Zaraza

Były pewne zdarzenia w historii, które ze względu na swój przebieg skłaniają do snucia pewnych teorii, które nazywa się teoriami spiskowymi. Tak było w przypadku zarazy, która nawiedziła Londyn w 1665 roku i pożaru w 1666 roku. Daniel Defoe w swoim Dzienniku roku zarazy PIW 2022 szczegółowo opisał jej przebieg. Poniżej parę wybranych fragmentów z tego dziennika.

Doktor zarazy; w XVII, XVIII i XIX wieku medycy zajmujący się ofiarami epidemii, nosili maski z dziobami wypełnionymi ziołami i cieczami, mającymi chronić ich przed zabójczymi miazmatami; zdjęcie: fragment okładki cytowanej książki.

Było to jakoś na początku września 1664 roku, kiedy, tak jak inni moi sąsiedzi, usłyszałem w potocznej rozmowie, że zaraza powróciła do Holandii, a grasowała tam bardzo gwałtownie, zwłaszcza w Amsterdamie i Rotterdamie w roku 1663, dokąd, jak powiadają, została zawleczona, zdaniem jednych – z Włoch, zdaniem innych – z Lewantu, razem z towarami przywiezionymi do kraju przez flotę turecką; inni znów powiadają, że przywleczono ją z Krety, jeszcze inni, że z Cypru. Mniejsza o to zresztą, skąd się wzięła, ale wszyscy twierdzili zgodnie, że powróciła znów do Holandii.

Nie mieliśmy wówczas takich rzeczy jak drukowane gazety, które by szerzyły pogłoski i dawały sprawozdania z różnych wydarzeń, uzupełniając je ludzką fantazją, jak to się czasem praktykowało za mojej pamięci. Ale podobnych informacji dostarczały listy kupców oraz innych, którzy utrzymywali korespondencję z zagranicą, i z nich to podawano sobie nowiny jedynie z ust do ust; tak więc wiadomości nie szerzyły się błyskawicznie wśród ogółu, jak się to dzieje obecnie. Jednakże rząd zdawał się otrzymywać prawdziwe sprawozdania i wiele odbywało się narad, w jaki sposób zapobiec przesiąkaniu tych wieści na zewnątrz; wszystko zachowywano w ścisłej tajemnicy. Toteż pogłoski ucichły, ludzie zaczęli je puszczać w niepamięć jako przedmiot mało nas dotyczący i, jak ufaliśmy, nieprawdziwy, aż dopiero pod koniec listopada, a może nawet na początku grudnia 1664 roku dwóch ludzi, rzekomo Francuzów, zmarło na zarazę przy ulicy Long Acre, a raczej w górnym końcu Drury Lane. Rodzina, u której przebywali, starała się to ukryć w miarę możności, ponieważ jednak zaczęto o tym przebąkiwać w sąsiedztwie, doszło to do uszu Sekretarzy Stanu, ci zaś, uważając za swój obowiązek dowiedzieć się bliższych szczegółów, polecili dwóm lekarzom i chirurgowi przeprowadzenie oględzin zwłok, co też uczynili; stwierdziwszy oczywiste oznaki choroby na ciałach obu nieboszczyków, wyrazili głośno opinię, że zmarli oni na zarazę. Po czym oznajmili ją pisarzowi parafialnemu, który z kolei powiadomił Radę Miejską.

x

Nadeszła tymczasem połowa lipca i zaraza, która dotąd grasowała raczej na przeciwległym krańcu miasta, zaczęła zwracać się ku wschodowi, a więc w stronę dzielnicy, gdzie mieszkałem. Jak można było zauważyć, zaraza nie zmierzała prosto do nas; gród bowiem, to znaczy miasto w obrębie murów, nie odczuwał zarazy; nie przerzuciła się także przez rzekę do Southwark; bo chociaż zmarło tam w tym tygodniu 1268 osób na wszelkiego rodzaju choroby, z czego można podejrzewać, że ponad dziewięćset na zarazę, jednakże w całym mieście, w obrębie murów, zmarło zaledwie dwadzieścia osiem osób, w Southwark tylko dziewiętnaście, łącznie z parafią Lambeth; natomiast w samej tylko parafii St. Giles i St. Martin-in-the-Fields było czterysta dwadzieścia jeden zgonów.

Rozumieliśmy jednak, że morowe powietrze szerzy się przeważnie w parafiach podmiejskich, gdzie, jako że były bardzo gęsto zaludnione, i to przez ubogich, zaraza znajdowała więcej ofiar niż w grodzie, jak to dalej jeszcze zaznaczę. Zauważyliśmy więc, powiadam, że choroba zbliża się ku nam, a mianowicie poprzez parafie Clerkenwell, Cripplegate, Shoreditch i Bishopsgate, z których dwie ostatnie graniczą z Aldgate, Whitechapel i Stepney, mór zatem grasował najzacieklej i najgwałtowniej w tych dzielnicach, nawet wówczas, gdy zaczął wygasać w parafiach zachodnich, skąd wziął początek.

Ponieważ rozpoczęła się ucieczka z grodu, mogłem zaobserwować, że dwór wywędrował wcześnie, a mianowicie już w czerwcu, i udał się do Oksfordu, gdzie Panu Bogu podobało się go oszczędzić; jak słyszałem, zaraza nie dosięgła go nawet w najlżejszym stopniu, za co, jak mogłem zauważyć, nikt z rodziny królewskiej nie złożył nigdy żadnego dowodu wdzięczności, nie wprowadzili też niemal żadnych reform, a choć powiedzenie im tego byłoby daremne, to ich wołające o pomstę do nieba grzechy zdolne były, jak można śmiało stwierdzić, nie odstępując od zasad miłosierdzia chrześcijańskiego, przyczynić się znacznie do ściągnięcia Sądu Bożego na cały naród.

Oblicze Londynu uległo teraz dziwnej zmianie; mam na myśli skupienie zabudowań grodu, jurydyk miejskich, przedmieść, Westminster, Southwark itd., jeżeli bowiem chodzi o dzielnicę miasta zwaną City, inaczej mówiąc, w obrębie murów, zaraza dotknęła ją w bardzo niewielkim stopniu. Na ogól jednak oblicze miasta uległo moim zdaniem znacznej zmianie; smutek i troska przesłaniały wszystkie twarze; bo jeśli niektóre dzielnice nie były jeszcze skazane na zagładę, to jednak wszyscy zdawali się głęboko przejęci, a widząc, że zaraza zbliża się w sposób widoczny, uważali, że zarówno oni, jak ich rodziny są w największym niebezpieczeństwie.

x

Jeżeli mówię o szeregach zamkniętych domów, to nie chcę przez to powiedzieć, że zostały zamknięte na rozkaz urzędów, ale że bardzo wiele osób wyjechało wraz z dworem, dlatego że wymagały tego pełnione przez nich funkcje albo dlatego że były w jakowyś sposób z nim związane, inni znów opuścili miasto ze strachu przed zarazą, co sprawiło, że niektóre ulice wyglądały po prostu rozpaczliwie. Jednakże strach nawet w przybliżeniu nie osiągnął takich rozmiarów w City, zwanym tak w pojęciu nieco oderwanym, a to przede wszystkim dlatego, że choć z początku ogarnęła ludzi nieopisana trwoga, jednakże z uwagi na to, jak już nadmieniłem, iż zaraza występowała zrazu z częstymi przerwami, żyli na przemian w obawie bądź też beztrosko, te odpływy zaś i przypływy następowały kilkakrotnie, tak iż oswoili się z nimi całkowicie; toteż nawet wówczas, gdy nawrót zarazy wydawał się gwałtowny, widząc, że na razie mór nie szerzy się ani w City, ani w dzielnicach wschodnich i południowych, ludzie zaczęli nabierać odwagi, a może, powiedziałbym, hartu. Wprawdzie dużo osób uciekło, jak to mogłem zaobserwować, jednakże byli to przeważnie mieszkańcy zachodnich krańców miasta oraz tego, co nazywamy sercem grodu, to znaczy z kręgu ludzi najzamożniejszych i niezwiązanych z rzemiosłem ani handlem. Jednakże większość pozostałej ludności została i zdawała się znosić cierpliwie najgorsze; w jurydykach miejskich więc, jak również na przedmieściach w Southwark i na wschodnich peryferiach, na przykład w Wapping, Retcliff, Stepney, Rotherhithe itp., ludność na ogół pozostawała na miejscu z wyjątkiem niektórych zamożnych rodzin, niezwiązanych z miastem, jak już wspomniałem, żadnymi interesami zawodowymi.

W tym miejscu nie należy zapominać, że zarówno gród, jak przedmieścia były w okresie tego nawiedzenia niezwykle gęsto zaludnione, to znaczy w chwili największego nasilenia moru; bo choć dożyłem czasów, kiedy mogłem zaobserwować dalszy wzrost zaludnienia i większe niż kiedykolwiek tłumy napływały do Londynu, by się tam osiedlić, to jednak mieliśmy zawsze wrażenie, że ilość osób, które po skończonej wojnie i rozwiązaniu armii oraz Restauracji, czyli przywróceniu monarchii i powrocie rodziny królewskiej, tłumnie przybyły do Londynu, by zająć się handlem lub służyć dworowi w zamian za wynagrodzenie, posady, przywileje itp., była tak znaczna, że miasto liczyło przypuszczalnie o z górą sto tysięcy mieszkańców więcej niż pierwotnie; nie dość na tym, byli tacy, którzy twierdzili, że liczba ich wzrosła w dwójnasób, gdyż przybyły tu wszystkie zrujnowane rodziny stronników partii królewskiej. Żołnierze weterani zajęli się przeważnie handlem lub rzemiosłem i osiedlili się tu wraz z rodzinami. W ślad za dworem powróciło wystawne życie i nowe mody. Ludzie odzyskali dawną wesołość i zamiłowanie do zbytku, a radość z powodu przywrócenia monarchii ściągnęła bardzo wiele rodzin do stolicy.

Często myślałem sobie, że tak jak Rzymianie rozpoczęli oblężenie Jerozolimy w chwili, gdy zebrali się tam Żydzi na święto Paschy, wskutek czego zaskoczono niezliczone rzesze ludzi, którzy kiedy indziej znajdowaliby się w różnych okolicach kraju, tak samo zaraza wtargnęła do Londynu w chwili, gdy na skutek wcześniej wymienionych okoliczności liczba mieszkańców wzrosła niepomiernie. Ponieważ młodzieńczy i wesoły dwór przyciągał ogromny napływ ludzi, co znów wywoływało wielkie ożywienie przemysłu i handlu, zwłaszcza w dziedzinie mody i elegancji, zjeżdżały tam z kolei liczne zastępy rzemieślników, rękodzielników i tym podobnych ludzi, przeważnie ubogich, żyjących z pracy rąk własnych. I przypominam sobie najdokładniej, że w memoriale, który złożyłem lordowi majorowi, dotyczącemu doli ubogich, liczyłem, że w grodzie i pod miastem znajdują się setki, a może nawet tysiące tkaczy trudniących się wyrobem wstążek, z których większość zamieszkuje w parafiach Shoredith, Stepney, Whitechapel i Bishopsgate. położonych w obrębie Spitalfields; to znaczy takiego Spitalfields, jakim było wówczas, teraz bowiem jest pięć razy większe.

Z tego wszakże można wnosić, ilu ogółem było ludzi w mieście; i często mnie, przyznaję, dziwiło, że pomimo tak ogromnej liczby osób, które od razu na początku wyjechały, tyle ich jeszcze, jak się okazuje, pozostało.

x

Muszę się jednak cofnąć do zarania tych zdumiewających czasów. Kiedy obawy ludności zaczęły dopiero się budzić, wzmogło je w dziwny sposób kilka szczególnych znaków i graniczy to niemal z cudem, że zestawiwszy je ze sobą, ludzie nie powstali jak jeden mąż i nie porzucili swoich siedzib, opuszczając miasto, które Niebo zdawało się przeznaczyć na nową Haceldamę1 skazaną na zagładę, na zmiecenie z powierzchni ziemi wraz ze wszystkim, co tam się znajduje. Wymienię tylko parę tych znaków, w istocie jednak były one tak liczne, że dziwiłem się często, iż ktokolwiek (zwłaszcza niewiasty) odważył się pozostać w mieście.

Po pierwsze, na kilka miesięcy przed zarazą ukazała się na niebie ognista gwiazda czy też kometa, tak jak w zeszłym roku na krótko przed pożarem. Stare kobiety i flegmatyczni hipochondrycy płci odmiennej, których mógłbym niemal także nazwać starymi babami, zauważyli, zwłaszcza potem, ale dopiero kiedy minęły te dopusty Boże, iż obie komety przeleciały wprost nad miastem, tak blisko domów, iż niewątpliwie zwiastowały coś bardzo ważnego, i to tylko dla miasta; że kometa przed zarazą miała barwę przyćmioną, bladą, a ruszała się ciężko, uroczyście i powoli, natomiast kometa przed pożarem była jaskrawa i błyszcząca, a nawet, jak mówili niektórzy, płomienna, poruszała się zaś szybko i zamaszyście, z czego wynika, że jedna z nich zwiastowała karę ciężką, powolną, lecz surową, straszną i budzącą trwogę, jaką była zaraza, druga zapowiadała cios nagły, szybki i ognisty – pożogę. Nie dość na tym, niektórzy opowiadali szczegółowo, że kiedy ujrzeli kometę poprzedzającą pożar, zdawało im się nie tylko, iż przelatuje szybko i z impetem, co można było dostrzec gołym okiem, ale nawet słyszeli szum potężnego pędu, groźnego i strasznego, wprawdzie odległy, ale dość wyraźny.

Widziałem obie te gwiazdy i, wyznać muszę, miałem głowę tak nabitą powszechnie panującymi zabobonami, że i ja byłem skłonny dopatrywać się w nich zwiastunów i ostrzeżenia, że zbliża się Sąd Boży, a zwłaszcza kiedy po pierwszej komecie, po której nastąpiła zaraza, ukazała się druga podobna, mogłem sobie tylko powiedzieć, że Pan Bóg nie dość jeszcze srogo ukarał nasze miasto.

Nie mogłem jednakże nadać tym znakom takiego znaczenia wyższej natury, jak to czynili inni, wiedziałem bowiem również, że astronomowie przypisują podobne zjawiska przyczynom naturalnym, że ruchy planet, a nawet dewiacje są obliczone albo też uczonym zdaje się, że potrafią je obliczyć, nie można więc ich naprawdę nazwać zwiastunami ani prognostykami, a tym bardziej sprawcami podobnych klęsk, jak wojna, ogień czy mór.

Ale niech sobie moje myśli czy też myśli filozofów będą, jakie chcą, a raczej były, jakie chciały; owe znaki wywarły niezwykły wpływ na umysły prostych ludzi, którzy prawie wszyscy mieli złe przeczucia, że zbliża się straszny kataklizm i kara Boska grozi miastu; a stało się to na widok tej komety oraz na głos pierwszego dzwonu na trwogę, jakim była śmierć dwóch osób zmarłych w grudniu w parafii St. Giles.

x

Jednakże przezorności lorda majora (burmistrz – przyp. W.L.) i Rady Miejskiej w obrębie grodu, sądom pokoju zaś poza obrębem murów, wspomaganym pieniężnie ze wszystkich stron, zawdzięczamy, iż udało się zachować spokój wśród ubogiej ludności oraz w miarę sił zaspokoić jej potrzeby.

Ponadto dwie okoliczności powstrzymały motłoch od wybryków. Przede wszystkim nawet ludzie bogaci nie gromadzili zapasów żywności w swoich domach, choć powinni byli w istocie to uczynić, i gdyby byli dość przezorni, by tak postąpić, jak zrobili nieliczni, i zamknęli się całkowicie, może łatwiej uniknęliby plagi. Okazało się jednak, że jest inaczej, motłoch więc nie dobrałby się do zapasów żywności, gdyby się był włamał do owych domów, choć rzecz jasna, mało do tego brakowało, a pociągnęłoby to za sobą całkowitą ruinę miasta, nie było bowiem wojsk regularnych, które mogły im stawić opór, nie dałoby się też zrekrutować wyćwiczonych oddziałów dla obrony miasta, gdyż brak było mężczyzn zdolnych do noszenia broni.

Ale czujność lorda majora i tych radnych miejskich, których można było zgromadzić (wielu bowiem nawet spośród nich zmarło, wielu zaś wyjechało), zapobiegła temu nieszczęściu, a osiągnęli to przy pomocy najłagodniejszych i najbardziej ludzkich środków, jakie można sobie wyobrazić, wspierając najbardziej zrozpaczonych zasiłkami pieniężnymi, innym dostarczając zarobków, a przede wszystkim powierzając im dozór nad domami zapowietrzonymi. Że zaś było takich bardzo wiele, twierdzono, że w pewnej chwili zamknięto dziesięć tysięcy domów, każdego zaś pilnowało dwóch stróżów, a mianowicie jeden w nocy, drugi w dzień, nastręczało to sposobności zatrudnienia od razu wielu biedaków.

Kobiety i dziewki służebne, które zostały zwolnione przez chlebodawców, przeznaczono do opieki nad chorymi w całym mieście, to zatrudniło wielki ich zastęp.

Druga okoliczność, nader smętna w istocie, była również w pewien sposób zbawienna, a mianowicie zaraza grasująca straszliwie od połowy sierpnia do połowy października zmiotła przez ten czas od trzydziestu do czterdziestu tysięcy tych biedaków, którzy, gdyby pozostali przy życiu, staliby się wskutek skrajnej nędzy nieznośnym ciężarem, inaczej mówiąc, całe miasto nie byłoby w stanie łożyć tak znacznych sum ani dostarczyć im żywności; byliby więc z czasem, na to, by utrzymać się przy życiu, zmuszeni plądrować bądź sam gród, bądź graniczące z nim osiedla, a więc rozpętaliby zarówno w całym kraju, jak i w mieście najskrajniejszą panikę i zamieszanie.

x

Winienem jeszcze tutaj uczynić inną uwagę na użytek potomności, a to w jaki sposób ludzie zarażają się jedni od drugich; mianowicie, że zdrowi nie zarażali się bezpośrednio od chorych, ale od tych, którzy miewali się dobrze. Muszę jeszcze wytłumaczyć, że gdy mówię o chorych, mam na myśli tych, o których wiadomo, że są chorzy, leżą w łóżku, kurują się, mają na ciele obrzęki i wrzody, i tym podobne tumory. Tych wszyscy się wystrzegali; leżeli oni w łóżku albo stan ich był taki, że nie sposób go było zataić.

Gdy mówię: „ci, którzy się dobrze miewają”,mam na myśli tych, którzy ulegli zarazie, nosili ją w sobie i we krwi, na pozór wszakże nie znać było jej następstw; nie dość na tym, oni sami nie zdawali sobie z tego sprawy, niejedni nawet przez kilka dni. Ci tchnęli śmierć wszędzie i na każdego, co się do nich zbliżył, co mówię, nawet ich odzież kryła w sobie miazmaty choroby, ręce zarażały wszystko, czego się dotknęły, zwłaszcza gdy były gorące i spocone, a mieli wielką skłonność do potów.

Tymczasem nie sposób było rozpoznać takich osób, a one same, jak już mówiłem, nie wiedziały, że są zapowietrzone. To właśnie byli ci, którzy tak często padali zemdleni na ulicy, gdyż czasem chodzili po mieście do ostatka, do chwili kiedy zaczynali się pocić, robiło im się słabo, siadali pod jakimiś drzwiami i umierali. Prawdę powiedziawszy, gdy się tak stało, starali się co sił dobrnąć do drzwi własnego domu; niekiedy zdołali wejść pod swój dach i od razu umierali; czasem znów chodzili dopóty, dopóki nie wystąpiły na nich znamiona choroby, a jeszcze o tym nie wiedzieli i umierali w godzinę albo dwie po powrocie do domu, póki zaś byli poza nim, czuli się dobrze. To właśnie byli ludzie niebezpieczni, takich to zdrowi ludzie powinni się najwięcej obawiać, skądinąd wszakże nie sposób było ich rozpoznać.

W tym leży przyczyna, dlaczego jest rzeczą niemożliwą w okresie nawiedzenia zapobiec szerzeniu się epidemii, choćby się stosowało największą czujność, jaka jest w ludzkiej mocy, a mianowicie dlatego, że nie sposób odróżnić osób zapowietrzonych od zdrowych, a także trudno, aby ci, co ulegli zarazie, jasno zdawali sobie z tego sprawę.

To, jak sądzę, jest przyczyną, że tyle osób mówi o tym, iż powietrze jest skażone i zepsute i że nie warto zważać na to, z kim się przestaje, zaraza bowiem jest w powietrzu.

Zaraza była tak silna, tak zajadła, tak wszędzie przenikała, udzielała się zaś tak niepostrzeżenie, że najskrupulatniejsza ostrożność nie mogła uchronić nas przed nią, póki byliśmy na miejscu. Niech mi wszakże wolno będzie nadal żywić przeświadczenie – mam zaś wiele przykładów świeżo zachowanych w pamięci, dostatecznych, by mnie utrwalić w tym przekonaniu, i nie sądzę, by ktokolwiek oparł się ich oczywistej wymowie – że nikt w całym narodzie nie nabawił się choroby czy też zarazy inaczej, niż w zwykły sposób zarażając się, czy to bezpośrednio przez odzież, dotknięcie czy smród od kogoś, kto już poprzednio jej uległ.

Dowodzi tego również droga, którą epidemia dotarła do Londynu, a mianowicie przez towary przywiezione z Holandii, a sprowadzone tam z Lewantu; pierwszy jej wypadek nastąpił w domu przy Long Acre, dokąd towary owe zostały dostarczone i gdzie po raz pierwszy je rozpakowano; po czym zaraza szerzyła się z domu do domu przez niebaczne obcowanie z chorymi oraz zarażanie się funkcjonariuszy parafialnych, mających do czynienia z umarłymi itd. Są to znane prawdy potwierdzające założenie podstawowe, że zaraza przenosiła się z ludzi na ludzi i z domu do domu, a nie w żaden inny sposób.

x

Muszę wspomnieć jeszcze o przebiegu zarazy; jak się zaczęła na jednym krańcu miasta, posuwała się stopniowo, powoli przechodząc z jednej dzielnicy do drugiej i podobnie jak ciemna chmura, gdy przeciąga nad naszymi głowami, w miarę jak gęstnieje i ciężko zawisa w powietrzu w jednym końcu, jaśnieje i rozprasza się w drugim, tak plaga posuwała się z zachodu na wschód; gdy wzmagała się na wschodzie, przygasała na zachodzie, dzięki czemu te dzielnice miasta, których jeszcze nie dosięgła zaraza, albo te, które opuściła po wyładowaniu na nich swojej furii, były niejako oszczędzone na to, aby pomagać i otaczać opieką pozostałe dzielnice. Tymczasem, gdyby zaraza rozszerzyła się od razu na cały gród i przedmieścia, szalejąc wszędzie z jednakową siłą, tak jak to się stało w niektórych miastach za granicą, pochłonęłaby wszystkich ludzi, umierałoby ich po dwadzieścia tysięcy dziennie, jak podobno było w Neapolu; nie mogliby też wspomagać się i wspierać jedni drugich.

W ostatnim tygodniu września plaga osiągnęła swój punkt szczytowy i furia jej zaczynała się uciszać. Pamiętam, że mój przyjaciel doktor Heath, gdy przyszedł mnie odwiedzić w poprzednim tygodniu, zapewnił mnie, że groza nasilenia złagodnieje za kilka dni. Jednakże widziałem raport z tego tygodnia, a podawał on cyfry najwyższe w całym roku, a mianowicie 8287 zgonów na wszelkie choroby. Wytknąłem mu to z wyrzutem i zapytałem, na czym opiera swoje twierdzenie. Moje pytanie nie zaskoczyło go tak, jak sądziłem. „Widzi pan – odrzekł – sądząc po liczbie chorych i zapowietrzonych, powinno było w ostatnim tygodniu umrzeć dwadzieścia tysięcy osób zamiast ośmiu tysięcy, gdyby epidemia była równie silna jak przed dwoma tygodniami; wówczas bowiem zabijała ludzi w dwa albo trzy dni, teraz śmierć nie następuje nigdy przed upływem tygodnia lub dziesięciu dni. Wtedy nawet jedna osoba na pięć nie powracała do zdrowia, podczas gdy teraz, jak to mogłem zaobserwować, umierają najwyżej dwie osoby na pięć. I wspomni pan moje słowa, następny raport wykaże mniejszą liczbę zgonów, i przekona się pan, że więcej osób powraca do zdrowia, niż dotąd bywało; bo choć mnóstwo jest wszędzie ludzi zapowietrzonych i tyleż ich co dzień ulega zarazie, jednakże nie tyle osób umrze, jak bywało dotychczas, gdyż złośliwość epidemii złagodniała”. To powiedziawszy, wyraził nadzieje, a nawet więcej niż nadzieję, bo przekonanie, że epidemia osiągnąwszy swój punkt szczytowy, poczyna zanikać; tak też było istotnie, gdyż w następnym tygodniu, który był, jak już powiedziałem, ostatnim tygodniem września, raport zmalał prawie o dwa tysiące.

x

Złośliwość zarazy wyczerpała się, a także zima już wkrótce nadciągnęła, powietrze było czyste i chłodne, zaczęły się nawet ostre, coraz bardziej siarczyste mrozy, toteż większość chorych wyzdrowiała i w miecie zapanowały lepsze warunki zdrowotne. Były wprawdzie nawroty zarazy nawet w grudniu i raporty znowu podniosły się o blisko sto wypadków zgonu, ale to znów minęło i niebawem życie powróciło do dawnego trybu. Aż dziw brał, jak nagle zaludniło się miasto, tak iż cudzoziemiec nie zauważyłby, ilu ludzi zginęło. Nie brakowało też mieszkańców w dawnych siedzibach, bardzo mało domów, a nawet żaden nie stał pustką, a jeżeli się to zdarzyło, nie brak było czynszowników chcących je wynająć.

