Kredyt

W poprzednim blogu, z okazji kolejnej rocznicy stanu wojennego, pisałem o tym, jak pożyczka wpłynęła na dalszy rozwój sytuacji politycznej i gospodarczej w Polsce. Czasem mam takie wrażenie, że wszelkie analizy zaczynają się w miejscu, w którym powinny się skończyć. Żeby to wyjaśnić, posłużę się cytatem. Marian Miszalski w książce Najnowsza spiskowa historia Polski pisze:

»Na czym zatem opierał Gierek i kierownictwo partyjno-rządowe swą strategię modernizacji polski w 1970 roku? (W 1971 roku – przyp. mój). Dlaczego uważali (jeśli przypisywać im nawet dobre intencje), że pożyczone pieniądze zainwestowane w gospodarkę socjalistyczną przyniosą zysk, z którego spłacą pożyczki i odsetki, a ta zmodernizowana, lecz zasadniczo nie zmieniona gospodarka socjalistyczna sama „pociągnie” dalej?

Jedyna rozsądna odpowiedź, jaka nasuwa się przy założeniu ich dobrych intencji, brzmi: przyjęli to założenie z ciasnoty horyzontów intelektualnych. Mniej uprzejma odpowiedź: z cynizmu i koniunkturalizmu, wyrażającego się w chęci dojutrkowego trwania i bogacenia się „przy żłobie”, bez oglądania się na przyszłość i na koszty tej chybionej „modernizacji”. Trzecia wreszcie odpowiedź mogłaby brzmieć: była to koncepcja nie tyle „ekipy Gierka”, co kierownictwa sowieckiego, które potraktowało Polskę jako teren pewnego eksperymentu polityczno-gospodarczego, niewiele kosztującego Sowiety, a mogącego pomóc im w dostępie do zachodnich technologii. Jeśli tak, to początkowo, w Moskwie, właśnie sowiecka razwiedka najbardziej popierać musiała ów eksperyment (ciepło, ciepło: to gen. Wojciech Jaruzelski, Stanisław Kania i wicepremier Piotr Jaroszewicz uczestniczyli aktywnie w antygomułkowskim spisku…).

Najprawdopodobniej wszystkie te trzy odpowiedzi cząstkowe składają się dopiero na odpowiedź pełną.«

Miszalski nie ma racji, gdy pisze, że zmodernizowana gospodarka socjalistyczna nie byłaby w stanie spłacić pożyczki i odsetek. Chiny są gospodarką socjalistyczną, a może nawet komunistyczną, a radzą sobie doskonale. Problem polegał na tym, że gospodarki krajów socjalistycznych były odcięte od świata. Ich waluty nie były wymienialne. To jest problem, którego doświadczyli frankowicze. Fundamentalna zasada finansów jest taka: “Bierz kredyt w walucie, w której zarabiasz”. W przeciwnym wypadku kończy to się bankructwem lub całkowitym uzależnieniem od wierzyciela. Nie ma też racji, gdy twierdzi, że te kredyty służyły do zakupu nowych technologii, które wykorzystał Związek Radziecki. Raz, że najnowszych technologii Zachód nie sprzedawał, a dwa, że tenże Związek Radziecki te najnowsze technologie dostawał od Zachodu bezpośrednio i to od czasów rewolucji październikowej.

Tak więc analiza Miszalskiego zaczyna się w miejscu, w którym powinna się zakończyć, bo najważniejsze jest to, jak doszło do udzielenia tego kredytu. Czy przedstawiciele rządu i partii pojechali na zachód i weszli do jakiegoś dużego banku i poprosili o kredyt, a bankier zapytał, jakie mają zabezpieczenie. Zapewne tak to się nie odbyło. W takim razie jak? Podstawowe pytanie brzmi: do kogo należą banki? Banki należą do Żydów. Bank PRL-u był oficjalnie państwowy, ale kontrolowany również przez Żydów. Dla żydowskiego kierownictwa politycznego banki są narzędziem do wywierania wpływów i do podporządkowywania sobie państw i narodów. Od kogo więc wyszedł pomysł, by zmodernizować Polskę przy pomocy zachodnich kredytów? Ci, którzy ich udzielili, doskonale wiedzieli, że Polska ich nie spłaci i o to właśnie im chodziło. Zapewne więc żydowscy przywódcy polityczni i ideowi opracowali koncepcję modernizacji Polski, która miała doprowadzić do wielkiego kryzysu. Bankierzy i politycy wykonali rozkaz. A te wszelkie rozważania o razwiedkach, frakcjach, o dorywaniu się do żłoba itp., to wszystko prawda, tyle że służy to tylko i wyłącznie rozmyciu problemu, odwróceniu uwagi od prawdziwych sprawców tego nieszczęścia i ukryciu prawdziwego mechanizmu podporządkowywania sobie narodów i państw. Gdyby więc żydowscy przywódcy polityczni mieli inną koncepcję, to żydowskie banki kredytu nie udzieliłyby, a już na pewno takiego, który byłby możliwy do spłacenia. I ani razwiedka, ani Sowiety, jak pisze Miszalski, niczego nie wskóraliby. Mogliby sobie co najwyżej poruszać palcem w bucie. Miszalski pochodzi z tej samej nacji, co Michalkiewicz – to kumple. Ich zadaniem jest robienie gojom wody z mózgu, choć trzeba przyznać, że robią to na wysokim poziomie.

Kwestie finansowe są raczej mało znane przeciętnemu Polakowi i przeważnie nie interesuje się on nimi. Dla większości pieniądze są celem samym w sobie, a dla Żydów są jedynie środkiem do celu, którym jest uzależnienie od siebie innych nacji. Do tego potrzebują bardzo dużo pieniędzy. Nie jest to jednak dla nich problem, bo to oni sami sobie je fabrykują, choć teraz bardziej adekwatnie jest powiedzieć – kreują.

Żeby to wszystko zrozumieć trzeba zacząć od początku. Willem Middelkoop w książce Wielki reset pisze:

»Bankowość opartą na systemie rezerw cząstkowych zapoczątkowano pod koniec średniowiecza, kiedy włoscy bankierzy – często złotnicy – zaczęli wystawiać „papiery dłużne” (weksle) klientom, którzy trzymali u nich swoje złote monety. Tymi papierami wartościowymi coraz częściej posługiwano się jak pieniędzmi, gdyż miały oparcie w złocie. Gdy bankierzy zauważyli, że złotych monet prawie nigdy nie zabierano z ich skarbców, zaczęli wystawiać weksle na sumy przewyższające wartość przechowywanego u nich złota. Te weksle uważa się za pierwsze kwity bankowe, czyli banknoty.«

To tak w dużym skrócie, by ogarnąć istotę problemu. Natomiast Louis Even, kanadyjski propagator kredytu społecznego, w artykule Złotnik, który został bankierem, z października 1936 roku, opisuje ten mechanizm bardziej szczegółowo i przystępnie. Dlatego uznałem, że jest warty przybliżenia. Artykuł ten ukazał się w dwumiesięczniku Michael, wydanie promocyjne nr 16, luty 2015.

»Przy odrobinie wyobraźni zapewne potraficie się przenieść w myśli do dawnej Europy, już starej, ale jeszcze mało rozwiniętej, kultywującej zwłaszcza sztukę wojny i prześladowań, i rozbudzającej mimo to stopniowo opowieści poszukiwaczy przygód i podróżników. Może to być czas, kiedy Jacques Cartier wspiął się na szczyt Mont Royal, prowadzony przez starego wodza, który chciał, żeby podziwiał on wspaniałą panoramę lasów i rzek, wobec której nawet dusza czerwonoskórego nie może pozostać obojętna. Albo było to raczej zanim Krzysztof Kolumb wypłynął na rozległy, nieznany przestwór, aby dotrzeć na wschód, żeglując na zachód.

Wówczas pieniądz nie odgrywał jeszcze tak wielkiej roli w transakcjach handlowych. Większość z nich poległa na prostej wymianie towaru za towar. Królowie, wielcy panowie, ludzie bogaci, wielcy kupcy posiadali jednak złoto i posługiwali się nim jako środkiem na wyposażenie albo na zdobycie towarów zagranicznych.

Wielcy panowie i narody często ze sobą walczyli; złoto i diamenty były więc narażone na napady. Dlatego właściciele złota, którzy stali się bardzo nerwowi, powierzali je coraz częściej złotnikom na przechowanie. Ci bowiem, pracując około cennego materiału, musieli posiadać solidne schowki. Złotnik brał w depozyt kosztowności, wystawiał ich właścicielowi pisemne zaświadczenie i przechowywał je za odpowiednim wynagrodzeniem. Oczywiście właściciel mógł się upomnieć, gdy tylko zechciał, o zwrot depozytu w części lub całości.

Kupiec udający się z Paryża do Marsylii albo z Troyes do Amsterdamu mógł zaopatrzyć się w potrzebne mu złoto. Po drodze bywał jednak narażony na napady. Dlatego też starał się namówić swego sprzedawcę w Marsylii czy w Amsterdamie, żeby zamiast złota przyjął pisemne upoważnienie na część majątku, będącego w depozycie u złotnika w Paryżu czy w Troyes. Kwit złotnika stanowił dowód na istnienie tego majątku.

Zdarzało się również, że dostawcy w Amsterdamie czy gdziekolwiek indziej, udało się namówić swego własnego złotnika w Londynie czy w Genewie na przyjęcie za jego usługi transportowe podpisanego kwitu, który otrzymał od swego francuskiego sprzedawcy. Krótko mówiąc, stopniowo doszło do tego, że kupcy wymieniali między sobą kwity zamiast złota, żeby go niepotrzebnie nie wozić i nie narażać na rabunek. To znaczy, że kupiec, zamiast iść do złotnika po sztaby złota, żeby zaspokoić swego wierzyciela, wręczał mu kwit złotnika, upoważniając go tym samym do podjęcia złota przechowywanego przez złotnika.

Zamiast złota przechodziły więc z rąk do rąk kwity złotnika. Ponieważ liczba sprzedających i kupujących była niewielka, nie był to zły system. Łatwo bowiem było śledzić przechodzenie kwitów.

Pożyczkodawca złota

Złotnik dokonał niebawem odkrycia, które powinno było wprawić ludzkość w większe zdumienie, niż słynna podróż Krzysztofa Kolumba. Z doświadczenia wysnuł wniosek, że niemal całe powierzone mu złoto pozostawało w jego schowkach nienaruszone. Zaledwie jeden na dziesięciu właścicieli złota kiedykolwiek wyciągał go z sejfu. Właściciele tego złota posługiwali się w swoich transakcjach handlowych prawie wyłącznie kwitami złotnika. Niewielu z nich zgłaszało się po swoją własność.

Chciwość, żądza wzbogacenia się szybciej niż tylko pracując jako jubiler, przyśpieszyły jego tok myślenia i dodały mu odwagi. „Dlaczego nie miałbym pożyczać złota?” – pomyślał. Zauważcie: pożyczać złoto, które nie było jego własnością! Ponieważ dusza złotnika nie odznaczała się prawością duszy świętego Eligiusza (po francusku św. Eloi, szefa mennicy królów francuskich – Chlotara II i Dagoberta I w VII wieku), pielęgnował tę ideę. Posunął się w swoich zamysłach jeszcze dalej: „Chociaż to nie jest moja własność, będę pożyczał złoto na procent. Jeszcze lepiej, mój Mistrzu (czy przemawiał do Szatana?), zamiast złota będę pożyczał kwity, a procentów będę żądał w złocie: ono będzie do mnie należało, a złoto moich klientów pozostanie nienaruszone w schowkach, na pokrycie nowych pożyczek”.

Utrzymywał to odkrycie w tajemnicy nawet przed żoną, która była zdziwiona, gdy często zacierał ręce z radości. Niebawem nadarzyła się okazja urzeczywistnienia tych planów, choć nie było wówczas „The Globe and Mail” czy „The Toronto Star”, w których mógłby umieścić ogłoszenie.

Pewnego dnia odwiedził go przyjaciel, który potrzebował złota do pewnej transakcji. Nie był biedny: miał dom i gospodarstwo. Jako wynagrodzenie za pożyczkę obiecał dodatkowe złoto. Poręczył swoją własnością, której wartość z pewnością przewyższała wartość pożyczki. Gdyby nie mógł się wywiązać się ze swoich zobowiązań, złotnik będzie mógł zawładnąć jego majątkiem.

Złotnik się ucieszył i dał się prosić tylko dla zachowania pozorów. Dał mu do wypełnienia formularz i wyjaśnił, z bezinteresowną pozą, że pozostawanie z dużą ilością pieniędzy w kieszeniach byłoby dla niego niebezpieczne. Następnie zaproponował przyjacielowi: „Dam ci kwit. Skutek będzie taki sam, jakbym pożyczył ci złota. Jeżeli twój wierzyciel zgłosi się do mnie z tym kwitkiem, dam mu złota, które przechowuję w swoich schowkach. Za tę usługę będziesz mi winien taki a taki procent”.

Wierzyciel na ogół nie przychodził. On sam wymieniał kwit złotnika z kimś innym za coś, czego potrzebował. W międzyczasie wiadomość o pożyczkodawcy złota zaczęła się rozchodzić. Ludzie przychodzili do niego. Dzięki innym podobnym pożyczkom, udzielanym przez złotnika, wkrótce krążyło już o wiele razy więcej jego kwitów, niż miał on złota na ich pokrycie w schowkach.

Złotnik stworzył po prostu obieg pieniędzy, ciągnąc z tego procederu duże zyski. Szybko otrząsnął się z początkowej obawy, że zbyt wielu posiadaczy jego kwitów zgłosi się po złoto naraz. W pewnych granicach mógł działać zupełnie spokojnie. Co za gratka! Pożyczać złoto nie będące jego własnością i ciągnąć z tego zyski dzięki zaufaniu, jakie w nim pokładano; starał się je bardzo podtrzymywać! Nie ryzykował niczym, dopóki dysponował odpowiednią rezerwą w swoich schowkach, jak mówiło mu doświadczenie. Jeżeli dłużnik nie mógł wywiązać się ze swoich zobowiązań i nie spłacał pożyczki na czas, złotnik przejmował jego własność, powierzoną mu jako gwarancję. Sumienie złotnika szybko uległo wypaczeniu. Przestało mu dokuczać, jak to było z początku.

Tworzenie kredytu

Złotnik wkrótce uznał za stosowne zmienić formułę na swoich kwitach. Zamiast pisać: „Zaświadczenie Johna Smitha…”, pisał po prostu: „Obiecuję wypłacić okazicielowi…”. Kwity te krążyły jak pieniądz ze złota. Z pewnością zawołacie: „To nie do wiary!”. Spójrzcie jednak na swoje banknoty. Przeczytaliście umieszczony na nich napis. Czy nie są one zupełnie podobne do kwitów złotnika i czy nie krążą jako pieniądz? (Na banknocie jednodolarowym jest napis: This note is legal tender for all debts, public and private – przyp. mój).

Prywatny system bankowy, twórca i władca pieniądza, został więc wyhodowany w schowkach dawnego złotnika. Jego pożyczki stworzyły kredyt bankowy, bez naruszania złota. Prymitywne zaświadczenia złotnika zmieniły formę, przyjmując postać zwykłej obietnicy wypłacenia za okazaniem. Kredyty wypłacane przez bankiera noszą nazwę depozytów, wskutek czego ludność wyobraża sobie, że bankier wypożycza tylko sumy zdeponowane w banku. Kredyty te wchodzą w obieg jako czeki wystawiane na te kredyty. Zastąpiły one pod względem ilości i znaczenia legalny pieniądz rządu, którego rola była już tylko drugorzędna. Bankier tworzył dziesięć razy więcej banknotów niż państwo.

Złotnik przemieniony w bankiera

Złotnik przemieniony w bankiera dokonał nowego odkrycia: zauważył, że jeżeli puszczał w obieg większą liczbę kwitów (kredytów), handel, przemysł, budownictwo ulegały przyśpieszeniu. Jeżeli zaś ograniczał kredyty, co z początku robił w obawie, że zbyt wielu klientów zgłosi się naraz po złoto, paraliżował w ten sposób rozwój przedsiębiorczości. Wydawało się, że istniała, w tym drugim przypadku, nadprodukcja, kiedy w rzeczywistości powstawał duży niedostatek, gdyż produkty pozostawały niesprzedane ze względu na niedostateczną siłę nabywczą. Ceny spadały, mnożyły się bankructwa, pożyczkobiorcy nie mogli wywiązać się ze swoich zobowiązań wobec bankiera, który przejmował ich własności.

Bankier, bardzo zdolny do robienia interesów, dopatrzył się swojej wielkiej szansy: przemienić w pieniądz cudzy majątek dla własnego zysku! Mógł robić to dowolnie, podwyższając lub skąpo obniżając ceny. Mógł więc manipulować cudzym majątkiem, jak chciał, wykorzystując w czasie inflacji klientów, a kupców w czasie recesji.

Bankier staje się wszechwładnym panem

W ten sposób bankier stał się wszechwładnym panem, trzymając wszystkich w swojej mocy. Okresy pomyślności i zastoju następowały po sobie. Ludzie, którzy z tego powodu cierpieli, byli przekonani, że jest to naturalne i nieuniknione.

W międzyczasie uczeni i technicy starali się wynaleźć sposób na opanowanie sił przyrody i rozwój środków produkcji. Pojawiły się drukarnie, rozpowszechniła się wiedza, powstały nowocześniejsze miasta i miasteczka, pomnożyły się i ulepszyły środki żywnościowe, odzież, rozrywki itd. Człowiek zapanował nad siłami przyrody, wprzągł w swoją służbę elektryczność i parę. Wszystko się zmieniło, z wyjątkiem systemu pieniężnego.

Bankier utrzymywał swoje plany w tajemnicy. Wykorzystując zaufanie, jakim cieszył się wśród ludzi, odważył się ogłosić w mediach, zależnych od niego finansowo, że to banki wyciągnęły świat z barbaryzmu i przyczyniły się do ucywilizowania ludzkości. W ten sposób zepchnął uczonych i inne twórcze umysły na drugi plan drogi postępu. Dla mas było ubóstwo i lekceważenie, dla wszystkich finansistów – bogactwo i honory!

Jako ich godny następca, Herbert Samuel Holt (1856-1941) [kanadyjski inżynier, bankier, biznesmen i dyrektor około 250 przedsiębiorstw na świecie, o reputacji człowieka bezwzględnego – Wikipedia] dziś uhonorowany i czczony, żądał szacunku od ludzi, których wykrwawiał. Jeśli jestem bogaty i potężny, podczas gdy wy cierpicie w szponach biedy i upokorzenia pomocy społecznej, jeśli odniosłem sukces w warunkach głębokiej depresji, zarabiając do 150 procent rocznie, to z powodu waszej głupoty. Z mojej strony był to „owoc mądrej administracji”.«

Jefferson, który zawsze był przeciwny planom Hamiltona, wprowadzającym Stany Zjednoczone w system zadłużającego pieniądza emitowanego przez banki prywatne, pisał w 1816 roku:

„Szczerze uważam, iż instytucje bankowe są bardziej niebezpieczne niż armie gotowe do walki, i że zasada wydawania pieniędzy, które mają być spłacane przez potomnych pod nazwą kredytów, jest tylko sposobem zastawiania przyszłości na wielką skalę.”

To, co powyżej, to też cytat z dwumiesięcznika Michael, w którym jest też taka sentencja: „Prywatne banki pożyczają sumy oparte na realnym bogactwie narodów, które związane są na całym świecie łańcuchem niemożliwych do spłacenia długów.”

Kiedy dziś obserwuję, jak zachowuje się nasz rząd, to wniosek może być tylko jeden: oni już idą na całość. I tak jest na całym świecie. Deficyt, który chyba jeszcze w zeszłym roku wynosił 60 miliardów, w tym przekroczył 100 miliardów. Zawsze wcześniej słyszałem, że nie ma pieniędzy, a tu raptem na „ratowanie” firm, na walkę z pandemią – są. Znajdują się pieniądze na budowę różnych polowych, modułowych i czort wie jeszcze jakich szpitali. Są pieniądze na zakup szczepionek, na podwyżki dla „walczących” z pandemią. Zadłużeni są wszyscy: państwo, samorządy, firmy, ludzie. Mam takie wrażenie, że żyjemy w czasach ostatecznych. Czy globaliści wygrają? Nie do końca jestem przekonany, że tak się stanie, ale świat po tym starciu będzie już zupełnie inny.

I na koniec taka ciekawostka. Na obecnym banknocie stuzłotowym, bo taki mam pod ręką, ale na innych jest tak samo, jest napis: “Banknoty emitowane przez Narodowy Bank Polski są prawnym środkiem płatniczym w Polsce”. Jest to pisane w czterech rzędach. Za PRL-u ten napis był pisany w jednym rzędzie i można było tak zagiąć ten PRL-owski banknot, że napis wyglądał tak: Banknoty emitowane przez Narodowy Bank Polski są niczym w Polsce.

13 grudnia

O 13-tym grudnia 1981 roku napisano i powiedziano już chyba wszystko. Nie zmienia to jednak faktu, że nadal wzbudza on kontrowersje i jest przedmiotem zażartych sporów. Czy Jaruzelski powinien był wprowadzić stan wojenny i wyprowadzić wojsko na ulice? Czy wojska Związku Radzieckiego, Czechosłowacji i NRD, stojące na polskich granicach, weszłyby, gdyby Jaruzelski nie interweniował?

Prawdy nie dojdziemy w oparciu o dostępne dokumenty, ale może możemy ją wydedukować, odwołując się do historii. Jedynym kluczem do zrozumienia żydostwa jest znajomość jego historii. Religia żydowska, to religia historyczna i polityczna. W przekroju teraźniejszości żydostwo dla każdego stanowić musi zagadkę niezgłębioną, coś nienaturalnego, po prostu niesamowitego. W świetle historii rozjaśniają się mroki tajemnicy. Tak pisał Henryk Rolicki w książce „Zmierzch Izraela”. Może więc, chcąc zgłębić tajemnice tamtego czasu, również wypada odwołać się do historii, nie tej żydowskiej, ale powszechnej, choć nie mogę oprzeć się wrażeniu, że w tej powszechnej jest dużo żydowskiej, a może nawet większość.

Od r. 1841 intensywność akcji spiskowej w kraju stale wzrastała. Emisariusze z emigracji rozszerzyli sieć konspiracyjną na całą Polskę, agitując wśród szlachty, którą zyskiwano sobie hasłami walki orężnej z najeźdźcą. Przygotowane w ten sposób powstanie miało być skierowane przede wszystkim przeciwko caratowi moskiewskiemu. Dowodem tego jest manifest Rządu Tymczasowego w Królestwie Kongresowym, z datą 22 lutego 1846 r., który ogłaszał, że „walka rozpoczęta w Poznańskim, nie była skierowana przeciwko narodowi niemieckiemu, lecz przeciwko moskiewskiemu barbarzyńcy” (Limanowski, „Historia Demokracji Polskiej w epoce porozbiorowej”). Nie darmo bowiem na obchodzie listopadowym, urządzonym w 1848 r. w Paryżu przez Centralizację Tow. Dem. Pol., mówcy zaznaczali wyraźnie, że „Polsce przeznaczona jest misja zrewolucjonizowania Rosji” (Kucharzewski, „Od Białego Caratu do Czerwonego”). – tak pisał Stanisław Didier w pracy Rola neofitów w dziejach Polski.

Nie popełnimy dużego błędu, jeśli stwierdzimy, że wszystkie „polskie” powstania były skierowane przeciwko Rosji. Oczywiście nie dotyczy to powstania wielkopolskiego i powstań śląskich. I nie popełnimy dużego błędu, jeśli stwierdzimy, że „Solidarność”, to też było powstanie skierowane przeciwko Rosji, nazywającej się tymczasowo Związkiem Radzieckim. Ale jak wywołać takie powstanie? Zaczęło się od wielkiej pożyczki, która została przeznaczona na rozwój przemysłu. Ten przemysł zaczął produkować towary, które trzeba było sprzedać. Sprzedaż w ramach RWPG nie rozwiązywała problemu, bo to nie była sprzedaż za dewizy, czyli waluty krajów zachodnich. Sprzedaż na Zachód też nie rozwiązywała tego problemu, bo tam produkty polskiego przemysłu miały zamknięty rynek. W tzw. Trzecim Świecie mogły się sprzedawać, ale po cenach dumpingowych. W efekcie doszło do kryzysu, bo inwestycje nie przynosiły odpowiedniej ilości dewiz, umożliwiających spłatę rat kredytu. Jedyne co się sprzedawało na Zachodzie to węgiel i żywność i jej zaczęło brakować na rynku krajowym. A jak nie było co jeść, to robotnicy byli źli. Zaczęły się strajki i żądania podwyżki płac, bo ceny żywności rosły. W końcu groziło to tym, że cały kraj zastrajkuje. To tak w dużym skrócie i uproszczeniu, bo chodziło mi o pokazanie mechanizmu.

Mamy więc schemat: pożyczka – rozwój przemysłu – załamanie się gospodarki – strajki – stan wojenny. Ten, kto pożyczał pieniądze dobrze wiedział, dobrze znał ten scenariusz, bo sam go układał. Nie pierwszy raz w historii. Ten sam wywoływał strajki i ten sam kazał Jaruzelskiemu wprowadzić stan wojenny. Wobec rozwoju takiego scenariusza Zachód wprowadził sankcje, a Reagan zamęczył Związek Radziecki wyścigiem zbrojeń. Polska stanowiła narzędzie do wywołania w nim kryzysu i w końcu doprowadziło to do jego upadku. Dokonał się pewien proces dialektyczny, rozwój poprzez sprzeczności: teza, antyteza, synteza. Z tego konfliktu zrodziła się nowa rzeczywistość – synteza. Ostatecznie cała Europa Środkowa przeszła spod kurateli radzieckiej pod amerykańską i zamiast wojsk radzieckich mamy wojska amerykańskie.

Czy Jaruzelski powinien był wprowadzić stan wojenny? Nie miał wyjścia, był tylko marionetką. W 1985 roku spotkał się w Nowym Jorku z Dawidem Rockefellerem i sprzedał Polskę Żydom w zamian za ochronę dla siebie i swoich towarzyszy. Zresztą nie miał nic do gadania. Ochronę dostał za wierną służbę.

Pozostaje jeszcze jedno pytanie: Czy wojska Układu Warszawskiego weszłyby do Polski? Tu znowu wypada odwołać się do historii, w tym wypadku najnowszej, do października 1956 roku. Maria Dąbrowska pisze w swoim Dzienniku w dniu 22 X 1956 roku:

Wracam do dnia dzisiejszego. Anna poszła do pani Milskiej i Markowskiej. Tam dowiedziała się, skąd partja nabrała takiej śmiałości w stosunku do Rosji. Otóż Ochab wrócił tylko co z Chin i przywiózł wiadomość, że Chiny popierają Polskę. Same wzięły i wyprawiły wszystkich doradców sowieckich do granicy, suto ich obdarowawszy i za wszystkie „usługi” podziękowawszy. Poparcie znajdujemy też oprócz Węgier w Bułgarii, Jugosławii, Rumunii. Natomiast Czechy ani drgną, a nawet wyniośle patrzą na nasze „szaleństwo”. A jakie to by miało znaczenie, żeby teraz za nami stanęły!

Dnia 14 XI 1956 roku pisze:

Z wczorajszej rozmowy z Bartelskim i dzisiejszej z Kottem dowiadujemy się coraz nowych szczegółów o owej nocy z 18 na 19 października. Więc, „że rozmowa toczyła się wśród ciągłych telefonów o wyruszeniu wojsk rosyjskich z baz i maszerowaniu ich na Warszawę. Gomułka i Ochab przerywali wtedy jakoby rozmowę, że w tych warunkach nie może ona się toczyć. Kiedy po trzeciej takiej wiadomości doszło do tego, że nasi uznali rozmowy za zerwane, Moskale zaczęli telefonować do swoich generałów i wreszcie oznajmili, że wojska zaczynają się wycofywać. Dopiero wtedy podjęto dalszą rozmowę”. Podobno żołnierze KBW, którzy otaczali Belweder (bo według tej wersji rozmowa toczyła się w Belwederze) poprzysięgli sobie, że w razie jakiejkolwiek prowokacji ze strony wojsk rosyjskich „goście” nie wyjdą żywi z Belwederu, cokolwiek miałoby się potem stać.

Według innej wersji, gdy Gomułka i Ochab oznajmili, ze nie mogą rozmawiać wobec wiadomości o posuwaniu się wojsk rosyjskich ku Warszawie, Chruszczow, czy ktoś inny z owych przyjezdnych miał oświadczyć, że to są zdawna przygotowane manewry, na co Gomułka miał powiedzieć: „Nie mam żadnej podstawy nie wierzyć waszym twierdzeniom, że to są manewry. Ale naród polski twierdzi, że wojska posuwają się ku Warszawie. A dla mnie prawdą jest to, co mówi naród polski”. Rosjanie przybyli z 75 enkawudzistami, którzy otoczyli Belweder, a na to generał Komar otoczył owych enkawudzistów 100 żołnierzami KBW, tymi gotowymi na wszystko. Z tych wszystkich relacyj wychodzi coś niby „Noc Listopadowa” Wyspiańskiego. Może i była to trochę jakby antyczna tragedia.

Z tego cytatu, nie wdając się w rozważania o październiku 1956 roku, jedna informacja jest ważna, a mianowicie to, że wojska radzieckie wyszły z baz i ruszyły na Warszawę. W grudniu 1981 roku wojska radzieckie nadal były w tych bazach. Na tzw. Ziemiach Odzyskanych pełno ich było. One były przeznaczone do odparcia pierwszego ataku wojsk NATO, a więc były to siły poważne, które zapewne zostałyby użyte, gdyby Rosjanie uznali to za zasadne. W zupełności wystarczyłyby do spacyfikowania „Solidarności”. Jeśli więc na polskich granicach pojawiły się wojska radzieckie, niemieckie i czeskie, to tylko po to, by uwiarygodnić Jaruzelskiego, którego podobno trawiły iście hamletowskie dylematy: Wejdą, nie wejdą? To był blef. Zresztą wtedy wszyscy w Polsce zadawali sobie to pytanie, łącznie z piszącym te słowa.

Przeprowadzenie tak skomplikowanej organizacyjnie i logistycznie operacji, jaką był stan wojenny, wymagało wielu miesięcy przygotowań. Po jego wprowadzeniu od razu pojawili się we wszystkich zakładach i instytucjach komisarze wojskowi. Już nawet samo to wiązało się z wcześniejszym wytypowaniem konkretnych wojskowych do konkretnych zakładów i instytucji, a przecież na tym się nie kończyło. Skoro więc coś takiego zostało wcześniej przygotowane, to oznaczało to, że coś takiego zamierzano zrobić. Przygotowano scenę, dobrano aktorów i przypisano im role: Świat jest teatrem, aktorami ludzie, którzy kolejno wchodzą i znikają. Jak dla mnie, Szekspir jest największym poetą wszech czasów.

I na koniec, tak trochę inaczej o stanie wojennym. Po jego wprowadzeniu wszyscy dziennikarze telewizyjni występowali w mundurach. Tomasz Hopfer, dziennikarz sportowy, odmówił i został wyrzucony z telewizji. Był już wtedy ciężko chory. Krótko pracował jako galwanizer. Zmarł 10 grudnia 1982 roku na wirusowe zapalenie płuc. Tak pisze Wikipedia. Dziś pewnie napisaliby, że miał koronawirusa. Pewien Polak z Niemiec Zachodnich chciał mu wysłać lek, który prawdopodobnie uratowałby mu życie, ale władze PRL-u nie wyraziły zgody na lądowanie samolotu.

Był jednym z najlepszych polskich dziennikarzy sportowych. Miał jednak coś, czego zazdrościli mu pozostali dziennikarze. W tamtych czasach, w latach 70-tych, dziennikarze telewizyjni, czy to sportowi czy pozostali, czytali informacje z kartek. Nie było takich urządzeń jak obecnie, że mają przed oczami jakieś monitory i z nich czytają. Hopfer nie miał kartek. W tych swoich wystąpieniach – 5-, 10-minutowych – recytował, bez zająknięcia, z pamięci nazwiska, wyniki itp. Pamiętam, że patrzył prosto w kamerę, cały czas, bez zerkania na boki czy w dół. Któregoś razu pozostali dziennikarze zmusili go, by czytał z kartki. I przeczytał. Po zejściu z wizji pokazał im ją. Była czysta.

Powstanie wielkopolskie

Powstanie wielkopolskie, jakkolwiek funkcjonujące w świadomości narodowej, to, poza Wielkopolską, raczej mało znane. Pewnie wielu myśli sobie tak: „Było zwycięskie, ale przez przypadek. Trafiło się, jak ślepej kurze ziarno.” Na ogół uważa się też, że było to jedyne tam powstanie, a było ich więcej:

  • powstanie wielkopolskie 1794 roku
  • powstanie wielkopolskie 1806 roku
  • powstanie wielkopolskie 1846 roku
  • powstanie wielkopolskie 1848 roku

Warto o nich pamiętać, choć nie ulega wątpliwości, że to z lat 1918-19 było najważniejszym dla Wielkopolski, ale było również bardzo ważne dla Polski i to nie tylko dlatego, że Wielkopolska znalazła się w granicach nowego państwa. Także dlatego, że Wojsko Polskie bez tego powstałego w czasie powstania, miałoby znacznie mniejszą wartość bojową.

O szczegółach tego powstania można się dowiedzieć na licznych stronach internetowych. Ja chciałbym spojrzeć na nie z trochę szerszej perspektywy. Jakie było jego polityczne tło? Jak przygotowywano się do niego i jak organizowano się? Wiele mówi się o przebiegu powstania, o walkach. Ale co było wcześniej? Bardzo dobre, moim zdaniem, opracowanie na temat tego powstania znalazło się w dodatku Historia Rzeczypospolitej w serii dziennika „Rzeczpospolita” z dnia 23 grudnia 2006. Jego autorem jest historyk wojskowości Bogusław Polak. Wybrałem te fragmenty, które mówią więcej o organizacji powstania i o tym, jak Polacy zaboru pruskiego potrafili przejmować organizacje, które tworzyli Niemcy, jak tworzyli tajne organizacje i te paramilitarne pod płaszczykiem stowarzyszeń sportowych. No właśnie, stowarzyszenia sportowe! Podobnie Niemcy omijali później ograniczenia co do ilości wojska, narzucone im przez traktat wersalski.

Jaka więc nauka płynie z tego powstania? Ano taka, że Polacy potrafili działać z głową, rozważnie, konsekwentnie. Nie rzucali się z gołymi rękami na wroga. Owszem, mieli gorsze uzbrojenie niż Niemcy, ale przy jego pomocy potrafili zdobyć więcej: samoloty i pociąg pancerny. Ilu ludzi wie o tym, co pisze Wikipedia? – Szacuje się, że podczas Powstania (w trakcie bitwy pod Ławicą) Polacy zdobyli największy łup wojenny w tysiącletniej historii oręża. Polacy zdobyli wtedy sprzęt lotniczy o wartości 160-200 milionów marek, w tym ponad 300 samolotów.

Dlaczego tak mało o tym powstaniu, a o innych tak dużo? Szczególnie o tym kretyńskim – warszawskim. Bo w jego przypadku można pokazać Polaków jako niespełna rozumu, irracjonalnie myślących, niepotrafiących dokonać właściwej oceny sytuacji i do tego angażujących w to szaleństwo dzieci. Szacuje się, że zginęło w nim około 200 tys. ludzi, co jest zawyżonym rachunkiem. Spotkałem się z opiniami, że mogło zginąć około 50 tys. ludzi. W powstaniu wielkopolskim zginęło ponad 800 powstańców. Jest różnica? Ale to nie wszystko! W trakcie tego powstania następowało stopniowe przekształcanie pojedynczych oddziałów powstańczych, działających w sposób nieskoordynowany, w regularne wojsko z jednolitym dowództwem. Jakby tego było mało, to cały czas trwał nabór, tak by uzupełniać braki i powiększać liczebność wojska. W tym momencie było widać skoordynowane działanie władz cywilnych i wojskowych. Gdyby więc chcieć opisać rzetelnie powstanie wielkopolskie, to wyszłoby na to, że Polacy to nie jacyś bezrozumni narwańcy, tylko ludzie zorganizowani, konsekwentni w działaniu, potrafiący podejmować właściwe decyzje w odpowiednim momencie, potrafiący skoordynować działania władz cywilnych, wojskowych i dyplomacji. Nie! – Na to Żydzi rządzący tym krajem nie pozwolą. Mają w ręku system edukacji i wszystko inne. I udało im się. Dziś zapewne wielu Polaków myśli, że ich rodacy to tacy niezrównoważeni psychicznie osobnicy, działający pod wpływem emocji. – A że wcale to nie musi być prawda, świadczy powstanie wielkopolskie. Tylko kto o tym wie? Kto o tym wie, że to zrodzone z powstania wojsko, było najlepszą częścią Wojska Polskiego walczącego na wschodzie w latach 1919 i 1920?

