyskie, jakkolwiek bujne, uprawiał jednak raczej dorywczo, z okazji okresowych pobytów w Anglii, życie osobiste zaś, którego najciekawszą „dokumentacją” jest słynny Journal to Stella, pisany dla wieloletniej przyjaciółki i towarzyszki (którą być może poślubił, choć jest to nie wyjaśnioną do dziś tajemnicą), kryło jeszcze nie mniej tajemniczy i kłopotliwy epizod, związany z postacią młodziutkiej Hester Vanhomrigh, zwanej przez Swifta Vanessą. Świadectwem tego epizodu jest poemat Cadenus and Vanessa.

Na tle jego czasów życie Swifta nabiera szczególnego wyrazu. Gdy Jonathan rodzi się w Dublinie 30 listopada 1667 roku, ojciec jego nie żyje już od kilku miesięcy. Matka wraca do swych krewnych w Anglii, zostawiając syna na wychowaniu u ludzi obcych; w końcu chłopcem, pozbawionym obojga rodziców, zajmuje się najpierw stryj Godwin, a po jego śmierci znany polityk i eseista Sir William Temple (niektórzy twierdzą, że ojciec owego Temple’a był w istocie również prawdziwym ojcem Jonathana). Po latach nauki w szkole w Kilkenny i dublińskim Trinity College, Swift obejmuje w domu Temple’a (w Moor Park w pobliżu Londynu) stanowisko jakby sekretarza, rozczarowany jednak brakiem protekcji, jakiej oczekiwał, postanawia zostać duchownym. Ale pobyt w Moor Park przynosi mu niemałe korzyści i przeżycia. Bogata biblioteka Temple’a skłania go do poważniejszych studiów, ponadto w Moor Park poznaje Esther Johnson, naturalną córkę Temple’a, a swą późniejszą „Stellę” (bo dla niej właśnie będzie pisał po latach wspomniany Journal).

Jako duchowny Swift dwukrotnie otrzymuje prebendę w Irlandii, wraca jednak sporadycznie do Anglii, gdzie nawiązał liczne znajomości i przyjaźnie w kołach literackich i politycznych. Sam już spróbował swych sił jako człowiek pióra: pisywał ody w stylu Pindara (po których przeczytaniu jego kuzyn Dryden powiedział: „Kuzynie Swift, nigdy nie będziesz poetą”), napisał głośną Opowieść o beczce (Tale of a Tub), satyrę na „korupcję w religii i nauczaniu”, oraz Bitwę książek (The Battle of the Books), pamflet na temat sporu o wartości literatury starożytnej i nowoczesnej; powstałe w latach dziewięćdziesiątych XVII w., rzeczy te opublikowane zostały dopiero w r. 1704, także zresztą anonimowo.

Tymczasem w okresie restauracji Stuartów powstały w kraju dwa stronnictwa, z których jedno: torysi, byli – najogólniej biorąc – stronnikami króla, drugie zaś: whigowie2, opowiadało się raczej po stronie dysydentów kościoła anglikańskiego i londyńskich kupców. W praktyce politycznej granica poglądów jednych i drugich była zresztą dość płynna, zdarzały się wzajemne odstępstwa i kompromisy. W każdym razie Swift, początkowo przyjaciel whigów (wśród nich Addisona i Steele’a, wydawców pism „Tatler” i „Spectator”), gdy zorientował się, że stronnictwo to nie przysłuży się ani jemu samemu, ani sprawie jego kościoła, do którego był szczerze przywiązany, przeszedł do torysów, łącząc się z ich przywódcami Harleyem i Bolingbroke’em. Zaczął atakować dawnych przyjaciół w pamfletach na tematy religijne w piśmie „Examiner”. Gdy w 1713 r. otrzymał stanowisko dziekana katedry św. Patryka, zrozumiał, że do końca życia jest skazany na pobyt w Irlandii. Wrogość, z jaką odnosiła się do niego królowa Anna, zamykała mu drogę do większej kariery, a po śmierci królowej triumf whigów przesądził o jego odsunięciu od spraw publicznych.

Jednakże po latach przerwy powstają znowu jego pamflety, dowodzące żywego już uczestnictwa autora w sprawach Irlandii (m.in. Drapier’s Letters, w których pierwszy protestuje przeciwko wprowadzeniu w Irlandii miedzianych monet, bitych przez niejakiego Mr Wooda3, a w końcu owa Skromna propozycja, w której Swift pomoc dla ubogich widzi w sprzedaży ich dzieci na… mięso dla bogatych), przede wszystkim jednak – 28 października 1726 roku – ukazują się Podróże do wielu odległych narodów świata.

xxx

Rewolucja angielska z czasów Cromwella (w 1653 dochodzi do władzy) była punktem zwrotnym w dziejach Anglii i świata. W jej wyniku Żydzi mogli oficjalnie powrócić do Anglii po ich wygnaniu w roku 1290. Głównym aktem ustawodawczym parlamentu, zwołanego po zwycięstwie tej rewolucji, była ustawa o prawach (Bill of Rights, 1689); ustanowiła ona supremację parlamentu nad władzą monarszą i, wraz z ustawą o następstwie tronu (Act of Settlement, 1701), stworzyła podstawy konstytucyjne nowego ustroju. Ustanowienie pełnej odpowiedzialności ministrów przed parlamentem zmuszało monarchę do ich wyboru spośród większości parlamentarnej, wskutek czego umocnił się system dwóch partii, rywalizujących ze sobą o zdobycie większości. Zwycięstwo rewolucji i parlamentu wzmogło siłę żywiołów kapitalistycznych. W 1694 powołano Bank Angielski, mający wyłączne prawo emisji banknotów; umocniła się pozycja City londyńskiej, ciągnącej dodatkowe zyski ze stałego wzrostu zadłużenia państwa; nowych bodźców doznała polityka ekspansji morskiej i kolonialnej.

Taka była mniej więcej rzeczywistość, w której przyszło żyć i działać autorowi cytowanej powieści. Więcej o tym jak do tego doszło w blogu Król i parlament. Gdy czyta się ten fragment, to nie sposób oprzeć się wrażeniu, że nic nie zmieniło się, że ludzie władzy są tak samo skorumpowani, wyzbyci wszelkich skrupułów, głupi, zawistni, mściwi i zboczeni pod względem seksualnym na wszelkie możliwe sposoby. Tego typu wynaturzenia są jakby nieodłączną cechą osobowości ludzi, którzy są wynoszeni na eksponowane stanowiska. Czy to przypadek, czy może raczej świadoma polityka tych, którzy dzierżą faktyczną władzę? Wydaje się, że to drugie.

Na końcu cytowanego fragmentu Swift, jakby z pewną nostalgią, pisze:

„W poniżeniu tym zapragnąłem, aby pojawili się przede wszystkim dawni wolni chłopi angielscy, tak sławni ongi z prostoty obyczajów, jadła i szat, z prawości postępowania, ducha prawdziwej wolności, męstwa i miłości do ojczyzny. Po porównaniu żywych z umarłymi nie mogłem ukryć wzruszenia na myśl, jak owe czyste, narodowe cnoty zostały za sztukę złota przełajdaczone przez ich wnuków, którzy sprzedając swe głosy i biorąc udział w oszustwach wyborczych, poznali wszystkie występki i całe zepsucie, jakiego można nauczyć się u dworu.’

Co więc takiego stało się, a może raczej, kto zepsuł tych ludzi? Jeśli sprzedawali się za sztukę złota, to znaczy, że sprzedawali się tym, którzy tymi sztukami złota dysponowali bez ograniczeń. Ale na tym nie skończyło się? Temu zepsuciu w sferze materialnej towarzyszyło zepsucie w sferze obyczajowej. I tym chyba można wytłumaczyć wszelkie obecne afery na tym tle w kręgach władzy. A to oznacza, że scena polityczna została szczelnie odgrodzona od tych, którzy nie poddali się tym warunkom, na jakich mogliby być dopuszczeni do najwyższych stanowisk. Zatem każde wybory to teatr dla naiwnych, wierzących w demokrację, a faktycznie jest to wybór tych, którzy już uprzednio zostali zaakceptowani przez prawdziwą władzę.

Obecnie dokonano pewnego „postępu” w stosunku do czasów Swifta, bo wszelkie aberracje w sferze obyczajowej są wprowadzane na szeroką skalę wśród mas. Wydaje się, że próby zmiany tożsamości są o wiele groźniejsze, niż zależność finansowa. Do tego dochodzi jeszcze kontrola za pomocą telefonów komórkowych, które są obecnie bardziej kieszonkowymi komputerami niż telefonami w ścisłym znaczeniu i służą one bardziej do inwigilacji właściciela takiego urządzenia, a ich funkcja komunikacyjna jest tylko dodatkiem. To dzieło tych samych, którzy w czasach Swifta psuli rdzenny naród angielski.

  1. Polydore Vergil (born c. 1470, Urbino, Urbino and Pesaro—died April 18, 1555, Urbino) was an Italian-born Humanist who wrote an English history that became required reading in schools and influenced the 16th-century English chroniclers Edward Hall and Raphael Holinshed and, through them, Shakespeare. – Britannica.

    Polydore Vergil or Virgil (Italian: Polidoro Virgili, commonly Latinised as Polydorus Vergilius; c. 1470 – 18 April 1555), widely known as Polydore Vergil of Urbino, was an Italian humanist scholar, historian, priest and diplomat, who spent much of his life in England. He is particularly remembered for his works the Proverbiorum libellus (1498), a collection of Latin proverbs; De inventoribus rerum (1499), a history of discoveries and origins; and the Anglica Historia (drafted by 1513; printed in 1534), an influential history of England. He has been dubbed the “Father of English History”. – angielska Wikipedia. ↩︎
  2. Warto objaśnić pochodzenie tych nazw, aktualnych w życiu politycznym Anglii po dzień dzisiejszy. Słowo tories – oznaczało rozbójników irlandzkich; przezwisko to, zaakceptowane z dumą przez obrzucanych nim działaczy, miało sugerować, że są oni kryptopapistami. Natomiast whigs – skrót słowa whigamores, oznaczającego grupę purytańskich chłopów z zachodniej Szkocji. (A. Maurois: Dzieje Anglii). ↩︎
  3. Za ten pamflet nałożono cenę na głowę Swifta, a chociaż w Irlandii wiedziano, kto naprawdę ukrywał się pod pseudonimem Drapier, nikt przecież autora nie wydał. ↩︎

Zadłużenie III RP

W dniu 17 czerwca ukazał się na portalu Interia BIZNES artykuł Scenariusz ostrzegawczy dla Polski. “Dług może eksplodować”. Poniżej jego wybrane fragmenty:

Jeśli finanse publiczne będą się toczyły siłą bezwładu i rząd nie zrobi nic, żeby temu zapobiec, nasz dług – za trochę ponad dekadę – sięgnie 107 proc. PKB – uważają ekonomiści. To scenariusz ostrzegawczy. Problem polega na tym, że rok po roku kolejne takie scenariusze ostrzegawcze pokazują, że dług tylko rośnie. I nie widać, by rząd chciał coś z tym zrobić.

– Dług może eksplodować do 107 proc. PKB w ciągu półtorej dekady – mówił Sławomir Dudek, prezes Instytutu Finansów Publicznych podczas prezentacji raportu “Zagrożenia nadmiernego długu publicznego. Edycja 2025” na czerwcowym Europejskim Kongresie Finansowym.

Autorzy raportu, Sławomir Dudek, Piotr Kalisz, główny ekonomista banku Citi Handlowy oraz Ludwik Kotecki, członek Rady Polityki Pieniężnej, na podstawie aktualnych danych wyliczyli taki właśnie scenariusz ostrzegawczy. Czy się spełni? Zależy to od tego, czy i kiedy rząd zapanuje nad wzrostem wydatków lub będzie miał odwagę przekonać społeczeństwo o konieczności wzrostu dochodów. Albo i jedno, i drugie. Autorzy ogłosili jeszcze dwa inne scenariusze, ale żaden nie wskazuje na powrót długu poniżej 60 proc. PKB. 

Ostrzegawcze prognozy dla państw Unii formułuje także co roku Komisja Europejska w “Debt Sustainability Monitor”. Opierają się one na założeniu, że rząd nie przeprowadzi konsolidacji fiskalnej, czyli pozwoli na szybszy wzrost wydatków niż dochodów. Według DSM z marca tego roku, polski dług publiczny za 10 lat osiągnie 94,6 proc. PKB.

– Wszyscy wiedzą, że nie dojedziemy do 100 proc. długu do PKB, bo po drodze będziemy mieli kryzys (…) Problemem jest mindset, uznawanie przez polityków, że stać nas na wszystko na raz – skomentował wyniki raportu koordynator prognoz makroekonomicznych EKF Marcin Mrowiec. 

Dług rośnie, bo co roku deficyty finansów publicznych są wyższe niż deklarowane przez rząd. Dodatkowo doszły wydatki na zbrojenia, którymi rząd uzasadnił krajową klauzulę wyjścia.

Wzrost deficytu finansów publicznych wynika z bardzo szybkiego wzrostu wydatków całego sektora przy niemal niezmiennych dochodach. Przed pandemią, w 2019 roku, wydatki publiczne wynosiły 41,4 proc. PKB, w roku pandemii mocno wzrosły, ale potem wróciły do poziomu ok. 43 proc. PKB. Od 2022 roku przez kolejne dwa lata wzrosły o 6,2 pkt. proc. PKB – do najwyższego poziomu od wejścia do Unii, czyli do 49,4 proc. PKB, a od 2019 roku zwiększyły się aż o 8 punktów proc. PKB.

Równocześnie wzrostowi wydatków nie towarzyszy poprawa jakości usług publicznych. I tak pomimo, że niemal połowę PKB przeznaczamy na wydatki, to te na ochronę zdrowia (według unijnej klasyfikacji) należą do najniższych w całej UE. Natomiast wydatki na transfery socjalne w gotówce (czyli na 800+, 300+, “babciowe” itp.) wyniosły w 2024 roku 17,1 proc. PKB i pod tym względem Polska przegoniła Szwecję i Niemcy. Wynika z tego, że rozpoczęta przez PiS polityka mająca doprowadzić do prywatyzacji usług publicznych nie została odwrócona.

Rząd PiS “przeniósł” ogromną część zadłużenia poza budżet, do funduszy Polskiego Funduszu Rozwoju i Banku Gospodarstwa Krajowego. W ten sposób np. znaczna część finansowania zbrojeń obchodzi zarówno ustawę budżetową, jak też reguły fiskalne. Trzeba znaleźć zgodne z art. 219 konstytucji rozwiązania dla finansowania zbrojeń i wygaszać “równoległy budżet”, żeby stworzone przez PiS fundusze podlegały kontroli parlamentarnej – stwierdza raport.

x

W dniu 19 czerwca na tym samym portalu ukazał się artykuł Chcemy zbroić się coraz mocniej. Ale czy budżet i Polacy to udźwigną? Poniżej wybrane fragmenty:

Kraje NATO na szczycie w Hadze będą dyskutować o przyjęciu wyższego progu nakładów na zbrojenia. Polska jest “za” – deklaruje szef MON Władysław Kosiniak-Kamysz. Ale czy podbicie stawki nie będzie katastrofalne dla polskich finansów publicznych, które i tak są pod ogromną presją? Eksperci są zgodni: sytuacja budżetowa nie wygląda dobrze, ale zbroić się musimy. Oprócz pytań o obciążenia budżetu pojawiają się też pytania o obciążenia dla społeczeństwa. Czy za zbrojenia Polacy zapłacą ograniczonym dostępem do świadczeń socjalnych – i stresem?

Państwa członkowskie NATO powinny przeznaczać 5 proc. swojego PKB na obronność – uważa Mark Rutte, sekretarz generalny sojuszu. Po niedawnym spotkaniu ministrów obrony krajów NATO zapowiedział on, że taki właśnie cel przedstawi na szczycie Organizacji Traktatu Północnoatlantyckiego w Hadze, który odbędzie się w dniach 24-25 czerwca. Podbicie stawki jest znaczące – średnia wydatków na obronę europejskich członków NATO wyniosła w 2024 r. tylko ok. 2 proc. PKB, czyli oscylowała w granicach obecnego progu, przyjętego jeszcze w 2014 r. na szczycie sojuszu w walijskim Newport.

Polska zawyża tę średnią – w budżecie na 2024 r. zaplanowano wydatki na obronność w wysokości 4,2 proc. PKB (wykonanie było nieco poniżej planu – już pod koniec grudnia ubiegłego roku wiceszef MON Paweł Bejda wskazywał na poziom ok. 3,8 proc. PKB). W oficjalnym raporcie NATO zaprezentowanym w kwietniu Polska zajmowała pierwsze miejsce wśród krajów sojuszu z wydatkami na poziomie 4,07 proc. PKB. Średnią zawyżały również kraje bałtyckie – druga w zestawieniu Estonia (3,41 proc. PKB), zajmująca trzecie miejsce Łotwa (3,39 proc. PKB) i piąta w rankingu Litwa (3,11 proc. PKB). Czwarte miejsce należało do USA z wydatkami na poziomie 3,19 proc. PKB, choć w liczbach bezwzględnych nakłady Amerykanów na obronność są oczywiście największe. Budżet wojskowy Stanów Zjednoczonych w ubiegłym roku stanowił 64 proc. całkowitych wydatków NATO na obronność, które sięgnęły ok. 1,3 bln dolarów.

Ale rząd Donalda Tuska się nie zatrzymuje – słowa wicepremiera i ministra obrony Władysława Kosiniaka-Kamysza świadczą o tym, że Polska opowiada się za zwiększeniem progu wydatków na obronność dla krajów NATO do 5 proc. PKB. “Polska popiera to stanowisko” – mówił szef MON na niedawnym Forum Bezpieczeństwa Europy Środkowej i Wschodniej “Razem dla bezpiecznej Europy”, podkreślając, że zagrożenia są “największe od II wojny światowej”. Powtórzył to także w środę 18 czerwca przed posiedzeniem Rady Bezpieczeństwa Narodowego. “Bardzo popieramy starania o podniesienie wydatków we wszystkich państwach członkowskich (NATO – red.) do 5 proc. PKB. My wydajemy prawie 5 proc., wiemy, że trzeba wydawać tyle przez dekady, i będziemy zachęcać do tego wszystkie państwa” – zapowiedział.