Pragnąłbym móc powiedzieć, że tak jak stolica zmieniła oblicze, tak zmienił się również charakter jej mieszkańców. Nie wątpię, że wielu z nich miało nadal głębokie poczucie wyzwolenia i że byli serdecznie wdzięczni Wszechwładnej Ręce, która ochroniła ich w tak niebezpiecznej dobie. Byłoby nader niesprawiedliwie sądzić inaczej w mieście tak ludnym, zamieszkałym przez ludzi tak nabożnych, jakimi się okazali londyńczycy przez cały czas nawiedzenia, jednakże wyjąwszy to, czego można się było dopatrzyć w niektórych rodzinach i na niektórych twarzach, trzeba przyznać, że postępowanie ludzi było na ogół takie samo jak przed nawiedzeniem i dała się zauważyć zaledwie bardzo niewielka różnica.

Nie brakło nawet takich, którzy twierdzili, że było jeszcze gorzej, że moralność poczęła upadać coraz bardziej właśnie od tego czasu, że ludzie jak marynarze z chwilą, gdy ustanie sztorm, stawali się jeszcze gorsi i głupsi, jeszcze śmielsi i bardziej zatwardziali w grzechu i niemoralności, niż było przedtem, ale nie chcę się tak zagłębiać. Wymagałoby to opowiadania nie byle jak długiego, by wyliczyć szczegółowo wszystkie stopnie, poprzez które zwykły bieg rzeczy został w tym mieście w końcu przywrócony i począł toczyć się swoim dawnym trybem.

xxx

Z tego, co napisał Defoe, zaraza dotarła do Londynu z Holandii, a tam – z Włoch, Lewantu, Krety lub z Cypru. Informacje o niej rozchodziły się poprzez listy kupców. Natomiast rząd otrzymywał prawdziwe informacje i zachowywał je w tajemnicy. Skąd jednak otrzymywał je, o tym autor nie wspomina. Pod koniec 1664 roku upubliczniono fakt śmierci dwóch osób z powodu zarazy. Nie atakowała ona równomiernie w całym mieście, a samego centrum, czyli City, praktycznie nie dotknęła. Rząd, czyli dwór, uciekł do Oksfordu. Początkowo zaraza atakowała z częstymi przerwami. Ponadto nie szerzyła się w City i w dzielnicach wschodnich i południowych. W okresie zarazy samo centrum i przedmieścia były gęsto zaludnione, a po jej ustąpieniu liczba ludności znacznie wzrosła. Ludzie wracali, by zając się handlem i służyć dworowi. Tak działo się po przywróceniu monarchii i powrocie rodziny królewskiej. Ciekawy jest wątek dwóch komet, z których jedna pojawiła się przed zarazą w 1665 roku, a druga – przed pożarem w 1666 roku. Pierwsza miała barwę przyćmioną i poruszała się wolno, druga była jasna, błyszcząca i poruszała się szybko i szum jej potężnego pędu był słyszalny. Zaraza pozbawiła życia od trzydziestu do czterdziestu tysięcy biedaków na ogólną liczbę ofiar szacowaną na siedemdziesiąt do stu tysięcy. Ci biedacy, gdyby przeżyli, byliby dla miasta wielkim ciężarem, jak to ujął Defoe. Zaraza uaktywniała się lub słabła w sposób podobny do tego, jak porusza się chmura nad miastem. Najwyższa tygodniowa cyfra zgonów, to prawie osiem tysięcy trzysta. Największe jej nasilenie miało miejsce od lipca do końca września, a więc trzy miesiące. Po zarazie miasto nadzwyczaj szybko zaludniło się. Nie było opustoszałych domów, żaden nie był niezamieszkały, a jeżeli tak się działo, to nie brakowało czynszowników chcących je wynająć.

Można powiedzieć, że zaraza atakowała wybiórczo i stąd stosunkowo niewielka liczba zmarłych. Gdyby działała z jednakową siłą na terenie całego miasta, to pochłonęłaby wszystkich mieszkańców. Umierałoby po dwadzieścia tysięcy dziennie, jak podobno działo się w Neapolu. Pojawiają się wątpliwości. Jeśli w Londynie i w Neapolu grasowała ta sama zaraza, to dlaczego w Londynie działała wybiórczo i z przerwami, a w Neapolu – nie? W tym miejscu wypada uzmysłowić sobie, co działo się w Anglii przed zarazą. A działo się dużo.

Henryk Rolicki w książce Zmierzch Izraela (pierwsze wydanie 1932), wznowionej przez Dom Wydawniczy „Ostoja”, pisze:

Ostatnie lata wojny trzydziestoletniej przypadają na okres, w którym Anglia pod rządami Karola I Stuarta, żonatego z Burbonką, Marią Henrietą, gorliwą katoliczką, jest terenem walk zawziętych. Z jednej strony stoi król, oparty o państwowy kościół anglikański, reprezentujący raczej schizmę niż reformację religijną, z drugiej zaś obóz purytanów, opartych o parlament. Walki króla z parlamentem wypełniają dzieje panowania Karola I.

W r. 1641 bawi w Anglii Komeniusz, wezwany przez parlament, zaś rok później wybucha wojna domowa (1642-1645). Jako jeden z podrzędnych wodzów wypływa na jej falach Olivier Cromwell. Po zaprzestaniu kroków wojennych (1645) toczą się rokowania długotrwałe między purytanami a królem, zakończone wybuchem drugiej wojny domowej (1648), w tym właśnie czasie, gdy na kontynencie zawierano Traktat Westfalski, kończący wojnę trzydziestoletnią.

Na czele najradykalniejszego skrzydła purytanów, tzw. niezależnych purytanów, staje Cromwell i zwycięża wojska szkockie, stojące u boku króla. Odtąd już można mówić w Anglii o dyktaturze rewolucyjnej; nawet parlament zostaje zmuszony siłą do uznania faktów, a potem rozpędzony. Król zostaje skazany na śmierć i ścięty (1649), jak później Ludwik XVI we Francji.

Cromwell w całym kraju rzeziami i mordami wymusza sobie posłuszeństwo; przeprowadza wywłaszczenie katolików, topi w strumieniach krwi powstanie katolickie w Irlandii w r. 1650 i w r. 1653 po zwycięstwach nad flotą holenderską przyjmuje tytuł Lorda Protektora, zmieniony potem na tytuł Wysokiego Lorda Protektora.

Ruch purytański zanieśli do Anglii w XVI w. anabaptyści, ci sami, co fundowali „Nową Jerozolimę” w Monastyrze pod władzą Jana z Lejdy, dobrowolnego wykonawcy wyroków śmierci. Toteż sympatie dla Izraela nie były wcale platoniczne. Nie zapominajmy, że żydów oficjalnie w Anglii nie było, jeszcze w r. 1290 zostali wygnani z wyspy. Co najwyżej nieliczni marrani, bardzo kryjący się przed okiem niepowołanym, bardziej jeszcze niż w Hiszpanii, opanowanej inkwizycją, mogli się byli przyczaić i trwać przez pokolenia. Marranów hiszpańskich do połowy XVI w. do kraju nie puszczano. A tu teraz chrześcijanie sami stają się dzięki reformacji nie już półżydami, ale wprost żydami nieobrzezanymi.

Ducha żydowskiego purytanizm czerpał tak samo z kalwinizmu jak i anabaptyzmu. Rzeczywiście głębsza analiza wiary i etyki kalwińskiej, a już szczególnie purytańskiej, daje w rezultacie judaizm. „To pokrewieństwo i ta tożsamość nie ulegają żadnej wątpliwości i jesteśmy w prawie wnioskować, jak to czyni wyraźnie wybitny ekonomista (Sombart – przyp. autora), że purytanizm to judaizm.” – George Batault, Kwestia żydowska.

Taki kierunek religijny narzuciła Anglii dyktatura Cromwella i w jego imię Anglia i Irlandia spłynęły krwią. Lecouteulx de Cantelen w swych „Les sectes et sociétes secretes” zapewnia, że Cromwell był „wysoko wtajemniczony w misteria masonerii”. Za jego rządów poczynają się próby ponownego wprowadzenia do Anglii żydów, wypędzonych stamtąd w 1290 r. Akcję tę w porozumieniu z Cromwellem przeprowadza Manasse ben Izrael z Amsterdamu.

x

Mamy więc tu do czynienia z dziwną zarazą, podobnie jak dziwny był ten pożar w następnym roku. Wyglądało to tak, jakby ktoś stopniowo oczyszczał teren pod nową kolonizację. Najpierw pozbyto się części ludzi i zajęto ich domy. To działo się poza City, które zarazy nie doświadczyło. W następnym roku, dla odmiany, City zostało pochłonięte przez pożar. Później je odbudowano i ktoś stał się właścicielem tego terenu i wszystkiego, co na nim powstało. Marrani, czyli hiszpańscy Żydzi, od połowy XVI wieku stopniowo osiedlają się w Anglii, a rewolucja Cromwella, czyli rewolucja angielska, otwiera szeroko Żydom wrota do Anglii. To jednak za mało, by podporządkować sobie i wykorzystać państwo, które będzie budowało imperium i stolicę świata, przynajmniej tę finansową i gospodarczą. Chyba jednak uznano, że sami nie dadzą rady podporządkować go sobie i zjednali sobie pomocników, czyli protestantów, zwanych na gruncie angielskim purytanami I chyba po to potrzebna była reformacja. U protestantów zbawienie osiąga się poprzez wiarę, a u katolików poprzez uczynki, co oznacza, że protestant może pozwolić sobie na wszelkie występki i zbrodnie, ale jeśli będzie głęboko wierzył, czyli czytał Biblię, to będzie zbawiony. Nie miał więc moralnych problemów purytanin, by wyrżnąć Indian w Ameryce. Katolik natomiast musi zasłużyć na to zbawienie poprzez dobre uczynki, miłosierdzie itp. W nagrodę za to, że Anglosasi robią Żydom laskę, ci odwdzięczają się im szerszym strumieniem pieniądza, który trafia do państw protestanckich i dlatego społeczeństwa te są bogatsze od pozostałych. Bo to nie jest tak, że bogactwo bierze się z pracy. Owszem bierze się z niej, ale ta praca musi być odpowiednio wynagradzana, by ludzie chcieli pracować, a nawet bardzo ciężko pracować. Jeśli praca nie jest odpowiednio wynagradzana, to rodzi się zniechęcenie, apatia i obojętność, czyli brak motywacji. Chińczycy zawsze byli pracowici, jak wszyscy Azjaci, ale jak wyglądały komunistyczne Chiny wcześniej, a jak wyglądają dziś? Liberia to państwo, w którym 80% populacji to protestanci. Ci Murzyni nie robią nic innego, tylko modlą się całymi dniami w zborach i Liberia wygląda tak, jak wygląda. Z samego czytania Biblii nie ma bogactwa.

Tak więc Stany Zjednoczone to zbrojne ramię żydostwa, służące im do podporządkowywania sobie całego świata. Ale nie tylko armia tego państwa do tego służy. Nie przypadkiem najlepsze i najbardziej prestiżowe uczelnie są w Stanach Zjednoczonych i w Anglii. Dzięki temu kształcą się tam studenci i stypendyści ze wszystkich państw, stając się w ten sposób agentami Anglosasów, a w praktyce Żydów.

I po to była potrzebna rewolucja w Anglii oraz zaraza i pożar Londynu.

  1. Haceldama – krwawe pole; pole koło Jerozolimy, które kapłani kupili za trzydzieści judaszowych srebrników. ↩︎

Ober-Ost bis

W poprzednim blogu cytowałem Arnolda Zweiga, który charakteryzował obszar zwany Ober-Ostem. Pisał on m.in. tak:

„Niewiele linii kolejowych ożywiało te rozległe prowincje, żadna z nich nie odpowiadała potrzebom mieszkańców. Tak więc szyny kolejowe biegły jedynie jako środki pomocnicze przyszłych operacji wojennych, wtłaczając w obręb swej szczupłej, zbyt ograniczonej sieci wszelki ruch komunikacyjny i potrzeby gospodarcze. Armia sprzymierzonych szczepów niemieckich tysiącem ssawek przylgnęła do ogromnego obszaru. W każdym punkcie, gdzie krzyżowały się drogi lub leżały gęściejsze skupiska ludności, przytwierdzała ona swoje macki, które czyhały, obezwładniały, dusiły lub popuszczały, zależnie od potrzeb i woli najwyższych instancji. Zarazem pompowały one z osłabionego kraju wszystkie soki żywotne i toczyły je w armię lub w państwo niemieckie; odcięte od morza i wszelkiego dowozu, niby gigantyczny polip wysysało ono okolice, które można było jeszcze z czegokolwiek ograbić.”

Tak mi się to skojarzyło, gdy przeczytałem na portalu RMF24 artykuł Miliardy na obronność z KPO. Polska pierwsza w Europie. Poniżej fragment:

Fundusz Obronności i Bezpieczeństwa w KPO – tak nazywa się fundusz, który powołuje Polska. We wtorek o jego powstaniu poinformowała minister funduszy Katarzyna Pełczyńska-Nałęcz. Na obronę z Krajowego Planu Odbudowy ma trafić 30 mld zł. Pieniądze będą służyć nie tylko wzmocnieniu polskiego przemysłu zbrojeniowego, ale również rozbudowie infrastruktury strategicznej, w tym np. dróg.

“To już oficjalnie: Polska jako pierwsza w Europie powołuje Fundusz Obronności i Bezpieczeństwa w KPO. Zainwestujemy miliardy w schrony, infrastrukturę podwójnego zastosowania i rozwój polskich firm zbrojeniowych. Rozwiniemy nasz przemysł i badania nad nowymi technologiami” – poinformowała we wtorek na portalu X minister funduszy i polityki regionalnej Katarzyna Pełczyńska-Nałęcz.

Dodała, że resort rozpoczyna rozmowy z Komisją Europejską związane z kwestią powołania funduszu, a w ciągu dwóch miesięcy we współpracy z Ministerstwem Obrony Narodowej i innymi resortami wypracowany zostanie plan inwestycyjny dla tego funduszu. Przekierowanie środków w ramach Krajowego Planu Odbudowy na cele obronne było jednym z punktów wtorkowego posiedzenia rządu.

Mowa o Krajowym Planie Odbudowy – programie inwestycyjnym, który stworzono w ramach polityki łagodzenia skutków społecznych i gospodarczych pandemii Covid-19.

Teraz jednak fundusze z KPO zostaną przesunięte na cele obronne, o czym zadecydowano we wtorek na posiedzeniu rządu. Pieniądze trafią na Fundusz Bezpieczeństwa i Obronności (FBiO), z którego będą rozdysponowywane na wzmacnianie zdolności obronnych Polski. Właśnie z FBiO finansowana ma być modernizacja przemysłu obronnego kraju, ale także rozwój technologii i infrastruktury strategicznej.

x

Tak się składa, że mieszkam na Podlasiu, w tej części, która wchodziła w skład Ober-Ostu. I prawdę mówiąc niewiele się zmieniło od czasu, gdy Zweig opisywał ten obszar. Układ linii kolejowych pozostał bez mian. Białystok i Lublin, a więc dwa największe miasta na tzw. ścianie wschodniej, nigdy nie miały połączenia kolejowego, takiego normalnego. Jeśli chce się przejechać koleją z jednego do drugiego miasta – dziś pociągi pomiędzy tymi miastami nie kursują, kiedyś kursował jeden – to trzeba, mówiąc językiem żeglarskim, halsować, czyli jechać zygzakiem, wykorzystując odcinki, które były budowane dla celów woskowych. Nie można też przejechać normalnie do Trójmiasta. Trzeba jechać przez Warszawę albo telepać się przez Mazury, czyli Prusy. W tym celu trzeba najpierw jechać na północ do Ełku i tam pociąg skręca na zachód. Tak samo jest, gdy chce się pojechać do Krakowa – tylko przez Warszawę. Kiedyś miałem okazję jechać pociągiem z Krakowa do Lublina. Pod Rozwadowem (Stalowa Wola) pociąg kręcił takie piruety, że głowa mała, bo przejeżdżał przez dawną granicę austriacko-rosyjską.

Po „odzyskaniu” niepodległości w 1918 roku połączono ze sobą trzy różne części, należące do trzech różnych państw i do dziś te części nie zostały scalone w sensie komunikacyjnym i nie wyrównano różnic w infrastrukturze kolejowej i drogowej. Szczególnie dotyczy to wschodniej części Rzeczypospolitej Ukraińskiej. Nie zrobiono tego w PRL-u, nie zrobiono tego również w III RP (1989-2022). Zapewne dlatego, że było to zabronione. Z tego wynika, że zarówno PRL jaki III RP były koloniami. W RU priorytetem są zbrojenia – wszystko dla województwa kijowskiego.

W takiej sytuacji nie dziwi, że strategia obronna RU zakłada cofniecie się na linię Wisły, czyli oddanie całej wschodniej części. To jest oczywiście nieco zmodyfikowana pierwsza wersja układu Ribbentrop-Mołotow. O tym, jak ewentualnie zostanie ustalona strefa wpływów na tym obszarze, zadecydują wnukowie obu wyżej wymienionych panów, a nie te pawiany w garniturach. Oni, co najwyżej, mogą bawić się w wybory pawiana nr 1 i skakać z gałęzi na gałąź, czyli pajacować.

Od czasu unii personalnej z Litwą w 1385 roku, pomiędzy Rosją a Niemcami, istnieje strefa, którą można określić jako Zulu-Gula Land, czyli typowy obszar kolonialny i poligon wojskowy, nazywany wcześniej przedmurzem. Stąd te bitwy, z których nic nie wynikało i nie było z nich żadnych korzyści, jak choćby Grunwald czy Wiedeń. W takich warunkach nie mogło powstać nowożytne, nowoczesne państwo, podobne do tych w Europie Zachodniej, a co się z tym wiąże – również takie społeczeństwo i naród. I tak ten obszar nadal jest traktowany przez współczesne państwa tej Europy i Stany Zjednoczone.

Ober-Ost

W poprzednim blogu zamieściłem informację z Wikipedii o Ober-Ost, czyli o niemieckim obszarze i jednostce administracyjnej na wschodzie. Wspomniałem też o tym, że jego istnienie zmusiło mnie do rewizji mojego dotychczasowego poglądu na kryzys przysięgowy z lipca 1917 roku i genezę wojny 1920 roku. Ale Ober-Ost to nie tylko obszar i jednostka administracyjna, to w pewnym sensie stosunek Niemiec do państw i ludności zamieszkującej ten obszar. Dobrze to opisał Arnold Zweig w powieści Spór o sierżanta Griszę Czytelnik 1955, której akcja toczy się w 1917 roku. Poniżej wybrany fragment:

Obszar okupowany, podległy Naczelnemu Dowództwu Wschodu, zwany Ober-Ost albo też krótko Ob.-Ost, leżał w rozwartym kącie olbrzymiego karbu, który wycina wschodnia granica Prus od wybrzeża Bałtyku po Górny Śląsk. Zasadniczo zbliżał się on ku obu rzekom, Dnieprowi i Dźwinie. Na południu zasięg jego graniczył z rządzonym z Warszawy obszarem administracyjnym „Polska” tudzież z austriackim; na północy Rosjanie bronili jeszcze Rygi i kraju za rzeką. Ober-Ost obejmował zatem głównie Kurlandię, Litwę, północną Polskę – kraj zboża i lasów, stepy i mokradła; kartofle, drób, bydło; nieliczne złoża mineralne, miasta, twierdze, sioła.

Niewiele linii kolejowych ożywiało te rozległe prowincje, żadna z nich nie odpowiadała potrzebom mieszkańców. Warstwa Rosjan, rządząca w tych krajach Litwinami, Białorusinami, Polakami, Żydami – to wojskowi i urzędnicy, pochodzący ze skrzyżowania wojowniczych szczepów Bałtów, Wielkorusów i Tatarów. Rządzili tutaj oni wedle własnych zasad, podobnie jak w Prusach nadłabscy junkrzy marchijscy: ślepotą, podejrzliwością, uciekaniem się do wojen. Tak więc szyny kolejowe biegły jedynie jako środki pomocnicze przyszłych operacji wojennych, wtłaczając w obręb swej szczupłej, zbyt ograniczonej sieci wszelki ruch komunikacyjny i potrzeby gospodarcze. Armia sprzymierzonych szczepów niemieckich tysiącem ssawek przylgnęła do ogromnego obszaru. W każdym punkcie, gdzie krzyżowały się drogi lub leżały gęściejsze skupiska ludności, przytwierdzała ona swoje macki, które czyhały, obezwładniały, dusiły lub popuszczały, zależnie od potrzeb i woli najwyższych instancji. Zarazem pompowały one z osłabionego kraju wszystkie soki żywotne i toczyły je w armię lub w państwo niemieckie; odcięte od morza i wszelkiego dowozu, niby gigantyczny polip wysysało ono okolice, które można było jeszcze z czegokolwiek ograbić. W każdym mieście rozsiadły się biura pełne pisarzy – oficerowie i wystrojeni na oficerów urzędnicy trzaskając drzwiami schodzili z zadartymi nosami ze schodów, ocierali się o ludność, którą jako nieucywilizowaną szczerze gardzili, a która w zamian darzyła ich skrycie taką samą nienawiścią – komendy placu, sztaby etapów, szpitale, magazyny, władze administracyjne, redakcje i sądy. Każda większa wieś gościła podporucznika w charakterze komendanta placu lub wachmistrza policji z jego sztabem lub przynajmniej w opróżnionej, wygodnej chacie oddział żandarmerii polowej.

W gruncie rzeczy najwyższe władze uważały cały kraj za zarekwirowany. Jedyną jego kłopotliwą częścią składową była ludność miejscowa i tę przeszkodę należało w jak największej mierze usunąć. Nikt zresztą nie myślał o tym, aby kiedykolwiek wynieść się z tego kraju; każdy, komu zlecono tymczasowo jakąś funkcję reprezentującą jakąkolwiek władzę, bodaj nauczyciela czy starosty, zamyślał również po zawarciu pokoju dzięki prawu zasiedzenia pozostać tu nadal. Niektórzy wpływowi oficerowie zawczasu już upatrzyli sobie wielkie dobra, które pragnęli otrzymać później w dotacji od wdzięcznego cesarza. Na ludność patrzano tak, jak patrzy patriarchalny, nadłabski dziedzic na swoich polskich parobków i dziewki. Pod pozorem grożącego szpiegostwa przygwożdżono by najchętniej w izbie każdego ponad dziesięć lat liczącego mieszkańca tych przyszłych ziem pruskich. Wobec niemożności uczynienia tego zabroniono przynajmniej używania kolei wszystkim, którzy nie nosili niemieckiego munduru lub stroju pielęgniarki, natomiast pozwolono im na używanie gościńców i dróg polnych, chociaż także dopiero po uzyskaniu odpowiednich dokumentów, tylko za dnia i pieszo.

Ale kraj pocięty był rzekami. Z bagnistych okolic, ze wzgórz spływały wody w dół ku wielkim szlakom wodnym – Wiśle, Bugowi, Niemnu – których ujścia, o ile wychodziły na północ, stanowiły ważne porty handlowe w obrębie pruskich prowincji. Wojna pożerała drzewo; prócz ludzkiego mięsa, odzieży i zboża niczego nie pożerała każdej chwili w takich ilościach, jak belki, kłody, deski, słupy, papierówkę, wióry, wełnę drzewną i trociny. Na handlu drzewem każdy mógł ładnie zarobić, ponieważ należało do dobrych uczynków pielęgnować na sposób pruski, trzebić, wycinać i na nowo zalesiać nieprzejrzane, bezsensownie gęsto porosłe obszary puszczy. Nadto po ściętym pniu albo po wiązce żerdzi nikt nie potrafi poznać, skąd, przez kogo i jakim prawem drzewo zostało ścięte. Rozsądnie było przeto zasłużyć się spławianiem drzewa. Tysiącami też wystawiano dokumenty flisackie dla ludzi okazujących w tym kierunku uzdolnienia.

