Polska czy Polin?

Kiedyś, jeszcze jako uczeń szkoły podstawowej, zapamiętałem sentencję widniejącą na ścianie jej korytarza: „Chcesz zrozumieć teraźniejszość, ucz się historii.” Litery wycięte ze styropianu. Tak! Tak! Styropian za PRL-u służył nie tylko do tego, by spać na nim podczas strajków w Stoczni Gdańskiej. Wtedy, jako dwunastoletni chłopak, nie rozumiałem tego przesłania. Ale zapamiętałem i po latach wróciło ono do mnie jak bumerang, ale już nie jako puste słowa, lecz ponadczasowa mądrość.

Od jakiegoś czasu jesteśmy oswajani ze słowem „Polin” jako synonimem słowa „Polska”. Obecny prezydent Andrzej Duda jest pierwszym polskim prezydentem, który zaczął się nim posługiwać. Być może dla niektórych może być to szokujące, ale poprzedni prezydenci, w swoich poczynaniach, wcale mu nie ustępowali, może nawet byli gorsi, choć obecny nie miał jeszcze okazji, by im dorównać. Wszystko przed nim. Kwaśniewski, naciskany przez żydowskie lobby, zawetował przyjętą przez Sejm 11 września 2001 roku ustawę reprywatyzacyjną, bo ograniczała ona osoby z niej korzystające do polskich obywateli. Natomiast Wałęsa na spotkaniu z nowojorskimi biznesmenami powiedział: „jedźcie do Polski zakładać biznesy, bo tylko na głupocie Polaków można zarobić pieniądze”. Jednak chyba Lech Kaczyński przebija ich wszystkich, łącznie z Komorowskim:

  • jako prezydent Warszawy walnie przyczynił się do powstania Muzeum Polin
  • w czerwcu 2001 roku, jako minister sprawiedliwości, wstrzymał ekshumację w Jedwabnem
  • we wrześniu 2006 roku, podczas wizyty w Tel Awiwie udostępnił archiwa IPN Izraelowi
  • w dniu 9 września 2007 roku wyraził zgodę na reaktywowanie w Polsce żydowskiej Loży B’nai B’rith

To tylko niektóre z jego „wyczynów”. Inni politycy nie byli lepsi. To za rządów Tuska nastąpił 24 lutego 2011 roku wyjazd polskiego rządu do Izraela. I cóż tam ustalono? W czerwcu 2011 roku premier Donald Tusk skierował do wojewodów tajne zarządzenie, by w trybie administracyjnym oddawali „mienie żydowskie” zgłaszającym się „spadkobiercom”, nie mającym dokumentów umożliwiających przeprowadzenie postępowania sądowego. 27 stycznia 2014 roku do Oświęcimia przybyła z Tel Awiwu delegacja, w skład której wchodzili m.in. posłowie Knesetu, ministrowie izraelskiego rządu, szef Banku Izraela i prezes Sądu Najwyższego. Obradowali na Wawelu. Po raz pierwszy za granicą.

Już kilka tych faktów, zaczerpniętych z książki Krzysztofa Balińskiego „Ministerstwo Spraw Obcych”, świadczy o tym, że Państwo Polskie jest już państwem, które nie realizuje interesów Polaków, co najwyżej interesy obywateli polskich pochodzenia żydowskiego oraz Żydów z Ameryki i Izraela. Nie stało się to z dnia na dzień. A konsekwencja, z jaką Żydzi zawłaszczają sobie państwo, jest godna podziwu, choć w naszym przypadku stosowniej byłoby powiedzieć – przerażająca. Dlaczego tak się dzieje? Odpowiedzi trzeba szukać w przeszłości i w naszych słabościach. Bądźmy szczerzy! Gdyby nie one, to Żydzi samą przebiegłością, chytrością, sprytem, zdolnościami, wzajemnym wspieraniem się – nie osiągnęliby aż tak wiele. Tak się gra jak przeciwnik pozwala. A przeciwnik pozwalał na wiele, bardzo wiele.

Pierwszym Żydem, który pojawił się w Polsce około XI wieku był Ibrahim ibn Jakub. Był on sefardyjskim Żydem z Hiszpanii, zajmującym się handlem niewolnikami. Z tego też okresu pochodzi najstarsza wzmianka o gminie żydowskiej na ziemiach polskich. Początkowo osiedlali się tu Żydzi z zachodu Europy, głównie z Niemiec – Aszkenazyjczycy. Nie ma w tym nic dziwnego. Ludność polska po najazdach mongolskich była zdziesiątkowana. Kraj opustoszał. Ówcześni władcy radzili sobie w ten sposób, że promowali, jakbyśmy to dziś powiedzieli, osadnictwo niemieckie. A wraz z nimi przybywali zapewne i Żydzi. Napływ Żydów sefardyjskich nastąpił znacznie później i w mniejszej ilości. Podobnie było w przypadku osadnictwa krymskich i kaukaskich Chazarów.

Podstawą organizacji ludności żydowskiej na ziemiach polskich była gmina, czyli kahał. Władza kahału obejmowała ludność żydowską żyjącą w skupieniu lub rozproszeniu wśród ludności chrześcijańskiej i obejmowała całokształt życia tej ludności. Gmina miała własne sądownictwo świeckie i religijne oraz szkolnictwo. Prowadziła ewidencję ludności. Egzekucją praw i orzeczeń sądowych zajmowała się gminna administracja. Miała też ona władzę finansową: ustalała podatki płacone przez Żydów na rzecz swojej gminy oraz rozdzielała pomiędzy członków gminy podatki obowiązujące wobec władz państwowych lub lokalnych. Były więc gminy żydowskie państwem w państwie. Jedyne czego nie miały, a co miały państwa, to własne siły zbrojne. Taka autonomia nie powstała z dnia na dzień. Nadawana i kasowana w zależności od przekonań i potrzeb takiego lub innego króla i jego doradców, ustaliła się dopiero za Zygmunta Augusta.

Władza gminnego zarządu nad członkami gminy była przytłaczająca, wręcz totalna. Nie była to władza dziedziczna, pochodząca z wyborów, z nominacji czy kooptacji. Wyłaniana była w procedurze zawierającej wszystkie te elementy i była władzą typu oligarchicznego. Wielki wpływ na władzę i jej wybór mieli rabini. Aż trudno nie doszukać się tu analogii ze starożytnym Egiptem, w którym kapłani odgrywali podobną rolę, a z którego Żydzi czerpali pełnymi garściami.

Koniec XVIII i XIX wiek to okres, w którym wielu Żydów próbuje wyzwolić się spod kontroli kahalnej. Doskonale taką próbę opisała w swojej powieści „Meir Ezofowicz” Eliza Orzeszkowa. Właśnie, gdy ten tytułowy Meir Ezofowicz próbuje wyrwać się z tego getta, bo tym była praktycznie taka gmina, to spotyka się z ostracyzmem i zostaje z niej wykluczony i zmuszony do jej opuszczenia. Ludzie tam mieszkający nie znali języka swego otoczenia, nie kontaktowali się z okoliczną ludnością. Kiedy więc miejscowy szlachcic spotyka się z rabinem, to ze zdumieniem stwierdza, że rabin nie rozumie, co on do niego mówi. Mało kto zdaje sobie sprawę z tego, że do 1939 roku 90% społeczności żydowskiej w Polsce nie znało języka polskiego. I dopiero uwzględniając ten fakt, łatwiej jest zrozumieć, że holocaust, holocaust żydowskich mas mógł mieć miejsce. Jakie szanse przeżycia mieli ludzie, którzy nie znali języka kraju, w którym mieszkali, unikali a często gardzili miejscową ludnością? Nie! Nie mieli żadnych szans. A żydowskie elity znały język kraju, w którym mieszkały i kontaktowały się z miejscową ludnością. Ich szanse na przeżycie były daleko większe.

Język, którym posługiwali się Żydzi, był zbliżony do niemieckiego i chociażby z tego względu bliżej było im do Niemców niż do Polaków, którymi gardzili. »Francuski podróżnik Mikołaj Bandeau w swych „Lettres sur l’etat actuel de la Pologne” (Amsterdam-Paris, 1771) pisze wyraźnie: „Żydzi uważają siebie za Niemców, mówią wszyscy po niemiecku, a utrzymują stosunki wyłącznie z niemieckimi handlarzami”.

W sto trzydzieści lat po nim niemiecko-żydowski podróżnik w swojej „Reise nach Warschau” powtarza: „Żydzi wschodni zachowali jednak pamięć o pochodzeniu swoim w ubiorze i w mowie. Długi chałat bowiem i należąca do niego jarmułka są strojem średniowiecznych mieszczan niemieckich. Żargon żydowski zaś z okruchami hebrajskimi i kilku słowiańskimi słowami jest narzeczem średniogórnoniemieckim, reńskiego i frankońskiego pochodzenia”.

Ta wspólność językowa z Niemcami, dziś tak znienawidzonymi (1933), ale nie tak dawno jeszcze ukochanymi, umiłowanymi, jedynymi, dała się nam tutaj szczególnie we znaki, podczas czteroletniej okupacji pruskiej. Od samego początku nie było parki bardziej się kochających gołąbków. – Na Marszałkowskiej ulicy taki ścisk jak pewnego dnia dnia sierpniowego (1915), gdy wjeżdżał książę Ludwik Bawarski, już się nie powtórzył i nie powtórzy! I ten szał patriotycznej radości, że Moskale wypędzeni! No i zaczęły się flirty i amory do de grubis. Żydowska część ludności stolicy na głos rozmawiała sobie po niemiecku i półniemiecku. Prusacy i Bawarzy mieli wszędzie gratisowych ciceronów… Uradowany tym korespondent „Frankfurter Zeitung” niejaki pan Kapłun-Kogen, pisał (12.08.1915):

„Warszawa jest najważniejszym żydowskim centrum Europy… Żydzi i Niemcy stanowią większość ludności Warszawy… Jest w interesie Niemiec podkreślać ten fakt przy każdej sposobności”.« – Adolf Nowaczyński, Plewy i perły.

Były więc gminy żydowskie w I Rzeczypospolitej autonomiczne. Same pobierały podatki i same je odprowadzały do skarbu państwa. Same też zajmowały się ewidencją ludności, a to oznaczało, że tylko one wiedziały, jak liczna jest populacja tych gmin i ile podatków można z nich ściągnąć. Polski król i jego świta zdane były na to, co im przekazywały władze gmin. Taki stan powodował, że z żydowskich gmin odprowadzano do skarbu państwa tylko część należnych podatków. Tę „zaoszczędzoną” resztę zarządy gmin przeznaczały na realizację swoich oligarchicznych interesów. I tak zaczęły one pełnić funkcję „parabanków”. Pożyczały pieniądze na procent, ale też same zapożyczały się, by z kolei te pieniądze pożyczać na wyższy procent. Pod koniec istnienia I Rzeczypospolitej było w niej około tysiąca gmin wyznaniowych żydowskich. Tworzyły one potężną sieć małych, średnich i dużych banków. Im większa gmina tym większy bank. Tak tworzył się wielki żydowski kapitał, którego często używano do walki z polskim handlem. Stopniowo zaczęli też Żydzi przenosić się na wieś. Brali w dzierżawy od szlachty młyny i karczmy. Stawali się wiejskimi bankierami, którzy udzielali kredytów chłopom i szlachcie. Często byli też faktorami, zarządzającymi szlacheckimi majątkami. Każdy szlachcic miał swojego Żyda od ekonomii i finansów.

Stefan Bratkowski w artykule “Żyli skromnie i oszczędzali”, Rzeczypospolita, w dodatku Plus – Minus, z 13-14 stycznia 2001 pisze:

Z czasem, pod koniec XVII wieku, same kahały pod kierownictwem swej doświadczonej starszyzny staną się – bankami. Lokowali w nich swe kapitały i magnaci, i biskupi katoliccy, i klasztory. Przy oprocentowaniu 7 do 10% rocznie. Zwało się to lokatami “na synagogach”. Zabezpieczał je cały majątek wszystkich członków kahału, były to więc lokaty pewne. Kapitały co większych kahałów rosły w XVIII wieku do rzędu nawet kilkudziesięciu tysięcy dukatów holenderskich, czyli i do dziesięciu nawet ton złota… Mniejszymi pieniędzmi szlacheckimi obracali pomniejsi żydowscy ludzie interesów – dzierżawcy karczem i zajazdów.

Jeśli więc wierzyć Bratkowskiemu, to wygląda to tak, jakby doktryna KK wspierała Żydów. No bo jak inaczej rozumieć zakaz pożyczania pieniędzy na procent przez chrześcijan, przy jednoczesnym lokowaniu własnych kapitałów u największych wrogów? A może tak, że chrześcijaństwo od samego początku było infiltrowane przez Żydów, którzy przez taki zakaz eliminowali konkurencję. Im dalej w las, tym więcej drzew – tak mówią. Coraz więcej wątpliwości, coraz to nowe wątki pojawiają się.

Kahały nie były jedyną jednostką administracyjną. Poszczególne kahały utrzymywały ze sobą łączność. Ich zarządy koordynowały wspólne działania, mające na celu ochronę interesów ludności żydowskiej. W praktyce przerodziło się to w regularne międzykahalne spotkania. I tak powstały żydowskie sejmiki ziemskie. To był drugi stopień administracji żydowskiego samorządu. W 1580 roku, na mocy przywileju udzielonego Żydom przez Stefana Batorego, powstał Wielki Waad – żydowski Sejm Czterech Ziem Korony – Wielkopolski, Małopolski, Wołynia i Rusi Czerwonej. Było to ciało wybierane przez samą społeczność żydowską, a które miało nadzorować pobór podatków od kahałów, i z którymi mieli kontaktować się urzędnicy królewscy, zamiast „użerać” się z licznymi i rozproszonymi po całym kraju gminami żydowskimi. Pomysł, w założeniu, wydawał się całkiem dobry, ale w praktyce nie spełnił oczekiwań. I to z bardzo prostego powodu: Żydzi zaczęli korumpować urzędników królewskich. Za ich pieniądze dochodziło do zrywania sejmów Rzeczypospolitej, które domagały się pełniejszej kontroli nad wpływami podatkowymi od kahałów lub zwiększenia opodatkowania ludności żydowskiej na wojsko. Żydzi byli zwolnieni z obowiązku służby wojskowej. W 1764 roku, na sejmie elekcyjnym Stanisława Augusta Poniatowskiego, zlikwidowano Wielki Waad, bo nie spełniał celu, do którego został powołany.

Ale jak to się stało, że gminy żydowskie stały się tak potężne, szczególnie w sprawach finansowych i zmonopolizowały wiele dziedzin życia gospodarczego Rzeczypospolitej? Za pierwszych Piastów Polska dopiero wchodziła w międzynarodowy obieg pieniądza. Wojny z sąsiadami oraz rywalizacja z rodzimymi panami feudalnymi wymagały pieniędzy. A jedynymi „fachowcami” w tej dziedzinie na obszarze Europy Wschodniej byli Żydzi. Na monetach pierwszych Piastów znajdowano napisy po hebrajsku. Najprawdopodobniej sprowadzali oni Żydów do bicia własnej monety i do poboru podatków. No właśnie! Do poboru podatków! Czy aby dziś nie jest podobnie? Rodzima administracja skarbowa gnębi własnych podatników wysokimi podatkami, nieprecyzyjnymi ustawami skarbowymi, ułatwiającymi pokrętną interpretację, zawsze na niekorzyść podatnika. Nie waloryzowane od lat kwoty wolne od podatku przepełniają tę czarę goryczy. Tego nie ma w żadnym innym kraju. Czy tak zachowuje się „rodzima” administracja skarbowa? Książę wielkopolski Mieszko III Stary (1122-1202) przekazał Żydom dzierżawę ceł granicznych i prawo ustalania ich wysokości. Może ktoś zapytać: dlaczego ci pierwsi władcy byli tak szczodrzy wobec obcych a tak surowi wobec swoich? Tamtym władcom, podobnie jak współczesnym, zawsze brakowało pieniędzy. Musieli pożyczać.

Książę wielkopolski Bolesław Pobożny nadał Żydom w 1264 roku przywilej kaliski. Na jego mocy Żydzi zyskali prawo do własnego sądownictwa całkowicie podporządkowanego rabinom. Było to w całkowitej opozycji do cywilizacji łacińskiej, w której władza sądownicza była oddzielona od władzy świeckiej. To z pewnością utrudniało proces asymilacyjny. Społeczność żydowska żyła własnym życiem i własnymi sprawami, obojętna na problemy kraju, w którym osiedliła się. Zgodnie z tym przywilejem Żydzi w sporach z chrześcijanami byli wyłączeni spod jurysdykcji sądów kasztelańskich (szlacheckich) i miejskich (mieszczańskich). Podlegali pod sądy królewskie, a królowie byli zadłużeni u Żydów. Jakby tego było mało, to w skład sądu powoływano sędziego żydowskiego, który taki spór rozstrzygał. Natomiast chrześcijanin, obok świadków chrześcijańskich, musiał także przedstawić świadków żydowskich. Zupełnie tak jak obecnie, chociaż inaczej, ale sprowadza się to do tego samego – Żyd ponad prawem. Znany dziennikarz, wiadomego pochodzenia, potrąca na przejściu dla pieszych 80-letnią staruszkę. Nie ma prawa jazdy, samochód nie ma aktualnych badań technicznych, ma niesprawne hamulce, nie ma ubezpieczenia OC. I co sąd? Sąd tego nie widzi i orzeka, że winną jest owa staruszka, która… gwałtownie wtargnęła na przejście. No i co to jest, jak nie Polin?

Przywilej kaliski zrównywał Żydów w prawach handlowych z chrześcijanami, ale przyznawał im prawo pożyczania na procent, co wydatnie utrwalało ich przewagę nad nimi. Kazimierz Wielki (1310-1370) rozszerzył ten przywilej na Wielkopolskę w 1334 roku, na inne miasta polskie w 1364 roku, na Małopolskę – w 1367 roku. Zarząd mennicami, pobór podatków i ceł granicznych za Kazimierza był całkowicie w ich rekach. Za ich radą król fałszował pieniądz, by w ten sposób, przynajmniej częściowo, radzić sobie z deficytem skarbu królewskiego. Również Żydów, jako poborców podatkowych, wykorzystywał do dojenia swoich poddanych. Co gorsza, potwierdził tzw. statuty wiślickie, które zapoczątkowały w Polsce osobistą niewolę chłopów, polegającą na pańszczyźnianym przywiązaniu ich do ziemi. Tym sposobem nie mogli oni przenosić się do miasta, by zająć się rzemiosłem.

Początkowo ilość Żydów w Polsce byłą niewielka. Jednak w miarę jak ich pozycja rosła i zyskiwali nowe przywileje, to następował napływ tej ludności, głównie z Niemiec. Początkowo byli to krewni i znajomi, a później i biedniejsza ludność, bo poszła fama, że Polska to raj dla Żydów. Tak się mówiło: Polska to niebo dla szlachty, czyściec dla mieszczaństwa, piekło dla chłopów i raj dla Żydów. Za Kazimierza Wielkiego było w Polsce liczącej około 1,5 mln ludzi około 20 tys. Żydów. W 1648 roku na 8 mln – 400 tys. Żydów. W 1764 roku na 12-14 mln – 700-750 tys. Żydów. Pod koniec XVIII wieku szacowano ich liczbę na 1,9 mln.

Okres zaborów to czas, w którym następuje redukcja funkcji kahałów do funkcji religijnych. Wiek XIX to okres emancypacji Żydów w całej Europie. Następuje dynamiczny rozwój rynków finansowych i handlowych. Powstają giełdy, wzrasta liczba banków, rozwija się prasa. W tych i innych branżach zaznacza się ich wyraźna dominacja. Można więc powiedzieć, że gdy na początku XX wieku pojawia się Polska jako państwo, to również powstaje problem ułożenia sobie stosunków z tą mniejszością, bo to, co stracili w kahałach, zyskali na innych polach.

Tragiczne w dziejach Polski powstanie styczniowe pogorszyło i tak już niekorzystne położenie ludności polskiej względem żydowskiej. Okres po powstaniu sprzyjał powstawaniu fortun niemieckich, ale przede wszystkim żydowskich, żydowskiego mieszczaństwa, handlu, rzemiosła i żydowskiej inteligencji, która zajęła miejsce polskiej, poległej w powstaniu, zesłanej na Syberię czy niszczonej w kraju. Podobny los spotkał polską szlachtę. Jakby tego nieszczęścia było mało, to jeszcze doszedł do niego napływ ludności żydowskiej z Rosji. Populacja Żydów w Polsce osiągnęła 10% i stała się drugą co do liczebności. Żydzi posiadali w całej Polsce około 75% nieruchomości w miastach, 80% zakładów przemysłowych, 85% w handlu, 90% w bankowości i 90% w ubezpieczeniach.

W 1920 roku poseł Izaak Grunbaum ze Związku Polaków Narodowości Żydowskiej zgłosił projekt art. 113 przygotowywanej Konstytucji II Rzeczypospolitej. Brzmiał on tak:

Ziemie Rzeczypospolitej, zamieszkałe w przeważającej większości przez narodowości niepolskie, stanowić będą autonomiczne prowincje, które otrzymają osobne przedstawicielstwo ustawodawcze, wybierane na podstawie wyborów powszechnych, bezpośrednich, równych, tajnych i stosunkowych. Osobne ustawy określą kompetencje tych ciał ustawodawczych oraz stosunek prowincji autonomicznych do Państwa.

Cóż to oznaczałoby w praktyce? Oznaczałoby to, że Państwo Polskie straciłoby kontrolę nad tymi prowincjami, i że one mogłyby decydować, czy pozostać, czy oderwać się od Państwa.

Poseł Polskiej Partii Socjalistycznej Mieczysław Niedziałkowski odpowiedział Grunbaumowi:

Stanowczo, zupełnie kategorycznie, z całym spokojem i zupełnie czystym socjalistycznym sumieniem odrzucamy wszystkie te koncepcje, które chciałyby z Państwa Polskiego uczynić wspólną własność Polaków i Żydów (…). Zachować musimy konieczną zasadę ogólną, iż Państwo Polskie jest państwem tylko polskim.

Cóż! Dziś żadnego polskiego polityka nie stać by było na takie dictum. Ale to tylko dowodzi, że III RP to już bardziej Polin niż Polska. W 1922 roku polskie MSW dzieliło partie żydowskie na dwie grupy: umiarkowaną i wywrotową. Do tej drugiej należały: KPP, Bund i Poalej Syjon. Według jego oceny wszystkie partie żydowskie walczą o maksymalną autonomię w Rzeczypospolitej Polskiej poprzez żydowskie gminy (kahały) i dążą wspólnie do powołania przy rządzie polskim Sekretariatu Stanu do Spraw Żydowskich.

W II RP takiego sekretariatu nie było, ale, co się odwlecze, to nie uciecze. W III RP mamy:

  • urząd pełnomocnika prezydenta RP ds. kontaktów z diasporą żydowską (w randze podsekretarza stanu)
  • urząd pełnomocnika rządu RP do spraw kontaktów z diasporą żydowską (w randze wiceministra)
  • urząd przedstawiciela ministra spraw zagranicznych ds. kontaktów z diasporą żydowską (w randze wiceministra)

A więc dwa oddzielne urzędy dla Żydów krajowych i jeden dla Żydów zagranicznych: „Wszystkie zwierzęta są równe, ale niektóre równiejsze”. Uprzywilejowanie społeczności żydowskiej staje się coraz bardziej widoczne i coraz bardziej nachalne.

Kiedyś Adam Michnik cytował Marka Edelmana, który powiedział, że KOR to Bund: te same ideały, te same dążenia. W III RP dochodzi do bezprecedensowej sytuacji. Jeden po drugim ministrem spraw zagranicznych zostaje dwóch potomków funkcjonariuszy KPP – Cimoszewicz i Meller. KPP oficjalnie deklarowała:

Komunistyczna Partia Polski oświadcza swą całkowitą solidarność i aktywne poparcie w bohaterskiej walce proletariatu niemieckiego przeciw niewoli wersalskiej, przeciw uciskowi socjalnemu i narodowemu. Komunistyczna Partia Polski walczy przeciw uciskowi ludności niemieckiej w Polsce o prawo do samookreślenia dla Górnego Śląska aż do oderwania od pastwa polskiego -przeciw imperialistycznej polityce aneksjonistycznej faszystowskiego rządu Piłsudskiego wobec Gdańska.

Okres powojenny to czas całkowitej dominacji Żydów w Polsce. Nastąpiło połączenie sił Żydów przedwojennych z KPP i tych przybyłych wraz z Armią Czerwoną. Używając języka zapaśniczego, można by powiedzieć, że Żydzi uchwycili Polaków w podwójnym nelsonie. Ta dominacja trwa od 1948 roku, od powstania PZPR, do 1956 roku. Po śmierci Stalina w 1953 roku rozpoczyna się w łonie PZPR walka frakcyjna „żydów” z „chamami”, czyli frakcji „Puławy” z frakcją „Natolin”. Nie wszyscy „puławianie” byli pochodzenia żydowskiego. Byli wśród nich dawni PPS-owcy. m.in. Józef Cyrankiewicz, Henryk Jabłoński, Oskar Lange, Adam Rapacki. We frakcji „Natolin” nie było osób pochodzenia żydowskiego. Od 1956 do 1968 postępuje marginalizacja frakcji puławskiej zakończona marcem 1968 roku. Frakcja natolińska dominuje w życiu politycznym PRL-u. Po 1957 roku Żydzi zaczynają penetrować niektóre Kluby Inteligencji Katolickiej i występują jako ugrupowanie pod nazwą „lewicy laickiej”. W 1976 roku powstaje KOR, do którego trafiają resztki „puławian”. Mamy więc pod postacią KOR-u kontynuację Bundu. Rządy Gierka można uznać za rządy narodowo-komunistyczne i jako takie nie mogły długo trwać. Żydzi wykorzystali „Solidarność” do odbudowania swoich wpływów. Szybko pojawili się w Stoczni Gdańskiej „doradcy” typu Geremka i jemu podobni. Stan wojenny był tylko etapem na drodze do Okrągłego Stołu. Wśród doradców NSZZ „Solidarność” ponad 80% stanowili Żydzi, więcej niż po stronie rządowej. Cały ten Okrągły Stół to praktycznie układ Geremek – Jaruzelski. W Magdalence doszło więc do historycznego pojednania „żydów” z „chamami” kosztem narodu polskiego. Kiszczak przekazał władzę żydokomunie w zamian za ochronę „chamów” przed lustracją, dekomunizacją i rozliczeniem ich zbrodni.

