Ukrainizm

W dniu 15 stycznia 2025 roku Leszek Sykulski skomentował na swoim kanale wypowiedź Nikołaja Patruszewa, który w pewnym momencie stwierdził, że w przyszłym roku Ukraina przestanie istnieć. Poniżej streszczenie tego wątku.

Jeden z najbliższych współpracowników Władimira Putina Nikołaj Patruszew udzielił wywiadu Komsomolskiej Prawdzie, wysokonakładowemu dziennikowi rosyjskiemu, w którym odniósł się do założeń tego, co Rosjanie określają mianem Specjalnej Operacji Wojskowej. Patruszew to Sekretarz Rady Bezpieczeństwa Federacji Rosyjskiej i były szef Federalnej Służby Bezpieczeństwa. Zapytano go o to, co Rosja chce osiągnąć i na to rosyjski urzędnik odpowiedział wprost: prezydent Putin wielokrotnie wymieniał te cele rosyjskiego zaangażowania militarnego na Ukrainie i to nie zmieniło się. Stanowisko Rosji to:

  • nierozszerzanie NATO na wschód
  • nierozmieszczanie broni ofensywnej blisko granic Rosji
  • nielokalizowanie baz NATO blisko Rosji

Patruszew podkreślił, że naród ukraiński jest bliski Rosjanom, złączony wielowiekowymi więzami z Rosją. Natomiast Rosja nie będzie tolerować na Ukrainie promowania ideologii, które w Rosji są nie do zaakceptowania. Patruszew użył określenia ukrainizm, które jest czymś przeciwnym kulturze i tradycji ukraińskiej. Ukrainizm to według niego banderyzm i rusofobia.

Patruszew powiedział też, że nie ma o czym rozmawiać z Londynem czy Brukselą. Przywódcy Europy – stwierdził – nie są w stanie wypowiadać się w imieniu wielu państw, takich jak choćby Słowacją, Węgry, Rumunia, Austria czy wielu innych. Zakwestionował on więc zdolność przywódców europejskich do reprezentowania wszystkich państw.

Druga ważna kwestia, to jego stwierdzenie: możliwe, że w przyszłym roku Ukraina w ogóle przestanie istnieć. Czy istnieją zatem plany dezintegracji państwa ukraińskiego i czy Stany Zjednoczone zgodziły się na to? – pyta Sykulski. A może to zostało już uzgodnione i może nastąpić jakaś nowa forma koncertu mocarstw, jakaś forma resetu amerykańsko-rosyjskiego i jakaś forma porozumienia, co do zakończenia wojny na Ukrainie, która uwzględniałaby jakąś formę dezintegracji państwa ukraińskiego, o czym pod koniec ubiegłego roku pisały ukraińskie media. Agencja Interfax Ukraina zamieściła nawet taką mapę, na której pokazała taką możliwą formę dezintegracji Ukrainy, jako rzekomy plan rosyjski.

x

W tym samym dniu, czyli 15 stycznia 2025 roku Interia zamieściła informację Rosjanie grożą kolejnemu państwu. “Mołdawia może przestać istnieć”. Poniżej jej treść:

– Mołdawia albo stanie się częścią innego państwa, albo w ogóle przestanie istnieć – stwierdził Nikołaj Patruszew, oskarżając władze w Kiszyniowie o antyrosyjską narrację. Bliski doradca Władimira Putina rzucał oskarżeniami, wskazując m.in., że to Mołdawia odpowiada za energetyczny kryzys w Naddniestrzu – prorosyjskiej samozwańczej republice.

Mocne słowa Nikołaja Patruszewa padły w wywiadzie dla rosyjskiej gazety “Komsomolskaja Prawda”. Były szef Rady Bezpieczeństwa Rosji i doradca Władimira Putina mówił o energetycznym kryzysie w Naddniestrzu – nieuznawanej samozwańczej republice – który wybuchł po tym, jak Kijów nie przedłużył z Moskwą umowy o tranzycie gazu do Europy.

Nikołaj Patruszew ostro do władz Mołdawii. “Kraj może przestać istnieć”

Patruszew obwinił w tej sprawie władze w Kiszyniowie, oskarżając je o antyrosyjską politykę. Jak stwierdził narracja taka sprawi, że “Mołdawia albo stanie się częścią innego państwa, albo w ogóle przestanie istnieć”. Patruszew przewidywał też, że “Ukraina, jako suwerenne państwo, może przestać istnieć w 2025 roku”.

x

Na początku swojego komentarza Sykulski wspomniał też o tym, że Stany Zjednoczone ograniczają dostęp do najnowocześniejszych technologi związanych ze sztuczną inteligencją do krajów Europy Zachodniej, Kanady, Australii i Nowej Zelandii. Tak więc widać, że unia europejska w obecnym kształcie jest fikcją i od początku tak było. Nie ulega wątpliwości, że szykują się zmiany.

Stwierdzenie, że za rok może już nie być Ukrainy, jest oczywiście na wyrost, ale jest to delikatna sugestia, w którym kierunku to wszystko zmierza. Można oczywiście udawać, że tak nie będzie i używać określenia „dezintegracja”, chociaż należałoby mówić wprost – rozbiór. Dezintegracja oznaczałaby rozpad na różne części, ale niekoniecznie musiałyby one być wchłonięte przez jakieś państwo czy państwa. W wypadku Ukrainy mamy już do czynienia z rozbiorem. Zajęcie części Ukrainy przez Rosję to rozbiór. To początek. Drugim etapem będzie zajęcie przez nią środkowej części. Reszta przypadnie Polsce. Być może Mołdawia stanie się częścią Rumunii, by zrekompensować jej utratę Siedmiogrodu na rzecz Węgier. Taki wniosek można wysnuć z informacji, że Mołdawia stanie się częścią innego państwa. Oczywiście ten scenariusz, jak na obecną chwilę, wydaje się snem szaleńca, ale czy ktoś w momencie wybuchu I wojny światowej wyobrażał sobie, jak będzie wyglądać po niej Europa?

Jeśli jednak „zejdziemy na ziemię”, to mamy tu konkretne symptomy tego, że Ukraina zostanie podzielona. Jej zachodnie ziemie zostaną przyłączone do Polski, której, z kolei, ziemie zachodnie przypadną Niemcom. Powstanie więc wspólne państwo polsko-ukraińskie, na co wskazują przesiedlania milionów Ukraińców do Polski, które jeszcze się nie skończyły. Cały system socjalny, szkolnictwo różnych szczebli, opieka zdrowotna itp. zostały dostosowane do przyjęcia tych ludzi. Kolejnym dowodem, że to zmierza w tym kierunku, jest dopuszczenie do pracy w dyplomacji ludzi z podwójnym obywatelstwem. Tych faktów nie da się wytłumaczyć inaczej, niż tworzeniem nowego państwa. Jeżeli ktoś myśli, że tak nie będzie, to myli się. Przecież mamy wojnę, której konsekwencje odczuwamy na każdym kroku. A po wojnie będą zmiany, bo po to wybuchają wojny, by dochodziło do zmian, których nie można wprowadzić bez nich. Czy w warunkach pokojowych możliwe byłoby przesiedlenie milinów Ukraińców do Polski?

Patruszew stworzył, czy może za kimś powtórzył, pojęcie ukrainizmu, pod którym rozumie banderyzm i rusofobię. Banderyzm to nacjonalizm ukraiński, a nacjonalizm ten musi nieodparcie łączyć się z rusofobią. To jest efekt rozbicia dzielnicowego Rusi Kijowskiej i niedokończonego po nim zjednoczenia ziem ruskich. Z jakichś powodów nie udało się włączyć do Wielkiego Księstwa Moskiewskiego południowo-zachodnich wschodniosłowiańskich księstw. Była to prawdopodobnie świadoma decyzja tych, którzy tym wszystkim dążą, czyli ówczesnego deep state. Ci, którzy podjęli taką decyzję, dobrze znali mentalność Słowian wschodnich i wiedzieli, że są oni kłótliwi, zawistni i skłonni do anarchii. Jedynym dla nich rozwiązaniem, by normalnie funkcjonować, jest silna czy wręcz despotyczna władza. I tak się stało w Wielkim Księstwie Moskiewskim, które z czasem wyewoluowało w Rosję. Tam, gdzie tej silnej władzy zabrakło, czyli w Rzeczypospolitej Obojga Narodów, panowała anarchia. I RP to właśnie dowód na to, co potrafią wschodni Słowianie. Oczywiście wszystko tam działo się pod żydowskim nadzorem.

Nie jest więc tak, jak twierdzi Patruszew, że ukrainizm jest czymś przeciwnym kulturze i tradycji ukraińskiej. Jest jego esencją. Rosji więc chodzi o to, by pozbyć się z terenów, które zajmie Rosja, tych wschodnich Słowian, którzy nie chcą podporządkować się jej. Temu zapewne też służą przesiedlenia do Polski. Rosja na zdobytych terenach będzie miała spokój, a wschodniosłowiański anarchizm w pełni rozwinie się w nowym państwie ukraińskim, które powstanie z połączenia zachodniej Ukrainy i wschodniej i centralnej Polski. Tak więc to, co się teraz dzieje na Ukrainie, to rodzaj czystki etnicznej i dlatego Rosjanie nazywają to Specjalną Operacją Wojskową, bo w klasycznej wojnie ludność wroga traktuje się jak monolit. Na samym początku tej operacji Putin powiedział przecież, że chodzi w niej przede wszystkim o denazyfikację, czyli denacjonalizację Ukrainy. W tej rosyjskiej Ukrainie ma być miejsce tylko dla tych, którzy uznają zwierzchnictwo polityczne i religijne Moskwy. Więcej o tych kłótniach wschodnich Słowian w blogu Przedmurze.

Natomiast przedsmak tego, co będzie się działo w ukraińskiej Polsce, mamy już dziś za sprawą nieuregulowanej kwestii rzezi wołyńskiej. W latach 1937-38 rząd sanacyjny przeprowadził na Wołyniu akcję konwersji ludności prawosławnej na katolicyzm. W ten sposób udało się „pozyskać” kilkanaście tysięcy katolików, a jak katolik to Polak. Doszło tam prawdopodobnie do sytuacji, w której nacjonaliści ukraińscy, wyszkoleni przez rząd sanacyjny podczas eksperymentu wołyńskiego, wymordowali tych katolików. Później, w trakcie akcji Wisła, sprawców tej zbrodni i ich rodziny przesiedlono na ziemie poniemieckie, natomiast miejscową ludność, czyli świadków, wywieziono w głąb Związku Radzieckiego. Na miejscu wszelkie ślady zatarto: spalono domy i zabudowania, ciała pomordowanej ludności prawdopodobnie spalono w tych domach i zabudowaniach, ale zanim to zrobiono, nie zapomniano o tym, by zrobić zdjęcia pomordowanych. Nikt obecnie nie zadaje sobie pytania, jakiego wysiłku, czasu i organizacji wymagałoby pogrzebanie tylu ofiar, bo niektórzy mówią o 100 tysiącach, a inni nawet o 500 tysiącach. O wiele prościej było spalić ciała pomordowanych. Ale załóżmy, że pochowano ciała pomordowanych. Ale jak: pojedynczo czy w zbiorowych grobach? Jednak bez względu na to jak, czy te ciała, po tylu latach, nie są już w stanie takiego rozkładu, że nie można dokonać ich identyfikacji? W takim razie, o co chodzi tym, którzy chcą godnie pochować swoich bliskich? W jaki sposób chcą ich rozpoznać? – Tylko czy dziś, w dobie sztucznej inteligencji, ktoś zadaje sobie takie pytania? Tak więc spór o rzeź wołyńską jest sporem pomiędzy potomkami ofiar lub ich udających, a tymi, którzy ekshumacji sprzeciwiają się, bo ten spór ma trwać. Natomiast Polacy mają tu być stroną konfliktu, choć nie mieli z tym nic wspólnego. Dzieje się dokładnie tak jak za czasów I RP i powstań na Ukrainie. Wschodniosłowiańska zawiść i kłótliwość może wkrótce dać o sobie znać. Już niektórzy przebąkują, że Ukraińcy, wcześniej czy później, pogodzą się z Rosjanami, a jedynymi winnymi będą Polacy i przeciwko nim zwróci się ich nienawiść. Tylko jacy Polacy? „Polski” rząd, „polscy” politycy? Takie to skutki unii ze społecznościami obcymi kulturowo i cywilizacyjnie.

Przedmurze

Obecnie położenie Polski w Europie określane jest jako strefa zgniotu lub mówi się, że jest ona zderzakiem strategicznym, miejscem, w którym ścierają się interesy Zachodu i Wschodu. W przeszłości używano innego określenia. Norman Davies w książce Boże igrzysko Wydawnictwo ZNAK, 1999 pisał:

Dla każdego okresu na przestrzeni dziejów od r. 1000 do 1939 można przytoczyć wypowiedzi będące dowodem przeświadczenia, że Polska była, jest i zawsze będzie najdalej wysuniętą placówką zachodniej cywilizacji. W wiekach najwcześniejszych widziano w niej obrońcę okopów oddzielających od pruskich i litewskich pogan, w okresie nowożytnym – zaporę broniącą dostępu islamowi i moskiewskim schizmatykom, w w. XX – straż szańców wzniesionych na linii frontu walczącego komunizmu. We wszystkich okresach dziejów przeznaczone Polsce „miejsce w Europie” – podobnie jak miejsce sąsiednich Węgier – było zupełnie jasno określone: antemurale, przedmurze.

Pojęcie antemurale zawsze cieszyło się szczególnym upodobaniem ze strony pisarzy katolickich, a ostatnio przyjął je także watykański Instytut Historii Polski, używając jako tytułu swego znakomitego czasopisma. Łączy się je często z dwoma innymi sloganami – Polonia semper fidelis (Polska zawsze wierna) oraz Polska „przystanią tolerancji”. W ten sposób rzymscy apologeci stwarzali wrażenie, że Polska była w stanie powstrzymać napór pogaństwa, po pierwsze dlatego, że była krajem jednolicie katolickim, po drugie zaś – ponieważ jej cudowna tolerancja nie stwarzała powodów do prowadzenia walk religijnych wewnątrz kraju ani do ingerencji z zewnątrz. Zarówno forma, jak i treść uchwały konfederacji warszawskiej z 28 stycznia 1573 r. były istotnie czymś wyjątkowym jak na warunki panujące w tym czasie w innych częściach Europy; miały one decydować o zasadach życia religijnego w Rzeczypospolitej przez następne dwieście lat:

Uchwała ta zawierała jednak w sobie dowód pewnej subtelnej sprzeczności. Jeśli katolicka Rzeczpospolita istotnie była „przystanią tolerancji”, to mogło się tak stać jedynie dzięki obecności w niej licznych dissidentes; jeśli jednak społeczność innowierców była tak duża, że aż trzeba ją było tolerować, to Rzeczpospolita nie mogła być jednolicie katolicka. Niełatwo podać dokładna miarę katolicyzmu Polski oraz jej tolerancji.

Krótka wyprawa poznawcza w przeszłość religijną Polski jest zatem wycieczką pełną niespodzianek. Z jednej strony obserwuje się bowiem nieprzerwaną obecność Kościoła rzymskokatolickiego, którego początki sięgają najdalszych początków pisanych dziejów i którego supremacji zagrażały jedynie przemijające niebezpieczeństwa; z drugiej strony zaś – bezustanne dowody istnienia licznych odmian religijnego nonkonformizmu, sekciarstwa, schizmy i herezji.

x

Davies prezentuje również dane dotyczące wyznań religijnych w Rzeczypospolitej. Tak więc katolicy stanowili mniejszość w stosunku do pozostałych wyznań. W 1772 roku wyglądało to tak:

  • katolicy 43%
  • unici 33%
  • prawosławni 10%
  • judaizm 9%
  • protestanci 4%
  • Ormianie, muzułmanie 1%

Pisze on, że zarówno forma, jak i treść uchwały konfederacji warszawskiej z 28 stycznia 1573 r. były istotnie czymś wyjątkowym jak na warunki panujące w tym czasie w innych częściach Europy. Nie było to nic wyjątkowego w tym sensie, że był to pragmatyzm wynikający z faktu, że w 1569 roku doszło do unii polsko-litewskiej. W Wielkim Księstwie Litewskim prawosławie było dominujące i stąd takie a nie inne uchwały tej konfederacji. Konsekwencją tej unii była też unia brzeska z 1596 roku, w wyniku której nastąpił rozłam w Cerkwi, a którego skutki trwają do dziś, choćby w postaci wojny na Ukrainie.

W dalszej części Davies pisze (wytłuszczenia W.L.):

Najwięcej problemów stwarzała sytuacja społeczności prawosławnej. Na terenie Polski ludność prawosławna zamieszkiwała obszary położone na północnych obrzeżach Karpat, sięgające na zachodzie po Sanok i Krosno. Na Rusi Czerwonej, przyłączonej do Polski w 1340 r., oraz w Wielkim Księstwie Litewskim stanowiła ona element dominujący. W zjednoczonej Rzeczypospolitej prawosławni stanowili około 40% ogólnej liczby mieszkańców. Należeli do prastarych prawosławnych diecezji kijowskiej i nowogrodzkiej.

Nie było im jednak dane żyć w spokoju, a największe niepokoje były skutkiem tarć wewnętrznych. Od r. 1453, kiedy to patriarchat Konstantynopola dostał się w ręce Turków otomańskich, padali oni bez przerwy ofiarą sprzecznych interesów rozmaitych ugrupowań politycznych. Z jednej strony moskiewscy carowie usiłowali ich objąć swymi roszczeniami do sprawowania powszechnego patronatu, z drugiej zaś – hierarchia rzymska wiązała z nimi swe nadzieje na zakończenie schizmy. Wynikiem był nieustający konflikt. W XVI w., po krótkotrwałym flircie z Rzymem za czasów kardynała metropolity Izydora i jego następców, metropolici kijowscy ponownie przyjęli zwierzchnictwo Konstantynopola. Próby, jakie legat papieski Antoni Possevino podejmował w latach 1581-83 w celu ponownego ustalenia zwierzchnictwa Rzymu nad Kościołem wschodnim, zakończyły się porażką.

W 1589 r. car Fiodor, działając w porozumieniu z patriarchą konstantynopolitańskim Jeremiaszem, utworzył odrębny patriarchat moskiewski, którego duszpasterskie roszczenia sięgały daleko poza granice państwa moskiewskiego. Prawosławni magnaci Rzeczypospolitej, przyzwyczajeni do sprawowania kontroli zarówno nad rozdziałem kościelnych beneficjów, jak i nad dobrami kościelnymi, poczuli się zagrożeni ze wszystkich stron. Zwłaszcza książę Konstanty Wasyl Ostrogski (zm. 1608), wojewoda kijowski, którego akademia teologiczna w Ostrogu odegrała istotną rolę w odrodzeniu życia prawosławnego i wydała pierwszą drukowaną Biblię w języku staro-cerkiewno-słowiańskim, nie miał ochoty podporządkować się Rzymowi, ani Konstantynopolowi, ani Moskwie. Jak większość jego współwyznawców, chciał, aby go pozostawiono w spokoju. Uzyskał poparcie księcia Andrieja Kurbskiego, który w r. 1567 osiadł na Wołyniu i zajął się, między innymi, działalnością dewocyjną. Ale naciski ze strony biskupów prawosławnych nie ustawały. Niezadowoleni z podatków, jakich domagał się Konstantynopol, a także z autonomii przyznanej świeckim bractwom religijnym, w obawie przed działalnością patriarchy moskiewskiego, który systematycznie podkopywał ich autorytety, sprzymierzyli się ze swymi kolegami w Rzymie.