Bogusław Polak pisze tak:

»Na przełomie pierwszej i drugiej dekady XX wieku społeczność polska w zaborze pruskim, zwłaszcza w Wielkopolsce, była dobrze zorganizowana pod przewodem inteligencji, duchowieństwa i średniej burżuazji. Polskie banki, spółki i przedsiębiorstwa coraz skuteczniej konkurowały z żywiołem niemieckim. Kompromitacją nacjonalistów niemieckich zakończyła się wspierana przez rząd pruski akcja wykupu ziemi z rąk Polaków. W rezultacie polskiej kontrakcji okazało się, że Polacy wykupili więcej ziemi z rąk niemieckich niż Niemcy polskiej. Czytelnie ludowe, prasa, amatorskie teatry, działalność samokształceniowa ogarniała środowiska małomiasteczkowe i wiejskie. Duże ożywienie wniosła Narodowa Demokracja, która działała m.in. poprzez stowarzyszenie sportowe (Sokół) i drużyny skautowe.

Wybuch pierwszej wojny światowej przyniósł Polakom z zaboru pruskiego nadzieję na poprawę losu, ale zarazem sparaliżował działalność ruchu niepodległościowego, gdyż wielu działaczy zostało zmobilizowanych i trafiło na front. Stopniowo jednak odtwarzały się drużyny skautowe i powstawały nowe organizacje, jak bojówki „Sęp” i „Orzeł”. W latach 1917-1918 dzięki pomocy rodaków tysiące młodych Polaków z Wielkopolski zdołało uniknąć wcielenia do armii niemieckiej. W połowie lutego 1918 roku utworzono Polską Organizację Wojskową Zaboru Pruskiego, której komendantem został Wincenty Wierzejewski.

Podczas rozmów Niemiec z aliantami w sprawie zawieszania broni w Paryżu (2 – 4 listopada 1918 r.) dowódca wojsk sprzymierzonych marszałek Ferdynand Foch nie zdołał przeforsować wniosku, aby Niemcy ewakuowali wojska z ziem przedrozbiorowych Rzeczypospolitej. Zamiary Francuzów pokrzyżowała delegacja brytyjska. Niemcy zobowiązano jedynie do opuszczenia terytoriów okupowanych od sierpnia 1914 roku. Poznańskie, Pomorze i Śląsk nadal pozostały pod niemiecką jurysdykcją. Rozstrzygnięcia dotyczące tych ziem miały zapaść podczas przyszłej konferencji pokojowej.

11 listopada 1918 roku w Compiègne delegacja niemiecka podpisała układ o zawieszeniu broni, kończący działania wojenne. Niemcy na wschodzie nadal okupowali ziemie polskie, białoruskie, ukraińskie i litewskie. Armia tzw. Ober-Ostu, licząca kilkaset tysięcy żołnierzy, tylko w niewielkim stopniu uległa rewolucyjnemu wrzeniu. Świadomość tego sprawiła, że przywódcy odradzającej się Polski ostrożnie formułowali postulaty powrotu ziem zaboru pruskiego do macierzy.

Piłsudski nie lekceważył problemu ziem zachodnich. Dał temu wyraz po objęciu władzy wojskowej i cywilnej w kraju w depeszy wysłanej 16 listopada do rządów państw obcych donoszącej o odrodzeniu się państwa polskiego, obejmującego wszystkie ziemie zjednoczonej Polski. Zabiegał też, aby w rządzie znaleźli się przedstawiciele wszystkich zaborów. Już 26 listopada ogłoszono dekret o wyborach do Sejmu Ustawodawczego, m.in. na ziemiach zaboru pruskiego. Nie wierząc w odzyskanie tych ziem orężem, nie wyrzekł się ich, ale liczył, że powrócą do Polski w wyniku traktatu pokojowego. Z tych względów wysiłek polityczny i wojskowy skierował na wschód. Zdominowany przez endecję ośrodek poznański uważał oficjalne stanowisko Piłsudskiego za sprzeczne z interesem wielkopolskich Polaków i ostro je zwalczał.«

11 Listopada 1918 roku podpisano Rozejm w Compiègne, kończący wojnę pomiędzy Ententą a Cesarstwem Niemieckim. Interesujące nas punkty tego rozejmu to:

  • natychmiastowe wycofanie Armii Cesarstwa Niemieckiego z Francji, Belgii, Luksemburga oraz Alzacji i Lotaryngii
  • wycofanie wojsk niemieckich na wschodzie na granicę z 1914 roku

Najważniejszy dla Polski był artykuł XII tego rozejmu. Wikipedia pisze o nim tak:

Artykuł XII rozejmu w Compiègne przewidywał ewakuację wojsk niemieckich z Austro-Węgier, Rumunii, Turcji oraz byłego już Imperium Rosyjskiego, a więc również ziem polskich. W tym ostatnim przypadku, po interwencji m.in. Romana Dmowskiego zmieniono tekst dotyczący wycofania wojsk niemieckich na „gdy alianci uznają moment ewakuacji za właściwy biorąc pod uwagę sytuację wewnętrzną tych obszarów”. Z kolei artykuł XVI głosił, że „Alianci będą mieli wolny dostęp do terytoriów ewakuowanych przez Niemców na Wschodzie już to przez Gdańsk, już to Wisłą, aby móc zaopatrywać ludność i w celu utrzymania porządku”.

W momencie podpisywania rozejmu wojska niemieckie tworzyły front od Narwy po Dniepr. Narwa to niewielkie miasto nad Zatoką Fińską około 150 km na zachód od Petersburga a nad Dnieprem leży Kijów. Niemcy zajęli kraje bałtyckie, Białoruś, Ukrainę, zajęli Kijów, podeszli pod Petersburg, wkroczyli na Krym, doszli do Donu. Był więc ten front daleko na wschodzie i stanowił kordon oddzielający Europę od rewolucji bolszewickiej. Alianci chcieli wycofać wojska niemieckie na granicę z 1914 roku, czyli na zachodnią granicę byłego Królestwa Polskiego.

Wycofanie się wojsk niemieckich na granicę z 1914 roku oznaczało to, że Wielkopolska i Prusy Królewskie zostaną po stronie niemieckiej. Dostrzegł to niebezpieczeństwo Dmowski i jednocześnie niebezpieczeństwo rozszerzenia się rewolucji bolszewickiej na tereny polskie, i nalegał na to, by nie wycofywać wojsk niemieckich. Ale artykuł XII nie mógł być wyegzekwowany, bo 9 listopada wybucha rewolucja bolszewicka w Berlinie. Przenosi się ona na wojska niemieckie na wschodzie i kordon rwie się. 13 listopada bolszewicy unieważniają postanowienia Pokoju Brzeskiego i ruszają na podbój świata. 27 grudnia wybucha Powstanie Wielkopolskie. Dnia 25 stycznia 1919 roku marszałek Foch wydał rozkaż do oddziałów niemieckich zgrupowanych wokół ośrodka Białystok – Grodno, aby przekazały Polsce terytorium do linii Brześć – Narwa – Krynki – Kuźnica – Nowy Dwór – Sopoćkinie, i przepuściły wojska polskie przeznaczone do odparcia nawały bolszewickiej.

Widać więc, że sytuacja polityczna była skomplikowana i wymagała rozważnego działania. Bogusław Polak pisze dalej:

»Wyłoniony 14 listopada 1918 roku z ujawnionego dwa dni wcześniej Centralnego Komitetu Obywatelskiego i polskiego koła poselskiego do sejmu pruskiego Komisariat Naczelnej Rady Ludowej (KNRL) składał się z doświadczonych i popularnych polityków, którzy zdawali sobie sprawę z ryzyka, jakie niosłoby nieprzygotowane powstanie. Wobec słabości militarnej Polski, zaangażowanej w walki z Ukraińcami w Galicji Wschodniej, oraz przy braku poparcia ententy wystąpienie zbrojne miało małe szanse powodzenia. KNRL, nie przekreślając ewentualności powstania, zamierzał unikać walki jak długo się da, koncentrując się na tworzeniu struktur polskiej władzy i siły zbrojnej oraz zabiegając o gwarancje pomocy z zewnątrz.

Komisarz Adam Poszwiński relacjonował: „jeszcze przed powstaniem Komisariatu docenialiśmy czyn zbrojny, lecz w poczuciu odpowiedzialności uważaliśmy go do czasu za akcję przygotowawczą, a nie wykonawczą”. Przygotowania obejmowały rejestrację wojskowych wracających z wojny, propagowanie hasła, aby dawni żołnierze nie oddawali broni, ochronę obiektów wojskowych przed rozgrabieniem, utrzymywanie kontaktów z polskimi władzami wojskowymi. Według Mariana Seydy celem wystąpienia zbrojnego nie miało być zajęcie konkretnego obszaru, ale zamanifestowanie woli Polaków w zaborze pruskim wyrwania się z okupacji niemieckiej, jak też zwrócenie uwagi zwycięskich mocarstw na zagadnienie zachodnich ziem Polski – „nad Wartą, górną Odrą i Dolną Wisłą.

Ogromnym osiągnięciem kierownictwa politycznego w zaborze pruskim było zorganizowanie demokratycznych wyborów do Sejmu Dzielnicowego, reprezentującego Polaków z całego zaboru pruskiego i wychodźstwa w Niemczech. Obrady toczyły się w Poznaniu od 3 do 5 grudnia 1918 roku. Podjęto wówczas wiele uchwał m.in. w sprawie zorganizowania w każdej miejscowości straży ludowej. Uchwała ta została wymuszona informacjami z Niemiec, gdzie w grudniu 1918 roku do głosu zaczęła dochodzić konserwatywna i nacjonalistyczna prawica. Pośpiesznie tworzono formacje zbrojne przeznaczone nie tylko do unicestwienia sił rewolucyjnych w Niemczech, ale także do opanowania sytuacji w Poznańskiem.

W Komisariacie Naczelnej Rady Ludowej sprawy wojskowe powierzono Wojciechowi Korfantemu. Działacze polscy kontrolowali legalne formacje o charakterze milicyjno-porządkowym, utworzone po wybuchu rewolucji w Berlinie: Służbę Straży i Bezpieczeństwa, straże obywatelskie, ludowe itp. Przed wybuchem powstania Straż Ludowa liczyła w Poznaniu ok. 4800 ludzi (w tym 2650 uzbrojonych), na prowincji Wielkopolski do 3000. Oddziały Służby Straży i Bezpieczeństwa wyróżniały się doborem ochotników. Byli to doświadczeni żołnierze, najczęściej w wieku od 24 do 28 lat, w większości mający za sobą działalność w organizacjach niepodległościowych. Pod koniec grudnia 1918 roku w poznańskim batalionie Służby Straży i Bezpieczeństwa służyło ok. 3000 żołnierzy, z tego 1/3 miała broń. Powstało też sporo oddziałów zakonspirowanych, tworzonych przez zdemobilizowanych oficerów i podoficerów. Niewielkie grupki bojowe skupiły się wokół Polskiej Organizacji Wojskowej Zaboru Pruskiego, zwłaszcza w środowiskach, gdzie działały drużyny skautowe. Przodował Poznań; mniejsze grupy od kilku do kilkudziesięciu członków powstały w kilkunastu miejscowościach.

Korfanty już w listopadzie 1918 roku nawiązał kontakt ze Sztabem generalnym WP w Warszawie, poszukując kandydata na głównodowodzącego polskimi oddziałami w zaborze pruskim. Na początku grudnia w Poznaniu zjawili się poufnie wysłannicy Sztabu Generalnego i Naczelnego Dowództwa Wojsk Polskich. Przesyłali do Warszawy raporty o organizacji oddziałów polskich i informacje o siłach niemieckich, które w połowie grudnia w całej Wielkopolsce liczyły nie więcej niż 8000 – 10 000 (wśród nich byli także Polacy). Niemiecki garnizon w Poznaniu miał ok. 5000 żołnierzy.

Dwudziestego piątego grudnia 1918 roku do Gdańska przybył na pokładzie brytyjskiego okrętu wojennego Ignacy Paderewski, w otoczeniu nielicznej misji. Jego przyjazd do Poznania 26 grudnia 1918 r. spowodował gwałtowny wzrost nastrojów patriotycznych w mieście. Niemcy mieli nadzieję, że Paderewski pojedzie wprost do Warszawy. Jeszcze na stacji kolejowej w Rogoźnie do przedziału wiozącego delegację wtargnął kpt. Andersch z dowództwa V Korpusu w Poznaniu, który usiłował nakłonić członków misji do zaniechania postoju w Poznaniu. O 21.10 pociąg z gośćmi dotarł do Poznania. W hotelu Bazar Ignacy Paderewski wygłosił dłuższe przemówienie, kończąc je słowami: „Niech żyje Polska, zgoda, jedność, a ojczyzna nasza wolna zjednoczona naszym polskim Wybrzeżem żyć będzie po wsze czasy”. W tym duchu Paderewski przemówił także do wielotysięcznego tłumu zebranego przed Bazarem.

Następnego dnia w piątek 27 grudnia w godzinach popołudniowych Polacy zorganizowali pochód około 10 tysięcy dzieci pod Bazarem. Wstrzymano ruch na ulicach; na chodnikach zgromadziły się tłumy dorosłych. Wówczas to z inicjatywy kierownictwa niemieckiej Rady Ludowej, działaczy niemieckich organizacji i redaktorów pism, przed Operą, a następnie w ogrodzie zoologicznym zorganizowano więc młodzieży. Ale strona niemiecka liczyła przede wszystkim na 6 Pułk Grenadierów. Właśnie przed koszarami tego pułku przed 15-tą zgromadziły się tłumy Niemców. Wśród cywilów było także wielu uzbrojonych oficerów i szeregowców, jednakże dowództwo jednostki odmówiło wystąpienia w zwartym szyku. Żołnierze dołączyli do cywilów na własną rękę.

Około 15.30 ruszył pochód. W centrum miasta urósł on do około 2 tys. osób. Niemieccy cywile i żołnierze zrywali flagi alianckie i polskie, zdemolowali biuro KNRL przy ul. św. Marcina 40, gmach Banku Związku Spółek Zarobkowych i inne. Uczestnicy pochodu strzelali też w powietrze z rewolwerów. Około godz. 17 w okolicach Bazaru padły strzały. Nie wiadomo, czy pierwsi zaczęli strzelać Niemcy, czy też Polacy, którzy ochraniali miejsce pobytu Paderewskiego. Wydaje się, że obie strony dążyły do zbrojnego rozstrzygnięcia przyszłości Poznania i ziem polskich zaboru pruskiego.

W rejon Bazaru przybyły posiłki w postaci oddziałów SSiB zaalarmowane już około godz. 16. Niemcy wycofali się do muzeum naprzeciw Bazaru i w kierunku Prezydium Policji. Bez koordynacji z jakiegokolwiek centrum dowodzenia oddziały SSiB jak też i SL, zaczęły wypierać Niemców ze śródmieścia. Akcja ta odbywała się wzdłuż kilku ulic. Najpierw zajęto sąsiadujący z Bazarem gmach muzeum – odtąd główne centrum dyspozycyjne SSiB. Stary Rynek został odcięty przez samorzutnie tworzone oddziały polskie. W trakcie tych utarczek wracająca z akcji pod Zamkiem kompania SSiB dowodzona przez Krauzego, na narożniku ul. Berlińskiej i Ryberskiej (Ratajczaka), ostrzelana została przez Niemców z karabinu maszynowego ustawionego przy wejściu do gmachu Prezydium Policji. Wówczas to śmiertelnie został ranny zastępca oficera Franciszek Ratajczak, szef kompanii.

W celu uniknięcia zbędnego przelewu krwi, obie strony podjęły rokowania i zawarto porozumienie, na mocy którego gmach Prezydium Policji, po opuszczeniu go przez żołnierzy 20 PAL (pułk artylerii lekkiej? – przyp. mój), obsadzony został przez 48 żołnierzy, po 24 Niemców i Polaków (ze Straży Ludowej). Stan taki utrzymał się tylko do dnia następnego, gdyż Niemcy opuścili posterunki.

Komisariat NRL 28 grudnia wydał oświadczenie, w którym odpowiedzialnością za zamieszki 27 grudnia jednoznacznie obarczył stronę niemiecką, a zwłaszcza żołnierzy 6 p. grenadierów. Podkreślano, że „Krew polska w Poznaniu polała się w obronie sztandarów Koalicji. Niech to będzie nową rękojmią węzłów i sojuszy między Polską i państwami zachodnimi. Na winnych prowokatorów żądamy śledztwa i kary. Obowiązkiem honorowym Polaków jest odtąd ścisłe przestrzeganie ładu i porządku”.

Przyjazd Ignacego Paderewskiego do Poznania, wydarzenia 26 i 27 grudnia, wreszcie wybuch powstania w Poznaniu, pokrzyżowały plany KNRL wywołania powstania na całym obszarze zaboru pruskiego. Komisariat, widząc spontaniczny rozwój akcji powstańczej, nie mógł pozostać na marginesie wydarzeń i 28 grudnia wieczorem powierzył dowództwo powstania kpt. Stanisławowi Taczakowi, oficerowi Sztabu Generalnego WP przebywającemu na urlopie w Poznaniu. Awansowany do stopnia majora Taczak, po zaakceptowaniu nominacji przez Piłsudskiego, przystąpił do pracy. Z pomocą miejscowych oficerów oraz przybyłych z Warszawy (m.in. ppłk. Juliana Stachiewicza, zaufanego człowieka Piłsudskiego) w ciągu kilku dni zorganizował Dowództwo Główne.

W pierwszych dniach stycznia 1919 roku na stanowiskach kierowniczych pracowało 18 oficerów, z których 15 przeszło służbę w armii niemieckiej (również Taczak – przyp. mój). Zlikwidowano względnie podporządkowano Dowództwu Głównemu inne ośrodki rozkazodawcze: Komendę Służby Straży i Bezpieczeństwa, Komendę Straży Ludowej i polsko-niemiecką Komendę miasta Poznania.

Ze względu na znaczny procent ludności niemieckiej mjr Taczak uznał, że w początkowej fazie powstania należy zrezygnować z poboru powszechnego, odkładając go do umocnienia się polskich władz administracyjnych. Siły powstańcze oparto więc na ochotnikach. Mieli oni zgłaszać się do trzynastu obwodowych komend uzupełnień. Do szeregów przyjmowano byłych żołnierzy w wieku od 19 do 40 lat, członków straży ludowych i polskich organizacji.

Formowane spontanicznie oddziały powstańcze w pierwszych trzech tygodniach bardziej przypominały partyzantkę niż regularne wojsko. Często dobrze przemyślane i przeprowadzone z brawurą akcje kończyły się niepowodzeniem ze względu na brak koordynacji działań, wyszkolenia wojskowego czy dyscypliny.

Najważniejszym zadaniem Dowództwa Głównego było więc przekształcenie ich w jednolitą, sprawnie dowodzoną strukturę, zapewnienie zaopatrzenia i dopływu uzupełnień. W tym celu podzielono Wielkopolskę na 9 okręgów wojskowych. Najpierw organizowano niższe jednostki taktyczne (bataliony, baterie, szwadrony) piechoty, kawalerii i artylerii oraz kadry dla wojsk specjalnych (technicznych) i lotnictwa. W drugim etapie z tych jednostek utworzone miały być brygady i dywizje. W rozkazach dziennych Dowództwa Głównego (9-15 stycznia) ogłoszono zasady organizacji żandarmerii, oddziałów samochodowych, piechoty i karabinów maszynowych, artylerii i łączności.

Po przejęciu poznańskich magazynów broni Dowództwo Główne zaczęło przekazywać na front broń, amunicję i oporządzenie. Do 15 stycznia wydano ok. 20 tys. karabinów, 218 karabinów maszynowych, 1,9 mln sztuk amunicji, 43 tys. granatów ręcznych.

Na początku stycznia 1919 roku przystąpiono do formowania tzw. ruchomych dowództw operacyjnych. Zwarta linia frontu była gwarancją nie tylko możliwości rozszerzenia zasięgu powstania, ale przede wszystkim utrzymania polskiego stanu posiadania. W sztabie DG słusznie przewidywano, że Niemcy podejmą zdecydowane kroki, aby odzyskać utracony obszar. 1 stycznia 1919 roku major Taczak mianował ppłk. Grudzielskiego dowódcą odcinka pólnocno-wschodniego. Dowództwo odcinka zachodniego objął ppor. Kazimierz Zenkteter, prężny oficer, który w Grodzisku utworzył ośrodek dyspozycyjny do działań od Czarnkowa do Wolsztyna. Dowódcą odcinka południowo-zachodniego, tzw. Grupy „Leszno”, został por. Bernard Śliwiński, dowódca batalionu gostyńskiego. Odcinek południowy objął ppor. Władysław Wawrzyniak, organizator i dowódca batalionu pogranicznego w Szczypiornie.

W ciągu pierwszych 19 dni powstania mjr. Taczakowi i jego podkomendnym udało się skutecznie osłonić wyzwoloną część Wielkopolski, utworzyć silny front przeciwniemiecki. Wyznaczono cele operacyjne powstania i stworzono podstawę do ich realizacji. Skrępowano nadmierną inicjatywę dowódców i różnymi sposobami skłaniano ich do działań według planu operacyjnego. 16 stycznia oddziały powstańcze liczyły prawie 14 tys. ludzi, w tym kadry dwóch pułków piechoty, pułku kawalerii, pułku artylerii, dywizjonu artylerii ciężkiej, oddziałów łączności, saperów, lotnictwa itd.

Mimo sukcesów mjr. Taczaka w Poznaniu i Warszawie uważano, że wojskom powstańczym jest potrzebny dowódca bardziej doświadczony i obdarzony większym autorytetem. Do Poznania przyjechał gen. Józef Dowbor-Muśnicki, były oficer armii rosyjskiej i dowódca I Korpusu Polskiego na Wschodzie. Nowy dowódca naczelny, który komendę objął 16 stycznia, przyjęty został w Wielkopolsce z wielką rezerwą, a i później miał ogromne trudności w nawiązaniu kontaktów z podwładnymi. Wieloletnia służba w armii carskiej nie pozostała bez wpływu na jego poglądy, zachowanie, a nawet swobodę wysławiania się w języku polskim. Z drugiej strony był to jednak gruntownie wykształcony oficer sztabowy z ogromną praktyką, świetny organizator, zwolennik żelaznej dyscypliny.

Generał otrzymał zadanie stworzenia z wojsk powstańczych 50-, 60-tysięcznej armii. Na podstawie dekretu KNRL ogłosił 17 stycznia 1919 roku pobór do wojska roczników 1897-1899, co znacząco zwiększyło liczebność wojsk powstańczych i sprawiło, że dotychczasowe oddziały utraciły charakter terytorialny. Aby wzmocnić dyscyplinę, wprowadzono jednolitą przysięgę, powołano sądy doraźne. Głównym problemem był jednak brak oficerów. O ile grupę oficerów młodszych zwiększono poprzez awanse najzdolniejszych podoficerów, to oficerów starszych można było uzyskać tylko z Warszawy.

Zmodyfikowano też plany operacyjne, gdyż Niemcy po zdławieniu rewolty w Berlinie przeszli do bardziej zdecydowanych działań na froncie wielkopolskim. Poznańskiemu kierownictwu politycznemu zależało na utrzymaniu zajętego obszaru jako punktu wyjścia polskich aspiracji terytorialnych w obliczu negocjacji z Niemcami i konferencji pokojowej w Paryżu. Program minimum przewidywał zatwierdzenie dotychczasowej linii frontu jako linii rozejmowej oraz przyznanie powstańcom wielkopolskim statusu siły zbrojnej ententy i praw kombatanckich. Istniała jeszcze nikła nadzieja, że wojska gen. Hallera wylądują w Gdańsku i będzie można powrócić do planu wyzwolenia całego zaboru pruskiego.

Walki powstańcze, jakie toczono od połowy stycznia do końca drugiej dekady lutego, miały już charakter regularny. W drugiej połowie stycznia na najdłuższym odcinku, północnym, oddziały polskie czyniły wysiłki, aby rozszerzyć front wzdłuż Noteci, ale nie zdołały odebrać Niemcom Szamocina i Nakła. Inowrocławskie oddziały por. Pawła Cymsa zajęły na krótko Brzozę niedaleko Bydgoszczy. Utarczki toczyły się też pod Romanowem i Białośliwiem. Na odcinku Grupy Zachodniej 24 stycznia wywiązały się walki pod Obrą i Kłębowem. Następnego dnia powstańcy opanowali Kargową, Babimost i Nowe Kramsko, tworząc duży przyczółek na lewym brzegu Obry. Oddziały Grupy „Leszno” toczyły potyczki w Gościejewicach, pod Przybiniem, Robczyskiem, Lipnem Nowym, Kąkolewem. Ożywił się też odcinek południowy, gdzie 23 stycznia odparto Niemców pod Miejską Górką. Sukcesem powstańców zakończyły się również potyczki pod Rogaszycami i Parzynowem.

Kulą u nogi Polaków była konieczność respektowania umowy zawartej 25 grudnia 1918 roku między polskim Sztabem Generalnym a niemiecką Komendą Ober-Ost, w której Niemcy zgodzili się na oddanie Wilna w zamian za ułatwienie ewakuacji wojsk niemieckich linią kolejową Toruń-Bydgoszcz-Nakło-Piła. W rezultacie impet powstańców w tym rejonie został zatrzymany. Co gorsza Niemcy, wykorzystując oddziały ewakuowane ze wschodu, obsadzili Pomorze, uniemożliwiając przeniesienie tam działań powstańczych.

Siły powstańcze liczyły w tym czasie ok. 30 000 żołnierzy. W połowie lutego rolnicy stanowili 13,6 proc. ogółu powstańców, robotnicy rolni – 3,2 proc., robotnicy – 36,5 proc., rzemieślnicy – 20 proc., kupcy – 8,5 proc., drobni urzędnicy i inteligencja – 10 proc., ziemianie – 1,5 proc. W walkach od 27 grudnia do 15 stycznia poległo 274 powstańców, najwięcej na odcinku północnym – 190. Kolejny okres walk od 16 stycznia do 18 lutego przyniósł ponaddwukrotnie większe straty: ogółem poległo 574 powstańców, w tym 299 na odcinku północnym i 139 na zachodnim.

Na początku lutego w Berlinie odbyły się rokowania polsko-niemieckie. Stronę polską, obok przedstawicieli NRL, reprezentował ppłk Władysław Anders. Delegacja polska domagała się uznania status quo w Wielkopolsce, wycofania niemieckiego Grenzschutzu z obszarów zamieszkanych przez Polaków na Pomorzu i Śląsku oraz zawarcia rozejmu. Rozmowy spełzły jednak na niczym. Dopiero wskutek zabiegów KNRL i KNP w Paryżu i nacisków Francji 16 lutego Niemcy podpisały w Trewirze układ rozejmowy.

Powstanie wielkopolskie należy do niewielu zwycięskich czynów powstańczych w dziejach Polski. Społeczeństwo Wielkopolski w okresie ponadstuletniej niewoli obroniło tradycję narodową, język i wiarę katolicką. Uczestniczyło aktywnie we wszystkich czynach zbrojnych XIX wieku, ponosząc wielkie ofiary ludzkie i materialne. Powstanie było więc logiczną, historyczną konsekwencją codziennej wytrwałości, pełnej wyrzeczeń i poświęceń pracy patriotyczno-narodowej, umożliwiającej społeczeństwu polskiemu przetrwanie niewoli pruskiej. Wykorzystując sprzyjający moment dziejowy, Wielkopolanie wyzwolili większość swej ziemi i jako wiano przekazali ją Polsce.

Na sukces powstania ogromny wpływ mieli kolejni głównodowodzący: Stanisław Taczak, Józef Dowbor-Muśnicki i cały korpus oficerski. Zasłużyli się też działacze polityczni z kręgów Narodowej Demokracji, niekwestionowani przywódcy ludności polskiej w zaborze pruskim, m.in. ksiądz Stanisław Adamski, Wojciech Korfanty, Adam Poszwiński, Władysław Seyda.

Nie kwestionując polskich aspiracji na wschodzie dążenia polityczne poznańskiego ośrodka państwotwórczego ciążyły ku ziemiom zachodnim i obszarom nadbałtyckim. Błędem politycznym Komisariatu było oczekiwanie na decyzje konferencji pokojowej i dyrektywy ententy. Wybuch i rozwój powstania był więc swego rodzaju korektą planów polityków. Komisariat odegrał też ogromną rolę w zabiegach dyplomatycznych. Niemcy zostali zmuszeni do podpisania warunków rozejmowych w Trewirze, co w praktyce uratowało Wielkopolskę od interwencji wojsk Ober-Ostu. Znacznym sukcesem było też przyznanie Polsce obszarów, których nie udało się wyzwolić zbrojnie, m.in. Leszna, Rawicza, Zbąszynia i Bydgoszczy.

Z formacji wielkopolskich powstała silna armia, która latem 1919 liczyła ok. 100 000 ludzi. Oddziały wielkopolskie walczyły w Małopolsce Wschodniej i na Froncie Litewsko-Białoruskim. Było to doświadczone wojsko o wysokim morale, dobrze dowodzone i uzbrojone, które stworzyło najbardziej zintegrowaną część Wojska Polskiego. Wielkopolanie wydatnie przyczynili się do zwycięstwa nad Ukraińcami w 1919 roku i bolszewikami w 1920 roku oraz wsparli trzecie powstanie śląskie w 1921 roku.«

x

To, co odróżniało zabór pruski od pozostałych, to nie tylko wyżej rozwinięte społeczeństwo, ale też to, że Polacy tworzyli pełny przekrój społeczny. W zaborze rosyjskim i austriackim mieliśmy tylko szlachtę i chłopów, którzy byli praktycznie niewolnikami i byli, co zupełnie zrozumiałe, obojętni na sprawę narodową. Powstania były sprawą szlachty. W przypadku powstania wielkopolskiego widać, że wzięło w nim udział całe społeczeństwo. Najliczniej robotnicy, rzemieślnicy i rolnicy. Ziemianie to tylko 1,5 procenta. Nie oszukujmy się, to był inny świat.

Bardzo znamienny jest fakt umowy z 25 grudnia 1918 roku, zawartej pomiędzy polskim Sztabem Generalnym a niemiecką Komendą Ober-Ost, na mocy której, w zamian za zwolnienie Wilna, Niemcy uzyskali zgodę na ewakuację swoich wojsk liną kolejową Toruń-Bygdoszcz-Nakło-Piła. Uniemożliwiło to rozszerzenie powstania na Pomorze, które obsadziła powracająca armia. Stanowiła ona również poważne zagrożenie dla samego powstania. W tamtym czasie Sztab Generalny zapewne nic nie zrobił bez zgody Piłsudskiego. Mówiąc wprost – Piłsudski wolał półżydowskie Wilno od Poznania i Wielkopolski.

W pewnym momencie Bogusław Polak pisze: „Mimo sukcesów mjr. Taczaka w Poznaniu i Warszawie uważano, że wojskom powstańczym jest potrzebny dowódca bardziej doświadczony i obdarzony większym autorytetem. Do Poznania przyjechał gen. Józef Dowbor-Muśnicki.” A później dodaje, że został on przyjęty w Wielkopolsce z wielką rezerwą. Nasz najsłynniejszy trener piłkarski, Kazimierz Górski, miał taką zasadę: drużyny zwycięskiej nie zmienia się. I słusznie! Po co kombinować jak koń pod górę? Jak zacznie przegrywać, to tak! Po co więc zmieniono mjr. Taczaka, skoro się sprawdzał? Piłsudski chciał się pozbyć Dowbora-Muśnickiego jako byłego oficera armii carskiej. W Poznaniu jakoś radzono sobie z tymi personalnymi ansami. A może po prostu zawartość Polaka w Polaku w Wielkopolsce była większa, niż w innych dzielnicach.

Przypomina się też zamach majowy i fakt, że jednostki z Wielkopolski nie dotarły do Warszawy. Rozkręcili tory. Wiedzieli, że to wojsko zdmuchnęłoby tych piłsudczyków jak świecę. Wiedzieli o tym generałowie, którzy chcieli wycofać się do Wielkopolski i dalej walczyć, bo wiedzieli, że przewaga była po ich stronie. Ale wiedział też o tym Wojciechowski, prawdopodobnie wtyczka Piłsudskiego. A i on sam doskonale zdawał sobie z tego sprawę.

Mieczysław Rakowski, w wywiadzie udzielonym Orianie Fallaci w marcu 1982 roku, powiedział:

Członkowie “Solidarności” są zbyt niecierpliwi, przedwcześnie stracili głowę. Kardynał Wyszyński to rozumiał. “Rodacy, nie wszystko od razu!”, powtarzał. Nie zapominajmy, że niecierpliwość i brak realizmu to cechy typowo polskie. Nie pierwszy raz w dziejach Polski ruch, który miał się stać siłą napędową narodu, niemal natychmiast niszczy podstawy istnienia państwa.

No proszę! Niecierpliwość i brak realizmu to cechy typowo polskie. Teraz już chyba nikt nie powinien mieć wątpliwości dlaczego o powstaniu wielkopolskim tak mało się mówi. Nie pasuje do ogólnie rozpowszechnianego stereotypu. Bo gdyby o nim mówiono, to należałoby zadać sobie następne pytanie: dlaczego w Wielkopolsce było inaczej? A “Solidarność” była tak samo żydowskim wymysłem, jak powstanie warszawskie, styczniowe, listopadowe i kościuszkowskie. Ośmieszają nas Żydzi przed całym światem i wmawiają nam, że jesteśmy tacy niecierpliwi i oderwani od rzeczywistości.

Więcej znaczyło w historii Polski powstanie wielkopolskie, niż wszystkie inne razem wzięte. Prawdę mówiąc dzieje tego powstania, przedstawione jak wyżej, to instruktaż, jak należy walczyć o swoje. I właśnie dlatego jest najważniejsze, bo z niego możemy się czegoś nauczyć. Z innych – nic.

x

Aktualizacja z dnia 3 października 2024:

Cztery lata temu, gdy pisałem ten blog, jeszcze wierzyłem, że pewne rzeczy mogą się dziać spontanicznie. Dziś już wiem, że tak nie jest. Niemcy nie przegrały I wojny światowej. W lutym 1918 roku w wyniku traktatu brzeskiego zakończyły wojnę na froncie wschodnim, ale wojska niemieckie nadal stały daleko na wschodzie. W momencie podpisywania kapitulacji na froncie zachodnim wojska niemieckie stały 50 km od Paryża. W takiej sytuacji tylko naiwny może wierzyć w to, że powstanie wielkopolskie, przy całym szacunku dla walczących, mogło skończyć się sukcesem, gdyby tak nie postanowiono gdzieś wyżej. Niemcy nadal dysponowały potężną armią. Chodziło o to, by stworzyć sytuację, w której Niemcy, mocno upokorzone, będą dążyły do zmiany warunków, jakie im narzucono w Wersalu. Pozbawienie państwa niemieckiego części ich ziem w wyniku powstania wielkopolskiego i powstań śląskich było częścią tego planu. I właśnie dlatego te powstania wybuchły w zaborze pruskim i w tym samym czasie.