Władzy raz zdobytej nigdy nie oddamy – tak zdaje się mówił Lenin. I tak jest faktycznie. Irena Lasota sformułowała koncepcję „kolejnych eszelonów”. Zgodnie z nią władza, czyli układ, wyłania własną opozycje oraz własną prawicę, lewicę i centrum. W razie kryzysu wysyła do walki kolejne „eszelony”. Stracony, skompromitowany eszelon jest zastępowany innym. Dowodem na to mają być kolejne przesilenia polityczne w Polsce: Październik ’56, Marzec ’68, Grudzień ’70, Czerwiec ’76, Sierpień ’80 – zwieńczone „transformacją ustrojową” po 1989 roku. Zgodnie z tym założeniem również środowiska nie wywodzące się rodzinnie z kręgów stalinowskich czy KPP były od podstaw organizowane przez agentów wpływu. Może warto o tej koncepcji pamiętać, zwłaszcza przed wyborami.

Tak zwany „triumwirat Solidarności” – Geremek, Michnik i Kuroń to trockiści. Nigdy się zresztą z tym nie kryli. Ich sposobem na odradzające się polskie elity jest stan permanentnego wrzenia, a więc manifestacje, uliczne zadymy itp. Według Trockiego komunizm to nie system, lecz ruch, walka z cywilizacją łacińską, religią, rodziną, państwem, zastanym systemem wartości. Czymże więc jest Marsz Niepodległości, Marsz Powstania Warszawskiego? Czy nie są to manifestacje? Kto je organizuje i po co? I jeszcze do tego w sytuacji, gdy tej niepodległości już prawie nie ma. A Marsz Powstania Warszawskiego? Żeby gdzieś tam krzyczeć: Jeden Niemiec, jedna kula! Przecież to idiotyzm.

Czy po 1989 roku Polska to bardziej Polska czy Polin? Nie od razu wyglądało to tak źle, ale uchwalenie w 1997 roku ustawy „O stosunku państwa do gmin wyznaniowych żydowskich” nie pozostawiało już złudzeń, że Polska niebezpiecznie dryfuje w kierunku Polin. Ustawa ta reguluje zwrot nieruchomości gminom żydowskim. Odbywa się on w trybie administracyjnym, a nie – sądowym. Te procedury nie podlegają też publicznym obwieszczeniom. Wszystko dzieje się w największej tajemnicy, poza kontrolą społeczną. Nikt nie ma dostępu do tego, co, komu i za ile jest sprzedawane i co się dzieje z tymi pieniędzmi.

Kto rządził w Polsce w 1997 roku? Koalicję tworzyło SLD i PSL. Prezydentem był Aleksander Kwaśniewski, premierem – Włodzimierz Cimoszewicz, wicepremierem – Jarosław Kalinowski, a ministrem spraw wewnętrznych – Leszek Miller. A więc to oni odpowiadają za wprowadzenie tej ustawy. Jak widać wszystkie partie polityczne i wszyscy politycy od 1989 roku do dziś klęczą przez żydowskim lobby i nic nie wskazuje na to, by mogło się to w najbliższym czasie zmienić.

Inne przejawy tego, że Polska to raczej Polin to:

  • przyznawanie Żydom na coraz większą skalę obywatelstwa polskiego
  • finansowanie z pieniędzy polskiego podatnika świeckich instytucji żydowskich w postaci muzeów, instytutów badawczych, centr dialogu itp.
  • autocenzura władz i polskojęzycznych mediów w kwestii stosunków polsko-żydowskich
  • wprowadzenie do polskiego Kościoła katolickiego „Dni Judaizmu”
  • w styczniu 2010 roku premier Donald Tusk i premier Izraela Benjamin Netanjahu podjęli decyzję o „podwyższeniu stosunków państwowych między Polską a Izraelem do poziomu konsultacji międzyrządowych”. W praktyce oznacza to, że rząd Izraela jest odtąd informowany o wszelkich zamierzeniach rządu polskiego, ale nie odwrotnie.
  • zamiar wydzielenia obozu w Oświęcimiu w obszar eksterytorialny i zakaz wnoszenia na jego teren narodowych flag

Żydzi są wśród nas. Udało im się zrealizować to, co zamierzyli sobie po powstaniu styczniowym. Stali się polską inteligencją. Może to się nam nie podobać i powinno się nam nie podobać, ale nie możemy odpychać od siebie tej prawdy. Trzeba się tylko uważniej przyjrzeć się i uświadomić sobie jak w bardzo złym kierunku potoczyły się nasze sprawy.

  • Specjalnością Żydów jest przewrotność i pokrętna logika w argumentowaniu, a jeśli to nie pomaga, to przechodzą do wyzwisk, obrzucania błotem itp.
  • Żydzi bezustannie „reformują” wszystko, paraliżując w ten sposób normalne funkcjonowanie państwa.
  • Uprzedzają rodzące się aspiracje narodu i natychmiast wysuwają się „na czoło pochodu”, przejmując dowodzenie (strajki w Stoczni Gdańskiej w 1980 roku).
  • Zawsze stoją na czele „postępu” i walki z „zacofaniem” (AWS, ZChN).
  • Żydzi zakładają dziesiątki najrozmaitszych partii politycznych, również antysemickie, przenikają do każdej organizacji, pozorują walkę między sobą, co utrwala chaos w państwie. Powstaje Kukiz 15, już się rozpada. Kukiz przechodzi do PSL, inni do PiS czy gdzie indziej. Powstaje Konfederacja, już ktoś odchodzi, kogoś wyrzucają. I tak w kółko, od wyborów do wyborów, od 1989 roku. Jednym słowem – cyrk.

Czy Polska to Polin, czy może jeszcze nie? Czy ten niekorzystny trend, od Polski do Polin, jest odwracalny, czy sprawy zaszły już tak daleko, że – nie?

Według Wikipedii słowo „Polin” to nazwa Polski w języku jidysz i hebrajskim. Należy je wymawiać jako „pojln”, a oznacza „tutaj spocznij”. Autorstwo tej teorii etymologicznej przypisuje się Mojżeszowi Isserlesowi naczelnemu rabinowi gminy żydowskiej w Kazimierzu. Chodzi o krakowski Kazimierz, w którym on urodził się około 1520 roku.

W 2002 roku pojawiła się w Warszawie na skrzyżowaniu Alei Jerozolimskich i Nowego Światu palma. Henryk Rolicki w swojej książce ‘Zmierzch Izraela”, 1932, pisze: “Zainteresować nas musi godło stowarzyszenia: drzewo palmowe. Przecież to samo godło w starożytności za czasów powstań machabejskich i powstania Bar-Kochby symbolizowało wojującą Judeę. I teraz ten symbol żydowski staje się godłem stowarzyszenia, mającego skupić najwybitniejszych przedstawicieli wojującej reformacji.”

Źródło:

  1. Marian Miszalski – Żydowskie lobby polityczne w Polsce, 3S Media, Warszawa 2018.
  2. Marian Miszalski – Ukryta wojna cicha kapitulacja? (Polityka polska wobec żydowskiego rasizmu), Capital, Warszawa 2019.
  3. Krzysztof Baliński – Ministerstwo spraw obcych czyli polskie sprawy w obce ręce, Capital, Warszawa 2019.
  4. Adolf Nowaczyński – Plewy i perły, Dom Wydawniczy „Ostoja”, Krzeszowice 2015.

Judeochrześcijaństwo

Kiedy chce się przekonać ludzi do jakiejś idei czy koncepcji, to często używa się słów, które mają za zadanie usunąć ich niechęć czy brak zaufania lub ułatwić im zaakceptowanie nowej rzeczywistości. Takim słowem jest obecnie „judeochrześcijaństwo”. To ono ma być podstawą, fundamentem tożsamości europejskiej, przynajmniej na naszym podwórku. Przed wejściem Polski do wspólnoty europejskiej, bo wtedy jeszcze nie było unii europejskiej, akcentowano nasze wspólne korzenie antyczne.

Jerzy Trammer w zbiorze swoich opowiadań „Tyłem”, Wydawnictwo Spis Treści, Warszawa 2004, w jednym z nich – „Korzenie Europy” – pisze:

Wiedziony ważnym dla turystów przewodnikiem Grzegorza Rąkowskiego „Polska egzotyczna”, zwiedzałem ziemie wzdłuż wschodniej granicy Polski na rowerze. Właśnie u sadownika we wsi pomiędzy Huczwą a Bugiem jadłem śniadanie, gdy z radia leciały wiadomości. „W nowej europejskiej konstytucji – powiedział spiker – chce się podkreślić przede wszystkim antyczne korzenie Europy”. Wtedy staruszek, który wraz ze mną też w kuchni jadł, lecz dotąd milczał, odezwał się.

-Antyczne korzenie Europy… Wie pan – zwrócił się do mnie – my tu na Wschodzie we wrześniu 1939 roku aż zwijaliśmy się od sprzecznych wiadomości. „Nasze zwycięstwo” – mówiło się jednego dnia. „Zupełna klęska” – twierdziło się innego. Na pomoc wielkim pędem ruszyli nam Francuzi, za moment będą. Idą Sowieci… Nie! To Petain i Foch – Niemcy dostaną lanie.

Więc chodziliśmy pod krzyż na skrzyżowanie traktu hrubieszowskiego z naszym gościńcem i patrzyliśmy na północ, na południe, na wschód i zachód. Kto się pojawi? Co przyniesie? Z początku było pusto. Chociaż od wpatrywania się w te miejsca, gdzie wdali najpierw cienieją, a potem nikną drogi, aż nas bolały oczy, nikt nie przybywał. Może żyjemy tak na uboczu, że tu nie dotrze nikt i będzie tak, jak było?

Aż tu nagle, kolejnego dnia, w tumanie pyłu, błyskawicznie, z rykiem silników, jak gdyby ciśnięte w nasz krajobraz albo stworzone tu z niczego, zjawiły się auta pancerne. Na skrzyżowaniu zahamowały. Zanim pył opadł, zaczęli wyskakiwać z nich żołnierze. Nie było wtedy rzecz jasna telewizji. Nie wiedzieliśmy, jaki ma wygląd żołnierz niemiecki, a jaki francuski lub rosyjski. Z plebanii wyszedł ksiądz.

-Qui estis? (Kim jesteście?) – spytał żołnierzy po łacinie. Ukłonił się. – Germani sumus – też po łacinie odpowiedział oficer w motocyklowych okularach. Odkłonił się. Ksiądz uśmiechnął się. – Łączą nas wspólne, antyczne, prastare korzenie Europy – powiedział do nas. – Nie będzie źle. – A jednak – skończył staruszek – to była forpoczta apokalipsy, po przejściu której na ziemiach pomiędzy Bugiem a Huczwą nie został kamień na kamieniu.

Teraz, po latach członkostwa w unii, wiemy już, że Polsce jako państwu, te wspólne, antyczne korzenie wychodzą bokiem:

  • zlikwidowany własny przemysł
  • sieci handlowe – bo tylko tam są potężne obroty, generujące niewyobrażalne zyski – w obcych rękach
  • prawo polskie w 90% to prawo unijne
  • emigracja zarobkowa kilku milionów ludzi i zastępowanie jej imigrantami z Ukrainy i innych krajów

To tylko niektóre z tych negatywnych zjawisk, których dalekosiężne skutki nie w pełni są jeszcze odczuwalne. Skończył się pewien etap. Przechodzimy do następnego. Już nie łączą nas antyczne korzenie, tylko… judeochrześcijańskie! Jak to się wszystko zmienia! Nic stałego!

W numerze 21-22 z dnia 13-26 maja 2019 roku dziennikarz Najwyższego Czasu zapytał księdza profesora Waldemara Chrostowskiego, czy judeochrześcijaństwo jest precyzyjnym określeniem korzeni Europy. Ksiądz profesor tak to ujął:

Trzeba tego sformułowania używać z wielką ostrożnością oraz je doprecyzować, jeżeli w ogóle ma być używane. Jest źle i opacznie rozumiane wtedy, gdy przez „korzenie judeochrześcijańskie” rozumie się coś, co miałoby wynikać z połączenia chrześcijaństwa i judaizmu rabinicznego, czyli judaizmu w tym kształcie, w jakim istnieje on po narodzinach chrześcijaństwa. W tym znaczeniu nie można mówić o korzeniach judeochrześcijańskich, ponieważ drogi chrześcijaństwa i judaizmu rabinicznego rozeszły się w połowie I wieku, a później rozchodziły się coraz bardziej. Zatem szczególnie wspólnego dziedzictwa nie ma, było natomiast narastanie obustronnej niechęci, często posuniętej do wrogości, co skutkowało rozmaitymi napięciami i konfrontacją. Natomiast jeżeli mówiąc o „korzeniach judeochrześcijańskich” mamy na myśli judaizm czasów biblijnych, a dokładnie ostatnich kilku stuleci ery przedchrześcijańskiej – bo początki judaizmu sięgają reform Ezdrasza i Nehemiasza przeprowadzonych w połowie V wieku przed Chrystusem – wtedy to sformułowanie staje się poprawne. Na glebie judaizmu biblijnego jako części religii biblijnego Izraela wyrosły dwie religie: chrześcijaństwo i judaizm rabiniczny. Obawiam się jednak, że większość chrześcijan takiej świadomości nie ma ani takich rozróżnień nie czyni, co nakazuje, by tego rodzaju sformułowania rzetelnie doprecyzować albo ich zaniechać. Wprowadzają w błąd zwłaszcza wtedy, gdy pojawiają się w ustach polityków, których nie interesują niuanse historyczne i teologiczne, lecz polityczna koniunktura i poprawność.

Ksiądz profesor nie dopowiada jednak na czym polegały reformy Ezdrasza i Nehemiasza. Teodor Jeske-Choiński w książce „Historia Żydów w Polsce” pisze:

Jak Ezdrasz, zrozumiał także on, że naród słaby, otoczony zewsząd możnymi wrogami, jeżeli nie chce zginąć, roztopić się w potężnej fali obcych żywiołów, powinien się od nich odciąć, zasklepić się w skorupie swoich tradycji, swoich zwyczajów i obyczajów. By odciąć Żydów od możnych sąsiadów, rozkazał Nehemiasz razem z Ezdraszem zerwać wszelkie stosunki z innowiercami, odwrócić się od nich z pogardą, zrzec się żon wziętych z innych narodów i wypędzić je z domu z dziećmi spłodzonymi w małżeństwach mieszanych. Albowiem „Żyd powinien czuć się lepszym, wyższym od swoich chwilowych panów”.

Zwrot ten ocalił Żydów, wydobył ich z bagna bałwochwalstwa, zlał ich w jedną rodzinę, trzymającą się kupy. Uwierzyli oni w swoją świętość, osobliwość, wybraństwo i spoglądali odtąd z pogardą na wszystkich innowierców. Mieli się za jedyny bogobojny naród na świecie, co potwierdza Talmud.

Uratował ich powrót do Zakonu Mojżesza, stworzył ich niezwykłą, podziwu godną solidarność i wytrwałość, ale śmieszna arogancja „świętego nasienia i osobliwego, wybranego narodu” nie osłodziła im życia, czego Ezdrasz i Nehemiasz nie przewidzieli.

Wróciwszy do Zakonu Mojżeszowego, mieli się Żydzi za najmądrzejszych mędrców świata. Nie wiedzieli, że uczeni kapłani egipscy uprzedzili ich o kilka tysięcy lat, i że genialny Mojżesz kształcił się w tajemnej szkole nadnilowego państwa. Czego ich Mojżesz nie nauczył, to dopełniły ludy mieszkające dawno przed najazdem Jozuego w Palestynie i wysoko kulturalni Babilończycy, Asyryjczycy, Syryjczycy i Fenicjanie. Przyswoili sobie dużo od owych kulturalnych narodów.

W Wielkiej Encyklopedii Powszechnej PWN, Warszawa 1963 czytamy:

W połowie I wieku najznaczniejszymi skupiskami chrześcijan były Jerozolima i inne miejscowości palestyńskie oraz Antiochia; już wówczas w chrześcijaństwie występowały różne kierunki: gdy chrześcijanie palestyńscy uważali się wciąż za jedną z sekt żydowskich głoszących ideę mesjańską i akcentowali swą wierność prawu mojżeszowemu, to organizowane przez Pawła Apostoła gminy w świecie rzymsko-hellenistycznym składały się już w większości z nawróconych „pogan”, odrzucających zwyczaje żydowskie; zburzenie Jerozolimy w 70 r. n.e. i klęska powstań żydowskich przeciw Rzymowi zadały cios pierwszemu z tych kierunków: straciło aktualność oczekiwanie mesjasza, mającego być politycznym przywódcą i wybawicielem „narodu wybranego”, zwyciężyło uniwersalistyczne pojmowanie mesjasza jako wyzwoliciela całej ludzkości. Przezwyciężenie nacjonalistycznego mesjanizmu pozwoliło rozwinąć się chrześcijaństwu z sekty żydowskiej w religię ponadnarodową i pretendować do roli religii światowej.

Na podstawie przytoczonych cytatów widać więc, że poruszamy się po bardzo niepewnym gruncie i mówienie o wspólnych judeochrześcijańskich korzeniach jest co najmniej dyskusyjne. Judaizm to monolatria, czyli religia, w której Bóg jest wyłącznie Bogiem żydowskim. Chrześcijaństwo jest religią uniwersalną, w której Bóg jest Bogiem wszystkich ludzi tej religii, a nie – tylko narodu wybranego. Stąd u Żydów nienawiść do chrześcijan i do Krzyża, bo chrześcijaństwo pozbawiło ich charakteru narodu uprzywilejowanego w oczach Boga i mającego własnego Boga.

Czy judeochrześcijaństwo wyjdzie nam bokiem tak jak wspólne, antyczne korzenie Europy? Wszystko wskazuje, że tak. Prawdę mówiąc, to wychodzi nam od dawna, tylko dopiero teraz niektórzy z nas obudzili się. Szkoda tylko, że trochę za późno.

Wojna 1920 roku

Rok 1647 był to dziwny rok, w którym rozmaite znaki na niebie i ziemi zwiastowały jakoweś klęski i nadzwyczajne zdarzenia. – Tak zaczyna się Trylogia Henryka Sienkiewicza, którą każdy, przynajmniej ten należący do starszego pokolenia czytał. Ja, parafrazując Sienkiewicza, napisałbym tak: Rok 1920 był to dziwny rok. Ale po prawdzie, to powinienem napisać: rok 1919 i 1920 to były dziwne lata, a właściwie wojna 1919-1920 to była dziwna wojna (drôle de guerre). Francuzi tak nazwali okres od 3 września 1939 roku (wypowiedzenie wojny Niemcom przez Francję i Anglię) do 10 maja 1940 roku, czyli napaści Niemiec na Francję. Do tego momentu oba państwa biernie przyglądały się temu, co dzieje się w Europie. W przypadku wojny polsko-sowieckiej było tak, że wojska polskie pierwszy raz zetknęły się z bolszewikami 9 lutego 1919 roku i praktycznie do 4 lipca 1920 roku nic na tym froncie nie działo się. I stąd moje określenie “dziwna wojna”. Oczywiście działo się, tyle że nie w sferze operacji wojennych tylko dyplomacji.

O tym, że była taka wojna 1920 roku, to coś tam nawet, w szczątkowej formie, pisano w podręcznikach szkolnych w PRL-u. W książkach historycznych, w artykułach prasowych, w telewizji – wszędzie tam coś o niej pisano i mówiono przy różnych okazjach. Od pewnego momentu zadawałem sobie pytanie: “Jak do niej doszło?” Ale pozostawało ono bez odpowiedzi, bo o tym “nie trzeba głośno mówić”, jakby to ujął sam Mackiewicz. I dopiero, gdy kupiłem książkę “Lewa wolna”, o której sprzedawca internetowy informował, że jest o wojnie polsko-bolszewickej 1920 roku, to znalazłem odpowiedź. Była to pierwsza książka Mackiewicza, którą przeczytałem. Gdy po parunastu stronach lektury znalazłem odpowiedź na nurtujące mnie pytanie, to zrozumiałem, że mam do czynienia z zupełnie czymś nowym. Mackiewicz nie pasuje nikomu. Nie pasuje piłsudczykom, bo obraz w jakim przedstawia Piłsudskiego jest daleki od ideału. Nie pasuje też endekom, bo pisze, że manewr spod Dęblina nie był niczym szczególnym, nie był żadnym cudem, ani też przejawem geniuszu Rozwadowskiego, bo podobny manewr, w tym samym miejscu, tyle że w odwróconej konfiguracji, miał miejsce 6 lat wcześniej w 1914 roku i wtedy nikt nie uważał go za coś nadzwyczajnego. Tak! My kochamy mity! Mackiewicz pisał prawdę, a ona nikomu nie pasuje. Tak się jakoś dziwnie w życiu składa, że nikomu z nią nie po drodze. Ale po kolei!

W dniu 7 listopada 1917 roku bolszewicy zdobyli władzę w Petersburgu. Dziewiętnaście dni później Awram Krylenko, naczelny wódz wojsk rewolucyjnych, wysłał parlamentariuszy do niemieckiego generała Hoffmeistra, dowódcy dywizji. Przyszli oni z propozycją natychmiastowego zawieszenia broni. Hoffmeister przesłał ją do naczelnego dowództwa niemieckiego, które wkrótce poinformowało, że zgadza się na nią. Rokowania rozpoczęły się 2 grudnia w Brześciu Litewskim. Stronę niemiecką reprezentował generał Hoffmann. Stronę bolszewicką Joffe, Kamieniew i Karachan. Zawieszenie broni podpisano 17 grudnia, a 22 grudnia rozpoczęto rokowania o zawarcie traktatu pokojowego. W art. 2. tego traktatu Niemcy powołali się na deklarację Lenina „do narodów Rosji” o prawie samostanowienia tych narodów i zażądały wydzielenia z granic byłej Rosji: Polski, Litwy, Finlandii, Łotwy, Estonii i Białorusi. Wcześniej uznali oni prowizoryczny rząd narodowy Ukrainy i pertraktowali z nim bezpośrednio, nie pytając o zdanie delegacji sowieckiej.

Bolszewikom najwyraźniej taka propozycja nie odpowiadała, bo uważali, że prawo samostanowienia tych narodów jest dobre, gdy oni je wprowadzają, a gdy inni – to już takie dobre nie jest. Przeciągali rozmowy, wywoływali strajki w Niemczech, które jednak nie przynosiły oczekiwanych rezultatów. W takiej niby patowej sytuacji, ni to wojny, ni pokoju, 18 lutego 1918 roku wojska niemieckie ruszyły naprzód. Nigdzie nie napotykając na opór, szybko zdobywały teren. To poskutkowało. Bolszewicy wysłali ofertę pokojową. Odpowiedź niemiecka nadeszła 22 lutego. Dnia 3 marca 1918 roku zawarto w Brześciu pokój. W jego wyniku wojska niemieckie zajęły kraje bałtyckie, Białoruś, Ukrainę, doszły do Dniepru, zajęły Kijów i Taganrog, doszły pod Petersburg i do Donu, weszły na Krym. I to był ten kordon tj. niemieckie wojska, które chroniły Europę przed bolszewicką nawałą.

W listopadzie 1918 roku kordon pękł. Cesarskie Niemcy zostały pokonane na zachodzie i zmuszone dnia 11 listopada do kapitulacji i podpisania warunków zawieszenia broni. Jeden z paragrafów tych warunków nakazywał im wycofanie wojsk z Austrii, Węgier, Bułgarii i Turcji, ale nakazywał im zostanie w Rosji tam gdzie stali, tak długo jak państwa alianckie uznają to za zasadne. Nie został on jednak spełniony. W dniu 9 listopada wybucha w Niemczech rewolucja i od razu zaczęła się przerzucać na wojska frontowe. Wskutek tego wiele oddziałów wypowiadało posłuszeństwo i wracało do domów. Dnia 13 listopada 1918 roku bolszewicy unieważniają postanowienia Pokoju Brzeskiego i ruszają na podbój świata. 25 listopada zajmują opuszczony przez Niemców Bobrujsk, 8 grudnia – Mińsk, 3 stycznia 1919 roku – Rygę, 6 stycznia – Wilno. W połowie miesiąca podeszli do Grodna, Prużan i Kobrynia. Ale na północy napotkali na opór niemieckich formacji ochotniczych generała von der Goltza, który 22 stycznia wypiera bolszewików z Rygi. W Estonii tworzy się tzw. „Armia Północna” pod wodzą generała Judenicza.

Dnia 25 stycznia 1919 roku marszałek Foch wydał rozkaz do oddziałów niemieckich zgrupowanych wokół ośrodka Białystok-Grodno, aby przepuściły wojska polskie przeznaczone do odparcia nawały. Rozkaz ten został wykonany w początku lutego. W praktyce oznaczało to też, że przebywanie wojsk niemieckich na tym terenie jest bezzasadne. I w takiej sytuacji wojska polskie 9 lutego 1919 roku zetknęły się po raz pierwszy z bolszewikami. Miało to miejsce pod Skidlem na Niemnie. Później do konfrontacji doszło koło Prużan i Kobrynia.