Tak więc reb Ajzyk Menachem mógł pewnego dnia wieczorem wręczyć dwóm ludziom takie dokumenty: pomięte i znów wygładzone, brudne, zasmarowane wiarygodnie rozmieszczonymi tłustymi plamami, miały one wygląd zupełnie czcigodny i przekonujący, nie mówiąc już o podpisach i pieczęciach.

x

Mamy więc tu opis obszaru, który traktowany był przez Niemców jak kolonia, a ludzie wręcz jako podludzie. Był to obszar do wyeksploatowania pod każdym względem: materialnym, ludzkim i jako poligon, miejsce do prowadzenia wojen. Gdy doda się do niego Ukrainę, to otrzymany kształt będzie bardzo zbliżony do zasięgu terytorialnego przedrozbiorowej Rzeczypospolitej. Nic zatem dziwnego, że stał się on strefą buforową pomiędzy Rosją i Niemcami, czyli takim nijakim tworem, powstałym z połączenia małego Królestwa Polskiego z Wielkim Księstwem Litewskim, które nie było państwem tylko zlepkiem księstw. WKL zdominowało Królestwo Polskie, większość posłów i senatorów zasiadających w sejmie pochodziło z tamtych terenów. Największe księstwa prowadziły własną politykę zagraniczną, stąd mieliśmy stronnictwa ruskie, pruskie i francuskie. Ludność WKL nie była w pełni rozwinięta pod względem narodowościowym i językowym, co raczej nie sprzyjało tworzeniu wspólnego systemu wartości. Dla jego ludności bardziej liczyło się zdanie ich kniazia litewskiego czy rusińskiego. Takim kniaziem na Podlasiu przez długi czas był Cimoszewicz.

WKL weszło w konflikt z Księstwem Moskiewskim, a później z Wielkim Księstwem Moskiewskim, które dążyło do zjednoczenia wszystkich ziem dawnej Rusi Kijowskiej. Unia polsko-litewska spowodowała konieczność uniezależnienia ludności prawosławnej Rzeczypospolitej od Moskwy i stąd pomysł stworzenia cerkwi unickiej, podporządkowanej papieżowi w myśl zasady: czyja religia, tego władza. Doszło więc do takiej sytuacji, że w obrębie tworu zwanego Rzeczpospolitą funkcjonowały trzy wyznania: katolicy, prawosławni i unici. Ci bojarzy rusińscy czy litewscy, którzy przeszli na katolicyzm mogli zasiadać w sejmie Rzeczypospolitej. Z tym wiązały się przywileje, których nie mieli pozostali. To było podłożem tych wszystkich konfliktów i powstań na Ukrainie i w mniejszym stopniu na Białorusi. Oczywiście ci bojarzy, którzy stali się katolikami, stali się niejako z automatu Polakami, a raczej „Polakami”.

Tak więc wszystkie konflikty w Rzeczypospolitej miały podłoże wyznaniowe i były to konflikty wschodnich Słowian, z których część przeszła na katolicyzm i od tego momentu nazywano ich Polakami. To dotyczyło wyższych sfer. Niższymi zajęto się w XIX wieku i na masową skalę polonizowano ludność na wschodzie. Działo się to głównie poprzez naukę języka polskiego i literaturę tworzoną dla nich. Stąd taki wtedy wysyp różnych Mickiewiczów, Słowackich, Orzeszkowych, Konopnickich, Zapolskich itp. Ale ci nowi Polacy byli z założenia antyrosyjscy.

Jest rzeczą naturalną, że w takich warunkach nie mogło powstać nowoczesne, sprawne i silne państwo. Rzeczpospolita utrwaliła więc, przez okres swego istnienia, stan swego rodzaju bezpaństwowości, niedorozwoju i zacofania w stosunku do Europy zachodniej, ale też i do Rosji. Po rozbiorach ziemie te zajęła Rosja, a po wybuchu I wojny światowej Niemcy, gdy zajęli te tereny, uznali je za swoją kolonię.

Obecny rozwój sytuacji w tym rejonie utwierdza tylko w przekonaniu, że tu nic nie zmieniło się od czasów unii polsko-litewskiej, czyli od momentu powstania tego dziwnego tworu zwanego Rzeczpospolitą. Trwają różnego rodzaju dyplomatyczne wygibasy, by wepchnąć wojsko Rzeczypospolitej Ukraińskiej do wojny na Ukrainie. Stopniowe wycofywanie się Ameryki, choć zapewne pozorne, ma umożliwić Niemcom i Rosji wykreślenie nowej mapy Europy w tym rejonie. A czy ona może być inna od tej, która już kiedyś obowiązywała?

Analogie

Dzieją się na naszych oczach dziwne rzeczy w związku z wojną na Ukrainie. Jaki jest prawdziwy cel tych zabiegów, to nie wiadomo, ale pewnie za jakiś czas się dowiemy. Tymczasem nie pozostaje nic innego, jak tylko poszukać podobieństw czy analogii w historii tego regionu, zwanego strefą zgniotu. Ciekawe uwagi znalazłem w powieści Arnolda Zweiga (1887-1968) Intronizacja Czytelnik 1956. To niemiecki pisarz żydowskiego pochodzenia (zwei + g), o czym zresztą Wikipedia informuje. Akcja powieści toczy się w 1918 roku i koncentruje się wokół zamiaru Niemców wyniesienia na litewski tron króla im sprzyjającego i stąd tytuł tej powieści. O traktacie brzeskim pisałem w oddzielnym blogu, jeśli więc kogoś interesują jego szczegóły, to tam je znajdzie. Poniżej wybrane fragmenty.

1

Ordynans Lebehde z Oddziału V Ober-Ostu, z czapką bez daszka wciśniętą na czoło, w pasie włożonym na płaszcz, prężnie i po żołniersku biegnie poprzez noc, z cienką teczką pod pachą. Ulice Kowna są słabo oświetlone i całkiem puste. Obywatele przebywający po godzinie siódmej wieczorem poza domem muszą mieć specjalną przepustkę; bawimy się tu wszakże w „kraj nieprzyjacielski” i rozgarnięty żołnierz, jakim jest frajter Lebehde, od dawna wie o tym. Niektórzy biorą udział w tej zabawie, inni po prostu szczerzą zęby w uśmiechu lub wzruszają ramionami. „Przecież z nami również – myśli idący szybko żołnierz – bawią się w armię na wojnie, gdy tymczasem jesteśmy tylko uwięzionymi cywilami, narodem, na który nałożono areszt, zmuszono do służby wojskowej przez klasy panujące – książęta, urzędników, zawodowych oficerów, junkrów, bankierów, profesorów, pastorów, dziennikarzy i ich kobiety, ich popleczników. Oni wszyscy trzymają ze sobą i zapewniają swej kaście władzę; ujadają wprawdzie na siebie, ale w wypadkach poważnych podtrzymują wzajemnie swoją równowagę, podobnie jak dwie załogi ciągnące linę. Te również ciągną i szarpią linę tam i z powrotem, lecz znając reguły gry, nie ustępują. Dopiero gdy jedna z załóg puści sznur, druga pada w tył; lina się zwalnia i wtedy ludzie czasem potrafią zrobić z nią coś rozsądnego”.

2

Młodzi ludzie w rodzaju Winfrieda kręcili się przed wojną setkami na niemieckich uniwersytetach. Od czasu utworzenia Rzeszy Niemieckiej nastąpił między Renem a Odrą rozkwit gospodarczy, który mimo kryzysów i wahań wydał bujny owoc w pierwszym dziesiątku lat dwudziestego wieku. Niemieckie towary, niemieccy inżynierowie, technicy, lekarze, wynalazcy i myśliciele, niemieccy muzycy i pisarze zapładniali i krzewili europejską cywilizację, podnosili znaczenie swej ojczyzny, zrównali ją z narodami o najstarszych kulturach. Wprawdzie, jeśli chodzi o współżycie ludzi, istniały pewne ograniczenia; odpowiednio do wielkości państewek, z których składała się Rzesza, jej ludność rozpadała się na poszczególne człony, ściśle zamknięte we własnych kręgach. Protestantów, katolików i Żydów łączyły tylko luźne kontakty. Robotnicy prowadzili odrębne życie, chłopi i ziemianie mieli styczność z nową epoką wyłącznie poprzez nawozy sztuczne i maszyny. Bawarczycy i Prusacy, Hesowie i Westfalczycy, Ślązacy i Brandenburczycy trwali przy ojczystych tradycjach. Lecz w wielu małych, średnich i dużych miastach rozwinęło się mieszczaństwo wychowane na niemieckich klasykach, które w sposób liberalny i wielkoduszny usiłowało za pomocą książek, idei, dzieł sztuki oraz światopoglądu urzeczywistnić jedność narodu. Rok w rok ciągnęli młodzi chłopcy i dziewczęta do wielkich miast, aby tam rozwijać swoje zdolności, czerpać wyższe wykształcenie i znaleźć zawód mogący służyć całej społeczności.

3

Karol Lebehde otwiera drzwi, wchodzi w krąg zielonego, przytłumionego światła lamp biurowych, ale natychmiast zatrzymuje się: zauważył bowiem dziwną drętwotę w tej zazwyczaj gwarnej sali z ustawionymi wzdłuż i wszerz stołami. Tylko maszyna piszącego na matrycach Nentwicha głucho grzechocze, tylko głos dyktującego podoficera Hallera rozbrzmiewa w ciszy. Równomiernie odczytuje on ze stenogramu to, co przedtem przyjął do wiadomości swym rozsądnym, opanowanym umysłem. W kącie pokoju, odwrócony tyłem, stoi ktoś w narzuconym na ramiona płaszczu. Ten ktoś również słucha, oparty o stół, z ręką na papierach, które miał przerzucić. Lebehde widzi tylko krótko ostrzyżoną głowę, lekko odstające uszy i kanciaste ramiona żołnierza.

– „Odpowiedź Rządu Rosyjskiego na nowe i ostateczne warunki zawarcia pokoju powinna nadejść w ciągu nocy. Według prywatnych doniesień z Petersburga ich przyjęcie wydaje się pewne, w przeciwnym razie rząd bolszewicki straciłby poparcie mas.” – Poparcie mas – powtarza Haller na pytające spojrzenie Nentwicha, któremu – jak wie – trzeba niekiedy pomóc. Ci milczący ludzie mają ponad mundurami twarze przeciętnych Niemców, mniej lub więcej zniszczone i zniekształcone wskutek życia w ciągłej zależności i trzech lat wojny. Ale właśnie dlatego ci słuchający komunikatu i usiłujący go zrozumieć ludzie reprezentują całą olbrzymią armię niemiecką, cały naród, wszystkich mężczyzn, a nawet kobiety, dzieci i nie narodzone jeszcze niemowlęta wszystkich europejskich warstw i klas, którym samodzielnie nie wolno decydować o swej doli, za które kto inny rozstrzyga i decyduje. Tak więc wraz z nimi, przez nich reprezentowane, cisną się niewidzialne milionowe rzesze dookoła podoficera Hallera, słuchając chciwie jego słów, w których zawarty jest los. Los Rosji?… nie tylko Rosji.

– „Rozumie się samo przez się, że przyjęcie nowych i ku naszemu ubolewaniu cięższych warunków pokojowych nie będzie łatwe dla Rady Komisarzy Ludowych. Rozsądnie myślące koła rosyjskie przyznają jednak, że zachowanie się delegacji sowieckiej wystawiło cierpliwość naszych parlamentariuszy oraz sprzymierzonych z nami rządów na najcięższą próbę i że wyłącznie manewrom komisarza Trockiego należy przypisać, iż pokój nie został zawarty na bazie łagodniejszych warunków z pierwszych tygodni rokowań i dobrych stosunków, nawiązanych w Brześciu Litewskim. Nowe warunki brzmią następująco: po pierwsze – wycofanie czerwonych oddziałów z Finlandii, Łotwy i Estonii; po wtóre – oderwanie się prowincji bałtyckich, jak również Kurlandii, Litwy, Polski oraz Ukrainy od państwa rosyjskiego na podstawie prawa o samostanowieniu narodów; Rosji nie wolno wtrącać się do układów, jakie wyodrębnione obszary zawrą z czwórprzymierzem. Po trzecie – odstąpienie Turcji Karsu, Batum i Ardaganu (Kaukaz). Po czwarte – zwrot zaległych odsetek od rosyjskich pożyczek przedwojennych, będących w posiadaniu Austrii i Niemiec, przez zdeponowanie złota wartości trzydziestu milionów rubli w Banku Rzeszy w Berlinie. Po piąte – wymiana jeńców z uwzględnieniem naszych potrzeb gospodarczych”. Od nowej linii: „Widoczne w prasie ententy rozgoryczenie z powodu pokoju na wschodzie, po którym prawdopodobnie zawarty zostanie wkrótce pokój z Rumunią, ze względu na nasze sukcesy i umiarkowanie daje nam szczególną satysfakcję”.

– „Zostanie” i „umiarkowanie” – to nie brzmi dobrze – zauważył żołnierz w odpiętym płaszczu nie odwracając się od stołu. – Żałuję, Berlin tak napisał – odparł Haller i podniósłszy głos dyktował dalej: „Francuskie dzienniki podkreślają z nienawiścią, że w tym pokoju bez aneksji Rosja traci cztery procent swego terytorium i dwadzieścia sześć procent ludności. Równie gwałtownie atakują angielskie głosy prasy bierność własnego rządu i rządów sojuszniczych wobec tego niemiecko-bolszewickiego spisku”.

– Bezczelność! – mruknął pod nosem frajter Lebehde. Nie wiadomo, kogo i co ma na myśli, i podobne niedopowiedzenie zawisa w całym pokoju. Wszyscy ci ludzie czują głuchą rozterkę z powodu osobliwej sprzeczności. Z radością witają pokój, gdyż jest on początkiem końca wielkiej rzezi. Ale zarazem z trwogą od wielu tygodni już patrzą, jak nadciąga; o ile bowiem utworzy się samodzielne państwa i w ten sposób pozbawi chleba armię okupacyjną, wszyscy oni wrzuceni zostaną do wielkiego kotła przeglądów, a potem na zachód. Sposób, w jaki ukartowano sprawę w Brześciu Litewskim, zadowala więc teraz ich instynkt samozachowawczy. Wszystko pozór i oszustwo, nadal trwa administracja i okupacja niemiecka, nadal istnieje wielka armia wschodnia. A jednak w wielu z nich odzywa się sumienie, rośnie niesmak i wstyd z powodu nadużycia, jakie się tu popełnia. Wydział Prasowy, podobnie jak cała armia, nie składa się z samych Wszechniemców. Jest jednak niemiecki, podporządkowuje się władzy, chociaż nie uważa jej za prawo, uznaje pięć za liczbę parzystą, tak samo jak siedem czy dziewięć, nie zajmuje w tej sprawie żadnego stanowiska.

4

Cały naród ciągnie zaprzęg, przepełniony jednym jedynym przekonaniem, idącym od wewnątrz, tak jak mu je narzucono z zewnątrz: jeszcze ostatnie uderzenie, ostatni wysiłek, ostatnia pożyczka wojenna – i latem spadnie w nasze ręce dojrzały owoc zwycięstwa w nagrodę za czteroletnie posłuszeństwo i wyrzeczenia. Oto w głębinach mórz łodzie podwodne przemykają do Ameryki po surowce i aż na Morze Śródziemne, aby zatapiać ludzi i zwierzęta; oto na powietrznych szlakach szumią Zeppeliny obładowane bombami i wielkie samoloty, a niechęć polityków milknie wobec olbrzymiej pewności siebie sztabu generalnego. Zdobycie terenu pod Amiens, Kemmel, nad Marną – czy to już naprawdę upadek mocarstw zachodnich? A Amerykanie, czy doprawdy nie potrafią wystawić we Francji armii, przeciwstawić swoich świeżych sił bojowych wyczerpanym dywizjom niemieckim? Naczelne Dowództwo Armii twierdzi, że nie potrafią, a kto wątpi w jego słowa, naraża się na aresztowanie; niemiecki polityk nie chce ściągnąć gniewu dowództwa na swoją głowę.

W przepełnionych transportach jednak, które opuszczają wschodnie wybrzeża Ameryki i lądują na zachodnich brzegach Europy wyładowując bez końca ludzi i maszyny, w tych konwojowanych dla ochrony przed łodziami podwodnymi statkach, przybywają nie tylko Jim i Jack, Bob i Bill z Teksasu, Frisco, Chicago i Seattle, z Bostonu, Filadelfii i z kotła Nowego Jorku. Wraz z nimi wślizgują się z niesamowitą siłą niewidzialne biliony maleńkich żyjątek. Siedzą w ubraniach, we włosach, w błonach śluzowych, powodują kaszel, kichanie, lekką gorączkę – nic nie szkodzi, wielkie skupiska ludzkie są zawsze ogniskiem epidemii, a z wojną łączy się nierozerwalnie dżuma. Tym razem nazywa się ona grypą. Być może, bakcyl ten w odmiennym klimacie okazuje niezwykłą zjadliwość, gdy przenika do organizmów Europejczyków, którzy nie są z nim oswojeni; tak samo było, jak twierdzą uczeni, z syfilisem. A może w innym klimacie on sam nabywa nowych właściwości. Jakkolwiek ma się sprawa, od portów zachodnio-europejskich niepowstrzymanie rozszerza się na ziemi fala choroby. Na całej ziemi, z wyjątkiem może niektórych wysp lub bardzo odległych części świata. Poza nimi jednak grypa atakuje wszędzie oddziały wojska, schrony, pociągi z urlopnikami, miasta i wsie. W maju roku 1918 epidemia wybucha w krajach prowadzących wojnę i w neutralnych, a ponieważ bierze się ją znowu ze niewinne zaziębienie, podobne do dawnych nagminnych katarów, może się ona mocno zakorzenić. Cyfra wypadków śmiertelnych wzrasta wkrótce do niewiarygodnej wysokości. Przede wszystkim mrą ludzie młodzi, dziewczęta między piętnastym i dwudziestym piątym rokiem życia, a spośród młodych kobiet zwłaszcza ciężarne.

Ludzie żyją w dziwnym nastroju. W nerwowym oczekiwaniu tego, co przyjdzie, spędzają dni tej pięknej, to ciepłej, to znów zimnej wiosny. Wypadki porywają ich z sobą, jak gdyby nurt czasu spiętrzył się i wartko gnał ku morzu, którego powierzchnia leży nisko i które go wsysa. Wszyscy przysięgają, że prawdziwe życie zacznie się na nowo, gdy skończy się rzeź. Wszyscy wierzą, że odnajdą dobra kulturalne tam, gdzie je porzucili latem 1914 roku. Trwożne napięcie moralne przepełnia świat. Niemcy zdają się zwyciężać. Jeśli jednak zwyciężą, jeśli duch bojowy wynagrodzi ich znowu, jak wynagrodził Fryderyka II u końca Wojny Siedmioletniej, to wybuchnie ogólny kryzys wartości duchowych, runą fundamenty Europy i staną się konieczne nowe, takie, przy których przemoc wyruguje prawo, a bezwzględny wyzysk – wszelkie szanse gotowości, aby także słabszym dać swobodę życia na tej kwitnącej, majowo zieleniącej się ziemi.

5

Pięć kolejnych ofensyw załamało i zdruzgotało siłę najlepszej armii świata. Obecnie wiedziano już, że gdyby pierwsza marcowa ofensywa przeprowadzona została z całą mocą, na jaką stać było wówczas Niemcy, nikt nie mógłby sobie nawet wyobrazić, co by się stało. Armia angielska zostałby unicestwiona, droga do Paryża i do morza stanęłaby otworem. Lecz generalny kwatermistrz miał inny, własny pogląd na wojnę na zachodzie; wymacywać we froncie nadwątlone miejsca, jak to zwał, zamiast stwarzać takie miejsca przez uderzenia najlepszej armii świata. Gdy oddziały walczące pod Amiens były u kresu sił, skupiał już ogromne armie we Flandrii i pod Verdun, w Alzacji, gdzie kto chciał; brak ich było tylko nad Sommą i za nią. Teraz, dokładnie w cztery miesiące później, armie te były osłabione i przerzedzone wskutek walk, zdziesiątkowane grypą, obezwładnione rozczarowaniem po tylu wielkich obietnicach. Natomiast ruszyli Amerykanie. Do tej pory dziewięć dywizji tryskających siłą i energią, wyekwipowanych do ostatniego guzika. Jutro będzie ich dziewiętnaście, pojutrze trzydzieści. Kolumny czołgów i eskadry samolotów, żłobiące niebo i ziemię. Wskutek krótkowzroczności i żądzy łupu pozwolono wojnie dociągnąć do piątego roku, a potem roztrwoniono i zmarnowano całą przyszłość i potęgę Niemiec, skupione w rękach pruskiej kasty oficerskiej.

6

W jaki sposób człowiek uczy się widzieć? Oto ktoś dorosły objaśnia dziecku wrażenia doznawane za pomocą wzroku. Samo doznanie nie daje żadnej korzyści. Bez rady i pouczenia świadomość ludzka gromadzi tylko obserwacje, co sekunda dołącza jedną do drugiej, niekiedy zdumiewa się, chciałaby się zatrzymać, odwrócić się, coś przetrawić. Lecz bez ustanku wchłanianie zasypuje ją nowymi przeżyciami: jednocześnie z narastającym pragnieniem dania temu wyrazu wzmaga się tępy ucisk, bolesna walka z wewnętrznymi oporami, z głuchą niewiedzą, z bezsiłą w wprowadzaniu ładu i zrozumienia. Dopiero gdy dziecku przyjdzie z pomocą ktoś, kto nada przedmiotom nazwy, opanuje wielką klawiaturę słów i nazwie po imieniu to, co było tylko wrażeniem, powiąże to, co w pozornym chaosie stało obok siebie, świat uzyskuje przejrzystość, nastaje światło i dzień, błyska zrozumienie i w jaskrawej eksplozji jasności ustaje dotychczasowy zamęt, (…).

xxx

W pierwszym fragmencie oddał Zweig, poprzez myśli prostego żołnierza, całą obłudę i zakłamanie tego świata. Nic nie zmieniło się od tamtych czasów. Obowiązkowa służba wojskowa to współczesne niewolnictwo. No bo jak inaczej nazwać zmuszanie ludzi do uczestnictwa w jakichś bezsensownych wojnach, w trakcie których wielu z nich może zginąć. I jaki interes ma w tym zwykły człowiek, by walczyć o jakąś abstrakcyjną rzecz czy ideę, jaką jest państwo? Jakie to ma znaczenie dla przeciętnego człowieka w Rzeczypospolitej Ukraińskiej czy jest ona pod amerykańskim, czy rosyjskim butem? Co mnie obchodzą Kresy? Ja tam nie mam i nie miałem rodziny. Stroje ludowe mojej matki czy babki były zupełnie inne, niż te, które nosiła ludność na Wołyniu. Dla mnie to nie była ludność polska, jak mi próbują wmawiać. Mnie nikt nie musi przepraszać za tę zbrodnię. To jest wewnętrzna sprawa Słowian wschodnich – wrednych, kłótliwych i zawistnych. Więcej o tym w blogu Przedmurze. Co mnie obchodzi interes oligarchów ukraińskich, amerykańskich czy rosyjskich? Oni wszyscy i tak mają żydowskie korzenie. Jak chcą się spierać ze sobą, to dlaczego ja mam ginąć w tej walce ich idei czy może raczej interesów? Tworzą różne partie, które niczym nie różnią się od siebie w kwestiach fundamentalnych, jak choćby stosunek do milionów Ukraińców – „uchodźców”, którzy stali się tu obywatelami pierwszej kategorii. Jak chcą pajacować, to niech pajacują. Co mnie to obchodzi? Co mnie to obchodzi, czy taki albo inny klaun zostanie prezydentem?

W drugim fragmencie jest skrótowy opis tego, jak powstało zjednoczone państwo niemieckie. Lecz w wielu małych, średnich i dużych miastach rozwinęło się mieszczaństwo wychowane na niemieckich klasykach, które w sposób liberalny i wielkoduszny usiłowało za pomocą książek, idei, dzieł sztuki oraz światopoglądu urzeczywistnić jedność narodu. Przez 800 lat Rzesza była zlepkiem księstw i księstewek, aż tu raptem, po zjednoczeniu w 1871 roku, powstało nowe państwo. Zaczęto ludziom wmawiać, że są jednym narodem, chociaż różnice pomiędzy Bawarczykami a Prusakami były ogromne. Książki, sztuka, idee miały potężną moc. To już było budowanie fundamentu pod: Ein Volk, ein Reich, ein Führer. Główną rolę w tworzeniu nowego państwa odegrało niemieckie mieszczaństwo, które zaczęło się tworzyć po wojnie trzydziestoletniej i nie muszę chyba dodawać, jakie ono miało korzenie. Więcej o tym w blogu Wojna trzydziestoletnia. Tymi samymi sposobami, a więc za pomocą książek, sztuki, idei i światopoglądu budowano nowy naród polski na Kresach. Nie przypadkiem powstała Trylogia. Ostatnie zdanie jej pierwszej części, czyli „Ogniem i mieczem” to: Nienawiść wrosła w serca i zatruła krew pobratymczą. Dla Sienkiewicza to pewnie była krew pobratymcza, bo jego przodkowie zaadoptowali, na mocy unii horodelskiej z 1413 roku, jeden z tych 47 herbów szlachty polskiej, a poza tym, to takie było zamówienie, by wmawiać ludziom z terenów polski piastowskiej, że na wschodzie mieszkają ich bracia.