Pod przywództwem swego metropolity Michała Rahozy, biskupa łuckiego, Cyryla Terleckiego oraz Hipacego Pocieja, uprzednio kasztelana brzeskiego, a w owym czasie biskupa włodzimierskiego, skierowali petycję do papieża. Była to wyrażona w imieniu wszystkich wiernych prośba o przyjęcie ich do Kościoła rzymskiego. 23 grudnia 1595 papież Klemens VIII uczcił fakt zadośćuczynienia tej prośbie uroczystą mszą odprawioną w Bazylice Świętego Piotra. Tymczasem w kraju nastał opór. Gdy 8 października 1596 r. zebrał się w Brześciu połączony synod dwóch prowincji prawosławnych, biskupi nie byli już jednomyślni. Rahoza odczytał bullę papieską ogłaszającą koniec schizmy i poprowadził procesję do rzymskokatolickiego kościoła pod wezwaniem Błogosławionej Maryi Panny. Następnie przyjął delegację duchowieństwa katolickiego w kościele prawosławnym pod wezwaniem św. Mikołaja, gdzie też wysłuchał radosnego kazania Piotra Skargi, jezuity i spowiednika królewskiego. Natomiast biskupi orientacji przeciwnej zabrali się w domu prywatnym w innym punkcie miasta. Książę Ostrogski przybył wraz z armią księży, zakonników i żołnierzy akurat na czas, aby móc posłyszeć, jak archimandryci Ławry Peczerskiej, Pińska i Supraśla przyłączają swe głosy do głosów posłów z Konstantynopola, przeklinając tych, którzy „zdradzili Matkę naszą, Kościół grecki”. Dzień zakończył się wzajemnymi ekskomunikami. Z punktu widzenia Rzymu, synod w Brześciu dokonał potwierdzenia aktu zjednoczenia. Z punktu widzenia Kościoła prawosławnego w Moskwie i Konstantynopolu, był to akt rozbicia jedności.

Kłopoty natury religijnej łączyły się z problemami społecznymi i politycznymi. Kozacy naddnieprzańscy nie uznali unii brzeskiej. Bunt Nalewajki w r. 1596 był pierwszym z wielu powstań, które szukały usprawiedliwienia w konieczności obrony wiary prawosławnej przed działalnością wywrotową katolików. Nalewajkę, którego stracono w Warszawie jako zdrajcę politycznego, na Ukrainie czczono jako męczennika, który oddał życie w obronie religii.

Tak więc rozłam wśród ludności prawosławnej utrzymał się. Ta część duchowieństwa, która opowiedziała się za unią, zachowała obrządek słowiański, odrębną hierarchię oraz prawo do zawierania małżeństwa, równocześnie jednak przyjęli oni katolicką doktrynę o Eucharystii, zwierzchnictwo papieża oraz dyscyplinę kurii rzymskiej. Członków tego „Kościoła greckokatolickiego z obrządkiem słowiańskim” zwano w Rzeczypospolitej unitami. W oczach Konstantynopola byli schizmatykami, w oczach Moskwy zaś – zdrajcami. Tych natomiast, którzy się od unii odcięli, nazywano w Polsce dyzunitami – należeli oni do „Kościoła prawosławnego z obrządkiem słowiańskim” i wraz z protestantami można by ich uznać za dissidentes in religione. Przez niemal 40 lat odmawiano im jakiegokolwiek oficjalnego uznania.

Wrzenie wśród wyznawców religii prawosławnej, sprowokowane przez unię, nie ustawało. Gorzkie uczucia zrodzone w tym okresie walki religijnej wpłynęły niewątpliwie na zaostrzenie konfliktu politycznego w nadchodzących latach. Unici zwalczali dyzunitów, przy czym i jedni, i drudzy walczyli jednocześnie o zachowanie własnej niezależności od instytucji Kościoła katolickiego. Sytuacje ich odmalował w żywych barwach Melecjusz Smotrycki w pochodzącym z 1610 r. dziele Threnos, to jest Lament Wschodniej Cerkwie. Na początku konfliktu w prowincjach południowo-wschodnich stoczono szereg regularnych bitew – były to tak zwane „wojny diaków”, podczas których duchowni uniccy i dyzuniccy walczyli ze sobą o kontrolę nad beneficjami i dobrami Kościoła prawosławnego. W prowincjach północno-wschodnich analogiczny konflikt osiągnął szczyt z chwilą zamordowania unickiego biskupa połockiego, Józefata Kuncewicza. Arcybiskup Kuncewicz nie był człowiekiem miłującym pokój i brał udział we wszelkiego rodzaju akcjach podejmowanych przeciwko ludności prawosławnej – w tym także w najwstrętniejszej z wszystkich drobnych szykan, jaką była odmowa wydania chłopom prawosławnym zezwolenia na chowanie zmarłych w poświęconej ziemi. Jego śmierć wywołała gwałtowne oburzenie w Rzymie, ale w jego własnej diecezji przyjęta została z uczuciem pewnej ulgi. Poruszenie i gniew wywołała także kategoryczna odmowa Zygmunta III w sprawie zatwierdzenia nominacji na biskupów, dokonanych przez patriarchę jerozolimskiego – Teofanesa. Żale i pretensje w związku z tym incydentem stały się w 1620 r. zarzewiem niepokoju wśród Kozaków.

Z czasem jednak wywiązała się walka w sprawach bardziej zasadniczych. Kościoły unicki i prawosławny, straciwszy nadzieję na zlikwidowanie dzielących je przepaści, rozpoczęły prace nad umocnieniem swych odrębnych tożsamości oraz formułowaniem własnych doktryn. Jeśli chodzi o Kościół prawosławny, ważną rolę w tym procesie odegrał Piotr Mohyła (1596-1647), prawosławny metropolita kijowski. Pochodził z Mołdawii i należał do rodziny książęcej, której burzliwe losy były ściśle związane z działalnością kanclerza Zamoyskiego na Bałkanach. Zarówno jego stryj Jeremi, jak i stryjeczny brat Konstanty, ojciec Symeon oraz starszy brat Michał pretendowali w różnych okresach do tytułu hospodara, a także do tronu bądź Mołdawii, bądź Wołoszczyzny. On samo jako młody człowiek służył w polskim wojsku, zaś w r. 1621 walczył z Chodkiewiczem pod Chocimiem. W 1627 wstąpił do klasztoru, Ławry Peczerskiej w Kijowie, i w pięć lat później pojawił się na arenie wydarzeń jako metropolita i nieubłagany przeciwnik unii. Po założeniu w 1632 r. własnej akademii, szybko przekształcił ją w przodujący ośrodek teologii prawosławnej, pierwszą wyższą instytucję naukową w świecie Słowian Wschodnich, skutecznie rywalizującą z miejscowym kolegium jezuickim. Jego sprawie znacznie dopomogła klęska unitów w walce o przyznanie pełnych praw politycznych. Wbrew postanowieniom zawartej początkowo umowy, biskupów unickich nigdy nie dopuszczono do grona senatorów Rzeczypospolitej. Unickie duchowieństwo i szlachtę traktowano jako drugorzędnych katolików, co stawiało ich w obliczu stałego kryzysu sumienia. Ich szeregi z wolna kurczyły się, zarówno z powodu przyłączenia się unitów do głównego nurtu katolicyzmu, jak i przechodzenia na religię prawosławną. W połowie XVII w. odrodzenie w łonie Kościoła prawosławnego dorównywało już sukcesom reformacji katolickiej. W 1633 r., po trzydziestu siedmiu latach prześladowań, hierarchia prawosławna oficjalnie odzyskała swoją dawną pozycję.

Nadchodziły jednak kolejne polityczne niepokoje. Gdy tylko Kościół prawosławny umocnił swe pozycje przeciwko atakom unitów i zdobył prawo do tolerancji ze strony Rzeczypospolitej, natychmiast zaczął odczuwać wpływ prądów idących z Moskwy, która starała się przemodelować tradycyjne praktyki prawosławne i przekształcić prawosławie w religię państwową państwa moskiewskiego. W połowie XVII w. stary Kościół grecko-prawosławny z obrządkiem słowiańskim znalazł się o krok od przekształcenia w rosyjski Kościół prawosławny. W 1648 r. wybuch wojen kozackich odciął najdalej wysunięte na wschód prowincje Rzeczypospolitej od reszty kraju. W 1654 r., gdy Kozacy Chmielnickiego uznali zwierzchnictwo cara, a zatem także pośrednio zwierzchnictwo patriarchy moskiewskiego nad prawosławną ludnością zamieszkującą obszary ich rozległych podbojów, patriarcha Nikon przeprowadzał właśnie reformę liturgii. W 1662 r. wojska cara okupowały Kijów. Wreszcie w r. 1667, kiedy na mocy rozejmu w Andruszowie władza nad całą lewobrzeżną Ukrainą na stałe przeszła w ręce Moskwy, car Aleksy zwalczał właśnie Nikona – nie odrzucając jednak jego reform – oraz podporządkował Kościół prawosławny władzy państwowej. W ten sposób wyznawcy religii prawosławnej zostali zmuszeni do wyboru między poddaniem się nowej liturgii Nikona i nowej dyscyplinie Rosji a zachowaniem dawnych wierzeń i przyjęciem narzuconego im przez Moskwę piętna schizmatyków. W rezultacie nastąpiła wielka schizma, czyli raskoł, która pociągnęła za sobą długotrwałe skutki. Starowiercy przenosili się oczywiście na tereny przygraniczne, gdzie carska policja nie mogła ich łatwo dosięgnąć. Gdy w r. 1667 przyjęto nową linię demarkacyjną, w miejsce dwóch założonych od początku ośrodków starowierców – w miejscowościach Starodub i Wietka na północ od Kijowa – pojawiły się nowe, wysunięte dalej na zachód. Natomiast te wspólnoty prawosławne na terenie Rzeczypospolitej, które przyjęły reformy oraz towarzyszącą im dyscyplinę moskiewską, stopniowo przesunęły się na pozycję, na której fakt wyznawania prawosławia był równoznaczny z prawdopodobieństwem wcześniejszego lub późniejszego wcielenia do imperium rosyjskiego.

Rozbicie Kościoła prawosławnego znalazło odbicie w losach wielkich rodów, z których wiele straciło wszelkie poczucie trwałej lojalności wobec tej czy innej religii. Sam książę Ostrogski był żonaty z katoliczką, panną Tarnowską. Jego spadkobierca, książę Janusz, był katolikiem i prawa do swych rodzinnych dóbr zapisał rycerzom maltańskim. Dwóch spośród jego trzech synów było katolikami, trzeci zaś wyznawcą religii prawosławnej; jedna z dwóch córek poślubiła kalwińskiego hetmana litewskiego Krzysztofa Radziwiłła, zwanego Piorunem, druga zaś – Jana Kiszkę, najzamożniejszego arianina w Wielkim Księstwie. Przedstawiciele głównych linii rodów Radziwiłłów, Chodkiewiczów,Sapiehów i Paców przeszli na protestantyzm. Natomiast Sanguszkowie, Czartoryscy, Czetwertyńscy i Ogińscy przeszli z wyznania prawosławnego na katolicyzm. W dziejach wielu rodzin prawosławnych przyjęcie kalwinizmu w XVI w. stało się krokiem na drodze ku nawróceniu się na katolicyzm w w. XVII.

x

Wszystko zaczyna się od Powieści minionych lat z 1143 roku, historii wschodnich Słowian. Jest to najsłynniejszy zabytek ruskiego piśmiennictwa, który wiąże powstanie ich państwa z Waregami: „I zaczęli się rządzić sami, i nie było wśród nich prawdy, i klan stanął przeciw klanowi, i mieli spory, i zaczęli walczyć ze sobą. I powiedzieli sobie: szukamy księcia, który by nami rządził i sprawiedliwie sądził. I przeprawili się przez morze do Waregów do Rusi (…). Powiedzieli: nasza ziemia jest wielka i obfita, ale nie ma w niej porządku, chodź panować nad nami. I wybrano trzech braci (…). Najstarszy – Ruryk siedział w Nowogrodzie, a drugi – Sineus na Biełoozierze, a trzeci – Truvor w Izborsku. I od tych nazwano ziemie ruską”.

Tak więc Słowianie wschodni nie stworzyli sami swego państwa. Jedynymi Słowianami, którzy to potrafili zrobić, byli Polacy i Czesi. Polacy zostali zdominowani przez Słowian wschodnich, a Czesi przez Niemców. To jest podstawowa informacja niezbędna do zrozumienia dzisiejszej rzeczywistości i tego, dlaczego polskie „elity” polityczne mają taką fobię na punkcie Rosji. Zawsze kłótnie w rodzinie wyzwalają najwięcej emocji i nienawiści.

Powstało potężne państwo zwane Rusią Kijowską. Z jakichś powodów nastąpił w XI wieku jej rozpad dzielnicowy. Podobnie było w Polsce Piastów. Początkowo przewagę zdobył Aleksander Newski, który uzyskał od chana zwierzchnictwo nad wszystkimi księstwami ruskimi. Po jego śmierci zaczęła się walka o sukcesję po nim. Zwycięsko z niej wyszło niewielkie Księstwo Moskiewskie. Na tronie zasiadał tu Daniel, najmłodszy syn Aleksandra, założyciel moskiewskiej linii Rurykowiczów.

W 1325 roku metropolita Piotr przeniósł siedzibę metropolitów z Włodzimierza do Moskwy. Syn Daniela Iwan Kalita pokonał w 1328 roku przy pomocy Tatarów najgroźniejszego z rywali do tronu włodzimierskiego, księcia twerskiego Aleksandra i w tym samym roku zyskał panowanie we Włodzimierzu. W 1328 roku Kalita przeniósł stolicę swego państwa z Włodzimierza do rodzimej Moskwy, dając początek Wielkiemu Księstwu Moskiewskiemu. Nadal jednak władcy moskiewscy (do końca XIV wieku) najpierw obejmowali władzę we Włodzimierzu i tytułowali się najprzód wielkimi książętami włodzimierskimi.

Wnuk Kality Dymitr Doński w bitwie na Kulikowym Polu (1380) pokonał Tatarów, co stało się początkiem upadku Złotej Ordy na Rusi. Wraz z osłabieniem pozycji Tatarów znaczenia nabrały zjednoczeniowe dążenia książąt moskiewskich. Na przeszkodzie ich realizacji stanęło Wielkie Księstwo Litewskie (pozostające od 1386 roku w unii personalnej z Polską), pod którego wpływami znalazły się dawne zachodnie ziemie Rusi Kijowskiej.

Tak więc w Wielkim Księstwie Moskiewskim rządzili twardą ręką Rurykowicze, a w Wielkim Księstwie Litewskim każdy książę był panem we własnym księstwie. Stąd mamy powiedzenie: musi to na Rusi, a w Polsce – jak kto chce. Tyle że to nie była Polska, tylko nadal WKL, które tę Polskę zdominowało i rządziło się swoimi prastarymi prawami, czyli anarchią. To był i nadal jest stan naturalny dla Słowian wschodnich, gdy nie czują nad sobą bata.

Pierwszy kontakt Polski ze Wschodem miał miejsce za panowania Kazimierza Wielkiego. W 1340 roku do Korony została przyłączona Ruś Czerwona. Jakiś książę ruski obiecał Kazimierzowi Wielkiemu, że ten otrzyma po nim w spadku tę ziemię, jeśli umrze on bezpotomnie. I tak się stało. W czasie trwania unii personalnej z Litwą, w 1413 roku na mocy unii horodelskiej, 47 rodów bojarów litewskich i ruskich zaadoptowało 47 herbów szlachty polskiej i tym samym stali się oni oficjalnie polskimi panami w WKL. W rok później, w 1414 roku, powstaje metropolia w Kijowie. I tym sposobem mamy dwie metropolie: jedną w Moskwie, drugą w Kijowie. Można to uznać za początek rozłamu w prawosławiu i początek konfliktu rosyjsko-ukraińskiego.

Unia personalna z Litwą to nie tylko okres dostosowywania Korony do „standardów” WKL, ale to także proces tworzenia nowych elit polskich. Bojarzy litewscy i rusińscy przechodzą na katolicyzm, uczą się języka polskiego. I gdy dochodzi do unii realnej w 1569 roku, na wschodzie są już one gotowe do nowej roli. Jednak połączenie dwóch tak różnych organizmów rodzi problemy. Największym z nich jest oczywiście religia, a raczej wyznanie. Prawie cale WKL to prawosławie, do rządów duszami prawosławnych rości sobie pretensje Moskwa – czyja religia, tego władza. Należało więc to zmienić i stąd unia brzeska, której celem było stworzenie nowej religii czy wyznania, tak by ludność nowo powstałego państwa nie była bardziej lojalna wobec wrogiego państwa.

I tu zaczynają się schody. Mamy wschodnich Słowian, którzy są katolikami już od dawna i oni stoją najwyżej w hierarchii. Niżej są unici, a najniżej prawosławni, przynajmniej na początku. Ci którzy są katolikami, są posłami i senatorami w „polskim” sejmie. Posłowie i senatorowie z ziem byłego WKL stanowią w nim większość. Natomiast biskupów unickich nigdy nie dopuszczono do grona senatorów. Nietrudno domyślić się, kto stał za podjęciem takiej decyzji. W sumie więc różni Słowianie wschodni kłócili się pomiędzy sobą w „państwie” zwanym Rzeczpospolitą, a wszystkiemu byli winni Polacy katolicy. Jednym słowem: cygan ukradł, a kowala powiesili.

Wbrew pozorom nic nie zmieniło się od tamtego czasu. W XV i XVI wieku nastąpiła podmiana elit. Polskie zastąpiono wschodnimi Słowianami. W XIX wieku wyprodukowano tam na masową skalę nowych Polaków. Dziś polskie społeczeństwo to mozaika różnych narodowości z dominującym elementem wschodnim. Nie można oczywiście zapominać o tym, że nad tym wszystkim snuło się i snuje się widmo judaizmu. Warto o tym wszystkim pamiętać, zwłaszcza gdy chce się zrozumieć to, co dzieje się na Ukrainie i zachowanie „polskiego” rządu w tej kwestii.