Rok 1919 jest w tej wojnie dziwnym rokiem w którym nie ma ani wojny, ani pokoju. Owszem, dochodzi do potyczek i wojska polskie posuwają się na wschód. 18 kwietnia zostaje zajęty Nowogródek, nieco wcześniej Baranowicze. 19 kwietnia w dzień Wielkiej Nocy zostaje zajęte Wilno, 8 sierpnia – Mińsk. 2-ga dywizja dociera do Berezyny, opanowuje przedmieścia Borysowa. Grupa Wielkopolska zajmuje w dniu 29 sierpnia Bobrujsk.

W początkach maja 1919 roku przyjeżdża do Warszawy, ukrywający się pod pseudonimem Jan Karski, Julian Marchlewski. Spotyka się z wiceministrem spraw wewnętrznych Józefem Beckiem (ojcem 26-letniego Józefa, towarzysza broni Piłsudskiego) i Tadeuszem Hołówką z PPS. Obaj są czynnymi organizatorami POW i najbliższymi współpracownikami naczelnika państwa. Celem jego misji jest upewnienie się, czy Polacy nie poprą carskich generałów. I nie zawiódł się. I organa prasowe PPS-u i rządowe wskazywały w swych artykułach, że większe niebezpieczeństwo grozi Polsce ze strony kontrrewolucji rosyjskiej.

W lipcu 1919 roku Marchlewski ponownie przybywa do Polski. Tym razem pod nazwiskiem Jan Kujawski. Rozmowy odbywają się w Białowieży. Do rozmów Piłsudski deleguje hr. S. M. Kossakowskiego i Aleksandra Więckowskiego, byłego przedstawiciela dyplomatycznego Polski w Moskwie. Do ostatecznego porozumienia nie dochodzi, jedynie do „rozeznania orientacyjnego”. W wyniku tego „rozeznania” bolszewicy wycofują się z Mińska bez walki. Natomiast wojska polskie nie posuwają się za linię Berezyny.

W czerwcu bolszewicy mobilizują wszystkie siły, by odeprzeć ofensywę admirała Kołczaka. I udaje im się to. Kołczak wycofuje się za Ural. Ale pojawia się znacznie większe zagrożenie. Rosyjska kontrrewolucyjna „Armia Ochotnicza” generała Denikina zdobywa w czerwcu Charków, Carycyn, Ekaterynosław. W dniu 4 lipca Denikin wydaje rozkaz marszu na Kursk – Orzeł – Tułę. W dniu 29 lipca zajmuje on Połtawę. Na początku sierpnia – Nikołajew, Chersoń i Odessę. 31 lipca generał Bredow prawym skrzydłem zdobywa Kijów, a lewym spycha 12-tą armię sowiecką na Żytomierz. Cofający się bolszewicy wpadają w worek pomiędzy antybolszewickim frontem rosyjskim i polskim.

W sierpniu 1919 roku Denikin wysyła do Warszawy kuriera, przedkładając Piłsudskiemu następującą propozycję:

Niech wojska polskie uderzą tylko wzdłuż linii Mozyrz – Kalenkowicze, w ogólnym kierunku na Dniepr. To wystarczy. Wydaje się, że ma Pan na tym odcinku czterokrotną przewagę nad bolszewikami. W ten sposób worek, w którym znajduje się już dziś cała 12-armia bolszewicka, zostanie ostatecznie zawiązany. Jednocześnie lewe skrzydło Armii Ochotniczej rosyjskiej uzyska zupełną swobodę działania. Natomiast prawe skrzydło frontu bolszewickiego, śmiertelnie zagrożone tym uderzeniem, musi się wygiąć do tyłu. Polska uzyska skrócenie frontu i zwolni wszystkie swoje wojska na południowym odcinku frontu. W tej perspektywie upadek Moskwy, a z nią razem ostateczny upadek bolszewizmu jest nieunikniony.

Na północnym zachodzie generał Judenicz podjął drugą w tym roku ofensywę na Petersburg. 12 października zdobył Jamburg. 17 października zajął Krasne Sioło, a kawaleria kontrrewolucji osiągnęła przedmieścia stolicy. Z Syberii rusza ponownie admirał Kołczak.

Lenin zdaje się tracić nerwy: ”Nigdy jeszcze wróg nie był tak blisko Petersburga! Nigdy jeszcze tak blisko Moskwy! To najbardziej krytyczny moment socjalistycznej rewolucji!”

Politbiuro ogłasza masową mobilizację wszystkich komunistów bez względu na zajmowane przez nich stanowiska. Miejskie komitety partii w pełnym składzie są wysyłane na front przeciw Denikinowi. 14 października prezydium Wszechzwiązkowej Centralnej Rady Związków Zawodowych podjęło uchwałę o wysłaniu przeciwko Denikinowi wszystkich bez wyjątku robotników i pracowników zawodowych. II Wszechrosyjski Zjazd Komsomołu postanowił zmobilizować wszystkich członków komunistycznego Związku Młodzieży od lat szesnastu.

W tym czasie, wzdłuż całej zachodniej granicy, na przestrzeni 1.200 kilometrów od Połocka do Rumunii ciągnie się front polski. Gdyby ten front ruszył, to losy rewolucji bolszewickiej byłyby przesądzone. Ale nie ruszył się.

Piłsudski w gronie najbardziej zaufanych dowódców wyłożył cele wojny i swoje w niej stanowisko:

Wiemy, że w tej chwili bolszewicy rzucili prawie wszystkie swe siły przeciwko Denikinowi, odsłaniając nasz front. Wydawałoby się może niektórym panom logiczne, że w takiej chwili winno nastąpić uzgodnienie działań pomiędzy naczelnym dowództwem polskim i Denikinem. a nie wstrzymanie się od wszelkiego nacisku na armię sowiecką, gdy jest ona właśnie zaangażowana najbardziej w walce z rosyjską armią ochotniczą. Taki wniosek wydaje się naturalny i słuszny z punktu widzenia postępowania wojskowego. Ale nie jest słuszny z punktu widzenia polskich interesów politycznych. Mniejszym złem jest ułatwić Rosji czerwonej pobicie Rosji białej. Gdybyśmy bowiem poparli teraz Denikina w naszej walce z bolszewikami, byłaby to w istocie walka o Rosję. A my z każdą Rosją prowadzimy walkę o Polskę. Niech sobie ten cały zafajdany Zachód gada co chce, ale my nie damy się wciągnąć i użyć do walki z rewolucją rosyjską, lecz odwrotnie, w imię nieprzemijających interesów polskich chcemy ułatwić armii rewolucyjnej jej działania przeciwko armii kontrrewolucyjnej.

Na stacji w Mikaszewiczach na Polesiu stoi pociąg pancerny „Kaniów”. Do niego doczepione są wagony osobowe, w których od 10 października przebywa tajna delegacja bolszewicka. W jej skład wchodzą: Przewodniczący delegacji Julian Marchlewski, jego żona Bronisława Marchlewska. Zygmunt Jabłoński, siostrzeniec prezesa łomżyńskiego towarzystwa rolniczego. Był on najbliższym współpracownikiem Uryckiego, kierownika petersburskiej Czeka. Aleksander Sonje -syn polskiego ministra spraw zagranicznych Stanisława Patka. Litewski komunista Kubelis. I jedyny Rosjanin w składzie delegacji – Mikołaj Jepaniesznikow.

Oficjalną przykrywką tajnych rozmów w Mikaszewiczach jest, podobnie jak w Białowieży, wymiana jeńców, więźniów politycznych i zakładników. Rozmowy na ten temat prowadził hr. Kossakowski. Natomiast tajne rozmowy polityczne prowadził z nadania Piłsudskiego kapitan Boerner. Po kilku dniach wyjechał on do Warszawy i zdał relację z pertraktacji z Marchlewskim Piłsudskiemu, który sformułował w kilku punktach warunki poufnego rozejmu. Najważniejszy brzmiał: „Naczelnik Państwa nie da rozkazu wojskom polskim posuwania się naprzód poza linię Nowogród – Zwiahel – Olewsk – rzeka Ptycz – Bobrujsk – Berezyna – Dźwina.”

Marchlewski przyjął do wiadomości warunki Piłsudskiego i natychmiast wyjechał do Moskwy, by powiadomić o nich Lenina. Ten praktycznie zgadza się na linię podziału terytorialnego i pozostałe warunki. Proponuje nawet zastąpić cichy rozejm zawarciem formalnego pokoju. Na to jednak Piłsudski nie zgadza się, twierdząc, że nie da się naciągnąć na jakieś daleko idące umowy, których Polska w danym momencie zawierać nie może. Zapewnił jednak Lenina, że uczyni wszystko, co w jego mocy, aby nie dopuścić do zwycięstwa kontrrewolucji. I to w zupełności wystarczyło Leninowi. Miał pewność, że na kontrofensywę przeciwko Denikinowi nie spadnie jakiś nieprzewidziany cios.

W pierwszych dniach października bolszewicka Dywizja Łotewska zaatakowała prawe skrzydło I korpusu generała Kutiepowa. Jednocześnie kawaleria Budiennego uderzyła na Woroneż w styk białej Armii Ochotniczej z kozacką Armią Dońską. I korpus opuścił Orzeł i zaczął się cofać. Na lewym skrzydle było jeszcze gorzej. Na nie nacierały wszystkie siły bolszewickie zwolnione z frontu polskiego i cała 12-ta armia oparta tyłem o poleski i wołyński front polski. Po Orle padają Kijów, Charków, Czernihów, Kursk. Karta się odwraca. Z Petersburga wycofuje się „Północna Armia” generała Judenicza. Finlandia, Estonia, Łotwa i Litwa nie były zainteresowane w podtrzymaniu kontrrewolucji. Były zainteresowane w zawarciu pokoju z Sowietami. Judenicz był osamotniony. Jego wojska zostały zepchnięte na teren nowo powstałej Estonii i tam internowane.

22 grudnia 1919 roku Lenin przekazał poufnie Piłsudskiemu konkretne warunki pokojowe. W dniu 29 stycznia 1920 roku ponawia propozycję w oficjalnej nocie rządu sowieckiego, podpisanej przez siebie, Trockiego i Cziczerina. Aktualna linia frontu, od Dźwiny – Ptycz – Berezyna – Zwiahel – Nowogród Wołyński – Mohylew Podolski, ma być punktem wyjścia do rozgraniczenia terytorialnego. Jednak Piłsudski odrzucą tę propozycję z tego względu, że ma własne plany. Gdy już okaże się, że Denikin został całkowicie rozbity, w dniu 6 marca każe 9-tej dywizji Sikorskiego zająć Mozyrz i Kalenkowicze i wysunąć się w kierunku na Homel. Ten manewr ma na celu przejęcie linii kolejowej prowadzącej z Orszy przez Żytomierz na Ukrainę. Bolszewicy odpowiadają słabym przeciwuderzeniem dopiero 19 marca. Zostaje ono jednak łatwo odparte.

Dziwne rzeczy zaczynają się dziać na tym froncie. Działania Piłsudskiego stają się zupełnie niezrozumiałe dla jego najbliższego otoczenia. Bolszewicy wzmagają swoją aktywność na górnej Berezynie i na białoruskim odcinku frontu. Stopniowo, jak słabnie Denikin, przerzucają wojska z południa na północ. Pod koniec kwietnia 1920 roku bolszewicy koncentrują na froncie przeciwpolskim 20 dywizji i 5 brygad. Da to łącznie 200 tysięcy ludzi. Ukraiński odcinek frontu zostaje przeznaczony do związania przeciwnika lub nawet wciągnięcia go w głąb. Główne uderzenie ma pójść od Witebska i Orszy na Mińsk oraz z Połocka na Wilno – Lidę, w głębokie obejście frontu polskiego i koncentrycznym atakiem doprowadzić do zdobycia Warszawy.

O tych zamiarach i przygotowaniach uzyskuje informacje wywiad francuski i rezydujący w Berlinie kapitan Rollin przekazuje je wywiadowi polskiemu. Jednocześnie II Oddział sztabu generalnego w Warszawie otrzymuje z Ekspozytury w Wilnie informację o tym, że trwa koncentracja wojsk bolszewickich w rejonie Witebsk – Orsza – Borysów. Mija kilkanaście dni i informacje o koncentracji wojsk sowieckich na północy są alarmujące. Generał Szeptycki donosi, że naprzeciw tej koncentracji, wojska polskie wyciągnięte cienką linią na przestrzeni 600 kilometrów od granicy łotewskiej do Polesia, nie posiadają praktycznie żadnych odwodów. Mając te wszystkie informacje, po osobistym przybyciu do kwatery generała Szeptyckiego, Piłsudski zarządza 20 kwietnia wycofać z północnego frontu najsilniejszą 1-szą dywizję piechoty legionowej, 41-szy suwalski pułk piechoty oraz VII brygadę kawalerii z Wilna, i – przerzucić na południowy, ukraiński odcinek frontu.

Dnia 25 kwietnia 1920 roku, Piłsudski, nie przejmując się bolszewicką koncentracją na północy, rzucił, na tak zwaną Wyprawę Kijowską, trzy armie polskie. A w tym czasie bolszewicy skoncentrowali na północnym odcinku 130.000 wojska, pozostawiając na obszarze Wołynia i Ukrainy 36.000. 1-sza konna armia Budiennego przegrupowywała się na północnym Kaukazie. W tę pustkę uderzył Piłsudski. Na północ od Polesia stoją osłabione, izolowane i bez odwodów 1-sza i 4-ta armia. Dwie słabe armie sowieckie, 12-ta na Wołyniu i Ukrainie, 14-ta na Podolu, otrzymały rozkaz cofania się i wciągania przeciwnika w próżnię.

W takiej sytuacji, zdaniem fachowców, sukcesem byłoby dopędzenie i rozbicie tych dwóch armii sowieckich, zwłaszcza tej 12-tej, której los na jesieni 1919 roku był już przesądzony, a która wskutek cichego porozumienia została ocalona. I oto dnia 27 kwietnia, gdy tylko dwa dni marszu dzielą 3-cią armię polską od Kijowa, Piłsudski decyduje przerwać pościg i stanąć w tym miejscu na 10 dni. To pozwoliło wojskom sowieckim wycofać się za Dniepr. Bolszewicy opuszczają Kijów. 7 maja po południu wkracza do Kijowa kompania I brygady piechoty legionowej. Rano 8 maja Piłsudski, sądząc, że bolszewicy będą bronić miasta, wydaje rozkaz natarcia i zdobycia miasta. Miasta, które już jest zajęte przez jego własne wojska.

W dniu 14 maja 15-ta armia sowiecka z rejonu Lepel – Usza uderza na 1-szą armię polską, a 16-ta armia sowiecka z rejonu Witebsk – Orsza na 4-tą armię polską. Generał Szeptycki odparł atak i utrzymał swoją pozycję. Natomiast 1-sza armia polska poniosła porażkę i zaczęła wycofywać się. Wobec tego Piłsudski przerzuca bezczynne dywizje z Ukrainy na północ. Ale teraz wkracza już do boju przegrupowana 1-sza konna armia Budiennego. Naczelny Wódz lekceważy ją, twierdząc, że kawaleria nie sprawdziła się podczas I wojny światowej i jest bronią przestarzałą. Jednak okazało się, że jest ona główną siłą uderzeniową sowieckiej kontrofensywy, podjętej 27 maja, na osłabione wojska polskie na Ukrainie. Piłsudski ponownie przerzuca dywizje z północy na Ukrainę. Ten rodzaj strategii nazywa on „grą odwodami”. Ale na przestrzeni około 1000 kilometrów, o rzadkiej sieci linii kolejowych, przy braku taboru, stacji załadunkowych, było to bardzo wyczerpujące dla ludzi i koni. Chciał więc Piłsudski rozbić najpierw Budiennego, a później znowu przerzucić wojska na Białoruś. Niestety, na tę strategię było już za późno. 10 czerwca wojska polskie opuszczają Kijów. A tymczasem Tuchaczewski, zyskawszy trochę terenu na Białorusi w rejonie Lepla, przerwał swą „ofensywę majową” i przystąpił do zakończenia wielkiej koncentracji na północy.

W dniu 4 lipca 1920 roku północny front polski znajdował się w takiej pozycji:

Na odcinku od Dźwiny do górnej Berezyny stała 1-sza armia generała Zegadłowicza. Odcinek średniej Berezyny zajmowała armia generała Szeptyckiego. Odcinek od Ptycza do Prypeci – Grupa Poleska płk. Sikorskiego. Wojska te były rozciągnięte w cienką linię osłonową. Dywizje zajmowały po kilkadziesiąt kilometrów w linii prostej, bez odwodów, rezerw, i w żadnym punkcie nie były zdolne do stawienia oporu większym siłom, ani tym bardziej do przeciwnatarcia. Na to niebezpieczeństwo próbowali wielokrotnie zwracać uwagę naczelnego dowództwa zarówno wojskowi jak i wpływowe w państwie osoby cywilne. Nie odniosło to jednak skutku, gdyż Piłsudski nie znosił, by ktokolwiek wtrącał się do jego decyzji. Takie ugrupowanie wojsk utrzymywano w dalszym ciągu, pomimo niekorzystnej sytuacji po klęsce Denikina, pomimo niepokojących informacji, że sowiecka koncentracja na północy nadal trwa.

O świcie 4 lipca, Tuchaczewski, dowódca północno-zachodniego frontu, rzucił na cienki polski kordon 4 armie i jedną samodzielną grupę wojsk. Po stronie polskiej były dwie armie i Grupa Poleska. Już po paru godzinach front polski zostaje przełamany jednocześnie w kilku miejscach. Było to możliwe poprzez koncentrację na poszczególnych odcinkach grup uderzeniowych. Wojska polskie zaskoczone tak gwałtownym uderzeniem, nie rozporządzając rezerwami, nie były w stanie wykonać kontrmanewru – rozpoczęły odwrót na całej linii. Miejscami odwrót stawał się odwrotem bezładnym, czasem przeobrażał się w ucieczkę. Rozwój sytuacji zwiastował katastrofę. O tym jak to faktycznie wyglądało świadczą poniższe meldunki.

Szef sztabu 1. Dywizji Litewsko-Białoruskiej, kpt. Edward Perkowicz, do Szefa Sztabu 1. armii płk. Kubina, 16.07.1920.

Od chwili cofnięcia się od rzeki Uszy, dywizja jest stale w tej sytuacji, że jej oddziały lewoskrzydłowe (11. dywizja) opuszczają wyznaczone stanowiska. Ostatnio o 2 dni wcześniej niż nakazano. Oddziały 11. dywizji cofają się w zupełnym nieładzie, małymi grupami. Stan moralny jest bardzo niski. Wojsko ucieka przy lada strzale, przy lada okrzyku „kawaleria”. Drogi są zapełnione tysiącami łazików bez karabinów. Trzeba stanowczych rozkazów, stanowczej egzekutywy w sprawach maruderstwa. Jeżeli tego nie będzie, cały kraj, przez który armii naszej cofać się wypadnie, zostanie doszczętnie ograbiony, a imię Polski na zawsze skompromitowane.

Dziś zajmuję pozycję nakazaną na dzień 17.VII (Iwje). Sytuacja mego sąsiada nie jest mi znana. Kierunek dalszego cofania nie jest mi znany. Dziś wiadomo, że II Bat. Mińskiego pułku z kpt. Niedźwieckim rozbił szwadron kawalerii nieprzyjacielskiej. O ile zdaje się wykrzesać w żołnierzu trochę energii, sprawa zaraz nabiera lepszego obrotu. Niestety trzeba nazywać rzeczy po imieniu, że masa panicznie i w największym nieładzie ucieka. Wstyd i hańba, którą wypowiedzieć trudno. Trzeba prędko i stanowczo zaradzić złemu, bo stan paniczny zwiększa się.

Gen. Jędrzejewski, d-ca Grupy, do d-cy 1. armii. Meldunek nr 2016. 17.VII. 1920.

Oddziały uciekają nawet przed patrolami, pomimo najostrzejszych środków, a nawet rozstrzeliwań. VII Brygada rezerwowa zdezerterowała z Lidy pociągiem. W 38. i 39. pułkach nie istnieje ani jedna kompania. Proszę o ostre zarządzenia i zbieranie dezerterów. Melduję o ogromnym przemęczeniu, upadku ducha i szerzeniu się grabieży. Oddziały nie są zdolne do stawienia jakiegokolwiek oporu.

W kilka dni później gen. Jędrzejewski melduje dowódcy 1-ej armii:

Wobec zupełnego rozbicia i zdekompletowania mojej Grupy, melduję prośbę o jej rozwiązanie. Ponieważ stan rzeczy uważam za niedopuszczalny i grożący zgubą naszej armii, proszę o wdrożenie śledztwa w tej sprawie i pociągnięcie winnych do odpowiedzialności. W tym, jeżeli ja jestem też winien, mnie również ukarać.

Tak więc od owego feralnego 4 lipca do połowy sierpnia wojska polskie cofają się, już chyba tylko z zamiarem stawienia większego oporu pod Warszawą. Tuchaczewski wyznacza zdobycie Warszawy na dzień 12 sierpnia. Jednocześnie 4-ej armii i poprzedzającemu ją III korpusowi konnemu poleca ruszyć w głębokie obejście od zachodu pomiędzy granicą Prus Wschodnich i Wisłą. Celem tego manewru jest przecięcie komunikacji z Gdańskiem i sforsowanie Wisły pod Włocławkiem. Padają kolejno: Łomża, Ostrołęka, Przasnysz, Ciechanów. Kawaleria sowiecka osiąga Włocławek i zbliża się do Torunia. Tu podobnie jak pod Radzyminem ważyły się losy stolicy. Gdyby sowieci pokonali polskie wojska, droga na Warszawę od zachodu stałaby otworem.

Wieczorem, 13 sierpnia, trzy armie czerwone zbliżyły się do Warszawy, otaczając ją półkolem od Karczewa na południu do Modlina na północnym zachodzie. Osią ataku stał się Radzymin. Tu rozgorzały zacięte walki. Miasto przechodziło kilkakrotnie z rąk do rąk. W nocy z 14 na 15 sierpnia kryzys osiągnął punkt szczytowy. W kościołach modlono się, na ulicach odbywały się manifestacje patriotyczne. Po kawiarniach i restauracjach krążyły grupy kobiet, które publicznie wytykały mężczyzn w cywilu i wyganiały ich na front. To była jedna strona medalu.

Ale była też i druga. Już wieczorem zaczęły się gromadzić na ulicach Pragi inne tłumy, tłumy milczące o pochmurnych twarzach. I właśnie tamtędy wracał z oględzin pozycji pod Radzyminem prezes rady ministrów Wincenty Witos. Tłum nie rozstąpił się, samochód utknął. Nie było innego wyjścia, trzeba było wysiąść i przepychać się piechotą. Było się jak nie we własnej, ale wrogiej stolicy. W prezydium rady ministrów wiceminister Studziński oznajmił Witosowi, że bolszewicy powiadomili komunistów warszawskich i podobno również przywódców żydowskich, że ich wojska jeszcze tej nocy zajmą Warszawę, i że zostanie utworzony rząd komunistyczny, który obejmie władzę. Były więc wtedy dwie Warszawy. Jedna patriotyczna, druga – internacjonalistyczna. Czy dziś jest podobnie, czy może gorzej?

W dniu 15 sierpnia walki toczyły się na przedpolach Warszawy. Naczelny wódz opuścił Warszawę i udał się do „Grupy Uderzeniowej” skoncentrowanej pod Dęblinem. Całość operacji pozostawił w rękach szefa sztabu gen. Rozwadowskiego, dowódcy frontu gen. Hallera, oraz wojskowego doradcy francuskiego gen Weyganda.

Początkowo natarcie grupy uderzeniowej wyznaczono na 17 sierpnia, ale wobec niepewnej sytuacji obronnej, Piłsudski przyspiesza je o całą dobę. Dnia 16 sierpnia pięć polskich dywizji, dwie brygady „Grupy Uderzeniowej Naczelnego Wodza”, osłaniane od wschodu brygadą kawalerii, jazdą gen. Bułak-Bałachowicza, 6-tą dywizją ukraińską gen. Bezruczki, oraz brygadą Kozaków dońskich majora Salnikowa – ruszyło spod Dęblina na północ. Uderzyły one w lewy bok 16-tej armii sowieckiej, a tym samym w skrzydło głównych sił sowieckich. Zaskoczenie było wielkie.

Dlaczego jednak taki manewr był możliwy? Czy tylko dlatego, że prawe skrzydło sowieckiego frontu zapuściło się daleko na północny zachód, chcąc od tej strony zaatakować Warszawę, a lewe skrzydło pozostało daleko na południowym wschodzie, pod Lwowem? I czy to był błąd, którego dowództwo sowieckie nie dostrzegło?

To, co nastąpiło, to rozwarcie nożyc pomiędzy „północno-zachodnim” frontem Tuchaczewskiego, a „południowo-zachodnim” Jegorowa. Gdy Tuchaczewski zbliżał się do Warszawy, Jegorow zbliżał się do Lwowa. Pomiędzy tymi frontami powstała pustka. 11 sierpnia naczelne dowództwo sowieckie dostrzegło ten błąd i nakazało 1-szej konnej armii Budiennego odejść od Lwowa i ruszyć w kierunku na Zamość – Hrubieszów. To uniemożliwiłoby polskiej „Grupie Uderzeniowej” wykonanie manewru od Dęblina na północ. Ale Budienny nie wykonał tego rozkazu, bo Stalin, przewodniczący Rewolucyjnej Rady Wojennej, będąc pewny zdobycia Warszawy, chciał zdobyć Lwów i szybko przenieść rewolucję na Bałkany. Decyzja Stalina znaczyła więcej niż decyzja Jegorowa. Bedienny nie wykonał rozkazu naczelnego dowództwa i wdaje się w polemikę, że dopiero po zdobyciu Lwowa należy przystąpić do wykonania nowego rozkazu. Tę korespondencję, prowadzoną drogą radiową, przechwytuje i rozszyfrowuje pułkownik Jan Kowalewski w sztabie generalnym w Warszawie.