– Mówiąc o 5 proc. PKB wydawanych na obronność, należy uwzględnić kilka aspektów – mówi Interii Biznes dr Jacek Raubo z Wydziału Nauk Politycznych i Dziennikarstwa Uniwersytetu Adama Mickiewicza w Poznaniu, szef działu analiz Defence24. – Najważniejszą z nich są potrzeby obronne państw NATO niezbędne już teraz w zakresie odstraszania i obrony – nie ma co ukrywać, że wiele z nich ma obecnie problem nawet z realizacją wydatków na obronność na poziomie 2 proc. PKB. 

Pieniądze są potrzebne na trzy rzeczy – wskazuje. – Pierwsza z nich to modernizacja sił zbrojnych – jak obecnie w Polsce – co jest przedsięwzięciem długofalowym i kosztownym. Musi być tutaj obecny element kontynuacji i na to środki muszą być zagwarantowane. Druga rzecz to działania w wymiarze “tu i teraz”. Musimy mieć pieniądze na wzmacnianie sił zbrojnych, jeśli chodzi o reagowanie kryzysowe, które staje się istotne w kontekście działań Rosji za naszą wschodnią granicą, ale też tego, co dzieje się w basenie Morza Śródziemnego. Musimy wysłać jasny sygnał, że jesteśmy gotowi ponieść ten ciężar w perspektywie 10-20 lat, bo potem może być za późno. Trzecia rzecz wiąże się z pewną symboliką w relacjach transatlantyckich – mamy w tym układzie USA, mamy kraje wschodniej flanki NATO, które inwestują w obronność – jak Polska i kraje bałtyckie – i wreszcie bogatą Europę Zachodnią, które oscylują w realiach pozimnowojennych. Przykładem mogą być tutaj Hiszpania czy Belgia. Tam konieczne jest zasypywanie bieżących luk w zakresie odstraszania i obronności. 

Hiszpania i Belgia przywołane przez eksperta zajmują niechlubne dwa ostatnie miejsca w rankingu krajów NATO pod względem wydatków na obronność poniesionych w 2024 roku, liczonych jako procent PKB – Hiszpania wydała na te cele 1,24 proc. swojego PKB, a Belgia 1,29 proc.

Nasz kraj, podkreśla dr Jacek Raubo, gra w innej lidze. – Polska jest głównym filarem bezpieczeństwa na flance wschodniej. Nasza ocena rzeczywistości międzynarodowej determinuje i będzie determinować każdy kolejny rząd do wzmacniania potencjału obronnego – nie tylko wojskowego, bo mówimy tutaj zarówno o przygotowaniu się na konflikt poniżej progu wojny, jak i na konflikt pełnoskalowy. W skali Europy Polska jest wyjątkiem pod kątem społeczno-politycznej postawy wobec wydatków na obronność. Od dłuższego czasu jako kraj sygnalizujemy, że ten konsensus co do inwestowania w obronność jest; że możemy dyskutować o specyfice poszczególnych zamówień, ale co do zasady jesteśmy zgodni. Potrafimy z naszej strony dać Europie przykład, że społeczeństwo i politycy mogą zgromadzić się wokół idei budowania obronności, a im dalej od flanki wschodniej NATO, tym gorzej jest z takimi postawami.

– Polska pełni rolę host nation (państwa przyjmującego siły sojusznicze na wypadek kryzysu lub wojny) – to od naszych dróg, od kolei, od portów lotniczych, po systemy łączności, bazy i gotowość sprzętową zależy skuteczność pomocy udzielanej sojuszniczym wojskom – dodaje wykładowca UAM. – Dlatego np. infrastruktura podwójnego przeznaczenia wymaga od nas pewnych obciążeń. 

– Co to oznacza? Że budujemy mosty, ale z taką nośnością, która jest dostosowana do przejazdu kolumn z bronią pancerną. Odpowiednie przygotowanie do konfliktu wymaga od nas także zabezpieczenia funkcjonowania przemysłu obronnego. Do tego musimy zlikwidować zapóźnienia, które istnieją w segmencie niewojskowym, związane z przygotowaniem społeczeństwa na ewentualną wojnę. To też będzie wymagało odpowiednich środków, które muszą być zgrane z polską gospodarką i z realiami międzynarodowymi.

Potrzeby są ogromne i ogromne są też wydatki. Czy Polska może sobie pozwolić na dalsze zwiększanie puli nakładów na obronność? W budżecie na 2025 rok przewidziano rekordowe wydatki na obronność, które mają wynieść 4,7 proc. PKB, czyli 186,6 mld zł (z tej kwoty 124,3 mld zł to wydatki z budżetu państwa, a 62,3 mld zł to środki z Funduszu Wsparcia Sił Zbrojnych). Tymczasem ustawa budżetowa zakłada, że deficyt budżetu sięgnie 289 mld zł, czyli 7,3 proc. PKB. Z kolei deficyt sektora instytucji rządowych i samorządowych – według najnowszej prognozy resortu finansów z końca kwietnia – ma wynieść 6,3 proc. PKB. Finanse publiczne i tak są już zatem pod presją.

Polska będzie zapewne szukać pola manewru w budżecie na 2026 rok, bo wiele wskazuje na to, że wydatki na obronność będą jednym z priorytetów. W rozmowie z Interią Biznes podczas tegorocznej konferencji Impact Władysław Kosiniak-Kamysz mówił: “Uważam, ze 5 proc. (PKB w kontekście wydatków na obronność – red.) to jest to, do czego powinniśmy dążyć”.

Jednocześnie przestrzega: – Sytuacja budżetowa w przypadku Polski jest bardzo słaba. Trajektoria deficytu i długu sektora finansów publicznych przy wydatkach na obronność przekraczających 5 proc. PKB będzie nas sytuować wśród krajów UE z największym deficytem.

Mając świadomość powagi sytuacji, Polska złożyła wniosek o tzw. unijną klauzulę wyjścia. Bruksela wiosną przystała na to, by wydatki na obronność były wyłączone z oceny poziomów długu i deficytu sektora finansów publicznych państw członkowskich (Polska zabiegała o to na forum unijnym przez długi czas). Skorzystanie z klauzuli da z pewnością dodatkową przestrzeń fiskalną, ale – jak mówi Jacek Raubo – trzeba będzie wykorzystać ją mądrze.

x

Zacytowałem fragmenty dwóch artykułów. Jeden z nich przedstawia stan zadłużenia III RP, drugi – uzasadnia konieczność zadłużania się na tak niebotyczne kwoty. Rząd, by ukryć wielkość tego zadłużenia, stworzył coś w rodzaju budżetu równoległego, czyli przesunął pieniądze na inne konta. Jednocześnie unia zgodziła się na zastosowanie wobec III RP tzw. unijnej klauzuli wyjścia, czyli pozwoliła jej oficjalnie na przekraczanie limitów zadłużenia w stosunku do PKB, które sama wcześniej ustaliła. W drugim artykule mamy przedstawione uzasadnienie dla tego typu procederów. Zaznaczono w nim, że Polska jest głównym filarem bezpieczeństwa na flance wschodniej i że pełni rolę host nation. Wszystko to brzmi bardzo pięknie, ale oznacza po prostu to, że jest ona przedmurzem Europy. Tę role pełniła ona w czasach I RP, pełniła ją także z czasach PRL-u, tylko że w odwrotnym kierunku – była przedmurzem Związku Radzieckiego. To jej terytorium miało być polem walki pomiędzy NATO i Układem Warszawskim. Obecnie zaś ma wziąć na siebie ewentualny atak Rosji, bo jak zaznaczono w drugim artykule, zagrożenie wojną nigdy nie było tak duże od czasów II wojny światowej. Wprawdzie nie wyjaśniono, dlaczego tak jest, ale pewnie dlatego, że jest to doskonały pretekst do zwiększania wydatków na zbrojenia bez konieczności tłumaczenia się z tak nieracjonalnych poczynań.

Historia poucza nas, że w konfliktach Zachodu z Rosją nigdy nie dochodzi do rozstrzygnięć ostatecznych, w których jedna ze stron pokonuje drugą zdecydowanie i podporządkowuje ją sobie. W czasie wojny siedmioletniej (1756-1763) doszło do dwóch cudów brandenburskich. W pierwszym z nich, w 1759 roku, rosyjski generał-feldmarszałek Sałtykow nie zdecydował się na marsz na Berlin, co umożliwiło Prusom odtworzenie armii i kontynuowanie wojny. W drugim, w 1762 roku, Piotr III Romanow wycofał swoje wojska z linii frontu, osłabiając w ten sposób koalicję antypruską, i przekazał część armii Fryderykowi, co definitywnie położyło kres tej koalicji. Napoleon mógł podbić Rosję, ale pozwolono mu na to tylko częściowo. Po jego klęsce wojska carskie dotarły do Paryża, ale nie poszły na Madryt czy Lizbonę, tylko wycofały się do Księstwa Warszawskiego, które Zachód podarował Rosji, zostawiając Prusom Wielkopolskę, a Austrii Kraków. Podobnie było w przypadku Hitlera, który również mógł pokonać Związek Radziecki, gdyby mu na to pozwolono. Jednak za każdym razem traciło na tym jakieś pośpiesznie sklecone państwo polskie. Wydaje się, że i tym razem może być podobnie.

Temu zapewne ma służyć celowe zadłużanie bez ograniczeń III RP. By to zrozumieć, należy wrócić do czasów PRL-u. Gierek chciał stworzyć państwo przemysłowo-rolnicze i przy okazji 10-tą potęgę gospodarczą świata. Rzucanie się z motyką na słońce wydaje się być w tym kraju Zulu-gula czymś naturalnym. W tym celu zaciągnął kredyty na Zachodzie, które miały być przeznaczone na budowę zakładów przemysłowych. Produkcją z tych zakładów chciano spłacać te kredyty. Problem polegał jednak na tym, że złotówka była niewymienialna na waluty zachodnie. Licencje, które Zachód sprzedał PRL-owi były przestarzałe i nie było szans, by tego typu towar, pochodzący z takiej produkcji, sprzedać na Zachodzie i uzyskać niezbędne dewizy do spłaty rat i odsetek od zaciągniętych tam kredytów. Inna sprawa, że ci, którzy dali te kredyty, nie udostępnili zachodnich rynków zbytu tym towarom, ale przecież oni dobrze wiedzieli, dlaczego tak zrobili. Próbowano je sprzedawać w krajach Trzeciego Świata po cenach dumpingowych. To jednak pogarszało tyko sytuację. Starano się sprzedawać wszystko, co tylko dało się sprzedać na Zachodzie, a dawało się tylko sprzedawać żywność i węgiel, ale w ten sposób zubażano rynek krajowy. To, z kolei, stało się pretekstem do wzbudzania społecznego niezadowolenia – Polak głodny, to zły. I tak narodziła się Solidarność. Rząd komunistyczny uznał, że komunizm nie sprawdził się, choć w tym samym czasie w Chinach miał się dobrze, i „podał” się do dymisji. Nowy rząd wybrano w „demokratycznych” wyborach. I ten rząd dostał od zachodnich wierzycieli propozycję nie do odrzucenia: umorzymy wam część długów w zamian za to, że zlikwidujecie wszystko, co zostało zbudowane za nasze kredyty i udostępnicie nam wasz rynek zbytu. Rząd nie miał wyjścia. Pojawił się „genialny” amerykański ekonomista, który stworzył nie mniej „genialnemu” ekonomiście rodzimego chowu plan zwany planem Balcerowicza, który był ideologicznym rozwinięciem propozycji przedstawionej nowemu rządowi przez owych zachodnich wierzycieli.

O co zatem dzisiaj chodzi w przypadku tych obecnych, udzielanych bez ograniczeń? Rosja z Zachodem, prędzej czy później, dogada się. Jak zawsze i w tym przypadku odbędzie się to kosztem obecnego państwa polskiego. Rząd polski nie będzie miał wyjścia i być może scenariusz powtórzy się. Bardzo możliwe, że w obliczu bankructwa państwa podda się on do dymisji, a nowy rząd, wybrany w „demokratycznych” wyborach, znowu zgodzi się na wszystkie warunki, które mu zaproponują wierzyciele. Jakie to będą warunki? Ja, niezmiennie od początku wojny na Ukrainie, powtarzam, że chodzi o stworzenie wspólnego państwa polsko-ukraińskiego, które nie obejmie polskich ziem zachodnich i wschodniej Ukrainy, co oznacza, że obie strony, czyli Niemcy i Rosja, będą usatysfakcjonowane. Jednak ten scenariusz jest realizowany powoli, więc do wielu to jeszcze nie dociera. Gdy jednak po wycofaniu się Ameryki – oczywiście oficjalnym, bo nie faktycznym – z Europy do stołu zasiądą Rosja i Niemcy, to scenariusz przeze mnie nakreślony stanie się bardzo prawdopodobny.

x

To, co zwraca uwagę w tym zadłużeniu, to to, że nie podaje się jego wartości bezwzględnej. Nie wiadomo więc na ile miliardów jest zadłużona III RP. Podaje się tylko informację w odniesieniu do PKB, czyli Produktu Krajowego Brutto, czyli wartości wszelkich towarów i usług wytworzonych w danym roku. Natomiast dochód to przeważnie czwarta cześć PKB. Co innego jest jednak powiedzieć, że państwo wydaje na zbrojenia 5% PKB, a co innego powiedzieć, że państwo wydaje na ten cel 25% dochodu.

Polacy nie gęsi

Wiem, że na Bliskim Wschodzie wybuchła kolejna wojna, ale mnie ona nie interesuje. Od 1948 roku istnieje tam państwo Izrael i od tego roku trwają tam wojny, które niczego nie zmieniają. Izrael jak trwał, tak trwa. Jaki jest zatem cel tych wojen? Może po prostu one są po to, by państwo żydowskie w Palestynie nie przestało istnieć? Może ma to być czymś w rodzaju mobilizacji narodu żydowskiego, dla którego naturalnym stanem jest stan rozproszenia, a nie egzystowanie we własnym państwie, które powoduje rozkład wewnętrzny tego narodu? Nie można być cywilizowanym na dwa sposoby, jak pisał Koneczny, zapewne też Żyd.

Mnie interesuje to, co tutaj się dzieje, w tym dziwnym kraju nad Wisłą. Na portalu forsal.pl ukazał się artykuł Język ukraiński zamiast hiszpańskiego, niemieckiego czy francuskiego – zmiany w nauczaniu drugiego języka w szkołach. Poniżej fragment:

Język ukraiński drugim językiem w szkołach?

„Jeśli nie uda się nam wprowadzić ukraińskiego komponentu do polskich szkół, to przynajmniej zróbmy ukraiński drugim językiem obcym”: powiedział Paweł Lewczuk – pracownik naukowy Instytutu Slawistyki Polskiej Akademii Nauk.

Otóż są takie plany – minister edukacji narodowej Barbara Nowacka zadeklarowała właśnie wsparcie dla wprowadzenia języka ukraińskiego jako drugiego języka obcego w polskich szkołach. Propozycję omówiła z ministrem edukacji Ukrainy Oksenem Lisowym.

Z kolei Tomasz Piekielnik kilka dni temu na swoim kanale tak to skomentował:

„Jaka jest druga strona tego medalu? Otóż, w mojej opinii jest to po to, by kuchennymi drzwiami, w sposób haniebny i absolutnie bezczelny, wprowadzać, na razie możliwość z sugestią, być może jest to właściwy wybór, nauczanie języka ukraińskiego dla polskich dzieci. Ja się pytam, po co? Uczmy w polskich szkołach ukraińskich dzieci języka polskiego, historii polskiej, historii niezakłamanej, również w sprawie rzezi wołyńskiej, a nie nakładajmy na polskie dzieci, na razie za fasadą możliwości, a za chwilę już coś więcej, brzemienia w postaci doprowadzenia do konieczności uczenia się języka ukraińskiego – tak to określę. Bo tym jest to dla mnie, w mojej opinii. Podkreślam, to mój pogląd, Państwo możecie mieć własny.”

Może więc są takie plany, tyle że dalekosiężne i dlatego zamiary te są trudne do rozszyfrowania. Ja, z ciekawości, zajrzałem do internetowego słownika diki w wersji niemieckiej i wpisałem język ukraiński. Wyświetliło mi się słowo Ukrainisch. Jako przykłady jego zastosowania podano dwa zdania:

Wenn du kein Ukrainisch kennst, solltest du besser zu Hause bleiben. (Jeśli nie znasz ukraińskiego, powinieneś zostać w domu.) Ich kenne ein bisschen Ukrainisch. (Znam trochę ukraiński.)

Kto wie czy za jakiś czas nie czeka nas taka właśnie rzeczywistość? W każdym razie warto się bliżej przyjrzeć temu, w jakich okolicznościach powstał narodowy język polski i kim byli ci, którzy go stworzyli. Może wtedy łatwiej będzie nam zrozumieć te wszystkie zabiegi wokół języka ukraińskiego w Polsce.

x

Mikołaj Rej (1505-1569) w swoim wierszu napisał: „A niechaj narodowie wżdy postronni znają, iż Polacy nie gęsi, iż swój język mają”. Powiedział to w XVI wieku. Czy gdyby język polski istniał wcześniej i był postronnym znany, to czy Rej użyłby takiego sformułowania? Logika nakazuje powiedzieć – nie! Jak zatem było?

Henryk Rolicki w książce Zmierzch Izraela 1932, wznowionej przez Dom Wydawniczy „Ostoja”, pisze:

W Krakowie powstaje ok. r. 1540 tajne stowarzyszenie dla rozszerzania nauk ewangelicznych. „Składało się ono z najznakomitszych uczonych owego czasu, którzy, połączeni węzłami osobistej przyjaźni, utworzyli ów związek, pozornie ściśle katolicki i dążący tylko do przeprowadzenia reform, w niczym nie naruszających prawowierności. Na czele stowarzyszenia stał Włoch, Franciszek Lismanini, prowincjał zakonu franciszkanów, kapelan i spowiednik królowej Bony, a należeli doń: Jan Trzecieski, pierwszy polski gramatyk, syn jego, Andrzej Trzesiecki, znakomity uczony i lingwista, Bernard Wojewódka, księgarz i radny miasta – obaj uczniowie Erazma Rotterdamczyka, Andrzej Frycz-Modrzewski, uczeń Melanchtona, Jakub Przyłuski, znakomity prawnik, Andrzej Drzewiecki, kanonik kapituły krakowskiej, Andrzej Zebrzydowski, późniejszy biskup krakowski, ulubiony uczeń Erazma, Jakub Uchański, referendarz koronny, następnie arcybiskup gnieźnieński i wiele innych osób, znakomitych zdolnościami i zajmowanym w społeczeństwie stanowiskiem.” – Walerian Krasiński, Zarys dziejów powstania i upadku reformacji w Polsce.