Kanał Panamski

Ostatnio głośno zrobiło się o Kanale Panamskim, a to za sprawą prezydenta Stanów Zjednoczonych Donalda Trumpa, który w swoich wypowiedziach daje do zrozumienia, że zamierza przejąc nad nim kontrolę. Może więc warto przybliżyć sobie historię i okoliczności, w jakich powstawał ten kanał. Wikipedia pisze:

„Pierwszymi białymi, którzy przebyli w poprzek Przesmyk Panamski byli w 1513 r. Hiszpanie, którymi dowodził Vasco Núñez de Balboa. Pierwszy pomysł przekopania kanału przez Przesmyk rzucił w roku 1529 jeden z jego kompanów, Alvaro de Saavedra. O budowie kanału żeglownego poprzez Przesmyk Panamski dla skrócenia transportu bogactw z Peru do Hiszpanii marzył też już w XVI wieku król Karol V Habsburg. Jednak budowę kanału zainicjował dopiero w 1879 roku Francuz Ferdinand Marie de Lesseps (budowniczy Kanału Sueskiego). Kierował on francuskim przedsiębiorstwem Compagnie Universelle du Canal Interocéanique, które w latach 1881–1889 prowadziło tu pracę, przerwaną bankructwem firmy (tzw. afera panamska). W roku 1903 teren pod kanał (późniejszą Strefę Kanałową) wydzierżawili od nowo powstałego państwa Panamy Amerykanie i w latach 1904–1914 – inspirowani przez prezydenta Theodore’a Roosevelta – ukończyli budowę kanału. Przez ponad 75 lat Strefa Kanału Panamskiego znajdowała się pod jurysdykcją amerykańską, dopiero traktat w sprawie trwałej neutralności i funkcjonowania kanału podpisany w Panamie 7 września 1977 roku zapewnił Panamie prawa do terenu, którego przekazanie odbyło się w 1999 roku.”

W Wielkiej Encyklopedii Powszechnej PWN (1962-1970) można przeczytać:

„W 1879 F. Lesseps zorganizował Compagnie Universelle du Canal Interocéanique de Panama z kapitałem 400 mln franków francuskich, uzyskał dla niej koncesję na budowę kanału. Koszt budowy rozpoczętej w 1881 roku, znacznie wyższy od przewidywanego, i przeciągnięcie prac spowodowały w 1889 bankructwo spółki Lessepsa; pociągnęło to za sobą ataki prawicy na ówczesny rząd francuski, którego członków oskarżono o przekupstwo (tzw. afera panamska). W 1894 powstała nowa spółka francuska, która podjęła dalsze prace. Wojna Stanów Zjednoczonych z Hiszpanią (1898) obudziła zainteresowanie sprawą kanału w Ameryce Środkowej, a gdy w 1901 komisja prezydenta Stanów Zjednoczonych opowiedziała się za budową takiego kanału w Nikaragui, spółka francuska pospiesznie sprzedała Amerykanom swe prawa do budowy kanału. Odrzucenie w 1903 przez Kolumbię proponowanego przez Stany Zjednoczone traktatu w sprawie odstąpienia Strefy Kanału wywołało sprowokowane przez Amerykanów oderwanie się Panamy, której nowy rząd przyjął 18 XI 1903 warunki amerykańskie. Budowę kanału zakończono w sierpniu 1914 roku.”

W powieści Ziemia Obiecana Władysława Reymonta jest taki dialog:

- Co słychać w szerokim świecie, panie Blumenfeld?
- Wiktor Hugo umarł wczoraj (22 V 1885 - przyp. W.L.) - rzekł nieśmiało muzyk i zaczął odczytywać głośno jakieś sprawozdanie.
- Dużo zostawił? - zapytał bankier w przerwie, oglądając sobie paznokcie.
- Sześć milionów franków.
- Ładny grosz. W czym?
- W trzyprocentowej rencie francuskiej i w Suezach.
- Doskonały papier. W czym robił?

Te „Suezy” to pewnie akcje Kanału Sueskiego. W cytowanych powyżej fragmentach nie ma informacji, o co chodziło w tej aferze panamskiej. O tym pisał w jednej ze swoich Kronik Tygodniowych Bolesław Prus. Chodziło o to, że akcje spółki panamskiej były powszechnie reklamowane przez członków rządu jako doskonała inwestycja finansowa i zabezpieczenie emerytalne. Społeczeństwo francuskie dało się na to nabrać, być może po części z racji tego, że akcje Kanału Sueskiego były uważane za doskonałą inwestycję. I stąd afera, bo mnóstwo ludzi straciło swoje oszczędności. A może bankructwo spółki było zaaranżowane? Przecież Lesseps, po przekopaniu Kanału Sueskiego, zdobył wielkie doświadczenie nie tylko w sprawach technicznych, ale również finansowych. Parafrazując słowa pewnej piosenki, mógłbym powiedzieć: nie wierz nigdy rządowi, dobrą radę ci dam; nic gorszego na świecie nie przytrafia się nam.

Traktat z 1903 roku przyznawał USA wieczystą dzierżawę Strefy Kanału Panamskiego i prawo stacjonowania na terenie Panamy wojsk amerykańskich. Pierwszy prezydent kraju Manuel Amado Geurrero uzależnił Panamę od USA, które kilkakrotnie interweniowały zbrojnie w latach 1908, 1910, 1918-1919. W 1936 rząd panamski podpisał traktat przedłużający amerykańskie wpływy w Panamie. W 1940 roku wybory prezydenckie wygrał Arias, który rok później został obalony wskutek puczu wojskowego, bo prowadził politykę antyamerykańską.

W czasie II wojny światowej powstały na terenie Panamy amerykańskie bazy wojskowe. W 1949 roku prezydentem ponownie został Arias, który w 1951 roku został obalony przez wojskowych puczystów. Następca, Cantera, powrócił do przyjaznych relacji z USA. W 1953 roku utworzył on Gwardię Narodową. Na początku lat 60-tych ujawniła się w rządzącej partii frakcja procastrowska. W 1964 doszło do nieudanej próby uregulowania statusu Kanału Panamskiego. W 1968 roku miał miejsce zamach stanu i władzę przejęła junta wojskowa. Od 1969 faktyczną władzę sprawował Omar Torrijos. Nastąpił wzrost gospodarczy i napływ kapitału inwestycyjnego, głównie z USA. W 1973 roku doszło do zaostrzenia konfliktu z USA. Panama wystąpiła z żądaniem suwerenności w strefie kanału i wycofania z jej terenu wojsk amerykańskich. Kilkuletnie rokowania w sprawie kanału, prowadzone przy poparciu państw latynoamerykańskich dla Panamy, zostały zakończone w 1977 układem, który spełnił roszczenia Panamy i ustalił warunki przekazania jej strefy kanału. W 1978 ponownie wprowadzono rządy cywilne, choć faktyczne władzę sprawował gen. Torrijos. W 1979 roku przy jego wsparciu utworzono centrolewicową Demokratyczną Partię Rewolucyjną która rządziła do początku lat 80-tych. I tu zaczyna się najciekawszy, choć tragiczny okres w historii Panamy, związany z rządami generała Noriegi i amerykańskiej inwazji na Panamę. Wikipedia pisze:

Inwazja Stanów Zjednoczonych na Panamę, kryptonim operacja Just Cause (pol. W słusznej sprawie) – inwazja wojsk USA na Panamę przeprowadzona w grudniu 1989 roku. Odbyła się ona za prezydentury George H.W. Busha, na dziesięć lat przed przekazaniem jurysdykcji nad Kanałem Panamskim Republice Panamy. Podczas trwania operacji, po zajęciu przez wojska USA kluczowych pozycji, Panamskie Siły Zbrojne złożyły broń. Jednym z celów inwazji było przywrócenie status quo w rejonie kanału oraz pochwycenie gen. Manuela Noriegi, de facto dyktatora Panamy.

Przyczyny inwazji

Porozumienie Torrijos-Carter, które zakładało rozpoczęcie stopniowego procesu przekazania kontroli nad Kanałem Panamie (mającego się zakończyć w 1999 roku), zostało podpisane przez prezydenta Stanów Zjednoczonych Jimmy’ego Cartera i Omara Torrijosa w dniu 7 września 1977 roku.

Kontakty USA z Manuelem Noriegą rozpoczęły się w 1959 roku, a trwały do początku lat osiemdziesiątych. Współpracował z CIA, pomagając w tajnych operacjach przeciwko lewicy w Ameryce Łacińskiej. Noriega poznał George H.W. Busha w latach siedemdziesiątych, kiedy Bush był szefem CIA. Jego zadaniem było wspomaganie amerykańskich interesów w Ameryce Środkowej, w szczególności sabotowanie działań socjalistycznego rządu w Nikaragui, sandinistów oraz rewolucjonistów w Salwadorze. W latach 1971–1976 otrzymywał od Amerykanów za swoje działania ok. 100 000 USD rocznie. Pomimo współpracy z amerykańską Administracją Legalnego Obrotu Lekarstw, wspomagał jednocześnie handlarzy narkotyków. Doniesienia o udziale Noriegi w przemycie narkotyków dotarły do USA i Europy już w 1971 roku, jednakże prezydent Richard Nixon w uznaniu dla roli jaką spełnia w Ameryce Łacińskiej powstrzymał śledztwo. Dziesięć lat po schwytaniu przez Amerykanów wyszła na jaw sprzedaż Kubie tajnych dokumentów amerykańskiej Agencji Bezpieczeństwa Narodowego; współpracował również z Układem Warszawskim, przekazując zachodnie technologie wojskowe. Na tym procederze zarobił blisko 3 mln USD.

W 1981 roku, po śmierci Omara Torrijosa w wypadku lotniczym, Noriega wszedł w skład junty. W krótkim czasie, bo już w 1983 roku stał się formalnym przywódcą armii, co czyniło go faktycznym władcą kraju. Po dojściu do władzy, współpraca z Amerykanami zacieśniła się. Noriega zezwolił na obecność na terytorium Panamy amerykańskich stacji nasłuchowych oraz stworzył obozy szkoleniowe dla Contras (prawicowa partyzantka w Nikaragui). Nadużycia, fałszerstwa wyborcze, oskarżenia o zaaranżowanie śmierci poprzedniego prezydenta, a także o zabójstwo człowieka, który ujawnił jego narkotykowe interesy, spowodowały masowy sprzeciw wobec rządów Noriegi w samej Panamie. W 1986 roku powstała opozycyjna Narodowa Krucjata Obywatelska.

W późnych latach 80. zaczął przeciwstawiać się polityce realizowanej przez amerykańskie agencje, które wyniosły go do władzy. Prezydent rozpoczął współpracę z kubańskim rządem Fidela Castro, z którym wcześniej prowadził już interesy gospodarcze będąc nieoficjalnym pośrednikiem Stanów Zjednoczonych w handlu z wyspą. Zbliżenie się do Kuby ze strony prawicowego rządu spowodowało niechęć Stanów Zjednoczonych. W 1988 roku Departament Sprawiedliwości oficjalnie oskarżył gen. Noriegę o handel narkotykami. Tego samego roku CIA zawiesiła współpracę z generałem. Administracja Reagana nałożyła sankcje ekonomiczne na Panamę, dodatkowo zamrażając 56 milionów dolarów depozytów w amerykańskich bankach. W marcu 1989 roku, miał miejsce pierwszy nieudany zamach stanu (zaplanowany przez CIA), zdławiony przez siły zbrojne. W maju tego samego roku, doszło do fałszerstw w wyborach krajowych, w których dzięki oszustwu przegrał kandydat sojuszu partii opozycyjnych (pieniądze na kampanię Guillermo Endary, 10 milionów dolarów, przekazały USA). Noriega zadeklarował utrzymywanie władzy do końca życia.

W październiku 1989 roku, doszło do drugiej nieudanej próby zamachu stanu. Również i ten zamach został przygotowany przez rząd USA. W odpowiedzi na zamach parlament przyjął ustawę stwierdzającą o stanie wojny między Panamą i Stanami Zjednoczonymi. W międzyczasie Noriega zaczął kwestionować porozumienie Torrijos-Carter; dyplomacja panamska już wcześniej domagała się przekazania w trybie natychmiastowym kanału i znajdujących się tam instalacji wojskowych, zakazano także prowadzenia na terytorium Panamy tajnych operacji przeciwko Nikaragui. W odpowiedzi prezydent Bush oświadczył, że USA nie będą negocjować ze znanym handlarzem narkotyków, jednocześnie zaprzeczył jakoby USA posiadały jakąkolwiek wiedzę o tym procederze przed oskarżeniem Noriegi. Zastrzelenie amerykańskiego żołnierza stacjonującego w strefie Kanału oraz inne dwa incydenty, które nastąpiły na krótko przed operacją, zostały wymienione przez prezydenta Busha jako główny powód do inwazji.

Uzasadnienie inwazji

Oficjalnie Stany Zjednoczone uzasadniły inwazję w dniu 20 grudnia 1989 roku, kilka godzin po rozpoczęciu operacji. Prezydent Bush wymienił cztery powody inwazji:

  • ochrona życia obywateli amerykańskich w Panamie. W swoim oświadczeniu, Prezydent Bush stwierdził, że stan wojny pomiędzy Stanami Zjednoczonymi a Panamą, zagraża życiu około 35 tys. obywateli amerykańskich. Dochodziło już do licznych starć pomiędzy siłami USA i Panamy;
  • obrona demokracji i praw człowieka w Panamie;
  • zwalczanie handlu narkotykami. Panama stała się centrum handlu narkotykami oraz pralnią brudnych pieniędzy, służąc jako punkt tranzytowy pomiędzy Stanami Zjednoczonymi a Europą;
  • ochrona porozumienia Torrijos-Carter. Zagrożenie neutralności Kanału Panamskiego miały obligować Stany Zjednoczone do interwencji zbrojnej, w celu ochrony Kanału.

Panama stwierdziła, że deklaracja wojny była odpowiedzią na surowe sankcje gospodarcze oraz prowokacyjne manewry wojskowe u swoich granic (operacje Purple Storm i Sand Flea). Manewry wojskowe w obrębie kanału zostały zakazane przez porozumienie Torrijos-Carter.

Inwazja

Inwazja rozpoczęła się 20 grudnia 1989 roku, o pierwszej w nocy czasu lokalnego. W operacji udział miało brać 57684 żołnierzy USA oraz ponad 300 samolotów, w tym AC-130, A-37 Dragonfly służący do obserwacji oraz F-117 Nighthawk i śmigłowce AH-64 Apache jako wsparcie. Inwazja na Panamę była chrztem bojowym dla maszyn AH-64 Apache, Humvee oraz F-117A. Panamskie Siły Zbrojne (PDF) liczyły około 46 tys. ludzi. Operacja rozpoczęła się od ataku na strategiczne instalacje, takie jak lotnisko Punta Paitilla w Panamie, garnizon PDF i lotnisko w Rio Hato, gdzie Noriega posiadał swoją rezydencję oraz kilka innych ośrodków wojskowych na terenie całego kraju. Atak na centralną siedzibę PDF (zwaną La Comandancia), wywołał kilka pożarów, z których jeden zniszczył gęsto zaludnioną dzielnicę El Chorrillo w centrum Panamy. Podczas walk o La Comandancia, wojska panamskie zestrzeliły dwa śmigłowce operacyjne Hughes OH-6 Cayuse.

Ofiary

Stany Zjednoczone straciły 24 żołnierzy, a 325 zostało rannych. Liczba zabitych żołnierzy panamskich wynosi 205 osób. Liczba ofiar cywilnych spowodowana inwazją nie jest dokładnie znana. Oficjalnie opublikowane dane mówią o 314 zabitych i 537 rannych, szacuje się jednak że mogło zginąć nawet kilka tysięcy osób.

Pozarządowa organizacja, „Physicians for Human Rights” – PHR (Lekarze na rzecz Praw Człowieka) – w swoim sprawozdaniu wydanym rok po inwazji oceniła, że co najmniej 300 osób cywilnych zginęło w wyniku walk; niezależne śledztwo prowadzone przez byłego prokuratora generalnego Ramsey Clarka wykazało ponad 4 tys. ofiar.

W raporcie PHR stwierdzono, że ani USA, ani rządy Panamy nie podały dokładnej liczby rannych oraz że wysiłki dokonywane dla zaspokojenia podstawowych potrzeb tysięcy bezdomnych cywilów były niewystarczające. Raport szacował liczbę wysiedlonych cywilów na ponad 15 tys., podczas gdy USA zapewniły wsparcie i pomoc dla 3 tys. z nich. Tak duża liczba ofiar miała być skutkiem nadmiernego użycia siły oraz nowych broni użytych przez amerykańskie wojsko.

Po inwazji

W wyniku interwencji wojsk USA w 1989 aresztowano gen. Noriegę, a rządy objął prezydent Guillermo Endara. Już w 1990 roku nowy rząd udaremnił próbę wojskowego zamachu stanu. Inwazja amerykańska doprowadziła do szerokiego kryzysu gospodarczego, wybuchu antyrządowych walk partyzanckich prowadzonych przez guerillę M-20 oraz serii zamachów terrorystycznych w latach 1991–1992 przeprowadzonych przez zwolenników obalonego prezydenta. W rezultacie Endara szybko stracił poparcie społeczeństwa (w 1992 odrzucono w referendum jego projekt reformy konstytucji). Katastrofą dla rządu okazało się też ujawnienie przyjęcia pieniędzy kartelu narkotykowego przez prezydenta. W wyborach prezydenckich w 1994 r. zwyciężył Ernesto Pérez Balladares z opozycyjnej Rewolucyjnej Partii Demokratycznej. Panamskie wojsko zostało rozwiązane konstytucyjną poprawką w roku 1994. Bezpieczeństwo zewnętrzne jest zapewnione dzięki Traktatowi o Neutralności Kanału Panamy z USA, które przejęło ochronę terytorialną. Efektem rozwiązania wojska jest usunięcie ryzyka powrotu do wcześniejszego reżimu wojskowego. Podjęto rokowania na temat formy obecności Amerykanów po 1999 w strefie Kanału Panamskiego i przyszłości bazy lotniczej w Howard, która jest wielonarodowym ośrodkiem walki z handlem narkotykami. Przyjęto prawo o Władzy Kanału Panamskiego, autonomicznej i niezależnej finansowo, która przejęła zarząd w grudniu 1999 po zakończeniu działalności Komisji Kanału Panamskiego. W 2004 roku władzę objął Martín Torrijos, syn generała Omara Torrijosa.

x

Nie jest chyba dziełem przypadku, że zaledwie po 34 latach od powstania Stanów Zjednoczonych, dochodzi w Ameryce Południowej do powstania niepodległych państw. Dzieje się to w latach 1810-25. Więcej o tym w blogu Peru. To skutek wojen napoleońskich w Europie. Również w tym czasie, w 1821 roku, Meksyk staje się niepodległy i w końcu, po wojnie Stanów Zjednoczonych z Hiszpanią w 1898 roku, Kuba staje się protektoratem Ameryki. Pozostaje jeszcze przejęcie kontroli nad Panamą, gdzie Francuzi zaczynają przekopywać kanał. Sytuacja jest trochę podobna do tego, co działo się podczas budowy Kanału Sueskiego. Zbudowali go Francuzi, a finansowali francuscy akcjonariusze. Budowę kanału rozpoczęto w 1854, zakończono w 1869 roku. Po wykupieniu akcji przez ówczesnego premiera Anglii Benjamina Disraelego, kanał od 1882 roku znalazł się pod pełną kontrolą Wielkiej Brytanii. W przypadku Kanału Panamskiego F. Lesseps uzyskał w 1879 koncesję na budowę tego kanału, ale od kogo? Od Kolumbii, do której należała wtedy Panama? Tej informacji brak. Po aferze panamskiej nowa spółka szybko sprzedaje prawa do budowy kanału Amerykanom. Nie wiadomo więc, jak została sporządzona umowa tej spółki z rządem Kolumbii. Czy miała ona prawo do odsprzedaży swoich praw do budowy kanału? Być może po powstaniu nowego państwa francuska spółka nie miała wyboru i musiała sprzedać swoje prawa Amerykanom. W każdym razie jest to przykład tego, jak można było rozwiązać problem. Kolumbia nie zgadzała się, więc Stany Zjednoczone oderwały interesującą ich część od tego państwa i po problemie.