To, o czym sztab polski nie wiedział, a o czym również nie wiedział Tuchaczewski, to osobista ingerencja Lenina, zaniepokojonego nagłym zwrotem na wewnętrznym froncie kontrrewolucyjnym w Rosji. 2 sierpnia depeszował on do Stalina:

Przed chwilą przeprowadziliśmy w Biurze Politycznym podział frontów, abyście się zajęli wyłącznie Wranglem. W związku z powstaniami, szczególnie na Kubaniu, a następnie również na Syberii, niebezpieczeństwo ze strony Wrangla staje się olbrzymie, i w łonie KC wzmaga się dążenie do niezwłocznego zawarcia pokoju z burżuazyjną Polską. Proszę was, abyście bardzo wnikliwie rozważyli, jaką jest sytuacja z Wranglem i przedstawili waszą opinię. – Lenin.

A owego 11 sierpnia, w którym naczelne dowództwo nakazuje Budiennemu „bez najmniejszej zwłoki” ruszyć na Zamość – Hrubieszów, Stalin otrzymuje nową depeszę:

Zwycięstwo nasze w Polsce jest wielkie i będzie całkowite, jeżeli dobijemy Wrangla. Podejmiemy tutaj wszelkie środki ku temu. Naciśnijcie również i wy, aby w wyniku obecnego uderzenia odebrać za wszelką cenę cały Krym. Od tego zależy teraz wszystko. – Lenin.

A Wrangel nie tylko utrzymał się, ale 25 lipca rozpoczął nowe natarcie i zmusił południowo-zachodni front sowiecki do przerzucenia znacznych sił na front krymski. To spowodowało, że Stalin zaabsorbowany wypadkami na południowym odcinku frontu i jeszcze do tego obligowany uwagami Lenina, wahał się, tym bardziej, że Tuchaczewski wydawał się być zupełnym zwycięzcą na północnym froncie.

Rozpoczęty 16-go sierpnia atak polskiej „Grupy Uderzeniowej” od Dęblina, 17-go zdobywa Białą Podlaską i Siedlce, 18-go Drohiczyn nad Bugiem. Karta się odwraca, ale jeszcze nie do końca. Na północy, daleko wysunięta na zachód, 4-a armia sowiecka wisi w powietrzu. Plan Tuchaczewskiego polega na tym, by zawrócić ją na wschód i uderzyć w tyły 5-tej armii polskiej Sikorskiego: na Płońsk – Warszawę.

O świcie 15 sierpnia VIII brygada kawalerii polskiej, pod dowództwem gen. Karnickiego, wykonała rajd na tyły 4-ej armii sowieckiej. O godzinie 11 przed południem wpadła do Ciechanowa, gdzie kwaterował sztab 4-ej armii. Zaskoczenie było zupełne. Cały sztab rzucił się do ucieczki. Pozostała kancelaria dowództwa, mapy, meldunki, rozkazy, ale najważniejsze było to, że w polskie ręce dostała się radiostacja, jedyna forma łączności, najdalej wysuniętej na zachód armii, z dowództwem frontu i III korpusem konnym. Natychmiast zarządzone przeciwnatarcie, wyborowej 33-ciej dywizji kubańskiej, wyparło brygadę Karnickiego, ale nie odzyskano radiostacji. I od tego momentu załamał się porządek dowodzenia w sztabie armii. To prawdopodobnie zdecydowało o tym, że natarcie na Warszawę od strony północno-zachodniej nie doszło do skutku. Wojska z tamtego rejonu w ostateczności albo wycofały się na wschód, albo przeszły na stronę pruską i zostały internowane.

Resztki rozbitych wojsk sowieckich wycofują się spod Warszawy i 26 sierpnia próbują utworzyć nowy front, biegnący do Grodna na południe, przez Kuźnicę – Świsłocz – Białowieżę – Kamieniec Litewski – Żabinkę nad Muchawcem – Tyszowiec. W tym czasie stan liczebny armii polskich wzrasta do ponad 900 tysięcy. Ale dopiero po miesiącu, 21 września, Piłsudski decyduje się uderzyć na bolszewików. 2-ga armia pod wodzą generała Rydza Śmigłego forsuje Niemen koło Druskiennik, z zamiarem wyjścia na Lidę i obejścia frontu sowieckiego od północy.

To drugie uderzenie z 22 września, po odparciu wojsk bolszewickich spod Warszawy, całkowicie rozbija bolszewików na przestrzeni całego frontu i rozpędza ich armie. Ta operacja, nazwana bitwą niemeńską przesądziła o losach wojny. Generał Weygand, już na podstawie oceny bitwy warszawskiej, stwierdził 21 sierpnia w wywiadzie dla paryskiej gazety:

Jeżeli wojskowe kierownictwo polskie zechce w pełni i zupełności wyzyskać odniesione zwycięstwo, jestem absolutnie pewny, że armia bolszewicka przestanie wkrótce odgrywać jakąkolwiek rolę.

No właśnie! Jeśli zechce w pełni i zupełności wyzyskać. Tereny na północ od Prypeci, na całej Białorusi, były ogołocone z przeciwnika. Droga na Moskwę stała otworem. I ta 900-tysięczna armia stoi. Nie pierwszy zresztą raz w tej wojnie, dziwnej wojnie.

W dniu 21 września zbiera się w Moskwie na tajnej konferencji kilku członków CK partii. Są tam m.in. Lenin, Trocki, Stalin. W jej wyniku zapada uchwała o utworzeniu nowego „Południowego Frontu”, skierowanego wyłącznie przeciwko wojskom generała Wrangla, liczącym około 40 tysięcy żołnierzy. Na drugi dzień po tym postanowieniu, 22 września, czyli w dniu rozpoczęcia „niemeńskiej” ofensywy polskiej, Lenin przemawia na IX Konferencji RKP (bolszewików) i proponuje zawarcie pokoju z Polską. W rezultacie uchwalono rezolucję o konkretnych warunkach zawarcia pokoju, które osobiście sporządza i redaguje Lenin.

Klęska na froncie polskim nie zmieniła decyzji zapadłych na tajnej konferencji z dnia 21 września o skierowaniu wszystkich sił przeciwko Wranglowi. Z trudem udaje się ściągnąć z fińskiej i estońskiej granicy 6-tą armię czerwoną. Ale armia ta nie zostaje rozwinięta na Białorusi jako ostatnia zapora, zamykająca drogę na Moskwę. Przechodzi, niezatrzymywana, przed frontem polskim i kieruje się na front krymski. A tam napierał, powstrzymywany ostatkiem sił, Wrangel. Przed prawie milionowym wojskiem polskim droga na stolicę rewolucji wolna. Tylko ruszyć!

Dnia 8 października wojska polskie dotarły o 16 wiorst na zachód od Mińska. Władze bolszewickie uciekły z miasta. Mińsk pozostawiony sam sobie, leży przez kilka dni na ziemi niczyjej. A wojska polskie stoją, nie posuwają się naprzód, jakby zamieniły się w słup soli. Bolszewicy wracają. Ludzie głupieją. Lenin mówi o klęsce w wojnie z Polską, a wszystkie siły kieruje przeciwko Wranglowi. I deklaruje: „Zwycięstwo nad Wranglem jest obecnie naszym głównym i podstawowym celem”… O co w tym wszystkim chodzi? Polska dysponuje siłą dwudziestokrotnie większą niż Wrangel.

12 października został zawarty rozejm wojskowy i wstępny traktat pokojowy pomiędzy Polską i bolszewikami. W dniu 16 listopada 4-ta armia czerwona, ta rozbita pod Ciechanowem i później powtórnie pod Grodnem, ta armia wkracza do Teodozji. 18-go zajęła Jałtę. Niedobitki armii Wrangla i cywile, zapakowani na statki, odpływali do Konstantynopola.

Wszystko, co powyżej zostało opisanie, wszystkie fakty, dokumenty, depesze itp., wszystko to pochodzi z książki Józefa Mackiewicza „Lewa wolna”. Jest to powieść nietypowa, bo złożona z dwóch części: fabularnej i dokumentalnej. I to właśnie z tej dokumentalnej wybrałem to, co najistotniejsze, co w możliwie najkrótszy sposób oddawałoby istotę i charakter tej wojny. Powieść ta liczy 500 stron, więc to, co wybrałem, to naprawdę drobiazg. W części fabularnej Mackiewicz opisuje tę wojnę taką, jaką ją widział jako 17-letni chłopak, ułan. Służył w 10 pułku ułanów Litewsko-Białoruskiej Dywizji. Następnie, na własne życzenie, zostaje przeniesiony do 13. pułku majora Jerzego Dąmbrowskiego. Część faktograficzna, która przeplata się z fabułą, jest niezwykle bogata. Zebranie tak wielkiej ilości dokumentów wiązało się z niezwykłym wysiłkiem i zajmowało wiele czasu. Wymagało też docierania do różnych dokumentów, penetrowania archiwów, przeglądania starej prasy itp. A to oznaczało, że trzeba było jeździć w różne miejsca, gdzieś nocować, coś jeść. A to kosztowało. Nic nie ma za darmo. A Mackiewicz, ze względu na swój upór pisania prawdy, niechętnie był wydawany, bo prawda nikomu nie pasuje. Żył skromnie. A jednak! Znaleźli się ludzie, którzy pomogli, i im zadedykował tę powieść:

Tym, którzy przyszli mi z pomocą materialną w długim okresie pracy nad tą książką, i w ten sposób umożliwili jej napisanie: Józefowi Frydowi w Rzymie, Zofii Kirsch w Bernie szwajcarskim, Włodzimierzowi Popławskiemu w Londynie.

Wielkie rzeczy, projekty, przedsięwzięcia – nigdy nie są dziełem jednego człowieka. Szkoda, że my o tym tak rzadko pamiętamy, a może, co gorsza, nawet nie wiemy. A właśnie takie współdziałanie, jak nigdy przedtem, jest nam teraz niezmiernie potrzebne.

Mackiewicz w swojej powieści przytaczał fakty. Nigdy ich nie komentował. Nigdzie więc w niej nie ma słów krytyki pod adresem Piłsudskiego, choć z jego publicystyki ten żal, a nawet złość czy niechęć emanuje. I on tego nie ukrywał. Gdy droga na Moskwę w październiku 1920 roku stoi otworem, to on w niej opisuje nie tylko swoje, wtedy, rozczarowanie, ale też rozczarowanie swoich kompanów. Rozczarowanie, niedowierzanie, złość, bezradność i poczucie oszukania. Ci młodzi chłopcy, bo takimi byli ci ułani, wierzyli, że w tej wojnie chodzi o pobicie bolszewików. Narażali swoje życie, wielu z niej nie wróciło. A to wcale nie było tak! Nie chodziło o pobicie bolszewików. A więc o co chodziło? Dobre pytanie! Ale odpowiedź trudna.

Wydaje się, że zagadkę rozwikłał Antony C. Sutton, po tym jak wszedł w posiadanie pewnych tajnych dokumentów. W swojej książce „Skull and bones (Tajemna siła Ameryki)” pisze:

Z wypowiedzi prezydenta Kennedy’ego wynika rzecz niezwykle ważna, choć pozornie pozbawiona znaczenia. Prezydent sądził najwyraźniej, że Stany Zjednoczone finansują nacjonalistów, nie marksistów, choć tak naprawdę Ameryka wspomagała właśnie marksistów, podobnie jak czyniła to później w Republice Południowej Afryki, powielając schemat datujący się od czasów rewolucji bolszewickiej w Rosji w 1917 roku. Warto prześledzić tę sprawę w aktach Kennedy’ego i ustalić, na ile prezydent był świadomy poczynań pozostających pod kontrolą Zakonu (to ta tajemna siła Ameryki), CIA i Departamentu Stanu.

Marksiści z Ludowego Ruchu Wyzwolenia Angoli Neto przejęli kontrolę nad Angolą. Zakon, posiadający potężnych sojuszników w międzynarodowych korporacjach, wywierał nacisk na kolejne administracje, by nie odbierać Angoli roli kubańsko-radzieckiej bazy w południowej Afryce.

W 1975 roku Stany Zjednoczone, wspólnie z Republiką Południowej Afryki, rzeczywiście wykonały wojskowy rajd na terytorium Angoli. W kluczowym momencie, gdy siły południowoafrykńskie mogły dotrzeć do Luandy, Stany Zjednoczone wycofały jednak swoją pomoc. Republika Południowej Afryki nie miała wyboru i musiała się wycofać. Kraj ten przekonał się w bolesny sposób, że Stany Zjednoczone są antymarksistowskie jedynie w teorii. W praktyce Ameryka zrobiła Republice Południowej Afryki to, co robiła już w przeszłości wielokrotnie – elita zdradziła swoich antymarksistowskich sojuszników.

A więc schemat powtarza się: Atakujemy, ale tylko do pewnego momentu. Gdyby Sutton mógł przeczytać powieść Mackiewicza, to pewnie by go zacytował. Z kolei, gdyby Mackiewicz znał interpretację Suttona, to może nie byłby tak rozgoryczony. Ale dalej to jest niejasne. Jak to mówią Rosjanie: bez pól litra nie razbierosz. Żeby to wszystko zrozumieć, to pomijając to, że trzeba zaopatrzyć się w te pół litra, to trzeba jeszcze odwołać się do filozofii Hegla, w której rozwój może odbywać się tylko poprzez konfrontację dwóch sprzecznych sił tj. tezy i antytezy. Tezą może być prawica, a antytezą może być lewica. W takim konflikcie powstaje nowy system polityczny – nie będący lewicowy czy prawicowy, ale będący ich syntezą, czyli czymś nowym. Konflikt przeciwieństw jest niezbędny do wprowadzenia zmian. Idąc jednak dalej tym tropem, to musimy dojść do konkluzji, że w takim konflikcie nie chodzi o to, by jedna siła zwyciężyła drugą, bo wówczas ta zwycięska dominowałaby i „zabawa” skończyłaby się. A przecież przedstawienie musi trwać! Bo z tego są pieniądze. Skonfliktowane strony muszą kupować broń i opłacać rekrutów. Później odtwarzać zdewastowaną infrastrukturę. Wojna to najlepszy biznes. Najpierw zburzyć, a później odbudować.

Żeby jednak ta „zabawa” mogła trwać, to nie może być żadnej siły, która mogłaby to przerwać lub uniemożliwić. Piłsudski, uzasadniając motywy swoich decyzji, powiedział, że nie walczy z bolszewikami, tylko z Rosją. 21 lat później Hitler, o czym pisze Mackiewicz w powieści „Nie trzeba głośno mówić”, również mówił, uzasadniając swoje decyzje, niezrozumiałe dla innych, że on nie walczy z bolszewikami tylko z Rosją. Cóż więc to za zwierz jest, czy była, ta Rosja?

W drugiej połowie XIX wieku i na początku XX wieku Rosja podwajała liczbę ludności co 30 lat. Już wtedy Rosjanie byli najliczniejszym narodem białej rasy. To mogłaby być potęga, dominująca w świecie białego człowieka, a tym samym, na całym świecie. Komu więc zależało na zniszczeniu Rosji? Ktoś może powiedzieć, że Watykanowi. Ale Watykanowi nie zależało na zniszczeniu Rosji, tylko na jej przechrzczeniu na katolicyzm, a to nie to samo! Któż więc tak naprawdę obawiał się prawosławnej, konserwatywnej Rosji? Walczył z Rosją socjalista Piłsudski, który oświadczył, że wysiadł z czerwonego tramwaju na przystanku „niepodległość”. Ale czy rzeczywiście wysiadł? Walczył z Rosją Hitler. Kto za nimi stał? Kto finansował i finansuje te wszystkie wojny? I jaki jest jego cel?

W tym natłoku faktów można się pogubić i stracić główny wątek, więc w skrócie wyglądało to tak:

  • W maju 1919 roku przybywa do Warszawy Marchlewski i prowadzi rozmowy z najbliższymi współpracownikami Piłsudskiego
  • W czerwcu uaktywnia się na froncie południowym Denikin. Pod koniec lipca zdobywa Odessę i Kijów
  • W lipcu ponownie przybywa do Polski Marchlewski. Tym razem do Białowieży.
  • W połowie października bolszewicy gromadzą wszystkie siły przeciwko Denikinowi. 17 października generał Judenicz podchodzi do przedmieść Petersburga. W tym czasie wzdłuż całej zachodniej granicy rozciąga się front polski i… stoi w miejscu!
  • Na stacji w Mikaszewiczach stoi pociąg pancerny “Kaniów”, do którego doczepione są wagony osobowe, w których od 10 października przebywa delegacja sowiecka.
  • W styczniu 1920 roku linia frontu przebiega na Berezynie.
  • Pod koniec kwietnia bolszewicy koncentrują wojska na froncie północnym.
  • 20 kwietnia Piłsudski zarządza wycofanie części wojsk z frontu północnego i przerzucenie ich na front ukraiński.
  • 25 kwietnia, nie przejmując się postępującą koncentracją wojsk na froncie północnym, rzuca się Piłsudski na Wyprawę Kijowską.
  • 7 maja wojska polskie wkraczają do Kijowa.
  • 8 maja Piłsudski wydaje rozkaz natarcia i zdobycia miasta, w którym już jest jego wojsko.
  • 14 maja wojska bolszewickie uderzają na froncie północnym. Piłsudski przerzuca dywizje z Ukrainy na ten front.
  • 27 maja wkracza na front ukraiński armia Budiennego. Piłsudski przerzuca wojska z północy na Ukrainę.
  • 10 czerwca wojska polskie opuszczają Kijów.
  • 4 lipca Tuchaczewski atakuje na froncie północnym. W konsekwencji wojska polskie wycofują się aż pod Warszawę.
  • 15 sierpnia walki toczą się na przedpolach Warszawy.
  • 16 sierpnia manewr spod Dęblina odpycha wojska bolszewickie od Warszawy.
  • 26 sierpnia resztki rozbitych wojsk bolszewickich próbują utworzyć front biegnący od Grodna przez Białowieżę do Kamieńca Litewskiego i Tyszowca. W tym czasie stan liczebny armii polskich wzrasta do 900 tysięcy.
  • I dopiero po miesiącu, bo 21 września, Piłsudski decyduje się uderzyć na bolszewików.
  • 22 września ma miejsce bitwa niemeńska, która ostatecznie rozbija wojska bolszewickie.
  • 21 września, na tajnej konferencji, kilku członków CK partii podejmuje decyzję o skierowaniu wszystkich sił przeciwko Wranglowi.
  • 8 października wojska polskie docierają pod Mińsk. Bolszewickie władze miasta uciekają. Droga na Moskwę wolna.
  • 12 października podpisano wstępny traktat pokojowy pomiędzy Polską i bolszewikami.
  • 18 listopada bolszewicy zajmują Jałtę. Niedobitki armii Wrangla i cywile odpływają do Konstantynopola.

To, co powyżej, to suche fakty. Każdy może je interpretować tak, jak chce. Ale najważniejszą rzeczą jest je znać, bo “jedynie prawda jest ciekawa”.

Polityka i pieniądze

Średniowiecze chrześcijańskie przejrzało immanentny kapitalizm świeckiego państwa. „Pieniądz będzie cesarzem” – to proroctwo z XI wieku. – Tak pisze Tomasz Mann w powieści „Czarodziejska góra”. I to proroctwo sprawdziło się. Pieniądze rządzą światem. Dziś już nikt chyba nie ma wątpliwości. A skoro tak, to znaczy, że wszystko, co w naszym życiu istotne, musi opierać się na pieniądzu. Wszyscy znamy to powiedzenie: Gdy nie wiemy, o co chodzi, to chodzi o pieniądze. Nie inaczej jest w polityce. Czy ktoś zastanawia się nad tym, skąd nowe partie, powstające z dnia na dzień, mają pieniądze? Przecież wszystko kosztuje: organizacja spotkań, wynajem lokali, wynagrodzenia dla pracowników zatrudnianych przez partię, materiały reklamowe i wiele innych wydatków. A nowa partia, która jeszcze nie brała udziału w wyborach i nie przekroczyła 3% progu, nie ma pieniędzy z budżetu. Więc skąd je ma?

Nie można demonizować pieniądza, ale też nie można go nie doceniać. Po pierwszej wojnie światowej, w wyniku której, po rozpadzie Austro-Węgier i osłabieniu pozostałych zaborców Polski, czyli Niemiec i Rosji, powstała próżnia, którą wypełniły nowo powstające państwa. Pojawiły się Litwa Łotwa, Estonia, Jugosławia, Czechosłowacja i Polska. W przypadku Polski zaczęło się od tworzenia Królestwa Polskiego przez Niemców. Pieniądze były tu niezbędne, ale nie tylko one, potrzebny był też autorytet i moc innego państwa.

Polska rodziła się w bólach. Walczyć trzeba było o wszystko. O Wielkopolskę, o granice wschodnie, o Górny Śląsk, o Mazury, o Gdańsk. Wszyscy byli przeciwko nam. Ale któż to był – ci wszyscy? Gdy skończyła się wojna i stary porządek upadł, trzeba było budować nowy. Ale jego budowanie wymagało pieniędzy i odpowiednich ludzi, którzy byliby w stanie pokierować państwem. Niestety silne państwo polskie kolidowało z interesami lobby żydowskiego w Ameryce, w Anglii i w Niemczech. To ono wywierało naciski na polityków biorących udział w Konferencji w Wersalu.

Hipolit Korwin-Milewski w „Wileńskim Dzienniku” w 1919 roku pisał:

Trzecią zaś przyczyną naszej obecnej „złej marki” jest to systematyczna walka ze wszystkimi naszemi postulatami tego arcypotężnego czynnika polityki wszechświatowej, jakim jest.., Izrael! I tu nie ma niespodzianki. W pierwszych dniach listopada 1918 r., kiedy jeszcze skład osobisty Kongresu nie był ustanowiony, bawiący w Paryżu jeden z Polaków, członków byłego parlamentu rosyjskiego, otrzymał wizytę pewnego członka najbardziej znanej na całym świecie „dynastji” żydowskiej; ten go uroczyście, stanowczo uprzedził, że kiedy na Kongresie będzie figurował jako przedstawiciel Polski p. Roman Dmowski, to cały Izrael upatrzy w tem wymierzony mu w twarz policzek i wystąpi jednolicie (jak w sprawie Drejfusa) przeciw wszelkim polskim dezyderatom.

Przykład sprawy Dreyfusa pokazuje jak działają Żydzi. Opisał to w książce „Historia Żydów w Polsce” Teodor Jeske-Choiński:

Kiedy wojenne sądy Franci wzięły za kołnierz Dreyfusa, płynęły do Paryża z całej kuli ziemskiej potoki złota. Ratować kazali wodzowie Judy zagrożonego hańbą współwyznawcę, hańba bowiem jego mogłaby zaszkodzić politykom żydowskim we Francji. Najuboższy sklepikarz płacił bez oporu narzucony mu przez kahał haracz. Jakiś handlarz wyszogrodzki przyznał mi się w owym czasie, że płaci miesięcznie trzy ruble na jakiegoś Dreyfusa, pytając, co to za jeden ten Dreyfus i co on takiego zrobił, iż potrzeba aż tyle pieniędzy, żeby go wydostać z rąk „gojów”. Nie wiedział biedaczysko nawet, o co właściwie chodzi, a mimo to był posłusznym bez rezonowania.

W „Mocarstwie anonimowym” Adolfa Nowaczyńskiego z 1921 roku czytamy:

Grupa Jacóba Schiffa i F. Frankfurtera skłoniła Wilsona w końcu maja 1919 r., aby przystał na ustępstwa dotyczące pięciu artykułów: Rijeki, Gdańska, Saary, Górnego Śląska i odszkodowań, tych samych artykułów, od których znowu zapali się wojna w Europie.

Można powiedzieć, że tych kilkudziesięciu Jehudas (chodzi o bankierów) rządzą obecnie i Stanami i światem. Jakób H. Schiff, głowa bezsprzecznie genialna, reżyserował wojnę rosyjsko-japońską, pomógł walnie w obaleniu i Wilhelma, i caratu i on również nakazał usunięcie R. Dmowskiego z widowni politycznej. Skoro Schiff nakazał usunięcie Wilhelma, a kiedy Niemcy zastosowały się do tego ściśle, stanął oficjalnie po stronie republikańskich Niemiec, przesyłając raz po raz swoje ultima konferencji pokojowej. Najważniejszym ultimatum był cablogram do Wilsona, podpisany Schiff, Cohen-Blumenthal, Frankfurter, domagający się plebiscytu na Górnym Śląsku. Na mas-meetingu w sprawie pogromów w Polsce dnia 9 stycznia 1919 roku (Clark speaker meetingu) oświadczył kategorycznie, że nie życzy sobie, aby R. Dmowski kiedykolwiek w jakiejkolwiek formie objął oficjalne stanowisko w Polsce.

Kiedy monarchia w Rosji, w Niemczech w Austrii padła i kiedy rozpoczynała się już konferencja pokojowa, Jehudas amerykańscy byli od razu z powrotem progerman, wszyscy z wyjątkiem kilku lekkoduchów, jak Mortimer Schiff, król mody, lub Otto Kahn, współwłaściciel Metrop. Oper. House. Wszyscy inni Jehudas postanowili wytężyć siły, aby nie dopuścić interwencji zbrojnej Japonii, skierowanej do obalenia żydowskich władców w Kremlu. Trocki miał wyrobione w Ameryce stosunki prasowe podczas wojny. Martens był łącznikiem między Smolnym Instytutem a „Jehudas”. Woodrow Wilson z czasów konferencji pokojowej, stał się li tylko marjonetką w rekach Jehudas nowojorskich i londyńskich. Obaj sekretarze Wilsona, dawny Tumulty, a późniejszy George Grell byli całkowicie oddani interesom Jehudas. Jeżeli w Ameryce kursuje wieść, że to Jehudas doradzili Wilsonowi, aby punkt słynnej deklaracji tyczący się Polski był 13-tym, to może być żartem, nie jest atoli żartem, że rozstrzygnięcie w sprawach gdańskiej, górnośląskiej, wileńskiej, wschodno-galicyjskiej, fatalne plebiscyty, niedojście zagranicznej pożyczki polskiej do skutku, początek upadku waluty itp. tylko tym Jehudas amerykańskim zawdzięczamy. A wśród tych Jehudas jeszcze najspecjalniej staremu Schiffowi i domowi Wahrburgów nowojorskiemu i hamburskiemu, specjalnie protegującemu syjonizm.