Rzeź galicyjska

W XIX wieku stosunki pomiędzy szlachtą a poddanymi ulegały narastającemu napięciu (co szczególnie uwidoczniło się w Galicji) z powodu bezwzględnego egzekwowania powinności feudalnych, przede wszystkim pańszczyzny. Pomimo że obowiązujące prawo nie zezwalało już szlachcie na bicie chłopa, a jedynie na jego uwięzienie, szlachta nie zwracała na to uwagi i często chłosta kończyła się nawet śmiercią poddanego, a skutki kary zależały jedynie od siły i sadyzmu bijącego (np. ekonoma). Podobnego traktowania ze strony szlachty doznał także Jakub Szela. Po uwięzieniu w kajdanach w końcu grudnia został zaprowadzony na nabożeństwo do kościoła. Stanie na mrozie przed świątynią zakończyło się groźnymi odmrożeniami. Chłopi zmuszani byli do odrabiania pańszczyzny na gruntach dominikalnych, sięgającej 3 dni w tygodniu. Ponadto podlegali pod jurysdykcję pańską w większości spraw, a jedynie w najcięższych mogli odwoływać się do sądów państwowych.

W świecie wyobrażeń galicyjskiego chłopstwa szczególne miejsce zajmował cesarz, jednoznacznie identyfikowany jako opiekun i rzecznik praw ludu. Pamięć o cesarzowej Marii Teresie i jej synu Józefie II była żywa na długo po ich panowaniu.

Austriacy, chcąc doprowadzić do rozdźwięku w polskim społeczeństwie i tym samym zapobiec wybuchowi ewentualnego powstania, wykorzystali niezadowolenie chłopów i – rozpuszczając plotkę o tym, że szlachta planuje przeciwko chłopom akcję zbrojną, której celem ma być ich wybicie – pchnęli ich do mordów i plądrowania szlacheckich dworów. Za głównego inspiratora uważany jest starosta tarnowski Joseph Breinl von Wallerstern.

Gdy powstanie krakowskie zostało stłumione i chłopi przestali być potrzebni Austriakom, wojsko przywróciło spokój. Jakub Szela został internowany, a następnie przesiedlony na Bukowinę. Bardzo szybko w Galicji zapanował spokój, jednak długo jeszcze pamiętano o rzezi galicyjskiej, która swoim zasięgiem objęła przede wszystkim Tarnowskie, Sanockie, Nowosądeckie i część Jasielskiego.

To tyle Wikipedia. Pisze ona o prowokacji ze strony Austriaków, ale nic o żydowskiej agitacji przeciwko szlachcie, która zaczęła się parę lat wcześniej. Jej motywem przewodnim było to, że rząd zniósł pańszczyznę i wydał nawet w tej sprawie dekret, tylko szlachta go ukrywała. Wydaje się jednak, że problem był bardziej skomplikowany, a działania Austriaków i Żydów były tą iskrą na beczce prochu.

Nie jest tak łatwo zmobilizować większą grupę ludzi do zgodnego i zdecydowanego działania. Musi być jakiś silny bodziec, motywacja oraz przyzwolenie władz, co miało miejsce w przypadku tej rzezi. Gdyby nie było zgody Austriaków, nie doszłoby do niej. Postępowanie chłopów było wyjątkowo okrutne. Właścicielom dworów obcinano głowy, za które Austriacy wypłacali pieniądze. A w „Weselu” Wyspiańskiego: Myśmy wszystko zapomnieli… Mego dziadka piłą rżnęli. To okrucieństwo chłopów porównuje się do okrucieństwa rzezi wołyńskiej. Było ono w wielu wypadkach podobne. Jednak jest podstawowa różnica. W trakcie rzezi wołyńskiej ginęli niewinni ludzie – chłopi. W przypadku rzezi galicyjskiej chłopi mordowali swoich oprawców.

To nie jest tak, że takie zdarzenie da się prosto wytłumaczyć. Ja zawsze uważam, że jeżeli chce się zrozumieć istotę problemu, to trzeba zacząć od początku i przeanalizować relacje chłopsko-pańskie w szerszym przedziale czasu. Jest taka doskonała praca Marii Dąbrowskiej Rozdroże. Jest to studium na temat zagadnień wiejskich. Zostało ono opublikowane w 1937 roku i spotkało się z gwałtowną reakcją środowisk ziemiańskich. Dąbrowska była atakowana, często w bardzo niewybredny sposób, co w sumie nie dziwi. Dziwi natomiast co innego. W PRL-u studium to wydano po raz pierwszy w 1987 roku. W posłowiu Franciszek Jakubczak pisze tak:

„Od napisania przez Marię Dąbrowską i opublikowania w 1937 roku Rozdroża, noszącego naukowy tytuł Studium na temat zagadnień wiejskich, upłynęło już nieomal pół wieku. Nieprzeciętna musi być wartość studium Dąbrowskiej, jeśli w ciągu czterdziestolecia Polski Ludowej wznowienia tej głośnej i bliskiej ruchowi ludowemu książki domagano się przy każdej okazji gruntowniejszego podejmowania spraw tradycji ruchu ludowego, historii chłopów i kultury wsi polskiej.”

Ciekawe, że w Polsce Ludowej najważniejsza praca na temat tego ludu nie mogła być wydana. Wiele bardzo wartościowych książek wydawano w latach 80-tych, przeważnie w drugiej połowie, gdy PRL chylił się ku upadkowi.

Wybrałem te fragmenty, które najlepiej tłumaczą, tak mi się przynajmniej wydaje, dlaczego doszło do tej rzezi. Trzeba było wrócić do czasów piastowskich, w których chłopom powodziło się znacznie lepiej. Ich sytuacja pogarsza się od XV wieku i później jest już tylko gorzej. Dąbrowska pisze tak:

»Historyczne usprawiedliwienie pańszczyzny i zależności włościan wywodzi się zawsze od tego pierwotnego podziału pracy: szlachcic-rycerz bronił ojczyzny, więc i chłopa – chłop w zamian winien go był utrzymywać. Lecz najstarsze dokumenty średniowiecza mówią, że kmiecie z dawien dawna byli obowiązani do obrony kraju. Nigdy, zdaje się, że nie ulegało wątpliwości, że byli obowiązani bronić go w razie najazdu, co się w pierwszych wiekach istnienia Polski nierzadko przecie zdarzało. Stanisław Smolka jednak ujawnia w swoim dziele Mieszko Stary i jego wiek znacznie donioślejszy i bardziej wszechstronny udział kmieci w obronie kraju. Powiada on, że nie tylko w razie najazdu nieprzyjaciela cała ludność chłopska stawała pod broń, ale że i na większych wyprawach „nie pogardzano tłumami gorzej uzbrojonych tarczowników z chłopstwa”. Nadto, „gdy przyszło do wielkiej wojny”, tworzono z chłopów nawet pułki konnic, i takie oddziały miał mieć z sobą Bolesław Krzywousty na wyprawie węgierskiej.

Kazimierz Odnowiciel był ocalony w boju przez chłopa, którego uczynił władyką, i w ogóle „nieustanny przybytek z klasy chudopacholskich dziedziców (nazwa „dziedzice” pierwotnie dotyczyła kmieci) odświeżał w rycerstwie siłę rodzimego pierwiastka”. Natomiast według tego samego źródła „góra wojskowa liczyła wielu obcych rycerzy”.

Korzon w swych Dziejach wojen i wojskowości w Polsce również mówi o udziale chłopów średniowiecznych w służbie wojennej. Obszernie zaś podaje organizację pospolitego ruszenia za Kazimierza Wielkiego, który „zobowiązał prawem, statutem i gospodarczymi zarządzeniami całą ludność rolną do służby wojskowej”. Zatem pierwsze oficjalne pospolite ruszenie było nie wyłącznie szlacheckie, lecz ogólnie narodowe, czyli w ogromnej zapewne części chłopskie.

Dopiero wiek XV, więc czas, gdy gruntowała się pomału gospodarka folwarczna i pańszczyźniana, wyłączająca chłopów spod prawa państwowego, nadała pospolitemu ruszeniu charakter wybitnie szlachecki. Stopniowo zanikała wówczas idea powszechnej służby wojennej chłopów, a statuty przewidują już tylko udział kmieci w obronie miejscowej w razie najazdu.

Szlacheckie pospolite ruszenie okazało się wprędce i dość zawodne i niewystarczające jako środek obrony, a zwłaszcza jako środek umocnienia potęgi państwa. O przywróceniu jednak na większą skalę służby wojskowej chłopów i mowy być nie mogło, stanowili oni bowiem już wtedy prywatną własność i źródło największego dochodu szlachty, która dla żadnych celów nie dała ich brać ze wsi. Toteż już pierwsi Jagiellonowie posługiwali się wojskiem zaciężnym, rzecz prosta, cudzoziemskim.

Jagiellonowie starali się zresztą przez cały czas utrzymywać resztki tradycji pospolitego ruszenia chłopskiego przynajmniej na Litwie, gdzie ich władza była bardziej realna. Niezależnie od tego, w całej Rzeczypospolitej zaczęli niebawem z chłopów tworzyć znaną i zasłużoną w bojach piechotę łanową czyli wybraniecką, wyciąganą oczywiście tylko z królewszczyzn i to nie bez oporu starostów. Ta właśnie chłopska piechota stanowiła pierwszy zawiązek armii stałej, opartej na poborze. Historia nie przekazała nam wiadomości, by ta chłopska piechota uciekła z pola bitwy, lub zawiązywała rokosze, co się szlachcie nierzadko zdarzało. Powszechnie znany też jest fakt, że w ostatnich wiekach Rzeczypospolitej chłopi, zwłaszcza tam, gdzie zachowały się przypadkowo resztki swobody, występowali samorzutnie, i często z lepszym niż szlachta rezultatem, w obronie kraju. Dość przypomnieć rolę Kurpiów i górali w partyzantce przeciw Szwedom, którym szlacheckie pospolite ruszenie Polskę wydało na łup, a których najazdowi chłopi pierwsi stawili czoło. Mimo to sejm szlachecki oprał się spełnieniu ślubów Jana Kazimierza. Daninę krwi uznał za jeszcze jedną daninę, należną panom obok pieniędzy, płodów rolnych i pracy. Toteż jeśli chłopscy bohaterowie wojenni Polski szlacheckiej – wywlekani dziś czasem z niepamięci głównie dla zagrzania chłopów do coraz większych obowiązków – są tak zapomniani i zdają się być nieliczni, to są oni za to bohaterami najbardziej niepodejrzanymi, gdyż – mimo woli może – lecz najzupełniej bezinteresowni. Za swoją krew i życie nie mogli się – przynajmniej jako zbiorowość – niczego spodziewać i, choć to straszno powiedzieć, nic nie uzyskali, prócz wzmagającego się ucisku.

Służba wojenna szlachty była niby to bezpłatna. W rzeczywistości kosztowała bardzo drogo. To właśnie, między innymi, skłaniało królów naszych do przechodzenia na wojska zaciężne.

Rzecz dziś już zbadana i wiadoma, że o każde uchwalenie koniecznej wojny ziemiaństwo targowało się do upadłego, nie chcąc nic dać, nie to żeby za darmo, lecz nawet za cenę przyzwoicie umiarkowaną. To zaś, co uzyskiwało, nazywam za Słowackim ceną „krwi nie wylanej”, boć korzystano z owych zysków bez względu na rany i zasługi, korzystali z nich i ci, co wcale nawet sami na wojnę nie poszli.

Mniejsza jednak o cenę, płaconą bezpośrednio w dobrach ziemskich i starostwach lub udziałem w takich czy innych dochodach. Bardziej doniosłą w swych zgubnych skutkach ogólnopaństwowych była cena, płacona przywilejami. W łagodnym gloryfikującym ujęciu nazywało się to zdobywaniem przywilejów, mających być podstawą demokratycznego ustroju, rękojmią, zabezpieczającą przed samowładztwem. W gruncie rzeczy szlachta uzyskiwała w takich okolicznościach prawo do nieograniczonego ucisku chłopów. Wydzierała państwu i królowi nie tyle władzę nad sobą, ile władzę nad chłopem, a więc nad „istotnym narodem”, którą też w końcu sobie bez zastrzeżeń przywłaszczyła. Ignacy Baranowski, badacz bezstronny i szlachtę raczej usprawiedliwiający stwierdza w swej książce Wieś i folwark, że kiedy Zygmunt Stary odwołał się do szlachty o podatek na wojnę pruską (nawet więc krwi nie żądał), ona „według zwyczaju wyzyskała położenie i w zamian za pobór” wyjednała trzy uchwały statutu toruńskiego (1520), dotyczące pańszczyzny. Konstytucja tego statutu o robociznach „była pierwszym ustawowym określeniem stosunku pańszczyźnianego w prawodawstwie polskim”. Oznaczając wymiar pańszczyzny na jeden dzień w tygodniu zdawała się być, formalnie przynajmniej, hamulcem powściągającym jej dowolne zwiększenie. Ale to tylko pozór. Choć trudno temu dać wiarę, niemniej statut toruński zawierał punkt mówiący, że „ustawa ta nie ma być wprowadzana tam, gdzie chłopi odrabiają więcej niż jeden dzień swym panom”. A ponieważ owymi czasy w dobrach szlacheckich włościanie odrabiali już wszędzie więcej niż jeden dzień w tygodniu, chodziło więc tylko o wprowadzenie bodaj minimum pańszczyzny w dobrach królewskich, gdzie jeszcze chłopi nie wszędzie ją odrabiali i dokąd uciekali, szukając lepszej doli, z majątków prywatnych. Z tym uciekaniem szlachta zaczynała już wtedy walczyć i dla uchronienia się przed nim potrzebowała „powszechnej ustawy o pańszczyźnie”, aby nie było w Polsce kąta ni miejsca, dokąd by chłop miał po co uciekać. W tym celu zaczynała też tworzyć „wskroś nowoczesną organizację ziemian-kapitalistów” – stwierdza to nie żaden „klasowy przewrotowiec”, ale tenże Ignacy Baranowski.

A od XVI aż prawie do końca XVIII wieku wewnętrzne dzieje Polski są w znacznym stopniu historią wzrastania pańszczyzny i niewoli chłopów. Zacząwszy w wieku XV, a rozszerzywszy w XVI gospodarkę folwarczną, szlachta uznała z całym naiwnym cynizmem pracę chłopów „za największą intratę w Polsce” tę intratę wyciągnęła bez najmniejszych skrupułów, z całkowitą pogodą ducha i w pełni zadowolenia z siebie.

Stawszy się pomału wielkim przedsiębiorcą i kupcem zbożowym, ziemiaństwo swoją szlachecką daninę krwi dawało coraz niechętniej, bo tyle uzyskawszy wolało się oddawać spokojnemu dosytowi.

Chłopi zostali w ciągu tego czasu absolutnie wyjęci spod prawa publicznego i poddani bez zastrzeżeń patrymonialnemu sądowi szlachty. Spór chłopa z panem rozsądzał wyłącznie tenże jego własny pan, więc strona zainteresowana i w stosunku do chłopa wszechwładna. Za szkodę wyrządzoną chłopu sąsiada szlachcic płacił karę właścicielowi podsądnego, tak jak za szkodę wyrządzoną na cudzym inwentarzu. A działo się to w kraju, chlubiącym się swymi trybunałami obywatelskimi i swoim „Nikogo bez sądu nie uwięzimy”… Dobra i majątki szlacheckie czy wielkopańskie stały się państewkami absolutnymi, w których pan rządził bezapelacyjnie narodzinami, życiem, śmiercią, każdym dniem i każdą nocą gromady niewolników, nie w takim jak starożytne, lecz w niemniej ciężkim znaczeniu.

Swej nieograniczonej władzy nad chłopem szlachta używała przez cztery blisko wieki wyłącznie w dwu kierunkach: zwiększenia pańszczyzny i przytwierdzenia chłopów do ziemi.. Od XVI do XVIII stulecia szlachta, coraz bardziej obojętna na sprawy publiczne, uchwaliła jedną za drugą około 60 konstytucji o zbiegłych kmieciach, ku temu głównie służył w tym czasie jej tyle sławiony parlamentaryzm. Według Baranowskiego nadmierna ilość i ciągłe ponawianie tych ustaw świadczy o ich bezskuteczności. Bardzo możliwe, ale świadczy i o tym, jak potwornie źle było chłopom, skoro nie spodziewając się nigdzie obrony ani prawa, zbiegali jednak, prawdziwie w czarną noc ponad światem. Świętochowski w swojej Historii chłopów polskich przytacza treść aż 38 postanowień o zbiegłych chłopach, jakie zapadły w ciągu jednego XVII wieku. I trudno mu się dziwić, kiedy dodaje: „Nie potrzeba wymowniejszego dowodu, jak dalece szlachta nie mogła dostrzec w chłopach pierwiastków ludzkich, zasługujących na coś więcej ze strony ustawodawstwa, niźli listy gończe”.

Twórcy Konstytucji 3 maja, choć tak zdeterminowani, że rzecz swoją postanowili przeprowadzić na drodze zamachu stanu, tym nawet rewolucyjnym sposobem nie poważyli się forsować czegoś, co musiałoby wywołać żywiołowy sprzeciw szlachty, grożący wojną domową. Dla spraw skarbu i wojska, czy wzmocnienia władzy wykonawczej można było liczyć, że się wzbudzi bodaj na krótko zapał w odpowiednio zażytym, nóż najazdu mającym na gardle, a bądź co bądź na swój sposób łatwym do do patriotycznego roztkliwienia pospólstwie szlacheckim. Dla sprawy chłopskiej – nigdy. Wchodziła tu w grę rzecz zbyt silna – materialny interes „klasowy”, którego wymyślenie przypisuje się dopiero socjalistom.

To liczenie się państwa z egoizmem szlachty, jak każdy zdrożny kompromis, i tak nie pomogło. Wojna domowa, której chciano uniknąć przez połowiczność reform, nie dała na siebie czekać. Targowica, występująca – paradoks częsty w takich wypadkach – pod hasłem obrony wolności i demokracji, nieugruntowane dzieło 3 maja przy hańbiącej obcej pomocy obaliła. Zaś w sprawie chłopskiej nakazywała dziedzicom wszelkie obudzone przez sejm czteroletni nadzieje włościan niweczyć i buntujących się przeciw jakimkolwiek „dawniejszym powinnościom” przykładnie karać. I choć tego właśnie grzechu nikt jej ani pamięta, ani wypomina, w nim – osobliwie trwałe, do dziś pokutujące – okazało się jej „za grobem zwycięstwo”.

W latach 1772-75 nie protestowano przeciw rozbiorom ojczyzny, ale Świętochowski (Historia chłopów polskich) podaje tekst memoriału, złożonego wtedy gubernatorowi lwowskiemu przez szlachtę zaboru austriackiego, protestującą „przeciw opodatkowaniu szlachty, która krwią przelaną za ojczyznę, okupiła sobie uwolnienie od tego ciężaru, a chłopami opiekowała się życzliwie”. Według tego samego źródła szlachta w adresie hołdowniczym do Marii Teresy proponowała zachowanie pańszczyzny. Kiedy nastał Józef II, szlachta, przerażona jego programem reform rolnych, wysilała cały swój dowcip i całą troskę publiczną na przesyłanie rządowi memoriałów, dowodzących, „że reforma rolna w Galicji prawnie przeprowadzić się nie da, a przeprowadzona gwałtem wywoła powszechną ruinę gospodarczą”. Zaznaczmy przy tym, chociaż to ciężko boli, że włościańskie patenty Józefa II zaczęły wychodzić przed Sejmem Czteroletnim i że szły dalej niż Konstytucja 3 maja. Więc szlachta okrojonej Rzplitej miała już ostrzeżenie i przykład, co można było i co należało zrobić. Ponurej tej przestrogi nikt nie wziął pod uwagę. Szlachta zaboru austriackiego zamiast słać do Warszawy najgorętsze wezwania, by sejm i rząd w uobywatelnieniu ludu nie dały się ubiec najeźdźcy, bawiła rząd wiedeński narzekaniem na swoje ciężkie położenie, przekonywaniem, że ochrony i pomocy potrzebuje nade wszystko ziemiaństwo i duchowieństwo, a nie chłopi.

Zaślepienie szlachty zwyciężyło. Rząd austriacki zaczął ustępować. Zresztą po śmierci Józefa II kurs reform się skończył, przyszła znana i nikczemna polityka zdeprawowanej biurokracji. Zemsta dziejów rzuciła swoje memento w koszmarnej postaci rzezi galicyjskiej. Po tym dantejskim doświadczeniu nastąpiło krótkie, lecz świetne ocknienie, po raz pierwszy jak gdyby masowe. Kiedy w roku 1848 wybuchają próby powstania, to i Komitet Narodowy w Krakowie i Rada Narodowa we Lwowie wysyłają do władz memoriały, żądające zniesienia pańszczyzny i nie żadnego oczynszowania, lecz uwłaszczenia chłopów. Te memoriały są opatrzone tysiącami podpisów, są to aż do r. 1863 – obok postanowień sejmików litewsko-białoruskich z r. 1817 – jedyne ekspiacyjne akty publiczne szlachty polskiej w sprawie chłopów.

Ogień Wiosny Ludów jak silnie w sercach ziemiaństwa wybuchnął, tak samo prędko i zgasł, pogrążając dziedziców zaboru austriackiego w tym głębszą ciemność wstecznej myśli i niestety, wybitnie „klasowego” stosunku do spraw obywatelskich, społecznych i gospodarczych. W samym zresztą przedstawionym tu okresie przebudzenia moralnego nie brakło bynajmniej objawów świadczących, że wstrząs wydobył na jaw tylko drobną, zdrową na duchu garstkę, która chwilowo zasłoniła zdezorientowaną, lecz nie odmienioną do gruntu całość żywiołu szlachetczyzny. Do jakiego stopnia nawet najinteligentniejsi spośród ziemian owego czasu tkwili, jeśli nie w żądzy ucisku, to w mrzonce nawrotu do patriarchalno-pańszczyźnianej sielanki, to można poznać choćby z memoriału Aleksandra Fredry, złożonego nadzwyczajnemu komisarzowi Galicji Stadionowi tuż po rzezi galicyjskiej. „Władza patriarchalna – pisze sławny komediopisarz – dziedzicom przynależy, nikt jej skutecznie nie zastąpi… Zadaniem niższych urzędników być powinno jak najprostszą mową przekonać lud, że pańszczyzna jest nie tylko własnością pana, ale jest zarazem konsekwencją ustanowionego porządku mocą prawa i wolą monarchy, że nie wypełniający w tym względzie swoich obowiązków narusza prawa własności, a nade wszystko wykracza przeciwko rzeczonej najwyższej woli…” Oto jak przedstawiciel elity szlacheckiej rozumiał opiekę prawa państwowego nad chłopem w pięćdziesiąt kilka lat po Konstytucji 3 maja i w przededniu zniesienia pańszczyzny przez rząd austriacki. Jeżeli powoływaliśmy się na wolę obcych monarchów, o ile ona zachowywała pańszczyznę, a narzekaliśmy na obce rządy, gdy uwłaszczały chłopów, to jakie mieliśmy potem prawo mówić o sztucznym wykopaniu przepaści między chatą a dworem? Wprawdzie chciałoby się Fredrę uważać za wyjątek, trudno jednak nie zgodzić się ze Świętochowskim, że skoro tak myślał człowiek utalentowany i obyty ze światem nowych idei (napoleończyk), to inni „zwykli panowie” musieli myśleć znacznie gorzej. To pewne, że pięknej tradycji 48 roku nie zachowali oni nawet w dobrej pamięci.

Co do zaboru pruskiego, to znanym jest fakt, że tamtejszy zaborca, znacznie od innych sprytniejszy i może znacznie pewniejszy trwałości swego panowania, prowadził na swej grabieży politykę nie tak demagogiczną i nie tak bezwzględnie rabunkową. Nie zależało mu tak na podsycaniu przeciwieństw społecznych, gdyż dla niszczenia polskości przewidywał inne, na dalszą metę zakrojone sposoby. Toteż reformę uwłaszczeniową (najwcześniejszą) przeprowadził z silniejszym uwzględnieniem czynników gospodarczych, widząc w tym większe dla siebie korzyści. Odpowiedzią, którą na razie otrzymał, było wydatne wzięcie przez włościan udziału w powstaniu 1848, obok insurekcji kościuszkowskiej jedynym powstaniu częściowo chłopskim. W ostatecznym rezultacie stosunki ułożyły się tam zdrowiej, a staroszlachecka nienawiść do reform rolnych odżyła dopiero… w Polsce niepodległej.

Księstwo Warszawskie i Królestwo Kongresowe były tą ostatnią resztka czasu, kiedy mogliśmy względnie samodzielnie o sprawie chłopskiej decydować, przynajmniej na kawałku ojczyzny. Tymczasem to, co uczyniono za Księstwa, było raczej cofnięciem się wstecz. Zwolnienie chłopów z poddaństwa i nadanie im swobody ruchów przez konstytucję napoleońską zrozumiano jako uświęcenie praktykowanego z dawna prawa do wywłaszczenia chłopów. Jak wiadomo, prawo do gruntów, na których włościanie siedzieli, chociaż nie było formalne, ustaliło się o tyle, że pozwalało mówić, zwłaszcza w niektórych okolicach, o jakimś mniej więcej trwałym i dziedzicznym władaniu. Obecnie ta tradycja została ostatecznie zniweczona. Wł. Grabski w studiach nad tą epoką twierdzi, że „wolnościowa konstytucja Księstwa Warszawskiego przyznała panom to, co stanowiło cel ich wiekowych usiłowań – pełną własność wszystkich gruntów wiejskich”. Gospodarczo-spolecznego procesu, który się odbył na tle zastosowania artykułu: „Niewola się znosi”, nie można przypisywać Napoleonowi. Nie mógł on ani znać naszych stosunków, ani wglądać w ich dalsze kształtowanie się. Księstwo Warszawskie miało bądź co bądź możliwość prowadzenia własnej polityki wewnętrznej, mogło też dopełnić lakoniczny artykuł ustawy przepisami, zabezpieczającymi byt włościan. W rzeczywistości stało się na odwrót. Konstytucję wykorzystano tylko jedynie na dobro folwarków. Że chłopi, obdarzeni tak długo im odmawianą swobodą ruchu, rzucili się masowo do szukania innego losu, to zrozumiałe. Ale że szlachta wyzyskała nowe prawo jedynie dla rugowania włościan i powiększania ich rolą swoich majątków, tego trudno zapisać na jej dobro.

Rugom tym towarzyszyła publicystyka, której głosy cytować byłoby już zbytecznym znęcaniem się nad i tak czyśćcowymi duchami smutnej przeszłości. Dość powiedzieć, że kręciła się ona dokoła uzasadnienia świętego prawa panów do ziemi chłopskiej i nie odbiegała ani o jeden ton od tego, co pisano w końcu wieku XVIII. Znów zarzekano się, że „nigdy”, że „na zawsze”, a wyrazem najpopularniejszych zapewne poglądów była choćby uchwała rady powiatowej w Płocku, głosząca między innymi: „Własności naszej gruntowej dla nikogo i dla żadnych względów nie tylko nie ustępujemy, lecz owszem, przeciw naruszaniu onej protestujemy się”. Pamiętać zaś trzeba, że własność, której „dla żadnych względów” i nigdy postanowiono nie ustąpić, to były – w owym czasie – nie folwarki, lecz grunty od prawieku zasiedlone chłopami.

Zwróćmy się jeszcze ku temu, co działo się w ostatnim pięćdziesięcioleciu niewoli w Galicji. Tam również sprawa narodowościowa zabarwiała swoiście stosunki, ale działo się to niejako na marginesie całokształtu polskiego życia dzielnicy, która jedyna posiadała przez czterdzieści lat autonomię. Ten właśnie fakt pozwala wyraźniej niż w innych zaborach obserwować smutne i charakterystyczne dla stosunku ziemiaństwa do sprawy chłopskiej zjawiska. W Galicji bowiem rozegrała się w całej pełni i jawności walka na nowej pozycji, na którą wycofała się szlachta. Nie mogąc się już bronić ani przed zamianą pańszczyzny na czynsze, ani przed uwłaszczeniem – broniono się zaciekle przed… oświatą ludową.

Żabko-Potopowicz, stwierdzając, że w Galicji „odpowiedzialność za bieg spraw krajowych ponosiło ziemiaństwo”, mówi o jego wielkich zasługach na polu oświaty. W samej rzeczy budżet oświatowy, zwłaszcza w ostatnich czasach przed wojną był wysoki, zrobiono też wiele w dziedzinie zakładania szkół wyższych. Jeśli jednak idzie o szkolnictwo ludowe, to i dzieje galicyjskiej Rady Szkolnej i diariusze sejmu lwowskiego mówią nam zgoła co innego.

Sejm galicyjski był, jak wiadomo, w ciągu całego swego istnienia opanowany przez żywioły konserwatywne, w znacznej części szlacheckie, z przedstawicielami najpierwszych rodów miejscowych na czele. Cytaty mów, jakie ci ludzie wygłaszali w latach sześćdziesiątych i później w sprawie szkolnictwa wiejskiego i oświaty ludowej, świadczą o zupełnie swoistym i wypaczonym pojmowaniu obowiązków obywatelskich. Świętochowski, przytaczając te mowy, stwierdza nadto, że „uchwalono śmiesznie małe sumy na szkolnictwo elementarne, karcono przekroczenia budżetu szkolnego, zniżano kwalifikacje nauczycieli… czyniono wszystko, co mogło utrzymać lud w ciemnocie”. Wśród zwolenników najniższego minimum nauki dla chłopów i jak najmniejszych wydatków na szkoły wiejskie figurują takie nazwiska, jak: hr. W. Dzieduszyckiego, hr. Reya, hr. Wodzickiego, hr. Stadnickiego, D. Abrahamowicza, nawet prof. J. Szujskiego. Kiedy posłowie chłopscy oświadczyli się za dodatkowym podatkiem na szkoły, szlachta zastrzegła się, że ona tego podatku płacić nie będzie, „gdyż ze szkoły ludowej nie użytkuje”. Dano tym wyraz opłakanej prawdzie, że tylko chłop jest zawsze stworzony do płacenia na rzeczy, z których nie użytkuje.

Jeszcze w r. 1880 hr. Rey domagał się „ażeby plany i podręczniki szkolne były odmienne dla miast i wsi”, podobnie i seminaria nauczycielskie. Odmienność pojmowano przy tym nie w sensie uwzględnienia dajmy na to zawodowej oświaty rolniczej na wsi, lecz w sensie ograniczenia programu nauki wiejskiej w porównaniu z miejską (Sprawa ta jest zresztą do dziś widać w Polsce aktualna). Czas nauki starano się skrócić, rozciągając święta i wakacje do ostatecznych granic. Żądano jak najniższego kształcenia nauczycieli wiejskich i zatwierdzania na te stanowiska „żywiołów naiwnych”, bo „jeżeliby miała wejść do szkolnictwa wiejskiego inteligencja, to biada porządkowi społecznemu”. Programy ograniczano do nauki religii, czytania, pisania i rachunków. Poseł Grocholski żądał w ogóle „uwolnienia sejmu od obowiązku utrzymania szkół powszechnych i oddania ich staraniom prywatnym”. Niesłychane te w końcu XIX wieku projekty udaremnił częściowo… rząd austriacki, ku tym większemu wstydowi nie szlachty – bo ta może i dziś by jeszcze swego ówczesnego stanowiska broniła – lecz wszystkich dobrych obywateli za swoją szlachtę. Ziemiaństwo trwało na swym niechlubnym posterunku tak walecznie, że jeszcze w r. 1887 poseł hr. Stadnicki mówił: „Wolimy zakładać skromne ochronki pod kierownictwem sióstr służebniczek, niż mieć u siebie szkoły ludowe pospolite, obawiając się trucizny, którą one w dzieciach wiejskich zaszczepiają… Chcemy, żeby lud był tak wychowywany, jak my to rozumiemy”.«

x

Rzeź galicyjska nie wzięła się znikąd. Gdyby relacje chłopsko-szlacheckie wyglądały inaczej, Austriacy i Żydzi nie byliby w stanie sprowokować chłopów. To, że doszło do tak drastycznych wydarzeń, oznaczało tylko to, że chłopi byli ludźmi, którzy czuli i cierpieli z racji swego poniżenia. Taka jest ludzka natura: niezgłębiona, tajemnicza, wybuchowa, a nade wszystko nieobliczalna. Szlachta miała wszelkie instrumenty ku temu, by poniżać chłopa: czasem biła go, czasem linczowała, czasem zabijała, ale najczęściej zmuszała go do niewolniczej pracy, wyzyskując wszelkie jego siły witalne. Chłop nie mógł odpowiedzieć tym samym. Nie mógł rozłożyć w czasie swojej zemsty w taki sposób, jak to czyniła szlachta. Gdy więc nadarzyła się okazja, emocje wzięły górę.

I RP była republiką bananową, opartą na eksporcie zboża, tak jak republiki bananowe były i są oparte na eksporcie bananów. Było to państwo o ustroju niewolniczym, w którym 90% społeczeństwa było niewolnikami. Jedna klasa społeczna zawłaszczyła sobie państwo i wykorzystywała je dla własnego zysku. Etos, słowo, którego nie lubię, bo kojarzy mi się z Geremkiem, który nadużywał go: jego „etos Solidarności”, ale które tu najbardziej pasuje, etos szlachecki I RP przetrwał zabory i odrodził się w II RP. Wszak Piłsudski, po zamachu majowym, faworyzował ziemiaństwo. Zdawać by się mogło, że za czasów PRL-u była to obca ideologia, ale skoro Rozdroże, aż do 1987 roku, nie mogło być wydane, to chyba nie taka obca. Nic dziwnego, przecież PRL-em rządzili żydowscy faktorzy. Ci sami, którzy wyręczali szlachtę z przykrych obowiązków zajmowania się finansami i gospodarką. Po 1989 roku etos szlachecki powraca: „ciemny lud to kupi”, „będą zap…..lać za miskę ryżu”.

W mojej ocenie, nie jesteśmy w stanie zrozumieć tego, czym jest obecna Polska, bez odwołania do historii, do I RP. Ta gangrena, która ją toczyła, odradzała się niczym hydra, w II i III RP, a i PRL nie mógł się jej oprzeć.

Pandemia

Dzisiaj, tj. 1 grudnia, znalazłem na Interii ciekawy komentarz pod informacją: Siłownie otwarte. Dlaczego? Nie został on zamieszczony bezpośrednio pod tekstem, tylko pod jednym z komentarzy. Jego autor, podpisujący się ~edi, zapytany przez kogoś o prawa autorskie i możliwość kopiowania, odpisał: nie zastrzeżone…brać i oświetlać ciemności.. Jest to doskonała i spójna analiza obecnej rzeczywistości. Pomyślałem więc sobie, że warto ją zachować na dłużej. Tam na Interii powisi jeszcze jakiś czas i zniknie razem tą informacją. Wisiała do późnych godzin popołudniowych. A skoro autor wyraził zgodę na jej rozpowszechnianie, to czynię to chętnie, bo warto. Na Interii cały tekst został podzielony na 7 komentarzy i pisany jednym ciągiem, bo inaczej się nie da. Ja rozbiłem tekst na parę paragrafów, żeby był bardziej czytelny. Śródtytuły są autorskie. Całość poniżej.

Ostatnimi czasy zastanawiałem się nad tym, jak to możliwe, że w ciągu zaledwie dziesięciu miesięcy Ziemia przeistoczyła się w ogólnoświatowe więzienie, w koszmar, z którego nieprędko się wybudzimy, o ile w ogóle jeszcze kiedyś to nastąpi. Co takiego sprawiło, że mniemana pandemia słabo zbadanej choroby zakaźnej, praktycznie niewidocznej w ujęciu umieralności ogólnej, zdemolowała rzeczywistość i przemieliła wszystko na miazgę? Jakie czynniki ukonstytuowały ten proces? Spróbujmy odpowiedzieć na to pytanie. O kondycji, funkcjonowaniu i wyglądzie współczesnego świata decyduje pięć ośrodków realnej władzy:

  • międzynarodowy system finansowy
  • rządy państw
  • media
  • koncerny farmaceutyczne
  • koncerny technologiczne.

Ośrodków wpływu i kontroli jest oczywiście znacznie więcej, jednak w tej chwili interesuje nas wyłącznie te pięć najważniejszych. Co je łączy, jak działają, na czym bazują? Generalnie nasz pech polega na tym, że wszystkim tym organom pandemia jest bardzo na rękę. Pokochały ją miłością bezwarunkową i każdego ranka dziękują Bogu (lub szatanowi) za tak cudowny prezent.