Czy gramatyk, lingwista i księgarz znaleźli się w tym towarzystwie przypadkowo, czy raczej nie? Z pewnością to drugie. W 1966 roku, z okazji 1000-lecia chrztu Polski, ukazywała się na łamach Ekspressu Wieczornego Ilustrowana Kronika Polaków. W formie książkowej została wydana przez wydawnictwo Książka i Wiedza w 1967 roku. W niej można przeczytać:

Na początku XVI wieku polska kultura umysłowa i artystyczna wkracza w okres niebywałego rozkwitu. Polscy artyści przetwarzają i wzbogacają o rodzime elementy kulturę Odrodzenia. Na gruncie polskim dojrzewają talenty obcych artystów, szczególnie włoskich.

Biernat z Lublina – pierwszy literat polski, którego dzieła ukazały się drukiem, autor pierwszej w całości po polsku wydrukowanej książki („Raj duszny”, 1513), urodził się ok. 1465 r., zmarł ok. 1529 r. Biernat w swych religijnych i świeckich utworach był jednym z prekursorów reformacji, głosił poglądy godzące w hierarchię kościelną i feudalny porządek społeczny.

Pierwszym drukiem wydanym w Polsce, w Krakowie, jest łaciński „Kalendarz na rok bieżący” (1474), pierwszy druk w języku polskim, zawierający teksty trzech podstawowych modlitw, ukazał się w 1475 r. we Wrocławiu, w łacińskich „Statutach synodalnych”, a pierwszym drukiem w języku polskim wydanym w Polsce, w Krakowie, jest tekst „Bogurodzicy” w łacińskich „Statutach Łaskiego” (1506). Wreszcie pierwszym świeckim utworem literackim w języku polskim drukowanym w Polsce jest opowieść Jana z Koszyczek pt. „Rozmowy, które miał król Salomon z Marchołtem grubym a sprośnym” (Kraków 1521).

Reformacja i ruch egzekucyjny sprzyjały rozwojowi pisarstwa polskiego, poezji wszelkich rodzajów, publicystyki, literatury społecznej, politycznej i prawniczej oraz historiografii. Złoty wiek literatury polskiej zdobią nazwiska takich wybitnych twórców, jak Rej i Kochanowski, Frycz-Modrzewski, Goślicki, Bazylik, Czechowic, Budny, Skarga, Bielski, Górnicki i Kromer. Olbrzymia większość pisarzy tworzy w języku narodowym. Dzięki temu ich oddziaływanie na społeczeństwo mogło przybrać szerokie rozmiary. Po łacinie pisze niewielu, m.in. Modrzewski (podstawowe jego dzieło zostało zresztą rychło przetłumaczone na polski przez Bazylika) i Goślicki. Dzięki temu znów ich dzieła zostały łatwo przyswojone przez obcych w oryginalnej łacinie lub w przekładach na obce języki narodowe.

x

Wygląda więc na to, że przez 500 lat „istnienia” Polski nie było na tym obszarze języka narodowego. Był to raczej język ludowy z regionalnymi gwarami, czyli że sytuacja przypominała tę w Wielkim Księstwie Litewskim, które zamieszkiwały społeczności nie w pełni wykształcone w sensie świadomości narodowej i językowej. Jeśli tak, to znaczy, że tereny ówczesnej Polski były częścią I Rzeszy. Kraków przez długi czas był miastem niemieckim, do którego przyjechał Wit Stwosz, by wyrzeźbić piękny ołtarz. Piastowie byli niemieckimi wasalami. Czy mówili po niemiecku czy po łacinie, jak większość elit zamieszkujących ten teren? Jeśli dzieło Modrzewskiego zostało przetłumaczone na polski przez Bazylika, to znaczy, że on sam nie znał tego języka.

Zatem literacki język polski to dzieło reformacji. Dlaczego dopiero wtedy zaczęto go rozwijać? Czy nie dlatego, że w planach była unia realna z WKL? Z jednej strony zrównano w standardach ekonomicznych ziemie polskie z ziemiami WKL, z drugiej – postanowiono, że to „Polacy” mają zdominować nowe państwo pod względem kulturowym, a pierwszym i podstawowym wyznacznikiem każdej kultury jest język. Ówczesne elity „polskie” przeszły gruntowne przeszkolenie na Zachodzie i stamtąd zapewne wyszedł pomysł unowocześnienia języka polskiego. Przygotowano gramatyków i lingwistów. Oni zapewne posiłkowali się językiem niemieckim przy wzbogacaniu słownictwa polskiego. Każdy, kto choć trochę uczył się języka niemieckiego wie, że jest w nim, jak na język niesłowiański, całkiem sporo słów, które są podobne do polskich.

Za czasów reformacji polska kultura rozbłysła niczym supernowa. A po unii lubelskiej równie szybko zgasła. I RP to była pustynia kulturalna i intelektualna. Potężne pod względem obszaru państwo i nic poza tym. To dowodzi, że akcja z czasów reformacji została zaplanowana. Język polski został podrasowany i czekał na właściwy moment, który nadszedł w XIX wieku po rozbiorach I RP. Powstała wtedy na Kresach zaściankowa literatura, której celem było nie tyle zdobywanie laurów na arenie międzynarodowej, co przyswojenie języka polskiego przez miejscową ludność, która po takim zabiegu stawała się ludnością narodowości polskiej. Język był tu więc podstawowym elementem kształtowania świadomości narodowej. Tymi, którzy wnieśli najwięcej w unowocześnienie języka polskiego w XIX wieku byli Prus i Sienkiewicz.

Czy obecnie mamy do czynienia z podobną sytuacją, tylko w odwrotnym kierunku? Czy to język ukraiński ma kształtować świadomość narodową mieszkańców tego kraju Zulu-Gula? Jeśli nie znasz ukraińskiego, powinieneś zostać w domu. Być może jest to początek tego procesu, który ma trwać latami i dlatego jest niewidoczny. A może jest to zamierzone na wywoływanie niepokojów społecznych? W Polsce mieszka przecież wiele osób, które mają korzenie rosyjskie czy sympatyzują z Rosją. Czy im taka sytuacja będzie odpowiadać, by ich dzieci uczyły się ukraińskiego? A co będzie, jeśli pierwszeństwo w przyjmowaniu do pracy będą miały osoby ze znajomością języka ukraińskiego?

x

Nie tak dawno temu natknąłem się na wypowiedź prof. Andrzeja Nowaka, który stwierdził, że Polska to 1000 lat historii, a Niemcy to tylko 150 lat. – Można się narkotyzować, ale czy warto?

Uchwała

W dniu 4 czerwca 2025 roku Sejm RP przyjął uchwałę o ustanowieniu dnia 11 lipca Dniem Pamięci o Polakach – ofiarach ludobójstwa dokonanego Przez OUN-UPA na Kresach Wschodnich II Rzeczypospolitej Polskiej. Wyjaśnienie tej decyzji na stronach sejmowych jest następujące:

„W latach 1939-1946 nacjonaliści ukraińscy z Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów (OUN), Ukraińskiej Powstańczej Armii (UPA) oraz innych ukraińskich formacji nacjonalistycznych działających na ziemiach Kresów Wschodnich II RP (województwa wołyńskie, tarnopolskie, stanisławowskie, lwowskie, poleskie) oraz obecnych województw lubelskiego i podkarpackiego dokonali na ludności polskiej zbrodni ludobójstwa, mordując ponad sto tysięcy Polaków, głównie mieszkańców wsi, niszcząc ich mienie i doprowadzając do uchodźstwa z Kresów Wschodnich II Rzeczypospolitej setek tysięcy Polaków. Apogeum tej zbrodni przypada na lipiec 1943 r., a symboliczną datą hekatomby Polaków z rąk ukraińskich nacjonalistów jest dzień 11 lipca, kiedy to w 1943 r. Polacy byli mordowani w około sto miejscowościach. Męczeńska śmierć za przynależność do narodu polskiego zasługuje na pamięć w formie dnia wyróżnianego corocznie przez państwo polskie, w którym będzie oddawany hołd ofiarom.”

W moim odczuciu jest to typowa uchwała konfrontacyjna, której celem jest dalsze eskalowanie i tak już wrogich stosunków polsko-ukraińskich. Rzeź wołyńska jest i będzie idealnym narzędziem do zaogniania tych relacji w sytuacji, gdy przesiedlono już do Polski kilka milinów Ukraińców, a kolejne kilka napłynie po zakończeniu wojny na Ukrainie. W ten sposób Polska stanie się, a właściwie już jest, bardziej Ukrainą niż Polską. Czy ten konflikt może być przedsmakiem tego, co może się stać, gdy dojdzie do stworzenia nowego państwa polsko-ukraińskiego, które będzie składać się z ziem polskich bez ziem poniemieckich i z ziem zachodniej Ukrainy? Żeby zrozumieć jego podłoże i wyjaśnić, kto tak naprawdę pociąga za sznurki, trzeba zacząć od początku.

Być może dla kogoś wizja wspólnego państwa polsko-ukraińskiego jest szokująca, ale to nic nowego. Przecież takie państwo funkcjonowało w ramach I RP i nazywało się Koroną.

Rzeczpospolita po unii lubelskiej w 1569 roku; źródło: Wikipedia.

Zaczęło się od unii personalnej, gdy królem Polski został dziki Litwin Jagiełło. Wtedy Polska była jeszcze częścią I Rzeszy, czyli Europy. Cały okres tej unii (1386-1569) był czasem dostosowywania Polski do „standardów” Wielkiego Księstwa Litewskiego. Ale nie tylko o to chodziło. W 1413 roku, na mocy unii horodelskiej, 47 rodów bojarów litewskich i rusińskich zaadoptowało 47 herbów szlachty polskiej, stając się w ten sposób polskimi szlachcicami. Z tym związana była również zmiana wyznania. Jak to było możliwe, że szlachta polska tak hojnie rozdawała swoje herby? Przecież to nienaturalne, by swój stan, będący wyróżnikiem i zapewniający wyjątkową pozycję w społeczeństwie, czynić dostępnym dla przypadkowych ludzi i tym samym deprecjonować go? Rzecz niebywała w historii innych państw, co też przejawiało się tym, że stan szlachecki w Polsce był najliczniejszym w całej Europie. Gdy jednak przyjmiemy do wiadomości fakt, że polska szlachta w przeważającej mierze miała żydowskie korzenie, co też tłumaczy jej stosunek do polskich chłopów i fakt, że faktorami – czyli tymi, którzy zajmowali się finansami szlacheckimi – byli Żydzi, to wówczas stanie się jasne to szafowanie swoimi herbami, bo dzielono się nimi z Żydami z WKL.

Ta nowa „polska” szlachta z WKL musiała wejść w konflikt z tymi bojarami rusińskimi, którzy tych herbów nie mieli, nie byli katolikami i nie mogli z tego powodu zostać posłami i senatorami Rzeczypospolitej, co wiązało się z licznymi przywilejami i statusem majątkowym. Takie było podłoże wszelkich konfliktów na Ukrainie po jej włączeniu do Korony.

Na krótko przed unią lubelską w 1569 roku wyłączono z WKL Podlasie, Wołyń, Kijowszczyznę i województwo bracławskie, czyli praktycznie całą Ukrainę i włączono je do Korony. I z tak okrojonym WKL powiększona Korona weszła w unię. W ten sposób posłowie i senatorowie z Podlasia, Wołynia, Kijowszczyzny i Bracławskiego stali się posłami i senatorami koronnymi. Oznaczało to, że w Rzeczypospolitej dominowali koroniarze. W praktyce jednak posłowie i senatorowie z byłego WKL przeważali w sejmie warszawskim nad posłami i senatorami z dawnej Korony, czyli Polski, co oznaczało, że Wschód zdominował nowe państwo i całkowicie odpowiadał za jego politykę. Potop szwedzki jeszcze bardziej osłabił dawną Koronę i dominacja Wschodu stała się jeszcze większa. Rozbiory skutkowały tym, że w Wielkopolsce intensywnie germanizowano ludność polską, a w Królestwie Polskim – rusyfikowano. Natomiast pod zaborem rosyjskim tworzono nowy naród polski z katolickiej ludności, którą jeszcze za czasów Batorego jezuici odciągnęli od prawosławia. On przeminął, a oni pozostali. W XIX wieku intensywnie rozwijano polskie szkolnictwo na Kresach i w ten sposób powstał tam nowy naród polski i narodził się Polak-katolik w opozycji do prawosławnej ludności, która nada tam żyła.

Po powstaniu listopadowym rząd carski wymienił całą administrację Królestwa na rosyjską i prawosławną. Również kościoły zamieniano na cerkwie i w ten sposób przybywało w Królestwie ludności prawosławnej. Po upadku caratu ludność ta nie miała czego szukać w bolszewickiej Rosji, więc zapewne pozostała w odrodzonej Polsce i stanowiła trzon administracji nowego państwa stworzonego przez Niemców. Być może część z tych ludzi przeszła na katolicyzm, ale korzenie wschodnie pozostały, jak również sentymenty względem prawosławia i Rosji carskiej.

II RP została zdominowana przez elity wywodzące się z byłego WKL, przeważnie nastawione antyrosyjsko. W latach 1928-38 przeprowadzono tzw. eksperyment wołyński, który polegał na stworzeniu podstaw nowego państwa ukraińskiego i na działaniach mających osłabić Związek Radziecki. W ramach tego eksperymentu stworzono m.in. oddziały paramilitarne. Ludzi przeszkolono i wyposażono w broń. Wszystko to działo się za wiedzą i zgodą Piłsudskiego. W grudniu 1942 roku powstaje UPA, która 11 lipca 1943 roku dokonuje rzezi wołyńskiej, atakując jednocześnie 99 miejscowości i wiosek. Akcja, którą mogły wykonać tylko dobrze wyszkolone i uzbrojone oddziały – wyszkolone i uzbrojone przez II RP.

W latach 1937 i 1938 rząd sanacyjny przeprowadził na Wołyniu akcję konwertowania ludności prawosławnej na katolicyzm. Szacuje się, że kilkanaście tysięcy osób zmieniło w ten sposób wyznanie. I najprawdopodobniej to ta ludność stała się celem ataków UPA. Nie była więc to ludność polska tylko ukraińska, którą rząd sanacyjny zachęcił do zmiany wyznania i w ten sposób ludzie ci stali się Polakami, bo na Kresach każdy, kto był katolikiem był Polakiem. Ukraińcy mordowali Ukraińców, a dziś wmawia się nam, że Ukraińcy mordowali Polaków. I w ten sposób mamy na terenie Polski konflikt Ukraińców z Ukraińcami, którzy uważają się za Polaków bądź ktoś im każde udawać Polaków.

Rzezi wołyńskiej dokonano z wyjątkowym okrucieństwem. Nie pozostało po niej nic. Ludzi wymordowano a zabudowania spalono do gołej ziemi, tak by nie pozostał żaden ślad. Czy przypadkowo, czy może celowo? Ilość ofiar zwiększa się w miarę zaostrzania konfliktu. Niektórzy mówią o stu tysiącach, inni podają jeszcze większe liczby. Zanim ciała zakopano, ktoś zadbał o wykonanie zdjęć ofiar. Kto to zrobił? Osoby postronne nie mogły tego zrobić, pomijając już fakt, że w tamtym czasie nikt w tych wioskach nie dysponował aparatem fotograficznym. Mogli to zrobić tylko oprawcy. Ale jaki mieli w tym cel? Chcieli, by te zdjęcia zostały upublicznione. Po co? By zaostrzyć konflikt i grać na ludzkich emocjach.

Jeśli ofiar było kilkanaście tysięcy, to znaczy, że musiano wykopać tyle grobów. Ile czasu trzeba, by wykopać dół o długości dwóch metrów, szerokości jednego metra i głębokiego na jeden metr? A ile czasu potrzeba na to, by wykopać kilkanaście tysięcy takich dołów i ilu ludzi musiałoby to robić? Załóżmy, że zamordowano tam 15 tysięcy ludzi. Załóżmy, że jeden człowiek mógłby wykopać w ciągu dnia trzy takie groby, może nawet nieco mniejsze. Gdyby kopało je 100 osób, to zajęłoby im to 50 dni. Gdyby to robiło 1000 osób, to zajęłoby im to 5 dni. A skąd tam wziąć 1000 osób i rozwieźć je do 99 miejscowości? Przecież to całkiem spore wyzwanie logistyczne. Czy tam były warunki do tego, by przeprowadzić taką operację? I każdy z tych kopiących to świadek. A gdzie było wtedy AK, a gdzie byli Niemcy?

To wszystko nie trzyma się kupy, gdy uwzględnimy, że tam zamordowano 15 tys. osób. A co w takim razie, gdy mowa o 100 tys., a innych ponosi jeszcze fantazja i mówią o 500 tys.? Jedyne sensowne wytłumaczenie jest takie, że ciała ofiar spalono wraz z zabudowaniami. Tylko w ten sposób akacja mogła być przeprowadzona sprawnie, szybko i bez świadków. A jeśli tak, to nic dziwnego, że Ukraińcy nie zgadzają się na ekshumację ciał, bo ich tam nie ma. Stronie „polskiej” to również pasuje, bo ten konflikt to idealny samograj, który można wykorzystywać do niekończącego się sporu: Ukraińcy nie zgodzą się na ekshumację, a strona polska nie zaakceptuje stanowiska strony ukraińskiej.