Tak więc już u progu niepodległości żydowskie lobby wpływało na życie polityczne w II RP, na jej kształt terytorialny i gospodarkę. Nie wszystko się wtedy im udawało. Nie udało się przeforsować w 1919 roku w Sejmie żydowskiemu nacjonaliście i posłowi Izaakowi Grunbaumowi wniosku o utworzenie państwa polsko-żydowskiego, co w praktyce oznaczałoby utworzenie państwa w państwie. W okresie międzywojennym Polska, jako państwo, starła się utrzymać niepodległość, ale udało się to tylko do zamachu majowego w 1926 roku. II wojna światowa była dla polskiego społeczeństwa niezwykle brzemienna w skutki. Utrata znacznej części polskiej inteligencji, przy jednoczesnym zachowaniu się tej warstwy po stronie żydowskiej, zasilonej dodatkowo nadciągającymi wraz ze Stalinem Litwakami, spowodowała że mniejszość żydowska zajęła jej miejsce.

Od 1948 do1956 roku dominacja ta była absolutna. Ktoś może zapytać: A dlaczego nie od 1945 roku? W 1948 roku nastąpiło połączenie PPS i PPR i powstała PZPR. PPS była partią socjalistyczną, ale z tzw. odchyleniem nacjonalistycznym. Posiadała ona swoje zaplecze finansowe w postaci PSS-ów (Powszechna Spółdzielnia Spożywców). To był polski handel. To nie były małe sklepiki, to, przy zachowaniu wszelkich proporcji, były odpowiedniki sieci handlowych. Ta tak zwana „bitwa o handel” polegała na przejęciu tej sieci i pozbawieniu PPS-u zaplecza finansowego, a tym samym znaczenia politycznego. Bez pieniędzy polityki uprawiać się nie da. Po 1956 roku do 1976 roku, w którym powstał KOR, ta żydowska dominacja słabnie. Ale wraz z jego powstaniem, który zdaniem Marka Edelmana, był kontynuacją przedwojennego Bund-u, następuje stopniowe odzyskiwanie przez Żydów utraconego wcześniej pola.

Po roku 1989 było jeszcze gorzej, choć wszystkim się wydawało, że będzie lepiej. To prawda, zmieniła się rzeczywistość. W sklepach pojawiało się coraz więcej towarów, coraz więcej ludzi mogło sobie na nie pozwolić. Pensje rosły, ale też stopniowo następowało coraz większe zróżnicowanie płac. Tak więc jednym było lepiej, innym gorzej, a niektórym nic się nie zmieniło. W tej kwestii będzie tyle opinii, ilu ludzi.

Społeczeństwo to jedno, a państwo – to drugie. Coś, co początkowo wydawało się zaniedbaniem, stało się z czasem największym zagrożeniem dla Polaków. Nieuchwalenie na początku lat 90-tych ustawy reprywatyzacyjnej, stało się podstawą do wysuwania roszczeń przez stronę żydowską. Lobby żydowskie od początku wiedziało, ze za wszelką cenę nie może dopuścić do uchwalenia tej ustawy, bo uniemożliwiłaby ona to, co już obecnie stało się faktem, czyli żądaniem od strony polskiej rekompensat za mienie bezdziedziczne. Gdyby taka ustawa powstała, to musiałaby również i tę sprawę uregulować. A skoro nie jest ona uregulowana, to strona żydowska reguluje ją teraz tak, jak chce. I znowu chodzi o pieniądze.

Stanisław Staszic był jednym z najwybitniejszych umysłów, jakie wydała polska ziemia, ale był mieszczaninem, więc nie mógł kupować ziemi. W 1801 roku nabył starostwo Hrubieszowskie, ale nominalnymi nabywcami tych dóbr byli Aleksander ks. Sapieha i jego żona Anna z domu Zamoyska. Dopiero po przyłączeniu Hrubieszowa do księstwa Warszawskiego, w którym kodeks napoleoński wprowadził równość cywilną, księżna Sapieżyna, wówczas wdowa: aktem urzędowym z dnia 19 sierpnia 1811 roku odstąpiła swe nominalne prawa posiadania Staszicowi. Można więc powiedzieć, że Napoleon zniósł na ziemiach polskich średniowiecze, które na nich tkwiło do początku XIX wieku. Ostatecznie rozprawił się z nim – ze średniowieczem, car, który uwłaszczył chłopów po powstaniu styczniowym.

Staszic był bardzo bogatym człowiekiem, nawet nieprzyzwoicie bogatym. Mało kto wie, że budynek PAN-u, u zbiegu Krakowskiego Przedmieścia i Nowego Światu w Warszawie, został przez niego sfinansowany. W Wikipedii możemy przeczytać, że był on inicjatorem jego powstania. Ale kto go sfinansował? O tym Wikipedia milczy! A przecież to jest najważniejsze! Najważniejsze, kto finansuje i w jakim celu. I pomnik Kopernika przed tym, jak go dziś nazywamy, Pałacem Staszica, również on sfinansował. A on sam mieszkał w oficynie na Krakowskim Przedmieściu w dwupokojowym mieszkaniu. Dziś już nie ma takich bogaczy! Pieniądz to potęga – można go używać na różne sposoby.

Pieniądz rządzi światem, co było do udowodnienia. Tylko komu ja chcę to udowodnić, skoro każdy o tym wie? Tyle że, jak przychodzi do głosowania, to nikt nie pyta, skąd Konfederacja ma pieniądze. Skąd poszczególni jej politycy mają pieniądze? Z czego się utrzymują? No dobrze! Ktoś powie: Jakubiak ma sieć browarów regionalnych. No dobrze! – odpowiem, ale przypadkowy człowiek nie dostaje licencji na takie browary. A Roman Kluska? Stworzył największą firmę komputerową w Polsce i co? I został zniszczony przez aparat państwa, którego był obywatelem. Jednych popieramy, innych – niszczymy. Dlaczego?

Warto zadawać sobie pytania. Nawet jak nie znajdziemy na nie odpowiedzi, to może pojawić się jakaś refleksja. To dużo! Kiedyś, już dawno temu, jadąc samochodem, na jednym z przystanków autobusowych, takim jeszcze pamiętającym czasy PRL-u, zobaczyłem wymalowany sprejem, napis: Wyłącz telewizję, włącz myślenie. Bardzo mi się to spodobało! Ale jak wyłączymy telewizję, to możemy wziąć do ręki książkę, dobrą książkę. Ona zawsze skłoni nas do zadumy i refleksji. A poza tym, książka raz napisana nie zmienia się, a internet, który wypiera telewizję, jest dynamiczny – ciągle w ruchu i w ciągłej zmianie. Warto szukać tego, co stałe i niezmienne. Inaczej zupełnie pogubimy się.

Powstanie warszawskie

Powstanie warszawskie budziło, budzi i będzie budzić kontrowersje. Czy powinno było wybuchnąć, czy – nie? Argumentów za i przeciw wysuwano wiele, a wątpliwości nadal pozostały. Wypadałoby więc zacząć od przedstawienia faktów.

W okresie od 28 listopada do 1 grudnia 1943 roku miała miejsce w Teheranie konferencja z udziałem przywódców USA, Anglii i ZSRR. W polskiej sprawie postanowiono:

  • ustalić nową granicę Polski i ZSRR na tak zwanej linii Curzona
  • dokonać podziału krajów Europy na alianckie strefy operacyjne – na mocy międzyalianckich uzgodnień Polska znalazła się w strefie operacyjnej Armii Czerwonej.
  • ustalono też, iż Niemcy zostaną podzielone na strefy okupacyjne, zaś radziecka strefa okupacyjna Niemiec przylegać będzie do Polski, przez którą przebiegały linie komunikacyjne do tej strefy, co de facto przesądzało losy Polski. Ze względu na odbywające się jesienią 1944 roku w USA wybory prezydenckie, na prośbę prezydenta Roosevelta liczącego na głosy Polonii amerykańskiej utajniono postanowienia wielkiej trójki w kwestii polskiej. (Wikipedia)

6 czerwca 1944 roku miało miejsce lądowanie wojsk alianckich w Normandii. 1 sierpnia wybucha powstanie. Wojska sowieckie stoją pod Warszawą. Niemcy pod koniec lipca wzmacniają swoje siły w Warszawie. Przygotowania do powstania ulegają przyspieszeniu w miarę zbliżania się wojsk sowieckich. Ma ono dwa cele: polityczny i militarny. Polityczny – to zdobycie władzy w Warszawie zanim wkroczą tam bolszewicy, militarny – to pokonanie Niemiec.

Naczelnym Wodzem był gen. Kazimierz Sosnkowski, który rezydował w Londynie. To on wysłał pułkownika Okulickiego do Polski. Jego zrzut nastąpił 21 maja 1944 roku. 3 czerwca został przyjęty przez dowódcę AK i równocześnie został mianowany na stopień generalski. Został on skierowany do Polski jako zastępca dowódcy AK. Później został zastępcą szefa sztabu AK. W hierarchii ważności był trzecim co do ważności oficerem krajowego podziemia. Pierwszym był gen. Tadeusz Bór-Komorowski, drugim gen. Tadeusz Pełczyński. Jednak Okulicki był osobistym wysłannikiem Naczelnego Wodza i stąd jego pozycja była silniejsza.

Cóż z tego wynika? Wynika z tego, że nie bardzo było wiadomo, kto rządził, kto podejmował ostateczne decyzje. Pod koniec lipca ppłk Ludwik Muzyczka przedstawił Komorowskiemu opracowany przez siebie memoriał, którego treść została uzgodniona z płk Fieldorfem i płk Janem Skorobohatym-Jakubowskim. Domagał się w nim cofnięcia decyzji o powstaniu. Twierdził, że AK jest zbyt słaba na konfrontację z Niemcami oraz, że Polskę czeka długa walka przeciw Rosjanom. W takich warunkach podjęcie walki byłoby samobójstwem politycznym.

W dniu 31 lipca w KG AK o godzinie 18-tej odbyła się odprawa, choć zwykle popołudniowe odprawy rozpoczynały się o 17-tej. Obecni byli generałowie Bór-Komorowski, Pełczyński, Okulicki, płk Chruściel oraz mjr Janina Karasiówna. Chruściel stwierdził, że walkę należy rozpocząć bezzwłocznie, ponieważ Sowieci zbliżają się do Pragi. Gen. Komorowski, po krótkiej naradzie z obecnymi uznał, że trzeba skontaktować się z Delegatem Rządu, gdyż jego zgoda była potrzebna do wydania ostatecznego rozkazu. Po pół godzinie Jan Stanisław Jankowski przybył na odprawę i wyraził zgodę. Te fakty pochodzą z artykułu Lecha Mażewskiego „Duet legionowych generałów”. W nim również przytacza on wypowiedź gen. Kazimierza Sawickiego, który kontaktował się Okulickim. Rozmowy z nim Sawicki tak relacjonuje: „Wyniosłem z nich wrażenie, że Okulicki przyjechał z formalnym mandatem Naczelnego Wodza (…) Stosunek gen. Okulickiego do obecnych Naczelnych Władz AK był wręcz krytyczny – nie tylko odnośnie osobistych kwalifikacji tego zespołu, ale i kierunku pracy AK. Misją Okulickiego było ten stan rzeczy zmienić”. Dalej: „Podkreślał otrzymany od gen. Sosnkowskiego mandat, posiadanie z nim ścisłej i bezpośredniej łączności (specjalny kod) i możność komunikowania się z Londynem ponad głowami władz w Warszawie”. I ostateczna konkluzja: „Jak wszystko na to wskazuje, jego zadaniem nie było wysłuchiwanie argumentów, a przekonanie kogo się dało do poparcia idei powstania w Warszawie”.

Jednak tego samego dnia tj. 31 lipca rano w KG AK odbyła się narada, pod koniec której gen. Okulicki powiedział do dowódcy AK: “Jeśli Pan Generał nie podejmie decyzji, będzie pan drugim Skrzyneckim”. To jednak nie wymusiło decyzji o powstaniu. Podjęto ją dopiero na odprawie z godziny 18-tej. Czy to o tej rannej naradzie pisze Adam Doboszyński w artykule “W pól drogi” z 1947 roku? – Takiego kierownictwa zabrakło nam niestety w ostatnich latach, i Naród nasz poprzez najcięższe próby dziejowe posuwa się niejako po omacku, zdany na własny instynkt, który nie zawsze potrafi wziąć górę nad połączonym działaniem agentur i inspirowanych z zagranicy konspiracji. Za przykład, do czego prowadzi brak poważnego kierownictwa narodowego, niech posłuży historia Powstania Warszawskiego z roku 1944. W przeddzień jego wybuchu, w dniu 31 lipca odbyła się narada najwyższego ciała Polski Podziemnej, przy udziale Delegata Rządu (wicepremiera na kraj), Dowódcy Armii Krajowej oraz przedstawicieli czterech rządzących stronnictw. Wszyscy obecni – bez wyjątku – opowiedzieli się przeciw powstaniu. Mimo to powstanie następnego dnia wybuchło i zniszczyło stolicę, co niezmiernie ułatwiło Sowietom opanowanie Polski.

Mażewski pisze też – Generał Sosnkowski przestrzegał: Natomiast w obecnych warunkach jestem bezwzględnie przeciwny powstaniu powszechnemu, którego sens historyczny musiałby z konieczności wyrazić się w zmianie jednej okupacji na drugą. Był więc przeciwny “powstaniu powszechnemu”, ale wzywał do kontynuacji planu “Burza”, czym faktycznie było powstanie warszawskie. Formalnego rozkazu, zakazującego walk powstańczych w Warszawie nie wydał. Anders wspominał po latach: Namawiałem go, żeby dał formalny rozkaz zakazujący powstania. Odpowiadał mi:Oni mnie nie posłuchają, oni posłuchają Mikołajczyka.

Z kolei Bór-Komorowski w 1965 roku oświadczył, że gdyby otrzymał od Naczelnego Wodza zakaz walki o Warszawę, to by jej nie rozpoczynał. Ale ten sam Bór-Komorowski podjął decyzję o wybuchu powstania, po tym, jak uzyskał zgodę Delegata Rządu. Z tego wynika, że bez zgody tego Delegata tego „ostatecznego rozkazu” nie wydałby. Czy Delegat Rządu podjął decyzję samodzielnie, czy w oparciu o instrukcje, które otrzymał wcześniej? Czy Okulicki też działał w oparciu o takie instrukcje? Innymi słowy, osoby wydelegowane z Anglii miały decydujący i ostateczny wpływ na podjęcie walki. Czy rząd będący na utrzymaniu innego rządu i korzystający z jego gościnności może podejmować decyzje zgodne z interesem własnego kraju i narodu, czy może raczej skłonny jest działać w interesie swego, jakbyśmy to dziś ujęli, sponsora?

Rosjanie w połowie września zajęli prawobrzeżną Warszawę. I zatrzymali się. I stali tak do 17 stycznia 1945 roku. Powstanie upadło na początku października, a oni przez trzy i pół miesiąca nie ruszyli się. Czy więc wybuch tego powstania miał zatrzymać Rosjan, tak by wojska, które wylądowały w Normandii mogły zdobywać teren? Ale dlaczego po upadku powstania stali jeszcze przez trzy i pół miesiąca?

Maria Dąbrowska w swoim dzienniku pod datą 18.XI. 1945 zapisała:

O ósmej rano Lutyk (z S.P.B.) przyjechał po mnie autem i zabrał mnie do Dąbrowy na uroczyste otwarcie i poświęcenie nowego gmachu (właściwie baraku) gimnazjum. W drodze opowiadał mi jak w zeszłym roku był świadkiem spowodowania powstania przez Moskali. Na dzień przed powstaniem wyjechał za Wisłę na letnisko do żony (pod Radzymin). We wtorek 1 sierpnia chciał wrócić. Szedł [?] na czołg sowiecki. Moskale symulowali szturm na Warszawę – 200 czołgów ruszyło bez benzyny i artylerii – W chwili nalotu niemieckiego, Moskale wyskoczyli z czołgów. 200 czołgów zostało zniszczone – ale ten pseudoszturm i zgiełk tej „bitwy” na przedpolach Pragi stał się hasłem do powstania. Warszawę zniszczyły Sowiety – świadomie na zimno.

Nie wiem czy warszawskie mosty były wtedy nienaruszone, ale jeśli nie, to z pewnością były podminowane. Czołgi musiałyby przejechać przez te mosty. Bez wsparcia artylerii i lotnictwa dowództwo sowieckie nie wykonałoby takiego manewru. A gdyby wkroczyło do akcji lotnictwo i artyleria, to mosty zostałyby wysadzone. Nawet nie chce mi się wierzyć, że gen. Bór-Komorowski mógł podjąć decyzję w oparciu o taki meldunek. I Delegat Rządu wyraził zgodę na rozpoczęcie walk. To wszystko grubymi nićmi szyte: i tłumaczenie się Sosnkowskiego, i argumenty Okulickiego. Rzucanie się z nieuzbrojonymi oddziałami, przecież nie regularnego wojska, na uzbrojoną i wzmocnioną, na krótko przed wybuchem powstania, armię, to szaleństwo. Liczenie na to, że utworzenie rządu, zanim wejdą do Warszawy Sowieci, da temu rządowi podstawy do negocjacji ze Stalinem, i że on będzie go respektował – to naiwność. Tyle że nie było tam naiwności i szaleństwa. A jeśli było, to tym gorzej dla nas. Józef Mackiewicz, który na krótko przed wybuchem powstania, uciekając przed bolszewikami z Wilna, przebywał w Warszawie, w powieści “Nie trzeba głośno mówić” napisał, że właśnie wtedy w Warszawie pojawiło się mnóstwo dolarów. Ale o tym nie trzeba głośno mówić! Bo mogłoby się okazać, że ci wszyscy, których uważa się za bohaterów, a przynajmniej niektórzy z nich, mogliby się okazać cynicznymi, wyrachowanymi kanaliami bez skrupułów. Jeszcze wszystko przed nami. Nasi posłowie, ze wszystkich partii, jak przyjdzie stosowny czas, sprzedadzą nas komu trzeba.

Warszawa została zniszczona, ludność zdziesiątkowana, rozproszona po Polsce i po świecie. Ta polska inteligencja, zaczątek polskiej elity, tak pieczołowicie odtwarzany po starcie, jaką przyniosła Wielka Emigracja po rozbiorach i po powstaniu listopadowym, i której najwięcej, po tym jak Lwów odpadł od Polski, było w Warszawie – ta polska inteligencja uległa unicestwieniu. Zniszczono ją, zniszczono budynki, domy, muzea z bezcennymi zbiorami, wszystko zniszczono. Miasto zrównano z ziemią. I dopiero w tym momencie można było budować od nowa. Ale do tych nowych mieszkań, do tych nowych muzeów, uczelni, instytucji centralnych itp., do nich przyszli nowi ludzie. Powstała nowa Warszawa i nowa Polska. I o to chodziło! Niech dopełnieniem do tego będzie cytat z artykułu “Dwa narody” Adama Doboszyńskiego z 1945 roku: Zniszczenie Warszawy stanowi poważny sukces na drodze do lubelskiego narodu. Historyczne budynki, wspomnienia i powiązania, ludzie żywi, ich mieszkania i pamiątki, wszystko to ciążyło kłodą u nogi. W Warszawie zbyt mało było z Szeli, zbyt dużo z Traugutta.

Komu na tym najbardziej zależało? Anglikom? A co oni by z tego mieli? To nie ich strefa wpływu. Bolszewikom? A oni co? Przecież nie zburzyli Pragi, Budapesztu, Bukaresztu i Sofii. Z opozycją poradziliby sobie bez burzenia miasta. No więc kto skorzystał? Kto obsiadł nową Warszawę, urzędy centralne, wydawnictwa, prasę, radio i telewizję, kulturę, teatr itp. Znaleźli sobie ludzi nijakich typu Sosnkowski, Okulicki, Bór-Komorowski, Delegat Rządu – Jan Stanisław Jankowski i tym podobnych. I oni, za pieniądze, z głupoty, czy z naiwności, dokonali dzieła zniszczenia. Warszawa została zniszczona, bo Polacy dali się sprowokować. A może przekupić? Możemy narzekać na Stalina i aliantów, ale przede wszystkim powinniśmy zacząć od krytycznego spojrzenia na siebie, na własne wady. Za dużo w nas emocji, za mało chłodnego myślenia, kalkulacji, a może za dużo w nas zdrajców bez skrupułów.

Nic się nie zmieniło. Ktoś znowu podburza Polaków, naiwnych Polaków, do uczestnictwa w Marszach. Mamy więc Marsz Niepodległości, Marsz Powstania Warszawskiego i czego tam jeszcze nie ma. A oni śmieją się: wasze ulice, nasze kamienice. A do tumanienia nas zatrudniają najzdolniejszych dziennikarzy, którzy uwodzą nas kwiecistą mową i świetnym piórem, ale, co zastanawiające, sami w nich nie biorą udziału, bo zawsze wypada jakieś spotkanie z czytelnikami albo coś innego. Powstanie warszawskie to jeden z – odległych już, ale jakże brzemiennych w skutkach – etapów budowania nowego państwa, w którym Polacy będą obywatelami trzeciej kategorii.

Powstanie warszawskie to wielka tragedia. Zniszczone miasto i jego ludność, która była zaczątkiem polskiej inteligencji i mieszczaństwa, czyli tego, czego Polsce zawsze brakowało, by być normalnym społeczeństwem. Nie ma usprawiedliwienia dla dobrych chęci i podpierania się patriotyzmem, gdy skutki są tak tragiczne. Ale o tym nie trzeba głośno mówić.

Lech Mażewski w swoim artykule opierał się na poniższych źródłach:

  1. Aleksander Skarżyński – Polityczne przyczyny powstania warszawskiego, Warszawa 1984.
  2. Jan M. Ciechanowski – Powstanie warszawskie, Warszawa 1984.
  3. Janusz K. Zawodny – Uczestnicy i świadkowie powstania warszawskiego. Wywiady, Warszawa 1994.
  4. Andrzej Przemyski – Ostatni komendant. Generał Leopold Okulicki, Lublin 1990.

Ustawa reprywatyzacyjna

W latach 1989-91 Czechosłowacja, Węgry i Litwa uchwaliły ustawy reprywatyzacyjne, które uregulowały sprawy własności, ustaliły zasady odzyskiwania mienia zagrabionego przez rządy komunistyczne. A więc na samym początku, po upadku komunizmu, uregulowano sprawy, które wydawały się być najważniejszymi dla państwa i obywateli. I nowe otwarcie odbyło się w atmosferze zaufania i poczucia sprawiedliwości.

W Polsce, pomimo upływu 30 lat, sprawa ta nadal nie jest uregulowana. Rodzi się więc pytanie: dlaczego w tamtych krajach udało się to zrobić szybko i sprawnie, a w Polsce – nie? Można oczywiście podawać różne powody, że nie było woli większości sejmowej, że sprzeczne interesy różnych partii itp. Przez 30 lat przewinęło się przez Sejm tyle partii, tyle koalicji, tyle posłów i nie udało się. Można było mieć wątpliwości i uznać, że jesteśmy tak skłóconym narodem, że nawet w sprawach fundamentalnych nie potrafimy zjednoczyć się ponad podziałami. Jednak w momencie, gdy Żydzi oficjalnie głosili swoje roszczenia w kwocie 65 a później 300 miliardów dolarów, to sprawa stała się jasna. Od 1989 roku do dziś Żydzi decydują o tym, co w „polskim” Sejmie zostanie uchwalone, a co – nie. Jakkolwiek to przykre i przygnębiające, to musimy przyjąć do wiadomości, że Państwo Polskie to atrapa.

Krzysztof Baliński w książce „Ministerstwo spraw obcych” pisze:

… Przy okazji senatorowie wyrazili poparcie dla organizacji kierowanej przez Ronalda Laudera, która jeszcze w październiku 2017 r. skrytykowała przedstawiony przez wiceministra sprawiedliwości Patryka Jakiego projekt ustawy reprywatyzacyjnej. Wśród „wad” projektu senatorzy wymieniają to, że prawo do dziedziczenia roszczeń będą mieli tylko najbliżsi krewni pierwotnych właścicieli w linii prostej. Nie wiemy co odpowiedział premier, ale sam Jaki z projektu wycofał się chybcikiem. Jak widać, im bardziej słabnie „ortodoksja” rządu w – jak się dotąd wydawało – fundamentalnych sprawach, tym bardziej rośnie apetyt żydowskich organizacji. Wycofanie się z projektu ustawy pod dyktando Izraela to nawet nie skandal, to zdrada. „To była decyzja premiera Morawieckiego, który był przeciwny uchwalaniu ustawy w takim kształcie. Projekt miał trafić do kosza” – z satysfakcją wyjaśnił portalowi Wirtualna Polska Jacek Czaputowicz.