SYSTEM FINANSOWY

Skąd biorą się pieniądze? Właściwa odpowiedź brzmi – pieniądze biorą się z drukarki. Choć brzmi to nieco śmiesznie, zapewniam, że tak właśnie jest – drukuje się je jak gazety i kolorowe pisma dla kobiet. Dawniej pieniądze miały swoje odzwierciedlenie w postaci złota, srebra i platyny. Dziś ponad połowa z nich jest tylko świstkiem papieru bez żadnego pokrycia. Banki centralne przygotowują się właśnie do wprowadzania waluty w pełni cyfrowej, co uczyni światową ekonomię jeszcze bardziej wirtualną niż obecnie. Wyczarowane przez bank centralny pieniądze lecą na rynek, za które później kupujesz sobie nową bluzkę, telewizor albo bułki w supermarkecie. Problem polega na tym, że każdy dolar, każde euro i każda złotówka wyjeżdżające z bankowej drukarki mają wpisany w siebie dług. Rząd otrzymuje środki na bieżące wydatki, ale musi zwrócić je z nawiązką. Właśnie dlatego niemal wszystkie państwa na świecie są zadłużone – ich wzrost gospodarczy nie nadąża ze spłatą odsetek. Dług państwa przekłada się na jego instytucje – służbę zdrowia, wojsko, policję, straż pożarną i wiele innych. Zadłużone są całe województwa, miasta i powiaty. Zadłużone są przychodnie lekarskie, służby komunalne i urzędy. Zadłużone są kluby sportowe, kina, teatry. Na końcu tego łańcucha znajdujesz się Ty – zwykły obywatel. Ty również jesteś zadłużony, ponieważ bez zaciągnięcia pożyczki w banku nie jesteś w stanie rozkręcić interesu, kupić działki pod zabudowę czy mieszkania. Musisz wziąć kredyt, bo zarabiasz za mało. A zarabiasz mało, bo trzy czwarte twoich dochodów zabiera rząd. On z kolei musi regularnie cię okradać, by spłacać kredyt zaciągnięty w banku centralnym. I tak się to kręci – żyjemy w systemie opartym na finansowym niewolnictwie, z którego, przynajmniej na razie, nie ma wyjścia. – Ale jak to? Czy Polska nie jest tu wyjątkiem? Przecież NBP jest naszym bankiem narodowym i należy do Skarbu Państwa, czyli do obywateli – Niestety nie jest to prawda, choć mit ten pokutuje w polskim narodzie od pokoleń. Narodowy Bank Polski jest podmiotem prywatnym dokładnie tak samo jak każdy bank centralny. Haczyk tkwi w niezwykle mętnych zapisach statutowych pozwalających mu przyodziewać się w państwowe piórka. W każdym razie udziały NBP należą w zdecydowanej większości do prywaciarzy, a Państwo Polskie jest tylko jednym ze współudziałowców (w okolicach 30% własności). Odsetki (koszt obsługi długu), które zarabia NBP nie trafiają z powrotem do Skarbu Państwa. Oczywiście w szkołach tego nie uczą, bo gdyby tak było, kryminaliści na Wiejskiej już dawno siedzieliby w więzieniu. Kto zatem tworzy ten chory system, kto tu pociąga za sznurki? Otóż znajdziesz w tym kasynie wielu rozgrywających, ale liczą się wyłącznie takie podmioty jak Bank Światowy, banki centralne, Fed (System Rezerwy Federalnej), IMF (Międzynarodowy Fundusz Walutowy) oraz szwajcarski BIS (Bank Rozrachunków Międzynarodowych), czyli bank banków. Całkowicie zależny od finansjery z Wall Street Bank Światowy to taka filantropijna fasada mafijnej posiadłości, marketing w najczystszym wydaniu. Banki centralne i Fed to drukarnie, z tym że zadaniem Fed-u jest dodatkowo patrzeć pozostałym drukarniom na ręce. Międzynarodowy Fundusz Walutowy to Consigliere ojca chrzestnego, posłaniec przychodzący z propozycją nie do odrzucenia. Bank Rozrachunków Międzynarodowych natomiast to głowa węża, centrum zarządzania. To ojciec chrzestny, księgowa i gość od brudnej roboty w jednym. Jego zadaniem jest planowanie “strategii rozwojowych”, wyprowadzanie pieniędzy do rajów podatkowych, przykrywanie machlojek i wyduszanie haraczy od spóźnialskich. W telegraficznym skrócie tak to mniej więcej wygląda. Banki centralne i współpracujące z nimi podmioty pokochały pandemię, bo uwielbiają każdą sytuację doprowadzającą pożyczkobiorców do uzależnienia. Kryzys gospodarczy zawsze powoduje inflację, bezrobocie i dziurę budżetową. Na wzroście inflacji korzystają właśnie banki centralne, gdyż wraz ze spadkiem siły nabywczej pieniądza coraz mniej rzeczy można za nie kupić. Kolejne potrzeby obywateli nie są już zaspokajane, co zmusza ich do zaciągania nowych kredytów. Zadłużać się musi także rząd, żeby ratować upadającą gospodarkę i spinać rosnące wydatki socjalne. Ogólnoświatowy kryzys ekonomiczny w takiej skali jak obecnie doprowadzi do renegocjowania umów handlowych między bankrutującymi państwami a Międzynarodowym Funduszem Walutowym. Można to porównać do sytuacji ćpuna, który po utracie źródła dochodu jest gotowy całkowicie się upodlić, byle tylko zaspokoić głód narkotykowy. Diler da mu towar choćby za darmo, a nawet długi umorzy, ale pod warunkiem całkowitego oddania i wiecznej posługi. I czegoś takiego z pewnością właśnie teraz jesteśmy świadkami.

RZĄDY PAŃSTW

Będące obecnie u władzy rządy nie są w tak komfortowej sytuacji jak banki centralne, ale zdążyły już umościć sobie posłanko w tym gnijącym pudle. W czasie każdej wojny, kryzysu czy kataklizmu następuje bowiem tzw. parcie pod ratusz, czyli zjawisko społeczne objawiające się znacznie większym niż normalnie zaufaniem dla władzy. Zdezorientowani i sparaliżowani strachem obywatele przymykają oko na dotychczasowe grzeszki rządzących w zamian za odzyskanie choćby odrobiny spokoju i poczucia bezpieczeństwa. Polacy nie są tu wyjątkiem. Powiedzmy sobie szczerze, PiS-owi ten wirus spadł jak manna z nieba. Po serii wpadek w postaci nagród dla ministrów, afery Banasia, miliardów dla TVP czy nagrań Morawieckiego u “Sowy” poparcie dla rządu topniało jak lód na pustyni – w niektórych sondażach PiS zrównywał się z PO. Od czasu kryzysu wszystko wróciło do “normy” i liczy się już tylko koronawirus. Na chorą sytuację ciężko pracują także systemowe “rozwiązania” opieki zdrowotnej. Jakie pieniądze tkwią w biznesie covidowym, chyba nikomu dziś już tłumaczyć nie trzeba. Szpitale będą starały się utrzymać koronawirusowe mechanizmy tak długo, jak tylko to możliwe. Sto procent podwyżki dla wszystkich pracowników “na froncie walki z wirusem” to jawna kpina i splunięcie w twarz wszystkim pozostałym ludziom budżetówki. Właśnie tak cementuje się patologie, a opozycja, niby taka antyrządowa, tylko temu przyklaskuje. Nikt tak bardzo nie potrzebuje covidu jak PiS, który będzie jechał na tym wózku do samych wyborów. Rządzący krajem psychopaci wycisną z pandemii ostatnie soki. Nie mają zresztą innego wyboru. Po pierwsze dlatego, że wykonują polecenia z góry (co widać już nadto wyraźnie), a po drugie dlatego, że pandemia jest ostatnią rzeczą, jaka im została. Kraj się rozpada, więc wszystko teraz jest uzasadnione. Będą pompować ten balon do granic absurdu i śmieszności, będą stawiać kolejne “szpitale polowe” i “punkty ratunkowe”, będą kupować szczepionki, nowelizować prawo i nakręcać atmosferę strachu, bo tylko to im pozostało. Nie wolno im się już teraz zatrzymać, nie wolno im się z tego wycofać. To jest bilet w jedną stronę – PiS jest na pandemię koronawirusa po prostu skazany. W podobnej sytuacji znajdują się rządy wszystkich państw, które dały się wciągnąć w pandemiczne bagno. Politycy dali się omamić, wpadli w pułapkę bez wyjścia. Nastąpił efekt domina – kolejne kraje kopiowały od siebie rozwiązania, kierując się fałszywymi danymi WHO i odrażającą manipulacją medialną. Było jednak widać bardzo wyraźnie, że one wszystkie wykonują czyjeś polecenia i że leci to z samej góry. Jest czymś absolutnie nienormalnym, by w tak krótkim czasie podejmować tak drastyczne decyzje niemal bez jakiejkolwiek analizy. Teraz nie mogą już zawrócić z obranej ścieżki, gdyż oznaczałoby to przyznanie się do błędu. Pandemia jest ich zgubą i kołem ratunkowym jednocześnie.

MAINSTREAMOWE MEDIA

Jako osoba, która miała nieprzyjemność współpracować z kilkoma niemałymi redakcjami, mogę powiedzieć jedno – oni teraz mają żniwa. Wszyscy dobrze wiemy, że współczesne stacje telewizyjne i portale “informacyjne” żywią się przede wszystkim strachem i skandalami. Jeśli napiszesz dwa newsy – jeden z rzetelną informacją medyczną, a drugi na temat smogu, zagrożenia biologicznego albo zamachu na Bliskim Wschodzie, możesz być pewien, że ten drugi sprzeda się kilka-kilkanaście razy lepiej. Dla mediów głównego nurtu nie ma nic lepszego niż wypadek, wojna, pożar, trzęsienie ziemi, epidemia i terroryzm. Lepiej od strachu sprzedają się wyłącznie skandale obyczajowe (najlepiej z podtekstem seksualnym). Ludzie to kochają, takie rzeczy się klikają jak szalone. Natomiast samo już tworzenie treści sprowadza się zazwyczaj do zabawy w kopiuj-wklej z amerykańskich portali lub materiałów agencji prasowej, z którą dany wydawca ma podpisany kontrakt. A jako że agencje należą do koncernów medialnych i grup kapitałowych, nie może być mowy o niezależności i obiektywizmie. Jeśli, na przykład, trafisz do redakcji, która zrzyna od Reutersa, AP czy Bloomberga, zapomnij o jakiejkolwiek negatywnej informacji na temat ONZ, WHO, Amnesty International, Greenpeace’u, Fundacji Rockefellera, Black Lives Matter, Antify czy Grety Thunberg. Towarzystwo wzajemnej adoracji nie robi sobie krzywdy. W czasach liceum moim idolem był świętej pamięci Waldemar Milewicz – jeden z najznamienitszych reporterów w historii polskiego dziennikarstwa. Wówczas zawód dziennikarza jawił się jak misja, powołanie. Milewicz potwierdził to swoim losem, oddając życie na reporterskiej służbie. Dziś pewnie przewraca się w grobie, patrząc na całkowity upadek mediów, na ich skarłowacenie. Działalność medialna zrezygnowała z funkcji informacyjnej na rzecz instalowania określonej agendy według narzuconych odgórnie wytycznych. Tam, gdzie ludzie kierują się wyłącznie aspektami finansowymi i polityką, nie ma miejsca na rzetelną informację i bezkompromisowe dążenie do prawdy. W medialną działalność propagandową zaprzęgnięto również celebrytów, którzy utworzyli taki pododdział najemnych pikinierów. Z żarem w oczach i wypiekami na twarzy wciągają społeczeństwo w odmęty pandemicznej psychozy. Co rusz jakiś happening, wywiad, spektakl czy piosenka. Szacunek dla Edyty Górniak, że postawiła się tej kłamliwej hołocie. Dla mediów głównego ścieku i korona-celebrytów pandemia stała się po prostu maszynką do zarabiania. I tak samo jak rządzący, wycisną ją jak cytrynę. Nie ma znaczenia, że to, co robią, jest niemoralne. Nikt o zdrowych zmysłach nie przepuści takiej okazji do trzepania szmalu. W dalszym ciągu będziemy więc świadkami porażających statystyk, rozmów z “ekspertami”, rewelacji szczepionkowych, umierających manekinów, “powikłań covidowych” i odrażających zdjęć pod tezę.

BIG PHARMA

W 2015 roku zyski korporacji farmaceutycznych przekroczyły wpływy osiągane przez przemysł naftowy, co uczyniło zeń najbardziej dochodową branżę w historii. Przykładowo, roczny przychód firmy Johnson & Johnson jest niewiele mniejszy od budżetu Polski. Koncernów o takim potencjale jest kilkanaście. To tak, jakby istniały niewidzialne państwa bez własnej ziemi i ludności. Państwa, które nie mają na utrzymaniu milionów obywateli i których praktycznie nikt nie reguluje i nic nie ogranicza. Koronawirusy po raz pierwszy wyizolowano w latach 60. XX wieku. Naukowcy szybko zorientowali się, że organizmy te są bardzo plastyczne, tzn. silnie podatne na modyfikacje genetyczne. Stosunkowo niegroźne wirusy pochodzenia zwierzęcego dające się łatwo kształtować otwierają zupełnie nowe możliwości na polu budowania nieznanych wcześniej zagrożeń i związanych z tym kosztownych “operacji ratunkowych”. Pierwszy patent na nową odmianę koronawirusa spłynął do Urzędu Patentów i Znaków Towarowych USA w 1998 roku. Beneficjentem tego patentu był Uniwersytet w Utrechcie, co pokazuje, że w procederze tym brali udział wszyscy, także Europejczycy. Jeśli coś jest opatentowane, to znaczy, że powstało ręką człowieka, gdyż nie można opatentować naturalnego organizmu. W Stanach Zjednoczonych intensywne prace nad rozwojem koronawirusów chimerycznych toczyły się od 1999 roku na Uniwersytecie Karoliny Północnej w Chapell Hill. Kierownikiem zespołu badawczego został Ralph Baric, a projekt realizowano za przyzwoleniem i w ścisłej współpracy z CDC (Centrum Kontroli Chorób i Prewencji), czyli amerykańskim odpowiednikiem naszego sanepidu. W listopadzie 2002 roku w chińskiej prowincji Guangdong wybucha pierwsza epidemia koronawirusa o enigmatycznie brzmiącej nazwie SARS-CoV. Był to punkt zwrotny w historii świata. Zaledwie klika miesięcy później, latem 2003 roku, CDC patentuje nową odmianę koronawirusa z rodziny SARS. Mówiąc wprost, Amerykanie zaklepali sobie tego wirusa, zarezerwowali prawnie coś, co posiadało niewyobrażalny potencjał komercyjny. Patentem zostają objęte wirus, metoda jego wykrywania i metody leczenia. Kluczowa była tu metoda wykrywania, gdyż implikowała wszystkie ograniczenia i błędy nienadającej się do diagnozowania chorób zakaźnych technologii RT-PCR. Konsekwencje tej decyzji okażą się dla świata druzgocące. Doniesienia dziennikarzy śledczych wskazują, że koronawirusy z rodziny SARS powstawały przez kilkanaście lat w co najmniej trzech ośrodkach – we wspomnianym już Uniwersytecie Karoliny Północnej w Chapell Hill, w bazie wojskowej Fort Detrick w stanie Maryland oraz (od 2014 roku) w chińskim Instytucie Wirusologii Wuhan. Badania wspierające projekt przeprowadzano na Uniwersytecie Harvarda oraz na Uniwersytecie Emory w stanie Georgia. Przez cały ten czas projekt przebiegał w ścisłej współpracy z CDC oraz NIAID (Narodowy Instytut Alergii i Chorób Zakaźnych) pod kuratelą Anthony’ego Fauciego – szarą eminencją wirusologicznego zaplecza Stanów Zjednoczonych. Zarówno CDC jak i NIAID są finansowane między innymi przez GAVI – prywatne stowarzyszenie szczepionkowe założone w 2000 roku przez Fundację Billa i Melindy Gatesów. GAVI współpracuje z koncernami farmaceutycznymi, takimi jak Johnson & Johnson, Moderna, Curevac, Pfizer, Novavax i AstraZeneca. Działalność stowarzyszenia sponsorują Bank Światowy, Chińska Republika Ludowa, Światowe Forum Ekonomiczne i WHO. Sprawa zaczyna się układać w pewien logiczny ciąg. Choć brzmi to nieprawdopodobnie, w obecnej chwili bardzo wiele wskazuje na to, że za opracowaniem szczepionki na koronawirusa stoją dokładnie ci sami ludzie, którzy przez wiele lat zajmowali się budowaniem problemu. Przy okazji ciekawostka – 17 marca 2020 prestiżowy magazyn “Nature Medicine” opublikował artykuł silnie sugerujący naturalne pochodzenie wirusa SARS-CoV2. Czemu to zrobił i dlaczego zostało to później tak rozdmuchane? Nie wiem, ale się domyślam. Zaraz po publikacji tekstu media głównego ścieku dosłownie zalały internet artykułami “obalającymi teorię spiskową” o sztucznej naturze wirusa. Sam się wtedy dałem na to nabrać, co pokazuje, że nikt nie jest w pełni odporny na propagandę. Rewelacje z “Nature Medicine” wzięto za pewnik, nikomu nie chciało się choćby zerknąć na stanowisko innych naukowców. Zlekceważono nawet noblistę i współodkrywcę wirusa HIV – Luca Montagniera, który powiedział, że SARS-CoV2 to “profesjonalna robota eksperta biologii molekularnej, bardzo precyzyjna robota, sądząc po sekwencjach wirusa”. Nie miało to żadnego znaczenia – Wyborcza, Onet, WP, Interia, OKO.press i reszta wiedzieli lepiej. “Teoria spiskowa obalona – proszę się rozejść! Nie ma tu nic do oglądania”. Właśnie tyle warte są te wszystkie mainstreamowe portale. Nie może być tu mowy o przypadku – koronawirus nie pochodzi z żadnego targu rybnego, nie uciekł też tylnym wyjściem z jakiegoś laboratorium czy lodówki sąsiada. W ośrodkach, w których nad nim pracowano, obowiązuje czwarty (najwyższy) poziom bezpieczeństwa biologicznego. Przy opuszczaniu pomieszczeń potencjalnie skażonych każdy laborant jest poddawany podwójnej dekontaminacji. Epidemia nowego wirusa będąca następstwem naturalnej transmisji odzwierzęcej czy nieszczęśliwego wypadku jest niezwykle mało prawdopodobna. Szczepionki na koronawirusa, które w styczniu trafią także do nas, będą dla koncernów aptecznych oznaczać górę złota. Mówimy tu o wielkościach rzędu kilkudziesięciu miliardów dolarów, gdyż zamówienia rządowe będą tylko dodatkiem do zysków, jakie producenci tych szczepionek zdobędą na giełdach.

KONCERNY TECHNOLOGICZNE

Ostatnią macką pięcioramiennej ośmiornicy oplatającej świat jest potężna dywizja znajdująca się po drugiej stronie Atlantyku, konkretnie w dolinie Santa Clara w Kalifornii. Stacjonują tam siedziby firm, których produkty większość z nas regularnie używa w swoich komputerach i telefonach – Apple, Google, Facebook, Twitter, Amazon, HP, Adobe, PayPal, Alphabet, Cisco Systems, eBay, Uber, Tesla, Intel, Nvidia czy Sandisk. Stawkę zamykają korporacje wyrastające poza Kalifornię: Microsoft, IBM, Dell Technologies, Samsung, Sony, LG, Orange, Softbank, AT&T i wiele innych. Ogromne znaczenie odgrywają tutaj także dostawcy współczesnej rozrywki, tacy jak Netflix, HBO, Disney czy Spotify. Dlaczego wszystkie te kompanie również pokochały pandemię? Ponieważ w czasie lockdownu ceny ich akcji wyraźnie wzrosły, gdyż poszybowały kursy wszystkich producentów oprogramowania, sprzętu komputerowego i narzędzi komunikacyjnych. Przede wszystkim jednak wzrosła rola samego internetu – mediów społecznościowych, usług streamujących i wyszukiwarek treści. Dożyliśmy czasów, w których świat stopniowo przechodzi na system pracy zdalnej i model rozrywki domowej. Po co jechać do biura, skoro wszystkie potrzebne rzeczy można zrobić w domu i przesłać mailem? Po co iść do kina, skoro jest Netflix? Co mi ze spotkania ze znajomymi, skoro mam Facebooka i Messengera? Po co iść do teatru, skoro jest TVP Kultura i czterdziestoletnie spektakle Teatru Telewizji? Mecz z kolegami na boisku? Czy nie lepiej postrzelać sobie w świecie gier komputerowych? Mamy żyć przed ekranami, zamiast cieszyć się czymś bezpośrednim i namacalnym. Drugi problem dotyczy błyskawicznie rosnącej kontroli treści. Naprawdę nigdy nie przypuszczałem, że doczekam takiej cenzury w wolnym ponoć internecie. W przeciągu ostatnich dziesięciu miesięcy Google skasował kilkadziesiąt tysięcy “rozsiewających dezinformację” kanałów na Youtube, a na Twitterze i Facebooku nie było wcale lepiej. Zrób prosty eksperyment – wpisz słowo typu coronavirus, pandemic, covid-19, cancer albo vaccines w wyszukiwarkę Google, a potem powtórz to z wyszukiwarką Yandex albo DuckDuckGo. Widzisz różnicę? Wyszukiwanie informacji w Google zaczyna przypominać wycieczkę krajoznawczą po galerii handlowej. Skąd taka polityka? Czemu amerykańskim gigantom tak bardzo zależało na blokowaniu pewnych treści? Gdy nie wiadomo o co chodzi, to zawsze chodzi o pieniądze i władzę. Pandemia zgrała się w czasie z kampanią prezydencką w USA (swoją drogą, cóż za niezwykły zbieg okoliczności), a Trump, jak wiadomo, przez ostatnie cztery lata próbował zmusić koncerny IT do przeniesienia produkcji z Chin do USA. Pandemia była więc wyśmienitą okazją do uwalenia prezydenta, a tym samym dalszego wykorzystywania taniej siły roboczej w Państwie Środka. Ordynarnie sfałszowane wybory są tylko potwierdzeniem tego, jak bardzo było im wszystkim nie po drodze z antyglobalistyczną polityką Trumpa. Niestety plandemiczna zaraza dotknęła także inne branże, gdyż od samego początku jej celem była eliminacja klasy średniej, a wraz z nią śmierć lokalnej kultury. Myślę, że w ciągu najbliższych dwunastu miesięcy zniknie połowa kin i teatrów. Zostaną tylko placówki dofinansowywane z budżetu, ale w ich przypadku nie liczyłbym na obiektywizm i wolność artystyczną. Zresztą tendencję odwracania się od kin i teatrów można było zauważyć już w kilku poprzednich latach. Teraz ten trend jedynie zdynamizowano. Docelowym modelem funkcjonowania jest doświadczanie świata cyfrowo przez ekran komputera i smartfona.

PODSUMOWANIE:

Pandemia koronowirusa nie jest efektem działań wirusa, tylko świata, który jej potrzebował. Ludzkość uwierzyła w istnienie straszliwej zarazy, ponieważ była bombardowana propagandą w każdym miejscu i na wszelkie możliwe sposoby. Nastąpił tu efekt komnaty luster, czyli długotrwałego przebywania w przestrzeni, w której spoglądanie w dowolnym kierunku generuje niemal identyczny obraz. A skoro wszyscy mówią tak samo, to musi być prawda. Nie ma i nigdy nie było żadnej pandemii wirusa 2019-nCoV. Wirus oczywiście istnieje, tak jak istnieje niemal trzysta wirusów wywołujących infekcje u ludzi. Jest po prostu kolejnym patogenem w puli. Problem polega na tym, że jest nowy i nietypowy – nie jest do końca naturalny, został laboratoryjnie podkręcony. Jednak intencją jego twórców nie było mordowanie milionów, tylko wywołanie chaosu na świecie. A najlepszym narzędziem do takiego zadania jest stosunkowo niegroźne zagrożenie biologiczne dające nieswoiste symptomy. SARS-CoV2 nie wywołuje objawów, z jakimi wcześniej nie mieliśmy do czynienia, a jego śmiertelność mieści się w granicach śmiertelności grypy sezonowej. Jesteśmy świadkami ogólnoświatowego zamachu stanu. Ziemia jest przejmowana przez korporacje i banki centralne, a narzędziem terroru został wirus. Z kilkuset chorób wybrano jedną i zbudowano wokół niej nową religię. Świat został podporządkowany tylko i wyłącznie mniemanej pandemii. Nie ma już innych chorób, nie ma innych problemów trawiących ludzkość, jest tylko koronawirus. Ludzkości będzie bardzo trudno wygrzebać się z tej sytuacji, gdyż nie bardzo wiadomo, z kim walczyć. O ile w czasie wojny i komunizmu wróg był jawny i namacalny, tak teraz jest rozmyty, niejasny, zupełnie niesprecyzowany. Na kogo skierować celownik? Na rząd, banki, media, firmy farmaceutyczne czy Google? I przede wszystkim jak walczyć – w internecie? Na ulicy? W sklepie? Jak to zrobić? Okoliczności są wyjątkowo niesprzyjające, bo nasza cywilizacja się z takim typem zniewolenia wcześniej nie mierzyła, a najpotężniejsze siły zrobią wszystko, by trzymać nas w strachu i iluzji najdłużej jak się da. Tymczasem ludzie wokół stale popełniają ten sam błąd, pytając się, ile to szaleństwo jeszcze potrwa, kiedy to wszystko się skończy. Niczym zrozpaczeni marynarze wypatrują lądu na rozkołysanej łodzi. Takie stawianie sprawy nie ma sensu. Dawny świat już nie wróci, nie ma na to żadnych szans, transformacja jest w toku. Za daleko to zaszło, by dało się jeszcze z tej ścieżki zawrócić. Teraz można już tylko gdybać, jaką formę ostatecznie to wszystko przybierze, jak wielki będzie stopień zniewolenia. Przebieg linii granicznej zależy od nas samych, bo oni posuną się tak daleko, jak im pozwolimy. Niestety na razie, po pierwszych miesiącach testowania, wiedzą, że mogą zrobić praktycznie wszystko – oddaliśmy Warszawę bez jednego wystrzału. Tak pokornej i uwłaczającej godności ludzkiej reakcji społecznej naprawdę się nie spodziewałem. Rodzący się na naszych oczach totalitaryzm będzie trwał przynajmniej kilka lat, a według moich estymacji potrwa dekadę, czyli do 2030 roku, gdyż ta data pojawia się dosłownie wszędzie – w dokumentach ONZ, WHO, na stronach rządów, fundacji i innych globalistycznych agend. To jest operacja nastawiona na maraton, nie sprint. Zmiany będą przeprowadzane powoli, małymi kroczkami, stopniowo i sukcesywnie. Będą nam dokręcać śrubę, a potem troszkę ją odkręcać, zrobią dwa kroki w przód i jeden w tył. Zmiany muszą zachodzić na tyle powoli, by społeczeństwo zdążyło się do każdej z nich przyzwyczaić. Tak jak pies, któremu stopniowo skraca się smycz, i po jakimś czasie już nawet nie zdaje sobie sprawy, że chodzi posłusznie przy samej nodze swego pana. Obecnie wszystko wygląda jak rozstawianie figur na szachownicy przed zmasowanym atakiem. Najpierw zatkali ludziom usta i zabronili się gromadzić. Potem zamknęli przychodzenie, zrujnowali przedsiębiorców, zniszczyli gospodarkę. Doprowadzili do tragicznej śmierci tysięcy ludzi, którzy nie otrzymali pomocy medycznej na czas – zabili ich dosłownie, fizycznie. Coraz głośniej mówi się o konieczności przeprowadzenia przymusowych testów i szczepień. W międzyczasie budują izolatoria i nowelizują prawo szczepionkowe tak, by w razie czego móc zaszczepić wszystkich bez ich zgody. Znajdujemy się w najpoważniejszej sytuacji od zakończenia drugiej wojny światowej.

Powstanie krakowskie

Powstanie krakowskie raczej nie funkcjonuje w powszechnej świadomości. Bo też bardziej było, jakbyśmy to dziś powiedzieli, zadymą, niż powstaniem zbrojnym. Stoczono tylko jedną bitwę. Nie mniej jednak zasługuje na uwagę. Wszyscy wiemy o tych antypolskich powstaniach: insurekcji kościuszkowskiej, powstaniu listopadowym, styczniowym, warszawskim. Wiemy też o tych polskich, o których się nie mówi: wielkopolskim i powstaniach śląskich. Nie mówi się o nich, a raczej, mówi się o nich bardzo rzadko, co na jedno wychodzi, ale wiemy! A o powstaniu krakowskim z 1846 roku i równoczesną z nim rzezią galicyjską? Bardzo mało. W Krakowie powstał Rząd Narodowy. Czy z tego względu, że było to Wolne Miasto Kraków? Wolne było teoretycznie, ale ładnie brzmiało. Wikipedia pisze tak:

Powstanie krakowskie było próbą ogólnonarodowego powstania. Trwało ono od 21 lutego do 4 marca 1846 roku. Do nielicznych nieudanych wystąpień zbrojnych doszło także w innych miejscach we wszystkich trzech zaborach, ale głównie w Galicji. Wolne Miasto Kraków zwane też Rzeczpospolitą Krakowską powstało na kongresie wiedeńskim w 1815 roku. Istniało do upadku powstania w 1846 roku.

Po niepowodzeniach wcześniejszych zrywów narodowych zaczęto brać pod uwagę rolę chłopów w walkach powstańczych. Powstanie w Krakowie chciano oprzeć na sile chłopskich rąk. W zamian za pomoc utworzony tu Rząd Narodowy Rzeczypospolitej Polskiej obiecał uwłaszczenie chłopów, przydzielenie im ziemi i utworzenie warsztatów narodowych. Jednak zamiar przyciągnięcia chłopów do powstania nie powiódł się, gdyż głoszeniem i tłumaczeniem obietnic wśród najniższej warstwy społeczeństwa zajęła się jedynie niewielka garstka ludzi, wśród nich m.in. Edward Dembowski.

W styczniu 1846 r. ustalono skład Rządu Narodowego. Weszli do niego: Karol Libelt z Poznańskiego, Ludwik Gorzkowski z Krakowa i Jan Tyssowski z Galicji oraz dwaj przedstawiciele Centralizacji. W lutym hr. Henryk Poniński zadenuncjował pruskiej policji spiskowców i około 70 aresztowano wraz z przywódcami Karolem Libeltem i Ludwikiem Mierosławskim ujętym w Świniarach oraz skazanym na karę śmierci, której uniknął dzięki rewolucji berlińskiej.

18 lutego 1846 r., gdy niewielki oddział austriacki wkroczył do Krakowa, władze powstańcze postanowiły odwołać termin powstania, potem jednak – nie wiedząc o rozpoczętej już tego dnia rzezi galicyjskiej – postanowiły utrzymać go.

20 lutego 1846 r. – w Krośnie, w mieszkaniu kupca Marcelego Myczkowskiego, dowódca Franciszek Wolański (rysownik i skryptor Wincentego Pola), po otrzymaniu od Rządu Narodowego decyzji, ogłosił odezwę o wybuchu powstania w nocy z 21/22 lutego. W wyznaczonym czasie powstańcy rozpoczęli ostrzeliwanie oddziałów zaborczych. W Krakowie przerażony Ludwik Collin wyprowadził je z miasta. Tego dnia Rząd Narodowy ogłosił Manifest do narodu. 24 lutego 1846 władzę dyktatora objął Jan Tyssowski zwany Tyssowieckim, którego posunięciami kierował rewolucjonista Edward Dembowski.

22 lutego Kraków i okolice były już wolne. Do powstańczych oddziałów zgłosiło się 6 tys. ochotników, ale z uwagi na niedostatek broni, w samym Krakowie wyposażono jedynie ok. 2 tys. ludzi. Nie prowadzono też energicznych starań w celu pozyskania większej ilości broni, aby skutecznie przeciwstawić się Austriakom.

Jedyna bitwa w tym powstaniu odbyła się 26 lutego 1846 r. pod Gdowem. Maszerujący na Kraków austriacki pułkownik Ludvig von Benedek wraz z okolicznymi chłopami pokonał po krótkiej walce, wysłany przeciwko niemu, oddział powstańczy. Mimo tej porażki najbardziej radykalny działacz podziemia, Edward Dembowski, nie rezygnował. Chciał przemówić do chłopów i w tym celu 27 lutego 1846 r. wyruszył z krzyżem w ręku z procesją do Podgórza. Nie zdołał jednak zrealizować swych zamiarów. Drogę idącemu tłumowi zastąpiła austriacka armia gen. Ludwiga Collina, która oddała kilka salw do tłumu, w wyniku czego Dembowski zginął. Austriacy stanęli pod Krakowem 1 marca i zażądali od miasta kapitulacji w ciągu 48 godzin. 3 marca Tyssowski zdołał opuścić Kraków i na czele znacznego oddziału udał się na granicę z Prusami. Tymczasem wojska austriackie wkroczyły do Krakowa.

Nie udało się wywołać powstań w Wielkopolsce i Królestwie Polskim. Natomiast w Galicji sprowokowane przez władze austriackie chłopstwo uderzyło, na 3 dni przed rozpoczęciem powstania (pierwsze ataki na dwory miały miejsce 18 lutego, masowa napaść rozpoczęła się 19 lutego), na dwory szlacheckie oraz niektóre kościoły, dokonując krwawej rzezi, mordując w sposób okrutny między 1200 a 3000 ziemian, urzędników dworskich i rządowych oraz księży. Rzeź galicyjska pogrążyła ostatecznie nadzieje powstańców na poderwanie całego narodu do walki przeciwko zaborcom. Austriacy do Galicji skierowali 55 tys. wojska. Powstanie zakończyło się klęską, a uczestników czekało więzienie na Szpilbergu lub kara śmierci na cytadeli we Lwowie.

Do Wolnego Miasta Krakowa oprócz wojsk austriackich wkroczyły też korpusy rosyjski (3 marca) i pruski (7 marca). Wprowadzono rządy okupacyjne: rozwiązano Senat, tworząc w jego miejsce Tymczasową Radę Administracyjną Cywilno-Wojskową Wolnego Miasta; aresztowano ponad 1200 obywateli pod zarzutem uczestnictwa w powstaniu. Około 100 z wcześniej aresztowanych osadzono w więzieniach na dożywocie lub długoletnie więzienie. Zostali jednak szybko uwolnieni przez rewolucjonistów podczas Wiosny Ludów.

Powstanie krakowskie położyło kres istnieniu Wolnego Miasta Krakowa. 16 listopada 1846 miasto włączono do Austrii, zgodnie z tajnym porozumieniem państw zaborczych zawartym w Cieplicach jeszcze w 1835 roku. Wywołało to co prawda sprzeciw – w formie not dyplomatycznych – Francji i Wielkiej Brytanii, gdyż było to złamanie postanowień kongresu wiedeńskiego, ale mimo to nie zdecydowano się na poważniejsze działania. Austriacy zaś, anektując Kraków, przemianowali zajęte terytorium na Wielkie Księstwo Krakowskie. Nie miało to jednak żadnego praktycznego znaczenia.

To tyle Wikipedia. Na uwagę zasługuje fakt, że porozumienie państw zaborczych o włączeniu Wolnego Miasta Krakowa do Austrii zostało zawarte w 1835 roku, a więc na 11 lat przed wybuchem powstania. Wygląda więc na to, że powstanie dostarczyło idealnego argumentu do realizacji tego, co już znacznie wcześniej ustalono.