Polska jet wyjątkową, na tle Europy, mozaiką narodowościową i religijną. To efekt unii z WKL i zaborów. Każde państwo zaborcze zainstalowało na zajętym przez siebie obszarze swoją administrację. Po 123 latach i powstaniu państwa polskiego ci ludzie nie mieli dokąd wracać i pozostali tu. Echa tego procesu zdały się odbijać w wypowiedzi aktora Jerzego Stuhra. A aktor Karol Strasburger wywodzący się z rodziny niemieckich ewangelików? Takich przykładów jest mnóstwo. Gdy wybuchła I wojna światowa, to ci z zaboru austriackiego chcieli budować nową Polskę w oparciu o Austrię, żeby cała Polska wpadła w ich ręce, ci z zaboru rosyjskiego – o Rosję, mając tę samą motywację. Oczywiście i jedni i drudzy dorabiali do tego własną ideologię. Jedynie piłsudczycy nie mieli na kim się oprzeć, więc ci uważali, że trzeba budować Polskę niepodległą samodzielnie i nie szukać pomocy u nikogo. A skończyło się jak zawsze. Niemcy w oparciu o rosyjską administrację z Królestwa zbudowali Piłsudskiemu państwo, które następnie mu przekazali. I tak powstała „niepodległa” II RP. Ale był to tylko niewielki skrawek Mazowsza i Małopolski. A tam, na wschodzie, został nowy naród polski stworzony w XIX wieku. W listopadzie 1918 roku wybucha w Berlinie rewolucja bolszewicka. Żołnierze niemieccy masowo dezerterują. Front wschodni pękł. Na konferencji w Wersalu w 1919 roku ustalono tylko w zarysie (plebiscyty) granicę z Niemcami, a o granicy na wschodzie nie wspomniano też na konferencji pokojowej w 1918 roku. W styczniu 1919 roku marszałek Foch wydał rozkaz, by wojsko polskie zajęło miejsce ustępujących jednostek niemieckich, by oddzielić kordonem Europę od bolszewickiej zarazy. Ale w międzyczasie bolszewicy posunęli się daleko na zachód. Zajęli m.in. Wilno i Grodno. Co robić? – Oni sami przyszli z pomocą. Ledwie okopali się wokół Moskwy i Piotrogrodu, jeszcze armie Denikina i Wrangla nie zostały rozbite, a oni już ogłaszają, że idą na podbój Europy. I doszli aż pod Warszawę, a Denikin i Wrangel nie ruszyli się. Tu wykonali zwrot w tył i pośpiesznie wycofali się. Piłsudski gonił ich aż do Mińska i pod nim zatrzymał się, pomimo że droga na Moskwę była wolna. Wziął tyle na wschodzie ile miał wziąć, by nowy naród polski mógł znaleźć się w granicach „odrodzonej”. – Cyrk! Z takim samym cyrkiem mamy obecnie do czynienia na wojnie na Ukrainie.

Po II wojnie światowej przesiedlono na ziemie poniemieckie mniejszości kresowe i nowych Polaków, których tam stworzono w XIX wieku. Tak więc PRL nadal był państwem wielonarodowym i wielowyznaniowym, wbrew temu, co twierdziła jego propaganda. Trudno się jednak temu dziwić, bo ustrój PRL-u to narodowy socjalizm: jeden przywódca (partia), jedno państwo, jeden naród – katolicki.

Można więc powiedzieć, że obecna jeszcze III RP jest państwem, w którym dominują wschodni Słowianie. Kim są wschodni Słowianie? Oni sami o sobie tak napisali:

Powieść minionych lat z 1143 roku, historia wschodnich Słowian, najsłynniejszy zabytek ruskiego piśmiennictwa, wiąże powstanie ich państwa z Waregami: „i zaczęli rządzić się sami, i nie było wśród nich prawdy, i klan stanął przeciw klanowi, i mieli spory, i zaczęli walczyć ze sobą. I powiedzieli sobie: szukamy księcia, który by nami rządził i sprawiedliwie sądził. I przeprawili się przez morze do Waregów, do Rusi (…). Powiedzieli: nasza ziemia jest wielka i obfita, ale nie ma w niej porządku, chodź panować nad nami. I wybrano trzech braci (…). Najstarszy Ruryk siedział w Nowogrodzie, a drugi Sineus na Biełoozierze, a trzeci Truvor w Izborsku. I od tych nazwano ziemię ruską”.

W Rosji zaczęli rządzić Waregowie, czyli Rurykowicze. Jeden z nich, Iwan Groźny, wziął tych Słowian za mordę i trzymał krótko. I tak jest w Rosji do dziś. Natomiast w WKL wschodni Słowianie nie mieli nad sobą bata i efekt był taki, jaki był, czyli anarchia i bałagan. Jedyną ludnością zachodniosłowiańską na terenie I RP byli chłopi z dawnej Korony, ale oni byli niewolnikami i na nic nie mieli wpływu. I tak jest do dziś.

Rządzący tu Żydzi dobrze wiedzą, jaki jest faktyczny rozkład sił w tym mozaikowym społeczeństwie i wiedzą, za jakie sznurki pociągać, by go skłócać. Rzeź wołyńska jest doskonałym narzędziem do wzbudzania emocji wśród Słowian wschodnich, które, jeśli odpowiednio podsycane, mogą przerodzić się w bardzo poważny i długotrwały konflikt. Czy taki jest cel tej sejmowej uchwały?

Republika Wenecka

1 czerwca wybrano nowego pawiana nr 1 nieistniejącego już w praktyce państwa, zwanego III RP. W chwili obecnej jesteśmy w stanie przejściowym, czyli czymś takim jak lata 1939-45. Było to zupełnie bez znaczenia czy wybrany zostanie ten czy inny pawian. Decyzje co do losów tego obszaru, pomiędzy Rosją a Niemcami, zapadają gdzie indziej, choć panuje na nim ustrój republikański. Może więc warto przyjrzeć się temu, jak on działał w najdłużej istniejącej w historii Republice Weneckiej. Wikipedia tak pisze:

Republika Wenecka, Rzeczpospolita Wenecka, Najjaśniejsza Republika Wenecka (wł. Serenissima Repubblica di Venezia, wenecki Repùblega de Venèsia) – północnowłoska republika kupiecka, istniejąca od 697 roku do 15 maja 1797 roku. Najdłużej nieprzerwanie funkcjonujące państwo o ustroju republikańskim w historii. W średniowieczu jedna z największych potęg handlowych i politycznych w basenie Morza Śródziemnego i jedno z najbogatszych miast Europy. Republika Wenecka była najpotężniejszą i zarazem najtrwalszą z powstałych w średniowieczu miejskich komun włoskich. Jako jedno z nielicznych państw włoskich odegrała również wielką rolę w historii nie tylko Italii, ale całej Europy i basenu Morza Śródziemnego. Od czasów wypraw krzyżowych po zmagania z Imperium Osmańskim, Republika Wenecka była dla Europy głównym pośrednikiem i uczestnikiem kontaktów z muzułmańskim Bliskim Wschodem – zarówno tych pokojowych, jak i wojennych.

Źródło; Wikipedia (Netzach – Praca własna).

Doża Wenecji (wł. doge, wec. doxe) – najwyższy urzędnik w Republice Weneckiej. Wybierany dożywotnio najpierw przez arengo, zgromadzenie ogółu dorosłych obywateli republiki, później przez kolegium elektorów, które z kolei było wybierane przez 480-osobową wielką radę – przedstawicieli bogatych rodów (patrycjuszy).

Na czele państwa weneckiego stał obieralny – de iure dożywotnio – doża, który zazwyczaj wywodził się z wąskiego grona kilku najważniejszych rodów. Ustrój republiki był bardzo konserwatywny i zapewniał starej oligarchii kupieckiej monopol władzy. Oligarchia ta miała również bezpośredni wpływ na rządy poprzez liczne rady i sądy, które krępowały poczynania doży. Władza, w rozbudowanym z czasem państwie, całkowicie spoczywała w rękach Wenecjan, którzy wszelkie terytoria przyłączone do republiki traktowali jak kolonie. Ten miejski partykularyzm stał się jedną z przyczyn niemożności podjęcia przez Wenecję próby zjednoczenia Italii – mimo całej posiadanej przez nią potęgi i bogactwa.

Powstanie Wenecji i początki republiki (VIII – X wiek)

Wenecja, jako miasto została założona w 452 roku. W VI wieku włączona została do restaurowanego Cesarstwa Rzymskiego pod egidą Bizancjum. Pierwszym historycznie potwierdzonym dożą (księciem) Wenecji był Orso Ipato panujący od roku 726 i rok ten uznaje się za datę powstania Republiki Weneckiej. Miasto wciąż podlegało wówczas władzy bizantyńskiej, jednak wpływy Konstantynopola sukcesywnie słabły. Bizancjum samorządność Republiki uznało w 887 roku. W ciągu kolejnych wieków (IX–XI) Republika Wenecka stała się ważnym centrum handlu między Europą Zachodnią a Bizancjum i Azją, co zawdzięczała w znacznej mierze przywilejom nadawanym przez cesarzy bizantyńskich. W tym też czasie Republika rozpoczęła budowę swego imperium terytorialnego podporządkowując sobie szereg miast i wysp Dalmacji i wypierając z tego regionu wpływy Konstantynopola.

Wzrost znaczenia Wenecji w dobie krucjat (XI – XIII wiek)

Nowy rozdział w historii Wenecji rozpoczął się wraz z powstaniem ruchu krucjatowego. Dysponująca znaczną flotą Wenecja czerpała zyski z przewożenia krzyżowców oraz dzięki przywilejom handlowym w nowo powstałych na Bliskim Wschodzie państwach łacińskich. W handlu lewantyńskim Wenecja zajęła wkrótce pierwsze miejsce.

Przełomowe znaczenie dla budowy imperium weneckiego na Morzu Śródziemnym miała IV krucjata, w trakcie której wenecki doża Enrico Dandolo skłonił dowodzących krucjatą do ataku łacinników na Konstantynopol. Mimo potępienia tego projektu ze strony papiestwa doszło do zdobycia i złupienia przez krzyżowców najpotężniejszego ówcześnie chrześcijańskiego miasta. Na opanowanych terenach europejskiej części Bizancjum powstały państwa krzyżowe (w tym Cesarstwo Łacińskie). Jednak największym beneficjentem wyprawy i upadku Bizancjum stała się Republika Wenecka, która całkowicie zdominowała handel w tym regionie i w ciągu kilku lat opanowała rozliczne miasta i wyspy strzegące drogi z Wenecji do Konstantynopola (m.in. Wyspy Jońskie, liczne peloponeskie porty, Cyklady, Eubeę i Kretę). Do Wenecji trafiły wówczas liczne łupy, w tym wspaniałe dzieła sztuki zrabowane w Konstantynopolu. Przejawem wzrostu potęgi Wenecji było rozpoczęcie w 1284 roku wybijania złotego dukata, który stał się ważną monetą obiegową Europy i był używany aż do upadku republiki w XVIII wieku.

Rozwój handlu weneckiego zaczął kolidować z interesami innych miast włoskich z Genuą na czele. Między obydwiema republikami doszło na tle rywalizacji handlowej do licznych wojen. Jedna z poważniejszych wybuchła pod koniec XIII wieku, a jej przyczyną było zamknięcie przez Wenecję dostępu do Adriatyku obcym okrętom. Mimo zwycięstwa militarnego Genueńczyków w bitwie morskiej pod Curzolą (1298), Genua z powodu sporów wewnętrznych nie była w stanie kontynuować wojny i w konsekwencji doszło do rozgraniczenia wpływów między republikami.

Republika Wenecka w późnym średniowieczu (XIV- XV wiek)

Destabilizacja północnych Włoch po upadku wpływów Świętego Cesarstwa Rzymskiego w drugiej połowie XIII wieku w Italii zmusiła Wenecjan do wzmożonej aktywności politycznej na swym najbliższym, lądowym zapleczu. Na początku XIV wieku Republika wzięła udział w wojnie o Ferrarę oraz w walkach przeciw agresywnemu rodowi Scaligieri z Werony. By zabezpieczyć swe interesy od strony lądu rządzący republiką oligarchowie postanowili opanować najbliższe Wenecji tereny nadpadańskie. Pierwszą zdobyczą w tym regionie było Treviso, zajęte w 1339 roku.

Ostatnie lata Republiki (1718 – 1797)

Klęska 1718 roku ostatecznie zepchnęła Wenecję do roli państwa drugorzędnego i unaoczniła rządzącym Republiką oligarchom słabość militarną państwa. Nie przyczyniło się to jednak do prób zreformowania państwa. Elita władzy, wciąż dostatnia i doskonale radząca sobie w utrzymaniu swej przewagi politycznej i majątkowej nie była zainteresowana zmianami. Dlatego też w XVIII wieku wenecka polityka międzynarodowa polegała na zachowaniu ścisłej neutralności i bierności wobec toczących się konfliktów. Mimo pokoju Republika nie odzyskała już na morzu swej dawnej świetności. Pozostała jednak ważnym ośrodkiem kultury i sztuki promieniującej na całą Europę. Wenecjanie przodowali wciąż w malarstwie, muzyce, teatrze. Do miasta świętego Marka przybywali podróżnicy z całej Europy by poczuć atmosferę słynnych weneckich karnawałów i trwonić pieniądze na koncerty, operę, teatr, czy kurtyzany. Ożywienie myśli politycznej w dobie oświecenia nie stało się w Republice zaczątkiem reform państwowych. Republika aż do końca swego istnienia pozostała oligarchią urządzoną według średniowiecznych wzorców. Gdy w roku 1789 we Francji wybuchła rewolucja, jej idee i hasła szybko przeniknęły do Wenecji rządzonej w sposób despotyczny. Toteż gdy w czasie wojny z Austrią Napoleon Bonaparte przekroczył granice Republiki, witany był tam początkowo jako wyzwoliciel. Gdy Napoleon zażądał przeprowadzenia demokratycznych reform w państwie, 12 maja 1797 Wielka Rada w czasie burzliwego posiedzenia olbrzymią większością głosów obaliła tysiącletni porządek Republiki, powołując prowizoryczny rząd ludowy, zaś 15 maja 1797 abdykował doża Ludovico Manin. Nie zmieniło to jednak losu bezsilnej już Wenecji, którą Bonaparte poświęcił w imię taktycznego pokoju z Austrią, dlatego na podstawie układu w Campo Formio, zawartego 17 października 1797, większość posiadłości weneckich wraz z samym miastem została przyznana Austrii.

x

Wikipedia nie pisze zbyt wiele na temat ustroju Republiki Weneckiej. W Encyklopedii Powszechnej Wydawnictwa Gutenberga (1929-38) można przeczytać:

Od XI wieku uzyskała Wenecja niezawisłość, doża Vitale Falieri (1084-1096) uzyskał od cesarza bizantyjskiego Istrię i Dalmację. Na przełomie XII i XIII wieku nastąpiła organizacja władz państwowych; najwyższą władzę posiadała Wielka Rada (Consiglio Maggiore), złożona z sędziwych patrycjuszów, obok niej istniała Mała Rada (Signoria), składająca się z doży i sześciu rajców, z czasem wytworzyła się Rada Czterdziestu (Quarantia) z władzą sądowniczą i polityczną, wreszcie w 1260 Senat (Consiglio de’ Pregadi) o decydującym wpływie na politykę zagraniczną Wenecji. Na początku XIV wieku ustaliła się ostatecznie arystokratyczno-oligarchiczna forma rządów, po ustanowieniu Rady Dziesięciu (Consiglio de’ Dieci); organem jej od XVI wieku była państwowa inkwizycja.

Wielka Encyklopedia Powszechna PWN (1962-1970):

Rywalizacja w latach 800-812 między państwem Karola Wielkiego a Bizancjum o zwierzchnictwo nad Wenecją przyczyniła się do umocnienia faktycznej niezależności republiki od 1 połowy IX wieku. Głównym jej ośrodkiem stała się od roku 810 wyspa Rivoalto (Rialto) – zalążek przyszłej Wenecji. Dogodne położenie i przywileje nadane przez cesarzy bizantyjskich sprzyjały bogaceniu się mieszczaństwa.

W miarę wzrostu potęgi politycznej Wenecji jej ustrój wewnętrzny przekształcał się stopniowo w oligarchiczną republikę (rolę doży sprowadzono do funkcji reprezentacyjnych), rządzoną przez około 200 rodów arystokratycznych; dostęp do najwyższych godności mieli przedstawiciele zaledwie kilku z nich. Ustrój ten utrwaliły zwłaszcza ustawy z 1297 i 1299, oddając rządy rodom, które aktualnie uczestniczyły w Radzie; pozostałe grupy ludności (rzemieślnicy, nawet bogaci kupcy) były całkowicie pozbawione udziału w rządach (zgromadzenie ludowe ostatecznie zlikwidowano w 1423 roku). Próby obalenia oligarchii (1299, 1310, 1354 – M. Falieri) zostały udaremnione. Najwyższym organem władzy była istniejąca od 1187 Wielka Rada; sprawami zagranicznymi i kolonii zajmował się senat; sądownictwo spoczywało w ręku Quarantii (Rady Czterdziestu) i podległych jej kolegiów; właściwy rząd tworzyła 10-osobowa signoria; ustroju strzegł rozgałęziony system policji politycznej.

x

Republika Wenecka była republiką kupiecką, a więc żydowską. Tym chyba najprościej można wytłumaczyć fakt, że ani imperium Karola Wielkiego, ani bizantyjskie nie podporządkowało jej sobie. I może też właśnie dlatego władcy Bizancjum tak hojnie obdarzali przywilejami (monopolami) handlowymi tę republikę. Nie inaczej było w przypadku nowo powstałych państw łacińskich na Bliskim Wschodzie w okresie krucjat. Na pośrednictwie handlowym pomiędzy Bliskim Wschodem i Europą wyrosła jej potęga.

„Ustrój republiki był bardzo konserwatywny i zapewniał starej oligarchii kupieckiej monopol władzy. Oligarchia ta miała również bezpośredni wpływ na rządy poprzez liczne rady i sądy, które krępowały poczynania doży.”

Czy zatem stara oligarchia kupiecka Republiki Weneckiej to odpowiednik obecnego deep state? Jeśli uznamy, że doża to odpowiednik dzisiejszych prezydentów i premierów, to znaczyłoby to, że oni nie mają na nic wpływu, co wcale nie dziwi. Faktyczna władza jest głęboko ukryta. Być może jest tak, jak w przypadku organizacji masońskich i obowiązują stopnie wtajemniczenia. Urzędnicy na szczeblu wojewódzkim znają urzędników na szczeblu centralnym, a ci znają swoich przełożonych, którzy nie są jeszcze tymi, którzy faktycznie sprawują władzę.