Wielu ludzi uważa, że żydowskie roszczenia są bezpodstawne, bo opierają się na dziedziczeniu plemiennym, sprzecznym z naszym prawem, które opiera się na dziedziczeniu przez osoby spokrewnione. Poddają również w wątpliwość skuteczność amerykańskiej ustawy JUST 447, która nie obowiązuje na terytorium Polski. Jest to prawda. Nie zmienia to jednak faktu, że celem tej ustawy jest wywieranie wpływu na „polskich” polityków, by uchwalili kompleksowe ustawodawstwo dotyczące mienia po ofiarach holokaustu. Co to w praktyce oznacza? Oznacza to, że posłowie mają opracować i zatwierdzić uchwały, które usankcjonują żydowskie roszczenia. Skoro w ustawie sejmowej będzie zapis, że mienie bezdziedziczne należy się innym osobom i organizacjom żydowskim, to będzie to już zgodne z polskim prawem.

Prawo żydowskie jest inne. W 1921 roku Adolf Nowaczyński zebrał wiele tekstów dotyczących roli i znaczenia środowisk żydowskich w dziejach zarówno Europy, jak i całego świata. Jeden z nich to „Prawo Hazaka”, w którym czytamy:

Ogół ludzi mniema, że żydzi są wyznania mojżeszowego. Tak jednak nie jest. Ściśle biorąc, żydzi są wyznania talmudycznego, gdyż za najważniejszą księgę świętą, regulującą całe życie, uważają Talmud i tylko się nim kierują.

Talmud powstał z końcem IV w. po Ch. w ten sposób, że uczeni żydowscy objaśniali Thorę i wydawali poszczególne przepisy, odnoszące się do samej Thory, a później do poszczególnych zagadnień życia. Z biegiem czasu te objaśnienia ustne nabrały równorzędnego znaczenia z prawem pisanem zawartem w Thorze. Do zburzenia Jerozolimy, objaśnień uczonych nie wolno było spisywać, uczyniono to dopiero po rozproszeniu żydów, aby nie zginęły. Pierwszy zbiór praw ustnych uczynił rabbi Akiba, po nim r. Meir, lecz zbiorów tych nie uznano. Ogólnie przyjęto dopiero zbiór praw ustnych, pochodzący, od rabbi Jehudy ha-Nassi około roku 180 po Chr. i nazwano go „Miszną”. Później uczeni opracowywali dalej i komentowali „Misznę”, i w ten sposób powstała „Gemara”, która jest właściwie komentarzem „Miszny”. Komentarz ten gubi się w dyskusjach i kazuistycznych dociekaniach, w sporach rabinów i ich zapatrywaniach. Żydzi obecnie uznają przedewszystkiem „Gemarę” w myśl słów: Thora to woda, Miszna wino, a Gemara wino aromatyczne.

Dla nas ważny jest talmud dlatego, gdyż reguluje stosunek żyda do nieżyda, czyli gojma (poganin, nieczysty). Talmud przepełniony jest nienawiścią do chrześcijan, którym odmawia człowieczeństwa i uważa ich za równych ze zwierzętami. Tylko dusza żydowska jest pochodzenia boskiego, natomiast dusze gojów nie powstały z emanacji ducha bożego (Zohar).

Nie sposób w tym miejscu nie przerwać tego cytatu i powrócić do współczesności, by zamieścić wypowiedź Barbary Engelking z 18.05.2018 roku:

Prof. Engelking-Boni powiedziała w programie Moniki Olejnik: „Dla Polaków śmierć to była kwestia biologiczna, naturalna, śmierć jak śmierć. Dla Żydów to była tragedia, dramatyczne doświadczenie, metafizyka”.

Nie powiedziała tego wprost, ale dla niej, zgodnie z Talmudem, Polacy to zwierzęta: śmierć jak śmierć, naturalna, biologiczna – jak u zwierząt. Czyż trzeba lepszego dowodu na to, że Talmud obowiązuje, i że Żydzi nadal są mu wierni. Wróćmy jednak do naszego cytatu:

Jeżeli chcemy wiedzieć, do czego żydzi dążą i jakie mają wobec nas zamiary, musimy poznać przynajmniej najważniejsze wyjątki ich świętej księgi.

A rabbi Kulun mówi, że mienie gojów i ich osoby uważane są przez żydów jakoby jakieś „wolne jezioro, w którem każdy żyd może zapuszczać sieci, byle na to pozwolenie od kahału posiadł”. Do zajęcia posiadłości chrześcijanina, według nauki talmudu, wystarczy czyn symboliczny: jeżeli żyd wetknął rydel w ziemię goja, już stał się panem całości (Baba Baura 55 a); nie wystarczy to jednak według pojęć prawnych narodów, wśród których mieszkają żydzi. Teraz musi żyd użyć swego sprytu, aby goja wyzuć z jego majętności.

I tu znowu czas na dygresję: Użyć swego sprytu. No właśnie! Zmusić Amerykanów do przyjęcia ustawy 447. Wracamy do cytatu:

Znają jednak żydzi zachłanność swoich współwyznawców i wiedzą, że w pogoni za majątkiem mogliby sobie nawzajem przeszkadzać. Aby temu zapobiec, wprowadza talmud prawo hazaka i meropje.

Na podstawie prawa hazaka żyd kupuje od kahału majętność gojowską, którą może później bez konkurencji ze strony innego zagarnąć wszelkiemi możliwemi środkami. Po opłaceniu się kahałowi żyd nabył prawo hazaka (władzę czyli prawo) na majątek chrześcijanina. Nabywca ma prawo nająć majętność, być faktorem tak właściciela, jakoteż i lokatorów. Słowem, on ma tylko prawo eksploatowania wszystkich chrześcijan, którzy wraz z właścicielem są jego ofiarami, o czem eksploatowani nie wiedzą, a nawet się nie domyślają.

W książce „Historia Żydów w Polsce” Teodor Jeske-Choiński pisze:

»Czym był i jest dotąd kahał, dowiedzieliśmy się dopiero od Jakuba Brafmana, Żyda wileńskiego, ochrzczonego w 34 roku życia. Napisał on po rosyjsku dzieło pt. „Książka o kahale” („Kniga kagała”, 1869r.), której ważniejsze wyjątki przetłumaczył na język polski lwowski anonim, K.W.

„Kniga kagała” potwierdza, że kahały polskie i litewskie trzymały się ściśle nakazów i zakazów Talmudu. Co im Talmud przepisał, wykonywali bez namysłu i oporu. A Talmud rozkazał, jak wiadomo, pomiędzy innymi, łupić bez litości, chytrze i przebiegle, wszelkiego gatunku innowierców, zniszczyć ich tak gruntownie, aby Juda mógł zapanować jak najprędzej nad całym światem i skopać zwyciężonych gojów.

Czytamy w księdze Brafmana: „Na ogólnym zgromadzeniu wszystkich starszych przywódców i reprezentantów naszego miasta, za wspólną zgodą bez wszelkiego wahania się, albo jakich krętactwach w kahalnej izbie wobec pełnej liczby członków postanowiono: sprzedać rabi Izaakowi, synowi Gerszona, prawo posiadania (eksploatowania) placu i szpitala, należącego do kleru Rekitskiego, położonych przy końcu ulicy Kajdanowskiej; przy tym sprzedaje się prawo eksploatacji niezabudowanego placu tutejszej gminy (mieszczaństwa), przyległego do wyżej wymienionych: placu i szpitala. Prawo to eksploatacji własności chrześcijańskich sprzedaje się Izaakowi, jego potomkom lub innym pełnomocnikom, wskazanym w sukcesji, od centrum ziemi, aż do wysokości niebios bez wszelkiego ograniczenia, za co rabi Izaak wniósł do kasy kahału wyznaczoną należytość w całości. To prawo od tej chwili jest mu przyznane jako wieczyste i nieruszone, on zaś (Izaak) może go odsprzedać w zastaw lub darować według swej woli… Wkłada się na każdy kahał obowiązek bronienia praw wyżej wymienionego Izaaka i jego następców lub pełnomocników w sposób, aby też prawa pozostały przy nich i utrzymywały ich w cichości i spokoju. Każdy kahał i każdy Bet-Din powinien stanąć w obronie praw Izaaka przeciw każdemu, który by chciał się wdzierać w granice tych ustąpionych przez kahał posiadłości i chciał zrobić uszczerbek prawom, jakie nabył rabi Izaak, syn Gerszona. Każdy kahał i każdy Bet-Din powinien prześladować takiego człowieka, zgiąć go w łęk, przygnieść i kazać mu wrócić wszystkie straty i koszta, jakie mogły wyniknąć z jakiejkolwiek szkody, wyrządzonej Izaakowi”.

Czytając tego rodzaju dziwaczne kontrakty, zdawałoby się, że je skomponował jakiś dowcipniś. Bowiem śmiesznym jest sprzedawać cudzy majątek bez wiedzy i pozwolenia jego właściciela. A jednak to nie humorystyka, lecz prawda.

Wiadomo, że Talmud mianował Żydów panami całego świata i pozwolił im zabierać bez skrupułu mienie innowierców, o ile się tylko dało. Jakimś „wolnym terytorium”, albo jakimś „wolnym jeziorem” nazywał majątek „gojów”. Posłuszne mu kahały wymyśliły dwa sposoby do wyzyskania tego terytorium albo jeziora. Łupienie zamożnych chrześcijan nazwały „hazaką” (władzą, prawem), a wysysanie ubogich chrześcijan nieposiadających żadnego majątku, „meropią”. Obowiązkiem hazaki było wydrzeć z rąk innowiercy jego własność „jakimkolwiek bądź sposobami”, meropii zaś „zaćmienie biednego chrześcijanina”. Żyd, który „kupił” w kahale jakiegoś chudopachołka „zaćmiewał” swój „towar” w taki sposób, iż wypożyczał mu pieniądze na lichwę, nasyłał mu swoich kompanów szachrajskich, bezczelnych oszustów, aby mu przyspieszyli zniszczenie „klienta”. Ta obława kończyła się zwykle nędzą, ruiną ofiary kahału

Widać więc wyraźnie na podstawie przytoczonych cytatów, że te 300 miliardów dolarów, to prawo hazaka, które mówi, że cała własność gojów, w tym wypadku Polaków, należy do Żydów. Jest to kwota wzięta z sufitu. Równie dobrze mogliby powiedzieć – 500 miliardów. Nawet jeśli uznamy, że jest w Polsce jakieś mienie bezdziedziczne, pozostawione po ofiarach holokaustu, to chyba wypadałoby dokonać jakiejś jego inwentaryzacji. Niczego takiego nie zrobiono i nikt tego nie zaproponował. Nikt nawet nie zapytał Żydów, na jakiej podstawie dokonali takiego oszacowania. Polskie miasta były po wojnie zniszczone, a więc i żydowskie mienie uległo zniszczeniu. Ale przecież to nie Polacy zniszczyli swoje miasta. Nawet jeśli wywołali powstanie w Warszawie, to nie oni ją zniszczyli. Któż więc powinien wypłacać odszkodowania? Ten, który niszczył, już je Żydom wypłacił. Pozostaje więc to, co ocalało, ale czy ktoś próbował to oszacować? Nie próbował i nie będzie próbował, bo może okazałoby się, że to tylko drobny ułamek tego, czego domagają się Żydzi. Zupełnie tak, jak z tą stodołą w Jedwabnem.

W październiku 1973 roku polska reprezentacja narodowa w piłce nożnej zremisowała 1:1 z Anglią w słynnym meczu na Wembley. Ten remis okrzyknięto zwycięskim remisem, bo dawał on reprezentacji polskiej awans do finałów Mistrzostw Świata w piłce nożnej w 1974 roku, pierwszy powojenny. W tamtej reprezentacji grali piłkarze, którzy byli bardzo dobrymi piłkarzami, ale był jeden problem. Oni nie byli zbyt elokwentni i dziennikarze, którzy przeprowadzali z nimi wywiady musieli się mocno gimnastykować. Jedynie Jan Tomaszewski i Lesław Ćmikiewicz byli wygadani. Również Lubański, ale on, na skutek kontuzji odniesionej w meczu z Anglią w Chorzowie w czerwcu, nie mógł później grać w tej reprezentacji. Strzelcem tej zwycięskiej bramki był Jan Domarski. Kiedy więc dziennikarz zapytał go o to, jak było z tą bramką, Domarski odpowiedział: przyszła, najszła, zejszła, wejszła. To jest kwintesencja lakoniczności i przyznam, że jestem pełen podziwu. Dla tych, którzy nie grali w piłkę nożną i nie interesują się nią, to może być niezrozumiałe. A więc: przyszła – dostałem podanie, najszła – dokładnie na nogę, zejszła – strzeliłem, ale nie tam, gdzie zamierzałem, wejszła – ale pomimo tego piłka trafiła do bramki. Bardziej lakonicznie i precyzyjnie nie dało się tego ująć.

Gdybym ja chciał w jednym zdaniu zawrzeć to, co tak rozwlekle opisałem powyżej, to mógłbym powiedzieć tak: Żydzi uważają, że Polska i wszystko to, co posiadają Polacy, należy do nich. O to tak naprawdę chodzi w tych roszczeniach. Jak się temu przeciwstawić? Rząd jest filosemicki, premier jest Żydem, Sejm odrzuca propozycję ustawy, która pociągałaby do odpowiedzialności wszystkich tych, którzy chcieliby te roszczenia realizować. Quo vadis Polonia? In absolutum Cohndominium.

Marsz Równości w Białymstoku

W dniu 20 lipca odbył się w Białymstoku tzw. Marsz Równości. Pierwszy tego typu marsz w tym mieście. Spotkał się z gwałtownym sprzeciwem jego mieszkańców. Wydarzenie to odbiło się szerokim echem nie tylko w Polsce, ale i za granicą. Na protestujących wylała się fala krytyki. W sumie więc impreza udała się. Organizatorzy osiągnęli to, co chcieli, czyli konflikt.

We wtorek 16 lipca byłem w Białymstoku i widziałem samochód z plandeką, na której informowano jaki to homoseksualizm jest zły i jakie zagrożenia się z nim wiążą. To samo tylko szerzej docierało do przechodniów przez megafon. Samochód był na warszawskich rejestracjach. Bardzo się tym zdziwiłem, że komuś chciało się jechać z Warszawy.

Dopiero w sobotę, gdy zobaczyłem ten marsz, to zrozumiałem. Prawdopodobnie samochód ten jeździł od początku tygodnia. Klasyczna “padgatowka”. Poinformowanie mieszkańców Białegostoku, że coś takiego będzie miało miejsce z jednoczesnym negatywnym przekazem dotyczącym homoseksualizmu i innych dewiacji. Jakby specjalnie chciano ich zmotywować do protestu. I mieszkańcy nie zawiedli. Stawili się tłumnie, robili zdjęcia, kręcili filmy, inni protestowali. Czyli wszystko odbyło się zgodnie z planem. Nawet pojawili się kibice Jagiellonii. Ciekawe czy sami się zwołali, czy ktoś ich zorganizował. Druga strona nie zawiodła. Prowokowali, rzucali kamieniami, jajkami. Ciekawe skąd je mieli w centrum miasta? Szli ulicą wyasfaltowaną, a nie żwirówką. A jajka też tam nie leżały. Wygląda na to, że jedna i ta sama siła zorganizowała i sfinansowała tę szopkę. Przekaz medialny był diametralnie odmienny.

„Przypomnijmy, że w sobotę po raz pierwszy przez Białystok przeszedł Marsz Równości. Manifestację kilkakrotnie próbowali zablokować przeciwnicy. W stronę uczestników marszu poleciały kamienie, petardy, jajka i butelki oraz wyzwiska. Policja zatrzymała 25 agresywnie zachowujących się kontrmanifestantów.” – pisała w poniedziałek Interia.

Z drugiej strony można zapytać skąd się wzięli tacy gorliwi protestujący, którzy kilkakrotnie próbowali powstrzymać marsz. Wielu z nich zostało aresztowanych. Czy zwykły, przeciętny człowiek zaryzykowałby taki akt desperacji? Na zdrowy rozum: bezbronny człowiek, a przed nim kordon uzbrojonej po zęby policji. Przecież to jest rzucanie się z motyką na Księżyc. Protest bez sensu, chyba że można na tym trochę zarobić. A to inna sprawa! Oglądając ten Marsz na kanale Mediów Narodowych, miałem okazję wysłuchać kilku wywiadów z protestującymi, którzy poza kilkoma wulgarnymi hasłami nie potrafili przedstawić swoich argumentów. Podobnie było w przypadku wywiadów z osobami tylko przyglądającymi się. Z jednej strony opłaceni „protestujący”, z drugiej – ciekawscy mieszkańcy Białegostoku, którzy, kto wie! może czuli się dowartościowani, że w końcu „postęp” dotarł na Podlasie.

Pogrążyć taki marsz można by bardzo prosto. Wystarczyło zbojkotować go. Jak wyglądałby marsz, który idzie pustą ulicą, na której nie ma żywego ducha? Jak żenująco wyglądaliby ci ludzie? Kogo by prowokowali? Jeszcze bardziej żenująco wyglądałaby ta, pożal się Boże, policja. Uzbrojona, opancerzona ochraniałaby, no właśnie! Przed kim ochraniałaby, skoro nikogo by nie było? Do takiego scenariusza finansujący obie strony nie mogli dopuścić. Przecież przedstawienie musi trwać!

Można by więc zapytać: po co tego typu zadymy? Zorganizowanie takiego przedstawienia i opisanie go w mediach światowych służy tworzeniu negatywnego obrazu Polski za granicą, tak by w razie likwidacji Polski nikt nie protestował, a raczej odetchnął z ulgą, że taki niepoprawny politycznie i ideowo kraj zostaje zlikwidowany albo, w najlepszym wypadku, spacyfikowany. Jednak jest to cel uboczny, podobnie jak demonstracja siły: Patrzcie! Uzbrojona policja, opancerzone samochody, armatka wodna, helikopter kontrolujący wszystko z góry. Jakby chcieli nam powiedzieć: Nie macie szans! Jedyne co możecie zrobić, to wykrzyczeć się.

Główny cel jest zgoła innej natury, szerszy, ogólnoświatowy. To jest konflikt. Korzenie zjawiska sięgają filozofii Hegla. Szczegółowo i w sposób starannie udokumentowany opisuje to Antony C. Sutton w książce „Skull and bones, Tajemna siła Ameryki”. Poniżej parę cytatów z tej pracy:

W heglowskim państwie postęp polega na wymuszonym konflikcie, wynikającym ze starcia przeciwieństw. Jeśli jesteś w stanie kontrolować te przeciwieństwa, panujesz też nad rezultatem ich zderzenia.

Czy możliwe jest istnienie wspólnego celu, skoro członkowie Zakonu (Zakonem nazywa Sutton tę tajemną siłę Ameryki) stoją w opozycji do siebie i podejmują sprzeczne działania?

Prawdopodobnie najtrudniejszym zdaniem stojącym przed autorem tej książki będzie przekazanie czytelnikowi w istocie trywialnej informacji: celem Zakonu nie jest „lewica” ani „prawica”. „Lewica” i „prawica” są sztucznie wykreowanymi narzędziami mającymi posłużyć wprowadzeniu zmiany, a ich skrajne odłamy stanowią istotne elementy w procesie kontrolowanej zmiany.

Odpowiedź na tę pozorną polityczną zagadkę kryje się w heglowskiej logice. Nie można zapominać, że zarówno Marks jak i Hitler, stanowiący uosobienie skrajnej „lewicy” i „prawicy”, przedstawiani jako podręcznikowi wręcz przeciwnicy, wyewoluowali z tego samego systemu politycznego: heglizmu. Stwierdzenie to wywołuje grymas intelektualnej udręki na twarzach marksistów i nazistów, ale jest oczywiste dla każdego studenta politologii.

Wbrew twierdzeniom marksistów idea historycznego procesu dialektycznego nie wywodzi się od Marksa, lecz od Fichtego i Hegla żyjących w Niemczech w drugiej połowie XVIII i na początku XIX wieku. W procesie dialektycznym zderzenie przeciwieństw prowadzi do syntezy. Na przykład w wyniku konfliktu politycznej lewicy z prawicą powstaje nowy system polityczny – nie lewicowy czy prawicowy, ale będący ich syntezą. Konflikt przeciwieństw jest niezbędny do wprowadzenia zmian. Prawidłowość tę można dzisiaj prześledzić w literaturze wydawanej przez Komisję Trójstronną, gdzie popiera się zmianę, a środki prowadzące do jej wprowadzenia określa się mianem „zarządzania konfliktem”.

W systemie heglowskim konflikt ma kluczowe znaczenie. Co więcej, w opinii Hegla i systemów opierających się na jego filozofii państwo jest absolutem. Państwo wymaga od każdego obywatela całkowitego posłuszeństwa. W tak zwanym systemie organicznym jednostka nie istnieje sama dla siebie, ale jej celem jest wypełnienie zadania przewidzianego dla niej przez państwo. Wolność można znaleźć jedynie w posłuszeństwie wobec państwa. W hitlerowskich Niemczech wolność nie istniała, wolności jednostki nie przewiduje marksizm, nie będzie też jej wtedy, gdy zapanuje Nowy Porządek Świata. I jeśli przypomina to orwellowski Rok 1984, to tak właśnie ma być.

Mówiąc krótko, państwo jest najważniejsze, a konflikt jest narzędziem umożliwiającym zaprowadzenie idealnego społeczeństwa. Wolność jednostki kryje się w jej posłuszeństwie wobec rządzących.

Czym jest państwo? Jest nim rzecz jasna samozwańcza elita. Co ciekawe, Fichte, który zaprezentował te idee jeszcze przed Heglem, był masonem, niemal na pewno należał też do iluminatów, a z całą pewnością był ich protegowanym. Johann Wolfgang Goethe (wśród iluminatów znany jako Abaris) zapewnił Fichtemu stanowisko na Uniwersytecie w Jenie.

Co więcej, wyznawana przez iluminatów zasada, że cel uświęca środki – zasada, którą Quigley uznał za niemoralną, a stosowana zarówno przez Grupę (angielski odpowiednik Zakonu), jak i przez Zakon – wywodzi się z filozofii heglowskiej.

Wspólnym mianownikiem pozornie całkowicie odmiennych poglądów prezentowanych przez członków Zakonu jest fakt, że przyświeca im nadrzędny cel, dla realizacji którego kluczowe znaczenie ma konflikt idei. Dopóki przedmiotem dyskusji nie stają się prawa jednostki, zderzenie poglądów generuje konflikt niezbędny do wprowadzenia zmiany. Ponieważ celem jest także globalna kontrola, kładzie się nacisk na globalne myślenie, czyli internacjonalizm. Odbywa się to za pośrednictwem światowych organizacji i światowego prawa.

Na przestrzeni ostatnich dwustu lat, od czasu gdy w niemieckiej filozofii rozbłysła gwiazda Kanta, można wyróżnić dwa sprzeczne ze sobą systemy filozoficzne oraz przeciwstawne idee państwa, społeczeństwa i kultury. W Stanach Zjednoczonych, na terenie Brytyjskiej Wspólnoty Narodów i we Francji podstawą filozofii jest jednostka oraz prawa jednostki. Tymczasem w Niemczech od czasów Kanta, przez Fichtego I Hegla aż do roku 1945, filozofia opierała się na powszechnym braterstwie, odrzuceniu indywidualizmu i ogólnym sprzeciwie wobec klasycznej zachodniej myśli liberalnej niemal we wszystkich jej aspektach.

Z systemu filozoficznego Hegla wywodzi się dialektyka historyczna, czyli przekonanie, że wszystkie wydarzenia historyczne są skutkiem konfliktu pomiędzy przeciwstawnymi siłami. Te powstające wydarzenia są czymś innym od wydarzeń konfliktowych i od nich wyższym. Każdą idee lub realizację idei można uznać za tezę. Teza ta będzie zachętą do pojawienia się sił jej przeciwnych, czyli antytezy. Ostatecznym rezultatem nie będzie natomiast ani teza, ani antyteza, lecz synteza tych dwóch skonfliktowanych sił.

Jaką rolę w opinii heglistów pełni więc parlament lub kongres? Celem istnienia tych instytucji jest jedynie zapewnienie jednostkom poczucia, że ich opinie mają jakieś znaczenie i danie rządowi możliwości skorzystania z ewentualnej mądrości, którą „prostacy” mogą przypadkowo się wykazać. Hegel ujął to następująco: „Dzięki temu uczestnictwu, subiektywnej wolności i swojej pysze, [jednostki] wyrażające ogólne opinie mogą w wyraźny sposób okazać się skuteczne, i cieszyć się satysfakcjonującym poczuciem, że coś znaczą”.

Doktryna heglowska głosi przede wszystkim boskie prawo państwa, a nie boskie prawo królów. W opinii Hegla i jego propagatorów państwo jest bogiem na Ziemi: „Istnienie państwa to pochód Boga w świecie, jego podstawą jest siła Rozumu, urzeczywistniająca się pod postacią woli. Każde państwo, czym by nie było, ma udział w boskiej naturze. Państwo nie jest dziełem człowieka, stworzyć je może jedynie Rozum” (Zasady filozofii prawa).

Dla Hegla jednostka jest niczym, jednostka nie ma praw, a moralność polega jedynie na podążaniu za przywódcą. Jednostka ambitna powinna natomiast stosować się do zasady senatora Mansfielda i tańczyć, jak jej zagrają.

Rewolucję ukazuje się zawsze jako spontaniczne wydarzenie skierowane przeciwko autokratycznie rządzonemu państwu, wywołane przez ludzi upośledzonych politycznie lub ekonomicznie. W żadnym z zachodnich podręczników nie znajdzie się informacji o tym, że rewolucje potrzebują pieniędzy, a źródłem tych pieniędzy w wielu wypadkach była Wall Street.