Równie ciekawą informację można znaleźć w Wikipedii na temat Tyssowskiego. – Z powodu rozruchów chłopskich, w porozumieniu z krakowską arystokracją, dążył do ograniczenia walk. Zagrożony interwencją rosyjsko-austriacką i powstaniem chłopskim odmówił kapitulacji w Krakowie przed austriackim wojskiem, dopiero po opuszczeniu miasta postanowił przeprowadzić z Prusakami rozmowy o warunkach kapitulacji. Ostatecznie wycofał się z liczącym 1500 żołnierzy oddziałem powstańczym do Prus i został internowany wraz z powstańcami w okolicach Bierunia Nowego na rok, po czym otrzymał zgodę na wyjazd do Stanów Zjednoczonych W USA współorganizował Towarzystwo Demokratyczne Polskie w Ameryce. Zmarł 5 kwietnia 1857 roku w Waszyngtonie.

No cóż, negocjował warunki kapitulacji z Prusakami. Taki był mocny. A później jeszcze zgodzili się oni na jego wyjazd do Ameryki, w której współorganizował Towarzystwo Demokratyczne Polskie. Podążał śladami Kościuszki i Pułaskiego. Oni byli masonami, to zapewne Tyssowski też nim był. Nie ma takiej opcji, by jakieś “polskie” powstanie wybuchło bez udziału Żydów i masonów i nie w ich interesie. W tym wypadku udało się im napuścić chłopów na ziemian, urzędników i kler.

Wikipedia podaje, że w Rządzie Narodowym byli dwaj przedstawiciele Centralizacji, ale nie wyjaśnia, co to takiego. W Wielkiej Encyklopedii Powszechnej PWN, Warszawa 1963 znajduje się hasło „Centralizacja Poznańska” i tak je wyjaśnia:

Potoczna nazwa kierownictwa polskiego spisku demokratycznego, 1844-46. Utworzony w 1839 w Poznaniu przez Centralizację Wersalską TPD komitet spiskowy, zw. Komitetem Poznańskim, przejął w końcu 1844 z jej rąk nadzór nad ruchem konspiracyjnym w 3 zaborach; na czele C.P. stał Karol Libelt; przeważały w niej elementy szlachecko-demokratyczne przeciwne rewolucji społecznej; ograniczając rolę chłopstwa i drobnomieszczaństwa w przyszłym powstaniu. C.P. przyznawała rolę hegemona szlachcie; antyrewolucyjnej taktyce C.P. przeciwstawiał się Związek Plebejuszy; w listopadzie 1845 nastąpiła reorganizacja, w wyniku której weszli do C.P.: A. Guttry, W. Kosiński i J. Esman oraz W. Dzwonkowski i F. Wiesiołowski jako przedstawiciele Królestwa Polskiego i Galicji; termin powstania wyznaczono na luty 1846; na kilka dni przed jego wybuchem 70 czołowych jego działaczy z Libeltem i Guttrym zostało aresztowanych, co spowodowało rozbicie Centralizacji Poznańskiej.

Związek Plebejuszy, to jak podaje ta encyklopedia, to tajna organizacja patriotyczno-rewolucyjna, założona w latach 1842-43 w Poznaniu przez W.M. Stefańskiego; skupiał drobnych rzemieślników, czeladników, komorników oraz młodzież; celem Z.P. była walka o niepodległość Polski i przemiany społeczne w duchu demokratycznym; w dziedzinie społecznej wysuwał żądania sprawiedliwego rozdziału dóbr, zapewnienia wszystkim prawa do pracy i zarobków, zniesienia własności obszarniczej i przejęcia jej przez gminy; środkiem realizacji tych postulatów miało być powstanie, będące zarazem rewolucją społeczną. Na ukształtowanie ideologii Z.P. wywarł wpływ E. Dembowski, który w 1843 roku rozpoczął działalność w Wielkopolsce, starając się przy pomocy Z.P. wpłynąć na radykalizację poglądów w Komitecie Poznańskim TDP. Związek sięgał swymi wpływami na Pomorze Gdańskie, Śląsk, utrzymywał kontakty z Galicją, Królestwem Polskim oraz z kolonią polską w Berlinie; aresztowanie w 1845 Stefańskiego przyczyniło się do osłabienia Związku; w 1845 Z.P. połączył się z konspiracją TDP w Poznańskiem; główni działacze: Stefański, J. Esman. M. Palacz, Franciszek Trojanowski.

A Wikipedia tyle pisze na temat Związku Plebejuszy: „Związek Plebejuszy został założony w 1842 roku przez księgarza Walentego Stefańskiego w Poznaniu. Organizacja skupiała rzemieślników, czeladników i młodzież. Związek Plebejuszy nawoływał do ludowego powstania, zniesienia własności prywatnej na czas powstania, sprawiedliwego podziału dóbr, zniesienia podziału stanowego oraz przyznania prawa do pracy.”

Z tych wszystkich informacji można wywnioskować, że „centrala dowodzenia” znajdowała się w Paryżu. Drugi wniosek jest taki, że tym rewolucjonistom wcale nie chodziło o prawdziwą rewolucję, o jaką zabiegał Związek Plebejuszy, tylko o coś innego i dlatego zneutralizowano go. O tym pisze Stanisław Didier w pracy Rola neofitów w dziejach Polski:

»Od r. 1841 intensywność akcji spiskowej w kraju stale wzrastała. Emisariusze z emigracji rozszerzyli sieć konspiracyjną na całą Polskę, agitując wśród szlachty, którą zyskiwano sobie hasłami walki orężnej z najeźdźcą. Przygotowane w ten sposób powstanie miało być skierowane przede wszystkim przeciwko caratowi moskiewskiemu. Dowodem tego jest manifest Rządu Tymczasowego w Królestwie Kongresowym, z datą 22 lutego 1846 r., który ogłaszał, że „walka rozpoczęta w Poznańskim, nie była skierowana przeciwko narodowi niemieckiemu, lecz przeciwko moskiewskiemu barbarzyńcy” (Limanowski, „Historia Demokracji Polskiej w epoce porozbiorowej”). Nie darmo bowiem na obchodzie listopadowym, urządzonym w 1848 r. w Paryżu przez Centralizację Tow. Dem. Pol., mówcy zaznaczali wyraźnie, że „Polsce przeznaczona jest misja zrewolucjonizowania Rosji” (Kucharzewski, „Od Białego Caratu do Czerwonego”), a Czyński w swej „Malowniczej Rosji” w „przeciwieństwie do szlacheckiej Polski kreślił jakąś idealną Rosję” (Limanowski, „Stanisław Worcell”).

Szczególnie smutnie zapisały się w dziejach Polski przygotowania do zbrojnego wystąpienia, czynione przez młodzież szlachecką w 1846 roku w Galicji. W tym czasie bowiem, gdy rabin Majzels i Maurycy Krzepicki wygłaszali w synagodze mowy, w których zachwycali się narodem polskim, współwyznawcy ich podburzali ciemny lud, szerząc wiadomości, że „szlachta zorganizowała spisek, mający dać hasło rzezi chłopów” (Limanowski, „Historia ruchu rewolucyjnego w Polsce w 1846 r.”). Dużo materiału o ustosunkowaniu się żydostwa do ówczesnego społeczeństwa polskiego podaje też memoriał Franciszka Trzeciaka, wręczony hr. Stadionowi, gdzie czytamy, że „hajdamacy z tarnowskiego i jasielskiego cyrkułu, powtarzając wśród rzezi baśń, iż cesarz zniósł dziesięcioro Boskich przykazań, powoływali się na różnych żydowskich agentów, stojących blisko urzędników” (Łoziński, „Szkice z historii Galicji w XIX wieku”).

Żydowscy prowokatorzy, wielce pomocni urzędnikom austriackim w przygotowaniu rzezi szlachty polskiej, wiedzieli dobrze co czynili. Mieli oni świadomość tego, że Galicja przepełniona była materiałem wybuchowym, którego eksplozja rabacyjna od Tarnowa zataczała coraz szersze kręgi. Krwawe wypadki ogarnąć mogły wschodnie okolice kraju, grunt bowiem był przygotowany. Nie darmo na parę lat przed nieszczęsnymi wypadkami 1846 r. zaczęły obiegać między chłopami pogłoski, szerzone przez karczmarzy żydowskich, o darowaniu pańszczyzny; od roku zaś ludność wiejska była nawet przekonana, że najwyższy dekret w tej sprawie już został wydany i dlatego tylko nie nastąpiło obwieszczenie, że dziedzice złośliwie ukrywają go. Pożar, ogarnąwszy Galicję, mógł się stąd przenieść w dalsze strony. W innych prowincjach Austrii, jak to w dwa lata później wykazały rozprawy parlamentu konstytucyjnego w Wiedniu, stosunki pańszczyźniane również nie były tak pomyślne, ażeby poddani nie wykazali chęci naśladowania chłopów galicyjskich.«

To tyle słowem wstępu. No! Trochę przydługi ten wstęp, ale chciałem, ewentualnym czytającym, uświadomić, jak różne mogą być opisy tego samego zdarzenia. A to nie koniec, bo w poprzednim blogu obiecałem, że wyjaśnię, jak to się stało, że prababka Oriany Fallaci, Anastasia, była pół-Polką i przy okazji, jak ona opisała powstanie krakowskie i rzeź galicyjską. To wszystko w jej sadze Kapelusz cały w czereśniach.

O Anastasii wiem dużo. Babcia Giacoma i dziadek Antonio często opowiadali o jej perypetiach i ekscesach, o przygodach i osobliwych przypadkach, z których zwierzała się im, zanim popełniła samobójstwo. Wiem na przykład, że nie mówiła po włosku, lecz po francusku, że paliła jak mężczyzna, tańczyła walca, że była inteligentną feministką ante litteram. Wiem, że nosiła nazwisko Ferrier i była owocem miłości waldejskiej dziewczyny z Turynu (właśnie dlatego mówiła po francusku, językiem, którym od siedemnastego wieku posługiwali się wszyscy waldensi z Piemontu) i młodego Polaka z Krakowa, że nigdy nie poznała jej ojca, zabitego przez Austriaków w powstaniu w 1846 roku, i słabo pamiętała matkę, zmarłą wkrótce potem z żalu. Wiem, że wyrastała w Turynie na via Lagrange, wychowana przez ciotkę, Tante Jacqueline, otoczona opieką również przez Giudittę Sidoli, przyjaciółkę Mazziniego. Wiem, że nie była nieśmiała w stosunkach z mężczyznami i że w wieku szesnastu lat połączył ją flirt z rówieśnikiem, Edmundem de Amicisem. W wieku lat siedemnastu miała przygodę z szefem policji, który aresztował ją w czasie antyrządowych rozruchów. Jako osiemnastolatka przeżyła namiętny romans i zaszła w ciążę ze sławnym arystokratycznym do szpiku kości mężczyzną, którego imienia w rodzinie nie wolno było nawet wspominać. „Cisza. On się nie liczy”. (Ale przecież się liczy. Czy mi się podoba, czy nie, jest moim pradziadkiem. I chociaż mam zamiar dochować strzeżonego tak długo sekretu, to nie mogę nie brać pod uwagę, że wśród moich chromosomów są także jego chromosomy). Wiem też, że porzuciwszy owoc tej namiętności, czyli babcię Giacomę, Anastasia uciekła do Nowego Jorku, do którego przybyła na dwa miesiące przed zamordowaniem Lincolna. Tam dołączyła do pionierów wyruszających na Dziki Zachód i wraz z nimi, strzelając do Indian, przemierzyła prerie Missouri, Kansas, Kolorado, zatrzymała się w Utah, gdzie mało brakowało, a zostałaby żoną mormona mającego już sześć żon. Z Utah udała się do Nevady i z równą beztroską związała się z hazardzistą i szulerem. Z Nevady dotarła do Kalifornii, gdzie przez długi czas kierowała saloonem (a może burdelem?) w San Francisco – jednym słowem, była kimś, kogo nazywa się Madame. Wiem na koniec, że wróciła z Ameryki w 1879 roku i wtedy wzięła do siebie córkę, z która mieszkała przez dziesięć lat, to znaczy do czasu ślubu babci Giacomy z dziadkiem Antoniem…

Moja pamięć błąka się jakby we mgle, kiedy powraca do dni, w których nazywałam się Marguerite Ferrier, miałam szesnaście lat, mieszkałam w Turynie i należałam do Ewangelickiego Kościoła Waldensów, Kościoła, który wcześniej od Lutra i Kalwina, wielkich reformatorów, podał w wątpliwość katolicyzm i odrzucił papieża, kardynałów, biskupów, księży, Matkę Boską, świętych i święte. A wraz z nimi mszę, eucharystię, czyściec, posty, spowiedź.(„Chrystus mieszka w niebie, nie w katedrach, i aby się do niego modlić, wystarczy Biblia. Matka Boska była kobietą jak wszystkie inne, święta hostia to tylko kawałek chleba, a czyściec jest kłamstwem. Mięso można jeść także w piątek, grzechy wyznaje się Panu Bogu i nikomu więcej…”). O tym kim byłam w roku Pańskim 1845, mogę tylko powiedzieć, że nie brakowało mi fizycznego wdzięku. Ani też lekkomyślności. Miałam ciało drobne jak ptaszek i na swój sposób ponętne. Delikatne rysy, wielkie rozmarzone oczy, proste włosy zaplecione w warkocz i urokliwie skromny strój. To znaczy tradycyjny ubiór waldensów. Na plecach biały fałdzisty płaszczyk: pèlerine vaudoise. Na czarnej, sięgającej stóp spódnicy biały fartuszek: tablier vaudoise. Na głowie sztywny czepek, także biały, i ozdobiony z tyłu długimi wstążkami: coiffe vaudoise. Na dłoniach rękawiczki: les mitaines vaudoises. A w moim biednym mózgu pustkę pustego orzecha. Mimo iż umiałam czytać i pisać, bo analfabetyzm wśród waldensów był rzadki, nigdy nie spojrzałam na powieść, czy inną książkę, która nie była biblią. Pamiętam jednak, że sto lat później, kiedy miałam dziesięć lat i waldejska krewna, zwana ciotką Febe, prowadziła mnie do swojej kaplicy we Florencji, ogarniała mnie przygnębiająca melancholia. (Ona, jako dziecko, chodziła też do kościoła, a tam nastrój był zgoła odmienny niż w surowej kaplicy waldensów: posągi, freski, świece, złoto. I stąd ta przygnębiająca melancholia. – przyp. mój).

Tu widać pewną niekonsekwencję u Fallaci, bo wyżej cytuje: „Chrystus mieszka w niebie, nie w katedrach, i aby się modlić, wystarczy Biblia.” A skoro tak, to po co kaplica? I pisze też: „ …mównica, z której pastor w todze pouczał wiernych tonem nauczyciela…”. Waldensi mają swój kościół w Mediolanie, mają też świątynię w Turynie, w której 22 czerwca 2015 roku papież Franciszek zwrócił się do wiernych tego wyznania w słowach: „W imieniu Kościoła katolickiego proszę was o przebaczenie za niechrześcijańskie czy nawet nieludzkie postawy i zachowania w dziejach, jakich dopuściliśmy się przeciwko wam. W imię Jezusa Chrystusa przebaczcie nam.”

Kim byli waldensi? Henryk Rolicki w książce Zmierzch Izraela pisze:

Ruch rewolucyjno-religijny na wielką skalę wybucha pod koniec XII w. w południowej Francji. Jest to sekta waldensów, czyli albigensów. Południowa Francja nie była jeszcze podówczas zespolona z królestwem francuskim, lecz stanowiła dzierżawy kilku drobnych władców, wśród których hrabiowie Tuluzy zajmowali przodujące stanowisko. Granicząc z Hiszpanią, od kilku wieków podlegała najsilniejszym oddziaływaniom żydowskiego ducha. Żydzi w południowej Francji cieszyli się dużym wpływem na ludność i dopuszczani byli nawet do urzędów państwowych, jak i w sąsiednich krajach hiszpańskich. Mieli tam szereg uczelni talmudycznych.

Nauka albigensów przywędrowała ze wschodu, jako sekta manichejczyków, pochodzących z pierwszych wieków chrześcijaństwa i wywodzących się od Manesa z Aleksandrii, który był wedle wszelkich danych pochodzenia żydowskiego. Przez Bułgarię i Włochy dotarła ta nauka do Francji południowej, gdzie rozpanoszyła się na długo i posiadała nawet dwa biskupstwa w Tuluzie i w Albi (stąd nazwa albigensów). Sekta miała odcień komunistyczny: „doskonali” żyli na koszt ogółu; niejednokrotnie stosowali albigensi między sobą wspólność kobiet.

Z Francji południowej agitatorzy albigensów rozchodzili się po całej Europie do Francji północnej, Włoch północnych, do Niemiec, a nawet do Czech. Wszystkie gminy kacerskie pozostawały ze sobą w ustawicznym związku za pośrednictwem tajnych wysłańców. Sekta cieszyła się jawnym poparciem władców południowej Francji, w szczególności zaś hrabiów Tuluzy.

Albigensi rozwydrzyli się do tego stopnia i tak stali się groźni dla porządku społecznego, że papież Innocenty III ogłosił przeciw nim krucjatę (1208), która pod wodzą Szymona de Montfort toczyła z nimi walkę przez kilkanaście lat. Sobór w zdobytej Tuluzie (1229) ustanowił sądy inkwizycyjne przeciw członkom tajnego związku. Główną rolę w tych sądach odegrał zakon dominikanów. Inkwizycja ta zwróciła się także przeciw żydom, jako inspiratorom i organizatorom kacerstwa.

W połowie XIII w. wybuchł w północnych Włoszech ruch rewolucyjno-religijny, ruch tzw. „braci apostolskich” i zagroził papiestwu niemal bezpośrednio. Sekta ta z początku rozkrzewiła się na tajnych nocnych schadzkach. Była to sekta bardzo bliska albigensom i utrzymująca z nimi tajemnicze stosunki. Zakazywali własności prywatnej i małżeństwa.

Około r. 1300 na czele sekty stanął niejaki Dolcino, syn duchownego i jego kochanki. Ten obrał sobie za „siostrę” Małgorzatę di Trenk, zakonnicę, którą wykradł z klasztoru i począł działać w Lombardii, głosząc bliskie nadejście mesjasza z rodu królewskiego (Dawidowego), przy czym powoływał się na proroków żydowskich. Wkrótce zorganizował w Alpach piemonckich bunt chłopski. Skupił wokół siebie tłumy zbrojne, złożone z mężczyzn i kobiet i jął burzyć klasztory, miasteczka i wsie. W roku 1307 powstanie zostało stłumione.

Ten cytat, trochę przydługi, musiałem zamieścić, bo w dalszym ciągu przytoczę opis Fallaci, dotyczący waldensów i będzie on odmienny od powyższego. Ona nie wyjaśnia, skąd wzięły się prześladowania waldensów. A pisze tak:

To prawda, w Piemoncie waldensi nigdy nie mieli łatwego życia. Od kiedy przybyli tu w trzynastym wieku, uciekając przed krwawymi krucjatami nakazanymi przez Innocentego III w Langwedocji i innych rejonach Francji, a zwłaszcza od kiedy przyłączyli się do reformacji Kalwina, przeżywali niekończącą się kalwarię. Zanim Emanuel Filibert przyznał im terytorium u stóp Alp Kotyjskich, to znaczy doliny Torre Pellice i San Martino, katoliccy królowie sabaudzcy prześladowali ich na wszelkie wymyślone przez inkwizycję sposoby: aresztowaniami, torturami, stosami na placach publicznych, szubienicami. Później było tak samo. W 1655 roku Karol Emanuel zamordował ich tylu, że aby go powstrzymać, trzeba było gróźb Cromwella, w 1686 roku Wiktor Amadeusz II wymordował szesnaście tysięcy waldensów i wygnał trzy tysiące innych, którzy zdołali wrócić do Piemontu dopiero po interwencji protestanckich władców. W osiemnastym wieku żyli w czymś na kształt limbusu, oblężonego przez księży, którzy zakładali swoje parafie na ich terytorium. Jedyne, co łączyło ich z ludnością katolicką, to język, którego używali zamiast włoskiego: francuski. Tylko w okresie napoleońskim, kiedy przyznano im bezwarunkową wolność religii i wielu z nich przeprowadziło się do Turynu, gdzie podejmowali pracę jako urzędnicy państwowi, mogli żyć jak zwyczajni obywatele. Po kongresie wiedeńskim ten nawias wolności się jednak zamknął i w 1845 roku, kiedy rozpoczyna się historia Marguerite, sprawy nie miały się dobrze. W dolinach traktowano ich jak niepożądanych poddanych, w Turynie jako niemile widzianych gości.

Zarówno w Turynie, jak i w dolinach, w najtrudniejszej sytuacji znajdowały się jednak kobiety. Jeśli policja arcybiskupia otrzymała informację, że jakaś niezamężna waldenska zaszła w ciążę, to księża roztaczali nad nią kontrolę i zaraz po porodzie zabierali dziecko, Dosłownie wyrywali matce niemowlę z ramion i przekazywali do sierocińca katechumenów w Pinerolo, gdzie wychowywano je w doktrynie Kościoła katolickiego, rzymskiego i apostolskiego.

Kobietom ciążyło także jarzmo sztywnej kalwińskiej moralności. Przed nadejściem reformacji kobiety w społecznościach waldensów cieszyły się dużym prestiżem. Miały nawet prawo być kaznodziejami, to znaczy czytać i komentować Biblię. Po przyjęciu doktryny Kalwina sytuacja się zmieniła. Zabroniono noszenia eleganckich ubrań i biżuterii, zabroniono frywolnych fryzur i malowania twarzy, zabroniono nazbyt swawolnych uśmiechów do mężczyzn (kończyło się to więzieniem). Czy to zresztą nie Kalwin twierdził, że żona powinna być czysta, cierpliwa, posłuszna, oszczędna, uprzejma, troskliwa, niepiękna? Można zadać sobie pytanie, jak znalazły okazję do nieposłuszeństwa i grzechu. W mieście nigdy nie wychodziły na ulicę same, a w domu zawsze je nadzorowano jako potencjalne wspólniczki szatana. Wychodziły za mąż tylko za kogoś wybranego przez rodzinę, najlepiej kuzyna z rodzimej wioski, a w czasie nabożeństwa w Chapelle de Prusse nie wolno im było nawet stać obok mężczyzn. Musiały się tłoczyć w wydzielonej dla nich części, w swoistym gineceum. Zwłaszcza jeśli były ładne, jak Marguerite, i miały takiego ojca jak Thomas.

Ten zwyczaj zapewne został przejęty od Żydów. Swego czasu byłem w synagodze w Tykocinie. To takie miasteczko na pograniczu Podlasia i Mazowsza. Główna bryła synagogi to miejsce, gdzie modlą się Żydzi. Do niej „dolepiona” jest mniejsza. Nazywa się ona babińcem. Tam właśnie kobiety i dzieci zbierają się i poprzez okna, wychodzące na główną salę, obserwują modlących się mężczyzn.

Wiosną 1801 roku niejaki Thomas Ferrier wyemigrował z żoną Suzanne do Turynu, gdzie został urzędnikiem państwowym i gdzie tego samego roku Suzanne urodziła kolejnego Thomàsa, czyli ojca Marguerite: dlatego mieszkał on przez całe życie w stolicy Piemontu przy ulicy Dora Grossa 5, na czwartym piętrze domu stojącego prawie na rogu Piazza Castello. Z zawodu był księgowym, pracował w hotelu Feder, co zapewniało mu bardzo dobrą pensję, a po cichu udzielał pożyczek na czterdzieści procent. Działalność, którą niech mi wolno będzie nazwać zwykłym lichwiarstwem.

Zgodnie z tym, co mówił niski i smutny głos babci Giacomy, Ferrierowie mieszkali na czwartym piętrze przy via Dora Grossa 5 – prawie na rogu z Piazza Castello, placu, na którym wznosi się Palazzo Madama i pałac królewski, i o parę kroków od Piazza San Carlo. Był to więc szacowny adres, a do tego nie zapominajmy, że w 1845 roku via Dora Grossa była piękną ulicą. Stały przy niej stare kościoły, historyczne gmachy. Wyróżniała się też wyrafinowaniem. Nie było tam na przykład sklepów spożywczych. Żadnych podrzędnych oberży. Były za to sklepy jubilerskie i słynne kawiarnie, takie jak Café des Alpes czy Caffè Barone. Ta ostania w południe zmieniała się w restaurację, do której uczęszczali sędziowie i adwokaci.

Mieszkanie było duże, dwa razy większe od mieszkania zegarmistrza, który zajmował dwie izby. Składało się z obszernego salonu, w którym wieczorem czytano Biblię i Livre de famille, z kuchni, gdzie przed rozpoczęciem posiłku odmawiano modlitwy dziękczynne, z łazienki z wanną z mosiądzu oraz czterech sypialni. Jednej dla małżonków, jednej dla Tante Jacqueline, jednej dla Margeuerite i ostatniej, którą Thomàs podnajmował przejezdnym obcokrajowcom. Szczególnie takim, którzy zdawali się mieć coś do ukrycia. Fałszywy paszport, jakąś tajną misję, cichą potrzebę, by nie dać się zauważyć przez policję. Powodem takich preferencji Thomàsa, podwójnie niebezpiecznych w przypadku heretyka, czyli człowieka nielubianego przez władze, było to, że tacy goście płacili bez sprzeciwu wygórowane kwoty za pokój. Zwykle osiemdziesiąt lirów za miesiąc lub dwadzieścia za tydzień – cena dobrego hotelu w centrum. Od Polaków, ultrakatolickich Polaków, żądał jednak jeszcze więcej. Na nic się zdawały wyrzuty Tante Jacqueline, nazywającej go usurier, lichwiarzem, vous-n’avez-pas-honte, jak-wam-nie-wstyd. Judith stawała po stronie męża: Nous avons besoin d’argent pour la dot de notre fille! Potrzebujemy pieniędzy na posag dla naszej córki!”. I oto pewnego sierpniowego wieczoru służąca wprowadziła do salonu rodziny Ferrier pięknego młodzieńca, mówiącego po francusku ze słowiańskim akcentem. Stanisława Gurowskiego, czy też Rogowskiego albo Żakowskiego. Mojego polskiego prapradziadka.

Bonsoir Monsieur, Mesdames. C’est ici qu’on loue la chambre pour les étrangeres? Czy tutaj jest do wynajęcia pokój dla cudzoziemców?”

O tak, był to urodziwy młodzieniec. Wysoki i szczupły nerwową chudością, o jasnych włosach, brodzie i wąsach barwy zboża, wklęsłych policzkach, wyrazistych kościach policzkowych (kości policzkowe Anastasii), błękitnych oczach, zmysłowych ustach. Elegancki z domieszką wyniosłości. Zadając pytanie, stuknął obcasami, skłonił się lekko, a kiedy to uczynił, jego oczy napotkały wzrok Marguerite, która spojrzała na niego, jak gdyby pojawił się przed nią książę z bajki.

Mówię Gurowski, Rogowski albo Żakowski, bo dokładnej pisowni nie umiem odtworzyć. Dla tych, którzy nie znają języków Europy Wschodniej, te wszystkie nazwiska pełne W, K,Z, potrójnych i poczwórnych spółgłosek, niewymawialnych zbitek, brzmią podobnie. Zresztą nie mam nawet dowodu, że było to jedno z tych trzech. Jeśli podróżował z fałszywym paszportem, to prawdziwe nazwisko mogło brzmieć Pietkiewicz, Cymbryziekiewicz czy Marzulewicz. Na imię miał Władysław, Maksymilian lub Leon. (Hipotezy, które odbierają sens wszelkim próbom poszukiwań. Dla mnie zresztą pozostał on na zawsze po prostu prapradziadkiem Stanisławem). Niski i smutny głos opowiedział mi za to wystarczająco dużo, bym mogła zrozumieć krótką egzystencję, jakiej doświadczyłam poprzez niego u boku sławnego Edwarda Dembowskiego. Stanisław pochodził ze średnio zamożnej szlacheckiej rodziny z Krakowa, opowiadała babcia Giacoma, która uzyskała te informacje od Anastasii, poinformowanej z kolei przez Tante Jacqueline. Rodzina składała się z rodziców i czterech sióstr, posiadała niewielki majątek ziemski w Galicji i mieszkała w kamienicy przy ulicy Floriańskiej, gdzie wśród służby byli nawet ochmistrz i woźnica. Jednym słowem, pochodził raczej z zamożnego domu. Mógłby prowadzić wygodne życie paniczyka. Zamiast tego był rewolucjonistą i pełnił obowiązki emisariusza, czyli tajnego agenta w ruchu oporu.

Podejrzewam też, że do Turynu wysłał Stanisława właśnie Dembowski. Bo w Krakowie działały co najmniej trzy tajne partie. Konserwatywna Czartoryskiego, który ze swej słynnej rezydencji Hôtel Lambert w Paryżu rządził polską emigracją we Francji. Umiarkowana Lelewela, wydalonego z Francji w 1834 roku i kierującego teraz z Brukseli ruchem Młodej Polski, oraz radykalna partia Dembowskiego, czyli Towarzystwo Demokratyczne Polskie. Jestem jednak pewna, że Stanisław nie współpracował z frakcją Czartoryskiego: konserwatysty, byłego ministra spraw zagranicznych w Petersburgu, wysługującego się Rosjanom, oskarżanego nie bez podstaw o ambicję zajęcia tronu wakującego po wymuszonej abdykacji Stanisława Augusta Poniatowskiego. Nie wydaje mi się także, by Stanisław należał do partii Lelewela, potępianego przez wszystkich za swoją współpracę z Mazzinim. Dembowski natomiast był uważany, zwłaszcza przez swoich rówieśników, za kogoś w rodzaju świętego i geniusza. W 1844 roku miał zaledwie dwadzieścia trzy lata, ale już od co najmniej pięciu lat pisał ważne rozprawy filozoficzne, obracał się w kręgach intelektualnych i mimo iż wywodził się z arystokratycznej rodziny, nie oszczędzał się w pracy dla sprawy. Za własne pieniądze założył w Warszawie miesięcznik „Przegląd Naukowy”, który po wydaniu kilku numerów stał się głównym organem myśli postępowej i który o mały włos nie kosztował Dembowskiego wywózki na Syberię. Po ucieczce przed aresztowaniem schronił się w Poznaniu, gdzie sprzymierzył się z Walentym Stefańskim, liderem Związku Plebejuszy, ruchu jeszcze bardziej lewicowego niż Towarzystwo Demokratyczne, i z jego przyjacielem Kamieńskim, który z okrzykiem „Niech żyje Madonna!” prowadził działalność propagandową wśród biedaków na wsi. Wydalony z Poznania, Dembowski zaczął podróżować po Europie i walczyć. Potem osiedlił się w Galicji i często udawał się do pobliskiego Krakowa, gdzie – jak szeptano – od jakiegoś czasu pewien student z ulicy Floriańskiej zastąpił go w wypełnianiu zadań emisariusza. Na wiosnę Stefański i Kamieński oświadczyli, że chcą podburzyć masy chłopskie przeciw panom, toteż aby przeszkodzić wybuchowi wojny domowej w miejsce wojny narodowej zarówno konserwatyści, jak i umiarkowani oraz radykałowie zdecydowali o roznieceniu jednoczesnego powstania we wszystkich trzech zaborach. Za namową Dembowskiego przyłączył się do nich Związek Plebejuszy, i głusi na rady Mazziniego nie-róbcie-tego, jeszcze-za-wcześnie, nie-jesteście-gotowi, razem ustalili datę tak wczesną, że zakrawała na samobójstwo. Koniec stycznia lub połowa lutego 1846 roku. Gorzej: z powodu przedwczesnych zamieszek, wewnętrznych kłótni i wynikłego z nich chaosu dziwny alians wydał wielu plotkarzy, niezdolnych do zachowania tajemnicy. Szykujemy-powstanie, wypędzimy-najeźdźcę, na-początku-przyszłego-roku-będzie-gorąco. Ostrzeżone Austria, Rosja i Prusy były gotowe do zdławienia rozruchów, ale ponieważ już wrzało, powstańcy nie mogli się wycofać. A zwłaszcza główny twórca dziwnego sojuszu. W rezultacie Dembowski rozpaczliwie potrzebował pomocy. Ludzi, pieniędzy, wsparcia politycznego, dyplomatycznego, wojskowego…

Z Turynu? No tak. Jeśli przeczytamy dokumenty z epoki, przede wszystkim relacje z ambasad, od razu staje się jasne, ze dla polskich powstańców skromne królestwo Sabaudów stanowiło jedyną nadzieje. Wierzyli, ze gdy tylko wybuchnie powstanie w Warszawie, Krakowie i Poznaniu, zbuntują się także Lombardia i Wenecja, a Piemont pospieszy im ze zbrojną pomocą. W rezultacie Austria będzie zmuszona walczyć na dwóch frontach. Czyż to nie oczywiste, że dzięki interwencji w Lombardii i Wenecji Sabaudowie mogliby rozszerzyć swoje wpływy poza Piemont, Ligurię i Sardynię, staliby się przywódcami ruchu niepodległościowego i zjednoczeniowego i na koniec nałożyliby na głowę koronę Włoch? Jakby tego było mało, w Turynie mieszkali hojni liberałowie, którzy stali po stronie uciśnionych i wytrwale próbowali przekonać o swoich racjach Jego Królewską Mość. Nie mam wątpliwości, że Stanisław przybył do Piemontu z jakimś listem do nich, zawierającym prośbę o poparcie, tak rozpaczliwie potrzebne w Krakowie, Warszawie i Poznaniu.

Jeśli chodzi o pamiętną podróż, będącą ogniwem niekończącego się łańcucha, który doprowadził do mojego przyjścia na świat, pozostaje tylko pytanie, dlaczego przy tak dużej liczbie turyńczyków wynajmujących pokoje przyjezdnym emisariusz Gurowski czy Rogowski lub Żakowski trafił właśnie do domu kalwinisty, nienawidzącego katolickich Polaków tak bardzo, że żądał od nich paskarskich cen za nocleg. Czy też, mówiąc ściślej, do domu człowieka mającego córkę prawie w wieku do zamążpójścia.

Sto lirów za miesiąc, bo paszport opisuje go jako Polaka, czyli katolika, ponadto dziesięć lirów tygodniowo za petit déjeuner, śniadanie, i ewentualnie kolacje jedzone wraz z rodziną Ferrier po wyrecytowaniu stosownych psalmów. I w chwili, gdy jego oczy spotkały oczy Marguerite, a ona odwzajemniła mu się takim, a nie innym spojrzeniem, wiemy, że zdarzyło się coś, co nie miało nic wspólnego z powstaniem w Polsce, z Rosjanami, Prusakami, Austriakami, Piemontczykami, waldensami, dynastią sabaudzką, papieżem, Kalwinem, wolnością, że sprawiedliwością, z ojczyzną. Rozpaliło się tajemnicze, nieprzeniknione, nieprzewidziane, nieopanowane, ślepe i często niepożądane uczucie, które nazywamy Miłością. Krótko mówiąc, zakochali się od pierwszego wejrzenia!