Republika Wenecka trwała przez 1100 lat. Jej świetność i potęga skończyła się wraz z odkryciem Nowego Świata i pojawieniem się nowych szlaków handlowych, ale ona jeszcze przez trzysta lat prowadziła różne wojny. Skąd miała na to pieniądze? Prawdopodobnie zyski z handlu z Bliskim Wschodem zostały zainwestowane w Nowym Świecie i część z nich przeznaczano na finansowanie wojen, które być może prowadzono po to, by odwrócić uwagę od faktycznych celów oligarchów. I może właśnie dlatego nie byli oni zainteresowani zjednoczeniem pod swoim przewodnictwem Italii. Gdy już ugruntowali swoją przewagę w Ameryce (1776), to uznali (1797), że Republika Wenecka nie jest już im potrzebna. Wygląda więc na to, że potomkowie wielkich rodów kupieckich nadal rządzą światem z ukrycia. Teraz przerzucili swój kapitał do Chin i opłacają różnych dziennikarzy, naukowców, ekonomistów i całą resztę, by robili nam wodę z mózgu, tłumacząc nam na różne sposoby rzeczywistość tego świata.

Włochy

Włochy to państwo, które ma bardzo ciekawą historię, której warto przyjrzeć się bliżej, bo można z niej wyciągnąć ciekawe wnioski. Cechą charakterystyczną tego państwa jest podział na bogatą północ i biedne południe. Skąd on się wziął? To efekt ścierających się na „bucie” wpływów bizantyjskich i zachodnich. Na północy była to dominacja, jakbyśmy dziś powiedzieli, wpływów niemieckich, a na południu bizantyjskich, hiszpańskich i francuskich. Tam, gdzie Ordnung muss sein, tam był porządek i rozwój. Tam, gdzie ścierały się różne wpływy, tam tego porządku i rozwoju było mniej. To jest oczywiście uogólnienie, ale ono ma za zadanie pokazać pewną tendencję, która rzutowała na włoską historię. Wszystkie informacje zawarte w tym blogu pochodzą z Wikipedii, chyba że podane jest źródło.

Historia Włoch – W okresie paleolitu tereny Włoch zamieszkiwali Ligurowie i Sykulowie. W okresie starożytności tereny Włoch znalazły się pod panowaniem Rzymian. Przed okresem rzymskim tereny Włoch były zamieszkiwane przez Fenicjan i Greków. Od średniowiecza do połowy XIX wieku, pomimo że Półwysep Apeniński był spójny pod względem językowym i kulturowym, jego historia składała się z dziejów niezależnych republik i księstw oraz obcych posiadłości i stref wpływów. W 1861 roku doszło do zjednoczenia wszystkich tych państw – ogłoszono powstanie Królestwa Włoch i koronowano Wiktora Emanuela II na króla tego państwa. W początkach XX wieku Włochy stały się państwem faszystowskim. Po II wojnie światowej w referendum konstytucyjnym obywatele Włoch opowiedzieli się za zmianą ustroju państwa na republikę, na czele której stoi prezydent Włoch.

Starożytność

Dzieje starożytnej Italii to przede wszystkim dzieje Rzymu jednoczącego plemiona italskie i celtyckie, podbijającego etruskie i greckie miasta-państwa i rozpoczynającego ekspansję w basenie Morza Śródziemnego. W VIII w. p.n.e. rozpoczęła się kolonizacja Fenicjan (Sardynia i Sycylia) oraz Greków, którzy w VII–VI w. p.n.e. opanowali wschodnią Sycylię i południowe wybrzeża Półwyspu Apenińskiego. W VI–III w. p.n.e., rzymianie dokonali zjednoczenia Półwyspu, który stał się centralnym terytorium imperium Rzymskiego. Podczas panowania cesarza Augusta za granicę Italii uznano Alpy i został dokonany jej pierwszy podział terytorialny na 12 regionów, których nazwy w większości przetrwały do czasów współczesnych.

Średniowiecze

Po upadku cesarstwa zachodniorzymskiego w 476 Włochy znalazły się pod panowaniem germańskiego wodza Odoakra. W 493 roku Odoaker został pokonany i zastąpiony przez Ostrogotów pod wodzą Teodoryka. W 552 roku Ostrogoci zostali wyparci przez Bizantyjczyków, którzy jednak wkrótce stracili część swoich posiadłości na rzecz germańskiego plemienia Longobardów.

Początek średniowiecza to okres rywalizacji bizantyjsko-longobardzkiej na półwyspie. Papieże, których siedziba znajdowała się na terenie Egzarchatu Raweńskiego, otrzymywali od Bizantyjczyków wsparcie przeciw Longobardom i byli od nich w pewnym stopniu zależni. W 751 roku Longobardowie położyli kres istnieniu egzarchatu, kończąc tym samym okres wpływów bizantyjskich na półwyspie, choć jeszcze przez kilka wieków Bizantyjczycy dominowali w jego południowej części. Zagrożone przez Longobardów papiestwo zwróciło się o pomoc do władców frankijskich, co rozpoczęło nowy okres w dziejach Italii. W 756 roku Frankowie pod wodzą Pepina Krótkiego pokonali Longobardów, ofiarowując papieżom władzę nad terytorium dawnego Egzarchatu Raweńskiego (Państwo Kościelne).

Źródło: Wikipedia.

Ostateczne zwycięstwo na Longobardami odniósł Karol Wielki, który zapoczątkował panowanie frankijskie w północnych Włoszech. W 800 roku papież koronował go na cesarza rzymskiego. Godność ta w IX i X w. przynależała do drobnych feudałów północnowłoskich, co stanowiło oś konfliktów politycznych tamtych czasów.

IX, X i XI wiek to okres najazdów normańskich i arabskich na Półwysep Apeniński. W IX w. Arabowie zdobyli Sycylię, którą w wieku XI odebrali im Normanowie, tworzący tam samodzielne królestwo.

W XI w. rozpoczyna się okres świetności niezależnych politycznie miast handlowych Włoch – Genui, Wenecji, Amalfi, Pizy. Papiestwo dąży wtedy do niezależności od cesarstwa ( spór o inwestyturę).

Święte Cesarstwo Rzymskie około 1000 roku; źródło: Wikipedia.
  • 1167 – miasta północnej Italii tworzą Ligę Lombardzką w celu obrony swej tożsamości przed cesarzem rzymskim Fryderykiem I Barbarossą.
  • 1282 – Sycylijskie nieszpory – masakra francuskich najeźdźców.
  • 1309–1377 – Papiestwo rezyduje w Awinionie we Francji po wygnaniu z Rzymu.
  • 1378–1381 – republiki morskie Genui i Wenecji walczą o dominację.

Renesans

Pod koniec wieków średnich Włochy nadal były podzielone politycznie. Na Północy i w Toskanii dominowały bogate komuny, środkowe Włochy znajdowały się pod nominalną władzą rezydujących w Awinionie papieży, w istocie jednak były rozbite na wiele feudalnych małych państw, południe i wyspy okresowo znajdowały się pod obcymi rządami. Rozpoczynający się we Włoszech Renesans przyniósł im rozkwit gospodarczy, nie przyniósł jednak – mimo wielu wysiłków – zjednoczenia politycznego. Włoskie szlaki handlowe pokrywały cały obszar Morza Śródziemnego przyczyniając się do rozpowszechnienia wiedzy i kultury. Był to okres rozkwitu gospodarczego włoskich państw-miast, które osiągnęły faktyczną niezależność od Świętego Cesarstwa Rzymskiego.

Italia około 1494 roku; źródło: Wikipedia.

Renesans włoski rozpoczął się w Toskanii, a jego pierwszym ośrodkiem była Florencja, skąd rozprzestrzenił się w całych Włoszech. Wiek XV to także początek odrodzenia uwolnionego spod dominacji francuskiej papiestwa, co przyczyniło się do zjednoczenia Państwa Kościelnego i odbudowy świetności Rzymu.

W końcu XV w. roszczenia królów Francji do tronu Neapolu i Mediolanu dały początek wojnom włoskim 1494–1559. Przeciwko Francji występowała koalicja państw włoskich i europejskich – Liga Święta. Podczas toczącej się we Włoszech wojny hiszpańsko-francuskiej wojska cesarza Karola V zdobyły i złupiły Rzym (1527, tzw. sacco di Roma), a w jej wyniku Francja zrezygnowała z włoskich roszczeń na mocy pokoju w Cambrai z 1529. Potwierdził to kończący wojny włoskie pokój w Cateau-Cambresis (1559), utrwalający rozdrobnienie Włoch i hiszpańską dominację. Władając Lombardią, Sardynią oraz połączonymi królestwami Neapolu i Sycylii, pozostającymi na prawach wicekrólestwa, Hiszpania utrzymywała w wasalnej zależności większość księstw włoskich. Pewną autonomię miała Republika Genui, natomiast względną niezależność zdołały zachować Wenecja (pozostająca nadal wielką potęgą morską), Wielkie Księstwo Toskanii (pod panowaniem Medyceuszy), Państwo Kościelne i księstwo Sabaudii.

Wiek XVII-XIX

Dalsze dzieje Półwyspu Encyklopedia Powszechna Wydawnictwa Gutenberga (1929-38) tak opisuje:

Obce rządy (Habsburgowie hiszpańscy – przyp. W.L.) stopniowo doprowadziły kraj do ruiny, zmiana dróg handlowych podcięła dawną pomyślność gospodarczą. Wojna o sukcesję austriacką (1702-14) oddała przodujące we Włoszech stanowisko domowi austriackiemu, z którym w XVIII w. podjęli na terenie włoskim rywalizację Bourbonowie hiszpańscy. Mediolan, Toskania, Parma, Neapol, Sycylia znajdowały się pod obcymi rządami. Niektórzy z tych władców robili dużo dla gospodarczego i kulturalnego podniesienia kraju, ale w opinii publicznej wzbierała coraz mocniej niechęć ku cudzoziemskiemu panowaniu, dążność do oswobodzenia się spod obcego ucisku i zjednoczenia narodowego, której prekursorami byli kolejno Arnold z Brescii, Cola di Rienzi, Savonarola, Juliusz II, Machiavelli, zaś w XVIII wieku poeta Alfieri. Rewolucja francuska otworzyła w dziejach Włoch nowy okres walk o panowanie. Po całym szeregu przeobrażeń terytorialnych utrzymał się Napoleon, który część państw włoskich wcielił bezpośrednio do Francji, część zjednoczył w Królestwo Włoskie, z Neapolu utworzył odrębne państwo pod rządami swego brata Józefa, potem Murata. Pierwszy raz dokonało się faktyczne zjednoczenie niemal całych Włoch pod jednym władcą. Panowanie Napoleona stało się w rozwoju wewnętrznym kraju epoką przełomu. Zniósł on dawny ustrój feudalny, stworzył nowoczesną organizację państwową i społeczną, pchnął potężnie rozwój oświaty i robót publicznych, powołał do życia włoską armię i włoski sztandar, pobudzając przez to potężnie nadzieję całkowitego oswobodzenia i zjednoczenia. Kongres wiedeński, niwecząc dzieło Napoleona, potraktował Włochy jako „pojęcie geograficzne”: na północy przywrócił rządy austriackie; w Lombardii i Wenecji, we Włoszech środkowych i południowych odrestaurował rządy dawnych dynastii. Cały kraj został poddany rządom absolutystyczno-policyjnym, przywołano dawne, przedrewolucyjne urządzenia, myśl liberalna i narodowa była tępiona z największą bezwzględnością. W tych warunkach stały się Włochy klasycznym terenem tajnych stowarzyszeń rewolucyjnych (karbonariusze) oraz spisków patriotycznych. W 1820 wybuchła rewolucja w Neapolu i Piemoncie, która została szybko stłumiona. W 1830 pod wpływem przewrotu lipcowego we Francji, wystąpiły zaburzenia we Włoszech środkowych. Po ich stłumieniu ośrodek życia włoskiego przeniósł się na emigrację, gdzie Mazzini utworzył „Młode Włochy”, jako odgałęzienie „Młodej Europy”.

Risorgimento – „Powstanie”

Klęski Risorgimenta

Odrodzenie włoskiej świadomości było inspirowane przez dwa przeciwstawne ruchy polityczne. Radykalny ruch „Młode Włochy” założony w 1831 roku przez Giuseppe Mazziniego dążył do zjednoczenia państwa poprzez powstanie ludowe. Natomiast skrzydło umiarkowane chciało doprowadzić do zjednoczenia przez utworzenie federacji państw rządzonych przez włoskich książąt. Ruch rewolucyjny został pobudzony już w 1846 roku po wyborze papieża Piusa IX, który wprowadził reformy w państwie kościelnym. W ciągu dwóch lat historia gwałtownie przyśpieszyła, narodziny narodu włoskiego zbiegają się z Wiosną Ludów. Rewolucyjne nastroje, ogarniające mieszczan, ludność wiejską i burżuazję, skłoniły władców do ustępstw na rzecz ruchu liberalno-konstytucyjnego. (…) Po początkowych sukcesach Włochów między ich przywódcami wybuchły spory oraz osłabł zapał monarchów, co wpłynęło na opieszałość prowadzenia działań wojennych. Nieudolność tę wykorzystali Austriacy, którzy w lipcu zwyciężyli pod Custozą. W sierpniu zajęli Mediolan i zmusili Karola Alberta do podpisania rozejmu na niekorzystnych warunkach. Możliwość pokonania Austriaków i zjednoczenia Włochów zostały zaprzepaszczone.

Zakończyła się pierwsza faza walki Włochów o wolność, tzw. „wojna królewska” a rozpoczęła się „wojna ludowa”. Pod koniec 1848 roku doszło do starć między siłami Piemontu a ruchem radykalno-demokratycznym. W Państwie Kościelnym zastraszony papież mianował rząd złożony z radykałów, a następnie uciekł do Gaety w Królestwie Neapolu, gdzie 4 grudnia zwrócił się o pomoc do wielkich mocarstw. Zareagowały Francja i Austria. Wojska francuskie stłumiły rewolucję w Rzymie, gdzie w lutym 1849 roku utworzono republikę. Natomiast wojska austriackie po zwycięskiej bitwie pod Novarą weszły do Toskanii. Przyspieszyło to zwycięstwo sił reakcyjnych w Wenecji, Florencji, Modenie i Parmie. Całe Włochy ogarnęła fala represji. Klęska ruchów niepodległościowych lat 1848–1849 była dużym ciosem dla chcącej zjednoczenia politycznego większości narodu włoskiego.

Zwycięstwa Risorgimenta

Na początku lat pięćdziesiątych na scenie pokazali się nowi politycy. We Francji – Napoleon III Bonaparte, po swym stryju przejął ideę popierania praw narodów uciskanych, a przede wszystkim włoskiego. W Królestwie Sardynii – król Wiktor Emanuel II mianował premierem hrabiego Camillo Cavoura, który postawił sobie za cel, aby Sardynia (Piemont) jako zreformowane państwo znalazło się na czele włoskiego ruchu zjednoczeniowego. W lipcu 1858 roku Napoleon III spotkał się z Cavourem na tajnej konferencji w Plombières, aby uzgodnić warunki ich przyszłego przymierza w przypadku zwycięstwa. Działania wojenne rozpoczęły się w kwietniu 1859 roku. Po kilku drobniejszych przegranych bitwach Austriacy ponieśli klęski: pod Magentą – 4 czerwca i Solferino – 24 czerwca. Jednocześnie, w środkowych Włoszech wybuchła rewolucja. W Toskanii, Parmie i Modenie panujący zostali wygnani. Takiego obrotu sprawy nie przewidział Napoleon, który nie chciał być przywódcą rewolucji. Pod naciskiem Prus i Rosji, w lipcu 1859 roku zaproponował cesarzowi Franciszkowi Józefowi rozejm. Tym faktem Napoleon naraził się wszystkim: Austriakom, którzy pragnęli utrzymać we Włoszech status quo; Francuzom, którzy nie otrzymali obiecanych Nicei i Sabaudii oraz Włochom, którzy uważali się za zdradzonych. Rewolucja rozpoczęta przez Napoleona III i Cavoura wywołała bardzo silne wrażenie na społeczeństwie.

Zjednoczenie

W marcu 1860 roku Królestwo Sardynii odstąpiło Francji Sabaudię i Niceę a Napoleon wyraził zgodę na przyłączenie Toskanii, Modeny, Parmy i Emilii-Romanii do Sardynii. W kwietniu 1860 roku na Sycylii rozpoczął się ruch powstańczy, w Genui zaś powstał komitet złożony z emigrantów sycylijskich – przeważnie mazzinistów, który podjął inicjatywę poparcia powstania przez wyprawę zbrojną. 6 maja na dwóch statkach wypłynął z Genui z „tysiącem czerwonych koszul” Giuseppe Garibaldi. Po pięciu dniach wylądował w Marsali na Sycylii, gdzie w imieniu Wiktora Emanuela II mianował się dyktatorem. Do jego oddziałów zgłaszali się ochotniczo liczni powstańcy. Do końca maja po kilku zwycięstwach Garibaldi zajął całą wyspę. Dzięki tym akcjom stał się bohaterem walki o wolność Włoch. Ustanowił tymczasowy rząd i powszechny obowiązek służby wojskowej. W połowie sierpnia już około 30 000 powstańców przebyło Cieśninę Mesyńską i 7 września triumfalnie wkroczyło do Neapolu. Tymczasem od północy na czele swych wojsk zmierzał Wiktor Emanuel, który uzyskał zgodę od Napoleona na zajęcie Państwa Kościelnego, Marche i Umbrii. Garibaldi, stawiając wyżej sprawę zjednoczenia niż swój program społeczny, polegający na rozdzielnictwie ziemi chłopom oraz ograniczeniu przywilejów arystokracji i kleru, podporządkował się Wiktorowi Emanuelowi. 18 lutego 1861 roku Cavour przekształcił parlament Sardynii – Piemontu w ogólnowłoski. 17 marca 1861 roku parlament proklamował Królestwo Włoch i koronował Wiktora Emanuela II na jego króla, a także ogłosił tymczasową stolicą nowego państwa Turyn (od 1865 roku Florencja).