Dużo tych cytatów, ale chyba warte były przytoczenia. Dodam tylko, że Sutton napisał tę książkę w 1983 roku. I żeby skończyć z tymi cytatami, to już ostatni. Tym razem z powieści Józefa Ignacego Kraszewskiego „ŻYD Obrazy współczesne” napisanej w 1866 roku:

„Otóż, najukochańsi Niemcy – kończył Duńczyk – wierzcie mi, że nie mówię tego przez zazdrość o posiadanie Szlezwiku i Holsztynu, bo wcale mi te księstwa nie smakują… wy się mylicie grubo, utrzymując, iż Schiller, Goethe, Kant, Hegel byli Niemcami…”

Ale wróćmy, jak mówią Francuzi, do naszych baranów, czyli do Marszu Równości. To wszystko, o czym pisze Sutton, jest realizowane zarówno w skali makro jak i mikro. To mikro to właśnie ten Marsz w Białymstoku. Klasyczne zarządzanie konfliktem i kontrolowanie go. Tą heglowską tezą był Marsz i reprezentujące go środowiska LGBT, a antytezą protestujący przeciw niemu. Takie pojedyncze działania, same w sobie, jeszcze nie dokonują przełomu, ale jest ich wiele, a rozłożone w czasie i przestrzeni, działają jak kropla, która drąży skałę. To trochę tak jak z Polakami, którzy w 1918 roku zostali zaskoczeni tym, że powstało państwo polskie i ukuli powiedzenie: „Ni z tego, ni z owego, mamy Polskę od pierwszego.” Nie wiedzieli, że już od 1916 roku Niemcy projektowali jego utworzenie. Wkrótce później i Rosjanie wystąpili z podobnym pomysłem. Przeciętny Polak nie mógł mieć o tym pojęcia, bo i skąd?

Dziś możemy mieć do czynienia z odwrotną sytuacją: „Ni z tego, ni z owego, nie mamy Polski od pierwszego”. Właściwie to już jej nie mamy. Rząd, który jest rzecznikiem żydowskich interesów w Polsce, który bardziej wspiera kulturę żydowską niż polską, który bardziej dba o interesy Ukraińców niż Polaków, który dofinansowuje firmy i banki zagraniczne a Polakom serwuje wysokie podatki, to taki rząd nie jest polskim rządem. A skoro rząd ten nie jest polski, to i to państwo nie jest polskie. Skoro Jonny Daniels otwarcie mówi o wydzieleniu z terytorium Polski obozu zagłady w Oświęcimiu i stworzeniu tam strefy eksterytorialnej, to kto tu rządzi? Czyż trzeba lepszych przykładów? Proszę bardzo!

Brak ustawy reprywatyzacyjnej. Czechosłowacja uporała się z tym problemem na przełomie lat 80-tych i 90-tych. Węgry w 1991 roku. Mniej więcej w tym samym czasie Litwa. Dlaczego było tak trudno? Dziś już wiemy o co chodzi. Od czasu, gdy żydzi wystąpili z roszczeniami, początkowo na 65 a później na 300 miliardów dolarów, to już wiemy kto rządzi Polską i to nie od czasu pojawienia się Jonny Danielsa, tylko od 1989 roku. Zresztą wcześniej też rządzili, tylko bardziej dyskretnie.

Spojrzenie na otaczającą nas rzeczywistość poprzez pryzmat filozofii heglowskiej dużo nam wyjaśnia. Dążenie do zmiany istniejącej sytuacji jest realizowane na trzy sposoby:

  • informację, czyli wykorzystanie środków masowego przekazu. Białostocki Marsz został nagłośniony na cały świat. I czego dowiedział się ten świat? Ano tego, że w Polsce biją mniejszości seksualne. Również edukacja został podporządkowana temu celowi. Nie będzie nowej rzeczywistości, jeśli nie będzie nowych ludzi. A tych trzeba ukształtować. Takie marsze jak w Białymstoku mają oswajać, zainteresować, informować.
  • drugim sposobem jest finansowanie skonfliktowanych stron. Zarówno Hitler jak i Stalin byli wspierani przez Wall Street.
  • trzecim – jest kredyt. Zadłużanie państw, samorządów i ludzi prowadzi do ich uzależnienia, a co za tym idzie do podporządkowania a więc i niewolnictwa.

Autorytety

Według definicji słownikowej autorytet to: 1. «ogólnie uznana czyjaś powaga, wpływ, znaczenie, przewaga; mir»: Mieć, zdobyć, utrzymać a. Podważać czyjś a. Tracić a. Cieszyć się autorytetem. 2. «o człowieku, instytucji itp. mających ogólnie uznaną powagę, wpływ, znaczenie: Był dla swych dzieci autorytetem. Najwyższe a-y naukowe orzekły. (nm. z łc.) To w nawiasie oznacza, że wyraz pochodzi z języka niemieckiego i ma łacińskie korzenie.

Często pod pojęciem autorytetu rozumiemy ludzi o nieprzeciętnych zdolnościach w jakiejś dziedzinie, rozległej wiedzy, wysokiej kulturze osobistej i nienagannej postawie moralnej. I takim ludziom skłonni jesteśmy ufać, traktować ich wypowiedzi i opinie jako obiektywny opis rzeczywistości. Ale zapominamy o tym, że nawet najwięksi geniusze, to tylko ludzie, z ich emocjami i wadami.

Jednym z takich niekwestionowanych autorytetów jest Waldemar Łysiak. To znakomity pisarz, publicysta, kolekcjoner i znawca malarstwa, to człowiek wielu talentów, ale to, jak większość ludzi, człowiek kierujący się emocjami i w tych emocjach nieobiektywny. To zwolennik PiS-u, tego PiS-u, który prowadzi nas wprost do Judeopolonii. To też bezkrytyczny wyznawca kultu Marszałka. W książce “Rzeczpospolita Kłamców Salon”, Warszawa 2004, pisze tak:

“Nasuwa się analogia z bolszewikami Lenina i Stalina, którzy nie przetrwaliby do roku 1920, gdyby nie skuteczna pomoc wojsk anarchisty N. Machno. Armia Czerwona byłaby rozbita (i to kilkakrotnie) przez armie białogwardyjskie, lecz Machno ‘trzy razy zawierał tajne porozumienia z władzą sowiecką’ (O. Gierczikow) i kolejno sparaliżował białą armię Krasnowa (1918, 1919), białą armię Denikina (1919) oraz białą armię Wrangla (1920). Jedynie dzięki sprytowi i militarnym zabiegom tego człowieka, skutecznie wspomagającego sypiącą się Armię Czerwoną, bolszewizm nie został zmieciony.”

Czytałem ten fragment i przecierałem oczy ze zdumienia. A gdzie Piłsudski! A gdzie prawie milionowa armia polska, która raptem, ni stąd ni zowąd, zatrzymała się jakby zamieniła się w słup soli? Jak to było i jakie tajne rozmowy prowadził z bolszewikami w 1919 roku Piłsudski, choć nie osobiście, tylko przez wysłanników, to o tym pisał Józef Mackiewicz w swojej powieści “Lewa wolna”. Ale wyznawca kultu Marszałka nie mógł o tym napisać! Mackiewicz, uczestnik tej wojny, gdyby przeczytał wyżej cytowany fragment, w grobie by się przewracał.

To, że ktoś w jakiejś dziedzinie jest wybitny, to nie oznacza, że nie może przemilczać pewnych, niewygodnych faktów. A w tym akurat momencie Łysiak tak postąpił. Aż trudno w to uwierzyć, ale tak jest.

Ostatnio ucierpiał trochę autorytet Stanisława Michalkiewicza. To również wybitny publicysta, pisarz, komentator życia politycznego, erudyta, równie biegle władający słowem pisanym jak i mówionym. Krasomówca – jak wielu go określa. Szczególną popularnością cieszą się jego komentarze na YouTube. Jednak ostatnio autorytet ten ucierpiał nieco, a to za sprawą jego apelu do swoich czytelników i słuchaczy. Poprosił ich o pomoc w wykupieniu mieszkania, do którego to wykupu został zmuszony w trybie nagłym. Dodał, że nie stać go na tak duży wysiłek finansowy w tak krótkim czasie. I tyle można było dowiedzieć się od niego samego. Michalkiewicz nie przedstawił żadnego dokumentu, który uwiarygadniałby jego prośbę. Nie wiadomo więc kto był właścicielem i administratorem budynku, na jaką kwotę oszacowano wartość mieszkania i kto dokonał tej wyceny. On sam nie sprecyzował o jaką kwotę chodzi, ile pieniędzy brakuje mu do wykupienia lokalu.

Odzew na apel był natychmiastowy, a chętnych do pomocy wielu, bo już chyba po miesiącu Michalkiewicz oświadczył, że mieszkanie zostało wykupione. Czy zebrał tych pieniędzy więcej, czy mniej niż było niezbędne do wykupienia mieszkania, tego nie powiedział. Ktoś mógłby zapytać: A co to nas obchodzi, jak kto wydaje swoje pieniądze? Jeśli ktoś dobrowolnie wspomógł Michalkiewicza, to jego prywatna sprawa. I pewnie miałby dużo racji. Jednak w tym przypadku jest trochę inaczej. Michalkiewicz jest, z racji wykonywania zawodu, osobą publiczną, medialną, której wpływ na kształtowanie opinii publicznej jest duży, przynajmniej po tej tzw. prawej stronie.

Znany jest on od lat jako piewca tzw. wolnego rynku, minimum państwa a więc i minimum opieki społecznej. Uważa, że ludzie powinni brać odpowiedzialność za swoje postępowanie, decyzje. Jednym słowem brać swój los we własne ręce. To także zwolennik niskich podatków, bo uważa, że ludzie sami lepiej rozporządzą swoimi pieniędzmi niż państwo. Aż tu nagle taka katastrofa! Ludzie pomóżcie! Przez całe życie nie potrafiłem zadbać o swoje sprawy, nie potrafiłem zarządzać moimi pieniędzmi i teraz ich nie mam. „Pomożecie towarzysze?! – Pomożemy!” Skąd my to znamy?

Człowiek, który postępuje wbrew zasadom, które głosi jest niewiarygodny. Nie ulega wątpliwości, że Michalkiewicz poprzez taki apel stracił autorytet u wielu swoich wcześniejszych czytelników i słuchaczy. Nie u wszystkich. Wielu pozostało przy nim.

Ten przypadek skłania jednak do pewnej refleksji. Czy my jesteśmy aż tak głupim i naiwnym narodem i społeczeństwem by wierzyć w to, że jeden z najbardziej popularnych polskich publicystów i pisarzy, sprzedający swoje książki w nakładach idących w dziesiątki tysięcy, mający od lat stronę internetową, którą wspiera wiele osób z kraju i zza granicy – że ten człowiek nie zdołał zabezpieczyć się finansowo i że jest tak głupi, że nie sprawdził jaki jest stan prawny mieszkania, w którym mieszka? Tak liczny i szybki odzew na apel Michalkiewicza wskazuje, że – tak!

A teraz puśćmy sobie wodze fantazji. Czy rzeczywiście tak było, że Michalkiewicz nie miał pieniędzy. Jeśli założymy, że nie miał, to musimy pójść krok dalej i stwierdzić, że jest życiowym nieudacznikiem i ofermą. Temu jednak przeczy jego intelekt i pozycja, jaką zajmuje. A więc założenie takie jest bez sensu i wypada je odrzucić. Czyli pozostaje druga opcja – pieniądze miał. A skoro tak, to jaki był motyw jego postępowania? I czy zrobił to dobrowolnie? Musiał zdawać sobie sprawę z tego, że tym apelem ośmiesza się w oczach wielu ludzi, że podważa, nieskalany dotychczas autorytet, że naraża się na spadek sprzedaży swoich książek, oglądalności itp. Jeśli miał pieniądze, to po co miałby decydować się na taki krok? Pozostaje więc druga opcja. Został do tego zmuszony. I znowu rodzi się pytanie – przez kogo? I co ten ktoś chciał przez to osiągnąć?

Puszczając nadal wodze swojej fantazji, zastanawiam się, czy nie był to pewien test? Test sprawdzający, jaką niedorzeczność można wmówić ludziom. Jak daleko można się posunąć? Chodzi oczywiście o sprawdzenie tej części polskiego społeczeństwa, która zachowała jeszcze jakieś patriotyczne uczucia. I test wypadł pozytywnie. Dla osoby, która jawi się nam jako szczery patriota, któremu polskie sprawy leżą na sercu, jesteśmy w stanie dużo zrobić i co ważniejsze – zaufać. Kto wie czy tacy ludzie nie będą potrzebni w pewnym krytycznym momencie, by swym kwiecistym językiem zapewniać nas, że nic się nie stało. Pytania i pytania, i wątpliwości.

Jostein Gaarder w książce „Świat Zofii” pisze:

„Filozof więc to ktoś taki, kto przyznaje, że jest cała masa spraw, których nie rozumie. I bardzo mu to przeszkadza. Tym samym i tak jest mądrzejszy od wszystkich, którzy chwalą się, że znają się na rzeczach, o których nie mają pojęcia. Najmądrzejszy jest ten, który wie, czego nie wie. Sam Sokrates twierdził, że wie tylko jedno – a mianowicie, że nic nie wie. Największe zagrożenie stanowią zawsze ci, którzy pytają. Odpowiadanie na pytania już nie jest tak niebezpieczne. W jednym pytaniu zawierać się może więcej prochu niż w tysiącu odpowiedzi.

Michalkiewicz znany jest z tego, że od lat ostrzega nas przed żydowskimi roszczeniami i można powiedzieć, że do pewnego momentu miał na to monopol. Nikt inny w Polsce o tym nie mówił i nie dostrzegał tych zagrożeń. Taki geniusz!? A może widział, tylko nie miał gdzie tego obwieścić – „Urbi et orbi”. Kiedyś Józef Mackiewicz nazwał Stefana Kisielewskiego licencjonowanym opozycjonistą, bo jako opozycjonista rozjeżdżał się w latach 60-tych po Europie, podczas gdy, jak to on pisał, prawdziwi opozycjoniści w PRL-u siedzieli w więzieniach. Tym, którzy nie wiedzą, to informuję, że „ojcem założycielem” UPR-u był nie kto inny, jak właśnie Kisielewski. Z UPR-u wyrastają nogi Michalkiewicza i Korwin-Mikke. Mamy więc kolejne pokolenie, prawdopodobnie, licencjonowanych, już tym razem nie tyle opozycjonistów, co patriotów, prawicowców, liberałów, antysemitów i czego tam jeszcze!

Cóż tak naprawdę wynika z tego, że ostrzega się nas przed żydowskimi roszczeniami? Mnóstwo artykułów na ten temat napisano. Nie tylko Michalkiewicz. Mnóstwo książek wydano. Z jednej strony można powiedzieć, że z tych artykułów i z tych książek emanuje troska o losy ojczyzny. Można jednak na to spojrzeć inaczej. A może jest to takie „gotowanie żaby na wolnym ogniu”, czyli psychiczne przygotowywanie do mającego nastąpić przejęcia państwa przez mniejszość żydowską. Zresztą ta mniejszość poczyna sobie już coraz śmielej.

W tych publikacjach nie ma niestety, poza opisem, pomysłu na to, co w takiej sytuacji czynić należy. Jedynie Marian Miszalski proponuje akcentowanie żydowskiego rasizmu na forum ONZ i innych organizacji oraz wywieranie nacisku na rząd amerykański: coś nam się należy od Amerykanów za udostępnienie naszego terytorium w ich rozgrywce z Rosją. Uważa też, że rząd powinien zająć w tej sprawie zdecydowane stanowisko i publicznie oświadczyć, że roszczenia bezdziedziczne są bezpodstawne. Ale z kolei Krzysztof Baliński w swojej książce „Ministerstwo spraw obcych” stwierdza, że polski MSZ jest całkowicie zdominowany przez Żydów. Któż więc, jak chce Miszalski, miałby występować w obronie polskiego interesu narodowego? Podobnie jest z polskim rządem, który jest dyspozycyjny wobec lobby żydowskiego. Dominacja mniejszości żydowskiej w naszym życiu politycznym i nie tylko politycznym, jest przerażająca, tyle że jeszcze mało kto zdaje sobie z tego sprawę. Autorytety wypowiadają się, piszą książki, biorą udział w konferencjach itp., a Żydzi robią swoje. Na razie po cichu, ale coraz bardziej zdecydowanie.

Polacy, zamiast wsłuchiwać się w głosy autorytetów, prawdziwych czy fałszywych, powinni zdać sobie sprawę z tego, że Polska, praktycznie od początku swoich dziejów, nie była państwem jednolitym etnicznie. Od unii polsko-litewskiej stała się państwem, jakbyśmy to dziś powiedzieli, multi-kulti. Z tego wynikają pewne konsekwencje. Nawet dzisiaj, pomijając obecną imigrację, jesteśmy państwem z mniejszościami, których interesy niekoniecznie są zbieżne z polskimi. A to są obywatele polscy, mówiący po polsku i często deklarujący się jako żarliwi patrioci i gorliwi katolicy.

Cytowany wcześniej Baliński pisze:

Premier Mateusz Morawiecki nawołuje: „Czas odrzucić te zabójcze podziały. Jesteśmy biało-czerwoni. Wszyscy Polacy jesteśmy biało-czerwoną drużyną”. Mieniący się narodową reprezentacją nawołują do „zgody narodowej”, każą ”zapominać”, „wybaczać”, „budować wspólnotę”. Kłamią, mówiąc o „podziałach między Polakami”, fałszują genezę wielowiekowego konfliktu. To nie Polacy są podzieleni i nie poglądy polityczne ich różnią. Różnią się z tymi, którzy z polskością nie chcą mieć nic wspólnego. Czas powiedzieć bez ogródek: nie ma żadnej biało-czerwonej drużyny; są patrioci i jest Targowica; Polakom nie zależy na „zasypywaniu podziałów”; interesuje ich tylko, aby w tej wojnie wygrało ich plemię, po zwycięstwie wykluczyło zaprzańców z polskiej wspólnoty narodowej i odebrało możliwość wpływania na losy kraju. Spór jest bowiem sporem nie o kształt Polski, lecz o samo jej istnienie – albo Polska będzie Polską, albo Polski nie będzie. Zamiast naiwnych apeli do potomków Bermana, przypomnieć trzeba myśl księcia Adama Czartoryskiego: „Istnieją tylko dwie partie w Polsce: partia polska i partia antypolska”, i apel Romana Dmowskiego: „Istnieją Polacy i pół-Polacy, a rasa pół-Polaków musi zginąć”.

Cóż więc radzi Krzysztof Baliński? I jak sam pisze, odpowiedź jest krótka: piętnować zdrajców i sprzedawczyków – publicznie i imiennie. Główne zagrożenie idzie bowiem od wewnątrz, bo operujący zza granicy, bez swych agentów na miejscu niewiele by zdziałali.

A więc nic prostszego! Ale tak, jak kara śmieci została zniesiona nieprzypadkowo, tak nieprzypadkowo wprowadzono ustawę o ochronie danych osobowych. W niej wcale nie chodzi o ochronę danych zwykłego obywatela, tylko o zabezpieczenie się m.in. przed tym o czym pisze Baliński.

Tak więc różne autorytety podsuwają nam różne interpretacje historii, różne interpretacje rzeczywistości i różne interpretacje rozwiązania problemów, które nas dręczą, ale i tak na końcu my sami musimy odwołać się do naszego rozumu, a przynajmniej nauczyć się zadawać pytania, zgodnie z tym, co zostało napisane powyżej: w jednym pytaniu zawierać się może więcej prochu niż w tysiącu odpowiedzi. A poza tym, pytania ukierunkowują nasze myślenie, czynią je bardziej precyzyjnym.

Naród bez głowy

Polska przez wieki była największym skupiskiem diaspory żydowskiej na świecie. I jak nigdzie indziej uzyskała ona tu największe przywileje i żyła w otoczeniu niezwykle tolerancyjnego i łagodnego narodu. Wyrzuceni z całej Europy Zachodniej znaleźli tu Żydzi swoje miejsce odpoczynku, swoje Polin. Konsekwencje tego, my Polacy, odczuwamy dziś w sposób wyjątkowo bolesny, ale najgorsze jeszcze przed nami. Nie da się napisać historii Polski bez uwzględnienia w niej roli Żydów, co więcej, nie można zrozumieć naszej rzeczywistości, udając, że ich w niej nie ma. Oni są!

Druga wojna światowa była tragedią. Była tragedią dla narodu polskiego i taką była dla narodu żydowskiego. Dla narodu polskiego była to tragedia większa niż dla narodu żydowskiego. Naród polski stracił w niej swoją inteligencję, a właściwie jej zaczątek budowany w okresie II RP. Masy, jako takie, przetrwały, chociaż one też cierpiały i ich danina krwi była większa. W przypadku Żydów było odwrotnie. Inteligencja przetrwała, a masy, w odróżnieniu od polskich, zostały całkowicie unicestwione.

W kategoriach jednostki wartościowanie czyjegoś życia na podstawie przynależności do takiej czy innej warstwy czy klasy społecznej byłoby niemoralne i naganne. Tu chodzi o ludzką godność. W Deklaracji Niepodległości Stanów Zjednoczonych brzmi to tak: We hold these truths to be self-evident: that all men are created equal and endowed by their Creator with certain inalienable rights, that amnog these are life, liberty and the pursuit of happiness. To można przetłumaczyć mniej więcej tak: Te prawdy uważamy za oczywiste: że wszyscy ludzie zostali stworzeni równymi i obdarzeni przez Stwórcę pewnymi niezbywalnymi prawami, wśród których są życie, wolność i dążenie do szczęścia.

Jednak w przypadku narodów jest trochę inaczej. Tak zwane elity odpowiadają za losy danego narodu czy państwa. Jeśli ulegną likwidacji, to ich odbudowa wymaga czasu. Masy odbudowują się już w następnym pokoleniu.

Nie ulega wątpliwości, że elity wywodzą się z mas. Jest to jednak proces długotrwały. One nie powstają z pokolenia na pokolenie. W II RP był już zaczątek tych elit, ale druga wojna światowa przerwała ich odradzanie się. Natomiast elity żydowskie przetrwały wojnę i wzmocnione zasięgiem przybyłym wraz z Armią Czerwoną zdominowały życie PRL-u. Trudno więc zgodzić się z tym, że tzw. plan Balcerowicza był próbą uzdrowienia polskiej gospodarki, raczej był zamiarem jej zlikwidowania i to się udało. To kolejny etap na drodze do tworzenia Judeopolonii.

Krzysztof Baliński w swojej książce „Ministerstwo Spraw Obcych czyli polskie sprawy w cudze ręce?” pisze:

»Po wyborach z 4 czerwca Sachs ponownie udał się do Polski, gdzie dziennikarz „Gazety Wyborczej” Grzegorz Lindenberg zorganizował mu i jego asystentowi Davidowi Liptonowi kolejne spotkania. Sachs tak wspomina: „Kiedy wkrótce po wyborach wróciłem do Polski, młody dynamiczny działacz Grzegorz Lindenberg zorganizował nasze, tj. Liptona i moje, trzy kolejne spotkania z głównymi strategami ruchu «Solidarności»: Bronisławem Geremkiem, Jackiem Kuroniem i Adamem Michnikiem”.

Sachs zobaczył się najpierw z Geremkiem. Oczywiście ten nie miał bladego wyobrażenia o zagadnieniach ekonomicznych. Spotkanie zakończyło się stwierdzeniem Geremka: „Myślę że ma pan rację”. Następnie Sachs udał się do Kuronia. Prof. Witold Kieżun tak opisuje spotkanie w swej książce Patologia Transformacji: „Kuroń palił papierosa za papierosem i od razu wyciągnął butelkę”. Następnie Sachs zaczął mu opowiadać o „niezbędnych” reformach, jakie czekają Polskę. Kuroń oczywiście nic z tego nie zrozumiał, ale co chwila znajdując się w alkoholowo-nikotynowym amoku walił ręką w stół i powtarzał: „Tak , rozumiem”. Ostatecznie podpity Kuroń stwierdził, że brzmi to fascynująco i że trzeba to zapisać. Natychmiast Sachs z razem z Liptonem i Lindenbergiem udali się do siedziby „Wyborczej”. Było około 23:30. Od razu przystąpiono do pospiesznego zapisywania programu transformacji ustrojowej. Kuroń chciał, żeby był gotowy już na następny dzień. Potwierdza to Naomi Klein w Doktrynie szoku: „Sachs i Lipton napisali plan polskiej terapii szokowej w ciągu jednej nocy. Miał piętnaście stron i, jak twierdził Sachs, był to, jak sądzę, pierwszy raz, gdy ktoś napisał całościowy plan przejścia z gospodarki socjalistycznej do wolnego rynku”. Po napisaniu planu, który zostanie nazwany „Planem Balcerowicza”, oboje udali się do Michnika.

Tak więc plan polskiej transformacji ustrojowej napisany przez Sachsa z polecenia Sorosa i jego „zaufanych ludzi” powstał w ciągu jednej nocy na życzenie pijanego Kuronia i w siedzibie „Wyborczej”. Sachs w swojej książce wspomina, że rząd amerykański ostrzegał przywódców „Solidarności”, że on i Soros są groźnymi osobami i że mogą jedynie zaszkodzić polskiej transformacji: „Po wydarzeniach tego dnia wielu ludzi w Waszyngtonie próbowało tłumaczyć nowym polskim władzom, że jestem człowiekiem niebezpiecznym. Co najmniej jeden Polak dobrze notowany w Waszyngtonie radził premierowi, żeby mnie wydalił z Polski, zanim naprawdę zaszkodzę polskim reformom”.

W takim razie kogo reprezentował Soros, jeśli rząd amerykański ostrzegał przed nim Polaków? Czy aby nie organizacje żydowskie? Jasno więc z powyższego wynika, że Balcerowicz był nie tylko wykonawcą planu, przez który straciliśmy setki fabryk i przedsiębiorstw, ale planu transferu polskiego mienia do Nowego Jorku. I że to Soros jest odpowiedzialny za plan transformacji gospodarczej Polski, który Polskę w dalszym ciągu niszczy.«

Polska po rozbiorach i powstaniu listopadowym doświadczyła czegoś, co opisano jako Wielką Emigrację. Po prostu polskie elity wyemigrowały do Paryża. I od tego momentu Polacy stali się narodem bez głowy.