W trzecim fragmencie poddaje Zweig ostrej krytyce zachowanie Niemiec po podpisaniu traktatu brzeskiego. Niemcy zawarły pokój z bolszewikami i po stronie niemieckiej miały powstać niepodległe państwa. Jednak wojska niemieckie nie wycofały się, a jeśli już Niemcy miały zamiar tworzyć nowe państwa, to tylko na zasadzie całkowitej im podległości. W tym miejscu wypada przybliżyć pojęcie Ober-Ost. Wikipedia tak je charakteryzuje:

Obszar Głównodowodzącego Wschodu (niem. Gebiet des Oberbefehlshabers Ost) – wydzielona część terytorium Imperium Rosyjskiego, okupowanego przez Cesarstwo Niemieckie od 1915 roku, planowana do oderwania od Rosji.

Po pokonaniu Armii Imperium Rosyjskiego w 1915 r. armia niemiecka opanowała obszar dzisiejszej Litwy, Łotwy do linii Dźwiny, wschodnią część Królestwa Polskiego, oraz zachodnie części Ukrainy i Białorusi. Na ziemiach sąsiadujących z Prusami Wschodnimi utworzono sześć okręgów administracyjnych, składające się na obszar Ober-Ost, tj.:

  • Kurlandia,
  • Litwa – na obszarze dawnej guberni kowieńskiej,
  • Wilno – Wileńszczyzna bez wschodnich krańców na lewym brzegu Dźwiny i Drui,
  • Grodno – północna część guberni grodzieńskiej,
  • Białystok – zachodnia i południowa część guberni grodzieńskiej,
  • Suwałki – na obszarze dawnej guberni suwalskiej.

Następnie okręgi były łączone, tak iż w 1917 r. istniały tylko okręgi: Kurlandia, Białystok-Grodno i Litwa.

Oderwanie powyższego obszaru od Rosji zostało usankcjonowane w traktacie pokojowym pomiędzy państwami centralnymi a Rosją z dnia 3 marca 1918 r., który uprawomocnił się 29 marca tego roku.

x

Taki stan trwał do listopada 1918 roku, gdy w Berlinie wybuchła rewolucja. Ale zanim do tego doszło, to dużo działo się na froncie zachodnim, o czym we fragmentach czwartym i piątym. W marcu wyglądało to tak, jakby ktoś celowo powstrzymał ofensywę niemiecką, bo gdyby tego nie zrobił, to Niemcy zajęliby Francję i całe wybrzeże Europy północno-zachodniej. Wszystko jednak musiało dziać się według pewnego scenariusza i nawet niemieckie łodzie podwodne pływały do Ameryki po zaopatrzenie. Dokładnie tak samo, jak dziś to się dzieje na wojnie na Ukrainie: Zachód walczy z Rosją, ale zaopatruje się w niej w surowce i handluje z nią. Tylko po co giną ludzie po obu stronach frontu? Czy ta epidemia, która pojawiła się w końcowej fazie wojny, nie była wywołana sztucznie, by po części uwiarygodnić kapitulację Niemiec?

Niemcy skapitulowały na Zachodzie, a 7 listopada wybuchła rewolucja w Berlinie. W powieści Czarny Obelisk REBIS 2023 Erich Maria Remarque pisał: To prawda, że rewolucja z roku 1918 była najmniej krwawą na świecie. Rewolucjoniści tak się przestraszyli samych siebie, że natychmiast przywołali na pomoc dygnitarzy i generałów starego rządu, dla obrony przed ich własnym napadem odwagi. Czym też tamci wielkodusznie się zajęli.

W dniu 25 stycznia 1919 r. marszałek Foch wydał rozkaz do oddziałów niemieckich zgrupowanych wokół ośrodka Białystok-Grodno, aby przekazały Polsce terytorium do linii Brześć – Narwa – Krynki – Kuźnica – Nowy Dwór – Sopoćkinie i przepuściły wojska polskie przeznaczone do odparcia nawały bolszewickiej. (…) W takim stanie rzeczy wojska polskie, przepuszczane przez linie niemieckie, już 9 lutego 1919 r. zetknęły się po raz pierwszy z bolszewikami pod Skidlem na Niemnie, a niebawem również wzdłuż rzek Zelwianki i Różanki, koło Prużan i Kobrynia. – Tak pisał Józef Mackiewicz w powieści Lewa wolna.

Ne było więc tak, jak sugerował Mackiewicz, że niemieckie wojska na wschodzie stanowiły zaporę przed bolszewikami, bo Niemcy zawarły były z nimi pokój w marcu 1918 roku. One tam stały po to, by na terenie zachodniej Rosji powstały „niepodległe” państwa całkowicie zależne od nich. I dopóki one tam stały, to bolszewicy nie wyruszyli na podbój Europy, dopiero gdy pojawiły się tam wojska polskie, to przypomnieli sobie o tym, że oni jednak chcą podbić tę Europę. Ale jakoś tak dziwnie się złożyło, że doszli tylko do Warszawy i rozmyślili się. Wojsko polskie dotarło tam, gdzie miało dotrzeć, by Kresy mogły być włączone do powstającego państwa, czyli II RP. I dopiero teraz można zrozumieć, skąd się wziął tzw. kryzys przysięgowy w lipcu 1917 roku. Gdyby wojsko polskie złożyło przysięgę na wierność Królestwu Polskiemu, zależnemu od Niemiec i zobowiązało się do wspólnej walki obok wojsk niemieckich i austriackich, czyli gdyby w praktyce stanowiło część integralną armii cesarskiej, to nie mogłoby działać samodzielnie i nie mogłoby dojść do powstania frontu polsko-bolszewickiego, a tym samym nie mogłoby dojść do wojny polsko-bolszewickiej i w konsekwencji do utworzenia państwa polskiego w takim kształcie, w jakim powstało. Mogłoby, co najwyżej, powstać państwo złożone tylko z ziem, na których przeważała ludność polska. Ale nie taki był plan.

W końcowej części swojej powieści Zweig pisze:

„Niemcy przegrali wojnę, runęły cesarstwa i królewskie trony. Ewakuowano cały wschód, olbrzymi obszar Prus, na mocy głosowania lub bez niego, odcięto i wcielono do nowych tworów państwowych, powstałych – bez ich własnej zasługi – na szczątkach Rosji Zachodniej. Cenę za to zapłacił mogiłami żołnierskimi naród niemiecki krwawiący w rowach strzeleckich; kiedyś zażąda jej z powrotem i to z odsetkami, nie ma obawy. Tak przynajmniej myślą niezliczeni urzędnicy republiki…”

W ostatnim cytowanym fragmencie Zweig opisuje, jak działa ludzka świadomość i jak można na nią wpływać. A robi się to poprzez propagandę, atakowanie ludzi potężną dawką informacji, które niczego nie wyjaśniają, wprost przeciwnie, wywołują chaos myślowy, zamazując w ten sposób faktyczny obraz rzeczywistości. Jeśli Ameryka wycofuje się z Europy, to znaczy, że na kontynencie karty będą rozdawać Niemcy i Rosja. I dziś gra się toczy o to, ile Niemcy dostaną na wschodzie, czy zostanie odtworzona słaba I RP, czy może raczej powstaną małe państwa całkowicie zależne od Niemiec i ile z Ukrainy trafi do ich strefy wpływów.

Po co jednoczy się różne narody w jedno państwo? W takim państwie może powstać potężna armia, która może walczyć z inną potężną armią innego zjednoczonego państwa. Dzięki temu można osłabiać narody rdzenne, niszczyć ich dorobek materialny. Zjednoczone nienaturalnie państwo, jak choćby I RP, wymaga stworzenia nowego patriotyzmu, sztucznego i płytkiego, takiego jak polski, którego podstawowymi elementami są katolicyzm i język polski. Płytki to patriotyzm i nijaki. Brakuje w nim tradycji, czyli wspólnych obyczajów i systemu wartości, wypracowanych przez wieki funkcjonowania na tym samym terenie, w tym samym krajobrazie. Jednoczenie i przemieszczanie ludności z jednego miejsca na drugie niszczy ten proces i pozbawia ludzi ich tożsamości. Dla narodów rdzennych jest to zabójcze. Jedynie nacja koczownicza, która ma we krwi przemieszczanie się i życie wśród obcych, czuje się jak ryba w wodzie w takich warunkach.

Anglia w satyrze

Pisałem już wcześniej, że wielka literatura tym różni się od zaściankowej, że porusza tematy fundamentalne dla ludzkiej egzystencji. Do niej niewątpliwie zalicza się powieść Jonathana Swifta Podróże Guliwera. Pewnie dla wielu znana jest jej wersja dla dzieci. Wikipedia tak o niej pisze:

Podróże Guliwera (ang. Gulliver’s Travels) – popularny skrót tytułu powieści Jonathana Swifta napisanej w 1726 roku, stanowiącej połączenie satyry na ludzką naturę z parodią popularnych w tamtym okresie „powieści podróżniczych”. Powieść ta stanowi najbardziej znaną pracę Swifta, jest jednocześnie zaliczana do klasyki literatury angielskiej. Pełny tytuł to “Travels into Several Remote Nations of the World. In Four parts. By Lemuel Gulliver, First a Surgeon, and then a Captain of Several Ships”, czyli “Podróże do wielu odległych narodów świata, w 4 częściach, opisane przez Lemuela Guliwera, najpierw lekarza okrętowego, później kapitana kilku statków”.

Książka zdobyła ogromną popularność już wkrótce po wydaniu (John Gay stwierdził, że stanowi lekturę uniwersalną, czytaną przez wszystkie warstwy społeczne), ukazuje się drukiem praktycznie nieprzerwanie od roku pierwszej publikacji.

Współcześni czytelnicy Swifta postrzegali Podróże Guliwera jako powieść z kluczem, starając się rozszyfrować aluzje do działających na scenie politycznej stronnictw, a nawet konkretnych postaci. W kolejnych częściach książki Swift poddał krytyce obyczajowość brytyjską początku XVIII wieku (kompromitacja polityki, sądownictwa, ustroju parlamentarnego, nauki, filozofii), atakował nietolerancję, pychę, głupotę, donosicielstwo, intrygi.

George Orwell powiedział, że gdyby miał wybrać sześć książek, które miałyby ocaleć, podczas gdy wszystkie inne uległyby zniszczeniu, Podróże Guliwera z pewnością znalazłyby się wśród nich.

Książka przedstawia się jako zwykła powieść podróżnicza, której narratorem jest „Lemuel Guliwer, początkowo lekarz pokładowy, później kapitan kilku statków”. Z uwagi na drastyczne często fragmenty, książka doczekała się szeregu wariantów dostosowanych do różnych czytelników. Oryginalna książka jest ostrą, brutalną satyrą. Jej opublikowanie świadczy o znacznej wolności słowa w ówczesnej Wielkiej Brytanii.

x

W powieści tej opisane są cztery podróże Guliwera. Pierwsza prowadzi do krainy Liliputów, w drugiej bohater trafia do krainy gigantów, gdzie sam gra rolę liliputa. Trzecia podróż wiedzie go na wyspę Laputa do królestwa muzyków i matematyków, czwarta – do kraju rządzonego nie przez ludzi, którzy zachowują się tam jak dzikie i trudne do poskromienia zwierzęta, lecz przez mądre konie Houyhnhnmy. Podróże Guliwera uważane są za pierwszą w historii krytykę czasów nowożytnych, arcydzieło satyry społecznej i politycznej poddające krytyce obyczajowość społeczeństwa, którego jedynym drogowskazem stała się chytrość i pogoń za zyskiem. – Tak charakteryzował tę powieść wydawca, czyli Wydawnictwo Siedmioróg Wrocław 2022. Z tego wydania pochodzą wybrane przeze mnie cytaty. Niestety przekład jest zły i może stąd brak nazwiska tłumacza. Dziwna to praktyka, z którą spotykam się po raz pierwszy. Choć, z drugiej strony, czy w kraju Zulu-Gula może jeszcze coś dziwić? A może to Ukrainiec i dlatego nie ma nazwiska?

x

W Lilipucie:

Jakkolwiek państwo nasze w oczach cudzoziemca zdaje się być kwitnące, musimy jednak z dwiema plagami walczyć: z buntem wewnętrznym i najazdem z zewnątrz, którym nam grozi potężny nieprzyjaciel. Co do pierwszego, to trzeba ci wiedzieć, że od siedemdziesięciu księżyców były w tym państwie dwie partie sobie przeciwne pod nazwami Tramecksan i Slamecksan, tak nazwane od wysokich i niskich klocków, czyli obcasów u trzewików, którymi się różnili.

Wiadomo wszystkim, że wysokie klocki bardziej się zgadzają z naszą starą konstytucją. A choć tak się ma sprawa, cesarz postanowił używać tylko niskich klocków, tak w sprawowaniu rządu, jako też we wszystkich od woli monarszej zależnych urzędach. Mogłeś nawet zauważyć, że klocki Jego Cesarskiej Mości są przynajmniej o durr niższe niż któregokolwiek z dworzan (durr to ich czternasta część ciała).

Niechęci dwóch partii – mówił dalej – w takim wysokim są stopniu, że ani nie jedzą, ani nie piją ze sobą, ani do siebie nie mówią. Rozumiemy, że tramecksani, czyli wysokie klocki, przeważają nas liczbą, ale w naszych rękach jest władza. Niestety! Lękamy się, żeby syn cesarski, następca tronu, nie miał skłonności do klocków wysokich, zwłaszcza, jak łatwo dostrzec, że jeden jego klocek wyższy jest od drugiego, dlatego idąc, trochę kuleje. Otóż wśród wewnętrznego zamieszania grozi nam najazdem wyspa Blefusku, która jest drugim wielkim cesarstwem świata, tak prawie obszernym i mocnym jak nasze państwo. Bo co się tyczy opowiadań twoich, jakoby znajdowały się na świecie inne państwa, stany, zamieszkane przez ludzi tak wielkich i tak ogromnych jak ty jesteś, filozofowie nasi bardzo w to wątpią i wolą raczej twierdzić, żeś spadł z księżyca lub z jakiejś innej gwiazdy, ponieważ stu ludzi twojej wielkości w krótkim czasie wyjadłoby w państwie naszego cesarza wszystkie owoce, wszystkie bydlęta i całą żywność.

Ponadto nasi dziejopisarze od sześciu tysięcy księżyców o żadnych innych krajach, prócz państw Liliputu i Blefusku, wzmianki nie czynią. Te dwa straszne mocarstwa, jak ci nadmieniłem, przez trzydzieści sześć księżyców toczyły ze sobą uporczywą wojnę, której powód był następujący: wszyscy się na to zgadzają, że początkowo zawsze tłuczono jaja przed jedzeniem z grubszego końca, ale dziad cesarza miłościwie nam panującego, gdy jeszcze był dzieckiem, mając jeść jajo i nadłamawszy je zgodnie ze starożytnym zwyczajem, nieszczęśliwym jakimś przypadkiem skaleczył sobie palec, skąd się wzięło, że cesarz, ojciec jego, pod surowymi karami wydał prawo, żeby od owego czasu jaja z cieńszego końca tłuczono. Lud tą ustawą był tak oburzony, że dziejopisarze nasi wspominają o sześciu z tego powodu rozruchach, w których jeden cesarz utracił życie, a drugi koronę. To zamieszanie i niezgody wewnętrzne wzniecali zawsze królowie Blefusku (Putin – przyp. W.L.), a kiedy bunty poskramiano, winowajcy uciekali do ich kraju. Szacuje się, że jedenaście tysięcy ludzi na przestrzeni tego czasu wolało ponieść śmierć niż poddać się prawu tłuczenia jaj z cieńszego końca. Napisano kilkaset wielkich tomów o tym zdarzeniu i udostępniono ludowi, ale księgi Grubo-Końców zakazane są od dawna, a ich partia uznana za niegodną posiadania urzędów. W czasie tych ustawicznych zamieszek królowie Blefusku często przez posłów swoich oskarżali nas o zbrodnie, jakobyśmy kardynalnie gwałcili przykazania naszego wielkiego proroka Lustroga, objawione w pięćdziesiątym czwartym rozdziale Brundrecalu (to jest ich Alkoranu), co jednak, myślę, jest tylko przekręceniem tekstu, który brzmi: Wszyscy wierni tłuc będą jaja z końca wygodniejszego”.

Według mnie, każdy powinien sam rozstrzygać, który koniec do tłuczenia jest wygodniejszy, a przynajmniej ustanowienie tego należy zostawić Najwyższemu Sędziemu. Grubo-Końce tyle względów u króla Blefusku, tyle tajnej pomocy i wsparcia w swoim własnym kraju znaleźli, że z tego powodu między dwoma państwami już przez trzydzieści sześć księżyców panuje krwawa wojna z odmiennym szczęściem dla stron walczących. W tej wojnie straciliśmy czterdzieści okrętów liniowych i wiele pomniejszych statków, i trzydzieści tysięcy najlepszych naszych majtków i żołnierzy. Uważa się, że nieprzyjaciel nieco większą poniósł stratę. Jakkolwiek jest, teraz szykują (Putin – przyp. W.L.) wielką flotę w celu wkroczenia do naszego kraju.

x

W krainie gigantów:

Zacząłem od opowiadania, że nasze stany złożone są z dwóch wysp zawierających trzy potężne królestwa pod jednym monarchą, nie licząc stanów, które mamy w Ameryce. Rozwodziłem się dużo nad urodzajem naszej ziemi i umiarkowanego powietrza. Opisałem potem ustanowienie naszego Parlamentu, złożonego po części ze znakomitego ciała, nazwanego Izbą Lordów, osób krwi najszlachetniejszej, dawnych dziedziców i panów najpiękniejszych majętności w kraju. Opowiadałem, jak im najtroskliwszą dają edukację, tak w naukach, jak i sztuce wojennej, aby mogli być urodzonymi króla i królestwa konsyliarzami, prawodawcami państwa, członkami Najwyższej Izby Sprawiedliwości, od której nie ma apelacji, i gorliwymi obrońcami monarchy i ojczyzny przez swoje męstwo, postępki i wierność; że ci panowie są ozdobą i bezpieczeństwem królestwa, godnymi następcami swoich sławnych przodków, których dostojeństwa były nagrodą znakomitej cnoty i których potomstwa wyrodnego nie widziano. Razem z nimi zasiada w tej Izbie wielu świętych mężów, tytułowanych biskupami, których szczególną powinnością jest czuwać nad religią i tymi, co ją opowiadają, że na to wysokie dostojeństwo król i najmądrzejsi jego doradcy wybierają spośród duchowieństwa ludzi świątobliwych i uczonych i że ci biskupi są duchownymi ojcami kleru i narodu.

Dodałem, że drugą część tego Parlamentu stanowi zacne zgromadzenie, nazwane Izbą Gmin, złożone z osób szlachetnych, wybranych w głosowaniu powszechnym przez obywateli z powodu ich rozumu i miłości do ojczyzny, żeby wyrażali mądrość całego narodu. Powiedziałem, że te dwa ciała czynią najzacniejsze w Europie zgromadzenie, któremu wraz z królem przekazane jest prawodawstwo.

Potem opisałem nasze sądy, gdzie zasiadają wielebni mędrcy, rzetelni tłumacze prawa, którzy wyrokami swymi rozstrzygają kłótnie prywatnych osób, którzy karzą zbrodnie, a niewinności bronią. Nie zaniedbałem powiedzieć o mądrej ekonomii naszych dochodów, o waleczności i doskonałej dyscyplinie naszych wojsk lądowych i morskich. Wymieniłem liczbę ludu, podając, ile milionów liczy każda sekta religijna i partia polityczna. Nie opuściłem ani naszych zabaw, ani widowisk publicznych, ani żadnych szczegółów, które mogły czynić zaszczyt mojej ojczyźnie. Zakończyłem krótkim opisaniem wypadków i zdarzeń w ciągu ostatnich stu lat w Anglii.

Ta rozmowa ciągnęła się przez pięć audiencji, a każda audiencja trwała po kilka godzin. Król Jegomość słuchał wszystkiego z wielką pilnością, notując krótko, co mówiłem, i pytania, które mi chciał zadawać. Gdy zakończyłem moje długie mowy, Król Jegomość na szóstej audiencji, przejrzawszy, co sobie z nich zapisał, miał wiele wątpliwości, pytań i zarzutów względem każdego artykułu. Spytał mnie najpierw, jaką otrzymuje edukację młodzież szlacheckiego urodzenia dla wykształcenia ciała i duszy i czym się najwięcej zajmuje w latach do nauki najzdatniejszych. Co się robi, by zapewnić wakujące miejsce w Izbie Lordów, kiedy zgaśnie jakiś dom szlachetny, co musi czasem się przytrafić? Jakie przymioty potrzebne są tym, których na nowych wynoszą lordów? Czy widzimisię monarchy albo suma wręczona jakiejś damie lub pierwszemu ministrowi, albo też chęć wzmocnienia partii nieprzyjaznej obywatelom nie bywają powodem do takich promocji? Jaką znajomość praw krajowych posiadają lordowie i w jaki sposób stają się zdolni do ostatecznego rozsądzania praw swych współobywateli? Czy od chciwości, stronniczości i popędów są wolni, tak że przekupstwo lub inne niegodne względy nie mają do nich dostępu? Czy ci święci biskupi, o których mówiłem, do godności swojej zawsze przychodzą przez umiejętności teologiczne i pobożność? Czy nie czynią czasem podłości? Albo czy nie wchodzą w intrygi, będąc jeszcze prostymi kapłanami? Czy nigdy taki święty lord nie był zaprzedany jakiemuś możnemu panu, za którego staraniem doszedł do biskupstwa i czy w takim razie nie idzie potem zawsze ślepo za zdaniem swego dobrodzieja na zgromadzeniach Izby Lordów?

Chciał wiedzieć, jak lud obiera tych, których do Izby Gmin wysyła dla wyrażenia mądrości narodu. Czy ktoś nieznany, lecz z pełnym workiem złota nie może za pomocą przekupstwa zyskać większości głosów i zostać wyniesiony nad panów i najzacniejszą w okolicy szlachtę? Dlaczego z taką gwałtownością ubiegają się o to, aby być wybranymi na zgromadzenie Parlamentu, gdy ten wybór wielkie ze sobą niesie troski i wydatki, a żadnego nie przynosi zysku, często pociągając za sobą zubożenie całego rodu? Ponieważ twierdziłem, że brak wynagrodzenia dla członków Parlamentu jest próbą najwyższej cnoty i ducha obywatelskiego, Król Jegomość wątpił, by to zawsze było szczere. Pytał, czy te osoby są zupełnie bezinteresowne i czynią to jedynie z wielkiej miłości do ojczyzny, czy też spodziewają się koszty swoje odebrać z lichwą od słabego i złego monarchy i sprzedajnych ministrów, poświęcając dobro publiczne? Król Jegomość tyle mi pytań zadawał, tyle zarzutów czynił, iż roztropność nie pozwala mi ich wszystkich powtarzać.

Co do sądów, chciał także, żebym mu wyjaśnił kilka kwestii, co uczyniłem z wielką dokładnością, bo sam zostałem niegdyś prawie zniszczony przez długie prowadzenie sprawy, mimo że ją w końcu ze zwrotem kosztów wygrałem. Spytał mnie, ile przeważnie kosztuje praca prawnika, czy nie za wiele? Czy adwokaci mają wolność bronienia spraw niesprawiedliwych? Czy religia lub polityka odgrywają jakąś rolę w wymiarze sprawiedliwości? Czy adwokaci znają gruntownie ogólne podstawowe zasady sprawiedliwości, czy też poprzestają na mniemaniach o prawie i zwyczajach danego kraju? Czy adwokaci i sędziowie mają moc ustanawiania tych praw, które tłumaczą, jak im się wydaje i podoba? Cy ci prawnicy nigdy nie występują jako obrońcy i oskarżyciele tego samego przestępstwa i nie cytują swoich poprzednich opinii, zmieniając je wedle potrzeb? Czy stan ten jest bogaty, czy ubogi? Czy za obronę lub konsultację biorą zapłatę i czy mogą być wybierani do Izby Gmin?

Potem zaczął mówić o ekonomii i powiedział mi, że jego zdaniem pomyliłem się w tym temacie, ponieważ podałem, że podatki przynoszą tylko pięć lub sześć milinów na rok, a tymczasem rozchód nierównie sięga dalej i dwukrotnie przewyższa dochody. Bardzo dokładnie sobie zanotował to, co mówiłem, sądząc, że się z naszej ekonomii może czegoś nauczyć. Nie mogę pojąć – mówił – jak królestwo śmie czynić większe wydatki nad intraty i zjadać dobra swoje, jak jakiś prywatny człowiek.