Mamy więc taką sytuację, że Amerykanie wykorzystują swojego głównego agenta, generała Noriegę, do tego, by ten stworzył Amerykanom pretekst do inwazji na Panamę. Co oni chcieli przez to osiągnąć? Przecież od 1903 roku państwo to było cały czas pod ich kontrolą. Cały system polityczny Panamy jest pod ich kontrolą. Większość prezydentów, którzy po inwazji sprawowali władzę, kształciła się w Stanach Zjednoczonych. Oficjalne powody inwazji, które podali Amerykanie, były wręcz śmieszne. Czy chodziło o pokazanie światu, że Panama po inwazji stała się państwem niezależnym, a strefa kanału była pod międzynarodowa kontrolą? Taki stan, oficjalny, bo nie faktyczny, umożliwia dziś wysuwanie roszczeń do kontroli nad kanałem, który i tak kontrolują. Czy to samo dotyczy Kanady, o której niektórzy mówią, że jest to stan klonowego liścia? Czy to ma być oficjalny pretekst do pozornego wycofania się z Europy i do układu z państwami europejskimi: my wycofujemy się z Europy, a wy sami robicie w niej porządek, ale nie wtrącacie się w nasze sprawy.

Przykład Panamy pokazuje, jak bardzo świat polityki i ten przestępczy są ze sobą powiązane, jak fałszywi są politycy, którzy co innego mówią, a co innego robią, jak zupełnie bez powodu można napaść na jakieś państwo i doprowadzić do śmierci wielu ludzi i do strat materialnych. Dla rządzących życie ludzkie nie ma najmniejszego znaczenia. Dla nich ich wyborcy to śmieci. Warto o tym pamiętać, bo tak się dzieje nie tylko w Panamie.

Kto skorzysta?

W dniu 5 stycznia Tomasz Piekielnik na swoim kanale komentował symptomy, które, jego zdaniem, wskazują na to, że Polska zostanie wciągnięta do wojny na Ukrainie. W pewnym momencie (18:09) zaczyna wyjaśniać, kto może skorzystać na eskalacji tej wojny. Poniżej zapis tego fragmentu.

Czy konsekwencje nie będą dla nas opłakane w razie wywołania takiej większej wojny? Ale wskażę Państwu, kto na tym skorzysta, bo zawsze działa reguła: poszukaj, kto na czym korzysta, masz winnego sytuacji1. Gdzie można się spodziewać, nie będzie zniszczeń, nie będzie wojny? Gdzie można się spodziewać, powstaną tylko korzyści, bo jeżeli wojna eskaluje, potrzeba będzie wielkich pieniędzy. Trzeba będzie zamawiać wielkie ilości uzbrojenia. W wielkiej części trzeba będzie to robić w Stanach Zjednoczonych. A więc już wiemy, gdzie znajduje się ten prowokator i nie myślę o Amerykanach, którzy w dużej mierze nie rozumieją, co się dzieje w Europie, na Bliskim Wschodzie, którzy sami zadają pytania: dlaczego są pod okupacją? dlaczego ich kongresmeni, dlaczego ich senatorzy, dlaczego mają bardzo często, zamiast flag amerykańskich, flagi izraelskie w swoich gabinetach?; dlaczego mają napisane: I support Israel albo dlaczego mają napisane: Israel first. To są masowe przypadki, to nie są odosobnione przypadki. Zatem Amerykanie zadają sobie pytanie: jak to jest, że Ameryka jest pod polityczną okupacją? I to samo dotyczy tzw. deep state w Stanach Zjednoczonych, jako dalszego ciągu tutaj tych rozważań, który ma w kieszeni ten konglomerat militarno-zbrojeniowy, który generalnie zarabia gigantyczne pieniądze, ale walczy przede wszystkim o inną swoją odnogę, o hegemonię dolara na świecie. O to idą tutaj wojny.

Teraz, jeżeli o to idą wojny, to zastanówmy się, do czego są gotowi ci włodarze z deep state? Jeżeli mówią nam, że trzeba Rosję pokonać i mówią to także ustami polskich, niemieckich, holenderskich, skandynawskich polityków, to pytanie, do czego są gotowi posunąć się, aby zrealizować swoje cele? Czy myślicie Państwo, że zależy tym, którzy decydują o wojnach, czy im zależy na tym, że zginie np. 5 albo 50 milionów ludzi? W mojej opinii absolutnie im na tym nie zależy i te skutki uboczne nie ruszają ich totalnie. Tyle że, niestety, my znajdujemy się w tzw. strefie zgniotu. Rozumieją to politycy na Słowacji, na Węgrzech i uważam, że nawet w dużej części rozumieją to politycy niemieccy, bo zwróćcie uwagę, Niemcy nie przekazali zgody na użycie rakiet typu Taurus do atakowania celów w głębi Rosji. Niemcy w dosyć powściągliwy sposób włączają się w tę wojnę. Kanclerz Olaf Scholz dwukrotnie rozmawiał z Putinem, zabiega o jakiś kontakt, ale nie można tego powiedzieć o politykach nad Wisłą, że zabiegają o to, by zrobić wszystko, co można, aby ta wojna deeskalowała.

Zadam tu jeszcze pytanie następujące: jakie korzyści ma Polska z tego, że włącza się w wojnę na Ukrainie, że produkuje dla Ukrainy potajemnie uzbrojenie, że prowadzi naprawę sprzętu wojskowego, w tym czołgów? Jakie korzyści ma w tym Polska politycznie, jakie korzyści ma w tym polskie społeczeństwo, polscy obywatele? – Ja tych korzyści nie widzę, za to widzę ryzyka, koszty i niebezpieczeństwa. Polska klasa polityczna, antypolska klasa polityczna, która jest władzą tak zwaną – niestety, wykorzystuje polską państwowość, polski naród, polski budżet, polski system fiskalny, polską gospodarkę do tego, żeby krok po kroku stawać się stroną wojny.

I teraz zwróćcie Państwo uwagę, porównajcie sobie to krótko w myślach, jak wybuchła wojna i kilka miesięcy po wybuchu, na ile mocno byliśmy uwikłani w tę wojnę? A jak to jest dziś? Przecież jeszcze niedawno głoszono, że wojsko innego państwa NATO uruchomi swoje myśliwce, żeby chronić lotnisko Rzeszów-Jasionka. Zatem jakieś dodatkowe ryzyka muszą być identyfikowane, że np. Rosja obierze za cel. Ale w wyniku czego te ryzyka są identyfikowane, że Amerykanie wprowadzają dodatkowe systemy antyradarowe? Być może do obrony, być może ofensywne. O ile jesteśmy bliżej stania się stroną tej wojny dziś, w porównaniu z czasem, powiedzmy, dwa lata temu? I pytanie, czy to jest w interesie narodowym Polski? Jeszcze inne pytanie zadam: jak Państwo myślicie, jeśli do tego dojdzie, że Rosja będzie atakować, poprzez użycie dronów czy systemów rakietowych, jakieś cele w Polsce, to jak myślicie, jakie będą tego konsekwencje? Konsekwencjami mogą być potem kolejne, powodujące eskalację i wspinanie się na drabinie eskalacyjnej, ataki nazywane odwetowymi. Ale z jakiego terytorium? Czy myślicie, że Niemcy wystrzelą jakieś rakiety ze swego terytorium albo Holendrzy, albo Francuzi? Nie, to znowu z Polski.

Tak więc może to powodować duże niebezpieczeństwo dla nas. Na marginesie zdradzę Państwu, że ja nie wierzę w to, że wojna, która mogłaby pochłonąć Polskę, będzie przypominać II światową, że zaleje nas tutaj piechota rosyjska, czołgi – w razie eskalacji wojny. Mam szczere przekonanie, że jeśli do tego dojdzie, a prawdopodobieństwo oceniam wysoko, że będą to ataki rakietowe precyzyjne, takie które mają też zneutralizować pewne cele, ale także też nie mają przyczyniać się do uznania, że jesteśmy już w pełnoskalowej wojnie. Czy strona rosyjska, realizując odpowiedzi po użyciu amerykańskiej czy angielskiej broni przeciwko celom w głębi Rosji, czy jest tutaj prowokacyjna czy raczej powściągliwa w swoich odpowiedziach?

x

W dalszej części Piekielnik cytuje Daily Mail z 3 stycznia 2025 roku, który informuje o tym, że 1700 ukraińskich żołnierzy z brygady liczącej 5400 osób, przeszkolonych i wyposażonych we Francji, uciekło z frontu. Strona ukraińska przyznaje się, mówi Piekielnik, do około 200 tys. dezercji. W tej sytuacji około 300 tys. poborowych w Polsce ma być przeszkolonych i wcielonych do wojska. I czy nie będzie ich więcej? – pyta Piekielnik. Czy Polacy będą chcieli walczyć na Ukrainie? Jaka liczba dezercji jest możliwa tutaj? W Polsce ta skala może wynieść około 40-60%. Tyle tylko, że władza, wbrew społeczeństwu, może dopuścić się zamknięcia granic. Ich zamknięcie byłoby tym bardziej szokujące, że Ukraina nie zamknęła granic dla swoich obywateli. Od początku wojny miliony Ukraińców, także młodych, opuściło swój kraj. Z publikacji bankier.pl z maja 2024 roku wynika, że zakazu wyjazdów z Polski w razie konfliktu zbrojnego chce 73% mężczyzn. Jest to według Piekielnika operacja psychologiczna, zamówiony sondaż pod pewną tezę. Czyli, moim zdaniem, gotowanie żaby na wolnym ogniu.

Piekielnik przypomniał też, że szef polskiego MSZ-tu mówił, że polskim obowiązkiem jest strącanie rosyjskich rakiet nad Ukrainą. Mówił to w wywiadzie na łamach Financial Times. To jest portal znany na całym świecie. W ten sposób zasugerował światowej opinii publicznej, że Polskę łączą z Ukrainą jakieś szczególne relacje, że jest to prawie jedno państwo. To nie była przypadkowa wypowiedź.

x

Z tego wyłania się tragiczny scenariusz. Większość ludzi nie zdaje sobie sprawy z tego, jak wygląda ta wojna na tym froncie na dalekim wschodzie Ukrainy. Przecież tam nic nie dzieje się, poza tym, że giną tam żołnierze po obu stronach frontu. Rządy obu walczących stron nie mają skrupułów. Rosja mogłaby zakończyć tę wojnę w dwa tygodnie, ale nie chce (zapewne rozkaz), woli poświęcać swoich żołnierzy. Wysyłanie młodych poborowych, słabo przeszkolonych na front, to ich pewna śmierć. To już przerabiano w czasie I wojny światowej. Erich Maria Remarque w swojej powieści Na zachodzie bez zmian (PIW 1967) pisał:

Atak, kontratak, uderzenie, przeciwuderzenie – są to słowa, ale co one zawierają! Tracimy wiele ludzi, najwięcej rekrutów. W luki naszego odcinka znów wepchnięta zostaje rezerwa. Jest to jeden z tych nowych pułków, wyłącznie niemal chłopcy z ostatniego rocznika powołanego pod broń. Prawie niewyszkoleni, co najwyżej trochę ćwiczyli teoretycznie, zanim poszli na front. Wiedzą wprawdzie, czym jest granat ręczny, ale niewiele mają pojęcia o kryciu się, przede wszystkim nie są pod tym względem dość spostrzegawczy. Wyniosłość gleby musi mieć co najmniej pól metra, zanim ją zauważą.

Chociaż potrzeba nam posiłków, więcej niemal roboty mamy z rekrutami niźli pomocy z ich strony. Są bezradni na tym terenie ostrych ataków i padają jak muchy. Dzisiejsza wojna pozycyjna wymaga wiadomości i doświadczeń, trzeba mieć zrozumienie dla samego terenu, trzeba chwytać słuchem odmiany pocisków, ich szmery i działanie, trzeba z góry umieć oznaczyć, gdzie się wryją, jak się rozprysną i jak się można przed nimi uchronić.

Ta młoda rezerwa, oczywista, nie wie prawie nic o tym wszystkim. Zostaje zdziesiątkowana, gdyż zaledwie potrafi rozróżnić szrapnel od granatu. Ludzie bywają koszeni do cna, gdyż z trwogą nasłuchują ryjących się bomb, a puszczają mimo uszu gwiżdżące, cichutkie brzęczenie drobnych, płasko rozpryskujących się bestii. Skupiają się w gromadkę jak owce, zamiast rozbiec się pojedynczo, a nawet do rannych lotnicy strzelają jak do zajęcy.

Wybladłe twarze koloru rzepy, żałosne, kurczowo zaciśnięte ręce, opłakana odwaga tych biedaków, którzy mimo to prą naprzód i atakują, tych walecznych, biednych chłopców, którzy tak są zahukani, iż nie ośmielają się krzyczeć na głos i z postrzelonymi piersiami, brzuchami, ramionami i nogami cichutko skomlą nawołując matki i zaraz przestają, kiedy spojrzeć na nich!

Ich martwe, pokryte puchem, spiczaste twarze są przeraźliwie pozbawione wyrazu – jak twarze zmarłych dzieci.

Ściska człowieka za gardło, kiedy patrzy, jak zrywają się z miejsca i biegną, i padają, chciałoby się spuścić im lanie, że tacy głupi, wziąć ich na ramiona i zabrać stąd, gdzie nie dla nich jest miejsce. Ubrani są w szare kurtki i spodnie, i buty, ale u większości mundur jest za szeroki, luźno dynda wokół członków, barki są szczupłe, ciała za drobne, nie było mundurów przystosowanych do tej dziecinnej miary.

Na każdego starego żołnierza pada pięciu do dziesięciu rekrutów.

Niespodziewany atak gazowy zgładza wielu. Nie zdołali przeczuć nawet, co ich czeka. Na dnie jednego okopu znajdujemy pełno sinoniebieskich głów ze sczerniałymi wargami. W jednym z lejów za wcześnie rozluźnili maski ochronne; nie wiedzieli, iż gaz najdłużej trzyma się na dnie; gdy spostrzegli na górze innych bez maski, oni także zerwali je i dosyć jeszcze nałykali się, aby spalić sobie płuca. Stan ich jest beznadziejny, umierają dławiąc się w krwotokach i atakach duszności.

Widzimy ludzi, którzy jeszcze żyją, choć brak im czaszki, widzimy żołnierzy, którzy biegną, choć obie stopy poszarpane są na strzępy; potykają się na kikutach aż do następnej dziury; jakiś frajter czołga się dwa kilometry na rękach i wlecze za sobą zmiażdżone kolana, inny idzie do punktu opatrunkowego, a ponad jego kurczowo zaciśniętymi dłońmi wypełzają jelita; widzimy ludzi bez ust, bez szczeki, bez twarzy; znajdujemy jednego, który przez dwie godziny zaciśniętymi zębami wpijał się w tętnicę ramienia, aby krew nie spłynęła. Słońce wschodzi, noc powraca, granaty gwiżdżą, życie dobiega końca. Jednak pasmo zrytej ziemi, na której leżymy, obroniliśmy, oddano co najwyżej kilkaset metrów. Ale na każdy metr przypada jeden poległy.

I jeszcze taka ciekawostka:

Stopniowo miarkujemy, że zbliża się ostra zawierucha. Balony, juchy, wypatrzyły dym z naszego komina, dostajemy się pod ogień. To te drobne pryskające bestyjki, które robią niewielkie dziurki i sypią się tak daleko i płasko. Wciąż bliżej świszczą wokół nas, ale przecie nie możemy zostawić jedzenia na pastwę losu.

x

Tak więc Piekielnik mówi otwartym tekstem, że Stany Zjednoczone nie są suwerennym państwem. Dalej z jego wywodu wynika, że nie są takimi państwami Polska, Niemcy, Holandia, państwa skandynawskie. Jeśli nie są one niezależne, to czy mogą być niezależne takie państwa jak Francja, Wielka Brytania, Włochy, Hiszpania? A czy Rosja i Chiny mogą być niezależne? Jeśli wywód Piekielnika ma być logiczny, to konsekwentnie, te państwa też nie są suwerenne, o czym pisałem w poprzednim blogu. Jeśli nie są suwerenne, to wniosek Piekielnika, że te wojny toczą się o dominację Ameryki i dominację dolara jako waluty światowej jest nielogiczny. Nie będę wnikał w to, o co toczą się wojny na Bliskim Wschodzie i gdzie indziej, bo mnie to nie interesuje. Obchodzi mnie to, co tutaj się dzieje.

Jeśli Słowacja i Węgry prowadzą inną politykę wobec Ukrainy, to dlatego, że ci, którzy rządzą Ameryką, tak każą tym państwom. Tu polecam blog Victor Orban. Mamy więc taką sytuację, że najbardziej agresywnie zachowują się polscy politycy, ci z republik bałtyckich i zachodni, ale państwa zachodnie są daleko od Ukrainy i żadnych konsekwencji nie poniosą. Wyraźnie więc widać, że agresywnie zachowuje się wszystko to, co kiedyś należało do I RP. I to jest wskazówka, że w tej wojnie chodzi o odtworzenie tego żałosnego tworu. W pierwszej kolejności chodzi o stworzenie wspólnego państwa polsko-ukraińskiego, które faktycznie będzie państwem ukraińskim, choć pewnie nadal będą nazywać to Polską.

Gdyby jeszcze tylko gra toczyła się o stworzenie takiego panoptikum, to pół biedy, ale coś gorszego nam szykują. Jeśli po wybuchu wojny na Ukrainie jej granice nie zostały zamknięte, umożliwiając milionom ludzi – w tym, tym w wieku poborowym – przesiedlenie się, głównie do Polski, to znaczy, że mamy do czynienia z procesem czystki etnicznej. Scenariusz wgląda tak:

  • przesiedlenie do Polski milionów Ukraińców pod pozorem wojny, która toczy się jedynie na 1/5 obszaru tego państwa
  • uprzywilejowanie przesiedleńców pod każdym względem w porównaniu do obywateli polskich
  • umożliwienie wyjazdu osobom w wieku poborowym i ciche przyzwolenie na dezercję tych już powołanych do służby
  • zamiar wysłania na Ukrainę wojska polskiego i równoczesnego zamknięcia granic w sytuacji, gdy większość Ukraińców w wieku poborowym przebywa w Polsce

Trzy z tych czterech warunków niezbędnych do przeprowadzenia czystki etnicznej już zostały spełnione. Pozostaje jeszcze czwarty. Gdy wojsko polskie pojawi się na Ukrainie, to zacznie się końcowe odliczanie dla Polaków czy tych, których władza uważa za Polaków.

  1. IS FECIT, CUI PRODEST Uczynił ten, dla kogo było to korzystne (zasada dochodzenia karnego) ↩︎

Deklaracje

W swoim komentarzu w dniu 1 stycznia 2025 roku Tomasz Piekielnik analizuje deklaracje Donalda Trumpa. Zamierza on zmusić kraje NATO do zwiększenia wydatków na zbrojenia do 5% PKB, przejąć Grenlandię, Kanał Panamski, Kanadę i powrócić do doktryny Monroe. Poniżej streszczenie analizy Piekielnika.