Rzym stolicą królestwa

Młode państwo włoskie stanęło od razu wobec olbrzymich problemów wewnętrznych i zewnętrznych. Na południu dużym zagrożeniem był bandytyzm – do jego zwalczania używano oddziałów wojskowych, których straty były większe niż podczas wszystkich wojen Risorgimenta. Panował poważny rozłam pomiędzy rządzącymi a obywatelami, systematyczną opozycję wobec rządu stanowił kler katolicki. Ponadto młodemu państwu groziło bankructwo z powodu olbrzymiego długu (ok. 300 milionów lirów) zaciągniętego głównie na działania wojenne przez Królestwo Sardynii – Piemontu, który przeszedł teraz na nowe zjednoczone państwo. Natomiast największym wyzwaniem dla polityków była kwestia Wenecji i Rzymu, które przyłączono do państwa dzięki niezwykle skomplikowanej sytuacji międzynarodowej. W lipcu 1866 wybuchła wojna prusko-austriacka. Dzięki sojuszowi z Prusami Włosi zdobyli Wenecję w październiku 1866. Próby zdobycia Państwa Kościelnego wraz z Rzymem rozpoczął Garibaldi w 1867 roku, lecz dopiero klęska Francji pod Sedanem z Prusami w 1870 pozwoliła Włochom zająć Rzym we wrześniu 1870 roku. W lipcu 1871 roku stolica Królestwa Włoskiego została przeniesiona z Florencji do Rzymu.

x

Zjednoczenie Włoch zbiegło się ze zjednoczeniem Niemiec. Czy przypadkiem? Raczej chyba nie, bo w polityce nie ma przypadków, choć czasem można odnieść takie wrażenie. Jak wspomniałem na początku, wpływy niemieckie na Półwyspie Apenińskim istnieją od czasów upadku Imperium Rzymskiego. W książce, Dno czary Lwa Kaltenbergha Ludowa Spółdzielnia Wydawnicza 1965, natrafiłem na taki fragment:

  Cyprian Kamil na dźwięk nazwiska spojrzał z zaciekawieniem na Kleofasa-Telesfora. Osoba i nazwisko Cesarego Cantu nie były mu obce. Nie tylko dlatego, że często i przygodnie obijało się o uszy. Wiedział - jak tu wszyscy - że autor Regionamenti della storia Lombarda nel secolo XVII odpokutował swoje dzieło w austriackim więzieniu, czytał Marguerittę Pusterlę, napisaną w celi więziennej. Miał też w ręku zadziwiające dzieło: tomy aż 35 woluminów Storia universale. I historyczna, nasycona politycznymi aluzjami powieść, i Historia powszechna, pełna na podziw lekko podawanej, ogromnej erudycji autora, czyniły na Cyprianie wrażenie raczej niesympatyczne. Ukazująca pozorną łatwość, lotna, łacińska swada, zastosowana do historycznego poznania, napełniała rodzajem nie tylko nieufności, ale i lęku. (...)
- Nie wiem, jak inni sygnatariusze świętego aliansu, ale Austriacy usiłują nade wszystko stosować w politycznych swych postępkach tradycjonalizm zapożyczający pojęć z czasów bardzo dawnych. Tu w grę wchodzi już nie żaden ancien régime, ale błogosławione wieki średnie. Zwalcza się gwelfa - a jest nim w oczach austriackich nasz Cesare - ponieważ nie jest gibelinem. Gdyby nim był, mógłby sobie pozwolić na największą, a bodaj i otwartą bezbożność.
- Dodać by tu trzeba - wtrącił z uśmieszkiem Telesfor-Kleofas - że nie sam przecie anachronizm działa u tych tu Austriaków. Prawda, że ci z nich, którym wiek, a częściej jeszcze wysokie pochodzenie przyciemnia widzenie - tak, ci trzymają się tradycji nieraz bardzo odległej, bo i czegóż mogą się trzymać? Ale tacy z nich, którzy bezpośrednio zetknęli się z mieszkańcami miast i osiedli italskich... Choćby i mieli ochotę na wspomnienia z przeszłej historii, to im dzień dzisiejszy takie pomysły z głów powybija. Wiedzą oni dobrze, że signor Cesare, jeśli jest gwelfem, to nie przez swoje przywiązanie do papiestwa, w którym by pragnął widzieć zjednoczyciela Włoch. Ich węszyciele mają mają dobre nosy i teraz uchwycili właściwą woń. Nie ten jeden, wielu się mieni papistami - gwelfami właśnie - tylko dlatego, żeby nikt ich nie podejrzewał o gibelizm. Gorsze to pono, niż być agentem któregoś z italskich monarchów. Zresztą, tych tam wszystkich utytułowanych honoracjorów łatwo się rozgrzesza: strasznie im trudno komukolwiek się naprawdę podobać lub bodaj we własnej służbie znaleźć ludzi ufających...
Bartoli znów zamachał gwałtownie rękoma.
- A wstyd, wstyd, fratello! Jakże?! Mógłbyś powiedzieć, że każdy utytułowany, że każdy szlachcic włoski - to już zaraz rojalista burboński, sabaudzki czy, uczciwszy uszy, parmeńskiej Neupergowej?! dajże no spokój. Co najmniej tyle samo domów o wielkich wspomnieniach i tradycji ma dość italskiego rozdrobnienia, co - powiedzmy...
Telesfor-Kleofas uśmiechnął się jawniej i szerzej:
- Tyle ma dość, ile nie ma dość, co? Tyluż jest źle, ilu dobrze?!

Wypada więc dowiedzieć się, kim byli ci gibelini i gwelfowie. Wikipedia tak pisze:

Gibelini i gwelfowie – stronnictwa polityczne rywalizujące we Włoszech na przełomie XII i XIII wieku, głównie w okresie zmagań cesarza Fryderyka II z papiestwem.

Nazwa gwelfowie wywodzi się od włoskiej formy nazwiska popieranych przez nich książąt bawarskich Welf. Welfowie współpracowali z Państwem Kościelnym w walce przeciwko Świętemu Cesarstwu Rzymskiemu, a od XIII wieku byli przeciwnikami władzy cesarskiej we Włoszech.

Gibelini (lub gibelinowie, z wł. ghibellino) byli stronnikami władzy cesarskiej we Włoszech. W pewnym okresie zdołali zdominować część miast włoskich. Nazwa stronnictwa pochodzi od nazwy wirtemberskiego miasta Waiblingen i zarazem zawołania bojowego Hohenstaufów.

Oba stronnictwa nękane były wewnętrznymi sporami, co prowadziło niekiedy do zatarcia głównej linii podziału. Np. we Florencji w początkach XIV w. stronnictwo gwelfów podzieliło się na białych gwelfów – zwolenników ugody z cesarzem (należał do nich Dante Alighieri), i czarnych – radykalnie antycesarskich. Nazwy stronnictw i różnice między nimi przetrwały czasy zasadniczej przyczyny sporów i były w użyciu także po upadku dynastii Hohenstaufów.

Miasta gibelinów to: Arezzo, Forli, Modena, Osimo, Pawia, Pistia, Piza, Siena, Spoleto, Todi.

Miasta gwelfów to: Bolonia, Brescia, Crema, Cremona, Florencja, Genua, Lodi, Mantua, Orvieto, Perugia.

Neogwelfizm (wł. neoguelfismo. Neo- od gr. νέος, néos – nowy; -gwelfizm od wł. guelfismo – gwelifizm) – nazwa oznaczająca ruchy nawiązujące do ideologii gwelfów, działające w wiekach XIX i XX.

W XIX wieku neogwelfizm sprzeciwia się zjednoczeniu Włoch w laickie państwo. W zamian proponuje zjednoczenie pod przywództwem papieża. W XX wieku terminem tym określany jest ruch części katolickich przeciwników faszyzmu. Katolicyzm traktuje jako religię narodową Włochów, a w nich samych widzi naród, który ma moralny i obywatelski prymat nad innymi, jak głosi tytuł manifestu neogwelfizmu.

Najważniejszym ideologiem neogwelfizmu był Vincenzo Gioberti, ale istotny wkład wnieśli również Cesare Balbo i Carlo Cattaneo. Przeciwnikami neogwelfizmu byli przede wszystkim karbonariusze, którzy chcieli świeckich rządów, oraz konserwatywni przedstawiciele katolicyzmu jak Luigi Taparelli, którzy twierdzili, że katolicyzm nie jest szczególnie związany z żadną konkretną narodowością (Ga 3,28), a papież, jako przywódca Kościoła, nie powinien stawać się przywódcą jednej z nich.

Ga 3,28 – List św. Pawła do Galacjan: Nie masz Żyda ani Greka, nie masz niewolnika ani wolnego, nie masz mężczyzny ani kobiety; albowiem wszyscy jedno jesteście w Jezusie Chrystusie.

x

Jak widać wpływy niemieckie na Półwyspie są niezwykle trwałe. W spór pomiędzy Świętym Cesarstwem Rzymskim a Bizancjum w 1018 roku zaangażował się Bolesław Chrobry, który po zajęciu Kijowa wysłał poselstwo do Bazylego II, władcy Bizancjum, oferując mu przyjaźń, ale grożąc jednocześnie, że odwoła posiłkowe oddziały ruskie znajdujące się w armii bizantyjskiej, o ile Bazyli nie wycofa się z Italii południowej. Więcej o tym w aktualizacji bloga 1025. Jest to pośredni dowód na to, że Chrobry był wasalem cesarza niemieckiego, a ziemie piastowskie częścią Świętego Cesarstwa Rzymskiego, czyli I Rzeszy.

Okres napoleoński w historii Włoch jest w Wikipedii całkowicie pominięty. Czy przypadkiem? W praktyce to Napoleon zjednoczył je i stworzył nowoczesne państwo. Jednak kongres wiedeński cofnął jego dzieło, ale chyba tylko po to, by wielcy tego świata mogli zorganizować ruch rewolucyjny, sugerując tym samym, że lud ma na coś wpływ. Napoleon stworzył państwo włoskie, tak jak Niemcy stworzyli Piłsudskiemu Królestwo Polskie, które po ich upadku przekształcono w republikę. Rewolucjoniści włoscy, zanim przystąpili do dzieła, mieli już gotowe państwo i Piłsudski również.

Przebieg walk o zjednoczenie Włoch wskazuje na taki scenariusz. Powstały dwa stronnictwa: jedno radykalne, drugie umiarkowane. I to drugie, królewskie, szybko wycofało się. Pozostało tylko te, które miało pozostać. Zaprowadzono rządy republikańskie, a wraz z nimi powszechny obowiązek służby wojskowej. Powstała więc współczesna forma niewolnictwa, bo zmusza się ludzi do zabijania innych, a tym samym narażania własnego życia w imię jakiejś abstrakcyjnej idei zwanej ojczyzną. Mniejsze państwa jednoczy się w większe, chyba tylko po to, by mogły prowadzić wojny z innymi większymi państwami, powstałymi również wskutek zjednoczenia mniejszych. Małego państwa nie stać na utrzymanie armii, która mogłaby zagrozić innemu małemu państwu, a przynajmniej zniszczenia nie byłyby tak wielkie i straty w ludziach byłyby daleko mniejsze.

RAŚ

W czasie niedzielnych marszów w dniu 25 maja, na marszu Trzaskowskiego pojawiły się żółto-niebieskie flagi, co mogło kojarzyć się z flagami Ukrainy, które są niebiesko-żółte. Te pierwsze to barwy Górnego Śląska, na którym działa Ruch Autonomii Śląska (RAŚ). Warto więc sobie przybliżyć ten Ruch, jak i historię tego regionu. Informacje poniższe pochodzą z Wikipedii.

Ruch Autonomii Śląska (RAŚ) – stowarzyszenie utworzone w styczniu 1990 na Górnym Śląsku. Od 27 czerwca 2001 z siedzibą w Katowicach. Głównym celem organizacji jest utworzenie autonomicznego regionu w historycznych granicach Górnego Śląska. Ruch Autonomii Śląska powołuje się na posiadanie autonomii w okresie II Rzeczypospolitej przez województwo śląskie, które działało w ramach Statutu Organicznego, nadanego przez Sejm Ustawodawczy.

Autonomia

Jednym z głównych postulatów RAŚ jest przeprowadzenie szerokiej reformy państwa, polegającej na przekształceniu Rzeczypospolitej Polskiej w państwo regionalne. Celem tego stowarzyszenia jest doprowadzenie do autonomizacji Śląska na skutek takiej reformy państwa. RAŚ odżegnuje się od poglądów separatystycznych – zdaniem tego stowarzyszenia szeroka autonomia w ramach Rzeczypospolitej Polskiej jest najkorzystniejszą formą funkcjonowania dla Śląska.

Według programu RAŚ autonomia miałaby funkcjonować w oparciu o przywrócony Sejm Śląski, regionalny rząd i Skarb Śląski. Regionalny parlament miałby być ciałem jednoizbowym, wybieranym w wyborach większościowych. Sejm Śląski wybierałby ze swego składu rząd, na czele którego stawałby premier. Skarb Śląski zastąpiłby Urzędy Skarbowe, większość zgromadzonych środków pozostawałaby w regionie, a jedynie niewielka ich część byłaby przekazywana do budżetu centralnego. W gestii centralnych władz pozostawałyby m.in. dyplomacja, wojsko i polityka monetarna.

Rejestracja i prawne aspekty działalności

27 czerwca 2001 dokonano wpisu RAŚ do Krajowego Rejestru Sądowego (numer 0000021371). W myśl zapisu RAŚ jest stowarzyszeniem z siedzibą w Katowicach przy ulicy Księdza Norberta Bończyka 9/4. Stowarzyszenie na zewnątrz reprezentuje Zarząd, który także jest upoważniony do zaciągania zobowiązań majątkowych. Zarząd może upoważniać Przewodniczącego i Wiceprzewodniczącego RAŚ większością 2/3 głosów do zaciągania zobowiązań majątkowych.

Narodowy spis powszechny

Najbardziej widocznym sukcesem RAŚ była agitacja przed spisem powszechnym w 2002 roku prowadzona pod hasłem „Masz prawo zadeklarować narodowość śląską”. W spisie powszechnym narodowość śląską zadeklarowało ponad 173 tys. osób. Pełnomocnikiem Spisowym RAŚ był Andrzej Roczniok. Działacze RAŚ twierdzą, że wynik ten nie oddaje całej prawdy, ponieważ rachmistrze spisowi często odmawiali wpisania narodowości śląskiej do formularza.

Współpraca

RAŚ utrzymuje biura w USA, Belgii i Niemczech, jest także od 1993 członkiem Ligi Regionów, organizacji postulującej podział Polski na 12 autonomicznych regionów (jej członkami jest także Unia Wielkopolan, Związek Górnośląski, Związek Podhalan i Zrzeszenie Kaszubsko-Pomorskie). Przez dłuższy czas współpracował z organizacjami niemieckiej mniejszości narodowej w Polsce. RAŚ utrzymuje kontakty z niemieckimi organizacjami Ślązaków oraz regionalistami z krajów Unii Europejskiej.

W 1997 RAŚ wziął udział w konferencji Partii Regionalistów Wolnej Bretanii (obok innych organizacji jak np. Liga Celtycka, Partia Walii, Szkocka Partia Narodowa, czy Flamandzka Unia Narodowa). Dwaj przedstawiciele RAŚ brali też udział w konferencji w Bozen, gdzie omawiano przeprowadzanie akcji zbierania funduszy na szkoły niemieckie na Śląsku. Jednak od kilku lat mniejszość niemiecka zaczęła traktować RAŚ jako konkurencję w walce o głosy wyborców na Śląsku.

Część działaczy RAŚ działa na rzecz Związku Ludności Narodowości Śląskiej, który usiłuje na drodze sądowej zalegalizować w Polsce narodowość śląską (20 grudnia 2001 i 17 lutego 2004 Europejski Trybunał Praw Człowieka w Strasburgu odrzucił wniosek w tej sprawie).

Od 2004 Ruch Autonomii Śląska jest członkiem europejskiej partii politycznej Wolnego Sojuszu Europejskiego, zrzeszającej regionalistów, autonomistów i separatystów z różnych krajów Europy.

Ruch współpracuje też ze stowarzyszeniami działającymi na rzecz autonomii Śląska z innych państw. Do tej pory powstały Initiative für Autonomie Schlesiens e.V. (Niemcy), Silesian Autonomy Movement UK (Wielka Brytania) oraz Bevegelsen for Autonomii Silesia (Norwegia).

Przychylne RAŚ stanowisko zajmował pochodzący ze Śląska znany reżyser i senator Kazimierz Kutz, który przed wyborami samorządowymi w 2006 otwarcie poparł RAŚ. RAŚ wspierają także znani na Śląsku i poza nim: pisarz Henryk Waniek, dramaturg Ingmar Villqist oraz artysta plastyk Andrzej Urbanowicz, gdyż ich zdaniem stowarzyszenie prezentuje zaangażowanie w bieżące sprawy regionu, głównie w kwestiach ochrony i promocji górnośląskiej tożsamości narodowej oraz kultury.

Publikacje historyczne byłych działaczy RAŚ

W niektórych publikacjach byłych działaczy RAŚ (m.in. Dariusza Jerczyńskiego czy Bruno Nieszporka) można było znaleźć twierdzenia, że historia Śląska została zafałszowana przez polskich nacjonalistów, natomiast germanizacja i walka z Polakami organizacji takich jak Hakata i Komisja Kolonizacyjna były formą obrony przed polskim nacjonalizmem oraz że Polska „walnie się przyczyniła” się do wybuchu II wojny światowej.

Nieszporek dokonał rewizji ustaleń historycznych dotyczących przyczyn obu wojen światowych, a zwłaszcza II wojny światowej. Za sprawcę tej ostatniej oprócz Hitlera i Stalina uznał także w dużym stopniu Żydów (zwłaszcza amerykańskich), Polaków i USA. W omawianiu przyczyn pierwszej wojny światowej w dużym stopniu posłużył się obszernymi cytatami z Adolfa Hitlera (Mein Kampf). Jerzy Gorzelik, przewodniczący RAŚ, w artykule stanowiącym komentarz do dyskusji wokół tekstów Nieszporka i Jerczyńskiego, opublikowanym w „Jaskółce Śląskiej”, wyraził jednoznacznie negatywny stosunek do wszelkich prób rehabilitacji systemów totalitarnych.