Celem misji Stanisława w Turynie było nakłonienie powstańców z 1830 roku do wzięcia udziału w kolejnym. Nic jednak z tego nie wyszło. Oni już obrośli w piórka. Również włoscy rewolucjoniści nie bardzo kwapili się wszczynania zamieszek tylko dlatego, że Polacy tak chcieli. Jedyne więc co uzyskał młody emisariusz, to to, że młody przemysłowiec, właściciel tkalni jedwabiu, Lorenzo Valeria, przekazał dużą kwotę na zakup broni w Stambule. Dalej Fallaci opisuje to tak:

Z Turynu Stanisław udał się do Genui, gdzie wsiadł na statek do Stambułu. Znalazł się w Turcji w połowie listopada, kupił broń, którą następnie przemycił do Galicji przez Morze Czarne i Mołdawię. Niebezpieczna misja, którą spełnił dzięki pomocy tureckich rewolucjonistów, najpierw ukrywszy skrzynie ze strzelbami i nabojami na statku handlowym, płynącym do Odessy, potem załadowawszy je na grzbiety dwunastu mułów, z którymi później przedarł się przez mołdawskie lasy, wymykając się z narażeniem życia Kozakom patrolującym szlaki. Do Krakowa dotarł na początku nowego roku – w sam raz, by 12 stycznia uczestniczyć w spotkaniu trzech przywódców zbliżającego się powstania. (Edwarda Dembowskiego dla zaboru austriackiego, Bronisława Dąbrowskiego, syna Henryka Dąbrowskiego, który w okresie napoleońskim stworzył legiony polskie we Włoszech, dla zaboru rosyjskiego. Dla zaboru pruskiego Ludwika Mierosławskiego: jednego z generałów, którzy w 1831 roku, po upadku Warszawy, wyemigrowali z Czartoryskim do Paryża). Przybył także w porę, by zorientować się, że sprawy źle się mają: w czasie gdy on wiózł broń do Galicji, poznańska policja aresztowała Stefańskiego i Kamieńskiego, a także trzy czwarte członków Związku Plebejuszy. Był to prawdziwy dramat, gdyż Stefański i Kamieński byli jedynymi, którzy mieli wpływ na chłopów i umieliby ich przekonać do włączenia się do walki. Bez tych ludzi powstańcom groziło, że chłopi obrócą się przeciw nim, ponieważ to szlachtę uważali za główną przyczynę swej niedoli. A najlepiej poinformowany był Klemens von Metternich, który wkrótce miał napisać do cesarza: „Wasza Wysokość, od początku stycznia wśród młodych ludzi z dobrych krakowskich rodzin szerzą się niepokojące rebelianckie nastroje. Prawomyślni obywatele nie wychodzą z domów, obawiając się zamachów, władze są zastraszane otrzymywanymi pogróżkami i jak się zdaje, powstanie ma wybuchnąć w karnawale. Młodzieńcy z dobrych rodzin otrzymali rozkaz, by byli gotowi do działania 18 lutego. Nakazałem w związku z tym generałowi Collinowi, dowódcy sił cesarskich w Podgórzu, miasteczku graniczącym z Krakowem, aby przygotował się do wkroczenia do Rzeczpospolitej Krakowskiej, zanim zimowe wylewy Wisły uniemożliwią nam przemieszczenie wojsk”. A do swego wodza naczelnego miał powiedzieć: „Zamiast Collina lepiej użyć wieśniaków. Nienawidzą z całego serca panów szlachty i ruszą na nich z większą zaciekłością niż nasi żołnierze. Będzie to nas kosztować co najmniej trzy dni rzezi, ale dzięki tym trzem dniom zapewnimy sobie sto lat pokoju”.

To, że powstanie jest skazane na klęskę, było zresztą jasne od początku. 14 lutego Prusacy schwytali Mierosławskiego, który załamał się i wyjawił wszystkie szczegóły spisku. Jego uczestnicy musieli się poddać. Także w Warszawie Towarzystwo Demokratyczne odwołało ustalony plan. Dąbrowski, zapomniawszy o honorze rodziny, po prostu uciekł. W tej sytuacji próbę rozpoczęcia powstania, które miało wybuchnąć w trzech zaborach, mogły podjąć już tylko Galicja i Kraków, czyli tereny, za które odpowiadał Dembowski. A Dembowski nie miał zamiaru wycofania się z planowanej akcji. Tak jak ustalono, 18 lutego jego ludzie zaatakowali Pilzno i zablokowali wojska Collina w Podgórzu. Tyle tylko, że rozkaz Metternicha zamiast-Collina-lepiej-użyć-mas-chłopskich wykonali gorliwi kolaboranci, którzy tygodniami krążyli po wsiach, przekonując: „Otwórzcie uszy, kutasy. Panowie szlachta chcą przepędzić Austriaków, żeby podwoić wam pańszczyznę i zwiększyć podatki!”. Byli uczniowie Stefańskiego, uzbrojeni w kosy, noże i motyki, otoczyli powstańców kordonem wozów ciągniętych przez woły i na nic się zdały próby przemówienia do nich i objaśnienia im idei sprawiedliwości i wolności, powtarzanie: walczymy-dla-was. W odpowiedzi wieśniacy podnieśli kosy, noże, motyki i wyrżnęli po kolei stu czterdziestu sześciu powstańców. Potem okaleczyli ich w okrutny sposób: obcięli im nosy, ręce, nogi, jądra i penisy. Rzucili ich na wozy ciągnięte przez woły i zawieźli do komisarza w Tarnowie, Josepha Breinla von Wallersterna, który nakazał swemu totumfackiemu podpułkownikowi Benedekowi, by wypłacił im nagrodę 1460 srebrnych guldenów. Po dziesięć guldenów za trupa. Co gorsze, poirytowany rosnącym stosem zwłok Benedek stwierdził, że nie ma potrzeby, by pokazywali mu całe ciała. Wystarczy obcięta głowa, i w przyszłości za same głowy wypłaci im taką samą kwotę. Czterdzieści osiem godzin później Collin wysłał wojska do Krakowa. Jednak z jakiegoś powodu, być może z racji następnej diabelskiej kalkulacji Metternicha, pozostał tam tylko jeden dzień i jedną noc, zabrał urzędników państwowych i zamieszkałych w mieście cudzoziemców, po czym wycofał się za Wisłę, pozostawiając miasto w rękach buntowników. Manewr, w wyniku którego Dembowski, genialny, lecz niedojrzały Dembowski, podpisał na siebie wyrok śmierci. I wyrok śmierci na Stanisława.

Podpisał go z powodu stworzonego naprędce nieudolnego rządu, zawierzonego bliżej nieznanemu adwokatowi Janowi Tyssowskiemu, który zażądał dla siebie od razu tytułu dyktatora i zaczął działać tyleż arogancko, co głupio. Podpisał ten wyrok Dembowski swym płomiennym, lecz bezużytecznym apelem skierowanym do zaborów ujarzmionych już przez Prusaków i Rosjan, dlatego głuchych na wymowę jego słów. „Polacy! Godzina powstania wybiła […] wołają nas z grobu prochy ojców naszych, męczenników za sprawę narodową, abyśmy ich pomścili, wołają na nas niemowlęta, abyśmy im utrzymali Ojczyznę od Boga nam powierzoną […] jest nas dwanaście milionów, powstańmy razem jak mąż jeden, a potęgi naszej żadna nie przemoże siła”. Podpisał go orędziem, w którym głosił swój nierealistyczny i naiwny program: zniesienie klas społecznych i własności prywatnej, oddanie ziemi tym, którzy ją uprawiają, amnestia dla wieśniaków, którzy dokonali i dalej dokonywali rzezi szlachty. Którzy mordowali, wyrzynali, obcinali nosy, ręce, nogi, a przede wszystkim głowy do sprzedania Benedekowi. Na tym etapie nie ograniczali się już do masakrowania powstańców, którzy chcieli dać im ziemię na własność. Za dziesięć guldenów zabijali każdego, kto był dobrze ubrany, jechał karetą czy mieszkał w wygodnym domu i dobrze się odżywiał. Młodych, starych, kobiety i dzieci, nawet niemowlęta. W wielu wioskach i miasteczkach ulice dosłownie zapełniały się stosami okaleczonych i bezgłowych ciał. W ciągu tygodnia ci rzeźnicy zamordowali dwa tysiące osób. W Dębicy pozostawili przy życiu zaledwie trzech mieszkańców. A to wszystko nie licząc (czterystu) dworów i pałaców, które pod pretekstem szukania broni splądrowali, zburzyli do fundamentów i spalili, mimo iż zawierały cenne dzieła sztuki. Stare freski, wspaniałe obrazy. A jednak Dembowski im wybaczał. Bez wahania, tout court. Ze ślepotą (czy też fanatyzmem) idealisty, który wszystkie zbrodnie przypisuje tylko jednej stronie, dlatego zawsze gotów jest potępić tych, którzy je zlecają, a nigdy tych, którzy je wykonują, uważał chłopów nie za katów, lecz za niewinne ofiary. Za zwykle narzędzia Austriaków, a zatem za braci zasługujących na przebaczenie i szansę odkupienia. By dać wyraz tej postawie, ustanowił nawet nagrodę za głowę Breinla, będącą tysiąckrotnością zapłaty dziesięciu srebrnych guldenów. „Ja, niżej podpisany Edward Dembowski, nakładam nagrodę dziesięciu tysięcy złotych guldenów na starostę tarnowskiego i przysięgam na swój honor, że wypłacę tę sumę w gotówce temu, kto mi go dostarczy żywego lub martwego”. Nikt jednak nie potraktował go poważnie. W oczach wieśniaków bezbożny Breinl był dobroczyńcą, przyjacielem. Dlatego też 27 lutego Dembowski postanowił stawić czoło masom. Stanąć na cele pochodu złożonego z pobożnych kobiet, księży, ludzi pragnących pokoju i wyjść z miasta bez broni. Udać się na galicyjską wieś, wyjaśnić chłopom, że nie mają racji. „Chcę ludzi bez broni. Niech nikt się nie waży rzucać kamienia czy choćby gróźb”.

Jeśli wierzyć Polakowi, który w 1849 roku przybył do Włoch, by uczestniczyć w pierwszej włoskiej wojnie o Niepodległość, i opowiedział wszystko Tante Jacqueline, Stanisław nie zawahał się ani chwili i posłuchał tego wezwania. Od dnia, gdy wrócił do Krakowa, stał przy Dembowskim niczym wierny pies, i tak jak wierny pies ruszył wraz z nim popełnić to ostatnie szaleństwo. Wraz z nim, dzierżącym wysoko biało-czerwony sztandar Polski, stanął na czele procesji pięciuset niewinnych dusz, które niosąc krzyże, świece, ostensoria, wizerunki Matki Boskiej, intonowały Ave Maria. U jego boku wyszedł z miasta i skierował się do najbliższej wsi. I gdy tak patrzę na niego, jak maszeruje, wysoki i nerwowy, jasnowłosy, z tak samo jasnymi wąsami i brodą, elegancki i odrobinę wyniosły, zadaję sobie pytanie, o czym myślał w czasie tego bezsensownego pochodu. O ojczyźnie, sprawiedliwości, wolności, pięknych marzeniach, które po spełnieniu zostają zawsze zdradzone przez ludzką głupotę lub złość, czy o małej Włoszce, którą na via Dora Grossa 5 wziął do łóżka, mam nadzieję, że z miłości? O pułapce słowa „lud”, o motłochu, który według idealistów nie ponosi winy i musi być rozgrzeszony także wtedy, gdy morduje i okalecza, by dostać nagrodę za obciętą głowę, czy też o dziecku, które jego mała waldenska nosiła w łonie? Kto to wie?! Być może dlatego, że tak mało wiem o tym prapradziadku z kraju mi nieznanego, a może z nieufności, jaką budzą we mnie bohaterowie, nie potrafię przeniknąć duszy Stanisława. Nie umiem wniknąć w pamięć tego, co odczuwałam, o czym myślałam, gdy byłam Stanisławem Gurowskim lub Rogowskim czy Żakowskim. I za każdym razem, gdy próbuję sobie przypomnieć swoją śmierć, umiem tylko przywołać świadomość, że żyłam zbyt szybko, zbyt krótko. Pamiętam za to wiele innych szczegółów, innych członków procesji i otaczający mnie krajobraz. Szare niebo, nagie drzewa, Wisłę skutą lodem, przypominającą niekończącą się lodową wstęgę. Równinę pokrytą śniegiem, procesję podążającą powoli i niemal gęsiego przez zaspy. Głosy, powtarzające za moimi plecami monotonnie Zdrowaś-Maryjo-łaskiś-pełna-Pan-z-Tobą-błogosławionaś-ty-między-niewiastami-i-błogosławion-owoc-żywota-Twojego. Dziecko płaczące mamo-wracajmy-do-domu-mamo, starca mamroczącego zimno-mi-zimno-mi, a na horyzoncie kogoś zastygłego w oczekiwaniu. Chłopi? Myśleliśmy, że to chłopi. Tymczasem były to dwa szwadrony huzarów i kompania piechoty. Austriacy uprzedzeni przez chłopów o procesji. Huzarzy wyprostowani w siodle, z szablami w rekach. Piechurzy wyciągnięci na śniegu, z karabinami gotowymi do strzału. Chcieli nas nastraszyć, zmusić do odwrotu? „Idźcie dalej, nie zatrzymujcie się, w ten sposób zobaczą, że jesteśmy bezbronni, nieszkodliwi!”, krzyknął Dembowski. Szliśmy więc dalej, i jako że ten, kto znajdował się na czele procesji, był najlepiej wystawiony na cel, on właśnie zginął pierwszy. Biedny Edward dostał kulę prosto w serce. Padł na ziemię martwy, razem ze sztandarem. Drugi zginąłem ja, kiedy podniósłszy sztandar, podjąłem marsz, krzycząc jak wcześniej Dembowski: „Idźcie dalej, nie zatrzymujcie się!”. Bo gdy tylko piechurzy przestali strzelać, nadjechali huzarzy i zwalił się na mnie jakiś porucznik z obnażoną szablą, który jednym ciosem odciął mi głowę.

Trofeum, które kilka godzin później zabrał z ziemi wygłodniały obdartus z nogami obwiązanymi szmatami, a potem zgłosił się z nim do Benedeka. Ten jednak, podejrzewając oszustwo, wypłacił za nie tylko pięć miedzianych guldenów.

To tyle Fallaci. To jest opis literacki, choć zawiera fakty. Jednak rzeź galicyjska, zwana też powstaniem chłopskim lub rabacją galicyjską czy chłopską, nie wszędzie występowała z takim nasileniem. Najgwałtowniej przebiegała w okolicach Tarnowa i sąsiednich terenach, ale tam, gdzie komisarz okręgowy był przeciwnikiem buntowania chłopów, rozruchy były słabe. Tak było w obwodzie rzeszowskim, ale były też miejsca, gdzie chłopi przystąpili do powstania, np. na Podhalu. Samo słowo „rabacja” pochodzi z niemieckiego „rauben”, co oznacza grabić, plądrować.

Główną postacią powstania jest Edward Dembowski, o którym możemy przeczytać w Wikipedii, że w czasie studiów znajdował się pod wpływem Hegla i utopijnych socjalistów francuskich. No więc jak pod wpływem Hegla, to mamy ciąg: teza, antyteza, synteza. W systemie heglowskim konflikt ma kluczowe znaczenie. Konflikt przeciwieństw jest niezbędny do wprowadzenia zmian. Tylko dla kogo korzystnych? Zapewne dla tych, którzy to wszystko organizują, a powstańcy są tylko narzędziem w ich ręku. Konflikt – nieważne jaki, nawet taki, który jeszcze bardziej zantagonizuje szlachtę i chłopów. Ojciec Dembowskiego, Leon, był mistrzem obrzędów loży wolnomularskiej Wolność Odzyskana w 1815 roku. A więc był masonem. W innym miejscu Wikipedia pisze, że od 1845 roku wśród chłopów działali Julian Goslar i Edward Dembowski. Na froncie synagogi w Kolbuszowej umieszczono tablicę pamięci z napisem: Julian Maciej Goslar 1820-1852 wybitny rewolucjonista galicyjski. I wszystko jasne.

Nie wiem, czy opisując dzieje waldensa Thomasa z Turynu, zamierzała Fallaci przekazać jakieś dodatkowe informacje, ale przekazała. Napisała, że w 1801 roku ojciec Thomasa, też Thomas, przybył do Turynu. Nie napisała skąd przybył, ale z wcześniejszego opisu wynika, że z Alp Kotyjskich. To był czas, gdy Napoleon podbił północne Włochy i, jak sama wspomniała, waldensom poprawiło się i mogli być zatrudniani na państwowych posadach. Później, po upadku Napoleona, miało się im pogorszyć, ale z jej dalszego opisu wynika, że wcale nie. W 1845 roku syn Thomasa, Thomas, zajmował obszerny apartament w najbardziej reprezentacyjnym miejscu w mieście. Pracował jako księgowy w hotelu i pożyczał pieniądze na lichwiarski procent oraz wynajmował pokój osobom, które nie chciały się meldować w hotelu. Mnóstwo turyńczyków wynajmowało wtedy pokoje, a taki Stanisław trafia akurat do waldensa, który nie cierpi katolików i wynajmuje mu pokój i zaprasza do spożywania posiłków ze swoją rodziną. A ten Stanisław płaci wygórowaną cenę za ten pokój i mieszka tam przez ponad miesiąc. Skąd miał pieniądze na taki wydatek? W sumie jest to opis tego, jak działają i są zorganizowane tajne związki, bo przecież Stanisław nie trafił tam przypadkowo.

Jedyne, co Stanisław uzyskuje w Turynie, to pieniądze na zakup broni. To i tak dużo. Kupuje ją w Stambule i przy pomocy tureckich rewolucjonistów załadowuje ją na statek handlowy. W Odessie przeładowuje na dwanaście mułów i przez lasy mołdawskie dociera do Krakowa. I idzie sobie ta karawana i nikt jej nie zauważa, nie sprawdza, nie śledzi, przechodzi sobie przez granicę. Ja rozumiem, że tak może przemknąć się pojedynczy emisariusz, ale 12 mułów ze skrzyniami? To bajka dla naiwnych, chyba że zaangażowana jest w to międzynarodowa finansjera. Wtedy wszystko jest możliwe. Pieniądze mają czarodziejską moc. Raptem wszyscy tracą wzrok, słuch i pamięć.

Z powodu rozruchów chłopskich, w porozumieniu z krakowską arystokracją, dążył Tyssowski (dyktator) do ograniczenia walk. Zagrożony interwencją rosyjsko-austriacką i powstaniem chłopskim odmówił kapitulacji w Krakowie przed austriackim wojskiem, dopiero po opuszczeniu miasta postanowił przeprowadzić z Prusakami rozmowy o warunkach kapitulacji.

Tak było w 1846 roku w czasie powstania. Ale w 1845 roku Dembowski i Goslar działali wśród chłopów. To co? Nie wiedział, jakie wśród nich panują nastroje? Czyli że dyktator Tyssowski był zaskoczony postawą chłopów? I do tego jeszcze Austriacy pozwalają mu opuścić Kraków i negocjować z Prusakami! Nie ma w tym żadnej logiki i sensu, chyba że to wszystko zostało już wcześniej ukartowane i konsekwentnie realizowane. To tylko jednak pokazuje, że nasze „elity polityczne” były do szpiku kości cyniczne, zdemoralizowane i wiernie służące swoim mocodawcom. Zupełnie jak dziś. Nic się nie zmieniło. Tylko komu chce się zajmować tym, co było kiedyś? Było minęło. Problem w tym, że nie było i nie minęło. Zasady się nie zmieniają.

Dawno temu w Ameryce

Już mam dość tego cyrku. Męczy mnie to i szukam ucieczki. W takich sytuacjach wracam do książek, które kiedyś czytałem. Książki, zwłaszcza te papierowe, mają tę zaletę, że nie zmieniają się. Czasy się zmieniają, a one – nie! Kiedyś czytałem „Faraona” Prusa i ta powieść nie wydała mi się zbyt interesująca, nawet nudna – co to ma wspólnego z naszą rzeczywistością? Czasy się zmieniały. Wróciłem do niej po latach, po przemianach, i ja też już inny, i… szok! Czytam i wszystko jest aktualne, nawet odnalazłem w niej „naszego” Jony Danielsa. Na początku 2018 roku przeczytałem powieść, a właściwie sagę – „Kapelusz cały w czereśniach” Oriany Fallaci, a teraz wróciłem do niej i nie mogę się nadziwić, jak bardzo inaczej odbieram ją teraz. Tak bardzo dużo się zmieniło od tego czasu, a to tylko niecałe trzy lata! To, czego wtedy nie zauważałem, nie dostrzegałem, teraz widzę wyraźnie. Wtedy nie zwróciłem uwagi na opis Ameryki z połowy XIX wieku, a szczególnie – miasteczka Virginia City. Bo jeszcze nie wiedziałem, co to jest dystans społeczny, przymusowa maseczka, terror sanitarny i psychiczny. Czy ten Dziki Zachód był taki dziki? A jeśli tak, to mimo wszystko bardziej ludzki, o wiele bardziej ludzki niż terror sanitarny. Zabijanie, okradanie, oszukiwanie i wiele jeszcze innych grzechów, to są ludzkie cechy, ale zmuszanie ludzi do niezgodnych z ich naturą zachowań jest nieludzkie. Łatwiej to zrozumieć, gdy porównamy obie te skrajności – amerykańską, opisaną poniżej i – obecną, której opisywać nie trzeba, bo jej doświadczamy na co dzień.

Ameryka w czasach pionierskich nie była jeszcze skonsolidowanym państwem i jej obywatele, jeśli tak ich można nazwać, mieli duże pole manewru. Sami sobie tworzyli swoje niepisane prawa, swój kodeks postępowania i wszyscy byli tego świadomi, że ich los jest w ich rękach. Ich życie było surowe, często brutalne. Oni mieli świadomość, że w każdej chwili mogą zejść z tego świata, ale też wiedzieli, że i oni mogą wymierzyć sprawiedliwość, tak jak ją rozumieją, bo każdy miał kolta lub strzelbę. Ta idea nadal jest jeszcze żywa w Ameryce, przynajmniej w niektórych stanach. To dużo! My, tu w Polsce, możemy sobie tylko poruszać palcem w bucie.

Ta Anastasia, o której pisze Fallaci, to jej prababka. Była pół-Polką i to, jak do tego doszło, opisuje w swojej sadze. Jest to bardzo ciekawy wątek, do którego wrócę w następnym blogu. W tym jednak chciałbym się skupić na tym, jak wyglądała Ameryka w czasach, gdy państwo było słabe i jego obywatele sami sobie organizowali swoje życie. Wybrałem dwa fragmenty. Jeden to opis Nowego Jorku, drugi – miasteczka Virginia City. Bo od Nowego Jorku zaczęła się amerykańska przygoda Anastasii, a skończyła się w Kalifornii.

Fallaci pisała tę sagę 10 lat, do samej śmierci w 2006 roku. W trakcie jej pisania korzystała nie tylko z rodzinnych przekazów i dokumentów, ale penetrowała archiwa, księgi parafialne, docierała do dokumentów z epoki itp. Od początku lat 60-tych częściej mieszkała w Ameryce w Nowym Jorku niż we Włoszech. Dzięki temu łatwiej było jej tam śledzić losy swojej prababki. „Wśród wielu postaci – pisał o swojej ciotce Edoardo Perazzi – ulubioną była Anastasia, do której Oriana czuła najwięcej sympatii i której poświęciła czwartą część powieści. Kapelusz cały w czereśniach zamyka się w 1889 roku jej śmiercią i małżeństwem Antonia Fallaciego i Giacomy Ferrier (córka Anastasii – przyp. mój), dziadków Oriany, rodziców jej ojca Edoarda, którzy w niektórych miejscach sami stają się narratorami.” Drugie imię Fallaci, po prababce, to właśnie Anastasia.

»Zadaję sobie pytanie, co czuła Anastasia, gdy John wiózł ją na Irving Place, a jednocześnie próbuję wyobrazić sobie miasto, w którym miała przeżyć prolog swej amerykańskiej przygody. Z wyglądu Nowy York był bardzo odmienny od dzisiejszej metropolii. Nie istniały jeszcze nawet słynne mosty, od stu lat łączące Manhattan z Brooklynem i New Jersey. Żeby przebyć Hudson lub East River, trzeba było wsiąść na prom. I naturalnie nie było jeszcze drapaczy chmur. Nie było świecących szyldów, migoczących świateł, elektryczności. Nie istniały Times Square, Park Avenue ani Statua Wolności. Budynki nie były wyższe niż na sześć lub siedem pięter, Edison nie wymyślił jeszcze żarówki, dlatego też używano wciąż oświetlenia gazowego, a na miejscu Times Square znajdował się zbiornik wodny. Na miejscu Park Avenue tunel kolejowy tak zwanej Hudson Line. Tam, gdzie dziś wznosi się Statua Wolności, znajdowała się wysepka usypana ze śmieci wyrzucanych przez przepływające obok statki. Jednak była to już budząca szacunek metropolia, która liczyła osiemset tysięcy mieszkańców, dużo więcej niż Filadelfia, gdzie żyło wówczas pięćset czterdzieści tysięcy. Cztery razy większa od Bostonu czy Chicago i szesnaście razy większa od stolicy konfederatów, Richmond, które w czasie wojny rozrosło się do pięćdziesięciu tysięcy mieszkańców, i dziesięć razy większa od Waszyngtonu, zaledwie osiemdziesięciotysięcznego. Zarazem była to połowa ludności Paryża, w którym mieszkało milion sześćset tysięcy osób, i jedna trzecia ludności Londynu, liczącego wtedy dwa miliony trzysta tysięcy mieszkańców. Daremnie szukać by śladów bohaterskiej przeszłości miasta z czasów, gdy nazywało się Nowy Amsterdam i holenderscy pionierzy zabierali je Indianom: nawet siedemnastowieczne cmentarze zostały usunięte, by zrobić miejsce pod domy. Było to także miasto bogate. Centrum finansowe kraju, kolebka Wall Street, siedziba dziewięćdziesięciu jeden baków, w których złoto płynęło strugami, niczym lawa po erupcji wulkanu. A także miasto brudne, niebezpieczne, niespokojne, o wysokim wskaźniku przestępczości. Śmieci rosły tygodniami w sterty wysokie na trzy metry, nikt nie zbierał psich i końskich odchodów, od szkodliwych wyziewów można było zachorować na świerzb, cholerę lub tyfus, i pomimo zniesienia niewolnictwa w porcie przemycano jeszcze wielu niewolników. Praktyka, za którą prawo teoretycznie przewidywało karę szubienicy, ale na którą skorumpowani urzędnicy przymykali oko. Nie przypadkiem rok 1864 zamknął się smutnym bilansem stu tysięcy zabójstw, ataków nożowniczych, oszustw i porwań. Nie bez powodu konfederaci uważali Nowy Jork za siedlisko hipokryzji, miasto bez serca, bez zasad, bez moralności i bez Boga.

Z drugiej strony, być może właśnie z tego powodu, była to najbardziej frywolna metropolia Ameryki, a być może i całego świata. Lunapark dla dorosłych. Oprócz dziewięćdziesięciu jeden banków było tam również czterysta sześćdziesiąt burdeli, pięćdziesiąt dwa domy uciech, setki barów, piwiarni, palarni opium. Były także baseny publiczne dla panów i pań (baseny, w których można było pływać bez ubrania), korty tenisowe, pola golfowe, boiska do strzelania z łuku, tory wrotkowe i łyżwiarskie, dwa hipodromy, stadion do gry w polo, drugi do gry w baseball , klub jachtowy organizujący zawody żaglówek oraz niezliczona liczba dance houses, czyli sal tanecznych. Istniały tam także dziesiątki teatrów, między innymi Academy of Music, Winter Garden oraz Barnum’s American Museum: gigantyczny cyrk, w którym obok klownów, akrobatów, iluzjonistów, lwów, tygrysów i słoni pokazywano także wybryki natury w rodzaju braci syjamskich czy cieląt o dwóch głowach, Żywego Szkieletu (niewiarygodnie chudego człowieka) i miss Jane Campbell – dziewczyny ważącej prawie pół tony, która sama określała siebie jako „największą górę mięsa istniejącą kiedykolwiek w ciele kobiecym”. Na przybyszów czekały tuziny hoteli – w porównaniu z nimi najbardziej luksusowe transatlantyki wydawały się kurną chatą. Między innymi bajeczny hotel Astor, gdzie kurczaka przygotowywano na szesnaście różnych sposobów, a szampan lał się strumieniami, albo ultranowoczesny Fifth Avenue Hotel, w którym na wyższe piętra wjeżdżało się perpendicular railway, pionową kolejką, innymi słowy: windą. Urządzeniem gdzie indziej nieznanym. Zresztą jeśli nie umarłeś z głodu i nędzy, w Nowym Jorku wszystko mogło stać się źródłem rozrywki. Wszystko! Obłąkany ruch uliczny na Broadwayu, gdzie setki karet, powozików, wozów, dwukółek pędziło pomiędzy tramwajami ciągniętymi przez sześć koni i omnibusami: zabawne dorożki z woźnicą siedzącym na dachu, zatrzymujące się na żądanie. (Żeby wysiąść, trzeba było pociągnąć za sznurek przywiązany do lewej stopy dorożkarza i krzyknąć „Stop”!). Skandaliczne sklepy przy Bowery, w których można było kupić każdy najbardziej fantastyczny przedmiot lub lek, włączając w to słynną maść do przedłużenia stosunku miłosnego. Niedyskretne rozprawy w aulach Sądu Cywilnego, gdzie każdego roku przeprowadzano dziesiątki rozwodów. Chamstwo Vanderbiltów , Stewartów, Pierpontów, Morganów, którzy w swoich magnackich rezydencjach mieli złote nocniki i służbę w liberii ( składały się na nią: kaftan z adamaszku, atłasowe szelki, jedwabne pończochy, koronkowa koszula, a czasem nawet turban). Arogancja sufrażystek, które paliły w towarzystwie, gardłowały za antykoncepcją, a w razie konieczności dokonywały aborcji w klinice madame Restell (działającej za zezwoleniem burmistrza). Co prawda wojna, mimo iż toczyła się daleko na Południu, nieco przykróciła te niebywałe ekscesy i pociągnęła za sobą inflację. W 1865 roku płaszcz mógł w Nowym Jorku kosztować pięćdziesiąt dolarów – równowartość miejsca w trzeciej klasie na transatlantyku. Obowiązkowy pobór do wojska i praktyka zastępstwa, przeciwko której najbiedniejsi daremnie organizowali burzliwe protesty, sprawiła, że śmierć zebrała obfite żniwo. W rezultacie na ulicach licznie pojawiły się kobiety w żałobie, matki i wdowy w czarnych welonach. Wojna nie zmieniła jednak obyczajów bezbożnego miasta, a wręcz przeciwnie, zdwoiła jego cynizm. Dlaczego? Bo dzięki dostawom wojskowym bogacze stali się jeszcze bogatsi, sprzedając swe towary zarówno wojskom Północy, jak i konfederatom. Tym drugim, dzięki statkom płynącym na Bahamy. Business is business, my dear, and favours neutrals. Interesy to interesy, mój drogi, i najlepiej służą tym, którzy zachowują neutralność.«

Tak wyglądał Nowy Jork, ale był też Dziki Zachód, który my znamy z westernów. Jest to jednak obraz jednostronny. W poniższym fragmencie autorka wierniej oddaje jego rzeczywistość.

Virginia City już nie istnieje, a fotografie z tamtej epoki ukazują miasto dość odmienne od ghost-town odtworzonego, a raczej wymyślonego na użytek turystów. Zamiast prawdziwego miasta ukazują raczej olbrzymią wioskę, składającą się z trzech ulic i skromnych domków z drewna lub z cegieł. Osadę podobną do miasteczek z westernów, z urzędem szeryfa, saloonem i małym bankiem, zamkniętą w górskiej dolinie – Virginia City leżało na zboczu Mount Davidson, gdzie odkryto żyłę srebra, i zewsząd otoczone było przez wysokie szczyty. W 1865 roku miasto niewiele miało zresztą do zaoferowania z estetycznego punktu widzenia. Powstało ledwie pięć lat wcześniej, zastąpiwszy namioty i baraki pierwszego obozowiska górników, i rosło chaotycznie, podporządkowane jedynie potrzebie zapewnienia noclegu hordom, które napływały tam w poszukiwaniu szczęścia. Spekulanci, gracze, górnicy rozczarowani gorączką złota w Kalifornii. Przestępcy, prostytutki, biedacy i awanturnicy wszelkiej maści i narodowości. Amerykanie, Indianie, Meksykanie, Chińczycy, Europejczycy. Nie przypadkiem w tych latach miasto liczyło aż dwadzieścia tysięcy mieszkańców. A jednak było ono właśnie takie, jak opisywała je Lydia. Bo w 1860 roku złoże srebra przyniosło milion dolarów dochodu. W 1861 roku już dwa miliony, rok później siedem, dwa lata potem dwanaście, w 1864 roku aż osiemnaście. Wydobywany kruszec zawierał nawet do pięciu procent złota. Ulice, wybrukowane kamieniami z kopalń lub ubite resztkami pyłu kopalnianego naprawdę świeciły się złotem i srebrem. Klamki, ostrogi, podkowy, wykończenia siodeł rzeczywiście robiono ze srebra. Używano go także do płacenia za towary i dawania napiwków, czasem w formie samorodków, kiedy indziej kawałeczków odcinanych nożem z lasek metalu. Papierowych pieniędzy nikt tam nie chciał, green-back, czyli banknoty, rzucali ci w twarz, a jeżeli chciałeś je wymienić w banku, dawali tylko połowę ich wartości.

W tym miejscu muszę przerwać ten cytat i przytoczyć fragment artykułu (lata 30-te) Louisa Evena (1885-1974) Kim są prawdziwi władcy świata? Autor był propagatorem tzw. Kredytu Społecznego. W nim nawiązuje do tych „greenbacks”. Artykuł ten został przedrukowany przez dwumiesięcznik „Michael”, wydanie promocyjne numer 16, luty 2015. Wytłuszczenia pochodzą od redakcji.

Międzynarodowa finansjera wzięła w posiadanie Amerykę tak samo jak Europę. Chce ona stale utrzymywać i umacniać swoje pozycje. Pewnego dnia pojawił się człowiek, który odważył się przeprowadzić nadzwyczajne uderzenie. Zapłacił za to swoim życiem. Był to największy amerykański prezydent Abraham Lincoln (1809-1865).

Syn kolonizatorów, który nigdy nie chodził do szkoły, ale kiedy nauczył się czytać na kolanach swojej matki, a potem studiował prawo w nocy po swoim ciężkim dniu pracy w lesie lub na polu, został prezydentem Stanów Zjednoczonych w przełomowej epoce, w czasach secesji między północą i południem w kwestii niewolnictwa.

Miał on silne poczucie zdrowego rozsądku i kierowany doskonałą sprawiedliwością uważał, że jeśli prywatne banki emitują pieniądze, które są akceptowane przez społeczeństwo zezwalające na to, żeby pieniądze te wchodziły w obieg jako dług, to suwerenny rząd może zarówno fabrykować je sam, jak i przyznawać im co najmniej tak samo wielki autorytet. W latach 1862-1863 Lincoln poprosił swojego sekretarza skarbu Chase’a o trzy kolejne emisje waluty o całkowitej sumie 450 milionów dolarów.

Były to „zielone dolary” – greenbacks. Zauważmy, że po prawnej batalii między władzą finansową a rządem, 346 milionów dolarów pozostaje do dziś w obiegu i są to nadal tak samo dobre pieniądze, jak pieniądze bankowe. Co więcej, w przeciwieństwie do zadłużonych pieniędzy bankierów greenbacks nie są obciążone ani jednym dolarem długu publicznego Stanów Zjednoczonych. Gdyby ta emisja przeszła przez zwykłe kanały bankowe, oznaczałoby to wzrost amerykańskiego długu publicznego o 10 miliardów dolarów w latach 1863-1938 (procent składany). A gdyby wszystkie pieniądze były emitowane przez rząd, Stany Zjednoczone nie miałyby żadnego długu publicznego. Istnienie długu publicznego wskazuje, że system jest zły i że waluta jest zepsuta od samego początku.

Międzynarodowi bankierzy w pełni zrozumieli skalę czynu dokonanego przez Lincolna, a poniższe uwagi zostały opublikowane przez London Times (jako wyciąg z Journal of Finance) w marcu 1863 r.: „Jeśli polityka finansowa zapoczątkowana przez rząd w Waszyngtonie zostanie utrwalona, rząd będzie dostarczał swoich własnych pieniędzy bez żadnego kosztu, spłaci swój dług publiczny i nigdy więcej już go nie będzie posiadał. Będzie miał całą niezbędną do prowadzenia handlu walutę. Osiągnie dobrobyt bez precedensu w historii cywilizacji ludzkiej. Mózgi i bogactwo świata będą płynąc do Ameryki. Musimy zniszczyć ten rząd, zanim zniszczy on monarchię”.

Rada była następująca. Spisek międzynarodowej finansjery powalił wielkiego wyzwoliciela kulą bandyty. Wszystko pozostało jak dawniej. Prześladowcy ludzkości przyznali, że dobrobyt kraju mógłby z pewnością wynikać z polityki jego rządu, gdyby emitował on bez długu całą walutę potrzebną do życia gospodarczego.