Pytał mnie, kim są nasi wierzyciele i skąd bierzemy pieniądze, aby im zapłacić. Mocno dziwił się, że podejmujemy tak kosztowne i wyczerpujące wojny. Zapewne – mówił – że albo jesteście narodem niespokojnym i kłótliwym, albo też macie bardzo złych sąsiadów, a wasi generałowie muszą być bogatsi od waszych królów. Co wy macie za sprawę do innych państw oprócz wysp waszych, cóż macie z nimi za interesy oprócz handlu i traktatów, czyż musicie myśleć o ich podboju, czyż nie dosyć jest pilnować portów i brzegów swoich?

A najbardziej temu się dziwił, żeśmy utrzymywali najemne wojska w czasie pokoju i wolności narodu. Mówił mi, że jeżeli nami rządzą wybrani przez nas członkowie Parlamentu, nie może pojąć, kogo się mamy obawiać i przeciw komu wojnę toczyć. Pytał się mnie, czy dom prywatnego człowieka nie lepiej bywa strzeżony przez niego samego, przez jego dzieci i sługi domowe niż przez hultajów przypadkowo najętych, bardzo mizernie płatnych, którzy zarzynając nas, sto razy więcej mogliby zyskać.

Śmiał się bardzo z mojej dziwacznej (jak mu się podobało nazywać) arytmetyki, gdy mu wyliczyłem, ile nas jest, a uczyniłem to, porównując wiele stronnictw religijnych i politycznych. Czemu – powiedział – zmusza się ludzi mających przekonania przeciwne publicznemu dobru, aby je zmieniali, zamiast zmuszać ich, aby je ukrywali? Pierwsze jest tyranią, niewykonanie drugiego słabością. Nie można nikomu zabronić, aby trzymał truciznę w swoim domu, ale koniecznie należy zakazać jej publicznej sprzedaży.

Uczynił mi uwagę, że między zabawami naszej szlachty wspomniałem o grze hazardowej. Chciał wiedzieć, od jakiego wieku powszechnie na tę zabawę sobie pozwalają. Wiele na nią czasu tracą? Czy niekiedy przez nią majątków swoich nie trwonią? Czy ludzie podli i nikczemni nie mogą czasem przez swoją w tym rzemiośle sprawność zgromadzić wielkich bogactw, trzymać lordów naszych w uległości, przyzwyczajać ich do złego towarzystwa, odrywać ich zupełnie od doskonalenia rozumu i staranności w interesach domowych, a przez straty, które mogą ponosić, nauczać ich, żeby tej samej używali bezecnej sprawności, przez którą sami zostali zrujnowani?

Dziwiła go niewypowiedzianie historia naszego ostatniego stulecia. Był to według niego tylko okropny łańcuch sprzysiężeń, buntów, zabójstw, rzezi, rewolucji, wygnań i najszkaradniejszych skutków, które chciwość, partyjniactwo, hipokryzja, zdrada, okrucieństwo, zajadłość, szaleństwo, nienawiść, zazdrość, żądza, złość i ambicja mogły wydać.

Podczas drugiej audiencji Jego Królewska Mość powtórzył znowu wszystko, co mu powiedziałem. Porównał swoje pytania z odpowiedziami, które mu dawałem, a potem wziąwszy mnie na swoje ręce i łagodnie głaszcząc, wyraził się w tych słowach, których nigdy nie zapomnę, jak i tonu, którym je wymówił:

– Mój malutki przyjacielu, Grildrigu, uczyniłeś nadzwyczajną pochwałę swego kraju. Dowiodłeś, że niewiedza, lenistwo i występek są właściwymi przymiotami do ubiegania się o miano prawodawcy, że prawa bywają wyjaśniane, tłumaczone i stosowane przez osoby, których interes i umiejętności skłaniają do zepsucia, zawikłania i omijania praw. Pierwotne zasady instytucji waszego rządu mogłyby jeszcze uchodzić, ale widzę odmieniły je występki. Z tego nawet, coś mi powiadał, nie widzę, żeby jedna przynajmniej cnota była potrzebna dla dostąpienia urzędu. Nie widzę, żeby ludzie zaliczani byli do szlachty przez swoje cnoty, żeby kapłani wynoszeni byli na dostojeństwa przez świątobliwość i wiedzę, żołnierze przez męstwo, sędziowie przez nieposzlakowaną opinię, senatorowie przez miłość do ojczyzny, ministrowie przez mądrość. Lecz co do ciebie – kończył król – któryś większą część swego życia spędził w podróżach, chce wierzyć, iż występkami swego kraju nie całkiem jesteś zarażony. Ale z tego wszystkiego, coś mi opowiadał i z odpowiedzi, jakie z największym trudem od ciebie wydobyłem, sądzę, iż większa część twoich rodaków jest najszkodliwszym rodzajem robaków, jakiemu natura na powierzchni ziemi czołgać się pozwoliła.

xxx

Powieść ta składa się z czterech części. Wybrałem fragmenty z części pierwszej i drugiej, bo dotyczą one polityki. Opis walczących ze sobą mocarstw, to metafora stosunków pomiędzy Anglią i Francją w XVIII wieku. W trzeciej części akcja toczy się na latającej wyspie Laputa. To królestwo muzyków i matematyków, którzy całkowicie oddają się nauce i sztuce, ale nie potrafią zastosować tej wiedzy w praktyce. To satyra na Royal Society, czyli brytyjską akademię nauk. W czwartej części autor opisuje krainę rządzoną przez konie, w której ludzie są zdegradowani do roli dzikich i trudnych do okiełznania zwierząt.

x

Czytając te dwa zacytowane fragmenty, nie sposób odnieść wrażenia, że to wszystko jest nadal aktualne, pomimo że Swift pisał to w 1726 roku, a więc trzysta lat temu. Mamy więc tam cesarza, który popiera „klocki niższe”, a jego syn, następca tronu, skłania się ku „klockom wyższym”. My mieliśmy prezydenta, „prawicowego”, który wspierał „lewą nogę”. Po roku 1989 z czasem ukształtował się u nas system dwupartyjny. I my też mamy swoje klocki niższe i wyższe. Wiadomo więc skąd to przyszło.

Opis relacji dwóch państw, czyli Liliputu i Blefusku, pasuje jak ulał do wojny na Ukrainie. Obecne zawirowania na linii Rosja – Stany Zjednoczone obrazują, jak doskonałym systemem rządzenia jest system dwupartyjny. Pozwala on na stworzenie klarownego podziału: jeden jest za wojną na Ukrainie (Biden), drugi – przeciw (Trump). Gdyby rządził monarcha, to taka jego zmiana stanowiska stawiałaby go w bardzo negatywnym świetle. Oznaczało by to, że władca jest niepoważny i jak pijany odbija się raz od jednej, raz od drugiej ściany. Również system trójpartyjny nie byłby wskazany, bo uniemożliwiałby klarowny podział. Ten system, stworzony w Anglii, narzuca ona lub jej zbrojne ramię, czyli Stany Zjednoczone, państwom Trzeciego Świata, a więc również Rzeczypospolitej Ukraińskiej.

Anglia jest monarchią, ale nie ma własnego parlamentu, ma go Wielka Brytania. Jej parlament jest dwuizbowy. Składa się z Izby Lordów i Izby Gmin. Nie bardzo wiadomo w jaki sposób wybierani są członkowie Izby Lordów, która do XIX wieku odgrywała główną rolę w Parlamencie. Obecnie Izba Gmin decyduje o wszystkim. W jej skład wchodzi 650 deputowanych wybieranych w wyborach powszechnych, w jednomandatowych okręgach wyborczych. O ich specyfice pisałem w blogu Pomysły.

O systemie prawnym Wielkiej Brytanii Wikipedia tak pisze:

„System prawny Anglii znacznie różni się od systemów prawnych państw kontynentalnych. Różnice te wynikają przede wszystkim z faktu, że w odróżnieniu od całościowo oraz licznie skodyfikowanych i uregulowanych ustawowo dziedzin prawa w państwach na kontynencie europejskim w Anglii (jak i w pozostałych częściach Wielkiej Brytanii) system prawa stanowionego dotyka tylko niektórych gałęzi prawa, przy czym cała reszta opiera się na prawie precedensowym.

System prawny Anglii charakteryzuje się występowaniem obok siebie zarówno prawa ustawowego (statutory law), jak i prawa precedensowego (case albo common law). Pierwsze składa się z szeregu różnych aktów prawa stanowionego, w szczególności ustaw (statutes). W Anglii nie ma konstytucji w sensie formalnym, nie istnieje szczególny akt prawny o randze ponad ustawowej, co jest typowe dla krajów Europy kontynentalnej i USA. Z kolei angielskie prawo common law jest tworzone na podstawie rozstrzygnięć uprzednio przyjętych we wcześniej wydanych wyrokach sądowych, które noszą miano precedensów.”

Z kolei Swift tak m.in. pisze:

„Maksyma sędziów brzmi, że cokolwiek osądzono przedtem, osądzono dobrze. Dlatego z wielką starannością chowają wszystkie dawniejsze dekrety, nawet te, które dyktowała niewiedza i które są przeciwne słuszności i zdrowemu rozumowi. Nazywają je precedensami, czyli zbiorem zasad prawnych. Przywodzi się je jako mające powagę dla uzasadnienia niesprawiedliwych wyroków i sędziowie zawsze się do nich stosują i sądzą według tych przykładów.”

Powyższy cytat wyjaśnia, dlaczego Wielka Brytania nie ma konstytucji. Wprawdzie rządzący we wszystkich państwach, gdzie ona obowiązuje, jej nie przestrzegają, ale dzięki niej możemy przynajmniej dokonać oceny ich działań. I dlatego wiemy, że stan wojenny w Polsce został wprowadzony niezgodnie z konstytucją, czyli nielegalnie, bo w czasie jego wprowadzania obradował Sejm i tylko on mógł podjąć taką decyzję. Również dzięki temu wiemy, że Zełeński sprawuje swój urząd nielegalnie. Co z taką wiedzą może zrobić przeciętny obywatel? Ano tylko tyle, że wie, że władza jest niepoważna i nie przestrzega prawa, które sama ustanawia. A to oznacza, że legitymizowanie takiej władzy poprzez udział w wyborach nie ma sensu. Jednak ta prosta prawda nie dociera do zdecydowanej większości obywateli. W Anglii natomiast wypracowano taki system prawny, w którym udowodnienie władzy, że łamie prawo jest prawie niemożliwe, co więcej, można w nim usprawiedliwić każdą, nawet największą zbrodnię, powołując się na wcześniejsze precedensy. Iście szatański wynalazek.

Nie mogę pojąć – mówił – jak królestwo śmie czynić większe wydatki nad intraty i zjadać dobra swoje, jak jakiś prywatny człowiek. Pytał mnie, kim są nasi wierzyciele i skąd bierzemy pieniądze, aby im zapłacić.

To są te dwa fundamentalne zagadnienia, pytania, które wyjaśniają wszystko. Państwa mogą się zadłużać, bo mają od kogo pożyczać pieniądze. A kim są ci, którzy pożyczają je i skąd oni je biorą? Reszta, czyli wszelkiego rodzaju teorie geopolityczne i ekonomiczne, to zwykłe robienie ludziom wody z mózgu.

Imperium Mongolskie

Największe w dziejach imperium lądowe i drugie co do wielkości po Imperium Brytyjskim – Imperium Mongolskie raczej słabo zachowało się w świadomości tych, którzy chociaż trochę interesują się historią. Wydaje się jednak, że dla zrozumienia dziejów świata wiedza na jego temat jest niezbędna. Warto zatem, chociaż pobieżnie, uzupełnić tę lukę. O początkach Mongolii Wikipedia pisze tak:

Najwcześniejsze informacje o dziejach Mongolii pochodzą z chińskich kronik w których pojawiły się wzmianki o ludzie meng-ku najeżdżającym ówczesne Chiny. W IV wieku p.n.e. na terenach zamieszkanych przez mongolskich, tureckich i tunguskich koczowników powstało silne państwo Xiongnu, którego mieszkańcy przez wielu naukowców uważani są za przodków Hunów. Rozpadło się ono w I wieku p.n.e. w wyniku walk wewnętrznych i naporu chińskiej armii. Hunowie (jeśli to było ich państwo) powędrowali na zachód i w III wieku n.e. dotarli do Europy, przyczyniając się wraz z Gotami i Wandalami do upadku Rzymu. Południową część Xiongnu zagarnęły Chiny, a północną objęli we władanie tureccy i mongolscy koczownicy. Był wśród nich między innymi lud Rouran, którzy według niektórych teorii byli przodkami Awarów, którzy w VI wieku najechali Europę. W tym samym czasie mieszkańcy Mongolii uwolnili się spod chińskiej dominacji. W XI wieku władzę nad stepami przejął protomongolski szczep Kitanów. Ich panowanie zakończyło się w 1125 roku, gdy podbił ich tunguski szczep Dżurdżenów, którego sprzymierzeńcem byli Tatarzy.

W roku 1198 Temudżyn objął tron i nadano mu tytuł chana wszystkich chanów (Czyngis-chana). Czyngis podporządkował sobie tereny od Wielkiego Muru po jezioro Bajkał na północy i od Ałtaju na wschodzie do gór Chingan na zachodzie i w 1206 r. proklamował Wielkie Imperium Mongolskie. Połączone siły Mongołów prowadzone przez Czyngisa podbiły północne Chiny, Imperium Choroezimskie (Iran, Azerbejdżan, Afganistan, Pakistan) i tereny Azji Centralnej, sprowadzając do swojej stepowej stolicy Karakorum przebogate łupy. Następcy Temudżyna zagarnęli Ruś, dzisiejsze: Afganistan, Iran i Irak, resztę Chin oraz Tybet, tworząc tym samym jedno z największych państw w historii świata – imperium mongolskie. Rządzenie tak gigantycznym terytorium było niezmiernie trudne, więc mongolskie imperium zostało podzielone około 1261 roku na trzy części. Mongolia znalazła się w jednej części z Chinami pod władzą mongolskiej dynastii Yuan. W roku 1264 władca tego państwa Kubilaj przeniósł stolicę z Karakorum do Chanbałyku (dzisiejszy Pekin). Władza Mongołów w Chinach zakończyła się w roku 1368, gdy w wyniku antymongolskiego powstania władzę w Chinach przejęła dynastia Ming.

W drugiej połowie XIII wieku imperium mongolskie pod rządami Kubilaj-chana (1215–1294), wnuka Czyngis-chana, osiągnęło szczyt swojego rozwoju terytorialnego. Mongołowie opanowali południowe Chiny, Koreę, a po nieudanych inwazjach na Japonię przeszli w bojach Indochiny, docierając do Jawy i Sumatry. Naturalnym żądaniem Kubilaj-chana było dążenie do uznania jego zwierzchnictwa przez inne państwa. Dwukrotne wezwania odrzuciła Japonia, która swoją odmową skierowała na siebie gniew Mongołów.

x

Opis tego, co działo się za panowania Czyngis-chana i później jest dosyć ogólnikowy. Bardzo szczegółowo opisuje to Wikipedia pod hasłem imperium mongolskie. Jest to jednak opis bardzo szczegółowy, w którym umyka ogólny obraz, co utrudnia zrozumienie, czym było to imperium.

W Encyklopedii Powszechnej Wydawnictwa Gutenberga 1929-1938 opis jest bardziej ogólny, a więc pozwalający ogarnąć całość:

Historia Mongolii rozpoczyna się z chwilą, kiedy Temudżyn zjednoczył swe plemię Bide z sąsiednimi plemionami w lud Kike Mongol („Niebiescy t. j. wschodni Mongołowie”) i został obwołany naczelnym władcą (Dżingis-Chanem, 1206), podbił Chiny, Turkestan, wyprawił się aż na Ruś, stworzył wielkie zdobywcze państwo. Politykę tę kontynuowali po jego śmierci (1227) synowie i wnukowie, z których Batu wyprawił się na Europę, ujarzmił Ruś, spustoszył Polskę (bitwa pod Legnicą 1241), Morawy, Węgry, Dalmację. Rezultatem tej wyprawy było założenie nad dolną Wołgą państwa mongolskiego („Złota Orda”). Hulagu zdobył 1256 Persję, zniszczył 1258 kalifat Abbasydów, następcy jego przyjęli islam. W Azji środkowej założył państwo mongolskie 1227 Dżagataj; tam wyrósł też drugi wielki zdobywca, Timur, który zjednoczył potęgę Mongołów i Turków i poprowadził ich ku nowym podbojom. 1379 zdobył Persję i Indie północ., wkroczył do M. Azji, gdzie 1402 pobił Osmanów, ujarzmił Gruzję i zamierzał wyruszyć na Wschód, lecz 1405 zmarł. Walka pomiędzy jego krewnymi doprowadziła do rozpadnięcia się państwa. Baber założył 1526 w Indiach państwo Wielkiego Mogoła, które trwało do podboju angielskiego.

Z kolei Wielka Encyklopedia Powszechna PWN (1962-1970) pisze:

W w. XII Mongolię zamieszkiwały różne skłócone ze sobą szczepy pasterskie (Tatarzy, Kereici, Merkici, Najmanowie i in.). Zjednoczył je twórca imperium mongolskiego Czyngis-chan; sukcesy osiągnięte w międzyplemiennych walkach przyniosły mu 1206 panowanie nad całą Mongolią. W ciągu kilku lat umocnił swoją władzę i zreorganizował armię; od 1211 prowadził wyprawy wojskowe przeciw tunguskim Dżurdżenom, którzy opanowali północne Chiny i Chińczykom, a 1219 rozpoczął podbój Chorezmu (obecnie Uzbekistan i Turkmenistan – przyp. W.L.). W okresie tych wypraw wojska mongolskie dotarły na stepy czarnomorskie, gdzie zadały klęskę Połowcom i wojskom ruskim nad Kałką 1223. Jeszcze za życia Czyngis-chan podzielił 1224 swoje państwo między synów. Najstarszy, Dżuczi, otrzymał ziemie leżące na zachód od Irtyszu, na których później powstała Złota Orda. Czagataj otrzymał część Turkiestanu Zachodniego i Wschodniego, Ügedej objął tron wielkiego chana (z siedzibą ustaloną w Karakorum), zarządzając bezpośrednio Mongolią zachodnią i obszarami Tarbagataju. Najmłodszemu synowi, Tułujowi (Toli), przypadła reszta Mongolii. Po śmierci Czyngis-chana imperium szybko się rozpadło. Mimo zatargów i wojen między władcami poszczególnych dzielnic podboje mongolskie trwały nadal; 1231 Mongołowie podbili Koreę, 1236-41 syn Dżucziego, Batuchan, najechał wschodnią i południową Europę; za panowania Möngkego (1251-59) Mongołowie podbili m.in. Tybet i terytoria Wietnamu (1257 – część północną, 1282 – południową). Brat Möngkego, Hulagu, zajął zachodnią Persję, zdobył 1258 stolicę kalifatu Abbasydów – Bagdad, i założył w Persji państwo Hulagidów (Ilchanów). Drugi jego brat, Kubilaj, 1260 ogłosił się wielkim chanem, 1264 przeniósł stolicę państwa z Karakorum do Pekinu, dając początek mongolskiej dynastii na tronie chińskim (Jüan); 1279 podbił ostatecznie południowe Chiny. Wojska mongolskie niszczyły podbijane obszary, burząc liczne miasta i mordując często ludność.

Po utracie władzy w Chinach (1368) Mongolia stanowiła kraj feudalnie rozdrobniony i słaby ekonomicznie; podstawą systemu gospodarczego była nadal ekstensywna gospodarka pasterska. Władza chana zależała od poparcia możnych feudałów. Na początku XV w. Ojraci (Mongołowie zach.) wypowiedzieli chanowi posłuszeństwo, a ich władca, Dajsun-chan, opanował Mongolię. Po śmierci Dajan-chana (czy Mosze Dajan to daleki potomek? – przyp. W.L.) w 1543, ostatniego chana ogólnomong., Mongolia rozpadła się ostatecznie na kilka niezależnych księstw.

x

Polska była trzykrotnie najeżdżana przez Mongołów. Pierwszy najazd miał miejsce w 1241 roku. Po obu stronach walczyło po 10 tys. wojowników. Straty polskie były znacznie większe niż mongolskie. Drugi najazd – na przełomie 1259 i 1260 roku. Siły polskie to 3 tys. jazdy i 6 tys. piechoty, mongolskie – 30 tys. Trzeci najazd – na przełomie 1287 i 1288 roku. Wojsko polskie to 15 tys. zbrojnych i 5 tys. jazdy, mongolskie – 30 tys. jazdy. Po stronie mongolskiej walczyły wojska ruskie księcia łuckiego Mścisława, księcia wołyńskiego Włodzimierza oraz księcia halickiego Lwa.

Wikipedia tak pisze o bitwie pod Legnicą w czasie pierwszego najazdu (wytłuszczenie – W.L.):

Pierwsza faza walki była pomyślna dla rycerstwa księcia śląskiego. Szybko jednak sytuacja się zmieniła, ponieważ z pola bitwy uciekł oddział dowodzony przez Mieszka II opolskiego. Ucieczka tego księcia została spowodowana dywersyjnym działaniem wysłannika mongolskiego, który zbliżył się do szyku rycerzy, nawołując ich po polsku: „Bieżajcie, bieżajcie” do odwrotu.

Armia Henryka Pobożnego poszła w rozsypkę dopiero po zastosowaniu przez Mongołów bojowych gazów trujących i wprowadzeniu do walki odwodu. Sam Henryk Pobożny został pojmany, doprowadzony do obozowiska Mongołów, gdzie zmuszono go do ukorzenia się nad zwłokami poległego jeszcze pod Sandomierzem Moksza, dowódcy mordwińskich (z terenów Rusi – przyp. W.L.) posiłków, a następnie zabito go przez ścięcie.

Klęska pod Legnicą wstrzymała na długie lata proces jednoczenia państwa polskiego. W latach po najeździe utrwaliły się czynniki decentralizujące, prowadzące do jeszcze większego rozdrobnienia dzielnicowego. Sytuacja taka osłabiła możliwości obronne ziem polskich, a także pozycję polityczną Polski w tej części Europy.

Natomiast podsumowując okres wszystkich najazdów pisze:

W maju 1223 w bitwie nad rzeką Kałką wojska rusko-połowieckie zostały pokonane przez armię imperium mongolskiego – w ten sposób Mongołowie stanęli u wrót Europy. W sierpniu 1227 umarł Czyngis-chan – jego imperium uległo podziałowi: zachodnia część przypadła w spadku jego wnukowi Batu-chanowi, który w 1236 stanął na czele inwazji na Europę. W grudniu 1240 Mongołowie zdobyli Kijów i ostatecznie podbili Ruś Kijowską, która weszła w skład Złotej Ordy.

Najazdy Mongołów, choć przyniosły duże straty ludnościowe i gospodarcze (zwłaszcza I najazd w 1241), to nie spowodowały uzależnienia Polski od imperium mongolskiego. Wstrzymały natomiast proces jednoczenia państwa polskiego i osłabiły jego siłę – dopiero w 1320 Władysław I Łokietek został koronowany na króla Polski. Tę datę uznaje się za moment odtworzenia zjednoczonego Królestwa Polskiego.

x

O organizacji i aspektach polityki Wikipedia m.in. pisze:

Ród Bordziginów i jego ułus

Dynastią imperium był dawny ród rządzący plemienia Mongołów, Bordżiginowie. W trakcie walki Czyngis-chana o przywództwo zginęli właściwie wszyscy jego wujowie i najbliżsi kuzyni i odtąd za należących do Bordżiginów uważano jedynie potomków Jesügeja, to jest Czyngis-chana i jego czterech braci – Kasara, Kaczi’una, Temüge Otczigina i Belgüteja. Zgodnie ze stepowym zwyczajem mongolskie podboje były uważane za wspólną własność imperialnej rodziny (ałtan orug) jako całości, włącznie z jej żeńskimi członkami i chociaż przewodził jemu kagan w rezultacie imperium było rządzone jak firma rodzinna. Imperialny klan rościł sobie prawo do kolektywnej kontroli nad imperium jako częścią wspólnego ułusu […]. Oczekiwał on przydzielania określonej części wszystkich łupów, włącznie z plemiennymi grupami, oraz prawa do konsultacji przy rządzeniu imperium. Znajdowało to wyraz w instytucji kurułtaju, w którym brali udział wszyscy członkowie imperialnego klanu, wybierając nowego chana i podejmując istotne decyzje. Znajdowało to także wyraz w idei rządów jako ciągłego dżargu, prawnego dochodzenia nad dystrybucją łupów, w którym biorą udział wszystkie zainteresowane strony. W sumie zatem każdy członek rodziny panującej miał prawo do udziału (kubi) we wszelkich korzyściach wiążących się z istnieniem imperium. Oprócz podziału łupów wojennych przejawiało się to w przydzielaniu przez Czyngis-chana w różnych okresach jego panowania tzw. ułusów, który to termin zależnie od kontekstu jest tłumaczony na języki europejskie jako „nadanie”, „patrymonium”, „apanaż” lub „państwo”. Ułusy rozdzielone przez Czyngis-chana w zasadzie były nadaniami grup ludzi mających służyć poszczególnym członkom rodziny, jednak wraz z nimi przydzielano także pozwalające się utrzymać koczownikom pastwiska. Czterej bracia Czyngis-chana otrzymali ułusy po wschodniej stronie pasma Wielkiego Czinganu, podczas gdy jego trzej synowie Dżoczi, Czagataj i Ugedej mieli swoje apanaże na zachód od Ałtaju. Pomiędzy nimi znajdowały się ziemie należące do panującego Wielkiego Chana i potomków Tołuja. Nie były to wszystkie apanaże przydzielone przez Czyngis-chana – posiadane przez nas źródła nie są ze sobą całkowicie zgodne w tej kwestii, ale według niektórych z nich swój ułus miała otrzymać m.in. także matka Czyngis-chana Höelün, jego syn z żony niższej rangi Kolgen, jego córka Ałakaj-beki, a nawet pewni zasłużeni dowódcy.