Państwa europejskie mają płacić 5% PKB, co odpowiada 25% ich dochodów budżetowych. To mają być pieniądze płacone przez pastwa NATO do Stanów Zjednoczonych. Ameryka pod wodzą Donalda Trumpa ostrzy sobie zęby na przejęcie Grenlandii, Kanału Panamskiego i wprowadzenie swoich rządów w innych państwach Ameryki Południowej. – To wprost wypowiedziane cele prezydenta elekta. Czy to nie jest czysty imperializm?

Donald Trump chce opodatkować państwa NATO i zabrać im ¼ ich dochodów budżetowych, czyli pochodzących z podatków. Jest to wielki transfer pieniędzy z Europy do Ameryki pod przymusem i pod groźbą konsekwencji, gdy któreś z państw nie spełni tego obowiązku, a co wypełnia definicję podatku.

Donald Trump chce, by państwa NATO wpłacały 5% PKB na zbrojenia. Wpływy budżetowe Polski za rok 2024 wynoszą około 600 mld złotych. Jednocześnie PKB to 3,3 biliona złotych. 5% z tych 3,3 bln zł. To 165 mld złotych. 165 mld do ponad 600 mld, to jest to ¼. Nawet jeśli ¼ tej kwoty trafi do firm europejskich, to i tak ¾ – do amerykańskich, a więc około 20% dochodu państw NATO. Jakie będą tego skutki? Spadek konkurencyjności w stosunku do firm amerykańskich, ale także azjatyckich państw BRICS. Jakie będzie ryzyko kar? Jeśli państwa europejskie nie będą płacić, to Stany Zjednoczone mogą wyjść z NATO. Jego siła znacznie spadnie i tym właśnie Donald Trump szachuje państwa europejskie. Druga propozycja Trumpa to 3,5% PKB na zbrojenia, ale w zamian za korzystne warunki handlowe dla firm amerykańskich. PKB krajów NATO to 20 bln, a więc dochód około 5 bln dolarów. Dochód USA – 5 bln. Czy to sposób na zdobycie przewagi nad gospodarką europejską i być może sfinansowanie długu publicznego Ameryki?

Zapędy imperialne: Kanada, Grenlandia, Panama. Nie należy tracić z pola widzenia faktu, że na świecie trwa wielki konflikt, materializujący się poprzez tzw. proxy wojny na Ukrainie i na Bliskim Wschodzie, a rzecz idzie m.in. o hegemonię Stanów Zjednoczonych i hegemonię dolara na świecie, a po drugiej stronie jest nie tylko Rosja, ale także Chiny, Indie, czyli państwa będące członkami sojuszu BRICS.

Trump już za poprzedniej kadencji wypowiadał się za przywróceniem doktryny Monroe, o czym informowała Al Jazeera w 2019 roku. Wikipedia tak m.in. pisze o tej doktrynie:

„Głosiła, iż kontynent amerykański nie może podlegać dalszej kolonizacji ani ekspansji politycznej ze strony Europy, w zamian zaś zapowiadała, że Stany Zjednoczone nie będą ingerowały w sprawy państw europejskich i ich kolonii. Doktryna ta stała się fundamentem amerykańskiej polityki izolacjonizmu (hasło „Ameryka dla Amerykanów”).”

Kolizja pomiędzy rozwojem BRICS a doktryną Monroe (Brazylia) oznacza kolejne napięcia. Czy uda się zatem Donaldowi Trumpowi powstrzymać tę rosnącą potęgę tych państw nad Stanami Zjednoczonymi i światem Zachodu? Może więc być tak, że działania, jakie podejmują Stany Zjednoczone zmierzają ku temu, by nie utracić kontroli nad dolarem, nie utracić hegemonii na świecie i aby nie zostać zdystansowanym przez rosnące w siłę państwa BRICS. Trump grozi również nałożeniem ceł na Chiny, Meksyk i Kanadę.

Podsumowując, to co robią Stany Zjednoczone i decyzje, które zapowiada Donald Trump, są spektakularne, są imperialne. Stany Zjednoczone planują nałożyć wielkie podatki na państwa europejskie, które mają płacić 25% swoich dochodów budżetowych pod pozorem wydatków na zbrojenia. Te pieniądze w większości (¾) będą trafiać do amerykańskiej gospodarki, a więc transfer przymusowy pod groźbą kar wyrzucenia z NATO albo pozostawienie Europie tego sojuszu poprzez wyjście z niego Stanów Zjednoczonych. Jeśli nie 5%, to 3,5% plus jakieś szczególne względy w relacjach handlowych pomiędzy Stanami Zjednoczonymi a tym państwem, które miałoby płacić 3,5%. To jedno. Drugie, to potężne zapędy imperialne: Grenlandia, Kanał Panamski, cła na Meksyk i Kanadę, chęć przyłączenia Kanady jako 51 stanu.

x

Zatem zdaniem Piekielnika, ale nie tylko, Stany Zjednoczone chcą powstrzymać rozwój państw BRICS, głównie poprzez zniszczenie Europy. Wojna na Ukrainie wybuchła po to, by utrudnić przepływ chińskich towarów i rosyjskich surowców do Europy w celu osłabienia obu państw. A więc na wojnie Ameryka – BRICS ginie Europa. To jest obowiązująca narracja, z którą nie zgadzam się i twierdzę, od początku wybuchu wojny na Ukrainie, że chodzi o odtworzenie I RP. Pierwszy etap tego procesu, czyli stworzenie wspólnego państwa z Ukrainą, które istniało za czasów Rzeczypospolitej Obojga Narodów, już trwa. Kolejnym będzie unia tego państwa z Białorusią i republikami bałtyckim, tak jak to było za I RP.

Nie jest żadną tajemnicą, że Ameryka sfinansowała powstanie III Rzeszy. Wcześniej, po rewolucji październikowej, Ameryka i państwa Europy zachodniej uprzemysłowiły Związek Radziecki. Gdy Hitler napadł na tenże Związek Radziecki, to Anglosasi dozbroili go, bo bez tej pomocy przestałby on istnieć. Wniosek jest więc prosty – III Rzesza i Związek Radziecki nie były państwami suwerennymi, bo rozwój ich potęg zależał od Stanów Zjednoczonych. W Chinach wspierały one komunizm, a później kazały komuniście Czang Kaj-szekowi stać się antykomunistą i wspierały Kuomintang. A jeszcze później, po II wojnie światowej, gdy komuniści tracili kontrolę nad Chinami, to wstrzymali dostawy amunicji dla wojsk Kuomintangu. I w ten sposób Mao pokonał Czang Kaj-szeka, który uciekł na Tajwan, który teraz wspierają Stany Zjednoczone. Ale w lipcu 1971 roku Kissinger odwiedził Chiny Ludowe i od tego momentu zaczęło się intensywne uprzemysławianie Chin przez Amerykę. Jeśli do tego doda się, że Indie przez 300 lat były angielską kolonią, co skłania do wniosku, że wpływy anglosaskie są tam nadal duże, to trudno oprzeć się wrażeniu, że państwa BRICS są narzędziem w ręku Anglosasów, no bo przecież RPA i Brazylia również im podlegają.

Po co więc cały ten cyrk? Nie ulega najmniejszej wątpliwości, że europejskie państwa należące do NATO nie zgodzą się na tak wysoki podatek na zbrojenia, bo ich gospodarki tego nie wytrzymają, tak jak nie wytrzymałaby tego polska gospodarka, gdyby nie była zasilana potężnymi kredytami. Stany Zjednoczone wcale nie muszą likwidować swego deficytu, bo skoro od lat rośnie on i nic z tego powodu nie dzieje się, to nie stanie się również, gdy jeszcze wzrośnie. Skoro państwa europejskie nie zgodzą się na tak wysoki podatek, to Stany Zjednoczone wyjdą z NATO, co w praktyce oznaczać będzie likwidację tego układu. Rozpadł się Układ Warszawski, to i NATO może rozpaść się. Nic przecież nie trwa wiecznie. A skoro nie będzie NATO, to do czego będzie wstępować Ukraina? Główny punkt sporu pomiędzy Rosją i Ukrainą stanie się bezprzedmiotowy. Jeśli więc Ukraina nie będzie mogła wstąpić do NATO, to co dalej? Dalej może być tylko to, na co zgadza się Rosja, a co jej podyktowali ci, którzy faktycznie nią rządzą, czyli podział Ukrainy na trzy części: ta zajęta przez Rosję pozostanie przy niej, część środkowa – rosyjskie lenno, część zachodnia – do Polski pozbawionej ziem zachodnich.

Nie jest możliwe połączenie Polski z Ukrainą w momencie, gdy istnieje NATO, do którego należy Polska, bo na to nie zgadza się Rosja. By tak mogło się stać, to albo Polska musiałaby wystąpić z tego sojuszu, albo musiałby on przestać istnieć. A to jest możliwe tylko wtedy, gdy Ameryka wycofa się z niego pod pozorem powrotu do doktryny Monroe. Wtedy o nowym porządku w Europie będą decydować Niemcy i Rosja pod dyktando Ameryki. Gdy Niemcy odzyskają swoje ziemie wschodnie, a Rosja podporządkuje sobie Ukrainę wschodnią i środkową, to wytworzy się nowy układ sił. Niemcy zdominują Europę zachodnią i staną się ponownie mocarstwem. Rosja utrzyma swój status mocarstwa. Pomiędzy tymi państwami powstanie strefa buforowa w postaci współczesnej wersji I RP. Czy Żydzi chcą jej odtworzenia dlatego, że był to ich raj, czy może dlatego, że będzie to „państwo” multi-kulti, w którym dojdzie do starcia dwóch fundamentalizmów – prawosławnego i islamskiego? Nie zabraknie też innych konfliktów, jak choćby ten ukraińsko-ukraiński, w którym Ukraińcy, określający się jako potomkowie Polaków z Wołynia, domagają się ekshumacji ofiar rzezi wołyńskiej, a potomkowie sprawców tej rzezi omawiają jej. Tak więc odtworzenie I RP to będzie źródło niekończących się konfliktów, które tak kochają stwarzać Żydzi.

Pozostaje jeszcze odpowiedź na pytanie, co z bazami amerykańskim w Europie? Jeśli Ameryka „wycofa się” z NATO i Europy, to czy zlikwiduje również bazy wojskowe? O tym Trump nie wspomina. Jeśli to nie nastąpi, to tym bardziej będzie to cyrk. No cóż, dla nas to nie nowina. My, żyjący w kraju Zulu-Gula, cały czas mamy do czynienia z cyrkiem.

Pomysłowość

Jednym z najwybitniejszych dzieł w literaturze światowej jest Don Kichote. Jego autorem jest Miguel de Cervantes Saavedra (1547-1616). Żył na przełomie renesansu i baroku. Don Kichote jest parodią średniowiecznego romansu rycerskiego, ale jest też obrazem hiszpańskiego społeczeństwa na przełomie XVI i XVII wieku. Cervantes piętnuje próżność i przesadne poczucie honoru klas wyższych, pogardę dla pracy szerzącą się wśród drobnej i średniej szlachty oraz manię tzw. czystości krwi powszechną w ówczesnej Hiszpanii. Z powieścią tą wiąże się pojęcie donkiszoterii, czyli postawy marzycielskiej, pozbawionej poczucia rzeczywistości. Ja jednak sięgnąłem po nią z ciekawości. Interesowało mnie czy znajdę w niej coś na temat Żydów i ich wypędzenia z Hiszpanii. Praktycznie nie było prawie nic. Tylko jeden krótki fragment, ale bardzo wiele mówiący, w końcowej części tej powieści. Warto było dotrwać do tego momentu. Poniżej jego treść:

Dobrze wiecie, o Sanczo Pansa, sąsiedzie i druhu mój, jaką trwogę i przerażenie pośród naszych wzbudziło wywołanie i edykt wydany przez Jego Królewską Mość przeciwko naszemu narodowi; a przynajmniej na mnie takie wrażenie zrobiły, że zdawało mi się, iż jeszcze przed czasem wyznaczonym nam na opuszczenie Hiszpanii już spadnie na mnie i na moje dzieci cała srogość kary. Postanowiłem przeto, zdaje mi się, roztropnie (jak ten, który wie, że musi w określonym czasie opuścić dom, w którym żyje, i postarać się o inny, gdzie by się przesiedlić), postanowiłem, mówię, wyjechać sam bez rodziny z mej wioski i udać się na poszukiwanie, gdzie bym mógł przewieść rodzinę wygodnie i bez pośpiechu, z jakim inni wyjeżdżali; zdawałem sobie sprawę – podobnie jak starsi naszego narodu – że owo wywołanie nie było próżnymi groźbami, jak niektórzy prawili, ale prawdziwymi ustawami, które miały być w oznaczonym czasie w życie wprowadzone; a umocniła mię w tym przekonaniu wiadomość o zgubnych i szaleńczych zamiarach, jakie nasi żywili, a które były takie, iż chyba natchnienie boże skłoniło Jego Królewską Mość do powzięcia tak śmiałego postanowienia; nie, abyśmy wszyscy winni byli, nie brakło bowiem pośród nas szczerych i prawdziwych chrześcijan, ale byli oni tak nieliczni, że nie w ich mocy było przeciwstawiać się innym, którzy nimi nie byli, i nie należało karmić węża na łonie, trzymając w swym domu wrogów. Słusznie tedy zostaliśmy ukarani wygnaniem, karą, która niejednym wydała się łagodna i lekka, ale która dla nas była najsroższą, jaką sobie wyobrazić można. Gdziekolwiek byliśmy, opłakiwaliśmy Hiszpanię; tuśmy się przecie rodzili i ona jest naszą prawdziwą ojczyzną; w żadnym kraju nie doznajemy przyjęcia, jakiego nasza niedola żąda; właśnie w Berberii i we wszystkich częściach Afryki, gdzie spodziewamy się przyjęcia, wsparcia i gościny, prześladują nas i znęcają się nad nami najbardziej. Nie znaliśmy naszego szczęścia, pókiśmy go nie stracili; a tak wielka jest w nas tęsknota, że prawie wszyscy pragnęliśmy powrócić do Hiszpanii, a znaczna większość tych, którzy język znają tak jak ja (a są oni liczni), powraca pozostawiając swoje żony i dzieci bez oparcia: taka jest w nich miłość do kraju; teraz wiem z doświadczenia, co znaczy powiedzenie: „Słodka jest miłość ojczyzny.” Kiedy opuściłem, jak rzekłem, naszą wieś, udałem się do Francji, i chociaż tam doznałem dobrego przyjęcia, chciałem zwiedzić wszystko. Przejechałem Włochy i dostałem się do Niemiec, i zdawało mi się, że tam będzie można żyć najswobodniej, bowiem mieszkańcy nie zważają na drobiazgi: każdy żyje, jak chce, bo przeważnie panuje tam wolność sumienia. Wynająłem w pewnej wiosce pod Augsburgiem dom, przyłączyłem się do innych pielgrzymów, którzy mają zwyczaj co roku udawać się do Hiszpanii, aby odwiedzić jej miejsca święte, które są dla nich jakby drugimi Indiami, krainą pewnego zysku i dobrego zarobku. Przebiegają oni cały kraj i nie masz wioski, z której by nie wyszli nakarmieni i napojeni, jak to się mówi, a przynajmniej z jednym realem w kieszeni; przy końcu swej podróży mają ponad sto talarów zysku, wymieniają to na złoto i chowają we wnętrzu swych kosturów, czy to pod łatami swych kapot, czy to innym możliwym przemysłem – wynoszą je z królestwa do swoich krajów, na przekór strażom granicznym i portowym, u których zgłaszać się mają. Teraz moim zamiarem jest odkopanie ukrytego skarbu, jaki zostawiłem, mogę to uczynić bezpiecznie, jest to bowiem daleko od miejsc zamieszkałych, a potem napisać z Walencji albo dostać się samemu do mej córki i żony, które, jak wiem, przebywają w Algierze, aby jakimś sposobem przewieźć je do jednego z portów francuskich, a stamtąd zabrać je do Niemiec, gdzie oczekiwać będziemy dalszych planów bożych wobec nas. Jestem bowiem pewny, że Ricota moja córka i Franciszka Ricota moja żona są dobrymi katoliczkami, a choć ja im nie dorównam, jednak więcej mam z chrześcijanina niż Maura i zawsze modlę się do Boga, aby otworzył oczy mego umysłu i natchnął mię, jak mam służyć. Dziwię się tylko temu, dlaczego moja żona i córka udały się raczej do Berberii niż do Francji, gdzie mogłyby żyć jako chrześcijanki. – Na to odpowiedział Sanczo: Zważ, Ricote: to nie od nich zależało, zabrał je bowiem Juan Tiopieyo, brat twej żony, a musi on być prawym Maurem, postąpił, jak mu się najlepiej wydawało;

x

Cytat pochodzi z wydania piątego PIW z 1983 roku i przekładu Anny Ludwiki Czerny i Zygmunta Czerny. Pełny tytuł powieści to Przemyślny szlachcic Don Kichote z Manczy. Zanim przejdę do informacji zawartej w tym cytacie, wypada trochę przybliżyć ten okres i wydarzenia, które miały wtedy miejsce. Henryk Rolicki w swojej książce Zmierzch Izraela wydanej w 1932 roku pisze:

Żydom robi się coraz ciaśniej, a wśród ludu wrzenie przeciw nim coraz silniej występuje na jaw. W 1391 roku miał miejsce pogrom żydów w Sewilli i spalenie synagog, a zaraz potem fala rozruchów rozlała się po całej Hiszpanii. Żydzi, zastraszeni nastrojem tłumów, wypróbowanym obyczajem postanowili wdziać maskę i tłumnie jęli przyjmować chrzest. Więcej niż połowa żydów hiszpańskich przyjęła pozornie chrześcijaństwo. Ci pozorni chrześcijanie,uprawiający skrycie judaizm, otrzymali później w historii nazwę marranów („przeklęci”).

„W ciągu dwudziestu lat dziesiątki tysięcy żydów przyjęło chrzest, całe gminy przeszły na łono Kościoła, bożnice zmieniły się w kościoły, miejsce rodałów zajęły ołtarze, miejsce gwiazdy Dawidowej, krzyże. Rabini zmieniali się w nader krótkim czasie w księży, zdolniejsi zajęli krzesła biskupie, bogatsi posiedli berła komturskie w zakonach rycerskich Alkantara i Kalatrawa; kobiety żydowskie lub ich córki stały się przeoryszami klasztorów, a również i wśród urzędników świeckich zajęli marrani pierwsze miejsca. Bogaci koligowali się z arystokracją rodową i złocili swym majątkiem zblakłe herby podupadłej szlachty. Wydostawszy się raz z getta, pobudowali marrani pałace i zajęli najpiękniejsze dzielnice miast.” – Majer Bałaban Historia i literatura żydowska.