Śmierć Lincolna była katastrofą dla chrześcijaństwa”, pisał Bismarck (dobrze umiejscowiony, żeby rozumieć, co się stało). „Nie było w Stanach Zjednoczonych żadnego wystarczająco wielkiego człowieka, który mógłby zastąpić Lincolna. Pożyczkodawcy podjęli na nowo ofensywę, by zawładnąć bogactwem świata. Obawiam się, że zagraniczni bankierzy z ich chytrością i krętymi sztuczkami dojdą do całkowitej kontroli bogactwa Ameryki i będą go używać do systematycznego korumpowania współczesnej cywilizacji. Nie będą wahali się pogrążyć całego chrześcijańskiego świata w wojnach i chaosie, tak że ziemia stanie się ich dziedzictwem”.

W ostatnim zdaniu przerwanego cytatu Fallaci pisze: „Papierowych pieniędzy nikt tam nie chciał, green-back, czyli banknoty, rzucali ci w twarz, a jeżeli chciałeś je wymienić w banku, dawali tylko połowę ich wartości.” Czyli bankierzy robili wszystko, by zniechęcić ludzi do używania tych zielonych dolarów.

W innym miejscu Fallaci pisze o zabójstwie Lincolna:

Potem, 15 kwietnia, Louise zbudziła Anastasię, podając jej w milczeniu dziennik z czarną obwódką, obwieszczający wielkimi literami: LINCOLN ASSASINATED. Te dwa słowa zapełniały całą stronicę, w miejsce artykułu zaś widniała tylko krótka notka: „Oddajemy numer do druku i nie czujemy się na siłach skomentować wiadomości ani nie dysponujemy bliższymi szczegółami”. Następnego dnia pojawiły się jednak dokładne informacje i tam do licha! Lincolna zabił John Wilkes Booth, brat Juniusa i Edwina! Zrobił to w Ford’s Theater w Waszyngtonie, w loży prezydenckiej wychodzącej na samą sceną. Dzięki swej zawodowej sławie zdołał tam wejść niezatrzymywany przez nikogo, strzeliwszy prezydentowi w potylicę, skoczył pomiędzy aktorów sparaliżowanych w szoku, złamał sobie nogę, ale pomimo to zdążył krzyknąć sic-sempre-tirannis! i zbiec. Teraz polowano na niego w Wirginii, gdzie widziano go przejeżdżającego konno, a jednocześnie szukano jego wspólników.

Na następnej stronie pisze:

W ostatnim tygodniu kwietnia zginął John Wilkes Booth, odszukany w spichlerzu w Wirginii i zastrzelony w tajemniczych okolicznościach przez sierżanta Thomasa „Bostona” Corbetta z 16 Regimentu Kawalerii. W maju i w czerwcu proces ośmiu wspólników Bootha.

Teraz mogę wrócić do przerwanego wątku o Virginia City:

Co więcej, było to naprawdę miejsce, w którym ludzie nie bali się ani Boga, ani diabła i robili, co chcieli. Najchętniej pili i uprawiali hazard. W Virginia City był tylko jeden kościół i dwieście domów gry. Sto dwadzieścia saloonów serwujących alkohol i posiadających również stoły do gry w faraona, w pokera, blackjacka, chuck-a-chuck, czyli gry w kości. Grali wszyscy. Dobrzy i nikczemni, biedni i bogaci, młodzi i kobiety. Gorączka gry dopadała każdego, kto przyjeżdżał do miasta. Nawet tych, którzy nie mieli w ręku talii kart ani kości. Grało się o wszystko. O tygodniową płacę, akcje kopalni, złote zęby, buty, spodnie, koszulę noszoną na grzbiecie, życie. Jeśli chodzi o alkohol, o Jezu! Lokali sprzedających trunki nie dałoby się zliczyć. Dzisiejsze Las Vegas wypada blado w porównaniu z Virginia City. W 1859 roku pierwsi górnicy przytaszczyli z sobą przez Sierra Nevada skrzynie whisky, brandy, rumu, ginu, wódki, absyntu. Teraz alkohol był najważniejszym towarem przywożonym do Nevady i nikt nie był w stanie określić, ile barów, zajazdów, piwiarni istnieje wmieście. Przy samej tylko C Street, głównej ulicy Virginia City, znajdowało się ich sto osiemdziesiąt dwa. Włosi, Hiszpanie, Francuzi preferowali koniak, Anglicy i Amerykanie whisky. Popularne były także koktajle, na przykład Woshoe Drink, piekielna mieszanka na bazie whisky, brandy, absyntu i ulepu – po wypiciu trzydziestu kropli tego trunku padałeś jak trup. Albo Minnie Kiss, pocałunek Minnie, trucizna z rumu, sherry i piwa, która miała taki sam efekt. Oraz Total Destruction, czyli Całkowita Zagłada, której efekty opisywano w ten sposób: „Najpierw się blednie, potem czerwienieje, potem przechodzi się do pozycji poziomej. Na ziemi przyjmuje się wyraz twarzy uśmiechnięty i błogi, po czym natychmiast zapada się w sen. Po przebudzeniu boli głowa i wydaje się, że żołądek jest pełen os, motyli, sosu pieprzowego i witriolu. Ale warto”.

Z taką samą łatwością strzelano i zabijano się nawzajem. „W pierwszych dwudziestu sześciu grobach w Virginia City pochowano ciała zamordowanych”, pisze w Pod gołym niebem Mark Twain, który przez trzy lata pracował w jako reporter w lokalnym „Territorial Enterprise”. A pisał to w roku 1861, potem zabójstwa stały się tak częste, że nie stanowiły żadnej sensacji. Wszyscy posiadali rewolwer lub strzelbę, przedmioty sprzedawane razem z kilofami i łopatami lub w sklepach spożywczych, a różnicę zdań rozwiązywano pojedynkiem. Nie były to jednak pojedynki toczone zgodnie z regułami podyktowanymi przez kodeks honorowy, przewidującymi wręczenie pisemnego wezwania, obecność sekundantów, chirurga, drugiego chirurga, ceremonialne nabicie pistoletów, panowie-jesteście-gotowi, liczę-do-trzech-i-strzelacie. Tylko jeden wystrzał. To były pojedynki takie, jakie się widzi w westernach: staczane od razu w saloonie albo na ulicy. Bang-bang-bang! W 1845 roku ogłoszono Anti-Dueling Law, prawo przeciw pojedynkom, które uznawało za przestępstwo zarówno wyzwanie na pojedynek, jak i zaakceptowanie wyzwania, a także przewidywało oskarżenie o morderstwo w razie zabicia przeciwnika w walce. W praktyce jednak prawo to przez długi czas nie weszło w życie i dalej spokojnie wysyłano ludzi na cmentarz. Zwykle odbywało się to na B Street za pomocą pięciostrzałowego kolta. Magazynek opróżniano na ślepo, nie dbając o zgromadzonych gapiów, dlatego oprócz pojedynkujących się ginęły zawsze trzy czy cztery osoby z tłumu. Pewnego razu zginęło ich osiem, plus obaj przeciwnicy. A powody do wyzwania często bywały błahe. Dieta oparta na alkoholu skłaniała do liberalnego naciskania na cyngiel, toteż w 1865 roku niejaki Bill Bryan, adwokat, zabił górnika popijającego spokojnie piwo just-because-I-felt-like-killing-somebody. Bo-miałem-ochotę-kogoś-zamordować. Strzelały zresztą także kobiety. Zarówno władze, jak i prasa zachęcały je, by zawsze chodziły z bronią, a jeśli zdarzyło im się kogoś zastrzelić, nigdy ich nie skazywano. Często nie stawiano nawet przed sądem. „To nie zbrodnia zastrzelić chama, który cię molestuje, a jeśli klepnie cię po tyłku, masz do tego pełne prawo”. W 1865 roku roku prostytutka imieniem Juanita Sanchez doczekała się triumfalnej rundy za zabicie byłego kochanka Jacka Butlera, który dla żartu wymierzył w nią rewolwer. Co do sprawiedliwości, było to puste słowo. Niewygodnych świadków wypędzało się lub zabijało. Sędziów, ławę przysięgłych i szeryfów można było przekupić, sprawy wygrywali ci, którzy mieli więcej pieniędzy, zresztą i tak na przedstawicieli sprawiedliwości nie należało za bardzo liczyć. Byli zawsze pijani. Jeśli nie pijani, to głupi. Jeśli nie głupi to ciemni. Nie umieli nawet odróżnić „deprawacji” od „deportacji” i w dziewięciu na dziesięć przypadków werdykt brzmiał not guilty, niewinny. W rezultacie przestępstwa mnożyły się jak szarańcza w Utah, i w porównaniu z Virginia City Nowy Jork mógł się wydawać szkołą zakonną dla panienek z dobrych domów. W 1865 roku w jednym tylko dniu odbyły się i zakończyły dwa procesy o zabójstwo, dwa dotyczące pojedynku, pięć w sprawie zamachu na życie, pięć o zranienie nożem. Kradzieży, włamań, oszustw nikt by nie zliczył. „Jeśli pozostanę tu przez sześć miesięcy – napisał w swym dzienniku jakiś uczciwy podróżny – ja także stanę się przestępcą”. A ksiądz z jedynego kościoła w mieście opowiadał: „Wczoraj oczyściłem duszę jednego z parafian. Na pytanie, czy kiedyś kogoś zabił, odpowiedział: tylko dwie lub trzy osoby. Na pytanie, czy dopuścił się oszustwa, odrzekł: najwyżej ze dwadzieścia lub trzydzieści razy. A na pytanie, czy zdarza się mu kraść, powiedział: codziennie, co w tym złego?”.

Ale Lydia nie myliła się też, twierdząc, że Virginia City to raj dla kobiet, zwłaszcza niezamężnych. Bo w tych pierwszych latach istnienia miasta górnicy, spekulanci, oszuści, gracze, awanturnicy nie przywozili ze sobą, jak można się domyślić, żon, córek, sióstr ani kochanek. Na początku brak kobiet był tak dotkliwy, że gdy dyliżans zatrzymywał się na zmianę koni, wszyscy przybiegali zobaczyć, czy nie ma w nim jakiejś kobiety. Jeśli była, zaczynali krzyczeć: „Yes, yes! There is. Oh, God! That’s good for the eyes! O Boże, co za widok dla oczu!” Pewnego dnia żona jakiegoś Kalifornijczyka tak się tym przestraszyła, że zamiast wyjść z powozu, aby odpocząć i zjeść obiad, skuliła się w środku i zaciągnęła zasłony. Wtedy grupa górników ofiarowała mężowi dwieście dolarów, aby namówił ją do odsłonięcia okna i wyjrzenia na chwilę. On ją przekonał i na widok kobiecej twarzy ze dwunastu gapiów zemdlało z wrażenia. W 1860 roku sytuacja trochę się polepszyła: na każdych stu siedemdziesięciu mężczyzn przypadało dziesięć kobiet ( w większości były to oczywiście prostytutki, entraineuses czy hurdy-gurdy girls – dziewczyny do tańca, które brały dwadzieścia pięć centów za obrót, całkiem pokaźna sumka za przetańczenie całego tańca z klientem saloonu). W 1861 roku było już dwadzieścia kobiet na każdych stu siedemdziesięciu mężczyzn, w 1863 czterdzieści, a w 1865 pięćdziesiąt. Jednak to i tak wciąż za mało – i niezamężnej kobiecie wystarczyło wysiąść z dyliżansu, by znaleźć sobie męża. Nawet jeśli była stara i brzydka i kulawa. Poświadczają to także akty ślubu z dołączonymi fotografiami małżonków: obok przystojnego krzepkiego młodziana prawie zawsze stoi matrona, która mogłaby być jego matką. I naturalnie rozwód był równie łatwy do przeprowadzenia jak zawarcie małżeństwa. Największą korzyścią dla kobiet było jednak co innego: szacunek, jaki żywili mężczyźni dla każdej istoty obdarzonej biustem i noszącej spódnicę. Byłam bardzo zaskoczona, wyczytawszy, że kobieta miała prawo strzelić do każdego, kto wyraził się wobec niej obleśnie albo poklepał ją po siedzeniu. Wszystkie książki historyczne są zgodne co do tego, że takie niestosowne sytuacje nie zdarzały się w Virginia City i wśród niezliczonych przestępstw, które tam popełniano, nie dochodziło do gwałtów. „Nie słyszałem o żadnym mężczyźnie, który uchybiłby kobiecie” dodaje podróżnik od dziennika „jeśli-pozostanę-tu przez-sześć-miesięcy-ja-także-stanę-się-przestępcą”. Po pierwsze, nie używało się słowa kobieta. Mówiło się lady, dama. (Obyczaj wciąż rozpowszechniony na zachodzie Stanów). Poza tym w obecności kobiety zdejmowało się kapelusz. Zawsze. Na koniec: kobietę otaczało się opieką. Zawsze. Podawało się jej ramię, ofiarowało pomoc w niesieniu pakunków, pomagało w przejściu przez ulicę. I lepiej było nie rzucać na nią zbyt śmiałych spojrzeń. „Apologize or I blow up your brain. Przeproś albo rozwalę ci mózg”. Zawsze. W odniesieniu do każdej kobiety. Także hurdy-gurdy girls, entraineuses, prostytutek. Jednym słowem, były traktowane jak królowe. Wszystko im wybaczano. Na przykład w teatrze można było gwizdać na aktora. Na aktorkę – nigdy. Nawet jeśli nie umiała grać ani śpiewać. Wręcz przeciwnie, publiczność stawała się wtedy szczególnie wielkoduszna o oklaskiwała ją głośno, rzucała jej samorodki i woreczki ze srebrem i złotem. „Fine!, świetnie! Brawo, bis!” Poza tym bezgranicznie podziwiali kobiety odważne, nieustraszone, przedsiębiorcze i mieli szczególną słabość do tych, które mówiły z silnym francuskim akcentem, to znaczy zaokrąglając r, co było, jak pamiętamy, charakterystyczne dla sposobu mówienia Anastasii. Naprawdę nie potrafię sobie wyobrazić miejsca, które by bardziej do niej pasowało. I pociesza mnie, że o pierwszych latach spędzonych w Virginia City opowiadała nieco obszerniej, z mniejszą powściągliwością i rezerwą. (Opowiadała dziadkowi i babce Oriany Fallaci, a oni jej. – przyp. mój).

Były dwa sposoby kolonizacji. Anglicy rzucali na pierwszy ogień kolonizatorów. Dopiero gdy oni jakoś zagospodarowali się w nowych warunkach, to wkraczało państwo z całym swoim aparatem. Francuzi i Hiszpanie do kolonizacji od początku angażowali państwo. Dlatego kolonizacja Ameryki Południowej wyglądała inaczej. Tam też dużą rolę odgrywał Kościół. Dziki Zachód wyglądał tak, jak wyglądał, dlatego że ludzie sami decydowali o swoim losie i sami organizowali sobie życie. A że wyglądało ono tak, jak wyżej zostało opisane, to tylko świadczy o tym, że ludzka natura, to jest coś, czego nie da się ogarnąć, nie da się przewidzieć ludzkich reakcji i zachowań. I to wszystko teraz nam zabierają. Chcą z nas zrobić automaty, które będą całkowicie przewidywalne.

Armagedon

Orlen buduje dwa szpitale modułowe. Jeden na terenie Płocka, drugi – Ostrołęki, powiedział 18 listopada w Programie Pierwszym Polskiego Radia Daniel Obajtek prezes PKN Orlen. Placówka w Płocku powstaje na terenie Centrum Badawczo-Rozwojowego.

Szpital modułowy jest to szpital budowany od podstaw – wyjaśniał prezes. Składa się on z kontenerów medycznych. To są pojedyncze kontenery medyczne mające wszelkie atesty medyczne. One są łączone w całość niejako modułowo i tak powstaje szpital modułowy. Ten szpital będzie liczył około 200 łóżek i będzie w pełni wyposażony do tego, by mógł przyjmować pacjentów.

Czy to są szpitale pełnowartościowe w sensie takim, że tam są respiratory i instalacje tlenowe, wszystko, co powinno znaleźć się w prawdziwym szpitalu – pyta redaktor.

Tak, panie redaktorze, to są szpitale, gdzie będzie znajdowało się wszystko, będą znajdowały się kardiomonitory, będą znajdowały się respiratory, są to szpitale w pełni wyposażone, które mogą prowadzić działalność, niczym nie różnią się od szpitali, które w tym zakresie funkcjonują.

Spółki Skarbu Państwa mają wybudować 15 takich szpitali. Powstaną 4 na Mazowszu, 4 w Małopolsce, 3 na Dolnym Śląsku, 2 na Górnym Śląsku oraz po jednym w Wielkopolsce i na Pomorzu. Oddanie pierwszych szpitali zaplanowano na listopad. Tak informował 4 listopada portal forsal.pl.

PKN Orlen zajmie się szpitalami mazowieckimi, KGHM zorganizuje trzy szpitale na Dolnym Śląsku, a Węglokoks – dwa na Górnym. Tauron i PKO Bank Polski – w Małopolsce, PKO Bank Polski – w Poznaniu, a Totalizator – w Radomiu. Lotos zorganizuje szpital w Gdańsku.

Oprócz szpitali modułowych są również szpitale tymczasowe, zwane też polowymi. Takie szpitale planowane będą we wszystkich województwach. Większość zostanie oddana do użytku między 15 a 30 listopada. Zapewnią one około 5,5 tys. dodatkowych łóżek. Na Bizblog.pl możemy przeczytać:

Na Stadionie Narodowym szpital tymczasowy, o ile zajdzie taka potrzeba, ma dysponować nawet tysiącem łóżek. Podobnie ma być w innych województwach. Biorąc pod uwagę już wcześniejsze raportowanie wojewodów do rządu w sprawie kłopotów z obsadzeniem lekarskich dyżurów, to można mieć poważne wątpliwości kto będzie się opiekował pacjentami w szpitalach właśnie co tworzonych na stadionach. Wszak już rok temu, kiedy jeszcze pandemia COVID-19 nikomu się nie śniła, wyliczono, że nad Wisłą brakuje ok. 68 tys. lekarzy.

Na tym samym portalu można było przeczytać informację z 19.10.2020: Do środy wypracujemy listę szpitali prywatnych, które będą miały obowiązek utworzenia covidowych łóżek. – ogłosił w poniedziałek minister zdrowia Adam Niedzielski. System ochrony zdrowia nie wytrzymuje uderzenia drugiej fali koronawirusa, ale otwieranie szpitali polowych na stadionach to za mało.

Na portalu mp.pl (medycyna praktyczna dla lekarzy) 06.11.2020 można było przeczytać:

Wojewoda opolski poinformował w czwartek, że w regionie jest sześć w pełni przekształconych szpitali dla chorych na COVID-19. Dodatkowe osiem pracuje w trybie hybrydowym. Wojewoda informuje, że na koniec listopada dostępnych będzie 1,3 tys. łóżek dla pacjentów chorych na COVID-19. W celu odciążenia szpitali i bazy łóżkowej w szpitalach planuje się zwiększenie liczby miejsc w izolatoriach z 684 do tysiąca na koniec miesiąca.

Cóż wynika z tych cytatów? Ano wynika to, że rząd szykuje nam pobyt w „bardzo atrakcyjnych miejscach”. Są to:

  • szpitale modułowe
  • szpitale tymczasowe (polowe)
  • szpitale tradycyjne, przekształcone na covidowe
  • szpitale hybrydowe tj. dla pacjentów covidowych i innych
  • covidowe łóżka w szpitalach prywatnych

Dlaczego rząd tak się stara i działa tak pospiesznie? Czyżby spodziewał się potężniejszej fali zakażeń? A jeśli tak, to skąd o tym wie? Musi coś wiedzieć, bo to są potężne inwestycje, idące w miliardy złotych. A ilu ludzi pracuje przy tym bezproduktywnie? No właśnie! Czy ta praca jest produktywna? Jeśli założymy, że są to współczesne krematoria, to chyba nie. Jeśli kogoś szokuje tego typu stwierdzenie, to polecam obejrzenie filmu pod komentarzem na moim wcześniejszym blogu „Ludzka natura”.

W dniu 19 listopada w Programie Pierwszym Polskiego Radia przeprowadzono wywiad z wiceministrem zdrowia Waldemarem Kraską.

Premier zapowiada, że szczepienia na Covid będą dobrowolne, a minister zdrowia Adam Niedzielski zapowiada, że resort zakłada zaszczepienie całej dorosłej populacji. Jak to wytłumaczyć? – pyta redaktor.

Nie chcemy Polaków zmuszać do szczepienia, ale chcemy ich przekonać, że to jedyna skuteczna metoda, aby zakończyć tę pandemię, jedyna metoda, aby powrócić do normalności. Możemy to zrobić, pokazując, że ta szczepionka jest nie tylko skuteczna, ale także bezpieczna, to nieodzowny warunek każdego szczepienia, żeby osoba, która poddaje się temu szczepieniu, była absolutnie pewna, że ta szczepionka nie powoduje żadnych niepokojących skutków ubocznych, bo…

Ale w przypadku firmy Pfizer już podano, że skuteczność jest na poziomie 90%, czyli u 10% testowanych covid rozwinął się. – wtrąca redaktor.

Nawet chyba większa, wczoraj było to skorygowane, nawet 95% podawała firma, czyli dość duża skuteczność. Ja tylko przypomnę, że w przypadku szczepienia na grypę ta skuteczność to jest 75-80%, czyli prawie 10% niższa.

Najlepszą i najszybszą profilaktyką jest podanie szczepionki, uchroni nas przed zachorowaniem. Nawet najlepszy lek może powodować, że nie wszyscy na niego zareagują, że ten przebieg może być różny. Zawsze jest łatwiej i taniej zapobiegać niż leczyć. Druga strona tego medalu, to to, że jeszcze nie ma w tej chwili leków, które byłyby dedykowane koronawirusowi, które niszczyłyby tego wirusa, być może takie leki także się pojawią.

Panie ministrze, a jak długo będzie trwała odporność po szczepieniu? Bo niektórzy mówią, że skoro kilka miesięcy, to tak jak po przechorowaniu.

Różnie firmy podają. Jeżeli mówimy o szczepionce na grypę, która już od wielu, wielu lat jest, to jest mniej więcej około roku odporności do momentu, kiedy pojawi się następny wirus. Tutaj mi się wydaje, że to na pewno będzie dużo dłużej niż kilka miesięcy. Trudno w tej chwili powiedzieć, ta szczepionka jest nowa, ale myślę, że warto to zrobić, warto się zaszczepić, żeby tę odporność uzyskać.

A czy rząd zakupi w takim razie szczepionki dla całej dorosłej populacji, czyli dla 31 milionów osób?

Tak, mamy takie plany, żeby ta szczepionka była dla każdego dorosłego Polaka. Mam nadzieję, że wszyscy z tego skorzystają.

Widać więc, że co innego mówi premier, co innego minister zdrowia, a co innego wiceminister zdrowia. A skoro tak, panuje taki chaos, to i my mamy mętlik w głowie. Czy w tym chaosie, szumie informacyjnym, jesteśmy w stanie cokolwiek zrozumieć, doszukać się jakiejś konsekwencji w działaniu, która zdradziłaby nam prawdziwe intencje?

Wiceminister mówi: „Najlepszą i najszybszą profilaktyką jest podanie szczepionki, uchroni nas przed zachorowaniem.” Skoro szczepionka uchroni nas przed zachorowaniem i ma się pojawić już na wiosnę, czyli za 4 miesiące, to po co budowa tylu szpitali? Od początku „pandemii” zostało zakażonych 796 798 osób (stan na 19 listopada), zmarło – 12 088, czyli nie zmarło – 784 710 osób. To jest konstatacja niezwykle „błyskotliwa”, mniej więcej w stylu Nuty z filmu Vabank. Ktoś tam mówi: dziś jest niedziela, a – Nuta, jąkając się – jutro będzie poniedziałek. Tak to chyba mniej więcej szło. Pandemia trwa 10 miesięcy, co daje w zaokrągleniu 80 000 zakażonych na miesiąc. Przez kolejne 4 miesiące zakazi się 320 000 osób. W ciągu tych 10 miesięcy zmarło 12 088 osób, co daje 1200 osób miesięcznie. Przez następne cztery miesiące umrze 4800 osób. Liczba ozdrowieńców od początku „pandemii” to 361 886, co oznacza, że chorych jest 434 912 osób. Łóżka zajęte przez chorych na COVID-19 – 22 536. Znaczy to, że ci, którzy leżą na tych łóżkach, najpoważniejsze przypadki, to 5% ogółu zakażonych. Ogółem łóżek dla zakażonych jest 37 348 (stan na 19 listopada), co oznacza, że rząd ma w rezerwie 14 812 łóżek. Jeśli więc przez kolejne 4 miesiące zakazi się 320 000 osób, to 5% z nich będzie potrzebowało łóżek, czyli 16 000. Tu z kolei zrobiłem założenie, że żadne z wcześniej zajętych łóżek nie zostanie zwolnione.

Ja wiem, że od 5 października liczba zakażonych rośnie w postępie geometrycznym, czyli uśrednianie do 10 miesięcy jest błędem metodologicznym, ale też te dane są naciągane. Trudno więc na ich podstawie zorientować się, jaki jest stan faktyczny. Natomiast liczba zgonów na wykresie jest cały czas płaska. Wzrasta ona proporcjonalnie do liczby zakażonych, co skutkuje tym, że śmiertelność jest na stałym poziomie 1,6% czy 1,5%. A to jest najważniejsze. Tu nie ma zmian. Inna sprawa, że dane dotyczące zgonów też są nieprawdziwe. Ale spróbujmy ekstrapolować, czyli 16 000 – 14 812 = 1 188. Tyle łóżek, dla najpoważniejszych przypadków, zabraknie do momentu pojawienia się szczepionki, która rozwiąże wszystkie problemy. A potem wszyscy będą żyli długo i szczęśliwie. Co? Bajka? Bajka, ale to nie moja wina, że ludzie wierzą w bajki.

Skoro zabraknie 1 188 łóżek, niech nawet 1200, niech nawet 2000, to po co tyle szpitali, jeśli na samym Stadionie Narodowym ma być docelowo 1000 czy 1200 łóżek? Może rząd wie coś, czego my nie wiemy. Może wie, jak zadziała szczepionka. A jak zadziała? Z informacji na różnych kanałach, w Polsce i za granicą, można się dowiedzieć, że ona zmienia kod DNA w komórce w taki sposób, że organizm zaczyna produkować przeciwciała w sytuacji, gdy nie ma takiej potrzeby. Normalnie organizm, gdy dostaną się do niego jakieś wirusy, zaczyna wytwarzać przeciwciała, które pozbywają się intruzów. Objawia się to gorączką, utratą węchu i smaku, osłabieniem organizmu. Tak on się broni, ale wtedy, gdy obce ciała zaatakują go. W ten sposób je zwalcza. Jeśli jednak, po zaaplikowaniu szczepionki, organizm zacznie wytwarzać przeciwciała w sytuacji, gdy nie ma intruzów, to zacznie walczyć z samym sobą, co w efekcie będzie prowadzić do śmierci. Początkowo będzie to wyglądać jak zakażenie – wyższa temperatura, osłabienie, utrata węchu i smaku itp., co będzie pretekstem do umieszczenia delikwenta w szpitalu, a tam już się nim zajmą.

Wszystko wskazuje na to, że rząd przygotowuje się na wzrost zakażeń po zaaplikowaniu szczepionki i stąd dążenie do tworzenia nowych szpitali, w takiej czy innej formie. Póki co zmienił taktykę i zaczyna straszyć wzrastającą liczbą dziennych zgonów. Wykorzystuje fakt, że obecnie umiera znacznie więcej ludzi niż w analogicznym okresie przed rokiem.

Tych dodatkowych łóżek w nowych „szpitalach” może być około 20 tys., a może i więcej. Jeśli w Polsce już w zeszłym roku brakowało 68 tys. lekarzy, a i pielęgniarek jest mało, to kto będzie opiekował się, czy może „opiekował się” tymi ludźmi? Czy nie Wojska Obrony Terytorialnej? Dobrze to nie wygląda.

Źródła

Śledząc historię i rozwój instrumentów piśmiennych czasem można natknąć się na dość zaskakujące fakty, o których mało kto wie, a już na pewno nie spodziewałby się ich w tym miejscu. Na jeden z nich natknąłem się w książce The Pencil A History of Design and Circumstance, której autorem jest Henry Petroski. Chodzi o historię produkcji ołówka w Związku Radzieckim po rewolucji październikowej.

Może komuś wydawać się, że cóż to za filozofia wyprodukować coś tak prostego jak drewniany ołówek. Możemy zamówić u stolarza meble, nawet jakieś fantazyjne, i on je zrobi. A „prostego” ołówka – nie. Chociażby z tego względu, że do jego wykonania, czyli wycięcia z drewna form dla grafitu, potrzebne są specjalistyczne maszyny, nie mówiąc już o tym, że samego wkładu do tego ołówka też sam nie zrobi. W tym miejscu wypada mi przytoczyć kilka faktów z jego historii, może dla niektórych nudnych, ale ułatwi to zrozumienie tego, co zdarzyło się w porewolucyjnym Związku Radzieckim.

Pod koniec XVII wieku drewniany ołówek, takim jakim znamy go dziś, był już produkowany. Może jeszcze nie na masową skalę, ale też nie była to produkcja chałupnicza. Prawdopodobnie pierwszym, który pomysł umieszczenia grafitu wewnątrz drewnianego ołówka zrealizował w praktyce, był stolarz (joiner) z Kestwick w Anglii. Przy czym angielskie słowo joiner oznacza stolarza w węższym znaczeniu niż w języku polskim. Był to stolarz, który wycinał z drewna mniejsze kawałki i łączył je. Wykonywał framugi do drzwi, drzwi, ozdoby z drewna itp.

Według innych źródeł nową technikę produkcji ołówków opanował już w 1662 roku Friedrich Staedtler, którego określano jako specjalistę i producenta ołówków. Był on synem emigranta, który osiedlił się w Norymberdze. Nie kontynuował jednak zawodu ojca, ale został sklepikarzem. Ożenił się z córką stolarza (joiner), od którego nauczył się tajników umieszczania grafitu w drewnie. I od samego początku chciał specjalizować się w produkcji ołówków. Niestety nie zgodziła się na to rada cechu uważając, że inni stolarze również mają do tego prawo i specjalizacja nie jest potrzebna. Jego upór i konsekwencja zostały docenione i w 1675 roku uznano go za producenta ołówków.

Staedtler wprowadził nowe metody produkcji. Jego własny warsztat rzemieślniczy rozwijał się, produkcja rosła. Pojawili się też inni producenci i w końcu w 1731 roku utworzono cech producentów ołówków.

W 1760 roku Kaspar Faber, rzemieślnik, osiedlił się w Stein koło Norymbergi. W następnym roku wywiesił szyld informujący o jego nowym zajęciu – produkcji ołówków. Początkowo była ona niewielka. Mieściła się w jednym podręcznym koszyku, z którym wybierał się do Norymbergi i pobliskiego Fürth. Po jego śmierci w 1784 roku jego syn, Anton Wilhelm, został jedynym właścicielem firmy, która później znana była na całym świecie jako A. W. Faber.

W 1793 roku wybuchła wojna pomiędzy Francją i Anglią. Francja została odcięta od dostaw doskonałej jakości angielskiego grafitu, ale też od gorszej jakości niemieckich ołówków produkowanych ze sproszkowanego grafitu zmieszanego z siarką i klejem. Ponieważ wojna, rewolucja, edukacja i codzienny biznes nie mogą obejść się bez ołówków, francuski minister wojny, Lazar Carnot, poszukiwał nowej metody ich produkcji. Człowiekiem, który mógł podjąć się tego zadania był Nocolas-Jacques Conté, trzydziestodziewięcioletni wówczas inżynier i wynalazca. Dokonywał już eksperymentów z grafitem, ale też miał doświadczenie w produkcji grafitowych tygli służących do wytopu metali. Jego wysiłki nie poszły na marne i w 1795 roku uzyskał patent na produkcję grafitu do ołówków.

Proces jego produkcji polegał na usunięciu z drobno sproszkowanego grafitu zanieczyszczeń, zmieszaniu z glinką porcelanową i wodą. Tak ukształtowaną, jeszcze mokrą masę, umieszczano w podłużnych, cienkich formach. Następnie wyschnięty grafit wyjmowano z form, opakowywano węglem drzewnym i zamykano w ceramicznych naczyniach i poddawano działaniu wysokich temperatur. Po takich zabiegach grafit w formie pręcików umieszczano w dopasowanej szczelinie wyciętej w drewnianej formie. Następnie formę tę z grafitem pokrywano klejem i na nią nakładano bliźniaczą formę z podobnie wyciętą szczeliną. I tak powstawały doskonałej jakości ołówki. Proste? Proste, jak się wie. Przyznam, że często zastanawiałem się, jak oni wkładają ten grafit do środka. Łączenia tych dwóch części nie było widać, bo lakier je pokrywał, a i przy temperowaniu trudno było się go dopatrzyć, co świadczyło o opanowaniu technologii do perfekcji.

Niektórzy uważają, że proces produkcji nowego grafitu niezależnie odkrył w 1790 roku wiedeński mechanik Josef Hardtmuth. Jednak jest to prawdopodobnie data powstania firmy. Sam Hardtmuth twierdzi, że opracował ten proces w 1798 roku, a więc trzy lata po jego opatentowaniu przez Conté. Według niektórych źródeł nowy proces produkcji grafitu wykorzystano w Wiedniu dopiero po jego wprowadzeniu przez zięcia Conté Arnoulda Humblota. Miał on też dokonać wielu ulepszeń w procesie swego teścia. Ostatecznie też został on szefem firmy w Paryżu.

Może trochę przydługa ta historyczna dygresja, ale chciałem pokazać, że ołówek, zdawałoby się – nic prostszego, to jego produkcja jest bardzo skomplikowanym procesem. I teraz mogę przejść do głównego wątku.

W 1921 roku przybył z Nowego Jorku do Moskwy młody lekarz – Armand Hammer. Celem tej wizyty było zorganizowanie dostawy leków i chemikaliów z jego rodzinnej firmy do Związku Radzieckiego. W trakcie swojej podróży na Ural miał okazję osobiście przekonać się o spustoszeniu jakie poczyniła rewolucja październikowa: głód, choroby, upadek handlu i produkcji. Zobaczył wielkie zapasy wydobytych minerałów, drogich kamieni, futer itp. Nie było jednak nikogo, kto by podjął się ich wymiany na zboże i inne produkty pierwszej potrzeby. I taką wymianę zorganizował Hammer. Amerykańskie statki ze zbożem pojawiły się w Piotrogrodzie. Po wyładowaniu zapełniły się towarami radzieckimi. Wymiana okazała się obustronnie korzystna. Taka zdecydowana postawa Hammera zwróciła uwagę Lenina, który zaprosił go na Kreml. W efekcie tych rozmów Hammer stał się pierwszym aktywnym amerykańskim biznesmenem w Związku Radzieckim. Według relacji samego Hammera Lenin mówił do niego tak:

»Dwa kraje, Stany Zjednoczone i Rosja, jak to ujął Lenin, wzajemnie uzupełniają się. Rosja jest zacofanym krajem z ogromnymi bogactwami naturalnymi. Stany Zjednoczone mogą wykorzystać te surowce naturalne i rynek dla swojego przemysłu maszynowego, a w dalszej kolejności, dla produkowanych towarów. Rosja potrzebuje przede wszystkim amerykańskiej techniki i zarządzania, amerykańskich inżynierów i techników. Lenin wziął do ręki egzemplarz Scientific American.

„Spójrz tu”, powiedział, kartkując pośpiesznie numer pisma, „to jest to czego dokonał wasz naród. To jest to, co oznacza postęp: budownictwo, wynalazki, maszyny, zautomatyzowanie produkcji wspomagające ludzkie ręce. Dziś Rosja wygląda jak Ameryka w swoich pionierskich latach. Potrzebujemy wiedzy i ducha, który uczynił Amerykę tym, czym jest.”

„To czego potrzebujemy, żeby stanąć na nogi”, mówił, podnosząc coraz bardziej głos…, „to amerykański kapitał i pomoc techniczna. Czyż nie tak?”«

Początkowo chciał on rozwijać współpracę na zasadzie handlu i wymiany. Proponował Fordowi wejście na rynek radziecki z samochodami i traktorami. Jednak nic z tego nie wyszło, bo władze radzieckie chciały tworzyć przemysł i produkcję na miejscu. I to samo zaproponowały Hammerowi. I gdy tak zastanawiał się nad tym, jakim rodzajem produkcji zająć się, pomysł sam się narzucił, zresztą zupełnie przypadkowo.