Strategia działania

Armia Imperium miała kilka podstawowych reguł działania:

Atakowała zawsze w kilku kierunkach jednocześnie utrudniając rozpoznanie, który kierunek ataku jest głównym i wymuszając podzielenie sił przeciwnika. Armia mongolska, również dla zmylenia przeciwnika starała się zawsze wracać z wyprawy inną drogą niż na nią przybyła. Stosowała pozorowane odwroty, które często miały na celu wywabienie przeciwnika z dobrze ufortyfikowanych pozycji i podprowadzenie go pod ustawione w zasadzce główne siły. Taką taktykę najczęściej stosował jeden z najważniejszych wodzów wojen z Chinami i Chorezmem, Dżebe. Typowy żołnierz Wielkiej Ordy potrafił strzelać z konia do tyłu, dzięki czemu zadawał często więcej strat przeciwnikowi w czasie pozorowanego odwrotu niż w czasie bezpośredniego ataku.

W przeciwieństwie do innych armii Wielkiego Stepu, Mongołowie szybko opanowali techniki zdobywania miast. Imperium w każdej większej kampanii wysyłało jednostki inżynieryjne, które na miejscu przy pomocy jeńców budowały machiny oblężnicze, czasem jak podczas zdobywania Riazania obudowywały całe mury miejskie własnymi fortyfikacjami, lub jak podczas zdobywania Urgenczu zatapiały miasto zmieniając nurty okolicznych rzek.

Mongołowie stosowali także ataki dywersyjne na domniemanych sojuszników swoich wrogów (takim był pierwszy atak na Polskę w 1241 roku, który miał na celu uniemożliwienie ewentualnej pomocy dla atakowanych Węgier). Mongołowie prowadzili swoje wojny do ostatecznego zwycięstwa, czyli do pełnego podporządkowania lub wybicia danego ludu. Stąd często atakowali państwa które przyjęły uchodźców z ludów toczących z nimi wojnę. Takie były przyczyny ataku na Połowców, którzy przyjęli Merkitów w 1223 roku, i na Węgry, które przyjęły Połowców, a także na Indie, które przyjęły część armii chorezmijskiej.

W armii Imperium funkcjonowały specjalne jednostki, które specjalizowały się w aktach szczególnego okrucieństwa. Były to jednostki zwykle niezbyt liczne i faktyczna liczba aktów czystego okrucieństwa nie była wcale tak duża, jednak dbano o maksymalne „rozreklamowanie” tych aktów. Wywoływało to zwykle panikę ludności cywilnej, jej ucieczkę ze zdobywanych terenów i powstawanie chaosu i trudności politycznych na jeszcze nie zajętych terenach.

Stosowała na masową skalę działania wywiadowcze i kontrwywiadowcze. Wielki Chan, dzięki posiadaniu dużych ilości wolnej gotówki i złota tworzył przed planowanym atakiem siatkę agentów na terytorium przeciwnika. Agenci ci czasami służyli mu tylko cenną informacją, ale czasami prowadzili też w odpowiednim dla niego momencie działania destabilizujące atakowane państwo, a także starali się przekupywać wrogich dowódców wojskowych, często z dużym powodzeniem.

Jednocześnie w armii Wielkiego Chana istniały specjalne jednostki kontrwywiadowcze zajmujące się łapaniem potencjalnych szpiegów w czasie przemarszu wojska. Jednostki te, na wszelki wypadek, „oczyszczały” teren, po którym przechodziła armia ze wszystkich cywilów. Wszyscy przypadkowi podróżnicy, handlowcy itp. byli wyłapywani i zwykle zabijani. Dzięki temu wróg nie był w stanie przeprowadzać rozpoznania i zawsze był zaskakiwany ogromem armii mongolskiej dopiero w momencie samego ataku.

xxx

W praktyce więc cała Azja, poza terenami na północy kontynentu, została podbita przez Mongołów. Co ciekawe ta część stała się później początkowym terenem ekspansji Rosji na wschód. Jak to stało się, że w tak krótkim czasie tak potężny kontynent stał się łupem niepozornego państwa azjatyckiego? I dlaczego tak szybko nastąpiło wycofanie się Mongołów z podbitych terenów? Czyżby chodziło tu o innego rodzaju podporządkowanie? Ciekawe jest również to, że Mongołowie doszli tylko do Europy środkowej i zniszczyli Polskę, Morawy, Węgry i Dalmację. Dlaczego nie poszli dalej na zachód? To są pytania, na które nie znajduję odpowiedzi. Być może pewną wskazówkę można znaleźć w książce Ryszarda Kapuścińskiego Imperium Czytelnik 2001. Pisze tak:

Czy można sobie wyobrazić cywilizację ludzką bez tego wkładu, który wnieśli do niej koczownicy? Weźmy Złotą Ordę i państwo Timuridów. Były to największe imperia średniowiecza. Najdłuższy epos literatury światowej, który nazywa się „Manas” i liczy 40 tomów, jest epopeją narodową ludu koczowniczego – Kirgizów. Weźmy rozkwit sztuki indyjskiej pod rządami koczowniczej dynastii Wielkiego Mogoła. Należy wymienić takie zjawisko, jak islam, który trzynaście wieków wpływa na dzieje świata i jest ciągle religią w stanie ekspansji, mającą wyznawców na wielkim obszarze globu, od Senegalu do Indonezji, od Mongolii po Zanzibar.

Ale przede wszystkim w ciągu tych tysiącleci, które nie znały samolotu, a jeszcze wcześniej nie znały statku parowego, koczownicy, ten jedyny lud, który posiadł wspaniałą i niebezpieczną sztukę pokonywania martwych przestrzeni, tworzyli przez sam fakt swoich ciągłych wędrówek pierwszy w dziejach naprawdę światowy system mass-communications, przenosząc z miasta do miasta, z kontynentu na kontynent, z jednego krańca na drugi nie tylko złoto, korzenie i daktyle, ale książki i listy, wiadomości polityczne i relacje z odkryć, oryginały i kopie wielkich dzieł myśli i wyobraźni, co pozwalało w tamtych wiekach rozproszenia i izolacji wymieniać osiągnięcia i rozwijać kulturę.

W dalszej części Kapuściński pisze:

Następnego dnia rozmowa z profesorem Ayudinem Mirsalinoglu Mamedowem. Ciekawy, mądry, ucieszony, bo właśnie po raz pierwszy od 1917 roku pozwolono im założyć Kulturalne Towarzystwo Turkologiczne. Profesor od lat redaguje czasopismo poświęcone turkologii. Nie wszyscy wiedzą, że język turecki (lub: języki tureckie) jest drugim, po rosyjskim, językiem Imperium. W języku tym mówi tam około 60 milionów ludzi. Azerbejdżanin nie tylko porozumie się w Ankarze, ale także w Taszkencie i w Jakucku. Wszędzie żyją jego turkojęzyczni bracia. W jakimś sensie były ZSRR to słowiańsko-tureckie mocarstwo. Pomysł Sołżenicyna polegał na tym, żeby się pozbyć elementu tureckiego, żeby zostało tylko mocarstwo słowiańskie.

Azerbejdżanie nazywają się tak dopiero od 1937 roku. Przedtem wpisywano im do dowodu osobistego – Turek. Teraz czują się Azerbejdżanami, Turkami i muzułmanami.

x

Szybki podbój, a później szybkie wycofanie się. Jakby nie pozostało śladu, jak choćby język jak w przypadku Imperium Brytyjskiego. Może więc było tak jak w przypadku Księstwa Warszawskiego, które po upadku Napoleona przekształciło się w Królestwo Polskie pod rosyjskim nadzorem. Wtedy, po powstaniu listopadowym, wszelkie urzędy i inne instytucje zostały opanowane przez Rosjan, którzy dla nich budowali cerkwie i zamieniali kościoły na cerkwie. Po rozpoczęciu I wojny światowej Rosjanie wycofali się, ale zapewne większość tych urzędników i prawosławnego kleru pozostała. Po paru pokoleniach mogli już uchodzić za Polaków, ale czy rzeczywiście nimi byli? Więcej o tym w blogu Czyja religia, tego władza. Podobna sytuacja miała miejsce po II wojnie światowej, gdy na czołgach Stalina dotarły do Polski masy Żydów gorszego gatunku. O tym w blogu Szachy.

Czy zatem imperium Czyngis-chana było narzędziem do opanowania największego kontynentu przez pewien koczowniczy naród? A czy później ci koczownicy przedzierzgnęli się w żeglarzy, odkryli i opanowali Nowy Świat, morza i oceany? A jeśli tak, to czym były i są te wszystkie wojny, konflikty, wędrówki ludów i komu służą?

Kompania

Już wielokrotnie na tym blogu podkreślałem, że żeby zrozumieć teraźniejszość, odpowiedzi trzeba szukać w historii. Nie jest to żadna odkrywcza myśl, ale większość o tym zapomina. Żeby uzmysłowić sobie, czym są współczesne korporacje, wypada zapoznać się z historią tej wyjątkowej, najsłynniejszej chyba Kompanii Wschodnioindyjskiej. Jej dzieje opisuje Kazimierz Dziewanowski w książce Brzemię białego człowieka; Jak zbudowano Imperium Brytyjskie Oficyna Wydawnicza Rytm 1996. Poniżej wybrane fragmenty:

I znów przejawiło się tutaj to, co było tak charakterystyczne dla Anglii elżbietańskiej i co ją różniło od innych państw europejskich owego czasu: symbioza interesów państwa i poszczególnych przedsiębiorczych obywateli. Śledząc angielskie dzieje tych lat, wciąż i wciąż spotykamy przykłady działań pojedynczych obywateli albo ich grup, podszeptujących monarchii i rządowi rozmaite przedsięwzięcia zgodne z ich prywatnym interesem, ale które leżały też w interesie władzy. W końcu postępowanie państwa angielskiego stawało się wypadkową dalekosiężnych celów państwowych i mniejszych, jednostkowych czy grupowych interesów tworzącej się klasy średniej, kupiectwa, finansów, części rzemiosła, poszczególnych portów, a także, oczywiście, arystokracji. Jakże inaczej wyglądało to wówczas w Hiszpanii, w Rosji, we Francji! Na przykład w Hiszpanii cała działalność zamorska, podbijanie nowych kontynentów i zakładanie kolonii, wyprawy odkrywcze i penetracja lądów, zakładanie miast i ochrona szlaków żeglugowych – wszystko to było w rękach państwa, odbywało się to z inicjatywy, wykonywane było i znajdowało się pod kontrolą urzędników. Początkowo osiągnięto wielkie sukcesy, ale później – jak zwykle gdy racje państwowe zbyt przeważają nad interesami jednostek – dzieło okazało się nietrwałe.

Naturalnie również w tych krajach, jak wszędzie na świecie, różne grupy, najczęściej arystokracja i feudałowie, usiłowały wywierać nacisk na władców, by skierować dążenia państwa w stronę dla nich korzystną; jednakże wola władcy, utożsamiana z interesem państwa, miała tam zawsze wagę przemożną i znaczenie rozstrzygające, nie mogło zaś być mowy o uzgadnianiu postępowania, o jakimkolwiek – jakbyśmy to powiedzieli na sposób dzisiejszy – partnerstwie. Wszelka próba zajęcia pozycji partnerskiej była w tych krajach zwykle karana śmiercią. Inaczej było w Anglii. I nie ulega wątpliwości, że właśnie ten odmienny układ stosunków w państwie stał się podstawą olbrzymich, światowych osiągnięć niepozornej wyspy.

Pewne jest wszelako, że w roku 1599 grupa kupców założyła towarzystwo handlowe pod nazwą Kompanii Wschodnioindyjskiej. Pod koniec zaś roku 1600, tuż przed Sylwestrem, królowa Elżbieta złożyła swą pieczęć pod doniosłym dokumentem: Kartą Kompanii.

Pełna nazwa Kompanii brzmiała: Towarzystwo Kupców Londyńskich do Handlu z Indiami Wschodnimi. Przywilej królewski dawał im monopol handlu na obszarach od Przylądka Dobrej Nadziei aż po Cieśninę Magellana, a więc na olbrzymich przestrzeniach. Oczywiście nie zdawano sobie jeszcze sprawy, jak wielkie jest to terytorium i jak ogromne są wody, o których była mowa w Karcie Kompanii – zorientowano się w tym dopiero w osiemnastym stuleciu. (…) Ciężar prowadzenia interesów kompanijnych wziął na siebie sir Thomas Smythe (niektórzy piszą jego nazwisko Smyth lub po prostu Smith), który został pierwszym zarządcą Kompanii.

x

W roku 1601, a więc wkrótce po założeniu towarzystwa, wysłano na wschód pierwszą wielką wyprawę sfinansowaną już przez spółkę. W skład jej weszły cztery okręty, z których największy pływał przedtem pod czarną flagą (a więc piracki – przyp. W.L.) i był silnie uzbrojony. Królowa (która oczywiście uczestniczyła finansowo w tym przedsięwzięciu) okazała szczególne poczucie humoru, nazywając ten okręt: „Scourge of Malice”, co znaczy plaga albo przekleństwo złośliwości. Uczestnicy wyprawy nie mieli jednak ochoty żeglować pod taką nazwą, więc zmienili ją na „Czerwonego Smoka” – „Red Dragon”. Dowódcą całości mianowano Jamesa Lancastera.

Wszystkie okręty Lancastera powróciły bezpiecznie do kraju, przywożąc towary o wartości ponad miliona funtów. Za jednym zamachem „trzypokojowa Kompania” stała się potężnym towarzystwem handlowym, zaś James Lancaster bożyszczem tłumów, co spotęgowało się jeszcze, gdy – nie mając rodziny – przekazał zgromadzoną fortunę miastu Basingstoke, przeznaczając ją na cele dobroczynne.

W ten sposób Kompania Wschodnioindyjska rozpoczęła daleki rejs, który miał z niej uczynić najniezwyklejsze w dziejach towarzystwo kupieckie, jakie kiedykolwiek istniało; godną poprzedniczkę innych sławnych firm, które też wycisnęły swój ślad w dziejach, jak Rothschildowie i Rockefellerowie, jak Krup i Ford, jak General Motors, Shell czy Exxon. Ale Kompania Wschodnioindyjska przewyższała wszystkich razem, skłonnością do ryzyka, żądzą zysku i bezwzględnością. A także dokonaniami.

Druga ekspedycja wysłana przez Kompanię w roku 1601 również została uwieńczona powodzeniem. Przekonano się jednak, że pozostawieni przez Lancastera kupcy założyli faktorię nie na Sumatrze, lecz w Bantam na wyspie Jawie. Uznali mianowicie – i słusznie – że Jawa jest lepszym punktem zakupu korzeni. Przy okazji natknęli się na zagadnienie bilansu handlowego. Mówiąc prościej, nie mieli czym płacić za skupowane przyprawy. Można je było wprawdzie kupić bez trudu za złoto i srebro, jednakże przewidywana wymiana na angielskie sukno zupełnie się nie powiodła. W parnym klimacie tropikalnym nikt nie potrzebował tkanin, które były przydatne na dalekiej północy. Przywiezione zapasy tego towaru zgniły w magazynie. Zorientowano się natomiast, że indonezyjscy i malajscy handlarze poszukują lekkich i delikatnych tkanin bawełnianych z Indii. Postanowiono więc w Londynie, że kolejna, trzecia wyprawa zawinie po drodze do któregoś z miast zachodniego wybrzeża Indii, aby zaopatrzyć się tam w odpowiedni ładunek tkanin, przedtem zaś złoży wizytę w Adenie (Jemen – przyp. W.l.).

Wiązano z tą wyprawą wielkie nadzieje i ambicje. Zachęcona dwoma kolejnymi sukcesami Kompania z rozmachem wkraczała na wschodnie rynki. Postanowiono nawiązać stosunki z Wielkim Mogołem i osadzić na jego dworze specjalnego wysłannika, który miał postępować i zachowywać się w taki sposób, jakby był ambasadorem udzielnego księstwa. Do spełnienia tej roli wybrano Williama Hawkinsa, kupca o wielkim doświadczeniu zdobytym w krajach Lewantu, władającego językiem tureckim. Wystarano się o list uwierzytelniający od następcy Elżbiety – króla Jakuba, w którym zwracał się do Akbara o zezwolenie na założenie stałych stacji handlowych na terytorium cesarstwa. W chwili gdy Jakub podpisywał ów list w Londynie, nie wiedziano jeszcze, że Akbar zmarł, a tron po nim objął Dżehangir.

24 sierpnia 1608 roku u zachodnich wybrzeży Indii pojawił się pierwszy w dziejach okręt pod banderą angielską. Był to sześciusettonowy „Hector”, poprzednik słynnej w następnych latach floty żaglowców Kompanii, zwanych „Eastindiamen”. „Hector” zarzucił kotwicę u ujścia rzeki Tapti, nad którą leżał główny port cesarstwa – Surat. Było to sto siedemdziesiąt mil na północ od dzisiejszego Bombaju. Anglicy wiedzieli, że Surat jest bogatym i ludnym miastem, obfitującym w cenne towary. Miał też dodatkową, ważną zaletę: nie dostał się dotąd pod kontrolę portugalską, a trzeba pamiętać, że Portugalczycy nadal uważali, iż handel z Indiami jest ich wyłączną, prawnie się im należącą domeną.

x

Zaalarmowani pojawieniem się angielskiej konkurencji Portugalczycy podjęli usilne starania i zamotali sieć intryg, by pokrzyżować Hawkinsowi plany. Możliwości mieli niemałe. O ile on był człowiekiem nowym, słabo znającym kraj i nie mającym, tak jak Portugalczycy, oparcia w sieci faktorii i zaprzyjaźnionych kupców hinduskich, o tyle oni działali już w Indiach od długiego czasu. Hawkins nawiązał wprawdzie dobre stosunki z samym władcą, ale Portugalczycy mieli w kieszeni licznych dostojników dworskich, mieli też mocne wpływy w rodzinie cesarskiej. Doświadczenie wszystkich czasów uczy, że cesarze są wprawdzie ważni i wspaniali, ale urzędnicy, choć mniej widoczni, mogą – jeśli zechcą – przyspieszyć każdą sprawę albo przeciwnie, utopić ją w bagnie niemożności i biurokracji. To samo doświadczenie wskazuje, że jeśli chce się osiągnąć coś u władzy, lepiej na dworze mieć znajomego kancelistę niż cesarza.

O ile Portugalia mogła zamknąć przed Kompanią indyjskie porty, to Kompania była w zamian w stanie ugodzić boleśnie indyjski handel zamorski. Plan był prosty: kupcy z Suratu handlowali głównie z portami Morza Czerwonego. Middleton i Hawkins popłynęli więc do Cieśniny Bab-el-Mandeb i zablokowali ją. Zatrzymywali wszystkie żaglowce indyjskie i pod groźbą armat zmuszali do wymiany wiezionych przez nie ładunków na towary angielskie, znajdujące się na okrętach Middletona. Na dodatek wszystkie jednostki z Suratu musiały przed zwolnieniem zapłacić duży okup. Ten dość niezwykły rodzaj działalności handlowej prędko spowodował oczekiwany skutek. Społeczność i władze Suratu zorientowały się, że dalsza uległość wobec Portugalczyków narazić ich może na całkowite bankructwo. Oprócz bowiem strat handlowych Surat mógł się jeszcze spodziewać innych szkód. Był mianowicie portem, przez który co roku przeciągały liczne rzesze pielgrzymów udających się na Półwysep Arabski, do świętych miast islamu: Mekki i Medyny. Było jasne, że wystraszeni pielgrzymi zaczną unikać Suratu i jego żaglowców, inne zaś miasta tylko czekały na taka okazję.

Surat znalazł się między młotem i kowadłem, a cesarz Dżehangir – który nie miał własnej floty, pogardzał marynarzami i cenił tylko wojsko lądowe – nie mógł mu pomóc. I oto znów okazało się, że ten, kto rządzi falami, może też dyktować swą wolę na lądzie. Anglicy prędko przyswajali tę naukę. – Głównym jednak przeciwnikiem byli nie kupcy z Suratu, ale Portugalczycy. We wrześniu 1612 roku w Swally Hole zakotwiczyły dwa okręty przybyłe z Anglii.

Widząc, że władze portowe w Suracie zlękły się angielskich represji, Portugalczycy z Goa postanowili położyć kres zamieszaniu i raz na zawsze skończyć z angielskimi wypadami w głąb portugalskiej strefy wpływów, jak to określilibyśmy dzisiaj. Przed Suratem pojawiła się flota portugalska, która nie zwlekając zaatakowała oba okręty spod flagi świętego Jerzego. Portugalczycy mieli wielką przewagę liczebną.

Czekało ich jednak gorzkie rozczarowanie. Widząc zbliżającego się wroga, jeden z okrętów: „Red Dragon” podniósł kotwicę i chwyciwszy zręcznie wiatr przepłynął między dwiema jednostkami portugalskimi, dając do każdej ognia pełną burtą. Następnie wpędził trzy galeony nieprzyjaciela na mieliznę, gdzie je zasypał ogniem, wyrządzając im wielkie szkody. W tym czasie drugi okręt „Ozeander”, otworzył tak celny i skuteczny ogień do pozostałych Portugalczyków, że nie mogli się nawet pokazać na pokładzie i nie byli zdolni do manewrowania. Na koniec resztki floty z Goa wycofały się pośpiesznie do portu macierzystego.

Było to pierwsze bezpośrednie starcie angielsko-portugalskie w Indiach. Wykazało ono, że umiejętności angielskich budowniczych okrętów, żeglarzy i kanonierów zdecydowanie przewyższają wszystko, co mogli im przeciwstawić Portugalczycy. Fakt, że Anglia musiała otworzyć sobie drogę na oceany wtedy, gdy były one już pod władzą innych mocarstw, że musiała dokonać tego w walce – przynosił teraz owoce. Brytyjscy żeglarze przywykli do przeciwności, a ich okręty budowano z myślą o torowaniu sobie drogi siłą.

Pierwsze zwycięstwo morskie Kompanii wywarło głębokie wrażenie w Suracie i na dworze cesarskim w Agrze. Niebawem, bo w roku 1613, cesarz wydał firman zezwalający Anglikom na prowadzenie handlu i na ustanowienie w Suracie stałej stacji handlowej, czyli faktorii, w której osiadła grupa kupców przysłanych przez Kompanię. Przewodził im Tomasz Aldworth.

Nie był to naturalnie koniec kłopotów z Portugalczykami. Wicekról Goa powtórzył w roku 1614 atak morski na Surat, pragnąc zniszczyć faktorię i ukarać miasto. I znowu miał pecha. Akurat w tym czasie znajdowały się w Swally Hole cztery okręty pod dowództwem Nicholasa Downtowna, które odparły atak, zadając Portugalczykom poważne straty i zmuszając ich do odwrotu. Druga porażka ostatecznie nadwątliła prestiż portugalski i skłoniła cesarza do oświadczenia, ze jeden Portugalczyk pobije wprawdzie trzech Hindusów, ale jeden Anglik może pobić trzech Portugalczyków.

x

W ten sposób pierwsi Anglicy osiedlili się na stałe w Indiach, gdzie mieli być odtąd bez przerwy obecni aż do roku 1947. Od razu też okazało się, że piękne maksymy na temat spokojnego handlu i błędów Portugalczyków budujących zamorskie twierdze zawiodły w zetknięciu z rzeczywistością. Od początku Kompania wdała się w działania zbrojne i dlatego musiała zadbać o umocnienie faktorii w Suracie. Spokojny handel jest bowiem możliwy tylko wtedy, gdy inni mu się nie sprzeciwiają. Trzeba jednak zauważyć, że owe starcia zbrojne, w jakie Kompania wdała się u wybrzeży Indii, wynikały z konfliktu między Europejczykami. Z wyjątkiem akcji Middletona na Morzu Czerwonym Kompania unikała na razie wszelkich starć z Hindusami. Wiadomo nawet, że w owym okresie (zapewne pod wpływem Thomasa Smythe’a) agenci Kompanii byli obowiązani postępować wobec Hindusów przyjaźnie, aby tym mocniej uwidocznić różnicę między Anglikami a ich konkurentami z Półwyspu Iberyjskiego. Portugalczycy, którzy byli już mocno osadzeni w Indiach, mieli wicekróla wraz z licznym garnizonem w Goa i panowali dotąd na wodach indyjskich, postępowali wobec Hindusów tak samo, jak z początku próbowali postąpić wobec agentów Kompanii Wschodnioindyjskiej – wszystkie sporne sprawy rozstrzygali gwałtem i armatami.