Stosunek do nazwy Auschwitz-Birkenau

W liście Związku Ludności Narodowości Śląskiej do UNESCO, zgłoszonym przez paru członków RAŚ, będących jednocześnie członkami ZLNŚ, proszono, by nie uwzględniono wniosku polskich i żydowskich władz w sprawie zmiany nazwy obozu koncentracyjnego na „Auschwitz-Birkenau. Niemiecki nazistowski obóz koncentracyjny i zagłady 1940-45”. W uzasadnieniu prośby wskazywano na istnienie w latach 1945–1948 na terenie dawnego obozu nazistowskiego komunistycznego łagru, w którym przetrzymywano m.in. Ślązaków. Działania te wzbudziły protest czołowych postaci świata politycznego, m.in. byłego więźnia Auschwitz Władysława Bartoszewskiego. Ostatecznie Ruch Autonomii Śląska nie poparł wniosku ZLNŚ, który nie został też uwzględniony przez UNESCO. Akcja ta miała na celu zwrócenie uwagi społeczeństwa polskiego na przemilczany i marginalizowany problem powojennych brutalnych obozów pracy, w których przetrzymywano głównie Ślązaków oraz śląskich Niemców bez wyroku, a czasem nawet bez podejrzenia popełnienia przestępstwa.

Kontrowersje wzbudziła także wypowiedź jednego z byłych członków RAŚ, Andrzeja Rocznioka, który stwierdził w 2005, iż po II wojnie światowej istniały „polskie obozy koncentracyjne”. Ta kontrowersyjna opinia po raz kolejny przywróciła debatę nt. odpowiedzialności moralnej za powojenne obozy niewolniczej pracy dla niektórych grup etnicznych (tj. Ślązaków i śląskich Niemców).

Raport Urzędu Ochrony Państwa

W 2000 Urząd Ochrony Państwa w raporcie o bezpieczeństwie państwa ostrzegał, że RAŚ może stanowić „potencjalne zagrożenie dla interesów RP”. RAŚ uznał za nieuprawnione sugestie uznające go za strukturę podległą Związkowi Wypędzonych. Sam katowicki UOP sprawę bagatelizował, ówczesny rzecznik delegatury mjr Zbigniew Nowak w rozmowie z Janem Dziadulem z Polityki mówił: Nie widzimy obecnie żadnych zagrożeń dla polskiej racji stanu na Śląsku, także w działaniach ruchu autonomistów. Zbigniew Nowak stwierdził jednocześnie, w odpowiedzi na sugestie ze strony RAŚ o zagrożeniach wynikających dla kraju z powodu działań UOP w stosunku do legalnych organizacji, iż spośród 30 największych ruchów autonomistycznych i separatystycznych, w większości działających na terenie Unii Europejskiej, wszystkie monitorowane są przez krajowe służby specjalne.

Historia

Górny Śląsk (łac. Silesia Superior; śl. Gōrny Ślōnsk; cz. Horní Slezsko; dś. Aeberschläsing, Oberschläsing; niem. Oberschlesien) – część historycznej krainy Śląska, położona w południowej Polsce oraz w północnej części Czech, w górnym dorzeczu Odry i początkowego biegu Wisły. Wzmiankowana po raz pierwszy w XV w. Pojęcie Górnego Śląska na przestrzeni dziejów używane było jednak w różnym znaczeniu, czasami w odniesieniu do regionu, czasem do konkretnej jednostki administracyjnej. Górny Śląsk można rozważać w kontekście politycznym, kulturowym, gospodarczym oraz etnicznym i trudno jest ściśle wyznaczyć jego granice, które zmieniały się w różnych okresach.

Za rdzeń Górnego Śląska można uznać obszar władzy książąt opolskich. Do niego przyłączyło się morawskie księstwo opawskie (podzielone potem na opawskie i karniowskie) oraz stopniowo kilka mniejszych państw stanowych. Natomiast w XV w. odłączyły się od niego ziemia siewierska oraz księstwa oświęcimskie i zatorskie. Na tej podstawie można przyjąć, że historyczny Górny Śląsk znajduje się na obszarze dzisiejszej Rzeczypospolitej Polskiej i Republiki Czeskiej, na terenie województwa śląskiego, województwa opolskiego i kraju morawsko-śląskiego. Historyczną stolicą Górnego Śląska jest Opole.

Górny Śląsk i inne krainy historyczne na tle współczesnych granic administracyjnych; źródło: Wikipedia (Netzach, praca własna).

Górny Śląsk często utożsamiany jest z województwem śląskim, mimo że prawie połowa jego terytorium to ziemie historycznie małopolskie. Województwo to obejmuje wschodni Górny Śląsk i część Śląska Cieszyńskiego, a poza tym ziemie historycznej Małopolski (m.in. ziemia częstochowska, Zagłębie Dąbrowskie, Żywiecczyzna). Z kolei w województwie opolskim, współcześnie zwykle utożsamianym z terminem Śląsk Opolski, mieści się zachodnia część historycznego Górnego Śląska oraz fragmenty Dolnego Śląska (Brzeg, Namysłów).

Podział na Śląsk pruski i Śląsk Austriacki

W 1526 Śląsk przeszedł pod władzę Habsburgów, a od 1742 (koniec I wojny śląskiej) stał się częścią Prus z wyłączeniem księstw cieszyńskiego i opawskiego, a także części karniowskiego i nyskiego. Śląsk został tym samym podzielony na część pruską i austriacką, i ta międzypaństwowa granica przetrwała do I wojny światowej. W monarchii austriackiej Habsburgów obszarów tych nie nazywano Górnym Śląskiem a Śląskiem Austriackim. Po I wojnie światowej nazwa Śląsk Austriacki wyszła z użycia, natomiast część Śląska, która weszła w skład Czechosłowacji nazwano Śląskiem Czeskim (termin ten ukuto już w XVIII w., odwołując się do ziem Korony Czeskiej). Stosowano tu ponadto nazwy nowych subregionów, m.in. Śląsk Cieszyński (Těšínsko), Śląsk Opawski (Opavsko), a po I wojnie światowej: Kraj Sudetów (Sudetenland), Kraik hulczyński (Hlučínsko) czy Zaolzie. Odrębność kulturowa wytworzona w przeszłości między np. Śląskiem Cieszyńskim a dawnym obszarem Śląska pruskiego utrzymuje się również współcześnie. W polskiej części Śląska Cieszyńskiego mieszkańcy określają siebie jako Cieszyniacy, ewentualnie Ślązacy (czasem dodając cieszyńscy), co ma ich odróżniać od mieszkańców z dawnego Śląska pruskiego – Górnoślązaków, z którymi relacje w przeszłości nie były najlepsze. Rodzima ludność z dawnego Śląska Austriackiego na terenie Czech ma co najwyżej tożsamość śląską w odmianie opawskiej czy cieszyńskiej, ale zwykle nie jest ona dominującym składnikiem tożsamości regionalnej. Termin Górny Śląsk jest tu traktowany raczej jako pojęcie historyczne, używane niechętne ze względu na uwikłanie w dawne spory narodowościowe.

Wschodnia i zachodnia część Górnego Śląska

W 1945 niemal cały historyczny Śląsk znalazł się w granicach państwa polskiego. Wówczas na wschodnim Górnym Śląsku osiedlono stosunkowo niewielu przesiedleńców. Częściowa wymiana ludności dotyczyła przede wszystkim zachodniej i centralnej części Górnego Śląska – lokowano tu ludność z Kresów Wschodnich (głównie z południowo-wschodnich województw II Rzeczypospolitej: lwowskiego, stanisławowskiego i tarnopolskiego); osiedlali się tam też migranci z centralnej i wschodniej Polski Polski, a także z Zagłębia Dąbrowskiego czy polskiej części Galicji oraz Polacy powracający do kraju z Europy Zachodniej. W miastach prawobrzeżnej części Śląska Opolskiego (rozumianego tu jako dawna rejencja opolska) jak Bytom, Zabrze, Gliwice, oraz zwłaszcza w centrach miast takich jak np. Opole, Racibórz, Koźle, Dobrodzień, Pyskowice, Strzelce Opolskie, Krapkowice, Olesno miejsce po częściowo ewangelickiej ludności niemieckiej zajęła napływowa katolicka ludność polska. W efekcie w centrach miast przeważała tam polska ludność napływowa, a ich obrzeża, wioski i niewielkie miasta w dalszym ciągu zamieszkiwała rodzima ludność śląska, której nie objęły wysiedlenia, jednak spora część tej rodzimej ludności wyjechała dobrowolnie do Niemiec w późniejszych powojennych latach w okresie Polski Ludowej. Na Dolnym Śląsku wymiana ludności była praktycznie całkowita. Z czechosłowackiej części Śląska po II wojnie światowej również wysiedlono ludność niemiecką. Współcześnie zmniejsza się liczba osób deklarujących się jako Polacy czy Ślązacy w czeskiej części Śląska Cieszyńskiego.

W następnych powojennych latach, w okresie całego PRL-u i później, na (polskim) Górnym Śląsku masowo w bardzo dużej ilości osiedlała się ludność z całej Polski (tj. ludność napływowa z różnych części Polski) wskutek rozwoju przemysłu i rozbudowy nowych osiedli, a nawet całych miast (np. Tychy), co zdecydowanie zwiększyło liczbę ludności regionu. Ludność ta często osiedlała się na Górnym Śląsku ze względu na podejmowanie się pracy m.in. w przemyśle (kopalnie, huty), jako że przemysł, zwłaszcza górniczy, stanowił bardzo ważną część gospodarki PRL-u. Najwięcej napływowych na Górnym Śląsku pochodziło z okolic Kielc, Krakowa, Częstochowy czy Łodzi, choć faktycznie ludność napływowa pochodziła z całej Polski, także też innych okolic niż wymienione. Podobnie zresztą sytuacja wyglądała w sąsiednim, małopolskim Zagłębiu Dąbrowskim, w którym również osiedlała się ludność napływowa z całej Polski m.in. wskutek rozwoju przemysłu czy budowy nowych osiedli.

W 1945 utworzono województwo śląsko-dąbrowskie obejmujące przedwojenny polski Górny Śląsk, dawną rejencję opolską oraz Zagłębie Dąbrowskie. W 1950 wydzielono osobne województwa katowickie i opolskie. Granica między tymi województwami przypominała do pewnego stopnia granice między „polskim” a „niemieckim” Górnym Śląskiem z 1922. Przesunięto jednak bardziej uprzemysłowione Gliwice, Bytom i Zabrze do przemysłowego województwa katowickiego, natomiast województwo opolskie miało mieć bardziej charakter rolniczy. Jego terytorium powiększono o dolnośląskie powiaty: brzeski i namysłowski. Od tego czasu termin Śląsk Opolski, obok nazwy Opolszczyzna, stosowany jest zwykle w odniesieniu właśnie do województwa opolskiego.

Górny Śląsk a Dolny Śląsk

Na Śląsku ludność słowiańskiego pochodzenia pojawiła się w VII w. Na Dolnym Śląsku napływ ludności niemieckiej doprowadził z czasem do jej germanizacji i już w średniowieczu dominowali tu ekonomicznie i kulturowo Niemcy. Bardzo wcześnie, bo w II poł. XVI w. dominującą religią stał się protestantyzm. Jeszcze w XVIII w. polska strefa językowa obejmowała niektóre dolnośląskie miasta wraz z okolicami takie jak Oława, Trzebnica, Namysłów. Między XVIII a XIX w. polsko-niemiecka granica językowa przebiegała mniej więcej jak ta oddzielająca Górny Śląsk od Dolnego Śląska wyznaczona przez rzeki: Stobrawa, Odra, Nysa Kłodzka.

Na Górnym Śląsku kolonizacja niemiecka nie była tak intensywna, m.in. przez naturalną barierę w postaci rzeki Odry i gęstej puszczy. Ludność wiejska tworzyła społeczności lokalne, zachowując swój sposób życia i język. Kontrreformacja osiągała tu sukcesy i po wojnie trzydziestoletniej znaczna część ludności z protestanckich kolonii niemieckich przeszła na katolicyzm. Za czasów pruskich ta część Śląska była raczej zapomniana i zacofana. Radykalnie zmieniło się to w II poł. XIX w., kiedy silnie rozwinął się tu przemysł. W okresie międzywojennym wschodnia część Górnego Śląska należała do II Rzeczypospolitej, natomiast część zachodnia oraz Dolny Śląsk były częścią Rzeszy.

x

Po 1989 roku powstała Liga Regionów, czyli organizacja, która postulowała podział Polski na 12 regionów. W jej skład wchodziły następujące organizacje: Unia Wielkopolan, Związek Górnośląski, Związek Podhalan i Zrzeszenie Kaszubsko-Pomorskie. Nie jest przypadkiem, że wszystkie te organizacje, poza Związkiem Podhalan, powstały na terenach, które już za czasów piastowskich graniczyły bezpośrednio z niemieckimi księstwami I Rzeszy. I Rzesza to był model państwa czy federacji oparty na regionalizmie. Składała się ona z mnóstwa większych czy mniejszych księstw. Polska Piastów, jak pisałem w blogu 1025, była częścią tej Rzeszy, a Piastowie – wasalami cesarza niemieckiego. Tak więc tereny te stały się miejscem zderzenia się żywiołów niemieckiego i polskiego. Naturalną rzeczą było to, że żywioł niemiecki okazał się silniejszy i bardziej ekspansywny. Skutkiem tego na przestrzeni wieków wytworzyły się nowe społeczności czy narody – kaszubski i śląski, a raczej górnośląski. Również Wielkopolska miała podobne doświadczenia. Natomiast na Podhalu zaznaczyły się wpływy austriackie, czyli też niemieckie.

Po rozpadzie dzielnicowym Łokietek zdołał zjednoczyć (czy może tak zaplanowano?) tylko Wielkopolskę i Małopolskę. Śląsk pozostał poza tym zjednoczonym państwem. Unia personalna z Litwą, która oznaczała w praktyce wyjście zjednoczonego państwa z ówczesnej unii europejskiej, była początkiem unifikacji obu państw, czyli Królestwa Polskiego i Wielkiego Księstwa Litewskiego. W tym czasie (1386-1569) Jagiellonowie intensywnie pracowali nad likwidacją w miarę rozwiniętego za czasów I Rzeszy społeczeństwa polskiego. Zlikwidowali mieszczaństwo, a z chłopów zrobili niewolników. Musiało być tak jak w WKL. I wtedy doszło do unii realnej w 1569 roku.

Nie wszystko jednak udało się Jagiellonom. Żeby więc dobić naród polski, zorganizowano najazd Szwedów, zwany potocznie potopem szwedzkim. W tym czasie zniszczono ziemie byłego Królestwa Polskiego. Natomiast tereny byłego WKL zostały zajęte przez Rosję, która niczego w nim nie zniszczyła. Tak przygotowywano teren pod stworzenie nowego narodu polskiego.

W XIX wieku w Wielkopolsce prowadzono intensywną germanizację, a w Królestwie Polskim – rusyfikację. W tym samym czasie, pod zaborem rosyjskim, jezuici – po tym jak caryca Katarzyna II nie zgodziła się na kasację ich zakonu, co uczyniono w całej Europie – wraz z tamtejszą arystokracją, którą już wcześniej spolszczono, intensywnie uczyli miejscową ludność języka polskiego. Bardzo możliwe, że równocześnie nadawano edukowanej młodzieży polskie nazwiska. Skoro wcześniej 47 rodów bojarów rusińskich i litewskich zaadoptowało 47 herbów szlachty polskiej, stając się w ten sposób polskimi szlachcicami, to dlaczego by nie powtórzyć tego z masami, nadając im już nie herby tylko nazwiska?

W ten sposób stworzono na wschodzie nowy naród polski, który ze starym narodem polskim, już wtedy zmarginalizowanym, nie miał nic wspólnego. I ten nowy naród zdominował odrodzoną II RP. W PRL-u nic nie zmieniło się. Po powojennych przesiedleniach społeczeństwo polskie stało się jeszcze bardziej wschodnie w mentalności i sposobie myślenia. Konająca III RP zaprosiła miliony Ukraińców, utrwalając tym samym wschodni charakter społeczności ją zamieszkujących.

Nowy naród polski, ukształtowany na wschodzie, składał się ze społeczności byłego WKL. Nie były one w pełni wykształcone w sensie językowym i narodowościowym i dlatego było to możliwe. Jednak trzeba było stworzyć mu jakąś podstawę ideologiczną, jakiś system wartości. I tak narodził się Polak-katolik. Odwoływano się w tym przypadku do jakiejś mętnej idei polskości i katolicyzmu, który odróżniał ich od pozostałej ludności prawosławnej tych terenów.

W przypadku Ślązaków mamy do czynienia z zupełnie odmiennym procesem. Przede wszystkim jest to społeczność czy naród, który odróżnia się od nowego narodu polskiego tym, że od pokoleń mieszkają na tym samym terenie i ma własną gwarę czy język, jak oni utrzymują. I ten język i to niezmienne trwanie na tym samym terenie stało się podstawą do wytworzenia pewnych tradycji i systemu wartości. Ich patriotyzm to ich język – ich i nikogo innego, krajobraz i tradycja. To są konkrety. W przypadku Polaka-katolika mamy do czynienia z czymś nieokreślonym, bo przecież każdy, kto mówi po polsku i jest katolikiem, bez względu na to czy mieszka w Polsce, na Białorusi czy na Ukrainie – może uważać się za Polaka i za takiego jest uważany w Polsce. Wszak dla Srokowskiego z Gazety Warszawskiej Polska to przede wszystkim Lwów i Kresy. A dla mnie Kresy to nie Polska. I kto tu jest Polakiem? – On czy ja?

Oczywiście w przypadku Ślązaków nie jest to tak jednoznacznie jak wyżej napisałem. Są zapewne tacy, którym bliżej do Niemców, inni może nie odżegnują się od związków z Polską, a może są też tacy, którzy akceptują związki z jednymi i drugimi. Mamy też na Śląsku do czynienia z mniejszością niemiecką i ludnością napływową. Nie można też wykluczyć działania służb specjalnych, które te środowiska rozbijają i skłócają. Wszystko to jednak nie zmienia faktu, że RAŚ ma jasno sprecyzowany cel: uznanie gwary śląskiej za język i zdobycie możliwie jak najszerszego zakresu autonomii.