Edykt nakazywał żydom zlikwidowanie całej własności nieruchomej i ruchomej w terminie do końca lipca 1492 r. Przeszło trzysta tysięcy żydów (5% ogółu ludności) opuściło kraj, pozostawiając marranów na łasce inkwizycji. Ci – stanowiąc nie mniej niż połowę żydów hiszpańskich – pozostali w kraju i wielu z nich przez kilka wieków przechowało tradycje żydowskie, dając w XVIII i XIX wieku kontyngent adeptów sekt masońskich, aż ujawnili się niedwuznacznie w czasie ostatniej rewolucji w Hiszpanii.

Marrani wspomagali opuszczających Hiszpanię żydów moralnie i materialnie. I potem jeszcze „tych, co dopuścili się nieludzkich czynów względem emigrantów, prześladowali z nieubłaganą srogością i odwracając narzędzie przeciw jego sprawcom, oddawali w ręce inkwizycji” – Henryk Graetz Historia żydów.

x

Jednak ten rozdział hiszpańskiej historii daje o sobie znać również w naszych czasach. W listopadzie 2015 roku na portalu historycznym DZIEJE.PL ukazał się artykuł Król Hiszpanii oddał hołd Żydom wygnanym w 1492 r. Poniżej jego treść:

Król Hiszpanii Filip VI podczas uroczystości w pałacu królewskim w Madrycie oddał w poniedziałek hołd Żydom sefardyjskim wygnanym w 1492 roku z Półwyspu Iberyjskiego edyktem Królów Katolickich: Izabeli Kastylijskiej i Ferdynanda Aragońskiego.

Król wyraził wdzięczność wobec Żydów sefardyjskich za ich wielowiekowy wkład w rozwój kraju przed 1492 rokiem.

“Drodzy Sefardyjczycy, dziękuję za waszą wierność. Dziękuję za zachowanie, jak cennego skarbu, waszego języka i waszych obyczajów, które są również naszymi obyczajami. Dziękuję za to, że sprawiliście, że miłość wygrała z urazą, i za to, że przekazaliście waszym dzieciom miłość do hiszpańskiej ojczyzny. Bardzo nam was brakowało” – powiedział Filip VI.

Według różnych szacunków co najmniej 200 tys. Żydów zamieszkiwało Hiszpanię, zanim Izabela i Ferdynand nakazali im albo przyjęcie chrztu, albo wygnanie. Żydzi sefardyjscy (nazwa ta pochodzi od hebrajskiego słowa oznaczającego Hiszpanię) uciekli m.in. do Włoch, północnej Afryki i krajów Imperium Otomańskiego. Większość Sefardyjczyków zamieszkuje obecnie Wenezuelę, Turcję i Maroko.

Ponad pięć wieków później, w czerwcu ub. roku, hiszpańskie Kortezy jednomyślnie przyjęły ustawę pozwalającą potomkom Sefardyjczyków na łatwe przyjęcie hiszpańskiego obywatelstwa. Warunkiem jego uzyskania jest wykazanie się znajomością języka i kultury hiszpańskiej oraz związków z Hiszpanią. Nie musi to być opanowanie współczesnego hiszpańskiego – wystarczy znajomość mówionej jego odmiany z XV wieku, zwanej ladino. Niektóre żydowskie rodziny o hiszpańskich korzeniach posługują się nim bowiem we własnym gronie jeszcze dziś, w pół tysiąca lat po wygnaniu.

x

Ladino to zepsuty hiszpański, tak jak jidisz jest zepsutym niemieckim. Nie ulega wątpliwości, że Żydzi hiszpańscy kochają Hiszpanię tak, jak polscy Żydzi kochają Polskę. I zapewne jest to miłość szczera. Żydzi kochają każdy kraj, w którym mogą zrobić dobry interes, dobry dla nich, ale już niekoniecznie dla narodów rdzennych. Warto o tym pamiętać i nie posądzać, np. Brauna, o to, że jest nieszczery. Jest szczery, do bólu szczery. Trzeba tylko wiedzieć, co on ma na myśli.

W cytowanym na początku fragmencie jest opis tego, jak Żydzi wywieźli złoto z Hiszpanii. Cervantes niewiele napisał, ale to wystarczyło, by uruchomić wyobraźnię. Żydzi, przebrani za pielgrzymów, wykorzystywali naiwny, prosty lud, który oferował im nie tylko nocleg i wyżywienie, ale również pieniądze. Drobne sumy z każdej chaty urastały do całkiem pokaźnej gotówki: grosz do grosza, a będzie kokosza. Dzisiejsza wersja tego pomysłu, to – postaw mi kawę, praktykowana prawie na każdym kanale internetowym. Pieniądze te wymieniali oni na złoto, które wędrowało do krajów ich nowego osiedlenia. Można sobie w tym momencie zadać pytanie: czy było to tylko złoto nabyte w trakcie pielgrzymek i te wcześniej zakopane?

Wygnanie Żydów z Hiszpanii to rok 1492. To też rok odkrycia Ameryki czy może raczej oficjalna data, podana do publicznej wiadomości. Wiemy wszyscy, że hiszpańskie galeony przewoziły ogromne ilości złota i srebra z nowo odkrytego kontynentu. Znana jest też opinia, że Hiszpania nie wzbogaciła się na imporcie tego złota, sugerująca, że to nie złoto jest podstawą bogactwa, tylko praca. To oczywiście wychodziło ze środowisk protestanckich, które w ten sposób starały się wykazać, że wyznanie protestanckie góruje nad katolickim, i że wszystkie kraje protestanckie są bogate, a katolickie tylko niektóre, a większość – nie.

A może przyczyna tego, że Hiszpania nie wzbogaciła się na złocie z Ameryki i popadła w stagnację nie wynikała z tego, że była katolicka, tylko dlatego, że kapitał w postaci złota dopływał wprawdzie do Hiszpanii, ale tam podlegał redystrybucji i trafiał do krajów przeważnie protestanckich, takich jak Szwajcaria, kraje skandynawskie, Holandia, Niemcy, Anglia itp. Tak na marginesie, Holandia, dopóki była krajem chrześcijańskim, dopóty była w większości katolicka, jedynie rodzina królewska była protestancka i stąd mylne pojęcie o Holandii jako kraju protestanckim. To właśnie wtedy, po opuszczeniu przez Żydów Hiszpanii i Portugalii, potęga morska obu tych państw zgasła, a objawiła się – Anglii i Holandii.

Po co była inkwizycja? Skoro Żydzi, którzy ochrzcili się, najczęściej pozornie, mogli zostać w Hiszpanii, to jej cel oficjalny pozbycia się Żydów nie spełniał tego warunku. Zatem ten cel musiał być inny. Wszyscy Żydzi, którzy opuścili Hiszpanię mieli więc pretekst, by móc osiedlić się w innych krajach, a władcy tych państw byli usprawiedliwieni przed swymi poddanymi, bo przecież zachowywali się humanitarnie i po chrześcijańsku. Czy nie po to właśnie Żydzi wymyślili chrześcijaństwo? Ale ci władcy mieli swój interes w przyjmowaniu Żydów, interes mniej humanitarny, ale bardziej praktyczny, oczywiście z ich punktu widzenia. Jak wiemy, chociażby z wojny na Ukrainie, że do prowadzenia wojen potrzebne są pieniądze, których ci władcy przeważnie nie mieli, ale przeważnie mieli je Żydzi. Interes był więc korzystny dla obu stron. Władcom poszczególnych królestw czy księstw przyświecał cel doraźny, np. zdobycie pieniędzy na pokonanie sąsiada i zagarnięcie jego ziemi. Natomiast Żydzi mieli cel dalekosiężny – podporządkować sobie Europę. Tak więc, rad nierad, król hiszpański musiał wydać edykt, który podyktowali mu Żydzi i wymyślili inkwizycję. A ponad 500 lat później król hiszpański przeprasza Żydów za „wygnanie” ich z Hiszpanii. Taka to potęga, czy to komuś podoba się, czy – nie. Potęga pieniądza oczywiście.

Sama inkwizycja i związane z nią wygnanie Żydów z Hiszpanii było i pewnie nadal jest przedmiotem licznych sporów i dyskusji. Inne spojrzenie mają na te zdarzenia środowiska prawicowe, a inne – lewicowe. Jednak celem tych dyskusji i polemik nie jest dochodzenie do prawdy tylko jej ukrycie.

Narzędzie

W dniu 25 grudnia Tomasz Piekielnik na swoim kanale przeanalizował umowę zawartą w dniu 2 grudnia 2016 roku pomiędzy rządami Polski i Ukrainy. Działo się to za rządów PiS-u. Podpisał ją ówczesny Minister Obrony Narodowej Antoni Macierewicz. Poniżej krótkie streszczenie jego analizy.

Czy czasem już wtedy sojusz północnoatlantycki, a przynajmniej część jego dowództwa a konkretnie Amerykanie, nie spodziewali się wybuchu wojny na Ukrainie? A może była ona czymś więcej, niż tylko spodziewaną? Niektórzy twierdzą, że mogła być prowokowana.

Umowa, którą zawarł rząd polski w 2024 roku jest bardzo zaawansowana w swoich postanowieniach. Podpisał ją Donald Tusk z Wołodymirem Zełeńskim. Umowa, która powinna mieć rangę ustawową, powinna przejść proces ratyfikacji, który przewidziany jest przez Konstytucję. Ta umowa została zawarta z pogwałceniem Konstytucji. Stanowi ona zalążek, bardzo dziwny, pewnej wspólnej państwowości. Mowa jest tam o wspólnym opracowywaniu podręczników, o wspólnych pracach nad historią.

Warto przeanalizować umowę z 2016 roku pod kątem tego, co obecnie dzieje się. A dzieje się to, że front na Ukrainie załamuje się. Rosja koncentruje się na terenach rosyjskojęzycznych i prowadzi tam denazyfikację. Ukraińcy atakują cele w głębi Rosji. Amerykańska propozycja, sprzed paru miesięcy, wprowadzenia polskiej brygady pancernej na Ukrainę. Mamy też dwuznaczną postawę Tuska i Kosiniaka-Kamysza w kwestii wysłania wojska polskiego na Ukrainę. Nie ma jednoznacznej deklaracji, że nie zostanie ono tam wysłane. Natomiast, dodają, gdy wojska innych państw NATO zostaną tam wysłane, to w takim wypadku – również polskie. I od razu po tej deklaracji, jak na umówiony sygnał, gotowość wysłania tam swoich wojsk zgłosiły Holandia, Włochy, Estonia, Wielka Brytania.

Z tego względu ważne jest to, co uzgodnił już w 2016 roku rząd PiS-u ze stroną ukraińską. To nie jest tak, że państwo będące członkiem NATO, może sobie zawierać sojusze z kim chce. Po to jest sojusz, by był trzonem współpracy wojskowej państw członkowskich, ale też, by był trzonem gwarancji bezpieczeństwa dla państw członkowskich. Państwo członkowskie NATO nie może sobie tak samodzielnie wchodzić w sojusz, z kim chce. Kto więc był pomysłodawcą tej umowy? Już w 2016 roku, a właściwie jeszcze wcześniej, były przygotowywane okoliczności i podłoże pod to, co teraz się dzieje.

Czy ta umowa jest kolizyjna w stosunku do działań NATO? A może wręcz przeciwnie? No bo, co by było, gdyby Rosja podporządkowała sobie Ukrainę? Na to NATO nie wyraziłoby zgody, a więc ta umowa od początku nie była kolizyjna z działaniami NATO. Wręcz przeciwnie, to dowództwo NATO domagało się od Polski takiego działania. Dlaczego Polska zawarła umowę z państwem, które już wtedy miało spór terytorialny z Rosją o Krym? Obiektywnie rzecz ujmując, umowa ta była ryzykowna z punktu widzenia polskiego interesu narodowego i polskiego bezpieczeństwa. Bo już wtedy Rosja mogła uznać, że nie NATO, nie Ameryka, tylko Polska ingeruje w rosyjską strefę wpływów. To wygląda, jakby Polska była prywatną własnością tych, którzy nakazują politykom podpisywać takie dokumenty. A więc jest prywatną własnością tychże właśnie.

W art. 87 Konstytucji jest mowa o tym, że źródłami powszechnie obowiązującego prawa w Rzeczypospolitej Polskiej są: Konstytucja, ustawy, ratyfikowane umowy międzynarodowe oraz rozporządzenia. Tak więc nieratyfikowana umowa międzynarodowa nie może być źródłem prawa. Ratyfikacja polega na zatwierdzeniu umowy międzynarodowej przez Sejm i Senat, podpisaniu przez Prezydenta i opublikowaniu w Dzienniku Ustaw.

Umowa z 2 grudnia 2016 roku została opublikowana w Monitorze Polskim, a nie w Dzienniku Ustaw, i do tego, dopiero 18 stycznia 2019 roku. Została ona sporządzona w języku polskim, ukraińskim i angielskim. W razie wątpliwości interpretacyjnych wersją rozstrzygającą będzie wersja angielska. Umowa ta w praktyce sprowadza się do współpracy w dziedzinie obronności, co oznacza, że Polska będzie pośrednikiem pomiędzy NATO i Ukrainą i będzie przekazywać Ukrainie sprzęt wojskowy, systemy łączności i informatyki, wsparcie logistyczne na rzecz sił zbrojnych, transport wojskowy, inżynierię wojskową itp. W praktyce jest to zasymilowanie wojsk ukraińskich z systemami, z polityką, ze strategią NATO. To taki sprytny fortel: NATO jeszcze nie przyjmuje Ukrainy, ale używa Polski do tego, żeby przeprowadzić takie wielkie przedbiegi. Tym jest ta umowa. W ocenie Piekielnika umowa ta, zbiór 24 punktów, które stanowią obszary współpracy, to tak naprawdę wprowadzenie Ukrainy do NATO kuchennymi drzwiami.

Umowa z 2 grudnia 2016 roku doczekała się publikacji dopiero w roku 2019. To pierwsza dziwna okoliczność. Druga – umowa ta powoduje istnienie bardzo szerokiej płaszczyzny styku pomiędzy wojskiem i sprawami militarnymi na Ukrainie i polskimi, które są przecież natowskimi. Czy zatem nie jest to już szykowanie na Ukrainie możliwości do takiej gotowości po stronie wojsk ukraińskich, która to gotowość umożliwia państwom natowskim realne wspieranie Ukrainy, czytaj – za pomocą Ukrainy walczenie z Rosją. Bo gdyby nie, to można powiedzieć, że niekompatybilność ukraińskiej armii z dowództwem NATO uniemożliwiałaby prowadzenie takiej wojny. Trzeba więc zadać pytanie: czy Polska w 2016 roku nie realizowała, w mojej opinii, niewdzięcznej roli doprowadzenia wojskowości, sfery militarnej na Ukrainie do poziomu kompatybilności z wojskami NATO? Po to, by ta kompatybilność stwarzała możliwość prowadzenia tych walk rękami Ukraińców, ale przy zaangażowaniu strony zachodniej. I coraz bardziej czytelne powinno być dla nas, czym ta umowa w dziedzinie współpracy obronnej z Ukrainą, mówiąc krótko, jest.

x

Tak dla porządku wypadałoby wyjaśnić, czym jest Monitor Polski. Jest to dziennik urzędowy wydawany przez Prezesa Rady Ministrów, służący do urzędowego ogłaszania aktów prawnych wewnętrznie obowiązujących, wydawanych przez naczelne organy władzy państwowej. W odróżnieniu od aktów normatywnych publikowanych Dzienniku Ustaw, akty prawne ogłaszane w Monitorze Polskim nie mogą być źródłem praw i obowiązków dla obywateli.

Piekielnik wyłożył więc nam kawę na ławę. Polska nie jest wasalem Ameryki. Jest jej narzędziem. Jest też prywatną własnością tych, którzy każą politykom podpisywać takie dokumenty. Politycy PiS podpisali jedną umowę, a politycy PO – drugą. Nie ma więc najmniejszego znaczenia, kto rządzi. Suweren jest gdzieś indziej. Ale skoro powiedziało się „A”, to należało powiedzieć „B”. Tego jednak Piekielnik nie zrobił. Czy dlatego, że „zapomniał”, czy dlatego, że jego nieznani przełożeni nie pozwolili mu o tym powiedzieć? Jeśli Polska jest czyjąś własnością, to chodzenie na jakiekolwiek wybory nie ma sensu, bo o tym, która partia ma wygrać, czy kto ma zostać prezydentem, decyduje właściciel.

Nie powiedział też Piekielnik, dlaczego Rosja zachowuje się tak, jak się zachowuje? Biorąc pod uwagę jej potencjał militarny, to mogłaby zająć Ukrainę w dwa tygodnie. Jeśli nie całą, to przynajmniej tę wschodnią i środkową. Ale tak nie robi. Bo Rosja też jest czyjąś własnością, tak jak Stany Zjednoczone i reszta państw. Jeśli się tego nie przyjmie do wiadomości, to można zająć się geopolityką i innymi bzdurami, które serwują nam różni magowie jak Sykulski i inni, których nie brakuje.

Piekielnik napomknął też coś o wspólnym państwie polsko-ukraińskim. A więc zaczyna się gotowanie żaby na wolnym ogniu, powolne oswajanie ludzi z tym, co nieuchronnie nastąpi. Na razie jeszcze nikt nie wspomina o tym, że wspólne państwo z częścią Ukrainy będzie oznaczało utratę ziem zachodnich. Jeszcze na to za wcześnie.

W powieści Na zachodzie bez zmian, której autorem jest Erich Maria Remarque, jeden z młodych żołnierzy na froncie niemiecko-francuskim mówi:

„Tak, ale pomyśl tylko, że prawie my wszyscy jesteśmy prości ludzie. A we Francji większość to także robotnicy, rzemieślnicy albo drobni urzędnicy. Czemuż by francuski ślusarz albo szewc zechciał nas napastować? Nie, tego chcą rządy. Nigdy nie widziałem Francuza, zanim tu nie przybyłem, a z większością Francuzów ma się rzecz podobnie w stosunku do nas. Ich tak samo nie pytano o zdanie jak nas.”

Nic nie zmieniło się od czasów I wojny światowej. Nas też nikt nie pyta o zdanie. Jesteśmy więc niewolnikami rządów. W sprawach istotnych nie pytają nas o nic. Rozpalają w nas tylko uczucia nienawiści do innych nacji. Im bliżej tego wspólnego państwa, tym bardziej szczują na siebie Polaków i Ukraińców, wykorzystując do tego rzeź wołyńską, w której Ukraińcy mordowali Ukraińców.

Zmiany klimatyczne

Mijający rok obfitował w ekstremalne zjawiska pogodowe, co jak zwykle w takich sytuacjach jest dla niektórych powodem do twierdzeń, że klimat zmienia się i że wszystkiemu winien jest człowiek i jego działalność gospodarcza. Inni z kolei twierdzą, że te ekstremalne zjawiska pogodowe mogą być wynikiem ingerencji człowieka w klimat. Czy tak rzeczywiście może być? Czy człowiek jest taki wszechmocny? Osobiście wątpię. Wprawdzie nie znam się na klimacie, choć o El Niño słyszałem, ale mamy demokrację i każdy ma prawo głosu, więc i ja z tego prawa korzystam. Dla porządku, Wikipedia tak pisze:

First things first, jak mówią Anglicy, czyli najpierw rzeczy podstawowe. A więc Ziemia jest okrągła, takie przyjmuję założenie, bo wiem, że są zwolennicy płaskiej Ziemi i dla nich cały mój wywód nie będzie warty funta kłaków. Na tym polega różnica na poziomie aksjomatów. Jednak uściślając, Ziemia jest kulą, a konkretnie elipsoidą obrotową, co może brzmi poważnie i naukowo, ale nie taki diabeł straszny. Dlatego jest elipsoidą obrotową, bo jest nieco spłaszczona na biegunach. Tego oczywiście nie widać gołym okiem.