We wrześniu 1615 roku do Suratu zawinęła pokaźna eskadra okrętów Kompanii. Przywiozła z Londynu człowieka, który otrzymał instrukcję, by akredytować się jako pierwszy ambasador Kompanii na dworze cesarskim. Dziś wydaje się to nieco dziwne, przypomina sytuację, jaka by powstała, gdyby w którejś ze stolic akredytowano ambasadora General Motors albo Exxonu. Wtedy jednak zasady prawa międzynarodowego i protokołu dyplomatycznego nie były tak rozwinięte i trzeba pamiętać, że Kompania zdążyła już udowodnić, że zajmuje się nie tylko handlem, ale potrafi też strzelać i dysponuje okrętami wojennymi. Jej pretensje dyplomatyczne nie wydały się więc nikomu przesadne.

Indyjscy władcy sprzedający lub wydzierżawiający ziemie Anglikom nie podejrzewali, co z tego w przyszłości wyniknie. Proces stopniowego osadzania się Kompanii w Indiach trwał długo, przez całe siedemnaste stulecie. Wokół Fortu Świętego Jerzego, Fortu Williama i zamku w Bombaju wyrosły trzy miasta: Madras, Kalkuta i Bombaj. Dwa z nich: Kalkuta i Bombaj, należą dziś do największych na świecie. W ten sposób faktorie handlowe zamieniły się z biegiem czasu w ogromne, kipiące życiem miasta, a główne zadanie Kompanii, czyli sprzedaż angielskich i kupno indyjskich towarów, zostało uzupełnione obowiązkami, którymi Anglikom w ogóle nie wolno się było na początku zajmować: administrowaniem, ściąganiem opłat i podatków, wymierzaniem sprawiedliwości, zarządzaniem portami, z których korzystali teraz również obcy kapitanowie i kupcy.

Wszystko to: bicie monety w obcym kraju, stawianie fortec, zaciąganie żołnierzy, ogłaszanie stanu wojennego i zawieranie pokoju stało się dla Kompanii możliwe tylko dlatego, że władza cesarska w Indiach, która powstała w wyniku najazdu, nie zdołała na trwałe zjednoczyć ogromnego, podzielonego na setki wyznań, plemion i kast państwa. Zwróćmy przy tym uwagę na upór, konsekwencję i cierpliwość, z jaką Anglicy postępowali. Na pozór interesowali się tylko handlem. Prawdopodobnie większość z nich, łącznie z dyrektorami Kompanii, szczerze początkowo sądziła, że chodzi tylko o handel. Pamiętamy, jak wytykano Portugalczykom, że tracą siły i pieniądze, starając się umacniać swe posiadłości zamorskie. Teraz Anglicy postępowali tak samo.

Czasy zmieniały się. Przyprawy korzenne nie były już jedynym celem. Z wolna rosło przekonanie, że przeznaczenie Anglii leży na wielkich przestrzeniach globu. W roku 1687 kolejny gubernator Kompanii w Indiach, sir Josiah Child, napisał w liście do prezydencji bombajskiej: „Wzrost naszych dochodów jest przedmiotem naszej troski na równi z rozwojem handlu. To winno uczynić z nas naród w Indiach”. I pisał też, że ma na celu „ustanowienie takiej siły cywilnej i wojskowej, zapewnienie tak znacznych dochodów (…), aby stały się one podwaliną angielskiego panowania w Indiach po wieczne czasy”. – Był to już inny język i inne cele.

x

Teraz Kompania wpadła z deszczu pod rynnę. Uratowawszy się przed bezpośrednim atakiem (większość parlamentarna domagała się wnikliwego zbadania, czym właściwie zajmuje się Kompania – przyp. W.L.), znalazła się w obliczu bankructwa. Aż trudno w to uwierzyć – wielu posłów nie chciało dać temu wiary – ale tak jednak rzeczywiście było. Kompania miała w tym momencie długi wynoszące około sześciu milionów funtów. Utrzymywała przecież w Indiach trzydziestotysięczną armię. Płaciła rocznie milion funtów jako daninę i różne opłaty na rzecz cesarza, nababa Bengalu i rozmaitych dostojników indyjskich. Prowadziła liczne wojny, a jej zyski pomniejszała rabunkowa działalność poszczególnych urzędników. Udziałowcy domagali się dywidend, a teraz rząd wymusił nową osiemsettysięczną opłatę. Wyglądało na to, że nie opłacił się Kompanii ani podbój Bengalu, ani następne nabytki. Można było natomiast dojść do wniosku, że napisane przed stu pięćdziesięciu laty przestrogi pierwszego dyrektora, Thomasa Smythe’a – były słuszne i prorocze. Smythe nawoływał, by Anglicy nie powtarzali błędu popełnionego przez Portugalczyków i Hiszpanów: by nie wznosili za morzami fortyfikacji, nie zakładali garnizonów, nie utrzymywali armii i nie prowadzili podbojów, a zajmowali się wyłącznie handlem. „Szukajcie zysku w spokojnym handlu” – pisał. Ale nie posłuchano jego słów.

Teraz ambicje i zobowiązania Kompanii zdecydowanie przekroczyły jej możliwości. Cóż z tego, że taki geniusz ekspansji jak Clive był gotowy podporządkować spółce całe cesarstwo indyjskie, kiedy Kompania, jej dyrektorzy i urzędnicy, jej agenci, kupcy i udziałowcy nie potrafili sobie z tą zdobyczą poradzić. W lipcu 1772 roku dyrekcja ogłosiła, że brakuje jej miliona i dwustu dziewięćdziesięciu trzech tysięcy funtów, by spłacić zobowiązania, jakie czekały ją w najbliższych trzech miesiącach. Poinformowała rząd, że uratować ją może tylko pożyczka państwowa w wysokości co najmniej miliona. (…) W Anglii szybko narastało przekonanie, że praktyka rządzenia wielkim krajem przez spółkę handlową jest błędna i nie da się jej naprawić.

Cztery lata później (w roku 1776) wspaniały wykład teoretyczny na ten temat ogłosił Adam Smith w swych Badaniach nad naturą i przyczynami bogactwa narodów. (…) Z całą jasnością swego wybitnego umysłu ukazał on podstawową sprzeczność tkwiącą w rządach Kompanii. Pierwszym interesem władcy każdego społeczeństwa – pisał – jest, aby wciąż wzrastała zamożność ludu. Według Smitha chodziło nie o interes polityczny władcy (by poddani byli zadowoleni i nie buntowali się), albowiem w odróżnieniu od Makiawela, nie zajmował się istotą władzy i techniką skutecznej polityki. Wskazywał na interes ekonomiczny suwerena. Kiedy jednak suwerenną władzę sprawuje spółka handlowa, podporządkowuje ona swój interes, jako władcy, swemu interesowi kupieckiemu, te dwa zaś interesy są sprzeczne. Spółka będzie po to używała władzy, aby wprowadzić i umocnić swój monopol handlowy, będzie więc hamować i wypaczać rozwój gospodarczy ludu, którym włada. Wiadomo, że na przykład w Indiach brytyjscy urzędnicy zmuszali chłopów do zaorania pól obsianych makiem, aby utrzymać wysoką cenę opium, które mieli na składzie. Oczywistym interesem Kompanii, jako władcy, było to, aby poddani tanio kupowali towary europejskie, natomiast by sprzedawali swoje produkty drogo. Jako spółka handlowa mająca monopol na prowadzenie handlu między Indiami a Europą, Kompania była zainteresowana czymś odwrotnym: zmuszaniem Hindusów do kupowania dostarczanych przez nią towarów po najwyższych cenach i sprzedawania własnych produktów kupowanych przez Kompanię – możliwie tanio. W ten jednak sposób, dbając o umocnienie swego monopolu, Kompania działała wbrew własnemu interesowi jako władcy. Wszystko to prowadziło do ruiny rządzonego przez monopolistę narodu. Smith z niezwykłą przenikliwością, na podstawie jedynego znanego mu wówczas przykładu: rządów Kompanii Wschodnioindyjskiej w Bengalu, wskazał na wielkie niebezpieczeństwa płynące z połączenia w jednym ręku władzy suwerennej i monopolu gospodarczego.

Dyrektorzy Kompanii byli wybierani corocznie, a glosować mógł każdy udziałowiec dysponujący akcjami o wartości pięciuset funtów. Zrozumiałe, że taki system umożliwiał ludziom rozporządzającym odpowiednim kapitałem rozmaite manipulacje wyborcze. Odbywało się to albo przez pośpieszne skupowanie udziałów przed zebraniem wyborczym, albo poprzez dzielenie posiadanych akcji na pięćsetfuntowe portfele, z którymi występowali ludzie głosujący tak, jak sobie tego życzył rzeczywisty właściciel. Zarówno Clive, jak i Sulivan (oraz jego przyjaciele, wśród których byli znani dostojnicy, tacy jak lord Verney i lord Shelburne) chętnie posługiwali się oboma sposobami. Ci ostatni utworzyli w roku 1769 blok wyborczy dysponujący akcjami wartości stu tysięcy funtów, co dawało im dwieście głosów. Walka wewnętrzna w łonie Kompanii w połączeniu z coraz trudniejszą sytuacją finansową i poruszeniem opinii publicznej wywołanym zarówno ekscesami nababów, jak i napływającymi z Indii wiadomościami o skandalach i nadużyciach sprawiły, że rząd poczuł się zmuszony do energicznej interwencji. Normalną koleją rzeczy, w obliczu zamierzeń rządowych, wkroczył również parlament. Kompania była bezradna. Zdobyła się wprawdzie na wysłanie do Indii specjalnej komisji złożonej z czterech inspektorów, których zadaniem było zaprowadzenie porządku i opracowanie projektu reform, ale statek wiozący ich do Madrasu zatonął, a inspektorzy zginęli. Później parlament zakazał Kompanii podejmowania na własną rękę podobnych działań. Spółka została więc ubezwłasnowolniona.

xxx

Kazimierz Dziewanowski był, jak sądzę, masonem wysokiego stopnia. Jego przodek, jako oficer napoleoński, brał udział w szarży pod Somosierrą. Pisze on, że to, co różniło Anglików epoki elżbietańskiej od innych narodów ówczesnej Europy, to symbioza interesów państwa i poszczególnych przedsiębiorczych obywateli. I stąd dominacja Imperium Brytyjskiego. Tego nie było w innych monarchiach, w których monarcha rządził silną ręką i nie było mowy o jakimkolwiek partnerstwie. Jednak nie wyjaśnia, dlaczego tylko w Anglii było to możliwe. Dlaczego w momencie pojawienia się tego imperium, niewątpliwie morskiego, dwa dotychczasowe, czyli Hiszpania i Portugalia, musiały ustąpić? Wprawdzie zachowały swoje kolonie, ale na morzach już nie dominowały. A w tym czasie imperium lądowe, czyli Rosja, rozwijało się nadal. Doszło do takich rozmiarów, że w pewnym momencie graniczyło w Kalifornii z Imperium Hiszpańskim. Gdy jednak imperium morskie zetknęło się tam z tym lądowym, to lądowe wycofało się za miedzę, oddając przy tym Alaskę. Więcej o tym w blogu Syberia.

Zanim pojawiło się Imperium Brytyjskie, to hiszpańskie i portugalskie rozwijały się, pomimo że były to „skostniałe” monarchie. Wynika z tego wniosek, że upadek tych imperiów nastąpił w sposób zaplanowany. Miejsce Hiszpanów na morzu zajęli Anglicy, a Portugalczyków – Holendrzy. Wszystko to się zbiegło w czasie, mniej więcej, z odkryciem Ameryki, reformacją i hiszpańską inkwizycją. Najpierw Hiszpanie rabowali złoto i srebro należące do Indian w Ameryce i zwozili je do Hiszpanii. Po drodze o swoje upominał się niejaki Francis Drake, pirat, czyli złodziej, na usługach królowej angielskiej. By stworzyć nowe imperium potrzeba było dużo kasy, a to były czasy, gdy nie można było drukować pieniędzy bez ograniczeń. Złoto i srebro zmagazynowano w Hiszpanii, a później zaczęto je przenosić do Anglii i Holandii. Do tego była potrzebna inkwizycja, czyli pretekst do emigracji części Żydów z Hiszpanii i Portugalii i osiedlania się w innych krajach Europy, tak jak obecnie wojna na Ukrainie jest pretekstem do osiedlania milionów Ukraińców w Rzeczypospolitej Ukraińskiej.

Gdy już złoto i srebro zdeponowano we właściwym miejscu, to można było zacząć budowę nowego imperium i trzeba było jakoś ogłosić Urbi et Orbi, że się ono narodziło. W przypadku Hiszpanii było to słynne zwycięstwo Anglii nad niepokonaną dotychczas hiszpańską Armadą. To była oczywiście ustawka, więcej o tym w blogu Armada . Podobnie rzecz się miała w przypadku Portugalii. W tym wypadku taką ustawką była ta bitwa morska w 1612 roku, gdy dwa angielskie okręty pokonały portugalskie. Dziewanowski nie opisuje dokładnie przebiegu tej bitwy i nie wiadomo, ile było tych portugalskich okrętów. Pisze tylko, że angielskie były zdolne do manewrów, czyli sterowne, bez względu na kierunek wiatru, a portugalskie – nie, a było ich dużo. Być może dlatego, że wyjaśnił to w opisie klęski Armady. Chodziło o to, że angielskie okręty były długie i wąskie z kilem, a hiszpańskie to takie balie wspomagane wiosłami, gdy wiatr był niesprzyjający. To oczywiście dawało angielskim przewagę, bo mogły one szybko ustawić się burtą do wrogiego okrętu i wykorzystać wszystkie działa. Hiszpanie natomiast prowadzili na morzu walkę w stylu lądowym, czyli podpłynięcie do wrogiego okrętu, wejście na pokład wroga i wyrżnięcie go. I taka Armada płynęła w kierunku Anglii. Wiał południowo-zachodni wiatr i pchał ją na południowo-zachodnie wybrzeże Anglii. Załogi angielskich, sterownych, ale nielicznych w porównaniu z Armadą, mogły tylko się przyglądać, jak Hiszpanie dopłyną do Plymouth, a tam już na nich czekała cała bezbronna Anglia, która nie miała wojsk lądowych i do dziś ich nie ma, ale zawsze jest gotowa wysłać je na Ukrainę. I stało się coś dziwnego, bo hiszpański głównodowodzący, książę Medina-Sidonia, zamiast dopłynąć do portu, nakazał płynąć wzdłuż Kanału, by połączyć się z siłami księcia Parmy z Niderlandów i razem mieli zaatakować Anglię. Nic oczywiście z tego nie wyszło i Anglicy na swoich zwrotnych okrętach strzelali do Hiszpanów jak do kaczek.

Podobną ustawkę uskuteczniono, tyle że na mniejszą skalę, w Indiach. Tutaj ta porażka Portugalczyków miała przekonać Hindusów, że Anglicy są niezwyciężeni i że opór przeciwko nim nie ma sensu. Dominacja Anglików w Indiach była, jak pisze Dziewanowski, wynikiem tego, że władza, która dokonała podboju tego państwa, nie potrafiła go zjednoczyć.

Islam dotarł do Indii około 712 roku, a więc w tym samym czasie, gdy Arabowie dokonywali podboju Europy. W XIV wieku niemal cały półwysep znalazł się pod panowaniem muzułmańskim. Później nastąpił rozpad a następnie ponowne zjednoczenie pod rządami Wielkich Mogołów, czyli dynastii pochodzenia turecko-mongolskiego.

Źródło: Wikipedia.
Źródło: Wikipedia.

I w tym czasie pojawia się w Indiach Kompania, która z czasem staje się państwem w państwie. Nie ulega najmniejszej wątpliwości, że spółka handlowa mogła być tylko spółką żydowską, bo handel od najdawniejszych czasów pozostaje w rękach żydowskich. Skoro islam zadomowił się w Indiach od VIII-go wieku, to również Żydzi musieli tam być. Więcej o tym w blogu Islam a Żydzi. Marek Arpad Kowalski w książce Kolonie Rzeczypospolitej Bellona 2005 pisze:

„Spośród innych, nie misjonarzy, lecz podróżników, najczęściej wymieniany jest niejaki Gaspar da Gama, zwany też Gaspar da India. (ok. 1455-1510). Był to Żyd urodzony w Poznaniu, stąd zalicza się go patriotycznie do naszych rodaków, tyle że we wczesnej młodości opuścił wraz z rodzicami Polskę. Początkowo przebywał w Palestynie, stamtąd około 1470 roku udał się do Indii, gdzie w 1498 roku zetknął się z wyprawą Vasco da Gamy, służąc jej jako tłumacz i znawca miejscowych obyczajów. Przyjął chrzest, podczas którego otrzymał nazwisko dowódcy portugalskiej wyprawy, a zapewne Vasco da Gama był także jego ojcem chrzestnym. Uczestniczył później w wielu ekspedycjach morskich. Znał dobrze wybrzeża Afryki Wschodniej, co w pierwszych latach po przetarciu szlaku przez Vasco da Gamę, pomagało portugalskim żeglarzom w docieraniu do Indii słabo jeszcze znaną drogą. Ale trudno uznać go za przedstawiciela Polski wśród pierwszych odkrywców; był Portugalczykiem z wyboru.”

Znali więc Żydzi dobrze Indie i zapewne przekazali Kompanii tę wiedzę, a oni już wiedzieli, co z nią zrobić. Stworzyli własne państwo w Indiach, które oficjalnie było angielską kolonią. I tak – chowając się za plecami Anglików, czy szerzej Brytyjczyków – podbili świat, stworzyli największe imperium morskie, a na lądzie – Stroganowowie, kupiecki ród, kolonizując Syberię, tworzył największe imperium lądowe. Jeśli „Anglicy” mogli zapanować na morzu, to tylko dlatego, że Żydzi hiszpańscy i portugalscy byli w stanie wywierać wpływ na monarchów tych państw i ich elity, jak choćby na księcia Medinę-Sidonię, by nie przeszkadzali w budowie nowego „niezwyciężonego” imperium. Później było podobnie, gdy Hitler zaatakował Anglię z powietrza i nadaremnie przekonywał go wcześniej admirał Raeder do działania w basenie Morza Śródziemnego, w Północnej Afryce i na Bliskim Wschodzie, bo tam było najsłabsze ogniwo Imperium i tam Niemcy powinni skierować wszystkie swoje siły, bo prawie nie było tam angielskich wojsk. Zanim w końcu Hitler zdecydował się, to Anglicy naprawili byli ten błąd.

Donald Trump, po objęciu urzędu Prezydenta Stanów Zjednoczonych, oświadczył, że chce przejąć kontrolę nad Kanałem Panamskim, bo mu nie odpowiada, że to Chińczycy kontrolują go. I słowo stało się ciałem. Ostatnio pojawiła się informacja, że grupa amerykańskich i szwajcarskich inwestorów, wspierana przez BlackRock, podjęła decyzję o zakupie większościowego pakietu udziałów w spółce CK Hutchison z Hongkongu. Tak w praktyce wygląda przejęcie kontroli nad Kanałem przez Amerykanów. Jacyś tajemniczy inwestorzy kupują od innych tajemniczych inwestorów pakiet kontrolny akcji Kanału. Spółka CK Hutchison jest tak samo chińska jak BlackRock amerykański.

x

Czym była Kompania Wschodnioindyjska? Połączyła w jednym ręku władzę suwerena i monopol gospodarczy, jak pisał Adam Smith i który wskazywał na niebezpieczeństwa płynące z takiego mariażu. Władza suwerena i monopol gospodarczy to socjalizm. A więc Kompania była państwem socjalistycznym, pierwszym państwem socjalistycznym na świecie. Mamy zatem kwadraturę koła: monopol państwa w dziedzinie władzy i monopol gospodarczy – źle; wolny rynek – też źle, bo, prędzej czy później, zostanie on zmonopolizowany przez wielkie korporacje, które uzależnią od siebie suwerena. Ale dlaczego on zostanie zdominowany przez wielkie korporacje? Bo władza „suwerena” otworzy przed nimi własny rynek. A dlaczego otworzy? Bo żadna gospodarka nie może obecnie istnieć w izolacji od reszty świata. W Indiach przetestowano wszystko, nawet szwindle wyborcze. Żydzi stworzyli Imperium Brytyjskie, by, chowając się za plecami Anglików, podbić świat, nie podbijając go oficjalnie. Jest ono, a konkretniej Stany Zjednoczone, ich narzędziem do terroryzowania świata w sensie gospodarczym, ale też i militarnym, jeśli zachodzi taka potrzeba. I to jest ta symbioza interesów państwa i poszczególnych przedsiębiorczych obywateli, którymi są Żydzi.

Teatr

Ostatnio dużo się dzieje w polityce. Zaczęło się od szczytu w Paryżu, po którym Donald Tusk powiedział: wiem, ale nie powiem. W piątek 28 lutego mieliśmy okazję oglądać marną sztukę w wykonaniu dwóch aktorów amatorów i jednego zawodowego. Wszyscy wypadli beznadziejnie i sztucznie, co nie dziwi w przypadku aktorów amatorów, ale w przypadku zawodowego – już tak. Kiedyś, w stanie wojennym, komuniści, chcąc ośmieszyć Ronalda Reagana, przypomnieli film z jego udziałem. W mojej ocenie był on dobrym aktorem, ale w tym wypadku chodziło o to, by przekonać ludzi, że aktor nie może być dobrym politykiem. Problem jednak polega na tym, że Reagan, zanim został prezydentem, był przez osiem lat gubernatorem Kalifornii. Tu jednak nie chodziło sztukę aktorską, tylko o jasny przekaz: Ameryka wycofuje się z Europy, która musi sobie o tego momentu sama radzić. Zełeński jest słabym aktorem, ale jest to Nikodem Dyzma światowej polityki, z aktorstwa trafił do niej bezpośrednio. I jakoś tak nie wiem dlaczego, ale przypomniał mi się Żorż Ponimirski z filmu Kariera Nikodema Dyzmy.

Mamy więc taką sekwencję: Paryż – wiem, ale nie powiem – wszystko za zamkniętymi drzwiami; Waszyngton – sztukę w jednym akcie transmitowaną na żywo na cały świat; spotkanie przywódców europejskich w Londynie, również za zamkniętymi drzwiami, ale po jego zakończeniu Tusk powiedział: silni, zwarci, gotowi i Ucrania o muerte, no pasarán.

A więc Świat jest teatrem, aktorami ludzie, którzy kolejno wchodzą i znikają. – To William Szekspir (1564-1616), o którym w The New Lexicon Webster’s Encyclopedic Dictionary of the English Language Canadian Edition 1988 można przeczytać, że urodził się w Stratford-upon-Avon i tam zmarł. W Londynie przebywał w latach 1592-1616, ale przed 1592 jest w jego życiorysie luka około 8-10 lat i nie wiadomo, co się wtedy z nim działo. Niektórzy uważają, ale to już informacja nie z tego Leksykonu, że autorem tych szekspirowskich sztuk był Francis Bacon.

Europa w Londynie stanęła murem za Ukrainą, ale co się stanie, gdy Francuzi powiedzą: nous ne voulons pas mourir pour l’Ukraine? Czy inni też się wyłamią? I czy zostanie tylko Polska, czyli Rzeczpospolita Ukraińska? Ustawa o powszechnym obowiązku obrony została znowelizowana z końcem stycznia. Tak więc przygotowania do wysłania polskiego wojska na Ukrainę trwają. Już nawet toczy się na ten temat dyskusja w mediach: czy polskie wojsko powinno zostać wysłane na Ukrainę? Nikt już nie owija w bawełnę, trwa powolne przygotowywanie opinii publicznej przed ostatecznym… podjęciem decyzji. Z drugiej strony są tacy komentatorzy, jak choćby Tomasz Piekielnik, który twierdzi, że całe to zamieszanie jest po to, by Ameryka mogła skoncentrować się na konflikcie na Bliskim Wschodzie. Ja jednak dalej będę się upierał przy tym, że tu chodzi przede wszystkim o stworzenie wspólnego państwa polsko-ukraińskiego, a raczej ukraińsko-ukraińskiego, w którego skład wejdą ziemie obecnej RU bez ziem poniemieckich i zachodnia Ukraina, zwana kiedyś Galicją Wschodnią. No bo jak wytłumaczyć przesiedlenie na teren RU kilku milionów Ukraińców z terenów, na których nie ma działań wojennych? Jak wytłumaczyć te wszystkie przywileje, którymi zostali obdarzeni ci przesiedleńcy? Jak wytłumaczyć to, że pojawiają się książki dla dzieci w wersji polsko-ukraińskiej czy ukraińsko polskiej? Gdyby to dotyczyło języka angielskiego, to bym rozumiał, ale w przypadku ukraińskiego, a więc języka chyba nie do końca wykształconego, skoro żołnierze ukraińscy na froncie muszą posiłkować się językiem rosyjskim, bo w ukraińskim brak terminologii wojskowej. Jak wytłumaczyć takie kwiatki? Na ten temat cisza, no bo przecież w domu powieszonego nie mówi się o sznurku.

x

Na temat Iranu, którym nas straszą pisałem w blogach Purim, Iran i Iran c.d.