Przedstawiciele RAŚ pojawili się na marszu Trzaskowskiego, bo on im obiecuje, że uzna gwarę śląską za język. Czy środowiska PiS-u i Nawrocki odmawiają im tego? Bardzo możliwe, bo ich elektorat to w dużym stopniu przedstawiciele nowego narodu polskiego, dla którego nie bardzo wiadomo, co jest najważniejsze. Czy to, żeby Polska była Polską, co nic nie znaczy? Czy to, żeby Ukraińcy przeprosili za Wołyń? Czy może jeszcze coś innego, równie nieprecyzyjnego?

Jeśli Trzaskowski wywiąże się ze swojej obietnicy wobec RAŚ, co wcale nie jest takie pewne, to będzie to w jakimś stopniu pozytywny gest w stosunku do dawnej Polski i starych Polaków, którzy, może w niewielkim stopniu, ale jednak, byli tym elementem, którzy złożył się na powstanie śląskiej społeczności lub narodu śląskiego, jak chcą Ślązacy.

Wybory ’25 c.d.

W komentarzu na swoim kanale, po pierwszej turze wyborów prezydenckich, Tomasz Piekielnik zwrócił uwagę na interesujący fakt. Niestety, zamiast od razu przenieść jego słowa na „papier”, czyli na mój blog, odłożyłem to na później i teraz nie odnajduję tego wątku, co oznacza, że został usunięty. No cóż, czasem zdarza się, że oficer prowadzący coś przeoczy, ale w tym wypadku szybko naprawił swój błąd.

Chodziło o to, że kandydaci, którzy zdobyli najmniejsze poparcie: Bartoszewicz Artur – 95 640 głosów, Maciak Maciej – 36 371, Woch Marek Marian – 18 338, że oni musieli zebrać 100 tys. podpisów. Artur Bartoszewicz chwalił się, że zebrał ich 250 tys. Jak to się więc stało, że uzyskali oni mniejsze poparcie, niż ilość zebranych podpisów. Czy tu nie było jakiegoś fałszerstwa? – pytał Piekielnik. No właśnie! Nie można wykluczyć tego, że część ludzi składała podpisy, ale nie zamierzała głosować na tego kandydata. To jest nieuczciwe i aż ciśnie się na usta słynna sentencja z filmu Wielki Szu: „Graliśmy uczciwie: Ty oszukiwałeś, ja oszukiwałem – wygrał lepszy”. Ale też nie można wykluczyć innej możliwości, że podpisy te zostały zebrane nieuczciwie lub że ich nie zebrano w wymaganej ustawą ilości. Nieuczciwie, to oznaczałoby, że mogły być kupione, choć niekoniecznie, w jakiejś firmie posiadającej w dużej ilości dane personalne ludzi, jak choćby operatorzy telefonii komórkowych czy banki. W drugim przypadku oznacza to, że nie zebrano wymaganej ilości podpisów, a Państwowa Komisja Wyborcza i tak zaakceptowała taką listę. Kto ma do nich dostęp? Kto może kontrolować jakość pracy tej komisji? Jeśli było trzynastu kandydatów, to znaczy, że trzeba było sprawdzić, a nie policzyć, 1 300 000 danych, to znaczy sprawdzić imię i nazwisko i numer PESEL. Ilu ludzi musiałoby to robić i ile czasu zajęłoby to im? A jak sprawdzić czy oni nie oszukiwali? A co jeśli na tych listach znajdowali się obywatele Ukrainy, którzy mają nadane te numery? Pytania można mnożyć, a odpowiedzi na nie nie ma. Wydaje się, że tu działa reguła: ROMA LOCUTA, CAUSA FINITA (Rzym orzekł, sprawa skończona). Ktoś może oczywiście założyć, że Komisja działa uczciwie, ale to jest tylko założenie. Ja założyłem sobie, że działa ona nieuczciwie, choć nie mam na to dowodów, to działanie Platformy Obywatelskiej z 2007 roku, o czym niżej, jest dla mnie wystarczającym powodem, by uważać całą klasę polityczną za skorumpowaną i pozbawioną wszelkich skrupułów w swoim postępowaniu.

Pojawiły się już opinie o możliwości sfałszowania wyników wyborów, a to m.in. z tego względu, że tak równomierny rozkład głosów zwycięzców pierwszej tury jest nienaturalny. Przytaczane jest w tym wypadku słynne stwierdzenie Stalina, że nieważne, kto jak głosuje tylko, kto liczy głosy. Czy jest zatem taka możliwość, że przy liczeniu głosów można dokonać zmian? Komisje w lokalach wyborczych zliczają głosy i na tym etapie, etapie pojedynczego lokalu wyborczego, fałszowanie wyników wyborów nie ma sensu, bo rodzaj tego fałszerstwa trzeba by uzgodnić we wszystkich lokalach wyborczych w całym państwie. Wyniki glosowania w tych lokalach są przekazywane do gmin, które sumują wyniki ze wszystkich lokali wyborczych na swoim terenie. Taki zbiorczy wynik wysyłają do województwa, które sumuje wyniki z wszystkich gmin i wysyła do PKW, która sumuje wyniki ze wszystkich województw. Karta do głosowania jest anonimowa, skąd więc biorą się informacje o tym, kto ma takie a takie wykształcenie, do jakiej grupy wiekowej zalicza się, czy jest z miasta czy ze wsi itp. Prawdopodobnie są to informacje od ankieterów, którzy przed lokalami wyborczymi pytają ludzi o to, jak głosowali. Czy taka próbka może być wiarygodna i czy ankietowani mówią im prawdę? Czy cokolwiek z tego, co nam mówią o wyborach jest prawdziwe?

Czy można zatem sfałszować wyniki wyborów? A jeśli tak, to na jakim etapie? Na etapie lokali wyborczych, jak napisałem wyżej, wydaje się to bez sensu i raczej niemożliwe. Podobnie ma się sprawa na etapie województw. Pozostaje więc etap centralny, czyli PKW. Komisja ta może podać wyniki wyborów takie, jakie jej zlecili nieznani przełożeni. Skoro nikt nie może skontrolować PKW, to jest rzeczą naturalną, że tam mogą dokonywać się tego typu procedery. Tam nie trzeba z nikim koordynować swoich decyzji. Tylko PKW zna prawdziwe wyniki głosowania i nikt inny i nikt inny nie ma wglądu do tych informacji.

Demokracja jest najbardziej szatańskim ustrojem, jaki kiedykolwiek wymyślono. Najlepiej jej istotę ujął Winston Churchill w definicji, której tylko część, zaznaczona kursywą, jest powszechnie znana. Poniżej pełna wersja.

Monarchia była ustrojem, w którym władzę dziedziczono lub nowego władcę wybierała wąska grupa ludzi. Jej wadą było to, że cała odpowiedzialność spoczywała na monarsze. W demokracji nikt nie ponosi odpowiedzialności za swoje czyny, bo po wyborach przychodzi nowa władza wybrana w demokratycznych wyborach, a stara odchodzi w siną dal. Stąd permanentną cechą tego ustroju jest wszechogarniająca korupcja i brak odpowiedzialności za słowo.

W 2007 roku Platforma Obywatelska przeprowadziła akcję zbierania podpisów pod petycją do sejmu w sprawie zmiany ordynacji wyborczej z proporcjonalnej na większościową, czyli żeby wybory do sejmu odbywały się w okręgach jednomandatowych. W praktyce chodziło o to, by ludzie, którzy uzyskali minimalne poparcie, nie zostawali posłami. A tak się dzieje w ordynacji proporcjonalnej. PO zebrała ponad 700 tys. podpisów. Jednym z nich był mój. Później wszystkie one trafiły do sejmowej niszczarki. To był moment, który pozbawił mnie wszelkich złudzeń i powiedziałem sobie, że ja w tym cyrku uczestniczyć nie będę. I od tego momentu na żadne wybory nie chodzę, bo uwłaczałoby to mojej godności jako człowieka.

W 2008 roku wziąłem udział w Marszu JOW, czyli Ruchu na Rzecz Jednomandatowych Okręgów Wyborczych. Wtedy miałem jeszcze złudzenia co do tego rozwiązania, ale później, po bliższym przyjrzeniu się tzw. Regule JOW i innym pomysłom typu demokracji szwajcarskiej, wyzwoliłem się z wszelkich złudzeń. O tym pisałem w blogu Pomysły. Jednak na udział w Marszu zdecydowałem się dlatego, że chciałem z bliska zobaczyć, jak to jest zorganizowane. Szedłem więc w tym pochodzie od Placu Zamkowego do Sejmu i słuchałem, co mówili idący tuż za mną studenci z Koszalina. Przyjechali na ten pochód, bo im opłacono przejazd w obie strony i po jego zakończeniu dostali jeszcze darmowy obiad. Szli i co chwila skandowali: zdrowo, zdrowo, jednomandatowo! Byli też studenci z Wrocławia, bo to siedziba Ruchu JOW. Oprócz nich było sporo ludzi starszych. Nie był to wielki pochód. Może wzięło w nim udział około dwustu osób. Ale warto było pojechać. Teraz nie mam żadnych złudzeń, że te wszystkie protesty, czy to rolników, hutników, górników i innych, są akcjami zorganizowanymi, a ludzie biorący w nich udział opłaceni w takiej czy innej formie.

„Świat jest teatrem, aktorami ludzie, którzy kolejno wchodzą i znikają.” – Szekspir. Te wybory, jak wszystkie inne i cała otoczka wokół nich, to oczywiście teatr. Scenariusz został już dawno napisany, role rozdzielone. Jedynie naiwny elektorat wierzy, że to tak naprawdę i tłumnie głosuje, sądząc, że ma na coś wpływ. Demokracja to opium dla mas.

Krzyżowcy

W dniu 18 maja pojawił się na bułgarskim kanale Pogled Info wywiad z izraelskim analitykiem Sajmonem Cipisem. W nim wypowiedział się on m.in. na temat unii europejskiej i jej polityki wobec Rosji. Poniżej ten fragment.

Czym obecnie jest unia europejska? To blok, który powinien rozszerzać się tylko o państwa europejskie. Jednak UE to blok, który obejmuje również państwa, które do Europy nie należą. To Norwegia i Szwecja, które, w sensie terytorialnym, nie leżą na kontynencie europejskim. Od Europy oddzielone są dwoma morzami: Bałtyckim i Północnym. To oznacza, że UE nie jest blokiem tylko dla państw europejskich. To jedno, a drugie to fakt, że UE ze swoją wojenną retoryką jest gotowa pójść na wojnę, ponieść jej koszty tylko po to, by dołączyć do siebie nowych członków. Mam tu na myśli Gruzję, którą UE starała się przyłączyć, czego skutkiem była wojna z Rosją w 2008 roku. Obecnie chce ona wciągnąć w swoją strukturę Ukrainę, co skutkuje wojną we Wschodniej Europie pomiędzy Rosją i Ukrainą. Natomiast zamiar wciągnięcia Gruzji jest nadal aktualny. Tym razem jednak działania prowadzone są od wewnątrz poprzez popieranie w Gruzji euroentuzjastów. UE jest gotowa zapłacić każdą cenę za pozyskanie nowych członków. To oznacza, że UE jest nie tylko blokiem ekonomicznym i geopolitycznym. Za tym kryje się coś innego. Pragnę zwrócić uwagę, że kiedy UE osiągnęła swoje apogeum na przełomie lat 80-tych i 90-tych, gdy UE świętowała upadek Związku Radzieckiego, nastąpiła jej ekspansja, czyli powiększenie o nowych członków. Byłe radzieckie republiki – takie jak Litwa, Łotwa, Estonia, Mołdawia – uzyskały początkowo status kandydatów i weszły w obręb strefy Schengen.

Skłoniło mnie to do zadania sobie wielu pytań. Dlaczego UE nie zachęca do wstąpienia w swoje szeregi takich państw Azji Środkowej jak Kazachstan, Uzbekistan, Kirgistan, Tadżykistan, Azerbejdżan. To także były radzieckie republiki. Żadne z tych państw nie otrzymało propozycji wstąpienia do UE. Również Turcja, którą przyjęto do NATO, ale odmawia się jej statutu pełnego członka UE. Jeśli państwa te nie są zapraszane do unii, to co jest tego przyczyną? Wszystkie te państwa, to państwa muzułmańskie. Wobec tego można dojść do wniosku, że UE to nie blok makroekonomiczny i nie blok geopolityczny. UE to blok religijny. Pragnę zwrócić uwagę, że wszyscy członkowie UE i wszystkie państwa ubiegające się o członkostwo w UE, wszystkie bez wyjątku, są państwami chrześcijańskimi.

UE chciała wciągnąć w swoją strefę Gruzję. Sądzę, że w najbliższej przyszłości, jeśli UE przetrwa, ale załóżmy, że przetrwa, to nie mam wątpliwości, że zechce ona przyjąć Armenię i Białoruś. UE czeka tylko na koniec rządów Łukaszenki. Ale ani w przeszłości, ani obecnie i w przyszłości UE nie zaproponuje członkostwa państwom Azji Środkowej i Turcji, dopóki te państwa są muzułmańskie. Trzeba więc mieć na uwadze to, że UE to, nie tyle blok europejski, to blok chrześcijański.

Nie jest ważne, że niektóre państwa UE nie są katolickie. Dla UE nie jest ważne czy ma do czynienia z kościołem grecko-katolickim, katolickim, protestanckim czy prawosławnym. Najważniejsze jest, by skupić wokół siebie tylko chrześcijańskie państwa. I dlatego UE to blok religijny, a NATO wydaje się być niczym innym tylko wojskiem rycerzy krzyżowców. Ja nie żartuję, mówię jak najbardziej poważnie. Przyjmowanie nowych członków w swe struktury wydaje się być krucjatą Świętego Rzymskiego imperium, której celem jest podporządkowanie sobie imperium Bizantyjskiego. Jeśli przyjrzeć się bliżej wszystkim głównodowodzącym wojsk europejskich i wszystkim sekretarzom generalnym NATO, to oni wszyscy, bez wyjątku, są rycerzami krzyżowymi. I dlatego UE jawi się jako blok religijny Świętego Rzymskiego imperium, którego celem jest odtworzenie wielkiego katolickiego imperium. Sworzniem religijnym UE jest Watykan. Stolicą Kościoła katolickiego jest Watykan, który mieści się w granicach Rzymu. I tak mamy do czynienia z krucjatą Watykanu i UE z pomocą swojej armii krzyżowców, czyli NATO. Wszyscy mianowani oficerowie i generałowie są kawalerami mieczowymi, krzyżowcami. Są tam różne reguły i zakony, ale wszyscy są krzyżowcami.

I tak dochodzę do wniosku, że jednym wyjaśnieniem faktu, że UE jest gotowa iść na wojnę i walczyć o to, by pozyskać nowe państwa członkowskie, jest to, że jest to blok religijny, który prowadzi wojnę w Europie Wschodniej. Stąd te pogróżki w stronę Rosji, że jeśli nie ustąpi i nie zgodzi się na warunki UE w kwestii rosyjsko-ukraińskiego konfliktu, to przywódcy Francji, Wielkiej Brytanii i Niemiec, oznajmili że w razie odmowy Rosji do dalszych negocjacji z Ukrainą i w przypadku odmowy Rosji pójścia na kompromis, to oni są zdecydowani wysłać więcej broni i zaostrzyć sankcje. I jeśli to wszystko nie pomoże, to oni są gotowi wysłać swoje wojska, będące zresztą częścią NATO.

Gdyby to był blok makroekonomiczny, to chodziłoby o wolny rynek, nowe rynki zbytu, nowe terytoria do zagospodarowania, o euro-integrację. Ale tu nie o to chodzi. Cel, to stopniowa transformacja historycznych kościołów protestanckich, prawosławnych i chrześcijańskich w katolickie. To długotrwały proces, który stopniowo zachodzi. I każde państwo UE, czy to będzie Rumunia, Bułgaria czy Polska, tak czy inaczej, wcześniej czy później, znajdzie się w sytuacji, że jeśli tam jest prawosławie, to będzie przekształcone w katolicyzm. To jest krucjata. Według mnie jest to jedyne wyjaśnienie, które tłumaczy to, że ta elita, która rządzi Europą, nie jest zainteresowana pokojem. Oni są zainteresowani kontynuowaniem wojny, ponieważ są oni częścią procesu zwanego krucjatą.

x

Jest to, w mojej opinii, bardzo ciekawy pogląd, choć rodzi się pytanie: czy to możliwe? A jeśli tak, to jaką rolę odgrywały w konflikcie rosyjsko-ukraińskim Stany Zjednoczone? Przecież to one sfinansowały i zorganizowały kijowski Majdan w 2014 roku. Czy to możliwe, by były one marionetką w rękach Watykanu? A City of London? Z drugiej strony, jeśli spojrzymy w znacznie szerszym przedziale czasowym, to może ujrzymy rzeczy w innym świetle. Wszak schizma wschodnia to rok 1054, początek reformacji to rok 1517. Unia brzeska, czyli rozłam w prawosławiu, to rok 1596. Być może, jeśli przyjmiemy taką perspektywę, to może projekt unii europejskiej to początek jednoczenia chrześcijaństwa i powrót do korzeni. Ale z drugiej strony unia działa tak, jakby chciała chrześcijaństwo zmarginalizować czy nawet zniszczyć, bo jak inaczej wytłumaczyć jej politykę migracyjną, czyli sprowadzanie ludności, która nie ma z nim nic wspólnego. A może później będą zmuszeni zostać chrześcijanami? Może ten rozkładający się Kościół katolicki to tylko zasłona dymna?

Trudno jest człowiekowi niewtajemniczonemu znaleźć odpowiedzi na te pytania i rozwiać wątpliwości, ale z pewnością warto zwracać uwagę na tego typu opinie, zwłaszcza, że Cipis przedstawił argumenty na poparcie swoich wywodów. W każdym razie, po zapoznaniu się z jego zdaniem, inaczej można spojrzeć na tę tzw. koalicję chętnych.