To, że Ziemia może być elipsoidą obrotową, wnioskował w XVII wieku Newton na podstawie ustalonych przez siebie praw ciążenia. Ponieważ Cassini twierdził, że jest odwrotnie, że Ziemia ma kształt jajowaty, więc w latach 1735-1736 Akademia Francuska, aby rozstrzygnąć definitywnie ten problem, wysłała dwie ekspedycje w celu dokonania pomiarów, jedną do Peru, drugą do Laponii. Okazało się, że Newton miał rację. W 1798 roku przyjęto dla spłaszczenia Ziemi wartość 1/334, a dla biegunowego obwodu Ziemi 20 522 960 tauzów (sążni francuskich). Jedną czterdziestomilionową część tej wartości nazwano metrem. I stąd wzór metra znajduje się w Sèvres pod Paryżem, a nie w Kobyłce pod Warszawą. To była epoka saska, a za Sasa – jedz, pij i popuszczaj pasa.

Długość równika to 40 075 km, a południków – 40 008 km, spłaszczenie – 0,335 promila. Możemy więc przyjąć, że Ziemia jest kulą. Obraca się wokół własnej osi i wokół Słońca. Oś ziemska jest odchylona od pionu o 23 stopnie i dzięki temu mamy pory roku oraz długi dzień latem i krótki zimą. To skutkuje też tym, że w żadnym punkcie Ziemi promienie słoneczne nie padają cały czas po tym samym kątem. Z racji tego, że promienie słoneczne padają na Ziemię pod różnym kątem, co wynika z jej kulistości, to – ziemia, powietrze i wody – bardziej nagrzewają się w strefie równikowej a słabiej w strefie podbiegunowej. Te różnice powodują ruch powietrza i wody. Powstają prądy oceaniczne i powietrzne i to jest właśnie klimat.

Nie trzeba zbytniej spostrzegawczości, by zauważyć, że gwałtowne zjawiska pogodowe mają miejsce przeważnie w górach i rejonach podgórskich. Tak było w przypadku ostatniej powodzi na Dolnym Śląsku w Kotlinie Kłodzkiej. Podobnie może być tam, gdzie morze styka się ze stromym lądem, wybrzeżem klifowym itp. W takich warunkach działalność erozyjna wody i wiatru jest najbardziej intensywna. A co by było, gdyby powierzchnia lądów była idealnie płaska? Ruchy powietrza zapewne byłyby, ale nie tak gwałtowne, jak to się zdarza przy zetknięciu z terenem wypiętrzonym, górzystym.

Ścierają się więc na Ziemi dwa rodzaje sił, które „rzeźbią” ziemski krajobraz. Jedne to siły egzogeniczne, czyli działające z zewnątrz, zwane też solarnymi, a drugie – to endogeniczne, czyli wewnętrzne, działające od środka Ziemi. Jedne dążą do całkowitego zrównania jej powierzchni, a drugie – wprost przeciwnie. Gdyby nie było działania tych wewnętrznych, to po pewnym czasie Ziemia miałaby idealnie płaską powierzchnię. Nie byłoby gdzie jeździć na narty. Nie byłoby tych wszystkich pięknych miejsc, które są tak atrakcyjne turystycznie. Nie byłoby niczego, jakby powiedział niedoszły kiedyś prezydent Kononowicz. No, ale nie ma róży bez kolców, albo piękne widoki, będące często wytworem tych gwałtownych zjawisk, albo płasko jak na stole. Tak jak jest od linii Łeba-Tomaszów Lubelski do Uralu. To formacja zwana Platformą Wschodnioeuropejską. Wszystkie warstwy osadów ułożone są na niej poziomo i jest to teren bardzo stabilny w sensie geologicznym. Nie przypadkiem więc słowo „platforma” zostało wykorzystane w nazwie partii politycznej. Symbolizuje ono niewzruszoność, niezmienność, stałość.

Procesy zewnętrzne są albo niszczące, albo twórcze. Pod wpływem tych pierwszych skały tworzące skorupę ziemską ulegają rozkruszeniu i częściowemu rozpuszczeniu, a produkty tych przeobrażeń zostają usunięte z jednych obszarów powierzchni i przeniesione w inne. Do tych procesów niszczących należy wietrzenie, erozja i powierzchniowe ruchy masowe. Łącznie określa się je mianem denudacji. Dzięki niej góry i wyżyny są stopniowo rozcinane i obniżane. Procesem odwrotnym, twórczym, jest transportowanie produktów denudacji z miejsc wyższych do niższych. I ten proces nazywa się sedymentacją, czyli osadzaniem. W wyniku tych procesów powstają skały osadowe. Denudacja i sedymentacja składają się łącznie na wielki proces geologiczny – zrównania, czyli gradacji. Tak więc wszystkie procesy zewnętrzne dążą do zrównania powierzchni Ziemi.

Przeciwne tej tendencji są procesy zachodzące w skorupie ziemskiej lub we wnętrzu Ziemi. Tu głównym czynnikiem jest diastrofizm, dzięki któremu skorupa ziemska ulega deformacjom, przemieszczeniom i ruchom podnoszącym lub obniżającym, to ruchy górotwórcze. Z diastrofizmem łączy się plutonizm, polegający na tworzeniu w głębi skorupy ziemskiej stopów ognisto-płynnych i ich krzepnięciu wewnątrz skorupy i wulkanizm, polegający na ich wydobywaniu się na powierzchnię.

Tak to wszystko wygląda w teorii, a jak jest w praktyce? Chińczycy mówią, że jeden rysunek jest więcej wart, niż 1000 słów. Zatem trzeba przejść do rysunków, czyli do zdjęć. I może wypadałoby zacząć od pustyni, bo w tym roku padało na pustyni, co dla niektórych było dowodem na zmiany klimatyczne, no bo przecież na pustyni nigdy nie pada. Tak jak to leci w piosence: it never rains in Southern California, choć później leci: it pours, man, it pours.

Dolina Wadu Rum w południowej Jordanii; źródło: angielska Wikipedia.
Monument Valley, Utah; źródło: Wikipedia.

Takie krajobrazy powstają, gdy pewna partia terenu, stanowiąca zwarty blok zostaje wypiętrzona. Następuje jego pękanie. Powstają szczeliny, niektóre partie zapadają się, inne pozostają wyniesione. Zaczyna działać wietrzenie. Padają bardzo rzadkie, ale ulewne deszcze. Woda dostaje się we wszelkie szczeliny. W trakcie mroźnych nocy tworzy się lód, który rozsadza skały. W trakcie dnia, gdy panują wysokie temperatury, skały nagrzewają się, a w nocy, gdy jest mróz, kurczą się i w ten sposób kruszą się. Tak rozdrobniony materiał jest roznoszony w dolne partie przez wodę i wiatr. Bardziej odporne fragmenty skał opierają się temu procesowi. I tak powstaje widoczny powyżej krajobraz. To nie byłoby możliwe bez bardzo gwałtownych zjawisk atmosferycznych, jakimi są rzadkie, ale bardzo intensywne opady. W czasie ich trwania może spaść w ciągu godziny około 10 cm wody na metr kwadratowy. Podobne zjawiska zachodzą na wszystkich innych pustyniach. Jeśli krajobraz jest nieco inny, to wynika to z innego rodzaju skał, które podlegają erozji.

Joshua Tree National Park, Południowa Kalifornia; źródło: angielska Wikipedia.

Na tym zdjęciu widać skały, które pierwotnie miały kanciaste kształty, które uległy wygładzeniu dzięki działaniu wód podziemnych, które, podsiąkając stopniowo w szczeliny, poszerzały je, oraz dzięki działaniu rzadkich, ale ulewnych deszczów, które podobno nigdy nie padają w Południowej Kalifornii. Po środku widać to drzewo Joshuy.

Uluru (Ayers Rock) na pierwszym planie i Kata Tjuta w tle; źródło: angielska Wikipedia.

Ayers Rock leży niemal w centrum Australii, w pobliżu miasteczka Alice Springs, jeśli ponad 330 km na południowy zachód można tak nazwać. Na tym zdjęciu widać, że Ayers Rock jest monolitem, a Kata Tjuta rozpada się na bloki. Jest to związane z różnym rodzajem skał, z jakich zbudowane są obie formacje. Geneza powstania jest podobna, jak w poprzednich przypadkach. Wszystko, co było dookoła, zostało zrównane z ziemią.

Lake Manly, Dolina Śmierci, Kalifornia, źródło: angielska Wikipedia.

To zdjęcie wykonano w grudniu 2023 roku w kilka miesięcy po powodzi wywołanej huraganem Hilary. Jest to jezioro okresowe, które po pewnym czasie wysycha.

Royal Natal National Park, Kwa-Zulu Natal, południowa Afryka; źródło angielska Wikipedia.

W klimacie bardziej wilgotnym są zupełnie inne warunki, niż na pustyni, nie są tak ekstremalne, opady są równomierniej rozłożone w czasie. W związku z tym pojawia się roślinność, która utrudnia działanie mechaniczne wody i wiatru. Przeważa działanie chemiczne wody, które polega na powolnym rozpuszczaniu skał.

Cathedral Cove w 2019 roku, Wyspa Północna, Nowa Zelandia; źródło: angielska Wikipedia.

Nie zawsze wszystko odbywa się w sposób gwałtowny. Często dzieje się to bardzo wolno. Tak jest, gdy mamy do czynienia z wietrzeniem chemicznym, czyli wtedy, gdy woda rozpuszcza skały przez które przepływa. Tak się dzieje w przypadku spękanych skał wapiennych. Woda wnika w szczeliny, rozpuszcza skały, tworząc podziemne potoki, kanały, pieczary. Ogólnie nazywa się ten proces krasem czy wietrzeniem krasowym. Efekty są takie, jak choćby na powyższym zdjęciu. Ale nie ma róży bez kolców. W lutym 2023 roku dojście do tej zatoczki zostało zniszczone przez cyklon Gabrielle. Tak więc teraz plażę i grotę można podziwiać z łódki, a dostęp do samej plaży jest ograniczony.

Mogot w zatoce Phang Nga w Tajlandii; źródło: Wikipedia.

Inną formą wietrzenia krasowego są mogoty, takie jak widoczny na powyższym zdjęciu. Występują one w Chinach, w Azji Południowo-Wschodniej, na Filipinach, na Kubie, w Puerto Rico i w innych miejscach.
„Polacy nie gęsi” i swoje mogoty też mają.

Maczuga Herkulesa, Ojcowski Park Narodowy; źródło: Wikipedia.
Skała Biała Ręka, Ojcowski Park Narodowy; źródło: Wikipedia.

Cała Wyżyna Krakowsko-Częstochowska, zwana też Jurą Krakowsko-Częstochowską, to taka kopalna rafa koralowa, taka jak Wielka Rafa Koralowa rozciągająca się wzdłuż północno-wschodnich wybrzeży Australii. To skłania do wniosku, że kiedyś ten obszar znajdował się w strefie podzwrotnikowej, a później przesunął się w kierunku północnym. Taki wniosek wynika z tego, że strefy klimatyczne są niezmienne, bo Ziemia jest cały czas odchylona od pionu pod tym samym kątem. Gdy jednak ktoś zaneguje takie założenie, to według niego wniosek też będzie błędny. Jedno wszakże nie ulega wątpliwości, że Jura Krakowsko-Częstochowska jest jednym z najpiękniejszych rejonów w Polsce.

Pieniński Przełom Dunajca; źródło: Wikipedia.

Gdy zdarzy się tak, że przez jakiś teren, który ulega powolnemu wypiętrzaniu, przepływa rzeka, której siła erozyjna jest na tyle duża, by zrównoważyć to wypiętrzanie, to wżyna się ona w podłoże i rzeźbi w nim. Podobne zjawisko, tyle że na większą skalę ma miejsce w Wielkim Kanionie Kolorado. To samo, ale na mniejszą skalę, niż w Pieninach, można zaobserwować w Kazimierzu Dolnym nad Wisłą. Tak więc rzeki mają swój udział w procesie denudacji. Przenoszą rozdrobniony materiał z gór w doliny.

Milford Sound, Wyspa Południowa, Nowa Zelandia; źródło: angielska Wikipedia.
Milford Sound z innego ujęcia; źródło: angielska Wikipedia.

W okresie zlodowaceń lodowce pokryły znaczne obszary na obu półkulach. Rzeźbiły one w górskim podłożu doliny. Gdy nastąpiło ocieplenie, lodowce stopiły się, poziom mórz podniósł się i doliny te zostały zalane i tak powstały fiordy. Zamieściłem zdjęcia z Nowej Zelandii, bo o norweskich fiordach to pewnie każdy słyszał, a o nowozelandzkich, to już niekoniecznie.

Cuernos del Paine, widok z Lago di Toro; źródło: angielska Wikipedia.

Słowo „cuernos” oznacza w jakimś lokalnym języku „rogi”, a słowo „paine” – „niebieski”. To jest chilijska Patagonia. Tu jest kolejny przykład działania lodowca, ale przede wszystkim jest to przykład diastrofizmu, czyli sił działających z wnętrza Ziemi. Powstał tam lakkolit, czyli forma z dołu płaska i wybrzuszona z góry, tak jak bochenek chleba. Na skutek wypiętrzania został on wyniesiony na powierzchnię. Osady, które były nad nim zostały usunięte, ale nie do końca. Widać wyraźnie u góry czarne (niebieskie?) partie, które są pozostałością po sedymentacji jeziornej, bogatej w związki organiczne i zawierającej dużo węgla i stąd ich barwa.

Irlandia i Wielka Brytania; źródło: angielska Wikipedia.

Na tym zdjęciu widać, jak na dłoni, działalność erozyjną morza i przewagę zachodnich wiatrów. Zachodnie wybrzeże Irlandii i Szkocji jest takie… poszarpane, nieregularne, podczas gdy wschodnie wybrzeże Anglii, Szkocji i Irlandii jest regularne, podobnie jak zachodnie wybrzeże Anglii, osłaniane przez Irlandię. Widać też, że wcześniej Irlandia i Brytania były jedną wyspą, ale Irlandczykom coś nie pasowało i postanowili rozstać się z Anglikami.

Oprócz diastrofizmu siłą działającą z wnętrza Ziemi jest wulkanizm. Są dwa rodzaje erupcji wulkanicznych: centralne i linijne. W trakcie tych ostatnich lawa wylewa się szczelinami, które czasem mogą być długie na kilka i więcej kilometrów. Taki typ erupcji występuje m.in. na Islandii. Na końcu blogu Teorie zamieściłem krótkie video z takiej erupcji, która miała miejsce w grudniu 2023 roku.

Wulkan Augustine na Alasce; źródło: angielska Wikipedia.
Erupcje szczelinowe na Islandii; źródło: angielska Wikipedia.
Rodzaje gazów i aerozoli, które są wydzielane do atmosfery w trakcie erupcji wulkanicznych; źródło: angielska Wikipedia.

Erupcje wulkanów wprowadzają do atmosfery niewyobrażalne dla nas ilości różnego rodzaju gazów, a nam wmawiają, że pierdzenie krów jest szkodliwe dla klimatu. Jeszcze nie tak dawno straszono nas dziurą ozonową. Wszystko to jest jakąś podstawioną rzeczywistością.

Są tacy, którzy twierdzą, że działalność człowieka wpływa niekorzystnie na klimat i z tego powodu ociepla się on. Inni podejrzewają, że ekstremalne zjawiska pogodowe są wynikiem ingerencji człowieka, czyli że człowiek może sterować pogodą. Na Ziemi działają dwie potężne siły, które ścierają się ze sobą. Jedna z nich jest natury zewnętrznej, druga – wewnętrznej. Ta zewnętrzna czerpie swoją energię ze Słońca – i to dzięki niemu istnieją prądy morskie i powietrzne – oraz z powszechnego ciążenia. Swoje trzy grosze dorzuca jeszcze Księżyc, dzięki któremu powstają pływy morskie. Tak więc o tym, jaka jest cyrkulacja tych prądów, decyduje generalnie Słońce. Może tak oczywiście być, że czasem pewną rolę mogą odgrywać czynniki kosmiczne. Jeśli Ziemia wraz z układem słonecznym przechodziłaby przez jakąś przestrzeń o zagęszczonej materii międzygwiezdnej, to klimat na Ziemi mógłby ulec ochłodzeniu. Jednak w obecnych warunkach, w naszej rzeczywistości, wypada skupić się na Słońcu. Jeśli więc ktoś twierdzi, że człowiek wpływa na zmianę klimatu poprzez swoją działalność czy ingerencję w mechanizm jego działania, to musi przyznać, że jest on w stanie pokonać wpływ Słońca na klimat. Wydaje się, że jest to niemożliwe, chociaż…

…ale w hebrajskim każda litera jest liczbą, każdy wyraz przemądrą kombinacją, każde zdanie straszliwą formułą, która, gdy ją kto potrafi wymówić z potrzebnym przydechem i akcentami, z łatwością może poruszać góry i osuszać rzeki. – Jan Potocki Rękopis znaleziony w Saragossie Vesper, 2007.

Mamy zatem tutaj do czynienia z działaniem dwóch przeciwstawnych żywiołów. Gdyby tak bliżej przyjrzeć się różnym filozofiom czy ideologiom, to często można w nich dostrzec wątek walki dwóch sił: dobra ze złem, światła z ciemnością, czy tak jak w przypadku ideologii marksistowskiej – tezy i antytezy. Czy nie jest to ogólne prawo tego świata? Czy wojny nie są więc czymś naturalnym, bo przecież ludzie są częścią tego świata, tej natury? A czy byłyby te wojny, gdyby nie było narodu rozproszonego, który, jak wiatr wiejący po całym świecie, tak i on rozsiewa wojny i konflikty wszędzie, gdzie tyko dotrze?

Podwójne obywatelstwo

Tomasz Piekielnik komentował 15 grudnia na swoim kanale cztery tematy, które, według niego, pokazują, że Polsce jest odbierana polska państwowość, bo suwerenności nie ma od dawna. Te cztery tematy to: 1. Dyplomaci z podwójnym obywatelstwem, 2. Izrael szkaluje Polskę, 3. CBA do likwidacji, 4. Tusk zamierza ingerować w wybory. Coś mi podpowiada – mówi Piekielnik – że za kilka lat na emigracji mogą być ludzie, którzy mieszkają w Krakowie, we Wrocławiu czy Rzeszowie, bo będą zastanawiać się, gdzie tak naprawdę mieszkają, kto nimi rządzi, kto ustala reguły i kto stanowi prawo, według którego należy żyć, prowadzić działalność i kto reprezentuje na zewnątrz polski interes?