Czas

W blogu Epopeja narodowa pisałem o tym, że dla mnie Pan Tadeusz to kicz i grafomaństwo. Oczywiście chodzi mi o treść, a nie o formę, której piękna nie można zaprzeczyć, ale była to zabawa słowami, wydobywanie z języka jego najsubtelniejszych odcieni. Literatura wybitna musi poruszać fundamentalne dla egzystencji człowieka zagadnienia, a to jest treść. Wtedy jest uniwersalna i wzbudza zainteresowanie ludzi pod każdą szerokością geograficzną. Takim dziełem jest bez wątpienia Czarodziejska góra Tomasza Manna, Czytelnik 1965. W pewnym momencie porusza on zagadnienie skończoności czy nieskończoności świata w czasie i przestrzeni. Poniżej ten fragment:

Czym jest czas? Tajemnicą – bo jest nierealny a wszechobecny. Jest warunkiem zjawiskowego świata, jest ruchem zespolonym i przemieszanym z istnieniem realnych ciał w przestrzeni i z ich ruchem. A czy nie byłoby czasu, gdyby nie było ruchu? I ruchu, gdyby nie było czasu? Pytania i pytania! Czy czas jest funkcją przestrzeni? Czy też odwrotnie? Czy raczej są ze sobą identyczne? Za wiele już pytań! Czas jest czynny, ma takie właściwości jak czasowniki. Ma „poczesny” udział w tworzeniu. Ale czego? Zmiany! Co jest teraz, nie było wówczas, co jest tu, nie jest tam, bo między nimi leży ruch. Ale skoro ruch, którym się mierzy czas, jest okrężny, w sobie samym zamknięty, to można by i czas, i wszelką zmianę równie dobrze nazwać spokojem i bezruchem – to bowiem, co było wówczas, powtarza się nieustannie w tym, co jest teraz, a to, co jest tam – w tym, co jest tu. A że ponadto skończonego czasu i ograniczonej przestrzeni niepodobna sobie wyobrazić – nie pomogą najbardziej rozpaczliwe wysiłki – więc ostatecznie zaczęto sobie przedstawiać czas i przestrzeń jako wieczne i nieskończone, zapewne w przekonaniu, że jeśli i w ten sposób nie można ich sobie wyobrazić dobrze, to przynajmniej można nieco lepiej. Czy jednakże uznanie wieczności i nieskończoności nie jest unicestwieniem przez logikę i rachunek wszystkiego, co ograniczone, skończone, względne, czy nie jest sprowadzeniem tego do zera? Czy rzeczy mogłyby w wieczności następować jedne po drugich, a w nieskończoności występować jedne obok drugich? Z tymi założeniami, że istnieje wieczność i nieskończoność, założeniami przyjmowanymi z musu, jakże da się pogodzić istnienie we wszechświecie odległości, ruchu, zmiany lub choćby tylko ograniczonych ciał? To pytania, których mimo wszystko nie da się uniknąć.

x

Wydaje się to bardzo skomplikowane, ale nie tak bardzo, gdy posłużymy się pewnym przykładem. Łatwiej to będzie sobie wyobrazić w przypadku przestrzeni niż czasu. Jeden metr do tysiąca metrów, to 1/1000, jeden metr do tysiąca kilometrów, to 1/1 000 000. Oznacza to, że im dłuższy odcinek, tym wartość ułamka jest coraz mniejsza, czyli 1/∞ musi oznaczać, że wartość tego ułamka jest równa zeru, czyli że w nieskończoności każda odległość musi równać się zeru. W przypadku czasu jest podobnie. Czy będzie to godzina w porównaniu z tysiącem godzin, czy z milionem, to w stosunku do wieczności musi to być zero. To wynika z logiki. I stąd pytanie Manna: Czy jednakże uznanie wieczności i nieskończoności nie jest unicestwieniem przez logikę i rachunek wszystkiego, co ograniczone, skończone, względne, czy nie jest sprowadzeniem tego do zera? Ale dla nas jest to trudne do zaakceptowania czy może raczej do wyobrażenia.

Jest jednak i druga strona medalu, o której Mann nie wspomniał, a mianowicie świat mikro. Jeśli patrzymy na minerały czy komórki jakiejś tkanki pod mikroskopem o powiększeniu 300x czy 400x, to widzimy zupełnie coś innego niż w skali makro. I rodzi się pytanie: czy w tym wypadku możemy tak powiększać obraz w nieskończoność, czyli docierać do krańców świata mikro? Czy w skali mikro jest gdzieś granica? Bo skoro są mikroskopy elektronowe, które sięgają głębiej w świat mikro, to czy nie mogą sięgać jeszcze głębiej? Czy istnieje zatem jakaś granica w świecie makro i mikro? A jeśli istnieje, to co poza nią? Pytania i pytania, jakby powiedział Mann.

Czy zadawanie takich pytań ma sens, skoro i tak nie uzyskamy na nie odpowiedzi? Nie uzyskamy, ale może przez to lepiej zrozumiemy ludzką naturę i ucieczkę ludzi w religię, w wiarę w Boga. Problem można oczywiście spłycić, jak to zrobił Marks, który stwierdził, że religia to opium ludu, a myśl tę rozwinął Lenin. Cytat pochodzi z Wikipedii:

„Religia jest jedną z odmian ucisku duchowego, który wszędzie dławi masy ludowe, przytłoczone wieczną pracą na innych, biedą i osamotnieniem. Bezsilność klas wyzyskiwanych w walce z wyzyskiwaczami równie nieuchronnie rodzi wiarę w lepsze życie pozagrobowe, jak bezsilność dzikusa w walce z przyrodą rodzi wiarę w bogów, diabły, cuda itp. Tego, kto przez całe życie pracuje i cierpi nędzę, religia uczy pokory i cierpliwości w życiu ziemskim, pocieszając nadzieją nagrody w niebie. Tych zaś, którzy żyją z cudzej pracy, religia uczy dobroczynności w życiu ziemskim, oferując im bardzo tanie usprawiedliwienie ich całej egzystencji wyzyskiwaczy i sprzedając po przystępnej cenie bilety wstępu do szczęśliwości niebieskiej. Religia to opium ludu. Religia to rodzaj duchowej gorzałki, w której niewolnicy kapitału topią swe ludzkie oblicze, swoje roszczenia do choćby trochę godnego ludzkiego życia.”

Żeby to uporządkować, to wypada przytoczyć fragment z książki Jerzego Dzika Dzieje życia na Ziemi Wydawnictwo Naukowe PWN 2011:

„Magazynem idei jest cała kultura ludzka, zawarta w religii, sztuce, nauce i technice. Jedynie od twierdzeń z dziedziny nauk przyrodniczych (scientia) oczekujemy równocześnie prostoty, spójności logicznej i łatwo sprawdzalnej zgodności z rzeczywistością. Tym, co wyróżnia naukę od innych dziedzin poznania, jest bowiem metoda. O przynależności twierdzenia do nauki nie stanowi jego zawartość, lecz sposób sformułowania i zasady umożliwiające jego obalenie. Niesłusznie więc byłoby wywyższanie nauki ponad religię i sztukę na podstawie treści. Wręcz przeciwnie. Zagadnień najistotniejszych dla naszej egzystencji nie potrafimy rozwiązać posługując się metodą naukową. Nie potrafimy też, rzecz jasna, za pomocą rozumowań naukowych ocenić wartości odpowiedzi dawanych przez religię i sztukę. Z drugiej strony, rozsądne jest nieodwoływanie się do innych dziedzin tam, gdzie solidnie podbudowanej odpowiedzi dostarczyć może przyrodoznawstwo.”

Można zatem powiedzieć, że religia daje odpowiedzi na pytania, z którymi nie radzi sobie nauka. I wszystko byłoby w porządku, gdyby nie fakt, że nie ma jednej religii wspólnej dla wszystkich ludzi, a jest ich wiele i wiele wyznań, co powoduje, że różnice na tym tle są źródłem wzajemnej wrogości, nienawiści, antagonizmów, kłótni i wojen.

Holokaust

Naród żydowski jest czymś bardzo skomplikowanym i niezrozumiałym dla narodów rdzennych. Być może wielu sądzi, że jest to monolit, solidarna grupa społeczna, która kieruje się swoimi prawami i w ten sposób wyraźnie odróżnia się od reszty. Specyfiką tego narodu jest jego cel, czyli podporządkowanie sobie innych narodów. Jest to cel religijny, a więc taki, który motywuje ludzi jak żaden inny, a cel uświęca środki. Czy zatem w dążeniu do jego realizacji można również poświęcać swój naród, a przynajmniej jego część? Czy tym właśnie był Holokaust? W Wikipedii można przeczytać:

Zagłada Żydów, również Holocaust lub Holokaust (gr. ὁλόκαυστος holokaustos – całopalenie, ofiara całopalna), Szoa, Churbn Ejrope (jid. חורבן אײראָפּע – zagłada Europy, destrukcja Europy, zniszczenie Europy), Churbn Letland (jid. חורבן לעטלאנד – zagłada Łotwy) – ludobójstwo około 6 milionów europejskich Żydów dokonane w czasie II wojny światowej przez niemiecką III Rzeszę i wspierane w różnym stopniu przez uzależnione od niej państwa sojusznicze.

Zagłada Żydów w większości przeprowadzona została na okupowanych przez niemiecką III Rzeszę ziemiach polskich. Stanowiła, łącznie z zagładą Romów, bezprecedensową próbę wymordowania całych narodów przy użyciu metod przemysłowych, która nigdy wcześniej i później nie była przeprowadzona w takiej skali. Stanowiła systematyczny i realizowany przez aparat państwowy proces likwidacji całego narodu.

Partia nazistowska i jej przywódca Adolf Hitler po dojściu do władzy w 1933 rozpoczęli realizację programu rasistowskiego i antysemickiego, przewidującego izolację ludności żydowskiej i stopniowe pozbawienie jej wszelkich praw obywatelskich oraz cywilnych. Wspierano także emigrację Żydów z Niemiec. W wyniku tych działań do lata 1938 z III Rzeszy uciekło 150 tys. Żydów, którzy skierowali się do Wielkiej Brytanii (52 tys. osób), Francji (30 tys.), Polski (25 tys.), Belgii (12 tys.), Szwajcarii (10 tys.) i krajów skandynawskich (5 tys.).

Początkowo władze niemieckie rozważały wysiedlenie europejskich Żydów (np. za Ural bądź na Madagaskar), projekt ten został jednak oceniony jako niemożliwy do przeprowadzenia w warunkach wojny. W związku z tym, jesienią 1941 roku podjęto decyzję o tzw. „ostatecznym rozwiązaniu kwestii żydowskiej” (Endlösung der Judenfrage), co było sformułowaniem oznaczającym w praktyce politykę zagłady wszystkich Żydów w Europie. Szczegóły akcji dopracowano formalnie podczas konferencji w Wannsee, 20 stycznia 1942 r., a przeprowadzenie operacji powierzono SS.

x

Już nawet z tych pobieżnych informacji wynika, że to nie trzyma się kupy. Odnosi się wrażenie, że ci, którzy chcieli dokonać zagłady Żydów nie wiedzieli, jak się do tego zabrać. Nie! Oni dokładnie wiedzieli, o co im chodziło. Niemożliwa była zagłada narodu rozproszonego po całym świecie i do tego zasymilowanego w dużej części. Zamiar ten, którego realizację przypisano nazistom, zapoczątkowano w Niemczech wcześniej. Erich Maria Remarque w swojej powieści Na ziemi obiecanej Bellona 2011 pisze:

„Tannebaum urodził się w Niemczech i tam mieszkał, ale nie ufał w pełni ani Niemcom, ani jakimkolwiek Europejczykom. Przeżył niemiecką inflację z lat 1918-1923 i wyszedł z niej bankrutem.

Był gorącym patriotą, jak wielu Żydów w Niemczech czasów Wilhelma II, gdy antysemityzm jeszcze uważany był za coś wulgarnego, a Żydzi mogli awansować do sfery arystokracji. Swój majątek inwestował również w pożyczki wojenne. Gdy pod koniec inflacji w roku 1923 jeden bilion marek ustabilizował się na poziomie 4 marek (chodzi tu zapewne o nowe marki – przyp. W.L.), zmuszony był ogłosić upadłość. Nie zapomniał tego nigdy i później wszystkie oszczędności lokował w Ameryce. Obserwując uważnie francuską i austriacką inflację, skutecznie je ominął. Gdy dwa lata przed nazistowskim przewrotem niemiecka marka została nagle zablokowana, Tannenbaum większość majątku ulokował już za granicą. Mimo to zachował w Niemczech swoje przedsiębiorstwo. Blokada marki nigdy nie została zniesiona. Była to klęska dla wielu tysięcy Żydów, którzy – nie mogąc już transferować swoich pieniędzy za granicę – musieli pozostać w Niemczech. Straszliwa ironia losu polegała na tym, że chwiejący się bank, który wywołał blokadę, był bankiem żydowskim, i że blokada została ustanowiona przez demokratyczny rząd. Z tej przyczyny Żydzi w Niemczech stracili możliwość ucieczki, stając się później ofiarami obozów koncentracyjnych. W wyższych kręgach narodowosocjalistycznych uważano to za jeden z najlepszych kawałów światowej historii.”

Komentarz w tym wypadku wydaje się zbyteczny. Cytowany fragment jest aż nadto wymowny. Po co więc cała ta ideologia nazistowska i przez kogo została ona wymyślona? Syjonizm, czyli ruch dążący do utworzenia w Palestynie państwa żydowskiego, pojawił się jeszcze w XIX wieku. Problem jednak polegał na tym, że idea państwa żydowskiego nie znalazła zbyt wielu entuzjastów wśród Żydów, którym dobrze wiodło się w krajach rozproszenia i nie chcieli ich opuszczać. Trzeba było ich jakoś do tego przekonać. Dla kierowników żydostwa problemem było to, że Żydzi w diasporze ulegali często asymilacji faktycznej, co dla żydostwa było bardzo niebezpieczne, bo groziło jego rozwodnieniem w narodach rdzennych oraz to, że następował rozdźwięk pomiędzy żydostwem zachodu i wschodu. Henryk Rolicki w książce Zmierzch Izraela z 1935 roku cytuje „Hajnt” z dn. 3 kwietnia 1927 r. nr 79:

„Erec Izrael (Palestyna – przyp. autora) jest dla nas tylko metropolią światowego żydostwa, jest tylko historycznym i jedynym krajem, gdzie żydzi będą mogli rozwijać się samodzielnie i zdrowo, tworząc własne formy polityczne i kulturalne. Ze zdrowego i samodzielnego Erec Izrael będzie rozwijała się kultura żydowska we wszystkich krajach wygnania, gdzie jeszcze pozostali żydzi, lecz całe żydostwo z całego świata będzie nadal tworzyło jeden naród. I my twierdzimy, że bez silnego ekonomicznie żydostwa rozproszenia nie możemy mieć ekonomicznie silnej kolonizacji żydowskiej w Erec Izrael.”

Zatem ci wszyscy, którzy, jak mantrę, powtarzają za Kissingerem, że „za dziesięć lat nie będzie Izraela”, nie mają racji. Być może powstanie „Niebiańska Jerozolima” na Ukrainie, zapewne zostanie odtworzona I RP – żydowski raj, ale Izrael pozostanie, bo jest warunkiem koniecznym przetrwania Żydów w diasporze jako Żydów pozornie zasymilowanych, a nie – faktycznie.

Przez 800 lat I Rzesza była luźnym związkiem księstw i księstewek. Czy zjednoczenie Niemiec i powstanie II Rzeszy było już działaniem planowym? Dlaczego padło na Niemcy? Ze względu na położenie – w środku Europy, liczbę ludności – najludniejszy wówczas naród, potencjał gospodarczy, społeczeństwo – karne i zdyscyplinowane. Remarque w cytowanej powieści pisał, że Niemcom nie udała się żadna rewolucja, nawet zwyczajny bunt. Ich bożyszczem jest rozkaz i posłuszeństwo, a nie sumienie. Nie bez znaczenia był fakt, w jaki sposób doszło do kapitulacji Niemiec po I wojnie światowej. W jej momencie wojska niemieckie stały kilkadziesiąt kilometrów od Paryża, na froncie wschodnim również nie były pokonane. Trudno było dziwić się, że w społeczeństwie niemieckim, a przynajmniej w jego części, narastała frustracja, spotęgowana również kryzysem gospodarczym i hiperinflacją. W takiej sytuacji nietrudno wzbudzić w społeczeństwie falę niezadowolenia. W powieści Czarny Obelisk REBIS 2021, której akcja rozgrywa się w 1923 roku, Remarque pisał:

„Dzień jest błękitny i bardzo piękny. Niebo rozpina się nad miastem jak olbrzymi jedwabny namiot. Wilgotny chłód poranka wisi jeszcze w koronach drzew. Ptaki ćwierkają, jakby na świecie istniało tylko rozpoczynające się lato, gniazda i młode życie. Nic ich nie obchodzi, że dolar jak brzydki gąbczasty grzyb spuchł do pięćdziesięciu tysięcy. Ani to, że poranna gazeta donosi o trzech samobójstwach – wszystkie byłych drobnych ciułaczy, wszystkie popełnione w ulubiony sposób ubogich: za pomocą otwartego kurka od gazu. Żyjącą z oszczędności panią Kubalke znaleziono z głową w piecyku gazowej kuchenki; emerytowany rachmistrz Hopf, gładko wygolony, w nieskazitelnie wyszczotkowanym, mocno łatanym garniturze, trzymał w ręku cztery ostemplowane na czerwono banknoty tysiąc markowe, niby bilety wstępu do nieba; wdowa Class leżała na podłodze w swojej kuchni, a książeczkę oszczędnościową z wkładem pięćdziesięciu tysięcy marek znaleziono obok niej podartą na strzępy. Czerwono ostemplowane tysiącmarkówki Hopfa były ostatnią chorągwią nadziei; od dawna wierzono, że kiedyś zostaną skonwertowane. Skąd poszła ta pogłoska, nikt nie wie. Nigdzie nie jest na nich napisane, że można je wymieniać na złoto, a gdyby nawet tak było – państwo, ten nietykalny oszust, który sam kradnie biliony, ale zamyka każdego, kto sprzeniewierzy choćby pięć marek, znalazłoby jakąś sztuczkę, żeby wykręcić się sianem. Dopiero przedwczoraj zamieszczono w gazecie wyjaśnienie, ze stemplowane banknoty nie będą traktowane w sposób uprzywilejowany. Dlatego też dziś jest w gazecie nekrolog Hopfa.”

Tak więc społeczeństwo niemieckie przygotowywano bardzo starannie do tego, by popadło ono w głęboką frustrację, ale i to nie pomogło. Alan Bullock w książce Hitler – studium tyranii Czytelnik 1975 pisze:

Schröder należał do grupy przemysłowców i bankierów, którzy w listopadzie 1932 roku we wspólnym piśmie do Hindenburga domagali się, aby powierzył Hitlerowi utworzenie rządu opartego na nadzwyczajnych pełnomocnictwach prezydenta. Podpisy pod tym żądaniem zbierał także dr Schacht, a wśród podpisanych było wielu czołowych przemysłowców z zachodnich Niemiec.

Przed dojściem do władzy Hitler nigdy nie zdobył w wolnych wyborach więcej niż 37 proc. głosów. Gdyby pozostali wyborcy – 63 proc. byli jednomyślni w swojej opozycji, nie mógłby liczyć na to, że zostanie kanclerzem w sposób legalny; musiałby wybrać między ryzykiem zdobycia władzy siłą a stopniowym rezygnowaniem ze swoich ambicji. Dwa czynniki uratowały go przed tym wyborem: nieudolność i rozłam wewnętrzny przeciwników i gotowość prawicy do przyjęcia go jako partnera w rządzie.

Już w 1930 roku, kiedy Brüning nie zdołał stworzyć stałej większości ani w Reichstagu, ani przy wyborach, na polityce niemieckiej fatalnie zaciążył fakt, że partie polityczne nie potrafiły połączyć się i poprzeć Republiki.

Ale największa odpowiedzialność spadła na niemiecką prawicę, która nie tylko nie potrafiła porozumieć się z innymi partiami dla obrony Republiki, ale uczyniła z Hitlera swojego partnera w rządzie koalicyjnym. Stara klasa rządząca cesarstwem niemieckim nigdy nie pogodziła się z przegraną wojną i obaleniem monarchii w 1918 roku. Rządy republikańskie, które potem nadeszły traktowały ją wyjątkowo dobrze. Wielu z jej członków pozostało u władzy i utrzymało wpływy; nie ruszano ani ich własności, ani majątków; generałowie zachowali niezależną pozycję; przemysłowcy i kapitaliści robili wielkie interesy i ciągnęli olbrzymie zyski przy słabym i ustępliwym rządzie, a pomoc udzielana junkrom, obszarnikom, urosła do rozmiarów finansowego skandalu stulecia. Ale nie budziło w nich to wdzięczności ani nie skłaniało do lojalności. Niezależnie od tego, co się mówiło o jednostkach, ludzie ci jako klasa społeczna pozostali nieprzejednani i wrogo usposobieni do ustroju, z którego ciągnęli korzyści. Słowo „nacjonalista”, duma największej partii prawicy, stało się synonimem nielojalności wobec Republiki.

Natomiast Remarque w cytowanej wyżej powieści Czarny Obelisk tak pisze o niemieckiej rewolucji:

To prawda, że rewolucja niemiecka z roku 1918 była najmniej krwawa na świecie. Rewolucjoniści tak się przestraszyli samych siebie, że natychmiast przywołali na pomoc dygnitarzy i generałów starego rządu, dla obrony przed ich własnym napadem odwagi. Czym też tamci wielkodusznie się zajęli. Pewną liczbę rewolucjonistów zamordowano, książęta i oficerowie otrzymali wspaniałe emerytury, żeby mogli spokojnie przygotowywać pucze, urzędnicy dostali nowe tytuły, starsi nauczyciele zostali radcami studiów, inspektorzy radcami szkolnymi, kelnerzy otrzymali prawo do tytułu oberkelnerów, dawniejsi sekretarze partii zostali ekscelencjami, socjaldemokratyczny minister Reichswehry mógł pełen błogości rządzić prawdziwymi generałami w swoim ministerstwie, a niemiecka rewolucja utonęła w czerwonym pluszu, wygodach, przy stolikach restauracyjnych, w tęsknocie za mundurami i komendami.

x

Mamy zatem taką sytuację, że w cesarskich Niemczech nie było antysemityzmu, a Żydzi stawali się arystokratami. I tak, po zakończeniu wojny, antysemityzm pojawia się nagle jak jakaś zaraza. Dzięki nadzwyczajnym zaletom ustroju zwanego demokracją, w której do władzy można wynieść nawet osła, jeśli zajdzie taka potrzeba, możliwe było zjawisko zwane Hitlerem. I po to była potrzebna ta niemiecka rewolucja, bo bez niej nie byłoby republiki i dojście Hitlera do władzy byłoby niemożliwe. Demokracja stwarza też taki stan, w którym partie polityczne nie potrafią się dogadać, czyli polityczny pat. W takiej sytuacji faktyczna władza należy do elit. I tak, jak w przypadku Niemiec, elity wyniosły do władzy Hitlera, a winą obarczono społeczeństwo niemieckie. To ci źli Niemcy, ci naziści. I dzisiaj jest wielu takich, którzy uważają, że nie należy dzielić Niemców na nazistów i Niemców. Po prostu wszystkiemu winni byli Niemcy i kropka. A to Żydzi, czy może raczej ich nieznani kierownicy, którzy działali w wyższym celu, czyli w celu zachowania narodu żydowskiego jako odrębnego narodu. Dlatego byli gotowi poświęcić jego część, tę „gorszą”, głównie biedotę żydowską z Europy wschodniej, choć nie tylko. Jednak ich śmierć nie poszła na marne, choć dla nich to niewielkie pocieszenie. Powstało zjawisko zwane przemysłem Holokaust. I obecnie Żydzi za mienie tej biedoty domagają się niebotycznych sum.

Żydzi dominują nad pozostałymi narodami. Zajmują oni kluczowe stanowiska we wszystkich liczących się dziedzinach życia politycznego, gospodarczego, finansowego, naukowego, kulturalnego we wszystkich państwach. To jest ta dobra strona przynależności do tej nacji, ale jest też ta zła. Nie wiadomo czy nie zdarzy się tak jeszcze, że ci ukryci kierownicy żydostwa nie zechcą kiedyś poświęcić jego części na rzecz przetrwania reszty, gdyby zaszła taka potrzeba, tak jak to było w czasie II wojny światowej. Zresztą, pogromy żydowskie wydają się stałym elementem życia tego narodu. I nie są one bynajmniej dziełem narodów rdzennych.