Bernhard Struck w książce „Nie Zachód, nie Wschód; Francja i Polska w oczach niemieckich podróżnych w latach 1750-1850”, Wydawnictwo Neriton, Muzeum Historii Polski, Warszawa 2012, pisze tak:

»Epokę reform w drugiej połowie XVIII w. aż po trzeci rozbiór Polski można w oparciu o pojęcia Bitterliego określić jako okres intensywnych stosunków i wymiany kulturalnej, a nawet jako splot kultur. Podróżni tacy jak Johann Bernoulli, Joachim Schulz, Johann Philipp von Carosi, Therese Hubner i inni utrzymywali kontakty osobiste i naukowe, i opisywali je. Prowadzili dialog z polskimi uczonymi, naukowcami, literatami, politykami, światłymi przedstawicielami szlachty, a w niektórych przypadkach z samym królem. Ich relacje i przekaz wiedzy o Polsce był wkładem w polsko-niemiecki transfer kulturalny. Taka forma stosunków kulturalnych w obrębie europejskiej republiki uczonych nie różniła się w istotny sposób aż do ok. 1800 r., pomijając kilka wyjątków, od sytuacji wielu podróżnych udających się w tym samym czasie do Paryża.

Jednak inaczej niż w przypadku Francji i wielorakich kontaktów niemieckich podróżnych z uczonymi, artystami i politykami w Paryżu, których opisy przewijają się w całym badanym okresie, podobnie jak zresztą i w innych epokach, stosunki kulturalne i dialog niemiecko-polski sukcesywnie zanikały. Ostatni rozbiór Polski i pierwsza fala emigracji polskich elit politycznych i kulturalnych po 1795 r. wpłynęła na zmniejszenie się liczby ewentualnych rozmówców czy partnerów. Ostatecznie stosunki te uległy zerwaniu po fali Wielkiej Emigracji, która nastąpiła po upadku powstania listopadowego. Bez elit towarzyskich i kulturalnych, wystarczy przypomnieć opisywaną ponurą atmosferę w Warszawie po 1830 r., wzajemna wymiana i splot kultur były na poziomie podróżujących, kulturalnych i literackich elit trudne do zrealizowania. Tym samym w odniesieniu do Polski sytuacja wzajemnego dialogu zmieniła się fundamentalnie. Aby posłużyć się językiem kolonialnego dyskursu, po 1831 r. nie rozmawiano już z mieszkańcami odwiedzanego kraju, lecz jedynie relacjonowano o nim samym. Polska – podobnie jak z punktu widzenia kolonizatora – przedstawiana była od zewnątrz, nie będąc już prezentowana z perspektywy kontaktów, jakie mogliby nawiązać zagraniczni goście. Znamienne jest, że ci spośród odwiedzających, którzy posługiwali się w latach 30. i 40. negatywną retoryką wobec Polski i polskiej kultury, nie wspominali w swych relacjach o żadnych partnerach dialogu, społecznych czy naukowych środowiskach w Polsce. Zamiast tego dominował podział na „my” i „oni”, który sprawiał, że w narracji brak było indywidualizacji charakteryzującej opisy sprzed 1800 r. Ten podstawowy wzorzec jednostronnie prowadzonego dyskursu, a zatem hegemonicznego dyskursu kulturalnego i spojrzenia wręcz kolonialnego, można odnieść do kontekstu wewnątrzeuropejskiego, a mianowicie do relacji niemiecko-polskich i relacji podróżniczych o Polsce. Dopiero połączenie narodowego i hegemoniczno-kolonialnego dyskursu umożliwiło, inaczej niż w odniesieniu do Francji, posługiwanie się przez podróżnych od połowy lat 30. negatywną i deprecjonującą retoryką.«

Żydzi szybko dostrzegli tę lukę tj. brak polskich elit. Ale była jeszcze polska szlachta, która ze swoim majątkiem i ziemią mogła stanowić pewną przeszkodę w realizacji ich celów. J.I. Kraszewski, jako redaktor kronenbergowskiej “Gazety Codziennej” miał okazję poznać ich. I opisał to w swojej powieści “Żyd”, której fragment cytuje Teodor Jeske-Choiński w książce „Historia Żydów w Polsce”:

»W powietrzu czuć proch (chodzi o powstanie styczniowe), ale dla nas to nic złego. Naturalnie ofiary będą, ale trzeba się będzie wyślizgiwać, aby nas koła tej wielkiej machiny, druzgocącej wszystko, nie pochwyciły. Ostatecznie jednak dla nas wygrana, ktokolwiek z nich wygra. Albo jeden, albo drugi da nam po skończonej awanturze równouprawnienie. Choćby potrzeba było z naszej strony jakichś ofiar pieniężnych, my się zawsze najmniej zrujnujemy, ocalejemy majątkowo, bo nasze kapitały ukryte dobrze, są mniej dostępne od mienia szlacheckiego, od ziemi, widocznej dla każdego. Byliśmy długo w pogardzie i poniewierce; korzystajmy z okazji. Zamiast bawić się w patriotyzm, asymilację itp. mrzonki, myślmy przede wszystkim o sobie. Chłop polski nas nie lubi, wiemy o tym, ale chłop jest głupi – nie boimy się go. O szlachtę nam głównie idzie. Wmiesza się ona przez sam punkt honoru w awanturę, pójdzie do lasu, na krwawe pola, za co ją rząd ukarze, zniszczy, wytępi, wydusi, wywłaszczy, a wówczas dla nas droga otwarta.

“A wówczas dla nas droga otwarta”… Jaka droga?…

„W każdym narodzie musi się wyrobić – rezonowali dalej bogacze żydowscy – ponad masy jakaś inteligencja i rodzaj arystokracji. My jesteśmy materiałem gotowym, my zawładniemy krajem, a panujemy już przez giełdy i przez wielką część prasy nad polową Europy. Ale naszym właściwym królestwem, naszą stolicą, naszym Jeruzalem będzie Polska. My będziemy jej arystokracją, my tu rządzić będziemy. Kraj ten należy do nas, jest nasz…”

Oto jaką drogę widzieli przed sobą, do jakiego celu dążyli żydowscy asymilatorzy już około r. 1862. Zaledwie zdążyli wyjść z ghetta, zdjąć z siebie chałat, oświecić się po wierzchu, dorobić się wielkiej mamony, a już zachciało się im być inteligencją i arystokracją polską, już nazywali Warszawę swoją Jerozolimą, a ziemię polską swoją własnością. Parobkami, helotami mieli być u nich Polacy. Kultura europejska nie wytrzebiła z ich mózgu megalomanii talmudyzmu. Żydami, wrogami innowierców zostali.«

Kraszewski napisał powieść “Żyd” w1866 roku. Można więc śmiało powiedzieć, że świadomość żydowska po powstaniu styczniowym już dojrzała do podjęcia kroków do stworzenia w Królestwie Polskim Judeopolonii. A może to była pierwsza próba? Marian Miszalski w książce „Ukryta wojna cicha kapitulacja? (Polityka polska wobec żydowskiego rasizmu)” wymienia 5 prób stworzenia Judeopolonii:

-pierwsza, to projekt niemiecko-żydowski z 1914 roku.

-druga, to projekt Grunbauma z 1919 roku, polegający na próbie utworzenia państwa polsko-żydowskiego. Projekt ten poległ w Sejmie Ustawodawczym. Była to próba żydowska.

-trzecia próba, ta karykaturalna z 1945 roku (niesuwerenne państwo żydowsko-polskie w sowieckiej Polsce). Był to pomysł sowiecko-żydowski.

-czwarta próba, to również próba sowiecko-żydowska: spisek „okrągłego stołu”. Jaruzelski – eksponent sowieckiej racji stanu, „strona społeczna, to agentura bezpieczniacka ulokowana w „Solidarności” i żydowscy pupile Geremka i Michnika.

-piąta próba za 65 czy 300 miliardów dolarów. To jest próba wyłącznie żydowska, która jest realizowana przy pomocy rządu Izraela, lobby żydowskiego w Ameryce i „piątej kolumny” w Polsce.

Tak to widzi Marian Miszalski. Jeśli więc uznanie powstania styczniowego za taką próbę jest przedwczesne, to uznanie rewolucji 1905 roku już chyba nie! Cytowany wcześniej Jeske-Choiński pisze również:

Dokąd Żydzi zdążali podczas rewolucji, niech opowie Julian Unszlicht, który jako polski pisarz żydowskiego pochodzenia, zna lepiej od „gojów” tajemnice swoich współplemieńców. Pisze on pomiędzy innymi: „Ubiegła rewolucja w Królestwie była rewolucją żydowską, mającą na celu utrwalić hegemonię Izraela nad Polską i zrealizować utopijny ideał »Judeo-Polski«, Syjon na gruzach Polski. – Wiekami całymi żydostwo ze wszech stron spływało w granice Rzeczypospolitej na oścież dla obcych otwarte. Rzeczpospolita nie umiała wzbudzić dla siebie poszanowania ze strony żydostwa, które, biorąc jej tolerancyjność za oznakę słabości, nauczyło się Polskę lekceważyć, nie chcąc nawet jej języka uznać za swój. Żargon niemiecki, jak obecnie żargon rosyjski litwactwa – to żywe dokumenty stwierdzające przywiązanie żydostwa do tych państw, które nie tylko Polskę ciemiężą, ale i samo żydostwo sposobami wytępić usiłowały. Polska ujarzmiona stała się ojczyzną żydostwa całego świata, drugą Palestyną, w której nie miało ono potrzeby liczyć się z interesami ludności rdzennej. W warunkach wyjątkowych Polski przy rosnącym ucisku obcym i pozornym zmiażdżeniu przezeń aspiracji politycznych narodu polskiego, proces odpadania żydostwa od polskości mógł się tylko potęgować, prowadząc w prostej linii do fantastycznej idei Judeo-Polski, odrodzenia »narodowego« żydostwa w ujarzmionej Polsce pod egidą państwowości rosyjskiej. – Pierwszy etap został przebieżony: żydostwo powstaje jako zwarta masa przeciwko narodowi, który w ciągu tylu wieków udzielał mu gościny i przytułku, sądząc, że w zamian za to zdobędzie względy gromiącej go Rosji. Lecz w tej sytuacji walka żydostwa z polskością, mimo poparcia rządu rosyjskiego zakończyłaby się rychło klęską żydostwa, gdyby ono dla swych dążeń nie znalazło punktu oparcia w samym społeczeństwie polskim. Warunkiem nieodzownym istnienia w Polsce jako odrębnej całości tak osobliwej grupy jak żydostwo, było rozerwanie przezeń społeczeństwa polskiego na dwie wrogie części i przykucie jednej z nich – polskiego ludu pracującego – do swego dziejowego rydwanu, toczącego się ku nieznanym losom Izraela po »trupie Polski«.

Siła proletariatu polskiego miała zarazem służyć do wywarcia presji na rząd, by zdobyć na nim ustępstwa, których koszta poniesie Polska, a korzyści zagarnie żydostwo. Do tak niesłychanego eksperymentu dał się użyć socjalizm w Polsce. – Socjalizm polski nie umiał stawić czoła parciu nacjonalizmu żydowskiego, gdyż element żydowski, który się w nim licznie zagnieździł, nie dopuszczał do żadnej krytyki działalności politycznej żydostwa, natomiast zmuszał go ustawicznie do walki z reakcją polską, nie za jej ugodowość, bo to odpowiadało dążeniom centralistycznym nacjonalizmu żydowskiego, lecz za jej antysemityzm, któremu żer obfity dawały wybryki antypolskie socjal-litwactwa. W tych warunkach nastąpił wybuch szalonego, nieokiełznanego niczym antagonizmu. – Izrael stał się nieubłaganym, bezlitosnym sędzią wszystkich prawdziwych czy urojonych przewinień Polski, z lubością opluwał jej przeszłość, jej męczeństwo, jej prawo do wolnego życia. – Żydostwo stało się panem sytuacji w rewolucji. Coraz natarczywiej żądało od socjalistów polskich, by się wyparli swej narodowości, swych ideałów, a z proletariatu polskiego uczynili hołotę nacjonalizmu żydowskiego”.

Najmniej znana powieść Henryka Sienkiewicza to „Wiry”. Jej akcja toczy się w okresie rewolucji 1905 roku. Jest to romans i po części powieść polityczna, choć realistyczny obraz 1905 roku jest w niej skromny. Nie mniej jednak niektóre fragmenty brzmią nad wyraz aktualnie:

Nasi socjaliści zabrali się do przebudowy nowego domu, zapomniawszy, że żyjemy stłoczeni tylko w kilku izbach, a w innych mieszkają obcy, którzy na to nie pozwolą. A raczej owszem! Te kilka izb pozwolą zwalić, ale nie dadzą ich odbudować.

-To lepiej cały dom wysadzić dynamitem – wtrącił Świdwicki.

Ale uwagę tę pominięto milczeniem, po czym Groński rzekł:

-Jedna rzecz mnie wprost zdumiewa, a mianowicie to, że konserwatyści zwracają się z największą zaciekłością nie przeciw rewolucjonistom, ale przeciw patriotom narodowym, którzy rewolucji nie chcą i którzy jedynie mają dość siły, by do niej nie dopuścić. Rozumiem, że to robi obca biurokracja, ale dlaczego wtórują jej w tym nasi patres conscripti?

Również Bolesław Prus napisał powieść „Dzieci” poświęconą rewolucji 1905 roku i również mało znaną. Obie chyba za PRL-u nie były wydawane, co zrozumiałe. Bo czyż można było wydrukować coś takiego:

„-Mamy wrażenie, że poza naszymi warchołami i ewentualnymi zabójcami stoi ktoś inny, komu bardzo zależy na tym, ażeby w kraju upadł przemysł, rolnictwo, wszelki dobrobyt i ażeby stan wojenny trwał Bóg wie jak długo.

-Proszę pana – ciągnął – zarząd fabryki nie tylko u nas dba o interesy akcjonariuszów, to samo jest wszędzie… Bywało źle… działy się niegodziwości… temu nie będę przeczył… Ale kiedy robotnicy pierwszy raz urządzili strajk, kiedy postawili żądania, aby im powiększyć płacę, zmniejszyć liczbę godzin pracy, urządzić łaźnię i ochronkę, opiekę na wypadek choroby, grzecznie traktować ich i tak dalej, i tak dalej, wszyscy począwszy od dyrektora, skończywszy na obecnym tu słudze pańskim – przyznaliśmy im rację i poparliśmy ich w radzie zarządzającej… Więcej panu powiem; w sekrecie zacieraliśmy ręce i szeptaliśmy między sobą: chwała Bogu, że nareszcie i w fabrykach skończą się obrzydliwe, pańszczyźniane stosunki.

-Tak, ruch ten zapowiadał się bardzo dobrze – wtrącił Świrski.

-A ciągnie się jak najgorzej – pochwycił sekretarz. – Bardzo prędko przekonaliśmy się, że robotnikom, a raczej menerom, nie chodzi o poprawę stosunków, ale o wywołanie zamętu… My pierwsze warunki robotników przyjęliśmy i gotowi byliśmy je wykonywać, ale oni tylko zaczęli stawiać coraz to nowe, coraz niemożliwsze żądania, ale jeszcze pracowali niedbale, psuli materiały, kradli, zmuszali trzymać w fabrykach takie jednostki, które kwalifikują się w najlepszym razie do wyrzucenia, w najgorszym do kryminału… A gdy oświadczyliśmy, że dalszych ustępstw fabryka nie może robić, skazano nas na śmierć.

-Cóż oni na przykład panu zarzucają?… – spytał Świrski.

-Nigdy pan nie uwierzy!… – zawołał sekretarz. – Mam zginąć za to, że kiedyś cieszyłem się zaufaniem robotników, że zachęcałem ich do uczenia się, do zawiązywania stowarzyszeń… że wreszcie w ostatnich czasach wyjaśniałem robotnikom niepraktyczność ich postępowania… A prawda!… Parę razy odezwałem się, że niepolskie to ręce i niepolskie serca kierują ruchem, który może skończyć się ogólną nędzą i upadkiem naszego narodu na korzyść nie wiadomo czyją…”

To, co może nie do końca udało się podczas rewolucji 1905 roku, udało się po 1989 roku. Soros zaaplikował nam „Plan Balcerowicza”, a następnie zaczął realizować ideę społeczeństwa otwartego, czyli wszelkie możliwe zboczenia i internacjonalistyczne społeczeństwo.

Kuroń chciał, żeby był gotowy już na następny dzień. Potwierdza to Naomi Klein w Doktrynie szoku: „Sachs i Lipton napisali plan polskiej terapii szokowej w ciągu jednej nocy. Miał piętnaście stron i, jak twierdził Sachs, był to, jak sądzę, pierwszy raz, gdy ktoś napisał całościowy plan przejścia z gospodarki socjalistycznej do wolnego rynku”.

Tyle tylko, że nie był to plan przejścia z gospodarki socjalistycznej do wolnego rynku, tylko plan zlikwidowania gospodarki polskiej. Na piętnastu stronach to można napisać plan destrukcji. Destrukcja wymaga znacznie mniejszego wysiłku niż konstrukcja. Żeby napisać plan przejścia polskiej gospodarki od socjalizmu do wolnego rynku, to trzeba by było dokonać inwentaryzacji tj. opisania tego, co jest rentowne i warte zachowania i tego, co jest nieopłacalne i niewarte zachowania. W PRL-u były przedsiębiorstwa warte zachowania i takie, które były nierentowne, i które należało zlikwidować. Jednak tego typu inwentaryzacja trwałaby co najmniej kilka miesięcy, jeśli nie lat i byłaby opisana na kilkuset stronach, jeśli nie na tysiącach.

Roty Niepodległości

Środowiska narodowe powołały ruch o nazwie Roty Niepodległości. To ruch, którego celem jest sprzeciw wobec amerykańskiej ustawy 447. Ma on wyrażać się w formie protestów ulicznych, działalności edukacyjnej, tworzeniu czegoś, co po angielsku nazywa się think tank, a które to wyrażenie nie ma polskiego odpowiednika, ale które można chyba streścić tak: zanim zaczniesz działać – pomyśl.

Słowo rota ma w języku polskim dwa znaczenia. Pierwsze – formuła przyrzeczenia, przysięgi, przysięga: Rota sądowa. I drugie – w dawnym wojsku polskim: jednostka odpowiadająca dzisiejszej kompanii lub szwadronowi; w liczbie mnogiej: wojsko. A więc Roty Niepodległości to wojsko. I cóż to „wojsko” może zrobić?

Podczas konferencji bliskowschodniej w sprawie Iranu, która odbyła się w Warszawie na Zamku Królewskim w połowie lutego 2019 roku sekretarz stanu USA Mike Pompeo powiedział: …wzywam moich polskich kolegów, aby poczynili postępy w zakresie kompleksowego ustawodawstwa dotyczącego restytucji mienia prywatnego dla osób, które utraciły nieruchomości w dobie Holokaustu. To oczywiście nawiązanie do amerykańskiej ustawy 447.

Protesty wobec tej ustawy nie mają sensu. Jest to amerykańska ustawa i my nie mamy wpływu na to, co robią Amerykanie. Protesty powinny wywierać presję na „polskich” polityków, aby nie „czynili postępów w zakresie kompleksowego ustawodawstwa”. Bo cóż to w praktyce oznacza? W praktyce oznacza to opracowanie i zatwierdzenie ustaw, które sankcjonowałyby żydowskie roszczenia. Innymi słowy, te roszczenia miałyby podstawę prawną w postaci ustaw polskiego sejmu. I wówczas nikt nie mógłby nic zarzucić Żydom. Oni mogliby powiedzieć: Czego chcecie! Przecież sami Polacy na to się zgodzili! I to nic nowego!

„Sejm Rozbiorowy – sejm skonfederowany działający w latach 1773–1775, powołany przez trzy ościenne mocarstwa zaborcze: Rosję, Prusy, Austrię w celu zatwierdzenia cesji terytorium Rzeczypospolitej w czasie I rozbioru Polski.

Po dokonaniu rozbioru Polski zaborcy zażądali, aby król Stanisław i Sejm zalegalizowali ich działania. Król zaapelował do narodów Europy zachodniej o pomoc i zwlekał z powołaniem sejmu. Europejskie mocarstwa zareagowały na rozbiór Polski z obojętnością, z wyjątkiem protestu króla Hiszpanii. Podniosło się jedynie kilka głosów sprzeciwu, jak np. Edmunda Burke, który widział w rozbiorze Polski początek rewolucyjnych zmian w europejskiej równowadze sił.

Podczas gdy król August oraz senat debatowali nad kursem działania, cierpliwość zaborców zaczęła się wyczerpywać. W rezultacie jeden z czołowych przeciwników zgody na zagraniczne roszczenia, biskup Adam Stanisław Krasiński został porwany przez Kozaków i przewieziony do Warszawy, gdzie ambasadorzy zaborców zażądali aby król i senat zwołali sejm walny w celu ratyfikacji rozbiorów. Kolejnym dowodem ich wpływu jest fakt, że senatorzy z anektowanych terytoriów (włączając diecezję inflancką, województwo ruskie oraz województwo witebskie) odmówili udziału w kolejnych obradach senatu. Podczas gdy znikąd nie nadchodziła pomoc, a sprzymierzeni zaborcy okupowali Warszawę, aby siłą oręża wymusić zwołanie sejmu, nie było innej możliwości niż podporządkowanie się ich woli. Warszawa stała się de facto garnizonem zagranicznych mocarstw. 19 kwietnia senat zgodził się zwołać sejm walny.

Sejm ten został zwołany na 19 kwietnia 1773 na wcześniejsze żądanie rosyjskiego posła nadzwyczajnego i ministra Otto Magnusa von Stackelberga, posła pruskiego Gedeona Benoit i austriackiego Karla Reviczkyego, którzy zamierzali przeprowadzić legalizację rozbiorów przez sejm. Jednocześnie mocarstwa utworzyły wspólny fundusz korupcyjny, z kasy którego miano opłacać przychylność posłów i senatorów.

Już 16 kwietnia, 60 przekupionych posłów i 9 senatorów zawiązało konfederację, aby nie dopuścić do zerwania sejmu poprzez zastosowanie zasady liberum veto (uchwały konfederacji stanowione były większością głosów). Marszałkiem konfederacji koronnej został całkowicie oddany Rosji Adam Poniński. Jako marszałka konfederacji Wielkiego Księstwa Litewskiego wyznaczono Michała Hieronima Radziwiłła. Marszałkami sejmu byli Adam Poniński i Michał Hieronim Radziwiłł. Obradom sejmu przewodniczył Poniński, który jako jurgieltnik otrzymywał z ambasady rosyjskiej stałą roczną pensję w wysokości 24 000 dukatów.

Obradujący na Zamku Królewskim w Warszawie otoczeni zostali asystą wojska rosyjskiego. Posłowie Tadeusz Reytan i Samuel Korsak stanęli na czele opozycji przeciwko sejmowi pod węzłem konfederacji i marszałkowi Ponińskiemu. Wsparli ich posłowie: Franciszek Jerzmanowski, Stanisław Kożuchowski, Rupert Dunin, Jan Tymowski, Józef Zaremba, Michał Radoszewski, Ignacy Suchecki, Tadeusz Wołodkowicz, Stanisław Bohuszewicz. Na nic zdało się wykradzenie przez Reytana laski marszałkowskiej, co miało uniemożliwić rozpoczęcie obrad. Nikły opór ostatecznie złamały egzekucje wojskowe w domach oponentów, groźba rozszerzenia rozbiorów o centralne ziemie Polski i spalenia Warszawy w przypadku jego kontynuacji. Część senatorów została aresztowana i zesłana na Syberię.

Znanymi zwolennikami przeprowadzenia rozbioru byli: Adam Poniński, Michał Hieronim Radziwiłł, biskupi Andrzej Młodziejowski oraz Ignacy Jakub Massalski a także prymas Polski Antoni Kazimierz Ostrowski.

Sejm wyłonił ze swojego grona 99-osobową delegację, składającą się z całkowicie zaufanych i kontrolowanych przez zaborców posłów i senatorów, której zadaniem było podpisanie traktatów secesyjnych. 18 września 1773 delegacja podpisała traktaty podziałowe z przedstawicielami mocarstw. 30 września sejm zatwierdził traktat podziałowy.” – Wikipedia.

I taki właśnie scenariusz rysuje się przed Polską. Mamy naciski ze strony amerykańskiej w sprawie ustawodawstwa, mamy wojska amerykańskie w Polsce i mamy żydowskie lobby, które już praktycznie rządzi Polską i tak naprawdę to już nie jest Polska tylko Polin. A więc nic nowego, wszystko już było.

Cóż można zrobić w takiej sytuacji? Można protestować: wasze ulice, nasze kamienice. To już przerabialiśmy. To nie działa! Poruszamy się w obrębie demokracji. Możemy nie pójść na wybory. Wówczas rządzący nie będą mieli naszego poparcia. Nawet jeśli zalegalizują żydowskie roszczenia, to i oni, i Żydzi, i reszta świata będzie miała świadomość, że stało się to wbrew woli narodu. A jak pokazuje historia, z jakiegoś powodu, pewne pozory przyzwoitości panom tego świata są potrzebne.

I cóż to jest, jak nie chichot historii!? Sejm Rozbiorowy obradował na Zamku Królewskim i konferencja bliskowschodnia również tam obradowała. Ten świat jest tak do znudzenia powtarzalny i nudny, że tylko te nowoczesne zabawki zwodzą nas i usiłują nam wmówić, że dzieje się coś nowego. A ten “nowy wspaniały świat”, to nic innego, jak odgrzewane kotlety.