Hammer wszedł do sklepu z artykułami piśmiennymi, by kupić ołówek. Okazało się, że najprostszy ołówek kosztował prawie 10 razy więcej niż w Ameryce. Hammerowi chodziło jednak o ołówek chemiczny (kopiowy). A tych było tak mało, że sprzedawano je tylko stałym klientom, którzy kupowali papier i zeszyty. To był rok 1925. Jak sam wspominał, dostrzegł w tym szansę dla siebie. Władze radzieckie poparły pomysł. Wprawdzie wywołało to niezadowolenie tych, którzy sprowadzali niewielkie ilości ołówków z Niemiec, ale nie oni decydowali. Hammer zobowiązał się, że w pierwszym roku produkcji dostarczy na rynek ołówków o wartości 1 miliona dolarów. To bardzo przypadło do gustu rządzącym, bo planowali nauczyć czytać i pisać każdego obywatela.

Jednak od pomysłu do przemysłu droga daleka. Co innego wiedzieć jak wyprodukować ołówek, a co innego wyprodukować go. Do produkcji niezbędni są ludzie, którzy mają wiedzę, a więc inżynierowie, majstrzy i wykwalifikowani robotnicy. I po to wszystko musiał się udać Hammer do Norymbergi do firmy Faber która od pokoleń była w rękach rodziny Faber. Obecnie nazywa się ona Faber-Castell i jest największym na świecie producentem ołówków. Oprócz nich produkuje ołówki automatyczne, długopisy, pióra i inne akcesoria.

Firma ta starannie skrywała tajemnice procesu produkcji i konstrukcji najnowszych maszyn. Żeby więc uruchomić produkcję w Związku Radzieckim, należało pozyskać ludzi z kwalifikacjami oraz maszyny do produkcji ołówków. A to nie było takie proste, bo fabryka Fabera była zorganizowana na sposób feudalny. Jego rządy były bardziej absolutne niż jakiegokolwiek księcia czy feudalnego barona. Nie było więc łatwo cokolwiek wydobyć z tej twierdzy. Nie mniej jednak zawsze znajdą się jacyś niezadowoleni, którzy w zamian za lepsze wynagrodzenie i warunki pracy, gotowi są podjąć ryzyko zmiany zatrudnienia i wyjazdu z kraju. I takich ludzi znalazł Hammer dzięki pomocy jednego z bankierów. Pod pretekstem wyjazdu na wakacje do Finlandii opuścili Niemcy. W Helsinkach, za sprawą Hammera, czekały na nich radzieckie wizy. Podstępu użyto również przy sprowadzaniu maszyn. Zamówiono je u producenta w częściach i kazano przysłać do Berlina, sugerując, że tam nastąpi ich montaż. A gdy tam znalazły się, każdą część oznakowano i wysłano do Moskwy.

W Moskwie Hammer szybko znalazł odpowiednie miejsce na zlokalizowanie fabryki i osiedla dla robotników. Był to opuszczony zakład produkcji mydła. Szybko odnowiono podupadłe budynki, zainstalowano maszyny i rozpoczęto produkcję. Zanim jednak do tego doszło, Hammer importował ołówki na kwotę 2 milionów dolarów rocznie. W pierwszym roku produkcji wartość wyprodukowanych ołówków wyniosła 2,5 miliona dolarów. W drugim roku produkcji cena jednostkowa spadła pięciokrotnie.

To wszystko stało się bardzo szybko. Wyniki były imponujące. Trzeba jednak pamiętać o tym, że działo się to w warunkach całkowitego monopolu, ponieważ import ołówków do Związku Radzieckiego był zabroniony, ale nie dla Hammera. I to chyba tłumaczy, skąd taka sympatia amerykańskich kapitalistów do komunistycznego kraju: posiadanie monopolu na swoją produkcję czy handel, to marzenie każdego przedsiębiorcy. W Ameryce to nie byłoby możliwe.

Gdy produkcja wrosła z 51 milionów do 72 milionów sztuk rocznie, fabryka Hammera mogła wyeksportować 20% produkcji do Anglii, Turcji, Persji i na Daleki Wschód. Zysk z zainwestowanego kapitału wynosił 100%. A ten zainwestowany kapitał to milion dolarów. Był to kapitał Hammera, ale zyski dzielono po połowie tj. połowa dla Hammera i połowa dla władz Związku Radzieckiego.

Produkowano różne ołówki, ale najbardziej popularny to „Diamond”, który pakowano w zielone pudełka i oznaczano napisem: “A. Hammer – American Industrial Concession, U.S.S.R.” Znakiem handlowym, czyli logo, jakbyśmy dziś powiedzieli, był skrzyżowany z kotwicą młot, co miało kojarzyć się z dwoma skrzyżowanymi młotami na niektórych ołówkach Fabera. Pewnego razu Nikita Chruszczow powiedział Hammerowi, że nauczył się pisać, używając ołówków. Podobnie było w przypadku innych radzieckich przywódców, takich jak Leonid Breżniew i Konstantin Czernienko. Wszystkim przywódcom radzieckim, poza Stalinem, zależało na poznaniu Hammera, bo on znał Lenina.

Przemysł kwitł i, z początkowo jednej fabryki, powstało ich pięć. Produkowano w nich nie tylko ołówki, ale też artykuły pochodne. Takie fabryki były również miejscem, w którym mogli się ukryć ludzie o niebolszewickim pochodzeniu: profesorowie, pisarze, generałowie, urzędnicy carscy itp. Wszyscy oni obsługiwali maszyny do cięcia drewna lub pakowali gotowe produkty, tak jak zwykli robotnicy. Ich jedynym celem było wtopienie się w ten tłum i zatarcie śladów swojej przeszłości. To jednak nie zmieniało faktu, że wszechobecni szpiedzy i agenci demaskowali ich i żądali wydalenia ich z zakładu w celu zrobienia miejsca prawdziwym proletariuszom.

Jednak takie typowo kapitalistyczne przedsiębiorstwo charakteryzujące się podziałem zysków i pracą akordową, nie mogło ujść uwagi radzieckiej prasie i całe przedsiębiorstwo Hammera znalazło się w ogniu jej krytyki. Ale były też i inne czynniki, które wskazywały, że klimat dla tego typu przedsięwzięć uległ zmianie. Trudności w uzyskaniu kredytu oraz pogarszający się stosunek władz radzieckich do kapitału zagranicznego, spowodowały że Hammer zaczął rozważać możliwość sprzedaży fabryki rządowi radzieckiemu. I to nastąpiło w 1930 roku. Nowy właściciel zmienił nazwę na “Sacco and Vanzetti Pencil Factory” na cześć włoskich imigrantów Nicola Sacco i Bartolomeo Vanzetti, którzy w 1927 roku zostali skazani na śmierć za zabójstwo w trakcie kradzieży w fabryce butów w 1920 roku, i których to egzekucja stała się powodem protestów socjalistów na całym świecie.

Zagłębianie się w historię artykułów piśmiennych prowadzi czasem do odkrywania takich mało znanych faktów jak produkcja ołówków w Związku Radzieckim wkrótce po rewolucji październikowej w 1917 roku. Zdawać by się mogło, że ideologiczna wrogość i nieskrywana niechęć bolszewików do kapitalistów, powinna była wykluczać taką współpracę jak w przypadku Hammera i komunistów radzieckich. A jednak!

Jednym z obrazów mojej młodości, który na trwałe wrył się w moją pamięć, jest początek jednego dziennika telewizyjnego z połowy lat 70-tych, tego najważniejszego, o 19.30. Wtedy cała Polska zasiadała przed telewizorami, by utwierdzić się w przekonaniu, że jesteśmy 10-tą potęgą gospodarczą świata. Tą pierwszą informacją było to, że amerykański przemysłowiec Armand Hammer został przyjęty na Kremlu przez Leonida Breżniewa. Pamiętam to jak dziś. Taki jest los starych ludzi: pamiętają dobrze to, co było dawno temu, a z tym co dziś, coraz gorzej. Armand Hammer był wtedy, jak mi się wydawało, trzęsącym się staruszkiem, a zmarł dopiero w 1990 roku, a więc przeżył Breżniewa. Dla 16-to, czy 17-to latka ktoś, kto ma 77 lat wydaje się trzęsącym dziadkiem, a on był w dobrej kondycji. To zdarzenie utkwiło mi w pamięci dlatego, że byłem prawie zszokowany: Jak to?! Kapitalista spotyka się z komunistą i rozmawiają ze sobą, jak starzy kumple? Ja ciągle słyszałem z telewizji, że kapitalizm jest be, a tu… masz ci babo placek! Kapitalizm i komunizm są w najlepszej komitywie. Wtedy były inne czasy, ja byłem młody i głupi, nie miałem dostępu do informacji, do których dostęp mam obecnie, nie było Wikipedii. W Wielkiej Encyklopedii Powszechnej PWN nie ma hasła „Armand Hammer”, a w Wikipedii – jest! I do tego wiele bardzo ciekawych rzeczy możemy się z niego dowiedzieć. Pisze ona tak:

Armand Hammer (Арма́нд Ха́ммеp), ur. 21 maja 1898 w Nowym Jorku, zm. 10 grudnia 1990 w Los Angeles) – amerykański przemysłowiec, związany z przedsiębiorstwem naftowym Occidental Petroleum, przez lata znany ze swoich kolekcji sztuki, filantropii jak i relacji ze Związkiem Radzieckim. Był przyjacielem Lenina, Ronalda Reagana i rodziny Ala Gora. Poznał osobiście wszystkich przywódców ZSRR, z Michaiłem Gorbaczowem włącznie. Odznaczony orderemLenina. 25-krotnie otrzymał tytuł Doctor honoris causa. CIA określała go „Kapitalistycznym Księciem” (The Capitalist Prince). Jego prawnukiem jest Armie Hammer.

Pochodził z żydowskiej rodziny z Odessy. Pierwszy mln dolarów uzyskał jeszcze przed ukończeniem w 1921 studiów medycznych na Columbia University w Nowym Jorku, w prowadzonym przez ojca przedsiębiorstwie farmaceutycznym, z produkcji syropu na kaszel na bazie spirytusu i ekstraktu z imbiru, co było oceniane jako jeden z przykładów skutecznego obejścia prohibicji. Przedsiębiorstwo ojca Allied Dry & Chemical Corp. z siedzibą w Newark, zajmowało się produkcją kremów do twarzy oraz wyrobów zielarskich.

W dalszej części Wikipedia pisze:

W trakcie jego 8-letniego pobytu w ZSRR na przełomie lat dwudziestych i trzydziestych, użyczony przez Lwa Trockiego eks-kupiecki pałacyk Hammera (z 1816) w Moskwie przy ul. Sadowo-Samotecznej 14 (Садовая-Самотечная ул.), z uwagi na ówczesny brak stosunków dyplomatycznych pomiędzy obydwoma krajami, pełnił rolę nieoficjalnego poselstwa USA w tym kraju; obecnie mieści się w nim ambasada Libanu. Na początku lat 1930. Hammer powrócił do Stanów Zjednoczonych wraz ze sprzedaną mu przez leningradzki Ermitaż dużą ilością dzieł sztuki, dawniej należących np. do rodziny carskiej Romanowów, m.in. wyrobami Faberge. Po ich sprzedaży (kiermasze w 36 miastach Stanów Zjednoczonych!), Hammer zajął się produkcją whisky (J.W. Dant Distilling Co.) i hodowlą bydła. Był agentem Kominternu. Jego działalność była monitorowana przez FBI i CIA.

Zachęcam wszystkich, którzy przeczytają ten blog, do zapoznania się z całym opisem hasła „Armand Hammer” – warto! Ale mnie wystarczy to: „Był przyjacielem Lenina, Ronalda Reagana i rodziny Ala Gora. Poznał osobiście wszystkich przywódców ZSRR, z Michaiłem Gorbaczowem włącznie. Odznaczony orderemLenina.” – No tak! – przyjacielem Lenina, Reagana i rodziny Ala Gora! Przecież te wszystkie podziały na lewicę i prawicę, na socjalistów i kapitalistów to jeden wielki pic na wodę fotomontaż. Dobrze się bawią, robiąc ludziom wodę z mózgu.

Już tylko na przykładzie samego Hammera i jego życiorysu widać, że te wszystkie rewolucje, przewroty i wojny służą Żydom do robienia interesów, czyli, mówiąc wprost, do okradania innych narodów. Bo czymże był „zakup” z państwowego muzeum dzieł sztuki? Gdyby je jeszcze „kupował” dla siebie, ale widać, że chodziło o zrobienie dobrego interesu. Zapewne było wielu ludzi w Ameryce, którzy gotowi byli słono zapłacić za przedmioty należące do carskiej rodziny. Kto by nie chciał?

Zajrzałem do Wikipedii, by zobaczyć, co oni tam napisali o Ermitażu. I na końcu trafiłem na takie zdanie: W czasie II wojny światowej Ermitaż został bezpośrednio trafiony tylko dwukrotnie, pomimo tego że na miasto spadło w tym czasie ponad 150 tysięcy ciężkich pocisków artyleryjskich oraz ponad 10 tysięcy bomb burzących i zapalających. Czy to przypadek, czy świadomie oszczędzano dzieła sztuki, nie licząc się zupełnie z ludzkim życiem? Czy to przypadkiem nie jest tak samo jak obecnie? – Życie ludzkie nic nie warte.

Ludzka natura

Żyjemy w czasach, w których dokonywane są na ludziach wyjątkowo wyrafinowane eksperymenty, które w sposób pośredni prowadzą do pogorszenia zdrowia psychicznego i fizycznego, a w dalszej perspektywie będą skutkowały zwiększoną śmiertelnością osób mniej odpornych na stres. O wiele trudniej jest zabić człowieka, gdy trzeba tego dokonać bezpośrednio – strzałem w potylicę, czy po prostu zarąbać, a nawet zagazować. Jeśli jednak nie robimy tego w taki sposób, ale zdalnie, to czynność ta nie sprawia problemu, można zabijać setki, tysiące, a może nawet miliony. Ilu ludzi zmarło w Polsce od momentu pojawienia się „pandemii”, tylko dlatego, że odmówiono im pomocy lekarskiej? Ilu ludzi zmarło dlatego, że nie mogli poddać się operacji wyrostka robaczkowego, czy innej, bo odmówiono im tej usługi, bo szpitale zamknięte, bo pandemia? Winnych nie ma. Tak można mordować w białych rękawiczkach i mówić: bo najważniejsze jest zdrowie i życie Polaków. Winnych nie ma, a ofiary są. Czy można wymyślić bardziej perfidną zbrodnię?

Chciałbym tutaj zacytować fragment powieści Józefa Mackiewicza Nie trzeba głośno mówić, który po części dotyka problemu, o którym wyżej napisałem. Sam jego początek zaczyna się od urywka, który cytowałem w blogu „Statystyki”, ale jest on niezbędny dla zrozumienia tego, co dalej. Dialog odbywa się w trakcie podróży z Mińska do Wilna w 1943 roku:

»Za kierownicą siedzi oficer legionu „Flandern” i gada bez przerwy. Zna język rosyjski nieomal płynnie, choć z naleciałościami obcego akcentu i czasem brakujące mu słowa zastępuje francuskimi, których Anton nie zna, ale zgaduje z sensu. Oficer cieszy się z towarzysza podróży, że jest Rosjaninem, inżynierem, inteligentem sowieckim, że pochodzi z Moskwy. Swemu szoferowi niemieckiemu kazał siąść do tyłu, a Antona posadził obok siebie (…).

Ale niech pan, z łaski swojej, weźmie pod uwagę, że scholastycy dwunastego i trzynastego wieku byli zupełnie zgodni, co do tego, że w filozofii nie może być prawdą, co uznane zostało za fałsz w teologii. Doktryna komunistyczna jest antyhumanistyczna, Hors de doute (niewątpliwie – przyp. mój). Ale antyhumanistyczna będzie każda, która twierdzi, że w naturze nie może być prawdą to, co nie zgadza się z doktryną. Czy to będzie Święte Officium, czy ten chamski hitleryzm, zwyczajny socjalizm, czy zwyczajny nacjonalizm, czy coś pareil (podobnego). Teraz na przykład jest wojna. Tymczasem z jej przedstawienia, z jej opisów, robi się brudną ścierkę do wycierania fałszywych łez, po wszystkich stronach frontów. Dlatego nabieram do niej obrzydzenia. C’est dégoûtant (to obrzydliwe), to wszystko. Wojna jest tylko wojną, niczym więcej. Ale gdzie tkwi péché original? Grzech pierworodny tkwi w tym, że to, co jest arcyludzkie, i tylko ludzkie, jak wszystkie straszne i masowe, i wyszukane zbrodnie, my właściwie nazywamy: „nieludzkie”. Od tego pierworodnego super kłamstwa zaczyna się i pochodzi wszystkie inne kłamstwo. Tymczasem jest ono zupełnie jawne. Że najokropniejsze zbrodnie popełnianie być mogą wyłącznie przez ludzi, dowodzi między innymi, że ich powtórzenie w przedstawieniu, w ilustracji, w artystycznym oddaniu prawdy tych zbrodni, w realistycznym oddaniu, też tylko udać się może ludziom. Nerona, czy ja wiem jakiego masowego zabójcy, zbrodniarza, sadysty czy krwawego kretyna, nie zagrają panu na scenie ani ten samochód, ani ta kierownica – uderzył po niej pięścią – ani ta brzoza, ani o, ta dziura wyrwana przez minę w moście, ani krowa, ani kanarek w klatce. Zagra tylko człowiek. I czym bardziej uzdolniony, tym lepiej zagra. Mówi się wtedy: genialny aktor, świetny teatr. I słusznie się mówi. I tak samo będzie po tej wojnie. W teatrze, w kinie. Zechcą wystawić hitlerowców, czy bolszewików, czy innych, zależnie od tego kto wygra, w Londynie, Paryżu, czy Rzymie, czy gdzie indziej na całym świecie, zrobią to na pewno doskonale. A co to znaczy? To znaczy, że wystarczy odziać aktorów w odpowiednie ubrania, odpowiednie mundury, wcisnąć rolę w rękę, a będą grać o-la-la! Pełne kreacje, z wczuciem się, z „wrośnięciem się w rolę”, z „wżyciem się”, jak napiszą o najlepszych aktorach w recenzjach. A czy byłoby to możliwe, gdyby nie leżało w głębi natury ludzkiej, nie było jej właściwe? Bez względu na narodowość i pochodzenie? Absolument, niemożliwie! Jeżeli więc chcemy wykorzenić pewne zło, musimy szukać jego korzeni. Musimy te korzenie znać. Jeżeli zaś pan te korzenie, te źródła zbrodni będzie widział nie w naturze ludzkiej, lecz w pewnej klasie, narodowości, czy innej sztucznie wyspekulowanej przyczynie, to, évidemment, nie może pan tego zła zwalczyć tam gdzie go nie ma, ani wykorzenić, szukając gdzie nie rosną, i zresztą nigdy nie rosły… Dlatego wojna jest przede wszystkim rzeczą ludzką, a załamywanie rąk nad „nieludzkością” kłamstwem…

-Nie można jednak nie robić różnic – zaczął. – Ja też jestem „po tej stronie”. Ale widzę, że „nasza strona”, nasza chęć walki ze złem bolszewickim, zawalona jest ciężkimi głazami, prawie unicestwiona złem niemieckim i ich…

-Nie mówmy o polityce, inżynierze. Umówiliśmy się nie mówić o polityce… („Kiedy?”, pomyślał Anton.) – Mówimy o sprawach ludzkich. Zbrodnie hitlerowskie. Kto wie, może ja widziałem więcej od pana. Co się wyrabia z Żydami! Voilà! A co się wyrabia w walce z partyzantami i co moi kochani Flamandowie do tego swej skromnej rączki przykładają. Pomijając już naszych kuzynów Holendrów. Et les autres choses, jeune homme ( I inne rzeczy, młody człowieku). Cały świat zachłystuje się oburzeniem, i powiem panu, że à juste titre (słusznie). Ale gdzie jest napisane, w jakim prawie boskim czy ludzkim, że mordowanie za to, że ktoś jest innej rasy, jest czymś gorszym niż mordowanie za to, że ktoś należy do innej klasy, ma więcej pieniędzy, inne poglądy na świat, czy chce mówić głośno to co myśli, czy też chce w ogóle myśleć? Nigdzie. Ja tu nie chcę powoływać się na moją kupiecką rodzinę. Ale bolszewicy wymordowali przecie więcej ludzi, niż Hitler zdążył to zrobić i pierwsi zbudowali kacety. A cały ten oburzający się świat, łączy się z nimi i ich wspiera. Ja jestem wrogiem uogólnień, odstępstwa od reguły należą do najbardziej rozpowszechnionej reguły, dlatego wszystkie oceny kolektywne są fałszywe. Ale niech pan nie zapomni, że żyjemy w erze chrześcijańskiej, w której od dwóch tysięcy lat każe się z ambony: „nie kradnij!’. A jednocześnie toleruje się milcząco, gdy ludziom kradnie się to, co każdy ma najdroższego na świecie i co otrzymał od samego Pana Boga: wolną wolę. Naturalnie, to co się wyrabia z Żydami, to okropne. Bo to i kobiety, i dzieci, czym wstrząsa to okropieństwo? Wstrząsa małą odległością. Zabijanie w rowach, z bliskiej odległości. Tak jak zabici zostali polscy oficerowie w Katyniu przez bolszewików, słyszał pan? Tu tkwi, że tak powiem, różnica w podobieństwie pomiędzy morderstwami niemieckimi i bolszewickimi, a bombardowaniem anglosaskim ludności miejskiej. Jeden patrzy w twarz człowieka i naciska cyngiel. Drugi patrzy w miasto i naciska guzik. W jednym wypadku giną kobiety i dzieci żydowskie, w drugim kobiety i dzieci niemieckie. Ta różnica odległości ma też inne szczegóły. W pierwszym wypadku człowiek chleje wódkę i strasznie przeklina, w drugim może żuje gumę i uśmiecha się w mikrofon: „Hallo! Jim, spuściłem już swój ładunek”… Czy jak tam. Bomby lecą na miasto. Pan wie, że ja przypadkowo byłem w Kolonii 29 czerwca. Później już dowiedziałem się, że spadło 44.856 bomb kruszących i około półtora miliona bomb zapalających. Zginęło niewiele, tylko 20 tysięcy ludzi. Jak osobiście z tej nocy wyszedłem i co się działo, nie będę opisywać. To dziedzina literatury, nie filozofii. Prawda widziałem dzieci… Ale rzecz nie w tym co widziałem. Spalanie cywilnej ludności w komorach gazowych, czy od bomb zapalających asfalt uliczny w Hamburgu, to tylko różnica techniki. Czy pan przypuszcza, drogi inżynierze, że wielka rewolucja francuska, uważana za początek współczesnego postępu, nie zmieniłaby swojej gilotyny na komory gazowe, gdyby postęp techniczny już wówczas znał ten wynalazek? Przekonany jestem, że by zmieniła. A pan, nie? Co jest zbrodnią, a co nie jest, decyduje nie prawda obiektywna. Zadecyduje o tym strona zwycięska. Niemcy nie zwyciężą, sans doute (bez wątpienia). Ale gdyby zwyciężyli, powstanie olbrzymia literatura o dziewczynce śpiącej z misiem na poduszce, której lotnik amerykański oderwał rękę, a ona jeszcze drugą przyciska swego pluszowego niedźwiedzia w niebieskiej kokardce, i przez kałuże krwi biegnie płacząc i wołając mamy… Zwyciężą alianci, będzie ogromna literatura o dziecku żydowskim, które wyszarganym niedźwiadkiem zasłania oczy przed kulą SS-mana. Od ilości, od powtarzalności tej literatury, zależeć będzie stopień winy… Pan wie, że dziś zakazane są opisy skutków bombardowań alianckich, aby nie straszyć ludności. Bo przecież tamtym chodzi o jej sterroryzowanie.«

W pewnym sensie dzieje świata można sprowadzić do coraz bardziej wyrafinowanych sposobów zabijania człowieka. Zaczęło się od maczugi, później przyszła kolej na miecz, łuk, jeszcze później broń palna, stopniowo ulepszana do karabinu maszynowego. To oczywiście tylko niektóre rodzaje broni służące do zabijania. II wojna światowa przyniosła nam nowe sposoby masowej eksterminacji ludzi, jak choćby komory gazowe czy zmasowane bombardowania miast i w końcu bombę atomową.

Obecnie mamy do czynienia z najbardziej wyrafinowaną formą zabijania ludzi. Wyrafinowaną, bo nie bezpośrednią, nikt nikomu nie przykłada lufy do skroni. Choć może nie wszystko jest nowe: „Od ilości, od powtarzalności tej literatury, zależeć będzie stopień winy…”. Teraz od ilości, od powtarzalności tej propagandy, zależeć będzie stopień zastraszenia i zniewolenia. Nie ma w tej chwili innego tematu. Codziennie nas straszą, a to „naukowcy” odkryli nową wersję wirusa, oczywiście jeszcze groźniejszą, a to „lekarze” zidentyfikowali grupy najbardziej podatne na zakażenie, a to określili datę kulminacyjnej fali zakażeń. Totalne brednie, kłamstwa, fałszywe statystyki, fałszywe autorytety, zeszmaceni lekarze – to wszystko zalewa nas codziennie niczym potężna fala tsunami, która po przejściu pozostawia za sobą ogrom zniszczeń i rozpacz. Czy ten sposób dręczenia możemy nazwać nieludzkim? Chyba najbardziej ludzki, bo któż poza ludźmi byłby w stanie coś takiego wymyślić? Ileż zwyrodnienia, zakłamania, sadyzmu nagromadziło się w zakamarkach ludzkiego umysłu! Ale to dotyczy tych na górze, na samej górze. A czy na dole będzie lepiej, gdy to wszystko zacznie się rozwijać, gdy ludziom zacznie wysiadać psychika, nerwy i nieokiełznane emocje dojdą do głosu?

To stwarzanie atmosfery zagrożenia musi oddziaływać negatywnie na wielu ludzi, na ich psychikę. Nie po to robiono kiedyś eksperymenty, by obecnie nie wykorzystać ich wyników. Jednym z nich był ten przeprowadzony, chyba w Ameryce, już dawno temu. Grupa kilku czy kilkunastu osób została uprzedzona o przeprowadzanym eksperymencie i miała odpowiednio reagować. Jedna osoba, nie należąca do tej grupy, nie została poinformowana o tym, na czym miał on polegać. I tę osobę, po wejściu na salę, zapytano o kolor przedmiotu, który znajdował się w niej. Był on koloru białego i takiej odpowiedzi udzieliła ta osoba, ale wszyscy pozostali uczestnicy eksperymentu twierdzili, że – czarnego. Osoba poddana eksperymentowi upierała się, że jest białego, ale wszyscy pozostali nadal (Nadal to hiszpański tenisista – jakie te języki są podobne!) twierdzili, że jest koloru czarnego. Spory trwały jakiś czas, ale wobec faktu, że wszyscy poza nią byli innego zdania, uznała, że nie ma racji i stwierdziła, że białe jest czarne. Właśnie wyniki tego eksperymentu i pewnie wielu innych wykorzystują możni tego świata, by nas zniewolić i uczynić poddanymi ich woli.

Przekaz z mediów nie pozostawia wątpliwości. Jednym z dominujących obrazków jest zdjęcie człowieka, któremu ktoś zakapturzony grzebie w gardle lub w nosie. Po co? By pobrać materiał genetyczny? Rządy wszystkich państw dążą do przymusowych szczepień. W praktyce oznacza to, że już jesteśmy niewolnikami. Nie mamy prawa odmówić. Nie mamy szansy na ucieczkę, bo obecnie przekraczanie granicy wiąże się z okazaniem świadectwa poddania się testowi, a w niedalekiej przyszłości – świadectwa szczepienia. Któż by przypuszczał, że terror sanitarny będzie najgorszym z terrorów, jakie wymyśliła ludzkość. A jeszcze niewiele ponad pół roku temu nikt z mas nie wiedział co to takiego.

Wymyślono chorych bezobjawowo, a więc takich, którzy nie mają objawów choroby, a mimo to mogą zarażać. Po co to zrobiono? Po to, by mieć pretekst do wykonania testu na zdrowym człowieku i zmuszać zdrowych ludzi do noszenia maseczek czy przyłbic. 11 listopada przeczytałem na Interii, że zmarł 50-letni mężczyzna, którego nie chciał przyjąć oddział ratunkowy szpitala w Limanowej, bo nie miał wykonanego testu na obecność koronawirusa. Ci, którzy podjęli taką decyzję, dobrze widzieli, że nie spotka ich żadna kara. Trzymają się procedur. A kto je zatwierdził? O! Tego się nie dogrzebiemy. A nawet gdyby, to i tak pozostanie bezkarny. Tak się morduje ludzi. Dotychczas mord kojarzył się nam z jakimś sprawcą, który działał w bliskim kontakcie z ofiarą. Mógł być on też stosunkowo daleko od niej, jak snajper, ale to snajper strzelał. Nie było wątpliwości, kto zabijał, nawet jeśli nie został zdemaskowany. I nie miejmy złudzeń, ci którzy wdrażają odpowiednie procedury, doskonale wiedzą, po co to robią – by zabijać. Po to również jest ustawa o bezkarności, która zwalnia personel medyczny z jakiejkolwiek odpowiedzialności w sytuacji, gdy „walczą” z koronawirusem.

Koronawirusem zainfekujemy się podczas krótkiej rozmowy, tak można przeczytać na portalu Onet. Prąd powietrza towarzyszący wypowiadaniu niektórych głosek niesie go z zawrotną prędkością. Dotrze on najdalej, kiedy wymawiamy słowa z silnie zaakcentowaną głoską „p”. To jest wynik badania, które przeprowadzili naukowcy z Uniwersytetu w Princeton – pisze Onet. Ciekawe, że doszli do wniosków, które znane są ludziom od zarania dziejów. Zdarzają się tacy osobnicy, którzy mają taki sposób mówienia, że rozmawiając z nimi, lepiej zejść z „linii strzału”.

Milczenie jest przeciwwirusowe. „Szczególnie groźne wypowiadanie słów na… p”. Tak pisze portal RMF 24. I dodaje, że naukowcy z Princeton University i University of Montpellier wykazali, że zwykła konwersacja przyczynia się do powstania intensywnego strumienia drobin śliny, który może unosić ze sobą koronawirusy i poważnie zwiększyć ryzyko infekcji. To Montpellier nie jest tu przypadkowe. Miasto o tradycjach uniwersyteckich. Wydział medycyny, pierwszy we Francji, założono tu w 1221 roku. No!!! Takie tradycje, to chyba musi być prawda. Problem polega tylko na tym, że ani Onet, ani RMF 24 nie zamieszczają linków do tych odkrywczych badań. Nie podają też nazwisk tych badaczy. Tak można pisać największe bzdury, zasłaniając się naukowcami. A ja zrobiłem proste doświadczenie, na które nie wpadli naukowcy z Princeton. Uniosłem dłoń na odległość około 20 cm od ust i wypowiedziałem angielskie słowo „think”, tak jak nakazują samouczki, czyli wymówiłem głoskę „f” z językiem między zębami. I wyszło mi, że prąd powietrza, powstający przy wypowiadaniu tej głoski nie jest słabszy, niż w przypadku głoski „p”, a odnoszę wrażenie, że nawet silniejszy.

Cała ta propaganda zmierza ku temu, by wmówić nam, że właściwie wszystko jest dla nas zagrożeniem: kontakty międzyludzkie, rozmowy, podawanie ręki, twarz bez maski, odwiedzanie grobów w dzień Wszystkich Świętych i Dzień Zaduszny. Ale w innych terminach już można pość na cmentarz. Jednocześnie robienie zakupów w sklepach wielkopowierzchniowych jest bezpieczne, jeśli dotyczy żywności. Natomiast kupowanie ubrań czy butów może być niebezpieczne. W jednym z artykułów, chyba na Interii, podano, że w Niemczech dwoje naukowców z tureckimi korzeniami opracowało szczepionkę, i że zajęło im to dwa lata. Czyli że zaczęli nad nią pracować, gdy jeszcze nie było koronawirusa. Doprawdy musieli być genialni.

Te wszystkie absurdalne zakazy i nakazy, informacje pozbawione sensu, nie są przypadkowe. Rządzący doskonale sobie zdają z tego sprawę i prawdopodobnie robią to celowo. Dla ludzi widzących te wszystkie niekonsekwencje, nieadekwatonść zastosowanych środków zapobiegawczych w stosunku do zagrożenia, staje się to coraz bardziej męczące. I o to chodzi. Taka miękka forma sadyzmu, bardziej dręcząca ludzki umysł niż ciało, ale wszyscy dobrze wiemy, że zdrowie psychiczne ma wpływ na zdrowie fizyczne.

Polska Times pisze, że w pierwszym półroczu 2020 roku zmarło prawie o 500 osób mniej, niż w roku ubiegłym. W sumie to bez znaczenia, biorąc pod uwagę fakt, że w Polsce średnio umiera rocznie około 400 tys. osób, czyli około 200 tys. na pół roku. Jednak w dalszej części tego artykułu pojawiają się ciekawe informacje. Od 5 października można zaobserwować znaczny wzrost liczby zgonów. Na przełomie października i listopada najwyższy tygodniowy wskaźnik wyniósł aż 12 257 osób. W 2019 roku w tym samym czasie wyniósł 7678, w 2018 roku – 7793, w 2015 – 7800 zgonów. W październiku zmarło 43,8 tysiąca osób. Kolejno w 2019 – 31 tysięcy, w 2018 – 30,7 tysiąca, w 2017 – 30,6 tysiąca. W porównaniu z poprzednimi latami, październik 2020 charakteryzuje się drastycznym wzrostem liczby zgonów. Od 1 do 31 października na sam COVID-19 zmarło w Polsce 3118 osób. To połowa zgonów z powodu koronawirusa od początku pandemii.

To są ciekawe dane. Wcześniej umierało w Polsce 1000-1100 osób dziennie. Na przełomie października i listopada zanotowano najwyższy tygodniowy wskaźnik zgonów, aż 12 257, co, w przeliczeniu na dzień, daje 1751 osób. Czy to oznacza, że 500-600 osób dziennie umiera z powodu nieudzielenia im pomocy medycznej? Tego nie można wykluczyć, ale udowodnienie tego będzie trudne, bo w karcie zgonu nie będzie napisane, że nastąpił on z powodu odmowy udzielenia pomocy lekarskiej, czy odmowy przyjęcia do szpitala. Czy więc zbrodnia doskonała?

12 listopada premier oświadczył, że na razie lockdownu nie będzie, jeśli obecna tendencja się utrzyma, tj. nie będzie znacznych wzrostów zakażeń. Pewnie ich nie będzie, bo gdyby były, to trzeba by ogłosić lockdown i zamknąć gospodarkę na miesiąc. To jednak oznaczałoby, że skończyłby się on tuż przed świętami. A to byłby niewybaczalny błąd. Nie zdziwiłbym się, gdyby za tydzień czy dwa znacznie wzrosła liczba dziennych zakażeń. Mam takie przeczucie, że Żydzi nie odmówią sobie tej przyjemności i zafundują Polakom lockdown na święta Bożego Narodzenia. Tak w ramach walki z tradycją i polskimi zwyczajami.

Czy jest jakiś ratunek przed tym szaleństwem? Gdyby dotyczyło to pojedynczego kraju, to można by mieć jakieś złudzenia. Wystarczyłoby, by znalazła się jakaś zorganizowana grupa, np. armia, która zbuntowałaby się i obaliła tyranów. Jednak jest to mało prawdopodobne, bo mamy rząd światowy i taka akcja musiałaby nastąpić jednocześnie we wszystkich krajach świata. Inną szansą byłby rozłam w łonie tego tajnego rządu światowego, ale czy to możliwe? A może jakiś potężny impuls elektromagnetyczny z kosmosu, który zaburzyłby całkowicie cały ten system zniewolenia oparty na elektronice, internecie i technologiach je wykorzystujących?