Prezydent Duda podpisał kontrowersyjną ustawę kilka dni temu – kontynuuje Piekielnik. I zlikwidował wymóg posiadania wyłącznie polskiego obywatelstwa przez pracowników zatrudnionych w ambasadach, zatrudnionych w tzw. pionie dyplomatycznym. Zastanawia cel tej zmiany. Czy nie jest to demontaż państwa od wewnątrz i wprowadzanie na stanowiska obcokrajowców, np. Ukraińców, Anglosasów czy obywateli Izraela? To tym bardziej szokujące, bo w zmienianej ustawie jest wyraźnie napisane, że dyplomaci mają obowiązek chronić interes Rzeczypospolitej Polskiej w relacjach z innymi państwami. I tutaj ważne pytanie: czyich interesów będą bronić, gdy mają podwójne obywatelstwo, np. Ukrainy, USA, Wielkiej Brytanii czy Izraela? Obcokrajowcy, którzy uzyskają polski paszport mogą być dyplomatami i pracować w służbie zagranicznej. To jest jakiś absurd – mówi Piekielnik. Jest to sprzeczne z samą ustawą.

Art.2. 1. Służba zagraniczna chroni interesy Rzeczypospolitej Polskiej w relacjach z innymi państwami oraz organizacjami międzynarodowymi i innymi podmiotami zagranicznymi. 2. Służba zagraniczna chroni interesy obywateli polskich za granicą na zasadach określonych w przepisach prawa konsularnego.

I teraz, jak może chronić interesy Rzeczypospolitej Polskiej np. Niemiec, np. Rosjanin, np. Ukrainiec, np. obywatel Izraela, który także będzie miał paszport polski? Może to… czy komentując to w nieco bardziej dobitnych słowach, przyłączam się do wątpliwości tych z Państwa, którzy uważacie, że to jest zaproszenie do tego i stworzenie takich możliwości, aby tzw. podwójni agenci mogli realizować „polskie interesy”.

Nic nie dzieje się bez przyczyny. Zatem, jaka jest przyczyna takiej zmiany ustawowej, którą podpisał prezydent Duda, z której cieszy się minister Sikorski. Istnieje tego jakaś przyczyna, ale uważam, że pojawi się ona w przestrzeni publicznej dopiero za jakiś czas. Bo tutaj jesteśmy, delikatnie mówiąc, niedoinformowani przez aparat państwa. Czemu służyć ma ta zmiana, tym bardziej, że wszelkie media milczą totalnie na ten temat? Nic nie dzieje się bez przyczyny i uważam, że jest to zmiana celowa, po to, aby można było faworyzować jakąś państwowość i prowadzić w praktyce przez służbę zagraniczną tak relacje z innymi państwami, aby to nie polski interes był chroniony. Gdybym się mylił, to tej zmiany by nie było. Bo komu przeszkadza warunek posiadania wyłącznie polskiego obywatelstwa wśród dyplomatów, którzy mają pracować wyłącznie na rzecz interesu państwa polskiego?

x

Skupię się na pierwszym temacie, bo pozostałe są mało istotne. Izrael szkaluje Polskę od 1990 roku i nic z tego nie wynika. Straszy, że będzie domagał się zapłaty za mienie bezdziedziczne itp. i też nic z tego nie wynika. Bo i co miałoby wyniknąć, skoro ten kraj Zulu-Gula i tak do nich należy. Trzeci i czwarty temat to tylko odwracanie uwagi od spraw istotnych.

O co więc chodzi z tym podwójnym obywatelstwem? Przede wszystkim – dyplomacja II RP, PRL-u i III RP była i jest w rękach żydowskich. Tak więc żaden Żyd z Izraela z polskim obywatelstwem nie będzie „polskim” dyplomatą, bo nie wozi się drzewa do lasu. Nie będzie też nim żaden Anglosas, Niemiec czy Rosjanin. Pozostaje więc tylko Ukrainiec, ściślej rzecz ujmując – Żyd ukraiński, bo Ukraina jest jeszcze bardziej zdominowana przez Żydów niż Polska. Różnica pomiędzy Żydem ukraińskim, a polskim jest taka, że Żyd ukraiński zna język ukraiński, a polski – nie. Proces łączenia Polski z Ukrainą w jedno państwo trwa od momentu wybuchu wojny na Ukrainie w lutym 2022 roku, a właściwie od 2014 roku. W 2022 roku nastąpiło tylko zdecydowane przyspieszenie tego procesu, chociaż ja uznałbym, że symbolicznym początkiem tego procesu były wspólne mistrzostwa Euro 2012.

Proces łączenia Polski z Ukrainą, czyli tworzenie państwa polsko-ukraińskiego, to przede wszystkim sprowadzenie kilku milionów Ukraińców do Polski i nadanie im numeru PESEL, czyli zrównanie w prawach z obywatelami polskimi, a w praktyce – uprzywilejowanie ich. To pierwsza fala. Druga prawdopodobnie nastąpi po zaangażowaniu się wojska polskiego w tę wojnę i po późniejszym jej zakończeniu. Następnym elementem tego procesu jest uznanie języka ukraińskiego za drugi język urzędowy i stopniowe wprowadzanie go, że się tak wyrażę, do obiegu. Stopniowo wprowadza się też kolejne elementy, jak choćby uzgadnianie wspólnego programu historii w podręcznikach szkolnych, bo przecież mnóstwo ukraińskich dzieci uczy się w polskich szkołach.

Nie jest żadną tajemnicą, że wielu Ukraińców przebywa za granicą i są tak samo rozproszeni po świecie jak Polacy albo jeszcze bardziej. W momencie połączenia Polski bez ziem poniemieckich, czyli Ukrainy zachodniej z Ukrainą zachodnią na wschodzie, powstanie nowe państwo. Te nowe państwo pewnie nadal, dla picu, będą nazywać Polską, ale zajdzie konieczność nadania obywatelstwa tym Ukraińcom, pochodzącym z przyłączonej części Ukrainy, którzy przebywają za granicą i nie będą już obywatelami tej Ukrainy, która ulegnie podziałowi. Przestaną być obywatelami dawnego państwa i automatycznie staną się obywatelami tzw. Polski. I po to są potrzebni dyplomaci, którzy znają język ukraiński, by nadawać zgłaszającym się Ukraińcom obywatelstwo polskie. Nowe państwo będzie pewnie państwem, w którym będą dwa języki urzędowe: polski i ukraiński. I pewnie paszporty będą dwujęzyczne. Stąd zachodzi konieczność, by w „polskich” ambasadach byli ludzie, którzy będą znali język ukraiński i będą w stanie obsłużyć tych Ukraińców, którzy się do nich zgłoszą. I po to jest ta poprawka w ustawie. A ludziom odwraca się uwagę duperelami typu Izrael szkaluje Polskę, CBA do likwidacji, Tusk zamierza ingerować w wybory.

x

Do tego tematu odniósł się też Leszek Sykulski w swoim podkaście geopolitycznym z dnia 16 grudnia. Stwierdził, że od 1 stycznia 2025 roku dyplomatami polskimi będą mogli być obywatele obcych państw. Rodzi to niebezpieczeństwo związane z realizacją przez takich dyplomatów niekoniecznie polskiej racji stanu i polskiego interesu narodowego. Podaje on przykład Salome Zurabiszwili, do niedawna prezydent Gruzji. W chwili, gdy objęła funkcję ministra spraw zagranicznych w marcu 2004 roku, cały czas pobierała pensję z francuskiej służby dyplomatycznej. Sytuacja kuriozalna: szefowa gruzińskiej dyplomacji pracowała na dwóch etatach. I pytanie, wobec kogo była bardziej lojalna? Bo nie można służyć dwóm panom, to jest mądrość odwieczna. Wiemy doskonale, że nie da się tak. Sykulski nie dodał jednak, że ona urodziła się we Francji w rodzinie gruzińskich imigrantów, że tam studiowała w Instytucie Nauk Politycznych w Paryżu, a później pracowała we francuskiej dyplomacji. Później została ambasadorem Francji w Gruzji, a 18 marca 2004 roku prezydent Saakaszwili mianował ją ministrem spraw zagranicznych w nowym rządzie. Nie dodał też, co oczywiste, że końcówka „szwili” w nazwiskach gruzińskich wskazuje z dużym prawdopodobieństwem na odpowiednie korzenie.

Sykulski wspominał też o Sikorskim i jego brytyjskim obywatelstwie, o jego żonie i jej amerykańskim obywatelstwie, o byłych ministrach finansów, którzy mieli obywatelstwo brytyjskie. Mamy sytuację – zaznaczył Sykulski – w której prezesem partii politycznej, funkcjonującej w Polsce, może być obywatel obcego państwa. To jest sytuacja niezwykle niebezpieczna – kontynuował – która rodzi podejrzenia o podwójną lojalność szefów partii politycznych. Mamy do czynienia z sytuacją, gdzie dzisiaj polska dyplomacja ma być kreowana przez obywateli obcych państw. To jest sytuacja absolutnie niedopuszczalna w państwie suwerennym – zakończył Sykulski.

x

To, czy państwo jest poważne, czy – nie, o tym decydują Żydzi. Rosja jest państwem poważnym, jest federacją składającą się z wielu narodów i ich przedstawiciele często zajmują eksponowane stanowiska w rządzie czy administracji. Taki Ławrow nie jest Rosjaninem, na co wskazują jego rysy, ale reprezentuje Rosję i jej interes, przynajmniej w takim zakresie, na jaki pozwalają mu Żydzi. O tym, że strefa zgniotu, czyli kraj Zulu-Gula, ma być niepoważnym państwem, również oni zdecydowali. I tak jest od unii personalnej z Litwą. Bulwersuje Sykulskiego, a podejrzewam, że i innych, fakt obecności w polskim rządzie ludzi z obcym obywatelstwem. Ale jakoś nie bulwersuje ich fakt, że królem Królestwa Polskiego po unii personalnej z Litwą w 1385 roku został Litwin, który dbał wyłącznie o interesy litewskie. Po bitwie pod Grunwaldem Litwa odzyskała Żmudź, a Królestwo Polskie dostało figę z makiem. Gdy Związek Pruski zwraca się do króla Kazimierza Jagiellończyka z prośbą o włączenie Prus do Królestwa, to ten uznaje, że Królestwo Polskie jest zbyt małe i słabe, by przyłączyć całe Prusy i po II pokoju toruńskim w 1466 roku decyduje o przyłączeniu Prus Królewskich (Korytarza) bez Gdańska. Prusy Książęce stają się tylko lennem. Takie numery wykręcali Jagiellonowie, którzy nie byli Polakami. Wazowie, czyli Szwedzi, spokrewnieni z Jagiellonami po kądzieli, nie byli gorsi. W 1618 roku elektor brandenburski otrzymał od Rzeczypospolitej, jako lenno, Prusy Książęce. W czasie wojny polsko-szwedzkiej Fryderyk Wilhelm uzyskał zrzeczenie się przez Rzeczpospolitą zwierzchnictwa nad Prusami Książęcymi w 1657 roku. I te Prusy, jedne i drugie, rosły w potęgą po rozbiorach Rzeczypospolitej. Później Ukrainiec Sobieski poleciał pod Wiedeń zrobić laskę Niemcom, bo dla Ukraińca zrobienie laski Niemcowi to największe szczęście. Co zyskał dla Rzeczypospolitej? – Nic. Później był Poniatowski herbu Ciołek, czyli tego jednego z 47 herbów szlachty polskiej adoptowanych przez 47 rodów bojarów rusińskich i litewskich. A więc Poniatowski to nie Piast. Następni byli Wettinowie, czyli Sasi, czyli Niemcy, którzy przygotowali rozbiory i każdy zaborca na swoim terenie zainstalował własną administrację. Ci ludzie po jakimś czasie zaadoptowali się, ale tylko językowo. Nawet po wielu pokoleniach nie utożsamiali się z narodem, którego ziemie zabrali. Przypadek Jerzego Stuhra, Austriaka, jest tu znamienny. Nawet na łożu śmierci pozostawał obywatelem Mitteleuropy. A takich jak on można wymieniać bez końca. Po „odzyskaniu” niepodległości przyszedł Piłsudski, dla którego najważniejsze było stworzenie niepodległej i niezależnej od Związku Radzieckiego Ukrainy. Temu służył tzw. eksperyment wołyński, w efekcie którego powstała UPA. Po wojnie mieliśmy PRL, czyli narodowy socjalizm w wykonaniu komunistów, a później powstała, już bez owijania w bawełnę, żydowska III RP (1989-2022).

A zatem Polska, czyli Królestwo Polskie, zwane później Koroną, jako państwo polskie, zakończyło swój byt wraz z unią personalną z Litwą w 1385 roku. Od tego momentu rdzenna ludność polska, głównie chłopska, stała się niewolnikami i nie miała na nic wpływu. Obcy rządzili i nadal rządzą tym krajem Zulu-Gula. Takie są fakty historyczne. W tym kontekście nadanie obcym możliwości bycia polskimi dyplomatami jest niejako czymś naturalnym, co trwa tu od wieków. Podstawową cechą tego regionu pomiędzy Niemcami a Rosją jest ciągła, w sensie historycznym, zmiana granic i ciągły napływ obcych, którzy zawsze mieli więcej praw i przywilejów niż ludność miejscowa. Nawet Konstytucja 3-go maja gwarantowała wolność chłopom, którzy przybywali do Rzeczypospolitej z zagranicy, ale polskim chłopom tego odmawiała. Więcej na ten temat w blogu Konstytucja 3 maja c.d.. O tym wszystkim jednak ani Piekielnik, ani Sykulski, ani nikt inny nie powie.

Wizyta

Le Beaujolais Nouveau est arrivé! – Nowe Beaujolais (wym. bożole) przyjechało. To hasło wybrzmiewa każdego roku w trzeci czwartek listopada w wielu restauracjach na całym świecie. To właśnie wtedy, po raz pierwszy, można spróbować wina z nowego rocznika i przekonać się jakie będą tegoroczne wina z Burgundii. Do nas też przyjechało, wprawdzie z pewnym opóźnieniem, bo w drugi czwartek grudnia, nowe Beaujolais, zwane Emmanuelem Macronem czy Makaronem. Przywiozło toto rozkazy od Trumpa. Herr Tusk stanął na baczność i powiedział: Amerika zuerst, znaczy – America first, co oczywiście nie znaczy – Teraz Polska.

Herr Tusk powiedział, że na razie nie jest planowane wysłanie wojsk NATO na Ukrainę. Dlaczego ten rozkaz przywiózł Francuz, a nie Niemiec? Niemcy zdają się stać trochę jakby z boku. Czyżby im przypisano inną rolę, niż angażowanie się na Ukrainie? Czy to oni będą do spółki z Rosją ustalać powojenny porządek w Europie wschodniej?

Od czasu unii polsko-litewskiej to państwo nie-państwo jest narzędziem w rękach innych i realizuje ich cele. No bo państwo nie-państwo – powstałe z połączenia zupełnie odmiennych bytów politycznych, jakimi było Królestwo Polskie i Wielkie Księstwo Litewskie – nie mogło mieć i do dziś nie ma własnej polityki wewnętrznej i zagranicznej. W związku z tym, jak żadne inne państwo w Europie, nadaje się do wykorzystywania, do wykonywania brudnej roboty, a później do obarczania go wszelką winą.

Kiedy Francuz przyjeżdża do Warszawy, gdy na wschodzie toczy się wojna, to jest to zły znak. Kiedyś, jak przyjechał Napoleon, to polskie wojsko poszło z nim na Moskwę. Skończyło się to jego klęską i wojska rosyjskie doszły do Paryża, ale jakoś tak dziwnie – wycofały się. Konsekwencją tego pobytu była 100 lat później La Grande Révolution d’Octobre, ale nie był to Octoberfest, co tłumaczy, dlaczego tak dużo ludzi ze wschodu ucieka na zachód. Więc imperializm rosyjski jest taki jakby kontrolowany. Pozwalają mu, ale nie na wszystko. Skutek był taki, że Rosjanie powiedzieli: tak toczno! i wojska rosyjskie opuściły Europę zachodnią, ale pozostały na polskich ziemiach etnicznych. W efekcie Królestwo Polskie zostało podporządkowane Rosji. Rosjanie przejęli jego administrację i inne ważne instytucje oraz zaczęli budować cerkwie i tworzyć wokół nich ośrodki prawosławia. I właśnie w tym, w ekspansji prawosławia, przede wszystkim przejawia się rosyjski imperializm. Po wybuchu I wojny światowej Rosja wycofała się z Królestwa, ale cerkwie i społeczność prawosławna pozostały. Pozostała też carska administracja, która po wojnie stała się „polską”. O tym w blogu Czyja religia, tego władza. Tak więc Rosja nie musi atakować Polski, bo ona już po zakończeniu wojen napoleońskich podporządkowała ją sobie. I trwa to tak niezmiennie do dziś. Religia stoi ponad wszystkimi sprawami ziemskimi, dlatego jest tak ważna dla każdej władzy, a szczególnie dla władzy na Wschodzie.

Gdy Hitler napadł na Związek Radziecki, to skończyło się to tym, że wojska radzieckie doszły do Berlina, czyli znowu przeszły przez ziemie polskie, już nie tak bardzo etniczne jak wcześniej. I znowu zostały w Polsce, a na ziemie poniemieckie przesiedlono w większości prawosławnych ze wschodu.

Rozpoczęcie kolejnej wojny na wschodzie, czyli na Ukrainie, stało się pretekstem do osiedlenia w „Polsce” kolejnych milionów prawosławnych. Ta wojna została oczywiście sprowokowana przez Amerykanów. Mamy więc do czynienia z pewnym schematem. Jeśli Zachód wszczyna wojny z Rosją, to ich konsekwencje są najbardziej odczuwalne w tej strefie buforowej, zwanej Polską, która obejmuje ziemie dawnego Królestwa Polskiego i WKL. Nie ulega więc najmniejszej wątpliwości, że jeżeli „misja” NATO na Ukrainie dojdzie do skutku, to będzie to oznaczało wciągnięcie „Polski” do wojny z Rosją, tak jak wciągnięto ją do wojny z Niemcami w 1939 roku. A później, gdy wojna zostanie zakończona, to winą obarczy się to państwo nie-państwo, bo to ono zaopatrywało Ukrainę w broń, pomagało jej, udostępniło swoje terytorium do przerzutu broni, a tym samym przedłużało ten bezsensowny konflikt. I w związku z tym trzeba będzie je jakoś ukarać, czyli odebrać ziemie zachodnie, bo to przecież Niemcy z Rosją, na rozkaz Ameryki, będą wykreślały nową mapę Europy wschodniej. A skoro Putin zabierze Ukrainę wschodnią i środkową, to nie pozostanie nic innego, jak tylko połączyć pozostałe ziemie w jedno państwo, no bo skoro Polska tak pomagała Ukrainie, to chyba nie bez powodu. I faktycznie, bo obecna „Polska” to bardziej Ukraina, niż Polska. Miłe złego początki. Zaczęliśmy od wypicia lampki tegorocznego sikacza Beaujolais. Kac pojawi się później.

x

Dziś mamy kolejną rocznicę wprowadzenia stanu wojennego. Można na ten temat dyskutować bez końca, ale jedno zdanie wypowiedziane przez Mieczysława Rakowskiego w rozmowie z Orianą Fallaci w marcu 1982 roku wyjaśnia wszystko. Powiedział on, że plan stanu wojennego był gotowy od 1944 roku. Więcej o tym w blogu Stan wojenny.